Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 12, 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 16 cze 2015, 16:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/03/2 ... -wiernosc/

Morze, przyrzekamy Ci wierność
Posted by Marucha w dniu 2015-03-21 (sobota)

70 lat temu dokonał się po raz trzeci w historii Polski symboliczny akt Zaślubin z Bałtykiem. Mimo panującego w ostatnich latach szaleństwa eliminowania z zbiorowej pamięci rocznic zakończenia drugiej wojny światowej i zwycięstw nad niemieckim okupantem, a wręcz zastępowania tych wydarzeń pojęciem „nowej okupacji”, na tą rocznicę jeszcze nikt ręki nie podniósł.

Obrazek

A przecież mógłby się taki polityk znaleźć – w końcu akt Zaślubin z Morzem w 1945 roku to wydarzenie tego samego ciągu wydarzeń, co wyzwolenie miast Śląska, obozu w Oświęcimiu, Warszawy, walk o twierdzę Wrocław i wiele innych epizodów wiosny 1945 roku na froncie wschodnim. Co więcej: ciężkie walki o Kołobrzeg to przykład współdziałania polsko-radzieckiego przeciwko niemieckim nazistom – tym bardziej więc, wydawałoby się, zasługiwałyby na to, by – zgodnie z nową polityczną poprawnością – podlegać cenzurze. Być może nie stało się tak między innymi dlatego, że zbyt wiele szczegółów Zaślubin wskazuje na symboliczną łączność, na kontynuację tradycji II RP, a sama tradycja Zaślubin z Morzem sięga aż XVI wieku?

Obrazek

Symboliczny akt w polskiej historii
Pierwszych Zaślubin Polski z Morzem dokonał w roku 1526 król Zygmunt Stary, który wypłynął z Gdańska wraz z wojskiem na pełne morze – od tego czasu akt Zaślubin stał się symbolicznym rytuałem, potwierdzającym związki Polski z Bałtykiem.
Po raz drugi uroczystości odbyły się po odzyskaniu niepodległości – w Pucku, w lutym 1920 roku. Wówczas po uroczystej mszy świętej, odśpiewaniu hymnu narodowego i poświęceniu polskiej bandery, pierścień na znak symbolicznych zaślubin w morskie fale wrzucił gen. Józef Haller. Generał siedział na koniu, w otoczeniu polskich ułanów, powiewających na wietrze proporców, wzniesionych w górę kawaleryjskich lanc.
Trzecie Zaślubiny, czyli te, których 70. rocznicę właśnie obchodzimy, dokonały się 17. i 18. marca 1945 roku, najpierw w Mrzeżynie, a później w Kołobrzegu. Także w 1945 roku Zaślubiny z Bałtykiem dokonali polscy ułani – żołnierze ostatniej wielkiej jednostki kawaleryjskiej w Wojsku Polskim, walczącej pod koniec II wojny światowej: wchodzącej w skład 1 Armii Wojska Polskiego (walczącej razem z Armią Czerwoną przeciwko Niemcom na froncie wschodnim) 1 Warszawskiej Brygady Kawalerii. W Mrzeżynie uroczysty akt Zaślubin dokonany został przez ułana kpr Sochaczewskiego, a w Kołobrzegu – przez kpr Franciszka Niewidziajłę.
W 1920 roku Polska oficjalnie przejmowała liczący 140 km ubogi i zaniedbany pas wybrzeża, słabo zaludniony, pozbawiony większych miast czy portów. W roku 1945 Polska przejmowała z kolei zrujnowane po ciężkich walkach zgliszcza Gdańska, Kołobrzegu i Szczecina.
Najbardziej znany jest akt Zaślubin, dokonany w Kołobrzegu – być może dlatego, że walki o miasto-twierdzę były wyjątkowo zacięte, i trwały pełne dwa tygodnie. I – jak już wspomniano – przeciwko Niemcom wspólnie walczyły jednostki polskie oraz radzieckie. Po wyniszczającej, morderczej walce, przy ruinach kołobrzeskiej latarni morskiej, także po uroczystej mszy świętej i odśpiewaniu hymnu narodowego, na maszt wciągnięto polską flagę. Słowa przysięgi zaślubin wypowiedział kpr. Niewidziajło – weteran wojny z bolszewikami w 1920 roku:
„Przyszliśmy do Ciebie, Morze, po ciężkim i krwawym trudzie. Widzimy, że nie poszedł na darmo nasz trud. Przysięgamy, że Cię nigdy nie opuścimy. Rzucając pierścień w Twe fale, biorę z Tobą ślub, ponieważ Tyś było i będziesz na zawsze nasze”.
Natomiast zastępca dowódcy ds. polityczno-wychowawczych 1 Armii WP, Piotr Jaroszewicz (syn księdza, późniejszy gen. dywizji, członek biura Politycznego KC PZPR i premier PRL) w rozkazie do biorących udział w uroczystościach żołnierzy napisał:
„Zapamiętajcie sobie – to jest historia. Kiedyś o tym dzisiejszym dniu przyszłe pokolenia będą mówić z czcią, jak my mówimy o naszych wielkich przodkach. Wy tworzycie historię, jak niegdyś tworzył ją Chrobry i Krzywousty (…)”.
Tak było w Kołobrzegu. Natomiast dzień wcześniej aktu zaślubin dokonali w Mrzeżynie także żołnierze wspomnianej brygady kawalerii. Także w tym przypadku nie tylko wizerunek żołnierza na koniu był nawiązaniem do tradycji międzywojennej: wiele z żołnierzy i oficerów tej formacji było wychowankami oddziałów kawalerii Wojska Polskiego w II RP, i wyszkoleni zostali na polskiej tradycji wojskowej. W uroczystościach uczestniczyli żołnierze wszystkich samodzielnych pododdziałów brygady, a całością wydzielonego pododdziału konnego dowodził mjr Walerian Bogdanowicz. Zbiorczy oddział polskiej kawalerii wyruszył z Gryfic do Mrzeżyna – miejsca aktu Zaślubin – o godzinie 7.30 rano. Tak w piśmie żołnierskim 1 Armii WP ułańskie Zaślubiny z Bałtykiem opisał kwatermistrz brygady, rtm Jan Karaśkiewicz:
„W dniu 17 marca kawaleria Odrodzonego Wojska Polskiego dokonała uroczystego aktu zaślubin z morzem. W dniu uroczystości w Mrzeżynie (…) zajaśniały proporczyki ułanów, a do uszu doszedł charakterystyczny tupot kopyt końskich. Na czele pododdziałów ułańskich na pięknym karym koniu jechał mjr Walerian Bogdanowicz. Ułani po pokonaniu wydm wjechali w morze. Plutony prezentowały się wspaniale, pierwszy na koniach gniadych, drugi na kasztankach, trzeci na karych, a orkiestra na siwkach (…)”.
Słowa przysięgi odczytał mjr Stanisław Arkuszewski, a rotę w ślad za nim powtarzały szeregi polskich ułanów: „Ułani wyciągnęli szable, i zaczęli powtarzać rotę ślubowania. – „Ślubuję Ci, polskie morze, że ja, żołnierz Ojczyzny, wierny syn swego narodu…”. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa przysięgi i oddaniu salwy z baterii 4 dywizjonu artylerii konnej, zaległa zupełna cisza – i nastąpił najbardziej uroczysty moment uroczystości: „Z szyku ułanów wyjechało dwóch zasłużonych ułanów – kpr Suchorzewski i starszy ułan Kobylański. Odebrali oni od mjr A. Arkuszewskiego dwa złote pierścienie i wjechali na swych kasztanach w wodę. Tam po słowach „W imieniu Narodu Polskiego biorę cię Bałtyku w nasze wieczyste władanie” – wrzucili pierścienie do morza. Po tym akcie żołnierze odśpiewali „Rotę” (…)

Obrazek
Kołobrzeg – Pomnik Zaślubin z Morzem


Pamięć wciąż żywa…
Najbardziej znanym i rozpoznawalnym znakiem pamięci dzisiaj jest utrzymany w socrealistycznej, modernistycznej stylistyce Pomnik Zaślubin z Bałtykiem, stojący w Kołobrzegu.
Ale i w Mrzeżynie, w miejscu zaślubin, stoi mniejszy pomnik – kamienny obelisk z lancami kawaleryjskimi i orłem piastowskim. Widnieje na nim napis: „W tym miejscu 17 marca 1945 wrzucając pierścienie w fale Bałtyku żołnierze I Warszawskiej Brygady Kawalerii Wojska Polskiego ślubowali wieczystą wierność Polskiemu Morzu”.

Obrazek
Mrzeżyn, Pomnik Zaślubin z Morzem


Co zasługuje na szczególne podkreślenie, w ostatnim czasie co roku odbywają się w Kołobrzegu uroczyste obchody rocznicy walk o miasto i Zaślubin z Morzem. Odbywają się nie tylko uroczyste msze święte, ale i atrakcyjne zwłaszcza dla dzieci i młodzieży inscenizacje historyczne (zorganizowane przez działające na zasadach dobrowolności i skupiające miłośników historii grupy rekonstrukcji historycznej), okolicznościowe wystawy, konkursy, prelekcje, rajdy piesze, a także spotkania z żyjącymi jeszcze uczestnikami walk o Kołobrzeg.
Co roku też w rocznicowe obchody angażuje się Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu, w którym zgromadzono duże ilości eksponatów związanych z walkami w 1945 roku.

„Nie poszedł na darmo nasz trud”?
Postawmy jednak pytanie: co pozostało więcej, niż ta pamięć? W rotach przysięgi czytamy słowa o ofiarności, o trudzie, o wiecznej wierności…
Co dzisiaj zostało z tej wierności Polski wobec morza?
Popatrzmy na pozamykane stocznie Gdańska i Szczecina, popatrzmy na stan polskiej floty handlowej, promowej i przede wszystkim – Marynarki Wojennej. Popatrzmy, jak rządzący traktują polską obecność nad Bałtykiem – czy traktują ją jako zaszczyt i wielki obowiązek, czy jako coś, czego należy się pozbyć, co trzeba zlikwidować, sprzedać, doprowadzić do upadłości? Popatrzmy na niekończące się problemy z budową świnoujskiego Gazoportu, na zapomnianym przez rządy PO-PSL projekcie kanału przez Mierzeję Wiślaną, który zabezpieczyłby Polsce wyjście na Bałtyk z portu w Elblągu. Popatrzmy, czy dzisiejsza Polska docenia fakt posiadania swojego okna na świat, swojego wybrzeża i swoich portów. Czy Polska stoi przodem do morza – czy raczej odwróciła się od niego plecami, zapominając, jakie możliwości ono daje?

Michał Soska

http://www.mysl-polska.pl/node/406


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 23 lip 2015, 18:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/04/2 ... szkiewicz/

Profesor Witold Andruszkiewicz
Posted by Marucha w dniu 2015-04-27 (poniedziałek)

Osoby, dla których każdy, kto pracował na rzecz państwa zwanego PRL-em (nieważne, że innego nie było), jest z definicji zdrajcą i pachołkiem Bieruta – niech nie zadają sobie trudu czytania.
Dla reszty z nas, PRL mimo całej swej ułomności, nie był bardziej ułomny, niż dzisiejsza III RP – i mimo uzależnienia od ZSRR był krajem mniej podległym, niż prowincja Wielkiej Żydolandii zwanej Unią Europejską.
Panu Zdziwionemu dziękujemy za zwrócenie uwagi na postać prof. Andruszkiewicza.
Admin




Czasem warto przedstawić ludzi, którzy wybitnie przysłużyli się do rozwoju gospodarki PRL. Moim zdaniem zasługują oni na miano bohaterów, skoro żyli i tworzyli, a nie byli przy tym tchórzami, w tym jakże niewydolnym tworze, którym była PRL – choćby po to, by pokazać, jak bardzo brak nam takich ludzi dzisiaj, z ich wiedzą i odwagą, choć tamci działali w czasach o wiele trudniejszych.
Na pierwszy rzut proponuję sylwetkę Profesora Witolda Andruszkiewicza (ur. 29 września 1917 w Omsku) zmarłego 28 października 2014 roku – polskiego ekonomisty, profesora w dziedzinie ekonomiki portów morskich i żeglugi. Pomysłodawcy budowy głębokowodnego portu w Świnoujściu oraz Portu Północnego w Gdańsku.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przybył z rodziną w jej granice w 1922 roku. Studia rozpoczął w Akademii Handlowej w Poznaniu w 1937 roku – ukończył je z tytułem magistra nauk ekonomiczno-handlowych w 1946. W latach 1947-52 wykładał w Wyższej Szkole Handlu Morskiego w Sopocie – aż do usunięcia z uczelni. W tym czasie uczestniczył w (zlikwidowanym w 1952 roku) seminarium doktoranckim prof. Leona Koźmińskiego w Szkole Głównej Planowania i Statystyki.
W latach 1957-61 pełnił funkcję dyrektora ds. eksploatacji Portu Gdynia, następnie tworzył Zakład Portów Instytutu Morskiego w Gdańsku. W 1962 uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych. W 1971 roku został profesorem nauk ekonomicznych. Pełnił funkcje członka władz naczelnych Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego oraz prezesa gdańskiego oddziału PTE.
Według opracowanej przez niego koncepcji zbudowano w Świnoujściu głębokowodny port dla statków o nośności 65 tys. ton oraz Port Północny w Gdańsku dla statków o nośności 150 tys. ton.
Prof. Andruszkiewicz opracował też koncepcje:
– budowy Portu Wschodniego w Gdańsku;
– powiązania Transeuropejskiej Autostrady Północ Południe (A-1) z liniami żeglugowymi Bałtyku (1972);
– centralnego, portowego terminalu autostrady A-1 w Gdańsku Wiślince na południowym brzegu Martwej Wisły;
– zagospodarowania portów: Świnoujście, Darłowo, Tolkmicko, Krynica Morska, Puck;
– rachunku ciągnionego efektywności ekonomicznej budowy kanału żeglugowego na Mierzei Wiślanej.
Był autorem ponad 500 publikacji z dziedziny ekonomiki portów morskich i żeglugi.
Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Profesor Witold Andruszkiewicz był niezwykle znaną, ceniona i lubianą osobowością, szczególnie w środowisku morskim. Do końca życia był aktywny zawodowo. Brał udział w licznych konferencjach, udzielał wywiadów. W ostatnich latach był wykładowcą Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa w Poznaniu oraz w Europejskiej Szkole Hotelarstwa, Turystyki i Przedsiębiorczości – Szkole Wyższej w Sopocie. Wykładał także w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.
Poniżej ostatni wywiad z prof. Andruszkiewiczem z marca 2014 roku, jaki udzielił Maciejowi Ostrowskiemu z GospodarkaMorska.pl
Publikujemy nasz ostatni wywiad, który przeprowadziliśmy w marcu 2014 roku z Prof. Witoldem Andruszkiewiczem. Profesor Witold Andruszkiewicz 1917-2014 pomysłodawca budowy Portu Północnego – Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
„Rozwój gospodarki morskiej hamują absurdy minionej epoki”
Przedwojenne granice miasta Gdańsk ustalono w roku 1895. Po 1945 r. miastu odebrano kilkadziesiąt km2 terenów rozwojowych na południowym wchodzie. Następstwa tej decyzji hamują rozwój miasta i portu po dziś dzień.
W systemie socjalistycznym, narzuconym Polsce po II wojnie światowej, obowiązywał tzw. centralizm zarządzania. Ponieważ upaństwowiono cały system podejmowania decyzji, zlikwidowano funkcje urzędników komunalnych, wszystkie decyzje podejmowali urzędnicy państwowi. W rezultacie Prezydent Miasta Gdańska był urzędnikiem państwowym wykonującym polecenia stolicy.
Jednym z podstawowych zadań stojących przed władzami każdego miasta portowego jest pozyskiwanie terenów i akwenów portowych w celu zabezpieczenia potrzeb rozwijającego się portu i miasta.
W latach 70-tych XX w. największym portem na świecie pod względem ilości przeładowywanych towarów był Rotterdam. Ośrodek ten dysponuje rezerwami terenów na inwestycje na okres ok. 500 lat.
W 1895 r. rozporządzenie rajców Gdańska przesunęło wschodnią granicę miasta i portu na linię Przekopu Wisły, włączając w miejskie granice Przegalino i Świbno, położone na zachodnim brzegu Przekopu Wisły. Te właśnie tereny odebrane miastu i portowi w roku 1945 arbitralną decyzją władz państwowych, stanowiły niezbędną miastu rezerwę inwestycyjną.
Z punktu widzenia warszawskich decydentów wizytujących port gdański przyznanie gminom rolniczym gruntów pod uprawę zboża i ziemniaków, a jednocześnie stanowiących rezerwę inwestycyjną portu i miasta, było logiczne. Ich zdaniem były to grunty leżące odłogiem.
Geneza
W okresie zimowych powodzi rzeka Wisła niemal każdego roku zalewała okoliczne obszary powodując wielkie szkody w mieście. Rajcowie wpadli na nowatorski, jak na tamte czasy pomysł. Wisłę skierowano do morza o 20 km na wschód od ówczesnego jej ujścia przy Westerplatte. W miejscu w którym Wisła skręca na zachód w kierunku Gdańska oraz dawnego ujścia, nurt odcięto wysokim na 10m wałem przeciwpowodziowym. Granica miasta i portu została przeniesiona na linie przekopu Wisły- nowego, sztucznego ujścia rzeki do morza.
Przez setki lat znakomita większość podróżnych i towarów docierała do Gdańska Wisłą. Odcięcie rzeki uniemożliwiłoby ruch barek po rzece. Dlatego równocześnie z Przekopem Wisły zbudowano śluzę w Przegalinie. Do dzisiejszego dnia śluza łączy Przekop Wisły z Martwą Wisłą.
„Obywatelu, nie możemy pozwolić, by kilkadziesiąt km2 terenu leżało odłogiem”- argumentował warszawski decydent. Zgodnie z jego logiką teren został przeznaczony pod uprawę zbóż i ziemniaków. W oczach nie znającego się na gospodarce morskiej urzędnika sprawa była oczywista. Zapewnił mnie nawet, że tereny zostaną zwrócone miastu, jak tylko zajdzie taka potrzeba. Jednak w niedługim czasie w Polsce Ludowej przyjęło się, że zarządzenia Warszawy są niepodważalne dla lokalnych urzędników. Przez szereg lat starałem się naświetlić ten problem. Prezydent Gdańska do którego zwracałem się z prośbą o interwencję bał się przedstawicieli władz w Warszawie. Również na wielu konferencjach z udziałem dostojników ze stolicy prosiłem o naprawienie decyzji szkodliwej dla miasta i portu. Przez dziesiątki lat nikt nie odważył się skorygować błędnej decyzji. Odwagi cywilnej zabrakło również decydentom w wolnej Polsce.
Odcięcie miasta od terenów inwestycyjnych uniemożliwia realizację decyzji, które powinny być zrealizowane lata temu.
Miasto Gdańsk ciągnie się od granic Sopotu by na wschodzie skończyć się na Przekopie Wisły. Sopot i Przekop Wisły dzieli odległość 30 km. Na pierwszych 20 kilometrach, licząc od zachodu, czyli od granicy z Sopotem, pasmo nadmorskie Gdańska ma 12 kilometrów szerokości licząc od linii brzegu morza. Mocą decyzji warszawskiego urzędnika południowa granica miasta została poprowadzona od wschodniego krańca istniejącej dziś oczyszczalni ścieków, na północ do trawersu Śmiałej Wisły i środka Martwej Wisły. Akwen portowy Martwej Wisły zajmujący obydwa brzegi Wisły został podzielony linią graniczną poprowadzoną środkiem Martwej Wisły, na dwa pasma rzeki, z których północne pasmo należy do portu, zaś południowe przyznano gminom rolniczym Cedry Wielkie i Pruszcz Gdański Wiejski. Wyznaczenie nowych granic było łatwe i proste na mapie, jednak w wyniku tej absurdalnej decyzji port stracił ponad 10 km akwenu na Martwej Wiśle i to bardzo cennego, gdyż Wisła w niektórych miejscach ma nawet 500m szerokości.
W świadomości większości dostojników zajmujących się gospodarką morską istniało przekonanie, że 500 km dostępu do morza oraz 54 porty i przystanie, to liczba zbyt duża jak na potrzeby naszego kraju. Praktyka zmniejszania obszarów inwestycyjnych miała miejsce także w innych portach kraju (w Szczecinie obszar portu zmniejszono o 10km).
1972 – prezent na 1000 lecie
Rok 1972 przyniósł wielkie wydarzenie dla Polski i dla Gdańska. Organizacja Narodów Zjednoczonych i jej organ Europejska Komisja Gospodarcza w Genewie podjęła niezwykle cenną decyzję, niedocenianą do dzisiejszego dnia. Zatwierdzono trzeci transeuropejski korytarz transportowy północ-południe biegnący od Helsinek przez port Gdańsk, Stambuł w Turcji aż do portów Zatoki Perskiej. To jeden z trzech korytarzy transportowych, zatwierdzonych w tym czasie.
Pierwszy Transeuropejski Korytarz Transportowy Północ-Południe wybiega z Londynu, na południe przecina kanał La Manche, Francję, Hiszpanię w rejonie Gibraltar-Morze Śródziemne i biegnie na południe zachodnim brzegiem Afryki nad Atlantykiem.
Drugi Transeuropejski Korytarz Transportowy Północ-Południe wybiega z Kopenhagi w Danii, biegnie przez Niemcy, Włochy, w tym przez Sycylię, przecina Morze Śródziemne i biegnie do Afryki Środkowej. Wg Organizacji Narodów Zjednoczonych korytarz transportowy jest to pasmo terenu o szerokości ok. 150 km wiodące w ustalonym kierunku geograficznym, w którym biegną szlaki różnych gałęzi transportu.
W naszym Trzecim Transeuropejskim Korytarzu Transportowym w 1972 r zatwierdzono rurociąg naftowy biegnący z portu gdańskiego przez Płock na południe kontynentu aż do Zatoki Perskiej. W Polsce tylko zbudowano fragment tego rurociągu. Obecnie biegnie on od Portu Północnego Gdańska i prowadzi tylko do Płocka. W myśl planów korytarza trasa prowadząca od Helsinek przez Gdańsk miała być główną autostradą morską. Poprowadzenie trasy przez port gdański wymaga pilnego zbudowania terminalu portowego tej autostrady na Martwej Wiśle gdzie będzie ona połączona z przyszłymi autostradami morskimi.
W gdańskim terminalu schodziłyby się autostrady morskie prowadzące z różnych portów Morza Bałtyckiego. Gdyby uchwała ONZ była respektowana i realizowana, port i miasto zyskiwałyby miliardy dolarów przychodu rocznego na obsłudze międzynarodowych turystów morskich.
Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej w Moskwie sprzeciwiała się planom budowy Transeuropejskiej Autostrady Północ-Południe (TEM, której polski krajowy odcinek w 1972 r Polacy nazwali autostradą A1, która powinna odchodzić z portu gdańskiego, jednak ze względów politycznych narzucanych przez RWPG znaleźli się Polacy, którzy nie chcąc drażnić RWPG zaproponowali budowę autostrady od wsi Rusocin (24 km od Gdańska) i korytarza transportowego przez Gdańsk, wysuwając jednocześnie zamiast Gdańska kandydaturę 2 swoich portów – Kaliningradu lub Tallinna.
RWPG nie wyraziło zgody na poprowadzenie autostrady od portu Gdańsk gdyż autostrada z Gdańska nie była przewidziana w planach strategicznych tej organizacji. Informacja o wytyczeniu korytarza transportowego, prowadzącego przez terytorium naszego kraju została wyciszona przez obowiązującą w PRL cenzurę.
– Mimo świadomości możliwości osiągania miliardów dolarów przychodu nikt nie stara się o poprowadzenie odcinka autostrady prowadzącego z portu Gdańskiego do Rusocina. Nie istnieje zaplecze infrastrukturalne, potrzebne do zrealizowania tego zamierzenia. Decydenci mają małą świadomość znaczenia korytarza transportowego dla rozwoju naszego regionu. Przez takie myślenie port gdański traci ogromną ilość ładunków, które mogłyby być u nas przeładowywane oraz dochodów z międzynarodowej turystyki morskiej, w tym żeglarskiej. Tracimy również możliwość stworzenia miejsc pracy w zakresie obsługi międzynarodowych turystów morskich.
Ekspertyzy
W latach 1986 – 1991 Instytut Okrętowy Politechniki Gdańskiej prowadził badania zawarte w Centralnym Programie Badawczo Rozwojowym 9.5. pt. „Rozwój Technicznych i Ekonomicznych Systemów Gospodarki Morskiej”. Kierownikiem programu był prof. dr hab. inż. Lech Kobyliński. Kooperantem w tych badaniach był Zakład Portów, który wykonał badania tzw. Celu Realizacyjnego nr42, który nosił tytuł: „Modernizacja i Rozbudowa Podstawowej, Portowej Infrastruktury Technicznej oraz Powiązanie Transeuropejskiej Autostrady Północ-Południe z jej centralnym terminalem portowym pasażersko-drobnicowym ro-ro w porcie gdańskim”. Kierownikiem tego celu był prof. zw. dr s.p.n.b Witold Andruszkiewicz.
Badania zalecały inwestycje infrastrukturalne w porcie gdańskim (potrzebne do obsługi prowadzącej przez port gdański autostrady, będącej częścią Transeuropejskiego Korytarza Transportowego Północ-Południe). Polska na rozkaz RWPG w Moskwie przez 32 lata w ogóle nie budowała polskiego odcinka autostrady. Ten kompromitujący stan na szczęście zmienił Jan Ryszard Kurylczyk, były wojewoda Pomorski, który został wiceministrem budowy autostrad i odważnie rozpoczął w 2004 r budowę polskiego odcinka tej autostrady. [A więc można było – admin]
Wszystkie europejskie kraje, przez które przebiega prowadzący na południe korytarz transportowy zbudowały swoje fragmenty autostrady. Czekają na przyłączenie polskiego fragmentu autostrady do portu gdańskiego, jednak w Polsce realizacja ta jest opóźniona o 32 lata. Na realizacji całego przedsięwzięcia najbardziej zależy Czechom, Słowakom Węgrom i Austriakom – to jest krajom nie posiadającym dostępu do morza.
Przez niedoprowadzenie 24 km odcinka autostrady, pewnego dnia może wybuchnąć międzynarodowy skandal z Polską w roli głównej. Autostrada na całej długości od Morza Bałtyckiego do Zatoki Perskiej nie będzie mogła być otwarta, gdyż Polsce brakować będzie odcinka autostrady od wsi Rusocin do portu gdańskiego, jak też brakować będzie terminalu portowego tej autostrady w Gdańsku na Martwej Wiśle, w którym lądowa autostrada wiązać się będzie z autostradami morskimi, ale tego terminalu portowego Zarząd Portu Morskiego Gdańskiego nie buduje.
Turystyka morska – najbardziej zapóźniony sektor gospodarki morskiej
W zamyśle Europejskiej Komisji Gospodarczej Organizacji Narodów Zjednoczonych w Genewie przechodząca przez Gdańsk autostrada miała być nośnikiem rozwoju międzynarodowej turystyki morskiej. Tym samym nasze miasto jest predysponowane do tego, by stać się największym w Polsce ośrodkiem turystyki międzynarodowej, w tym żeglarskiej.
Szczególnie zacofani jesteśmy w dziedzinie morskiej międzynarodowej turystyki żeglarskiej. W całym kraju jest zaledwie 1000 stanowisk dla turystycznych jachtów morskich. Badania wykazały, że potrzebnych jest 100 000 stanowisk cumowania jachtów, z tego w Gdańsku 10 000. Cały wschodni 10 km odcinek Martwej Wisły, na którym miał powstać Port Wschodni (od mostu wantowego im. Jana Pawła II aż do Przegalina) miał zostać przeznaczony wyłącznie pod potrzeby zaplecza turystycznego. Potwierdzają to wykonane na przełomie lat 86 i 91 badania wykonane przez Zakład Portów Instytutu Morskiego w Gdańsku jako kooperanta Instytutu Okrętowego Politechniki Gdańskiej.
Zachodni odcinek Martwej Wisły od Mostu Wantowego im. Jana Pawła II do Śmiałej Wisły miał być poświęcony obsłudze turystów przypływających do Gdańska na promach pasażersko-samochodowych. Wg wykonanych przez Zakład Portów badań, turyści mogliby być dla miasta źródłem przychodu rzędu 4 mld dolarów w ciągu roku. By móc sięgnąć po te pieniądze miasto musiałoby wybudować portowe miasteczko turystyczne. Obecnie miasto nie dysponuje odpowiednim terenem oraz akwenem portowym. Dlatego niezbędnym jest zwrócenie portowi i miastu akwenów i terenów odebranych po 1945r przejściowo na cale siania zbóż i sadzenia ziemniaków. Wg badań wykonanych w Zakładzie Portów Instytutu Morskiego w Gdańsku w naszym mieście mogłoby powstać największe nad Bałtykiem centrum morskiej turystyki żeglarskiej.
Miasto Gdańsk na wschodnim jego odcinku wąskim pasem sięga do Ujścia Wisły przez Przekop Wisły. Dzisiejszy port gdański nie leży przy Wiśle. Jest odepchnięty 10 km od ujścia rzeki. Jest to wynikiem tego, że ostatnie 10 km na wschodzie akwenu portowego na Martwej Wiśle zostało oddany Dyrekcji Wód Śródlądowych. Na szczęście instytucja ta przez szereg lat nie zagospodarowywała przypadającego jej akwenu gdyż orientowała się, że jest to niezbędny akwen dla rozwoju portu gdańskiego.
Międzynarodowa turystyka morska jest przyszłością we wszystkich 54 polskich portach i przystaniach morskich. W Polsce ciągle jeszcze nie doceniamy, że obecnie na świecie przychody za sprzedane usług są wyższe od przychodów ze sprzedaży towarów. Rozwój turystyki morskiej w naszym mieście teoretycznie mógłby rozpocząć się już w 1956 roku, czyli okresie po stalinowskiej „odwilży.” Jednak wówczas wciąż byłby utrudniony niemożliwością odzyskania przez miasto terenów i akwenów zabranych po wojnie.
Port Północny – następstwa pewnej zemsty
W powojennym Gdańsku mieszkam od 1945 r. Pracowałem w porcie kierując przedsiębiorstwem przeładunków portowych i międzynarodowej spedycji morskiej (Społem). Jednocześnie od 1947 r byłem powołany na stanowisko Profesora w Katedrze Portów Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie gdyż uzyskałem stopień magistra nauk ekonomiczno-handlowych w Akademii Handlowej w Poznaniu.
W swojej pracy doktorskiej pisanej od 1947- 1949 postulowałem zbudowanie najgłębszego na Morzu Bałtyckim portu z torem wejściowym o głębokości 17 m dostępnym dla statków o nośności 150 000 ton (jednostek takich nie produkowano jeszcze na świecie, ale profesorowie z Politechniki Gdańskiej pisali, że takie w przyszłości będą) i wybudowanie bazy przeładunków ropy naftowej dla zdywersyfikowania dostaw ropy dla Polski Ludowej.
– „Nie pisz tego, bo za takie stwierdzenie mogą cię nawet aresztować”- ostrzegał mnie promotor, prof. zw. dr Bolesław Kasprowicz; na moje prośby zgodził się, bym zabrał pracę doktorską zawierającą propozycje budowy w Porcie Północnym bazy przeładunku ropy naftowej do Warszawy do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, gdzie moim nowym promotorem został prof. Leon Kuźmiński, który polecił bym wykreślił tę propozycję z pracy doktorskiej.
Miesiąc przed przyznaniem doktoratu moją uczelnię „zaszczyciła” wizyta komisji partyjno-personalno- naukowa ds. przeprowadzenia „przeglądu kadr naukowych.” Celem komisji była weryfikacja polityczna kadr naukowych. W mojej pracy podobała im się koncepcja budowy najgłębszego na Bałtyku Portu Północnego, do którego będą zawijać statki o ładowności 150 tyś ton. Tak duży statek zapewniał obniżkę 50% obniżkę jednostkowego kosztów przewozu w stosunku do jednostkowego kosztów przewozu 15 tyś ton- największych, jakie wchodzą do Portu Szczecin. Jednak nie mogli zaakceptować pomysłu dywersyfikacji dostaw ropy dla PRL. Wywnioskowali, że chcę poróżnić Polskę „z jej wielkim dobroczyńcą” – Związkiem Radzieckim! W efekcie tej rozmowy zostałem dyscyplinarnie usunięty z uczelni w raz z promotorem i pozostałymi 6 jego doktorantami.
Ze względu na liczone w milionach dolarów oszczędności, które zapewniał pomysł koncepcja Portu Północnego została zrealizowana. Zbudowanie portu dla potrzeb przeładunków węgla i rudy odbyło się za wiedzą i pozwoleniem Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. W 1974 r odbyło się otwarcie Portu Północnego Gdańska w zakresie bazy przeładunku węgla, wstęgę przecinał I sekretarz Edward Gierek. Jednak prócz tego zbudowano w 1975 r. (bez zezwolenia RWPG) bazę przeładunkowo-składową dla dywersyfikacji dostaw ropy naftowej do kraju. Jednocześnie budowana była baza przeładunkowo-składowa rudy.
Na miesiąc przed otwarciem bazy przeładunku ropy naftowej dowiedziała się o jej nielegalnej budowie RWPG, która bardzo ją oburzyła, w wyniku czego RWPG w Moskwie zdecydowało następujące sankcje karne:
– Przerwać dalszą budowę Portu Północnego.
Budowę jak widać przerwano bardzo skutecznie bo prawie gotowa Baza Rudowa, która miała zbudowany falochron, basen rudowy i pirs betonowy. Łącznie w inwestycję włożono już 1,5 mld zł, które leżą zamrożone do dnia dzisiejszego, gdyż Zarząd Morskiego Portu Gdańsk z pieniędzy budżetowych nie ukończył bazy niezwykle potrzebnej Polsce. Przez 38 lat przewozi się rudę na statkach mających najwyżej 65 tyś ton nośności zamiast wozić ją na jednostkach o nośności 150 tyś ton, przepłacając miliony dolarów za frachty.
– Zakupione niezbędne dla bazy przeładunkowo-składowej ropy naftowej zbiorniki paliw płynnych mieszczące 450 ton paliwa płynnego nie zostały zainstalowane w tej bazie, lecz przekazane Rafinerii Gdańskiej i PERN w Gdańsku. Na skutek tego baza przeładunku ropy za karę stała się tworem kalekim, nie samodzielnym, nie mogącym obsłużyć zbiornikowca bez pomocy innego przedsiębiorstwa, które wydzierżawia zbiorniki paliwowe. Niezbędne bazie zbiorniki paliwowe do dnia dzisiejszego nie zostały zamontowane.
– Bardzo potrzebne polskim portom Zjednoczenie Portów Morskich w Gdyni jako bezpośrednio odpowiedzialne za „nielegalne” zbudowanie paliw płynnych zostało natychmiast rozwiane, w wynik czego rozpędzeni zostali najlepsi fachowcy, praktycy portowi.
– Gdy wrócił z Nowego Yorku po kilku latach nieobecności w Polsce dyrektor naczelny Zjednoczenia Portów Morskich w Gdyni Zbigniew Teplicki i wygrał konkurs na stanowisko naczelnego dyrektora Polskich Linii Oceanicznych (gdyż komisja konkursowa nie była zorientowana w jego sytuacji politycznej), minister żeglugi nie wręczył mu nominacji, gdyż władze bezpieczeństwa odmówiły udzielenia mu zezwolenia na dostęp do tajemnicy państwowej. Jednocześnie nie mógł do końca życia otrzymać w gospodarce morskiej żadnego stanowiska.
Fundusze na rozbudowę – skutki kuriozalnej decyzji
W 1990 r. Bank Światowy w Waszyngtonie przyznał naszemu rządowi 7 niskooprocentowanych kredytów na inwestycje infrastrukturalne. Jedna z pożyczek (nr 7) miała sfinansować budowę mostu o wysokim prześwicie łączącego wyspę Stogi (wyspę portową) ze stałym lądem. Most miał dysponować 55 m prześwitem – wystarczającym, by mogły pod nim przechodzić statki pełnomorskie, płynące z Portu Zachodniego Gdańska do przyszłego portu wschodniego. Gdyby powstał, byłby konstrukcją podobnej wielkości co słynne Mosty nad Kanałem Kilońskim.
– Do Gdańska z Waszyngtonu z Banku Światowego przybyła delegacja na spotkanie z ministrem żeglugi, który miał do pomocy ekspertów portowych, wśród których byłem i ja. Ta delegacja przedstawiła swoją koncepcję prosząc ministra aby zrezygnował on z budowy tego bardzo kosztownego, wysokiego mostu i wprowadzania do portu wschodniego Gdańska promów pasażersko-samochodowych przez wejście do portu gdańskiego przy Westerplatte, gdyż dla armatorów tych promów będzie to droga zbyt długa, kosztowna i czasochłonna. Delegacja stwierdziła, że istnieje krótka droga przez tor wodny Śmiałej Wisły, który wymaga pogłębienia. Zamiast mostu wysokiego można zbudować o wiele mniej kosztowny most niski i przesunąć jego lokalizacje na miejsce po wschodniej stronie starego, jednotorowego, otwieranego mostu kolejowego. Ten niski most wprawdzie będzie stanowił barierę dla przechodzenia statków morskich z zachodniej do wschodniej części portu ale będzie dużo mniej kosztował. Z zaoszczędzonych pieniędzy Bank Światowy natychmiast otwiera kredyt nr 8, który pokryje 50% kosztów pogłębienia toru wodnego śmiałej Wisły. Dzięki temu armatorzy promów pasażersko- samochodowych będą mogli wprowadzać bardzo krótką trasą wodną na Martwa Wisłę przez tor wodny Śmiałej Wisły statki do terminalu autostrady TEM/A1 przy niskim moście. Minister po naradzie z ekspertami zaakceptował ten interesujący pomył delegacji Banku Światowego w Waszyngtonie.
– Nie mogę pojąć, dlaczego zmarnowano tyle lat istnienia niepodległej Polski.
W ten sposób port gdański składa się z 3 oddzielnych części. Przejście z jednej części portu do drugiej wymaga każdorazowego wyjścia na redę. Wejście do portu zachodniego Gdańska, który obejmuje również najstarszą 1000 letnią część portu rejonu Motławy ma wejście z morza prowadzące po zachodniej stronie cypla Westerplatte. Wejście do Portu Północnego Gdańska jest najgłębsze na Morzu Bałtyckim, gdyż wynosi 17m głębokości. Trzecie wejście z morza prowadzi do portu wschodniego Gdańska na Martwą Wisłę rozciągającą się od niskiego mostu na zachodzie do Przekopu Wisły na wschodzie prowadzi przez tor wodny Śmiałej Wisły, który wymaga pogłębienia.
Urząd Morski w Gdyni jako inwestor tego pogłębienia wydał otrzymane z Banku Światowego fundusze stanowiące 50% niezbędnej kwoty na pogłębienie toru wodnego zaczynając od strony morza. Niestety nie otrzymał do dnia dzisiejszego drugiej połowy niezbędnej kwoty, którą miał dać budżet państwa. Na skutek tego przez 20lat zamrożona jest kwota otrzymana od Banku Światowego. Jedyne wejście do portu wschodniego Gdańska nie jest jeszcze otwarte. Hamuje to realizacje inwestycji na Martwej Wiśle.
Most zbudowany za pieniądze Banku Światowego, stanowi barierę nie do pokonania dla dużych jednostek, tak długo dopóki nie będzie otwarte wejście z morza pogłębionym torem Śmiałej Wisły. Wejście przez Śmiałą Wisłę stanowić będzie również krótką drogę wodną dla wielkiej liczby jachtów międzynarodowej turystyki żeglarskiej, którego centrum największe nad Morzem Bałtyckim może powstać między trawersem Śmiałej Wisły i Przekopem Wisły, przy której powinno być zbudowanych odgałęziających się od Martwej Wisły 6 basenów żeglarskich, każdy o długości 1000 m i szerokości 300 m.
Zarząd Miasta Gdańska wspólnie z Zarządem Portu Gdańsk muszą doprowadzić do zwrotu zabranego im w roku 1945 terenów rozwojowych oraz przydzielonego gminom wiejskim pasma Martwej Wisły. Zdaniem prof. Witolda Andruszkiewicza bez rozwiązania szeregu wymienionych i innych problemów sięgających genezą jeszcze Polski Ludowej, mentalnie i gospodarczo port gdański będzie wciąż tkwił w błędach popełnionych w 1945 r i pilnie potrzebne do rozwoju miasta akweny i tereny będą „leżały odłogiem.”

http://www.gospodarkamorska.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 10 sie 2015, 19:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/14-maja-1955-roku- ... arszawski/

14 maja 1955 roku, w Warszawie podpisano Układ Warszawski
14 maja 2015 00:03



Układ Warszawski – oficjalna nazwa: Układ o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej. Był to sojusz polityczno-wojskowy państw bloku wschodniego, w skład wchodziły – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, Polska Rzeczpospolita Ludowa, Albańska Republika Ludowa (zawiesiła współpracę w 1960, wystąpiła z Układu 12 września 1968), Niemiecka Republika Demokratyczna (w strukturach wojskowych od 1956, wystąpiła z Układu 25 września 1990), Węgierska Republika Ludowa, Rumuńska Republika Ludowa, Republika Czechosłowacka i Bułgarska Republika Ludowa – z dominującą rolą ZSRR.
Układ powstał na podstawie Deklaracji Bukaresztańskiej, jako odpowiedź na militaryzację Niemiec Zachodnich i włączenie ich w strukturę NATO, a sankcjonował istniejące od zakończenia II wojny światowej podporządkowanie poszczególnych państw i ich armii ZSRR.

Formalne zasady układu określono w 1955 roku przez I sekretarza KPZR Nikitę Chruszczowa i podpisano go 14 maja 1955 w Warszawie. Polska ratyfikowała UW we wrześniu 1955. Miał on funkcjonować przez 30 lat. 26 kwietnia 1985 jego ważność przedłużono na następne 20 lat. Ustanowiono wspólne dowództwo Układu w Moskwie. Sztaby armii poszczególnych państw członkowskich podlegały X Zarządowi Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR pełniącego rolę Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych. Naczelnym Dowódcą Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego był Marszałek ZSRR, który jednocześnie pełnił funkcję I Zastępcy Ministra Obrony ZSRR.

Po przemianach w latach 1989–1990 państwa członkowskie postanowiły, że stacjonujące w krajach Układu wojska radzieckie powinny opuścić terytorium tych państw. 25 lutego 1991 w Budapeszcie podpisano umowę o zaprzestaniu współpracy wojskowej i 1 lipca 1991 w Pradze rozwiązano struktury polityczne co oznaczało ostateczną likwidację Układu Warszawskiego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 22 sie 2015, 14:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/historia/9524-55-ro ... nogorskich

55. rocznica „Wydarzeń zielonogórskich”
Paweł Brojek sobota, 30, maj 2015 05:44

Obrazek

30 maja 1960 r. 5 tysięcy mieszkańców Zielonej Góry wyszło na ulice, protestując w obronie Domu Katolickiego, który wskutek decyzji ówczesnych władz został zlikwidowany, a jego budynek przekazany na inne cele. Doszło do starć z milicją i ZOMO. Były to jedne z największych zamieszek na tle religijnym w powojennej Polsce.

W 1945 r. w Zielonej Górze znajdowało się wiele budynków, które należały niegdyś do kościoła luterańskiego, a po wojnie były przejmowane przez władze polskie. W październiku 1945 r. parafię św. Jadwigi wraz z mieniem pozostawionym przez ewangelików przejął pierwszy polski proboszcz w mieście, ks. Kazimierz Michalski.

Decyzją wojewody poznańskiego z grudnia 1945 r. w jednym z przejętych budynków założony został Dom Katolicki. W jego pomieszczeniach znajdowała się m.in. lokalna redakcja „Słowa Powszechnego” oraz oddziały Caritasu i PCK. Odbywały się tu także lekcje religii. Prócz działalności religijnej ks. Michalski organizował tu życie społeczne i kulturalne, odbywały się przedstawienia i koncerty.

Wkrótce Dom Katolicki stał się centrum życia parafialnego, co coraz mniej podobało się komunistom. W latach 50. władze rozpoczęły represje wobec ks. Michalskiego. Za odmowę podpisania tzw. lojalki i zaprzestania „prowadzenia agitacji antypaństwowej” próbowano zmusić go do opuszczenia miasta.

Korzystając z nieuregulowanego statusu prawnego majątku kościelnego na Ziemiach Odzyskanych, władze w całej Polsce zaczęły odbierać Kościołowi budynki lub naliczać czynsze jak za dzierżawę lokali użytkowych. Nie inaczej było w Zielonej Górze, gdzie wiosną 1960 r. wydano nakaz opuszczenia budynku, celem przejęcia go przez miasto.

Władze kościelne nie zgodziły się na oddanie budynku, a ks. Michalski wezwał mieszkańców do oporu, prosząc o podpisywanie petycji do Rady Państwa o cofnięcie decyzji eksmisji. Podpisana przez 1200 parafian petycja pozostała bez odpowiedzi. O zaplanowanej na 30 maja eksmisji informowano we wszystkich parafiach.

Tego dnia o godz. 9.30 do budynku weszła grupa kobiet oraz dzieci na mające się tam odbywać lekcje religii, część kobiet pozostała na zewnątrz budynku. Dołączały do nich osoby wychodzące z pobliskiego kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej oraz inni przechodnie.

Tuż po godz. 10 ksiądz z grupą dzieci i kobiet wyszli na wieść, że przybył przedstawiciel władz miejskich w asyście milicjantów. Służby mundurowe bezskutecznie próbowały odblokować wejście do budynku, przed którym zbierało się coraz więcej osób.

Około godz. 12 tłum liczył już ponad 2 tys. ludzi. Milicja zaczęła rozpraszać manifestantów przy użyciu pałek i gazów łzawiących. Doszło do starć demonstrantów z siłami porządkowymi, protestujący wyrywali bruk z jezdni i rzucali kamieniami. Zamieszki ogarnęły centrum miasta.

Po godz. 14 tłum liczył już ponad 5 tys. osób, protestujący przejęli na pół dnia kontrolę nad miastem. Zielonogórska komenda MO została całkowicie zablokowana, spalono dwa samochody milicyjne. Dopiero po godz. 16 przybyłe z Poznania posiłki milicji oraz wojsk KBW obsadziły gmachy publiczne i rozpoczęły pacyfikację demonstracji.

Starcia trwały do wieczora. Według dokumentów SB zatrzymano ponad 300 osób, z których większość stanęła przed sądem bądź kolegium do spraw wykroczeń. Ponad 200 z nich skazano na kary więzienia, w tym dwie osoby na 5 lat, lub grzywny. Represje przybierały też postać zwolnień z pracy czy relegowania ze szkół. Zmuszony do opuszczenia Zielonej Góry ks. Michalski, przeniósł się do Poznania, gdzie wkrótce zmarł.

W zajętym Domu Katolickim utworzono siedzibę państwowej Filharmonii Zielonogórskiej, która istnieje tam do dzisiaj. W zamian w 1992 r. władze Zielonej Góry oddały kościołowi były ośrodek PZPR na Wzgórzach Piastowskich. Obecnie znajduje się w nim siedziba biskupa.

W 2000 r. w 40. rocznicę wydarzeń ulicy przy filharmonii nadano nazwę 30 maja 1960 roku. W 2010 r. odsłonięto tam pomnik, odbyła się też wystawa oraz zrealizowano krótkometrażowy film poświęcony wydarzeniom sprzed 50 lat.

Paweł Brojek
Źródło i fot.: lubuskie.pl

© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 25 sie 2015, 08:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Przeciw czerwonym, razem z czerwonymi

Obrazek
fot.By Pesell (Own work) [CC BY-SA 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], via Wikimedia Commons


70 lat temu powstało Polskie Stronnictwo Ludowe. Kontynuująca tradycje ruchu ludowego partia, stała się szybko główną, działającą jawnie, siłą niepodległościową w Polsce. Rozczarowani międzynarodową sytuacją polityczną Polacy upatrywali w niej ostatniej szansy na wyrwanie kraju z sowieckiej niewoli. Jednakże rachuby te od początku były nierealne. Stalin nie zamierzał bowiem tolerować na opanowanych przez siebie terenach żadnej opozycji. Jego zgoda na działalność PSL była tymczasowa i wynikała z potrzeb polityki zagranicznej dyktatora. Obiecał aliantom wybory w Polsce, a więc zorganizował spektakl pt. „Wolne wybory”.

Założone 22 sierpnia 1945 roku PSL powstało w oparciu o struktury konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego „Roch”. Jego prezesem został zasłużony dla ruchu Wincenty Witos (były prezes PSL „Piast”, trzykrotny premier II RP). Ze względu na zły stan zdrowia polityka, w rzeczywistości partii przewodził Stanisław Mikołajczyk (oficjalnie wiceprezes), który w czerwcu 1945 r., wrócił do kraju via Moskwa, gdzie brał udział w konferencji na temat utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Przyjazd byłego premiera RP na Uchodźstwie niewątpliwie wzmocniła ludowców w Polsce. PSL w kraju otrzymało lidera posiadający ogromny autorytet, wynikający z roli jaką odgrywał na emigracji. Niestety, miało to także negatywną stronę – uwiarygodniało propagandę sowiecką, głoszącą, że w kraju nad Wisłą panuje pluralizm polityczny. Po śmierci Witosa (31 października 1945 roku) Mikołajczyk oficjalnie objął funkcję prezesa PSL.

W rzeczywistości Polskie Stronnictwo Ludowe było bezpardonowo zwalczane i spychane na margines życia społeczno-politycznego. Aktywniejsi działacze ludowi byli szantażowani, zastraszani, bici, więzieni. Wielu zginęło z rąk funkcjonariuszy UB i Milicji Obywatelskiej. Płonęły domy i zagrody peeselowców. Jednocześnie trwała ogromna nagonka mająca zohydzić partię i jej działaczy w oczach Polaków. Mimo zabiegów Stanisława Mikołajczyka, by odciąć się od zbrojnego podziemia niepodległościowego, właśnie współpraca z nim stanowiła bardzo częsty zarzut stawiany ludowcom przez prokuratorów.

Po klęsce, jaką PSL odniosło zarówno w referendum 1946 r. jak i w wyborach do parlamentu przeprowadzonych w roku 1947 (w obu przypadkach komuniści sfałszowali wyniki), rozpoczęła się akcja likwidacji partii, do niczego już Stalinowi nie potrzebnej. Od 11 sierpnia do 10 września 1947 r. w Krakowie odbywał się proces, zwany krakowskim. Na ławach oskarżonych miejsca zajęli wybitni działacze PSL oraz członkowie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Proces miał wykazać powiązania między obu organizacjami i dać argument do ataku na partię. Mikołajczyk nie wytrzymał presji i w październiku z pomocą Amerykanów uciekł na Zachód. W kraju doszło do rozprawy z jego partią. Połączenie ubezwłasnowolnionego PSL z kolaboranckim Stronnictwem Ludowym zakończyło historię stronnictwa. Jak się szacuje, przez więzienia komunistyczne przeszło ok. 80 tys. działaczy PSL, a około 200 zostało zamordowanych.

Dramatyczna historia mikołajczykowskiego Polskiego Stronnictwa Ludowego to szczególny rozdział w historii ruchu ludowego. Po raz pierwszy partia chłopska uzyskała poparcie wszystkich warstw społecznych, zdecydowanej większości Polaków. Na drugi plan zszedł program społeczny stronnictwa, pamiętajmy jednak, że był on zdecydowanie lewicowy.

Ruch ludowy na początku swego istnienia, w końcówce XIX wieku, plasował się po lewej stronie sceny politycznej i dążył do przeprowadzenia głębokich zmian społeczno-gospodarczych w Polsce. Jego głównym postulatem było dokonanie reformy rolnej, polegającej na wywłaszczeniu wielkiej własności ziemskiej, by uzyskane w ten sposób grunty przekazać chłopom. Poszczególne partie chłopskie różniły się co do planowanego sposobu przeprowadzenia tych zmian. Niektóre postulowały wywłaszczenie bez odszkodowania, co zdecydowanie i otwarcie kłóciło się z moralnością chrześcijańską. Inne przewidywały wypłatę pewnej sumy tytułem zadośćuczynienia za utracony majątek. W tym wypadku o kwalifikacji etycznej takiej reformy decydowałyby warunki, w jakich zostałaby przeprowadzona i godziwość zadośćuczynienia.

Z perspektywy XXI wieku, należy stwierdzić, że postulowane przez ludowców ogromne przekształcenia własnościowe były nieopłacalne dla całego społeczeństwa. Przemiany industrialne jakie miały zajść w XX wieku i tak spowodowałyby migrację ogromnych rzesz mieszkańców wsi do miast, likwidując tym samym głód ziemi. W nowych warunkach społeczno-gospodarczych źle prowadzone majątki ziemskie bankrutowały, a ich ziemię kupowali nowi właściciele, w tym chłopi. Gospodarstwa wydajne stanowiły ośrodki promujące wiedzę rolniczą wśród włościan. Okrojenie czy też likwidacja tych drugich musiała wywrzeć negatywny wpływ na polskie rolnictwo.

I tak się rzeczywiście stało po II wojnie światowej. Dekret PKWN w rewolucyjny sposób wyeliminował z polskiej wsi warstwę ziemiańską i jej dwory – nie tylko ostoje polskiej kultury, ale także ośrodki wiedzy rolniczej, degradując polską wieś i cofając jej rozwój o całe pokolenia. Po siedmiu dziesięcioleciach ziemia, która została wówczas zrabowana i na nowo rozdana, niejednokrotnie stoi dziś odłogiem…

Bandycki sposób przeprowadzenia reformy rolnej w 1944 roku nie obciąża co prawda, pozostającego w tym czasie w podziemiu Stronnictwa Ludowego „Roch”, ani jego kontynuatora - PSL-u. Warto też podkreślić, że Stanisław Mikołajczyk, jako minister rolnictwa TRJN, starał się zwalczać nadużycia, do których doszło w trakcie wcielania w życie PKWN-owskiej „reformy”. Jednak fakt, że w kampanii przed referendum 1946 roku stronnictwo wezwało do odpowiedzenia „tak” na pytanie: Czy chcesz utrwalenia w przyszłej Konstytucji ustroju gospodarczego, zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki krajowej, z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?- z pewnością nie przysparza mu chwały.

Adam Kowalik

http://www.pch24.pl/przeciw-czerwonym-- ... 711,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 07 wrz 2015, 14:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/06/1 ... zydy-1962/

Witold Jedlicki „Chamy i Żydy” – 1962
Posted by Marucha w dniu 2015-06-16 (wtorek)

Obrazek

W związku ze wznowieniem działalności Natolina przez jego epigonów przypominam słynny artykuł Witolda Jedlickiego z 1962 zat. „Chamy i Żydy”. Zamieszczam go bez komentarza, uznając, że nawet najmłodsi Czytelnicy będą w stanie bez trudności posłużyć się tym materiałem źródłowym i odnieść go do dzisiejszej sytuacji.
AR

Chamy i Żydy
Witold Jedlicki (1962 r)

I
Istnieje pewien, ukształtowany może przede wszystkim przez prasę zachodnią, stereotypowy obraz wydarzeń politycznych w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Stereotyp ten jest niesłychanie rozpowszechniony zarówno w kraju jak i zagranicą.
Przypuszczam, że ogromna większość osób interesujących się sprawami polskimi przedstawia sobie sytuację polityczną Polski mniej więcej w taki sposób, jak to niżej próbuję scharakteryzować albo przynajmniej w sposób mocno do tego zbliżony.
Zasadniczym elementem tego stereotypu jest przekonanie, że polscy komuniści, jeżeli nie wszyscy, to w każdym razie poważna ich część, różnią się jaskrawo od swoich towarzyszy z „bratnich partii” tym, że przejawiają wyraźne tendencje liberalne lub w każdym razie liberalizujące. Przyczyn tego stanu rzeczy upatruje się zwykle w starych rozdźwiękach pomiędzy Stalinem a kierownictwem K.P.P. względnie jej późniejszymi kontynuacjami; nierzadko przy tym podaje się jakieś fakty mające świadczyć o istnieniu wśród czołowych komunistów polskich jakichś form oporu, opozycji czy nawet konspiracji przeciwko Stalinowi.
Tym elementom liberalnym w łonie P.Z.P.R. przypisuje się następnie podjęcie starań o stopniową liberalizację stosunków w Polsce po śmierci Stalina. Proces ten byłby może realizowany powoli i z wahaniami, gdyby nie to, że XX Zjazd K.P.Z.R., a w szczególności słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne.
Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.
W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał; sukces ten przypisuje się zwykle poparciu, udzielonemu wtedy Polsce przez Chiny. Interwencja taka miałaby jednak miejsce, gdyby nie zmysł polityczny narodu polskiego, który w przeciwieństwie do narodu węgierskiego, potrafił wówczas nie dopuścić do tego, żeby żądania przybrały treść krańcową i żeby akcje masowe miały formy prowokacyjne. Od rozlewu krwi uratowało wówczas Polskę to, że cały naród rozumiał, że należy zakreślić żądaniom i postulatom pewne rozsądne granice.
W czasie przewrotu i po przewrocie strona zwycięska przeprowadza szereg reform, z których najistotniejszymi były likwidacja znienawidzonego U.B., usunięcie „doradców radzieckich” z wojska i z policji, wypuszczenie z więzienia Prymasa Wyszyńskiego i uregulowanie stosunków z Kościołem oraz dopuszczenie do żywiołowej samolikwidacji chłopskich gospodarstw kołchozowych. Pomimo to, okres popaździernikowy charakteryzuje się pogłębiającym się rozdźwiękiem pomiędzy dwoma komponentami „obozu październikowego” tzn. pomiędzy zwycięską grupą w kierownictwie partyjnym, a słabnącym już w tym czasie ruchem masowym, w dalszym ciągu reprezentowanym przez prasę i intelektualistów. Właśnie przeciwko prasie i intelektualistom kieruje się w tym czasie głównie atak byłych sojuszników. Ukuwa się dla nich uwłaczającą nazwę „rewizjonistów” i poddaje się ich najprzeróżniejszym represjom. Najbardziej dramatycznym momentem tego konfliktu była likwidacja tygodnika „Po Prostu” i parodniowe rozruchy w Warszawie w październiku 1957 r. (Do tych rozruchów nie przywiązuje się jednak zwykle większego znaczenia). Przyczynę tego antydemokratycznego zwrotu w polityce Gomułki i innych leaderów partyjnych upatruje się zwykle we wzmagającej się presji rosyjskiej, której polskie kierownictwo partyjne coraz bardziej ulega. Katastrofalna w tym czasie sytuacja gospodarcza Polski presję tę bardzo Sowietom ułatwia. Równocześnie jednak podkreśla się, że masowy ruch, domagający się reform, w tym czasie gwałtownie słabnie niezależnie od jakichkolwiek represji. Zjawisko to przypisuje się zwykle takim czynnikom, jak wzrastająca po stłumieniu Powstania Węgierskiego świadomość beznadziejności jakichkolwiek prób przeciwstawienia się Rosji i powszechne godzenie się ze smutnymi koniecznościami wynikającymi z położenia geograficznego Polski.
Stale wzmagająca się presja rosyjska prowadzi w ciągu szeregu lat następnych do powolnego i stopniowego cofania wywalczonych w 1956 r. reform. Polityka Gomułki i innych październikowych zwycięzców staje się coraz wyraźniej i coraz jaskrawiej antydemokratyczna. Charakterystycznym, wielokrotnie podkreślanym zjawiskiem tego okresu jest spadek osobistej popularności Gomułki. Niegdyś podziwiany za odwagę, z jaką potrafił przeciwstawić się Kremlowi, staje się coraz częściej obiektem pretensji o zbytnią wobec Kremla uległość. Uległość tę interpretuje się przy tym coraz częściej jako skutek osobistej nieudolności i ignorancji. Ale mimo postępującej totalizacji Polska wciąż jeszcze wyróżnia się spośród innych krajów bloku komunistycznego pewnym, choć coraz bardziej ograniczonym liberalizmem.
Odnotujmy przy okazji pewne uboczne elementy charakteryzowanego tu stereotypu. Jednym z nich jest pogląd na rolę Kościoła. Kościół uważa się zwykle za jedyną w Polsce realną siłę opozycyjną. Przypisuje mu się przy tym konstruktywną rolę w okresie października. Decyzja Wyszyńskiego poparcia Gomułki w okresie października uważana jest zwykle za akt wielkiej politycznej rozwagi. Wyszyńskiemu przypisuje się też znaczną rolę w niedopuszczeniu do tego, aby ruch październikowy przekroczył pewne granice i naraził kraj na niebezpieczeństwo konfliktu zbrojnego z Z.S.S.R. Drugi uboczny element tego stereotypu to pogląd na sprawę żydowską. Wzniecenie nastrojów antysemickich w społeczeństwie w okresie października uważa się za największy sukces stalinowców. Uważa się, że nastroje te są w Polsce wciąż żywe mimo, iż cieszący się taką popularnością „obóz październikowy” z antysemityzmem walczył zawzięcie.
Starałem się tutaj, z konieczności ogólnikowo i w sposób bardzo przybliżony, ale możliwie obiektywnie i możliwie in optima forma zrekonstruować stan wiedzy przeciętnego czytelnika prasy zachodniej na temat problematyki politycznej Polski ostatnich lat dziesięciu. Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że były znaczne nieraz różnice zarówno w przedstawianiu pewnych zagadnień jak i w stosunku do nich. Różnice te znalazły swój wyraz między innymi w terminologii. Ówczesny warszawski korespondent „Monde’u”, Philippe Ben, stale charakteryzował zwolenników przemian październikowych w kierownictwie partyjnym „les liberaux” a ich przeciwników jako „les durs”. W ówczesnej prasie polskiej to samo nazywano „siłami postępowymi i rewolucyjnymi partii” oraz „siłami wstecznymi partii”. Grupę, która w październiku przegrała utarło się w końcu nazywać „Natolińczykami”. Jest natomiast rzeczą charakterystyczną, że grupa, która wygrała, tak powszechnie stosowanej nazwy nie otrzymała nigdy. Były jednak różnice poważniejsze, niż terminologiczne. Poważne dzienniki amerykańskie jak „New York Times” czy „New York Herald Tribune” wykazywały na ogół więcej rezerwy niż np. brytyjski „New Statesman and Nation”, który charakteryzując październikowy sojusz bezpartyjnych mas z partyjnym kierownictwem używał zwrotów w rodzaju „brave people led by brave leaders”. Największa rewelacja w zakresie wiedzy o oporze stawianym Stalinowi przez czołowych polskich komunistów, a mianowicie podana przez Izaaka Deutschera wiadomość o tym, jakoby w papierach pozostałych po zmarłym Bolesławie Bierucie znaleziono notatkę, zalecającą jego podwładnym sabotowanie dyrektyw radzieckich, nie znalazła, o ile mi wiadomo, wielu chętnych do przedrukowywania jej. Były w ogóle znaczne różnice w stopniu okazywania sympatii dla liberalnego odłamu komunistów polskich. Regułą było, że dziennikarze i publicyści o tendencjach lewicowych i socjalistycznych okazywali im ogromną sympatię, podczas gdy dziennikarze i publicyści o tendencjach prawicowych i konserwatywnych zachowywali rezerwę. Na skrajnej lewicy niekiedy wskazywano nawet na Polskę, jako na wzór do naśladowania dla socjalistów całego świata albo łudzono się, że to, co się dzieje w Polsce odrodzi międzynarodowy ruch robotniczy. Ale mimo tych wszystkich różnic w najistotniejszych punktach panowała powszechna zgoda. W szczególności godzono się na to, że wśród poważnej części komunistów polskich łącznie z wieloma przywódcami partii, panowały silne sympatie liberalne, że koła te poparły oddolny ruch masowy domagający się demokratyzacji ustroju i uniezależnienia się od Z.S.S.R., że wydarzenia października 1956 r. były ogromnym sukcesem sił demokratycznych w Polsce i zarazem porażką Rosji i że tylko niekorzystna koniunktura, w jakiej Polska znalazła się w ciągu lat następnych, a w szczególności potęgujący się nacisk sowiecki sprawiły, że zdobycze demokracji w Polsce nie okazały się trwałe.

II
Będę się starał obecnie wykazać, że naszkicowany tu obraz przebiegu wydarzeń pełen jest zupełnie zasadniczych nieporozumień. Przede wszystkim rzucają się w oczy elementy niejasne, wymagające stawiania pytań, których zwykle nie stawiano, albo na które nie dawano jasnych odpowiedzi.
1. Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.
2. Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.
3. Co właściwie powiedział Gomułka Chruszczowowi 20 października 1956 r.? Co naprawdę skłoniło Chruszczowa do zaniechania interwencji? Krążyło na ten temat mnóstwo pogłosek, ale jedna z tych pogłosek powtarzała się szczególnie uporczywie, mianowicie pogłoska o poparciu udzielonym wtedy Gomułce przez Chiny. Pewną wątpliwość budzi jednak okoliczność, że wszystko to razem odbywało się w ciągu paru zaledwie godzin, w ciągu których rząd chiński nie bardzo miał czas na zebranie informacji, podjęcie decyzji i przystąpienie do działania. Na wątpliwość tę zwykle się odpowiada w ten sposób, że druga tura członków Politbiura Sowieckiego przyleciała do Warszawy w godzinach późniejszych tego samego dnia, przywożąc Chruszczowowi wiadomość o chińskiej interwencji dyplomatycznej. Może to i prawda, ale to nie zmienia faktu, że przebieg rozmowy Chruszczowa z Gomułką jest nikomu nieznany.
4. Dlaczego ci sami ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę? Dlaczego Gomułka oparł się tej presji w sprawie indywidualnej gospodarki chłopskiej? Ostatnie pytanie jest może szczególnie niepokojące. Niekiedy mówi się, że polityka rolna Gomułki jest dezaprobowana przez Chruszczowa, niekiedy że aprobowana. Nie wiem, jak jest naprawdę, ale jeżeli jest dezaprobowana, to Gomułka poglądem Chruszczowa na tę sprawę wyraźnie się nie przejmuje, a jeżeli jest aprobowana, to w podobny sposób poglądem Chruszczowa nie przejmują się Ulbricht, Novotny, Kadar itd. Jakkolwiek by więc było, należałoby wyciągnąć wniosek, że satelitów stać na samodzielną decyzję w zasadniczej sprawie ustrojowej. A w ogóle wszystkie te pytania prowadzą chyba do wniosku, że albo presji rosyjskiej nie było w ogóle, albo była ona nie tak mocna, żeby można było ją uważać za zasadniczy czynnik kształtujący stosunki polityczne kraju, albo przynajmniej, że Gomułka i polscy leaderzy partyjni, kiedy chcieli, opierali się jej skutecznie. Wszystkie te ewentualności prowadzą z kolei do wniosku, że totalizacja ustroju, jaka nastąpiła w latach popaździernikowych, miała inne przyczyny i nie była spowodowana presją rosyjską.
(Nawiasem mówiąc w sprawie presji rosyjskiej pewni publicyści doszli już do podobnych wniosków. Np. pytanie o Rokossowskiego i Piaseckiego postawił Adam Bromke na łamach „The Survey”. Generalnie natomiast kwestię tę podjął w artykułach ogłaszanych ostatnio na łamach „Monde’u” i prasy izraelskiej Philippe Ben, wyrażając w tej sprawie trafny, moim zdaniem, pogląd, że presja istnieje, ale ogranicza się do pewnych szczególnie ważnych dziedzin, natomiast w sprawach innych pozostawia się władzom satelickim znaczny nawet margines swobody).
Sprawę poruszoną w punkcie (3) odłóżmy na później. Natomiast wnioski pozostałych trzech punktów można, jak mi się zdaje, uogólnić w postaci tezy, że jedni i ci sami ludzie byli w pewnym okresie, bez względu na to, co myślało o tym społeczeństwo, zainteresowani w demokratyzacji stosunków politycznych w Polsce, a w innym okresie, bez względu na to, co myślał o tym Chruszczow, zainteresowani w totalizacji tych stosunków.

III
Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat? W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu?
Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.
Możemy także, moim zdaniem, odrzucić ewentualność, że działały tu względy natury osobistej. Mam przez to na myśli taką ewentualność, że to ślepa nienawiść do pełnej upokorzeń i straszliwych lęków przeszłości, ślepa nienawiść do tego, na którego zawołanie musieli tańczyć kozaka sprawiła, że nie oglądając się na konsekwencje wygarniali z siebie to co czuli. W moim przekonaniu ten motyw miał wpływ na wording referatu Chruszczowa, ale samo jego wygłoszenie musiało mieć inne powody. Przywódcy partii totalitarnych są z reguły ludźmi zimnymi, o konstytucjach raczej schizoidalnych lub paranoidalnych, potrafiącymi dobrze ukrywać swoje myśli i uczucia, kiedy ich ujawnienie zagrażałoby interesom.
W swoim czasie przeczytałem całą masę komentarzy prasowych, artykułów i rozpraw na temat tajnego referatu Chruszczowa. Szukałem w nich przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: po co on to zrobił? Mam poczucie, że w całej tej ogromnej literaturze raz tylko natrafiłem na supozycję naprawdę ciekawą. Poza tym jednym wypadkiem kwestię motywów Chruszczowa bądź zbywano milczeniem, bądź wypowiadano się na ten temat niejasno, bądź najbardziej niefortunnie w świecie, formułowano wyjaśnienia, które ogólnie nazwałbym „marksistowskimi”.
Zanim zreferuję tę jedyną hipotezę, która moim zdaniem jest do przyjęcia, pozwolę sobie na pewną dygresję. Pragnę mianowicie krótko odpowiedzieć na pytanie dlaczego moim zdaniem poszukiwanie wyjaśnień o charakterze marksistowskim w tym wypadku nie prowadziło do niczego.
Przede wszystkim, celem uniknięcia nieporozumień, chciałbym określić, jaki typ wyjaśnień nazywam tu marksistowskimi. Otóż mam na myśli często wówczas spotykane argumentacje, że Chruszczow, zdając sobie sprawę z tego, że struktura społeczna Z.S.S.R. w kolosalnym stopniu obniża zdolności produkcyjne tego kraju i prowadzi do gospodarczej anarchii, pragnął zadać swoim referatem śmiertelny cios zawzięcie broniącemu swoich przywilejów aparatowi partyjnemu i w ten sposób umożliwić „technokratyzację” ustroju i całego systemu rządzenia w nadziei, że te zmiany pozwolą mu na podjęcie na wielką skalę współzawodnictwa ze Stanami Zjednoczonymi. Ten typ wyjaśnień jest, moim zdaniem, nie do przyjęcia z kilku względów. Chruszczow ma niewątpliwie ogromne zasługi w modernizacji zacofanego sowieckiego ustroju gospodarczego. Ale trudno dociec, jaki to może mieć związek z jego tajnym referatem. Jakkolwiek rozpaczliwy mógł być stan gospodarki sowieckiej w lutym 1956 r., trudno przypuścić, żeby wygłoszenie tego referatu mogło cokolwiek w tym zmienić. Mogło co najwyżej sytuację pogorszyć, na przykład przez spowodowanie fali strajków. Co więcej, samo wygłoszenie tego referatu mogło tylko wzmóc opór aparatu partyjnego przeciwko Chruszczowowi i nie prowadziło do jego rozbrojenia. Trudno sobie wyobrazić, jak ten referat mógłby być środkiem naprawy czegokolwiek. Co więcej trudno zrozumieć, dlaczego by ten krok, tak ryzykowny i niebezpieczny, miał być naprawdę niezbędny do dokonania radykalnych przemian strukturalnych, do których Chruszczow skądinąd zmierzał i które częściowo udało mu się później zrealizować. Gospodarka sowiecka przez długie lata stała na głowie i mogłaby sobie jeszcze trochę postać. W każdym razie trudno zrozumieć, jak jej naprawie mogło służyć opluwanie siebie, swojej przeszłości, swoich przyjaciół, swojej partii i swojego państwa.
(Mutatis mutandis ta sama argumentacja stosuje się do formułowanej czasem wówczas hipotezy, że Chruszczow chciał przez swój referat ułatwić sobie rokowania z Zachodem. Nawet jeżeli antystalinizm Chruszczowa zjednywał mu na Zachodzie jakieś sympatie, to i tak trudno przypuścić, żeby Chruszczow liczył na to, że politycy zachodni zmiękną tylko dlatego, że on taki ładny referat wygłosił. Kroki zmierzające do porozumienia z Zachodem mógł sobie Chruszczow podejmować do woli i bez tego referatu; dalsze wydarzenia budzą jednak zasadnicze wątpliwości, czy Chruszczowowi w ogóle w tym okresie na jakimś porozumieniu z Zachodem zależało. Ale gdyby nawet zależało, to trudno zrozumieć, co mu w tym mógł pomóc referat).
Cała ta sprawa budzi pewną refleksję natury ogólniejszej, bardziej abstrakcyjnej. Znane są spory o ogólne zasady wyjaśniania wydarzeń historycznych. Rozmaici autorzy, podkreślali rolę sprawczą, jaką odgrywają w procesach historycznych najróżniejsze czynniki: gospodarcze, społeczne, kulturalne, demograficzne, klimatyczne, osobowościowe i nawet higieniczno-sanitarne. Najgłośniejszym z tych sporów był zawsze spór marksistów z ich niektórymi przeciwnikami o „rolę jednostki w historii”. Spór ten, i rozmaite inne spory o podobnym charakterze traktowano zwykle tak, jakby był to jakiś problem „filozoficzny”, możliwy do ogólnego rozstrzygnięcia. Tymczasem jest to problem jawnie empiryczny i nie dający się rozstrzygnąć ogólnie; albowiem w każdym konkretnym przypadku rola jednostkowej decyzji i rola czynników, powiedzmy, gospodarczych może być różna w zależności od ustroju i struktury społecznej kraju, w którym mają miejsce wydarzenia będące przedmiotem wyjaśniania. Z tego, że marksistowski model wyjaśniania zdarzeń pasuje do dziewiętnastowiecznej Anglii, nie wynika jeszcze, że pasuje on do Wojen Krzyżowych albo Reformacji. Ale nawet jeżeli do Wojen Krzyżowych i do Reformacji pasuje świetnie, to jawnie nie pasuje do nowoczesnych systemów totalitarnych, które właśnie polegają na tym, że jednostka obdarzona władzą dyktatorską ma ogromny margines swobody w podejmowaniu decyzji. W ustroju totalitarnym zdeterminowanie „świadomości” tej jednostki przez „byt” wydaje się wysoce problematyczne. Ma ona znaczną swobodę wyboru, czy się liczyć z „warunkami ekonomicznymi”, „interesem klasy, którą reprezentuje” itp., czy się nie liczyć; i doświadczenie pokazuje, że nierzadko decyduje zupełnie swobodnie, ze względami tymi nie licząc się. Moim zdaniem mało zrozumienia dla struktury ustroju totalitarnego wykazuje ten kto np. wyjaśnia walki w łonie Politbiura sowieckiego przez różnice poglądów na temat rolnictwa, te zaś różnice z kolei przez różnice interesów grup społecznych których poszczególni członkowie Politbiura są wyrazicielami. O wiele więcej sensu ma wysunięcie na plan pierwszy motywu zdobycia, powiększenia i utrzymania władzy i traktowanie różnic w poglądach na rolnictwo jako środków walki o tę władzę. W tych sporach o rolnictwo w istocie chodzi o władzę, a nie o rolnictwo. Ten model wyjaśniania nie jest oczywiście niczym nowym: tego rodzaju poglądy lansowali jeszcze w XIX w. klasycy liberalizmu brytyjskiego, a w w. XX propagował je m.in. Bertrand Russell. Model ten wydaje się cenny pod warunkiem, że się pamięta, że on też ma ograniczone pole zastosowania. Mimo to szkoda, że w naszych czasach model ten uległ pewnej depopularyzacji, ustępując miejsca potwornie nadużywanemu modelowi marksistowskiemu. Czytelnik z łatwością zauważy, że w próbach wyjaśniania wydarzeń, którymi się tu zajmuję, będę się posługiwał głównie właśnie tym modelem.

IV
Po tej dość długiej dygresji możemy wrócić do sprawy zasadniczej. Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą. Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach „Kultury” przez Aleksandra Weissberga-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.
Hipotezę tę uważam za interesującą przede wszystkim dlatego, że jednym z najsilniejszych możliwych motywów ludzkich jest strach przed torturami. Członkowie Politbiura sowieckiego znajdowali się w sytuacji, w której ewentualność ta mogła być jak najbardziej realna: przeszłość uczyła, że do tego wystarczał jakiś fałszywy krok, jakieś powinięcie się nogi, jakieś przypadkowe wzbudzenie nieufności silniejszego przeciwnika. Dalszy przebieg wydarzeń pokazał, że walka o dziedzictwo po Stalinie w momencie XX Zjazdu dopiero zaczynała się na dobre. Leaderzy partii sowieckiej musieli być tego świadomi i w tej sytuacji ich strach przed brainwashing’iem *[pranie mózgu, psychologiczna metoda reedukacji oparta na warunkowaniu i technikach manipulowania podświadomością człowieka.] musiał urastać do rozmiarów panicznych. Wydaje mi się prawdopodobniejsze, że na referat Chruszczowa wyraziły zgodę wszystkie później obalone wielkości, które wtedy jeszcze w Politbiurze rezydowały, niż że był on osobistą inicjatywą Chruszczowa, która zaskoczyła pozostałych; referat taki leżał w końcu we wspólnym interesie wszystkich. Jakkolwiek było, referat ten nie załatwiał żadnego problemu personalnego. Ci panowie bynajmniej nie rezygnowali z walki ze sobą, a tylko i wyłącznie zobowiązywali się, że nie będą się ze sobą rozprawiać metodami Stalina. Referat stwarzał swoistą gwarancję, że zobowiązanie zostanie dotrzymane. To był cel, dla którego zdecydowano się na krok politycznie samobójczy. Z motywów czysto osobistych ludzie ci nie wahali się wystawić państwo, którym władali, na pośmiewisko jego wrogów, doprowadzić do masowego opuszczania szeregów partii komunistycznych przez najwartościowszych ich członków, ryzykować anarchię wewnątrz kraju i porażki dyplomatyczne w polityce zagranicznej. Fakt, że okres najostrzejszych walk o władzę w Sowietach nastąpił po tym wydarzeniu oraz że w walkach tych, mimo ich brutalności, do brainwashing’u ostatecznie nie doszło, stanowi pewne pośrednie potwierdzenie hipotezy Weissberga ex post.

V
Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzonych przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?
Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze, co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, aby nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina. Tę samą politykę Chruszczow realizował także na Węgrzech i w Bułgarii, usuwając Rakosiego i Czerwenkowa; że było to działanie racjonalne, tego dowodzi przykład Albanii, gdzie ręce Chruszczowa okazały się za krótkie i gdzie obecność ludzi Stalina u władzy stała się w końcu dla niego źródłem tylu nieprzyjemności. Wiadomo dość dobrze, że gdyby nie presja Chruszczowa, na sekretarza generalnego K.C. P.Z.P.R. byłby wówczas wybrany Roman Zambrowski. Kandydatem proponowanym wtedy przez Chruszczowa był jakoby Zenon Nowak; ostateczny wybór Edwarda Ochaba był jakoby rezultatem kompromisu. W każdym razie kandydaturze Ochaba Chruszczow się już nie sprzeciwiał.
Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu. Rozpaczliwość ich sytuacji pogłębia fakt, że przeciwko nim jest armia, na czele której stoi rosyjski generał, który do ich siuchty nie należy. Jedyną realną siłą, jaką jeszcze dysponują, jest policja. W tym układzie sił los tych ludzi wydaje się przypieczętowany.
Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztacheiski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.
Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wymarzonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo nie doświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później „Natolińczykami”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa „Grupa Puławska”. Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, co to jest „Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są „Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to „chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to „żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.
Po interwencji Chruszczowa na VI Plenum sprawa wydaje się więc jasna. „Żydy” muszą odejść i ustąpić miejsca „Chamom”. Wszelki opór wydaje się w tej sytuacji beznadziejny.
Ale komuniści tak łatwo z władzy nie rezygnują. Puławianie w sytuacji zdawałoby się beznadziejnej, do walki przystępują, rozgrywają ją z godnym podziwu mistrzostwem i kończą absolutnym zwycięstwem.
Ludzie bezpośrednio odpowiedzialni za koszmarny terror policyjny, nieludzki ucisk, wymordowanie setek najlepszych i najwartościowszych ludzi i zniszczenie kultury polskiej, decydują się teraz wyzyskać jako swój podstawowy atut w walce z przeciwnikami… opinię publiczną.
Okazja sama się nadarza. Jest nią ów nieszczęsny referat Chruszczowa. Impreza zostaje wyreżyserowana w ten sposób, że nawet kilkuletnie dzieci wpuszcza się na zebrania, na których dowiadują się one szczegółów tortur, wymuszania zeznań, ludobójstwa itp. Na zebraniach tych pojawia się kilku, stale tych samych, stosunkowo mniej skompromitowanych członków grupy: Jerzy Morawski, Władysław Matwin, Leon Kasman, Stefan Staszewski. Jak chłopcy na posyłki krążą oni od fabryki do fabryki i od instytucji do instytucji i wszędzie pokazują, jak ich serce boli. Nie ważne jest zresztą co mówią i jak się zachowują; ważne jest, że w tłum idzie wieść: „Istnieje w kierownictwie partyjnym grupa «Młodych Sekretarzy». To są uczciwi komuniści, którzy szczerze dążą do demokratyzacji. Trzeba im pomóc”. Opinię publiczną trudno było zmusić, żeby identyfikowała się z Bermanem, Mincem i Zambrowskim. Rzecz aranżowano więc tak, żeby się zaczęła identyfikować z Morawskim i Matwinem.
Grupa ma wciąż w swoim ręku cenzurę, prasę i posłusznych pisarzy. Cenzura i redakcje dostają jak najbardziej liberalne wytyczne i w prasie zaczynają się pojawiać jeden po drugim odważne, reformatorskie, konsekwentnie demokratyczne artykuły, polemiki i felietony Jerzego Putramenta, Adama Schaffa, Stefana Arskiego, Zbigniewa Mitznera, Edmunda Osmańczyka, Henryka Korotyńskiego i wielu innych. Opinia publiczna zaczyna widzieć, że może liczyć na intelektualistów partyjnych. Nawet jeżeli w przeszłości błądzili, to dziś, gdy zrozumieli swoje błędy, odważnie i bez wahań piszą prawdę.
Wstrząs jest jednak silny, tym bardziej, że zarówno na zebraniach publicznych, jak i na łamach prasy sytuację szybko wykorzystują jednostki, które przez grupę nie są kontrolowane i które potrafią przemawiać i pisać zręczniej niż ci, którzy robią to na rozkaz. Rozbudzona opinia domaga się przede wszystkim dwóch rzeczy: reform i ukarania winnych. Z pierwszym nie ma kłopotu: Puławianie są teraz najdemokratyczniejsi i najliberalniejsi w świecie. Ale co robić z drugim problemem? Podjęta zostaje decyzja bolesna. Najbardziej znienawidzony i skompromitowany Jakub Berman zostaje poświęcony na ołtarzu sprawy. Dodaje mu się do towarzystwa trzech oficerów Bezpieczeństwa, niezręcznie w ten sposób sugerując, że gdyby ci trzej oficerowie nie nabroili, wszystko byłoby O.K. Opinia jest wyraźnie niezaspokojona. Wobec tego jeszcze paru figurantów (Dworakowski, Świątkowski) idzie w odstawkę. To wszystko jednak mało.
Grupa zaczyna rozumieć, że problem odpowiedzialności osobistej musi być rozegrany inaczej, środkami bardziej subtelnymi. Przy pomocy inspiracji, perswazji, aluzji i przede wszystkim plotki, wędrującej kanałami prywatnymi, nieoficjalnymi. W fabrykach, biurach, redakcjach, kawiarniach pojawiają się uczciwi, pełni dobrej woli członkowie partii, którzy zawsze mają czas, wysłuchują skarg, długo i cierpliwie tłumaczą, informują, sugerują. Zniknęli władczy, fanatyczni, nieprzystępni, niedopuszczający do dyskusji biurokraci. Widać, że członkowie Partii to tacy sami ludzie, jak wszyscy inni; widać, że oni też byli ofiarami stalinizmu. Wśród tych sympatycznych członków Partii jest sporo kobiet. Inteligentne, dobrze poinformowane, nie zachowujące żadnego dystansu, gotowe z każdym być na „ty” z łatwością potrafią przekonać swoich rozmówców o słuszności wspólnej sprawy!
Parę wspomnień osobistych. Koleżanka z pracy, członek rodziny jednego z najwyższych dostojników partyjnych, informuje mnie i parę innych osób, że „Zambrowski to bardzo porządny człowiek. On naprawdę szczerze i uczciwie zmienił przekonania. Za to Zawadzki to straszna świnia”. Żona dyrektora departamentu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w większym gronie w kawiarni długo tłumaczy, że domaganie się odpowiedzialności osobistej za wyczyny w okresie stalinowskim, to tylko woda na młyn Natolińczyków, bo oni tym hasłem demagogicznie szermują po to, żeby rozpętać hecę antysemicką. Oficer Dywizji Kościuszkowskiej, łączniczka Zambrowskiego opowiada mi długo w nocy o tym, jak na froncie wschodnim przewoziła od Zambrowskiego do Alfreda Lampego i z powrotem jakieś konspiracyjne materiały i jak w trzy dni potem Lampe już nie żył, jej zdaniem niewątpliwie zamordowany. Podaję te trzy przykłady jako coś typowego. Uwaga tych doradców i doradczyń była całkowicie pochłonięta sprawami personalnymi, a nad wszystkim dominowała intencja tworzenia alibi dla szefa i jego kompanów oraz przerzucenia odpowiedzialności na innych.
W lipcu 1956 r. spadają na Puławian trzy ciosy. Wizytujący Polskę w czasie święta 22 lipca Bułganin w oficjalnym przemówieniu atakuje w gwałtowny sposób całą polską prasę. Niemal jednocześnie w czasie odbywającego się w tym samym miesiącu VII Plenum K.C. P.Z.P.R. Natolińczycy występują z dwiema groźnymi inicjatywami. Wiktor Kłosiewicz domaga się wprowadzenia do K.C. Gomułki, a Zenon Nowak wygłasza dłuższy, naszpikowany danymi statystycznymi referat, ilustrujący jaki odsetek stanowisk w różnych resortach zajmują Żydzi.
Przemówienie Bułganina było oczywiście pomyślane jako ostrzeżenie grupy przed dalszym rozrabianiem opinii. Groźba poskutkowała: kleszcze cenzury, nieco już ściśnięte po wypadkach poznańskich, po przemówieniu Bułganina zostają mocno zaciśnięte i konfiskaty sypią się jedna za drugą. Na propozycję w sprawie Gomułki grupa odpowiada sprzeciwem: bądź co bądź to Zambrowski podpisywał nakaz aresztowania byłego sekretarza generalnego K.C. Na plenum sprzeciw ten w imieniu grupy wyraża Stefan Staszewski, a panie mówią po kawiarniach, że „nie należy dawać posłuchu pretensjom, które mają już dziś charakter historyczny”. Obie te reakcje nie były szczególnie mądre i w obu wypadkach przyszło wkrótce do zmiany decyzji. Natomiast reakcja na przemówienie Nowaka i w ogóle cała sprawa żydowska została rozegrana z niebywałym mistrzostwem.
Sens przemówienia Nowaka był jasny. Da ono się streścić w słowach: „Jak wy będziecie dalej tak szermować swoim liberalizmem przeciwko nam, to my przeciwko wam poszermujemy antysemityzmem i zobaczymy, za kim pójdą wtedy masy”. Tej raczej banalnej myśli służyła cała rozbudowana statystyka. Grupa Puławska nie była bynajmniej, jak to później Natolińczycy usiłowali sugerować, grupą ekskluzywnie żydowską. Ale grupa natolińska była „rasowo czysta” i dlatego, w przeciwieństwie do pierwszej, na luksus antysemityzmu mogła sobie pozwolić.
Przemówienie Nowaka było na razie pogróżką; próba jej realizacji nastąpiła dopiero później. Mimo to Puławianie od razu poszli do kontrataku.
Przede wszystkim pogwałcono zupełnie zasadę tajemnicy obrad Plenum. Kto chciał i kto nie chciał, musiał słuchać, jak komunizm jest hańbiony przez rasistowskie przesądy niektórych towarzyszy. Ze wszelkimi szczegółami i z wymienianiem nazwisk opowiadano, co powiedział Nowak i jak mu replikowano. Nie ograniczano się w tym do ostatniego Plenum: nagle się okazało, że już na poprzednim Plenum Chruszczow robił jakieś antysemickie uwagi i dowcipy. Kolportując rzekomo wypowiedziane wtedy przez Chruszczowa powiedzonka Puławianie osiągali dwa cele uboczne: kompromitowali antysemityzm Natolińczyków przez wskazywanie na jego moskiewskie pochodzenie oraz sugerowali, że rzeczywistym powodem sprzeciwu Chruszczowa wobec kandydatury Zambrowskiego było jego żydowskie pochodzenie, co, nawet jeżeli dowcipy są prawdą, jest już zupełnie nieprawdopodobne. Od tej pory propaganda Puławian staje się mniej lub bardziej otwarcie antysowiecka.
W kształtowaniu opinii publicznej Puławianom udaje się dokonać jeszcze jednej niebywale zręcznej wolty. Udaje im się mianowicie wykorzystać sprawę żydowską do likwidacji tak bardzo niewygodnego dla nich problemu odpowiedzialności osobistej za wyczyny z okresu stalinowskiego. Kto tę sprawę podnosi, zostaje natychmiast okrzyczany jako antysemita. Przykładem tego, jak manipulowano straszakiem antysemityzmu tam, gdzie czyjeś pochodzenie żydowskie nie miało najmniejszego znaczenia i gdzie naprawdę chodziło o coś całkiem innego, może być nieco późniejsza już sprawa Burgina. Juliusz Burgin był w czasach stalinowskich dyrektorem jednego z departamentów Ministerstwa Bezpieczeństwa. Z tej racji został po październiku przesłuchany przez specjalną komisję do badania działalności wspomnianego resortu. Coś istotnego musiało w trakcie tego przesłuchania wyjść na jaw, skoro natychmiast po przesłuchaniu Burgina odwołano ze stanowiska rządowego, które wówczas zajmował. Zanim wiadomość o jego odwołaniu mogła ukazać się w prasie, „Przegląd Kulturalny” zamieścił idiotyczny i histeryczny artykuł Burgina o tym, jak Żydzi uciekają z Polski do Izraela, nie mogąc znieść poniżeń i upokorzeń, które ich na każdym kroku w Polsce spotykają. Cel był jasny: stworzyć wrażenie, jakoby dymisja była represją za artykuł, odwrócić tym samym uwagę od ciemnej przeszłości i jednocześnie rzucić podejrzenie, że wszystko razem było rozgrywką na tle rasowym. Z artykułem Burgina podjęła najzupełniej słuszną polemikę trójka młodych redaktorów z „Po Prostu”, o których zaczęto natychmiast po kawiarniach szeptać: „to antysemici!”. Miałem w Warszawie znajomą, zwyczajną aferzystkę i złodziejkę, Żydówkę, która oskarżała o antysemityzm wszystkich, którzy wysuwali pod jej adresem pretensje finansowe. Dobra szkoła grupy Puławskiej odnosiła rezultaty. Doszło do tego, że ludzie naprawdę zaczęli wierzyć, że tylko antysemici żądają odpowiedzialności za zbrodnie stalinizmu i że po to, aby do antysemityzmu nie dopuścić, należy z żądań tych zrezygnować. Ten kto żądał ukarania ubeka-nieżyda, też był okrzykiwany antysemitą. Wielokrotnie powtarzany absurd był w końcu brany na serio.
Do akcji zmobilizowano prasę. Zaapelowano do różnych ludzi cieszących się autorytetem, którzy zaczęli publikować artykuły na temat antysemityzmu. Najlepiej spełnił jednak swoje zadanie bodajże Jerzy Broszkiewicz, który podkreślił, że antysemityzm „dawno już przekroczył progi komitetów partyjnych”. O takie wskazywanie palcem przecież chodziło. Zainspirowano też na wielką skalę prasę zachodnią. Inspirowanie prasy zachodniej przez grupę Puławską zdarzało się już zresztą i dawniej; było to jednak raczej inspirowanie indywidualnych korespondentów czy poszczególnych artykułów. Tu po raz pierwszy zrobiono to na znacznie większą skalę. Charakterystyczny był podział ról pomiędzy prasą krajową i zagraniczną. O ile prasa krajowa biła przede wszystkim na alarm, że antysemityzm jest hańbą dla narodu polskiego, klasy robotniczej, partii komunistycznej itp., o tyle prasa zachodnia akcentowała przede wszystkim moskiewskie pochodzenie zarazy. Natomiast zarówno prasa krajowa jak i zachodnia zgodnie oceniały, że antysemityzm jest w Polsce czymś bardzo potocznym i występuje notorycznie.
Chcę być dobrze rozumiany. W najmniejszym stopniu nie jest moją intencją bądź lekceważenie antysemityzmu, bądź tym bardziej jego usprawiedliwianie. Chcę tylko jasno powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, że w ocenie nastrojów antysemickich w Polsce w tym czasie znacznie przesadzono i to celowo przesadzono. Przekonali się o tym najlepiej Natolińczycy, kiedy w okresie przewrotu październikowego spróbowali pogróżkę Nowaka zrealizować i swojej propagandzie istotnie nadali ton antysemicki. Akcja ich zakończyła się kompletnym fiaskiem. Donoszono wtedy o sprowokowaniu jakichś zajść na Dolnym Śląsku, ale osobiście nie znam ani jednego faktu sprawdzonego, a w każdym razie ani jednego faktu, co do którego zachodziłaby pewność że zajście wynikło istotnie na tle antagonizmu rasowego. Podana bodajże przez Romana Zimanda wiadomość o zamordowaniu jakiegoś żyda w biały dzień na Dworcu Głównym we Wrocławiu okazała się czystym wymysłem. Oceniając rzecz z punktu widzenia czystej taktyki politycznej Natolińczycy, decydując się na otwarty antysemityzm popełnili błąd katastrofalny. Niewątpliwie działali w przekonaniu, że antysemityzm jest w Polsce czymś „chwytliwym” i że przy jego pomocy „trafią do mas”. W rzeczywistości przekonanie to było stereotypem, uzasadnionym może dziesięć lat wcześniej, ale w tym czasie od dawna zupełnie już nieaktualnym. Propaganda natolińska okazała się przysłowiowym grochem o ścianę. Nikt się na ten numer nie nabierał i nikt się do bicia żydów nie śpieszył. Natolińczycy dali w ten sposób tylko broń do ręki swoim przeciwnikom, którzy potrafili po mistrzowsku wykorzystać ludzkie oburzenie moralne na antysemityzm dla własnych celów, nic ze sprawą żydowską nie mających wspólnego.
Ale chciałbym wyraźnie powiedzieć jeszcze coś innego. To mianowicie, że ani Natolińczycy ani w ogóle antysemici nie mają bynajmniej monopolu działania na szkodę ludności żydowskiej w Polsce. O ile nastroje antysemickie w Polsce w r. 1956 były już bardzo słabe, o tyle Puławianie swoją praktyką oskarżania o antysemityzm każdego, kto miał do nich o cokolwiek pretensję zrobili wszystko, żeby nastroje te wzmocnić. Sytuację pogarszała jeszcze ta okoliczność, że w środowisku Puławian było mnóstwo pospolitych afer kryminalnych na wielką skalę (sprawa Lucjana Pennera, sprawa Józefa Krakowskiego, różne sprawy handlu zagranicznego i przede wszystkim porwanie Bohdana Piaseckiego), które w ogólnej atmosferze walki z antysemityzmem sprawcom uchodziły na ogół na sucho. Ale to nie wszystko. Umożliwienie żydom polskim emigracji do Izraela było zapewne inicjatywą Puławian. Puławianom musiało zależeć na tym, żeby raz na zawsze pozbawić swoich przeciwników okazji do manewrowania antysemityzmem; usunięcie ludności żydowskiej z Polski było najlepszym środkiem, prowadzącym do tego celu. Za to żydostwo całego świata może być Puławianom tylko wdzięczne. Tylko, że cały ten plan został wykonany może z nieco przesadną konsekwencją. Tel-Aviv czy Haifa są dzisiaj miastami, które pod względem odsetka mieszkańców mówiących po polsku śmiało mogą konkurować z Chicago czy Detroit. Tylko w przeciwieństwie do Chicago czy Detroit żadne polskie dziecko z Tel-Avivu czy Haify nie zostanie nigdy zaproszone do Polski na kolonie wakacyjne, nikt w Warszawie się nie zatroszczy, żeby do tych miast docierały polskie książki i polska prasa, a śmiałkom, którzy decydują się iść do konsulatu P.R.L. w Tel-Avivie prosić o wizę, niemal zawsze pokazuje się drzwi, i to bez względu na to, jaką ilością dewiz petenci ci dysponują. Jak widać z powyższego władzom P.R.L. nie zawsze jest obojętne, kto jest ochrzczony, a kto obrzezany. I to jest skutek polityki Puławian, a nie Natolińczyków ani żadnych innych sił w P.Z.P.R.

VII
Rozpisałem się tutaj o sprawie żydowskiej dlatego, że na ten temat było w r. 1956 szczególnie dużo zamieszania. Ale mimo to kampania prowadzona w tej sprawie przez Puławian począwszy od lipca 1956 r. była czymś na marginesie kampanii zasadniczej, która polegała na systematycznym, imiennym kompromitowaniu swoich przeciwników.
Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie „od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk.
Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.
Puławianie nie cofają się przed żadnym środkiem personalnej kompromitacji swoich przeciwników. Czego nie można w prasie napisać wprost, to się robi przy pomocy aluzji, na którą czytelnik jest w tym czasie szczególnie wyczulony. Po kraju krążą w robionych na maszynie odpisach wierszyki satyryczne o Witaszewskim, Łapocie czy Jóźwiaku. Szerokie warstwy ludności zostają poinformowane o tym, jak wysokie są pensje Kłosiewicza, Mijala czy Nowaka, ile mają oni willi do swojej dyspozycji i jak wyglądają orgie seksualne w tych willach urządzane, zupełnie tak, jakby ministrowie puławscy nie otrzymywali tych samych poborów, nie mieli tych samych willi i jakby ich obyczajowości nie można było nic zarzucić. Dla Puławian w tym okresie względy lojalności wobec partii czy względy na interes państwa przestają odgrywać jakąkolwiek rolę. Ich agenci nie zajmują się dosłownie niczym konstruktywnym: cała ich uwaga pochłonięta jest wyłącznie personalnymi i siuchtowymi rozróbkami. Aparat wykonawczy władzy państwowej zostaje celowo doprowadzony do stanu kompletnej dezorganizacji i absolutnej niemocy.
Natolińczycy reagują na to wszystko ze stoickim spokojem. Niewątpliwie wychodzą z założenia, że skoro oni mają w swoim ręku poparcie Kremla i armię, to przeciwnicy mogą sobie krzyczeć dowoli: los sporu jest i tak przesądzony. Niewątpliwie tak samo rozumuje stary puławski agent, Bolesław Piasecki i dlatego stawia on w tym czasie ostatecznie na konia natolińskiego. Kiedy to całe towarzystwo się ze słodkiej drzemki ocknęło, było już za późno. Piasecki mógł przynajmniej bronić swego mocno nadwątlonego honoru na łamach „Słowa Powszechnego”, ale Natolińczykom pozostały już do dyspozycji tylko powielacze.

VIII
Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera wykazujących mniej gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję, stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy.
W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dni przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.
Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.
Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy, z pełną świadomością że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.
Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.
Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.
Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.
Po drugie, w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało, nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.
Po trzecie, cały „październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty, tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych, kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński „sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.
Po czwarte, „październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To, co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborców, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.
Zanim przejdę do ostatniego, piątego punktu, chcę od razu wspomnieć o pewnym możliwym zarzucie, którego postawienia w tym miejscu się spodziewam. Łatwo mianowicie wskazać na to, że szereg istotnych reform zostało przeprowadzonych już po październiku. Wśród tych reform najważniejszymi były: 1) likwidacja U.B. 2) odwołanie „doradców radzieckich”, 3) uregulowanie stosunków z Kościołem oraz 4) dopuszczenie do samolikwidacji kołchozów. Na zarzut ten odpowiem jednak za chwilę wtedy, kiedy będę się zajmował sytuacją, jaka powstała w Polsce po przewrocie.
Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje „sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.
Wspomniałem wyżej o roli Wyszyńskiego w wypadkach październikowych. Postępowanie Wyszyńskiego było, jak sądzę, typowym przykładem działania opartego na dezorientacji i politycznie zupełnie nonsensownego. Być może Wyszyński popierając Gomułkę i pacyfikując opinię miał na względzie bezpieczeństwo kraju przed sowiecką interwencją. Ale sowiecka interwencja zależała od tego, jak się zachowają Puławianie, a nie od tego, ile wieców urządzą studenci Politechniki i ile strajków zorganizują robotnicy. Rok później w czasie rozruchów po zamknięciu „Po Prostu” – aktywność studentów i robotników warszawskich bodaj przewyższała to, co było w r. 1956; a mimo to nikt o interwencji sowieckiej nie myślał, bo nie było konfliktu pomiędzy władzami polskimi i rosyjskimi. Być może Wyszyńskiemu chodziło o interesy Kościoła i wzmocnienie pozycji Kościoła. Ale uregulowanie stosunków z Kościołem było już w tym momencie sprawą przesądzoną i żadne przemówienia Wyszyńskiego nic w tym nie zmieniały. Przez swoje postępowanie Wyszyński osiągnął jedno: ustanowił wzór dla katolickich oportunistów. Postępowanie katolickich intelektualistów, zwłaszcza w sejmie, w ciągu lat ostatnich spotykało się już niejednokrotnie z jak najbardziej uzasadnionymi krytykami. Ale twórcą koncepcji politycznej, której intelektualiści ci są wyrazicielami jest w gruncie rzeczy Wyszyński. W momencie, w którym Wyszyński włączył się do akcji, sprawa Gomułki nie była już absolutnie sprawą demokracji w Polsce. W tym momencie jakiekolwiek włączenie się w tę grę nie miało już żadnego sensu.
Analizuję tu postępowanie Wyszyńskiego dlatego, że było ono w tym momencie czymś typowym. Cały naród polski pokładał w przewrocie październikowym ogromne nadzieje i na ogół darzył przywódców przewrotu zaufaniem. Tym bardziej gorzka była pigułka, jaką dano narodowi później do przełknięcia, kiedy zdobycze tego okresu były likwidowane jedna po drugiej, kiedy Wyszyński i intelektualiści katoliccy mogli się przekonać, jak naiwnie liczyli na trwałą stabilizację stosunków Państwa z Kościołem, kiedy najuroczystsze obietnice okazywały się cynicznymi kłamstwami. I kiedy na domiar wszystkiego zabroniono nawet pisać o październiku, a w najlepszym razie przedstawiano – co też jest legendą – całą jego historię, jako „reformę aparatu władzy”, jako środek, który miał na celu wyprowadzić ten aparat ze stanu niemocy, w jakim się on w r. 1956 znalazł i umożliwić mu efektywne działanie. Jak gorzko komentowano to wypieranie się i wstydzenie jedynej chwili, jaką można było polskim przywódcom komunistycznym poczytywać za chwalebną i ile złości wywoływała ta nowa legenda!
Za wcześnie jeszcze, żeby odróżniać ziarno autentycznej polskiej myśli demokratycznej od plew Puławskiej agentury. Za wcześnie, żeby z wymienianiem nazwisk, dat i okoliczności pokazywać, jak różne były w Polsce „rewizjonizmy”. Za wcześnie żeby oceniać siły ruchu masowego, jaki wtedy w Polsce działał. To wszystko jest zadaniem przyszłych historyków. Można jednak już dzisiaj powiedzieć, że to, co było wtedy w Polsce autentycznie i szczerze demokratyczne i niezależne od koniunkturalnych kombinacji Puławian, było liczebnie silne i potrafiło – o czym jeszcze będę miał okazję mówić – budzić w szeregach partyjnych leaderów strach paniczny. Mimo to ten autentycznie demokratyczny ruch był przeraźliwie źle zorganizowany, pozbawiony przywódców, a ponadto dawał się inspirować i ulegał prowokacjom. Ruch ten mógł z pewnością odegrać większą rolę niż odegrał, gdyby głośniej upominał się o swoje prawa i głośniej stawiał żądania. Jest tragiczną ironią losu, że dzisiaj, sześć lat po opisywanych tu wydarzeniach, z całego tego ruchu nie pozostało ani śladu, podczas gdy Puławianie w dalszym ciągu prosperują znakomicie.

IX
Natychmiast po przewrocie październikowym Puławianie koncentrują się na dwóch sprawach. Po pierwsze pragną dobić powalonego przeciwnika. Po drugie pragną za wszelką cenę odgrodzić się od wczorajszego sojusznika. Poparcie niekomunistycznych mas, potrzebne im do rozgrywki z Natolińczykami, z chwilą zwycięstwa staje się dla nich rzeczą jak najbardziej krępującą. Kompromituje ich jako komunistów i przeszkadza im w monopolizacji władzy. W tym paragrafie skoncentruję się jednak na pierwszej sprawie. Natomiast drugiej sprawie będzie poświęcony paragraf następny.
W wykonaniu pierwszego zadania przeszkadza im Gomułka. Puławianie niewątpliwie liczyli na to, że po rozprawie z Natolińczykami Gomułka, osamotniony, nie posiadający własnych kadr w aparacie partyjnym, będzie całkowicie bezsilny i zdany na ich łaskę: że oni będą rządzić, a on będzie ich władzę firmował. Gomułka jednak już od pierwszej chwili myśli o uniezależnieniu się od Puławian. Prawdopodobnie wykorzystuje do tego celu rozmowę z Chruszczowem. Gomułka rozumie przy tym dobrze, że musi zachować elementy równowagi pomiędzy grupami frakcyjnymi w K.C. i w aparacie; innymi słowy, że musi jakichś nie-Puławian pozostawić na wpływowych stanowiskach.
Pomimo presji Puławskiej Aleksander Zawadzki pozostaje na stanowisku Przewodniczącego Rady Państwa, Zenon Nowak na stanowisku wicepremiera, a szereg podrzędnych Natolińczyków na podrzędnych stanowiskach. Puławianie dążą w tym czasie za wszelką cenę także do likwidacji PAX-u i pozbycia się Bolesława Piaseckiego. Wywołują w PAX-ie rozłam, w wyniku którego grupa ich agentów z Janem Frankowskim na czele tworzy odrębną organizację katolicką. Plan Puławian polegał na finansowym wykończeniu PAX-u poprzez roszczenia secesjonistów, którzy mieli poważne udziały w spółce. Ale Piasecki chwyta się kroków rozpaczliwych. Lokal Stowarzyszenia przy ulicy Mokotowskiej 43 zostaje zabarykadowany po to, aby nie dopuścić komorników sądowych. Jednocześnie Hagmajer, Przetakiewicz, Reiff i inni zausznicy wodza krążą po całym mieście, szukając gorączkowo dostępu do niedostępnego Gomułki. W końcu Piasecki dostęp ten uzyskał. Podobno tłumaczył Gomułce, że zawsze był wrogiem Z.S.S.R., że nigdy nie miał nic wspólnego z Natolińczykami, że pokój, że demokracja, że Ziemie Zachodnie itp. Ale panika była przedwczesna, bo Gomułka i tak był zdecydowany PAX chronić. Polityka Gomułki wobec Natolińczyków i kół do nich zbliżonych polegała wyraźnie na tym, żeby eliminować nieprzejednanych i chronić tych, którzy zadeklarują z nim współpracę.
Puławianie rozwinęli też zdumiewającą energię, żeby obsadzić swoimi ludźmi wszystkie możliwe stanowiska, nawet drugo i trzeciorzędne. Pod tym kątem widzenia robiona była czystka w aparacie partyjnym. Ta polityka personalna była dla nich, jak się zdaje, rzeczą zupełnie oczywistą. Mimo to z perspektywy lat wydaje mi się dzisiaj, że właśnie w tym punkcie ci bezkonkurencyjni gracze polityczni coś przegapili i że właśnie ta akcja była źródłem ich późniejszych niepowodzeń.
Puławianie nie dostrzegli chyba tego, że opanowanie przez nich całego aparatu partyjnego jest niemożliwe z powodów czysto arytmetycznych. Na to mieli po prostu za mało ludzi zaufanych. Nie dostrzegli tego, że zawsze pozostaną przez nich nieopanowane doły aparatu, które w naturalny sposób będą ciążyć przeciwko grupie inteligenckiej, w dość znacznej części żydowskiej i co najważniejsze elitarnej, ekskluzywnej i gardzącej „chamami”. Swoją polityką tworzyli sytuację paradoksalną. Sprawować władzę dyktatorską w Polsce mogłyby ostatecznie jednostki pochodzenia żydowskiego: sprawa żydowska nie budzi już dzisiaj w masach poważniejszych namiętności. Ale Puławianie tworzyli sytuację, w której jednostki pochodzenia żydowskiego rządzą indyferentnym w sprawach rasowych narodem przy pomocy na wskroś antysemickiego aparatu władzy! Trudno i darmo, ale ten układ nie mógł im zapewnić równowagi. Czy Puławianie mieli coś innego do wyboru, trudno powiedzieć. Ale wydaje się, że zamiast wkładać tyle energii w politykę personalną, powinni byli raczej pomyśleć o instytucjonalnym ograniczeniu władzy aparatu, który z natury rzeczy musiał stanowić dla nich potencjalne niebezpieczeństwo. Z tego niebezpieczeństwa – jak o tym jeszcze będę miał okazję mówić – zdawali sobie sprawę, gdy chodziło o aparat policyjny, mimo, że znajdował się całkowicie w ich rękach; podjęli też odpowiednie kroki, aby ograniczyć jego wpływy. Natomiast jeżeli chodzi o aparat partyjny sensu stricto, to poza zmianami czysto personalnymi wszystko pozostało po staremu.
To, że Puławianom nie udało się dobić powalonego przeciwnika, to, że ich sukces nie był tu zupełny, należy moim zdaniem uważać za okoliczność pomyślną. Oznaczało to bowiem, że w centralnym ośrodku władzy równowaga jest chwiejna, że walka o władzę, chociaż w porównaniu z r. 1956 bardzo stłumiona i przyciszona będzie trwała nadal, że grupy rywalizujące będą, przynajmniej w jakiejś formie ukrytej, wzajemnie sobie przeciwdziałać i że jakieś formy kontroli władzy i jakieś elementy liberalizmu pomimo wszystko w Polsce się ostaną. Po paru latach walki te znowu przybiorą na sile i wtedy sytuacja się zmieni.

X
Drugie zadanie, jakie stanęło przed Puławianami okazało się mimo wszystko bardziej skomplikowane. Było tak mimo to, że w odcinaniu się od wczorajszych sojuszników i rozbrajaniu ich, nie było żadnych rozbieżności pomiędzy Puławianami a Gomułką i mimo to, że tu sukces Puławian był zupełny.
Nowi władcy od pierwszej chwili czują strach przed wiwatującymi na ich cześć tłumami i reprezentantami dążeń tych tłumów, chociaż ci także, na łamach prasy i na zgromadzeniach popierają nowy rząd bez zastrzeżeń. Strach ten jest w pełni uzasadniony, skoro rząd ten nie tylko nie ma zamiaru spełniać wysuwanych przez ten tłum żądań, ale przeciwnie chce odbierać to, co tłum już uzyskał. Strach ten ma przy tym wielkie oczy: jest wiele oznak, wskazujących na to, że siła demokratycznego ruchu masowego w Polsce została przeceniona nie tylko w Warszawie, ale także w Moskwie.
Przez trzy miesiące panuje względny spokój, żadnych otwartych represji jeszcze nie ma. Te trzy miesiące to okres przedwyborczy; a taktyka władz polega na tym, żeby się pochwalić przed światem poparciem narodu. Przez te trzy miesiące demoralizuje się opinię straszeniem interwencją rosyjską, koniecznością liczenia się z położeniem geograficznym, koniecznością skupienia się wokół rządu dla przeciwstawienia się zakusom zachodnio-niemieckich rewizjonistów itp. Komedia jest przy tym grana z całą bezczelnością. W warszawskich tramwajach zostały np. rozrzucone „konspiracyjne” ulotki, wzywające do głosowania na kandydatów „Frontu Jedności Narodu” dlatego, że kandydaci ci (w ulotkach wymieniano w tym kontekście nazwiska Cyrankiewicza i Albrechta) byli jakoby ofiarami Bezpieki. Te same ulotki ostrzegały przed bojkotem wyborów, gdyż bojkot miał być jakoby wodą na młyn tych, którzy „chcą nas wszystkich wziąć za mordę”. Trzeba ponadto powiedzieć, że w utrzymaniu tych wszystkich fikcji walnie pomógł komunistom polskim Walter Ulbricht przez to, że zaangażował się w tym czasie w konflikt z Polską na tle sprawy Wolfganga Haricha. Ulbricht zdaje się nie rozumiał tej prostej rzeczy, że sam fakt jego konfliktu z jakimkolwiek przeciwnikiem musi temu przeciwnikowi przysparzać popularności.
Ale Gomułka i Puławianie umieli zdobywać sobie popularność nie tylko drogą takich komedii, Mam tu na myśli świetnie wykorzystany propagandowo fakt istnienia pewnych dziedzin, w których tendencje rządu były zgodne z tym, czego domagała się opinia publiczna.
Sprawa kołchozów i sprawa stosunków z Kościołem nie wymaga właściwie komentarzy. Chodziło po prostu o zwiększenie produkcji rolnej i o nieprowokowanie dodatkowych niepokojów w sytuacji, w której wszystko i tak kipiało. Bardziej skomplikowana jest sprawa jest sprawa „doradców radzieckich” i sprawa U. B.
Odwołanie doradców radzieckich było niewątpliwie prostą konsekwencją deklaracji Chruszczowa z 30 października 1956 r. Trudno powiedzieć, z jakich powodów Chruszczow na tę dziwną deklarację zdecydował się: trudno powiedzieć przede wszystkim, w jakiej mierze uczynił to w przekonaniu, że stalinowski system rządzenia krajami satelickimi nie zdał egzaminu, a w jakiej mierze wbrew przekonaniu a jedynie pod presją wydarzeń. Jakiekolwiek były jednak jego motywy, fakt ogłoszenia tej deklaracji świadczy o tym, że Chruszczow nie miał w tym czasie zamiaru sprzeciwiać się pozostawieniu rządom satelickim pewnej swobody decyzji, zwłaszcza w sprawach nie mających znaczenia międzynarodowego.
Co więcej, deklaracja ta wydaje się świadczyć, że interesy jakie Chruszczow miał w Warszawie 10 dni wcześniej, polegały raczej na tym, żeby wziąć za mordę naród, niż przywódców. Gomułka musiał sobie z tego zdawać sprawę. Jest zupełnie prawdopodobne, że oferując Chruszczowowi swe usługi w zakresie zdławienia istniejących elementów demokracji, żądał w zamian większej niezależności dla siebie. W każdym razie tendencje do częściowego uniezależnienia się od Rosji zarówno Gomułka jak i Puławianie żywili serio. Ani Gomułka ani Puławianie „ojczyzny proletariatu światowego” z pewnością nie kochają i w środowiskach Gomułkowców i Puławian dyskredytowanie i wydrwiwanie Rosji jest wprost kwestią dobrego stylu. Te postawy wobec Rosji przysparzały grupie rządzącej po październiku szczególnie dużo popularności w masach. W nastrojach mas było trochę zrozumiałej kompensacji za tyloletnie upokorzenia. Ale było także sporo zwykłego, ordynarnego nacjonalizmu, wyładowującego się w problematyce „swojej” i „obcej” władzy. Jakby to, że władza jest „swoja” było samo przez się jakimś powodem do chwały. Co z tego, że Enver Hodża oskarża K.P.Z.R. o zdradę marksizmu, kiedy zastąpienie go przez agentów Chruszczowa byłoby zapewne szczęściem dla jego narodu!
Stosunek do Rosji, zarówno u Gomułki jak i u Puławian, wyznaczał postępowanie w sprawie Bezpieki. W przeszłości Bezpieka była narzędziem presji paranoicznie podejrzliwego Stalina na polskich leaderów komunistycznych. W r. 1956, mimo jej całkowitego opanowania przez Puławian, zachodziła zawsze obawa, że rozbudowany ponad wszelkie granice aparat policyjny znowu zacznie robić nie całkiem to, czego od niego oczekiwały władze partyjne. Całą propagandę Puławską w tej sprawie można w gruncie rzeczy sprowadzić do tezy: „Partia nad policją zamiast policja nad partią”. To była rzecz konkretna, której jak zwykle przy okazji towarzyszyły komedie. Czytając artykuły na ten temat można było pomyśleć, że jedynymi ludźmi prześladowanymi w Polsce za czasów stalinowskich byli komuniści, zwłaszcza tacy, jak Bierut, Cyrankiewicz czy Albrecht. O rzeczywistych ofiarach, jeżeli wspominano, to raczej oględnie. Ważni byli „starzy zasłużeni towarzysze”.
Z tych motywów Puławianie zabrali się raźno do przetrzebienia kadr „byłego Ministerstwa Bezpieczeństwa”. Gomułka, który poznał tę instytucję z pierwszej ręki i który w dodatku nie miał pewności, czy ten Puławski aparat nie byłby w końcu użyty przeciwko niemu, parł w tym samym kierunku. Ale szeregowi Ubecy nie chcieli się poddać bez walki. Zagrożeni redukcjami, ogłosili strajk. Imprezę nazwali „Bezpieczniackim październikiem”. (W rzeczywistości był to listopad). Zaczęli grawitować ku Natolińczykom; w każdym razie nastrojem dominującym była wściekłość na Puławskich mocodawców, że zamiast wdzięczności za wierną służbę wyrzucają ich na bruk, przy okazji oskarżając o różne brzydkie rzeczy. Ubecy zawiązali komitet strajkowy, na czele którego stanął niejaki kapitan Makolągwa i zaczęli rozpowszechniać dokumentację, dowodzącą, że wszystko, co kiedykolwiek robili, było wiernym wykonywaniem przychodzących z góry rozkazów, wydawanych w niemałej części przez takich liberałów, jak Zambrowski, Ochab itp. Najkapitalniejszą rzeczą, jaką zrobili było sproszenie dziennikarzy na konferencję prasową i udostępnienie im archiwów. Po kilku dniach pozwolili się jednak spacyfikować przez K.C. w sposób idiotyczny. Wszystko to razem było oczywiście wydarzeniem bardzo fortunnym. Dzięki temu K.C. musiało przyśpieszyć redukcje i zwiększyć ilość zredukowanych. Co najważniejsze jednak, strajk ten wprowadził do tej całej szacownej instytucji taki chaos, że jej odbudowanie, reorganizacja i postawienie na nogi trwało potem lata. I znowu opinia publiczna nie odegrała tu żadnej roli i nawet nie orientowała się, co się w tym czasie naprawdę działo za murami Bezpieki.
A działy się jednak rzeczy, których nie można sobie wytłumaczyć inaczej, niż strachem Gomułki i przywódców partyjnych przed opinią. Do takich należała mająca wyjątkowo ciekawy przebieg sprawa roszczeń robotniczych. Gomułka świetnie zdawał sobie sprawę z nacisku inflacyjnego, jaki Polska wtedy przeżywała i nawet jeżeli początkowo nie przewidywał, że suma tych roszczeń sięgnie kilku miliardów złotych, to i tak musiał z ciężkim sercem godzić się na niebezpieczny wzrost siły nabywczej, który w wyniku uwzględnienia tych roszczeń musiałby automatycznie dać się odczuć. Tym niemniej zdecydował się na to. Tym bardziej brutalny przebieg miało odtrąbienie całej sprawy, kiedy Gomułka doszedł do wniosku, że robotnicy przestali już być tak groźni i że może się ich tak bardzo nie obawiać. Wstrzymanie płatności z tytułu tych roszczeń było w tym momencie zapewne rzeczywiście koniecznością ekonomiczną. Ale można było na przykład wypuścić obligacje z jakimiś mniej lub bardziej odległymi terminami płatności, a w każdym razie należało zapłacić tym (nie było ich tak wielu), którzy już mieli w ręku wyroki sądowe, tzn. tym, którzy ponieśli koszty sądowe, opłacili adwokata itp. Nierealistyczna ustawa, uchwalona pod wpływem strachu, w chwili gdy strach minął została przekreślona w sposób maksymalnie brutalny i możliwie prowokujący.
Ale już było po wyborach. W tym nowym okresie nie był to bynajmniej akt odosobniony. Gomułka i Puławianie dochodzą w tym okresie wyraźnie do wniosku, że z opinią publiczną nie ma się co więcej liczyć. Wyjątkowo prowokujący charakter miało np. ogłoszone w lipcu 1957 r. sprawozdanie komisji Romana Nowaka, której zadaniem było zbadanie działalności b. Ministerstwa Bezpieczeństwa. Sprawozdanie to było czystą kpiną. Równocześnie, może bardziej po cichu, ale na szeroką skalę łamano dane w październiku obietnice w sprawie rad robotniczych, w sprawie likwidacji aparatu partyjnego, nie mówiąc już o bałamutnej obietnicy „jawności życia publicznego”. Nade wszystko zaś rozpoczęto kampanię przeciwko rewizjonizmowi.
O rewizjonizmie i walce z nim napisano już wiele. Dlatego pragnę tu poprzestać tylko na zwróceniu uwagi na parę elementów tej sprawy. Kampania przeciwko rewizjonizmowi była akcją zgraną w skali międzynarodowej. To wystarczy, żeby wnioskować, że była postanowiona w Moskwie. W chwili, kiedy akcja ta się zaczęła, tzn. w lutym 1957 r., Węgry były już skneblowane, a jeszcze nie było sporu chińsko-jugosłowiańskiego. To, co się w danym momencie liczyło, to ferment w kompartiach Francji, Włoch i innych krajów zachodnich oraz to, co się działo w Polsce. Strach przed polskim demokratycznym ruchem masowym i jego wpływem na partię komunistyczną odczuwano więc wtedy nie tylko na Nowym świecie, ale także na Kremlu. Oczywiście konflikt chińsko-jugosłowiański zmienia charakter tej kampanii i stwarza dla niej nowe problemy, ale zasadnicze powody, dla których całą akcję wszczęto znajdowały się przede wszystkim w Warszawie.
Druga sprawa. Walka z rewizjonizmem na terenie Polski była pomyślana głównie jako rozprawa z elementami wewnątrzpartyjnymi, które wyłamały się z ram ortodoksji. Elementy pozapartyjne, czynne w ruchu październikowym chrzczono raczej mianem „zwolenników drugiego etapu”. (Ten drugi etap to miała niby być rezygnacja z socjalizmu i powrót do kapitalizmu). Opór tych środowisk wewnątrzpartyjnych jest zadziwiająco słaby. Zjawiskiem notorycznym jest żebranina o pozostawienie w partii, „ketmańskie” kombinacje taktyczne, uwaga skoncentrowana na personaliach, na problematyce typu „Iksiński czy Igrekowski i co z tego wyniknie”. Katalizatorem, przyczyniającym się do ujawnienia tych kapitulanckich nastrojów stały się inicjatywy „Kultury” w sprawie rewizjonistów. „Kultura”, a w szczególności Mieroszewski całkiem trafnie dostrzegli w tych młodych ludziach, bądź co bądź rozumujących kategoriami par excellence europejskimi, naturalnych kandydatów na utworzenie jakiegoś pomostu pomiędzy Wschodem a Zachodem i jakąś szansę przynajmniej kulturalnego, jeśli nie politycznego przeobrażenia komunizmu w przyszłości. Otóż Mieroszewskiego ludzie ci powszechnie oskarżali o to, że swoimi artykułami dostarcza on władzom pretekstu do stosowania przeciwko nim represji; a w ogóle ich największym marzeniem było, żeby prasa światowa nabrała wody w usta i w ogóle o nich nie wspominała. Był to zupełny idiotyzm. W rzeczywistości świadomość, że rewizjoniści polscy cieszą się na świecie ogromną popularnością i że nie są bynajmniej tak osamotnieni, jak np. ofiary procesów moskiewskich z 1936 i 1937 r. mogła co najwyżej skłaniać polskie władze partyjne do pewnej oględności w postępowaniu z nimi. Natomiast błędem Mieroszewskiego było to, że nie wziął pod uwagę momentów psychologicznych. Ci ludzie byli członkami partii, a więc mieli za sobą lata treningu strachu. Jak długo nie zmuszano ich do wypowiadania się zbyt jasno, tak długo kluczyli. Ale kiedy Mieroszewski radykalizmem swoich sformułowań doprowadził ich do konieczności samookreślenia się, do konieczności zdecydowania się na jakąś orientację, na jakiś określony sposób pojmowania swej roli w partii, większość z nich, pod wpływem strachu skłaniała się do decyzji zgodnych z oczekiwaniami góry partyjnej. Myśl tę po latach wyraził, jak zwykle w formie bałamutnej, Adam Schaff w niedawnym artykule pt. „Humanizm czy rewizjonizm” („Przegląd Kulturalny”, 20.IX.1962). Schaff napisał, że Mieroszewski, pokazując rewizjonistom, jak ich poglądy mogą być interpretowane, pomógł im zrozumieć ich „błędy” lepiej niż była to w stanie uczynić partyjna propaganda. Naprawdę nie o żadne błędy chodziło, tylko o własną skórę, niezależnie od tego, że bardzo wzniosłe motywy mogły być i nieraz były ex post do kapitulanckich decyzji dorabiane. Ale jest faktem, że na skutek artykułów Mieroszewskiego skłonności rewizjonistów do kapitulowania wzrosły.
Sprawa trzecia i ostatnia. W piśmiennictwie rewizjonistów były rzeczy o nieprzemijającej wartości intelektualnej: wystarczy wymienić całą twórczość Kołakowskiego. Ale pod względem koncepcji ustrojowych rewizjoniści nie posunęli się na ogół poza to, co uroczyście obiecywali z trybun październikowi wodzowie i co wypisywali Puławscy agenci już na wiosnę 1956 r. (Pod tym względem bardziej konstruktywni byli pozapartyjni działacze ruchu październikowego). Puławianie byli oczywiście tymi, którzy najgłośniej rewizjonistów zwalczali. Tragiczny był w gruncie rzeczy los tych młodych ludzi, którzy kiedyś Puławianom zawierzyli, którzy byli na tyle uczciwi, żeby traktować swoją walkę przeciwko totalizmowi na serio i których „na nowym etapie” wyrzucano na śmietnik. Puławianie niechętnie się w końcu przyznawali nawet do własnych agentów zbyt mocno w poprzednim okresie zaangażowanych w „liberalizm”. Panie, o których mówiłem, na ogół nie zrobiły karier.

XI
Najdramatyczniejszym momentem walki Puławian z byłymi sojusznikami była likwidacja „Po Prostu” i czterodniowe rozruchy w Warszawie w r. 1957. O „Po Prostu” i jego likwidacji pisano już dużo i w tej sprawie nie mam nic szczególnego do powiedzenia. Natomiast parę słów chciałbym poświęcić rozruchom.
Rozruchy były spontaniczną odpowiedzią ludności Warszawy na likwidację cieszącego się ogromną popularnością tygodnika. Zaczęły się od demonstracji studenckiej na Pl. Narutowicza. W demonstracji odbywającej się w dniu następnym przed Politechniką uczestniczą już nie tylko studenci, ale wciąż jeszcze chodzi o protest przeciwko zamknięciu „Po Prostu”. Trzeciego dnia sytuacja się zmienia. Demonstracja na Pl. Konstytucji jest już raczej reakcją na gwałty policji, dokonywane w czasie dwóch pierwszych demonstracji. W tej demonstracji wyraźnie dominuje element proletariacki. Ostatnia demonstracja przed Pałacem Kultury ma ten sam charakter, co demonstracja dnia poprzedniego.
Do rozruchów tych nie przywiązywano na ogół większego znaczenia. Co więcej, poczynając od trzeciego dnia stały się one niepopularne. Udział inteligencji w dwóch ostatnich demonstracjach był już znikomy i nawet ci, którzy w poprzednich brali czynny udział, od trzeciego dnia usuwali się i dalsze demonstracje dezawuowali. Nie zapomnę rozmowy z człowiekiem, który w momencie wybuchu rozruchów odegrał istotną rolę, a który mi oświadczył, że demonstracja na Pl. Konstytucji była „raidem chuliganów z Targówka, Młocin i Powiśla”. Miał zapewne na myśli, że rewolucja jest tak długo dobra, jak długo na jej czele kroczą intelektualiści. Później ten człowiek zwalczał mnie za „reakcyjność”.
Opinia o chuligańskim charakterze trzeciej i czwartej demonstracji nie była niestety bynajmniej odosobniona. W związku z tym pragnę zwrócić uwagę na pewien fakt. Adam Uziembło pisząc w „Kulturze” o wypadkach Poznańskich 1956 r. porównywał podjętą wówczas przez prasę komunistyczną próbę dyskredytacji rewolty przez przytaczanie pojedynczych wypadków rabowania sklepów z analogicznymi próbami dyskredytacji zajść 1905 r. ze strony prasy endeckiej. Czytelnik może nie wiedzieć, że na Pl. Konstytucji znajdują się najbardziej luksusowe sklepy w Warszawie, między innymi dwa wielkie sklepy jubilerskie. Otóż w czasie całej demonstracji nie została stłuczona ani jedna szyba. Nie znalazł się ani jeden amator złota czy brylantów, który by dostarczył reakcyjnej prasie powodów do moralnego zgorszenia. Kamienie leciały tylko w policjantów.
Chcę tu wyrazić przekonanie, że warszawska ulica dokonała w tych dniach czynu politycznego ogromnej miary. Warszawski proletariat pokazał władzy, że polityka prohibicji, represji i gwałtów może prowadzić do konsekwencji nieobliczalnych. Pokazał, że stoi na straży wartości kulturalnych narodu i nie będzie się przyglądał indyferentnie ich niszczeniu. Wspomnienie rozruchów długo jeszcze musiało nękać dysponentów władzy przy podejmowaniu decyzji i skłaniać do rozwagi i namysłu.
Starałem się wyżej scharakteryzować czynniki, które sprawiły, że pomimo ogólnego trendu brania za mordę, pewne elementy liberalizmu w Polsce ostawały się, represje stosowano raczej powoli i oględnie, dokonywano pewnych reform itp. Wśród tych czynników rozruchy październikowe 1957 r. postawiłbym na pierwszym miejscu.

XII
Przesławne październikowe lanie pociągnęło za sobą dość gruntowne przeobrażenia w łonie grupy Natolińskiej. Część przywódców, jak Franciszek Jóźwiak czy Hilary Chełchowski w skrajnym rozgoryczeniu usuwa się z życia publicznego w ogóle. Część pozostaje nieprzejednana i występuje z otwartymi atakami na Gomułkę i Puławian, oskarżając ich, jeżeli nie wprost o zdradę, to w każdym razie o kapitulowanie przed wrogiem klasowym i wypaczanie marksizmu-leninizmu. Są to w pierwszym rzędzie Wiktor Kłosiewicz, Stefan Matuszewski i Kazimierz Mijal. Natomiast grupa bardziej umiarkowana próbuje się od razu „włączyć do nowej rzeczywistości”. Są to przede wszystkim Aleksander Zawadzki, Zenon Nowak, Władysław Kruczek oraz Bolesław Rumiński.
Oskarżeń o zdradę i kapitulanctwo ani Gomułka ani Puławianie, rzecz prosta, tolerować nie chcą i skrajna grupa zostaje z trzaskiem z K.C. wywalona. Charakterystyczna jest, dobrze mi znana, historia Stefana Matuszewskiego. Ten były ksiądz, były „socjalista” i były członek Biura Politycznego został wylany z K.C. za to że na zjeździe Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej oświadczył: „Syjoniści, masoni i różne niebieskie ptaki nie będą nas uczyć patriotyzmu”. Tego było już za wiele i nie tylko wywalono go z K.C., ale także uniemożliwiono mu wszelką działalność polityczną. Wobec tego zaczął się zajmować jedyną rzeczą, do której miał fachowe przygotowanie. Został mianowicie wykładowcą Nauki Ojców Kościoła. (Podobno skończył jakąś wyższą uczelnię teologiczną w Paryżu i podobno zna nieźle hebrajski i aramejski). Przez całe lata miałem wątpliwy zaszczyt kolegowania z nim na Wydziale Filozoficznym U.W. Los innych skrajnych Natolińczyków był zapewne podobny.
IX Plenum K.C. w kwietniu 1957 r., na którym wywalono skrajnych Natolińczyków, jest ostatnim, które zostało przez Puławian rozplotkowane. Od tej pory aż do Plenum, które zebrało się w końcu 1961 r. i które obradowało nad XXII Zjazdem K.P.Z.R., Puławianie trzymają język za zębami. Uniemożliwia to dokładne śledzenie walk frakcyjnych w tym okresie. Pewne elementy stają się jednak widoczne.
Gomułka, prawdopodobnie ulegając presji zawsze niechętnych Puławianom dołów aparatu partyjnego, decyduje się w końcu wzmocnić poparcie udzielane umiarkowanym Natolińczykom, wciąż jednak nie wchodząc jeszcze w otwarty konflikt z Puławianami. Dodatkowym bodźcem mogła tu być ucieczka powiązanego z Puławianami Pawła Monata na Zachód we wrześniu 1959 r. W związku z tą sprawą zostaje wydobyty z zapomnienia i wyniesiony na wysokie stanowisko kierownika Wydziału Administracyjnego K.C. osławiony „Generał Gazrurka” Kazimierz Witaszewski. Mniej więcej w tym samym czasie dwaj inni Natolińczycy zostają powołani na jeszcze wyższe stanowiska: Ryszard Strzelecki na stanowisko sekretarza K.C. i Julian Tokarski na stanowisko wicepremiera. Ludzie ci zaczynają działać energicznie i inteligentnie i w efekcie Puławianie tracą jedną pozycję po drugiej. Po nominacji Witaszewskiego centralnym ośrodkiem działania Natolina staje się Wydział Administracyjny K.C. Jego akcja zmierza w pierwszym rzędzie do podporządkowania sobie kolejno wszystkich zależnych od tego wydziału ogniw aparatu represyjnego. Po kolei zostają wydarte Puławianom: prokuratura. sądownictwo, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Pomagają im w tym, jak mogą starzy „gomułkowcy”: mający szczególnie wiele porachunków z Puławianami szef wywiadu, Grzegorz Korczyński, oraz szef Biura śledczego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Mieczysław Moczar. Jest to niewątpliwie spełnianie dyrektyw wodza. W chwili, kiedy w sierpniu 1962 wyjeżdżałem z Polski, pozostało jeszcze nieopanowane ostatnie ogniwo tego łańcucha: Ministerstwo Sprawiedliwości. Ale i tu przygotowania zostały wyraźnie poczynione.
Przez długi czas Puławianie wciąż jeszcze czują się zbyt mocni, żeby bić na alarm. Rozgrywki wolą toczyć „u siebie w domu” i nie zaczynać ryzykownej bądź co bądź imprezy wynoszenia brudów na ulice, tak, jak to zrobili w r. 1956. Nie wykorzystują wspaniałej okazji, jaką im daje XXII Zjazd K.P.Z.R.

XIII
Parę słów o tym Zjeździe. Zupełnie nie ma racji Konstanty Jeleński w ogłoszonym niedawno w „Kulturze” artykule pt. „Bezdroża komunizmu”, pisząc, że XXII Zjazd był przez Gomułkę i polskie kierownictwo partyjne przyjęty z aprobatą. W rzeczywistości było wręcz na odwrót. Gomułka nie miał żadnego powodu do rozpoczynania w tym momencie liberalnej rozróbki. Jakiekolwiek rewoltowanie opinii publicznej przez ponowne wyciąganie na jaw kompromitującej przeszłości było mu w tym momencie, w którym zamierzał przeprowadzić szereg drakońskich ustaw i zarządzeń, jak najbardziej nie na rękę. Pierwszą reakcją leaderów partyjnych na XXII Zjazd jest reakcja obronna: „Myśmy w Polsce już dawno przeprowadzili walkę z kultem jednostki, pokonali dogmatyków, naprawili błędy i wypaczenia. To, co w Z.S.R.R. jest jeszcze wciąż problemem aktualnym, u nas należy już do przeszłości i w ogóle nie ma o czym mówić”. Oświadczenia tego rodzaju były składane przez różne osobistości w sposób dość oficjalny. Są one wyraźną wskazówką, że kierownictwo partyjne publicznego prania brudów w tym momencie obawiało się i czyniło wszystko, żeby do niego nie dopuścić.
To stanowisko polskiego K.C., które znalazło swój aluzyjny wyraz w referacie sprawozdawczym Gomułki z XXII Zjazdu, wywołało gwałtowny sprzeciw Chruszczowa. Konflikt jest ostry i ma charakter prestiżowy: Chruszczow wyraźnie nie może ścierpieć tego, że Polska go w czymś „wyprzedziła”. Ma nadto jeszcze dwa inne zarzuty wobec tego referatu. Pierwszy zarzut ma charakter doktrynalny. Gomułka w swoim referacie twierdził, że okres „błędów i wypaczeń” zaczął się ok. r. 1930, co było przejrzystą aluzją, że forsowna kolektywizacja była także „błędem i wypaczeniem”. Chruszczow zaś nie chcąc podważać moralnych i ideologicznych fundamentów systemu kołchozowego, upierał się, że błędy i wypaczenia zaczęły się dopiero ok. r. 1933. Drugi zarzut dotyczył sprawy bardziej na czasie. Gomułka mianowicie ni stąd ni zowąd oświadczył, że Mołotow, Kaganowicz et consortes nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej, krępując tym oświadczeniem Chruszczowa, który pragnął zapewne trzymać bat odpowiedzialności karnej w pogotowiu.
Gomułka presji bynajmniej nie poddaje się i idzie z Chruszczowem na udry. Zostaje dokonany krok wyjątkowo prowokacyjny. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy Czechosłowacja i Rumunia zrywają z Albanią stosunki dyplomatyczne, Polska zawiera z Albanią układ handlowy i wiadomość o tym zostaje ogłoszona w prasie. Następuje, przejściowy niewątpliwie, moment zbliżenia Polski do Chin i Albanii. Sens tego manewru nie jest dla mnie całkiem jasny: być może chodziło o jakieś przetargi, związane ze sprawami niemieckimi. Ale Gomułce manewr ten nie tylko pozwala na dalsze ignorowanie XXII Zjazdu, ale także umożliwia przeprowadzenie kilku reform par excellence faszystowskich pomimo wiejących ze wschodu wiatrów liberalnych. Na sesje sejmowe zostaje rzucony projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, likwidujący ostatnie resztki niezawisłości jego sędziów, projekt ustawy o zgromadzeniach, zobowiązujący między innymi organizatorów każdego otwartego zebrania do zawiadamiania o nim odpowiednich władz administracyjnych, które wysyłają swojego funkcjonariusza, mającego prawo w każdej chwili zebranie zamknąć, wreszcie projekt ustawy o meldunkach, przewidujący karę do dwóch lat więzienia za niedopełnienie obowiązków meldunkowych. Gomułka wydaje się w tym czasie świadomie zmierzać do tego, żeby pozbawić Polskę wszystkiego, co ją korzystnie wyróżniało spośród innych „bratnich krajów” i co zjednywało jej pewną sympatię Zachodu. Postępuje tak, jakby chciał stanąć w jednym rzędzie z tymi wasalami, którzy, jak Ulbricht, Novotny czy Gheorghiu-Dej opóźniali zainicjowane przez Chruszczowa procesy unowocześnienia i ucywilizowania systemu. Być może czynił to dla tego, że nawet ograniczona sympatia Zachodu kompromitowała go wobec Pekinu. Być może, jak prawdopodobnie cały ten sojusz, była to taktyka chwilowa. Ale od XXII Zjazdu inicjatywa w modernizacji i europeizacji komunizmu należy już do Z.S.S.R. a nie do Polski. Mimo, że stosunki w Polsce są jeszcze wciąż liberalniejsze, niż w Rosji, Rosja kroczy, przynajmniej chwilowo, w kierunku rozszerzenia zakresu swobód, a Polska w kierunku ich dalszego ograniczenia. I to decyduje.
Nie mogę wprost pojąć, jak Puławianie mogli w tej całej polityce Gomułce sekundować. Tego katastrofalnego błędu będą wkrótce gorzko żałować. Wydaje się, że bardziej przewidujący z nich mieli wątpliwości. Plotki, dochodzące z Plenum, na którym Gomułka składał sprawozdanie z XXII Zjazdu pozwalają mniemać, że Władysław Matwin był tym, który już w tym momencie chciał wychodzić z praniem brudów na ulicę. Mimo to znam tylko jeden wypadek oporu Puławian przeciwko Gomułce w tym okresie. Ich przedstawiciele w komisji sejmowej atakowali ustawę o Sądzie Najwyższym; oczywiście znowu nie z sympatii liberalnych, lecz dlatego, że ustawa praktycznie oznaczała opanowanie tej instytucji przez Wydział Administracyjny. Natomiast właśnie Puławscy prominenci gorliwie składali oświadczenia, że XXII Zjazd ich nie dotyczy.

XIV
Sytuacja zmienia się raptownie dnia 28 grudnia 1961 r. o godz. 12 w południe. Od tego momentu rozpoczyna się otwarty konflikt Gomułki z Puławianami.
Byłem naocznym świadkiem sceny, jaka rozegrała się tego dnia na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach. Kilkaset osób elity partyjnej wraz z sześcioma członkami Komitetu Centralnego składało ostatni hołd człowiekowi, którego obciążano oskarżeniami o szpiegostwo na rzecz obcego mocarstwa i który w trakcie postępowania karnego, w obecności przedstawicieli władz śledczych, bądź został zamordowany, bądź popełnił demonstracyjne samobójstwo.
Szczegóły sprawy Henryka Hollanda nie zostaną już zapewne wyjaśnione nigdy. Jest faktem, że Holland powtarzał korespondentowi „Monde’u”, Jean Wetzowi, plotki o wynurzeniach pijanego Chruszczowa na temat śmierci Stalina i Berii i że został przez kogoś z otoczenia Wetza zadenuncjowany. Ale plotki te krążyły po całej Warszawie i były w gruncie rzeczy zupełnie bezwartościowe. Być może, że Gomułka, dla którego sama treść plotek musiała być rzeczą najzupełniej obojętną i który by zapewne nie miał nic przeciwko temu, żeby te same wiadomości przeciekały na Zachód via Helsinki czy Belgrad, chciał w ten sposób położyć kres praktyce przeciekania takich wiadomości via Warszawa. Być może zagrał tu moment osobisty: Holland był tym, który ze szczególną furią atakował Gomułkę w prasie w okresie „odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego” i skądinąd wiadomo, że Gomułka go nie znosił. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Przede wszystkim skąd ten wściekły upór, żeby go, powodu dość błahej sprawy, od razu przyskrzynić i zmaltretować? Normalnie taka sprawa podpada pod art. 22 tzw. Małego Kodeksu Karnego (Szeptana propaganda) i śledztwo przeprowadza prokuratura powszechna. W tym wypadku nakaz aresztowania był wydany przez prokuratora wojskowego, podobno po odmowie wydania takiego nakazu przez prokuraturę powszechną. Ale prokuratura wojskowa ma prawo prowadzić śledztwo przeciwko osobom cywilnym tylko wtedy, kiedy są one podejrzane o szpiegostwo. Konsekwentnie trzeba było rozplotkować, że Holland był na służbie wywiadu angielskiego już w roku 1944, co jest jawnym nonsensem i w co nikt nie wierzył. A na dobitek wszystkiego poddano go czterdziestogodzinnemu konwojerowi, czego się nie praktykowało od r. 1954.
Wcale nie wykluczam ewentualności morderstwa. Cała rzecz miała wyraźnie cechy dintojry i trudno wykluczyć, że mord był jej aktem ostatnim. Osobiście skłaniam się jednak raczej do hipotezy samobójstwa. Sytuacja życiowa Hollanda, zarówno osobista jak i zawodowa była pod każdym względem fatalna. Jest prawdopodobnie, że o samobójstwie myślał już wcześniej. Ale wybór sposobu, miejsca i czasu zdaje się świadczyć o tym, że Holland chciał nadać temu aktowi charakter protestu.
Sens tego protestu wydaje się jasny. Stary i doświadczony agent Puławski, cyniczny i koniunkturalny do ostatnich granic, ale lubujący się w gestach i osobiście odważny, przekonał się na własnej skórze, że wbrew wszystkim wysiłkom jednak policja jest nad partią a nie partia nad policją, że jego przyjaciele w K.C. nie potrafią go ochronić przed mającym wszelkie cechy zemsty osobistej bezprawiem. Na przykładzie swojej sprawy zobaczył, że Puławska większość w K.C. nie panuje już nad tym, co robią zupełnie mali funkcjonariusze policyjni. Poza poczuciem klęski osobistej i zawodowej musiał mieć w tym momencie poczucie strasznej klęski politycznej. Widział daremność walki o podporządkowanie policji K.C. w którą sam się w swoim czasie zaangażował i widział niemoc grupy, z którą się od lat związał. Zapewne go upokarzano. Zapewne jego duma członka partii o bardzo długim stażu, cierpiała z powodu tego, że upokarzali go ludzie, których staż partyjny był znacznie krótszy. Cóż dziwnego, że szukał za to wszystko jakiejś rekompensaty. Musiał sobie zdawać sprawę z tego, że ten skok z piątego piętra będzie jednak wstrząsem potężnym. Mógł liczyć na to, że zmobilizuje jego przyjaciół do walki, w której on sam już nie odegra żadnej roli, ale za to tym większą rolę odegra jego imię. I jeżeli tak myślał, to się nie omylił.
Sens demonstracji na pogrzebie wydaje się także jasny. Puławianie podjęli walną rozgrywkę o kierowane przez Mieczysława Moczara Biuro śledcze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Sześciu członków K.C. zostało wysłanych na pogrzeb po to, aby inni mogli powiedzieć: „Patrzcie, do czegoście doprowadzili. Zamordowaliście człowieka, starego, zasłużonego towarzysza. Trudno się dziwić towarzyszom z K.C., że poszli na pogrzeb przyjaciela i trudno się dziwić, że ludzie śpiewali Międzynarodówkę na pogrzebie”. Tego rodzaju deklamacje są w życiu partyjnym obyczajem ogólnie przyjętym i zdaje się, że przez pewien czas ta argumentacja chwytała. Kompromitacja była bądź co bądź nielicha i Puławianie szykowali się do odwetu, a ich przeciwnicy byli w popłochu. W końcu jednak Gomułka powiedział mocnym głosem „nie”. Członków partii obecnych na pogrzebie zaczęto po kolei wzywać przed Komisję Kontroli. Sześciu członków K.C. (Morawski, Zarzycki, Jaworska, Granasowa, Lange i Finkelstein) egzaminował sam wódz. Sam przebieg tych przesłuchań nie był istotny: jakieś szykany, groźby, dziecinne wykłócanie się. Istotne jest to, że w toku tej kontrofensywy przeciwko Puławianom zadano im cios śmiertelny. Ze stanowiska wiceministra Spraw Wewnętrznych został usunięty Antoni Alster. Ten człowiek, o bardzo kompromitującej przeszłości (w czasach stalinowskich był wojewódzkim komendantem U.B. w Bydgoszczy), bardzo cyniczny ale niepospolicie inteligentny, został zastąpiony przez niejakiego Szlachcica – Natolińczyka, brutalnego żołdaka, który świeżo maczał palce w wyjątkowo ponurej sprawie adwokata Hoffa z Katowic, zmarłego w lutym br. w okolicznościach podobnych do tych, jakie miały miejsce w przypadku Hollanda. Szlachcic oczywiście z miejsca przeprowadza czystkę, w wyniku której Puławianie tracą wszelki wpływ na to, co się dzieje w policji. Odtąd sama fizyczna egzystencja Puławian staje się rzeczą nad wyraz niepewną.

XV
Przesłuchania przed Komisjami Kontroli oraz usunięcie Alstera stają się dla Puławian wreszcie sygnałem do jakże spóźnionego wyjścia z praniem brudów na ulicę. Akcja jest przy tym wyraźnie mniej zgrana, niż w r. 1956. Wydaje się, że w łonie grupy są poważne różnice zdań, czy akcję tę prowadzić i jak ją prowadzić.
Jakie są jej objawy?
1. Systematyczne łamanie zasady tajemnicy partyjnej. To, co się dzieje na Plenach i w zaciszu gabinetów K.C. znowu przecieka, i to w wielkich ilościach, do wiadomości publicznej.
2. Fakt, że plotki te koncentrują się na sprawach personalnych K.C. Wersja najczęściej spotykana, to wersja na temat grupy „partyzantów” (Zenon Kliszko, Grzegorz Korczyński, Mieczysław Moczar), których się oskarża o dążenia do zaprowadzenia rządów silnej ręki, antysemityzm i jednocześnie stwierdza się ich nastawienia antysowieckie. Prawdopodobnie jest to pośrednia forma ataku na Gomułkę. Nie chcąc atakować go wprost, atakuje się najbliższych mu ludzi. Podkreślana w tym kontekście antysowieckość służy prawdopodobnie do zasugerowania, że antysowieckość Gomułki to nie wiele i nie wszystko, że można być przeciwnikiem Sowietów i zarazem zwolennikiem reżymu jak najbardziej policyjnego.
3. Oskarżenia o antysemityzm. Oskarżenia te wybuchają ze szczególną siłą po odejściu Alstera i czystce w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Mówi się, że czystka została przeprowadzona według kryterium rasowego. Tym niemniej jednak żydzi ze zrozumiałych powodów unikali Natolińczyków i grupowali się wokół Puławian, a czystka była robiona przez Natolińczyków i skierowana przeciwko Puławianom. (Inna sprawa, ze bezpośrednio przed wyjazdem z Polski powiedziano mi o pewnym panu: „To jedyny żyd, który się ostał w M.S.W.”. Przypuszczam, że takich „jedynych” żydów znalazłoby się tam więcej).
O oskarżeniu „partyzantów” o antysemityzm już mówiłem. Wyrazicielem tych oskarżeń stał się m.in. niejednokrotnie, jeszcze w 1956 r., inspirowany przez Puławian korespondent „Monde’u” Philippe Ben, który dn. 19 sierpnia 1962 napisał w tym dzienniku, że argumentacja „partyzantów” przeciwko Zambrowskiemu sprowadza się do tego, że wszyscy żydzi posiadają powiązania międzynarodowe, ze względu na co powierzanie im odpowiedzialnych stanowisk jest rzeczą ryzykowną. Wszystko według zasady, że jedynym możliwym powodem pretensji pod adresem Zambrowskiego czy Alstera jest to, że są oni żydami. Innych powodów być nie może.
4. Inspirowanie artykułów w prasie zachodniej. Typowe pod tym względem są naiwności artykułów Bena. Ciekawszy od nich był ogłoszony niedawno w „Kulturze” anonimowy artykuł pt. „Porażka Gomułki”. Wydaje się, że pochodzi on z jakichś radykalnych kół Puławian. Artykuł ten atakuje, i to bardzo ostro, wprost Gomułkę, a nie jego pupilów. (Ben Gomułkę chwali). Marginesowa w tym artykule próba zdezawuowania Putramenta budzi przypuszczenie, że Putrament był przeciwny ponownemu rewoltowaniu opinii publicznej; przypuszczenie to harmonizowałoby z faktem, że w latach 1956 i 1957 Putrament był bardziej od innych Puławian ostrożny i chwiejny. Właśnie ten artykuł stwarza podstawę do przypuszczeń, że w łonie grupy nie ma jednomyślności co do tego, czy i jak prać publicznie brudy.
5. Pewne ożywienie prasy. Publikowanie artykułów krytycznych. Mam tu na myśli przede wszystkim długofalową akcję par excellence Puławskiej „Polityki” drukowania materiałów, dotyczących życia na prowincji. Jest to próba poważniejszego trafienia do masowego czytelnika i nawiązania z nim jakiegoś kontaktu.
Ale jedna rzecz w porównaniu z r. 1956 zmieniła się zasadniczo. Puławianie wysilają się, a naród nie reaguje. Być może zabrakło bodźca równie silnego, jak tajny raport Chruszczowa. Błąd niewykorzystania okazji XXII Zjazdu mści się na Puławianach straszliwie. Ale istotniejsze jest wielkie rozpowszechnienie się postaw apatii, apolityczności, indyferentyzmu i konformizmu. Po to, żeby tym razem poruszyć masy, Puławianie musieliby podjąć kroki o wiele bardziej zdecydowane, niż w r. 1956. A tymczasem to, co zrobili dotąd jest mniej zdecydowane i pełne wahań.
Chcę, żeby moja konkluzja była dzwonem alarmowym. W Polsce frakcje wzięły się znowu za łby. Oznacza to, że powstaje obecnie nowa wyjątkowa koniunktura na demokratyzację, na powtórzenie się w jakiejś formie tego, co się stało w r. 1956. Ale warunkiem niezbędnym do wykorzystania tej koniunktury jest, żeby naród polski nie przyglądał się bezczynnie i obojętnie temu, co na szczytach drabiny społecznej wyprawiają jego władcy.

XVI
Klub Krzywego Koła był dla Puławian swoistą klapą bezpieczeństwa. Puławianie, od chwili swoich pierwszych popaździernikowych niepowodzeń, niewątpliwie liczyli się z tym, że mogą się jeszcze kiedyś znaleźć w sytuacji groźnej. Z pewnością obawiali się w szczególności dwóch rzeczy: wyemancypowania się aparatu policyjnego spod kontroli K.C. i jakiejś wymierzonej przeciwko nim propagandy antysemickiej.
Puławianie mogli zawsze liczyć na to, że w walce z samowolą policji i z antysemityzmem uzyskają bez trudu poparcie tych kół, jakie skupiały się w Klubie i wokół Klubu. Być może liczyli także na to, że te koła uda im się w typowy dla nich sposób oszukać: np. że pod sztandarem walki z antysemityzmem uda im się zwerbować je także do walki z przeciwnikiem, któremu bynajmniej o sprawy rasowe by nie chodziło. W każdym razie, Puławianie byli politykami, którzy wcześnie i trafnie zrozumieli, że kiedy opinia publiczna nie dysponuje normalnymi środkami wyrażania swoich nastrojów, intelektualiści mają szczególne szanse, aby stać się jej leaderami. Niewątpliwie w zrozumieniu tego prawa Puławianie zawsze zabiegali o kontakty – także prywatne – ze środowiskami intelektualistów i nigdy kontaktów tych nie zaniedbywali. Klub, przez swoje powiązania z ogromną ilością osób wpływowych, posiadających głośne nazwiska i cieszących się autorytetem, mógł stać się szczególnie cenną bazą oddziaływania na elitę intelektualną kraju. W sytuacji, w której Puławianie wciąż dysponowaliby prasą i innymi środkami masowej komunikacji, rola Klubu mogłaby być dla nich drugorzędna. Ale po pierwsze, nie mogli mieć pewności, że w momencie zagrożenia będą prasą dysponować, a po drugie, doświadczenie ich uczyło, że zawsze jest coś, czego opublikować nie podobna, a co warto przekazać społeczeństwu drogą ustną. Dość centralne położenie Klubu na mapie kulturalnej Polski dawało gwarancje, że informacje i sugestie będą się stamtąd stosunkowo szybko rozchodzić naprzód po stolicy, a potem po całym kraju.
Wydaje się, że w kalkulacjach Puławian na temat Klubu istotną rolę odgrywało jeszcze jedno oczekiwanie. Puławianie nigdy nie zapomnieli, że Natolińczycy mają poza szeregami partii sojusznika. Kiedy próba wykończenia PAX-u przez secesję grupy Frankowskiego zawiodła, i kiedy Piasecki skutecznie schronił się pod opiekuńcze skrzydła Gomułki, Puławianie musieli zacząć myśleć o jakichś innych środkach walki ze swoim byłym agentem. Co do stanowiska Klubu wobec PAX-u nie było żadnych wątpliwości. Jeszcze w październiku 1956 r. Klub uchwalił rezolucję, domagającą się wykluczenia Bolesława Piaseckiego z Prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu. Następnie w r. 1957 zorganizował zebranie, poświęcone rozlicznym publikowanym w tym czasie artykułom Piaseckiego: ton wypowiedzi, jak łatwo się domyślić nie był przychylny dla Piaseckiego. Ale decydującą chyba rzeczą była, napisana w r. 1959, przez jednego z czołowych działaczy Klubu, Jan Józefa Lipskiego, książka na temat ideologii kierowanego przez Piaseckiego przed wojną stronnictwa O.N.R.-Falanga. Lipski podpisał na tę książkę umowę z wydawnictwem „Książka i Wiedza”. Niezależnie od tego po jej napisaniu zaproszono go na kilka zebrań dyskusyjnych, na których miał referować różne jej fragmenty. Pierwsze takie zebranie odbyło się w Związku Literatów, gdzie zjawiła się cała masa osób z otoczenia Piaseckiego i gdzie doszło do bardzo burzliwej z nimi dyskusji. Drugie takie zebranie miało się odbyć w Klubie, ale wygłoszenie referatu zostało w ostatniej chwili zakazane przez władze. Co więcej, umowa wydawnicza została z Lipskim zerwana i zarówno on jak i ówczesny przewodniczący Klubu, Aleksander Małachowski, zostali w trybie karnym pozbawieni pracy.
Był to jedyny w dziejach Klubu przypadek, kiedy władze zdecydowały się środkami administracyjnymi nie dopuścić do wygłoszenia referatu i odbycia się dyskusji. Fakt, że podlegającym takiej szczególnej ochronie tematem była O.N.R.-Falanga ma niewątpliwie swoistą wymowę. O ile można sądzić, zarówno o zakazie odbycia zebrania jak i o represjach wobec Lipskiego i Małachowskiego zadecydowali Puławianie. Piasecki, jak się zdaje, nie uchylał się w tym momencie od otwartej dyskusji; jest w każdym razie faktem, że na zebraniach pojawiało się wielu odpowiedzialnych PAX-owców i że zakazem odbycia zebrania w Klubie wydawali się oni nie mniej zaskoczeni, niż kierownictwo Klubu. Natomiast Puławianom, zaangażowanym po uszy w walkę gabinetową z PAX-em, było w tym czasie zdaje się nie na rękę dostarczanie przeciwnikom argumentów, że znów wychodzą z tą walką na ulicę.
Byłem wtedy wraz z całą grupą kolegów przekonany, że to jest początek końca i że następnym krokiem będzie rozwiązanie Klubu. Ale wkrótce potem rozpoczęły się pertraktacje zarządu Klubu z władzami. W czasie tych pertraktacji ze strony władz stawiano jakieś warunki, dyskutowano jakieś szczegóły i w końcu wszystko rozeszło się po kościach. Lipskiemu i Małachowskiemu nie przeszkadzano w uzyskaniu nowej pracy i działalność Klubu powróciła na normalne tory. Konsekwencję i upór władze wykazały wówczas właściwie tylko w sprawie tego jednego referatu. Klub jako taki zostawiono w końcu w spokoju.
Opowiedziałem specjalnie ze szczegółami o historii referatu Lipskiego, gdyż wydaje mi się ona pouczająca. Puławianie, kiedy nie mieli zamiaru z czymś wychodzić na ulicę, potrafili się stanowczo bronić przeciwko komuś, kto, jak w tym wypadku choćby całkiem mimo woli, ich na tę ulicę wyciągał. Ale jednocześnie jakby wiedzieli, że może przyjść moment, kiedy jednak będzie trzeba odwołać się do społeczeństwa lub przynajmniej do jego elity. I dlatego tych, na których pomoc mogli w takiej sytuacji liczyć, trzymali na wszelki wypadek w rezerwie. W ostatecznym rachunku książka Lipskiego nie zaszkodziła Klubowi. Raczej wprost przeciwnie.
Zarówno w toku wspomnianych pertraktacji, jak i przy innych okazjach można było wprost odnieść wrażenie, że pomimo rozmaitych pretensji jesteśmy w gruncie rzeczy chronieni przez jakieś wpływowe koła partyjne: chronieni przede wszystkim przed możliwymi skutkami denuncjacji delatorów niższych rang. Były na przykład takie sytuacje, że Komitet Dzielnicowy partii sarkał okropnie i słał jeden memoriał za drugim, a z przedstawicielami (zawsze bardzo Puławskiego) Komitetu Warszawskiego było ściskanie rączek. Memoriał Bolesława Piaseckiego do władz śledczych z dnia 12 września 1958 r., oskarżający Klub wraz z szeregiem innych grup, działających w kraju i za granicą (m.in. także „Kulturę”) o wspólnictwo w porwaniu i zamordowaniu Bohdana Piaseckiego i domagający się wszczęcia przeciwko wszystkim wymienionym grupom czynności śledczych, nie miał na postępowanie władz wobec Klubu najmniejszego wpływu. Nawet wtedy, kiedy Klub, jak to pisałem we wstępie, był już zupełnym anachronizmem, kiedy jego istnienie kłuło w oczy, kiedy prostoduszni, nieświadomi krętych dróg, którymi chadza władza, delatorzy szaleli ze zgorszenia, ktoś na wyżynach dbał o to, żeby nic szczególnie złego (pomniejsze szykany owszem!) nam się nie stało.
Oczywiście cały ten układ stosunków był możliwy tylko pod pewnymi warunkami. Gdyby Klub, za sugestiami pewnych kolegów, włączył się w jakąś grę polityczną, gdyby próbował w dalszym ciągu, tak jak to robił w r. 1956, oddziaływać na załogi fabryczne, w ogóle gdyby okazał się zbyt ekspansywny, byłby prawdopodobnie zlikwidowany bardzo szybko. Czym mogła grozić ekspansja Klubu na środowiska robotnicze, przekonaliśmy się jeszcze w „liberalnym” roku 1957, kiedy aktywistom pozostającego w kontakcie z KKK klubu dyskusyjnego w fabryce radioodbiorników im. Kasprzaka z dnia na dzień wymówiono prace. Tolerowano nas jako rezerwę, która w pewnym momencie ewentualnie może się do czegoś przydać, a nie jako sojusznika, od którego oczekuje się aktywności. Sprawa książki Lipskiego świadczyła o tym, że działanie, które – choćby przez nieporozumienie – zostanie poczytane za próbę włączenia się przez Klub do gry politycznej, spotka się ze stanowczym sprzeciwem; cóż więc dopiero, gdybyśmy się naprawdę do jakiejś gry politycznej próbowali włączyć. Ale jak długo Klub był zorientowany raczej na długofalowe efekty działalności kulturalnej i jak długo formy jego pracy były spokojne, tak długo jego tolerowanie było możliwe.
Kierownictwo Klubu z pewnością nie cieszyło się sympatią Puławian: represje wobec Lipskiego i Małachowskiego były najlepszym tego dowodem. Ale nie wykluczam i tego, że Puławianie z początku chcieli pozostawić Klubowi pewną niezależność. Skoro tolerowali Klub po to, żeby w razie potrzeby wykorzystać autorytet, jakim się cieszył, to być może wychodzili z założenia że nie opłaca im się autorytetu tego podważać przez jakieś działania, zmierzające do jego agenturalizacji. Wydaje się jednak, że później, w miarę jak Klub budził ich coraz większy niepokój, chcieli zmienić taktykę i Klub od siebie uzależnić, przez zapewnienie mu odpowiedniego kierownictwa. W r. 1957 agenci Puławscy do tego, co się w Klubie działo, nie wtrącali się prawie zupełnie. Później jednak zaczęto poddawać Klub coraz ściślejszej obserwacji, aż w r. 1959 po raz pierwszy padło żądanie wprowadzenia członków P.Z.P.R. do jego zarządu. Wtedy jednak wystąpiło zjawisko, o którym pisałem we wstępie: nie było ludzi, którzy by się do tej roboty palili.
Dlaczego wobec tego Klub w końcu zlikwidowano? Czy był to skutek przegranej Puławian w związku ze sprawą Hollanda?
Według wszelkiego prawdopodobieństwa zrobili to sami Puławianie w nowej sytuacji, jaka się wytworzyła we wrześniu 1961 r. Aresztowanie dwóch członków Klubu, Anny Rudzińskiej i Jerzego Kornackiego, zostało wyraźnie wykorzystane przez Biuro Śledcze jako dogodna okazja do wysyłania alarmujących raportów na temat Klubu do władz partyjnych. Jednocześnie represje karne przeciwko członkom Klubu i w ogóle fakt konfliktów Klubu z policją, zjednywały mu sporo sympatii i popularności. Klub zaczął być coraz częściej i coraz szerzej uważany za jakąś grupę opozycyjną. Frekwencja na zebraniach wzrastała. „Wolna Europa” i inne radiostacje zachodnie zaczęły się dość jawnie z Klubem solidaryzować. W tej sytuacji dalsze, choćby ciche chronienie Klubu zaczynało być dla Puławian rzeczą krępującą i ryzykowną.
Mimo to są dane, że Puławianie wciąż jeszcze z Klubu nie rezygnowali. Kiedy wszystkim członkom K.C. doręczono kopie raportu Biura Śledczego wraz z zapytaniem, czy uważają dalsze istnienie Klubu za wskazane, tylko paru poszczególnych Puławian dało odpowiedź pozytywną lub wstrzymało się od wyrażenia opinii. Mimo to z wykonaniem decyzji większości K.C. jeszcze jakiś czas zwlekano, jeszcze jakaś siła nas chroniła. Decydującym momentem był dopiero dzień 1 lutego 1962 r.
Dnia tego odbyło się zebranie Klubu z referatem dyskusyjnym Adama Schaffa pt. „Konflikt humanizmów”. Schaff, człowiek niewątpliwie ściśle związany z grupą Puławską, kilkakrotnie zapewniał członków zarządu Klubu o swojej dla Klubu sympatii i oświadczał gotowość współpracy. W okresie poprzedzającym jego ostatni odczyt w Klubie, Biuro Śledcze żywo się nim interesowało i gromadziło przeciwko niemu obciążające materiały. Był on zdaje się jednym z tych niewielu członków K.C., którzy opowiedzieli się za dalszym egzystowaniem Klubu. Zdecydował się przyjąć zaproszenie do wygłoszenia odczytu w Klubie, zdając sobie niewątpliwie sprawę z tego, że przeciwko Klubowi odbywa się policyjna nagonka i że postanowienie likwidacji Klubu już zapadło. Wcale nie wykluczam tego, że Schaff chciał wtedy jeszcze w jakiś sposób Klub ratować. Oczekiwał on od Klubu tylko jednej rzeczy: posłuchu i aprobaty. Ale było to właśnie to, czego Klub mu dać nie mógł, gdyż wszelkie klakierstwo przekreślało w ogóle sens istnienia Klubu. Kiedy Schaff spotkał się ze sprzeciwem, normalnym sprzeciwem, z jakim mógł się spotkać każdy nasz prelegent, wpadł we wściekłość i zaczął personalnie obrażać dyskutantów. Dalsze wypadki to już jest jego intryga. Najprawdopodobniej Schaff skomentował frakcyjnym przyjaciołom swoje prestiżowe niepowodzenie w Klubie w ten sposób, że Klub jest grupą, na sojusz z którą nie można liczyć; że można się obawiać, że w decydującej chwili zaczniemy, na przykład, pomagać Natolińczykom albo zrobimy coś innego, czego nie da się przewidzieć. To jest przypuszczenie. Natomiast jest faktem, że Schaff maczał ręce aż po łokcie w ordynarnej policyjnej prowokacji, wykonywanej rękami zwykłych lumpów i kryminalistów, dostarczając w ten sposób ostatecznego argumentu za rozwiązaniem Klubu, które nastąpiło cztery dni po jego odczycie. W prowokacji tej, której przebieg zreferuję szczegółowo w rozdziale 5, poza Schaffem bierze udział jeszcze jeden członek Puławskiego sztabu (Wincenty Kraśko) oraz kilku menadżerów pomniejszych. Podkreślam, że intryga Schaffa nastąpiła już po postanowieniu zamknięcia Klubu. To, co zrobił Schaff, to była jedynie usłużna pomoc w wykonaniu tego postanowienia w sytuacji, w której wykonanie natrafiało na jakieś przeszkody, opory czy choćby tylko ulegało zwłoce.
Moja opinia, że Klub istniał dzięki politycznym kalkulacjom Puławian i przestał istnieć wskutek utraty zaufania Puławian jest oczywiście tylko hipotezą, która będzie musiała w przyszłości być przewietrzana przez nowe fakty, jakie będą niewątpliwie jeszcze wychodzić na jaw. Fakty, które znam, przemawiają jednak, jak mi się wydaje, dość mocno za tą hipotezą i przeciwko hipotezom konkurencyjnym, które omówiłem we wstępie. Dla mnie osobiście przekonanie to jest czymś wyjątkowo niemiłym. Pisanie o tym, jak instytucja, w którą włożyłem tyle serca, była w istocie przedmiotem jakichś manewrów i przetargów ze strony cynicznych stalinowskich łobuzów może mi sprawiać tylko przykrość. Ale z ogólnego punktu widzenia historia ta powinna, moim zdaniem, budzić optymizm. Pokazuje ona bowiem, że konstruktywna i naprawdę niezależna robota kulturalna jest w pewnych wypadkach możliwa nawet w okresach intelektualnego terroru. Muszą się tylko do tego znaleźć ludzie z inicjatywą, skłonni do wynajdywania okazji i wykorzystywania koniunktur. W Klubie Krzywego Koła tacy ludzie się znaleźli.

Antoine Ratnik
Dopisek autora 2015-05-21

1/ Zmuszony jestem podważyć część moich własnych tez z mojego ostatniego tekstu. Być może to, co my bierzemy za linię rosyjską jest w dużym stopniu wybrykiem rodzimych neo-Natolińczyków (neo- Partyzantów i neo-ZP Grunwald).
2/ Przyjmuję, że Rosjanie są inteligentni i że zdają sobie sprawę, że możliwa jest na terytorium PL inna polityka. I wtedy będzie można rozmawiać…

http://prawica.net/41455


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 09 paź 2015, 19:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/26-czerwca-1972-ro ... yrena-105/

26 czerwca 1972 roku, Fabryka Samochodów Osobowych rozpoczęła produkcję samochodu Syrena 105
26 czerwca 2015 00:02



Jak wspominacie lub oceniacie ten pojazd?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 24 paź 2015, 14:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.infonurt3.com/index.php?opti ... prowokacja

Czerwiec 1976 – żydowska prowokacja

Radom1976_1Ten tekst miał zostać opublikowany w 39 rocznicę tzw. wydarzeń czerwcowych. Jednak z przyczyn ode mnie niezależnych spóźniłem się z jego opracowaniem i dokończyłem teraz. Myślę jednak, że temat jest stale aktualny, więc mimo wszystko przesyłam go do Redakcji Wolnej Polski. Proszę więc o wyrozumiałość.


To, że stałem się jedną z ofiar esbeków po rozruchach czerwcowych 76 r. w Ursusie, było zupełnym przypadkiem. Zatrzymano mnie bowiem w centrum miasteczka (Ursus nie był jeszcze dzielnicą Warszawy) w najzwyklejszej łapance ulicznej. Zbójeckie bandy ZOMO i milicji pacyfikujące miasto, wyłapywały przede wszystkim mężczyzn w wieku produkcyjnym. Ale biorąc pod uwagę niedorozwój umysłowy funkcjonariuszy, bywały odstępstwa. Zdarzały się bowiem zatrzymania młodych chłopców i staruszków, którzy podobnie przechodzili „ścieżki zdrowia”. Później bowiem siedziałem w jednej celi z wykształconym emerytem, panem Leszkiem z Łodzi, straszliwie skatowanym uczniem I kl. technikum, Mirkiem Cholewińskim i jego bratem Bogdanem. W sąsiedniej celi przebywał brat Cholewińskich. Mógłby tam siedzieć jeszcze czwarty Cholewiński, ale zdołał uciec. Wszyscy trafiliśmy tam tylko dlatego, że znaleźliśmy się w nieodpowiednim miejscu i porze.

Jeśli chodzi o mnie, to choć pochodziłem z antykomunistycznej rodziny, to nie w głowie mi był jakiś strajk, bo zależało mi na studiach. Co prawda wydawało mi się, że klepię biedę, ale stać mnie było raz w roku na wczasy, częste wizyty w teatrze i 4 razy w miesiącu na balangi ze studentami w winiarni u Fukiera przy Rynku Starego Miasta w Warszawie. Dziś, trzeba być wytrawnym złodziejem, aby przy Rynku napić się piwa. Co prawda na tyłek jedne gacie i na grzbiet wyciągnięty sweter, ale życie było wesołe i świetnie sobie radziłem. Nie byłem ślepy i wiedziałem jak żyło się ludziom za Gomułki, a później za Gierka. Jak się wtedy budowało osiedla mieszkaniowe, fabryki, kopalnie! Takiego rozwoju i tak szybkiego wzrostu dobrobytu, Polska nie widziała nigdy wcześniej.

Ale kiedy gliniarze odbili mi nerki i ukruszyli 3 zęby, przekonałem się, że daleko nam jeszcze do standardów cywilizowanego państwa. Ja nie byłem najbardziej poturbowany. Na znanej z barbarzyństwa komendzie MO przy ul. Cyryla i Metodego widziałem kilka zmaltretowanych kobiet. Ledwo przechodziły do czegoś, co trudno nazwać klozetem, popędzane przez umundurowanego funkcjonariusza. Przemykały pod innymi celami bez staników, zakrywając dłońmi opuchnięte i fioletowe od uderzeń milicyjnych pałek piersi. My co prawda nie wyglądaliśmy lepiej z czarnymi plecami i innymi obrażeniami. Patrzyliśmy na nasze polskie kobiety – proste, ale pracowite i uczciwe – nasze siostry i matki, z najwyższym współczuciem i pragnieniem odwetu.

Zupełnie inne wrażenie odniosłem miesiąc później patrząc na prokurator Zofię Wróblewską. To była młoda, całkiem niebrzydka szmata ówczesnego systemu, która całą swoją osobowością sprawiała wrażenie nimfomanki. Być może dlatego obserwowałem tę zblazowaną babę, która spierzchniętymi ustami, zapewne po całonocnym pijaństwie i łajdactwie, powtarzała w sądzie te same kretyńskie zarzuty, jakie odczytywano mi wcześniej na dwóch kolegiach.

Fachowcami od preparowania oskarżeń byli inspektorzy z Komendy Stołecznej: J. Cendrowski, M. Jakimiak i M. Powierza, charakteryzujący się inteligencją prezydenta Bolka, lub co najwyżej zupaka. Bo jak można było oskarżyć emeryta, nieco wyższego od karła, o pobicie trzech zomowców i rzucanie kamieniami w pociąg? A już kompletnym idiotyzmem wykazał się por. Jerzy Lewandowski oddelegowany z K.S. na świadka w kilkudziesięciu sprawach odwoławczych. Ten pacjent o długich do ramion blond włosach wzbudzał w sądzie sensację. Nie dlatego, że jego wygląd nie przypominał milicjanta, a pederastę, ale jego konfabulacje znacznie przekraczały wymysły jego kolesi z Pałacu Mostowskich. Mogły tylko dorównywać kłamstwom dyżurnego polakożercy Lisa z telewizora. Otóż opowiadał on w sądzie, że z ulicy Przodowników Pracy rzucałem kamieniami w pociąg. Obecnie jest to ul. Walerego Sławka, która zarówno kiedyś jak i obecnie jest równoległa do torów kolejowych, ale oddalona kilometr.

Należałoby przypomnieć bestialstwa zwykłych gliniarzy: Gołębczyka, Szmulewicza, Zaręby. O tych i wielu innych kanaliach trąbiło zażydzone Radio Wolna Europa. Zapewne już wtedy żydzi chcieli zrzucić całą winę za znęcanie się nad robotnikami na polskich prostaków z pałami w łapskach. A oni jak zawsze w podobnych przypadkach, byli tylko narzędziami ciemnych sił żydostwa, ocalałych po czystkach w partii i rządzie po prowokacji w marcu 1968 r. To już wtedy światowe żydostwo postanowiło dokonać V rozbioru Polski. Sprowokowanie masakry na Wybrzeżu w 1970 r. miało zliberalizować rządy PRL i zadłużyć Polskę w żydowskich bankach, aby zdobyć przyczółki do szantażu ekonomicznego.

Czerwiec 1976 r. był prowokacją doskonale zaplanowaną. Nikt z tzw. historyków nie wytłumaczył, dlaczego władze komunistyczne cały dzień nie reagowały na rewoltę, jaka dokonywała się w dwustutysięcznym Radomiu i ośmiokrotnie mniejszym Ursusie. A może komuchy przestraszyli się kilku tysięcy ludzi biorących udział w zamieszkach, kierowanych zresztą przez esbeków? Bo udział dziesiątków prowokatorów z SB wmieszanych w tłum został b. dobrze udokumentowany. O ich roli w prowokacji mówią zdjęcia i świadkowie. Jednakże, aby oddać prawdę historyczną, esbecy biorący udział w prowokacji, byli specjalnie wyselekcjonowani spośród funkcjonariuszy zaprzedanych obcym siłom, którym zależało na destabilizacji Polski i zmianie ekipy rządzącej. Mało kto wie, że Gierek zarządził wiercenia geologiczne na szeroką skalę. Polska bowiem niemal na całej powierzchni leży na morzu ropy naftowej i ogromnych pokładach gazu ziemnego na dużych głębokościach, poniżej poziomu 5000 metrów. Dlatego Breżniew zakazał wierceń poniżej poziomu 4000 m. Mamy ogromne pokłady najbogatszej w żelazo rudy na świecie w okolicach Suwałk, zalegającej tuż pod powierzchnią ziemi. Mamy duże pokłady rud metali rzadkich, a nawet złota. Pod Polską znajdują się wody termalne o pojemności Bałtyku, co daje nam możliwość produkowania najtańszej energii, której wystarczyłoby dla Polski i krajów ościennych. Trudno wymienić wszystkie bogactwa, ale wartość tych, które są rozpoznane oblicza się na setki BILIONÓW dolarów.

Gierek był bardzo zainteresowany naszymi bogactwami i nie do końca miał zamiar słuchać Kremla, dlatego przezbroił armię. Mieliśmy naprawdę na tamte czasy armię potężną i nowoczesną. Gierek myślał nawet o taktycznej broni nuklearnej, myśląc poważnie o uniezależnieniu od ZSRR. Stawał się niebezpiecznym przeciwnikiem sowieckich żydów aszkenazyjskich.

Powracając do Czerwca, zastanawiające jest, dlaczego Jaroszewicz odwołał podwyżki cen właśnie w momencie rozpoczęcia pacyfikacji Ursusa i Radomia. Zresztą po co odwoływał, skoro pacyfikacja trwała kilkanaście minut, a później to już tylko dokonywano zemsty, poddając ludzi aktowi odpowiedzialności zbiorowej? Rozjuszone sfory ZOMO i milicji tłukły pałami na oślep przechodniów i aresztowały tysiące niewinnych ludzi po to, by po KILKU DNIACH żydowskie szczury wylazły z podziemia i zaczęły masowo udzielać wsparcia finansowego rodzinom aresztowanych i wyrzuconych z pracy Polaków! Oto żydzi spontanicznie zaczęli bezinteresownie nieść pomoc finansową i moralną głupim gojom!!!

Twierdzenie, że tzw. Komitet obrony Robotników powstał 23 września 1976 r. jest jeszcze jedną bzdurą „historyka” Szechtera, którą wypisuje w swojej kłamliwej „Gazecie Wyborczej”. Już w lipcu i sierpniu ponad 2 000 ludzi z Ursusa i kilkakrotnie więcej w Radomiu otrzymało pomoc finansową i to wcale niemałą. Dzisiaj mówi się, że pieniądze dla poszkodowanych pochodziły ze zbiórek społeczeństwa. Ale czyjego – żydowskiego, czy amerykańskiego?

Kiedy w sierpniu przyszedł do mnie po raz pierwszy Witold Łuczywo (mąż Heleny, późniejszej zastępcy red. naczelnego G.W.) i zapytałem skąd pochodzą pieniądze które mi zostawia, odpowiedział: – Trochę ze składek, trochę dał kościół, ale większość z zagranicy…

W sierpniu 1976r. KOR był doskonale zorganizowanym żydowskim podziemiem z potężnym zapleczem finansowym, technicznym (powielacze) i wyraźnym programem politycznym. Taka organizacja nie mogłaby powstać bez wsparcia finansowego ośrodków dywersyjnych Zachodu pod postacią organizacji syjonistycznych i cichego przyzwolenia sił żydowsko – liberalnych w centrum władzy PRL.

Teraz należy odpowiedzieć na pytanie: – Jaki cel miała prowokacja czerwcowa?

Gdybym odpowiedział, że chodziło o przejęcie władzy, byłaby to półprawda, bo przecież żydzi rządzili Polską nieprzerwanie od 1944 roku. Tym razem jednak chodziło o ENTUZJASTYCZNE PRZEKAZANIE WŁADZY PRZEZ SAMYCH POLAKÓW na oczach całego świata, co zresztą nastąpiło w 1989r. Mechanizm był prosty. Kiedy żydostwo zgromadziło odpowiednią ilość pieniędzy, sprowokowało wybuch społeczny i dopilnowało, by władze PRL jak najwięcej ludzi represjonowały. Następnie kilkunastu żydów wręczyło gotówkę ok. 10 000 osobom poddanym represjom. A trzeba dodać, że najniższe zapomogi oscylowały w granicach średniej miesięcznej pensji. To wywołało niezwykłą falę sympatii do młodych „narażających się” żydów. Polacy połknęli haczyk. I właśnie wtedy można było ogłosić, że powstał Komitet Obrony Robotników, podając oficjalnie wiele nazwisk w tzw. „Biuletynie Informacyjnym”.

Odpowiedź władz PRL była mizerniutka. Gdyby KOR założyli Polacy, to SB rozbiłaby tę organizację natychmiast, a członkowie musieliby odsiedzieć wieloletnie wyroki. Z żydami sprawa nie była taka prosta. Większość stanowiła członków rodzin zasłużonych morderców i ludobójców w służbie NKWD, UB, IW, bandyckich sądów i prokuratur. Ba, niektórzy członkowie KOR-u sami byli „wybitnymi” zbrodniarzami w służbie sowieckiej. Jednym z przywódców KOR-u było bydlę szykujące się do objęcia władzy w Polsce podczas wojny polsko – bolszewickiej w 1920 r., niejaki Ludwik Kohn, prawie dziewięćdziesięcioletnia kanalia. Ludzie ci byli tak jak dziś, całkowicie nietykalni. Władza PRL mogła tylko niektórych członków KOR-u opluwać w mediach. I o to chodziło. Bo kto był zwalczany przez władzę, ten od razu stawał się w oczach naszego społeczeństwa bohaterem narodowym!

Kiedy rok później KOR przekształcono w Komitet Samoobrony Społecznej, organizacja miała już dobrze rozwinięte struktury w całym kraju. KSS KOR stał się ojcem „Solidarności”, a w 1989 r. Polacy z entuzjazmem oddali żydom władzę. Do rządu Mazowieckiego- Dikmana nie wszedł ani jeden Polak. Od tej pory potomkowie żydowskich zbrodniarzy przy pomocy polskich zdrajców na najbogatszej ziemi świata budują Judeopolnię, państwo, z którego ogromnych zasobów mają czerpać korzyści żydzi, a Polacy mogą jedynie wykonywać niewolniczą pracę. Opłacił się trud?

autor: Cezary Piotr Tarkowski – Dyżurny Psychiatra Kraju

Za: http://wolna-polska.pl/wiadomosci/czerw ... ja-2015-07


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 29 paź 2015, 22:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/07/1 ... -i-zadumy/

Prawda o PRL – tekst pochodzi z kręgów wojskowych, ale jest wart przeczytania i zadumy
Posted by Marucha w dniu 2015-07-19 (niedziela)

Odkłamywanie historii PRL, w szczególności zaś poglądów, iż gospodarka PRL to był jeden wielki smród i ubóstwo, produkujący złom, którego nikt nie chciał kupić.
Admin


PRL – i to wszystko jak leming wie NA KACU I W STANIE NIETRZEŹWYM PERMANENTNYM!
A kto – z młodych wykształconych, z dużych miast – wie, że kiedyś w Polsce produkowano generatory elektryczne dla największych elektrowni?
Że produkowano turbiny o mocy 500 MW, — a przymierzano się do turbin 1500 MW?
Że polowa chińskich, indyjskich, indonezyjskich, greckich i tureckich, libijskich i irackich elektrowni — wyposażona była / jest nie w amerykańskie, czy niemieckie — a w polskie turbiny?
Że produkowano u nas śmigłowce, samoloty tłokowe i odrzutowe, że produkowano 40.000 ciężarówek, że wytapiano 20 mln ton stali, że byliśmy na 2 miejscu – za Japonią – w produkcji statków rybackich, a te zdobywały Błękitną Wstęgę Atlantyku w tej kategorii?
Że nasze zestawy audio – radio, wzmacniacz, głośniki, gramofon, magnetofon Radmoru — biły amerykańskie i japońskie?
Że nasze sprężarki chłodnicze kupowało wiele krajów świata? Że już w latach 50-tych nasz Star był napędzany gazem LPG — i miał nim chłodzone nadwozie?
Kto pamięta, że pierwszy PC komputer powstał w Erze – przed ZX Spectrum?
Że wybudowano:
Trasę Warszawa-Katowice (Gierkówka, niecałe 300 km – jedna z nielicznych dziś dróg dwujezdniowych o tej długości w Polsce);
Trasę Łazienkowską wraz z drogami dojazdowymi w Warszawie;
Dwujezdniową drogę Tuszyn-Łódź;
Szpital „Centrum Zdrowia Dziecka”;
Szpital „Centrum Zdrowia Matki Polki”;
Rafinerię ropy naftowej w Gdańsku;
Odlewnię żeliwa w Koluszkach;
Zakłady Dziewiarskie „Kalina” w Lodzi;
Zakłady produkcji dywanów „Dywilan” w Lodzi;
Zakłady odzieżowe „Cotex”;
Zakład produkcji profili giętch w Bochni;
Zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego w Leżajsku i Lipsku;
Hutę miedzi w Głogowie;
Produkcja blach walcowanych na zimno w Hucie im. Lenina (obecnie im. Tadeusza Sendzimira);
Płocką Fabrykę Maszyn Żniwnych (wyd. 2,5 tys. sztuk kombajnów zbożowych BIZON);
Zakłady mleczarskie w Węgrowie, Ciechanowie, Chodzieży, Zabrzu;
Produkcja autobusu Jelcz w Kowarach;
Zakłady mięsne w Ostródzie, Sokołowie Podlaskim, Zielonej Górze;
Port Północny i nafto-port (mieliśmy wtedy własne tankowce);
Zakład kineskopów kolorowych na licencji amerykanskiej w Piasecznie (wtedy jedyny zakład w Europie produkujący tej klasy sprzęt);
Produkcja układów scalonych i półprzewodników w Naukowo-Produkcyjnym
Centrum Półprzewodników CEMI w Warszawie,
11 elektrowni (w tym największa, Kozienice I – o mocy 1200 MW; po 1989 r. – zero elektrowni) – i wiele, wiele innych.
W latach 70′ oddawano do użytku ok. 300 tys. mieszkań rocznie, a obecnie ok. 1/3 tej liczby, w latach 90-tcyh jeszcze mniej;
W latach 1970-75 płace wzrosły o 40%;
W dekadzie 1970-80 – wzrost PKB o ok. 80% (po 1989 r. potrzeba było na taki sam wyczyn 20 lat);
Spożycie mięsa na głowę było wyższe niż dziś, mięsa nie myto i nie nasączano (Constar);
1982 (rok kryzysu wywołanego przez „Solidarność” finansowaną przez CIA);
Od tego roku mierzy się w Polsce liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego na 24 %, obecnie – powyżej 60%!
We wrześniu 1980 r. (kiedy Gierek odchodził) zadłużenie Polski w Klubach Paryskim i Londyńskim wynosiło ok. 17,6 miliardów dolarów. Na osobę (615 USD) było ono mniejsze niż na Węgrzech (836 USD) lub Jugosławii (856 USD).
Pod względem zadłużenia byliśmy na 12-13 miejscu w świecie — co odpowiadało naszej ówczesnej produkcji.
Przypominam, że Polska posiadała wówczas rezerwy walutowe w wysokości ok. 1,3 mld USD — 4 mld USD w surowcach i półfabrykatach, jak również blisko miliardową nadwyżkę eksportu nad importem (wartość eksportu w 1980 to ok 10 mld USD; bilans handlowy pogorszył się po strajkach „S”).
Dług Gierka został prawie całkowicie spłacony w roku 2009.
Gierek, kiedy rządził, mieszkał w rządowych willach (które przy niektórych dzisiejszych chałupach wyglądały jak psia buda). Po internowaniu mieszkał w domku typu klocek w Ustroniu. Jeździł maluchem 126p kupionym na talon. Żył tylko z emerytury belgijskiej za okres przepracowany w tamtejszych kopalniach.

Proste pytania dla tych, którzy dostają piany na ustach kiedy pada słowo ROSJA.
Które przedsiębiorstwa kupiła Rosja lub Rosjanie w Polsce za bezcen, a następnie zlikwidowała przez tzw. wrogie przejęcia? Może w Łodzi? Na Śląsku, w Starachowicach?
Kto doprowadził armie Polską do ruiny, tak że w tej chwili mamy zaledwie parę tysięcy żołnierzy zdolnych do walki?
Czy to w Moskwie powstają prawa zakazujące w Polsce wędzenia mięsa?
Kto limituje nam połowy ryb, produkcję mleka, cukru, etc.?
Czy to Rosja kontroluje handel w Polsce przez 12 największych sieci handlowych?
Ktoś może dać przykład — kiedy Rosjanie przez podstawione osoby wykupują ziemie na zachodzie Polski?
A może ktoś zna jakieś rosyjskie, lichwiarskie banki w kraju nad Wisłą?
Kto zlikwidował całe nasze gałęzie przemysłu takie jak stocznie, elektronika, hutnictwo, zbrojeniówkę?
A może Putin nałożył na nas haracz za emisję dwutlenku węgla, przez co prąd kosztuje Polaka dwa razy więcej tyle co wcześniej?
Czy Rosja w Polsce propaguje demoralizację, niszczy rodzinę, patriotyzm młodzieży, gryzie katolików?
Rosja nie pozwala budować dróg tak, jak chcemy, ze względu na dwa żółwie przechadzające się od sadzawki do sadzawki?
Czy Rosjanie planują masowe osadnictwo na ziemiach polskich?
Czy Rosjanie roszczą pretensje do 1/3 polskiego terytorium?
Czy Rosja wspiera naszych wrogów takich jak banderowcy?
Czy żąda od nas wysyłania kontyngentów wojskowych do Afganistanu, na Bliski Wschód czy ostatnio Afryki przy okazji niszcząc nasze interesy i powiązania handlowe?
Czy Rosja narzuca nam swojego rubla, czy ktoś inny – euro?
Czy Rosja zmusiła do emigracji około 4 milionów, głównie młodych ludzi po 1989 roku?
Czy to Rosja kazała nam podpisach w 2006 roku traktat lizboński, który de facto zlikwidował suwerenność Polski?
Pytania można mnożyć – bagaż historyczny stosunków polsko-rosyjskich jest ciężki jak cholera – ale każdy powinien zrozumieć proporcje.
Los Ukrainy jest ważny — ale jeszcze ważniejsze jest to, co LEŻY w INTERESIE POLSKI a CO NIE – czasem się o tym zapomina…
Co do zakładów, to można wymienić jeszcze setki innych, w zależności z jakiego fragmentu Polski się pochodzi, bo po prostu było tego całkiem sporo.
Jeśli wszystko to było nieopłacalne – to niech mi ktoś wyjaśni, z czego dokładano do interesu — skoro do czasów Gierka nikt nie brał ani grosza pożyczek? I podobno sponsorowaliśmy ZSRR i KDLe… normalnie perpetuum mobile.
Zdziwiony/ 2015-04-25 (sobota) at 22:54:06

Za https://marucha.wordpress.com/2015/04/2 ... iagniecia/

https://forumemjot.wordpress.com/2015/0 ... -i-zadumy/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 02 lis 2015, 21:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/3-lipca-1947-roku- ... -warszawy/

3 lipca 1947 roku, Sejm przyjął ustawę o odbudowie Warszawy
3 lipca 2015 00:01



Ustawa stworzyła Naczelną Radę Odbudowy przy prezesie Rady Ministrów. Jej zadania miały polegać na ustalaniu zasad, programów i ogólnych projektów odbudowy stolicy.
Miała koordynować prace i czuwać nad ogólnym przebiegiem tych prac, biorąc pod uwagę wnioski i postulaty rady narodowej.
Przewodniczącym Naczelnej Rady Odbudowy miał być Prezes Rady Ministrów.
Ostatnim znaczącym etapem odbudowy Warszawy, była jak dotąd odbudowa Zamku Królewskiego. W tym celu w 1971 roku, dzięki inicjatywie Stanisława Lorentza, powołano Obywatelski Komitet Odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie. Odbudowa obiektu została ukończona w 1974 roku , jednak prace wykończeniowe i wyposażanie wnętrz, trwały do roku 1988 roku.
W planach wciąż pozostaje odbudowa Pałacu Saskiego.

Obrazek
Fot. L. Jabrzemski. Zdjęcie pochodzi z książki Adolfa Ciborowskiego „Warszawa. O zniszczeniu i odbudowie miasta”, Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1969 r.



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 09 lis 2015, 21:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/07/2 ... ch-gierka/

Zakłamywanie prawdy o długach Gierka
Posted by Marucha w dniu 2015-07-23 (czwartek)

Artykuł pochodzi z 16 grudnia 2012 roku i był zamierzony jako polemika z „G*** Wyborczym”.
Admin


Kredyty zaciągnięte w latach 70. nie zostały przejedzone. Wybudowano 557 nowych przedsiębiorstw i 2,5 mln nowych mieszkań. Uniknięto bezrobocia
W latach 70. wybudowano 557 nowych przedsiębiorstw, w tym:
71 fabryk domów,
18 zakładów mięsnych, 16 fabryk odzieżowych,
14 chłodni,
10 zakładów elektronicznych,
10 fabryk mebli,
9 zakładów hutnictwa żelaza i metali nieżelaznych,
9 elektrociepłowni,
7 elektrowni,
7 fabryk samochodówi ic h części,
5 cementowni,
5 kopalni węgla kamiennego.
Temat długu Gierka co jakiś czas pojawia się w mediach; obecnie pretekstem jest informacja, że Polska spłaciła swoje zadłużenie zagraniczne z czasów PRL. „Gazeta Wyborcza” w numerze 276. z 26 listopada 2012 r. koryguje wiadomość „spłaciliśmy dług Gierka”, dodając: „nowym długiem”. Stąd tylko krok do następnej konkluzji: Polska dlatego jest obecnie zadłużona, że musi spłacać dług Gierka, i tak będzie jeszcze przez wiele lat.
Czy można skuteczniej otumaniać Polaków? Zwłaszcza tych, którzy nie zajmują się tematem na co dzień i o długach Gierka wiedzą niewiele więcej, niż przeczytają w „Gazecie Wyborczej” i innych tytułach, zobaczą w telewizji lub usłyszą w radiu.

Wielkość długu Gierka
„Gazeta Wyborcza” informuje, że dług Gierka w przeliczeniu na obecne dolary wynosi 72 mld, i zamiast cieszyć się z tego, stara się nastraszyć czytelników. Dlaczego należy się cieszyć? Bo
1 dolara długu zaciągniętego na początku lat 70. spłaciliśmy dolarem o pięć razy mniejszej sile nabywczej. W latach 70. kupowaliśmy przecież na rynkach światowych towary po innych cenach niż dzisiaj. Przeliczanie długów Gierka na dzisiejsze dolary nie ma więc żadnego sensu poza epatowaniem czytelnika wielkością liczb.
Dług Gierka trzeba liczyć w ówczesnych „twardych” dolarach, a nie w dolarach dzisiejszych, „miękkich”. Według „Gazety Wyborczej” w roku 1980 wyniósł on 24,1 mld dol. Nie jest to dokładnie taka sama liczba, jaką podawano parę lat temu – wtedy dług Gierka wyceniono na 23 mld dol. Różnica nie jest wielka, ale jest.
To nie wszystko. Do długu Gierka zaliczono też kredyty handlowe zaciągnięte przez przedsiębiorstwa handlu zagranicznego na sfinansowanie bieżących transakcji towarowych; według szacunków wyniosły one 3 mld dol. Bez kredytów handlowych nie byłoby handlu zagranicznego. Od dziesiątków lat nikt bowiem nie rozlicza się w gotówce. Kredyty te muszą być jednak spłacane na bieżąco. Te z końca lat 70. zostały spłacone już dawno.
Do zwrotu pozostały natomiast kredyty inwestycyjne o wartości ok. 20 mld dol. Część (ok. 15%) została wykorzystana na sfinansowanie importu zaopatrzeniowego, część – na zakup pasz dla rolnictwa. Z tego stwierdzenia (wbrew temu, co sugeruje „Gazeta Wyborcza”) nie wynika jednak, że kredyty te zostały przejedzone; pasze przeznaczone zostały bowiem dla zwierząt hodowanych na eksport. Import zaopatrzeniowy też posłużył rozwojowi produkcji na rynki zagraniczne.

Kredyty Gierka czy kredyty PRL?
Zgodnie z szacunkami Europejskiej Komisji Gospodarczej zadłużenie z lat 70. stanowiło 9,8% ówczesnego dochodu narodowego. W zestawieniu z obecnymi długami wielu krajów jest to obciążenie niewielkie, ale według kryteriów zadłużenia z tamtych lat wręcz katastrofalne. Z tego przecież powodu Edward Gierek został odsądzony od czci i wiary, zwolniony ze stanowiska i internowany.
Za jaką część tych długów odpowiada Gierek? Formalnie został odsunięty od władzy 5 września 1980 r., faktycznie nie miał żadnego wpływu na sytuację w kraju już od 1 sierpnia 1980 r., gdy wyjechał na Krym, by spotkać się z Breżniewem. W tym czasie zastępował go na stanowisku I sekretarza KC PZPR Stanisław Kania, który podejmował najważniejsze decyzje strategiczne. Po powrocie do kraju w połowie sierpnia Gierek był już „na wylocie”, czekając na dymisję.
Po jego odejściu w drugiej połowie 1980 r. podjęto wiele decyzji dotyczących stosunków gospodarczych z zagranicą, mających poważny wpływ na zadłużenie Polski. Czy Gierek też za to odpowiada? Z pewnością ten dług nie był już długiem Gierka, lecz innych polityków PRL.
Jeszcze ważniejszą sprawą, która nie może być pominięta przy ocenie długów Gierka, jest zanotowana w pierwszej połowie 1980 r. tendencja do szybszego wzrostu polskiego eksportu niż importu. Import, mocno trzymany w ryzach przez państwo, nie zwiększał się jak poprzednio, rósł za to eksport na skutek ograniczenia barier w dostępie do rynków Europy Zachodniej. Zostały one wprowadzone tuż po kryzysie naftowym, gdy w wyniku olbrzymiego wzrostu cen paliw zwiększyły się wielokrotnie wydatki państw zachodnioeuropejskich na zakup ropy, a ich bilanse handlowe stały się ujemne.
Kraje zachodu kontynentu zaczęły szukać ratunku w ograniczaniu importu, nie tylko ropy naftowej, lecz także wielu innych towarów, również z Polski. Gdy w roku 1980 ograniczenia te zostały przez Zachód zmniejszone, pojawiły się szanse, by Polska przyspieszyła eksport. Wykorzystano to tylko częściowo, w pierwszej połowie roku. Potem rozpoczęły się strajki. Najpierw w lipcu, później w drugiej połowie sierpnia i w następnych miesiącach.
Gierek był gotowy rozmawiać z robotnikami, zwłaszcza że personalnie go nie krytykowano (jeżeli nawet, to rzadko). Być może przekonałby strajkujących, że są lepsze metody niż przerywanie pracy. Miał w końcu doświadczenia z rozmów z robotnikami w grudniu 1970 r. Jego koledzy z kierownictwa partii nie dali mu jednak takiej szansy, wiedząc, że w czasie rozmów z Breżniewem na Krymie odrzucił możliwość wykorzystania wojska i milicji do „negocjacji” ze strajkującymi. W rezultacie w drugiej połowie 1980 r. zamiast zwiększenia polskiego eksportu na Zachód nastąpiło jego drastyczne załamanie. „Gazeta Wyborcza” milczy na ten temat.
Gierek przy tym nie tylko importował na kredyt, lecz także kredyty spłacał (wraz z odsetkami). Łącznie w latach 70. spłaty wyniosły ok. 40 mld dol. Po wprowadzeniu stanu wojennego Zachód w ramach retorsji odmówił Jaruzelskiemu udzielenia nisko oprocentowanych kredytów handlowych. W rezultacie Polska musiała kupować towary niezbędne do konsumpcji i zaopatrzenia przemysłu za wysoko oprocentowane kredyty, zaciągane na spekulacyjnym rynku eurodolarowym w Londynie. W efekcie w latach 80. zadłużenie na Zachodzie zwiększyło się w stosunku do poprzedniej dekady, osiągając w 1989 r. 42,3 mld dol., choć Polska w tym czasie nie wybudowała ani jednej fabryki. Kto jest zatem sprawcą tego wzrostu zadłużenia?
Jak wynika jednak z artykułu „Gazety Wyborczej” to właśnie Gierek odpowiada za podwojenie polskiego zadłużenia w latach 80. Przedmiotem renegocjacji z Klubem Paryskim była bowiem kwota kredytów rządowych zaciągniętych przez Polskę (32,8 mld dol.) zarówno w latach 70., jak i 80., dwukrotnie przekraczająca poziom zadłużenia z lat 70.
Nieco mniejsze zadłużenie przedsiębiorstw (14,4 mld dol.) renegocjowano z Klubem Londyńskim. Łącznie uzyskano w obu Klubach obniżkę o ok. 14 mld dol.
Proponuję nazwać te kredyty kredytami PRL zamiast kredytami Gierka. W innym przypadku należy postawić pytanie, co Gierek miał wspólnego z wprowadzeniem stanu wojennego, z nałożeniem retorsji kredytowych na Polskę i z lawinowym wzrostem naszego zadłużenia. Po zdymisjonowaniu nie miał przecież żadnego wpływu na rzeczywistość polityczną i gospodarczą. Przez prawie półtora roku siedział w izolacji w domu, po 13 grudnia 1981 r. – w ośrodku dla internowanych, a po uwolnieniu w grudniu 1982 r. do chwili śmierci (lipiec 2001 r.) przebywał w Ustroniu, pozostawiony na uboczu życia politycznego.

Na co poszły długi Gierka
Kredyty zaciągnięte za czasów Edwarda Gierka nie zostały przejedzone, jak napisała „Gazeta Wyborcza”. Wręcz przeciwnie – w latach 70. wyraźnie zwiększył się udział akumulacji w dochodzie narodowym Polski; w połowie tej dekady stanowiła ona 38% dochodu narodowego i była na poziomie tzw. tygrysów azjatyckich, znajdujących się pod tym względem w światowej czołówce.
W porównaniu z dekadą wcześniejszą Polska zwiększyła udział akumulacji w dochodzie narodowym o 10 punktów procentowych. Obecnie akumulacja nie przekracza 20% dochodu. Jeżeli już mielibyśmy mówić o przejadaniu dochodu narodowego, to ma ono miejsce właśnie dzisiaj.
Oczkiem w głowie Gierka była modernizacja gospodarki – nie tylko przemysłu, lecz także rolnictwa, infrastruktury, dróg, linii kolejowych i dworców, jak również budowa mieszkań. W latach 70. wybudowano 557 nowych przedsiębiorstw, w tym 71 fabryk domów, 10 fabryk mebli, 16 fabryk odzieżowych, 18 zakładów mięsnych, 14 chłodni, 7 fabryk samochodów i ich części, 10 zakładów elektronicznych, 5 cementowni, 5 kopalni węgla kamiennego, 7 elektrowni, 9 elektrociepłowni, 9 zakładów hutnictwa żelaza i metali nieżelaznych. Zelektryfikowano ok. 2 tys. km linii kolejowych; twardą nawierzchnię uzyskało ponad 10 tys. km dróg.
Zbudowano prawie w całości polską energetykę, w tym elektrownie węglowe – Bełchatów (4400 MW), Kozienice (2600 MW), Jaworzno III (1200 MW), Dolna Odra (1800 MW), Rybnik (1800 MW), Połaniec (I blok) – oraz wodne w Żarnowcu (700 MW) i Włocławku (160 MW), które wciąż dostarczają połowę zużywanego w Polsce prądu. W ciągu 30 lat, które minęły od tego czasu, wybudowano tylko jedną elektrownię (o mocy 4400 MW). Reszta wymaga modernizacji – według szacunków pochłonie to 100 mld euro. W latach 70. poprowadzono też dziesiątki tysięcy kilometrów linii przesyłowych prądu; po 30 latach i one wymagają wymiany, co będzie kosztować przynajmniej 100 mld euro.
To pokazuje skalę wysiłku inwestycyjnego Polski tamtego okresu. W efekcie uniknięto bezrobocia, mimo że w wiek produkcyjny weszło wtedy 2 mln młodych ludzi, którzy ukończyli 18 lat. W samym przemyśle liczba miejsc pracy zwiększyła się o 800 tys.
Szybszy wzrost dochodu narodowego do podziału niż wytworzonego (w wyniku większego importu niż eksportu) umożliwił także wyraźne podniesienie poziomu życia ludności. Warto o tym pamiętać bez względu na to, co piszą gazety – prawdy nie da się zakrzyczeć. Wzrosły przede wszystkim płace i inne dochody ludności, jak również renty i emerytury, stypendia i zasiłki z ubezpieczenia społecznego. Ludność wsi została objęta bezpłatną opieką lekarską, zwiększyła się liczba szpitali i łóżek szpitalnych.
Oddano do użytku 2,5 mln nowych mieszkań; gdyby nie one, do dziś miliony rodzin nie miałyby własnego kąta. Oczywiście mieszkania były gorsze niż dzisiaj. Prawie zawsze budowano je z tzw. wielkiej płyty, produkowanej przez fabryki domów. Z mieszkań uciekało też ciepło, przez co były niedogrzane. Ale miały łazienki i WC, a dla 10 mln ludzi, którzy wprowadzili się do nowych domów, były pierwszymi samodzielnymi mieszkaniami.
Polska starała się budować tak samo jak Niemcy i Francja, Włochy i Hiszpania. To od nich kupowaliśmy fabryki domów, od nich uczyliśmy się, jak budować z wielkiej płyty. Ale dużo wody musiało upłynąć w Wiśle, zanim opanowaliśmy tę technologię, tak jak trzeba. Innej technologii wielkoprzemysłowej budowy mieszkań wtedy jeszcze nie było. Pojawiła się dopiero w następnych dekadach, a czas naglił. Ludzie bez mieszkań, zwłaszcza młodzież, czekali na nie.
Jak wyglądałaby dziś Warszawa bez Ursynowa i Bielan, Bródna, Służewca i Stegien? Czy ktoś policzył dokładnie setki tysięcy mieszkań, które powstały w tym czasie w stolicy? Jak jeździlibyśmy po Warszawie bez Trasy Łazienkowskiej, Wisłostrady i wielu innych dróg, ostentacyjnie nieremontowanych przez dziesiątki ostatnich lat?

Technologie jak na Zachodzie
„Ludzie odpowiedzialni za gospodarkę w Polsce kupowali technologie nowoczesne jak na standardy PRL, ale przestarzałe według standardów zachodnich”, napisała „Gazeta Wyborcza”. To nie do końca jest prawdą. Zdarzały się takie przypadki, ale regułą była sprzedaż takich samych technologii, jakie były stosowane w Niemczech, we Francji czy we Włoszech.
Nie zmieniło to jednak faktu, że wytwarzane z ich wykorzystaniem produkty nie były takie same, zwłaszcza jeśli chodzi o jakość i niezawodność. Np. produkowane na Śląsku fiaty 126p dopiero po roku zbliżyły się pod tym względem do włoskiego pierwowzoru. Inne były bowiem kwalifikacje polskich robotników, ich kultura i dyscyplina (nawet na Śląsku, gdzie różniły się na korzyść w stosunku do reszty kraju). Inna niż na Zachodzie była też polska stal.
Dlatego trzeba było budować nie tylko fabryki przemysłu przetwórczego, lecz także huty, stalownie i inne zakłady tego typu. Z biegiem czasu jednak, choć powoli, standard polskich wyrobów zbliżał się do zachodniego.
Wszystkie technologie stosowane w Polsce i na Zachodzie były od połowy lat 70. przestarzałe z punktu widzenia potrzeby przeciwdziałania kryzysowi energetycznemu. Stworzono je przed kryzysem, kiedy nikt się nie liczył z zużyciem prądu czy benzyny. Dlatego od połowy lat 70. namawiałem Gierka, by zdecydowanie ograniczyć import fabryk i maszyn z Zachodu, mimo że otrzymywaliśmy na ich zakup kredyty oprocentowane na 5%, co przy ówczesnej inflacji (7%) było niezwykle opłacalne. Skoro wytwarzane przez nie produkty były przestarzałe, bo pożerały energię i surowce, lepiej było poczekać na nowe technologie, które powstawały w biurach konstrukcyjnych od czasu kryzysu energetycznego.

Czego nie widzą redaktorzy „Wyborczej”
Niestety, redaktorzy „Gazety Wyborczej” nie mogą się oderwać od tradycyjnego pojmowania zadłużenia zagranicznego. Ciekaw jestem, jak oceniają oni dług zagraniczny Stanów Zjednoczonych, sięgający bilionów dolarów. Bo ocena obecnego zadłużenia zagranicznego Polski zawarta w artykule z „Gazety Wyborczej” jest nieprawdziwa. Zamiast porównywać je z dochodem narodowym, za punkt odniesienia przyjęto porównanie z abstrakcyjną wielkością długu Gierka, wynikającą z przeliczenia go na obecną wartość dolara. Jakie to ma znaczenie i czemu ma służyć?
Żeby zbagatelizować obecne zadłużenie Polski, „Gazeta Wyborcza” wzięła ponadto pod uwagę tylko długi rządów i samorządów, pomijając zobowiązania firm prywatnych i banków. Państwo – stwierdza „Gazeta Wyborcza” – nie gwarantuje ich spłaty. Ale to nieprawda. Co się stanie, gdy przedsiębiorstwo bądź prywatny bank splajtuje? Czy ich długi zagraniczne pójdą w zapomnienie? Wtedy bankructwa następowałyby lawinowo. Niestety, również za nie odpowiada rząd.
Łącznie zatem obecne zadłużenie Polski wynosi 324 mld dol., w tym zadłużenie rządu i samorządów – 128 mld dol., banków – 61 mld i przedsiębiorstw prywatnych – 135 mld. Stanowi to ok. 55% dochodu narodowego Polski. Dług jest więc ponad pięciokrotnie większy niż ten z lat 70.
To porównanie nie wyczerpuje jednak tematu. Wymaga uzupełnienia o efekty długów Gierka. Bez fabryk wybudowanych w latach 70. obecnie nie byłoby czego prywatyzować. W roku 2004 media obiegła wiadomość, że za majątek sprzedany przez Polskę inwestorom zagranicznym, zwłaszcza za fabryki i inne obiekty, wpłynęło ok. 40 mld dol. A ile wpłynęło w latach 2005-2012? Zapewne więcej. Niestety, nie znalazłem dotyczących tego informacji. Kwoty te zasiliły rezerwy dewizowe państwa bądź jego budżet.
W świetle kryteriów, które „Gazeta Wyborcza” przyjęła do oceny długów Gierka, obecne zadłużenie Polski jest alarmująco wysokie. Jeżeli jednak przyjmiemy kryteria wykorzystywane współcześnie do oceny stopnia zadłużenia innych krajów, Polska mieści się w grupie państw wysoko zadłużonych, ale bez powodu do alarmu. Ubiegłoroczny eksport wynosił 190 mld dol., czyli dług był prawie dwukrotnie wyższy niż eksport, a zgodnie z kryteriami z lat 70. spłaty kredytów i odsetek nie powinny stanowić więcej niż 30% eksportu.
I mimo to nikt nie trąbi na alarm, bo współcześnie polityka kredytowa została oderwana od wielkości eksportu i importu. Przy ocenie polityki kredytowej lat 70. też trzeba to zrobić, bo wtedy nowa polityka finansowa (kredytowa) była już w świecie faktem, tylko krytycy Gierka albo o tym nie wiedzieli, albo nie chcieli wiedzieć. Dziś jest podobnie.

Tekst wysłany do „Gazety Wyborczej” jako polemika nie został opublikowany.

Paweł Bożyk
Autor jest profesorem doktorem habilitowanym, dyrektorem Centrum Studiów Wschodnich, profesorem Akademii Ekonomicznej Vistula. Przez osiem lat pełnił funkcję osobistego doradcy ekonomicznego Edwarda Gierka, był szefem jego zespołu doradców

http://www.tygodnikprzeglad.pl/pawel-bo ... ch-gierka/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 30 lis 2015, 13:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/przem ... wo-2015-07

Przemówienie pod pomnikiem Czerwca 1976 r, które zszokowało polskojęzyczne chazarstwo. Dyżurny Psychiatra Kraju
OPUBLIKOWANO LIPIEC 27, 2015PRZEZ A303W POLSKA

O autorze: Niewidzialne łapsko masonerii – link.
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/niewi ... ju-2015-07

W dn. 18 czerwca 2006r., na prośbę i usilne nalegania ursuskiej „Solidarności”, w XXX rocznicę wydarzeń czerwcowych, w imieniu osób represjonowanych, wygłosiłem przemówienie. Wcześniej ostrzegałem przewodniczącego, „S”, że nie będę wygadywał kretynizmów o obecnej rzekomej wolności, suwerenności i o tym, że walczyliśmy o godność robotników. Oświadczyłem, że bez względu na konsekwencje, wygarnę bolesną dla Polaków prawdę. Dwa dni przed uroczystościami, zostawiłem w biurze „S” tekst swojego przemówienia, mając nadzieję, że wybiorą do tej roboty kogoś innego. Ale prawdopodobnie żadnemu ze związkowców nie chciało się pisma przeczytać, wiec aby nie zawieść kolegów, zabrałem głos.
Rok rocznie, pod tym samym pomnikiem piano peany pod adresem „bohaterów” Ursusa, którzy podjudzeni przez chazarskich prowokatorów wyszli na tory kolejowe i je rozkręcili, wstrzymując na wiele godzin ruch kolejowy, przebili opony w ciężarówce blokując ruch kołowy wzdłuż fabryki, rozkradli samochody dostawcze z cukrem i jajkami, a nawet ograbili prywatnego piekarza z chleba i plantatora truskawek. Na tle ruin niegdyś wspaniałej, nowoczesnej fabryki, która zaopatrywała w doskonałe ciągniki nie tylko polskich rolników, ale eksportowano je do 56 krajów świata, bredzono o demokracji i świetlanej przyszłości Polski i oczywiście o narażających wolność a nawet życie chazarskich dobroczyńcach niosących braterską pomoc polskiemu robotnikowi. Zazwyczaj jako pierwszy przemawiał Macierewicz albo Olszewski, a później w tym samym stylu majaczyli inni. Pierwszy wyłamał się Zygmunt Wrzodak, który w XX Rocznicę nazwał Michnika, Kuronia i całą resztę „dobroczyńców narodu” różowymi hienami, które po plecach polskich robotników dorwali się do władzy. Po tym przemówieniu, polskojęzyczne media dostały szału i ujadały opluwając Wrzodaka przez rok cały z nawiązką. Dlatego stając przed mikrofonami kilkunastu rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych (była nawet telewizja francuska), wiedziałem co mnie czeka. Wcześniej jednak wysmarowałem ogromny artykuł do „Naszej Polski”, który znacznie okrojony z „antysemickich treści” ukazał się w poniedziałek 19 czerwca, a w którym m. in. zawarłem główne tezy swojego przemówienia. Artykuł ten ukazał się na rozkładówce (dwie strony w środku gazety) tylko dlatego, że redakcja nie miała możliwości wycofać go z drukarni, ponieważ kiedy przemawiałem , druk szedł już pełną parą. I tylko dlatego ten popularny tygodnik „narodowy”, był jedyną gazetą w Polsce, która mnie nie opluła. Bo już tego samego dnia PAP podała w radio i telewizji, że jakiś nikomu nieznany Tarkowski, nie wiadomo skąd się wziął i wbrew woli ludu wygłosił okropne przemówienie. Wyglądało to tak, jakbym spadł z księżyca, wyrwał mikrofon i przemówił obrażając największych w historii bohaterów z metką KOR. Już w poniedziałek Szechter grzmiał w swoim szmatławcu, jak to „nikomu nieznany” Tarkowski zakłócił wielką, wspaniałą uroczystość i zbezcześcił pamięć legendarnego, heroicznego KOR-u i jego bohaterów. Pierwszy Szechter jako przywódca stada, a za nim reszta. Jak psy. Najpierw szczeka jeden najsilniejszy, mający najwięcej do wyszczekania, a za nim cała reszta kundli i kundelków, a nawet pudli i ratlerków. A do wtóru rozległ się kwik wszystkich chazarskich świń w kraju między Odrą a Bugiem. Nie czytałem tych kłamstw i obelg, bo gadzinówka Szechtera śmierdzi, a ja ekskrementów do rąk nie biorę.
Przede mną stali wydelegowani posłowie i senatorzy, przedstawiciel gabinetu premiera Marcinkiewicza w randze sekretarza stanu i szefowa Kancelarii prezydenta Kaczyńskiego. Były delegacje hutników i górników, płockiej petrochemii i jeszcze kilu zakładów pracy, których nie udało się jeszcze zlikwidować, a nawet wiejskich kobit w strojach łowickich. Za mną stał jak zły duch – Macierewicz. Były premier Olszewski, przedstawiciele związków zawodowych i miejscowi notable. Ale dla mnie najważniejsi byli represjonowani w 1976 r. koledzy, których przyszła garstka i ok. 2 tys. mieszkańców Ursusa. Zacząłem.
SZANOWNI PAŃSTWO,
DRODZY GOŚCIE,
KOLEDZY!
W czerwcu 1976 r., pracownicy ZM „Ursus”, oraz robotnicy przedsiębiorstw rozbudowujących fabrykę podjęli strajk w proteście przeciwko drastycznej podwyżce cen żywności.
Mija XXX lat od tamtych wydarzeń, a ja pamiętam wieczór 24 czerwca, jakby to było wczoraj. Tego wieczoru poprzedzającego strajk, przyjechałem pociągiem z Warszawy i idąc od stacji do samego domu, towarzyszył mi głos przemawiającego w telewizji ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza. Okna wszystkich mieszkań otwarte szeroko, a telewizory nastawione bardzo głośno, toteż prezesa Rady Ministrów słychać było w każdym zaułku miasta. Po dzienniku zapadła cisza. Jeszcze nie było ciemno, a miasto jakby pogrążyło się we śnie. Były przecież popularne imieniny Jana i Danuty i co roku z wielu mieszkań rozchodziło się gromkie „sto lat”, a tego wieczoru nic – cisza.
Mówię o tym dlatego, że tamten nastrój pamiętam lepiej, niż wydarzenia dnia następnego i późniejszy pobyt w więzieniu. W atmosferze tamtego wieczoru było coś niesamowitego, jakiś niezwykły klimat, którego nie zapomina się do końca życia. Była to zapowiedź tego, co nastąpiło nazajutrz.
A co się wydarzyło 25 czerwca, to wszyscy wiedzą. Sam opisywałem te wydarzenia rokrocznie w prasie narodowej i katolickiej. Wiadomo – bunt robotników, a potem bestialska pacyfikacja miasta z łapankami ulicznymi i powszechnym pałowaniem. Ścieżki zdrowia w takich przypadkach to standardowa procedura, ale kanalie z komisariatu w Ursusie okładali pałami na równi robotników, jak dzieci i staruszków. Przykładem był tu Mirek Cholewiński, kończący I klasę technikum, który w więzieniu był naszym najmłodszym bohaterem.
Jak nas tłukli te gnidy w milicyjnych mundurach niech świadczy fakt, że kiedy mnie zaczęli odbijać nerki, to ściany w korytarzyku wychodzącym na podwórze ursuskiego komisariatu były zabrudzone krwią do sufitu, a posadzkę pokrywały czerwone kałuże. Kto miał nieszczęście poślizgnąć się na tej krwi i przewrócić, wtedy był przez korytarz przekopywany.
Ze względu na tradycję katolicką, nie chcę przypominać nazwisk najgorliwszych oprawców z ursuskiego komisariatu, bo większość z nich nie żyje. Jednak nie odmówię sobie przyjemności, by wymienić nazwiska zbirów z Pałacu Mostowskich. Byli to inspektorzy: M. Jakimiak, M. Powierza i J. Cendrowski, którego tatuś zanim wstąpił do UB nazywał się Cederbaum. Natomiast por. Jerzy Lewandowski oddelegowany był z Komendy Stołecznej jako świadek w kilkudziesięciu sprawach odwoławczych. Wyjątkowo wredna była prokurator Zofia Wróblewska. Ta krótka lista będzie znacznie rozszerzona w książce, nad którą pracuję.
Mało nas dziś pod tym pomnikiem. Mało, bo większość uczestników tamtych wydarzeń nie żyje nie doczekawszy rehabilitacji, inni rozjechali się po Polsce i świecie w poszukiwaniu pracy i chleba. Ale najwięcej kolegów nie przyszło dlatego, bo im wstyd. Czujemy się bowiem współodpowiedzialni za to, co mamy w Polsce dziś. Nie o to walczyliśmy!
Taka jest prawda. Wstydzimy się tego, że daliśmy się wymanewrować i wykorzystać do przejęcia władzy w Polsce przez mroczne siły syjonistyczno –liberalne, które od 1968 r. tylko czekały na moment, by dokonać przewrotu. Dlatego już w kilka dni po rozruchach, garbatonose szczury wylazły z podziemia i zaczęły udzielać wsparcia finansowego rodzinom aresztowanych i wyrzuconych z pracy Polaków! Oto synowie i wnukowie „zasłużonych” morderców i ludobójców w służbie NKWD, UB, Informacji Wojskowej, zaczęli niby bezinteresownie nieść pomoc finansową i moralną naiwnym robotnikom. Ja tu muszę dodać, że to nie był jeszcze KOR, bo Komitet Obrony Robotników powstał dopiero 23 września 1976 r. Trzeba to podkreślić, że już wcześniej istniała doskonale zorganizowana grupa, z potężnym zapleczem finansowym, technicznym (mieli już powielacze) i wyraźnym programem politycznym, mającym na celu rozłożenie ówczesnego systemu i pokojowe zagrabienie dużego, bogatego wówczas kraju. Aby osiągnąć ten cel, należało wykorzystać wielkoprzemysłową klasę robotniczą i zrobiono to. Dlatego każdy, kto latem 1976 r. otrzymał pomoc finansową, usłyszał:- „nie należy się bać – my zawsze pomożemy”… Była to wyraźna zachęta, był to również początek koronkowego planu, rozłożonego na wiele lat.
Właśnie wtedy to syjonistyczne podziemie uchwyciło mocne przyczółki, stanowiąc najpierw trzon przewodzący KOR-owi, a kiedy powstała „Solidarność”, wypełzli spod ziemi na styropiany, niby to jako doradcy. Dziś kłamią, że byli twórcami „Solidarności”, no ale kłamstwo zawsze było podstawą ich działania. Dlatego już 2 000 lat temu, rzekł do nich Jezus:(…)”Wy macie diabła za ojca i chcecie pełnić pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa…” To cytat z Ewangelii wg. Św. Jana. I nic się nie zmieniło – tatuś był zabójcą w NKWD lub UB, synek bryluje kłamstwami w mediach.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do „Solidarności”. Był to dziesięciomilionowy ruch społeczny, fenomen w dziejach świata. Jednak był zbyt narodowy i zbyt potężny, aby synowie diabła mogli urzeczywistnić swoje marzenia. Wybawieniem dla nich był stan wojenny, później zdradziecki Okrągły Stół, po którym przejęli już całą władzę. A właściwie wzięli sobie całe państwo i wmawiają Polakom, że jesteśmy wolni. – Nie jesteśmy wolni! Naród jest wolny, kiedy posiada własny potencjał gospodarczy. My go już nie mamy. Oddaliśmy kraj jak stado baranów, bez jednego chociażby wystrzału karabinowego! A śmiejemy się z Czechów, że poddali kraj w 1938 r. Naszymi rękoma dokonano tylko zmiany okupanta. Między jednym okupantem a drugim, istnieje jedynie różnica w formie stosowanego ucisku. Za komuny był terror polityczny, teraz mamy terror ekonomiczny.
Analogie mógłbym tutaj wymieniać do wieczora. Ale dla każdego okupanta fundamentalną sprawą jest niszczenie polskiego patriotyzmu. Stąd wściekłe ataki na patriotów, którzy mogli powiedzieć coś publicznie. Tak poniosło śmierć zawodową dziesiątki dziennikarzy. Tak zamknięto usta ks. prałatowi Henrykowi Jankowskiemu.
(…)
Dalej podziękowania w imieniu represjonowanych dla przybyłych bonzów, delegacji i mieszkańców Ursusa za przybycie i wysłuchanie. Nic ciekawego, więc szkoda czasu. Całość uroczystości wraz z moim przemówieniem została sfilmowana, a płytkę z nagraniem można nabyć w siedzibie ursuskiej „Solidarności”.
Nikt nie spodziewał się takiej niepoprawności politycznej, toteż moje przemówienie usiłowano przerwać. Ktoś, prawdopodobnie Macierewicz, szturchał mnie w plecy. Przewodniczący ursuskiej „Solidarności” niemal krzyczał mi do ucha, bym przestał. Któryś z prowokatorów i prowodyrów z 76 r. coś wrzasnął, ale moi koledzy go zaraz uciszyli. Ale ja nawet się nie zmieszałem, tylko grzmiałem do ludu Bożego prawdę, z której do dziś nie wszyscy zdają sobie sprawę. Dostałem gromkie brawa, ale tego na filmie z uroczystości już nie ma. Wycięto. Żyje natomiast kilkuset świadków, którzy mnie znają i te brawa pamiętają.
Oczywiście trafnie przewidziałem, że bez reperkusji się nie obejdzie. Ale to opiszę w następnym artykule, bo te represje trwają do chwili obecnej, jestem skazany na nie dożywotnio, ponieważ żydzi nie wybaczają nigdy. Bo choć minęło 10 lat, do dziś można wyczytać kłamstwa w internecie przy moim nazwisku. Każdy może wejść i sobie poczytać. Dlatego teraz do niektórych z nich się odniosę. Oto bzdura podana przez Polskojęzyczną Agencję Prasową: „Grupa byłych robotników Ursusa, marginalizowana przez obecne władze „Solidarności” ( wierutne kłamstwo) w geście protestu na wystąpienie Tarkowskiego (pana Tarkowskiego – gnido!), postanowiła złożyć swój wieniec dopiero po zakończeniu uroczystości. „Prowokacja!” Co on mówi? Kto to jest?- krzyczeli.
Jednym ze wznoszących te okrzyki był Emil Broniarek, który 30 lat temu protestował na kolejowych torach i doświadczył później represji oraz zwolnienia z pracy. „My nie wiemy kto to jest Tarkowski – PAP). Jestem zdziwiony, że go zaproszono i tym co mówił”. Zarówno on, jak i skupieni wokół niego robotnicy, utworzyli stowarzyszenie „Nasz Ursus”, deklarujące pielęgnowanie starych tradycji. (U Chazarów „tradycja”, to bardzo ważna rzecz jest – dopisek autora).
Jeden przez drugiego mówili dziennikarzom, że obecne władze związku w Ursusie nie chcą im nawet wypożyczyć ich starego sztandaru. Na uwagę PAP, że na uroczystościach nie pojawił się były lider „Solidarności” z Ursusa Zygmunt Wrzodak, odpowiedzieli: „nie jest tu mile widziany po tym, jak ludziom wodę z mózgu zrobił”.
To, że Emil Broniarek wzniósł okrzyk, to prawda. Za ten okrzyk, niemal natychmiast po uroczystościach został odznaczony przez prezydenta Kaczyńskiego Orderem Odrodzenia Polski. To że Broniarek nie wie kto to jest Tarkowski to się nie dziwię, bo z Chazarami nie utrzymuję kontaktów towarzyskich. Jednak kilka tysięcy ludzi mnie zna, chociażby dlatego, że kupowali dzieciom książki mojego autorstwa, których wydałem ponad 30. Napisałem też kilkadziesiąt artykułów o Ursusie i Gołąbkach publikowanych w „Gazecie Ochoty, Ursusa i Włoch”, jednocześnie „Woli i Bemowa”, a ostatnio w mazowieckim „Fresh”. Napisałem też kilkaset artykułów do gazet narodowych i katolickich, ale tych nie mógł czytać, bo nie jest katolikiem, a tym bardziej narodowcem. Przynajmniej nigdy w kościele go nie widziałem.
Broniarek jest zdziwiony, że mnie zaproszono, ale ja nie jestem zaskoczony, że co rok przychodzi na uroczystości, twierdząc, że był represjonowany. Mógł być jednym z prowodyrów strajku, ale represjonowany nie był. Przynajmniej ani ja, ani nikt z kolegów nie widział tego osobnika na ścieżkach zdrowia, ani w więzieniu. Wszyscy wówczas represjonowani się znają i utrzymujemy ze sobą kontakty.
Odnośnie Zygmunta Wrzodaka, to ma on w Ursusie bardzo wielu przyjaciół i na uroczystości przyjeżdżał. Jednak w którąś rocznicę po jego sławetnym antychazarskim przemówieniu, podczas uroczystości rzuciła się na niego z mordą i pazurami mame Emila Broniarka, ubliżając mu karczemnie. Baba wykazała się odwagą wielką, toteż za ten pełen heroizmu czyn, została podobnie jak synalek odznaczona Orderem Odrodzenia Polski, tylko że już przez Komorowskiego. Zresztą nie tylko ona. Któregoś roku, Szogun odznaczył 34 „bohaterów Ursusa”, w tym aż jedną osobę w tamtych czasach represjonowaną. Wśród „bohaterów” znalazły się osobnicy, którzy wtedy nosili pieluchy w zębach, a na gówno mówiły papu. Znaleźli się też tacy, których wtedy nie było jeszcze na świecie. Ja się wcale nie dziwię, że Wrzodak nie przyjeżdża do Ursusa, ponieważ sam rzadko na uroczystości rocznicowe chodzę. Ale byłem w roku ubiegłym, bo niemal siłą zaciągnął mnie kolega. W sumie było nas trzech. Na przyjęciu u burmistrza brylowała mame Emila Broniarka i sam pan Broniarek. Inni odznaczeni „bojownicy o wolność i demokrację” siedzieli cicho. Pani Broniarkowa, o wyraźnie semickiej urodzie, obwieszona złotem wyglądała jak choinka, choć jest gruba jak beczka. Wszędzie jej było pełno.
Jak widać, po 10 latach sytuacja się zmieniła diametralnie. Teraz na świeczniku są starsi bracia w lichwie i zwolennicy Pe-ło, a represjonowani za strajk znaleźli się na śmietniku historii. Tyle wywalczył polski robotnik.

Cezary Piotr Tarkowski

Dyżurny Psychiatra Kraju


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 07 gru 2015, 14:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/12/0 ... a-swiadka/

Tajemnica śmierci gen. Świerczewskiego. Nieznana relacja świadka.
Posted by Marucha w dniu 2015-12-06 (niedziela)

Według relacji pomocnika adiutanta gen. Karola Świerczewskiego, dowódca został zastrzelony przez polskich żołnierzy, którzy uznali go za zdrajcę – pisze Szymon Nowak w artykule dla WP.


Gen. Karol Świerczewski „Walter” wśród żołnierzy (fot. NAC / )


Prezentujemy relację świadka, która nie rozstrzyga oczywiście wszystkich wątpliwości dotyczących śmierci gen. Świerczewskiego, ale traktujemy ją jako kolejny głos w dyskusji.

Po tym, jak w październiku tego roku w serwisie Historia WP ukazał się mój artykuł o śmierci gen. Świerczewskiego, skontaktował się ze mną mężczyzna.
http://historia.wp.pl/title,Smierc-gen- ... omosc.html

– Mój dziadek – mówił głos w słuchawce telefonu – był przy generale w czasie zasadzki pod Jabłonkami. Z tą śmiercią generała „Waltera” było trochę inaczej niż pan napisał. Dziadek powiedział całą prawdę dopiero na łożu śmierci. Chce pan posłuchać? Naturalnie że chciałem. – Ale proszę o całkowitą dyskrecję i anonimowość.

Oficjalna wersja
Według oficjalnej wersji gen. Karol Świerczewski, wówczas generał broni i wiceminister Obrony Narodowej, kontrolował Krakowski Okręg Wojskowy. 28 marca 1947 r. był na inspekcji 34 pp w Lesku oraz w Baligrodzie. Tego samego dnia podjął samodzielną decyzję o dojechaniu do Cisnej, gdzie stacjonował oddział Wojsk Ochrony Pogranicza. Po przejechaniu kilku kilometrów kolumna samochodów wpadła w zasadzkę zorganizowaną przez Ukraińców z UPA. W czasie walki zginął gen. Świerczewski i dwóch innych żołnierzy, a Banderowcy wycofali się ścigani przez polskie posiłki.
Jeszcze w tym samym dniu, dniu śmierci generała, Dowództwo Krakowskiego Okręgu wystosowało telefonogram do Warszawy, do Sztabu Generalnego WP z informacją o wydarzeniu. Napisano w nim: „Po ukończeniu inspekcji w 34 pp w Baligrodzie gen. Świerczewski (…) udał się do m. Cisna celem kontroli 37 Komendy Odcinka WOP o godz. 9:35. Po drodze do miejscowości Cisna grupa na czele z gen. Świerczewskim wpadła w zasadzkę bandy. Skład bandy – 150 ludzi. Walka trwała 2 i pół godziny. Podczas walki został zabity serią z rkm gen. Świerczewski, ponadto 1 oficer – ppor. Krysiński i 2 żołnierzy. Rannych – 3 żołnierzy. Generał Świerczewski jechał na samochodzie Dodge, wraz z nim w tym samochodzie jechali: gen. Więckowski, płk Bielecki, d-ca 34 pp, szef wydziału pol.-wych. 8 DP i 5 podoficerów. Oprócz tego była eskorta z 34 pp, składająca się z 3 oficerów, 4 podoficerów + 48 żołnierzy. Eskorta przejeżdżała na 3 samochodach. Porządek kolumny: 1 samochód ciężarowy z eskortą, samochód Dodge z gen. Świerczewskim i ww. oficerami, 2 samochody ciężarowe z eskortą. Banda była uzbrojona: 2 moździerze, rkm-y i PPSz-e. Pościg za bandą zorganizował 34 pp oraz oddział KBW z Rzeszowa.”

Obrazek
Gen. Świerczewski wśród pancerniaków fot. NAC


W dokumencie podawano jeszcze informację, że zwłoki generała znajdują się w Sanoku oraz to, iż należy powiadomić rodzinę generała w Moskwie oraz zorganizować jej transport lotniczy do Polski na pogrzeb.

Ułan z WOP
Dziadek mojego rozmówcy miał na imię Władysław i urodził się w 1924 r. w okolicy Tomaszowa Lubelskiego. W czasie okupacji działał w lesie w Batalionach Chłopskich. Po przejściu frontu i ujawnieniu się, został siłą wcielony do polskiej armii gen. Berlinga. Początkowo, 9 września 1944 r. został skierowany do 4 Zapasowego Pułku Kawalerii w Hrubieszowie, gdzie otrzymał jako ułan przydział do 2 szwadronu. W październiku został przeniesiony do piechoty, do 31 pp, w listopadzie do 37 pp, a w grudniu został skierowany do Baonu Szkolnego 7 DP. Od lutego do maja 1945 r. brał udział w walkach na froncie niemieckim od Nysy Łużyckiej do czeskiej Pragi. Za walki te w latach 60-tych został odznaczony „Medalem za udział w walkach o Berlin”. Pod koniec maja 1945 r. został awansowany na stopień starszego szeregowego, miesiąc później już na kaprala. W październiku 1945 r. ukończył 5-miesięczne szkolenie podoficerskie, czego następstwem był kolejny awans na plutonowego. W tym samym czasie został przeniesiony na Rzeszowszczyznę, jako dowódca drużyny do Grupy Manewrowej I Oddziału WOP.

Obrazek
Książeczka wojskowa pana Władysława, dziadka mojego rozmówcy fot. zbiory prywatne


Podczas opisywanych wydarzeń z marca 1947 r. dziadek mojego rozmówcy był pomocnikiem adiutanta Świerczewskiego. Według jego relacji gen. Świerczewski był kobieciarzem, alkoholikiem i zwykłym chamem. Uważał się bardziej za Sowieta niż Polaka, a dodatkowo bratał się z Ukrainkami i Ukraińcami, również tymi z UPA. Wynikiem tej poufałości było działanie generała. Kontaktował się i umawiał z watażkami z UPA, a następnie wystawiał im niewielkie konwoje z zaopatrzeniem dla polskiego wojska. Ukraińcy bez strat zdobywali towary powiększając swoje zapasy. Podobnie miało być 28 marca 1947 r. pod Jabłonkami.

Zasadzka?
Sprawa była dogadana kilka dni wcześniej. Świerczewski był na alkoholowej libacji w jednej z ukraińskich wsi i spotkał się tam w dowódcami sotni UPA. Ustalił z nimi, że UPA napadnie na konwój jadący z zaopatrzeniem do Cisnej. Jeden z samochodów obstawy miał się wcześniej „popsuć”, a Ukraińcy bez problemu mieli zająć dwie ciężarówki z przewożonymi towarami.
O porozumieniu dowiedzieli się polscy żołnierze, podwładni generała i postanowili przeszkodzić w planowanym przejęciu zaopatrzenia. Myśleli również, aby policzyć się z samym „Walterem”, jeśli nadarzy się ku temu sposobność. Na wstępie namówili generała na wyjazd do Cisnej, choć on początkowo nie planował tej podróży.
Rankiem 28 marca konwój z generałem ruszył w kierunku Cisnej. Według relacji pana Władysława w kolumnie jechało pięć samochodów: dwa gaziki z generałem, jego świtą i obstawą, jeden pojazd z eskortą oraz dwie ciężarówki. W tajemnicy przed generałem na jednej ciężarówce zamiast towaru znaleźli się uzbrojeni polscy żołnierze.
Zaraz po wyjeździe z Baligrodu, „popsuł się” planowo samochód eskorty. Kiedy kolumna dojechała do Jabłonek, gen. Świerczewski nakazał zatrzymanie wozów. Był pijany, a na uwagę adiutanta, że to nie jest bezpieczne miejsce na postój, groził mu pistoletem. Potem udał się na stronę za potrzebą. Wtedy z przydrożnego lasku wybiegli uzbrojeni Ukraińcy. Wcale nie zamierzali strzelać, próbowali tylko krzykiem odgonić Polaków od ciężarówek, by zdobyć obiecane przez Świerczewskiego zaopatrzenie. Pierwsi z nich dobiegli do pojazdów i odsłonili plandeki. Dopiero kiedy na pace zamiast towarów i sprzętu zauważyli polskich żołnierzy, padły pierwsze strzały.

Zabić zdrajcę
Strzelanina stawała się coraz bardziej gwałtowna i – jak wspominał dziadek mego rozmówcy – „trup ścielił się gęsto po obu stronach”. Dopiero po jakimś czasie Ukraińcy z UPA widząc twardą obronę Polaków zaczęli się wycofywać do lasu.
W tym czasie zaskoczony nieplanowaną walką i zdenerwowany całym zdarzeniem gen. Świerczewski żądał natychmiastowego przerwania ognia przez stronę polską, ale nikt go nie słuchał. Kiedy chciał wyciągnąć pistolet z kabury, Polacy rozbroili go. Wtajemniczeni w sprawę chcieli również pochwycić generała, ale on wyrwał im się i zaczął uciekać. Dopiero wtedy dosięgły go kule. Dostał serię w plecy i przewrócił się. Do „Waltera” nie strzelali Banderowcy z UPA, lecz osoby z jego najbliższego otoczenia. W ich mniemaniu był to współpracownik UPA i zdrajca Ojczyzny działający na szkodę Polski.
Po całej akcji prawdę o wydarzeniu próbowano w pewien sposób tuszować. Przemilczano fakt że ofiarami walki byli również Ukraińcy. Polskim żołnierzom zakazano cokolwiek mówić o szczegółach śmierci Świerczewskiego, bo jakby coś to „kula w łeb”. Po całym zajściu większość z tych szeregowych żołnierzy, uczestników wydarzenia, i tak trafiła do kompanii karnej.

Obrazek
Legitymacja ZBoWiD-u pana Władysława fot. zbiory prywatne


Pan Władysław został przeniesiony do rezerwy w marcu 1949 roku. Przez całe życie zachował tajemnicę o wydarzeniach z marca 1947 r. pod Jabłonkami. Dopiero na łożu śmierci przerwał milczenie i opowiedział rodzinie prawdę o śmierci gen. „Waltera”. Zmarł w 1987 roku.
Mimo że od opisywanych zdarzeń minęło już 68 lat i raczej wszyscy świadkowie już nie żyją, mój rozmówca nawet teraz wolał pozostać anonimowy. Prosił również, aby w tekście ograniczyć dane osobowe jego dziadka. Jak gdyby bał się, że zmowa milczenia ustalona 28 marca 1947 r. pod Jabłonkami jest nadal wiążąca. Bo jakby coś to…

Szymon Nowak dla Wirtualnej Polski

Zamieszczony cytat pochodzi z książki Eugeniu Misiło Akcja „Wisła”, Warszawa 1993.

http://historia.wp.pl/title,Tajemnica-s ... &_ticrsn=3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 22 sty 2016, 15:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/ministerstwo-ziem- ... e-zadania/

Ministerstwo Ziem Odzyskanych 1945 – 1949: powstanie i najważniejsze zadania
19 sierpnia 2015 05:50

Obrazek

Sytuacja Polski w drugiej połowie 1945 roku miała poważny wpływ na kwestię tzw. Ziem Zachodnich. Dojście do porozumienia w sprawie dotyczącej rekonstrukcji Rządu Tymczasowego na podstawie uchwał konferencji jałtańskiej oraz utworzenie dnia 28 czerwca 1945 roku Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej stworzyło podstawy do nawiązania stosunków dyplomatycznych z czołowymi państwami naszego globu. Ponadto uchwały konferencji poczdamskiej, ogłoszone dnia 2 sierpnia tego samego roku, mimo pewnych niekorzystnych sformułowań miały ogromny wpływ na dalszy rozwój procesów integracyjnych Ziem Zachodnich i Północnych.
Pod koniec 1945 roku na terenach tych powstała polska administracja lokalna, uruchomiono podstawowe środki transportu, a gospodarka podnosiła się z wojennych zniszczeń. Swą działalność zapoczątkowały również partie polityczne oraz organizacje zawodowe i społeczne. Dodatkowo pierwszy centralny organ powołany do kierowania sprawami Ziem Odzyskanych – Biuro Ziem Zachodnich, utworzone w lutym 1945 roku nie działało tak, jak się spodziewano, dlatego też w uchwale Rady Ministrów z dnia 11 kwietnia przewidziano konieczność utworzenia Urzędu Pełnomocnika Generalnego dla Ziem Odzyskanych. Jednak i ten organ nie spełniał oczekiwań wszystkich środowisk politycznych, w związku z czym pojawiły się projekty zastąpienia tego urzędu innym, silniejszym. Wśród wielu propozycji dość często występował postulat powołania odrębnego ministerstwa do spraw Ziem Zachodnich lub do spraw osadnictwa. Konieczność reorganizacji systemu zarządzania tymi ziemiami widziały, co należy wyraźnie podkreślić PPR, PPS oraz SD.

Obrazek
Ziemie przyłączone do Polski w 1945 (na różowo)
Zdj. Wikimedia Commons


Zagadnienie powołania odpowiedniego ministerstwa było przedmiotem dyskusji w Komisji Repatriacji i Osadnictwa Krajowej Rady Narodowej. Dnia 29 sierpnia 1945 roku pod obrady poddane zostały dwa wnioski. Związek Parlamentarny Socjalistów Polskich zgłosił postulat zreorganizowania Państwowego Urzędu Repatriacyjnego i Urzędu Generalnego Pełnomocnika dla Ziem Odzyskanych. Proponowano obie te instytucje scalić w jeden organ, który miał mieć trzy podstawowe komórki organizacyjne: Biuro badań naukowych dla Ziem Odzyskanych, Dział przesiedleńczo–osiedleńczy i Dział repatriacyjny. Drugi projekt złożyło Stronnictwo Demokratyczne, w którym postulowano utworzenie Ministerstwa Repatriacji i Osadnictwa. Kwestię powołania nowego ministerstwa odłożono do października, gdyż nie było jednomyślności w tej sprawie, a nikt nie chciał tworzyć kolejnego organu, który ponownie trzeba byłoby reorganizować. I tak dnia 23 października 1945 roku wiceminister administracji publicznej Stanisław Wolski mówił o projekcie powołania do życia ministerstwa, które zajęłoby się sprawami planowego zagospodarowania Ziem Zachodnich. Inicjatywa opracowania tej propozycji wyszła z Biura Politycznego KC PPR, które to sformułowało też jego główne zasady. Projekt dekretu przedłożono na posiedzeniu Rady Ministrów w dniu 25 października. W tym samym dniu został on przyjęty. Ostatecznie na posiedzeniu Prezydium KRN w dniu 13 listopada został zatwierdzony, a wszedł w życie dnia 27 listopada 1945 roku.
Dekret ten był pierwszym dokumentem, który posiadał moc prawną ustawy mogącej w sposób kompleksowy regulować problem administracji na ziemiach, które w wyniku drugiej wojny światowej wróciły do Polski. Regulował on kilka istotnych spraw z zakresu administracji publicznej i gospodarczej. M.in. powołał na okres przejściowy Ministerstwo Ziem Odzyskanych, które zastąpiło działający dotychczas w ramach Ministerstwa Administracji Publicznej – Urząd Generalnego Pełnomocnika Rządu dla Ziem Odzyskanych. Ponadto ustalił zakres rzeczowy działania nowego ministerstwa, do którego zadań zaliczono:
a) opracowanie wytycznych polityki państwa na omawianym terytorium oraz planu jego zagospodarowania
b) przeprowadzenie planowej akcji osiedleńczej
c) zaopatrywanie ludności tych ziem w przedmioty konieczne to zaspokojenia ich potrzeb gospodarczych
d) zarządzanie mieniem poniemieckim
e) koordynowanie lub inicjowanie działalności innych ministerstw i podległych im organów na Ziemiach Odzyskanych, z wyjątkiem spraw należących do zakresu działania Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Żeglugi i Handlu Zagranicznego.
Dekret rozstrzygał także skomplikowany problem prawa obowiązującego na Ziemiach Odzyskanych. Na tereny te rozciągnięto ustawodawstwo obowiązujące na obszarze sądu okręgowego w Poznaniu. Jednocześnie Rada Ministrów otrzymała upoważnienie do wydawania przepisów przejściowych, związanych z rozciągnięciem przepisów prawnych na omawiane tereny. Dokument ten sprecyzował także podstawy organizacyjne działalności administracji terenowej oraz zobowiązał Ministra Obrony Narodowej w porozumieniu z MZO do ustalenia sieci garnizonów Wojska Polskiego na Ziemiach Odzyskanych[1].
Wydaje się, że koncepcja zarządzania na omawianych ziemiach przyjęta przez dekret była koncepcją pośrednią między słabym i posiadającym nikłe uprawnienia Urzędem Pełnomocnika Generalnego, a postulowanym Komisariatem Generalnym. MZO miało być organem na tyle silnym, by podołać trudnym i skomplikowanym zagadnieniom administracji na Ziemiach Zachodnich, ale jednocześnie jego usytuowanie w organach państwowych miało być takie, by integrować te obszary z resztą Polski, a nie prowadzić do utrwalenia ich odrębności.
Omawiając zagadnienie działalności MZO warto wspomnieć o strukturze organizacyjnej. Jego ministrem przez cały okres funkcjonowania był Władysław Gomułka, a zastępcami Władysław Wolski, Józef Dubiel, Jan Wasilewski oraz Władysław Czajkowski, którego po śmierci w 1947 roku zmienił Leopold Gluck. Początkowo struktura organizacyjna ministerstwa nie była zbyt rozbudowana, a tworzyły ją następujące komórki:
1. Departament Ogólno-administracyjny, który łączył funkcje nadzoru nad administracją publiczną z zadaniami usługowymi dla innych komórek,
2. Departament Osiedleńczy realizujący zadania osadniczo–repatriacyjne,
3. Departament Aprowizacji i Handlu, który zajmował się zaopatrywaniem ludności, nadzorem nad handlem i przemysłem spożywczym,
4. Departament Mienia Państwowego wykonujący zadania z dziedziny zarządzania mieniem poniemieckim,
5. Główny Urząd Inspekcji i Kontroli,
6. Biuro Planów i Koordynacji biorące współudział w pracach i zadaniach wykonywanych przez inne resorty na Ziemiach Odzyskanych.

Jako jednostki podległe Ministerstwu działały ponadto Biuro Studiów Osadniczo–Przesiedleńczych z Radą Naukową dla zagadnień Ziem Odzyskanych z siedzibą w Krakowie oraz Centralny Zarząd PUR z siedzibą w Łodzi[2].

Obrazek
Polska 1945
Zdj. Wikimedia Commons


W trakcie działalności MZO doszło do kilku zmian w strukturze organizacyjnej. Pierwszą było wprowadzenie w 1946 roku Gabinetu Ministra, który przejął z Departamentu Ogólno– Administracyjnego sprawy organizacji wewnętrznej ministerstwa, sprawy informacyjno–prawne, Kancelarię Główną i Archiwum. W marcu tego samego roku wspomniany wyżej Departament Ogólny podzielono na dwa oddzielne departamenty: Ogólny i Administracji Publicznej. W kolejnych miesiącach Biuro Planów i Koordynacji przemianowano na Departament Planowania i Koordynacji, a Departament Mienia Państwowego na Departament Likwidacyjny. Również zmiana nazwy dosięgnęła Główny Urząd Inspekcji i Kontroli, który zaczęto określać mianem Departamentu Kontroli[3].
Próbując dokonać oceny działalności MZO należy przypomnieć, iż otrzymało ono zadanie administrowania ziemiami, które wróciły do Polski w 1945 roku. W ciągu ponad trzech lat funkcjonowania doszło do przekształcenia i ujednolicenia jego struktury organizacyjnej. Ponadto urzędy pełnomocników rządu, utworzone dla zorganizowania życia polskiego na podległych im terenach zostały w maju 1946 roku przekształcone w urzędy wojewódzkie i starostwa powiatowe. Był to pierwszy etap na drodze do unifikacji administracji państwowej Ziem Zachodnich. Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 29 maja 1946 roku utworzono trzy województwa: olsztyńskie, szczecińskie i wrocławskie, co symbolicznie zakończyło proces wstępny kształtowania się podziału administracyjnego. Kolejnym etapem na drodze normalizacji stosunków społecznych było powołanie rad narodowych, które powstały w latach 1946 – 1947. Stworzyło to warunki do pełnego zorganizowania samorządu na ustawowych zasadach. Powołano wówczas organy wykonawcze samorządu terytorialnego, czym zakończono kolejny etap kształtowania się administracji terytorialnej. Jednym z najważniejszych i najtrudniejszych zadań MZO było kierowanie akcją osadniczą. Główną zasługą Ministerstwa okazało się nadanie jej ram organizacyjnych przy jednoczesnej masowości i szerokim udziale instytucji społecznych i politycznych. Komórki MZO przy udziale PUR i innych różnych kolegialnych komitetów wypracowały odpowiednie podstawy prawne osadnictwa, zorganizowały aparat do jego technicznego przeprowadzenia oraz uregulowały stosunki własnościowe.
Pod koniec działalności MZO w 1948 roku Ziemie Zachodnie i Północne odgrywały już znaczącą rolę w organizmie gospodarczym Polski, mimo iż były one poważnie zniszczone. Symbolicznym podsumowaniem wysiłków nad zagospodarowaniem omawianego obszaru była Wystawa Ziem Odzyskanych zorganizowana przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych i Ministerstwo Przemysłu i Handlu we Wrocławiu. W ciągu blisko czterech miesięcy jej trwania[4] zwiedziło ją ponad 1,5 mln ludzi. Warto także dodać, iż przy współdziałaniu MZO i podległej mu administracji terenowej dokonano ogromnej pracy nad odbudową szkolnictwa wszystkich szczebli, uruchomiono placówki kulturalne oraz zorganizowano życie naukowe. Należy również wskazać, iż osiągnięciem MZO było także doprowadzenie do stabilizacji politycznej i społecznej na Ziemiach Odzyskanych.
Ministerstwo Ziem Odzyskanych powołano do życia na okres przejściowy, do czasu istnienia potrzeby utrzymania odrębnego zarządu terenów zachodnich i północnych Polski, wynikających ze szczególnych warunków panujących na nich. Z chwilą, gdy stosunki uległy normalizacji, jego dalsze funkcjonowanie okazało się zbędne i rzeczą naturalną była decyzja o jego likwidacji. Oczywiście pojawiały się z jednej strony głosy, iż jest za wcześnie na zamknięcie działalności MZO, natomiast z drugiej postulowano, że już nadszedł ten czas. Ostatecznie Ministerstwo Ziem Odzyskanych zostało zlikwidowane na mocy ustawy z dnia 11 stycznia 1949 roku „O scaleniu zarządu ziem odzyskanych z ogólną administracją państwową”. Dokument ten składał się z dwóch artykułów. Pierwszy znosił MZO, a drugi zarządzał przekazanie spraw należących do tej pory do jego kompetencji do zakresu działania odpowiednich ministerstw. Ustawa stanowiła ostatni krok na drodze do likwidacji odrębnego zarządu ziemiami, które w wyniku postanowień po drugiej wojnie światowej wróciły do Polski. Było to osiągnięcie celu, do którego zmierzano z całą stanowczością od momentu organizowania administracji polskiej na wyzwolonych terenach.

Maciej Wierzchnicki

Bibliografia:
Źródła drukowane:
Dziennik Ustaw 1945 r., nr 51.
Opracowania:
Dopierała B., Polskie losy Pomorza Zachodniego, Poznań 1970.
Gluck L., Od ziem postulowanych do ziem odzyskanych, Warszawa 1971.
Golczewski K., Pomorze Zachodnie na przełomie dwu epok 1944 – 1946, Poznań 1964.
Kołomejczyk N., Syzdek B., Polska w latach 1944 – 1949, Warszawa 1968.
Przedpelski M., Smoliński S., Struktura społeczno – gospodarcza Ziem Zachodnich w latach 1933 – 1960, Poznań 1964.
Rybicki H., Powstanie i działalność władzy ludowej na Zachodnich i Północnych obszarach Polski 1945 – 1949, Poznań 1976.

Przypisy:
[1] Dziennik Ustaw 1945, nr 51, poz. 295.
2 H. Rybicki, Powstanie i działalność władzy ludowej na Zachodnich i Północnych obszarach Polski 1945 – 1949, Poznań 1976, s. 92 – 93.
3 Wymienione zmiany nie są wszystkimi jakie zaszły w okresie funkcjonowania MZO, a jedynie przykładowymi wybranymi przez autora artykułu, celem zasygnalizowania występowania tego procesu.

4 Wystawa odbyła się w dniach 21 lipca – 31 października 1948 roku.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: PRL
PostNapisane: 26 sty 2016, 13:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://forumemjot.wordpress.com/2015/0 ... ydowskiej/

Tajne przemówienie Jakuba Bermana do żydów w Polsce |Plan zagrabienia Polski – PRZYPOMNIENIE NA OKOLICZNOŚĆ OBCHODÓW FESTIWALI KULTURY ŻYDOWSKIEJ
Opublikowano 23/08/2015 by emjot

Z okazji 23 sierpnia – Europejskiego Dnia Pamięci Ofiar Reżimów – Nazistowskich i Stalinowskich
PRZYPOMNIENIE NA OKOLICZNOŚĆ OBCHODÓW FESTIWALU KULTURY ŻYDOWSKIEJ W WARSZAWIE „W CELU OBALENIA STEREOTYPÓW POLSKICH „
Żydzi mają okazję do ujęcia w swoje ręce całości życia państwowego w Polsce i rozszerzenia nad nim swojej kontroli.

Obrazek
Na zdjęciu: Koło żydowskich rzemieślników w Rychbachu – Dzierżoniów


Nie pchać się na stanowiska reprezentacyjne. W ministerstwach i urzędach tworzyć tzw. Drugi garnitur. Przyjmować polskie nazwiska. Zatajać swoje żydowskie pochodzenie.
Wytwarzać i szerzyć wśród społeczeństwa opinie i utwierdzić go w przekonaniu, że rządzą wysunięci na czoło Polacy, — a Żydzi nie odgrywają w państwie żadnej roli.
Celem urabiania opinii i światopoglądu narodu polskiego w pożądanym dla nas kierunku, — w rękach naszych musi się znaleźć w pierwszym rzędzie propaganda z jej najważniejszymi działami – prasą, filmem, radiem.
W wojsku obsadzać stanowiska polityczne, społeczne, gospodarcze, wywiad. — Mocno utwierdzać się w gospodarce narodowej.
W ministerstwach na plan pierwszy przy obsadzaniu Żydami wysuwać należy: — Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Skarbu, Przemysłu, Handlu Zagranicznego, Sprawiedliwości.
Z instytucji centralnych – centrale handlowe, spółdzielczość.
W ramach inicjatywy prywatnej, utrzymać w okresie przejściowym silną pozycję w dziedzinie handlu.
W partii zastosować podobną metodę – siedzieć za plecami Polaków, lecz wszystkim kierować.
Osiedlanie się Żydów powinno być przeprowadzone z pewnym planem i korzyścią dla społeczeństwa żydowskiego.

Obrazek

———————————————————

Moim zdaniem, należy osiadać w większych skupiskach, jak: Warszawa, Kraków; w centrum życia gospodarczego i handlowego: Katowice, Wrocław, Szczecin, Gdańsk, Gdynia, Łódź, Bielsko.
Należy również tworzyć typowe ośrodki przemysłowe i rolnicze, głównie na ziemiach odzyskanych, nie poprzestając na Wałbrzychu i Rychbachu – obecnie Dzierżoniów. W tych ośrodkach możemy przystosować przyszłe kadry nasze w tych zawodach, z którymi bylibyśmy słabo obeznani.
Uznać antysemityzm za zdradę główną i tępić go na każdym kroku.
Jeżeli stwierdza się, — że jakiś Polak jest antysemitą, — natychmiast go zlikwidować przy pomocy władz bezpieczeństwa lub bojówek PPR jako faszystę, nie wyjaśniając organom wykonawczym sedna sprawy.
Czytaj dalej: https://forumemjot.wordpress.com/2013/0 ... -w-polsce/

Zobacz: 23 sierpnia – Europejski Dzień Pamięci Ofiar Reżimów Totalitarnych – Nazistowskich i Stalinowskich |PAMIĘTAJ!
https://forumemjot.wordpress.com/2015/0 ... -pamietaj/


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 245 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 12, 13, 14, 15, 16, 17  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /