Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 52 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 22 maja 2017, 08:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Otaczajmy ochronną opieką nasze pociechy, gdyż, jeżeli pozwolimy na ich zdeprawowanie, to już tego błędu nie będziemy w stanie naprawić.
A drugich dzieci też już nie będziemy mogli mieć.
Pomyślmy za wczasu czym może się dla naszych dzieci i dla nas skończyć beztroskie lekceważenie lewackiego deprawatora.


Chrońmy dzieci!

Zabawa w kotka i myszkę z tzw. edukatorami seksualnymi trwa w najlepsze. Jak walczyć z organizacjami, które mimo zdecydowanego sprzeciwu społecznego wciąż wykorzystują prawo do programowej deprawacji dzieci?

Co rusz pojawiają się informacje o kolejnych stowarzyszeniach czy fundacjach reprezentujących subkulturę LGBT (lesbijki, geje, bi- i transseksualiści), które prowadzą zajęcia w polskich szkołach. Scenariusz jest często taki sam: najpierw dyrekcja zgadza się, by organizacja z zewnątrz poprowadziła warsztaty poświęcone przeciwdziałaniu dyskryminacji lub wyrównywaniu szans. Kiedy na pierwszym spotkaniu tzw. edukatorzy zaczynają zachwalać homoseksualizm i kontestować tradycyjne małżeństwo, wtedy reagują zaniepokojeni rodzice, a czasem nawet i sama zaskoczona dyrekcja, która inaczej to sobie wyobrażała. Jak to możliwe, by do takich sytuacji dochodziło w szkołach publicznych?

Podjęcie w szkole działalności przez takie organizacje jest możliwe na mocy art. 56 obowiązującej ustawy o systemie oświaty, powtórzonego jako art. 86 w nowym prawie oświatowym, które wejdzie w życie we wrześniu bieżącego roku. Przepis ustawy pozwala na działanie w szkole organizacji zewnętrznej, której celem statutowym jest działalność wychowawcza albo rozszerzanie i wzbogacanie form działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej szkoły lub placówki. Na tej podstawie wchodzi do szkół powszechnie znana organizacja „edukatorów seksualnych” Ponton, stanowiąca część proaborcyjnej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, której statut wyznacza niejednoznaczne i pozornie niekontrowersyjne cele w postaci popularyzacji wiedzy w dziedzinie demografii, przeciwdziałania wszelkim formom dyskryminacji i przemocy wobec kobiet. Edukatorzy seksualni wiedzą, że żadna organizacja nie może spotykać się z uczniami bez zgody dyrektora szkoły, wyrażonej po uzgodnieniu pozytywnej opinii rady rodziców. Kto sprzeciwiłby się jednak tak szczytnym celom, kto chciałby być napiętnowany jako zwolennik przemocy i dyskryminacji?

Kamuflaż antydyskryminacji
Dodatkową furtką prawną dla aktywistów LGBT jest Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z 6 sierpnia 2015 r., wprowadzone jeszcze przez minister Joannę Kluzik-Rostkowską. Rozporządzenie wymaga, aby przedszkola i szkoły prowadziły nigdzie niezdefiniowane „działania antydyskryminacyjne obejmujące całą społeczność placówki”. Nie dziwi zatem, że dyrektorzy, obawiając się negatywnej oceny ich pracy, zgadzają się na takie zajęcia. – Obowiązek prowadzenia szerokich „działań antydyskryminacyjnych” nie mieści się w ustawowych działaniach szkół, określonych w art. 21a ust. 3 u.s.o. Kształtuje się zatem obowiązek, który nie ma podstawy w ustawie! – wskazuje mec. Jerzy Kwaśniewski z Instytutu Ordo Iuris. Instytut skierował do minister Anny Zalewskiej apel w tej sprawie, lecz jak dotąd nie podjęto żadnych kroków, aby zamknąć furtkę deprawatorom.

Inną drogą dostępu do szkół jest konwencja CAHVIO (o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej), zwana też „stambulską”. Ten dokument, ratyfikowany przez Polskę w 2015 roku, zobowiązuje państwo do wprowadzenia na wszystkich poziomach edukacji programu „wykorzeniania” stereotypów, które prowadzą do przemocy wobec kobiet, a także nauczania o płci kulturowej. Jest to de facto udany kamuflaż dla faktycznego podważania instytucji rodziny i tożsamości małżeństwa oraz roli społecznej i kulturowej, jaką pełnią. W kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość zapowiadało zaskarżenie konwencji do Trybunału Konstytucyjnego. Rząd planował wypowiedzieć tę konwencję. Jak dotąd – podobnie jak w sprawie rozporządzenia „antydyskryminacyjnego” – panuje cisza.

Wychowanie seksualne w szkole
Dawniej to rodzice rozmawiali z synami i córkami na tematy dotyczące dojrzewania i seksualności. Dziś chce wyręczać ich w tym szkoła – i niestety rodzice często i chętnie się na to zgadzają. W szkole mamy do czynienia z trzema typami edukacji seksualnej: typ A to wychowanie do wstrzemięźliwości seksualnej do czasu dorosłości lub małżeństwa, bez propagowania antykoncepcji, typ B to biologiczna edukacja seksualna, typ C to edukacja złożona, próbująca łączyć A z B, przy czym w rezultacie różnice między B a C są tak naprawdę niewielkie.

W polskich szkołach funkcjonuje obecnie edukacja seksualna typu A, wprowadzona w 1998 roku rozporządzeniem MEN. Realizowana jest w ramach przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie, który przekazuje uczniom wiedzę na temat seksualności w kontekście miłości i piękna, ukierunkowaną na założenie małżeństwa i rodziny. Przynosi to efekty: Polska ma jeden z najniższych w Europie wskaźników chorób przenoszonych drogą płciową, najniższą liczbę zajść w ciążę i zabójstw dzieci nienarodzonych wśród nastolatek.

Organizacje LGBT reagują na te zajęcia z wściekłością i pogardą. Wystarczy tylko wspomnieć medialną nagonkę na prof. Urszulę Dudziak, główną ekspert MEN w zakresie programu zajęć wychowania do życia w rodzinie. Jej jasne poglądy, sprzeciwiające się antykoncepcji czy metodzie in vitro, były szeroko wyśmiewane w lewicowych mediach i próbowano przedstawiać je jako zaściankowe i absurdalne. Dopiero dzięki interwencji prawników Ordo Iuris administratorzy dwóch ogólnopolskich portali usunęli wiele obraźliwych komentarzy pod artykułami naruszających dobra osobiste pani profesor.

Nowa, finansowana edukacja seksualna
Propozycją „edukatorów” jest zatem edukacja seksualna typu B – edukacja biologiczna, wręcz, można powiedzieć, techniczno-praktyczna. A zatem jest to nauka masturbacji, antykoncepcji i technicznego podejścia do współżycia seksualnego. W zakresie teorii jej podstawową tezą jest oderwanie seksualności od małżeństwa. W prezentowanych materiałach brakuje odniesień do rodziny, do małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety. Słowo „wierność” praktycznie się nie pojawia, a ograniczenia i zakazy w sferze seksualnej są uważane za szkodliwe. W zamian promowane są nowe modele społeczne: wolne związki, także homoseksualne, bez norm, bez miłości, bez głębokiej więzi.

Ten typ edukacji pociąga za sobą konkretne konsekwencje. Jak pokazują statystyki, prowadzi to do wzrostu zachowań patologicznych u dzieci i młodzieży, przemocy seksualnej i gwałtów. A to z kolei skutkuje narkomanią, alkoholizmem, tendencjami samobójczymi i zaburzeniami odżywiania. Oczywiście, jest to też wzrost liczby nieletnich matek. Eksponowanie wobec dzieci treści, które w oczywisty sposób naruszają ich naturalną delikatność i wrażliwość, jest złamaniem ich podstawowych praw do ochrony przed deprawacją, praw do ochrony prywatności i niezaburzonego harmonijnego rozwoju. Udostępnianie seksualnie wulgarnych treści bez zgody lub wbrew woli rodziców jest również złamaniem ich konstytucyjnie gwarantowanego wyłącznego prawa do wychowania swoich dzieci w zgodzie z wyznawanymi wartościami i poglądami.

Niestety, taka jest propozycja zajęć dodatkowych dla naszych dzieci: brutalna, wyuzdana, nieprzynosząca nic dobrego ani jednostce, ani społeczeństwu. Dlaczego zatem, skoro wywołuje ona tak negatywne skutki, toczy się taka walka o edukację typu B?

„Edukatorzy” są bardzo zaangażowani w swoją misję „uświadamiania” dzieci i młodzieży czy walki ze stereotypami i nie można im odmówić ani gorliwości, ani pełnego oddania sprawie. Lecz spójrzmy na to prawdziwie: prezentacje przygotowywane przez nich są oblepione nazwami środków antykoncepcyjnych i logo firm, które je produkują. Walka z edukacją seksualną typu A to tak naprawdę walka o konkretne wpływy finansowe – promocja czystości to spadek dochodów. A jest o co walczyć: grupa dojrzewającej, rozbudzającej się seksualnie młodzieży jest przecież świetnym celem marketingowym. Bo „czym skorupka za młodu nasiąknie”… Czy chodzi tylko o antykoncepcję? Nie – stawka jest znacznie wyższa, gdyż sami aktywiści przyznają, że różne jej rodzaje mogą czasem nie zadziałać, dlatego trzeba zapewnić dostęp do aborcji na życzenie. Edukacja seksualna typu B jest zatem, i będzie, mocno wspierana przez farmaceutyczny i proaborcyjny biznes.

Jak się bronić?
Sytuacja rodziców jest, delikatnie rzecz ujmując, niewesoła. Obecnie w świetle prawa rodzice mogą bronić dzieci, ucząc je samodzielnie w domu, posyłając do szkół niepublicznych o określonym profilu (na co, głównie z racji finansowych, nie każdy może sobie pozwolić) lub nie wyrażając zgody na działanie organizacji sprzecznych z ich wartościami. Takie bowiem przywileje daje wspomniany art. 56 ust. 2 u.s.o. Jednak niektóre rady rodziców nie mają nic przeciwko antydyskryminacyjnym warsztatom, a inne, jak wspomnieliśmy wcześniej, o tym, kto i co robi z ich dziećmi, dowiadują się post factum. Dlaczego?

Trudno jest zapanować nad tzw. czynnikiem ludzkim. Nauczyciele lub niektóre osoby z dyrekcji sympatyzują lub są bezpośrednio związani z ruchami LGBT i dlatego zapraszają „edukatorów” do swoich szkół. Jakiś czas temu na łamach „Naszego Dziennika” Anna Ambroziak pisała o sprawie 8-latków z jednej z bełchatowskich podstawówek. W ramach zajęć z języka polskiego chłopcy zostali zmuszeni do odgrywania ról kobiecych oraz całowania swoich koleżanek, za co mieli być nagrodzeni szóstkami. Na lekcji skończyło się to płaczem, a późniejsza interwencja zaniepokojonej takim „profilem” zajęć mamy nie przyniosła żadnych efektów. Często możemy więc mieć do czynienia z sytuacją, w której rodzicom ogranicza się dostęp do konkretnych informacji, np. o organizowanych zajęciach oraz ich scenariuszu. Dochodzi więc do łamania zagwarantowanych konstytucyjnie praw rodziców. To oni bowiem mają wyłączne prawo do wychowywania swoich dzieci i ponoszą odpowiedzialność za zdrowy rozwój dziecka, szczególnie w kwestiach dotyczących seksualności, ponieważ dotyczą one najbardziej intymnej sfery życia człowieka. Wobec tego każde działanie faktycznie uniemożliwiające rodzicom wpływanie na treści, które są eksponowane ich dzieciom, jest nie tylko nadużyciem i krzywdzeniem dzieci, ale także łamaniem praw rodziców, chronionych zarówno poprzez polską Konstytucję, jak również wiążące Polskę umowy międzynarodowe, w tym art. 18 Konwencji o Prawach Dziecka ONZ z 1989 r.

Chrońmy dzieci!
Propozycją dla rodziców jest kampania Instytutu Ordo Iuris „Chrońmy dzieci!”. W jej ramach rodzice zwracają się do Instytutu, przesyłając dane szkoły, do której chodzi dziecko, i kontakt do siebie. Można to uczynić, wysyłając załączony do tego wydania „Naszego Dziennika” formularz lub poprzez stronę internetową chronmydzieci.info. Po otrzymaniu danych Instytut skieruje do określonej placówki wniosek o udostępnienie informacji publicznej na temat działających w niej organizacji oraz (w szkołach publicznych) na temat opinii rady rodziców. Zgodnie z ustawą szkoła jest zobligowana, aby udzielić odpowiedzi na te pytania. Ordo Iuris następnie odeśle te informacje do zainteresowanych rodziców wraz ze wskazaniem „szkodliwości” danej organizacji.

– Chcemy w ten sposób pomóc rodzinom. To ujawniona prawda jest podstawą i źródłem sprzeciwu – zauważa mec. Kwaśniewski. – Co więcej, wykrycie organizacji promującej polityczne postulaty LGBT i propagującej biologiczną edukację seksualną w jednej placówce ułatwi oprotestowanie jej działalności w innych miejscach – dodaje.

Zaletą tego rozwiązania jest również anonimowość, a co się z tym łączy – ograniczenie ewentualnych nieprzyjemności w stosunku do dzieci ze strony „sprofilowanych” nauczycieli. Odium przyjmuje na siebie Instytut.

Kolejny ruch należy już jednak do samych rodziców, zwłaszcza zrzeszonych w szkolnych radach. Obecnie w świetle prawa tylko ich negatywna opinia może zablokować działalność deprawatorów.

Z drugiej strony wszelka forma presji na dyrekcję w tej materii może przyczynić się do ochrony dzieci. Szkoły znajdują się pod nieustannym naciskiem organizacji LGBT, które podpierają się rozporządzeniem antydyskryminacyjnym, a także powołują na konwencję CAHVIO. Należy więc pozostawać czujnym, aktywnym i nieustępliwym, a przede wszystkim znać swoje rodzicielskie prawa i głośno o nich przypominać.

Marcin Perłowski, Olaf Szczypiński, Karina Walinowicz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/182227, ... zieci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 31 lip 2017, 06:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Nabierzmy w serca, w umysły, w ducha, nabierzmy normalności.
Czas radykalnie odrzucić lewackie patologie ideologiczne wymierzone przeciw człowiekowi.


Dać życie ludzkości

Homilia ks. kard. Roberta Saraha, prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wygłoszona w sanktuarium Matki Bożej w Rychwałdzie 23 lipca 2017 r.

Obrazek

Wielebni Kapłani,

Najdrożsi Bracia i Siostry!

Pragnę przede wszystkim złożyć moje serdeczne podziękowanie Bratu Marianowi Gołąbowi, Ministrowi Prowincjonalnemu, za zaproszenie mnie do dzielenia z Wami tej chwili wielkiej radości i świętowania wokół Ołtarza Pańskiego. Z całego serca pozdrawiam i dziękuję wszystkim obecnym za pragnienie dzielenia się niezmierną radością tego świątecznego dnia, w tym sanktuarium maryjnym i w tej diecezji.

Liturgia dziełem Boga
Ogromnie się cieszę, że mogę sprawować razem z Wami tę uroczystą Eucharystię, podczas której to wspaniałe sanktuarium, poświecone Błogosławionej Maryi Dziewicy z Rychwałdu i św. Mikołajowi, biskupowi, zostanie ogłoszone – zgodnie z decyzją Stolicy Apostolskiej – bazyliką mniejszą.

Tytuł bazyliki mniejszej, który Ojciec Święty zechciał udzielić temu sanktuarium, jest jasnym znakiem uznania jego szczególnego znaczenia dla głębokiego życia chrześcijańskiego, liturgicznego i pastoralnego, którym ten kościół zawsze się wyróżniał w całej diecezji. Z pewnością stał on się prawdziwą perłą całego regionu (Żywiecczyzny), zarówno pod względem artystycznym, jak i duchowym, dzięki czci, jaką odbiera tu Najświętsza Maryja Panna w Cudownym Obrazie Matki Bożej Rychwałdzkiej, a także dzięki wielkiemu kultowi św. Mikołaja, biskupa. Tytuł bazyliki mniejszej wyraża szczególną więź z Kościołem w Rzymie i z Ojcem Świętym. Od dzisiaj ta bazylika winna być w jeszcze większym stopniu widzialnym znakiem komunii z Kościołem w Rzymie, w sposób szczególny w sposobie przeżywania Świętej Liturgii.

Liturgia jest rzeczywistością Boską, dziełem Boga. Nie jest tworem ludzkim i powinna być przeżywana z poczuciem sacrum, piękna i z nabożeństwem. Sercem Liturgii jest Bóg, adoracja Boga i uświęcenie człowieka. Dlatego wierni, którzy będą do tego miejsca przybywać, powinni być tu formowani do przykładnego przeżywania Świętej Liturgii oraz do osobistego i głębokiego spotkania z Jezusem Chrystusem w różnych sakramentach, które są tu sprawowane. Spotkanie zaś z Jezusem Chrystusem winno w radykalny sposób przemieniać nasze życie, nasze wzajemne relacje, nasze rodziny, naszą mentalność światową i naszą kulturę naznaczoną materializmem. Cały lud Boży tej ziemi powinien być zatem wdzięczny Panu za tę szczególną więź, którą Ojciec Święty zechciał nawiązać z tym sanktuarium, nadając mu tytuł bazyliki mniejszej. My natomiast zostaliśmy wezwani, aby świętować nie tylko z powodu wyróżnienia nadanemu temu świętemu miejscu, ale przede wszystkim dlatego, że to wyniesienie (do godności bazyliki) jest równocześnie zaproszeniem, by to miejsce stało się latarnią dla całej wspólnoty diecezjalnej i międzydiecezjalnej, gdy weźmiemy pod uwagę kult Matki Bożej Rychwałdzkiej, rozciągający się na całą ziemię żywiecką i wszystkie pobliskie regiony.

Chlubą tego sanktuarium maryjnego powinna być więc nie tylko szczególna więź z Kościołem rzymskim, podkreślona poprzez tytuł bazyliki mniejszej, ale też obowiązek radykalnego życia Ewangelią i cnotami chrześcijańskimi.

Świętość źródłem szczęścia
To Ewangelia jest prawdziwą latarnią życia każdego człowieka i całego Kościoła. Żyjąc Ewangelią, dochodzimy do kontemplacji oblicza Boga i do pełnego życia Bogiem, z Bogiem i w Bogu. Bez życia głęboko zakorzenionego w Słowie Bożym i w Bogu człowiek gubi się w pokusach światowych, które proponuje mu współczesne społeczeństwo. Bogactwa materialne i pieniądz wydają się bardziej atrakcyjne od Pana. Człowiek, mimo że kocha Boga, odsuwa Go na bok, wybierając pracę i trud na rzecz pieniądza. To nasze zgnuśniałe społeczeństwo, naznaczone zglobalizowaną dekadencją, bez wizji religijnej i moralnej, wpoiło w serce człowieka przekonanie, że szczęście ma swoje źródło w dobrach ziemskich, nieograniczonej wolności seksualnej, we władzy ekonomicznej i politycznej. Wszystkie kraje zachodnie przegłosowały nowe prawa dotyczące małżeństwa oraz życia, które sprzeciwiają się Bogu, w sposób wulgarny z Niego szydząc. Powodem tego jest coraz większe koncentrowanie się na poszukiwaniu dóbr, bogactwa materialnego i władzy politycznej, w złudnym przekonaniu, że im więcej się ma, tym bardziej można być szczęśliwym.

Drodzy przyjaciele, prawdziwe szczęście pochodzi tylko z miłości i z synowskiego posłuszeństwa Bogu. Ktokolwiek sprzeciwia się Bogu i obraża Go, zmierza w kierunku własnej katastrofy. Nie możemy myśleć, że będziemy szczęśliwi, kochając jednocześnie pieniądz i absolutną wolność od niego, którą jest Bóg. Powinniśmy wzrastać w przyjaźni z Panem, ponieważ tylko On daje nam prawdziwe szczęście i wskazuje nam drogę. Co więcej: On sam jest Drogą do szczęścia wiecznego.

Powinniśmy zatem dążyć do świętości. Całe nasze życie powinno być wypełnione wielkim pragnieniem, aby stać się świętymi, czyli przebywać na zawsze w Królestwie Bożym, o którym Jezus zaczął nam mówić w Ewangelii z zeszłej niedzieli i mówi także dzisiaj w czytanym fragmencie przypowieści o Królestwie Niebieskim. W związku z tym powinniśmy zadać sobie pytanie, czym jest w istocie to Królestwo Niebieskie.

Królestwo Niebieskie jest czymś, co zaczyna się dzisiaj, tutaj, jest częścią naszego życia. Możemy powiedzieć, że kto żyje rzeczywistością Królestwa Niebieskiego, jest tym, kto przeżywa swoje życie w pełni. Tym jednak, co faktycznie daje nam życie, jest poznanie Chrystusa, przebywanie w Jego obecności, odkrycie czułości Jego Miłości.

Z tego powodu poprzez tę liturgiczną celebrację Pan przychodzi nam z pomocą, abyśmy ujrzeli Królestwo Niebieskie, a czyni to, mówiąc nam dziś o ziarnie i o zaczynie, które pozornie nic nie znaczą, ale w rzeczywistości mają siłę, aby w niewidoczny czy wręcz ukryty sposób doprowadzić do eksplozji życia. Ziarno i zaczyn są bowiem nośnikami wielkich energii życia i nadziei. Nie powinno to jednak powodować naszej ospałości w oczekiwaniu czasów ostatecznych, gdy „Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: Ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia oraz tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego” (Mt 13,41-43). Ponieważ diabeł nie śpi, ale stara się na wszelki sposób rozsiewać zło, synowie królestwa powinni czuwać, by podczas pory snu zły nie zniszczył dobrego zbioru. Czuwanie nie oznacza jednak bycia zalęknionymi ani chwiejnymi z powodu jakiegokolwiek skandalu lub jakichkolwiek zmian w społeczeństwie i w Kościele. Czuwać oznacza być świadomym zła, które działa w świecie i w Kościele, ale oznacza także wierzyć, że „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości” (Rz 8,26) i że tylko Ojciec zna czas i moment, który On ustanowił, aby dokonać sądu, weryfikacji i odróżnić ziarno od chwastu. W tej perspektywie to, co wydaje się nam brakiem zainteresowania Boga wobec tych, którzy dokonują zła, staje się cierpliwością Boga. Jego milczenie jest wyrazem siły, Jego pobłażliwość jest znakiem władzy, która nie ma związku z koniunkturami historii, ale będąc odwiecznym, jest On wolny i ukazuje swoją zdolność bycia Ojcem aż do końca.

Powrót do Boga
Jak wiele chwastu, jak wiele podziałów, jak wiele przemocy i jak wiele zła istnieje dzisiaj! Smutne wydarzenia, których jesteśmy biernymi świadkami i psychicznymi ofiarami, powinny motywować nas jednak do gorliwej pracy na rzecz zapewnienia ludzkiej egzystencji religijnego fundamentu, bez którego „godność człowieka, jak to dziś często widać, doznaje bardzo poważnego uszczerbku, a zagadki życia i śmierci, winy i cierpienia pozostają bez rozwiązania” („Gaudium et spes”, 21). Takie działanie jest możliwe, jeżeli pozwalamy się prowadzić Duchowi (por. Rz 8,26-27). Dzięki Niemu potrafimy widzieć dzisiejszego człowieka takim, jakim rzeczywiście jest, odkrywając w nim także przyczyny oddalenia, pełnego nostalgii zesłania do ziemi dalekiej od Boga, powrotu do Domu Ojca, bez pośpiechu widzenia wzrastającego w nim ziarna zamiast chwastu, wiary na miejscu ateizmu. Bóg potrafi respektować rytmy życia człowieka, bo tym, co interesuje Ojca, nie jest obfitość zbioru, ale stworzenie szansy każdemu człowiekowi, nawet synowi marnotrawnemu, i nie dlatego że jest bogaty albo biedny, ale właśnie dlatego, że jest po prostu synem i dzięki temu może wrócić do domu i doświadczyć radości znalezienia się w ramionach Ojca i Jego miłosiernej miłości.

To jest jednak nasza walka duchowa. Chrystus rozlał w naszych sercach Ducha Świętego, który otwiera nas na pragnienie miłości, na pragnienie życia w pełni. Ale w tym samym czasie nieprzyjaciel zasiewa w nas zafałszowaną wizję naszej historii i naszego życia. Dlatego dziś Pan przychodzi jak dzielny wojownik, aby zbawić nas od złego, i poprzez tę eucharystyczną celebrację, która stawia nas przed prawdą o nas samych i naszych rozproszeniach, zaprasza nas, abyśmy wrócili do Niego, ponieważ tylko w kontemplacji Jego miłości miłosiernej odnajdziemy to ziarno, które jest zasiewem Królestwa Niebieskiego, zapewniającego nam życie w obfitości.

I to jest nasze powołanie: być miejscem, w którym mieszka Bóg, być Jego świątynią, być nosicielami Chrystusa, żyjącą Eucharystią, mężczyznami i kobietami, którzy ciągle powtarzają słowa: „Bierzcie i jedzcie. To jest Ciało moje, to jest moja Krew przymierza, przelana za was na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,26-28). Chrześcijanie bowiem są zdolni dać życie całej ludzkości.

Jestem przekonany, że ta bazylika jest symbolem tego, czym jesteśmy: świątynią Boga, a jednocześnie uprzywilejowanym miejscem, gdzie wielu wiernych znajduje możliwość doświadczenia Bożego przebaczenia w sakramencie pojednania, który ustanowił Jezus. Jestem pewien, że od dnia dzisiejszego ktokolwiek tutaj przybędzie, nie wyjdzie stąd bez przystąpienia do sakramentalnej spowiedzi, odzyskując na nowo czystość i świętość łaski swojego chrztu.

Życzę Wam, aby to sanktuarium Matki Bożej, które zostaje ogłoszone dziś bazyliką mniejszą, mogło być odpowiednim miejscem osobistego i intymnego spotkania z Bogiem, miejscem, z którego każdy człowiek wychodzi z radością z powodu doświadczenia czystości i piękna Ewangelii. Prośmy Pana, abyśmy i my stali się tą nową świątynią Boga. Abyśmy żyli coraz bardziej zjednoczeni z Nim i stawali się świadkami Jego Miłości. Z całego serca zapewniam każdego z Was, całą wspólnotę diecezjalną i to piękne sanktuarium o mojej codziennej modlitwie. Jestem pewien, że dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Rychwałdzkiej życie każdego z Was przyniesie wielkie owoce łaski.

Módlcie się także za mnie, abym z pomocą Boga mógł być kapłanem i biskupem świętym, „cichym i pokornego serca”.

Z całego serca dziękuję Wam za cierpliwie wysłuchanie tego słowa i z serca Wam błogosławię.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/186443, ... kosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 09 wrz 2017, 13:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Bądźmy Ewangelią życia!

Z Mary Wagner, kanadyjską obrończynią życia, rozmawia Ewa M. Małecka

Obrazek

Kanada świętuje w tym roku 35-lecie Karty Praw i Swobód, lecz nie uznaje praw dzieci nienarodzonych, nawet ich prawa do życia. Aborcja jest „usługą” dostępną na każdym etapie ciąży i fundowaną ze środków publicznych, czyli z podatków każdego Kanadyjczyka. Czy to się zmieni? Czy Pani ojczyzna uzna „prawa i swobody” człowieka na każdym etapie życia?
– Kanada zmieni się na lepsze, kiedy my, którzy uznajemy się za chrześcijan, naprawdę podporządkujemy się Chrystusowi, kiedy pozwolimy, by przeniknęła nas prawda i piękno Dobrej Nowiny. Nie znam innej drogi. Musimy pamiętać, że sądy „zdekryminalizowały” aborcję, że zabijanie dzieci nienarodzonych jest po prostu dozwolone, ale nikt nie powiedział, że jest „słuszne”… Oczywiście nigdy nie może być słuszne, nigdy, nawet jeśli rząd ogłosi, że takie jest. Trzeba to rozważyć: skoro ta forma zabijania niesłusznie nie jest już uznawana za przestępstwo, jakie wnioski wysnuje stąd chrześcijanin, wezwany, by miłować Jezusa w bliźnim? Co by było, gdyby wszystkie zbrodnie zostały zdekryminalizowane? Na te zabójstwa zezwolili ci, którym powierzona jest troska o dobro wspólne, a zło szerzy się, gdyż nie napotyka dostatecznie silnego oporu ze strony zwykłych ludzi. Kto powinien stawić opór? Przede wszystkim my, chrześcijanie, tymczasem jesteśmy zbyt bierni, zbyt potulni, i mówię to także o sobie. Słowo Boże, zwłaszcza w niektórych psalmach, napomina nas, byśmy nie pokładali nadziei w książętach, i musimy brać to poważnie. Nie byliśmy dostatecznie czujni, bo w naszym systemie prawnym i politycznym było wiele rzeczy dobrych, więc przywykliśmy sądzić, że nasze prawa są i zawsze będą respektowane, cieszyliśmy się wolnością, jakiej wielu ludzi na całym świecie nie posiada. Jednak krok po kroku oddaliliśmy się od Boga i od autentycznej troski o dobro wspólne. Kiedy aborcja została zdekryminalizowana i stopniowo stała się coraz bardziej powszechna, nie powstaliśmy, by się temu sprzeciwić, jak powinniśmy byli. Staramy się przekonywać polityków, na różne sposoby dążymy do zmiany prawa, a Chrystus mówi do nas całkiem konkretnie: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25,40). Pokładajmy ufność w Chrystusie, nie w książętach!

W 2016 roku Kanada dopuściła eutanazję. Na razie lekarze nie są zmuszani do udziału w niej, lecz mogą zgłaszać się sami. Jednak docierają do nas informacje, że wielu lekarzy kanadyjskich, którzy zgłosili się dobrowolnie, wycofuje zgodę po tym, jak rzeczywiście choć raz w tym uczestniczą. Czy to znak odrodzenia sumień? Czy tylko przejaw mentalności typu: „Niech to się dzieje, bylebym ja sam nie musiał tego robić”?
– Tak, też o tym czytałam, to naprawdę pocieszające. Zawody medyczne w Kanadzie przechodzą dziś próbę, jaka nigdy wcześniej ich nie dotknęła. Ci, którzy wierzą, że zasada primum non nocere (Hipokrates, po pierwsze nie szkodzić) jest integralną częścią praktyki medycznej, będą musieli stoczyć walkę. Właściwie już ją toczą. Jednak wśród chrześcijan aktywnych w zawodach medycznych najgłośniej słyszalny jest protest nie przeciwko samej niegodziwości tych zabójstw, eufemistycznie nazywanych „pomocą medyczną w umieraniu”, lecz przeciwko zmuszaniu lub nakłanianiu ich do udziału w tym procederze. Nie sprzeciwiamy się wprost uznaniu tej nowej formy zabijania za dopuszczalną.

Z tego złego prawa, zainicjowanego przez kanadyjski Sąd Najwyższy, wyrosły też pewne znaki nadziei: niektórzy duchowni zaczęli głośno mówić o potrzebie dotarcia do osób starszych i słabych, które, zwłaszcza jeżeli są samotne, mogą być szczególnie narażone na tę formę zabójstwa. Takie wezwania są istotne, ale jeszcze ważniejsze jest wcielanie ich w życie.

Co można dziś zrobić, by zmienić tak rozpowszechnioną mentalność proaborcyjną? Pani wybrała bardzo delikatną metodę – dawanie matkom róż i rozmowę z nimi – a jednak znów toczy się przeciw Pani postępowanie karne. 12 września sędzia Eric (Rick) Libman ma zadecydować, czy zostanie Pani zwolniona, czy uwięziona ponownie. Poświęcenie, świadectwo i oczywiście modlitwa – co jeszcze można zrobić?
– Jeśli chcemy, by te postawy uległy zmianie, wrócę do tego, o czym mówiłam w odpowiedzi na pierwsze Pani pytanie: my, chrześcijanie, musimy dać się przemienić łasce Bożej. Aborcja jest tylko objawem głębszej choroby: odmowy przeżywania życia w postawie adoracji, odmowy życia pierwszym przykazaniem, by „miłować Boga z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich”… Modlitwa ma pierwszorzędne znaczenie, a jeśli jesteśmy katolikami, mamy do pomocy dary Komunii Świętej i innych sakramentów. Kiedy naprawdę się modlimy, stajemy w obecności Boga i staramy się Jemu oddać pierwsze miejsce. Uniżamy się przed Nim i prosimy, by nas oświecił, by dał nam oczy, które widzą, serce, które miłuje, prawdę, byśmy ją poznali i nią żyli. Jeśli w codziennych decyzjach będziemy prosić Boga, by nas prowadził, On wskaże nam drogę. Rozjaśni nam serca i umysły i pomoże dokonywać wyborów godnych Jego, Źródła wszelkiego dobra. Zapragniemy oczyścić swoje życie. Będziemy silniej utwierdzeni w swoich przekonaniach i gotowi przemówić, kiedy to konieczne. Bardziej miłujący i gotowi czynić dar z siebie, bo mniej będziemy polegać na własnych siłach, a bardziej na miłości Tego, który pierwszy nas umiłował.

Mówiąc praktycznie, nie wolno nam skrywać Światłości, którą jest Chrystus, pod korcem. W Kanadzie silna jest tendencja, by powstrzymywać się od wyrażania poglądów na wszelkie kontrowersyjne tematy, na wszystko, co dotyczy Boga. Lubimy być „grzeczni”, nie wprawiać nikogo w zakłopotanie, tymczasem zacząć z lekarzem czy aptekarzem rozmowę na tematy związane z życiem – to byłoby tak niezwykłe i nieoczekiwane… a przecież to takie ważne, żeby właśnie o tych sprawach mówić!

Są w Kanadzie ludzie, którzy tak jak Pani chcą o tym mówić, chcą bronić życia. Jaka jest dziś ich sytuacja, w jakim kierunku ewoluuje? Wiemy, że nie wolno Państwu wchodzić do ośrodków aborcyjnych, a czy gdzie indziej, np. w internecie, można w sposób nieskrępowany wymieniać poglądy? Czy wolno organizować publiczne modlitwy o ochronę życia? Żądać zmian w prawodawstwie?
– Od pokoleń cieszyliśmy się znaczną wolnością w wyrażaniu poglądów, choć niektóre z tych swobód są ostatnio coraz bardziej ograniczane. Na przykład ostatnio prokurator generalny prowincji Ontario publicznie ogłosił, że zamierza wprowadzić coś, co nazywa się „strefami bezpiecznego dostępu”, a polega na wyeliminowaniu wolności słowa – jeśli byłoby to słowo w jakikolwiek sposób przeciwne aborcji – wokół wszystkich miejsc, gdzie zabija się dzieci, a być może nawet wokół biur i domów ludzi, którzy w tym uczestniczą. Powstaje pytanie: Czy ten niesłuszny zakaz zmienia moją powinność chrześcijańską? Czy zamierzam pozwolić, by kierował moim postępowaniem? Trzydzieści lat temu, kiedy rząd po raz pierwszy ograniczył w ten sposób wolność słowa (choć nie aż w takim zakresie, jak teraz planuje), Linda Gibbons już od lat udzielała porad na zewnątrz tych miejsc zabijania. Uznała za oczywiste, że tego niesłusznego rozkazu nie należy wykonywać.

Kiedy była Pani w więzieniu, wspierało Panią wiele osób z całego świata. Czy doświadczała Pani także wsparcia rodaków? Biskupów i innych duchownych kanadyjskich?
– „Wsparcie” pojmuję w ślad za św. Pawłem, który mówi o Ciele Chrystusa i Jego licznych członkach, którzy, choć mają różne role, współdziałają harmonijnie, kiedy każdy robi to, do czego jest wezwany. Tak, otrzymywałam wsparcie: wyrazy poparcia, zachęty, od wielu osób z całego świata, szczególnie z Polski, listy i modlitwy, od biskupów, księży i osób zakonnych, ale odczuwam też wielkie wsparcie i zachętę ze strony wielu osób, które nie są zaangażowane w nic, co ogólnie nazywa się działaniem pro-life. Jeśli ktoś stara się żyć tym, do czego jest wezwany, cokolwiek by to było, to jest rzecz najważniejsza. Wszyscy jesteśmy wezwani do ucieleśniania Miłości Bożej, choć na wiele różnych sposobów.

Czy Pani motywacja jest powszechnie rozumiana?
– Myślę, że dla większości ludzi nie jest oczywiste, że to, co dla mnie jest najważniejsze, to życie modlitwą, życie w obecności Bożej. Bardzo podoba mi się to, co powiedziała św. Teresa z Kalkuty: „Niech naszym jedynym ideałem będzie Chrystus”. Bardzo tego pragnę. Nie wystarczy, żeby chrześcijanie byli za życiem, musimy być Ewangelią życia! Nie uważam się za działaczkę, choć tak jestem zazwyczaj postrzegana. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy ludzie, widząc, że chodzę do miejsc, gdzie zabija się dzieci, postrzegają to jako protest czy też pewnego rodzaju strategię. Może nie jest to jasne, że tym, co mnie tam ciągnie, jest prawda, iż te właśnie miejsca są współczesną Kalwarią, że Jezus jest tam opuszczony, zupełnie opuszczony. Moje serce, choć tak niegodne, należy do Jezusa, a znajduję Go, tak jak każdy z nas może, w Najświętszym Sakramencie i w ubogich, szczególnie w tych, których obecność jest ukryta w łonach ich matek, tak jak On jest ukryty pod postaciami Chleba i Wina.

Czy obrońcy życia są liczni w Kanadzie?
– Jest w Kanadzie wiele różnych grup obrońców życia. Niektóre z nich koncentrują się na tym, by położyć kres aborcji. Niektórzy młodzi ludzie szczególnie aktywnie starają się edukować opinię publiczną, eksponując zdjęcia maleńkich ofiar aborcji. Jest też wiele osób, w każdym wieku, które pracują z matkami oczekującymi dziecka, które doświadczają presji, by poddały się aborcji. Tutaj, w Toronto, mamy to szczęście, że działają u nas Siostry Życia, zgromadzenie założone w latach dziewięćdziesiątych przez nieżyjącego już kardynała O’Connora. Ale zabija się tak wiele dzieci, w samym Toronto jest osiem takich miejsc, a rzadko znajdzie się ktoś, kto chociaż się tam pomodli.

W więzieniu miała Pani dostęp do Mszy Świętej, do sakramentów?
– Tak, oczywiście, w Kanadzie są kapelani więzienni, choć potrzebna jest silniejsza obecność Kościoła w tych murach, potrzebne jest silniejsze świadectwo Bożej Miłości Miłosiernej. W Vanier, w ostatnim okresie mojego uwięzienia, co miesiąc odwiedzało nas dwóch emerytowanych biskupów: arcybiskup Lawrence Saldanha, który jechał czasem po dwie godziny w każdą stronę, by odprawić nam Mszę św., i biskup pomocniczy Matthew Ustrzycki, który miał do przejechania po pół godziny w każdą stronę, by słuchać spowiedzi, a jest w okresie remisji raka, w trakcie leczenia. Każdy z nich ma ponad osiemdziesiąt lat.

Sądzę, że każdy na Pani miejscu doświadczałby pokusy, żeby powiedzieć sobie: „Dobrze, sporo już zrobiłam, cierpiałam za to, teraz chcę żyć w spokoju”. W jaki sposób rozeznaje Pani, czego Bóg od Pani żąda – w ogóle i w konkretnym momencie?
– Najważniejsza jest modlitwa. Różne formy modlitwy, ale szczególnie modlitwa w ciszy. Potrzebujemy ciszy, by niepodzielnie poświęcić uwagę Bogu, by mógł do nas przemówić. Słowo Boże jest takie ważne: jest naprawdę naszym pokarmem duchowym, obok Komunii Świętej i pełnienia woli Bożej. Bóg ukochał nas bezgraniczną miłością, pragnie poszerzyć nasze nędzne serca, zrobić w nich miejsce dla Niego, byśmy zaczęli miłować tak, jak On miłuje. On jest krzewem winnym, a my latoroślami. Jeśli będziemy trwać w Nim, nie wyschniemy. Wielką łaską w moim życiu, niezmierzonym błogosławieństwem dla mnie, i w sensie ludzkim, i duchowym, było to, że Bóg poprowadził mnie, bym spotkała Braci i Siostry św. Jana, zgromadzenie, które założył nieżyjący już ojciec Marie Dominique Philippe OP. Spędziłam ponad trzy lata, żyjąc wśród sióstr kontemplacyjnych, i do dziś jesteśmy sobie bardzo bliskie. Wierzę, że to Bóg mnie do nich zaprowadził, by przygotować mnie do tej drogi, którą teraz przemierzam.

Spotyka się Pani nie tylko z matkami, lecz także z personelem klinik aborcyjnych. Jak te osoby wytrzymują taką „pracę”?
– Trudno nam sobie wyobrazić, jak ludzie mogą zabijać bezbronne dzieci, ale słyszałam, że jeśli raz się człowiek tego dopuści, potem łatwiej jest zrobić to po raz kolejny i kolejny… Jeśli ktoś nie jest zakorzeniony w prawdzie, że osoba ludzka istnieje od momentu poczęcia, łatwiej mu jest też zaakceptować wczesną aborcję, środki antykoncepcyjne o działaniu poronnym etc., co z kolei prowadzi do szerszej akceptacji zabijania. Ci, którzy odmawiają Bogu dostępu do swego życia, muszą zgodzić się z Nietzschem, że jeśli Bóg umarł, to wszystko jest dozwolone. Musimy jednak strzec się osądzania, gdyż dla nas, chrześcijan, ważniejsze jest pytanie: Jeśli naprawdę wierzymy, że Chrystus jest naszym Życiem, to dlaczego wciąż grzeszymy – myślą, słowem, uczynkiem lub zaniedbaniem? Dlaczego wciąż się boimy?

W polskim systemie prawnym aborcja jest zabroniona, ale jest kilka wyjątków. Teraz właśnie staramy się wyeliminować jeden z nich – aborcję eugeniczną. Tymczasem nawet część katolików twierdzi, że poruszając tę kwestię, możemy stracić to, co już udało się zdobyć etc. Czy Pani zdaniem eliminacja takich wyjątków z systemu prawnego jest istotna?
– Tak! Musimy ze wszystkich sił starać się o eliminację wszelkich wyjątków, które pozwoliłyby zabić choćby jedno dziecko! Zabójstwa nawet jednego dziecka nienarodzonego nie można usprawiedliwić, a jeśli to zrobimy, otwieramy tym samym puszkę Pandory, tak jak stało się to w Kanadzie. To doprowadziło do eugeniki. Kiedy przytacza Pani przykładową argumentację zwolenników pozostawienia tego wyjątku: „Poruszając tę kwestię, możemy stracić nawet to, co już zyskaliśmy” – przychodzi mi na myśl arcykapłan Kajfasz, który powiedział o Jezusie: „Lepiej, żeby jeden umarł za naród, niżby cały naród miał zginąć” (J 11,50). W ten sposób jeszcze raz godzimy się na ukrzyżowanie Jezusa jako zło konieczne, by nas ocalić, zamiast przyjąć obowiązek zrobienia wszystkiego, co w naszej mocy, by kochać tych najbardziej zapomnianych.

W tym roku Polskę odwiedziła Rebecca Kiesling. Ona właśnie jest taką istotą ludzką, którą mamy na myśli, mówiąc o tych rzadkich sytuacjach, w których mielibyśmy zezwolić na zabicie dziecka nienarodzonego. Jej matka padła ofiarą gwałtu. Rebecca zostałaby zabita, gdyby jej matka mogła legalnie poddać się aborcji. A inne wyjątki, jakie niektórzy chcieliby dopuścić: dziecko poważnie upośledzone – kto miałby prawo decydować, komu pozwolić żyć, a kogo uśmiercić? Żaden człowiek nie ma takiego prawa ani takiej władzy. I po prostu dlatego, że taka jest prawda, mamy obowiązek starać się uchronić każde ludzkie życie. Zabicie dziecka nienarodzonego nie jest przede wszystkim jakimś zagadnieniem czy też sprawą polityczną. Jest kwestią życia i śmierci.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/188939, ... zycia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 08 sie 2018, 15:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Ideologie nienawidzą świata uporządkowanego. A najbardziej nienawidzą świata uporządkowanego według cywilizacji łacińskiej. W swojej pustce duchowej czują się bezradnie wobec tych wartości, które wniosła w nasze życia cywilizacja chrześcijańska, zwana inaczej łacińską.
Dlatego walczą z kulturą chrześcijańską na wszystkich możliwych frontach.
Nasza przeszłość przed chrześcijańska też służy im za oręże antykatolickie i antypolskie.
Dlatego promują fakty i urojenia dotyczące naszej przeszłości, aby tylko pomniejszyć światło jakie wniosła w nasze życia cywilizacja łacińska.
Nie chodzi mi o umniejszenie przeszłości słowiańskiej, ale o to aby nie umniejszać prawdy o naszej przeszłości.


Wielkie kłamstwo Wielkiej Lechii

O jak przyjemnie, jak ciepło na sercu, gdy wspominamy wielkość dawnej Rzeczypospolitej. A gdyby jeszcze świetność wieku XVII mogła zostać uzupełniona tryumfami innej epoki – byłoby cudownie. Tę piękną wizję oferują nam twórcy koncepcji Wielkiej Lechii – rzekomego przedchrześcijańskiego imperium Polaków. Jednak – jak powiedział starożytny tragik Ajschylos – „nie ma gorszego zła od pięknych słów, które kłamią”.

Najlepszym dowodem brak dowodów
Pseudonaukowa koncepcja Imperium Lechickiego opiera się na kilku fałszywych aksjomatach. Turbosłowianie przyjmują bowiem za pewnik, że dowodem na prawdziwość ich twierdzeń jest… brak dowodów, zaś cała brać zawodowych historyków uczestniczy w zawiązanym przed wiekami antysłowiańskim spisku. Absurdalne? To dopiero początek!

Owe „niezbite dowody”, świadczące rzekomo o świetnej przeszłości przedchrześcijańskiej Polski, miały zostać – zdaniem twórców turbosłowiańskich teorii i ich wyznawców – zniszczone przez wrogów owej potęgi. Ośrodkami nienawiści wobec Słowian mieli być Niemcy oraz ich sojusznicy z Watykanu. Na szczęście w szczątkowej formie „dowody” przetrwały do dziś. Przetrwały, mimo wielu wieków niszczenia ich przez wszechwładne ośrodki, które miały siłę, aby zniszczyć potężne imperium (sic!). Z tych okruchów dawnej świetności prawdziwi historycy mogą rekonstruować prawdziwą przeszłość – twierdzą wielkolechici.

W tej istnej nawałnicy absurdu warto pamiętać, że wszystkie tego typu koncepcje to czysta fantastyka, a nie historia rozumiana jako nauka. Wielkolechickie twierdzenia nie są rozważane przez zawodowych badaczy przeszłości (czy to historyków czy archeologów), gdyż turbosłowiańska „rekonstrukcja” dziejów oparta jest na naiwnym, a bardzo często nieuczciwym interpretowaniu źródeł – czy to zagranicznych, czy polskich, zarówno wczesnośredniowiecznych, jak i późniejszych – a także podpieraniu się publikacjami uznanymi bezsprzecznie za fałszywki udające dokumenty średniowieczne.

Wielka Lechia w Piśmie Świętym?
Sztandarowym przykładem nieuczciwego podejścia turbosłowian do przekazów historycznych jest ich reakcja na obecność słowa „Lechi” w starotestamentalnej Księdze Sędziów oraz Księdze Samuela. Dla wyznawców pseudonaukowych koncepcji słowa „Wybrali się następnie Filistyni, aby rozbić obóz w Judzie, najazdy zaś swoje rozciągnęli aż do Lechi” (Sdz 15, 9) dowodzą istnienia – i to na kilkaset lat przed Chrystusem – państwa o tej nazwie. Oczywiście państwa Lechitów, a więc Polaków.

Turbosłowianie ignorują jednak całkowicie zasady tłumaczenia, wyjaśnienia tłumaczy oraz kontekst historyczny. Tymczasem w biblijnych słowach o Lechi (Ramat-Lechi) chodzi o… miasto leżące w Ziemi Świętej. Wspomina o nim Księga Sędziów oraz Księga Samuela, zaś hebrajska nazwa (jako nazwa własna nietłumaczona) wiąże się z pokonaniem przez Samsona tysiąca wrogów przy pomocy oślej szczęki. Chcąc przetłumaczyć nazwę własną Ramat-Lechi uzyskalibyśmy po prostu Wzgórze Szczęki. Naukowa refleksja nie przemawia jednak do turbosłowian, którzy pozostają przy swoim.

Wszystko z niczego
Pseudonaukowa metoda piewców koncepcji Wielkiej Lechii – wolna od pogłębionych refleksji i bazująca na prostych (a nawet prostackich) skojarzeniach – z „sukcesem” stosowana jest także przy „analizie” innych źródeł. Dlatego też w najważniejszej dla tego środowiska książce (wydanej przez szanowane niegdyś wydawnictwo bez recenzji naukowej, za to z ogromnym sukcesem komercyjnym) znajdziemy sięgający blisko 2 tysięcy lat przed Chrystusem spis władców rzekomej Lechii. Jeden z królów, jak twierdzą turbosłowianie, miał panować 6 października roku 780 naszej ery przez 4 godziny. Zadziwiająca precyzja jak na „fakt”, że niemal wszystkie „informacje” o historii Wielkiej Lechii zniszczyć miały wszechwładne i nienawidzące Słowian ośrodki – Niemcy i Watykan.

Wszystko jest jednak możliwe dzięki żonglowaniu źródłami i selekcjonowaniu ich w sposób niezwykle wybiórczy – pod tezę, opieraniu się na wątpliwych „autorytetach” rodem z internetu (również rosyjskiego) i ich twórczości, nieuzasadnionych naukowo próbach łączenia kultur archeologicznych z etnosami, a także symulowaniu językoznawstwa poprzez podpieranie się banalnymi skojarzeniami lingwistycznymi, a nawet „poprawianiu” cytatów ze źródeł. Wygodne i łatwe do tworzenia zmanipulowanych interpretacji są również wyniki badań genetycznych poszczególnych populacji, zaś autorom zainteresowanym uzyskaniem konkretnego efektu swoich „prac” nie przeszkadzają logiczne błędy, zaprzeczanie samym sobie czy podkradanie dla rzekomej słowiańskiej Lechii historii innych, bezapelacyjnie niesłowiańskich grup etnicznych.

I chociaż absurdalność wielkolechickich teorii aż bije po oczach, a w sieci nie brakuje ludzi naukowo punktujących każdy fałsz turbosłowiańskich mędrców, to tego typu poglądy zyskują coraz większy poklask. Już dawno przestały być tylko epidemią polskiego internetu – obecnie możemy już raczej mówić o pandemii!

Objawy wirusa Wielkiej Lechii
W skład Imperium Lechickiego – jak przekonują bez żadnych historycznych dowodów turbosłowianie – wchodzić miały plemiona niezaprzeczalnie germańskie (Wandalowie, Goci), irańskie (Sarmaci, Scytowie, Alanowie) czy Wenedowie, których przynależność etniczna pozostaje dyskusyjna. Słowem: wszyscy, którzy „nie załapali” się do Cesarstwa Rzymskiego i na współczesnych mapach oznaczani są często jednym kolorem jako funkcjonujący poza nim.

Doskonałym przykładem pseudojęzykoznawczych akrobacji jest natomiast łączenie arabskiego słowa „allah” z… Polakami (przedrostek „al” oraz „lah”, czyli Lechita – Polak). Podobieństwo – owszem, występuje, ale nim związki się kończą. Wszak indoeuropejska i semicka rodzina językowa nie mają źródłowych związków. Jednak nauka i pseudonauka chodzą swoimi ścieżkami.

Dlatego też wyznawcy teorii o Wielkiej Lechii chętnie podpierają się „Kroniką Prokosza” – dokumentem bezapelacyjnie fałszywym. Braku jego autentyczności dowiedziono już w XIX wieku, zaś autorem tekstu nie był żaden średniowieczny mnich Prokosz, a zawodowy XVIII-wieczny fałszerz dokumentów i autor fikcyjnych genealogii rodów szlacheckich Przybysław Dyjamentowski. Wiedza przegrywa jednak w starciu z ideologią, wszak tekst „Kroniki” pasuje do z góry założonej teorii.

Tymczasem – wiemy to z historii Polski, ale też dziejów innych narodów Środkowej Europy – pisma stylizowane na starożytne lub wczesnośredniowieczne powstawały w czasach nowożytnych wcale licznie. Na przykład ważną rolę w rozbudzeniu czeskiej świadomości narodowej (poprzez „poprawienie” historii i położenie nacisku na heroizm przodków) odegrały dwa XIX-wieczne falsyfikaty autorstwa Václava Hanki i Josefa Lindy – „Rękopis królowodworski” i „Rękopis zielonogórski”. Z kolei jeszcze w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej na porządku dziennym było tworzenie fantastycznych genealogii rodów szlacheckich, bowiem łączenie przodków z wielkimi postaciami świata antycznego zaspokajało megalomańskie ambicje. Tego typu utwory są w nauce przydatne jako źródło do badania mentalności czasów nowożytnych, a nie dokumenty opisujące przeszłość.

Również nienaukowe, niekonsekwentne i nieuczciwe jest podejście wielkolechickich „autorytetów” do źródeł związanych swoją genezą z Kościołem. Olbrzymia większość badań nad średniowieczną historią Europy Środkowej opiera się na pracach ówczesnych biskupów i mnichów. Wielkolechici – chociaż mówią o watykańsko-niemieckim spisku – chętnie korzystają z tych dokumentów, a powoływanie się na opinię ludzi powiązanych z rzekomą antysłowiańską koalicją w ogóle im nie przeszkadza. A przecież, gdyby chcieli być konsekwentni i działać logicznie, powinni z założenia odrzucać każdy przekaz wytworzony w kręgu Kościoła. Gdy jednak z prac autorów katolickich można wyprowadzić wygodną i użyteczną narrację (średniowieczni twórcy często powielali w swoich utworach znane im z innych krajów legendy), biskupi nagle okazują się dla turbosłowian… pisarzami godnymi zaufania.

Wielki Kirgistan
Spór o pochodzenie Słowian (koncepcja autochtoniczna lub allochtoniczna) jest znany nauce od dekad i bez wątpienia mieści się w granicach naturalnego ścierania się różnych poglądów. Problem zaczyna się wtedy, gdy do koncepcji rozważanych przez historyków oraz archeologów próbuje dołączyć się ideologię. Tak było w przeszłości, gdy obie koncepcje służyły nie tylko opisaniu przeszłości i poznaniu prawdy, ale również uzasadnieniu ówczesnej obecności bądź to Polaków, bądź Niemców w zachodnich regionach naszego kraju. Z przyczyn politycznych (w tym również antychrześcijańskich) teoria autochtoniczna była również lansowana w PRL.

Dziś, chociaż historia starożytna ziem polskich nie jest już obiektem zainteresowania polityków i polem pracy propagandzistów, nauka dotycząca tego okresu ciągle cierpi z powodu pozanaukowego zainteresowania nią. Ideolodzy Wielkiej Lechii niczym rzep psiego ogona uczepili się teorii autochtonicznej, bowiem bez dowiedzenia obecności Słowian w Europie Środkowej od tysięcy lat, nie sposób w ogóle mówić o jakimś prastarym imperium.

Ostatnio z pomocą przyszła im na przykład genetyka – istnienie dziedzicznych haplogrup i występująca dość często wśród Polaków haplogrupa R1a1. Nagle, ni stąd, ni zowąd, grupy internetowych zapaleńców i samozwańczych badaczy zaczęły wypowiadać się nie tylko w dziedzinie archeologii, językoznawstwa czy historii, ale również genetyki – i to w sposób stanowczy, widząc w popularności jednej haplogrupy dowód potwierdzający ich teorie. I to pomimo faktu, że R1a1 występuje często nie tylko u Polaków (czy szerzej Słowian), ale również narodów germańskich, mieszkańców Indii, Iranu, czy nawet nieindoeuropejskich, bo ugrofińskich Węgrów i Estończyków oraz turskich Kirgizów.

Wobec tego dlaczego haplogrupa R1a1 miałaby stanowić dowód na istnienie akurat polskiego imperium, a nie na cywilizacyjny sukces Wielkiego Kirgistanu i podbój Europy Środkowej przez ten turski lud? Być może dlatego, że ów scenariusz – równie absurdalny co założenia Wielkiej Lechii – mógłby nie znaleźć poklasku wśród tych spośród turbosłowian, którzy, niczym niemieccy narodowi socjaliści, mówią o związkach z… Ariami (nazistowską koncepcję ariozofii „rozwinęli” w czasach upadku Związku Sowieckiego rosyjscy okultyści tworząc „Ario-Słowian”).

Jednak opieranie prehistorycznych teorii na haplogrupach jest wątpliwe pod względem naukowym również dlatego, że niełatwo o materiał porównawczy. Ludność stojąca zarówno za archeologiczną kulturą łużycką jak i kulturą przeworską praktykowała najczęściej pochówek w obrządku całopalnym, co najzwyczajniej w świecie utrudnia lub nawet uniemożliwia ich genetyczną identyfikację.

Po co ta cała Lechia?
Posiadanie narodowej historii liczącej 4 tysiące lat byłoby z pewnością rzeczą przyjemną. Może nawet poznawane w szkole cywilizacje starożytnego Bliskiego Wschodu oraz Imperium Rzymskie stałyby się dla polskiego ucznia bliższe, gdyby opisowi wynalezienia pisma czy podboju Galii przez Juliusza Cezara towarzyszyłyby wojny z przodkami Polaków.

Nie możemy jednak godzić się na fałsz oparty o słodkie kłamstewka suflowane nam przez wielkolechickich ideologów, na fałsz, którego rodowód łączyć można z teoriami niemieckich narodowych socjalistów oraz rosyjskich okultystów.

Wszak kłamstwo ma zawsze krótkie nogi, a oparte na fałszu pokonywanie pewnych kompleksów i poprawianie narodowego samopoczucia musi skończyć się tragicznie. Szczególnie, że chcąc poczuć dumę, nie musimy sięgać do absurdalnych i ociekających antyklerykalizmem koncepcji internetowych pseudonaukowców. Mamy przecież ponad tysiąc lat fascynującej i ciągle nie w pełni poznanej historii Polski i Polaków.

Michał Wałach

https://www.pch24.pl/wielkie-klamstwo-w ... 016,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 16 wrz 2018, 21:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Dlaczego ideologie są zagrożeniem dla świata, dla ludzi, dla ludzkości?
Bo ideologie to spojrzenie na rzeczywistość przez przyciemnione szkło.
Ideologie widzą tylko część rzeczywistości i są urojeniami ich autorów na temat całej rzeczywistości.
Oderwane od naturalnego i kulturowego kontekstu, starają się narzucić całym społeczeństwom jako jedyne możliwe, swoje rozumienie świata, życia i człowieka. Nie znoszą zdrowego rozsądku, doświadczenia, kultury, religii, wiary, normalności, natury.
Ideologie nie budują. One tylko niszczą.
Niszczą nie tylko sferę materialną, ale niszczą umysły, serca, ład, psychikę.
Są jedynie bezradne wobec ducha i wobec świadomości. Ale ducha i świadomość ideologie eliminują brutalną przemocą.
Świat zideologizowany, to świat martwy.


Dlaczego IDEOLOGIA , podobnie jak Nazizm czy komunizm ....

Dlaczego Ideologia powinna być zakazana w konstytucji każdego

demokratycznego społeczeństwa czy państwa ?

Dlatego ,ze narzuca jakiś pogląd wyznawany przez określoną grupę innym

członkom ludzkości , narodu czy grupy społecznej, co samo z się jest

antydemokratyczne i zbrodnicze .

https://www.salon24.pl/u/osasunna/89556 ... y-komunizm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 19 paź 2018, 16:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Globalizacja totalnej sekularyzacji

Rozeznawać, aby działać. Polityczna globalizacja rewolucji kulturowej – wykład ks. prof. Tadeusza Guza z udziałem Marguerite A. Peeters, który został wygłoszony w Domu Pielgrzyma Amicus 13 października w Warszawie.

Podczas wykładu ks. prof. Tadeusz Guz powiedział, że przez globalną rewolucję kulturową rozumiemy globalne propagowanie nowej etyki laickiej w jej aspektach radykalnych zapoczątkowanych w zachodnich rewolucjach: feministycznej, seksualnej i kulturowej minionego wieku i w długim marszu Zachodu w stronę postmodernizmu.

Owa etyka ogłasza normy polityczne zarządzania globalnego i potajemnie przemienia kulturę całej ludzkości od wewnątrz.



https://naszdziennik.pl/wiara-kosciol-w ... zacji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Oczyśćmy nasz świat od patologii ideologicznych
PostNapisane: 29 paź 2018, 11:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Szczególnie świat katolicki powinien być wolny od tego co uroiło sobie lewactwo i obecnie narzuca swoje brednie nam wszystkim, a szczególnie tym najmłodszym z nas.

Nieprecyzyjne zapisy


Kilka punktów przyjętego dokumentu końcowego synodu biskupów spotkało się z głosami sprzeciwu. Chodzi o zapisy dotyczące homoseksualizmu. Co sprawiło, że tak wielu ojców synodalnych nie zagłosowało za takim ich brzmieniem, które ostatecznie i tak znalazło się w tekście?

Tylko kilka punktów dokumentu będącego owocem trwających w dniach 3-28 października br. obrad zostało przyjętych jednomyślnie. Najwięcej głosów sprzeciwu było przede wszystkim przy głosowaniu punktów: 39, 149, 150. Odnośnie do ostatniego z nich aż 65 ojców synodalnych wyraziło brak akceptacji. Jego brzmienie w języku polskim przytacza KAI. Czytamy w nim m.in.: „W wielu wspólnotach chrześcijańskich istnieją już procesy towarzyszenia w wierze osobom homoseksualnym: Synod zaleca wspieranie takich dróg. W procesach tych pomaga się osobom w zrozumieniu ich historii [osobistej]; w swobodnym i odpowiedzialnym wypełnianiu swojego powołania chrzcielnego; rozpoznaniu chęci przynależenia i wniesienia swego wkładu w życie wspólnoty; rozpoznaniu najlepszych sposobów, aby to osiągnąć. W ten sposób pomagamy każdej młodej osobie, nikogo nie wykluczając w coraz pełniejszym włączaniu wymiaru seksualnego do swej osobowości, wzrastając w jakości relacji i zmierzając w kierunku daru z siebie”.

Skąd tak wiele głosów przeciw przyjęciu tych punktów w takim brzmieniu?

– Zapewne obawa wielu biskupów wynika z faktu braku precyzji w zapisach tych punktów, a wiemy, że brak klarownych stwierdzeń może w przyszłości prowadzić do nadużywania ich interpretacji – tłumaczy w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. prof. dr hab. Wojciech Góralski, prawnik, kanonista. – Szkoda, że w tak ważnym dokumencie, w punktach, gdzie jest mowa o płciowości i seksualności człowieka, nie znalazły się jasne zapisy podkreślające, że w Kościele nie ma akceptacji dla homoseksualizmu, że nie została wprost przypomniana nauka zawarta w Katechizmie Kościoła Katolickiego – dodaje ks. prof. Góralski. Warto zacytować tu np. punkt 2357 KKK: „Tradycja, opierając się na Piśmie świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie, zawsze głosiła, że ’akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane’”.

Punkty 149 i 150 dokumentu końcowego synodu biskupów umieszczone zostały pod wspólnym podtytułem: „Seksualność: słowo jasne, wolne, prawdziwe”.

– Rzecz w tym, że słowo „seksualność”, w przeciwieństwie do słowa „płciowość”, jest wręcz wzorcowo niejasne, a uwikłane w dyskurs ideologiczny sprawia, że nie jest ono prawdziwe. Niepokoi to, że w dokumencie znalazły odzwierciedlenie nurty akcentujące tzw. duszpasterstwo osób homoseksualnych. Oczywiście nie są one i nigdy nie były wykluczone z przestrzeni duszpasterskiej Kościoła, tak jak nie byli i nie są wykluczeni inni ludzie doświadczający swojej słabości i grzeszności, a są wezwani do nawrócenia – zwraca uwagę w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” etyk i teolog ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr. Z dużym zaniepokojeniem przyjmując informację o aprobacie numeru 150 dokumentu synodalnego, pyta wprost, o jakie „towarzyszenie w wierze osobom homoseksualnym” tutaj chodzi.

– Synod wskazuje, że chodzi o pomoc „w zrozumieniu ich historii osobistej; w swobodnym i odpowiedzialnym wypełnianiu swojego powołania chrzcielnego” itd. Wolałbym, żeby chodziło w tym wszystkim o rozpoznanie Bożego planu dotyczącego tożsamości i miłości człowieka. Wolałbym, by mój Kościół prowadził mnie na spotkanie z Chrystusem, a nie zajmował się historią mojego życia i aktywnością we wspólnocie – podkreśla ks. prof. Bortkiewicz. Przypomina w tym kontekście, że gdy w Biblii młody człowiek pyta Pana Jezusa: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, słyszy w odpowiedzi: zachowuj przykazania.

Jak podkreśla ks. prof. Bortkiewicz, nie po to młodzi i nie tylko młodzi przychodzili i przychodzą do Chrystusa i Kościoła, by dyskutować „na temat kwestii odnoszących się do różnicy między tożsamością męską a kobiecą, komplementarnością między mężczyznami a kobietami, oraz homoseksualizmu” (pkt 39). – Jestem pewien, że z tymi problemami mogą skierować się do kręgów dyskusyjnych. Chrystus daje odpowiedź na pytanie o sens życia. On jest odpowiedzią, a nie kwestią w dyskusji – zaznacza etyk i teolog. – Obawiam się, że część ojców synodalnych, a zwłaszcza moderujących prace synodalne ukierunkowane na dyskusję, słuchanie szumów i zgiełków świata, zapomniała chyba, czym jest chrześcijaństwo. A jest ono spotkaniem człowieka z Bogiem, w którym człowiek słyszy głos Boga i poznaje Prawdę – przypomina ks. prof. Bortkiewicz.

Małgorzata Bochenek

https://naszdziennik.pl/wiara-kosciol-n ... apisy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 52 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /