Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 42 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Syberia
PostNapisane: 11 lut 2010, 22:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/162/w-70-roc ... mne-o-nich

Minęło 70 lat od sowieckiej wywózki Polaków na Sybir - zaczęła się 10 lutego 1940 roku. Łącznie w nieludzkich warunkach wywieziono ponad milion ludzi, i to specjalnie wybranych, czyli najlepiej wykształconych lub najbardziej patriotycznych.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 22 lut 2010, 22:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.radiopomost.com/index.php?op ... &Itemid=42

Wywózki Polaków na Syberię papież Jan Paweł II określił mianem Golgoty Wschodu. Powyższy tekst trochę przybliża nam ten temat.

Sienkiewicz w powieści "W pustyni i w puszczy" opisał nam straszliwy obraz dzikich derwiszów Mahdiego. Nawet się nie spodziewał, że wkrótce sąsiedzi Polski udowodnią czynem, że ci dzicy derwisze na ich tle prezentują się jako osoby całkiem sympatyczne i cywilizowane.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 23 lut 2010, 10:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Mateusz Szlęzak

Deportacje Polaków na wschód 1940-1941

Beata Obertyńska napisał(a):
"(Sowieci – Generał.) wiedzieli, że jedynym sposobem "odpolszczenia Polski" będzie pozbawienie jej Polaków. Z diabelską perfidią umyślili więc nie ludziom odebrać kraj, ale krajowi – ludzi.

Plan swój przeprowadzili nagle, podstępnie, jednej nocy na całym okupowanym terenie. […] Dziś słucham opowiadań o tej zbrodni widzianej od tamtej, dotkniętej tym nieszczęściem strony."


Ojczyzno nasza, ziemio ukochana,
w trzydziestym dziewiątym cała krwią zalana.
Nie dość, że Polskę na pół rozebrali,
to jeszcze Polaków na Sybir wygnali.

Dziesiąty luty będziem pamiętali,
gdy przyszli Sowieci, myśmy jeszcze spali
i nasze dzieci na sanie wsadzili,
na główną stację wszystkich dowozili.
Autor nieznany.

Syberia była od wieków wykorzystywana przez Władców Moskwy jako miejsce zsyłek i olbrzymie więzienie dla wszystkich przeciwników władzy. Niezależnie czy był to czas samodzierżawienia czy też Wielkiego Terroru w głąb Rosji czyli na tak zwane „białe niedźwiedzie” wysyłano niemal codziennie tysiące ludzi. Podobny los spotkał również wielu mieszkańców Kresów Wschodnich zajętych przez Armię Czerwoną 17 września 1939 r.

Po przejęciu władzy na tzw. „Zachodniej Ukrainie” i „Zachodniej Białorusi” Sowieci postanowili kontynuować jedną z tradycji wywodzącą się z czasów carskich – pobór do armii. Młodzi chłopcy w wieku rekrutacyjnym wysyłani byli na służbę wojskową w dalekie rejony ZSRR w odrobinę lepszych warunkach niż więźniowie skazani na długoletni pobyt na Syberii. Mówiąc o zsyłkach w głąb ZSRR nie sposób pominąć tzw. fali wielkich deportacji, która objęła ziemie polskie w latach 1940 – 1941 r. Było to zjawisko starannie zaplanowane do którego władze sowieckie musiały się należycie przygotować. Już 5 grudnia 1939 r., a więc w niespełna cztery miesiące po zajęciu nowych ziem, Biuro Polityczne KC WKP(b) wraz z Radą Komisarzy Ludowych ZSRR podjęły decyzję o usunięciu z okupowanych ziem tzw. „elementów niepewnych”, czyli w większości Polaków zamieszkujących tereny Zachodniej Ukrainy i Białorusi. Podczas wywózek na szeroką skalę zastosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Osadnicy ziemscy, którzy osiedlili się na tych terenach po zakończeniu wojny 1920 r., przedstawiciele administracji, wolnych zawodów, żołnierze, robotnicy i chłopi zostali deportowani na Wschód, wszystkie te grupy społeczne stały się elementem wrogim z powodu swego polskiego pochodzenia. Polacy, szczególnie odporni na propagandę sowiecką, aktywnie działający w środowiskach społecznych i religijnych byli szczególnym zagrożeniem dla nowych władz. Niechęć Białorusinów i Ukraińców a także Żydów stała się wygodnym pretekstem, wywózki „polskich panów” tłumaczonej w sowieckiej propagandzie jako sprawiedliwość dziejową. W rzeczywistości było to działanie, dzięki któremu w sposób masowy władze w Moskwie pozbyły się osób mogących stawiać silniejszy opór wobec zachodzących zmian prawnych i społecznych. Deportacja stała się również zjawiskiem niezwykle dochodowym, gdyż ludność zsyłana w głąb ZSRR pozostawiała na miejscu dotychczas posiadany majątek, zabierając ze sobą jedynie przedmioty codziennego użytku. Wyposażenie gospodarstw domowych było następnie sprzedawane członkom administracji sowieckiej po „oficjalnych” cenach czyli około 10 -cio krotnie taniej niż w rzeczywistości. W wielu wypadkach sumy te były następnie przesyłane do dawnych właścicieli co pozwoliło zesłanym na zakup niewielkiej ilości pożywienia.

Lepianka w Kazachskiej SRR

Podczas tzw. pierwszej okupacji sowieckiej na ziemiach polskich miały miejsce cztery deportacje:
1. Pierwsza deportacja, deportacja lutowa – miała ona miejsce w nocy z 9/10 lutego 1940 r. Jej ofiarą padli głównie tzw. „spiecpieriesieliency-osadniki” czyli: osadnicy wojskowi, pracownicy leśni, pracownicy PKP, niżsi urzędnicy państwowi. Podczas pierwszej deportacji do obwodów RFSRR: czelabińskiego, mołotowskiego, archangielskiego, irkuckiego, kirowskiego, jarosławskiego, iwanowskiego, nowosybirskiego, omskiego i in. a także do Komi ASRR, Baszkirskiej i Jakuckiej ASRR oraz Krajów Krasnojarskiego i Ałtajskiego zesłano około 141 tys. obywateli polskich1.
2. Druga deportacja, deportacja kwietniowa. Miała ona miejsce nocą z 12 na 13 kwietnia 1940 r. Podczas tej deportacji ucierpiały głównie rodziny należące go grupy określanej przez NKWD mianem „administratiwno-wysłannyje”: policjantów, wojskowych, wysokich urzędników państwowych, pracowników służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców a także przemysłowców. Miejscami przymusowego osiedlenia były północne obwody Kazachskiej SRR: aktiubiński, akmoliński, kustanajski, pietropawłowski, semipałatyński, pawłodarski oraz północno-kazachstański a także obwód czelabiński w RFSRR. Według dokumentacji NKWD wywózka kwietniowa w swym zakresie dotknęła ok. 61 tys. ludzi z czego 80% całości transportów stanowiły kobiety i dzieci2.
3. Trzecia deportacja. Wywózka ta objęła okres od maja do lipca 1940 r. Władze radzieckie rozwiązały w ten sposób problem tzw. bieżeńców czyli ludzi, którzy w obawie przed wojskami niemieckimi uciekli na Wschód. „Spiecpieriesielency-bieżency” osiedleni zostali w: archangielskim, czelabińskim, wołogodzkim, irkuckim, mołotowskim, nowosybirskim, gorkowskim obwodzie RFSRR a także w Kraju Ałtajskim i Krasnojarskim oraz w Komi, Maryjskiej, Jakuckiej ASRR. Deportacja ta rozpoczęta nocą z 28/29 maja trwała aż do końca lipca 1940 r. i pochłonęła ok. 79 tys. osób, głównie Żydów3
4. Czwarta deportacja trwała na przełomie maja i czerwca 1941 r. Podczas tej ostatniej wielkiej wywózki ludności do Kazachskiej SRR, Kraju Krasnojarskiego i Ałtajskiego oraz obwodzie nowosybirskim RFSRR a także w dorzeczu Obu zesłano około 42 tys. ludzi, głównie mieszkańców Litwy i Republik Nadbałtyckich a także Białostocczyzny, Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny i zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi. Ze względu na przypadającą w tym czasie ofensywę niemiecką w ZSRR znaczna część transportów nie dotarła na miejsce przeznaczenia padając łupem Luftwaffe.
Wszystkie deportacje zostały przeprowadzane zgodnie z tajną instrukcją wydaną przez władze NKWD. Wyjątki w procedurze były spowodowane jedynie przez czynnik ludzki. Grupy specjalne, których celem było wysiedlenie ludności, składały się najczęściej z oficera NKWD oraz kilku miejscowych milicjantów i przedstawicieli władz. Wysiedlenia przeprowadzane były głównie nocą a w nielicznych wypadkach miały miejsce nad ranem lub w dzień. Zgodnie z rozkazem deportowani mieli zostać przesiedleni nie dalej jak kilkaset kilometrów i zamieszkać w sąsiednim rejonie lub obwodzie. Było to oczywistym kłamstwem. Po odczytaniu rozkazu NKWD przystępowało do rewizji mieszkania. Jej przebieg był na ogół bardzo brutalny. Płacz dzieci oraz widok męża czy ojca leżącego na podłodze lub stojącego w kącie izby wywoływał u kobiet niesamowitą rozpacz i poczucie zupełniej bezsilności. W ciągu kilkunastu minut miały one spakować najpotrzebniejsze rzeczy. W zaistniałej sytuacji było to oczywiście niemożliwe, rozpacz i dekoncentracja pozbawiały możliwości logicznego myślenia. Znaczny wpływ na dalsze losy zesłańców miał charakter oficera NKWD. To od niego zależała wielkość bagażu a także przyznany czas, mógł on również wydać zakaz opuszczania pomieszczenia co znacznie utrudniało pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Podczas wywózek miały miejsce rzeczy niebywałe, w pewnym wypadku dowódca grupy operacyjnej nakazał kobiecie nakarmienie swoich dzieci i spakowanie dużej ilości ubrań.

Pustoszały całe wsie i gminy. Ludzi wysyłano na stację kolejową specjalnie przygotowanymi wozami, gdzie w niesprzyjających warunkach czekali na pociąg przez kilka następnych godzin. Wielu wspomina po latach bardzo długi czas oczekiwania na „eszelon” jako formę „zapłaty” za morderczą podróż. Stwierdzenie mjr. Adama Solskiego, że 50% wagonów jakie istnieją w ZSRR to wagony więzienne jeśli nie było zgodne z prawdą było jej na pewno bardzo bliskie. Wagony jakimi przewożono zesłańców były nieocieplanymi, brudnymi i ciemnymi wagonami towarowo – bydlęcymi, specjalnie przygotowanymi do przewozu ludzi. Podstawowym „wyposażeniem” każdego z nich był kubeł lub blaszane korytko przeznaczone do załatwiania swych najpilniejszych potrzeb fizjologicznych oraz żelazny piecyk tzw. „koza”, której z braku węgla, drewna lub innych łatwopalnych materiałów przeważnie nie używano. Każdy z wagonów był w stanie pomieścić nie więcej niż 30 osób jednak zamykano w nim około 50 ludzi. Przeważnie podróż w zaplombowanych wagonach trwała od kilku tygodni do ponad miesiąca. Brudne bydlęce wagony stawały się dla zesłańców domem, w którym zmuszeni byli mieszkać przez wiele tygodni. To tu rozgrywały się przerażające sceny z jednej strony ludzie umierali z wycieńczenia, mrozu i chorób ale też w wagonach tych rodziły się dzieci. Noworodki nie miały jednak najmniejszych szans na przeżycie, brud i brak pożywienia robiły swoje. W wielu relacjach zetknąłem się z przypadkami wyrzucania martwych dzieci przez okienka wagonów lub organizowania specjalnych postojów podczas, których wagony były otwierane i wyciągano z nich zwłoki dzieci oraz dorosłych, które przez kilka dni znajdowały się w wagonie razem z pozostałymi przy życiu zesłańcami. Moim zdaniem warunki panujące wagonach były zjawiskiem celowym. Dzięki temu w sposób „naturalny” jeszcze w trakcie podróży eliminowano jednostki najsłabsze, które z pewnością nie przeżyłyby na miejscu kilku najbliższych tygodni. Wywożeni cierpieli w wagonach z gorąca i chłodu a także pragnienia i głodu. Zbliżanie się do okien pociągu było surowo wzbronione. Często podczas długich postojów, organizowanych poza miastem, ludzie zamknięci w wagonach próbowali podejść do okna i zaczerpnąć świeżego powietrza lub ukoić pragnienie odrobiną śniegu czy kroplą deszczu. Wszystko to kończyło się natychmiastową interwencją strażnika, który za pomocą bagnetu odpędzał wszystkich zebranych przy oknie. Wyżywienie deportowanych w dużej mierze zależało jedynie od woli naczelnika transportu. W wielu wypadkach podczas podróży ludzie otrzymywali jedynie wrzątek lub chochlę cienkiej zupy raz na kilka dni. Zesłańcy podczas podróży praktycznie nie opuszczali wagonów.

Podróż była dla deportowanych niezwykle uciążliwa. Mróz i głód a także choroby związane z brudem oraz brakiem witamin pozbawiały życia wielu ludzi. Pisząc tę pracę staram się jak najdokładniej opisać warunki deportacji, choć wiem że jest to niemożliwe. W rozdziale tym zdecyduję się użyć po raz pierwszy fragmentów niepublikowanej nigdzie wcześniej książki – pamiętnika pana Bronisława Wysoczańskiego, wuja mojego kolegi, dzięki któremu poznałem losy sześcioletniego chłopca zesłanego na Syberię.

"Decydując się (nie bardzo chętnie) na napisanie tych krótkich wspomnień z wczesnego dzieciństwa założyłem, że będę pisał jak najmniej o martyrologii i cierpieniach, a możliwie jak najwięcej o ciekawych wydarzeniach i przygodach a nade wszystko dobrych ludziach, którym zawdzięczam to, że urodziłem się w POLSKIEJ RODZINIE; przeżyłem sześć szczęśliwych lat w dostatku i radości; że przetrwałem późnej trudne lata wojennego sieroctwa i tułaczki […]"

Wyrzucenie z domów i zsyłka na Sybir

Naszą rodzinę ta okropna krzywda spotkała 10 lutego 1940 r. Żaden historyk, socjolog czy psycholog nie jest w stanie wyobrazić i opisać psychicznego stanu wystraszonej, delikatnej i wrażliwej naszej matki, będącej w zaawansowanej ciąży i z najmłodszym dzieckiem na rękach, płaczącej przed grupą umundurowanych prześladowców uspokajających słodko ale kłamliwie, że za kilka dni wrócimy do naszego domu, kiedy tylko skończą się działania wojenne na tym terenie, jakich wcale nie było. „Nic nie zabierać tylko odzież, pościel, trochę żywności na kilka dni”. Pamiętam dokładnie tę grupę oficerów, jakie mieli czapki i broń. Patrzyłem na nich z ciekawością dziecka.

Nasza bohaterska babcia Anna wiedziała co to oznacza. Jak lwica szturchańcami walczyła z sołdatami i milicjantami nie pozwalając sobie odebrać kluczy od spiżarek, piwnicy i od innych pomieszczeń gdzie była przechowywana żywność, ażeby jak najwięcej jedzenia i rzeczy zapakować do worków na drogę.

My wtedy dzieci nie jesteśmy w stanie opisać bezmiaru tej tragedii odczuwanej przez dorosłych pełniej. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że jesteśmy wyrzucani z rodzinnych gniazd na zawsze.

W wywózce naszej dramatycznym szczegółem, szczególnie dla mamy było to, że nie było z nami ojca i nie wiedzieliśmy co się z nim dzieje. Babci Anny natomiast Rosjanie nie chcieli zabrać w podróż. Kazali jej iść do męża do Horodnicy, gdzie dziadzio doglądał pasieki. Ta dobra i dzielna babcia nie zgodziła się na to, nie pozwoliła odepchnąć się od sań i wagonu. Była główną opiekunką nas i mamy.
Jechaliśmy w nieznane bez taty w warunkach dokładnie opisanych. Jak to często bywa wydarzenia zapowiadające się jako dramatyczne kończą się radośnie. Otóż po około dwutygodniowej podróży, gdzieś w pobliżu Moskwy odryglowano drzwi i wywołano dyżurnych po „kipiatok”. Poszli z nimi wujek Józef Kita i Józef Popiel kolega taty. W drodze spotkali prowadzonych także pod konwojem z innego „eszałonu” tatę z innym więźniem. Rozpoczęto energiczne starania o wyciągnięcie ojca z tamtego transportu i połączenie z rodziną. Błagaliśmy komendantów argumentami m.in. „do ręki” i chyba STAŁ SIĘ CUD! Tatę doprowadzono do rodziny. Płakaliśmy wszyscy, tym razem z radości. Mama odżyła. To nasze szczęście bycia z rodzicami trwało dwa lata to jest do śmierci babci, tatusia i mamusi w początkach 1942 r. [...]4”
________________________________________
1Czesław Brzoza, „Polska w czasach niepodległości i drugiej wojny światowej, 1918 – 1945”, wyd. FOGRA, s.297
2Tamże, s. 297
3Tamże, s. 297
4Bronisław Wysoczański "Kto to przeżył? … POLAK mały! Wczesne dzieciństwo Sybiraka" s. 9 -10
________________________________________
Bibliografia:
1. Czesław Brzoza, „Polska w czasach niepodległości i drugiej wojny światowej, 1918 – 1945”, wyd. FOGRA
2. Bronisław Wysoczański "Kto to przeżył? … POLAK mały! Wczesne dzieciństwo Sybiraka"
3. J.T Gross "W Czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali" wyd Res Publica 1989
4. Beata Obertyńska (Maria Rudzka: ) W domu niewoli Wyd ALFA 1989
5. Anatol Krakowiecki Książka o Kołymie ALFA 1989J.T Gross "W Czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali" wyd Res Publica 1989
6. Beata Obertyńska (Maria Rudzka: ) W domu niewoli Wyd ALFA 1989
7. Anatol Krakowiecki Książka o Kołymie ALFA 1989


http://historia.org.pl/index.php?option ... Itemid=620


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 24 lut 2010, 16:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Deportacje Polakow na Sybir

Ilu obywateli Rzeczypospolitej Polskiej wywieziono na Sybir w okresie od września 1939 r. do czasów PRL? Ilu z nich straciło tam życie? Jest rzeczą oczywistą, że dokładnych danych nigdy już nie poznamy. Trudno, aby było inaczej, skoro nie wiemy nawet, ilu obywateli RP straciło życie w czasie wojny.
Podawana przez całe lata liczba 6 milionów jest ostatnio kwestionowana. W wydanej przez IPN książce “Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” podaje się, że z rąk samych tylko Niemców zginęło od 5 mln 470 tys. do 5 mln 670 tys. obywateli RP. Liczba zamordowanych przez Sowietów pozostaje nadal nieznana. Nie ma wątpliwości, że należy do nich zaliczyć nie tylko ofiary rozstrzeliwań, np. zbrodni katyńskiej czy zbiorowych zabójstw popełnionych na polskich więźniach politycznych, gdy Niemcy uderzyły w czerwcu 1941 r. na Związek Sowiecki, ale również tych, którzy zmarli z powodu nieludzkich warunków, jakie “stworzono” im w łagrach czy na zesłaniu.
Pierwszy po wojnie spis powszechny w Polsce z 14 lutego 1946 r. ustalił liczbę mieszkańców kraju na 23 mln 930 tysięcy. Dane statystyczne za rok 1938 podawały 34 mln 849 tysięcy obywateli RP. Przedwojenne prognozy dla Polski na rok 1947 zakładały 38 mln 300 tysięcy osób, a na rok 1951 ok. 40 mln, czego wciąż nie osiągnęliśmy i nie wiadomo, czy w ogóle dojdziemy. Oto prawdziwa skala polskich strat wojennych!
Nie wiemy, ilu Polaków straciło życie na Ziemiach Utraconych, pod okupacją sowiecką, ilu poniosło śmierć w znienawidzonym mundurze sowieckim, po przymusowej “paszportyzacji” i wcieleniu do Armii Czerwonej, ilu Sowieci doprowadzili do śmierci na skutek uwięzienia, pracy w nieludzkich warunkach, deportowania.

Indeks represjonowanych
Straty polskie pod okupacją sowiecką bada od wielu lat Ośrodek Karta publikujący “Indeks represjonowanych” – wielotomowe dzieło, w którym zawarto nie tylko listę katyńską, lecz także wszystkie zidentyfikowane do dziś miejsca cierpienia i śmierci Polaków, rozrzucone po utraconych Kresach Rzeczypospolitej i na “nieludzkiej ziemi”.
Najwięcej problemów sprawia oszacowanie liczby obywateli RP deportowanych w głąb Związku Sowieckiego – zarówno w latach 1940-1941, jak i po wojnie. Przez długi czas przy określaniu skali deportacji opierano się na meldunkach otrzymywanych przez agendy rządu RP na uchodźstwie. Wynikało z nich, że liczba obywateli II RP deportowanych bądź represjonowanych w inny sposób przez Związek Sowiecki zbliżona była do liczby obywateli polskich wypędzonych ze swoich domów przez Niemców (ponad 2 mln 800 tysięcy osób): Polacy z Kresów zajętych przez Sowiety w roku 1939 – 1 mln 114 tys., polscy “bieżeńcy” na wschód, zagarnięci przez Sowiety – 336 tys., indywidualnie aresztowani i deportowani – 250 tys., wcieleni do Armii Czerwonej – 210 tys., jeńcy polscy z roku 1939 – 181 tys., robotnicy przymusowi w sowieckich łagrach – 140 tys., deportowani w 1944 i 1945 r. (głównie żołnierze AK) – 50 tys., internowani na Litwie i Łotwie, przejęci przez Sowiety – 12 tys., polscy górnicy do pracy przymusowej w Sowietach z roku 1945 – 10 tysięcy. Tak przedstawiał to m.in. w Encyklopedii “Białych Plam” nieodżałowany dr Andrzej Szcześniak.
W roku 2002 warszawski Ośrodek Karta oraz IPN wydali książkę “Represje sowieckie wobec Polaków i obywateli polskich”, w której na podstawie dostępnych, niepełnych archiwaliów sowieckich drastycznie zredukowały te szacunki do 320 tysięcy deportowanych. Spowodowało to gwałtowne protesty deportowanych.

Głos Stanisława Rymaszewskiego
Najgłośniejszym wyrazem tego sprzeciwu była książka sybiraka, pisarza, dr. Stanisława Rymaszewskiego “W obronie zaginionych krzyży. Protest sybiraka” (Gdańsk 2006, drugie wydanie pod tytułem “W obronie zaginionych syberyjskich krzyży. Zeznania lesoruba z procesu, jakiego nie było i nie będzie”, Gdańsk 2008). Autor uważa, że dane archiwalne, do których się odwołuje Karta, są szczątkowe i niewiarygodne: “Na podstawie ‘bazy źródłowej’ sowieckiego archiwum, przyjętej dla weryfikacji liczby polskich zesłańców, z przykrością stwierdzam, że dane zawarte w raporcie ‘Represje sowieckie wobec Polaków i obywateli polskich’, stanowią zakłamanie jednego z większych rozdziałów historii martyrologii narodu polskiego; martyrologii polskiej ludności kresowej z zesłań w latach 1940-1941 do ZSRS. W sytuacji, kiedy brak danych uniemożliwia uściślenie prawdy, to niech w historii pozostanie ta dostępna prawda, która została ustalona przez ofiary ‘na żywo’ – w przedziale wielkości, a nie precyzyjnie udokumentowane kłamstwo oprawcy”.
W najnowszym niepublikowanym jeszcze artykule “Lesoruba. Wyrąbanie prawdy” Stanisław Rymaszewski pisze: “Historia zesłań (deportacji) polskiej ludności kresowej w głąb Rosji w latach 1940-1941, stale utajniana i zakłamywana – ostatnio w pomniejszaniu skali barbarzyństwa – coraz bardziej odbiega od prawdy (…). W rezultacie celowej, wieloletniej dezinformacji powstał niespotykany chaos w szacunkach liczebności deportowanych. Skala rozbieżności urosła od 1 mln 700 tysięcy do 320 tysięcy i ta ostatnia zweryfikowana liczba miała zamknąć ‘niepoważne licytacje’. Weryfikacji tej dokonał zespół polskich historyków w oparciu o badania historyka rosyjskiego (…). Rosja otworzyła posowieckie archiwa i nie było zaskoczenia w tym, że nie wszystkie i że z tych otwartych wymieciono, co trzeba, wcześniej. Pozostawione archiwalne śmiecie szumnie nazwano ‘naukowymi archiwaliami rosyjskimi’, w miejsce dokumentacji właściwej – spisów eszelonowych – która zachowała się szczątkowo. Nadal więc źródeł danych o deportowanych brak, choć archiwa są otwarte”.

“Trojki” nie liczyły ludzi
Podjąłem się prześledzenia trudno wymiernej części historii, do której los mnie rzucił w czasie wojny, mając pewne doświadczenie w pracy badawczej i materiał źródłowy” – pisze dalej Stanisław Rymaszewski i odwołuje się do Normana Daviesa, który “wyodrębnia dział historii kliometria, zajmujący się badaniami nad ilościowymi ocenami wydarzeń. Dział ten zawdzięcza swoją pozycję komputerom; szerszemu stosowaniu metod statystyczno-matematycznych, algorytmów, rachunku prawdopodobieństwa itp. Stosując takie metody (…), dochodzę prawdy wobec braku adekwatnych zródeł”.
Stanisław Rymaszewski odrzuca argument IPN, że “liczba 320 tysięcy nie pochodzi wyłącznie z danych wojsk konwojowych, ale także ze szczegółowych raportów rejonowych ‘trojek’ przeprowadzających deportacje”. Wyjaśnia, że “te niby ‘trojki’ w latach 1940-41 stanowiły 5, 6-osobowe zespoły krasnoarmiejców, z udziałem ‘przedstawicieli ludu’, których rola sprowadzała się do sprawnego wyrzucania skazanych z ich domów, ściśle według instrukcji komisarza do spraw bezpieczeństwa płk. Iwana Sierowa, w której ani słowa o obowiązku raportowania. Ci ‘przedstawiciele ludu’ dobierani byli z biedoty i miernoty, w większości niegramotni, ale żądni zemsty na ‘ciemiężycielach’. Rola ich w czasie akcji sprowadzała się do trzymania fonarów naftowych dla oświetlenia pola działania krasnoarmiejców i jednoczesnego inwentaryzowania tego, co niebawem stanie się ich łupem, na podstawie przywileju pierwszeństwa do grabieży”.
“Manipulowanie historią polskich zesłańców jest oczywiste” – uważa Stanisław Rymaszewski. “Archiwalia wartości czwartorzędnej, operacyjne meldunki wojsk konwojowych uznał Gurjanow za statystycznie niepodważalne w zredukowaniu liczebności deportowanych do poziomu 25%-30% wcześniejszych szacunków. Odtworzenie ‘zaginionych’ spisów eszelonowych z czterech masowych akcji (w każdej ponad 100 eszelonów, ze składem co najmniej 60 wagonów wypełnionych zesłańcami) na podstawie niewyobrażalnej masy meldunków operacyjnych, praktycznie nie jest wykonalne. Zastępcze ’spisy eszelonowe’ to ‘dokumentacja’ dla naiwnych. Przekreślona została wiarygodność wszystkich innych szacunków, krajowych i emigracyjnych, które uznano za materiał kompletnie bezwartościowy”.

“Ostatnie słowo lesoruba”
Stanisław Rymaszewski pisze na koniec: “W ‘ostatnim słowie lesoruba’ pozwolę sobie przytoczyć uproszczony bilans życia i śmierci deportowanych. Deportowano około 1 mln 100 tys. Polaków (100%). Przeżyło około 380 tys. (35%). Zmarło około 660 tys. (60%, średnia roczna śmiertelność – 8,9%). Zaginęło około 60 tys. (5%) (…). Jeśli historycy odpowiedzą: podtrzymujemy ekspertyzę, bo przytoczone liczby nie są przekonujące, polecam ‘Inny świat’ Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który będąc więźniem obozu pracy Jercewo, dobrze poznał prace w tzw. spiecposiołkach.
Pisze on: ‘Praca w lesie należała do najcięższych głównie na skutek warunków, w jakich się odbywała. Odległość z lesopowału do obozu wynosiła średnio około sześciu kilometrów w jedną stronę, więźniowie pracowali cały dzień pod gołym niebem, po pas zanurzeni w śniegu, przemoczeni do nitki, głodni i nieludzko zmęczeni. Nie spotkałem w obozie więźniów, którzy by pracowali w lesie dłużej niż dwa lata. Na ogół już po roku odchodzili na nieuleczalną wadę serca do brygad zatrudnionych przy nieco lżejszej pracy, a stamtąd na śmiertelną emeryturę do trupiarni (…). Wyławiano zawsze ludzi najmłodszych i najsilniejszych, aby ich – jak to się mówiło w obozie – przepuścić przez las’.
Selekcja do lesozagatowki (za karę) równała się Kołymie, czyli była wyrokiem śmierci. My, sybiracy, w większości przepuszczani przez las (autor w tajdze archangielskiej) w 6-letniej katordze, doświadczaliśmy tego na własnej skórze. Doświadczenia nasze to głód i trupiarnie z dziećmi (…), dramat wprost nie do opisania. Ponury barak, płacz dzieci, jęki konających, lament po zmarłych i salwy rozpaczy głodzonych. Wszystko to na dechach zapluskwionych prycz i w fetorze zabójczego brudu (…). Jeśli to wszystko, razem wzięte, jest nieprzekonujące i ‘nie wytrzymuje krytyki’, to poskramiany sybirak pyta: Jak dojść do historycznej prawdy?”.

Najważniejsza jest pamięć
Argumenty Stanisława Rymaszewskiego, wbrew pesymistycznym, pełnym goryczy wnioskom autora, zaczynają jednak trafiać do świadomości polskich historyków. Wspomniane na wstępie opracowanie IPN, poświęcone stratom polskim podczas II wojny światowej, poprzedzone jest słowem dr. hab. Janusza Kurtyki, prezesa IPN, który zauważa, że choć projekt “Indeks represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tysięcy deportowanych w latach 1940-1941 z Kresów Wschodnich, to “nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”. Jak długo dostrzega się problem badawczy, tak długo jest szansa na nowe podejście do jego rozwiązania.
Ilu więc obywateli Rzeczypospolitej Polskiej wywieziono na Sybir lub do Kazachstanu czy Uzbekistanu w czasie wojny? Ilu przepadło tam na zawsze? Czy tylko 320 tysięcy? W wydanej w Londynie na początku lat 90. pracy Juliana Siedleckiego “Losy Polaków w ZSSR w latach 1939-1986″ zastosowano szerokie przedziały liczby deportowanych, podkreślając w ten sposób brak kompletnych danych, których prawdopodobnie już nigdy nie uzyskamy. Liczbę deportowanych Polaków w latach 1939-1946 ustalono w przedziale od minimum 555 tysięcy do 1 mln 450 tysięcy. Wydaje się, że w takim przedziale należy się poruszać, starając się uściślić to, co jeszcze się da.
Jedno przynajmniej jest pewne: liczba obywateli polskich, deportowanych przez władze Związku Sowieckiego tylko w okresie wojny i tuż po niej, przekracza kilkakrotnie liczbę Polaków zsyłanych do Rosji na przestrzeni kilku wieków – od czasów konfederacji barskiej do wybuchu I wojny światowej (konfederacja, Powstanie Kościuszkowskie, okres napoleoński, Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe, konspiracja niepodległościowa początku XX w.)! To daje wyobrażenie o charakterze antypolskiej akcji sowieckiej i o okrucieństwie sowieckiego systemu w ogóle.
Nie czekając na odpowiedź na trudne pytania, trzeba nieustannie ożywiać pamięć o losie zesłanych rodaków, nie tylko przy okazji rocznicy pamiętnego 10 lutego.

I deportacja - 10 lutego 1940 r. – 220 tys. osób (urzędnicy państwowi i samorządowi, osadnicy wojskowi z rodzinami)
II deportacja – 13 kwietnia 1940 r. – 320 tys. (rodziny oficerów z obozów specjalnych w Kozielsku, Starobielsku
i Ostaszkowie, leśnicy, gajowi, oficjaliści dworscy)
III deportacja – czerwiec-lipiec 1940 r. – ok. 240 tys.
(w większości tzw. bieżeńcy, czyli uchodźcy wojenni
z zachodnich i centralnych województw RP)
IV deportacja – czerwiec 1941 r. – ok. 300 tys. (pozostali bieżeńcy, inteligencja zawodowa, kolejarze, rzemieślnicy)


Piotr Szubarczyk
http://gegenjay.wordpress.com/2010/02/1 ... -na-sybir/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 10 lut 2011, 17:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Z Ojczyzny na Golgotę

...Bo nie ma ziemi wybieranej, jest tylko ziemia przeznaczona, ze wszystkich bogactw cztery ściany, z całego świata tamta strona...
(Kazimierz Wierzyński)

Wielka Brytania. Hrabstwo Nottinghamshire. Miasteczko Newark-on-Trent. Cmentarz katolicki. Idę za moją dwuosobową ekipą filmową TVP, za operatorem kamery i dźwiękowcem. - Ty to już nie masz innych pomysłów, ciągle te groby i krzyże, krzyże i groby? - pomrukują. Ale wiem, że to takie męskie narzekanie, bo jak inaczej mieliby ukryć swoje uczucia, przecież ich dobrze znam. Utalentowani, wrażliwi, gotowi do wielkich wyrzeczeń, co do warunków pracy, byle móc filmować "dla Polski", dla tych naszych widzów, którym PRL odbierała możliwość poznawania prawdy historycznej; poznawania bohaterów narodowych, dziś już starszych, żyjących na obczyźnie, nieznanych wciąż polskiemu widzowi. Redakcja edukacyjna potrzebowała kiedyś filmów przybliżających heroiczność polskiego Narodu.
Na tym cmentarzu, w Newark, wysoki krzyż zemblematami polskiego wojska, polskich lotników, którzy oddali życie "za Anglię", w nadziei, że ta Anglia oswobodzona - oswobodzi potem ich Ojczyznę. Są tu na krzyżach także symbole oddziałów tych tułaczy, żołnierzy ze szlaku wojennego, od exodusu zSyberii, od Tockoje, przez Iran, Monte Cassino... po Anglię. Za Wodzem, za gen. Andersem... Wokół dużego krzyża alejki gęste od skromnych pomników tych, co przebyli swój tak długi szlak w bojach na obcej ziemi, ale dla Polski, zawsze zgorącym przekonaniem w sercach, że każda kropla przelanej krwi przybliża ich do powrotu do Ojczyzny... Wielu znich nie ujrzało swojego kraju nigdy.

Ich jedyną winą była polskość
Zesłańcy polscy. ZSyberii, stepów Kazachstanu, zAłtaju, zUralu... cudem ocaleni ze zsyłek, wyprowadzeni znieludzkiej ziemi przez gen. Władysława Andersa jako ofiarni żołnierze. Polscy mężczyźni, młodzieńcy, ale i tysiące kilkunastoletnich chłopców, sierot pochodzących z rodzin zesłanych zpolskich ziem, wyrwanych zdomów, zziemiańskich majątków czy ot, ze skromnych polskich domów na Kresach, wyrwani przez oddziały sowieckie, przez NKWD. Tak podstępnie, w środku nocy. Zimą najstraszniej to było, w mróz, kolbami tłukli szyby w oknach, walili do drzwi: "Poliaki, wychoditie, piat´ minut, bieritie wieszczi, pod steniu, bystro, bystro!". I nieprzytomni rodzice, wyrwani ze snu, owładnięci strachem, chroniący dzieci, dziadków, zarzucali na siebie, na bliskich jakieś kożuchy, kapoty, owijali w chusty, bo co można zdążyć zabrać w pięć, tak, w pięć minut, zdorobku całego życia?! I enkawudziści pchali ich kolbami na drabiniaste wozy, wieźli w nieznane. Nikt niczego nie wiedział, dokąd, po co, na jak długo, czy to do więzienia, czy gdzie... Kobiety w ciąży, starzy i chorzy dziadowie, matki zmalutkimi dzieciątkami przy piersi... w ten mróz, w nieznane.
Oni, w tym mgnieniu potwornego lęku, gdy wojna szalała wokół, zapewne mieli jakąś nadzieję, że kiedyś powrócą do swoich ciepłych domów, ułożą do łóżeczek swoje dzieci, napalą w dogasającym właśnie piecu, odnajdą wyjące teraz psy..., złe minie... Jak wielu znich, zsetek tysięcy, nie przeczuwało, że to ich najdłuższa Droga Krzyżowa, zOjczyzny na Golgotę... pomrą tysiącami zgłodu, chorób, bezdomni, upokarzani... Ich jedyną "winą" była polskość - to, że byli Polakami.
Najdelikatniej jak to możliwe idą moi dwaj koledzy - filmowcy, objuczeni sprzętem. Widzę, jak starają się cichutko stąpać wśród tych rzędów polskich krzyży. My, urodzeni po wojnie, w zniewolonej przez reżim komunistyczny Polsce, pozbawieni prawa do poznawania w szkole prawdziwej historii, też byliśmy jej złaknieni. A ileż razy tak ciężko nam było w tę nagle posłyszaną prawdę o polskim cierpieniu uwierzyć! Jak to było możliwe? Jak to naprawdę było możliwe - przeżyć zsyłkę, wytrzymać tę poniewierkę i pozostać Polakiem? Tam, na wiecznym uchodźstwie, tam, w Anglii, czy rozproszeni w świecie, w wielu dalekich krajach i tyle lat potem, po wojnie, wciąż nie mieć prawa choćby na wakacje do Polski przyjechać. Uchodzić za "plugawego karła reakcji"! Tak nazywani byli przez komunistyczną propagandę ci, którzy za Polskę przelewali krew, w najbardziej ofiarnych bojach II wojny światowej... Nie wyrzec się tej Polski, trwać ponad pół wieku, ochraniając najdrobniejsze pamiątki, medale bitewne, sztandary, drobiazgi, wspomnienia, piosenki, a dzieciom i wnukom na obczyźnie przekazywać żarliwy patriotyzm. I żyć marzeniem, że kiedyś Dobry Bóg przywróci wolność Ojczyźnie, że wszystkie te ztak wielkim pietyzmem przechowywane skarby polskości można będzie przekazać młodym pokoleniom w kraju, których reżim nie pozwalał uczyć o gen. Andersie, o szlakach znaczonych polską krwią.

Filmujemy, by oddać im hołd
Nastąpił ten czas. I my też możemy filmować tu, pod Londynem, tych, którzy dla nas walczyli o wolność, o polskość. Możemy pracować dla polskich widzów, wówczas w niedawno "odzyskanej", zdawałoby się, telewizji polskiej... Był to rok 1996. Zaczynamy tu kręcić nasz film dokumentalny o uroczystym zlocie Polaków na uchodźstwie.
Pierwszy przemawia były zesłaniec do Kazachstanu, jedyny ocalony cudem zlicznej polskiej rodziny tam wygnanej, Czesław Zychowicz, prezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantów. Zwraca się do prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego i do kilkuset zebranych: "Tu, w Newark, spotykamy się, by oddać im hołd... w 50. rocznicę powstania SPK... oddać hołd tym, którzy oddali życie za Polskę". Ten wyniosły krzyż - pomnik na cmentarzu Polskich Lotników w Newark, odsłonięty został 15 lipca 1941 roku. Umieszczoną na cokole krzyża tablicę odsłaniał naczelny wódz gen. Władysław Sikorski. Zarówno krzyż, jak i cały cmentarz oraz piękne zielone łąki pod przyszłe polskie groby poświęcił ks. bp Józef Gawlina. Początek cmentarzowi dały pierwsze groby polskich lotników w październiku 1940 roku. Spoczywa tu 353 lotników Polskich Sił Powietrznych, a także 3 prezydentów RP na uchodźstwie, ofiary katastrofy nad Gibraltarem (wraz zgen. Sikorskim, ekshumowanym i przeniesionym w 1993 r. na Wawel). Chowano tu też zmarłych w późniejszych latach. Łącznie niemal 450 Polaków, którym już nie było dane powrócić do Ojczyzny. Na krzyżu, na tym największym lotniczym polskim cmentarzu na świecie, znajduje się więc tablica znapisem: "...toczyłem dobry bój, zawodu dokonałem, wiarym dochował...", poniżej: "Za Wolność".
W Instytucie Polskim w Londynie jest film zuroczystości poświęcenia krzyża i całego cmentarza. Od prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego otrzymaliśmy w prezencie, na rzecz Telewizji Polskiej, fragment tego archiwalnego materiału. Czarno-biały obraz, ksiądz biskup zkropidłem wysoko wzniesionym, ku ramionom krzyża. Szczupła postać w mundurze... to gen. Sikorski... taka chwila glorii naszej Ojczyzny na uchodźstwie. Wielu Polaków tam to ci, którzy zdołali uciec zkraju, by walczyć w armii brytyjskiej. W tym samym czasie, gdy polscy lotnicy ginęli, walcząc w RAF, nadal trwały wywózki polskich rodzin na Sybir...
Władze sowieckie planowały deportować w głąb ZSRS około 2 mln ludności cywilnej. Do większych miast II RP, na terenach okupowanych przez Sowietów, ściągano wagony bydlęce, towarowe, od stycznia 1940 r., aż tych wagonów zabrakło w całej Rosji! W nocy z9 na 10 lutego 1940 r. tymi wagonami wywieziono 50 tys. polskich rodzin, na Wschód, na bezludzie. Na przełomie kwietnia i maja 1940 r., gdy trwały mordy na oficerach polskich w Lesie Katyńskim, Twerze i Charkowie, rozpoczęła się druga wielka wywózka, kolejne 50 tys. rodzin polskich... trzecia wielka wywózka - w czerwcu 1940 r., i tak kolejne... do lata 1941 roku.
Prezes SPK, pan Zychowicz, ocalał jako jedyne dziecko zrodziny zesłanej pod Karagandę. Na stepie pochował swoich dziadków, rodziców, rodzeństwo. Jego wspomnienia zaczynały się jak wiele innych: "To było nad ranem, wtargnęli enkawudziści, kolbami rozwalili drzwi..., kazali wstawać, mama ubierała nas - dzieci; płacz, strach, czy jeszcze do domu wrócimy, kiedyś?".

Nie ma nic gorszego niż głód...
Wśród mogił, na tej filmowanej przez nas uroczystości 50-lecia działalności SPK, przechodzą starsi ludzie, w granatowych, uroczystych mundurach członkowskich, zmedalami w klapach, zżołnierskimi orzełkami w koronach, na granatowych beretach. Podchodzę zmikrofonem do drobniutkiej kobiety, pełnej wigoru, jakiejś szczególnej energii życia. Płynie wspomnienie zesłanej, można rzec, aż "klasyczne". Maria Góral, mieszkająca od końca II wojny światowej w Londynie, została wywieziona zbliskimi. Co zapamiętała, jako kilkuletnia dziewczynka, ztej Golgoty? Oto zapis jej wypowiedzi, zmego filmu: "Moim najgorszym momentem w życiu był 10 lutego 1940 roku. W nocy, gdzieś godzina druga czy trzecia, w nocy, wywalenie drzwi, dziki łomot, weszło kilku sowieckich żołnierzy, to się zorientowaliśmy i krzyk: "Wstawać!".
(...) Te pierwsze tygodnie to nie było jeszcze tak źle, bo każdy coś tam chował, pakował, bo czegoś się rodziny spodziewały... Ale później zabrakło jedzenia, chleba, szybko zaczęli ludzie umierać zgłodu, zwycieńczenia, zresztą znerwów, zprzerażenia ludzie umierali, małe dzieci, matki... Pamiętam obraz, który najbardziej przeżyłam, to jest śmierć dziecka sąsiadki... które Rosjanie wyrzucili... Zmarło. Matka siedziała tak znim w ramionach, a rano łomot do wagonu, co rano tak, rano: "Otkroj! Otwieraj!". I Rosjanie to dziecko wyrwali jej i wyrzucili na śnieg...
(...) W tym wszystkim, w tym wagonie, i potem, jak nas wysadzili, w stepie, i do rąbania lasów pognali, to zaufanie mieliśmy jeden do drugiego, jeden drugiemu pomagał. Jak już człowiek padł, nie mógł, to jeden oddawał drugiemu sam, co miał, aby tylko ten drugi też przetrzymał, ale szybko już było tak, że nie było tygodnia bez pogrzebów. (...) Polacy chowali zmarłych na takiej górce, na co enkawudziści się nie chcieli zgodzić. To my zrobiliśmy taki zbiorowy pochód, na tę górkę, a na niej postawiliśmy oczywiście krzyż! Nie jeden dostał wtedy lagą, ale krzyż postawiliśmy!
(...) Nie ma nic gorszego w życiu jak głód. Ja mam takie wrażenie, ztego dzieciństwa na zsyłce, że może jakieś uderzenie, uszkodzenie cielesne, to może krócej trwa niż ta męka zgłodu. Ja do dzisiaj to przeżywam, pół wieku! Ja do dzisiaj kromki chleba nie wyrzucę!
(...) Był taki głód, że ja, jak widziałam, że zaczynali umierać, tam, na pryczach, w łagrze, to siadałam na górnej pryczy i patrzyłam na dolne... i jak któryś konał, jak tylko to dostrzegłam, to mu wyciągałam chleb! Bo jak nie ja mu wyciągnęłam ten chleb, to drugi to by zrobił, jakiś kolega...
(...) Pamiętam, to straszne, jak jechaliśmy zpółnocnej Rosji do Kazachstanu, już po amnestii, byle wyjechać zSowietów, najbardziej pamiętam tyfus. Roznosiciele tyfusu to to polskie wojsko, młodzi, wynędzniali, bez rodziców, nikt tam o nich nie dbał... straszny ścisk w wagonach, na narach, każdy chciał jechać, uciekać ztego piekła jak najdalej, jechaliśmy w wielkim tłoku, a najwięcej umierało w nocy, to jak rano ten pociąg przystawał, to nikt tam ich nie chował, nie było czasu, kto silniejszy, to brał zmarłych, wyrzucał koło stacji. Początkowo każdy wpadał w szok, płacz słychać było, a potem to przyzwyczailiśmy się, panowało tylko milczenie...
(...) SPK to ja uważałam, po tym, jak ocalałam zzesłania, jako moją rodzinę, jako łączność zOjczyzną, a to trzymało mnie przy życiu stale, myśl o Ojczyźnie".

Dzieci zesłane bez rodziców
Zamyśleni, idą od krzyża do krzyża, przystają przy swoich przyjaciołach, bliskich... na chwilkę... na moment wspomnienia... kładą kwiaty. Tacy są uroczyści, pełni godności, odświętni. Czy to możliwe, aby to oni cudem wyrwali się ze zsyłek? Dostrzegamy wśród nich panią w mundurze SPK, ale jakoś dziwnie młodszą od wszystkich biorących udział w tej uroczystości. Pani ta ma przykuwający naszą "filmową" uwagę dziwnie głęboki, jakby nieobecny wzrok, jakby patrzyła w głąb samej siebie i widziała tam coś przerażającego tak, że oczy jej zamarły. Operator przygląda się tej twarzy przez teleobiektyw, jest poruszony: "Ta kobieta jakby wciąż tam była, gdzieś, na stepach Syberii?!".
Proszę tę panią o wspomnienia do kamery, spodziewam się, że będzie "jak zwykle", tj. według tego samego scenariusza napisanego przez NKWD i Stalina - przyszli "bojcy", walili kolbami w drzwi, "sobirajties, piat´ minut!" i na wóz, i do wagonów bydlęcych... Czego tu nowego się spodziewać, ta sama droga, te same łzy!
A jednak kolejne strzępy wspomnień będziemy nagrywać wstrząśnięci do głębi, w zupełnym bezruchu. Przyjdzie nam wysłuchać niepojętego dla ludzkich serc wspomnienia... dziecka..., jednego, jedynego ocalałego zwywózki uprowadzonych zulic, w 1940 r., przez NKWD dzieci! Cały pociąg, wagony zdziećmi!
Oto zapis dosłowny nagrania filmowego pani Marii Bień: "Szłam do szkoły, rano, podeszli do mnie na ulicy enkawidziści... Czy to byli żołnierze? Ja wtedy nie wiedziałam, kto to był właściwie, była łapanka, ktoś krzyczał: "Łapanka!". Że to łapanka na młodych ludzi! Ja pomyślałam, że to mnie nie dotyczy, bo ja jestem jeszcze dziecko, ale oni mnie złapali, powiedzieli, że pójdziesz tam, gdzie twoja mama i brat, i ojciec tam są już w wagonie. Ja już nie miałam tatusia, myślałam, że to jakieś nieporozumienie. (...) Zostałam zaprowadzona do bydlęcego wagonu. Jechaliśmy jakieś cztery, pięć tygodni. Na Sybir. Nas w wagonie było, dzieci, około sześćdziesięciu. Ale jak żeśmy dojechali, na Sybir, to okazało się, że było nas 360 dzieci bez rodziców! (...) Jak żeśmy jechali? Rano dostaliśmy gorącą wodę i kawałeczek chleba, na obiad dostaliśmy gorącą wodę i kawałek chleba. I to samo powtarzało się wieczorem, aż żeśmy dotarli do Rosji, tam, na Sybir. (...) Od wagonów, trzeba było iść, teraz nie pamiętam, ale jakieś 30 kilometrów, pieszo, szliśmy nad rzeką, na posiołek, w którym nic nie było, trzeba było sobie budować baraki, zdrzewa, trzeba było ścinać te drzewa, dzieci ścinały! (...) Popędzili nas do lasu, powiedzieli, że jak nie będziemy pracować, to nie będziemy jedli. A dawali nam suszoną rybę i zupę, czasem ta zupa była... to cała kapusta była, zkorzeniem, ze wszystkim ta kapusta była ugotowana, nawet robaki chodziły po tej kapuście, i kawałeczek chleba do tego, czasem ten chleb był dobry, a czasem to jak się ten chleb zgniotło, to woda wychodziła zniego. Jak była wiosna, to dzieciaki zbierały owoce, na jesieni grzyby zbierały... i myśmy tak starały się przeżyć. (...) W baraku, jak się go pobudowało, tam pośrodku była taka duża dziura, i tam się paliło ognisko. I my, dziewczynki, spałyśmy dookoła ogniska. W takim baraku było około 30 do 35 dzieci. Oni chłopców oddzielnie dali do baraków, dziewczynki oddzielnie. To w nocy dziewczynki się pokładały naokoło ogniska, taki kwiat co noc robiły, dookoła tego wyżłobionego koła wokół ogniska, tak spały, a co rano to co druga prawie nie żyła... Jak się rano wstało, popatrzyło się...! Myśmy musiały je same chować... kopać w śniegu, a śniegiem się te ciałka przykryło tylko... a później, oj! Tam były dzikie zwierzęta, tam były niedźwiedzie, wilki, tygrysy, takie koty leśne! Jakże one się nazywać mogły? I rozniosły to ciało. Na wiosnę już nie znalazło się jakiegoś ciała, ztych dzieci, żeby leżało. (...) Aż nastał ten dzień, że generał Sikorski porozumiał się ze Stalinem i ten wydał amnestię dla wywiezieńców, kto chciał jechać do Polski zpowrotem. No ale myśmy, dzieci, nie rozumieli, co to jest amnestia. Starali się nam wytłumaczyć ci, co nas pilnowali, że to znaczy, że możemy wracać do swoich rodziców. To wtedy okazało się, że zwszystkich dzieci, ztych 360 dzieci, to zostało nas chyba zsześć! (...) Spotkałam jednego Polaka, nazywał się Witek Wilk, on mówi do mnie: "Marysiu, będziemy teraz szli przez bój we dwójkę. Ty będziesz mnie pilnowała, a ja ciebie". Dojechaliśmy do Taszkientu pociągami. Wskakiwaliśmy na pociągi, bo nie mieliśmy rubli, żeby zapłacić za bilety. I tak do Taszkientu, bo tam byli już Polacy. Przyszliśmy do punktu Czerwonego Krzyża. Mówię prawdę, dokładnie pamiętam, jak było. Pukamy do tej pani tam, w okienku, i pytamy, czy możemy dostać coś do ubrania, bo obydwoje byliśmy w łachmanach, no bo jak to po dwóch latach, w jednym ubraniu, byliśmy w strasznych łachmanach, a i brudny człowiek był, bo się nie mył, wszy mieliśmy, bo człowiek się trochę mył, jak znalazł trochę wody po drodze... Ta pani nam tak mówi: "Ja nie mogę wam teraz nic wydać, ani chleba, ani odzieży, bo ja teraz to idę na obiad!". To nie tylko ja, ale i ten Witek się popłakał. Mówi: "Wiesz co, to my nie będziemy czekać, wybijemy okno, wejdziemy tyłem, zabierzemy, co nam potrzeba, chleba, ubrania, pojedziemy do polskiego wojska, co się tu organizuje". (...) Pojechaliśmy do Guzarów. Poszłam się zapisać do wojska. Ta pani, która siedziała w punkcie polskim, pyta: "Dziecko, ile ty masz latek?". A ja usiłuję kłamać, że chyba 26... Ta pani mówi: "Nie, dziecko, masz 12, na tyle mi wyglądasz, musisz iść do szkoły!". Zapisała mnie do polskiej szkoły i ztą szkołą przeszłam przez Pahlevi, Teheran, wszystkie te na Wschodzie państwa, do Nazaretu, w Palestynie. (...) Do Anglii przyjechałam w 1945 roku, jeszcze musiałam pójść do wojska na rok, wyszłam tam za mąż w Szkocji, a później, jak się wojsko rozwiązało, założyliśmy SPK, żeby się ludzie gdzieś skupili, choćby po to, żebyśmy mogli kupować domy, bo Anglicy to nie chcieli nam domów sprzedawać, Polaków mieli za nic, i pracy nam nie chcieli dawać, więc wszyscy zbierali się w kościele, na plebanii, i tam się organizowaliśmy. Najpierw zbieraliśmy po 6 pensów wpisowego, a to było 2 bochenki chleba wtedy, za te 6 pensów, no i trochę pieniędzy nazbieraliśmy. Organizowało się wiele, żeby kupić dom polski czy katolicki, żeby coś mieć dla Polaków, pomagać.
(...) Teraz co my tu robimy? Bierzemy tylko 2 funty 50 pensów rocznie, ale ci, co tu umierają, to zostawiają swoje domy dla SPK, na dobre czyny. Żeby pomagać tym, co są chorzy, niezdolni do pracy, odwiedzamy ich, dajemy pomoc czy umieszczamy w domach starców. I mamy też pieniądze, aby pomagać Polsce. Biednym w Polsce, szczególnie dzieciom czy starcom, a najwięcej to kalekom, ofiarom wojny, bo dużo Polaków pojechało zAnglii do Polski, po wojnie, nic nie mieli, tam nic się nie dorobili, to trzeba im pomagać teraz. Ja ich wszystkich kocham, zcałego serca kocham Polaków. (...) Jeżeli pojadę czasem do Polski, to nikt tam nie może sobie wyobrazić, że ja to mogłam przejść to wszystko, i jeszcze... żyć. Warto żyć. Bo warto żyć dla Polski".


Anna T. Pietraszek

Zdjęcie archiwalne pochodzi z filmu nakręconego podczas uroczystości na cmentarzu w Newark-on-Trent 15 lipca 1941 r., którego fragment przekazał Telewizji Polskiej prezydent Ryszard Kaczorowski. Pozostałe zdjęcia pochodzą z filmu dokumentalnego autorstwa Anny Pietraszek "Czy warto żyć dla Polski?" (1996).

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=110121


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 11 lut 2011, 22:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://widnokregi.blog.pl/komentarze/in ... d=15255136

Potomków Polaków wygnanych na Sybir rządzący Polską zaprzańcy nie wpuszczą.

Kopia artykułu:

ZAPOMNIANE GROBY LUDZI ZAPOMNIANYCH
2011-02-11 13:54:34

Mało kto wie, że znany wszystkim napis "Arbeit macht frei" pojawił się nad bramą obozu w Auschwitz w drugiej połowie 1940 roku, tymczasem wersję moskiewską: „Czierez trud k’oswobożdieniu” - widywali Polacy nad bramami sowieckich łagrów już od marca 1940 roku.

http://www.youtube.com/v/-vsSgdg0XL4

"Dziesiąty luty będziem pamiętali,
gdy przyszli Sowieci, myśmy jeszcze spali
i nasze dzieci na sanie wsadzili,
na główną stację wszystkich dowozili."


Archangielsk nad Morzem Białym, Republika Komi, Irkuck, Kazachstan, Kraj Krasnojarski - według różnych szacunków, w deportacjach z lat 1940-1941 trafiło tam od trzystu tysięcy do nawet półtora miliona Polaków, zamieszkałych na terenach wschodniej Polski, zajętych po 17. września 1939 roku.
Najpierw kilka tygodni w bydlęcych wagonach, nawet w 40-stostopniowym mrozie, o chlebie i wodzie, potem praca ponad siły, głód i chłod "nieludzkiej ziemi". Aż do śmierci w syberyjskiej tajdze bądź na stepach Kazachstanu.
Pierwsza fala przyszła w lutym 1940 roku. Porwała przedstawicieli polskiej inteligencji. Urzędników państwowych, sędziów, prokuratorów, policjantów, nauczycieli, działaczy samorządowych, leśników. Porwała też mojego Dziadka (generalnie rodziny osadników wojskowych, kombatantów wojny w 1920 r., którzy otrzymali na Kresach nadziały ziemi, uznano za grupę szczególnie niebezpieczną dla interesów Kremla). Dziadek przeżył, z Armią Andersa dotarł do Palestyny, ale do Polski nigdy nie wrócił. Spośród ponad 150.000 osób wywiezionych w lutym-marcu 1940 roku, do Ojczyzny wróciło niecałe 10.000.
W marcu 1940 roku do "specposiołka" Rossochy w powiecie szenkurskim (okolice Archangielska) trafiła moja Babcia z trójką synów. Mój Ojciec (najstarszy z nich) miał wówczas dwanaście lat.

http://www.youtube.com/v/KcovkGJzZJw

Gdzieś tam, trwają zastygłe w bólu krzyże.
Gdzieś tam, nieludzka mgła spowija zarośnięte mogiły.
Gdzieś tam, bieleją kości Ofiar.
***
Naród, który nie potrafi zatroszczyć się o groby swoich dzieci, jest narodem bez przyszłości.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 29 gru 2011, 21:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=1141093

Minęło 22 lata od roku 1989, a Sybiracy traktowani są z coraz większą szyderą. Znów zaczęły się wobec nich ohydne szykany, prześmiewcze oszustwa, znów atmosfera zbliża się do tej, jaką poznali po 17 września 1939. Choć bolszewicy dziś zamiast w kufajkach występują w eleganckich garniturach, są równie zdziczali jak wtedy.

Kopia artykułu:

Wezwanie, tym razem nie na Syberię
Nasz Dziennik, 2011-12-29

Ciężki jest los sybiraka w wolnej Polsce. Pomimo przedwyborczych obietnic polityków nie doczekali oni żadnego zadośćuczynienia za poniesione krzywdy na skutek wywózek, a dodatkowo są ciągani po sądach. Przykładem jest sytuacja Związku Sybiraków Koła Warszawa-Śródmieście, przeciwko któremu dokładnie w 70. rocznicę pierwszej wywózki na Wschód złożono... pozew sądowy.

Tadeusz Chwiedź, prezes Związku Sybiraków (ZS), informuje, że do tej pory pomimo różnych zapowiedzi podjęcia prac formułowanych przez posłów sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny ubiegłej kadencji nie doszło do nadania statusu inwalidy wojennego sybirakom ani też uchwalenia ustawy przygotowanej jeszcze przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego o świadczeniu substytucyjnym przysługującym osobom represjonowanym w latach 1939-1956 przez Związek Sowiecki. Rozwiązania tam zawarte miały chociaż w części wesprzeć znajdujących się w trudnych warunkach życiowych katorżników, którzy pomimo powikłań zdrowotnych wywołanych wywózkami mają m.in. ograniczony dostęp do usług medycznych. Chwiedź zauważa jednak, że "troszkę ruszyła sprawa statusu inwalidy wojennego". - Ale jest to jeszcze dalekie od realizacji, stąd nasze bardzo intensywne działania. Mieliśmy spotkanie w Kancelarii Prezydenta, rozmawialiśmy z Janem Ciechanowskim, kierownikiem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Wszyscy zapewniają, że będą starać się ruszyć te sprawy. Wystosowaliśmy pismo do premiera Donalda Tuska oraz Ewy Kopacz, marszałka Sejmu. Wygląda na to, jakbyśmy od nowa rozpoczynali naszą batalię. Ale innego ratunku nie ma - zaznacza prezes.

O trudnościach, z jakimi muszą się borykać byli zesłańcy, wymownie świadczy sytuacja Związku Sybiraków Koła Warszawa-Śródmieście. Jego prezes - Bogusław Gajdamowicz, informuje, że w październiku 2009 r. członkowie tej organizacji otrzymali wypowiedzenie umowy najmu "miesiąc naprzód na koniec miesiąca kalendarzowego" swojej siedziby, która znajdowała się przy ul. Jasnej. Wskazuje, że zgodnie z tym sybiracy wyprowadzili się 30 listopada 2009 r., informując o tym pełnomocnika właścicieli tej nieruchomości - mec. Przemysława Zalasińskiego. Okazało się jednak, że zdaniem tego ostatniego, doszło wówczas tylko do zaprzestania działalności, a nie opróżnienia lokalu przez tę organizację, ponieważ protokół zdawczo-odbiorczy został podpisany przez drugiego najemcę lokalu - NSZZ "Solidarność" Regionu Mazowsze dopiero 12 sierpnia 2010 roku. W związku z tym właściciele nieruchomości domagają się od sybiraków m.in. wpłaty zaległego czynszu wraz z odsetkami, które wyliczono na niebagatelną sumę około 18 tys. złotych. - Pozew przeciwko nam został złożony 13 kwietnia 2010 r., dokładnie w 70. rocznicę największej spośród czterech wywózek na Wschód - mówi pani Irena, która spędziła 6 lat w Kazachstanie.

Wcześniej jednak, przed skierowaniem sprawy na drogę sądową, w ramach postępowania upominawczego komornik zajął konto bankowe Koła. Sybiracy nie ukrywają rozgoryczenia zaistniałą sytuacją. Podkreślają, że czują się upodleni, jak za czasów NKWD. Obecnie sprawa toczy się przed Sądem Rejonowym Warszawa-Śródmieście. - Ostatnia rozprawa była 5 grudnia i została odroczona. Następny termin wyznaczono na 14 kwietnia przyszłego roku. Będziemy udowadniać, że jesteśmy niewinni - zaznacza Gajdamowicz. Według niego, dotychczasowe straty materialne przewyższają roczny budżet, jakim dysponuje Koło z tytułu składek 200 sybiraków, i w wyniku tego procesu należy się liczyć z koniecznością likwidacji stowarzyszenia. Chwiedź podkreśla natomiast, że sprawę powinno się potraktować w kategoriach ludzkich, a nie tylko ściśle prawnych. Wyraża jednocześnie nadzieję, że sprawa zostanie rozwiązana w duchu bliskim sprawiedliwości i prawdy.

Jacek Dytkowski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 11 sty 2012, 09:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Kazachstan - tam Katyń trwa

Najgłębiej tkwiącym w pamięci zbiorowej symbolem eksterminacji Polaków na Kresach jest zbrodnia katyńska. Należy jednak pamiętać, że planowe komunistyczne ludobójstwo wybranych kategorii Narodu Polskiego rozpoczęło się już w latach 1937-1938, gdy na mocy rozkazu Jeżowa nr 00485 wyznaczano kategorie Polaków i osób polskiego pochodzenia zamieszkałych w ZSRS, które ulec miały zagładzie. Równocześnie rozpoczął działania zespół specjalistów NKWD zajmujący się tzw. sprawą polską. Zaledwie dwa lata później specjaliści od "sprawy polskiej", po słynnych konferencjach NKWD - gestapo, jakie miały miejsce na przełomie 1939 i 1940 roku, kontynuowali eksterminację już na terenach do niedawna niepodległego państwa polskiego.


Ukarani za polskość
Skala ludobójstwa z okresu od sierpnia 1937 r. do sierpnia 1938 r. była gigantyczna. Rozstrzelano 111 tys. osób, skazano ponad 50 tys. na 10-15 lat łagru. Żony zamordowanych były automatycznie zsyłane na 5-8 lat łagru. Zgodnie z tym samym rozkazem Jeżowa dziesiątki tysięcy dzieci skazanych miały być poddane rusyfikacji w domach dziecka.
Jedną z kategorii, jaką poddano prześladowaniom w ramach tej akcji, stanowili Polacy zamieszkali w okolicach Żytomierza i Kamieńca Podolskiego, których w ramach oczyszczania sowieckiego pasa przygranicznego przesiedlono do Kazachstanu. Nie byli na tyle groźni, by zginąć, jak dwa lata później oficerowie, ale posiadali ważną umiejętność - byli dobrymi rolnikami. Było to szczególnie ważne, gdyż w Kazachstanie po sztucznie wywołanym w latach 1932-1933 głodzie, gdy zginęło nie mniej niż 1 mln 100 tys. Kazachów - czyli ok. 1/3 narodu, całkowitemu załamaniu uległa gospodarka rolna. Polaków zesłano w latach 1936-1937 na opustoszałe kazachstańskie stepy oczyszczone w ten barbarzyński sposób z ludności rdzennej. Kazachowie byli w tym okresie przychylnie nastawieni do Polaków, rozumieli bowiem, że przyjeżdżali nie osadnicy, ale takie same ofiary ludobójstwa.
Zaledwie dwa lata później, w 1940 i 1941 r., do wykopanych przez polskich zesłańców ziemianek trafiły żony i dzieci oficerów i urzędników zamordowanych podczas zbrodni katyńskiej, co dobitnie świadczy o ciągłości akcji ludobójstwa i "oczyszczania" Kresów z Polaków. Jednakże była jedna istotna różnica! Rodziny oficerów, o ile przeżyły, mogły wyjechać z armią Andersa lub wrócić do Polski, natomiast władze PRL i ZSRS nie zgodziły się na powrót etnicznych Polaków. Nasi rodacy spod Kamieńca i Żytomierza muszą dalej odbywać karę za swą polskość. Nigdy nie mieli szansy powrotu. W trakcie wojny do polskich wsi zsyłani byli również masowo nadwołżańscy Niemcy (ok. 1 mln) oraz Czeczeni i Ingusze.
Wydawało się, że po 1989 roku Polska przypomni sobie o tych ostatnich ofiarach sowieckiego ludobójstwa na Kresach. Stało się jednak inaczej...

Tylko 8 rodzin
Jest to szczególnie bolesne dla kazachstańskich Polaków, zważywszy że już na początku lat dziewięćdziesiątych Niemcy zabrały wszystkich chętnych do przesiedlania Niemców. W ramach "polityki zadośćuczynienia" w 1992 r. określono kontyngent roczny powracających z byłego ZSRS na 225 tys. osób, a po pewnym okresie ustalono go na poziomie 103 tysięcy. Z samego Kazachstanu wróciło ponad 700 tys. Niemców. Co warte szczególnego podkreślenia, sam Kazachstan równocześnie rozpoczął dużą akcję powrotu tzw. oralmanów - czyli osób oraz ich potomków, które uciekły przed sztucznym głodem i prześladowaniami sowieckimi do Chin, Mongolii, Iranu. W sumie na opuszczone po Niemcach tereny od 1991 do 2009 roku powróciło 192 tys. kazachskich rodzin, czyli około 750 tys. osób. Obecnie repatrianci, wraz z dziećmi i nielegalnie przybyłymi członkami rodzin, stanowią ok. 1 mln ludności, czyli blisko 10 procent wszystkich Kazachów! Każdego roku aparat prezydenta Nazarbajewa ustala kwoty roczne repatriantów - oralmanów. W 2009 r. podwyższono tę kwotę z 15 tys. do 20 tys. rodzin rocznie. Również od 2008 roku podobną "politykę powrotu" podjęła Rosja. Powołała do istnienia biura repatriacyjne, szczególnie w byłych republikach azjatyckich. W okresie pierwszych dwóch lat (do 2010 r.) rocznie powracało około 8000 osób.
Polska w ramach "Ustawy o repatriacji" z 2000 r. i działania systemu "Rodak" jest w stanie sprowadzić rocznie od 8 do 25 rodzin. W prowadzonej przez MSWiA bazie "Rodak" (w 2009 r.) nadal czeka z pisemnym przyrzeczeniem repatriacji ze strony rządu RP 1621 rodzin (2544 osoby). Średni okres oczekiwania wynosi, zgodnie z obietnicą rządu, od 7 do 9 lat. Po ilu setkach lat wrócą potomkowie polskich zesłańców?
Swoistym chichotem historii może być fakt, że obecnie najwięcej polskich repatriantów znajduje się w Rosji i w Niemczech. Oczekujący od ponad 20 lat Polacy, tracąc nadzieję na powrót do Ojczyzny, wykorzystali więc systemy repatriacyjne innych państw. Z prostych i oczywistych względów pracowitości i dużej dzietności opłaca się Rosjanom i Niemcom zapraszać Polaków do swoich krajów. Natomiast w Polsce, zdaniem MSWiA oraz MSZ, ci sami zesłańcy są niezaradni i zbyt roszczeniowi, a ich powrót jest zbyt dużym ciężarem dla kasy państwowej.
A wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy istnieje artykuł 52 pkt 5 Konstytucji RP, gdzie stwierdza się, że każda "osoba, której pochodzenie polskie zostało stwierdzone zgodnie z ustawą, może osiedlić się na terytorium Rzeczypospolitej na stałe". Pomimo stwierdzenia swego pochodzenia Polacy w Kazachstanie wrócić jednak nie mogą, gdyż nie istnieje taka ustawa, a próby uchwalenia wynikającego z Konstytucji pakietu ustaw "powrotowych" (m. in. społeczny projekt "Ustawy o powrocie z zesłania") są skrzętnie blokowane. Nie budzi to również zatroskania Rzecznika Praw Obywatelskich czy innych kompetentnych instytucji, że od kilkunastu lat łamane są prawa konstytucyjne. Jest to szczególnie bolesne w tym okresie, gdy wprowadzana jest w Polsce abolicja dla uchodźców. Warto zapytać urzędników z MSWiA zajmujących się do niedawna równocześnie uchodźcami i repatriantami w ramach Urzędu ds. Uchodźców i Repatriacji (obecnie Departament ds. Obywatelstwa i Repatriacji), dlaczego osoby, które przybyły tu nielegalnie, wbrew prawu mogą otrzymać zgodę na pobyt w Polsce, zaś legalnie oczekujące od lat tysiące kazachstańskich Polaków z pisemną obietnicą rządu polskiego w ręku nie otrzymają od MSWiA takiej szansy. Wręcz odwrotnie, MSWiA blokuje im możliwość przyjazdu. Czy jest to państwo prawa?

Czekają na powrót
W obliczu całkowitego fiaska ciągnącego się od 2000 r. państwowego systemu "Rodak" z inicjatywy Wspólnoty Polskiej i jej prezesa śp. Macieja Płażyńskiego oraz we współpracy ze Związkiem Repatriantów RP powstała społeczna propozycja "Ustawy o powrocie do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich". Główną naszą ideą było zrównanie w prawach i zastosowanie rozwiązań stosowanych wobec uchodźców. Jedyną istotną różnicą było danie środków na zagospodarowanie oraz możliwość zdobycia prostego, przydatnego w Polsce zawodu.
Samoograniczaliśmy się w naszych propozycjach, nie chcieliśmy, by łatwo było wykorzystać przeciw powrotowi z Kazachstanu zwykłą zawiść ludzką, jaka rodzi się w obliczu biedy w Polsce, by nikt nie mówił, że przyjmujemy "Ruskich", a ludzie czekają na lokale komunalne czy na pracę. Oczywiście uważaliśmy, że słuszna byłaby polityka zadośćuczynienia ze strony państwa polskiego za 76 lat zesłania. Zsyłano bowiem ludzi świadomych swej polskiej tożsamości, silnie związanych z Kościołem, zaradnych i przedsiębiorczych, mogących stanowić źródło oporu. Przesiedlono całe rodziny, by zniszczyć i złamać je psychicznie oraz fizycznie, wykorzystać do niewolniczej pracy, zaś dzieci zrusyfikować. 20 lat potwornego głodu i niewolniczej pracy do śmierci Stalina, kolejne 50 lat zesłania - czy nie są dostatecznym dowodem na ich polskość? Kto przerwie karę tych Polaków? Czy obecna polityka polska nie wpisuje się w dalszy ciąg ich gehenny? Chcemy zatem w ustawie znieść również egzaminy z języka polskiego, wiedzy o Polsce, nie mają ich przecież nawet uchodźcy. Przywołam tu jedno z zadawanych obecnie przez konsula pytań np. o patrona Krakowa. Jeżeli nie wiecie, drodzy Czytelnicy, że to św. Florian, a nie Stanisław, to nieważne, że wasz dziadek zginął rozstrzelany, że rodzeństwo zmarło z głodu, że nie było szans na naukę języka polskiego i historii. Nie macie prawa powrotu. Cóż, tylko Rosjanie bez egzaminów uznali tych zesłańców za Polaków!
Projekt ustawy o powrocie z zesłania został zaatakowany na pierwszym spotkaniu podkomisji sejmowej i zdecydowanie odrzucony przez stronę koalicyjną i MSWiA. Jawne odrzucenie projektu nie wchodziło jednak w rachubę w obliczu ponad 200 tys. zebranych podpisów i możliwości strat wizerunku w roku przedwyborczym. Powstała zatem równocześnie w Senacie RP propozycja kolejnej, już trzeciej nowelizacji starej, niedziałającej "Ustawy o repatriacji" z 2000 r., która przeszła całą procedurę senacką przy poparciu wszystkich partii (sic!) i weszła pod obrady Sejmu. Połączenie obu projektów - społecznego i koalicji rządowej, w ramach podkomisji doprowadziłoby do zakończenia prac nad wspólnym już projektem z końcem kadencji Sejmu. Pamiętać bowiem należy, że tylko projekty "czysto" społeczne przechodzą do dalszych prac w nowo wybranym parlamencie. W ten sposób osiągnięto by w białych rękawiczkach zakończenie prac nad projektem. Ale zdecydowana postawa kilku osób z koalicji PO - PSL szczęśliwie na to nie pozwoliła. Cały czas projekt napotykał zdecydowany opór, pomimo że wszyscy stwierdzali w obliczu konkretnych danych, że repatriacja prawie nie istnieje. Winne były gminy, które nie zapraszały repatriantów, z czym w pełni się zgadzaliśmy. Więc kiedy proponowaliśmy konkretne tematy i propozycje zmian, brak było na nie zgody. Nie osiągnęliśmy zgody strony MSWiA nawet na ustalenie harmonogramu spotkań, nie mówiąc o konkretnych tematach tam poruszanych. W sumie w ciągu roku spotkaliśmy się zaledwie cztery razy. Skąd bierze się ta niechęć ze strony urzędników MSWiA, którzy wykazali się przez lata kompletną niekompetencją i nieudolnością, ponieważ nie tylko że przyjmują zaledwie 8-25 rodzin rocznie, to jeszcze nie byli nawet w stanie od 11 lat wykorzystać przyznanych środków na repatriację. Dzieje się to w obliczu wielotysięcznej kolejki oczekujących w systemie "Rodak". Około 20 procent przyznawanych środków każdego roku jest zwracanych, np. w 2008 r. z przyznanych 8 339 798 zł urzędnicy nie wykorzystali 1 660 202 zł, zaś w 2009 r. z przyznanych 7450 202 nie wykorzystano 1 615 718 złotych. Problemu z powrotem Polaków z Kazachstanu nie da się zatem sprowadzić tylko do kwestii braku środków na repatriację, co jest głównym zarzutem strony koalicyjnej wobec projektu społecznego ustawy. Wyraźnie widać tu obok wadliwości dotychczasowej ustawy brak kompetencji i niechęć urzędników, a przecież są to ci sami ludzie, którzy zajmują się dziesiątkami tysięcy spraw uchodźców, emigrantów.
Polacy w Kazachstanie są nadal tylko dobrym tematem dla PR-owskich poczynań, nie stanowią rzeczywistego elektoratu, z którym musieliby się liczyć politycy. Mieszkają 5 tys. km od Polski i nie są nawet w stanie demonstrować w swoich sprawach. To tylko Państwo, którzy złożyli podpisy, którym nie jest obcy ich los, którzy w rodzinach doświadczyli gehenny zesłania, stanowią realną siłę mogącą im pomóc. Tylko naciski społeczne mogą zmusić polityków do działania, trudno jest bowiem po okresie 20 lat zaniechania mówić o ich dobrej woli. My, którzy pisaliśmy tę ustawę, prosimy o pomoc, o naciskanie swoich posłów, o kontakt ze Związkiem Repatriantów. Każde środowisko, wszelkie inicjatywy, wszystkie pomysł są cenne. Nie pozwólmy, by po cichu, w ramach gier koalicyjnych skazano dziesiątki tysięcy Polaków na dalsze zesłanie, bo gdy czytają Państwo te słowa, w północnym Kazachstanie jest około 20 stopni mrozu i jak co roku od 76 lat zamarzają tam w buranach (burze śnieżne) nasi rodacy.

Dr Robert Wyszyński Instytut Socjologii, Uniwersytet Warszawski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 22 maja 2012, 06:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Posiołek na stepie

Od maja do września 1936 r. z Podola i Wołynia deportowano do Kazachstanu od 50 do 60 tys. Polaków

Pierwsi Polacy znaleźli się w Kazachstanie ponad dwieście lat temu. Byli to zesłani tam konfederaci barscy i uczestnicy Powstania Kościuszkowskiego. Później w bezkresne stepy trafiali uczestnicy zrywów narodowych z XIX wieku. Tym ostatnim Kazachstan zawdzięcza pierwsze na świecie opisy jego mieszkańców i ich kultury. W tym roku mija 76 lat od masowej deportacji do Kazachstanu Polaków z Ukrainy - z Podola i Wołynia. Przez kilkadziesiąt lat byli pozbawieni kontaktów z Polską, dyskryminowani ze względu na narodowość, słuchali antypolskiej propagandy, byli wynaradawiani i musieli ukrywać życie religijne. Polska Ludowa nie interesowała się nimi, zostali zapomniani. Zachowali jednak świadomość swojego pochodzenia, a starsze pokolenie żywą wiarę i głębokie przywiązanie do Kościoła. Ci, którzy urodzili już w Kazachstanie, czują się związani z Polską i mają nadzieję, że Macierz o nich pamięta.


"Element kontrrewolucyjny"
O deportacji Polaków zadecydowało kilka powodów. Niepowodzenie, jakim zakończył się plan ich sowietyzacji i przygotowania z nich kadr bolszewickich działających przeciwko Polsce; zdecydowane trzymanie się przez nich Kościoła i wiary; najsilniejszy w porównaniu z innymi grupami ludności opór przeciwko kołchozom w latach 1929-1930 oraz plan przygotowania terenów graniczących z Polską do planowanej z nią wojny. Polacy, uznani za "element kontrrewolucyjny", ściągnęli na siebie wściekłość Stalina i szczególnie krwawe represje pod koniec lat 30. Liczba rozstrzelanych wówczas Polaków była wszędzie, ale szczególnie na Ukrainie, procentowo o wiele większa niż wśród innych narodowości. W kwietniu 1936 r. zarządzono ich deportację z zachodnich, sąsiadujących z Polską obwodów: żytomierskiego, winnickiego i kamieniecko-podolskiego do Kazachstanu. Od maja do września wywiezionych zostało od 50 do 60 tys. Polaków.
Informację o wywózce podawano tydzień lub kilka dni wcześniej. Wolno było zabrać przedmioty domowe i krowę, jeśli ją ktoś posiadał. W towarowych wagonach umieszczano po 5-6 rodzin. Wśród czekających na dworcach płaczących ludzi krążyli komendanci NKWD, zapewniając ich, że jadą do ciepłego kraju i na żyzne ziemie, gdzie niczego nikomu nie brakuje. Wywożono wszystkie kategorie ludzi. Bogatszych i biednych, tzw. kułaków (do tej kategorii byli zaliczani także ludzie bardziej religijni) i "aktyw kościelny", to znaczy chodzących do kościoła. Przede wszystkim jednak wysiedleniu podlegali ludzie o widocznej, polskiej świadomości narodowej i religijnej. Nie wywożono ludności żydowskiej i księży. Ci ostatni zostali już wcześniej aresztowani i skazani. Podróż trwała 2-3 tygodnie. Dla wyrwanych brutalnie ze swoich rodzinnych stron ludzi, wyrzuconych na odległy o kilka tysięcy kilometrów pusty step, był to dramat trudny do opisania.

Przywieźli w czyste pole
Warunki życia, na jakie zostali skazani wygnańcy, lepiej ukazują wspomnienia ludzi wywiezionych do Kazachstanu (można je spotkać tylko wyjątkowo) niż prace naukowe (ukazują je wspomnienia Marii Kuberskiej pt. "To było życie...". Wspomnienia z Kazachstanu 1936-1996, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2006. Z nich pochodzą niektóre tytuły w tekście i cytaty).
Do końcowych stacji kolejowych podjeżdżały ciężarówki i zabierały przybyszów. Jechały w step. Zatrzymywały się w miejscach, gdzie tkwiły ponumerowane paliki z napisami: "Toczka 1", "Toczka 2" (Punkt 1, Punkt 2) itd., odległe od sobie kilka kilometrów. Przy nich stały duże namioty, niedaleko była studnia. Każda "toczka" oznaczała miejsce na powstanie "posiołka" (osiedla, wioski). W namiotach, w niesłychanym tłoku, bez światła i bez jakichkolwiek mebli, mieściło się po kilkanaście rodzin. Nie było drzew. Zagotowanie wody wymagało zbierania suchych chwastów na stepie i wyschniętego nawozu krowiego (tzw. kiziaku) jako paliwa. Przez kilka dni po przyjeździe ludzie nie mogli pogodzić się z sytuacją, w jakiej się znaleźli. Głośno narzekali, czasem żądali odwiezienia ich z powrotem. Tak było w jednej z grup przywiezionej spod Żytomierza. Gdy jednak aresztowano kilku mężczyzn, którzy już nie wrócili, narzekania ustały. Już w pierwszych dniach nakazano ludziom budować domy, by mogli przeżyć zimę. Wznoszono je z pewnego rodzaju dużych cegieł z wydeptanej gliny i słomy, wysuszonych na słońcu, które każda rodzina musiała sobie sama zrobić. Nazywały się "saman". Chaty były do połowy wkopane w ziemię. Na dach kładziono rodzaj strzechy ze słomy i przysypywano ją ziemią. Poszycie przeciekało w czasie deszczu i woda zalewała mieszkanie. Niekiedy w jednym małym pomieszczeniu składającym się na chatę mieściły się dwie rodziny. Panował ścisk i trudno było mówić o higienie, zwłaszcza zimą, gdy brakowało wody. "Jezu kochany, jakie te chaty były", wspomina jedna z Polek. Pierwsze umierały małe dzieci, ponieważ nie było dla nich żadnego pokarmu, oraz ludzie starsi. Zimą, nawet po wyjściu do studni po wodę w czasie buranu (burza śnieżna), ludzie błądzili i zamarzali w śniegu. Znajdowano ich martwych po kilku dniach. Z zasypanych śniegiem chat nie można było wyjść. Powstającym osiedlom ich mieszkańcy nie nadawali nazw znanych im z Ukrainy. Obawiali się, że nie powrócą w rodzinne strony... Powstawały więc nazwy Stiepnoje, Oziernoje itp.

"I zrobili nas niewolnikami"
Deportowanych skierowano do pracy w kołchozach, gdzie byli darmową siłą roboczą. By przeżyć, należało kraść dostępne na polach płody rolne. Groziły za to surowe kary w postaci kilku lat więzienia i wielu je poniosło. Ratowała ludzi wzajemna pomoc w nielegalnym zdobywaniu żywności. Niektórym rodzinom udało się uciec do odległych sowchozów (państwowe gospodarstwa rolne), w których, w przeciwieństwie do kołchozów (spółdzielnie rolne), za pracę płacono pieniędzmi. W czasie wojny mężczyzn zabierano do "trudarmii", to znaczy do batalionów roboczych. Wielu ich nie przeżyło ze względu na panujący w nich głód i choroby. Gdy po wojnie niektórzy zaczęli uciekać z Kazachstanu, by wrócić w rodzinne strony, władze w 1949 r. wprowadziły tzw. komendanturę. Nikt nie miał prawa opuścić swojej wioski, za to wszyscy od 16. roku życia musieli co tydzień lub dwa meldować się na posterunku milicji obecnym w każdym osiedlu. Na udanie się do innego posiołka konieczne było pisemne pozwolenie komendanta, obowiązywało natychmiastowe zameldowanie się u niego po powrocie. Kto tego nie dopełnił, szedł na 15 dni do aresztu albo otrzymywał karę 100 rubli. Funkcje komendantów pełnili Rosjanie i Ukraińcy, wcześniej zamieszkali w Kazachstanie. Dopiero w 1956 r. "komendantura" została zniesiona. Wcześniej kołchoźnicy otrzymali niewielkie działki pola do własnego użytku. Sadzili ziemniaki i warzywa, dzięki czemu polepszyły się warunki ich życia. Przy chatach powstały niewielkie pomieszczenia dla zwierząt domowych. Niektórzy mieli prymitywne żarna do mielenia pszenicy, zrobione ze znalezionych kamieni przez osoby bardziej zaradne. Ludzie zaczęli budować normalne domy mieszkalne. We wspomnieniach powtarza się zdanie: "O polskości nie było mowy". Dzieci chodziły do rosyjskiej szkoły, w której wyszydzane były wiara i religia.


"Strasznie nas tu za wiarę cisnęli"
Deportowani zabierali ze sobą książeczki do nabożeństwa, śpiewniki i krucyfiksy. Okazało się, że w Kazachstanie władze nie tolerują praktyk religijnych i stosują terror, by je zniszczyć. Ukazuje to następujące wydarzenie. W 1941 r. zmarł w osiedlu Stiepnoj w obwodzie kokczetawskim starszy człowiek wywieziony spod Kamieńca Podolskiego. Obecna na pogrzebie jego znajoma Genowefa Bielecka wspomina, że sąsiadka zmarłego Leonida Ilnicka, matka trojga małych dzieci, w dniu pogrzebu do zebranych w chacie ludzi powiedziała: "Tak pobożny był człowiek i wynieść go z domu bez modlitwy?". Rozpoczęła odmawianą na pogrzebach w Polsce modlitwę "Anioł Pański". Odmówili ją wszyscy zebrani. W nocy zajechał przed jej chatę "czornyj woron" (czarny kruk), zamknięta i pomalowana na czarno złowroga ciężarówka używana przez NKWD do przewożenia aresztowanych i więźniów. Zabrana kobieta już nie wróciła do domu.
Wiara w Boga była jedynym oparciem moralnym deportowanych, prześladowania jej nie zniszczyły. Ludzie ci przywieźli w sobie z rodzinnych stron bogatą kulturę religijną i ona pomagała im żyć nią w podziemiu. Były to tradycyjne nabożeństwa paraliturgiczne, takie jak Różaniec, Godzinki do NMP, Droga Krzyżowa, nabożeństwa majowe i październikowe oraz tzw. pominki, czyli wspólne modlitwy za zmarłych w 9. i 30. dzień po śmierci oraz w jej rocznice. Przywiązywano do nich dużą wagę. Polacy znali na pamięć wiele dawnych pieśni religijnych. Konspiracyjnie obchodzone były niedziele i święta kościelne, pomimo gróźb, że za tajne zebranie na modlitwę pół posiołka pójdzie do więzienia. Modlono się przy szczelnie zasłoniętych oknach. Ukryte modlitwy były z reguły bardzo długie i trwały od dwóch do czterech godzin. Mizerne chaty były pierwszymi kościołami i one tworzyły najważniejszą więź społeczną, niszczoną przez system inwigilacji i zastraszenia. Starsi zastanawiali się nad tym, w jaki sposób chociaż częściowo uratować wiarę. Ich dzieci już w przedszkolach i w szkole słyszały bowiem, że człowiek, który się modli, jest ciemny i zacofany. To było główne zagrożenie. Bo chociaż starali się przekazać wiarę swoim dzieciom i wnukom, to słowa nauczyciela, że Boga nie ma, szyderstwo, kpina i ośmieszanie ludzi wierzących były skuteczną formą walki z religią. Trwała ona ponad 50 lat i nie pozostała bez wpływu. Dziś znaczna część dawnego, młodszego pokolenia zesłańców nie ma nic przeciwko wierze w Boga, ale do kościoła nie chodzi. Do kościołów idą ich dzieci i wnuki. W pierwszym okresie w utrzymaniu życia religijnego ważną rolę odegrały cmentarze i stawiane na nich krzyże. Powstały bardzo szybko i były jedynym miejscem modlitwy tolerowanym z okazji pogrzebu. To dzięki tej pierwszej przestrzeni sakralnej ziemia kazachska stała się ludziom bliższa. Nie można pominąć charakterystycznych wzmianek, spotykanych we wspomnieniach deportowanych, dotyczących Kazachów. Mówią one o tym, że w najgorszych czasach nigdy Polakom nie szkodzili, a tam, gdzie Kazach był naczelnikiem gminy, "w sprawach religii znacznie lżej było".

To byli prawdziwi Polacy
W połowie lat 50. Nikita Chruszczow zwolnił z łagrów więźniów politycznych, w tym księży katolickich. Kilku z nich zostało skierowanych na zesłanie do Kazachstanu. Po zorientowaniu się, że istnieją tu liczne skupiska katolików, Polaków i Niemców, podjęli wśród nich konspiracyjną i półlegalną pracę duszpasterską. Na szczególne wyróżnienie zasługują księża: Władysław Bukowiński, Józef Kuczyński i Bronisław Drzepecki, wszyscy trzej z diecezji łuckiej. Bardzo ważną rolę w ukrytym duszpasterstwie odegrał także w latach 60. wędrowny konspiracyjny duszpasterz Polaków, kapucyn ze Lwowa, o. Alojzy Kaszuba.
Wiadomości o księżach obecnych w Kazachstanie rozchodziły się błyskawicznie wśród Polaków i Niemców. Nie widziano tam kapłanów od 20 lat i dlatego budzili najwyższe zainteresowanie. Duszpasterstwo rozpoczęło się od nabożeństw i udzielania sakramentów ludziom gromadzącym się potajemnie w chatach i mieszkaniach prywatnych. Później w wykupionych domach powstały prowizoryczne kaplice. Były nieustannie przepełnione wiernymi. Ksiądz Bukowiński pracował w Karagandzie, gdzie było duże skupisko Niemców, lecz podejmował konspiracyjne wyprawy misyjne do odległych skupisk Polaków w różnych częściach Kazachstanu i gdzie indziej. Ksiądz Drzepecki zbudował kaplicę w Zielonym Gaju w północnym Kazachstanie, gdzie miał bliską rodzinę deportowaną z Podola, i był duszpasterzem kołchoźników. W północnym Kazachstanie, w miejscowości Taincza, znalazł się także ks. Kuczyński. W okolicy żyło ok. 20 tys. Polaków. Byli też Niemcy. Maria Kuberska z Tainczy pisała o nim, że "był pierwszym objawieniem Bożym w Kazachstanie" i jemu zawdzięcza nawrócenie. Przybycie księży do tych ostatnich miejscowości było wynikiem listów i próśb miejscowych ludzi. Ze względu na nich wspomniani trzej księża przyjęli obywatelstwo sowieckie i zrezygnowali z powrotu do Polski.
Wielki napływ wiernych do miejsc kultu spowodowany obecnością księży i ich pracą zaskoczył i zaniepokoił władze. Pod koniec 1958 r., po z górą dwóch latach ich niezwykłej pracy, zostali aresztowani i skazani na kilka lat łagrów. Ksiądz Kuczyński dostał wyrok 10 lat. Oskarżony został o posiadanie radiostacji i rozmowy z Ameryką i z Watykanem. Z tego wyroku odbył siedem lat jako górnik kopalni węgla w Workucie. Władze miały powód do niepokoju. W maju 1957 r. ks. Kuczyński pisał do kolegi w Polsce: "Ochrzciłem już pięć tysięcy", i dodawał, że ma pracę najowocniejszą, jaką miał kiedykolwiek w życiu. Gdy delegacja wiernych z Tainczy prosiła naczelnika obwodowego Urzędu ds. Kultów Religijnych w Kokczetawie o jego zwolnienie, usłyszała w odpowiedzi, że jest niemożliwe: "Co on zdziałał za dwa lata, my za dwadzieścia lat nie odrobimy".
Można się zadumać nad planami Opatrzności. Jeszcze dwadzieścia lat trwała walka z religią i pełne poświęcenia starania o rejestrację kaplicy lub przyjazd księdza. Biorąca w nich udział bardzo zasłużona dla życia religijnego Anna Rudnicka z Krasnoarmiejska w północnym Kazachstanie wspominała, że pod koniec lat 60. aż 70 razy do obwodowego Urzędu ds. Kultów Religijnych w Kokczetawie jeździły delegacje z tej miejscowości z podaniami o rejestrację kaplicy. Na jej zakupienie dał środki o. Kaszuba, któremu ludzie za jego ofiarną pracę dawali tyle pieniędzy, że miał ich w nadmiarze. Zmarł we Lwowie z wyczerpania w 1968 roku. Gdzie indziej analogiczne starania wyglądały podobnie. Dziś we wspomnianych i innych miejscowościach w Kazachstanie, w których z niezwykłym poświęceniem pracowali wspomniani księża, stoją kościoły. Pracuje w nich kilkudziesięciu księży, w tym ok. 30 z Polski, i ponad 50 zakonnic. W 1995 r. powołane zostało do życia w Karagandzie seminarium duchowne. Kilkuosobowa grupa alumnów studiuje w różnych seminariach duchownych, także w Polsce. To wszystko by nie zaistniało bez życia religijnego w rodzinach polskich i niemieckich pomimo trwających kilkadziesiąt lat prześladowań i odważnej walki o prawo do swobód religijnych w systemie sowieckim. Wymagała ona wielu poświęceń zarówno kapłanów, jak i wiernych. "To byli prawdziwi Polacy", mówiła o swoich rodakach z obwodu kokczetawskiego Anna Rudnicka. W tej walce niezastąpioną rolę odegrali pierwsi księża polscy, którzy w połowie lat 50. przybyli do Kazachstanu. We wrześniu 2001 r., do stolicy tego kraju, Astany, przybył Ojciec Święty Jan Paweł II i dwukrotnie przemówił po polsku do rodaków. Witał także tych, którzy przyjechali z Uzbekistanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu i Kirgistanu. To była niezwykła ich nobilitacja jako Polaków w oczach innych narodowości, a przede wszystkim nagroda za wierność Kościołowi i Polsce i za lata poniżenia.

"I my się zostali w Kazachstanie"
Rozwiązanie się ZSRS radykalnie zmieniło dotychczasową sytuację religijną i narodowościową w Kazachstanie. Rozpoczęła się repatriacja różnych narodowości zesłanych do tego kraju. Wyjechali Niemcy, Litwini, Łotysze, Żydzi, Ukraińcy, Węgrzy, a także Rosjanie. Polska bardzo zawiodła nadzieje kazachskich Polaków. W latach 90. uchwalono wprawdzie ustawę mówiącą, że każda gmina w Polsce może zaprosić rodzinę polską z Kazachstanu, gdy zapewni jej mieszkanie i pracę. Istniejące w naszym kraju 1586 gmin wiejskich, 586 gmin wiejsko-miejskich i 306 gmin miejskich tylko w niewielkiej części zainteresowało się tą formą repatriacji rodaków ze Wschodu.
Spisy ludności wymieniają znacznie ponad 40 tys. Polaków w Kazachstanie. Najstarsze pokolenie marzy o Polsce, ale nie myśli o wyjeździe, choć mówi: "Nas wypędzili z Ojczyzny. Tu nie moja ojczyzna. To ziemia cudza". Dla tych ludzi za późno na repatriację. Natomiast młodsze pokolenie, pomimo prawnego pojawienia się warunków zachowania polskości (możliwość tworzenia oświaty polskiej i organizacji polskich) i swobód religijnych, nie widzi pespektyw dla siebie i swoich dzieci w Kazachstanie i szuka możliwości opuszczenia tego kraju. Przyczyny są oczywiste. Nieznany Polakom, trudny język kazachski stał się językiem urzędowym, co sprawia, że są oni spychani na margines, tracą dotychczasowe stanowiska, a nawet pracę. Budzi się nacjonalizm, który ich niepokoi. Dochodzą ich głosy: "Gośćmi u nas jesteście, wracajcie do siebie", niekiedy o wiele mocniejsze. Młodzi, mając do wyboru: pozostać lub wyjechać gdziekolwiek, jeśli tylko mogą, wybierają to drugie. Ich świadomość narodowa bywa różna. Wyjeżdżają do Rosji lub do Niemiec. W okręgu kaliningradzkim koło Ozierska są już trzy polskie wioski. Przyjechali tu, by być bliżej Polski. Ci, którym udało się przyjechać na studia do Macierzy, po ich ukończeniu nie myślą o powrocie. Nie mają do czego. Jest w Kazachstanie grupa inteligencji polskiego pochodzenia, lecz jest ona zwykle wynarodowiona i rozproszona po olbrzymiej przestrzeni tego kraju. W 2009 r. prezes Związku Polaków w Kazachstanie Witali Swincicki został mianowany przez prezydenta Nursułtana Nazarbajewa zastępcą przewodniczącego Zgromadzenia Narodu Kazachstanu, ciała konsultacyjnego przy prezydencie. W tym samym roku stwierdził, że powinien być kontynuowany proces repatriacji Polaków.

Ks. prof. Roman Dzwonkowski
--------------------------------------------------------------------------------

Ksiądz Roman Dzwonkowski jest socjologiem, długoletnim wykładowcą na KUL, specjalizuje się w historii Kościoła katolickiego w byłych krajach ZSRS. Autor wielu publikacji o martyrologii polskiego duchowieństwa na Wschodzie.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 28 cze 2012, 08:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Portal o zsyłkach na Sybir

Muzeum Wojska w Białymstoku tworzy specjalny portal internetowy sybir.com.pl, poświęcony problematyce zsyłek Polaków na Wschód. Będzie można tam zobaczyć m.in. pamiątki sybiraków z powstającego w mieście Muzeum Pamięci Sybiru.

Obecnie w Muzeum w Białymstoku mieści się wystawa pt. „Na okrutnej ziemi ” – losy Polaków zesłanych na Sybir od XVIII w. do 1956 roku. Zsyłki Polaków rozpoczęły się już w czasie wojen polsko-rosyjskich w XVII wieku. Kontynuowane były po powstaniach narodowych w XIX wieku. Na przykładzie wybranych postaci prezentowany jest wkład naszych rodaków w rozwój wschodnich i północnych guberni Rosji carskiej. Znaczącą część ekspozycji zajmują wywózki ludności z terenów okupowanych przez ZSRS w latach 1940-1941. Ekspozycja ukazuje, w jak okrutnych warunkach żyli zesłańcy, ich zmagania z głodem, surowym klimatem i morderczą pracą. Lata pięćdziesiąte XX wieku i okres powrotów do kraju zamykają muzealną prezentację. Wystawa ta stała się inspiracją i początkiem nowego projektu Muzeum Wojska – tworzenia Muzeum Pamięci Sybiru, które powstanie w Białymstoku przy ulicy Węglowej.

Muzeum Pamięci Sybiru, ogólnopolska placówka zajmująca się tematyką wywózek Polaków na Wschód, ma stanowić część Muzeum Wojska w Białymstoku. Stworzono już projekt architektoniczny muzeum, obecnie powstają projekty wystaw. Władze miasta chcą jego budowę sfinansować przy wsparciu środków z nowego budżetu UE na lata 2013-2020 z programu Rozwój Polski Wschodniej.

Jak powiedział dyrektor Muzeum Wojska w Białymstoku Robert Sadowski, portal internetowy będzie "wirtualnym Muzeum Pamięci Sybiru". Odbiorcami mają być osoby zainteresowane tematyką Sybiru w kraju, a także w Rosji, bo - jak podkreślił dyrektor - to zagadnienie dotyczy także tych terenów. Dlatego portal będzie też dostępny w języku rosyjskim.

Zostaną tam udostępnione bazy danych i literatura dotycząca Sybiru, a także zbiory muzeum, m.in. relacje sybiraków czy ich pamiątki, jak dokumenty czy rzeczy osobiste, które udało się placówce pozyskać.

Sadowski zaznaczył, że portal ma służyć też rodzinom sybiraków - dzieciom i wnukom, którzy szukają informacji, a może też chcą przekazać jakieś dokumenty swoich rodziców czy dziadków. - Chcemy przez portal nawiązać kontakt z Polonią, szczególnie z potomkami zesłańców rozsianymi po całym świecie, którzy przez taki portal będą mogli dotrzeć do naszej placówki - powiedział. Portal ma powstać do 2014 roku. Do końca tego roku powinien zostać wybrany wykonawca. Sadowski dodał, że najwięcej pracy wymagać będzie digitalizacja zbiorów muzeum.

Muzeum prowadzi też ciągle zbiór pamiątek sybirackich, które będą stanowiły część wystaw w Muzeum Pamięci Sybiru. Sadowski powiedział, że z placówką chętnie współpracuje środowisko sybirackie z Podlaskiego, ale coraz częściej odzywają się też sybiracy z innych części kraju. Liczy, że pamiątki uda się także pozyskać od sybiraków z Rosji, z którymi muzeum nawiązało kontakt.

- Kiedy sybiracy widzą, że muzeum pozyskuje pamiątki na konkretne działania, że ich listy czy inne rzeczy z wywózki będą udostępnione szerszemu gronu, że ktoś pozna ich historię, to chętniej te pamiątki oddają - powiedział Sadowski.

Portal ma być dofinansowany z unijnych pieniędzy, z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego. Zarząd województwa podlaskiego zdecydował o przekazaniu muzeum na ten cel, ale także na inne działania w placówce, m.in. aranżację nowej wystawy stałej, 850 tys. złotych. Jednak nie wiadomo jeszcze, jaka część tego zostanie przeznaczona na stworzenie portalu.

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... sybir.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 11 wrz 2012, 06:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Sowieci postawili chlewnię na cmentarzu

Z Leokadią Nowik, wywiezioną z matką i rodzeństwem do obozu pracy w Kargowinie na Syberii, uczestniczką białostockiego XII Marszu Żywej Pamięci Sybiru, rozmawia Adam Białous


Skąd Sowieci wywieźli Panią na Wschód?
- Przed wojną mieszkaliśmy w osadzie Zababie, niedaleko miasteczka Prużan, położonego na Polesiu, blisko dawnej granicy z Sowietami. Zababie było osadą wojskową założoną przez 18 osób, m.in. mojego dziadka, byłych żołnierzy Wojska Polskiego walczących o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1914-1921. Po ciężkich walkach, po bojowych trudach, otrzymali ziemię, którą trzeba było zagospodarować. Nie mieli nic oprócz utrudzonych i nieraz okaleczonych rąk. Nie mieli również często przygotowania rolniczego. Uczyli się więc wzajemnie od siebie. Byli to ludzie zahartowani w boju i nie przerażała ich praca na roli. Chociaż nie mieli żadnego sprzętu ani inwentarza, to zaciągnąwszy pożyczki, budowali domy, budynki gospodarcze, kupowali maszyny i inwentarz.


Kiedy po raz pierwszy odczuliście sowiecki terror?
- Było to zaraz po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich 17 września 1939 roku. Natychmiast zaczęły się grabieże i niszczenie ludności posiadającej większe gospodarstwa, mordowanie ludzi wykształconych, inteligencji oraz tych, którzy zajmowali stanowiska w urzędach. W Prużanie biedota żydowska witała wojska sowieckie z kwiatami. Ich młodzież i dzieci z czerwonymi opaskami na rękawach i portretem Stalina wznosili powitalne okrzyki. Społeczność, która dotychczas żyła zgodnie, utrzymywała przyjazne stosunki, podzieliła się. Miasteczko nasze się zmieniło. Ludzie patrzyli na siebie nieufnie. Dawniej zdawało się, że wszyscy żyli zgodnie, że nie ma różnicy między Polakiem, Białorusinem i Żydem. Teraz trzeba było uważać, żeby nie wypowiedzieć nieopatrznie niepotrzebnego słowa. Mój ojciec, który uczestniczył w kampanii wrześniowej, został przez Sowietów aresztowany, więcej go już nie zobaczyliśmy.


Jak Pani pamięta tragedię aresztowania i deportacji?
- Kiedy nas wywożono na Sybir, m.in. moją mamę, mnie, moją siostrę i brata - miałam już 14 lat. Byłam więc zdolna do oceny, mniej więcej, otaczającej mnie rzeczywistości. Było to 10 lutego 1940 roku. Trzydzieści stopni mrozu. Wczesnym rankiem dobija się trzech czerwonoarmiejców. Początkowo mama nie otwierała drzwi, ale uderzenie kolbą w okno oznajmiło, że mogą wybić okno, a przecież był środek zimy. Drżąca podeszła do drzwi i odsunęła zasuwkę. Jeden z nieproszonych gości wyjął wtedy papier z kieszeni i odczytał: "S roskazu wierchownowo sowieta przesiedlamy was do drugowo obwodu". Mama, nie znając języka rosyjskiego, niewiele początkowo z tego zrozumiała. Dopiero kiedy powiedział, żeby zbierała się, zaczęła zdawać sobie sprawę z sytuacji. Rozkazano nam wsiadać do sań. Za chwilę straciliśmy z oczu rodzinny dom i wszystko to, co było z nim związane, nie wiedząc, że na zawsze, że nigdy już tu nie wrócimy i nie zobaczymy rodzinnych stron. Zgrupowano nas w szkole w Rudnikach. Tu spotkały się rodziny osadników z Zababia, Kletnego, Czarnych Łozów, Agatowa i innych. Byli też nauczyciele, gajowi i bogatsi gospodarze. Tłoczyli się wszyscy na podłodze między tobołami powiązanymi w różnego rodzaju kapy, koce, pasiaki czy kilimy. Starzy ludzie z siwymi głowami, kobiety i dzieci, młodzież i mężczyźni. Rano, 11 lutego, polecono nam załadować się na sanie. Mróz trzydzieści stopni. Nawet wtedy, gdy dojechaliśmy do stacji Orańczyce przed towarowe wagony, nikomu nie przyszło do głowy, że właśnie oglądamy ostatni skrawek polskiego nieba.


Jakie były warunki egzystencji na Sybirze?
- Po podróży trwającej miesiąc, odbytej w nieludzkich warunkach, w bydlęcych wagonach, dowieziono nas do kresu naszej wędrówki - Kargowiny. To skrót nazwy obozu zwanego wcześniej KARA GOSPOD WINOWATYCH. Miejsce znajdujące się na prawym brzegu północnej Dwiny, otoczone niebosiężnym lasem, nie do przebycia od strony północnej. Był to obóz byłych więźniów dozorowanych przez NKWD. Przed naszym przyjazdem gdzieś ich przetransportowano. Ulokowano nas w niewielkim pokoju, w drewnianym, dużym budynku. Już trzeciego dnia kazano nam pracować. Do pracy trzeba było iść cztery kilometry po pas w śniegu. Szliśmy gęsiego, zmieniając się co pewien czas, gdyż pierwsi szybko się męczyli, torując drogę w głębokim śniegu. Kałku - tak nazywała się miejscowość, w której wyznaczono nam pierwszą pracę. Leżały tam zwały drzewa grubo przysypane śniegiem. Dzieciom polecono odrzucać śnieg ze zwałów drewna oraz przekopywać przejścia w miejscu pracy. Początkowo praca ta nas bawiła i stwarzała nawet przyjemność. Jednak po kilku godzinach byliśmy już dobrze zmęczeni, a po ośmiu godzinach, kiedy wracaliśmy do domu, te cztery kilometry drogi po śniegu były koszmarne. Zadaniem kobiet, m.in. mojej mamy, było piłowanie drzewa na kawałki metrowej długości, rąbanie na szczapy i układanie w metrach sześciennych. Norma wynosiła cztery metry sześcienne dziennie. Moja mama rozpoczęła tę pracę razem z panią Jasią Olszańską. Obie nigdy wcześniej nie trzymały w rękach ani piły, ani siekiery. Piła więc jak chciała, tak skakała po zamarzniętym drewnie. Z siekierą i żelaznym klinem było jeszcze gorzej. Kiedy piła zgrzytała i gięła się we wszystkie strony, można było stracić rękę albo co najmniej pół nogi. Zaledwie po godzinie takiej katorgi wszystkie były zmęczone i spocone. Praca była ponad siły, do tego choroby i słabe żywienie, czasem głód. Ludzie tego nie wytrzymywali, szczególnie dzieci. Pani Młyńcowa, która miała siedmioro dzieci, wróciła do kraju tylko ze Zdzisią, reszta zmarła.


Czy na terenie obozu był cmentarz, na którym można było chować swoich bliskich zmarłych?
- Cmentarz utworzono tuż za Kargowiną w lesie, wśród ogromnych sosen i świerków. Szybko zapełniał się i powiększał. Dzieci umierały jedno po drugim, a także ludzie starsi nie wytrzymywali warunków, jakie tu panowały. Latem bodajże roku 1943 na cmentarz przywieziono materiały budowlane. Wszyscy myśleli, że nasz cmentarz ogrodzą. Kiedy zaczęto stawiać podmurówki z grubych bali, okazało się jednak, że na cmentarzu budują... chlewnię. Ludzie zaczęli protestować, płakać, chodzić z prośbami do naczelnika. Wszyscy słyszeli jednakową odpowiedź: "Takoj prikaz" (Takie zarządzenie). Ojciec mojej mamy, Piotr Zimnoch, zmarł jesienią 1941 roku, a pan Janowski - latem. Został pochowany na tym cmentarzu. Mama z panią Janowską poszły więc z prośbą do biura i prosiły z płaczem, że przecież tu wkoło jest dużo pustych obszarów, gdzie można budować, a Polacy pomogą, jeżeli trzeba będzie coś wykarczować. Tu są wszystko świeże groby. Tłumaczyły mu, że na całym świecie w różnych systemach jest szacunek dla zmarłych. Milczał jak głaz, stał spokojnie, wpatrując się w podłogę. Zanim opuściliśmy Kargowinę, po tym cmentarzu nie został już żaden ślad. Wówczas nikt nie rozumiał, kto mógł wydać taki bezduszny rozkaz. Komu zależało, aby zniszczyć cmentarz? Cóż on komu mógł przeszkadzać? Dziś już wiemy, kto i dlaczego wydawał rozkazy, aby zatuszować zagładę Polaków, aby zniszczyć nawet ich groby. My, którzy przeżyliśmy Sybir, wróciliśmy do Polski z mamą i rodzeństwem w roku 1946, mamy obowiązek przekazywać wiedzę o wywózkach, m.in. o tej profanacji grobów naszych bliskich, kolejnym pokoleniom Polaków. Trzeba to pamiętać, żeby się nie powtórzyło.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... tarzu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 11 lut 2013, 08:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Zignorowana rocznica

Kolejna ważna rocznica wydarzeń kluczowych w naszych dziejach przechodzi praktycznie bez echa. Na skutek wielkich i brutalnych wypędzeń ludności polskiej z Kresów Wschodnich, zwanych eufemistycznie deportacjami (na ogół całych rodzin wraz z dziećmi, także małymi, w ramach odpowiedzialności zbiorowej), wywieziono w warunkach urągających ludzkiej godności setki tysięcy Polaków. Duża ich część nie wróciła już nigdy, pozostając w lodach i śniegach dalekiej sowieckiej Północy i w piaskach Południa…

W 1941 r., po tzw. amnestii (jak dla pospolitych przestępców), mała część wywiezionych zdołała opuścić sowieckie więzienie (cały kraj był przecież jedną wielką „tiurmą” ludów). Część wracała dopiero po zakończeniu działań wojennych, po 1945 roku. Niektórzy jednak spędzili tam nawet po 20 i więcej lat.

Pamięć o tych ofiarach powinna być dla nas rzeczą świętą. Jednakże na skutek polityki historycznej obecnych władz mamy do czynienia z zamilczaniem i pomniejszaniem skali ofiar, bagatelizacją zła, polityką „lisiego ogona”, czyli zacierania śladów po wydarzeniach tak doniosłej wagi.

Pierwsza wielka deportacja Polaków rozpoczęła się 10 lutego 1940 roku. Panował wówczas ogromny mróz, wypędzenia i wywózki nastąpiły z całkowitym zaskoczeniem. Przygotowywane były przy pomocy miejscowego aktywu rewolucyjnego wywodzącego się z miejscowych mętów i mniejszości narodowych. Współpracownicy władzy sowieckiej, także przy wypędzeniach i wywózkach na Sybir, przez prawie pół wieku istnienia „Polski Ludowej” zajmowali najbardziej eksponowane funkcje w komunistycznym państwie. Ich dzieci dobrze urządziły się w III RP, która jest przecież tworem przejściowym, kontynuując dziedzictwo (w tym prawne i historyczne) PRL.

Sowieckie wypędzenia i eksterminacje z tym związane kwalifikują się jako zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Ale Związek Sowiecki, przymusowo zmieniając w czerwcu 1941 r. front z sojuszu z Niemcami na sojusz z zachodnimi aliantami, znalazł się w obozie zwycięzców i nikt go nie śmiał pytać o odpowiedzialność.

Nie jest więc sprawą przypadku, że takie wydarzenia są także ignorowane przez obecne władze. Mamy logiczny ciąg zdarzeń: monument dla sowieckich najeźdźców w Ossowie (podczas gdy skromny pomniczek polskich obrońców nie był nigdy po wojnie restaurowany), ignorowanie 150. rocznicy Powstania Styczniowego czy obecnie zlekceważona rocznica masowych wypędzeń i wywózek ludności polskiej z Kresów. Podobnych przykładów jest oczywiście znacznie więcej. To skutek określonej polityki historycznej, mającej na celu rozmywanie fundamentów naszej świadomości narodowej w ramach zwalczania „nikomu niepotrzebnej” martyrologii z okresu II wojny światowej, a także w okresie „ustanawiania i utrwalania władzy ludowej”, w którym przecież wymordowano kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Już tak było, że gdy państwo nie spełniało oczekiwań (lub byliśmy go pozbawieni), tradycja i wiedza historyczna przechowywane były głównie w domach. Dziś do tego wracamy – z przymusu, nie mogąc liczyć na instytucje do tego powołane.
--------------------------------------------------------------------------------

Autor jest historykiem i publicystą
Dr Leszek Żebrowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... znica.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 12 lut 2013, 07:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Dwa pokolenia o zsyłkach

Kilkudziesięciu sybiraków uczestniczyło w krakowskim upamiętnieniu 73. rocznicy pierwszej masowej wywózki na Sybir w czasie II wojny światowej. Towarzyszyła im grupa młodych historyków.

Po raz pierwszy uroczystość odbyła się w siedzibie niedawno otwartego Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń zlokalizowanego w krakowskim Forcie Skotniki.

– Okazuje się, że nie tylko my staramy się mówić o naszej przeszłości, ale też grupa młodych historyków, która doprowadziła do stworzenia tej instytucji. Kiedy nas zabraknie, oni o nas będą pamiętać i przekazywać dalej opowieść o naszych losach – powiedziała Aleksandra Szemioth, prezes krakowskiego oddziału Związku Sybiraków, przewodnicząca Komisji Historycznej.

Sybiracy tworzą obecnie najliczniejsze stowarzyszenia kombatanckie w kraju, w samym Krakowie jest to ok. 700 osób.

Okazją do spotkania była 73. rocznica pierwszej deportacji Polaków w głąb ZSRS. Wydarzenie to zapoczątkowało dramatyczne losy około 1,5 miliona Polaków zesłanych na Sybir.

– To była najgorsza z czterech ogromnych akcji deportacyjnych. Najgorsza w tym, że była pełnym zaskoczeniem, bo listy deportacyjne przygotowano w tajemnicy i w nocy do domów polskich wkroczyły grupy uzbrojonych żołnierzy sowieckich, NKWD w towarzystwie cywilów z mniejszości narodowych, którzy byli donosicielami i pomagali przygotować listy zesłańców. To bardzo przykra część tej historii – mówiła Szemioth.

Przy panującym wówczas silnym mrozie wywożono całe rodziny, nie dając nawet czasu na spakowanie dobytku. Na pobliskich stacjach kolejowych czekały wagony bydlęce, do których pakowano zesłańców. Osiedlani byli w szczególnie trudnych warunkach klimatycznych i terenowych. Stąd też śmiertelność z powodu głodu, chorób, mrozów oraz wycieńczenia była niezwykle wysoka. Wciąż brakuje precyzyjnych danych o tym, jak wielu Polaków zginęło na „nieludzkiej ziemi”. Ci, którym dane było wyjście z łagrów wcześniej, w 1941 roku, z armią gen. Andersa, nie powrócili do Ojczyzny. Ci, którzy przeżyli sześć lat na Syberii, wrócili do Polski, lecz nie do swoich domów.

Jak przypomnieli sybiracy, po zakończeniu II wojny światowej nie wolno było mówić o zsyłkach. Stało się to możliwe w 1989 roku. – Znaczna część społeczeństwa, zwłaszcza jego młodsza część, nie miała pojęcia o tej tragedii, która dotknęła nasz Naród w czasie II wojny światowej. Dlatego my, którzy jeszcze żyjemy, a jesteśmy świadkami i uczestnikami tych wydarzeń, staramy się tę lukę w wiedzy społecznej wypełnić i publikacjami, i takimi jak to spotkaniami – dodała prezes Szemioth.

Co roku sybiracy rocznicę pierwszej deportacji starają się podkreślić jakimś szczególnym akcentem. W tym roku miejscem spotkania było Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń, w którym sybiracy upatrują spadkobiercę swoich działań. Dotychczas Centrum docierało do Polaków, którzy przeszli przez Sybir i pozostali na emigracji. Zakres jego działań będzie jednak szerszy. – Na początku swojej działalności chcemy zebrać jak najwięcej relacji wspomnieniowych od świadków historii, szczególnie sybiraków oraz przymusowo wysiedlonych ze swych domów przez niemieckiego okupanta w czasach II wojny światowej. Docelowo swoimi badaniami chcemy objąć okres przymusowych migracji od konfederacji barskiej po czasy represji komunistycznych – podkreślił dr Hubert Chudzio, dyrektor Centrum. Instytucja ta ukonstytuowała się w 2011 roku dzięki inicjatywie władz Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.

Marcin Austyn

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... lkach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 21 lut 2013, 08:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Legioniści z Sybiru

„Lepsza nam kula niźli takie życie!” – rzucił jeden z nich w twarz rosyjskiemu pułkownikowi Czerniajewowi i słowa te, unieśmiertelnione przez Kornela Ujejskiego, weszły do kanonu poezji narodowej.

Nazwali się Syberyjskim Legionem Wolnych Polaków. Walka do jakiej stanęli w dalekim Kraju Zabajkalskim latem 1866 roku, nie była dla nich pierwszyzną. Wszyscy byli weteranami Powstania Styczniowego (1863-1864), ponadto niektórzy mieli w swych życiorysach udział we wcześniejszych zrywach, bądź w wojnach prowadzonych przez armie zaborców. Jednak ich ostatnia akcja militarna głęboko podzieliła polskie kręgi niepodległościowe. Wobec syberyjskich legionistów formułowano najskrajniejsze sądy. Dla jednych pozostali wzorem nieugiętego męstwa. Inni potępiali ich za lekkomyślne zmarnowanie życia wielu patriotów.

Śladem Beniowskiego

Syberia była miejscem zsyłek Polaków już w XVI wieku. Po żołnierzach króla Stefana Batorego deportowanych wówczas na „nieludzką ziemię”, w następnych stuleciach zsyłano tutaj kombatantów wojen polsko-rosyjskich, potem powstań narodowych, wreszcie działaczy przeróżnych konspiracji. Wielu nigdy nie powróciło w rodzinne strony. Każdy marzył o ucieczce.

Natchnieniem dla wielu był czyn Maurycego Beniowskiego, generała Konfederacji Barskiej, wziętego do niewoli rosyjskiej i zesłanego na Kamczatkę. Beniowski wywołał tu zbrojny bunt, na krótko zawładnął stolicą półwyspu, Bolszereckiem, zdobył stojący w porcie okręt i na jego pokładzie pożeglował ku wolności (1771).
Po klęsce Powstania Styczniowego napłynęła na Syberię kolejna fala około 20 tysięcy deportowanych. Młodzi, pełni energii ludzie źle znosili jarzmo niewoli. Niektórzy szybko nawiązali kontakty z zesłanymi na Sybir rewolucjonistami rosyjskimi...

Plany były szalone. Chciano wzniecić bunt wszystkich kolonii karnych, poderwać do walki z caratem miejscową ludność, doprowadzić do secesji Syberii i utworzenia niezależnej republiki, Swobodosławii, bądź nawet zanieść płomień rebelii za Ural. Myślący realnie koncentrowali się na ucieczce, zamierzali przedrzeć się do Chin lub do emiratu Buchary. Wśród zesłańców trwały spory, niekończące się „nocne Polaków rozmowy”, co do celów i metod, jakie należało wcielić w życie. Zawiązywały się organizacje spiskowe, policja dokonywała rewizji i aresztowań. Wrzenie narastało.

Nagle, w kwietniu 1866 r., jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o amnestii ogłoszonej przez cara Aleksandra II. Wyroki dożywotniej katorgi zostały zamienione na 10 lat, inne kary zmniejszono o połowę, zaś katorżnicy z wyrokami do 6 lat mogli przejść na osiedlenie. Akt amnestyjny w znacznym stopniu rozładował napięcie w koloniach karnych. Znalazła się jednak garść desperatów, która postanowiła zrealizować zamiar zbrojnego zrywu.

"Rozbroili zbirów..."

Nocą z 24 na 25 czerwca 1866 r. wybuchł bunt polskich katorżników pracujących przy budowie drogi na południowych wybrzeżach jeziora Bajkał. Zesłańcy przebywali w kilku ośrodkach rozrzuconych w linii 200 wiorst. Od pewnego czasu narastał tu konflikt spotęgowany trudnymi warunkami bytowania (ciężka praca fizyczna po 13 godzin na dobę, kiepskie wyżywienie, brak higieny). Dlatego wezwania radykałów padły na podatny grunt.

Istnieją sprzeczne relacje, co do początków tego zrywu. Jedna z nich głosi, że to Narcyz Celiński, były uczestnik Powstania Wielkopolskiego 1848 r., następnie kapitan armii rosyjskiej (walczył na Kaukazie przeciw imamowi Szamilowi) i wreszcie uczestnik insurekcji styczniowej – że to on rozesłał wici z wezwaniem do buntu. Wedle innych, Celiński długo wzbraniał się przed przystąpieniem do powstania, a o jego wybuchu zadecydowali oficerowie: Gustaw Szaramowicz, Kazimierz Arcimowicz, Leopold Eljaszewicz i Edward Wroński. Tak czy inaczej, wystąpienie się rozpoczęło. Powstańcy rozbrajali strażników i żołnierzy rosyjskich, następnie ciągnęli do miejsca koncentracji pod Miszychą.

Insurgentów spotykało jedno rozczarowanie za drugim. Ludność Syberii, zarówno rosyjska jak i tubylcza, okazała pełną lojalność wobec władz. Setki cywilnych ochotników przyłączało się z bronią w ręku do oddziałów wojska wysłanych przeciw „buntowszczykom”. Relacji powstańców z ludnością cywilną nie poprawiły przeprowadzone przez nich konfiskaty broni myśliwskiej oraz żywności. Jednak prawdziwym wstrząsem dla inicjatorów insurekcji było stosunkowo niewielkie poparcie dla niej wśród samych zesłańców. Spośród 721 powstańców postyczniowych przetrzymywanych w tym rejonie (wg innej wersji 723), akces do Syberyjskiego Legionu Wolnych Polaków zgłosiło zaledwie ok. 250. Dla pozostałych pewniejsza była oferta carskiej amnestii. Na próżno Szaramowicz ubliżał swym wczorajszym kolegom od „łotrów”, i groził im, że przyozdobi nimi drzewa.

Salwy pod Miszychą

Pod Miszychą nastąpiła koncentracja sił Legionu. Składało się nań 80 stosunkowo nieźle uzbrojonych kawalerzystów oraz 170 piechurów. Ci ostatni, z powodu rażącego deficytu broni palnej, podzieleni byli na dwie formacje – strzelców (70 żołnierzy uzbrojonych w karabiny i strzelby myśliwskie) oraz kosynierów (100 ludzi posiadających jedynie broń białą – kosy, a także osadzone na drągach bagnety, noże i dłuta).
Tymczasem wysłane przeciw nim oddziały rosyjskie liczyły początkowo 300 żołnierzy pieszych oraz 100 kozaków. Niebawem siły te miały ulec zwielokrotnieniu w wyniku nadejścia dalszych posiłków (tylko do patrolowania dróg wiodących do Chin skierowano jednostki kozackie w liczbie 925 szabel), do których tłumnie dołączali ochotnicy cywilni (przede wszystkim Buriaci, również Rosjanie, Chińczycy, Tunguzowie i Mongołowie – razem 2000 zbrojnych). Wkrótce w Lichanowej doszło do pierwszej potyczki kawalerii powstańczej z wrogiem, zakończonej porażką Polaków.

W dowództwie Legionu wybuchł spór. Celiński wybrany na wodza z racji swych kwalifikacji wojskowych nie miał złudzeń, co do możliwości pokonania wroga w walce. Zarządził marsz na południe. Miał nadzieję na dotarcie do granicy chińskiej, oddalonej zaledwie o 150 km. Ostro przeciwstawił się temu Gustaw Szaramowicz. Ten były nauczyciel muzyki, potem pułkownik powstańczej partii w 1863 r. (kiedy podczas jednej z bitew kula oderwała mu palec i pokaleczyła dłoń, rzekł tylko melancholijnie: „Przepadły mazurki Chopina!”), teraz rwał się do walki. Poparła go większość legionistów. W tej sytuacji Celiński przekazał dowodzenie na ręce Szaramowicza. Ten wydał bitwę Rosjanom nad rzeką Bystraja, opodal Miszychy.
28 czerwca znalazł się tam oddział piechoty rosyjskiej majora Rika w sile 93 żołnierzy. Pierwszy atak trzech polskich kosynierów na kilkuosobową awangardę rosyjską zakończył się sukcesem – dwaj Rosjanie padli pod ciosami kos, pozostali uciekli. Jak komentowali uradowani powstańcy – oręż sprawdzony pod Racławicami znowu święcił swój triumf. Potem jednak nadciągnęły siły główne wroga.

Doszło do gwałtownej wymiany ognia. Żołnierze rosyjscy, choć słabsi liczebnie, górowali nad powstańcami wyszkoleniem strzeleckim. W trakcie trwającej kilkanaście minut kanonady Polakom udało się zranić zaledwie trzech przeciwników; sami stracili 7 zabitych i kilkunastu rannych. Wśród powstańców wybuchła panika spowodowana wieściami o nadejściu kozaków. Legioniści rzucili się do ucieczki, rozpraszając się po okolicznych lasach.

Obława

Nastąpiła trwająca kilka tygodni obława. Doszło jeszcze do kilku potyczek. W największej z nich, w rejonie Ormante zginęło 10 powstańców. Pościg doprowadził do likwidacji kolejnych grup wyczerpanych więźniów.
Wzięto do niewoli ok. 200 powstańców, a ogółem 38 zabito w trakcie bitew i pościgu (z tego kilku zostało zamordowanych przez kozaków już po zatrzymaniu). Kolejnych 12 uciekinierów zostało znalezionych martwych, zmarłych z głodu i wyczerpania. Dwóch legionistów wymknęło się pogoni. Zostali oficjalnie uznani za zaginionych. Czy udało im się dotrzeć do chińskiej granicy? A może wtopili się w miejscową ludność? Czy po prostu ich ciała pochłonęła tajga?

Represje jakie spadły na katorżników były surowe, objęły one również wiele osób niezwiązanych z buntem. Sąd obradujący w Irkucku skazał 7 przywódców Legionu oraz blisko 20 ich podkomendnych na rozstrzelanie, zaś blisko 400 osób na kary wiecznej bądź długoletniej katorgi oraz karę chłosty. Gubernator Michaił Korsakow złagodził część wyroków, wszakże zatwierdził karę śmierci na czterech przywódców: Narcyza Celińskiego, Gustawa Szaramowicza, Władysława Kotkowskiego i Jakuba Rejnera.

Szarża Lekkiej Brygady

Przywódcom, inspiratorom i uczestnikom Powstania Zabajkalskiego ich rodacy, również katorżnicy, stawiali wiele zarzutów. Krytykowano złe przygotowanie zrywu. Wskazywano na dowody militarnego dyletanctwa okazane w trakcie walki, na fakt, że siły rosyjskie tłumiące wystąpienie straciły zaledwie 6 zabitych. Pytano wreszcie o sens poświęcenia życia i wolności kilkuset patriotów.

Powstańcy z całą pewnością nie byli pomnikowymi postaciami ze spiżu. Wielu nie był obcy strach, czego dowodem paniczna ucieczka pod Miszychą. Inni przeciwnie, desperacko szukali śmierci, jak Stefan Żmijewski, student z Kijowa, który po wystrzeleniu ostatniego naboju odrzucił karabin i rozerwawszy koszulę na piersi, szedł ku Moskalom krzycząc: „Strzelaj prosto w piersi, ty zgrajo moskiewska!”, aż padł przeszyty trzema kulami. Czytając ten opis, można by powtórzyć za generałem Bosquetem, wstrząśniętym obrazem zagłady Lekkiej Brygady pod Bałakławą: „To wspaniałe – ale to nie jest wojna!”

Przywódcy zrywu toczyli spory między sobą, z fatalnym skutkiem, jakim było odsunięcie od dowodzenia Celińskiego, posiadającego najlepsze kwalifikacje wojskowe i forsującego realistyczną koncepcję szybkiej ucieczki w stronę granicy chińskiej. Szaramowicz groził mordowaniem zesłańców, którzy odmówili przyłączenia się do buntu. Młody, zaledwie 23-letni Rejner, załamany po przegranej potyczce, porzucił szeregi powstańcze i sam powrócił do kolonii karnej. Celiński na procesie wypierał się swej przywódczej roli, podkreślał swą wcześniejszą wierną służbę carowi na Kaukazie...

Jednak nikt nie zaprzeczy, że 27 listopada 1866 roku, w Uszakowce na przedmieściach Irkucka, czterej skazani przywódcy Powstania Zabajkalskiego pokazali, że potrafią umierać. Szli na śmierć spokojnie i z godnością, wzbudzając współczucie i powszechną sympatię u rosyjskich mieszkańców Irkucka obserwujących kaźń (miejscowym Polakom zabroniono uczestniczenia w ponurej ceremonii w obawie przed manifestacjami politycznymi). Gdy zawarczały złowróżbne werble, jeden ze skazanych (najpewniej Szaramowicz, choć niektóre relacje wskazują na Kotkowskiego) rzucił w górę czapkę z okrzykiem: „Niech żyje Polska!”. Pozostali trzej zakrzyknęli: „Niech żyje!” Potem rozległa się salwa.
***
W przeddzień egzekucji Gustaw Szaramowicz pisał w pożegnalnym liście do ojca: „Ojcze mój i przyjacielu! Jutro umieram, ale 32 lata przeżyłem uczciwie. [...] Posłano nas daleko. Nam chciało się iść jeszcze dalej...”

Andrzej Solak

http://www.pch24.pl/legionisci-z-sybiru,12653,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Syberia
PostNapisane: 04 mar 2013, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Staliniada za publiczne pieniądze

„Syberiada” reklamowana jest jako opowieść o Polakach wywiezionych przez NKWD w głąb Rosji. W wywiadzie zamieszczonym na portalu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej jej reżyser tłumaczy, iż jest to film przede wszystkim dla młodych, by zobaczyli, jak ciężko dorastać w temperaturze minus 40 stopni zimą a plus 40 latem. To w rzeczy samej najlepsze podsumowanie tego dzieła, które omawia niewygodę egzystencji w ciężkich warunkach klimatycznych, a nie losy tysięcy Polaków wywiezionych i niszczonych przez Sowietów. To opowieść bez historii, a dokładnie – bez prawdy historycznej, wciskana pod płaszczykiem wspomnień uczestnika opisywanych zdarzeń. Postać samego uczestnika – autora książki „Syberiada polska” – zdaje się kluczowa. Zbigniew Domino, bo o nim mowa, rzeczywiście przeszedł zesłanie. Ale najwyraźniej na tyle dobrze umiał dopasować się do bolszewickiej rzeczywistości, że w komunistycznym tworze – w skrócie PRL – został prokuratorem wojskowym, dyplomatą (na placówce w Moskwie!) i propagandystą, który w obrzydliwy sposób zohydzał Polakom Żołnierzy Wyklętych. W atmosferze pobłażliwej tolerancji, w której największym nietaktem jest pytanie o prawdę, a znakiem obycia tępy zachwyt nad pokrętnością ludzkiego losu, nawet komunistyczny prześladowca Domino może być nauczycielem historii. I właśnie nim zostaje. A dzieje się tak dokładnie w 60. rocznicę zamordowania generała Emila Fieldorfa „Nila”, którego kaci wychwalali autora „Syberiady polskiej”. I to za publiczne pieniądze, bo do filmu Zaorskiego dołożył się nie tylko PISF, ale dorzuciły się nawet Lasy Państwowe. Tymczasem prawda jest taka, iż jedyne, czego powinniśmy się od pana Domino dowiedzieć, to miejsce, w którym jego towarzysze zakopali ciało generała „Nila”. Trudno o bardziej przejmujące podsumowanie dzisiejszej Polski: Emil Fieldorf nadal spoczywa w bezimiennej mogile, a pupil jego morderców na nowo wynoszony jest do rangi bohatera.

Autor: Katarzyna Gójska-Hejke

http://niezalezna.pl/39057-staliniada-z ... -pieniadze


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 42 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /