Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 14 mar 2014, 07:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Jaruzelski nie przyszedł

Z dr. Leszkiem Kitą, synem ppłk. Aleksandra Adama Kity, zamordowanego 3 grudnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

To prawda, że Pana Ojciec chciał być lekarzem?
– Tak. Ojciec pochodził ze skromnej rodziny ziemiańskiej. Urodził się w 1912 r. w Annopolu koło Kocka, gdzie jego ojciec pracował w dworze hrabiego Żółtowskiego, z którym się zresztą przyjaźnił. Gdy tato się urodził, miał dobre warunki ekonomiczne. Był najstarszym synem, miał kilkoro rodzeństwa. Do dziś żyje dwóch jego braci. Ojciec skończył gimnazjum w Łukowie i bardzo dobre liceum o profilu klasycznym im. Stanisława Staszica w Lublinie. Około 1932 r. w rodzinie jego ojca nastąpił kryzys finansowy, związany z kryzysem światowym, z którym dziadek sobie nie poradził. Sprzedał więc swój majątek i przeprowadził się w okolice Warszawy. Ojciec bardzo chciał być lekarzem wojskowym, ale nie było wtedy na to wystarczających środków. Poszedł do podchorążówki w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie przebywał do 1935 roku. Następnie, już jako podporucznik, dostał przydział do wspaniałej jednostki z tradycjami, 45. Pułku Strzelców Kresowych, która stacjonowała w Równem. Tam został do wybuchu wojny. Awansował, w 1939 r. był porucznikiem, dowódcą kompanii ckm-ów we wspomnianym pułku. Należeli do Armii „Prusy”, ale skierowani zostali na zachodni brzeg Wisły w okolice Radomia i Kielc, skąd mieli wędrować w kierunku Warszawy. W stoczonych tam bitwach ojciec nieźle się zasłużył.

W boju na Wiśle pod Ryczywołem, osłaniając odwrót swojej dywizji, zniszczył dwa czołgi niemieckie.
– To prawda. Cofając się w kierunku Warszawy, dostał się do niewoli. Z przekazu stryja wiem, że Niemcy na tyle go uhonorowali, że zostawili mu nawet szablę. To był taki gest uznania z ich strony. Jeszcze przed wojną ojciec poznał mamę, ślub mieli wziąć w grudniu 1939 r., ale wybuch wojny to uniemożliwił. Mama Jarosława, która już nie żyje, była też wybitną osobą. Gdy rozpoczęła się wojna, jako 22-letnia dziewczyna była nauczycielką i dyrektorką tajnego liceum ogólnokształcącego, w którym wielu partyzantów AK zdawało u niej maturę. To była szkoła nadzorowana przez rząd londyński. Rodzice czekali na siebie, gdyż w tym czasie tato przebywał w niemieckich obozach jenieckich, głównie w oflagu II C Woldenberg, gdzie skończył studia pedagogiczne i za zasługi wrześniowe dostał z rządu londyńskiego stopień kapitana. Był człowiekiem wysokiej klasy, wszechstronnie wykształconym, o wielu sprawnościach i umiejętnościach, a także poliglotą znającym cztery języki.

Jak ułożyło się jego życie po wyjściu na wolność?
– W 1945 r. spotkał się z mamą i w kwietniu, o ile dobrze pamiętam, odbył się ich ślub. Ojciec nie bardzo garnął się do wojska, bo widział, jak jest, podjął pracę w kuratorium oświaty w Toruniu. Już w maju 1945 r. przypomniano sobie jednak o nim i wcielono go do wojska. Przeszedł jakieś przeszkolenia w Rembertowie, wiem, że dostał awans na stopień majora i został oddelegowany do Kamienia Pomorskiego, gdzie pracował jako oficer. Mama była tam założycielką i dyrektorem pierwszego liceum ogólnokształcącego. W 1946 r. przyszedł na świat mój starszy brat, a rok później ojca przeniesiono do Warszawy do Sztabu Generalnego. Przez chwilę był okres spokoju, w 1948 r. ja się urodziłem. Mama była wtedy wicedyrektorem liceum warszawskiego, a ojciec, awansowany do stopnia podpułkownika, pracował nadal w sztabie. W 1950 r. ruszyła fala aresztowań wśród jego przyjaciół, zapewne po cichu zapadały już wyroki i tych oficerów wyższej rangi Sztabu Generalnego poprzenoszono w różne inne miejscowości.

Tak też stało się z Pana Ojcem?
– Tak. Tato trafił w 1951 r. do Piły. Został skierowany do Oficerskiej Szkoły Samochodowej, gdzie pełnił funkcję wykładowcy. Pamiętam ten czas już dobrze i wyprowadzkę z Warszawy. Spokój nie trwał długo. 23 maja 1952 r. ojca aresztowali funkcjonariusze Zarządu Informacji pod fałszywym zarzutem udziału w tzw. spisku w wojsku. Odbyło się to na terenie szkoły oficerskiej. Choć ledwie skończyłem wtedy 4 lata, to pamiętam pewne obrazy, bo były to dla mnie mocne przeżycia. Wiem od świadków, jak to dokładnie wyglądało. Tak się bowiem złożyło, że w Pile mieszkałem 27 lat, dopiero od kilku lat mieszkam w Toruniu. Wiele osób się do mnie tam zgłaszało, jak już można było, i informowało mnie. Opowiadali nawet, kto był katem, ten człowiek – zresztą oficer – zgłosił się na ochotnika. Wyjawili mi jego imię i nazwisko.

Może Pan powiedzieć, kto to był?
– Nie, nie mogę. Staram się nie pamiętać tego nazwiska. Świadkowie mówili, kto donosił, kto ojca aresztował. Było wielu, którzy dobrze ojca znali. Z Piły wyrzucono nas właściwie prawie jednego dnia. Pamiętam scenę po rewizji w mieszkaniu, kiedy wszystkie rzeczy leżały rozwalone. Przygarnęła nas siostra mamy. Cztery następne lata do 1956 r. to był dla nas horror. Ciągłe inwigilacje, nachodzenia, podsłuchy. Dotyczyło to mamy, ale z bratem byliśmy coraz więksi i wszystko rozumieliśmy. Sytuacja trochę znormalniała w 1956 r., gdy na wiosnę odbył się proces rehabilitacji ojca. Naczelna Prokuratura Wojskowa uchyliła wtedy wyrok z 8 sierpnia 1952 r., skazujący ojca na karę śmierci. Nikt nam specjalnie nie pomagał, starano się jedynie zrobić jakieś drobne odszkodowania, ale też już nikt nie przeszkadzał, co było najważniejsze. Mama wtedy pracowała już normalnie jako nauczycielka, a my chodziliśmy do szkoły. Żyliśmy bez ojca, ale zdjęte zostało z nas odium, że jesteśmy rodziną szpiega. Wtedy też, w 1957r., sto metrów od Łączki na wojskowych Powązkach powstał symboliczny grób ojca.

Z Państwa inicjatywy?
– Nie. Ówczesne Ministerstwo Obrony Narodowej czuło się do tego zobowiązane. Toczyła się jednak walka o napis na tym grobie. Przyjeżdżał do nas jakiś major i pułkownik w tej sprawie, wywalczyliśmy, że został napis „niewinnie stracony”. Każdy pragnie mieć miejsce, gdzie zmarłej bliskiej osobie może zapalić znicz. Jeździliśmy tam z mamą co roku, aż do tej pory. Na ten grób przychodzili także przyjaciele ojca, tam dowiadywaliśmy się coraz więcej o tych strasznych czasach. Wśród nich był płk Ludwik Głowacki, skazany w sierpniu 1952 r. razem z ojcem, ppłk. Orlikiem i mjr. Skoczniem na karę śmierci. Ten ostatni i Głowacki wyszli w 1956 r. na wolność. Pułkownik opowiadał nam o więzieniu, czasem mijał się tam z ojcem. Symboliczny grób taty znajduje się także w Tomaszowie Mazowieckim, wśród jego żołnierzy na tamtejszym cmentarzu, oraz pamiątkowa tablica ku czci ojca.

Ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka znalazła szczątki ppłk. Mariana Orlika w jednym grobie ze szczątkami Pana ojca.
– Tak. Ale nawet płk Głowacki, mimo że sam był historykiem i tym się interesował, nie wiedział, gdzie może być ciało ojca. Później, w latach 90., więcej zaczęło się na ten temat mówić i pisać. Powstał na Łączce pomnik w kształcie muru, który teraz jest rozebrany. Wtedy sądziliśmy, że zapewne ojciec tam leży. Od tej pory mieliśmy dwa symboliczne groby taty, gdzie przyjeżdżaliśmy zapalić znicz i się pomodlić. O szczegółach dowiedzieliśmy się jednak dopiero niecałe dwa tygodnie temu. Na prośbę IPN, w lecie ubiegłego roku, byłem w rodzinie głównym inicjatorem badań genetycznych.

Oddał Pan materiał do porównania?
– Ja, mój brat i dwóch stryjów. Mobilizowałem ich, mimo że jeden ma 85 lat, a drugi 90 lat. Nieżyjący ich brat był dla nich wielkim autorytetem, byli więc bardzo szczęśliwi, że mogą przyczynić się do jego zidentyfikowania. Przez kilka miesięcy po oddaniu materiału genetycznego miałem okresy zwątpienia, że to się jednak nie powiedzie. Wiedziałem już wtedy, że odszukano ponad dwustu, a tak mało jest zidentyfikowanych. Czytałem, że tak mało jest pieniędzy na te badania. Teraz dowiedzieliśmy się, że trochę ich przybyło i możliwości technicznych też. To zaowocowało sukcesem. Cieszę się, bo to była dla nas wielka radość. Dla mnie szczególnie znalezienie ojca było celem, jaki sobie postawiłem w ostatnich dwóch, trzech latach. Zresztą kultywujemy bardzo w rodzinie pamięć o moim ojcu i historii naszego rodu. Namawiamy stryja, żeby póki żyje, spisał nam te wspomnienia rodzinne. Będziemy optować za tym, już namówiliśmy się z rodziną, żeby szczątki ojca były pochowane w sposób godny w oddzielnym grobie w ramach mauzoleum, które planują na Łączce. 61 lat ojciec przeleżał tam w objęciach z ppłk. Orlikiem, tam okrutny los połączył tych ludzi. To miejsce, jak już nas nie będzie, nie zostanie zapomniane. Będą tu przyjeżdżać nasze wnuki i prawnuki. Chcemy, żeby ojciec tam spoczywał, bo to nie jest tylko śmierć indywidualnego człowieka, to śmierć i grób kogoś, kto zginął w jakiejś sprawie. To coś więcej niż tylko nasza rodzinna sprawa.

Cofnijmy się do 3 grudnia 1952 r., gdy ojca zamordowano na Rakowieckiej. Dowiedzieli się Państwo o tym?
– Nigdy nie dostaliśmy karty zgonu ojca. Przyszedł tylko do mamy jakiś świstek papieru, wyglądający jak jakiś kwit, informujący chyba, że wyrok wykonano, ale to nie był oficjalny dokument. Mama przez długie lata nie wierzyła, miała nadzieję, że ojciec jest wywieziony, że być może żyje gdzieś na Syberii. Myśl o jego śmierci docierała do nas z opóźnieniem. Oficjalnie tak do końca nigdy tego nie wiedzieliśmy. To było jakoś zawoalowane, niedopowiedziane. Mama jednak już nigdy po raz drugi nie wyszła za mąż. Zrobiła wszystko, by w miarę swoich możliwości nas wykształcić. Ja jestem emerytowanym lekarzem chirurgiem, pracowałem przez 27 jako ordynator dużych oddziałów, a mój brat profesorem chemii, czynnie pracującym na UMK w Toruniu. Niedawno dowiedziałem się o tym, że w 1954 r., dwa lata po śmierci ojca, zostało wysłane pismo z sądu do władz miasta Piły z pytaniem, dlaczego nie skonfiskowano całego majątku ojca. To szczególna obrzydliwość. Poza tym na początku lat 80., gdy było trochę odwilży i myśleliśmy, że w sprawie ojca i miejsca jego pochówku da się coś załatwić, mój brat miał się spotkać z Jaruzelskim. Nie przyszedł, tylko jakichś dwóch wysokich rangą generałów. Grzecznie z nim porozmawiali, ale oczywiście nie podali żadnych szczegółów. Powiedzieli, że o pochówku nic nie wiedzą, co oczywiście było nieprawdą. Podkreślili, że nigdy się tego nie dowiemy. Potem dopiero dowiedziałem się, że pod osłoną stanu wojennego zaczęły się na Łączce pochówki oprawców.

Zachowały się jakieś pamiątki po Pana ojcu?
– Medale i inne drobiazgi, chociażby krawaty, sprzęt do golenia. Mamy dużo jego zdjęć sprzed wojny, z obozu i powojenne. Ale przede wszystkim mamy pamięć. Na uroczystości odebrania certyfikatów w Belwederze przyjechaliśmy w możliwie reprezentacyjnym składzie. Oprócz mnie był mój brat, 90-letni stryj, młodszy syn i nasze żony. Stan zdrowia drugiego stryja nie pozwalał na to, by też przyjechał. Wszyscy bardzo to przeżywaliśmy i nadal przeżywamy.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... szedl.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 19 mar 2014, 07:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Nie zdążył nas zobaczyć

Z Ignacym Gajdkiem, synem Adama Gajdka ps. „Agata”, szefa siatki wywiadowczej o kryptonimie „Instytut Bakteriologiczny” w IV Zarządzie Głównym Zrzeszenia WiN, zamordowanego 14 stycznia 1949 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Urodził się Pan już po aresztowaniu Ojca. Matka opowiadała Panu o nim?
– Tatę aresztowali w październiku 1947 r., ja wraz z bratem bliźniakiem urodziliśmy się w 1948 roku. Ojca więc w ogóle nie znaliśmy i nie widzieliśmy, bo już wtedy był w więzieniu – najpierw w Krakowie, gdzie przeszedł brutalne śledztwo, później w Warszawie. Miesiąc po naszym przyjściu na świat ojciec został zamordowany. Jeszcze przed śmiercią dowiedział się od mamy w „grypsowy” sposób o naszych narodzinach. Przesłała mu do więzienia paczkę, bo od czasu do czasu można było taką dostarczać. Były w niej dwie cebule przewiązane wstążką, by ojciec wiedział, że urodziły mu się bliźniaki. Mama mówiła, że był dobrym, porządnym i pracowitym człowiekiem. Na jego temat nie bardzo jednak chciała w tamtych czasach z nami rozmawiać. Więcej ode mnie wiedział starszy brat, który niestety już zmarł. Był starszy ode mnie o 8 lat, więc tatę pamiętał. Ojciec działał w konspiracji, później ktoś go wsypał. Zresztą podobno jakiś jego przyjaciel czy znajomy. Takie były czasy.

Jak to się stało, że ojcu powierzono tworzenie siatki wywiadowczej?
– Tato był absolwentem Podoficerskiej Szkoły Piechoty dla Małoletnich w Nisku. We wrześniu 1939 r. brał udział w działaniach obronnych w stopniu kaprala w ramach 3. Pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku. Od 1940 r. działał w konspiracji w ramach struktur ZWZ, a następnie AK na terenie Rzeszowszczyzny. Pod koniec okupacji niemieckiej pełnił funkcję referenta gospodarczego w Obwodzie AK Rzeszów. Od 1944 r., po powołaniu do Ludowego Wojsku Polskiego, kontynuował działalność konspiracyjną w ramach struktur organizacji „NIE” oraz Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. W 1946 r., zagrożony aresztowaniem, ukrywał się pod nazwiskiem „Adam Wilanowski” w Krakowie. Od kwietnia 1947 r. piastował funkcję szefa siatki wywiadowczej o kryptonimie „Instytut Bakteriologiczny” w ramach IV Zarządu Głównego WiN. Po aresztowaniu wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie 23 października 1948 roku został skazany na karę śmierci.

Pańska matka wiedziała, że wyrok wykonano?
– Dopiero później. Mówiła nam, że został wykonany. Ale gdzie, kiedy i jak, tego nie wiedziała. Zdawała sobie sprawę tylko z tego, że stało się to w Warszawie. Ojciec siedział w celi razem z mecenasem Władysławem Siła-Nowickim, który wyszedł na wolność w czasie odwilży. Sam odezwał się do matki i poinformował ją, że tato trzymał się bardzo dzielnie do ostatniej chwili. Mama sama szukała wcześniej taty, kiedy nie było jeszcze pewne, co się z nim stało, ale nie za bardzo miała tu jakieś możliwości. Był to czas prześladowań całych rodzin i tych wszystkich, którzy interesowali się sprawami aresztowanych oficerów. Mama dowiedziała się później, że ojciec został gdzieś w Warszawie pochowany. Twierdziła, że najprawdopodobniej na Powązkach. W tamtych czasach ukrywała się z nami, zawsze ciężko było z pracą, choć sama musiała utrzymywać trzech synów. Musiała liczyć na pomoc znajomych i dobrych ludzi, by znaleźć jakąkolwiek robotę.

Kiedy usłyszał Pan o Łączce?
– Rok czy dwa lata temu. Dowiedziałem się o prowadzonych tam poszukiwaniach i ekshumacjach. Zostałem poinformowany, że jest duże prawdopodobieństwo, iż ojciec może tam leżeć w którymś z niezidentyfikowanych grobów. Postępy prac śledziłem, czytając gazety i wydawane przez IPN książki. Wraz z bratem, mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, oddaliśmy materiał DNA do badań porównawczych. Na podstawie obu naszych próbek została dokonana identyfikacja. Ojca odnaleziono na Łączce latem 2012 r., a o jego identyfikacji dowiedzieliśmy się dopiero teraz. Spadł z nas pewien ciężar i pojawiło się uczucie radości, że wreszcie nasze poszukiwania ojca zostały zakończone i wiemy, gdzie są jego szczątki. Odzyskanie taty po tylu latach to trudne doświadczenie. Mój syn jest bardzo szczęśliwy, że w końcu zidentyfikowano dziadka, ściąga mi z internetu różne materiały na jego temat, włącznie z tymi z uroczystości w Belwederze. Zostanie przynajmniej jakaś pamiątka po ojcu, którego pamięć będziemy kultywować. Wraz z rodziną cieszą się nasi znajomi, którzy zawsze nas wspierali.

Ojciec wprawdzie mógłby zostać pochowany w Krakowie, ale będziemy chcieli, by spoczął na Łączce, we wspólnym upamiętnieniu ekshumowanych. Muszę porozmawiać jeszcze na ten temat z bratem, ale raczej taka będzie nasza decyzja. W Belwederze byłem sam, bo nie mógł przyjechać ze Stanów, ale wie, jak wyglądała uroczystość. Szykuję mu materiały z niej, by mógł się z nimi dokładnie zapoznać. Niestety, po naszym ojcu zachowało się bardzo niewiele pamiątek. Starszy brat, który kilka lat temu wyprowadził się z Krakowa, zabrał ze sobą dużo rzeczy. Po jego śmierci nie udało nam się ich już odzyskać.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... aczyc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 24 kwi 2014, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Życiorys

Wśród odnalezionych w Centralnym Archiwum Wojskowym dokumentów dotyczących gen. Augusta Emila Fieldorfa znajduje się napisany własnoręcznie przez „Nila” życiorys
Fieldorf gen. bryg.

Łódź, 3 I 1948

Fieldorf August Emil
Gen. bryg.

Urodziłem się 20 marca 1895 roku w Krakowie. Tam do roku 1910 ukończyłem 4 klasy gimn., a nastepnie ze wzgl[ędu] na warunki mat[erialne] zmuszony byłem przerwać naukę szkolną. W 1911 roku dzięki usamodzielnieniu się podejmuję dalszą naukę na prywatnych kursach prof. Karwackiego, które opłacać mogłem, zarabiając dostatecznie i na utrzymanie, i na naukę. Pracowałem kolejno w różnych przedsiębiorstwach budowlanych bądź jako robotnik dzienny, bądź też (i to najczęściej) jako akordowy przy cegle, betonie, robotach ziemnych i wyładunkach kolejowych. W końcu otrzymałem dobrze płatne zajęcie tygodniowe w magazynach wojskowych. Wybuch wojny w 1914 roku przerywa studia. Wraz z oddziałami Z.S. [Związku Strzeleckiego], gdzie służyłem od grudnia 1912 roku, wyruszyłem na front jako podoficer 6 VIII 1914 roku.

W czasie od 1914 do 1916 pełniłem funkcje podoficerskie liniowe w 1 Pułku Piechoty Legionów, a po wycofaniu Legionów z frontu powołany zostałem do szkoły oficerskiej, którą ukończyłem z postępem dobrym w 1916/1917.

Po rozwiązaniu Legionów jako austriacki poddany zostałem automatycznie wcielony do wojska austr. i przydzielony do 2 bryg. ces. strzelców w Tyrolu połudn. na froncie włoskim, gdzie otrzymałem funkcję d-cy [dowódcy] gniazda KM [karabinów maszynowych].

W czasie urlopu w lipcu 1918 roku przechodzę do konspiracji i obejmuję funkcję zcy dcy oddziału lotnego POW. W listopadzie biorę udział w rozbrojeniu Austriaków w Krakowie, a następnie w organizowaniu pierwszych oddziałów WP. Wówczas otrzymuję pierwszy stopień wojskowy, funkcję instruktora, a wreszcie dcy plut. KM. W lutym 1919 roku jako porucznik organizuję i szkolę 1 k [kompanię] KM. 1 p.p. Leg., której zostaję dowódcą.

W 1920 roku otrzymuję urlop dla dokończenia studiów, a mając zamiar przejścia po wojnie do pracy nauczycielskiej, poświęcam urlop na studia w tym kierunku i w 1920 roku złożyłem egzamin wstępny na ostatni (IV) rok seminarium nauczycielskiego w Krakowie. Po tym egzaminie wracam na front, obejmuję z powrotem moją 1 k. KM, którą dowodzę do końca wojny.

Wbrew przewidywaniom zatrzymany zostałem w wojsku jako zawodowy, a uchwałą komisji weryf. ustalono mi stopień kapitana z 1 IV 1919 roku.

Od tego czasu służba moja ma przebieg normalny, a więc 9 lat kapitanem z kolejnymi rozmaitymi funkcjami dcy komp. KM, komp. strz., zcy dcy baonu, dcy baonu. W tym czasie kurs unifikacyjny w Warszawie, kurs dla kapitanów w Rembertowie, egzamin sprawdzający na majora i cały szereg kursów specjalnych.

4 lata majorem z funkcjami dcy baonu, inspektora wf i pw w Wilnie, kwatermistrza, insp. pw i wf na emigracji we Francji.

8 lat podpułkownikiem, a więc jako zca dcy 1 p.p. Leg, dca baonu KOP, zca dcy bryg. KOP i wreszcie dca 51 p.p.

Po rozbiciu 51 p.p. we wrześniu 1939 roku w lasach starachowickich przedostałem się w końcu października przez Słowację na Węgry, skąd w styczniu 1940 roku powołany zostałem przez Naczelnego Wodza do Francji, gdzie w Centrum Wyszk. WP w Coetquidan ukończyłem kurs wyższych dowódców. Bezpośrednio po tym kursie otrzymuję przydział do wydziału roboty krajowej. Po upadku Francji przedostaję się do Anglii, skąd w lipcu 1940 roku zostałem przez Naczelnego Wodza wysłany do kraju jako emisariusz z rozkazami, a następnie do pracy w ZWZ (późniejszej AK).

W kraju od września 1940 roku pełnię funkcję inspektora KG [Komendy Głównej ZWZ], a następnie kmdta Obszaru Białostockiego, organizatora i kierownika odcinka walki tzw. Kedyw [Kierownictwo Dywersji] i wreszcie oficera organizacyjnego po powstaniu warszawskim. Wiadomości o aresztowaniach i wywożeniu oficerów AK dyktują mi dalszą konspirację w org. Nie (Niepodległość), gdzie jestem ofic. org.

8 marca 1945 roku zostałem aresztowany przez władze sowieckie. Stare, jeszcze z czasów okupacji niem. dokumenty na nazwisko Gdanickiego Walentego służyły mi przez cały czas pobytu w Rosji, dokąd wywieziony zostałem na roboty leśne i ziemne, a następnie przywieziony z powrotem do kraju 27 X 1947 roku.

Z Rosji wróciłem w stanie całkowitego wyczerpania fizycznego z dystrofią III stopnia i obecnie jeszcze jestem niezdolny do żadnej pracy. Chociaż stan zdrowia znacznie mi się już poprawił, kuracja może potrwać 2-3 miesięcy.

http://www.naszdziennik.pl/wp/75418,zyciorys.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 07 maja 2014, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Polskie samotne misje

W przeddzień 113. rocznicy urodzin rtm. Pileckiego

Filip Frąckowiak

Rocznice odzyskania niepodległości (oraz święta w rodzaju 4 czerwca) byłyby bardziej radosne, gdyby tym, których życiorysy stanowiły najpiękniejsze karty polskiego patriotyzmu, można było na prawdziwych grobach zapalać znicze. Ich obchodzenie byłoby bardziej uczciwe, gdyby państwo powstałe na gruzach PRL słusznie ich honorowało u swego zarania.

Witold Pilecki i Ryszard Kukliński w swych tajnych i samotnych misjach dali świadectwo o Polsce i Polakach. O naszej determinacji do wolności i wierności dewizie Wojska Polskiego: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. O tym, że przez wieki, bez względu na to, kto odbiera nam państwo, Polacy są wierni Polsce. Obaj zostali uznani przez historyków Zachodu za jednych z najodważniejszych żołnierzy XX wieku. Gdyby ktoś pytał, z czego możemy być dumni na świecie, to z odwagi, której świadectwo dali właśnie Pilecki i Kukliński. Doskonale wiadomo, że żaden nie był zmuszany do poświęcenia swego życia. Wszystko, czego dokonali, zrobili jednak z własnej woli i na ochotnika. Pilecki już po wojnie mógł mieszkać we Włoszech, a Kukliński żyć z pensji wysokiego oficera Sztabu Generalnego komunistycznego państwa. A jednak poświęcili swe życie, wiedząc, że koniec samotnej misji może być tylko jeden. To była tylko kwestia czasu, ile uda im się dowiedzieć i wydobyć na światło dzienne. Obu komuniści kłamliwie nazwali zdrajcami i obu skazali na karę śmierci. I choćby już za to powinni znaleźć się w panteonie najważniejszych Polaków w historii.

Ich informacje trafiały w ręce mocarstwa, w którym zniewoleni Polacy pokładali nadzieje na uwolnienie fizyczne i moralne. Gdyby nie poświęcenie rotmistrza Pileckiego, jego brawurowa i bezprecedensowa misja, Jan Karski nie przekazałby rządowi Stanów Zjednoczonych szczegółowej prawdy o rzezi w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Gdyby nie samotna misja Ryszarda Kuklińskiego, rząd Stanów Zjednoczonych nie posiadałby dokładnych informacji, jak i gdzie Rosja sowiecka planuje uderzyć na Zachód. Obaj pokazali, jak polską ziemię Niemcy i Rosjanie zamieniali w piekło tortur, zniewolenia i najokropniejszych mordów. To, czy ich starania zostały w sposób właściwy dla Polski wykorzystane, jest już zupełnie oddzielną sprawą.

Prawdziwa Polska czekała przez dziesięciolecia na cofnięcie im haniebnych wyroków. Pileckiemu do 1990 roku, a Kuklińskiemu do 1998 roku. Bez względu na to, czy mienimy się dziś nowoczesnymi pa- triotami, czy po prostu patriotami, pełnią oni rolę wyznacznika moralnej postawy wobec okupantów Ojczyzny. U fundamentów postaw ich obu stoi postać Marszałka Józefa Piłsudskiego. Pilecki walczył w Bitwie Warszawskiej w 1920 roku i związany był z tradycją piłsudczykowską, podobnie jak ojciec Kuklińskiego, członek PPS Piłsudskiego. Piłsudski był jedynym politykiem w Europie, który w pełni zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakim jest agresywna, imperialna i zaborcza polityka Moskwy – tradycyjne niebezpieczeństwo dla Polski i Europy.

Witold Pilecki i Ryszard Kukliński dawno zasłużyli na stopnie generalskie. Awansowanie Witolda Pileckiego na pułkownika jest uhonorowaniem go, ale i tak zapamiętamy ich jako rotmistrza Pileckiego i pułkownika Kuklińskiego. Najbardziej potrzebujemy teraz pamięci o nich w szkolnych podręcznikach. Powinny znaleźć się tam ich najważniejsze zdania. „Oświęcim to była igraszka” – mówił Pilecki o warunkach w komunistycznym więzieniu. „Armia Czerwona była najpotężniejszą, największą i najbardziej nieludzką machiną wojenną, jaką znała ludzkość. Wiedziałem, jakie cele mają sowieccy marszałkowie i generałowie…” – powiedział Ryszard Kukliński, tłumacząc swoje postępowanie.

Nie noszeni na rękach, ale cisi i pokorni, przeciwstawili się okupantom Polski. Największych bohaterów polskiej niepodległości charakteryzują ich tajne misje. Mordercom zależało, by pamięć w Polsce o bohaterach zaginęła. Tak się nie stało, mimo że z całą pewnością żyje wielu, w różnych pokoleniach, którzy tego by chcieli. Gdyby uznali, że pomniki upamiętniające oficerów NKWD i czerwonoarmistów należy usunąć, wtedy byliby wolni od tego zarzutu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76498,pol ... misje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 24 maja 2014, 09:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Rotmistrz zdobywa młodzież

Ulice im. Witolda Pileckiego, place, pomniki, szkoły, konferencje, koncerty, książki, filmy, marsze – w całej Polsce podejmowane są kolejne inicjatywy uczczenia Witolda Pileckiego – legendy niepodległościowej walki z dwoma dwudziestowiecznymi okupantami Polski: Niemcami i Sowietami. Stało się już zwyczajem, że gros tego rodzaju wydarzeń odbywa się w maju, miesiącu, w którym bohaterski rotmistrz przyszedł na świat i oddał życie za Ojczyznę. Co roku kolejne miasta dołączają się do obchodów dni jego pamięci.
– To bardzo ważna postać dla historii Polski, ale i czasów obecnych – wskazuje Wojciech Szymański, student z trójmiejskiego oddziału Stowarzyszenia KoLiber, organizator Marszu Rotmistrza, który 11 maja br. po raz pierwszy przeszedł ulicami Gdańska. – Co istotne, nie był wyłącznie żołnierzem, był też oddanym Polsce obywatelem i w 1938 roku został z tego powodu odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. A to, co zrobił, dostając się dobrowolnie do Auschwitz, organizując tam ruch oporu i uciekając z obozu, jest wprost zdumiewające.

Trzeba dać świadectwo

Pierwszy gdański Marsz Rotmistrza poprzedziła Msza Święta w kościele św. Brygidy oraz koncert Andrzeja Kołakowskiego. Sprzed kościoła uczestnicy – w większości młodzi ludzie – przeszli pod Dwór Artusa. Hasło marszu brzmiało: „Trzeba dać świadectwo”.
Aby rozpropagować ideę marszu i zachęcić do udziału w nim, organizatorzy urządzili dwa dni wcześniej pokaz filmu „Śmierć Rotmistrza Pileckiego” w ramach naukowego „Koła przyjaciół wolności” na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego.
W deszczową niedzielę, 11 maja, Marsze Rotmistrza Pileckiego odbyły się w kilkunastu miastach w Polsce. W Warszawie marsz, poprzedzony rodzinnym piknikiem historycznym, rozpoczął się przy al. Wojska Polskiego na Żoliborzu, gdzie Witold Pilecki specjalnie dał się zatrzymać w łapance, aby podjąć swoją misję w Auschwitz.
– Z tego miejsca Witold Pilecki poszedł dobrowolnie do piekła – podkreślała uczestnicząca w marszu córka rotmistrza Zofia Pilecka-Optułowicz.
Hołd Witoldowi Pileckiemu oddali też mieszkańcy Wrocławia, maszerując w deszczową sobotę, 17 maja, od Pręgierza, poprzez ulicę Świdnicką, Kazimierza Wielkiego, pod pomnik rotmistrza. Marsz był częścią ponadtygodniowych obchodów Dni Rotmistrza Pileckiego we Wrocławiu, na które składają się pokazy filmów, gry historyczne dla najmłodszych, koncerty i prelekcje.

Rotmistrz uczy młodzież

– W środowisku młodych ludzi, wśród których się obracam, a mam też kilkunastoletniego syna, rotmistrz Pilecki jest znany i uznawany za wielkiego bohatera, młodzi ludzie znają jego biografię, śpiewają piosenki o nim – wskazuje Patrycja Nowakowska, reprezentująca kibiców Śląska Wrocław, która właśnie wróciła z dyżuru w punkcie informacyjnym w centrum miasta na ul. Świdnickiej, gdzie codziennie organizatorzy Dni Pileckiego informują i rozdają ulotki o programie obchodów.
Okazuje się, że również w gimnazjum, do którego uczęszcza syn pani Patrycji, przykładana jest duża waga do wiedzy i wychowania historyczno-patriotycznego. – Z mojego doświadczenia wynika, że coraz więcej środowisk, nauczycieli i szkół włącza się w aktywne czczenie bohaterów narodowych takich jak Żołnierze Wyklęci i rotmistrz Pilecki – dodaje.
Niewątpliwie wiedzę tę mają w małym palcu uczniowie szkół pod patronatem Witolda Pileckiego. A istnieje już cała ich sieć – podstawówek, gimnazjów, liceów, a nawet uczelni. Stało się już tradycją, że w maju organizowane są w tych szkołach uroczystości i konkursy wiedzy poświęcone pamięci rotmistrza.
Na początku czerwca odbywają się zloty szkół im. rtm. Pileckiego. Rozpoczęły się rok temu w Zabrzu, gdzie działa Zespół Szkół nr 3, który jako pierwsza polska szkoła w 1996 r. przyjął za patrona Pileckiego. Tegoroczny II Ogólnopolski Zjazd Szkół im. rtm. Pileckiego odbędzie się w Zespole Szkół w Orpiszewie. W programie znalazło się spotkanie z córką – Zofią Pilecką-Optułowicz i synem rotmistrza – Andrzejem Pileckim oraz dr. Adamem Cyrą i delegacją z Muzeum Auschwitz.
Jedną z wielu spontanicznych inicjatyw młodzieży pragnącej uczcić pamięć rotmistrza jest zapoczątkowana w ubiegłym roku pod nazwą „1000 kartek na urodziny rotmistrza Pileckiego” akcja „Rot.Mistrz – Prześlij dalej”. Chodzi w niej o masowe wysyłanie kartek z wizerunkiem rotmistrza do osób, które mogą nie znać jego bohaterskich losów. Początkowo akcja miała trwać miesiąc, ale organizatorzy postanowili wydłużyć ją bezterminowo.

Dotrzeć do masowego widza

Ambitny plan nakręcenia pełnometrażowej fabularyzowanej biografii Witolda Pileckiego realizuje już od trzech lat Stowarzyszenie Auschwitz Memento dokumentujące specyficzne doświadczenie historyczne Polaków – walkę z dwoma totalitaryzmami.
– Chcemy pokazywać, że tak jak niemiecki nazizm był zły, i co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości, tak samo zbrodniczy był sowiecki komunizm, a tej świadomości do końca nie ma w polskim społeczeństwie – mówi Bogdan Wasztyl, szef rady programowej Stowarzyszenia Auschwitz Memento, inicjator „Projektu Pilecki”. – Szukamy więc postaci, które były ofiarami obu tych systemów, aby pokazać, że ich tragiczne losy były „karą” za patriotyzm, za identyfikowanie się z polskimi wartościami, polską tradycją. Rotmistrz Pilecki wpisuje się idealnie w ten program.
Choć stowarzyszenie realizowało już wcześniej z powodzeniem różne projekty filmowe, zdobycie środków na film o Pileckim napotkało duże i zastanawiające problemy. Projekt nie doczekał się wsparcia ani przez resort kultury, Ministerstwo Obrony Narodowej, Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, urzędy marszałkowskie, ani też przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Brak zainteresowania wykazali też parlamentarzyści, samorządowcy i europosłowie. Choć apel stowarzyszenia dotarł imiennie do 3 tys. prominentnych osób, pozytywnie zareagowało zaledwie osiem.
Ostatecznie Auschwitz Memento za zgodą właściwego ministra zorganizowało od października 2012 r. do listopada 2013 r. zbiórkę publiczną na film. Inicjatywę wsparło ok. półtora tysiąca osób z Polski i Polonii, dzięki czemu uzbierano 250 tys. złotych. Obecnie trwają ostatnie zdjęcia. Premiera przewidziana jest pod koniec roku, o ile stowarzyszeniu uda się uzbierać brakujące środki.
– W celu dotarcia do jak największej liczby widzów podjęliśmy decyzję o podniesieniu jakości filmu, tak aby spełniał warunki umożliwiające normalną projekcję kinową, a nie tylko telewizyjną, co spowodowało podniesienie kosztów o ok. 30 tys. złotych – wskazuje Bogdan Wasztyl. – Na razie stać nas na to, żeby zakończyć zdjęcia, co planowane jest do końca czerwca br. Ale jesteśmy dobrej myśli.
W ubiegłym roku w celu uczczenia 70. rocznicy ucieczki Pileckiego z obozu w Stowarzyszeniu Auschwitz Memento powstał pomysł przejścia przez kilku śmiałków historycznej trasy ucieczki w warunkach zbliżonych do autentycznych. W uciekinierów z Auschwitz wcieliła się grupa członków rockowego zespołu „Forteca”, którzy spali pod gołym niebem w miejscach, gdzie spał Pilecki z towarzyszami ucieczki, nie jedli przez ponad dobę, pokonywali trasę w tempie zbliżonym do faktycznego. Te dokonania zostały sfilmowane i pokazane w postaci filmu „Ucieczka z piekła”.
– Przy realizacji tego filmu właśnie z muzykami liczyliśmy na jakąś wartość dodaną i nie zawiedliśmy się – wskazuje Bogdan Wasztyl, który był producentem obrazu.
Zespół „Forteca” nagrał najpierw utwór „Ochotnik” – o ucieczce rotmistrza z obozu, a wiosną tego roku wydał całą płytę poświęconą Pileckiemu pt. „Rotmistrz”. Obecnie uczestniczy w szeregu uroczystości poświęconych Witoldowi Pileckiemu.
– Wychodzimy z założenia, że jeśli uda się te bohaterskie postacie zakorzenić w kulturze masowej, to już nikt nie będzie w stanie wymazać ich z naszej pamięci społecznej – podsumowuje Bogdan Wasztyl.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/78208,r ... dziez.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 28 sie 2014, 06:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Jakim trzeba być zbrodniarzem, by zamordować 18 letnią dziewczynę? Lewacy ociekacie krwią polskich patriotów. Wasz czas mija.

„Inka” jest w nas

Jej postać nieustannie nas wzrusza i nie pozwala zapomnieć o tych, „których zdradzono o świcie”, o „wyprostowanych wśród tych, co na kolanach, wśród odwróconych plecami”, o pokrzywdzonych. To wzruszenie wynika ze świadomości, jak młodo i jak świadomie oddała życie za wolną Polskę. Wynika z historii jej rodziny, która jawi się nam jak żywa alegoria krzywd wyrządzonych Polakom przez „czerwoną zarazę” i „czarną śmierć”. Wynika wreszcie ze zrozumienia, że w dziejach „Inki” i jej rodziny są dzieje wielu naszych rodzin. „Inka” jest po prostu w nas.

Zachować się „jak trzeba”
Dziś mija 68 lat od śmierci Danuty Siedzikówny (3 IX 1928 Guszczewina koło Narewki – 28 VIII 1946 Gdańsk). Choć była tylko skromną sanitariuszką w oddziale poakowskiej, antykomunistycznej konspiracji niepodległościowej, przeszła do historii i jest dziś w Polsce znana jako reprezentantka tysięcy dziewcząt i chłopców, dzieci wojny, które przedwcześnie dojrzewały w czasie wojny i czasie powojennego zniewolenia kraju przez Związek Sowiecki. Złożyła Ojczyźnie najwyższą ofiarę i uczyniła to – jak wynika z akt sprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Gdańsku – w sposób w pełni świadomy, mimo bardzo młodego wieku. Świadczą o tym nie tylko akta, ale także pożegnalny gryps z więzienia: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”…

Polska rodzina
Wychowała się w rodzinie o ugruntowanej tradycji patriotycznej. Ojciec Wacław Siedzik pochodził ze szlachty podlaskiej, zaangażowanej w Powstaniu Styczniowym. Jako student Politechniki w Petersburgu został w 1913 r. zesłany na Sybir, do Kraju Krasnojarskiego, za udział w polskiej organizacji niepodległościowej. Miał wówczas 19 lat. Wrócił do Polski dopiero w roku 1926. Był leśniczym w Olchówce koło Narewki. Po wybuchu wojny został deportowany przez NKWD pamiętnego 10 lutego 1940 r. w głąb Sowietów. Pracował w kopalni złota, w 1941 r., po umowie Sikorski – Majski, półżywy dotarł do formującej się armii polskiej gen. Władysława Andersa. Nieludzkie warunki życia i pracy na „nieludzkiej ziemi” podkopały zdrowie niemłodego już człowieka umarł na żołnierskim szlaku, został pochowany na cmentarzu polskim w Teheranie.

Matka Eugenia z Tymińskich – spokrewniona z rodziną Piotra Orzeszki, męża pisarki Elizy – po deportacji męża została wraz z córkami usunięta z leśniczówki. Złożyła przysięgę AK i należała do siatki terenowej. Aresztowana przez gestapo w listopadzie 1942 r., po ciężkim śledztwie w białostockim więzieniu została zamordowana we wrześniu 1943 r. i pogrzebana w nieznanym miejscu.

Danusia uczyła się w Szkole Powszechnej w Olchówce, a w czasie wojny w szkole Sióstr Salezjanek w Różanymstoku koło Grodna.

Polska droga
Po zamordowaniu matki razem z siostrą Wiesławą złożyła przysięgę AK w grudniu 1943 r. lub na początku 1944 roku. Nie miała jeszcze 16 lat! Przeszła szkolenie sanitarne. Po przejściu frontu podjęła pracę w kancelarii nadleśnictwa Hajnówka. Tam została aresztowana w czerwcu 1945 r., wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa, przez NKWD-UB – za współpracę z antykomunistycznym podziemiem niepodległościowym.

W trakcie konwojowania aresztantów przez las pod Narewką została uwolniona przez patrol poakowski Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Została sanitariuszką w oddziale „Konusa”, potem w szwadronach por. Jana Mazura „Piasta” i por. Mariana Plucińskiego „Mścisława” z legendarnej 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Przez krótki czas jej dowódcą w tym okresie był por. Leon Beynar „Nowina”, zastępca mjr. „Łupaszki”, znany później wybitny pisarz historyczny Paweł Jasienica.

Przybrała pseudonim „Inka” na pamiątkę szkolnej przyjaźni. Na przełomie lat 1945-1946, zaopatrzona w fałszywe dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, pracowała w nadleśnictwie Miłomłyn. Ważniejsza jednak była dla niej służba dla Polski, mimo ekstremalnych zagrożeń. Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki” – ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”. Czuła się moralnie zobowiązana do uczestnictwa w walce o niepodległy byt Polski – nie tylko z wdzięczności za uwolnienie z ubeckiego konwoju, ale także przez pamięć rodziców, którzy oddali życie za Polskę. Porzuciła bezpieczną posadę w nadleśnictwie. Do lipca 1946 r. służyła w szwadronie „Żelaznego” jako sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD, UB i ich konfidentom.

Więzienie i śmierć
Po śmierci „Żelaznego”, zabitego podczas obławy UB w czerwcu 1946 r. pod Sztumem, została wysłana przez jego następcę ppor. Olgierda Christę „Leszka” do Gdańska po zaopatrzenie medyczne dla szwadronu. Tam została aresztowana przez UB rankiem 20 lipca 1946 r. w lokalu konspiracyjnym, mieszkaniu sióstr Mikołajewskich. Została umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako specjalny więzień polityczny. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. skazana przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku na karę śmierci. Postawiono jej nieprawdziwy zarzut nakłaniania do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu w Tulicach pod Sztumem. W rzeczywistości sanitariuszka nie miała wpływu na takie decyzje. Zidentyfikowanych funkcjonariuszy NKWD i UB żołnierze mjr. „Łupaszki” rozstrzeliwali na podstawie rozkazu wydanego przez ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, bezpośredniego zwierzchnika mjr. „Łupaszki”. Traktowani byli bowiem jako przedstawiciele policji politycznej obcego państwa, zniewalającego Polskę.

Z zeznań milicjanta Mieczysława Mazura przed sądem w Gdańsku (1946) oraz z relacji Olgierda Christy wynika, że „Inka” opatrywała w razie potrzeby po walce także przeciwników. Wyrok śmierci na sanitariuszkę był więc raczej aktem zemsty i przejawem bezradności UB, od którego realnie zależał wyrok dyktowany „sędziom” wobec niemożności rozbicia pomorskich szwadronów mjr. „Łupaszki”. Szwadron „Żelaznego” był szczególnie znienawidzony przez UB z powodu licznych udanych akcji na placówki bezpieki i milicji, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 maja 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta.

„Niech żyje Polska!”
„Inka” nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała się pod pismem do „prezydenta KRN” Bolesława Bieruta o ułaskawienie. Pismo pisane w pierwszej osobie („Ja, Danuta Siedzikówna”…) podpisał obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski, mimo iż jego córka była rówieśnicą Danki…

Została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r. o godzinie 6.15 strzałem w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego Franciszka Sawickiego z KBW, ponieważ egzekucja z udziałem 10 żołnierzy KBW się nie udała. Żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków do niej i do jej współtowarzysza niedoli Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, żołnierza mjr. „Łupaszki”. Przebieg tej haniebnej egzekucji znany jest ze szczegółowych relacji złożonych w oddziale gdańskim IPN przez żyjących wówczas (2001) świadków: ks. Mariana Prusaka (więziennego spowiednika Danki przed egzekucją) i Alojzego Nowickiego (w roku 1946 zastępcy naczelnika więzienia w Gdańsku). Według tych relacji, przed egzekucją Danka krzyknęła „Niech żyje Polska!”, a po nieudanej salwie plutonu, przed strzałem kończącym jej życie, zawołała jeszcze raz: „Niech żyje major ’Łupaszko’!”. Umierała na sześć dni przed 18. urodzinami…

Modlitwa
Miejsce pochówku Danuty „Inki” zostało przez UB utajnione i do dziś pozostaje nieznane. Być może jest to najbliższy więzienia gdańskiego cmentarz Garnizonowy przy ul. Giełguda. „Inka” i „Zagończyk” mają tam symboliczne groby. Danka ma też tablicę pamiątkową w bazylice NMP w Gdańsku, kamienny obelisk w Sopocie, obok pomnika AK, tablicę w Narewce. Gimnazjum w Ostrołęce i Szkoła Podstawowa w Podjazach na Kaszubach przyjęły jej imię. Wszędzie tam, ale i gdziekolwiek w Polsce, możemy dziś zapalić światło pamięci, pomodlić się za „Inkę” i za jej rodziców umierających tak jak córka za Polskę. Za wszystkie młode Polki i Polaków, którzy zarówno w czas wojny, jak i w okresie opresji komunistycznej służyli świętej Sprawie naszej niepodległości. Niech pamięć o nich trwa!

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/93975,i ... w-nas.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 08 wrz 2014, 08:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Nowe fotografie „Inki”

Kilkanaście, dotąd nieznanych i nigdzie niepublikowanych, zdjęć Danuty Siedzikówny „Inki” zamieścił IPN w wydanej w ostatnich dniach broszurze edukacyjnej poświęconej postaci sanitariuszki 5. Wileńskiej Brygady AK

Broszura edukacyjna poświęcona „Ince”, autorstwa Marzeny Kruk i Grzegorza Berendta, ukazała się w serii wydawniczej IPN „Patroni naszych ulic”, w związku z 68. rocznicą zamordowania dziewczyny, 28 sierpnia. Szczególną uwagę przyciągają fotografie, których duża część nie była dotychczas publikowana. Zdjęcia te kilka miesięcy temu gdańskiemu oddziałowi IPN przekazali członkowie rodziny Siedzikówny. Autorzy wydawnictwa jako jego motto zamieścili fragment tekstu pieśni 5. Wileńskiej Brygady AK: „Bodaj widzieć, padając w ataku, Polskę wolną i czystą jak łza”.

Niewielkich rozmiarów książka-biogram jeszcze w tym roku zostanie rozprowadzona jako bezpłatny dodatek do biuletynu IPN „Pamięć.pl”. – Ta poświęcona w całości „Ince” broszura edukacyjna będzie także nieodpłatnie rozprowadzana przez harcerzy wśród mieszkańców ulic noszących imię Danuty Siedzikówny „Inki”. Otrzymają ją też szkoły, które Danutę Siedzikównę obrały sobie za patronkę – mówi Rafał Ziątek z Biura Edukacji Publicznej IPN. Większość po raz pierwszy publikowanych zdjęć pochodzi ze zbiorów córki Wiesławy Korzeniowskiej z domu Siedzik. „Inka” na wielu dotychczas nieznanych fotografiach przedstawiona jest w otoczeniu innych osób, przede wszystkim krewnych i przyjaciółek, czy to z ławy szkolnej, czy z miejscowych struktur podziemia niepodległościowego. Przed IPN stoi teraz trudne zadanie ustalenia ich tożsamości. Do tej pory udało się rozpoznać najbliższą rodzinę, m.in. jej matkę Eugenię, którą Niemcy za działalność konspiracyjną w AK rozstrzelali w okolicach Białego- stoku w 1943 r., czy ojca Wacława Siedzika, wywiezionego w 1940 r. przez Sowietów na Sybir. Po amnestii zmarł z wycieńczenia w Teheranie w 1943 roku.

Na kilku fotografiach z lat 30. Siedzikówna przedstawiona jest w wieku dziecięcym. Na jednej z nich znajduje się w otoczeniu najbliższej rodziny, m.in. matki, ojca, babki Anieli oraz sióstr Ireny i Wiesławy. To zdjęcie wykonano tuż przed wybuchem wojny, latem 1939 r. w leśniczówce Olchówka koło Narewki, gdzie przed wojną mieszkała rodzina leśniczego Wacława Siedzika. W broszurze znajdziemy również fotografie z okresu szkolnego. Na jednej z nich młoda Danka stoi przed wejściem do szkoły w Narewce.

Nie wszystkie zdjęcia przekazane IPN zostały zamieszczone w broszurze. Nie ma tych, które z powodu złego stanu nie nadawały się do publikacji. Są na nich m.in. osoby należące do konspiracji. Prawdopodobnie są to żołnierze tzw. grupy białowieskiej organizacji ZWZ-AK dowodzonej przez ppor. Stanisława Wołoncieja „Konusa”, pierwszego oddziału podziemia, w którym „Inka” służyła jako sanitariuszka. Wołonciej zginął wraz z kilkoma żołnierzami tego oddziału w 1945r. w okolicy wsi Podborowiska w zasadzce NKWD.

Wiele zdjęć to również fotografie żołnierzy 4. szwadronu 5. Wileńskiej Brygady AK.

Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -inki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 21 lis 2014, 08:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Samotna walka o prawdę

Alina Czerniakowska

Gdy na początku lat 90. przygotowywałam się do filmu dokumentalnego o generale Auguście Emilu Fieldorfie, długo szukałam kontaktu z jego córką, bo wiedziałam, że to będzie dla mnie najważniejsze spotkanie. Na początku musiałam udowodnić, że nie będę bała się prawdy, a potem musiałam zbudować film o człowieku, wówczas nieznanym w Polsce, bohaterze wielu wojen, zamordowanym w imię „prawa” komunistycznego, w czasach rzekomej wolności, tak zwanej Polski Ludowej.

Telewizyjni szefowie zatwierdzający temat byli przekonani, że robię film o „jakimś hitlerowcu”, jak się wyrażali. Nie zaprzeczałam i tak udało się zrobić film, którym zdobyłam zaufanie i serdeczność pani Marii Fieldorf-Czarskiej na blisko 20 lat, do końca jej życia. Wszyscy, którzy znali córkę generała, wiedzieli, że nie można było jej zawieść. Wychowana w kulcie Marszałka Piłsudskiego, zapatrzona w swojego wspaniałego ojca, kochała Polskę bardziej niż własne życie. Wiem to, bo często rozmawiałyśmy o jej młodzieńczych latach w Wilnie i kolejnych wędrówkach w ślad za ojcem żołnierzem. Słuchałam opowiadań o mamie, siostrze, spotkaniach rodzinnych, wydarzeniach poważnych, ale i radosnych, z poczuciem humoru, którego nie brakowało w tym domu. Jednak najważniejszą sprawą zawsze była Polska, umiłowanie Ojczyzny i życie dla niej.

Pani Maria była bardzo podobna do swojego ojca, nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim charakterologicznie, pozostawał dla niej zawsze i we wszystkim największym autorytetem. Pamiętam, jak pokazywała mi opinie o Auguście Emilu Fieldorfie, cenionym od najmłodszych lat przez przełożonych, czytała zachowane dokumenty, z trudem ukrywając wzruszenie. – Zawsze bardziej kochał Polskę niż swoją rodzinę – powiedziała kiedyś zamyślona, jakby do siebie, patrząc na fotografię swoich pięknych rodziców. Najtrudniejszym przeżyciem były dla niej wyprawy do więzienia na Rakowiecką w Warszawie, do ojca. Jako młoda dziewczyna zapamiętała na zawsze tamte koszmary, niewyobrażalną, ohydną niesprawiedliwość, wielką zbrodnię, z którą nigdy się nie pogodziła. Widziałam twarz pani Marii, gdy patrzyła na filmową scenę wykonania wyroku na jej ojcu. Drżenie rąk, wielkie nerwy, a jednocześnie siła i bunt przeciwko złu. Byłam pewna, że do końca życia będzie walczyła o sprawiedliwość. Od początku lat 90., gdy tylko było to możliwe, pisała kolejne pozwy do sądu, wskazywała morderców ojca, kłamców, wrogów Polski, domagała się publicznego ich osądzenia. Wtedy żyli jeszcze główni sprawcy sądowego mordu na generale. Córka toczyła samotną walkę, bo – jak się okazało – nie mogła liczyć na pomoc władz III RP w ukaraniu zbrodniarzy. Prokuratorzy, sędziowie, szefowie departamentów, śledczy mieli mocne wsparcie w elicie rządzącej i głównych mediach, pozostawali więc bezkarni.

Helena Wolińska-Brus, Maria Gurowska-Zand, Witold Gatner, Alicja Graff, Igor Andrejew – oni wszyscy powinni stanąć przed sądem w wolnej Polsce! Byli zdrowi, cyniczni, pewni siebie i tak samo okrutni jak za czasów mordowania i skazywania na haniebną śmierć generała Fieldorfa i innych polskich patriotów. Sędzia Maria Gurowska-Zand, która dwukrotnie podtrzymała wyrok śmierci na Fieldorfie, zapytana, jak dzisiaj by postąpiła, odpowiedziała bez wahania, z wielką butą: „Zrobiłabym to samo!”. Z takimi oprawcami samotna córka generała Fieldorfa nie mogła wygrać, ale walczyła do końca. Ekipy filmowe, chcące zarejestrować przebieg procesów, były wypraszane z sali sądowej wraz z panią Marią, można to zobaczyć na jednym z moich filmów dokumentalnych pt. „W sprawie generała Fieldorfa”. Miało nie być żadnych świadków, a sprawy zawsze się kończyły umorzeniem, przedawnieniem, oddaleniem itd. Utrudzona przyjeżdżała do Warszawy, stawała pod kolejnymi drzwiami sądowymi, uparcie walczyła o prawdę. Odważnie, bez żadnych kamuflaży, mówiła o mocodawcach zbrodniarzy w III RP, o ukrywaniu prawdy, o kolejnych rządach ludzi sprzedajnych, wrogach Polski. Pytana przez dziennikarzy, wymieniała nazwiska sędziów, prokuratorów, śledczych, żądała prawdy w mediach.

Miała nadzieję w młodych, darzyła ich wyjątkową sympatią, chętnie spotykała się z nimi, opowiadała o ojcu, prosiła, by kochali Polskę, nie ustawali w szukaniu prawdy i pamiętali o bohaterach zamordowanych przez wrogów Narodu Polskiego. Nie obchodziło ją, że to może nie podobać się różnym „nowoczesnym Europejczykom”, była bezkompromisowa w sprawach wiary, patriotyzmu, Ojczyzny. Zawsze z wielką kulturą, elegancją, delikatnym kobiecym głosem kategorycznie broniła prawdy, swoich przekonań zbudowanych na mocnych rodzinnych fundamentach. Nigdy się nie skarżyła na ciężki los, na choroby, nie mogła tylko pogodzić się z niszczeniem Polski przez ludzi, którzy sprzeniewierzyli się i dopuścili zdrady Ojczyzny. Pragnęła poznać miejsce pogrzebania ojca, chciała odnaleźć go, wydobyć z potajemnego dołu śmierci, zapalić światło…

Maria Fieldorf-Czarska stała się dla mnie osobą szczególnie bliską i ważną, dlatego wiadomość o jej śmierci bardzo przeżyłam i mimo upływu czasu wracam do początków naszej znajomości, rozmów telefonicznych, otrzymanych listów, zdjęć, spotkań oficjalnych i zupełnie prywatnych. Brakuje mi kochanej pani Marii, tęsknię za nią i przywołuję, gdy trudno i ciężko, gdy trzeba walczyć. Dziękuję, Pani Mario, za wiele, za bardzo wiele siły.

Alina Czerniakowska jest reżyserem, autorką dwóch filmów o generale Auguście Emilu Fieldorfie z udziałem córki, Marii Fieldorf-Czarskiej: „On wierzył w Polskę” i „W sprawie Generała Fieldorfa”, po latach przetłumaczonych i wydanych przez TVP w wersji polsko-angielskiej.

http://www.naszdziennik.pl/wp/114385,sa ... rawde.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 22 lis 2014, 09:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Pomnik Symonowiczów

AB

Obrazek

Pomnik poświęcony rodzinie Symonowiczów, której niemal wszyscy członkowie byli żołnierzami 5. Wileńskiej Brygady AK, odsłonięto na cmentarzu komunalnym w Olsztynie.

Artystyczny pomnik Symonowiczów, żołnierzy 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, wykonał artysta plastyk Jacek Adamas. Przedstawia on symbol Polski Walczącej, spowity różańcem. Pomnik okalają wykonane z metalu napisy – imiona i konspiracyjne pseudonimy ofiar, rodziny Symonowiczów, spoczywających w rodzinnym grobowcu, m.in. Norberta Symonowicza „Lelka” i Bogumiły Symonowicz „Buby”. Inskrypcja na pomniku brzmi: „Byliśmy jedną rodziną majora ’Łupaszki’” – to słowa śp. Bogumiły Symonowicz wypowiedziane o żołnierzach Brygady, które Dariusz Jarosiński utrwalił w książce „Historie kresowych żołnierzy wyklętych”.

Rodzina Symonowiczów pochodziła z Wileńszczyzny. Pierwszym oddziałem AK, w którym służył Norbert Symonowicz „Lelek”, później „Stopka”, był oddział por. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Później trafił do 5. Wileńskiej Brygady AK, której żołnierzami zostały też jego siostry Bogumiła i Halina. Po rozbiciu brygady przez NKWD cała rodzina Symonowiczów, matka Genowefa, jej dwie córki i syn musieli uciekać z Wileńszczyzny. Zatrzymali się w Olsztynie. Olsztyńskie mieszkanie Symonowiczów w 1945 r. było punktem kontaktowym żołnierzy „Łupaszki”. Bywała tam m.in. Danuta Siedzikówna „Inka”. W lipcu 1946 r. funkcjonariusze olsztyńskiego UB, którym kierował Józef Światło, zlokalizowali to miejsce spotkań żołnierzy „Łupaszki” i po jego zajęciu aresztowali tam kilku z nich, w tym Bogumiłę Symonowicz ps. „Buba” oraz jej siostrę Halinę.

W kwietniu 1947 r. w pokazowym procesie w Olsztynie na 5 lat więzienia skazano m.in. Bogumiłę Symonowicz i jej siostrę Halinę, również łączniczkę AK. W PRL kobiety były represjonowane i szykanowane. Obie zmarły w ubiegłym roku.

http://www.naszdziennik.pl/wp/114569,po ... iczow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 10 sty 2015, 14:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Wielcy Patrioci, Wielcy Żołnierze, Wielcy Bohaterowie, Wielcy Polacy. Okupanci bolszewiccy nie pozwalali mówić o nich. Liczyli, że my Polacy zapomnimy o Nich. Jednak Polacy nigdy nie zapominają o swoich Bohaterach. Brudne czasy lewackiej dominacji kiedyś przeminą, a my znów zaczniemy żyć normalnie.

Sam przeciw czołgom. Heroiczna walka plutonowego Karaszewskiego

"Żywy się w ich ręce nie oddam!" - taką obietnicę złożył w czerwcu 1939 roku plutonowy Stefan Karaszewski, rozmawiając podczas pogrzebu córki z bliskimi na temat możliwej wojny z Niemcami. Trzy miesiące później udowodnił, że nie rzuca słów na wiatr.

Obrazek
Plutonowy Stefan Karaszewski /materiały prasowe


Obrazek
Mateusz "Biszop" Biskup "Śladami zapomnianych bohaterów. Tom 3" Wydawnictwo Vesper, 2014 /materiały prasowe


O heroicznej, samotnej walce plutonowego przeciwko niemieckim czołgom opowiada Mateusz "Biszop" Biskup w trzecim tomie cyklu "Śladami zapomnianych bohaterów" Wydawnictwo Vesper, 2014.

Przedstawiamy fragment tej publikacji.

Sam przeciw czołgom

Okolice Moszczenicy niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, 5 września 1939 roku, godzina 14.30
Głuchy odgłos czołgowych silników potężniał z każdą sekundą, wprawiając ziemię w coraz wyraźniejsze drżenie. Ze ścian naprędce wykopanego, podłużnego stanowiska ogniowego zaczęły odrywać się grudki ziemi. Plutonowy Stefan Karaszewski otarł czoło zabandażowaną ręką i jeszcze mocniej przywarł do ziemi, ściskając w dłoni karabin mauzera.

Czołg jest tuż-tuż. Już słychać wyraźnie chrzęst gąsienic. No gdzie te cholerne miny???
Eksplozja!
Nareszcie! Plutonowy ostrożnie wychylił się z okopu. Kilkanaście metrów od jego kryjówki stał zasnuty czarnym dymem czołg PzKpfw II. Mina spełniła swoje zadanie - z każdą chwilą dym był coraz gęstszy, pojawiły się też języki ognia.
Górna klapa czołgu odskoczyła z głośnym szczęknięciem i na pancerz wyskoczyła sylwetka w czarnym kombinezonie. Niemiecki pancerniak sięgnął ręką do wnętrza pojazdu i pomógł koledze wydostać się na zewnątrz.
Plutonowy Karaszewski zerwał się na równe nogi i przyłożył karabin do oka.
Strzał, przeładowanie, drugi strzał i dwa ciała stoczyły się po pancerzu na ziemię. Trzeci członek załogi nie wyszedł z czołgu. Może wolał śmierć w płomieniach niż tę od nieuchronnej kuli. A może po prostu już nie żył.
Stefan Karaszewski urodził się w kwietniu 1915 roku w Harbinie w Chinach, gdzie jego ojciec Stanisław, były żołnierz carskiej armii, pracował przy linii kolejowej łączącej Syberię z Władywostokiem.

Wykorzystując słabość południowo-wschodniego sąsiada, władze rosyjskie pod koniec XIX wieku wymusiły na Chinach zgodę na przeprowadzenie linii kolejowej przebiegającej przez chińskie terytorium, znacznie skracając w ten sposób jej długość.
W mieście przebywało wówczas kilkanaście tysięcy Polaków, głównie zatrudnionych przy budowie i utrzymaniu wspomnianej linii. Istniały polskie organizacje społeczne, ukazywały się polskie gazety, istniały kluby sportowe i inne stowarzyszenia. Ba, w 1915 roku powstało nawet polskie gimnazjum imienia Henryka Sienkiewicza (istniało do 1949 roku).

Kiedy Polska odzyskała niepodległość, Stefan wraz z rodzicami oraz przybraną siostrą Zosią (Stanisław i Anna Karaszewscy adoptowali w Harbinie osieroconą polską dziewczynkę) przyjechali do Tomaszowa Mazowieckiego, miasta, z którego Stanisław pochodził.
Niedługo po powrocie do Polski ojciec ciężko zachorował i rodzina popadła w biedę. By ratować rodzinny budżet, zaraz po ukończeniu szkoły Stefan rozpoczął pracę w fabryce włókienniczej. Od dziecka interesował się jednak wojskiem. Wstąpił do Związku Strzeleckiego "Strzelec" i odbył szereg kursów i szkoleń. W tym samym czasie ożenił się i kilka miesięcy później przyszła na świat jego córka Alicja.
Po powołaniu do wojska trafił do 85. Pułku Strzelców Wileńskich, do kompanii karabinów maszynowych. Jego służba miała się skończyć 10 września 1939 roku. Miał już nawet wykupiony bilet z Wilna do Tomaszowa Mazowieckiego. Pod koniec sierpnia 85. Pułk Strzelców Wileńskich został włączony w skład 19. Dywizji Piechoty, a ta z kolei stała się częścią odwodowej Armii "Prusy" generała Stefana Dęba-Biernackiego. Żołnierzy przewieziono koleją z Wilna do Łowicza, a stamtąd na piechotę przeszli w okolice Piotrkowa Trybunalskiego. Pułk zajął pozycje między Moszczenicą a Piotrkowem, osłaniając fragment linii kolejowej (Kolej Warszawsko-Wiedeńska) o ogromnym znaczeniu strategicznym. Spodziewając się uderzenia od zachodu, Polacy zaminowali pola i drogi.

Obrazek
Niemieckie czołgi na terenie Polski, kampania wrześniowa, 1939 /Agencja FORUM


4 września Niemcy przerwali front pod Piotrkowem. Około południa następnego dnia od strony szosy łączącej Piotrków z Łodzią usłyszano huk czołgowych silników. Do polskich pozycji zbliżało się kilkadziesiąt czołgów z 1. Dywizji Pancernej XVI Korpusu 10. Armii generała Waltera von Reichenau. Wobec groźby okrążenia, dowódca wileńskiego pułku podpułkownik Jan Kruk-Śmigla podjął decyzję o wycofaniu się. Żołnierze posłuchali go. Wszyscy z wyjątkiem jednego.

Chcąc umożliwić bezpieczne wycofanie się towarzyszy, plutonowy Stefan Karaszewski zajął stanowisko ogniowe położone na łące kilkadziesiąt metrów od toru kolejowego, na północ od wsi Kosów. Stanowisko miało kształt podłużnego wykopu i uzbrojone było w ciężki karabin maszynowy wz. 30 oraz duży zapas granatów w żelaznej skrzynce. Plutonowy Karaszewski dodatkowo wziął ze sobą kilka mauzerów.
Teren tuż przed stanowiskiem nieco się unosi. Nacierający z zachodu Niemcy nie widzą gniazda karabinu maszynowego ani ukrytego polskiego żołnierza. Zobaczą go dopiero w ostatniej chwili, kiedy już będzie za późno. Poza tym - nie wiedzą, że są na polu minowym.
Ogółem nadjeżdża około sześćdziesięciu czołgów.
Przyczajony w okopie plutonowy Stefan Karaszewski wsłuchuje się w coraz głośniejszy ryk czołgowych silników i czeka, aż któryś z pojazdów wyleci na minie; w ciągu kilku ostatnich dni wraz z kolegami rozmieścili ich około tysiąca.

Bliska eksplozja uderza w uszy. Plutonowy zrywa się na nogi i z mauzera likwiduje dwóch członków załogi ewakuujących się z płonącego czołgu. Zza niewielkiego pagórka wychylają się już sylwetki dalszych maszyn. Stefan dopada do ciężkiego karabinu maszynowego. Kolejna eksplozja zatrzymuje nacierający czołg. Załoga ucieka przez włazy, po pancerzu bębnią pociski z polskiego CKM-u. Trzy ciała upadają w trawę koło czołgu. Nie przerywając serii, Karaszewski przenosi ogień na nadjeżdżający motocykl z przyczepą. Jego załoga ginie. Nadjeżdżają kolejne czołgi. Jakimś cudem udaje im się uniknąć min. Kiedy są w odległości kilkunastu metrów od polskiego stanowiska, Karaszewski chwyta granaty, kolejno wyrywa zawleczki i ciska. Celnie. Dalsze maszyny stają w ogniu, a ich załogi przed śmiertelnym dylematem - upiec się żywcem, czy też zginąć od kuli?

Niemcy zatrzymują się. Pociski z działek kalibru 20 mm oraz karabinów maszynowych zamontowanych na czołgach PzKpfw I i PzKpfw II sieką ziemię wokół polskiego stanowiska. Karaszewski pada na dno okopu i czołga się na jego koniec. Wychyla się i rzuca kolejne granaty. Z mauzera likwiduje kolejnego Niemca. Potem znowu pada na dno wykopu i czołga się w stronę karabinu maszynowego, który na szczęście nie ucierpiał od niemieckiego ostrzału. Jego serie skutecznie szachują Niemców, a nieliczna piechota wspierająca czołgi chowa się za maszynami. W kierunku niemieckich czołgów lecą kolejne granaty. Maszyny stojące w promieniu dwudziestu metrów od polskiego stanowiska płoną.
Nec Hercules contra plures... Kolejne czołgi objeżdżają polskie stanowisko w bezpiecznej odległości, a piechota wchodzi do wsi Kosów. Kryjąc się za zabudowaniami, okrążają Stefana Karaszewskiego od południa. Ten nie ma już nabojów do CKM-u - ze śmiercionośnej maszyny zwisa tylko bezużyteczna parciana taśma. Ma kilka nabojów do mauzera i kilka ostatnich granatów. Strzela w kierunku zbliżających się Niemców i ciska pozostałe granaty. Oprócz ostatniego.
Wyrywa z niego zawleczkę, ale zamiast rzucić go w kierunku Niemców, przykłada go sobie do gardła. Eksplozja granatu rozerwała plutonowemu Karaszewskiemu gardło i dolną część twarzy.

Niemcy przez długi czas bali się zbliżyć do polskiego stanowiska. Kiedy w końcu podeszli, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Byli przekonani, że opór stawia im przynajmniej kilku żołnierzy, tymczasem na dnie płytkiego okopu leżał tylko jeden człowiek.
W czerwcu 1939 roku zmarła córka Karaszewskiego, Alicja. Podczas jej pogrzebu, rozmawiając z bliskimi na temat możliwej wojny z Niemcami, powiedział: "Żywy się w ich ręce nie oddam!". Trzy miesiące później udowodnił, że nie rzuca słów na wiatr.
Podczas dwugodzinnej walki plutonowy Stefan Karaszewski zdołał całkowicie zniszczyć sześć hitlerowskich maszyn, a kilka kolejnych uszkodzić. Osłaniany heroiczną walką Stefana Karaszewskiego 85. Pułk Strzelców Wileńskich zdołał wycofać się na wschód.

Obrazek
Glaz upamietniajacy walkę Stefana Karaszewskiego. Fot. Tomasz Defiński /materiały prasowe


Mieszkańcy Moszczenicy pochowali bohaterskiego żołnierza w miejscu jego śmierci, na łące w pobliżu toru kolejowego. Kiedy w październiku spadły ulewne deszcze i zalały łąkę razem z grobem, odkopano jego ciało i gruntownie przeszukano zwłoki (podczas pierwszego pogrzebu w pośpiechu zapomniano o tym). W kieszeniach munduru znaleziono legitymację ze zdjęciem, książeczkę wojskową z wpisem o awansie na plutonowego (walczył w mundurze z dystynkcjami kaprala, nie zdążył przypiąć dodatkowej belki na pagonach) oraz przekaz pieniężny z adresem jego matki w Tomaszowie Mazowieckim, co umożliwiło powiadomienie rodziny.
Pogrzeb bohaterskiego plutonowego w Moszczenicy stał się patriotyczną demonstracją i zgromadził około tysiąca osób.
Honory oddali mu nawet stacjonujący w miejscowości oficerowie niemieccy.

Z czasem rodzina ekshumowała ciało i pochowała na cmentarzu w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie spoczywa do dzisiaj.
O samotnej walce polskiego żołnierza z niemieckimi czołgami nadal pamiętają mieszkańcy Moszczenicy i okolic. W 1976 roku w miejscu, gdzie znajdowało się jego stanowisko, położono głaz, na którym miejscowy kamieniarz wykuł stosowny napis. Widnieje na nim także siedem trójkątów symbolizujących czołgi zniszczone przez Stefana Karaszewskiego oraz kółko - symbol zniszczonego motocykla.
Liczba czołgów likwidowanych przez plutonowego jest trudna do ustalenia. W większości źródeł przyjmuje się, że zniszczył on całkowicie sześć maszyn, a kilka innych uszkodził w różnym stopniu.
Głazem opiekują się harcerze z 86. Piotrkowskiej Drużyny Harcerskiej "Knieja" imienia Stefana Karaszewskiego, a jego imię nosiła także istniejąca do niedawna szkoła w Kosowie.

We wrześniu 2010 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył pośmiertnie plutonowego Stefana Karaszewskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/ksiazka- ... aign=other

http://nowahistoria.interia.pl/ksiazka- ... Id,1539087


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 31 mar 2015, 15:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Polskie Termopile

JADWIGA SIBIGA

Jakże wymowna jest ta nazwa. Analogia między historią bitwy pod Termopilami w 480 roku p.n.e. i walki pod Zadwórzem jest oczywista, łączy je ta sama idea.

Tam na Półwyspie Bałkańskim, na czele trzystu Spartan, król Sparty Leonidas stoczył śmiertelny bój z Persami. Pod Zadwórzem w dramatycznej walce z nawałą bolszewicką ginie 318 młodych ludzi, czyniąc to miejsce symbolem polskiego bohaterstwa.

W sierpniu 1920 r. wojna polsko-radziecka przedstawiała się niekorzystnie dla strony polskiej. Po listopadowej zwycięskiej Obronie Lwowa znowu ważyły się losy tego miasta. W tym czasie gdy Tuchaczewski atakował Warszawę, Budionny całą siłą parł w kierunku Lwowa, osaczając miasto w sytuacji bez wyjścia. Dobrze wyposażone cztery lotne dywizje ze słynną konnicą kozacką pod dowództwem Budionnego zbliżały się do Lwowa z przekonaniem, że miasto zagrożone taką siłą podda się bez oporu.

Tymczasem Lwów bronił dostępu do swoich granic staczając ciężkie walki na przedpolach.

Do powstających w tym czasie Ochotniczych Armii zgłaszała się młodzież gimnazjalna, studencka i inni młodzi ludzie, którzy po przeszkoleniu bojowym byli kierowani do poszczególnych oddziałów. Dowódcą jednego z tych oddziałów o szczególnym przeznaczeniu był rotmistrz Roman Abraham.

Sława dowódcy "straceńców" z okresu listopadowej Obrony Lwowa i chęć znalezienia się w tym właśnie oddziale przyciągała młodych ludzi. Po zaprzysiężeniu przed lwowską katedrą "detachement" Abrahama wyrusza na front, gdzie po ciężkich bojach pod Radziechowem, Ohladowem i Krzywem wstrzymuje konnicę Budionnego. Następnie oddział Abrahama zostaje przerzucony na południowy odcinek frontu, tu znowu odnosi wiele sukcesów w walkach z armią Budionnego. Po brawurowych wypadach w głąb rosyjskich pozycji zajmuje kilka miejscowości, bierze do niewoli setki jeńców.

Kiedy rotmistrz Abraham zostaje ciężko ranny i przewieziony do szpitala we Lwowie, dowództwo obejmuje kpt. Bolesław Zajączkowski, który w walkach pod Zadwórzem spełni rolę legendarnego wodza Spartan - Leonidasa.

W sierpniu sytuacja na froncie stawała się coraz bardziej krytyczna, załamywały się ostatnie reduty polskiej obrony, został przerwany kontakt z naczelnym dowództwem. Brak konkretnych rozkazów i wiadomości wywołał zrozumiały niepokój wśród walczących. Tymczasem główne siły Budionnego znajdowały się już w pobliżu oddziału Abrahama. Sytuacja stawała się groźna.

Wstał w mgłach spowity poranek owego pamiętnego dnia 17 sierpnia 1920 r., po nocy odpoczynku, wczesnym świtem oddział wyruszył w kierunku Zadwórza. Krążące pogłoski, że idą w kierunku Lwowa wywołały radość wśród żołnierzy, każdy miał nadzieję, że jeszcze dzisiaj znajdzie się wśród swoich.

Zbliżało się południe, upał sierpniowy dawał się we znaki, maszerujący wśród łanów dojrzałego zboża upadali z pragnienia, rozgrzane słońcem hełmy paliły skronie, pot zalewał oczy. Oddział maszerował w kierunku dworca zadwórzańskiego, było na ogół spokojnie, tylko gdzieś w okolicy dworca słychać było pojedyncze eksplozje.

Podświadomie wyczuwano bliskość wroga, wzmożono czujność, pozorna cisza nie wróżyła nic dobrego. Nagle maszerujący zostali zaskoczeni strzałami i wybuchami granatów. Na rozkaz dowódcy oddział zajął pozycje bojowe.

Jest południe, żar leje się z nieba nie do zniesienia. Oficerowie bacznie lornetują okolicę i oceniają sytuację jaka się wytworzyła. Po prawej stronie na pobliskim wzgórzu ukazała się konnica kozacka, te pierwsze wedety lustrują teren i patrzą z pogardą na garstkę obrońców, którzy mają odwagę stanąć do walki. Tuż obok bolszewicy zajmują dworzec, Polacy wiedzą co to oznacza, za żadną cenę nie mogą pozwolić na odcięcie drogi do Lwowa.

Rozgorzała walka, to już nie brawura, to szaleństwo. Chłopcy rzucili się do ataku nie bacząc na przerażającą siłę wroga, na pociski padające wprost na szeregi. Strzelają bez wytchnienia, młoda krew rozsadza żyły, broń parzy dłonie, pot leje się strumieniami. Oni pamiętają, że honoru Abrahamczyków nie wolno splamić, nacierają na wroga z coraz większą pasją, z okrzykiem "za Polskę", "za Lwów"; i jeszcze bardziej zapalają się do walki. Pokonany nieprzyjaciel wycofuje się na swoje pozycje, aby z jeszcze większą wściekłością atakować.

Sześciokrotnie uderzają na nasz oddział, chłopcy trzymają się ostatkiem sił, walczą jednak do ostatniego ładunku. Brak amunicji przesądza sprawę, tamci nawołują do poddania się, raz jeszcze burzy się krew Abrahamczyków, jeszcze się bronią.

Odpowiedź na wezwanie wroga daje dowódca, pierwszy odbiera sobie życie, po nim czynią to inni oficerowie. Kilkudziesięciu chłopców do ostatka nie poddaje się. Rażący ogień wroga sieje spustoszenie, wokół ziemia zalana krwią, jak skoszone kwiaty padają lwowskie dzieci. Nadeszła chwila, kiedy trzeba było śmierci spojrzeć w oczy. W zachodzącym słońcu błysnęły krzywe kozackie szable, pochyleni w kulbakach ostatni raz szarżują, lecz zanim uderzą raz jeszcze spojrzeć muszą na tych młodzieńców o nieulękłym spojrzeniu, którzy stojąc zwartą grupą naprzeciw rozwścieczonej dziczy przyjmują to wyzwanie śmierci i jeszcze wołają: " Niech żyje Polska, niech żyje Lwów". Sieczeni kozackimi szablami padają z ostatnim słowem na ustach: "mamo"...

Tragedia owego dnia 17 sierpnia 1920 r. dobiegła końca.

Nad Lwowem słońce zachodziło krwawo, nikt nie wiedział, że w obronie miasta rozegrała się jedna z najtragiczniejszych bitew. Może tylko serce niejednej matki biło niespokojnie i oczy zachodziły łzami, bo nadaremnie czekała dziś na syna. Gdzieś w podmiejskim domku dziewczyna długo czekała na swego Jurka czy Adasia. Ale oni pozostali tam wszyscy, Polska Ziemia jak Matka przygarnęła ich umęczone ciała, a dusze opromienione chwałą przyjął Bóg Ojciec.

Naród Polski w hołdzie bohaterom wzniósł kopiec w miejscu, gdzie zostali pochowani, w 1927 r. został na nim usytuowany pomnik z piaskowca w kształcie słupa granicznego zwieńczonego krzyżem.

W latach międzywojennych dwa razy do roku odbywały się tutaj uroczystości, oddawano cześć poległym, pamięć o tych legendarnych bohaterach miała szczególny wpływ na patriotyczne wychowanie młodego pokolenia.

Po długiej przerwie, kiedy wokół kurhanu trwała cisza i zapomnienie nadszedł czas pielgrzymek do tego Świętego Miejsca i pamięć ludzka odżyła na nowo. Idźmy tam wszyscy choćby myślami, stańmy pod kurhanem w zadumie nad bohaterstwem i cierpieniem; zaczerpnijmy siłę ducha na codzienne trwanie. Historia tej bitwy niestety jest mało znana, bowiem z niezrozumiałych względów nie została opracowana naukowo. Ta legendarna bitwa, która nie ma istotnego określenia i porównania nie znalazła dotąd właściwego miejsca na tle naszych historycznych wydarzeń.

Polskie Termopile

Wokół kurhanu słychać nocą

szczęk szabel z jękiem zmieszany,

ostatnie słowo na ustach, mamo,

przechodniu idź powiedz....

Ziemia przesiąkła krwią niewinną

tych, co w niewolę pójść nie chcieli,

kwiaty umarły razem z nimi,

ptaki zamilkły z przerażenia.

Przechodniu, idź powiedz światu,

że tam, gdzie Polskie Termopile

znów rosną kwiaty.

Krzyż obok krzyża stoi na mogile

i tylko czasem o północy,

słychać szum skrzydeł jakby w przelocie.

I nie wiesz czy to orłów loty,

czy dusze tych, co oddali życie.

Ileż to lat, gdy stanęli przed Majestatem,

wraz z chórami aniołów

hosanna, hosanna śpiewają,

a każda dusza święta i każdy z nich to anioł.

Idźmy pod kurhan w Zadwórzu,

przystańmy na chwilę zadumy

i prośmy Boga w pokorze

o siłę, która stąd płynie.

http://www.niedziela.pl/artykul/3286/nd ... -Termopile


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 26 maja 2015, 06:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Rotmistrz czeka na pełną rehabilitację

Obrazek
Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik


Z prof. dr. hab. Krzysztofem Szwagrzykiem, pełnomocnikiem prezesa IPN ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mimo oczekiwań na listach ofiar terroru komunistycznego, które udało się ustalić dzięki ekshumacji w różnych miejscach Polski wciąż nie ma rotmistrza Witolda Pileckiego, którego 67. rocznica zamordowania przypada właśnie dzisiaj. Wielu Żołnierzy Wyklętych udało się odnaleźć, ale nie rotmistrza. Z czego to wynika?
– Chciałbym udzielić prostej odpowiedzi na to pytanie, ale na razie zwyczajnie nie mogę tego zrobić. Składa się na to szereg przyczyn. Za nami lata wytężonej pracy i dziś możemy powiedzieć, że już zafunkcjonowały w naszej przestrzeni publicznej informacje o nazwiskach kolejnych ludzi, co jakiś czas przekazywane społeczeństwu. Działania są prowadzone, one przynoszą konkretne efekty i ludzie zamordowani przed laty dziś na nowo odzyskują swoje imiona i nazwiska. Skoro tak, to wydawałoby się, że każdy rok powinien przynosić kolejne odkrycia, a tak niestety nie jest. Proszę pamiętać, że „Łączka” nie jest miejscem, gdzie, jeżeli pierwszego dnia natrafiliśmy na szczątki ludzkie, to następne dni już tylko potwierdzały nam coś, co wiemy z dokumentów, kto powinien tam być pochowany, kto koło kogo powinien leżeć. Nie mamy takiej komfortowej sytuacji i nie będziemy mieli. Powtarzałem to wielokrotnie i dzisiaj, korzystając z okazji wypowiedzi publicznej, powtórzę to raz jeszcze – dopóty, dopóki nie wydobędziemy wszystkich, absolutnie wszystkich szczątków znajdujących się na Łączce nie możemy powiedzieć, że szczątków rotmistrza Witolda Pileckiego tam nie ma. Z dokumentów wynika, że czas, kiedy został stracony, to jest ten okres, kiedy ludzie byli już grzebani na Łączce. Przypomnę, że znaleźliśmy już m.in. płk. Stanisława Kasznicę straconego na dwa tygodnie przed rotmistrzem Pileckim, znajdujemy inne osoby, które zostały zabite w czerwcu, lipcu, sierpniu 1948 r., a nawet krótko po rotmistrzu Pileckim. Istotnie nie ma dziś jeszcze szczątków rotmistrza, ale głęboko wierzę, że ten czas nastąpi, że to jest ostatnia rocznica, kiedy mówimy o tym, że szczątki rotmistrza Pileckiego są poszukiwane. Zawsze miałem i mam głębokie przekonanie, że te szczątki odnajdziemy. Jest to tylko kwestia czasu.

Co zatem stoi na przeszkodzie?
– Żeby odnaleźć szczątki, działania na Łączce muszą zostać dokończone. Tymczasem w tej chwili nie możemy tam odkryć nawet skrawka ziemi. Cały obszar, który wytypowaliśmy jako miejsce więziennych pochówków z lat 1948-56, musi być dokładnie zbadany. Wtedy i jestem o tym przekonany – nadejdzie dzień, na który wszyscy oczekujemy, a więc dzień ogłoszenia odnalezienia i identyfikacji szczątków wielkiego Polaka, wielkiego oficera.

Wspomniał Pan, że dziś jest już ostatnia rocznica śmierci rotmistrza Pileckiego, kiedy jeszcze nie znamy miejsca jego pochówku. Czy to oznacza, że prace na Łączce będą w tym roku kontynuowane?
– Zadał mi pan trudne pytanie, na które niestety nie mogę odpowiedzieć. Wokół Łączki dzieją się różne trudne, skomplikowane sprawy. Nie o wszystkich mogę jeszcze dziś mówić. Pozostaje mi nadzieja – podobnie jak wszystkim członkom naszego zespołu, że będziemy mogli te działania kontynuować. Mam świadomość oczekiwań społecznych, wiem, że wszyscy oczekują, że te działania będą podjęte szybko i doprowadzą do odnalezienia wszystkich szczątków. Przypomnę, że są tam pogrzebane także inne szczątki wielkich Polaków, których wciąż nie odnaleźliśmy, chociażby płk Łukasz Ciepliński czy inni członkowie IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, czy generał August Emil Fieldorf ps. „Nil”. Mamy zatem świadomość oczekiwań społecznych. Zapewniam, że z naszej strony zrobimy wszystko, żeby spełnić te oczekiwania. Na razie sytuacja jest taka, że od dwóch lat, bo tyle czasu mija, jak nie możemy kontynuować prac na Łączce.

Pochówki komunistycznych przywódców organizuje się z honorami, tymczasem miejsca spoczynku wielu polskich bohaterów wciąż pozostają nieznane. Czy państwo polskie wywiązuje się dostatecznie z obowiązku wobec Żołnierzy Niezłomnych?
– Ta sytuacja myślę, że jest bolesna dla każdego, kto czuje się Polakiem, dla każdego, kto myśli w kategoriach państwa. Sytuacja, w której co jakiś czas słyszymy, że dochodzi, bądź omal nie doszło do pochówku z honorami wojskowym jakiegoś komunistycznego dygnitarza, czasem funkcjonariusza UB, czasem przedstawiciela Informacji Wojskowej, a czasem sędziego czy prokuratora stalinowskiego, do tego typu sytuacji dochodzi w tym samym czasie, kiedy my poszukujemy szczątków naszych narodowych bohaterów. Sprawą najważniejszą dla każdego państwa jest stworzenie takiego systemu wartości, kiedy bohater zostaje nazwany bohaterem i uhonorowany, a ten, kto służy zniewoleniu, ponosi za swoje czyny określoną karę. W Polsce niestety mamy inną sytuację. Zwłoki bohaterów leżą pod szczątkami ludzi, których pogrzebano na „Łączce” w okresie stanu wojennego, wykorzystując ochronę prawodawstwa specjalnego z tego okresu.

Mimo usilnych starań i knowań komunistom nie udało się wymazać ze społecznej świadomości polskich bohaterów…
– Nie udało się tego zrobić, bo nie byli w stanie. Przez pewien czas próbowali wmówić społeczeństwu, że nie byli to bohaterowie, ale przedstawiciele obcych wywiadów, jak to często przypisywano w wydawanych wyrokach naszym bohaterom uśmierconym w okresie reżimu komunistycznego. Jednak społeczeństwo było mądrzejsze i wiedziało, a szczególnie wie to teraz z całą mocą, kiedy udostępniono archiwalia, kiedy jest możliwość zbadania potężnych zbiorów po służbach specjalnych. Wiemy, kogo uśmiercono, wiemy, jak wielu ludzi chowano w tym miejscu w tamtym okresie. I widać, że ci, których starano się unicestwić nie tylko w sposób fizyczny, ale również starano się wyprzeć ich z naszej zbiorowej pamięci, ci ludzie są naszymi bohaterami. Mam też takie osobiste wrażenie, że coraz więcej Polaków dostrzega wielkość tych uśmierconych, tak jak dostrzega wielkość rotmistrza Pileckiego. I to bardzo cieszy, bo są to nie tylko młodzi i w średnim wieku Polacy, ale wszystkie pokolenia uznają tych ludzi za naszych bohaterów, a rotmistrz Pilecki wśród nich jest tą postacią szczególną. Jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że następna rocznica jego śmierci będzie miała już inny charakter. Zapewniam, że jako historycy nie myślimy o niczym innym jak o tym, żeby dokończyć prace na Łączce.

Jaki testament pozostawił nam rotmistrz Pilecki?
– Tym testamentem jest prawda, najważniejszą sprawą dla nas jest Polska, Ojczyzna, służba i walka dla niej. I nie ma większego honoru dla Polaka niż działać na rzecz niepodległości i dla dobra Ojczyzny, że naszą Ojczyzną jest Polska. Pamięć tego bohatera narodowego jest kultywowana w różnych środowiskach. Wiele szkół nosi imię rotmistrza Pileckiego, dziś kolejna Gimnazjum w Knyszynie otrzymało imię tego bohatera. Młodzież w wielu miastach uznaje i chce mieć za swego patrona tego bohatera. To piękne i budujące.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... tacje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 01 cze 2015, 06:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Szukają żołnierzy KOP

Ruszają poszukiwania miejsc pochówków żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza - informuje „Nasz Dziennik”.

W pierwszej kolejności ma powstać baza danych. Pozwoli ona na lepsze upamiętnienie bohaterów, którzy zginęli w obronie polskich granic.

– Pierwszymi działaniami będą badania prowadzone wśród żyjących jeszcze mieszkańców Kresów Wschodnich. To jedno z nielicznych źródeł informacji na temat żołnierzy KOP do 1939 roku i z okresu II wojny światowej. To ważne, bo pokolenie Kresowian powoli odchodzi, a są to osoby pamiętające miejsca i czas pochówków – mówi „Naszemu Dziennikowi” Jerzy Rudnicki, prezes Towarzystwa Miłośników Kultury Kresowej.

Poszukiwania są utrudnione, bo przez ostatnie 80 lat formalnie właściwie nie gromadzono żadnych informacji na temat miejsc pochówku żołnierzy KOP.

W poszukiwaniach pomocne mogą się okazać kontakty z parafiami rzymskokatolickimi na terenie obecnej Ukrainy i Białorusi.

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... y-kop.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 04 cze 2015, 07:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Obecna władza grzebie pamięć narodowych bohaterów

Obrazek
Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik


Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

W połowie maja Sejm znowelizował ustawę, która ma umożliwić ekshumacje i godny pochówek ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-1956. W jaki sposób może to wpłynąć na prace na tzw. Łączce na cmentarzu Bródnowskim i w wielu innych miejscach?

– Na przestrzeni ostatnich lat, a szczególnie za rządów obecnej koalicji PO - PSL mamy do czynienia z hamowaniem wszelkich działań w zakresie polityki historycznej także w sferze ekshumacji i identyfikacji ciał ofiar reżimu komunistycznego. Mamy sytuację, gdzie stwarza się przeszkody pod pozorem pomagania. Chodzi o to, żeby wszelkie procedury przedłużać w nieskończoność, żeby nie można było przeprowadzić ekshumacji w sposób jednorazowy na określonej wytypowanej wcześniej przestrzeni. To, z czym mamy dziś do czynienia, jest działaniem haniebnym. Ekshumowanie osób, które zostały zamordowane, o których wiemy, że były niewinne, że byli to nasi narodowi bohaterowie, wynika z obowiązku moralnego wobec zabitych oraz obowiązku wobec ich rodzin. Jest to również sygnał dla nas, ale też wskazówka dla przyszłych pokoleń, jak podchodzimy do największej ofiary, ofiary życia, które odebrano często bardzo młodym, zdolnym i potrzebnym osobom, które mogłyby odbudowywać Polskę ze zniszczeń wojennych i nadać jej kierunek. Wygląda na to, że była to ofiara nieważna, a co za tym idzie - również godny pochówek i oddanie czci tym ludziom, których pamięć i ciała zbezczeszczono, są nieistotne. Stąd poszukiwanie, wydobywanie i identyfikacje tych osób natrafia cały czas na przeszkody.

Mogłoby się wydawać, że wolna Polska wyrówna rachunki historii. Tymczasem okazuje się, że wciąż są równi i równiejsi wobec prawa, nawet po śmierci…

– Ten problem nierówności wobec prawa jest aż nadto widoczny. Mamy np. pochówki czy inne upamiętnienia, które odbywają się bez przeszkód, a nawet pospiesznie do tego stopnia, że bardzo często z błędami. Z drugiej strony mamy do czynienia z kategorią powstańców, działaczy podziemia niepodległościowego, ofiar terroru komunistycznego po 1944 r. Tych ludzi pozbawiono czci i godności, torturowano, mordowano i pokątnie grzebano w nieoznaczonych miejscach. Następnie w tych samych jamach cmentarnych dokonywano nowych pochówków celem zatarcia śladów zbrodni. Szczególną perfidią było to, że w tych samych miejscach bardzo często grzebano oficerów śledczych UB, sędziów, prokuratorów wojskowych, którzy oskarżali polskich patriotów, a także ich katów. Przykładem mogą być warszawskie Powązki i nekropolia narodowa, gdzie na doczesnych szczątkach bohaterów naszej wolności od lat 70. dokonywano pochówków bandytów, zbrodniarzy, którzy ich mordowali. Warto też pamiętać, że szczątki tych naszych bohaterów bardzo często były hańbione, np. przez odcinanie głowy, jak w przypadku Józefa Franczaka ps. „Lalek” – ostatniego partyzanta antykomunistycznego podziemia zamordowanego w 1963 r. Bardzo często polskich patriotów przebierano w niemieckie mundury, ze skrępowanymi rękoma, mordowano ich strzałem katyńskim w tył głowy po to, aby w przypadku natrafienia na ich pochówki, wyglądało, że są to żołnierze niemieccy z okresu wojny, a co za tym idzie - nie ma co się nimi specjalnie interesować. Różnie wyglądało zacieranie śladów zbrodni. Przykładem może być cmentarz Bródnowski w Warszawie, gdzie w latach 60. na doczesnych szczątkach skrytobójczo zamordowanych naszych bohaterów narodowych komuniści wybudowali publiczne toalety. To pokazuje, jak perfidni byli autorzy tych zbrodni.

To tylko kolejny argument, aby choć po latach niepamięci oddać im należną cześć…

– Owszem, tak nakazuje logika i zwykła ludzka przyzwoitość. Kwestia wydobycia szczątków ofiar reżimu komunistycznego powinna być priorytetowa, powinna być załatwiona jednym aktem prawnym jako stan wyższej konieczności, bez całej biurokratycznej procedury odwoławczej i ubiegania się o zgodę rodzin osób, których pochówków dokonano później. Powinna to być kwestia priorytetów, co nie znaczy, że jest. Istnieje potrzeba wydobycia z dołów niepamięci, przywrócenia czci i godnych pochówków wszystkich bohaterów polskiego antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. Tego oczekują rodziny tych ofiar, ale również my wszyscy. Jako Polacy chcemy i mamy prawo, aby bohaterowie naszej wolności mieli godny pochówek, gdzie Naród będzie się mógł gromadzić, pomodlić się za ich dusze, zapalić znicze pamięci i oddać im hołd. To są miejsca święte, które budują nasze poczucie jedności narodowej, i kto tego nie rozumie, nie jest godzien sprawowania władzy w imieniu Narodu. Niestety, obecna władza tego nie rozumiała, nie rozumie i nie ma co liczyć, że zrozumie. Ustawa zaproponowana przez ustępującego prezydenta Komorowskiego i przyjęta głosami koalicji PO - PSL jest kolejnym przykładem działania na rzecz niszczenia naszej pamięci historycznej. Według mnie, są to celowe działania, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości.

Komu zatem służy znowelizowana ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych?

– Ta nowela służy przede wszystkim aparatowi bezpieczeństwa publicznego tzw. Polski Ludowej, ich rodzinom, sympatykom, wyznawcom tej ideologii. Myślę, że jest także na rękę Sojuszowi Lewicy Demokratycznej, ale także Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, które poprzednio pod nazwą ZSL było także koalicjantem władzy, tyle że władzy komunistycznej. Do 1989 r. ci ludzie współdziałali z aparatem represji, brali za to odpowiedzialność nie tylko moralną, ale również polityczną i przede wszystkim prawną, tyle że do rozliczenia ich nie doszło. Dzisiaj mamy obstrukcję, mamy niestety do czynienia z zacieraniem śladów komunistycznych zbrodni po to, aby wiele spraw nie ujrzało światła dziennego, żeby nie były nagłaśniane, żeby miejsca grzebania ofiar nie zostały w pełni ujawnione i nie stały się miejscami, gdzie będzie się gromadził Naród, nawet na małą skalę rodzinną czy lokalną. Z pewnością byłyby manifestacje w miejscach upamiętnienia, gdzie po wojnie zostali pogrzebani nasi narodowi bohaterowie żołnierze, oficerowie czy osoby cywilne działające w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego. To byli nasi rodacy, nasi obywatele, a przede wszystkim nasi obrońcy. To smutne, że obecna władza jest przeciwko nim.

Jak ważna jest to sprawa dla przywracania pamięci historycznej zwłaszcza wśród młodych Polaków?

– Przywracanie pamięci o naszych bohaterach narodowych jest przede wszystkim naszym, Polaków, obowiązkiem. I koszty, jakie są związane z ekshumacjami, a co za tym idzie - z rozkopywaniem miejsc, alejek na cmentarzach, są absolutnie sprawą wtórną. Jest to kwestia priorytetów. Jest sprawą niezwykłej wagi, aby odnaleźć i wydobyć z dołów niepamięci i godnie uczcić filary naszej wolności. Tych miejsc pochówków nieupamiętnionych nie wolno nam zostawić. Jest to ważne nie tylko dla rodzin, ale dla całego polskiego społeczeństwa, także dla tych, którzy być może jeszcze nie wiedzą, a nawet często są przeciwko. Niech widzą, niech pamiętają, niech to będzie przestroga dla przyszłych pokoleń.

Co po tak kuriozalnej decyzji mogą dziś czuć rodziny, które od lat czekają na możliwość godnego pochówku swoich bliskich, tym bardziej że pragnienie to się oddala?

– Z pewnością jest to rozczarowanie i żal. Jeśli się mówi, że Polska po 1989 r. jest wolna, to ten przykład w niezwykle drastyczny sposób, w sposób niebudzący wątpliwości pokazuje, że jest to nieprawda. Wolność polegałaby na tym, że ci ludzie z jam ziemnych, że ich szczątki także byłyby uwolnione, uwolnione dla rodzin, ale również dla nas wszystkich. Ci ludzie są w dalszym ciągu zagrzebani po to, żeby nie istnieli w świadomości społecznej, żeby raz pogrzebani, ulegli na zawsze całkowitemu zapomnieniu. Jest to szczególnie bolesne dla rodzin. Sam jestem w takiej sytuacji, bo w mojej rodzinie są osoby, które zginęły w wyniku terroryzmu po II wojnie światowej, i wciąż nie mamy ich doczesnych szczątków, nie ma ich miejsc pamięci. Jednakże nawet gdybym nie miał w swojej rodzinie takich przypadków, to znając to środowisko, byłbym po ich stronie. Trzeba zrobić wszystko, żeby dobre prawo, jasne i czytelne w kwestii umożliwienia ekshumacji naszych narodowych bohaterów, było jedną z pierwszych spraw, którymi zajmie się po jesiennych wyborach nowa władza w Polsce. Jest to obowiązek moralny, prawny, obowiązek narodowy.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... terow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 11 cze 2016, 08:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Odzyskują tożsamość i dobre imię

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Obrazek

Kolejni bohaterowie polskiej wolności są wydobywani z dołów niepamięci. Przyzna Pan, że bardzo długo trzeba było długo na to czekać?
– Na ustalenie miejsc pochówków wielu Żołnierzy Niezłomnych zamordowanych przez reżim komunistyczny musieliśmy czekać ponad 20 lat. Co więcej, nie jest to koniec tego procesu, ale wciąż jesteśmy – można powiedzieć – na początku tej drogi. Musimy też zdać sobie sprawę z tego, że olbrzymiej większości szczątków ofiar komunistycznych represji niestety nigdy nie znajdziemy, a co za tym idzie – te osoby nigdy nie zostaną zidentyfikowane i godnie pochowane. Ich ciała zostały bowiem bardzo dobrze ukryte przez komunistów – można powiedzieć na zawsze. Na ich szczątkach polskich bohaterów zbudowano fabryki, obiekty przemysłowe, drogi, osiedla mieszkaniowe. Nazwiska tych ofiar, których szczątki odnajdujemy na cmentarzach, na terenach dawnych aresztów śledczych czy więzień komunistycznych owszem są do ustalenia, ale cała reszta niestety nie. Przecież ogromna większość zamordowanych nie była chowana na cmentarzach, ale nawet te pogrzebane w obrębie nekropolii nie były chowane w grobach, ale zostali bezładnie wrzuceni do jam grobowych. Być może zbiorowe mogiły uda się jeszcze odnaleźć przypadkowo, gdzieś w terenie, ale będzie to niezwykle trudne. Tak czy inaczej nie oznacza to, że należy zrezygnować z poszukiwań. Jesteśmy to winni tym ludziom.

Miejsc pochówków wielu ofiar komunistycznych zbrodni – jak Pan zauważył – nie udało się odnaleźć, ale jak powiedział prof. Krzysztof Szwagrzyk Ojczyzna nie spocznie, dopóki nie spełni obowiązku wobec swych bohaterów. Ilu Żołnierzy Niezłomnych wciąż czeka na wydobycie z dołów niepamięci, czy choć w przybliżeniu można podać jakąś liczbę?
– Tak naprawdę nie wiemy. Dlatego że chociażby w różnego rodzaju szczątkowych dokumentach komunistycznych, które się zachowały, bardzo często są informacje o obławach czy walkach, dalej pojawia się stwierdzenie, że umundurowani bandyci w mundurach Wojska Polskiego wzięci do niewoli mieli być przesłuchani, miały być sporządzone ich dane personalne, ale na rozkaz obecnego przy tych czynnościach szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego zostali oni natychmiast rozstrzelani i zagrzebani gdzieś w lesie. Tak to wygląda. I w związku z tym nie wiemy kogo, nie wiemy dokładnie gdzie, a co za tym idzie – prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy tych osób. Trzeba by tego typu gruntowne badania przeprowadzić w całej Polsce, nie tylko w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, ale także w archiwach powszechnych, czyli w archiwach lokalnych – archiwach powiatowych. Wszędzie można trafić na dokumenty, które mówią o zbrodniach w większości jednak nieznanych. Często jest tak, że w 1945 czy w 1947 r. np. sołtysi pisali do władz PPR pisma, że w związku z tym, iż jest ogłoszona amnestia, można wydobyć szczątki mieszkańców takiej czy innej wsi, pochować ich, a są to ofiary pacyfikacji NKWD. Jest tam podana przybliżona data czyli miesiąc i rok, ale często są też podane dane ofiar: imię, nazwisko i wiek, począwszy od małych dzieci po osoby w bardzo podeszłym wieku.

No tak, ale nie są to dane szczegółowe…
– Owszem są to dane cząstkowe, ale mogą być bardzo pomocne. Co więcej, dotychczas tego typu poszukiwania tym tropem nie były prowadzone na skalę ogólnopolską, stąd nie znamy skali ofiar zbrodni komunistycznych. Nie wiemy, ile osób po wojnie komuniści zgładzili, czy to było 100 tysięcy czy 150 tysięcy. Dodatkowym utrudnieniem jest także to, że musimy wziąć pod uwagę ofiary, które zginęły na terenach, które zostały Polsce zagrabione szczególnie przez ZSRS. Dzisiaj są to Litwa, Białoruś, Ukraina, ale przecież to kiedyś były tereny Polski, gdzie partyzantka działała i utrzymywała się do lat 50. Były ofiary, ginęła także ludność cywilna. I odkrywanie ich miejsc pochówków jest wciąż przed nami. Do tego należy uwzględnić jeszcze, że stan wojenny po przejściu frontu utrzymywany był do końca 1945 r., w związku z tym ofiary z tego okresu w znacznej części zaliczano do ofiar okupacji niemieckiej, co oczywiście jest niezgodne z prawdą, bo od 1945 r. tereny II RP nie były już we władaniu III Rzeszy Niemieckiej tylko wojsk NKWD, całego aparatu NKWD-owskiego i aparatu polskiego UB. Tym samym ludzie, którzy ginęli po wyjściu z Polski Niemców, są ofiarami terroru komunistycznego w tym są również Żołnierze Wyklęci. Ale jaki jest to rząd ofiar w liczbach, to nie pokusiłbym się o dokładne szacowanie. Stan liczebny oddziałów był bardzo płynny, nie wszyscy byli ujęci w dokumentacji, co więcej – w większości nie zachowały się dokumenty organizacyjne ugrupowań partyzanckich niepodległościowych.

Wracając jeszcze do czwartkowych uroczystości w Pałacu Prezydenckim – można powiedzieć, że przez lata rodziny tak na dobrą sprawę nie mogły się upomnieć o prawdę o swoich najbliższych. Dziś po identyfikacji mogą ich w końcu pogrzebać z godnością. Czy kiedykolwiek rozmawiał Pan z tymi ludźmi, którzy nie mogli zwyczajnie, po ludzku, móc się pomodlić czy zapalić znicz na grobie swoich ojców, braci, mężów, jak oni to odbierają?
– Tak, oczywiście rozmawiałem z takimi ludźmi. Jestem z pokolenia, które miało szansę i niewątpliwą przyjemność poznać ludzi z tamtego okresu. I muszę powiedzieć, że to było obcowanie z ludźmi innymi niż spotykamy dzisiaj. To byli ludzie niezwykli. Np. w Szwecji poznałem Romana Kobę, który był prezesem Polonii Szwedzkiej, od którego się dowiedziałem, że jego brat kpt. Władysław Koba ps. „Marcin”, „Rak”, „Tor”, „Żyła”, oficer służby stałej WP, uczestnik wojny obronnej 1939 r. Działacz konspiracyjny od jesieni 1939 r., oficer dywersji Obwodu AK Jarosław i dowódca plutonu dywersyjnego, wreszcie kierownik Wydziału Informacji Okręgu WiN Rzeszów aresztowany we wrześniu 1947 r. przez UB, został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie na karę śmierci i zamordowany 31 stycznia 1949 r. na Zamku w Rzeszowie. Roman Koba niestety nie doczekał chwili, kiedy szczątki jego brata zostały odnalezione i zidentyfikowane, ale mocno wierzył, że tak się kiedyś stanie i stało się wczoraj. I tak po kolei jak się docierało do poszczególnych rodzin, których krewnych komuniści zamordowali, to się okazywało, że ci ludzie żyją w pamięci swoich bliskich. Niestety współcześnie żyjący ich krewni byli bezradni, nie wiedzieli, gdzie szukać, nie mieli żadnych możliwości także z uwagi na represje aparatu reżimowego, ale to, co było najważniejsze, oni nigdy się nie pogodzili z tym, żeby o ich bliskich pozostała wyłącznie niepamięć. Dlatego przechowywali tę wiedzę w kręgu rodzinnym, wśród znajomych i wszędzie tam, gdzie się tylko udało, ją udostępniali. Nie dało się zatem – jak chcieli komuniści – zatrzeć pamięci bohaterów naszej wolności. Na całe szczęście, bo dzięki temu dzisiaj, dzięki rozwojowi nauki, dysponując materiałem genetycznym, mamy coraz większą szansę odnaleźć wielu naszych bohaterów i ich zidentyfikować z imienia i nazwiska.

Odnalezienie której z ostatnio zidentyfikowanych osób było dla Pana szczególnym zaskoczeniem?
– Dla mnie prawdziwą sensacją jest odnalezienie i zidentyfikowanie szczątków por. Jana Kaima ps. „Filip”, „Wiktor”, „Krzysiak”, który był postacią szczególną na tle ludzi, którzy mieli niewątpliwie duże osiągnięcia. Por. Kaim był uczestnikiem wojny obronnej 1939 r., dowódcą plutonu specjalnego KG NOW walczącego z Niemcami głównie na Kielecczyźnie. W czerwcu 1944 r. aresztowany przez Gestapo w Warszawie trafił m.in. do KL Mauthausen. Po wojnie był m.in. kurierem do władz RP na uchodźstwie, szefem siatki łączności między konspiracyjnym SN w kraju i na emigracji. Zatrzymany w 1947 r. w Szczecinie trafił do Więzienia Karno-Śledczego Warszawa I na Mokotowie, gdzie został poddany torturom. Świadkowie śledztwa, współwięźniowie nazwali go „męczennikiem Mokotowa”. Wyjątkową perfidią była jego rozprawa sądowa, gdzie został skazany na karę dożywotniego więzienia, bo nawet w świetle komunistycznego prawa nie można było przypisać mu rzeczy, z których mogłaby wynikać kara śmierci. Więc dostał najwyższy wymiar kary – dożywotnie więzienie, co jakby nie było, dawało jednak szansę na przeżycie. Jednak prezes Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, sędzia Aleksander Warecki, ppłk sądownictwa komunistycznego, kiedy się dowiedział o sprawie Jana Kaima, podarł wyrok, kazał napisać nowy i skazać go na karę śmierci, co więcej – nakazał wyrok wykonać. Wyrok został wykonany w więzieniu na Mokotowie 18 lipca 1949 r. przez st. sierż. Piotra Śmietańskiego – „Kata Mokotowa”. Jan Kaim był niezwykłym bohaterem, szkoda tylko, że jest to postać w tej chwili w Polsce praktycznie nieznana.

Jakie znaczenie ma to, że w tym odkrywaniu bohaterów bierze udział prezydent Andrzej Duda, który choć przebywał z zagranicą, to w liście do rodzin, uczestników uroczystości napisał m.in., że „jest wielkim narodowym obowiązkiem, aby należycie zadbać o pamięć i cześć dla naszych rodaków i przodków, którzy oddali życie za niepodległą Rzeczpospolitą”?
– Teraz, kiedy w Polsce zmieniła się władza, ranga tych ekshumacji ofiar terroru komunistycznego, identyfikacji i sposób informowania rodzin jest zupełnie inna niż to bywało wcześniej. Za poprzedniej koalicji PO – PSL spychano epokę Żołnierzy Wyklętych i ich samych na margines. Jeśli już nie było wyjścia, to owszem mówiono o nich, ale jednocześnie przypisywano im łatki. Wystarczy tylko przypomnieć słowa poprzedniego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który pozwolił sobie – nie wiem czy na żart, a jeśli tak to żart okrutny – mówiąc, że Żołnierze Wyklęci byli ofiarami Żołnierzy Wyklętych, co wskazywałoby, że sami się pozabijali. Te słowa wypowiedziane w marcu 2015 r. przez urzędującego wówczas prezydenta Polski podczas uroczystości, które miały upamiętnić tych, którzy swoje życie złożyli na ołtarzu ojczyzny wprawiły – myślę, że nie tylko mnie – w prawdziwe osłupienie i zażenowanie. Takie zachowanie można określić tylko chichotem historii i brakiem jakiegokolwiek wyczucia. Natomiast dzisiaj, kiedy prezydentem RP jest Andrzej Duda polityka historyczna nabiera właściwego znaczenia i takie jest nie do pomyślenia, żeby takie sytuacje – jak przeze mnie wspomniana – mogły w ogóle mieć miejsce.

Dziękuje za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -imie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /