Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 26 sty 2016, 17:22 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2565
teraz to już nawet się nie kryją,tylko nam ubliżają i szydzą...
stary przykład,to Gross
a nowe,to warto dobrze przyjrzeć się tym ,co buzie drą na wiecach KODu...nomen omen...nie tylko zerwany KOD historyczny ale genetyczny,też


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 08 lut 2016, 19:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/pierwsze-ugrupowan ... zachodnim/

Pierwsze ugrupowania polityczne na Pomorzu Zachodnim
28 sierpnia 2015 04:54

Ugrupowaniem politycznym, które najszybciej rozwinęło swą działalność na Pomorzu Zachodnim była Polska Partia Robotnicza, która wypracowała koncepcję masowego osadnictwa jako ruchu społecznego. Z jej inicjatywy powołano Centralny Komitet Przesiedleńczy, który zajmował się koordynacją działalności migracji ludności na zachód. W tym miejscu warto również dodać, iż PPR z dużą konsekwencją opowiadała się za wcieleniem w granice państwa polskiego omawianego terytorium, czego wyrazem był okólnik Komitetu Centralnego PPR z kwietnia 1945 roku, w którym wzywano do objęcia ziem Pomorza Zachodniego, odniemczenia ich oraz zabezpieczenia znajdującego się na nich mienia. Ponadto władze partii polecały swoim przedstawicielom rozpoczęcie jak najszybszej akcji przesiedleńczej. Zadanie to skonkretyzowano w uchwale Plenum KC PPR z maja 1945 roku.
W Poczdamie, na konferencji tzw. wielkiej trójki zapadły ostateczne decyzje dotyczące dalszych losów Pomorza Zachodniego. Nim jednak do nich doszło, w Warszawie rozpoczął się proces tworzenia ekip zdolnych do jego przejęcia. Odbywał się on równolegle z organizacją administracyjną. Zadaniem pierwszej ekipy operacyjnej było zorganizowanie na tych terenach Komitetu Okręgowego oraz sieci niższych komórek partyjnych. Na jej czele stanął Tadeusz Rajner, którego przewidywano na stanowisko I sekretarza Komitetu Okręgowego na Pomorze Zachodnie[1]. Na siedzibę KO PPR wybrano Piłę.

Obrazek
Ziemie przyłączone do Polski w 1945 (na różowo)
Zdj. Wikimedia Commons


Początkowy okres działalności był bardzo trudny, gdyż brakowało żywności oraz mieszkań. Ponadto był to rozległy obszar, a środki komunikacji były towarem deficytowym. Na teren ten wyruszyły ekipy z zadaniem jak najszybszego zorganizowania władz państwowych i komórek partii. Pierwsza taka grupa udała się do Kostrzynia i Słubic, druga do Bytowa i Słupska, a trzecia do Kołobrzegu. Natomiast dnia 26 kwietnia 1945 roku rozpoczął pracę Wydział Propagandy KO PPR, którym kierował Zdzisław Eliks[2]. W Koszalinie pierwszą komórkę partyjną zorganizowała grupa przybyła z Gniezna. Dnia 26 maja odbyło się jej inauguracyjne zebranie, którego celem był wybór Komitetu Powiatowego PPR. W sprawozdaniu pełnomocnika rządu na okręg Pomorza Zachodniego za lipiec 1945 roku stwierdzono, iż najaktywniejszą i mającą najlepiej rozbudowane struktury partią jest właśnie PPR. Jej działalność była wielokierunkowa i obejmowała m.in. rolnictwo, przemysł i propagandę. Do końca roku 1945 pomimo różnych kłopotów udało się zorganizować pełną sieć komitetów obwodowych partii. Systematycznie wzrastała też liczba jej członów. Na koniec kwietnia 1945 było ich zaledwie 98, a na koniec roku liczba ta wzrosła, jak podaje Stanisław Łach, do 4100 członków. W omawianym okresie najsilniejsze ośrodki partyjne znajdowały się w Szczecinku, Złotowie, Wałczu, Słupsku, Szczecinie i Białogardzie, gdzie ich liczba przekraczała 300 osób. Rok 1946 przyniósł intensywny rozwój szeregów partyjnych i wzrost liczby kół. W styczniu zrejestrowanych było na Pomorzu Zachodnim 4.705 członków, w czerwcu 10.810, a w grudniu już 30.971. Był to okres, w którym partia prowadziła bardzo intensywny werbunek[3]. W roku 1947 przystąpiono do oczyszczania szeregów ugrupowania, co nastąpiło w ramach akcji wymiany legitymacji członkowskich. W jej wyniku około 900 osób opuściło szeregi PPR. Generalnie rozwój partii przebiegał w sposób nierównomierny, to znaczy wszystko zależało od powiatu, w którym partia funkcjonowała. I tak np. największy stopień upartyjnienia posiadały we wrześniu 1946 roku powiaty człuchowski, drawski, gryfiński, łobeski, sławieński, szczeciński i woliński. Ważnym wydarzeniem w życiu PPR okazał się I Zjazd, który poprzedziła akcja wyborów delegatów na konferencje powiatowe, wojewódzkie oraz sam Zjazd. W dniach 6 – 14 października 1946 roku odbyły się konferencje powiatowe. Ciekawostką jest to, iż wybierano w ich trakcie delegatów na Zjazd, nie wiedząc ile mandatów przypadnie na Pomorze Zachodnie. Ich liczbę ustalić miano dopiero później. Ogółem odbyło się 11 konferencji powiatowych i międzypowiatowych. Z kolei w dniach 4 – 5 sierpnia 1946 roku odbyła się I Konferencja Sprawozdawczo – Wyborcza KW PPR, która kończyła, tak można ocenić, pierwszy etap rozwoju i działalności partii na omawianym terenie. Wzięło w niej udział 286 delegatów i 158 uczestników z głosem doradczym oraz 95 gości. Wśród liczby delegatów znajdowało się jedynie 12 kobiet. Konferencję Wojewódzką poprzedziły spotkania w powiatach, na których dokonano oceny działalności ugrupowania, wybrano władze na tych terytoriach oraz delegatów na Konferencję. W jej wyniku zastąpiono dotychczasowe władze partyjne z nominacji nowymi, tym razem wywodzącymi się z wyboru. Ponadto uporządkowano ewidencję partyjną, wybrano nowy Komitet Okręgowy, który to wyłonił trzynastoosobową Egzekutywę. Doszło też do mianowania Wiktora Kłosiewicza na stanowisko I sekretarza. Konferencja była podsumowaniem pionierskiego okresu działalności PPR na Pomorzu Zachodnim, na której mówiono także o słabszych punktach organizacji. Natomiast o sukcesach partii wspomniano w sprawozdaniu z II Konferencji Wojewódzkiej, która miała miejsce w dniach 18 – 19 maja 1947 roku. Zaliczono do nich m.in. fakt, iż nastąpił dość wyraźny wzrost liczby członków partii do 44.029 osób oraz kół partyjnych do 1.871. Z kolei III Konferencja Sprawozdawczo – Wyborcza PPR odbyła się w kwietniu 1948 roku. Doszło na niej do podsumowania osiągnięć we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego i społecznego oraz politycznego. Sporo miejsca zajęły kwestie zagadnień związanych z rozszerzeniem współpracy z PPS, jak i również zacieraniem różnic ideologicznych i organizacyjnych pomiędzy partiami. Oczywiście nie zabrakło też przygotowań do mającego nastąpić już niebawem zjednoczenia.

Drugą partią, która rozpoczęła pracę na Pomorzu Zachodnim była Polska Partia Socjalistyczna. Jej program w wielu punktach był tożsamy z propozycjami PPR, w tym także w sprawie uregulowania granic Polski poprzez wcielenie do państwa polskiego starych Ziem Piastowskich. PPS aktywnie włączyła się również do akcji zmierzającej do ich zasiedlenia i zagospodarowania. Aby proces ten przebiegł możliwie jak najlepiej do kierowania akcją osiedleńczą powołano przy Okręgowych Komitetach Wojewódzkich partii referaty Ziem Zachodnich. Gdy tereny te zostały wyzwolone, do poszczególnych miejscowości Pomorza Zachodniego zaczęto wysyłać grupy członków PPS. Punktem oparcia dla nich, podobnie jak w przypadku PPR, było miasto Piła. Tam właśnie utworzono pierwszy Powiatowy Komitet PPS. Kolejne powstały m.in. w Szczecinku dnia 23 kwietnia 1945 roku, Bytowie – 3 maja czy Koszalinie – 16 maja. Również bardzo wcześnie powstała pierwsza komórka PPS w Słupsku. Jej organizatorem był Władysław Fedorowicz, a Miejski Komitet rozpoczął swą działalność 18 kwietnia. Dużym problemem w okresie kształtowania się pierwszych komórek partyjnych i komitetów PPS w województwie szczecińskim był fakt braku na jego terytorium komitetu wojewódzkiego. Ostatecznie WKR PPS na Pomorze Zachodnie utworzono 27 maja 1945 roku w Koszalinie z inicjatywy Wiktora Pochorskiego, który został jego przewodniczącym. Z kolei w lipcu i sierpniu tego samego roku powstały dalsze organizacje powiatowe PPS m.in. w Kołobrzegu, Słupsku, Sławnie i Szczecinie. Na I Wojewódzkim Zjeździe PPS, który odbył się w dniach 26 – 27 sierpnia 1945 roku, wybrano nowy skład WKR, którego przewodniczącym mianowano Witolda Wodeckiego. Ponadto w trakcie jego obrad dokonano oceny sytuacji politycznej i omówiono sprawy organizacyjne.

Obrazek
Polska 1945
Zdj. Wikimedia Commons


Jeżeli chodzi o strukturę organizacyjną to najniższą komórką PPS było koło, które zgodnie z treścią okólnika CKW PPS z marca 1945 roku musiało składać się z co najmniej trzech osób, a statut przyjęty na XXVI Kongresie zwiększył tę liczbę do pięciu. Dalej istniały organizacje gminne, zakładowe, dzielnicowe, powiatowe, miejscowe, miejskie i wojewódzkie. Ponadto ważną rolę w strukturze organizacyjnej spełniali mężowie zaufania, którzy reprezentowali partię tam, gdzie nie było jeszcze kół. Kierowaniem całością prac administracyjnych zajmowali się sekretarze będący etatowymi funkcjonariuszami partii. Chcąc porównać rozwój PPR i PPS na Pomorzu Zachodnim to wyraźnie widać, iż PPS działało wolniej od PPR, przynajmniej jeżeli chodzi o zakładanie komórek i komitetów partyjnych. Przed zjednoczeniem, według danych z października 1948 roku, na omawianym obszarze istniało 1,713 kół należących do struktur PPS. Zaczynając od 1946 roku zauważalny jest dynamiczny wzrost członków tej formacji, który przyniósł zwiększenie ich liczby do poziomu 32,677 osób na początku 1948 roku[4]. Natomiast miesiące wiosenne i letnie wspomnianego roku stały pod znakiem oczyszczania szeregów ugrupowania z „elementów przypadkowych i biernych”, co doprowadziło do spadku liczby czynnych zwolenników PPS do stanu 26.023 osób. W dniach 15 – 16 czerwca 1947 roku odbyła się II Wojewódzka Konferencja PPS w Szczecinie, w której wziął udział sekretarz CKW Józef Cyrankiewicz. Na niej też podkreślono konieczność walki z czarnorynkową drożyzną. Pomimo znacznych osiągnięć zachodniopomorska organizacja nie należała do wyróżniających się w kraju, co było niewątpliwie spowodowane trudnościami zastałymi na terenie działania. Z kolei rok 1948 to czas przygotowań partii do zjednoczenia się z PPR, w którym na szeroką skalę zwracano uwagę na konieczność pogłębienia współpracy z tym ugrupowaniem.

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o tym, jak wyglądała współpraca między obiema partiami oraz w jakich okolicznościach doszło do ich zjednoczenia. I tak początki porozumienia sięgają połowy kwietnia 1945 roku, kiedy to odbyło się pierwsze posiedzenie Międzypartyjnej Komisji Porozumiewawczej Partii i Stronnictw Politycznych w Pile. To właśnie tam omówiono główne zadania stojące przed wszystkimi partiami, do których zaliczano budowę administracji, odbudowę przemysłu czy zapewnienie zaopatrzenia osiedlającym się ludziom. Z propozycją powołania jednej partii robotniczej wystąpiła PPR, a w grudniu 1947 roku na XXVII Kongresie PPS Władysław Gomułka, wywodzący się z tejże partii, stwierdził że powinna powstać jedna reprezentacja klasy robotniczej, oparta na zasadach rewolucyjnego marksizmu[5]. Droga do zjednoczenia okazała się jednak wyboista, a obie strony napotkały poważne przeszkody, które jednak w ostatecznym rozrachunku udało się przezwyciężyć. PPR podjęła szeroką akcję weryfikacji swoich szeregów członkowskich, porządkowania ewidencji, wymiany partyjnych legitymacji oraz uaktywnienia określonych instancji i członków. Podobne czynności, tylko w nieco późniejszym terminie, wprowadziła w życie PPS. Efektem tychże działań była poprawa relacji pomiędzy zainteresowanymi stronami, którą zauważyć można od połowy 1947 roku. Potwierdzeniem tych słów była decyzja Rady Naczelnej PPS, która dnia 28 kwietnia 1948 roku podjęła uchwałę w sprawie usunięcia z szeregów ugrupowania tych osób, które utrudniały jednoczenie się ruchu robotniczego. Listopad 1948 roku przyniósł konferencje powiatowe obu partii, na których wybrano delegatów na zjazdy wojewódzkie i Kongres Zjednoczeniowy. Ostatecznie z terenu Pomorza Zachodniego na wspomniany Kongres pojechało 76 delegatów[6]. Działalność PPR na omawianym obszarze formalnie zamknęło posiedzenie Egzekutywy KW PPR w Szczecinie, które miało miejsce dnia 6 grudnia 1948 roku. W przypadku PPS było to ostatnie Plenum WK, które obradowało również w Szczecinie w dniu 13 grudnia. Partie połączyły się podczas Kongresu Zjednoczeniowego, który odbył się w auli Politechniki Warszawskiej w dniach 15 – 21 grudnia 1948 roku tworząc Polską Zjednoczona Partię Robotniczą, której I sekretarzem został Bolesław Bierut. Natomiast jeżeli chodzi o Pomorze Zachodnie to już dnia 22 grudnia odbyło się pierwsze posiedzenie Egzekutywy KW PZPR w Szczecinie, na którym funkcję I sekretarza powierzono Wiktorowi Kłosiewiczowi.

Maciej Wierzchnicki

Bibliografia:
Czasopisma:
„Z pola walki” 1961 r., nr 4.
Opracowania:
Golczewski K., Pomorze Zachodnie na przełomie dwu epok, Poznań 1964.
Kołomejczyk N., PPR 1944 – 1945. Studia nad rozwojem organizacyjnym partii, Warszawa 1965.
Lata walki i pracy. Materiały o działalności Polskiej Partii Robotniczej na Ziemi Koszalińskiej w latach 1945 – 1948, pr. pod red. E. Buczaka, B. Drewniaka, H. Rybickiego, Koszalin 1962.
Łach S., Przemiany społeczno – polityczne na Pomorzu Zachodnim 1945 – 1950, Poznań – Słupsk, 1978.
Miller J., PPR w Koszalinie 1945 – 1948, Koszalin 1972.
Polska Partia Robotnicza na Pomorzu Zachodnim, pr. zb. pod red. B. Dopierały, Poznań 1965.
Rybicki H., Partie i stronnictwa polityczne na Pomorzu Zachodnim 1945 – 1947, Poznań – Słupsk 1967.
Stefanowski R., PPS 1892 – 1992, Warszawa 1992.

Przypisy:
[1] S. Łach, Przemiany społeczno – polityczne na Pomorzu Zachodnim 1945 – 1950, Poznań – Słupsk, 1978, s. 68.
2 Z. Borzycki, Rozwój organizacyjny Polskiej Partii Robotniczej na Pomorzu Zachodnim w latach 1945 – 1948, [w:] PPR na Pomorzu Zachodnim, pr. zb. pod red. B. Dopierały, Poznań 1965.
3 Tamże, s. 53 – 54.
4 S. Łach, op. cit., s. 86.
5 W. Gomułka, Przemówienie na XXVII Kongresie PPS, odbytym w dniu 14 grudnia 1947 roku, „Z pola walki” 1961 r., nr 4, s. 219.
6 W tym 51 pochodziło z PPR, a 25 z PPS.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 22 lut 2016, 09:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/02/2 ... r-grudnia/

Kazimierz Szołoch – Niechciany bohater Grudnia
Posted by Marucha w dniu 2016-02-21 (niedziela)

Obrazek

Poniższy tekst powstał w oparciu o rozmowę autora z Kazimierzem Szołochem – stoczniowcem, opozycjonistą, współzałożycielem Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, jednym z przywódców Grudnia ‘70.
Po raz pierwszy publikacja ta ukazała się wiosną 1996 roku w wydawanym w Niemczech kwartalniku „Bundesstraße 1”. Obecna jej wersja została uzupełniona o nieznane wówczas wątki. Autor korzystał m.in. z informacji zawartych w książce Sławomira Cenckiewicza „Wałęsa, człowiek z teczki” oraz uwag Krzysztofa Wyszkowskiego. Postanowił także zrezygnować z pseudonimu Rita Rheinauer, którym podpisany był pierwodruk tekstu i sygnować go własnym nazwiskiem.

„Niechciany bohater Grudnia ’70”
Prawdopodobnie każdemu człowiekowi los daje pięć minut, które decydują o jego przyszłości na wiele lat, często o całym życiu, które przynoszą deszcz zaszczytów lub pozostawiają uczucie niespełnionej szansy. W ciągu tych „pięciu minut” mobilizacja całego organizmu osiąga niespotykane na co dzień natężenie, człowiek przerasta samego siebie, dokonuje czynów na jakie nie poważyłby się w normalnych okolicznościach. Bodźcem wyzwalającym nadludzkie siły może być strach, nienawiść, miłość, także zajadły upór w dążeniu do wytyczonego sobie celu.
Dla Kazimierza Szołocha chwila ta nadeszła w grudniu 1970 roku. Lech Wałęsa przeżył ją w dziesięć lat później, w sierpniu 1980 roku. Obie daty łączą się z wypadkami zapoczątkowanymi w Stoczni Gdańskiej, noszącej wówczas imię Lenina.
W roku 1970 Kazimierz Szołoch miał 38 lat, był żonaty, miał troje dzieci (wkrótce miała się urodzić czwarta córka), oraz predyspozycje na przywódcę robotniczego buntu. Ogromnego wzrostu i siły (podczas odbywania zasadniczej służby wojskowej został wicemistrzem bokserskim LWP w wadze ciężkiej), obdarzony tubalnym głosem, pewnością siebie, nie mógł pozostać niezauważonym w sytuacjach ekstremalnych. Był spawaczem, jednym z lepszych w stoczni, co nie uchroniło go przed zwolnieniem z racy z powodu prawicowych poglądów, których nigdy nie ukrywał – kierownictwo zakładu uznało, że wywiera destrukcyjny wpływ na stoczniową młodzież.
Ze Stoczni Gdańskiej przeszedł do Przedsiębiorstwa Urządzeń Chłodniczych „Klimor” i powrócił do macierzystego zakładu, aby wraz ze swą brygadą montować na statkach urządzenia klimatyzacyjne.
W tym czasie 27-letni Lech Wałęsa stawiał pierwsze kroki w Stoczni, wykonując proste prace elektryczne.

Zakłamany obraz
14 grudnia 1970 roku, od rana, nikt w „Leninie” nie pracował. Ogłoszona dwa dni wcześniej – drastyczna, jak na tamte czasy – podwyżka cen artykułów pierwszej potrzeby, wzburzyła stoczniowców. Na wydziałach liczono ile, po nowych cenach można będzie kupić kiełbasy i kaszanki, ale „krótka kołdra” ani rusz nie mogła przykryć robotniczych aspiracji. Dyskusje ze stanowisk pracy przeniosły się na plac przed budynkiem dyrekcji, rosło podniecenie.
Nie wiadomo kto pierwszy dał hasło marszu na Komitet Wojewódzki PZPR. Rozpoczynał się ciąg wydarzeń, któremu historia nadała imię Grudnia ‘70. W wyniku kilkudniowych, zaciekłych walk, w które władza komunistyczna zaangażowała potężne siły milicji, oraz dwie dywizje pancerne wojska, w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Elblągu zginęły dziesiątki ludzi, a co najmniej półtora tysiąca zostało rannych. Dokładna liczba zabitych wciąż pozostaje nieznana – mimo upływu lat, władze III RP nadal nic nie robią, aby uściślić dane zamieszczone w „Obrazie wydarzeń”, opublikowanym w „Głosie Wybrzeża” (nr. 306 /7194 z dn. 28.12.1970 r.).
Wypadki grudniowe doprowadziły do upadku skostniałej dyktatury Władysława Gomułki i desygnowania na I sekretarza PZPR Edwarda Gierka, który na początku swoich rządów zapowiedział, że nigdy nie wyda rozkazu strzelania do robotników i… o dziwo danego słowa dotrzymał.
Dzięki częściowemu otwarciu Polski na Zachód możliwym stało się powstanie opozycji demokratycznej [niestety… – admin], a w dalszej kolejności NSZZ „Solidarność” i – paradoksalnie – obalenie „dobrotliwego” dyktatora.
W tym kontekście można mówić o wpływie robotniczego buntu 1970 roku na późniejszą transformację ustrojową w Polsce, choć społeczne podłoże obu rewolucji było inne: w grudniu 1970 robotnicy występowali z pozycji socjalnych, domagając się jedynie poprawy swojej pozycji materialnej, w sierpniu 1980 ponad czynnikami roszczeniowymi dominowały akcenty polityczne, których wyrazicielami był KSS „KOR” [szczególnie KOR: jak wiadomo nikt tak dobrze, jak Żydzi, nie wyrazi interesów polskiej klasy robotniczej – admin] i inne grupy opozycji demokratycznej.
O ile w „Sierpniu” niemal każde wypowiedziane przez uczestników słowo zostało zarejestrowane i skomentowane, o tyle wiedza o wydarzeniach grudniowych jest do dziś zdumiewająco nikła. Poza spisanym na gorąco przez partyjnych dziennikarzy, a więc z natury rzeczy tendencyjnym „Obrazem wydarzeń”, najobszerniejszą publikację na ten temat stanowi blisko sześciusetstronicowa książka „Grudzień 1970”, wydana przez „Editions Spotkania” w Paryżu w roku 1996. Opiera się ona na materiałach zgromadzonych przez sekcję historyczną NSZZ „Solidarność” w roku 1981 i niestety zawiera mnóstwo luk i przypadkowych lub świadomych przekłamań (choćby roli, jaką wtedy odegrał Tajny Współpracownik SB o pseudonimie „Bolek”). Szczególnie jaskrawo widać to w opisie strajku Stoczni Gdańskiej w dniach 14 – 16 grudnia, strajku, który wydarzenia grudniowe rozpoczął, a także w sposób symboliczny zakończył 25 stycznia 1971 słynnym dialogiem Gierka z robotnikami: „Pomożecie?” – „Pomożemy!”

Bohaterowie przemilczani
Fakt przemilczenia przez „Editions Spotkania” nazwiska jedynego niezależnego przewodniczącego gdańskiego strajku jest znamienny. We fragmencie mówiącym o reorganizacji Komitetu Strajkowego w „Leninie” w dniu 16 grudnia, jako bezpartyjnych i niezwiązanych z dyrekcją członków tego komitetu wymienia się Jerzego (chyba raczej Leszka) Górskiego i Zbigniewa Jarosza. Zarówno Górski jak Jarosz byli długoletnimi członkami PZPR, a za ich postawę w grudniu 1970 jednego „ukarano” funkcją I sekretarza organizacji partyjnej w Zakładach Przemysłu Okrętowego „Techmet” w Pruszczu Gdańskim, drugi w latach siedemdziesiątych był członkiem egzekutywy komitetu zakładowego PZPR w Stoczni Gdańskiej.
Nie ulega wątpliwości, że Komitet Strajkowy był kierowany przez komunistyczne służby specjalne. Zdaniem Kazimierza Szołocha nitki misternie opracowanego planu rozbrojenia stoczniowców pociągało trzech ludzi: dyrektor naczelny stoczni Stanisław Żaczek, I sekretarz KZ PZPR Jerzy Pieńkowski i dyrektor do spraw produkcji Karol Hajduga. Teza dla oficjalnej wykładni przyjętej w III RP trudna do przełknięcia ze względu na rolę, jaką pełnił jeszcze jeden członek Komitetu Strajkowego – Lech Wałęsa.
– Wszystko było manipulacją – twierdził po latach Szołoch. – Tyle, że wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pierwsza z owych pięciu minut, które sprawiły, że Szołoch w oczach stoczniowców stał się bohaterem strajku, wybiła 14 grudnia. W tym dniu, wraz z innymi rozwścieczonymi i zrozpaczonymi robotnikami ciskał kamieniami w nacierające na nich oddziały milicji, komenderował kolegami pchającymi radiowóz, z którego przed chwilą zepchnięto usiłującego przemówić do manifestantów sekretarza KW PZPR Zenona Jundziłła, wieczorem nagłym atakiem opanował Dworzec Główny w Gdańsku. Dzień drugi zastał go w tłumie szturmującym gmach Komitetu Wojewódzkiego partii.
Opis szturmu i spalenia budynku najwyższych władz PZPR w Gdańsku, należy do najczęściej relacjonowanych we wspomnieniach uczestników tamtych wydarzeń, choć relacje świadków znacznie się różnią. W opowieści Kazimierza Szołocha gmach został podpalony od frontu, przy użyciu kilku kanistrów z benzyną. Inną wersję podaje historyk, Sławomir Cenckiewicz w książce „Wałęsa człowiek z teczki”. Powołując się na wspomnienia przyjaciela Wałęsy Jerzego Kozłowskiego (TW ps. „Kolega”) pisze on, że ogień podłożyli od strony podwórza Mirosław Waga i Jan Jasiński, wykorzystując leżącą tam pryzmę węgla.
Być może obie wersje są prawdziwe, a siedziba KW mogła zostać podpalona z dwóch stron. Jeszcze bardziej zamazany jest los obrońców komitetu partii – żołnierzy i milicjantów znajdujących się wewnątrz gmachu. Według Szołocha, po rozprzestrzenieniu się ognia, wyszli oni na zewnątrz z podniesionymi rękami. Żołnierze natychmiast po kapitulacji zostali uwolnieni. Natomiast milicjantów rozwścieczony tłum usiłował zlinczować. Szołoch bronił przerażonych funkcjonariuszy, w kotłowaninie jego samego ktoś uderzył w tył głowy. Udało mu się jednak zebrać wokół siebie rozważniejszych stoczniowców, którzy odebrali milicjantom broń, załadowali ich na wywrotkę i odwieźli do stoczni, gdzie przez kilkanaście godzin byli trzymani pod kluczem.
– Chciałem wymienić gliniarzy na naszych ludzi zatrzymanych przez milicję – opowiadał w czasie jednej z naszych wielogodzinnych rozmów. – Ale w nocy Żaczek wszystkich wypuścił. Ubrał ich w stoczniowe kombinezony i wyprowadził za bramę.
15 grudnia, Lech Wałęsa (według własnej relacji zawartej w książce „Droga nadziei”), przemawiając z okna komisariatu MO przy ówczesnej ulicy Świerczewskiego (obecnie Nowe Ogrody), usiłował powstrzymać robotników przed próbą zdobycia więzienia, w którym przetrzymywani byli aresztowani poprzedniego dnia ich koledzy, członkowie powołanego wcześniej komitetu strajkowego.

Władza traci głowę
W czasie, gdy Szołoch ścierał się w mieście z milicją, na terenie stoczni dyrektorzy organizowali nowy komitet strajkowy, który cieszyłby się śladowym poparciem robotników, a równocześnie był posłuszny zaleceniom władz partyjnych i SB, dążącym do spacyfikowania protestu. Działacze związani z „Solidarnością”, którzy w roku 1981 zbierali materiały dotyczące tragedii grudniowej, pominęli te usiłowania milczeniem. Również Szołoch niewiele wiedział na ten temat.
Więcej informacji posiada Sławomir Cenckiewicz. Jak pisze – gremium to miało nosić nazwę Rady Delegatów Robotniczych Strajku Okupacyjnego, a na jego czele miał stanąć Lech Wałęsa (jako człowiek mający dobre kontakty z milicją). Robotnicy zaprotestowali przeciwko próbom narzucenia sobie tego rodzaju władzy i owa „rada” nigdy nie zaistniała w praktyce, co jednak nie przeszkadzało Wałęsie powoływać się na nią i nazywać siebie przywódcą strajku Grudnia ’70.
Dla Kazimierza Szołocha decydujące o chwale minuty nadeszły wczesnym rankiem 16 grudnia. Stocznia była już otoczona wojskiem, zza murów dochodził warkot silników czołgów i transporterów opancerzonych. Szołoch właśnie kończył pić kawę, gdy od drugiej bramy dobiegły strzały, a potem pod szare, zimowe niebo wzbił się zbiorowy krzyk. Nadbiegł ktoś, w oczach miał obłęd, urywanymi zdaniami relacjonował, że wojsko dało salwę do tłumu, że są zabici i ranni.
Wkrótce przed budynkiem dyrekcji zebrały się tysiące ludzi, za murem wyły syreny karetek pogotowia, rannych przewożono do szpitali, zabici leżeli tuż za bramą, naprzeciw luf czołgowych dział. Dyrektorzy Żaczek i Hajduga próbowali coś powiedzieć, nie chciano ich jednak słuchać, rozległy się gwizdy.
I wtedy Szołoch wyrwał Hajdudze mikrofon z ręki i zwrócił się do naczelnego: – Panie dyrektorze, proszę wydać nam klucze od radiowęzła, żeby można podłączyć do mikrofonu całą stocznię. Dyrektor nie protestował, był to moment, kiedy manipulatorzy potracili głowy. W czasie, gdy elektrycy dokonywali niezbędnych zabiegów technicznych, Szołoch się zastanawiał.
– Myślałem nie o tym, co im powiem. To miałem już ułożone, słowo po słowie. Myślałem o swoim domu. Czy możliwe, aby za czyny ojca ludowa władza mściła się na dzieciach, żeby słabą kobietę skazano na Sybir? Jakoś się przemogłem i kiedy nagłośnienie było gotowe przeżegnałem się, ścisnąłem mikrofon w dłoni i policzyłem do dziesięciu. Potem nabrałem powietrza w płuca i zacząłem:
„Uwaga! Komunikat specjalny dla żołnierzy Wojska Polskiego! Żołnierze! Otoczyliście stocznię, strzelacie do nas, a przecież tutaj pracują wasi ojcowie i bracia. Tu wielu z was będzie pracowało po przejściu do rezerwy. Żołnierze! Wasi oficerowie, to czerwona burżuazja. To zdrajcy narodu polskiego. Macie ich rozbroić i przyłączyć się do nas…”.

Apel do robotników
Kazimierz Szołoch od kilku już lat nie żyje, a ja wciąż mam w pamięci nasze rozmowy, i to jak sugestywnie odtwarza przede mną słowa wygłoszone do tysięcy robotników i do załóg stojących przed bramą stoczni czołgów.
Mówił wtedy długo, powoływał się na patriotyczne tradycje Kościuszki i Pułaskiego. Omawiał sytuację ekonomiczną kraju, tak jak ją widzieli zwykli ludzie: zaniedbania w dziedzinie oświaty, kultury, służby zdrowia. Wspomniał o nadchodzących świętach Bożego Narodzenia i o robotnikach, których nie stać będzie na torebkę cukierków dla dzieci. Najprostsze hasła i dezyderaty, które trafiały prosto do serc zdesperowanych ludzi. Zakończył apelem o utworzenie prawdziwie robotniczego komitetu strajkowego, celem przygotowania postulatów do rozmów z władzami.
Do tego drugiego komitetu jako pierwszy zgłosił się Zbigniew Jarosz, starszy technolog z kotlarni. Po nim zjawił się Jerzy Górski (Wydział Szefostwa Inwestycji), a w parę godzin później, gdy Szołoch zdążył pozałatwiać najważniejsze sprawy – zorganizować milicję robotniczą, która obsadziła mury stoczni, oraz pilnowała porządku na terenie zakładu, otworzyć magazyny z żywnością i uruchomić stołówkę – dyrektor Żaczek przyprowadził kolejnego kandydata: Lecha Wałęsę.
Nazwisk pozostałych członów komitetu, Szołoch nie zapamiętał, ale po latach odnalazł je Cenckiewicz i umieścił we wspomnianej już książce „Wałęsa, człowiek z teczki”. Według niego byli to: Ryszard Podhajski (spawacz), Stanisław Oziembło (ekonomista), oraz Zofia Zejser (dział transportu).
Około godziny siedemnastej komitet został uroczyście zaprzysiężony, po czym jego członkowie rozpłynęli się jak cukier w herbacie. Szołoch nie widział ich do końca strajku.
– Nie wiem gdzie byli i co robili – wspominał. Jego zdaniem po porannym szoku, wieczorem nastąpiło w „Leninie” uspokojenie. Milicja robotnicza wyłapywała i wyrzucała za bramę nasyłanych z zewnątrz agentów bezpieki. Zgromadzeni na wydziałach stoczniowcy pisali postulaty, które mieli nadzieję przekazać nazajutrz wytypowanym przez PZPR negocjatorom.
Wielu robotników obawiało się jednak nocnego ataku, połączonego z bezwzględną pacyfikacją zakładu. Obawy te wyolbrzymiali członkowie dyrekcji i aktyw partyjny. W porze kolacji Szołoch wybrał się do sąsiedniej Gdańskiej Stoczni Remontowej. Chciał nawiązać kontakt z tamtejszym komitetem strajkowym. W trakcie prowadzonej rozmowy nadbiegł ktoś z „Lenina” z informacją, że w stoczni dyrekcja organizuje wybory do nowego komitetu strajkowego. Szołoch porwał czapkę i pobiegł z powrotem do siebie. Zdążył na czas. W sali BHP, za stołem prezydialnym siedział dyrektor Żaczek i sekretarz Pieńkowski. Głosowano właśnie kolejną kandydaturę. – Chcemy Szołocha! – ryknęli na widok swego przywódcy zebrani. Żaczek się zmieszał. – W takim razie nie warto niczego zmieniać – powiedział. – Niech będą ci, co byli.
Około północy Szołoch po raz ostatni obszedł straże przy bramach. Wszędzie panował spokój. Za murami czołgi stały z wygaszonymi światłami. Nie była to już ta sama formacja, co rano. Żołnierzy, którzy mieli okazję wysłuchać przemówienia Szołocha, wycofano. Ich miejsce zajął inny pododdział. Zmęczony po dwóch nieprzespanych nocach Szołoch położył się w kącie hali i zasnął.
Około godziny drugiej lub trzeciej nad ranem koledzy obudzili go krzycząc: – Zdrada! Zdrada! Wybiegł na stoczniową ulicę. Szeregi milczących robotników szły ku otwartym bramom. W nocy przez megafony nadano komunikat o zakończeniu strajku okupacyjnego. Stoczniowcom gwarantowano bezpieczny powrót do domu. Następnie nagłośnienie zostało wyłączone, tak więc nie istniała już możliwość powstrzymania ludzi opuszczających zakład równocześnie trzema bramami.
– Mogłem się tylko domyślać, kim byli zdrajcy. Ale to przez nich zginęli ludzie w „Komunie”. Gdyby Stocznia Gdańska nie skapitulowała, władze nie odważyłyby wydać rozkazu strzelania w Gdyni.

Zabójcza pomyłka
Wyszedł wtedy razem z innymi, wpadł na chwilę do domu pożegnać żonę i córki, przebrać się, wziąć trochę pieniędzy.
– Nie miałem wątpliwości, że teraz na mnie zapolują. Było jeszcze ciemno, kiedy wsiadł w pierwszy dalekobieżny pociąg, jaki z Wybrzeża odjeżdżał w głąb Polski. Prawie godzinę jechał skryty w ubikacji, wyszedł z niej dopiero, gdy koła wagonu zastukały na moście w Tczewie. Przez pięć miesięcy ukrywał się w rodzinnych stronach na Lubelszczyźnie, do Gdańska odważył się wrócić dopiero późną wiosną 1971 roku.
– Nie wpuszczono mnie do stoczni, bo nie miałem przepustki. Zgubiłem gdzieś albo milicja zabrała podczas rewizji, jaką pod moją nieobecność przeprowadzili w domu. Więc przeskoczyłem przez płot i zgłosiłem się do dyrektora Żaczka. W „Klimorze” wolałem się nie pokazywać, bo tam dyrektorem był Czubiński, którego brat pełnił funkcję prokuratora generalnego. Żaczek przyjął mnie nawet życzliwie, kazał wystawić nową przepustkę, pozwolił wrócić do pracy. Ale już następnego dnia zostałem wezwany do „Klimoru”. To już wiedziałem, co mnie czeka. Za pięć trzecia wszedłem do gabinetu Czubińskiego. Prócz dyrektora siedziało tam dwóch facetów. „Jesteś, ptaszku – powiedział Czubiński. – Cały dzień czekamy na ciebie.” A drugi, który przedstawił się, jako kapitan B: „Jest pan aresztowany”.
Wypadł z gabinetu, nim tamci pomyśleli, żeby go zatrzymać. Właśnie urzędnicy wychodzili z pracy, na korytarzu było pełno ludzi. Zbiegł po schodach na podwórze, dopadł stojącej tam furgonetki z „Malmoru”. Porozumieli się w dwóch słowach, kierowca wywiózł go za Gdynię, wysadził w lesie. Znowu się ukrywał, żona dostarczyła do kadr zaświadczenie lekarskie. Przez trzy miesiące przebywał formalnie na zwolnieniu. Było w tym trochę dobrej woli lekarzy i trochę prawdy. Kilkanaście lat przepracowanych w charakterze spawacza zaczęło dawać znać o sobie początkami pylicy.
– We wrześniu 1971 zaryzykowałem powrót do pracy. Myślałem, że może zapomnieli o mnie. Ale 23. albo 24. września wezwano mnie do dyrekcji, a tam czekało dwóch esbeków. Twierdzili, że posiadam broń odebraną w grudniu milicjantom. Odpowiedziałem, że żadnej broni nie mam, wtedy wzięli mnie między siebie i mówią: „Pojedziemy na komendę wojewódzką, tam się wszystko wyjaśni.” Koło drugiej bramy stoczniowcy skapowali, że jestem aresztowany, otoczył nas tłum. Esbecy dostali pietra, uciekli. Ja w drugą stronę, przez Stocznię Remontową, do miasta. Po drodze spotkałem Wałęsę. Zaprosił mnie na wieczór do siebie, do hotelu stoczniowego na Klonowicza we Wrzeszczu. Miał mi coś ważnego do powiedzenia. Zgodziłem się, chociaż już wtedy wiedziałem, że po grudniu kapował ludzi.
W „Głosie Wybrzeża z 28 stycznia 1971 roku (nr 23), na pierwszej kolumnie znajduje się artykuł zatytułowany „W stoczniach i zakładach kooperacyjnych – Spotkania delegatów z załogami”. Czytamy tam między innymi: „Jak poinformowaliśmy, pośród 83 delegatów Stoczni Gdańskiej, którzy uczestniczyli w poniedziałkowym spotkaniu (z Edwardem Gierkiem, Piotrem Jaroszewiczem i ministrem MSW – Szlachcicem) część złożyła sprawozdanie swym wyborcom we wtorek 26 stycznia. Pozostali delegaci spotkali się z załogami swoich wydziałów wczoraj (…) W wydziale elektrycznym przebieg spotkania relacjonowali: A Suszek, L. Wałęsa i S. Leniarciak”.
Dziwna to wolta od udziału w komitecie strajkowym do uczestnictwa w spotkaniu z I sekretarzem KC PZPR, w którym, zgodnie z metodą działania komunistów, z uczestniczyły zwykle osoby ściśle wyselekcjonowane.
– Nie wiem po co wtedy poszedłem do Wałęsy – opowiadał Szołoch. – Miałem przeczucie, że teraz na pewno będą mnie chcieli zabić i kiedy ktoś wyciągnął do mnie rękę uczepiłem się jej jak topielec. Powiedziałem Wałęsie, że chyba pojadę do Warszawy, szukać sprawiedliwości u Gierka. On ani tak, ani siak. Był w dobrym humorze, chciał mnie poczęstować wódką, a ja wtedy wódy do ust nie brałem. Wychodząc coś mnie tknęło, żeby wymknąć się bocznymi schodami. Ciemno już było, nikt mnie nie przyuważył. W jakiś tydzień później kolega powiedział mi, że tamtego wieczoru na Klonowicza zabito bosmana, który przyszedł do kogoś w odwiedziny. „Jaki bosman?” – pytam. „Taki jak ty. Wysoki. Barczysty. Rąbnęli go z tyłu, w czaszkę”. Nieraz sobie myślę, że ten człowiek zginął z mojego powodu, że go wzięli za mnie”.

Wolał nędzę niż współpracę
Nie wrócił tego dnia do domu. Był pewny, że ulica jest pod obserwacją. Przenocował u znajomego, rano spóźnił się na ekspres do Warszawy. – Może to zrządzenie Opaczności – opowiadał. – Bo jeżeli Wałęsa powiedział im, że mam jechać tym ekspresem, to po odejściu pociągu nie potrzebowali dłużej sterczeć na stacji. Nadjechał inny ekspres – do Łodzi Kaliskiej. Szołoch nie zastanawiał się ani chwili, wsiadł, w wagonie konduktor poradził mu, aby wysiadł w Kutnie, skąd będzie miał inny pociąg do Warszawy. Około południa dotarł do gmachu KC PZPR, której komitet wojewódzki w Gdańsku zdobywał przed dziewięcioma miesiącami.
– Kazali mi czekać do szesnastej. Nie wiedziałem co robić. Bałem się, że kiedy wszyscy pracownicy stamtąd wyjdą, jakieś oprychy zakatrupią mnie w tym budynku. Do miasta też nie chciałem wychodzić. Usiadłem na dole w bufecie, zamówiłem kawę i koniak. Z nerwów wypiłem z pięć kaw i chyba więcej jak pół butelki. I nawet mi się w głowie nie zakręciło. Nie pamiętał nazwiska dygnitarza, który go przyjął. Zdawało mu się, że przedstawił się jako Olszewski, albo Olszowski (czyżby Stefan?). Opowiedział szczerze wszystko, co przeszedł od swojego wystąpienia w stoczni, aż do ostatniej próby aresztu. Zaklinał się, że żadnemu milicjantowi nie odebrał broni. Partyjny bonza zapisał jego nazwisko, dał numer swojego telefonu, obiecał, że SB nie będzie się go więcej czepiało.
– Fakt. Od tej pory esbecja przestała mnie śledzić. Za to Czubiński rzucał mną to tu, to tam. Ze Stoczni Gdańskiej zostałem przeniesiony do Północnej. Potem do warsztatów „Klimoru” w Redłowie. I zawsze dostawałem najgorzej płatną pracę. W rok później dostał wezwanie do dyrektora Wydziału Spraw Wewnętrznych Urzędu Wojewódzkiego – Mieczysława Gromadzkiego. Zaproponowano mu współpracę. W nagrodę dostałby samochód, wczasy z rodziną na Krymie, gwarancję dobrej pracy. Odmówił i w roku 1973 został zwolniony z „Klimoru”. Przyznano mu rentę III grupy. Próbował zatrudnić się gdzieś chociaż na pół etatu, ale wszędzie spotykał się z odmową.
Aby przeżyć Szołochowie wynajmowali pokoje lokatorskie studentom, w przydomowym ogródku każdy metr kwadratowy był wykorzystany na warzywnik, przed Bożym Narodzeniem sprzedawali święte obrazki na rynku. Kartka z telefonem dygnitarza z KC leżała w szufladzie – Szołoch nigdy nie próbował wykręcić podanego numeru.

Wyznanie Wałęsy
Wczesną wiosną 1978 Szołoch dowiedział się, że na osiedlu Morena, w mieszkaniu Tadeusza Szczudłowskiego działa punkt kontaktowy Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Poszedł na zebranie. Przed domem stała milicyjna „nyska”, esbecy robili zdjęcia osobom wchodzącym do klatki schodowej. W niedużym pokoju stłoczyło się ze trzydzieści osób. Byli wśród nich – czego wtedy nikt nie mógłby sobie wyobrazić – przyszli ministrowie, ambasadorzy, parlamentarzyści.
– Słuchałem uczonych wypowiedzi i wcale nie byłem nimi zbudowany – wspominał Szołoch. Wreszcie sam wygłosił przemówienie. Podobne do tego, którym osiem lat wcześniej, porwał za sobą stoczniowców. Intelektualiści przyjęli je burzą oklasków. Nareszcie mieli przed sobą autentycznego robotnika, człowieka czynu, który najlepiej wiedział jak poprowadzić lud do walki z komuną. Posypały się zaproszenia, komplementy.
W tym czasie w Katowicach, Kazimierz Świtoń jednoosobowo powołał do życia Wolne Związki Zawodowe. W Gdańsku z podobną inicjatywą wystąpił Krzysztof Wyszkowski, oraz małżeństwo Joanna i Andrzej Gwiazdowie. Zebranie założycielskie odbyło się 29 kwietnia 1978 roku. Prócz wyżej wymienionych uczestniczyli w nim: robotnik Antoni Sokołowski (wkrótce szantażem i obietnicą pieniędzy wyłączony z działań opozycji), podstawiony przez SB agent Edwin Myszk, oraz przedstawiciel KSS KOR na Trójmiasto, Bogdan Borusewicz.
Gdy zastanawiano się kogo jeszcze przyjąć do WZZ, Szołoch wymienił pracownika Stoczni Gdańskiej – Jana Zapolnika. Ktoś się skrzywił mówiąc, że Zapolnik to prawica. Może powiedział to Borusewicz, może Gwiazdowie. – A ja, to nie prawica?! – oburzył się Szołoch. Wśród zebranych zapanowała konsternacja. W rezultacie nazwisko Szołocha nie zostało wspomniane w komunikacie ogłaszającym powstanie WZZ na Wybrzeżu. Radio Wolna Europa, które fakt ten upubliczniło, wspomina jedynie o Krzysztofie Wyszkowskim, oraz przyjętej nieco później Annie Walentynowicz.
Zdania odnośnie daty przyjęcia do WZZ Wałęsy są podzielone. Szołoch mówił o wrześniu 1978, Cenckiewicz wymienia datę o trzy miesiące wcześniejszą. Być może dlatego, że – o czym Szołoch mógł nie wiedzieć – Wałęsa zjawił się w czerwcu tamtego roku w mieszkaniu Krzysztofa Wyszkowskiego, w trakcie trwającej tam głodówki w obronie więźnia politycznego, którym był brat Krzysztofa – Błażej, skazany na dwa miesiące więzienia.
Nowoprzybyły został przyjęty nieufnie. Zarówno Krzysztof Wyszkowski , jak Andrzej Gwiazda mieli go za wtyczkę SB. Obiekcje wobec Wałęsy miał także Bogdan Borusewicz, który z ramienia KSS KOR budował robotniczy ruch oporu na gdańskim Wybrzeżu. Na jednym z zebrań w domu Szołocha Wałęsa przyznał: „W grudniu siedemdziesiątego współpracowałem z cywilną milicją.” A Gwiazda na to: „Powiedz Lechu otwarcie – ze Służbą Bezpieczeństwa”.
Wyznanie Wałęsy zdaje się świadczyć, iż w tamtym czasie nie miał on szansy skrywania swych faktycznych dokonań z grudnia 1970. W Stoczni Gdańskiej pracowali jeszcze ludzie pamiętający tamten czas, świeża jeszcze była pamięć aresztowań i represji.

Dwóch trybunów
Kiedy Edwina Myszka zdemaskowano, jako agenta służb specjalnych, został on bezpardonowo wyrzucony z WZZ. Przeszłość Wałęsy jakby nikogo nie interesowała, trzeba było wielu lat i uporu takich ludzi jak Kazimierz Szołoch, Anna Walentynowicz, Kazimierz Świtoń, Krzysztof Wyszkowski, a ostatnio Sławomir Cenckiewicz, aby prawda o byłym prezydencie III RP zaczęła docierać do Polaków.
Według relacji Szołocha, Wałęsa miał się kajać za „grudniową hańbę”, przysięgał, że nigdy więcej nie zdradzi stoczniowców. Jeśli nawet skrucha była szczera, a „esbeckie umoczenie” stanowiło niezbyt długi epizod, kredyt zaufania, jakim go wówczas obdarzono wydaje się co najmniej dziwny. Czyżby młody elektryk tak zauroczył warszawskich intelektualistów, których emisariuszem na Wybrzeżu był Bogdan Borusewicz, że bez wahania uznali go za geniusza i ojca narodu? Czy może raczej miano nadzieję zyskania w nim człowieka dyspozycyjnego, którego w każdej chwili można było szantażować niechlubną przeszłością?
Druga hipoteza wydaje się bardziej prawdopodobna, zwłaszcza na tle niepokornego Szołocha. Obu tych ludzi wiele ze sobą łączyło. Obaj pochodzili ze wsi, obaj czerpali siłę z tego samego źródła – ze Stoczni Gdańskiej. W obu drzemał trybun ludowy – posiadanie rzadkiej umiejętności oddziaływania na ludzkie emocje i kierowania tłumem. Obaj byli głęboko wierzącymi katolikami (o ile wałęsowski wizerunek Matki Boskiej przypięty do piersi stanowi dowód gorącej wiary, a nie sprawny trik polityczny).
Tyle, że Wałęsa był przebiegły, a Szołoch prostolinijny. Wałęsa bez zmrużenia oka podpisywał różne „papierki” dla „cywilnej milicji”, pertraktował z komunistami, szedł na kompromisy, bez żenady krojąc schedę po Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Szołoch w swoich przekonaniach był twardy jak skała, prędzej dałby się zabić, niż podał rękę twórcom stanu wojennego.
Na tym przykładzie widać, jak łatwo daje się wykreować charyzmatycznego przywódcę, mając do dyspozycji środki masowej informacji i umiejętność odpowiedniego kształtowania legendy.
– Kiedy jeszcze rozmawiałem z Wałęsą jak kolega z kolegą, Lechu skarżył się na Kuronia i Borusewicza. Powiedział mi kiedyś: „Korowcy” postąpili ze mną jak ze szmatą. Na kolanach musiałem się przed nimi tłumaczyć. Nie zapomnę im tego. Jeszcze mnie popamiętają. Być może była to zapowiedź późniejszych „wojen na górze” i rotacji w Kancelarii Prezydenta.

Panowie marksiści wychodzą
Wałęsowe „pięć minut” zaowocowało ślepym zachwytem narodu i przychylnością możnych tego świata, pokojową nagrodą Nobla, doktoratami honoris causa, wreszcie najwyższym stanowiskiem w państwie, o pieniądzach nie wspominając. Prezydentura zakończyła się wprawdzie kompromitującą przegraną, ale pieniądze i tytuły pozostały.
Szołoch zeszedł ze sceny, a raczej nigdy na nią nie wstąpił. Każdy z nich równie dobrze mógł poprowadzić sierpniowy strajk w 1980 roku, a następnie płynąć w górę przy pobożnym śpiewie rozmodlonych tłumów i poklasku klakierów z KSS KOR. Wałęsa swoją szansę wykorzystał do maksimum, Szołoch przekreślił ją, gdy na jednym z zebrań WZZ, niezadowolony z czyjejś wypowiedzi, przywołał najmłodszą córkę i rzekł: „Aniu, otwórz drzwi, panowie marksiści wychodzą”.
– Gwiazda prosił mnie potem: „Kaziu, cofnij te słowa”. Również Borusewicz przyszedł w parę dni później i radził mi, żebym podporządkował się „korowcom”. Obiecywał stałą zapomogę, taką, jaką wypłacali Wałęsie. „Prędzej umrzesz, niż się doczekasz, żebym miał się kłaniać Kuroniowi” -odparłem i od tej chwili przestali mnie nachodzić.
Jako niezależny opozycjonista Szołoch chodził w grudniowe rocznice pod stocznię, palił świece w miejscu, gdzie polegli koledzy, przemawiał do robotników, przypominając im wspólny strajk. Stoczniowcy oklaskiwali go, a milicja od czasu do czasu wpadała do domu, aby przeprowadzić rewizję i zarekwirować bezdebitowe druki. Na równi z innymi był inwigilowany, przetrzymywany w aresztach.
Po wybuchu strajku w sierpniu 1980 roku zjawił sił się w Stoczni Gdańskiej. Starzy robotnicy, pamiętający strajk z grudnia 1970 odśpiewali mu „Sto lat”. W sobotę 17 sierpnia, po tym jak Wałęsa ogłosił zakończenie strajku, razem z innymi powstrzymywał stoczniowców przed opuszczeniem zakładu. Ale kroniki odnotowały jako bohaterki tamtego wydarzenia Marylę Płońską i Alinę Pieńkowską (późniejszą żonę Bogdana Borusewicza). Ostatnio do „bohaterek” dołączono Henrykę Krzywonos.
Kazimierz Szołoch, wraz z Krzysztofem Wyszkowskim i Tadeuszem Szczudłowskim (o którego niezłomnej postawie też nikt z „oficjeli” nie chce pamiętać), wpadli na pomysł, aby przed stocznią, tam gdzie w 1970 roku padli zabici, postawić krzyż. W nocy strajkujący stoczniowcy wykonali ów krzyż z drewna, zaś Anna Walentynowicz, Szołoch i Szczudłowski udali się na plebanię kościoła św. Brygidy i namówili księdza Henryka Jankowskiego, aby przybył do stoczni i u stóp krzyża odprawił mszę świętą.
Krzyż, uroczyście wyniesiony przez robotników ze stoczni, został wkopany w ziemię przed II bramą m.in. przez Szczudłowskiego i Wyszkowskiego. Stał tam aż do czasu wybudowania Pomnika Poległych Stoczniowców. Pomysł jego wykonania i poświęcenia zawłaszczył potem Ruch Młodej Polski. Pomysłodawcami mieli być rzekomo późniejszy poseł PO Arkadiusz Rybicki i biznesmen Maciej Grzywaczewski. Członkowie tego ruchu od pierwszej chwili postawili na Wałęsę, ogłaszając go „mężem opatrznościowym” O Szołochu nie ma ani jednej wzmianki w biuletynach wydawanych przez RMP w okresie istnienia pierwszej „Solidarności”. Nie zaproszono go do udziału w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym. Został nawet wycięty z kadru filmu, gdzie stał obok Wałęsy.
Dopiero ostatnio, już po jego śmierci, postać przywódcy strajku z grudnia 1970 roku „odkurzył” z zapomnienia Sławomir Cenckiewicz.

Zemsta na martwym człowieku
19 sierpnia 1980 roku Szołoch zachorował. Odezwały się komplikacje sercowe spowodowane nieustannym napięciem i niedoleczoną pylicą, a pewnie także świadomością zepchnięcia na boczny tor. Odwieziony do domu, nie powrócił już do stoczni. Stał z boku, obserwował, krytykując bezkrytyczną apoteozę Wałęsy, oraz fakt opanowania protestu robotniczego przez doradców z Warszawy.
Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywał się przez trzy miesiące, a następnie wrócił do domu. Gdy reżim Jaruzelskiego złagodniał i łatwiej już było o paszport wyjechał do Londynu, gdzie mieszkała jego najstarsza córka. Pracował ciężko, a za zarobione funty, po powrocie do domu wystał w społecznych kolejkach nowe meble, pralkę, kolorowy telewizor. Po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta pocieszał się, że teraz, gdy „komuchy” zdobyły wszystko, ludzie znowu zwrócą się przeciwko nim.
– Gdy prawdziwa prawica dojdzie do władzy, to można będzie wreszcie ogłosić całą prawdę o „bohaterach” tamtych lat – pocieszał się. Tuż przed śmiercią wyznał jednak: „Wybaczam Lechowi Wałęsie jako chrześcijanin, bo tak nakazał mi Chrystus Miłosierny…”.
Kazimierz Szołoch zmarł po długiej i ciężkiej chorobie 10 marca 2009 roku. Miał niespełna 77 lat. Jego pogrzeb odbył się 14 marca w Pruszczu Gdańskim. Wałęsa nie wziął w nim udziału, a po otrzymaniu od Krzysztofa Wyszkowskiego nekrologu z życiorysem zmarłego napisał: „Nie rozumię, czy zmarł Wyszkowski proszę od jaśniej” (pisownia oryginalna).
Już po pogrzebie były prezydent RP odniósł się do życiorysu Kazimierza Szołocha w charakterystyczny dla siebie sposób: „99 % w tym tekście to fałsz. Jak można tak kłamać. Pojechał do Gierka przejęła go SB i ustawiła przeciw mnie i wykonywał jej polecenia, a nie odwrotnie w żadnych ZZ nie działał, na żadne spotkania i uroczystości rocznicowe nie chodził i nie miał aresztów, nikt go nie inwigilował. Uciekał i chował się sam przed Sobą i żoną. Taka jest prawda o tym tchórzu” (pisownia oryginalna).
Krzysztof Wyszkowski wypowiedź byłego prezydenta skwitował jednym zdaniem: „Postawa Wałęsy ma charakter zemsty na martwym człowieku za własną zbrodnię”.
————————-
Kazimierz Szołoch Legendarny przywódca strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina w Grudniu 1970, działacz Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, współpracownik KSS „KOR” i KPN, członek NSZZ „Solidarność”.
Podobnie jak Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Anna Walentynowicz i Krzysztof Wyszkowski twierdził, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem komunistycznej bezpieki. W roku 2007 prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Trzy lata później, 10 marca 2009 r. zmarł po długiej i ciężkiej chorobie.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/kazi ... 91837.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 02 cze 2016, 10:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Prawdziwe oblicze epoki Gierka

Z dr. Dariuszem Iwaneczko, historykiem, dyrektorem Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie, autorem książki pt. „Zmierzch dekady Gierka Polska południowo-wschodnia 1975-1980”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

„Zmierzch dekady Gierka Polska południowo-wschodnia 1975-1980” to tytuł Pana najnowszej książki. Proszę powiedzieć, skąd wzięło się u Pana zainteresowanie rządami tego PRL-owskiego dygnitarza?
– W swojej pracy naukowej zasadniczo zajmuję się historią najnowszą Polski. Podejmując problematykę związaną z dekadą rządów Edwarda Gierka, chciałem przeanalizować wydarzenia sprzed powstania NSZZ „Solidarność”. Kilkanaście lat temu analizowałem interakcje, jakie zachodziły pomiędzy ówczesnym obozem władzy a środowiskami oporu społecznego w Polsce Południowo-Wschodniej. To swoiste cofnięcie się w czasie jest próbą dokonania – w ujęciu regionalnym – analizy procesu erozji systemu realnego socjalizmu. Aczkolwiek nie uczyniłem tego w oderwaniu od głównego biegu wydarzeń, które toczyły się na poziomie centralnym.

Tytułowy schyłkowy okresu rządów Edwarda Gierka przedstawia Pan na przykładzie czterech województw Polski Południowo-Wschodniej. Skąd to ograniczenie…?
– W zdecydowanej większości mój dorobek naukowy koncentruje się wokół problematyki regionalnej. Tym razem zależało mi na ukazaniu procesów historycznych, które zachodziły na poziomie tzw. Polski wojewódzkiej. Odbiór ówczesnej PRL-owskiej „polityki sukcesu” ery malowania trawników był nieco inny z poziomu dużych ośrodków miejskich, a inny w małych peryferyjnych województwach. Również środki inwestycyjne docierały tutaj wolniej i w ograniczonej ilości. Inne były też problemy tych regionów. Wraz z początkowym etapem kryzysu w połowie lat 70. władza zdecydowała się zakończyć reformę administracyjną. Zamiast jednego dużego województwa rzeszowskiego obejmującego Polskę Południowo-Wschodnią powstały cztery mniejsze jednostki administracyjne – województwa: tarnobrzeskie, przemyskie, rzeszowskie i krośnieńskie. Ten podział administracyjny odcisnął swe piętno na dziejach „Solidarności”.

Jaka była postawa Gierka wobec Kościoła katolickiego w Polsce?
– Na początku lat 70. ekipa Gierka, przynajmniej werbalnie, starała się otworzyć nowy, bardziej przyjazny rozdział relacji z Kościołem katolickim. Inaczej jednak jawił się oficjalny nurt polityki wobec Kościoła, a zgoła inne działania były podejmowane przez instytucje odpowiedzialne za ograniczanie czy też zwalczanie wpływów Kościoła. Mam tu na myśli Urząd ds. Wyznań i jego komórki na szczeblu wojewódzkim, ale także organa bezpieczeństwa na czele z odpowiedzialnym za inwigilację i działania „operacyjne” skierowane przeciwko Kościołowi Departamentem IV MSW i jego odpowiednikami w województwach. Władza dążyła do podporządkowania sobie aktywności duszpasterskiej wedle własnej wizji. Każdy przejaw niezależności ze strony Kościoła odczytywany był jako działalność przeciwko tej władzy czy wręcz działalność antypaństwowa.

Podkarpacie było regionem, który głównie dzięki odważnej i zdecydowanej postawie ks. abp. Tokarczuka można powiedzieć napsuł komunistycznemu reżimowi sporo krwi…
– Zdecydowana i nieugięta wobec systemu komunistycznego postawa ówczesnego ordynariusza diecezji przemyskiej ks. bp. Ignacego Tokarczuka, za którym murem stali wierni, to wszystko sprawiło, że władze, nie mogąc go ujarzmić, podjęły nawet próbę usunięcia hierarchy z Przemyśla. Z jednej strony były to zabiegi dyplomatyczne w Watykanie, a z drugiej zintensyfikowano działania operacyjne ze strony SB wobec ks. bp. Tokarczuka. Nadzwyczaj nieprzychylny stosunek do pasterza przemyskiego przejawiał Stanisław Kania w Biurze Politycznym KC PZPR odpowiedzialny m.in. za politykę wyznaniową i relacje z Kościołem oraz nadzór nad organami bezpieczeństwa. Wielokrotnie usiłował on zdyskredytować bp. Ignacego Tokarczuka, m.in. rozgłaszając nieprawdziwe informacje o jego rzekomych konotacjach ukraińskich czy wręcz banderowskich. Prawda jednak zwyciężyła.

Co było przysłowiowym gwoździem do trumny dla politycznej kariery Gierka?
– Edward Gierek w pierwszej połowie lat 70. rozkołysał oczekiwania społeczne, ale już w 1974 r. widoczne były pierwsze symptomy kryzysu. System był niewydolny, a społeczeństwo oczekiwało permanentnego wzrostu gospodarczego i poprawy warunków życia. Tymczasem zachodnie kredyty zostały bardzo szybko skonsumowane bądź ulokowane w sposób niewłaściwy. W Polsce coraz mocniej doskwierał permanentny niedobór m.in. surowców, środków produkcji czy towarów. W obliczu nachalnej propagandy sukcesu ludzie nie tego nie potrafili, co więcej nie chcieli przyjąć do wiadomości. Załamanie gospodarki i pogorszenie warunków życia Polaków spowodowało wzrost niezadowolenia społecznego. Powstawały pierwsze zorganizowane środowiska opozycyjne, społeczeństwo dojrzewało, rosła odwaga zauważalna szczególnie od pierwszej wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce w czerwcu 1979 r. Ekipa Gierka trzymająca się pryncypiów gospodarki socjalistycznej nie była w stanie zaproponować takich rozwiązań, które zahamowałyby erozję systemu. I lawina ruszyła.

Można zaryzykować tezę, że poniekąd I sekretarz PZPR Edward Gierek pośrednio przyczynił się do powstania Ruchu Społecznego „Solidarność”?
– W swojej książce próbuję postawić tezę, że w istocie właśnie równia pochyła PRL-u rozpoczęła się w dekadzie Gierka, szczególnie w jej drugiej części. Wzrost niezadowolenia społecznego spowodował, że ludzie mieli odwagę zbuntować się w lipcu i sierpniu 1980 r. Robotnicy powiedzieli dość! I wysunęli postulat powołania własnej niezależnej organizacji. Chcieli poszerzyć przestrzeń wolności i to im się udało.

Mimo upływu lat i szkodliwości PRL-owskiej władzy wciąż są ludzie, którzy „tęsknią” za epoką Gierka. Z czego wynika takie podejście?
– Pierwsza połowa dekady Gierka to wzrost inwestycji, większe otwarcie na Zachód, pojawienie się w sklepach tzw. towarów luksusowych, o których wcześniej ludzie mogli tylko pomarzyć. Gierek zapoczątkował też boom na budownictwo mieszkaniowe. Proszę zwrócić uwagę, że w 1978 r., czyli wówczas, gdy PRL trawił już kryzys gospodarczy, oddano w Polsce największą ilość mieszkań. Co ciekawe, tego rekordu nikt nie pobił do dzisiaj. Nastąpił realny wzrost płac, na większą skalę niż dotychczas pojawiła się też możliwość podróżowania. Przeciętna rodzina w Polsce mogła kupić Fiata 126p, tzw. malucha. To wszystko sprawia, że znaczna część ludzi dobrze zapamiętała ten okres prosperity, ale trzeba też pamiętać, że ceną tego pozornego i chwilowego „dobrobytu” był bardzo poważny kryzys ekonomiczny, który objawił się już w połowie dekady rządów Edwarda Gierka.

Kto powinien sięgnąć po Pana książkę „Zmierzch dekady Gierka Polska południowo-wschodnia 1975-1980”?
– Chyba każdy... Młodsi czytelnicy powinni ją przeczytać choćby po to, żeby na chwilę przenieść się w świat realnego, a czasami wręcz absurdalnego socjalizmu – epoki, która w żaden sposób nie da się porównać ze współczesnością. Natomiast starsi czytelnicy zapewne chętnie przypomną sobie tamte, dawne realia i tak jak ja zanurzą się w lata swojej młodości czy dzieciństwa. Wreszcie książka ta jest jedną z nielicznych publikacji poświęconych tamtej dekadzie, dlatego mam nadzieję, że będzie przydatna również dla historyków.

Dziękuję za rozmowę.
Prezentacja książki odbędzie się dzisiaj o godz. 16.00 w siedzibie oddziału IPN w Rzeszowie, ul. Szopena 23.

Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ierka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 24 wrz 2016, 10:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://mysl-polska.pl/1016

Akcja "Wisła" była koniecznością

Obrazek

Ta książka jest oparta na relacjach polskich uczestników Operacji „Wisła”. Żołnierze WP w niej uczestniczący pochodzili z Wołynia, byli w 27. Dywizji Piechoty AK, potem wstąpili do 1. Armii WP, a po wojnie zostali w wojsku. Nie mają wątpliwości, że decyzja o przesiedleniu Ukraińców była słuszna. Władysław Filar powiedział:
„Jako oficer i profesor, który przez wiele lat był zastępcą szefa Instytutu Badań Strategiczno-Obronnych, a następnie szef Instytutu Dowodzenia Akademii Sztabu Generalnego i członek rad naukowych m.in. w Wojskowym Instytucie Techniki Pancerno-Samochodowej, Instytucie Wojsk Lądowych ASG WP, Instytucie Techniki Wojsk Lotniczych i Instytucie Łączności, mający też za sobą roczną praktykę w 11 Dywizji Piechoty w Żaganiu na stanowisku kwatermistrz – zastępca dowódcy dywizji, za niepoważny uznaję też zarzut, że wojsko zmarnowało szansę rozprawy z wrogą partyzantką zimą z 1946 na 1947 r.
Historycy, którzy lansują takie teorie, piszą, że wystarczyłoby obsadzić wszystkie wsie ukraińskie garnizonami, by odciąć oddziały UPA od zaopatrzenia żywnościowego, a następnie rozpocząć operację oczyszczającą z wykorzystaniem lotnictwa, co miało zapewnić stronie polskiej bezwzględną przewagę. Do operacji takiej trzeba by użyć sił o wiele większych niż przy Akcji „Wisła". Autorzy tej teorii twierdzą, że w każdej wsi wystarczyłoby umieścić po 80 żołnierzy. To bzdura! Jeżeli UPA skoncentrowałaby kilka oddziałów, by w danej wsi zdobyć żywność, to tych 80 żołnierzy długo by nie wytrzymało. W warunkach zimowych, gdy drogi w tamtejszym regionie są praktycznie nieprzejezdne, pomoc z sąsiedniego garnizonu, jeżeli w ogóle by dotarła, to już wiele godzin po walce.
Zwolennicy przekształcenia wsi ukraińskich w garnizony nie odpowiadają, jak rozwiązać problem zakwaterowania żołnierzy i ich wyżywienie, nie wspominając o zaopatrzeniu w amunicję i inne akcesoria wojskowe. Dla jednostek stacjonujących w Bieszczadach zaopatrzenie zimą często nie docierało, więc żołnierze głodowali. Kwaterowali najzwyczajniej w chłopskich chatach. Po jednej stronie spali oni, po drugiej gospodarze. Z wojskowego punktu widzenia było to rozwiązanie fatalne. Nie tylko dlatego, że żołnierzy w biednych ukraińskich chałupach zżerały wszy i świerzb, ale utrzymanie tajemnicy wojskowej w takich warunkach było praktycznie niemożliwe.
OUN-UPA wiedziały nie tylko wszystko o konkretnych oddziałach z nazwiskami żołnierzy i oficerów włącznie. Gdy oddział szykował się do przeprowadzenia jakiejś operacji, to operująca na danym terenie sotnia już była do tego przygotowana i uderzenie trafiało w próżnię. Wszyscy sotenni w swoich wspomnieniach podkreślają, że najważniejszą rzeczą, którą otrzymywano od ludności cywilnej, były informacje. Bez nich UPA nie byłaby w stanie utrzymać się w terenie.

Wracając do zasadniczego wątku naszego rozumowania, chciałbym podkreślić, że sama blokada wsi, która praktycznie i tak była z wojskowego punktu widzenia niemożliwa, nic by nie dała”.

Relacja prof. Władysława Filara

M.A. Koprowski, „Akcja „Wisła” – krwawa wojna z OUN-UPA”, Wyd. Replika, Zakrzewo 2016, ss. 380
Książka dostępna w kiosku Muzeum Niepodległości w Warszawie
Myśl Polska, nr 39-40 (25.09-2.10.2016)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 07 sty 2017, 20:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://prawy.pl/44003-wladze-prl-wobec- ... h-80-tych/

Władze PRL wobec Kościoła katolickiego w latach 80-tych
Jan Bodakowski Opublikowano 7 stycznia 2017

Obrazek

Stałą cechą polityki władz wobec Kościoła katolickiego w okupowanej przez komunistów Polsce była wrogość i represje. Po 1956 komuniści nękali Kościół wykorzystując administracje, aparat fiskalny, kwestie własnościowe. W arsenale antykościelnych działań komunistów było kreowanie konfliktów w Kościele. Po 1956 roku ataki na życie i zdrowie duchownych, czy pozbawianie duchownych wolności, były na szczęście nie tak częste jak w katach 40. i 50 – od końca wojny do 1956 terror komunistyczny wobec kościoła był mniej subtelny i o wiele bardziej krwawy.
W latach 70. oficjalnie relacje władz komunistycznych z Kościołem katolickim uległy polepszeniu. Nie oficjalnie terror był kontynuowany, tylko że w formie działań nieznanych sprawców a nie oficjalnej polityki PRL. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych postała Grupa D której celem działań było prześladowanie duchownych aktywnych religijnie czy politycznie. Warto podkreślić, że komuniści zwalczali też tych duchownych, którzy nie angażowali się w politykę tylko byli sprawnymi ewangelizatorami – celem komunistów było zwalczanie katolicyzmu jako religii a nie tylko jako siły opozycyjnej wobec dyktatury. Na celowniku komunistycznej bezpieki znaleźli się duchowni budujący kościoły, integrujący studentów, organizujący pielgrzymki i wspierający samoorganizacje rolników indywidualnych.
Najbardziej znaną zbrodnią komunistycznej bezpieki było zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki w 1984 roku. Bezczelność komunistycznej dyktatury Jaruzelskiego była tak wielka, że w 1985 roku w czasie procesu zabójców duchownego organy wymiaru „sprawiedliwości” kreowały zabójców na ofiary nienawiści zamordowanego kapłana. Mechanizm szkalowania duchownych w latach 80. realizowany był według stalinowskich wzorców – oprawcy z bezpieki kreowani byli na ofiary, a ofiary kreowane były na przestępców.

W latach 80. PZPR zwalczała odradzająca się wśród Polaków samorządnością, bo nomenklatura PZPR zaczęła obawiać się o swoją pozycje i przywileje, komunistyczny system kastowy był bezpośrednią przyczyną brutalnego ataku komunistów na Solidarność. Kościół katolicki zgodnie z katolicką nauką społeczną wspierał odrodzenie się społeczeństwa obywatelskiego – prymas Wyszyński zaangażował się w doradzanie Solidarności, wskazywał co powinno się zmienić, był dla związkowców ekspertem w dziedzinie katolickiej nauki społecznej. Prymas od komunistycznych władz domagał się, wynikającego z praw naturalnych, prawa do zrzeszania się.
Prymas Wyszyński wielokrotnie tłumaczył, że „trzeba jeszcze ścierpieć” władze komunistyczne „po to by Solidarność ugruntowała swoją pozycje w strukturach społecznych i w nowych przyszłych warunkach stała się nośnikiem niepodległości”.
Silna pozycja Kościoła nie pozwoliła komunistom na tak drastyczną rozprawę z Kościołem jaka miała miejsce z Solidarnością. Komuniści musieli nawet zmienić treść dekretu o stanie wojennym, który w swojej pierwotnej wersji przewidywał w art 35, „że ustrój i obsada stanowisk kościelnych wymagają zgody Urzędy do spraw Wyznań”. Na takie przepisy nie zgodzili się biskupi, których każdego z osobna komuniści poinformowali o wprowadzeniu stanu wojennego.
Zachowani kliki Jaruzelskiego wobec Kościoła w stanie wojennym świadczy, że komuniści byli zbyt słabi by nie liczyć się z Kościołem. W stanie wojennym biskupi mieli swobodę przemieszczania się, (ludowe) Wojsko Polskie biskupom udostępniało swoją sieć telefoniczną. 15 grudnia 1981 komuniści umożliwili Radzie Głównej Episkopatu Polski spotkanie podczas, którego w swoim oficjalnym stanowisku RGEP uznała stan wojenny za „bolesne zerwanie dialogu, zlikwidowanie naturalnych praw Polaków do organizowania się”. RGEP poleciła duchownym udzielnie pomocy internowanym, więzionym i ich rodzinom. Dwa dni po spotkani RGEP prymas powołał Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Na terenie całego kraju duchowni powstawały samorzutnie takie komitetu, które systematycznie były legalizowane przez prymasa. 20 grudnia RGEP potępiła oficjalnie zbrodnie komunistów w kopalni Wujek. Władze komunistyczne zagroziły, że upublicznienie tego stanowiska skutkować będzie dalszymi mordami na protestujących robotnikach. Dokument nie został upubliczniony ale w zamian episkopatowi udało się wymusić na komunistach prawo dostępu kapłanów do osób internowanych. Jaruzelski był niezwykle rozczarowany postawą Kościoła katolickiego i brakiem poparcia episkopatu dla stanu wojennego.
„W latach 1981-1983 biskupi podkreślali, że władze powinny rozpocząć dialog ze społeczeństwem” i cofnąć decyzje z 13 grudnia (w tym pozwolić na legalną działalność Solidarności”). Duchowni wymusili na Lechu Wałęsie by ten nie zgodził się firmować pseudo Solidarności jaką chcieli powołać w stanie wojennym komuniści. Niestety w latach 1981-1983 komunistom skutecznie udało się spacyfikować Solidarność. Jednak w Kościele przetrwało niezależne życie społeczne, rozwijały się duszpasterstwa i walczono o lekcje religii w szkołach.
Komuniści jak tylko mogli to odwlekali przyjazd papieża Polaka do ojczyzny (ożywienie katolicyzmu zagrażało komunistycznej dyktaturze). Zgodzili się na kolejną pielgrzymkę by jakoś podbudować swój wizerunek międzynarodowy skompromitowany stanem wojennym. W 1983 roku pielgrzymka Jana Pawła II wzmocniła morale Polaków i doprowadziła do konfrontacji Kościoła z komunistycznymi władzami.
W 1983 roku na polecenie Moskwy klika Jaruzelskiego z intensyfikowała antyklerykalną politykę. Władze rozpoczęły usuwanie krzyży ze szkół (zawieszonych w okresie legalnej działalności Solidarności). W 1984 roku komuniści odmówili prawnego uznania Kościoła katolickiego w PRL, władze komunistyczne domagały się oficjalnie od Kościoła usunięcia z parafii księży krytykujących władze. W swoich działaniach komuniści straszyli episkopat art 194 kodeksu karnego, który za „nadużywanie wolności sumienia i wyznania (…) przy wykonywaniu obrzędów lub innych funkcji religijnych (…) na szkodę interesów PRL” przewidywał maksymalną karę 10 lat więzienia. Komunistyczny kodek karny przewidywał też w art 195 wyrok maksimum 5 lat dla każdego „kto wprowadzi w błąd uczestników zbiegowiska i zakłóca porządek publiczny” (czym miało być owe zakłócanie porządku publicznego subiektywnie decydowała władza komunistyczna).
W wyniku bankructwa surrealistycznej gospodarki komunistycznej i spadku cen ropy które doprowadziły do katastrofy budżetowej w ZSRR dyktator Związku Radzieckiego Gorbaczow z racji, że ZSRR nie miało środków by kontrolować imperium sowieckie polecił swoim konfidentom stanowiącym władze krajów podporządkowanych do tej pory ZSRR by sami zadbali o swoje interesy. Wymusiło to na klice Jaruzelskiego zgodę na kolejną pielgrzymkę Jana Pawła II i na nawiązanie relacji PRL z Watykanem.
W czasie swej pielgrzymki Jan Paweł II nie dał się komunistom wykorzystać jako narzędzie w ich brudnej polityce. Zdaniem władz komunistycznych podczas swojej pielgrzymki Jan Paweł II wsparł opozycje, Kościół uznał komunizm za dotkliwy ale przejściowy problem, i dla tego odmówił współpracy z komunistami.
W 1987 roku komuniści zdali sobie sprawę, że utrzymanie realnej władzy i korzyści, wymusza na nich liberalizacje systemu. W celu zachowania władzy komuniści zwołali okrągły stół, przy obradach którego obecni byli przedstawiciele kościoła.
W latach 80 prymas Wyszyński nie pozwolił by część opozycji wykorzystała do swoich planów Kościoł. „Część kierownictwa Solidarności (…) dążyła bardziej do przejęcia władzy niż do gruntownej przebudowy ustroju, i potrzebowała Kościoła jako narzędzia”. Kler parafialny z większym entuzjazmem ale mniej odpowiedzialnie żyrował działania części władz Solidarności.
Więcej o stosunku komunistów do Kościoła katolickiego można przeczytać w artykułach naukowych Jana Żaryna „Władze państwowe PRL wobec Kościoła katolickiego w latach osiemdziesiątych XX wieku” i Zygmunta Zielińskiego „Kościół katolicki lat osiemdziesiątych XX wieku w Polsce – mediator czy zakładnik?” zamieszczonych w publikacji „Władze wobec Kościołów i związków wyznaniowych na Środkowym Nadodrzu w latach 1980–1989”. W artykułach innych autorów zamieszczonych w publikacji można znaleźć informacje o relacjach między władzami, Kościołem i „Solidarnością” na Ziemi Lubuskiej, postawach duchowieństwa po wprowadzeniu stanu wojennego, metody pracy operacyjnej komunistycznego aparatu bezpieczeństwa wobec opozycyjnie nastawionych księży, zmianach w zakresie opodatkowania i ubezpieczeń społecznych Kościołów, stosunku władz do ruchu pielgrzymkowego czy do Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego.

Jan Bodakowski

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 15 sty 2017, 13:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/7-marca-1953-roku- ... ogrodzkie/

7 marca 1953 roku, ukazał się dekret o o przemianowaniu miasta Katowice na miasto Stalinogród i województwa katowickiego na województwo stalinogrodzkie
7 marca 2016 00:00

Obrazek

DEKRET

z dnia 7 marca 1953 r.

o przemianowaniu miasta Katowice na miasto STALINOGRÓD i województwa katowickiego na województwo STALINOGRODZKIE.

Zgodnie z uchwałą Rady Państwa i Rady Ministrów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z dnia 7 marca 1953 roku o uczczeniu pamięci JÓZEFA STALINA, stanowi się, co następuje:

Art. 1. Miasto Katowice przemianowuje się na miasto STALINOGRÓD, a województwo katowickie na województwo STALINOGRODZKIE.

Art. 2. Dekret wchodzi w życie z dniem 9 marca 1953 r.

Przewodniczący Rady Państwa
Aleksander Zawadzki

Sekretarz Rady Państwa

Marian Rybicki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 17 sty 2017, 11:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/03/0 ... a-smierci/

PRL nie był aż tak zdegenerowany, by czcić banderowców. Było to państwo zniewolone, ale nie aż tak, jak dzisiejsza Polska, która po szyję zanurzona jest bagnie satanizmu.

Kopia artykułu:

Ostatnia kara śmierci
Posted by Marucha w dniu 2016-03-07 (poniedziałek)

Jan Masłowski był skromnym krawcem. Pewnie przez wiele lat wiódłby spokojne życie, gdyby nie przypadkowa wizyta pewnej kobiety, która rozpoznała w nim kata Szczepiatyna i Tarnoszyna z okresu II wojny światowej.
Pani Maria Z. była w odwiedzinach u córki w Rakłowicach, niewielkiej miejscowości pod Wrocławiem. Miała już wykupiony bilet na wieczorny pociąg do Zamościa.
– Babciu. Czy nie dałabyś rady skrócić mi dżinsy i wszyć zamek? – spytał ją rano wnuczek.
Wnukowi nie miała serca odmówić. U siebie, na wsi, usiadłaby przy maszynie i szybko rozwiązała kłopot. Tu, u córki, musiała pójść do krawca. Znalazła go. Mieszkał kilkaset metrów dalej.
– Córciu! To on, morderca naszych kuzynów, kat naszej wioski – kilkanaście minut później, roztrzęsiona pani Maria relacjonowała córce spotkanie.
– Mamo. To niemożliwe. Pan Janek mieszka u nas od lat. Ma czworo dorosłych dzieci, wszyscy go tu znają i szanują. Był nawet naszym sołtysem, prezesem spółdzielni. To nie może być on – powątpiewała córka.
Pani Maria przez wiele lat nosiła w pamięci obraz jego twarzy. Zapamiętała lekko pochyloną sylwetkę, specyficzną gestykulację oraz charakterystyczny, ochrypły głos.
– Ludzie po 30 latach zmieniają się, ale ja wciąż mam w uszach ten jego głos – przekonywała córkę.
Po powrocie w rodzinne strony nie minęły wątpliwości. Podzieliła się nimi z mieszkańcami wioski. Był rok 1976.
Informacja dotarła do służby bezpieczeństwa. Podpułkownik Tadeusz Portko, szef zamojskiej SB sprawę potraktował poważnie. Powiadomił kogo trzeba. 18 listopada 1976 r. Włodzimierz Lewandowski, wiceszef Prokuratury Wojewódzkiej w Zamościu polecił wszcząć śledztwo w tej sprawie. Dwa tygodnie później, 3 grudnia, o godzinie 15.05 Jan Masłowski został zatrzymany. Był zaskoczony. Przekonywał rodzinę, że pomyłka szybko się wyjaśni, a on wróci do domu.

Brat, nie strielaj!
Jan Masłowski (rocznik 1911) do wybuchu II wojny światowej miał obywatelstwo polskie. Pracował w Urzędzie Celnym w Śniatynie. We wrześniu 1939 r. powrócił do rodzinnego Lwowa. Początkowo najmował się dorywczo jako robotnik, potem zajął się krawiectwem. Po wkroczeniu Niemców do Lwowa wyrobił sobie dowód tożsamości tzw. ausweiss na nazwisko Iwan Maslij. Wstąpił do Ukraińskiej Policji Pomocniczej (Ukrainsche Hilfspolizei), która ściśle współpracowała z gestapo.
Początkowo Masłowski vel Maslij pracował na posterunku w Cieszanowie koło Lubaczowa.
– Bezwzględny i surowy. Do bicia używał metalowej pałki z kolcami. Wyjątkowo nienawidził Polaków i Żydów – charakteryzowali śledczym jego sylwetkę mieszkańcy Niemstowa.
Opowiadali jak Maslij jednemu z mieszkańców wioski chciał uciąć rękę siekierą, bo ten nie pozwolił odebrać sobie roweru. Wspominali jak pobił Karolinę Z. i jej ojca za to, że opóźniali się z dostawami kontyngentów dla okupanta. Kobieta nie mogła chodzić przez dwa tygodnie. Jej ojciec stracił na zawsze słuch. Być może Maslij zakatowałby ich na miejscu, gdyby nie interwencja przejeżdżających obok żołnierzy niemieckich [sic! – admin].
Wiosną 1942 r. Maslij przeniesiony został na posterunek policji ukraińskiej w Szczepiatynie. W tym czasie Ukraińcy z miejscowego posterunku zorganizowali obławę na żołnierzy Armii Czerwonej. Po ucieczce z obozu ukrywali się u tutejszych chłopów. Niektórym udało się wydostać z pierścienia. Pięciu żołnierzy wpadło w ręce Ukraińców. Maslij powiązał ich drutem i poprowadził na posterunek.
– Brat, nie strielaj! – prosił jeden z nich. Maslij odbezpieczył broń i zastrzelił go na oczach mieszkańców wioski. Reszta zatrzymanych także została rozstrzelana.
– To był bandyta, gorszy od gestapowców. Widziałam jak maju 1942 r. torturował jakiegoś człowieka. Potem wyprowadził go na podwórze. Kazał mu uciekać. Wtikaj, wtikaj – powtarzał. Ten pewnie uwierzył, że odzyska wolność. Zdołał zrobić kilkanaście kroków. Maslij strzelił mu w plecy. Zabił go – relacjonowała w śledztwie mieszkanka Szczepiatyna.
W podobny sposób Jan Masłowski vel Iwan Maslij zamordował dwóch nieznanych mężczyzn w maju 1942 r., a potem we wrześniu 1943 r. Uczestniczył też w zabójstwie ukrywających się przed okupantem Jana, Stefana i Antoniego K. Mężczyźni wpadli 10 maja 1943 r., podczas zasadzki urządzonej przez ukraińskich policjantów na drodze z Korczowa do Uhnowa.
Kolejnego mordu dopuścił się w listopadzie 1943 r. w Dyniskach. Po pijanemu zastrzelił Leona W. Świadkiem zabójstwa był jego brat, Andrzej W.
– Gdy zobaczył moją reakcję na śmierć brata, zaczął mnie okładać kolbą i grozić, że zrobi ze mną to samo – odtwarzał tragiczne wydarzenia mężczyzna.

Całun śmierci
17 marca w Tarnoszynie i okolicach było niespokojnie. Polacy spodziewali się ataku. Do wsi docierały informacje, że UPA będzie kontynuować ofensywę, aby opanować teren pomiędzy Bugiem a Huczwą. Niektórzy życzliwi Polakom Ukraińcy szeptali: „Uciekajcie, bo dzisiaj w nocy będzie niedobrze”.
W nocy Tarnoszyn oraz okoliczne wsie: Dyniska, Ulhówek i Żabcze zostały zaatakowane przez sotnię UPA „Jahody” (Iwana Sycz-Sajenki) oraz policję ukraińską. Miejscowe placówki samoobrony AK, złożone z dwóch plutonów, nie miały większych szans. Udało się ewakuować jednak część ludności polskiej. We wsi wymordowano jednak 84 mieszkańców, tych, którzy nie zdążyli uciec. Ich zabudowania spalono. W akcji uczestniczył także Maslij, wówczas już komendant posterunku w Szczepiatynie.
– Na drugi dzień Maslij chodził po wsi i wyraźnie cieszył się na widok pomordowanych. Słyszałam jak kilkakrotnie zadowolony powtarzał po ukraińsku: „Narobiliśmy mięsa, ale narobiliśmy mięsa” – relacjonowała Zofia R., której udało się przeżyć akcję.
Rzeź przeżył także Antoni R. Tej nocy zginęła jednak jego żona. Osierociła 6 dzieci w wieku od 6 miesięcy do 12 lat.
– Udałem się do sołtysa – Ukraińca, po zaświadczenie, że żona nie żyje oraz że cały mój majątek uległ spaleniu. Siedział u niego Maslij. Kiedy usłyszał po co przyszedłem zdjął karabin, wymierzył w moją stronę i krzykną: „K… twoja mać, ja ci dam poświstku”. Uciekłem. Sto razy wolałbym mieć do czynienia z Niemcami, niż z tymi policjantami ze Szczepiatyna – zeznał Antoni R.
Po pogromie, w okolicznych wioskach zostało niewielu Polaków. W obawie o życie uciekli do rodzin mieszkających w głębi Zamojszczyzny. Na miejscu zostali tylko starsi.
– Nic gorszego stać się już nie może. Uciekać w nieznane? Zostawić ojcowiznę? Tu się urodziłem, tu umrę – mówili.
Dziesięć dni po pogromie Polaków, ukraińscy nacjonaliści postanowili definitywnie rozprawić się z pozostałymi Polakami. Przyprowadzili ich do sołtysa. Na podwórku dokonali selekcji. Nielicznych zwolnili, resztę – 18 osób wyprowadzili w pole i rozstrzelali. Był wśród nich szewc G. z 13-letnim synem. Kilka dni wcześniej Maslij namawiał go, aby nie uciekał z wioski, gdyż będzie im potrzebny. G. szył dla policjantów skórzane raportówki, łatał buty i ubrania.

Zasady humanitaryzmu
Masłowski vel Maslij zasiadł na ławie oskarżonych wiosną 1978 r. Prokurator oskarżył go o to, że od wiosny 1942 r. do 28 sierpnia 1944 r. w Szczepiatynie, Dyniskach, Tarnoszynie, Niemstowie, Korczowie, jako funkcjonariusz posterunku policji ukraińskiej brał udział w mordach na ludności cywilnej i jeńcach wojennych. Postawiono mu łącznie osiem zarzutów.
– Ten ostatni po wojnie proces zbrodniarza wojennego cieszył się ogromnym zainteresowaniem mediów, prawników, publiczności – wspominają dziś zamojscy sędziowie, którzy wówczas zaczynali kariery sędziowskie.
W takcie procesu krawiec z Rakłowic nie przyznawał się do zarzutów. Twierdził, że zawsze był i czuł się Polakiem. Argumentował, że całą wojnę spędził we Lwowie, a do Polski wrócił już po wojnie. Wielokrotnie powtarzał, że nie jest tym człowiekiem, o którym opowiadają świadkowie. A tych przed sądem zeznawało kilkudziesięciu. Wielu przyjechało na rozprawę z Rosji i Ukrainy. Część, w drodze pomocy prawnej, przesłuchiwały sądy ukraińskie.
Większość świadków nie miała wątpliwości, że ten postarzały mężczyzna, siedzący na ławie oskarżonych jest ich katem z lat wojny. Tak jak pani Maria, rozpoznali go po charakterystycznym głosie.
Masłowskiego vel Maslija pogrążyła nawet własna żona. – Kiedy pytałam męża o czasy okupacji, wpadł w ogromną złość. Potem przestałam pytać. Cieszyłam się, że dzieci mają ojca – zeznała na rozprawie.
Masłowski podczas procesu różnie reagował na zeznania świadków. Przeważnie milczał. Załamał się, gdy na salę sądową, jako świadek wkroczył Mikołaj K., były policjant ukraiński, który razem z nim pracował na posterunku w Szczepiatynie. Na jego widok Maslij zaczął drżeć i płakać. Potem beznamiętnie, przez kilkadziesiąt minut wpatrywał się w jego sylwetkę. W celi usiłował popełnić samobójstwo.
W południe, 27 października 1978 r. sąd ogłosił wyrok – kara śmierci. Pozbawił go praw publicznych i orzekł konfiskatę mienia w całości.
– Oskarżony działał z całą świadomością i okrucieństwem. Naigrywał się ze swoich ofiar, zachęcał do ucieczki, a następnie zabijał je strzałem w tył głowy. Nikomu nie dał żadnych szans. Okupantowi wysługiwał się z całą gorliwością – przypomniał w uzasadnieniu wyroku sąd podkreślając, że w trakcie procesu nie wykazał on żadnej skruchy.
– Wobec ogromu zbrodni i bestialstw popełnionych wobec Polaków, nie może być okolicznością łagodzącą fakt, że oskarżony przez 33 lata uniknął odpowiedzialności, żył na terenie PRL pod swoim nazwiskiem Jan Masłowski i przez ten czas nie popadł w konflikt z prawem – uzasadniał sąd.
Maslij nie pogodził się z wyrokiem. W styczniu 1979 r. zwrócił się do Sądu Najwyższego w Warszawie o jego uchylenie. „Trudno przyjąć, aby po tylu latach od zakończenia wojny, można było w sposób bezbłędny, z całą pewnością rozpoznać człowieka, tym bardziej, że świadkowie mieli z nim małą styczność. Unikali go, bali się go, bo spotkanie z nim nie wróżyło nic dobrego” – pisał w rewizji jego adwokat.
Sześć miesięcy później, Sąd Najwyższy odrzucił rewizję. Krawiec z Rakłowic próbował ratować się, pisząc do Rady Państwa o ułaskawienie.
„Przedmiotowy wniosek uzasadniam jedynie z punktu widzenia zasad humanitaryzmu” – nie silił się już na argumenty adwokat.
Rada Państwa także nie skorzystała ze swoich uprawnień. Nie zamieniła kary śmierci na 25 lat więzienia.
9 sierpnia 1979 r. Sąd Wojewódzki w Zamościu ustalił datę wykonania kary śmierci na 20 sierpnia 1979 r. Wyegzekwowaniem wyroku zajęła się specjalna grupa katów z Aresztu Śledczego Warszawa – Mokotów. Wyrok wykonano. Jeszcze tego samego dnia szczątki kata Tarnoszyna spoczęły na jednym z warszawskich cmentarzy komunalnych.
To była ostatnia kara śmierci zasądzona i wykonana przez zamojski sąd.

http://www.roztocze.net/newsroom.php/18 ... tnia_kara_śmierci_.html



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 22 sty 2017, 20:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/03/1 ... swiatowej/

Metody śledcze UB, sądy, wyroki. Polska rzeczywistość po II wojnie światowej.
Posted by Marucha w dniu 2016-03-13 (niedziela)

1 marca obchodziliśmy „Dzień Żołnierzy Wyklętych”. To dobry moment, by przybliżyć w jaki sposób władze PRL traktowały polskich bohaterów i zasłużonych w walce o niepodległość patriotów.
Wydawać by się mogło, że XX w. po zakończeniu dwóch światowych konfliktów zbrojnych nie może przynieść już nic gorszego, że może być już tylko lepiej, że po latach niewoli i walki o niepodległość, która pochłonęła całe pokolenia, nastanie wreszcie spokój. Niestety okazało się inaczej. Manifest PKWN, marionetkowy rząd lubelski, proces szesnastu czy traktowanie żołnierzy Armii Krajowej, szybko ujawniły, że prawdziwa wolność jeszcze długo nie nadejdzie.
Lata 1944 – 1956, nazywane okresem stalinowskim zapisały się jako jeden z najmroczniejszych rozdziałów w historii Polski. Władza inwigilowała obywateli na każdym kroku. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, któremu podlegały wojewódzkie, powiatowe i miejskie urzędy bezpieczeństwa siały postrach, a funkcjonariusze UB i ich agenci byli wszędzie. Nocne aresztowania przypominające raczej porwania niż działanie służb państwowych, bezprawne i brutalne przesłuchania, wymuszanie zeznań torturami były na porządku dziennym.
W tryby tej okrutnej machiny można było trafić pod najbardziej błahymi i absurdalnymi zarzutami, m.in. za słuchanie zagranicznych audycji radiowych i ich komentowanie, krytykowanie władzy i ustroju komunistycznego, współpracy ze Związkiem Radzieckim oraz kolektywizacji wsi; ścigano osoby które komentowały sytuację gospodarczą w kraju czy chociażby żartowały z władzy. Zakazane było upamiętnianie ważnych dla Polaków rocznic i świąt.
Najbardziej zagrożeni byli ci, którzy podczas wojny zasłużyli się w walce o wolność, zwłaszcza członkowie Armii Krajowej, armii Andersa, osoby działające w konspiracji i ci którzy po wojnie postanowili nie składać broni, by walczyć dalej z nowym najeźdźcą. Wszyscy oni byli opluwani i szkalowani przez nową władzę.
Deprecjonowano nawet najbardziej bohaterskie dokonania w walce podczas wojny, przedstawiając wszystkich jako zdrajców, faszystów, „zaplute karły reakcji” i pod takimi zarzutami dokonywano aresztowań. Do więzienia można było trafić za znajomość z kimś, kto działał w podziemiu, nawet, jeśli była to znajomość odległa.
Nie można więc powiedzieć, że Polska w maju 1945 r. odzyskała wolność. Znalazła się pod okupacją sowiecką niesioną pod płaszczem haseł wyzwolenia kraju. Ci, którzy czynnie walczyli o wolność i działali w konspiracji, szybko zorientowali się w sytuacji i to oni jako pierwsi znaleźli się na celowniku służb bezpieczeństwa. Dla nich zakończenie II wojny światowej nie oznaczało wolności. Znów rozpoczęły się aresztowania, poniżanie, absurdalne wieloletnie wyroki więzienia lub jeszcze bardziej absurdalne wyroki śmierci.
Działo się to na oczach innych państw, które zachłyśnięte euforią wielkiego zwycięstwa zignorowały najpierw niepokojące sygnały, a później pierwsze oznaki opanowywania Polski przez aparat represji i służby w pełni podległe Związkowi Radzieckiemu. Zakończyła się światowa wojna, a w Polsce pojawił się nowy agresor stosujący te same metody, jakie stosował okupant niemiecki: masowe aresztowania, odpowiedzialność zbiorowa, tortury, wymuszanie zeznań, bezprawne wyroki i tajne egzekucje[1].
Komuniści rozbudowali w Polsce sieć więzień karno-śledczych, wśród których do najcięższych należały Mokotów, Wronki, Rawicz, Fordon i Inowrocław. Krótko po wojnie było już 19 wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa, 289 placówek powiatowych oraz 179 więzień i aresztów resortu bezpieczeństwa publicznego. Dodatkowo swoje siedziby posiadały GZI, NKWD czy NKGB[2]. W każdym z tych miejsc katowano i zabijano Polaków podejrzewanych o niechęć do systemu komunistycznego[3].
Droga przez mękę aresztowanego rozpoczynała się w aresztach śledczych Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego, gdy nagle, oderwany od domu, pracy i codziennych spraw trafiał do malutkiej celi. Pierwszą metodą śledczą, stosowaną przez funkcjonariuszy UB była dezinformacja i całkowity brak wiadomości o przyczynie zatrzymania. O tym fakcie nikt też nie informował nawet najbliższej rodziny, człowiek po prostu znikał za murami Urzędu Bezpieczeństwa[4].
Podejrzany trafiał do celi o wymiarach 2,2 na 4,5 m., którą dzielił nawet z ośmioma osobami. Przeważnie było jedno okno z grubymi kratami osłonięte od zewnątrz dodatkowo jeszcze tzw. blindą, czyli kawałkiem blachy sięgającym od parapetu do szczytu, tak że pozostawała tylko niewielka szpara, zapewniająca minimalny dopływ świeżego powietrza i światła, ale uniemożliwiająca zobaczenie czegokolwiek na zewnątrz. Nie było łóżek. Zastępowały je worki z niewielką ilością startej na sieczkę słomy, na dodatek nie zawsze ich liczba pokrywała się z ilością więźniów:
„Sienniki, to wielkie słowo – były to jutowe, poprzecierane wory z garstką startej na sieczkę słomy(…) Mieliśmy 5 sienników na 8 ludzi. Układaliśmy je w poprzek celi, a spaliśmy wzdłuż głowami do siebie. Tylko w ten sposób 4 chłopów mogło się zmieścić na dwóch i pół siennika”[5].
Poduszek nie było i nie można ich było niczym zastąpić, bo ubranie i buty po wieczornym apelu wystawiano przed drzwi. Wyposażenie celi uzupełniał jeszcze stojący w rogu przy drzwiach niczym nie osłonięty sedes[6]. Dzień rozpoczynał się o 5 rano. Składano w kostkę sienniki, myto się w sedesie, ustawiano się boso i w bieliźnie na baczność pod ścianą i czekano na poranny apel. Po sprawdzeniu przez oddziałowego stanu osobowego pozwalano się ubrać.
O 6:00 było śniadanie, na które składał się kubek czarnej zbożowej kawy i pół bochenka czarnego, półsurowego chleba. Wyżywienie w ciągu dnia uzupełniał obiad w postaci litra śmierdzącej wodnistej zupy z jarzynowego suszu, jeszcze z poniemieckich magazynów wojskowych. W zupie często pływały rozgotowane robaki, które zalęgły się w sproszkowanych warzywach. Całość kraszono olejem lub rozgotowanymi dorszami (razem z głowami i wnętrznościami)[7]. Na kolację podawano tą samą zupę i chleb (jeśli ktoś nie zjadł całej porannej porcji). W takich warunkach zatrzymany spędzał kilka dni, a nawet miesięcy zanim w ogóle wezwano go na przesłuchanie i dowiedział się za co trafił do aresztu[8]. Dopiero wtedy rozpoczynała się prawdziwa gehenna więźnia.
Podstawowa strategia śledczych UB polegała na wymuszaniu przyznania się do winy i złożenia obciążających zeznań, bez względu na wszystko i stosując do osiągnięcia tego celu wszelkie możliwe sposoby, które przede wszystkim sprowadzały się do najbardziej wyszukanych tortur. A śledczy w tym względzie dysponowali niemal nieograniczoną paletą możliwości.
Przesłuchanie trwało 7-15 godzin. Przez cały ten czas podejrzany był wyzywany, lżony i poniżany. Jeśli przesłuchiwany nie składał zeznań zgodnych z założeniem oficera śledczego, to systematycznie był bity i kopany po całym ciele:
„(…) chwycił mnie za włosy, poderwał z taboretu i cisnął na podłogę. Rozpętało się prawdziwe piekło. Wszyscy trzej zaczęli mnie kopać gdzie popadło, jak piłka przelatywałem spod jednej ściany pod drugą. zwinięty w kłębek osłaniałem rękami twarz i oczy. Po jakimś czasie w ogóle przestałem cokolwiek czuć. Straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem leżałem pod ścianą(…)”[9];
„Bili wszelkimi sposobami. Po upadku na ziemię nawet dziur mi narobili. Twarz mi tak spuchła, że na oczy nie widziałem. Bili, żeby zabić. Od tego katowania tyłek mi pękł, krew broczyła(…)”[10] .
Narzędziem chętnie wykorzystywanym podczas śledztwa był metalowy pręt lub pałka, którą uderzano z całej siły w pięty. Używano także linijki, bijąc nią więźnia po karku, obojczyku i rękach. Poza tym przypalano palce stóp czy wieszano głową w dół i podtapiano:
„Tłukli we mnie jak w bęben, najczęściej metalowym prętem w pięty. To był straszny ból, myślałem, że zwariuję. Mieli też inną nie mniej ciekawą metodę. Wkładali mi papier pomiędzy palce u nóg i podpalali. Wieszali też na kiju głową w dół. W takiej sytuacji łapczywie się oddycha. Więc wlewali mi do nosa wodę z octem. To była straszna męczarnia. Dość szybko po tym wszystkim gardłem, uszami i nosem ciekła mi krew(…)”[11];
„Po paru dniach ciało na ręce i karku zsiniało, jeszcze później zzieleniało. Każde uderzenie linijką sprawiało niewymowny ból. Jeszcze gorzej odczuwałem stukanie w głowę. Czułem, jak by wbijano mi igły i niesamowity, wibrujący przez całe ciało ból”[12].
Wymuszaniu zeznań służyły również proste ćwiczenia fizyczne, które jednak wykonywane w nienaturalnie dużych ilościach również stawały się torturą. Mowa tu o przysiadach. Kazano je robić całymi godzinami, bez przerwy. Kilkutysięczne powtórzenie tego ćwiczenia całkowicie wyczerpywało fizycznie więźnia, powodowało nieopisany ból, a nogi odmawiały posłuszeństwa, przy tym każda próba zrobienia sobie chwili przerwy lub nawet zachwianie równowagi kończyło się serią uderzeń i kopniaków:
„Upadałem bez snu ze zmęczenia. Wylewali na mnie wiadro wody. Za chwilę znów kilka ciosów w twarz albo kopniaków w brzuch i od nowa przesłuchanie(…) Zrobiłem tych przysiadów z kilka tysięcy(…)”[13].
Bardzo rozpowszechniona była metoda odwróconego stołka, która polegała na usadawianiu nagiego lub będącego w samej bieliźnie więźnia na nodze odwróconego stołka. Co chwilę podbijano mu nogi lub chwytano za stopy i okręcano[14]. Podobnie działała metoda haka. Przesłuchiwanemu związywano nogi i ręce, a następnie kładąc skrępowane nogi na taborecie sadzano go w taki sposób, że cały ciężar ciała spoczywał na wystającym ze ściany haku:
„(…)cóż to była za tortura. Cały ciężar ciała spoczywał na centymetrowej grubości wbitego w ścianę i zgiętego – w pewnej odległości i pod kątem prostym – żelaznego haka. W dodatku sadzają Cię tak, żebyś opierał się na kości ogonowej. Nawet niewielkie poruszenie powoduje, że hak wbija się w odbytnice. Ile razy ja przy tej operacji mdlałem…”[15].
Jeśli więzień mimo wszystko nie podpisywał obciążających zeznań poddawano go tzw. stójce. Ofiara w osobnej celi stała wyprostowana nago całą noc na betonowej podłodze, przy otwartym oknie, również zimą podczas mrozu. Strażnik co kilka minut zaglądał przez judasza i jeśli zauważył, że stójkowicz zrobił sobie przerwę lub zemdlał, to wpadał do środka zlewał go kubłem wody i biciem oraz kopniakami stawiał z powrotem na nogi. Rano dalsze przesłuchanie i znów powrót do stójki. Czasem trwało to kilka tygodni:
„(…) Chodziło o to, żeby stójkowicz nie miał możliwości odpocząć lub, broń Boże, się przespać. Po kilku takich dniach i nocach najmocniejszy padał z nóg(…). Padał nagi na beton, ale też długo nie poleżał(…). Wylewano na niego wiadro zimnej wody i siłą stawiano na nogi”[16] .
Inną metodą wymuszania zeznań było zamykanie w karcerze, czyli w pomieszczeniu z betonową podłogą bez okien i żadnego wyposażenia, o takich wymiarach, że osoba w nim przetrzymywana nie mogła się ani położyć ani wyprostować. Otwór wentylacyjny zamykano latem, a otwierano zimą. Więzień przebywał tam nago, często po kostki w wodzie, we własnych odchodach i w całkowitych ciemnościach, nawet kilka tygodni[17]. Wstrząsający obraz karceru przedstawia Ludwik Slaski w „Latach wykreślonych z życia”:
„Przed umieszczeniem tam delikwenta otwierano zawór w rurze z fekaliami i wpuszczano je na betonową posadzkę do wysokości 3-5 cm. Jedyne okienko zamykano blaszaną szczelną okiennicą(…) w przybytku tym przebywałem okrągłe sto godzin bez jedzenia i picia, z krótkimi przerwami, w czasie których żądano ode mnie , bym się przyznał do nie popełnionych przestępstw. Był to okres kilkunastostopniowych mrozów , w piwnicy panował nie tylko smród, lecz i ziąb”[18].
Stosowano też system nękających przesłuchań, które uniemożliwiały sen i jedzenie. Gdy więzień odebrał swoją porcję posiłku zabierano go na przesłuchanie. Gdy wracał posiłek zdążył już wystygnąć, a ponieważ składał się z opisanych wcześniej składników, zimny był niemal niemożliwy do przełknięcia. Gdy przyszła pora następnego posiłku sytuacja się powtarzała. Nocą strażnik co kilka minut zaglądał do celi. Za każdym razem, gdy przesłuchiwany zaczynał zapadać w sen wyciągano go na przesłuchanie, zadając wciąż te same pytania:
„I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Pod koniec tej fazy nękającego śledztwa padałem z wyczerpania. Brak snu i permanentne niedojadanie pozbawiły mnie zupełnie sił. Wychudłem jak szkielet”[19].
Oprócz opisanych wyżej tortur by wymusić zeznania, stosowano także: wyrywanie paznokci oraz włosów z głowy czy z brody, miażdżono jądra w szufladach biurek i rażono prądem[20]. Zakładano maskę gazową na twarz i zatykano ją uniemożliwiając oddychanie, przypalano świeczką pięty, wieszano na wieszaku za skute z tyłu ręce, wieszano głową w dół między biurkami na pręcie przeciągniętym pod kolanami i łokciami. Miażdżono palce przytrzaskując je drzwiami lub szufladą[21]. Stosowano także szantaż, grożąc aresztowaniem i potraktowaniem w taki sam sposób np. całej rodziny. I wtedy nie były to czcze pogróżki. UB miało niemal nieograniczoną władzę.
Trzeba też zaznaczyć, że wszystkich opisanych wyżej metod używano również wobec kobiet, dla których nie było taryfy ulgowej ze względu na płeć. Dodatkowo bardzo często dochodziło do wielokrotnych gwałtów. Powodowano poronienia bijąc kobiety w ciąży po brzuchu[22].
Po całej serii takich przesłuchań więzień wracał, a raczej był wrzucany nieprzytomny do swojej celi, bez paznokci, cały siny, z odbitymi nerkami, połamanymi rękami i nogami, ze zmiażdżonymi członkami. Nie było lekarza więc mógł liczyć tylko na pomoc współwięźniów:
„Dwóch funkcjonariuszy wwlekło go do celi za nogi. Z ust mocno broczyła mu krew. Całą twarz miał zbroczoną krwią. Również krwią poplamione było jego ubranie. Gdy oglądałem jego ciało do pasa, to widziałem zasiniony prawy bok. Z ucha też sączyła się krew (…) Po kilku godzinach odzyskał przytomność lecz nie mógł mówić, bo miał wybite zęby i opuchniętą twarz (…) Przebywał w mojej celi przez około trzy dni. W tym czasie nie był leczony. Nie mógł nic jeść. Po tych trzech dniach został zabrany na kolejne przesłuchanie (…)”[23].
Wiele osób nie doczekało nawet rozprawy i nigdy nie wróciło z przesłuchania. Po tym jak wyprowadzono ich z celi na przesłuchanie, wszelki słuch po nich zaginął. Było jasne, że funkcjonariusze UB dopuszczali się często po prostu zabójstw podczas śledztw, co potwierdza również fakt, że do dziś na terenach dawnych siedzib PUBP[24] znajdowane są szczątki zakopanych tam ludzi [25].
Oczywiście takie traktowanie i metody nie wszyscy wytrzymywali. Wielu, co zrozumiałe, załamywało się i przyznawało do najbardziej absurdalnych zarzutów, podpisując wszystko, co podsuwali im śledczy. Niezależnie od tego czy ktoś się przyznał czy nie, sprawa i tak była już z góry przesądzona, pozostawała już tylko kwestia wymiaru kary. Tylko temu celowi służył następny etap, czyli sąd, który więźniowie nazywali „kiblowym”, ze względu na fakt, iż rozprawy nie odbywał się na sali rozpraw, ale w zwykłej celi, gdzie oskarżony siedział na „kiblu”, wiadrze lub w najlepszym wypadku na stołku. Sędzia odczytywał akt oskarżenia, będący zbiorem zeznań wymuszonych podczas brutalnych przesłuchań. Podsądni wielokrotnie odwoływali swoje zeznania tłumacząc, że były one na nich wymuszone torturami. W takich wypadkach sędzia zarządzał przerwę podczas której funkcjonariusze UB uczestniczący w rozprawie bili oskarżonego tak, by nie było to widoczne na twarzy, ale by ten nie miał już siły ani odwagi odwoływać zeznań[26].
Trzeba zaznaczyć, że do całej zbrodniczej stalinowskiej machiny państwowej zaliczali się również sędziowie i w takich procesach raczej nie zdarzały się uniewinnienia. Tylko w latach 1944-1955 trybunały wojskowe wydały ok. 5 tys. wyroków śmierci oraz doprowadziły do skazania na wieloletnie więzienie tysiące Polaków niegodzących się z władzą komunistyczną. Miało to służyć izolacji i fizycznej eliminacji wszelkich wrogów systemu[27].
Po otrzymaniu wyroku skazani, bez względu na wymiar kary trafiali do jednego z kilku więzień: Mokotów, Wronki, Rawicz, Fordon i Inowrocław. Tam zamykano ich w celach o warunkach bardzo zbliżonych do wcześniejszych aresztów śledczych, z tym że teraz współwięźniami byli także zwykli kryminaliści oraz zdrajcy i kaci z czasów okupacji niemieckiej, co dla osób działających w organizacjach niepodległościowych i w konspiracji stanowiło dodatkowe upokorzenie.
Cele były różnej wielkości i przebywało w nich od 5-180(Mokotów) osób. Obraz „ogólniaka” na Mokotowie przedstawia Stanisław Krupa:
„Trafiłem do 29 celi na pierwszym piętrze, jedynej tak dużej celi na Mokotowie. Dawniej znajdowało się tu 29 łóżek, ale po tych łóżkach nie było już ani śladu. Zastąpiły je jutowe, ze startą na sieczkę słomą, sienniki. Upchnęli tu ok. 180 ludzi. W dzień młyn(…) W nocy nieopisany tłok. Spaliśmy jeden przy drugim, jak sardynki upchane w puszce(…)”[28].
W więzieniu nadal trwało maltretowanie osadzonych. Na porządku dziennym były pobicia, karcery, pozorowane egzekucje. Ponadto niedożywienie i brak opieki lekarskiej też robiło swoje. Według relacji osadzonych w więzieniu w Rawiczu, w 1949 r. wywożono kilkunastu zmarłych tygodniowo[29], a niektórzy w takich warunkach spędzali nawet po kilkanaście lat. Wszystko to miało jeden konkretny cel – wyniszczyć i dobić przeciwników władzy ludowej.
Więźniowie z długoletnimi wyrokami przebywali w tych samych celach co skazani na karę śmierci. Niektórzy czekali na jej wykonanie kilka miesięcy, a czasem nawet lat. Nikt nie informował skazanego o tym, że jego wyrok w drodze amnestii lub ułaskawienia został zamieniony na karę więzienia. Do celi w każdej chwili mógł wejść strażnik z poleceniem doprowadzenia skazańca na wykonanie wyroku, a działo się to każdego dnia. Można sobie tylko wyobrażać w jakim stanie nerwowym były osoby z kaesem:
„(…)ci którzy mieli karę śmierci – a w niektórych celach było takich po kilkunastu – drżeli z nerwów: czyja dzisiaj kolej…”[30].
Wyroki wykonywano nocą w specjalnych pomieszczeniach, przeważnie tzw. „strzałem katyńskim”, czyli w tył głowy. W taki sposób zginął np. mjr Łupaszka czy gen. August Emil Fieldorf „Nil”. Wyrok wykonywano także przez powieszenie lub rozstrzelanie. Nie było przy tym księdza, prokuratora ani naczelnika[31].
Nie mniej bulwersujący był sposób postępowania z ciałami zamordowanych więźniów. Grzebano je nocą nago, bez trumny, w bezimiennych grobach w lasach, na polach, w dołach kloacznych, torfowiskach, stawach, rzekach czy na wysypiskach śmieci. Często zwłok pozbawiano głowy. Zdarzały się też przypadki oddawania ciał do zakładów anatomii w celach ćwiczeniowych[32]. Do dziś nieznane są miejsca pochówku setek wymordowanych przez bezpiekę żołnierzy, dowódców Polski Podziemnej i działaczy niepodległościowych.
Jeszcze raz trzeba podkreślić z całą mocą, że w taki sposób władze ludowe postępowały z polskimi bohaterami, członkami Armii Krajowej, Cichociemnymi, Powstańcami Warszawskimi, osobami zasłużonymi w walce o wolność, wśród nich byli odznaczeni Virtuti Militari. Dla komunistów wszystko to nie miało znaczenia, wszystkich uznano za zdrajców i wrogów ojczyzny. Wszystkich postanowiono zniszczyć.
Dziś można śmiało powiedzieć, że poświęcili całe życie ideałowi wolnej Polski. Młodość zabrała im wojna, gdy okazało się, że wywalczona wolność jest tylko iluzją i pustym sloganem komunistycznej propagandy postanowili walczyć dalej. Stali się zagrożeniem dla nowej władzy, która ich wyklęła, zaczęła ścigać, poniżać, torturować, mordować i więzić.
Ci którzy przeżyli, często wyniszczeni fizycznie i psychicznie, do 1989 r. nie mieli szans na dobrą pracę, mieszkanie czy jakiekolwiek przywileje ze strony państwa. Władze traktowały wszystkich jako „persona non grata”. Tak wyglądał PRL i w taki sposób przede wszystkim trzeba go postrzegać, bo to stanowi jego kwintesencję.
A czy po 1989 r. coś się zmieniło? Chyba niezbyt wiele, skoro ci którzy byli katami pobierają kilkutysięczne emerytury i przez nikogo nie niepokojeni żyją spokojnie obok swoich ofiar. Tak dużo się dziś słyszy o rozrzewnieniu i tęsknocie za czasami PRL-u. Szkoda, że tak niewielu pochyla się nad losem tych, którym te czasy odebrały wszystko. Dopiero od niedawna próbuje się przywracać honor Żołnierzom Wyklętym. Niestety dzieje się to zbyt późno. Niewielu już ich pozostało, a doczekać tego powinni już dawno wszyscy. Cześć ich pamięci!

Bibliografia:

Dokumenty:
OKBY/5/S3/94/UB, Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu IPN Okręgowa Komisja w Bydgoszczy, Akta śledztwa w sprawie okrutnych metod śledczych stosowanych przez funkcjonariuszy UB i Informacji Wojskowej w Chełmnie w okresie powojennym do końca 1956 r., Protokół przesłuchania świadka Alojzego Semrau, 28 X 1994;
Opracowania:
Krupa Stanisław, X Pawilon Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej, Warszawa 1990;
Polskie podziemie niepodległościowe na tle konspiracji antykomunistycznych w Europie środkowo-wschodniej w latach 1944-1956, red. Sławomir Poleszak, Warszawa-Lublin 2008;
Slaski Ludwik, Lata wykreślone z życia Proces polityczny i więzienia PRL, Kraków 1992;
Wyrwich Mateusz , W celi śmierci, Warszawa 2012;

Prasa:
Miesięcznik Lisickiego Historia Do Rzeczy, nr 1, marzec 2013;
[1] Polskie podziemie niepodległościowe na tle konspiracji antykomunistycznych w Europie środkowo-wschodniej w latach 1944-1956, red. Sławomir Poleszak, Warszawa-Lublin 2008, s. 204.
[2] GZI – Główny Zarząd Informacji, NKWD – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR, NKGB – Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR.
[3] Cytat za: Tomasz Stańczyk, Geografia terroru, [w:] Historia Do rzeczy, nr 1, marzec 2013, s. 27.
[4] Stanisław Krupa, X Pawilon Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej, Warszawa 1990, s. 9-10.
[5] Ibidem, s. 18.
[6] Ibidem.
[7] Ibidem, s. 16, 18.
[8] Ibidem, s. 16.
[9] Ibidem, s. 47.
[10] T. Stańczyk, Geografia terroru, op.cit,. s. 27.
[11] Mateusz Wyrwich, W celi śmierci, Warszawa 2012, s. 67.
[12] S. Krupa, op.cit., s. 47.
[13] M. Wyrwich, op.cit. , s. 129.
[14] Ibidem, s. 129; Piotr Zychowicz, Żołnierze Wyklęci, nasi bohaterowie, [w:] Historia Do Rzeczy, nr 1, marzec 2013, s. 9.
[15] S. Krupa, op.cit., s. 36.
[16] Ibidem, s. 24.
[17] Ibidem, s. 38.
[18] Ludwik Slaski, Lata wykreślone z życia Proces polityczny i więzienia PRL, Kraków 1992, s. 11-12.
[19] S. Krupa, op.cit., s.64.
[20] P. Zychowicz, Żołnierze Wyklęci, nasi bohaterowie, op.cit., s. 9.
[21] OKBY/5/S3/94/UB, Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu IPN Okręgowa Komisja w Bydgoszczy, Akta śledztwa w sprawie okrutnych metod śledczych stosowanych przez funkcjonariuszy UB i Informacji Wojskowej w Chełmnie w okresie powojennym do końca 1956 r., Protokół przesłuchania świadka Alojzego Semrau, 28 X 1994, k. 46.
[22] Tadeusz M. Płużański, Ubeckie metody, jak to było naprawdę, [w:] Historia Do Rzeczy, nr 1, marzec 2013, s. 23-24; S. Krupa, op.cit., s. 24.
[23] OKBY/5/S3/94/UB, Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu IPN Okręgowa Komisja w Bydgoszczy (…), op.cit., Protokół przesłuchania świadka Mieczysława Cybulskiego, 28 X 1994, k. 82.
[24] PUBP – Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego
[25] Cytat za: Tomasz Stańczyk, Geografia terroru…op.cit., s. 28.
[26] S. Krupa, op.cit., s. 17; Polskie podziemie niepodległościowe… op.cit., s. 213.
[27] Polskie podziemie niepodległościowe… op.cit., s. 213.
[28] S. Krupa, op.cit., s. 97.
[29] M. Wyrwich, op.cit., s. 70.
[30] S. Krupa, op.cit., s. 34.
[31] Polskie podziemie niepodległościowe… op.cit., s. 215.
[32] Ibidem, s. 215.

http://papricana.com/2013/03/metody-sle ... swiatowej/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 05 lut 2017, 11:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/5-lutego-1946-roku ... pnia-1945/

5 lutego 1946 roku, weszła w życie umowa pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich na temat przebiegu granicy polsko-sowieckiej zawarta w Moskwie 16 sierpnia 1945 roku
5 lutego 2017 00:01

Obrazek

W imieniu RP umowę podpisał Edward Osóbka-Morawski, a w imieniu ZSRS Wiaczesław Mołotow. Wymiana ratyfikowanych dokumentów nastąpiła 5 lutego 1946 w Warszawie, i od tego dnia umowa była obowiązującą, tzn. od tego dnia de iure istnieje w swoim dzisiejszym kształcie polska granica wschodnia (poza mniejszymi późniejszymi zmianami (Umowa o zmianie granic z 15 lutego 1951). Podstawą wytyczenia granicy miała być tzw. linii Curzona. Faktycznie granica wschodnia odchyla się w wielu przypadkach od tej linii na niekorzyść Polski jak w rejonie Grodna o blisko 20 km (gdzie linia Curzona przebiegała wzdłuż Niemna), chociaż w umowie granicznej z 1945 r. (art. 1) stwierdzano formalnie (propagandowo) jedynie o odchyleniach od tej linii na rzecz Polski.

Na zdj. warianty linii Curzona przygotowane na konferencję w Teheranie w 1943 roku. Źródło: Wikimedia Commons


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 20 mar 2017, 20:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/w-nocy-z-27-na-28- ... w-lesznie/

W nocy z 27 na 28 maja 1947 roku, doszło do potyczki żołnierzy polskich i sowieckich na dworcu kolejowym w Lesznie
27 maja 2016 00:00

Obrazek

Tego dnia do jadącego w pociągu Feliksa Lisa szeptem zwróciła się kobieta (Zofia Rojuk), która jechała razem z nim i żołnierzami sowieckimi w przedziale. Poinformowała go, że została sprzedana razem z dzieckiem przez męża za butelkę wódki. Sowieci dziecko zostawili na jednej ze stacji, a ją wiozą do jednostki. Lis poinformował o tym obsługę pociągu oraz dyżurnego ruchu, którzy próbowali interweniować u sowietów w tej sprawie lecz bez rezultatu. Następnie kolejarze poinformowali telefonicznie o tym wydarzeniu stacje w Lesznie gdzie interweniować próbował miejscowy funkcjonariusz milicji kapral Zygmunt Handke, który musiał odpuścić po tym jak sowieci wycelowali w niego broń. Handke zaalarmował leszczyński garnizon Wojska Polskiego. Wkrótce na dworcu pojawili się wezwani żołnierze w sile 16 ludzi pod dowództwem podporucznika Jerzego Przerwy, który mimo młodego wieku miał już doświadczenie bojowe. Brał udział m.in. w szturmie na Berlin, a za udział w wojnie otrzymał sześć odznaczeń. Wcześniej wyjaśnił żołnierzom jak mają się zachować w przypadku starcia oraz przed wejściem do hali kazał im załadować broń. Na dworcu nakazał usunąć cywili z hali, którą następnie obsadził swoimi żołnierzami po czym udał się do wartowni Straży Ochrony Kolei na rozmowę z dowódcą jadących pociągiem sowietów kapitanem Sokołowem.

Doszło do starcia w którym zginął na miejscu szeregowy Michajłow, a major Kudriawcow i kapitan Wachnij odnieśli ciężkie rany i zmarli wkrótce potem w szpitalu, pięciu innych żołnierzy radzieckich (m. in. porucznik Zażygin oraz strzelcy Izmogenow i Wieńcz) odnieśli lżejsze rany. Z żołnierzy polskich prawdopodobnie żaden nie zginął, ani nie odniósł ran. W śledztwie przyjęto wersję Rosjan jakoby zostali zaatakowani podczas snu, a sami nie użyli broni palnej. Było to oczywiście kłamstwo gdyż ślady po kulach ewidentnie świadczą, ze strzelały obie strony poza tym były tam kule od broni automatycznej, której Polacy nie użyli. Z 16 żołnierzy plutonu przed sądem postawiono tylko czterech: dowódcę, ppor. Jerzego Przerwę, oraz kanoniera Władysława Łabuzę, kaprala Wiesława Warwasińskiego i kanoniera Stanisława Stachurę. Rozprawa odbyła się z pogwałceniem zasad uczciwego procesu. Nie przesłuchano Zofii Rojuk, nie uwzględniono zeznań świadków mówiących, że to Rosjanie pierwsi otworzyli ogień; zignorowano też ekspertyzę rusznikarską. Czterej żołnierze postawieni przed sądem zostali skazani na karę śmierci przez rozstrzelanie. Skazani wystąpili z prośbą o ułaskawienie lecz Prezydent RP Bolesław Bierut skorzystał z niej tylko w przypadku Stanisława Stachury zamieniając mu karę śmierci na 15 lat pozbawienia wolności. Pozostali skazani zostali rozstrzelani następnego dnia. Niewiadomo czy porwana Zofia Rojuk po incydencie została uwolniona.

(Na zdjęciu: Budynek starego dworca PKP w Lesznie).


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 28 kwi 2017, 18:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/6-lipca-1950-roku- ... luzyckiej/

6 lipca 1950 roku, w Zgorzelcu podpisano układ pomiędzy Polską a NRD o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej
6 lipca 2016 00:02

Obrazek

Dokładna nazwa traktatu brzmi: „Układ między Rzeczypospolitą Polską a Niemiecką Republiką Demokratyczną o wytyczeniu ustalonej i istniejącej polsko-niemieckiej granicy państwowej”. Podczas podpisywania stronę polską reprezentowali J. Cyrankiewicz i S. Wierbłowski, natomiast stronę niemiecką – O. Grotewohl i G. Dertinger.
Artykuł 1. układu zgorzeleckiego mówi „że ustalona i istniejąca granica biegnąca od Morza Bałtyckiego wzdłuż linii na zachód od miejscowości Świnoujście i dalej wzdłuż rzeki Odry do miejsca, gdzie wpada Nysa Łużycka oraz wzdłuż Nysy Łużyckiej do granicy czesko-słowackiej, stanowi granicę państwową między Polską a Niemcami”. Mimo tego, że układ zgorzelecki był ważnym elementem polsko-niemieckich stosunków, na granicy nadal dochodziło do wielu mniejszych bądź większych sporów.
Ustalenia w sprawie granicy rozgrywały się w sowieckiej strefie wpływów, dlatego nad zawarciem porozumienia czuwał Józef Stalin, obwołany „przyjacielem” obu narodów. Wydarzenie to stało się elementem kanonu komunistycznej propagandy jako potwierdzenie, że sojusz ze Związkiem Sowieckim i blok komunistyczny są gwarantami naszej zachodniej granicy państwowej.

(Na zdjęciu Józef Cyrankiewicz i Otto Grotewohl udają się do domu kultury w Zgorzelcu, w celu podpisania układu granicznego. Źródło: Bundesarchiv)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 11 maja 2017, 19:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://prawy.pl/34146-objawienia-i-cuda ... jne-w-prl/

Objawienia i cuda religijne w PRL
Jan Bodakowski Opublikowano 15 lipca 2016

Obrazek

Nakładem Instytutu Pamięci Narodowej ukazała się doskonała 478-stronicowa praca Macieja Krzywosza „Cuda w Polsce Ludowej. Studium przypadku prywatnego objawienia maryjnego w Zabłudowie”.
Praca przybliża nie tylko historię objawień, jakie rzekomo miała uzyskać od Matki Boskiej, od 13 maja 1965, czternastoletnia Jadwiga Jakubowska spod białostockiego Zabłudowa, ale także informacje o innych rzekomych cudach i objawieniach, jakie miały mieć miejsce w PRL.
Pierwszy duży cud jaki miał miejsce po II wojnie światowej miał miejsce w godzinie miłosierdzia, o 15.00, 3 lipca 1949 w katedrze Lubelskiej, kiedy to kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej płakała ciemnymi łzami. Cud rozpoczął się w trakcie ważnych uroczystości religijnych i spotkał się z niezwykle emocjonalną reakcją wiernych. Po kilku godzinach o cudzie wiedział cały Lublin.

Milicja Obywatelska i Wojsko Polskie zablokowało drogi dojazdowe do miasta. Nie powstrzymywało to wiernych, tym bardziej, że w katedrze maiły miejsce uzdrowienia i nawrócenia (pielgrzymi masowo występowali z partii, pozostawiając w katedrze swoje legitymacje partyjne, nawracali się też obecni w mieście Rosjanie). Codziennie rósł tłum przed katedrą, czynną dla pielgrzymów od 5.30 do 22.00.
Był to czas szczególnych prześladowań Kościoła ze strony władz komunistycznych. Miesiąc wcześniej komuniści skonfiskowali drukarnię w Niepokalanowie. Bezpieka usiłowała za pośrednictwem tak zwanych „księży patriotów” rozbić Kościół od wewnątrz. Aresztowano studentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i uniemożliwiano młodzieży uczestnictwo w uroczystościach religijnych. Na wsiach rozpoczęła się kolektywizacja. Nienawiść komunistów do Kościoła była tym większa, że 1 lipca 1949 papież nałożył ekskomunikę na członków partii komunistycznej.
By kontrolować działania lokalnych władz lubelskich, podejmowane w celu zwalczania cudu, z Warszawy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przybył Roman Romkowski, właściwie Nasiek (Natan) Grinszpan-Kikiel. Lubelski Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej codziennie, od 9 lipca, wysyłał do miasta około dwustu agitatorów, którzy mieli nastawiać ludzi przeciwko cudowi. Kolejny tysiąc agitatorów był wysłany w teren, do miejscowości leżących wokół Lublina. We wszystkich zakładach pracy i jednostkach wojskowych odbyły się ateistyczne seanse nienawiści. Wiece organizowano też w mieście. Podobnie media zaangażowały się w ateistyczną kampanie nienaści.
Kościół katolicki zastraszony represjami starał się wyciszyć zjawisko. Oficjalnie stwierdzono, że cudu nie było. Nieoficjalnie wielu księży angażowało się w organizację i obsługę ruchu pielgrzymkowego do lubelskiej katedry.
By zdobyć pretekst do rozprawy z Kościołem bezpieczniacy zabili 13 lipca 20-letnią młodą kobietę znajdującą się w tłumie. Jej śmierć była przedstawiana w mediach jako wypadek spowodowany przez tłum fanatyków religijnych i posłużyła w antykatolickiej kampanii medialnej komunistów. Ta ostatnia miała odwrotny skutek, bowiem tylko upowszechniła wiedzę o cudzie w PRL i na świecie.
Zorganizowany przez komunistów 17 lipca wielki ateistyczny wiec w Lublinie doprowadził do zamieszek. Milicja i bezpieka zatrzymały 1500 katolików, których funkcjonariusze mundurowi oraz bezpieki poddali torturom. Setki osób spędziły długie lata w areszcie, a 50 osób zostało skazanych na kary wiezienia. Zatrzymani tego dnia katolicy przez lata byli przez władze dyskryminowani – wyrzucano ich z studiów i pracy, pozbawiano możliwości awansu i nagród. Szykany trwały do 1956 roku.
Decyzją władz kościelnych 8 sierpnia zamknięto katedrę, jednak władze komunistyczne 12 sierpnia nakazały ponowne jej otwarcie, bojąc się oskarżeń o zamkniecie świątyni. Jednak z racji, że obraz przestał płakać zakończyły się pielgrzymki. Po wydarzeniach w Lublinie, podobne, chociaż mniej znane cuda miały miejsce w Chełmie, Jastkowie, Pruszkowie i Wyszkowie. Były one negowane przez lokalny kler katolicki. Cudowne wydarzenia miały mieć miejsce też w dwóch prawosławnych miejscowościach, gdzie stare ikony w cudowny sposób się odnowiły (taka forma cudu jest częsta w prawosławiu), oraz w wielu kapliczkach od Przemyśla do Łodzi.
Pod koniec lat pięćdziesiątych w Krakowie przy ulicy Kossaka miało miejsce w 1957 roku widzenie Matki Boskiej. W 1958 ZOMO brutalnie spacyfikowało ludzi sprzeciwiających się rozbiórce kapliczki stojącej w miejscu objawień.
W 1958 roku w Chełmku pielgrzymi widzieli wizerunek Matki Boskiej na szybie szkoły – władze uznały to za prowokacje w związku z usuwaniem krzyży ze szkół i ograniczaniem lekcji religii. Od 1958 do 1959 miały miejsce rzekome objawienia w Radziejowie. MO usiłowała blokować dostęp do miejsca objawień. W październiku 1957 na kopule kościoła świętego Augustyna w Warszawie przy ulicy Nowolipki pojawiła się postać Matki Boskiej, a kopuła nocą świeciła (nic nie dało jej przemalowywanie). MO ukarała mandatami 300 pątników.
W 1960 roku dziwne światło widziano nad kościołami na Placu Trzech Krzyży i na Placu Zbawiciela w Warszawie. W 1966 roku w Lublinie na Placu Wolności „figura Matki Bożej poruszała głową”. MO zablokowała dostęp do figury i zatrzymała 100 pielgrzymów.
W 1971 roku widzenie Matki Boskiej miał rolnik w Abramowie, we wsi Cegielnia „gipsowa figurka Matki Bożej poruszała głową”. W 1974 w Piotrkowie Kujawskim nocą kopuła kościoła świeciła a ludzie widzieli płaczącą Madonnę. W 1975 we Wrocławiu, w parku Szczytnickim władze ścięły drzewo, które przybierało kształt krzyża.
W 1981 w Olecku i Słupsku przykościelne krzyże misyjne płakał krwią, badania laboratoryjne potwierdziły, że ciecz wypływająca jest krwią. Słupski krzyż płakał do 1986 roku, pojedyncze krople pokazywały się do 1992 roku.
W latach osiemdziesiątych niezwykła sławę zdobyły fałszywe objawienia w Oławie, które skutkowały serią innych rzekomych objawień w wielu miejscach Polski. Wizjonerzy z różnych miejsc Polski a nawet świata nawiązali współpracę. Pierwszą wizję rzekomej Matki Boskiej Kazimierz Domański miał w Oławie 8 czerwca 1983 roku. Zjawa nakazała mu uzdrawiać ludzi. Od października wizjoner rozpoczął przygotowania do budowy kaplicy. Krytyczne artykuły w oficjalnych mediach rozsławiły zdarzenia – do Oławy zaczęły przybywać masowe pielgrzymki. Według informacji udostępnionych przez SB mediom wizjoner był pacjentem Poradni Zdrowia Psychicznego „i już wcześniej miał urojenia o charakterze religijnym”. W grudniu 1984 roku 28.000 pielgrzymów jest świadkiem cudu tańczącego słońca. W 1985 i 1986 wizjoner za samowolną budowę karany jest grzywnami, a teren należący do wizjonera non stop jest inwigilowany przez MO. Podobnie karani byli pielgrzymi – grzywnami i zatrzymywaniem.
Po transformacji ustrojowej od 1991 do 1995 roku wizjonerowi udało się wznieść kościół, klasztor, plebanię, dom pielgrzyma, stołówkę i parking. Budynki były własnością Stowarzyszenia Ducha Świętego. W 2005 roku po śmierci wizjonera budynki zostają przekazane Kościołowi. W 1996 roku Episkopat uznał, że w Oławie nie miały miejsca objawienia. Zaapelował, by nie pielgrzymować do wizjonera i nie propagować jego widzeń.
Inne wydarzenia tego typu w latach osiemdziesiątych miały miejsce w 1984 r. w Puławach (postać Matki Boskiej korze drzewa), a Kraśniku Fabrycznym, Kraśniku Starym, Karczewie (postacie świętych na korze drzew). W Mirachowie na Kaszubach nastolatka miała widzenie Jezusa. W Przasnyszu wierni dostrzegli Matkę Boską na szybie, w Ostrużu wizjonerka miała wizję Matki Boskiej i Jezusa (w kolejnych latach krwawiła figura Chrystusa). W 1985 w Rudzie rzekome wizje Matki Boskiej, ich prawdziwość potwierdzała zjawa z Oławy, w 1986 r. zjawa okazująca się wizjonerowi z Oławy potwierdziła prawdziwość cudownych zdarzeń w Kępie Gosteckiej. Wizjoner z Oławy za to, za diabelskie mamienia uznał wizje i uzdrowienia w Tomaszowie mające miejsce od 1988 do 1995 roku. Wizje i uzdrowienia mające miejsce w Chotnicach najpierw zostały uznane a potem potępione przez wizjonera z Oławy. Kazimierz Domański uznał też prawdziwość uzdrowień, cudów i wizji z Okonina z 1990 roku.
W 1990 w Wykrocie miała się ukazywać Matka Boska, wydarzać się cuda, wizjoner miał mieć stygmaty i uzdrawiać, do 1996 postawił klasztor i kościół, który przekazał katolickim zakonnicom. Wierni dostrzegali też wizerunek Matki Boskiej na szybach w Pabianicach (1993), Pruszkowie (1994), Warszawie (1995) i Zabrzu (199&), Chrystusa w Pajęcznie (1999) i Idzikowie (1998). Obrazy religijne płakały w Żabiej Woli w 1993 roku, słońce tańczyło w Częstochowie w 1996, W Terespolu kopia ikony wydzielała olej w 2010, a w Hryniewiczach w 2012 płakała figura Matki Boskiej.
Przez okres PRL było też wielu zachowujących anonimowość lub nieszukających sławy wizjonerów i stygmatyków. Tematyka niezwykłych zdarzeń nie była nagłaśniana ani przez Kościół, ani przez komunistyczne władze mające na monopol na prasę.
W pracy Macieja Krzywosza „Cuda w Polsce Ludowej. Studium przypadku prywatnego objawienia maryjnego w Zabłudowie”, autor bardzo dokładnie przybliża czytelnikom wydarzenia w Zabłudowie, miejscowości na pograniczu prawosławia i katolicyzmu.
Zabłudów jest małą miejscowością niedaleko Białegostoku. W czasach PRL aparat partii i organów represji był zdominowany przez nad Białorusinów, a sama Białostocczyzna była obszarem biedy (aż 40% gospodarstw rolnych w połowie lat 60 było nie zelektryfikowanych).
13 maja 1965 roku na łące niedaleko tej miejscowości czternastoletniej Jadwidze Jakubowskiej miała się ukazać postać Matki Boskiej, a matka dziewczynki miała zostać uzdrowiona. Rodzina wizjonerki wbrew opinii proboszcza opowiedziała mieszkańcom wsi o zdarzeniu. Drugie widzenie wizjonerka miała mieć 20 maja, a trzecie – 23 maja, wtedy to miał mieć cud słońca. Od 27 maja teren był szczególnie monitorowany przez Milicję Obywatelską. 30 maja na miejsce rzekomych objawień przybyły tysiące pielgrzymów pomimo że blokady MO i SB usiłowały nie dopuścić do miejsca widzeń (zablokowano drogi do miejsca wizji i odwołano kursy PKS do miejscowości). Po południu 30 maja pielgrzymi zostali zaatakowani przez oddziały ZOMO. Przeciwko kobietom i dzieciom – najliczniejszym w tłumie pielgrzymów – zomowcy użyli pałek, petard, granatów z gazem łzawiącym i broni palnej. Atak ZOMO został jednak odparty przez pielgrzymów, rannych zostało 28 funkcjonariuszy.
Przez następne dni na miejsce objawień przybywały pielgrzymki prawosławnych i katolików. Zdarzały się wśród nich liczne zdarzenia oceniane przez wiernych jako cuda. Pielgrzymi, widząca i osoby ją wspierające non stop były inwigilowane przez SB i MO. Nocą z 11 na 12 lipca władze wprowadziły w miejscowości kwarantannę. Pielgrzymów przepędzano, dostęp do miejscowości zablokowano, karano mandatami, pielgrzymi byli przymusowo szczepieni (zaszczepiono przymusowo 4000 osób), niektórych przymusowo izolowano w szpitalach zakaźnych (15 osób), matka wizjonerki została aresztowana. Pielgrzymi i środowisko wizjonerki było zastraszane przez MO i SB podczas rozmów ostrzegawczych (aparat terroru groził deportacjami na Sybir, pobiciem, a nawet zabiciem), nękani mandatami, wyrzucano ich z pracy, odbierano nagrody w pracy, karano kolegiami oficjalnie z powodu innych zarzutów (np. rzekomego bałaganu na podwórku).
Inwigilacja wizjonerki i jej środowiska trwała jeszcze dwa lata pomimo ustania wizji. Kościół katolicki odciął się od wizji. W mediach władze rozkręciły pod pretekstem wizji kolejną ateistyczną kampanię nienawiści wobec Kościoła katolickiego. Artykuły w mediach inspirowane były przez SB i pisane na podstawie informacji zebranych przez Służbę Bezpieczeństwa. Władze zaatakowały Kościół za rzekomą bezczynność wobec wizji. SB poprzez swoją agenturę inwigilowała i szerzyła plotki na temat środowiska wizjonerów. Podobne działania prowadziła MO poprzez swoją agenturę wśród przestępców i chuliganów.
SB oprócz zbierania informacji prze rozbudowaną sieć tajnych współpracowników i kontaktów operacyjnych (konfidentów niezarejestrowanych jako tajni współpracownicy), kontrolowała korespondencję mieszkańców miejscowości, tworzyła i propagowała fałszywe informacje, zastraszała, w ramach kombinacji i gry operacyjnej prowadziła „działania mające na celu wprowadzenie przeciwnika w błąd lub kierowanie nim zgodnie z własnymi celami”, uruchamiała prowokacje i intrygi, rozpowszechniała plotki, które miały kompromitować osoby zaangażowane w cuda. Przykładem intryg SB w sprawie zwalczania wizji i cudów były działania „SB z Wysokiego Mazowieckiego, która nie chcąc dopuścić do skupienia się pielgrzymów” w miejscu jednej z wizji „celowo rozpuściła plotkę o nowych wymyślonych przez siebie cudach” w dwu innych miejscowościach.
Jednym z konfidentów SB Zabłudowie miał być wikary i jednocześnie tajny współpracownik SB „Janek”. Służba Bezpieczeństwa poleciła mu, aby podczas rozmowy z proboszczem w negatywnym świetle przedstawiał proboszczowi wizjonerkę i jej rodzinę. Bezpieka rozpowszechniała szkalujące plotki o wizjonerce, jej rodzinie i osobach wspierających wizjonerkę. Działania SB padły na podatny grunt i okazały się skuteczne, większość mieszkańców miejscowości nie wierzyła w wizje i pogardzała rodziną wizjonerki (ponieważ rodzina ta była uboga). Sprawę cudu do ataków na Kościół katolicki wykorzystała też cerkiew prawosławna (lojalna wobec władz PRL, której władze współpracowały z SB).


WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 02 lip 2017, 19:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/08/2 ... -historii/

Śmierć, wokół której panuje zmowa milczenia od 65 lat. On mógł zmienić bieg historii…
Posted by Marucha w dniu 2016-08-27 (sobota)


Biskup Stanisław Kostka-Łukomski


Nie wiem, jak potoczyłyby się losy Kościoła katolickiego w Polsce, gdyby nie zagadkowa śmierć bp. Stanisława Kostki Łukomskiego.
Nie wiem, czy jego hipotetyczne prymasostwo mogłoby ocalić Kościół w Polsce w taki sposób, w jaki on sam ocalił przed zniszczeniem zaminowaną już przez Niemców łomżyńską katedrę.
Październik to miesiąc, w którym zawsze silnie nurtują mnie pytania dotyczące zmian, jakie zaszły w łonie Kościoła katolickiego w Polsce po roku 1945. Dlaczego właśnie w październiku? Bo w karty tego miesiąca na stałe wpisała się na wskroś tajemnicza śmierć polskiego biskupa, śmierć, która do dziś waży na losach Polski i Kościoła, śmierć, o którą nikt się nie głośno upomina.

Obrazek
Pogrzeb Prymasa Augusta Hlonda


26 października 1948 r. ceremoniom pogrzebowym Prymasa Augusta Hlonda przewodniczył powszechnie uznawany za jego następcę biskup łomżyński Stanisław Kostka Łukomski, sekretarz Episkopatu Polski. Nikt wówczas nie podejrzewał, że dwa dni później umrze on w tym samym szpitalnym łóżku co dotychczasowy zwierzchnik polskiego Kościoła! Zaskakujące, nieprawdaż?
Ale po kolei. Nazajutrz po pogrzebie Prymasa Hlonda z Warszawy w kierunku Łomży wyruszył samochód, którym podróżowali: bp Stanisław Kostka Łukomski, ks. kanonik Henryk Kulbat oraz Aleksander Sokołowski, kierowca biskupa.
Z nie do końca ustalonych przyczyn (nieoficjalna wersja mówi o podpiłowanej kierownicy) pojazd uderzył w drzewo rosnące tuż przy krawędzi szosy. Poszkodowanych opatrzono w szpitalu w Ostrowi Mazowieckiej.
Biskupa Łukomskiego odwieziono zaraz potem karetką do szpitala sióstr Elżbietanek w Warszawie (stukilometrowa podróż trwała aż cztery godziny!). Następnego dnia stan chorego nagle pogorszył się i biskup zmarł.
Co ciekawe, kierowca biskupiego samochodu wkrótce zatrudnił się w strukturze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zajmującej się inwigilacją duchowieństwa. Zastanawia też fakt, że ks. Henryk Kulbat jakby „zapomniał” o całym zdarzeniu i nigdy publicznie nie wypowiedział się na jego temat, ani nie podniósł żądania wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci biskupa! Co więcej, nie uczynił tego żaden inny oficjalny przedstawiciel Kościoła katolickiego, nawet po upadku tzw. komuny!
Kim był biskup Stanisław Kostka Łukomski i komu mogło ewentualnie zależeć na jego śmierci? Jako zwolennik Narodowej Demokracji, a także przyjaciel Romana Dmowskiego i gen. Józefa Hallera, nigdy nie uznał porządku, jaki zapanował w Polsce po zamachu majowym 1926 r., a podczas obu okupacji i po zakończeniu II wojny światowej wspierał konspiracyjne ugrupowania ruchu narodowego.
Polityczne sympatie i ortodoksyjna bezkompromisowość powodowały, że wciąż rosły szeregi jego wrogów. Było to szerokie spektrum: począwszy od przedwojennych wolnomyślicieli, socjalistów, lóż masońskich, piłsudczykowskiej sanacji, aż po utrwalaczy tzw. władzy ludowej. Ci ostatni przygotowywali biskupowi pokazowy proces sądowy, jednak jakość zebranych przeciw niemu „dowodów” była tak licha, że rozśmieszyła nawet stalinowskich prokuratorów.
Czy to wówczas w białostockim Urzędzie Bezpieczeństwa podjęto decyzję fizycznego pozbycia się ks. Łukomskiego? A może rozkaz przyszedł z Warszawy? Brak jakiegokolwiek zainteresowania sprawą ze strony Instytutu Pamięci Narodowej uniemożliwia dziś uzyskanie odpowiedzi na te pytania.

Obrazek
Ks. Bronisław Dąbrowski


Kłamstwem byłoby twierdzenie, że poglądy i postawa biskupa łomżyńskiego nie rodziły opozycji w samym Kościele. Wręcz przeciwnie. Posługując się modnym do niedawna dualizmem można by powiedzieć, że ks. Stanisław Łukomski reprezentował „narrację Niepokalanowa”, z którą konkurowała (dziś okazuje się, że czyniła to nadzwyczaj skutecznie) „narracja Lasek”. Tę pierwszą powszechnie określa się mianem Kościoła integrystycznego, a drugą otwartego.
Było też coś dodatkowego, coś, co dodawało pikanterii stosunkom biskupa łomżyńskiego ze środowiskami „Kościoła otwartego”: przed- i powojenne bezpodstawne zarzucanie mu antysemityzmu. Twórcy i współpracownicy ośrodka w Laskach to w dużej mierze prozelici (jak np. Zofia Landy, krewna bp. Bronisława Dembowskiego – kapelana Lasek, uczestnika spisku w Magdalence), stąd resentymenty o charakterze narodowościowym i ekumenicznym miały wymiar szczególny.
Mało kto wie, że to właśnie w kościele w Laskach odbyło się pierwsze w Polsce (10 stycznia 1962 r., a więc jeszcze przed obradami Soboru Watykańskiego II) nabożeństwo ekumeniczne zorganizowane przez ks. Bronisława Dembowskiego!
Równo rok temu nad tragiczną śmiercią bp. Łukomskiego pochylili się dziennikarze tygodnika „Uważam Rze”, którzy wskazując na ubecką rękę sprawczą skwapliwie podważyli tezę o możliwości objęcia przez niego urzędu prymasowskiego. Argumenty podnieśli dwa. Po pierwsze, wytknęli mu zbyt zaawansowany wiek, choć wcale nie byłby on najstarszym dwudziestowiecznym prymasem-elektem (nota bene Jorge Mario Bergoglio objął tron papieski w 77 roku życia).
Drugi argument był innej natury, choć równie schopenhauerowski: Dziś wiemy, że przed śmiercią wskazał on (Prymas Hlond) na swojego następcę młodego biskupa Stefana Wyszyńskiego z Lublina.
A co wiemy tak naprawdę? Niewiele. Oficjalna, a zarazem nieweryfikowalna wersja mówi o tym, że tę zaskakującą wolę Kardynał August Hlond przekazał na łożu śmierci swojemu sekretarzowi, ks. Antoniemu Baraniakowi. Nie było żadnych innych świadków tego niezwykle ważnego przecież zdarzenia, choć choremu prymasowi posługiwała spora grupa księży i zakonnic. Pius XII nie podważył przedstawionej mu wersji wydarzeń i godnością arcybiskupa gnieźnieńskiego obdarzył wychowanka Lasek, ks. bp. Stefana Wyszyńskiego.

Obrazek
Bp. Antoni Baraniak


Ks. bp Antoni Baraniak to postać ciekawa choćby z tego względu, że jest jednym z tych hierarchów Kościoła, którzy pośmiertnie cieszą się niesłabnącą estymą środowisk lewicowych, z Gazetą Wyborczą na czele. Przez wielu nazywany był szarą eminencją Episkopatu, a przeze mnie Józefem Retingerem w sutannie, gdyż zewnętrznie i z racji charakteru swojej służby jako żywo przypominał sekretarza gen. Władysława Sikorskiego.
Karierę rozpoczął bardzo szybko, bo już w wieku 29 lat został osobistym sekretarzem prymasa Augusta Hlonda, a później w wyżej naszkicowanych okolicznościach nowego prymasa, kardynała Stefana Wyszyńskiego. Wielu wskazywało go też jako najbliższego przyjaciela ks. bp. Karola Wojtyły.
Za zgodą władz komunistycznych wszyscy trzej (ks. ks. Wyszyński, Wojtyła i Baraniak) czynnie uczestniczyli w sesjach Soboru Watykańskiego II, a ks. Baraniak wpisał się w soborowe annały jako promotor ONZ-owskiej koncepcji zmiany kalendarza na 13-miesięczny.
Nie wiem, jak potoczyłyby się losy Kościoła katolickiego w Polsce, gdyby nie zagadkowa śmierć bp. Stanisława Kostki Łukomskiego. Nie wiem, czy jego hipotetyczne prymasostwo mogłoby ocalić Kościół w Polsce w taki sposób, w jaki on sam ocalił przed zniszczeniem zaminowaną już przez Niemców łomżyńską katedrę. Nie wiem także, czy ewentualni kontynuatorzy jego misji wykazaliby tyle samo niezłomności i hartu ducha.

Obrazek
Krzysztof Zagozda


Wiem jedno: wokół tej postaci od sześćdziesięciu pięciu lat panuje dziwna zmowa milczenia, a publiczne artykułowanie narzucających się pytań dotyczących okoliczności jej śmierci nie przysporzą mi sympatii w kręgach Kościoła posoborowego.

Krzysztof Zagozda
http://niezlomni.com/smierc-wokol-ktore ... -historii/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 30 lip 2017, 18:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://prawy.pl/55001-produkcja-komputerow-w-prl/

Produkcja komputerów w PRL
Michał Miłosz Opublikowano 30 lipca 2017

Obrazek

Już kilka lat po II wojnie światowej grupa matematyków, wykształconych przed wojną, powołała w PRL do życia państwowe instytuty zajmujące się rozwojem maszyn matematycznych i zakłady państwowe produkujące takie maszyny.

Prymat w rozwój przemysłu komputerowego, w tworzeniu programów i informatyki, od samego początku dzierżyli Amerykanie. Pierwsze, jeszcze bardzo drogie, komputery w amerykańskim przemyśle pojawiły się w latach 60.

Komuniści byli zainteresowani komputerami bo idealnie nadawały się one do wykorzystania w komunistycznej gospodarce centralnie planowanej, w której negowano mechanizmy rynkowe. Na przełomie lat 50 i 60 w PRL przygotowywano się do masowej produkcji elektronicznych maszyn cyfrowych.
Od 1956 roku wrocławskie zakłady ELWRO rozpoczęły produkcje komputerów. Od 1966 w zakładach tych ruszyła produkcja komputerów Odra – komputery Odra były zdecydowanie lepsze od rosyjskich komputerów Riad (czyli spiratowanych komputerów IBM). Połowa produkcji komputerów Odra była eksportowana do innych krajów socjalistycznych – gdy użytkownicy Odry kupowali nielegalne programy do tych komputerów, to serwisanci z zakładów produkcyjnych Odry blokowali możliwość użytkowania tych programów by producent Odry też i zarabiał na ooprogramowaniu. Ostanie Odry, produkowane do 1983 roku, wykorzystywała PKP nawet w 2010 roku.
Od 1964 roku zakłady zjednoczenia MERA rozpoczęły produkcje mikrokomputerów. Niezwykle znanym projektem był projekt mikrokomputera K-202. Pomimo entuzjazmu prasy, PRL nie dysponował możliwościami produkcyjnymi i nie był wstanie sprostać tańszej konkurencji z zachodu.
W 1967 rozwój myśli naukowo technicznej dotyczącej komputerów został zahamowany w PRL decyzją Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii ZSRR i Rady Ministrów ZSRR. Rosjanie zdecydowali, że we wszystkich ich koloniach będzie funkcjonował Jednolity System Elektroniczny Maszyn Cyfrowych. Został on przez Rosjan, w komputerach Riad, spiratowany z technologii IBM. Wymusiło to w krajach socjalistycznych zarzucenie prac nad krajowymi systemami.
Komputery wykorzystywano w PRL do centralnego planowania, ewidencji i rachunkowości. Istniały państwowe firmy świadczące dla innych państwowych firm usługi obliczeniowe – Zakłady Elektronicznej Techniki Obliczeniowej. Komputery w PRL wykorzystywano w kopalniach i elektrowniach, na kolei, w bankach i w statystyce.
Przeszkodą w produkcji komputerów w PRL była sama gospodarka socjalistyczna czyli przede wszystkim brak wolnego rynku, prywatnej przedsiębiorczości i mechanizmów rynkowych. Zapóźnienie cywilizacyjne bloku wschodniego wobec zachodu z roku na rok się powiększało. Dodatkowo przemysł komputerowy PRL produkował mniej nowoczesne części niż NRD czy Bułgaria lub Rumunia. Niska jakość produkcji w krajach socjalistycznych wynikała też z zacofania technologicznego i niskiej kultury produkcji. Zapaść cywilizacyjna PRL powodowała, że polscy naukowcy nie mieli jak w PRL wprowadzać do produkcji swoich wynalazków.
By produkować w PRL komputery trzeba było zakopywać podzespoły za granicą. W latach 60 przemysł komputerowy w PRL kupował części w Republice Federalnej Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii i Włoszech. Prawie 50% zapotrzebowania krajów socjalistycznych na komputery zaspokajane było importem z krajów kapitalistycznych.
Przeszkodą w imporcie nowoczesnej kapitalistycznej technologii były wprowadzone przez zachód embargo na dostawy nowoczesnych technologii do krajów komunistycznych. Drugą z przeszkód w imporcie był brak dewiz na zakup.
W latach 80 w krajach RWPG pojawiły z Azji i zachodu się klony komputerów IBM, kilkukrotnie tańsze od tych produkowanych przez państwa socjalistyczne. Nie było więc popytu na droższe komputery produkowane w PRL. Swoje maszyny produkowała do 1997 tylko ZSRR, a potem Rosja.
Przemysł komputerowy funkcjonujący w PRL, albo zbankrutował i został zlikwidowany, albo został sprywatyzowany i do dziś funkcjonuje pod prywatnymi markami (np. dalej produkując kasy fiskalne, lub inne specjalistyczne urządzenia elektroniczne). Polska zyskała na przemyśle komputerowym w PRL głównie wykształcenie licznych inżynierów i informatyków – politechniki w PRL zapewniały dobre wykształcenie, choć nauka w PRL była odcięta od nauki na zachodzie.
Powstałe w latach 80 prywatne firmy komputerowe istnieją do dziś i bardzo się rozwinęły. Rynek komputerowy przez lata zdominowały firmy azjatyckie, najpierw japońskie i koreańskie, a dziś japońskie.
Więcej o produkcji komputerów w PRL można znaleźć w wydanym przez Instytut Pamięci Narodowej. 700 stronicowym zbiorze artykułów „High-tech za żelazną kurtyną. Elektronika, komputery i systemy sterowania w PRL”.

Jan Bodakowski

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /