Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 21 sie 2017, 18:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2017/08/1 ... m-moczara/

Nie byłem człowiekiem Moczara
Posted by Marucha w dniu 2017-08-19 (sobota)

Obrazek

„Z Moczarem widziałem się może dwa razy. Nie byłem jego człowiekiem głosiłem własne poglądy. Gdy ktoś mnie zapytał na spotkaniu na Uniwersytecie Poznańskim czy jestem człowiekiem Moczara, odparłem: „Nie, ja jestem człowiekiem Gontarza i Polski” – mówił w 2001 roku w wywiadzie z Myślą Polską Ryszard Gontarz (ur. 1930), zmarły po ciężkiej chorobie 17 sierpnia 2017 roku
Mamy właśnie kolejną rocznicę tzw. wydarzeń marcowych, dziś traktowaną niemal jak święto państwowe. Nic dziwnego, od 1989 r. Polską rządzą „komandosi”. Pan był aktywnym uczestnikiem tamtych wydarzeń po stronie polskiej jako publicysta. Na wstępie poproszę więc o syntetyczną odpowiedź na pytanie: czym był właściwie Marzec ’68?
– Sprawa ma kilka warstw. Jedna to akcja „komandosów”, związana z „Dziadami”, wiecem na Uniwersytecie Warszawskim, manifestacjami studenckimi w Polsce. To kwestia bezpośrednich sprawców prowokacji pod pretekstem zdjęcia „Dziadów” z desek teatralnych.
Faktem jest że „Dziady” zdjęto, co spowodowało oburzenie studentów.
– To wielkie kłamstwo, bo „komandosi” robili wszystko, by do zdjęcia „Dziadów” doprowadzić. Nie ulega to wątpliwości, teraz sami „komandosi” temu nie zaprzeczają. Świadczy o tym wiele materiałów źródłowych, również pochodzących od nich. Mówił o tym wprost Szlajfer, opisał dokładnie Mencwel. Bezpośrednią przyczyną zdjęcia „Dziadów” była świadoma akcja „komandosów” i parasol ochronny, jaki roztoczyli nad nimi ciągle jeszcze bardzo wpływowi „puławianie”, czyli frakcja żydowska w PZPR.
To jedna warstwa. Jest i druga – o co walczyli „komandosi”, jaki był cel całej operacji?
– Tu nie uciekniemy od daty – czerwiec 1967 roku, tzn. agresji Izraela na państwa arabskie. Podkreślam – Marzec zaczął się w czerwcu. Blitzkrieg na Bliskim Wschodzie stanowił bezpośrednią przyczynę Marca ’68. W tym momencie nastąpiła ewidentna erupcja szowinizmu żydowskiego w środowiskach żydowskich na świecie i w Polsce. Mogę to nawet zrozumieć – po wszystkim, co przeżyli w czasie wojny i okupacji niemieckiej, w czasie bezwzględnej eksterminacji, byli dumni, że ich armia pobiła przeciwnika, wykonała wspaniałą operację.
Odrębną sprawą jest jednak stosunek Żydów w Polsce, licznie usytuowanych wysoko i bardzo wysoko w aparacie państwowym i partyjnym, do oficjalnego i jednoznacznego stanowiska władz polskich wobec agresji. Jak pamiętamy, władze opowiedziały się po stronie napadniętych, a przeciwko napastnikom. Gomułka określił to „przeciwko burzycielom pokoju”. Dokonał tego przy okazji kongresu CRZZ.
I tu doszło do konfliktu na tle problemu lojalności wobec interesów międzynarodowych państwa, jakiekolwiek owo państwo by nie było. A wytyczną ruchu syjonistycznego wobec mniejszości żydowskich na całym świecie był nakaz podwójnej lojalności, z wyraźnym prymatem lojalności wobec Izraela.
A jakie były objawy reakcji środowisk żydowskich na wieść o zwycięstwie Izraela w wojnie siedmiodniowej?
– Najprzeróżniejsze. Były to więc objawy radości, które – jak przypuszczam – przeszłyby bez represji. Co innego jednak, gdy rozpoczęła się antygomułkowska akcja środowisk żydowskich w Polsce. Rozpętali całe piekło. Charakterystyczne była tu reakcja oficerów żydowskich w Wojsku Polskim, którzy uczestniczyli ochoczo w zwalczaniu Gomułki i jego ekipy, opowiadającej się przeciwko Izraelowi. Gomułka został w ciągu godziny po wygłoszeniu swojego przemówienia ogłoszony „antysemitą”. Pretekstem do tej „nominacji” było słynne określenie tych środowisk mianem „piątej kolumny”.
Chociaż akurat ten fragment został wykreślony z oficjalnej wersji wystąpienia.
– Uczynił to sam Gomułka na skutek sugestii Ochaba i kilku innych „puławian”. Sądzę, że gdyby nie izraelski Blitzkrieg, to Marzec przesunąłby się w czasie, może o dwa, trzy lata. Konflikt nastąpiłby w sytuacji znacznie gorszej – nałożyłyby się na siebie przyczyny Marca i Grudnia. Zetknięcie się tych elementów mogłoby dać ogromny sukces „komandosom” i ich protektorom – „puławianom”.
Chyba to nie jedyne przyczyny.
– Oczywiście, tłem tego i innych konfliktów była permanentna walka, używając określenia Jedlickiego, między „chamami” i „żydami”. Łamiąc ten szyfr, między „natolińczykami” a „puławianami”, lub inaczej – między nurtem patriotycznym a żydowskim w ruchu lewicowym.
Przejdźmy z kolei do Pańskiego udziału w tych wydarzeniach. Był on niebagatelny, skoro nienawiść za Pańską postawę w tamtym czasie ściga Pana do dziś.
– W okresie Marca moje poglądy były już skrystalizowane: miałem właściwą ocenę zarówno 1948 r., jak i 1956 r., rozumiałem procesy toczące się tak w Polsce jak i rządzącej partii. Niemniej minęło mi pierwsze zachłyśnięcie się socjalizmem, kiedy pewien stary komunista – Żyd przekonywał mnie, że Żydzi są najlepszymi komunistami, bo nie mają ojczyzny, więc stworzyli ruch robotniczy i komunistyczny, odgrywając w nim czołową rolę. „No, tak, ma rację” – myślałem sobie.
Potem dowiedziałem, dlaczego to Zambrowski był „demokratą”, a Zenon Nowak „stalinowcem”. Jakimś kluczem do tego jest opowiadanie mojego przyjaciela – Kazimierza Kąkola. Jego szwagier Teofil Głowacki był znanym działaczem PPS-u w czasie II wojnie światowej. Został aresztowany przez UB. I tak opowiadał: „Sądził mnie Żyd, prokuratorem był Żyd, trzech oprawców było Żydami”.
Otóż byli oni komunistami, tak długo, jak pozostawali przy władzy, gdy ją utracili, od razu „stawali się” Żydami. Nie miałem trudności z wyborem, chociaż wielu moich znajomych takie kłopoty miało. Trudno się dziwić, wiedza na temat Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza Izraela była zerowa. Nie pisało się na ten temat praktycznie w ogóle, lub o sprawach drugorzędnych.
W sumie nie miałem żadnych kłopotów z wyborem – wiedziałem sporo o Izraelu, a bardzo dużo o sprawach polskich. Jeśli miałem do wyboru Gomułkę czy Zambrowskiego, nie zastanawiałem się ani chwili. Gomułka był tym, którego Zambrowski wsadzał, stanąłem więc po stronie „wsadzanego”.
Czy tylko dlatego, że go wsadzili? Kim był dla Pana Gomułka?
– Mimo wszystko stanowił dla mnie symbol nurtu narodowego w partii. To nie znaczy, że byłem, jak w 1956 r., zafascynowany Gomułką. Tak wybrawszy, miałem świadomość, że z Października ’56 zostały szczątki. Gdy później pytano mnie na wiecach, spotkaniach, „co to jest ten Marzec?”, odpowiadałem: „To jest ciąg dalszy zahamowanego Października”. Reakcje na taką odpowiedź w komitetach wojewódzkich były straszne, słano donosy do KC, oburzeni aparatczycy pytali: „Kto zahamował? Tow. Wiesław?”
To jaki sens miało Pańskie zaangażowanie w Gomułkę?
– Ponowne zaufanie Gomułce miało tylko jeden wyznacznik: z tego co się stało, zostaną wyciągnięte wnioski, nastąpią głębokie zmiany w polityce wewnętrznej i gospodarczej, będzie kontynuowana tzw. demokratyzacja. Uległem czarowi ponownie obudzonej nadziei. W latach 1956-1968 nadzieja ta gasła dosyć szybko.
Ja utraciłem nadzieję właściwie na początku 1968 r. Napisałem wtedy reportaż w obronie biednego chłopa, któremu zabrano ziemię daną podczas reformy rolnej. Sytuacja była taka: bohater mojego reportażu nie zdążył na czas, gdy dzielono ziemię, bo leczył się w szpitalach po pobycie w obozie. Dostał więc 3 ha z tzw. „resztówki”, ale w dzierżawę, nie na własność. Potem, bodaj przy organizowaniu kołchozu, tę ziemię mu odebrano.
Ktoś go do mnie skierował. Chłop nie chciał usiąść, stał w progu, miętosząc w popękanych od roboty rękach czapkę. W tej czapce, za podszewką, miał dekret o reformie rolnej. Pokazał mi ten papier i spytał: „Panie czyja to władza?” Temat wziąłem i napisałem reportaż pt. „Czyja to władza?” Wybuchła gigantyczna afera, chociaż przedmiotem mojej krytyki były władze powiatowe i jakieś urzędy wojewódzkie. Okazało się, że popełniłem straszliwe przestępstwo.
Początkowo w redakcji zapanowała ogromna radość – reportaż puściła cenzura! – ja otrzymałem ekstra premię, naczelny był zachwycony. W czasie kolegium dzwoni telefon. Naczelny odbiera, słucha, blednie, powtarza ciągle „tak jest”, odkłada słuchawkę i mówi: „Tow. Wiesław jest w najwyższym stopniu oburzony twoim reportażem”. No i wyleciałem z redakcji „Sztandaru Młodych”. Wtedy otrzymałem pierwszy, jeszcze złagodzony, zakaz pisania.
No to kochał Pan „Wiesława”, czy nie?
– Jak powiedziałem, złudzeń miałem już niewiele, ale, ja, wyrzucony na skutek „oburzenia Wiesława”, poparłem go wybierając mniejsze zło, i – przyznaję – mając pewną nadzieję. Wydawało mi się, że skoro „puławianie” tak mu przyłożyli, to coś zrozumie.
Było jeszcze w moim rozumowaniu coś o wiele istotniejszego. Za kim poszli studenci? Za wąską grupą, kompletnie izolowaną od życia przeciętnych Polaków, mieszkającą w luksusowych mieszkaniach w Alei Róż i okolicach? Bronili wyrzuconych Michnika i Szlajfera? Za czym poszli studenci? Za jedynym programem, „komandosów”, tzn. listem Kuronia i Modzelewskiego, będącego mieszanką trockizmu i maoizmu?
Wolne żarty. Dla mnie było oczywiste, że młodzież była gotowa do wybuchu, bo nie akceptowała tamtej rzeczywistości. Wystarczał więc byle zapalnik. Toteż w pierwszym swoim artykule „marcowym” pt. „Inspiratorzy”, wyklętym po wsze czasy, przeprowadziłem ostrą granicę między prowokującymi a sprowokowanymi. Chodziło mi też o uniknięcie za wszelką cenę rozlewu krwi, do czego dążyli „komandosi” – słynne „Studenci, robotnicy, żołnierze, krwawy Budapeszt”, sformułowane przez Antoniego Zambrowskiego.
„Komandosi”, a z pewnością ich polityczni protektorzy, system ten doskonale znali, bo go tworzyli. Wiedzieli, że dalsze rozhuśtanie nastrojów, wciągnięcie w awanturę robotników, musi doprowadzić do przelewu krwi. Taki był mechanizm systemu. Oczywiście, zieloni politycznie polscy studenci nie mieli najmniejszego pojęcia o prawdziwych zamiarach sprawców Marca ’68. Im podsuwano hasła demokracji, zdjętych „Dziadów” itp. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby im się udało, to krew by się polała.
Czemu się nie udało? Poziom niezadowolenia społecznego był już przecież wysoki.
– Ponieważ „komandosi” nie wiedzieli czym żyje przeciętny Polak, którego los był im kompletnie obcy. Jako zapalnik próbowali uruchomić wywołaną przez nich sprawę „Dziadów”, co działało tylko na część studentów i część literatów. Inni wzruszali ramionami, mówiąc: „Jakie „Dziady”? To my jesteśmy dziadami”.
„Komandosi” próbowali wprawdzie uruchomić robotników, ale byli zupełnie nieprzygotowani. Robotnicy żyli innymi problemami. Już dojrzali wiekowo i politycznie komandosi wyciągnęli z tamtej lekcji nauczkę i w 1980 r. byli dobrze przygotowani do kontaktów z robotnikami.
Po drugie, zaskoczyło ich kompletnie użycie argumentu narodowościowego, na co reagowali stereotypem „antysemityzmu”, w tym wobec mnie. To paranoja! Ja im przecież nie kazałem się zbierać w wyłącznie w żydowskim gronie, ani Moczar ani Gomułka. Ta grupa młodzieży żydowskiej żyła w samoizolacji. Opowiadanie, że był to czysty przypadek stanowi oczywiste kłamstwo. Jaki przypadek? Przecież dobierali się według jakiegoś klucza, a był to klucz narodowościowy.
Dlatego w wyklętym artykule „Inspiratorzy” pisałem m.in.: „Studenci, kocham i cenię waszą odwagę przekonań”, a jednocześnie apelowałem, by uczyli się patrzeć i rozróżniać, komu, o co, naprawdę chodzi. Oni przecież ryzykowali, mimo politycznej niedojrzałości walczyli za jakąś sprawę, chociaż do końca nie wiedzieli za jaką. Jednak cukiereczków za to nie oczekiwali. Pały były pałami, areszt aresztem, a relegacje z uczelni łamały życie raz na zawsze.
Komandosi pokończyli niewiele później uczelnie zagranicą lub w kraju – polscy studenci nie. Komandosów nigdy nie kierowano do karnych kompanii, polskich studentów – tak.
Moim przesłaniem było, że cenię ich ideowość, ale ostrzegam przed polityczną naiwnością. Moje artykuły wtedy już nie szły przez cenzurę, lecz Biuro Prasy KC. Toteż bardzo obawiałem się, że cytowany fragment zostanie wykreślony. Artykuł ten czytał sam Gomułka i nie zakwestionował tych słów. To dla mnie zagadka do dziś.
Marzec się jednak skończył V Zjazdem i wszystko zaklajstrowano. Nic się nie stało, budujemy dalej socjalizm, trąbka na odwrót zabrzmiała głośno, żadnych konsekwencji politycznych nie wyciągnięto z marcowej lekcji.
– Przed zjazdem w partii działy się bardzo ciekawe rzeczy, o czym dziś nikt nie pisze, bo jak tu mówić, że w parszywym PZPR mogło się dziać coś dobrego. Partia liczyła wtedy ok. 2 mln ludzi, a Marzec ’68 ożywił nurt narodowo-patriotyczny. Ci ludzie reagowali podobnie jak ja – chcieli poważnych zmian.
Zmian, ale o jakim charakterze?
– Ewolucyjnym. Zmiana ustroju aktem jednorazowym, rewolucyjnym była wówczas niemożliwa. Więcej, stanowiła zbrodniczą utopię, bo w Polsce popłynęłaby rzeka krwi. „Komandosom” chodziło też o zmiany, ale o lewackie, w kierunku trockistowskim, maoistowskim, a nie demokratycznym. O powrót tatusiów-stalinowców do władzy.
Moją dewizą w tej sytuacji było powiedzenie jednej z bohaterek filmu Ryszarda Filipskiego „Gdzie woda czysta i trawa zielona”: „Jeśli już Pan Bóg spuścił nam na głowę ten socjalizm, to go przynajmniej dobrze róbmy”.
Co u Pana znaczyło „róbmy dobrze socjalizm”?
– Skoro partia sprawowała monowładzę i mieliśmy ograniczoną suwerenność, jakakolwiek naprawa musiała zacząć się w partii. Wszelkie inne próby były skazane na niepowodzenie. Funkcjonowaliśmy w systemie monopartyjnym, wówczas nie do ominięcia. Sama kampania przedzjazdowa toczyła się w atmosferze dużego ożywienia politycznego, spór dwóch orientacji w partii wywołał społeczne żądania zmian.
W kampanii padały ciekawe żądania: rotacji kadr na najwyższych stanowiskach, dwukadencyjności na funkcjach obieralnych, demokratycznych wyborów do instancji partyjnych. Nie można było demokratyzować kraju bez demokratyzowania partii. W partii narastała fala roszczeń politycznych. Byłem wówczas bardzo aktywny, dużo jeździłem, przemawiałem, ideą przewodnią moich działań było „idziemy drogą Października”. Przez pewien czas byłem przekonany o nieodwracalności tego procesu.
Towarzysz Wiesław miał jednak inne zdanie. Kiedy przekonał się Pan o tym, że proces ten jest jednak odwracalny?
– Trudno o jakąś cezurę czasową czy faktograficzną. Ale było widoczne, że postulaty przechodziły do KW, tu je czyszczono – jeszcze nie do końca, lecz padały w KC, a przed salą kongresową umierały. Pamiętam symptomatyczny fakt. Artur Starewicz padł w wyborach na delegata w Zielonej Górze. Gomułka wściekł się i kazał Cyrankiewiczowi dopilnować jego wyboru z Krakowie. I tow. Cyrankiewicz dopilnował. Sam zjazd odbył się już bez żadnych niespodzianek, według starego wypróbowanego schematu. Wprawdzie niektórzy kandydaci do władz dostali dużo skreśleń, ale to wszystko. Listopadowy zjazd stanowił śmierć nadziei marcowych.
W książce Jerzego Brochockiego „Rewolta marcowa” pada Pańskie nazwisko w kontekście Pana przemówienia do kadry partyjnej MSW, co miało miejsce tuż po wspomnianym V Zjeździe. Autor prezentuje dwie wersje tego incydentu, nagłośnionego zresztą niesamowicie przez Wolną Europę. Jedno jest jasne, po tym wystąpieniu został Pan poddany represjom: zawodowym – zakaz publikowania na czas nieokreślony, politycznym – usunięto Pana z partii, policyjnym – cofnięto Panu paszport. Reszta jest dość niejasna. Zacznijmy od tego, co Pan powiedział zgromadzonym bezpieczniakom.
– Zaprosił mnie Komitet Zakładowy PZPR. Powiedziałem to, co setki razy głosiłem na różnych spotkaniach, w tym np. w Wydawnictwie MON.
Gdzie jak gdzie, ale w MSW doskonale wiedzieli kogo i o jakich poglądach zapraszają.
– Nie mogli nie wiedzieć, ich zawód to wiedzieć. Nie twierdzę jednak, że moje wystąpienie stanowiło rezultat rozstroju nerwowego. To była całkiem świadoma decyzja, że muszę to zrobić. Miałem świadomość, że – szczególnie na skutek propagandy zachodniej – jestem postrzegany jako tuba Moczara czy, według innych, Gomułki. Taki facet od doraźnej „antysemickiej” roboty. Chciałem z tej całej historii wyjść czysty, odciąć się od tego co się działo, a działo się wbrew woli, przekonaniom, chęciom i nadziejom większości Polaków.
Niemniej niektórzy zarzucają Panu, iż stanowił Pan element spisku wewnątrz moczarowców lub samych moczarowców. Nie miał Pan związków z Moczarem?
– Z Moczarem widziałem się może dwa razy. Nie byłem jego człowiekiem głosiłem własne poglądy i – jak Pan widzi – poglądów tych nie zmieniłem ani nie odwołałem, choć później wielu zaangażowanych wtedy po tej samej stronie, co ja, odszczekało swoje słowa. I skorzystało na tym.
Gdy ktoś mnie zapytał na spotkaniu na Uniwersytecie Poznańskim czy jestem człowiekiem Moczara, odparłem: „Nie, ja jestem człowiekiem Gontarza i Polski”. Podobnie jak ja myślało wielu ludzi, z którymi byłem w kontakcie, ale nie był to żaden spisek, żadna sformalizowana struktura. Nie chcę, śladem tow. Kiszczaka, przypisywać sobie zasług w obalaniu Gomułki.
To proszę wymienić chociaż kilka nazwisk.
– Nic z tego, nie chcę im robić krzywdy. Nie wszyscy potem zdali egzamin z przyjaźni. Niektórzy, gdy już podpadłem, przechodzili na drugą stronę ulicy, nie poznawali mnie, mój telefon, kiedyś dzwoniący bez przerwy umilkł.
Proszę w końcu powiedzieć, czym Pan przeraził „naczalstwo” MSW.
– Na sali było z 500 SB-ków. Mimo to skoczyłem z trampoliny. Gdy mówiłem na sali było cicho, jak makiem zasiał. Zacząłem tak: „Czarno widzę przyszłość Polski” i dalej nastąpiła analiza sytuacji, mniej więcej taka, jaką dotychczas Panu przedstawiłem. Postawiłem tezę, że jeśli nie nastąpią zmiany, to w ciągu dwóch lat będziemy mieli wybuch społeczny.
Powiedziałem, że „komandosom” udało się zmobilizować kilka tysięcy studentów, a kierownictwo partii i zjazd nie wyciągnęły z tego żadnych wniosków, zachowuje się, jakby nic się nie stało i „karawan jedzie dalej”. Odwoływałem się do własnych doświadczeń ze spotkań, a także do mnóstwa listów, które wówczas otrzymywałem.
Przywołałem ponadto swój artykuł w obronie studenta, który zgłosił się do mnie, skarżąc się, że bez żadnej racji wywalono go z Uniwersytetu. O dziwo, artykuł przeszedł. Był zresztą cytowany przez agencje zachodnie, zajmujące się mną bardzo „troskliwie”. Interweniowałem w jego sprawie kilkakrotnie, osiągnąwszy w końcu przywrócenie mu praw studenckich. Dziś jest on posłem partii bardzo mi wrogiej, pominę więc nazwisko, by nie psuć mu kariery. Takich przypadków było zresztą wiele.
Uczestniczył Pan w spotkaniach z młodzieżą?
– Bardzo często. Wielokrotnie zaczynało się w bardzo wrogiej atmosferze, po czym dochodziliśmy do porozumienia. Nie widziałem zresztą sensu, by kwestionować, że młodzieży zaczęto coś wyjaśniać dopiero po tym, jak spadły na nich pały. Studenci mieli prawo czuć się zgorzkniali. W pierwszych dniach wydarzeń marcowych rozmawiano z młodzieżą przy pomocy pałek. Przed i jeszcze jakiś czas po wiecu na UW istniała blokada informacyjna. Powstaje pytanie: dlaczego?
Może rację ma Brochocki, który twierdzi, że obie strony dążyły do konfrontacji w myśl zasad „teraz lub nigdy”, „albo my ich albo oni nas”. Na takim rozwoju sytuacji zależeć więc miało zarówno MSW jak i „komandosom”.
– W zasadzie tak. Tylko że „komandosi” nie mieli czasu, nie mogli się spóźnić, ich frakcja w partii w państwie przegrywała, dla nich był ostatni dzwonek. Gdyby nie czerwiec 1967 r., to by poczekali, ale po czerwcu w zawrotnym tempie frakcja puławska zaczęła tracić pozycje. Z wojska za brak lojalności wobec państwa usunięto mnóstwo wyższych oficerów. Zresztą w żadnej normalnej armii na świecie takich postaw by nie tolerowano.
Prasa rozpoczęła ostrą kampanię antysyjonistyczną. Frakcja „partyzantów” przystąpiła do ataku, choć nie była to jeszcze wojna na całego. Niemniej ziemia zatrzęsła się pod nogami „puławian”. Wiedzieli, że „teraz albo nigdy”, bo pękła bariera nietykalności. Po raz pierwszy w PRL zaczęto pisać, że istnieje coś takiego jak nacjonalizm żydowski, co dotąd stanowiło tabu. Mniejszość żydowska w Polsce korzystała z niezwykłego parasola ochronnego, a tu parasol zamknięto. Był to cios niesamowity.
Nie spodziewali się?
– Spodziewali, ale myśleli, że „partyzanci” nie zdobędą się na to. Przed Marcem nagle pojawiły się dwa rodzaje ulotek. Jedne ostrzegające przed „antysemityzmem” oraz inne – z których wynikało, że wszyscy „na górze” to Żydzi. Jakby chodziło o uprzedzenie mającego nastąpi ruchu: „Uważajcie, bo to się źle skończy, antysemityzm jest nielubiany ani na Zachodzie, ani na Wschodzie”.
A co na to Gomułka?
– Gomułka mógł się spodziewać wszystkiego, tylko nie absurdalnego posądzenia o antysemityzm. O „piątej kolumnie” mówił z przekonaniem, wycofał to sformułowanie z przyczyn taktycznych. Przypomnę, że w latach 1944-45 też sprzeciwiał się inwazji personalnej Żydów na aparat bezpieczeństwa i kluczowe stanowiska państwowe, bo „szkodzi to naszej sprawie”, tzn. sprawie komunizmu.
Wracając do spotkania w MSW. Czy kogoś atakował Pan personalnie?
– Tak, Kliszkę i Gomułkę. Potem padło kilka pytań, dwie osoby z lekka odcięły się od mojego wystąpienia. Gdy jednak wychodziłem, słuchacze urządzili mi owację na stojąco. Nigdy nie doświadczyłem aż takiej reakcji.
Skąd ta reakcja?
– Przecież ci ludzie wiedzieli wszystko, lub prawie wszystko. Ich zadaniem było m.in. informowanie o nastrojach społecznych. Nie mogli nie przewidywać do czego to prowadzi. Niemniej po moim wyjściu I sekretarz KZ poprosił, aby zebrani jeszcze chwilę pozostali. I wtedy odbył się sabat czarownic. Wszyscy mnie potępiali, mimo że kilka minut wcześniej owacyjnie klaskali.
Do tego jeszcze wrócimy. Teraz proszę powiedzieć o cenie tego wystąpienia.
– Wysoka, bardzo wysoka. Spodziewałem się, że nie pogłaszczą mnie za to po główce, ale represje przekroczyły moje najgorsze oczekiwania: bezterminowy zakaz pisania, blokada paszportowa, wykluczenie z partii w tempie ekspresowym. Towarzyszyła temu wściekła nagonka zachodnich mediów, głównie RWE, która przez cały dzień nadawała komunikat o „trzęsieniu ziemi na Rakowieckiej”.
Pozorny paradoks, antysocjalistyczne radiostacje w sojuszu z kierownictwem bezpieki i partii komunistycznej. Ale tylko pozorny. Zresztą pod opieką „wolnych” radiostacji pozostawałem długo. Zostałem bez pracy i środków do życia. Często nie miałem po prostu co jeść. Byłem trędowaty. Pisanie pod pseudonimami szybko się skończyło.
Nikt Panu nie pomógł?
– Aż tak źle nie było. Pomógł mi Kazio Kąkol – naczelny „Prawa i Życia”, bardzo dużo ryzykując, bo wiedział, że poprzednie moje próby kończyły się dochodzeniami w redakcjach, a za pomoc Gontarzowi można było zapłacić zakończeniem kariery. Kąkol zachował się wspaniale, a także sekretarz redakcji. Dzięki nim mogłem zjeść śniadanie, obiad i kolację. Nie zawsze, czasami był to jeden posiłek, ale to ogromna różnica, nie jeść wcale albo raz.
Cała operacja wyglądała tak: pisałem pod pseudonimem, Wiktor Szpada, a wierszówki wypisywano na zastępcę Kąkola – potem sekretarza redakcji. Wyśledziła mnie jednak Wolna Europa, która złożyła następujący donos do kierownictwa partii: „W „Prawie i Życiu” w numerach z 23 marca i 23 kwietnia ukazały się artykuły o charakterze donosicielskim, ostro krytykujące stosunki na polskiej estradzie i w kierujących nią instytucjach. Artykuły miały wspólny tytuł „Komu piosenkę”, a podpisane były Wiktor Szpada. Otóż tym Wiktorem Szpadą jest Ryszard Gontarz … którego kierownictwo PZPR zakazało drukować”. Dalej RWE demaskuje pseudonimy Kąkola.
Donosiciele oskarżają o donosicielstwo.
– Nic nowego. W uniemożliwianiu mi życia był zaangażowany osobiście Kliszko. Wiele lat później ktoś mi powiedział, że mechanizm ten był dość wyszukany: informację o tym, że piszę gdzieś pod jakimś pseudonimem z polecenia Kliszki przekazywano na Zachód, stamtąd ją przekazywano do kraju, a wtedy on, tow. Kliszko reagował. Imano się także prowokacji, aby wrobić mnie w aferę kryminalną, m.in. próbowano wręczyć mnie łapówkę za rzekome załatwienie komuś samochodu. Skala zaciekłości była więc ogromna.
Czemu jednak „zapis” na Gontarza trwał po nastaniu Gierka?
– I tu zaczyna się zagadka. Po spotkaniu ze mną w MSW nastąpiły sądne dni. Poleciały głowy – m.in. usunięto I sekretarza KZ, zdjęto ze stanowiska i wyrzucono z pracy zastępcę dyrektora departamentu Tadeusza Walichnowskiego. Natychmiast po objęciu władzy przez Gierka zespół powołany przez egzekutywę KZ PZPR w MSW przeprowadził rozmowy z osobami represjonowanymi w Ministerstwie, w rezultacie których udzielono im satysfakcji moralnej i służbowej.
Wielu moich znajomych uważało, że teraz przyszedł mój czas. Niektórzy zapytywali nawet, skąd wiedziałem, że wybuch nastąpi za dwa lata. „Musiałeś mieć przecieki” – twierdzili. Nie przychodziło im do głowy, że można analizować, przewidywać. No, ale taki był system.
Tymczasem nadal był Pan na cenzurowanym, „Wolna Europa” nadal szczuła na Pana, a „towarzysze” widocznie przyznawali rację „wrogiej radiostacji”. Przyczyna Pańskiej izolacji musiała być o wiele poważniejsza niż „nieodpowiedzialne” wystąpienie w MSW.
– Na początku stycznia rozmawiałem z członkiem Politbiura i sekretarzem KC, deklarującym się jako mój przyjaciel, Stefanem Olszowskim. Rozmowa przebiegała bardzo dobrze, dla niego mój powrót do czynnego życia zawodowego był oczywisty, pytał co i gdzie chcę robić. Wiele lat później przeczytałem protokół z posiedzenia Politbiura, też ze stycznia 1971 r., na którym Olszowski mówił mniej więcej tak: „Do czego to dochodzi. Wystąpiła nawet do mnie grupa towarzyszy z petycją żądając rehabilitacji Gontarza”. Przeczytałem to z dużym zaskoczeniem, tym bardziej że Olszowski kiedyś odważnie upomniał się o mnie.
Czy odkrył Pan źródło kontynuacji represji po Grudniu ’70?
– Nastąpiłem na minę, na którą wcale nie składały się sprzeczności w łonie „moczarowców”, albo spisek przygotowywany przez Moczara. Spisek istniał, także w kołach MSW, ale organizowany przez kogo innego.
To niech Pan zdradzi tajemnicę.
– Niech Pan sobie przypomni wiec aktywu partyjnego w sali kongresowej Pałacu Kultury 19 marca 1968 r. W pewnym momencie zebrani zaczęli skandować: jedni – „Wiesław”, drudzy – „Gierek”. Nazwisko Gierka skandowała organizacja partyjna dzielnicy Wola, na której czele stał Łukaszewicz. Prócz skandujących, zaskoczeni byli wszyscy, z Gomułką włącznie. Nie jest więc insynuacją, że – zważywszy na błyskawiczny awans Łukaszewicza za Gierka – ujawniła się wtedy jedna z sił, które doprowadziły do upadku Gomułki. Przecież takie rzeczy nie działy się wówczas spontanicznie.
Mówi Pan jak Pytia. Rzucił Pan świadomie rękawicę w jaskini lwa, poniósł Pan określone konsekwencje, to zrozumiałe. Mniej zrozumiale jednak wygląda rozmiar rzezi w aparacie służbowym i partyjnym MSW, wielokrotne zebrania, protokóły, indywidualne rozmowy „wyjaśniające” z 500 funkcjonariuszami bezpieki. Zważywszy nawet na charakter tego systemu i szczególne miejsce tego resortu w systemie, reakcja była nieproporcjonalna do sprawy. Widocznie ktoś lub kilka osób wysoko usytuowanych w hierarchii MSW przeraziło się. Wyobrażali sobie, że wie Pan więcej niż rzeczywiście Pan wiedział. Jeśli rozumuję prawidłowo, powstaje pytanie, kim byli ci ludzie?
– A zna Pan łacińską maksymę „nomina sunt odiosa”?
Znam, ale minęło już ponad 30 lat od tamtej sprawy.
– Lecz ludzie i powiązania pozostali, a instytucja „nieznanych sprawców” funkcjonuje nadal sprawnie. Wrogów mam i tak bez liku i to aktywnych.
Wrócił Pan do publicystyki?
– Próbowałem. Napisałem artykuł „Po przerwie” w „Prawie i Życiu” pod pseudonimem. Rzecz dotyczyła afery, ale wnioski wyciągałem polityczne.
Jak dzisiaj, po 11 latach tzw. transformacji ustrojowej, patrzy Pan na PRL? Chociaż ma Pan lewicowe poglądy, to pupilkiem „władzy ludowej” Pan nie był.
– Mimo moich dramatycznych doświadczeń, nie oślepłem z nienawiści. Widzę i to co było straszne, zbrodnicze, i to, co było – moim zdaniem – dobre, słuszne i sprawiedliwe. O złym mówią i piszą prawie wszyscy, o dobrym – nieliczni. A jednak coraz więcej Polaków, których skrajny, wręcz XIX-wieczny liberalizm gospodarczy pozbawił podstawowego prawa ludzkiego – prawa do pracy… do życia, wspomina z tęsknotą PRL, zapominając wszystko, co było złe.
Dziś rosną fortuny nielicznych, i przerażająco szerzy się nędza. Szaleje korupcja. Rozprzestrzenia się przestępczość zorganizowana. Przed ponad 30 laty mówiłem, że czarno widzę przyszłość Polski. W grudniu 1970 r. moje przewidywania niestety sprawdziły się.
Dzisiaj znowu mówię: czarno widzę przyszłość Polski. Nie tęsknię do czasów PRL, co w moim przypadku jest oczywiste. Z przerażeniem jednak patrzę na wyprzedaż majątku narodowego – dorobku dwóch pokoleń Polaków, z przerażeniem obserwuję wytracanie naszej dopiero co odzyskanej suwerenności. Oby odezwał się instynkt samozachowawczy narodu. Czas ku temu najwyższy!

Rozmawiał: Zbigniew Lipiński

Informujemy, że Jerzy Brochocki, autor książki „Rewolta marcowa”, to Ryszard Gontarz. Ukazały się dwa jej wydania, autor za życia nie chciał ujawniać swojego autorstwa tego opracowania.

http://mysl-polska.pl/1318


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 01 wrz 2017, 10:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/3-grudnia-1961-rok ... a-gomulke/

3 grudnia 1961 roku, dokonano w Sosnowcu próby zamachu na Władysława Gomułkę
3 grudnia 2016 00:02

Obrazek

Za zamach odpowiedzialny był Stanisław Jaros, 29-letni elektryk z Sosnowca pracujący w fabryce kotłów. Zamach z 3 grudnia był drugą próbą zamachu na Władysława Gomułkę dokonaną przez Jarosa. Pierwszego zamachu dokonał on bowiem 15 lipca 1959 roku w Zagórzu (obecnie to dzielnica Sosnowca). Celem zamachu mieli stać się I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek oraz odwiedzający Polskę I sekretarz KC KPZR oraz premier ZSRS, Nikita Siergiejewicz Chruszczow. Bomba została odpalona na godzinę przed przejazdem delegacji – prasa wydrukowała dzień wcześniej dokładny plan przejazdu delegacji, łącznie z podaniem godzin. Na miejscu Jaros podrzucił zegarek, który skierował śledztwo na błędne tory, w rzeczywistości bomba została odpalona zdalnie. Od wybuchu nikt nie zginął, ale co oczywiste milicja i służba bezpieczeństwa dostały szału.
Późniejszy, grudniowy zamach, również się nie powiódł. Tym razem bomba została odpalona już po przejeździe konwoju rządowego. Niestety, tym razem jedna osoba została ciężko ranna i zmarła w szpitalu zaś ranne w wybuchu dziecko zostało częściowo sparaliżowane. W toku śledztwa techniki kryminalistyczni badający pozostałości bomby ustalili, że osoba którą ją skonstruowała posiada wiedzę z zakresu elektromechaniki oraz zamieszkuje lub często przebywa w pobliżu miejsca zdarzenia. Milicja wytypowała 50 osób u których przeprowadzono przeszukania. W mieszkaniu Jarosa znaleziono sprzęt i materiały oraz ukradzione z miejsca pracy pozostałości po materiałach wybuchowych, których użyto do produkcji bomb.
Jaros został aresztowany i osadzony w Centralnym Więzieniu w Katowicach. Przez cały czas pozostawał pod obserwacją, w celi zainstalowano podsłuch, a wszystkie przeprowadzone przesłuchania zostały nagrane. Jednocześnie, w celi umieszczono tajnego współpracownika SB, który w pewnym stopniu zaprzyjaźnił się z Jarosem. Współwięzień rozmawiał z Jarosem m.in. o ludziach, którzy walczyli z powodów ideologicznych, mając za cel jedynie dobro ojczyzny. Jednocześnie, śledczy zarzucali w czasie przesłuchań Jarosowi, że jest tchórzem, a obie akcje nie miały wcale charakteru politycznego. 8 stycznia 1962 roku Jaros złamał się i złożył obszerne zeznania o wszystkich swoich zamachach. Jakież było zdziwienie śledczych, gdy okazało się, że Jaros prowadził również sabotaże w latach 1952/1953 wysadzając m.in. stację transformatorową w kopalni, skrzynię połączeń semaforowych, słup wysokiego napięcia oraz koparkę. Największym osiągnięciem Jarosa w tamtym okresie było wysadzenie stacji benzynowej CPN.
Rozprawa odbyła się w dniach 9-25 maja 1962 roku. Jaros został skazany na śmierć, a dwaj koledzy którzy pomagali mu na początku lat 50. na 5 i 6 lat więzienia. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i Stanisław Jaros został powieszony w więzieniu 5 stycznia 1963 roku.

Zdjęcie: Stanisław Jaros

Źródło zdjęcia: albumpolski.pl (http://albumpolski.pl/img/nowosci/stanislawJaros.jpg)
Zdjęcie użytkownika Konrad Kuzma.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 01 gru 2017, 09:49 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7533
Lokalizacja: Podlasie
Wspomnień Czar ...

Obrazek

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 02 gru 2017, 10:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/bohaterka-ktorej-w ... c-za-wzor/

Bohaterka, której wielu się dzisiaj wstydzi, bo była fetowana w PRL-u. Niepotrzebnie. Jej zachowanie może do dziś uchodzić za wzór
Opublikowane 2017/02/18 w Polska Ludowa

Obrazek

Zapominamy o niej z roku na rok, niektórzy kojarzą ją już tylko z akcją propagandową i z podręcznikami czasów PRL-u, ale to niesprawiedliwe. Ludwika Wawrzyńska zasługuje na naszą nieustającą pamięć. Jest też przykładem dla polskich nauczycieli. Tym bardziej, że na naszych oczach rozwija się coraz silniej pewien rodzaj egoizmu i wygodnictwa, którego ofiarami stają się dzieci. Wawrzyńska należała do pokolenia, któremu nie trzeba było tłumaczyć, że dziecko jest dobrem, a nie przeszkodą w realizacji celów dorosłych i że trzeba je chronić. Nawet za cenę życia.

Obrazek

Urodziła się w Warszawie, w niezamożnej rodzinie Koralewskich. Wychowała się na Kujawach. Maturę zdała w Toruniu i podjęła studia humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim.

W czasie wojny udzielała się na tajnych kompletach dla gimnazjalistów. Wyszła za mąż za Stanisława Wawrzyńskiego, żołnierza AK, więźnia Pawiaka.

Po wojnie uzupełniała wykształcenie pedagogiczne w Liceum Pedagogicznym, podjęła też pracę w Szkole Podstawowej w Bonerowie.
Wróciła jednak do rodzinnej Warszawy i rozpoczęła pracę w szkole ogólnokształcącej przy Młynarskiej 2. Uczyła dzieci z najmłodszych klas. Choroba strun głosowych uniemożliwiła jej normalną pracę nauczycielską, więc podjęła pracę w świetlicy szkolnej.

We wtorek 8 lutego 1955 w „hotelu robotniczym”, a raczej marnym baraku przy ul. Włościańskiej, gdzie czasowo mieszkała, wybuchł gwałtowny pożar. Ludwika Wawrzyńska wydostała się szczęśliwie na zewnątrz, ale w tym momencie usłyszała od środka płacz dzieci. Wbiegła ponownie do płonącego baraku i wyniosła stamtąd dwoje małych dzieci. Potem wróciła po następnych dwoje. Wydawało jej się, że jeszcze słychać krzyk dzieci. Wpadła tam po raz trzeci. Zawalił się na nią płonący strop baraku.

Umierała przez 10 dni w wielkim bólu.

Tragedię Ludwiki Wawrzyńskiej dopełnił los matki uratowanych dzieci. W momencie wybuchu pożaru była w mieście. Kiedy dostrzegła pożar, wbiegła do baraku – przekonana, że jej dzieci są jeszcze w środku. Spłonęła żywcem… Dwie kobiety oddały swe życie za czworo dzieci: ich matka i ich nauczycielka. Żadna się nie zawahała.

Obrazek

Dziesięć dni po śmierci Ludwiki Wawrzyńskiej szkole, w której pracowała, nadano jej imię. Jest to dziś Szkoła Podstawowa Nr 139 im. Ludwiki Wawrzyńskiej przy ul. Syreny 5/7. Na Żoliborzu jest ulica jej imienia.

Wiersz poświęcony bohaterskiej nauczycielce napisał m.in. sam mistrz polskiej poezji Leopold Staff, będący już u schyłku swego życia (1957). Starsi pamiętają lepiej wiersz Wisławy Szymborskiej, ponieważ był zamieszczany w podręcznikach szkolnych – tandetny, utrzymany w stylistyce socrealistycznej.

Piotr Szubarczyk, źródło: wolnapolska.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 16 gru 2017, 13:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2017/03/1 ... a-mossora/

Pamięci gen. Stefana Mossora
Posted by Marucha w dniu 2017-03-14 (wtorek)

Obchodzimy 70-tąj rocznicę Operacji Wisła, akcji podjętej w 1947 r. przez Wojsko Polskie celem rozbicia organizacji Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), zbrojnego ramienia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Obrazek
Gen. Stefan Mossor w 1946 roku z attache wojskowym Francji przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.


UPA w latach 1944-47 działając na terenie tzw. Zakierzonii, jak nacjonaliści nazywali ziemie polskie, takie jak Chełmszczyzna, Bieszczady, Nadsanie i Sądeczczyzna, pozostałe przy Polsce po jałtańskiej zdradzie anglosaskich „sojuszników” Polski, a do których Ukraińcy rościli sobie pretensje i zamierzali oderwać je od powojennego państwa polskiego.
Można przypuszczać, że tak jak w przypadku Ziemi Lwowskiej i Podola nacjonaliści w ostateczności pogodziliby się z przyłączeniem tzw. Zakierzonii do ZSRR, gdyż wówczas to oni staliby się rzeczywistymi beneficjentami w przyszłości, co widzimy dzisiaj na przykładzie wspomnianych ziem włączonych do ZSRR w 1944 r.
Stawiam hipotezę, że nacjonaliści ukraińscy, w razie gdyby nie doszedł do skutku wybuch III wojny światowej, tj. wojny Zachodu z ZSRR, jako rozwiązanie zdecydowanie mniej ich satysfakcjonujące, ale jednak na przyszłość bardzo dla nich korzystne, przyjęli plan włączenia przynajmniej części ziem, do których rościli sobie pretensje, do ZSRR.
Osiągnąć to zamierzali przez ciągłe utrzymywanie stanu anarchii na tych terenach, który to stan dowodziłby indolencji władz polskich i w związku z tym mógł doprowadzić do reakcji potężnego ZSRR.
Rachuby nacjonalistów jednak zdecydowanie zawiodły. Operacja Wisła położyła skutecznie kres bandyckiej działalności UPA znaczonej zbrodniami, mordowaniem ludności polskiej, niszczeniem mienia itp.
Jest faktem nie podlegającym dyskusji, że bazę dla działalności UPA stanowiła ludność ukraińska tych terenów.
Oczywiście nie wszyscy Ukraińcy, ale wystarczająco wielu, aby utrzymywać przez trzy lata oddziały UPA, aby mogły one niepostrzeżenie atakować, grabić i mordować, aby mogły one znikać bez śladu w rozlicznych kryjówkach będących nie do utrzymania bez pomocy miejscowej ludności. Państwo polskie podjęło decyzję trudną, ale jedyną jaka w tamtejszych warunkach mogła przeciąć spiralę terroru i uzdrowić sytuację.
Postanowiono przesiedlić ok. 150 tysięcy Ukraińców, Łemków i Bojków na tereny Ziem Odzyskanych stosując zasadę ich rozproszenia wśród polskiej większości.
Rzeczywistość po Operacji Wisła dowodzi i słuszności powyższych założeń, jak i skuteczności ich przeprowadzenia. Ale nawet pomimo faktycznego podcięcia działalności UPA, fakty takie, jak próby organizacji oddziałów banderowskich także na Ziemiach Odzyskanych świadczą na rzecz tych założeń i słuszności ich wprowadzenia w życie.


Nie była to akcja komunistyczna.

Tak, została podjęta przez rząd polski zdominowany przez komunistów, ale oczywisty brak ideologicznych podstaw akcji (w sensie ideologii komunistycznej), opinia ogromnej większości Polaków w tej sprawie, tych którzy przeżyli rzezie na Kresach Płd-Wsch., a także tych, którzy pamiętali przedwojenną działalność antypaństwową nacjonalistów ukraińskich, dokonywane przez nich akty terroru, a także żywa pamięć tych, którzy widzieli na każdym kroku ukraińską kolaborację z hitlerowskim okupantem, pozwalają stwierdzić bez żadnych wątpliwości, że była to operacja pożądana przez Naród Polski, konieczna i słuszna pod każdym względem.
Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że przeprowadziłby ją także każdy inny rząd polski, który hipotetycznie mógłby po wojnie sprawować władzę w Polsce, gdyby losy polityczne wojny potoczyły się inaczej.
Jest rzeczą niewyobrażalną, aby rząd złożony np. z ludowców i narodowców, szczególnie doświadczonych przez ukraiński nacjonalizm z jakichś nieznanych, tajnych powodów mógł nie podjąć podobnej decyzji. Nawet rząd sanacyjny, którego powstanie było oczywiście po wojnie niemożliwe, ale przyjmijmy to czysto hipotetycznie, z całą pewnością zrobiłby to samo. Tak, że za wykonawców Operacji nie można uznać komunistów. Problemy Wojska Polskiego z elementem niepolskim znamy wystarczająco dobrze, jednak to nie wystarczy, aby twierdzić, że sprawstwo wojskowe było komunistyczne.
Grupą Operacyjną Wisła dowodził wybitny polski wojskowy, przedwojenny pułkownik dyplomowany, autor cenionej wysoko książki „Sztuka wojenna w warunkach nowoczesnej wojny”, po wojnie generał brygady i dywizji, Stefan Mossor. To On był autorem koncepcji Operacji Wisła i tą koncepcję przeforsował na posiedzeniach Państwowej Komisji Bezpieczeństwa i rządu. Nie jest to dla Niego ujmą, wręcz przeciwnie, jest to powód do chwały.
Gen. Mossor był później prześladowany przez stalinowców, których dzieci i wnuki stanowią dzisiaj w środowisku „Gazety Wyborczej”, dawnej Kultury paryskiej itd. główny front obrony krwawych zbirów z OUN/UPA i nie tylko. W 1950 aresztowany, w 1951 skazany w procesie pokazowym generałów na dożywocie i degradację. Tak stalinowska Judeo-Polonia traktowała bohaterów.
Dzisiaj ostracyzm dotknął generała ze strony ich ideowych spadkobierców, a także ze strony kompletnie oderwanych od rzeczywistości, chorych z nienawiści do jednej tylko Rosji, piłsudczyków.

Adam Śmiech

http://www.mysl-polska.pl/1186


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 12 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /