Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 22 sie 2013, 06:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Polski Horacy

Piotr Szubarczyk

Był największym polskim poetą przed Mickiewiczem, ale są i tacy, co uważają go za polskiego poetę wszech czasów. Nie tylko dlatego, że stworzył pierwszy w historii polskiej liryki regularny wiersz sylabiczny; że był Europejczykiem posługującym się swobodnie łaciną; że napisał wiekopomne „Treny”, nieznane jeszcze w takiej konwencji światowej literaturze; że szanował język ojczysty i po polsku, a nie po łacinie, stworzył swe arcydzieła. Jan Kochanowski (*1530 †22 VIII 1584) to przede wszystkim mądrość życia i zrozumienie losu człowieczego; to wadzenie się z Panem Bogiem, ale i wielkie zawierzenie Bogu.

Jest taki utwór Jana z Czarnolasu, którego powinna się uczyć na pamięć cała polska młodzież, gdyż może być drogowskazem na całe życie. Niestety, dziwni ludzie, którzy opanowali polską oświatę, uważają, że nie należy się już niczego uczyć na pamięć…

Z pieśni o nadziei: „Nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje: bo nie już słońce ostatnie zachodzi, a po złej chwili piękny dzień przychodzi (…). Ty nie miej za stracone, co może być wrócone: siła Bóg może wywrócić w godzinie; a kto mu kolwiek ufa, nie zaginie”.

Obywatel ziemski, aktywny uczestnik życia politycznego kraju, obdarzony temperamentem publicystycznym, miał Jan z Czarnolasu dar wyrażania uczuć zbiorowych. Gdyby za jego czasów istniało pojęcie wieszcza narodowego, to tak by go nazywano. Przykładem wieszczej postawy jest upomnienie ludzi rządzących państwem zawarte w dramacie „Odprawa posłów greckich”: „Wy, którzy pospolitą rzeczą władacie, a ludzką sprawiedliwość w ręku trzymacie; Wy, mówię, którym ludzi paść poruczono i zwirzchności nad stadem Bożym zwierzono: miejcie to przed oczyma zawżdy swojemi, żeście miejsce zasiedli Boże na ziemi, z którego macie nie tak swe własne rzeczy, jako wszytek ludzki mieć rodzaj na pieczy”…

http://www.naszdziennik.pl/wp/51643,polski-horacy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 22 sie 2013, 09:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/08/21 ... tego-pola/

Lubelski dar dla Wincentego Pola
Posted by Marucha w dniu 2013-08-21 (środa)

„Tam, na wzgórzu dwór wesoły:
Te rozłogi i te gaje,
Te klasztory i kościoły,
I przeczyste te ruczaje,
To świat tobie wierny, śliczny,
To nasz polski grunt klasyczny”.

„O, gdybyśmy umieli własne dzieje czytać
I każdą garść tej ziemi o przeszłość zapytać,
Ach, jakąż by miłością rzekła nam o sobie
I o życiu pradziadów i pradziadów grobie”…


Z poezji Wincentego Pola

Tam, na wzgórzu przy ulicy o dźwięcznej nazwie Kalinowszczyzna, w Lublinie działa w ślicznym, klasycznym dworze Muzeum Biograficzne Wincentego Pola.

Obrazek

W roku Pańskim 1804 sędzia Franciszek Ksawery Pohl, rodem z Warmii, nabył ten dwór, stojący podówczas w miejscu zwanym Firlejowszczyzna.

Poślubiwszy w roku 1800 pannę Eleonorę Longchamps de Berier, rezydował pan sędzia w kamienicy własnej przy ulicy Grodzkiej 111, gdzie 20 kwietnia roku 1807 narodził się jego drugi syn – Wincenty. Miał lat dwa, gdy opuścili Lublin, i minie pół wieku do chwili, kiedy doń powróci. „Radbym – pisze w 1858 roku do biskupa lubelskiego – po upływie pół wieku pomodlić się za duszę śp. Rodziców i Ojców Chrzestnych w kościele, w którym byłem ochrzczony i gdzie Bóg wielki przywrócić raczył do łask, których szafarzem jest Kościół”. Biskup odpowiedział: „Miło nam będzie oglądać ziomka, który się stał chlubą Narodu”.

Chlubę Narodu, autora „Pieśni o ziemi naszej”, witał Lublin owacjami i niezwykłą decyzją – gospodarze miasta i województwa postanowili odkupić dwór należący ongiś do Polów i ofiarować go poecie. Był to pierwszy w dziejach naszej literatury dar narodowy.

[Ojciec Wincentego, Franciszek Ksawery Pohl (pierwotna, pruska forma nazwiska rodziny) – był Niemcem urodzonym we wsi Kępa Tolnicka (3 km na zachód od Reszla) na Warmii, zaś matka – Eleonora – pochodziła ze spolonizowanej rodziny francuskiej Longchamps de Berier i była córką protoplasty polskiego rodu Franciszka Longchamps de Bérier (ślub wzięli w 1800)]


„W krwawym polu…”

Lakoniczne noty autobiografii wiodą do rozdziału w życiu poety, który można zatytułować słowy jego sławnej pieśni: „W krwawym polu srebrne ptaszę – poszli w boje chłopcy nasze…”.

„Poznałem we Lwowie pannę Kornelię Olszewską. Pokochałem ją. 1830 – wyjechałem do Wilna na Litwę, (…) złożyłem ’Rozprawę o epopei’, otrzymałem stopień uczony i katedrę zastępcy literatury. Z końcem tego roku stałem na czele związku młodzieży, która zrobiła powstanie na Litwie. 1831. Służyłem wojskowo w powstaniu litewskim. W pułku 10 ułanów. Otrzymałem ranę i krzyż wojskowy”.

„Pamiętniki” Wincentego Pola – podchorążego, a potem porucznika – są pasjonującą i barwną kroniką powstańczych dni na Litwie. Są także wielkim hołdem dla ludu tej ziemi składającego ofiarę „na ołtarzu Ojczyzny”.

„Widziałem, jak niewiasty wiejskie przychodziły niby procesjami do obozu, śpiewając (…) pieśni, jak całowały działa, ziemię przed końmi, co je wiozły i ręce, które broń niosły. Prości włościanie przychodzili do generałów i pytali ich, jak sprawa Polski stoi?” – pisze Pol. „Prawdziwym bohaterem (…) była cała rzesza zbrojnych i lud cały, który to powstanie wspierał we wszystkich jego ruchach, lub szpiegował kroki nieprzyjacielskie na każdym punkcie całej Litwy i donosił o obrotach Moskali. Lud przeprowadzał powstańców przez nieznane puszcze, (…) żywił cudowną prawie ręką częstokroć zgłodzonych, przeprowadzał przez jeziora i rzeki, i chował po puszczach i chatach leśnych rannych, którzy byliby bez pomocy zginęli”.

Odnajdujemy na kartach „Pamiętników” blask i żałobę. Uniesienie bitewne, bale w szlacheckich dworkach i przeraźliwe wołania rannych. „Zrozumiałem, dlaczego mój stary wachmistrz zawsze po wieczornym pacierzu odmawiał krótką modlitwę żołnierską:

Od więzienia, od niewoli, od ran, od kalectwa, od choroby, od nienawiści bliźnich, od trwogi wojennej i śmierci haniebnej zachowaj nas, Panie!.”

Bohaterem i symbolicznym autorem-narratorem sławnego cyklu swych wierszy „Pieśni Janusza” uczyni Pol właśnie prostego żołnierza, który przyniesie ludziom „pieśń ojczystą, narodową, prostą, rzewną i surową” (jak czytamy we wstępie).

Po upadku powstania otworzył się przed Polakami tragiczny czas tułactwa. Generał Józef Bem wyznacza świetnie znającego niemiecki Wincentego Pola na łącznika między żołnierzami polskimi a władzami Prus, które udzieliły im początkowego schronienia. 24-letni porucznik odznaczony za męstwo Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari zamienia się w opiekuna zrozpaczonych towarzyszy broni.

W autobiografii powie: „Począłem pisać pieśni z powodu Adama Mickiewicza”. Istnieje kilka wariantów słów, jakimi Mickiewicz ocenił wiersze powstańcze Pola. Ale sens jest jednaki. „Nie zostawaj na samym pobojowisku, zejdź do chat (…) Puść twoje poezje bezimiennie w świat; jeżeli (…) do ciebie powrócą jak ptaki wędrowne, możesz być pewnym powodzenia – bo staną się one nie twoją, ale cząstką własności Narodu…”.

I tak się stało. „Pieśni Janusza” niosące obraz walki o wolność, niepodległość i narodową wspólnotę, gdy ukazały się w 1835 roku w Paryżu i zostały przemycone do Ojczyzny, zyskały niebywałą popularność. Śpiewano je w dworkach szlacheckich, warsztatach rzemieślników, chatach włościan. Śpiewano mazury „Grzmią pod Stoczkiem armaty, błyszczą białe rabaty”, „Nie masz pana nad ułana”, śpiewano „Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne”, którą to dumkę zaszczyci kompozycją muzyki sam Fryderyk Chopin, a Eliza Orzeszkowa uczyni z niej motyw powieści „Nad Niemnem”.

Pieśń tę za naszych czasów usłyszeliśmy w filmie „Zakazane piosenki”, a znakomity chór Wojska Polskiego ma w swym repertuarze wiele powstańczych utworów Wincentego Pola, które znaleźć można w imponującym albumie „Pieśń ojczysta”.


„A czy znasz ty, bracie młody, swoje ziemie, swoje wody?”

U schyłku 1832 roku Wincenty Pol powrócił do Polski. Czekała nań wiernie narzeczona – szafirowooka i czarnobrewa blondyneczka, panna Kornelia Olszewska.

Jej narzeczony wabił oczy dam. „Był smukły, miał maniery szlachecko-żołnierskie, cerę białą i świeżą, wąs ciemny, bardzo ozdobny, oczy piwne, łagodnego, ale bardzo świetnego blasku, głos niezmiernie dźwięczny idący prosto do serca”. Taki wizerunek autora „Pieśni Janusza” przekazał Zygmunt Kaczkowski, autor popularnych powieści historycznych i bystry obserwator.

Dzięki pomocy i przyjaźni hrabiego Ksawerego Krasickiego, bohatera Powstania Kościuszkowskiego, uzyskawszy dzierżawę jego majątku Kalnica w Bieszczadach, mógł Pol w roku 1837 poślubić swą wybrankę.

W przepięknie położonych u stóp Beskidów włości Kalnica zamieszkał w Szumnym Dworze – zwanym tak od srebrzystego szumu płynącej obok rzeki. Z opowieści Ksawerego Krasickiego zrodzi się epos Pola „Mohort” – opowieść o rycerskim strażniku kresowych stanic. Pol w Kalnicy odkrywa w sobie pasję krajoznawcy-podróżnika i zaczyna wieloletni cykl wędrówek po Polsce od Tatr do Bałtyku, od Śląska po Litwę. Plonem tych wędrówek będą cykle „Obrazy z życia i natury”, listy-reportaże i „Pieśń o ziemi naszej”.

Ta urocza gawęda, którą badacze nam współcześni nazwali „swoistym elementarzem do historii i geografii Polski”, ukazała się w Poznaniu w 1843 roku. Stwierdzono: „Poznanie oraz przekazywanie rodakom miłości do ojczystej ziemi były dla Pola najważniejszym życiowym przesłaniem”. „A czy znasz ty, bracie młody, te pokrewne twoje rody? / Tych górali i Litwinów i Żmudź Świętą i Rusinów?/ A czy znasz ty, bracie młody, twoje ziemie, twoje wody? / Z czego słyną, kędy giną, w jakim kraju i dunaju?”.

Autor „Pieśni” chciał ukazać, że rozdarty przez zaborców kraj ciągle stanowi wielką jedność.

Bo od gór tych aż po morza
Legła ziemia sławna z zboża,
Z wiary, z męstwa, z gościnności
I z nieładu, i z wolności!
Wielka krzywdą i cierpieniem,
Święta krwi tej poświęceniem!


Obrazek
Wincenty Ferreriusz Jakub Poll von Pollenburg


„Polska się dźwignie!”

Zimą 1846 roku, gdy zaczęły się w Galicji rozruchy chłopskie, które miały przejść do historii jako tragiczna „rzeź Szeli”, Pol usiłował dotrzeć do Lwowa. Ogromne opady śniegu zatrzymały go w zaprzyjaźnionym dworze pod Krosnem. Tam przeżył najtragiczniejszy dzień życia. Został pobity przez chłopów, zniszczono wielkie dzieło jego życia – „Geografię i etnografię Polski” ze wspaniałymi, precyzyjnymi mapami.
Skutego kajdanami chłopi zawieźli do więzienia w Jaśle, starostowie mianowani przez Austriaków poparli ich akcję… Przewieziony do więzienia we Lwowie przeżył Pol w celi kilka miesięcy.

Zmizerowany więzień donosił przyjaciołom, że „nie utraci ani miłości, ani nadziei, ani wiary” – i wierzy, iż „do obowiązków powróci”, co się też stało. Już w listopadzie objął redakcję czasopisma „Biblioteka Naukowego Zakładu im. Ossolińskich”, ciesząc się: „Chcę na tej drodze służyć narodowi”.

O przedwiośniu 1848 roku stanęły barykady w Wiedniu. Przez Europę szedł wiatr Wiosny Ludów. Cesarz Franciszek Józef zezwolił na utworzenie Gwardii Narodowej i zniesienie cenzury. Lwów zrzucał czarno-żółte barwy austriackie, ulice zakwitły bielą i czerwienią. Gwardia Narodowa w polskich mundurach śpiewała „Jeszcze Polska nie zginęła”… Na zastępcę szefa sztabu Gwardii wybrano porucznika Wincentego Pola, który w wierszu „Widzenie Janusza” wołał: „Polska się dźwignie jak trawa w maju”!

Zryw Wiosny Ludów nie poszedł na marne. Wincenty Pol otrzymał katedrę geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Była drugą na świecie, pierwszą w Polsce.
Stał się jednym z najpopularniejszych wykładowców, podbił serca młodzieży bohaterską postawą podczas straszliwego pożaru Krakowa w lipcu 1850 roku, gdy walczył razem ze swoimi studentami o uratowanie zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej, trwając na dachu przez dwie doby i nie dopuszczając, by ogień przerzucił się na sąsiednie gmachy.

Pol zainicjował też niezwykle dla młodzieży atrakcyjną formę poznawania kraju – wycieczki terenowe. Pisał z radością: „Nasze naukowe wycieczki idą bardzo dobrze; cóż to za wdzięczny kraj ta krakowska ziemia; jakie przeczyste i żywe zdroje, jakie lasy, co za flora, ile historycznych pamiątek w każdym zakątku tej ziemi! Młodzież nasza bardzo dobra, rozsądna, wesoła – zaczyna brać coraz żywszy udział w naukach – i wyraźnie przybyło mi zdrowia z tą wiosną…”.

Ta wiosna miała trwać jednak nader krótko. Latem 1852 wybrał się ze swą młodzieżą w Tatry. W Dolinie Kościeliskiej ustawili z inicjatywy Pola krzyż z ewangelicznym napisem: „I nic nad Boga”. Echo powtarzało pośród turni rozgłośnie śpiewane przez młodzież pieśni ojczyste… Dotarło ono do Wiednia. 1 stycznia 1853 roku Wincenty Pol otrzymał dymisję.

„(…) jestem wygnańcem w ojczyźnie” – powie gorzko.

Nadchodzące lata to już zmierzch. 28 sierpnia 1855 roku umiera w wieku 44 lat jego żona. „Czuję to, że z pożytkiem Narodu i z pożytkiem własnej duszy mógłbym jeszcze pracować, ale walki ze światem podjąć już nie zdołam…” – napisze ze smutkiem.
W roku Powstania Styczniowego znalazł się Wincenty Pol we Lwowie. Legenda powiada, że gdy w lutym 1863 roku żegnał odchodzących do powstania młodzieńców, wręczył im tekst piosenki „Pobudka”: „W krwawym polu srebrne ptaszę. / Poszli w boje chłopcy nasze. / Hu! ha! Krew gra! Duch gra! hu! ha! / I niech matka zna, jakich synów ma./ Obok Orła znak Pogoni. / Poszli nasi w bój bez broni”.
W liście wysłanym do Rzymu, do księdza Hieronima Kajsiewicza, legendarnego zmartwychwstańca, przyjaciela Mickiewicza, datowanym na marzec 1864 roku, a polecającym młodego księdza „wiernego syna ojczyzny” (i zapewne jednego z uczestników powstania) – Pol rzuca słowa: „My walczym! cierpim! I milczym!”.
Ale on nie milczy. Wygłasza odczyty o literaturze polskiej i muzyce religijnej. Z Rzymu otrzymuje Krzyż Kawalerski Orderu Świętego Grzegorza nadany przez Papieża Piusa IX za zasługi dla Kościoła.

Powróciwszy do Krakowa w 1867 roku, kontynuuje swe prelekcje – w jednej z nich rzuca hasło, by odzyskać Wawel, zamieniony przez Austriaków na koszary, i utworzyć w tym zamku królewskim Muzeum Narodowe.

Nie ustaje w pracach literackich. Wydaje „Pieśń o domu naszym” – uroczą poetycką gawędę o szlacheckiej tradycji rodzinnej siedziby, i „Rok myśliwca” – ze znakomitymi ilustracjami Juliusza Kossaka.

Ale to już ostatnie blaski pracowitego żywota. W maju 1868 roku traci wzrok. Jeszcze spotka go wzruszająca, romantyczna przygoda. Młoda, 32-letnia wdowa Aniela Rościszewska wyraża chęć poślubienia 63-letniego ociemniałego poety. Zmarł w Krakowie 2 grudnia 1872 roku. W październiku roku 1881 przeniesiono jego prochy do Panteonu Zasłużonych Polaków w kościele Ojców Paulinów na krakowskiej Skałce.


„Zjednał cześć i miłość”

W setną rocznicę śmierci, 2 grudnia 1972, otwarto w Lublinie Muzeum Wincentego Pola. Ewenementem w skali ogólnopolskiej jest kolekcja globusów polskich – licząca ponad 100 egzemplarzy, w tym eksponaty z epoki Pola, aż po globus ilustrujący pielgrzymki naszego Ojca Świętego.

Dworek Pola zaprezentował wystawę „I nic nad Boga. Kościół, duchowieństwo w życiu i twórczości Wincentego Pola”. W katedrze lubelskiej z inicjatywy Muzeum Pola odprawiona została uroczysta Msza Święta, złożono też kwiaty pod tablicą ozdobioną portretem poety i słowy:

„Przodków wiarę, i cnoty, i obyczaj stary,
sławiąc w pieśniach, sam zjednał cześć i miłość ziomków.
Tu, gdzie wziął chrzest i życie, kościół w imię wiary
poleca go pamięci i modłom potomków”.


Barbara Wachowicz

http://naszdziennik.pl/mysl/51572,lubel ... -pola.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 28 sie 2013, 06:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
„Odwieczna siedziba przodków”

Istnieją jakieś wielkie zamiary co do mego jubileuszu, ale być może, że z wielkiej chmury będzie mały deszcz” – pocieszał się autor „Trylogii”, nieznoszący owacji i „roli szczura okadzanego na ołtarzu”.

Z chmury miał być wielki potop, ale nie w roku 1898, jak zaplanował uroczyście Komitet Jubileuszowy, ponieważ Sienkiewicz oświadczył wówczas: „Jest to czas Mickiewiczowski, w którym wszystkie nasze siły i środki powinniśmy poświęcić sprawie pomnika dla największego naszego poety”. To Henrykowi Sienkiewiczowi Warszawa zawdzięcza pomnik autora „Pana Tadeusza”, który „stał się skrawkiem zmartwychwstającej Ojczyzny, znakiem żywej wolnej Polski” – jak celnie stwierdza prof. Lech Ludorowski.

Ale rodacy nie zapomnieli o srebrnych godach pisarza nazwanego „opiekunem Narodu”.

„(…) za moje grzechy literackie będę przechodził przez jubileuszowy ogień” – zażartował, z właściwym sobie autodystansem.

Jubileuszowy ogień zapłonął 22 grudnia 1900 roku. Tłumy szczęśliwców, którym udało się uzyskać zaproszenie, wypełniły kościół Świętego Krzyża, w którym ksiądz biskup Kazimierz Ruszkiewicz i kilkunastu kapłanów koncelebrowało Mszę św. w intencji jubilata.

Po Mszy Świętej – wielka gala na ratuszu. Ksiądz biskup wręczył jubilatowi akt własności Oblęgorka ze słowami: „Składamy Ci zarazem serdeczne życzenia, aby Ci Ojciec światłości długie lata pozwolił pracować dla dobra i chwały kraju”.

Podbiegły cztery dzieweczki w bieli dźwigające cztery ozdobne księgi z podpisami tych, którzy ufundowali Oblęgorek. Byli wśród nich magnaci i wieśniacy. Ci chłopi, którzy mówili mu: „Tyś nas zrobił Polakami!”.

„Oblęgorek jest bajeczny”
W Oblęgorku trwają remonty, przebudowy, rozbudowy. Do bliskich będą biegły żartobliwe komunikaty: „W gospodarstwie wszystko jak najlepiej, nie ma mąki, nie ma słomy, nie ma pośladu dla kur, nie ma kur i paszy, natomiast będą grzyby, jeśli wyrosną”.

Ale 24 grudnia 1901 roku pisał obdarowany Oblęgorkiem: „Dużo od tego zależy, żeby się tam należycie zagnieździć i żeby gniazdo było miłe dla duszy”. On – wiekuisty i niestrudzony wojażer – miał tworzyć nareszcie DOM!

Pałacyk był niezbyt urodziwy. Między pseudogotyckimi wieżyczkami ustawiono posąg skrzydlatego husarza. – Pięknego anioła ma nasz pan dziedzic na dachu! – powiadali chłopi. Nad wejściem umieszczono herb Sienkiewicza – Oszyk (w polu srebrnym – łabędź, obok kotwica i łuk złoty z grotami, hełm i pióra strusie) – co dało asumpt dziedzicowi do nazywania Oblęgorka „odwieczną siedzibą przodków”.

Sienkiewicz gości przyjaciół i wielbicieli. W lipcu 1903 roku odwiedza Oblęgorek Jeremiasz Curtin – tłumacz Sienkiewicza na angielski, który zrobił fortunę na wydaniu „Trylogii” i „Quo vadis” w Ameryce.

Może warto przypomnieć w naszych rozmiłowanych w finansach czasach, że pierwsze wydanie „Quo vadis” sprzedano w Stanach w nakładzie sześciuset tysięcy egzemplarzy! O szansę wydawania Sienkiewicza konkurowało 34 amerykańskich wydawców. Tylko do roku 1915 ukazało się w Stanach 60 wydań rzymskiej powieści, sprzedano półtora miliona. W Library of Congress w Waszyngtonie czytałam sonet dedykowany: „Sienkiewiczowi – Kolumb”, kończący się słowy: „Wszystkie jak jeden nasze stany ogarnął polski szał!”.

Nie pamiętamy, nie znamy, nie doceniamy międzynarodowej sławy autora „Trylogii”.

„Dzieła Sienkiewicza znajdują się w tej chwili pod wszystkimi długościami i szerokościami geograficznymi od Paryża do Władywostoku, od New Yorku do San Francisco, od Sztokholmu do Kapsztadu, od Irkucka do Melbourne” – pisał Bolesław Prus.

Sienkiewicz skomentował: „Gdym czytał, że zna mnie Europa i Ameryka, uśmiałem się szczerze. (…) To tak jakbym wypił Ocean Atlantycki. Uf! Można pęknąć”.

Wydawcy i tłumacze zarabiali na jego książkach miliony. A on? Był obywatelem Imperium Rosyjskiego, które nie podpisało międzynarodowej konwencji berneńskiej chroniącej prawo autorskie, więc tłumaczono jego książki bez pytania i bez honorariów. Za adaptację filmową „Quo vadis” zrealizowaną we Włoszech już w 1913 roku – nie dostał ani lira. Nie płacili mu także Rosjanie, bo był przecież cudzoziemcem!

W Oblęgorku tworzył „Na polu chwały” – powieść z epoki Sobieskiego, „Wiry” – refleksje o rewolucji z 1905 roku, znakomitą opowieść dla młodzieży „W pustyni i w puszczy” (za którą młodzi Polacy przyznają mu Nagrodę Orlego Pióra w roku… 1983!). I ostatnie – nieukończone już dzieło – „Legiony”, które miały być sagą żołnierzy generała Jana Henryka Dąbrowskiego.



„Zwycięstwo literatury polskiej”
5 maja 1904 roku 57-letni Henryk Sienkiewicz poślubił cioteczną siostrzenicę – Marię Babską. Była to trzecia żona i piąta Maria w jego życiu. Dowcipni koledzy wysłali mu telegram: „Bądź tak męskim jak ona jest babską”. On zyskał czułą, oddaną i zakochaną w nim od podlotkowych lat partnerkę, Oblęgorek – świetną gospodynię, wieś – życzliwą opiekunkę.

W książce o dziejach Oblęgorka „Gniazdo miłe dla duszy” wybitny dziennikarz kielecki Tadeusz Wiącek cytuje dokument z roku 1900: „Oświata stoi na bardzo niskim stopniu. Analfabetów bardzo wielu”.

Na początku 1906 roku pisał Sienkiewicz do proboszcza w Chełmcach – parafii Oblęgorka: „Dożyliśmy wyjątkowo ciężkich czasów. Podczas rozbiorów chodziło o istnienie państwa polskiego, a obecnie chodzi o coś więcej, bo o życie narodu polskiego – więc powinniśmy ratować to ostatnie dobro nasze ze wszystkich sił. Niewątpliwie oświata jest jednym ze środków ratunkowych”.

Państwo Sienkiewiczowie założyli w Oblęgorku ochronkę, która była tajną szkołą polską.

1

Dwór w Oblęgorku – jak wiele takich siedzib w Polsce – stał się błogosławieństwem wsi. Nie dziwota, że do dziś mówią tam o Sienkiewiczu „nasz pan”.

10 grudnia 1905 roku w Sztokholmie odbierał pierwszą w dziejach literatury słowiańskiej Nagrodę Nobla. Dziękczynne przemówienie Sienkiewicza przeszło do legendy. Kiedy w młodzieńczej naiwności ducha toczyłam boje, by powstał film poświęcony naszemu pierwszemu nobliście – ta scena miała być finałem.

Na sali – król Szwecji ze świtą, dziennikarze z całej Europy, dyplomaci. Patrząc w oczy trzem krukom, trzem ambasadorom mocarstw, które rozdarły jego Ojczyznę, obywatel państwa nieistniejącego na mapie świata powiedział: „Zaszczyt ten, cenny dla wszystkich, o ileż jeszcze cenniejszym być musi dla syna Polski!… Głoszono ją umarłą, a oto jeden z tysiącznych dowodów, że ona żyje!… Głoszono ją niezdolną do myślenia i pracy, a oto dowód, że działa!… Głoszono ją podbitą, a oto nowy dowód, że umie zwyciężać!”.

Był człowiekiem niezwykle hojnym i szczodrym. Całe życie utrzymywał rodzinę – ojca i siostry, zwąc się żartobliwie „familijną mennicą”. Gdy po ukończeniu „Trylogii” otrzymał niezwykły dar – 15 000 rubli w złocie z dedykacją: „Henrykowi Sienkiewiczowi – Michał Wołodyjowski” – sumę kolosalną – przeznaczył ją na stypendium dla artystów cierpiących biedę czy chorobę. Korzystali zeń prawdziwie wielcy, a potrzebujący – Tetmajer i Konopnicka, Witkiewicz i Wyspiański, który dzięki tej pomocy mógł pisać „Wesele”!

„Z karabinem w dłoni”
1 sierpnia roku 1914 wybuchła wojna, która miała przejść do historii jako pierwsza światowa.

6 sierpnia wyruszył z Krakowa pierwszy oddziałek legionistów Komendanta Józefa Piłsudskiego. Wspominał przyszły adiutant Marszałka – Bolesław Wieniawa-Długoszowski: „Rozpierała nam serca radość niezmierna, upajająca, że nadszedł ten czas, i że nam Bóg pozwolił, że nareszcie i my – jak ojcowie i dziady – na koniach z pałaszem u boku, z karabinem w dłoni w polu”.

Dogalopowali do Oblęgorka. „Przecież my musimy mu się zameldować, my pierwsi polscy ułani, toć trzeba nam zasalutować przed twórcą ’Ogniem i mieczem’, ’Potopu’, ’Pana Wołodyjowskiego’. Czyż nie on nas wychowywał, czyż nie on nas przygotowywał do żołnierki, do służby pod rozkazami Komendanta?”.

Synowi autor „Trylogii” kiedyś powiedział: – Oddałbym cały mój talent, gdybym mógł przez jeden dzień nosić mundur polskiego żołnierza! Wymarzony przez ojca mundur żołnierza polskiego przywdział Henryk Józef Sienkiewicz, gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku. Był prawnukiem żołnierza Legionów Dąbrowskiego, wnukiem powstańca listopadowego…

Towarzyszył ojcu w jego ostatnich latach przeżytych w Szwajcarii, gdy „w trudzie niemałym” chory już ciężko na serce Henryk Sienkiewicz dźwigał ogromny trud organizacji prac Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. „Wypłaciłem się za Oblęgorek” – powie.

„Teraz będzie wam dobrze!”
W sierpniu 1925 roku Henryk Józef Sienkiewicz poślubił Zuzannę Cielecką z arystokratycznej, kresowej rodziny. „Odwieczna siedziba przodków” stała się ich gniazdem i przystanią. Tam narodziło się im czworo dzieci.

Miałam zaszczyt i szczęście cieszyć się życzliwością i przyjaźnią pani Zuzanny Sienkiewiczowej. Była osobą niezwykłą. Kruchą, drobną, niespożytą. Wzorem hartu, pracowitości, pogody, optymizmu i uroku. O mężu mówiła zawsze z miłością, szacunkiem i tęsknotą:

– Był godnym synem wielkiego ojca. Ukończył architekturę w Paryżu, odrzucił intratne propozycje pracy, wrócił i pracował przy odbudowie Wawelu…

Kiedy wybuchła wojna w 1939 roku, Niemcy aresztowali oboje Sienkiewiczów za pomoc dla oddziału majora Hubala. Udało się ich ocalić dzięki nieskazitelnej niemczyźnie i niemałym staraniom Jadwigi z Sienkiewiczów Korniłowiczowej, siostry Henryka (jej mąż, oficer, zginie w Katyniu). Wrócili do Oblęgorka, który stał się azylem dla partyzantów Kielecczyzny.

Wnuczkę Sienkiewicza – Jadwigę, która była najmłodszym żołnierzem 4. Pułku Piechoty Armii Krajowej, towarzysze broni uparcie nazywali Baśką Wołodyjowską, mimo groźnego pseudonimu „Osa”.

W czerwcu 1944 roku, gdy front był już na Wiśle, gestapo aresztowało ponownie Henryka Józefa, podejrzewając, że syn autora „Krzyżaków” jest jednym z dowódców AK.

Zapadł wyrok – transport do Oświęcimia. Gdy Zuzanna Sienkiewiczowa dobiegła na stację, zaświeciły jej czerwono światła ostatniego wagonu. Na ulicy ktoś do niej szepnął: – Pan Sienkiewicz już pojechał do Oblęgorka! Wykupili go ogromną łapówką, złożywszy się, chłopi z Oblęgorka i wielkopolski kupiec i filantrop (a potem zdobywca największej kolekcji sienkiewiczianów) – Ignacy Moś.

Stacjonujący w Oblęgorku oficerowie Armii Czerwonej, świetnie znający twórczość Sienkiewicza, orzekli: – Teraz dopiero będzie wam dobrze!

W lutym 1945 roku Sienkiewiczowie otrzymali rozkaz opuszczenia Oblęgorka i powiatu kieleckiego. Opowiadała mi wnuczka Sienkiewicza, Maria: – Pozwolono nam wziąć tyle, ile uniesiemy w ręku. Chłopom z Oblęgorka powiedziano: „Zabierajcie z pałacu, co chcecie”. Zabrali pościel i ciepłe ubrania, i czekali we wsi, by nam oddać i odwieźć nas do Kielc, bo kazano nam iść piechotą. Wyległa cała wieś. Opuszczaliśmy „dar narodowy” wśród płaczu i błogosławieństw. Zamieszkaliśmy ukradkiem w Kielcach. Nie meldowani. Na ulicy Henryka Sienkiewicza! Niezłomna mama szukała ratunku. Wreszcie na interwencję ówczesnego wicewojewody Józefa Ozgi-Michalskiego pozwolono nam wrócić i zamieszkać w podrujnowanej rządówce. Wydzielono też spłachetek ziemi. Prawa autorskie do dzieł Sienkiewicza zostały nam odebrane.

Pałacyk w Oblęgorku umierał. Zaczęto go przerabiać na fabrykę przetworów owocowych. Wstawiono kotły do gabinetu pisarza. Na parkietach suszono deski. W saloniku trzymano świnie i kury.

Przewodnik zatytułowany „Henryk Sienkiewicz i jego Oblęgorek”, wydany w roku 1996, czyli w wolnej Polsce – starannie losy powojenne „daru” przemilcza. Synowa i syn Sienkiewicza wywalczyli w roku 1958 utworzenie Muzeum Henryka Sienkiewicza. Sienkiewicz junior oficjalnie ofiarował pałacyk, obwarowując dar zastrzeżeniem, że wśród pracowników placówki zawsze winno być miejsce dla członka rodziny Sienkiewiczów spełniającego kryteria wykształcenia.

Pierwszym kustoszem została Zuzanna Sienkiewiczowa i to były najlepsze lata Oblęgorka. Za jej czasów Oblęgorek żył. Pozostał centrum, w którym skupiało się życie rodziny. Pani Zuzanna cieszyła się sukcesami syna Juliusza, znamienitego etnografa, pasjonata budownictwa pomorskiego Kaszubów, dyrektora Muzeum w Koszalinie (odmówiono mu miejsca w Oblęgorku!), radowały ją entuzjastyczne głosy polskiej widowni, witającej od Australii po Francję monodram „Mój dziad Henryk” w wykonaniu córki Marii, do której pisano: „Powiało prawdziwą Polską…”.

A w Oblęgorku żyją dziś i działają dzieci Jadwigi-Dzini: Hania – etnograf, i Jerzy – imiennik Bohuna, absolwent Akademii Rolniczej. Oboje są miłośnikami koni i świetnymi jeźdźcami.

Jerzy, zwany Izikiem, współtworzył Grupę Rekonstrukcyjno-Historyczną noszącą miano Świętokrzyskiego Szwadronu Kawalerii Ochotniczej imienia majora Henryka Dobrzańskiego-Hubala. Anna z Sienkiewiczów Dziewanowska, zwana Hanculą, absolwentka wydziału etnografii Uniwersytetu Warszawskiego i studiów muzealnych w Londynie, została na kilka miesięcy przyjęta do oprowadzania wycieczek. Zwiedzający byli zachwyceni faktem, że opowiada im urzekająco o domostwie autora „Trylogii” jego potomkini. Rychło wszakże zabrakło w Muzeum Sienkiewicza miejsca dla jego prawnuczki.

Gdy w 1996 roku szczęśliwie zwolniło się miejsce kierownika, Hanka złożyła swoją ofertę i plan ożywienia Muzeum.

Kandydatura prawnuczki Sienkiewicza została odrzucona, nie zaszczycono jej nawet rozmową.

Anna Dziewanowska stworzyła Stowarzyszenie Rodziny Henryka Sienkiewicza i organizuje coroczne spotkania wnuków, prawnuków i praprawnuków. Jako radna przychodzi z pomocą wsi zgodnie z tradycją dworu. Powołała do życia Stowarzyszenie Kobiet „Jagienka”, które dba o sprawy zdrowotne i bytowe oblęgorskich niewiast.

W 2010 roku powtórzyła się decyzja krzywdząca kolejną prawnuczkę – córkę Juliusza – Katarzynę Sienkiewicz. Absolwentka wydziału etnografii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, mająca za sobą ważki staż w londyńskim Instytucie im. Generała Władysława Sikorskiego, złożyła wszystkie wymagane dokumenta. Nie raczono odbyć z nią nawet rozmowy kwalifikacyjnej.

W bojach o wynagrodzenie rejestru krzywd wyrządzonych najbliższej rodzinie człowieka zwanego „opiekunem Narodu” poległa także Elżbieta Jaworowicz. W roku 1999 w ankiecie „Polityki” – „Najwybitniejsi pisarze stulecia” – Sienkiewicz otrzymał bezapelacyjnie pierwsze miejsce, a „Trylogię” czytelnicy uznali za „dzieło wszech czasów”.

W roku 2002 Elżbieta Jaworowicz w swoim programie „Sprawa dla reportera” z pasją zrelacjonowała haniebne działania władz PRL, wyrzucenie Sienkiewiczów z „daru narodowego”, odebranie praw autorskich, brak miejsca w Muzeum dla posiadających wszelkie po temu uprawnienia – wnuka, a potem prawnuczki. W dobie zwracania ludziom zabranych domów, dworów, pałaców, kamienic, placów – czas byłby na wynagrodzenie krzywd rodzinie Sienkiewicza.

Zaproszeni do studia – przedstawiciel ministra skarbu oraz przewodniczący sejmowej komisji kultury stwierdzili, że z powodu pogwałcenia dekretu z dnia 8 X 1945 r. o przeznaczeniu nieruchomości ziemskiej Oblęgorek (DzU z dn. 19 X 1945 r.) majątek ma być zwrócony spadkobiercom Henryka Sienkiewicza, gdyż „dar narodowy” został przejęty w sposób sprzeczny z prawem. Przewodnicząca senackiej Komisji Ustawodawstwa i Praworządności poparła tę tezę. Tak tedy przedstawiciele rządu i obu izb parlamentu, reprezentujący partie polityczne od lewicy do prawicy, orze-kli, że należy wnieść do Sejmu wniosek o powołanie ustawy, na mocy której Oblęgorek zostanie zwrócony prawowitym właścicielom.

Na tym sprawa – nie tylko dla reportera – została zakończona, bo nikt swoich deklaracji nie zrealizował.

By jednak nie kończyć tego rozdziału akcentem tak pesymistycznym, przywołam fraszkę napisaną aktualnie przez dzieci ze Szkoły Podstawowej im. Henryka Sienkiewicza z miejscowości Siedliszcze na Lubelszczyźnie:

Zamiast głupcem masz być w szkole

Za „Trylogię” łap sokole!

Sienkiewicz nam bliski zawsze

Jego księgi to duma i chwała

My też chcemy być wierni Ojczyźnie!

Jak szabla Pana Michała!

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/52241,o ... odkow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 18 wrz 2013, 06:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Kołaczkowo Władysława Reymonta

„Potrzebuję czuć się kochanym i sam kochać potrzebuję ludzi”. Władysław Reymont
Barbara Wachowicz

Ciekawym, czy w Kołaczkowie już puściła ziemia? (…) Załączam list do Miłosławia, daj go ogrodnikowi, niech z nim jedzie i drzewka przywiezie, i zasadzi: jesiony nad parkanem od chlewów aż do owczarni, a topole za parkanem od owczarni aż do stodoły… – pisał siostrze 6 marca 1922 roku.

Władysław Stanisław Reymont, wielki, uznany pisarz, kandydat do Nagrody Nobla, jest właścicielem majątku Kołaczkowo w Poznańskiem. Spełniły się jego marzenia, posiadł wreszcie własny kawałek ziemi.

Obrazek
Kołaczkowo w Wielkopolsce – majątek Reymonta z pięknym klasycystycznym pałacem (FOT. Z. ŻYBURTOWICZ)


Naprawdę nazywał się Stanisław Władysław Rejment. W autobiografiach – pełnych wątków barwnych, acz nie zawsze wiarygodnych – wiódł ród swój od… szwedzkich wikingów. Pono jeniec – żołnierz wzięty do niewoli pod Jasną Górą w czas „potopu” – zakochał się i został w Polsce. Któryś z jego prawnuków miał zwyczaj przeklinać krewko: „A niech was rejment (regiment) diabłów porwie!”. Obdarzono go przydomkiem Rejment.

„Mnie krawczykiem nazwać chcieli”
W wioseczce Kobiele Wielkie na ziemi łódzkiej dwudziestoletni Józef Rejment poślubił 17 stycznia roku 1854 szesnastoletnią pannę Antoninę de domo Kupczyńską, szlachciankę zacnego rodu. Sypnęły się dzieci, dokładnie co dwa lata – siedem (!) cór i dwóch synów. Wśród nich urodzony 7 maja roku 1867 – Stanisław Władysław.

Matka była prawdziwą bohaterką. Nie tylko rodziła i niańczyła liczną progeniturę, lecz podczas Powstania Styczniowego, w którym walczyło czterech jej braci, pełniła służbę kurierską.

„Pamięć Mamy jest święta” – napisze o niej sławny syn. Zmarła w roku 1890, nie doczekawszy debiutu literackiego Władysława. „Śniła mi się Matuś… O Matko! Sprawiłem Ci tylko smutek i troski, nie dożyłaś, aby jaką taką pociechę mieć ze mnie” – napisze żałośnie. Ojcu wystawił w swych relacjach świadectwo jak najgorsze: „Żelazną ręką trzymał wszystkich; był nieubłagany dla naszych dziecięcych przewinień; więc też całe dziecięctwo miałem pełne obaw, strachów”.

Wielkim oparciem w tych smutkach było dlań rodzeństwo. Brat Franciszek, student medycyny wydalony z uczelni „za działalność wywrotową”, został farmaceutą i adresatem wielu serdecznych listów brata: „(…) dobrze wiesz, jak Cię kocham i jak mnie bardzo obchodzi wszystko, co się tyczy Ciebie”.

Spośród siedmiu urodziwych sióstr (wszystkie wyszły za mąż szybko i dobrze) najbliższą Reymontowskiemu sercu była najstarsza – Katarzyna, która poślubiła zamożnego właściciela zakładu krawieckiego w Warszawie – Konstantego Jakimowicza.

W roku 1880 trzynastoletniego Stacha ojciec oddał temu szwagrowi do terminu. 2 stycznia 1884 roku siedemnastolatek został wyzwolony na czeladnika. W rubryce z zapytaniem, „jaką na dowód uzdolnienia zrobił sztukę”, szwagier oświadczył: „Okazał frak bardzo dobrze uszyty”. Historia nie przekazała, by jeszcze cokolwiek poza tym frakiem wyszło spod igły przyszłego noblisty.

Wiadomo natomiast, iż świeżo upieczony krawiec znikał w katedrze św. Jana i pisał wiersze! Może nie najwyższych lotów – ale wyraziste:

Oni by mnie krawczykiem może nazwać chcieli,
Mnie, czy ci ludzie nie zidiocieli?

Był nieszczęśliwy i nie wiedział, co czynić. Pewnego dnia dostał wiadomość, że do sąsiedniego miasteczka zjechał teatr wędrowny. Komedianci, jak ich wtedy nazywano. Uciekł do nich i wyznał: „Bieda żarła, ale ta swoboda, życie pełne niespodzianek, wzruszeń, fantastyczność zaczęła mi się podobać”.

Do siostry – Kasi Jakimowiczowej – pisał w przeddzień świąt Bożego Narodzenia 1885 roku, że służy Melpomenie „o jednej koszuli, podartych spodniach i dziurawych butach”.

Chciał grać amanta. Był niewysoki, bez okularów źle widział. Dali mu w końcu amancki debiut. Skończył dramatyczną scenę i miał zejść, ostro trzaskając drzwiami. Mrużąc szare oczy, pozbawione szkieł, otworzył gwałtownie stojącą obok drzwi szafę i energicznie do niej wkroczył! Utłukł przedstawienie. Wędrowne życie teatralne odtworzy na kartach utworów – „Franek”, „Adeptka”, „Komediantka” i „Fermenty”.

Ojciec wymyśla mu od „aktorów-włóczęgów” – „Stracono wszelką nadzieję, aby kiedy stał się ze mnie porządny człowiek. Tyle mi tylko ojciec pomógł, że wyrobił mi miejsce na kolei wiedeńskiej”. Jest rok 1889. „(…) od piątej rano do zmroku chodziłem po planie i pilnowałem robót (…). Wśród głodu i chłodu siadywałem w rowie i kiedy woda podmywała mosty, których budowy pilnowałem, pisałem…”.

Wędrował po okolicznych wsiach. Jedna nazywała się Lipce. Lipecki lud, zadziorny i hardy, popatrywał nieufnie na tego krótkowzrocznego pracownika kolei, co lubił stawać pod oświetlonym oknem chat, skąd niosła się muzyka. Ceratowy notes puchł zapiskami, jego właściciel biedował i marzył. „7 maja 1892. (…) czy kiedykolwiek będę drukowanym? Nie zdaje mi się”.

Rozchorował się ciężko – z głodu. „Chlipnąć czasami raz na miesiąc lub dwa łyżkę gorącej strawy, nic nie znaczy. Podła egzystencja. Upokorzenie”…

Życzliwi zaaranżowali mu spotkanie z wszechwładnym naczelnikiem. Pech chciał, że tuż przed tym dniem wziął nowe książki z biblioteki. „(…) śnieg padał gęsty, dzwoniły jakieś sanki, akuratnie jak w Wodoktach, gdym z panem Kmicicem zajeżdżał do Oleńki. Wpłynąłem bowiem na burzliwe tonie ’Potopu’”. Tak się zaczytał, że o audiencji u naczelnika zapomniał.

– Trzeba być idiotą! – wrzasnął protektor. – Posadę diabli wzięli! Podziękuj Sienkiewiczowi!

Reymont odpowiedział: – Podziękuję mu za nieopisane szczęście, jakie mi dał, za pokrzepienie serca, nadzieję i wiarę, za tę potężną pieśń o Polsce niezwyciężonej!

„Stoję na progu sławy”
Wyrastał w domu bardzo religijnym. „Dzień się zaczynał modlitwą. Pamiętam te szare, głuche ranki zimowe. Budził nas zawsze śpiew matki. Śpiewała w kuchni ze służbą pobożne pieśni. (…) Byłem sam wtedy wielce i szczerze pobożny (…). Rozczytywałem się w żywotach świętych Skargi, które umiałem prawie na pamięć”. Matka marzyła, że zostanie księdzem.

Przeorowi paulinów z Jasnej Góry pisał o niej w 1893 roku: „Z Jej śmierci wstało życie dla mnie, że wracałem z pokorą i szczęściem do tych źródeł wiary, od których się oddaliłem. Poznałem, że poza katolicyzmem nie ma nic, dlaczego by żyć warto i umierać”.

5 maja 1894 roku Władysław Reymont wyrusza z pielgrzymką do Częstochowy. Ma napisać relację do „Tygodnika Ilustrowanego”. Warszawa obchodzi uroczyście stulecie Insurekcji Kościuszkowskiej, na manifestujący tłum sypią się aresztowania i zesłania. Pielgrzymka jasnogórska ma być dalszym ciągiem wielkiego marszu narodowego. Idą chłopi, szlachta, rzemieślnicy. W świetnym reportażu, który stanie się prawdziwym początkiem jego kariery literackiej, Reymont wnikliwie ukazał, jak zrodzić się może wielka więź między ludźmi różnych stanów.

„Słońce podniosło się i odsłoniło wieżycę. Wszystkie oczy uderzyły o tę górę z wieżycą na szczycie. Mario! buchnęło jak płomień z tysięcy piersi i tysiące ciał runęły na ziemię z krzykiem radości. Widok ten, niby orkan, rzucił te wszystkie głowy w proch (…). Zaśpiewali pieśń do Matki Boskiej i szli z siłą światłości dziwnej w oczach, z uśmiechem na chudych twarzach, pełnych śladów utrudzenia, a akcenty tego hymnu triumfalnie biły nad ziemią. (…) Kościół zdawał się otwierać z wierzchu, aby przepuścić tłumy dusz, które się rwały w modlitwie w nieskończoność, a wysoko jakby się rozwiewał płaszcz błękitny i ogarniał wszystkich, a jakieś ręce białe i oczy promienne błogosławiły, koiły, uspokajały, krzepiły serca, dawały zapomnienie i moc wytrwania”. Modlono się do Tej, „co Jasnej broni Częstochowy”, o wolność Ojczyzny. Reportaż Reymonta miał motto Mickiewicza: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”.

„Po Częstochowie Londyn. (…) Przed rokiem niespełna siedziałem na wsi, w kącie zabitym deskami… (…) A dziś? (…) mam ten rodzaj szczęścia, jaki ma niewielu…”.

Lata 1896-1899 spędza we Francji. „Zapadłem na ten słynny bruk paryski niby spłoszona kuropatwa i siedzę; (…) zima mokra, mglista, zadeszczona, błotnista – ohydna zima. (…) Druga rzecz, która zupełnie nie pomaga do zapomnienia o chandrze i nostalgii, są stosunki panujące pomiędzy tutejszymi Polakami. Tak się żrą i kłócą, obmawiają, plotkują, jakby to było co najmniej w Warszawie”.

Donosi w 1898 roku z Paryża Sienkiewicz: „Przyjechał Reymont. Młody, okropnie nieokrzesany, utalentowany, głodny, goleńki… Zaproponowałem mu pożyczkę… Wyobraź sobie, jak mu się palce zakrzywiły… Nie mogę zapomnieć, że i ja byłem niegdyś może trochę utalentowany, a na pewno goleńki i nikt mi takiej propozycji nie zrobił…”.

Przyszły prezydent Polski – Stanisław Wojciechowski – wspomina, że kiedy Reymont przyjechał do Londynu, trafił do rodaków w czas wielkiej biedy. Żywili się chlebem i cebulą i tym gościa podjęli. „Przypomniał mi tę wizytę Reymont, kiedy po otrzymaniu Nagrody Nobla przyszedł do Belwederu. – Kiedy były zęby – żalił się – brak było chleba, teraz mam co jeść, ale zębów nie ma!”.

Wiosną 1896 roku jest w Łodzi, gdzie zbiera materiały do powieści „Ziemia obiecana”. Wyznawał: „Uwielbiam masy ludzkie, kocham żywioły, przepadam za wszystkim, co się staje dopiero – a wszystko to mam w tej Łodzi”.

Z Łodzi pisał do brata Franciszka w kwietniu 1896: „Mam 29 lat i stoję na progu sławy i powodzenia i potrzeba wytężyć wszystkie siły, aby stanąć niewzruszenie w literaturze, aby zająć w niej miejsce pierwszorzędne”.

15 lipca 1902 roku w Krakowie odbył się ślub Reymonta z Aurelią Szacnajder-Szabłowską, elegancką, wytworną blondynką. W podróż poślubną wyjechali do Francji, gdzie Reymont pracował nad powieścią, o której donosił bratu już w maju 1898 r.: „Szykuję się do pisania wielkiej chłopskiej powieści dla ’Tygodnika’ pt. ’Chłopi’ (…) powieść ową będę pisał bardzo wolno, chcę z niej zrobić swoje arcydzieło”.

I tak się stało.

„Odbudować polską duszę”
Pisał „Chłopów” we Włoszech, na Litwie, w Paryżu. „Próżniak jestem – mówił – więc sobie wydzielam na każdy dzień robotę i póty nie wychodzę, póki jej nie skończę. A po obiedzie idę do kawiarni i śmiech to mówić, ale na tych paryskich bulwarach widzę przed sobą moją ukochaną wioskę i słyszę, jak Antek rozmawia z Hanką albo z Jagusią, widzę, jak jadą do lasu, orzą czy sieją, patrzę na bursztynowe pnie sosen…”.

Bożyszcze literackiej Europy – francuska sława, Romain Rolland, gratuluje Reymontowi „Chłopów”: „Szczęśliwy kto, jak Pan, nie jest wyrobnikiem książek – ale ziemią, swoją ziemią w całym cyklu czterech pór roku! (…) Raduję się, że Polska Pana posiada”.

Reymont w swej francuskiej biografii wyznaje: „Chcę (…) ze strzępów myśli i zaginionych obyczajów, z wrażeń z ziemi, ze wszystkiego co nasze, w swej najistotniejszej treści, odbudować polską duszę”.

Podejmuje trud heroiczny. Postanawia napisać gigantyczną trylogię poświęconą trzem polskim powstaniom – Kościuszkowskiemu, Listopadowemu, Styczniowemu.

Udało mu się zrealizować pierwszą część, napisać trzytomowy „Rok 1794” – dzieje insurekcji Tadeusza Kościuszki. Pochylił się nad dramatyczną powtarzalnością naszej historii. Siostrze pisał – niestety jakże słusznie: „Każda matka Polka, mająca synów, drżała tak samo o ich los, drży i jeszcze długo drżeć będzie. To są bóle i trwogi (…) jest to stała ofiara na ołtarzu ojczyzny”.

Dożył zwycięstwa Ojczyzny.

„Bardzo ładnie na wsi”
Od dawna marzył o posiadaniu własnej ziemi i domostwa na wsi. 19 stycznia 1920 roku rozpoczął starania o nabycie majątku Kołaczkowo pod Wrześnią w Wielkopolsce – wpisanej tak dramatycznie w nasze dzieje strajkiem dzieci pobitych przez Niemców za pragnienie modlitwy po polsku.

– Września – mówił Reymont – to symbol nieugiętości i mocy ducha chłopa polskiego. Dzieci wrzesińskie przed całym światem zaświadczyły o polskości tych ziem i przywiązaniu do wiary.

Poświęcił tym dzieciom wstrząsającą nowelę „W pruskiej szkole”. Ufundował Wrześni piękną bibliotekę wyposażoną w najwybitniejsze dzieła literatury ojczystej, wygłaszał prelekcje o historii Polski, cieszył się ze spotkań z młodzieżą… Września przyznała mu swe obywatelstwo honorowe.

Dobrym duchem Kołaczkowa, który przepięknie odremontował, stała się jego siostra Maria, adresatka listów brata stanowiących cenną kronikę – dowód, jak dalece „hreczkosiej” Reymont angażował się w los nabytej siedziby.

Marzec 1922 – „Ciekawym, czy w Kołaczkowie również mokro i czy już puściła ziemia? Co robi ogrodnik? Czy już ma inspekta? Powinien teraz na gwałt obcinać drzewa, skrobać je, bielić i okopać”. Daje wytyczne: jak tworzyć klomby, jak grabić park, jakie i gdzie zasadzić drzewka owocowe.

Młody, prężny wydawca amerykański – Alfred Knopf – rzuca na rynek amerykański w dużym nakładzie tłumaczenie „Chłopów” i odnosi finansowy sukces. Dolarowy zastrzyk w znacznej mierze przyczyni się do ocalenia „marzenia”, jakim było dla Reymonta Kołaczkowo.

Jak wyglądało podówczas – opowiada z właściwym sobie urokiem i uśmiechem Kornel Makuszyński: „Był to śliczny dom, (…) wśród bukietów drzew, pełen złotej poświaty. (…) Reymont strasznie się (…) puszył jako gospodarz, chciałby, gdyby mógł, całemu światu pokazać to Kołaczkowo, wyspę szczęśliwości (…).

Pałacyk śliczny, włoskiej mody, kolumny wyniosłe, komnaty pełne słońca”.

W Kołaczkowie królują psy. Gdyby Orwell znał język polski, moglibyśmy oskarżyć jego „Folwark zwierzęcy” o plagiat. W książce Reymonta „Bunt” opatrzonej podtytułem „Baśń” zwierzęta buntują się przeciw władzy człowieka. Krytycy marksistowscy nazwali „Bunt” „paszkwilem na rewolucję”, wydawca współczesny (pierwsze wznowienie od 80 lat w roku 2004 ma na okładce mordę psa w bolszewickiej czapce z czerwoną gwiazdą) uznał tę okrutną „baśń” za „postrzeganie zagrożenia komunistycznego jako czynnika zabijającego człowieczeństwo”.

Opowiadała mi pani Janina Makuszyńska, żona Kornela, gdym ją odwiedzała w zakopiańskiej „Opolance”: – Reymont był człowiekiem uroczym, skromnym i dobrym. Wiele listów od niego spaliło się w naszym warszawskim mieszkaniu podczas Powstania, ale ocalał ten, gdzie wabi mnie Reymont następująco: „Jabłków i gruszków, jeśli Pani tego używa, jest już w bród. Są i kartofle z kwaśnym mlekiem. Na przyjazd Pani każę zabić tłustego barana. Może być i prosiątko pieczone. Mogą być indyczki lub gąski. No i co Pani zechce. Wszystko do dyspozycji, nawet róże i miód świeży”… I kończy te obietnice z melancholijnym sarkazmem: „Nawet perspektywa pogrzebu pierwszej klasy mojego”.

Niestety – jakże szybko ta obietnica miała się spełnić.

„Obdarzyliście mnie po królewsku”
„Piszę w 24 godziny po otrzymaniu wiadomości o Noblu (…) ta nagroda uderzyła we mnie istotnym, wstrząsającym piorunem (…) w kraju zrobiło to kolosalne wrażenie. Gotowi jeszcze czytać moje książki!” – zanotował z goryczą.

13 listopada 1924 roku Akademia Szwedzka przyznała Reymontowi Nagrodę Nobla za „Chłopów”. Oświadczono: „Cieszymy się, że najwyższe odznaczenie literackie przyznano przedstawicielowi odrodzonej i wolnej Polski”.

Niestety stan jego serca był taki, iż nie mógł jechać do Sztokholmu, by odebrać nagrodę. Napisał melancholijnie: „Nagroda Nobla spadła na mnie prawdziwym gromem niespodzianki (…) chory jestem, bez sił, cóż mi po sławie i pieniądzach. Los zadrwił sobie ze mnie”.

Na 15 sierpnia 1925 roku członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” pod przywództwem Wincentego Witosa zaplanowali wspaniałe dożynki, by oddać cześć twórcy „Chłopów”.

„Myślę, że byłaby to jedyna sposobność pogodzenia się wszystkich polskich stanów i zawiązania (…) świętej konfederacji trwania i obrony… Tak mi się to marzy. Dożynki w dzień Matki Boskiej Zielnej. Święto oracza, święto pracy rolnej obchodzone przez całą Polskę” – zapisał optymistycznie.

Powiedział: „Jeśli praca moja przyniosła Polsce pożytek, to spełniłem tylko mój obowiązek wobec Ojczyzny. Obdarzyliście mnie po królewsku”.

Po powrocie z dożynek – dogasał. Umarł 5 grudnia 1925 roku.

Trumna z Orłem Białym płynęła na barkach chłopskich Aleją Zasłużonych na Powązkach, która od tej mogiły się zaczęła. Wrzucono mu do grobu garście ziemi z Lipiec i Kołaczkowa.

„Cudownie spotkać Reymonta”
Reymont chciał przekazać Kołaczkowo na „Dom Pisarza-Weterana”. Zanotowano jego słowa: „Dwór w Kołaczkowie stanie się ośrodkiem, w którym pisarze polscy, gdy dojdą do starości i już pisać nie będą mogli, znajdą mieszkanie i całe utrzymanie. Bo nie jeden na stare lata cierpi nędzę”. I mielibyśmy nasz Skolimów, którego zazdrościmy aktorom. Niestety – Aurelia Reymontowa czym prędzej Kołaczkowo sprzedała.

W czasie wojny i po wojnie Kołaczkowo doszczętnie zrujnowano – zwykły los dworów polskich. Odbudowę rozpoczęto w Roku Reymontowskim 1967, pałac otwarto w 1971. Obecnie działa tam Gminny Ośrodek Kultury imienia Władysława Reymonta. Dyrektorowi Edmundowi Kubisowi udało się wyposażyć wnętrza w oryginalne meble biedermeierowskie pochodzące z warszawskiego mieszkania Reymonta. Zgromadzono pełną dokumentację licznych adaptacji filmowych dzieł Reymonta, przypominając, iż „Chłopów” i „Ziemię obiecaną” sfilmowano po raz pierwszy jeszcze za życia autora.

Imponująco wygląda potężny zestaw dzieł Reymonta włącznie z tak egzotycznymi tłumaczeniami jak „Ziemia obiecana” po chińsku. Wielką atrakcją dla zwiedzających jest sam pan Reymont siedzący przy biurku.

Ośrodek – z inicjatywy dyrektora Kubisa (który potrafi przedłużać dzień pracy tak długo, jak pukają do drzwi pałacu goście) – organizuje szereg konkursów, którego wynikami powinni zainteresować się naukowcy badający historię polszczyzny. Bardzo cenne są odpowiedzi młodzieży na pytanie: „Jak mówią bohaterowie ’Chłopów’, a jak mówisz ty, twoi rodzice i dziadkowie? Czego nie rozumiecie wy, a czego nie zrozumieliby Jagna, Boryna, Antek?”.

Dyrektor Kubis zbiera także i eksponuje pod hasłem „Ocalić od zapomnienia” sprzęty gospodarstwa domowego z epoki reymontowskiej, kultywuje stare pieśni i tańce. Zdobył nagrania ludzi, którzy jeszcze pamiętali Reymonta i pracowali w majątku. Otacza ochroną park, gdzie szumią srebrne świerki, posadzone ręką Reymonta.

Wpisy do ksiąg pamiątkowych są pełne wzruszenia: „Cudownie spotkać znów Reymonta w Kołaczkowie, który był jego spełnionym marzeniem!”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/54134,kol ... monta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 25 wrz 2013, 08:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Bronowice Stanisława Wyspiańskiego

Barbara Wachowicz

W sypialni Stanisława Wyspiańskiego wisiał zawsze jego młodzieńczy obraz zatytułowany „Śmierć matki artysty”. To jedyne wspomnienie matki w jego twórczości. Panna Maria Rogowska pochodziła ze szlacheckiej familii krakowskiego patrycjatu. 25 kwietnia 1868 roku poślubiła młodego rzeźbiarza Franciszka Wyspiańskiego i 15 stycznia roku 1869 urodziła syna, któremu dano imiona Stanisław Mateusz na cześć bohaterskiego dziada, który wspierał Powstanie Styczniowe. Zmarła 18 sierpnia 1876 roku na gruźlicę, siedmioletni Staś został z ojcem sam. „U stóp Wawelu miał ojciec pracownię (…)/ tam chłopiec mały chodziłem,/ co czułem, to później w kształty mej sztuki zakułem” – wspomni już w latach sławy.

Ukończył prestiżowe gimnazjum św. Anny (bardzo nie lubił matematyki!).

Po maturze zaczął studia w Szkole Sztuk Pięknych i na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, poświęcając się przede wszystkim historii sztuki i literaturze. Był ulubionym uczniem Jana Matejki.

„Po ogień jasny iść”
Należał do natur zamkniętych, nieskorych do więzów przyjaźni. A przecież zawarł sojusz serdeczny z młodszym kolegą uniwersyteckim, który napisze: „Przeżyliśmy razem całą młodość i najpiękniejsze męskie lata”. Autor tych słów nazywał się Lucjan Rydel i miał stać się Panem Młodym z „Wesela”.

Wspomina Rydel „nocne przy księżycu wędrówki po Starym Krakowie” z Wyspiańskim. „Ta przeszłość mówiła do nas, gdyśmy wchodzili pod sklepienia wawelskiej Katedry i stawali nad sarkofagami królów; a teraźniejszość?… Ta rozdzierała nam serca, gdy nam z dziedzińców królewskiego zamku zamienionego na koszary dolatywał przeraźliwy głos trąb wojskowych; wieczorami patrzyliśmy w okna monarszych komnat, zbezczeszczonych i splugawionych, i czekaliśmy, czy nie przesunie się w oknie cień dostojny i boleśny w koronie Piastów i Jagiellonów”.

Z dumą pisze Rydel o przyjacielu, iż ten ledwo dwudziestolatek był „prawą ręką Matejki” przy renowacji wnętrza kościoła Mariackiego i zdobieniu świątyni piękną polichromią.

Otrzymał propozycję przygotowania polichromii kościoła Franciszkanów. Ma namalować żywioły. I chce ich symbolem uczynić kwiaty, które kochał. Pisze Rydlowi w styczniu 1896: „Nie mogę się doczekać kwiatów i wiosny i wyobrażam sobie już moje szaleństwa, jak cały pokój będzie pełny woni i barw zielska, zieloności, chwastów”. A obdarowując wierszem przyjaciela, wyznawał:

Chciałbym ci najbujniejszy kwiat złożyć
na piersi (…)
Nam trzeba za cenę życia po ogień
jasny iść (…)
porwać ogień strzeżony
zanieść w ojczyste strony.

Latem 1899 roku Wyspiański ciężko zachorował. Uratowała go pomoc Henryka Sienkiewicza, o którą zwrócił się do autora „Trylogii” Lucjan Rydel.

Plotka, którą zrobił Boy-Żeleński, jakoby Sienkiewicz nazwał Wyspiańskiego grafomanem (co powtarzają z lubością różni ignoranci za naszych czasów), nieprawdziwa jest i wyjątkowo krzywdząca. Po zgonie autora „Wesela” Sienkiewicz pisał prezydentowi Krakowa: „Z uczuciem żalu powszechnego, jaki w sercach polskich wzbudziła przedwczesna śmierć poety, który głęboką miłość dla kraju łączył z niezwykłą i prawdziwie wzniosłą czystością myśli i uczuć (…) służył Ojczyźnie, potrafił wstrząsnąć i pociągnąć ku sobie serca polskie…”.

Stypendium Sienkiewiczowskie przyznano Wyspiańskiemu w latach 1900-1902. Właśnie wtedy powstało „Wesele”.

„Daję Waści złoty róg”
W Izbie Weselnej „Rydlówki” wisi fotografia natchnionego proroka Wernyhory, malowanego przez Matejkę. Od sceny pojawienia się Gospodarzowi „Pana Dziada z Lirą” zaczął Wyspiański pisać „Wesele”. Złoty róg, który ma wzywać Polaków do walki, dostaje Gospodarz – Włodzimierz Tetmajer.

Ród Tetmajerów żołnierski był z dziada pradziada. Praszczurowie Gospodarza walczyli w Legionach Dąbrowskiego, a jego ojciec ranny w bitwie pod Iganiami poderwał do boju swój oddział i szarżował na Moskali w tym największym zwycięstwie Powstania Listopadowego.

„I przypominam chwile, kiedy nas obu, wraz z bratem, uczono (…) ’Pieśni o ziemi naszej’. Bo Matka najpierwej zaraz po pacierzu nauczyć nas chciała, jak mamy kochać ojczyznę” – pisał Tetmajer.

„W Małopolsce słynne były w Bronowicach ładne dziewki, gosposie z uśmiechem na licach…” – czytamy w poemacie Tetmajera „Racławice”.

Panna Anna Mikołajczykówna, lat 16, Hanusią zwana. „(…) dziewczę o matowej twarzyczce, okraszonej smagłowością, o ciemnych oczach, ustach wykrojonych smutkiem i dobrocią” oczarowała Włodzimierza. Ich małżeństwo wstrząsnęło Krakowem. Jakże to możliwe? Szlachcic, malarz, uczeń Matejki, po studiach w Paryżu, Monachium, Wiedniu – który „obnosił po mieście swój szyk paryski, wytworność i butę wielkiego pana, i artysty…” – żeni się z prostą chłopką! Skandal! Groza! Rozpacz rodziny!

Krakowskie paniusie biadoliły w pamiętnikach: „Czy z taką wiejską babą może być szczęśliwy człowiek wykształcony?”. Okazało się, że było to niezwykle szczęśliwe i dobrane stadło.

W roku 1894 Tetmajerowie budują dom. Nad frontowym ganeczkiem gontem krytym widniał herb Tetmajerów, ale chata jest kryta strzechą. To dzisiejsza „Rydlówka” – miejsce akcji „Wesela”. Tetmajer pisze wiersz „Na dom bronowski”:

Więc pragnę, by dom nowy uczył moje dzieci
kochać zmarłą ojczyznę i czcić Ją jak Boga!

Wierną sojuszniczką była „żonisia”, jak czule nazywał swoją Annę, która „chowała dzieci w miłości dla Polski”. I taką ją widzimy w „Weselu”. Wzorowa żona dbająca o męża i liczne dzieci (dziewięcioro!), zapobiegliwa, rzeczowa, chowająca starannie do skrzyni złotą podkowę, którą zgubił koń Wernyhory, bo „Scęście w ręku, tego z ręki się nie zbywa… Scęście swoje się szanuje…”. Czym było to szczęście u boku takiej żony, mówią słowa Włodzimierza Tetmajera:

Ty moja wierna towarzyszko wdzięczna,
co mnie jak anioł wiedziesz w życia burzy.

„Jakie to kochanie będzie?”
Panna Młoda mówi w „Weselu”: „Cięgiem ino rad byś godać, jakie to kochanie będzie”. W izbie „tanecznej” Muzeum Młodej Polski zwanym „Rydlówką” wiszą portrety Jadwigi Mikołajczykówny, pastelowej, jasnowłosej, subtelnej, zadumanej. Całkowite zaprzeczenie rubasznej, temperamentnej (w filmie bardzo obfitokształtnej) Panny Młodej z „Wesela”.

Pani Włodzimierzowa Tetmajerowa miała młodszą siostrę Jadwisię. 8 sierpnia 1900 roku Lucjan Rydel słał wieść: „Przyszła i na mnie kreska: żenię się”.

I oto 20 listopada 1900 roku w kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej kościoła Mariackiego odbył się ów ślub, który miał Rydlowi przynieść szczęście, a literaturze polskiej arcydzieło.

Ślub celebrował staruszek ksiądz, ojciec Wacław Nowakowski, z zakonu kapucynów, sybirak, przyjaciel rodziny, spowiednik Rydla od dzieciństwa, znakomity kaznodzieja, sportretowany przez Wyspiańskiego w dramacie „Wyzwolenie”, gdzie woła:

(…) do góry, bracia, do góry,
gdzie orzeł, ptak białopióry,
Polskę na skrzydłach ponosi.
Bóg Polskę we mnie głosi!

21 listopada wieczorem odbywały się „czepiny” – zdjęcie wieńca Panny Młodej i włożenie jej czepca. Opowiada Rydel: „Był widok jedyny w swoim rodzaju i zupełnie niezwykły, kiedy u Tetmajerów zasiedli przy stole panowie we frakach, a między nimi wiejskie kobiety w naszywanych gorsetach i w koralach na szyi, i panie w sukniach wizytowych, i chłopi w sukmanach”.

I tu Wyspiański ujrzał swój dramat.

„Polska śniła się poecie”
Ponurego lutowego dnia 1901 roku dyrektora Teatru w Krakowie Józefa Kotarbińskiego i jego żonę Lucynę „mordował czytaniem makabrycznej fantazji” Stanisław Przybyszewski. Mieli oboje po tej lekturze „przytłaczającej jak zmora” wściekły ból głowy, gdy pojawił się „cichy, skromny, blady jak opłatek – Stanisław Wyspiański, trzymając trochę kartek…”.

Kotarbiński wspomina: „Czułem, jak mnie za serce chwyta czar tej poezji na wskroś nowej, ujarzmiła mnie wizja poety…”.

W przeddzień premiery cenzura kazała pod groźbą wysokiej kary pieniężnej skreślić scenę sławnej rozmowy Poety z Panną Młodą: – Serce? – A to Polska właśnie!

Na próbie generalnej Wanda Siemaszkowa – Panna Młoda – dowiedziawszy się o tym, krzyknęła: – To cesarz austriacki pozwala śpiewać: „Jeszcze nie zginęła”, a cenzor wyrzuca Polskę z serca polskiej chłopki? Będę mówiła, zapłacę, rozkrzyczę, podam do gazet… Cenzor, Polak, zabrania mówić o Polsce w sercu… Cenzor uciekł.

16 marca 1901 roku zagrano premierę „Wesela” bez żadnych skreśleń!

Po spektaklu, jak twierdzą świadkowie, wydarzyło się coś, czego dotąd dzieje teatru nie znały. Publiczność zastygła, zamarła, po czym sala zerwała się i zaszumiał huragan braw. Bohaterowie dramatu zareagowali różnie.

Dziennikarz, czyli Rudolf Starzewski, redaktor „Czasu”, ogłosił ogromne, wnikliwe studium poświęcone „Weselu”: „Trwa to ’wesele’ przeszło wiek – pisze – uczestnikiem każdy, komu polskie serce bije w piersi lękiem i nadzieją”.

Poeta – Kazimierz Przerwa-Tetmajer, brat przyrodni Gospodarza, ogłosił cykl esejów poświęconych Wyspiańskiemu, stwierdzając: „Wyspiański uderzył naród w serce i naród sercem mu odpowiedział”.

Gospodarz – Włodzimierz Tetmajer – napisał do Wyspiańskiego list: „Zrobił pan wielkie, wielkie dzieło, wielkie dzieło sztuki i wielkie dzieło miłości Ojczyzny.

Niech Bóg i Matka Boska i Król-Duch Polski strzegą pana od wszystkiego złego i pomogą tworzyć”.

I tylko Pan Młody, czując się ośmieszonym, był oburzony i rozżalony. Panna Młoda podobno zalała się łzami i nie mogła darować Wyspiańskiemu pytania: „Kaz ta Polska?”. Jakże to! Ona – wychowana w domu szwagra, „gdzie co trzecie słowo było Polska”, miała nie wiedzieć, czym ona jest?!

W znakomitym dramacie Rydla „Betlejem Polskie”, wznowionym po wojnie po raz pierwszy w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie w roku 1979, cała Polska pielgrzymowała do żłóbka.

Na premierze, gdy w finale Matka Boża – Polski Królowa – prosi Syna: „Patrz, cała Polska pod mój płaszcz się garnie” – cała widownia, powstawszy, śpiewała z aktorami „Bóg się rodzi”, a kapłan, który siedział w więzieniu za budowę kościoła w Nowej Hucie, wbiegł na scenę, by uściskać reżysera-dyrektora Henryka Giżyckiego w grottgerowskiej czamarze styczniowego powstańca…

Warto dodać, że mimo rozżalenia Lucjan Rydel nie zerwał z przyjacielem młodości, wspierał Wyspiańskiego w zabiegach o dyrekcję teatru krakowskiego, ratował pożyczkami, a gdy autor „Wesela” odszedł z tego świata 28 listopada 1907 roku, apelował, by „duchową jego spuściznę otoczyć opieką i zabezpieczyć dla potomnych pokoleń”.

„Ułanem będzie mój syn!”
Jakie były losy bohaterów „Wesela”? Opowieść o nich zawdzięczam pani Marii Rydlowej, znamienitej polonistce Uniwersytetu Jagiellońskiego, żonie wnuka Rydla, wzorowo jako kustosz honorowy opiekującej się „Rydlówką”.

Błażej Czepiec doczekał niepodległości Polski, działał w Polskim Stronnictwie Ludowym. Na jego pogrzebie w roku 1934 powiedziano: „Żegnaj, Czepcu – starosto weselny! Miałeś rację – ’Chłop potęgą jest i basta’”!

Rachel – Józefa Singer, córka karczmarza, obiecała Rydlowi, że ochrzci się i przejdzie na katolicyzm, gdy Polska odzyska niepodległość, co uczyniła. Jej chrzestnym ojcem był Włodzimierz Tetmajer. W czasie okupacji niemieckiej nie założyła gwiazdy Dawida i nie poszła do getta. Ukrywano ją w „chacie rozśpiewanej” – „Rydlówce”. Wojnę dzięki rodzinie Rydla przeżyła.

Poeta. Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Po ogromnym sukcesie tatrzańskiej sagi – „Na skalnym Podhalu”, „Legenda Tatr” – uwielbiany przez górali (i niezmiennie adorowany przez „zwariowane babiszony”!) – przyczynił się do powstania Związku Podhalan. Żarliwie wspierał ideę Legionów Piłsudskiego. Na stare lata samotny i opuszczony miał tylko jedynych opiekunów w postaci warszawskich harcerzy – przyszłych bohaterów „Kamieni na szaniec”.

Gospodarz. Włodzimierz Tetmajer – w roku 1911 zostaje wybrany przez chłopów na posła z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego do parlamentu austriackiego. Wsławi się, od razu zaznaczając, że jako szlachcic polski nie będzie z ministrami korespondował po niemiecku, lecz… po łacinie! Jego wystąpienia cechuje wyjątkowa odwaga. „My uważamy, że Polska jest rzeczą wielką i cenną”. I oto w 1918 roku wybija godzina niepodległości. Napisze w uniesieniu:

Zerwał się orzeł! Ze mgły się wyłania!
Lśnią białe skrzydła w zorzy zmartwychwstania!

Miał w dziele zmartwychwstania Polski swój udział. W Bronowicach ćwiczył Drużyny Strzeleckie, które współtworzyły Legiony Piłsudskiego. Marzył, by jego ukochany najstarszy syn Jan Kazimierz stanął kiedyś w szeregach polskiego wojska. „I na małego patrząc chłopczynę, myślę: ułanem będzie mój syn!”.

To marzenie się spełniło, niestety – okrutnie! 28 lipca 1918 roku jego wymarzony ułan – podporucznik 8. Pułku Ułanów im. Księcia Józefa Poniatowskiego Jan Kazimierz – poległ w krwawej bitwie.

Zmierzchowi ojca towarzyszą żal, gorycz, rozczarowanie, które wyraził w „Szopce politycznej”:

Jak zaczęli w Sejmie smrodzić,
Jak się jęli za łby wodzić,
Nic nie widzą, nic nie słyszą,
Tylko jadem na się dyszą!

Umarł na serce. Żegnając go, Polacy powiedzieli, że daleki był od letargicznego tańca przy muzyce chochoła i tyle „ognia miłości dla wszystkiego co polskie zgasło z chwilą, gdy to najszlachetniejsze serce bić przestało”.

Gospodyni. Anna z Mikołajczyków Tetmajerowa w 1939 roku odwiedziła córkę na Kresach. Gdy wkroczyła na ziemię polską Armia Czerwona, Gospodyni została wywieziona przez NKWD na Syberię, gdzie przeżyła śmierć wnucząt. Ratowała się, tnąc swoje piękne, kolorowe chusty bronowickie i oddając je za chleb. Dwaj jej zięciowie, więzieni w łagrach – potem żołnierze armii generała Andersa – odnaleźli teściową i ocalili. Przez Persję, Teheran, Indie powróciła Gospodyni do „Tetmajerówki” w Bronowicach. Jakaż szkoda, że nikt nie spisał jej wspomnień!

Pan Młody. Lucjan Rydel przeżył ze swoją Jagusią – Panną Młodą – osiemnaście bardzo szczęśliwych lat. Zmarł w swej „Rydlówce” 9 kwietnia roku 1918, nie doczekawszy listopadowej wolności.

„Przybywaj tu – odżyjesz!”
Jadwiga Rydlowa wiernie spełniła testamentarną prośbę męża. Mimo biedy nie sprzedała „Rydlówki”, która do dziś pozostaje w rękach rodziny.

Uroczą, mądrą, gościnną przewodniczką-kustoszem jest pani Maria Rydlowa – małżonka wnuka autora „Betlejem” – Jacka, syna córki Lucjana Rydla. Mówi o nim: – Bardzo dobry, piękny, szlachetny, odziedziczył wszystkie geny najlepsze po Mikołajczykach i Rydlach.

Panią Marię wspierają w opiece nad sławnym domostwem – syn Jan, znamienity historyk, pasjonujący się dziejami II wojny światowej, wnuczka Anna – imienniczka Haneczki z „Wesela”, córka Katarzyna z mężem Piotrem, którzy powrócili do Polski, porzuciwszy lukratywne życie w Stanach…

Oto opowieść Marii Rydlowej: Panna Młoda z „Wesela” odeszła w roku 1936 i żegnano ją artykułami – „Arystokratka w czepcu”. Była nią niewątpliwie – cicha, spokojna, zrównoważona, nieugięta – arystokratka z ducha. Niemcy wyrzucali z „Rydlówki” książki i ciskali w błoto pod samochody… Ale „Rydlówka” przeżyła. I zaczęli odwiedzać ją ludzie ciekawi miejsca, gdzie toczy się akcja „Wesela”.

21 listopada 1969 roku otwarto Regionalne Muzeum Młodej Polski „Rydlówka”. Pierwszym kustoszem została Anna Rydlówna, wnuczka Jadwigi i Lucjana, która pełniła tę funkcję z wielkim oddaniem do chwili śmierci, czyli prawie lat 30!

Po jej odejściu utrzymaliśmy więź rodzinną z domem „Wesela”, mieszkamy na pięterku, do funkcji przewodniczki już przysposobiła się praprawnuczka nosząca imię tak wpisane w tradycję domostwa – Anna.

Pod przewodnictwem pani Marii i Anny miałam szczęście przeżyć spotkanie z „Rydlówką”. Z okien tej izby tanecznej widać chochoły jesienią. I odbywa się wówczas w „Rydlówce” uroczystość „Osadzenia chochoła” – ze słowami nadziei, że kryje on różę – życie, które z wiosną „odkwitnie”.

„Rydlówka” promienieje i promieniuje. Jest bajecznie kolorowa, urodziwa, piękna, świetlista. I temu weselnemu domostwu należy przypisać słowa Muzy z „Wyzwolenia”:

Ktokolwiek żyjesz w polskiej ziemi
i smucisz się, i czoło kryjesz,
z rękoma w krzyż załamanymi
biadasz – przybywaj tu – odżyjesz!

http://www.naszdziennik.pl/wp/54951,bro ... kiego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 25 wrz 2013, 11:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.patriota.pl/index.php/kultur ... -moniuszko

Nie tylko terkot kołowrotka. Pieśni Stanisława Moniuszki w krwioobiegu kultury polskiej
wtorek, 20 sierpnia 2013 12:28 Kacper Roman

Obrazek
Ja nic nowego nie tworzę... (Stanisław Moniuszko)


Stanisław Moniuszko, uznany za “Ojca opery polskiej”, jest także naszym najwybitniejszym twórcą pieśni. Już sama ich liczba jest imponująca; Zdzisław Jachimecki określił ją na 267, według innych źródeł liczba pieśni przekroczyła 300. Większość została zebrana i wydana w postaci Śpiewników domowych, z których 6 opublikowano za życia kompozytora, a po śmierci – 6 następnych, zawierających pieśni wydane wcześniej osobno.

Już we wczesnym dzieciństwie Moniuszko zetknął się, przy okazji różnych uroczystości i obrzędów, z polską muzyką ludową, niepozbawioną jednak wpływów białoruskich i ukraińskich. Stanowiło to inspirację dla późniejszej twórczości pieśniarskiej. Wychowywany w muzykalnej rodzinie, Moniuszko poznał także, obok różnych arii operowych oraz utworów fortepianowych, pieśni Schuberta i ballady Loewego, których nuty sprowadzano z Wilna. Pierwsze próby kompozytorskie 18-letniego Moniuszki, poza drobnymi utworami fortepianowymi, stanowiły pieśni wpisane do albumu narzeczonej Aleksandry (Aliny) Müller: Romans (słowa Jan Januszkiewicz), Świerszcz (Jan Nepomucen Kamiński) i próba pieśni do wiersza Mickiewicza Kochanko moja, na co nam rozmowa.

Obrazek
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu! (Adam Mickiewicz)


W 1837 roku kompozytor rozpoczął studia muzyczne w Berlinie u prof. Rungenhagena i rok później niemiecka firma wydawnicza opublikowała Trzy śpiewy (Sen, Niepewność i Moja pieszczotka) do słów Mickiewicza, ale z tekstem niemieckim. W tym czasie powstała również ballada Trzech Budrysów (Adam Mickiewicz), której pierwsze wydanie niestety zaginęło, a wznowienia dokonano w 1858 roku. Ballada ta jest jednym z piękniejszych utworów w całej twórczości pieśniarskiej Moniuszki, a napisana przez 19-letniego kompozytora rokowała mu wspaniałą przyszłość w dziedzinie liryki wokalnej. Zwraca uwagę idealne zespolenie muzyki i tekstu, co jest szczególnie ważne w przypadku pieśni i charakteryzuje twórczość najwybitniejszych kompozytorów tej formy muzycznej. Wydane w Berlinie pieśni uzyskały przychylne recenzje zamieszczone w poznańskim „Tygodniku Literackim”. Podkreślano, że do czasów Moniuszki polska twórczość pieśniarska ograniczała się do kilku utworów Chopina, Kurpińskiego i Lipińskiego, natomiast reszta była naśladownictwem pieśni włoskich.

Obrazek
Bóg wyrzekł słowo stań się... (Adam Mickiewicz)


Rok 1838 – wydanie pierwszych pieśni Moniuszki (wspomniane Trzy śpiewy) – należy uznać za datę epokową w historii muzyki polskiej. Podczas pobytu na studiach w Berlinie i po powrocie w roku 1840 do Wilna zbiór pieśni znacznie się powiększył i młody kompozytor podjął decyzję o przygotowaniu utworów w formie wydawanych kolejno zeszytów pod nazwą Śpiewników domowych.

Zakup zbioru możliwy był na drodze prenumeraty, do której Moniuszko zachęcał w napisanym w 1842 roku przez siebie prospekcie na łamach "Tygodnika Petersburskiego". Zawarł w nim w rzeczywistości swoje credo artystyczne, które stało się podstawą jego twórczości pieśniarskiej:
"Śpiewnik mój zawierać będzie zbiór śpiewów na jeden głos z towarzyszeniem fortepianu. Wiersze – starałem się wybierać z najlepszych naszych poetów, a mianowicie: Piosenki sielskie tudzież Piosnki wieśniacze znad Niemna w nim umieściłem, będąc tego przekonania, że te utwory poetyczne najwięcej na sobie charakteru i barwy krajowej okazywały. Nadto poważyłem się jeszcze doświadczyć zupełnie nowej u nas formy śpiewu, którą w opowiadaniu naiwnym o Dziadku i babie w rodzaju baśni gminnych usiłowałem objawić. Z tych zatem względów i śpiewnik mój może obudzić na swą stronę jakiś interes. Bo jeżeli piękne poezje połączone z piękną muzyką zdolne są otworzyć sobie wstęp do ucha i serca najmniej muzycznego, to nawet słabsza muzyka, która się mniej szczęśliwie uda, przy poezji celującej zyszcze dla siebie pobłażanie; a to, co jest narodowe, krajowe, miejscowe, co jest echem dziecinnych naszych przypomnień, nigdy mieszkańcom ziemi, na której się urodzili i wzrośli, podobać się nie przestanie. Pod wpływem takiego natchnienia układane śpiewy moje, chociaż mieszczące w sobie różnego rodzaju muzykę, dążność jednak i charakter mają krajowy." [cyt. za: Z. Jachimecki, Moniuszko, PWM, Kraków 1961, s. 43-44]
Prospekt miał także zachęcić do prenumeraty kolejnych zeszytów Śpiewników domowych.

Obrazek
A bez naszej pomocy nie może nas zbawić (Adam Mickiewicz)


Było to artystyczne credo Moniuszki – potrzeba rozwoju kultury śpiewu “domowego” i podnoszenie jego poziomu. Chcąc zrealizować swe ideały, musiał się również kierować rozsądkiem, dostosowując stopień trudności do możliwości wokalnych i akompaniatorskich przyszłych wykonawców. Dlatego też z założenia były to pieśni na jeden głos z towarzyszeniem fortepianu, komponowane do tekstów największych polskich poetów. Moniuszko chciał, co oczywiste, popularyzować swe pieśni, zwłaszcza że wydane jeszcze w Berlinie Chochlik, Łzy, a zwłaszcza Świtezianka, ofiarowana młodej żonie na imieniny, zdumiały słuchaczy wileńskich swą formą muzyczną.

Pieśni nie miały treści jawnie patriotycznych, ale oczywisty był ich charakter narodowy, a więc polski, co nie mogło spotkać się z przychylnością cenzury carskiej. Istotnie, wydanie kolejnych zeszytów Śpiewników często związane było z długim oczekiwaniem. W końcu 1843 roku ukazał się I Śpiewnik domowy zawierający 18 utworów, wśród których znalazły się tak znane pieśni jak Morel (Aleksander Chodźko), Triolet (Antoni Edward Odyniec), Dziad i baba (Józef Ignacy Kraszewski). Zbiór pieśni był życzliwie przyjęty w Wilnie, Warszawie i Petersburgu.

Obrazek
I kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy (Adam Mickiewicz)


Według recenzji zamieszczonej w „Tygodniku Petersburskim”: „Gdyby poznano się na talencie Moniuszki, nie zazdroszczono by Niemcom Schuberta i Mendelssohna-Bartoldy’ego”. Uznanie to zadowoliło niezwykle skromnego kompozytora, który już miał przygotowane utwory do II Śpiewnika domowego, przeznaczone dla mniej zaawansowanych. Natomiast III Śpiewnik z założenia zawierał pieśni dla zaawansowanych amatorów lub śpiewaków zawodowych. Znalazły się w nim m.in. Tren X (Jan Kochanowski), napisany po śmierci synka Kazimierza, Prząśniczka (Jan Czeczot) oraz mistrzowska ballada Czaty (Adam Mickiewicz). IV Śpiewnik domowy, który ukazał się w 1855 roku, miał charakterystyczny układ pieśni – od łatwych i prostych, do wymagających dużej kultury interpretacyjnej oraz muzycznie trudnych i pełnych dramatyzmu. W tym zbiorze znalazła się pieśń Znasz-li ten kraj według Mignon Goethego. Autorem przekładu był Adam Mickiewicz, ale ze względu na cenzurę, pominięto nazwisko poety. Wcześniej do tekstu Goethego skomponowali pieśni Beethoven, Schubert, Schumann i Wolf, ale utwór Moniuszki uznano za najpiękniejszy.

Ostatnie lata przed opuszczeniem Wilna kompozytora charakteryzowała wzmożona twórczość pieśniarska i w 1856 roku ukazał się kolejny, V zeszyt. W 1859 roku, po przeprowadzce do Warszawy, w „Gazecie Codziennej” zaanonsowano wydanie zeszytów VI i VII, które miały zawierać pieśni do tekstów Mickiewicza. Za życia kompozytora zaniechano wydania VII Śpiewnika, natomiast opublikowanie zeszytu VI było świetnym wprowadzeniem Moniuszki do środowiska warszawskiego, które stosunkowo mało znało jego twórczość pieśniarską. W VI Śpiewniku domowym znalazły się m.in. Powrót taty, Rybka, Czaty (poprzednio w III zeszycie), Do Niemna, Sen, Pieszczotka, Stary kapral, Starość, Kozak.

Obrazek
Chcieliście mali obejrzeć krąg świata (Adam Mickiewicz)


Ogromne są zasługi Stanisława Moniuszki dla polskiej liryki wokalnej. Charakterystyczne jest zróżnicowanie pieśni – od prostych, opartych często na muzyce ludowej, po koncertowe ballady. Szczególnie ten ostatni rodzaj utworów, nieobecnych przed Moniuszką w muzyce polskiej, pieśni o zmiennych nastrojach, daje wykonawcy olbrzymie możliwości interpretacyjne. Wymaga jednocześnie wielkiej wrażliwości, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i tekst. Przykładami mogą być takie utwory jak Czaty, Trzech Budrysów, Dziad i baba. W tym ostatnim utworze Moniuszko dał wyraz swemu poczuciu subtelnego humoru, później to poczucie humoru osiągnie kulminację w scenie przy zegarze ze Strasznego dworu.

Pieśni Moniuszki nie cieszyły się większym uznaniem poza Polską, może jeszcze Rosją, gdzie utwory naszego kompozytora porównywano z pieśniami Glinki i Dargomyżskiego.

W 1859 roku historyk opery polskiej Karasowski w następujący sposób wyraził swą opinię o pieśniach Moniuszki: „Dla wyśpiewania trudnej do oznaczenia liczby piosnek Moniuszki nie potrzeba ani nadzwyczajnego głosu, ani uczoności. Każden, co czuć umie, z łatwością je wyśpiewa, tak wielką prostotą melodyjnego desenia się odznaczają. I w tym leży największa ich zaleta”.

Obrazek
Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę (Adam Mickiewicz)


Czy dziś można się w pełni zgodzić z tą opinią, jeśli chodzi o łatwość wykonania pieśni Moniuszki? Istotnie, większość osób niepozbawionych słuchu zapamiętuje je łatwo i może sobie amatorsko zanucić. W tym sensie są to naprawdę Śpiewniki domowe. Natomiast ich profesjonalne wykonanie nie jest już takie proste i wymaga od śpiewaka dużych umiejętności, niezbędnych zresztą w całej sztuce pieśniarskiej.

Moniuszko komponował pieśni przede wszystkim do tekstów współczesnych sobie poetów polskich – głównie Adama Mickiewicza, a także Aleksandra Chodźki, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Władysława Syrokomli (czyli Ludwika Kondratowicza), Jana Czeczota, Teofila Lenartowicza, Józefa Korzeniowskiego, sporadycznie jedynie sięgał po wiersze poetów francuskich, niemieckich i angielskich. Pod względem treści obejmują one wszystkie możliwe tematy: od pieśni idyllicznych (Wiosna, Polna różyczka, Prząśniczka), poprzez refleksyjne (Po nocnej rosie, Dola), religijne (Treny), patriotyczne (Pieśń wojenna, Stary kapral, Znasz-li ten kraj), historyczne (Bolesław Chrobry) i obyczajowe (Triolet) po pieśni miłosne (Rozmowa, Pieszczotka) i fantastyczne (Świtezianka, Czaty). Tak szeroki zakres tematyki miał wpływ na sposób kształtowania utworów, stąd w zakresie gatunkowym obok piosnek sielskich, znajdziemy dumki, ballady, romanse, sceny dramatyczne, pieśni bliskie psalmom i hymnom oraz typowe dla romantyzmu pieśni liryczne. Większość z nich posiada wysokie walory artystyczne, niektóre jednak pisane były jako utwory pedagogiczne, czy też jako kompozycje żartobliwe dla dzieci, część z nich powstała także dla śpiewaków charakterystycznych (np. kabarecistów).

Obrazek
W sercu szukać natchnienia i dążyć do Boga! (Adam Mickiewicz)


Świadomemu dążeniu Moniuszki do stworzenia powszechnego repertuaru pieśniowego, czyli adresowanego do muzyków-amatorów, służyła również prostota języka muzycznego i budowy utworów. Jednak obniżenie stopnia trudności wykonawczej nie zaważyło na artystycznych walorach pieśni. Moniuszko okazał się mistrzem pięknych melodii i bel canta. Jego pieśni wyróżniają przede wszystkim śpiewne, z łatwością wpadające w ucho tematy muzyczne, idealnie przystosowane do naturalnych warunków głosowych wykonawcy. Charakter tekstu doskonale pokrywa się z rysunkiem melodii, doborem zwrotów interwałowych, wygodnych do zaintonowania. Jedynie czasem zbytnia schematyzacja konstrukcji rytmicznych spowodowała, że deklamacyjność i akcenty mowy polskiej nie pokrywają się z rytmicznością muzycznych fraz. Partii wokalnej towarzyszy łatwy zazwyczaj akompaniament fortepianowy, bez wirtuozowskich efektów, o prostej harmonice i nieskomplikowanej fakturze. Często bardzo urozmaicony, służy ilustracji lub też dopełnia śpiew, przy czym zakres zastosowanych w nim środków techniki kompozytorskiej nie wychodzi poza powszechnie stosowane i znane w muzyce europejskiej tamtych lat. Ponadto zgodnie ze swoim credo artystycznym Moniuszko nawiązywał w pieśniach do polskiego folkloru, wprowadzając charakterystyczne zwroty melodyczne oraz rytmikę tańców: mazura, krakowiaka i poloneza.

Obrazek
Lecz każda bajka ma sens moralny na celu (Adam Mickiewicz)


Pieśni Moniuszki są zróżnicowane pod względem budowy – od prostych, nawiązujących do muzyki ludowej, po koncertowe ballady, nieobecne dotąd w polskiej literaturze muzycznej. Większość utworów posiada formę zwrotkową, zwrotkową z refrenem, czasem z elementami wariacji, a kompozycje większych rozmiarów ukształtowane zostały według schematu AB lub ABA. Jedynie ballady wyróżnia zmienność nastrojów, bardziej skomplikowana faktura i dobór środków techniki kompozytorskiej.

Dziś jednak, tak naprawdę, jedynie kilka pieśni kompozytora znanych jest powszechnie. Jedną z najcenniejszych pod względem artystycznym jest słynna Prząśniczka do słów Jana Czeczota, z charakterystycznym, ilustrującym terkot kołowrotka akompaniamentem i prowadzoną na jego tle liryczną melodią. Z kolei zupełnie inna w nastroju pieśń Znasz-li ten kraj porusza intensywną, żarliwą emocjonalnością, osiągniętą bardzo skromnymi środkami – jedynie genialnie ukształtowaną melodyką – liryczną, miękko i łagodnie falującą. Muzykolog Zdzisław Jachimecki napisał o niej, iż jest „…arcyutworem pod względem formy, pojętej nie tylko tematycznie, ale także, co do rozkładu natężenia dźwięków. Jest ona skomponowana akustycznie i treść muzyczną stapia w nierozerwalny aliaż wraz z formą poezji i duchem jej liryzmu." [op. cit., s. 54]

Obrazek
Mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą (Adam Mickiewicz)


Podobnie wewnętrzną siłą ekspresji porusza pieśń O matko moja do tekstu Jana Prusinowskiego i Pieśń wieczorna do tekstu Władysława Syrokomli. Spośród pozostałych popularnością cieszy się żartobliwa w charakterze Dziad i baba do słów Józefa Ignacego Kraszewskiego, sentymentalna Złota rybka do słów Jana Zachariasiewicza, ballady do tekstów Adama Mickiewicza – Trzech Budrysów i Czaty, czy też utrzymany w nastroju nostalgicznym, wspominający przeszłość Polski Kozak do słów Jana Czeczota.

Muzykolog Mieczysław Tomaszewski, analizując pieśni Moniuszki na tle epoki, napisał:

"Pieśni Moniuszki zniosły ostrą granicę, jaka dzieli pieśń artystyczną, zwaną <wysoką>, od pieśni powszechnej, granicę, jaka dzieli sztukę elitarną od tej, która cieszy się z tego, że trafia szerzej, nie tracąc atrybutów artystyczności. W rezultacie, wiele z pieśni Moniuszki wróciło do miejsca, z którego wyszły. <Ich melodie – jak to określił kiedyś Stefan Kisielewski – weszły w krew społeczeństwa, stały się składową częścią klimatu, atmosfery, stylu polskiego życia>." [M. Tomaszewski, O muzyce polskiej w perspektywie intertekstualnej. Studia i szkice, Akademia Muzyczna, Kraków 2005, s. 80-81]

Obrazek
I chwilę jednę tak górnie przeżyli... (Adam Mickiewicz)


Pieśni Stanisława Moniuszki należą do żelaznego repertuaru prawie każdego polskiego artysty śpiewaka. Sprzyja temu także organizowany od 1992 roku Międzynarodowy Konkurs Wokalny im. Stanisława Moniuszki, w którego programie obowiązkowo znajduje się interpretacja pieśni patrona konkursu. Najwybitniejsze realizacje twórczości pieśniarskiej Moniuszki uwiecznione zostały na płytach. Są wśród nich kreacje tak znakomitych artystów, jak Ewa Bandrowska-Turska (Muza L0165, wersja na CD – Polskie Nagrania PNCD 220), Bożena Betley (Muza SXL1052), Ryszard Gruszczyński (Arston ALP029), Andrzej Hiolski (Muza L0175, Muza SXL0545, wersja na CD – Polskie Nagrania PNCD 220), Maria Kunińska-Opacka (Muza L0175, wersja na CD – Polskie Nagrania PNCD 220), Wiesław Ochman (Muza SX1744), Hanna Rumowska-Machnikowska (Polskie Nagrania PNCD 322), Halina Szymulska (Muza SXL0619) i Irena Santor (Muza SX2382), a także Urszula Kryger (DUX 0362) i Jadwiga Rappé (DUX 0743).


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 02 paź 2013, 07:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Harenda – tatrzański świat Kasprowicza

Barbara Wachowicz

Działo się we wsi Szymborze na Kujawach 12 grudnia 1860 roku. Znachorka ułożyła bliską śmierci matkę na snopie zboża z kłosem pełnym, a gdy przyszedł na świat chłopak „tęgi, gruby, okazały”, wywróżyła, że będzie kimś wielkim.

– Matce zawdzięczam prawie wszystko… – opowiadał Kasprowicz Marusi. – Pamiętam, jak wieczorami siadywaliśmy przed naszą biedną chatą. Kazała mi nasłuchiwać fujarki, której dźwięki dolatywały zza Gopła, opowiadała o ptakach, o jeziorze, o polskich rycerzach śpiących pod niedaleką górą…

Józefa z Kloftów Kasprowiczowa (9 III 1837 – 31 XII 1914) – jedna z najpiękniejszych postaci matczynych w dziejach naszej literatury. Odważna, wytrwała, pracowita, dzielna kujawska chłopka, do której będzie wołał: „O matko moja, o najdroższa w świecie!”.

Od matki uczył się Jan wiary, tej chłopskiej, naiwnej, „prostej jak krzyż postawiony pomiędzy dwiema płaczącymi wierzbami”. Piękną definicję tego uczucia da w swej pracy doktorskiej o Teofilu Lenartowiczu: „Jest to wiara, która z rzewną szczerością podaje umarłemu gromnicę, rozwija chorągiew z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, przed której obrazem pada w kościele na wznak i gorącymi łzami zimną zlewa posadzkę. Jest to wiara radująca serce największego sceptyka w kolędach, łzy wyciskająca w suplikacjach, do szpiku kości przeszywająca we wspaniałym Święty Boże! święty mocny! święty a nieśmiertelny!”.

W hymnie „Salve Regina” pisanym w Rzymie trwa echo Godzinek śpiewanych przez matkę:



Zawitaj, Pani świata, niebieska Królowa,

Witaj, Panno nad Panny, Gwiazdo porankowa.

„Student i poeta przymiera z głodu”
Byli bardzo biedni. „Pożałowania godzien był ten szymborski chłopak. Dzień w dzień na piechotę wędrował do Inowrocławia, a za całe pożywienie starczyć musiała mu kromka czarnego chleba. (…) Ubranie na nim liche (…). Czuć było te łachmaniki torfem i brukwią. A buty. Pożal się Boże!” – tak zapamiętali Kasprowicza koledzy z inowrocławskiego gimnazjum.

Od roku 1875 obowiązuje w tej niemieckiej szkole zakaz rozmowy polskiej nawet na pauzach. Opowiadał Jan Marusi na Harendzie: „Należałem do tajnego związku młodzieży szkolnej, którego byłem bardzo czynnym członkiem. Był to związek dla krzewienia literatury, historii i języka polskiego”. Koło nosiło imię autora „Pieśni o ziemi naszej” – Wincentego Pola.

Hardy chłopak wyrzucany był z każdej szkoły „za propagandę polską”. Wypędzony z Inowrocławia usiłował zdać maturę w sławnym poznańskim gimnazjum św. Marii Magdaleny, gdzie działało tajne towarzystwo młodzieży polskiej noszące imię promienistego przyjaciela Mickiewicza, bohatera III części „Dziadów” – Tomasza Zana. Rota ich przysięgi brzmiała: „Przysięgam dokładać wszystkich starań w celu oswobodzenia uciemiężonej Ojczyzny, przysięgam na Ojczyznę, na odrodzenie mego Narodu i na imię Polaka”.

Czołowe pismo Polski podziemnej w czasie okupacji, „Biuletyn Informacyjny”, redagowane przez autora „Kamieni na szaniec” druha Aleksandra Kamińskiego, nader często było przezeń opatrywane mottem z młodzieńczego wiersza Jana Kasprowicza: „Błogosławieni, którzy w czasie gromów nie utracili równowagi ducha”.

Okres od listopada roku 1884 do września roku 1888 to w życiu Kasprowicza czas Wrocławia, zwanego wówczas miastem „pół-polskim”. Studiuje na wydziale filozoficzno-historycznym, działa w Towarzystwie Literacko-Słowiańskim, wrocławskim odpowiedniku mickiewiczowskich filomatów, tłumaczy poezje romantyków angielskich, tworzy, bieduje, trafia do niemieckiego więzienia. Do macierzy napisze:

O matko moja! wierz mi (…)

Nic nie uczynię, abym nie śmiał oczu

Podnieść ku twoim oczom (…)

Ale, wiem o tym, ty znasz moje serce!…

„Miłości tron”
Niezwykłe miasto. Z lwem w herbie i sercu. Barwisty, szumny, śpiewający, uśmiechnięty Lwów. Walczący Lwów. Hołubił królewskie swe wspomnienia. W żałobie miasto chodziło rok, zakazawszy śpiewu i tańców po śmierci Jagiełły, przechowując jego dokument z 1389 roku: „Lwów i ziemia lwowska nigdy żadnemu księciu ani panu oddane nie będą, ale po wieczne czasy z Koroną Królestwa Polskiego nierozdzielną stanowić mają całość”.

W kwietniu roku 1656 we lwowskiej katedrze król Jan Kazimierz, „Maryję pełną łask” za „Patronkę i Królową państwa” obierając, ślubował wyzwolić lud.

Do Lwowa dotarł Kasprowicz w grudniu roku 1888. Z aplauzem powitano „nową gwiazdę na horyzoncie literatury polskiej”. „Miał wówczas 32 lata. Wspaniała głowa. Oczy szarozielone, o wzroku przenikliwym, buntownicze, rzucające groźne błyski, umiały być dobrotliwe i roziskrzone humorem” –opisuje ojca Anna Kasprowicz-Jarocka w książce „Poeta i miłość”.

Przychodzi czas na „Amor vincens” –„Miłość triumfującą”. Jej adresatką jest panna Jadwiga Gąsowska z Krakowa o „fascynującej urodzie, której uroku dodawały bujne, złote włosy”. Kasprowicz nazwie ją Mimozą. Narzeczona napisze do Jana: „To Ty jesteś słonkiem – co mnie do życia obudziło”.

Ślub odbył się 7 stycznia 1893 roku. Jadwiga była w wyobraźni i poezji małżonka „uosobieniem miłości”, „poświęceniem i dni, co idą, jasnem zrozumieniem”. Niestety – rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Blaski „tronu miłości” zszarzały i zniknęły w codzienności, niedostatku, kłopotach. Przyszły szybko na świat dzieci: Janka (1893) i Hanka (1895). Narastały konflikty, rozczarowanie… Kasprowicz wyrywał się w Tatry. W Zakopanem latem 1896 powstaje cały cykl tatrzański pisany świetną góralską gwarą.

Kasprowicz staje się sławny. Mówią o nim „chluba Lwowa”. Młodzi poeci przyklękają, ofiarowując mu tomiki swych wierszy.

Na początku października 1898 roku do niewielkiego, skromnego mieszkania Kasprowiczów we Lwowie dociera patetyczny okrzyk: „Mój piękny i wielki – Nigdy się przed nikim i niczym nie korzyłem – przed Tobą się korzę”. Autorem tych ekstatycznych okrzyków jest „mag i szatan Młodej Polski” – Stanisław Przybyszewski, który listy podpisywał skromnie „Przybyszewski geniusz”. Przybywa do Lwowa z odczytem o Chopinie.

Jeśli użyjemy dramatycznego porównania – drogę „Mimozy” zarósł nagle trujący szalej. Trujący – ale jakże upajający. Przyjaciele Kasprowicza, widząc go obok Przybyszewskiego, porównywali – dąb i pełzająca liana.

Przybyszewski „nochal miał duży, uszy odstające, ręce o długich palcach i krogulczych paznokciach. (…) oczy (…) stawały się złośliwe, skrzyły się ironicznym, złym, fałszywym blaskiem” – tak go widziała Hanka Kasprowiczówna.

Dożyła opublikowania korespondencji Przybyszewskiego, który jednym tchem pisał do Kasprowiczowej i malarki Nelly Pająkówny, z którą także właśnie romansował.

Do Jadwigi: „Moja najdroższa, najukochańsza, jedyna Ty moja. Takim się dziś obudził stęskniony i smutny. Nie było Inuli (…) O złota moja, jak ja Cię kocham”.

Do Nelly o Jadwidze: „Zagościł w mym domu piekielny szatan, kobieta zła, przewrotna i ordynarna, która mnie doszczętnie zniszczyła”.

Warto zderzyć poglądy na sztukę, jakie cechowały Kasprowicza i Przybyszewskiego. W swoim sławnym manifeście „Confiteor” Przybyszewski oświadczał: „Sztuka nie ma żadnego celu, (…) nie może być na usługach jakiejśkolwiek idei”. Kasprowicz mówił: „Obywatelskość, którą dzisiaj usiłują wygnać z poezji, poruszanie żywotnych kwestii życia narodu – oto na czym polega doniosłe znaczenie pisarza”.

Po odejściu żony Kasprowicz – tragicznego lata roku 1900 – zabrał córeczki i wyjechał do Zaleszczyk. Tam powstał hymn.



Święty Boże! Święty Mocny!

Jestem!

Jestem i płaczę…

Biję skrzydłami

jak ptak ten ranny,

jak ptak ten nocny,

któremu okiem kazano skrwawionym

patrzeć w blask słońca…

„Umiłowanie ty moje”
Jest rok 1907. Kasprowicz wyrusza do Włoch. Jest samotny. Pisał do swych dziewczynek: „Chłońcie wiosenną radość życia, jak ja w waszych latach, serca otwórzcie na oścież, aby wstępowała w nie miłość”.

Nie przypuszczał, wyruszając do Włoch w 1907 roku, że wkrótce wstąpi w jego serce miłość. Patrzę na ich ślubne zdjęcie. Marusia i Jan. Kasprowicz ma lat 47. Ona nie ma jeszcze dwudziestu. Polski poeta z najuboższej chaty, szermierz polskości, i rosyjska arystokratka, córka carskiego generała. Maria z Buninów zwana Marusią.

Brodaty Polak na ukwieconym tarasie włoskim przeczytał łomoczące jak burza słowa wiersza: „Wiatr gnie sieroce smreki/ Mgławica deszczem prószy/ Hej, góry, zaklęte góry/ Tęsknico mojej duszy!…”. Wydał jej się zaklętym królem tych gór.

Marusia wybuchała w „Dzienniku”: „O, Janku, Janku, jak bardzo do ciebie tęsknię! Jak daleka, nieosiągalna wydaje mi się ta chwila, kiedy nareszcie będziemy razem, na zawsze razem!”.

Ślub brali w Dreźnie majowego słonecznego dnia roku 1912. Szli po drodze usianej płatkami spływającymi z kwitnących drzew. W podróż poślubną pojechali do Poronina. „Obudziliśmy się w słońcu (…). Wziął mnie za rękę i poprowadził śliczną zieloną łąką ku wodospadowi za domem. W słonecznej porannej mgle zarysowały się (…) tatrzańskie szczyty. Oczy Janka promieniały zachwytem i radością”.

Przesławna „Księga ubogich” powstała – jak napisze sam poeta – „w obliczu Tatr, na codziennych, samotnych przechadzkach w polu”. Ma jasność, pogodę, urzeczenie urodą góralskiego świata. Poeta zawinął do bezpiecznego, jasnego portu:

Umiłowanie ty moje!

Kształty nieomal dziecięce.

Skroń dotąd nie pomarszczona,

Białe, wąziutkie ręce!

Lubię, gdy stajesz za mną,

Na tym tu wiejskim balkonie,

Który poczerniał od deszczów,

Lecz dzisiaj mi w blaskach tonie.

Znałam Marusię Kasprowiczową przez ostatnie dziesięć lat jej niezwykłego życia. Omotywała swoim czarem do końca. Krucha, pełna żaru, zwycięska. Kochano ją. Nienawidzono.

Jak bardzo jej nam brak! Ta Rosjanka stała się żarliwą Polką. Opowiadała nam, jak 6 sierpnia 1914 wyruszyły z Zakopanego w bój oddziały Strzelca w szarych mundurach i maciejówkach.

– Pierwszy raz usłyszałam wtedy pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Rozpłakałam się ze szczęścia. Janek pisał wówczas ten wiersz:

W mej pieśni bogatej, czy biednej –

Przyzna mi ktoś lub nie przyzna

Żyje, tak rzadka na wargach

Moja najdroższa Ojczyzna.

W roku akademickim 1921/1922 mianowano Jana Kasprowicza rektorem Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Wiosną 1920 wyruszył ze Stefanem Żeromskim, by wziąć udział w akcji plebiscytowej na Warmii i Mazurach. Pisze Żeromski: „Nigdy jeszcze nie widziałem w twarzach ludzkich takiego męstwa i grozy. Gdy wielki poeta Jan Kasprowicz, sam syn ludu i sam ongi równie dobrze jak oni traktowany przez tychże gnębicieli, wypowiedział natchnioną mowę, wzywając, żeby wytrwali, patrzyłem zachwycony na te twarze zastygłe w uniesieniu (…) tajemnicza, święta Polska nadchodzi”.

„Wieczór jak potok górski”
6 października 1923, gdy regiel sczerwieniał pod Giewontem, Marusia, tając dech ze szczęścia, zapisała: „Za parę dni przenosimy się do n a s z e g o domu”.

Tym domem była Harenda. Drewniany dom wysoko, nad potokiem Zakopianką zwanym, budowali górale. Był własnością ekscentrycznej Angielki. Kasprowicz żartował, że od angielskiej lady kupił mu dom brytyjski geniusz – niejaki Wiliam Shakespeare! Bo potężną część finansów na zakup Harendy stanowiła zaliczka, jaką otrzymał na poczet tłumaczeń autora „Hamleta”.

Rzucił się Baca do przebudowy i rozbudowy domu z gorączkowym pośpiechem. Pisał z uśmiechem Kornel Makuszyński: „Skąpiec złota tak nie kocha, jak Kasprowicz tę swoją ’Harendę’. Kupił ściany i dach, a teraz ho! ho! – pałac, zamek, kasztel, wspaniałość”.

Na jego imieniny, 27 grudnia 1923, „Wersal” harendziański był gotowy. Przyszli gazdowie ograć dom. Gutowie. Gałowie. Zaśpiewali. Zatańczyli. Nasycili Harendę ruchem i ogniem.

„Kocham w niej wszystko – napisała Marusia – Gdy budzę się rano (…) widzę przez okno promienisty grzebień Tatr”.

Leopold Staff skomponował „hymn”:

Jakże godnie głosić będę – Kasprowiczów i Harendę,

Bo każdy to wyznać musi, Że nie ma oprócz Marusi

i prócz Janka – gospodarzy – Niechaj im się szczęście darzy!

I darzyło się. Pierwsze miesiące harendziańskie to w „Dzienniku” Marusi prawdziwa kronika szczęścia. „Janek mówi: – Ach, jak tu dobrze. Chwilami boję się swego szczęścia. Harenda i ty to ostatnie spełnienie moich marzeń”.

Jesienią 1924 Kasprowicz zachorował. Ale tym ostatnim miesiącom towarzyszyć będzie niezwykły wybuch twórczości. Podyktował Marusi pierwszy poemat „W sobotę rezurekcyjną”. Radosny Chrystus idzie wiosennymi polami wśród jaskrów i krokusów.

„Nie ma w Harendzie atmosfery śmierci: pomimo że wciąż z nią obcujemy, zwyciężamy ją uśmiechem i gorącą czynną miłością życia” – zapisała Marusia.

Na deszczułce ma przybity papier, ołówek przywiązany do na wpół bezwładnej dłoni. Można do dziś oglądać na Harendzie te wzruszające, prawie nieczytelne rękopisy „Mojego świata”. Z kart kipi humor. Nikt by nie rzekł, iż ich autor stoi u kresu swej drogi. Groźny Stwórca z „Hymnów” schodzi jako „stary Panbóg” w „Moim świecie” pomiędzy ludzi – „prosty, jak oni prości”, jak skrzętny gazda „zrywa kłosy i rozciera w szerokiej dłoni”…

W maju 1925 Jan dyktował Marusi: „W’Mój świat’ włożyłem wiele miłości. Pisanie go było dla mnie wielką ulgą i pociechą w mojej chorobie. Prowadzony przez Marusię i oparty na lasce mogę chodzić po podwórzu Harendy, przyglądać się wiosennym robotom i cudownemu pejzażowi”.

Nagle, nieoczekiwanie wcześnie, zakwitły na werandzie jego kwiaty ulubione – nasturcje. Ostatni wiersz, ostatniej książki, pogodny, a zarazem pełen rezygnacji, był do nich: „Palcie się kwiaty wrzące!/ Chłońcie własne ognie,/ Bez troski o to, co was jutro/ Zwarzy, skruszy, pognie…”.

Przed wysłaniem do druku „Mojego świata” podyktował dedykację: „Czynnie, a głęboko współczującemu świadkowi powstawania tych melodyj gęśliczkowych i obrazków na szkle, ŻONIE – zbiorek ten poświęcam”. Umarł w niedzielę, 1 sierpnia 1926 roku.

Albo, jeżeli już łaska,

Wybierzcie mi przystań nad rzeką

Tu, nad tą burtą kamienną

Pod szumów wieczystych opieką – prosił.

Marusia dokonała cudu! Zebrała ogromną sumę na budowę granitowego mauzoleum nad szumiącym potokiem. 1 sierpnia 1933 roku przeniesiono doń prochy autora „Księgi ubogich”. Kapela zagrała pogrzebowy marsz Janosika. Janicku, Janicku, imię twe nie zginie

Ani na wierszyczkach, ani na dolinie…

„Byłam szczęśliwa!”
Powrót życia do domu nad potokiem stał się dla Marusi marzeniem, postanowieniem. „Chcę, żeby Harenda zaczęła żyć dla drugich…”. Dzięki niej dom żył i promieniował.

Harenda przetrwała wojnę, ocaliła życie ukrywającym się Żydom i uciekinierom poszukiwanym przez gestapo. „Dom staje się ojczyzną jeszcze bardziej w chwilach najstraszniejszych katastrof dziejowych, kiedy ziemia zajęta jest przez wroga – dom jest ostatnim tej ojczyzny bastionem, w jego obrębie można jeszcze być sobą, ratować swoją godność, niezależność i walczyć do ostatniego tchu z narzuconą przemocą”. Tak pisała Marusia.

W roku 1950 wywalczyła uznanie Harendy za Muzeum Jana Kasprowicza. Wpisał się też w dzieje Harendy ksiądz Wojciech Gajdus – więzień Dachau, uosobienie pogody życia, jego zdjęcie do dziś stoi na Harendzie, i ksiądz Jan Zieja, kapelan Szarych Szeregów, bohater Powstania Warszawskiego, który zabierał w Tatry „Księgę ubogich”.

Harenda była dzięki Marusi jedynym miejscem w Polsce, gdzie przy „stoliku królowej Elżbiety” (bo i ona musiałaby tu przycupnąć) zasiadali w zgodnej symbiozie sławni pisarze, cudzoziemskie prezydentowe, gaździny, aktorzy, cybernetycy, księża katoliccy i prawosławni, muzycy, góralscy poeci, reżyserzy! O czymże się nie mówiło! O architekturze, muzyce, miłości, śmierci, polityce, poezji, filmie, historii, a nade wszystko o dniu dzisiejszym Polski. Biegliśmy do tego domu, czerpiąc zeń wiedzę, radość i młodzieńczą siłę. Dom żył, promieniał, skrzył się poezją, ogarniał opieką, inspirował, zobowiązywał. My – rodzina Harendy, jak to godnie ona nazywała – czuliśmy się zawsze oskrzydleni jej myślą, uskrzydleni jej nadzieją.

Marusia miała dar niegasnącej młodości. – Starość jest niczym innym, jak życiem zrezygnowanym, uginającym się pod ciężarem niespełnionych marzeń i nadziei – mówiła. – Ja byłam w życiu szczęśliwa!

Gdy odchodziła w zakopiańskim szpitalu, prosiła, by jej przeczytać Kasprowiczowskie pożegnanie:

Gdy przyjdzie czas, gdy przyjdzie czas

Odchodzić od pól tych i łąk,

Słońcu się nisko pokłonię,

Niebu pokłonię się w krąg.

Umarła 12 grudnia 1968 roku. W urodziny Kasprowicza.

„Kochana Harendo!”
Czuwały nad Harendą wiernie, twórczo i owocnie kierujące muzeum Wiesława Piotrowska i Anna Kogutkowa. To one wprowadziły imprezy „Wieczory na Harendzie” – świetny cykl, trwający do dziś. Ogromna gama tematów oscylujących wokół biografii, poezji, epoki Kasprowicza.

Po ich odejściu Harenda zagasła. By znowu odżyć, gdy prezesem stowarzyszenia został Piotr Kyc, dyrektor szkoły im. Kasprowicza na Harendzie – świetny organizator i znamienity fotografik, a funkcję kierowniczki muzeum powierzono Małgorzacie Karpiel, góralce z dziada pradziada.

Niestety, Stowarzyszenie Przyjaciół Twórczości Kasprowicza nie otrzymuje już od lat żadnych dotacji państwowych i tylko zapobiegliwość prezesa Piotra Kyca pozwala na działalność pod hasłem „Harenda żyje!”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/55558,har ... wicza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 04 paź 2013, 07:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Poeta Serca

Piotr Szubarczyk

Tak go nazywali współcześni. Adam Mickiewicz w paryskich wykładach o literaturze słowiańskiej porównał go z Goethem.

Urodzony przed 272 laty Franciszek Karpiński był prekursorem romantyzmu w literaturze polskiej i genialnym wyrazicielem naszych uczuć narodowych. To nie do wiary, że spod pióra jednego człowieka wyszły utwory znane kilkunastu pokoleniom Polaków! Czy możemy sobie wyobrazić polskie piśmiennictwo religijne i polską tradycję narodową bez „Bóg się rodzi”, „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy”? Albo bez uroczej sielanki „Już miesiąc zeszedł”?

Poeta Serca urodził się w Hołoskowie na Pokuciu jako syn ubogiego szlachcica. Staranną edukację zwieńczył dyplomem doktora filozofii i nauk wyzwolonych w Akademii Lwowskiej. Po studiach wyjechał do Wiednia, by doskonalić znajomość języków obcych i słuchać wykładów przyrodników.

Wróciwszy do kraju, pędził żywot skromnego szlachcica. Pisał wiersze okolicznościowe, religijne i patriotyczne, sławę przyniosły mu czułe liryki miłosne.

Swój pierwszy tomik „Zabawki wierszem” zadedykował szanowanemu przez rodaków za patriotyzm księciu Adamowi Kazimierzowi Czartoryskiemu. Zaproszony do książęcej siedziby stał się popularny w Warszawie, ale wolał życie wiejskie, proste, blisko natury i Boga. Pod koniec życia dorobił się wsi Chorowszczyzna w powiecie wołkowyskim.

Grób poety znajduje się na cmentarzu przykościelnym byłego kościoła i klasztoru w Łyskowie, w obwodzie prużańskim, na obecnej Białorusi. Ma symboliczny kształt wielokrotnie zmniejszonej wiejskiej chaty. W jej szczycie znajduje się tablica z płaskorzeźbą, a pod nią napis: „Oto mój dom ubogi – Franciszek Karpiński *1741-1825* – poeta”.

Obrazek
Cmentarz w Łyskowie z niezwykłym grobem Franciszka Karpińskiego (*4 X 1741 †16 IX 1825) – na obrazie Napoleona Ordy z roku 1877


„Wszystkie nasze dzienne sprawy przyjm litośnie, Boże prawy, a gdy będziem zasypiali, niech Cię nawet sen nasz chwali”…

http://www.naszdziennik.pl/wp/55768,poeta-serca.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 09 paź 2013, 07:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Malarz – powstaniec

Piotr Szubarczyk

Przed 167 laty urodził się jeden z najzdolniejszych artystów w dziejach malarstwa polskiego – Maksymilian Gierymski. Kiedy umierał, miał ledwie 27 lat [!], a już był sławny jako mistrz scen batalistycznych, nagradzany na wystawach w Monachium i w Berlinie. Dziś bardziej znamy jego młodszego brata Aleksandra, gdyż pozostawił po sobie więcej dzieł, żył dłużej. Obydwaj są zasłużeni dla polskiej kultury i pamięci historycznej.

Maksymilian uczestniczył w bezpośredniej walce o niepodległą Polskę. Jako 17-latek brał udział w Powstaniu Styczniowym.

Od dziecka wykazywał talent artystyczny, grał na fortepianie. Kochał muzykę Chopina. Wybrał jednak studia w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach, potem na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Szkoły Głównej w Warszawie. Kiedy jednak otrzymał stypendium artystyczne, wyjechał do Monachium, które było mekką światowego malarstwa. Studiowało tam w różnych okresach wielu polskich mistrzów: Józef Chełmoński, Juliusz Kossak, Wojciech Kossak czy Stanisław Witkiewicz. Razem z Maksymilianem tworzyli polską Grupę Monachijską.

Na Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Monachium (1869) Maksymilian został uznany w oczach krytyki za mistrza. Posypały się nagrody. Został członkiem Królewskiej Akademii Sztuki w Berlinie. W wieku 27 lat!

Jego obrazy to głównie sceny batalistyczne, co wynikało z traumatycznych doświadczeń powstańczych. Malował też znakomite pejzaże. Zapowiadał się na kronikarza życia codziennego w drugiej połowie XIX wieku. Z upodobaniem malował sceny z życia prostych mieszkańców Warszawy. Niestety, zabrakło czasu. Umarł na gruźlicę 16 września 1874 r. w uzdrowisku Reichenhall.

Obrazek
Najbardziej znany obraz Maksymiliana Gierymskiego (9 X 1846 – 16 IX 1874) – „Patrol powstańczy – pikieta” (1872), Muzeum Narodowe w Warszawie


Za najważniejsze dzieła mi- strza Maksymiliana uważa się „Patrol powstańczy”, „Powrót bez pana”, „Pochód ułanów”, „Wyjazd na polowanie” i „Noc”. Zadbajmy o pamięć o nim.

http://www.naszdziennik.pl/wp/56233,mal ... aniec.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 09 paź 2013, 07:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Ciekoty – „cząstka duszy” Stefana Żeromskiego

Barbara Wachowicz

U stóp góry Radostowej we wsi Ciekoty w Górach Świętokrzyskich jest skrawek ziemi zwany Żeromszczyzną. Tu stał dwór, w którym od czerwca roku 1871 zamieszkali Józefa z Katerlów i Wincenty Żeromski z dziećmi. Dwoma córkami – Olesią i Bolesią – i siedmioletnim synem Stefanem, urodzonym 14 października 1864 roku.

„Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy…” – mówi bohaterka „Przedwiośnia”. Ojczyzną duszy Stefana Żeromskiego pozostanie do końca życia ta wieś pod Radostową – Ciekoty. „Byłem na kawałku ziemi, gdzie mnie widziano ośmioletnim dzieckiem, gdzie miałem matkę, gdzie ojciec mój przeżył lat jedenaście, gdzie tyle było szczęścia, tyle szczęścia i boleści tyle!” – napisze w młodzieńczym „Dzienniku”.

„Jasne kwiaty mojej doliny”
Niestrudzony badacz biografii autora „Syzyfowych prac” i losów jego rodziny, wieloletni sławny kustosz Muzeum Lat Szkolnych Żeromskiego w Kielcach – Kazimiera Zapałowa, dokonała w 2003 roku rewelacyjnego odkrycia. Odnalazła, żmudnie tropiąc dzieje rodu, nieznane młodzieńcze zdjęcie Józefy i Wincentego Żeromskich. Dotychczas nie mieliśmy żadnego portretu matki autora „Róży” – dramatu, który podpisał panieńskim mianem macierzy: Józef Katerla. Jej wizerunek utrwalił w sylwetkach matek – czułych, wiernych i dzielnych – na kartach „Przedwiośnia”, „Ludzi bezdomnych”, „Syzyfowych prac”.

To ona wprowadziła syna w wielki, zaczarowany świat literatury.

„Pamiętam z miłością to wydanie paryskie, ilustrowane, na którym uczyłem się czytać u nóg matki” – pisze Żeromski o „Panu Tadeuszu”. Takimi lekturami karmiła pani Józefa z ubogiego ciekockiego dworku wyobraźnię dziesięciolatka. „Jak ja zawsze lubiłem czytać książki! To ma jedyna zabawa od dzieciństwa (…). Dziś jeszcze, jak na jawie, słyszę matkę mą czytającą, słyszę, zda mi się, głos jej drżący”.

15 sierpnia 1879 roku, w dzień Matki Bożej Zielnej, gdy dziewczęta ze wsi szły do kościoła, unosząc snopy ziół i kwiatów, piętnastoletni Stefan skoczył w toń stawu. Wtedy usłyszały krzyk przeciągły: „Moja matka umarła”.

Ten dzień będzie doń powracał. Warszawska nędza, zima 1888 r.: „Jestem tak samotny, że nieprzebranym bogactwem wydaje się marzenie, że mam jeszcze matkę… że ona nie pomaga mi, nie ratuje, ale pisze raz na rok: ’Mój synu, bądź wytrwały, pracuj, nie zginaj się nigdy’”. W tej nędzy, głodzie, opuszczeniu powie: „Gdyby mi los dał sławę, zawołałbym – daj mi moją matkę!”.

W kieleckim gimnazjum wszystkie przedmioty były oczywiście wykładane w języku rosyjskim. Chłopcy założyli tajne towarzystwo literackie. „Ideą przewodnią jest patriotyzm (…). Będziemy pielęgnować w naszym kółeczku mowę ojczystą”. „Syzyfowe prace” są wiernym obrazem tamtych lat. Wspaniała scena deklamacji „Reduty Ordona” ukazująca odnowicielską siłę Mickiewiczowskiego słowa przypomina owe noce kieleckie, kiedy Stefan deklamował przyjaciołom wielką romantyczną poezję.

Wyczekiwanym, wytęsknionym był powrót do Ciekot na wakacje. Z uśmiechem powróci do nich w „Puszczy Jodłowej”, utworze, którym będzie się żegnał ze światem: „Byłem największym (bo jedynym) na całe Świętokrzyskie Góry poetą udającym myśliwca i rybaka”.

W prozie młodzieńczych „Dzienników” powracał obraz domu: „staw, w którym łagodnie, sino zarysowana odbija się Łysica. Dworek nasz biały odbił się w tym zwierciadle całkowicie ze swym gankiem, tak prześlicznie dzikim obrośnięty winem, ze swymi błyszczącymi oknami, z lipami, modrzewiami, wierzbami i gruszą… a ja sam byłem nad stawem, sam w ciszy. (…) szczęśliwy jak nigdy”. „Uczułem, jak bardzo to miejsce kocham, uczułem, że miłość do tego gniazda mojego jest niezmierzona”.

To ciekockie „miejsce miłości” zapadnie mu w serce na zawsze. Którąkolwiek z jego książek otworzymy, spojrzy na nas. Głogi z „Ludzi bezdomnych”, Ciernie z „Urody życia”, Gawronki z „Syzyfowych prac”, Niemrawe z „Promienia”, Wyrwy i Wygnanka z „Popiołów” – to zawsze i tylko Ciekoty.

„Nie kochałem tak nic, jak moją wioskę kocham. Mój Boże, ja nic nie chcę – ani sławy, ani walk – daj mi mieszkać w starym naszym pokrzywionym dworku, śród starych, tak dobrze mi znajomych wieśniaków” – pisał rozpaczliwie w „Dzienniku”, gdy musiał swe gniazdo pożegnać.

„Ci ludzie ubodzy, bracia moi” – powie o wieśniakach z Ciekot. Swym bohaterom nada w przyszłości ich nazwiska – Radek, Cedro, Michta, Gała. Od nich poweźmie swój literacki pseudonim – Zych. Do dziś trwają ich potomkowie w Ciekotach.

„Pamiętam, jak raz, po śmierci ojca przyjechałem do Kielc – i poszedłem piechotą dwie mile, aby odwiedzić swoje strony – do Ciekot. Siedziałem na górze Radostowej, skąd widać było całe zapadłe kącisko niegdyś nasze. Nie mogłem pojąć, (…) że w tym starym, opuszczonym, ze sczerniałym dachem dworze mieszka kto inny, że te drogi żółtawe, kręte, kamieniste – to nie moje drogi. Tamta wieś – to mojej duszy cząstka do tej chwili”.

„O, jasne kwiaty mojej doliny…”.

„Żyć godnie w sprawiedliwości i godności”
Po tułaczce guwernerskiej w ziemiańskich dworach Mazowsza, Podlasia, Kielecczyzny – Stefan Żeromski spotyka prawdziwego anioła opiekuńczego – 3 września 1892 roku żeni się z młodą wdową po syberyjskim zesłańcu – Oktawią z Radziwiłłowiczów Rodkiewiczową. Dla zakochanego męża stanie się Joasią „czułą jak płomyk” z „Ludzi bezdomnych”.

„Miłość – to szczęście!” – powie – „Tyle mi dałaś szczęścia w życiu”. Dała mu także najczulszą, ofiarną opiekę i troskę, której wymagał jego organizm nadwątlony okresem warszawskiej studenckiej biedy i głodu, zagrożony gruźlicą.

Będzie jego pielęgniarką, opiekunką, nawet przejmie zeń brzemię prac bibliotekarskich, gdy po kilku latach ciężkiej harówki w Muzeum Polskim w Rapperswilu obejmie Żeromski posadę w warszawskiej Bibliotece Zamoyskich (1897). Przeżywa u jego boku wielki sukces „Syzyfowych prac” (1897), „Ludzi bezdomnych” (1899), „Popiołów” (1902).

Młodzi Polacy odnaleźli w książkach Żeromskiego swoje tęsknoty i marzenia, począwszy od autobiograficznych „Syzyfowych prac”. Wspomina jeden z młodych czytelników z zaboru rosyjskiego: „Pod ławką piastowaliśmy w drżących ze wzruszenia dłoniach wymiętoszone, jedyne w gimnazjum egzemplarze. Wiemy i pamiętamy, ile smutku i bólu wywołało w nas plastyczne uwidocznienie nędzy naszej. Odtąd staliśmy się wyznawcami patriotyzmu”.

Z zesłania syberyjskiego dociera kartka – „Za ’Bezdomnych’ od bezdomnych podziękowanie i pozdrowienia”. „Była to – powie Żeromski – w moim życiu pisarskim najzaszczytniejsza ’recenzja’ i najważniejsza nagroda”.

Młodziutka Maria Dąbrowska po lekturze „Syzyfowych prac” i „Ludzi bezdomnych” napisała: „Krwawiące serce mojego pokolenia – Żeromski staje się naszym ukochanym pisarzem”.

W młodzieńczym „Dzienniku” pisał: „Błąkam się po grobach, pobojowiskach, spalonych chatach, stratowanych polach… Można się zasłuchiwać, gdy opowiadają sceny z powstania – których każdy dworek, każda piędź ziemi, i każde polskie serce pełne…”.

Krytycy po „Wiernej rzece” i „Echach leśnych” stwierdzali poetycko, iż Żeromski „To Polska ostatniego strzału z dubeltówki roku 1863… Przykłada ucho do ziemi i słyszy szlochanie serc, wsiąkanie krwi… Wskrzesza z mogił ludzi, którzy dźwigali na sobie twardy obowiązek zguby”.

Na zjazd młodzieży polskiej w Belgii o przedwiośniu 1910 Żeromski wysłał list: „Wierzyłem w to przez całe życie, co teraz z nową siłą w waszych szeregach jak nowe hasło się rozlega, że niepodległość Polski nie jest chimerą poetów i nie jest punktem partyjnego programu, lecz jest powietrzem żywotwórczym, bez którego płuca polskie nie mogą oddychać”.

Karolina Bielańska, tłumaczka, wspomina: „Trudno opisać, jak uwielbiała autora ’Popiołów’ młodzież ówczesna, skupiająca się w Drużynach i Związkach Strzeleckich. Chłopcy przychodzili do mnie, prosząc o pozwolenie dotknięcia kartki, którą zapisał swym ładnym, wyraźnym, drobnym pismem Stefan Żeromski”.

Z tych Strzeleckich Drużyn powstaną Legiony. Żołnierze Legionów wyznawali, że książki Żeromskiego „wchłaniali jak spragniony pielgrzym wodę źródlaną”.

A wśród młodych śniących o szpadzie jest syn Żeromskiego – Adam – jedynak, który był największą miłością ojca.

Czternastoletni Adaś przyjeżdża do Zakopanego i w jego życiu zaczyna się czas najważniejszy – harcerstwo. Pod Giewontem działa „płomienny drużynowy” – Andrzej Małkowski – ze swoją ukochaną żoną Oleńką, twórcy harcerstwa polskiego powołanego we Lwowie w 1911 roku. Skauting nazwie Stefan Żeromski „wynalazkiem genialnym”, pisząc we wspomnieniach o Adasiu: „Była to istna rozkosz patrzeć, jak rozrastała się, mężniała, i stawała się hartowną dusza chłopca pod wpływem skautingu. Wzniosłe hasła urabiały ich dusze: nie pić alkoholu, nie palić tytoniu, unikać zepsucia i wszelkiego świństwa ziemi, łączyć się w braterskie zastępy, ogarniając młodzież całego kraju”. „Ci młodzi chłopcy ćwiczący się wojskowo, sposobiący się do boju za Ojczyznę mierzyli siły na zamiary. Zdawało im się, że ziemia drży i płonie… Wciąż szli z pieśniami niepodległymi na ustach” – pisze ojciec w przejmującym trenie żałobnym „O Adamie Żeromskim wspomnienie”.

30 lipca 1918 roku żegnał swego ukochanego syna, „złotego skauta” gasnącego na serce i gruźlicę. Tę śmierć nazwie „największym ciosem życia”.

Podnieść się po tym ciosie pozwoliło mu odzyskanie niepodległości. 2 listopada 1918 roku stanął na zakopiańskim rynku pod pomnikiem Władysława Jagiełły. Wokół falował wzruszony i przejęty tłum. Oto powołano Organizację Narodową jednoczącą ludzi wszystkich ugrupowań politycznych. Mianowany jednomyślnie Prezydentem Rzeczypospolitej Zakopiańskiej Stefan Żeromski odbierał przysięgę wojska i władz Zakopanego na wierność odrodzonej Ojczyźnie. Powiedział: „Ten akt, przy którym los szczęśliwy daje mi być obecnym, poczytuję za dostojną chwilę życia. Wierzę gorąco, że jest to zarazem akt najwyższej sprawiedliwości. Polska bowiem – to będzie Sprawiedliwość!”. Oby!

„Gdzie są twoje szklane domy?”
W plebiscycie z 1925 roku – „Kogo wybralibyście do Akademii Literatury Polskiej?” – otrzymał Żeromski pierwsze miejsce. Wiele lat potem – w ankiecie z roku 1999 – na pytanie o największych pisarzy XX wieku czytelnicy „Polityki” przyznali mu drugie miejsce po Sienkiewiczu.

W 1924 roku kandyduje do Nagrody Nobla. Nie otrzymuje jej, bo Akademia Szwedzka uznaje „Wiatr od morza” za dzieło nacjonalistyczne, wymierzone przeciw Niemcom…

W 1924 roku ukazuje się „Przedwiośnie” – książka ostatnia – wielkie rozczarowanie niepodległą Polską. Krzysztof Kąkolewski w olśniewającym eseju, jaki wygłosił na Zamku Królewskim w Warszawie (w mieszkaniu Żeromskiego, który tamże zmarł 20 listopada 1925 roku), powiedział: „Żeromski wiedział, gdzie są rany polskie, znał anatomię jej ukrzyżowania i cierpienia i na niepodległość Polski, na to, jaka się objawiła, zareagował rozczarowaniem graniczącym z rozpaczą. Jego ostrzeżenie przekręcono i przywłaszczono”.

A jak czyta tę książkę młode pokolenie, które wyrasta dziś w nowej, niepodległej Polsce? Uczeń liceum im. Żeromskiego w Warszawie Adrian Wanaks pisze: „Każdy Polak początku lat 90. to Cezary Baryka. Każdy z nas poszukiwał swojego domu, miejsca w nowej rzeczywistości. A teraz wciąż z tą samą goryczą pytamy ’Gdzie są twoje szklane domy?’. Czy przyjdzie taki czas, kiedy wszyscy ruszymy pochodem, nie opowiedziawszy się za żadną ideologią? Żadną oprócz tej – Żyć godnie w sprawiedliwości i wolności!”.

Kiedy zmarł – pożegnano go przesłaniem: „Na serce, które pękło – połóżcie mu Polskę!”.

„Zbudujemy dom!”
Od roku 1905 do 1972 Żeromszczyzna należała do familii Rostkowskich. Marian był żołnierzem 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich, ochotnikiem w Szwadronie Przybocznym Marszałka. Poszli obydwaj z bratem – Antonim. Obydwaj zostali za męstwo udekorowani Krzyżami Walecznych. Obydwaj w czasie okupacji niemieckiej byli żołnierzami Armii Krajowej Okręgu Radomsko-Kieleckiego „Jodła”, obwodu Kielce, podobwodu Bodzentyn.

I pod takim tytułem – „Jodła” – powielano pod wodzą Mariana Rostkowskiego na Żeromszczyźnie konspiracyjne pismo, na którego winiecie widniały hasła: „Polska walczy! Polska zwycięży!”.

Dowódca oddziału AK „Wybranieccy”, który operował w „najściślejszej ojczyźnie” Żeromskiego – Marian Sołtysiak pseudonim „Barabasz” – pisze w książce poświęconej „Chłopcom Barabasza”: „Punkt łączności był w dworku Żeromskiego w Ciekotach, u komendanta miejscowej placówki ’Antka’, członka niezwykle oddanego pracy niepodległościowej”. „Antek” to Marian Rostkowski, komendant placówki AK „Dąbrowa”, która działała na Żeromszczyźnie.

Po wojnie, w latach stalinowskich, gdy zaczęły się aresztowania akowców, „Antek” i jego żona – także żołnierz Armii Krajowej – zniknęli. Na Żeromszczyźnie został brat Antoni (od którego Marian powziął pseudonim) z żoną Stanisławą… Ich także jeszcze poznałam. Mieszkali w oficynie ubożuchnej. Nie było już pięknego stawu opisanego przez Żeromskiego. Nie było modrzewi ani gruszy. Ale „miejsce zostało to samo”.

W 1956 roku Antoni Rostkowski ofiarował pół hektara ze swego ubogiego majątku na (jak zapisano w hipotece) „budowę Domu Społecznego w Ciekotach dla uczczenia pamięci Stefana Żeromskiego”.

Ale nad Żeromszczyzną zawisła groźba zagłady! Postanowiono wybudować tu… elektrownię „szczytowo-pompową” i zalać wodą całą Dolinę Wilkowską – „najściślejszą ojczyznę”. Miłośnicy Żeromskiego zasypywali prasę rozpaczliwymi listami, przypominając jego słowa: „Mój Boże, jakże ta chata drogą i nienaruszalną jest dla mnie. Gdybym miał majątek, dziś bym oddał, ile by chcieli tylko, by mi kąt mój oddali, a ja bym prochu tam ruszyć nie dał”.

Ta wytęskniona „chata” nie istniała już od lat. Dworek biały spłonął jeszcze przed pierwszą wojną i nie ocalił się żaden jego wizerunek poza wyrazistymi obrazami w twórczości Żeromskiego. Szatański pomysł budowy elektrowni szczęśliwie zażegnano i po śmierci męża w roku 1973 Stanisława Rostkowska ofiarowała Żeromszczyznę Kieleckiej Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego imienia Stefana Żeromskiego pod budowę Szklanego Domu.

Jeszcze w filmie „Krajobrazy Żeromskiego” udało nam się utrwalić urodę tego miejsca. Soczystą zieloność traw, kwitnące drzewa.

Dzięki druhnom i druhom z Kieleckiej Chorągwi Żeromszczyzna wypiękniała, ożyła. Powrócił staw. Okolili Żeromszczyznę drewnianym płotem – jak on to opisał. Rozpoczęli akcje – „Harcerskie ręce w służbie Żeromskiego”, „Wiosna Żeromskiego”, „Lato Judymów”, „Szklane domy”.

Fortunna zmiana w roku 2002 władz gminy Masłów, do której należą Ciekoty, dała Żeromszczyźnie bezcenną szansę. Dwóch wspaniałych górali świętokrzyskich (którym rodzice Żeromskiego zawdzięczają piękną tablicę epitafijną na cmentarzu w Leszczynach i działającą w szkole im. Żeromskiego w Mąchocicach Scholasterii – Drużynę im. Adasia Żeromskiego „Ogniki”) – wójt gminy Masłów Włodzimierz Korona oraz dyrektor szkoły i przewodniczący Rady Powiatu Kieleckiego Tomasz Lato – rozpoczęło batalię, by zdobyć apanaże na budowę Dworu Żeromskiego i Szklanego Domu. Wygrali! Przygotowali tak przekonywającą motywację, iż otrzymali dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Unii Europejskiej (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich).

Włodzimierz Korona powiedział: „Dworek – ostoja tradycji i swojskości, pokoju i bohaterstwa, to polski dom. Zbudujemy dom, o jakim marzył autor ’Przedwiośnia’, o jakim śnili bohaterowie jego powieści – ale także my sami.

Gotowy jest projekt odtworzenia dworku Żeromskich w jego dawnym miejscu, na Żeromszczyźnie, w Ciekotach. Wybudujemy tam także ’Szklany Dom’ – nowoczesny budynek, który będzie miejscem spotkań naszej gminy, artystów, pisarzy, turystów i uczniów wędrujących szlakami Żeromskiego”.

Zbudowali! Błyskawicznie! W październiku 2009 poświęcono kamień węgielny, a 23 października roku 2010 odbyło się na Żeromszczyźnie w Ciekotach uroczyste otwarcie Dworu Żeromskiego i Centrum Edukacyjnego „Szklany Dom”.

Mieliśmy nadzieję zaaranżować przepiękne stylowe wnętrza XIX-wiecznego dworu, według olśniewającej i przygotowanej bezinteresownie, a z niezwykłą precyzją i znajomością rzeczy wizji pani kustosz Kazimiery Zapałowej – która przez tyle lat genialnie sterowała pracą Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego w Kielcach.

Na frontonie dworku chcieliśmy dać sentencję, jak to w obyczaju bywało: „Jam jest dwór polski, co walczy mężnie i strzeże wiernie!”. Na razie nasze marzenia się nie spełniły. Żeromszczyzna straciła dwóch potężnych sojuszników: ministra Tomasza Mertę – czołowego inicjatora dotacji, który zginął w katastrofie smoleńskiej – i wójta Włodzimierza Koronę, który odszedł ze swego stanowiska.

Niestrudzona Kazimiera Zapałowa własnym sumptem ufundowała wiele rekwizytów do wyposażenia dworu i całą ikonografię.

Gdy Żeromski żegnał swój świętokrzyski świat „Puszczą Jodłową”, każdą swą pracę, wysiłek każdy porównał do wspinaczki na „górę domową” – Radostową. „Widzę już mój kres i mój cel: rodzinny dom!”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/56205,cie ... kiego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 05 lis 2013, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Był człowiekiem nadziei

Była godzina 8.00 wieczorem 24 września roku 1821, gdy w błękitnej izbie dworku białego na Mazowszu przyszedł na świat ten, który powiedział: „W Matce swej, w Ojczyźnie kochać należy się powinnie i synowsko, stale, ciągle, czynnie, obowiązkowo i istotnie!”. Cyprian Kamil Norwid. Rzekł o nim nasz Ojciec Święty: „Jeden z największych poetów i myślicieli, jakich wydała ziemia polska”.

Obrazek

Jego credo życiowe brzmiało: „Jam z tych poetów, co nie słówka nucę. Ja to, co śpiewam, żyję i boleję…”. Wierzył, iż „współczesność mnie niestateczna – lecz nie ominie przyszłość – korektorka wieczna”. I tak się stało.

„Wiem, że Bóg jest na niebie”

„Wieś to me życie, to podarek boży! Serce, ty czujesz strony rodzinne…” – pisał, wspominając swoje dzieciństwo. Urodził się na Mazowszu we wsi Laskowo Głuchy. Dwór, w którym przyszedł na świat, jedyny dwór – miejsce narodzin wielkiego poety romantycznego – jaki istnieje, należy niestety do prywatnych właścicieli i jest całkowicie niedostępny. Ale w sąsiedniej wsi Dąbrówka możemy pomodlić się przy chrzcielnicy, nad którą wmurowano piękną tablicę mówiącą o tym, iż tu właśnie Norwid przyjął sakrament chrztu.

A na cmentarzu leży tablica poświęcona matce poety, której autentycznego grobu nie ma. Napis głosi, iż tu spoczęła: „Matka chrześcijańskiego myśliciela i artysty Cypriana Kamila – Ludwika Norwidowa”. Jej macierz, a babka Cypriana to Anna Sobieska.

Matka Norwida pochodziła z rodu ostatniego wielkiego króla Polski – Jana III Sobieskiego. „Nie wiem, czy kto świętszą Matkę miał, jak była Matka moja” – napisał syn z miłością. Zmarła, gdy Cyprian miał cztery lata. Wychowywał się osierocony – z dwoma braćmi – Ludwikiem i Ksawerym – i siostrą Pauliną – w domu prababki macierzystej, miecznikowej Hilarii Sobieskiej, która zwykła mawiać: „Myślisz, że żałowałabym co i dla dobra Ojczyzny? Krew moją oddałabym!”.

Po latach, myślą tęskną do stron rodzinnych powracając „w Paryżu mieście francuskim” – opisał swe dziecięctwo prościutkimi rymy… Któż by się domyślił, że wyszły one spod Norwidowskiego pióra?



Tak ja chadzam po zorzy,

Kiedy koguty pieją

Na dzień, na dzionek Boży;

Wierzby we mgle bieleją (…)

Wiem, że Bóg jest na niebie,

Co gospodarzy światem

I zna wszystko u Siebie,

I to, co drzewem i co kwiatem,

I co dniem, i co nocą,

I jak gwiazdy się złocą…



Dziewięcioletni musi pożegnać ukochaną wieś, z ojcem i braćmi przenosi się do Warszawy z wiarą, że „Chrystus Pan ukrzyżowany błogosławi mi na drogę”.

Ta droga zaczyna się dramatycznie… Dziewięcioletni Norwid przeżywa w Warszawie Powstanie Listopadowe. Trzynastoletniego zmuszają, by patrzył na chłostę swych kolegów, ukaranych za to, że 26 listopada 1833 r. zbierali drzazgi z szubienicy powieszonego Artura Zawiszy i grudki ziemi splamionej krwią jego towarzyszy broni, którzy – jak donosiła prasa – „ułożyli zbrodniczy zamiar nowego powstania”. Dwudziestoletni Norwid przeżywa w lipcu 1841 roku męczeńską śmierć Karola Levittoux – rówieśnika, spiskowca, który podpalił się w Cytadeli, by nikogo nie wydać…

„W Warszawie 1836 roku nocą budzeni bywaliśmy przez kolegów, aby choć obecnością naszą zasłać pożegnanie wysyłanym na Sybir. Bywali młodzi ludzi skazywani do lochów i więzień za jednej książki przeczytanie. Literatura żadna pewno takich nie miała czytelników, jak ci młodzi w Wilnie i w Warszawie, którzy krwią i łzami kartki czytanej poezji okupowali” – wspominał.



O, Ty młodości mej stolico!

Z bruku twego radbym mieć kamień,

Na którym krew i łza nie świecą!



Z bratem Ksawerym uczy się w gimnazjum (1830-1837) „nie bardzo świetnie”, studiuje w szkole malarskiej Aleksandra Kokulara (1837-1839) i bierze lekcje rysunku u artysty Jana Klemensa Minasowicza. Od 1840 roku zaczyna pracę w Heroldii Królestwa Polskiego, zatwierdzającej dowody szlachectwa.

„W HEROLDII polskiej, niby to będąc urzędnikiem, więcej czytałem w biurze, niż co robiłem, i przychodziłem głównie, aby śp. Dziad mój, pułkownik Michał Janina Sobieski, który w tejże Heroldii był radcą stanu, widział mię przy stoliku biurowym. Chciał on, ażebym wyszedł na ’porządnego człowieka’ – ale mu się to nie udało!” – zażartował.

O Norwidzie w epoce warszawskiej młodości piszą przyjaciele z zachwytem. „Mając wielką łatwość do języków, kilkoma z nich wyrażał się płynnie i znał je z gruntu. Oprócz talentu poezji miał jeszcze talent malarstwa. A kiedy już brał się do czego, to brał się z całym zapałem duszy młodej, z całą siłą ognistej myśli” – tak go widzi Wacław Szymanowski w dziele „Literaci warszawscy” – a hrabia Albert Potocki pisze z podziwem i przyjaźnią serdeczną: „Niech mu Bóg i Jego aniołowie na drodze życia przewodniczą”.

W inwokacji „O pióro! Tyś mi żaglem anielskiego skrzydła” Norwid apeluje: „Dzikie i samodzielne, sterujące w niebie, do żadnej czapki klamrą nie przykuj się złotą”.

Niezależny i zawsze wierny sobie – wyrusza na podbój Europy… Po dwuletnich studiach na Akademii Sztuk Pięknych we Florencji w lutym roku 1845 przybywa do Wiecznego Miasta i 27 marca 1845 roku w kościółku San Claudio przy Piazza San Silvestro otrzymuje sakrament bierzmowania, wybierając imię Kamil. „Ma lat dwadzieścia cztery, niepospolitych zdolności człowiek, oprócz pióra ma wielki talent rysunku – będzie znakomitym artystą”. Tak donoszą dyplomaci w raportach dla księcia Adama Czartoryskiego… „W istocie jest bardzo zacny; moralny i choć poeta i artysta nadzwyczaj religijny…”.

Ducha religijności wyniósł z domu. „W sypialni Matki mojej stary obraz Bogurodzicę przedstawiający wielkie wrażenie robił na mnie, gdym był dzieckiem…” – wspominał. I nazywał siebie „Częstochowskim dziecięciem”. Po zrealizowaniu programu telewizyjnego o Norwidzie „Samotny jak nikt” otrzymałam bardzo piękny dar od odtwórcy roli poety – Daniela Olbrychskiego.

Była to Norwidowa „Do Najświętszej Marii Panny litania” wydana w Londynie w roku 1962 z dedykacją: „NIEPOKALANEJ BOGARODZICY, KRÓLOWEJ KORONY POLSKIEJ, NAJDOSTOJNIEJSZE SŁOWO POLSKIEJ MODLITWY WIELKIEGO TUŁACZA PO KLĘSKACH WIEKU XIX SKŁADAJĄ W HOŁDZIE WYGNAŃCY Z OKRESU DRUGIEJ NIEWOLI NARODU”. We wstępie ksiądz Józef Jarzębowski, który ocalił wiele skarbów polskiej tradycji na emigracji, przywołuje wizerunki Madonny pojawiające się w genialnej twórczości Norwida od wędrówki na Jasną Górę w „Częstochowskich wierszach”, po ową wspaniałą litanię, gdzie „z bielą i blaskiem idzie mrok i krew ziemi polskiej”.



Kraju co jako Syna Twego szata

Porozrywany na wiatrach ulata (…)

Ludu, co świata rozrządzał połową

I nie ma grobu ze swymi orłami,

O Matko dobra Ty, Polska Królowo,

Módl się za na nami.

„Gorzki chleb polskości”

We Włoszech Cyprian Kamil spotka największą miłość swego życia, o której powie: „Pani Błękitno – oka z równym profilem Minerwy, Marmur biały…”.

To Maria z Nesselrodów Kalergis, córka Niemca „bardziej rosyjskiego jak Rosjanie”, szefa żandarmerii w Warszawie, i Polki, żona greckiego milionera w separacji. Niezwykłej urody oczarowała największych artystów epoki. Nazwana „Białą Damą”, „Białą Czarodziejką”, „Białą Symfonią”.

Hrabina z „Pierścienia wielkiej damy”, Lia z dramatu „Za kulisami”, tytułowa bohaterka komedii „Hrabina Palmyra”, Klaudia z „Nocy tysięcznej drugiej”, bohaterka wiersza „Polka” – to zawsze Ona. Zachwycali się nią Delacroix, Liszt, Wagner…

Sławna malarka tak sportretowała Marię: „Ten złoty odcień włosów… źrenice to dwa fiołki parmeńskie…”.

„Jak gdy ktoś ciśnie w oczy człowiekowi garścią fijołków i nic mu nie powie…” – napisał Norwid w jednym z wielu wierszy jej poświęconych. Z rozdartym sercem wyznawał: „Ileż nocy nieprzespanych… na próżno… kiedy Ona rozrzucała perły wdzięków… komu? komu?… znudzonym!”.

W listopadzie roku 1850 w Paryżu zanotuje gorzko: „Fakta. Jako zdrowie i siła – głuchota. Jako człowiek Ojczyzny – wszystkie odrzucone rękopisma. Niech rzeźbi. nie – niech maluje. nie – niech pisze. – nie – niech go licho weźmie, bo nie owija w bawełnę, i mówi, i błaga, i cierpi, i ostrzega… Gorzki to chleb jest polskość…”.

Głuchota prześladuje Norwida od uwięzienia go w Berlinie w 1846 roku – za pomoc polskim konspiratorom. Krytykowany, niewydawany, odrzucony w Paryżu – 13 grudnia 1852 roku – odpływa do Ameryki.

„Płynąłem na okręcie żaglowym sześćdziesiąt dwa dni, w zimie, w jednym tużurku z dwoma napoleonami w kieszeni – widząc dwa okręty rozbite, ze strzaskanym poprzecznikiem masztu naszego, z czterema pogrzebami obok – z cztery razy zdartymi żaglami…

Wylądowałem. Mam w New Yorku na Manhattanie atelier z widokiem na cmentarz, kolibry z południa przylatują i krążą obok kwiatów…

…czułem się tu bardzo opuszczonym. Jestem w tym społeczeństwie tak ze wszech miar obcym, że popadłem w Ameryce w melancholię…”.

Zimą 1854 roku w Nowym Jorku powstaje jeden z najsławniejszych i najczęściej przez rodaków dziś przywoływany wiersz – „Moja piosnka”:



Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba

Tęskno mi, Panie…



Znamienici krytycy wskazują na pokrewieństwo tego arcydzieła nostalgii z Hymnem Juliusza Słowackiego „Smutno mi, Boże…”.

Jak widzi Norwid swych wielkich współczesnych?

Ceniłem – sądziłem – kochałem…

Oto w świat wchodziłem,

gdy w największej sile

Poetów trzech śpiewało. Doceniał wielkość Słowackiego. W cyklu wykładów „O dziełach i stanowisku J. Słowackiego w sprawie narodowej” nazwał go „Poetą – malarzem” i zachwycał się niesłychaną różnorodnością i giętkością języka autora „Anhellego”.

O Mickiewiczu powiedział: „’Dziady’ pana Adama były mi potężną jedyną nutą myśli i uczuć, jak każdemu…”.

Chopinowi poświęcił to niezwykłe epitafium: „Rodem warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel”.

Zygmunta Krasińskiego pożegnał: „Światu, Polsce, mnie, umarł Zygmunt Krasiński. (…) najrzadszą dziś straciłem rzecz: to jest szlachetnie różniącego się ze mną przyjaciela”.

Jakże bardzo przydaliby nam się i dziś tacy różniący się, ale szlachetnie – przyjaciele, bo niestety niewiele zmieniło się od konstatacji Norwida: „Umiemy się tylko kłócić albo kochać, ale nie umiemy się różnić pięknie i mocno”.

O istocie Narodu Polskiego mówił: „Ziomkowie! Wy, którzyście krwią własną niby żywym promieniem, połączeni z ziemią pobojowisk:

Naród – jest to najstarszy po Kościele obywatel na świecie. A każde prawe serce polskie jest jednym pulsu uderzeniem tej zbiorowej osoby. Głosem Narodu jest harmonia ojczysta, mieczem – jedność i zgoda, celem – prawda. (…) Bo Ojczyzna – Ziomkowie – jest to moralne zjednoczenie, bez którego partie są jak bandy lub koczowiska polemiczne, których ogniem niezgoda, a rzeczywistością dym wyrazów”.

„Jesteśmy synami narodu szlachetnego”

Koronną pracą Norwida jest „Promethidion” – poetyckie dialogi o sztuce narodowej.

Bo nie jest światło, by pod korcem stało

Ani sól ziemi przypraw kuchennych,

Bo piękno na to jest, by zachwycało

Do pracy – praca, by się zmartwychwstało (…)



Te słowa nader często przywoływał będzie Papież Polak – Jan Paweł II. Powiedział on: „Pieśń o pięknie, miłości i o pracy, ’Promethidion’, wskazuje na sam akt stworzenia, w którym Bóg odsłania ludziom więź łączącą pracę z miłością, w pracowitej miłości człowiek się rodzi i zmartwychwstaje”.

Gdy wybuchło Powstanie Styczniowe, Norwid zaangażował się całym sercem po stronie walczących. Postulował zwołanie międzynarodowego kongresu, który przestrzegałby praw międzynarodowych. Był inicjatorem stworzenia organizacji niosącej pomoc ofiarom wojny. Tragicznie przeżywał losy powstańców, wśród których był także jego brat: „Brat mój, Ksawery Norwid, wybrany ludu warszawskiego, członek powstańczego rządu narodowego, zbity kolbami bagnetów moskiewskich pod ołtarzem Świętego Jana, wtrącony do więzienia”.

Wierzył głęboko, iż „jesteśmy synami narodu szlachetnego i idziemy do ojczystej ziemi obiecanej, dlatego że zapowiedziano nam na Golgocie, iż p r a w d a z w y c i ę ż y ł a”.

W Roku Norwidowskim 2001 przewieziono garstkę ziemi z cmentarza Montmorency, na którym w niewiadomym miejscu pozostały prochy Norwida, i złożono ją w katedrze na Wawelu – obok prochów Mickiewicza i Słowackiego, obok prochów królów polskich…

Znakomite liceum warszawskie imienia Cypriana Kamila Norwida organizuje co roku konkursy dla młodzieży z całej Polski – recytacji, śpiewu poezji, analizy i interpretacji tekstów, wizerunków plastycznych i fotograficznych inspirowanych twórczością Norwida.

Co roku odbywa się także w liceum „Czytanie Norwida”, zapraszani są artyści, księża, politycy, muzycy, pisarze prezentujący swoją wizję poezji autora „Promethidiona”.

Szkoła ta właśnie wyróżniona zaszczytnym tytułem „Kuźnia Mistrzów Mowy Polskiej” odwołuje się do słów Ojca Świętego: „Cyprian Norwid był człowiekiem nadziei. Modląc się, pracował na Miłość w głębokiej wierze, że głos człowieka idący w niebo razem z głosem Chrystusa jest zawsze wysłuchany”.


--------------------------------------------------------------------------------

Przeszłość
1
Nie Bóg stworzył przeszłość
i śmierć, i cierpienia,
Lecz ów, co prawa rwie,
Więc nieznośne mu – dnie;
Więc, czując złe, chciał odepchnąć
spomnienia!
2
Acz nie byłże jak dziecko,
co wozem leci,
Powiadając: „o! dąb
Ucieka!… w lasu głąb”
– Gdy dąb stoi, wóz z sobą unosi dzieci.
3
Przeszłość jest i dziś, i te dziś dalej:
za kołami to wieś
Nie – jakieś tam… cóś, gdzieś,
Gdzie nigdy ludzie nie bywali!…

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/58709,b ... dziei.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 12 lis 2013, 09:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Wielcy, którym nie było dane rozwinąć swych skrzydeł....

Nie pochłonie Was historia

Piotr Szubarczyk

Andrzej Trzebiński, pseudonim Paweł Późny, Stanisław Łomień, był jednym z najzdolniejszych poetów czasu wojny. Miał 21 lat, gdy umierał w piątek, 12 listopada 1943 r., rozstrzelany przez Niemców w egzekucji ulicznej w Warszawie.

Poeta, dramaturg, krytyk literacki, publicysta. Absolwent Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie, zdał maturę konspiracyjnie, studiował filologię polską i slawistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadził działalność konspiracyjną, związany był z Konfederacją Narodu. Redaktor pisma „Sztuka i Naród” – almanachu literackiego, podejmującego także kwestie polityczne. Pisali tam m.in. Wacław Bojarski, Tadeusz Gajcy, Zdzisław Stroiński i Wojciech Mencel, także Krzysztof Kamil Baczyński.

Trzebiński zamordowany przez Niemców. Bojarski śmiertelnie ranny pod pomnikiem Kopernika. Baczyński, Stroiński, Gajcy i Mencel polegli w Powstaniu Warszawskim… Uwaga prof. Stanisława Pigonia o Narodzie strzelającym do wroga z brylantów odnosi się nie tylko do Baczyńskiego.

Trzebiński pisał: „Pochłonie nas historia. Nie będziemy Mochnackimi, Mickiewiczami, Norwidami. Mogliśmy być Rimbaudami, ale szliśmy gdzie indziej”. To „gdzie indziej” było nakazem walki za świętą Sprawę niepodległości Polski.

Rękopisy Trzebińskiego spłonęły w Powstaniu, ocalało 400 stron: wiersze, dramat „Aby podnieść różę”, fragmenty powieści „Kwiaty z drzew zakazanych” i pamiętnik – źródło do obrazu życia pod okupacją w stolicy, zapis świadomości młodego pokolenia, które wkraczało w dorosłe życie w czasie „bez imienia” (Baczyński).

Pamiętajmy o młodych poetach, by nie „pochłonęła ich historia”. Na polskie uniwersytety liczyć nie można. Tam pisze się prace o „tragicznych” sowieckich kolaborantach. Trzebiński i „sinowcy” to „antysemici”…

Obrazek

Podnieśmy dziś Andrzejową różę i zanieśmy ją na róg Wareckiej i Nowego Światu – miejsce jego śmierci.

http://www.naszdziennik.pl/wp/59317,nie ... toria.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 15 lis 2013, 10:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
„Dla pokrzepienia serc”

Piotr Szubarczyk

W smutną listopadową środę umierał na obczyźnie Henryk Sienkiewicz – duma Polaków, pisarz, którego książki tłumaczone były na kilkadziesiąt języków świata. Do końca służył rodakom, zwłaszcza ofiarom wojny. Nie dane mu było zaznać cudu niepodległości.

Od ponad wieku jest w Polsce najpoczytniejszy. Jest też najpoczytniejszym polskim pisarzem na świecie. „Quo vadis” tłumaczono na ponad 40 języków!

Urodził się w Woli Okrzejskiej na Podlasiu, w rodzinie wywodzącej się z Tatarów. Studiował w Szkole Głównej w Warszawie. Debiutował jako pisarz w „Przeglądzie Tygodniowym” (1869).

Ożenił się (1881) z Marią Szetkiewiczówną, która cztery lata później umarła na gruźlicę. Z tego małżeństwa miał dwoje dzieci. W latach 1876-1878 odbył podróż do Stanów Zjednoczonych, skąd przesyłał „Listy z podróży” i nowele.

Nieustannie ruszał w kolejne podróże po Polsce i po Europie. Jego życie ilustruje prawdę, że podróże kształcą… Zwyczajów nie zmienił po otrzymaniu pałacyku i majątku ziemskiego w Oblęgorku (1900) – daru wdzięcznych rodaków.

Po wybuchu I wojny światowej wyjechał do Szwajcarii, stanął na czele Komitetu Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce. Po śmierci w Vevey jego ciało pochowano w tamtejszym kościele, od 1924 r. spoczywa w podziemiach katedry św. Jana w Warszawie.

Osiągnął sławę i sukces finansowy. Dzielił się z rodakami. Utworzył m.in. fundusz stypendialny dla polskich artystów. Skorzystali z niego Maria Konopnicka, Stanisław Wyspiański i inni.

Drukowane w odcinkach (1883-1884) „Ogniem i mieczem” i cała „Trylogia” sprawiły, że z pozytywisty stał się piewcą historii Polski. Tak żyje w naszych sercach. Epilog do „Pana Wołodyjowskiego” zakończył słowami: „Na tym kończy się ten szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie – dla pokrzepienia serc”. Polskie serca wymagały wtedy pokrzepienia. A dziś? Chyba bardziej niż wtedy.

http://www.naszdziennik.pl/wp/59633,dla ... -serc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 10 gru 2013, 10:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Głoszono Ją umarłą

Piotr Szubarczyk

Przed 108 laty Henryk Sienkiewicz odbierał Literacką Nagrodę Nobla. Wtedy wiele ona znaczyła. Dziś zdewaluowała się przez globalnych lobbystów, wykorzystujących ją dla celów ideologicznych. Niektórych laure- atów wypromowano tylko po to, by można ich było cytować jako „autorytety” myślenia „postępowego”.

Zdewaluowała się także dla Polaków, gdy się dowiedzieli, że otrzymała ją Wisława Szymborska, autorka literacko przeciętnych wierszy, dawna piewczyni Stalina.

W roku 1905 Henryk Sienkiewicz był jednym z duchowych przywódców Polaków. Był też wielki dla świata. Jego powieści tłumaczono na kilkadziesiąt języków! Wnioskodawcy Nagrody Nobla pisali: „Dopiero starając się ogarnąć cały dorobek Sienkiewicza, widzi się, jak jest olbrzymi! Jego epicki styl osiąga szczyty artyzmu. Jeśli robi on tak imponujące wrażenie na kimś, kto zna jego dzieła w tłumaczeniach, to jak piękne być muszą w oryginale”. Święta prawda!

Wydawać by się mogło, że uroczystość wręczenia pierwszej dla Polaka Literackiej Nagrody Nobla stanie się okazją do ostatecznego tryumfu naszego mistrza prozy. Było zupełnie inaczej – Sienkiewicz wykorzystał ten niezwykły dla siebie dzień, by mówić o Polsce. Prawie cała mowa była jej poświęcona. Gdy mówił o Nagrodzie, jednoznacznie wiązał ją ze swą narodowością: „Zaszczyt ten, cenny dla wszystkich, o ileż jeszcze cenniejszym być musi dla syna Polski! Głoszono Ją umarłą, a oto jeden z tysiącznych dowodów, że Ona żyje! Głoszono ją niezdolną do myślenia i pracy, a oto dowód, że działa! Głoszono Ją podbitą, a oto nowy dowód, że umie zwyciężać!”.

Mistrz tak bardzo utożsamiał się z Ojczyzną, że wszystko, co w nim było dobre, uważał za emanację jej ducha. Swoje literackie mistrzostwo uznał za dowód jakości polskiego myślenia i polskiej pracy. Ecce Polonus! Oto przykład dla nas, tak często dziś upokarzanych w swej polskości.

http://www.naszdziennik.pl/wp/62028,glo ... marla.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 17 gru 2013, 10:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Norwid jest tak gigantyczną postacią w polskiej kulturze, że głowa i serce każdego świadomego Polaka w pochyleniu oddają mu szacunek.

Przywracanie Norwida

Prof. Piotr Jaroszyński

Cyprian Kamil Norwid uznawany jest za jednego z największych, ale zarazem najoryginalniejszych polskich poetów. Nie oznacza to jednak, że cieszy się odpowiadającym jego wielkości zainteresowaniem, choć tę wielkość potwierdzał wielokrotnie bł. Jan Paweł II. Dlaczego więc taka dysproporcja? Czy w grę wchodzi w ogóle coraz mniejsze zainteresowanie poezją, a może zbyt trudny język jego utworów? Fale zainteresowania nawracają i gasną, ukazują się różne publikacje, organizowane są kongresy, ale to jeszcze nie jest ta miara, jakiej należałoby się spodziewać. Norwida trzeba przywracać ciągle.

Ukazała się niedawno bardzo interesująca praca poświęcona Norwidowi nie jako poecie, ale jako człowiekowi o wysokiej kulturze duchowej pt. „Sylwetka duchowa Cypriana Norwida (1821-1883)” autorstwa Stanisława Cieślaka (Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2013). Pozycja ta jest ze wszech miar wartościowa, ponieważ mamy tu do czynienia z zupełnie innym podejściem do Norwida, niż to ma zazwyczaj miejsce, gdy ktoś, szukając za artystą człowieka, spada na poziom tzw. odbrązawiania, a więc grzebie się w różnych plotkach, by postać pomniejszyć, a nawet skompromitować.

Tymczasem Stanisław Cieślak ukazał to w inny sposób: postanowił odsłonić wielkość Norwida jako człowieka, odsłonić poprzez pryzmat jego twórczości. Ta twórczość obejmuje nie tylko dzieła literackie, zwłaszcza liryki i poematy, ale również listy, które mając charakter osobisty, prywatny, pozostawały w owym czasie swoistym gatunkiem literackim, a więc poza informacjami o sprawach prozaicznych zawierały szereg cennych myśli i spostrzeżeń na tematy ważne, w tym polityczne, moralne, kulturowe. Były jakby rozmową ludzi na wysokim poziomie intelektualnym, którzy z jakichś powodów nie mogą się spotkać, ale mają sobie wiele do powiedzenia. Więc piszą. I chwała im za to, bo dzięki temu te myśli zostały utrwalone i kolejne pokolenia mogą się nimi karmić, co jest szczególnie cenne, gdy dziś i listy, i rozmowy stają się coraz płytsze.

Stanisław Cieślak bardzo skrupulatnie zanalizował twórczość Norwida, dzięki czemu wyłania się portret człowieka, artysty, Polaka i… katolika. Norwid był najbardziej katolicki z naszych wieszczów. Właśnie ten niezłomny katolicyzm pomagał mu przetrwać najtrudniejsze chwile życia osobistego i emigracyjnego, ten katolicyzm stanowił niewysychające źródło jego twórczości, był inspiracją do podejmowania wartościowych inicjatyw. Norwid nie miał ani chwil zawahania, ani też nie ocierał się o ruchy religijne z pogranicza herezji czy sekt. Był katolicki jako Polak świadomy swego rodu i narodowego dziedzictwa. W omawianej książce czytamy: „Był Norwid jak św. Franciszek z Asyżu obsesyjnym wyznawcą krzyża” (s. 324). Ale była to „obsesja” jak najbardziej pozytywna i racjonalna, Norwid potrafił bowiem dostrzec tę obecność w nieustannym krzyżowaniu Chrystusa. Pisał: „jako Zbawiciel raz się narodził, tak nie raz, ale milion razy krzyżowany jest w każdym zbawicielstwie, w każdej prawdzie bezinteresownej, bo On korzeniem wszelkiej prawdy jest i był, i będzie i dopuszcza równąż jej obronę” (do Marii Trębickiej, Nowy Jork, maj 1854). Dla Norwida więc chrześcijaństwo było żywe, a Chrystus był ciągle obecny.

Książka Stanisława Cieślaka napisana jest z dużym znawstwem i z pasją. Autor swobodnie porusza się wśród mniej lub bardziej znanych utworów, potrafi odnaleźć i wskazać cenne perełki myśli, co sprawia, że Norwid jawi się przed czytelnikiem nie tylko jako niedosiężny geniusz, ale również jako człowiek, który codziennie zmagać musiał się ze swoim życiem, by nie zatracić sensu, by widzieć cel, by mieć nadzieję. A ta codzienna walka na emigracji, z dala od Ojczyzny, bywała walką heroiczną.

Gdy więc Zygmunt Krasiński, poznając wielkość Norwida, zachęcał, a wręcz nakazywał mu: „Pisz! Pisz! W Imię Języka Polskiego” (s.168), tak i my dziś, jeśli jesteśmy Polakami, powinniśmy usłyszeć głos wołający z głębin naszego ducha: „Czytajmy! Czytajmy Norwida! W Imię Miłości Ojczyzny”.

Stanisław Cieślak, Sylwetka duchowa Cypriana Norwida (1821-1883), Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2013.


Książka jest do nabycia w Księgarniach „Naszego Dziennika” w Warszawie, al. Solidarności 83/89, i w Krakowie, ul. Starowiślna 49.

Książkę można też zamówić pod nr. telefonu:

(12) 431 02 45, (22) 850 60 20

lub drogą e-mailową:

zamowienia@naszdziennik.pl

oraz w Wydawnictwie Sióstr Loretanek pod nr. telefonu:

(22) 673 46 93,

e-mail:

sklep@loretanki.pl.

http://www.naszdziennik.pl/wp/62675,prz ... rwida.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /