Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 131 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 02 kwi 2013, 19:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Polskie ZOO

Przyznam szczerze, że od dziecka nie lubiłem chodzić do ZOO. Oprócz dwóch zorganizowanych przez nauczycieli wycieczek jeszcze w szkole podstawowej do chorzowskiego i warszawskiego ZOO, omijam tego typu przybytki szerokim łukiem. Nigdy też nie zabrałem do ZOO swoich dzieci, kiedy były małe. Pamiętam, że obie te wyprawy z dzieciństwa wprowadziły mnie w podły nastrój.

Szczególnie zapamiętałem sobie wyleniałego smutnego kondora siedzącego w klatce, a obok niego jakiś kawał śmierdzącego mięsa oblepionego piachem. Od razu przypomniała mi się wtedy książka Juliusza Verne, Dzieci kapitana Granta i widziany oczyma wyobraźni ten olbrzymi majestatycznie szybujący drapieżnik unoszący w swoich szponach Roberta, syna kapitana.

Ten chorzowski kondor niczym nie przypominał mi ptaka, który urodził się w mojej głowie podczas lektury książki.

Za chwilę dojdę do tego, dlaczego akurat postanowiłem o tej mojej awersji do ogrodów zoologicznych napisać.

Kiedyś pod jednym z mich tekstów zamieszczonych w Internecie jakiś czytelnik zamieścił dość pesymistyczny komentarz, w którym pisał, że już przestał wierzyć, że Polska kiedykolwiek będzie naprawdę wolna. Później jednak było trochę milej, bo autor komentarza stwierdził, że czyta całą prawicową prasę jak leci i dostrzega szczególnie w Warszawskiej Gazecie coś, coś ją wyróżnia i czego on nie potrafi określić ani nazwać słowami. Przyznał, że jeżeli zdarzają mu się rzadkie chwile, kiedy w jego głowie rodzą się czasem jakieś lepsze scenariusze, co do przyszłości Polski to właśnie najczęściej po lekturze naszego tygodnika.

Przyznam, że nie odpowiedziałem wtedy na te zwierzenia internauty, bo nie wiedziałem tak po ludzku, co mam mu odpisać.

Dzisiaj chyba już domyślam się, o co mogło chodzić w tamtym zapamiętanym przeze mnie komentarzu.

My Polacy od tak zwanego upadku komunizmu przypominamy właśnie takie zwierzęta z ZOO, które nagle obudziły się i zawyły z radości widząc, że w jednej chwili zniknęły wszystkie klatki, fosy, ogrodzenia i betonowe mury. Jednak, kiedy ta euforia już minęła te wszystkie polskie kondory, lwy, antylopy, zebry i słonie doszły do wniosku, że już nie pamiętają, co to jest wolność, swobodne szybowanie w przestworzach czy przemierzanie bezkresnych sawann.

Mentalnie pozostaliśmy w tym polskim ZOO wyczekując niecierpliwie na starych dobrze nam znanych nadzorców i opiekunów aż łaskawie przyjdą o tej samej określonej porze i dorzucą żarcia do koryta, dołożą siana do paśnika albo rzucą to mięcho, którego resztki oblepione piachem i cuchnące po słonecznej kąpieli widziałem i czułem będąc dzieckiem i stojąc przed klatką tego upodlonego kondora nielota.

Myślę, że patriotyczne media w tym Warszawska Gazeta w swoim skromnym wymiarze, wykonują podobne zadanie, jakiego z sukcesem dokonały programy reintrodukcji w Polsce sokoła wędrownego czy rysia, przywracając te kiedyś występujące w Polsce wspaniałe gatunki z powrotem na ich stare miejsca bytowania.

Trzeba wierzyć, że już niedługo dumni jak dawniej, silni i pewni siebie Polacy zasiedlą krainę między Bugiem i Odrą, a co najważniejsze pogonią starych nadzorców i „opiekunów”.

Mozolny program reintrodukcji wolnego, dumnego jak dawniej Polaka trwa i wszystko na to wskazuje, że wcześniej czy później zakończy się sukcesem.

Artykuł opublikowany w ogólnopolskim tygodniku Warszawska Gazeta

http://kokos.salon24.pl/497703,polskie-zoo


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 13 cze 2013, 20:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Lekcja Rymkiewicza

Poniński wezwał straż – to łajdak jakich mało

Do dalszych prac polecam z czystym sercem go…

„Reytan, czyli raport ambasadora” – J. Kaczmarski

Jakim jesteśmy dzisiaj narodem, my Polacy? Czy w ciągu ostatnich 200-250 lat, kiedy w warunkach skrajnie niesprzyjających z wolna kształtowała się w wymiarze powszechnym nasza świadomość narodowa – nauczyliśmy się czegoś? Czy nieszczęścia, które na nas spadały – rozbiory, przegrane powstania, związane z nimi konfiskaty i wywózki, dwie światowe wojny i okupacje połączone z krwawym terrorem, czy wreszcie trwający blisko pół wieku zainstalowany u nas komunizm – postrzegamy przede wszystkim jako dopust losu? A jeśli nawet, co zawsze jest trudne, przyjmujemy jakąś naszą współodpowiedzialność za dramatyczne dla Polaków wydarzenia, to czy potrafimy łatwo odróżnić wśród naszych antenatów tych, którzy powinni tworzyć panteon naszych bohaterów, od tych którzy byli zdrajcami narodowej sprawy?

Wspomniane problemy drąży w fascynujący sposób Jarosław Marek Rymkiewicz – w swoich ostatnich książkach, które, acz dotyczą różnych epok i zdarzeń, łączy szczególna nić. Te książki to(podaję w chronologii ich ukazywania się): „Wieszanie”, „Kinderszenen”, „Samuel Zborowski” i „Reytan. Upadek Polski”, a ową nicią, co nietrudno zgadnąć, jest Polska.

Pierwszy rozbiór Polski

To była pierwsza odsłona dramatu w trzech aktach, ale gwałt na Polsce trzech ościennych mocarstw(w II rozbiorze Austria nie uczestniczyła) odbył się z udziałem Polaków, którzy jako ówczesna elita polityczna – posłowie, kanclerze, wreszcie sam król Stanisław August Poniatowski – wyrazili na to zgodę. Krótko mówiąc był to gwałt z przyzwoleniem, w dodatku suto opłacony, gdyż gwałcicielom zależało na zachowaniu pozorów. Gdy czyta się dzisiaj listy króla do kolejnych ambasadorów Katarzyny II( częściowo zachowała się ta korespondencja), żebrzącego o pieniądze z wyszczególnieniem: tyle na zaprzęg, tyle na karetę, tyle na wyposażenie Łazienek, itp. itd – trudno jest opanować odruch wymiotny. Ale zostawmy króla Stasia, przyjrzyjmy się postaci nadzwyczajnego łotra, super zdrajcy, marszałka sejmu konfederacyjnego Adama Ponińskiego. Brał pieniądze na lewo i na prawo, głównie od Rosji, był na żołdzie wrogów Polski przez wiele lat(dzisiaj powiedzielibyśmy elegancko, że był skorumpowany) i to z nim – marszałkiem sejmu! – stoczył dramatyczny i w końcu przegrany bój Tadeusz Reytan, poseł z Nowogrodu. Na nic zdały się apele Reytana do sumienia izby, chęć zatrzymania posłów w sali obrad, nocna jednoosobowa okupacja. Trzeciego dnia obrad sąd konfederacki pod dyktando Ponińskiego skazał Reytana na banicję i infamię – i było po sprawie. Uchwała polskiego sejmu ratyfikująca I rozbiór Polski przeszła przygniatającą większością głosów. Być może nie wszyscy posłowie głosujący za rozbiorem wzięli wcześniej za to pieniądze, być może niektórych nastraszono i wybrali ścieżkę, używając współczesnego języka, real polityki, nie zmienia to jednak faktu, że mieliśmy do czynienia z narodową hańbą.

Los bohatera, los zdrajcy

Tadeusz Reytan miał zaledwie 31 lat, gdy wpisywał się na karty naszej historii. Swoją porażkę w polskim sejmie ciężko przeżył i po powrocie do rodzinnej Hruszówki – zapadł na zdrowiu. Przestał kontaktować się z domownikami, ogarnęła go depresja, wreszcie obłęd. W roku 1780, mając 38 lat, popełnia samobójstwo łykając szkło. Nie jest pochowany na cmentarzu ze względu na sposób rozstania się z życiem. W II Rzeczpospolitej podjęto próby odnalezienia doczesnych szczątków Reytana – bez powodzenia. Polski bohater narodowy nie ma swojego grobu, przy którym w dzień Zaduszny można byłoby zapalić świeczkę.

Inaczej potoczyły się losy naszego super zdrajcy. Wiodło mu się świetnie - cały czas na sowitym żołdzie rosyjskim – aż w roku 1790, w trakcie działania Sejmu Czteroletniego i przebudzeniu się w części naszych elit uczuć patriotycznych – postawiony zostaje przed sądem i… skazany za zdradę ojczyzny na banicję, utratę wszystkich tytułów i przepadek całego, pokaźnego zresztą majątku. Jeśli ktoś sądzi, że tego renegata spotkała wreszcie sprawiedliwość ludzka, to jest w błędzie. Kilka lat później mieliśmy Targowicę i Poniński odzyskał wszystko co utracił. W jego życiu nie było jednak na szczęście happy endu – dopadła go w końcu sprawiedliwość boska. Ponińskiego bowiem toczyła pogłębiająca się z biegiem lat mania hazardu i mając kilka pałaców i rezydencji w Warszawie, a także nie małe posiadłości ziemskie, przegrał – co nie do uwierzenia – wszystko w karty. I stał się warszawskim kloszardem, zbierającym odpadki na śmietnikach. I któregoś dnia, wałęsając się w stanie nietrzeźwym po nieskanalizowanych uliczkach warszawskiej biedoty, zasnął – i utopił się w szambie, czyli mówiąc wprost – w gównie. Miał wtedy 66 lat.

Komentarz Stanisława Staszica

Rymkiewicz nie jest zawodowym historykiem, ale z dociekliwością i profesjonalną wprawą potrafi docierać i korzystać z materiałów źródłowych. W swojej ostatniej książce o Reytanie cytuje fragmenty „Przestróg dla Polski” napisanych(jeszcze przed II rozbiorem) przez Stanisława Staszica. Brak reakcji Polaków na nikczemną zdradę Ponińskiego komentuje tak: „Cóż to? Ani tu jeszcze nie znalazł się w całej Polsce choć jeden przynajmniej taki obywatel, który, jeśli nie Ojczyzny, to przynajmniej cnoty mszcząc się, nie utopił miecza w tak czarnym sercu? Nie.” I dalej: „Jaka boleść tu ściska serce moje, kiedy sobie przypominam, że urodziłem się Polakiem! Szlachta ulękła się więcej groźby śmierci, niżeli sromotnej hańby. Ohyda rodu naszego”.

Gorzkie to zdania wielkiego Polaka, w dodatku, niestety, profetyczne.

Bezkarność zdrady

Przykładów jest zbyt wiele, żeby pomieścić je w krótkim z natury rzeczy felietonie. Zostańmy przy kilku:

1, Powstanie Styczniowe – współpraca świeżo uwłaszczonych chłopów z wojskami i administracją rosyjską, polegająca na wyłapywaniu w lasach rannych powstańców, co we wstrząsający sposób opisał w swojej powieści Stefan Żeromski. Do chłopów trudno być może mieć pretensje, gdyż dopiero rodziła się u nich świadomość narodowa, ale zdrada tych przedstawicieli ziemiaństwa, którzy składali donosy na swoich sąsiadów, że ich synowie „poszli do lasu”, była zaprzaństwem szczególnie odrażającym – zaborca bowiem płacił za taką przysługę rekwizycją majątku „buntowników”, który następnie przekazywał donosicielom. Metoda była zaiste diabelska i niestety często skuteczna. Już po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 – od powstania minęło ponad pół wieku – łatwo było uhonorować i otoczyć opieką nielicznych jeszcze żyjących powstańców, znacznie trudniej odebrać potomkom zdrajców nabyte w taki sposób majątki. Sejm II Rzeczpospolitej uchwalił bodajże dopiero w 1938 r. odpowiednią w tej sprawie ustawę – na jej wykonanie zabrakło jednak czasu, wybuchła wojna, a po jej zakończaniu komunistyczny walec wszystko wyrównał.

2. Aresztowanie w roku 1943 komendanta Armii Krajowej gen. „Grota” Roweckiego dokonało się na skutek zdrady agentów Gestapo: Ludwika Kalksteina, Eugeniusza Świerczewskiego i Blanki Kaczorowskiej. Sąd Państwa Podziemnego po ustaleniu bezspornych faktów skazał zdrajców na karę śmierci. Na Świerczewskim wyrok wykonano, Kaczorowska uniknęła śmierci ze względu na zaawansowaną ciążę, przestraszonego Kalksteina ukryli Niemcy. Po wojnie był sądzony i odsiedział kilka lat, zmarł dopiero w 1994 r. Żaden z byłych podkomendnych gen. „Grota” Roweckiego nie podjął próby wykonania wyroku Państwa Podziemnego, nie „utopił miecza w tak czarnym sercu” zdrajcy.

3. Trudno o bardziej odrażającą postać jak naczelny prokurator wojskowy gen. Stanisław Zarako-Zarakowski – seryjny morderca polskich patriotów w tzw. czasach stalinowskich. Zmarł w 1998 r. przez nikogo nie niepokojony otrzymując do śmierci – już w wolnej Polsce – trzykrotnie większą emeryturę niż jego ofiary, którym Bierut zamienił karę śmierci na dożywocie. A mordercy rtm. Witolda Pileckiego – Jan Hryckowian(przewodniczący składu sędziowskiego) i Czesław Łapiński(prokurator) - wcześniej towarzysze broni w AK, a potem jego oprawcy, toż to zdrajcy w najczystszej postaci. Nikt nie zakłócił spokoju ich starości.

4. Już tylko dla porządku nie sposób pominąć ludzi odpowiedzialnych za masakrę na Wybrzeżu w 1970 r. Kociołek – „ten kat Trójmiasta” - zdaniem sadu: niewinny. O stanie wojennym nawet nie warto pisać – jesteśmy tylko o krok od interpretacji, że był po to, żeby doprowadzić do Okrągłego Stołu i wolnej Polski.

Zapomniany Reytan

A przecież mieliśmy – i to całkiem niedawno – naszego współczesnego Reytana. Nazywał się( jego imię i nazwisko muszę napisać samymi wersalikami) – ROMUALD BUKOWSKI. Był bezpartyjnym posłem z Gdańska, który jako j e d y n y głosował 25 stycznia 1982 r. przeciwko uchwale sejmowej zatwierdzającej dekret Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego. Jeśli pamięta się klimat pierwszych tygodni stanu wojennego, godzinę policyjną, kontrolowane rozmowy telefoniczne, czołgi na ulicach i toczące się procesy, krótko mówiąc klimat terroru i wszechobecnego strachu, to retorycznym stanie się pytanie: czy postawa posła z Gdańska wymagała odwagi? W opisanych okolicznościach ROMUALD BUKOWSKI nie mógł przewidzieć, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za swoją postawę, a to wymagało ogromnej odwagi. Swoim non possumus poseł z Gdańska obronił honoru Polaków i nie musiał zapłacić ceny na którą był gotowy: nie dopadli go nieznani sprawcy, nie trafił do więzienia, wywalono go jedynie z pracy. Zmarł już w wolnej Polsce w roku 1992.

Rzeczą zawstydzającą jest, że został całkowicie zapomniany, że nie uczą o nim w szkołach, że nawet pośmiertnie nie został odznaczony.

Zapaść semantyczna

Kilkanaście lat temu rozmawiałem z Szymonem Wiesenthalem, człowiekiem, który za cel swojego życia postawił sobie ściganie zbrodniarzy hitlerowskich. Spytałem go: co należy zrobić ze zbrodniarzami komunistycznymi? – Sadzić ich – usłyszałem – a jeżeli udowodni im się winę, wsadzać do więzienia. – A jeżeli są starzy i wtedy najczęściej chorzy? – drążyłem temat. – Sądzić i skazywać – upierał się stary Żyd, po chwili dodając – z wykonaniem kary można postąpić różnie. Ale oni muszą usłyszeć, że brali udział w zbrodni. Gdy tłumaczyłem Wiesenthalowi, ze mamy z tym w Polsce ogromne kłopoty, ten zniecierpliwiony zapytał: - Czy wy nie macie jaj?

No właśnie. Żyjemy od pokoleń w kraju, gdzie zdrajców i zaprzańców na ogół nic złego nie spotkało(wyjątek stanowił krótki epizod Powstania Kościuszkowskiego, opisany przez Rymkiewicza w „Wieszaniu”, gdzie niektórzy targowiczanie zapłacili gardłem za swą zdradę). Ale żyjemy również w kraju nigdy nie osądzonych zbrodniarzy. I nie jest to przykład niepojętej tolerancji czy szczególnego humanitaryzmu, ale konsekwencja zapaści semantycznej. Jeżeli słowa stają się oderwane od znaczeń, jeśli mamy kłopoty w odróżnieniu bohaterstwa od zdrady, to mamy poważny kłopot, żeby z nadzieją patrzeć w przyszłość.

A przecież, przypominając słynną sentencję przypisywaną Janowi Zamojskiemu, ale czasami także cytowanemu wcześniej Staszicowi: „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Tekst ten ukaże się w najbliższym numerze "Gazety obywatelskiej".

http://gelberg.salon24.pl/514042,lekcja-rymkiewicza


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 07 lip 2013, 21:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Dlaczego mieszkańcami kraju nad Wisłą tak łatwo można manipulować?

Historię musimy pisać na nowo!!!

dr Jerzy Jaśkowski

cz.1

“Takie będą Rzeczypospolite

jakie ich młodzieży chowanie”

Jan Zamojski 1596





O nauce i edukacji wypowiadają się wszyscy, od osobników stojących przy budce z piwem do polityków sejmowych czy pracowników uniwersyteckich. Najczęściej, pomimo różnic finansowych osób wypowiadających się, ich wypowiedzi są podobne i jedyne różnice występują w sformułowaniach.

Większość spośród dyskutantów z mniejszym lub większym zaangażowaniem “czepia się” drobnych detali dotyczących edukacji. Jak do tej pory w Polsce nie mamy ani jednego opracowania, które analizowałoby potrzeby edukacyjno - naukowe i ich wypełnienie w kontekście minionych epok.

Poniżej spróbuję przedstawić swoje wnioski dotyczące rozwoju Polski poprzez pryzmat edukacji .

Pomimo, że świeckie państwa istniały od wielu, wielu wieków, to przynajmniej w naszej części świata nic nie wiemy o tym, żeby jakikolwiek, król, kniaź czy też inny magnat wpadł na pomysł stworzenia czy też utrzymywania szkół w okresie pogańskim. Nie zachowały się, żadne dokumenty wskazujące na to, aby istniała jakakolwiek forma oświaty dla “ludu”.

Wiemy, że słowianie posiadali jakieś pismo zgłoskowe, ponieważ odkryto w wykopaliskach przedmioty pokryte nawet ok. 150 powtarzającymi się znakami. Pierwszymi, którzy przynieśli alfabet do słowian byli zakonnicy obrządku wschodniego. Najpierw była to głagolica, a po ok. 100 latach cyrylica. Innymi słowy wszelkie przekazy, z jakimi mamy do czynienia dzisiaj, pochodzą z klasztorów.

Pierwszym, który zrozumiał rolę szczerzenia oświaty wśród społeczeństwa był Kościół Katolicki.

Zachowały się konstytucje soborowe wręcz wymuszające na klerze prowadzenie szkół podstawowych - przyparafialnych i średnich przykatedralnych.

Np. Sobór Laterański III [1170 roku] przypomina i zobowiązuje przełożonych aby zapewniali konieczne potrzeby nauczycielom szkół.:

“ Ponieważ Kościół Boży zobowiązany jest troszczyć się, jak sumienna matka, o potrzebujących tak wsparcia materialnego, jak i tego, co służy dobru duszy, przeto aby ubodzy, którzy nie mogą liczyć na pomoc z majątku rodziców, nie byli pozbawieni możliwości czytania i rozwoju, w każdym kościele katedralnym niech będzie wyznaczone beneficjum, odpowiadające potrzebom nauczyciela, który bezpłatnie będzie uczyć kleryków tego kościoła oraz ubogich uczniów. W ten sposób zapewni się konieczne środki utrzymania , a uczącym otworzy się drogę do wiedzy. Niech nikt nie wymaga żadnej opłaty za przyznanie licencji do nauczania albo, pod pretekstem jakiegoś zwyczaju nie żąda czegoś od tego , który naucza, ani niech nie zabrania uczyć, domagając się licencji, temu, kto ma do tego przygotowanie i zdolności. Kto postępuje niezgodnie z tym zaleceniem , zostanie pozbawiony kościelnego beneficjum. Wydaje się bowiem rzeczą sprawiedliwą, aby w Kościele Bożym nie mógł się cieszyć owocami swoich wysiłków człowiek, który usiłuje przeszkadzać w rozwoju Kościoła, przez to, że powodowany chciwością sprzedaje licencje nauczania” [ podkreślenia JJ].

Już w XII wieku Kościół Katolicki wiedział o konieczności nauczania i realizował w praktyce nauczanie wszystkich, bez względu na status materialny. Jak to wyraźnie widzimy obecnie, ta wiedza uległa u ludzi świeckich reprezentujących samorządy czy państwo całkowitemu zanikowi. Czyli mamy pełny powrót w tej materii do czasów pogańskich przed 1000 lat. Świeccy nie widzą potrzeby nauczania wszystkich.

Na soborze LATERAŃSKIM IV 1215 przyjęto Konstytucję 11 “ O nauczycielach szkolnych”

“Niektórzy z braku środków pozbawieni są nauki czytania oraz okazji do rozwoju”. Dlatego obór laterański wydał dobroczynne postanowienie aby w każdym kosciele katedralnym wyznaczono odpowiednie beneficjum..|11,4, Każdemu nauczycielowi kapituła przypisze dochód z jednego beneficjum.”

Sobór Laterański V odbywający sie w latach 1512 -1517 idzie jeszcze dalej.

Sesja 10 III 2,

“Zaiste, biegłość w literaturze łatwo można osiągnąć poprzez czytanie książek, a sztuka ich drukowania zwłaszcza w naszych czasach, dzięki Bożej pomocy wynaleziona, rozwinięta i udoskonalona, przyniosła śmiertelnikom bardzo wiele korzyści. Za niewielkie pieniądze, można mieć ogromną ilość książek, dzięki którym bardzo dogodnie można rozwijać studia literackie, kształcić ludzi w każdym rodzaju języków, zwłaszcza zaś katolików, w których staramy się, by obfite owoce przynosił święty Kościół rzymski, którzy nawet niewierzących umieliby i byliby w stanie kształcić w świętych instytutach naukowcy i zbawiennie przyłączyć do społeczności wierzącej przez naukę wiary chrześcijańskiej.”

[ obecnie jak wiemy książki są tak drogie w stosunku do zarobków, że możemy uznać, że jest to rodzaj cenzury nałożony przez państwo]

Tak więc, posiadamy dowody, że Kościół Katolicki był twórcą oświaty w dzisiejszym rozumieniu. Na Soborze było 16 biskupów z Polski. Wiedzieli więc władcy świeccy co to jest oświata i dlaczego należy ją rozwijać. Brak jednak jakichkolwiek dowodów, że kiedykolwiek, król, książę czy magnat realizował taki projekt w okresie 500 pierwszych lat istnienia państwa polskiego. Oczywiście po odebraniu Kościołowi oświaty w 1773 roku było tylko gorzej.

A ostatnie 32 lata są wręcz tragiczne dla polskiej oświaty i nauki. Wprost wygląda na to, że starsi i mądrzejsi trzymają rękę na pulsie [optymizm : raczej „na gardle” md]. Można skonkretyzować to np. poprzez przypomnienie, że głównym cenzorem podręczników szkolnych z zakresu historii była p. Szechter, żona Szechtera, członka komunistycznej partii Zachodniej Ukrainy, matka zbrodniarza sądowego i Adama Michnika .

Czerwone Życiorysy- Jerzy Robert Nowak.

Jak do tej pory nikt nie zastanowił się dlaczego powstałe de nomine Królestwo Polskie wg oficjalnej wersji ok. 960 roku, przez 400 lat nie potrafiło utworzyć ani jednej wyższej uczelni. Jak wiadomo pierwsze uniwersytety powstawały na świecie ok. XI wieku. Celem tych wyższych szkół tworzonych przez papieża, było wykształcenie kadry, która mogłaby prawa cywilizacji łacińskiej rozszerzyć na cała Europę. To także na uniwersytetach ok. 1300 roku powstała idea humanizmu czyli powrotu do zasad cywilizacji greckiej i rzymskiej. Podstawą tej filozofii była chęć pojednania z Kościołem Wschodnim oddzielonym w 1054 roku w wyniku tzw. schizmy. Ówczesnym papieżom i kardynałom wydawało się, że takie wspólne początki grecko - rzymskie skłonią chętnej Wschód do pojednania. Jak się okazało było to niestety błędne przypuszczenie.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Uniwersytet

http://pl.wikipedia.org/wiki/Humanizm

http://pl.wikipedia.org/wiki/Humanizm_renesansowy

Uniwersytetem można było nazwać szkołę wyższą posiadająca co najmniej dwa wydziały matematyczno - przyrodnicze i dwa wydziały humanistyczne w tym teologię.

Teologia stała na straży doktryny wiary, a więc głównej idei łączącej społeczeństwa. Taki był cel powołania uniwersytetów. Nauka przedmiotów potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania społeczeństwa w sensie budownictwa, geodezji etc, i nauka niezbędna do zarządzania bezkonfliktowego tak dużymi grupami ludzi stanowiły istotę nauki uniwersyteckiej. Dlatego opierano się na zasadach prawa rzymskiego, sprawdzonych w minionych stuleciach. Dlatego wprowadzono jednolite zasady dobra i zła. Każda powstająca w owym czasie uczelnia zwana uniwersytetem musiała mieć zgodę papieża. Tylko wtedy dyplom się ”liczył”.

Przyjęto, że pierwszy uniwersytet powstał w Bolonii w 1088 roku, następny utworzono w Paryżu w 1100 rok. Potem powstawały kolejne: Oksford 1167, Modena 1175, Palencja 1208, Cambridge 1209, Padwa 1222, Tuluza 1229, Siena 1240, Monpellier 1289, Coimbra 1290, Rzym 1303, Orlean 1309, Florencja 1321, Grenoble 1339, Piza 1343, Praga 1348, Pawia 1361, Kraków 1364 [ ale właściwie 1401], Wiedeń 1365, Pecz 1367, Heidelberg 1386, Kolonia 1388, Buda 1389, Ferrara 1391, Erfurt 1392, Kraków 1401.

Czyż nie jest to dziwne, że rozwijające się aż za Kijów, Królestwo Polskie nie kształciło ludzi, którzy mogliby takim wielkim obszarem zarządzać? Przez cały czas kancelarię królewską obsadzali zakonnicy-cudzoziemcy.

Żaden z Piastów nie widział potrzeby posiadania własnych uczonych prawników czy chociażby dobrych administratorów. Żaden z Piastów nie wpadł na pomysł opracowania map swojego państwa. Żaden nie miał ani świadomości takiej potrzeby, ani po prostu odpowiednio przygotowanej kadry.

To samo mogliśmy zaobserwować w Polsce po 1945 roku, kiedy to na stołkach ministrów zasiadali ludzie z wykształceniem podstawowych jak np. pierwszym ministrem od atomu jeszcze w 1962 roku, został krawiec ciężki [mężczyźniany md] , Wilhelm Billig, który w 1969 rok szybko wyjechał do Izraela. Podobno nadal prowadził tam krawiectwo ciężkie [NIE. Nie potrzebował; jeździł po świecie jako ofiara „polskiego antysemityzmu” md] . Nie należy zapominać, że to minister mianował późniejszych profesorów od atomu, którzy tak - mądrze inaczej - spisali się po katastrofie w Czarnobylu. I do dnia dzisiejszego nikt z “atomistów” nie śmie zakwestionować tych tragicznych zarządzeń np. marszów pierwszomajowych w opadzie radioaktywnym np. we Wrocławiu opad wynosił 23 000 Bq/m2 [ dopuszczalny poniżej 50 Bq]


http://pl.wikipedia.org/wiki/Kijów

http://pl.wikipedia.org/wiki/Historia_Kijowa

Nie stworzono w okresie piastowskim żadnej doktryny istnienia tak wielkiego jednolitego obszaru. Nawet nie widziano potrzeby ujednolicenia prawodawstwa i na tym samym terenie powstawały miasta i osady oparte na prawie niemieckim - magdeburskim i na prawie polskim. Powodowało to niepotrzebne perturbacje i zamieszania pomiędzy miastami, a resztą kraju. Od wyroków bowiem lokalnych sądów, miasta odwoływały się do sądów niemieckich. Podobnie było z miastami hanzeatyckimi, do których należał nawet Kraków.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Hanza

http://portalwiedzy.onet.pl/14237,,,,hanza,haslo.html

Czyli wyraźnie widoczne było łamanie podstawowej zasady: “ pieniądz nie może iść przed rozumem”. Powiększanie obszaru państwa następowało szybciej aniżeli wzrastała wiedza niezbędna do zarządzania takim obszarem.

I tak za początek rozwoju edukacji w Polsce możemy przyjąć utworzenie Uniwersytetu w Krakowie jako 26 w Europie, przez Jadwigę d‘ Andju zwanego obecnie Jagiellońskim [ a pretendowaliśmy do roli 3-5 państwa pod względem ważności]. Dlaczego Jagiellońskim o tym później. Królowa Jadwiga córka Ludwika w Polsce zwanego WĘGIERSKIM - z rodu Andegawenów otrzymała staranne wykształcenie na dworze ojca. Musimy pamiętać, że Węgry w owym okresie należały do najbogatszych krajów Europy. Kraj maleńki obszarowo w porównaniu z Polską, posiadały aż dwa uniwersytety. Węgry ówczesne były wiele bardziej zamożne aniżeli Francja czy kraje niemieckie. Zawdzięczały to zarówno bogactwom skrytym w ziemi tj. kopalniom złota, srebra i żelaza jak również handlowi. W tych latach z kopalń w Górnych Węgrzech [dzisiejsza Słowacja] uzyskiwano do 5 ton złota rocznie.

Jadwiga znając rolę edukacji wznowiła działania ośrodka założonego przez jej dziada w 1346 roku za namową Elżbiety Bośniackiej. Ta pierwsza w Polsce wyższa uczelnia zwana Akademią, w owym czasie, nie miał prawa do używania tytułu uniwersytetu.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Andegaweńska

http://biografie.eu.interia.pl/biografi ... enska.html

http://www.poczet.com/jadwiga.htm

jjaskow@wp.pl

Szanownych Czytelników bardzo proszę o wszelkie uwagi dotyczące edukacji w Polsce , szczególnie dotyczące okresu zaborów.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 03 sie 2013, 07:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Jacy jesteśmy? Zarzucają nam antysemityzm. Czy jesteśmy antysemitami? Być może tylko bronimy swoich racji.
Czy są na świecie drudzy tacy antysemici jak my Polacy, co więcej od nas zrobili dla Żydów w ich "czarną godzinę"?


Zapis ocalenia

Ewa Treunstein, później Turzyńska (1913-2003) i jej syn Leon byli ukrywani przez ks. Mikołaja Ferenca na plebanii w Markowej (powiat Podhajce, obecnie Ukraina). Przebywali tam przez kilka miesięcy, aż do ataku ukraińskich nacjonalistów, którzy zamordowali ks. Ferenca wraz z 56 osobami w styczniu 1944 roku. Następnie Żydzi zostali przyjęci przez ks. Antoniego Kanię na plebanię w pobliskiej Hucie Nowej. Obaj księża zostaną wkrótce odznaczeni najwyższym izraelskim odznaczeniem nadawanym nie-Żydom – medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Po latach Ewa Treunstein historię swego ocalenia opisała we wspomnieniach, których fragment publikujemy.

Las – bez końca las, bez ścieżek. Zaczęłam żałować, że wybrałam tę drogę, ale szosa mnie odstraszała – bałam się ludzi, bałam się pytań. Chyba po dwóch godzinach chodzenia przed siebie zobaczyłam, że las zaczął się nieco rozrzedzać i wreszcie ujrzałam wieś. Weszłam do pierwszego domu i zapytałam o księdza Ferenca. Spojrzano na mnie nieufnie i odpowiedziano po ukraińsku: „Mieszka na plebanii, na samym końcu wsi, za wzgórzem”.

Poszłam drogą we wskazanym kierunku. Weszłam na podwórze. Dom, choć duży, łatany był gliną, stodoła częściowo zburzona, widok ogólny – nędza. (…) Weszłam do długiej sieni, zapukałam do pierwszych drzwi. Otworzyła mi je dość miłe robiąca wrażenie osoba. Zapytałam, czy ksiądz Ferenc jest w domu. Odpowiedziała krótko: tak.

Wiem, że grozi mi śmierć

Poprzez dużą kuchnię ze starodawnym okapem i pokój, do przesady skromny, wprowadziła mnie do pokoju następnego. Stało tam żelazne łóżko, bardzo proste, nad nim wisiał krucyfiks, a w drugiej stronie pokoju stał stół z jednym krzesłem, na którym siedział ksiądz – człowiek powyżej lat 50, z krótko strzyżoną fryzurą, w okularach. Wstał, gdy weszłam, i zapytał: „Czego chcesz, poczciwa kobieto?”. Obejrzałam się dokoła, a on, jakby zrozumiał moją intencję, podszedł do drzwi i przymknął je.

Nie wiedziałam, od czego zacząć – stałam więc chwilę bez słowa. Potem przeprosiłam, że go nachodzę, ale jestem żoną zamordowanego adwokata, i ciszej wymieniłam nazwisko. Spojrzał na mnie, widziałam, że nazwisko nic mu nie mówiło, więc dla przypomnienia dodałam: „Ksiądz poznał go w Zimnej Wodzie u państwa Saganowskich”. Z miejsca ożywił się i zdawało mi się, że go sobie przypomniał. Powiedział: „Niski brunet – tak, pamiętam, pamiętam nawet, że powiedziałem mu, by w razie potrzeby on lub jego rodzina zwróciła się do mnie”. Serce zabiło mi żywiej, a wyraz jego dobrodusznej twarzy dodał mi otuchy.

– Czym mogę pani pomóc? – zapytał. Powiedziałam mu, że jestem bez dachu nad głową, że mam synka, dla którego mam obcą metrykę na nazwisko Roman Nowicki, że sama noszę obecnie nazwisko Zofia Krzemień, i że mam matkę, ukrytą u Saganowskich. Siedział długą chwilę milcząco, potem westchnął głęboko i powiedział: „Przyrzeczenia danego zmarłemu dotrzymam – może pani zostać u mnie, jak długo będzie tego wymagała sytuacja, synka też pani przywiezie. Ale u mnie jest p. Eugenia Stefańska, jej pani powie, że to synek pani siostry, proszę nie być z nią szczerą. Przyjmując panią do domu, wiem, że grozi mi śmierć – ale jestem wysłannikiem Boga i nie zaznałbym spokoju, gdybym pani odmówił schronienia. Plebania jest otwarta dla każdego potrzebującego pomocy. Choć bieda u nas, ale chleb i mleko jest. Żyjemy wśród Ukraińców, którzy nas nienawidzą, Polaków jest bardzo mało. (…)

Przedstawił mnie p. Eugenii: „To wdowa po moim dobrym przyjacielu, poruczniku, zginął zaraz na początku wojny, taka poczciwa – wychowuje jeszcze synka swej siostry, którą wywieźli do Rosji, gdy synek był u niej na świętach”. Podałyśmy sobie ręce. „Pani Zofia zostanie u nas, a potem przywiezie dziecko, proszę podać coś do zjedzenia, chleb przecież jest”. P. Eugenia nakryła małą serwetką stół i podała gorące mleko i chleb z masłem. Zjadłam i starałam się być swobodna.

Ksiądz Ferenc powiedział: „Chyba się pani nie obrazi, ale będzie pani musiała spać w kuchni. Choć nie ma na czym, ale jest parę desek, więc się to zaraz urządzi”. To mówiąc, wyszedł i po chwili wrócił, niosąc cztery klocki drzewa, równo przyrżnięte. Na to położono trzy deski – i legowisko było gotowe. Słomę przyniosłam już sama i workami owinęłam wiązkę. Problem był tylko z nakryciem, ale i o to się postarano. (…)

Ratować człowieka

Następnego dnia o 6 godzinie ksiądz poszedł do kościoła odprawić Mszę. Widząc, że p. Eugenia się zbiera do wyjścia, zapytałam: „Pani też wychodzi?”. Odrzekła: „Tak, chyba pani też pójdzie do kościoła – kościół stary, ale piękny – mało ludzi przychodzi, a organista mieszka tu obok”. „Naturalnie, że pójdę” – odezwałam się.

P. Eugenia (…) usiadła w pierwszej ławce, ja usiadłam obok. Starałam się naśladować jej ruchy – choć zdawało mi się, że naśladuję je niezgrabnie. Po dłuższej modlitwie przeprosiła mnie p. Eugenia, gdyż ja siedziałam na skraju ławki, i podeszła do balasek, za nią kilka kobiet. Wstałam i ja i poszłam za nimi. Wtem zauważyłam, że ksiądz otwiera tabernakulum i wyjmuje monstrancję. Potem zeszedł kilka stopni i zaczął dzielić komunię (opłatki).

W głowie czułam zamęt, bałam się, że każdy ruch mnie zdradzi. Ale ksiądz szedł wolno – brał opłatek jeden po drugim i kładł klęczącym przy balaskach na język. Zbliżył się do mnie, widziałam, że przez ułamek sekundy zatrzymał się, ale i mnie włożył opłatek na język. Wstałam jak inni i weszłam do ławki. (…)

Śniadanie mieliśmy jeść razem – taki był zwyczaj domu. Ksiądz był milczący i przy śniadaniu nawet nie spojrzał na mnie. P. Eugenia zauważyła to i zapytała, czy ksiądz się źle czuje. Odparł: „nie” i znowu milczał.

Zjadłam śniadanie i zebrawszy ze stołu, poszłam do kuchni, by obmyć naczynie. P. Eugenia tymczasem poszła odnieść mleko do mleczarni. Wszedł ksiądz do kuchni, usiadł na brzegu skleconego łóżka i prawie złamanym głosem powiedział: „Jak mogła to pani uczynić?”. Wiedziałam, o czym mówił – milczałam. On mówił dalej: „Musiałem udzielić pani Komunii Świętej – inaczej byłaby pani zgubiona. Ale po co to pani zrobiła? Przecież nie wszyscy, którzy są w kościele, przystępują do Komunii Świętej. To tak samo jakby mnie pani zmusiła do świętokradztwa”. Siedział ze spuszczoną głową, potem westchnął głęboko i powiedział: „Ten ciężki grzech biorę na siebie, by ratować człowieka. Boże, przebacz mi”.

Byłam tak przejęta, że nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Przystąpiłam tylko do Niego i ucałowałam Go w rękę – rozpłakałam się gwałtownie, choć zawsze byłam twarda jak stal. – Proszę nie płakać – powiedział ksiądz – już się z tym pogodziłem, oby to był mój jedyny grzech. Ale proszę mnie zrozumieć, jestem księdzem, teraz świeckim, dawniej byłem zakonnikiem, kapucynem. Przeżyłem to ogromnie. A teraz powróćmy do pani. Jak pani odpocznie trochę, proszę pojechać i przywieźć synka. Matka chyba nadal zostanie u Saganowskich. Gdyby tam zostać nie mogła, umieszczę ją na innej plebanii, ja u siebie nie mogę, tu niespokojnie, pełno banderowców. (…)

Wieczorem pojechałam do Tarnopola po dziecko. Gdy weszłam do Ilnickich, oczom swym wierzyć nie chciałam. Lonuś nosił nowe buciki i miał nowe ubranko. P. Ilnicka była nawet rozczarowana tym, że go zabieram – mówiła – przywiązaliśmy się do niego, byliśmy pewni, że pani go porzuciła u nas. Opowiedziałam o planach mego życia na plebanii. Byli zachwyceni dobrocią księdza.

http://www.naszdziennik.pl/wp/49903,zapis-ocalenia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 24 sie 2013, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Ludzkie zarodki są takimi samymi ludźmi jak my, tylko są na początku swojej ziemskiej wędrówki. Mordując je przerywamy im możliwość przeżycia tego co sami przeżywamy i czym się zarówno szczycimy, jak i cieszymy.
Są one jednymi z nas, ale są całkowicie bezradne wobec naszej przemocy.
Człowiek wyciąga do nich pomocną dłoń.
Bestia morduje je z zimną krwią.


Nabijanie w probówkę

Dr hab. Andrzej Lewandowicz

W retoryce aborcyjnej zachęcanie do zabicia dziecka w łonie matki opiera się na zagłuszaniu sumienia poprzez zakłamywanie rzeczywistości. Prymitywne niedorzeczności, jakoby „płód nie był człowiekiem”, padają nadal zarówno z ust utytułowanych osób zajmujących stanowiska na uniwersytetatach, ulicznych feministek, genderofili, jak i innych „ludzi sowieckich”. Podobnie kampania biznesu in vitro bazuje na niskim stanie świadomości odnośnie do faktów dotyczących początków życia ludzkiego, zagubieniu w sferze moralności oraz z drugiej strony upowszechnianiu ślepej wiary w moc techniki oderwanej od granic dobra i zła.

Pogłębiać świadomość – nie dać się manipulować
Poza gronem dobrze zorientowanych co do istoty zła biotechnologię in vitro stosowaną na ludziach łatwo można przedstawić odbiorcy telewizji lub młodemu czytelnikowi „nijakich” portali internetowych jako osiągnięcie „nowoczesnej medycyny”. Nietrudno tym samym zagłuszyć istniejące nawet, choć wątłe, obiekcje moralne, których źródła na dobrą sprawę nie zna lub nie traktuje poważnie, choć obiło mu się o uszy, że Kościół jest przeciw. Do tego, jeśli dorosła kobieta nie wie, ile tygodni trwa ciąża (przypadek z życia wzięty), co może wiedzieć o genetyce i skutkach in vitro? To doskonały „target” do rozpowszechniania bezkrytycznych kłamstw!

Kto natomiast wśród osób wierzących, świadomych obowiązku posługi myślenia na miarę swoich możliwości sięgał po „Dignitas personae”, dokument Episkopatu Polski „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek” (z 5 marca br.), czy listę świeckich medycznych publikacji załączoną do komunikatu Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych KEP „w sprawie manipulacji informacjami naukowymi dotyczącymi procedury in vitro” (24 czerwca br.)?

Nie są to materiały jednorazowego użytku i warto do nich wracać ! Niezbędne jest kompetentne ugruntowanie wiedzy i postaw na miarę procesu edukacji, który dokonał się w kwestii uświadamiania zła aborcji, ale niestety już nie w pełni, w kwestii zła antykoncepcji. Nic nie dociera tak głęboko, jak odpowiednio wyartykułowane i powtarzane słowa, zwłaszcza z ambony czy też podczas katechezy, pod obstrzałem prowokacyjnych pytań młodzieży. Nie zastąpi ich lektura katolickiego tygodnika, kupowanego przez nielicznych, i to z reguły najbardziej zorientowanych. Szkoda, że problem tak rzadko przewija się w kazaniach, mimo doskonałych materiałów przygotowanych przez Komisję Episkopatu Polski (jw.).

Orkiestra na uczuciach
Dezinformacja wokół in vitro jest bardziej skuteczna, bo efektem procedury jest nie zabicie, jak w przypadku „aborcji”, ale poczęcie dziecka, co z założenia wiąże się z pozytywnymi emocjami. Panowie profesorowie i doktorzy, udziałowcy „klinik in vitro” wytrawnie potrafią tym faktem manipulować. Perfekcyjnie grają na uczuciach rodziców w wystąpieniach publicznych lub na łamach prasy. Fakt, że efekt końcowy w in vitro uzyskuje się kosztem życia innych zarodków, ponadto często kosztem zdrowia poczynanych dzieci oraz zdrowia przyszłych pokoleń, jest przez nich sprawnie omijany. O zwiększonym ryzyku przenoszenia wad genetycznych milczą lub zaprzeczają istniejącym doniesieniom, a śmierć zarodków określają co najwyżej „obumieraniem”.

Bardzo nikła jest społeczna świadomość, że istota zapłodnienia in vitro polega właśnie na łamaniu naturalnych barier (in vitro to gwałt na naturze), uniemożliwiających zapłodnienie w przypadkach, które skutkowałyby różnorakimi defektami genomu.

Z medialną nienawiścią spotykają się te osoby, które odważą się zakłócić takty tej fałszywej orkiestry. Przekonał się o tym zarówno ks. abp Henryk Hoser, jak i ks. prof. Longchamps de Berier. Reakcje mediów wystawiają jednak świadectwo ich kompetencji i pokazują lęk lobby in vitro przed siłą ich oddziaływania. Mają przestraszyć innych kapłanów przed mówieniem prawdy.

In vitro stwarza sytuację „nie do naprawienia”
Choć niektórzy sądzą, że dyskutując ze zwolennikami in vitro, należy na pierwszy plan wysuwać argumenty naturalistyczne, „racjonalne”, „zdrowotne”, które ta strona ewentualnie zrozumie, nie można twierdzić, że etyka jest czymś drugorzędnym w tej dyskusji. Nawet jeśli hipotetyczny rozwój technologii wyeliminuje wszystkie techniczne ułomności procedury i jej powikłania, uzasadnienie moralne niegodziwości procedury in vitro na ludziach nie zmieni się, bo nie zmienia się istota stworzenia oraz kryteria oceny ludzkiego postępowania oparte na Dekalogu i prawie naturalnym.

Procedura in vitro jest moralnym złem, ponieważ sprzeciwia się Bogu w każdym swoim wymiarze – wyrywa prokreację z kontekstu aktu małżeńskiego (przykazanie VI: Nie cudzołóż), prowadzi do celowego zabicia zarodków w ramach zamierzonej selekcji eugenicznej (przykazanie V: Nie zabijaj), poniża godność bezprawnie zamrażanego embrionu o ontologicznym statusie osoby ludzkiej, a „Tysiące porzuconych embrionów stwarzają sytuację niesprawiedliwości nie do naprawienia” (por. „Dignitas personae”).

To nie wszystkie powody, które czynią metodę niegodziwą, na co składa się również sposób pobierania komórek rozrodczych męskich lub dawstwo gamet poza małżeństwem (zapłodnienie heterologiczne), a także „macierzyństwo zastępcze”. Zagrożenia zdrowotne dla poczętego dziecka, wady genetyczne i epigenetyczne oraz możliwość ich przeniesienia na przyszłe pokolenia to ważny, choć drugi argument, będący konsekwencją łamania prawa naturalnego.

Minister zdrowia niebezpieczny dla zarodków
Podobnie jak na wielu stronach internetowych ośrodków in vitro, aspekt etyczny skazano na niebyt również na rządowej stronie internetowej „Programu Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego na lata 2013-2016” (invitro.gov.pl). Entuzjastyczne zapewnienie ministra Arłukowicza, który albo gra ignoranta, albo nim jest, że „(…) Nałożyliśmy na realizatorów Programu obowiązek dbania o bezpieczeństwo zarodków”, jest jednym z najbardziej cynicznych kłamstw, powtarzanych jak mantra.

Jak można mówić o „bezpieczeństwie zarodków”, gdy cała procedura in vitro z założenia się jemu sprzeniewierza?

Śmierć czyha na zarodek na każdym etapie manipulacji in vitro. Obok niezamierzonego ryzyka związanego z kriokonserwacją (mrożenie/odmrażanie), diagnostyka przedimplantacyjna (PGD) nieodłącznie związana z in vitro, wprost wymierzona jest w życie „gorszych” zarodków. Stanowi selekcję eugeniczną w czystej postaci, gdyż chore zarodki na jej podstawie się odrzuca. To właśnie zwolennicy in vitro stygmatyzują dzieci, oceniając ich „jakość”, choć bezpodstawnie zarzucają Kościołowi, że to on „stygmatyzuje” dzieci poczęte z in vitro.

Czy któraś z „klinik” otwarcie przyzna, że zarodki „nierokujące” wyleje się do zlewu, bo przecież nikt nie będzie ich w nieskończoność przechowywał w termosie? A może łatwiej ich po prostu nie ewidencjonować, twierdzić, że takich tu nie było? Któż to sprawdzi, przecież minister nie będzie stał nad głową czy zaglądał do mikroskopu przez ramię…

Na stronach ośrodków in vitro, obok listy chorób, z którymi PGD ma eliminować zarodki (np. dzieci z zespołem Downa), znajdziemy eufemistyczne informacje, że „diagnostyka przedimplantacyjna służy temu, aby wszczepić tylko zarodki zdrowe, co zwiększa rokowanie ciąży”. To tak, jakby w szpitalu oznajmić pacjentom i ich rodzinom, że „szpital zajmuje się tylko tymi, którzy w miarę dobrze rokują”, tj. tylko zdrowymi. A co z chorymi? – wiadomo.

Odpowiedź dotycząca „bezpieczeństwa zarodków” na stronie rządowej jest banalna: „W jaki sposób będą chronione zarodki powstające wskutek tej metody? Zasady przyjęte w Programie ograniczają liczbę tworzonych zarodków do niezbędnego minimum. Kliniki mają obowiązek bezpiecznego przechowywania wszystkich zarodków powstałych w wyniku realizacji Programu, także po jego zakończeniu”. Mimo że minister zdrowia ma ludzi za idiotów, musiał zagadnienie naświetlane przez przeciwników in vitro poruszyć, chociaż w formie marnej bajki. (Nie tylko była minister zdrowia Ewa Kopacz, która zapewniała, że „każdy kawałek ziemi w Smoleńsku był przekopany na głębokość 1 metra”, bajki tworzy. Doskonałe przykłady wiarygodności rządu Tuska!).

Polityka prorodzinna inaczej
Z jakimi dodatkowo odrażającymi eksperymentami wiąże się proceder in vitro, można przeczytać na stronach jednego z ośrodków, który otrzymał refundację. To jego właściciel zachęcał kobietę starającą się o dziecko, aby od swojej siostry pożyczyła komórkę jajową. Incydent w pozytywnych barwach opisuje łzawy artykuł z prasy bulwarowej, przywoływany na stronie internetowej tego zakładu. Czy to tylko incydent, czy może reguła w zdehumanizowanym biznesie in vitro?

Proceder dawstwa komórek rozrodczych, i związanego z nim w istocie surogactwa, nosi znamiona rozzuchwalonej bezkarności, jeśli ośrodki in vitro otrzymujące publiczne dofinansowanie prowadzą „banki nasienia”, a od kilku lat także „banki komórek jajowych”, swoje niemoralne oferty kierując także do pacjentów onkologicznych (w ramach tzw. oncofertility). Wyszczególnienie programu dofinansowania in vitro jako „prorodzinnych” działań rządu w ramach Roku Rodziny zakrawa na szyderstwo (por. „Rok Rodziny: zapowiedź stała się faktem. Podsumowanie działań rządu”).

Zakłamaniem rażą slogany (http://www.premier.gov.pl; „Dofinansowanie in vitro – pytania i odpowiedzi”), wcześniej trenowane przez „ekspertów” od in vitro, aby uzasadnić karygodne wyciąganie publicznych pieniędzy na ideologiczno-biznesowe przedsięwzięcia. Projekt dofinansowania in vitro skierowany w ciągu 3 lat do „15 tysięcy par” ma rzekomo wpłynąć na „osiągnięcie poprawy trendów demograficznych”. Przynajmniej tak podaje się do wierzenia, a kto umie liczyć, ten sprawdzi, jakie realne znaczenie na tle liczby urodzeń w Polsce (386 tys. w 2012 r. w porównaniu z 419 tys. w 2009 r.) ma ww. liczba (5 tys. na rok).

Jeśli te działania miałyby rzeczywiście służyć deklarowanemu celowi oprócz wyjątkowo głupiej, ale wcale nie taniej propagandy, czy nie efektywniej byłoby podjąć działania zniechęcające do emigracji zarobkowej setek tysięcy rodzin, która bardzo efektywnie polepsza trendy demograficzne w Wielkiej Brytanii (19 762 urodzeń dzieci polskich w 2010 roku)? Te liczby mówią za siebie. Czy bardziej celowe i tańsze nie byłoby również zaprzestanie refundacji środków antykoncepcyjnych jako wpisanych w cywilizację śmierci, a przy tym psujących „trendy demograficzne”? Według programu z refundacji in vitro mogą skorzystać „również te pary, które nie pozostają w związku małżeńskim”, tj. konkubinaty.

Rząd funduje nam promocję patologii w ramach „działań prorodzinnych inaczej”. Bynajmniej nie przypadkowo – wszystko pod ścisłą kontrolą i pod dyktando ideologii.

Składka na in vitro obowiązkowa
Jeśli wedle założeń ministra Arłukowicza 247 milionów złotych ma zostać rozdysponowanych na 26 ośrodków wymienionych na stronie rządowej reklamującej sztuczne wspomaganie rozrodu, to każdy z nich otrzyma teoretycznie ok. 9,5 miliona. Biorąc pod uwagę, że kilka z nich dostanie niezależne dofinansowanie na każdą ze swoich filii wyszczególnionych na ministerialnej liście, są to sumy niebagatelne. W skali miesiąca daje to około 263 tys. złotych na ośrodek, oczywiście jeśli ten złapie odpowiednią liczbę chętnych. Z takich sum utrzyma się całkiem spory personel. Podatnik opłaci. Walka o klienta będzie ostra, podszyta nie tylko „troską o przyrost naturalny”, „prawo do macierzyństwa” czy wiele nowych frazesów i psychologicznych chwytów rozwijanych na użytek kampanii.

Do programu zgłosiło się od 1 lipca około 2 tys. 900 „par”, zapewne w zdesperowany sposób szukających pomocy, bez świadomości, że zło, nawet jeśli efektowne, pociąga za sobą konsekwencje. Szkoda, że ten rząd programowo nie ma im nic do zaoferowania, zamiast metod niegodziwych. O moralnie dobrych alternatywach nie chce słyszeć, co jest również efektem pracy lobbystów.

Nie znieprawiać medycyny
Bulwersuje fakt, że procederem in vitro parają się również ośrodki działające w ramach klinik akademickich przy uniwersytetach medycznych. Co najmniej cztery z nich otrzymały dofinansowanie w ramach rządowego programu. Kiedyś studenci medycyny uczeni byli akceptacji dla zabijania dzieci poprzez procedurę medyczą „aborcji”. Dziś adept medycyny ma wyjść z przekonaniem, że od lat wykorzystywana w hodowli zwierząt procedura rozpłodu in vitro „ubogacona” o techniki eugeniczne, to „nowoczesna metoda leczenia”. Niektórzy mają być w tym zakresie przeszkoleni.

Czy znajdą się krytyczni studenci, a także odważni lekarze i wykładowcy, nieulegający terrorowi nieprawości przemycanej pod pozorem „leczenia” lub „nauki”? Oby wyszli z podziemia, bo inaczej prym wieść będą postawy zalęknienia, sprzedawania poglądów za stanowiska, tytuły lub względy towarzyskie.

Przykłady śp. prof. Włodzimierza Fijałkowskiego, szykanowanego kiedyś za jasny sprzeciw wobec „aborcji”, czy położnej śp. Stanisławy Leszczyńskiej (obie osoby z Łodzi), ratującej noworodki w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, powinny być wzorem odwagi, koniecznej wobec nowych problemów bioetycznych, niosących to samo wyzwanie – opowiedzenie się za prawdą i dobrem.

Autor jest lekarzem specjalistą chorób wewnętrznych i doktorem habilitowanym nauk chemicznych.

http://www.naszdziennik.pl/wp/51843,nab ... bowke.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 25 paź 2013, 15:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Michał Mońko - Siekierą w stół dyskusji

Otaczają nas fakty, dostrzegamy logikę tych faktów. Ale to nie logika faktów sprawia, że rzeczywistość staje się dla nas zrozumiała. Aby zrozumieć, przykładowo, rewolucję francuską, powiada Jonathan Culler, profesor komparatystyki na Uniwersytecie Cornella, trzeba poznać obowiązującą narrację o rewolucji francuskiej.

Trwałość narracji

Kiedy mówię o narracjach, mam na myśli nie zwyczajne opowieści, ale opowieści podobne do mitów i do ideologii, upowszechniane i utrwalane przez media. O narracjach takich mówi się niekiedy, że przypominają one statki powietrzne bez pilota i bez zamierzonego lądowania.
Narracje są tak zróżnicowane, jak różni są ludzie, którzy je tworzą i rozprzestrzeniają. Nie możemy żyć bez narracji, bez opowiadania, pisał Neil Postman, zmarły w 2003 roku teoretyk mediów, profesor na Uniwersytecie Nowojorskim. Tworzenie narracji jest w istocie powołaniem i zajęciem gatunku ludzkiego.

Narracje utrwalone, mające konstrukcję ideologii, niełatwo zmienić albo podważyć. Najtrudniej narrację zakwestionować.

„Nie ma nic bardziej deprymującego, łagodnie mówiąc, niż wyśmianie, zaprzeczenie, obalenie, pogardzenie lub strywializowanie czyjejś opowieści – dowodził Postman. – To tak, jakby obrabować ludzi z ich uzasadnienia życia. Dlatego nikt nie lubi tych, którzy podważają opowieść, przynajmniej do czasu, gdy znajdzie się nowa”.

Kara dla wizjonerów

W dawnych czasach nie tolerowano tych, którzy podważali obowiązujące narracje. Sokratesa oskarżono o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo, wyznawanie bogów, których nie uznaje państwo i psucie młodzieży. Sprawę rozpatrywała heliaja, ateński sąd ludowy, który ostatecznie skazał filozofa na śmierć przez wypicie cykuty.
Jezusa ukrzyżowano, a Jana Chrzciciela pozbawiono nóg i głowy za to, że krytykował niemoralne małżeństwo tetrarchy Galilei, Heroda. Mahomet musiał uciekać przed swymi wrogami i ukrywać się w jaskini. W nowszych czasach nie było lepiej. Za podważanie kierowniczej roli partii albo wyższości socjalizmu nad kapitalizmem groziło więzienie albo obóz pracy.

Nic nowego

Nowa Polska nie zakwestionowała do końca żadnej narracji, funkcjonującej w czasach PRL. Patrioci nazywani są w mediach faszystami. Ludzie przywiązani do Kościoła, nazywani są moherami i oszołomami. Polacy oskarżani są o antysemityzm, ksenofobię i nacjonalizm. Można mówić o wściekłej kampanii przeciw dobremu imieniu Polski i Polaków.
Próby zmiany tej sytuacji kończą się niczym, a czasami kończą się awanturą. Nawet w tzw. prawicowych enklawach albo rezerwatach, takich jak Klub Ronina, opinie dyskutantów na temat „polskiego nacjonalizmu” albo „polskiego antysemityzmu” muszą być zgodne z obowiązującymi od lat narracjami.

Postulat Brauna

Niepomny na los burzycieli utrwalonych narracji, Grzegorz Braun, znany reżyser i publicysta, spróbował podważyć obowiązującą w nowej Polsce narrację o Polakach i Żydach. Doszło do tego 2 września 2013 roku, w czasie panelu: „Polacy, Żydzi, Izrael” w Klubie Ronina w Warszawie.
Braun zaproponował, aby „narrację literacką”, opowiadającą o Jankielu z „Pana Tadeusza” i o Joselewiczu pod Kockiem, a także narrację Grossa o Polakach i Żydach, zastąpić „narracją realistyczną”, opartą na faktach.

Mówić, żeby nic nie powiedzieć

Propozycja Brauna została skrytykowana przez Dawida Wildsteina i przez Tomasza Terlikowskiego, od pewnego czasu lansowanego w mediach jako dyżurnego dziennikarza katolickiego. Zabrali też głos pozostali paneliści: Filip Memches, Leszek Żebrowski i Piotr Gontarczyk. Wszyscy oni – o dziwo!! – mówili tak, żeby nic nie powiedzieć.
Najbardziej żałosną i głupią wypowiedź miał Dawid Wildstein. Najbardziej mętnie i nie na temat mówił Tomasz Terlikowski. Najbardziej mnie zaskoczył Piotr Gontarczyk, który mówił tak, jakby nie chciał mówić.

Wsparcie słuchaczy

W końcu głos zabrała obecna na sali publiczność. Byli to ludzie na wysokim poziomie intelektu i kultury. Wszyscy oni wykazali szokująco niski poziom wiedzy i rozumowania Terlikowskiego. Jednocześnie publiczność wsparła argumentację Brauna, co zupełnie pogrążyło Terlikowskiego.
Czy zatem można powiedzieć, że Braunowi udało się podważyć obowiązującą narrację o Polakach i Żydach, opowieść zaczynającą się 10 lipca 1940 roku mordem Żydów w Jedwabnem? Nie sądzę, żeby tak mogło się zdarzyć. Stereotypy, ideologie, mity i iluzje są w Polsce zbyt silne, by mogły być zakwestionowane.

Próba, nawet nieudana, podważenia obowiązującej narracji kończyła się niegdyś ostrą reakcją sądów ludowych, szwadronów śmierci, najściem funkcjonariuszy i, w końcu, drakońskimi wyrokami. Ale w nowej Polsce, trzeba to przyznać, już nikt nie obcina głów i nóg Janom Chrzcicielom, nikt nie pali na stosach Husów, nikt nie wtrąca do więzienia przeciwników PPR/PZPR.

Swoiste podsumowanie

A zatem – co zrobić? Jak ukarać, jak pognębić nie tylko Grzegorza Brauna, ale także liczną publiczność Klubu Ronina, publiczność, która śmiała pognębić dziennikarza „Gazety Polskiej”, „Frondy”, tygodnika „Do Rzeczy” i Telewizji „Republika”?
Znalazł się sposób na Brauna, na dziennikarza, który ma w zwyczaju wsadzać kij w mrowisko, a tym razem wsadził kij w mrowisko Ronina. Otóż redaktor Terlikowski wydrukował tekst w „Gazecie Polskiej”. Czytając ten tekst, podsumowujący panel w Klubie Ronina, można mieć wrażenie, że jest to tekst nasączony cykutą, czyli szalejem jadowitym:

„Antysemityzm, a może po prostu zwyczajna antyżydowska fobia, jest niestety żywa wśród części polskiej prawicy”.

Tak pisze Terlikowski, katolicki ponoć dziennikarz! To język dawniej rzadko spotykany w „Gazecie Polskiej”, a od pewnego czasu spotykany coraz częściej. Terlikowski pisze, że „część polskiej prawicy nadal nie wyrosła z żydożerczych obsesji, zasianych przed laty przez Romana Dmowskiego, a później rozpalanych przez moczarowców. Żyd – i to, niestety, nie tylko dla Grzegorza Brauna, pozostaje wrogiem”.

Terlikowski zestawił obok siebie dwa nazwiska: Dmowskiego, zasłużonego dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, a wedle Terlikowskiego siewcy „żydożerczych obsesji”, i Moczara, jednego z wielu zbrodniarzy komunistycznych, odpowiedzialnego za zbrodnie okresu PRL.

Zmarnowana lekcja

Prawica, która w Klubie Ronina chciała nauczyć Terlikowskiego kultury dyskusji i prowadzenia sporów, została poniżona w „Gazecie Polskiej”. Terlikowski odrzucił słowa i myśli publiczności.
Odmienne narracje o Polakach i Żydach mogłyby być tematem dalszych rozmów, dyskusji. Mogłyby!

Ale raptem Terlikowski postawił kropkę. I zrobił jeszcze coś więcej. Machnął „żydożerstwem” jak siekierą i rozwalił stół, przy którym mogliby nadal siedzieć dyskutanci i przedstawiać swoje racje, argumenty. Aż do pogodzenia rozbieżnych stanowisk i nawiązania współpracy dla wspólnego dobra.

http://gazetaobywatelska.salon24.pl/543 ... l-dyskusji


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 25 paź 2013, 15:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Cóż, kurtyna opada i kłamcy, którzy podawali się za polskich patriotów, objawiają swą nienawiść do polskości ani trochę nie mniejszą od tej michnikowej. Jak widać, żydzi stojący rzekomo po polskiej stronie, nienawidzą Polski tak samo, jak szef GW. I są tak samo obrzydliwymi kreaturami jak Hartman, tylko dotąd udawali kogoś innego. Z tego wniosek, że żaden polski ruch polityczny nie będzie mógł działać sprawnie, jeśli nie oczyści się z żydów, bo ich nienawiść do Polaków jest stałą polityczną, wartością niezmienną od stuleci, na której można zawsze polegać.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 23 gru 2013, 10:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Królestwo prawowierne

dr Artur Górski

Stolica Apostolska w przeszłości nadawała królestwom katolickim honorowe określenia za różne „chwalebne czyny”, co miało jeszcze bardziej przywiązać te monarchie do Kościoła jako obrońców wiary.

Jak pamiętamy, Królestwo Hiszpańskie było nazywane Regnum Catholicissimum ze względu na ofiary i zasługi położone w wypędzeniu Saracenów z Półwyspu Iberyjskiego. Natomiast Królestwo Francuskie – tę najstarszą córę Kościoła – określano jako Regnum Christianissimum w uznaniu stateczności w wierze świętej i zasług w jej obronie. Królowie Portugalii otrzymali miano „najwierniejszych”, zaś królowie Węgier „apostolskich”.

Chyba jednak mało kto wie, że Królestwo Polskie również miało swoje określenie stawiające nasze państwo w jednym szeregu z wybitnymi katolickimi monarchiami Europy. Za panowania króla Jana Kazimierza Rzym zaczął tytułować Królestwo Polskie Regnum Orthodoxum.

Wiele wydarzeń złożyło się na zdobycie miana Monarchii Prawowiernej przez Polskę. Najpierw ocalono przed heretyckimi Szwedami Jasną Górę (listopad-grudzień 1655). Następnie ważnym aktem były lwowskie śluby Jana Kazimierza 1 kwietnia 1656 roku. Na podstawie tych ślubów jasnogórska Bogurodzica, którą król zawezwał „ku obronie Narodu Polskiego”, została ogłoszona Królową Korony Polskiej. Królestwo Polskie i wszyscy jego mieszkańcy zostali oddani pod opiekę Przenajświętszej Panny Maryi. Na wieść o tym królewskim akcie Papież Aleksander VII odprawił nabożeństwo dziękczynne w kościele polskim św. Stanisława w Rzymie.

Kolejnym znamiennym wydarzeniem było wydanie w 1658 r. przez Sejm warszawski edyktu, w którym arianie (bracia polscy), najbardziej radykalny odłam reformacji w naszym kraju, zostali zobowiązani do przejścia na katolicyzm lub opuszczenia Polski. Arianom nakazano opuścić nasze ziemie nie tylko dlatego, że w czasie wojny ze Szwedami chętnie przechodzili na stronę wroga i przy tej zdradzie trwali, ale przede wszystkim dlatego, że odegrali ważną rolę w przygotowaniu dokumentu rozbiorowego Rzeczypospolitej, tzw. traktat w Radnot w 1656 roku. I to właśnie po wydaniu tego sejmowego edyktu Papież Aleksander VII ogłosił Polskę Monarchią Prawowierną w 1658 roku.

Jak głosi tradycja, poza wymienionymi wyżej faktami historycznymi Papież tytułem Regnum Orthodoxum wynagradzał Polskę nie tylko za wierność wierze katolickiej, ale także papiestwu. Polacy nigdy nie nałożyli polskiej korony na głowę poganina czy heretyka. (Nawet poganin Jagiełło, nim został koronowany na króla Polski, musiał najpierw przyjąć katolicyzm.) Natomiast w walce o inwestyturę Polska zawsze stawała po stronie Papieża, nigdy nie uznała żadnego antypapieża.

Jednak są i inne drobne, a znamienne fakty, które podpowiadają, że Polska słusznie otrzymała papieski tytuł. Wystarczy wspomnieć stary szlachecki zwyczaj dobywania przez szacunek dla Boga na pół pochwy szabel podczas czytania w kościołach Ewangelii, w czasie Mszy Świętej. Zwyczaj ten symbolizował gotowość bronienia aż do śmierci świętej wiary przodków. Również senatorowie I Rzeczypospolitej tę gotowość ogłaszali, na swych orderach grawerując sentencję: „Pro Fide, Lege, Rege et Patria” (Za wiarę, prawo, króla i ojczyznę). Senat polski także świadczył o naszym przywiązaniu i szacunku dla wiary katolickiej, dając pierwsze miejsca biskupom katolickim. Szkoda, że tytuł Regnum Orthodoxum nie przylgnął na trwałe do Polski i nie zakorzenił się w świadomości Polaków.

http://www.naszdziennik.pl/wp/63258,kro ... ierne.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 29 gru 2013, 22:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Wojciech Wencel

Raniona miłość

Obrońmy polską poezję przed barbarzyńcami!

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 43/2013

Czy Polacy mogą istnieć jako naród bez „Pana Tadeusza”? Obecna władza, która konsekwentnie usuwa ze szkół arcydzieła polskiej literatury, nie zaprząta sobie tym problemem głowy. Uważa, że uczniowie gimnazjum przeżyją bez obowiązkowego kontaktu z romantyczną poezją. I w pewnym sensie ma rację. Młodzi ludzie nadal będą oddychać, konsumować, siedzieć w internecie, słuchać krzykliwej muzyki, esemesować, chodzić na lekcje języka angielskiego, matematyki i podstaw marketingu. W przyszłości niektórzy z nich być może zrobią karierę w międzynarodowych korporacjach. Tyle że nie będą już Polakami.

W czwartek 17 października pod pomnikiem Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbył się „Wiec w obronie poezji przed barbarzyńcami”. Zorganizowało go założone przez Jana Pietrzaka Towarzystwo Patriotyczne. Utwory klasyczne recytowali aktorzy, m.in. Anna Chodakowska, Halina Łabonarska, Jerzy Zelnik; własne wiersze czytali współcześni poeci, m.in. Leszek Długosz i Przemysław Dakowicz. I ja tam byłem, swoją cegiełkę dołożyłem. Dlaczego obrona romantycznego kodu jest dla nas tak ważna? Czemu zamiast starać się dołączyć do medialnych celebrytów zaangażowaliśmy się w sprawę – sądząc po „logice przemian cywilizacyjnych” – przegraną?

Polski romantyzm określił wspólnotę narodową jako wspólnotę losu, a w jej centrum postawił poezję. Po klęsce pod Maciejowicami, rzezi Pragi i traktacie zatwierdzającym III rozbiór Polski, po kilku falach wywózek na Sybir i emigracji poezja stała się żywiołem zastępującym realną politykę. Dla kilku pokoleń Polaków „Pan Tadeusz” stanowił prawdziwą ojczyznę. „Nie ulega wątpliwości – pisał w 1955 r. emigracyjny publicysta Juliusz Mieroszewski – że jeżeli trwamy do dziś dnia jako naród, wbrew faktom geopolityki, które sprzysięgły się przeciwko nam – to istniejemy przede wszystkim dzięki arcydziełom naszej literatury”.

Ale poezja romantyczna nie była jedynie depozytem przedrozbiorowych wartości i obyczajów, który umożliwił Polakom przetrwanie. Ucząc empatii dla prześladowanych oraz próbując odczytać sens zbiorowego cierpienia i istotę narodowego posłannictwa, zbudowała duchową więź, która na wieki połączyła „braci Polaków”. Jeśli w XIX w. staliśmy się nowoczesną wspólnotą narodową, to nie dzięki rewolucji, prawodawstwu czy Kościołowi, lecz poprzez poezję. Dlatego autentyczna polska polityka zawsze będzie przeciwieństwem czystego materializmu, a dojrzała polska poezja oprócz czułości i piękna zachowa również wymiar polityczny.

„Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” – pisał Adam Mickiewicz w III części „Dziadów”. Znane nam sceny podróży zesłańców kibitkami w głąb Rosji wieszcz uznawał jedynie za wstęp do opisów więzień i „katorżnej roboty”. Swoim poematem miał zamiar objąć „całą historię prześladowań i męczeństwa naszej Ojczyzny”. Bóg nie pozwolił mu zrealizować projektu, ale tylko dlatego, że postawił na polifonię. Arcydzielny, apokaliptyczny obraz Sybiru dał Juliusz Słowacki w „Anhellim”. A kultura II RP przekształciła tę wizję w mit czytelny dla każdego – od profesora po rzemieślnika.

Słowacki przepowiedział nam „słowiańskiego papieża”. Niestety, pozostałe proroctwa wieszczów – również trafne – okazały się mniej pomyślne. W XX w. romantyczne arcydzieła służyły jako pochodnie rozświetlające mrok aktualnych wydarzeń. Skrajnie bolesnych doświadczeń było tyle, że zanim jedno przeszło do historii, już pojawiało się kolejne. Niemiecko-sowiecka inwazja, wojenna fala zsyłek, Katyń, Wołyń, spalona Warszawa, zdrada aliantów, następna emigracja, eksterminacja żołnierzy wyklętych, sowiecka okupacja... Bez chrześcijańskiej poezji ciężar naszych dziejów byłby nie do udźwignięcia.

Wierności wspólnocie polskiego losu dochowali twórcy pokolenia wojennego z Tadeuszem Gajcym na czele, Zbigniew Herbert w kraju, a także poeci emigracyjni: Jan Lechoń, Beata Obertyńska, Józef Łobodowski... „To jest ta miłość,/ Miłość raniona/ Co przeliczyła/ Całe bogactwo/ Odbudowane/ Rana po ranie:/ Wierność sumieniu,/ Sens ponad klęską,/ Tego nie wezmą,/ To było nasze/ Jest i zostanie” – pisał w 1968 r. Kazimierz Wierzyński, wielki narodowy poeta, którego wyrzekła się III RP. Czy jest sens kontynuować dzieło „ranionej miłości”, skoro świat już dawno uznał, że poezja się skończyła?

Świat ogłosił również śmierć Boga. Czy to oznacza, że Boga nie ma? Zadekretować można wszystko, także „zmierzch paradygmatu romantycznego”. Ale jak uciec od losu? Polskiego losu, który wciąż prowadzi nas przez wnętrze ognistego pieca. To, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku, nie pozwala wyrzec się romantycznego kodu, w którym zapisane jest doświadczenie wspólnotowej zagłady, duchowego trwania i ciągłego odradzania się w wolności. Narody, które zbudowały materialistyczną potęgę, mogą sobie pozwolić na rezygnację z wielkiej poezji. Polacy, żeby nadal istnieć, muszą świadczyć o swoim zbiorowym losie, dając świadectwo zwycięstwa miłości nad śmiercią.

Poezja cierpliwa jest, łaskawa jest. Poezja nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Poezja jest miłością.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... miosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 30 gru 2013, 11:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
Czy Polacy mogą istnieć jako naród bez „Pana Tadeusza”?


Władza ma nadzieję, że nie mogą.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 18 sty 2014, 15:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Podziały: patrioci, idioci i zdrajcy

Kiedyś ktoś usiłował mi wyperswadować podziały, bo prowadzą one rzekomo do faszyzmu. A do czego prowadzi brak podziałów? Jeśli już nawet nie będziemy dzielić się na dziewczynki i chłopczyków, to pozostaniemy jakąś bliżej nieokreśloną masą, z którą można zrobić wszystko. Bo czy jakieś „coś” zasługuje w ogóle na szacunek?

W pierwszym felietonie napisałam, że nad Wisłą żyją dwie nacje: Polacy i „Europejczycy”. Dla Polaka bycie Europejczykiem jest stanem naturalnym. Dla „Europejczyka” bycie Polakiem to obciach. Od tamtej pory minęły 3 lata. Teraz podzieliłabym nas na 3 grupy: patrioci, idioci i zdrajcy. Pierwsza i trzecia grupa jest świadoma swojej przynależności. Idiota to według greckiego pierwowzoru człowiek niezaangażowany w sprawy ogółu. Dziś powiedzielibyśmy – nie interesujący się polityką.

Aktywne są więc dwie grupy – patriotów i zdrajców. Co robi się ze zdrajcami? To zależy, na wojnie się ich likwiduje, w czasie pokoju tylko demaskuje. Musimy zdecydować czy już jesteśmy pod okupacją, czy jeszcze nie. Od tego zależy bowiem los zdrajców. W końcu, zdrajca to też człowiek, no nie?

Małgorzata Todd

www.mtodd.pl lub http://sklep.mtodd.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 25 lut 2014, 09:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Niszczenie Narodu

Ks. kard. Stefan Wyszyński

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Prosimy tych, od których zależy twórczość kultury rodzimej, aby zdolności swoich nigdy nie używali przeciwko wartościom moralnym młodego pokolenia polskiego, aby wysoko cenili każdego z maluczkich, których Chrystus bronił przed gorszycielami. Radzibyśmy, aby współczesne pokolenie, któremu dano talenty, przeszło do historii z najlepszym imieniem, pełne zasługi dla narodu.Gorąco zwłaszcza prosimy tych, którzy dysponują środkami przekazu społecznego, widowiskami, filmem, telewizją – by nie byli rozsadnikami demoralizacji, a te wspaniałe środki wykorzystali dla umacniania duchowej racji stanu narodu.

Wreszcie prosimy władze publiczne, aby tak pokierowały polityką gospodarczą, by osławiony „monopol” z czasów carskich przestał być głównym źródłem dochodu, zbieranego ze słabości ludzkich, z których później trzeba będzie leczyć naród w sposób o wiele kosztowniejszy, a nie zawsze skuteczny. Prosimy też, by władze państwowe ograniczyły sieć sprzedaży napojów alkoholowych, a Kościołowi dały wolność tworzenia takich instytucji społecznych, które pomogłyby do przezwyciężenia plagi alkoholizmu.


Fragment pochodzi z listu pasterskiego na Wielki Post, 1968

--------------------------------------------------------------------------------

Jeszcze od czasu zaborów utrwaliło się kilka metod osłabiania naszego Narodu, a zwłaszcza młodego pokolenia. Z jednej strony była to demoralizacja, z drugiej zaś – alkoholizm. Demoralizacja wyniszcza człowieka najpierw duchowo, a potem fizycznie, alkoholizm odwrotnie: najpierw fizycznie, a potem duchowo. Tak osłabiony człowiek, a w konsekwencji społeczeństwo, nie jest w stanie oprzeć się niewoleniu i nie jest w stanie wyrwać się z niewoli. Nawet za komuny nie było tak demoralizujących mediów, tak ohydnego repertuaru w teatrach jak dziś. A alkohol? W roku 1971 przypadało 7,5 litra na głowę statystycznego Polaka, w ubiegłym roku… ponad 9 litrów. Przegoniliśmy zaborców i PRL. Czy to przypadek?

http://www.naszdziennik.pl/wp/69306,nis ... arodu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 08 mar 2014, 09:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Wezwanie na całe życie

Ks. Feliks Folejewski SAC

W Środę Popielcową rozpoczęliśmy Wielki Post. Czy jednak dzisiejszy świat nie ucieka od popiołu i postu? Czytamy w Piśmie Świętym o trąbach nawołujących ludzi, aby myśleli; dziś trąbią po to, aby nie myśleć. Pomimo to jako ksiądz wciąż jestem zdumiony i jest dla mnie głębokim przeżyciem, jak rzesze wiernych: starsi, dzieci, młodzież, klękają, pochylają głowy i przyjmują dar i te słowa: „Pamiętaj, że z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Popielec bez ceregieli mówi prawdę w oczy, mówi o grzechu i mówi o śmierci. To dwie prawdy, od których nie powinniśmy uciekać, ale mamy sobie nasz grzech uświadomić: kogo krzywdzimy, kogo obrażamy – zawsze Boga, ale i człowieka, i umniejszamy siebie. Kapłan może też przy posypywaniu głów popiołem wypowiedzieć słowa, które brzmią delikatniej: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Taki Popielec, jak mówił ksiądz Jan Twardowski, w „rękawiczkach”. Tymczasem urokiem Popielca jest chyba to, że Pan Jezus nie jest dyplomatą, że jest prawdziwym nauczycielem i każe jasno spojrzeć na rzeczywistość grzechu, który prowadzi do śmierci duchowej, a ta jest najtragiczniejsza. Grzech jest chorobą.

Liturgia ukazuje Wielki Post jako czas przebudzenia, rozbudzenia wszystkich sił duchowych człowieka. Może stać się umiejętnością nowego odkrywania spojrzenia na Boga, siebie i drugiego człowieka. „Nagle na wszystko spojrzał inaczej”. Tak więc główny nurt Wielkiego Postu winien płynąć poprzez człowieka wewnętrznego, poprzez serce i sumienie. Na tej drodze nawrócenia się ku Bogu człowiek spotyka się z miłosierdziem, łaską przebaczenia, wyzwolenia. Jest to ogromna radość odnalezienia siebie, spotkania z Bogiem. Radość prawdziwej wolności.

Często w czasie Wielkiego Postu docierają do nas słowa: modlitwa, post, jałmużna. Przywykliśmy często myśleć o nich jako o uczynkach pobożnych i dobrych, które wypada spełniać każdemu chrześcijaninowi, zwłaszcza w tym czasie. Ten sposób myślenia jest poprawny, ale nie kompletny. Należy przypomnieć, że chodzi tutaj nie tylko o doraźne „praktyki”, ale o trwałe postawy, które kształtują nasze nawrócenie do Boga również w sposób trwały. Zmieniają nasze myślenie, działania. Wielki Post jako okres liturgiczny trwa tylko czterdzieści dni w ciągu roku. Natomiast do Boga stale dążymy, wciąż mamy się nawracać. Przypomina Psalmista: „Z mocy w moc wzrastać będę”. Mogę być tym, kim jestem, w sposób lepszy. Modlić się to znaczy odnajdywać się całym swoim życiem w Jedynym Odwiecznym Słowie, którym przemawia Ojciec. To Słowo stało się Ciałem, aby łatwiej nam było odnaleźć się w Nim również w naszych słowach modlitwy.

Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty powiedziała: „Mój sekret jest całkiem prosty. Modlę się i przez swoją modlitwę staję się jedno w miłości z Chrystusem. Przecież modlić się do Niego znaczy kochać Go, a to znaczy wypełniać Jego słowa: ’Byłem głodny, a daliście Mi jeść… byłem chory, a odwiedziliście Mnie’”. Inaczej może nam grozić niebezpieczeństwo: „lud ten czci Mnie wargami”; można odmówić pacierz, a nie modlić się. Znakiem modlitwy jest przemiana życia.

Podobnie jest z postem, który kształtuje naszą osobowość. W czasie Wielkiego Postu przeżywamy wydarzenia Męki Chrystusa. Oblubieniec jest od nas wzięty. Pojmany, więziony, policzkowany, biczowany, koronowany cierniem, ukrzyżowany. Post w tym okresie jest wyrazem naszej solidarności i miłości z Chrystusem. Dlaczego post? Święty Augustyn odpowiada: „Ciało na skutek swej skazitelności posiada pożądliwości mu właściwe: przeciw nim dane ci jest prawo do używania hamulca. Masz władzę nad twoim ciałem… nie idź za pożądaniami ciała do granic rzeczy niedozwolonych, ale opanuj je także w dziedzinie tego, co dozwolone. Istotnie, kto nie powstrzymuje się w rzeczach dozwolonych, staje na skraju tego, co niedozwolone”. Przez post odkrywam prawdę o swojej godności, jestem panem, a nie niewolnikiem rzeczy czy różnych zachcianek. Odmawianie sobie przyjemności, a także pokarmu i napoju nie jest samo w sobie celem, jest jedynie środkiem do prawdziwej miłości i wolności.

Prawdziwa miłość otwiera umysły i serca ludzi. Tak należy rozumieć i praktykować jałmużnę, która jest otwarciem na potrzeby bliźniego w naszym domu, sąsiedztwie, w pracy. Jałmużna jest postawą człowieka miłosiernego, spieszącego z pomocą. Jest darem otwartych oczu i rąk. Taka postawa jest nieodzownym elementem nawrócenia, tak jak modlitwa i post. Bóg szybko wysłuchuje modlitw tych, którzy czynią dobrze. Ojcowie Kościoła przypominają: „Dłoń ubogiego jest skarbem Chrystusa, cokolwiek otrzymuje biedny, Chrystus otrzymuje”. Biedę należy rozumieć nie tylko w wymiarach materialnych. Jak wielką biedą jest nie umieć kochać. Widzimy, jak szerokie, a równocześnie głębokie pole pracy otwiera się przed nami. Nie tylko na Wielki Post, ale na co dzień. Na całe życie, do chwili spotkania z Chrystusem Zmartwychwstałym.

http://www.naszdziennik.pl/wp/70541,wez ... zycie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 05 kwi 2014, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Niemi i głusi

Ks. kard. Stefan Wyszyński

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Bo wielkim nieszczęściem naszej współczesności jest to, że wśród ludzi bardzo wymownych wielu jest niemych, którzy boją się powiedzieć prawdę, boją się ujawnić, co myślą. Są oni wszędzie, nie wyłączając katedr uniwersyteckich i różnych kongresów naukowych – na które ostatnio jest urodzaj w naszej Ojczyźnie.

Jest to największe nieszczęście dla naszego Narodu i państwa! Dla Narodu – bo tworzy się warstwa ludzi tchórzliwych, którzy pospolite tchórzostwo, zamykające im usta przed wyznaniem prawdy, nazywają roztropnością. Jest to szkodliwe i dla państwa, bo właściwie nie wie ono, jaki jest obywatel i co myśli. A nie ma bodaj większego nieszczęścia dla ludzi sprawujących władzę, jak niemożność poznania w sposób spokojny i odważny, co myślą obywatele, jak oceniają rzeczywistość, potrzeby Narodu i państwa, z takim trudem przecież przez morze krwi doprowadzonego do wolności. Nie ma większego nieszczęścia dla Narodu, jak społeczeństwo zastraszone, milczące, niezdolne do wyznania prawdy!

Zjawisko to zaczyna się przejawiać zwłaszcza w dziedzinie religijnej, szczególnie w środowiskach inteligencji pracującej. Lęk o stanowisko, posadę, możliwości pracy naukowej – czemu można się nie dziwić – zamyka ludziom usta. Powiększają się szeregi „niemych” obywateli. Jest to prawdziwe nieszczęście Narodu! Wolność opinii jest bowiem największym bogactwem politycznym i największą mądrością rządzących. Należałoby więc stworzyć takie warunki i taką sytuację, aby ludzie nareszcie przestali się lękać.


Fragment pochodzi z kazania wygłoszonego w Warszawie 9 IX 1973 r.

--------------------------------------------------------------------------------

Środowisko naukowe powinno z zasady skupiać warstwę ludzi najbardziej wykształconych w danym społeczeństwie, bo przecież troska o rozwój intelektualny jest wpisana w istotę zawodu naukowca, jest jego misją, jak sensem zawodu lekarza jest leczenie chorych. A jednak i tu pojawiają się poważne pęknięcia, gdy inteligencja i wiedza nie idą w parze z odwagą, gdy wręcz stają się zakładnikiem moralnego tchórzostwa. Niestety, nie tylko dawniej, ale i dziś.

http://www.naszdziennik.pl/wp/73636,niemi-i-glusi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania o nas samych
PostNapisane: 16 lip 2014, 06:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30975
Naszym odwiecznym wrogom udało się zdominować i przesterować umysły wielu z naszych rodaków. Podzielili nas Polaków, a teraz z satysfakcją przyglądają się, jak nie możemy się w kluczowych sprawach porozumieć. Rozdrapują nam Ojczyznę, a my wciąż jesteśmy bezradni, bo ... podzieleni.

„Braciom na otuchę”

Filip Frąckowiak

Dokładnie 104 lata temu, w 500. rocznicę zwycięstwa pod Grunwaldem, odbyła się w Krakowie wielka manifestacja patriotyczna. Uczestniczyło w niej 150 tysięcy ludzi, którzy przyjechali ze wszystkich zaborów. Odsłonięto pomnik Władysława Jagiełły – pomnik Grunwaldzki. Tego dnia także po raz pierwszy publicznie odśpiewano „Rotę” do słów Marii Konopnickiej z muzyką skomponowaną przez Feliksa Nowowiejskiego. „Praojcom na chwałę, braciom na otuchę” – widnieje napis na cokole pomnika. Nie wybuchła jeszcze I wojna światowa, nie było wyraźnych znaków, że Polska może odzyskać wolność. A jednak Polacy manifestowali i ciężko pracowali, by nie zabrakło symboli narodowych ku pokrzepieniu zniewolonych polskich serc. Dekadę wcześniej Henryk Sienkiewicz napisał w tym duchu „Krzyżaków”. Sam pomnik ufundował Ignacy Jan Paderewski, wybitny muzyk, kompozytor i przyszły premier rządu niepodległej Rzeczypospolitej. Ktoś z takimi osiągnięciami dziś nazywany byłby celebrytą. Tak opisał motywy, którymi się kierował: „Byłem zaledwie dziesięcioletnim chłopcem, kiedy po raz pierwszy przeczytałem o bitwie pod Grunwaldem […]. Jakże byłbym szczęśliwy, gdyby mi starczyło życia, pieniędzy, energii, aby móc w pięćsetną rocznicę zwycięskiego boju wystawić pomnik ku czci wielkich przodków. Przez całe życie odkładałem na ten cel pieniądze”.

Dziś, w 2014 roku, manifestacja patriotyzmu i wspólna modlitwa za Ojczyznę dla większości są niemodne. Zbieranie pieniędzy na takie dzieła skupiające Polaków jak Radio Maryja, Telewizja Trwam, świątynia pw. Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu główne media opisują jako wykorzystywanie naiwnych. Same jednak nie dostrzegają, że opisywanych w ten sposób ludzi obrażają. Jest także wiele innych podobnych prac wykonywanych z pełnym oddaniem. Na przykład największy na świecie haft przedstawiający „Bitwę pod Wiedniem” Jana Matejki, wystawiony w auli Akademii im J. Długosza w Częstochowie, który szyły 3 lata 53 osoby. Gdyby Paderewskiemu ktoś zarzucił, że naiwnie wydaje swoje pieniądze na pomnik Grunwaldzki, pewnie chciałby go przytrzasnąć klapą fortepianu. Polacy podzieleni są na dwie grupy. Pierwszej myśli i uczynki związane są z banalnym tu i teraz. Z różnych powodów nie funkcjonuje we wspólnocie większej niż ta, którą tworzy wokół siebie. Bóg, Honor i Ojczyzna są dla tej grupy jedynie mglistymi, niepotrzebnymi bytami. To grupa zwykle hołdująca neoliberalizmowi kulturowemu. Drudzy chcą budować polską wspólnotę przez Jana Pawła II, nie zgadzają się na aborcję, chcą jeździć na pielgrzymki, wydawać na to swoje pieniądze i budować historyczną wiedzę. Myślą o Polsce w takich kategoriach, jak myślał Ignacy Jan Paderewski. Tę właśnie myśl o Polsce dało się słyszeć w minioną sobotę i niedzielę na Jasnej Górze. Taką troskę o państwo wyrażają osoby, które przyjechały na pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja, które nie wstydzą się trzymać za ręce, kiedy śpiewamy i mówimy o Ojczyźnie. Nie jest ona jakąś wstydliwą sprawą, zapomnianym zakątkiem ziemi. To wspólna modlitwa ok. pół miliona ludzi i homilia, w której nie ma obaw, by użyć słów „Polska” i „państwo” w kontekście współczesnym. I to jest właśnie manifestacja wiary i patriotyzmu „braciom na otuchę”.

Nim postawiono pomnik Grunwaldzki w Krakowie, tworzono go w konspiracji. W 1910 roku Paderewskiemu pod tym pomnikiem mogli zarzucać dokładnie to samo, co słyszę dziś: „Grunwald był 400 lat temu. Kogo to obchodzi? Lepiej wydać pieniądze na rodzący się na ziemiach polskich przemysł, Polska nie istnieje tyle lat, więc po co marnować siły na jej odbudowę. Od Boga też można się odwrócić, bo przecież właśnie rodzi się nowoczesna ideologia, która tłumaczy cały sens istnienia człowieka, czyli marksizm”. Takim językiem mówią także wszyscy współcześni, którzy nie chcą w Polsce poważnych dyskusji o państwie i wynikających z nich zmian na lepsze.

http://www.naszdziennik.pl/wp/85671,bra ... tuche.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 131 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /