Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 23 cze 2012, 08:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Nowogródzka ziemia Adama Mickiewicza

„Kraj lat dziecinnych!
On zawsze zostanie
Święty i czysty jak pierwsze kochanie”

Epilog „Pana Tadeusza”


Pierwsza baśń dzieciństwa, którą prawił mój dziad, zaczynała się słowy Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie.... Widzieliśmy, jak zakwitają nad Świtezi tonią w białawe kwiecie przemienione dziewczęta. Wzrastaliśmy, ja i brat, na świetlistych strofach o Soplicowie. Dziad wymyślił wspaniałą zabawę - porównywanie mistrzostwa Mickiewiczowskich opisów (toż nawet Słowacki wołał, że w Panu Tadeuszu natura cała żyje i czuje) - z otaczającym nas światem przyrody.
Osaczany przez demony nostalgii i smutku na paryskim bruku będzie Adam z Nowogródka usiłował przenieść w tę obcość choćby okruszyny ojczystej przyrody.
Wspomina jego córka W ogródku naszym było drzewko jarzębiny, które sam ojciec zasadził. Sosny przyjąć się nie chciały, niezapominajki więdły, jedna jarzębina żyła w ciasnym ogrodzie i nam, dzieciom, też wyobrażała coś ojczystego.
12 sierpnia 1852 roku Mickiewicz powiedział podczas rozdania nagród uczniom Szkoły Polskiej w Paryżu Brakuje wam żywiołu ojczystego, tego, co niebo ojczyste daje, co starożytni nazywali genius loci (duchem miejscowym), tego, co tak pomogło nam w życiu, nie macie kraju, tej wielkiej Polski.
Jeśli dotrzecie do miejsc Mickiewiczowskiego raju, odkryjecie, że polskość wspaniała i uroda pejzażu ostały się nie tylko w literaturze. Zobaczycie całe łany gryki jak śnieg białej wokół Nowogródka, w Zaosiu powitają was pola malowane zbożem rozmaitem i ciche grusze na miedzach. Pod Czombrowem bursztynowi się świerzop. Szumią drzewa parku w Tuhanowiczach. A Świteź nie tylko jasne rozprzestrzenia łona, ale tęczowią się na błękicie jej wód przedziwne, bajeczne kolory...
Marzył mi się przez wiele lat telewizyjny serial dokumentalny utrwalający urodę Mickiewiczowskiej ziemi. Póki jeszcze trwa. Póki jej nie zniweczono. Niestety, wszystkie me starania kończyły się odmową, bo jak orzekł jeden z dyrektorów (artystycznych!) TVP, dzisiaj nadawca publiczny idzie na lżejszość!

Szlachta liczna i dzielna

24 grudnia roku 1798 Barbara z Majewskich Mickiewiczowa z mężem Mikołajem Karolem Rymwid Mickiewiczem mknęli saniami na wigilię z Nowogródka do Zaosia, gdzie rezydował stryj pana Mikołaja - imć Bazyli Mickiewicz. Był siarczysty mróz. Pani Barbara spodziewała się swego drugiego dziecka. Zaniemogła.
W przydrożnej karczemce o nazwie Wygoda przyszedł na świat drugi syn, przynosząc sobie wigilijne imię - Adam.
Spór wokół miejsca narodzin największego poety polskiego (Nowogródek czy Zaosie) - rozstrzygają relacje braci Adama Mickiewicza. Pisze młodszy brat poety, Aleksander Adam urodził się w Zaosiu. Szlachcianka Mołodecka, chcąc Adama przeznaczyć na rozumnego, użyła książki, na której ucięła nożykiem pępek dziecku. W relacji najstarszego z braci, Franciszka, jego genialny brat urodził się w drodze do Zaosia w przydrożnej karczemce, a książką, na której ułożono niemowlę, były poezje Ignacego Krasickiego, autora hymnu Święta miłości kochanej Ojczyzny.

Gdy wiele lat temu udało mi się dotrzeć do Zaosia - chyłkiem, bez przepustki obowiązującej niebezpiecznych cudzoziemców z Polski podróżujących po terytorium Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich - miejsce, gdzie ongiś stał dworek Mickiewiczowski, odnaleźć można było tylko dzięki czarno-białemu ostrosłupowi z płaskorzeźbą twarzy tak dobrze nam znanej. Białoruski napis głosił TUT W ZAWOSSI 24 SNIEŻNIA 1798 GODA NARADZIUSJA WIALKI PAET ADAM MICKIEWICZ.

Poraj! - krzyknął Mickiewicz - z mitrą w polu złotem,
Herb książęcy! Stryjkowski gęsto pisze o tem!
- tak przechwalają się szlachciury w księdze IV Pana Tadeusza - Dyplomatyka i łowy.
Herb rodu Mickiewiczów, noszących przydomek Rymwid, ma różę białą o pięciu listkach w polu czerwonym i hełm z koroną takąż różą zwieńczony. W Panu Tadeuszu przybędzie na odsiecz Horeszkom -
...Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz
Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,
A nienawidzą rodu Sopliców od wieka...

Właściciel Zaosia, Bazyli, do którego jechali na Boże Narodzenie 1798 roku bratanek Mikołaj z żoną Barbarą, zginie pół roku potem pobity w zwadzie przez Jana Saplicę vel Soplicę (to nazwisko, częste na Nowogródczyźnie, dokumenty parafii Horodyszcze, do której należały Horbatowicze, w takich dwóch podają wariantach).
Jego brat - Jakub Mickiewicz, dziad autora Pana Tadeusza - ożenił się fortunnie, zdobywając dłoń panny Teodory Pękalskiej, urodziwej i posażnej. W roku 1765 urodził się ich jedyny syn - Mikołaj Karol, przyszły ojciec Adama. Osierocony przez rodziców we wczesnym dzieciństwie zdołał przy pomocy stryjów (tych z Zaosia) ukończyć szkoły jezuitów, potem dominikanów w Nowogródku.
Dane mu było odbyć rzetelną praktykę w palestrze, tudzież błysnąć talentami organizacyjnymi w czasie Sejmu Czteroletniego (1788--1792), gdy mu powierzono czynności rejenta, czyli sekretarza komisji cywilno-wojskowej nowogrodzkiej czuwającej nad niezliczoną ilością spraw porządku publicznego. Świetnie rozeznany w terenie był cennym sojusznikiem działań sprzysiężenia pułkownika Jakuba Jasińskiego, przygotowującego Powstanie Kościuszkowskie na Litwie.
Samotny, dobiegający trzydziestki komornik-rotmistrz Mikołaj Mickiewicz spróbuje zbudować małe, domowe szczęście na swej nowogródzkiej ziemi.

Dom rodzicielski

10 lipca roku 1794 odbył się nieostatni zajazd na Litwie. Ponad 60 zbrojnych szlachciców napadło folwark niejakich Hreczychów, rabując inwentarz, tratując łąki i zasiewy... Był to odwet za podobne gwałty uczynione w majątku Czombrów (vel Cząbrów) należącym do rodu Uzłowskich.
Oddziałem szlacheckich zabijaków dowodził rządca Uzłowskich - Mateusz Majewski. Szlachcic herbu Stary koń, ożeniony godnie z Anną Orzeszkówną, wojszczanką mielnicką, czyli córką wojskiego ziemi mielnickiej nad Bugiem.

Córka Anny i Mateusza Majewskiego - Barbara, wychowywana pod okiem sędziny Anieli Uzłowskiej, wyjdzie w rok po zajeździe dowodzonym przez krewkiego ojcaszka za imć Pana Mikołaja Mickiewicza. Ponieważ pałętają się książeczki, których autorzy przypisują matce Adama Mickiewicza pochodzenie żydowskie, godzi się przypomnieć, że dziad pani Barbary, pradziad macierzysty Adama Mickiewicza - pan Orzeszko, pochodził z Podlasia! W przepięknie położonym nad Bugiem miasteczku Mielnik pełnił odpowiedzialną funkcję wojskiego, czyli strażnika i opiekuna swego terytorium i jego mieszkańców, gdy szlachta wyruszała na wojnę. W pierwszej wersji Pana Tadeusza Mickiewicz nadaje godność swych protoplastów po kądzieli - Orzeszko - rodowi możnemu, który ostatecznie imię Horeszków otrzyma.
Dwór w Czombrowie (ten wariant nazwy przyjmiemy), gdzie spędziła młodość matka autora Pana Tadeusza, istniał jeszcze w roku 1943, gdy został spalony tak jak Mereczowszczyzna przez oddziały sowieckie i jest ukazywany jako jeden z prototypów Soplicowa.
Nie zachował się żaden portret matki Mickiewicza. Jest tylko sylwetka wycięta z czarnego papieru; profil o frywolnie zadartym nosku i fryzura z nastrzępioną grzywką. Wnosząc jednak z urody synów, była przystojna. A urodziła ich pięciu w tempie rekordowym, zdrowych i zdrowo Franciszka (1796), Adama Bernarda (1798), Aleksandra (1801), Jerzego (1804), Antoniego (1805).
Najstarsza córka Adama - Maria, zwana Misią, w swych Wspomnieniach o Adamie Mickiewiczu, opowiadanych najmłodszemu bratu - kreśli obraz ojca, który zazwyczaj zadumany, nieraz posępny, gdy cofał się do czasów swych dziecinnych, stawał się całkiem inny, oko błyszczało, promieniał, często wspominał matkę, którą bardzo kochał. Badacze podkreślają, że wpływowi matki zawdzięczał Mickiewicz swój kult do Najświętszej Maryi Panny. Opowiadał swym dzieciom i przyjaciołom, że jako niesforny kilkulatek wyleciał przez okno i o mało się nie zabił. Matka, porwawszy go na ręce, uklękła przed wizerunkiem Matki Bożej Nowogródzkiej. Z tego wspomnienia zrodzą się strofy inwokacji Pana Tadeusza, znane Polakom jako modlitwa najserdeczniejsza.

Gdy Adam wyjeżdżał do Wilna, matka prosiła, by najpierw poszedł do kaplicy Ostrobramskiej, pomodlił się i dał na Mszę Świętą... W Dziadach Anioł Stróż mówi bohaterowi Nieraz ja na prośbę matki I za pozwoleniem bożem, Zstępowałem na promieniu, I stawałem nad twem łożem.
Pierwszym nauczycielem Adama była matka jego - pisze brat poety Aleksander - ona to nauczyła go codziennego porannego i wieczornego pacierza, kończącego się prośbą do Najwyższego o danie zdrowia, rozumu, pamięci, postępu w nauce, zamiłowania do wszystkiego, co dobre. Zachował się jeden jedyny list matczyny pisany z Nowogródka 10 września roku 1810 do Olesia, studiującego już podówczas w Wilnie, kończący się wzruszająco Bądź zdrów! Niech cię Bóg błogosławi. Życzę ci wszystkiego dobra - kochająca matka.
Tak ocenia okiem miłości synowskiej swych rodziców najstarszy syn - Franciszek, w swym Pamiętniku Mikołaj i Barbara Mickiewiczowie, mając majątek dość szczupły, nie z bogactwa, nie z urzędów, dygnitarskich tytułów, ale z cnót własnych słynęli, ze zgodnego małżeństwa, z miłości ku bliźnim, z litości ku biednym, z religii bez bigoteryi, ze szczerości, prawdy, ze staropolskiej gościnności i dobrego gospodarowania, porządnego wychowania dziatek, a szczególniej z prawdziwego zamiłowania do kochanej ziemicy Litwy - miłej, a drogiej Ojczyzny naszej.
Tych dwoje ludzi - tak zdawałoby się odmiennych - stanowiło stadło zgodne i kochające, a dzieciństwo, jakie ofiarowali swym dzieciom, oceni genialny syn jako sielskie-anielskie.
- Dla Basi i moich dziatek żyję! - powtarzał pan Mikołaj, w tabakierkę bębniąc, jak będzie to czynił Podkomorzy w Panu Tadeuszu.
Każdy z chłopców miał przydzielone zadania. Franio czuwał nad stajnią, dbał też o domowy arsenał broni i mundury.
Adam winien czuwać nad domową biblioteką. Rodzicom co wieczora głośno gazety, pamiętniki, dzienniki i celniejszych autorów dzieła odczytywać, o nowych w chemii i fizyce, botanice, wynalazkach rozprawiać, po kartach geograficznych miast, w gazetach odczytanych, wyszukiwać.
Finansowo nie wiodło się panu Mickiewiczowi zbyt świetnie, ale przecie w roku 1804 nabywa plac, na którym we dwa lata potem stanie dworek, w którym Barbara i Mikołaj Mickiewiczowie mieli przeżyć dobre lata... Obecny dwór stoi w tym samym miejscu. Tu trwał czas rodzinnego szczęścia. Kraje dzieciństwa - gdzie człowiek po świecie Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie.
Nigdzie na ziemi tak wesołego życia, jak w litewskich wioskach i zaściankach - zanotowano słowa Mickiewicza. - Tyle tam radości, miłości, szczęścia. Może już Bóg nie da użyć tego życia, ale musimy coś zrobić, aby zachować to drogie narodowe ziarno i dać czuć całą wartość jego.
Gdy wyruszał do Rzymu w roku Wiosny Ludów 1848, by tworzyć w Wiecznym Mieście Legion Polski, napisał do Franciszka Bądź zawsze pewien, że moje działania zawsze idą z gruntu, na jakim urośliśmy w domu rodzicielskim.
Wystąpiliśmy z inicjatywą popartą finansowo przez Fundację Pomoc Polakom na Wschodzie, by w Roku Mickiewiczowskim 1998 w farze nowogródzkiej pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego zawiesić obok kaplicy Matki Bożej Nowogródzkiej tablicę poświęconą rodzicom Adama Mickiewicza, którzy mogiły nie mają. Obyśmy realizacji tego przedsięwzięcia doczekali. Tablica miała mieć motto z Ksiąg Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego Panie Boże Wszechmogący! Zlituj się nad Ojczyzną naszą i nad nami, a rodzinie naszej pozwól modlić się w kościołach miast naszych i wiosek naszych, a dzieciom na grobach naszych.

W literaturze - dobry!

13 września 1807 roku Franciszek i Adam Mickiewiczowie rozpoczęli naukę w nowogródzkiej szkole Ojców Dominikanów. Bohdan Urbankowski w swej świetnej, odkrywczej księdze Adam Mickiewicz. Tajemnica wiary, miłości i śmierci słusznie stwierdza Tym, którzy od lat wielu reformują naszą humanistykę, organizacja nauczania w tej szkole może podsunąć ciekawe rozwiązania. Może nawet naszym uczelniom uda się osiągnąć poziom tej nowogródzkiej szkółki...
Oby! Gwoli uzasadnienia tego okrzyku powiem, że absolwentki wydziałów polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (!) w Poznaniu nie wiedziały, z jakiego utworu pochodzi cytat Jeśli zapomnę o nich, Ty - Boże na niebie zapomnij o mnie!. Spójrzmy więc, co obejmował program nowogródzkiej szkółki, gdy zaczął w niej edukację jako dziewięcioletnie dziecię przyszły autor tych słów z III części Dziadów...
Program klasy pierwszej obejmował naukę chrześcijańską o cnotach miłości bliźniego, składzie wiary; naukę moralną o stosunku dzieci do rodziców i historię świętą od stworzenia świata aż do króla Dawida; dalej geografię Europy, w szczególności Rosji; naukę arytmetyki, o działaniach prostych i złożonych; wreszcie naukę gramatyki polskiej i łacińskiej. Mickiewicz studiuje dzieła takich mistrzów literatury ojczystej jak Piotr Skarga, Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Łukasz Górnicki, Szymon Zimorowic. Kończąc w czerwcu 1815 roku edukację u Ojców Dominikanów, otrzymuje następujące świadectwo Wszem i wobec czynimy wiadomym, iż pan Adam Mickiewicz w publicznej szkole naszej Nowogródzkiej do wszystkich nauk jak matematyka, fizyka, chemia, literatura, historia etc., pilnie się przykładał, pobożnością, nieskazitelnością obyczajów przyświecał. I takowe świadectwo otrzymał Zdrowie - mierne. Pilność - nadmierna. W logice - celujący. W fizyce i historii naturalnej - celujący. W historii dziejów - najlepszy. W literaturze - dobry.

Rudera, pustka i zniszczenie

Bracia, którzy kochali się zapamiętale (a uczucie to przetrwa do końca ich życia) - wychowani w aurze pamięci o przodkach żołnierzach - postanowili stworzyć szkolne wojsko polskie. Umundurowani, uzbrojeni w imitację broni, pod sztandarami (były na każdym symbole patriotyczne mniej znane Moskalom) - wyruszali dumnie i z muzyką 3 maja 1811 roku przez miasto pod grobowiec Mendoga. Dowodził czternastoletni Franciszek Mickiewicz, wysmukły, wysoki nad wiek, czarnowłosy i błękitnooki, piękny chłopiec. Dwunastoletni Adam był szefem sztabu, dziewięcioletni Aleksander prowadził pluton jazdy.
Nowogródek rzęsiście oświetlony wita swoich wojaków. Rżnie marsza Dąbrowskiego ich muzyka.... Nagle z odwachu sypnęli się Moskale, ich komendant krzyżem za rzeź Pragi w Powstaniu Kościuszkowskim zdobiony dopada szeregu i zrywa jednemu z malców miniaturkę polskiego orderu. - Do ataku broń! - krzyczy Franciszek - i jak lot pioruna dzieci na wartę wpadają, sołdatów biją....
Franciszka Mickiewicza wyrzucono ze szkoły. Chłopiec ciężko zachorował i stał się kaleką. W październiku tegoż 1811 roku spada następne nieszczęście. Nowogródek płonie. Mikołaj Mickiewicz rzuca się na ratunek. Nagle Franciszek słyszy jego chrapliwy krzyk - Synu! Synu! - i widzi ojca na gorejącej już wieży kościoła. Mimo kalectwa wspina się gdyby jaskółka i ratuje rodzica, który usiłował ocalić ukryte papiery dotyczące konspiracyjnych związków Białego Orła z Pogonią, czyli ziemi litewskiej z Koroną.

Jest rok 1812 - przeddzień tej wielkiej chwili, o której ksiądz Robak zawoła do sędziego Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami!. Tej chwili Mikołaj Mickiewicz nie dożył. Zmarł 16 maja roku 1812, mając lat 47. Nastała straszna zima po wiośnie obietnic.
Barbara Mickiewiczowa zmarła 9 października 1820 roku. W lutym 1821 roku Adam napisał z głębokim smutkiem Dowiaduję się o śmierci mojej matki. Wypadek ten niemało ma wpływu na moje przyszłe życie. Matka było to moje i udręczenie największe, i cała osłoda, cała pociecha! Nie mogłem jej pomóc, alem się nadzieją cieszył, że kiedyś może pomyślny los mój i jej będzie szczęściem. Sny te uleciały z dymem!.
W IV części Dziadów bohater mówi Niedawno odwiedzałem dom nieboszczki Matki ledwie go poznać mogłem - rudera, pustka i zniszczenie.
Wybucha Powstanie Listopadowe. Marszałek szlachty nowogródzkiej, powierzając Franciszkowi opublikowanie listopadowej odezwy powstańczej, tak ocenił najstarszego z braci Wielmożny Franciszek Mickiewicz z cnót, uczciwości, przenikliwego rozsądku, patriotyzmu i wszystkiego, co znamionować może prawdziwego syna Ojczyzny naszej i dobrego obywatela Polaka, województwu nowogrodzkiemu znany.... Garbaty kaleka brawurowo siada na koń i wyrusza w powstańcze szeregi... Władze rosyjskie konfiskują dwór miatieżnika - buntownika i wystawiają siedzibę Mickiewiczów na licytację.

Podobny los spotka Zaosie. Za udział w Powstaniu Styczniowym Lucjana Stypułkowskiego - syna Barbary z Mickiewiczów, ciotki Adama - rząd rosyjski zabrał folwark, ziemię rozdzielił między żołnierzy, którzy zasłużyli się w tłumieniu polskiego buntu.
Dworek w Zaosiu przetrwał do czasów I wojny światowej, która zmiotła wszystkie zabudowania folwarczku. A Nowogródek Od roku 1834 przez ponad sto lat dwór będzie zmieniał właścicieli, płonął, dźwigał się z ruin. 22 marca 1861 roku przyjechał do Nowogródka najstarszy syn Mickiewicza - Władysław. Z wielkim wzruszeniem zbliżałem się do tego miasteczka, gdzie ojciec mój spędził dzieciństwo i które wraz z najbliższą okolicą tyle miejsca zajęło w jego życiu i poezjach. Witano syna Mickiewicza we dworze jego dziadów - jak powie - z niesłychaną serdecznością.
Podczas I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej stacjonowały tu sztaby wojsk - polskich, niemieckich, bolszewickich...
W roku 1922 zawitał ponownie Władysław Mickiewicz, sędziwy, 86--letni starzec. Zdawało mi się, że mam tu prawo obywatelstwa, marzyłem, żeby tu pod dachem któregoś ze szlacheckich dworków życie swe zakończyć, gdy już był wolny od jarzma moskiewskiego; ale przeznaczeniem mojem będzie dokonać życia z dala od ziemi obiecanej.
Umarł w Paryżu, spoczywa na cmentarzu Montmorency.
Jego wizyta w Nowogródku zaowocowała powołaniem Komitetu Uwiecznienia Pamięci Adama Mickiewicza, który postanowił stworzyć we dworze muzeum. Udało się to dopiero 11 września roku 1938. Zawieszono tablicę Tu w zaraniu życia wznosił skrzydła do lotu Adam Mickiewicz. Bomby niemieckie zniszczyły dwór Mickiewicza 22 czerwca roku 1941.
Po wojnie Nowogródek i Zaosie pozostały poza granicami Polski. Dworek Mickiewiczów podniesiono z ruin w roku 1955, czcząc stulecie śmierci poety.

Jesteś obok nas

Kiedy zwiedzałam dwór nowogródzki w roku 1989, eksponatem wzruszającym okazał się zegar, czyli gadzinnik przywieziony z mieszkania Mickiewicza w Wilnie, a wydzwaniający wciąż godziny wedle czasu polskiego...
W 1987 roku władze miasta Nowogródka z warszawskim Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza rozpoczęły wielki plan renowacji dworu Mickiewicza i przygotowania nowej, godnej ekspozycji. Prace prowadziła znakomita polska firma Budimex. Usunięto zwalisty ganek, przywrócono kolumienki, okiennice, odbudowano oficynę... 12 września 1992 roku uroczyście otwarto Muzeum Mickiewicza.
Latem w Roku Mickiewicza 1998 odbył się w Nowogródku Wielki Zjazd Towarzystwa Nowogródzian i mogliśmy podziwiać przepiękną aranżację wnętrza dworu...
Zrekonstruowano z pomocą Białorusi w latach 1996-1998 Zaosie wedle starych rycin, tworząc wnętrza pełne ciepła i nastrojowej przytulności. Na makacie ze skrzyżowanymi szablicami czuwa nad dworkiem z ryngrafu otulona skrzydłami orła Panna Święta, co Jasnej broni Częstochowy...
Ostała się w Nowogródku aura niezwykła miejsca, o której mówi taki wpis do księgi pamiątkowej dworu Mickiewicza ...jesteś tuż obok nas, słyszymy Twe kroki, czujemy przy sobie bicie Twego serca.

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 lip 2012, 18:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Wojciech Wencel

PAL – reaktywacja

W niszowym „Tygodniku Powszechnym” Paweł Śpiewak ostrzega przed „Polską jako sektą”, czyli przed tą częścią narodu, która przeżywa swój patriotyzm w sposób świadomy i głęboki.

Felieton z cyklu Listy z podziemia, Gazeta Polska 11 lipca 2012

Dlaczegóż to naczelny talmudysta III RP uważa nas za religijnych odszczepieńców Otóż odkrył on, że w języku, którym się komunikujemy, „dużo jest słów Polska, polski, Polacy”. Faktycznie skandal. Szkoda że Śpiewak nie podaje terminów zastępczych. Bo popularne uogólnienia typu „ten kraj”, „nowoczesny” i „współmieszkańcy” są jednak mało precyzyjne.

Generalnie autor tekstu nie ma o nas najlepszego zdania. „Nasze zbiorowe »my« – pisze – to więc pogardzane mohery, ludzie niedokształceni, czasem też bojówkarze...”. Odważne rozpoznanie, zważywszy, że wśród „moherów” jest więcej inteligentów, niż Śpiewak spotkał w całym swoim życiu. Członkowie rodzin katyńskich i akowskich, profesorowie, naukowcy, publicyści, nauczyciele... Nawet wśród uczestników ubiegłorocznego Święta Niepodległości, pieszczotliwie nazwanych „bojówkarzami”, dominowali studenci. Inna sprawa, że we wspólnocie wolnych Polaków nie ma zwyczaju obnoszenia się z wykształceniem, bo pod względem patriotyzmu wszyscy jesteśmy równi.

Próbując zilustrować tezę o naszym niedokształceniu, Śpiewak sugeruje, że czytamy tylko Rodziewiczównę, Dobraczyńskiego i Or-Ota. Dlaczego akurat taki zestaw nazwisk – nie wiadomo. Najwyraźniej autor nigdy nie słyszał o Nagrodzie Literackiej im. Józefa Mackiewicza, nie zna serii książkowej wydawnictwa Arcana ani nie śledzi drukowanego w „Nowym Państwie” cyklu Piotra Lisiewicza o pisarzach wykluczonych i zapomnianych (nawiasem mówiąc, Piotrze, najwyższa pora na książkę!). Twierdzi też nasz historyk idei, że nie czytamy Szymborskiej, Miłosza, Tuwima, Leśmiana. Znów cios na oślep. Szymborska – sprawna poetka paradoksów, klasą konceptów prawie dorównująca ks. Twardowskiemu. Żeby jeszcze miała coś ciekawego do powiedzenia... Tuwim – rzeczywiście nędza. Ale już Miłosza czytamy bardzo chętnie, tyle że nie na kolanach. A Leśmian Kto go przywrócił współczesnej polskiej kulturze, jeśli nie Jacek Trznadel, ewidentnie „nasz człowiek”

Pisze dalej Śpiewak, że „Polską jako sektą zarządzają ideologowie tacy jak Andrzej Nowak wespół z Wojciechem Wenclem i Jarosławem Markiem Rymkiewiczem”. Z jakichś względów nie wspomina o profesorach Krasnodębskim, Legutce, Trznadlu, Burku, Zybertowiczu ani o głównym animatorze Stowarzyszenia Twórców dla Rzeczypospolitej, Marku Nowakowskim. Gdzie tam mnie, leniwemu poecie, do prawdziwych odnowicieli polskiej kultury, którzy od lat starają się przywracać hierarchię dzieł i wartości sprzed dwóch okupacji. Zainspirowała mnie natomiast – nieco przewrotnie – sugestia Śpiewaka, że PiS, „jeśli dojdzie do władzy czy choćby wygra wybory, a jest to dziś prawdopodobne, stanie się niewolnikiem swojego języka i swoich ideologów”.

Nie zamierzam wprawdzie zakuwać Jarosława Kaczyńskiego w kajdany, ale jeden pomysł ośmielę się przedstawić. Otóż wkrótce po wygranych wyborach należy reaktywować Polską Akademię Literatury. W jej skład, jak w dwudziestoleciu międzywojennym, powinni wejść wybitni pisarze i krytycy o świadomości wspólnotowej. Taka instytucja, we współpracy z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, mogłaby nie tylko przyznawać prestiżowe nagrody i organizować życie literackie, ale przede wszystkim reinterpretować kanon literacki, wydawać narodowe edycje dzieł, współpracować z uniwersytetami, zatwierdzać programy szkolne, wyznaczać linię programową polskich instytutów za granicą. Gra idzie o wysoką stawkę wskrzeszenie wielkich mitów wygnania (Sybir), oporu (zabory, obie okupacje), niepodległości (II RP) i duchowego oddziaływania na Europę. Chodzi o rzeczywisty powrót do narodowej kultury Kornela Ujejskiego i innych zapomnianych romantyków, a także Tadeusza Gajcego, Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia jako twórców emigracyjnych, Stanisława Balińskiego, Beaty Obertyńskiej i jeszcze kilku strażników polskiej duszy. Działania IPN udowodniły, że można skutecznie przełamywać system kłamstwa w sferze historii. Podobną pracę trzeba wykonać w kulturze. Taki wysiłek jest niezbędny nie tylko patriotom. Przyda się także Pawłowi Śpiewakowi, który korzystając ze wskazówek PAL, będzie mógł nadrobić lekturowe braki.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... wacja.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 20 lip 2012, 15:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Słowacki był poetą na wskroś polskim

Z prof. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Minęła 200. rocznica urodzin Juliusza Słowackiego, jednego z naszych narodowych wieszczów. Co w jego twórczości jest stale aktualne?
- Poezja tej miary twórcy, jakim był Słowacki, stanowi trwały element naszej narodowej kultury, a więc naszego polskiego ducha, i stąd, jak długo istnieć będziemy jako Naród Polski, tak długo twórczość ta będzie dla nas aktualna. Mówiąc dokładniej: Polakami jesteśmy nie tylko poprzez korzenie rodzinne lub przynależność państwową, bo to zdecydowanie za mało, ale poprzez kulturę, na którą składa się poezja. Proces polszczenia przebiega za sprawą kontaktu z narodowymi arcydziełami, które w nas przenikając, formują naszą wrażliwość, nasz etos, nasze myślenie. W przypadku poezji zwrócić należy szczególną uwagę na język, bo on jest tym materiałem, w którym pracuje artysta, a język jest najdoskonalszym z ludzkich środków wyrazu i porozumiewania się. Stąd właśnie wielka poezja to nie tylko poruszanie wielkich spraw, ale również zaszczepianie wielkiego, czyli trafnego i pięknego, języka. A choć niektóre sprawy straciły na aktualności, zaś język brzmieć może czasem archaicznie, to jednak są one dla nas odniesieniem, poprzez które możemy rozpoznawać naszą aktualność obecną, jaka wkrótce też stanie się przeszłością. Jeśli naród jest rzeczywistością historyczną, to ciągle, na nowo musi odczytywać swoją przeszłość, a tę poznaje za pośrednictwem arcydzieł, by ją na nowo przeżywać. Słowacki był poetą na wskroś polskim, podejmował najważniejsze polskie tematy, rysował dla nas przyszłość, przewidział, że Polak zostanie Papieżem, bo nad Polską czuwa Boska łaska, która nie pozwoli nam zginąć.

"Na przestrzeni długich lat naszej niewoli narodowej nie było w Polsce wolnego człowieka, który by poczucia tej wolności nie zawdzięczał Jemu, który by krzepiącego napoju nie pił chciwie z otwartej i żywej zawsze krynicy jego poezji, wyniesionej na szczyty Piękna i nie znającej kompromisu tam, gdzie chodziło o Prawdę, dla Polski zbawienną" - pisał o Słowackim w 1927 roku Zdzisław Dębicki. Czy potwierdzi Pan te słowa?
- Słowacki był poetą, którego nie tylko poruszało piękno choćby polskiej przyrody, ale który również podejmował potężną pracę myśli w takich obszarach, jak cywilizacja czy narodowość. Pamiętajmy, że był to człowiek wykształcony, chodzi tu zarówno o atmosferę domową (jego ojciec, Euzebiusz, był profesorem literatury najpierw w Liceum Krzemienieckim, a potem na Uniwersytecie Wileńskim), jak i o wysoki poziom szkół, do których Juliusz uczęszczał - było to gimnazjum pozostające pod kuratelą wspomnianego uniwersytetu, jak i sam uniwersytet. A choć Słowacki studiował na Wydziale Nauk Moralnych i Politycznych, by w końcu uzyskać dyplom obojga praw, to słuchał również wykładów znakomitych profesorów, takich jak M. Bobrowski (egzegeza, łacina), literatura polska (L. Borowski), filozofia (A. Dowgird), malarstwo (J. Rustem), muzyka (J. Renner) etc. Doskonale znał łacinę, angielski i hiszpański. Bardzo dużo czytał. W ogóle, gdy przyglądamy się bliżej naszym wieszczom, takim jak Słowacki, Mickiewicz, Krasiński, Norwid, to widzimy, że ci ludzie bardzo dużo czytali, że studia to był dopiero początek edukacji, później trzeba było sobie na własną rękę organizować życie intelektualne poprzez lekturę i odpowiednie środowisko. Dziś większość naszych magistrów po studiach oddycha z ulgą, że nie musi już czytać, chyba że gazety. Ale tamto pokolenie (a właściwie pokolenia, bo nawyk czytania przez całe życie miała we krwi również nasza inteligencja międzywojenna) było autentyczną elitą, która całe życie musi zachować prężność intelektualną, a to wyrabia czytanie. Słowacki więc bardzo dużo czytał i myślał, szczególnie zaś interesowały go sprawy dotyczące religii i narodowości. Uważał, że narodowość jest najpełniejszą formą życia społecznego. I właśnie Narodowi Polskiemu przypisywał szczególną rolę w odkryciu wolności, za czym iść miała misja jej głoszenia. Chodziło tu o wolność duchową, wywodzącą się z religii, którą Polacy otrzymali od Boga, a dla której zagrożeniem jest pogański autokratyzm Francuzów i rosyjski carat ("II-gi list do ks. Adama Czartoryskiego"). Wolność ducha nie może spełniać się wbrew prawdzie, wbrew dobru i wbrew Bogu. Znajdujemy się tu na antypodach nie tylko systemów despotycznych, ale i współczesnego liberalizmu. A ponieważ Słowacki treści te przekazywał za pomocą urzekającego języka, to stawały się one polskim chlebem powszednim, tym, czego na pamięć uczy się młodzieniec, recytuje żołnierz, wspomina starzec. Słowacki pomógł nam wyartykułować oryginalnie polskie rozumienie wolności.

Juliusz Słowacki był twórcą tzw. filozofii genezyjskiej mówiącej o ewolucji świata od materii do czystego ducha. Na czym ona polega?
- Uważał, że wszystko zmierza ku coraz doskonalszej postaci bytu, a tym, co kształtuje poszczególne jestestwa, poczynając od materii nieorganicznej, poprzez materię organiczną i życie zwierzęce, jest duch. Praca ducha od początku zmierza do utworzenia najdoskonalszego ze stworzeń na ziemi, jakim jest człowiek: "W każdym kształcie jest wspomnienie niby przeszłej i rewelacya następnej formy, a we wszystkich razem kształtach jest rewelatorstwo ludzkości, śnicie niby form o człowieku. Człowiek był przez długi czas finalnym celem ducha tworzącego na ziemi" ("Genezis z Ducha", Dzieła, t. XIX, s. 18). Wszystko stworzone jest "przez Ducha i dla Ducha". Oczywiście z punktu widzenia filozoficznego widać tu wątki zmodyfikowanej metempsychozy, czyli poglądu o wędrówce dusz, co głosili pitagorejczycy i Platon, a co nie przystaje do katolicyzmu, bo każdą duszę odrębnie stwarza Bóg. Niemniej jednak pamiętajmy, że były to czasy panowania heglizmu, że sam Słowacki pozostawał pod silnym wpływem gnostyka - Andrzeja Towiańskiego, że Kościół katolicki przeżywał wówczas kryzys, więc był to głos, który autentycznie szukając odpowiedzi na najważniejsze ludzkie pytania, mieścił się w ramach panujących wówczas konwencji rozprawiania na te tematy. Z naszych trzech wieszczów największą przytomność umysłu i katolicką ortodoksyjność zachował głównie Zygmunt Krasiński.

Czy zgodzi się Pan z opinią, że Słowacki obok Cypriana Kamila Norwida należy do jednych z największych mistyków poezji polskiej?
- Poezja dlatego jest bliska mistyce, oczywiście wielka poezja, że jedna i druga szuka sposobu na wypowiedzenie tego, co wprost wypowiedzialne nie jest. Chodzi tu o poznanie Boga, mówienie o Bogu lub pisanie o Bogu. Szukając tego, co ostateczne, stajemy wobec Tajemnicy, która wzbudza największe zainteresowanie, zapał, miłość, ale która nie daje się wypowiedzieć ani dotknąć. Słowo "mistyka" wywodzi się z greckiego "myo", to znaczy milczę. Dlaczego milczę? Bo tego nie da się wypowiedzieć, chociaż to jest. Można jednak mówić nie wprost, za pomocą metafory. Przecież Pismo Święte wypełnione jest głównie metaforami. A metafora to żywioł poezji, i stąd właśnie poezja, która otwiera się na Transcendencję, czyli na Boga, zbliża się do mistyki, czyli pomaga za pomocą słowa otworzyć się na to, co bezsłowne. I Norwid, i Słowacki to byli ludzie głęboko religijni, więc mając tak wielki dar pióra, ośmielali się wkraczać na tereny, które w dojrzałym okresie życia stają się najważniejsze.

Jakie cele i ideały łączą jego utwory z utworami Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida?
- Bez wahania można powiedzieć, że wieszczom naszym przyświecały te same cele i te same ideały. Oni byli ulepieni z tej samej gliny, wyrastali w tej samej kulturze, rozumieli społeczne znaczenie swoich talentów, głównie w wymiarze narodowym i religijnym. Każdy z nich był Polską i dla każdego z nich rozbiory to był ból nad bóle. Wszystko, co robili, miało ostatecznie przełożyć się nie tylko na wolność, ale wręcz na nasze zmartwychwstanie. Stąd właśnie ich patriotyzm tak mocno zabarwiony jest religijnością. Ze szczególnym pietyzmem odnosili się do polskiego słowa. Bo przecież po Kochanowskim dopiero nasi trzej wieszczowie nadali polskiemu językowi tak wielką moc mówienia i pisania, jakiej nasz język w takiej pełni nie znał. Byli to ludzie nie tylko natchnieni, ale głęboko wykształceni, prawdziwi humaniści, zdolni do podjęcia dyskusji czy wręcz polemiki z każdym, kto miał coś do powiedzenia i zdolny był do rozumienia, bez różnicy, czy to będzie Francuz, Niemiec czy Włoch, poeta, polityk czy profesor. Nasi wieszczowie należeli do czołówki elity europejskiej.

Dlaczego wciąż tak ważne jest, by młodzież poznawała gruntownie takie utwory Słowackiego, jak chociażby "Kordian", "Ksiądz Marek", "Balladyna" czy "Beniowski"?
- Gruntownie poznać wymienione tu utwory to najpierw mieć szansę zobaczenia i usłyszenia ich na scenie w teatrze klasycznym, czyli takim teatrze, w którym wszystko jest podporządkowane temu, aby wypowiadane słowo mogło w pełni zabrzmieć, wybrzmieć, zapaść w sercu i umyśle i pozostać z człowiekiem na całe życie. To jest pierwsze i podstawowe poznanie utworu jako dzieła żywego. Natomiast analiza teoretyczna jest czymś wtórnym, czymś, co w żadnym wypadku nie może zniszczyć wrażenia, jakie wynosimy z teatru. Dlatego analiza taka musi być przeprowadzona umiejętnie i z wyczuciem, tak aby wrażenie pogłębić o rozumienie i by za kolejną obecnością w teatrze jeszcze mocniej dzieło chłonąć. Te dzieła (z wyjątkiem Beniowskiego) były pisane dla teatru, tak jak nuty utworu Chopina służą nie do analizy, ale do słuchania koncertu w filharmonii. Dziś nie ma teatru klasycznego, a językoznawcy i teatrolodzy katują utwory naszych wieszczów, wypróbowują na nich swoje pomysły, strach iść do teatru, a młodzież dostaje drgawek na myśl o analizie utworu, zwłaszcza że nie miała okazji zasmakować jego piękna. Ale to jest celowe, to zniszczenie teatru i odwracanie uwagi od piękna i głębi polskiego słowa. To jest celowe. Dlaczego? Dlatego żeby w młodzieży nie obudziła się polska dusza, by nie miała okazji usłyszeć, jak nasza mowa może brzmieć, by na koniec dusza ta skurczyła się do wymiarów żołądka, który reaguje wyłącznie na niedosyt lub przesyt fizjologicznych doznań. I nic więcej. A przecież człowiek to coś więcej. Mówi o tym poezja Słowackiego.

Wczoraj odbyła się polska i światowa premiera filmowej "Balladyny" w reżyserii Dariusza Zawiślaka. Film, który miał uczcić 200. rocznicę urodzin narodowego wieszcza, w rzeczywistości uderza w niego, przedstawiając jego dzieło w prymitywnej karykaturze. Jak odbiera Pan takie działania?
- Nie jest zastanawiający sam film, jaki by nie był, bo to gatunek sztuki, który zupełnie już podupadł w sensie kulturowym, zastanawiające jest pytanie, po co twórcy filmu w ogóle powołują się na "Balladynę" i Słowackiego. Po co im to? Przecież "Balladyna", poza imionami własnymi, jest tu nierozpoznawalna, a na świecie Słowacki, poza bardzo, ale to bardzo małym gronem, jest po prostu nieznany. Po co więc taka zabawa w film, który nie jest prawdziwą "Balladyną" i którego autorem nie jest Słowacki? Odpowiedź jest jedna: jest to potężny kompleks małych ludzi, którzy na swych zbyt krótkich nóżkach chcą podskoczyć i usiąść na ramionach naszego wieszcza. Próbowali to robić za komuny, próbują i teraz. Skaczą i skaczą, i tylko się spocili, bo nie dorastają mu nawet do pięt. A co jest barierą? To, że kompletnie nie czują polskiej kultury i nie mają pojęcia o polskiej mowie. Przebierają się, udają, przedrzeźniają, pajacują - to wszystko, na co ich stać. Bo to są pajace, a ich miejsce jest w cyrku. Dziś film stał się cyrkiem, ale po co tam chodzić i to oglądać? Tym bardziej więc mamy palącą potrzebę reaktywowania polskiego teatru klasycznego, w którym wieszcz przemawiać będzie własnym głosem. I można być pewnym, że ktokolwiek tam trafi, będzie oczarowany.
Dziękuję Panu za rozmowę.

Nasz Dziennik, sobota-niedziela, 5-6 września 2009, Nr 208 (3527)

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=kl11.txt

http://www.rodzinapolska.pl/dok.php?art ... /989_1.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 15 lis 2012, 08:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Korczew na Podlasiu - marzenie Norwida "AURA - PIĘKNA - OJCZYSTOŚCI"

"Wyobrażam sobie łatwo z rysunków Pani, jak musi tam być pięknie, zwłaszcza o tej porze: topole jak panny i vice versa - przez okna zaglądać wzajem na siebie mogą". Norwid do Pani na Korczewie, w lipcu 1862 r.

Barbara Wachowicz

Z Góry Zamkowej w Drohiczynie patrzyliśmy na dolinę Bugu, który niczym klucz wiolinowy opływa urwiste stromizny wysokiego brzegu... "Z urwisk tych śliczny roztacza się widok na Bug, wijący się kręgiem pod ścianą wzgórz, na Korczew i dalekie leśne przestrzenie" - pisał Stefan Żeromski w "Dzienników tomie odnalezionym" w czerwcu 1890 roku. Było to kilka miesięcy po zgonie Joanny Kuczyńskiej, która miała przejść do naszej literatury jako Pani na Korczewie.

Dotarliśmy tu po raz pierwszy w 1968 roku, przewodniczką wyprawy była "słoneczna dziewczyna" (jak ją zwano) - Klementyna Olbrychska, matka Daniela, która spędziła w Korczewie dzieciństwo... Pałac wisiał na urwanych kolumnach jak inwalida, oślepły zabitymi oknami. Jak z wiersza Norwida pisanego w "epoce Korczewa": Podwalin nie ma,

bo deptać je trzeba,

Ni schodów wyżej;

Ale poręcze sięgają do nieba,

Poręcze z krzyży! Wspominaliśmy z Danielem nasz korczewski Norwidowy dzień, kiedy nagrywaliśmy mój program telewizyjny "Samotny jak nikt", autorowi "Promethidiona" poświęcony. Młodzieńki Olbrychski zagrał swoją pierwszą wielką romantyczną rolę. Dostałam wtedy od niego piękny dar. Londyńskie wydanie "Do Najświętszej Panny Marii Litania" Cypriana Kamila Norwida, opatrzone notą: "Dochód przeznaczony na Zakład św. Kazimierza SS Szarytek w Paryżu, w którym Cyprian Norwid sześć lat przeżył i życia dokonał".

Daniel wpisał mi dedykację: "Adresatce tych wierszy Cię polecam". Kraju, co jako Syna Twego szata

Porozrywany na wiatrach ulata (...)

Ludu, co świata rozrządzał

połową

I nie ma grobu

ze swymi orłami...

O! Matko dobra Ty,

Polska królowo,

Módl się za nami! Przyrzekliśmy, że walczyć będziemy o życie domu Norwidowej Pani na Korczewie.

"Wspaniały zamek na sarmackiej wolności perle"

"Prześwietny dom Kuczyńskich jest niby wspaniały zamek na drogiej sarmackiej wolności perle wystawiony pobożnością i sławą (...), tak wielu heroicznych kawalerów w boju waleczną ręką, w pokoju mądrą głową, sławnych bohatyrów męstwem i odwagą opatrzony..." - wołał kaznodzieja jezuita, żegnając A.D. 1738 kasztelana Wiktoryna Kuczyńskiego, pana na Korczewie, zwanego Królem Podlasia.

Familia Kuczyńskich, "godnie honor polskiego orła piastując" od bitwy pod Grunwaldem, wpisana jest w dzieje Korczewa od roku 1712, gdy te dobra przepięknie wśród nadbużańskich łąk i lasów położone nabył kasztelan podlaski Wiktoryn Kuczyński.

"Pamiętnik" Wiktoryna z lat 1668-1737, opublikowany staraniem Ośrodka Studiów i Ochrony Środowiska Kulturowego w Białymstoku, a dedykowany przez edytorów "Ojcu Świętemu w dniu wizyty w Drohiczynie - historycznej stolicy Podlasia", jest dokumentem cennym i niezwykłym. W lapidarnych notach obejmujących dzieje każdego roku kasztelan kreśli tyleż dzieje Rzeczypospolitej epoki saskiej, uwikłanej w wojny ze Szwecją, rozterki elekcji króla, zrywanie sejmów, niszczycielskie działania nieprzyjacielskich wojsk, ile skrzętne noty dobrego gospodarza, kochającego syna, męża, ojca...

"Ad maiorem Dei Gloriam" ufundował kasztelan-król w Drohiczynie kościół Benedyktynek Panieńskim zwany, którego zjawiskowy fronton zdaje się unosić nad polami, gdy patrzymy nań z ogrodów kurii biskupiej. Ufundował też ołtarz w kościele parafialnym pod wezwaniem Świętej Trójcy i przyczynił się do budowy tej świątyni.

"Przyozdobiłeś, ustroiłeś, przybrałeś to święte gniazdo, a tym samym sobie na szczęśliwą wieczność z Bogiem gniazdeczko usłałeś" - wołał kapłan w żałobnej mowie, żegnając króla Podlasia, który odszedł ku szczęśliwości 21 lipca roku 1737 roku.

Wnuk Wiktoryna Feliks (przy którym został od 1788 roku Korczew) był inicjatorem pospolitego ruszenia na linii Bugu w Powstaniu Kościuszkowskim. Jego żona, Józefa z Butlerów, prowokowała oburzenie dam i rozbawioną aprobatę podlaskich rębajłów. Ubrana po męsku, z lulką w zębach, z włosami wetkniętymi pod tęgą lisiurę, pędząca na polowanie u boku męża, w niczym nie przypominała swych pięknych poprzedniczek z familii Kuczyńskich, które patrzyły na nią z portretów "otoczone koronką".

Ale nawet ta duchowa krewniaczka kniahini Kurcewiczowej nie mogła sobie poradzić z synem Aleksandrem, który długie lata był marszałkiem szlachty podlaskiej. A żeni się z kim? Mogąc uzyskać rękę którejś z Ossolińskich czy Czartoryskich, pojął jesienią 1834 roku za żonę bardzo piękną, wrażliwą i mądrą, ale wcale nie za bogatą wnuczkę warszawskiego adwokata Joannę Helenę Wulfers. Ich praprawnuczka Renata Ostrowska pisze: "Aleksander i Joanna Kuczyńscy mieli specjalne miejsca w naszych tradycjach rodzinnych. On - marszałek szlachty z wyboru, właściciel wielkich dóbr, hodowca pełnej krwi arabów, człowiek o poglądach jak na owe czasy bardzo postępowych. Ona - postawna, inteligentna, uzdolniona. Malowała, haftowała, głównie ornaty do naszej parafii, a głos miała tak silny, że słychać ją było w pałacu, gdy śpiewała w Dębniaku. O Joannie mówiono zawsze w rodzinie z wielkim szacunkiem, niemal szeptem...".

W roku 1841 marszałek Aleksander Kuczyński wyruszył z żoną Joanną na karnawał do Warszawy.

"Orle Norwidzie!"

"Urodziłem się na bezpoetycznej, równej jak piaski ziemi - na Mazowszu we wsi dziedzicznej zwanej Laskowo, o mil parę od Warszawy..." - czytamy w autobiografii Norwida. Była godzina ósma wieczorem 24 września roku 1821, gdy w błękitnej izbie dworku białego Laskowo-Głuchy przyszedł na świat. Ten dwór istnieje do dziś - jedyny autentyczny dwór polski - miejsce narodzin geniusza. Sprzedany, niedostępny.

Matka Norwida - Ludwika - pochodziła z rodu ostatniego wielkiego króla Polski - Jana III Sobieskiego. "Nie wiem, czy kto świętszą Matkę miał jak była Matka moja" - napisał syn z miłością. Zmarła, gdy Cyprian miał cztery lata. Wychowywał się osierocony w domu prababki macierzystej Hilarii Sobieskiej, która zwykła mawiać: "Myślisz, że żałowałabym co i dla dobra Ojczyzny? Krew moją oddałabym!".

Pisząc o swym rodzie po mieczu, skreślił "Genealogię familii starodawnej" Norwidów herbu Topór wiodącej się z gniazda rodowego Norwidy na Żmudzi.

Dziewięcioletni Norwid przeżywa w Warszawie Powstanie Listopadowe. Trzynastoletniego zmuszają, by patrzył na chłostę swych kolegów, ukaranych za to, że 26 listopada 1833 roku zbierali drzazgi z szubienicy powieszonego Artura Zawiszy i grudki ziemi splamionej krwią jego towarzyszy broni, którzy - jak donosiła prasa - "ułożyli zbrodniczy zamiar nowego powstania". Ma lat piętnaście, gdy będzie przeżywał sceny, o których opowiada: "W Warszawie 1836 roku nocą budzeni bywaliśmy przez kolegów, aby choć obecnością naszą zasłać pożegnanie wysyłanym na Sybir (...). Bywali młodzi ludzie skazywani do lochów i więzień za jednej książki przeczytanie (...). Literatura żadna pewno takich nie miała czytelników, jak ci młodzi w Wilnie i w Warszawie, którzy krwią i łzami kartki czytanej poezji okupowali".

Po studiach w szkole malarskiej - od 1840 roku zaczyna pracę w Heroldii Królestwa Polskiego, zatwierdzającej dowody szlachectwa, o której powie żartobliwie: "W HEROLDII polskiej, niby to będąc urzędnikiem, więcej czytałem w biurze, niż co robiłem, i przychodziłem głównie, aby śp. Dziad mój, pułkownik Michał Janina Sobieski, który w tejże Heroldii był radcą stanu, widział mię przy stoliku biurowym. Chciał on ażebym wyszedł na "porządnego człowieka" - ale mu się to nie udało!".

Ma lat dziewiętnaście. Jest złotowłosy i piękny jak Apollo. Nazywają go Wykwintnisiem, Michałem Aniołem, Poetą, przyjaciele z cyganerii warszawskiej piszą doń inwokacje: "Ty nas poisz nadzieją, pamiątką, cierpieniem, Orle Norwidzie!". Hrabia Albert Potocki napisał o przyjacielu z podziwem i przyjaźnią serdeczną: "Niech mu Bóg i Jego aniołowie na drodze życia przewodniczą. Dawno tyle kogo nie kochałem, dawno tyle godnym kochania kogo nie znałem, jak Norwid. Biedny on, między ludźmi jest jak gołąb pośród sępów, jastrzębiów i krogulców". W takiej epoce poznała go dwudziestoośmioletnia marszałkowa Joanna Kuczyńska, szczęśliwa żona i młoda matka.

Na ich rozstanie padł złowrogi cień. W lipcu 1841 roku Warszawa przeżyła męczeńską śmierć Karola Levittoux - rówieśnika Norwida, Podlasiaka, spiskowca, który podpalił się w Cytadeli, by nikogo nie wydać...

W rok potem - majowego dnia roku 1842 Cyprian Norwid opuścił Warszawę i Polskę, by nigdy do Ojczyzny nie wrócić.

Pani marszałkowa wróciła do pięknego pałacyku w Korczewie, otoczonego wieńcem szumiących topoli i dębów, wśród których tak lubiła śpiewać...

Spotkali się po dwudziestu latach. W Paryżu.

"Ogień w alabastrowym naczyniu"

Jest sztuka jedna, co jak słońce w niebie

Świeci nad wiekiem -

Mieć moc pocieszać,

moc zasmucać siebie,

A być człowiekiem. (...)

Dlatego Panią innymi drogami

Tamże zabiegłą

Dostrzegło oko me, prawie ze łzami

Serce dostrzegło Wiersz "Do Pani na Korczewie", datowany "Paryż na jesieni 1861", opatrzył Norwid notą: "Żałując że nie byłem na śniadaniu w Korczewie, piszę te strofy". Dwadzieścia lat! Jakże inne były ich drogi. Spokojny rytm sielskiego, ziemiańskiego żywota pani Joanny.

Lata, które dzieliły Norwida od warszawskiego spotkania z Panią na Korczewie, przyniosły poecie dni barwne i dramatyczne. We Włoszech jesienią 1844 roku spotkał największą miłość swego życia - Marię z Nesselrodów Kalergis, córkę Niemca, szefa żandarmerii rosyjskiej w Warszawie, zachwycającą swą urodą największych artystów epoki. Nazywali ją "Białą Damą", "Białą Czarodziejką", "Białą Symfonią".

Miała włosy złociste i źrenice jak fiołki parmeńskie. Wiosną 1845 roku Norwid towarzyszył w wyprawie na południe Włoch tej, którą w jednym z przepięknych wierszy miłosnych nazwie: "Pani Błękitno-oka z równym profilem Minerwy, Marmur biały...". W 1848 roku w Rzymie poznał Norwida Zygmunt Krasiński i taki skreślił wizerunek poety: "Na via Sistina, przez korytarze i schody labiryntowe, dostałem się do Norwida. Lampa zasłonięta, gdyby iskra konająca jedna wśród ciemności - a w tym zmierzchu człowiek młody, fantazji ogrom i tkliwości. Nerwowa natura, zagmatwana, ale prześliczna! Ogień w alabastrowym naczyniu. Choroba, nędza, a wszystko w tęczy! Uprzejmość, grzeczność, wdzięczność i wdzięk!". Ale nawet Krasiński nie zrozumie jego poezji, narzekając: "Co za styl nierozgmatwany u tego chłopca! Coraz ciemniej pisze...". I będzie apelował do Cypriana: "Wszystkie giętkości, wszystkie skarby, wszystkie morza i lądy i błękity leżą utajone w Tobie - Miej więcej prostoty, a mniej podejrzliwości i drażliwości...".

W listopadzie roku 1850 Cyprian Kamil napisze gorzko Augustowi Cieszkowskiemu: "Fakta. Jako zdrowie i siła - głuchota. Jako człowiek Ojczyzny - wszystkie odrzucone rękopisma". I wybuchnie: "Gorzki to chleb jest Polskość...".

Krytykowany, niewydawany, odrzucony 13 grudnia roku 1852 odpływa do Ameryki: "...czułem się tu bardzo opuszczonym. Jestem w tym społeczeństwie tak ze wszech miar obcym, że popadłem w Ameryce w melancholię..." - wyzna.

"Pod szaty rąbek Waszej się schronię..."

W Korczewie cudem przetrwały listy Norwida do Pani Marszałkowej. Powiedział, że podziwia w Pani na Korczewie "to, co najniepospolitszym jest u niewiast dziewiętnastego wieku, to jest: samoistnej, a jednak niewieściej i chrześcijańskiej energii pełność". Nazwała go żartobliwie i nie bez kokieterii "koronnym komplemencistą".

Jej dom to urzekający, na podwalinach miłości zbudowany klasztor. Gdy dom korczewski w Paryżu zniknął, Norwid zasmucił się, bo znajdował tam "to wszystko co aurę-piękną-Ojczystości zbliża"...

Mknęły listy adresowane: "Madame la Comtesse Jeanne Kuczyńska par Varsovie (Siedlce? Korczew) en Pologne". "Bardzo mi błogo było czytać o futrach, czytać, że Pani lubi zimę - śniegiem okryte strzechy - wnętrze mieszkania swego ciepłem domowym czekające" (3 stycznia 1862).

"Niezadługo u Was wszystkie wdzięki wsi się rozśmieją - nigdzie takiej wiosny na globie, jak w Polsce!" (marzec 1862).

Cień Białej Damy, "tej jedynej", przewija się w Norwidowych listach. Warto tu powiedzieć, że wizerunek Marii Kalergis - kosmopolitki, której sprawy polskie są obce, jest ogromnie krzywdzący. Oto, co napisał o córce z furią szef rosyjskiej żandarmerii pan generał Nesselrode: "Moja córka, zupełna wariatka, ultrapolska bardziej nawet niż stary Lelewel, ultrakatolicka bardziej niż papież. Dokądkolwiek jechała, ciągnęła za sobą orszak młodych Polaków...".

"Ultrapolska" Maria pisała z dumą: "My jesteśmy z kraju, gdzie tuż pod ziemią tli się żar, a powietrze płonie, gdzie każdy nosi w sercu zarzewie nienawiści i nadziei...".

Kiedy Norwid otrzymał od pań na Korczewie w gwiazdkowo-noworocznym darze zestaw ołówków i wytworne rękawiczki (akcesoria nieodzowne eleganckiemu mężczyźnie w XIX wieku), przesłał w zamian do Korczewa swój portret w konfederatce, zowiąc ją "czapką-ranną" nie od słowa poranny, lecz od... ranny - zraniony. Amarantową włożyłem

na skronie

Konfederatkę,

Bo jest to czapka,

którą Piast w koronie

Miał za podkładkę. "Na Boże Narodzenie 1862 i Nowy Rok 1863 chcę widokom z okien zamkowych, i topoli, i wszelakości całej Korczewa życzyć przy nastającym roku nowym rzeczy, o której prawdę mówiąc - nie mam wyobrażenia: to jest szczęścia". 22 stycznia 1863 roku wybuchło w Polsce Powstanie Styczniowe... Zacytujmy słowa Norwida, tak boleśnie dziś aktualne: "Głosem narodu jest harmonia ojczysta, mieczem - jedność i zgoda, celem - prawda (...). Bo Ojczyzna - Ziomkowie - jest to moralne zjednoczenie, bez którego partie są jak bandy lub koczowiska polemiczne, których ogniem niezgoda, a rzeczywistością dym wyrazów (...). Ojczyzna jest to zbiorowy - obowiązek".

"Samotny na świecie jak nikt"

Do Pani na Korczewie napisał tragiczne słowa, które można uczynić mottem jego życia: "...jestem samotny na świecie jak nikt z ludzi, których znam. Tak samotny jestem".

Umiera w przytułku św. Kazimierza 22 maja 1883 roku o siódmej rano. Pieniądze na pogrzeb uzbierał u przyjaciół i krewnych Michał Zaleski, weteran Powstania Listopadowego, który czuwał nad poetą w jego dni ostatnie - do śmierci...

W 1888 roku minął termin opłaty za mogiłę. Przed wyrzuceniem do wspólnego dołu uratował "popioły Norwida" Władysław Mickiewicz, syn Adama, mówiąc: "w sercach naszych tkwi nadzieja, że kiedyś kości nasze do Ojczyzny zostaną przeniesione".

Grudki ziemi z tego cmentarza złożono w roku 2001 w katedrze na Wawelu - obok prochów Mickiewicza i Słowackiego, obok prochów królów polskich...

Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał Cypriana Kamila Norwida "jednym z największych poetów i myślicieli, jakich wydała chrześcijańska Europa".

"Z Bogiem nad Bugiem"

Nastały dobre dni w Korczewie. Pisze Renata Ostrowska, praprawnuczka Pani na Korczewie, w uroczej księdze wspomnień "Mój Dom": "Mama miała wielu przyjaciół wśród artystów, głównie malarzy, rzeźbiarzy i plastyków (...) a Papa wśród rozpolitykowanych, młodych dyplomatów, a więc kandydatów na przyszłych zbawców Ojczyzny". Na cennych książkach widniał herb Rawicz i hasło rodu "Z Bogiem nad Bugiem".

"Zbawca Ojczyzny" - hrabia Krystyn Ostrowski, prawnuk pani Joanny - był świetnym gospodarzem. Na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 roku Korczew otrzymał wielki Srebrny Medal.

Obie córeczki - Renata i Beata - przeżywały dzieciństwo sielskie. Przepiękny park, szumiący sędziwymi dębami, modrzewiami, platanami. Łany kwitnących fiołków i stokroci.

Wiosną 1938 roku bezcenne zbiory archiwum korczewskiego przewieziono do Warszawy. Spłonęły podczas bombardowania stolicy we wrześniu 1939 roku. Krystyn Ostrowski na polecenie rządu eskortował z ekipą skarb państwa, wywożąc złoto do Anglii. Renata pracowała jako pielęgniarka, ratując rannych w Szpitalu Maltańskim.

Zimą 1940 roku pojechała pożegnać się z Korczewem. "Długo stałam, patrząc na oddalający się dom, nie mogąc oczu oderwać od białych murów i kolumn... Pamięć ta została ze mną przez wszystkie lata wygnania".

"Tu bije polskie serce"

Widok był porażający. Wędrując tropami Żeromskiego po Podlasiu, dotarłam w roku 1972 do Korczewa. Rozpacz, groza, ruina.

Do przepięknej sali balowej z sufitem zdobionym złotymi stiukami zwieziono nawozy sztuczne. Wysypywano luzem sól potasową. Pękały belki parkietu. Okna wybito łopatami. Piece odarto z ozdobnych kafli. Strzaskano kryształowe lustra. W apartamentach Marszałkowej sufit się zarwał. Na ścianie trwał wyrazisty wizerunek krzyżackiego woja - dzieło następców zakonu, stacjonujących tu podczas ostatniej wojny. W roku 1990 wróciły praprawnuczki Pani na Korczewie - Renata i Beata, hrabianki Ostrowskie. Odkupiły pałac i fragment parku. Jęły się odbudowy. Dokonały cudów. Wszystkie swe oszczędności przeznaczyły na heroiczny trud rekonstruowania gniazda. Wspierał żonę Beatę Rodney Harris, znamienity historyk sztuki, konserwator antyków, Anglik, który tak wrósł w nasze Podlasie, że usiłował nauczyć się polskiego. Swe wspomnienia "Mój Dom" zadedykowała pani Renata siostrzeńcowi, synowi Beaty i Rodneya - "Arturowi Alexandrowi Harrisowi w nadziei, że idąc w przyszłość, będzie pamiętał o przeszłości". I Artur - prężny, świetny biznesmen - pamięta. Jego wydatna pomoc przyczyniła się do odrodzenia Korczewa. W roku 1996, z inicjatywy pułkownika Adama Buszki, rdzennego Podlasiaka, rodem ze wsi Bartków, która wchodziła w skład dóbr korczewskich, wicedyrektora Caritas Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, wielkiego protektora kultury i pieśni ojczystej, powstało Towarzystwo Przyjaciół Korczewa. Pałac lśni bielą smukłych kolumn. Co roku odbywają się świetne imprezy "Zielony Korczew", w cyklu "Nad Bugiem" - atrakcyjne spływy tą przepiękną rzeką. 2 maja roku 2000 pałac gościł uczestników Kongresu Kultury Polskiej. Pani Renata Ostrowska witała ich: "Ten Dom jest otwarty dla każdego. Tu bije polskie serce i płynie Bug, który łączy, a nie dzieli, bo łączy nas Bóg".

http://www.naszdziennik.pl/wp/15115,kor ... tosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 14 gru 2012, 11:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/12/13 ... kar-balcy/

Zmarł Otokar Balcy
Posted by Marucha w dniu 2012-12-13 (czwartek)

Odeszła kolejna legenda z bielsko-bialskiej szkoły filmów rysunkowych, które wciąż, mimo upływu lat, cieszą najmłodszych i tych trochę starszych. Powstałe w czasach mrocznego, peerelowskiego komunizmu, do dziś nie mają sobie równych – choć były stworzone za państwowe pieniądze przez ludzi wykształconych w państwowych szkołach i uczelniach.
Admin.


Otokar Balcy był autorem udźwiękowienia najpopularniejszych produkcji Studia:
Wybitny operator dźwięku związany ze Studiem Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, zmarł w wieku 88 lat. Był autorem udźwiękowienia najpopularniejszych produkcji Studia: “Reksia” oraz “Bolka i Lolka”.
Balcy urodził się w 1924 w Orłowej na Zaolziu. Pierwszymi filmami, które współtworzył w Studiu, były kreskówki z 1967 roku: “Nasz dziadzio”, “Robocik” i “Reksio”.
Realizował dźwięk m.in. do animowanych seriali “Porwanie Baltazara Gąbki” i “Pampalini, łowca zwierząt”, a także do pełnometrażowych filmów rysunkowych, w tym “Wielkiej Podróży Bolka i Lolka” oraz “Porwania w Tiutiurlistanie”.
W 2004 roku zrealizował dźwięk do ostatniego filmu w swojej karierze, animacji …Ergo sum”.
Otokar Balcy był wielbicielem zabytkowych samochodów. Uczestniczył w rajdach tych pojazdów. Angażował się także w działalność społeczną. W latach 1998-2002 był bielskim radnym.

Przeczytaj więcej o: Bolek i Lolek, Otokar Balcy, Reksio, Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej,animacja
http://www.rp.pl/tagi/Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej

http://www.rp.pl/artykul/554266,960606- ... -zyje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 15 sty 2013, 08:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Romanów – tęsknota Kraszewskiego „Serce moje tam zostało”

„Trudno w świecie o zaciszniejszy kąt, o piękniejsze leśne kwiaty, o bujniejsze łąki, o pustynniejszą ustroń. (…) Szum jodeł wieczorem przypomina szmer modlitw…”. „Choć los daleko mnie odpędził, serce moje tam zostało”. Kraszewski o Romanowie
Barbara Wachowicz

Dziad nasz po Matce śp. Błażej Malski, z bardzo starożytnej rodziny, był najprzód paziem u króla Stanisława Augusta, później sekretarzem Stanisława Poniatowskiego” – opowiada w swej „Kronice domowej” najmłodszy brat pisarza, Kajetan.

Błażej Malski – sekretarz generała (bo taką miał rangę) Stanisława Poniatowskiego – niezwykłego bratanka króla, społecznika walczącego o zniesienie pańszczyzny, wiele zaczerpnął z jego przykładu. Pisze wnuk Kajetan Kraszewski: „Dziad nasz był wielce w całej okolicy poważany, pozostały po nim pisma znakomicie dziś tak drażliwą kwestię włościańską traktujące, był też i bardzo dobrym gospodarzem”.

Jawi się także postać chorążego Błażeja we wspomnieniach sławnego wnuka Józefa: „Dziadek, który spisywał wszystkie okolicznościowe wiersze, listy, mowy, dawnym obyczajem (…) pamiętam, łzy miał w oczach, gdy mu babka ową sławną mowę abdykacyjną Jana Kazimierza czytała. Niejeden raz ją słyszałem wieczorem powtarzaną i był to pierwszy dokument historyczny, z którym zapoznałem się (…). Utkwiły we mnie na zawsze przepowiednie w nim zawarte, które dziadowi łzy z oczów wyciskały”.

Tekstu tej mowy próżno by szukać w tomach historii Polski. Kustosz Michalina Byra dokonała cudu detektywistycznego i dotarła do tego niezwykłego tekstu naszpikowanego sowicie łaciną. Szczęśliwie ksiądz Marcin Składanowski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z poświęceniem wszystkie łacińskie sformułowania był łaskaw przetłumaczyć. Zacytujmy więc fragment tego tekstu, który opłakiwał dziad Kraszewskiego, a dla przyszłego autora cyklu ksiąg o historii Ojczyzny był pierwszym dokumentem historycznym.

Powiedział król: „(…) Przywodzi mnie do tej abdykacji, najprzód cura salutis aeternae [troska o wieczne zbawienie] (…) Wszystko miłości Rzpltej oddaję. (…) Nikt o miłości mojej ku Rzpltej wątpić nie może. (…) Żegnam już ojcowskim sercem…”.

W cieniu romanowskich drzew 24 maja 1811 r. odbyło się huczne weselisko piętnastoletniej panny Zofii Malskiej, córki Anny i Błażeja, z dwudziestodwuletnim Janem Kraszewskim. Józef Ignacy podkreślał związki ojca ze sławnym rodem Jastrzębców wiernych królowi Bolesławowi Śmiałemu – Szczodremu. Na cześć protoplastów przyjmie pseudonim „Bolesławita” i powieść „Boleszczyce” zadedykuje „Bratnim rodom, co Jastrzębca w godle noszą”.

Dzieciństwo przyszłego autora „Chaty za wsią” ominie cień narodowej żałoby po utracie napoleońskich nadziei na wskrzeszenie Ojczyzny. „Romanów żył, Romanów był tak wesoły, tak miły”. „W takim to miejscu wychowałem się, zrosłem, tak wesoły, tak pieszczony, tak kochany. (…) O, wesołym wstępem do życia był mi Romanów”.

Prababkę nazwał: „pierwsza moja nauczycielka”. Na jej kolanach nauczył się „czytać, myśleć i modlić”. Jedną z najcenniejszych pamiątek znajdujących się obecnie w zbiorach Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Romanowie jest modlitewnik „Korona niebieska”. Ta „książka, z której płynęła pociecha w duszę, na którą spływały łzy, z niej się czerpało natchnienie, męstwo, nadzieja” – jak napisze Józef – należała do prababki, która uczyła dziecko modlić się, „wieczorem i rano modlitwa wprowadzała w świat”.

Konstancja Nowomiejska ufundowała do dziś istniejącą w Romanowie kaplicę, której prostota i doskonałość pozwala wpisać ją na listę najcenniejszych zabytków klasycyzmu.

Listy do babci Anny Malskiej podpisywał jako „bardzo oddany i kochający wnuk”. W dziele „Noce bezsenne” pisze, że „pożerała książki”. Bo w Romanowie „wszystko czytało i mówiło o literaturze”.

Dzieciństwo romanowskie wspominał z rozrzewnieniem. Do Romanowa będzie tęsknił całe życie.

Orać, siać i pieniądze zbierać
Od roku 1849 w Romanowie osiedli rodzice – Zofia i Jan Kraszewscy – z najmłodszym synem Kajetanem, zwanym Kaj. Pisze on o matce: „Przy znakomitym wykształceniu była najwyższa skromność, przy trudnych do naśladowania cnotach, szczera pokora chrześcijańska, słowem, i wiara, i rozum, i nauki, i serce”.

O ojcu powiada: „Miał talent wielki i znakomity dar opowiadania”. Ten dar odziedziczy po nim starszy syn Józef Ignacy. Wśród przyjaciół ojca był Franciszek Karpiński, którego pieśniami „Kiedy ranne wstają zorze” i „Wszystkie nasze dzienne sprawy” każdy szanujący się dom polski zaczynał i kończył dzień, a kolęda „Bóg się rodzi” stała się hymnem Bożego Narodzenia – i jest nim do dziś.

Od lat najmłodszych Józef Ignacy przysparzał rodzicom zmartwień i rozczarowań. Uczył się źle. Wyznaje: „Z matematyką i rachunkami bieda była niemała i smaku w nich nie miałem nigdy. Czytało się (…) bardzo dużo, prędko i chciwie”.

Pisało się też poezje i po latach Kraszewski wspomni: w Białej Podlaskiej „poczułem raz pierwszy chętkę do pisania i wziąłem pióro w rękę”.

Wilno zachwyciło go i urzekło. Poświęci temu czarownemu miastu nad Wilią wiele swoich dzieł, a wśród nich monumentalną „Historię Wilna”. W „Pamiętniku z lat młodzieńczych” pisze: „Schylmy głowę, to Ostra Brama. Świeci z niej z założonymi na piersiach rękami obraz Bogarodzicy opiekunki. (…) Tu się stał niejeden cud, niejedno serce uleczone zostało, niejeden stąd nieszczęśliwy odszedł pocieszony i uspokojony”.

29 listopada 1830 r. wybuchło w Warszawie powstanie. 3 grudnia aresztowano w Wilnie całą grupę studentów konspiratorów, w ich gronie Kraszewskiego.

Śledztwo prowadzili Moskale znani z procesu promienistych przyjaciół Mickiewicza. Ci sami: senator Nowosilcow, rektor Pelikan, prokurator Botwinko.

Losy wileńskich konspiratorów okazały się fortunniejsze niźli ich filomackich poprzedników. Zostali ułaskawieni i skazani tylko na dozór policyjny.

Na życiu Kraszewskiego sprawa wileńska położyła się wielkim cieniem. Opinia wroga Moskali i groźnego konspiratora – patrioty polskiego będzie mu towarzyszyła przez wszystkie lata.

Jego sława zaczyna się wcześnie – w latach 1833-1838 ukazują się pierwsze powieści, furorę robi autobiograficzna „Poeta i świat”, publikuje eseje historyczno-literackie, barwne reportaże „Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy”.

Spotyka wybrankę swego serca. Była to bratanica samego Prymasa i arcybiskupa Jana Pawła Woronicza – panna Zofia Woroniczówna. 12 czerwca 1838 r. 26-letni Józef Ignacy Kraszewski poślubił ją.

Zaczyna się dla Józefa los ziemianina-hreczkosieja, ojca rodziny. Żona ubolewa: „Nie (…) dla niego to zajęcia (…) pracy ponad siły. Chwili biedak nie ma do odetchnienia. (…) jak mrówka krząta się…”.

Nie pomylił się w wyborze żony. Zofia rodzi udaną dziatwę, dwóch synów – Jasia (1841) i Frania (1843), dwie córki – Konstancję (1839) i Augustę (1849), zwaną Tunia. Do męża, gdy Kraszewski wyjeżdża na kurację (ciągle na coś choruje!), biegną listy pełne miłości i tęsknoty: „Mój drogi Józieczku! (…) Pisz do mnie, Aniele (…). Idę w każdym razie marzeniem za Tobą”.

W czerwcu 1851 r. Józef Ignacy Kraszewski z żoną i dziećmi przyjechał do Romanowa. W „Dzienniku” zanotował: „Jest to miejsce moje rodzinne, które po długich latach niewidzenia ujrzałem znowu z uczuciem wielkim”.

W latach 1853-1854 Kraszewski napisał swoją autobiograficzną „Powieść bez tytułu”. Powstała ona w Żytomierzu, do którego to miasta przenieśli się Kraszewscy. W 1853 r. szlachta wybrała Kraszewskiego na stanowisko kuratora gimnazjum i dyrektora Teatru Szlachty Ziemi Wołyńskiej.

Na próżno starał się też o paszport, by dotrzeć do Romanowa na ślub brata Kajetana, który pisał doń żartobliwie: „Otóż drogi mój Józeczku, jużeśmy wszyscy skończyli kariery, teraz tylko orać, siać i pieniądze zbierać”.

Ptakiem do Romanowa dolecieć
Romanów był zawsze jego tęsknotą: „Chciałbym ptakiem do Romanowa dolecieć…”.

W Muzeum Kraszewskiego w Romanowie można obejrzeć „Genealogię rodu” namalowaną przez Kajetana. We wstępie do „Monografii” mówi, iż trzeba znać historię rodziny, „gdyż ona stanowi również cząstkę historii kraju ojczystego”.

W roku 2000 ukazał się potężny, ponad pół tysiąca stron liczący tom „Kronika domowa. Silva rerum” Kajetana Kraszewskiego.

Romanowski dom był zawsze skarbnicą starego obyczaju. Boże Narodzenie celebrowano uroczyście. Było siano pod obrusem z najpiękniejszej łąki i snop zboża w kącie jadalni, obrzędowe potrawy, a nade wszystko kolędy i opłatek. Posyłając po latach ten okruszek chleba Bożego braciom na wygnanie, pisał Kajetan:

Ojców to naszych obyczaj prastary,

Polskiego kraju maluje dostatek,

Symbol braterstwa, miłości i wiary;

Święty opłatek.

Był też Kajetan pasjonatem astronomii. Obserwatorium romanowskie wyposażył w najnowocześniejsze instrumenty, które sprowadzał z całej Europy, jego odkrycia budziły aprobatę autorytetów europejskich. Przyznano mu honorowe członkostwo Asociation Scientifique de France w Paryżu, Societé Belge d’Astronomie w Brukseli, Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika i Towarzystwa Historycznego we Lwowie.

Od lutego 1859 r. Józef Ignacy Kraszewski jest mieszkańcem stolicy i redaktorem naczelnym pisma „Gazeta Codzienna”, które pod jego kierownictwem staje się wzorem nowoczesnego, świetnego dziennika. 3 kwietnia roku 1861 udało się zmienić tytuł dziennika na „Gazetę Polską”, w burzliwej przedpowstańczej epoce. Opisywał te dni gorące w anonimowej broszurze „Sprawa polska w roku 1861” i powieści „Dziecię Starego Miasta”: „Kto nie przebył z nami tych chwil (…) ten nie pojmie nigdy podniesienia ducha i olbrzymich ofiar (…) Od małego dziecka do starca wszystko było gotowe na śmierć”.

Od lutego 1862 r. arcybiskupem Warszawy został ks. Zygmunt Szczęsny Feliński. Kraszewski, przypomniawszy Kajetanowi, że Feliński był w szkołach jego przyjacielem, pisze proroczo: „Jest to człowiek, jakich na świecie nie ma. Już dziś na pół święty”.

W roku 2002 Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował arcybiskupa Felińskiego, a Benedykt XVI w 2009 kanonizował.

22 stycznia roku 1863 wybuchło Powstanie Styczniowe. Józef Ignacy Kraszewski otrzymał rozkaz opuszczenia kraju. 27 stycznia napisał do brata: „Kochany Kaju! Donoszę Ci krótko, że jestem zmuszony wyjechać na jakiś czas do Drezna, aby nie być posądzonym o zły wpływ na dziennikarstwo…”.

„Jakiś czas” trwać miał ćwierć wieku.

Z wygnania płyną myśli rozpaczliwe
W powstaniu bierze udział najmłodszy z braci Kraszewskich – Lucjan, zdolny malarz i fotografik. Tragiczny, zesłańczy los spotkał córkę autora „Starej baśni” – Konstancję, która pojechała dobrowolnie ze skazanym mężem na Sybir. Kiedy wracała do Polski, tragicznie zginęła.

Pisał Józef do Lucjana w październiku 1863 r.: „Oto rozproszyliśmy się po szerokim świecie, jeden Kajetan pod romanowskimi jodłami chodzi”.

Ciągle chory i narzekający na gardło, żołądek, pęcherz, nerki etc., podejmuje jednak trud tytaniczny napisania wielkiego cyklu powieści z dziejów Polski. Od roku 1863 do 1887 tworzy dziewięćdziesiąt tomów!

Rozpoczyna cykl od legendarnych czasów słowiańskich IX wieku „Starą baśnią” – kończy na wieku XVIII powieścią „Saskie ostatki”.

„Stara baśń” (sfilmowana w roku 2003) uchodzi za najlepszą powieść Kraszewskiego. Mówi jej bohater: „A jak pomrą starzy, pieśń z nimi pójdzie do ziemi, synowie o sprawach ojców wiedzieć nie będą, zamilkną mogiły”.

„(…) Jestem tak samotny, że gdyby nie zabójcza praca, wytrwać bym nie mógł” – wyznaje bratu Kraszewski. „Jak te lata osierocone, tęskne, bolesne – nie wypowie żaden język”. Wypowiedział to w opasłym tomie noszącym wymowny tytuł „Na tułactwie”.

Wiekopomnym osiągnięciem z lat tułactwa jest wydanie z inspiracji i w opracowaniu Kraszewskiego dzieł Szekspira, uznane przez największych szekspirologów polskich za osiągnięcie olbrzymie.

Wielką radością były mu na tułactwie odwiedziny braci i synów – Janka i Franciszka.

W listach sławnego autora „Starej baśni” powtarzają się słowa pełne tęsknoty za Romanowem. „Chciałbym być w Romanowie…”, „dobry i cenny Romanów, który tak wszyscy kochamy, który jest dla nas sanktuarium wspomnień… U mnie zielono, drzewa szumią… Szum jak w Romanowie…”.

Do brata Lucjana rozżali się: „Jeden Kajetan na starym gnieździe klekoce, a szumią mu jodły, co naszą młodość kołysały. Szczęśliwszy od nas…”.

Byłem najmniejszym sługą ducha narodowego
Cała familia zjechała do Krakowa na wielki jubileusz pięćdziesięciolecia pracy Józefa Ignacego – 2 i 3 października roku 1879.

Słysząc o niesłychanych przygotowaniach do tej uroczystości, Kraszewski zakpił, przywołując porzekadło ojcowskie: „Winszuję nad winszujami i z przywinszujkiem”. Doniósł też Kajetanowi z powagą: „Szewcy warszawscy buty mi szyją – największy triumf, jaki odniosłem”. Cyprian Kamil Norwid stwierdził, że Józef Ignacy Kraszewski będzie „jedynym pisarzem w Polsce, który będzie miał całe buty”.

3 października – uroczysta Msza Święta w jego intencji u stóp ołtarza Wita Stwosza w katedrze Mariackiej i wielka gala w odnowionych Sukiennicach, gdzie wykonano „przepiękną kantatę” z muzyką Władysława Żeleńskiego do słów Adama Asnyka: „Szczęśliwy, komu w życiu dano doczekać plonu swej pracy”.

Delegacje „ze wszystkich ziem Polski od morza do morza oraz z Czech, Szląska, Morawii, z Łużyc” składały dary i słowa admiracji. Przyszły setki telegramów…

Kraszewski stłumionym przez wzruszenie głosem czytał swe orędzie: „Zaprawdę nie dla mnie uczyniliście to, ale dla wielkiej idei pracy ducha narodowego, którym ja byłem najmniejszym sługą”.

Niezwykle ważnym osiągnięciem jubileuszu było stworzenie organizacji Macierz Szkolna, która miała się zapisać złotymi zgłoskami w dzieje walki o oświatę pod wszystkimi zaborami.

Ta organizacja stała się solą w oku Moskalom. I od razu powiedzmy, że za udział w jubileuszu wszyscy w zaborze rosyjskim znaleźli się pod nadzorem policyjnym. Kraszewski wielokrotnie zabiegał o szansę uzyskania wizy rosyjskiej, by odwiedzić Romanów, Warszawę, rodzinę. Nie otrzymywał odpowiedzi żadnej lub przychodziła odmowna.

Nigdy już nie usłyszał szumu romanowskich drzew.

Błogosławiony naród, rodzina i człowiek
W liście do Kajetana z 16 stycznia 1880 r. pojawia się informacja o wiedeńskim wydaniu powieści „Hrabina Cosel” (tak pięknie sfilmowanej za naszych czasów przez Jerzego Antczaka): „Piszą mi, że bardzo się podoba. Tłumaczy ją notabene piękna panna jak Cosel”.

Ta uchodząca za Włoszkę wiedenka, próbująca sił w literaturze pod pseudonimem „Christa del Negro”, wnosząc z zachowanych portretów egzotyczna, chmurna, ciemnooka piękność, pisze o Kraszewskim w swym pamiętniku: „Stałam się ostatnią miłością tego tęskniącego za uczuciem poety”. Ona ma lat 29, on – 69. Ona jest nikim, on – europejską, obsypaną zaszczytami sławą.

W znakomicie udokumentowanej pracy Antoniego Trepińskiego „Romans Kraszewskiego z wiedenką” – mamy relację o narodzinach powieści Kraszewskiego „Bez serca” wydrukowanej przez wiedeńskie pismo „Neue Freie Presse” w 1882 r., w której sportretował swą „ostatnią miłość” nader niepochlebnie.

Grupa dziennikarzy niemieckich z otoczenia panny Christy będzie atakowała polskiego pisarza bez litości w procesie, jaki wytoczono Kraszewskiemu przed Najwyższym Trybunałem Rzeszy Niemieckiej w Lipsku. Jednym z ważkich dowodów jego przewin wobec Niemiec była… powieść „Bez serca”.

13 czerwca 1883 r. Józef Ignacy Kraszewski został aresztowany w Berlinie pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Francji i osadzony w najcięższym więzieniu – Moabicie.

Skazano go na trzy i pół roku twierdzy w Magdeburgu – tym samym, gdzie Niemcy więzić będą Józefa Piłsudskiego. Bo „w zamordowaniu politycznym Kraszewskiego chodziło o Polskę, o kraj cały, o naród”.

7 listopada 1885 r. Kraszewski opuszcza śmierdzące więzienie, zwolniony po wpłaceniu ogromnej kaucji przez księcia Antoniego Radziwiłła i króla włoskiego, który odznaczył Kraszewskiego Krzyżem Komandorskim Korony Włoskiej z Gwiazdą.

Nadchodzą ostatnie dni. Do Kajetana pisze w październiku 1886: „Zazdroszczę Ci wszystkiego, a nad wszystko, że na swojej ziemi kochanej możesz żyć”.

Zmarł w Genewie w dniu swoich imienin – 19 marca 1887 roku.

Przewieziono go do Ojczyzny i złożono 18 kwietnia na krakowskiej Skałce.

W ostatnim liście do brata załączył swój wiersz zaczynający się frazą:

Błogosławiony naród, rodzina i człowiek (…).

Błogosławieni wszyscy, których czyste dusze (…)

I nie wątpiły nigdy pod przemocą wroga

Ani o prawdzie świętej, ni o mocy Boga.

Ostatnimi dziedziczkami Romanowa były wnuczki Kajetana – Maria i Paulina, oraz wnuk Janusz Kajetan. Maria poślubiła Jana Rościszewskiego, którego potomkowie do dziś żyją w Warszawie. W 1943 r. dwór podpalony przez rosyjskich partyzantów spłonął.

W roku 1958 podjęto decyzję o odbudowie i utworzeniu Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, które otwarto 28 lipca 1962 roku. Jest to jedno z najpiękniejszych i najstaranniej zaaranżowanych muzeów biograficznych w Polsce.

Udało się stworzyć nastrój żyjącego domu, wolnego od muzealnej martwoty, w czym jest wielka zasługa kierującej Muzeum Anny Czobodzińskiej. Wiernymi aliantami Romanowa są potomkowie Kajetana Kraszewskiego. Każdy z nich ma piękną kartę życia, która ucieszyłaby pradziada. Marcin, ciężko ranny w Powstaniu Warszawskim, zrobił świetną karierę naukową jako profesor Instytutu Geografii Polskiej Akademii Nauk i doktor honoris causa uniwersytetów w Marsylii i Saragossie.

Jego brat Jeremiasz urodzony w Romanowie w roku 1934 jest wybitnym architektem. Jan Emeryk Rościszewski (któremu zawdzięczamy sagę rodu) – praprawnuk Kajetana, ukończył historię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Institut d’...tudes Politiques de Paris we Francji. W stanie wojennym drukował i kolportował zakazane przez cenzurę wydawnictwa, działał w Prymasowskim Komitecie Pomocy Więźniom. Pasjonuje się heraldyką, z pietyzmem kolekcjonuje i tropi pamiątki romanowskie.

Rok 2012 ustanowiono Rokiem Kraszewskiego w dwusetną rocznicę urodzin autora „Starej baśni”. W Romanowie do dziś szumią drzewa, za którymi tak tęsknił, pamiętające jego młodość.

http://www.naszdziennik.pl/wp/20946,rom ... stalo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 16 sty 2013, 10:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Eliza Orzeszkowa – wielka dama pozytywizmu

Barbara Mierzejewska

Ślady? To nie mikroskopijne punkty, ale wielkie zgłoski utrwalone na zawsze w historii naszego narodu. Głównie w literaturze, muzyce, wokalistyce. Wystarczy rozejrzeć się wokół wojewódzkiego miasteczka – Grodna, by usłyszeć takie nazwiska, jak: Eliza Orzeszkowa, Franciszek Karpiński, Tadeusz Kościuszko, Czesław Niemen. Zrodziła ich ziemia białoruska. Kiedyś biedna, a i teraz nie za bogata. Większość kraju pokrywają lasy i pola. A wśród nich leniwie wije się rzeka Niemen z licznymi dopływami. Było to idealne miejsce dla twórczych umysłów. I teraz otacza nas bujna pachnąca przyroda, aż dech zapiera. W takim klimacie rodziły się i tryskały talenty niezwykłe.

Na początku przedstawię Elizę Orzeszkową, damę polskiego, a nawet światowego pozytywizmu, córkę adwokata Benedykta Pawłowskiego i Franciszki z Kamieńskich, urodzoną 6 czerwca 1841 r. w Milkowszczyźnie k. Grodna.

Od najmłodszych lat prześladowały ją nieszczęścia. Mając zaledwie 3 lata, została osierocona przez ojca. Matka, kobieta piękna, pełna czaru, poślubiła Konstantego Widackiego. Mała Eliza poczuła się osamotniona i to uczucie towarzyszyło jej przez wiele lat. Na szczęście serdeczną opiekunką okazała się babcia, która wywiozła Elizę na nauki do Warszawy, gdzie mieszkała i uczyła się u Sióstr Sakramentek. Tam zaprzyjaźniła się z Marią Wasiłowską, późniejszą Marią Konopnicką. Razem zaczęły tworzyć poetyckie utwory, wiele czasu poświęcały na czytanie powieści i wierszy, głównie Adama Mickiewicza
Po powrocie do domu Eliza jeszcze bardziej odczuła brak kontaktu z matką. I to chyba zadecydowało, że 16-letnia dziewczyna zdecydowała się zostać żoną ziemianina Piotra Orzeszko. Małżeństwo okazało się wielce nieudane. Jakże mogło być inaczej, skoro mąż skończył 30 lat i nie w głowie mu były pomysły żony, która rzuciła się w wir pracy społecznikowskiej i literackiej, np. założyła szkółkę wiejską, gdzie sama nauczała. Pochłonęło ją także pisanie o tamtejszych ludziach, ich charakterach, wadach i zaletach.

Przyszła pisarka, wychowana w patriotycznej atmosferze, wybrała się powtórnie do Warszawy. Trafiła na wydarzenia 1863 r. i miała szczęście potajemnie przewozić własnym powozem aż do granic Królestwa Polskiego dyktatora powstania styczniowego Romualda Traugutta. Opisała to potem w noweli „Gloria victis” („Chwała zwyciężonym”). Tę tematykę będzie często uwzględniać w późniejszych utworach.
Zaczyna być literatką szeroko znaną nie tylko na Grodzieńszczyźnie, ale w całej Polsce, a nawet w Europie. Z Milkowszczyzny, swojej rodzinnej wsi, przenosi się do samego Grodna. Ale zawiodła się na tym mieście. Gród nad Niemnem, który po latach zwano Grodem Orzeszkowej, nie poprawił jej samopoczucia. Brudny, zaniedbany, pełen rosyjskich napisów na szyldach określa stwierdzeniem: „Pan Bóg stworzył wieś, a człowiek miasto”. Porządkuje niejako w marszu swoje osobiste sprawy, uzyskuje rozwód i poślubia wieloletniego przyjaciela Stanisława Nahorskiego. Szarmancki prawnik uspokaja niespokojną duszę. Pani Eliza ma nowy pomysł – chce, by książki trafiły do serc wszystkich Polaków zamieszkałych na Białorusi. Udało jej się w 1879 r. otworzyć w Wilnie księgarnię Orzeszkowa i S-ka. Nielubiane Grodno zmienia stosunek do pisarki po wielkim pożarze, gdzie spłonęło wiele setek domów, a tysiące mieszkańców, w tym większość Polaków, została bez dachu nad głową. Wtedy wielka dama wykorzystała swój literacki talent do niesienia pomocy pogorzelcom. Poza tym organizowała dobroczynne koncerty i zbiórki pieniężne dla potrzebujących. Wciąż tworzyła, dwukrotnie była nominowana do Nagrody Nobla.

Niedawno minęła setna rocznica jej śmierci – dokładnie 23 maja 2010 r. W pogrzebie wzięły udział setki Polaków, m.in. jej spowiednik ks. Stanisław Miłkowski. Działacz społeczny i literacki Józef Kotarbiński powiedział nad trumną: „Ona była żywą mądrością i czującym sercem całej epoki”.
Najważniejsze utwory Elizy Orzeszkowej: „Pamiętnik Wacławy”, „Meir Ezofowicz”, „Dziurdziowie”, „Niziny”, „Nad Niemnem”, „Cham”. Poza tym napisała wiele nowel, opowiadań, a także kronikarskich zapisków.

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 1046&nr=19


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 30 sty 2013, 08:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Przywraca wiarę w piękno muzyki

Recenzja
Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Dobrze, że ustanowiono Rok Lutosławskiego, bo dzięki temu będzie można usłyszeć wszystkie kompozycje artysty. A przynajmniej te najważniejsze. Tym bardziej że dzieła Witolda Lutosławskiego częściej były grywane za granicą aniżeli w Ojczyźnie kompozytora. Wielekroć, gdy przebywałam za granicą, uczestnicząc w festiwalach teatralno-muzycznych, zawsze pytano mnie – jeśli chodzi o muzykę współczesną – o dwóch polskich kompozytorów: Henryka Mikołaja Góreckiego i właśnie Witolda Lutosławskiego. Obaj bardziej byli znani i cenieni wśród melomanów na Zachodzie aniżeli w Polsce.

Kilka koncertów poświęconych Witoldowi Lutosławskiemu zostało zaprezentowanych w Filharmonii Narodowej oraz na Zamku Królewskim już wcześniej, ale inauguracja Roku Lutosławskiego odbyła się w dniu 100. urodzin tego wybitnego kompozytora. Niektórzy plasują go na drugim miejscu zaraz po Chopinie. Niewątpliwie Witold Lutosławski i Henryk Mikołaj Górecki to najwięksi, najwybitniejsi polscy kompozytorzy XX wieku i jedni z największych w gronie kompozytorów europejskich ubiegłego wieku.

Niezrównana maestria

Koncert w stulecie urodzin Witolda Lutosławskiego rozpoczął się prawykonaniem utworu „Sostenuto” na orkiestrę Pawła Szymańskiego, zamówionego specjalnie z okazji jubileuszu przez Filharmonię Narodową. Paweł Szymański w programie do koncertu napisał, że ten wybitny kompozytor jest dla niego niezwykle ważną postacią. „Jako słuchacz zawsze byłem zafascynowany jego muzyką. Jako kompozytor odziedziczyłem po nim wiarę w muzykę (…). Witold Lutosławski należał do ludzi, którzy są niewzruszeni w swoim systemie wartości i jednocześnie bardzo skromni, pewni swojej drogi i jednocześnie powściągliwi”.

Swoim utworem „Sostenuto” Paweł Szymański składa hołd Witoldowi Lutosławskiemu. Trzeba przyznać, że ta niełatwa przecież muzyka Szymańskiego, zwłaszcza dla konesera wyłącznie klasyki, przyzwyczajonego do melodyczności dzieła muzycznego, której to melodyczności tutaj właściwie nie ma – wniosła specjalny klimat do koncertu. Orkiestrę świetnie poprowadził dyrektor Filharmonii Antoni Wit. W pierwszej części wieczoru usłyszeliśmy także wspaniałą „III Symfonię” Witolda Lutosławskiego, należącą do największych dzieł muzyki XX wieku. Utwór był dyrygowany przez Antoniego Wita bez zbędnej ekspresji, spokojnie, co pozwalało słuchaczowi na poddanie się głębszej refleksji zawartej w dziele. Właśnie za „III Symfonię”, której prawykonanie odbyło się w 1983 roku, Lutosławski otrzymał nagrodę podziemnego Komitetu Kultury Niezależnej „Solidarności”.

Po przerwie druga część koncertu była prawdziwą ucztą duchową. Usłyszeliśmy „trylogię”, dwa utwory na skrzypce i orkiestrę „Partita”, i „Łańcuch II” oraz jeden na orkiestrę: „Interludium”.

O największej atrakcji wieczoru inaugurującego Rok Lutosławskiego w Filharmonii Narodowej, czyli światowej sławy niemieckiej skrzypaczce Anne-Sophie Mutter, Witold Lutosławski mawiał, że inspiruje go w pracy twórczej. „Kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy grającą mój ’Łańcuch II’, było to dla mnie jedynym w swoim rodzaju, niezapomnianym doświadczeniem. Nie mogłem marzyć o takim brzmieniu i o takiej interpretacji mojej muzyki skrzypcowej. Wspomnienie jej gry zawsze towarzyszy myśleniu o moich przyszłych utworach na skrzypce. Jestem jej za to ogromnie wdzięczny” – mówił kompozytor.

Ta wyjątkowa, wybitna skrzypaczka doskonale zagrała „Partitę” i „Łańcuch II” Witolda Lutosławskiego. Oba utwory na skrzypce i orkiestrę. „Partitę” kompozytor dedykował właśnie Anne-Sophie Mutter, co stanowi wielki zaszczyt dla skrzypaczki, ale też wymóg odpowiedniego poziomu wykonawczego. Taka dedykacja zobowiązuje artystycznie. Anne-Sophie Mutter wykonała dedykowany sobie utwór z największą maestrią, grała tak, jakby dźwięki skrzypiec miały oddać przeżycia i myśli twórcy tego dzieła i jakby to była jej rozmowa z samym kompozytorem. Pięknie i głęboko. A dyrygowana przez Antoniego Wita Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej tworzyła znakomite warunki dla tego dialogu.

Warto dodać, iż ta wybitna artystka czynnie włącza się w obchody setnej rocznicy urodzin Witolda Lutosławskiego. Nie tylko występując w Filharmonii Narodowej w Warszawie, ale także w swoich planach ma wykonywanie utworów skrzypcowych Lutosławskiego na całym świecie.

Fascynująca narracja

Witold Lutosławski był jednym z nielicznych współczesnych kompozytorów przykładających dużą wagę do harmonii dzieła. Tym samym wykazywał szacunek dla odbiorcy swoich kompozycji. Większość współczesnych artystów tzw. awangardowych posługuje się dźwiękami, które można określić kakofonią i które pozostają w wyraźnej dysharmonii z psychologicznym, naturalnym wnętrzem odbiorcy. Niekiedy wprost trudno wysłuchać do końca zgrzytająco brzmiących dźwięków pozbawionych jakiejkolwiek melodii i harmonii, agresywnie atakujących uszy odbiorcy. Wiele złego we współczesnej sztuce, a także we współczesnej muzyce uczyniły nurty postmodernistyczne, wprowadzając tzw. nowy język posługujący się antyestetyką.

Dzieła Witolda Lutosławskiego to przeciwieństwo „kakofonicznej” mody, są piękne, głębokie i nośne. Oddziałują na emocje i duchową przestrzeń odbiorcy. Fascynująca narracja tych dzieł pozostająca w harmonii z odbiorcą sprawia, że utwory Witolda Lutosławskiego przywracają wiarę w piękno muzyki, której pragnie się słuchać.

http://www.naszdziennik.pl/wp/22394,prz ... uzyki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 03 lut 2013, 19:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Wychowawca narodu

Powiedziano o Piotrze Skardze wiele pięknych słów. Próbowano wielokrotnie uzmysłowić sobie rangę jego dokonań: dzieła pisarskiego i działalności życiowej. Jeśliby jednak szukać jakieś formuły scalającej to piękne i niezwykle obfite w dzieła życie, to – jak się wydaje – faktycznie warto by powołać się na słowa, które wypowiedział o naszym wielkim jezuicie kardynał Aleksander Kakowski: Czym święty Paweł był dla pogan, tym ksiądz Skarga dla Polaków. Garść poniższych uwag ma na celu komentarz do owej – jakże trafnej – konstatacji.

Znakomitego wprowadzenia do lektury swego własnego dzieła dokonał sam Piotr Skarga: to słynne dziewięć postulatów skonstruowanych na potrzeby czytelnika jednego z pierwszych dzieł wielkiego jezuity: Żywotów świętych.
Posłuchajmy ich:

1. Żywoty wiele nam pomóc mogą; 2. Miej do nich poważanie w sercu, bo oni cię do nieba wprowadzą; 3. Z tym umysłem czytaj, nie iżbyś tylo wiedział jaki ten był, jaki ów, a nie czytaj ich jako jaką historią, ale jako kazanie i naukę z dobrem nabożnem sercem, żebyś się zlepszyć z onego przykładu mógł; 4. Czytaj z nastawieniem: „a co mi po nauce bez żywota dobrego?”; 5. Przeczytawszy, obróć się do samego siebie, a mów: a ja co czynię? Czylim nie tej wiary, co oni? Czyli to nie bracia i synowie matki mojej, i zawstydzając się bardzo lenistwa swego proś Pana Boga, abyś z nimi uczestnictwo miał w czynieniu tego, co oni; 6. Gdy trafisz na swój stan, myśl o swoim stanie, jeśli nie o twoim stanie czytasz, wszystko tam chwalić i wszystkiemu się dziwować, ale nie wszystkiego naśladować możesz. Przetoż w tym użyjesz baczności i roztropności swojej wiedząc co tobie i powołaniu twemu służy; 7. Oprzyj się na miłości do Boga; 8. Około utrudzenia cielesnego, postów, biczowania, niespania umiej być ostrożny (…) nie czyń bez rady spowiednika swego (aczkolwiek dzisiaj ludzie są ospali); 9. Około cudów strzeż się, abyś nie w czym wątpić nie śmiał, gdy je czytać będziesz.

Jest to, jak widzimy, pewien program, który trochę wyjaśnia, z jakim nastawieniem powinniśmy czytać to, co pozostawił nam po sobie wielki jezuita. Musimy wciąż pamiętać i powtarzać sobie: Piotr Skarga nie był tylko pisarzem. Nie można go traktować jak typowego dla naszej współczesności literata: Skarga bowiem używał słowa w większości jako kaznodzieja, a słowo kaznodziejcze jest znacznie żywsze niż słowo pisarza czy poety. Nie tylko dlatego, że jest wypowiadane żywym ludzkim głosem, a potem dopiero wydawane w formie książki – także dlatego, że słowo kaznodziei inne sobie stawia cele: bardziej przemianę życia, bardziej oddziaływanie na postawy odbiorców niż na przykład samo piękno wypowiedzi, tak charakterystyczne dla literatury. Słowo kaznodziejcze, owszem, karmi się pięknem, ale przekracza estetykę w stronę egzystencji. W ten sposób słowo kaznodziejcze zbliża się bardzo do wzorów i modeli kultury podpowiadanych przez tradycję: jak w słynnym zakończeniu z wiersza R. M. Rilkego Starożytny tors Apollina:

Każde miejsce tego głazu
Widzi cię:
Musisz swoje życie zmienić!

Literatura tworzona przez Piotra Skargę miała życie zmieniać, kształtować postawy, przekonywać do godnego, udanego życia, ale realizowanego w realiach wieku, w którym żył i tworzył pisarz. Była więc literaturą, której cele znacznie przekraczały zwykłe zadania, jakie zwykle stawia sobie literatura. Może to właśnie zjawisko powoduje, że tak trudno jest „czytać” Skargę, za to tak łatwo umieszcza się go w gablocie „złotych myśli” i „skrzydlatych słów”.

Wielkością dzieła Skargi jest jego wszechstronność, jak byśmy to może dzisiaj powiedzieli: totalność, szerokość zakresów, w ramach których poruszał się jezuicki pisarz: od intymnego, indywidualnego życia duchowego po wspólnotowe, rozkrzyczane życie polityczne; od tekstów mierzących się z zagadnieniem religijnych drgnień duszy po traktaty czy polemiki polityczne czy religijne: od modlitwy po pamflet.

Szerokość tego wymiaru Skargowego dzieła ma niejako dwie konsekwencje: dla autora i dla jego odbiorcy.

Autor jawi się jako osoba w całości poświęcona szczęściu drugiego człowieka: osoba poświęcona zadaniu niesienia owemu odbiorcy pomocy w dostaniu się do nieba; osoba, która – nie zważając na okoliczności – traktuje swą misję życiową jednoznacznie i bardzo serio: Skarga jest księdzem oddanym swoim wiernym i niestrudzonym misjonarzem, moralistą, który pokornie oddaje swój talent, wiedzę i umiejętności dziełu ewangelizacyjnemu. Oto jak w jednym ze swych słynnych listów, można rzec programowych, niemłody już człowiek (A. D. 1573), ale świeży wciąż jeszcze jezuita przedstawia swoją wizję życia i opis celów działania, kiedy:

Z politowania krają się wnętrzności moje, kiedy patrzę na klęski tego kraju: tyle tysięcy katolickiego ludu bez pasterzy, bez chleba, o który proszą maluczcy, tak dalece, że niektórzy z nich muszą odbyć dwadzieścia mil, aby spowiadać się w Wilnie; aż zgroza mówić, co za źli księża pozostali w niektórych parafiach, co za kupy różnowierców śmieją szerzyć nawet ebionizm. Tylu chwiejnych w wierze, którzy przeszliby do Kościoła katolickiego, gdyby tylko przybył tu ktoś z naszych. Nie szukajmy Indyj Wschodnich i Zachodnich, tutaj mamy Indyje prawdziwe: Litwę i Północ. Poddajcie nam tylko ognia, ile tylko możecie zarzewia, abyśmy żarem zapałali i z całym rozpędem porwali się pod sztandary świętego posłuszeństwa zbierać krew Chrystusową.

Ktoś, kto takie słowa wypowiada, ma jasną bardzo wizję postępowania i celów działania. Idei tej pisarz pozostanie wierny przez całe życie bez względu na decyzje przełożonych i na to, w jakim zrządzenia Opatrzności postawią go miejscu: w Pułtusku, we Lwowie, w Wilnie czy u boku monarchy w Krakowie.

Skarga będąc księdzem, będąc człowiekiem głębokiej wiary i wielkich porywów ducha, przemawia, bywa, natchnionym przez Ducha słowem. Na ten wymiar skargowskiego słowa zwrócili uwagę romantycy, którzy dostrzegli w pisarzu… proroka. Wszyscy zapewne znamy słynny obraz Jana Matejki Kazanie skargi, gdzie został on ukazany jako biblijny prorok, który natchniony Duchem, przedstawia straszną wizję upadku królestwa.

Owa wizja, która tak bardzo zaniepokoiła i obezwładniła trafnością opisu naszych romantyków, pochodzi, oczywiście, z wielu stron dzieła skargowskiego, ale najmocniej wyrażona została bodaj w trzecim kazaniu sejmowym. Zaiste, czy w XIX wieku – stuleciu niewoli i narastającej rusyfikacji, kulturkampfu i wojny z polskością – można było nie dostrzec w Skardze tego, kto już w XVI wieku przewidział katastrofę:

Nastąpi postronny nieprzyjaciel, jąwszy się za waszę niezgodę, i mówić będzie: „Rozdzieliło się serce ich, teraz poginą”. I czasu, tak dobrego do waszego złego a na swoje tyraństwo pogodnego, nie omieszka. Czeka na to ten, co wam źle życzy, i będzie mówił: „Euge, euge, teraz je pożerajmy, teraz pośliznęła się noga ich, odjąć się nam nie mogą”.I ta niezgoda przywiedzie na was niewolą, w której wolności wasze utoną i w śmiech się obrócą, i będzie – jako mówi Prorok – „sługa równo z panem, niewolnica równa z panią swoją, i kapłan z ludem, i bogaty z ubogim, i ten, co kupił imienie, równy z tym, co przedał”. Bo wszyscy z domy i zdrowim swoim w nieprzyjacielskiej ręce stękać będą, poddani tym, którzy ich nienawidzą. Ziemie i księstwa wielkie, które się z Koroną zjednoczyły, w jedno ciało zrosły, odpadną i rozerwać się dla waszej niezgody muszą. Przy których teraz potężna być może ręka i moc wasza i nieprzyjacielom straszliwa. Odbieżą was jako chałupki przy jabłkach, gdy owoce pozbierają, którą lada wiatr rozwieje. I będziecie jako wdowa osierociała, wy, coście drugie narody rządzili. I będziecie ku pośmiechu i urąganiu nieprzyjaciołom swoim.Język swój, w którym samym to królestwo między wielkimi onymi słowieńskimi wolne zostało, i naród swój pogubicie, i ostatki tego narodu, tak starego i po świecie szeroko rozkwitnionego, potracicie i w obcy się naród, który was nienawidzi, obrócicie, jako się inszym przydało. Będziecie nie tylo bez pana krwie swojej i bez wybierania jego, ale też bez ojczyzny i królestwa swego, wygnańcy wszędzie nędzni, wzgardzeni, ubodzy, włóczęgowie, których popychać nogami tam, gdzie was pierwej ważono, będą. Gdzie się na taką drugą ojczyznę zdobędziecie, w której byście taką sławę, takie dostatki, pieniądze, skarby i ozdobności, i rozkoszy mieć mogli? Urodzi-li się wam i synom waszym taka druga matka? Jako tę stracicie, już o drugiej nie myślić. Będziecie nieprzyjaciołom waszym służyli w głodzie, w pragnieniu, w obnażeniu i we wszytkim niedostatku. I włożą jarzmo żelazne na szyje wasze…

Znali bowiem romantycy nasi dobrze historię i doskonale wiedzieli, w jaki sposób w obronie wolności szlacheckich i tolerancji religijnej w Rzeczypospolitej występowała caryca Katarzyna i w jaki sposób rozgrywała podzielonych pomiędzy sobą Polaków. To zaiste nie jest li tylko literatura: Skarga przemawiał z mocą i widział dalej: jako autor był natchniony i siła tego natchnienia wciąż obecna jest w jego utworach, przez co nie poddają się one li tyko literackiej lekturze.

Jeśli zaś idzie o odbiorcę swego, budował pisarz przez całe swoje życie jasną wizję człowieka integralnego: to znaczy pełnego: osoby szczęśliwej i spełnionej, i czynił to w zgodzie z zasadami humanizmu, które z pewnością sobie przyswoił w jezuickiej formacji duchowej: człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce. Bohater jego dzieła to człowieka działania, zarazem też człowiek pracujący nieustannie nad swoim duchowym rozwojem.

Integralność bohatera skargowskiego wynikała tak samo mocno z humanistycznej refleksji nad związkiem res-verbae: w myśl tej zasady dla osiągnięcia spełnienia i szczęścia w ludzkim życiu istotne jest zrównoważenie relacji słowa i działania: wiedzy i umiejętności jej zastosowania w egzystencji: kulturowym odpowiednikiem owej renesansowej dychotomii było ukształtowanie dwu modeli ludzkiego życia, związane z symbolicznymi dwoma przestrzeniami ludzkiej aktywności: otium – jako miejsce formatywne, dyskursywne, miejsce kształtowania osobowości na podstawie dyskusji, lektury i kontemplacji oraz – negotium – miejsce „oddawania” tego, co się nauczyło w otium przestrzeni publicznej: filozof, człowiek wiary osiąga pełnię swego istnienia, kiedy jest w stanie poświęcić swoją wiedzę, duchowe bogactwo – społeczności: w życiu politycznym czy w innych zastosowaniach tak ważnych dla ludzi.

Tak formowany bohater dzieła Skargi jest obywatelem, który traktuje swoje powołanie do życia we wspólnocie państwowej jako bardzo ważne zadanie, bez którego realizacji nie będzie możliwe osiągnięcie pełni człowieczeństwa.

Rozległość dzieła księdza Piotra podobnie wyraża się w różnorodności gatunkowej jego prac literackich: zasadniczym ich zrębem było kaznodziejstwo: Piotr Skarga kaznodziejstwem zajmował się przez całe swoje życie. W kolejnych wydaniach swoich Kazań na niedzielę i święta czy Kazań przygodnych podkreślał kolejne rocznice: dwudziestą piątą, trzydziestą trzecią, czterdziestą siódmą czy następne swojej kaznodziejskiej pracy. Prawie pół wieku lat wysiłku kaznodziejskiego: zdarzało się, że – szczególnie pod koniec życia – wyrywała się z ust wielkiego jezuity bolesna uwaga pod adresem sobie współczesnych, do których nie trafiały słowa kaznodziei. Niemniej jednak dzieło swoje – dzieło nawracania, upominania, przekonywania z kazalnicy – kontynuował do samego końca: mówi się, iż w drodze do Krakowa, kiedy król wreszcie pozwolił zmęczonemu starcowi przejść na emeryturę, pisarz odwiedził Sandomierz i tam, poruszony nieszczęściem mieszkańców miasta, którym ogień strawił dorobek całego życia, wygłosił jedno ze swoich ostatnich kazań, wzywające do solidarności z nieszczęsnymi.

Kazania te są bardzo różne: tak zwane kazania przygodne (dziś pewnie powiedzielibyśmy: okolicznościowe, wygłaszane z różnych okazji – wśród nich wielce istotny dla kultury polskiej zbiór Kazań sejmowych, ale też przeróżne kazania wypowiadane z okazji śmierci, zwycięstw wojskowych czy wydarzeń politycznych, niektóre z nich to dzieła literackie najwyższego lotu, pobudzające uczucia dumy z ojczyzny i emocje patriotyczne), ale także, na przykład, niezwykle ciekawe jeśli chodzi o tematykę zbiory kazań teologicznych: o siedmiu sakramentach czy jedno z ostatnich dzieł księdza Piotra: zbiór czterech kazań o słowach świętego Pawła wypowiedzianych na Areopagu.

To zwłaszcza dzieło absolutnie zasługuje na uwagę i koniecznie powinno być współcześnie wydane, gdyż ukazuje Piotra Skargę jako wybitnego humanistę katolickiego: świetnie obeznanego z antyczną myślą filozoficzną oraz kulturą polityczną świata starożytnego, i właśnie z tej, antycznej perspektywy wyrzucającego czasom sobie współczesnym odejście od wzorów proponowanych przez starożytność.

Poza kazaniami tworzył także Skarga ogromne zbiory modlitw (między innymi Czterdziestogodzinne nabożeństwo oraz Żołnierskie nabożeństwo). W pierwszym z owych dzieł właściwie wprowadził do polskiego życia religijnego nową czterdziestogodzinną formę pobożności, drugie zaś – modlitewnik dla żołnierzy – opracowany i wydany na progu XVII wieku: stulecia bitew i niepokojów Królestwa, stanowi niezwykły wkład jezuickiego pisarza w działalność formatywną: oto bowiem bohaterem wieku XVII siłą rzeczy musi się stać rycerski szlachcic, którego zadaniem będzie zmagać się z powstaniem Chmielnickiego, bronić Jasnej Góry przed Szwedami, odpierać Moskali i walczyć z Turkami na terenie Rzeczypospolitej, ale i poza jej granicami. Ten nowy bohater epoki otrzymuje od księdza Piotra wsparcie: zbiór, który pozwala rycerzowi odnieść się do Boga w różnych, niełatwych sytuacjach żołnierskiego życia.

Dzieło dedykowane jest hetmanom: Chodkiewiczowi i Żółkiewskiemu, i w dedykacji tej pisarz mocno wskazuje na sytuację, w jakiej znajduje się państwo. Mówi, iż królestwo jako zła rola cierniem i chwasty zarosło i – niejako proroczo widzi – że jego przyszłością będzie walka z gnuśnością, która opanowała nie tylko życie polityczne, ale i serca obywateli. Stąd jego rycerz – postać zmagająca się nie tyle z wrogami zewnętrznymi, co także z tymi, którzy gnieżdżą się w ludzkim sercu – wskazuje na tony heroiczne: zarysowany zostaje portret duchowego żołnierstwa, nie tylko w słynnym zdaniu: Wszędzie potrzeba z pokusami walczyć i dla tego żywot chrześcianina każdego żołnierstwem się zowie, ale też i w uwadze: Ma swoich i domowych nieprzyjaciół każdy człowiek niemało, które zwojować i do pokoju i do pokoju wnętrznego i dobrego sumnienia przywodzić, wielkiego zwycięstwa jest sława i wysokiej zapłaty niebieskiej oczekiwanie.

Formułuje Skarga swój opis idealnego rycerza chrześcijańskiego w oparciu o wartości, w które wyposaża go wiara. Rycerz żyje ostrzej, na granicy, w ciągłym zagrożeniu śmiercią, stąd cnoty jego muszą zaistnieć w stopniu doskonałym, bo bliższy jest śmierci i sądu Bożego. Ów zaś odbywa się w swoistym orzecznictwie na polu boju, czyli: albo – albo.

Idziem w imię Pańskie do tej posługi, Bogu miłej, Kościołowi jego świętemu i ojczyźnie naszej, i braciej wszytkiej, którzy się w tym królestwie zamykają, potrzebnej: abo szczęśliwie wygrać i pokonać nieprzyjaciele nasze, abo mężnie umrzeć, tak jako będzie wola i postanowienie w niebie, na które się puśćmy i dajmy.

Kazanie Do żołnierzów w samej potrzebie to jeden z piękniejszych tyrtejskich utworów w naszej literaturze. Odbywa się w nim znaczące podniesienie godności wojennej rycerstwa, i patetyczny, aczkolwiek przemawiający do serca wizerunek wojennych przodków:

Pamiętając i na męstwo, i nabożeństwo wojenne przodków swoich, którzy wam takie królestwo i ojczyznę pozostawili, i tak wiele do niej narodów przyłączyli pobożnością i rycerską dzielnością, nie bądźcie wyrodkowie ich. Tych wolności, których oni męstwem, wiarą i ku panom swoim i ojczyźnie miłością nabyli, wy lenistwem, pieszczotą nie utracajcie. Zostawcie rycerskie rzemięsło i sławę dziatkom swoim.

Jest też akapit, który pozwala nam, w epickim porządku uszykowaną, zobaczyć scenę wymarszu wojska: Przypasujcież miecze i szable swoje, zmocniajcie popręgi, a bądźcie mężnemi, a stańcie mocno na te, co was i Kościół święty nasz i ojczyznę naszą zgubić chcą, kończy zaś się całość wezwaniem Bóg z wami, mężne rycerstwo Boga nieprzemożonego, żołnierze Kościoła Bożego i pointuje odśpiewana Bogurodzica. Taki wymarsz wojska Chrystusowego wieńczy pisarski wywód.

Innym dziełem, którego celem miało być formowanie duchowe swoich odbiorców, był absolutny bestseller kultury polskiej: Żywoty świętych, wydane po raz pierwszy w roku 1579 i wznawiane kilkakrotnie za życia pisarza, ale i potem, znane i lubiane, wydawane w przeróbkach różnych aż do czasów współczesnych.

Można śmiało powiedzieć, że na Żywotach wychowało się kilkanaście pokoleń Polek i Polaków, że miały Żywoty niezwykły walor formatowania polskiej religijności przez wieki, że uczyły pewnej postawy wobec rzeczywistości i budowały kolejne wzorce osobowe. Znane powszechnie są słowa z Modlitwy do świętych, otwierające skargowskie dzieło:

Gwiazdy niebieskie i góry wieczne, przez które świat Chrystus oświeca w tych ciemnościach świata tego świećcie nam; pochodnie w miłości Bożej gorejące, przykłady waszemi zapalajcie nas; promienie łaski niebieskiej, przyczyną swoją zagrzewajcie nas; bracia starszy na dworze królewskim służący, wspomnijcie na ubogie domowniki i powinne swoje, z którymiście tu w nędzy w tej wzrośli. (…) Zwycięscy wszech nieprzyjaciół, wesołą pieśń wygranej bitwy śpiewający, nie przepominajcie smutnych towarzyszów, w polu jeszcze leżących żołnierzów, między którymi ciała i kości wasze odpoczywają; przeprawieni na szczęśliwy i wesoły brzeg niebieski, wspomnijcie na płynące i tonące na tym morzu świata tego żeglarze.

Święci Skargi to jasne punkty i wzory postępowania w morzu mroku, w którym upływa ludzkie życie. Jego święci to jasne pochodnie, które płonąc żarem miłości do Chrystusa oświetlają drogę zagubionym: świętość proponowana przez pisarza czytelnikom jest propozycją egzystencji gorącej i aktywnej, przeciwstawianej propozycji, którą podsuwał szlachcie Mikołaj Rej w postaci Żywota człowieka poczciwego: Skarga pragnie przerwania duchowej „małej stabilizacji”, woła o człowieka pasji, energii, aktywności.

Ogromna machina skargowskiego dzieła to również utwory polemiczne (przeciw konfederacji warszawskiej, protestantom, przeciw arianom) a także roczne dzieje kościelne pisane według Piotra Baroniusza (czyli wielkich rozmiarów historia Kościoła katolickiego), wreszcie dzieła apologetyczne, jak te adresowane do prawosławnych w Rzeczypospolitej; a także dzieła miłosierdzia – nie tylko działania charytatywne, ale też cała wielka teoria działania charytatywnego: program ideowy, ale i zapisy precyzyjne postępowania.

Ten ogrom dzieła jezuickiego pisarza wprost onieśmiela; ma także prawo onieśmielać aktywność Skargi.

Od roku 1589 do śmierci pełni Piotr Skarga urząd kaznodziei królewskiego. Warto pamiętać, iż to wraz z nim urząd ów jako taki rozpoczął swoje istnienie. Owszem, poprzednio obowiązki te na dworze Batorego pełnili inni, ale nie w charakterze stałego urzędu. Zarówno bowiem Stanisław Sokołowski, jak i Marcin Laterna raczej wygłaszali kazania dla monarchy, dopiero Skarga konkretyzował to zatrudnienie. Na pewno wiemy bowiem, że przebywał u dworu (przy dworze); że król go chciał (chciewał?) przy sobie mieć. Przede wszystkim jednak chyba obecność Piotra Skargi na sejmach w charakterze „posła” jest jego zasadniczym obowiązkiem, a posłowanie owo wiąże się z obowiązkiem/ przywilejem wygłaszania kazań. Jan Sygański, jeden z badaczy dzieła Piotra Skargi rozumie to zatrudnienie następująco: Odtąd rozpoczyna się ów świetny zawód jego publiczny, który sam po mistrzowsku charakteryzuje, mówiąc, że na piętnastu sejmach za króla Zygmunta, na każdym był posłem.

Zapewne więc też do owego świetnego zawodu należeć będzie wygłaszanie wszelkich kazań „okolicznościowych”: z okazji śmierci, urodzin, imienin, zwycięstwa wojennego, wymarszu wojsk, wkroczenia wojsk i co tam jeszcze. Magdalena Komorowska, współczesna badaczka dzieła Skargi rekonstruuje, jak takie „przemawianie” mogło było wyglądać. Otóż kazanie Pokłon Panu Bogu zastępów za zwycięstwo inflantskie nad Karolusem książęciem Sudermańskim wygłosił Skarga w Krakowie 16 października 1605 roku – in promptu. Podobno odczytał z ambony przyniesioną przez posłów już w czasie nabożeństwa relację Jana Karola Chodkiewicza, a następnie wygłosił kazanie.

Zapewne też do owego świetnego zawodu zaliczać się będzie pewna funkcja, nazwijmy ją, kodyfikacyjna czy dydaktyczna, słowem: funkcja wzorca. Myślę tu o wielkich zbiorach kazań, które, Skarga przygotował z myślą o innych kaznodziejach, którzy mogliby czerpać z nich, zapożyczać się czy nawet uczyć się dobrego mówienia.

Ale czy pisanie modlitewnika dla żołnierzy, żywotów świętych, tekstów polemicznych i wiele innych dziedzin działania też należało do obowiązków królewskiego kaznodziei? Jeśli Skarga tworzył sobą, formował tę posadę, to jego „kaznodzieja królewski” jest może rodzajem wzorca, przykładu, zasady? Czy do zadań kaznodziei królewskiego należało doradzanie królowi? Czy też czynił to Skarga „po godzinach pracy”, już niejako poza swymi obowiązkami, z racji, być może, faktycznie silnego, osobistego związku monarchy ze swoimi jezuitami (spowiednikiem i kaznodzieją)? Czy do zadań królewskiego kaznodziei należały też akcje w rodzaju tej pamiętnej nocnej z czasów sejmu 1605 roku, kiedy to ksiądz Piotr właściwie w pojedynkę zatrzymał niedobry jego zdaniem dla Kościoła i wiary konsensus polityczny, którego to działania opozycja księdzu Piotrowi nie zapomni właściwie nigdy?



Paradoksem jest, iż przez cały czas pozostawania na urzędzie, jezuita prosił i zaklinał swoich przełożonych, by pozwolono mu opuścić królewski dwór i udać się do jakiegoś prowincjonalnego domu zakonnego, gdzie mógłby się oddać pracy duszpasterskiej, jednak wobec odmowy urząd swój pełnił sumiennie i wiernie.
Mottem życia Skargi są bowiem – jak u Sępa Szarzyńskiego – zarówno słowa z Księgi Hioba, jak i z drugiego Listu świętego Pawła do Tymoteusza. Swoich czytelników nie tyle więc pisarz zachęca do wzięcia udziału w zawodach, co konstatuje, iż rzeczone zawody są sensem i osnową życia ludzkiego na ziemi. Ale co to oznacza dokładnie?

Naprzód wychodzi na nas jako wielka rota zbrojnych, rozumienie pospolite i zdanie abo są wszytkich po świecie ludzi, iż podłym na świecie być i ubogim, i pogardzonym bardzo źle; a bogactwa mieć i zacnem być i w szczęściu świata tego i rozkoszach pływać, pożądana każdemu rzecz jest.

Roty, które świat posyła, wzywają do dzielności dobrego żołnierza Bożego, do obrony i postępowania za naukami mistrza. Drogę nie do sławy świeckiej ścieli przed swoimi czytelnikami pisarz: zarzuty, wzgarda, oskarżenia – to codzienność owego ze światem wojowania. Trudno to odczytać bez odniesień do Skargowej egzystencji: Jeszcze na cię strzeli świat, mówiąc: Ciężka rzecz być wzgardzonym i w naśmiewaniu u ludzi. Albo gdzie indziej: Uderzy w cię jeszcze świat i rzeczy: i nie widzisz jako jest piękna chwała tego świata i szczęście, gdy kogo wysoko podniesie. Lub: Na koniec gdy czas ma świat wytrwać nie może, aby nam i zdrowia nie odejmował, puszczą na nas prześladowania, potwarzając, wyganiając, obrażając i zabijając. I na koniec tego wywodu:

Myśmy obcy ludzie, z inszego świata; nie dziw, iż nas ci, którzy tu dom swój i ojczyznę krótką i płochą mają, nienawidzą i z nas się urągają. Nasz język, i ubiór nasz i postępki im się nie podobają, potrawy nasze nie mogą im smakować.

Piotra Skargi nauka o dobrym życiu pozwalała odnaleźć się w rzeczywistości: rozpoznać jej wyzwania i mężnie na nie odpowiedzieć. Dzielnym mężem może być samotny, w pojedynkę działający zakonnik na królewskim dworze, czerpiący z Pisma i Ducha opór wobec zdania większości, ba, przytłaczającej większości, pośród której mogłoby się znajdować wielu nawet współbojowników. Może walczyć w pojedynkę, z całym światem – ma za sobą Zbawiciela. A to przesądza zarówno o ostatecznym zwycięstwie, jak i o tym, kto w sporze ma rację. Stąd heroiczna odwaga jezuity: sam przeciw wszystkim.

Zrozumienie dzieła i osoby Piotra Skargi, którego – jakże nieudolnie wobec tego ogromu, tej przestrzeni, tego wymiaru heroicznego! – staram się tu podjąć, nie byłoby pełne, bez wspomnienia o działalności, którą sam kaznodzieja królewski uważał za swoje opus magnum: dzieła miłosierdzia.

Ksiądz Wielewiecki i legenda (może raczej: dobra sława zakonu) głosi znaną historię powstania Bractwa Miłosierdzia. Legenda owa mówi, iż był Skarga zaraz na początku swego pobytu w Krakowie świadkiem pewnej sytuacji, kiedy to uboga mieszczka Magdalena Walenta w kruchcie kościoła Świętej Barbary rozpaczała nad swoją tragiczną sytuacją wynikłą z choroby męża. Skarga podobno poruszony tą sytuacją wstąpił na kazalnicę i wygłosił płomienne kazanie o konieczności niesienia pomocy pokrzywdzonym przez los. Kazanie przyciągnęło pierwszych siedem osób, a 21 października 1584 roku zawiązało się Bractwo, by pięć dni później wybrać starszego, po kolejnych dwóch dniach przyjąć statuty napisane przez Skargę.

W roku 1587 powstał przy Bractwie Bank Pobożny, rok później – Skrzynka Świętego Mikołaja, którą założył członek Bractwa, Mikołaj Zebrzydowski, wojewoda krakowski. Do Bractwa wpisało się wiele wpływowych osób (w kwietniu 1589 roku jego członkiem został król Zygmunt III Waza). Rok 1588 przyniósł zatwierdzenie instytucji przez papieskiego legata, a potem rok 1591 – przez papieża Grzegorza XIV.

Czym Bractwo było dla Skargi osobiście, wskazuje napisany w roku 1588 list, w którym pisarz utrzymuje, iż Bractwo było wielka pociechą, na którą bych sto lat każąc i nauczając robił, dosyć bych miał nagrody z tego, iż Pan Bóg takie to wasze Bractwo wzbudzić w tym mieście raczył.

Czytane dzisiaj teksty pisarza związane z Bractwem ukazują kilka kwestii: z jednej strony absolutnie niepapierową czy odległą od doświadczenia znajomość nędzy ludzkiej. Bractwo pomyślane było jako instytucja niesienia pomocy tym, którzy niejako wstydzą się żebrać (może jeszcze nie są na tym etapie). Skarga pisząc swoje reguły jest niezwykle zwięzły, świadom, że połączenie kwestii finansowych z kwestiami ludzkiego nieszczęścia domaga się precyzji i konkretności, a nie mazgajstwa. Owszem, w pomieszczonych na początku księgi kazaniach wskazuje na moralne, ale i religijne aspekty filantropii (jeden z nich: wiara bez uczynków jest ślepa, to być może aluzja do protestanckiej obojętności wynikłej z nauki o predestynacji).

Bractwo ma instytutum następujące:

Są kompanija abo bractwa, które między się rozmaite miłosierdzia uczynki rozebrały; a jedno Bractwo wszystkiego się nie podejmuje, jedno tego, czego zdoła; żeby każdy wiedział przedsięwzięcie Bractwa tego namiętnie, co w sobie ma i na czym jest. Na tym jest to bractwo i na tośmy się zmówili w Bogu z dobrym miłosiernym sercem, abyśmy opatrowali domowy szpital i domowe mizeryje, które są więtsze i pierwsze niżeli żebrace pospolite, chcąc im wedle możności służyć z majętności swej jako komu Pan Bóg dał. W którym to szpitalu, wedle Pisma Świętego, zamykają się wdowy, sieroty, rzemieślnicy, przychodnie i rozmaici ubodzy a niedostateczni, rozmaitemi nędzami i przygodami utrapieni, od Pana Boga nawiedzeni, jako ubóstwem, głodem, niemocą, ułomnością członków, ogniem, utratą, więzieniem, długami, niewolą, krzywdami, potwarzą, prawowaniem, lichwami i innemi doległościami domowemi; którzy żebrać się wstydzą abo nie mogą, po ulicach nie leżą i o ich nędzy rzadki wie, abo nikt nie wie, pomocy żadnej nie mają, jedno od Pana Boga abo od tych, którzy im za Boga, jako naśladowcy Boga stoją, których nędze daleko więtsze być mogą i są, niźli tych, co leżą w szpitalach i po ulicach z żebraniny żyją. Tych się tylko Bractwo podjęło wedle przemożenia swego opatrować.

Stara się więc fundator dokładnie rozgraniczyć zadania, przedstawić strukturę, porządek przedstawiania tych, którzy winni zasługiwać na opiekę. Zwraca Skarga uwagę na sprawozdawczość i jej podobne kwestie, określa sposób postępowania wizytatorów (przed wizytacją winni odwiedzić kościół i pomodlić się o Ducha Rady, a kiedy kościół zamknięty zastaną, mają – co notuje skrupulatnie – odprawić trzy Pacierze i trzy Zdrowe Maryja). Jaką proponuje kolejność podejmowania decyzji?

Pierwej mają odprawować chore a niżeli zdrowe, pierwej te, co dla samego nieszczęścia zubożeli, niźli te, które sami przyczynę dali. Pierwej te, co mają siła dzieci, niźli te, co nie mają abo mniej mają. Pierwej te, którzy dobrze żyli, niźli te, co źle. Pierwej te, co sami jałmużnę czynili, gdy z czego mieli, niźli te, które nigdy tego nie czynili. Pierwej te, którzy będąc w nędzy do grzechu się jakiego skłaniają, niźli te, którzy są w samej cielesnej nędzy.
Ba, pisarz dba tak samo skrupulatnie o procedury, porządek wystąpień wizytatorów przed Bractwem, aby uniknąć niepotrzebnego gadulstwa:

Wizytatorowie bawić się nie mają długimi słowy; ale mianowawszy osobę, zachowanie, potrzebę, powiedzieć jeśli godzien ratunku i czym. Na przykład: Ta osoba, szlachcic, mieszczanin, abo przychodzień, kupiec, rzemieślnik, robotnik, mężczyzna, abo białogłowa, jest Katolik, osoba stateczna abo młoda, abo średnia, abo stara; ma męża abo żonę, ma dziatki itp. Upadł przez ogień, długi, niemoc, przygodę, prze człowieka złego abo prze ciężkie lata, etc. zachowania dobrego, ma zalecenie od ludzi dobre. Nie pijanica, nie kostera, nie hultaj, nie bawi się rzeczami nieprzystojnemi; godzien jałmużny, ratować go złotych etc. mianując wiele dać.

http://www.pch24.pl/wychowawca-narodu,12110,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 10 lut 2013, 20:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Osiemnasta rocznica śmierci o. Józefa Bocheńskiego

Największe trudności przeciw wierze pochodzą nie z rozumu, ale z namiętności. Wiadoma rzecz, że rozpustnik, choćby miał wiarę silną, utraci ją na pewno, jeśli będzie trwał w rozpuście. Zdarza się np., że gdy księża tracą wiarę, to w olbrzymiej większości nie dlatego, że mieli wątpliwości, ale z powodu grzesznego życia.

Czy ten celny i przede wszystkim adekwatny do „dzisiaj, tu i teraz” cytat można uznać za wizytówkę ojca Józefa Bocheńskiego? Oczywiście, że tak. Jednak jeśli ktoś rzuci coś innego na to miejsce – absolutnie nie będę protestował. Na przykład:

Humanizm wydaje się podejrzany, bo to tak przyjemnie uważać się za coś znakomitego! Myślę, że gdyby krokodyle mogły filozofować, na pewno stworzyłyby krokodylizm.

Ojciec Józef Bocheński, zanim przyjął święcenia, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Później, już jako kapelan Wojska Polskiego, brał udział w bitwie pod Kockiem, dostał się do niewoli niemieckiej. Zdołał uciec. Walczył w bitwie pod Monte Cassino jako żołnierz II Korpusu Polski.

Spod pióra ojca Bocheńskiego – sowietologa pochodzą takie m.in. słowa:

Marksizm-leninizm, jest prawdopodobnie najbogatszym zbiorem zabobonów, jaki kiedykolwiek utworzono. Jego wyznawcy są typową sektą z typowym guru.
Ich poglądy, a mianowicie marksizm, zawierają między innymi tak zwany naukowy światopogląd, materializm dialektyczny, scjentyzm, historiozofię, ekonomizm, zabobonną teorię klas, wiarę w postęp, aby tylko te gusła wymienić....
Można bez przesady powiedzieć, że od wielu wieków nie znano takiego poniżenia myśli ludzkiej jak to, którego doznała pod rządami marksizmu
.

Zaskakującym jest fakt, że wstępując do zakonu Dominikanów w 1927 roku ojciec Józef Bocheński był ateistą. Studiował prawo we Lwowie i ekonomię
w Poznaniu, filozofię we Fryburgu i teologię w Rzymie. Z dwóch ostatni nauk uzyskał tytuł doktora, zaś habilitację z logiki na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Rektor Uniwersytetu we Fryburgu w latach 1964-66.

Dziś mija osiemnasta rocznica śmierci tego niezwykłego i zasłużonego człowieka.
Pamiętajmy o ojcu Józefie Bocheńskim.

http://fronda.mlodych.salon24.pl/485356 ... chenskiego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 27 maja 2013, 16:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/artykuly/54131-130- ... tyce.pl%29

130 lat temu zmarł Cyprian Kamil Norwid. Bezkompromisowy i konsekwentny w poglądach szybko znalazł się na marginesie życia emigracji
opublikowano: 22 maja, 11:21 | ostatnia zmiana: 22 maja, 11:42

Obrazek

23 maja minie 130 lat od śmierci Cypriana Kamila Norwida, poety niedocenianego za życia, po latach wyniesionego do panteonu polskich wieszczów. Norwid zmarł w nędzy, w paryskim przytułku św. Kazimierza, został pochowany w zbiorowym grobie.
Cyprian Kamil Norwid, pisarz, malarz, myśliciel, urodził się 24 września 1821 roku w mazowieckiej wiosce Laskowo-Głuchy pod Radzyminem. Drugie imię - Kamil - wybrał sobie przy bierzmowaniu. Miał trójkę starszego rodzeństwa, po śmierci rodziców opiekowała się nimi dalsza rodzina. W Warszawie ukończył gimnazjum, ale przerwał naukę nie ukończywszy piątej klasy i wstąpił do prywatnej szkoły malarskiej. Malarstwo studiował też w Krakowie, we Włoszech i w Belgi. Nieregularna i przerwana edukacja Norwida sprawiła, że na dobrą sprawę był samoukiem.
We Włoszech zakochał się w Marii Kalergis - jednej z najpiękniejszych i najbardziej adorowanych kobiet ówczesnej Europy. Mimo braku środków, podróżował za obiektem swych westchnień po całej Europie. W Berlinie trafił na kilka tygodni do więzienia za kontakty z emisariuszami polskiego ruchu niepodległościowego, tam właśnie zaczęły się jego problemy ze słuchem. Podczas kolejnej podróży do Włoch za piękną Marią poznał Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego, w Paryżu - Juliusza Słowackiego i Fryderyka Chopina, obaj byli już bardzo chorzy. Opis ich ostatnich dni Norwid zamieścił w "Czarnych kwiatach".
Podczas pobytu w Paryżu poeta publikował w "Gońcu polskim", żył w biedzie, postępowała u niego utrata słuchu, zaczął też mieć kłopoty ze wzrokiem. Bezkompromisowy i konsekwentny w swoich poglądach szybko znalazł się na marginesie życia emigracji. Jego dzieła nie znalazły uznania współczesnych poecie.

Żaden jego poemat dłuższy nie tworzy całości, a najkrótszy i najpiękniejszy wierszyk nie jest wolen od jakiegoś wybraku, co go kazi. Pod tym względem szkice jego daleko są piękniejsze od poezji, lecz jak skoro da się w kompozycję historyczną, religijną, mistyczną, zdradza zupełną nieudolność artystyczną. Pomysł będzie znakomity, wykonanie niedołężne.
- pisał o twórczości Norwida Józef Ignacy Kraszewski.

Zmęczony biedą i niepowodzeniami poeta postanowił wyemigrować do USA. W lutym 1853 dotarł do Nowego Jorku, wiosną znalazł dobrze płatną posadę w pracowni graficznej. Jesienią jednak wybuchła wojna krymska i poeta postanowił wrócić do Europy, co stało się w czerwcu 1854 roku. Zamieszkał początkowo w Londynie, utrzymując się z dorywczych prac rzemieślniczych, po czym udało mu się powrócić do Paryża. Działalność artystyczna Norwida ożywiła się, udało mu się opublikować kilka utworów, w 1863 r. wybuchło powstanie styczniowe, które pochłonęło uwagę Norwida. Choć sam, ze względu na stan zdrowia, nie mógł wziąć w nim udziału, ale w dziesiątkach listów i memoriałów zgłaszał różne projekty polityczne, które nie znajdowały odzewu i aprobaty.
W tym czasie rozpoczął pracę nad swym najobszerniejszym poematem "Quidam", w 1866 r. ukończył pracę nad "Vade-mecum", chociaż tomu, mimo prób i protekcji, nie udało się wydać. W następnych latach powstał m.in. cykl impresji "Czarne kwiaty", łączący cechy eseju i pamiętnika i jedyny publikowany za jego życia wybór twórczości pt. "Poezje". Nie znalazły one jednak uznania publiczności i krytyków. Pewną popularność Norwid zdobył jedynie jako mówca i deklamator, a także twórca szkiców i akwarel, których sprzedaż stanowiła główne źródło utrzymania artysty.
W następnych latach Norwid cierpiał nędzę, chorował na gruźlicę. W 1877 roku przeżył tragedię z powodu nieudanego wyjazdu do Florencji. Bardzo liczył w związku z tym na poprawę stanu zdrowia, wysłał swój dobytek, ale książę Władysław Czartoryski nie udzielił poecie obiecanej pożyczki. Kuzyn Norwida, Michał Kleczkowski umieścił go w Domu św. Kazimierza na przedmieściu Ivry na peryferiach Paryża.
Regulamin zakładu ograniczał swobodę poety i utrudniał jego kontakty z Paryżem, co spotęgowało samotność, izolację i zgorzknienie. Norwid pracował twórczo do samej śmierci. W ostatnich latach życia powstał m.in. dramat "Miłość czysta u kąpieli morskich", nowele "Stygmat", "Ad leones!", "Tajemnica lorda Singelworth".

Poeta umarł we śnie 23 maja 1883 roku. W swym ostatnim liście napisał:
Cyprian Norwid zasłużył na dwie rzeczy od Społeczeństwa Polskiego: to jest aby oneż społeczeństwo nie było dlań obce i nieprzyjazne.

Zaraz po jego śmierci w czasie porządkowania pokoju spalone zostały papiery zgromadzone w kufrze pisarza. Pochowany na cmentarzu w Ivry, po pięciu latach jego zwłoki zostały przeniesione do polskiego grobu zbiorowego na cmentarzu w Montmorency; następnie - po wygaśnięciu piętnastoletniej koncesji - do zbiorowego grobu domowników Hotelu Lambert. Dopiero w 2001 roku odbył się symboliczny pochówek Norwida na Wawelu w Krypcie Wieszczów. Twórczość Norwida doczekała się odkrycia dopiero w roku 1897, kiedy to na tom "Poezyj" natrafić miał przypadkowo Zenon Przesmycki-Miriam. Pełna edycja "Pism wszystkich" Norwida ukazała się jednak dopiero w latach 1971-1976.

PAP, lz


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 03 cze 2013, 08:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Polska i Rzym w poezji Cypriana Kamila Norwida

„Naród to najstarszy po Kościele obywatel”

23 maja minęła 130 rocznica (zm.1883 r.) śmierci Cypriana Norwida. Jakże aktualne są dzisiaj złote myśli Cypriana Kamila Norwida, gdy trwa walka zażarta z Państwem i Kościołem.

Ur. się 24 sierpnia 1821 r. w Laskowie - Głuchawy k. Radzymina. Był jednym z najoryginalniejszych i najwszechstronniejszych polskich pisarzy i myślicieli. Na jego miejsce w historii literatury polskiej istotne znaczenie miały dwa bardzo ważne czynniki: to, że tworzył w bezpośrednim następstwie czasowym po wielkiej trójcy poetów tj. Mickiewiczu, Słowackim, Zaleskim, oraz to, że jego twórczość przypadała na lata schyłku romantyzmu i rozkwitu pozytywizmu. Ostatni z wielkich poetów romantyzmu, dążący do stworzenia nowej fazy romantyzmu polskiego, doceniając historyczną rolę poprzedników, zarzucał jednocześnie ich dziełu, że koncentrowało uwagę na narodzie i gloryfikacji jego męczeństwa, kosztem uwagi poświęconej codziennej rzeczywistości, człowiekowi i jego ogólnoludzkim powinnościom, na spotęgowanych i niezwykłych uczuciach, kosztem myśli oraz tego, co normalne. Głównym zainteresowaniem Norwida był człowiek i rzeczywistość przez niego tworzona. Nowe zagadnienia, które Norwid poruszał w swojej twórczości narzucone były przez gwałtowny rozwój cywilizacji, czyli kapitalizmu, stąd podobieństwo niektórych postulatów i motywów: kult pracy, program unowocześniania narodu polskiego, rozważania dotyczące sytuacji człowiek w społeczeństwie przemysłowym. Rozwiązania, które Norwid przedstawiał pozostaną do końce podporządkowane romantycznej wizji świata, uniwersalne historiozofii i celów ostatecznych, a mianowicie boskich przeznaczeń człowieka w duchu katolickim, ale również boskich przeznaczeń narodu. Krytyka Powstania Styczniowego przez Norwida była rezultatem jego głębokiego przeświadczenia, że przywódcom zabrakło tak twórczej dla ludzkości idei i przez to upadło.

Norwida w szczególności interesowała „historia jako prawda”, historia widziana pod kątem chrześcijaństwa, służąca jego przygotowaniu i rozwojowi. Kościół w historii był głównym przedmiotem jego uwagi. Był poetą, mistrzem słowa, ale również myślicielem religijnym, choć nie teologiem. Pisarz idei, dla którego „Cezarem jest duch Epoki, najstarszy w Narodzie obywatel”. O sobie mówił, że nie jest właściwie obywatelem, współczesnej sobie Polski, „tylko trochę przeszłej i dużo przyszłej,,.

Poeta uważał, że religia jest kluczem do dziejów. W tym sensie uważał on Kościół za główny podmiot historii, a nawet rzeczywistość wyrastającą ponad historię oraz ograniczenia czasu i przestrzeni.

Uważał, że cały ciąg dziejów jest miejscem obecności i przejawianiem się odwiecznej Prawdy, ponieważ „Chrystus Pan był i jest” i „czas zwycięża”. Norwid był poetą katolickim. Według niego to wrastanie narodu w Kościół staje się jego uwieńczeniem i doskonaleniem. Jest osiągnięciem optymalnej formy życia i rozwiązaniem podstawowych trudności historycznych. Dlatego „społeczność religijna, zwłaszcza chrześcijańska”, stanowi najważniejszy rdzeń narodowego organizmu”. Kościół uniwersalny wciela się w konkretny naród i ucieleśnia się w nim. Przekłada historię narodu na dzieje zbawienia. Naród natomiast materializuje Kościół, ukonkretnia go i uhistorycznia, zapewnia mu wymiar publiczny i ciągłość dziejową, drogę poprzez świat i epoki. Naród to, dla Norwida, najstarszy po Kościele obywatel”, który podobnie jak Kościół zasadza się i rośnie na duchowej wolności. Naród jest „dziełem miłości”, najpierw natchnionej a następnie uświadomionej. Norwid, uważał również, że naród daje Kościołowi, który jest „nad Historią”, realność, materialność, możliwość wcielania się w czasoprzestrzeń świata: w epoki, kultury i kraje. Jako określony naród jest podmiotem partykularnego Kościoła, tak cała rodzina narodów stanowi podłoże dla Kościoła powszechnego jako swoistej Rodziny Bożej. Z kolei Kościół od wewnątrz przenika naród i odnawia go. Kościół jest strukturą wspierającą właściwy rozwój narodu katolickiego.


--------------------------------------------------------------------------------

„Co robić”

W pismach Norwida wyłania się Rzym jako stolica chrześcijaństwa, Rzym jako siedziba papieży, kolebka europejskiej kultury oraz nieprzebrany skarbiec historycznych i archeologicznych pamiątek. 18 listopada 1829 r. przybył do Rzymu Adam Mickiewicz. 22 lutego 1936 r. przyjechał do Rzymu na ponad trzy miesiące Słowacki. 30 listopada 1830 r. po raz pierwszy przybył tam Zygmunt Krasiński. W maju 1844 r. przybył do Rzymu również Norwid. Zwiedzał starożytne ruiny i muzea, studiował zabytki i obserwował rozbudowę miasta, spostrzeżenia zaś przenosił na akwaforty, szkice i rysunki. Napisał też wtedy dramaty-misteria „Wanda” i „Krakus”. Nie był to przypadek. Albowiem Norwid łączył początki państwowości polskiej z dziejami Rzymu. W 1860 r. Norwid wyraźnie sformułował przekonanie o szczególnym znaczeniu Rzymu dla chrześcijaństwu. Na przykładzie Rzymu dostrzegał też wyraźnie, jak w jakimś mistycznym sensie zbiegają się dzieje Kościoła i Polski.

W wykładach „O Juliuszu Słowackim” pisał:

„Słońcem rzymskim są katakumby rzymskie, przemienione w noc Nerona na świeczniki, albowiem on to na zatkniętych słupach, materiami palnymi okręconych i zażegniętych, w kagańce zamienił Chrześcijan pierwszy i po raz pierwszy. To zaś, nie, aby Chrześcijan prześladował, ale aby Chrystusa palił, albowiem, dlatego jedynie, aby zakryć rozpustę swą przed ludem i z trwogi. Stąd to, mówię, promień chrześcijaństwa popłynął świat, i tutaj też cywilizacji Polskiej źródło jest”.

Norwid był w Rzymie czterokrotnie. Po raz pierwszy przybył, na kilka tygodni, w maju 1844 r. Drugi jego pobyt przypadał na okres od stycznia do kwietnia 1845 r., trzeci na sierpień i wrzesień 1845 r., ostatni zaś najdłuższy, trwał od stycznia 1847 r. do stycznia 1849 r. Wspomnienie katakumb i prześladowań wielokrotnie i przy różnych okazjach wraca w utworach i zapiskach poety. Dowodzi to, że poeta patrzył na Rzym zwłaszcza przez pryzmat heroicznego chrześcijaństwa i jego dzieje ściśle wiązał z Kościołem. Norwid wyraźnie osadzał Wieczne Miasto w planie zbawczym ludzkości. Dzięki tajemniczej i łaskawej ekonomii Bożej cała historia Rzymu była dla niego zapowiedzią i heroiczną realizacją religii przyniesionej przez Chrystusa.

W liście do Konstancji Górskiej z pierwszej połowy września 1862 r., poeta podkreślił fakt, że jest to miasto szczególnie wybrane i chronione przez Boga. Nawiązując do dwóch wydarzeń z historii walk o Rzym: porażki francuskiego generała Krzysztofa de Lamorciera, stojącego na czele armii papieskiej w bitwie z wojskami Piemontu pod Castelfidardo.

18 września 1860 r. oraz nieudanej próby zdobycia Rzymu przez Garibaldiego, w dość zaskakujących okolicznościach pokonanego i wziętego do niewoli pod Aspromonte 29 sierpnia 1862 r. przez wojska Królestwa Włoch, pisał:

„ Tyle razy, z ludźmi u Pani bywającymi, słyszała Pani, że mówiłem o rzymskiej kwestii - i widzi Pani, co się stało. W jedną stronę przewrócił się człowiek, który mieczem bronił Rzymu - w drugą stronę przewraca się człowiek, który z mieczem szedł na Rzym. Ani miecz nie obronił Rzymu, ani miecz nie zwyciężył go. Tak Bóg broni, gdy broni, czego ON”

W 1875 r., a więc pięć lat po likwidacji papieskiego Patrimonium i zarazem blisko osiemdziesiąt lat po trzecim rozbierze Polski, Norwid ogłosił w „Czasie” wiersz pt., „ Co robić”. Była to poetycka odpowiedź dana Polakom, szczególnie dotkniętym przez ciężkie narodowe doświadczenie a jednocześnie refleksja o Rzymie. Wszystkim zatroskanym o los ojczyzny, którzy trwożliwie pytali, „ Co robić” Norwid tłumaczył, przez analogię do Rzymu, pojęcie ojczyzny:



Pojrzeć ku górze – pod ołtarz narodów,

Gdzie z całej armii został strażnik schodów,

Z korony blaski odleciały święte,

Berła nie widać, chorągwie zwinięte

I usunięta kraina spod stopy.

– A czy się wdarł, kto na ducha okopy ?

A czy i gwałcić, kto śmiał nieostrożnie

Gdy cierpią czujni - i milczą wielmożnie?



Jeżeli przeto ta ojczyzna Twoja

Jest historyczna... (a nie jest, jak Troja)

Niech jak Rzym będzie i Mszy – dziejów słucha,

Tak, jak on, perląc różaniec łańcucha,

Milcząc, jak milczą, trwając, jak tam trwają,

Pokąd się harfy nie ponastrajają…

Lub – jeśli, wzory przenosząc realne,

Ojczyzna jest to bagno lakustralne –

A ludów prawem są kości Mamuta,

To – niech zdepczą, i zgnije zepsuta.



W wierszu tym, dla wydobycia znaczącej i wartościorodnej opozycji, współistnieją dwa wymiary: archeologiczny i religijny. Ten pierwszy symbolizują motywy Troi i mamuta. W 1871 r. Schlimann odkrył Troję na wzgórzu Hisaalik w Grecji i mniej więcej w tym samym czasie dość dużym wydarzeniem było też znalezienie w Bieriozowie na Syberii, zamarzniętego mamuta. Oba te odkrycia, choć niewątpliwie sensacyjne, były dla Norwida świadectwem wyłącznie tylko materialnej, zamarłej historii, z którą nie można się utożsamić w imię prawdziwego życia toczącego się w sferze ducha. Jest to sfera "Mszy-dziejów", a więc nieustannej ofiary dokonującej się w „żywym ciele ludzkości, w wybranych jednostkach -Chrystusach". Upadek to tylko przygotowanie do przeniesienia w wyższą sferę duchową,

„Pokąd się harfy nie ponastrajają”, czyli w oczekiwaniu na niechybne, jeszcze wspanialsze odrodzenie. Sfera ducha pozostaje nietykalna. W niej właśnie „cierpią czujni - i milczą wielmożnie”. Użycie czasu teraźniejszego wskazuje, że nic się w niej nie zmienia. Jest ona odporna na wszelkie kataklizmy.

Przekonanie o niezniszczalności rzeczywistości duchowej umacniają też w wierszu pytania retoryczne, podkreślenia i powtórzenia słów. Wszystko to zmierza do utwierdzenia wiary w ponowne zaistnienie Polski i trwania Wiecznego Miasta.

Norwid spostrzega Rzym jako autorytet moralny, gdyż w świecie panują pomieszane oceny i zdewaluowane wartości.

U Norwida nie ma, tak częstych choćby u Krasińskiego, przepowiedni o upadku duchowego przywództwa Rzymu, czy też oskarżeń miotanych pod adresem rządzących Rzymem. Samo istnienie Rzymu było dla poety strukturą dobra, skierowanym do ludzkości przez Boga wezwaniem do dojrzewania, do otwierania się na prawdziwe ocalenie. Rzym pojmował Norwid jako widzialny punkt oparcia dla poszukujących nadziei.

Do końca życia poeta tkwił w przekonaniu, że Rzym powinien być spoiwem kultury i „polityki uchrześcijanionej”, miejscem, gdzie chrześcijaństwo poprzez Kościół staje się szczególnie dynamiczne i widoczne.



Rewolucyjne wrzenie w Rzymie



Norwid żywo interesował się historią Kościoła przez pryzmat dziejów papiestwa. W tekstach poety można odnaleźć imiona ponad trzydziestu Papieży. Postaci kolejnych Papieży to dla Norwida jakby słupy milowe znaczące wielki historyczny pochód Kościoła. W wydarzeniach z przeszłości poeta starał się dostrzec racje prymatu biskupstwa rzymskiego.

Norwid będąc katolikiem pozbawionym obywatelstwa polskiego i nie uznający władzy carskiej uważał siebie za Rzymianina, na bierzmowaniu przyjął nawet imię rzymskie Kamil, poddanego papieża a to nakazywało mu lojalność wobec swego władcy. Papieża Grzegorza XVI (1831–1846) znał stosunkowo słabo. Widział go na audiencji ogólnej w maju 1844 r. Prawdopodobnie, jak sam poeta twierdził, był mu krótko przedstawiony.

Początek pontyfikatu Grzegorza XVI przypadał na trudny okres, gdyż by to czas rewolucyjnych rozruchów inspirowanych przez karbonariuszy. Były to tajne loże masońskie „Węglarze” o celach politycznych i religijnych powstałe w 1806 r. w czasie panowania francuskiego w Neapolu. Urządzenia zewnętrzne i symbolika byłe całkowicie masońska.

Na skutek rewolucyjnych rozruchów Papież wydał trzy dokumenty, w których potępił ówczesne ruchy rewolucyjne w Europie. Hasła, które wówczas wysuwano, takie jak choćby równość praw katolików i niekatolików, rozdział Kościoła od państwa, wolność kultów zostały potępione w encyklice „mirari vos”. Jeżeli postawę Norwida wobec Grzegorza XVI cechowała religijna cześć i lojalność, to tym bardziej można to powiedzieć o jego stosunku do papieża Piusa IX.

Wydarzenia, które miały miejsce w Rzymie, wrzenie rewolucyjne, wystąpienia antykościelne, narastające napięcia i początek zbrojnych rozruchów, które groziły większym rozlewem krwi zmusiły Piusa IX do wyjechania z Rzymu. Norwid, który był naocznym świadkiem większości wydarzeń, nie taił sympatii do Papieża i .jego stylu sprawowania władzy, ostro zaś zwalczał tzw. nowe porządki, które próbowali wprowadzić „Węglarze” na czele z Mazzinim. Papież Pius IX w wydanej encyklice 8 grudnia 1848 r. tak charakteryzował dążenia rewolucjonistów:

„Celem rewolucji jest zniesienie do gruntu Chrześcijaństwa i wzniesienie na jego gruzach dawnej społeczności pogańskiej”.

Norwid poznał osobiście Piusa IX w maju 1843r. Został wtedy przyjęty na prywatnej audiencji w Kwirynale, podczas której otrzymał odpust zupełny na godzinę śmierci dla siebie i wskazanych osób.

Za pontyfikatu Piusa IX w wypowiedziach Norwid porusza „kwestie Polski i Rzymu”. Bowiem papież ten był niewątpliwie najbardziej polskim, jakiego do tego czasu znała historia Kościoła. Lepiej od Grzegorza XVI i Leona XI rozumiał sprawy polskie. Z Polakami Pius IX miał kontakt niemal, na co dzień. Na audiencji 6 czerwce 1877 r. dla ponad 400 pielgrzymów polskich przybyłych do Rzymu ze wszystkich zaborów, Papież w podniosłym i serdecznym przemówieniu podkreślił swą wyjątkową życzliwość dla Narodu Polskiego. Zachęcał do cierpliwości, wytrwałości i odwagi w obliczu prześladowań. Ostrzegał przed pokusą zbrojnego oporu przeciw zaborcom. Na zakończenie wypowiedział znamienne słowa: „ Błogosławię całemu Królestwu Polskiemu”.

W Polsce w 1863r. wybuchło Powstanie Styczniowe. Papież Pius IX odniósł się do niego dość niechętnie. Wiadomość o jego rozpoczęciu określił jako „smutne wieści”, samo powstanie nazwał „szaleństwem”. Widział w nim dzieło niepoprawnych zapaleńców i wywrotowców. Ubolewał zwłaszcza, że włączyli się do niego księża, w czym widział pretekst dla rządu carskiego do wszczęcia prześladowań Kościoła. Zarazem jednak nie krył zatroskania o los Narodu Polskiego. 31 sierpnia 1863 r. ogłoszono w Rzymie okólnik zarządzając uroczyste procesje z przechowywanym w kaplicy Świętych Schodów obrazem Najświętszego Zbawiciela i modlitwy dziękczynno-błagalne.

Jako jeden z głównych powodów podano Polskę. Uroczystości odbyły się w dniach 6 września i trwały do 16 września z udziałem Papieża, kardynałów dyplomatów oraz ponad 100 tys. wiernych. Wywołały one duży oddźwięk w Polsce i w Europie, przypominając o znaczeniu sprawy polskiej. Na wieść o tym wydarzeniu Norwid złożył notę zatytułowaną „Ostatnie przemówienie Cypriana Norwida w kwestii Rzymu i Polski”, w której domagał się oficjalnych wyrazów wdzięczności ze strony Polaków na podobną skalę co procesja w Rzymie.

Z 1867 r. pochodzi wiersz poety poświęcony Piusowi IX:



Któż jest ten Polak, kto.... co – zrodzony na obcej ziemi

I z obca w żyłach krwią – dłońmi ku niebu drżącymi

Za Polskę modły śle... i imię jej wymawia...

– Kto, ten monarcha, kto.... co w oblężonej stolicy, Gdy mury miasta drżą... sam i pogodno–licy,

Na polską pomni krew i o nią jeszcze się zastanawia:

– To Ty, o! starcze, Ty, jeden bez win i trwóg.



Śmierć Papieże Piusa IX 7 lutego 1878 r. była dla Norwida osobistym wstrząsem. Ubrał nawet szaty żałobne i domagał się, by w Polsce ogłoszono żałobę narodową po zmarłym „Papieżu – Polaku”.

Norwid był niewątpliwie wiernym swojej misji bronić Kościoła przed wszystkim, co w tamtym okresie mu zagrażało.

Norwid nie sprowadzał Kościoła do wymiaru hierarchicznego, kapłaństwa nie rozumiał wyłącznie w kategoriach „bezpośredniej służby ołtarzowej”. Pojmował je raczej jako zakorzenienie człowieka, choćby bezwiednie i niedojrzałe, w rzeczywistości boskiej, by przez ofiarę „samemu kwiatem wzróść ku prawdzie pierwowzoru”. Kościół jest dla poety przede wszystkim rzeczywistością osób, a dopiero wtórnie formą ich zespolenia. Stanowi ”ciało zbiorowe”, w którym każdy ma swoją rolę i powinien ponosić odpowiedzialność. Interesuje się przede wszystkim ludźmi i ich dążeniem do wspólnoty.

Występuje przeciwko tzw. prywatnej religii, domowej, W jednym z ostatnich listów pisał:

„Przyjechał dawny mój kolega, możny szlachcic – widzę go:”... Jakże u siebie w dobrach swych znajdujesz się” – „Jako tako”

– „Macie kościół blisko”

– „Mam własny”

– „Murowany”

– „Nie, z modrzewiu”

– „Ach rzekłem – szkoda żeś mi fotografii nie przywiózł”

– „Stał lat pięćset i coś, postoi jeszcze. Żona tam i córki chadzają”.



Z rozmowy tej wynika, że szlachcic nie rozumie Kościoła jako budowli, w której powinien być cząstką, żywym kamieniem. Życie swoje opierana egoizmie i wyrachowaniu.

Norwid w przeciwieństwie choćby do Mickiewicza czy Krasińskiego, nie szczędził gorzkich uwag na temat postawy religijnej przedstawicieli polskiej szlachty. Wspominał w listach o zręcznie wykorzystywanym przez władze carskie fakcie, że szlachcice polskie rzadko umieją katechizm i są zupełnie obojętne na losy ducha człowieczego w wieczności. Wszystko to sprawia, że naszą wiarę cechuje słabość i niepogłębienie.

Norwid uważał, że w przemianach społecznych, gospodarczych i politycznych Kościół powinien spełniać w nich duchową posługę, przypominając o konieczności zasad etyczno moralnych w życiu społecznym i politycznym. Całe dzieje były dla Norwida potwierdzeniem, jaką ważną rolę w polityce odgrywa etyka, moralność, wiara, szacunek dla człowieka, zwłaszcza, gdy cierpi niedostatek. Nędza, choroba, cierpienia były jego towarzyszką aż do śmierci. Zmarł w przytułku św. Kazimierza w Paryżu w 1883 r. Był katolikiem niewzruszonym w swej głębokiej religijności.

Powyższy tekst opracował Stanisław Bulza na podstawie książki Ryszarda Zajączkowskiego „Głos prawdy i sumienie”, Wrocław 1998.

http://wsercupolska.org/joomla/index.ph ... p&Itemid=1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 29 lip 2013, 07:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Wojciech Kossak

Piotr Szubarczyk

W środę, 29 lipca 1942 r., umarł w Krakowie Wojciech Kossak z „dynastii” Kossaków, panujących nad wyobraźnią Polaków ponad wiek! Praca twórcza Juliusza, jego syna Wojciecha i wnuka Jerzego, to lata 1840-1955. Krzepili serca Polaków w najgorszych czasach niewoli i wojen. Juliusz był ilustratorem dziejów dawnej Rzeczypospolitej. Wojciech opowiadał na płótnie o walce Polaków za świętą Sprawę – od czasów napoleońskich do wojny z bolszewikami. Jerzy sięgał po wątki napoleońskie, ale pokazywał głównie wydarzenia, których był świadkiem: legiony Piłsudskiego, wojnę z bolszewikami, obronę państwa.

Wojciech Kossak zapadł w nasze serca jako autor „Orląt Lwowskich” (1926). Inne dzieła, które są obecne w zbiorowej świadomości Polaków, to „Olszynka Grochowska” (1931), „Ranny kirasjer i dziewczyna” (1908), „Przysięga Kościuszki na Rynku w Krakowie” (1911), „Bitwa pod Raszynem” (1913), „Sowiński na szańcach Woli” (1922), „Zaślubiny Polski z morzem” (1931), „Szarża pod Rokitną” (1934), „Marszałek Józef Piłsudski na Kasztance” (1928). Wykonał wiele portretów, także autoportrety i portrety swoich słynnych córek: Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec.

Spektakularnym dziełem Wojciecha Kossaka jest „Panorama Racławicka” (1893-1894), którą dziś można podziwiać we wrocławskiej rotundzie przy ulicy Purkyniego 11. Powstała we współpracy z Janem Styką i m.in. Teodorem Axentowiczem. Panoramę „Berezyna” namalował razem z Julianem Fałatem, a „Bitwę pod piramidami” z Michałem Wywiórskim.

Odmówił malowania portretu Hansa Franka, tłumacząc się wiekiem, choć tworzył wtedy inne dzieła. Klęskę Polski w roku 1939 przeżywał boleśnie: „To, co było moim ukochanym tematem (…), dziś najdroższym sursum corda się stało”. W dniu śmierci kazał nałożyć na paletę świeżej farby, ale nie miał już sił udźwignąć pędzla.

http://www.naszdziennik.pl/wp/49383,woj ... ossak.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 31 lip 2013, 06:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Pan Kornel

Piotr Szubarczyk

W piątek, 31 lipca 1953 r., zmarł w Zakopanem Kornel Makuszyński – znakomity autor książek dla dzieci i młodzieży – ciepłych, mądrych, pouczających, pełnych wiary i radości życia. Taki był sam pisarz, choć życie nie szczędziło mu trosk i zmartwień, a ostatnie lata były najgorsze. Został uznany przez komunistów za autora „reakcyjnego”, niepasującego do „nowej rzeczywistości”. Istotnie, „nie pasował”. Był szczerym patriotą, uznanie sowieckiego dominium w Polsce lub służenie mu nie mieściło się w jego standardach moralnych.

Za zakazem publikacji książek Makuszyńskiego w okresie Polski stalinowskiej stał „szef resortu kultury” PKWN, czyli uzurpatorskiego „rządu” Stalina dla Polski – Wincenty Rzymowski. Przed wojną Makuszyński zajął jego miejsce w Polskiej Akademii Literatury. Rzymowskiego wyrzucono stamtąd za plagiat. Od 1944 r. robił szybką karierę w służbie moskiewskiej. Był w Polsce ministrem spraw zagranicznych i ambasadorem w Rzymie. Prośba IPN o zniesienie jego ulicy w stolicy Polski została przyjęta przez władze Warszawy z szyderczym lekceważeniem.

Niewielu jest w Polsce ludzi średniego i starszego pokolenia, którzy choć raz nie dostaliby pod choinkę jednej z książek Makuszyńskiego, takich jak „Bezgrzeszne lata”, „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, „Panna z mokrą głową”, „Awantura o Basię”, „Szatan z siódmej klasy”, „Szaleństwa panny Ewy” czy ilustrowanych przez Mariana Walentynowicza przygód Koziołka Matołka lub pociesznej małpki Fiki-Miki.

Makuszyński kochał Lwów, gdzie chodził do szkół, oraz Zakopane i Warszawę, gdzie mieszkał. Kochał Polskę, podczas wojny z bolszewikami ułożył „Piosenki żołnierskie”. Został pochowany na zakopiańskim Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzysku. Na jego grobie zapalają znicze dzieci – małe, duże i te przedwojenne. Mamy za co kochać Pana Kornela, jak go serdecznie nazywano.

http://www.naszdziennik.pl/wp/49593,pan-kornel.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 20 sie 2013, 06:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30800
Zapomniany pisarz i powstaniec

Piotr Szubarczyk

Nie było w dziejach polskiej literatury pisarza równie wrażliwego na sprawy społeczne jak Bolesław Prus (*20 VIII 1847 †19 V 1912). Dziś jest rugowany ze szkół. Podobno zbyt „staro- świecki”, do tego „antysemita”!

Nazywany był „kronikarzem Warszawy”, ale pochodził z Podlasia. Urodził się w Hrubieszowie, w rodzinie dworskiego ekonoma Antoniego Głowackiego. „Bolesław Prus” to pseudonim literacki, od rodowego herbu.

Obrazek
Aleksander Głowacki - Bolesław Prus (20 VIII 1847 - 19 V 1912) około 1905 roku


Od 9. roku życia był sierotą. Jako 16-latek przerwał naukę w gimnazjum i poszedł do Powstania Styczniowego. Ranny pod Siedlcami, dostał się do niewoli. Postawiony przed ruskim sądem i uwięziony na Zam- ku Lubelskim.

Po uwolnieniu ukończył gimnazjum, studiował w Szkole Głównej w Warszawie. Głodował, musiał przerwać studia, podejmował prace zarobkowe.

Uznanie przyniosły mu felietony w „Kurierze Warszawskim”. Ożenił się z Oktawią Trembińską, poświęcił się pracy literackiej. Był mistrzem małych form. Najsłynniejsze nowele i opowiadania to: „Powracająca fala”, „Michałko”, „Antek”, „Katarynka”, „Kamizelka”, „Grzechy dzieciństwa”. Sławę przyniosły mu powieści o tematyce społecznej i historycznej, szczególnie „Placówka”, „Lalka”, „Emancypantki” i „Faraon”.

Patronował przedsięwzięciom związanym z edukacją społeczną, z opieką nad sierotami i ludźmi pokrzywdzonymi. Kochał dzieci, poświęcił im wiele miejsca w twórczości i wiele wysiłków na rzecz edukacji i wychowania.

Nie doczekał odrodzenia Polski, umarł dwa lata przed wielką wojną. Jego pogrzeb zgromadził rzesze ludzi. Został pochowany na cmentarzu Powązkowskim. Na pomniku grobowym wyryto napis: „Serce Serc”…

Z „Kronik tygodniowych” fragment tekstu Prusa: „Gdyby nas nawet setkami tysięcy topiono, wbijano na pale, obdzierano ze skóry, pieczono na wolnym ogniu – w całej Europie nikt palcem nie ruszy, nikt nie otrząśnie popiołu z cygara”…

http://www.naszdziennik.pl/wp/51453,zap ... aniec.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /