Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 132 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 22 lip 2014, 06:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Gdy cię syn zapyta w przyszłości…

Ks. bp Stanisław Stefanek TChr

Szczegółowy opis uwolnienia Izraela z niewoli egipskiej zawiera szereg poleceń organizacyjnych skierowanych do Mojżesza. Autor Księgi Wyjścia kończy cały przekaz takim pouczeniem: „Gdy cię syn zapyta w przyszłości: co oznacza ten zwyczaj? – odpowiesz mu: „Jahwe ręką mocną wywiódł nas z Egiptu, z domu niewoli” (Wj 13,14).

Informacje o wydarzeniach w dziejach narodu, opisy postaci, które tę historię tworzyły, stają się podstawą programów wychowawczych, a szkołą, która te programy realizuje, jest rodzina.

Syn ma prawo wiedzieć, jak postępować, ojciec ma obowiązek na jego pytania odpowiedzieć, a fakty i osoby z historii stają się modelem, ideałem w pedagogice. Ta prezentacja jest tak ważna, że przed opisowym ustaleniem zasad postępowania, przed definicją, która mogłaby posłużyć w rozważaniach z zakresu filozofii moralności albo religii czy wręcz teologii, przed tymi wszystkimi przemyśleniami i wyjaśnieniami na poziomie ogólnym pojawiają się konkretne przykłady, konkretni ludzie. Imiona przodków są ważne do tego stopnia, że także Bóg, przekazując Mojżeszowi pierwsze informacje o sobie, ogranicza się tylko do stwierdzenia, że Bóg ma Imię JESTEM, i to JESTEM tak, że ty możesz mnie poznać. W szczegółowych informacjach o przymiotach Bożych Mojżesz nie otrzymał używanego w katechizmie pouczenia. „Gdy cię ktoś zapyta, powiesz: JESTEM posłał mnie do was”. Jako jedyny dodatek do tej pierwszej informacji dołączył Bóg oświadczenie, iż jest „On Bogiem Ojców: Abrahama, Izaaka, Jakuba” (por. Wj 3,14-15). Tak ważna jest rola osób i wydarzeń we wszelkim kształceniu i formowaniu człowieka.

Zastanawiamy się w naszych czasach, w Polsce i na świecie, o czym powiedziałby ojciec swojemu synowi, gdyby go zapytał: co znaczy ten sposób postępowania? Co znaczą te fakty i osoby, które stanęły na czele naszych społeczności, tak w zakresie nauki, jak i administracji?

Wydarzenia, które nazwano aferami, decyzje, które podjęto wobec prof. Bogdana Chazana, prowokacyjny atak terrorystyczny na pasażerów samolotu każą się głęboko zastanowić nad celem, do którego zdążają ci, którzy prowokują takie fakty? Czego nas chcą nauczyć? Pokazują nam, że prawo nie troszczy się ani o powiązanie ze sprawiedliwością, tym bardziej z prawdą; jest narzędziem przemocy, tak jak każde inne narzędzie. Możemy odnosić wrażenie, iż ręka, która posługuje się tym narzędziem, sięga ku nam z bardzo daleka, po drodze wykorzystując rozmaite metody tej przemocy. Prawo jest nie tylko niesprawiedliwe i oparte na fałszywych faktach, ale tę niesprawiedliwość cynicznie traktuje jako istotę swojej skuteczności, ukazując rozmaite mechanizmy zdobywania narzędzia, jakim jest stanowienie prawa i władzy, która wykonawczo posługuje się tym narzędziem. Stąd też decyzje tak podejmowane niszczą wszystkie autorytety, zmieniają się z dnia na dzień ci, którzy noszą tytuły profesorskie i ukrywając istotne przesłanki, fałszując w relacji właściwy przebieg wydarzeń, niszczą uczciwą naukę i bardzo ofiarne, oparte o wrażliwe sumienie usłużenie dobru wspólnemu, życiu, poszczególnemu człowiekowi. Przedstawiciele władzy, spiesząc się w niespotykanym tempie, podejmują decyzje, które gołym okiem można widzieć jako wykonanie zlecenia. Kimże są ci, o których myślimy, że troszczą się o porządek? Kto oficjalnym przedstawicielom władzy daje te zlecenia i jakie są cele takiego traktowania nas jako społeczeństwa?

Niezwykle bolesny jest fakt, że osoby podejmujące te decyzje nierzadko powołują się na żywe uczestnictwo w życiu religijnym, na poszanowanie Kościoła jako nauczyciela. Cynizm w stosunku do człowieka staje się jeszcze bardziej niszczącym zjawiskiem, gdy zamienia się w hipokryzję w stosunku do Pana Boga.

Co powie dzisiaj ojciec swojemu synowi, gdy go zapyta: co oznacza taka obyczajowość? Kto czeka na młode pokolenie wychowane na cynizmie i hipokryzji? Ponieważ zjawisko to zatacza coraz szersze kręgi, decyzja wobec prof. Bogdana Chazana, która wywołała głosy sprzeciwu wszystkich środowisk, z Prezydium Konferencji Episkopatu włącznie, powinna być bardzo mocnym sygnałem, wręcz czerwonym światłem zapalonym przed naszymi oczami. Musimy być prawi i odważni, bo na tę prawość i odwagę powoływać się będziemy, budując przyszłość, gdy nasi synowie przyjdą i zapytają nas: kto spośród autorytetów publicznych ma być modelem mojego postępowania?

http://www.naszdziennik.pl/wp/86919,gdy ... losci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 22 sie 2014, 08:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Granica między prawdomównością a szczerością

Jadwiga Zamoyska

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Niektórzy sądzą, że uprzejmość dla osób, których się nie lubi, stanowi fałsz, hipokryzję. W istocie, jeżeli życzliwość okazuje im się z czysto ludzkich względów, jest ona fałszem; ale kto rzeczywiście pragnie przezwyciężyć własną niechęć do bliźniego, to nie ma to innego sposobu, jak okazywanie życzliwości, którą nabyć pragnie.

Obszerniejsze katechizmy tłumaczą także, że niektóre wyrażenia pospolicie przyjęte i mające pozór nieprawdy, kłamstwem jednak nie są, że ich używać można. I tak, osoba zajęta domem, dziećmi, interesami nie może o każdej chwili być na zawołanie gości. A w takim razie powiedzenie, że „się nie jest w domu”, przyjęte jest w tym znaczeniu, że się nie jest na usługi gości.

Tak samo wobec prośby o wsparcie lub pożyczkę wolno powiedzieć, że potrzebnej sumy się nie ma lub dać nie można, chociażby pieniądz był w kieszeni, skoro ten pieniądz ma inne przeznaczenie. Tak samo wobec pytania, na które się odpowiadać nie chce, wolno odpowiedzieć, zbywając, że się nie wie, choćby się wiedziało, skoro ten, co pyta, nie ma prawa pytać, a ten, który jest pytany, nie ma obowiązku udzielać informacji pytającemu
.

Fragment pochodzi z: „O wychowaniu”

--------------------------------------------------------------------------------

Granica między prawdomównością a szczerością nie jest łatwa do wytyczenia. A ma to przecież wielkie znaczenie praktyczne. Kłamać nie wolno, ale z uwagi na dobro nie wszystko wolno powiedzieć tym, którzy z różnych powodów dobru mogą zaszkodzić. Wyznać okupantowi prawdę o członkach tajnej organizacji patriotycznej to skazać ich na prześladowania, uwięzienie albo nawet na śmierć. Trzeba wówczas powiedzieć tylko taką prawdę, która nie zaszkodzi, albo milczeć.

http://www.naszdziennik.pl/wp/92817,gra ... oscia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 04 paź 2014, 07:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Wiara i życie

Ks. kard. Adam Stefan Sapieha

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Dziwimy się i słusznie ubolewamy, że u nas w kraju, gdzie jest jeszcze, dzięki Bogu, tyle wiary, gdzie te rzesze wiernych są tak ofiarne i nie znające prawie co to zmęczenie, gdy chodzi o uczestniczenie w nabożeństwie lub przyjęcie św. sakramentów, jest tyle nieufności do duchowieństwa, tak wpływ nasz jest ograniczony tylko na sferę dewocyjną. Lud, i to nie tylko wiejski, który na nasze zawołanie zbiera się krociami na uroczystości religijne, ten sam lud, z małymi wyjątkami tylko, tak mało ma zaufania do nas, nie uważa nas za swych pewnych doradców i kierowników. Owszem, najpoważniejsi kapłani uskarżają się, że między duchowieństwem a wiernymi coraz bardziej rozwiera się przepaść. Oni nas podejrzewają, widzą antagonizm między swym interesem a naszym. W chwilach uniesienia nabożnego mamy iluzję, że tak nie jest, i zdaje się nam, że panujemy nad ich sercami i oni pójdą ślepo za naszymi wskazówkami. Iluzja ta jednak szybko się rozwiewa, skoro tylko chciwość, tak u nas powszechna, wejdzie w grę lub jakakolwiek agitacja potrafi trafić do przekonania.

Fragment pochodzi z przemówienia „Dzisiejsze zadania episkopatu i biskupa”, 16-20.09.1928 r.

--------------------------------------------------------------------------------

Emocje potrafią przesłonić nie tylko rozum, ale i realne problemy. Szczególnie zaś emocje religijne bywają złudne, ale nie dlatego, że ludzie udają wiarę, lecz dlatego, że ta wiara nie musi przechodzić na inne dziedziny kultury, na inne sfery naszego życia osobistego i społecznego. Jedność wierzących, którzy wspólnie się modlą, nie musi być jednością rodzin, ani jednością narodu, bo to wymaga dodatkowej pracy, dodatkowej kultury, której nie wyczaruje sama wiara. Musimy więc brać się do pracy, by jedność i zgoda głęboko i na trwałe zagościły w naszych sercach.

http://www.naszdziennik.pl/wp/101399,wiara-i-zycie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 11 paź 2014, 09:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Pielgrzymujmy przez swoje życie w najlepszym z możliwych otoczeniu.

Musisz czy chcesz?

ks. Paweł Siedlanowski

Nader często sposób pojmowania chrześcijaństwa jest zachwiany rzekomym determinizmem. Traktuje się je jako narzucone przez historię i tradycję. Ma to swoje przełożenie na praktyki religijne, postawę życiową. „Muszę” iść dziś do kościoła! „Muszę” się wyspowiadać, bo zbliżają się święta. „Muszę” tworzyć pozory wierności zasadom! Często znienawidzonym znakiem owej „konieczności” jest presja otoczenia. Nic dziwnego, że wyimaginowane kajdany zrzuca się przy pierwszej lepszej okazji, pod byle pretekstem. To wtedy właśnie rodzi się zabójcza dla ludzkiego ducha obojętność.

Problem nawrócenia to przede wszystkim konieczność przeformatowania sposobu myślenia. Trwam przy Chrystusie, ponieważ tego chcę – nie dlatego, że muszę! Odkrywam Jego bliskość jako przywilej, a nie bezsensowny obowiązek. Lokuję w swoim sercu prawo moralne nie jako pęta, które wiążą moją wolność, ale jako coś, co pozwoli ją rozwinąć – bardziej być niż mieć! Przyjmuję zaproszenie, aby pójść za Jezusem, ponieważ wierzę, że jeśli mi coś zabiera, to po to, aby dać stokroć więcej! To jest właściwa kolej rzeczy. Przyjęcie innej wizji świata odwraca cały istniejący porządek. Duchowe dojrzewanie zatem to przejście od wielorako uwarunkowanego „muszę” do „chcę”, do zbudowania w sobie czegoś, co nazywa się powinnością. Jezus zaprasza na ucztę. „Musisz” czy „chcesz” tam się znaleźć?…

http://www.naszdziennik.pl/wp/102621,mu ... hcesz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 11 sty 2015, 16:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Rozmowa na antenie

Ewa Polak-Pałkiewicz

Polacy chcą rozmawiać. Jarosław Kaczyński zaproszony w czwartek, 8 stycznia do studia Radia Maryja i TV Trwam także chce rozmawiać. Antena jest otwarta… Jak wygląda ta rozmowa? Czy pan premier, jedyny niekwestionowany przywódca ideowy i polityczny kilku milionów Polaków może się wypowiedzieć w kwestiach najważniejszych? Czy trudno mu to uczynić, bowiem jest traktowany przez wielu słuchaczy jak „skrzynka skarg i zażaleń”?

Jest porozumienie. Rozmówcy mówią miłe rzeczy. W zasadzie, poza jednym wyjątkiem, nikt nie atakuje prezesa PiS, nikt nie jest niegrzeczny i agresywny. Wielu Polaków, którzy się do Radia Maryja dodzwonili nie szczędzi słów wdzięczności i pokrzepienia. Ale zarazem – w jakimś subtelniejszym znaczeniu tego słowa – nie ma pełnego porozumienia.

Obrazek

Bo oto wielu ludzi, którzy trafiają na antenę podchodzi do wysokiej klasy polityka jak do kumpla. Do znajomego. Pyta go o sprawy niby ważne, ale jakoś trywialne – tak jak to praktykowane jest w mediach różnego rodzaju od wielu lat. Trywialne nie same w sobie, ale przez kontekst sytuacyjny. Przywykliśmy do tego. Nie widzimy problemu. Słuchacze i widzowie – mimo najlepszej nieraz woli i szczerych, gorących uczuć, a także taktownej postawy ojca prowadzącego – nie mają oporów, by traktować tego, kto ich reprezentuje, w sposób roszczeniowy. Dziwnie małostkowy. Jest on dla nich tym, który ma „załatwiać sprawy”. „Powinien pan załatwić to i to, trzeba się zająć tym i tym…” To, rzecz jasna, maniera nie tylko mediów tzw. toruńskich, choć tu, wobec wieloletniego istnienia Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej przyzwolenie na tego typu zachowania budzić musi pytania. Pan premier jest cierpliwy. A więc mówi o węglu, o służbie zdrowia, o tanich mieszkaniach dla młodych Polaków, o dramacie i hańbie emigracji, o rozpanoszeniu lokalnych klik, o zaszczuwaniu przez nie ludzi o zacięciu społecznym i o polityce wschodniej… O wszystkim. Mówi jak gospodarz, który naprawdę zna się na tym, co się dzieje w kraju i co ludzi boli.

Wysłuchuje, nie przerywa, jest rzeczowy.

Wszystko niby w porządku. Ale czegoś brak. Brak jakiegoś wyczucia, z kim ta rozmowa jest prowadzona. Brak proporcji. Brak hierarchii. Brak w rezultacie również harmonii. Skąd to się bierze?

W czasie dyskusji pojawiło się kilka głosów słuchaczy z zagranicy, dla których punktem wyjścia nie było to, co pan premier zrobił dla strajkujących górników, ale polska racja stanu. Ludzie rozumiejący, czym jest racja stanu zachowują się w takich sytuacjach inaczej, jak ludzie wolni. Człowiek wolny, to ten, który zwracając się do osoby, która ma niekwestionowane zasługi dla Polski, nie rozmawia z nią jak równy z równym. To nie znaczy, że czuje się kimś gorszym. Po prostu jest świadom różnicy. Tylko tyle. Wie, że doraźne problemy powinny przy takich okazjach ustąpić miejsca tematom wagi zasadniczej. Słuchaczka z Norwegii mówiła mniej więcej tak:

Panie premierze, pan się nie musi uwiarygadniać. My panu ufamy. Pan nie musi przedstawiać rozwiązań we wszystkich szczegółowych kwestiach politycznych, czy gospodarczych. Wiemy, że pan jako osoba o umyśle zdolnym widzieć sprawy całościowo, syntetycznie, ma jasny ogląd sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Bo pan jest mężem stanu, reprezentuje pan polską rację stanu. To jest najważniejsze. To w zupełności wystarczy. Dlatego panu wierzymy.

[img]http://i1.wp.com/ewapolak-palkiewicz.pl/wp-content/uploads/2015/01/000000Portret-Bronisława-Ryxa.jpg?resize=430%2C754[/img]
Portret Bronisława Ryxa, powstańca styczniowego (fot. Walery Rzewuski)


Głos słuchaczki z Norwegii był odmienny od głosów z Polski, które zdawały się realizować – jedne z większą, inne z mniejszą wprawą – postulat jakiejś nowej, obcej nam kultury, innej mentalności. Kultury i mentalności, która przyszła z zewnątrz, z rzeczywistości nam, Polakom, zupełnie nie znanej.

Nie ma, tak naprawdę, podpowiadają one, wybitnych jednostek. Uwaga! wszyscy są warci jedni drugich, a nawet – podejrzani. Nie macie być z kogo dumni.

Szum bezładnej informacji napływającej zewsząd przedostaje się do naszej świadomości i – nieprzefiltrowany – układa się w następujące pesymistyczne przesłanie: Są tylko sprytniejsi od innych gracze, także ci z opozycji. Wszyscy są tak samo słabi, bo Polacy to szczególnie beznadziejny przypadek. Taki jest leitmotiv tego sposobu myślenia, choć z reguły nie wyrażany wprost. Taki jest pogląd na świat. To rodzaj podskórnej, ukrytej sprężyny, która ciągłe wydaje zgrzytliwy jęk, jakby ktoś nam stale szeptał do ucha: Nie ma prawdziwych przywódców. Są partyjni działacze. Polityka to brud. Politycy was, Polaków oszukują. To w gruncie rzeczy cynicy. Dlatego wy, którzy ich opiniujecie, musicie im patrzyć na ręce. Musicie ich besztać, przywoływać do porządku, strofować na każdym kroku… A jeśli nie, to przynajmniej rozliczać z błędów, co tydzień. A nawet dogryźć im, upokorzyć, bo na to zasługują. Jeżeli już macie wyrazić wobec nich jakąś sympatię, to poklepcie ich protekcjonalnie po ramieniu. Powiedzcie, że dobrze wyglądają… To obraz myślenia, które szerzy się dziś, siłą rzeczy, także za pośrednictwem skądinąd czcigodnych mediów, bowiem nie znajduje tu skutecznej przeciwwagi. Prawdziwej, mocnej, na wysokim poziomie merytorycznym odpowiedzi – zapewne bez jakiejkolwiek złej woli założycieli.

Przywleczona skądś podła maniera odznacza się szczególną bezceremonialnością w odniesieniu do polskich przywódców historycznych. Wybrzmiała w największych mediach zainstalowanych w naszym kraju złowieszczym tonem zwłaszcza na wiosnę i w lecie ubiegłego roku, podczas wyreżyserowanej z wielkim rozmachem i pietyzmem dyskusji o okolicznościach podjęcia decyzji o wybuchu powstania warszawskiego. Tak jak w większości tego rodzaju „medialnych debat” nie chodziło tu wcale o wprowadzenie w obieg informacyjny jakichś szczególnych rewelacji historycznych. Jej głębszym celem było dokonanie wyłomu w świadomości Polaków, którzy z reguły o swoich historycznych przywódcach – wojskowych, powstańczych, politycznych – myślą z wielkim szacunkiem, jak o bohaterach, choć widzą w nich ułomnych ludzi i dostrzegają – nieuchronne – błędy. Ale ich nie przeceniają. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Chodziło w tej debacie o to, by zatruć nasze myślenie, podsunąć motyw – już nie zdrady nawet historycznych przywódców – ale ich „głupoty”. Bo przeszkadza tak naprawdę ten szacunek. Szacunek, który jest przejawem respektowania przez Polaków prawdziwej hierarchii.

Słowo „głupota” i wszelkie pokrewne mu określenia:„głupek”, „kretyn”, „idiota” – w odniesieniu do konkretnych historycznych postaci, polityków, wyższych urzędników państwowych, wojskowych, było najczęściej pojawiającym się słowem w tekstach publicystów, którzy dali sobie narzucić temat – w istocie, nie powstania, bo ono było pretekstem – ale rewizji historii najnowszej. Tak, by odczuwać wobec niej wstręt, wstyd, poczucie upokorzenia, a nie dumę. To się w dużej części udało.

Tuż po wojnie do tworzenia fałszywego, przeczernionego obrazu Akowców, powstańców warszawskich – dowódców i żołnierzy – przystąpili artyści, filmowcy, powieściopisarze, obficie nagradzani przez reżim Józefa Wissarionowicza. Sześćdziesiąt lat później przyszła kolejna fala w wykonaniu publicystów zajmujących się tematyką historyczną.

Dlaczego ta nowa maniera obchodzenia się z naszą przeszłością – ale i z ludźmi biorącymi odpowiedzialność za los społeczeństwa obecnie – jest tak dla nas niebezpieczna? Bo duchowo pustoszy każdego z nas. Podsuwa fałszywe kategorie ocen.

Obrazek
Artur Grottger, malarz – kronikarz powstania styczniowego


Przy pozorach „demokracji” (demokracja to w tym wypadku traktowanie wszystkich tak, jakby znajdowali się na tym samym poziomie) jest to w istocie zanegowanie naturalnego porządku. Naturalny porządek podkreśla zróżnicowanie i ma charakter hierarchiczny. Jeżeli nie traktuje się serio hierarchii w społeczeństwie, nabiera ono cech grupy zatomizowanej, jest podatne na samodestrukcję. Jest słabe. Łatwo wzniecić w nim antagonizmy, z byle powodu rozpalić do białości negatywne emocje. Zwrócić jednych przeciwko drugim. Przez nieustanne wzajemne oskarżenia i podejrzliwość zasiać anarchię i chaos. „Stawiać na równość to niszczyć życie społeczne”, przestrzegał prof. Adrien Loubier. „Grupa >równych< rozprawiaczy nie jest żadną społecznością, jest antyspołecznością. (…) uznawanie rzeczywistości powinno prowadzić do uznania nierówności: raz, że one istnieją naprawdę, po wtóre, że są one prawdziwym dobrodziejstwem”.

Tym co zapewnia społeczeństwu spoistość i siłę jest właśnie hierarchiczny ład. Jest ktoś na górze, i ten ktoś ma większe kompetencje i większą odpowiedzialność; jest przywódcą, ufa się mu oraz obdarza szacunkiem. Zwłaszcza, gdy ten ktoś wie, że nam nim jest Bóg, Sędzia Sprawiedliwy wszystkich jego uczynków. I jest ktoś poniżej. To są ci, którzy czerpią siły i wzorce patrząc na tego, kto jest na górze. Wspierają go, pomagają mu – dla dobra wszystkich.

Wykorzystać każdego człowieka jak rzecz, to istota kultury turańskiej i bizantyńskiej. Z niej również wynika także ten pełen pogardy i lekceważenia ton w stosunku do tego, kto jest prawdziwym przywódcą, jaki obserwujemy we wszystkich innych – nie mówię tu o „toruńskich” – mediach. Kultura ta rodzi nową, bardzo rozpowszechnioną dziś mentalność, odległą od tej, która była przez stulecia czymś dla Polaków typowym. Dzięki naszej wierze, dobremu wykształceniu, obyciu i kulturze rozumieliśmy znaczenie prawdziwej hierarchii.

Stąd dzisiejsza utajona i często nie wyrażana wprost, ale jednak rozpowszechniona roszczeniowość, w najlepszym razie protekcjonalne poklepywanie po ramieniu Jarosława Kaczyńskiego, przebijające nawet w mediach oficjalnie mu sprzyjających i życzliwych, jak Radio Maryja i TV Trwam.

„Niech pan nam załatwi to czy tamto…” „Niech pan się weźmie do roboty”. Wtedy pana poprzemy. Patrz pan, górnicy strajkują… Zobacz pan, ludzie są biedni… Emerytury… , szpitale, przychodnie… Pani z Norwegii powiedziała: Dość. My od pana oczekujemy wielkiej wizji. Wielkiej wizji Polski. Bo pan ją ma… Tego potrzebujemy.

Nie dlatego, że pani ta lekceważy te wszystkie problemy. Dlatego, że rozumie, czym jest polska racja stanu. I kim jest ten, który ją wyraża, mąż stanu.

[img]http://i0.wp.com/ewapolak-palkiewicz.pl/wp-content/uploads/2015/01/Antoni-Kozakiewicz-malarz-w-mundurze-powstanca-Kraków-18632wystawymalarz.jpg?resize=430%2C688[/img]
Antoni Kozakiewcz, malarz, powstaniec styczniowy


„Polityka wizerunkowa”, czyli podrzutek
Od jakiegoś czasu w „mediach toruńskich” pojawia się regularnie to dziwaczne określenie: „polityka wizerunkowa”, „wizerunek”. (To smutne, jak często ludzie Kościoła przyjmują dziś kryteria w istocie obce katolicyzmowi, upatrując w tym jakiś niesłychanie ważny warunek skutecznej polityki). Ktoś ze słuchaczy czwartkowego programu podniósł „kwestię wizerunku Prawa i Sprawiedliwości”. Był rozgoryczony, że jest ona traktowana w partii Jarosława Kaczyńskiego po macoszemu.

Prezes PiS nie odrzucił tematu. Zapytał tylko, czy to jest pierwszoplanowe zagadnienie. Nie przyjął płaszczyzny rozumowania, na której stwierdza się stanowczo (ja jako specjalista od wizerunku…), że jego partia „przegrywa wizerunkowo”. Bo to wymysł, bluff, który istotną różnicę między politykami, ich zasadami i programami sprowadza do pytania: „Który przystojniejszy?”, „Który lepiej wypadł?”

[img]http://i1.wp.com/ewapolak-palkiewicz.pl/wp-content/uploads/2015/01/00000000Józef-Śmiechowski.jpg?resize=430%2C710[/img]
Józef Śmiechowski – jeden z dowódców powstania styczniowego w powiecie rawskim


„Wizerunek” bliski jest kategorii „interesu”, które to określenie także coraz częściej straszy w katolickiej rozgłośni. Trąbienie o „interesach”, „wizerunku”, „grze wizerunkowej” momentalnie obala podejście do polityki oparte na rozumie. Na wysiłku zrozumienia, czym jest racja stanu – a bez posługiwania się tą kategorią nie może być mowy o uprawiania polityki. Wprowadzanie tych określeń infantylizuje słuchaczy, spłaszcza opinię społeczną, a działalność polkityczną prowadzoną w bardzo trudnych, wręcz skrajnych warunkach przez ludzi opozycji sprowadza do czegoś w rodzaju teatrzyku, który daje spektakle ku uciesze widzów. „Ten lepiej grał”, „tamten był atrakcyjniejszy”, „temu się nie udało, zjadła go trema”…

„Interes” – jakiejś grupy zawodowej, pokoleniowej etc. – myli rolę męża stanu z rolą człowieka, który ma pozałatwiać różne sprawy partykularnym grupom. „Lepszy polityk” to ten, który szybciej i skuteczniej coś załatwi. „Czy pan już był na Śląsku? Czy rozmawiał pan z górnikami? Czy pan widział gazoport?” Tak, Jarosław Kaczyński był… A gdyby nie był, nie rozmawiał, nie widział wszystkiego na własne oczy, nie dotknął osobiście, to byłby kiepskim politykiem? Czy nie mylimy wyobraźni politycznej i poczucia odpowiedzialności z aktywizmem?

Atmosfera wokół ludzi tej klasy co gość Radia Maryja, tworzona przez media i przyjmowana bezkrytycznie przez ich odbiorców prowadzi do wyeliminowania realistycznego spojrzenia na sytuację kraju i nas samych. Realistycznego a nie naturalistycznego. Atmosfera ta bywa męcząca dla obu stron. Wszystkich stawia w fałszywej sytuacji. Męża stanu zmusza do nieustannego „uwiarygadniania się”, także tłumaczenia się z „wpadek” (bo na przykład stawia się go wciąż pod pręgieżem pytań typu: „Dlaczego przegrał pan wybory?”). Publiczność – słuchaczy, wyborców – sytuuje nie w roli obywateli, czyli współodpowiedzialnych, ale klientów, wiecznie niezadowolonych, że „towar nie taki”, czy widzów premiery wściekłych, że „artysta się zbłaźnił”, a miał wszystkich rozśmieszyć do łez albo doprowadzić do rzeczywistego płaczu itd. Jednym słowem, zamiast współodpowiedzialnymi stajemy się biernym roszczeniowym tłumem. Ćwiczymy się w zadawaniu „niewygodnych”, często miałkich pytań. To klasyczny przykład trybalizmu, myślenia kategorią „interesu”.

Zapominamy o tym, co to duma. Duma, że jesteśmy Polakami. Zdrowa duma z tego, że jesteśmy ludźmi wierzącymi. I że Bóg dał nam dobro tak dziś rzadkie: kogoś, komu możemy zaufać.

Realistyczne spojrzenie niesie odpowiedź na pytania: Kim jestem? Do czego zostałem powołany? Kim jesteśmy jako naród? Kim jest ten, kogo – jeśli rozum mi to dyktuje – uważam za przywódcę? Jaki jest fundament naszego – mojego i tego, kogo uznaję za przywódcę – myślenia o przyszłości? W jakim miejscu historii się znajdujemy? Jak w wydarzeniach, które przeżywamy dostrzec ciągłość historyczną? Jak zobaczyć w nich prawdę katolicką, czyli zachować odpowiedni ton, proporcje, dokonać właściwej selekcji…

Obrazek
Płk. Apolinary Kurowski, powstaniec styczniowy


Bez tego brniemy w bezpłodne gadulstwo. Tracimy okazję, by rozmowa z ważnym politykiem była istotnym wydarzeniem intelektualnym, wznoszącym wszystkich jej uczestników na wysoki poziom refleksji, przynoszącym inspirację dla działania, dla szlifowania naszej własnej moralnej postawy jako Polaków. Budzącym nadzieję.

Gdy zadamy sobie na serio pytanie, kim jest ten, kogo postrzegam jako męża stanu, komu przypada w udziale zmierzyć się z zadaniem odzyskania suwerenności, wtedy dopiero będziemy chcieli postawić inne pytanie: jaki jest ten człowiek? W jaki sposób możemy mu pomóc?

Dostrzeżenie jakościowej różnicy między: „kim jest?” a „jaki jest?” może uchronić przed niebezpieczeństwem pychy. Może stanowić prawdziwą zachętę do działania.

Mediom katolickim potrzebny jest powrót do myślenia realistycznego. Do myślenia orzucającego idealizm, prymitywny pragmatyzm i trybalizm. Myślenia, które prezentuje dystans do nadmiernej demokracji, bo ona, przy pozorach otwartości, zamyka możliwość poważnej rozmowy, zaniża poziom każdej debaty. Wtedy audycje polityczne i spotkania z politykami nie będą przypominały wertowania „książki skarg i zażaleń”. Będą rzeczową rozmową o Polsce, Polakach i tym co najważniejsze, o polskiej racji stanu.

http://ewapolak-palkiewicz.pl/rozmowa-na-antenie/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 26 sty 2015, 07:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Stereotypy jak cholesterol

Izabela Brodacka

Kilka dni temu przed Rotundą w Warszawie pewna zażywna jejmość narodowości romskiej zaproponowała mi powierzenie jej na kilka minut portmonetki. Zapewniała, że pod jej spódnicą moje aktywa w cudowny sposób się pomnożą. Uciekłam ściskając pod pachą torebkę. Czy obraziłam Cygankę podejrzewając ją o nieuczciwość? Raczej to ja mogłam poczuć się urażona, że Cyganka na podstawie tak zwanych „znamion zewnętrznych” bierze mnie za starą wariatkę, którą łatwo okraść. Można powiedzieć, że mój stereotyp starł się zwycięsko z jej stereotypem.

Myślenie stereotypowe uważane jest zwykle za mankament intelektualny określonej osoby. Nic bardziej błędnego. Wszyscy myślimy stereotypami. Umysł ludzki łyka stereotyp jak niemowlę kaszkę na mleku. Łatwo, gładko i przyjemnie. Stereotyp rządzi nauką i nauczaniem. Paradygmat to też stereotyp. Pojęcie paradygmatu wprowadził znany epistemolog Thomas Kuhn. Zdaniem Kuhna uprawianie nauki instytucjonalnej ( normal science) polega wyłącznie na wyjaśnianiu obserwowanych zjawisk w ramach obowiązującego paradygmatu.
Rewolucja naukowa jest to zmiana paradygmatu. W okresie między kolejnymi rewolucjami naukowcy (uprawiający „normal science”) zajmują się usuwaniem anomalii, czyli sprzeczności obserwowanych zjawisk z paradygmatem. Do rewolucji doprowadza kryzys w nauce- zbyt wielka liczba anomalii nie daje się usunąć. (Zbyt wiele zjawisk nie daje się wyjaśnić w ramach obowiązującego paradygmatu). Większość osób uważających się i uważanych za naukowców nigdy nie będzie miała okazji zmierzyć się z emocjami i rozterkami rewolucji naukowej. Będą wypełniać białe plamy na naukowej mapie, produkować makulaturę zwaną publikacjami i troszczyć się o indeksy Hirscha. To właśnie zajmie im, ku ich satysfakcji czas i do tego sprowadzi się ich naukowe i publiczne życie. Ku satysfakcji, bo choć rewolucje się zdarzają i zmieniają obraz świata nikt przecież nie pragnie żyć w stadium rewolucji permanentnej.

Nauczanie też polega na ogół na kształtowaniu stereotypów. Czym są bowiem na przykład algorytmy postępowania przy badaniu funkcji? Obliczanie pochodnych, granic, asymptot. Czym jest nauczanie geometrii euklidesowej czyli własności figur? Przecież twierdzenia geometrii są zawarte implicite w jej systemie aksjomatów. Jednak trzeba je wydobyć, przybliżyć i skłonić ucznia do ich zapamiętania czyli odruchowego bezrefleksyjnego stosowania. Jeszcze lepiej to widać (niezależnie od poziomu zaawansowania) w przypadku reguł rachunkowych. Uczeń czy student nie ma odkrywać jak to mówią górale, „siekiery pod ławą”.
Uczeń ma stosować wzory skróconego mnożenia, posługiwać się tablicami, operować liczbami zespolonymi czy metodą simpleks. Większość operacji matematycznych uczniowie wykonują bezrefleksyjne, algorytmicznie, na zasadzie odruchu i tak ma być. Chodząc nie analizujemy przecież każdego ruchu mięśni. Zastanawianie się nad każdym krokiem oznacza poważny stan chorobowy.

Odruchowa, czyli stereotypowa odraza do węży czy szczurów ma swoje biologiczne wyjaśnienie i jest wbrew pozorom racjonalna. Wśród licznych gatunków węży istnieją węże bardzo jadowite i lepiej na własnej skórze nie sprawdzać który jest który. Szczury przenoszą choroby zakaźne i kontakt z nimi może być groźny. Wdrukowanie dziecku odrazy do węży i szczurów i pająków jest o wiele bardziej rozsądne niż modne obecnie angażowanie się w leczenie tych fobii .
To samo dotyczy uprzedzeń rasowych i społecznych. Czy jest roztropne kupowanie od przypadkowo spotkanego Cygana złota?. Czy przechodząc na widok Cyganki na drugą stronę ulicy krzywdzę ją podejrzeniem? Podobnie krzywdzę poczciwego zaskrońca uciekając przed nim, albo miłego szczurka domowego podejrzewając go, że roznosi dżumę.
Jednak w czasie wieloletniej koegzystencji Romowie zapracowali sobie na swoją stereotypową opinię. Nie ma więc sensu przeciwstawianie się takim stereotypom przez powierzanie Cygance portmonetki.
Wiele razy obserwowałam w Niemczech, że ekspedientka wędruje w sklepie za Polakami patrząc im na ręce. Nie jest to przyjemne ale nasza nacja na ten stereotyp też jakoś sobie zapracowała. Zamiast obrażać się lepiej cieszyć się, że wizerunek Polaków za granicą ostatnio zmienia się na lepsze.

Jestem w stanie się zgodzić, że każdy przechodzień powinien sprawdzić czy leżący na ziemi człowiek, nawet jeżeli jest pijany, nie potrzebuje pomocy. Nikt nie jest natomiast obowiązany sprawdzać na własnej skórze, który z kolei napotkany Cygan sprzedaje prawdziwe złoto, która prostytutka ma złote serce i który pozbawiony szyi osiłek naprawdę chce pomóc starszej pani w niesieniu torebki.

Wiele lat temu jadłam obiad w gospodzie „Gorcowe” w Ochotnicy Dolnej w towarzystwie znajomego, przesiąkniętego poprawnościowymi stereotypami. Zauważmy, że zwykle wciskają się one skutecznie w miejsce tradycyjnych. Jeden z grupy biesiadujących przy sąsiednim stoliku Cyganów usiłował postawić mi piwo. Stanowczo odmówiłam, szczególnie, że w wózeczku towarzyszyła nam moja, wówczas zaledwie roczna córeczka. Oburzony moją – jak to raczył nazwać - „dulszczyzną” znajomy przyjął poczęstunek. Tak jak zapowiedziałam wstałam i wyszłam zostawiając go na pastwę losu. Przed ciężkim pobiciem uratowały go pracujące w gospodzie dzielne góralki. Okazało się, że Cyganie zażądali w ramach rewanżu ufundowania piwa dla kilkunastu osób, na co znajomy nie miał ochoty i środków. Moja zasada: „nie bratać się, nie nawiązywać kontaktu” okazała się słuszna. Poprawnościowe stereotypy znajomego wywiodły go na manowce.

Od lat wobec społeczeństwa stosuje się „pedagogikę wstydu”. Nakazują nam wstydzić się różnych stereotypowych odruchów, które nie tylko ułatwiają lecz czasem wręcz ratują nam życie. Na ich miejsce konsekwentnie wprowadza się stereotypy politycznej poprawności. Jak widać dla inżynierów dusz stereotypy są jak cholesterol- istnieją dobre stereotypy i złe stereotypy.

Możemy się z tym zgodzić. Nasze stereotypy są dobre dla nas a te, które usiłują nam narzucić są dobre tylko dla nich.

Drukowany w numerze 4 (397) Gazety Warszawskiej

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 11 lut 2015, 07:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Przestrzeń Boga. O nowych grzechach i bożkach

Leon Knabit OSB, Agnieszka Nieć,

Właściwie od zawsze człowiek oddawał cześć bożkom, zasłaniającym prawdziwego Boga. Czy dzisiejszy świat przynosi nowych pseudobogów? Czym różnią się one od tych dawnych?

Pojęcie „bożek” kojarzy się najczęściej współczesnemu człowiekowi z rzeźbami i posągami czasów starożytnych. W tym potocznym rozumieniu, bożek, niczym martwy totem, stał się symbolem bezmyślnego przywiązania do martwego przedmiotu, którego czczenie jest jakby pozbawione sensu. Dlaczego zatem ludzie oddawali cześć wciąż nowym bóstwom? Imion wszystkich starożytnych bogów z powodu mnogości nawet nie sposób wymienić. Czy jest to tylko mitologia? Bo i ona wskazuje na jakiś sposób myślenia i odbierania rzeczywistości ludzi dawnych czasów. Mity przecież tłumaczyły pochodzenie człowieka, pokazywały zasady działania przyrody. Wszystko miało swojego boga. Pamiętamy, że bogowie starożytni mieli jednak cechy ludzkie.

Dlatego ludzi czasów starożytnych postrzegamy często dość naiwnie, jako oddających cześć martwym przedmiotom z wiarą, że złożenie daru przed bóstwem ustrzeże ich od osobistego nieszczęścia czy katastrofy. Wydaje się, że dziś nie jesteśmy w stanie zrozumieć już „duchowości” służenia antycznym bóstwom. Można byłoby jednak bliżej przyjrzeć się potrzebom, na które owe bóstwa, być może, odpowiadały. Bo jak oceniać lud izraelski, który już poznał jedynego Boga żywego i przyrzekł Mu bezwzględne posłuszeństwo? Ten lud idący na pustynię czekał przecież na Mojżesza czterdzieści dni, a gdy ten wciąż nie schodził z góry Syjon w swej niecierpliwości zaczął oddać cześć „złotemu cielcowi”. Czego brakowało Izraelitom w czasie oczekiwania na Mojżesza? Dlaczego wielbili fałszywe bóstwo, wiedząc, że Bóg jest Bogiem zazdrosnym, jak sam powiedział, -Bogiem, który nakazał: Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie! (Wj 20,3)?

Złoty cielec z Księgi Wyjścia jest dziś synonimem odstępstwa, idolatrii. Zatem dawne i obecne „tworzenie” nowych bożków jest symbolem odejścia, od Boga, o którym tak obszernie mówi teologia, a któremu tak często nie oddaje się dzisiaj czci. Czasem też stawiamy gdzieś obok Boga bożków pomniejszych, którzy przez naszą nieuwagę lub świadomy wybór stają się często bogami „podstawowymi”.

Bożek okazuje się więc jakimś substytutem., Dla ludzi niewierzących czymś „zamiast”, zaś dla znających Boga, jak dla Izraelitów, kimś, kto będzie od nas mniej wymagał. Mimo poznania Boga, mimo Jego pierwszego przykazania, ciągle tworzymy nowych „bogów”. Czy zatem człowiek - mniej czy bardziej świadomie - stając się wyznawcą kultu współczesnych bóstw, próbuje wypełnić wewnętrzną pustkę, wynikającą z braku lub kryzysu prawdziwej wiary?

Leon Knabit OSB:. W pierwszej kolejności jest to zagadnienie dotyczące istnienia wiary w Boga w człowieku. Problem polega na tym, że dzisiejszemu światu nie udaje się zupełnie usunąć Pana Boga z przestrzeni, w której żyją ludzie. Z codziennego doświadczenia wiemy, a przypominał o tym ze smutkiem także Jan Paweł II, że są ludzie, którzy żyją tak, jakby Boga nie było. Czasem są oni wojującymi ateistami, a czasem patrzą na sprawy wiary z przymrużeniem oka. Ciągle jednak liczą się z tą rzeczywistością, że są ludzie, którzy uznają Boga i w Niego wierzą. Ten kontekst u znacznej części z nich powoduje, że ich niewiara w Boga, czy wiara w to, że nie ma Boga, ma akcent polemiczny. Nie można być człowiekiem niewierzącym bez odniesienia do tego, że wokół nas, czy gdzieś dalej są osoby wierzące. Niewielu ludzi mówi też o swojej niewierze czy agnostycyzmie w sposób spokojny. Najczęściej czuje się, że ateista sam ma jakieś kłopoty, konflikty wewnętrzne, i wtedy do tego dorabia tezę: w takim razie nie ma Boga. Czasem też ateizm bywa ściśle powiązany z postawą społeczną, czy polityką. Pamiętamy dobrze ten okres, który zresztą w zmienionej formie trwa do dzisiaj.
A.N.: Okres komunizmu rzeczywiście wytworzył wielu „zastępczych” bożków, jakby w odpowiedzi na to, iż wiara, religia - a zwłaszcza Kościół Katolicki - były systemowo odrzucane. Czy jednak nie jest tak, że często ludzie niewierzący odczuwają brak Boga, jakiegokolwiek boga? Czy nie ma w nich pragnienia odniesienia do jakiejś wartości przekraczającej ich samych?
L K.: Tertulian - chyba on - powiedział,, że dusza ludzka jest w sposób naturalny chrześcijańska, czyli w naturalny sposób dąży do Boga, czy jakiegoś bóstwa. Czasem mądrze, czasem mniej mądrze, w zależności od różnych okoliczności. To dążenie jest często utrudnione przez wewnętrzne zranienia zadane przez członków Kościoła, zarówno duchownych, jak i świeckich. Dochodzimy więc trochę okrężną drogą do stwierdzenia, że człowiek nie może żyć sam, bez żadnego Boga. Ten sam człowiek, nawet mówiąc, że nie uznaje żadnego Boga, żadnej wyższej siły, przyznaje się jednocześnie do istnienia jakiejś prawdy, jakiejś sytuacji, jakiejś rzeczywistości, którą przyjmuje za swoją, w której się obraca. I ta rzeczywistość w pewnym sensie pełni funkcję Boga, choćby człowiek nie chciał tego uznać.
A.N.: Zatem każda przestrzeń, w której żyjemy, nawet zaprzeczając istnieniu Boga, w końcu może stać się naszym bożkiem. Dlaczego łatwiej jest nam zaangażować się właśnie w taką stworzoną przez siebie rzeczywistość niż w wiarę w prawdziwego Boga? Może obraz Boga jest w obliczu dokonań współczesnego świata zbyt anachroniczny? Może w dzisiejszym świecie, w którym tak szybko rozwija się nauka i przynosi coraz więcej odpowiedzi na pytania o początek życia i człowieka, wierzyć w Boga jest coraz trudniej?
L K.: Nawet biorąc pod uwagę osiągnięcia współczesnej nauki, musimy przyznać, że tak naprawdę bardzo niewiele wiemy. Nauka to dziedzina działalności człowieka, która właściwie może się rozwijać niemal w nieskończoność - jednak każde nowe odkrycie naukowe powoduje od razu cały wianuszek nowych niewiadomych. Podam taki przykład: dawniej było wielkim problemem, jak oderwać statek kosmiczny od ziemi. Po długich latach badań i wielu miliardach wydanych dolarów udało się. I teraz dopiero się zaczynają nowe problemy: jak funkcjonuje człowiek w stanie nieważkości? Jak zachowuje się jego zmysł równowagi, oczy, uszy, co dzieje się z odżywianiem, wydalaniem, rozmnażaniem - cała masa zagadnień, które powstają i wymagają rozwiązania, a jak się je rozwiąże, pojawią się kolejne. I tak dalej, i dalej.
I gdyby jeszcze wiedza opierała się tylko na tym, co już jest udowodnione... Ale bardzo często z różnych względów, ambicjonalnych, politycznych czy finansowych, hipotezy zaczyna się traktować jak tezy, z których często wysnuwa się kłamliwe wnioski. Sama zaś nauka sięga w obszary, które ciężko uznać za jej dziedzinę. Czy, np. problemy egzystencjalne człowieka muszą być koniecznie poddawane weryfikacji naukowej? Dzisiaj badając, np. fenomen miłości, próbuje się go rozszyfrować od strony procesów chemicznych, które zachodzą w człowieku w różnych fazach zakochania czy kochania. Potem mówi się, że „zadziałała chemia” i nie ma rady na stosunki przedmałżeńskie czy zdradę partnera. I w to potrafimy wierzyć.

A jednocześnie jak bardzo w życiu codziennym potrzebna jest wiara odnosząca się do spraw czysto ludzkich. W tak wiele rzeczy trzeba wierzyć! Nawet wsiadając do samolotu, muszę wierzyć, że pilot ma wszystkie kwalifikacje, a samolot został dokładnie sprawdzony. Po pół godzinie lotu okazuje się, że jednak sprawdzony dokładnie nie był i trzeba zawracać na lotnisko... Nawet wiara w takie zwyczajne, proste rzeczy, jak się okazuje, jednak czasem zawodzi... Jak tu więc wierzyć jeszcze i w Boga? Wydaje się to trudne, a jednocześnie z jaką łatwością wierzy się w to, że Boga nie ma.

A.N.: Czy to znaczy, że człowiek musi w coś wierzyć?
L K.: No właśnie. Człowiek, nawet kiedy mówi, że nie wierzy, to wierzy w to, że nie wierzy. Doświadczenie - i historyczne, i to potoczne poszczególnych ludzi - uczy, że jeśli nie wierzy się w Boga, wierzy się w coś innego. Tworzy się jakiś absolut - dla jednego będą to pieniądze i ktoś wszystko dla nich poświęci, dla innego - i to od bardzo dawnych czasów - będzie to władza. Już historia starożytna pełna jest przykładów, które pokazują, jak ludzie unicestwiali się nawzajem, żeby tylko zdobyć władzę. Dla kogoś innego takim absolutem będzie seks - zdobycie jakiejś kobiety, czy jakiegoś mężczyzny - wiadomo, ile było zła z tego powodu... Chociażby Herod i Herodiada.
Człowiek więc sam tworzy sobie absolut. Papież Jan Paweł II przypomina bardzo wyraźnie w encyklice Fides et ratio (Wiara i rozum), a także w Veritatis splendor (Blask prawdy), że prawda jest jedna - ta objawiona, a wszystkie inne prawdy są w jakiejś relacji do niej. To jest taki jakby magnes, który przyciąga rozmaite opiłki. Jeśli magnes przestanie działać, wtedy każdy opiłek wytwarza swoje własne pole i swoją własną drogę i nie zmierza już do tego jednego miejsca. I potem się mówi: ile ludzi, tyle prawd. Dochodzi do tego, że każdy człowiek ma swoją prawdę. A jak ludzie jej bronią! Weźmy na przykład przykazanie: „nie zabijaj”. Dla jednych nakaz „nie zabijaj” znaczy nie zabijać żadnego człowieka, dla innych - żadnego zwierzęcia, dla niektórych - nie unicestwiać żadnej rośliny, w końcu dla, miejmy nadzieję nielicznych, „nie zabijaj”, odnosi się tylko do dorosłego człowieka, a to znaczy, że już ciążę można przerwać i starego można zabić. To drastyczny przykład, ale wiemy, że pod płaszczykiem prawnie dozwolonej eutanazji występują wielkie nadużycia, bo pozbawia się ludzi życia nawet wbrew ich woli. A co obiektywnie znaczy „nie zabijaj”?

Widzimy więc, że kiedy własna, subiektywna prawda staje się dla człowieka absolutem, to całkowicie dezorganizuje życie społeczne. Życie bez Boga, choćby się nie wiadomo jak temu zaprzeczało, próbowało tworzyć niewiadomo jakie pozorne struktury, doprowadza do tego - co widzimy bardzo wyraźnie - że tylko człowiek mocny i bogaty może się utrzymać na powierzchni, jakoś sobie dać radę. Niech słaby człowiek spróbuje się przebić ze swoją prawdą! No nie ma mowy! Leży... Jeśli biedny człowiek próbuje coś znaczyć i głosić jakieś idee, uznaje się go za pomylonego. Na takich ludzi bardzo często patrzy się z politowaniem, albo wręcz usuwa się ich, i to w rozmaity sposób, niekiedy aż z eksterminacją włącznie.

Czy zatem wiara nie jest jedynie obroną dla ludzi słabych i biednych?
Ależ absolutnie! Właśnie bogatym wiara może ukazać sens posiadania bogactw i nauczyć mądrego korzystania z dóbr ziemskich. Pozwala także uniknąć zgorzknienia, gdy trzeba wszystko zostawić w chwili śmierci. Przypomina, że TAM otrzymamy bogactwa znacznie wspanialsze.

Czy kiedy człowiek zaczyna tworzyć własnych bogów, zawsze musi go to prowadzić na manowce?
Ludzie niewierzący nie lubią określenia „tworzenie sobie bogów”. Razi ich nomenklatura religijna. Wolą, by nie było „ni Boga, ni Pana”, jak to podobno wypisano na statku Titanic. Takie podejście pojawiło się już w raju, chociaż Pan Bóg dawał człowiekowi dobro, wiedzę i miłość, to pragnienie bycia „jako bogowie” podsunięte przez Szatana, stało się podstawą dzisiejszego ateizmu albo wprost walki z Bogiem. A jeśli człowiek nie uznaję Pana Boga, to w gruncie rzeczy staje się bogiem sam dla siebie. Już w Księdze Rodzaju Szatan kusi pierwszych ludzi obietnicą :będziecie jako bogowie (Rdz 3,5 Wlg.).

A.N.: No właśnie, w dzisiejszych czasach miejsce Boga coraz częściej zastępuje człowiek: albo ja sam staję się dla siebie najważniejszy, albo ktoś drugi…
L K.: Tak, i człowiek na swój użytek tworzy własną hierarchię wartości i własną wartość absolutną, określając, co dla niego jest dobre, a co złe. Czasem trwa w tym do końca życia, a czasem widzi, że to nie tak, i powoli się zmienia. Jak pies, który spuszczony z łańcucha, obleci nocą całą wieś naokoło szukając czegoś lepszego, a rano wraca, wkłada łeb w obrożę i cieszy się, jak mu miskę jadła przyniosą, bo po drodze nic mu nie dali...
A.N.: Czyli odchodząc od Boga nic nie uzyskamy? Możemy się jedynie zmęczyć poszukiwaniami, by i tak wrócić?. Wydaje się zatem, że doświadczenie człowieka niczego go nie nauczyło. Czy może nasza nieświadomość wynika z tego, że schemat się powtarza, ale jakby ciągle w nowych warunkach, w innych czasach? Czy współczesność nie sprzyja zatraceniu wspomnianego doświadczenia? Czy dzisiejsze czasy są na tyle inne, że człowiek przyjmuje inne postawy wobec Boga?
L K.:. Nie można nie zauważyć rozwoju nauki i niewiarygodnego wprost postępu technicznego. Jeśli jednak chodzi o duszę człowieka, o sposób jego postępowania, to chyba niewiele się zmieniło. Nie jest mądrzejszy, nie jest bardziej szlachetny, a jeśli się popatrzy en bloc na to, co się dzieje tu i ówdzie - ciarki przechodzą - człowiek niestety jeśli można tak to ująć - nie poszedł do przodu, nie uszlachetnił się. I to dotyczy wyznawców wszystkich religii - i buddyści potrafią niszczyć innych, i mahometanie, i poganie, i chrześcijanie też. I jak często nie wystarczy człowiekowi zwyczajne unicestwienie! Jest dla mnie niepojęte, skąd w człowieku bierze się coś tak okropnego jak okrucieństwo...
Choćby taki przykład z czasów wojny: Wiele mamy dzisiaj nowych publikacji na temat Powstania Warszawskiego, bo temat jest jakby odkrywany na nowo. Groza człowieka ogarnia, gdy czyta o tym, jak postępowali Niemcy od pierwszych dni powstania. Na Woli wymordowano z okrucieństwem, bez żadnej litości, parędziesiąt tysięcy zupełnie bezbronnych ludzi, nawet nie żołnierzy. Nie ocaleli nawet chorzy w szpitalu, którzy przecież zawsze są chronieni wszelkimi konwencjami. Czytałem o tym niedawno i tak to nade mną jak chmura ciąży... Tak postępuje człowiek bez Boga. Choć może być i tak, że ktoś zna Boga, ale nie przestrzega Jego przykazań i w imię tegoż Boga wyrzyna swoich przeciwników. Takie wypaczenia religii, w które niestety często obok świeckich wplątani są duchowni, stanowią pretekst dla innych, żeby w Boga nie wierzyć - jestem niewierzący, ale za to jestem porządny. I tu trzeba bardzo uważać z oceną, bo wiadomo, taki przeciętny katolik z pojęciem ateisty łączy zwykle nieuczciwość i brak wszelkiej etyki. A przecież jest to krzywdzące uproszczenie. Jeśli jednak przyjmuje się Boga tak do samego końca, zwłaszcza w religii chrześcijańskiej, i akceptuje Objawienie w Jezusie Chrystusie, które jest pełnią, to wtedy w imię religii nie będzie się nigdy czynić żadnego zła. Dlatego religia, każda religia, w swym prawdziwym, szlachetnym wyrazie, nigdy nie będzie niszczyła człowieka, nigdy nie będzie niesprawiedliwa, krwiożercza, okrutna.

Leon Knabit OSB, Agnieszka Nieć, …jakby Boga nie było. O nowych grzechach i bożkach , Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

http://www.niedziela.pl/artykul/13010/P ... rzechach-i


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 20 lut 2015, 08:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Odzyskać utraconego brata

Tak się jakoś składa, że nie tylko ja w swojej publicystyce opisuję najczęściej naszą teraźniejszość odwołując się tylko czasami do historii i to przeważnie tej najnowszej. To w jakiś sposób zrozumiałe bo już tak jest, że dzień dzisiejszy zawsze najbardziej zaprząta nasze głowy. Jednak bardzo mało miejsca zajmuje nam spoglądanie w przyszłość, a szczególnie zmierzenie się z problemem oraz wielkim zadaniem, jakie wcześniej czy później nas Polaków czeka. W największym skrócie można powiedzieć, że dzisiaj połowa z nas sądząc po wyborczej frekwencji w ogóle nie bierze udziału w życiu politycznym, a pozostała część, ta aktywna jest podzielona nie tak jak to bywa w innych krajach, na obozy różniące się jedynie wizją państwa czy światopoglądem U nas ten podział polega na istnieniu dwóch dużych obozów, które wzajemnie się nienawidzą i to tak jak nienawidzi się śmiertelnego wroga, najeźdźcę i okupanta. Ta nienawiść celowo wzbudzana i podsycana przez antypolskie media oraz polityków wynajętych do pilnowania interesów zagranicznych mocodawców jest podręcznikowym przykładem zastosowania w praktyce starej rzymskiej zasady divide et impera, czyli dziel i rządź. Polega to na wszczynaniu i prowokowaniu na podbitych ziemiach wewnętrznych konfliktów, tak aby uniemożliwić porozumienie oraz zjednoczenie się ujarzmianego, eksploatowanego i okradanego narodu oraz jego zwrócenie się przeciwko okupantom. Co najbardziej perfidne to właśnie ci okupanci najczęściej stroją się w piórka szukających zgody rozjemców, będąc w rzeczywistości murem uniemożliwiającym takie porozumienie.

Co znamienne, każdy protest, mniejsza lub większa antyrządowa demonstracja są dzisiaj postrzegane przez polskich patriotów jako detonatory, czy iskry zapalająca lont i inicjujące wielkie nieuchronne społeczne wybuchy, które rozniosą w pył klasę rządzącą, a właściwie sitwę pasożytującą na narodzie. W tym patriotycznym amoku trudno jest dostrzec pewną smutną i obiektywna prawdę. Wykopany rów nienawiści dzielący Polaków powoduje, że owszem detonatory są i lonty rzeczywiście od czasu sypią iskrami, ale brak jest w społeczeństwie tego dynamitu czy jakiegokolwiek innego materiału wybuchowego.

Między Wisłą a Odrą ukształtowała się osobliwa, jak to nazywa Witold Gadowski, Rzeczpospolita Obojga Narodów, którą zamieszkują z jednej strony Polacy „Korzenni”, czyli polscy patrioci, szanujący naszą wiarę, tradycje, odwieczne wartości i kochający swoją ojczyznę, przynajmniej na tyle aby czuć się za nią odpowiedzialnymi wobec przodków i przyszłych pokoleń. Tą drugą część Gadowski zwie Polakami „Zmierzwionymi”, mówiąc wprost mierzwą, którą tak opisuje: Mierzwa czyni się zwykle, gdy wiatr mocno wieje i zbiera chachment wszelaki korzeni pozbawiony. […] Mierzwa owa w części składa się z potomków sowietów do Polski, jak chwast, przywleczonych, w większej jednak partii przylepiają się do niej ludzie już w powiciu kompleksami okuci, wstydzący się własnych przodków, rodziców i stron rodzinnych. Oni chcą być Jewropiejczykami, ukryć się w obozie tych pozornie możniejszych.
Dodam, że to właśnie ta mierzwa jest najbardziej podatna na wszelkie niszczące lewackie i liberalne prądy, mody i zabójcze dla społeczeństwa chore pomysły niszczące rodzinę i promujące różnego rodzaju dewiacje, przedstawiając seksualne zboczenia jako alternatywny i równoprawny styl życia. Nie jest to zjawisko nowe i warto przypomnieć jak w pierwszej księdze Pana Tadeusza, „Gospodarstwo”, Adam Mickiewicz opisywał Rzeczpospolitą tuż przed jej upadkiem i utratą niepodległości.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,
Odbiera naprzód rozum od obywateli.
I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli,
I zląkł się ich jak dżumy jakiej cały naród,
Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród,
Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory;
Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.
Była to maszkarada, zapustna swawola,
Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola

Mocno wierzę, że kiedyś Polacy „Korzenni” odzyskają z Bożą pomocą swoja ojczyznę oraz pozbędą się władz okupacyjnych, które choć na przestrzeni lat zmieniają się mówiąc raz po niemiecku, raz po rosyjsku i niestety najdłużej po polsku, to jednak nieprzerwanie do dzisiaj kontrolują sytuację w naszym kraju i baczą uważnie, by parafrazując tytuł pieśni Jana Pietrzaka, Polska nie była już nigdy Polską.
Co w takim razie po odzyskaniu ojczyzny zrobić z tą ogłupioną „mierzwą”? Warto już dzisiaj o tym pomyśleć. Po odzyskaniu ojczyzny, odzyskaniu mediów kierowanych dzisiaj przez agenturę i zdrajców. Po odzyskaniu wpływu na edukację. Po ustawowym odwróceniu chorej sytuacji, w której 90 procent lokalnej prasy jest w niemieckich rękach, trzeba zrobić wszystko by zakończyć wojnę polsko-polską i pomóc tym zagubionym, ogłupionym tefałenami i Gazetą Wyborczą, ale w końcu przecież naszym rodakom, zakorzenić się w tej naszej polskiej ziemi i tradycji. Trzeba im pomóc poczuć się prawdziwymi dumnymi Polakami. Pomóc tak by po latach oni sami, a może dopiero ich dzieci lub wnuki poczuli wzruszenie i wielką dumę czytając na przykład ten fragment z kronik Galla Anonima: Kraj to wprawdzie bardzo lesisty, ale niemało przecież obfituje w złoto i srebro, chleb i mięso, w ryby i miód, a pod tym zwłaszcza względem zasługuje na wywyższenie nad inne, że choć otoczony przez tyle wyżej wspomnianych ludów chrześcijańskich i pogańskich i wielokrotnie napadany przez wszystkie naraz i każdy z osobna, nigdy przecież nie został przez nikogo ujarzmiony w zupełności; kraj, gdzie powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, rycerze wojowniczy, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły chętne do orki, krowy mleczne, owce wełniste.
Pamiętajmy, wiecznie podzieleni nigdy nie będziemy jak dawniej wielkim narodem dumnych Polaków. Kiedy przyjdzie czas zwycięstwa i uwolnimy Polskę od okupacyjnej władzy przypominajmy mądrego ojca z przypowieści o synu marnotrawnym: Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: "Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego". Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: "Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę". Lecz on mu odpowiedział: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się". ( Łk 15, 26-32)
Musimy kiedyś tego ogłupionego i utraconego brata odzyskać by przetrwać jako wielki naród.

http://kokos.salon24.pl/631970,odzyskac ... nego-brata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 04 mar 2015, 00:01 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231



_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 30 mar 2015, 08:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Dokąd idziesz, Polsko?

KS. RYSZARD WINIARSKI

Pewne przysłowie mówi: "Lis, nawet farbowany, ma naturę lisa". Jesteśmy już po wyborach. Powoli wszystkim przechodzi przedwyborcza gorączka. Połowa Polaków cieszy się "swoim" prezydentem, druga połowa, doznawszy moralnego kaca, liże rany, nie bardzo rozumiejąc, co się naprawdę stało.

Dlaczego po raz drugi wybrany został były komunista, dopuszczający aborcję, legalną pornografię?
Dlaczego w kraju, który uważa się za katolicki, wybrany został agnostyk, który w przeciwieństwie choćby do Leszka Kołakowskiego, jest agnostykiem, ale konformistycznym? Jego agnostycyzm nie wynika przecież z przesłanek filozoficznych, ale z czystej, wyrafinowanej socjotechniki. Chodzi przecież o wkomponowanie się w nastroje ludzi, w swoistą "modę" na wątpienie w najbardziej podstawowe wartości.
Dlaczego po raz drugi wybrany został parodysta, który nie umie uszanować najświętszych symboli i autorytetów? Dlaczego wybrany został człowiek, który publicznie skłamał, że skończył studia?

Dlaczego wybrany został ktoś, kto nie umie okazać najmniejszej skruchy, nie umie prosić o przebaczenie, a przy tym arogancko poucza biskupów i Kościół o miłosierdziu?
Dziwi mnie, że ma on odwagę cytować Ojca Świętego, a jeszcze bardziej mnie dziwi, że cytuje wybiórczo! Czy Papież w polskim parlamencie nie powiedział: "Demokracja połączona z relatywizmem moralnym staje się nową formą totalitaryzmu"? Oto mamy demokrację i mamy relatywizm moralny - mamy więc nową formę totalitaryzmu!!! Wybraliśmy aż tak źle! Niestety!

Ale jest też drugi rodzaj pytań, których nie można uniknąć; dlaczego nie wybrany został żaden człowiek "Solidarności", która całkowicie odmieniła Polskę i Europę, dając jej wolność, demokrację i możliwość wyborów? Dlaczego nie zajął nawet drugiego miejsca? Dlaczego nie było nawet drugiej tury?

Dlaczego milionowa rzesza członków "Solidarności" i kilkumilionowa Rodzina Radia Maryja nie przyznały się do swojego kandydata? Czyżby nie był już "swój"? A może nigdy nim nie był - może był tylko pozornie?
Wydaje się, że ten paradoks syntetycznie zilustrował w przedwyborczym numerze Polityki Marek Raczkowski, pokazując, jak to zszokowany Polak ogląda kompromitujące sceny z Charkowa i Kalisza, potem bije się z własnymi myślami, potem idzie do urny, a zaraz potem do spowiedzi.

Może było to zgorszenie faryzejskie, obłudne i pozorne? Może większość Polaków rozpoznała w Kwaśniewskim samych siebie - zdolnych do podobnych wygłupów i świńtuszeń? Może większość Polaków choruje na relatywizm. Może większość Polaków zatraciła poczucie " sacrum" i granice zwykłej przyzwoitości. Może większość Polaków naśladuje grzechy pogan, nie robiąc z tego większych problemów, i chce daleko idących ustępstw Kościoła w sferze moralności...
Może więc ludzie zobaczyli siebie, swoje lustrzane odbicie, i dlatego utożsamili się z kimś takim?

Może więc warto pokusić się o wnioski idące jeszcze dalej! Czy wybór, którego byliśmy świadomymi uczestnikami lub mimowolnymi kibicami, nie ukazuje poważnych znamion kryzysu autorytetu Kościoła? Jak wytłumaczyć fakt, że w kraju Papieża katolików świeckich zwyczajnie nie stać na taką reprezentację, która znalazłaby aprobatę większości? Czy w łonie Kościoła nie dochodzi do dwóch monologów zamiast jednego dialogu? Całe szczęście, że ten "monolog świeckich" nie dotyczy, przynajmniej na razie, samej materii wiary, i że nie przybiera takich kształtów, jak w kontestatorskiej Austrii czy Holandii, ale kto wie, co się stanie, gdy zabraknie polskiego Papieża? Jednak sam fakt, że katolicy świeccy widzą tyle tak ważnych kwestii społecznych zupełnie inaczej niż ich pasterze, świadczy o niewątpliwym kryzysie posłuszeństwa! Czy to, że apele, które płynęły z katolickich rozgłośni, z katolickich czasopism, z Jasnej Góry i setek ambon, nie zostały wysłuchane, a nawet przez wielu w ogóle nie były brane pod uwagę - nie zdumiewa i nie każe z bólem myśleć o katolicyzmie polskiego jutra? Co znaczyła obecność milionów Polaków na szlakach wszystkich pielgrzymek papieskich, skoro te same miliony urządzają swoje życie coraz bardziej i coraz częściej, jakby Boga nie było? Chcą swawolić i wolą tych, którzy swawolić pozwalają?

Nie doceniliśmy komunizmu! Najpierw uważaliśmy, że jest śmieszny, głupi i nie do przyjęcia. Potem uwierzyliśmy, że upadł, że się skończył. Śp. ks. Tischner jako jeden z nielicznych skutecznie zdemaskował i opisał przypadek - "homo sovieticus". Ale komunizm ewoluował tak, jak ewoluuje wirus. Kiedy zauważy, że organizm uodpornił się, pojawia się jego kolejna, inteligentniejsza mutacja, która inteligentniej pasożytuje! Wmówił nam, że jest niegroźny, zdolny do dialogu i mądrych kompromisów. Że nie dzieli, a nawet łączy. Że nie jest fanatyczny, ale tolerancyjny. Że wyzwolił się z demonów przeszłości, że widzi przyszłość. Komunizm ubrał się w koszule Calvina Kleina, nosi krawaty od Pierre´a Cardina, jeździ lancią, wszedł na giełdowy parkiet. Jest euroentuzjastą, a szacowną instytucję Kościoła traktuje z przymrużeniem oka, też interesownie, by nie prowokować "maluczkich i oszołomów". Właśnie ostatnio, w piątek 6 października br., z całym cynizmem przemówił przez L. Millera, że "prawicowy skansen nie pasuje do lewicowej Europy!". Skoro nie można fizycznie wyeliminować Kościoła, to trzeba zrobić to, co zrobiono na Zachodzie - zmarginalizować jego głos, wsączyć w ludzi zobojętnienie na głos Kościoła, wmawiając im, że sumienie, wszystko jedno jakie, wystarczy!

Nie doceniliśmy komunizmu, a przeceniliśmy "Solidarność" i jej ludzi! Ideały zdają każdy egzamin, nie zdają go, niestety, ludzie! Nie doceniliśmy tego ideologicznego trupa, ale właśnie ten trup odważa się wyrzucać na śmietnik historii zasłużonych ludzi i ośmieszać wartości! "Homo sovieticus" żyje, jak zawsze na kredyt! Żyje i ma się, niestety, dobrze! Pozostaje więc czekać, aż umrą wszystkie pokolenia, które komunizm zdeprawował, ogłupił i stworzył na swój obraz i podobieństwo!
Czekają nas jeszcze następne trudne wybory. Jeszcze nie raz wybierzemy źle lub nawet gorzej! Może to nasza polska specjalność, a może to już taka słowiańska dusza. Rosjanie zwykli mawiać: "Stwarzamy sobie wielkie problemy, żeby potem bohatersko je pokonywać!". My, Polacy, niestety także!

http://www.niedziela.pl/artykul/65624/n ... esz-Polsko


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 09 lip 2015, 22:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Na dwoje babka wierzyła

za: http://mozecoswiecej.pl/na-dwoje-babka-wierzyla/

G. K. Chesterton powiedział kiedyś: „Zło, że ludzie przestali wierzyć w Boga, nie polega na tym, że w nic nie wierzą, ale że gotowi są uwierzyć we wszystko.”


W różnych kontekstach ten zwrot jest używany przez wielu współczesnych publicystów chrześcijańskich. Zarówno tych polskich, jak i zagranicznych. Ciekawe jest to, że przy tych wielu przykładach nikt nie przyczepił się jeszcze do tego sformułowania. Można śmiało więc stwierdzić, że jest prawdziwe. Dziś całkiem sporo ludzi – nie chodzi tu tylko o ateistów, agnostyków, ale w wielu przypadkach o gorliwych chrześcijan – wierzy w różnego rodzaju przesądy czy rytuały. Co więcej, te osoby bez tych zachowań miałyby problem z odnalezieniem się w wielu sytuacjach: zwyczajnych, codziennych, ale także tych bardziej niespotykanych. Stało się to nie tylko ich przyzwyczajeniami, ale sposobem na określenie siebie.


CYWILIZACJA XXI WIEKU…

Te wszystkie praktyki i poglądy, o których mówi Chesterton w tym jednym krótkim, a dosadnym zdaniu gdy są spotykane u osób mówiących o sobie jako o wierzących w Chrystusa można określić równie prosto jako zabobony czy też przesądy. Czym one jednak w ogóle są? I co ważniejsze skąd się wzięły?

Wydawałoby się, że w dzisiejszym świecie gdzie panuje kult rozumu i swego rodzaju technokracja to co przeczy logice i racjonalności nie powinno być tak popularne wśród szerokich mas. Tym bardziej nie powinno to być popularne wśród tych, którzy twierdzą, że ufają Bogu i w niego wierzą. Pojęciem zabobonu określa się wiarę w zależność zachodzącą pomiędzy jakimś zjawiskiem, a wykonywaniem określonych praktyk magicznych (nawet gdy nie jest to do końca świadome), celem zapobieżenia nieszczęściu, lub przeciwnie, aby zapewnić sobie szczęście. Przy czym sama zależność jest pozbawiona podstaw racjonalnych czy logicznych.

Psychologowie i socjologowie podają wiele przyczyn funkcjonowania zabobonów. Zagłębiając się w historię możemy podać pewne przyczyny powstania niektórych przesądów. Np. przed tysiącami lat ludzie wierzyli, że bogowie żyją w drzewach. Gładzili je więc, by zjednać sobie bóstwa. Dzisiaj niektórzy dotykają drewna na szczęście lub odpukują w niemalowane drewno, by czegoś nie zapeszyć. I tak podobno powstał jeden z bardziej popularnych przesądów, który jest bardzo popularny wśród katolików, żeby odczarować to co miałoby się wydarzyć, a byłoby szkodliwe. Wspominałem już wcześniej, że staje się tak coraz częściej mimo mocnej ekspansji wiedzy, która jak chcą niektórzy miałaby wypierać przesądy. Dzieje się jednak inaczej, zupełnie odwrotnie. Prawdopodobnie dlatego, że nauka do końca nie jest w stanie odpowiedzieć na ostateczne pytania człowieka. Kiedy pytamy dlaczego dzisiaj jest tyle przesądów wśród katolików, to znajdujemy prostą odpowiedź. Zabobon jest efektem ignorancji religijnej i niedojrzałości wiary. Taka niedojrzałość jest formą infantylności religijnej wśród chrześcijan, którzy stworzyli sobie wygodną religię, na miarę własnych wyobrażeń i potrzeb. Tak jak wielokrotnie robili to także pierwsi chrześcijanie co mamy dokładnie opisane na kartach Nowego Testamentu. Szczególnie było to widoczne przy okazji podróży misyjnych Św. Pawła.

Przykładów takiego podejścia jest mnóstwo. W zależności od potrzeby i sytuacji to takie osoby rzekomo mocno wierzące przywołują określony rytuał czy praktykę, którą trzeba koniecznie wprowadzić w życie. Jeśli się tego nie zrobi to na daną osobę , a czasem i na jego bliskich spadnie ogromne nieszczęście. W ten sposób rzeczom małoznaczącym lub nic nie znaczącym nadaje się wartość mającą mieć wpływ na nasze życie w sposób radykalny, niemalże śmiertelną.

KATOLIK CZY NIE I TAK W SWOJE WIERZY

Jak wygląda wiara w przesądy statystycznie? Według badań przeprowadzonych przez TNS OBOP ponad połowa Polaków wierzy w zabobony. Wśród kobiet ten wskaźnik jest jeszcze wyższy – wierzą, jeśli przyjąć za dobrą monetę deklaracje, aż dwie na trzy. Co przynosi szczęście? Według statystyk po kolei: kominiarz, czterolistna koniczyna, talizman. A pecha? Czarny kot, powitanie przez próg, rozbite lustro. Zabobony i praktyki wróżbiarskie są nie tylko bałwochwalstwem i formą władzy jednych (tych, co wiedzą) nad drugimi (niewtajemniczonymi), lecz są także wyrazem astralnego determinizmu, w świetle którego wszystko jest zapisane w gwiazdach i człowiek na nic nie ma wpływu, jego przeznaczenie zależy na przykład od dnia narodzin. Jeśli chodzi o te ostatnie zjawiska to były one widoczne już w pierwszych wiekach. To właśnie wtedy Św. Augustyn opisywał to jak miażdżąco krytykował te wierzenia na przykładzie, dwóch ludzi którzy mimo, że urodzeni tego samego dnia to ich życie było zupełnie odmienne. Do dziś niektóre nurty astrologii i wróżbiarstwa wyznawanego przez wielu ludzi uważających się za katolików korzystają z dzieł powstałych w starożytności, gdzie dziś położenie gwiazd na niebie się zmieniło. Pokazuje to nie tylko jakość tej pseudonauki, ale także rozumności ludzi w to wierzących.

Można wymieniać wiele tego typu przykładów, jednak nadmienię tylko jeszcze kilka ciekawszych. Każdy zapewne zna niechęć wielu osób do witania się przez próg i bardzo racjonalną argumentację tego zachowania to jednak można, jeszcze próbować zaakceptować ze względu na korzenie tego zwyczaju, związane z chowaniem zmarłych ludzi pod progiem. Co można jednakże powiedzieć o takich praktykach jak podawanie dziecka do chrztu tylko i wyłącznie prawą ręką, bo gdy uczynimy to lewą to najpewniej chrzest będzie nieważny i będzie trzeba sakrament powtórzyć wraz z polewaniem głowy, ponieważ to co zawiera tradycja ludowa musi być mądrzejsze? Skoro jednak mowa o chrzcie to ciekawy jest też wymysł – bo ciężko nazywać to pomysłem i to dobrym – by nie dawać w prezencie dziewczynkom krzyżyka na szyję, bo to przynosi pecha. Dziecko, któremu ma towarzyszyć przez całe życie znak krzyża ma już na początku swojej przygody z Chrystusem być tego pozbawione, bo jakaś mądra ciocia musi mieć rację.

Jeśli chodzi o kolejne przesądy to warto zastanowić się nad tymi związanymi ze śmiercią. Niedopuszczalne jest, b zmarły leżał w domu przez niedzielę, bo z całą pewnością zabierze za niedługo kogoś ze sobą. Jednak jak to bywa z tego typu sprawami i tą można jeszcze naprawić. Wystarczy, że powywraca się wszystkie krzesła w domu. Przecież przewracanie krzeseł może uratować komuś życie! Dodatkowo nie do przyjęcia jest, żeby nieboszczyka niósł jego najbliższy krewny, ponieważ niechybnie skończy niedługo po nim jak sam zmarły.

KOŚCIÓŁ JASNO, ALE NIESKUTECZNIE

Mógłbym tak długo wymieniać kolejne przesądy takie jak czerwony przedmiot mający rzekomo chronić dziecko przed urokami czy przechodzenie pod drabiną, które ma przynajmniej dość urokliwą genezę, bo wywodzi się z wiary w towarzyszenie każdemu człowiekowi dobrego ducha, a owe przejście miało powodować stratę tego duszka. Wolę jednak zamiast tego przypomnieć jak do tego podchodzi Kościół.

W Katechizmie Kościoła Katolickiego (nr 2116) jasno zapisano, że należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. A w następnym kanonie (2117) przestrzega się wiernych przed praktyką magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim. Jeśli to komuś nie wystarcza i dalej ma wątpliwości co do tego i myśli, że to Kościół w Polsce się uwziął na biednych ludzi to konferencja biskupów w Włoskiej Toskanii w 1994 roku wypowiedziała się dość jasno na ten temat: Religia jest bezpośrednim odniesieniem do Boga i do Jego działania, i nie można mówić o doświadczeniu religijnym bez takiego właśnie odniesienia. Magia natomiast zakłada taką wizję świata, w której wierzy się w istnienie tajemnych sil, mających wpływ na życie człowieka; używający lub korzystający z magii wierzy, że może kontrolować te siły poprzez wykonywanie rytualnych praktyk, będących w stanie automatycznie zapewnić oczekiwany efekt.

Wielu katolików praktykujących w taki sposób zapewne nie zdaje sobie sprawy z tego co robi źle i że coś w ogóle robi niewłaściwie. Podobnie czynili ich przodkowie, oni byli jednak bardziej usprawiedliwieni przez swój faktyczny analfabetyzm i rzeczywiste przywiązanie do swych rodzimych tradycji. Ponadto dzisiejsi duchowni robią też niewiele więcej niż ich poprzednicy kilkaset lat przed nimi zajmując się nie do końca tym co jest słuszne, czyli przekazywaniem prawdziwej i czystej wiary.

http://www.wyszperane.info/2015/07/09/n ... #more-4172


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 13 lip 2015, 05:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Wszyscy jesteśmy „moherowymi beretami”

Janusz Chudyba, lekarz, członek Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy, właściciel Przychodni „Chumed” w Warcie Bolesławieckiej:

Niedziela w połowie lipca każdego roku jest dla mojej najbliższej rodziny czasem pielgrzymki na Jasną Górę do Matki Bożej Królowej Polski. Gromadzimy się tam wraz z całą Rodziną Radia Maryja, bo kochamy to Radio. Każda rodzina, żeby móc się porozumieć i być jednością, powinna spotykać się regularnie. Takie pielgrzymki mają życiodajne znaczenie dla naszej wiary, codziennego życia i bycia katolikiem w dzisiejszych czasach, w których słowa albo rzucane są na marne, albo przeinaczane dla pomieszania pojęć, zwodzenia człowieka, zwaśnienia społeczeństwa. Coroczne pielgrzymki do tronu Matki są wspaniałą okazją do rodzinnych rozmów – dzielenia się słowem, wzajemnego wysłuchania się, znalezienia rady na troski i kłopoty, umocnienia się. Tu można odbudować naszą nadzieję na normalność.

Tutaj też możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jestem człowiekiem wierzącym, czy tylko świętującym, czy modlę się i jak się modlę. Przychodzimy ze współczesnego świata, ze środka zgiełku i bezmyślnej paplaniny o niczym, ze środka jazgotu – wzajemnych złorzeczeń, siania nienawiści, nastawania na człowieczeństwo – od epatowania brzydotą, przez nastawanie na naszą wolność, aż po zakłamywanie prawdy i urąganie Bogu. Przychodzimy rzeszą kilkusettysięczną , w wielkim spokoju i pokoju serc, przychodzimy jakby do Wieczernika i „pomimo drzwi zamkniętych” Bóg przychodzi i przykrywa nas jakby płaszczem ciszy. Bóg nigdy nie przekrzykuje człowieka. Bóg mówi w ciszy – tam, na Jasnej Górze, przykryci jesteśmy jakby „płaszczem Boga”. W ciszy lepiej się słyszy – szczególnie głos Boga i własne sumienie. Uruchamia się również myślenie, tak niezbędne dla budowania naszego człowieczeństwa w każdym wymiarze. Powtarzając za Anną Kamieńską – jest to „nauka sensu milczenia i milczenia sensu”. Bo oto okaże się, że możemy wykrzyczeć za psalmistą: „Boże, dziękuję, żeś otworzył mi uszy...” (Ps 40).

Radio Maryja i wszystkie dzieła wspaniałego ojca dyrektora dr. Tadeusza Rydzyka CSsR są takim „Westerplatte” na współczesne czasy dla ludzkości, które musimy obronić. Na szczególne podkreślenie zasługuje wspaniała posługa Ojców Redemptorystów, sióstr zakonnych i osób cywilnych związanych z tymi mediami, ich autentyczność, angażowanie wielu środowisk oraz jednoczenie tak wielu ludzi, gdzie każdy może odnaleźć przede wszystkim Pana Boga, ale i wysoką kulturę w każdym jej wymiarze.

Te media uczą ludzi mądrego spojrzenia na siebie, dystansu do różnych manipulacji, ideologii, zrozumienia, kto deformuje człowieka na płaszczyźnie duchowej, intelektualnej i cielesnej. Pomagają czynić każdego z nas mądrzejszym, a w całości bardziej ludzkim. A to z kolei ma bardzo pozytywny wpływ na nasze zdrowie.

Nasza codzienność jest często wątpiąca i zbuntowana . Występujemy w roli Konrada: „ja chce mieć władzę jaką Ty posiadasz. Ja chcę duszami władać jak Ty nimi władasz…”. Konfrontacja z Rodziną Radia Maryja podczas pielgrzymki łagodzi nasze obyczaje, przywraca nam bojaźń Bożą. Pragniemy z całego serca być pobożni, czyli żyć po Bożemu. Odzyskujemy jasne spojrzenie na rzeczywistość i nasze zadania w tym świecie – naszą postawą mamy tworzyć „nowe niebo i nową ziemię”, pamiętając, że nasze życie może być jedyną Ewangelią, którą ktoś „przeczyta”. Nasza postawa wyrażona słowami – tak znaczy tak, a nie znaczy nie – bez światłocienia, musi być klarowna, zdecydowana – bez lęku. Na Jasnej Górze, przy Sercu Matki, bardziej czujemy się dziećmi Boga i przestajemy się lękać – „otwieramy drzwi Chrystusowi”.

Jasna Góra to czas pielgrzymki – to narodowy areopag, z którego mawiał Prymas Tysiąclecia, św. Jan Paweł II i ogromna rzesza naszych wspaniałych duchowych przywódców narodowych – „non posumus”. Nie pozwalamy na zniszczenie sacrum w człowieku, a tym samym zniszczenie naszego Narodu. Twierdzą będzie każdy próg serca i naszych rodzin . Dopomoże nam Maryja – Matka Boga i nasza. Żaden na świecie naród – jedynie polski – ma Królową – Matkę Boga. Jesteśmy przeznaczeni do zwycięstwa – bo Bóg nigdy nie przegrywa.

Imponujące jest, jak w Rodzinie Radia Maryja gromadzą się ludzi nauki, kultury, profesorowie, prawnicy, lekarze, nauczyciele, nasi kochani biskupi, księża – wszyscy jesteśmy „moherowymi beretami” – to synonim mądrości, pobożności i bojaźni Bożej, ale też męstwa i jedności we wspólnocie.

Kochamy to Radio i Rodzinę Radia Maryja, Telewizję Trwam, „Nasz Dziennik”, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej – dzieło wychowania, nauki i posługi słowa. „Przyjdzie czas, gdy błyszczące imiona pogniją, z cichych ziaren wywite kłosy świat okryją” (A. Mickiewicz). Jest nadzieja, która jednoczy i mobilizuje. Alleluja i do przodu!

Dlaczego jesteśmy tak mało skuteczni i na co dzień „czynimy to, czego nasze serce wcale nie chce”? Bo naszą strategią jest krzyż Chrystusowy, a do ofiary i nawet tylko ofiarności potrzeba przemiany życia. Aby jednak tak się stało, trzeba „otworzyć na oścież drzwi naszych serc Chrystusowi” – prawdziwy cel i sens naszego życia – oddać wszystko Bogu i wszystko zyskać.

Nie wystarczy tylko zmiana prezydenta i rządu, by było lepiej – potrzeba zmiany naszego myślenia i poszerzenia serc, trzeba, byśmy odpowiadali sobie na pytania: czego słuchamy na co dzień, co czytamy, co mówimy – kiedy wreszcie zmądrzejemy, będziemy uczciwiej żyć, siać dobro, modlić się szczerze i wytrwale, i wiernie? Wtedy „zadrży ziemia, zagrzmi róg – bo nic nad Boga i któż jak Bóg”.

not. Marek Zygmunt

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... etami.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 26 lip 2015, 16:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Jak powściągać język

Trzeba poskramiać swój język (por. Jk 1,26), bo wszyscy nieraz pozwalamy mu rozprawiać o tym, co najbardziej miłe naszym zmysłom. Brak powściągliwości w mówieniu wynika z pychy. To ona sprawia, że przekonani, iż wiele wiemy i zadowoleni z własnych przemyśleń, chcemy przekazać je innym. Przyjmujemy wobec nich rolę nauczycieli, jakby mieli się od nas czego uczyć.

Nie sposób w niewielu słowach opisać zło, które powoduje nadmiar słów. Gadatliwość jest matką gnuśności, przyczyną niewiedzy i obłąkania, bramą oszczerstwa i szafarką kłamstw. Studzi też pobożny zapał. Umacnia występne namiętności, wskutek czego język coraz łatwiej skłania się do nierozważnych wypowiedzi. Nie mów długo, gdy ktoś niechętnie słucha, żeby mu nie dokuczyć. Tak samo postępuj, kiedy cię słucha, żeby nie przekroczyć granic skromności.

Unikaj głośnych i rozwlekłych przemów, ponieważ i jedno, i drugie jest nieprzyjemne i świadczy o zarozumiałości i próżności. Nie mów nigdy o sobie, o swoich sprawach ani o swoich bliskich, chyba że zachodzi taka konieczność, a wtedy staraj się to uczynić tak krótko i zwięźle, jak tylko zdołasz. Jeśli wydaje ci się, że ktoś inny mówi o sobie zbyt wiele, staraj się wyciągnąć z tego dobre wnioski, ale nie naśladuj go, choćby przemawiając upokarzał się i oskarżał. O swoim bliźnim i jego sprawach myśl tyle tylko, by móc powiedzieć o nim coś dobrego, kiedy nadarzy się okazja. Mów chętnie o Bogu, szczególnie zaś o Jego miłości i dobroci. Czyń to jednak z obawą, że i w tym możesz popełnić błąd. Z uwagą słuchaj, kiedy ktoś inny rozprawia o Bogu, i zachowuj jego słowa w głębi serca. Co do innych słów, niech tylko ich dźwięk rozbrzmiewa w twoich uszach, ty zaś trwaj z umysłem wzniesionym do Pana. I nawet jeśli trzeba słuchać kogoś, kto rozprawia, by zrozumieć jego słowa i odpowiedzieć, nie przestawaj raz na jakiś czas zwracać myśli ku Niebu, gdzie mieszka Bóg. Przyglądaj się Jego wielkości i pamiętaj, że On nieprzerwanie spogląda na twoje uniżenie (por. Łk 1,48).

Zastanów się, zanim wypowiesz słowa, które nosisz w sercu, a często uznasz, że lepiej ich nie wypowiadać. Jednak nawet rzeczy, które uznasz za godne wypowiedzenia, czasem lepiej zatrzymać dla siebie. Przekonasz się o tym, jeśli je znów rozważysz, kiedy już minie sposobność do ich wypowiedzenia.

Milczenie, moja córko, to wielka siła w walce duchowej i nadzieja na zwycięstwo. Milczenie jest przyjacielem tych, którzy ufają nie sobie, lecz Bogu, jest strażnikiem świętej modlitwy i wspaniałą pomocą w ćwiczeniu się w cnocie.

Żeby nauczyć się milczenia, często rozmyślaj o szkodach i niebezpieczeństwach płynących z gadatliwości i wielkich do­brodziejstwach, którymi obdarza nas milczenie. Umiłuj tę cnotę i żeby ją w sobie wyrobić, milcz przez jakiś czas, nawet wtedy, kiedy mogłabyś mówić, ale żeby nie było to ze szkodą dla ciebie lub ujmą dla innych. Dobrze ci zatem zrobi unikanie rozmów, ponieważ zamiast towarzystwa ludzi będziesz mieć towarzystwo aniołów, świętych i samego Boga. Wreszcie pamiętaj o walce, którą toczysz, ponieważ widząc, ile masz w niej do zrobienia, sama będziesz rezygnowała z niepotrzebnych słów.

O. Wawrzyniec Scupoli, Walka duchowa, Poznań 2002, s.87-88.

http://www.pch24.pl/jak-powsciagac-jezyk,1872,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 30 wrz 2015, 08:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Jesteśmy frajerami bez pamięci. Rozmowa na temat repatriacji Polaków ze Wschodu z dr. Robertem Wyszyńskim

Kazakhstan Political Map 2000Polacy, którzy dziś żyją w Kazachstanie to potomkowie ludzi, którzy przeżyli piekło, zbudowali wsie od podstaw, od ziemianek, a jednocześnie walczyli w szeregach Armii Czerwonej, bo byli do tego zmuszeni. I teraz przychodzi taki polski urzędnik i się z nich naśmiewa, ponieważ na egzaminie o uzyskanie obywatelstwa padają pytania np. o liczbę dopływów Wisły. To absurd. Gdybyśmy mieli świadomość tego, co działo się z Polakami od 1936 roku, lepiej rozumielibyśmy rzeczywistość – mówi w rozmowie z Anną Stępniak socjolog dr Robert Wyszyński.

Obrazek

Anna Stępniak: Jako badacz i wykładowca zajmuje się pan socjologią narodu, repatriacją Polaków, działa pan także w Związku Repatriantów i zna problem polskiego państwa względem rodaków żyjących za granicą. Nie jest pan optymistą w tych sprawach.

Robert Wyszyński: Powiedzenie Polakowi, że wojna z Polakami zaczęła się w 1936 roku (w momencie przesiedlenia ludności polskiej z okolic Żytomierza i Berdyczowa do Kazachstanu) to dla niego coś bezsensownego. Tak jak powiedzenie Rosjaninowi, że wojna zaczęła się w 1939. A przecież pierwszą akcją ludobójczą w ZSRR była akcja przeciwko Polakom. Rosjanie się z nas śmieją, że mamy „zwiktymizowaną” historię (ang. victim – ofiara). Oni mieli przemysł, mieli i nadal mają zwycięstwa, a my mamy klęski i ofiary, o których nawet nie wiemy. No, ale takie są fakty.

Mnie w szkole nie uczono o roku 1937 i rozkazie 00485.

– Ten rozkaz spełnia wszelkie znamiona ludobójstwa. Według Timothy’ego Snydera szansa przeżycia Polaka w ZSRR była porównywalna z szansą przeżycia Żyda w III Rzeszy. Pamiętamy o Katyniu, ale umyka nam operacja NKWD i eksterminacja ponad 111 tysięcy Polaków w latach 1937-38. Od 1935 r. wywieziono setki tysięcy Polaków, głównie z Białoruskiej SRR i Ukraińskiej SRR do Kazachstanu, do Republiki Komi i w inne miejsca. Pamiętamy to, co nam dano pamiętać.

Mocne.

– Tak, i proszę sobie wyobrazić, że do 1989 roku nie było żadnych opracowań na ten temat! Dziś są zaledwie dwie monografie – Iwanowa i Sommera. A Stowarzyszenie Memoriał udostępniło dokumentację, licząc, że sami coś zrobimy. I co? I nic. Nie mamy żadnego ośrodka, który zajmowałby się polityką pamięci. IPN prowadzi badania w zakresie od 1939 roku i na obszarze II RP i PRL.

No dobrze, mamy 26 lat od tak zwanej wolności. Wszystkie rządy są tak samo winne i indolentne?

– Wie pani, generał Sierow wychował tu sobie godnych następców. Wszyscy, których tu zainstalował są ojcami-założycielami tego całego porządku…

Ale czy rządy prawicowe też zawiodły w temacie polityki pamięci i dbania o Polaków na wschodzie?

– To nie ma znaczenia, kto jest u władzy. Jest pewna niezmienialna ekipa pracująca w MSW. Stworzyła bowiem ustawę, której nie jest w stanie wykonać. Nie potrafi nawet wydać pieniędzy przeznaczonych na repatriację. Ale to genialny system, bo nikt nie kontroluje przepływu środków i nikt tych ludzi nie rozlicza.

To chyba nie jedyne zarzuty, jakie kieruje się pod adresem tej instytucji.

– MSW „skutecznie” zajmuje się Wietnamczykami, którzy są tu nielegalnie. Bo mamy podpisany dokument o współpracy z komunistycznym rządem Wietnamu.

Polska współpracuje z wietnamskimi komunistami?!

– Tak, na podstawie tego porozumienia nielegalnych emigrantów należy deportować. Można ich zatem szantażować i ściągać haracze. Można im zabrać towar, którym handlują na bazarze, bez konsekwencji.

W latach 2001-2014 ogółem repatriowano 4988 Polaków.

– Dziś Polska w kilkunastu ośrodkach utrzymuje każdego roku przynajmniej kilka tysięcy uchodźców z całego świata. W ubiegłym roku minister Sienkiewicz po Majdanie zorganizował ośrodek dla 5 tysięcy uchodźców ukraińskich. W kwietniu MSW było gotowe przyjąć ok. 20 tys. ludzi. Dziś ani dla Polaków z Kazachstanu, ani dla tych z Ukrainy (z Doniecka i Mariupola) nie ma miejsca. A on dawał tę pomoc od ręki! Co więcej, sprowadza się do Polski również osoby, które nie mają żadnych dowodów na związki z polskością.

Biznes?

– Cóż, takie specjalne firmy sprzedające obywatelstwa istnieją na Cyprze czy w Bułgarii. Ale wystarczy też zajrzeć do raportu NIK dotyczącego repatriacji, by wyciągnąć pewne wnioski. Lektura jest porywająca.

Widziałam ten raport. Na wszystkich 304 umowach dotyczących kursów językowych o wartości 1,2 mln złotych nie było podpisu księgowego.

– Tak, tam elegancko defrauduje się pieniądze. Nikt nikogo nie pociąga do odpowiedzialności. Ludzie w MSW są nieudolni, a gminy, na które przerzucono odpowiedzialność za sprowadzanie repatriantów nie są w stanie przyjąć takich ludzi. Bo nie istnieją gminy, które miałyby do dyspozycji wolne mienie komunalne w lokalizacji dającej szansę na pracę. Związek Repatriantów od początku mówił, że opieranie się na tym nie ma sensu.

Jakie są zatem Wasze postulaty?

– Wypadałoby przynajmniej zrównać status repatrianta ze statusem uchodźcy.

Chce pan powiedzieć, że Polacy wracający ze wschodu mają gorsze prawa niż uchodźcy z innych państw?

– Oczywiście. Żeby się tu dostać jako repatriant trzeba się „załapać”, tzn. mieć zagwarantowane mieszkanie. Uchodźca takiego warunku spełnić nie musi. Dostaje również pomoc socjalną, opiekę zdrowotną, prawo do nauki itd. Ma zapewniony pobyt w ośrodku. System nauki języka polskiego jest absurdalny – kurs jest organizowany raz w roku w jednym miejscu w Polsce. Jak ktoś, kto ma już stałą pracę ma skorzystać z oferty nauki polskiego 400 km od miejsca zamieszkania? ORPEG, a szczególnie komórka odpowiedzialna za kursy dla Polaków ze Wschodu to, zdaniem NIK, osoby nierzetelnie i poza prawem wydatkujące pieniądze.

Dlaczego?

– Państwo od kilkunastu lat co roku przekazuje im środki, które są potem w znacznym stopniu defraudowane. MSW nie prowadzi nad tym żadnej kontroli i wszyscy mają dobre samopoczucie.

ORPEG? Co to za skrót?

– Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą. Najpierw zlikwidowano Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, który wysyłał nauczycieli na Wschód, zwolniono też tych doświadczonych. Likwiduje się nawet nauczanie polskiego przy placówkach dyplomatycznych i nie dotyczy to tylko Wschodu. Brytyjskie władze wykazują więcej chęci, by polskie dzieci w Anglii uczyły się języka polskiego aniżeli urzędnicy w MEN. Prawda jest taka, że rząd PiS zarysował, jak ma wyglądać kompleksowy system repatriacyjny, ale gdy przyszło do władzy PO, to Radosław Sikorski stwierdził, że jego to nie interesuje, bo to jest bezsensowne i nieproduktywne. Zaś w ministerstwie pracy nie wydelegowano nawet jednej struktury zajmującej się np. aktywizacją zawodową.

Przypomniał mi się fragment pewnego filmu, gdzie padło zdanie: „tam byli Polaczkami, tutaj są Ruskimi”. Przyjeżdża taka rodzina z Kazachstanu do wymarzonej, wyśnionej Polski, o której opowiadał ukochany dziadek i co? Polacy w miejscowości X witają ich z otwartymi ramionami?

– Czym innym jest los emigranta, a co innego – los wysiedlonego. Zapewne gdy burmistrz w małym miasteczku sprowadza repatriantów to już mu tego nie zapomną – ci, którzy latami oczekują na lokal komunalny, gdy sprowadza jakichś „Ruskich”. Ale chciałbym podkreślić, że ustawa, którą proponujemy, to nie rozdawnictwo. Ochroną chcemy objąć tych, którzy spędzili 20 lat (od 1936 do 1956) w warunkach obozowych – skrajnego głodu i wyzysku. A potem nie mieli też szansy nigdy powrócić na Wołyń czy do Polski. Państwo polskie powinno dokonać zadośćuczynienia ludziom, którzy byli zesłani za to tylko, że byli Polakami. Ale skoro mamy mechanizmy pomocy dla uchodźców, dlaczego nie obejmują one etnicznych Polaków?

Musi pan niejednego przekonać, że nie jest pan populistą ani socjalistą.

– Niemcy są pragmatyczni. Stworzyli system, który przynosi im korzyści, także gospodarcze. Proszę przypomnieć sobie ilu Polaków wraca do Polski.

Niecałe 5 tysięcy.

– A teraz proszę zgadnąć, ilu Niemców ściąga Republika Federalna Niemiec.

Pewnie z 10 razy więcej.

– Nie, w latach 90. roczny kontyngent wynosił średnio 220 tysięcy, a potem 100 tysięcy. Z Rosji sprowadzono do RFN w sumie ok. 2 mln ludzi. Repatriant to inwestycja. Oblicza się, że po 4-5 latach następuje „zwrot” włożony w rodzinę repatrianta i przynosi on „zysk” dla gospodarki (płaci podatki) i społeczeństwa (wśród nich występuje zdecydowanie wyższa rozrodczość). Niemcy ściągali całe rodziny.

I pewnie nie każda z tych osób mówiła po niemiecku?

– Proszę pani, jesteśmy jedynym krajem, gdzie wymaga się od repatrianta biegłej znajomości języka na poziomie A1! To absurd. Niemcy wymagają tylko, aby jedna osoba w rodzinie mówiła po niemiecku. Węgrzy i Litwini w ogóle.

To pan mi opowiadał, że na egzaminie o uzyskanie obywatelstwa pada pytanie o liczbę dopływów Wisły. Ja tego nie wiedziałam…

– A wie pani, kto jest patronem Krakowa?

Odpowiadam bez przygotowania. Święty Stanisław?

– No i leży pani. Florian! Konsul o to pytał w Kazachstanie. A dla takiego człowieka starającego się o powrót czy choćby Kartę Polaka to jest koniec egzaminu. Oni mówią: won.

No to nie jestem prawdziwą Polką.

– A wie pani, że są pewne kategorie całkowicie poza zainteresowaniem MSW? Niepełnosprawni, sieroty, staruszkowie. Co za paradoks, nawet taki Związek Patriotów Polskich komunistki Wandy Wasilewskiej szukał sierot polskich w domach dziecka w ZSRR. A dziś – nie ma żadnej centralnej informacji, żeby repatrianci mogli się czegokolwiek dowiedzieć. Co więcej, w dziwny sposób na kilka lat giną ich dokumenty, a potem magicznie się odnajdują. Zaś sami urzędnicy w ministerstwach przyznają, że Karta Polaka nic nie daje.

A raport NIK został kompletnie przemilczany.

– Owszem. Cztery ministerstwa tylko przerzucają między siebie odpowiedzialność. Nie ma żadnej koordynacji ani kontroli. Nikogo nie obchodzi defraudowanie środków publicznych. A jak już mają w MSW do wydania rozdysponowane środki, to nawet nie umieją tego zrobić.

Ale z tego, co już zrozumiałam, to także ktoś wam celowo przeszkadza.

– Ach, pozwolę sobie zacytować perełkę. Wspomniany przeze mnie urzędnik dochodził na przykład do wniosków, że jeśli przyjęty będzie projekt naszej ustawy, to bogaty inżynier z Chicago, który wcześniej udał się tam z Kazachstanu, będzie mógł się osiedlić w Polsce, a przecież to niedopuszczalne. Oni się nie mogą na to zgodzić! I na takich dyskusjach minęło kolejne 5 lat od złożenia projektu społecznego. To jest ich poziom. My zaś postulujemy komisję społeczną, która monitorowałaby cały proces. Powinien istnieć chociażby prosty system, aby dana osoba mogła sprawdzić status swojej aplikacji, miejsce w kolejce. Możliwość realnego odwołania się od decyzji itd. Tego nie ma.

To na co idą nasze pieniądze?

– Na synekury dla urzędników, którzy od 26 lat nie są nawet w stanie podpisać umowy z Kazachstanem w sprawie okresu składkowego osób, które tam wykonywały swój zawód. W rezultacie przyjeżdża 70-letnia pani i wychodzi na to, że nigdy w życiu nie pracowała. Ci ludzie z ministerstw w najlepszym wypadku są nieudolni.

Ilu Polaków jest teraz w Kazachstanie?

– Według oficjalnych danych jakieś 34 tysiące. Ale w poprzednim spisie (z 1999 roku) to było blisko 60 tys. A przecież tam nie następuje asymilacja w stronę Kazachów. Spadek liczby Polaków świadczy o ucieczce. To Putin i Łukaszenko przyjmują Polaków, bo potrzebują białych rosyjskojęzycznych pracowników. Putin bierze ludzi tam, gdzie są potrzebni, np. do zakładów przemysłowych.

A co mają w Kazachstanie?

– 40 stopni mrozu w zimie, latem ciężką pracę w polu. Wszystko, co wypracowali przez pokolenia przepadło. Kołchozy zlikwidowano, a ich majątek posłużył do uwłaszczenia się nomenklatury. Zesłańcy zbudowali wszystko na gołym stepie: drogi, zakłady przemysłowe, masarnie, kombinaty mleczne. Wszystko zostało przejęte przez Kazachów i należy do wielkich holdingów. Oni są tam dalej wyrobnikami.

Chcę pana o coś spytać, choć przyznam się też do swojej niewiedzy.

– Tak?

Tego nie ma w dyskusji publicznej ani w szkole. Nigdy wcześniej nikt mi o tym nie mówił. Za to 5 razy na historii przerabialiśmy Mieszka I i Bolesława Chrobrego…

– A, na to też jest wyjaśnienie. Bo chodzi o tzw. ziemie odzyskane.

Gdzie jeszcze na terenie tych dawnych republik sowieckich są Polacy? W Uzbekistanie?

– Tam jest ich niewielu. Zsyłano ich wzdłuż linii kolejowej – głównie na północy Kazachstanu, a także w Karagandzie, za Jeziorem Bałchasz koło Ałmaty. Życie białych ludzi w tamtych rejonach to niewolnictwo. Ale nie trzeba szukać daleko. Na Ukrainie mieszka od 140 do 900 tysięcy Polaków. Szacuje się, że jedna trzecia Polaków (ok. 21 mln) mieszka poza granicami Polski. A w MSZ nie ma nawet specjalnego przedstawiciela zajmującego się kontaktami z Polakami poza granicami i Polonią!

Jaka jest tożsamość Polaka wychowanego w Kazachstanie?

– Wie pani, znam tych ludzi od ponad 20 lat. Jedna stara kobieta opowiadała mi, że jej matka chciała ją oddać rodzinie rosyjskiej na wychowanie, aby miała szansę przeżyć i zdobyć wykształcenie. Co myśli ojciec, który idzie na śmierć wyprowadzany z ziemianki? Żeby zostawić rodzinie swoje buty, bo jedna para przypada na całą rodzinę. Bez butów nie da się przeżyć w warunkach zimy. To jest ten sam schemat, który miał miejsce w czasie drugiej wojny światowej, gdy Żydzi oddawali swoje dzieci chrześcijanom, Polakom, aby je ocalić. Ich tożsamość to pokoleniowa trauma ,od której chcieliby uciec.

Obawiam się, że my Polacy mieszkający w Polsce nie mamy o tym pojęcia.

– A oni się bali być Polakami. Być Polakiem w latach 30-tych i 40-tych to przekleństwo. Ci, którzy się stawiali sowietom i bronili polskości, zginęli. Oni wiedzą, kim są, tylko nie wiedzą, co to znaczy. Zatem wymaganie od nich znajomości polskiego, w sytuacji wielu lat totalnej rusyfikacji, napiętnowania, jest absurdem. I co, oni mają na egzaminie znać geografię Polski? O czym my w ogóle mówimy!

To znaczy?

– Polacy, którzy dziś żyją w Kazachstanie to potomkowie ludzi, którzy przeżyli piekło, zbudowali wsie od podstaw, od ziemianek, a jednocześnie walczyli w szeregach Armii Czerwonej, bo byli do tego zmuszeni. A wcześniej był zabór carski, represje, rugowanie z ziemi. Oni pochodzą spod Berdyczowa, Kamieńca Podolskiego, Żytomierza. I teraz przychodzi taki polski urzędnik i się z nich naśmiewa. Nie wiesz, ile dopływów ma Wisła, więc zmykaj frajerze. I taki polski dyplomata nie rozumie, że oni czują się Polakami, ale całe życie przeżyli wśród języka rosyjskiego, kultury rosyjskiej.

Trudno mi sobie wyobrazić, aby płynnie mówili po polsku, skoro w Kazachstanie, na obszarze 9-krotnie większym od Polski, pracuje sześciu nauczycieli języka polskiego.

– Tylko dzięki interpelacjom posłów PiS w ogóle wysłano tych nauczycieli. MSZ w ogóle nie był tym zainteresowany.

Żartuje pan.

– Nie. A Polak z Kazachstanu zgodnie z wytycznymi rządu RP musi znać dobrze polski. W przeciwieństwie do Polaków z USA czy Izraela… Czy wie pani, że jeszcze w latach 80. w Związku Radzieckim polskim dzieciom wyciągano medaliki, które nosiły na piersiach, publicznie je ośmieszano, poniżano? Przed polskimi szkołami w Kazachstanie palono polskie książki. Trudno porównywać to, co takie dziecko przeżyło w porównaniu do jego polskich rówieśników wychowujących się w Stanach.

A jednocześnie taki Polak z Kazachstanu może zawstydzić niejednego z nas.

– Owszem. Znałem pewnego człowieka z Żytomierza, zesłanego do Kazachstanu, który posiadał jeszcze śpiewnik legionowy. On pamiętał Piłsudskiego, jak szedł na Kijów właśnie przez Żytomierz. Są rodziny, które doskonale znają piosenki patriotyczne. Sam nauczyłem się zwrotek, których nie znałem. „Żal, żal Ukrainy, żal kochanej dziewczyny, wszystko cośmy tak kochali, to Moskale nam zabrali”. Ta tożsamość była budowana i przekazywana skrycie. Oni nie mieli lektur szkolnych, polskich filmów, polskiej sztuki.

No dobrze, co dalej? Co chcecie robić?

– Próbujemy zainteresować sprawą polityków. Z marnym skutkiem. Ostatnim zaangażowanym, który miał jakiś wpływ, był śp. Maciej Płażyński. Jego syn niestety już nie. A przecież to nie jest tylko kwestia jakichś sentymentów, a pragmatyki demograficznej. To, co dzieje się dziś we Francji prędzej czy później nastąpi i u nas. Imigranci w końcu tu przyjadą. A za 20 lat będzie tu żyć wielu starych ludzi. Jakim my jesteśmy państwem?

Ale z danych, które zaprezentowano wynika, że liczba zainteresowanych powrotem spada.

– Wręcz przeciwnie! Sam dysponuję 500 kserokopiami dowodów osobistych ludzi, którzy chcą wrócić tylko z jednej wsi. Chodzi tylko o to, że ci panowie z MSW siedzą sobie przy biurkach, a Polska kończy się dla nich od poniedziałku do piątku o 16.00. Według raportu NIK rodzina, która chce się repatriować, nie wie, do kogo ma się zgłosić. Urzędnicza wiedza o Bazie Rodak jest fikcyjna. Nie aktualizują jej, więc nie wiedzą, kto żyje, a kto umarł. Sytuacja jest prosta: albo tych ludzi bierzemy, albo ich tam zostawiamy.

Fraza „państwo istnieje tylko teoretycznie” weszła już do pewnego kanonu.

– Horyzont urzędników to bezpieczna posada, czasami jakiś wyjazd, na którym ktoś dla nich zaśpiewa i przygotuje tort. A wystarczy sprowadzić najpierw kilku członków rodziny, którzy potem pociągną kolejnych bliskich i będą sobie pomagać. Taka „rodzinna repatriacja” na zasadzie sieci, którą propagujemy, to sprawdzone niemieckie rozwiązanie. To nie musi drogo kosztować. To nieprawda, że państwa na to nie stać, trzeba tylko chcieć i nieco pomóc.

Jesteście stowarzyszeniem repatriantów. Z czego się utrzymujecie?

– Z niczego. Od początku, czyli od 1999 roku, jesteśmy spychani na bok. Pani Aleksandra Ślusarek (prezes stowarzyszenia) własnym sumptem ściągnęła 100 rodzin. Ja w tej chwili sprowadzam pięcioro młodych ludzi na studia. Pochodzą z polskiej wsi w Kazachstanie, z Jasnej Polany. Próbowałem zrobić taki ośrodek, rodzaj akademika, ale nie mam środków i rąk do pomocy.

Są jacyś darczyńcy?

– Raz udało mi się zrobić zbiórkę dzięki „Naszemu Dziennikowi” i jestem ludziom bardzo wdzięczny. Jestem związany z ośrodkiem Caritasu, który częściowo działa jako dzienny dom opieki dla osób starszych, a częściowo jako akademik dla młodych ludzi. Założyła go pani, która uciekła z transportu. Trzeba go opalić, opłacić rachunki. Dlatego bardzo potrzebujemy dalszego wsparcia.

Ale to nie tylko kwestia pieniędzy. Mam wrażenie, że polskie społeczeństwo jest w jakimś letargu, bez świadomości.

– Zgadza się. Moja teza jest jednoznaczna: Jesteśmy frajerami bez pamięci. Gdybyśmy mieli świadomość tego, co działo się z Polakami od 1936 roku, lepiej rozumielibyśmy rzeczywistość. Jest takie niemieckie przysłowie (w wolnym tłumaczeniu): „Ktoś, kto nie zna przeszłości, może być przez każdego oszukany”.

Rozmawiała Anna Stępniak

Robert Wyszyński – doktor socjologii, wykładowca w Instytucie Socjologii UW. Jego zainteresowania naukowe obejmują m.in. kulturę i tożsamość narodową, a także repatriację Polaków ze Wschodu. Członek Związku Repatriantów RP oraz Stowarzyszenia Wspólnota Polska.

Za: Rebelya.pl

http://myslkonserwatywna.pl/jestesmy-fr ... yszynskim/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 14 paź 2015, 08:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31043
Czy to jeszcze pamiętasz?

My dzieci patologii.



My, urodzeni w latach 50-60-70-80 tych,
wszyscy byliśmy wychowywani przez rodziców patologicznych,
Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami.
My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.
W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.
Wspominamy z nostalgią te lata.


Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach.
Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę.
Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ ( Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy ).


Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola.
Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju.
Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem oraz nie sprawdzał czy się spociliśmy.
Z chorobami sezonowymi walczyła babcia.
Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.
Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy.
Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić.
Stwierdzała zawsze babcia.
Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.


Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę.
Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny.
Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy.
Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas.
Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę.
Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka,
a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych.
Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo – jak zwykle.
Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce.
Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą już do niej wracać.


Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli.
Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach.
Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy.
Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy.
Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze.
Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem.
Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO),
żeby zakablować rodziców.
Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.
Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną,
a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.
Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku.
Rodzice trzymali się od tego z daleka.
Nikt z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.


W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina.
Nie potrzebowano opiekunki.
Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca.
Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem.
Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer.
Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta.
Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział.
Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską.
Ciągle chodziła na nas skarżyć.
Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy.
Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry.
A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić.
Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką.
Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
Za to potem robił nam bańki mydlane z dymem fajki w środku.
Fajnie się dym później rozchodził po podłodze jak bańka pękła.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad.
Ojciec postawił mu piwo. Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie (za 3 błędy nie zdawało się matury z polaka).
Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał.
Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku.
My również.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków.
Czasami próbowaliśmy to jeść.
Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwaśny szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka.
Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.
Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku.
To nam wystarczyło na całe życie.
Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki.
Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi,
ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie i poręcze w bloku.
Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł.
Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności.
Nikt nam nie liczył kalorii.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami.
Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą.
Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział.
Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem.
Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster.
I tyle... Nikt nie umarł.
W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie.
Też nikt nie umarł.
Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej.
Jak się poskarżyłeś mamie na nauczyciela to jeszcze w łeb dostałeś.
Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka.
Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same.
Poza nimi, wolność była naszą własnością.
Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie,
koledzy ze starszej klasy, pani na świetlicy albo woźna jak już świetlica była zamknięta.
Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego ... codzienne obowiązki im na to nie pozwalały.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia..

A teraz ...
zmieniło się na lepsze ...

http://www.dakowski.pl/index.php?option ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 132 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /