Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 05 maja 2014, 19:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/?p=11405

W dniu śmierci Stalina uciekł MIG-iem z Polski Ludowej. Wyczyn „skrzydlatego Franka” nie schodził z pierwszych stron gazet, mimo że świat żył śmiercią Stalina
mar 05, 2014 Admin Bez kategorii, Bohaterowie 0

Obrazek
Franciszek Jarecki


- Przybywając do wolnego świata, chciałem przekonać Polaków w kraju i za granicą, jak również obcych, że naród polski nie pogodził się z niewolą, a młodzież polska nie jest komunistyczną. Naród polski wierzy, że przyjdzie jeszcze czas, kiedy będzie mógł stanąć do walki o wolność i zwyciężyć – mówił ppor. Franciszek Jarecki na antenie RWE.

Obrazek

5 marca 1953 roku pilot Ludowego Wojska Polskiego podporucznik Franciszek Jarecki uprowadził ćwiczebny samolot odrzutowy MIG-15 bis i wylądował nim na duńskiej wyspie Bornholm. Dokonał tego w dniu śmierci Stalina.
Ucieczka młodego Polaka stała się świadectwem prawdziwych uczuć pokolenia wychowanego w epoce Stalina. Sam pilot wyjaśniał swój wyczyn następująco:
Uciekłem na zachód, żeby udowodnić, że młodzież polska nie jest komunistyczna”.
Podporucznik Franciszek Jarecki był pilotem elitarnego 28. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego w Słupsku. 5 marca 1953 roku miał odbyć swój pierwszy ćwiczebny lot na myśliwcu MIG-15 bis. Był to w tym czasie jeden z najnowocześniejszych samolotów sowieckich. Decyzję o ucieczce pilot podjął już kilka miesięcy wcześniej, po tym jak Informacja Wojskowa zaczęła go werbować i zmuszać do donoszenia na kolegów. Postanowił wtedy udać się na Bornholm, bo tam według komunistycznej propagandy miała się znajdować amerykańska baza lotnicza.
Wystartował o godzinie 9.10. Na wysokości Kołobrzegu, Jarecki wykonał zwrot w dół, lecący obok Józef Caputa poinformował lotnisko, że kolega miał prawdopodobnie wypadek. Wkrótce rozpoczął się pościg, w który wyruszyło osiem radzieckich MIG-ów patrolujących Bałtyk.
Tymczasem Jarecki, znając z nasłuchu położenie ścigających go samolotów, zniknął z radarów i po kilku minutach wylądował na Bornholmie. Przez kilka dni wyczyn młodego Polaka nie schodził z pierwszych stron gazet, choć cały świat żył wtedy śmiercią Stalina. 20 marca maszyna, po wcześniejszych „dokładnych oględzinach”, została zwrócona stronie polskiej.
„Skrzydlaty Franek” został nawet tematem skocznej poleczki, piosenkarz powstańczej Warszawy Jan Markowski skomponował popularną „Polkę migową”. Pilot za swój wyczyn został odznaczony w Londynie przez gen. Władysława Andersa Krzyżem Zasługi z Mieczami.

http://niezlomni.com/wp-content/uploads ... 3/jar1.jpg

Do Rozgłośni Polskiej RWE przychodziły liczne listy Polaków, którzy popierali ucieczkę Jareckiego:
naprawdę zasłużył sobie na wysokie odznaczenie za tak bohaterski wyczyn. Ślemy dla niego gorące pozdrowienia i braterski uścisk dłoni. To co Jarecki mówił do nas przez radio to samo my czujemy w sobie, jesteśmy wszyscy takimi samymi Polakami. Wiemy doskonale jak kremlowskich pachołków zalewa krew, kiedy słuchają jak Jarecki mówi przez radio: ››niech nie myślą komuniści, że Polacy będą walczyli przeciwko wojskom amerykańskim czy anglosaskim‹‹”.
Jan Nowak-Jeziorański mówił do pilota na antenie Rozgłośni Polskiej RWE: – Pokazał Pan całemu światu, że Polska jest w dalszym ciągu sojusznikiem zachodu i że musi być traktowana jako sojusznik, jako przyjaciel.
Skazany na karę śmierci
Polski Sąd Wojskowy wydał wyrok, w którym uciekinier został zaocznie skazany na karę śmierci. W 1961 roku Jarecki przeżył zamach na swoje życie, jego samochód został ostrzelany. Do dziś nie udało się ustalić kto próbował go zabić.
„Skrzydlaty Franek” osiadł w USA, a władze amerykańskie przyznały mu 50 tysięcy dolarów za to, że jako pierwszy dostarczył na zachód egzemplarz MIG-a. Pilota usynowił jeden z kongresmanów polskiego pochodzenia, dzięki czemu Jarecki mógł otrzymać amerykańskie obywatelstwo. Zmarł 24 października 2010 roku w Erie w Pensylwanii. Kombinezon lotniczy, w którym odbył swój pamiętny lot na Bornholm znajduje się dzisiaj w National Air and Space Museum w Waszyngtonie.
Miesiąc po wyczynie porucznika Franciszka Jareckiego podobnej ucieczki dokonał pilot Zdzisław Jaźwiński.

źródło: Polskie Radio


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 05 maja 2014, 19:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/?p=11384

Tak Polska płakała po Stalinie. Wzruszające wiersze, zmiana nazwy miasta, „stan zbiorowej hipnozy”… Była nawet jedna ofiara śmiertelna
mar 05, 2014 Admin PRL 0

Obrazek

Gdy nad ranem 6 marca 1953 r. polskie media poinformowały o śmierci Stalina, z inicjatywy władzy komunistycznej rozpoczął się wielki spektakl propagandowy, będący kulminacją kultu „Chorążego Pokoju” w Polsce. Stan zbiorowej hipnozy utrzymywał się do 9 marca, gdy cały kraj uczcił pogrzeb sowieckiego dyktatora.
O chorobie Stalina Polacy dowiedzieli się 4 marca z radia i radiowęzłów, następnego dnia zaś o wszystkim poinformowała prasa. Już wtedy były wiadomo, że coś się niedługo wydarzy. Ruszyła wielka machina mobilizacyjna, na której opierał się cały stalinizm (czy szerzej: komunizm). System trwał, dopóki udawało mu się pchać masy do wskazanego przez siebie czynu.

Obrazek
Defilada w Dreźnie po śmierci Stalina


6 marca po północy informację o śmierci Józefa Wissarionowicza podało radio moskiewskie. Zebrane na szybko kierownictwo PZPR w środku nocy przygotowało specjalną odezwę, w której uczczono pamięć zmarłego oraz opisano jego zasługi dla Polski. Tekst ten już rano znalazł się w „Trybunie Ludu”, którą (podobnie jak część innych tytułów) przeredagowywano w samym środku nocy po to, by przetworzona informacja o śmierci „papieża komunizmu” dotarła do społeczeństwa już rano.
Formę organizowania „spontanicznej” żałoby regulowały przygotowane w Komitecie Centralnym instrukcje. Nakazywano w nich m.in. opuszczenie flag narodowych do połowy masztu oraz wywieszenie w widocznych miejscach napisu „Nieśmiertelne imię Stalina zawsze będzie żyć w sercach narodu polskiego i całej postępowej ludzkości”. Podobnie regulowano przebieg zgromadzeń żałobnych w zakładach pracy: najpierw minuta ciszy, potem odczytanie oficjalnych odezw (najpierw sowieckich, potem polskich), wysłanie krótkiej depeszy kondolencyjnej do ambasadora ZSRS w Polsce, wreszcie – odśpiewanie „Międzynarodówki” (na wsiach zastąpione pieśnią „Gdy naród do boju”). Bardzo szybko przestrzeń publiczna przybrała żałobny wygląd. Wszędzie pojawiały się popiersia i portrety generalissimusa, udekorowane czerwienią i czarną krepą, zastępowaną w wypadku jej braku czarnymi pończochami. Na gmachu KC powieszono, podświetlany reflektorami, ogromny portret „dumy proletariatu”.
W szkołach, zakładach pracy i jednostkach wojskowych organizowano masówki – 7 marca, z inicjatywy Ogólnonarodowego Komitetu Uczczenia Pamięci Stalina (w którego skład weszli Józef Cyrankiewicz, Edward Ochab, prof. Józef Dembowski, gen. Kazimierz Witaszewski, Wiktor Kłosiewicz, Alicja Musiał, Jarosław Iwaszkiewicz, Eugenia Krassowska, Dominik Horodyński oraz Stanisław Nowocień) odbył się w Hali Mirowskiej wiec żałobny, w którym wzięło udział ok. 5 tys. ludzi. Charakterystyczną formą było też wystawianie wart honorowych przy portretach i popiersiach „wodza Światowego Proletariatu”.

Obrazek

Nie mogło zabraknąć także tradycyjnych elementów stalinowskiej mobilizacji, przede wszystkim zaś zobowiązań produkcyjnych oraz podobnych im akcji organizowanych przez aktyw młodzieżowy w szkołach i na uczelniach. Rozpoczęto też akcję rekrutacyjną do partii i ZMP. W pierwszym wypadku inicjatywa ta musiała napotkać znaczne problemy, skoro w specjalnym piśmie wystosowany do komitetów wojewódzkich PZPR Sekretarz KC Edward Ochab napominał towarzyszy by uważniej „wsłuchali się w głos mas”.
Ostrze działań propagandowo-indoktrynacyjnych skierowane było szczególnie na młodzież szkolną. Dzieci obowiązkowo pisać musiały listy i wypracowania wspominkowe, które świadczą o mocnym zakorzenieniu w ich świadomości ideologicznych treści przekazywanych przez nauczycieli. Był one narzucone odgórnie – resort oświaty
przygotował specjalne pogadanki, których tekst rozsyłano do szkół. W jednej z nich stwierdzano:
I jeżeli wam, dzieciom Polski Ludowej smutno jest dzisiaj, że umarł Stalin, nasz najlepszy przyjaciel – to pomyślcie o tym jak ciężko jest dzieciom sowieckim, które znały Stalina nie z portretu i nie z opowiadania. Dla nich Stalin był bliskim, drogim człowiekiem, drogim jak ojciec.
Prasa zaroiła się od wspomnień o „wielkim geniuszu ludzkości”. „Trybuna Ludu” wydrukowała m.in. wypowiedzi Jarosława Iwaszkiewicza, Bogdana Hamera, Juliana Strykowskiego, Adama Ważyka, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Teodora Marchlewskiego i Juliana Tuwima. Ten ostatni stwierdzał:
Słowo Stalina dawno już było i dzisiaj jest – i zawsze będzie słowem o uniwersalnym znaczeniu, słowem pełnym żarliwej treści. Istotą tej treści jest moc zespalająca, moc łącząca, potęga, której nic nie złamie.
Partyjnemu dziennikowi wtórowało „Życie Warszawy”. Aktywne były też pisma kulturalne: „Nowa Kultura”, „Życie Literackie” i „Przegląd Kulturalny”, na łamach których swoje odczucia po śmierci Stalina wyrazili czołowi literaci i twórcy ówczesnych czasów. Zgon i żałobę upamiętniło też wiele wierszy, wśród nich te napisane przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Wisławę Szymborską, Leona Pasternaka, Witolda Wirpszę, Wiktora Woroszylskiego, Anatola Sterna czy Jana Sztaudyngera. Każde środowisko musiało jakoś odnieść się do śmierci „wielkiego ucznia Lenina”.

Obrazek

W żałobnym numerze „Przeglądu Historycznego” czytamy:
Przed grobowcem Józefa Stalina staje w głębokiej zadumie i żalu również polska nauka historyczna [...] W osobie Józefa Stalina czcimy dziś [...] nie tylko sternika i opiekuna badań naukowych, czcimy też genialnego badacza, który posunął naprzód rozwój nauki własnym umysłowym trudem [...] Nie wiadomo też co bardziej należy podziwiać w pracach Stalina jako historyka: czy bezpośredni ich kontakt z dniem dzisiejszym narodu i konkretnymi potrzebami państwa? Czy mistrzowskie operowanie narzędziem dialektyki? Czy przenikliwość ujawniającą nieomylnie genezę teraźniejszości, a zarazem wytyczającą jej odległe perspektywy? Czy śmiałość i celność w zajmowaniu stanowiska: to prawda a to fałsz [...] Czy jasność i lapidarność najtrudniejszych nawet sformułowań? Czy tok wykładu tak jasny i precyzyjny [...], że rozprawa otwierająca przełom w kilku naraz dziedzinach wiedzy staje się oczywista [...] dla uczonego, dla chłopa i robotnika?
7 marca Rada Państwa i Rada Ministrów podjęły decyzję o przemianowaniu Katowic na Stalinogród, całe zaś województwo nazwano stalinogrodzkim. Zmianę przedstawiano jako decyzję lokalnych władz partyjno-administracyjnych, wiemy jednak, że faktycznie została ona przekazana i narzucona śląskim działaczom przez Jakuba Bermana, który nie zgodził się także na użycie nazwy „Stalinowce”. Podobno pierwotnie miastem nazwanym na część Stalina miała być Częstochowa, obawiano się jednak pielgrzymek do „Matki Boskiej Stalinogrodzkiej”. 27 kwietnia wniosek o zmianę nazwy przeszedł przez Sejm, a złożył go znany literat śląski Gustaw Morcinek.

Obrazek

Nie tylko Katowice zostały w 1953 r. „miastem Stalina” – 7 maja położone nad Odrą wschodnioniemieckie Eisenhüttenstadt przemianowano na Stalinstadt. Nazwa ta, w przeciwieństwie do Stalinogrodu przetrwała do 1961 r.
Zmiana nazwy wywołała mieszane reakcje społeczne, o czym świadczy wypowiedź jednego z żołnierzy, usuniętego później z ZMP: „Niedługo Warszawę przemianują na Leningrad [...] Wątpię, czy adresowany list dojdzie do Stalinogrodu, bo może trafić do Stalingradu, czy nie trzeba będzie na liście dopisać słowo Polska…” W oficjalnej propagandzie zmianie towarzyszył oczywiście entuzjazm. Całe wydarzenie uczcił swoim zatytułowanym „Moje miasto Stalinogród” Grzegorz Słobodnik:

Dzień, w którym wszystko się zmieści -
Smutek, walka i słońce -
Dzień w roku pięćdziesiątym trzecim
Sztandary wyniosły łopocące.
Czerwone sztandary żałobą przybrane,
Czerwone sztandary w mym mieście,
A serca płonęły, płonęły i łkały
Na Śląsku, w Warszawie, na świecie..
Kiedy Chorąży odszedł, sztandar
Podniosła rąk milionem Partia!
Ta, która ludzi silnych tworzy,
Ta, którą w walce On dowodził.
Nad kopalnią kołysał się obłok
I odleciał białym gołębiem.
Nad kopalnią, która w tym roku
Nadplanowy dobędzie węgiel.
Zapatrzeni górnicy stali
W obłok biały i węgiel czarny.
Nad kopalnią powiewał napis -
,,Stalinowskie pracują Warty„.
W moim mieście są szare poranki,
W moim mieście są jasne noce,
W moim mieście ludzie, jak co dzień,
Zapalają kominów pochodnie.
Moje miasto górnicze – Węgiel!
Moje miasto hutnicze – Stal!
Moje miasto ma Jego imię,
Moje miasto Stalinogród.


W poniedziałek 9 marca w Moskwie odbył się pogrzeb dyktatora. Decyzją polskich władz państwowych w dzień ten ustanowiono żałobę narodową. Na uroczystości pogrzebowe wyjechała delegacja partyjno-państwowa w skład której weszli Bolesław Bierut, Hilary Minc, Edward Ochab, marsz. Konstanty Rokossowski oraz Aleksander Zawadzki. Polscy dygnitarze stanowili jedną ze zmian warty honorowej przy trumnie sowieckiego przywódcy. Uroczystości pogrzebowe w stolicy ZSRS rozpoczęły się w południe (10:00 czasu polskiego).
Tego dnia przez całą Polskę przetoczyła się masa organizowanych odgórnie masówek, wieców i akademii żałobnych. Po południu przed gmachem KC w Warszawie przeszedł pochód żałobny, na towarzyszącym mu wiecu przemawiali Józef Cyrankiewicz i Franciszek Jóźwiak. Według zarządzeń partyjnych, w momencie rozpoczęcia pogrzeb w całej Polsce należało rozpocząć 5-minutową przerwę w pracy, połączoną z chwilą zadumy. Jej początek miały ogłaszać syreny fabryczne i parowozowe, a także dzwony kościelne.
Władze nie mogły pozwolić sobie na lukę, jaką sprawiłaby bierność Kościoła w żałobie. Na szczeblu centralnym udało się uzgodnić z biskupami, by polecili proboszczom uruchomienie dzwonów o godz. 10:00. Również w terenie wpływano na duchownych po tzw. „linii partyjnej”, aby właśnie w taki sposób wzięli udział w uroczystościach żałobnych. Z tego właśnie powodu w momencie rozpoczęcia 5-minutowej przerwy w pracy w większości kościołów w kraju rozległ się dźwięk dzwonów – zabił nawet krakowski „Zygmunt”.
Kilkudniowa żałoba, kontynuowana już w mniej intensywnej formie w następnych tygodniach, wprowadziła społeczeństwo polskie w stan porównywalny do zbiorowej hipnozy. Imprezy masowe, smutno-podniosły nastrój i wielkie słowa musiały wywołać jakieś wrażenie na dużej części społeczeństwa, nie tylko tej „wierzącej” w komunizm. W czasie różnych uroczystości odnotowywano ataki paniki i histerii, wiele ludzi nie ukrywało łez.
W Gdańsku cały ten żałobny ciężar doprowadził do tragedii – w Technikum Przemysłu Spożywczego w czasie dekorowania krepą portretu Stalina doznała ataku serca i zmarła jedna z uczennic, córka przodownika pracy.
Śmierć „wielkiego humanisty” największe wrażenie musiała wywrzeć na aktywistach i najbardziej ideologicznie zaangażowanych członkach partii i innych organizacji. Brak Stalina, człowieka, który będąc „prorokiem Nowej Wiary” wydawać miał się nieśmiertelny, wywoływało pustkę i strach o dalsze losy idei, której był wyrazicielem. Nieprzypadkowo w oficjalnych wypowiedział nie mówiono „zmarł”, używając raczej określenia „odszedł”, które nadawało temu wydarzeniu charakter „przejścia do innego świata”. Trend ten najlepiej wyraża fragment listu aktywistki ZMP, skopiowanego w ramach perlustracji korespondencji przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego:
Nie można się jakoś z tym pogodzić, tak nie pasują do siebie te dwa słowa „Stalin” i „śmierć”. I ma się uczucie jak by umarł ktoś najdroższy.
Inni, o wiele mniej zaangażowani, ale poddani indoktrynacji czy też widzący na swój sposób rzeczywistość stalinizmu, mogli obawiać się o przyszłość Polski i świata. Stalin jawił się jako stabilny fundament całego systemu i człowiek będący gwarantem pokoju na świecie. Wielu mogło mu (pośrednio) zawdzięczać awans społeczny i wielką zmianę, która dokonywała się na ich oczach. Jego brak mógł więc budzić obawy o najbliższe dni, łącznie z groźbą wojny. Młoda dziewczyna z Poznania pisała:
Czemu nie umarł Truman, Adenauer, czy inna cholera imperialistyczna, tylko taki kochany człowiek. Nie uznaje indywidualnych aktów terroru, ale własnoręcznie zamordowałabym wszystkich tych drani, co chcą wywołać wojnę [...] Jeśli o mnie chodzi – chcę skończyć szkołę, być inżynierem zootechnikiem, pracować, wyjść za mąż i mieć 5-cioro dzieci, jak widzisz, wojna jest mi absolutnie niepotrzebna.
Nie można zapominać też o strachu i konformizmie, który sprawiał, że najlepszą strategią przetrwania było zwykłe przystosowanie się. Poniższy list studenta z Łodzi dobrze pokazuje to jakże charakterystyczne zróżnicowanie czynów, deklaracji i myśli:
Wydanie Polskiej Kroniki Filmowej poświęcone w całości żałobie po śmierci Stalina.

http://www.youtube.com/watch?v=9MfftkT-oSk

Trzeba wstawać o godz. 5.30 rano, myć się, zjeść czym prędzej, bo trzeba czcić śmierć Stalina. Potem wykłady w czasie wykładów nastawiają radio na Moskwę i słuchamy przemówień w ciągu 2 godzin po rosyjsku, potem to samo po polsku i znowu [...] A potem dyskutuj w czasie „nauki własnej” o tym, że przestało bić serce, ale żyje nauka. A potem prasówka i apiać – Stalin umarł, ale to nieprawda, żyje on dalej w naszych sercach [...] Jest nas razem 100 osób, a każdy musiał składać osobiste zobowiązanie, więc całe zebranie potrwało do północy. Tak mniej więcej wygląda tu życie, zresztą nie można powiedzieć, by było nieprzyjemnie. Znać wiele troski władz o to, byśmy wyszli stąd wzbogaceni w wiedzę i umieli sławić tych, którym nic nie zawdzięczamy.
Nagła choroba i zgon dyktatora wywołała plotki, pogłoski i dowcipy. Sprzątaczka w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego miała, na podstawie tego „co ludzie mówią”, stwierdzić, że:
Stalin się bardzo przejął tym, że Ameryka naciska na niego w sprawie oficerów z Katynia i z tego zmartwienia aż krew uderzyła mu na głowę.
Duża część społeczeństwa (zapewne większa, niż ta, która szczerze żałowała Stalina) mogła się jednak ucieszyć z wieści o śmierci krwawego dyktatora oraz czuć, że coś wreszcie się zmieni, np. powstrzymany zostanie terror. Chłop wierzyli, że wstrzymana zostanie kolektywizacja. Żarliwi katolicy widzieli w tym karę boską za zło, jaką wąsaty Gruzin wyrządził Polakom. Znane są przypadki osób, które swoje zadowolenie ze śmierci przywódcy ZSRS wyraziły zbyt głośno, co zwykle miało dla nich mniej lub bardziej negatywne skutki. Inni odreagowywali podniosły nastrój piciem alkoholu. Studentka medycyny pisała:
Stalin jest ciężko chory, to o mało bym nie skoczyła do góry, ale niestety byłam na oddziale, więc nie mogłam. Tak się cieszę, że już nie wiem, co robić [...] Dzisiaj dostanę ZMP-owską legitymację, aż mi się niedobrze robi na jej widok.
Nadzieję związaną z lepszym jutrem widać w innym liście, przechwyconym w Warszawie:
Dzisiejsza wiadomość dodała otuchy i wiarę w lepsze życie. Jestem radosna i dodało mi sił do przetrwania, rada bym Panią uściskać. Sądzę, że Pani też tak czuje.
Sterowana odgórnie żałoba miała być kolejnym aktem umacniania systemu stalinowskiego w Polsce pomimo śmierci najważniejszego z jego symboli. Kilkudniowy ceremoniał dotknął zdecydowaną większość mieszkańców Polski. Dla niektórych były to jedne z najbardziej smutnych dni w życiu, inni czuli radość ze śmierci zbrodniarza. Wielu nie miała na ten temat wyrazistego zdania, szła jednak po linii wyznaczonej przez partię i jej aparat propagandowy. Wszyscy nie wiedzieli jeszcze, że w ciągu trzech lat totalitarny system, którego zmarły był twórcą i ikoną, rozpadnie się.

Tomasz Leszkowicz, artykuł „Przestało bić serce wodza ludzkości…” – polska żałoba po śmierci Stalina

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 18 maja 2014, 19:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/2218/rozbic- ... rodka-cz-i

ROZBIĆ KOŚCIÓŁ OD ŚRODKA CZ. I
Aleszumm - 17 Marzec, 2014 - 21:32

Obrazek

ROZBIĆ KOŚCIÓŁ OD ŚRODKA CZ. I

Siła nowej władzy w początkowej fazie kształtowania się PRL-u oparta była na bagnetach wkraczającej Armii Czerwonej i NKWD. Bez tego wsparcia komuniści nie mieli najmniejszych szans przetrwania w Polsce nawet kilku miesięcy. Ich głównym przeciwnikiem było nie tylko silne niepodległościowe podziemie zbrojne, ale przede wszystkim Kościół katolicki - pojmowany w szeroki sposób. Komuniści obawiali się kościelnej hierarchii, duchowieństwa, zakonników (klasztorów), ale także świeckich środowisk katolickich - zarówno o charakterze społecznym, charytatywnym, naukowym, jak i politycznym, których aktywistami były częstokroć także osoby duchowne - głęboko w Kościele zakorzenionych.

Należy zaznaczyć, iż zarówno w stosunku do duchowieństwa, jak i świeckich środowisk kościelnych komuniści stosowali podobne metody polityczne oraz tajne działania operacyjne (w podejmowanych rozpracowaniach traktując je bardzo często łącznie) - stopniowo je przenikając. Całość zagadnienia oddawano kompetencjom tych samych urzędów.

W latach 1945-1952 sprawami Kościoła i środowisk katolickich zajmował się rozbudowany w Departamencie V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) - Wydział V i jego odpowiedniki w terenie, czyli Wydziały V w Wojewódzkich Urzędach Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP) i referaty w Powiatowych Urzędach Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP).

W 1953 r., w szczytowym okresie walki z Kościołem, pion kościelny rozbudowano organizacyjnie i kadrowo. W miejsce Departamentu V, Wydziału V utworzono nowy wydzielony Departament XI z odpowiednikami terenowymi.

Na jego czele stanął oficer sowiecki płk Karol Więckowski.

W grudniu 1954 r. (w związku z ogólną reorganizacją resortu) w miejsce MBP powstał Komitet ds. Bezpieczeństwa Publicznego, a Departament XI zmienił nazwę na Departament VI Komitetu ds. BP.

Odwołano płk. Więckowskiego, a w jego miejsce powołano ppłk. Józefa Dziemidoka z zastępcą mjr. Stanisławem Morawskim (obaj byli dawnymi funkcjonariuszami z pionu MBP do walki z Kościołem). Już w kwietniu 1950 r. zniesiono Ministerstwo Administracji Publicznej i powołano Urząd do spraw Wyznań, który podporządkowano prezesowi Rady Ministrów. Urząd do spraw Wyznań ściśle współpracował z organami bezpieczeństwa, mimo że ustawa tego nie przewidywała.

Zdaniem wicedyrektora X Departamentu MBP Józefa Światły, pierwszym autorem reżimowego planu zwalczania Kościoła i środowisk katolickich był generał NKWD Iwan Sierow.

Już w 1944 r. ustalił on główne ramy i metody działania wymierzone w Kościół, w oparciu o doświadczenia sowieckie zdobyte w walce z Cerkwią prawosławną. Jego plan zakładał "rozbicie Kościoła od wewnątrz przy pomocy nasłanych lub zwerbowanych agentów, stanowiące ważny krok na drodze do ich całkowitej likwidacji". Już w 1945 r. Sierow polecił szefowej Departamentu V płk Julii Brystygierowej ("Lunie") "rozpoznanie całego duchowieństwa".

Niemniej zaznaczyć należy, iż do 1949 r. władze bezpieczeństwa prowadziły względnie liberalną politykę w stosunku do Kościoła. Środowiskami katolickimi, do których zaliczano m.in. działaczy Stronnictwa Pracy (SP), środowisko "Tygodnika Powszechnego", "Tygodnika Warszawskiego", Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, KSM-y, Sodalicję Mariańską, Caritas, kółka różańcowe, ministrantów, a także grupę "Dziś i Jutro" B. Piaseckiego, czyli Pax (z założenia mający spełniać rolę konia trojańskiego w Kościele), oraz duchowieństwem planowano zająć się nieco później. Jednak już od 1945 r. zainteresowano się SP jako chadecką partią polityczną. Od 1947 r. nastąpiło zintensyfikowanie działań przeciwko Kościołowi.

W październiku 1947 r. odbyła się pierwsza odprawa kierownictwa MBP poświęcona wyłącznie sprawom Kościoła, podczas której referat programowy pt. "Ofensywa kleru i nasze zadania" wygłosiła J. Brystygierowa. Podkreśliła wrogie oddziaływanie księży na społeczeństwo z ambony i stwierdziła, że Episkopat chce stworzyć własną partię polityczną (blok stronnictw katolickich, endeckich i ludowych) na bazie świeckich środowisk katolickich.

Na początku 1950 r. Kościół katolicki uznano za czołowego wroga PRL, rozpoczynając falę aresztowań księży i biskupów. Ostrze represji skierowano także w kierunku świeckich środowisk i organizacji katolickich. Do systemu represji stosowanych wobec środowisk katolickich i duchowieństwa należy zaliczyć: rozmowy profilaktyczne, przesłuchania i ostrzeżenia, zatrzymania oraz inne dokuczliwe ich formy, jak: brak zezwoleń na organizowanie procesji, pielgrzymek, rewizje w mieszkaniach itd. Zaczęto usuwać lekcje religii ze szkół.

W związku z zaliczeniem środowisk katolickich, duchowieństwa do "wrogów klasowych" podjęto wobec nich specjalne metody operacyjne zmierzające do pełnej ich infiltracji. Prowadzono tzw. rozpracowania, które dzieliły się na: - ewidencyjne (polegające na wprowadzaniu do ewidencji nazwisk i innych danych), - agenturalne (pozyskiwanie w tych środowiskach jak największej liczby tajnych współpracowników - pod pojęciem TW kryły się 3 kategorie osób: informator, agent i rezydent. Każdy z TW przechodził tzw. płytkie przeszkolenie. TW pozyskiwani byli: na podstawie przesłanek ideowo-patriotycznych; materiałów kompromitujących, na drodze szan-tażu lub przekupstwa, - obiektowe (czyli rozpoznanie i rozpracowanie obiektu przez funkcjonariuszy UB, także Sprawy Operacyjnego Sprawdzenia - SOS, Sprawy Operacyjnego Rozpracowania - SOR). Rozpracowanie obiektowe założono na większość grup i środowisk kościelnych.

Każdej tego typu sprawie nadawano kryptonim. Przykładowo sprawę obiektową dotyczącą rozpracowania środowiska KUL-u w 1950 r. opatrzono kryptonimem "Bogobojni", a od 1961 r. "Ciemnogród" i "Olimp", a działaczy Stronnictwa Pracy w Lublinie kryptonimem "Zlepek" i "Fałszywi". Na początku lat 80. na katolickie środowisko "Spotkania" w Lublinie założono sprawę obiektową o kryptonimie "Redaktorzy".

Podobnie było w innych regionach kraju. Wobec działaczy "popielowskiego" Stronnictwa Pracy (czyli A. Antczaka) na terenie WUBP w Bydgoszczy (także PUBP w Toruniu) wszczęto agenturalne rozpracowanie o kryptonimie "Szarańcza", a później, ok. 1969 r., o kryptonimie "Chadecja". W 1948 r. na działaczy "zrywowskiego" SP w Bydgoszczy - Macieja Roszaka, Jana Faustyniaka, Tadeusza Andrzejewskiego, Henryka Trzenińskiego, Andrzeja Trellę, Witolda Chełmikowskiego, Rafała Godyckiego, Wijasiewicza, założono agenturalne rozpracowanie o kryptonimie "Szaleńcy", "Nielegalny"; na sekretarza SP w Wąbrzeźnie Józefa Mąkę agenturalne rozpracowanie "Tęgi".

W drugiej połowie lat 40. WUBP w Bydgoszczy zleciło założenie spraw obiektowych na funkcjonujące przy parafiach "stowarzyszenia kościelne", m.in. oddziały Caritas. W sierpniu 1948 r. szef PUBP w Wyrzysku chor. Korsak założył takie rozpracowanie na tamtejszy Caritas o kryptonimie "Kary", w Sępólnie Krajeńskim (szef PUBP ppor. Sawa) o kryptonimie "Piramidy"; w Rypinie o kryptonimie "Rybacy".

Rozpracowaniem objęto także koła w Kowalewie, Lipnie, Grudziądzu, Chełmnie (tam również do sprawy włączono Sodalicję Mariańską, Bractwa Różańcowe istniejące przy wielu parafiach, Krucjatę Eucharystyczną, Trzeci Zakon im. św. Franciszka, a także TP KUL - gdzie donosili do UB m.in. informatorzy "Automat", "Orzeł"), Tucholi (informator "Hart"). W 1956 r. sprawę tę złożono do archiwum.

W 1962 r. w Krakowie tamtejsza SB założyła sprawę obiektową o kryptonimie "Wierni". W jej ramach kontrolowano działalność ośrodków duszpasterstwa akademickiego na terenie Krakowa oraz środowiska krakowskiego KIK-u, "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku". Dopiero w październiku 1989 r. sprawę zakończono, materiały składając do archiwum Wydziału "C" krakowskiego WUSW.

W rozpracowaniach obiektowych wykorzystywano: osobowe źródła informacji (OZI) - agentów, informatorów, rezydentów, obserwatorów, stosując środki techniki operacyjnej: podsłuch pokojowy (PP), podsłuch telefoniczny (PT), perlustrację korespondencji itd. Przeprowadzano także tzw. kombinacje operacyjne (KO) będące najwyższą formą pracy operacyjnej bezpieki.

Chcąc sparaliżować i wyeliminować z życia politycznego chrześcijańskie Stronnictwo Pracy, w kwietniu 1946 r. naczelnik I Wydziału V Departamentu MBP Henryk Piasecki polecił: "Zebrać wszystkie dotychczas posiadane materiały kompromitujące na Str. Pracy zadokumentować je i zaprowadzić na tej podstawie sprawy formularza /pojedynczo/ i sprawy agenturalnego rozpracowania /grupowe/. Przystąpić natychmiast do nasadzenia agentury w S.P. wykorzystując przede wszystkim posiadane materiały kompromitujące na działaczy S.P. Dla uniknięcia przypadkowości i niecelowości sporządzić plan agenturalno-operatywnych zamierzeń i plan nasadzenia agentury".

Po zawieszeniu SP w lipcu 1946 r. J. Brystygierowa w jednym z pism skierowanych do szefów WUBP w kraju pisała: "...W tej sytuacji należy liczyć się z możliwością przejścia grupy Popiela do pracy nielegalnej. Sytuacja taka nakłada na Władze Bezpieczeństwa obowiązek szczególnie dokładnego śledzenia przebiegu wydarzeń w Str. Pracy przy pomocy dobrze zorganizowanej sieci agenturalnej.

P o l e c a m:

a/ użyć wszelkich możliwych sposobów, ażeby wprowadzić agenturę w szeregi grupy Popiela a przede wszystkiem:

1. Dopilnować aby agentura rozpracowująca dotychczas grupę Popiela dawała częstsze, szczegółowsze (!) i wyczerpujące meldunki o działalności grupy Popiela.

2. Zalecić agenturze rozpracowującej grupę "Zrywu" ażeby w miarę możliwości przerzuciła się do grupy Popiela.

3. Wszystkich zwolenników Popiela, którzy odpłyną ze Str. Pracy wziąć na ewidencję".

Znajomość treści tego pisma pozwala zarówno lepiej zrozumieć postępowanie władz bezpieczeństwa wobec wojewódzkich działaczy SP, jak również umożliwia pełniejsze rozeznanie w metodach infiltracji innych środowisk katolickich. Powołując się na Dekret z sierpnia 1949 r., nowelizujący ustawę o stowarzyszeniach, J. Brystygierowa wydała (IX 1949 r.) ściśle tajną Instrukcję nr 30, w której stwierdzała m.in.: "Z wejściem w życie w/w Dekretu Organa Bezpieczeństwa muszą zwiększyć znacznie swoje wysiłki i aktywność w rozpracowaniu katolickich organizacji masowych".

Nakazywała: "Wyeliminować z zarządów organizacji i stowarzyszeń dopuszczonych do działalności elementy szczególnie wrogie i niebezpieczne, które skryły się w tych organizacjach i pod pretekstem wykonywania kultu religijnego usiłują uprawiać, względnie uprawiają wrogą antypaństwową działalność". Dotyczyło to przede wszystkim takich stowarzyszeń, jak: Sodalicja Mariańska, Krucjata Eucharystyczna, Koła Ministrantów, rady parafialne, również bractwa religijne, jak: Żywy Różaniec, Trzeci Zakon itp. Od tego momentu zaczęto infiltrować te środowiska.

Później zajęto się także ruchem oazowym, pielgrzymkowym i innymi. Od samego początku w polu zainteresowań UB znajdowało się środowisko KUL-u, lecz jak wynika z materiałów operacyjnych resortu, do 1956 r. jego inwigilacja była niezadowalająca, a pozyskana agentura "peryferyjna". Pozyskanie profesorów i studentów w tamtym okresie okazało się niezmiernie trudne. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w latach 60., poważne sukcesy na tym odcinku bezpieka uzyskała w latach 70. i 80. Ogłoszony 9 II 1953 r. dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych spowodował nową falę aresztowań.

Apogeum walki z Kościołem stanowiło aresztowanie Prymasa Stefana Wyszyńskiego we wrześniu 1953 r. Wcześniej, bo już w 1948 r., nastąpiła fala aresztowań w środowisku "Tygodnika Warszawskiego" (ks. Z. Kaczyński, K. Turowski, W. Chrzanowski). W grudniu 1953 r. ludzie z Paksu przejęli "Tygodnik Powszechny". Nadal głównym instrumentem rozpracowywania środowisk katolickich (i duchowieństwa) była sieć agenturalna.

Zaznaczyć należy, iż w 1949 r. MBP posiadało już 53 tys. ludzi, w tym 5 tys. agentów i 48 tys. informatorów.

W następnych latach liczba ta uległa zwielokrotnieniu i w 1953 r. było już blisko 120 tys. czynnych agentów i informatorów. Z wielu nie korzystano "na co dzień", "uruchamiając ich" w razie potrzeby.

Łącznie w latach 1944-1989 na ewidencję wzięto ponad 3 mln osób, z czego - według obliczeń pracowników IPN-u - ponad ćwierć miliona pozyskano jako tajnych współpracowników (TW). Polityczna odwilż polskiego października 1956 r. miała wpływ nie tylko na reorganizację urzędów bezpieczeństwa publicznego, ale także na powstawanie nowych środowisk katolickich, którymi należało się zająć. Wymienić należy tutaj przede wszystkim środowiska "Znaku" (koło poselskie), Klubów Inteligencji Katolickiej, Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego (ChSS); powstałego w 1967 r. z inicjatywy Janusza Zabłockiego Ośrodka Dokumentacji i Studiów Społecznych (ODISS), na którego bazie założono w 1981 r. Polski Związek Katolicko-Społeczny, mający aspiracje do odgrywania roli partii chadeckiej w Polsce. Podjęto energiczne kroki celem zdyskredytowania tego środowiska.

Antycypując niektóre wydarzenia, warto przytoczyć w tym miejscu treść dokumentu z marca 1983 r. opatrzonego klauzulą "tajne spec. znaczenia", który rzuca światło na sposób rozpracowywania, infiltracji czy też dyskredytowania tych środowisk i działaczy.

Aleszumm - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 18 maja 2014, 19:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/2218/rozbic- ... odka-cz-ii

ROZBIĆ KOŚCIÓŁ OD ŚRODKA CZ. II
Aleszumm - 17 Marzec, 2014 - 21:35

ROZBIĆ KOŚCIÓŁ OD ŚRODKA CZ. II


W wewnętrznych wytycznych SB dotyczących kierunków pracy operacyjnej na odcinku jednego ze środowisk katolików świeckich, jakim był PZKS, pisano m.in. tak: "Istnieje zatem potrzeba opracowania koncepcji operacyjnej przy pomocy której możnaby było oddziaływać pośrednio i bezpośrednio na osobę Janusza Zabłockiego w celu dyskredytowania jego koncepcji politycznych. W oparciu o aktualną sytuację operacyjną proponuje się przyjąć następujące kierunki pracy operacyjnej".

I tu wskazywano ludziom SB, co mają czynić, aby dyskredytować to środowisko oraz wspomnianą osobę. Zlecano: "Ukierunkowanie tajnych współpracowników na fakt niedopuszczenia do powstania na bazie PZKS stronnictwa chadeckiego" - a także - "wykorzystywanie informacji operacyjnych od tajnych współpracowników w celu antagonizowania środowiska wiejskiego w stosunku do PZKS i koncepcji politycznych Janusza Zabłockiego".

Nakazywano: "upowszechniać opinię o dwulicowości Janusza Zabłockiego wobec Kościoła. Poparcie - pisano - traktuje koniunkturalnie dla realizacji swoich osobistych celów i ambicji nie rezygnując ze związków i zależności od władz". Działania te były możliwe dzięki zadowalającej, można by rzec pełnej infiltracji, nie tylko tego środowiska katolickiego. W listopadzie 1961 r. na posiedzeniu kolegium MSW zadecydowano o rozbudowie pionu do walki z Kościołem. Jako uza-sadnienie podawano m.in. fakt istnienia w Polsce 30 tys. stowarzyszeń kościelnych obejmujących ok. 800 tys. ludzi. Minister Morawski stwierdzał: "operacyjną obserwacją SB objęte są takie katolickie organizacje jak PAX, ChSS, Kluby Inteligencji Katolickiej, 29 innych związków wyznaniowych i sekt - w tym Świadków Jehowy".

Jednocześnie uznał, iż Kościoła nie można zamknąć w liczbach, podkreślając jego sprawność organizacyjną i fanatyzm. Dotychczasowe środki przedstawił jako niewystarczające, proponując utworzenie nowego Departamentu IV do zwalczania Kościoła i środowisk katolickich. Zamierzał wyjść poza granice kraju, docierając do Watykanu. Inicjatywę poparł główny komendant MO gen. R. Dobieszak, argumentując, iż "nie ma w tej chwili poważniejszego problemu w Polsce niż zwalczanie wrogiej działalności kleru".

Minister Wicha zastrzegał, iż w żadnym razie o powstaniu Departamentu IV nie może dowiedzieć się Episkopat. Powstał więc Departament IV na szczeblu centralnym i Wydziały IV SB w Komendach Wojewódzkich MO. Przeformowanie pionu do walki z Kościołem nastąpiło w czerwcu-lipcu 1962 r.

Departament IV składał się z 5 referatów: Wydz. I - Kierownicze ogniwa Kościoła katolickiego: biskupi kurialni, świecki kler parafialny oraz tzw. kler pozytywny (patrioci); Wydz. II - zakony żeńskie i męskie; Wydz. III - Ugrupowania katolików świeckich, Pax, KIK, ChSS, "Więź", duszpasterstwo stanowe oraz katolickie stowarzyszenia kościelne; Wydz. IV - wszystkie pozostałe sprawy wchodzące w zakres pracy Departamentu IV; Wydz. V - ogólny - organizacja, dokumentacja, współpraca z pozostałymi Wydziałami. W okresie późniejszym strukturę tego pionu przeformowano.

W sumie stan etatowy do walki z Kościołem zwiększono o 100 procent. Na czele Departamentu IV stanął płk Stanisław Morawski (który był widziany przy aresztowaniu Prymasa Stefana Wyszyńskiego). Jego zastępcą został Henryk Piętek. W 1973 r. ustalono nowy regulamin i strukturę Departamentu IV, powołując przy nim wydzieloną grupę operacyjną do zadań specjalnych, której zadaniem była dezinformacja i dezintegracja (tzw. specjaliści).

Z tej grupy wywodzili się oficerowie: Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski, którzy w 1984 r. porwali i zamordowali ks. Jerzego Popiełuszkę.

Funkcjonariusze bezpieczeństwa "usprawniali" metody zwalczania duchowieństwa i środowisk katolickich. Założono sprawy obiektowe na wszystkie organizacje katolików świeckich, zakony, kurie biskupie itd. Każdemu księdzu w kraju założono Teczkę Ewidencji Operacyjnej Księdza (TEOK), a na każdą parafię Teczkę Ewidencji Operacyjnej Parafii (TEOP). Przeprowadzano wiele kombinacji operacyjnych, większość z nich była uwieńczona sukcesem. Rozpracowywanie środowisk katolickich rozpoczynano zawsze od założenia "sprawy kontroli operacyjnej" danej grupy lub organizacji, nazywanej "obiektem". Jako powód wszczynania tego typu spraw podawano z reguły konieczność tajnej kontroli władz bezpieczeństwa, mającej na celu "badanie zgodności ich działania z zatwierdzonym statutem oraz praktyką wyznaniową państwa".

Od tego momentu przystępowano do infiltracji wspomnianych środowisk katolickich za pomocą nasłanych lub zwerbowanych wcześniej tajnych współpracowników, "prowadzonych" przez kadrowych oficerów i podoficerów SB. Władzom bezpieczeństwa nie wystarczały spływające na bieżąco szczegółowe wiadomości na temat poszczególnych grup i organizacji katolików świeckich, lecz pozyskując coraz to nowych agentów i informatorów, stopniowo przejmowano kontrolę nad tymi środowiskami. Raz jeszcze należy podkreślić, że odrębne sprawy operacyjne zakładano na wszystkie środowiska katolickie w kraju. Rezultaty podejmowanych działań były - z punktu widzenia bezpieki - imponujące.

Jak wynika z materiałów archiwalnych byłej SB, zdołano zrealizować większość zamierzonych celów. Udało się, używając języka SB, "nasadzić agenturę" w niemal wszystkich kierowniczych gremiach tych środowisk. W październiku 1976 r. założono sprawę obiektową na Klub Inteligencji Katolickiej (KIK) w Lublinie, nadając jej kryptonim "Aktywiści". Większość jego założycieli i członków wywodziła się z grona kadry naukowej KUL-u i UMCS-u. Do 1989 r. (czyli w czasie 13 lat działalności) stale współpracowało z SB sześciu tajnych współpracowników ("Janusz", "Stanisław", "Witold", "Spokojny", "Jankowski", "Piotr") wywodzących się z kierownictwa oraz administracji Klubu. W lutym 1986 r. przedstawiając kierunki kontroli operacyjnej, zalecano m.in.: "dalszą rozbudowę sieci agenturalnej z grona członków Klubu, a także jego pracowników etatowych w celu oddziaływania na kierunki pracy społeczno-politycznej oraz kontrolę figurantów sprawy"; "kontrolę operacyjną prezesa klubu posła prof. Ryszarda Bendera ze szczególnym zwróceniem uwagi na jego wypowiedzi w trakcie spotkań i prelekcji".

W listopadzie 1981 r. powstał w Lublinie Klub Katolicki (KK), który skupił w swoich szeregach aktywnych działaczy katolickich związanych z KUL-em, UMCS-em, Akademią Medyczną i Politechniką Lubelską (ks. prof. T. Styczeń, ks. T. Zasępa, prof. J. Bartmiński, dr A. Stanowski, ks. dr A. Szostek - obecnie rektor KUL-u). W założeniu KK miał stanowić przeciwwagę dla działającego już lubelskiego KIK-u, który uważano za "proustrojowy". Natychmiast założono na KK sprawę obiektową o kryptonimie "Prawica". We wniosku o wszczęcie sprawy pisano m.in.: "planujemy objąć kontrolą operacyjną aktyw kierowniczy Klubu oraz prowadzoną w Klubie działalność odczytową, szkoleniową i propagandową. W ramach sprawy objęte zostaną kontrolą operacyjną osoby z różnych środowisk Lublina, które zgłoszą swój akces do Klubu i będą się w jego działalność aktywnie angażować". Mimo że ok. 2-miesięczną działalność KK przerwało wprowadzenie stanu wojennego (13 grudnia 1981 r.), to już w tak krótkim okresie SB zdołała umieścić w tym środowisku jednego tajnego współpracownika o pseudonimie "Franciszek". KK wznowił swoją działalność w czerwcu 1983 r.

Na wiosnę 1989 r. oficerowie SB planowali względem KK m.in. następujące przedsięwzięcia operacyjne: "Kontrolować działalność pracowników naukowych uczelni wyższych w Lublinie zaangażowanych w działalność Klubu poprzez tajnych współpracowników pozostających na kontakcie Sekcji V; Prowadzenie rozmów profilaktyczno-ostrzegawczych z osobami znanymi z ekstremalnych postaw; Kontrola operacyjna środowiska klubu ze szczególnym zwróceniem uwagi na młodzież, by nie podejmowała działań o charakterze antysocjalistycznym; W związku ze zmianą władz klubu uaktualnić, założyć nową kontrolę korespondencji członków klubu".

Od 1977 r. lubelska SB rozpoczęła inwigilację ugrupowania młodych aktywistów wywodzących się głównie z grona studentów KUL i UMCS. Byli to m.in.: Janusz Krupski, Janusz Bazydło, Piotr Jegliński, Bogdan Borusewicz, Zdzisław Bradel, Bożena Wronikowska i Krzysztof Gębura. Zaczęli oni wydawać własne pismo pt. "Niezależne Pismo Młodych Katolików Spotkania". Rozpracowujący to środowisko ludzie bezpieki nadali mu kryptonim "Redaktorzy". Bardzo szybko zdołano zwerbować do współpracy kilkunastu (łącznie 13) TW.

Byli to m.in.: "Ozon", "Marian", "Stanisław", "Grzegorz", "J-23" na bieżąco informujący o wszystkich planach i zamierzeniach tej grupy. W kwietniu 1981 r. założono w Lublinie Oddział Polskiego Związku Katolicko-Społecznego (PZKS). Na jego bazie planowano utworzyć w przyszłości chadecką partię polityczną. Dla organów bezpieczeństwa PZKS stanowił więc szczególne wyzwanie. Po zniesieniu stanu wojennego w marcu 1983 r. wszczęto sprawę obiektową o kryptonimie "Chadecja". Kilku nasłanych i pozyskanych TW doprowadziło do kontroli kierownictwa tego Oddziału. Nie tylko sterowano doborem tematyki wykładów, ale także procesami wewnętrznymi, kontrolując operacyjnie wszystkich działaczy PZKS.

W przedsięwzięcie to zaangażowano również tajnych współpracowników aktywnych w innych (tu wspomnianych) środowiskach i organizacjach katolickich. Obok dyskredytowania osoby prezesa Janusza Zabłockiego, w przedsięwzięciach operacyjnych (marzec 1983 r.) polecano: "Pozyskanie i ewentualne wprowadzenie tajnych współpracowników do grup inicjatywnych, zmierzających utwo-rzyć agendy Stronnictwa Chadeckiego. Poprzez t.w. ps: ´Spokojny´, ´Janusz´ zabezpieczyć bieżący dopływ informacji ze środowiska PZKS nt. komentarzy, reperkusji, jakie budzą koncepcje polityczne J. Zabłockiego;

Poprzez osobowe źródła informacji TW ´Spokojny´, ´Janusz´ stymulować procesami wewnętrznymi Oddziału tak, by nie dopuścić do rozwoju PZKS na terenie województwa; Przy pomocy Sekcji VI tut. Wydziału podjąć działania specjalne /kombinacje operacyjne/ w celu skompromitowania w miejscowym środowisku PZKS koncepcji J. Zabłockiego; Wykorzystanie agentury Sekcji VII i VIII tut. Wydziału w celu niedopuszczenia organizowania kół PZKS w środowisku wiejskim;

Poprzez tajnych współpracowników ze środowiska PAX i ChSS tw. tw. ps. ´Kornel´, ´Jacek´, ´Fiat´, ´Ola´, ´Zenon´ dyskredytować koncepcje polityczne Zabłockiego, jako zagrożenie dla autonomii tych środowisk; Opracować osoby z naszego terenu, które sprawują funkcję we władzach Związku w Warszawie pod kątem pozyskania ich do współpracy z naszą służbą".

Aleszumm - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 18 maja 2014, 19:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/2218/rozbic- ... dka-cz-iii

ROZBIĆ KOŚCIÓŁ OD ŚRODKA CZ. III
Aleszumm - 17 Marzec, 2014 - 21:37

ROZBIĆ KOŚCIÓŁ OD ŚRODKA CZ. III


W 1989 r. kontrolowano już całość poczynań Związku i nadal polecano "stymulować procesami wewnętrznymi Oddziału tak, by jego działalność była zgodna z aktualną polityką państwa i naszymi potrzebami operacyjnymi". Rozpoczęto również przygotowania celem wprowadzenia swojego (SB) kandydata do parlamentu po czerwcowych wyborach 1989 roku, "z którym - jak to ujmowano - można nawiązać dialog operacyjny". Jak wynika z cytowanych dokumentów, poprzez tajnych współpracowników kontrolowano inne "katolickie" środowiska, jak Stowarzyszenie Pax i Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne (ChSS).

Większość wymienianych środowisk rozpracowywali ci sami funkcjonariusze SB (kpt. A. Sieradzki, kpt. W. Domański, por. A. Bogusz i inni), wykorzystując niektórych TW jednocześnie w kilku sprawach. Podobnej inwigilacji nie oparło się także środowisko "Znaku", "Tygodnika Powszechnego".

Oprócz wspominanego rozpracowania grupowego (kryptonim "Wierni" - 1962 r.) już wcześniej, w 1955 r., założono sprawę agenturalno-grupową o kryptonimie "Pióro" na J. Turowicza, J. Szczepańskiego, A. Gołubiewa, J. Woźniakowskiego i ks. J. Piwowarczyka oraz oddzielne sprawy agencyjnego rozpracowania na poszczególnych liderów, którym jako "figurantom" nadawano także pseudonimy. Szczególnie inwigilowano Jerzego Turowicza kryptonim "Biegun" ("Romek"), Stanisława Stommę kryptonim "Pismak", Stefana Kisielewskiego kryptonim "Tulipan", Zofię Morstinową kryptonim "Agata", Jacka Woźniakowskiego kryptonim "Jacek" i innych.

Do ich inwigilacji użyto wielu TW, wśród nich byli m.in.: "Ares", "Targowska", "Erski", "Dionizos" (posiadający bezpośredni kontakt z figurantami), a także TW "Skotnicki", "Bogda", "Barbara", "Włodek", "Ewa", "Tadek", "Klimowski", "Relax", "Andrzej", "Piotr", "Mieczysław", "G.A", których prowadzili kadrowi oficerowie SB: kpt. Schiller (kierownik Grupy III Wydz. IV), mjr T. Mrowiec (naczelnik Wydz. B KWMO w Krakowie), mjr J. Gibski (naczelnik Wydz. III) i inni. Łącznie w sprawie SB użyła około 60 TW.

Niektórych figurantów czasem pozyskano jako tajnych współ-pracowników, nadając im odrębne agenturalne pseudonimy. Jednym z cenniejszych agentów bezpieki na tym odcinku był TW "Ares" - świecki pracownik (księgowy) kurii krakowskiej i dyrektor administracyjny "Tygodnika Powszechnego".

Współpracował on z SB w latach 1952-1983 (z kilkuletnią przerwą) - prowadził go oficer SB kpt. Józef Schiller. W odręcznej notatce z 15 marca 1963 r. zatytułowanej "Plan wykorzystania t.w. ´Ares´" stwierdzał m.in.: "T.w. ´Ares´ jest członkiem kierownictwa ´[Tygodnika] P[owszechnego]´ i ´Znaku´. Ma szereg znajomości wśród aktywu katolickiego, miejscowych kurialistów jak również wśród hierarchii kościelnej. Jako osoba świecka zaangażowana w działalności kościelnej otrzymał tytuł ´Szambelana Papieskiego´.

Współpraca z t.w. ´Ares´ oparta jest o jego patriotyzm". Krakowska bezpieka przy pomocy tego osobowego źródła informacji planowała uzyskać m.in. "dane o wzajemnych powiązaniach i zależnościach między zespołami redakcyjnymi ´TP´ i ´Znaku´ a Klubem Poselskim ´Znak´. W jakim zakresie w jaki sposób i w jakich kierunkach wpływają na siebie te grupy. Postawy i oceny polityczne poszczególnych działaczy katolickich środowiska. (...) Drogi i sposoby docierania hierarchii do środowiska ´Znaku´, formy stosowanych nacisków na zespół redakcyjny. Jaki nurt środowisko ´Znaku´reprezentuje w odniesieniu do kierunków katolicyzmu lansowanych na soborze powszechnym. (...)

Ogólne informacje dot. sytuacji w miejscowej kurii, panujących tam nastrojach i tendencjach. Sprawy finansowe tej instytucji". Jako oficer prowadzący kapitan Schiller proponował: "Celem silniejszego związania t.w. ´Ares´ z naszą służbą planuje się: a) przekazywanie mu przy różnych okazjach - święta państwowe, kościelne, uroczystości rodzinne, np. imieniny, podarków, początkowo o stosunkowo niewielkiej wartości, pozornie nie zobowiązujące do niczego, później droższe i cenniejsze. Sprawa ta obecnie jest otwarta gdyż t.w. przyjął już z okazji świąt (gwiazdka) upominek. Poza tym na spotkania przynosi mi on miesięcznik ´Znak´ oraz niektóre książki wydawane przez wydawnictwo ´Znak´, co przyjmuję aby móc się t. w. zrewanżować /aby nie mógł odmówić przyjęcia czegoś ode mnie/". Nakłady przeznaczone na TW "Aresa" nie poszły na marne.

Przekazywał on systematyczne sprawozdania nie tylko o sytuacji wspomnianych środowisk katolickich, ale także ze spotkań z biskupami i to nie tylko polskimi. Przykładowo, w lipcu 1970 r. złożył poufną relację z odwiedzin u metropolity Splitu ks. abp. Józefa Anerica, któremu przedstawił się jako kawaler odznaczeń papieskich. Po powrocie do kraju otrzymał od kpt. Schillera następne konkretne zadanie: "T.w. ´Ares´ w związku ze służbowym wyjazdem do Łodzi uda się do tamtejszego ordynariusza bpa Rozwadowskiego /znajomy t.w./.

Celem wizyty jest uzyskanie tekstów a przynajmniej informacji dot. treści przygotowywanych na posiedzeniu episkopatu w połowie czerwca br. Listów pasterskich. Szczegóły dot. zachowania i prowadzenia rozmowy z Rozwadowskim zostały z t.w. bardzo dokładnie omówione. Zalecono t.w. daleko idącą ostrożność przy realizacji zadania. W wypadku fiaska wizyty u bpa Rozwadowskiego t.w. uda się do Warszawy i odwiedzi bpa Dąbrowskiego. Tam niewątpliwie będzie miał większe szanse wykonania zadania. Z bp-em Dąbrowskim jest bowiem na b. dobrej stopie. W wypadku uzyskania interesujących służbę danych t.w. ´Ares´ zadzwoni dnia 18.07.1970 r.".

Z akt wynika, iż wspomniany agent miał za zadanie zbliżyć się do księdza kardynała Karola Wojtyły. Już 6 października 1969 r., w notatce spisanej ze słów "Aresa", w części "Uwagi ze spotkania" zapisano: "W czasie spotkania t.w. poinformował mnie, że złożył podanie o paszport do Włoch. Pragnąłby się tam znaleźć w tym samym czasie co kard. Wojtyła. Prosił o pomoc przyspieszenia procedury otrzymania paszportu.

Poinformowałem t.w., że już poczyniłem kroki aby paszport otrzymał w odpowiednim terminie. (...) T.w. będzie dążył do uzyskania możliwie najszerszej informacji od funkcjonariuszy watykańskich w sprawie perspektyw rozwiązania stosunków państwo-kościół w Polsce, oceny podróży kard. Wojtyły w Ameryce, udziału polskich dygnitarzy w działalności Synodu itp.". Już po wyborze księdza kardynała Karola Wojtyły na Papieża w 1978 r. awansowany do stopnia pułkownika J. Schiller (który pomimo służbowego przeniesienia do Nowego Sącza nadal prowadził TW "Aresa") w notatce sporządzonej na podstawie doniesienia "Aresa" z 26 października 1978 r. zapisał m.in.: "T.w. ´Ares´ był razem z innymi pielgrzymami w Rzymie na uroczystościach koronacyjnych Jana Pawła II. Brał też udział w specjalnym obiedzie w Watykanie.

Papież uściskał go i miał mu powiedzieć: ´Ja liczę na pana´. T.w. uważa, że ta forma upoważnia go do podjęcia starań o paszport wielokrotny, aby mógł na każde wezwanie papieża natychmiast wyjeżdżać do Rzymu. Napisze o specjalny dokument w tej sprawie do Cassarolliego. T.w. ´Ares´ liczy, że Wojtyła może skorzystać z jego doświadczenia w zakresie znajomości problemów finansowych". Dzięki tak głębokiej inwigilacji SB była nie tylko na bieżąco informowana o większości ważniejszych wydarzeń, szczegółach dotyczących życiorysów figurantów aktywnych na tym terenie, ale także o nastrojach i zamierzeniach całego środowiska.

Przykładowo w styczniu 1968 r. kpt. J. Schiller polecał swoim agentom m.in.: "Systematyczne śledzenie roli ´Bieguna´ [czyli Turowicza], jako kierownika ´TP´. W jakim zakresie kieruje on osobiście pismem, a na ile pozwala rozwinąć inicjatywę personelowi redakcyjnemu. [...] także powiązania ´Bieguna´ z hierarchią kościelną, szczególnie z kard. Wojtyłą. Tematy i przebieg rozmów ´Bieguna´ z kard. Wojtyłą, w czym się zgadzają, w jakich sprawach reprezentują inne zdania, w czym ta znajomość się przejawia. Szczególnie chodzi o sprawę stosunków państwo - kościół, rolę laikatu w Polsce, postawy polityczne rozmówców".

Rozpracowywano także stosunki rodzinne Turowicza. Z uwagą odnotowywano, iż wśród 4 rodzeństwa miał 2 braci księży, a także, że miewał kłopoty z córkami. Próbowano powiązać i wykorzystać te fakty w pracy operacyjnej. Tajną charakterystykę Turowicza z 1962 r. rozpoczynano od słów: "Turowicz wywodzi się z rodziny inteligenckiej. Jego ojciec był sędzią na terenie Krakowa.

Ze strony matki ma dużą domieszkę krwi semickiej, jedno z jej rodziców było narodowości żydowskiej. Podobnie jak liczne jego rodzeństwo był zaangażowany bardzo silnie od okresu studiów w działalności klerykalnej. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie ma jednak pewności czy otrzymał magisterium. Tu zetknął się i brał udział w działalności organizacji ´Młodzież Wszechpolska´. Później zbliżył się do chrześcijańskiej demokracji, gdzie stawiał pierwsze kroki jako działacz katolicki".

Podobny schemat rozpracowań (pozyskiwania i analizy informacji) oraz inwigilacji środowisk katolickich obowiązywał w całym kraju. Bydgoski WUBP w "Raporcie o wszczęciu agencyjnego rozpracowania", dotyczącym działaczy SP (w latach 1948-1951), w ramach sprawy "Szaleńcy" i "Nielegalny", pod nazwiskiem Henryk Trzebiński odnotował m.in.: "adwokat, wicewojewoda, poseł na Sejm Ustawodawczy [...] wrogo ustosunkowany do grupy Widy-Wirskiego, przybiera kierunek prawicowy, wrogi stosunek do PPR, posiada skłonności do kobiet - z którymi utrzymuje stosunki, rozwiedziony z żoną".

O związanym ze środowiskiem SP redaktorze "Ilustrowanego Kuriera Polskiego" - Andrzeju Trelli, pisano: "lubi duże towarzystwo, skłonność do kobiet, pije chętnie, dużo pali, posiada przyjaciółkę, ma dziecko, płaci alimenty, posiada żonę i 5-cioro dzieci [zarabia 70 tys. miesięcznie]". W ich rozpracowaniu niezwykle pomocni byli TW "Bez", "Wystawa" i "Demokrata", "Kulka", "Władzia", "Ryś" (z Grudziądza), "A-25" - prezes Związku Powstańców Wielkopolskich w Grudziądzu, "Lech" - pracownik Starostwa Powiatowego w Bydgoszczy, oraz informator "Haber" - reemigrant z Niemiec, w latach 1935-1936 sekretarz ZZP i członek zarządu Narodowej Partii Robotniczej we Włocławku, po wojnie prezes SP we Włocławku - do rozłamu, zatrudniony w Zarządzie Miejskim jako referent handlowy - "zwerbowany 28. 4.1950 r. na kompr.-materiały" - pozostawał na kontakcie ppor. Piotrowskiego kier. sekcji III, a także TW "Zryw" "Maciek", "Zorza", "Kopa", "Gołowąs".

Na Macieja Roszaka donosił informator "Kaszub". W "Planach operacyjnych przedsięwzięć" polecano m.in.: "Poprzez posiadaną agenturę ustalić działaczy Chadecji i NPR z uwzględnieniem zajmowanych obecnie stanowisk i rozmieszczeniem ich w terenie, celem ujęcia tego elementu w rozpracowanie przez odnośne jednostki UBP". Jeśli idzie o inne środowiska katolickie i agenturę w obecnym województwie kujawsko-pomorskim, wymienić można sprawę obiektową na Caritas w Chełmnie nr 000228/48, gdzie duże usługi UB oddał TW "Regał" - prezes chóru kościelnego św. Cecylii (zwerbowany na uczucia patriotyczne 13 stycznia 1949 r.), oraz TW "Prawdzic" - zwerbowany 28 kwietnia 1949 na "kompr." (kompromitujących) materiałach - przed wojną członek Chrześcijańskiej Demokracji, "Sokoła", wiceburmistrz Chełmna, po wojnie członek rady parafialnej, prezes tamtejszej Caritas, członek SL.

Podobnie rozpracowywano środowisko Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego - jego kadrę naukową i studentów. Już w końcu lat 50. zajęto się na poważnie agenturalnym rozpracowaniem KUL-u, a od 1961 r., w ramach lubelskiego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, wydzielono specjalną "Grupę Va", przeznaczoną wyłącznie do tego zadania. W jej skład wchodzili m.in. oficerowie: kpt. B. Tarkowski, Wach, Sobieraj, Jakobsche, Iskra i ppor. Cz. Wiejak. W ciągu kilku miesięcy sukcesem zakończyły się pozyskania nowych TW w obiekcie "Ciemnogród", później "Olimp", którym to kryptonimem określano sprawę KUL-u. Wśród pozyskanych do tajnej współpracy znaleźli się m.in. TW o pseudonimach: "Doktor", "Historyk", "Etnograf", "Docent", "Elektryk", "Henryk", "X-44", "Nuta", "Zbyszek", "Dyrektor"; ponadto zarejestrowano 15 dalszych kandydatów na TW, a w operacyjnym przygotowaniu znajdowało się już 20 następnych.

Były to całkiem nowe pozyskania, gdyż wcześniej, do października 1960 r., SB posiadała w KUL-u 32 źródła informacyjne (w tym 15 TW, 10 "w pozyskaniu" i 7 "kontaktów"), wśród których znajdowało się 11 pracowników naukowych i 15 księży. Już wówczas w ramach prowadzonej teczki obiektowej inwigilacją objęto 170 osób. Wczytując się w ściśle tajne notatki służbowe ludzi bezpieki, można dojść do wniosku, iż nie wszystkie osoby na KUL-u, z którymi SB nawiązywała tajny kontakt, celem pozyskania ich do współpracy, były tym działaniom niechętne. Przykładowo, po pierwszej, wstępnej rozmowie oficerów SB por. Tarkowskiego i por. M. Majewskiego z jednym z prominentnych, świeckich profesorów KUL-u, która odbyła się 26 IV 1960 r., w sporządzonych do niej wnioskach odnotowano: "Z przeprowadzonej rozmowy wynika, że kandydat należy do postępowej inteligencji katolickiej na co miał wpływ dłuższy pobyt wymienionego we Francji i obserwacja życia katolickiego oraz utrzymywanie osobistych kontaktów z działaczami KIK-u z Warszawy i sympatyzowanie z ich działalnością /wniosek sformułowany na podstawie jego słów/.

Stosunek wymienionego do naszych organów jest pozytywny co dało się odczuć w chętnym składaniu wyjaśnień w sprawach nas interesujących. Uważamy, że na następnym spotkaniu z w/w, które zostało umówione na dzień 6.V.1960 r. można będzie wyjść z propozycją korzystania z jego pomocy przez organy Sł.[użby] Bezp.[ieczeństwa]. Spotkanie odbędzie się na LK [Lokal Kontak-towy]. Charakterystyczne jest to, że wymieniony zobowiązał się na konspirację z rozmowy z nim prowadzonej i robił wszystko, aby ta konspiracja była zachowana w czasie rozmowy z nim prowadzonej". Jak wynika z zapisu całej konwersacji, wymieniony "kandydat" nie tylko chętnie i wyczerpująco odpowiadał na wszystkie postawione pytania, ale także znalazł z ludźmi SB wspólny punkt widzenia na zasadnicze problemy KUL-u i w ogóle Kościoła w Polsce.

Logiczna więc była adnotacja jego rozmówców, którzy pisali: "Wydaje się więc, że na KUL-u wśród lewicowej kadry profesorów istnieją tendencje do dokonania pewnych zmian strukturalnych i wychowawczych w kierunku dostosowania tej uczelni do potrzeb współczesnych. Warto więc zastanowić się, czy nie powinniśmy przez styk z kandydatem i z innymi osobami z kadry naukowej inspirować tych ludzi, by rozpoczęli dyskusje na temat modelu KUL-u. Byłaby to jedna z form usunięcia od wpływu na działalność KUL-u konserwacyjnego kierownictwa, byłaby to forma utorowania drogi dla lewicowych sił celem wywindowania ich na kierownicze stanowiska w KUL-u". Z upływem lat, jak wynika z zachowanych materiałów archiwalnych służb specjalnych PRL, doszło do tego, że SB pozyskała sporą grupę tajnych współpracowników na wszystkich wydziałach oraz sekcjach naukowych KUL-u.

Stopień infiltracji i ogromna liczba TW umożliwiała (podobnie jak w innych środowiskach katolickich) przeprowadzanie skutecznych kombinacji operacyjnych, skłócając środowisko oraz doprowadzając do pożądanych zmian personalnych, awansów itp. We wspomnianych aktach zachowały się zapisy o wielu studentach, profesorach, osobach duchownych KUL-u, którzy jako TW współpracowali z bezpieką po kilkanaście, a nawet dwadzieścia i więcej lat. Spora grupa tych osób żyje do dziś i cieszy się powszechnym poważaniem. Zrozumienie budzić więc musi ich opór przed odkrywaniem faktów z przeszłości.

Dyskusję dodatkowo utrudnia fakt, iż większość akademickich historyków do dziś nie zdaje sobie sprawy ze stopnia oraz zakresu infiltracji opisywanych tu (oraz innych) środowisk katolickich.

Wielu z nich świadomie woli pozostawać w cieniu bezpiecznej ignorancji. Okazać się bowiem może, iż to, co dotychczas niektórzy historycy określali mianem komunistycznego "ukąszenia" Narodu, w rzeczywistości było "przetrąceniem jego kręgosłupa".

W latach 80., szczególnie po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki, zaczęto domagać się likwidacji Departamentu IV MSW (zajmującego się Kościołem i środowiskami katolickimi) jako reliktu stalinizmu. Szef resortu gen. Czesław Kiszczak zdecydowanie odrzucał te sugestie. Tak więc władze bezpieczeństwa prowadziły działalność w omawianym zakresie nieprzerwanie do końca 1989 r.

Podsumowując, należy stwierdzić, iż praktycznie działalność władz bezpieczeństwa względem duchowieństwa i środowisk katolickich w Polsce po II wojnie światowej, które od początku określano jako wrogie, odbywała się według planu i metod nakreślonych w 1945 r. przez gen. NKWD Iwana Sierowa. Rozbijanie tych środowisk za pomocą pozyskanej lub nasłanej agentury do końca lat 40. nie było w opinii władz bezpieczeństwa zadowalające. Niemniej z biegiem czasu "w ogniu walki hartował się miecz rewolucji", czyli funkcjonariusze UB nabywali coraz większego doświadczenia.

Systematyczne i konsekwentne pozyskiwanie tajnych współpracowników, stosowanie kombinacji operacyjnych, sięganie do metod represji wobec księży i działaczy katolickich doprowadziło do niemalże całkowitej ich infiltracji, jak również w znacznej mierze do sterowania ich procesem wewnętrznym. Polityka oficjalnych władz państwowych (m.in. Urzędu ds. Wyznań) wobec wspomnianych środowisk była w zasadzie kompatybilna z działaniami podejmowanymi przez resort bezpieczeństwa, niemniej te ostatnie ze względu na tajność prowadzonych operacji nie musiały, pod osłoną taktycznych gestów pojednawczych, skrywać celu strategicznego, jakim było ich całkowite rozbicie, przejęcie, likwidacja lub wasalizacja.

Wydawać by się mogło, że środowiska katolickie i księża wobec działań podejmowanych przez władze bezpieczeństwa względem nich były w zasadzie bezbronne. Znalazło się jednak wiele osób, które - zwłaszcza w pierwszym powojennym dziesięcioleciu - nie uległy. Dobrą metodą na tajne zabiegi SB była niekiedy jawność, czyli rozgłaszanie wśród znajomych wiadomości o faktach mających pozostać tajemnicą.

Zjawisko to miało jednak charakter sporadyczny. Zadowolenie władz z dogłębnej infiltracji Kościoła potwierdzają akta KGB opublikowane przez głównego archiwistę tej instytucji - Wasilija Mitrochina.

Choć zamierzony przez władze bezpieczeństwa ostateczny efekt w postaci całkowitego rozbicia Kościoła i środowisk katolickich nie nastąpił, można jednak stwierdzić, że wyniki poczynań tych służb były odwrotnie proporcjonalne do efektów polityki gospodarczej kolejnych ekip rządzących, które to zadecydowały o konieczności przekazania władzy.

W 1990 r. rozpoczęto niszczenie akt byłej SB, w pierwszej kolejności materiałów Departamentu IV, zajmującego się środowiskami katolickimi i księżmi. Część z nich się jednak zachowała, co stwarza perspektywę dalszych możliwości badawczych w tym zakresie.

OPRACOWAŁ ALEKSANDER SZUMAŃSKI

Dokumenty, cytaty, źródła:
www.naszdziennik

Mirosław Piotrowski
Autor jest kierownikiem Katedry Historii Najnowszej KUL.


Aleszumm - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 26 maja 2014, 17:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://dziennikzwiazkowy.com/polonia/tr ... -artystki/

Tragiczny lot Anny Jantar. Chicagowski muzyk Adam Glinka wspomina ostatnie chwile artystki
in Polonia / przez EM / o 23 Marca 2014 /

- W marcu 1980 roku odprowadziłem Anię Jantar na lotnisko Kennedy na samolot do Warszawy. Zrobiłem jej zdjęcie, kiedy dzwoniła do Polski z budki telefonicznej. Okazało się, że to jej zdjęcie ostatnie − wspomina chicagowski muzyk Adam Glinka.

14 marca 1980 roku, na minutę przed lądowaniem, kapitan samolotu IŁ-62 Paweł Lipowczan zgłosił wieży kontrolnej na Okęciu awarię podwozia. Chwilę potem samolot runął na ziemię. Zginęła 10-osobowa załoga i 77 pasażerów, wśród nich Anna Jantar.

Obrazek
Ostatnie zdjęcie Anny Jantar zrobione na lotnisku w Nowym Jorku, tuż przed odlotem samolotu


Oglądając relacje z poszukiwań malezyjskiego samolotu Glinka nie może się uwolnić od wspomnień. „To szok, który nie opuszcza nas przez długie lata” – mówi w rozmowie z „Dziennikiem Związkowym” muzyk. Tragedia pasażerów i ich najbliższych, którą śledzi cały świat, przywołuje w nim wydarzenia sprzed 34 lat. Tym bardziej, że był krok od śmierci. Gdyby nie prośba właściciela klubu, by przedłużyć pobyt, byłby w tym samym samolocie co Jantar.

- Ania przyleciała do Chicago pod koniec 1979 roku na występy do polonijnego klubu Europejska Lounge. Nieco wcześniej właściciel klubu, Walter Lenczowski, kupił salę na 800 osób na północy miasta. W sylwestra odbyło się huczne otwarcie nowego lokalu pod nazwę Milford. Gwiazdą była oczywiście Ania. Śpiewała z zespołem Perfect. W tym czasie z moim zespołem Tragap występowałem w Clifton w New Jersey, koło Nowego Jorku. Pod koniec stycznia dołączyła do nas Ania. Razem koncertowaliśmy w klubie Zodiak – opowiada Adam Glinka.

Poznali się w Warszawie podczas jakiegoś programu rozrywkowego. Dziś Glinka nie pamięta, czy był to „Podwieczorek przy mikrofonie”, czy może inny program. Pamięta natomiast, że świetnie się z nią współpracowało, „ponieważ nie miała w sobie nic z gwiazdorstwa, była wspaniałym, szczerym kumplem”.

Obrazek
Anna Jantar śpiewa w klubie „Zodiak” w Clifton w New Jersey


Kiedy wsiadała do samolotu pełna była planów. W czasie wspólnej pracy za oceanem niejednokrotnie zwierzała się Glince, że myśli o przejściu na inny, bardziej ambitny repertuar. Nie była to jednak dla niej łatwa decyzja. – Ambitna muzyka trafia do wąskiego kręgu odbiorców, a Ania miała już przecież wielu wielbicieli. W Polsce kochano ją właśnie za to, co śpiewała, za melodyjne piosenki. Na trasach po kraju dawała dwa koncerty dziennie, a w weekendy nawet cztery. PRL i imprezy pod hasłem „ludziom dobrej roboty” gwarantowały artystom pracę od rana do nocy. Ania była piosenkarką z górnej półki, propozycji miała mnóstwo.

W Stanach Zjednoczonych grało się wówczas dla Polonii, która pod koniec lat 70. w niczym nie przypominała „prawdziwej” Ameryki. Czuło się pewien prowincjonalizm i chyba tylko dobrze zaopatrzone sklepy w polonijnym Chicago przypominały o tym, że to inny system.

Obrazek
Anna Jantar z Adamem Glinką w czasie przerwy w występach w „Zodiaku”


- Ania często nabijała się z wywiadów, jakich po powrocie do kraju z „turnee” w USA, udzielały mediom polskie gwiazdy. Krótko mówiąc, opowiadały niemające odbicia w rzeczywistości przeróżne dyrdymałki. Sama też miała pomysł na śmieszną wypowiedź. W Clifton graliśmy kilka tygodni, ostatni koncert z Anią przypadkowo ktoś nagrał na taśmę magnetofonową. Piękna pamiątka… – snuje opowieść Glinka.

Do Warszawy Anna Jantar odlatywała w czwartek 13 marca. – Przed wyjazdem załatwiła jeszcze parę spraw, spotykała się ze znajomymi. W środę telefonowała do domu, długo rozmawiała ze swoją mamą. „Pojutrze zobaczymy się” − zapewniała. Potem mówiła coś do małej Natalii, która była jej oczkiem w głowie, jej całym życiem. Bardzo za nią tęskniła. Dziecko właśnie miało obchodzić czwarte urodziny. Ania i tak nie zdążyłaby na nie. Samoloty do Polski latały wtedy tylko dwa razy w tygodniu.

Obrazek
Kolacja z „Tragap”


Ostatnie godziny wspólnej podróży na lotnisko i chwile rozstania utkwiły Glince głęboko w pamięci. – W czwartek, w dzień odlotu, zaczął padać śnieg. Właściwie dopadła nas śnieżyca, było ponuro, nieprzyjemnie. Bardzo długo jechaliśmy na lotnisko Kennedy’ego. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że loty zostały wstrzymane. Nie było pewności czy „Kopernik” odleci. Odprowadziłem Anię pod samo wejście. Tak, wtedy to nikomu nie przeszkadzało. Przez szybę oglądaliśmy jeszcze oblodzony samolot LOT-u. Głośno zastanowiłem się, czy to w ogóle doleci. „To ruska maszyna, tyle razy latała, to i teraz doleci” − zauważyła Ania.

Na pokład samolotu najpierw weszła amerykańska drużyna bokserska. Wszyscy ubrani w klubowe dresy, lecieli na mecze do Polski. Potem zaczęto wpuszczać pozostałych pasażerów.

- Pożegnałem się z Anią. Widziałem, jak wchodzi do samolotu. Te kretyńskie plotki, a to, że nie było jej w samolocie, a to, że porwał ją arabski szejk – to absurd. Byłem tam do końca. Samolot wystartował nieco po 21. z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Wróciłem do domu niczego nie przeczuwając – mówi nasz rozmówca.

Obrazek
W wolnej chwili. Spotkanie w mieszkaniu przyjaciół


I dodaje: – Ten ostatni wieczór, drogę na lotnisko i wszystko, o czym rozmawialiśmy wtedy i wcześniej doskonale pamiętam. Często mówiła mi o swoich, czasami bardzo osobistych, sprawach. Prawdą jest, że myślała o rozwodzie z Kukulskim. Nie wracała do kraju dla jakiegoś faceta, lecz dla dziecka. Była wprawdzie zauroczona pewnym zdolnym perkusistą (nie widzę powodu by podawać jego nazwisko), lecz miała do niego poważne zastrzeżenia. Był inny, straszliwie gburowaty. Ta inność fascynowała Anię, a równocześnie odrzucała.

Anna Jantar miała zaledwie 29 lat. W chwili śmierci była na topie. – „Tyle słońca jest w areszcie, nie widziałeś tego jeszcze, popatrz, o popatrz!” − wygłupialiśmy się po występach śpiewając ten jej wielki przebój z nieco przerobionym tekstem. Śmiała się głośno… i właśnie taką roześmianą Anię, pełną życia i energii pamiętam do dziś.

(me)

http://www.youtube.com/watch?v=XcjRPwtrnXg

http://www.youtube.com/watch?v=D9Q-ZVPMDIs


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 13 cze 2014, 11:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historia.org.pl/2014/03/30/60-ro ... z-indiami/

60. rocznica nawiązania stosunków dyplomatycznych z Indiami
JAN LANDE | 30 MARCA 2014 11:14

30 marca 1954 r. Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne z Indiami. Z tej okazji MSZ upubliczniło dokumenty związane z rocznicą oraz pracą trzech pierwszych ambasadorów w New Delhi.

Obrazek
Telegram Jerzego Grudzińskiego do Centrali MSZ informujący o rozpoczęciu urzędowania w New Delhi, 25 czerwca 1954 r. (AMSZ).Telegram Jerzego Grudzińskiego do Centrali MSZ informujący o rozpoczęciu urzędowania w New Delhi, 25 czerwca 1954 r. (AMSZ).


Indie z brytyjską podległością zerwały w 1950 r. Polska cztery lata później uruchomiła w stolicy tego kraju swoją misję dyplomatyczną. Do nawiązania oficjalnych stosunków doszło 30 marca 1954 r. Pierwszym ambasadorem został Jerzy Grudziński, który 7 lipca złożył listy uwierzytelniające i uruchamiając placówkę w Hotelu Imperial. Wcześniej na terenie Indii znajdował się polski konsulat, a następnie konsulat generalny w Bombaju. W trakcie II wojny światowej pomagał polskim uchodźcom wojennym.
W udostępnionych dokumentach znajdują się m.in. komunikaty o wymianie ambasadorów z Indiami i powołaniu Jerzego Grudzińskiego na stanowisko pierwszego polskiego ambasadora oraz jego przemówienie. Dodatkowo upubliczniono dokumentację fotograficzną.
Ponadto pokazano dokumenty Ministerstwa Żeglugi i Ministerstwa Handlu Zagranicznego postulujące nawiązanie stosunków z Indiami, lata 1952-1954; depeszę zawierającą treść przemówienia prezydenta Republiki Indii (Rajendra Prasad) z 7 lipca 1954 r. (wygłoszonego w czasie wręczania listów uwierzytelniających przez polskiego ambasadora Jerzego Grudzińskiego); raport Jerzego Grudzińskiego opisujący trzy pierwsze miesiące działania Ambasady PRL w Indiach, 27 września 1954 r. (http://www.msz.gov.pl/resource/6dcd507b ... 4cce46:JCR), w którym szczegółowo opisuje sytuacje polityczną tego kraju oraz komentuje zbyt małą obsadę placówki; kopie komunikatów i listów uwierzytelniających kolejno odwołujących i powołujących ambasadorów Grudzińskiego, Katza-Suchego i Ogrodzińskiego, lata 1954-1962 (http://www.msz.gov.pl/resource/d78ef68e ... 0a636c:JCR) oraz kopie aktów ustanowienia polskich konsulatów w Kalkucie i Bombaju, 14 marca 1960 r (http://www.msz.gov.pl/resource/6788c839 ... 1db248:JCR).

Źródło: msz.gov.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 11 lip 2014, 12:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/04/09 ... dpowiedzi/

Kalumnie bez prawa do odpowiedzi
Posted by Marucha w dniu 2014-04-09 (środa)

Obrazek

Od redakcji: Poniżej publikujemy list, jaki byli działacze PAX-u, Wojciech Janicki i Andrzej Wernic, przesłali na ręce red. Bronisława Wildsteina z tygodnika „Do Reczy”. W liście protestują przeciwko niesprawiedliwym i kłamliwym ocenom, jakie red. Wildstein sformułował pod adresem PAX-u i Bolesława Piaseckiego (na zdjęciu). Pomimo upływu ponad dwóch miesięcy autorzy nie doczekali się odpowiedzi. Oto treść ich listu:

Szanowny Fanie Redaktorze!
Jesteśmy stałymi czytelnikami tygodnika „Do Rzeczy”, a także słuchaczami TV „Republika”. Cenimy w nich m. in. pańską publicystykę i wypowiedzi często bliskie naszym poglądom i przekonaniom.
Tym większym negatywnym zaskoczeniem była dla nas absolutnie fałszywa, nie poparta żadnym rzeczowym argumentem, ocena Stowarzyszenia PAX zawarta w Pańskim artykule pt. „Prehistoria III RP”. Pisze Pan w nim o powojennej eksterminacji środowisk konserwatywnych i prawicowych stwierdzając, że ich „karykaturalnym, kolaboranckim wcieleniem pozostało wyłącznie Stowarzyszenie PAX głoszące chwałę komunizmu jako polskiej racji stanu”. Ten iście goebbelsowski w swym stylu wtręt nie znajduje żadnego potwierdzenia w deklaracjach ideowo-politycznych, publicystyce i działalności PAX-u.
Jako wieloletni działacze, publicyści i redaktorzy prasy paxowskiej czujemy się głęboko dotknięci zacytowaną wyżej insynuacją i zarazem zobowiązani do protestu w imię historycznej prawdy i dobrego imienia Stowarzyszenia oraz tysięcy jego członków, w większości już nie żyjących, którzy nie mogą bronić swojego dobrego imienia. Przy odrobinie dobrej woli wystarczyłoby, oceniając uczciwie PAX, sięgnąć choćby do lektury zbioru publikacji Przewodniczącego PAX-u Bolesława Piaseckiego pt. „Kierunki”. Autor deklaruje w nich m.in. dążenie do ideowej konfrontacji światopoglądu chrześcijańskiego z marksizmem-leninizmem, formułując jedno z podstawowych zaangażowań PAX-u – walkę o wieloświatopoglądowość systemu socjalistycznego. Był to postulat na stałe wpisany do „Wytycznych” PAX-u, które szczególnie denerwowały Władysława Gomułkę. Pierwszy sekretarz PZPR na początku lat sześćdziesiątych zakazał ich publikacji jako przejawu „rewizjonizmu”.
Jeśli wynikiem „kolaboracji” PAX-u było uratowanie kilkuset działaczy polskiego patriotycznego podziemia i zapewnienie im godnych warunków życia i pracy, to już za to samo należałoby tę „kolaborację” pochwalić.
Kto jak kto, ale Pan, Redaktorze, powinien coś wiedzieć o ogromnym dorobku Instytutu Wydawniczego PAX, który w latach 1949-1989 wydał w PRL 2 miliony egzemplarzy Biblii i wielotysięczne nakłady dział wybitnych intelektualistów katolickich z kraju i zagranicy dotyczących historii Kościoła, teologii, filozofii, patrystyki, katechezy, socjologii i psychologii katolickiej, pism Ojców Kościoła, w tym św. św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, a także liczne pozycje książek z literatury pięknej katolickich autorów. Szczególnym osiągnięciem Instytutu była publikacja kilkuset książek historycznych, które mimo barier cenzuralnych przekazywały prawdę o przeszłości, w tym, co było szczególnie ważne, o dziejach II Wojny Światowej i roli w niej Armii Krajowej. Uzupełniając w ten sposób lukę jaką tworzyła polityka wydawnicza władz komunistycznych krzewił wiedzę o rzeczywistych korzeniach światopoglądowych i kulturowych polskości, przyczyniając się przy tym do wykształcenia dwóch pokoleń księży katolickich w seminariach duchownych.
W przekazywaniu prawdy historycznej znaczącą rolę odegrała prasa PAX-u, a szczególnie tygodnik WTK (Wrocławski Tygodnik Katolików), który rehabilitował się w oczach Czytelników za paskudny artykuł o procesie ks. biskupa Kaczmarka pióra Tadeusza Mazowieckiego, w zawiązku z którym Mazowiecki musiał rozstać się z funkcją redaktora naczelnego tego pisma i w ogóle z PAX-em, pisząc nań zresztą obszerny donos do KC PRZPR.
Nieoficjalnym przesłaniem misji PAX-u było przekonanie Bolesława Piaseckiego, że bolszewicy weszli i pozostaną w Polsce przez lat pięćdziesiąt. W tej sytuacji należy przerwać zbrojną walkę o niepodległość, która prowadzi do przedłużenia procesu biologicznego wyniszczenia Narodu Polskiego. Emigracja mogła być, według Piaseckiego, jakimś wyjściem dla jednostek, nie dla Narodu, dla którego rysował program „przezwyciężenia zwycięzcy”.
Oczywiście rozumiemy, że dla osób, które nie zetknęły się bliżej z działalnością PAX-u, może wydawać się ona kontrowersyjna. Rozumiemy też, że nie dla każdego kto stał na gruncie patriotyzmu polskiego i potrzeby dążeń niepodległościowych, cena jaką płacił PAX za osiągane sukcesy – w postaci współpracy z władzami i werbalnej akceptacji systemu mogłaby być nie do przyjęcia i rzeczywiście wydawać się przede wszystkim kolaboracją.
Jednakże dyskusja na temat PAX-u, jeśli ma uczciwie zmierzać do wykreowania prawdziwego obrazu przeszłości, nie może opierać się o niczym nie potwierdzone epitety, ale o rzeczową analizę faktów, z uwzględnieniem ograniczeń jakie stwarza brak dostępu do niektórych zasobów archiwalnych, co zmusza nas niekiedy do stawiania hipotez i snucia przypuszczeń.
Liczymy, że zechce się Pan ustosunkować do tego listu i ewentualnie podjąć z nami rozmowę, w której służyć będziemy wszelkimi dostępnymi nam informacjami, co, jak sądzimy, może doprowadzić do zmiany zarówno Pańskich pochopnych opinii na temat PAX-u, jak i do publicznego ich sprostowania w imię prawdy o polskiej historii.

Warszawa, 28 stycznia 2014 r.
Wojciech Janicki
Andrzej Wernic

PS. Załączamy list A. Wernica do Sławomira Cenckiewicza, który także na łamach tygodnika „Do Rzeczy” nazwał Bolesława Piaseckiego „Fuhrerem”. Na ten list wymieniony autor nie raczył odpowiedzieć. To niestety nie pierwszy taki przypadek gdy występuje się w obronie prawdy historycznej i ludzkiej godności.
Myśl Polska, nr 15-16 (13-20.04.2014)

http://www.mysl-polska.pl/node/26


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 12 sie 2014, 13:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/05/11 ... o-wilczku/

Prawda o Wilczku
Posted by Marucha w dniu 2014-05-11 (niedziela)

Najlepszą miarą polskiego kapitalizmu jest fakt, że za jego ojca wielu uważa zmarłego niedawno Mieczysława Wilczka, pezetpeerowskiego aparatczyka, którego główną „zasługą” jest umożliwienie kolegom z PRL-u uwłaszczenia się na państwowym.
Symboliczne jest, że w Polsce, w której równości szans nikt nawet nie widział, za przykład „ustawy doskonałej” uchodzi dokument, umożliwiający odpowiednio ustawionej peerelowskiej nomenklaturze, szybkie wzbogacenie się kosztem reszty społeczeństwa.
Kolega redakcyjny Bartek Orzeł na Twitterze napisał o Mieczysławie Wilczku, iż „wywalczył nam wolność gospodarczą”. Równie dobrze można by napisać o Kiszczaku i Jaruzelskim, że wywalczyli nam demokrację.
To że Twitter zniesie wszystko wiemy już od czasu, gdy marszałek Nowicka żegnała niejaką Wisłocką. Niewątpliwie oba tweety są dowodem na to, iż nie wszyscy powinni się publicznie chwalić swą umiejętnością pisania, bo sama znajomość liter jeszcze do tego nie uprawnia. Problem w tym, że powyższa opinia o peerelowskim ministrze przemysłu wcale nie jest w Polsce odosobniona, a słynna „ustawa Wilczka” uchodzi w niektórych kręgach za przykład wręcz doskonałego aktu prawnego.
Jak widać ekonomiczny analfabetyzm nie boli, a wręcz przeciwnie, sądząc po uporze z jakim powtarzana jest owa teoria, chyba jest nawet przyjemny.
Ustawa o działalności gospodarczej, której jednym z głównych autorów był wspomniany minister w rządzie Rakowskiego, weszła w życie 1 stycznia 1989 roku, a zgodę wydał na nią ponoć sam Jaruzelski. Jak widać „zamieszane” były w nią osoby w schyłkowym PRL-u wielce znaczące i trudno sądzić, że był to przypadek. Na mitycznych już zaledwie pięciu stronach maszynopisu wprowadzono w Polsce wolność gospodarczą prawie nieograniczoną. Poza 11 koncesjami każdy miał prawo prowadzić działalność gospodarczą jaką tylko sobie wymarzył, pod warunkiem wpisania do ewidencji i niełamania prawa. Czyżby nastał wolnorynkowy raj? Owszem – dla tych, którzy byli dobrze ustawieni.
Haczyków było przynajmniej kilka, a wiedzieli o nich głównie ci, którzy mieli wiedzieć. Otóż ustawa umożliwiła dyrektorom państwowych przedsiębiorstw tworzenie prywatnych spółek działających dokładnie w tej samej branży, co kierowane przez nich państwowe przedsiębiorstwa. Co więcej, przy zniesieniu barier dla działalności prywatnej utrzymano wszystkie bariery dla firm państwowych, co z miejsca ustawiło je w sytuacji upośledzonej wobec spółek prywatnych.
Co się działo później nietrudno się domyślić. Świeżo upieczeni „przedsiębiorcy” i dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw w jednej osobie zaczęli ochoczo prowadzić interesy sami ze sobą. Sprzedawali kierowanym przez siebie firmom materiały za sumy znacznie zawyżone, za to kupowali z nich środki produkcji w cenie barszczu. Podbierali pracowników, gdyż mogli im płacić wynagrodzenia nieobciążone tzw. popiwkiem, czyli podatkiem, który firmy państwowe wciąż płacić musiały.
A gdy już wydrenowali prowadzoną przez siebie państwową firmę do tego stopnia, że słaniała się na nogach, to kupowali ją za bezcen pieniędzmi uzyskanymi z kredytu ze środków publicznych.
Do tego celu NBP utworzył 9 „komercyjnych” banków, które zaopatrywały w kapitał „biznesmenów” ze szczytów władzy.
Przykładów powyższych sytuacji jest mnóstwo. Rzeszowski Instal obsiadło aż pięć pasożytujących na nim spółek – trzy jego dyrektora i dwie jego zastępcy. Spółka Arkady zakupiła od bełchatowskiej kopalni maszyny w cenach sprzed kilku lat. Spółka Kametis wyczyściła doszczętnie wrocławski Otis ze wszystkiego co cenne, a na deser dostała jeszcze… dofinansowanie od państwa. Żyrardbudex zakupił bazę magazynowo-sprzętową wartą około miliarda złotych za 112 milionów, czyli nieco ponad 1/10 wartości. Można powiedzieć, że Wilczek i spółka jedną krótka ustawą otworzyli prawdziwy ciucholand, w którym można było zakupić państwowe mienie na wagę. I z przyjemnością korzystali z tego ci, którzy mieli ku temu środki. A kto je miał, to już wyżej naświetliłem.
Efekt całej operacji był zgodny z zamierzeniami – polskie średnie i duże przedsiębiorstwa trafiły w ręce nomenklatury.
Wg badań prof. Gardawskiego, na przełomie wieków, czyli 10 lat po rzekomym obaleniu komuny, aż 62% personelu kierowniczego w powyższych spółkach stanowili byli kierownicy i dyrektorzy z czasów PRL-u. Jako że 90% z nich było członkami PZPR, można dojść do wniosku, że na początku XXI wieku większością polskich dużych firm kierował były aparat PRL.
Zwolennicy ówczesnych rozwiązań często powołują się na fakt, że na fali uwolnienia gospodarki powstało 2 miliony firm, które stworzyły 6 milionów miejsc pracy. Jak wartościowe były to miejsca pracy najlepiej obrazuje to, iż całą sytuację nazywa się często „rewolucją straganów”.
A tymczasem najbardziej wartościowe miejsca zatrudnienia, w przemyśle wysokiej techniki, w wyniku całej dzikiej transformacji, której ustawa Wilczka była integralną częścią, runęły aż o 50%, z czym zmagamy się do dziś.
Cały wysoko rozwinięty dziś świat, od USA i Wielkiej Brytanii, aż po Koreę Południową i Japonię, budował swą pozycję polityką silnego protekcjonizmu, opartą o szerokie regulacje, dużą rolę państwowej własności czy wysokie cła. Polska za to ubzdurała sobie, że dokona skoku cywilizacyjnego nagłym wprowadzeniem liberalizmu gospodarczego.
Gdyby Alexandrowi Hamiltonowi, pierwszemu sekretarzowi skarbu USA, który pod koniec XVIII wieku budował ład gospodarczy Stanów Zjednoczonych, ktoś powiedział, że należy otworzyć i zderegulować gospodarkę, by uwolnić jej dynamizm, to prawdopodobnie umarłby ze śmiechu. Podobnie uczyniłby protekcjonistyczny Kanclerz Skarbu Wielkiej Brytanii Robert Warpole kilkadziesiąt lat wcześniej. Gdyby Albin Hansson, premier Szwecji wprowadzający w latach 30. XX w. zręby szwedzkiego państwa socjalnego w reakcji na gwałtowne zamieszki wynikające ze złej sytuacji robotników, usłyszał, że najpierw należy się wzbogacić, a dopiero potem można sobie pozwolić na zabezpieczenie społeczne, to co najwyżej popukałby się w czoło. Koreańscy decydenci w latach 70. XX w. nic sobie nie robili na reakcje łapiących się za głowy „fachowców” z MFW, gdy prowadzili interwencjonistyczną i planową politykę, która pozwoliła im na jeden z najszybszych rozwojów w historii świata. Za to polscy decydenci w obliczu tychże „fachowców” z MFW czołobitnie godzili się na wszystko, z prywatyzacją emerytur włącznie.
Podejście części Polaków do ustawy Wilczka nie tylko pokazuje, że kwestie gospodarcze postawiliśmy w naszym kraju na głowie. To także kolejny dowód na to, iż na polskiej prawicy doszło do pomieszania pojęć.
Z jednej strony konserwatyści biorą na sztandary Margaret Thatcher, która rozniosła tradycyjny porządek społeczny Wielkiej Brytanii, z drugiej strony wolnorynkowcy hołubią pezetpeerowskiego aparatczyka, który umożliwił uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury. Jeśli Thatcher i Wilczek to ikony polskiej prawicy, to trzeba się już chyba przestać dziwić czemukolwiek.

Piotr Wójcik

http://jagiellonski24.pl/2014/05/04/woj ... o-wilczku/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 06 wrz 2014, 11:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/8282/polski- ... owej-zarys

Skoro tyle Polacy mogli zrobić w PRLu, to co by to było, gdyby Polska naprawdę była wolna?

Kopia artykułu:

Polski przemysł motoryzacyjny po II Wojnie Światowej - zarys
Satyr - 5 Września, 2014 - 01:33

Obrazek

Zainspirowany tekstem pt.: „Polski Rolls-Royce czyli CWS-T1” autorstwa naszej Niepoprawnej Koleżanki o Nicku Leoparda, – pokusiłem się zamieścić ogólny zarys rozwoju polskiego powojennego sektora motoryzacyjnego. Tym samym postarałem się chociaż w części zaspokoić ciekawość Czytelników odnośnie produkcji polskich samochodów ciężarowych, dostawczych i osobowych na tle ówczesnego ustroju komunistycznego.

Obrazek

Po wojnie zaczęto odbudowywać Ojczyznę ze zniszczeń wojennych. Bez środków transportu trudno było szybko i sprawnie prowadzić tę odbudowę. Dlatego też równolegle prowadzono prace – niestety od podstaw – w odbudowie przemysłu motoryzacyjnego. Choć II wojna światowa zakończyła się w maju 1945 r. to już pół roku później zapadła decyzja uruchomienia produkcji samochodu ciężarowego własnej konstrukcji. Pod kierownictwem inż. Jana Wernera w Warszawie i Łodzi opracowano dokumentację konstrukcyjną samochodu ciężarowego o ładowności 3,5 tony, nazwanego Star 20, którego produkcją zajął się zakład w Starachowicach. Trzeba tu z dumą stwierdzić, iż od momentu pomysłu podjęcia się zaprojektowania, minęły niespełna 2 lata, by pierwsze 10 sztuk tych samochodów zjechało z taśmy montażowej. Świadczyło to o dużym heroizmie i wysokich umiejętnościach ludzi, tak bardzo zaangażowanych w odbudowę i rozwój polskiej motoryzacji po zniszczeniach wojennych. Już rok później linia montażowa zaczęła spełniać wymogi linii wielkoseryjnej.

Obrazek

Obrazek

W ślad za produkcją samochodów ciężarowych w Starachowicach w roku 1951 ruszyła produkcja 2,5 tonowego samochodu ciężarowego o nazwie FSC Lublin-51 w Lublinie na licencji radzieckich samochodów marki GAZ. Natomiast w Warszawie na Żeraniu zaczęto produkować – choć jeszcze próbnie – pierwsze powojenne samochody osobowe o nazwie FSO Warszawa typ M-20, także na licencji radzieckich samochodów marki Pobieda. Konstrukcja tych samochodów była przestarzała, jednakże o wyborze licencjonodawcy decydowały wówczas względy polityczne, a polska myśl techniczna, choć stała na dość wysokim poziomie, – była tłumiona w zarodku, a ciekawe, nowatorskie i przynoszące wymierne efekty rozwiązania konstrukcyjne i technologiczne, były chowane głęboko do szuflady przez służących Moskwie decydentów, bądź też były wywożone za Bug i tam wykorzystywane przez sowieckich okupantów jako ich własne.

Obrazek

Dalszy rozwój polskiego przemysłu motoryzacyjnego to nie tylko modernizacja zakładów w Ursusie, w Warszawie i Lublinie, ale także uruchomienie nowych zakładów, jak chociażby Sanocka Fabryka Autobusów, Jelczańskie Zakłady Samochodowe, Fabryka Samochodów Dostawczych w Nysie, Fabryka Mechanizmów Samochodowych w Szczecinie, Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku i wiele innych.

Obrazek

Tak więc mogliśmy odnotować kolejny etap rozwoju przemysłu motoryzacyjnego, czego wynikiem były autobusy marki San, Jelcz, samochody ciężarowe dużej ładowności typu A80, Jelcz 315, a także bardzo popularny samochód osobowy marki Syrena model od 100 do 104, produkowany na warszawskim Żeraniu. Powstała rodzina samochodów ciężarowych o dużej ładowności: 10-tonowy Jelcz 316 z dodatkową wleczoną trzecią osią, ciągnik siodłowy Jelcz 317, autocysterna i wiele innych ciężarowych modeli z rodziny 400 i 600.

Obrazek

Obrazek


Bezspornym faktem jest, że w rozwoju polskiej motoryzacji ogromne znaczenie odegrał produkowany od roku 1965 na Żeraniu na licencji włoskiego Fiata 125 samochód osobowy, nazwany „Polski Fiat 125p”, którego konstrukcja w porównaniu z ówcześnie produkowanymi FSO Warszawa i Syrena, – była dość nowoczesna. Jednakże trzeba tu nadmienić, iż w porównaniu do produkowanych na Zachodzie samochodów takich jak: Mercedes, Audi, BMW, Volkswagen, Peugeot i wielu innych, – rozwiązania konstrukcyjne Fiata 125p były przestarzałe. To, że wybrano licencjodawcę z Turynu, – podobnie jak to miało miejsce tuż po wojnie, – także było skutkiem porozumienia, jakie zawarła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza,– tym razem z włoskimi komunistami. Zakup tej licencji wiązał się także z modernizacją parku maszynowego i linii technologicznej, co należało uznać za plus, albowiem odradzający się polski przemysł samochodowy potrzebował nowoczesnych obrabiarek i nowoczesnej linii montażowej. Nie odnosiło się to tylko do samej fabryki na Żeraniu, ale także do szeregu zakładów w Polsce, kooperujących z FSO. Umowa licencyjna dawała możliwość modernizowania Polskiego Fiata 125p, jednakże nie prędzej, niż po pięciu latach od chwili rozpoczęcia produkcji. Nie oznaczało to, że polscy konstruktorzy z FSO nie dawali upustu swoim twórczym rozwiązaniom konstrukcyjnym. Opracowywali oni bowiem szereg zmian, które natychmiast po 5-letniej karencji zostały wprowadzone w proces produkcji. Tak więc powstała wersja kombi, pick-up czy sanitarka, także wprowadzono zmiany modernizacyjne w nadwoziu i podwoziu, a na podbudowie Fiata powstała cała rodzina Polonezów.

Obrazek

Obrazek


Rok 1971 wpisał się w karty historii polskiej motoryzacji podpisaniem kolejnej umowy licencyjnej, także z włoskim Fiatem na produkcję samochodu Polski Fiat 126p, którego produkcją zajęły się zbudowane od podstaw dwie Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej i Tychach. Miał to być samochód dla przeciętnego Kowalskiego, a okazało się, że jego wysoka cena i reglamentacja talonami (w 95 % dla towarzyszy z PZPR-u) uniemożliwiała jego szybkie nabycie. Ostatni samochód tej marki zjechał z taśmy montażowej w roku 2000. Ponadto poddano gruntownej modernizacji samochód marki Syrena model 104, tworząc model 105, 105L (z dźwignią zmiany biegów przeniesioną w podłogę) i 105 Bosto, przenosząc ich produkcję z FSO Żerań do FSM w Bielsku-Białej.

W latach 1971-1976 w ramach porozumienia z włoskim Fiatem uruchomiono w FSM w Bielsku-Białej montaż z części importowanych z Włoch modelu Fiata 127p, a w FSO w Warszawie modeli Polski Fiat 128p, 131p (zwany popularnie Mirafiori) i 132p.

Obrazek

Kolejnym etapem rozwoju warszawskiej FSO było uruchomienie w roku 1978 produkcji samochodu osobowego o nazwie Polonez, którego produkcja przebiegała równolegle z produkcją Polskiego Fiata 125p. Wiele części, podzespołów i zespołów tych dwu marek było wspólnych. Polonez w ciągu całego czasu produkcji podlegał modernizacji, zarówno pod względem bezpieczeństwa biernego, jak pod względem estetyki i ergonomii. Także wykorzystano jego zespoły do produkcji samochodu sanitarnego i dostawczego Polonez Pic-up)

Obrazek

Obrazek


W latach siedemdziesiątych minionego stulecia dał się zauważyć w Polsce rozwój produkcji samochodów ciężarowych i autobusów. Wzorem lat poprzednich, tak i w roku 1972, komunistyczne ministerstwo przemysłu i transportu podpisało, – jak się później okazało, kolejną „nietrafioną” umowę licencyjną, tym razem z francuską firmą Berliett na produkcję autobusów dużej pojemności o nazwie Jelcz-Berliett PR 100. Autobus ten naszpikowany zawodną elektroniką sterowania wtryskiem paliwa i sterowania skrzynią biegów zmusił niejako naszych polskich konstruktorów, by na bazie konstrukcji PR 100 zaprojektować wersję PR 110, w której zrezygnowano z dość awaryjnych układów elektronicznego sterowania, zastępując manualnym sterowaniem skrzynią biegów (lewarek zmiany biegów sprzęgnięty ze skrzynią za pomocą polskich serwomechanizmów) i wprowadzając zmiany w układzie elektronicznego sterowania wtryskiem paliwa, zastępując awaryjne elementy tego zespołu innymi, niemal bezawaryjnymi, co niewątpliwie podrożyło koszty produkcji. Mimo tego, faktem jest, iż właśnie te autobusy wraz z Autosanami typu H9 z Sanoka bardzo wzmocniły tabor masowego przewozu osób w PRL-u. Fabryka w Jelczu podjęła się także produkcji samochodów o dużej ładowności, wchodząc w kontakt z austriacką fabryką Steyer. Także w tym czasie w Antoninku pod Poznaniem powstaje fabryka samochodów rolniczych Tarpan, a w FSC w Lublinie podjęto prace nad rodziną samochodów dostawczych.

Obrazek

Trzeba tu powiedzieć, iż motoryzacja to nie tylko produkcja samochodów. To także produkcja motorowerów czy przyczep samochodowych. W owym czasie powstały fabryki specjalizujące się w produkcji skrzyń biegów (Tczew), wałów napędowych i mechanizmów kierowniczych (Szczecin), amortyzatorów (Krosno) i wiele innych. Wraz z rozwojem produkcji szedł w parze rozwój zaplecza technicznego motoryzacji, a więc zakładów naprawczych, stacji obsługi i diagnostyki.

Obrazek

Niestety, lata osiemdziesiąte nie służyły dobrze rozwojowi motoryzacji w Polsce i odnotowano spadek produkcji i usług w tym sektorze gospodarki, także wstrzymano wiele inwestycji w zakładach tego sektora. Ośrodki Badawczo-Rozwojowe przy niemal wszystkich większych zakładach motoryzacyjnych znacznie ograniczyły, a niektóre nawet zaniechały badań nad nowymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi. Powodem takiego stanu rzeczy była sytuacja społeczno-polityczna i regres w gospodarce, jaki wówczas zaistniał w Polsce po wydarzeniach sierpniowych w roku 1980.

Obrazek

W ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku odnotowano wzrost produkcji i usług w sektorze motoryzacyjnym. Jednakże nie działo się to z powodu jakieś przedziwnej metamorfozy gospodarczej. Powodem owego wzrostu było wpuszczenie na polski rynek obcego kapitału. Wówczas znaczne inwestycje poczyniły w Polsce koncerny: FIAT, Daewoo i General Motors. Powstały zakłady montujące samochody: Ford, Volkswagen, Mercedes, Opel, w których polska myśl techniczna nie miała prawa zaistnieć, a polski dobrze wykwalifikowany fachowiec był tylko tanią siłą roboczą. Polski rynek samochodowy przeżywał inwazję rywalizujących ze sobą o klienta takich producentów jak Renault, Citroen, Peugeot, BMW, Mercedes, Volkswagen, Audi, Opel, Toyota, Nissan, Mitsubishi.

Obrazek

Dziś z perspektywy czasu wiemy, iż nie było to do końca przemyślane posunięcie rządzących, bądź też przemyślane na szkodę Polski, by do tego stopnia otworzyć polski rynek samochodowy dla obcych koncernów przy jednoczesnym pogrzebaniu rodzimego przemysłu samochodowego, wysyłając setki tysięcy dobrze wykwalifikowanych ludzi na bezrobocie i skutecznie hamując rozwój polskiej myśli technicznej. Na nic zda się tłumaczenie, że jeśli byśmy tego nie zrobili, to czekała nas druga Białoruś. Powiedzmy Niemcom, także Francuzom czy Anglikom, by otworzyli swoje rynki dla obcych koncernów samochodowych przy jednoczesnym zamknięciu własnych fabryk. Taka opcja po prostu byłaby nie do przyjęcia przez narody tych krajów, a pomysłodawca takiej opcji skończyłby w niesławie swą karierę polityczną na śmietniku historii. Kraje te potrafiły bronić i nadal bronią z dobrym skutkiem swój narodowy przemysł motoryzacyjny.

Obrazek

Trzeba stwierdzić, iż stopień zmotoryzowania kraju w oparciu o rodzimą produkcję – jest jednym z podstawowych mierników poziomu rozwoju gospodarczego społeczeństwa. Jeśli zatem zadamy pytanie: – Jaki jest stopień zmotoryzowania Polski w oparciu o rodzimy przemysł? Odpowiedź będzie… żałosna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Na koniec przedstawiam prototypy, które nie weszły do produkcji seryjnej z przyczyn... "obiektywnych". Dziś wiemy, jakie to były przyczyny.

Obrazek

[center]Obrazek


Obrazek[/center]
______________________
1. A. Zieliński: Polskie konstrukcje motoryzacyjne 1947-1960. Warszawa: Wydawnictwo Komunikacji i Łączności, 2006.
2. S. Drążkiewicz: Samochód terenowy Star 266. Warszawa: Dom wydawniczy Bellona i Agencja Wydawnicza CB, 2001.
3. Materiały własne.
Ocena wpisu:
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.3 (17 głosów)
Rateform-KnaGN8oAiBsXqTfIOizkGW0Z3Dcovjo1KHpUGRimcUYfivestar_custom_widget

Satyr - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 08 wrz 2014, 11:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://popisowyprzekret.hvs.pl/syjonist ... a-marcowa/

Syjonistyczna Rewolta Marcowa
Zamieszczone przez Liga Świata w dniu kwi 11, 2014 w Masoneria, PIS, PO, Syjonizm

Obrazek

Rewolta Marcowa – narodziny, życie i śmierć PRL

Jerzy Brochocki

Przez cały okres PRL aż do marca 1968 roku nie wolno było rozpowszechniać informacji krytycznie oceniających rolę lobby żydowskiego w PRL, nie wolno było, nawet po Październiku 1956, pisać czy mówić o tym kto kierował aparatem terroru w PRL itd. Wolno było pisać o szowinizmie niemieckim, ukraińskim, amerykańskim, francuskim a zwłaszcza polskim. Nie wolno było pisnąć nawet o szowinizmie żydowskim. Ta blokada trwała czterdzieści pięć lat PRL z krótką przerwą w marcu 1968. W tym sensie marzec 1968 roku był wydarzeniem ważnym. To w marcu 1968 roku uczyniono jedyną w historii PRL próbę zrównania praw Żydów i Polaków.

Rozdział 1

Korzenie zła
Łatwej i prostej, a raczej prostackiej, odpowiedzi na pytanie czym był Marzec 1968 roku udzielił Aleksander Kwaśniewski i lobby żydowskie w Polsce. Była to – ich zdaniem – antysemicka prowokacja przeprowadzona przez tzw. Partyzantów. Był to także wybuch “tradycyjnego, polskiego antysemityzmu”.
Nie po raz pierwszy w powojennych dziejach Polski oskarżenie o antysemityzm podnoszone jest tu, na polskiej ziemi. Tak było w strasznych latach stalinowskich. Tak było w okresie po Październiku 1956 roku, gdy tzw. szkoła szyderców zalewała prasę i radio antypolskimi publikacjami, gdy w ogromnych nakładach wydawano obrażające naród polski książki, produkowano znieważające Polaków filmy, wyszydzano naszą historię. Oskarżano o antysemityzm Kościół katolicki, ruch narodowy, Armię Krajową.
Nigdy jednak, nawet w okresie wszechwładzy Jakuba Bermana, Hilarego Minca i Romana Zambrowskiego, żaden przedstawiciel rządzących nie ośmielił się wystąpić z oskarżeniem o antysemityzm całego polskiego narodu. Stało się to dopiero w wolnej, demokratycznej Polsce w trzydziestą rocznicę wydarzeń marcowych. Do listy tradycyjnie oskarżonych o antysemityzm: Kościoła katolickiego, narodowców, chłopów, dopisano robotników polskich i – co już trąci schizofrenią – narodowych komunistów z Gomułką na czele. Przez prasę, radio i TV przewaliła się potężna powódź nienawiści i kłamstw. Każdy kto próbował wyrazić już nie tylko sprzeciw, ale chociażby wątpliwości, był oskarżony o antysemityzm, szowinizm, faszyzm lub… komunizm. Nienawiść sięgnęła szczytu. Szczytu sięgnęło kłamstwo. Nikt nie pytał o prawdę. Nikt jej nie szukał.
Jakaż więc jest prawda o marcu 1968 roku? Jakie były przyczyny i skutki tych wydarzeń? Czy możliwe jest dzisiaj, po upływie ponad trzydziestu lat pełne, ostateczne odkrycie prawdy o marcu 1968? Niezupełnie. Jest jeszcze kilka kart tego fragmentu historii PRL nie do końca zbadanych. Jeszcze nie wszystkie dokumenty odkryto i ujawniono. Jeszcze pozostają poza zasięgiem polskich badaczy archiwa Kremlowskie dotyczące tych wydarzeń. Jeszcze można oskarżać nieżyjącego Mieczysława Moczara o to, że świadomie spowodował awanturę marcową, aby obalić Gomułkę i uczynił to na rozkaz Kremla. Nawet takie brednie są możliwe i nawet wtedy gdy głoszą je autentyczni agenci tajnych służb sowieckich. Więc upłynie jeszcze nieco czasu zanim ujawnione zostanie wszystko, do końca.

Jednakże mimo tych zastrzeżeń, można już dziś ustalić genezę wydarzeń marcowych, ich główne przyczyny i skutki. Można przeprowadzić dowody prawdy w procesie przeciwko tym, którzy prowokację marcową usiłują wcisnąć na karty historii Polski, plasując ją na wysokości polskich powstań narodowych lub też podnosząc do rangi źródła z którego zrodził się bunt robotniczy 1980 roku i “Solidarność”.
Nieliczni badacze upatrują źródeł marca 1968 roku w październikowym przełomie 1956 roku. Jeszcze mniej liczni szukają początku marca 1968 roku w wydarzeniach roku 1948, w rozprawie kominternowskiej grupy Bermana z tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym w PPR – PZPR z gomułkowską “polską drogą do socjalizmu”. Jeżeli jednak uznamy, że rok 1948 otwierając najstraszniejszy, stalinowski okres w powojennej historii Polski, zaowocował w konsekwencji buntem robotników Poznania i Październikiem 1956 roku to musimy odpowiedzieć na pytanie -jak doszło do dramatu roku 1948, do stalinizmu w jego najstraszniejszej postaci? To zaś jest pytanie o genezę powstania PRL.

Nie sięgając w daleką przeszłość, do początków ruchu komunistycznego, za punkt wyjścia przyjąć należy fakt bezsprzeczny, nie budzący już dziś żadnych wątpliwości, że Polska Ludowa rządzona przez komunistów mogła powstać i istnieć tylko w wyniku dyktatu sił zewnętrznych, zniewolenia przez ZSRR za zgodą rządów USA i Wielkiej Brytanii. W żadnych innych okolicznościach komuniści nie mieli żadnej szansy objęcia władzy w Polsce. W okresie międzywojennym Komunistyczna Partia Polski nie stanowiła liczącej się siły politycznej. Od początku swego istnienia pozostawała obcym ciałem odrzuconym przez przytłaczającą większość Polaków. Wynikało to nie tylko z absolutnej podległości KPP wobec struktur Międzynarodówki Komunistycznej czyli Kremla, lecz także z faktu, iż była to partia zdominowana przez mniejszości narodowe, w tym przede wszystkim przez Żydów. W takich podstawowych dla Polaków kwestiach, jak niepodległość, suwerenność, świadomość narodowej wspólnoty, między Polakami a KPP istniała przepaść nie do przebycia. W publikacji pt. “Przyczynek do genezy konfliktu” czołowy ideolog PZPR Andrzej Werblan pisał:

Na programowym stanowisku KPP w sprawie niepodległości Polski, przez długi czas ciążyły błędy luksemburgizmu, którego cechą charakterystyczną było pomniejszanie roli kwestii narodowej i tendencji narodowo-wyzwoleńczych w ramach walki o socjalizm oraz niedocenianie znaczenia niepodległości państwowej w socjalizmie.

Powiedzmy wprost: Róża Luksemburg nazwana przez Lenina orłem rewolucji była nieubłaganym przeciwnikiem niepodległości Polski. Orłem rewolucji to może ona i była, ale na pewno nie był to orzeł biały.
(…)

Szczególne znaczenie dla przemian demokratycznych w Polsce miały procesy demokratyzacyjne w PZPR. W systemie monopartyjnym wszelkie zmiany w państwie muszą być siłą rzeczy zapoczątkowane w łonie rządzącej partii. Tymczasem w PZPR, w jej strukturach, faktycznych a nie formalnych prawach i obowiązkach członków, zakresie kompetencji instancji i organizacji, nie zmieniło się literalnie nic. Tzw. centralizm demokratyczny oznaczał praktycznie centralizm absolutny bez śladu demokracji. System zależności polegał na pełnym uzależnieniu dołu od góry i całkowitej niezależności w odwrotnym kierunku. Demokracja wewnątrzpartyjna, o którą tak ostro dopominały się zwłaszcza partyjne organizacje robotników, w systemie monopartyjnym musiała by wymuszać postępy demokratyzacyjne w strukturach państwa, więc została zablokowana.

Te i inne blokady na drodze do demokracji nie umniejszają wielkości dokonań roku 1956, które można określić jako likwidację systemu terroru i zbrodni, gwałcenia elementarnych praw ludzkich, czyli stalinizmu, jako najbardziej zwyrodniałej formy bolszewizmu.

Obiektywnie Gomułka mógł zrobić o wiele więcej, subiektywnie nie mógł przeskoczyć siebie, swego dogmatyzmu, skali intelektu i wyobraźni. Rozumowanie Puławian było więc prawidłowe. Oni czekali aż mit Gomułki jako Władysława Odnowiciela zaniknie, aż wyczerpią się zapasy wiary i nadziei. Oczywiście nie czekali bezczynnie. A jednak przegrywali. Stopniowo tracili stanowisko po stanowisku, stając się coraz mniejszą mniejszością w kierowniczych ośrodkach władzy. Po raz pierwszy w Polsce Ludowej. Coraz bardziej też koncentrowali swoje działania na zdobywaniu wpływów wśród rosnących ciągle społecznych kręgów rozczarowanych Gomułka, zniechęconych, zawiedzionych. Oczekiwali aż masa krytyczna osiągnie wielkość, która zrodzi nowy Poznań, nowy Październik, tym razem antygomułkowski.

Jedną z komórek zrodzonych przez to mafijne, antygomułkowskie sprzysiężenie była szkółka, taka sobie niewiele znacząca, wręcz śmieszna, wylęgarnia przyszłych przywódców, Klub Raczkujących Rewizjonistów, czyli Poszukiwaczy Sprzeczności. To dziecię Puławian zrodziło się gdzieś tam po obydwu stronach Alei Przyjaciół, prześlicznej, ślepej uliczki odchodzącej od Koszykowej. Po jednej stronie uliczki stał gmach, w którym mieściło się Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Po drugiej zamieszkiwali sobie w nowoczesnych, obszernych lub wręcz super luksusowych mieszkaniach najwierniejsi z wiernych, najpewniejsi z pewnych stalinizmu w Polsce. Takich osiedli za żółtymi firankami było w Warszawie kilka. Aleja Przyjaciół wyróżniała się tym, iż tu przeważali wysocy funkcjonariusze MBP z ministrem Radkiewiczem włącznie i oczywiście tym, że większość lokatorów tych mieszkań stanowiła narodowa mniejszość, więc była to rzeczywiście aleja przyjaciół. Takie getto na własne życzenie, czyli prawie sami swoi. Do Klubu Raczkujących Rewizjonistów należeli milusińscy nie tylko z Alei Przyjaciół, ale ta uliczka ze względu na swe usytuowanie i lokatorów urosła nieomal do rangi symbolu. W latach 90-tych telewizja publiczna wyemitowała nawet nostalgiczny, liryczny, słodki jak miód, film dokumentalny, w którym byli mieszkańcy wspominają swoją ulicę i dramat opuszczenia jej, gdy paskudni antysemici “wypędzili ich” z Polski.

Nie wdając się w szczegóły, odnotujmy fakt, iż z Klubu Raczkujących Rewizjonistów wywiedli swój polityczny rodowód późniejsi Komandosi, m.in. Adam Michnik, a w dalszym biegu wydarzeń faktyczni twórcy KOR-u. Czy już wówczas marzyło im się powtórzenie w innym wariancie drogi ojców do władzy nad Polską, trudno orzec. Gdyby tak było i tak nikt z nich nigdy się do tego nie przyzna. Pewne jest, że byli od dzieciństwa przysposabiani do wielkich zadań właśnie na miarę historycznych dokonań ojców. W planach działań bezpośrednich nie liczyli się. Byli kadrą przyszłości, nie drugim lecz trzecim pokoleniem wybrańców, następcami może nie tronów ale bardzo wygodnych foteli.

W połowie lat sześćdziesiątych w pierwszej linii pretendentów do władzy było ciągle pokolenie CBKP, byli, bezlitośni pogromcy “AK – zaplutych karłów reakcji”, “odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego”, “kułactwa” i innych ciężkich chorób toczących ten okropny, polski naród. Z tego źródła, wywodzi się nieustający antypolonizm części środowisk żydowskich w Polsce i nie tylko w Polsce. Stąd nieustająca fala kłamstw, oszczerstw i szyderstw. Składa się on zarówno z judejskiej teorii narodu wybranego jak też z pogardy wobec innych religii, ras, narodów. Żydzi polscy a przynajmniej ta ich część która aspirowała do rządzenia Polską, oczerniali naród polski, pomniejszali lub negowali nasz niemały wszak wkład w kulturę europejską, naszą powszechnie znaną, tolerancję, umiłowanie wolności, nasze “za waszą i naszą”. Jeśli czemuś trudno było zaprzeczyć przypisywali, to… sobie. Starali się dowodzić, że praktycznie bez kulturotwórczej roli Żydów nie powstałaby kultura polska. Przypisywali Polakom najbardziej haniebne cechy i najbardziej nikczemne czyny. Robiąc wszystko, aby nas pomniejszyć uważali, że w ten sposób siebie powiększą. Już w toku wydarzeń marcowych jeden z Komandosów oświadczył, że na każdych pięciu Polaków powinien przypadać jeden Żyd, który by nimi kierował. Tak myśleli. Jakże wielu z nich tak myśli. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych to myślenie w kręgach żydowskiej elity było dosyć rozpowszechnione. Nie było dziełem przypadku, że Raczkujący Rewizjoniści to prawie w komplecie dzieci żydowsko-stalinowskiej warstwy rządzącej, “nowej klasy”, czerwonej burżuazji. Butny, żydowski szowinizm sprawił, że uważali się za uprawnionych do rządzenia “tym narodem”. Pycha wyrosła z niesłychanych, niczym nie uzasadnionych karier “w tym kraju” sprawiła, że po raz kolejny zamierzali rozprawić się z “polskimi ciemniakami” i raz jeszcze stanąć za sterem. Czyż można się dziwić, że tę butę, pychę i żądzę władzy młodzi raczkujący, żyjący za żółtymi firankami (tak nazywano w tamtych czasach sklepy i domy dla uprzywilejowanych) przejęli po ojcach i starszych braciach?

W miarę jak spadało zaufanie do Gomułki, rosło społeczne niezadowolenie, zwiększała się już nie nadzieja, ale pewność powrotu tych, których Gomułka od władzy usunął, zarówno w 1956 roku, jak i w latach późniejszych. Ich grono stale rosło. Jeszcze na fali październikowego wrzenia usunięty został ze stanowiska I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR, ekwilibrysta polityczny, Stefan Staszewski. Nie był jedynym z grona skrajnych, stalinowskich aparatczyków partyjnych, którzy bardzo długo i stanowczo przeciwstawiali się rehabilitacji odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego w PZPR i powrotu do czynnego życia politycznego Gomułki i gomułkowców. Gdy okazało się to nieuchronne, z dnia na dzień, jak wszyscy Puławianie, został żarliwym demokratą, gomułkowcem, odnowicielem. Nawet niebywale wspaniałomyślny w stosunku do stalinowców Gomułka uznał jednak, że co za dużo to niezdrowo i przepędził Staszewskiego. Po kilku latach z Biura Politycznego i sekretariatu KC PZPR usunięty został Jerzy Morawski, kreowany przez Puławian na pierwszego po Zambrowskim, a wkrótce potem na pierwszego, po planowanym usunięciu Gomułki. Rozpuszczane w różnych warszawskich salonach wieści głosiły, że prawdziwym twórcą Października i Wielkiego Przełomu był nie Gomułka, jego towarzysze i zwolennicy, nie mówiąc o czymś tak “nieistotnym” jak bunt poznańskich robotników, lecz właśnie on, Jerzy Morawski.

Ten sam typ rozumowania i ta sama bezczelna hucpa powtórzyły się po marcu 1968, gdy to samo towarzystwo kreowało na bohaterów narodowych Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, Adama Michnika, Seweryna Blumsztajna, Jana Lityńskiego i innych Komandosów. Tak jak na karty historii Polski wciskano Jerzego Morawskiego jako twórcę Października, tak Komandosów przedstawiano jako mózg i siłę sprawczą polskiego Sierpnia 1980. I niech ktoś powie, niech ośmieli się powiedzieć, że to nieprawda, szalbierstwo i oszustwo. Niech ktoś zaprzeczy, że w historii Polski to nie Żydzi byli drożdżami postępu, twórcami wszelkich pozytywnych przemian. Będzie to niewątpliwie ohydny, zoologiczny, polski antysemityzm. Tak właśnie przez wiele lat przedstawiano usunięcie z kierownictwa “przewodniej i kierowniczej siły”, Jerzego Morawskiego. A prawda była taka, że Jerzy Morawski padł w wyniku nieustannie od narodzin PRL trwającej walki między narodowym a internacjonalnym, czyli anty-narodowym skrzydłem w ruchu komunistycznym. Suponowanie, że Gomułka usunął Morawskiego dlatego, że był on Żydem jest żałośnie śmieszne i głupie, tak jak w ogóle oskarżanie Gomułki o antysemityzm.
Gomułka mimo naturalnych więzi z byłymi PPR-owcami oraz AL-owcami i zrozumiałej awersji do ekipy stalinowskiej długo manewrował między Puławianami a Partyzantami. Poczynając od ugody z Puławianami kosztem Natolińczyków, tworzenia własnego zaplecza kadrowego w aparacie partyjnym i państwowym aż do limitowanego, ale jednak wspierania nowej siły, Partyzantów, Gomułka zawsze starał się utrzymywać równowagę sił w rządzącej elicie. Dowodów na to jest mnóstwo. Wymieńmy niektóre z nich. Przez osiem lat po Październiku wódz Partyzantów Mieczysław Moczar pozostawał na stanowisku wiceministra Spraw Wewnętrznych. Utrzymywał Gomułka w składzie KC takich zaciekłych ludzi Kominternu, jak Leon Kasman czy Eugeniusz Szyr, nie mówiąc o czołówce Puławian. Gdyby Gomułka chciał pozbyć się Puławian definitywnie i ostatecznie, wystarczyło odpowiedzieć pozytywnie na powszechne oczekiwania Polaków w tym względzie. Gomułka nie chciał rozliczać i na pewno nie wynikało to z jego “miłosierdzia”. Nie chciał rozliczeń, bo w roku 1956 bardziej obawiał się Natolińczyków, niż obciążonych zbrodniami stalinowskimi Puławian.
(…)

Rozdział 3 – Blitzkrieg i V kolumna
O świcie dnia 5 czerwca 1967 roku, doskonale wyszkolona i wyposażona w najnowocześniejsze środki prowadzenia wojny armia izraelska uderzyła na trzy kraje arabskie: Egipt, Syrię i Jordanię. O godz. 8.30 rzecznik armii izraelskiej przekazał dziennikarzom następujące oświadczenie:
Od rana toczą się ciężkie walki na południowym froncie pomiędzy lotnictwem Egiptu a naszymi siłami, które przystąpiły do akcji w celu powstrzymania napastników.

Świat wstrzymał oddech. Wszyscy ludzie na globie wiedzieli, że za Izraelem stoi potęga Stanów Zjednoczonych Ameryki a kraje arabskie wspierane są przez państwa Układu Warszawskiego. Wszyscy wiedzieli, że w Egipcie jest nie tylko radziecka broń, ale także liczni radzieccy specjaliści wojskowi. Groźba globalnej konfrontacji zawisła nad światem. Oświadczenie rzecznika izraelskiej armii wielu ludzi na świecie uznało za prawdziwe: Arabowie napadli na Izrael. Szybko jednak bezczelne kłamstwo zostało zdemaskowane przez licznych korespondentów ze Wschodu i Zachodu. To nie Arabowie napadli na Izrael, lecz armia Izraela napadła na arabskich sąsiadów.

Obrazek

Nie był to pierwszy akt agresji żydowskiego państwa przeciwko Arabom. Wojna arabsko-izraelska trwała od początku istnienia państwa Izrael, czyli od 1948 roku. Na mocy decyzji ONZ na terytorium Palestyny miały powstać dwa państwa: izraelskie i palestyńskie. Państwo palestyńskie nie powstało do dziś. Milionowe masy Palestyńczyków koczują od pół wieku w sąsiednich krajach arabskich, w niezwykle trudnych warunkach, pozbawione prawa do swych domów, swej ziemi, swej od tysięcy lat, Ojczyzny.
Atak izraelski na kraje arabskie miał dwa cele: Po pierwsze – rozszerzyć w drodze ekspansji terytorium Izraela. Po drugie – zdruzgotać armie arabskie w takim stopniu, aby na długo nie mogły one wesprzeć siłą roszczeń Palestyńczyków. Obydwa te cele Izrael osiągnął. Wojna arabsko-izraelska znana jest do dziś jako wojna sześciodniowa. Nosi ona także inną nazwę “izraelski blitzkrieg”. Ten znany z historii II wojny światowej niemiecki termin był w Izraelu, i w prasie żydowskiej na świecie, często i z dumą używany. Państwo Izrael osiągnęło też cel trzeci. Blitzkrieg wywołał niesłychany, nie notowany w dziejach żydostwa wybuch radości, dumy z militarnej siły Izraela, z podboju rozległych terytoriów arabskich. Można by tę radość i dumę zrozumieć i akceptować, gdyby prawdą było to co w dniu agresji pisał premier Izraela Lewi Eszkol do premierów państw utrzymujących stosunki dyplomatyczne z Izraelem, w tym także do premiera PRL. Obciążył on Arabów odpowiedzialnością za wybuch wojny, metodą tak dobrze znaną Polakom, i nie tylko Polakom, z wystąpień Hitlera w 1939 roku: To nie napastnicy są winni, że wybuchła wojna, lecz ofiary napaści.
W Polsce wojna bliskowschodnia przyjęta została z uczuciami rzec można mieszanymi. Przeciętny Polak o Izraelu i sytuacji na Bliskim Wschodzie wiedział bardzo niewiele. Reglamentowane informacje były w odniesieniu do tego regionu bardzo skąpe. W miarę jednak jak armia izraelska parła naprzód, polskie środki masowej informacji dostarczały coraz więcej wiadomości o prawdziwym przebiegu wydarzeń, jego przyczynach i możliwych do przewidzenia skutkach. Wzrosło zaniepokojenie Polaków. Relacje polskich robotników pracujących na budowach w Egipcie o bestialstwach soldateski izraelskiej wobec ludności podbitych terytoriów arabskich, wstrząsnęły polską opinią publiczną. W tej sytuacji zerwanie stosunków dyplomatycznych z Izraelem zostało przez Polaków przyjęte ze zrozumieniem. Zgodnie z odwieczną Polską tradycją za wolność waszą i naszą.

Zaskoczeniem dla większości Polaków była nie tyle manifestacja poparcia dla Izraela ze strony środowisk żydowskich w Polsce, ale erupcja żydowskiego szowinizmu wśród Żydów należących do elity partyjnej i państwowej PRL. Puławianie jeszcze tak niedawno, bo w okresie Października 1956, prezentujący się Polakom jako polscy patrioci, zwolennicy socjalizmu z ludzką twarzą, nagle zademonstrowali swoje uwielbienie dla najbardziej zmilitaryzowanego, agresywnego i rasistowskiego państwa, jakim niewątpliwie był Izrael. To nie tylko wielki pianista Artur Rubinstein na klęczkach witał się z Mosze Dajanem, to wielu, można zaryzykować twierdzenie, większość Żydów na świecie, w tym także w Polsce, klęczała przed jednookim wodzem napastniczych hord Izraela.
Czy byli inni Żydzi? Oczywiście, że byli. Wielu nie uległo psychozie triumfującego szowinizmu. Wielu rozumiało, że ta wojna ustokrotni nienawiść Arabów do Izraela, że Izrael będzie musiał żyć otoczony tym oceanem nienawiści i nie zazna spokoju przez dziesięciolecia, może przez wieki. Jednakże ci “sprawiedliwi wśród diaspory” milczeli sparaliżowani siłą szowinizmu swych współbraci. Zerwanie przez Polskę stosunków dyplomatycznych z Izraelem wywołało w kręgach żydowskich wielbicieli Izraela w Polsce gwałtowny sprzeciw. Wyrażał się on nie tylko manifestacyjnym świętowaniem izraelskiego zwycięstwa, ale także bezpardonowymi atakami na władze PRL i osobiście na Władysława Gomułkę. W tej antygomułkowskiej kampanii aktywnie uczestniczyło wielu Żydów pełniących wysokie funkcje w PZPR, administracji państwowej, w prasie, radiu i TV a także wyższych oficerów i generałów Wojska Polskiego.
Tego ani Gomułka, ani nikt z jego najbliższego otoczenia, się nie spodziewał. Reakcja Gomułki była szybka i ostra. Na Kongresie Związków Zawodowych w dniu 19 czerwca 1967 roku, a więc w dwa tygodnie po napaści Izraela na kraje arabskie, Gomułka omówił kwestię gwałtownego zaostrzenia się sytuacji międzynarodowej i zagrożenia -jak się wyraził – pokoju światowego w wyniku agresji Izraela przeciwko krajom arabskim. Oto jak relacjonuje wystąpienie Gomułki Kazimierz Kąkol w wydanej w 30. rocznicę wydarzeń marcowych książce “Marzec 68 inaczej”.

Nawiązując do przeszłości przypomniał historię powstania państwa Izrael i dokonał analizy przebiegu wojen izraelsko-palestyńskich na Bliskim Wschodzie. Zdecydowanie potępił reakcyjną, agresywną i antyarabską politykę kół rządzących Izraela akcentując odpowiedzialność imperializmu amerykańskiego za poparcie dla ekspansjonistycznych dążeń syjonistów izraelskich. Na tym tle przedstawił źródła i naświetlił międzynarodowe konsekwencje ostatniej agresji wojennej Izraela. Omówił reakcję na tę agresję w środowiskach Żydów – obywateli polskich. Nasza partia – oświadczył Wł. Gomułka – stoi na stanowisku, iż “każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową”. Podkreślił, iż władze PRL traktują jednakowo wszystkich obywateli bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowe obowiązki. Stwierdził, iż olbrzymia większość polskich obywateli narodowości żydowskiej służy wiernie Polsce Ludowej. Jednocześnie wskazał jednak, iż środowiska syjonistyczne w Polsce akceptują zbrojną agresję Izraela na kraje arabskie. “Nie możemy – mówił Wł. Gomułka -pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a wiec również bezpieczeństwa Polski opowiadają się za burzycielami pokoju i za imperializmem “. W konkluzji stwierdzał: “Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości -wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski.” Zawarta w przemówieniu Władysława Gomułki teza o istnieniu w Polsce “syjonistycznej piątej kolumny”, która rozległa się przez głośniki zainstalowane w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki, nie została umieszczona w drukowanych tekstach tego wystąpienia.

Kazimierz Kąkol nie pisze, że przemówienie Gomułki doprowadziło znaczną część żydowskiej diaspory w Polsce do stanu wrzenia, że w sukurs swoim pospieszyły żydowskie mass media na świecie, że zagotowało się w świętym oburzeniu na ten “niesłychany atak antysemityzmu” Radio Wolna Europa. Tysiące propagandowych wyrzutni rakietowych bluznęło na Polskę ogniem nienawiści, oszczerstw i złorzeczeń. Oto jeden z tysięcy przykład tej bezprecedensowej kampanii oszczerstw w wykonaniu Szymona Wiesenthala:
Liczba owych uratowanych (Żydów polskich – przyp. aut.) jest zdecydowanie znikoma w porównaniu z liczbą Żydów, którzy mogli uciec z obozów koncentracyjnych lub gett, gdyż, ci którym udało się zbiec byli schwytani przez polską ludność i przekazywani Niemcom. Także niewielu Żydów uratowało się na aryjskich papierach. Polacy po zidentyfikowaniu wydawali ich w ręce gestapo. Stawka pieniężna za głowę jednego Żyda wynosiła wtedy 100 złotych i litr wódki. Polacy zawsze chętnie pili wódkę…

Pisał to człowiek, który został uratowany przez Polaków, który doskonale wiedział, że nawet za najmniejszy gest miłosierdzia w stosunku do Żydów na terenie okupowanej, walczącej, broczącej krwią Polski groziła śmierć. Pisał to człowiek znający okupacyjne realia i wiedzący, że olbrzymia większość Żydów polskich nie znała języka polskiego, nie umiała i nie mogła ukryć się wśród Polaków ze względu na swą odmienność w sposobie bycia, ubierania się, zachowania i w końcu wyglądu zewnętrznego. Pisał to Żyd, który doskonale wiedział, że w warunkach okupacyjnych w Polsce ukrycie ponad trzymilionowej masy Żydów było kompletnie nierealne. Pisał to Żyd, który doskonale wiedział, że na uratowanie jednego życia żydowskiego składała się wielokrotnie, bezprzykładna ofiarność, bezgraniczne poświęcenie i heroizm wielu, często kilkudziesięciu Polaków. Wiedział też, że wielu Polaków, do dziś niepoliczonych, oddało życie za ratowanie życia żydowskiego. Tego człowieka przyjmuje się w wolnej, suwerennej, demokratycznej Polsce z honorami, nieomal na klęczkach. Prezydent RP Lech Wałęsa temu człowiekowi nadaje oficerski krzyż Polonia Restituta a Hanna Suchocka wygłasza do Wiesenthala czołobitne przemówienie emitowane w polskiej TV.

cdn


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 08 wrz 2014, 12:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Syjonistyczna Rewolta Marcowa (ciąg dalszy)

Podobnie czołobitnie przyjmowano autora wstrętnych kalumni antypolskich Jerzego Kosińskiego, Henryka Grynberga i wielu innych. Jak to się dzieje? Jak to w ogóle jest możliwe? To prawda, że nie pamiętamy tamtych czasów, a wielu z nas nie pamięta również marca 1968 roku. Ale przecież są wśród nas nasi ojcowie, dziadkowie, którzy pamiętają i lata czterdzieste i pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Ukazało się już wiele publikacji na ten temat. Dostępne są źródła. Można w końcu sięgnąć do gazet i czasopism z 1968 roku i znaleźć tam nie tylko publikacje odnoszące się do tzw. wydarzeń marcowych.

Jedną z ważnych spraw marca 68 było przyzwolenie władz, aby dziennikarze polscy bronili dobrego imienia, honoru i godności polskiego narodu, bronili prawdy przed potokami brudnych oszczerstw. Trzej wyżej wymienieni Żydzi przeżyli zagładę dzięki ofiarności, poświęceniu i odwadze Polaków. Takich uratowanych było kilkaset tysięcy. Wielu umarło, ale wielu żyje jeszcze. Dlaczego nie dają świadectwa prawdzie? Tylko nieliczni występują przeciw fali kłamstw i nienawiści. Ale właśnie dlatego, że mają odwagę świadczenia prawdy, że zachowali w sercach miłość i wdzięczność, nie tylko w stosunku do swych bezpośrednich wybawców ale, także do narodu, który przez wieki przyjmował tułaczy z całej Europy, który w najstraszniejszym okresie swej historii wykazał tyle niezłomnego hartu ducha, że sam broniąc się przed biologiczną zagładą ratował swych żydowskich współziomków, tym nielicznym należy się nasza szczera, serdeczna pamięć i uznanie.

Szymon Wiesenthal publikował w 1968 roku listy antysemitów polskich. To samo czynił Jerzy Giedroyć, który nie bardzo może się zdecydować czy jest Polakiem, Litwinem czy Białorusinem. Nikt nie ośmielił się powiedzieć, że pisarzom i intelektualistom, którzy w roku 1968, gdy po raz pierwszy w historii PRL powstała możliwość obrony ojczyzny w ojczyźnie, podjęli to dzieło, należą się słowa uznania a nie potępienia. Ten aspekt wydarzeń marcowych jest przez większość piszących o marcu 68 pomijany, przemilczany lub ukazywany w krzywym lustrze antysemityzmu.

Podobnie przemilczane są nieliczne głosy sprawiedliwych wśród żydowskiej diaspory i w Izraelu. Telewizja Polska dysponuje materiałami o wielkiej wartości historycznej, odnoszącymi się do tej kwestii, których nie emituje w ogóle lub emituje raz na dziesięciolecia. Lewica polska i ta postpezetperowska i ta antypezetperowska prześcigają się w filosemityzmie. Prawica, która chce za wszelką cenę zdjąć z siebie odium antysemityzmu, zarzuca, antysemityzm właśnie PPR-owcom, AL-owcom, PZPR-owcom. Nawet byli NSZ-towcy strzelają do komunistów z antysemickiej armaty. Zabawny to pokaz głupoty i tchórzliwego zakłamania. Zabawny czy bardzo smutny?

W czerwcu 1967 przemawiając na Kongresie Związków Zawodowych Władysław Gomułka nie dotykał kwestii stosunków polsko-żydowskich. Piętnował postawę części środowiska żydowskiego w Polsce za brak lojalności wobec PRL, za poparcie agresji Izraela na kraje arabskie, za rozpętanie kampanii przeciwko decyzji władz PRL zerwania stosunków z państwem Izrael. To wystarczyło, aby szowiniści żydowscy w Polsce, owa piąta kolumna syjonistyczna, oraz środowiska żydowskie na świecie zaatakowały nie tylko Gomułkę, rząd PRL i PZPR, ale aby wzmogły trwającą od zakończenia wojny propagandę antypolską, aby rozpętały dziką antypolską nagonkę, w której wszystkie chwyty były dozwolone. Na ławie oskarżonych obok Kościoła Katolickiego i Armii Krajowej posadzono także PZPR, a ściśle mówiąc większość tej partii, która mimo wszystko nie poddała się wynarodowieniu, nie wyrzekła się swej narodowej tożsamości. Przy całym głęboko uzasadnionym krytycyzmie wobec tej partii nie wolno nie dostrzegać w niej tego nurtu narodowego, patriotycznego, który w chwilach największych prób szedł z narodem a nie przeciw niemu. W marcu 1968 mimo rosnącego krytycyzmu wobec Gomułki i jego ekipy ogromna większość PZPR-owców, mając do wyboru Gomułkę czy Zambrowskiego lub Morawskiego, nie miała żadnych wątpliwości popierając Gomułkę. Zdecydowana większość członków PZPR uznała, że przeciwstawiając się V kolumnie, broniąc honoru i godności narodu nie dopuszczając do recydywy stalinizmu, nie dopuszczają do krwawego Budapesztu.

To nieoczekiwane wzmocnienie pozycji Gomułki nie mogło ujść uwagi Puławian. Po przemówieniu Gomułki na Kongresie Związków Zawodowych frakcja Puławian wywarła na Gomułkę niesłychaną presję grożąc mu wybuchem polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu, a w ślad za tym nieprzyjazną Polsce reakcją Wschodu i Zachodu. Groźby te musiały wywrzeć na Gomułce wrażenie, skoro zgodził się usunąć ze swojego przemówienia cytat określający syjonistów w Polsce mianem piątej kolumny. Nie na wiele się to zdało. Walka między Partyzantami a Puławianami weszła w nowe stadium, stała się walką między narodowcami, w tym również narodowymi komunistami a lobby nacjonalistów żydowskich, których od wspomnianego wystąpienia Gomułki nazywano, nie zawsze trafnie, syjonistami.

Na marginesie warto tu odnotować wcale nie marginalny fakt iż w czerwcu 1967 roku wrzenie polityczne zaczęło ogarniać Czechosłowację. Ujawniła się opozycja polityczna, która wśród wielu pięknych haseł i słusznych postulatów zaatakowała władze CSRS za antysemityzm. Uznanie tej zbieżności wydarzeń w Polsce i Czechosłowacji za przypadkowe, było by szczytem naiwności. Obydwa państwa były członkami Paktu Warszawskiego i RWPG. W obydwu rządy sprawowały partie marksistowsko-leninowskie. Jednakże między Polską a Czechosłowacją i pozostałymi krajami obozu socjalistycznego istniały też – i po roku 1956 pogłębiały się – istotne różnice. Polski Październik był powrotem do tzw. polskiej drogi do socjalizmu. Zrezygnowano z kolektywizacji wsi wspierając sektor prywatny w rolnictwie. Ograniczono w znacznym stopniu wszechwładzę służb specjalnych, powstrzymano walkę z religią, zliberalizowano przepisy paszportowe. Można uznać, iż nastąpiła daleko niewystarczająca ale jednak nastąpiła, destalinizacja. Żaden inny kraj ludowej demokracji, poza Węgrami, nie miał swego Października. Węgry zaś w wyniku Października 1956 poniosły straszną klęskę. Brocząc krwią zostały spacyfikowane przez Armię Czerwoną. Trafny więc był popularny w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dowcip określający Polskę jako “najbardziej wolny barak w obozie”. Różnice między Polską a Czechosłowacją w 1967 roku sprawiły, że zupełnie inaczej zafunkcjonowały identyczne zapalniki uruchomione w czerwcu i po czerwcu 1967 roku w obydwu krajach.

Gomułka pamiętał powszechny entuzjazm Polaków w okresie Października. Pamiętał śpiewaną mu przez tłumy pieśń “Sto lat… niech żyje nam”, która w tamten czas niezwykły stała się nieomal drugim narodowym hymnem. Trwał w przeświadczeniu, że owa pieśń brzmi dalej, że Polacy wierzą mu i popierają go. W nieodległym czasie miał się przekonać, jak bardzo się mylił. Jednakowoż w burzliwym okresie przełomu lat 1967-1968 kapitał zaufania z jakim Gomułka w 1956 roku rozpoczynał swoją “drugą kadencję” nie wyczerpał się jeszcze zupełnie. Jeszcze żyła pamięć o tym co było przed 1956 i jak bardzo różniło się to od rzeczywistości po Październiku. Mimo wielu rozczarowań, mimo coraz bardziej widocznej stagnacji, mimo nowych błędów i wypaczeń. Jeśli Puławianom udało się pozyskać dla swych knowań nieco zwolenników, to zawdzięczają to nie tylko wyczerpywaniu się kapitału zaufania do Gomułki, ale także cenzurze, która miała ochraniać władzę przed krytyką, a jeszcze bardziej niż władzę ochraniała jej wrogów Puławian, nawróconych i nagle zdemokratyzowanych stalinowskich satrapów, ich pisarzy, filmowców, naukowców i dziennikarzy. To cenzura chroniła tych ludzi przed demaskacją, przed prawdą jakże dla nich groźną. To dzięki cenzurze mogli prezentować się jako reformatorzy tacy ludzie, jak Zambrowski, Morawski, Matwin, Werfel, Staszewsłri, Schaff, Brus, Bauman. To dzięki łasce Gomułki i ochronie cenzury mogła atakować go w dniu 27 czerwca 1967 roku na zebraniu partyjnym w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR pułkownik Helena Wolińska, była prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej z okresu stalinowskiego, współmorderczyni generała Emila Fieldorfa “Nila” i nie tylko jego. Ta Brystygierowa Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która przecież zawdzięczała swą wolność i bezkarność tylko zablokowaniu przez Gomułkę rozliczenia zbrodni stalinowskich, miała tyle tupetu, że ośmieliła się zarzucić Gomułce antysemityzm. W tym samym czasie jej mąż profesor Włodzimierz Brus, były politruk LWP, patronował na Uniwersytecie Warszawskim akcjom Komandosów. To już nie były zakulisowe przepychania. To była otwarta walka.
W roku 1967 usunięto z wojska ponad dwustu generałów i wyższych oficerów pochodzenia żydowskiego zajmujących ważne stanowiska w aparacie centralnym Ministerstwa Obrony Narodowej i Sztabie Generalnym. Departament Kadr MON postulował zwolnienie w roku 1968 około 2000 oficerów, w tym 17 generałów i 180 pułkowników pochodzenia żydowskiego, którym zarzucano postawy proizraelskie, a w wielu wypadkach jednoznacznie antypolskie. W tym miejscu odnotować trzeba, że w październiku 1967 roku usunięto ze stanowiska naczelnego redaktora “Trybuny Ludu “Leona Kasmana. Tego samego Kasmana, który wiosną 1944 roku zrzucony został na terenie Lubelszczyzny w celu podporządkowania PPR Centralnemu Biuru Komunistów Polski w Moskwie. Tego Kasmana, który wysłał do Moskwy donos na Moczara stwierdzając, że jest on prowokatorem i domagając się zgody na jego likwidację. Wyroku Moskwy nie udało się wtedy Kasmanowi wykonać. Znamienne, że Gomułka, mimo iż wiedział o Kasmanie wszystko, godził się na to, aby był on członkiem KC PPR a także akceptował go na stanowisku naczelnego redaktora “Trybuny Ludu” i członka KC PZPR. Aż do roku 1967 ten zaciekły wróg Gomułki i w ogóle Krajowców, w tym zwłaszcza Moczara, był nie do ruszenia. Nie ruszył go nawet Październik. Dopiero po czerwcowa fala 1967 roku unicestwiła jego nietykalność. Nie uczyniono mu zbyt wielkiej krzywdy. Został wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego.

W grudniu 1967 roku odwołano ambasadora PRL w Moskwie, człowieka Puławian, Edmunda Pszczółkowskiego. Wiele wskazuje na to, że czystki w wojsku, pozornie drobny, ale jednak znamienny fakt usunięcia wiernego sługi Kremla Kasmana, oraz odwołanie Pszczółkowskiego zostało potraktowane w niektórych kręgach Kremla jako przejaw polskiego nacjonalizmu. Lobby żydowskie w Moskwie komentowało wydarzenia w Polsce w ten sposób, że polski nacjonalizm jest nie tylko antysemicki, ale także tradycyjnie antyrosyjski. Dalsze wydarzenia zaostrzą te oceny Kremla i w sposób znaczący przyczynią się do tragicznego upadku Gomułki w grudniu 1970 roku. Czystka w wojsku gwałtownie przyśpieszyła wydarzenia w Polsce. Konfrontacja była nieunikniona. W kręgu Puławian, wśród starych Komandosów, nikt już nie miał żadnych wątpliwości, że Gomułki nie da się ani zastraszyć, ani pozyskać. Wniosek: Gomułkę, a wraz z nim jego ekipę, trzeba usunąć
(…)

Rozdział 5 – Emigranci
Od bez mała trzydziestu lat sprawa ta jest jednym z głównych argumentów szowinistów żydowskich przeciwko Polsce, kluczowym dowodem na “odwieczny, zoologiczny, polski antysemityzm”. Każdego roku postkomandosi, postpuławiame, znaczna część żydostwa polskiego w kraju i na świecie, z większym lub mniejszym rozgłosem, obchodzi rocznicę marcowej awantury jako dzień sławy i chwały, a także dzień żałoby i cierpienia. Czytając publikacje Komandosów i ich filosemickich chwalców, można odnieść wrażenie, że 8 marca 1968 roku jest jedną z najważniejszych lub wręcz najważniejszą datą w powojennej historii Polski. Niektórzy z apologetów marcowej rewolty dochodzą do tak obłąkańczo śmiesznych wniosków, że ośmielają się porównywać to wydarzenie do powstań narodowych i domagają się umieszczenia go w panteonie narodowej chwały. Narodowej? Chwały? Komentarz jest tu chyba zbyteczny.

Inaczej trzeba jednak potraktować ową żałobę i cierpienie. Jeśli Polskę opuszczali wówczas Żydzi, którzy w rewolcie nie uczestniczyli ani jej nie popierali, na których nie ciążył uzasadniony zarzut udziału w bolszewickim zniewoleniu Polski, zwłaszcza działań zbrodniczych, przestępczych, Żydzi, którzy wyjeżdżali z Polski z żalem w sercu i naprawdę czystym sumieniem, to nad tym zwykłym, ludzkim żalem i bólem trzeba pochylić się z głębokim, ludzkim współczuciem. Ilu takich ludzi było wśród wyjeżdżających? Tego niestety nikt nie próbował policzyć. Apologeci marcowej rewolty twierdzą, że wszyscy wyjeżdżający byli niewinnymi ofiarami antysemityzmu, że zostali z Polski wyrzuceni. Zatrzymajmy się nad tym twierdzeniem. Badając sprawy marca 1968 roku i jego konsekwencji szukałem jakiegokolwiek dowodu, że ktokolwiek z ówczesnych emigrantów został do wyjazdu, zmuszony. Ani w relacjach ludzi czynnych wówczas po obu stronach, ani w dokumentach na taki przypadek nie natrafiłem. Wiem, że byli ludzie, którzy zostali usunięci z zajmowanych stanowisk, usunięci z PZPR, że niektórym zablokowano paszporty, które przed 1968 rokiem otrzymywali zawsze bez najmniejszych przeszkód. Rozumiem, że we własnym odczuciu ludzie ci mogli czuć się szykanowani. Nawet pozbawienie paszportu, który dla ogromnej większości Polaków był nieosiągalnym marzeniem, mogli odczuć niejako zrównanie w prawach (lub bezprawiu), lecz jako szczególne udręczenie i niezasłużone represje. Nie zmienia to w niczym faktu, że nikt dotychczas nie zaprezentował przypadku “wyrzucenia” Żyda z Polski ani w marcu 1968 roku, ani w którejkolwiek z poprzednich emigracji po II wojnie światowej. Kazimierz Kąkol w cytowanej już książce “Marzec 68 inaczej” publikuje liczby emigrantów żydowskich według danych Międzynarodowego Biura Pracy. Wynosiły one:

w roku 1946 – 5800 osób
w roku 1947 – 7700 osób
w roku 1948 – 32200 osób
w roku 1950 – 26500 osób
w roku 1951 – 3500 osób
w roku 1952 – 600 osób
w roku 1953 – 200 osób
w roku 1954 – 300 osób
w roku 1955 – 400 osób
w roku 1957 – 25500 osób

Komentując te dane Kąkol pisze:
Emigracja lat 45-48 była nielegalna acz tolerowana. Emigracja 1948-1951 odbywała się w zorganizowanych transportach. Biuro Polityczne KC PPR stwierdziło 28 maja 48 roku, że wyjazd PPR-owców do Palestyny dla walki o państwo żydowskie nie stoi w sprzeczności z ideologicznymi zasadami członków naszej partii (…) Partia nie zaleca i nie organizuje wyjazdów okazując jedynie indywidualne poparcie tym towarzyszom, którzy zdecydują się wyjechać.
Według danych Żydowskiego Instytutu Historycznego tylko w drugiej połowie 1945 roku wyjechało z Polski około 25-30 tysięcy Żydów. Według tego samego źródła do końca lipca 1946 roku przybyło do Polski z terenu ZSRR 136 tysięcy Żydów obywateli polskich. Ludność żydowska w Polsce, według danych ŻIH, osiągnęła latem 1946 roku od 216 do 259 tysięcy osób. Pod koniec 1949 roku, a więc w pierwszym roku koszmaru stalinizmu, wyjechało z Polski 27,5 tysiąca Żydów.

Rzecz znamienna, że wyjeżdżający wówczas otrzymywali dokument podróży, którego otrzymanie oznaczało rezygnację z polskiego obywatelstwa. Więc nie Moczar ani Gomułka wynaleźli te przepisy emigracyjne dla Żydów, lecz Jakub Berman, Stanisław Radkiewicz, Roman Romkowski, Mieczysław Mietkowski… I nikt nie protestował! Nikt nie mówił o antysemityzmie.

Dokładnych liczb żydowskich emigrantów z Polski chyba nigdy nie uda się ustalić, podobnie jak nigdy zapewne nie uda się ustalić liczby Żydów obywateli polskich, którzy ocaleli z zagłady na terenie okupacji niemieckiej. Różne źródła podają liczby od 80 do 300 tysięcy. Według niektórych badaczy liczby te są bardzo zaniżone, a faktycznie ocalonych było około pół miliona. Według ŻIH tylko do lutego 1947 roku i tylko za pośrednictwem Koordynacji Syjonistycznej tzw. Birchy wyjechało z Polski 140 tysięcy Żydów. W marcu 1949 roku Centralny Komitet Żydów Polskich przeprowadził rejestrację Żydów w Polsce. Ich liczba wynosiła wówczas 110 tysięcy osób. Jeśli więc do 1947 roku wyjechało 140 tysięcy, a w 1949 roku było 110 tysięcy oznacza to, że w sumie w roku 1946 było ich w Polsce około 250 tysięcy. Dane te są na pewno także bardzo zaniżone, ponieważ wielu Żydów z różnych powodów nie rejestrowało się. Przede wszystkim nie rejestrowała się większość żydowskich komunistów, a tych gwałtownie po wojnie przybywało. Dane pochodzące ze źródeł żydowskich są często wzajemnie sprzeczne. Oto np. przywoływany wyżej “Biuletyn ŻIH” w artykule Piotra Wróbla pt.: “Migracja Żydów polskich. Próba syntezy” pisze, że w okresie od 1948 do końca 1950 roku przybyło do Izraela 106 125 polskich Żydów. To samo źródło podaje, że w latach 1945-1956 Stany Zjednoczone przyjęły 160 tysięcy Żydów z Polski. W tym samym okresie wyjechało ich do Kanady około 12 tysięcy, do Australii około 15 tysięcy i do Ameryki Łacińskiej około 30 tysięcy. Razem wszystkie wymienione kraje przyjęły w latach 1945-1956: 323 125 Żydów polskich. Trudno się w tych różnych liczbach połapać, ale jedno jest pewne, że liczba ocalonych z zagłady Żydów polskich była znacznie wyższa niż podawały to zarówno źródła żydowskie, jak i polskie.
(…)
Posłowie
(…)
“Towarzysze żydowscy” nigdy nie zapomnieli Gomułce tej jego postawy. Nie tylko w tragicznym okresie stalinizmu ale przez wszystkie lata jego życia. Po śmierci zresztą także. Po aresztowaniu nie załamał się, nie wyparł się swoich poglądów i swoich ideałów. Mimo krwawego Grudnia 1970 roku i mimo wszelkich ciężkich błędów i jego win wobec narodu nie wolno o tej jego postawie zapomnieć. Za to, że w czasach dla powojennej Polski najstraszniejszych, miał odwagę i hart ducha bronić jej prawa do niezależności, należy mu się nasza sprawiedliwa pamięć. Praw Polski – to prawda, że z woli możnych tego świata bardzo ograniczonych – bronił Władysław Gomułka także przed wrogą Polsce mafią szowinistów żydowskich, przed Bermanem, Mincem, Zambrowskim, Brystigierową, Romkowskim, Mietkowsidm, Świetlikiem, Hubnerem, Czaplickim, Fejginem, Różańskim, Wolińską, Karlinerem… Bronił Polski, bronił narodowych interesów Polaków, zarówno w 1948 jak też w 1968 roku. Właśnie dlatego tak bardzo jest znienawidzony przez kolejne pokolenia następców Bermana, Minca, Zambrowskiego… Właśnie dlatego poniewierają i znieważają właśnie jego a nie Bieruta, Bermana, Minca, Zambrowskiego, Ochaba… Dlatego, że mimo ślepej wręcz wiary w świetlaną przyszłość komunizmu nigdy nie przestał być wiernym synem swej Ojczyzny, której się nigdy nie zaparł i nie wyparł i której interes stawiał wyżej niż interes jednej klasy społecznej.

Zarówno jego, jak i ludzi z nim związanych, to właśnie, że stawiali najwyżej narodowy interes Polaków, różniło od twórców CBKP i ich następców. Ten podział trwa i trwać będzie jeszcze bardzo długo. Tak długo, jak długo następcy CBKP-owców będą ponawiali próby wytrzebienia Polski z polskości, uczynienia z Polaków anarodowych kastratów. I nie ma znaczenia czy występują w imieniu Wschodu czy Zachodu, czy namawiają nas na socjalizm czy na kapitalizm. Tak długo, jak nie zaprzestaną dążyć do rządzenia “tym narodem”, tak długo będziemy bronić naszego naturalnego prawa do decydowania o swoim losie. Chciałoby się w tym miejscu powiedzieć: Żydzi polscy! Przestańcie manifestować swoje wybraństwo! Przestańcie obrażać naród, któremu tyle zawdzięczacie na przestrzeni wieków, nieustającymi oskarżeniami o antysemityzm! Czy można bowiem mówić o antysemityzmie w odniesieniu do kraju w którym prezydentem jest Aleksander Kwaśniewski, ministrem spraw zagranicznych Bronisław Geremek, przewodniczącym komisji spraw zagranicznych Czesław Bielecki a polityką zagraniczną w urzędzie Prezydenta kieruje Marek Siwiec? Czy można mówić o antysemityzmie w kraju, w którym tylu Żydów jest posłami, ministrami, ambasadorami, w którym szefem największej gazety jest Adam Michnik, w którym wydaje się kilkanaście różnych periodyków żydowskich, a także wiele czasopism skrajnie filosemickich.

Chciałoby się zapytać Żydów w Izraelu i na świecie:
Czy w żydowskim państwie Izrael byłoby możliwe aby , polityka zagraniczna tego państwa znalazła się w rękach palestyńskiej mniejszości narodowej? Czy w Izraelu możliwe byłoby uzyskanie przez palestyńską mniejszość narodową chociaż kilku procent tego co Żydzi mają w Polsce? Naszą wspólną polską i żydowską tragedią po II wojnie światowej było, że wśród Żydów polskich zabrakło postaci tej miary co Herman Lieberman a w nadmiarze było Bermanów, Minców, Zambrowskich…

Chciałoby się zapytać Żydów polskich:
Gdzie są ci wśród was, którzy po 17 września 1939 roku na Kresach Wschodnich RP oraz w strasznych powojennych latach uratowali choć jedno polskie życie, wtedy gdy tak wielu z was czyniło tak wiele, przeciwko temu polskiemu życiu? Każdy z was, który chociażby usiłował uczynić cokolwiek dla ratowania jednego polskiego życia zasługuje nie tylko na medal “Sprawiedliwego Wśród Żydów Polskich” ale na naszą nie wygasającą wdzięczną pamięć. Czy są tacy wśród was?

Chciałoby się powiedzieć Żydom polskim:
Powściągnijcie swoją pazerność i swoją nieuzasadnioną nienawiść! Jeśli chcecie żyć na tej polskiej ziemi na której od tylu wieków żyli obok naszych przodków wasi przodkowie, nie prowokujcie swą nienawiścią naszej nienawiści. Ani nam, ani wam nie jest ona potrzebna. Czy jednak warto to mówić Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, jego przyjacielowi Adamowi Michnikowi, Janowi Lityńskiemu, Bronisławowi Geremkowi, Krzysztofbwi Toeplitzowi, Aleksandrowi Smolarowi, Jerzemu Morawskiemu, Władysławowi Matwinowi, Józefowi Henowi, Czesławowi Bieleckiemu, Pawłowi Śpiewakowi, Konstantemu Gebertowi, Markowi Grońskiemu, Piotrowi Osęce, Helenie Datner-Śpiewak i tylu, tylu innym? Czy wreszcie coś zrozumieją? Czy zamiast nieustannie rozliczać nas z naszych, jakże wyolbrzymionych grzechów z których my sami w nadmiarze się rozliczamy, dokonają rzetelnej samooceny i uderzą się we własne piersi za winy swoje i swoich współbraci?

Czy znajdzie się choć jeden sprawiedliwy wśród diaspory żydowskiej w Polsce, który powie lżonym, znieważanym i nieustannie obrażanym Polakom: Bracia! Wybaczcie! Czy znajdzie się choć jeden, który powie: Polsko! Wybacz!
Nic na to nie wskazuje. Pewni siebie, przekonani, że opanowali już wszystko w “tym kraju” dyktują nam gdzie mamy prawo stawiać krzyże a gdzie nie, zgłaszają nieustające roszczenia majątkowe, obdzielają się polskimi orderami i smagają nas oskarżeniami o szowinizm i “odwieczny polski antysemityzm”. Zupełnie jak w tamtych, strasznych czasach stalinowskich.
Wróciło stare w nowym, europejskim kostiumie. Wrócił rozbestwiony antypolonizm. Na jak długo?

ANEKS
Oszczerczy Pozew (fragmenty)
Do Czytelnika!
Już po oddaniu “Rewolty marcowej” do druku żydowskie, kryptożydowskie i prożydowskie media w USA i na świecie opublikowały pozew jedenastu Żydów złożony w nowojorskim sądzie przeciwko Rzeczpospolitej Polskiej. Ten najbardziej plugawy antypolski dokument obraża i zniesławia nie tylko Państwo Polskie ale także a może nawet bardziej Naród Polski wszystkich bez wyjątku Polaków dla których Polska to wielka rzecz a honor i godność Narodu to wartość święta. Po przeczytaniu tego tekstu zadajemy sobie pytania:
- Dlaczego prezydent RP Aleksander Kwaśniewski obsypujący orderami polskimi wielu Żydów, obrażających Naród Polski oskarżeniem o antysemityzm nie zareagował na haniebny akt zniewagi wobec Polskiego Narodu.
- Dlaczego na ten akt zniewagi nie zareagowali: premier rządu RP Jerzy Buzek, minister spraw zagranicznych RP Bronisław Geremek.
- Dlaczego władze RP z sejmem i senatem na czele nie wymusiły na polskim MSZ-cie wniesienia do amerykańskiego sądu oskarżenia jedenastu Żydów i ich adwokatów o obrazę całego Narodu Polskiego?
Jeżeli odpowiecie sobie Czytelnicy na te pytania, będziecie na pewno wiedzieli co zrobić z kartą wyborczą w wyborach prezydenckich i parlamentarnych.

Autor
United States District Court
Eastern District of New York
Theo Garb,
Bella Jungewirth, (Youngewirth)
Sam Lefkowitz,
Peter Koppenheim,
Judah Weller,
Chana Lewkowicz,
Samuel Goldin,
Karl Diamond,
Hala Sobol,
Saul Klausner oraz
Goldie Knobel
Powodowie, występujący w imieniu swoim i wszystkich innych osób będących w podobnej sytuacji przeciw oskarżonym: Rzeczpospolitej Polskiej, Ministerstwu Skarbu Państwa oraz John Does (osób o nieustalonej tożsamości – przyp. red.) # 1-100.

POZEW
Powyżej wymienieni powodowie oraz wszystkie pozostałe osoby będące w podobnej sytuacji, w imieniu których występują podpisani niżej adwokaci, oświadczają co następuje:

UZASADNIENIE POZWU
1. Pozew został złożony przez jedenastu indywidualnych powodów, w imieniu własnym oraz wszystkich pozostałych osób pozostających w podobnej sytuacji, stosownie do 28 U. S. C. (Kodeks Stanów Zjednoczonych – przyp. red.) § 1330 w związku z § 1602 w związku z “Foreign Sovereign Immunities Act” (ustawa o immunitecie dla obywateli państw obcych – przyp. red.) oraz innymi przepisami przeciw Rzeczpospolitej Polskiej, nazywanej w dalszym ciągu dokumentu “Polską” oraz Ministerstwu Skarbu Państwa, nazywanemu w dalszym ciągu jako “Treasury” lub “Skarb” oraz oskarżonym w liczbie 1-100, zagranicznym instytucjom rządowym i osobom prywatnym, nazywanym w dalszym ciągu dokumentu jako “inni oskarżeni”, których tożsamość w dniu składania pozwu była nieustalona, a którzy brali udział w opisywanych wydarzeniach.
2. Polityka obowiązująca (w Polsce – przyp. red.) przez ostatnie pięćdziesiąt cztery lata sprowadzała się do “wygnania co do jednego” ludności żydowskiej z Polski. Dokonywano tego poprzez stosowanie czystek etnicznych i rasowych, stosowanie przemocy i szantażu, w tym: stosowanie tortur i morderstw. Rzeczpospolita Polska, Ministerstwo Skarbu oraz inni oskarżeni w tym czasie czerpali zyski handlowe i bogacili się, zarządzali, wynajmowali, utrzymywali, a także w niektórych przypadkach likwidowali mienie będące własnością Żydów, którzy zostali zmuszeni do wygnania, i którego zwrot jest przedmiotem niniejszego wniosku. Wszyscy z powodów traktują sprawę jako występowanie w imieniu wszystkich żyjących i zmarłych ocalałych z Holocaustu.
3. Powodowie są ofiarami oraz osobami, które przeżyły nazistowski Holocaust (bądź są to ich spadkobiercy). Uczestnikom postępowania zbiorowego, od czasu pierwotnego pozbawienia własności podczas Holocaustu, odmawiano prawa do zarządzania, prawa własności, prawa do kontrolowania i użytkowania oraz satysfakcji z posiadania własności rzeczowej i osobistej. Po II wojnie światowej osoby, które przeżyły Holocaust, były mordowane, bite, gwałcone, terroryzowane, torturowane i zmuszane do emigracji bez dania im prawa do odzyskania bądź zarządzania posiadanymi nieruchomościami. Akcja ta miała wszelkie znamiona zorganizowanej polityki czystek etnicznych i rasowych, która była kontynuowana w Polsce po Holocauście, a którą zorganizowano by wyrzucić z Polski pozostające w niej 10 procent populacji polskich Żydów, którzy przetrwali Holocaust.
4. Zwyczaj czerpania korzyści z czystek rasowych i etnicznych został upowszechniony przez reżim nazistowski przed i w czasie II wojny światowej. Naziści z rozmysłem i systematycznie plądrowali i grabili mienie żydowskie, bogacąc się na tym procederze oraz gromadząc środki finansowe niezbędne do przygotowania i popełnienia zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości.
5. Niemcy, wykorzystując panujący w Polsce antysemicki klimat, zlokalizowali na jej terenie najbardziej znane obozy śmierci, w tym Auschwitz i Treblinkę. Żydzi, Żydówki i żydowskie dzieci z całej Europy były w tych i innych obozach koncentracyjnych w Polsce mordowane i zamęczane na śmierć.
6. Gdy naziści wycofali się z Polski, Polacy, Ministerstwo Skarbu, rząd polski oraz inni oskarżeni dążyli do wzbogacenia się na nieszczęściu polskich Żydów, kontynuując nazistowski program czystek rasowych i etnicznych oraz czerpiąc z tego korzyści poprzez zawłaszczanie żydowskiej własności do celów handlowych.
7. Aby zmusić Żydów do opuszczenia Polski i porzucenia przez nich aktywów i praw własności, rozpoczęto realizację morderczego planu bazującego na antysemityzmie oraz czystkach rasowych i etnicznych wobec tych Żydów, którzy przetrwali Holocaust i powrócili do Polski. Po powrocie do swojej ojczyzny w Polsce tysiące Żydów było zastraszanych i – następne – w barbarzyński sposób bitych i/lub mordowanych w ich byłych domach, wsiach i miastach. Spowodowało to masowy
exodus polskich Żydów, którzy przeżyli (Holocaust). Oblicza się, że około 60 tyś. Żydów opuściło Polskę pomiędzy czerwcem i wrześniem 1946 roku. Bezpośrednim powodem był pogrom, w Kielcach oraz haniebna kampania przemocy skierowana przeciwko polskim Żydom. Wielu innych Żydów obawiało się powrotu do Polski, porzucając jakąkolwiek nadzieję na odzyskanie swoich aktywów i własności.
8. Oskarżeni czerpali korzyści majątkowe, bazując na programie czystek etnicznych i rasowych wobec polskich Żydów. Zabezpieczyli prawa własności do całego mienia trzech milionów polskich Żydów, włączając w to wartościowe nieruchomości, gospodarstwa, fabryki, rzeczy osobiste, meble, oszczędności, polisy ubezpieczeniowe, obligacje, akcje giełdowe, złote monety, biżuterię, diamenty, przedmioty kultu religijnego oraz inne dobra. W następnych latach i dekadach oskarżeni nielegalnie do końca zawłaszczyli na własność wyżej wymienione dobra. Dokonali tego poprzez zmianę aktów własności, a wszystkie te operacje były dokonywane za zgodą Polski i Ministerstwa Skarbu.
9. W czasie obowiązywania polityki czystek rasowych i etnicznych, Żydzi w Polsce przez cały czas byli ofiarami łamania praw człowieka, w tym m.in. pobić, zastraszeń, plądrowań, tortur, gwałtów i morderstw.
10. W okresie przed 1939 rokiem polscy Żydzi stanowili ponad 20 procent ludności żydowskiej na całym świecie. W latach 1939-1948 społeczność polskich Żydów, licząca wcześniej ponad 3 miliony, w zasadzie zanikła. Ci nieliczni, którzy pozostali, by uniknąć prześladowań ukryli swoje żydowskie pochodzenie lub zmienili swoje wyznanie religijne. O ile naziści byli odpowiedzialni za większość akcji, które spowodowały wyniszczenie ludności żydowskiej w Polsce, to rząd polski oraz inni oskarżeni są odpowiedzialni za pozbawienie powodów ich własności oraz ich praw do tych własności.
11. Setki miast w całej Polsce doświadczyło napływu tych Żydów, którzy przetrwali wojnę. Obywatele polscy, którzy przez pięć lat byli obiektem polowań nazistów, powrócili do domów z zamiarem pozostania w nich. W wielu miasteczkach i miastach Żydzi nie byli widziani od lat. Oskarżeni, zamiast traktować powracających Żydów jako bezdomnych uchodźców, odmawiali Żydom powrotu do ich ojczyzny i domów, dokonując haniebnych aktów przemocy i morderstw. Oskarżeni kontynuowali nazistowską politykę “Juden Rein” na swoich własnych obywatelach, oczyszczając państwo z Żydów. Tym samym oskarżeni mogli przejąć i ciągnąć materialne korzyści z żydowskich dóbr i żydowskiej własności.
12. Wymazywanie Żydów z Polski oraz przejmowanie ich własności dokonywało się przy współudziale polskiego rządu, w tym polskiej policji i wojska. Za pomocą terroryzmu sponsorowanego przez Państwo Polacy rozpoczynali i brali udział w atakach na powracających Żydów. W małych miasteczkach Żydzi byli linczowani oraz duszeni, rozstrzeliwani lub zasztyletowywani. Publiczne wieszania Żydów opisywane były w prasie, przerażając tych, którzy wrócili do Polski i tych, którzy chcieli do niej wrócić. Oparte o informacje i wiarę te ataki stanowiły część systematycznego planu zgładzenia całej populacji żydowskiej pozostającej w Polsce po II wojnie światowej.
13. Oskarżeni kierowali się w swoich czynach nie tylko nienawiścią, ale również chciwością. Jak tylko Żydzi zostali wygnani z Polski, oskarżeni przejęli kontrolę nad żydowskim mieniem i własnością, zapewniając sobie prawo własności do niego i wykorzystując tę własność do bogacenia się.
14. Po zakończeniu II wojny światowej, polski rząd i oskarżeni, ignorując prawne konsekwencje ludobójstwa, zbrodni wojennych, zbrodni przeciw ludzkości i czystek rasowych, zezwolili na dokonywanie tych ohydnych czynów przeciw Żydom w Polsce, kontynuując je bezkarnie przez kilka lat, aż do momentu, gdy Żydzi poddali się z wyczerpania i opuścili Polskę, pozostawiając w niej swoje mienie.
15. Oskarżeni (Rzeczpospolita Polska, Ministerstwo Skarbu Państwa oraz John Does, czyli osoby i instytucje o nieustalonej tożsamości do chwili składania pozwu # 1-100 – przyp. red.) chcieli głównie doprowadzić do pozbawienia ofiar Holocaustu ich mienia i własności, a nie tylko przejąć i zarządzać własnością Żydów ocalałych (z Holocaustu) oraz ich spadkobierców. By urzeczywistnić ten cel, dokonywali morderstw oraz stosowali szantaż i przemoc fizyczną. W ten sposób rozwinęła się ściśle zaplanowana akcja przeprowadzana za pomocą szantażu, przemocy, tortur, gwałtów, śmierci, która zakończyła się przymusowym wygnaniem większości polskich Żydów zamieszkujących wówczas Polskę.
16. Po Holocauście Polska, Ministerstwo Skarbu i inni oskarżeni podjęli się rzeczywistych działań opartych o oszustwa, by przeszkodzić, opóźnić, unicestwić i uniemożliwić uczestnikom tego postępowania poznanie tak prawdy o losie ich własności, jak również pozbawić prawa do cieszenia się posiadaną własnością, pozostającą w Polsce. Te oszustwa popełnione przez Oskarżonych miały uniemożliwić uczestnikom tego postępowania zbiorowego odzyskanie i ścisłe określenie całkowitej ilości i wartości nieruchomości i innych dóbr bezprawnie im zabranych.
17. Odpowiadając na pytania uczestników postępowania zbiorowego, oskarżeni używali standardowych odpowiedzi, takich jak: własność została przekazana dobrowolnie, własność została skonfiskowana legalnie, własność została zniszczona; nie można odnaleźć dokumentów; mienie przejęto z tytułu długów; lub pretendenci do własności byli wzywani do powrotu do Polski w celu spłacenia zaległości podatkowych. Przez cały czas oskarżeni wykorzystywali przejęte mienie po ofiarach Holocaustu w celach handlowych i czerpali z tego użytkowania korzyści finansowe.
18. Wynikiem polityki realizowanej przez oskarżonych przez ponad pięćdziesiąt cztery lata było: zarządzanie mieniem, jego przejęcie oraz zyski finansowe osiągnięte przez oskarżonych w wyniku nielegalnego przejęcia mienia stanowiącego własność powodów, do którego oskarżeni nie mieli legalnego prawa do posiadania, kontrolowania, zarządzania, utrzymywania i uzyskiwania zysków.
19. Polska, Ministerstwo Skarbu oraz inni oskarżeni zainicjowali oraz kontynuowali proces nielegalnego przejmowania, wynajmowania, sprzedawania oraz/i zezwalania na sprzedaż aktywów i własności mienia należącego do powodów, dodatkowo pozbawiając żyjące osoby i ich spadkobierców nadziei na odzyskanie ich własności. Polska także dzisiaj wystawia na sprzedaż, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w innych państwach, mienie ludzi ocalałych z Holocaustu, włączając w to rezydencje oraz obiekty handlowe, które na mocy prawa należą do powodów.

Obrazek

20. Powodowie żądają zakazania Polsce, Skarbowi i innym oskarżonym dalszej sprzedaży, niszczenia, rozporządzania lub umożliwiania sprzedaży lub pozbywania się lub transferu własności należącej do nich.
21. Powodowie żądają także od Polski, Skarbu i innych oskarżonych: (i) obliczenia i zwrotu aktywów i nieruchomości sprzedanych bądź przejętych z naruszeniem prawa ich właścicieli; (ii) obliczenia i zwrotu zysków, które przynosiło to mienie oraz (iii) wypłacenia odszkodowań i kary za poniesione szkody, co zniechęci oskarżonych do przeprowadzania takich akcji w przyszłości.
(…)

Więcej:
http://archiwaipn.hvs.pl
http://popisowyprzekret.hvs.pl




http://historykon.pl/3-grudnia-1961-rok ... a-gomulke/

3 grudnia 1961 roku, dokonano w Sosnowcu próby zamachu na Władysława Gomułkę
3 grudnia 2014 00:01



Za zamach odpowiedzialny był Stanisław Jaros, 29-letni elektryk z Sosnowca pracujący w fabryce kotłów. Zamach z 3 grudnia był drugą próbą zamachu na Władysława Gomułkę dokonaną przez Jarosa. Pierwszego zamachu dokonał on bowiem 15 lipca 1959 roku w Zagórzu (obecnie to dzielnica Sosnowca). Celem zamachu mieli stać się I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, I sekretarz KW PZPR w Katowicach Edward Gierek oraz odwiedzający Polskę I sekretarz KC KPZR oraz
premier ZSRS, Nikita Siergiejewicz Chruszczow. Bomba została odpalona na godzinę przed przejazdem delegacji – prasa wydrukowała dzień wcześniej dokładny plan przejazdu delegacji, łącznie z podaniem godzin. Na miejscu Jaros podrzucił zegarek, który skierował śledztwo na błędne tory, w rzeczywistości bomba została odpalona zdalnie. Od wybuchu nikt nie zginął, ale co oczywiste milicja i służba bezpieczeństwa dostały szału.
Późniejszy, grudniowy zamach, również się nie powiódł. Tym razem bomba została odpalona już po przejeździe konwoju rządowego. Niestety, tym razem jedna osoba została ciężko ranna i zmarła w szpitalu zaś ranne w wybuchu dziecko zostało częściowo sparaliżowane. W toku śledztwa techniki kryminalistyczni badający pozostałości bomby ustalili, że osoba którą ją skonstruowała posiada wiedzę z zakresu elektromechaniki oraz zamieszkuje lub często przebywa w pobliżu miejsca zdarzenia. Milicja wytypowała 50 osób u których przeprowadzono przeszukania. W mieszkaniu Jarosa znaleziono sprzęt i materiały oraz ukradzione z miejsca pracy pozostałości po materiałach wybuchowych, których użyto do produkcji bomb.
Jaros został aresztowany i osadzony w Centralnym Więzieniu w Katowicach. Przez cały czas pozostawał pod obserwacją, w celi zainstalowano podsłuch, a wszystkie przeprowadzone przesłuchania zostały nagrane. Jednocześnie, w celi umieszczono tajnego współpracownika SB, który w pewnym stopniu zaprzyjaźnił się z Jarosem. Współwięzień rozmawiał z Jarosem m.in. o ludziach, którzy walczyli z powodów ideologicznych, mając za cel jedynie dobro ojczyzny. Jednocześnie, śledczy zarzucali w czasie przesłuchań Jarosowi, że jest tchórzem, a obie akcje nie miały wcale charakteru politycznego. 8 stycznia 1962 roku Jaros złamał się i złożył obszerne zeznania o wszystkich swoich zamachach. Jakież było zdziwienie śledczych, gdy okazało się, że Jaros prowadził również sabotaże w latach 1952/1953 wysadzając m.in. stację transformatorową w kopalni, skrzynię połączeń semaforowych, słup wysokiego napięcia oraz koparkę. Największym osiągnięciem Jarosa w tamtym okresie było wysadzenie stacji benzynowej CPN.
Rozprawa odbyła się w dniach 9-25 maja 1962 roku. Jaros został skazany na śmierć, a dwaj koledzy którzy pomagali mu na początku lat 50. na 5 i 6 lat więzienia. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i Stanisław Jaros został powieszony w więzieniu 5 stycznia 1963 roku.

Zdjęcie: Stanisław Jaros
Źródło zdjęcia: albumpolski.pl (http://albumpolski.pl/img/nowosci/stanislawJaros.jpg)

Zdjęcie użytkownika Konrad Kuzma.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 04 paź 2014, 10:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kin-rchristusrex.blogspot.com/20 ... ysawa.html

Gliwice upamiętnią tablicą Władysława Suleckiego
piątek, 3 października 2014

Obrazek

7 października na terenie dawnej kopalni węgla kamiennego „Gliwice” zostanie odsłonięta tablica poświęcona pamięci Władysława Suleckiego – górnika, mieszkańca Gliwic, który w latach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej podjął nierówną walkę z komunistycznym zniewoleniem.

Władysław Sulecki urodził się w 1931 r. w Dobrzejewicach koło Lipna. W czasie II wojny światowej uczestniczył w ruchu oporu na Mazowszu. Na początku lat 50. XX w. przeniósł się na Górny Śląsk. Pracował jako górnik w KWK Zabrze-Wschód, a potem w KWK Gliwice. 24 czerwca 1960 r. brał udział w demonstracji ulicznej w obronie krzyża przy kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gliwicach. W późniejszym okresie kilkakrotnie próbował nawiązać kontakt z Radiem Wolna Europa oraz środowiskami polskiej emigracji politycznej na Zachodzie. Był współzałożycielem – wraz z Kazimierzem Świtoniem – pierwszych w powojennej Polsce, powstałych w 1978 r., Wolnych Związków Zawodowych Górnego Śląska.
Wraz z najbliższą rodziną był wielokrotnie zatrzymywany, bity, brutalnie szykanowany i zastraszany przez Służbę Bezpieczeństwa. W 1979 r. został zmuszony do opuszczenia Polski. Wyjechał do RFN, gdzie zmarł w 2004 r. w Hagen.

– Sulecki był człowiekiem niezłomnym, jednym z niewielu, którzy odważyli się żyć w prawdzie, ponosząc pełne konsekwencje tego jedynego, ale jakże trudnego dla każdego człowieka wyboru. Jego pokorne bohaterstwo wyrastało z głębokiej wiary, z niezgody na niesprawiedliwość i kłamstwo. Był jednym z tych sprawiedliwych, którzy ratują świat i człowieka w czasach ciemnych. Prawdziwie świetlana postać – mówi Grzegorz Krawczyk, dyrektor Muzeum w Gliwicach.

OD REDAKCJI: W uroczystościach weźmie udział delegacja KIN-R CHRISTUS REX.

Autor: CINR CHRISTUS REX o 18:04


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 27 paź 2014, 21:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/07/07 ... z-jasiela/

Śmierć w Bieszczadach – zagłada strażnicy z Jasiela
Posted by Marucha w dniu 2014-07-07 (poniedziałek)

Obrazek
Wiesław Gołas w filmie „Ogniomistrz Kaleń”


8. Dywizja Piechoty, po zakończeniu swego szlaku bojowego w operacji praskiej, zorganizowała ochronę granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. W dniu 1 lipca 1945 r. podporządkowana została dowódcy 1. armii WP.
Z rozkazu dowódcy tej armii przeszła na teren województwa rzeszowskiego, gdzie ześrodkowała się 15 lipca pułki tej dywizji zorganizowały ochronę granicy z Czechosłowacją. Ja pełniłem obowiązki dowódcy kompanii strzeleckiej batalionu szkolnego tej dywizji.
W drodze z Sanoka do Baligrodu podziwiałem piękno przyrody. Fascynowałem się pięknem Polesia, przechodząc w oddziałach partyzanckich z Wołynia przez Polesie w lasy lubelskie. Piękna przyroda Polesia pieściła moje oko, a na usta wciskała się piosenka – Polesia czar, to dzikie knieje i moczary…
Tu Bieszczady bardziej mnie oczarowały. Szedłem z myślą, w jakże pięknym regionie będę nadal pełnił służbę wojskową.
Po przyjściu do Baligrodu, doznałem rozczarowania. Zawiodły moje oczekiwania. Jakaż tu przepaść między tak pięknym folklorem ukształtowanym przez przyrodą, a istniejącą sytuacją. Tu w Baligrodzie w niedzielę 6 sierpnia 1944 r. doszło do tragedii. Sotnia UPA „Burłaka”, w której uczestniczyli byli policjanci z Baligrodu, dokonała masakry. Zamordowała 39 osób. Dalsze morderstwa sotnia przerwała, spłoszona strzałami oddanymi przez żołnierzy słowackich, którzy obsługiwali szpital weterynaryjny stadniny koni we wsi Mchawa. Żołnierze ci oddali strzały, po wejściu na górę, z której obserwowali Baligród. Po tym napadzie, delegacja z Baligrodu poszła na skargę do komendanta tego szpitala. Hitlerowiec o zbójeckich nie tylko oczach, powiedział: „Za mało was zamordowali. My dokonamy więcej”.
Po przejściu frontu przez ziemię rzeszowską, w Bieszczadach aktywnie działało wiele sotni UPA, traktując nie tylko Bieszczady jako „Zakerzoński kraj”. Dalszy marsz z Baligrodu przez Cisnę do Wetliny, opisuję w wierszu:

Piękno Bieszczad

Z Cisny idziemy do Wetliny.
Drogi wąskie. Wyboiste koleiny.
Drogi trzymają się przełęczy i potoków,
Na których zniszczono wiele mostów.

Szatę leśną tworzy las bukowy,
Jodłami i świerkami przystrojony.
Rosną sosny, jawory,
Modrzewie, graby i jesiony.

Rozciąga się Połonina Bukowska,
Wetlińska i rozległa Caryńska.
Las u stop połonin karłowaty,
Jakby niedorośnięty. Ma różne kształty.
Ścieżki prowadzą głębokimi jarami,
Do uroczysk z przesądnymi czarami.
To dawne szlaki Kuby Dobosza,
Słynnego bieszczadzkiego rozbójnika.

Lśni szczyt Krzemieńca i Halicza.
Bukowskie Berdo, a nad nim Tarnica.
Na Krzemieńcu skalne żebry,
I liczne sterczące grzbiety.
Górskie grzbiety – wspaniała panorama,
Na tle lazurowego nieba.
Godne podziwu piękno przyrody.
Rzeczywistość piękniejsza od wyobraźni.
To unikalne walory przyrody.
Dookoła piękne krajobrazy.
Tu urocze wspaniałe widoki,
Góry, połoniny, lasy i łąki.

Budownictwo drewniane,
Ale chat kurnych tu wiele, wiele.
Na pagórkach w dali widnieje,
Cerkwi łemkowskich wiele.
Architektura cerkwi łemkowskich,
To dzieło artystów bezimiennych.
I kapliczek, świątków i rzeźb świętych,
We wsiach i przy drogach usytuowanych.

Oko wrażliwe na piękno przyrody,
Ale głowa narażona na strzały.
Dookoła połacie soczystej zieleni,
A w wielu miejscach – krew się czerwieni.
To piękno co okiem dojrzałem,
Prostym też i wierszem napisałem.
Wiersz lepiej pamięci się czepia,
Niż czasem, proza nie najlepsza.


Ja w manewrowym batalionie szkolnym przemierzyłem Bieszczady. W czasie drugiej wojny światowej przeszedłem tysiące kilometrów. Nie z jednego pieca chleb jadłem. Ale pierwszy raz nocowałem w kurnych zadymionych chatach.
Ludność miejscowa – Łemkowie żyła biednie, ale w pierwszych miesiącach była nam uprzejma, gościnna i życzliwa, podobnie jak na Kresach Wschodnich, dopóki OUN nie zorganizowała kuszczy.
W Bieszczadach sotnie UPA przystąpiły do likwidacji posterunków Milicji Obywatelskiej. Napadali na pojedynczych i grupy żołnierzy WP. Likwidowali sołtysów zaniedbujących nakazanych dostaw sotniom. Niemal codziennie ginęli żołnierze i miejscowa ludność. Członkowie sotni dokonywali różnych sabotaży, szczególnie na obiektach kolej owych. Sotnie paliły mosty na drogach. Zawalały drogi ściętymi grubymi drzewami. Uniemożliwiały dostaw produktów żywnościowych na strażnice WOP. Systematycznie przerywały łączność telefoniczną (kablową). Uniemożliwiały poruszanie się żołnierzy WOP w terenie, w tym i w służbie granicznej. W Bieszczadach sotnie przygotowywały się do likwidacji strażnic WOP na granicy południowej. Granica wschodnia nie była w ogóle ochraniana.
Zapoznam czytelników z sytuacją strażnicy WOP we wsi Jasiel. Tu żołnierze kwaterowali w prywatnych łemkowskich domach. Służby granicznej nie pełnili. Członkowie sotni stale przerywała łączność telefoniczną z batalionem w Komańczy. Major Jan Frołow – dowódca batalionu WOP w Komańczy, gdzie żołnierze kwaterowali w 10 zbudowanych ziemiankach, z silną grupą żołnierzy 11 marca przywiózł do strażnicy produkty żywnościowe. Cudem udało mu się ujść bez strat z zasadzki UPA, w drodze powrotnej.
Po kilku dniach dowódca strażnicy postanowił odtworzyć uszkodzoną łączność z batalionem. Patrol ze strażnicy 16 marca przy uszkodzonej linii telefonicznej natknął się na zasadzkę UPA. Zginął ppor. Wiesław Zebrzycki. Strażnica nie miała łączności, a co gorsze i żywności. Żołnierze prosili miejscowych chłopów o kromkę chleba i trochę ziemniaków na zupę. Przykro o tym pisać. Dowództwo Okręgu Wojskowego Kraków niestety nie reagowało. Ponadto stany osobowe strażnic nie były pełne.
Major Frołow postanowił ewakuować strażnicę Jasiel do Komańczy. Szef sztabu tego batalionu por. Władysław Szewczykowski 19 marca 1946 r. zorganizował grupę żołnierzy. Ponieważ w sztabie batalionu było mało żołnierzy, ściągnął po kilku z strażnic: Radoszyce, Łupków i Wola Michowa. W sumie miał 68 żołnierzy, w tym 5 oficerów. Do tej grupy zgłosiło się pięciu funkcjonariuszy MO z Komańczy. Marszem ubezpieczonym grupa ta przyszła do Jasiela. Dostarczyła prowiant. Przed świtem sprzęt strażnicy załadowano na furmanki. Poranek był mglisty. W tym czasie padły pociski moździerzowe od strony granicy. Dwóch żołnierzy i dwie osoby miejscowe zostały ranne. Padły cztery konie.
Sotnie UPA zaatakowały ze wszystkich stron. Jak w każdym napadzie członkowie sotni podpalili jedną zagrodę. To była jedna z metod oddziaływania psychicznego na naszych żołnierzy. Dudniła broń maszynowa i ręczna. Silne sotnie dysponowały dobrym uzbrojeniem. Obrońcom wyczerpała się amunicja. Jeden z żołnierzy wymknął się z okrążenia. W gradzie pocisków zniknął we mgle. Część rannych umieszczono w piwnicy, w której były kobiety i dzieci. Do piwnicy tej członek sotni wrzucił granat. Nastąpił silny wybuch. Wziętych do niewoli żołnierzy, doprowadzono w pobliże cerkwi i cmentarza. Szef sztabu batalionu doznał strasznej, barbarzyńskiej śmierci przy użyciu konia.
Napad na strażnicę zorganizowała sotnia „Hrynia” i jemu podległa sotnia „Stiacha”. Możliwe, że mogła być i jeszcze inna, ale pod dowództwem „Hrynia”. Oficerów i funkcjonariuszy MO odprowadzono do lasu. Wszystkim w tyle skrępowano ręce polowym kablem telefonicznym. Konwojowali do lasu, bijąc kijami i kolbami karabinów. Upadek żołnierza sprawiał im wiele radości. Żołnierzy zatrzymano w lesie. Jeden z członków sotni odczytał z kartki cztery nazwiska, w tym: Czesław Grynsztung, Wincenty Ławrynowicz i Paweł Sudnik. każdemu przywiązano sznur w tyle do rąk. Koniec sznura trzymał konwojujący. Doprowadzono do wąwozu szer. Ławrynowicza, przy którym stał członek sotni w mundurze oficera WP, w czapce garnizonowej w stopniu porucznika. Przed wąwozem kazali szer. Ławrynowiczowi rozebrać się do naga. Ręce ponownie skrępowano w tyle. Bandzior strzelił w tył głowy. Ciało stoczyło się do wąwozu.
Ta perfidna zbrodnia nie miała żadnego uzasadnienia. Dowódca sotni był tu instytucją oskarżającą, sądowniczą i wykonawczą. Czuł się z góry rozgrzeszony. Przecież żołnierze strażnicy Jasiel od dłuższego czasu nie ochraniali granicy. Opuszczali wieś. To czym kierował się dowódca sotni napadając i mordując żołnierzy?
Drugiego doprowadzono przed wąwóz szer. Pawła Sudnika. Dojrzał on w dole wąwozu zwłoki. Ściany wąwozu zbryzgane krwią. Prawdopodobnie były to zwłoki oficerów i milicjantów. Kazali Sudnikowi rozebrać się do naga. Związali ponownie w tyle ręce. W tym momencie niespodziewanie wskoczył on do wąwozu. Przesadził go. Biegł wężowym ruchem. Często padał na śnieg. Zrywał się z trudem, bowiem miał związane ręce. Grała broń. Jękliwe rykoszety obijały się o grube drzewa. Poczuł piekący ból w prawym udzie. Uciekał, kryjąc się za grube drzewa. Z strzałami był obeznany na froncie. Był żołnierzem 32. pp. 8. DP 2. armii WP.
Podczas biegu poczuł draśnięcie ucha. W lesie wpadł na krzyżujące się ślady ludzkie, na sypkim śniegu, Odskoczył w bok. Schował się pod młodym świerkiem obsypanym puszystym śniegiem. Przez dziurawe gałązki dojrzał ścigających, którzy siarczyście klęli. Pobiegli w innym kierunku Manipulując zmarzniętym i obolałymi rękami rozplątał supeł. Uwolnił ręce. Biegł dalej. Zatrzymał się na skraju lasu. Tu zobaczył dzieci, które ścinały gałązki młodych brzóz na miotły. Spytał, co to za wieś? Wystraszone dzieci przyglądały się nagusowi. Na diabła nie wygląda, bo biały. Na anioła też, bo nie ma skrzydeł. Powiedziały, że to Jaworowa Wola. Szer. Sudnik poprosił dzieci, aby przyszedł ich ojciec Czekał z niecierpliwością. Dręczyło go zimno.
Od miejsca zbrodni oddalił się około 12 km. Przyszedł mężczyzna z kobietą. Przynieśli ubranie i buty. Szer. Sudnik podskakiwał, rozgrzewając nogi. Ktoś mógł pomyśleć, że radości. Był to miejscowy chłop Wojciech Szwab z żoną. To małżeństwo zaopiekowało się szer. Sudnikiem. Na drugi dzień chłop furmanką zawiózł go do sołtysa wsi Bukowsko – Jana Grzesia, a ten z kolei do stacji kolejowej Szczawne – Kulaszne. Tu zaopiekowali się nim funkcjonariusze SOK. I tak szer. Sudnik zameldował się w sztabie 34. pp. w Sanoku. Odwieziony został do szpitala w Rzeszowie.
Prawdopodobnie po nie udanym pościgu za szer. Sudnikiem dowódca sotni pozostałych żołnierzy nie kazał doprowadzać do miejsca egzekucji. Po 23 marca wróciło do Nowego Zagórza w paru grupkach 16 żołnierzy. Wróciło też dwóch, którym udało się ujść śmierci w czasie ataku na strażnicę.
11 rannych żołnierzy w napadzie dowódca sotni pozostawił w Jasielu. Przeszli na stronę czechosłowacką. Tam pogranicznicy odwieźli ich do szpitala w Humennem i Bratysławie. 18 czerwca 1946 r. powołaną komisję, szer. Sudnik doprowadził do miejsca zbrodni. Wiele twarzy było zmasakrowany. Na dwóch zaciśnięte pętle na szyi. W sumie zginęło 67 żołnierzy, w tym 6 oficerów i pięciu milicjantów. Zwłoki 20 czerwca pochowano na cmentarzu w Zagórzu. Milicjantów na cmentarzu w Sanoku. W wyniku dalszych ataków na pozostałe strażnice WOP zostały one ewakuowane do batalionu w Baligrodzie i Komańczy. Ochrony granicy w Bieszczadach zaniechano.

I tak ginęli żołnierze w Bieszczadach,
W zasadzkach i napadach.
Śmierć i miejscową ludność kosiła,
Nim doszło do akcji „Wisła”.


Henryk Garbowski

Szerzej na ten temat piszę w książce „Zanim doszło do akcji „Wisła” (tam również nazwiska i imiona oficerów i żołnierzy placówki). O napadzie na strażnicę WOP w Jasielu rozmawiałem z Pawłem Sudnikiem nie widząc jeszcze o tym, że w przyszłości będę na ten temat pisać. Paweł Sudnik stał się literackim ogniomistrzem Kaleniem w powieści Jana Gerharda „Łuny w Bieszczadach”. Pisze też na podstawie relacji byłego żołnierza strażnicy Jasiel szer. Józefa Warata, który w czasie ataku został ciężko ranny.
Od redakcji: tekst nadesłany do redakcji MPO kilka lat temu.

Myśl Polska, nr 27-28 (6-13.07.2014)

http://mysl-polska.pl/node/141


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 17 lis 2014, 17:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/historia/6411-wspar ... twa-izrael

Wsparcie komunistycznych okupantów Polski dla powstającego państwa Izrael
Jan Bodakowski poniedziałek, 21, lipiec 2014 15:27

Obrazek

Po II wojnie światowej Polska znalazła się pod sowiecką okupacją. Rola nadzorców nad zniewolonymi Polakami została wyznaczona żydowskim komunistom. Jedną z konsekwencji tego stanu rzeczy było wsparcie komunistycznych okupantów Polski dla powstającego państwa Izrael.

Komunistyczne władze przyznały Żydom przywilej emigracji z ziem polskich, Polacy nie mieli możliwości wyjazdu z terenów komunistycznej okupacji. Do Palestyny wyemigrowali Żydzi, którzy przeżyli wojnę w Polsce i 100 tys. żydowskich repatriantów z ZSRR. Na ziemiach polskich mogły działać zachodnie organizacje żydowskie wspierające żydowskie migracje - działo się to w czasie gdy Polscy patrioci byli eksterminowani pod surrealistycznymi zarzutami szpiegostwa na rzecz zachodu.

Okupujący Polskę komuniści prowadzili ożywione kontakty dyplomatyczne i gospodarcze z społecznością żydowską w Palestynie i międzynarodowym żydostwem. Pod koniec 1945 roku komuniści polskojęzyczni otworzyli w Palestynie swoje przedstawicielstwo dyplomatyczne. Po powstaniu Izraela władze komunistyczne finansowały działalność ambasady Izraela w Warszawie. Okupowana przez komunistów Polska dostarczała Izraelowi żywność i surowce.

Niepodległe państwo żydowskie było elementem programu legalnie działających partii żydowskich na ziemiach polskich - warto pamiętać, że Polacy w przeciwieństwie do Żydów w okupowanej przez komunistów Polsce, nie mogli tworzyć partii politycznych ani w nich działać. Palestyna zgodnie z programami partii żydowskich miała być krajem tylko dla Żydów. Żydzi byli przeciwni podziałowi Palestyny na część arabską i żydowską, albo powstaniu państwa żydowsko arabskiego.

W listopadzie 1945 (dziewięć miesięcy po zrzeczeniu się przez Wielką Brytanię władzy nad Palestyną) na forum ONZ, okupowana przez komunistów Polska wraz z USA, ZSRR, poparła podział Palestyny na dwa państwa.

Między 1947 a 1948 r. w Palestynie trwały walki żydowsko arabskie, ZSRR i jego satelici (w tym i okupowana przez komunistów Polska) poparły Żydów w konflikcie z arabami. Od 1948 do 1949 r. żydowskie odziały walczące z arabami dostawały olbrzymie dostawy broni z ZSRR i Czechosłowacji, łamano tym samym embargo ONZ na dostawy broni do Palestyny.

Po II wś w okupowanej przez komunistów Polsce, i Czechosłowacji gdzie był europejski sztab Hagany, szkoleni i werbowani byli bojownicy Hagany. Hagana - „Samoobrona” powstała w 1920, celem jej była walka z arabami i Brytyjczykami radzącymi w Palestynie. W 1948 przekształciła się w armię izraelską czyli Izraelskie Siły Obrony - Cewa Haganah Le Yisrael.

W polskim Bolkowie na Dolnym Śląsku, 100 km od Wrocławia, powstał obóz szkoleniowy dla dla bojowników Hagany. Działał od wiosny 1948 roku do września 1948. Biura werbunkowe działały w większych miastach Polski, tam gdzie była społeczność żydowska. Listy ochotników zatwierdzało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Ochotnikami byli głównie działacze partii syjonistycznych. Wyszkolono ponad 7 tys. osób. Żydów szkolili instruktorzy z Armii Czerwonej, ludowego wojska „polskiego”, a z czasem i z ośrodka Hagany z Monachium. Szkolenie ideologiczne i wojskowe trwało dziesięć dni, dwanaście godzin dziennie. Żydzi ćwiczyli z bronią lekką, karabinami i automatami, oraz ciężkimi karabinami maszynowymi. W szkoleniu brały udział też kobiety. Ćwiczeniom towarzyszyły propagandowe pogadanki syjonistyczne. Broń pochodziła od PPR i ze źródeł nielegalnych. Mundury z demobilu US Army dostarczył Joint, żydowska organizacja z USA.

Obóz był finansowany ze zbiórek. Nadzorował nim Grzegorz Smolar z frakcji żydowskiej PPR przy Centralnym Komitecie Żydów Polskich. Absolwenci szkoleń trafiali do Palestyny, wywozili ze sobą nielegalnie olbrzymie sumy pieniędzy. Równocześnie 13 tys. młodych Żydów przeszło przeszkolenie w ramach służby w ludowym wojsku „polskim”. Kolejne tysiące Żydów przeszkolenie wojskowe zdobyło w oddziałach żydowskiej samoobrony będących częścią Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej.

Komunistyczne władze Polski przyzwalały na organizacje przez Żydów w Polsce akcji pomocy dla Żydów walczących w Palestynie. Za zgodą władz komunistycznych Centralny Komitet Żydów w Polsce proklamował akcje pomocy dla Hagany - Gijus Chuc Laerec - mobilizacja poza granicami Izraela. Podczas akcji zebrano 113 milionów złotych, za które kupiono żywność dla armii izraelskiej. Ze strony „polskiej” akcję Gijus wspierał i kontrolował generał Michał Komar - pierwotnie nazywający się Mendel Kossoj, dowódca 129. komunistycznej Brygady Międzynarodowej w Hiszpanii, po II wś organizator pomocy dla greckich komunistycznych partyzantów, Ostap Dłuski - pierwotnie nazywający się Adolf Langer, kierownik wydziału zagranicznego KC PPR, działacz Komunistycznej Partii Austrii, Grzegorz Smolar - pierwotnie nazywający się Hersz Smolar, zawodowy rewolucjonista, redaktor wydawnictw KPP w języku jidysz, oficer polityczny w sowieckiej partyzantce na Białorusi. Z Grzegorzem Smolarem współpracował Leon Lew członek Komunistycznej Partii Palestyny, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii. Leon Lew zaopatrywał ośrodki szkoleniowe Hagany w komunistycznej „Polsce”, kontaktował emisariuszy Hagany z władzami PRL – te z kolei, przekazały redakcji żydowskiego czasopisma „Mosty” wojskowy radioodbiornik dużej mocy do nasłuchu „Radia Głos Hagany”, z którego wydawano codzienny biuletyn.

Izrael ogłosił deklarację niepodległości 14 maja 1948 roku, a okupowana przez komunistów „Polska” szybka uznała jego niepodległość. Kilka godzin po deklaracji niepodległości Izrael został zaatakowany przez państwa arabskie. Propaganda PRL oskarżała arabów, że są szkoleni przez oficerów z zachodnich armii, żołnierzy armii Andersa i nazistów. Żydzi na ziemiach polskich oskarżali arabów, że są reakcjonistami i pachołkami imperialistów. Izrael był kreowany na państwo postępowe i ludowe, walczące z imperializmem.

Jan Bodakowski
Fot.: Agnieszka Piwar, Prawy.pl

© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /