Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 42 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 15 paź 2014, 12:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://blogmedia24.pl/node/68089

Polskie dzieci syberyjskie (1)
godziemba, pon., 23/06/2014 - 06:35

W latach 1919-1923 ewakuowano z Syberii, dzięki przede wszystkim pomocy Japonii, ponad 800 dzieci polskich.
W walkach wojsk admirała Aleksandra Kołczaka z bolszewikami uczestniczyła V Dywizja Syberyjska dowodzona przez płk. Waleriana Czumę, a potem płk. Kazimierza Rumszę. Po klęsce Kołczaka znaczna część żołnierzy ( i ich rodzin) Dywizji Syberyjskiej dostała się w lutym 1920 roku w okolicach Krasnojarska do bolszewickiej niewoli. Zostali oni umieszczeni w łagrach, gdzie pracowali w kopalniach lub przy wyrębie lasów.
Zdecydowana większość ludności polskiej znajdującej się na Syberii pragnęła za wszelką cenę wrócić do kraju. Na początku 1920 roku rząd polski wysłał Józefa Targowskiego z misją, której celem było umożliwienie powrotu do Polski żołnierzy wspomnianej dywizji oraz ich rodzin. Liczbę Polaków dążących do przyjazdu do kraju oceniano na 15 tysięcy osób. Na mocy porozumienia z Wielką Brytanią pewną liczbę Polaków udało się w okresie od marca do sierpnia 1920 roku przetransportować do Polski.
Jednak dopiero zakończenie wojny polsko-bolszewickiej oraz podpisanie traktatu pokojowego w Rydze umożliwiło powrót do kraju Polakom z Syberii i Dalekiego Wschodu.
W szczególnie tragicznej sytuacji znalazły się polskie dzieci, które utraciły w czasie działań wojennych swych rodziców. Z pomocą przyszli im Polacy z Władywostoku, którzy już we wrześniu 1919 roku powołali Polski Komitet Ratunkowy, który miał skupiać wszystkie znaczące polskie organizacje na Syberii, w tym: Polski Komitet Narodowy, Dom Polski, Towarzystwo Pomocy Inwalidom, Towarzystwo Kooperacyjne Transportu i Handlu. Prezesem Polskiego Komitetu ratunkowego została Anna Leliwa Bielkiewicz, a jej zastępcą Józef Jakóbkiewicz – znany lekarz i działacz skautingu.
W pierwszym okresie Komitet rozwinął szeroko zakrojoną akcję informacyjną, wydając szereg broszur oraz własne czasopismo „Echo z Dalekiego Wschodu”. W następnej kolejności zorganizował bursy dla dzieci w Władywostoku oraz w Sedanówce w wilii ofiarowanej przez Bronisława Sienkiewicza. Komitet założył również trzy szkoły w Nowokijewsku, Kiparsowie oraz Razdolnoje. Przeprowadzono także zbiórkę książek i materiałów dydaktycznych dla szkół, które następnie wysłano do polskich placówek na Syberii. Komitet udzielał także pomocy finansowej oraz żywnościowej Polakom na Syberii.
Najważniejszym zadaniem Komitetu było pozyskanie środków finansowych na przyszłą repatriację polskich dzieci do kraju. Wobec szczupłości środków zebranych na Syberii, Komitet podjął szeroką akcję informacyjną wśród Polonii amerykańskiej, angażując ją w pomoc polskim dzieciom syberyjskim.
Gdy pod koniec 1919 roku dzięki pomocy Amerykańskiego Czerwonego Krzyża pojawiła się szansa na ewakuację polskich dzieci syberyjskich, Komitet zgrupował dzieci we Władywostoku. Niestety w tym samym momencie do miasta przybyła delegacja Polskiego Czerwonego Krzyża, w skład której wchodziły niekompetentne i mało doświadczone osoby. Bardzo szybko doszło do nieporozumień pomiędzy delegatami PCK a Józefem Targowskim i Komitetem, w wyniku których w lipcu 1920 roku Polski Komitet Ratunkowy został zlikwidowany. Zaprzepaszczona została także szansa na pomoc Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, którego placówki zostały zlikwidowane wraz z wycofaniem się wojsk amerykańskich z Rosji.
Jedyną misją wojskową, która pozostała na Syberii była misja japońska, do której zwrócili się o pomoc działacze Komitetu. Anna Bielkiewicz po uzyskaniu poparcia konsula japońskiego we Władywostoku – Watanabe Rie, udała się do Tokio, gdzie uzyskała wsparcie ministra sił lądowych Tanaki Giichiego oraz ministra marynarki wojennej Kato Tomosaburo. Równocześnie sprawą repatriacji polskich dzieci z Syberii zajął się japoński MSZ, który polecił zbadanie sprawy Japońskiemu Czerwonemu Krzyżowi. W sprawę zaangażował się także dwór cesarski, który wydelegował do tego przedsięwzięcia szmbelana cesarzowej Takeshiego.
W połowie lipca 1920 roku pierwsza grupa polskich dzieci wypłynęła do Japonii, a kolejne dwa transporty przeprowadzono w połowie września i na początku października 1920 roku. Ostatnie dwa transporty wypłynęły do Japonii w końcu lutego oraz na początku lipca 1921 roku. W ten sposób w sumie do Japonii wysłano 375 dzieci oraz 32 opiekunów. Wszystkie transporty dopływały do portu Tsuruga, skąd dzieci przewożono do sierocińca towarzystwa dobroczynnego Fukudenkai w Tokio.
Przybycie dzieci polskich wzbudziło spore zainteresowanie japońskiej opinii publicznej, a dzięki licznym datkom osób prywatnym zapewniono dzieciom wspaniałą opiekę. Uczestniczyły one w przedstawieniach teatralnych, pokazach filmów, zwiedzały także miejscowe muzea i zabytki. „W Japonii zaś– wspominała Anna Bielkiewicz – nasza praca pozostawiła wspomnienia cudownej bajki. Ile subtelnej dobroci dzieci doznały od japońskiego narodu, nie da się opisać”.
Anna Bielkiewicz, która reaktywowała w Tokio Polski Komitet Ratunkowy, zainicjowała wydawanie w Tokio ilustrowanego czasopisma „Echo Dalekiego Wschodu”, redagowanego w trzech językach: polskim, japońskim i angielskim. Pismo oraz broszura o historii Polski zaznajomiła społeczeństwo japońskie z Polską, a „nawet Cesarzowa Japońska wszystkie numery przeglądała i kazała je sobie czytać”. W dniu 6 kwietnia 1921 roku „Jej Cesarska Mość Najjaśniejsza Pani Cesarzowa Japońska raczyła zaszczycić swemi odwiedzinami polskie sieroty i bezdomne dzieci syberyjskie. Jednocześnie raczyła udzielić audiencji prezesce Polskiego Komitetu Ratunkowego Annie Bielkiewiczowej i vice-prezesowi Komitetu doktorowi Józefowi Jakóbkiewiczowi”. Niedługo potem Japoński Czerwony Krzyż w dowód uznania za dotychczasową pracę zaliczył Panią Bielkiewiczową w skład swych honorowych członków.
W tym samym czasie z podobną misją do Stanów Zjednoczonych udał się Józef Jakóbkiewicz. Na początku lipca 1920 roku Wydział Narodowy Polski w Chicago zadeklarował gotowość przyjęcia 300 dzieci polskich. Również Departament Stanu wyraził zgodę na przywiezienie dzieci pod warunkiem zapewnienia im utrzymania i opieki na czas ich pobytu w USA.
W końcu września 1920 roku pierwsze 48 dzieci polskich z 5 opiekunami wyruszyło na statku z Yokohamy do USA. Kolejne pięć transportów wypłynęło z Japonii w okresie od października 1920 do lipca 1921 roku. Dzieci ( w sumie 369) po przybyciu do Seattle trafiły do polsko-amerykańskich sierocińców . „Polonia amerykańska – wspominał Jakóbkiewicz – serdecznie zaopiekowała się niemi w Ameryce i nie tylko zabezpieczyła im całkowite bardzo dobre utrzymanie, lecz nawet i odpowiednie kształcenie w polsko-amerykańskich szkołach grammar school i zawodowych”.
W dniu 28 stycznia 1922 roku dzieci polskie (310, reszta pozostała w USA) wyruszyły z Nowego Jorku do Polski, by w dniu 20 lutego dotrzeć do Bremy, skąd koleją dotarły do Poznania.
Ogromny sukces tej akcji repatriacyjnej, a także uznanie Japończyków dla dokonań Pani Bielkiewicz sprawiły, iż Japoński Czerwony Krzyż zadecydował o przeprowadzeniu kolejnej akcji pomocowej dla dzieci syberyjskich. W lipcu 1922 roku rozpoczęto gromadzenie kolejnych dzieci w Harbinie, które następnie w sierpniu 1922 roku zostały ewakuowane do Japonii. W trakcie tej drugiej akcji ewakuowano w sumie 388 dzieci. Po kilkudniowym pobycie w japońskim internacie, w końcu sierpnia 1922 roku dzieci wraz z opiekunami wypłynęły Japonii do Londynu, skąd następnie wyruszyły do Polski.
Trzecią i ostatnią grupą dzieci polskich z Syberii, jaką udało się uratować Annie Bielkiewicz była grupa z zabajkalskiej Czyty. Pani Anna udała się do Sowieckiej Misji Wojskowej w Pekinie, gdzie udało jej się uzyskać zgodę jej szefa Adolfa Joffego na przewiezienie dzieci polskich przez terytorium ZSRS.
Dzięki pomocy lokalnych władz udało się zgromadzić grupę 117 dzieci z 14 opiekunami, którzy w styczniu 1923 roku wyruszyli koleją transsyberyjska w podróż do Moskwy. Po dotarciu do stolicy ZSRS ówczesny szef polskiego poselstwa Roman Knoll udzielił repatriantom wszelkiej pomocy, ułatwiają c dalszą podróż. W dniu 10 lutego 1923 roku transport dotarł do stacji granicznej w Stołpcach, skąd dzieci zostały przewiezione do Wejherowa, gdzie zorganizowano dla nich bursę.
W zakładzie w Wejherowie oprócz nauki zawodu, zapoznawano dzieci z historią i kulturą Japonii, państwa dzięki którego pomocy polskie dzieci mogły wrócić do kraju. Zorganizowano także hufiec harcerski, który zorganizował naukę żeglowania.
Po likwidacji w 1928 roku zakładu w Wejherowie, dzieci zostały przeniesione do bursy przy ul. Niskiej 78 w Warszawie oraz zakładu rolniczo-wychowawczego w Kozielcu.
W sumie dzięki akcji Polskiego Komitetu Ratunkowego udało się ewakuować do Polski ponad 800 dzieci.
Cdn.

godziemba - blog




http://blogmedia24.pl/node/68115

Polskie dzieci syberyjskie (2)
godziemba, śr., 25/06/2014 - 06:45

W 1930 roku powstał w Warszawie Związek Młodzieży z Dalekiego Wschodu.Wraz z ewakuowanymi z Syberii do Japonii polskimi dzie

W 1930 roku powstał w Warszawie Związek Młodzieży z Dalekiego Wschodu.
Wraz z ewakuowanymi z Syberii do Japonii polskimi dziećmi w Tokio znalazła się także grupa polskiej młodzieży, która w 1923 roku trafiła do Cambridge w stanie Massachusetts. W Stanach Zjednoczonych z inicjatywy Aleksandra Markowskiego i Wacława Wójcika powstało Towarzystwo Koleżeńskie Młodzieży Syberyjskiej. Jego członkami było 50 chłopców, którzy nie powrócili w 1922 roku do Polski, a pozostali w USA kończąc edukację w Instytucie Rzemieślniczym i odbywając praktyki w fabrykach amerykańskich.
W tym samym czasie w bursie dla dzieci syberyjskich przy ulicy Niskiej 78 w Warszawie z inicjatywy starszych wychowanków, pod przewodnictwem Antoniego Gregorewicza powstało Koło Młodzieży Syberyjskiej, które pozostawiło sobie za cel podtrzymanie wspólnej tradycji. W 1925 roku zgłosiło ono akces do Związku Harcerstwa Polskiego, przyjmując nazwę Koła Starszego Harcerstwa, które miało stanowić kontynuację harcerstwa syberyjskiego.
Przy ul. Niskiej zrodziła się także inicjatywa powołania Związku Młodzieży z Dalekiego Wschodu. Za sprawą jego prezesa Jerzego Strzałkowskiego szybko wchłonął on wspomniane Koło Młodzieży Syberyjskiej, wcielając w życie ideę, która narodziła się jeszcze w czasie pobytu w Japonii, o związku zrzeszającym wszystkie dzieci syberyjskie.
Związek Młodzieży z Dalekiego Wschodu oficjalnie rozpoczął swoją działalność w dniu 14 lipca 1930 roku, po zatwierdzeniu statutu związku przez Komisarza rządu na miasto stołeczne Warszawę. Zgodnie ze statutem najważniejszym celem związku było niesienie wzajemnej pomocy materialnej, oświatowej i moralnej członkom związku, utrzymywanie łączności między członkami oraz wzajemne uspołecznianie. Związek pomagał swoim członkom w poszukiwaniu pracy, co było niezwykle ważne w okresie wielkiego wówczas bezrobocia.
W celu znalezienie źródeł finansowania związek organizował różnego rodzaju imprezy dochodowe, takie jak „Józefinki” czy „Czarną Kawę”, nad którą patronat objął Minister Opieki Społecznej Stefan Hubicki. Z czasem imprezy te stały się wizytówką związku i okazją do spotykania się jego członków z przedstawicielami świata polityki i kultury.
Do związku zapisało się 620 osób, co stanowiło znakomitą większość dzieci syberyjskich (800), które powróciły do kraju. W ciągu kolejnych lat zorganizowano oddziały lub koła związku w Wilnie, Chełmie, Bydgoszczy, Lublinie, Białymstoku, Poznaniu i Wejherowie. Jednak poza Warszawą liczebność kół nie przekraczała 50 osób.
Do najaktywniejszych działaczy organizacji obok wieloletniego prezesa Jerzego Strzałkowskiego należeli między innymi: Antoni Gregorkiewicz, Karol Wójcik, Karol Lachowski, Barbara Dietrich, Wiktor Jeżewski, Stanisław Bielewicz, Bronisław Sadowski, Maria Szczęsnowicz, Wiktor Żylewicz i Halina Wróblewski.
Najważniejszą władzę w związku stanowiło walne zebranie, które dokonywało wyboru prezesa związku, zarządu oraz sądu koleżeńskiego. Na czele związku stał prezes, którą tę funkcję od początku do końca jego istnienia sprawował Jerzy Strzałkowski.
Honorowymi członkami związku zostali między innymi: Anna Bielkiewicz, Józef Jakóbkiewicz, ambasador Japonii w Warszawie Ito Nabobumi, konsul Wanabe Rie oraz prezes Związku Sybiraków Henryk Suchanek. W 1937 roku powstało również Stowarzyszenie Przyjaciół Związku Młodzieży z Dalekiego Wschodu, którego prezesem został wspomniany wcześniej minister Stefan Hubicki, a vice-prezesem Jan Skorobohaty-Jakubowski.
Ważnym polem aktywności związku była działalność wydawnicza. Związek wydawał pisma: „Młody Sybirak” oraz „Echo z Dalekiego Wschodu”. Członkowie związku zamieszczali swe wspomnienia także na łamach „Sybiraka” - kwartalnika Związku Sybiraków.
Po utworzeniu Obozu Jednoczenia Narodowego prezes Związku Jerzy Strzałkowski złożył swój akces do nowej organizacji obozu rządowego, a następnie do utworzonej w jej ramach Służby Młodych, w której objął funkcję wiceprezesa.
Związek dużą wagę przywiązywał także rozwoju kultury polskiej na Kresach Wschodnich. Zdaniem szefa sekcji Kresów Wschodnich Włodzimierza Ławrynowicza „największą bolączką i potrzebą jest praca na wschodzie – na naszych kresach. Są to ziemie nasze i nasz lud, rządzą nimi częstokroć wpływy nam zupełnie obce nawet wrogie”. Związek zainicjował więc akcję zbierania książek, przyborów szkolnych, a leków i żywności dla polskich szkół na Kresach.
Członkowie Związku na każdym kroku podkreślali swoją wdzięczność Japonii za pomoc w wyjeździe z bolszewickiego piekła. Najlepszym wyrazem tych związków był znaczek Związku, w którym znalazł się motyw schodzącego słońca, a więc jeden z symboli nieodzownie kojarzących się z Japonią.
Przedstawiciele ambasady japońskiej w Warszawie byli stałymi gości na najważniejszych zjazdach Związku, uczestniczyli w różnych uroczystościach organizowanych przez Związek, a każdy kolejny ambasador Japonii sprawował honorowy patronat nad związkową „Czarną Kawą”. Tradycją stało się także śpiewanie w czasie uroczystości związkowych zaraz po Mazurku Dąbrowskiego również hymnu Japonii.
Zarząd Główny Związku uważał, iż „nie wystarczy obracać się wyłącznie w kole wspomnień o Japonii, a należy zapoznać się dokładnie z historią, geografią, obyczajami i kulturą japońską”. W tym celu utworzono Koło Przyjaciół Japonii, a także nawiązano bliski kontakt z Towarzystwem Polsko-Japońskim oraz Akademickim Kołem Przyjaciół Japonii.
Związek stał się także inicjatorem wyświetlania w Warszawie filmów o Japonii. Pierwszy z nich zatytułowany „Godzina w Japonii” został wyświetlony w kinie miejskim przy ul. Hipotecznej w Warszawie. Na uroczystości jego premiery wzięli udział ambasador Japonii W Polsce pan Ito oraz wysocy przedstawiciele samorządu m. st. Warszawy.
Związek organizował także bale w dniu święta Japonii - 3 kwietnia. W czasie takich obchodów w 1938 roku chór Związku wykonał w Polskim Radio szereg pieśni japońskich. Związek był również inicjatorem rozesłania do bibliotek szkolnych i czytelni młodzieżowych 1000 egzemplarzy specjalnego numeru „Wiadomości Literackich” poświęconego Japonii.
W 1935 roku Związek zapoczątkował organizację kursów nauki języka japońskiego, natomiast od 1938 roku w pismach związkowych zaczęły pojawiać się lekcje japońskiego, których autorem był dr Hirashi Moria.
W prasie związkowej ukazywały się także niezwykle przychylne Tokio relacje z wojny japońsko-chińskiej oraz japońsko-sowieckiej. „Wierzymy mocno i z całego serca życzymy Japonii zwycięstwa – napisano w 1938 roku – Nie dlatego, że narody nasze są zaprzyjaźnione. Nie ze względu bezpośredniego zainteresowania Polski jako sąsiada ZSRS. Nie tylko przez wdzięczność, iż przy pomocy Japonii ominęliśmy „raj” sowiecki i pracujemy teraz we własnej ojczyźnie, ale z głębokiego przeświadczenia w słuszności sprawy, o którą podjęła walkę Japonia”.
Związek kultywował wśród swych członków wspólną tradycję, łączył ich więzami przyjaźni i wspólnoty, tak aby „lokal związkowy był naszym drugim domem, naszą słoneczną przystanią, przesiąkniętą atmosferą beztroskiej młodości, gdzie wśród przyjaźnie uśmiechniętych twarzy możemy zawsze nabrać tchu i pogody do spełnienia codziennych obowiązków”.
Znaczna część członków Związku zaangażowała się w działalność konspiracyjną w czasie okupacji niemieckiej, a oddziałem, składającym się głównie z członków Związku, były słynne „Jerzyki”, którym poświęcę inny esej.

Wybrana literatura:
M. Derlacki - Powstańcze Oddzialy Specjalne "Jerzyki"
W. Theiss – Dzieci Syberyjskie. Dzieje polskich dzieci repatriowanych z Syberii i Mandżurii w latach 1919-1923
E. Pałasz-Rutkowski, A. Romer – Historia stosunków polsko-japońskich 1904-1945
E. Pałasz-Rutkowska – Polityka Japonii wobec Polski 1918-1941
W. Jeżewski – Historia tworzenia się Związku Młodzieży z Dalekiego Wschodu

godziemba - blog




http://znadniemna.pl/6536/20-lecie-stow ... sybirakow/

20-lecie Stowarzyszenia Sybiraków

Jubileusz 20-lecia obchodziło w sobotę, 18 października, działające przy Związku Polaków na Białorusi Stowarzyszenie Polaków – Ofiar Represji Politycznych – Sybiraków.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 20 paź 2014, 08:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Rejestr deportowanych

Kazachstan przekazał IPN dokumenty w sprawie sowieckich wywózek.

W odpowiedzi na wniosek o pomoc prawną dotyczącą śledztwa w sprawie wywózek obywateli polskich na Wschód Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku otrzymała z Kazachstanu ponad 2350 kart kopii dokumentów. Są wśród nich obszerne spisy nazwisk deportowanych.

Wszystkie sowieckie dokumenty z kilkunastu kazachskich archiwów w języku rosyjskim zebrane są w 15tomach akt. Do tej pory zakończono pierwszy etap tłumaczenia.

– To bardzo cenne dokumenty, nie tylko dla śledztwa, które prowadzę, ale też jako materiał archiwalny w sprawie sowieckich wywózek. Przede wszystkim dlatego, że pokazują, jak w ekstremalnie ciężkich warunkach żyli Polacy wywiezieni na Wschód i jakim okrutnym represjom byli poddawani – mówi „Naszemu Dziennikowi” prokurator Dariusz Olszewski.

Jeden z dokumentów z września 1940 r. posiada klauzulę „ściśle tajny”. Jego tytuł to „O zakazie tworzenia polskich szkół, teatrów, ośrodków kultury”. Inny, z grudnia 1940r., dotyczy „Złego traktowania obywateli Polskich”.

– Ten dokument wskazuje, że nawet same władze sowieckie, które go stworzyły, zauważały, że Polacy byli traktowani bardzo źle –podkreśla prokurator.

Kolejny dokument to prośba ambasady polskiej do władz sowieckich o wydanie paczek żywnościowych dla Polaków. Oznacza to, że taka pomoc do nich nie docierała. Tytuł kolejnego dokumentu to „Wytyczne do rozpatrywania spisów dzieci znajdujących się na terenach ZSRS, podlegających przesiedleniu do Polski”.

– Musiały być więc jakieś wytyczne władz radzieckich ograniczające liczbę wywiezionych podczas sowieckich deportacji polskich dzieci, które mogły wrócić do Polski. Tak jakby władze pozostawiały dla siebie decyzję, które dziecko może wrócić do Ojczyzny, a które nie – komentuje Olszewski.

Szczególnie ciekawych jest kilka dokumentów z 1942 r. dotyczących zarzutów kierowanych do przedstawicieli ambasad polskich, utworzonych w ZSRS po zawarciu umowy Sikorski – Majski. Według Moskwy mieli oni dopuszczać się bezprawia, działając w sprawach dotyczących jak najszybszego uwolnienia z sowieckich łagrów Polaków.

Prokurator Dariusz Olszewski prowadzący śledztwo w sprawie deportacji w głąb ZSRS obywateli polskich z okupowanego przedwojennego województwa białostockiego od 17 września 1939 r. do czerwca 1941 r., na którego wniosek o pomoc prawną Kazachstan przesłał dokumenty, po wstępnym zapoznaniu się z dokumentami zamierza teraz podjąć działania w dwóch kierunkach.

– Najpierw chcę skierować do tłumaczenia dokumenty, które pokazują rozmiar represji wobec Polaków. Pokazują bardzo ciężkie warunki ich życia w miejscach, gdzie ich wywożono. Wytypowałem już tu niektóre dokumenty – zaznacza śledczy.

Drugi kierunek to sporządzenie indeksu osób, których nazwiska znajdują się w dokumentach przesłanych z Kazachstanu. – Są tu m.in. listy Polaków, spisy dzieci, całych rodzin wywiezionych i przebywających w określonych rejonach Kazachstanu. Chcę z pomocą pracowników archiwum IPN utworzyć indeks tych nazwisk, aby kiedy będzie on już gotowy, sybiracy i inne zainteresowane osoby mogły z tego indeksu korzystać – mówi prokurator.

Wśród dokumentów są m.in. spisy polskich dzieci z konkretnych sowieckich domów dziecka na terenie ZSRS. Pierwszy wniosek o pomoc prawną do Kazachstanu białostocki IPN skierował w 2011 roku. W odpowiedzi w 2013 r. do Instytutu wpłynął liczący 200 stron spis dokumentów. Na tej podstawie prokuratorzy w kolejnym wniosku poprosili o konkretne dokumenty z m.in. archiwum obwodów akomolińskiego, astrachańskiego karagandyjskiego, pawłodarskiego, mangistauskiego, kokczetawskiego oraz miasta Astany i Ałmaty. Jednym z priorytetów śledztwa jest m.in. stworzenie komputerowej bazy danych osób deportowanych i podjęcie próby ustalenia dokładnej ich liczby. Do tej pory przesłuchano kilka tysięcy świadków. Już na podstawie ich zeznań do tworzonej bazy danych osób deportowanych wprowadzono kilkadziesiąt tysięcy osób. Przesłuchania trwają cały czas.

Przed powstaniem IPN wszystkie śledztwa dotyczące deportacji Polaków na Wschód prowadziła Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku. Kiedy powołano do życia IPN, poszczególne śledztwa, ze względu na to, jakich terenów dotyczyły wywózki, zostały rozdzielone po poszczególnych oddziałach tej instytucji. Śledztwo dotyczące 4deportacji w głąb ZSRS (do 1941r.) trafiło do białostockiego oddziału IPN. Trwa ono ponad 20 lat. To najobszerniejsze postępowanie, jakim zajmuje się pion prokuratorski białostockiego IPN. Materiały zgromadzone podczas tego dochodzenia liczą ponad 100 tomów.

Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... anych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 14 gru 2014, 11:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://polish.ruvr.ru/2014_12_13/Polska ... erie-0099/

Polska wyprawa przemierzy całą Syberię
13.12.2014, 22:53


© Foto: RIA Novosti/Vladimir Baranov


Przez 20 lat mieszkaniec Gdańska Romuald Koperski dużo podróżował po wschodnich regionach Rosji. Obecnie kończy przygotowania do nowej wyprawy po rozległych terenach Syberii. Rozmowa z Romualdem Koperskim.
Na początku 2015 roku z Moskwy wyruszy pod Pana kierunkiem nowa wyprawa na wschód. Do jakiego celu będzie zmierzać?
Udamy się w drogę w styczniu, zamierzamy przejechać przez Rosję trzema bardzo dużymi samochodami terenowymi – przez całą Syberię, aż do Cieśniny Beringa. Pojazdy przeznaczone są do jazdy po bezdrożach. Naszym celem jest przybliżanie Polski i naszej kultury mieszkańcom Syberii. Jak wiadomo, polska strona odwołała rok wzajemnej wymiany kulturalnej między Rosją i Polską. Osobiście nie zgadzam się z tym, ponieważ nie wolno uzależniać kultury od polityki. Wobec tego w drodze będziemy zatrzymywać się i organizować koncerty polskich artystów. Niestety, nie możemy zorganizować koncertu orkiestry symfonicznej czy też przedstawić spektaklu teatralnego, ale odbywać się będą spotkania z polskimi muzykami, aktorami. Wypada dodać, że jestem koncertującym pianistą. Ponadto z nami pojedzie Jewgienij Malinowski, który sam urodził się na Syberii, jest obywatelem Rosji, już od 20 lat mieszka w Polsce, gra w teatrach i filmach, jest aktorem i bardem, świetnie wykonuje piosenki Włodzimierza Wysockiego.
Przedstawimy także mieszkańcom Syberii dokumentalny film na temat sukcesów odnoszonych przez Polskę w różnych dziedzinach sztuki, wspólnych polsko-rosyjskich projektów w sferze kultury. Jestem optymistą pod tym względem.
Z jednego z Pana wywiadów dowiedziałam się, że Syberia jest bezpieczniejsza niż np. Warszawa czy jakiekolwiek inne duże miasto. Czy to ironia?
Nie, to żadna ironia. Od 20 lat jeżdżę po Syberii, zbadałem ją wzdłuż i wszerz. Odwiedzałem duże miasta i małe wioski, spotykałem się z profesorami i z bardzo prostymi ludźmi. Nigdzie na Syberii nie widziałem zagrożenia dla mojego bezpieczeństwa. Wręcz odwrotnie, niejednokrotnie zdarzało się, że zatrzymywałem się w nocy w nieznanej miejscowości w środku tajgi, wchodziłem do pierwszego z brzegu domu, a gospodarze dawali mi jeść i zapewniali nocleg, pomagali radą.
Dlaczego? Otóż dlatego, że to całkiem inni ludzie, niż mieszkańcy krajów Zachodu. Wróciłem właśnie ze Szwajcarii, pięknego kraju o wysokiej stopie życiowej, lecz ludzie jakby mieli wypisane na twarzach: stop, nie waż się mnie niepokoić. Każdy jest sam dla siebie. Przy tym, jeśli człowiek jest zamożny, ludzie są życzliwi dla niego, jeśli nie – po prostu nie zauważają go. Mieszkańcy Syberii z kolei mają otwarte serca.
Wielu odczuwa strach przed syberyjską zimą. Jaka jest ona w rzeczywistości?
Zima na Syberii to coś nadzwyczajnego. Na przykład, w Jakucji w zimie temperatura powietrza spada niekiedy do -70 stopni Celsjusza. Jest to najbardziej zimne miejsce na świecie, gdzie mieszkają ludzie. Wobec tego, jeśli ktoś zechce odwiedzić Syberię w zimie, to powinien się przygotować i mieć przy sobie świetny sprzęt, aby nie zamarznąć w drodze. Ale zaznaczę, że właśnie w zimie na Syberii jest szczególnie dużo dni słonecznych, dokoła biały śnieg, czarodziejska przyroda. Piękno!
Prowadzi Pan fundację, której celem jest poprawa wizerunku Rosji w Polsce i Polski w Rosji. Obecnie, na tle złych stosunków politycznych między naszymi krajami, to zadanie można porównać do syzyfowej pracy.
Tak jest, lecz nie jest to powodem do rozpaczy. Często spotykam się z młodzieżą szkolną i akademicką i opowiadam o Rosji. Wydałem kilka książek na temat tego olbrzymiego kraju. Często otrzymuję podziękowania od moich Czytelników za to, że mówię prawdę o Rosji. Chociaż w polskich mediach, niestety, nie ustaje antyrosyjska propaganda, ale nie wszyscy jej ufają. Przy tym autorami rusofobicznych publikacji są najczęściej ludzie, którzy prawie nic nie wiedzą o Rosji, jej historii. Natomiast ja wiem, że Rosjanie potrafią dać sobie radę z każdymi trudnościami, nie mam żadnych wątpliwości, że potrafią rozstrzygnąć wszystkie swoje obecne problemy. Ponadto Rosja jest bardzo zamożnym krajem, jeśli mówimy o jej zasobach naturalnych. Posiada ona wszystko, co jest niezbędne dla życia. Ten kraj ma zapas wytrzymałości i wielką siłę. Uważam, że nie warto znajdować się w stanie konfrontacji z nim.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 04 mar 2015, 20:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2014/11/2 ... iec-polsk/

Jakucja jak dziesięć Polsk
Posted by Marucha w dniu 2014-11-27 (czwartek)



Rozmowa z Kunnej Takaahaj, doktorantką Instytutu Badań Interdyscyplinarnych „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak to się stało, że znalazła się Pani w Polsce?
Przyjechałam do Polski w 2008 roku na stypendium dla młodych naukowców. Był to świadomy wybór, bo dla mnie Polska to swego rodzaju przejście między Wschodem a Zachodem. Wiedziałam, że będzie mi łatwiej zrozumieć mentalność Polaków, niż innych zachodnich narodów. Ponadto mój doktorat wymagał tego. Piszę o polskim zesłańcu Wacławie Sieroszewskim, który był autorem licznych prac etnograficznych i literackich o Jakutach (własna nazwa Sacha).
Skąd Pani pochodzi?
Jakucję dzieli się zwykle na centralną, południową, północną, zachodnią i wschodnią. Te części znacznie różnią się od siebie. Pochodzę z Jakucji Zachodniej. Urodziłam się w małej wiosce nad rzeką Wiluj. Mało tam trafia ludzi z zewnątrz. Jeśli ktoś już przyjeżdża to do centralnej Jakucji. W latach 80. moi rodzice przeprowadzili się do miasta. Poprzez Irkuck i Moskwę, gdzie studiowałam, trafiłam do Warszawy.

Obrazek

Co oznacza Pani imię i nazwisko po jakucku?

Mam na imię Kunnej. „Kun” oznacza słońce po jakucku, a „ej” raczej transkrypcja „aj” w języku turkijskich grup, do których należy jakucki, tłumaczy się jako księżyc. Jestem więc słońce-księżyc. Takaahaj to rodowe nazwisko. Tłumaczy się je z jakuckiego jako pomagać, wspierać. W dawnych czasach Jakuci nie mieli nazwisk. Pojawiły się one wraz z Rosjanami i chrystianizacją. W Jakucji są dwa ułusy (jednostka podziału autonomicznego – przyp. red.), które zatrzymały swoje rodowe przydomki. A zapisano nazwisko po rosyjsku Takasajewa.
Jest Pani Jakutką czy Rosjanką?
Jakutką. Zawdzięczam to moim rodzicom. Pochodzę z rodu, który sięga swoimi korzeniami daleko w przeszłość. Sądzę, że właśnie stąd wynika to, że uważam się za Sacha.
Sacha?
Tak nazywa się naród, do którego należę. Stąd nazwa Republika Sacha. Nazwa Jakucja pojawiła się później i odnosi się do republiki i jej mieszkańców. Mieszkańcy Jakucji (Jakutianie) mogą należeć do różnych narodów. Rosjanin czy Ewenk może być Jakutianinem, nie Sacha.



Czyli Pani jest najpierw Sacha, potem Jakutianką i dopiero później Rosjanką?
Tak. Tych warstw utożsamiania się jest wiele. Można do nich dołączyć również określenie Sybirak (mieszkaniec Syberii).
Jak wygląda sytuacja demograficzna w Jakucji?
Jakucja zajmuje ogromny obszar, wielkości 10 Polsk, który zamieszkuje niecały milion ludzi. Ponad połowa to ludność napływowa, która w różny sposób trafiała na te tereny. Reszta to rdzenne ludy i to nie tylko Jakuci (Sacha), ale i Ewenkowie, Eweni, Jukagirzy, Dołganie, Czukczowie. Ludzie, którzy przyjeżdżają do Jakucji wychowywani są nie tylko przez naszą kulturę, ale i przez przyrodę. To ona u nas rządzi. Trzeba umieć przystosować się do surowych warunków przyrodniczych.
Pamiętam czasy, kiedy w miastach było dużo Rosjan. W latach 90. wielu z nich wyjechało. Teraz do republiki napływają ludzie z Azji Środkowej. U nas zawsze byli imigranci. Jakuci rozumieją, że to olbrzymi teren, który zawszę będą próbować zagospodarować.
Jakucja jest kojarzona z wydobyciem diamentów.
Tak. Nie mogę jednak powiedzieć, że Jakuci się tym zajmują, to raczej domena Moskwy.
Czy w szkołach uczy się języka jakuckiego, czy raczej kulturę, język i historię Jakutów przekazują dzieciom rodzice, dziadkowie?
W czasach radzieckich znacznie zmniejszono liczbę godzin poświęconych na kulturę i język jakucki. Na wsiach sytuacja wyglądała trochę lepiej, natomiast w miastach starano się je jak najbardziej okroić. Zmieniło się to w latach 90., kiedy zaczęły pojawiać się klasy języka jakuckiego. Obecnie są szkoły uczące języka i kultury jakuckiej. Jednak są to zajęcia ponadprogramowe, które są dodatkowym obciążeniem dla dziecka. Do tego trzeba jeszcze dodać naukę zachodniego języka lub azjatyckiego. Oprócz angielskiego, francuskiego, niemieckiego bardzo popularny obecnie jest chiński, koreański i japoński.



Sowiecka polityka mocno dotknęła Jakutów?

Jakutów podobnie jak inne rdzenne narody w Związku Radzieckim dotknęły represje. Wielkim ciosem były dla nas represje lat 30. XX wieku. Ta polityka nie była nakierowana jedynie na Jakutów, objęto nią wszystkie narody. Miała ona na celu budowanie tożsamości człowieka radzieckiego, tępienie etnicznych odrębności. W związku z tym pierwsza jakucka inteligencja była represjonowana.
Drugi cios to II wojna światowa. Jakuci są bardzo wytrwałymi myśliwymi, więc mieli dużą wartość dla armii. Prawie 80% mężczyzn zabrano do wojska na pierwszą linię frontu. Właśnie o tym będzie dzisiejszy film „Snajper Sacha”, nakręcony z punktu widzenia historii Jakutów. II wojna światowa bardzo doświadczyła Jakutów. Nie ma chyba rodziny, która nie straciłaby kogoś w tamtych czasach. Np. mój dziadek, nawet nie wiemy, gdzie stracił życie. Z jego trojga braci wojnę przeżył jeden, stracił rękę.
Z drugiej strony, jest jeszcze sytuacja ludzi, którzy pozostali na miejscu. Same kobiety, dzieci i starcy. Głód, o którym się nie mówi. Zmarło więcej ludzi niż tych, co poszli na wojnę. O tym właśnie m.in. będę dzisiaj opowiadać.
Jakuci są jednym z nielicznych rdzennych ludów Syberii, którym udało się zachować własną tożsamość.

Narodowości Sacha jest około 430 tysięcy. Jesteśmy dumni z tego, że udało się nam przetrwać, nie asymilować się. Jest to związane z tym, że szanujemy swoje korzenie, również z punktu widzenia prawa. Staraliśmy się i staramy nawiązać równoprawny dialog z innymi kulturami. Pozostałe narody są w dużo gorszej sytuacji. Na jakuckim uniwersytecie uczy się również języków innych rdzennych ludów Północy. Ludy mieszkające obok nas orientują się na nas.

Obrazek

Kiedy powstała Republika Sacha?
Po rozpadzie Związku Radzieckiego. Nigdy nie należeliśmy do 15 radzieckich republik, jako republika autonomiczna wchodziliśmy w skład Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Jakucka Autonomiczna Socjalistyczna Republika Radziecka powstała po rewolucji. Jakuckiej inteligencji udało się wywalczyć dla Jakutów terytorium i autonomię, nie podzielono nas między różne republiki jak inne syberyjskie narody. Później w latach 80., w tym samym czasie co ruchy niepodległościowe w Polsce, też pojawiły się ruchy odrodzeniowe w Jakucji.
Czy można w takim razie mówić, że Jakuci dążyli do odrębności?
Jesteśmy świadomi tego, że liczebnie nie możemy sobie pozwolić na takie ofiary. Wchodzimy w skład państwa rosyjskiego, jeśli próbowalibyśmy odłączyć się od niego, to każde sąsiadujące z nami państwo spróbuje nas wchłonąć, przede wszystkim ze względu na zasoby naturalne. Dlatego staramy się dążyć i prowadzić równoprawny dialog z centrum. Już nasi jakuccy rewolucjoniści rozumieli sytuację narodu, rozumieli, że muszą być na równych prawach z centrum, że tylko w taki sposób uda się zachować jedność terytorialną, zachować kulturę i powstrzymać asymilację.
26 listopada w ramach Festiwalu Filmowego Sputnik nad Polską odbędzie się spotkanie z Kunnej Takaahaj.

http://polish.ruvr.ru/2014_11_26/Jakucj ... olsk-0906/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 08 mar 2015, 20:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/11/29 ... k-myslisz/

Jakucja nie tak już odległa, jak myślisz
Posted by Marucha w dniu 2014-11-29 (sobota)



Poprzednia część:
https://marucha.wordpress.com/2014/11/2 ... iec-polsk/

Kontynuujemy rozmowę z Kunnej Takaahaj, doktorantką Instytutu Badań Interdyscyplinarnych „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego.

Co Jakuci wiedzą o Polsce?

W XIX wieku Jakuci zetknęli się z Polakami, a raczej z polskimi zesłańcami. Trwa pamięć o nich i o tym co zrobili oni dla Jakutów. Jeden z nich, Wacław Sieroszewski, był autorem licznych prac etnograficznych i literackich o Jakutach. Współcześnie młode pokolenie już raczej nie będzie go kojarzyć, ale starsze nadal o nim pamięta.
Ogromny wkład w badanie naszego języka miał Edward Piekarski, który opracował słownik języka jakuckiego. W Jakucji jest pomnik polskich zesłańców. Potrafili oni nie tylko przeżyć w trudnych warunkach, dzięki koegzystencji z Jakutami, ale zauważyli wartościowość naszej kultury i opowiedzieli o niej. Właśnie dlatego wielu Jakutów śledziło wydarzenia w Polsce pod koniec lat 80. i na początku 90. Szanowano to, że Polacy potrafili wybić się na niepodległość bez rozlewu krwi.



Wspomniała Pani o Wacławie Sieroszewskim. Może Pani coś więcej o nim powiedzieć?
W tamtych czasach, z europejskiego punktu widzenia, obowiązywała teoria darwinizmu, dlatego Jakuci uznawani byli za dzikusów. Sieroszewski po 12 latach na zesłaniu inaczej patrzył na naszą kulturę i z szacunkiem o niej pisał. Nie mógł jednak uniknąć ówczesnej terminologii, dlatego w jego pracach pojawiają się wyrażenia typu „dzikusy”. W latach 30. Sieroszewski trafił na listę zakazanych pisarzy w Związku Radzieckim. Oficjalnie uznano, że w negatywnym światle opisywał ludy Północy, z perspektywy białego człowieka. Ale mimo historycznych zakazów przetrwał on w pamięci narodowej. W latach 90. odzyskał należne mu miejsce. Opublikowano jego książkę „Etnograficzne badania Jakutów”. Każdy, kto utożsamiał się z kulturą Sacha posiadał ją w domu i stawiał na honorowym miejscu.
Pamiętam rozmowę z pewnym polskim dyplomatą, który przebywał na placówce w Rosji. Powiedział mi on, że w latach dziewięćdziesiątych spotkał w Moskwie delegację z Jakucji. Pierwsze pytanie, jakie mu zadano dotyczyło tego, czy w Polsce jest mauzoleum Sieroszewskiego. Ta anegdota świadczy o tym, na ile on był u nas znany i szanowany.

Ale zesłańcy to nie tylko Polacy.
Do Jakucji trafiały najbardziej niebezpieczne elementy w Imperium Rosyjskim. Nie budowano dla nich oddzielnych obozów, jakie powstawały w ZSRR, ale umieszczano ich w jakuckich rodzinach. Byli to zarówno kryminaliści, jak i więźniowe polityczni. Nasza społeczność bardzo ucierpiała z tego powodu. O tym również pisze Sieroszewski w „ Chajlach”, swoim pierwszym opowiadaniu z Jakucji . Jakuci wyróżniali polskich więźniów politycznych, którzy uważani byli za wykształconych ludzi. Bogaci rodowici Jakuci próbowali ich ściągać do siebie, aby kształcili oni ich dzieci.



A co Polacy wiedzą o Jakucji?
Historia państwowości polskiej miała ogromny wpływ na Polaków. Dyskurs martyrologiczny stworzył barierę odnośnie zainteresowania rdzennymi narodami Syberii. Polska poszła w kierunku Zachodu, odwracając się od tego, co wschodnie. Dla Polaków Syberia jest ziemią przeklętą lub więzieniem. Należy jednak pamiętać, że Syberia to nie tylko łagry.
Od jakiegoś czasu w Polsce pojawia się wiele książek na temat Syberii. Są to przede wszystkim reportaże. Czy czyta je Pani i jak się Pani do nich ustosunkowuje?
Gdy przyjeżdża się na tydzień, miesiąc i próbuje się opowiedzieć o genezie narodu, to podchodzę do tego sceptycznie. Sieroszewski również wypowiadał się na temat dziennikarzy. To oni zapewniają czytelników. Na co dzień muszą wypowiadać się na wszystkie tematy. Taki jest ich zawód. Nawet jeśli mają jakąś wiedzę na dany temat, musza się zmieścić w ramach niewielkiego artykułu i jeszcze przekazać ją w dostępny i ciekawy sposób. Są osoby, które to rozumieją, a są takie, które bezkrytycznie podchodzą do tego. Dlatego upowszechniają się stereotypy.

Reportaże pogłębiają stereotypy?
Motywacją jest tutaj komercja. Jedzie się do jakiegoś kraju, szuka „udziwnień” i pisze się o nich. Są jednak tacy autorzy, którzy obiektywnie próbują opowiadać o Syberii. Należy pamiętać, że oprócz przeszłości jest jeszcze współczesność. Do reportaży trzeba podchodzić bardzo ostrożnie.



Czy polska nauka nadal wnosi wkład w badania ludów Syberii?
Bardzo żałuję, że zanika szkoła polskich badaczy Syberii. Ta tradycja wywodziła się właśnie od XIX-wiecznych zesłańców, którzy wnieśli ogromny wkład w badanie ludów Syberii i nie tylko. Jakutologiem był jeszcze prof. Stanisław Kałużyński z Uniwersytetu Warszawskiego, który zmarł w 2006 roku nie pozostawiając po sobie uczniów. Szkoda…
Uważam, że polska szkoła w największym stopniu zrozumiałaby pewne niuanse naszej kultury. Duży wkład mogłaby również wnieść polska szkoła klasycznej filologii w interpretację naszych eposów, które ciągle powstają. Tym bardziej, że na terenie Europy obecnie chyba nie ma żywego, autentycznego eposu.

http://polish.ruvr.ru/2014_11_27/Jakucj ... lisz-2517/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 15 maja 2015, 21:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.polishclub.org/2015/02/16/wi ... o-polarne/

Więzień Kołymy, Zbigniew Jan Dąbrowski opowiada o deportacji Polaków na Syberie i za koło Polarne.
16/02/2015

Obrazek
Władysław Grodecki nad jeziorem Lonwli, Indie. Fot. Archiwum autora.


Władysław Grodecki – W 75 – lecie deportacji Polaków z Kresów na Syberię i za koło polarne
Cz. I.
„Bóg po to pozwala niektórym ludziom oglądać piekło za życia i wracać , aby dali świadectwo prawdzie”.
(Zofia Kossak-Szczucka)
SIOSTRA WALENTYNA
Znakomity filozof i kaznodzieja ks. prof. Andrzej Zwoliński, mój uczeń (uczestniczył w wycieczkach po Krakowie, gdzie ja byłem przewodnikiem, a później w dwóch wielkich wyprawach zagranicznych do Turcji oraz do Hiszpanii i Portugalii ), a później nauczyciel powiedział kiedyś: „tylko pielgrzym wie dokładnie dokąd zmierza, jaki jest cel jego wędrówki”.
Tak, każda wyprawa, poza aspektem przygodowym powinna mieć jakieś głębsze przesłanie. Choć głównym celem mojej pierwszej wyprawy dookoła świata 1992-94 było upamiętnienie 500 – rocznicy odkrycia Ameryki, jednak już po kilku tygodniach od wyjazdu z Polski miały miejsca dwa wydarzenia, które w zasadniczy sposób przesądziły o moim stosunku do sposobu i celu wędrówek.
Pierwsze, to spotkanie starego Persa na Wielkim Majdanie w Isfahanie w Iranie, który wspominał pobyt polskich sierot w tym mieście w czasie II wojny światowej, a drugie to spotkanie z jednym z nich, siostrą Walentyną w Lonawli k/Bombaju w Indiach. To były wydarzenia, które mną wstrząsnęły! Od tej pory polonica, losy Polaków, a zwłaszcza wojenna i powojenna ich tułaczka stały się celem każdej większej wyprawy.
Siostrę Walentynę w Lonawli odwiedziłem dwukrotnie w czasie moich wielkich ekspedycji. Po raz pierwszy w grudniu 1992 r. chyba w najbardziej dramatycznym momencie całej podróżniczej kariery; rozpadł się zespół, samochód i kamera video pozostały w Pakistanie, niemal bez pieniędzy planowałem wylot do Australii!
W ciszy krużganków Auxilium Salesian Convent w Lonavli starałem się wyciszyć i wszystko przemyśleć, zastanowić się czy podołam ogromnym trudom kilkunastomiesięcznej samotnej wędrówki po świecie. W tym „przedsionku raju” (cudowny klimat, bujna tropikalna roślinność i ogromna ilość ametystów nad brzegiem jeziora wulkanicznego) uwierzyłem, że warto podjąć to wyzwanie losu.
Po raz drugi odwiedziłem s. Walentynę w styczniu 1998 r., przed „skokiem” za Ocean Indyjski do Afryki Wschodniej (gdzie były w czasie II wojny światowej polskie sierocińce) i uroczystościami odsłonięcia Pomnika Polskich Uchodźców z Rosji w parku Mahawiry w Kolhapur- Valivade!
Po dramatycznych przeżyciach na „nieludzkiej ziemi”, a może i pod wpływem obaw by to zło nie powróciło do dziś Sybiracy niechętnie wspominają tamte okropne czasy? Trudno się temu dziwić. Zbigniew Jan Dąbrowski Sybirak, były więzień Kołymy powiedział mi kiedyś w Toronto: ”Wiadomości, które docierają do mnie z Polski, świadczą o tym, że wielu moich Rodaków o innych niż moje doświadczenia, nadal nie może sobie wyobrazić masowości sowieckiego ludobójstwa, wyzysku, poniżenia, niewolniczej pracy, chłodu i głodu oraz wielu innych szatańskich przewrotności , które w PRL osłaniane były milczeniem lub propagandowymi kłamstwami o „sowieckim raju”.
Nawet dziś w czasach III Rzeczypospolitej pewne tematy są przemilczane, lub przypominają o nich ocaleni z niewoli sowieckiej. Pomniki, płyty pamiątkowe, place czy skwerki fundują przeważnie ci, którzy przeżyli.
Oto jeden znamienny przykład; 2 marca 1998 r. w Parku Mahaviry w Kolhapurze w 50 rocznicę rozwiązania obozu w Valiwade, po 25 latach starań Związku Indian (byłych mieszkańców obozów w Indiach) i Konsula RP w Bombaju odsłonięto pomnik polskich dzieci. W uroczystościach uczestniczyło 13 osób dawnych mieszkańców obozu przybyłych tutaj z USA i Wlk. Brytanii. Ja byłem jedyną osobą z Polski. To prawda, że był p. Konsul RP I. Makles z Bombaju i Konsul Dębicki z Delhi, ale zabrakło ówczesnego Ambasadora RP Krzysztofa Mroziewicza!
Wróćmy jednak do s. Walentyny, niechętnej do zwierzeń, jednak ku mojemu zdumieniu zaproponowała spacer po parku. Weź pan kartkę i długopis. Po chwili usiedliśmy na ławce pod okazałym figowcem i zacząłem notować. Czułem się jak kapłan w konfesjonale, tym bardziej, że jak zaznaczyła byłem drugą osobą, której po wielu latach odważyła się opowiedzieć o okropnościach „jej sowieckiej nocy”.
„Urodziłam się w Czeleszczewiczach k/Kobrynia. Jako małe dziecko wraz z rodzicami 10 lutego 1940 r. o godz. 5.oo rano zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia domu. Zostaliśmy wydani przez miejscowego Żyda (tu siostra pokazała mi interesujący obraz brata Sergiusza przedstawiający tę scenę, Żyd z kartką papieru jak Judasz wydający Chrystusa wskazywał na tych, którzy w pierwszej kolejności należy ująć)! Żydzi współpracowali z NKWD, sporządzali dla nich listy Polaków, urzędników państwowych, lekarzy, oficerów, leśników itp.
Ojciec miał ok. 30 sztuk bydła i był gajowym zarządzającym miejscowymi lasami. Najbardziej potrzebne rzeczy załadowano na sanie. Brat i siostra nie zmieścili się i musieli biec 10 km. na stację. Wieczorem pociąg ruszył, rano stanął i stał do wieczora. Tak było przez dwa tygodnie. W okręgu Archangielskim gdzie w końcu dotarli karczowaliśmy lasy. Tylko ci co pracowali mieli prawo do życia. Głód, zimno i katorżnicza praca sprawiła, ze ludzie umierali masowo. Umarł ojciec!
W tym najtrudniejszym okresie s. Walentyna przyrzekła Bogu: „Jeśli przeżyję to będę służyć innym!”
Po 22 czerwca 1941r i najeździe Niemiec na Rosję ogłoszono „amnestie” i ci co nie mieli już żadnej nadziei, że opuszczą „nieludzką ziemię”, znowu uwierzyli!
Niestety tylko nielicznym się to udało! Nawet nie wszystkim, którzy byli już w pociągu „do wolności”. Rodzina Walentyny zmierzała już w kierunku Krasnowodska, nagle w miejscowości Mołotow, pociąg stanął. Zapowiedziano 30 minut przerwy, ale po 5 minutach ruszył. Wyszedł brat by coś kupić, wybiegła za nim siostra Kasia. On wrócił, ona pozostała, na zawsze…O jej los i brata Bazylego zapytano kiedyś O. Pio- ten odpowiedział: „proszę pogodzić się z wolą Bożą”!
Walentyna jej matka i brat ocaleli Niestety tylko Walentyna pozostała w Indiach. Wywędrowała do Madrasu. W 1950 r. przyjęła śluby zakonne i kolejno przebywała w Cotegree, w Madrasie, Polurze, Walere, znowu w Madrasie i w 1951r w Bombaju. W 1961r. przybyła jako pierwsza do Lonawli. Zakładała szkołę prowadzona przez ss. Salezjanki. Wciągu wielu lat była nauczycielką śpiewu, szycia, gotowania i muzyki. Wychowała trzy pokolenia żon i matek, stworzyła i przez lata pielęgnowała rozległe założenia parkowo- ogrodowe w Lonawli.
Szkoła początkowo mała, dziś rozrosła się do b. dużej kształcącej młodzież z Lonawli i Malavi. Od żłobka do 10 klasy na różnych poziomach uczyło się tu ponad 2000 dzieci.
Koszty rozwoju i utrzymania finansowała włoska organizacja INSIEME („Razem”), niewielka pomoc płynęła z Czech i Słowacji. Przestała napływać pomoc z Polski!
Czyżby społeczeństwo polskie stawało się mniej wrażliwe na niedostatki innych; zwłaszcza tych, którzy jako pierwsi przyszli z pomocą zadręczanym na „nieludzkiej ziemi” polskim sierotom.
To siostra Walentyna spłaca dług wdzięczności za te lata gościny. Gdy wspominała czasy swego dzieciństwa i młodości, gdy mówiła o Polsce nie potrafiła ukryć wzruszenia. Wszystko co polskie było jej b. bliskie i drogie, a jednak nie myślała o odwiedzeniu swej ojczyzny. Może z braku pieniędzy, a może nie miała odwagi iść i prosić o polski paszport do Konsulatu RP w Bombaju?

Władysław Grodecki
Źródło: https://wkrakowie2015.wordpress.com/201 ... o-polarne/ . 9 luty 2015.

* * *

Władysław Grodecki – W 75 rocznicę pierwszych deportacji w głąb Rosji cz. 2.
POWRÓT Z PIEKŁA
Wywiad z p. Zbigniewem Janem Dąbrowskim więźniem Kołymy
W maju 1999 r. rozpocząłem trzecią wielką, drugą samotną wyprawę dookoła świata. Jej celem było upamiętnienie 80 rocznicy Bitwy Warszawskiej, jednej z najważniejszych bitew w dziejach świata, nazywanej „Cudem nad Wisłą”. Nad Warszawą, nad Polską, nad Europą, nad światem w 1920r. zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Bolszewickie hordy zamierzały przejść po „trupie Polski” na Zachód, połączyć się z braćmi Niemcami. Sowietom marzyło się pojenie koni w Atlantyku, i kąpiel w fontannach Rzymu. Ale Polska umierać nie chciała, Polska nie dała się uśmiercić. Dwadzieścia lat później było już za późno by Bolszewicy mogli te plany zrealizować. Tego Stalin nie zapomniał tego Polakom!
Układ Ribbentrop-Mołotow, wybuch II wojny światowej, 17 września 1939 r., Katyń, deportacje na Sybir, podział Europy w Jałcie i inne niewyobrażalne cierpienia milionów Polaków w ostatnim stuleciu swe źródło mają głównie w zwycięstwie w 1920 r. ?
To polscy osadnicy, rodziny wojskowe były dla Sowietów największą przeszkodą w opanowaniu utraconych przez Rosję wówczas ziem i w pochodzie na Zachód. Dla Bolszewików było oczywiste, że te ziemie trzeba oczyścić z wrogiego mu elementu, stąd też masowe deportacje najbardziej wartościowego dla Polski elementu Za koło polarne i na Syberię.
Tylko niektórym z około miliona Polaków, którzy zostali umieszczeni w osławionych łagrach udało się opuścić nieludzką ziemię. Najdalej położonym i posiadającym najgorszą sławę „Archipelagiem Gułag” była Kołyma. Stamtąd nikt nie wracał. Zbigniew Jan Dąbrowski, którego w 1999 r. poznałem w Toronto w Kanadzie należał do wyjątków.
W K A N A D Z I E

Kanada jest jednym z krajów gdzie standard i jakość życia są najwyższe na świecie. Po Rosji jest to największe państwo naszej planety ( 9971 tys. km2). Podobny do Polski klimat, podobna roślinność oraz bardzo mała gęstość zaludnienia i otwarcie granic przed imigrantami z Europy ( w tym z Europy Środkowej ) sprawiło, że Polacy chętnie się tu osiedlali. Obecnie mieszka tam około 300 tys. naszych rodaków. Znaczna część z nich to emigranci z czasów II wojny światowej, deportowani z Kresów w głąb Rosji. Po wyjściu z Armią Andersa i kilkuletniej tułaczce po świecie nie mogąc wrócić do swych rodzinnych stron wybrali Kanadę, jako swą drugą ojczyzną!
Po pobycie w Montrealu udałem się do Toronto, które nie jest zbyt pięknym miastem, więc miałem więcej czasu na spotkania z rodakami. Gościł mnie Wiesław Piękny, rzeźbiarz z Krakowa, mieszkający w tym mieście od 1987 r. Dzięki niemu poznałem wielu ciekawych ludzi m. in. dziennikarza Jacka Szczypińskiego (wywiad w Gazecie), Krystynę Piotrowską z radia „Polonia” (wywiad radiowy i spotkanie w restauracji FREGATA w Mississaga). Zaproszono mnie również do budynku Kongresu Stanowego na spotkanie z członkami Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, Koła terenowego Toronto. Bardzo serdecznie przyjął mnie tam prezes SPK Władysław Dziemiańczuk i poprosił bym opowiedział o swej wyprawie i o Krakowie!
Po wykładzie podszedł do mnie jeden z kombatantów- Zbigniew, Jan Dąbrowski uścisnął moją dłoń, zaprosił do Hamilton i przekazał kilkadziesiąt dolarów i wizytówkę z adnotacją „proszę pomóc” dla brata Tadeusza właściciela City Motor Hotel w Hamiltonie. Następnego dnia do Hamilton przywiózł mnie Stasiu, przewodnik krakowski, tam ugościła mnie Anna, żona Tadeusza, przekazała klucze do obszernego, wygodnego pokoju i przypomniała o kolacji! Niestety nie miała zbyt wiele czasu dla mnie, gdyż przyjmowała szczególnych gości- Albańczyków z Kosowa. Ale nie nudziłem się, a kolację spożywałem już ze Zbigniewem w pokoju hotelowym. Przekazując mi książkę „Wspomnienia, które zawsze wracają” zwrócił się do mnie: „Panie Władysławie proszę mnie pytać, a później gdziekolwiek pan będzie proszę pisać, proszę mówić i świadczyć w inny sposób czym jest bezbożny komunizm, jakie piekło zgotował nam Polakom i innym narodom!”
W.G. Proszę o kilka słów biografii.
Z.J.D. Urodziłem się 28 marca 1922 r. w Torczynie koło Łucka. Ojciec Romuald zajmował się handlem, a bardzo religijna mama prowadziła Akcję Katolicką. Miałem dwóch braci – Tadeusza i Henryka. Po skończeniu Szkoły Powszechnej w Torczynie zdałem egzamin konkursowy do gimnazjum w Łucku, ale po niezbyt udanym początku rodzice przenieśli mnie do gimnazjum Ojców Pijarów w Lubieszowie na Wołyniu. Tu w latach 1753-59 kształcił się Tadeusz Kościuszko. Miło wspominam mój piękny Torczyn i czteroletnią edukację w Lubieszowie, gdzie kształciła się młodzież z całej Polski.
W.G. W wieku 17 lat skończyła się ta sielanka?
Z.J.D. Tak wrzesień 1939 r. raz na zawsze zmienił nasze życie. Lato tego roku było piękne, pełne słońca, kąpieli w rzekach i jeziorach, czasu beztroskich zabaw. Czuliśmy jednak, że dojście do władzy Hitlera i jego agresywna polityka nie wróżyła nic dobrego, ale nikt nie wyobrażał sobie tego co wydarzyło się po 1 września 1939 r.
W.G. Dla tych co mieszkali na Kresach najgorsze miało dopiero przyjść po 17 września 1939 r. ?
Z.J.D. 17 września Sowieci przekroczyli granice Polski ze wschodu. Ukraińcy budowali bramy tryumfalne, tworzyli bojówki, podżegali przeciw Polakom, zaś Żydzi sporządzali listy najbardziej wartościowego elementu polskiego i przekazywali je funkcjonariuszom NKWD.
Od momentu wkroczenia Rosjan w granice Rzeczpospolitej nawet my młodzi byliśmy świadomi, że ich celem będzie wcielenie naszych ziem wschodnich do ZSRR. By to zrealizować konieczne było wyeliminowanie wrogich im światłych Polaków i sprzyjających im mniejszości narodowych.
Jedną z metod prowadzących do tego celu były masowe wywózki na Syberię i za Koło Polarne. Pierwsza, bez wątpienia. najstraszniejsza deportacja miała miejsce 10 lutego 1940 r. kiedy wywieziono w głąb Rosji ok. 220 tys. ludzi. W środku mroźnej nocy, uzbrojeni enkawudziści razem z miejscową milicją, wyłamywali drzwi, budzili zaspanych mężczyzn i kobiety, młodzież i dorosłych, dzieci i staruszków. Na spakowanie się dawali 20- 30 minut po czym saniami odwozili ( czasem trzeba było iść pieszo ) na stację kolejową, gdzie czekały już pociągi z bydlęcymi wagonami. Do każdego wagonu wtłaczano do 70 osób i zamykano. Dziura w podłodze zastępowała toaletę, mały zakratowany otwór – okno, w środku to było miejsce na baraż, a cztery prycze po bokach to legowiska dla nieszczęsnych skazańców. Następne deportacje ( 13 kwietnia – 1940r. ok. 320 tys. osób, czerwiec 1940 r. – 240 tys. i w czerwcu 1941 r.- ok. 200 tys. przebiegały wg. podobnego scenariusza ).
W.G. Kiedy pan i pana rodzina znalazła się w sowieckiej niewoli?
Z.J.D. Prawie natychmiast po wkroczeniu Czerwonej Armii rozpoczęły się aresztowania rodzin wojskowych, inteligenckich i urzędników państwowych. Aresztowano mojego ojca, a kilkanaście tygodni później i mnie umieszczono we więzieniu w Łucku. Warunki nie były zbyt komfortowe w tym swoistym karcerze – drewnianej budzie o wymiarach 1×2 m. Myślałem, że się uduszę, ale klęcząc zobaczyłem niewielki otwór po sęku i zacząłem wsysać powietrze.
Przetrwałem może z godzinę, po czym umieszczono mnie w sali więziennej gdzie pokrótce przydzielono mi miejsce obok profesora Lopka i hrabiego Wojciecha Mycielskiego. Siedzieli tu już po trzy miesiące, lubili mnie i wiele od nich się nauczyłem. Dotyczyło to głównie przesłuchań; przesłuchania prawie zawsze prowadzone były wg. tego samego scenariusza, najpierw śledczy byli bardzo mili i pytali o wszystko tylko nie powód aresztowania, a później: „jesteś młody, gdy się przyznasz będzie niższy wyrok!”
Do czego mieliśmy się przyznawać, do działalności kontrrewolucyjnej, do planów obalenia Związku Radzieckiego? Odmawiałem zeznań, nic nie podpisywałem, mimo licznych szykan i bicia. I taka sytuacja trwała przez pięć miesięcy, gdy w dawnym urzędzie lasów państwowych rozpoczęła się rozprawa sądowa. Wraz ze mną było jeszcze pięciu oskarżonych. Każdy otrzymał podobny zarzut; „ przynależność do organizacji antyradzieckiej!” W przerwie procesu, niski, krępy Żydek Rachman, niby adwokat z urzędu bezskutecznie starał się namówić nas by mówić prawdę, ale nikt go nie słuchał. Podobnie było i po przerwie, nikt „nie przyznał się do winy”, więc odczytano wyroki. Ja dostałem 15 lat łagrów.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia 1940 r. mama przysłała mi paczkę z żywnością, zimową odzieżą i dobrze ukrytym medalikiem. To pomogło mi przetrwać bo wkrótce w wigilię Bożego Narodzenia w środku nocy przy temperaturze blisko – 40 o C załadowano nas do bydlęcych wagonów w Łucku i pociąg ruszył w nieznane.
Wspominałem jak rok temu byłem z kolegami na pasterce, a teraz cieszyłem się tym, że mama i brat są jeszcze na wolności. Różne myśli przychodziły do głowy, w międzyczasie ktoś wyłamał kilka desek w wagonie i wyskoczyło dwóch mężczyzn, chwilę później słychać było strzały, obaj zginęli.
Planowałem i ja ucieczkę, ale chyba mój Anioł stróż pochwycił mnie za rękę? Po wielu godzinach jazdy pociąg zatrzymał się na bocznych torach i padł rozkaz by opuścić wagon. W śniegu ustawiliśmy się w piątki i po godzinie marszu dotarliśmy do Peresilna turma – ciężkiego więzienia w Charkowie. Nim wprowadzono nas do cel więziennych musieliśmy na oczach NKWD-zistów stoczyć prawdziwą wojnę z tłumem groźnych bandytów, rosyjskich więźniów, łachmaniarzy, którzy chcieli nas pozbawić ciepłej odzieży. Wyczerpanych, poobijanych i głodnych wtłoczono nas do cuchnącej brudnej celi, przyniesiono trochę chleba, kilka wiader herbaty i worek drobnych, niesolonych rybek. Parę razy na dobę wyprowadzano nas grupami do ubikacji, gdzie było kilka kranów z zimną wodą. Taka sytuacja trwała przez tydzień.
W.G. Przed laty byłem turystycznie nad Bajkałem, odwiedziłem Brack, Irkuck i Chabarowsk, w ciągu ośmiu dni przejechałem koleją transsyberyjską z Moskwy do Pekinu. Sporo wcześniej czytałem o losach polskich zesłańców, którzy niejednokrotnie ten gigantyczny odcinek nad Amur i jeszcze dalej musieli pokonywać pieszo. By utrudnić im marsz zakładano na nogi kajdany, a przecież nikt nie uciekał, bo Syberia to „więzienie bez krat”. Ogromne przestrzenie, niska temperatura, komary, brak żywności, dzikie zwierzęta, przeważnie nieprzyjaźni, nieufni ludzie… Ucieczki były rzadkie, każdy się bał, jeśli eskortujący zesłańców funkcjonariusze carscy strzelali to głównie do wilków czy tygrysów! Jednak przed I wojną światową wyjeżdżali Polacy na Syberię i dobrowolnie gdyż była tam potrzeba ludzi wykształconych, by te dziewicze tereny cywilizować. Nauczyciele, geolodzy, odkrywcy, podróżnicy, etnografowie i inżynierowie to przeważnie Polacy. To głównie polscy inżynierowie projektowali i budowali kolej transsyberyjską. Za Stalina bardzo się to zmieniło, Syberia stała się wielkim obozem koncentracyjnym? Czy jako młody chłopak miał pan świadomość, że jadąc na wschód jedzie pan na „wieczne zatracenie”? Czy miał pan nadzieję na ocalenie, na to, że stanie się cud?
Z.J.D. Oczywiście nikt nie wiedział co go czeka? Gdzie go zawiozą. Gdy znowu znalazłem się w bydlęcym wagonie i pociąg ruszył. Mogłem mieć tylko nadzieję, że w miejscu mego „przeznaczenia” będą w miarę znośne warunki do przeżycia. Niestety myliłem się.
Warunki bytu zesłańców różniły się w zależności od rodzaju pracy, klimatu i ludzi- w posiołkach byli to komendant „sowchoza”, magazynier, wracz ( felczer) , piekarz, „ kulturnik” i strażnicy. Poza dziećmi do szesnastu lat ( te musiały chodzić do rosyjskich szkół ) wszyscy musieli pracować, za co otrzymywali minimalną rację żywnościową. Dzieci często rozdzielano z rodzicami, na zawsze… Dla wysiedleńców były cztery zasadnicze rejony – Workuty, nad Morzem Białym, tereny zachodniej Syberii za Uralem i Kazachstan. Moja podróż trwała dwa miesiące, więc byłem świadomy, że w żadnym z tych miejsc się nie znajdę!
W.G. Zesłańcy by przejść pieszo przez Syberię potrzebowali dwa lub trzy lata, wam wystarczyło dwa miesiące by pociągiem dotrzeć nad Morze Ochockie. Jak wyglądała ta podróż?
Z.J.D. Mijaliśmy większe i mniejsze miasta, góry, tunele, dziesiątki kilometrów pustych przestrzeni i syberyjskiej tajgi. Całymi godzinami nie widzieliśmy ludzkich osad. Zachwyt, a może i przerażenie budziła wspaniała przyroda, wielowiekowe drzewa. Nikt zapewne nie myślał tu o ucieczce, która byłaby samobójstwem? Dokuczały fatalne warunki sanitarne i kiepskie wyżywienie, ale w końcu udało się dotrzeć do Buchty Nachodki.
W.G. Znalazł się pan na Kołymie. Sama nazwa brzmi szczególnie złowrogo. W tym bardzo bogatym w różne minerały regionie w dorzeczu Kołymy o powierzchni ok. 2,5 mln km 2 stworzono z rozkazu Stalina w latach trzydziestych XX w. największą grupę obozów pracy przymusowej. Więźniowie zatrudnieni byli w kopalniach, przy wycinaniu drzew i budowie dróg czy kolei. Była to doprawdy katorżnicza praca, a przerywano ją dopiero gdy temperatura spadła poniżej – 55 o C. Przy bardzo kiepskim wyżywieniu, skromnej odzieży i fatalnych warunkach sanitarnych w początkowym okresie już po kilku miesiącach pobytu umierały cztery na pięć osób. Czy pan był świadomy tych zagrożeń?
Z.J.D. W Buchta Nachodce niewielkim porcie nad Morzem Ochockim znajdował się ogromny obóz otoczony podwójnymi zasiekami z drutów kolczastych. Umieszczono nas w jednym z baraków ogromnego obozu otoczonego zasiekami z drutów kolczastych. Piętrowe drewniane prycze pokryte słomą stały się miejscem chwilowego wytchnienia. Nie przeszkadzał nam ogromny smród i pluskwy. Wcześnie rano zbudził nas przeraźliwy ryk syren. Apel, skromniutkie śniadanie (owsianka z dodatkiem głów od śledzi oraz trochę chleba ) i 10 godzin pracy przy rozładunku statku. Wieczorem zupa z kapusty i 200 g. chleba.
Po dwóch tygodniach na ten sam statek nas załadowano i udaliśmy się w kierunku Magadanu, stolicy Kołymy. Nim zajęliśmy swoje weszliśmy na statku miała miejsce jeszcze gorsza „jatka” niż w Charkowie. Niesłychanie agresywni i brutalni rosyjscy więźniowie rzucili się na nas. Byli ranni i zabici. Ci zostali pod pokładem, a nas dostarczono ciężarówkami do ciepłego baraku. Wkrótce dowiedzieliśmy się od oficera, że miejsce naszego stałego zamieszkania znajduje się w Katanach około 500 km. od Magadanu. Jego słowa : „z Kołymy nikt nie wraca” zapadły mi głęboko w pamięci. Najzwyczajniej w świecie zacząłem się bać i tracić wiarę w ocalenie. Wydawało mi się, że jestem na końcu świata, w przedsionku piekła. Przed oczyma jak na filmie przesuwały się obrazy różnych epizodów z dzieciństwa i młodości. Wydawało mi się, że powoli umieram…
Z tego letargu wyrwał mnie głos poczciwego konwojenta, który radził by nie próbować uciekać bo w temperaturze ok. -50 o C kończy się to śmiercią. Siarczysty mróz bardzo utrudniał transport. Mijaliśmy kolejne obozy i łagierników odśnieżających drogę do kopalń złota. W pewnym momencie nasza i inne zdezelowane ciężarówki ugrzęzły w śniegu i trzeba było szukać schronienia. W pobliżu było kilka baraków, w jednym z nich nas zakwaterowano. Szczęśliwie było tam bardzo ciepło bo palacz, świadomy, że jego poprzednikowi poderżnięto gardło za to, że odśnieżając drogę doprowadził do wygaśnięcia pieca. Jakoś bardzo nas polubił, mnie najmłodszego chyba najbardziej? Dał nam trochę chleba, cebulę i gorącą wodę – kipiatok. Wyglądał na bardzo zatroskanego o to co mnie czeka. Po chwili przez okno wskazał wzgórze i czerwony słup na szczycie. Tu jest kres wędrówki łagierników, także i twojego przyjaciela Bronka, który przed chwilą wyzionął ducha. Pod nim znajduje się tysiące kości. Co mnie czeka, pod którym słupem mnie pochowają? Nie mogłem zasnąć, a rano po śniadaniu ruszyliśmy wolno w dalszą drogę mijając setki łagierników wracających z nocnego odśnieżania drogi. Wieczorem tego dnia dotarliśmy do celu.
W.G. Jak wyglądał typowy dzień w łagrze? Kogo tu przywożono? Jaka była atmosfera?
Z.J.D. Zakwaterowano nas w ogromnym obozie, gdzie było kilkadziesiąt baraków. W każdym z nich były piętrowe prycze. Podobno w tym łagrze było około dziesięciu tysięcy Polaków, wielu Rosjan i Ukraińców. Ponieważ byłem najmłodszy i na ogół lubiany przez wszystkich udało mi się otrzymać pryczę blisko pieca, a więc po pracy nie marzłem, a odmrożenia nóg były największą zmorą! Łatwiej było o żywność niż o ciepłą odzież, więc ludzie padali jak muchy, z głodu, wycieńczenia i chorób. Bez wątpienia życzliwość i pomoc towarzyszy niedoli, głównie Polaków ułatwiła mi przetrwanie. Jeden drugiemu był często bratem, a dla mnie i ojcem! Pomagała też wiara w Boga i modlitwa. Pracowaliśmy w kopalni złota przez siedem dni w tygodniu po dziesięć godzin używając taczek, kilofa i łopaty. Zamarzniętą skałę wrzucano do skrzyni i wyciągano na szczyt wieży. Tam wysypywano ją do rynny, a woda z pompy ręcznej wypłukiwała złoto. To była katorżnicza praca. Tylko bardzo silne ponad – 50 o C mrozy, czasem choroby sprawiały, że pozostawaliśmy w barakach.
Raz miałem temperaturę ok. 40 o C i udało mi się uprosić obozowego felczera, który dał mi cztery dni zwolnienia. W tym czasie odwiedził mnie wycieńczony, zmarznięty starszy pan prosząc o możliwość ogrzania się przy piecu, zaznaczając; „ wiem, że tu mieszkają Polacy, naród miły i gościnny. Bywałem kiedyś w waszej pięknej Warszawie…”
Po chwili rozpłakał się, a gdy się uspokoił zaczął opowiadać: „Nazywam się Simaka, profesor matematyki na uniwersytecie w Bukareszcie. Miałem żonę i młodą śliczną córkę. Powodziło nam się bardzo dobrze, trochę wędrowaliśmy, interesowałem się geografią i historią. Dobrze znałem język rosyjski i z ciekawości słuchałem Radia Moskwa. Wizja sowieckiego raju była doprawdy fascynująca, uwierzyłem i wkrótce z żoną i córką udaliśmy się do Moskwy. Planowałem, że pozostanę tam ze dwa miesiące i powrócę do Bukaresztu. Tymczasem poznałem bardzo miłego profesora, wdowca z Omska, który zaprosił mnie do siebie obiecując mieszkanie i dobrą pracę. Pojechaliśmy w trójkę. Wkrótce poznałem wielu ludzi i starałem się coś więcej dowiedzieć o tym jaka jest naprawdę Rosja. Gdy poznane osoby nabrały do mnie zaufania opowiadały mi przerażające rzeczy o przemianach jakie zaszły w Rosji po upadku caratu. Miałem żal do swojego profesora, czułem się oszukany i niebawem postanowiłem wrócić do domu. Niestety mimo rezerwacji trzech biletów lotniczych na lotnisku w Moskwie zostałem aresztowany i skazany na 25 lat łagrów, za rzekome szpiegostwo. Nim znalazłem się na Kołymie „odwiedziłem” wiele łagrów! Nie wiem co stało się z żoną i córką?
Innym razem przybył do mnie Rosjanin, kucharz, niegdyś szef znanej restauracji w Moskwie, wtedy szef kuchni obozowej, przesiedział 20 lat na Kołymie. Był bardzo rozmowny i wzbudzał zaufanie, dałem mu więc jedną z trzech koszul jakie miałem, a on w tajemnicy przed łagiernikami dał mi trochę żywności. Powiedziałem mu o swych problemach ze zdrowiem, o bólach w piersiach, kurzej ślepocie po czym zapytałem ile jeszcze będę żył? Spojrzał na mnie, na moje owrzodzone nogi i zawyrokował: „Może jakieś dwa miesiące, chyba , że nastąpi jakiś cud?”
W.G. Z Kołymy nikt nie wracał, a jednak panu i innym Polakom udało się ją opuścić. ( m.in. ostatniemu prezydentowi na uchodźstwie Ryszardowi Kaczorowskiemu, zginął w katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r. – przyp. autora). Czyżby stał się cud?
Z.J.D. Na Kołymę powoli wracała bardzo spóźniona wiosna. Już nie dokuczały okropne mrozy, powoli topniały śniegi, ale praca w rozmiękłym gruncie stawała cięższa i bardziej niebezpieczna. Coraz więcej osób umierało z głodu i wycieńczenia. W czasie wysadzania złotonośnej skały zginął bliski kolega Roman. Bardzo przeżyłem tę stratę, czułem się coraz bardziej samotny, dokuczała tęsknota za Ojczyzną, mamą, bratem. Głód, katorżnicza praca, wyniszczający klimat, pogarszające się samopoczucie sprawiało, że gasła nadzieja na ocalenie, nadzieja, która umiera ponoć jako ostatnia?
Dawno już straciłem rachubę czasu, jeden dzień był podobny do drugiego, tydzień do tygodnia, miesiąc do miesiąca, ale gdy w pewną pogodną niedzielę na śniadanie podano nam całkiem smaczną zupę grochową niezmrożony chleb i herbatę z cukrem, a na domiar wszystkiego enkawudziści byli wyjątkowo mili, przeczuwałem, że wydarzyło się coś szczególnego. Gdy jak zwykle piątkami szliśmy do pracy podjechała limuzyna, z której wyszło czterech oficerów NKWD. Jeden z nich wyciągnął z teczki papier i zaczął czytać:
„Bracia Polacy, Przed tygodniem otrzymałem oficjalne zawiadomienie od najwyższych władz, że zostało podpisane porozumienie między szefem rządu polskiego generałem Sikorskim, a rządem naszym, że nasz kochany wielki wódz Stalin udziela wszystkim Polakom amnestii. Jesteście wolni i możecie dołączyć do formującej się pod dowództwem generała Andersa armii polskiej w Tocku. Wspólnie będziemy walczyć przeciwko najeźdźcom hitlerowskim.”
Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie przeżyłem podobnego wzruszenia, to tak jakbym z martwych wrócił do życia. Stojący obok jak porażeni piorunem, zaniemówili, później płakali, ściskali się wzajemnie… Po chwili zaczęto odczytywać nazwiska tych, którzy znaleźli się pod „Czerwonym Słupem” jak i ci, którzy przeżyli.
Droga do wolności była jednak bardzo długa, ogromnie uciążliwa i tylko nielicznym udało się opuścić nieludzką ziemię. Nigdy nie zapomnę tej chwili kiedy w porcie w Krasnowodzku ustawiono nas gęsiego młodych i staruszków, kobiety i mężczyzn, dziewczęta i chłopców, a na końcu żołnierzy Armii Andersa. Gdy statek znalazł się na morzu poczuliśmy bliskość „Ziemi Obiecanej”, jakże nam przyjaznej i gościnnej ziemi irańskiej, poczuliśmy tak bardzo upragniony powiew wolności. I to był prawdziwy cud.
W.G. Dorośli marzyli o wolności, a ci najmłodsi, polskie dzieci, polskie sieroty marzyły by jeszcze raz w życiu do syta najeść się chleba, by jeszcze raz w życiu położyć się do czystej pościeli. Na statku oba te marzenia się spełniły.
Dziękuję za rozmowę
Władysław Grodecki
Na zdjęciu Władysław Grodecki nad jeziorem Lonawli w Indiach. Fot. za JWwK-2015 .

Źródło: https://wkrakowie2015.wordpress.com/201 ... osji-cz-2/ , 16 luty 2015

POLISH CLUB ONLINE, 2015.02.16


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 26 lis 2015, 16:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Piotr Wiśniewski (1898 - 1993), Radziłów

Jak Żydzi w Radziłowie przyczynili się do wywózki Polaków na Syberię 1941

Z pamiętnika Piotra Wiśniewskiego (1898 - 1993), mieszkańca Radziłowa

Zachowano oryginalną pisownię.

W dniu 1.09.1939 r wybuchła wojna z Hitlerem. Handel zamknięty. Towar wyprzedany, reszta schowana. Przyszli bolszewicy. Władzę objęli żydzi. Powołano Komitet z miejscowej komuny żydowskiej. Wszyscy pracownicy w urzędzie gminy byli żydzi. Milicja składała się z 4ch żydów i 1 Polaka, który nawiasem mówiąc, był bardzo krótko. Pewnego razu Milicja popijała sobie i jeden żydek milicjant mówi do tego Polaka milicjanta. Nu u, ty Staszek, czy ty myślałeś kiedy, że będziesz u nas milicjantem. Polaka zabolało. Wyszedł, przyniósł im karabin, oddał go i mówi. To ja nie chciałem służyć u bogatego szlachcica, a mam służyć u żydów, nie chcę. Na terenach polskich, zajętych przez Niemców, żydzi zostali wyniszczeni przez (nich) Niemców. Natomiast na terenach polskich, zajętych przez bolszewików, żydzi wzięli władzę w swoje ręce. Gnębili Polaków, szaleli z radości, bo nie wystarczało im, że żyli w naszej Polsce, a jeszcze chcieli panować nad Polakami. Przed wojną nie mieli żydzi źle w Polsce. Handel detaliczny, jak i hurtowy, był w rękach żydowskich. Rzemiosło też w 90% było w rękach żydowskich. Żaden żyd ciężko nie pracował. Mało im było tego, chcieli panować. Skorzystali z tego, jak weszli do Polski bolszewicy. Od wejścia bolszewików, zaraz żydzi wydawali na wywóz na Syberię polskich policjantów i tych co im byli niewygodni. Jadzi siostra Basia Napartowa przed wojną mieszkała w Krynkach. Tam mąż jej był komendantem posterunku policji. W pierwszych dniach, żydzi go wydali bolszewikom na wywóz. Po aresztowaniu męża, Basia prosiła Jadzię, by mogła przyjechać do nas do Radziłowa. W ten czas, ja byłem w Żychlinie. Jadzia sprowadziła siostrę Basię z córkami do Radziłowa.

Żydzi w roku 1940 zapisali po wsiach, dość sporo rodzin na wywóz na Syberię. Do tego transportu dołączyli i Basię z córkami. Był to pierwszy pokaźny transport. Drugi o wiele liczniejszy odbył się w czerwcu 1941 roku. Plan był ustalony, że 2 razy w tygodniu miały iść transporty z Polakami na Syberię. Żydzi nałożyli na mnie kontrybucję taką, że nie byłem w stanie uiścić. Wniosłem odwołanie do Urzędu Skarbowego, część zdjęli, ale reszta też była nie do uiszczenia. Milicjant żyd, przyszedł po mnie bym się stawił w Urzędzie Gminy. Za stołem siedział jeden żołnierz bolszewicki. predsiedatiel, sekretarz żyd, dwóch żydów i jedna żydówka Komitet pięcioosobowy. Zaczęli rozmawiać ze mną grzecznie, dlaczego ja dotąd nie wpłaciłem żądanej sumy. Wyjaśniłem, że na taką sumę trzeba byłoby dom sprzedać, a kto go teraz kupi. Potem rozmawiał bolszewik na temat mego wykształcenia i zapytał mnie, czy ja wiem, gdzie są rzeki Ob i Jenisej. Odpowiedziałem, że na Syberii. Wtedy ten niby grzeczny sowiet, trzasnął mocno pięścią w stół, aż na stole wszystko podskoczyło i wrzasnął do mnie. Jak za 3 dni nie zapłacisz tej sumy, to tam pojedziesz odrabiać. Przyszedłem Zagroble, bo tam była Jadzia z dziećmi. Rozważaliśmy, co robić Po pierwsze, że od dziś nie będę nocował w domu w rynku, ani u siostry Mańki Zagroblą. Nocowałem u obcych ludzi Zagroblą. Jadzia radziła, bym wyjechał do jej siostry Frani do Żychlina. Ja natomiast chciałem, żebyśmy wszyscy wyjechali do Żychlina, ale Jadzia poszła do p. Kraińskiej (córka aptekarzowej) na wywiad. Tam jej powiedzieli, że bolszewicy do zon się nie czepiają. Tylko mnie grozi wywóz do Rosji. Jadzia się tego uchwyciła i nie chciała nigdzie wyjeżdżać z dziećmi. Nalegała, bym natychmiast jechał do Żychlina. Wobec stanowczej odmowy Jadzi, ustaliliśmy mój wyjazd na 20.12.1939 r.

Nadszedł dzień odjazdu. Ucałowałem dzieci i Jadzia odprowadziła mnie na glinianki, ca 50 mtr od domu Mańki Zagroblą. Jadzia mi mówi, jedź do Frani, ona ma sklep w Żychlinie, dobrze ci tam będzie. Wojna prędko się skończy i znowu będziemy razem. Ja mówię, a jak ta wojna potrwa rok albo dłużej. Jadzia mówi, tak długo będziemy oddzielnie. Tu nie pamiętam kto powiedział, ja czy Jadzia. Rozstajemy się na rok, a może na zawsze. Jeszcze raz ponowiłem prośbę, by wyjechać całą rodziną. Jadzia mówi, idź już, idź, bo już i tak przedwczoraj policja żydowska z karabinami, byli u Mańki po ciebie. Tamtej nocy, nocowałem u p. Karpińskich Zagroblą. Rozstaniu nie widać końca, wtedy ja mówię, żegnaj mi ukochana, najdroższa Jadziu. Dobrze nam było razem, a ona. Tak dobrze, jak w niebie. Poszedłem pieszo do Jedwabnego 17 kilometrów. W Jedwabnem, syn Kowalskich znalazł mi furmankę do Łomży, stamtąd pojechałem żydowską karetą do brata Ławnickiego, nad granicą. Dnia 25.12.1939 r przed wschodem słońca, byłem na Krakowskim Przedmieściu. Poszedłem do kościoła na pasterkę. Ksiądz mówił kazanie, głośno wymawiał "Bóg się rodzi, moc truchleje", a ja stoję, zarośnięty brodą, z węzełkiem pod pachą i myślę sobie. Moc dwóch potęg (Rosji i Niemiec) nie truchleje, a wzrasta! My truchlejemy. Polska w gruzy się obraca! Robi się w kościele widniej. Ludzie patrzą na mnie i powoli się odsuwają ode mnie. Ja 5 dni nie myty, nie ogolony, nie wyspany, wyglądam na bezdomnego włóczęgę i naprawdę byłem nim. Pociągiem dojechałem do stacji Pniewo, a stamtąd 7 klm. pieszo do Żychlina. Byłem w Żychlinie od 1.01.1940 r do 30.06.1941. Niemcy przyłączyli Żychlin do Rzeszy i zaczęli wprowadzać swoje porządki.

Z Żychlina wyjechałem furą do stacji Pniewo, a z Pniewa pociągiem do Warszawy. W Warszawie zaszedłem do Stasi Glinkówny, córki mego chrzestnego ojca. Ona akurat szykowała się jechać do Łomży, bo jej mieszkanie było zbombardowane, nie nadające się do zamieszkania. Oboje szliśmy w Warszawie na wprost, po gruzach, ulic nie było widać spod gruzów. Jechaliśmy koleją, wozami i pieszo. Pod Łomżą Stasia mi mówi, że moją rodzinę wywieźli bolszewicy do Rosji. Było to w piątek 1941 dnia 20.06., a za 2 dni Niemcy wkroczyli do Polski. Jadzia była ostrzeżona, przez jednego osobnika z gminy, że ona Jadwiga Wiśniewska, syn Jan i córka Ryszarda, zapisani są na wywóz do Rosji. Ostrzeżenie to było na dwa dni przed wywozem. Helena Burzyńska (żyje do dziś) kazała Jadzi nocować u siebie, ale Jadzia miała już dość szykan od Mańki, która mawiała. Mają zabrać mego Józiaka za bratowę. Niech ten cierpi, co go boli. (nadmieniam, że bolszewicy, ani Niemcy brali tylko tego, co mieli na liście. Drugich osób w zamian nie brali). W czwartek 19.06.1941 r nocą przychodzi dwóch żydów z karabinami do Stasi Wickowej po Jadwigę Wiśniewską. Pytają gdzie ona jest. Nam powiedzieli, że ona tu mieszka. Stasia zamiast powiedzieć, pojechała do Łomży i dotąd nie wróciła Wickowa wiedziała, że Jadzia często wyjeżdżała do Łomży, aby posłać paczkę żywnościową dla swej siostry Basi, co ją w roku zeszłym bolszewicy wywieźli do Rosji. Żydzi byliby poszli. Wickowa z żydami przeszła opłotkami na podwórze Mańki i palcem pokazała dom i rzekła. Tu mieszka Jadwiga Wiśniewska z dziećmi u Mańki Piotrowskiej. Żydzi weszli do Mańki i zabrali Jadzię z dziećmi. Cała wina za wywóz Jadzi, spada na Wickową. Kawał drania z bratowej Stasi, ale nie lepsza była i moja siostra Mańka. Szkoda mi Jadzi, że nie posłuchała się H. Burzyńskiej. Ta sprytna umiałaby ochronić ją przed wywozem. Nikt z ludzi nie myślał, że Niemcy tak prędko przyjdą. Stasia Glinkówna mówiła mi, że Niemcy mieli wszędzie, na całej linii frontu swych szpiegów. W sobotę 21.06.1941 r ci szpiedzy wszędzie zrobili zabawy taneczne, zakrapiane sowicie wódką. Niemcy przystąpili do szturmu o wschodzie słońca w niedzielę 22.06.41. Sowieci po zabawie i uchlaniu się, spali sobie snem sprawiedliwego. Po wystrzałach Niemców, przebudzili się i jak spali, w tym uciekali. Niemcy zrobili rzeź, a oni nie wiedzieli co się dzieje. Np. lotnicy bolszewiccy w Łomży uciekali pieszo, a samoloty zostawili Niemcom. Po powrocie z Żychlina do domu, zastałem matkę i Mańkę z mężem i dziećmi. Wicka nie było. Nie wrócił z robót przymusowych z Niemiec. W domu panował nastrój przygnębiający. Matka płacząc opowiadała mi, jak policja żydowska z czwartku na piątek przyszła z karabinami do Mańki i zabrali Jadzię z dziećmi na wywóz.

Transport był bardzo duży, bo wywozili ludzi nie tylko z Radziłowa, ale i z każdej wsi brali po kilka rodzin. Wywozili furmankami. Konwój prowadzili bolszewicy z N.K.W.D. po dwóch na furze. Ludność pytała ich, za co wy nas wywozicie do Rosji, a oni odpowiedzieli: "My nie wiemy, co wy za jedni. My z Rosji psów nie przywieźliśmy do Was. To wasze psy wydali nam was, na wywóz". Tak, to tutejsi wydali ludzi na wywóz. Wydał Tymczasowy Komitet, który sprawowali żydzi. Cały transport zawieziony został do Łomży. W Łomży oddzielono od transportu wszystkich mężczyzn i osadzono ich w więzieniu, a kobiety z dziećmi załadowano do wagonów. Ludność łomżyńska przynosiła żywność i podawała oknami do wagonów dla ludzi. Cały dzień i noc przesiedziałem ze swą matką na rozmowie i płaczu po moich najdroższych mi osobach. Na drugi dzień z Zagrobli poszedłem do rynku, by tam z naocznymi świadkami porozmawiać o tym, co się działo tu, gdy byłem w Żychlinie. Ludzie opowiadali mi, że bolszewicy sami nie decydowali i nie rządzili. Tu rządy sprawował Tymczasowy Komitet, składający się z żydów. Wynik ich pracy był, masowy wywóz Polaków do Rosji. Opowiadał mi jeden gospodarz, że przyjechała policja żydowska z karabinami po jedną rodzinę z dziećmi. Rodzice zdołali uciec. Policja już miała opuścić to mieszkanie, ale jeden policjant żydowski mówi. Trzeba zabrać te szczenięta to suka sama po nie przyjdzie. Zabrali małe dzieci i zaprowadzili na furmankę. Widząc to rodzice, wyszli z ukrycia i razem wywieziono ich.

Inny radziłowiak opowiadał, że tego dnia wracał rowerem z Łomży do Radziłowa. Przejechał wieś Jeziorko i w lesie natknął się na transport. Nie wiedział, co to za transport. Bojąc się by go nie wcielili do tego transportu, uciekł w las z drogi i z daleka obserwował ten konwój, ciągnący od Jeziorka, aż po Kownaty, czyli 7 kilometrów długości, fura za furą, a na furach placz i krzyki dzieci i matek, wzywających Boga o pomstę za wyrządzoną im krzywdę.

Zabrano ich niewinnych z pieleszy domowych, z Polski ukochanej i wieziono w nieznane.

Echo leśne niosło ich prośby przed tron Boga Najwyższego. Chłop lasem przedzierał się w stronę Radziłowa, a transport w odwrotnym kierunku, do Łomży. Jak minął transport, wtedy wyszedł na szosę i przyjechał do Radziłowa. Tu dopiero dowiedział, że to był wywóz ludzi do Rosji. Znam historię Polski i wiem, że po powstaniu, car kazał wywozić polskich patriotów na Syberię, ale to była walka z bronią w ręku. Polacy bili się z wojskami cara, a tu wyciągnięto matki i niemowlęta z ciepłych łóżek i wywożono na Syberię, to przechodzi ludzkie pojęcie. Przecież ci ludzie i dzieci, nic złego nikomu nie zrobili.

Sam lucyper z piekła, nie wynalazł by większej zbrodni, niż wynaleźli żydzi nad Polakami.

Ciekaw byłem, jak doszło do masakry żydów. Naoczni świadkowie mówili mi, że pierwszy pogrom żydów był w Wąsoszu, w jakieś trzy tygodnie po przyjściu Niemców. Zabijano tam i zażynano żydów i wywozono ich za miasto, celem pochowania. Po ukończeniu tej roboty u siebie w Wąsoszu, wąsowiacy przyśli do Radziłowa, by tu też mordować żydów. Radziłowiacy przepędzili ich. Na drugi dzień przyjechało do Radziłowa z wiosek spod Osowca kilku drabów, którzy pracowali u Niemców, jako szpiedzy. Tu dobrali sobie kompanów, popili porządnie i zaczęli zaganiać żydów za miasto, drogą w stronę Wizny do dużej stodoły. Prawie wszyscy biorący udział, mieli karabiny, których pełno było wszędzie po ucieczce bolszewików. Znalazła się i benzyna w bańkach i kanistach. Nie łatwa to była sprawa spędzić wszystkich żydów do stodoły. Po spędzeniu, oblali stodołę benzyną. Karabinem zmuszono czternastoletniego chłopca, nazwiskiem Ekstowicz, by ten wszedł na dach stodoły. Podano mu bańkę z benzyną i on oblał słomiany dach stodoły, tą benzyną. Po zejściu chłopca z dachu, stodołę podpalono. Spłonęło w niej osiemset żydów. Opowiadał mi naoczny świadek, że jeden żyd, który ukrył się przed łapanką, jak zobaczył palącą się stodołę z żydami, dostał szoku. Wybiegł z ukrycia, zarzucił płaszcz na ramię i biegiem przez miasto pędził do tej stodoły. Wpadł w palącą się stodołę i razem spłonął z żydami. Znalazło się i kilku Niemców, którzy fotografowali to wszystko i potem robili film. W tymże czasie spalono żydów w Jedwabnem. W Stawiskach (pod Łomżą), też pędzono żydów w celu spalenia. (o tym fakcie, opowiadali mi ludzie z tamtych stron) Uratował ich ksiądz wikary, który wziął krzyż do ręki i szedł naprzeciw pochodowi żydów pędzonych na spalenie. Podniósł rękę z krzyżem do góry i wołał donośnym głosem, do oszalałych ludzi. "Zastanówcie się ludzie, co czynicie, nie możecie pełnić dwóch ról. Chcecie być sędziami i katami w jednej osobie. Pamiętajcie na swoją śmierć. Jak pomrzecie i staniecie na sąd Boży, Matka Najświętsza, powie do swego syna Jezusa Chrystusa. Synu, nie daruj im tej zbrodni, którą popełnili! Oni mieli na piersiach Twój wizerunek, krzyż, a zabijali ludzi". Po tych przemówieniach księdza, ludzie zaczęli się rozchodzić. Została mała garstka i ci wrócili do swych domów. Żydzi ocaleli! Za jakiś czas, Niemcy zaczęli zbierać niedobitków (żydów) i wszędzie tworzyć Getta. W Stawiskach było duże Getto, złożone z żydów i cyganów. Widziałem to Getto na własne oczy, bo jeździłem po doktora do Stawisk. Nikt z rodziny (nawet chorego stryj, proboszcz ze Słucza, odmówił jazdy po Dra) ani obcy nie chcieli jechać, bo się bali Niemców. Ja byłem sam, bez rodziny. Zaryzykowałem swoim życiem, by ratować bliźniego. Chory obficie i ciągle pluł krwią. Choroba była bardzo poważna. Do dziś żyje ten człowiek. Nazywa się Władysław Bieńkowski, mieszka w Radziłowie na kolonii pod Kubrzanką. Szczęśliwie przywiozłem i odwiozłem doktora bez narażania się. Tu w Radziłowie żydzi z Getta chodzili do Żebrów sadzić las. Potem Niemcy pozbierali żydów i gdzieś ich wywieźli. Często siadywałem z matką, by pogadać o swym nieszczęściu. Matka opowiadała mi, że jak palili żydów, to ona w tym czasie siedziała przy swoim domu na schodkach Zagroblą. Stodoła ta była odległa od tego domu 500-600 metrów w prostej linii, ale była widoczna. Matka płacząc opowiadała mi te jęki i lament żydów. Nie mówiłem nic matce, ale przypomniałem słowa chłopa jadącego rowerem z Łomży do Radziłowa i słyszącego lament i jęki matek i płacz dzieci, a echo leśne niosło to jako prośbę do Boga, by wyciągnął Swą prawicę i ukarał żydów za ich zbrodnie nad niewinnymi osobami. Nie upłynął miesiąc, a żydzi zapłacili za swą zbrodnię najwyższą cenę - życie.

Matka opowiadała mi, że z naszej rodziny nikt tego dnia nie wychodził z domu i nie brał udziału. Wicek był w Niemczech, ja w Żychlinie, a Mańka z mężem i dziećmi oraz matką siedzieli w domu. Są podejrzenia, że w niszczeniu żydów brali udział członkowie rodzin i krewni wywiezionych, bo to była jeszcze większa rozpacz. Nie upłynął jeszcze miesiąc od wywozu ludzi do Rosji. Wszędzie była żałoba, jak w miastach, tak po wsiach. We wszystkich domach polskich. Jak nie wywieźli całej rodziny, to wywieźli kogoś krewnego. Żeby Niemcy przyszli do nas za miesiąc, to zastali by puste domy i samych żydów. Z Polaków zostały by się tylko szumowiny i może 1% komunistów, bo więcej Polaków nie było komunistami.

Za jakieś dziesięć lat, byłem służbowo w Grajewie i przypadkiem dowiedziałem się, że będzie sprawa w sądzie tego chłopca, co oblał dach stodoły benzyną i wtedy podpalono tę stodołę z żydami. Bylem w sądzie. Chłopiec był już dorosłym mężczyzną. Przyznał się do tego czynu i oświadczył, że działał to w obronie swego życia, bo grozili mu śmiercią, jeśli tego nie wykona. Mówił, że nie zdawał sobie z tego sprawy, był głupi, bo nie miał jeszcze ukończonych czternastu lat. Na pytanie sądu, czy dziś też by to zrobił. On zaprzeczył i powiedział, że żałuje tego co zrobił. Za ten czyn wymierzono mu karę z zawieszeniem.

Właściciel tego spalonego domu i stodoły z żydami, wyjechał na stałe do U.S.A. Wyrzekł się tego placu. Miejsce to, gdzie leżą szczątki spalonych żydów jest ogrodzone. Stoi tam pomnik z napisem. Polskie dzieci szkolne, z rozkazu nauczycieli, na uroczystości, noszą tam wiązanki kwiatów na mogiłę spalonych żydów.

Moja żona Jadwiga, wywieziona niewinnie do Rosji zmarła w szpitalu żydowskim w Palestynie, w Jerozolimie na górze Syjon. Napewno dzieci żydowskie nie noszą jej kwiatów z rozkazu nauczycieli na jej mogiłę.

Pamiętnik pisany w latach 1988 - 1989.

http://www.awans.net/strony/historia/wi ... 1.html#top


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 28 gru 2016, 18:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/syberia--koscioly-z ... 155,i.html

Syberia: kościoły zbudowane przez polskich powstańców
Data publikacji: 2016-02-22 08:00
Data aktualizacji: 2016-02-22 08:05:00

Obrazek

Tobolsk, Tiumień, Kirow. Trzy kościoły wzniesione na północnej Syberii, głównie przez potomków powstańców listopadowych i styczniowych oraz późniejszych zesłańców, istnieją do dziś. Na co dzień pracują tam polscy księża.

- To jeden z najpiękniejszych kościołów rzymskokatolickich na Syberii – mówi się o świątyni pw. Trójcy Przenajświętszej w Tobolsku. I rzeczywiście: strzelista, neogotycka, zbudowana z czerwonej cegły układanej w zdobienia, z dużą fasadą frontową oraz dwoma bocznymi wieżami, prezentuje się okazale. Jest umieszczona w przyjaznej scenerii: w mieście, a równocześnie na tle wzgórza pokrytego latem zieloną trawą. Wnętrze skromne i proste, a w nim - zaledwie przed rokiem – swoje miejsce znalazły okazałe figury trzech polskich świętych. Jan Paweł II o głowę wyższy od przeciętnego człowieka, naturalnych rozmiarów o. Rafał Kalinowski, popiersie s. Faustyny Kowalskiej. Podobizny przywieźli polscy pielgrzymi.

Wspomnienia z Tobolska
Świątynia została zaprojektowana przez warszawskiego architekta, Konstantego Wojciechowskiego. Tego samego, który zaplanował wygląd bazyliki archikatedralnej Świętej Rodziny w Częstochowie. Pieniądze na kościół w Tobolsku zbierano niemal w całym imperium, a nasi przodkowie – wraz z Litwinami i Łotyszami – wybudowali go w latach 1900-1907.

Historia polskich katolików z Tobolska jest nam znana od co najmniej 1948 roku. Do dziś zachowały się na przykład wspomnienia jednego z miejscowych, naszego rodaka, który opisuje, jak funkcjonowało tamtejsze duszpasterstwo. Ponieważ na miejscu nie było kapłanów, co roku przyjeżdżali księża z Tomska. Przebywali 1 600 kilometrów (dziś na pokonanie tej trasy samochodem potrzeba aż 20 godzin), a „wszyscy zbierali się co dzień na Mszę świętą i do spowiedzi przystępowali. Po Mszy ksiądz miewał nauki krótkie, ale jasne, bardzo rozrzewniające, które wskazywały w nieszczęściu ucieczkę w religii, która jest serc wierzących i pokładających nadzieję w miłosierdziu Bożem jedyną pociechą”.

Po 1948 roku do Tobolska trafił na stałe polski ksiądz, powstał pierwszy drewniany kościół. To, jak Sowieci traktowali katolicyzm, wiemy dobrze, widać to również na przykładzie kolejnych zmagań podejmowanych przez polskich kapłanów na Syberii. Na przykład, zatwierdzenie parafii udało się dopiero po dwóch dekadach od wzniesienia świątyni. Kolejne 4 lata proboszcz zabiegał o wydanie przez władze zezwolenia na objeżdżanie swojej parafii, która obejmowała także okrąg iszymski, tarski, częściowo kurgański i jałutorowski. W latach 90. XIX wieku następny ksiądz wystarał się o budowę kaplicy dla katolików i luteranów przebywających w miejscowym katorżniczym więzieniu. Aby wznieść nowy, murowany kościół, potrzeba było aż konsultacji ministra spraw wewnętrznych z carem Mikołajem II. Udało się w 1899 r.

Parafia ożywiona
Świątynia, którą – po częściowej odbudowie i remontach – możemy dziś oglądać w pełnej okazałości, została wzniesiona w latach 1900-1907 r. Służyła bardzo krótko, wkrótce zaczęły się bolszewickie prześladowania, a na początku lat 30. komuniści ostatecznie zamknęli kościół, który przerobili na magazyn.

W ręce katolików powrócił dopiero w latach 90., w sposób dość zaskakujący. Ksiądz, który przyjechał do Tobolska jako kapelan firmy realizującej zlecenia w wielkim Kombinacie Przetwórstwa Naftowego, zainteresował się kościołem i rozpoczął procedury, by go przywrócić wiernym. Rada miejska zgodziła się, a wspomniana firma rozpoczęła remonty. W 2000 r. nastąpiła rekonsekracja świątyni, która została wyposażona w organy.

Dziś katolicki kościół jest nie tylko miejscem odprawiania Mszy św. i nabożeństw dla wiernych. Wydaje się być także ośrodkiem integrującym lokalną społeczność. Na spotkania organizowane przez sprawującego tu posługę od kilkunastu miesięcy ks. Dariusza Stańczyka przychodzą i prawosławni i Tatarzy, a parafia coraz bardziej odżywa.

Na trasie kolei transsyberyjskiej
Czterysta kilometrów od Tobolska znajduje się kolejna miejscowość, w której Polacy pozostawili po sobie istniejący już ponad sto lat znak: kościół Józefa Oblubienica NMP w Tiumeniu.

Nasi rodacy pojawili się tam pod koniec XIX w. Najpierw zbierali się na modlitwę w domach. W 1899 r. otrzymali pozwolenie państwa na przydział działki pod budowę kościoła. Wznosili go od 1903 do 1906 roku. W tym czasie liczba katolików w Tiumeniu wynosiła 450 osób. W kolejnych latach historia parafian i kościoła przebiegała podobnie jak w Tobolsku.

Bolszewicy najpierw skonfiskowali majątek kościelny, a potem - w 1929 roku - zamknęli świątynię. We wrześniu 1937 r. trzynastu parafian aresztowano i rozstrzelano po oskarżeniu o szpiegostwo, dywersję i uczestnictwo w Polskiej Organizacji Wojskowej. Parafię zarejestrowano na powrót dopiero w 1993 roku, sam kościół katolicy odzyskali dopiero pod koniec lat 90.

Tiumień i dom samotnej matki
Polska katolicka parafia Kirow (dawniej Wiatka) liczy dzisiaj osiemdziesięciu wiernych (kilka lat temu było ich zaledwie ośmiu) i prowadzi dom samotnej matki, w tamtych warunkach w dużej mierze koncentrujący się na ratowaniu dzieci przed zabiciem poprzez tzw. aborcję.

Tak dziś działa położona 1,2 tysiąca kilometrów, czyli 16 godzin jazdy od Tiumienia kolejna parafia na północy Syberii. Parafianom nie udało się jednak odzyskać kościoła, wzniesionego w 1903 r. przez zesłanych za udział w powstaniu styczniowym Polaków. Budynek, znajdujący się w centrum miasta, pełni dziś rolę sali koncertowej. Parafia może go wynająć na cztery Msze święte w miesiącu, za opłatą. Codziennie Najświętsza Ofiara sprawowana jest w domu parafialnym.

Cztery tysiące kilometrów – tyle dzieli tamte parafie od najdalszego punktu w Polsce. To dwa dni nieprzerwanej jazdy samochodem, ponad trzy dni jazdy koleją. To wzruszające i budujące, że tam, na dalekiej północy do dziś pozostały ślady wiary polskich zesłańców i emigrantów.

Dorota Niedźwiecka
Fot. Andrzej Niedźwiecki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 28 gru 2016, 19:22 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
serdeczne podziękowanie za przepiękny cykl i urodę zdjęć,
serdecznosci :)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 29 kwi 2017, 15:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.polska-azja.pl/nanajowie-ple ... iej-skory/

NANAJOWIE – PLEMIĘ RYBIEJ SKÓRY
5 lipca 2016 20:38 / przez Zhongguo 中国

Obrazek

Nanajowie (赫哲族 , hèzhézú) są ludem tunguskim zamieszkującym tereny dalekiej wschodniej Syberii, nad dolnym Amurem i Ussuri na terenach północnej Mandżurii. W Chinach są jednym z najmniej liczebnych narodów, żyje ich około 5000. Posługują się językiem nanajskim z grupy tungusko-mandżurskiej. Od XIX wieku są prawosławni, ale zachowali też pierwotne wierzenia animistyczne oraz praktykę szamanizmu.
W Chinach pojawili się podczas dynastii Shang (XVIII-XI w p.n.e.). Zajmowali się myślistwem, rybołówstwem i hodowlą na niżynach Mandżurii. Już wtedy posiadali dobrze rozwinięte kowalstwo, obróbkę kości i dekorowanie odzieży.
Z powstaniem ChRL, w 1949 roku było ich zaledwie 300. Wyginęli na skutek głodu, biedy i kolejnych konliktów. W 1990 w/g władz centralnych ich liczba zwiększyła się do 4640.
Taniec szamana jest jedną z tradycji kulturowych tego narodu. Jest to mistyczna tradycja wykonywana przez czarowników podczas obrzędów wypędzania złych duchów i chorób. Podczas rytuału bęben jest instrumentem muzycznym nadającym rytm ceremonii, taniec jest przerywany biciem bębna i powtarzaniem magicznych formuł.
Nanajowie odziewają ubrania wykonane z rybiej i jeleniej skóry. Pewno z tego powodu naród ten zwie się „plemieniem rybiej skóry”. Są jedynym narodem, który opanował technikę oprawiania i szycia tego surowca.

Obrazek

Stroje mają guziki z ości ryb sumokształtnych, kołnierze i mankiety są o kształcie chmur. Kobiety noszą tuniki z ufarbowanych skór jelenia ozdobione muszelkami. Niedźwiedzie skóry i kora brzozowa są używane do grubych zimowych butów z cholewą.

Obrazek

Niezamężne dziewczęta splatają włosy w warkocz, a mężatki mają dwa warkocze. Bransoletki są noszone przez wszystkie kobiety, ale tylko kobiety w podeszłym wieku noszą kolczyki.
Narzeczeni w dniu ślubu zakładają stroje z rybiej skóry zszyte grubymi nićmi ze zwierzęcych ścięgien. Suknia panny młodej jest prosta, zdobi ją wiele delikatnych dekoracji. Do jej wykonania potrzeba wiele czasu. Mawia się, że już matki szyją ślubne stroje dla swych córek. Są one wykonane przede wszystkim ze skóry dużych ryb. Najczęściej są to skóry z łososia. Skórę taką pozbawia się łusek. Aby jej nie okaleczyć, do jej oskrobania nie używa się noży tylko szpatułek wykonanych z bambusa. Później skóra jest suszona na wietrze.
Po ceremonii ślubnej mężatka nosi swą ślubną suknię codziennie. Jest ona praktyczna, trwała i ciepła … a poza tym jest dekoracyjna.

Obrazek


Nanajowie zachowali tradycje swych przodków

Mimo powszechnej monogamii, najbogatsi przedstawiciele narodu mogą mieć kilka żon. Zwyczaj nakazuje aby rodzice wybierali przyszłych mężów i żony dla swych dzieci. Jest źle widziane aby wdowa wychodziła ponownie za mąż. Jeśli to uczyni, nie przysługuje jej ceremonia ślubna.
Zmarli dorośli są grzebani „w przyrodzie”, w dole otoczonym drewnianymi balami tworzącym kopiec. Natomiast dzieci w korze brzozowej są zawieszane na gałęzi. W ten sposób ich dusze uwalniają się w powietrzu i przynoszą rodzicom dobrobyt.

Obrazek

Haft jest wysoko rozwiniętą sztuką Nanajów. Jego technika została udoskonalona w ciągu wieków, co pozwaliło jej wzbogacić się o motywy geometryczne i kwiatowe na ubraniach, butach i tabakierkach.

Obrazek

Obrazek

Mity i baśnie są przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie. Hafty, grafiki i obrazy stanowią część sztuki dekoracyjnej spotykanej na ubraniach i na naczyniach domowych. Przedstawiciele tej grupy etnicznej są również mistrzami w rzeźbieniu kory brzozowej

Obrazek

oraz struganiu w drzewie wszelkiego rodzaji zwierzątek służących do zabawek dla dzieci.
Okoliczne liczne lasy i zagajniki stanowią wspaniałe źródło zapotrzebowania w cenny surowiec jakim jest drewno. Domy, w których Nanajowie mieszkają są wykonane z tego materiału.

Obrazek

Ich drewniane rzeźby na meblach i skrzyniach ozdobione są zazwyczaj obrazami Buddy, roślinami i zwierzętami.
Opowiadanie i śpiewanie ballad są jedną z ich ulubionych rozrywek. Folklor jest szczególnie bogaty. Niektóre ballady i eposy mogą trwać kilka dni, gdyż opowieści o dawnych bohaterach mówi się na przemian przyśpiewując.
Żywe piosenki shuohuli interpretowane przez starszych pozwalają wprowadzić młode pokolenie w obyczaje plemienne. Interpretacja improwizowana utworów najbardziej typowych zwie się jialingkuo i henina. Jednak stopniowo te wszystkie zwyczaje uchodzą z użycia, podobnie jak szamanizm będący prymitywną religia Nanajów.
Od 2011 roku opowieści Yimakan zostały wpisane na listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Są one opowiadane we własnym języku Nanajów, należącym do rodziny ałtajskich z grupy manchu-tunguskiej. Grupa etniczna ma dwa dialekty, chiński jest powszechnie używany, tylko starsze pokolenie porozumiewa się dialektem. Jest to język wyłącznie mówiony, wykorzystujący pisownię chińskich znaków.
Najsławniejszym Nanajem na świecie był Dersu Uzała, bohater opisany przez rosyjskiego etnografa Władimira Arsienjewa w powieści z 1923 roku. Był on przyjacielem, który oprowadzał po tajdze pisarza i badacza Dalekiego Wschodu.

Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 11 lip 2017, 17:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historia.wp.pl/title,Polskie-kob ... omosc.html

Polskie kobiety na Syberii
07-09-2016 (18:34)

Obrazek
(PAP, Fot: Fragment ekspozycji w Muzeum Historii Gułagu w Moskwie)


''Maryleczko moja droga! Jestem pełna radości, że po dwóch latach z czubem mogę do Ciebie, kochana, odezwać się! Radość niedająca się opisać'' - to początek listu, który w rodzinie przechowywany jest niczym relikwia. Został napisany 23 marca 1942 r., po podpisaniu paktu Sikorski-Majski i ogłoszeniu amnestii dla Polaków deportowanych do Związku Sowieckiego. Z listu bije szczęście, poczucie ulgi. Przekonanie, że koszmar minął. Że przyszedł ratunek. Niestety, tak nie było. Życie przyniosło wielkie rozczarowanie i wielką tragedię. Obie panie - zarówno autorka listu, jak i jego adresatka - wojny nie przeżyły. Nie dane im było wrócić. Ich mogiły do dziś znajdują się na obcej ziemi, tysiące kilometrów od domu.


Próba ucieczki

Charakter pisma jest lekko niewyraźny, za co autorka listu - Zofia z Peretiatkowiczów Chońska - z góry przeprasza. Pisze z rozklekotanego, trzęsącego się pociągu, który wlecze się, przecinając stepy sowieckiego Uzbekistanu. Pociąg zmierza w kierunku Persji. W stronę wolnego świata, w stronę ocalenia. List powstaje w Niedzielę Palmową, Chońska wkrótce opuści nieludzką ziemię.
Aresztowali ją dwa lata wcześniej, w lutym 1940 r. Stało się to podczas drugiej próby ucieczki spod okupacji sowieckiej do kontrolowanego przez Niemców Generalnego Gubernatorstwa. Pod ''władzą robotniczo-chłopską'' żyć się nie dało, wszystko wydawało się lepsze niż bolszewizm. Niż czerwony terror, strach, głód, nędza i wszechobecne kłamstwo.
Pierwsze podejście zakończyło się fiaskiem. Zofia Chońska, wraz z synem Wacławem i grupą innych Polaków, próbowała przekroczyć linię demarkacyjną w pobliżu Przemyśla. Przewodnik miał być solidny. Okazało się jednak, że był pijany w sztok. Źle wybrali sobie termin przejścia. Był sylwester, tej nocy rozpoczął się nowy 1940 r.
Żona przewodnika, która towarzyszyła uciekinierom, wprowadziła wszystkich w błąd. W pewnym momencie stanęła i powiedziała, że są już po stronie niemieckiej. Zmęczeni długim marszem ludzie postanowili odpocząć, a najmłodszych i najsilniejszych, Wacława wraz z kolegą, wysłali do pobliskiej wsi, by poszukali sani niezbędnych do podróży na Zachód. Nagle rozległ się huk wystrzału. Jeden, drugi, trzeci. Po chwili krzyki. Nie było sensu uciekać. To sowieccy pogranicznicy otoczyli grupę. Do dziś nie wiadomo, czy stało się to na skutek przypadku, czy żona przewodnika okazała się zdrajczynią. Sowieci aresztowali wszystkich oprócz Wacława i jego kolegi. Strzelali jeszcze za chłopcami, ale udało im się zniknąć w ciemnościach. Nie zdążył pożegnać się z matką. Już nigdy się nie zobaczyli.
To były pierwsze miesiące okupacji. Panował bałagan, mnóstwo ludzi próbowało przechodzić to na jedną, to na drugą stronę. Sowieci nie bardzo nad tym panowali i zdarzały się jeszcze cuda. Zofia Chońska po przewiezieniu do Lwowa została wkrótce wypuszczona na wolność. Oczywiście nie zrezygnowała z zamiaru przedarcia się do Warszawy. Drugą próbę ucieczki podjęła miesiąc później. Niestety i tym razem szczęście jej nie dopisało. Sowieci dopadli ją przed granicą. Znowu przewieziono ją do Lwowa, tym razem jednak trafiła przed sąd. Był to oczywiście sąd sowiecki. A więc bez prawa do obrony. Za próbę ucieczki z ''raju'' dostała trzy lata więzienia.
''Co do mnie, Maryleczko - pisze w liście - to przeżyłam całą gehennę, a aby ująć ją słowami i czasu mi brak, i wzdrygam się na samą myśl o tem. Zwiedziłam w ciągu osiemnastu miesięcy osiem więzień. Dość chyba. Potem miałam zesłanie na północy. Praca ciężka, głód, przeżycia więzienne wywołały bardzo silną awitaminozę. Dwa razy umierałam. Raz wyzdrowiałam w dzień świętego Wacława, a po raz drugi było gorzej''. Była więziona m.in. w obozach w Dniepropietrowsku i Chersoniu. Gdy zwolniono ją w sierpniu 1941 r., ledwo trzymała się na nogach.
Po amnestii Zofia Chońska została wezwana do świeżo otwartej polskiej ambasady w Moskwie. Dostała tam pracę i wkrótce - razem z całym korpusem dyplomatycznym - ewakuowano ją do Kujbyszewa. Pod rogatki Moskwy podjeżdżały już niemieckie patrole. Rosję znała dobrze z czasu I wojny światowej. Jej mąż pracował w wileńskim banku, jego pracownicy w 1914 r. zostali ewakuowani w głąb cesarstwa. Mieszkała m.in. w malowniczym Baku i Batumi. Teraz mogła zobaczyć, co blisko ćwierć wieku komunizmu zrobiło z Rosją. Była tym przerażona. Chońska trafiła do Uzbekistanu, gdzie zachorowała na awitaminozę ropną. Organizm był wycieńczony do granic możliwości. Cudem uniknęła śmierci.
''W tej chwili jestem już prawie zdrowa - pisała w liście - ale niestety [jestem] po operacji pod narkozą usunięcia lewego oka. Cios wielki dla mnie, ale ofiarowałam to za mego ukochanego Wacka i Ojczyznę. I dlatego też staram się nie zatrzymywać nad tym więcej, bo może Bóg od nas - matek polskich - ofiar dziś żąda''.

Kiedy Zofia Chońska odzyskała siły, nadzorowała ewakuację polskich rodzin do Persji. Statki z ocalałymi odchodziły z Krasnowodska nad Morzem Kaspijskim. Sama wydostała się z ZSRS na przełomie marca i kwietnia 1942 r. Niestety, więzienne przeżycia okazały się ponad jej siły. Chociaż udało jej się wyrwać ze szponów Stalina, nie dane jej się było cieszyć z wolności. Zmarła 21 kwietnia w szpitalu dla polskich uchodźców w Teheranie. Niemal dokładnie miesiąc po wysłaniu listu. Przyczyną śmierci był tyfus. Przekaz rodzinny mówi, że konając na obcej ziemi, przekazała polskiej pielęgniarce, która opiekowała się nią w szpitalu, rodowy sygnet, obrączkę i kilka innych drobiazgów. Poprosiła, aby przesłała je Wacławowi. Niestety, kobieta ta nie wywiązała się z misji. Może nie mogła, może nie chciała. Pamiątki przepadły.
Zofia Chońska została pochowana na polskim cmentarzu w Teheranie. Jej grób znajduje się tam do dziś. Kamieniarz, który wyrył jej nazwisko na płycie nagrobnej, zrobił literówkę. Napis głosi, że osobą złożoną do grobu była ''Zofia Chańska''. W chwili śmierci miała 57 lat. Jej los może służyć za symbol doświadczenia Polaków, którzy w 1939 r. znaleźli się pod czerwoną okupacją. Dla mnie tragedia Zofii Chońskiej ma zaś wymiar szczególny. Była bowiem moją ciotką i jej historia towarzyszyła mi od dziecka.


Adresatka

Jedyny zachowany list Zofii Chońskiej z zesłania napisany został do jej ciotecznej siostry Marii z Grocholskich Czerwińskiej. Ona również została wywieziona przez bolszewików. Z domu we Lwowie zabrano ją z dwojgiem małych dzieci, Janką i Olesiem.
Ta część rodziny została wyjątkowo pokiereszowana przez wojnę. Starszy syn Marii, Julian, był zawodowym oficerem Marynarki Wojennej. W 1939 r. bronił Helu przed Niemcami i resztę wojny spędził w oflagu w Woldenbergu. Z kolei mąż Zygmunt Czerwiński był burmistrzem Ołyki, szambelanem papieskim i działaczem Związku Ziemian na Wołyniu. A więc dla bolszewików ''wrogiem ludu''. Aresztowany w Łucku, został w 1940 r. zamordowany w ramach zbrodni katyńskiej.
Marii nie udało się wydostać z nieludzkiej ziemi razem z Andersem. W Sowietach wegetowała sześć długich lat. Dopiero w 1946 r. wsiadła do pociągu, którym miała zostać przewieziona do komunistycznej Polski. O powrocie do domu mowy być nie mogło. Wołyń znalazł się pod sowieckim zaborem. Jechała więc do obcego kraju.
wpNie dane było jej tam dotrzeć. Zmarła 25 marca w drodze, w pobliżu Tuły. Polacy podróżujący tym transportem musieli zrzucić się na samogon i przekupić maszynistę, żeby zatrzymał pociąg i pozwolił córce pochować matkę. Spoczęła w pobliżu torów, w bezimiennej mogile.
''Żebym chociaż mogła być bliżej Ciebie, Maryleczko - pisała w 1942 r. Zofia Chońska do Marii Czerwińskiej. - Serca nasze cierpią jednakowo, ale ufajmy, że Bóg nas nie opuści i wróci do naszych ukochanych. Całuję Cię z całego serca, wraz z Janką i Olesiem, tak gorąco, jak kocham Was moi drodzy. To nasze rozstanie jest tymczasowe. Do widzenia w Podbereziu, Hati i Warszawie i we wspólnej pielgrzymce do Częstochowy. Śniłam, że 2 lipca tam miałam być z Tobą''.


Dwa dwory

Hat’ i Podberezie, o których pisała Zofia Chońska, to dwa - położone w bliskim sąsiedztwie - wołyńskie dwory. Maria Czerwińska mieszkała w Podbereziu, a Zofia Chońska w Hat’. Majątek ten był własnością jej i jej brata Kazimierza Peretiatkowicza.
Goście z Warszawy, Lwowa, Wilna czy Stanisławowa, którzy chcieli odwiedzić Hat’, przyjeżdżali koleją do pobliskiego Łucka. Tam przysyłano po nich konie. W Łucku można było przenocować przed dalszą podróżą w pięciopokojowym (nie mylić z pięciogwiazdkowym) hoteliku Goldberga, poczciwego i powszechnie lubianego Żyda. Pewnego razu Zofia Chońska zatrzymała się tam na noc i zauważyła, że jej pościel jest nieświeża. Gdy zwróciła na to uwagę, pan Goldberg, który znał wszystkich mieszkańców okolicznych majątków, powiedział ze zdziwieniem: ''Uś, a co to pani szkodzi. Tydzień temu spał w tym łóżeczku brat pani dziedziczki''.
Brat Zofii Kazimierz Peretiatkowicz był barwną, malowniczą figurą. W czasie rewolucji wstąpił do polskiej samoobrony na Rusi i walczył jako oficer w oddziale legendarnego rtm. Feliksa Jaworskiego. Bronił polskich dworów na Podolu przed zbolszewizowaną tłuszczą. Po rozbrojeniu oddziału powrócił na rodzinny Wołyń. Długo jednak nie zagrzał miejsca. W 1920 r. zgłosił się jako ochotnik do wojska. Znowu walczył pod rozkazami Feliksa Jaworskiego, którego oddział wszedł w skład grupy uderzeniowej Józefa Piłsudskiego. Grupa ta przesądziła o wyniku wojny, uratowała Polskę i pół Europy przed komunizmem. Po wojnie Peretiatkowicz powrócił na Wołyń. Majątek Hat’ po przejściu bolszewików był w gruzach. Należało odbudować dwór i zacząć wszystko od nowa.
W sąsiednim majątku Skurcze mieszkał młodszy brat Kazimierza Michał Peretiatkowicz. O ile Kazimierza rusińscy włościanie uwielbiali, o tyle Michała nienawidzili. Kazimierz fraternizował się z wsią, po udanych żniwach kupował chłopom rowery. Przejeżdżając konno przez wsie, lubił sobie ucinać pogawędki, pamiętał imiona włościańskich dzieci. Michał był jego przeciwieństwem. W Skurczach relacje na linii dwór - wieś były niezwykle napięte. Doszło do tego, że Michał na noc musiał spuszczać psy i utrzymywać uzbrojoną straż. We dworze wstawił mleczne szyby w oknach. Wieś była skomunizowana, wrogo nastawiona do ''polskich panów''.
17 września 1939 r. świat polskich dworów legł w gruzach. Wielkim paradoksem było to, że fatalne relacje Michała z chłopami uratowały mu życie. A świetne relacje, jakie z wsią utrzymywał Kazimierz, go zgubiły. Gdy Michał usłyszał w radiu, że wkroczyli bolszewicy, siedział akurat z rodziną przy obiedzie. Jednym z domowników była Irena Herbich, moja babcia.
''Do dzisiaj pamiętam, co tego dnia było na obiad - opowiadała. - Zupa, a potem baranina z buraczkami i kompot z jabłek. Gdy usłyszeliśmy, że Armia Czerwona przekroczyła granicę Polski, za stołem zapadła grobowa cisza. Po chwili wuj Michał odsunął krzesło, wstał i powiedział spokojnym tonem: 'Za godzinę nas tu nie ma'. Nikt nawet nie tknął drugiego dania. Wszyscy zerwali się od stołu, pozostawiając parujące talerze. Wuj otworzył wszystkie stajnie, poodwiązywał konie i wypuścił je na zewnątrz. Niech lecą, byle nie dostały się w ręce wroga. Potem poszedł do młockarni, wykręcił manometr z kotła i wyrzucił go do studni. W ten sposób cała maszyna była nie do użytku. Zabraliśmy to, co najbardziej potrzebne, i opuściliśmy dom. Nawet nie zamykaliśmy drzwi. Nie miałoby to najmniejszego sensu. Sami zaprzęgliśmy wozy i wyjechaliśmy tyłem przez ogród. Tak, aby na wsi nikt się nie zorientował. Decyzja wuja uratowała nam życie''.
Michał wraz z rodziną dotarli do Warszawy. Kazimierz Peretiatkowicz został. Od razu, 17 września, przyszli do niego chłopi i zapewnili, że nie dadzą go bolszewikom skrzywdzić. Powiedzą komisarzom, że był ''ludzkim panem'', i nie stanie mu się nic złego. Poprosili, żeby został i ten się zgodził. Rzeczywiście przez 10 dni zostawiono go w spokoju, ale potem przyjechało NKWD i go aresztowało. Nikt nie śmiał zaprotestować.
Wuj Kazimierz został zgładzony w ramach operacji katyńskiej. Tak jak mąż Marii Czerwińskiej został zakopany w zbiorowej mogile w Bykowni pod Kijowem. Michał Peretiatkowicz zmarł już po wojnie, w 1946 r. Ich majątki zostały bezpowrotnie utracone. Po upadku komunizmu i powstaniu niepodległej Ukrainy członkowie rodziny czasami jeżdżą na Wołyń. Z dworów - Hat’, Skurcza i Podberezia - niemal nic nie zostało. Tylko porośnięte gęstymi krzewami szczątki fundamentów.

Anna Herbich, Historia Do Rzeczy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 23 lip 2018, 06:20 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7532
Lokalizacja: Podlasie
Obrazek

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 42 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /