Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 20 lis 2014, 16:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/?p=15631

Więźniowie modlili się, aby nie trafić w ich ręce, tylko w łapy UB. Co łączy Kiszczaka, Michnika, Jaruzelskiego i Cimoszewicza? O najpilniej strzeżonej tajemnicy PRL
lip 27, 2014 Admin PRL 0

Obrazek
źr.: wojciechromerowicz.salon24.pl


Spośród wszystkich instytucji oraz jawnych i tajnych służb komunistycznych w Polsce po 1944 r. najbardziej tajemniczą i najmniej znaną do dziś pozostaje Główny Zarząd Informacji, zwany potocznie Informacją Wojskową. O ile doskonale wiemy, jak zbrodnicza i okrutna była bezpieka “cywilna”, o tyle bezpieka “wojskowa”, czyli IW, pozostaje w cieniu. Powstanie IPN niewiele zmieniło w tym zakresie – nie ma całościowych badań tej instytucji, brak jest poważnych, analitycznych opracowań i monografii. Trudno to sensownie wytłumaczyć, skoro jest przecież zapotrzebowanie społeczne na zbadanie skrywanych zakamarków Polski Ludowej, a badanie wszystkich zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu jest naszym obowiązkiem.
Początek IW można liczyć od powołania zalążków tej służby w Wojsku Polskim, tworzonym w Związku Sowieckim na polecenie Stalina, pod komendą ppłk./gen. Zygmunta Berlinga. Został on 31 lipca 1939 r. usunięty z WP w związku z głośną sprawą obyczajową, w wojnie obronnej udziału nie brał. Aresztowany przez Sowietów, szybko przeszedł na stronę wroga, podczas gdy jego koledzy trafili do Katynia i innych miejsc okrutnej kaźni. Po utworzeniu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS został powołany do służby, ale po ich ewakuacji do Iranu pozostał w sowieckiej ojczyźnie. Za dezercję był skazany na degradację do stopnia szeregowca i na karę śmierci za zdradę. Dopiero Sowieci w 1943 r. awansowali go do stopnia pułkownika, następnie generała “WP”.

Informacja Sowiecka
Pierwszy rozkaz organizacyjny dotyczący Informacji wyszedł 14 maja 1943 roku. O ile późniejsza bezpieka była swoistym “państwem w państwie” (podlegała bowiem władzom partii komunistycznej), o tyle organa Informacji od początku były obcym ciałem, gdyż zwierzchnictwo nad nimi sprawowali ich sowieccy przełożeni. Była to więc służba całkowicie sowiecka i odgórnie obsadzona przez obywateli sowieckich.
Do 1945 r. wszelkie rozkazy i pisma sporządzano w języku rosyjskim, dla ułatwienia pracy, aby nie było potrzeby wykonywania polskich tłumaczeń. Na jej czele stał oficer sowiecki płk Piotr Kożuszko.

Pierwszym dokumentem normatywnym IW był prawdopodobnie “Regulamin o Zarządzie Informacji przy Naczelnym Dowódcy Wojska Polskiego i jego organach” z 30 września 1944 roku. Został zatwierdzony przez gen. Michała Rolę-Żymierskiego. Jest to dokument w całości napisany po rosyjsku (“ściśle tajny”) i Żymierski też podpisał go alfabetem rosyjskim. Wszyscy podejrzani i aresztowani pod zarzutem prowadzenia “wrogiej działalności” przeciwko ZSRS mieli być natychmiast przekazywani kontrwywiadowi sowieckiemu “Smiersz”. A była to kategoria bardzo niejasna, ponieważ praktycznie każdego można było podciągnąć pod taką działalność.


Michał Rola-Żymierski w mundurze Marszałka Polski


Wszechobecna i wszechwładna
Wraz z postępującą rozbudową “ludowego” WP bardzo szybko rozrastała się Informacja, która z założenia miała być służbą kontrwywiadowczą w wojsku. Jako taka powinna być całkowicie apolityczna, ale nałożono na nią szereg zadań związanych z realizacją ideologii “walki klas” oraz rozbudowano ją nie tylko w jednostkach wojskowych, ale także w Korpusie Bezpieczeństwa Publicznego (KBW) i Wojskach Ochrony Pogranicza (WOP). Przez szereg lat istniał nawet tzw. Wydział Wojskowy przy Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli mówiąc wprost – przy komunistycznej cenzurze.
Informacja Wojskowa mogła dosłownie wszystko – każdy jej funkcjonariusz mógł dokonywać rewizji, zatrzymania i aresztowania dowolnej osoby. Mógł interesować się życiem osobistym każdego obywatela, jego powiązaniami rodzinnymi i towarzyskimi, życiem prywatnym i zawodowym. Miał prawo werbowania w prawie nieograniczonym zakresie agentury i współpracowników. Co ciekawe, agentem mógł zostać nawet oficer w stopniu generała, choć taki werbunek musiał zatwierdzić minister obrony narodowej.
Istniał specjalny wykaz kategorii “osób podejrzanych”, który był stale rozszerzany, przez co zainteresowania organów Informacji obejmowały coraz większy krąg obywateli. Tylko część tych uprawnień była określona przez przepisy regulaminowe – większość wynikała z ich całkowitej bezkarności i faktycznej odpowiedzialności wyłącznie przed sowieckimi zwierzchnikami. I choć formalnie w kręgu zainteresowania powinni być tylko wojskowi wszystkich rodzajów broni, to przez rozpracowywanie ich rodzin, krewnych i znajomych wojskowa bezpieka mogła represjonować dosłownie wszystkich. Miała zresztą przeznaczony własny aparat śledczy i operacyjny oraz własne areszty i więzienia.
Była więc jeszcze jednym narzędziem represji komunistycznego państwa. Jej nazwa budziła taką grozę, że stalinowscy więźniowie wspominają, jak modlili się po ich aresztowaniu przez IW, aby zostali przekazani w łapy UB, uważając, że tak będzie dla nich lepiej!

“Spolszczenie”, czyli odruszczenie
Doktor Zbigniew Palski, znakomity badacz dziejów tej instytucji, napisał:
W latach 1943-1944, 100% stanowisk w Informacji obsadzonych było przez oficerów radzieckich. Pierwsza grupa Polaków napłynęła w połowie 1944 r. – było ich najprawdopodobniej 17, objęli jednak stanowiska tłumaczy i protokolantów”.

Obrazek
Anatol Fejgin


Od tego czasu następuje dalszy napływ oficerów LWP do Informacji Wojskowej (której formalne nazwy, struktura organizacyjna i podporządkowanie służbowe zmieniały się aż do 1957 r., czyli do jej formalnego przekształcenia w Wojskową Służbę Wewnętrzną (WSW)). Oficerowie sowieccy powoli odchodzą, zwalniając miejsce dla oficerów “polskich”, co jest pojęciem bardzo względnym z uwagi na ich pochodzenie. Na przykład w sierpniu 1945 r. na stanowiska zastępców szefa Głównego Zarządu Informacji powołani zostali oficerowie “polscy”: płk Anatol (Natan) Fejgin i płk Eugeniusz Zadrzyński (obaj pochodzenia żydowskiego). W grudniu 1945 r. płk Piotr Kożuszko został odwołany do Związku Sowieckiego, a na jego miejsce przyszedł płk Jan Rutkowski (przedwojenny komunista pochodzenia żydowskiego). Także jego następca, płk Stefan Kuhl, był pochodzenia żydowskiego, jak również szefowie czterech z pięciu wydziałów (oddziałów). I tak: Wydziałem I kierował płk Aleksander Kokoszyn, Wydziałem II – płk Ignacy Krzemień, Wydziałem III – płk Jerzy Fonkowicz, Wydziałem IV – płk Władysław Kochan, i Wydziałem V – ppłk Wincenty Klupiński. Z wyżej wymienionych tylko płk Kochan był pochodzenia polskiego. Czyli spolszczenie polegało wyłącznie na formalnym odruszczeniu.
Ciekawe są ustalenia dr. Z. Palskiego odnośnie do narodowości kadry kierowniczej organów Informacji w latach 1945-1956: “Przeanalizujmy jeszcze odsetek oficerów polskich narodowości żydowskiej zajmujących kierownicze stanowiska w organach. Wymienione wcześniej zasadnicze stanowiska kierownicze zajmowało w latach 1945-1956 30 oficerów polskich narodowości żydowskiej (16,9%). Stanowiska wyłącznie szefowskie (łącznie z zastępcami szefów GZI) zajmowało 17 oficerów tej narodowości (18,7%). Stanowiska kierownicze w GZI (z zastępcami włącznie) zajmowało 16 oficerów polskich narodowości żydowskiej (20,8%), zaś bez zastępców (lecz z zastępcami szefów GZI) 9 oficerów tej narodowości (22,5%)”. Nietrudno zauważyć, że ten odsetek wyraźnie rósł w miarę badania coraz wyższych szczebli dowódczych tej służby. W dodatku w tych statystykach nie jest uwzględniana narodowość oficerów sowieckich, a przecież nie byli to wyłącznie Rosjanie.

“Nie matura, lecz chęć szczera”
Z uwagi na uwarunkowania ideologiczne kadra kierownicza organów Informacji nie musiała charakteryzować się specjalistycznym przygotowaniem zawodowym do tego rodzaju pracy, jaką był kontrwywiad, specjalnymi predyspozycjami umysłowymi czy statusem wykształcenia. Liczył się przede wszystkim staż w ruchu komunistycznym, całkowita lojalność wobec przełożonych i bezwzględność wobec “wrogów klasowych”. Z tej racji najcięższe zbrodnie mogły być bezkarnie popełniane przez funkcjonariuszy Informacji, ponieważ to oni stanowili rdzeń “ludowej władzy” i cieszyli się ogromnym zaufaniem ze strony swych sowieckich przełożonych. Ale przedwojennych kadr było za mało w stosunku do potrzeb, zresztą nie tylko do obsadzania etatów w Informacji. W związku z tym już od 1945 r. trwało szkolenie (początkowo bardzo pobieżne, później bardziej rozbudowane) na potrzeby tej służby. Latem 1945 r. powołano więc Szkołę Oficerów Informacyjnych (OSInf.) dla wychowania kadr niezbędnych do obsady wszystkich etatów, a tych było coraz więcej. Rekrutowano do niej przede wszystkim słuchaczy Oficerskiej Szkoły Polityczno-Wychowawczej, ściśle wyselekcjonowanych nie tyle pod kątem inteligencji i wyników w nauce, ile czystości klasowej i oddania władzy ludowej. Oficerowie Informacji musieli być bowiem przede wszystkim lojalni i całkowicie posłuszni. Nie byli od samodzielnego myślenia, mieli tylko fanatycznie wykonywać zadania nałożone na nich przez przełożonych. Jednocześnie wyrabiano w nich poczucie bezkarności i ogromnej władzy, jaką ich obdarzyła partia komunistyczna.

Ilość i “jakość”
Jeden z absolwentów OSInf., kpt. Mierosławski, przesłuchiwany w 1957 r. na fali ówczesnej “odwilży”, zeznał: “Mówiono zawsze, że informacja to zbrojne ramię partii i nikomu nie podlega. Podkreślano, że nie podlega Ministrowi Obrony Narodowej”. Komendantami i wykładowcami tejże szkoły byli oficerowie sowieckiego kontrwywiadu Smiersz, którzy też wszczepiali swoim uczniom zasadę, że bicie podejrzanych jest jedną z głównych metod uzyskiwania wartościowych zeznań. Zastępca szefa GZI płk Anatol (Natan) Fejgin mawiał wprost, że “d… nie szklanka”, i nakazywał tak postępować z osobami przesłuchiwanymi, zarówno mężczyznami, jak i kobietami, które były dodatkowo upokarzane przez rozbieranie od naga i bicie przez kilku oficerów naraz.
IW jest jednak mniej znana niż bezpieka “cywilna”, gdyż była od niej znaczniej mniej liczna, a więc i nie tak widoczna. W listopadzie 1945 r. były to 1244 etaty, w 1947 r. już 2371 etatów, w roku 1952 – 3272, w 1953 r. – 4130. Do tego oczywiście dochodziła “obsługa”, czyli plutony ochrony, pracownicy kontraktowi itp.
Była to więc służba wprawdzie kilkakrotnie mniejsza niż aparat MBP, ale też zapisała się w pamięci jej więźniów jako wyjątkowo okrutna i bezwzględna. Nic dziwnego, skoro wykształceniem poniżej średniego legitymowało się około 90 procent funkcjonariuszy! Tak było w zasadzie do końca formalnego istnienia IW.

Nie przeszkadzało to jednak osobom jakże często ograniczonym umysłowo zajmować wysokich stanowisk i bardzo szybko awansować w hierarchii. Dla przykładu: Władysław Kochan, w 1945 r. zaledwie chorąży, w 1947 r. był już podpułkownikiem; Ignacy Krzemień (Ignacy Berger-Ruderman) w 1944 r. kapitan (stopień prawdopodobnie z wojny domowej w Hiszpanii, gdzie był komisarzem politycznym batalionu w “XIII Brygadzie Międzynarodowej”), w 1945 r. został pułkownikiem; Stefan Kuhl, w 1944 r. zaledwie chorąży, w 1946 r. już pułkownik; Naum Lewandowski, w 1945 r. kapitan Armii Czerwonej, dwa lata później już pułkownik; Mieczysław Notkowski (Mojżesz Kipersztein), w 1944 r. chorąży, w 1945 r., w 1950 r. już major; Stefan Sarnowski (Stefan Zylbersztejn), w 1945 r. chorąży Armii Czerwonej, w 1948 r. major; Jerzy Szerszeń, podporucznik Armii Czerwonej w 1945 r., w 1948 r. już podpułkownik. Były to kariery niezwykłe i niczym – poza oczywiście zasługami dla Smiersza i IW – nieuzasadnione.

Czesław Kiszczak: “Na kafelki!”
Warto kilka słów poświęcić także na to, co jest istotą osławienia Informacji Wojskowej, a co pozostaje w głębokim cieniu zbrodni popełnionych przez UB. Archiwa IW były najpilniej strzeżoną tajemnicą w Polsce Ludowej oraz – co jest niezrozumiałe – także po 1989 roku. Ogromną ich część, bo prawie 90 procent, zdążyli zniszczyć wychowankowie i zaufani funkcjonariusze gen. Czesława Kiszczaka. Ostatni szef Wojskowej Służby Wewnętrznej (taką nazwę przybrała w 1957 r. IW) gen. Edmund Buła zdołał jednak wszystko zmikrofilmować i osobiście przekazać do… Moskwy, władzom sowieckiego wywiadu GRU. Za ten czyn został skazany na niewysoki wyrok (oczywiście w zawieszeniu). Na skutek tego dawni funkcjonariusze oraz ich rozległa agentura mogą spać spokojnie, cieszą się przywilejami rodem z PRL, wysokimi stopniami wojskowymi, odznaczeniami, ogromnymi emeryturami.
Trzeba zatem przypomnieć, że uchwałą sejmową z 1994 r. Informacja Wojskowa została potępiona jako formacja zbrodnicza. Dlaczego? Może kilka małych przykładów nieco otworzy nam oczy.
Jedna z kobiet, przesłuchiwana w tzw. sprawie zamojsko-lubelskiej, zeznawała w 1956 r.: “(…) pamiętam, że w jednym pokoju było kilku oficerów, którzy kazali mi się rozebrać do naga (…). Jeden oficer pytał mnie, a gdy ja nie mogłam udzielić takiej odpowiedzi, jakich żądano, drugi oficer kazał mi wyciągnąć przed siebie ręce i bił mnie po rękach jakąś linią czy listwą. Następnie ktoś zakneblował mi usta żakietem czy swetrem i gdy leżałam na krześle, twarzą do krzesła, inni oficerowie w niesamowity okrutny sposób bili mnie po całym ciele jakąś deską czy szczapą drewnianą (…). Po tym biciu byłam również kopana po ciele, a oficerowie szturchali mnie w obite miejsca i ironicznie pytali, czy boli. Proceder bicia mnie w ten sposób, nagiej i wyszydzanej oraz oglądanej, powtarzał się kilkakrotnie”. Poddawano ją też innym wymyślnym torturom, a gdy chciała pić, dawano jej spluwaczkę, żeby napiła się “wody”. Nic dziwnego, że po takim śledztwie trafiła do szpitala psychiatrycznego.
W liście do redakcji “Naszej Polski” z 27 marca 2001 r. (po znanym wywiadzie gen. Kiszczaka dla “Gazety Wyborczej” z 6 marca 2001 r.) pani M. Wojciechowska napisała:

“Porucznika Czesława Kiszczaka ‘poznałam’ na początku 1948 r. Jak się sam przedstawił: ‘czy wiesz, w czyich rękach się znajdujesz, w rękach kontrwywiadu!’ Znajdowałam się wówczas w podziemiach Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego złapana na nielegalnym przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej, posądzona o szpiegostwo. W czasie przesłuchań (było to chyba III p.) przychodzili wyżsi oficerowie rosyjscy i pytali: ‘czy już mówi?’. Ponieważ nic nie mówiłam, po całodziennym przesłuchaniu (konwejer) por. Cz. Kiszczak wysłał mnie na noc do karceru, bez okien, pryczy, napełnionego powyżej kostek wodą. W Głównym Zarządzie Informacji Wojska Polskiego stosowano straszne metody śledcze, bicie, kopanie, a byli tam Białorusini, Rosjanie i Żydzi (…). Po przejrzeniu teczek przesłuchiwanych, żywych i straconych, znalazłoby się wiele protokołów przesłuchań z podpisem por. Cz. Kiszczaka”.
Zapewne niewiele uda się już znaleźć w związku z dokonanymi zniszczeniami z okresu tzw. transformacji ustrojowej. Ale to nie znaczy, że nic już nie ma.
W 1952 r. Zbigniew Kucharski, wówczas ppor. piechoty w 18. DP w Ełku, chciał wziąć potajemnie ślub kościelny (oficjalnej zgody przełożonych przecież by nie dostał). Ktoś go zauważył, jak wchodził na plebanię, ktoś doniósł i zaczął się jego wieloletni dramat. Został aresztowany przez UB, następnie przekazano go Informacji Wojskowej. Tak to wspominał:
Na drugi dzień przyjechał po mnie kapitan Czesław Kiszczak, szef Wydziału Informacji w Ełku (…). Kiszczak powiedział dwa słowa: na kafelki. (…) przez ponad dwa miesiące mnie przesłuchiwali (…). Jedzenie w aluminiowej misce kładli mi na ziemię, żeby mnie upodlić i porównać do psa. Nie widziałem światła dziennego ponad dwa miesiące”.
Z. Kucharski jako “wróg klasowy” został skazany na sześć lat więzienia. Sprawiedliwości nigdy nie doczekał, choć zmarł w 1993 roku. W 1996 r. prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej poinformował wdowę po nim, że nie dopatrzył się “elementów niesłusznej represji politycznej w stosunku do oskarżonego” i w związku z tym “dalsza korespondencja w przedmiotowej sprawie (…) pozostanie bez odpowiedzi”. I pozostała. Czy to tylko głęboka niewiedza aparatu nowego (?) wymiaru sprawiedliwości wojskowej po 1989 roku? Tego nie wiemy… Wiemy natomiast, że redaktor naczelny “Gazety Wyborczej” uznał Kiszczaka za “człowieka honoru”, co oburzyło nawet wierne kręgi czytelników jego gazety. Podobnie jak (nie)zrozumiałe fetowanie gen. Wojciecha Jaruzelskiego.


25-letni major Wojciech Jaruzelski (1948)


“Wolski”, “Kazimierczak” i inni

Może pewnym przyczynkiem do zrozumienia takich fenomenów będzie sprawa agentury Informacji Wojskowej, która nie była tak liczna jak agentura bezpieki, ale gatunkowo, owszem, jest o czym mówić. Całkiem niedawno ujawniono przecież, że bardzo cennym agentem Informacji był… Wojciech Jaruzelski, i to już od 1946 r., a więc praktycznie od początku swej oszałamiającej kariery w komunistycznym wojsku. Miał po prostu dwie twarze – na zewnątrz oficer liniowy, później oficer polityczny, a tak naprawdę – agent IW, który działał pod pseudonimem “Wolski” i był bardzo wysoko (zapewne niebezpodstawnie) oceniany przez swych oficerów prowadzących. Według niepotwierdzonych pogłosek (na podstawie szczątkowej dokumentacji enerdowskiej Stasi) jednym z nich miał być późniejszy… gen. Kiszczak, co też może w jakiś sposób tłumaczyć jego karierę przy Jaruzelskim.
W pewnym sensie trudno się dziwić Jaruzelskiemu, że wybrał taką drogę. W okresie stalinowskim aż jedna piąta korpusu oficerskiego “ludowego” Wojska Polskiego została zwerbowana przez organa IW, w tym bardzo wielu wyższych oficerów! Ówczesny por. Jaruzelski w 1946 r. nie był zatem osamotniony…
Jednym z cennych agentów IW w sądownictwie stalinowskim był sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie (z racji swej dyspozycyjności i innych zasług był oddelegowany do Najwyższego Sądu Wojskowego) kpt. Stefan Michnik. W 1949 r. zgłosił się ochotniczo do służby wojskowej, pisząc w podaniu:
Będąc członkiem PZPR i ZMP, pracą swą w Odrodzonym Wojsku Polskim pragnę przyczynić się do zbudowania socjalizmu w Polsce. (…) Podczas mego pobytu w ZSRR, widząc, jak naród radziecki walczy o swą niepodległość, doszedłem do przekonania, że tylko taki ustrój jest zdolny do walki o życie, o lepsze jutro. Pragnę też, aby w Polsce zapanował taki ustrój”.
Miał bardzo dobre referencje – jego rodzice działali w II RP w zdelegalizowanej, terrorystyczno-agenturalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU), która nie uznawała suwerenności i niepodległości Polski.
W 1950 r. doszło do zwerbowania Stefana Michnika przez IW. Oficer, który dokonał werbunku, zaznaczył w jego charakterystyce:
Wyglądem swoim, jak i zachowaniem podchorąży M[ichnik] w ogóle nie daje po sobie poznać semickiego pochodzenia, tak że fakt ten w żadnym razie nie będzie wpływał ujemnie na pracę agenturalną”.
Pod pseudonimem “Kazimierczak” S. Michnik został rezydentem, któremu podlegało kilku agentów.
Dezinformacje o Informacji
Dziś obrońcy “etosu” Informacji Wojskowej (i jej następczyni – Wojskowej Służby Wewnętrznej) to bardzo zwarte i ściśle powiązane ze sobą środowisko. To także kręgi rodzinne i towarzyskie, co widać chociażby przy jakichkolwiek próbach dokonania bardzo spóźnionych, ale jakże koniecznych rozliczeń. I widać po kolejnych głosowaniach w parlamencie, kto jest za, a kto zdecydowanie przeciw. Szkoda tylko, że wyborcy nie zdają sobie z tego sprawy i nie widzą swych kandydatów inaczej, niż ci się sami prezentują. I nie jest to tylko wymowne milczenie, co jeszcze byłoby zrozumiałe. Dochodzi również do publicznych deklaracji, w których dzieci bardzo ciepło i całkowicie bezkrytycznie wyrażają się o takich rodzicach, a niektóre gazety usłużnie użyczają im swych łamów.
Na przykład Włodzimierz Cimoszewicz, po 1989 r. gwiazda “nowej” formacji, czyli po prostu środowiska post(?)komunistycznego, którego ojciec, płk Marian Cimoszewicz, był m.in. szefem Informacji Wojskowej w Wojskowej Akademii Technicznej, wypowiedział się w “Gazecie Wyborczej”: “Mój ojciec był oficerem Informacji Wojskowej, ale ja wierzę, że był w porządku. Wyciąganie takich spraw to jest ten rodzaj draństwa, którego nie cierpię najbardziej” (“GW” z 6 lutego 1996 r.).
A więc mamy “wyprać” przeszłość, bo synowi to nie w smak?
W “Rzeczpospolitej” (z 4-5 czerwca 2005 r.) zrobił ze swego ojca… ofiarę medialnych publikacji: “Moja rodzina płaciła bardzo dużą cenę za to, że byłem w polityce. Ośmielam się stwierdzić, że mój ojciec umarł wcześniej z powodu brutalnych ataków na niego i na mnie”. Było to w okresie, gdy W. Cimoszewicz kandydował (początkowo ze sporymi szansami) na stanowisko prezydenta RP, czyli na najwyższy urząd w Polsce!
Oficerowie Informacji Wojskowej, oprócz ścigania (i zabijania) “wrogów klasowych”, organizowali również akcję rozpracowywania, skłócania i kompromitowania polskiej emigracji niepodległościowej w Londynie. Jednym z oficerów IW, którzy w Londynie po wojnie “filtrowali” osoby zamierzające powrócić do Polski, był znany nam już… Cz. Kiszczak (zatrudniony w ambasadzie Polski Ludowej na etacie… woźnego). Później tłumaczył się, że służył emigracji wyłącznie pomocą. Z odnalezionych ostatnio raportów wynika jednak, że w 1950 r. podpisał dokument, w którym oskarżał 220 polskich oficerów z emigracji o terroryzm i szpiegostwo! To tak miała wyglądać jego pomoc?
Dzisiejsze łgarstwa oficerów Informacji nie mają granic, a byli funkcjonariusze nie mają nawet krzty wstydu. Słyszałem kiedyś publiczne wyjaśnienia jednego z nich (bodajże w randze podpułkownika), że Informacja Wojskowa służyła wyłącznie do… informowania żołnierzy. Pewnie stał taki w jednostce z doczepioną dwukierunkową tablicą: “tu kantyna”, “tu latryna”…
Ideologiczni propagandziści i pospolici złodzieje
Informacja Wojskowa organizowała również własne akcje propagandowe w celu zohydzenia dorobku Polskiego Państwa Podziemnego, etosu Powstania Warszawskiego, gloryfikacji GL i AL. Warto zajrzeć na przykład do broszury wydanej w maju 1948 r. pt. “Obóz reakcji polskiej w latach 1939-45″ (Warszawa – Główny Zarząd Informacji WP, VII Oddział, sygnowana jako: “Tajne!”, a kolejne egzemplarze były numerowane). Zredagowali ją m.in. Luna Brystygier, Juliusz Burgin, Stefan Jędrychowski, Wincenty Rzymowski, Chaim Heller, Seweryn Żurawicki (późniejszy profesor Uniwersytetu Warszawskiego, który “uczył” mnie… historii myśli ekonomicznej). Był to materiał szkoleniowy do akcji propagandowych prowadzonych głównie w wojsku.
Jeszcze jedno oblicze IW trzeba tu zaznaczyć – tak jak i inne służby tajne Polski Ludowej, IW gromadziła podczas akcji pacyfikacyjnych, przeszukań, rewizji czy pospolitych napadów tzw. fundusz operacyjny, który rozliczany był tylko częściowo. Z jego zasobów oficerowie czerpali bardzo obficie korzyści materialne, które były istotnym “dodatkiem” do oficjalnej pensji. Bez skrupułów przywłaszczano sobie również depozyty osób zatrzymanych i aresztowanych: zegarki, pieniądze (złotówki i dewizy), złoto, wieczne pióra i w ogóle wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość.
Funkcjonariusze IW nigdy nie zostali rozliczeni za swe zbrodnie. Wprawdzie w grudniu 1956 r. powołano nawet w tym celu specjalną komisję (tzw. Komisja Mazura). W raporcie wymieniono zaledwie 43 funkcjonariuszy GZI (w ogóle nie analizowano spraw ogniw terenowych), w stosunku do niektórych zalecono wszczęcie postępowań karnych. Aresztowano tylko dziesięciu, ale jeden z nich, płk Stefan Kuhl, już po godzinie został zwolniony. Wyroki otrzymali zaledwie dwaj: płk Władysław Kochan i ppłk Mieczysław Notkowski – wyłącznie “za nadużycie władzy”. Pierwszy z nich spędził w więzieniu zaledwie dwa miesiące, drugi “aż” dziewięć. Nie było degradacji i pozbawiania stopni wojskowych na szerszą skalę itp. Na tym zakończyła się “odnowa” IW, sprowadzona praktycznie do zmiany jej nazwy na WSW. Wszelkiej odpowiedzialności uniknęli funcjonariusze, którzy wyjechali do Związku Sowieckiego lub Izraela. Raport zaś nie został nawet opublikowany.
Powroty po latach: awanse i medale
O najbardziej “pokrzywdzonych”, czyli wyrzuconych ze służby, zdegradowanych itp., ich kolesie zadbali po latach, przywracając niektórych do służby wojskowej, awansując ich i odznaczając. Tak było m.in. z mjr. Józefem Kulakiem (współwinnym śmierci ppłk. Lucjana Załęskiego, szefa sztabu 3. DP w Lublinie), który 12 października 1983 r. został awansowany do stopnia podpułkownika; ppłk Eugeniusz Niedzielin (też podejrzany o morderstwo) dostał w rezerwie awans do stopnia pułkownika; ppłk Edmund Czekała (podejrzany o morderstwo) – awansowany do stopnia pułkownika 17 września 1982 r.; mjr Jan Wojda (podejrzany o morderstwo) powołany ponownie do służby wojskowej i awansowany; kpt. Benedykta Knapiuka awansowano w rezerwie do stopnia majora 30 września 1981 r.; mjr Edward Grzelak (za przestępstwa wyrzucony z IW już w 1953 r. i zdegradowany do stopnia szeregowca) 17 września 1982 r. – w haniebną rocznicę najazdu sowieckiego na Polskę – został awansowany w rezerwie do stopnia podpułkownika; kpt. Tadeusz Jurczak otrzymał awans do stopnia majora 30 września 1981 r.; mjr Jerzy Wenelczyk został awansowany do stopnia podpułkownika 27 września 1980 r., a 1 lutego 1981 r. powrócił do służby wojskowej (w WSW).
Ponadto wielu z nich zostało odznaczonych w PRL orderami i krzyżami, umieszczano ich w newralgicznych miejscach w dyplomacji, gospodarce, nauce, mediach. Przecież byli towarzyszami najbardziej zaufanymi. No i czekały ich oczywiście tłuste emerytury, bo przecież przyzwyczaili się do łatwego życia kosztem “klasy robotniczej”.
Kto o tym decydował, kto jest za to odpowiedzialny? Przecież wszystkie nici w swych rękach trzymali Jaruzelski i Kiszczak, “ludzie honoru”. Dziś [artykuł ukazał się w 2008 roku] owi “sympatyczni staruszkowie” migają się, jak mogą, chcąc uniknąć jakiejkowiek odpowiedzialności, a mowa o odebraniu im i ich podowładnym przywilejów materialnych powoduje, że natychmiast pojawiają się kampanie medialne w ich obronie, mędzenie o “odpowiedzialności zbiorowej”, “żądzy odwetu” i “zoologicznym antykomunizmie”. Ale jeśli coś było zoologiczne, to przede wszytkim postępowanie tych ludzi, pozbawione jakichkolwiek ludzkich odruchów. Dziś kłamią, zacierają za sobą ślady i biorą nas na litość. Czy wezmą? To tylko od nas zależy. Nie jesteśmy bowiem całkiem bezbronni – jeśli określone tytuły prasowe, stacje telewizyjne i radiowe kłamią w ich obronie, jeśli robią to określeni politycy i “autorytety moralne”, możemy z nich po prostu zrezygnować. Będzie to mieć dwojakie skutki – po pierwsze, nie będą tego robić za nasze pieniądze, po drugie zaś – przestaną zatruwać nasze umysły. Coś przecież należy się od nas ofiarom Informacji Wojskowej, dziś zapomnianym i jakże często bezimiennym.
Leszek Żebrowski, Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 8-9 listopada 2008, Nr 262 (3279)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 27 gru 2014, 14:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/?p=19372

6 września 1982 Powstańcza Armia Krajowa zajęła ambasadę w stolicy Szwajcarii. Żądano zniesienia stanu wojennego. Prowokacja SB?
wrz 06, 2014 Admin PRL 0

Powstańcza Armia Krajowa pojawia się w 1982 roku, w jednym przebłysku swojej aktywności, znika. Do dzisiaj historycy spierają się, czy rzeczywiście istniała, jeżeli tak, była to pierwsza i ostatnia polska organizacja terrorystyczna.

O Powstańczej Armii Krajowej świat usłyszał 6 września 1982 roku, kiedy czteroosobowy oddział zajął ambasadę PRL w stolicy Szwajcarii-Bernie. Operacją dowodził Florian Kruszyk, który zwerbował do niej trzech polskich imigrantów z RFN. Byli to Krzysztof Wasilewski, Mirosław Plewiński i Marek Michalski.

Kruszyk na pierwszym spotkaniu przedstawił się jako członek-założyciel PAK, organizacji, która za cel postawiła sobie walkę z komunistycznymi rządami w Polsce, a także doprowadzenie do zniesienia stanu wojennego, trwającego już od roku.

Podczas drugiego spotkania, które odbyło się w Monachium powstał plan zamachu, a za cel obrano polską placówkę w Bernie. Po kilkunastu godzinach wstępnych przygotowań grupa udała się w kierunku niemiecko-szwajcarskiej granicy, którą przekroczyła bez problemów. W jednym ze sklepów w Zurichu zakupili broń, były to cztery strzelby myśliwskie Remington Wingmaster, kaliber 12 mm, atrapa pistoletu maszynowego Skorpion wz. 61, bagnety, maski przeciwgazowe i umundurowanie typu moro. Z zakupionym zaopatrzeniem PAKowcy udali się pociągiem do Berna.

Po przybyciu do Berna 5 września 1982 roku, i zameldowaniu się w hotelu, grupa przeprowadziła rozpoznanie ambasady spacerując wokół budynku, a następnie wchodząc do środka pod pretekstem załatwienia sprawy paszportowej. Po zakończeniu rozpoznania wspólnie ustalili, że akcja rozpocznie się już na drugi dzień.

6 września, o godzinie 10:00 do budynku ambasady, ponownie pod pretekstem załatwienia sprawy paszportowej, jako pierwszy wszedł Florian Kruszyk, gdy tylko ochrona otworzyła drzwi, do budynku wdarło się trzech pozostałych zamachowców. Sterroryzowali przebywających wewnątrz pracowników, gromadząc wszystkich w holu. Zachowywali się bardzo hałaśliwie, chcąc zastraszyć zakładników.

Oddali kilkanaście strzałów bez uzasadnionej potrzeby. Ubrali zakupione wcześniej mundury moro i założyli maski przeciwgazowe. Kruszyk, używający podczas akcji pseudonimu pułkownik Wysocki, przedstawił się jako kierownik sekcji wojskowej Powstańczej Krajowej Armii, cały czas nazywał siebie grupą bojową tejże PAK. Miał rzekomo posiadać zaplecze logistyczne na terytorium Albanii.

Jako zastępca Kruszyka dał się od razu poznać Krzysztof Wasilewski, pseudonim Kaczor. Dwaj najmłodsi terroryści natomiast nosili odpowiednio pseudonimy: Mirosław Plewiński Sokół i Marek Michalski Ponury.

Po godzinie zamachowcy przedstawili swoje żądania. W zamian za uwolnienie zakładników domagali się zniesienie stanu wojennego, grozili odpaleniem 26 kg ładunków wybuchowych, które rzekomo mieli ze sobą. Termin ultimatum wynosił 48 godzin. Kartkę z oświadczeniem około godziny 11:00 przez okno ambasady wyrzucił Sokół.

Zanim szwajcarska policja odcięła ambasadzie telefony, zamachowcy skontaktowali się z dziennikarzami DPA i Reutera. Gdy łączność została odcięta, terroryści śledzili przekazy medialne przenośnym telewizorze, wniesionym przez nich samych do budynku.

Policja otoczyła budynek szczelnym kordonem. W wyniku negocjacji, pierwszej nocy zwolniono ciężarną pracownicę ambasady. Później doszło do uwolnienia wszystkich kobiet. Zamachowcy zezwolili nawet na wejście lekarza i wniesienie lekarstw do budynku. W mediacjach z terrorystami pomagał prof. Józef Bocheński, mieszkający w Szwajcarii słynny polonijny filozof.

7 września w Polsce, po doniesieniach ze Szwajcarii zebrał się w specjalny zespół międzyresortowy, któremu przewodził Józef Wiejacz, ówczesny wiceminister spraw zagranicznych. W Szwajcarii natomiast powołano 12-osobowy sztab kryzysowy z ministrem sprawiedliwości i policji Kurtem Furglerem na czele. Strona polska zaproponowała przysłanie Wydziału Zabezpieczenia Stołecznego MSW, ówczesnej antyterrorystycznej jednostki milicji. Szwajcarzy odrzucili propozycję. Pod ambasadę wysłano szwajcarską jednostkę ATStern.

Po upływie pierwszego terminu ultimatum terroryści zażądali 3 milionów franków szwajcarskich oraz możliwości swobodnego opuszczenia kraju i udania się do Albanii lub Chin. Postawiło to w niekorzystnym świetle motywy PAK. Patriotyzm został sprzedany za twardą walutę. Do dziś powszechną teorią jest ta zakładająca, iż byli to zwykli przestępcy, pragnący zysków dla siebie a działający w politycznej zasłonie dymnej.

Również drugie ultimatum miało minąć po 48-miu godzinach. Spotkało się ono z odmową. Ostatecznie terroryści skontaktowali się z policją chcąc już tylko gwarancji bezpieczeństwa. Ujawniło to słabość grupy i skłoniła policję do podjęcia stanowczych działań.

Zapadła za to decyzja o szturmie na ambasadę. Akcję miał przeprowadzić Stern o godzinie 10:40 dnia 9 września. W budynku pozostało już tylko 5 zakładników. Antyterroryści wiedzieli, że zminimalizować ryzyko mogą tylko stosując taktyczny wybieg. By przykuć uwagę terrorystów przed samym szturmem wykorzystali system dostarczania żywności. Do skrzynki ze śniadaniem włożono ładunek ogłuszająco-oślepiająco-łzawiący.

wypr2Jak zwykle posiłek dostarczony został przez mikrobus parkujący przed ambasadą od frontu. Policjant przebrany za dostawcę przyniósł paczkę pod drzwi, zostawił ją i odszedł. W tym samym czasie od tyłu ambasady podjechał wóz antyterrorystów. Kiedy dwóch z zamachowców otworzyło paczkę, doszło do eksplozji. Ogłuszeni mężczyźni upadli na ziemię.

Ośmiu antyterrorystów ruszyło od frontu i w hallu obezwładniło ogłuszonych członków PAK.W tym samym czasie od tyłu do ambasady podbiegło 12 Sternowców z podstawionego wcześniej wozu. Detonowali oni kolejne granaty ogłuszające. Policjanci po wejściu do budynku napotkali dwóch pozostałych terrorystów, w tym lidera Floriana Kryszyka. Nie stawiali oni oporu.

Rząd PRL zażądał od Szwajcarii wydania schwytanych członków PAK. Szwajcarzy odmówili, a terroryści sądzeni byli przed Trybunałem Federalnym w Lozannie. Podczas procesu wyszło na jaw wiele interesujących faktów dotyczących tak członków PAK, jak i samej organizacji.

Ciekawa była postać przywódcy grupy, Floriana Kruszyka, ps. pułkownik Wysocki. W trakcie procesu wyszło na jaw, że Kruszyk w latach 1962-1965 był funkcjonariuszem SB. W roku 1967 wyjechał do Szwajcarii. Tam został aresztowany za szpiegostwo na rzecz PRL. Jego zadaniem było infiltrowanie tamtejszego środowiska polonijnego.

Jednym z wątków szwajcarskiego śledztwa był tzw. polski spisek. Według tej teorii cała akcja w ambasadzie była prowokacją służb specjalnych PRL-u uknutą w celu zdyskredytowania Solidarności. Tą wersję zdaje się potwierdzać przeszłość Kruszyka w SB i afera szpiegowska z nim w roli głównej. Tłumaczyłoby to nieudolność terrorystów podczas okupowania budynku.

Ciekawy jest też kierunek planowanej przez terrorystów ucieczki – Chiny bądź Albania. Warto w tym miejscu wspomnieć, że sam Kruszyk oświadczał, iż PAK operuje z terytorium Albanii. Ten fakt mógłby potwierdzić udział tajnych służb państw komunistycznych w tym zamachu.

Pozostaje jednak i drugi scenariusz, Powstańcza Armia Krajowa nie istniała (przynajmniej nie jako międzynarodowa organizacja terrorystyczna), a była to tylko przykrywką dla przestępczej działalności grupy Kruszyka. Ta wersja pozostaje najbardziej prawdopodobna. Tą wersję musiał też w końcu przyjąć sąd, z braku dowodów na spisek polskich specsłużb, ani nawet na samo istnienie antykomunistycznej organizacji terrorystycznej.

Łukasz Bugajski, źródło: Nacjonalista.pl

Źródła:

Stanisław Kochański, Brygady antyterrorystyczne. Operacje. Uzbrojenie., Wydawnictwo Czasopism i Książek Technicznych SIGMA NOT, spółka z o.o., Warszawa 1992.
Sentence Poles Who Seized Embassy, AP, 10/10/1983
Swiss Investigate Gunmans Motives, Tony Paterson, 09/12/1982, United Press International
Polish Rebels Sieze Embassy in Bern, John Tagliabue, 09/07/1982, New York Times


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 01 sty 2015, 12:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://www.youtube.com/watch?v=Q1uwuqTJotU


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 12 sty 2015, 16:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/11-stycznia-1946-r ... eszkancow/

I dlatego akcja Wisła była jednym z nielicznych dzieł władz w PRL korzystnych nie tylko z polskiego punktu widzenia, ale i z ogólnoludzkiego punktu widzenia.

Kopia artykułu:

11 stycznia 1946 roku, oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zaatakował wieś Cisna (Podkarpackie) i dokonał masakry mieszkańców
11 stycznia 2015 00:03


(Na zdjęciu: Stojący obecnie pomnik w miejscu tych wydarzeń. Źródło: Wikipedia).


Upowcy atak na wieś rozpoczęli od podpalenia szkoły i urzędu gminy, następnie podpalili dwór oraz osiem polskich gospodarstw, w jednym z nich spłonęła żywcem 4-osobowa rodzina. W innym gospodarstwie od wybuchu wrzuconego do domu granatu zginęła matka i jej troje dzieci, najstarsze w wieku 12 lat. W ataku zginęli również trzej przedwojenni policjanci, których upowcy bestialsko zamordowali ich masakrując ciała (obdzierając ze skóry, obcinając języki, uszy, genitalia) następnie wrzucili je w ogień, zginęło także kilku członków straży wiejskiej.

Ukraińcy zaatakowali również posterunek milicji którego broniło 9 milicjantów oraz 15 członków straży wiejskiej. Największą role w obronie odegrały miny, które obrońcy detonowali za pomocą rozciągniętych drutów. Po 10 godzinach walki Ukraińcy odstąpili od oblężenia i uciekli w lasy, zabierając ze sobą 27 zabitych.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 24 sty 2015, 14:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/10/31 ... olnocnego/

Zmarł Witold Andruszkiewicz, pomysłodawca budowy Portu Północnego
Posted by Marucha w dniu 2014-10-31 (piątek)



Do końca aktywny zawodowo, jeden z największych specjalistów w dziedzinie ekonomiki portów i żeglugi. Wielki orędownik ich rozwoju, podkreślający wagę turystyki morskiej – prof. Witold Andruszkiewicz zmarł we wtorek wieczorem w wieku 97 lat.
Pogrzeb prof. Witolda Andruszkiewicza odbędzie się w środę, 5 listopada na cmentarzu Łostowice.
Urodził się w 1917 roku w Omsku, na Syberii. Do Polski przybył w 1922 roku. Studia rozpoczął w Akademii Handlowej w Poznaniu w 1937 roku, kończąc je dziewięć lat później z tytułem magistra nauk ekonomiczno-handlowych. W kolejnych latach wykładał w Wyższej Szkole Handlu Morskiego w Sopocie.
W latach 1957-1961 pełnił funkcję dyrektora ds. eksploatacji Portu Gdynia, później tworzył Zakład Portów Instytutu Morskiego w Gdańsku. W 1962 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego, a dziewięć lat później profesora nauk ekonomicznych, stając się jednym z największych specjalistów w dziedzinie ekonomiki portów morskich i żeglugi.
Dzięki jego koncepcji zbudowano m.in. najgłębszy port na Bałtyku – Port Północny, otwarty w Gdańsku w 1974 roku dla statków o nośności 150 tys. ton. z torem wodnym głębokości 17 m. Pomysł pojawił się już w pracy doktorskiej, którą zaczął pisać w 1947 roku. Opracował też (niezrealizowane) koncepcje budowy Portu Wschodniego w Gdańsku, budowy kanału przez Mierzeję Wiślaną, powiązania autostrady A1 z portem w Gdańsku i terminalem w Wiślince.
Miał na swoim koncie ponad 500 publikacji naukowych z dziedziny ekonomiki portów i żeglugi. Współpracował z ministrem Eugeniuszem Kwiatkowskim, będąc gorącym orędownikiem jego idei. Był m.in. ekspertem ONZ ds. portów morskich i transportu międzynarodowego oraz doradcą premiera Konga.
Za zasługi został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Profesor Witold Andruszkiewicz do końca swojego życia był aktywny zawodowo.
Zawsze przystępny, podchodzący z szacunkiem do studentów i współpracowników, uznawany za najstarszego aktywnego ekonomistę w Polsce. W ostatnim czasie wykładał m.in. w Europejskiej Szkole Hotelarstwa, Turystyki i Przedsiębiorczości – Szkole Wyższej w Sopocie, a także w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.
Do końca życia udzielał się się także w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym w Gdańsku. Zmarł w wieku 97 lat.
Pogrzeb prof. Witolda Andruszkiewicza odbędzie się w środę, 5 listopada. Msza rozpocznie godz. 11:00 w Kościele Garnizonowym przy ul. Matejki we Wrzeszczu. Uroczystości pogrzebowe odbędą się na cmentarzu Łostowickim o godz. 12:30.
Dodatkowo w związku ze śmiercią profesora, w budynku Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku przy ul. Żabi Kruk 16 gdzie profesor wykładał, została wystawiona księga kondolencyjna. Wpisy można zamieszczać do wtorku.

Wideo:
http://www.trojmiasto.pl/video/embed/9879

Patrz
http://nekrologi.trojmiasto.pl/Zmarl-Wi ... 84800.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 25 sty 2015, 12:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/01/2 ... 1906-2002/

Profesor Andrzej Bolewski 1906-2002
Posted by Marucha w dniu 2015-01-22 (czwartek)

Na ciekawą i godną upamiętnienia, a gajowemu nieznaną postać prof. Bolewskiego, zwrócił uwagę jeden z gajówkowiczów.
Admin


Obrazek

29 listopada 2002 zmarł w Krakowie w wieku 96 lat prof. dr hab. inż. Andrzej Bolewski, profesor Akademii Górniczo-Hutniczej, doktor honoris causa AGH i Politechniki Śląskiej, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, absolwent Wydziału Górniczego Akademii Górniczej.


Profesor Andrzej Bolewski urodził się 17 lipca 1906 r. w Małogoszczy. Na początku I wojny światowej był wysiedlony wraz z Rodzicami w głąb Rosji (Ukraina, Kaukaz). Po powrocie do Kraju, nauki pobierał w Radomiu. Tam też ukończył szkołę średnią i uzyskał świadectwo dojrzałości. W roku 1924, po odbyciu praktyki w kopalni soli w Wieliczce, zdał egzamin konkursowy na Wydział Górniczy Akademii Górniczej w Krakowie, który ukończył w 1930 r. Pracę w Uczelni rozpoczął 1 września 1928 r. na stanowisku młodszego asystenta Zakładu Mineralogii i Petrografii i z tą placówką naukową był zawsze i do końca silnie związany.
Pierwsza Jego publikacja naukowa, a zarazem pierwsza w Polsce praca z dziedziny flotacji ukazała się w 1930 roku w Przeglądzie Górniczo-Hutniczym w Sosnowcu.
W 1930 r. pracował na kopalni ropy naftowej w Moreni (Rumunia), a następnie odbył podróż naukową do Włoch (sycylijskie kopalnie siarki), Grecji (kopalnie rud cynku i ołowiu Laurion), Austrii i Czechosłowacji. W roku 1933 odbywał uzupełniające studia w zakresie nauk mineralogicznych w uniwersytecie w Liege (prof. Buttgenbach i Legreye), w Gandawie (prof. Schoeps), Luwenium (prof. Thoreau). Problemy struktury kryształów studiował na Sorbonie u prof. Maugina i St. Goldstauba, a tamże u prof. Orcela zapoznał się z problematyką mikroskopii światła odbitego. Problematykę petrografii węgla kamiennego poznał u prof. Duparque’a (Lilie), a zagadnienia surowcowe i ekonomikę surowców mineralnych – w szkole handlowej w Antwerpii. W tymże roku odbył też dłuższą podróż naukową do Hiszpanii (złoża rtęci, siarki, pirytu).
Andrzej Bolewski doktoryzował się w AGH w 1935 r., a habilitował w 1939 r. W 1946 r. został profesorem nadzwyczajnym, a zwyczajnym w 1950 r. Od 1936 r. pełnił obowiązki kierownika Zakładu Mineralogii i Petrografii (po nagłym zgonie prof. Z. Rozena). Kierownikiem tego najstarszego w AGH (utworzonego w 1919 r.) zakładu nauk o Ziemi został w 1945 r. i był nim do 1969 r. W 1976 r. zgodnie z ustawą przeszedł na emeryturę.
Członek Polskiej Akademii Nauk od 1952 r., a Polskiej Akademii Umiejętności od 1990 r. Doktor honoris causa AGH i Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Członek honorowy Polskiego Towarzystwa Mineralogicznego i wieloletni prezes. Organizator i wieloletni przewodniczący Komisji Nauk Geologicznych O/PAN w Krakowie. Organizator i przewodniczący honorowy Komisji Nauk Mineralogicznych O/PAN w Krakowie. Wieloletni redaktor naczelny wydawnictw PAN: „Prace Geologiczne” i „Prace Mineralogiczne”. Przedstawiciel Polski z głosem stanowiącym w CNMMN International Mineralogical Association (1960-1987). Członek Brytyjskiego Towarzystwa Mineralogicznego oraz Francuskiego Towarzystwa Mineralogicznego i Krystalograficznego.
Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 jako podporucznik Wojska Polskiego, był kontuzjowany w lasach koneckich, leczony w szpitalu św. Kazimierza w Radomiu, uniknął niewoli niemieckiej. 6 listopada 1939 r. został aresztowany wraz z grupą profesorów krakowskich – „Sonderaktion Krakau”. Przebywał we wrocławskim więzieniu, a następnie w obozach koncentracyjnych KZ Sachsenhausen i KZ Dachau. Zwolniony na skutek interwencji zagranicznych, głównie hiszpańskich, środowisk naukowych, po niemal roku powrócił do Krakowa. Tu nawiązał współpracę z Rektorem Akademii Górniczej prof. Walerym Goetlem i włączył się w nurt konspiracyjnej działalności Uczelni i tajnego nauczania. Uczestniczył w pracach dotyczących zagadnień odbudowy materialnej Uczelni – zabezpieczał aparaty, materiały, odczynniki.
Jeszcze dziś w Zakładzie Mineralogii, Petrografii i Geochemii AGH używane są w laboratoriach odczynniki chemiczne i zlewki ze szkła kwarcowego, które w czasach mrocznej okupacji zamiast do laboratoriów niemieckich „dziwnie” okrężną drogą z Berlina trafiały do sztolni na Zakrzówku i tam czekały na koniec wojny.
Profesor Andrzej Bolewski w porozumieniu z Rektorem Profesorem Walerym Goetlem rozpoznawał problematykę przyszłej granicy zachodniej Polski i zbierał w tej sprawie materiały. Po zakończeniu II wojny światowej, na początku 1945 r. kierował odbudową wypalonego gmachu głównego Uczelni. W marcu tegoż roku został włączony jako doradca naukowy do grupy operacyjnej „Dolny Śląsk” i brał udział w przejmowaniu miasta Wrocławia i obiektów górniczych Ziem Dolnośląskich.
Był uczestnikiem i doradcą (wraz z prof. W. Goetlem) delegacji polskiej na konferencji w Poczdamie (1945) i brał udział w negocjacjach Wielkiej Trójki (Truman, Churchill, Stalin) w sprawie wytyczenia zachodniej granicy Polski. Rozegrała się tam uporczywa walka dyplomatyczna. Zespół polskich doradców okazał się najlepiej przygotowany do dyskusji. W ciągu siedmiu dni pobytu w Poczdamie delegacja brała udział w 20 spotkaniach roboczych.
W 1951 r. Profesor pełnił obowiązki organizatora Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach. W 1952 r. powołany na stanowisko Prezesa Centralnego Urzędu Geologii organizował państwową służbę geologiczną, w której po raz pierwszy doprowadził do opracowania „Bilansu Zasobów Kopalin”. Osobiście zaangażował się w utworzenie Wydawnictw Geologicznych w Warszawie z nowoczesnym parkiem maszynowym szczególnie do edycji map. Po ustąpieniu z tego urzędu w 1957 r. całkowicie związał się z pracą w AGH pełniąc m.in. funkcję kierownika katedry i prorektora Uczelni (1951-1952 i 1960-1962).
Pozbawiony kierownictwa katedry w 1969 r., na siedem lat przed emeryturą, w ramach szeroko zakrojonej „reorganizacji” szkolnictwa wyższego, skoncentrował się na osobistej pracy naukowej i stopniowo gromadzących się wokół Niego grupie młodych pracowników naukowych i wychowanków z AGH i PAN tworzących nieformalną strukturę organizacyjną.
W działalności naukowej i publikacyjnej Profesora Andrzeja Bolewskiego można wyróżnić kilka nurtów. Działalność naukowo-badawcza w zakresie nauk mineralogicznych i nauki o złożach obejmowała m.in. złoża fosforytów w Chałupkach k. Ożarowa (eksploatowane przez kilkadziesiąt lat). Współudział w odkryciu złóż iłów montmorillonitowych (bentonitów) w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym. Wybierane przez kilkadziesiąt lat stanowiły ważną bazę zaopatrzeniową odlewnictwa. Na tle stwierdzenia, że iły montmorillonitowe są nośnikami składników mineralnych dla roślin rozwinęła się współpraca z prof. Tadeuszem Skawiną, która zaowocowała publikacjami, pięcioma patentami (tzw. sorbentonawozy) i udanymi zabiegami rekultywacyjnymi nieużytków w okolicy Szczakowej i wielu innych. Były to pierwsze udane zabiegi rekultywacyjne w Polsce. W roku 1969 wraz z Janem Kubiszem prowadził badania złóż bentonitów i zeolitów w Iranie.
Działalność Profesora w zakresie geologii gospodarczej i gospodarki surowcami mineralnymi intensywnie rozwijana od 1972 r. oraz współpraca z Centrum Podstawowych Problemów Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią PAN w Krakowie wyraża się znaczącymi pozycjami m.in. serią „Surowce Mineralne Świata” (17 tomów, redaktor naukowy i współautor), podręcznik „Geologia Gospodarcza” (z prof. Hubertem Gruszczykiem), „Bilans Gospodarki Surowcami Mineralnymi w Polsce na tle Gospodarki Światowej” 8 wydań (redaktor wraz z prof. Romanem Neyem i Tadeuszem Smakowskim), pierwsza polska „Encyklopedia Surowców Mineralnych” 4 tomy (redaktor naukowy i współautor haseł) oraz liczne podręczniki akademickie z zakresu nauk mineralogicznych m.in. „Mineralogia Ogólna” (wraz z docentem Janem Kubiszem, profesorami Andrzejem Maneckim i Witoldem Żabińskim), „Mineralogia Szczegółowa” i „Rozpoznawanie Minerałów” (wraz z prof. A. Maneckim), „Surowce Ceramiczne” (z profesorami Mieczysławem Budkiewiczem i Piotrem Wyszomirskim), „Petrografia” (z prof. Włodzimierzem Parachoniakiem). Jest też autorem kilkudziesięciu skryptów wydawanych dla studentów AGH (pierwszy datowany w 1936 r.). Jest autorem i współautorem wielkiej liczby artykułów naukowych, monografii i innych.
Pod Jego kierownictwem lub naukową opieką w Katedrze Mineralogii i Petrografii AGH działalność naukową rozpoczynali jako asystenci, a następnie osiągnęli tytuły profesorów: Mieczysław Budkiewicz, Jerzy Fijał, Eugeniusz Goerlich, Wiesłwa Heflik, Hubert Gruszczyk, Antoni Kleczkowski, Zenon Kłapyta, Zygmunt Kowalski, Barbara Kwiecińska, Andrzej Manecki, Maciej Pawlikowski, Kazimierz Przewłocki, Włodzimierz Parachoniak, Tadeusz Ratajczak, Leszek Stoch, Jan Środoń, Piotr Wyszomirski, Witold Żabiński; stanowiska docentów: Jan Kubisz, Bronisława Oszacka, Zbigniew Michałek, Zbigniew Werner oraz adiunktów: Marek Muszyński, Bazyli Ostrowicki, Maria Hubicka-Ptasińska, Marzena Schejbal-Chwastek, Andrzej Skowroński, Marek Tokarz. Był tym, który znał historyczne już dla nas postacie zasłużonych dla AGH profesorów Józefa Morozewicza, Karola Bohdanowicza, Juliana Tokarskiego, Walerego Goetla.
Był autorem i współautorem cyklu publikacji o charakterze historycznym i wspomnieniowym, z których należy wymienić m.in.: „Z drogi do Poczdamu” (dwa wydania 1977, 1987 Wydawnictwo Literackie) oraz wspólną z Henrykiem Pierzchałą „Losy Pracowników Nauki Polskiej w latach 1939- -1945” (Ossolineum 1989). Był inicjatorem i miał znaczący udział w pracy zbiorowej pt. „Trudne lata Akademii Górniczej w Krakowie” – (Wydawnictwo Literackie 1989). W roku 1996, z okazji 90. rocznicy urodzin profesora Andrzeja Bolewskiego ukazała drukiem się Jego autobiografia pt. „Moje życie – moja praca” licząca 407 stron druku.
Tu zdarzyła się rzecz zabawna. W związku ze zbliżającym się wspomnianym 90-leciem Profesora postanowiliśmy w gronie Jego wychowanków i najbliższych współpracowników z AGH i PAN napisać książkę o Nim. Zostałem wydelegowany do „negocjacji” w tej sprawie – ustaliłem termin spotkania. W uroczym małym domku profesorskim w Cichym Kąciku Profesor Bolewski popijając mocną kawę, przeglądnął uważnie listę potencjalnych autorów i tematy. Kilku proponowanych autorów zamaszyście skreślił grubą kreską (z krótkim komentarzem), dopisał następnych i po głębokiej zadumie powiedział do mnie tak: drogi Andrzeju, czasu mało, a temat i obiekt trudny – pozwólcie, że ja tą książkę napiszę. I napisał książkę w ciągu 8. miesięcy (w wieku 90. lat!). Autobiografię tą Profesor tak zakończył: „…Po ostatnim słowie stawia się kropkę. Nie postawię jej; może jeszcze zdołam coś pożytecznego zdziałać, co przedłuży mój życiorys. Jak już wspomniałem, jeden z lekarzy powiedział mi, że najtrudniej dożyć 90. lat, a potem życie się potoczy do setki. A może się potoczy?.Niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgodzić trzeba”.
I tak jak przewidywał w ostatnich zdaniach autobiografii lata następne wypełniła Mu działalność naukowa głównie w sferze mineralogii, gospodarki surowcami mineralnymi oraz wspomnieniowa, która zaowocowała licznymi artykułami m.in. w Biuletynie Informacyjnym Pracowników AGH oraz kolejną (!) Jego książką pt. „Wspomnienia Starej Strzechy o Akademii Górniczej” (Wyd. IGSMiE PAN, Kraków 1999).
Za olbrzymi wkład pracy na polu nauki i wychowania oraz za działalność gospodarczą i organizacyjną uhonorowany został wieloma orderami i odznaczeniami m.in. Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Medalem Rodła, Krzyżem Oświęcimskim. W 1996 r. Prezydent RP odznaczył Profesora Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.
Był człowiekiem wielkiego formatu i szerokich horyzontów naukowych. Jako uczony i działacz gospodarczy wielką wagę przykładał do minerałów i związanych z nimi surowców mineralnych. Wychował rzeszę geologów, mineralogów, górników, ceramików, wiertników. Tworzył szkoły naukowe. Był więźniem obozów koncentracyjnych, był ostatnim świadkiem i uczestnikiem narad Wielkiej Trójki w Poczdamie.
prof. dr. hab. inż. Andrzej Manecki
http://www.biuletyn.agh.edu.pl

No cóż, typowy życiorys kolaboranta z komunistycznymi władzami PRL… nieprawdaż?
Admin



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 21 lut 2015, 11:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://w-sercu-polska.org/joomla/index. ... &Itemid=22

Zapomniane ślubowanie podjęte przez Naród na samym początku niewoli komunistycznej
Czwartek, 13 Listopad 2014 19:10 Wiara

Obrazek
Ponad milion osób było świadkami Aktu poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi przez ks. kard. Augusta Hlonda na Jasnej Górze (FOT. ARCH.)


Ślubowanie i poświęcenie Narodu Polskiego i wspólnot zakonnych Niepokalanemu Sercu Maryi (w 1946 roku)

(To dziś zapomniane ślubowanie podjęte przez Naród na samym początku niewoli komunistycznej. W słowach ślubowania pada jakże wielkie zobowiązanie do zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny przede wszystkim poprzez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Ślubowanie dziś należałoby na nowo przypomnieć i wcielić w życie.)

“Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego. Żeby temu zapobiec, przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji Memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie” – słowa Matki Boskiej w Fatimie.

8 września 1946 r. Kościół w Polsce, dokonał poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi .

Akt ten dokonał się w trzech etapach, najpierw w parafiach – 7 lipca, później w diecezjach – 15 sierpnia, a na koniec odbyły się centralne uroczystości na Jasnej Górze z udziałem całego Episkopatu Polski.

Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi, Jasna Góra, 8 września 1946

Błogosławiona Dziewico, Matko Boga Przeczysta!

Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz Ciebie za Patronkę i Królowę państwa obrał i Rzeczpospolitą Twojej szczególnej opiece i obronie polecił, tak w tę dziejową chwilę, my, dzieci narodu polskiego, stajemy przed Twym tronem w hołdzie miłości, czci serdecznej i wdzięczności. Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, cały naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, oddanie zupełne oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Synowi Twojemu, a naszemu Odkupicielowi ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła, szerzenie Jego królestwa.

Pani i Królowo nasza! Pod Twoją obronę uciekamy się; macierzyńską opieką otocz rodzinę polską i strzeż jej świętości. Natchnij duchem nadprzyrodzonym i pobożnością naszą parafię; ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swymi łaskami. Narodowi polskiemu uproś stałość w wierze, świętość życia, zrozumienie posłannictwa. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj tej polskiej ziemi, przesiąkniętej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczpospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, natchnieniem i Patronką.

Potężna Wspomożycielko wiernych! Otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół święty. Bądź mu puklerzem: wyjednaj mu świętość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności Chrystusowej owczarni. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.

Władna świata Królowo! Spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy rodzaju ludzkiego. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom pojednanie szczere i trwałe. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowały życie swoje. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie, zaufaniu.

Przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie, Matko Boga i nasza. Przygarnij wszystkich do swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym królestwem. Amen.

Podobnego aktu dokonały wszystkie wspólnoty zakonne również na Jasnej Górze w dniu 19 sierpnia 1946 r.

Akt poświęcenia się wspólnot zakonnych Niepokalanemu Sercu Maryi, Jasna Góra 19 sierpnia 1946 r.

Do stóp Twoich, o Maryjo, przyszliśmy dziś Twoi synowie i córki dobrowolnie związani świętymi ślubami zakonnymi, aby poświęcić się Twemu Niepokalanemu Sercu.

O Matko nasza ukochana – weź nasze serca, dusze i ciała, i kształtuj w nich Jezusa jak najpełniej, jak najdoskonalej.

Wiemy dobrze, że tylko wtedy będziesz mogła to uczynić, gdy znajdziesz w nas gotowość na wszystko bez zastrzeżeń, zupełne poddanie się Twemu kierownictwu i oddziaływaniu.

Zdajemy sobie sprawę, że naszym obecnym zadaniem i ścisłym obowiązkiem jest ratować świat lecący w przepaść zmysłowości, żądzy użycia za wszelką cenę – aby uchronić tysiące dusz od wiecznego potępienia. Bóg bardzo jest obrażany, Najświętsze Serce Jezusa znieważane, grzechy ciężkie ściągają kary na świat cały.

Ale oto z nieba zstąpiłaś, Królowo Różańcowa, w słodkim poselstwie miłosierdzia, które Ci Bóg powierzył. Na głos Twój stajemy w pierwszym szeregu, zrozumiawszy dogłębnie, że na nas spoczywa wielka odpowiedzialność. Wszak miarą łask spływających na ludzkość jest nasza wierność, gorliwość w stosunku do powołania.

Ażeby apostolska praca wydała obfite owoce i cuda ściągnęła na ziemię, trzeba nam wzorować się na niepokalanej czystości Twego Serca, iść śladami Twojego przykładu wypełniając Twoje polecenia. Oto stoimy gotowi podjąć wezwanie do pokuty za grzechy własne i za grzechy świata, aby ratować grzeszników, wybłagać uświęcenie dla dusz dobrej woli i pokój dla całego świata. Pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Twemu Niepokalanemu Sercu za tych, którzy Go nie znają, nie czczą, nie kochają. Pragniemy składać ofiary naszych cierpień, trudów i spalać się całopalnie w zadośćuczynieniu, aby uprosić nawrócenie dla dusz zbłąkanych, aby wybłagać pokój dla całego świata. Przez umiłowanie woli Bożej, przez karność i posłuszeństwo władzy zakonnej i kościelnej, a przede wszystkim przez najgłębszą cześć i oddanie się Ojcu świętemu.

Czystością życia, umartwieniem, męstwem, cierpliwością wobec wszelkich doświadczeń chcemy powstrzymać napór zła i zepsucia, chcemy odrodzić świat – rozpoczynając od odnowy własnych domów zakonnych. W tym celu ponawiamy dziś nasze przyrzeczenia na chrzcie świętym i w dniu I Komunii świętej złożone: że Bogu wiernie służyć będziemy, wyrzekając się wszelkiego zła dobrowolnego. Odnawiając przyrzeczenia naszych świętych ślubów jakby z odskoczni zapoczątkowujemy nowy okres życia gorliwym dążeniem do doskonałości zakonnej.

Łącząc modlitwy z ofiarami wspomagać będziemy biednych grzeszników, których los takim smutkiem przepełnia Twoje Niepokalane, Macierzyńskie Serce. Pragniemy wynagradzać Ci wszystkie zniewagi i rany doznane z winy naszej i naszych braci.

Aby pocieszyć Twoje Niepokalane Serce, spełniać będziemy Jego życzenia, poświęcając pierwsze soboty miesiąca czci Twego Niepokalanego Serca przez nabożeństwo według Twoich wskazówek.

Kochać będziemy tak drogi Ci różaniec święty. Opiece Twojej, Królowo nasza, polecamy Kościół święty i Ojca świętego, naszą Ojczyznę, naszych braci Słowian i cały świat, nasze domy zakonne i Zgromadzenia, i prosimy, o Maryjo, wybłagaj nam łaskę niezłomnego, potężnego ducha wiary, nadzieję bezgraniczną i miłość ofiarną, heroiczną w apostolstwie, taką, która cuda ściąga na ziemię. Królowo Różańca świętego, uproś światu sprawiedliwy, trwały pokój!

Prowadź nas, o Matko Najświętsza Jasnogórska, na trud, na krzyż, z imieniem Twoim na ustach, za świętą sprawę zwycięstwa KRÓLESTWA CHRYSTUSOWEGO. Amen


Za: http://dakowy.e-kei.pl//index.php?optio ... &Itemid=46
Za: http://www.naszdziennik.pl/wp/61679,akt ... maryi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 23 lut 2015, 12:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.mysl-polska.pl/node/371

Akcja Wisła to jedna z nielicznych decyzji władz PRL korzystna dla Polaków i państwa polskiego. Niewątpliwa krzywda wielu niewinnych ludzi nie może przesłonić faktu, że akcja ta przerwała niekończącą się spiralę banderowskich zbrodni.

Kopia artykułu:

Uchylić uchwałę Senatu potępiającą Akcję „Wisła”

Obrazek

"Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich, domagając się zniesienia haniebnej Uchwały Senatu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 3 sierpnia 1990 r. w sprawie akcji „Wisła”, apeluje jednocześnie, aby Wysoki Senat oddał sprawiedliwość polskim żołnierzom i przedstawicielom władz publicznych, którzy walcząc ze zbrodniczymi bandami UPA i podejmując niezbędne działania prewencyjne, bronili polskich granic i bezpieczeństwa polskich obywateli" – czytamy w liście skierowanym do Senatu RP.
MARSZAŁEK SENATU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
Pan Bogdan Borusewicz
Szanowny Panie Marszałku!
Wysoki Senacie!
Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich zwraca się do Pana Marszałka oraz do Pań i Panów Senatorów ze stanowczym apelem o zniesienie uchwały Senatu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 3 sierpnia 1990 r. w sprawie akcji „Wisła”.
Przyjęcie przez Senat wskazanej Uchwały jest jedną z najbardziej haniebnych kart w dziejach polskiego parlamentaryzmu po roku 1945. Stanowi przejaw koniunkturalizmu politycznego Senatorów Rzeczypospolitej Polskiej oraz świadectwo ich ulegania manipulacjom dokonywanym przez przedstawicieli Związku Ukraińców w Polsce, a zwłaszcza – przez ukrywających się pod płaszczykiem tej organizacji reprezentantów środowisk banderowskich.
Senat Rzeczypospolitej zwykło się nazywać „izbą refleksji”. Niestety, w wypadku prac nad kwestionowaną tu Uchwałą miejsce pogłębionej refleksji nad przyczynami oraz skutkami operacji „Wisła” zajęła poprawność polityczna. Kierując się tego rodzaju poprawnością, polscy politycy do dziś nie są w stanie przeciwstawić się – narzucanym zarówno przez polskojęzyczne, jak też zagraniczne ośrodki opiniotwórcze – upokarzającym Naród Polski ocenom naszej przeszłości historycznej, ani też wyzwolić się od notorycznego kajania się przed różnymi mniejszościami etnicznymi, bez względu na to, jak dalece destrukcyjną rolę odgrywały one dawniej i odgrywają niekiedy współcześnie wobec Państwa i Narodu Polskiego, a także bez badania rzeczywistej skali ich rzekomych krzywd oraz bez wnikliwej oceny zasadności wysuwanych przez nie różnego rodzaju roszczeń i pretensji. To właśnie poprawność polityczna kazała Senatorom Rzeczypospolitej Polskiej zapomnieć, że:
1. Operacja „Wisła”(tak bowiem powinno się poprawnie określać omawiane zdarzenie)zapobiegła działaniom band tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii, które miały na celu oderwanie od Polski terenów opatrywanych przez Ukraińców mianem Zacurzonia, a więc ok. 19 000 km2 południowo-wschodnich ziem polskich, obejmujących województwo podkarpackie oraz część województwa małopolskiego i lubelskiego. Operacja ta służyła więc częściowemu ograniczaniu skutków zapoczątkowanego przez dyktat Stalina i zatwierdzonego w Jałcie rozgrabiania terenów Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Podjęta przez polskie władze państwowe operacja wojskowa dzięki pozbawieniu banderowców schronienia oraz zaplecza militarno-gospodarczego, zapewnianych dobrowolnie lub pod przymusem przez ukraińską ludność cywilną, położyła kres masowymi dokonywanym ze szczególnym okrucieństwem mordom na bezbronnej ludności polskiej, a w tym –na kobietach i dzieciach. Oblicza się, że po zakończeniu II wojny światowej, w latach 1945-1947, działający na terenie Polski ukraińscy nacjonaliści zabili ok. 12 tysięcy cywilnej ludności. Ponadto w walkach z banderowskimi rebeliantami zginęło ok. 2 tysięcy polskich żołnierzy.
3.Operacja „Wisła” zapewniła bezpieczeństwo tej grupie ludności ukraińskiej, która nie chciała dobrowolnie wspierać banderowców i która w związku z tym była traktowana przez nich jako wrogi element przeznaczony do likwidacji.
4. Decyzje władz komunistycznych nie naruszały standardów prawa międzynarodowego, które pozwala na podejmowanie działań zmierzających do obrony integralności legalnie istniejącego państwa i zapewniania bezpieczeństwa jego obywateli. Działania władz komunistycznych nie zmierzały do celowej eksterminacji obywateli polskich narodowości ukraińskiej. Nie miały teżcharakteru czystek etnicznych, o czym świadczy choćby to, że analogiczne operacje wojskowe nie były podejmowane np. wobec dość pokaźnej liczebnie mniejszości białoruskiej lub litewskiej, albowiem w ramach tej mniejszości nie działał wówczas terrorystyczny ruch zbrojny skierowany na eksterminację polskiej ludności i oderwanie od państwa polskiego części jego terytorium.
Podstawowym zadaniem Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, tradycyjnie określanego jako izba wyższa polskiego parlamentu, jest czuwanie nad jakością stanowionego prawa. Należałoby więc oczekiwać, że wszelkie przygotowywane przez Senat akty prawne, a nawet dokumenty niższej rangi spełniać będą najwyższe standardy legislacyjne i stanowić będą świadectwo poszanowania prawa. Z tego punktu widzenia utrzymywanie w mocy przyjętej przez Senat Uchwały z dnia 3 sierpnia 1990 r. w sprawie akcji „Wisła” jest wysoce gorszące, stanowi bowiem wyraz lekceważenia polskich i międzynarodowych instytucji prawnych oraz wydawanych przez nie orzeczeń:
1. Uchwała Senatu z 3 sierpnia 1990 r. jest dokumentem, którego zapisy stoją w sprzeczności z orzeczeniem Sądu Okręgowego w Warszawie. Sąd ten na posiedzeniu w dniu 28 września 2009 r. utrzymał w mocy zaskarżone przez Związek Ukraińców w Polsce Postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie operacji „Wisła” wydane 31 lipca 2008 r. przez prokuratorów IPN. Podtrzymał też sentencję wzmiankowanego Postanowienia…, stwierdzającą, że deportacja ludności ukraińskiej w 1947 r. nie wyczerpuje znamion przestępstw, które mogą być zakwalifikowane jako zbrodnia komunistyczna. Operacja „Wisła” miała bowiem charakter prewencyjny, a nie represyjny – jej głównymzadaniem była poprawa stanu bezpieczeństwa państwa poprzez likwidację UPA, a nie wyniszczanie Ukraińców jako grupy etnicznej.
2. Rozważana Uchwała Senatu stoi w sprzeczności z orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Trybunał ten w dniu 9 lutego 2012 roku, powoławszy się na art. 34 i 35 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, oddalił – jako niedopuszczalną – wniesioną przez środowiska ukraińskie 19 marca 2010 roku skargę przeciwko Państwu Polskiemu (oznaczoną numerem 16025/10), podkreślając przy tym, że jego decyzja jest ostateczna i nie podlega zaskarżeniu. Za niedopuszczalną – w świetle art. 35.3 wspomnianej Konwencji – uznawana jest skarga, która jest anonimowa lub analogiczna do skargi wcześniej rozpatrywanej (co, oczywiście, nie wchodzi w rachubę), a także taka, która – i to jest najbardziej prawdopodobny powód jej odrzucenia – „nie daje się pogodzić z postanowieniami Konwencji lub jej protokołów, jest w sposób oczywisty nieuzasadniona lub stanowi nadużycie prawa do skargi”.
W świetle przedstawionych okoliczności widać wyraźnie, że Uchwała Senatu potępiająca operację „Wisła” przyjęta została bez należytego uwzględnienia polskich racji historycznych i prawnych oraz w sposób nadmiernie pochopny (bez oczekiwania na orzeczenia niezawisłych sądów i międzynarodowych trybunałów). Dalsze utrzymywanie w mocy tej Uchwały:
1. W sposób istotny narusza powagę polskiego Parlamentu, doprowadza bowiem do groteskowej sytuacji, w której Senat Rzeczypospolitej Polskiej obarcza Państwo Polskie winami, których nie dopatrują się polskie i międzynarodowe trybunały, a co więcej – wbrew interesom Państwa i Narodu Polskiego – napiętnowuje działania zmierzające do obrony integralności granic naszego kraju i zapewniania bezpieczeństwa jego obywateli;
2. Pogłębia kompromitację funkcjonującego w naszym Państwie systemu parlamentarnego, który sprawia, że w Polsce mniejszości rządzą większością, i który powoduje, że czołowe instytucje polskiego życia publicznego nie są zdolne stać na straży polskiego honoru oraz skutecznie bronić interesów naszego Państwa i Narodu.
3. Stanowi kolejny przejaw notorycznego relatywizowania przez polskich parlamentarzystów i europarlamentarzystów ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów, które – trwając mimo zakończenia wojny – stworzyło konieczność podjęcia operacji wojskowej, służącej pozbawieniu banderowskich zbrodniarzy kryjówek oraz zaplecza militarnego i gospodarczego. Wyrazem tego rodzaju relatywizacji jest m.in.:
– nazwanie przez Sejm RP zbrodni banderowskich nie ludobójstwem, ale „czystkami etnicznymi o znamionach ludobójstwa”;
– odrzucenie przez Parlament projektu uchwały O ustanowieniu 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian;
– powstrzymanie się przez Pawła Kowala jako jedynego członka Parlamentu Europejskiego od poparcia Rezolucji Parlamentu Europejskiego z dnia 25 lutego 2010 r. w sprawie sytuacji na Ukrainie, która potępiała decyzję o nadaniu Stepanowi Banderze tytułu bohatera Ukrainy i wyrażała – do dziś płonną – nadzieję, że Ukraińcy odetną się od faszystowskich tradycji „potwierdzą swoje przywiązanie do europejskich wartości”.
4. Potwierdza naiwność i krótkowzroczność polskich elit politycznych w stosunku do zamierzeń niektórych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce, które pomimo czytelnych sygnałów wsparcie płynących ze środowisk politycznych RP, nieodmiennie idealizują dokonania banderowskie i coraz dalsze są od jednoznacznego potępienia ich działań w stosunku do Polaków.
Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich, domagając się zniesienia haniebnej Uchwały Senatu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 3 sierpnia 1990 r. w sprawie akcji „Wisła”, apeluje jednocześnie, aby Wysoki Senat oddał sprawiedliwość polskim żołnierzom i przedstawicielom władz publicznych, którzy walcząc ze zbrodniczymi bandami UPA i podejmując niezbędne działania prewencyjne, bronili nie tyle (a w każdym razie nie tylko) interesów władz komunistycznych, ile polskich granic i bezpieczeństwa polskich obywateli.

Warszawa, dn. 17 lutego 2015 r.

W imieniu
Patriotycznego Związku
Organizacji Kresowych i Kombatanckich
Witold Listowski, Prezes
Leszek Jazownik, Wiceprezes
Niektóre wykorzystane dokumenty:
– Konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, sporządzona w Rzymie dnia 4 listopada 1950 r., zmieniona następnie protokołami nr 3, 5, i 8 oraz 11.(Tekst ujednolicony na podstawie Dz. U. z 1993 r., nr 61, poz. 284 oraz Dz. U. z1998 r. nr 147, poz. 962);
–Protokół nr 14 do Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności zmieniający system kontroli Konwencji. Strasburg, 13 maja 2004 roku;
–Dziennik Urzędowy Unii Europejskiej C 348 E/1.Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 25 lutego 2010 r. w sprawie sytuacji na Ukrainie (2010/C 348 E/01);

–Pismo podpisane przez K. Ryngielewcza, informujące w imieniu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka o uznaniu skargi Związku Ukraińców w Polsce za niedopuszczalną (ECHR-LPol11.00.R (CD) KR/MKP/jt).

Patriotyczny Związek Organizacji
Kresowych i Kombatanckich
adres do korespondencji: 00-013 Warszawa, ul. Jasna 1 (pok.216)
KRS00005400 NIP5252607922
REGON 36070406700000
tel. 501141623
e-mail: pzokik2014@wp.pl
tel. 692752947


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 11 mar 2015, 22:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/historia/7702-70-la ... z-majdanka

70 lat temu skazano pierwszych zbrodniarzy z Majdanka
Paweł Brojek wtorek, 02, grudzień 2014 05:30

Obrazek

2 grudnia 1944 r. Specjalny Sąd Karny w Lublinie skazał na śmierć przez powieszenie czterech esesmanów i jednego kapo z załogi niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Proces był bezprecedensowy - poraz pierwszy na ziemiach polskich osądzono niemieckich zbrodniarzy wojennych.

Po wejściu Armii Czerwonej do Lublina, na początku sierpnia 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, w porozumieniu z władzami ZSRR, powołał komisję do zbadania zbrodni popełnionych w obozie na Majdanku. Zebrana przez nią dokumentacja stała się podstawą do sporządzenia aktu oskarżenia przeciwko ujętym niemieckim zbrodniarzom.

Proces, który rozpoczął się 27 listopada 1944 r. przed Specjalnym Sądem Karnym w Lublinie, był w dziejach polskiego wymiaru sprawiedliwości precedensowy. Po raz pierwszy mieli zostać oskarżeni na ziemiach polskich zbrodniarze wojenni. Był to również jeden z pierwszych procesów tego typu w okresie II wojny światowej.

Na ławie oskarżonych zasiadło czterech esesmanów: Wilhelm Gerstenmeier, Anton Thernes, Hermann Vögel, Theodor Schöllen oraz dwóch niemieckich kryminalistów, którzy pełnili w obozie funkcję kapo: Heinz Stalp i Edmund Pohlmann.

Pod przysięgą zeznawało 15 świadków. Oskarżonym przydzielono obrońców z urzędu. Żaden z nich nie przyznał się do winy, potwierdzili jednak, że w obozie dokonywane były zbrodnie. Ze względu na samobójstwo E. Pohlmanna postępowanie prowadzone przeciwko niemu zostało umorzone.

2 grudnia 1944 r. sąd pod przewodnictwem B. Zembrzuskiego wydał na wszystkich pięciu oskarżonych wyroki kary śmierci. Ponadto wobec wszystkich oskarżonych orzeczono utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz konfiskatę całego majątku. Wyrok wykonano publicznie, przez powieszenie, na Majdanku następnego dnia.

W latach 1946–1948 przed polskimi sądami powszechnymi stanęło kolejnych 95 byłych członków załogi Majdanka. Najważniejszą spośród oskarżonych była Elsa Ehrich, kierowniczka obozu kobiecego, skazana na śmierć w lipcu 1948 r. i stracona.

Ostatni proces zbrodniarzy z Majdanka odbywający się przed niemieckim sądem w Düsseldorfie trwał od października 1975 do czerwca 1981 r., czyli prawie 6 lat, gdyż obrona celowo przedłużała proces, wykorzystując podeszły wiek oskarżonych.

Na ławie oskarżonych zasiadło 16 byłych esesmanów i esesmanek. Stosunkowe łagodne wyroki, które wówczas zapadły, zostały przyjęte z oburzeniem nie tylko przez byłych więźniów Majdanka, lecz także opinię publiczną w RFN i zagranicą.

Niemiecki obóz koncentracyjny na Majdanku istniał od października 1941 r. do lipca 1944 r. Spośród prawdopodobnie 150 tys. osób, które przeszły przez Majdanek, na skutek głodu, chorób, pracy ponad siły, a także w egzekucjach i komorach gazowych, życie straciło około 80 tys.

opr. Paweł Brojek
Źródło i fot. majdanek.com.pl
Na zdjęciu: Theodor Schöllen i Heinz Stalp tuż przed egzekucją 3.12.1944 r.


© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 20 mar 2015, 21:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historia.org.pl/2014/12/10/strat ... d-rajdowy/

Stratopolonez - zapomniany polski samochód rajdowy
Jakub Szyndlar | 10 grudnia 2014 09:00

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co powstałoby z połączenia PRL-owskiej legendy Poloneza z rajdowym potworem Lancią Stratos? Otóż taka wybuchowa mieszanka powstała w 1978 roku i znana jest jako Stratopolonez lub Polonez Stratos.

Obrazek
Stratopolonez, Muzeum Przemysłu w Warszawie/ fot.CC BY-SA 3.0


Auto przez 7 lat używane było jako czołowy polski samochód rajdowy, a za jego kierownicą siedziało wielu znakomitych kierowców, takich jak: Andrzej Jaroszewicz, Adam Polak, Longin Bielak czy Marian Bublewicz.

Wszystko zaczęło się, kiedy Andrzej Jaroszewicz (syn ówczesnego premiera), startując w Rajdzie Polski w 1977 roku, rozbił na drzewie prowadzoną przez siebie Lancie Stratos. Nadwozie pojazdu nie nadawało się do naprawy, jednak układ przenoszenia napędu wraz z silnikiem ocalał i został przekazany do Ośrodka Badawczo-Rozwojowego FSO wraz z misją stworzenia na jego podstawie pojazdu wyścigowego o nadwoziu poloneza z silnikiem umieszczonym centralnie.

Stratopolonez osadzony był na ramie Lancii Stratos, z której zaczerpnięto wyżej wymieniony silnik i układ przenoszenia napędu na tylne koła, zawieszenie oraz hamulce. Materiałem wyjściowym na nadwozie był rajdowy Polonez 2000, z którego usunięto spojlery, dodano wloty powietrza a także zmieniono atrapę, w celu lepszego dopływu powietrza do chłodnicy.
Kadr z amatorskiego filmu 8 mm. „Stratopolonez” - FSO Polonez 2500 Racing w parku maszyn podczas II Targowego Wyścigu Samochodowego na torze Poznań 17. 06. 1979 r. Kierowca - Maciej Stawowiak/ fot. CC BY-SA 3.0

Obrazek
Kadr z amatorskiego filmu 8 mm. „Stratopolonez” - FSO Polonez 2500 Racing w parku maszyn podczas II Targowego Wyścigu Samochodowego na torze Poznań 17. 06. 1979 r. Kierowca - Maciej Stawowiak/ fot. CC BY-SA 3.0


Samochód z racji źle rozłożonego środka ciężkości, braku docisku aerodynamicznego oraz niedostatecznej sztywności, miał tendencję do łatwego obracania się. W trakcie swojego debiutu rajdowego Stratopolonez wykonał 3 obroty wokół własnej osi. Aby zredukować skrajną nadsterowność samochód został wyposażony w tylne opony o szerokości 350 mm, co wymusiło rzeźbę nadwozia w postaci dodania szerokich tylnych nadkoli. Miejsce oryginalnego silnika zajęła chłodnica z samochodu STAR, która dociążyła przód pojazdu.

Stratopolonez osiągał maksymalną prędkość do 230 km/h, a przyśpieszenie do 100 km/h szacowane było na 5-6 sekund. Nie da się jednak tego jednoznacznie stwierdzić, ponieważ pojazd nigdy nie przeszedł testów tego typu.

W 1985 roku Polonez Stratos trafił do Muzeum Techniki w Warszawie, gdzie można go oglądać po dziś dzień. Warto wspomnieć, że w 2000 r. konserwacją samochodu zajęli się uczniowie Warszawskiego Technikum Samochodowego, po czym przeszedł renowację u tego samego mechanika, który zajmował się nim w latach 1977-1985.

I czy ktoś powie, że Polacy nie mają ciekawych pomysłów?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 08 kwi 2015, 19:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/12/28 ... werblanem/

Naród nie może zginąć – rozmowa z prof. Andrzejem Werblanem
Posted by Marucha w dniu 2014-12-28 (niedziela)

Bez wywalczenia przez Gomułkę znacznej autonomii w stosunkach z Moskwą Gierkowskie otwarcie na Zachód byłoby niemożliwe.

Obrazek

Prof. Andrzej Werblan – historyk, wieloletni członek władz PZPR, w latach 1971-1982 wicemarszałek Sejmu, autor licznych prac dotyczących dziejów Polski Ludowej.
Rozmawia Paweł Dybicz
Panie profesorze, niejeden może panu zarzucić, że na radzieckich czołgach wjechał pan do Polski, sprowadzając do niej komunizm.
– Rzeczywiście, do Polski wracałem – z Syberii – w randze młodszego oficera w 1. Brygadzie Pancernej 1. Armii Wojska Polskiego, ale w tej armii słowo komunizm było zakazane.
Ze względów taktycznych, by nie odstraszać.
– Nie sprowadzałbym tego do taktyki. Myślę, że rzeczywiste perspektywy też nie były jasne – dla nikogo. Hilary Minc, o czym dowiedziałem się wiele lat później z archiwaliów, w dyskusji wśród byłych członków KPP pod koniec 1943 r. temat, czy w Polsce ma być socjalizm, czy nie, uciął, mówiąc: „Towarzysz Stalin to rozstrzygnął, ma być demokracja, a nie żaden socjalizm. I nie ma co dyskutować”.
Zresztą z żołnierzami nikt nie rozmawiał o socjalizmie czy komunizmie. Wszystko sprowadzało się do słowa demokracja. I to się utrzymało chyba do 1947 r. W 1946 r. służyłem w Głównym Inspektoracie Wojsk Pancernych w Modlinie, w którym było kilkunastu przedwojennych oficerów. Z jednym z nich się zaprzyjaźniłem. Latem tego roku wstąpiłem do PPS, co w wojsku było tępione, bo formalnie miało ono być bezpartyjne. Zdziwił się, ale przyznał, że zapisał się do PPR. Kiedy zapytałem dlaczego, powiedział: „Słuchaj, PPS głosi, że chce budować socjalizm, a PPR jest tylko za demokracją. Socjalizm mi się nie podoba, wobec tego wstąpiłem do PPR”.
Dlaczego nie wstąpił pan do PSL?
– Ruch ludowy był mi daleki. Poza tym uważałem, że taka Polska, jaka się wyłaniała, jest w tych warunkach jedyną możliwą i opozycja wobec niej, ku czemu zmierzało PSL, wydawała mi się ryzykowna dla kraju. I wreszcie, co najważniejsze, byłem zauroczony politycznie publikacjami Juliana Hochfelda. Głównie jego książką „My socjaliści”, z podtytułem „Ze stanowiska socjalistycznego realizmu”. Te poglądy do mnie trafiały i dlatego wstąpiłem do PPS, co zresztą spowodowało, że pod koniec 1946 r. zdecydowałem się odejść z wojska. Szczęśliwie dla mnie.
Procesy i Realpolitik
Dlaczego tak wielu inteligentów i intelektualistów nie tylko poparło powojenny ład, ale wręcz czynnie zaangażowało się w budowę nowego porządku, nierzadko po stronie PPR?
– Zaważyły na tym trauma II wojny światowej i wiele okoliczności z nią związanych. Rozczarowanie polityką rządu emigracyjnego, która zakończyła się totalnym niepowodzeniem. Szok po dramacie powstania warszawskiego. Dość istotnym czynnikiem było też zafascynowanie wojennym sukcesem Związku Radzieckiego.
A nie hasła budowy innej Polski, innego społeczeństwa?
– To chciałem wymienić jako kolejny czynnik. II wojna światowa, podobnie jak I wojna, skłaniała do lewicowego myślenia. Powszechne było rozczarowanie istniejącym przed wojną porządkiem, oczekiwanie zmian. Wszystkie ówczesne partie głosiły ich potrzebę, nikt się nie opowiadał za powrotem sanacyjnego modelu ustrojowego. Myślę jednak, że głównym czynnikiem dla inteligencji była Realpolitik, przekonanie, że tylko coś pośredniego między kapitalizmem a socjalizmem jest możliwe w tej sytuacji geopolitycznej, jaka wytworzyła się po Jałcie.
Inteligencja musiała mieć inne wyobrażenie demokracji niż Stalin czy PPR. Musiała wiedzieć choćby o aresztowaniach, procesach.
– Procesy stalinowskie zaczęły się trochę później, po 1948 r., i oczywiście przerażały i odpychały, nie tylko inteligencję. Wcześniej procesów politycznych też było dużo, nawet więcej, ale wpisywały się w walkę z podziemiem, ofiary były po obu stronach, mniej więcej po równo. Z podziemiem solidaryzowała się mniejszość społeczeństwa, stopniowo kurcząca się. Aleksander Gieysztor opisał rozmowę z prof. Tadeuszem Manteufflem z lata 1945 r. Obaj wywodzili się z Biura Informacji i Propagandy KG AK.
Gieysztor otrzymał od prezesa powstającej właśnie podziemnej organizacji Wolność i Niezawisłość płk. Jana Rzepeckiego propozycję kierowania w niej czymś na kształt BIP i powiedział o tym Manteufflowi, z którym zaczęli odbudowywać Wydział Historyczny UW. Ten zdenerwowany rzekł: „Powiedz pan Rzepeckiemu, że my teraz nie robimy konspiracji ani powstania. My teraz robimy uniwersytet”.
W książce „Stalinizm w Polsce” pisze pan, że był w zespole doradczym Bieruta.
– Pod koniec 1954 r. Franciszek Mazur, zdaje się, wpadł na pomysł, że należy zorganizować małą grupę młodych ludzi, którzy służyliby pomocą I sekretarzowi KC, zbierając materiały, analizując problemy itd. Kończyłem właśnie trzyletnie studia w Instytucie Nauk Społecznych. Znalazłem się w trzyosobowej grupie wraz ze Stanisławem Kuzińskim, późniejszym profesorem ekonomii, i Edwardem Drozdowiczem, dobrze wykształconym biologiem, totumfackim Bieruta od polityki międzynarodowej i do specjalnych poruczeń.
Bierut nie umiał z tego zespołu korzystać, tak naprawdę żadnych poważniejszych zleceń nigdy nie otrzymaliśmy. Ale przez tych kilkanaście miesięcy sporo się nauczyliśmy, otarliśmy się o politykę w większym wymiarze, zwłaszcza że to były ciekawe czasy, początki destalinizacji.
Bierut nie korzystał z tego zespołu, bo może wystarczali mu radzieccy doradcy.
– To mit. Żadnego zespołu radzieckich doradców przy Bierucie nie było. Nie na tym polegała zależność od ZSRR. Nasz zespół powstał półtora roku po śmierci Stalina. W tym czasie już nie rzucała się w oczy wszechobecność radzieckich doradców ani zależność od Moskwy. To okres, kiedy PZPR zaczyna się uniezależniać. Nie ma już takiego dyktatu, a przynajmniej go nie widać.
Posłużę się przykładem, sprawą kard. Wyszyńskiego. Z tego, co wiem dzisiaj, bo wtedy taka wiedza do mnie nie docierała, sprawa kard. Wyszyńskiego, zaostrzenie stosunków z Kościołem, dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych, który wywołał konflikt zakończony uwięzieniem prymasa, była własną inicjatywą polskiego kierownictwa państwa. Po śmierci Stalina przez parę miesięcy wydawało się ono owładnięte myślą, że gdy nie ma wodza wśród żywych, z tym większym zapałem trzeba realizować jego idee. Stąd pomysł, żeby wziąć się do podporządkowywania Kościoła, wbrew porozumieniu z 1950 r.
Bierut doszedł do wniosku, że należy izolować Wyszyńskiego, i kiedy był w Moskwie, powiedział o tym. Usłyszał stanowczy sprzeciw Berii, że nie pora wzniecać takie konflikty. Sprawę odłożono. Powrócono do niej, też z własnej inicjatywy, dopiero kiedy Beria został usunięty.
Paniczna reakcja
Wydarzenia czerwcowe 1956 r. były dla pana zaskoczeniem czy spodziewał się pan ich, czytając otrzymywane materiały?
– Były zaskoczeniem nie tylko dla mnie, ale i dla ówczesnego kierownictwa partii. Nie docierały do mnie informacje, które sugerowałyby możliwość takiego wybuchu. Możliwe, że były, ale ja ich nie znałem. Chociaż, sądząc po zachowaniu ówczesnych przywódców, wydaje się, że też nie spodziewali się tego. Na wydarzenia reagowali w panice.
Dlaczego władza mówiła wtedy, że do Czerwca ‘56 doszło z imperialistycznej inspiracji itp.?
– Z nawyku, ale głównie chyba z uwagi na blokowe otoczenie. W dyskusjach wewnętrznych nawet w gremiach kierowniczych tego typu argumentacją nikt się nie posługiwał, nie było wątpliwości, jakie są rzeczywiste przyczyny protestu, ale w propagandzie używano innego słownictwa. Kiedy dziś na to patrzę, przypuszczam, że nawet nie umiano inaczej.
Gdyby nie było Gomułki albo gdyby nie udało się nim zagrać, rozwój wypadków w Polsce byłby o wiele bardziej tragiczny.
– Mogło dojść do wielkich konfliktów społecznych, skończyć się jak na Węgrzech, ale w Polsce był Gomułka i gdybanie nie ma wielkiego sensu. Nie chodzi o to, że Gomułką zagrano, on nie był obiektem gry. Odkąd przeżył okres stalinowski, stał się kluczową postacią sceny politycznej. Wcześniej czy później musiał na niej odegrać znaczącą rolę.
Czy zasadna jest teza, że Bierut, który bezpośrednio interesował się śledztwem przeciwko Gomułce, ingerując w nie, pisząc, co trzeba zrobić, o co nowego pytać, specjalnie je przedłużał, a tym samym odwlekał rozpoczęcie procesu?
– Z całą pewnością Bierut przedłużał śledztwo, ale czy robił to specjalnie, jest nie do rozstrzygnięcia. Mógł to robić z pedanterii, z której był znany. Nie wolno lekceważyć też samego Gomułki, który był człowiekiem bardzo trudnym do złamania, miał niezwykle silny i twardy charakter. Proces byłego I sekretarza KC PPR musiałby być jawny. Gomułka musiałby stać się uczestnikiem tego przedstawienia, trzeba by go złamać, a na to w 1952 r. się nie zanosiło.
Pan jest biografem Gomułki. Na ile to, co nazywamy odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym, i jego uwięzienie wpływały na jego postawę, postępowanie jako I sekretarza KC PZPR? W czym to się wyrażało?
– W kilku sprawach. Po pierwsze, w nieufności, której nabrał do aparatu bezpieczeństwa. Po drugie, myślę, że stał się nieufny wobec swoich kapepowskich towarzyszy. Zbyt wielu odstąpiło go w 1948 r., na dodatek rozumiał, że zrobili to nie z koniunkturalizmu, ale z przekonania. Oni rzeczywiście sądzili, że racja nie jest po jego stronie, uważali go, zresztą myślę, że słusznie, za prawicowego i nacjonalistycznego odchyleńca. On naprawdę był na prawo od nich i o wiele bardziej „narodowy” niż oni. Rok 1948 spowodował, że powstał u niego pewien mentalny dystans do tego środowiska.
Które później stopniowo osłabiał i eliminował.
– Chociaż starał się miarkować emocje, nie był człowiekiem mściwym. Byłem świadkiem jego scysji z salą na konferencji partyjnej województwa warszawskiego pod koniec 1956 r. Otrzymał masę pytań na temat Bieruta, a także żyjących Minca, Bermana, Zambrowskiego, jako tych, którzy zwalczali go wcześniej. Pytano, czy może z nimi nadal współpracować, czy dopuszcza, że działali w dobrej wierze. Gomułka po przeczytaniu na głos tych pytań oświadczył: „Będziecie niezadowoleni z tego, co wam powiem. Nie oczekuję od was oklasków. Jestem przekonany, że ci ludzie, działając błędnie, działali jednak w dobrej wierze. Ani przez chwilę nie dopuszczam myśli, że oni świadomie usiłowali zaszkodzić partii i Polsce. Gdybym tak sądził, a to nie tylko o tę trójkę chodzi, ale o większość ówczesnego KC PPR, to ja bym w tej partii już nie pozostał”.
Przyzwolenie Moskwy
Nie brakuje głosów, że odejście Gomułki w 1970 r. to wynik spisku Moskwy z częścią kierownictwa PZPR.
– On sam nigdy nie twierdził, że to był spisek. Owszem, powiedział mi w 1977 r. w takiej wspominkowej rozmowie, że Breżniew go usunął, że to nacisk radziecki spowodował jego odwołanie. To niezupełnie odpowiada prawdzie, choć przyzwolenie Moskwy czy jej zachęta, która rzeczywiście była, odegrały istotną rolę. Patrząc dziś na tę historię, myślę, że gdy dochodzi do takiego kryzysu jak w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu, to zmiana na szczycie jest naturalnym sposobem reakcji ludzi władzy. W krajach liberalnej demokracji też tak się dzieje, kiedy dochodzi do poważniejszego kryzysu w Niemczech, wymienia się Brandta na Schmidta…
…a w Anglii Thatcher na Majora.
– Jest to stosunkowo prosty sposób zadeklarowania zmiany polityki. Rzeczywiste jej skorygowanie, zazwyczaj konieczne w sytuacji kryzysowej, to przedsięwzięcie skomplikowane i wymaga czasu. Do tego niełatwo je zakomunikować społeczeństwu w sposób przekonujący. Zmiana lidera dobitnie wyraża chęć zmiany polityki, nawet jeśli ta chęć jest tylko połowiczna. Zmiana Gomułki była więc dość naturalna, tyle że w warunkach systemu autorytarnego takie zmiany mają sporo cech przewrotu pałacowego. Nie ma bowiem sprawnego mechanizmu sukcesji.
Jeśli jednak chodzi o relacje Gomułki z Kremlem, to z pewnością nie był tam ulubieńcem. Nie czuł się wasalem, nie zawdzięczał stanowiska jego poparciu, wręcz przeciwnie. Ze Związkiem Radzieckim wiązały go silniej interesy niż ideologia, interesy ustroju, który uważał za zbawienny dla Polski, przede wszystkim jednak interesy państwowe, granica zachodnia. Miał poczucie partnerstwa i skłonność do krytycznego, nieraz kostycznego recenzowania radzieckiej polityki wobec Chin czy na Bliskim Wschodzie, a czasem nawet wewnętrznej, np. rolnej. To radzieckich denerwowało i gdy nadarzyła się okazja, chętnie przyłożyli rękę do jego upadku. Sądzę jednak, że i na Kremlu zaważyła chęć możliwie szybkiego i bezbolesnego rozwiązania kryzysu na polskim Wybrzeżu, który także dla nich był bardzo niewygodny.
W jego wyniku nastąpiła dekada Gierka. Czym jego polityka różniła się od tego, co było za „Wiesława”?
– Różniła się znacząco. Została doprowadzona do końca zmiana generacyjna w warstwie rządzącej, zapoczątkowana jeszcze w połowie lat 60. Odchodzi z polityki pokolenie KPP, wchodzi pokolenie powojenne, zetempowskie, nawet nie pepeerowskie. I co ważniejsze, do głosu dochodzi technokratyczna, nieco aideologiczna koncepcja polityki. Już Gomułka wniósł sporo pragmatyzmu po 1956 r., ale Gierkowska ekipa wnosi go znacznie więcej: do polityki gospodarczej i zagranicznej, do otwarcia na Zachód, do polityki wyznaniowej – normalizuje stosunki z Kościołem i Watykanem. Pogłębia też politykę rolną Gomułki, znosi dostawy obowiązkowe, stymuluje inwestycje chłopskie, ustanawia KRUS.
To istotne zmiany, ale nie przeczą one linii wyznaczonej przez Październik ‘56, w istocie są jego kontynuacją. Powiedziałbym nawet, że polityka ekipy Gierka (i jego następców – Kani, Jaruzelskiego) wciąż korzysta z głównego osiągnięcia Gomułki, tj. zapewnienia Polsce znacznie większej autonomii w stosunkach z ZSRR. Bez tego ustawienia PRL w pozycji najbardziej samodzielnego kraju bloku wschodniego Gierkowskie otwarcie na Zachód byłoby niemożliwe.
Triumf albo zgon
Polska Ludowa i jej przywódcy są potępiani. Czym tłumaczyć te jednostronne oceny, m.in. wielu historyków?
– Oprócz zwykłego koniunkturalizmu brakiem wyobraźni, a czasem i profesjonalizmu. Zawsze zdumiewa mnie, że historycy, którzy odsądzają PRL od czci i wiary, w ogóle się nie zastanawiają, jaka była alternatywa, jaką inną możliwość utrzymania własnej państwowości miał naród polski. Konspirować, licząc na nową wojnę światową? Ginąć w walce bez szans o władzę dla „prawowitego rządu”? Zrezygnować z własnego, choćby niezupełnie suwerennego państwa? Otóż problem polega na tym, że naród strategii samobójczej zaakceptować nie może, w niesprzyjającej sytuacji zawsze wyłoni siły i politykę najkorzystniejszą dla tych właśnie okoliczności.
Nie może czy nie chce?

– Nie może, w najbardziej elementarnym sensie, co już dawno temu doskonale rozumiał i dobitnie wyraził Roman Dmowski. Cytując słowa pieśni „Dziś twój triumf albo zgon”, napisał, że obrażają jego najgłębszy zmysł moralny, gdyż „sama myśl o tym, że Polska może zginąć, jest przestępstwem”, a człowiek, który myślałby tak, jak śpiewa, byłby w jego oczach przestępcą.
Nazwałby pan PRL okresem przystosowania społeczeństwa do okoliczności i sposobem na przetrwanie?
– Oczywiście. To przystosowanie okazało się najkorzystniejsze z możliwych w tych okolicznościach. Wybitnie korzystne pod względem terytorium narodowego, przesunięcia na Zachód. Okres PRL, przy wszystkich okropnościach, które się wydarzyły, w sumie został wykorzystany do znacznej modernizacji, przynajmniej struktur społecznych. Ale częściowo również gospodarki, sposobu myślenia społeczeństwa, standardów oświatowych itd. Na tym fundamencie budowała obecna rzeczywistość, choć przy okazji sporo roztrwoniła i zniszczyła. Ta prawda jest zbyt oczywista, aby miała się nie ostać i w nauce, i w świadomości społecznej, zresztą w tej ostatniej już w niemałym stopniu to się dzieje.
Panie profesorze, czytelnicy „Przeglądu” pewnie będą się zastanawiać, czy opublikuje pan wspomnienia.
– Nie, nie można się ich spodziewać. Nie mam już szansy ich napisać, ale nie mam też chęci. Moje profesjonalne wykształcenie i nawyki historyka utrudniają mi pisanie wspomnień, bo nie chcę i nie umiem zawierzyć pamięci. Znam jej zawodność. Jak tylko zaczynam pisać coś z pamięci, zaraz biegnę do archiwów i bibliotek sprawdzać w źródłach. Dla mnie pisanie wspomnień byłoby równoznaczne z pracą nad monografią historyczną Polski Ludowej. A na to już nie starczyłoby sił ani czasu.

Paweł Dybicz

http://www.tygodnikprzeglad.pl/pl/narod ... werblanem/

Warto przypomnieć, że prof. Werblan w marcu 1968 analizował szkodliwy wpływ Żydów na polski ruch komunistyczny, szczególnie w okresie stalinizmu.
Admin

[Cóż za absurd - przecież komunizm jest dziełem żydów, więc o jakim tu szkodliwym wpływie mowa?]


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 09 kwi 2015, 18:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.naszapolska.pl/index.php/cat ... dowala-prl

Jak masoneria budowała PRL
Paweł Siergiejczyk 30 grudzień 2014

Jedną z okrągłych, lecz mało wyeksponowanych rocznic, jakie minęły w roku 2014, było 70-lecie zainstalowania władzy komunistycznej na terenach Polski.

Tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, urzędujący w Lublinie, a potem w prawobrzeżnej Warszawie, w rzeczywistości powstał w Moskwie i stamtąd otrzymywał polecenia, które skrzętnie wykonywał. Na jego czele stał Bolesław Bierut – tajemnicza postać wybrana przez Stalina na namiestnika sowieckiej Polski.
Życiorys Bieruta nie budzi dziś większego zainteresowania. Nigdy zresztą nie budził, gdyż komunistyczny prezydent zawsze wydawał się osobowością szarą i ponurą. Wynika to z faktu postrzegania go wyłącznie jako sowieckiego agenta, którym oczywiście był. Ale istnieje w biografii Bieruta epizod, o którym mało kto wie, a który każe spojrzeć na tę złowrogą postać także z nieco innej perspektywy. To epizod masoński. Sięga on młodości późniejszego przywódcy PRL, ale w zaskakujący sposób powraca także po roku 1944.
Mentor młodego Bieruta
Pochodzący z chłopskiej rodziny spod Lublina Bolesław Bierut od 1900 r. uczęszczał w tym mieście do szkoły elementarnej, z której 5 lat później został usunięty za organizowanie strajku szkolnego. Miał wówczas 13 lat i dalszą wiedzę musiał zdobywać jako samouk, równocześnie pracując – początkowo jako pomocnik murarski, następnie jako zecer w drukarni. Drukowano tam m.in. „Kurier Lubelski”, którego redaktorem w 1910 r. został Jan Hempel. Szybko stał on się mistrzem i nauczycielem dla 15 lat młodszego Bieruta.
Hempel to postać niezwykle barwna. Rozpoczął naukę w warszawskim gimnazjum, ale z powodu braku pieniędzy musiał przenieść się do szkoły rzemieślniczej, gdzie zdobył zawód ślusarza. Pracował jako technik, buchalter, korepetytor, jednocześnie poświęcając wolny czas na samokształcenie w dziedzinie filozofii, historii, literatury i języków obcych. W 1903 r. zgłosił się do pracy przy budowie Kolei Wschodnio-Chińskiej, później zaciągnął się na statek i dotarł do Brazylii. Tam przez kilka lat uczył dzieci polskich osadników i redagował pismo „Polak w Brazylii”. Tam też, w Kurytybie, wydał swoją pierwszą książkę pt. „Kazania polskie”, w której zwalczał wszelkie formy wiary w Boga osobowego i propagował jako misję dziejową ludu polskiego… obalenie chrześcijaństwa.
W 1908 r. udał się do Paryża, by dalej zajmować się taką „filozofią”. Pracował zarobkowo w Bibliotece Polskiej, gdzie zaprzyjaźnił się ze Stefanem Żeromskim. W stolicy Francji Hempla zafascynował anarchosyndykalizm, czemu dawał wyraz w korespondencjach wysyłanych do prasy krajowej. Tam też związał się z masonerią i w 1909 r. został przyjęty do loży „La France Socialiste”, należącej do Wielkiego Wschodu Francji. Rok później nadano mu stopień mistrza. Wtedy też dwaj inni polscy masoni przyjęci do loży nad Sekwaną, adwokat Stanisław Patek i psychiatra Rafał Radziwiłłowicz (szwagier Żeromskiego), nakłonili Hempla, by powrócił do kraju i podjął tam działalność wolnomularską. Oni sami utworzyli w Warszawie lożę „Wyzwolenie” (od której później wzięło nazwę Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”), zaś Hempel trafił do Lublina, gdzie objął redakcję „Kuriera Lubelskiego”, a w 1912 r. powołał lożę „Wolni Oracze”.
W gronie „Wolnych Oraczy”
Wśród założycieli lubelskiej masonerii znalazła się jego siostra, aktywna działaczka spółdzielcza Wanda Papiewska wraz z mężem Franciszkiem Papiewskim, a także pracujący w „Kurierze” Witold Giełżyński. Syn tego ostatniego, znany dziennikarz Wojciech Giełżyński (sam zresztą również mason), tak pisał: „<Wolni Oracze> patronowali <Kurierowi Lubelskiemu> (z którego się wcześniej wyłonili), Lubelskiemu Stowarzyszeniu Spożywców (które powołali do życia) oraz Stowarzyszeniu Abstynentów <Przyszłość>. W każdej z tych trzech instytucji działał lub pracował młody Bierut. Do masonów rzecz jasna nie należał – za mało znaczył – ale wychowywał się w ich kręgu aż do uśpienia lubelskiej loży w 1916 roku; to jest bezsporne. Jakiś maleńki tego ślad w mentalności Bieruta chyba pozostał i jego późniejsze działania nieco łagodził” (W. Giełżyński, „Prywatna historia XX wieku”, Warszawa 2005, s. 356).
O ile ta ostatnia opinia wydaje się mocno dyskusyjna, to nie ulega wątpliwości, że środowisko lubelskich masonów wywarło zasadniczy wpływ na polityczną drogę młodego Bieruta. Sam Hempel w tym czasie wstąpił do PPS-Lewicy, która w 1918 r. połączyła się z SDKPiL tworząc Komunistyczną Partię Polski. W ślad za nim poszedł jego uczeń i tak oto w II Rzeczypospolitej obaj znaleźli się w ruchu komunistycznym. Zanim jednak Hempel stał się marksistą, ścieżki jego myśli były bardzo kręte. Syn Bieruta, Jan Chyliński, we wspomnieniach o ojcu cytował relację innego ucznia i czytelnika prac Hempla: „Z tych książeczek i udzielonych nam nauk dowiedzieliśmy się, że jest on bezkompromisowym wrogiem chrześcijaństwa i ustroju kapitalistycznego. Człowiek stworzony jest dla wolności, stosunek między ludźmi powinien być oparty na braterstwie – tymczasem chrystianizm, wywodzący się z semityzmu, nakazuje posłuszeństwo i pokorę; kościoły pogodziły się z ustrojem kapitalistycznym, który przecież oparty jest na wyzysku i poniewieraniu człowieka. Naszej filozofii i moralności nie należy czerpać z ponurego semityzmu, ale uczyć się od słonecznych Ariów, z których wywodzą się i Słowianie. Trzeba nawrócić do wolności i równości, panujących za Piastów, do religii każącej czcić przyrodę, połączonej ze zjawiskami słonecznymi; wraz ze zbliżeniem się do przyrody odpadnie od nas obłuda, jaka panuje obecnie między ludźmi, zburzymy ustrój burżuazyjny. Partie polityczne, oparte na dyscyplinie organizacyjnej, podporządkowane wodzom, były dla niego również nie do zniesienia; uznawał, że przewrót społeczny nastąpi automatycznie przez budzenie w ludziach poczucia godności i wolności; ustrój sprawiedliwy nastanie przez życie zgodne z przekonaniem wewnętrznym. Oczywiście, objawioną nam naukę przyjęliśmy bez zastrzeżeń” (J. Chyliński, „Jaki był Bolesław Bierut. Wspomnienia syna”, Warszawa 1999, s. 31).
Wielkim paradoksem jest to, że człowiek głoszący takie poglądy kilka lat później został członkiem władz KPP, a w 1932 r. zamieszkał w Moskwie, gdzie po pięciu latach padł ofiarą „wielkiej czystki”. Bolesław Bierut miał więcej szczęścia, gdyż w momencie likwidacji KPP siedział w polskim więzieniu, poza tym był działaczem znacznie niższego szczebla. Ale to właśnie jemu przypadła rola budowniczego państwa, które miało odrzucić chrześcijaństwo i ustrój kapitalistyczny, czyli zrealizować ideowy testament Hempla.
Propozycja dla masonów
W momencie, gdy Bierut obejmował namiestnictwo nad „wyzwoloną” Polską, masoneria polska nie istniała. Formalnie zlikwidował ją dekret prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 listopada 1938 r. „o rozwiązaniu zrzeszeń wolnomularskich”. Faktycznie jednak loże same zakończyły działalność kilka tygodni wcześniej, gdy nieoficjalnie dowiedziały się o planach wydania dekretu. Masoneria więc znikła, ale pozostali masoni – część w wojennej zawierusze trafiła na emigrację, część pozostała w kraju. Wśród tych drugich znaleźli się dwaj ostatni szefowie polskiego wolnomularstwa: były wielki mistrz Wielkiej Loży Narodowej Polski Marian Ponikiewski (przed wojną wicedyrektor Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i prezes Związku Młodzieży Chrześcijańskiej YMCA) oraz były komandor Rady Najwyższej masonerii na Polskę Stanisław Stempowski (pisarz i tłumacz, wieloletni towarzysz życia Marii Dąbrowskiej).
To właśnie do nich – jak podawał znawca dziejów tego ruchu, prof. Ludwik Hass – w 1945 lub 1946 roku dotarła sugestia prezydenta Bieruta, czy też jego bliskiego otoczenia, że „w ramach dokonującego się przywracania porządków demokratycznych” nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wznowili organizację masonerii, podobnie jak to się już stało lub szykowało się w Rumunii, na Węgrzech i w Czechosłowacji. Obaj przedwojenni przywódcy ustosunkowali się do tej możliwości negatywnie, wyjaśniając, że działalności masonerii nie zabronił – jak ujmowali to proponujący – rząd „faszystowski”, lecz dobrowolnie się rozwiązała i nie widzą podstaw dla jej reaktywowania.
Sytuacja polityczna zmieniała się wtedy szybko, o czym świadczy fakt, że kiedy w 1947 r. inny przedwojenny mason, znany lekarz i przewodniczący Rady UNICEF Ludwik Rajchman, przekonywał Bieruta, żeby zezwolił na działalność wolnomularską w kraju, spotkał się ze zdecydowaną odmową. Wznowieniu lóż miał się sprzeciwiać już wtedy bardzo wpływowy członek Biura Politycznego KC PPR Jakub Berman. Na formalne odrodzenie swojej organizacji polscy masoni musieli czekać aż do 1991 r., choć już 30 lat wcześniej powstała w Warszawie konspiracyjna loża „Kopernik”. Ale to zupełnie inne historia…
Zaufani ludzie Bieruta
Wróćmy jeszcze do Bolesława Bieruta, którego sympatia do masonerii ujawniła się nie tylko w propozycji opisanej przez Hassa. W cytowanej już książce Wojciech Giełżyński opisywał, jak jesienią 1944 roku jego ojciec trafił do Lublina, gdzie napotkany Jerzy Borejsza natychmiast zorganizował mu spotkanie z przewodniczącym Krajowej Rady Narodowej: „Ojciec bił się z myślami, ale poszedł. Bierut powitał go wylewnie i uraczył komplementami za jego lubelską działalność lewicową sprzed ponad trzydziestu lat; pamiętał jakieś wiece, które Ojcu całkiem wypadły z pamięci. Powspominali starych znajomych, przede wszystkim Jana Hempla (…). Potem Bierut zaproponował: <Co by pan redaktor powiedział o objęciu w PKWN resortu oświaty? Jestem pewien, że świetnie by pan sobie z nim poradził!>” („Prywatna historia XX wieku”, s. 354).
Giełżyński-senior (który był masonem do 1938 r.) nie przyjął tej propozycji, ale wielu innych jego braci lożowych aktywnie włączyło się w budowanie Polski Ludowej. Wielce charakterystyczne jest tu objęcie stanowiska wicedyrektora Kancelarii Cywilnej prezydenta Bieruta przez Franciszka Papiewskiego, szwagra Jana Hempla i jednego z twórców lubelskiej masonerii. Ale najwyżej zaszedł Henryk Kołodziejski, który – jako założyciel i dyrektor Biblioteki Sejmowej w latach 1920-1939 – był jedną z centralnych zakulisowych postaci życia politycznego II Rzeczypospolitej. W czasie wojny związany z Delegaturą Rządu RP na Kraj, w czerwcu 1945 r. nieoczekiwanie pojawił się w Moskwie na rozmowach, w wyniku których powstał zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej z udziałem Stanisława Mikołajczyka. Jako „bezpartyjny demokrata” Kołodziejski był wręcz hołubiony przez komunistów, dzięki którym został posłem (od 1945 r. aż do śmierci w 1953 r.), prezesem Najwyższej Izby Kontroli, członkiem Rady Państwa, a także prezesem Naczelnej Rady Spółdzielczej. Dodajmy, że prawdopodobnie to on był łącznikiem między Bierutem a Ponikiewskim i Stempowskim.
Komuniści z lożową przeszłością
Ciekawą postacią był także Alfred Fiderkiewicz, który w 1919 r. wstąpił do polskiej loży w USA, a później kontynuował tę przynależność w Warszawie. W latach 20. był on jednocześnie komunistycznym posłem na Sejm (choć zdobył mandat z listy PSL „Wyzwolenie”), a w czasie okupacji współzałożycielem PPR i organizatorem rozmów między tą partią a Delegaturą Rządu na początku 1943 roku. Po powrocie z obozu Auschwitz w 1945 r. Fiderkiewicz został prezydentem Krakowa. Warto dodać, że jego zastępcą był wówczas inny mason, Eugeniusz Tor, a w krakowskiej Radzie Narodowej zasiedli dwaj kolejni: Aleksander Dacków i Wacław Krzyżanowski. Sam Fiderkiewicz robił później karierę w dyplomacji (m.in. jako ambasador w Kanadzie i na Węgrzech), w latach 1949-1956 kierował Związkiem Zawodowym Pracowników Służby Zdrowia, a także działał w Komitecie Warszawskim PZPR.
Przedwojennym komunistą i zarazem masonem był także Eustachy Kuroczko, nauczyciel i działacz Związku Nauczycielstwa Polskiego, który wojnę przeżył w Związku Sowieckim, by w 1944 roku trafić do ekipy PKWN. Przez kilka lat był dyrektorem departamentu ogólnego w resorcie oświaty, następnie sekretarzem generalnym i prezesem ZNP. Kierował tą organizacją w latach 1951-1954, czyniąc z niej gorliwe narzędzie stalinizacji polskiego szkolnictwa.
W pierwszych latach Polski Ludowej dawnych wolnomularzy można było spotkać również w innych resortach, zwłaszcza spraw zagranicznych i handlu zagranicznego. Zwykle byli radcami, doradcami czy dyrektorami departamentów, choć zdarzały się i wyższe awanse, np. Franciszek Modrzewski, który po wojnie został dyrektorem portu w Gdyni, w latach 1957-1968 zajmował fotel wiceministra handlu zagranicznego, później zaś ambasadora PRL w Belgii.
Mieli swoją partię
Ciekawym przykładem masona-entuzjasty nowego ustroju był Józef Wasowski (pierwotne nazwisko Wassercug, ojciec Jerzego Wasowskiego z Kabaretu Starszych Panów), przedwojenny dziennikarz, który już w sierpniu 1944 r. zgłosił się w Lublinie do pracy w aparacie KRN. Został dyrektorem departamentu w Ministerstwie Informacji i Propagandy, posłem, redaktorem naczelnym „Kuriera Codziennego”, profesorem Wydziału Dziennikarstwa Akademii Nauk Politycznych, a także pierwszym przewodniczącym Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Kto wie, do jakich stanowisk by jeszcze doszedł, gdyby nie zmarł jesienią 1947 r.
Zarówno on, jak i Modrzewski, a także wielu innych przedwojennych wolnomularzy działało w Stronnictwie Demokratycznym. Ta dosyć elitarna partia, założona niedługo przed wybuchem wojny, stanowiła polityczną emanację środowiska masońskiego. I o ile nie dziwi fakt szybkiego jej odrodzenia w 1944 roku (już 22 sierpnia wybrano w Lublinie pierwsze władze prokomunistycznego SD), bo tak samo postąpiono w przypadku innych przedwojennych ugrupowań, o tyle zastanawiająca jest zgoda komunistów na dalsze funkcjonowanie Stronnictwa jako jednej z trzech partii w PRL. Stronnictwa – dodajmy – które nie miało odpowiedników w całym obozie komunistycznym. Być może kluczem do tej zagadki jest właśnie liczna obecność dawnych masonów we władzach SD, np. do 1949 r. prezesem Rady Naczelnej, a następnie prezesem honorowym SD był prof. Mieczysław Michałowicz, a jego zastępcami – prof. Jerzy Langrod i wspomniany już Józef Wasowski. Czyżby więc Bierut, decydując o kształcie systemu partyjnego, kierował się także sentymentem do wolnomularzy?
Diagnoza Prymasa Wyszyńskiego
Poparcie znacznej części przedwojennych masonów dla ustroju komunistycznego można by uznać za historyczny detal, drobnostkę, którą nie warto się zajmować. Tak zresztą traktuje masonerię większość naukowców, publicystów i dziennikarzy. Innego zdania był jednak Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński. W zapiskach z pierwszych lat po objęciu stolicy prymasowskiej znajdujemy bardzo ciekawe uwagi. Oto 14 stycznia 1953 r. w relacji z rozmowy z Franciszkiem Mazurem, który w kierownictwie PZPR odpowiadał za sprawy Kościoła, kard. Wyszyński zapisał: „Wracam raz jeszcze do masonerii, bo masoneria całego świata też cieszy się z waszej tezy. Oni dziś przekonują komunistów, że powinni zlikwidować Kościół w Polsce. Bo masoneria też wierzy w to, że oni zwyciężą, podobnie jak wy. Ale chcą mieć pole bez konkurentów. I dlatego dziś zachęcają komunistów: zniszczcie Kościół, pozostanie nam tylko jeden wróg – komuniści. W tej chwili komunizm jest <wynajęty> przez masonerię wszechświatową do likwidowania Kościoła. (…) Masoneria to wspólny wróg – i nasz, i wasz; my się znamy na nim już od dawna; wy zdradzacie naiwność początkujących wobec masonerii. Nie bądźcie ich najmitami i nie załatwiajcie sprawy masonerii – vulgo kapitalistów” (S. Wyszyński, „Pro memoria. Zapiski z lat 1948-1949 i 1952-1953”, Warszawa 2007, s. 412-413).
Także w rozmowie z redaktorami „Tygodnika Powszechnego” 16 października 1952 r. Prymas przekonywał: „Masoneria – ta złota międzynarodówka – chce niszczyć Kościół – <czarną międzynarodówkę> – z pomocą komunizmu – czerwonej międzynarodówki. Masoneria zamierza rozprawić się i z komunizmem, i z Kościołem. Woli więc, że przed tą rozprawą z komunizmem Kościół będzie zniszczony przez komunistów. Trzeba i tę siłę brać pod uwagę, gdy się myśli o sytuacji w Polsce. Masoneria polska przyczaiła się, ale cicho podjudza komunistów przeciwko Kościołowi, a duchowieństwo przeciwko Rządowi. To masoneria najwięcej mówi o palmie męczeństwa dla Kościoła polskiego” (tamże, s. 326).
Tych opinii kard. Wyszyńskiego nie należy lekceważyć. Mało znana i słabo zbadana sprawa masońskich związków i sympatii Bolesława Bieruta, a także udziału wolnomularzy w tworzeniu zrębów PRL, wskazuje, że ówczesna walka z religią i Kościołem katolickim mogła mieć inspirację nie tylko moskiewską.

Paweł Siergiejczyk

Artykuł ukazał się w tygodniku "Nasza Polska" nr 51/52 (998) z 16-31 XII 2014 r.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 27 kwi 2015, 12:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://forumemjot.wordpress.com/2015/0 ... iagniecia/

Jaki był PRL, wszyscy wiemy. Było to państwo wasalne względem ZSRR, zniewalające Polaków w stopniu niedopuszczalnym. Jednak w porównaniu z III RP PRL można uznać za oazę wolności.

Kopia artykułu:

PRL – dorobek i osiągnięcia
Opublikowano 26/04/2015 by emjot

Obrazek

—————————————————————————
Żeby dokonać sensownych porównań gospodarki PRL z gospodarką współczesnej Polski, trzeba brać pod uwagę trzy uwarunkowania, z którymi musiała się zmierzyć Polska Ludowa, a z którymi nie musi się mierzyć współczesny rząd:
– Odbudowa Polski z ruiny wojennej,
– Zacofanie gospodarcze i społeczne, powszechny analfabetyzm oraz ogromne obszary nędzy, odziedziczone po Polsce przedwojennej,
– Ogromny przyrost naturalny – od 23,930 mln obywateli w roku 1946 do ok. 38 mln w roku 1989. Za PRL przybyło ponad 14 mln Polaków. Oznacza to, że średnio co roku rodziło się ok. 326 tysięcy nowych obywateli.
PRL wszystkim zapewniała darmową edukację od żłobka po studia, darmową opiekę zdrowotną, często bardziej rozbudowaną niż obecnie – np. darmowe gabinety dentystyczne w szkołach, — oraz miejsca pracy (zerowe bezrobocie).
— Przy tym wszystkim praktycznie nie istniało zjawisko bezdomności.
Tymczasem ze współczesnej Polski uciekło za granicę 2,3 mln Polaków.
Mimo to, — współczesna Polska, w przeciwieństwie do PRL, — nie zapewnia wszystkim miejsca pracy — (bezrobocie utrzymuje się według ostrożnych kalkulacji powyżej 10%, czyli co najmniej co dziesiąty Polak nie ma pracy).
[Te 10%, to są ci, którzy znajdują się w rejestrach urzędów pracy — emjot]
PRL zapewniała darmową edukację od żłobka po uniwersytet i wybudowała grubo ponad tysiąc szkół.
— Tymczasem współczesna Polska zamknęła ok. 1000 szkół, utrzymując duże klasy, wprowadziła odpłatność za studia wieczorowe i zaoczne, wprowadziła opłaty za drugi kierunek.
— Ponadto część dzieci kształci się prywatnie, co stanowi mniejsze obciążenie dla budżetu.
PRL zapewniała powszechną, bezpłatną opiekę zdrowotną.
— Tymczasem współczesna Polska prywatyzuje służbę zdrowia, powołując się na zbyt duże koszty.
Za PRL budowano więcej mieszkań niż we współczesnej Polsce — (w latach 1950-89 wybudowano ponad 5 mln mieszkań). — Praktycznie nie istniało zjawisko bezdomności.
— Tymczasem we współczesnej Polsce liczba bezdomnych przekroczyła 43 tysiące. [W różnych poważnych, oficjalnych biuletynach instytucji zajmujących się badaniami socjologicznymi, mówi się, że przekracza 100 tysięcy — emjot]

Współczesne rządy twierdzą, że PRL zostawiła kraj w ruinie.
— Tymczasem nigdy w historii Polski nie zbudowano tyle fabryk jak za PRL.
W ciągu 40 lat zbudowano 1615 nowych zakładów przemysłowych o zatrudnieniu 100 i więcej osób.
— Współczesne rządy rzeczywiście musiały się bardzo „natrudzić”, żeby zamknąć wiele z nich, — a resztę sprzedać za bezcen zachodnim korporacjom.
Czy „cudowna” gospodarka współczesnej Polski poradziłaby sobie z powojenną odbudową i wzrostem populacji aż o 14 mln osób,
— skoro nawet przy ucieczce ponad 2 mln Polaków za granicę i corocznej jałmużnie od Unii Europejskiej, — nie potrafi zapewnić tego, co zapewniał PRL?
——————————————————–
https://www.facebook.com/RacjonalistaPL
Za; https://marucha.wordpress.com/2015/04/2 ... iagniecia/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 08 maja 2015, 21:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://xportal.pl/?p=18840

Warszawa: Hołd Bohdanowi Piaseckiemu
on 25 stycznia 2015 11:58 / 4 komentarze

W piątek falangiści i zaproszeni goście uczcili jak co roku pamięć Bohdana Piaseckiego, spotykając się na dziedzińcu warszawskiej kamienicy, w której znaleziono ciało zamordowanego syna Bolesława Piaseckiego. Pod przyniesionymi portretami chłopca zgromadzeni zapalili biało-czerwone znicze, a następnie wysłuchali przemówienia Bartosza Bekiera. Przewodniczący Falangi przypomniał m. in. o niezmienności i konsekwencji antyliberalnych, radykalnych społecznie, hierarchicznych i narodowych przekonań Bolesława Piaseckiego, dramacie osobistym najważniejszego z patronów Organizacji, oraz bezkarności sprawców zbrodni, a także o wymiarze politycznym tego szokującego do dziś morderstwa. Poczyniona została analogia pomiędzy środowiskiem tzw. żydokomuny, zadeklarowanymi wrogami Piaseckiego i zabójcami jego syna, a współczesnymi przeciwnikami Falangi, do jakich zalicza się prosyjonistyczna neokonserwatywna prawica, oraz prosyjonistyczna lewica liberalna. Nad warszawskim Muranowem rozległ się okrzyk „Bolesław Piasecki!”, a o potwornej zbrodni przypominały mieszkańcom również pozostawione w kilku miejscach portrety Bohdana. Na zakończenie Bartosz Bekier podziękował za obecność wszystkim falangistom i gościom, a przede wszystkim p. Marii Piaseckiej, wnuczce Bolesława Piaseckiego, która wzięła udział w uroczystościach.
Bohdan Piasecki został porwany 22 stycznia 1957 roku i prawdopodobnie tego samego dnia rytualnie zabity. Sprawcy pozostawili w ciele chłopca wbity w serce nóż; w głowę, serce i żołądek powbijano również gwoździe, a na ścianie piwnicy, w której po dwóch latach znaleziono martwego Bohdana, mordercy wypalili niezidentyfikowane symbole. Wszyscy, którzy w toku skandalicznie prowadzonego śledztwa znaleźli się w najwęższym kręgu podejrzeń – głównie pracownicy MSW narodowości żydowskiej – tuż po porwaniu chłopca uciekli do Izraela. Jedynie dzięki interwencji współpracowników Piaseckiego na granicy zatrzymano podejrzewanego o współudział taksówkarza Ignacego Ekerlinga, schwytanego podczas próby ucieczki do państwa syjonistycznego. Śledztwo prowadzone było jednak tak, by zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona, a Ekerling do końca życia również pozostał bezkarny. Większość dokumentów związanych ze sprawą morderstwa Bohdana Piaseckiego znajduje się dzisiaj w zastrzeżonych archiwach IPN, które nie zostały udostępnione nawet Rodzinie zamordowanego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 21 maja 2015, 20:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/21-lutego-1946-rok ... kiej-ormo/

21 lutego 1946 roku, utworzono Ochotniczą Rezerwę Milicji Obywatelskiej (ORMO)
21 lutego 2015 00:01

ORMO to paramilitarna organizacja ochotnicza i społeczna, która wspierała Milicje Obywatelską. Maksymalnie liczyła ok. 400tys. ludzi, których w większości rekrutowano spośród członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) ale też ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL), Stronnictwa Demokratycznego (SD) i bezpartyjnych.

Organizacja została rozwiązana przez sejm w 1989 roku.

Obrazek
Na zdjęciu: Odznaka ORMO noszona na kieszeni munduru. Źródło zdjęcia: Wikipedia


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /