Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 29 lip 2010, 09:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Dziś, to jest 28 lipca 2010 mija kolejna już dwunasta rocznica śmierci wybitnego człowieka, niezłomnego artysty – Zbigniewa Herberta. Herbert całym swoim życiem oraz twórczością przeciwstawiał się komunistom oraz sowietyzacji otaczającego go świata. Jego niezłomna postawa sprawiła, iż nie miał łatwego życia. Szczególnie, kiedy jego bezpośrednie i nazywające rzeczy po imieniu wypowiedzi dotykały tych, którzy ulegli czerwonej zarazie. Zmagał się z wieloma trudnościami oraz przeciwnościami losu, jednak zawsze starał się sam wydostać z trudnych sytuacji. Nie oczekiwał pomocy od innych. Często nią gardził. Był na nią niejednokrotnie zbyt dumny. Po pozornym odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku, sprzeciwiał się polityce „grubej kreski” oraz nie przebierał w słowach nazywając nowy ustrój panujący w jego ukochanym kraju – neokomunizmem. Neokomunizmem, w którym stare doskonale wymieszało się z nowym, i pod przykrywką „demokracji” zaczęło tworzyć nową-starą rzeczywistość, na którą Herbert się nie mógł zgodzić.

http://thaer.salon24.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 18 lis 2010, 10:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Henryk Mikołaj Górecki

Ostatni koncert z mistrzem

Pożegnalny koncert symfoniczny rozpoczął wczoraj uroczystości pogrzebowe śp. prof. Henryka Mikołaja Góreckiego. Wybitnego kompozytora żegnano w katowickiej katedrze Chrystusa Króla, najważniejszej świątyni regionu śląskiego. Górecki zmarł w wieku 77 lat, pozostawił po sobie ceniony na całym świecie dorobek twórczy. Profesora Henryka M. Góreckiego żegnały wczoraj koncertem Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, Filharmonia Śląska i połączone chóry z Katowic i Krakowa. Uroczystości pogrzebowe zgromadziły środowisko muzyczne i akademickie. Obecni byli m.in. Krzysztof Penderecki, Wojciech Kilar, Józef Skrzek. Mszy św. przewodniczył ks. kard. Franciszek Macharski, w koncelebrze uczestniczył m.in. ks. abp Damian Zimoń, metropolita katowicki.Profesor Górecki zmarł po ciężkiej chorobie 12 listopada w wieku 77 lat. Był jednym z najpopularniejszych w świecie polskich muzyków współczesnych. Jego III Symfonia, zwana "Symfonią pieśni żałosnych", przez wiele tygodni przodowała w rankingach muzyki klasycznej w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Był laureatem wielu międzynarodowych konkursów kompozytorskich. Otrzymał kilkanaście honorowych doktoratów uczelni krajowych i zagranicznych. Został wyróżniony m.in. Orderem św. Grzegorza Wielkiego - najwyższym odznaczeniem papieskim, jakie może otrzymać osoba świecka, przyznawanym za szczególne zasługi dla Kościoła. Przez wiele lat Górecki był związany z katowicką Akademią Muzyczną, jako jej wykładowca i rektor. Górecki w latach 80. tworzył utwory sakralne o głęboko lirycznym charakterze. W swojej twórczości wracał do korzeni muzyki polskiej, a zwłaszcza jej nurtu ludowego. Do najbardziej znanych jego utworów należą: "Epitafium", "Genesis I-III", "Trzy utwory w dawnym stylu", "Refren na orkiestrę", "Muzyka staropolska", "Ad Matrem", II Symfonia "Kopernikowska", "Beatus vir", "Miserere", "Recitativa i ariosa - Lerchenmusik", "Małe requiem dla pewnej Polki" na fortepian i 13 instrumentów czy "Pieśń Rodzin Katyńskich". MA

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 07 sty 2011, 20:31 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3181
Krzysztof Kolberger,

Zmarł jeden z najwybitniejszych polskich aktorów współczesnego kina i teatru. Miał 60 lat. Od lat walczył z chorobą nowotworową - najpierw był to rak nerki,
potem miał przerzuty na wątrobę. Aktor przeszedł kilka operacji.
Walczył w sposób heroiczny i cichy.
Mówienie pogodnie o śmierci powoduje, że się bardziej z nią oswajamy - tak mówił Krzysztof Kolberger. Aktor oswajał się ze śmiercią od 20 lat, a od kilku lat miał świadomość, że choroba się nasila.

Obrazek

Był znanym i lubianym aktorem teatralnym i telewizyjnym o charakterystycznym głosie.

Joanna Szczepkowska wspominała aktora jako człowieka uśmiechniętego, nawet kiedy był bardzo chory.
- Musimy to zapamiętać. Robił to dla nas. Było coś świętego w tym znoszeniu cierpienia.
On wybrał emanację dobrem - stwierdziła aktorka.

Utalentowany aktor...

Na deskach Teatru Narodowego w Warszawie Kolberger zagrał szereg ról romantycznych, między innymi w "Dziadach", "Wacława dziejach" i "Weselu". W teatralnym dorobku Krzysztofa Kolbergera na uwagę zasługują również role w sztukach "Niech no tylko zakwitną jabłonie" i "Apetyt na czereśnie" Agnieszki Osieckiej.

Aktor znany był także z wielu filmowych ról. Zagrał między innymi w "Kontrakcie" Krzysztofa Zanussiego, "Na straży swej stać będę" Kazimierza Kutza i "Ostatnim promie" Waldemara Krzystka. Telewidzowie pamiętają go także z ról w spektaklach Teatru Telewizji, między innymi "Romeo i Julia" czy "Popiół i diament", a także z seriali "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", "Rzeka kłamstwa", "Ekstradycja", czy "Sfora".

...i reżyser

Pracował też jako reżyser teatralny. Wystawił między innymi "Krakowiaków i górali" oraz "Nędzę uszczęśliwioną".

Stworzył wspaniałą kreację podczas koncertu poświęconego pamięci Jana Pawła II pod tytułem "Wielka Pani", recytując młodzieńcze wiersze Karola Wojtyły.

Odczytał też testament Jana Pawła II w czasie żałoby po śmierci papieża w kwietniu 2005 roku. Uznał to za jedno z najważniejszych zadań aktorskich w swojej karierze. Brał też udział w polskim dubbingu do filmu "Jan Paweł II", użyczając swojego głosu postaci tytułowej, granej przez Johna Voighta. Krzysztof Kolberger był znanym interpretatorem poezji. Oprócz utworów Karola Wojtyły recytował wiersze Miłosza, Goethego, Iwaszkiewicza, Eliota, Norwida, Słowackiego i Mickiewicza.

Urodził się 13 sierpnia 1950 roku w Gdańsku. Ukończył warszawską PWST. Zaraz po studiach w 1972 roku otrzymał angaż w Teatrze Śląskim w Katowicach. Bardzo często grywał w repertuarze romantycznym. W filmie zadebiutował w 1974 roku rolą w serialu Zbigniewa Kuźmińskiego "Ile jest życia". W 1999 roku pojawił się w roli Adama Mickiewicza w filmie Andrzeja Wajdy "Pan Tadeusz".

Krzysztof Kolberger jest jednym z bohaterów książki "Odnaleźć dobro" Marzanny Graff-Oszczepalińskiej, w której opowiada w formie pamiętnika o swoim osobistym spotkaniu z prawdziwym dobrem tkwiącym w człowieku.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 08 sty 2011, 14:43 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 lip 2009, 16:38
Posty: 1932
+

_________________
"Ponieważ żyli prawem wilka,historia o nich głucho milczy..."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 lip 2011, 06:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Niezapomniany Tadeusz Fijewski

Gdyby żył kończyłby dzisiaj 100 lat, wspaniały, wszechstronny aktor, niezapomniany Pan Anatol, czy Recki.

Urodził się 14 lipca 1911 r. w wielodzietnej biednej rodzinie na warszawskim Powiślu. Był synem malarza pokojowego Wacława i Marianny z Lubańskich. Ta robotnicza rodzina wychowała troje artystów, bo swoje losy z teatrem związali: siostra Barbara Fijewska i brat Włodzimierz Fijewski.

Tadeusz zadebiutował w 1921 jako statysta w „Chorym z urojenia” Moliera, w Teatrze Polskim w Warszawie, którym wtedy kierował jego założyciel Arnold Szyfman. Z tym teatrem związał również ostatnie dziesięć lat życia. Występował również w spektaklach amatorskich i przedstawieniach dla dzieci, a od 1927 również w filmie. Na ekranie zadebiutował również bardzo wcześnie. Został laureatem konkursu zorganizowanego przez dziennik "ABC" mając zaledwie szesnaście lat. Zagrał w filmie „Zew morza” w reż. Henryka Szaro, wcielając się w rolę dziesięcioletniego Stacha.

W 1927 r. nie udało mu się zdać eksternistycznego egzaminu aktorskiego. Wrócił, więc do przerwanej nauki w gimnazjum, ale nadal występował na scenie i w filmach. Później w 1936 r. ukończył Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie. Po studiach aktorskich grał w objazdowym Teatrze dla Dzieci "Płomyku" i "Płomyczku". Do września 1939 był związany ponadto z warszawskimi scenami Teatru Malickiej i Teatru Ateneum oraz teatrem w Sosnowcu.

Po wybuchu II wojny światowej był więźniem obozów koncentracyjnych Oranienburg i Dachau. Po uwolnieniu z obozów w 1941 r. wrócił do Warszawy, wstąpił do AK i pracował w barach. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po jego upadku był więziony w obozach jenieckich na terenie III Rzeszy. Po wyjściu na wolność był aktorem teatru powstańczego BIiP AK (1944) Leona Schillera i zespołu estradowego stworzonego przez Kazimierza Krukowskiego, który występował w polskich obozach na terenie okupowanych Niemiec.

W 1945 r. powrócił do Polski. Występował na deskach teatrów w Toruniu, Łodzi. W Warszawie grał w teatrach: Nowym (1947–1949), Narodowym (1949–1954), Współczesnym (1954–1968) i jak wcześniej wspominałam na ostatnie lata życia wrócił do Teatru Polskiego, w którym debiutował.

Wystąpił w ponad 50 filmach i w radiowej powieści Matysiakowie, a także w radiowym Teatrze Eterek Jeremiego Przybory w roli Mundzia, syna wdowy Eufemii, granej przez Irenę Kwiatkowską.

W pamięci widzów pozostaje jako Anatol z filmów Jana Rybkowskiego, Rzecki w „Lalce” Wojciecha Hasa, wzruszający Kuba w „Chłopach” Jana Rybkowskiego i zabawny Czereśniak w serialu telewizyjnym „Czterej pancerni i pies” Konrada Nałęckiego.

Jego żoną była Helena Makowska-Fijewska, z ktorą został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Na Powiślu u zbiegu ulicy Topiel i ulicy Zajęczej jest skwer, który nosi imię rodzeństwa Tadeusza, Marii, Barbary i Włodzimierza Fijewskich. Imieniem Tadeusza Fijewskiego nazwano również ulicę w Katowicach.

http://sgosia.salon24.pl/324223,niezapo ... z-fijewski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 05 wrz 2011, 22:48 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3181
http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=113793

Moja twórczość jest jak oścień

Nasz Dziennik, 2011-09-04

Z Michałem Lorencem, kompozytorem muzyki filmowej i teatralnej, autorem ścieżek dźwiękowych m.in. do filmów "Jan Paweł II: Szukałem Was", "Czarny Czwartek", "Różyczka", "Przedwiośnie",

Obrazek

rozmawia Agnieszka Żurek

W hołdzie Janowi Pawłowi II skomponował Pan utwór "Missa Magna Beatificationis". Światowa premiera tego dzieła odbyła się 2 maja w Rzymie. Została przyjęta owacyjnie. Co stanowiło tajemnicę tego sukcesu?

- Msza powstała w oparciu o ścieżkę dźwiękową do filmu o Janie Pawle II pt. "Jan Paweł II: Szukałem Was", która została na nowo zaaranżowana. Ze względu na misyjny charakter pontyfikatu Jana Pawła II część muzyki do mszy powstała w Kamerunie z udziałem dwóch chórów i solistów z parafii w stolicy tego kraju - Yaounde. Niestety, bariery, które dzielą świat, sprawiły, że na koncert udało się zaprosić tylko jednego tamtejszego muzyka. Brakujące utwory, które mogli wykonać tylko Kameruńczycy, zastąpiłem innymi swoimi kompozycjami. Na szczęście najważniejsze części mszy napisane zostały na klasyczny chór i orkiestrę i wykonały je Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach, zespół DesOrient oraz Irańczyk Mohammad Rasouli, który zagrał na starym perskim instrumencie ney. Koncertem dyrygował Tadeusz Karolak. Warto może wspomnieć, że film "Jan Paweł II: Szukałem Was" powstawał kilka lat. Kręcony we wszystkich zakątkach świata, jest przejmującym świadectwem obecności Ducha Świętego w pontyfikacie Karola Wojtyły. Niezwykłego działania Opatrzności doświadczyli producenci filmu - prywatni inwestorzy, Tadeusz Lampka i Stanisław Szymański, którzy przystąpili do produkcji tego dokumentalnego filmu kinowego, nie mając najmniejszego pojęcia o terminie beatyfikacji Papieża Polaka. Kiedy zwrócili się do mnie w grudniu ubiegłego roku z prośbą o napisanie muzyki filmowej, nikomu z nas się nie śniło, że w maju zostanie ona wykonana w Rzymie w obecności kilkutysięcznej publiczności, duchowieństwa i dyplomacji, w bazylice św. Ignacego, dzień po beatyfikacji, dokładnie w chwili przenoszenia ciała Ojca Świętego z podziemi watykańskich do Bazyliki św. Piotra.

Skomponowana przez Pana "Missa Magna" jest mszą, ale posiada także lekkość, jest w tej muzyce przestrzeń. Czy jest to także efekt międzynarodowej współpracy z muzykami z różnych kontynentów? Czym dla nich był udział w dziele powstającym ku czci Jana Pawła II?

- Dla wszystkich z nas było to wielkie przeżycie, nie tylko w znaczeniu zawodowym. Podróż muzyczna do Kamerunu uświadomiła mi rozmiar hipokryzji zachodniej cywilizacji wobec słabszych i biedniejszych narodów; akceptacji porządku rzeczy, w którym liczą się tzw. święty spokój i złoty interes. Proszę zwrócić uwagę, że Kamerun jest potężnym eksporterem bananów i kakao na cały świat, a każdy z naszych telefonów komórkowych zawiera rudy tantalu wydobywane tylko w Kongu i Kamerunie. Jednak zyski ze sprzedaży tych surowców nie przekładają się w żaden sposób na poziom życia ludzi. Oglądamy liryczne historie w kinie i programy przyrodnicze w telewizji i na tej podstawie budujemy sobie obraz Afryki, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością, który jednak w zupełności uspokaja nasze sumienia. Moja podróż muzyczna była odkryciem, że Papież z Polski wielokrotnymi pielgrzymkami do Afryki próbował zwrócić uwagę świata na problemy tego kontynentu. Wdzięczność i dziecięcy entuzjazm Kameruńczyków dla Jana Pawła II sprawiły, że przyjmowano nas wszędzie z radością, a nagrania były bardzo udane mimo braku prądu, studia, hałasu cykad czy sów.

Jak wspomina Pan tę pracę?

- Afrykanie czują muzycznie niemal wszystko. Można tam przyjechać z nagraniem klaksonu samochodowego, a oni po swojemu, w mistrzowski sposób to zaaranżują. Nie znają nut, opierają się jedynie na doskonałym słuchu i wrodzonym synkopowanym poczuciu rytmu. Kiedy byliśmy na Mszy Świętej w stolicy Kamerunu, Murzyni śpiewali według skal i rytmów europejskich. Wszystko było bardzo ładne i bardzo poprawne, ale nie było w tym za grosz ducha. Tuż obok odprawiana była Msza Święta przybyłych do stolicy w interesach ludzi ze wsi, z północy. Tam był duch. Inkulturacja Afrykanów przez Europejczyków raczej ich kaleczy, niż im pomaga. Natomiast edukacja jest dla nich wodą życia. Uczy porządku, pomaga funkcjonować w ich świecie, w którym my, Europejczycy, coraz gorzej sobie radzimy. Narzucanie Afrykańczykom wraz z dobrodziejstwem wiary naszych kanonów piękna chyba nikomu nie wychodzi na dobre.

Jakie wrażenie zrobił na Panu pobyt w Kamerunie?

- Kamerun jest bardzo biednym krajem. Nie ma tam głodu, ale jest bieda. Nie wiedziałem, że są jeszcze na świecie całe kraje, gdzie nie ma banków, bankomatów, sklepów - tego wszystkiego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nigdy nie myślałem o Afryce w tych kategoriach, miałem w wyobraźni raczej kraj znany z "National Geographic". Sądziłem, że jest to kontynent malowniczy, ale jakoś uporządkowany i trochę biedny. Okazało się, że Afryka to inna planeta.

W jakim sensie?

- Kiedy przyjechaliśmy do Kamerunu i zobaczyliśmy mieszkających tam ludzi, muzyka przestała być ważna. Najważniejsi byli ludzie. Chrześcijaństwo współistnieje tam z islamem i z lokalnymi sektami afrykańskimi i nie rodzi to żadnej agresji. Ludzie są bardzo przyjacielscy, może dlatego, że poza misjonarzami w ogóle nie ma tam białych. Kiedy wchodziliśmy do jakiejś, krzyczeli: "O, biali!", i dzieci wybiegały nam na spotkanie. Przyjmowali nas z serdecznością, jakiej w europejskim obszarze kulturowym nie doświadczamy. Ludzie są piękni, wspaniale się poruszają, są pełni zmysłowej, pierwotnej ekspresji. Kiedy wracaliśmy z Afryki i przesiadaliśmy się na lotnisku w Szwajcarii, uderzył nas ogromny kontrast pomiędzy relacjami ludzi Czarnego Kontynentu a Europejczykami. Zobaczyliśmy, że my, Europejczycy, często pod maską uprzejmości kryjemy wrogość i dystans wobec innych, będąc jednocześnie pewnymi swej wyższości kulturowej i cywilizacyjnej.

Nie umiemy też albo nie chcemy zaradzić problemowi biedy w Afryce...

- Cały świat w sposób bezwzględny żeruje na tym kontynencie. Pozyskuje surowce mineralne, diamenty, złoto, miedź. W Kamerunie chodzi głównie o rudy tantalu. Gdyby nie istniał układ białych ludzi z wąską grupą czarnych dyktatorów i przywódców uzbrojonych band wywołujących wojny plemienne - Afryka byłaby bogata jak Szwajcaria. Tymczasem społeczeństwa afrykańskie żyją sterroryzowane przez wojskowe dyktatury i jeśli pojawia się jakiś problem, do wioski wysyłany jest oddział z karabinami, który "rozwiązuje" go siłą, mordując ludzi. Afryka uświadomiła mi także, że nie chcemy zobaczyć wielkich problemów świata.

Czy istnieją zjawiska dające nadzieję na jakąkolwiek zmianę?

- Jedyną poważną inicjatywą jest działalność misyjna Kościoła katolickiego, która zresztą przeżywa kryzys z uwagi na brak powołań w krajach Europy Zachodniej. Pozostali jeszcze księża z Polski i z Włoch. Kiedyś najsilniejsze były tam misje francuska i brytyjska. To się już jednak dawno skończyło. Zostało trochę wolontariuszy, którzy z kolei uwikłani są w specyficzne zależności finansowe. Z wielkich pieniędzy przeznaczanych przez organizacje charytatywne na rzecz pomocy mieszkańcom Afryki trafia do nich jedynie ok. 5 procent.

Poznał Pan ludzi pracujących na misjach. W jaki sposób mógłby ich Pan opisać?

- Misja jest czymś niezwykłym. Pracujący tam ludzie oddają jej całe swoje życie. Są jak bohaterowie z powieści Josepha Conrada - ludzie światli, bardzo inteligentni, zmagajacy się z życiem, samotni i według logiki tego świata przegrani. Ksiądz Krzysztof Zielenda, który nas gościł, choruje bez przerwy na malarię, a mimo to niestrudzenie pracuje. Poznałem także księdza oblata zajmującego się człowiekiem chorym psychicznie, z obsesją samobójczą. Ksiądz ten był już wielokrotnie przez niego pobity, a mimo to nie odrzuca go, gdyż wie, że jeśli pozbawi tego człowieka swojej opieki, prawdopodobnie popełni on samobójstwo albo zabije kogoś innego. Przeżywa ogromną udrękę, a jednocześnie jest radosny.

Skomponował Pan ostatnio muzykę do filmu "Matka z Auschwitz-Birkenau" o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej, która uratowała w Oświęcimiu 3 tys. dzieci.
Czy napisanie muzyki do tego filmu było także manifestacją Pana światopoglądu?


- Tak, ruch pro-life jest mi bliski. Podziwiam radykalne ruchy związane z obroną życia. Świat współczesny dostarcza nam różnych atrakcji. Można żyć, zanurzając się całkowicie w hedonizmie i nie zauważając niczego dookoła. A tym ludziom nie chodzi o kasę czy karierę, ale o coś fundamentalnego, o życie człowieka. Ich wybór jest zarazem bardzo romantyczny, bardzo mądry i odważny.

A co Panu pomaga żyć na co dzień "według Ducha"?

- W Kościele jestem od 15 czy 16 lat. I od razu na dzień dobry trafiłem do neokatechumenatu. Moja żona, katoliczka od urodzenia, która modliła się o moje nawrócenie, powiedziała po moim wejściu na drogę neokatechumenalną: "Panie Boże, modliłam się o nawrócenie Michała, ale otrzymałam zbyt wiele". Po dwóch latach dołączyła do naszej wspólnoty. Neokatechumenat daje mi poczucie pewności - to są tory, które prowadzą w dobrym kierunku. To ja mogę gdzieś skręcić, ale tory te nie zmienią swojego biegu. A walka trwa codziennie. I nie chodzi tu o drobiazgi, chodzi o życie.

Czy sztuka, poezja mogą prowadzić człowieka do Boga?

- Kiedy zaczyna się czytać codziennie brewiarz, okazuje się, że nie ma głębszej poezji. Pismo Święte, poza całym znaczeniem, symboliką i świętością, ma niesamowitą siłę literacką. Zanim znalazłem się w Kościele, miałem swoich ulubionych poetów, o których teraz nawet nie chcę myśleć.

A teraz których poetów Pan ceni?

- Thomasa Eliota i Zbigniewa Herberta. W ich poezji obecny jest biblijny pierwiastek głębi i piękna. Istnieją poszczególne wiersze innych poetów, które także dotykają tego wymiaru tajemnicy. Norwid dotyka go w całej swojej poezji. Kiedy zestawię "Bema pamięci żałobny rapsod" z pogrzebem Lecha i Marii Kaczyńskich w Krakowie, utwór okazuje się proroczy. Widzę w tym nieustanny profetyzm naszej narodowej poezji. Wspaniałą muzykę do tego poematu skomponował Czesław Niemen. Chciałbym na nowo zinstrumentować ten utwór i mam nadzieję, że żona śp. Czesława Niemena tym razem się zgodzi.

Ostatni rok był bardzo szczególny - skomponowany przez Pana do filmu "Różyczka" utwór przeprowadził Polaków przez żałobę narodową, teraz z kolei skomponowana przez Pana msza towarzyszyła nam w przeżywaniu beatyfikacji Jana Pawła II - czy te dwa wydarzenia w jakiś sposób są według Pana związane ze sobą na płaszczyźnie duchowej?

- Mam poczucie, że te wydarzenia są ze sobą powiązane. Nie mam, niestety, zdolności analitycznych, odbieram rzeczywistość emocjonalnie i argumentacja, że ci ludzie zginęli rycerską śmiercią, że zginęli razem, jest przejmująca. Nie wystarcza jednak do tego, żeby zawrzeć to, co się stało w jakiejś logicznej puencie czy w jakimś szeregu znaczeń wyższego porządku. Nie potrafię tego zaakceptować. Jeden z ojców paulinów powiedział mi: "A jeżeli oni są święci, jeżeli poszli prosto do Nieba, to co ty z tym zrobisz?". A ja się wciąż na tę śmierć nie zgadzam. Nie wierzę w żaden wypadek. I nie potrafię się z tym pogodzić. Może to brak wiary, ale nie potrafię...

W jaki sposób powstała melodia do filmu "Różyczka"?

- Tę melodię napisałem dwa lata temu na Mazurach. Czuję osobisty związek z postacią Pawła Jasienicy. Widywałem go na klatce schodowej, kiedy chodził z wizytą do pana Jana Józefa Lipskiego, który był naszym sąsiadem. Przyjaźniłem się z jego dziećmi i do dzisiaj mam z nimi kontakt. Poruszający był dla mnie wątek żydowski w tym filmie. Odkrył przede mną pewne znaczenia biblijne, o których sami autorzy filmu być może nie wiedzieli, że je w nim zawarli. Utwór, o którym mowa, napisałem na końcu, kiedy cała ścieżka dźwiękowa była już gotowa. Ten temat przyszedł do mnie rano. Nigdy tego nie zapomnę. To jest dłuższy temat, który miał mieć trzy części, natomiast jego instrumentację postanowiłem napisać na samym końcu. Układała mi się ona w głowie. Źle niestety obliczyłem czas do nagrań. Okazało się, że orkiestra będzie już za godzinę i że po prostu nie zdążę, że muszę zrobić repetycję pierwszej części. I całe szczęście, że tak się stało. Możliwe, że ta druga i trzecia część przeniosłaby ten utwór w inny wymiar. Czasem nie widzimy, czemu pewne rzeczy się dzieją, a one mają ukryty sens. Instrumentację do filmu "Różyczka" napisałem sam. Nie robiłem tego od wielu lat. Właściwie od czasu skomponowania muzyki do filmu "Bandyta" pisałem jedynie fragmenty - ze strachu, z lenistwa, z różnych innych powodów korzystałem z pracy mojego dyrygenta. Kiedy miałem skomponować muzykę do "Różyczki", doszedłem do wniosku, że nie mogę dalej tak żyć, że nie mogę odpuszczać sobie i zwalać pracy na kogoś innego, dając mu temat, określając jedynie harmonię, tempo i instrumenty. Sam od wielu lat boję się pisać. Napisałem jednak tę muzykę, wyszło pięknie.

W jaki sposób ta melodia stała się muzycznym motywem przewodnim żałoby narodowej?

- W przeddzień katastrofy zadzwoniła do mnie pani dyrektor "Wiadomości" TVP1 i powiedziała, że polski hymn narodowy, który opracowałem do filmu o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim, chciałaby wykorzystać podczas relacji z wizyty prezydenta w Katyniu. Zapytała, czy wyrażam na to zgodę. Zgodziłem się, a ona wykorzystała ten utwór w zupełnie już jednak innym kontekście - tragedii smoleńskiej. Przypadek sprawił, że wydawcy użyli mojej muzyki z "Różyczki" do ilustracji tych zdarzeń, a pewna rozgłośnia radiowa żaliła się, że taka muzyka nawet krowę doprowadza do łez.

Był Pan członkiem honorowego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Dlaczego zdecydował się Pan na ten krok?

- Zdecydował o tym Smoleńsk i histeria medialna wokół osoby prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Miałem i mam do polityki dystans, i chociaż dzisiaj dużo wyraźniej widzę sens i jakość tej prezydentury, to moje uczestnictwo w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego było jednorazowym aktem. Zajmuję się muzyką, o polityce nie mam większego pojęcia, mam poczucie, że powinienem stawać po stronie słabszych, plugawionych, oczernianych, ale taka postawa nie dotyczy wyłącznie polityki. Wypowiedzi zaczynające się od słów: "najbardziej boję się..." to przykłady manipulacji, które wykluczają demokrację. Kiedy słyszę: "Najbardziej boję się Macierewicza, bo ma straszne oczy", to pytam o konkretne argumenty. Na ogół rozmówca wówczas wstaje, ubiera się i wychodzi, mówiąc, że nie da się ze mną rozmawiać, bo jestem faszystą.

Co sądzi Pan o naszym obecnym rządzie?

- Śmieszy mnie, a nawet wzrusza. To jest dla mnie Monty Python w najlepszych swoich skeczach. Nie jestem politykiem. Jednak przełomowym momentem była dla mnie afera hazardowa, kiedy przewodniczący, pan Mirosław Sekuła, napisał sprawozdanie z prac komisji, z którym sam się nie zgadzał...

Czy ma Pan poczucie, że dzisiaj Polska, podobnie jak w roku 1920, znowu staje się przedmurzem chrześcijaństwa?

- Chrześcijaństwo nie wznosi murów. Tak jak pisał Jerzy Liebert - sytuacja wyboru jest sytuacją wiary. Panem historii jest Pan Bóg. Kiedy dzieje się krzywda, On nie stoi daleko, ale cierpi razem z nami.

A jaki jest Pana stosunek do mediów?

- W czasie Wielkiego Postu regularnie odłączam się od świata.
Nie słucham wówczas radia, telewizora w ogóle nie mamy. I wtedy okazuje się, że żyję w Polsce, która jest wspaniała.

Co sprawia, że zależy Panu na Polsce?

- Kocham Polskę. Fakt, że urodziłem się właśnie tu, traktuję jako wyróżnienie i dar. Szczególne są tutaj relacje z ludźmi. Nie wiem, czy gdzie indziej znalazłbym tylu przyjaciół. Nie jestem doskonały, ale może tak to ma być, może to jest ten mój oścień, o którym pisał św. Paweł. Ale tak naprawdę to dziękuję za to, co mam. Za dzieci, które mi powierzono, i żonę, którą kocham.

Dziękuję za rozmowę.

Radio Maryja © 2011

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=113793




_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 paź 2011, 08:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Zapomniany Andrzej Frycz Modrzewski

W sytuacji, gdy Polska ginie i z różnych stron padają przeróżne propozycje jej naprawy jakoś dziwnie nie wypływa w dyskusjach program naprawy Rzeczypospolitej opracowany przed wiekami przez wielkiego i mądrego Polaka – Andrzeja Frycza (właściwie – Piotra) Modrzewskiego. W jego czasach jego program był równie rewolucyjny (i słuszny) jak dzieło Mikołaja Kopernika. A jednak dzieło Frycza Modrzewskiego nie tylko nie napełnia nas dumą, ale prawie że o nim zapomnieliśmy (zapomnieli ci światlejsi, bo mniej światli nie mają o istnieniu tego dzieła zielonego pojęcia).

Także i reformatorzy ginącej szlacheckiej Rzplitej szukając gorączkowo ratunku dla ojczyzny do jego pełnych mądrości ksiąg nie zaglądali. A rozwiązanie problemów było w nich wyłożone jak na dłoni.

Wydany drukiem w 1551 roku traktat nosił tytuł: „Commentariorum de Republica emendada libri quinque (Rozważań o poprawie Rzeczypospolitej ksiąg pięć). Szerzej znany jest ten traktat pod tytułem „O naprawie Rzeczypospolitej”. Pierwsze wydanie, mimo „pięciu ksiąg” w tytule, zawierało ich tylko trzy. Cenzura kościelna ksiąg „O Kościele” i ”O nauce” nie przepuściła. Dopiero w heretyckiej Bazylei dzieło Frycza Modrzewskiego wydano w całości. Jedyny polski przekład (do 1953 roku), bez księgi „O Kościele” ukazał się w 1577 roku. Dopiero wieki później komuniści wydali w komplecie traktat „O naprawie Rzeczypospolitej” jak i wszystkie inne dzieła tego myśliciela.

Co takiego rewolucyjnego było w dziełach Andrzeja Frycza Modrzewskiego?

Z dzisiejszego punktu widzenia postulat, aby zrównać w prawach szlachtę, mieszczaństwo i chłopstwo wydaje się jak najbardziej oczywisty. Wówczas uważano to za szczyt niedorzeczności. Co dziwić powinno nas niezmiernie. Wszak Polska i Europa była wówczas nieomal całkowicie chrześcijańskie. Chrześcijańscy byli monarchowie, szlachta, i prosty lud. Chrześcijańskie były głoszące dobrą nowinę papiestwo i głoszący konkurencyjnie tę samą dobrą nowinę protestanci. Ich głównym postulatem było – kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Nauczali o potrzebie miłości, przebaczania i nadstawiania drugiego policzka.

Praktyka dnia codziennego była jednak u chrześcijan wówczas inna. Ogromna większość chrześcijańskiej ludności chrześcijańskiej Europy była pozbawioną wszelkich praw wielomilionową rzeszą niemiłosiernie wyzyskiwanych pańszczyźnianych chłopów. Także i mieszczaństwo politycznie poza miastami nie miało praktycznie żadnych praw politycznych. Główną różnicą pomiędzy chrześcijańskim chłopem pańszczyźnianym a niewolnikiem było to, że chłopów nie sprzedawano na targach niewolników. Praw, jak niewolnicy, nie mieli chłopi żadnych. Lobbystów poza idealistami jak Frycz Modrzewski też nie mieli. Niestety…

Równe traktowanie wszystkich przez prawo dzisiaj nadal jest w Polsce jedynie marzeniem pięknoducha. Pamiętamy aferę hazardową… Oszuści nazywani „przedsiębiorcami”, pospołu z tzw. „politykami”, czyli z marionetkami politycznymi agenturalnej wobec obcych PO kręcili kryminalne lody, ubijali mętne interesy. Nikomu z tych przestępców włos z głowy za to nie spadł. Albo taki PiS, który zgłosił do sejmu w 2006 roku ustawę o odszkodowaniach dla Żydów. Dlaczego PiS o obcych troszczy się bardziej niż o „swoich”? I jakim prawem publicznymi pieniędzmi chciał napychać kieszenie obcym?

W Jewropie z równością wobec prawa jest nie lepiej. Przykładem są kryminalne przekręty i przestępstwa Berlusconiego, który już dawno powinien gnić w więzieniu. A on nadal jest premierem Włoch, nadal jest „nietykalny”.

Nie lepiej jest w biurokracji samej Unii Jewropejskiej. Do 2010 roku wiceprzewodniczącym „Komisjii Jewropejskiej” był skazany prawomocnym wyrokiem sądu na karę więzienia w zawieszeniu za defraudację pieniędzy publicznych (finansował nimi nielegalnie własną partię) Jaques Barrot.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jacques_Barrot

Czystym szyderstwem było powierzenie temu amnestionowanemu kryminaliście w maju 2008 roku stanowiska komisarza ds. wymiaru sprawiedliwości (oraz „obszaru wolności i bezpieczeństwa”). To tak, jakby kieszonkowca zrobiło się prokuratorem czy sędzią.

Albo co było rewolucyjnego w postulatach Modrzewskiego o opiece państwa nad ubogimi i o publicznym szkolnictwie?

Państwo, które nie troszczy się o ubogich, a napycha kieszenie bogaczom-banksterom jest państwem złym. Jest kochającą i troskliwą matką dla plutokracji, a macochą dla reszty.

Publiczne szkolnictwo na naszych oczach powoli przeistacza się w oświatę „tylko dla bogaczy”. Coraz droższe podręczniki wpędzają w biedę niejedną rodzinę w Polsce. Wprowadzane lub podnoszone opłaty za studia w Europie dotrą i do Polski. Niedawno w Wlk. Brytanii czesne podniesione zostało nawet do 300 % (w zależności od „popytu” na danym kierunku studiów). Szkolnictwo wyższe będzie kiedyś domeną bogaczy wywodzących się z rodzin lichwy i kapitału.

Postulat zaniechania wojen zaborczych był aktualny wówczas i jest aktualny i dzisiaj. W związku z nim natychmiast nasuwa się pytanie – co robiło i/lub robi wojsko polskie w Kosowie, Iraku i Afganistanie?

Czyż nasza armia musi pomagać obcym okupantom i agresorom w zniewalaniu obcych państw?

Nasze państwo jest chore. Rządzone jest przez pełniących obowiązki Polaków obcych, lub przez im usłużnych lokajów i zdrajców. Jednak i samo społeczeństwo jest chore. Fatalny jest stan jego świadomości. Nie ma się czemu dziwić – media i oświata są w obcych rękach, a ich zadaniem jest pranie mózgów, ogłupianie i utrzymywanie ludzi w wytworzonym medialno-politycznym matrixie.
Bez zmiany stanu świadomości znaczącej części naszego społeczeństwa trudno będzie cokolwiek osiągnąć. Polacy wciąż wpuszczani są w tematy zastępcze, a na temat historii mają mgliste lub fałszywe pojęcie.
A kto nie zna historii, ten najczęściej powtarza stare błędy.

http://wiernipolsce.wordpress.com/2011/ ... odrzewski/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 paź 2011, 11:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
Z dzisiejszego punktu widzenia postulat, aby zrównać w prawach szlachtę, mieszczaństwo i chłopstwo wydaje się jak najbardziej oczywisty. Wówczas uważano to za szczyt niedorzeczności.

Tylko pozornie - wtedy podział na stany był jawny i jawne były prawa. Nie były one równe, ale konkretne i każdy wiedział, że temu prawu, choć nierównemu podlega. Dziś mamy prawo, ale administracja państwowa ma to prawo gdzieś - wobec jednych to prawo jest stosowane, wobec innych nie jest. Dowolne interpretacje nieścisłego prawa powodują, że dziś ta nierówność wobec prawa jest większa niż za czasów Modrzewskiego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 12 lis 2011, 09:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Piotr Skarga - patron ludzi odważnych

Skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.
Apokalipsa św. Jana 3, 16
Piotr Skarga urodził się 2 lutego 1536 r. w Grójcu niedaleko Warszawy, w rodzinie Michała i Anny ze Świątków. Mając siedemnaście lat, wstąpił do Akademii Krakowskiej. W 1564 r., z rąk metropolity lwowskiego ks. abp. Pawła Tarły, otrzymał święcenia kapłańskie. Następnie objął funkcję kaznodziei w katedrze lwowskiej. W ten sposób przełożeni docenili jego wykształcenie oraz zdolności intelektualne. Ksiądz Skarga nie zawiódł pokładanych w nim nadziei, szybko zyskując rozgłos jako świetny mówca. Nic też dziwnego, że ks. abp Tarło rychło nada mu kolejne godności: zrazu kanonika, a następnie kanclerza kapituły lwowskiej. Ponieważ tak się szczęśliwie złożyło, że błyskawiczna kariera stała się udziałem człowieka o rzeczywistych zdolnościach, nie przeszkodziła mu ona w rozwoju intelektu i charakteru. Będąc we Lwowie, dzielił czas między obowiązki kaznodziejskie, posługę kapłańską oraz naukę. Dał się poznać jako osoba skromna, prowadząca bardzo ubogie życie, oddana chrześcijańskiej caritas - zgodnie z podstawową zasadą najbardziej szlachetnej odmiany ascezy posiadane dobra rozdawał ubogim.
Majątkiem dzielił się Skarga z potrzebującymi, natomiast intelekt pragnął oddać w służbę Kościołowi i wierze. Szczególnie istotne dla niego było odwojowanie dusz utraconych przez Kościół w wyniku spustoszeń reformacyjnych (luteranizm, kalwinizm, zwinglianizm). Reformacja w Polsce, choć nie tak triumfująca jak w krajach Europy Zachodniej i niewprowadzająca tak wielkich niepokojów społecznych i krwawych wojen wyznaniowych (w których strona protestancka często była stroną atakującą: Niemcy, Holandia, Anglia, kantony szwajcarskie, kraje skandynawskie), przyczyniła się do osłabienia pozycji Kościoła jako fundamentu jedności wieloetnicznej i wielokulturowej Rzeczypospolitej. Nowa nauka poczyniła szczególne postępy wśród szlachty litewskiej, małopolskiej i wielkopolskiej. Wierności wierze katolickiej dochowała ludność chłopska (ok. 90 proc. społeczeństwa Rzeczypospolitej). Nic też dziwnego, że zastanawiając się nad wyborem zakonu, do którego mógłby wstąpić, aby realizować misję wśród innowierców oraz katolików (szlachty i chłopów), których poziom świadomości religijnej nie był wysoki, uwaga Skargi padła na zakon jezuitów założony w 1534 r. przez Ignacego Loyolę, a zatwierdzony sześć lat później przez Papieża Juliusza III. Celem zakonu była m.in. działalność misyjna wśród "braci odłączonych" oraz podnoszenie świadomości religijnej katolików.

Nawracanie słowem, piórem oraz dobrymi uczynkami
W 1571 r., po dwuletnim nowicjacie w Towarzystwie Jezusowym w Rzymie, Piotr Skarga powraca do kraju, aby rozwijać działalność zakonu w Polsce. Ponieważ niezwykle istotnym czynnikiem krzewienia wiary katolickiej były według koncepcji jezuitów szkoły, stąd jego zaangażowanie w działalność istniejących już w kraju kolegiów jezuickich i tworzenie nowych: w Połocku, Rydze, Dorpacie. Kolegia były odpowiednikami dzisiejszych szkół średnich i miały wysoki poziom nauczania. Mogły do nich uczęszczać nie tylko dzieci szlachty, ale też niższych warstw społecznych. Do szkół jezuickich przyjmowano również potomstwo rodzin protestanckich z nadzieją, iż pobyt w kolegium skłoni je do konwersji na katolicyzm. W 1579 r. Piotr Skarga został pierwszym rektorem Akademii Wileńskiej, której zadaniem była również rekatolicyzacja obszarów zdominowanych przez protestantyzm.
Bardzo ważna w dziele nawracania i krzewienia wiary katolickiej była działalność kaznodziejska i pisarska. Owocem tej ostatniej aktywności był szereg pism polemicznych ks. Skargi wymierzonych przeciwko innowiercom i konfederacji warszawskiej (1573), w której szlachta katolicka i protestancka gwarantowały sobie nawzajem pokój religijny, uznając de facto stan rozbicia religijnego ("rozróżnienia w wierze") za naturalny porządek. Było to rozstrzygnięcie idące pod prąd rozwiązań obowiązujących w Europie, gdzie święciła triumfy zasada "cuius regio eius religio" (czyj kraj, tego religia). Polska różnorodność religijna budziła wśród ówczesnych państw naszego kontynentu tak wielkie zdziwienie, że niektórzy z tego właśnie tytułu ("wielkiej mnogości religii") odmawiali Rzeczypospolitej godności państwa europejskiego. Skarga pisał przeciw konfederacji warszawskiej w takich pismach, jak: "Upominanie do ewangelików" (1592), "Proces konfederacyjej" (1595), "Dyskurs na konfederacyją" (1607). Swoim piórem wspomagał koncepcję unii z prawosławiem, której owocem była unia brzeska w 1596 r. ("O jedności Kościoła Bożego", 1577; "Synod brzeski", 1597).
W Krakowie, jako przełożony domu zakonnego, ks. Skarga prowadził wielostronną działalność charytatywną, zakładając Bractwo Miłosierdzia, Bank Pobożny i Skrzynkę św. Mikołaja. Dla współczesnych był nade wszystko ostrym krytykiem sytuacji społeczno-politycznej, polemistą, autorem "Żywotów świętych" (1579), jednej z najbardziej poczytnych książek w dziejach kultury polskiej, oraz filantropem. Piękna polszczyzna, którą pisane były jego prace, stała się wzorcem języka literackiego dla wielu luminarzy polskiej kultury. Stefan Żeromski przyznawał, że jego pisarstwo wiele zawdzięcza Piotrowi Skardze. Od 1588 r., przez dwadzieścia cztery lata, autor "Żywotów świętych" piastował niezwykle prestiżowe stanowisko kaznodziei na dworze króla Zygmunta III, wspierając jego politykę wymierzoną przeciwko nadmiernym przywilejom szlacheckim oraz rokoszowi Mikołaja Zebrzydowskiego.
Czasy aktywności ks. Piotra Skargi zbiegały się z czasem wielkości i siły Polski i Polaków. Wizerunek Skargi, kaznodziei-proroka, utrwalali polscy romantycy: Adam Mickiewicz, Cyprian K. Norwid. Jan Matejko przedstawił wizję profety w słynnym obrazie "Kazanie Skargi" (1864). Ksiądz Piotr Skarga zmarł w 1612 roku. W przyszłym roku przypadnie 400. rocznica jego śmierci.
Najważniejsze z jego dzieł, wyrażające się zarówno w żywej mowie kaznodziejskiej, jak i w piśmie (różnego typu zbiory kazań), zmierzały do poprawy obyczajów moralnych i politycznych katolików, zwłaszcza szlachty.

Bicz na establishment
Nic bardziej mylnego niż przekonanie, że ówczesne kazania zawierały komplementy i słodycz dla możnych, a karcenie i gorycz dla ludu - wprost przeciwnie. Ksiądz Piotr Skarga główne źródło postępującego uwiądu ducha, a co za tym idzie - rychłego upadku kraju, upatrywał w ówczesnym establishmencie: stanie "heretyckim abo ślacheckim". Zawarte w licznych dziełach tyrady antyestablishmentowe budziły niezadowolenie, a nawet wściekłość szlachty. Władze zakonu zażądały, aby szczególnie jadowite wobec "tych, co w górze" "Kazania sejmowe" nie wyszły osobno, tylko by włączono je do opasłego zbioru kazań ("Kazania na niedziele i święta całego roku", 1597). Dzięki temu miały nie kłuć w oczy herbowych. Skargę zaczęto kojarzyć ze słynnymi kazaniami dopiero po upadku państwa polskiego. Zwłaszcza w epoce romantyzmu, okresie szczególnego zapotrzebowania na proroków - bezkompromisowych krytyków "nierządnego królestwa".
Niechęć establishmentu świeckiego powodowała sytuację osobistego zagrożenia kaznodziei. Pamiętajmy, że są to czasy, w których narazić się takiemu prominentowi jak Stanisław Stadnicki, zwany Diabłem, kalwinista, jeden z przywódców protestantów polskich, okrutnik i mąciwoda, typowy "sobiepanek", to jakby dziś nadepnąć na odcisk guru "ludzi rozsądnych": oberdysydentowi - niegdyś, ciotce, która siedzi na kanapie i ma za złe - dziś. Żadna protekcja nie pomoże. Autor "Żywotów świętych" traktował to jako ryzyko wpisane w zawód, a mówiąc stosowniej: w powołanie. Duchowni nie mogą się łasić do możnych, pomijać milczeniem ich występnego życia, relatywizować grzechów. Nawet wtedy, gdy, jak mówił konfrater Skargi, równie jak on słynny, Jakub Wujek: "dla prawdy i dla wolnego kazania, abo napominania, sromoty, zelżywości i prześladowania cierpią". Wprost przeciwnie - mają mówić prawdę o gorszącym życiu elit, o tym, że zamiast być dla poddanych wzorem życia dobrego, troszczyć się o ich pomyślność duchową i materialną, są antywzorem. Skoro znaleźli się na świeczniku, winni błyszczeć cnotą, promieniować jakością postaw. Budować moralnie, wzmacniać siłę ducha, a co za tym idzie - również Rzeczypospolitej. Bo jedynie taka postawa może uzasadniać wysoki status społeczny.
Patrząc na obraz szlachcica kreślony przez ks. Piotra Skargę, dochodzimy do wniosku, że - mówiąc słowami Jana Hochwandera z kultowego "Misia" - była to - excusez le mot - "banda darmozjadów i matołów kupa". Jak pisał znawca baroku Czesław Hernas, klejnot szlachecki "zamiast aureoli otoczony został w jego pismach tonem pogardy": "Nic szlacheckiego, nic żołnierskiego nie poczynają, krew tylko domową i braterską rozlewać umieją". Rycerz polski to "baba stara na wozie", a pretendujący do elity giermkowie są "jako niewiasty do kądzieli". Szlachcic, czyli mężczyzna, który winien być człowiekiem "o wejrzeniu jak ze stali", obrońcą wdów i sierot, okazuje się, mówiąc językiem współczesnym, typem ciepłym, "w pierzu i poduszkach jedwabnych uwinionym".

Dekonstruktor wygodnych mitów elit
Ksiądz Skarga neguje wartość przemian stylu życia tak chwalonych w poezji ziemiańskiej, z zadowoleniem podnoszącej, iż szlachcic z rycerza walczącego w dalekich stronach staje się ziemianinem krzątającym się na swoich włościach i domatorem. Gorszy go, że wojowniczy niegdyś Sarmaci przekuli miecze na lemiesze, a najlepsze konie zamiast pod siodło rycerskie "do wozów obracają", stając się tym samym furmanami, wozakami, a nie jazdą, "którą była ta Korona najwięcej sławna i nieprzyjacielom straszliwa". Demaskuje idylliczny obraz życia ziemian, sielską wizję wsi, chcąc pokazać, że nie jest ona ani spokojna, ani wesoła. Dekonstruuje, budowany przez ówczesny PR, mit szlachcica, statecznego i pobożnego patris familias (ojca rodziny), wykazując, że pod tą PR-owską maską kryje się twarz zarozumialca, nadętego buca, do którego nic, co dobre, nie dociera, który jest przeświadczony o własnej wielkości i lichości poddanych. Zapadłszy w komfort i błogostan, jaki daje pokój i bogactwo, nie zważa, iż chwilowa stabilizacja "w wielkie się wam kłopoty i prace, i nędzę obróci". Podobnie jak okrucieństwo wobec chłopów, których wyzysk (oprymowanie) daje panu majątek, a "one wyniszcza". Skarga narusza podstawy samozadowolenia i dobrego samopoczucia elit, dokonuje ataku na dominującą w społeczeństwie kulturę. Establishment doczeka się konsekwencji lekceważenia Boga i poddanych. Fortuna obróci się o 180 stopni: to, co spotkało poddanych, niedługo dotknie szlachtę, która utraci państwo i dostanie się w niewolę "nieprzyjaciół, którzy was uciskać będą gorzej niżeście wy poddane uciskali, którzy jarzmo żelazne na was włożą i nie dadzą wam odpocząć we dnie i w nocy".
Krytyka elit, którą dzisiejszy establishment zdiagnozowałby jako przejaw "oszołomstwa", frustracji i kompleksów niskiego pochodzenia (mówiono, że Skarga, który herb rodu Skargów-Powęskich dostał dopiero od Zygmunta III, tak naprawdę wywodził się z chłopów), spodobała się niektórym ówczesnym decydentom; niewielu, ale za to jakim: hetmanom, prawdziwym "wojownikom sarmackim", Karolowi Chodkiewiczowi i Stanisławowi Żółkiewskiemu. Ten drugi na swój koszt każe wznowić bardzo krytyczne wobec szlachty "Żołnierskie nabożeństwo" (1606).

Polak - nie zawsze dobry katolik
Tak jak krytyka elit świeckich budziła w nich gniew, tak też "przymawianie" złościło przynajmniej niektórych przedstawicieli elit duchownych, zwłaszcza purpuratów. Tu pominiemy porównania do czasów dzisiejszych, a co za tym idzie - personalia. Przypomnijmy tylko, że poirytowana kapituła krakowska słała przez swego delegata, kanonika Hieronima Powodowskiego, napomnienia do niepokornego kaznodziei, ostrzegając go przed kanonicznymi konsekwencjami zbyt zapalczywej krytyki, zwłaszcza stanu duchownego. Nie po raz ostatni władze duchowne z królewskiego miasta będą miały kłopot z krnąbrnym kapłanem, drażniącym wysublimowane poczucie smaku i taktu razową niezłomnością.
Szlachectwo zobowiązuje - zarówno to wywodzące się z klejnotu i herbu, jak i to wypływające z podniesienia do godności kapłana. Wspominał już o tym cytowany Jakub Wujek. Również Skarga gorszył się na tych duchownych, którzy nie mają ochoty narażać się wielkim tego świata. Nie są wzorem dobrego życia dla wiernych, nie są gotowi na "sromoty, zelżywości i prześladowania", jakich doświadczają ze strony pyszałkowatych panów katolickich oraz innowierców. Za wzór letnim kapłanom stawiani są ojcowie jezuici, którzy z tego powodu, że zarówno protestantom, jak i "katolikom rozpustnym w występnym [życiu] nie przepuszczają", są represjonowani.
Duchowni oziębli w wierze, a takich, według autora "Żywotów świętych", w "zawsze wiernej" Polsce było niemało, stali się wielkim zgorszeniem dla wiernych, odciągającym od świętej wiary Kościoła powszechnego skuteczniej niż propaganda heretycka. Dodajmy: często napastliwa i efektywna. Skarga zwracał uwagę, że na długo przed wybuchem reformacji "bardzo byli w nauce i powinności swoje stępieni naszy kapłani". Zamiast troszczyć się o powierzoną trzodę, "dziesięciny dogląda, a nauki nie pilnuje (...) zguba dusz ludzkich". Nic też dziwnego, że opuszczone przez pasterza stado zaatakowały "wilki w owczej skórze" - heretycy (kacermistrze), albowiem "gdy stan duchowny pasować się pocznie, nad lud wszystek zaraza występuje". Kto ciekaw kolejnych wypowiedzi duchownego dowodzących, że "zły żywot kapłanów [katolickich] bardziej heretyki mnoży niźli kacerskie kazania", niech sięgnie do spuścizny jezuity.
Oprócz kapłanów do upadku ducha, a co za tym idzie - Rzeczypospolitej, oraz rozwoju herezji, która jest upadku tegoż ducha najjaskrawszym przejawem, przyczyniają się wierni Kościoła katolickiego. Bo należy z całą mocą podkreślić, że aby Rzeczpospolita rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, nie wystarczyła sama wiara katolicka - wszak bez uczynków martwa jest. Potrzeba również ewangelicznej caritas. A tej nie ma w polskiej ziemi, bo zamieszkujący ją katolicy służą Panu Bogu jedynie słowami, "a rękami heretykom, którzy się z ich złych spraw: łakomstwa, lichwy, nieczystości, pijaństwa gorszą i od świętej wiary odrażają".

Przeciw heretykom
Większość innowierców wchodziła w skład ówczesnych elit, jak pamiętamy Piotr Skarga utożsamiał niekiedy stan szlachecki ze "stanem heretyckim", co z przyjętej przez niego perspektywy nie powinno dziwić, wszak skutki działań heretyków i złych ("klętych", jak wówczas mówiono) katolików były takie same: obraza Boga, rozbicie państwa, krwawa wojna domowa, "w której zła wygrana, zła przegrana". Przypomnijmy też, że na czele wiodącego do wojny domowej rokoszu sandomierskiego, krytykującego ostro jezuitów, w tym Skargę, stali: katolik Mikołaj Zebrzydowski i wspomniany przywódca innowierców Stadnicki-Diabeł. Notabene można by się zastanowić, jaki wpływ na rozwój polskiej tolerancji miałoby zwycięstwo obozu antykrólewskiego, którego krewcy przywódcy byli też liderami konkurujących ze sobą obozów religijnych. Czy nie doprowadziłoby to do kolejnej, tym razem religijnej, wojny, w której zwycięzca bierze wszystko? Dla jezuity problem herezji był w gruncie rzeczy problemem drugorzędnym, widzianym w szerszym kontekście atakującego Polskę zła, którego herezja była skutkiem, nie przyczyną: "Naprzód gdy na heretyki wejrzymy, pomyślić mamy, iż z naszych katolickich grzechów wyrośli". Odstępcy od wiary katolickiej, propagatorzy i mecenasi nowej nauki to "ci, co się między nami grzeszyć nauczyli". Między nami, czyli "między nami szlachtą", bo wszak ona była wzorcem zachowań, jej poglądy były opiniotwórcze. Walka z herezją miała podtekst walki ze szlachtą, z jej występkami. Z elitami ówczesnymi, które, według Skargi, w swym dominującym nurcie są zdeprawowane. Widać to wyraźnie, gdy po wspaniałym zwycięstwie oręża polskiego pod Kircholmem nad Szwedami, czyli luteranami, mówił Piotr Skarga zwycięzcom, że wprawdzie "heretyctwo pohańbione jest, ale mało nam to zwycięstwo pomoże, jeśli swoich złych zwyczajów i grzechów nie zwyciężymy", gdyż diabeł (zły duch - Belzebub, a nie zły szlachcic - Stadnicki) i grzeszne życie to "cięższy nieprzyjaciel i szkodliwsza niewola ich". Jeżeli, kontynuował Skarga, "męstwa sami nad sobą nie użyjemy", to nie tylko nie zwyciężymy herezji, ale też nie umkniemy gniewu Pana Boga. Święta wojna w ujęciu potrydenckim miała być wojną z grzechami, a nie z "Saracenami".


Wzór dla dzisiejszych kontestatorów
Człowiek, którego 400. rocznicę śmierci będziemy obchodzić za rok, odważył się przeciwstawić fali. Choć pogoda dla niepokornych była wówczas równie zła jak dziś. Ksiądz Piotr Skarga chciał Polski silnej, a nawet bezwzględnej dla zdeprawowanych elit, natomiast miłosiernej i wybaczającej dla małych i nieważnych, którzy, jak to wówczas pisano, "w gnoju leżą" i nakłaniani są, podobnie jak heretycy, do zła przez wynaturzoną elitę szlachecką, ale również przez zły żywot kapłanów. Piętrzący inwektywę i łajania, gdy przychodzi oceniać herbowych, w przypadku ubogich potulnieje. Nie moralizuje, gdy spotyka się z pojawiającą się niekiedy wśród niezamożnych panien praktyką, "pójścia na ulicę", w celu "zapracowania" na wiano, tylko wspomaga Skrzynkę św. Mikołaja, umożliwiającą biednym dziewczętom otrzymanie wiana, dzięki czemu "mogą mężów dostać i w uczciwym małżeństwie mieszkać albo też do klasztorów iść".
Trzeba wspomnieć, że Skarga nie chciał zniszczyć stanu szlacheckiego, wszak sam nie odrzucił herbu nadanego mu przez króla. Uczył, że prawdziwą elitę winny cechować: daleko posunięty samokrytycyzm, nieufność wobec przekonania o realnym posiadaniu cnót, skłonność do dekonstrukcji własnych, a nie cudzych, wygodnych mitów. Elita miała być wymagająca wobec siebie, a spolegliwa, aż do granic relatywizowania występków, wobec "prostych i nieświadomych". Inna elita nie jest Polsce potrzebna. Pragnienie realizowania tych postulatów będzie w przyszłości zbliżać do siebie ludzi, którzy w innych sprawach mieli często odmienne zdania. Będzie łączyć prawdziwych nonkonformistów: Maurycego Mochnackiego, działaczy endeckich czy pisarzy indywidualistów, jak Andrzej Bobkowski.
Oczywiście, takie wyzwania stawiane establishmentowi nie mogły zaskarbić jezuicie wielu sympatyków wtedy. A dziś, gdy ci, którzy pretendują do tytułu elit, są wynikiem przeczesania naszych przodków selekcją negatywną zaborów oraz dwóch okupacji: niemieckiej i peerelowskiej, szansa na to, że establishment zaakceptuje Skargę i jego naukę, jest zerowa. Mimo przyjęcia przez Sejm uchwały ustanawiającej rok 2012 rokiem jego pamięci.

Dr Robert Kościelny historyk, publicysta
--------------------------------------------------------------------------------

Zły żywot kapłanów bardziej heretyki mnoży niźli kacerskie kazania ks. Piotr Skarga

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 13 lis 2011, 13:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Wojciech Wencel

Powrót Pana Cogito

Zbigniew Herbert wrócił do Polski. Przez lata więziony poza granicami naszych moralnych wyborów, jakimś cudem wydostał się ze złotej klatki i przyleciał na skrzydłach współczucia.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 9 listopada 2011

Jest coraz częściej powoływany na świadka współczesnych wydarzeń. Nie tylko ze względu na profetyczny fragment wiersza „Guziki”: „i cisza jest na wysokościach / i dymi mgłą smoleński las”, czy słynną frazę o „zdradzonych o świcie”. Cała jego twórczość zadziwiająco trafnie opisuje rzeczywistość III RP. Może nawet jest dziś powszechniej rozumiana niż w czasach komunizmu, gdy stanowiła inspirację głównie dla wąskiej grupy niepodległościowej inteligencji.

W 1982 r. autor Raportu z oblężonego Miasta notował: „teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody / zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych / zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą”. Z głębokości stanu wojennego Herbert przepowiadał to, co stało się siedem lat później. W Pałacu Namiestnikowskim wyselekcjonowana przez SB elita Solidarności zasiadła z komunistami do okrągłego stołu, by zbudować układ nowej nomenklatury. W 1994 r. w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” poeta porównał ten sposób wyjścia z totalitaryzmu do porodu zakończonego wymóżdżeniem płodu. Jego misję tragarza narodowej pamięci podjęli inni: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, Andrzej Gwiazda. Wspólnie zdawali się powtarzać za Panem Cogito: „patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci / najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady”.

Ci, którzy stali wówczas na szczycie schodów, starali się ignorować ich świadectwo. W stosunku do Herberta, którego nie mogli całkowicie przemilczeć, sugerowali, że jego polityczne komentarze wynikają z choroby psychicznej, alienacji, zgorzknienia. Pisali, że „Pan Cogito ma kłopot z demokracją”. Bali się go jak diabeł święconej wody, a po jego śmierci – przy współudziale nieszczęsnej wdowy – skonstruowali sztucznego słowika, rzekomo na obraz i podobieństwo poety. Ptaszek w złotej klatce wyśpiewywał miłe arie dla zagranicznej publiczności. Oczywiście pod warunkiem, że któryś z lokajów uprzednio go nakręcił.

Ale Herbert powrócił. Podobnie jak za życia wracał z wycieczek do Włoch czy Francji – zrywając „bandaże życzliwej obojętności”, przejęty odnowioną w Smoleńsku „własną raną”. Co się zdarzyło podczas jego nieobecności? Potwór, który przeszedł transformację w 1989 r., wciąż jest bezkształtny i trudno go wyzwać na ubitą ziemię. Nadal – jak twierdzą rozsądni – można z nim współżyć, „należy tylko unikać / gwałtownych ruchów / gwałtownej mowy / (...) oddychać płytko / udawać że nas nie ma”. Podobna jest też niechęć części narodu do życia na niby. Pod wieloma względami jesteśmy dziś jednak w sytuacji trudniejszej niż w komunizmie. Do opowiedzenia się po właściwej stronie nie wystarczy już „potęga smaku”, bo estetyka wzięła rozwód z etyką. Zawodowi kłamcy noszą dobrze skrojone garnitury i występują w efektownych studiach telewizyjnych. „Kobiety różowe płaskie jak opłatek” kuszą nas z małych i wielkich ekranów. „Włókna duszy i chrząstki sumienia”, wplecione w zmysły Pana Cogito, niespecjalnie nadają się do oceny celebryckiego raju.

Czego uczy nas dzisiaj wielki poeta? Po pierwsze, raczej „uporu i trwania” niż gorączkowego wzniecania rewolucji. Po drugie, cierpliwej pracy nad wyrwaniem się z semantycznej zapaści. Spokojnego tłumaczenia, że „ptak jest ptakiem / niewola niewolą / nóż jest nożem / śmierć śmiercią”. Po trzecie, używania wyobraźni jako narzędzia współczucia dla bliźnich. Po czwarte – najważniejsze – wierności „starym słowom” i „krzyżykom ulepionym z chleba”, choć „wokół huczy wspaniałe życie / rumiane jak rzeźnia o poranku”. W epoce ciągłych wezwań do tworzenia „nowoczesnej prawicy”, uatrakcyjniania chrześcijaństwa czy dialogu z postmodernizmem Herbert wyraźnie staje po stronie cnoty, tej „płaczliwej starej panny”, która „sznuruje usta / powtarza wielkie – Nie”. Akceptuje ją taką, jaka jest. Nie wymaga, by była młodsza, ładniejsza, kołysała się w biodrach w takt modnej muzyki. Przygląda się jej z nieudolnie skrywaną czułością, gdy – przeklinana za swój upór – maszeruje Krakowskim Przedmieściem, osłaniając przed wiatrem płonące wnętrze znicza.

W przeddzień Święta Niepodległości dziękuję Ci, Panie Pułkowniku, za tę lekcję stylu.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... ogito.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 05 gru 2011, 08:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Zmarł Adam Hanuszkiewicz

W wieku 87 lat zmarł aktor i reżyser teatralny Adam Hanuszkiewicz. Do najważniejszych spektakli w swojej karierze reżyserskiej sam zaliczał "Norwida" i "Wesele" w Teatrze Narodowym. Hanuszkiewicz urodził się w 1924 roku we Lwowie. Był samoukiem, nie ukończył żadnej z artystycznych uczelni. Debiutował w 1945 roku w rzeszowskim teatrze rolą Wacława w "Zemście" Aleksandra Fredry. W latach 1956-1963 był dyrektorem artystycznym Telewizji Polskiej, później dyrektorem teatrów warszawskich: Powszechnego, Narodowego i Nowego. Był współtwórcą i pierwszym reżyserem naczelnym Teatru TV, gdzie realizował programowo klasyków wielkiej literatury europejskiej, m.in. Moliera, Williama Szekspira, Fiodora Dostojewskiego, Antoniego Czechowa, Marka Twaina, a także klasykę narodową - od Adama Mickiewicza po Sławomira Mrożka. Na dorobek artysty składały się też role filmowe. Zadebiutował w roku 1949 rolą Władka w dramacie wojennym "Za wami pójdą inni" w reżyserii Antoniego Bohdziewicza. Wystąpił w filmach "Trio" Jerzego Gruzy, "Ręce do góry" Jerzego Skolimowskiego, "Przedwiośniu" Filipa Bajona. Na teatralnych deskach wcielał się m.in. w role Hamleta, Don Juana, Prospera w "Burzy", Tytusa w "Berenice". W 1951 roku Hanuszkiewicz zadebiutował w roli reżysera w Teatrze Polskim w Poznaniu sztuką Leonida Rachmanowa "Niespokojna starość". Jego spektakle budziły często kontrowersje, o Hanuszkiewiczu pisano m.in.: "odmóżdżacz polskiego teatru", "niszczyciel kultury polskiej", "barbarzyńca w ogrodzie tradycji".

PCz, PAP

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 31 gru 2011, 11:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Rok z ks. Piotrem Skargą

Kaznodzieja króla Zygmunta III Wazy, pierwszy rektor Uniwersytetu Wileńskiego, autor najpoczytniejszej książki stanu szlacheckiego - "Żywotów świętych", i nie mniej poruszających "Kazań sejmowych". Wizjoner i prorok - zatroskany o dobro Rzeczypospolitej, odważnie piętnujący wady ówczesnych elit. Apologeta wiary katolickiej - walczył z błędami herezji nie mieczem, lecz słowem - ostrym, upominającym, które do dziś aż "parzy". Uchwałą Sejmu RP rok 2012 poświęcony został osobie ks. Piotra Skargi w 400. rocznicę jego śmierci.

Najsłynniejszy polski jezuita przyszedł na świat za panowania Zygmunta I Starego, 12 lutego 1536 r., gdy Polska przeżywała swój złoty wiek. W wieku 28 lat przyjął święcenia kapłańskie, został mianowany kaznodzieją w katedrze lwowskiej. Dobrze wykształcony na Akademii Krakowskiej, formację duchową i intelektualną ugruntował w nowicjacie Towarzystwa Jezusowego w Rzymie. Po powrocie do kraju w 1571 r., zaczął budować struktury zakonu na ziemiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Założył kolegia jezuickie w Połocku, Dorpacie, Rydze, w których kształciła się młodzież katolicka, ale również wstęp wolny mieli protestanci. Został pierwszym rektorem Uniwersytetu Wileńskiego, uczelni, która odegrała wielką rolę w powrocie na łono Kościoła katolickiego panów braci uwiedzionych przez nowinki protestantyzmu. Jako przełożony domu zakonnego w Krakowie ks. Skarga założył Bractwo Miłosierdzia, Bank Pobożny i Skrzynkę św. Mikołaja - dzieła charytatywne służące najuboższym. Zmarł w 1612 r., pochowany został w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie.
Lwów, Wilno, Kraków - mistrzowskie fotografie Stanisława Markowskiego pokazują, że wszędzie tam pamięć królewskiego kaznodziei jest wciąż obecna. W dostojnych murach ciągle rozbrzmiewa echo przestróg wypowiedzianych przed wiekami o "nierządnym królestwie bliskim zginienia" przez przywary narodu szlacheckiego. Granice między przeszłością a teraźniejszością przestają istnieć - u Stanisława Markowskiego ks. Skarga właśnie zszedł z ambony w katedrze wileńskiej lub przechadza się uniwersyteckim dziedzińcem. Bliski mimo oddalenia. MR
Zdjęcia Stanisław Markowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my19.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 20 lut 2012, 09:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Wojciech Wencel

Linia wierności

90 lat temu urodził się Tadeusz Gajcy.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 7/2012

Zacznijmy od końca, czyli od warszawskiej kamienicy przy ulicy Przejazd 1/3. Nocą z 15 na 16 sierpnia 1944 r. niemieccy saperzy przedostali się do piwnic budynku strzeżonego przez powstańców i założyli tam ładunki wybuchowe. Eksplozja nastąpiła nazajutrz w południe. Pod zwałami gruzu zginął m.in. 22-letni strzelec legitymujący się kenkartą na nazwisko Karol Topornicki.

Dokumenty – jak to w konspiracji – były sfałszowane. W rzeczywistości poległy żołnierz Armii Krajowej nazywał się Tadeusz Gajcy i był ostatnim redaktorem podziemnego pisma „Sztuka i Naród”. W 1942 r. zadebiutował tam jako poeta wierszem „Wczorajszemu”: „Ufałeś: [...] Modlitwę nocnych cieni rozwiesisz jak więcierz/ na słodkich oczach dziewann i szumach topolich/ [...] A tu słowa, śpiewne słowa trzeba zamieniać,/ by godziły jak oszczep”.

Wspomnieniom o Gajcym zazwyczaj towarzyszy ckliwa refleksja. Ile pięknych wierszy mógłby napisać, gdyby nie zginął przedwcześnie? Jaką karierę zrobiłby po wojnie? Żadnej. Gdyby nie zabili go Niemcy, prawdopodobnie uczyniliby to ubeccy oprawcy. A jeśli jakimś cudem udałoby się mu przetrwać okres eksterminacji środowisk niepodległościowych, bez wątpienia brzydziłby się sceną literacką PRL-u. Jego tragiczna śmierć wcale nie była przedwczesna. Nastąpiła dokładnie wtedy, kiedy miała nastąpić. Jest cenniejsza niż długie życie. To, co napisał, wystarczy, by uznać go za jednego z najwybitniejszych polskich poetów wszech czasów.

Wiewiórczy ogień mnie znaczył/ i kropla żelaza lecąc/ krzyżyk nad czołem jak dzwonek/ wieszała, albo jak pieczęć,/ abym dotknięty ogniem/ dłonie zaciskał obie/ jedną o młodość za późno,/ drugą za wcześnie o wieczność”. Większość współczesnych czytelników nie rozumie poezji Gajcego. Interpretuje ją sentymentalnie – jako skargę czy wyrzut czyniony losowi za wybuch wojny i utratę beztroskiej młodości. Jako przykład służy najczęściej ostatni wiersz poety, napisany w ogniu walki, wzywający świętych na trupią ucztę: „Do godów. Święci do godów./ Przegryźcie Chrystusem Narodów!”. A przecież gorzka, bolesna ironia jest tu wprost proporcjonalna do temperatury marzenia o wolnej ojczyźnie, która ma kiedyś „rozkwitnąć znowu głęboka w ołtarzach żałobnych rąk”. Gajcy nie redukuje cierpienia, w swoich apokaliptycznych wizjach rozdrapuje żywe rany. Jego miłość do Polski jest żywiołem, a nie teoretyczną formułką. Ale z wnętrza tego żywiołu, oprócz stosu trupów, niezmiennie wyłania się krzyż Chrystusa. Kto twierdzi, że w tej poezji brakuje nadziei, opowiada mieszczańskie farmazony. W rzeczywistości twórczość poety to lina rzucona nam z głębokości polskiej historii, byśmy nie stracili więzi z wcześniejszymi pokoleniami i odkryli sens wspólnotowego losu: wierności, odwagi, ofiary i zmartwychwstania.

Ten profetyczny list trzeba wreszcie odczytać na głos. Niedługo przed swoją śmiercią próbował do tego doprowadzić Zbigniew Herbert, wskazując na autora „Widm” jako jednego ze swoich patronów. Podczas wieczoru poetyckiego, który odbył się 25 maja 1998 r. w Teatrze Narodowym, wiersze Gajcego i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego zostały odczytane obok utworów Jana Kochanowskiego, Franciszka Karpińskiego, Juliusza Słowackiego i Cypriana Kamila Norwida. Ale na uniwersytetach twórczość pokolenia wojennego wciąż jest traktowana po macoszemu. Umieszczona pomiędzy literaturą dwudziestolecia międzywojennego a współczesną, rzadko bywa omawiana adekwatnie do swej rangi. Przed historykami literatury stoi ogromne zadanie. By odtworzyć ducha polskiej kultury, muszą dokonać symbolicznej ekshumacji. Wydobyć twórczość Gajcego i jego poległych rówieśników z wojennej krypty i uczynić z niej aktywny element współczesności. Być może należałoby odbudować ciągłość poezji od lat 30. XX wieku, gdy skończyła się epoka skamandryckiego „talentyzmu” i nastąpiła erupcja apokaliptycznej wyobraźni, choćby w wierszach awangardy lubelskiej, a redaktorzy pisma „Prosto z mostu” natchnęli tkankę polskiej kultury mesjanistycznym duchem. Właśnie tę tradycję podjęli podczas wojny twórcy „Sztuki i Narodu”.

Przywrócenie Gajcemu i jego poległym rówieśnikom kluczowego miejsca w historii polskiej poezji pozwoliłoby wreszcie zerwać z peerelowskim fałszem, postawić ówczesne hierarchie we właściwym świetle i na nowo zweryfikować ich wartość. Od „Niepokoju” (1947) Tadeusza Różewicza zaczyna się być może współczesność w literaturze PRL-u, ale nie w niepodległej literaturze polskiej. Urwane biografie pokolenia wojennego są tak samo istotne dla naszej kultury, jak urwane biografie żołnierzy wyklętych dla narodowej historii. Ukazują zakłamanie peerelowskiego życia literackiego, przywracają kontekst literatury emigracyjnej i są początkiem linii wierności biegnącej w kolejnych dekadach przez twórczość Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Wojciecha Bąka, Józefa Łobodowskiego, Zbigniewa Herberta, ks. Jana Twardowskiego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Leszka Elektorowicza, Wacława Iwaniuka, Jana Polkowskiego i wielu, wielu innych.

Po tej linii wierności starajmy się iść wszyscy – czytelnicy i poeci – jeśli chcemy odnaleźć w literaturze coś więcej niż banalną refleksję czy rozrywkę. Kto dotąd nie wyszedł na szlak, niech sięgnie po wiersze Gajcego. Tam znajdzie drogowskaz.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... nosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 21 kwi 2012, 08:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Czarnolas Jana Kochanowskiego

Ja, Panie, niechaj mieszkam
w tym gniaździe ojczystym.
Idzie ku nam Jan Czarnoleski, niby wracając z przechadzki po swym parku. Twarz mroczna i godna, wiernie z nagrobka skopiowana. Ale w rękach założonych z tyłu sutej staropolskiej sukni - poeta trzyma różę...
Taki pomnik wita nas, gdy wkraczamy do siedziby Kochanowskiego w Czarnolesie, który za jego czasów należał do województwa sandomierskiego, dziś jest wpisany do mazowieckiego, a zawsze kojarzył się nam z literaturogenną ziemią świętokrzyską. Czarnoleska róża - nie więdnie.

"Najczulsi rodzice"
Nieopodal Czarnolasu jest miejscowość Zwoleń. Tam, w kościele pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża znajduje się kaplica Kochanowskich. Posiada ona dwie bezcenne pamiątki - epitafia rodziców Kochanowskiego i ich sławnego syna. Uczcił swych rodziców łacińskim pożegnaniem, które w polskim przekładzie brzmi: "Witajcie połączone Dusze, Piotrowi Kochanowskiemu, sędziemu ziemi sandomierskiej, i Annie Białaczowskiej, jego małżonce. Gdy po zgonie dobroczyńców, dla okazania im wdzięczności nader skromne pozostają środki, Jan Kochanowski rodzicom najczulszym ten kamień, skropiony długo wylewanymi łzami, położył".
Co wiemy o "najczulszych" rodzicach? Do sędziego ziemi sandomierskiej Piotra Kochanowskiego, ojca poety, należały wsie Policzna, Sycyna, Barycza, Czarnolas na pograniczu Puszczy Kozienickiej. Nie była to imponująca fortuna, ale zgrabny wierszyk powiada:
Policzna - śliczna,
na Baryczy - ryb nie zliczy,
Sycyna - daje wina,
Czarnolas - wyżywi nas!
Nazwa Czarnolas wiodła się
od ciemnozielonego boru,
gdzie dominowały jodły.

Piotr Kochanowski zręcznie i przemyślnie gromadził dobra, w czym dopomógł mu sążnisty posag panny Anny Białaczowskiej. Otóż i matka. Kobieta niezwykła. Urodziła dzieci jedenaścioro! Cztery córki. Siedmiu synów. Gdy Piotr Kochanowski zmarł w 1547 roku, licząc lat 62, pani Anna miała lat 40. Profesor Henryk Barycz, wybitny znawca polskiego renesansu, w swej cennej pracy "Z zaścianka na Parnas - Drogi kulturalnego rozwoju Jana Kochanowskiego i jego rodu" - przebadawszy dziesiątki dokumentów, taki kreśli wizerunek matki Jana Kochanowskiego: "Zostawszy wdową, nie opuściła rąk. Wspomagana przez najstarszego syna nie ugięła się pod ciężarem kłopotów (...). Niepospolita to jak na ówczesną kobietę głowa finansowa i dużej miary talent".
W twórczości wielkiego syna jawi się piękny portret matki. W XIX trenie - ostatnim i najdłuższym z cyklu dramatycznych pożegnań ukochanej córeczki - przybywa macierz z zaświatów, by pocieszyć syna, pytając: "Czyli nas już umarłe macie za stracone/ I którym już na wieki słońce jest zgaszone?/ A my, owszem, żywiemy...". I życie to wolne jest od trosk i smutków towarzyszących na ziemi...
Z jedenaściorga swych dziatek utraciła pani Anna dwoje. Z pozostałych miała pociechę, chociaż nie dożyła sławy Jana. Ale musiała ją cieszyć miłość wzajemna rodzeństwa, a tę pięknie wyrazi Kochanowski, żegnając najstarszego brata Kaspra, który w chwili śmierci ojca miał lat 21 i dzielnie wspierał matkę, opiekując się młodszym rodzeństwem. Powiedział o nim serdecznie jego brat Jan w mowie żałobnej: "Albowiem straciliśmy w domu swoim nie tak brata jako właśnie ojca".
Spośród rodziny braci poety godzi się jeszcze przywołać tych, którzy także sięgali po laury literackie. To Andrzej, pierwszy polski tłumacz "Eneidy" Wergiliusza, i bratanek - Piotr Kochanowski, tłumacz niezrównany wspaniałych eposów włoskich doby renesansu. Jego przekładami "Orlanda szalonego" Ariosta i "Jerozolimy wyzwolonej" Tassa zachwycać się będą romantycy polscy.

"W obcych błąkałem się krajach"
Przestrzegał Jan Kochanowski każdego, kto będzie chciał tropić jego życie i twórczość: "Powiedzcie mu, niech próżno nie frasuje głowy,/ Bo się w dziwny labirynt i błąd wda takowy...". Nie wiadomo, kiedy się urodził. "Około roku 1530" - informuje kalendarium. Gdzie? No, przynajmniej to wiemy - w Sycynie. W latach 1981-1987 pracownicy Instytutu Historii Kultury Materialnej Polskiej Akademii Nauk przeprowadzili tam prace archeologiczne, odkrywając fundamenty renesansowego dworu. Historię walki miłośników pamięci i tradycji, by ocalić miejsce urodzenia poety, opowiada książka Stanisława Janusza "Boje o Kochanowskiego", kończąca się smutną konstatacją, iż miejsce to "przedstawia żałosny, przygnębiający wygląd. Pustka, trochę starych drzew i widok na... wielkie, betonowe chlewnie". Dobrze, że Czarnolas uniknął takiego losu!
Powróćmy do dziejów żywota Czarnoleskiego Jana. Studiuje w Krakowie, Królewcu i Padwie filozofię, historię, literaturę starożytną, naukę wymowy, stylu, gramatykę, matematykę i astronomię. Uniwersytet Padewski jest jednym z najsławniejszych w Europie. Studia Jana z Czarnolasu przypadły na najświetniejszy okres uczelni, która zdystansowała wówczas Paryż i Oxford, łącząc fenomenalnie tradycję z nowoczesnością... W Padwie Kochanowski zdobył swą wspaniałą kulturę umysłową i ukształtował profil poetycki, a także podjął ważką decyzję - by pisać w języku ojczystym.
Trafnie i pięknie powiedział poeta i tłumacz Julian Ejsmond, iż "piśmiennictwo nasze przed Kochanowskim było rokiem bez wiosny (...) uśmiecha się on do Boga, pierwszy tworzy pogodne hymny religijne (...). Poeta nie tylko lęka się Stwórcy, ale i kocha Go".
Zanim powróci do kraju, odbędzie ogromną podróż - do Francji, Niemiec i Włoch.
Z pobytu we Francji ostał się świetny list poetycki: "Dom nieszczęśliwy, obojga rodziców pozbawiony, głośno mnie wzywał do ojczystej ziemi, gdy jako podróżnik w obcych błąkałem się krajach".

"Wolność droższa mi nad perły"
W pierwszym życiorysie Kochanowskiego, spisanym przez Szymona Starowolskiego w "Setniku pisarzów polskich" z 1625 roku, czytamy: "Po jego powrocie do ojczyzny, Filip Padniewski, biskup krakowski (...) powołał go do służby na dworze królewskim".
Poeta wkroczył w krąg dworu ostatniego z Jagiellonów i dedykował Zygmuntowi Augustowi swój poemat "Satyr albo Dziki Mąż". Oto wypłoszony siekierami, rąbiącymi polskie puszcze, bożek leśny - Satyr zjawia się na królewskim dworze i wytyka Polakom wady i błędy przed obliczem Zygmunta Augusta, zalecając monarsze: "i sam żyj przykładnie".
Latem 1569 roku trwały w Lublinie obrady sejmu, który miał doprowadzić do sławnej unii polsko-litewskiej i powstania Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Kochanowski był u boku Zygmunta Augusta i w utworze "Proporzec", jako zdeklarowany zwolennik unii, dziękuje królowi, który "przywiódł w jedność dwa wielkie narody/ życząc Litwie i Polszcze wiekuistej zgody".
Około roku 1570 w swym poetyckim liście pożegnalnym z dworem królewskim Kochanowski mówi: "Łany ojczyste uprawiam, żegnaj dworze zwodniczy, bo już nie dbam wcale o twoje wielkie obietnice. Wolność droższa mi nad perły...".
Czarnolas przypadł mu w wyniku rodzinnych działów razem z polami pięknie nazwanymi Boża-niwa. Jak powie Jan - "zbliża się zima mego życia". Ma lat 40. I chce już "w rodzinnej zestarzeć się zagrodzie": "To tylko krótko powiem: dochody szczuplejsze/ Ale myśl bezpieczniejsza i serce wolniejsze".

"Wezwanie do Czarnolasu"
Jak wyglądał czarnoleski dwór? Nie wiemy, niestety. Na pewno był drewniany, z bali sosnowych, kryty gontem. Nad wnijściem Kochanowski umieścił swą piękną fraszkę "Na dom w Czarnolesie":
Panie! to moja praca,
a zdarzenie Twoje;
Raczyż błogosławieństwo
dać do końca swoje!
Inszy niechaj pałace
marmorowe mają,
I szczerym złotogłowem
ściany obijają:
Ja, Panie! niechaj mieszkam
w tym gniaździe ojczystym,
A Ty mnie zdrowiem opatrz
i sumnieniem czystym.
Do tego czarnoleskiego domu poeta zaprasza wybrankę serca. Nazywała się Dorota Podlodowska i pochodziła z rodu zacnego. Była córką wybitnego posła i mówcy sejmowego z czasów obu królów Zygmuntów. Ślub odbył się w roku 1575 i z tej okazji szczęśliwy pan młody (lat 45 liczący!) ukończył swą piękną "Pieśń świętojańską o Sobótce":
Dwanaście panien tańczy wokół płonącego ognia, a wśród nich czarnooka oblubienica z warkoczami jak gałęzie brzóz...
"Nieprzepłacona Doroto,/ Co między pieniędzy złoto,/ Co miesiąc między gwiazdami,/ Toś ty jest między dziewkami./ A kiedy cię pocałuję,/ Trzy dni w gębie cukier czuję...". Po zaślubinach niczego już do szczęścia nie brakowało... No, może dobrze by było jeszcze mieć syna. Na razie rodzą się - Ewa, Poliksena, Halszka, Krystyna, Urszula, Hanna... Sześć cór. Świat wokół jest piękny. Sielanka czarnoleska trwa. Kwitną dzieci, kwitnie ogród. Wokół szumi park z ową miodem pachnącą legendarną lipą, uczłowieczoną powiernicą poety, zapraszającą: "Gościu! siądź pod mym liściem a odpocznij sobie...".
"Nieprzepłacona Dorota" okazała się godną i oddaną żoną. Poświęci jej Kochanowski wiele słów serdecznych w swych pieśniach: "swego męża ona - Głowy korona...".
Trosk nie ma. "Wsi spokojna, wsi wesoła! który głos twej chwale zdoła?".
Obfite jest żniwo czarnoleskie. Tu powstaje "Psałterz Dawidów" - przekład 150 psalmów z ową znamienną dedykacją: "I wdarłem się na skałę pięknej Kalijopy,/ Gdzie dotychmiast nie było znaku polskiej stopy". Mickiewicz w wykładach paryskich mówi o tłumaczeniu Kochanowskiego: "Stworzył dzieło, które zapewnia mu nieśmiertelną sławę i trwać będzie dopóty, dopóki język polski zachowa swą udzielność (...). Wszyscy Słowianie powinni by studiować ten przekład, wszyscy Polacy znać go na pamięć".
O niezwykłej żywotności psalmów Kochanowskiego świadczy wzruszający przykład. Oto w korespondencji dwojga młodych ludzi, którzy mieli stać się bohaterami najsławniejszej książki czasów okupacji, do dziś uczącej Braterstwa i Służby - "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego - odnalazłam list Basi - ukochanej Alka Dawidowskiego, która w roku 1943 pisze: "Wspominałam Ci kiedyś o modlitwie "Kto się w opiekę" (...) wierzę w jej skuteczność i chciałabym, żebyś się modlił jej słowami. Sam zobaczysz, jaka jest aktualna i żywa.

Kto się w opiekę odda
Panu swemu
A całym sercem szczerze ufa Jemu
Śmiele rzec może
- mam obrońcę Boga,
Nie przyjdzie na mnie
żadna straszna trwoga.

W Czarnolesie powstały "Pieśni" - a wśród nich ta, o której Papież Polak powie, iż "weszła do kanonu pobożności rodaków", stając się hymnem dziękczynnym śpiewanym po Komunii Świętej:

Czego chcesz od nas, Panie,
za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstwa,
którym nie masz miary?
I ta - z frazą cytowaną na tablicach poległych za Polskę w wojnach i powstaniach:

A jeśli komu droga otwarta
do nieba - Tym, co
służą Ojczyźnie!

Jego sława za żywota już była ogromna. Zapowiadano, że pierwej "wiatry obalą skały twarde i wysokie Tatry", pierwej "ku górze Wisła wróci się od morza": "Niż zgaśnie jego sława na tej niskiej ziemi,/ Gdy spólnie będzie w niebie z duchy szczęśliwemi!".
Król Stefan Batory daje poecie jesienią 1579 niezwykły przywilej - to chyba pierwsza i jedyna w dziejach naszej literatury ochrona królewska praw autorskich.
Tenże król Batory w tym samym 1579 roku mianuje Kochanowskiego na stanowisko wojskiego sandomierskiego z motywacją: "Jego liczne i szlachetne przymioty, jego dla kraju zasługi, jego przezacne i wyborne zdolności, tudzież niezwykła nauka, od nas zdaje się wymagać (...), aby jak pomnikowymi dziełami swego dowcipu przynosi ojczyźnie chlubę i użytek, tak nawzajem od niej zaszczyty i godności odbierał".
Kończył się obfity w zaszczyty i sukcesy rok 1579. I wtedy w szczęśliwe czarnoleskie gniazdo uderzył grom. "Jan Kochanowski, niefortunny ociec swojej namilszej dziewce z łzami napisał: nie masz cie Orszulo moja!". Ta dedykacja pełna rozpaczy i żalu osieroconego ojca otwiera cykl "Trenów", które uczyniły dwuipółletnią Urszulkę najsławniejszym dzieckiem polskim przez wieki... Miłość przegrała ze śmiercią. I już tylko została nadzieja, że spotkają się w niebiesiech...
Tam cię ujrzę - da Pan Bóg,
a ty więc drogimi
Rzuć się ojcu do szyje
rączynkami swymi!

I powiedziano pięknie, że geniusz poetycki ojca uniósł dziecko tak wysoko, że z oddali wieków - widzimy "najmilejszą Orszuleczkę", podziwiamy jej urok, wdzięk, żywość - i opłakujemy.
Na Czarnolas pada cień żałoby, z którego wyrywa Kochanowskiego hetman Jan Zamoyski, zlecając mu ambitne zadanie - opisanie walk króla Batorego, który ruszył, by odbić ziemie wydarte Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Powstaje potężna łacińska "Jana Kochanowskiego do Stefana Batorego sławnego króla polskiego - Pieśń zwycięstwa nad Moskwą w wojnach o powrót Inflant rok po Narodzeniu Chrystusa 1582".
"Pieśń zwycięstwa" Batorego nad carem rosyjskim Iwanem Groźnym to ostatnie zwycięstwo Czarnoleskiego Jana za jego żywota. Umiera w Lublinie - 22 sierpnia 1584 roku, nagle. Taką datę podano na nagrobku poety, istniejącym do dziś w Zwoleniu. Żegnano go "Trenem żałobnym": "Zgasł przepotężny mistrz polskiej pieśni".
Wyrażał Kochanowski nadzieję: "że moich kości popiół nie będzie wzgardzony".
Niestety, niestety...

Rzecz czarnoleska
Pielgrzymowali do Czarnolasu w XIX stuleciu studenci warszawskiego Instytutu Agronomicznego, malarze i poeci. Cyprian Kamil Norwid pisał:
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę - ta serce uleczy!

Takim mottem norwidowskim opatrzył tom swej poezji "Rzecz czarnoleska" Julian Tuwim - "oddechem wielkiej Czarnoleskiej Rzeczy - zbudzony i wyzwolony".
Okupacja niemiecka i lata tuż po wojnie niszczyły Czarnolas... Szczęściem ocaliła siedzibę decyzja utworzenia muzeum, które bardzo szumnie i tłumnie otworzyło swe podwoje we wrześniu 1961 roku. W latach 1979-1980 gruntownie wyremontowano dwór i zaaranżowano wnętrze. Znajdują się w nim dwie pamiątki wiązane z Janem Kochanowskim. To żelazne drzwi z wyciętym herbem poety - Korwin - krukiem trzymającym w dziobie wieniec, i fotel pokryty kurdybanem o finezyjnych złoconych tłoczeniach stylizowanych na wazy greckie i liście akantu...
Zgromadzono z pietyzmem fotokopie pierwodruków i rękopisów, wydania poezji i portrety Czarnoleskiego Jana, rzeźby, sprzęty z epoki, meble, świeczniki, zegary, dzbany, gobeliny, tkane współcześnie, a ukazujące sceny z życia poety... Na honorowym miejscu - staranna kopia wzruszającego obrazu Matejki ukazującego poetę pochylonego nad zmarłą Urszulką...
Każda komnatka jest ozdobiona cytatami poezji Kochanowskiego i poświęconych mu wierszy... Nad gablotką z książkami słowa Pana Jana:

Proszę, niech ze mną zaraz
me rymy nie giną,
Ale kiedy ja umrę,
ony niechaj słyną.
W gabinecie poety - figury woskowe państwa Kochanowskich i dwóch córeczek. Komentarz zwiedzających nastolatek: - No popatrz, to i w szesnastym wieku nie było dżentelmenów... Mąż siedzi, a pani Kochanowska - stoi!
Zadbany park zachwyca potężnym starodrzewiem, wśród którego królują sędziwe lipy. Czarnolas jest oddziałem Muzeum Jacka Malczewskiego w Radomiu. Współdziała z kierownictwem radomskie Stowarzyszenie imienia Kochanowskiego "Renesans". Odbywają się co roku "Czarnoleskie spotkania sobótkowe" i finał ogólnopolskiego konkursu poetyckiego "O dzban czarnoleskiego miodu"... Napisał wybitny znawca twórczości autora "Fraszek" - profesor Stanisław Windakiewicz: "Czarnolas, kolebka polskiej sztuki, powinien stać się celem pielgrzymek młodzieży i artystów polskich, źródłem szlachetnych natchnień i postanowień"...
Jedźcie do Czarnolasu!

"Złożyliśmy prochy poety"...
"Joannes Kochanowski hic requiescit..." - "Tu spoczywa Jan Kochanowski..." - głosi epitafium w kaplicy Kochanowskich w kościele pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża w Zwoleniu. Czy spoczywa?
Ten "kości popiół", o szacunek dla którego prosił poeta w pieśni - nie zaznał spokoju. Jego los był dramatyczny i smutny. W 1796 roku Tadeusz Czacki - wielki opiekun oświaty doby oświecenia, współtwórca Towarzystwa Przyjaciół Nauk - sporządził niesamowity dokument mówiący, że z grobu poety zabrał jego głowę, którą przekazał w ręce Izabeli z hr. Flemingów ks. Czartoryskiej, która - jak wiadomo - jako pierwsza w naszych dziejach gromadziła narodowe pamiątki. Dodajmy, że ta osobliwa relikwia (aczkolwiek badania antropologiczne z lat międzywojennych nie potwierdziły jej autentyczności) znajduje się do dziś w krakowskim Muzeum Czartoryskich, przechowywana w sarkofagu z marmuru wspartym na lwich łapach.
Pozbawione głowy zwłoki poety zostały na początku XIX wieku (około 1830 roku) usunięte z krypty mieszczącej się w podziemiach kaplicy i pogrzebane wraz z innymi we wspólnej mogile na cmentarzu przykościelnym. W roku 1901 wybudowano w tym miejscu kostnicę. Ciąg dalszy losów "popiołu kości" autora "Trenów" relacjonuje wspomniana już praca "Boje o Kochanowskiego" autorstwa Stanisława Janusza, mieszkańca Zwolenia, żołnierza Armii Krajowej, żarliwego obrońcy pamięci poety. Lektura to zasmucająca i optymistyczna zarazem. Bojownicy o pamięć Kochanowskiego doprowadzili do ekshumacji kości skrywanych pod podłogą kostnicy. 21 czerwca 1984 roku odbył się uroczysty pogrzeb tych szczątków z udziałem hierarchów Kościoła, przedstawicieli kultury polskiej - literatów, aktorów - i tysięcy mieszkańców ziemi świętokrzyskiej.
Z Watykanu od Papieża Polaka przybiegły słowa: "Dziękując Bogu za dzieło poetyckie Jana Kochanowskiego, myślimy z wdzięcznością o tym wielkim, zbiorowym dobru, jakie stanowi polska kultura, dzięki której zachowaliśmy jako naród własną tożsamość i suwerenność".

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 23 maja 2012, 13:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Powracająca fala – setna rocznica śmierci Bolesława Prusa

W wielu muzeach, oprócz sal wystawowych, które przemierzają zwiedzający je ludzie, są zaplecza, magazyny, w których leżą ukryte dzieła sztuki. Niewidoczne dla oczu, nieobjęte sercem, niedotknięte rozumem z czasem nikną całkowicie pod czarnym przykryciem niepamięci. Bywa na szczęście i tak, że jakiś poławiacz piękna, mądrości z głębin przeszłości wydobywa zatopione przez niepamięć skarby kultury.

Zastanawiając się nad tym, co może wydarzyć się w rozpoczynającym się właśnie Roku Bolesława Prusa, wyobrażam sobie, że będzie on czasem, kiedy podobnie na nowo zostanie wydźwignięta twórczość tego pisarza, że Prus ze swoją filozoficzną, polityczną, społeczną myślą stanie się w końcu pisarzem kształtującym nasze społeczeństwo w całej jego rozciągłości – nie tylko jako autor „Lalki”, ale i „Faraona”, „Emancypantek”, znakomitych opowiadań, nowel i niezwykłych felietonów, które dla niego były kronikami ludzkiego czasu. Byłaby to szansa na to, żebyśmy, nie wyrzekając się naszej narodowej romantycznej proweniencji, zaczęli patrzeć na siebie w sposób analityczny, krytyczny i ironiczny jednocześnie, bez, z jednej strony, egzaltacji i bez, z drugiej strony, kosmopolitycznego zobojętnienia na nasze narodowe sprawy, a to dlatego, że Bolesław Prus takiego patrzenia uczy znakomicie. Będąc wnikliwym obserwatorem życia w najprzeróżniejszych przejawach prawdy o ludzkim świecie, Prus jest jednocześnie wizjonerem wyrosłym na gruncie racjonalizmu, pragmatyzmu, scjentyzmu, pracy organicznej, pracy u podstaw, idei wspólnotowego, efektywnego i utylitarnego trudu. To pisarz, który potrafił bezkonfliktowo połączyć w jedną postawę egzystencjalną optymizm i sceptycyzm. Pisarstwo Bolesława Prusa to nie tylko rezerwuar myśli, to także rezerwuar piękna form literackich. Prus to niedościgniony mistrz ezopowego języka, pozwalającego niepostrzeżenie dla cenzury osadzać w tekście myśl patriotyczną. Być może dotąd zazwyczaj pomijana w rozważaniach krytyków literackich ezopowość literatury Prusa była przyczyną tego, że niektórzy z nich byli skłonni myśleć o autorze „Lalki” jako o pisarzu, który unikał w swojej twórczości jawnego zajmowania się kwestiami politycznymi.

Wystarczy chociażby przeczytać jego „Powracającą falę”, aby to wszystko sobie uświadomić.

Bohater tego opowiadania – Adler – jako młody niemiecki robotnik, nieźle zarabiając, starał się korzystać z życia, jak tylko można. Gdy jednak niespodziewanie dla siebie stał się właścicielem trzystu talarów, opanowała go niepohamowana chęć zdobycia majątku. Udało się mu założyć w Polsce fabrykę, która zaczęła przynosić ogromne dochody. Narodziny syna – Ferdynanda – wniosły nowy cel do życia fabrykanta – zaczął jeszcze intensywniej pomnażać swój kapitał, by zapewnić dziecku wygodne i beztroskie istnienie. Bezgraniczna, a zarazem ślepa miłość ojca do syna ostatecznie sprawiła, że Ferdynand stał się utracjuszem i próżniakiem, skwapliwie korzystającym z rodzinnego bogactwa. Zaciągane przez niego długi, co prawda nieustannie nadszarpywały zasoby finansowe ojca, ale ten umiejętnie je uzupełniał, czyniąc „oszczędności" w swojej fabryce. Namiętność do pieniędzy, skoncentrowanie się na własnym szczęściu, a tym samym niedostrzeganie potrzeb innych ludzi sprawiły, że fabrykant przeistoczył się w istotę bezwzględną w działaniu, która pośrednio przyczyniła się do upadku moralnego, a w konsekwencji tego do śmierci swojego dziecka.

Oś akcji opowiadania wyznacza starcie dwóch par bohaterów. Z jednej strony zostały przedstawione relacje, jakie zachodzą między właścicielem fabryki i Kazimierzem Gosławskim, który pracował jako mechanik w fabryce Adlera, z drugiej zaś B. Prus ukazał konflikt między Ferdynandem a Zaporą – sędzią gminnym. Oba konflikty przebiegają na linii starcia pomiędzy niemieckim kapitalistą i młodym polskim robotnikiem oraz na linii sporu między synem Adlera i polskim obywatelem ziemskim.

W fabryce Adlera Gosławski wyróżniał się spośród innych robotników wiedzą i umiejętnościami. Był to człowiek nietuzinkowy, o wysokiej inteligencji, z pasją wynalazcy, mający wyraźnie określony cel w życiu – pragnął założyć własny warsztat ślusarsko- kowalski. Wydawać by się mogło, że obdarzony wieloma zaletami będzie mógł wkrótce spełnić swoje oczekiwania. Miał nadzieję, że zarobione w fabryce Adlera pieniądze pozwolą mu stanąć na nogi.

Młody robotnik swoje życiowe powodzenie uzależnił od łaski bądź niełaski niemieckiego fabrykanta, a więc niejako powierzył swój los w jego ręce. Żeby zrealizować postawiony sobie cel, godził się na upokorzenia, jakie go spotykały ze strony „chlebodawcy”. Pracował ponad ludzkie siły: „Przychodził do fabryki o piątej, wracał do domu czasem o jedenastej w nocy taki zmęczony i senny, że niekiedy z żoną się nie witał, tylko upadał w ubraniu na łóżko i zasypiał jak kamień”. Adler, widział zdolności Gosławskiego, ale nie dawał tego po sobie poznać. Nie chciał, żeby polski robotnik nabrał poczucia własnej wartości, a tym samym stał się człowiekiem domagającym się swoich praw. Dla niego Polak zajmujący wysokie stanowisko w fabryce wydawał się niebezpieczny, dlatego też pragnienie Gosławskiego, by zostać pierwszym mechanikiem, nigdy nie mogło się ziścić. Niemiecki fabrykant wykorzystywał Gosławskiego do tego stopnia, że ten w końcu „wyglądał jak automat". Kiedy wyczerpany nadmierną pracą przez swoją nieostrożność uległ wypadkowi, Adler potraktował go jak bezużyteczny przedmiot.

Historia Gosławskiego kończy się tragicznie nie tylko ze względu na nikczemne postępowanie właściciela fabryki, ale także z powodu jego samego. Dążąc do poprawy swojej sytuacji materialnej, przekroczył niewidzialną dla siebie granicę, za którą stracił godność. Nie widział swojego wysiłku, swojej egzystencji w szerszym kontekście spraw narodowych, nic więc dziwnego, że jego życie nabrało tragicznego wymiaru. Gosławski stał się biernym narzędziem w rękach Adlera, nie znalazł w sobie dość siły, by zachować niezależność i zdystansować się wobec człowieka, którym w skrytości ducha pogardzał. Jego doraźne potrzeby, konformizm wzięły górę nad rozsądkiem, nad szacunkiem dla samego siebie, nad dobrze pojętą dumą. Źródłem dramatu młodego polskiego robotnika było to, że nie zdobył się na opór przeciwko temu, co z nim chciano uczynić, i uczyniono. Ostatecznie stał się przykutym do jednego miejsca niewolnikiem, ubezwłasnowolnioną istotą, której nadzieje zamieniły się w poczucie klęski.

Jego postawa została w utworze antytetycznie zestawiona z postawą sędziego gminnego – Zapory. Jest on kimś, kto ma w sobie ogromną siłę, niezłomność, to także ktoś, kto potrafi stawić opór, stać się tamą powstrzymującą „groźne fale”. Zapora „w kim poznał pracowitość”, tego od razu traktował jako swojego przyjaciela. Ludźmi złymi, pozbawionymi charakteru, próżnującymi gardził i nie starał się nawet tego ukrywać. Jego wierność ideałom, pobudki patriotyczne sprawiały, że o Ferdynandzie Adlerze wyrażał się jak najgorzej i swojej opinii o nim nie ukrywał. Syn Adlera „był pewny, że prędzej czy później wszyscy ugną się przed nim, że nikt nie ośmieli się stawiać mu oporu”, nic więc dziwnego, że postawa sędziego była dla niego czymś nieoczekiwanym i stanowiła rodzaj wyzwania. Kiedy młody Adler już po śmierci Gosławskiego zamówił w restauracji darmowy bankiet dla wszystkich, którzy do niej przyjdą, jego gest spotkał się z ogólną aprobatą polskiej małomiasteczkowej społeczności. Kto tylko mógł, chętnie skorzystał z zaproszenia Ferdynanda. Tym samym szybko rozgrzeszono Adlerów z ich nikczemności. Dla Zapory takie zachowanie rodaków stało się niezwykle wymowne i symboliczne w kontekście doznawanych przez Polskę cierpień ze strony zaborców – stanowiło rodzaj zdrady narodowej godności, wyrzeczenia się pamięci wyrządzonej narodowi krzywdy, było znakiem narodowego serwilizmu. Kiedy przypadkiem staje twarzą w twarz z Ferdynandem i zostaje mu przedstawiony, nie podaje synowi Adlera ręki, w ten sposób pokazuje, co sądzi o fabrykancie i jego synu. A gdy wyraźnie dotknięty takim zachowaniem syn Adlera wyzywa go na pojedynek, Zapora przyjmuje to z niezwykłym spokojem i odwagą. Tym samym świadczy o pewności swoich przekonań, zasad, o swojej determinacji w obronie podstawowych wartości etycznych i narodowych. Jego zachowanie staje się znakiem moralnego zwycięstwa nad brutalną siłą.

Klęska Gosławskiego i zwycięstwo Zapory są znaczące. Losy obu bohaterów pokazują dwie odmienne postawy wobec zaborczego żywiołu oraz ich konsekwencje. Autor opowiadania pragnie uświadomić, że akceptacja trudnej i bolesnej dla Polaków rzeczywistości, pasywność egzystencjalna, powierzenie narodowego potencjału w ręce obcych sił, zatrata poczucia własnej wartości ostatecznie doprowadzają do klęski człowieka i naród. W przekonaniu B. Prusa Polacy, aby trwać, muszą zdobyć się na opór podejmowany przede wszystkim na płaszczyźnie moralnej, sprowadzający się do odwagi cywilnej, zachowania honoru, sprawiedliwości we wszelkim działaniu i ocenianiu, dystansowania się wobec zła. Ma on również polegać na dążeniu do zachowania egzystencjalnej niezależności, okazywaniu siły narodowego charakteru i umacnianiu poczucia tożsamości.

Autor „Powracającej fali” nie miał złudzeń, że wzrost obcego kapitału na ziemiach polskich przyczyni się do polepszenia warunków bytu Polaków, że wzmocni ojczyznę ekonomicznie i społecznie. To swoje przekonanie wyraził poprzez ciekawą organizację przestrzeni, w jakiej rozgrywają się wydarzenia zaprezentowane w opowiadaniu. W ekspozycji utworu fabryka Adlera została ukazana jako gmach oblany złocistymi promieniami słońca, z czym kontrastował jej ciemnowiśniowy komin, który nieustannie wyziewał czarne kłęby gęstego dymu. Ma to bez wątpienia metaforyczne znaczenie: dym jest znakiem niszczącej, niosącej śmierć siły uosabianej przez Adlera. Symboliczne zestawienie w opisie złotego koloru, będącego znakiem bogactwa, z czerwienią i czernią, rodzącymi skojarzenia z cierpieniem, krwią i śmiercią, wyraziście uwypukla charakter miejsca zdarzeń, jego dwuznaczność jak i dwuznaczność osobowości niemieckiego kapitalisty. Podobną funkcję pełni opis dworku, w którym mieszkał Adler: dom znajdował się w pięknym ogrodzie, pełnym bujnych różnobarwnych kwiatów, na tle których zaznaczały się białymi płatami ściany wykwintnego pałacyku zbudowanego w stylu włoskim. Obok niego usytuowana była altana, gdzie fabrykant spotykał się z przyjaciółmi, gawędząc o dawnych czasach albo bieżących wiadomościach, jednocześnie pijąc reńskie wino. Niedaleko tego miejsca stały robotnicze zabudowania, obok których można było zobaczyć brudne dzieci chodzące w podartych ubraniach, niekiedy w oknach tych zabudowań można było dostrzec blade i smutne twarze kobiet. Wykorzystując symboliczne znaczenie barw oraz zestawiając w opisie elementy dynamiczne ze statycznymi (np. witalność, radość mieszkańców pałacyku zestawiona z apatią, przygnębieniem mieszkańców robotniczych domów), Bolesław Prus zarysował dwie nieprzystające do siebie przestrzenie, w których panują odmienne warunki życia i określił charakter oraz rolę obcego żywiołu narodowego w egzystencji społeczeństwa polskiego. Niemiecki właściciel fabryki żyje w przestrzeni przypominającej rajski ogród, natomiast polscy robotnicy istnieją w przestrzeni upodobniającej się do piekła, pełnej cierpienia, udręki, którą niesie codzienność.

Adler, osiedliwszy się w Polsce, Polaków traktował jako tanią siłę roboczą, odnosząc się do nich z pogardą i lekceważeniem, nic więc dziwnego, że w swoich przedsięwzięciach gospodarczych widział jedynie zysk ekonomiczny, że odległa mu była idea utylitaryzmu społecznego. Wyraziście to uzmysławiają doznania pastora Boheme przyglądającego się posiadłości fabrykanta: „Był kontent, że widzi dokoła siebie zielone zboże, nad sobą niebiosa obrzucone białymi i siwymi obłokami i że ogólny wygląd fabryki Adlera przypomina mu miejscowość z lat dziecinnych. Takie same piętrowe domy ustawione w dwa szeregi, takie drzewa, taki układ fabryczny, zbudowany w podkowę pałacyk właściciela, sadzawka w ogrodzie...

Szkoda, że nie ma tu ochrony dla małych dzieci, szkoły dla większych, domu dla starców, szpitala... Szkoda, że Adler nie pomyślał o tych budynkach, chociaż swoją fabrykę ukształtował na wzór brandenburski.”

Bolesław Prus w tym fragmencie finezyjnie posłużył się mową pozornie zależną i rozplanował układ graficzny tekstu, dzieląc go na dwa segmenty. Dzięki temu wypowiedź nabiera wieloznaczności. Z jednej strony, może ona stanowić przytoczenie myśli pastora, z drugiej zaś, być także rodzajem ironicznym skomentowaniem zachowań Adlera. Ironią jest też powtórzenie słowa „szkoda” oraz użycie wielokropka, jako znaku niedomówienia, które powinien uzupełnić sam czytelnik. Zabiegi te pełnią w utworze funkcję szyfrowanego języka.

B. Prus w swoim opowiadaniu stara się powiedzieć, że Polacy powinni górować nad innymi nacjami swoim potencjałem etycznym, kulturalnym, intelektualnym, sprawiedliwością ducha. Jednocześnie wyraża poważne wątpliwości co do tego, czy te postulaty mogą być zrealizowane – Zapora na tle społecznego rozkładu jest jednostką osamotnioną w swoich działaniach, podobnie jak stary szlachcic, który wyedukował Gosławskiego, „otworzył elementarną szkołę, w której dzieci uczyły się przede wszystkim czytania, pisania, religii, rachunków, tudzież szewstwa i krawiectwa.” Sąsiedzi starego szlachcica potępiali go twierdząc, że poprzez swoje działania „psuje chłopów” i w ten sposób plami swoje życie. Ten na stawiane mu zarzuty odpowiadał niezwykle znaczącym zdaniem: „...gdyby na świecie było wielu Robinsonów, którzy za młodu ze wszelkimi rzemiosłami obeznać by się musieli, to – byłoby mniej ludzi ograniczonych, hultajów i przykutych do jednego miejsca niewolników.” Powyższe słowa wyraziście ilustrują myśl polityczną i społeczną B. Prusa. Użyta przez niego antonomazja ujmuje naród polski jako zbiorowość rozbitków, którzy muszą zmagać się z nową trudną rzeczywistością, żyć w zmienionej przestrzeni świata. Chwyt ten wyraźnie odnosi się do sytuacji rozbiorów i dramatu narodu polskiego, ale jednocześnie wyznacza kierunek walki o wolność.

Pisarz przekonuje, że nie wystarczą szlachetne pobudki, jak w przypadku Gosławskiego, aby odmienić bieg zdarzeń, potrzebne jest jednocześnie skuteczne działanie. Naród powinien połączyć czystość ducha ze szlachetnością i pragmatycznym zachowaniem, dopiero wówczas może mieć szansę na spełnienie swoich pragnień i ocalenie.

„Powracająca fala” jest jednocześnie tekstem uniwersalnym, mówiącym, że zło rodzi zło, a nikczemne uczynki naruszające porządek moralny pociągają za sobą nieubłaganą karę, „co jak fala powraca w wyniku działania metafizycznych sił i zatapia sprawcę ludzkiej krzywdy”. Bez wątpienia w takim ujęciu „Powracającej fali” jest wiele racji. Stary fabrykant w zakończeniu utworu upodabnia się do Makbeta. Gdy po śmierci Ferdynanda pastor Boheme namawia go do zmówienia pacierza, Adler odpowiada: „Jaki ten wasz Bóg drapieżny”. Czuje się głęboko skrzywdzony i oszukany przez los zapominając, że „puchar, w który wlaliśmy truciznę, bezstronna Sprawiedliwość właśnie nam do ust przytyka.” Ogień pogardy, zła, jaki wzniecił, ostatecznie go pochłania. W ostatniej scenie pojawia się jako postać diaboliczna przechadzająca się wśród piekielnych płomieni: „Wśród piekielnego łoskotu, deszczu iskier, obłoków dymu, nad powodzią płomieni, które w korpusie głównym ogarnęły wszystkie piętra, w najwyższej sali wyraźnie widać było cień ludzki. Poruszał się on spokojnie, bez pośpiechu, jak czuwający nad robotnikami dozorca. Niekiedy stawał w którym z mnogich okien i patrzył – nie wiadomo czy na tłum zebranych czy na pałacyk (...). W fabryce, jeszcze przed chwilą bogatej i ogromnej, wszechwładnie panował ogień. Słychać było trzeszczenie płonących belek, pękanie murów i ciężkie upadki żelaznych machin. Adler, znakomity przemysłowiec, nieugięty wyznawca walki o byt, zebrawszy w ciągu kilkudziesięciu lat miliony, dobrowolnie przywalił się ich gruzami.” Inaczej być nie mogło, bowiem wszelkie ludzkie wysiłki nieoparte o wartości etyczne nieuchronnie prowadzą człowieka ku klęsce – takie właśnie przekonanie wyraża Prus w swoim opowiadaniu.

Urok twórczości Prusa polega na tym, że pisarz ten potrafi równoważyć przeciwne sobie racje. Jego twórczość nie jest twórczością, która potępia w czambuł albo taką, która gloryfikuje bezkrytycznie, tym samym stwarza czytelnikowi szansę na samopoznanie i samokształcenie. Nie ma w niej apokaliptycznej histerii, nie ma też zimnego cynizmu. W niej łączy się pesymizm z nadzieją, tradycja z nowoczesnością, scala się duch z rozumem, indywidualizm ze zbiorowością, historia ze współczesnością. Bolesław Prus to pisarz antynomii i syntezy, detalu i uogólnienia, konkretu i symbolu, powagi i humoru, erudycji i prostoty, który opanował doskonale sztukę posługiwania się słowem. Może więc jeśli wróci do nas falą swoich dzieł, powróci do nas w końcu fala narodowego poczucia dumy i godności. Kto wie, wszystko się zdarzyć może, nawet powrót mądrości narodu – w każdym bądź razie twórczość Bolesława Prusa stwarza taką szansę.

http://lomza.salon24.pl/418791,powracaj ... lawa-prusa


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /