Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 20 paź 2014, 21:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://hej-kto-polak.pl/?p=78478

Helena Modrzejewska
Opublikowano 28 czerwca 2014, autor: emka

Obrazek

Najwybitniejsza polska aktorka XIX wieku, rozkochana w Szekspirze, Schillerze, Słowackim. Jej marzeniem było wprowadzenie na warszawską scenę utworów zakazanych romantyków, o udostępnienie Polsce arcydzieł sztuki światowej, a światu – arcydzieł sztuki polskiej. Urodzona w 1840 roku w Krakowie, zmarła w 1909 roku w Kaliforni.

Była nieślubnym dzieckiem Józefy Bendy, wdowy po zamożnym kupcu. W domu panowała atmosfera fascynacji teatrem – dwaj przyrodni bracia Heleny – Józef i Feliks – także zostali aktorami.
W rozpoczęciu kariery 20-letniej Helenie pomógł starszy od niej o kilkanaście lat przyjaciel domu Gustaw Zimajer, pierwsza wielka miłość aktorki, ojciec dwójki jej dzieci. Ślub nie wchodził w grę, ponieważ Zimajer był już żonaty.
Helena pod pseudonimem Modrzejewska debiutowała na prowincjonalnych scenach w Bochni, Nowym Sączu, Przemyślu, Rzeszowie, Brzeżanach Stanisławowie i Czerniowcach podróżując z wędrownymi trupami aktorskimi.
Ten „cygański” rozdział jej życia zawiera najwięcej białych plam, sama Modrzejewska, gdy już została gwiazdą, nie afiszowała się z nieślubnym związkiem. Z Zimajerem rozstała się po śmierci ich córeczki, zabrała syna Rudolfa i uciekła do Krakowa, gdzie zdobyła 4-letni kontrakt.
Od samego początku kariery Modrzejewska zbierała pełne zachwytu recenzje. Grywała role z romantycznego repertuaru Schillera i Słowackiego a także Fredry.
Pierwszą rolę szekspirowską, z których później miała słynąć, zagrała 1866 roku w „Kupcu Weneckim”. Do legendy przeszły jej kreacje w „Adriannie”, „Marii Stuart” i „Barbarze Radziwiłłównie”.
W połowie XIX wieku praca aktorki kontraktowej przypominała obóz pracy, przedstawienia grano krótko, ale prawie co tydzień miała miejsce jakaś premiera. Zdarzało się, że w jednym tygodniu grano aż trzy nowe spektakle. Modrzejewska w tym okresie miała poczucie, że w Krakowie osiągnęła wszystko, co było w tym mieście możliwe. W 1868 roku ruszyła na podbój Warszawy.
W stolicy osiągnęła spektakularny sukces. Przez tydzień napisano o niej więcej pochlebnych recenzji niż przez poprzednie siedem lat kariery. Jej portret w roli Ofelii zawisł z Zachęcie, na witrynach sklepowych prezentowano jej zdjęcia. W tym okresie Modrzejewska wzięła ślub z Karolem Chłapowskim, arystokratą z Wielkopolski.
Modrzejewska zaczęła marzyć o karierze światowej. Występy na scenach rosyjskich i niemieckich nie wchodziły w grę z powodów patriotycznych, Chłapowscy zaczęli więc rozmyślać o wyjeździe do Ameryki. Modrzejewską denerwowała w Warszawie atmosfera zazdrości ze strony scenicznych rywalek.
W 1876 roku decyzja zapadła – Modrzejewska, jej mąż i syn oraz grupka bliskich przyjaciół m.in. Julian Sypniewski, Łucjan Paprockim oraz Henryk Sienkiewicz wyemigrowali do Kalifornii, gdzie osiedlili się na farmie i rozpoczęli żywot osadników.
Szybko okazało się, że trudności prac rolnych przerastają grupkę artystów. Farma upadła, część osadników wróciła do Polski, ale Modrzejewska postanowiła zostać. Kilka miesięcy intensywnej nauki angielskiego pozwoliło jej z sukcesem zadebiutować w USA na deskach California Theatre. Aktorka przyjęła pseudonim Helena Modjeska jako łatwiejszy do wymówienia dla Amerykanów.
W Ameryce Modrzejewska zyskała status prawdziwej gwiazdy, oklaskiwanej i wielbionej. Bardzo podobała się jej kreacja w „Damie kameliowej” Dumasa, podobno doprowadzała w niej do spazmów nawet najoporniejszą widownię.
Nowy Jork Modrzejewską rozczarował, dobrze natomiast poczuła się na amerykańskim Południu, którego mieszkańcy wydali jej się podobni z temperamentu do rodaków. Z „Damą kameliową” oraz jako szekspirowska Julia objechała niemal całe Stany Zjednoczone.
Bycie gwiazdą amerykańskiej sceny oznaczało bardzo wyczerpujące tournee, których Modrzejewska odbyła w sumie aż 23. W 1883 przyjęła obywatelstwo amerykańskie, często podróżowała do Europy. Kilkakrotnie odwiedziła Polskę, głównie Kraków, ponieważ krytyczny stosunek Modrzejewskiej wobec rządu rosyjskiego spowodował wydanie ukazu carskiego, który zakazywał jej wjazdu na terytorium rosyjskie.
W 1907 roku Modrzejewska zakończyła 46-letnią karierę aktorską, podczas której wystąpiła około sześciu tysięcy razy w ponad 260 rolach. Najczęściej graną przez nią rolą były Maria Stuart z dramatu Fryderyka Schillera i Lady Makbet. Zasłynęła ze swych interpretacji ról szekspirowskich, których zagrała aż 18.
Umarła w Bay Island w East Newport w Kalifornii 8 kwietnia 1909 roku. Jej pogrzeb odbył się w Los Angeles, ale jej szczątki przeniesiono na Cmentarz Rakowicki w Krakowie. Uroczystości pogrzebowe przerodziły się w manifestację patriotyczną.(PAP)

Agata Szwedowicz

za: dzieje.pl
http://dzieje.pl/postacie/helena-modrzejewska-1840-1909

Leszek Długosz o Helenie Modrzejewskiej

http://www.youtube.com/watch?v=Hej7W2-Emeg


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 15 lis 2014, 10:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Myślę o Polsce silnej

TEMIDA STANKIEWICZ- -PODHORECKA, krytyk teatralny

Zakończony uroczystą Mszą Świętą w warszawskiej katedrze pw. św. Jana Chrzciciela Międzynarodowy Festiwal Paderewskiego uświadomił coś, co trudno wytłumaczyć w kategoriach logiki. Chodzi o usuniętą w niepamięć na wiele długich lat postać Ignacego Jana Paderewskiego. Jedna z głównych refleksji, do jakiej pobudził festiwal, wiąże się z pytaniem: jak można było dopuścić do zapomnienia wielkiego Polaka, naszej dumy narodowej, światowej sławy pianisty i kompozytora, jednego z największych polskich patriotów, wybitnego męża stanu, wielkiego formatu dyplomatę i polityka. Tego, któremu w dużym stopniu zawdzięczamy powrót naszej Ojczyzny na mapy świata po 123 latach niewoli. Czy jest ktoś, kto mógłby odpowiedzieć na postawione tu pytanie w pełni przekonująco i zgodnie z prawdą historyczną?

Obrazek
Jan Paderewski z prezydentem USA Woodrow Wilsonem podczas prac nad 13. punktem prezydenckiego orędzia z 8 stycznia 1918 roku, pocztówka z obrazem Artura Szyka (FOT. MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE)


Owszem, samo nazwisko Paderewskiego nie jest nam obce (choć nierzadko bywa, że młodzież myli je ze współczesnym kompozytorem Krzysztofem Pendereckim). A gdyby na przykład zapytać o podanie choćby jednego tytułu spośród dzieł Paderewskiego jako kompozytora, to już pełna kompromitacja niewiedzy. Sowiecka okupacja Polski po drugiej wojnie światowej zrobiła swoje. No, ale przecież od upadku komuny minęło już ćwierć wieku, wyrosło nowe pokolenie, słynna instytucja cenzury na ulicy Mysiej w Warszawie nie istnieje. Dlaczego więc postać Paderewskiego nie funkcjonuje szeroko w świadomości społecznej? A może cenzura z Mysiej przeniosła się do innego budynku i działa zza węgła? Nazwisko Ignacego Jana Paderewskiego łączy się jakoś z nazwiskiem innego wielkiego Polaka, patrioty, polityka – Romana Dmowskiego, który nie jest mile widziany przez obecny establishment zarówno rządzący, polityczny, jak i artystyczny, celebrycki.

Po prostu za bardzo narodowy, patriotyczny, kochający Polskę, co dziś, w sytuacji pewnej presji na odchodzenie od „struktury” państw narodowych, zwłaszcza w łonie Unii Europejskiej (widoczne jest to już choćby w unikaniu posługiwania się terminem „narodowy”) staje się niepożądane.

Tak więc biorąc pod uwagę dość szeroki kontekst historyczno-polityczny, postać Ignacego Jana Paderewskiego, który mówił: „Myślę o Polsce silnej. Myśl o tym jest celem mojego życia” nie należy do poprawnych politycznie. Tym bardziej więc należy wesprzeć pomysłodawcę i głównego organizatora festiwalu Wiesława Dąbrowskiego, który w słowie wstępnym do folderu festiwalowego napisał o konieczności uświadamiania mocodawcom, a także „włodarzom polskiej kultury, jaki skarb narodowy był Polsce przez Opatrzność dany, a jak dalece przez burzliwą historię pomijany i zaniechany”.

Festiwal zainaugurowały dwa utwory Ignacego Jana Paderewskiego: przepiękna „Fantazja polska op. 19 na fortepian i orkiestrę” oraz najulubieńsze i najbardziej znane dzieło Ignacego Jana Paderewskiego „Koncert a-moll”, do którego sam twórca był bardzo przywiązany i grał go najczęściej. „Fantazję polską” interesująco zinterpretowała polska pianistka Beata Bilińska (z iście aktorską „grą rąk” nad klawiaturą fortepianu), zaś wybitny „Koncert a-moll” usłyszeliśmy w bardzo dobrym wykonaniu znakomitego amerykańskiego pianisty Kevina Kennera. Oba dzieła we wspaniałym wykonaniu z Orkiestrą Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Jacka Kaspszyka. Warto dodać, iż Filharmonia Narodowa była współorganizatorem festiwalu.

Wszystkie koncerty zostały zagrane znakomicie, na wysokim poziomie artystycznym, pokazując, jak piękną muzykę tworzył Ignacy Jan Paderewski. Na pewno nie do zapomnienia jest doskonały wieczór z koncertem „Paderewski – jazz – inspiracje”, specjalny program opracowany przez Włodka Pawlika i wykonany przez niego wraz z zespołem. Tegoroczny laureat Nagrody Grammy, Włodek Pawlik, znakomity pianista jazzowy i kompozytor, przygotował program, inspirując się „Pieśniami” Paderewskiego, i w oparciu o te pieśniowe motywy stworzył piękny wspaniale zagrany koncert.

Festiwal miał charakter, można powiedzieć, multimedialny. Prócz części koncertowej w kilku miejscach odbyła się projekcja bardzo interesującego filmu dokumentalnego autorstwa Wiesława Dąbrowskiego „Paderewski człowiek czynu, sukcesu i sławy”, a także wystawy (w tym ta najważniejsza „Historia serca Paderewskiego” pokazująca dzieje pochówku serca kompozytora), debaty, panel dyskusyjny, warsztaty mistrzowskie dla studentów i inne.

Festiwal zrobił dobry początek ku promocji postaci Ignacego Jana Paderewskiego. Organizatorzy Międzynarodowego Festiwalu Paderewskiego numerują go jako pierwszy i zapowiadają kontynuację. Rozumiem więc, że będzie to cykliczna „impreza”, coraz bardziej rozrastająca się, wykorzystująca całą twórczość kompozytorską Paderewskiego i że włączy się do niej – na zasadzie współorganizacji – także Teatr Wielki –Opera Narodowa, na przykład wystawiając na swojej scenie „Manru”, jedyną operę, jaką napisał Paderewski. „Manru” autorstwa Alfreda Nossiga, według powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „Chata za wsią”, niezmiernie rzadko była dotąd wystawiana w Polsce. W Operze Narodowej ostatni raz chyba w 1991 roku.

Warto więc wrócić do rodzimej opery. Za wiele ich przecież nie mamy. Chrońmy zatem to, co posiadamy. Pielęgnujmy i promujmy. Tym bardziej że opera Paderewskiego łączy stylistykę muzyki późnoromantycznej z okresem Młodej Polski. I – jak oceniają muzykolodzy – jej wartość muzyczna o dużej sile dramatycznej nie ulega najmniejszej wątpliwości. „Manru” jest bardzo wartościową muzycznie polską operą, zdecydowanie przewyższającą wiele innych powstałych w tym samym okresie oper francuskich, niemieckich, czeskich itp.

Następne edycje festiwalu – jeśli nadal będą miały charakter multimedialny – można by poszerzyć na przykład o teatr dramatyczny. Warto zamówić sztukę o Paderewskim u któregoś utalentowanego dramaturga z prawdziwego zdarzenia. Ufam, że są jeszcze tacy autorzy w Polsce. Zdaję sobie sprawę, iż wszystko to łączy się ze środkami finansowymi, ale warto próbować. Jeśli nie uda się w przyszłym roku, to może w następnych latach.

Jesteśmy dłużnikami tego wielkiego Polaka, który tak ukochał Polskę, że na pewien czas poświęcił dla niej muzykę, mówiąc: „Najpierw służba Ojczyźnie, potem sztuka”.

I Międzynarodowy Festiwal Ignacego Jana Paderewskiego, organizator Fundacja „Ave Arte”, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/113231,my ... ilnej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 17 lis 2014, 06:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Legenda Paderewskiego

Obrazek

Kim był Ignacy Jan Paderewski? Bez wątpienia osobowością epoki. Nawet na tle największych odtwórców muzycznych Paderewski jest fenomenem. Niezwykła pełnia zalet, wielorakość talentów, które pozwalały Paderewskiemu na działalność w wielu kierunkach – i to z wybitnymi osiągnięciami – a przy tym bycie człowiekiem ujmującym, o wielkim uroku osobistym, niezwykłej dobroci i prawości. Wszystko to kreuje Paderewskiego na jednostkę zupełnie wyjątkową, niepowtarzalną.

Legenda Paderewskiego jako pianisty miała swoje pełne uzasadnienie nie tylko w jego geniuszu muzycznym. Wielkie bogactwo wewnętrzne, jakie było udziałem tego artysty, rzutowało bez wątpienia na jego sztukę odtwórczą. Jako kompozytor Paderewski nie zawsze jest doceniany, a przecież posiadał ujmującą inwencję twórczą, doskonałe rzemiosło kompozytorskie i swój bardzo osobisty styl, w którym „polska nuta” jest wyraźnie wyczuwalna.

Jako mąż stanu Paderewski odegrał wielką rolę w kształtowaniu na nowo polskiej niepodległej rzeczywistości. Było ono ukoronowaniem jego gorącego patriotyzmu i usilnych starań poświęconych sprawie naszej Ojczyzny, w których jako autorytet artystyczny odegrał niemałą rolę. Te trzy zasadnicze nurty działalności Paderewskiego trzeba brać pod uwagę, mówiąc o tym wielkim artyście.

Na przełomie epok

Można powiedzieć, że Paderewski żył na przełomie XIX i XX wieku – urodzony 18 listopada 1860 roku (6 listopada według kalendarza juliańskiego), zmarł 29 czerwca 1941 roku – a nawet na przełomie dziejów historycznych, jak również wielkich przemian w wielu dziedzinach życia. Urodził się jeszcze w epoce romantyzmu, a ściślej neoromantyzmu, zaś schyłek jego życia dotyka niemal ery atomowej. Wielkie wynalazki w różnych dziedzinach nie mogły pozostać bez wpływu także na sztukę. Niemal na jego oczach zmieniały się założenia estetyczne, powstały różne „izmy”: impresjonizm, futuryzm, kubizm itp. w sztukach plastycznych, natomiast w architekturze dawne style zastąpiła „nowa rzeczowość”.

Epoka romantyzmu w dziedzinie kunsztu pianistycznego zostawiła niedoścignione wzory, jak Chopin i Liszt, po których zjawiła się plejada dalszych wirtuozów. Paderewski przy olbrzymiej konkurencji obronił swoją sztukę przed tanim efekciarstwem, które w epoce neoromantyzmu doprowadziło do obniżenia ideałów artystycznych. Uczuciowość zdążyła się w niej przerodzić w tani sentymentalizm, czułostkowość, a wielka wirtuozeria w niemal akrobatyczne sztuczki schlebiające gustom niewybrednej publiczności.

W 12. roku życia Paderewski przyjeżdża do Warszawy, aby w tutejszym Konserwatorium kontynuować naukę gry na fortepianie. Następnie wyjeżdża do Berlina na studia kompozycji, by w końcu dotrzeć do Teodora Leszetyckiego w Wiedniu. To położyło kres wahaniom co do drogi, jaką miałby w życiu obrać. Późno, bo dopiero w 25. roku życia, Paderewski decyduje się zostać pianistą. Dzięki nieprawdopodobnej sile woli i tytanicznej pracy osiągnął technikę, to znaczy środki ekspresji, które pozwoliły mu wyrazić wszystko, co dostrzegał i odczuwał w utworze. Doprowadziło go to na Parnas sztuki.

Pasmo sukcesów

Muzykę odczuwał niezwykle naturalnie i głęboko, zaś studia kompozytorskie przyczyniły się do tego, że rozumiał konstrukcję utworu, co miało zasadniczy wpływ na interpretację. Wyjątkowa intuicja artystyczna, wybitna inteligencja i dobroć serca pozwoliły Paderewskiemu na przepojenie wykonywanego dzieła życiem w przejmujący i przekonujący sposób. Stąd biorą sie zapewne owe „niewytłumaczalne magie” jemu przypisywane.

Ignacy Jan Paderewski wykonywał przede wszystkim arcydzieła literatury fortepianowej: utwory Mozarta, Beethovena, Chopina, Liszta i innych kompozytorów oraz pokaźną ilość własnych dzieł, natomiast nie ukrywał, że nie rozumie nowatorów w muzyce, jak Schönberg czy Webern.

Działalność koncertowa Paderewskiego rozpoczęła sie wspaniałym debiutem w Paryżu 3 marca 1888 roku. Następne lata były pasmem dalszych wspaniałych sukcesów. Zaprowadziły go one na różne kontynenty, do najwspanialszych sal koncertowych oraz przed wymagającą publiczność. Jak grał Paderewski, możemy w przybliżeniu dowiedzieć się z nielicznych nagrań, chociaż są one jeszcze bardzo niedoskonałe, bo pochodzą z czasu, kiedy wynalazek ten dopiero sie rozwijał. Gdy ich słuchamy, uderza nas w pierwszym rzędzie piękny, śpiewny, często wspaniały, silny dźwięk o wielkiej nośności, jasności i barwności, a także niezwykłe bogactwo wyobraźni i odczucia w niuansowaniu ukształtowań frazy muzycznej oraz jej zdobieniu.

U Paderewskiego wirtuozeria, czy w ogóle technika, służy wyrażaniu głębszych ukrytych treści w utworze, dlatego nie wysuwa się na pierwszy plan. Nawet w utworach nadających się do wirtuozowskiego popisu zachwyca nas w pierwszym rzędzie wdzięk, dowcip, stylowość i elegancja wykonania. W mazurkach Chopina dochodzi do głosu ich taneczność, liryzm w pięknie przeprowadzonym zaśpiewie, czasami zadzierżystość, szlachecka duma, a nawet elegancja jak w walcu.

Ekspresja u Paderewskiego koncentruje się w pierwszym rzędzie na melodii jako nosicielce emocjonalnych treści w muzyce. Ekspresyjność Paderewskiego posiada tu wielką rozpiętość emocjonalną: od powagi, majestatyczności, dostojności, poprzez dramatyzm, tragizm, do liryzmu, zadumy, taneczności, a nawet dowcipu. Recenzje są przeważnie entuzjastyczne, bo sztuka jego wzbudzała podziw i szacunek. Nawet głowy koronowane (królowa Wiktoria) i mężowie stanu byli mu przyjaciółmi.

Koncertując w Ameryce w okresie pierwszej wojny światowej, Paderewski za każdym razem przemawiał z estrady i mówił o Polsce. Mając przyjaciół w sferach rządzących ówczesną Europą, sprawił, że pozytywne nastroje dla sprawy polskiej znalazły swój wyraz w trzynastym punkcie traktatu wersalskiego przywracającego Polskę na mapy świata. Podpisywał go razem z Romanem Dmowskim. Po zakończeniu wojny Paderewski wrócił do Polski, a Naczelnik Państwa Józef Piłsudski powierzył pianiście misję utworzenia rządu. Jednak sposób jego rządzenia i dyskutowania w Sejmie nie odpowiadał warunkom tworzenia się nowej państwowości, dlatego Paderewski złożył dymisję i wyjechał z Polski. Dopiero w 1924 r. przyjechał do Poznania, aby odebrać doktorat honoris causa tamtejszego uniwersytetu. Potem był przedstawicielem Polski w Lidze Narodów, a w 1936 r. wraz z Władysławem Sikorskim zainicjował Front Morges i podczas drugiej wojny światowej był przewodniczącym Rady Narodowej przy rządzie na wychodźstwie.

Jesienią 1940 roku wyjechał przez Hiszpanię do Stanów Zjednoczonych, gdzie 29 czerwca 1941 roku zmarł. Jakże wzruszające jest jego ostatnie przemówienie do Polaków przed odjazdem!

Losy pomnika

Interesująca jest też historia pomnika Ignacego Jana Paderewskiego. Obywatele Warszawy postanowili uczcić go pomnikiem. Jedna wizyta u prezydenta Starzyńskiego wystarczyła, aby uzyskać pozytywną decyzję i nawet lokalizację monumentu w parku Skaryszewskim (obecnie jest to park im. I.J. Paderewskiego). Rzeźbiarzem był Michał Kamiński, którego Niemcy podczas wojny zamordowali. Odlano ten pomnik w warsztacie na Solcu i tam po wkroczeniu Niemców do Warszawy przez jakiś czas ukrywano. Inicjatorem ukrycia monumentu był inżynier Jeznacki. Po jakimś czasie trzeba było znaleźć inną kryjówkę. Syn pana Jeznackiego był administratorem cmentarza na Bródnie; tam „pochowano” pomnik.

Po wojnie panowie Jeznaccy starali się o znalezienie godnego miejsca na jego lokalizację, ale były z tym wielkie trudności. Paderewskiego postrzegano jako „nacjonalistę i antysemitę”. Pomnik więc wrócił znów do piwnicy na Mokotowie.

Przewodniczący Prezydium Dzielnicowej Rady Narodowej Władysław Żesławski dowiedział się jednak, gdzie ukryto pomnik i po wielu staraniach na różnych szczeblach decyzyjnych panowie Jeznaccy zostali wezwani do stołecznej rady. Tu pytano o akt przekazania itp., ale lokalizacji nie wyznaczono. Był też problem: „czyj” będzie pomnik? Muzyka czy polityka? W końcu przewieziono pomnik Paderewskiego do Muzeum Historycznego Miasta Warszawy, zaś obecnie – jak wiemy – stoi on w pobliskim parku Ujazdowskim. Takie były losy pomnika jednego z największych Polaków i muzyków naszej Ojczyzny, który ma wielkie zasługi w przywróceniu jej niepodległości!

Dopiero w 1992 roku prochy Paderewskiego wróciły do Polski i 5 lipca zostały złożone w podziemiach katedry św. Jana w Warszawie.

Prof. Lidia Kozubek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/113453, ... kiego.html
Autorka jest jedną z najwybitniejszych polskich pianistek, wieloletnim profesorem Akademii Muzycznej w Warszawie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 17 lis 2014, 15:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.myslkonserwatywna.pl/kalenda ... ewiczowna/

Maria Rodziewiczówna
redakcja | 16 listopada 2014 | 0 Komentarzy

70 lat temu, 16 listopada 1944 roku zmarła na folwarku Leonów k. Żelaznej pod Skierniewicami, w wieku 80 lat, Maria Rodziewiczówna, powieściopisarka i nowelistka; pochodziła z patriotycznej rodziny ziemiańskiej, której skonfiskowano majątek za pomoc udzieloną powstańcom styczniowych; przez większość życia gospodarowała majątkiem Hruszów na Polesiu (odziedziczonym po stryju), zachowują panieństwo i przyjmując „męski” sposób bycia (krótkie włosy i ubiór) oraz czyniąc z niego ognisko kultury materialnej i duchowej; była także aktywna na polu społecznym i charytatywnym, a w II Rzeczypospolitej została współzałożycielką Związku Szlachty Zagrodowej; jej obfita i bardzo popularna (również ekranizowana) twórczość literacka (m.in. Straszny dziadunio, Dewajtis, Wrzos, Lato leśnych ludzi) była przepojona patriotyzmem, obroną polskości na Kresach Wschodnich, tradycjonalizmem, kultem przyrody i religijnością – acz z tą pozostawała w sprzeczności jej przynależność do Towarzystwa Teozoficznego; dama Krzyża Krzyża Komandorskiego OOP.

prof. Jacek Bartyzel




http://blogmedia24.pl/node/69900

Jak wygrać Polskę na fortepianie w Krakowskim Klubie Wtorkowym
Józef Wieczorek, śr., 10/12/2014 - 07:14

Obrazek

1Jak wygrać Polskę na fortepianie
Spotkanie w Krakowskim Klubie Wtorkowym
„Helena i Ignacy J. Paderewscy” –
z cyklu Sylwetki Niezwykłe
we współpracy ze Stowarzyszeniem Polska Jest Najważniejsza.
Gość Klubu – Justyna Szombara
Spotkanie prowadził – Adam Kalita
Kraków, 9 grudnia 2014 r.
(zdjęcia i wideo – Józef Wieczorek)

https://www.youtube.com/watch?v=n6YWHFd5UR8


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 13 gru 2014, 12:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=23286

2 grudnia 1860 – Zapomniany wieszcz
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



154 lata temu urodził się Jan Kasprowicz – poeta kochany przez współczesnych mu Polaków za swe gorące serce, za prawdę moralną bijącą z jego wierszy, za współodczuwanie z biednymi i pokrzywdzonymi, za niewymuszony patriotyzm. Przez znawców literatury i poetyki ceniony za nowatorstwo i mistrzostwo w zakresie wersyfikacji i rytmiki wiersza. Miał w narodzie moralny autorytet nie mniejszy niż wielcy wieszczowie czasów romantycznych. Był zresztą nazywany późnym wieszczem. Dziś Jan Kasprowicz nie istnieje w powszechnej świadomości Polaków. Szkoda. Wisława Szymborska to przy nim grafomanka…
Jan Kasprowicz urodził się w Szymborzu na Kujawach. Był przedstawicielem okresu Młodej Polski w literaturze, jego sztandarowych kierunków: symbolizmu, ekspresjonizmu i naturalizmu. Jednocześnie jednak był wielkim nowatorem, który nie mieścił się w tych nurtach jako ich typowy wyraziciel. Poeta Antoni Lange powiedział o nim: Był zawsze na wskroś oryginalny i, rzec by można, nigdy niczyim nie był naśladowcą. Miał swoją własną planetę i koło niej krążył... Uważa się go za prekursora prymitywizmu we współczesnej sztuce i za prekursora nowoczesnych form wersyfikacyjnych w poezji polskiej, wiersza wolnego.
Jako twórca był niepokorny. Całe życie wadził się z Bogiem, który był zawsze w centrum jego twórczości. Czasami uderzał w tony katastroficzne i bluźniercze, by znów do Boga wracać. Jego poetycka refleksja była głęboko zakorzeniona w Piśmie Świętym i w ogóle w tradycji chrześcijańskiej. Stałe motywy twórczości Kasprowicza to Droga Krzyżowa i Golgota. Posiadał ogromną życiową wiedzę, wynikającą z doświadczeń ubóstwa (miał trzynaścioro rodzeństwa!), poczucia samotności, dramatycznego rozstania z żoną, którą bardzo kochał, lęku człowieczej egzystencji. Nie należał jednak do młodopolskich nihilistów. Pokazywał rozdarcie człowieka wątpiącego, rozciągniętego między dobrem a złem.
Był mistrzem w ukazywaniu przyrody jako Bożego dzieła – niezależnie od tego, czy pisał o rodzinnych Kujawach czy o fascynujących go Tatrach.
W latach 20. Kasprowicz był w Polsce uznanym „klasykiem”, wielkim autorytetem życia publicznego. W latach 1921-22 był nawet rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.
Kochał Tatry, od roku 1923 aż do śmierci mieszkał w willi Harenda – między Poroninem a Zakopanem. Umarł 1 sierpnia 1926 r. Siedem lat później trumnę przeniesiono ze starego cmentarza zakopiańskiego do mauzoleum na Harendzie.
Najważniejsze dziś miejsca, związane z Kasprowiczem, to Muzeum Miejskie im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu oraz Muzeum Jana Kasprowicza na Harendzie i Mauzoleum Kasprowicza i jego żony.
Nie był nigdy działaczem politycznym, ale związany był przez całe życie z nurtem niepodległościowym i narodowym. W młodości był filomatą, później sympatyzował z Narodową Demokracją, był członkiem Ligi Narodowej, uczestniczył w akcji plebiscytowej na Warmii i Mazurach. Do najpiękniejszych wierszy Jana Kasprowicza (powinien być lekturą obowiązkową dla każdego polskiego ucznia – a nie jest…) – należy poetycki „wykład” o istocie patriotyzmu – Rzadko na moich wargach.

Rzadko na moich wargach -
Niech dziś to warga ma wyzna -
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Widziałem, jak się na rynkach
Gromadzą kupczykowie,
Licytujący się wzajem,
Kto Ją najgłośniej wypowie.

Widziałem, jak między ludźmi
Ten się urządza najtaniej,
Jak poklask zdobywa i rentę,
Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.

Widziałem, jak do Jej kolan -
Wstręt dotąd serce me czuje -
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.

Widziałem rozliczne tłumy
Z pustą, leniwą duszą,
Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej
Resztki sumienia głuszą.

Sztandary i proporczyki,
Przemowy i procesyje,
Oto jest treść Majestatu,
Który w niewielu żyje.

Więc się nie dziwcie – ktoś może
Choć milczkiem słuszność mi przyzna -
Że na mych wargach tak rzadko
Jawi się wyraz: Ojczyzna.

Lecz brat mój najbliższy i siostra,
W tak czarnych żałobach ninie,
Ci widzą, że chowam tę świętość
W najgłębszej serca głębinie.

Ta siostra najbliższa i brat ten,
Wybrani spomiędzy rzeszy,
Ci znają drogi, którymi
Moja Wybrana spieszy.

Krwawnikiem zarosłe ich brzegi,
Łopianem i podbiałami:
Spieszę z Nią razem, topole
Ślą swe westchnienia za nami.

Przystajem na cichych mogiłach,
Słuchamy, azali z ich wnętrza
Taki się głos nie odezwie,
Jakaś nadzieja najświętsza.

Zboża się złocą dojrzało,
A tam już widzimy żniwiarzy,
Ta dłoń swą na czoło mi kładzie
I razem o sprzętach marzy.

A potom, podniósłszy głowę
Do dalszej wstając podróży,
Woła: „Miej radość w duszy,
Bo tylko radość nie nuży.

Podporą ci będzie i brzaskiem
Ta ziemia tak bujna, tak żyzna,
Nią ci Ja jestem na zawsze,
Twa ukochana Ojczyzna”.

Jakiś złośliwy złoczyńca
Pszeniczne podpala stogi,
U bram się wije niebieskich
W rozpaczy człowiek ubogi.

Jakaś mordercza zaraza
Z głodem zawiera przymierze,
Na przepełnionych cmentarzach
Krzyże się wznoszą świeże.

Jakoweś głuche tętenty
Wskroś przeszywają powietrze,
Kłębią się gęste chmurzyska,
Czyjaż to ręka je zetrze?

Jakaś olbrzymia rzeka
Wezbrała krwią i rozlewa
W krąg purpurowe swe nurty,
Zabiera domy i drzewa.

Jakoweś idą pomruki -
Drży niepoznana puszcza,
Dęby się groźne ozwały,
Cóż to za moc je poduszcza?

A nad tą dolą – niedolą
Poranna nieci się zorza,
Na pieśń mą, Ojczyzny pełną
Spływa promienność jej Boża.

W mej pieśni, bogatej czy biednej -
Przyzna mi ktoś lub nie przyzna -
Żyje, tak rzadka na wargach,
Moja najdroższa Ojczyzna.


Piotr Szubarczyk
Wolna Polska


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 29 gru 2014, 09:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Przezorny patriota

Dwieście lat temu, 27 grudnia 1814 roku we wsi Wronowo na Lubelszczyźnie urodził się Jan Koźmian. Pochodził z rodziny, która dla rozwoju konserwatywnej myśli politycznej położyła niemałe zasługi. Stryj Jana, Kajetan Koźmian – autor „Ziemiaństwa”, jeden z czołowych polskich „klasyków” i pierwszych myślicieli konserwatywnych nad Wisłą. Z kolei na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku jednym z najważniejszych krakowskich „stańczyków” był Stanisław Koźmian. A jeszcze trzeba dodać Stanisława Egberta Koźmiana – poetę i publicystę, starszego brata Jana.

Zaraz po zdaniu matury w Warszawie Jan Koźmian wraz ze swoim starszym bratem zaciągnął się do wojska powstańczego. Trwało powstanie listopadowe. Po klęsce insurekcji bracia dołączyli do tysięcy polskich emigrantów we Francji. Tam (w Tuluzie) Jan ukończył w 1838 roku studia prawnicze. Nad Sekwaną zbliżył się do Bogdana Jańskiego i jego środowiska, z którego wyrosło Zgromadzenie Zmartwychwstańców – filar polskiego „ultramontanizmu”.

Do ojczyzny, a konkretnie do zaboru pruskiego, Jan Koźmian powrócił w 1846 roku. Rok wcześniej objął redakcję ukazującego się w stolicy Wielkopolski „Przeglądu Poznańskiego” – pisma katolickiego i konserwatywnego. Jego pierwszy numer ukazał się w maju 1845 roku.

Powrót Jana Koźmiana do Polski związany był również ze zmianą w jego życiu osobistym. W 1846 roku ożenił się z Zofią Chłapowską, córką generała Dezyderego Chłapowskiego – jednego z głównych patronów (także w sensie wsparcia materialnego) „Przeglądu Poznańskiego”.

Małżeństwo nie było szczęśliwe. Nie tylko dlatego, że małżonkowie nie doczekali się potomstwa. Zofia cierpiała na chorobę psychiczną („chorobę nerwową” jak wówczas mówiono) i zmarła w 1853 roku. W tym samym roku umarła również matka Jana Koźmiana.

Z pewnością te dwie osobiste tragedie sprawiły, że redaktor „ultramontańskiego” „Przeglądu Poznańskiego” jeszcze bardziej przylgnął do Kościoła. Współpracował z bł. Edmundem Bojanowskim w powołaniu Zgromadzenia Służebniczek Najświętszej Maryi Panny.

W 1857 roku odkrył swoje powołanie do kapłaństwa. Formację przechodził w Rzymie, Innsbrucku i w Poznaniu. Święcenia przyjął 24 marca 1860 roku w archikatedrze gnieźnieńskiej.

Ksiądz Jan Koźmian jako redaktor „Przeglądu Poznańskiego” kontynuował wcześniejszą linię programową pisma. W latach sześćdziesiątych XIX wieku zdecydowanie występował w obronie świeckiej władzy papieża w Państwie Kościelnym, jak również nie krył swojego sceptycyzmu wobec planów wywołania kolejnej insurekcji w zaborze rosyjskim, która stała się faktem w styczniu 1863 roku.

W okresie Bismarckowskiego Kulturkampfu ks. Jan Koźmian był jednym z najbliższych współpracowników więzionego przez Prusaków arcybiskupa Mieczysława Halki Ledóchowskiego. W jego imieniu i w porozumieniu z Rzymem jako tajny delegat apostolski administrował prześladowanym Kościołem w Wielkopolsce. W 1875 roku trafił nawet za to na parę miesięcy do więzienia.

Ks. Jan Koźmian zmarł w 1877 roku w Wenecji, w drodze powrotnej z Rzymu do Wielkopolski.

Katolicyzm – „prawda bezwzględna”.
Wśród różnych kolei życiowych i na różnych polach aktywności Jana Koźmiana jedno pozostało niezmienne: jako człowiek świecki i jakom katolicki ksiądz był Jan Koźmian jednym z najważniejszych przedstawicieli w Polsce konsekwentnej myśli katolickiej i konserwatywnej. Katolicyzm stanowił w tej myśli punkt centralny, najważniejszy punkt odniesienia.

Jak pisał Jan Koźmian w pierwszym numerze „Przeglądu Poznańskiego”: „Prawdą bezwzględną jest dla nas objawienie chrześcijańskie, powagą Kościoła katolickiego zatwierdzone, jednym słowem – jesteśmy katolikami”.
Co to oznacza być katolikiem? Redaktor „Przeglądu” odpowiadał w tym samym numerze, że oznacza to katolika i katolicyzm walczący. „Prawda przeświadczona o sobie pragnie się odsłonić ludziom i przekonać, prawda koniecznie do zwycięstwa dąży; zaś żeby zwyciężyć, trzeba walczyć; walką jest całe życie, walka o zasady – byle szczera i szlachetna – umacnia człowieka, a ma i to za sobą, że przeciwników wzajemnego szacunku uczy, bo kto z bliska drugiemu w oczy spojrzał, ten w nim powinien uszanować godność istoty obdarzonej duszą nieśmiertelną”.

A jak dziewiętnastowieczny polski katolik ma zapatrywać się na swoje epokę, wiek „pary i stali”, w którym do rangi zaklęcia urosło słowo „postęp”? Jan Koźmian wyjaśniał w „Przeglądzie Poznańskim”, że należy odróżnić między postępem rozumianym „jako formuła matematyczna” czyli jego zideologizowaną wersją, a postępem „ciągłym i tylko w granicach natury [ludzkiej] upadkiem z wyboru wolnej woli skażonej, w granicach ludzkiej możebności zamkniętym”.

Poznański „ultramontanin” dostrzegał, że ta druga wersja postępu w czasach mu współczesnych przyniosła wymierne, dobroczynne owoce. A nawet – jak czytamy w „Przeglądzie Poznańskim” – „mimo złych pozorów widzimy wyraźną wyższość naszych czasów nad ubiegłymi wiekami”, bo „chrześcijaństwo przeszło w obyczaje i znajdujemy więcej rozlanych w powszechności wyobrażeń solidarności, uszanowania jednych dla praw drugich, dobroczynności ogólnej”.

Czy wynika z tego, że Jan Koźmian uległ jednak naiwnej fascynacji „wiekiem modernizacji” i dostrzegał przede wszystkim „radość i nadzieję”?

Nie w ten sposób rozkładał akcenty. Dostrzegał przecież „zatarcie się monolityczności charakterów” i „zmalenie indywiduów”. Podkreślał, że „stan społeczeństwa bez wiary i obowiązków jest najcięższą niewolą”, przestrzegał przed „apostołami wolności fałszywej” i wskazywał, że współczesny świat potrzebuje przede wszystkim „nauki żywej”, a „tą nauką żywą jest tylko katolicyzm”.

„Epoka przejścia” i jej bałwochwalstwa.
Swoje czasy Jan Koźmian określał mianem „epoki przejścia”, w której „podwaliny społeczeństwa europejskiego zatrzęsły się do gruntu, nieprzewidziane wypadki pojawiają się na świecie, niepewność przejęła umysły, oczekiwanie ciąży wszystkim na piersi, nauka straciła wiarę w siebie, natchnienie wszelkie w pół drogi zamiera”.
Znamieniem czasu zamętu – zarówno duchowego jak i politycznego – jest rozplenianie się wszelkiego rodzaju bałwochwalstw. Te ostatnie definiował Koźmian jako „wszystko to, co sprawia, że człowiek zapomina o własnym swoim przeznaczeniu i o pierwszych warunkach społeczeństwa”.

W kontekście najpoważniejszych zagrożeń stojących przed sprawą polską w połowie XIX wieku wymieniał Jan Koźmian „bałwochwalstwo rewolucji i bałwochwalstwo słowiańskiej idei”. Zwolennicy tego pierwszego, przede wszystkim w kontekście „rewolucji politycznej” – bo „rewolucja socjalna”, jak podkreślał Koźmian, ma w Polsce bardzo mało zadeklarowanych zwolenników, to wszyscy, którzy wierzą w mrzonki o „braterstwie ludów” czy też walki „za waszą i naszą wolność”.

A przecież nie można, jak pisał redaktor „Przeglądu”, dopuszczać do tego, by „sprawa narodowa zawisła chwilowo na europejskiej pochyłości rewolucyjnej”. Jeżeli polityka ma być rzeczywiście polityką polską, nie może szukać poparcia u „zaimprowizowanych mężów stanu” (w rodzaju Garibaldiego). Odwrotnie. Musi wyrobić polską opinię publiczną, która „głośno i śmiało wyrażona, zabroni Polakom wszelkiego udziału w rzeczach obcych”.

Czy Rosja jest nadzieją dla europejskiej cywilizacji?
Drugą fatalną dla sprawy polskiej „rzeczą obcą” i ponętnym bałwochwalstwem w Koźmianowym znaczeniu czyli zapoznaniem rzeczywistości, jest fascynacja Rosją. Bądź jako państwem występującym w roli „obrońcy wszystkich Słowian” (ideologia słowianofilska Chomiakowa, Aksakowa et consortes), bądź też jako ostoją ładu europejskiego (Mikołaj I jako „żandarm Europy”). Zważywszy na to, że jesteśmy świadkiem jak w naszych czasach odradza się w pewnych kręgach (także w Polsce) ta ostatnia mutacja bałwochwalstwa, warto przypomnieć refleksje poznańskiego „ultramontanina” odnośnie tej kwestii.

Punktem wyjścia jego rozważań była konstatacja, że „nie ma sojuszu, nie ma pośredniej drogi między schizmą a oświatą [cywilizacją] łacińską. […] My wierzymy, że zwycięży pierwiastek zachodni, i chcemy, żeby Polska śmiało stanęła przy znakach, które ma obowiązek nosić. […] Nie Polska ma utonąć w Słowiańszczyźnie, ani przejść do Słowiańszczyzny, ona, która już wyrobiła myśl swoją narodową i odebrała wyraźne posłannictwo, ale Słowianie powinni uznać powołanie Polski”.

Koźmian odrzucał słowianofilską wizję starcia Rosji z Zachodem jako starcia czystej, nieskażonej, chrześcijańskiej cywilizacji z zepsutym moralnie i cywilizacyjnie Zachodem. Linie podziału biegną odwrotnie. Jak pisał w 1849 roku: „Dla nas Rosja wyobraża zasadę wstrętną wszelkiej oświacie [cywilizacji], wszelkiej wolności, z konieczności nieprzyjazną wierze naszej; my w Rosji nie niemowlęctwo, zdolne do wychowania i usamowolnienia, ale zepsucie moralne upatrujemy”.

Tym przekonaniom Jan Koźmian pozostał wierny także po wstąpieniu do stanu duchownego. W 1862 roku podkreślał, że konflikt polsko-rosyjski jest właściwie nie do zażegnania, bo ma naturę konflikty cywilizacyjnego: „Polska bądź co bądź wyobrażała prawdę religijną, oświatę [cywilizację], swobodę, czystość pojęć i środków, a Rosja przedstawiała i przedstawia pychę i chytrość buntu bizantyjskiego, nicość moralną i umysłową, przymus, niewolę, podstęp i wszelką nikczemność sposobów”.

Czy to jednak oznacza, że dla Rosji nie ma zupełnie nadziei, że nie ma szans na powstrzymanie „błędów Rosji”? Koźmian konsekwentnie odpowiadał „nie”. Nie przekonywały go nawet spektakularne przykłady nawróceń na katolicyzm wśród rosyjskiej arystokracji. Te niewątpliwe zdobycze dla Kościoła zestawiał z rzeszami utraconych w wyniku rosyjskich represji katolickich unitów. „Nawróciło się kilkadziesiąt osób, Bogu niech będą dzięki, ale cóż to jest w porównaniu z milionami unitów, oderwanymi gwałtem od jedności lat temu kilkanaście?” – pytał z goryczą w 1856 roku w polemice z o. Iwanem Gagarinem T.J.

Ojciec Gagarin – pierwszy rosyjski jezuita – był jednym z bardziej znanych rosyjskich konwertytów na katolicyzm. Chciał nawrócenia swojej ojczyzny przez powrót Cerkwi do łączności z Rzymem czyli przez uznanie na jakimś przyszłym soborze powszechnym przez Moskwę prymatu Następców św. Piotra.

Koźmian przypominał jednak, że obowiązują przecież uchwały soboru florenckiego z 1439 roku i tzw. unii florenckiej. Drażniła go zauważalna u o. Gagarina „szczodre obdzielanie grzecznościami biskupów i duchowieństwa schizmatyckiego”. Przede wszystkim jednak jego zarzut wobec rosyjskiego jezuity brzmiał zupełnie inny. Wytykał mu, że nie dostrzega on zupełnie sprawy polskiej w Rosji, która domaga się sprawiedliwego załatwienia (niepodległości Polski), a przede wszystkim brak uznania dla faktu, że jeśli katolicyzm kiedykolwiek ma zwyciężyć w Rosji, to tylko dzięki Polsce – „wszystkie urojenia, choćby najszlachetniejsze, katolików-Rosjan lub przyjaciół Rosji, tę mają zła stronę, że odwracają zajęcie i baczność od jedynej siły katolickiej w Słowiańszczyźnie, od Kościoła polskiego, […] jeżeli się Rosja nawróci, to po Bogu najwięcej zawdzięczać to będzie biskupom polskiego pochodzenia, księżom polskim i tradycjom kościelnym polskim. W Rosji dzieła nawrócenia nie ma na czym oprzeć”.

Jakże aktualnie brzmią słowa Jana Koźmiana napisane w 1848 roku, w okresie Wiosny Ludów, gdy Rosja Mikołaja I zapowiadała wystąpienie w obronie zagrożonego ładu europejskiego: „O przywrócenie wszędzie dawnego stanu rzeczy mniej chodzi gabinetowi petersburskiemu, wiedzą tam dobrze, że biegu rzek się nie cofa. O co starać się będzie Rosja, to o to, żeby wszystkie opinie zachowawcze w jej się stronę po ratunek przeciw rozprzężeniu społecznemu zwróciły i żeby z ich pomocą przeważny wpływ w Europie odzyskać”.

„Przezorny patriotyzm” i „czerstwość umysłowa”.
Dlatego też najważniejszym zadaniem polityki polskiej w tym kontekście jest pamięć o rzeczach podstawowych. Przede wszystkim o tym, iż „pierwszą dla nas i równą z zadaniem niepodległości kraju powinnością jest wierność oświacie łacińskiej Zachodu, z której idą wszystkie odrębne cechy naszej samoistności narodowej”.
Taki jest wymóg „czerstwości umysłowej” czyli stosowania rozumu w polityce. A tego waloru mamy ciągle za mało. W 1848 roku przestrzegał Koźmian przed wzniecaniem „hałasu patriotycznego”, a w 1862 roku w zenicie przedpowstaniowej „rewolucji moralnej” zauważał, że „w Polsce nie brak przywiązania do sprawy, nie brak zapału; brak cierpliwości i wytrwałości w pracy”.

Ksiądz Jan Koźmian, weteran powstania listopadowego, krytycznie ocenił wybuch powstania styczniowego. Pisał o „lejącej się szlachetnej i czystej krwi” powstańców, dostrzegał „mordy i pożogi, jakie szerzy dzicz moskiewska”. Nie powstrzymało go to jednak od podkreślenia, że „narodom nie przystało rzucać się w kolej hazardów na ślepo; one powinny patrzeć prawdopodobieństwa wygranej”.

Odrzucał argument tych, którzy uważali, że powstanie – jakkolwiek bez szans na zwycięstwo – jest swego rodzaju instrumentem narodowej pedagogiki, sprawia, że „duch w narodzie nie ginie”. Odpowiadał na to, że „nierozsądne byłoby zapalić dom, żeby się w nim nie dać zaląc robactwu”.

Potrzebny jest rozum – „w żadnej rzeczy, a tym bardziej w polityce, nie godzi się rozumu odsuwać lub skazywać go na podrzędną rolę. Rozum dany nam został na to, iżby przewodniczył postanowieniom; zaś wielka to omyłka mniemać, że można być „rozumnymi szłam”.

Zamiast „patriotycznego hałasu” potrzeba pracy. To Jan Koźmian wprowadził do obiegu pojęcie „robót organicznych”. W tym sensie można go uważać za jednego z ojców wielkopolskiego ruchu organicznikowskiego.

W „robocie organicznej” nie chodziło o pogoń za groszem. Wszak „w narodach, jak i w indywiduach, materializm warzy w zarodzie wszelką chęć szlachetną, śmierć ducha za sobą prowadzi”. Pojęcie to Koźmian uzasadniał znacznie głębiej, umieszczając je jako powinność moralną. Bo „kto nie wypełnia zwyczajnych obowiązków, tym świętszych i większych, im prostszych, kto się często w siebie nie cofa i nie wyrzekł się wszelkich nieopartych na szlachetnych pobudkach serca i rumu ze światem stosunków, ten żadnemu wyższemu powołaniu nie odpowie”.

Schodząc na płaszczyznę stricte polityczną „roboty organiczne” oznaczały właściwą hierarchię zadań narodowych – „pożyteczniej jest dla sprawy [narodowej] miejscowych pilnować obowiązków, codzienną obywatelską odrabiać robotę, aniżeli biec za odgłosem sławy wojennej i wspomnieniami legionów drażniąc umysły, od powszedniej najrzeczywistszej czynności je odwodzić”.

Grzegorz Kucharczyk

http://www.pch24.pl/przezorny-patriota,32896,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 27 lip 2015, 08:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Jak syn kościelnego organisty – skromny urzędnik kolejowy stworzył arcydzieło, które na stałe trafiło do kanonu klasyki światowej.

Pokazał „świat wstrząsający i poruszający, nikomu dotąd nieznany, choć leżał w środku Europy”

Obrazek
Władysław Reymont – portret Jacka Malczewskiego


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co? We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany – w tyli świat!… – zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu – tak zaczyna się powieść „Chłopi” Władysława Reymonta. Autor w roku 1924 otrzymał za nią Nagrodę Nobla. A konkurencja była wyjątkowo silna: Thomas Hardy, Tomasz Mann, Maksym Gorki. Wygrał nasz pisarz. Wygrał wtedy, bo dziś… dziś wiemy, że by nie wygrał, ani on, ani Sienkiewicz. Dziś literacka Nagroda Nobla dryfuje po mieliznach politycznej poprawności, gdzie nie ma miejsca ani na miłość do ziemi, ani na miłość do Boga. Na szczęście wtedy było inaczej. Powróćmy więc do „Chłopów” i do wielkiego mistrza pióra.

Władysław Reymont (tak naprawdę to Stanisław Rejment) przyszedł na świat w 1867 r. na Kujawach (Kobiele Wielkie). Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej, a jego ojciec był kościelnym organistą. Ciekawe, że ojcowie kilku innych wielkich Polaków, jak Prymasa Stefana Wyszyńskiego, Ignacego Jana Paderewskiego czy Juliana Fałata, też pełnili tę skromną, ale znaczącą służbę, która wówczas łączyła w sobie pobożność, piękno i język polski, trzy elementy składające się na wychowanie w duchu kultury ojczystej jako przeciwwaga dla postępującej rusyfikacji i germanizacji.

Narodziny pisarza

O dobrej szkole w tamtych czasach nie było co marzyć, zwłaszcza że wielodzietna rodzina Rejmentów była uboga. Edukacja, jaką Władysław odebrał w szkole, miała charakter czysto praktyczny, bo chodziło o to, żeby z czegoś żyć – został krawcem. I stawałby się pewnie coraz lepszym krawcem, gdyby nie to, że coś kazało mu szukać innej drogi. Próbował aktorstwa, chciał wstąpić do zakonu paulinów, by w końcu osiąść na małej stacyjce jako urzędnik kolejowy. I wtedy też, gdy się jakoś ustatkował, zaczął pisać.

Czy to było tylko natchnienie, samoczynna erupcja geniuszu? Nic podobnego. Znacznie wcześniej zdarzyło się coś, bez czego nie byłoby wielkiego pisarza, choć może byłby pisarz. Bo wielkość wymaga odpowiedniego podłoża kultury, nie bierze się z lotnych piasków.

To prawda, że Reymont miał za sobą tylko szkołę krawiecką, ale miał jeszcze coś. Gdy był małym chłopcem, trafił na plebanię do wujka swojej mamy, ks. proboszcza Szymona Kupczyńskiego, człowieka o wielkiej kulturze literackiej.To on otworzył przed przyszłym pisarzem skarby języka polskiego. Chłopak do 9. roku życia połknął dosłownie wszystko, co znajdowało się w bibliotece. Dlatego właśnie później, mimo różnych zakrętów życiowych, gdy nadeszło natchnienie, mógł panować z powodzeniem nad językiem, gdyż ten język był językiem jego mistrzów, językiem arcydzieł, które w siebie wchłonął. Mógł nawet tworzyć język, stylizować go na potrzeby opisywanego świata.
Świata niezwykłego, który w takim wymiarze nie pojawiał się na stronicach ksiąg ani gazet. A był to świat polskiej wsi. Ten właśnie świat, żywy, barwny, niespokojny, Reymont dojrzał, wchłonął w siebie, przetrawił i opisał. Świat wstrząsający i poruszający, nikomu dotąd nieznany, choć leżał w środku Europy. Reymont ten świat zobaczył. Powstało arcydzieło.

Arcydzieło

Wzruszenie, i to bardzo głębokie, a nie powierzchowne, udzielało się wszystkim, którzy z tą lekturą mogli się zapoznać, jeśli tylko byli czuli na tajemnice ludzkiego losu wpisanego w rytm życia natury, zawieszonego między ziemią i niebem. Nie tylko zawieszonego, ale wręcz wgryzającego się w ziemię, dzień po dniu. A nad wszystkim unosiło się niebo, z którego do tych ludzi przemawiał odwiecznie Bóg.

Między ziemią i niebem żyli ludzie, ale jacy ludzie! Aż kipiało w nich od energii, od namiętności, ale i od pracowitości. Próbowały ich okrzesać tradycja, zwyczaj i Kościół, ale nie zawsze skutecznie, więc raz coś wychodziło na dobre, a raz na złe. A potem znowu na dobre.


„Chłopi” Reymonta to arcydzieło, które przedziera się przez zewnętrzną powłokę lokalnego kolorytu, by dotrzeć aż do najgłębszych pokładów ludzkiej natury. Dzieło to uznaje się za „testament” europejskiego chłopstwa, testament, ponieważ ten świat ginął dosłownie w oczach. Reymont ten świat zatrzymał i ocalił, wpisał do kanonu klasyki światowej obok „Prac i dni” Hezjoda czy „Bukolik” Wergiliusza. Jako dzieło kultury najwyższych lotów może odżywać mocą naszej myśli, wyobraźni i uczuć, by grać jakimś niezwykłym drżeniem.
Władysław_ReymontAlbowiem język Reymonta nie ma nic z pustosłowia, nic z wysuszonych abstraktów, nic z inteligenckich konstrukcji. Ten język wbija się do wnętrza każdej rzeczy, którą wyraża, niezależnie od tego, czy jest to człowiek, czy drzewo, pies czy rzeka, trawa czy zboże, noc czy dzień, jesień lub wiosna. Język, który na bazie języka literackiego i lokalnej gwary Reymont w zasadzie sam stworzył. Język w sumie niełatwy. I gdyby nie miał w sobie tego wewnętrznego nerwu, tej wewnętrznej prawdy, to stanowiłby barierę trudną do pokonania, nie tylko dla czytelnika polskiego, ale przede wszystkim dla tłumaczy. A tymczasem tłumacze zabrali się do pracy, zanim Reymont dostał Nagrodę Nobla, a więc jakby na wyrost, ale czuli, że jest to literatura wyjątkowa.

Tłumacz na francuski, Franck-Louis Schoell, wspomina, jak swoją przygodę z literaturą polską zaczął od „Quo vadis” Sienkiewicza. Ale już drugim dziełem byli właśnie „Chłopi”. Ostrzegano go, że trudności będzie co niemiara: słownictwo, składnia, styl, bez porównania więcej problemów niż w przypadku klasycznego języka Sienkiewicza. Jednak spróbował i stało się:

„Wzięło mnie!… Jesień – jej imponujące pejzaże, malownicze sceny zasiewów, rojowisko życia wiejskiego nad brzegiem stawu w Lipcach – wszystko to mnie zachwycało. (…) W moim entuzjazmie miałem tylko to jedno pragnienie: dać poznać moim rodakom to olśniewające arcydzieło”

Właśnie tak jest z „Chłopami”, przekraczają granice języków, a czytelnika po prostu biorą, zabierają do Lipiec, a z Lipiec w jakąś niezwykłą przeszłość, pradawną i tajemniczą.

„Chłopów” czytali wszyscy, zarówno francuscy profesorowie, jak i francuscy… chłopi. A profesorowie nie tylko z racji zawodowych. Jeden z nich odkrył dzięki Reymontowi, że koniecznie trzeba mieć swój kawałek ziemi, by na niej coś uprawiać. Zajmował się więc winnicą, ogrodem warzywnym, drzewami owocowymi i kwiatami, bo, jak wyznawał: „codzienny dotyk ziemi jest mi niezbędny”.

Głos nieba

Ale w „Chłopach” Reymonta jest nie tylko dotyk ziemi, jest także dotyk nieba. Wielkim miłośnikiem twórczości Reymonta był Prymas Tysiąclecia Stefan kardynał Wyszyński. Wielokrotnie w swoich homiliach wracał do „Chłopów”, by wskazywać i odzyskiwać to, co najcenniejsze, a co próbowano na różne sposoby zamazać lub pominąć. Ksiądz Prymas nie szczędził gorzkich uwag zwłaszcza pod adresem filmowej adaptacji tego arcydzieła, adaptacji, która świadomie spłaszczyła treść, spychając na margines to, co najważniejsze, czyli miłość do polskiej ziemi, jaką otrzymaliśmy od Boga. Prymas mówił:

„Zawsze jestem pod wrażeniem fragmentu napisanego przez Władysława Reymonta w jego wiekopomnym dziele literackim ’Chłopi’. Przedstawia on postać umierającego gospodarza – Boryny. Chory, w gorączce, nieświadom tego, co czyni, wychodzi na pole. W koszuli idzie przez zagony, które orał długie dziesiątki lat i walczył o nie, bo był to czas bardzo trudny. Prawie wszyscy wtedy walczyli, aby kolonizacja niemiecka nie wyrzuciła Polaków z własnych zagonów. Ziemia stała się symbolem polskości. (…) Wyszedł siać – jak rolnik z przypowieści Chrystusa – ale siły go opuszczają. Pada na zagonie z rozciągniętymi na krzyż ramionami i kona. Tylko wicher jeszcze mu śpiewa – jak muzyka Chopina narodowi polskiemu – i woła: ’Gospodarzu, gospodarzu, nie odchodź, zostań z nami’. W filmie ’Chłopi’, który kręcili ludzie nie znający się na rolnictwie, tego fragmentu przywiązania rolnika do zagonu ojczystego nie odczuto właściwie. Wiele banalnych rzeczy detalicznie przedstawiono, ale nie zrozumiano piękna tego momentu i potęgi jego wymowy, ukazującej, jak trzeba bronić każdego skrawka polskiej ziemi”

(Do rolników w Lewiczynie, 10.08.1975).

Ksiądz Prymas doskonale odczytał wielowarstwowość „Chłopów”, którą tylko wielki pisarz mógł ogarnąć w całość i napełnić życiem na tym przecięciu ziemi i nieba, gdzie mimo tylu ludzkich przywar i słabości niebo ma ostateczny głos. Jest ono znakiem nadziei i miłości. Dają temu wyraz ostatnie słowa, jakie żegnają nas z kart tej księgi, a które tradycja podtrzymuje do dziś tam, gdzie serce jest jeszcze czułe: „Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane”.

Ostańcie!

Prof. Piotr Jaroszyński, źródło: Nasz Dziennik

Obrazek
Władysław Reymont – obraz Damazego Kotowskiego namalowany dwa lata po śmierci pisarza na podstawie fotografii z 1925 r.


http://niezlomni.com/?p=22305


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 09 cze 2016, 08:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/10/2 ... al-chopin/

Jak umierał Chopin?
Posted by Marucha w dniu 2015-10-22 (czwartek)

Obrazek

17 października 1849 roku w Paryżu odchodził z tego świata Fryderyk Chopin. Z okazji kolejnej rocznicy śmierci genialnego kompozytora, warto przypomnieć okolicznościowy list księdza Aleksandra Jełowickiego. Finis coronat opus!
List ks. Aleksandra Jełowickiego do Ksawery Grocholskiej
Paryż, 21 października 1849 r.
I. M. J.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Przezacna Pani!
Jeszcze pod wrażeniem śmierci Chopina piszę o niej słowo. Umarł 17 października 1849 roku o godzinie drugiej z rana.
Od lat mnogich życie Chopina było jak na włosku. Ciało jego, zawsze mdłe i słabe, coraz bardziej się wytrawiało od ognia jego geniuszu. Wszyscy się dziwili, że w tak wyniszczonym ciele dusza jeszcze mieszka i nie traci na bystrości rozumu i gorącości serca. Twarz jego jak alabaster zimną była, białą i przejrzystą; a oczy jego, zwykle mgłą przykryte, iskrzyły się niekiedy blaskami wejrzenia. Zawsze słodki i miły, i dowcipem wrzący, a czuły nad miarę, zdawał się już mało należeć do ziemi.
Ale niestety, o Niebie nie myślał. Miał on niewiele dobrych przyjaciół, a złych, tj. bez wiary, bardzo wielu; ci zwłaszcza byli jego czcicielami. A triumfy jego w sztuce najwnikliwszej zagłuszyły mu w sercu Ducha Św. jęki niewypowiedziane. Pobożność, którą z łona matki Polki był wyssał, była mu już tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbożność towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich wsiąkała coraz bardziej w chwytny umysł jego i na duszy jego jak chmurą ołowianą osiadła zwątpieniem.
I tylko już mocą wykwintnej przyzwoitości jego się stawało, że się nie naśmiewał głośno z rzeczy świętych, że jeszcze nie szydził.
W takim to opłakanym stanie schwyciła go śmiertelna piersiowa choroba. Wieść o tym, blada zbliżającą się śmiercią Chopina, spotkała mię więc przy powrocie moim z Rzymu do Paryża. Wnet pobiegłem do tego od lat dziecinnych przyjaciela mego, którego dusza tym droższa mi była. Uścisnęliśmy się wzajem, a, wzajemne łzy nasze wskazały nam, że już ostatkami gonił. Nędzniał i gasł widocznie; a jednak nie nad sobą, ale nade mną raczej zapłakał użalając się morderczej śmierci brata mego Edwarda, którego też kochał.
Skorzystałem z tej tkliwości jego, aby mu przypomnieć Matkę… i jej wspomnieniem rozbudzić w nim wiarę, której go była nauczyła. „Ach, rozumiem cię, rzekł mi, nie chciałbym umrzeć bez Sakramentów, aby nie zasmucić Matki mej ukochanej; ale ich przyjąć nie mogę, bo już ich nie rozumiem po twojemu. Pojąłbym jeszcze słodycz spowiedzi płynącą ze zwierzenia się przyjacielowi; ale spowiedzi jako Sakramentu zgoła nie pojmuję. Jeżeli chcesz, to dla twej przyjaźni wyspowiadam się u ciebie, ale inaczej to nie”.
Na te i tym podobne słowa Chopina ścisnęło mi się serce i zapłakałem. Żal mi było, żal mi tej miłej duszy. Upieszczałem ją, czym mogłem, już to Najświętszą Panną, już Panem Jezusem, już najtkliwszymi obrazami miłosierdzia Bożego. Nic nie pomagało. Ofiarowałem się przyprowadzić mu, jakiego zechce, spowiednika. A on mi w końcu powiedział: „Jeśli kiedy zechcę się wyspowiadać, to pewno u Ciebie”. Tego się właśnie po tym wszystkim, co mi powiedział, najbardziej lękałem. Upłynęły długie miesiące w częstych odwiedzinach moich, ale bez innego skutku. Modliłem się wszakże z ufnością, że nie zaginie ta dusza. Modliliśmy się o to wszyscy zmartwychwstańcy, zwłaszcza czasu rekolekcji.
Aż oto 12 bm, wieczorem przyzywa mię co prędzej doktor Cruveiller mówiąc, że za nic nie ręczy. Drżący od wzruszenia stanąłem u drzwi Chopina, które po raz pierwszy przede mną zamknięto. Jednak po chwili kazał mię wpuścić, lecz tylko na to, aby mi rękę uścisnąć i powiedzieć: „Kocham cię bardzo, ale nic nie mów, idź spać”. Wystaw sobie, kto możesz, jaką noc przebyłem!
Nazajutrz przypadł dzień św. Edwarda, patrona ukochanego brata mojego. Ofiarując za jego duszę Mszę świętą, tak prosiłem Boga: O Boże, litości! Jeżeli dusza brata mego Edwarda miłą jest Tobie, daj mi dzisiaj duszę Fryderyka! Więc ze zdwojoną troską szedłem do Chopina. Zastałem go u śniadania, do którego gdy mię prosił, ja rzekłem: „Przyjacielu mój kochany, dziś są imieniny mego brata Edwarda”. Chopin westchnął, a ja mówiłem tak dalej: „W dzień mego brata daj mi wiązanie”. „Dam ci, co zechcesz”, odpowiedział Chopin, a ja odrzekłem: „Daj mi duszę twoją!”. „Rozumiem cię, weź ją!”, odpowiedział Chopin i usiadł na łóżku.
Wtedy radość niewymowna, ale oraz i trwoga ogarnęły mię. Jakżeż wziąć tę miłą duszę, by ją oddać Bogu? Padłem na kolana, a w sercu moim zawołałem do Pana: „Bierz ją sam!”. I podałem Chopinowi Pana Jezusa ukrzyżowanego, składając Go w milczeniu na jego dwie ręce. I z obu oczu trysnęły mu łzy. „Czy wierzysz?”, zapytałem. Odpowiedział: „Wierzę”. „Jak cię matka nauczyła?”. Odpowiedział: „Jak mię nauczyła matka!”.
I wpatrując się w Pana Jezusa ukrzyżowanego, w potoku łez swoich odbył spowiedź świętą. I tuż przyjął Wiatyk i Ostatnie Pomazanie, o które sam prosił. Po chwili kazał dać zakrystianowi dwadzieścia razy tyle, co zwykle się daje, a ja rzekłem: „To za wiele”. „Nie za wiele — odpowiedział — bo to, com przyjął, jest nad wszelką cenę”.
I od tej chwili przemieniony łaską Bożą, owszem, samym Bogiem, stał się jakoby innym człowiekiem, rzekłbym, że już świętym. Tegoż dnia poczęło się konanie Chopina, które trwało dni i nocy cztery. Cierpliwość, zdanie się na Boga, a często i rozradowanie towarzyszyły mu aż do ostatniego tchnienia. Wpośród najwyższych boleści wypowiedział szczęście swoje i dziękował Bogu, że aż wykrzykiwał miłość swą ku Niemu i żądzę połączenia się z Nim, co prędzej. I opowiadał swe szczęście przyjaciołom, co go żegnać przychodzili, a i w pobocznych izbach czuwali.
Już tchu nie stawało, już się zdawał, że kona, już jęk nawet był umilkł, przytomność odbiegła. Strwożyli się wszyscy i tłumem się do pokoju jego byli nacisnęli czekając z biciem serca już ostatniej chwili. Wtem Chopin otworzywszy oczy i ten tłum ujrzawszy, zapytał: „Co oni tu robią? Czemu się nie modlą?”. I padli wszyscy ze mną na kolana, i odmówiłem Litanię do Wszystkich ŚŚ., na którą i protestanci odpowiadali. Dzień i noc prawie ciągle trzymał mię za obie ręce, nie chcąc mię opuścić, a mówiąc: „Ty mnie nie odstąpisz w tej stanowczej chwili”. I tulił się do mnie, jak zwykło dziecię czasu niebezpiecznego tulić się do matki. I co chwila wołał: „Jezus, Maria!”, i całował krzyż z zachwytem wiary i nadziei, i wielkiej miłości.
Niekiedy przemawiał do obecnych, z największą tkliwością mówiąc: „Kocham Boga i ludzi!… Dobrze mi, że tak umieram… Siostro moja kochana, nie płacz. Nie płaczcie, przyjaciele moi. Jam szczęśliwy! Czuję, że umieram. Módlcie się za mną! Do widzenia w Niebie”.
To znowu do lekarzów usiłujących przytrzymać w nim życie powiadał: „Puśćcie mię, niech umrę. Już mi Bóg przebaczył, już mię woła do siebie! Puśćcie mię; chcę umrzeć!”. I znowu: „O, pięknaż to umiejętność przedłużać cierpienia. Gdybyż jeszcze na co dobrego, na jaką ofiarę! Ale na umęczanie mnie i tych, co mnie kochają, piękna umiejętność!”. I znowu: „Zadajecie mi na próżno cierpienia srogie. Możeście się pomylili. Ale Bóg się nie pomylił. On mię oczyszcza, O, jakże Bóg dobry, że mię na tym świecie karze! O, jakże Bóg dobry!”.
W końcu on, co zawsze był wykwintnym w mowie, chcąc mi wyrazić całą wdzięczność swoją, a oraz i nieszczęście tych, co bez Sakramentów umierają, nie wahał się powiedzieć: „Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł — jak świnia!”.
W samym skonaniu jeszcze raz powtórzył Najsłodsze Imiona: Jezus, Maria, Józef, przycisnął krzyż do ust i do serca swego i ostatnim tchnieniem wymówił te słowa: „Jestem już u źródła szczęścia!…”. I skonał.
Tak umarł Chopin! Módlcie się za nim, ażeby żył wiecznie.
Uniżony wasz w Chrystusie sługa Z. A. Jełowicki.
Źródło (tekst przytoczony z niewielką korektą):
http://pl.chopin.nifc.pl/chopin/letters ... e/2/id/401


http://sacerdoshyacinthus.com/2015/10/1 ... al-chopin/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 28 wrz 2016, 09:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Rewelacyjne odkrycie

Odnaleziono dotychczas nieznaną powieść matki Henryka Sienkiewicza Stefanii Sienkiewiczowej.

Obrazek
Henryk Sienkiewicz, gdy był już u szczytu sławy, stwierdził: „Co się tyczy pociągu do literatury, to odziedziczyłem go chyba po Matce” Zdjęcie: / -



Matka Henryka, Noblisty. Wiemy o niej tak mało! – pisze profesor Lech Ludorowski. – To zasmucające, że jest nieobecna w legendzie rodowej. Czy jest w literaturze jej wielkiego syna? […] Wyobrażenie Matki Henryk ukazał w młodzieńczej, artystycznie świetnej, krypto-autobiograficznej noweli ’Hania’ […] Pojawiający się tu usymboliczniony portret Matki skupia w sobie cechy wyjątkowego idealnego piękna etycznego. Postać Matki promieniującej anielską dobrocią”.

O matce Henryka Sienkiewicza – Stefanii z Cieciszowskich Sienkiewiczowej zamieściłam artykuł w cyklu „Matki Wielkich Polaków” – „Uwieńczona” – „Matka Autora Trylogii” na łamach „Naszego Dziennika” 7 sierpnia 2015 roku. Zrelacjonowałam tam znamienity rodowód protoplastów pani Stefanii, wśród których byli arcybiskupi i senatorowie. Zaprezentowałam dzieje małżeństwa z Józefem Sienkiewiczem, młodzieńczym bohaterem Powstania Listopadowego. Podałam informacje dotyczące sześciorga dzieci pani Stefanii, a wśród nich najstarszego, pierworodnego Kazimierza, który walczył w Powstaniu Styczniowym, a poległ w wojnie francusko-pruskiej. Odwołując się do stwierdzenia Henryka Sienkiewicza, gdy był już u szczytu sławy: „Co się tyczy pociągu do literatury to odziedziczyłem go chyba po Matce” – zacytowałam dwie gawędy pani Stefanii wydrukowane w 1864 r. na łamach „Tygodnika Ilustrowanego”, a współcześnie wydane przez profesora Ludorowskiego.

Gdy przygotowywałam rozdział o matce Sienkiewicza do książki prezentującej sylwetki matczyne od Teofili Sobieskiej do Stefanii Baczyńskiej – okazało się, że – ku naszej radości – sylwetkę pani Stefanii można było pięknie wzbogacić.

”Będę wielką panią”
Moją nieocenioną sojuszniczką w poszukiwaniach ciekawych, a nieznanych dokumentów jest pani kustosz Biblioteki Narodowej – Michalina Byra, która dokonała rewelacyjnego odkrycia!

Odnalazła nikomu dotychczas nieznaną powieść Stefanii Sienkiewiczowej „Jedynaczka”. Jej druk rozpoczął się na łamach pierwszego numeru pisma „Bazar – Tygodnik Ilustrowany Mód i Robót Ręcznych” 5 lipca 1865 roku.

Warto przytoczyć deklarację redakcji zapowiadającą charakter tego nowego pisma dla XIX-wiecznych niewiast: „W Bazarze tym nie o samej ozdobie ciała pomyślano tylko” – zwraca się redakcja do czytelniczek. – „I sukienka duchowa znajdzie tu dla siebie miejsce, […] wszystko co nosi miano zbytku będzie wykluczone, […] wszystkie świecidła i błyskotki”. Natomiast znajdą panie na łamach „wzory i kroje” kreacji, które będą mogły wykonać same – „bo nic tak nie ozdabia kobiety, jak dzieło rąk jej własnych […] tam gdzie dom jest świątynią dla niewiasty, zajęcie domowe staje się dla nich chlubą i bogactwem”.

W „części literackiej illustrowanej” „Bazar” zapowiada powieści rodzime i tłumaczenia wybrane przez redakcję „wytrawną i sumienną”. Dodajmy, iż obok mody (przeważnie „paryzkiej”) przepisów na wodę różaną, wywabianie plam i piegi – na łamach „Bazaru” będą pojawiały się poezje Szekspira, Heinego, Wiktora Hugo, powieści Dickensa.

„Jedynaczka. Powieść oryginalna przez Panią S.S.” (tak głosi pierwszy odcinek) jest drukowana na honorowym pierwszym miejscu. Nazwisko autorki „S. z C. Sienkiewicz” (czyli Stefania z Cieciszowskich) pojawia się dopiero w numerze 5 z 2 sierpnia 1865 roku. A potem już do końca tylko „S. Sienkiewicz”.

Bohaterką opowieści jest rozpieszczona jedynaczka, hodowana przez zakochanych dziadziów w zbytku, pobłażaniu, aprobacie. Dziadzio wnukę „kochał, pieścił i psuł”, Babcia „wszystkim jej grymasom i zachceniom dogadzała natychmiast, otaczała wygodami, podsycała próżność, chwaląc bezprzestannie urodę, dostarczając zbytkownych strojów, troskliwie czuwając, żeby się Zosia nie opaliła, nie zmęczyła, przy żadnej robocie rączek nie zwalała, bo jak twierdziła urodziła się na wielką panią…”.

Losy „Jedynaczki” relacjonuje gronu młodych panienek gwoli ostrzeżenia i przestrogi sędziwy „Pan S.”. Poznajemy poglądy Stefanii Sienkiewiczowej na system wychowania dziewcząt. A pisze swą powieść, mając córek cztery. Dwóm bohaterkom powieści nadaje ich imiona. Tytułowa postać to Zosia – „jej piękne lazurowe oczy miały wyraz słodyczy i dowcipu zarazem, ciemne warkocze osłaniały bielutkie czoło, zręczna i wysmukła, ruchy pełne godności, serce czułe, pojęcie bystre, oto dary, jakie odebrała od natury”. Niestety walory charakteru nie idą w parze z tymi pięknymi darami.

Opowieści o niej słucha w gronie rówieśniczek „młoda i piękna” Aniela. Gdy Stefania Sienkiewiczowa drukowała swą powieść, jej najstarsza córka Aniela miała lat 18, Zofia – 12, Helenka – 13, Maria – 10. Tej ostatniej pisane były jeszcze tylko trzy lata życia. Dziewczynka umarła w 1868 roku.

Jaka była edukacja panien Sienkiewiczówien – nie wiemy. W powieści Zosia zostaje oddana na krótko na pensję w Radomiu (przypominam, iż ziemia radomska to rodzinne strony Józefa Sienkiewicza, który na kilka lat z żoną i dziećmi tu powrócił. Jak odkrył profesor Lech Ludorowski – na ziemi radomskiej urodziły się dwie córki – Aniela i Helenka).

Bohaterkę powieści „nie przyzwyczajonej do pracy, próżnej i lekkomyślnej” cechuje także powierzchowność wiary, „wzrastanie w bojaźni Boga, ale bez miłości ku Niemu”. Ewangeliczne słowa „Czem więcej im dano, tym więcej wymagane będzie” – „padły na nieuprawną rolę jej serca, w którem złe nałogi jak bujne chwasty obrały siedlisko”. Czołowy bohater opowieści, sędziwy mentor, powiada: „O piękność duszy starać się należy, dostatki, jakich nam Pan Bóg udziela, wtedy tylko podwyższyć mogą wartość naszą, kiedy ich używamy dla dobra ludzkości, dla otarcia łez nieszczęśliwych. Biada tym, co w bogactwach swoich widzą tylko środki do godzenia próżności lub zbytków… „Czym więcej im dano, tym więcej od nich wymagane będzie”.

O jakim na przykład konkurencie marzy panna Zofia? „Mój przyszły małżonek musi być młody, piękny, bogaty, musi mnie kochać szalenie i zawczasu przyrzec stosować się we wszystkim do mojej woli…”. Zapewnia: „Będę dobrze pamiętać przy ślubie, nogę moją trzymać na jego nodze, aby panować w domu” (bardzo oryginalny przesąd, raczej nieznany w obyczajowości). Co dla Zosi najważniejsze? „Dostatki, stroje, zabawy uważam za konieczne życia potrzeby”. Płochości „Jedynaczki” przeciwstawia w swoim moralitecie Stefania Sienkiewiczowa listy od przyjaciółki, która „czuje się zdolna do poświęcenia dni dla szlachetnego człowieka, którego serce wybrało”, z którym żyć będzie „z daleka od miasta i jego uciech”, bo „Bóg nie stworzył człowieka do uciech, ale do pracy”. I wierzy dziewczę – wzór cnót, że „szczęście i miłość będzie naszym udziałem”.

A co ma być udziałem Zosi? „Będę wielką panią, będziemy utrzymywać dom na wielką skalę, co roku jeździć za granicę, przyjmować dużo gości, bawić się doskonale, ubierać pięknie, czegóż jeszcze do szczęścia brakować mi może?”. Wybrany przez Zosię małżonek posiada „charakter lekki, niestały i nierozważny”. (Na szczęście pani Stefania nie doczekała mariażu swojej córki Zosi, której męża cechowały dokładnie takie wady charakteru!).

Bohaterkę „Jedynaczki” przygniata lawina nieszczęść. Traci dziecko, pierwszy mąż osaczony przez wierzycieli popełnia samobójstwo, drugiego także doprowadza do ruiny – i umiera.

Słuchające opowieści „Pana S.” młode panny z Anielą na czele postanawiają ustrzec się wad „Jedynaczki” i wybrać sobie za mężów takich, którzy „nie są sługami, ale opiekunami małżonek”.

Nie wątpię, że profesor Lech Ludorowski opublikuje powieść matki Henryka Sienkiewicza, tak jak uczynił to z jej gawędami.

”Spraw niechaj Boga kochamy…”
A jakie były losy córek pani Stefanii, sióstr Henryka Sienkiewicza, które ofiarowały swe imiona bohaterkom matczynej powieści?

Najstarsza – Anielka wyszła za mąż za utalentowanego poetę Jana Komierowskiego, urodziła trzech synów i być może urodziny najmłodszego w roku 1883 przypłaciła życiem. Żyła zaledwie lat 35. Jej mogiła nie jest znana.

Zofia urodzona w Woli Okrzejskiej 21 marca roku 1853 miała życie bardzo dramatyczne. Jej małżeństwo było splotem biedy, troski i lęku o przyszłość. Wyszła za mąż za kuzyna, który pisał się odmienną wersją nazwiska – Lucjan Sieńkiewicz. Był to rozrzutnik, wiecznie tonący w długach. Sławny brat Zofii, który żartobliwie nazywał się „familijną mennicą”, do końca życia wspomagał ojca i wszystkie siostry. To on sfinansował wydanie tomiku „Wierszy religijnych” Zofii, które ukazały się w Warszawie w roku 1903, a ich kopię zawdzięczam pani kustosz Michalinie Byrze. Są to: modlitwy „Na cześć Świętego Józefa” („Schyleni klęcząc przed Twym ołtarzem/ Z pokorą Ciebie błagamy/ Tyś jest miłości Bożej obrazem/ Spraw niechaj Boga kochamy”), „Pieśń o Świętym Tadeuszu Judzie” („Ratuj! Prowadź do Boga, a ratuj w przygodzie/ Bądź obroną w nieszczęściu”), „Na cześć Najświętszego Sakramentu” („Oto Syn Maryi z ucha poczęty/ Chce mieszkać i zostać z nami”), „Na cześć Najświętszej Matki Boskiej Niepokalanej” („Posłuchaj dźwięków dzwonu Kościoła/ Co na mszę ludzi przyzywa z rana/ A serce zgadnie, że dzwon ten woła: Zawitaj Niepokalana!”), „Na cześć Narodzenia Najświętszej Matki Boskiej” („Więc chodźmy do Niej, chodźmy z miłością/ Do Tej, dla której Niebo nam sprzyja/ Wielbiąc Jej Imię, prośmy z ufnością, Bądź Matką naszą, Zdrowaś Maryja”).

Ostatnim wierszem Zosi jest „Pieśń do Świętej Anny” kończąca się wzruszającą prośbą: U nóg Chrystusowych daj spocząć mej głowie,

Daj mej duszy pogardę wszystkich czarów świata

Niech w każdym moim czynie i w myśli, i w słowie

Duch do przybytków Bożych z tej ziemi ulata… Duch Zofii z Sienkiewiczów Sieńkiewiczowej uleciał z tej ziemi 12 lipca roku 1903 – i nie wiemy, czy zobaczyła tomik swych wierszy wydrukowany. Jej mogiłę odnalazł profesor Zbigniew Miszczak na cmentarzu Kule w Częstochowie dopiero w roku 2009. W nekrologach odnalezionych na łamach prasy przez panią Michalinę Byrę czytamy: „Zofia z Sienkiewiczów Sieńkiewiczowa, siostra znakomitego powieściopisarza zmarła w Częstochowie osierocając męża Lucyana i pięcioro dzieci. Wychowaną była w szlacheckim domu polskim, łączyła w swej osobie ujmujący wdzięk, prostotę i dobroć serca z wykwintną kulturą umysłu, to też pozostawia po sobie żal szczery”. Zapalcie jej światełko pamięci!

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/167293, ... rycie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 22 lis 2017, 10:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/zyd-z-urodzenia-po ... omunistow/

Żyd z urodzenia, Polak z wyboru – nigdy nie pogodził się ze zdradą ukochanej ojczyzny. Zapomniany poeta, który smagał piórem i nazistów, i komunistów
Opublikowane 2017/02/11 w Historia kulturalna/Pisarze przemilczani

Obrazek

Marian Hemar – Żyd z urodzenia, Polak z wyboru i z potrzeby serca – nie przestaje nas poruszać swą niezgodą na kłamstwo i pasją w demaskowaniu międzynarodowej zmowy, której Polska stała się ofiarą w roku 1944. Niezgody na sowieckie onuce, którymi nas owinęli niegodni sojusznicy. Pasją godną narodowego barda, opłakującego klęskę Narodu i państwa.

Przypomina w tej pasji i niezgodzie na fałsz lament księdza biskupa Jana Pawła Woronicza nad zdradzoną i rozdrapaną Rzecząpospolitą, zawarty w jego nieśmiertelnym „Hymnie do Boga” i w „Świątyni Sybilli”, w której przeklinał zdrajców targowickich:

„Niech ta krew na was padnie i na wasze dzieci, i piętnem matkobójczym na czole wyświeci, a przekleństwo zgubionych milionów ludzi i tych, których potomność w ich wnukach obudzi”.

Prześmiewca

Tylko że Hemar zrezygnował w swym opłakiwaniu Polski zdradzonej z wysokich tonów i dramatycznego decorum, które występuje u poety kapłana z przełomu XVIII i XIX wieku.

Smagał politycznych obłudników satyrą z ostrym, brutalnym często słowem, bo rozumiał, że grób Polski roku 1944 strzeżony jest przez niewyobrażalne kłamstwa o „socjalizmie”, „demokracji”, „wyzwoleniu społecznym”! Ton dramatyczny nie nadawał się do demaskowania tej obłudy. Łatwo go było ośmieszyć prosowieckim „satyrykom”. Trzeba było bić na odlew. I bił.

Kiedy Antoni Słonimski wrócił z emigracji do Polski i namawiał do tego innych, szydząc z ich niezłomności, Hemar wypalił:

Popatrzcie na ten rzymski profil: były frankofil i anglofil, i były sanacyjny cwaniak, pan-europejczyk i pen-klubczyk, przechrzta co tydzień, na wyścigi, co z wszystkich sobie wziął religii jedną religię: oportunizm – dziś się obrzezał na komunizm!”…

Każdy inny autor za takie słowa zostałby „polskim antysemitą”. Ale Hemara trudno było zaliczyć do „antysemitów”, do tego polskich, z natury rzeczy. W wierszu „Trzy powody” wyznał swą miłość do Polski – niby żartobliwie, a jednak w sposób głęboko wzruszający i prawdziwy:

Niezależnie od tego, z jakiego pochodzę miasta, ja w ogóle nie jestem Polakiem od Króla Piasta, z krwi lechickiej, z przypadku, nie z metrykalnych przyczyn. Moja ambicja, że jestem Polakiem ochotniczym…

Ze Lwowa

Obrazek

Urodził się 6 kwietnia 1901 r. we Lwowie, w rodzinie żydowskiej, jako Jan Marian Hescheles. Jako nastolatek brał udział w walkach o polski Lwów. We krwi polskich koleżanek i kolegów – rówieśników, którzy w dramatycznych latach 1918-1920 umierali jako polskie Orlęta na ulicach miasta zawsze Polsce wiernego, rodziła się jego głęboka więź z Polską i świadomość, że jest Żydem, ale polskim Żydem, a to wiele znaczy.

Studiował na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza medycynę i filozofię, ale szybko się zorientował, że to nie jego przeznaczenie. Objawił się jego talent literacki, lekkość pióra poparta inteligencją i niezwykłym poczuciem humoru, co go predestynowało do twórczości satyrycznej, z pogranicza publicystyki politycznej i lekkiej kabaretowej muzy.

Obrazek


Qui Pro Quo

Po przeprowadzce do Warszawy związał się ze znanymi w stolicy kabaretami literackimi Qui Pro Quo, Banda, Cyrulik Warszawski. Pisał szopki polityczne, skecze sceniczne i piosenki, do których sam komponował muzykę. Trafił do radia jako autor popularnych słuchowisk i do teatru jako autor sztuk scenicznych, a nawet krótko jako dyrektor Teatru Nowa Komedia. Współpracował z „Wiadomościami Literackimi”.

Żyjąc z lekkiej muzy, nie przypuszczał pewnie, że jego prawdziwym przeznaczeniem będzie twórczość polityczna. Nie dlatego, że on sam tak chciał. Tak chciał świat. Hemar doskonale orientował się w sytuacji międzynarodowej, czuł niepokój o Polskę. Coraz częściej w jego twórczości pojawiały się tony refleksyjne, odżywała tradycja Jana z Czarnolasu – tak jak w wierszu „Odpowiedź” z roku 1938:

Nikt z nas z Ojczyzną umów nie zawierał. Z nikim Ją pacta nie wiążą conventa. Jak mu żyć przyjdzie, jak będzie umierał, że go dostrzeże w tłumie, że spamięta (…). Nie przyrzekała oszczędzać goryczy ani że słodkim będzie karmić chlebem, ani że łzy czy zasługi policzy i krzyk dosłyszy pod wysokim niebem (…). Kto raz ochrzczony niewidzialnym znakiem, błogosławiony potem, czy przeklęty, będzie Polakiem (…). Choćby nie wiedział. Będzie już, tak samo, jak bez zasługi każde dziecko, które w pierwszym swym słowie powiedziało ’mamo’ i pomyślało ’niebo’ patrząc w górę. I dziś wie: ’ziemia’ – ’chleb’ – ’woda’ i ’drzewa’ i polskie słowa w polskiej piosnce śpiewa…

Słowo „ochrzczony” pojawia się tu nieprzypadkowo. W roku 1935 Marian Hemar przyjął sakrament chrztu św. w Kościele katolickim.

Orzeł czy Rzeszka

Krótko przed wybuchem wojny Hemar wywołał polityczny skandal i interwencję ambasadora Niemiec w Warszawie, któremu nie spodobała się Hemarowa piosenka „Ten wąsik”, śpiewana w rewii „Orzeł czy Rzeszka” przez Ludwika Sempolińskiego. Lwowski bard zaczynał swą prywatną wojnę z Hitlerem, zanim zaczęła się ta wielka, światowa.

Po przegranej wojnie obronnej razem z tysiącami polskich oficerów i żołnierzy ruszył na Zachód szlakiem przez Rumunię i Francję. Był żołnierzem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich – w Palestynie i w Egipcie (m.in. pod Tobrukiem). Wojsko potrzebowało takich jak on artystów do budowania morale, pobudzania ducha narodowego. Hemar prowadził aktywną pracę kulturalno-oświatową.

W 1942 r. przeniesiony do Londynu, zwalczał kłamstwa niemieckiej propagandy wojennej. Niestety, także brytyjskiej – w odniesieniu do spraw polskich. To wyostrzyło jego tragiczną świadomość osamotnienia Polski wśród aliantów i oczywistej zdrady przez nich sprawy polskiej. Ta kwestia – obok obłudy Sowietów i ich kolaborantów w Polsce – stanie się dojmującym motywem jego powojennej satyry politycznej, którą prezentował w teatrzyku polskim, w klubie naszych politycznych emigrantów, w Radiu Wolna Europa, gdzie miał cotygodniowy swoisty „Teatr Hemara”. Z tego czasu pochodzi jego głęboko wzruszająca swą prostotą deklaracja ideowa:

Moja gorąca miłość nie może się pogodzić z inną Polską, tylko najlepszą, najszlachetniejszą, najuczciwszą w świecie. Uczyli mnie tej miłości Słowacki, Żeromski i Piłsudski.

Piłsudskiemu poświęcono wiele wierszy. Ten napisany przez Hemara w roku 1943 („Na 19 marca”) jest bodaj najpiękniejszy:

Cytuj:
Nie pozostawił tutaj żadnego dziedzica. Wielka to nasza wina, nie do przebaczenia. Imię jego tak przeszło jako błyskawica w chmurach, wysoko. W pobok polskiego sumienia (…). Została w nas ta siła fatalna, co w końcu wciąż nas aniołów strąca z wysokiego nieba, i strąconych przerabia na zjadaczy chleba – wciąż tęskniących do słońca…


Satyrycznie i patetycznie

W roku 1947 wydał Hemar w Londynie swoje „Satyry patetyczne”. Tytuł trafiał w sedno sprawy. Lwowski prześmiewca pozostawał satyrykiem, ale dotykał polskich ran. Jego „Rozmowa z żołnierzem” przypomina słynną „Przypowieść” Jana Lechonia, który pytał po wojnie polskiego żołnierza z Kresów, czy warto było przelewać krew za świat bez wolnej Polski, za Polskę bez Kresów. Hemarowy żołnierz na pytanie „Po coście się bili?” odpowiada: „Żeby świat się nauczył, żeby o tym wiedział, by sobie wspomniał kiedyś – może za lat tysiąc – że umiałem dotrzymać, com umiał zaprzysiąc”…

Jaki był Hemarowy morał z wojennej historii Polski, jej „kamień filozoficzny” (z wiersza pod takim tytułem)?

„Ażeby naszym kosztem żadnego kompromisu nie robiono na świecie bez naszego podpisu (…). By nam per procura nie wystawiano czeków, które nam przyjdzie płacić buntem i nędzą wieków”. To nie tylko życzenie na rok 1947…

Boleśnie odczuwał Hemar brytyjskie nalegania, by polscy emigranci polityczni wracali do kraju, wszak wojna się skończyła. „Stalin nie taki straszny, jak piszą faszyści. Znajdźcie sposób współżycia. Przeszłość się wyczyści”. W swoim „Liberum veto” demaskował ten kłamliwy i faryzejski ton: „Myśmy się nie zmienili na świecie. My jedni. Z tym, z czym weszliśmy pierwsi – wychodzimy z wojny”.

Kompromitacja Brzechwy

Interesował się wszystkim, co się działo w kraju. Komentował satyrycznie wszystkie ważniejsze wydarzenia. Odsłaniał śmieszność i pompatyczność sowieckich aparatczyków, którzy pod sowiecką kuratelą budowali „nową rzeczywistość”, ale i tragedię tysięcy rodaków, którzy nie potrafili lub nie chcieli się przystosować do sowieckiej codzienności życia w kraju, upokarzania polskich patriotów, niezliczonych na nich zbrodni sądowych.

Jan bez Ziemi

Kiedy w roku 1965 stanął w Gdańsku lwowski pomnik Jana III Sobieskiego, ukrywany przez lata w Wilanowie, Hemar się rozmarzył:

„O, Królu Wysiedlony! O, Królu Janie bez Ziemi! Na emigracji tym gorszej, że pomiędzy swojemi! (…) Niech marmurowa buława, niechaj dłoń marmurowa z drugiego krańca Polski wskazuje w stronę Lwowa (…). Z jednego krańca Polski wróci na drugi kraniec: na swoje Wały Hetmańskie, na swój zamkowy szaniec. Kiedy we Lwowie postanie emigrant, co wrócił z podróży, złóżcie mu wtedy u stóp ten wiersz – co już dziś mu tak wróży”…

Emigrant nie wrócił nigdy z niechcianej podróży do ukochanego Lwowa… Marian Hemar umarł 11 lutego 1972 r. w Dorking pod Londynem. Wrócił do Polski symbolicznie, jest patronem ulic m.in. w Warszawie i w Gdańsku. „Żyd, co Polskę kochał”… To słowa Adama Mickiewicza o Jankielu. Ale Jankiel to postać literacka, Marian Hemar był wśród nas.

Ze względu na bogatą twórczość kabaretową, zwłaszcza tę z okresu międzywojennego, Marian Hemar pokazywany jest często jako uczestnik życia towarzyskiego tego czasu, półgrafoman, żartowniś, miłośnik kobiet.

Jednak prawdziwa wartość Hemarowej spuścizny to polityczna satyra, demaskowanie porządków jałtańskich, to moralna pasja i świadoma, „ochotnicza” obrona polskiego interesu narodowego. Za to godzien jest naszego szacunku. Dobry spektakl, oparty na tej twórczości, może otworzyć nam oczy także na polityczną obłudę naszych czasów, na troskliwe pielęgnowanie miazmatów komunizmu, zabójcze dla duszy Narodu.

Piotr Szubarczyk, artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” (11 stycznia 2014 r.)
http://naszdziennik.pl/wp/64929,marian- ... niczy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 10 sty 2018, 13:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
200. rocznica urodzin Juliusza Słowackiego

Słowacki był poetą na wskroś polskim

Z prof. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Minęła 200. rocznica urodzin Juliusza Słowackiego, jednego z naszych narodowych wieszczów. Co w jego twórczości jest stale aktualne?
- Poezja tej miary twórcy, jakim był Słowacki, stanowi trwały element naszej narodowej kultury, a więc naszego polskiego ducha, i stąd, jak długo istnieć będziemy jako Naród Polski, tak długo twórczość ta będzie dla nas aktualna. Mówiąc dokładniej: Polakami jesteśmy nie tylko poprzez korzenie rodzinne lub przynależność państwową, bo to zdecydowanie za mało, ale poprzez kulturę, na którą składa się poezja. Proces polszczenia przebiega za sprawą kontaktu z narodowymi arcydziełami, które w nas przenikając, formują naszą wrażliwość, nasz etos, nasze myślenie. W przypadku poezji zwrócić należy szczególną uwagę na język, bo on jest tym materiałem, w którym pracuje artysta, a język jest najdoskonalszym z ludzkich środków wyrazu i porozumiewania się. Stąd właśnie wielka poezja to nie tylko poruszanie wielkich spraw, ale również zaszczepianie wielkiego, czyli trafnego i pięknego, języka. A choć niektóre sprawy straciły na aktualności, zaś język brzmieć może czasem archaicznie, to jednak są one dla nas odniesieniem, poprzez które możemy rozpoznawać naszą aktualność obecną, jaka wkrótce też stanie się przeszłością. Jeśli naród jest rzeczywistością historyczną, to ciągle, na nowo musi odczytywać swoją przeszłość, a tę poznaje za pośrednictwem arcydzieł, by ją na nowo przeżywać. Słowacki był poetą na wskroś polskim, podejmował najważniejsze polskie tematy, rysował dla nas przyszłość, przewidział, że Polak zostanie Papieżem, bo nad Polską czuwa Boska łaska, która nie pozwoli nam zginąć.

"Na przestrzeni długich lat naszej niewoli narodowej nie było w Polsce wolnego człowieka, który by poczucia tej wolności nie zawdzięczał Jemu, który by krzepiącego napoju nie pił chciwie z otwartej i żywej zawsze krynicy jego poezji, wyniesionej na szczyty Piękna i nie znającej kompromisu tam, gdzie chodziło o Prawdę, dla Polski zbawienną" - pisał o Słowackim w 1927 roku Zdzisław Dębicki. Czy potwierdzi Pan te słowa?
- Słowacki był poetą, którego nie tylko poruszało piękno choćby polskiej przyrody, ale który również podejmował potężną pracę myśli w takich obszarach, jak cywilizacja czy narodowość. Pamiętajmy, że był to człowiek wykształcony, chodzi tu zarówno o atmosferę domową (jego ojciec, Euzebiusz, był profesorem literatury najpierw w Liceum Krzemienieckim, a potem na Uniwersytecie Wileńskim), jak i o wysoki poziom szkół, do których Juliusz uczęszczał - było to gimnazjum pozostające pod kuratelą wspomnianego uniwersytetu, jak i sam uniwersytet. A choć Słowacki studiował na Wydziale Nauk Moralnych i Politycznych, by w końcu uzyskać dyplom obojga praw, to słuchał również wykładów znakomitych profesorów, takich jak M. Bobrowski (egzegeza, łacina), literatura polska (L. Borowski), filozofia (A. Dowgird), malarstwo (J. Rustem), muzyka (J. Renner) etc. Doskonale znał łacinę, angielski i hiszpański. Bardzo dużo czytał. W ogóle, gdy przyglądamy się bliżej naszym wieszczom, takim jak Słowacki, Mickiewicz, Krasiński, Norwid, to widzimy, że ci ludzie bardzo dużo czytali, że studia to był dopiero początek edukacji, później trzeba było sobie na własną rękę organizować życie intelektualne poprzez lekturę i odpowiednie środowisko. Dziś większość naszych magistrów po studiach oddycha z ulgą, że nie musi już czytać, chyba że gazety. Ale tamto pokolenie (a właściwie pokolenia, bo nawyk czytania przez całe życie miała we krwi również nasza inteligencja międzywojenna) było autentyczną elitą, która całe życie musi zachować prężność intelektualną, a to wyrabia czytanie. Słowacki więc bardzo dużo czytał i myślał, szczególnie zaś interesowały go sprawy dotyczące religii i narodowości. Uważał, że narodowość jest najpełniejszą formą życia społecznego. I właśnie Narodowi Polskiemu przypisywał szczególną rolę w odkryciu wolności, za czym iść miała misja jej głoszenia. Chodziło tu o wolność duchową, wywodzącą się z religii, którą Polacy otrzymali od Boga, a dla której zagrożeniem jest pogański autokratyzm Francuzów i rosyjski carat ("II-gi list do ks. Adama Czartoryskiego"). Wolność ducha nie może spełniać się wbrew prawdzie, wbrew dobru i wbrew Bogu. Znajdujemy się tu na antypodach nie tylko systemów despotycznych, ale i współczesnego liberalizmu. A ponieważ Słowacki treści te przekazywał za pomocą urzekającego języka, to stawały się one polskim chlebem powszednim, tym, czego na pamięć uczy się młodzieniec, recytuje żołnierz, wspomina starzec. Słowacki pomógł nam wyartykułować oryginalnie polskie rozumienie wolności.

Juliusz Słowacki był twórcą tzw. filozofii genezyjskiej mówiącej o ewolucji świata od materii do czystego ducha. Na czym ona polega?
- Uważał, że wszystko zmierza ku coraz doskonalszej postaci bytu, a tym, co kształtuje poszczególne jestestwa, poczynając od materii nieorganicznej, poprzez materię organiczną i życie zwierzęce, jest duch. Praca ducha od początku zmierza do utworzenia najdoskonalszego ze stworzeń na ziemi, jakim jest człowiek: "W każdym kształcie jest wspomnienie niby przeszłej i rewelacya następnej formy, a we wszystkich razem kształtach jest rewelatorstwo ludzkości, śnicie niby form o człowieku. Człowiek był przez długi czas finalnym celem ducha tworzącego na ziemi" ("Genezis z Ducha", Dzieła, t. XIX, s. 18). Wszystko stworzone jest "przez Ducha i dla Ducha". Oczywiście z punktu widzenia filozoficznego widać tu wątki zmodyfikowanej metempsychozy, czyli poglądu o wędrówce dusz, co głosili pitagorejczycy i Platon, a co nie przystaje do katolicyzmu, bo każdą duszę odrębnie stwarza Bóg. Niemniej jednak pamiętajmy, że były to czasy panowania heglizmu, że sam Słowacki pozostawał pod silnym wpływem gnostyka - Andrzeja Towiańskiego, że Kościół katolicki przeżywał wówczas kryzys, więc był to głos, który autentycznie szukając odpowiedzi na najważniejsze ludzkie pytania, mieścił się w ramach panujących wówczas konwencji rozprawiania na te tematy. Z naszych trzech wieszczów największą przytomność umysłu i katolicką ortodoksyjność zachował głównie Zygmunt Krasiński.

Czy zgodzi się Pan z opinią, że Słowacki obok Cypriana Kamila Norwida należy do jednych z największych mistyków poezji polskiej?
- Poezja dlatego jest bliska mistyce, oczywiście wielka poezja, że jedna i druga szuka sposobu na wypowiedzenie tego, co wprost wypowiedzialne nie jest. Chodzi tu o poznanie Boga, mówienie o Bogu lub pisanie o Bogu. Szukając tego, co ostateczne, stajemy wobec Tajemnicy, która wzbudza największe zainteresowanie, zapał, miłość, ale która nie daje się wypowiedzieć ani dotknąć. Słowo "mistyka" wywodzi się z greckiego "myo", to znaczy milczę. Dlaczego milczę? Bo tego nie da się wypowiedzieć, chociaż to jest. Można jednak mówić nie wprost, za pomocą metafory. Przecież Pismo Święte wypełnione jest głównie metaforami. A metafora to żywioł poezji, i stąd właśnie poezja, która otwiera się na Transcendencję, czyli na Boga, zbliża się do mistyki, czyli pomaga za pomocą słowa otworzyć się na to, co bezsłowne. I Norwid, i Słowacki to byli ludzie głęboko religijni, więc mając tak wielki dar pióra, ośmielali się wkraczać na tereny, które w dojrzałym okresie życia stają się najważniejsze.

Jakie cele i ideały łączą jego utwory z utworami Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida?
- Bez wahania można powiedzieć, że wieszczom naszym przyświecały te same cele i te same ideały. Oni byli ulepieni z tej samej gliny, wyrastali w tej samej kulturze, rozumieli społeczne znaczenie swoich talentów, głównie w wymiarze narodowym i religijnym. Każdy z nich był Polską i dla każdego z nich rozbiory to był ból nad bóle. Wszystko, co robili, miało ostatecznie przełożyć się nie tylko na wolność, ale wręcz na nasze zmartwychwstanie. Stąd właśnie ich patriotyzm tak mocno zabarwiony jest religijnością. Ze szczególnym pietyzmem odnosili się do polskiego słowa. Bo przecież po Kochanowskim dopiero nasi trzej wieszczowie nadali polskiemu językowi tak wielką moc mówienia i pisania, jakiej nasz język w takiej pełni nie znał. Byli to ludzie nie tylko natchnieni, ale głęboko wykształceni, prawdziwi humaniści, zdolni do podjęcia dyskusji czy wręcz polemiki z każdym, kto miał coś do powiedzenia i zdolny był do rozumienia, bez różnicy, czy to będzie Francuz, Niemiec czy Włoch, poeta, polityk czy profesor. Nasi wieszczowie należeli do czołówki elity europejskiej.

Dlaczego wciąż tak ważne jest, by młodzież poznawała gruntownie takie utwory Słowackiego, jak chociażby "Kordian", "Ksiądz Marek", "Balladyna" czy "Beniowski"?
- Gruntownie poznać wymienione tu utwory to najpierw mieć szansę zobaczenia i usłyszenia ich na scenie w teatrze klasycznym, czyli takim teatrze, w którym wszystko jest podporządkowane temu, aby wypowiadane słowo mogło w pełni zabrzmieć, wybrzmieć, zapaść w sercu i umyśle i pozostać z człowiekiem na całe życie. To jest pierwsze i podstawowe poznanie utworu jako dzieła żywego. Natomiast analiza teoretyczna jest czymś wtórnym, czymś, co w żadnym wypadku nie może zniszczyć wrażenia, jakie wynosimy z teatru. Dlatego analiza taka musi być przeprowadzona umiejętnie i z wyczuciem, tak aby wrażenie pogłębić o rozumienie i by za kolejną obecnością w teatrze jeszcze mocniej dzieło chłonąć. Te dzieła (z wyjątkiem Beniowskiego) były pisane dla teatru, tak jak nuty utworu Chopina służą nie do analizy, ale do słuchania koncertu w filharmonii. Dziś nie ma teatru klasycznego, a językoznawcy i teatrolodzy katują utwory naszych wieszczów, wypróbowują na nich swoje pomysły, strach iść do teatru, a młodzież dostaje drgawek na myśl o analizie utworu, zwłaszcza że nie miała okazji zasmakować jego piękna. Ale to jest celowe, to zniszczenie teatru i odwracanie uwagi od piękna i głębi polskiego słowa. To jest celowe. Dlaczego? Dlatego żeby w młodzieży nie obudziła się polska dusza, by nie miała okazji usłyszeć, jak nasza mowa może brzmieć, by na koniec dusza ta skurczyła się do wymiarów żołądka, który reaguje wyłącznie na niedosyt lub przesyt fizjologicznych doznań. I nic więcej. A przecież człowiek to coś więcej. Mówi o tym poezja Słowackiego.

Wczoraj odbyła się polska i światowa premiera filmowej "Balladyny" w reżyserii Dariusza Zawiślaka. Film, który miał uczcić 200. rocznicę urodzin narodowego wieszcza, w rzeczywistości uderza w niego, przedstawiając jego dzieło w prymitywnej karykaturze. Jak odbiera Pan takie działania?
- Nie jest zastanawiający sam film, jaki by nie był, bo to gatunek sztuki, który zupełnie już podupadł w sensie kulturowym, zastanawiające jest pytanie, po co twórcy filmu w ogóle powołują się na "Balladynę" i Słowackiego. Po co im to? Przecież "Balladyna", poza imionami własnymi, jest tu nierozpoznawalna, a na świecie Słowacki, poza bardzo, ale to bardzo małym gronem, jest po prostu nieznany. Po co więc taka zabawa w film, który nie jest prawdziwą "Balladyną" i którego autorem nie jest Słowacki? Odpowiedź jest jedna: jest to potężny kompleks małych ludzi, którzy na swych zbyt krótkich nóżkach chcą podskoczyć i usiąść na ramionach naszego wieszcza. Próbowali to robić za komuny, próbują i teraz. Skaczą i skaczą, i tylko się spocili, bo nie dorastają mu nawet do pięt. A co jest barierą? To, że kompletnie nie czują polskiej kultury i nie mają pojęcia o polskiej mowie. Przebierają się, udają, przedrzeźniają, pajacują - to wszystko, na co ich stać. Bo to są pajace, a ich miejsce jest w cyrku. Dziś film stał się cyrkiem, ale po co tam chodzić i to oglądać? Tym bardziej więc mamy palącą potrzebę reaktywowania polskiego teatru klasycznego, w którym wieszcz przemawiać będzie własnym głosem. I można być pewnym, że ktokolwiek tam trafi, będzie oczarowany.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Nasz Dziennik, sobota-niedziela, 5-6 września 2009, Nr 208 (3527)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=kl11.txt

http://www.rodzinapolska.pl/dok.php?art ... /989_1.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /