Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Patrioci skazani na zapomnienie

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 25 lut 2013, 06:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Do końca przy Niepodległej

Chowani byli po kryjomu, bo komuniści obawiali się, że miejsca pochówku staną się miejscami kultu dla Polaków – mówił o żołnierzach wyklętych ks. abp Sławoj Leszek Głódź podczas Mszy Świętej w Luzinie koło Wejherowa.

Uroczystości w kościele parafialnym pw. Matki Boskiej Różańcowej były poświęcone pamięci gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, dowódcy Kedywu Armii Krajowej, ppłk. Łukasza Cieplińskiego, prezesa IV Zarządu Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, i mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, dowódcy V Wileńskiej Brygady AK.

– Wobec tych trzech wybitnych oficerów Wojska Polskiego władze komunistyczne dopuściły się zbrodni, i to zbrodni sądowej z wykonanymi wyrokami. Nie dość, że pozbawiono ich życia, przez całe dziesięciolecia nazywano – a część tych zadymionych, zaczadzonych PRL-em do dziś jeszcze nazywa – „bandytami” – powiedział na początku Mszy Świętej ks. abp Sławoj Leszek Głódź.

Metropolita gdański przypomniał, że dopiero 3 lutego 2011 roku Sejm uchwalił ustawę o ustanowieniu dnia 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

– Więzienia i kazamaty do lat 50. były ich miejscem przeznaczenia, a potem na Powązkach ta Łączka, gdzie dzisiaj trwają ekshumacje, i szukamy m.in. rotmistrza Pileckiego. Koniec II wojny światowej nie był dla nich równoznaczny z końcem zniewolenia Ojczyzny. Do końca pozostali jednak wierni Niepodległej – podkreślił ksiądz arcybiskup.

W homilii wybrzmiało, że ci oficerowie oddali życie za to, aby Najjaśniejsza Rzeczpospolita zyskała niepodległość.

– Chowani byli po kryjomu, bo komuniści obawiali się, że miejsca pochówku staną się miejscami kultu dla Polaków – powiedział ks. abp Głódź.

Na uroczystości przybyli parlamentarzyści, przedstawiciele organizacji niepodległościowych, harcerze, przedstawiciele wojska na czele z dowódcą Marynarki Wojennej admirałem floty Tomaszem Matheą.

Odsłonięta została tablica pamiątkowa poświęcona żołnierzom wyklętym. Treść jej brzmi: „Pamięci żołnierzy niezłomnych z V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr. Zygmunta Szendzielarza ’Łupaszko’, walczących w 1946 roku na Pomorzu przeciw Sowietom i komunistycznym kolaborantom o niepodległy byt państwa polskiego. Rodacy”. Jej odsłonięcia dokonał podkomendny mjr. „Łupaszki” por. Józef Bandzo, „Jastrząb”.

– Dzisiejsza uroczystość jest dla mnie bardzo radosna. Szczególnie cieszę się, że młodzież zaczyna w podobnych uroczystościach brać coraz większy udział. My już odchodzimy, ale pamięć o nas niech zostanie – powiedział w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” por. Bandzo.

Niezłomni bohaterowie

Metropolita gdański przywołał postaci trzech bohaterów, których w sposób szczególny wspominano wczoraj w Luzinie. Stwierdził, że postać gen. Fieldorfa docenił dopiero śp. prezydent RP Lech Kaczyński, który odznaczył go pośmiertnie w 2006 r. Orderem Orła Białego.

– To on przywrócił wielu zapomnianych bohaterów narodowej pamięci. Gdyby nie on, „Nil” do dziś z pewnością tego Orła Białego by nie otrzymał – mówił ksiądz arcybiskup.

Generał Fieldorf, gdy wrócił w 1947 r. z zesłania na Syberii, ujawnił się, bo sądził, że przychodzą już normalne czasy.

– Ale odmówił współpracy z bezpieką i za tę odmowę poniósł najwyższą cenę – mówił metropolita gdański. 20 października 1950 r. Sąd Najwyższy skazał „Nila” na karę śmierci, a wyrok wykonano 24 lutego 1953 r. w więzieniu na Mokotowie.

– Mija dokładnie 60 lat od tego morderstwa. Nie jest znane miejsce pochówku generała, a żaden z uczestników tych zbrodni sądowych: sędziowie, śledczy, prokuratorzy, nie poniósł kary. Dożyli spokojnej starości, otrzymali wysokie renty i jeszcze żyje prokurator będący przy wykonaniu kary śmierci. Taka jest sprawiedliwość – mówił w gorzkich słowach ks. abp Sławoj Leszek Głódź.

Kolejnym wspominanym przez niego „niezłomnym” był ppłk Ciepliński, który we wrześniu 1939 r. uczestniczył w bitwie pod Bzurą, a w czasie okupacji należał do ZWZ--AK. Po zajęciu Rzeszowa przez Sowietów z powodzeniem dowodził akcją rozbicia więzienia na zamku w Rzeszowie, gdzie przetrzymywano 270 żołnierzy AK.

Duchowny zaznaczył, że Ciepliński po aresztowaniu był poddany nieludzkim torturom i 14 października 1950 r. skazany na 5-krotną karę śmierci. Wyrok na płk. Cieplińskim i jego sześciu towarzyszach wykonano 1 marca 1951 roku. W 2007 r. został odznaczony przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego. Ostatni z bohaterów, mjr „Łupaszko” w 1943 roku został dowódcą V Wileńskiej Brygady AK. Żołnierze majora Szendzielarza walczyli zarówno z Niemcami, jak i z wojskami sowieckimi.

– Żołnierze majora w latach 1945-1948 rozbili kilkadziesiąt posterunków Milicji Obywatelskiej i UB oraz kilkanaście placówek Armii Czerwonej, więc był on ogromnie znienawidzony – mówił metropolita gdański. „Łupaszko” został aresztowany w 1948 roku, w więzieniu przesiedział dwa i pół roku, gdzie poddany był torturom.

Później nastąpił pokazowy proces, w wyniku którego został skazany na 18-krotną karę śmierci. Mordu na nim dokonano 8 lutego 1951 roku. Jego miejsce pochówku też nie jest znane.

– Pisano o majorze „Łupaszko” jak o „bandzie Łupaszki”, a przyczynili się do tego też walnie niektórzy do dziś żyjący profesorowie i wykładowcy historii z czasów PRL. Dopiero 30 czerwca 2008 r. na cmentarzu wojskowym na Powązkach odbył się symboliczny uroczysty pogrzeb majora – przypomniał ks. abp Głódź.

W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Piotr Niwiński z gdańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej podkreślił, że odsłonięcie tablicy w kościele w Luzinie było wydarzeniem bardzo znaczącym.

– Waga dzisiejszego wydarzenia jest gigantyczna ze względu na to, że po 70 latach po raz pierwszy w sposób instytucjonalny dziękujemy żołnierzom wyklętym za to, co zrobili. Mija bowiem 70 lat od wymarszu partyzanckiego, który potem przekształcił się w V Wileńską Brygadę Armii Krajowej – podkreślił dr Niwiński.

Piotr Czartoryski-Sziler, Luzino

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... eglej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 15 mar 2013, 07:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
65. rocznica skazania rtm. Pileckiego

Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie 15 marca 1948 roku skazał na śmierć rtm. Witolda Pileckiego, wielkiego bohatera, oficera AK i 2 Korpusu Polskiego, organizatora wojskowej konspiracji w obozie Auschwitz.

Witold Pilecki, pseud. Witold, Druh, Roman Jezierski, Tomasz Serafiński, urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu w Karelii w północnej Rosji, dokąd jego rodzina została przesiedlona w ramach represji za udział w Powstaniu Styczniowym. Pochodził ze szlachty pieczętującej się herbem Leliwa. Od 1910 roku mieszkał i uczył się w Wilnie.

W latach 1918-21 służył w Wojsku Polskim, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku. Jako kawalerzysta brał udział w obronie Grodna. W sierpniu 1920 roku wstąpił do 211. pułku ułanów i w jego szeregach walczył w bitwie warszawskiej, w Puszczy Rudnickiej oraz brał udział w wyzwoleniu Wilna. Dwukrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Zmobilizowany w sierpniu 1939 roku, walczył w kampanii wrześniowej w składzie 19. Dywizji Piechoty Armii Prusy jako dowódca plutonu kawalerii dywizyjnej. Po zakończeniu kampanii przedostał się do Warszawy, gdzie stał się jednym z organizatorów powołanej 9 listopada 1939 roku konspiracyjnej Tajnej Armii Polskiej pod dowództwem mjr Jana Włodarkiewicza, podporządkowanej później Związkowi Walki Zbrojnej.

Podczas niemieckiej łapanki 19 września 1940 roku pozwolił się aresztować, by przedostać się do Auschwitz i zdobyć informacje o panujących tam warunkach. Do obozu trafił wraz z tzw. drugim transportem warszawskim jako Tomasz Serafiński. Był głównym inicjatorem konspiracji w obozie.

Po udanej ucieczce, w latach 1943-44 służył w oddziale III Kedywu KG AK (m.in. jako zastępca dowódcy Brygady Informacyjno-Wywiadowczej "Kameleon" - "Jeż") i brał udział w Powstaniu Warszawskim.

Jesienią 1945 roku zorganizował siatkę wywiadowczą i rozpoczął zbieranie informacji wywiadowczych o sytuacji w Polsce, w tym o żołnierzach AK i 2 Korpusu Polskiego więzionych w obozach NKWD i deportowanych do Rosji. Prowadził również wywiad w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), MON i MSZ.

Rtm. Pilecki został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa 8 maja 1947 roku. Był torturowany i oskarżony o działalność wywiadowczą na rzecz rządu RP na emigracji. 3 marca 1948 roku przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się proces tzw. Grupy Witolda. Rotmistrz Pilecki został oskarżony o nielegalne przekroczenie granicy, posługiwanie się fałszywymi dokumentami, nielegalne posiadanie broni palnej, prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz 2 Korpusu oraz przygotowywanie zamachu na grupę dygnitarzy MBP. Prokuratorem oskarżającym Pileckiego był mjr Czesław Łapiński.

Rotmistrz został skazany na karę śmierci 15 marca 1948 roku. Przewodniczącym składu sędziowskiego ppłk Jan Hryckowian, sędzią kpt Józef Bodecki. Skład sędziowski (jeden sędzia i jeden ławnik) był niezgodny z prawem. Wyrok wykonano 25 maja 1948 roku w więzieniu mokotowskim przy ul. Rakowieckiej w Warszawie poprzez strzał w tył głowy.

Miejsce pochowania Pileckiego pozostaje nieznane. Bardzo prawdopodobne, że jest nim tzw. "łączka", kwatera "Ł" na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Jednak dotychczasowe ekshumacje i identyfikacje ofiar terroru nie ujawniły szczątków rtm. Witolda Pileckiego.

JD, PAP

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... kiego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 29 mar 2013, 08:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Byłem do końca wierny

Strzałem w tył głowy w podziemiach moskiewskiej Łubianki – przed 90 laty w Wielką Sobotę, 31 marca 1923 roku, o godzinie 4.00 – bolszewicy zamordowali ks. prałata Konstantego Budkiewicza.

Obrazek

Świadkowie jego śmierci twierdzili, że był całkowicie spokojny, napisał list do Ojca Świętego, a na koniec powiedział: „Proszę przekazać ostatnie moje pozdrowienie arcybiskupowi Cieplakowi i oświadczyć mu, że byłem do końca wierny Stolicy Apostolskiej”, po czym rozległ się strzał. Wedle innej wersji, „na miejscu kaźni prałat przeżegnał się, błogosławił kata i dwóch jego pomocników, a sam odwrócił się w stronę ściany, szepcząc słowa modlitwy. Wystrzał kata przerwał jego modlitwę”.

Nocą z 25 na 26 marca 1923 roku moskiewski sąd skazał na śmierć ks. abp. Jana Cieplaka i ks. prałata Konstantego Budkiewicza. Bolszewicy ogłosili, iż wyrok na „kontrrewolucjonistach i polskich szpiegach” wykonają w ciągu 72 godzin. W Warszawie – już w godzinę po podaniu tej informacji – premier rządu RP Władysław Sikorski wezwał przedstawiciela Związku Sowieckiego w Polsce Leonida Oboleńskiego.

Premier: Ostrzegam rząd Sowietów!

„Występuję w tej chwili nie tylko jako prezes rządu Polski, ale i jako rzecznik opinii całego cywilizowanego świata, który z oburzeniem piętnuje ten bezprzykładny akt gwałtu na wolne sumienie i elementarne prawa człowieka. Ostrzegam rząd Sowietów, że odpowiedzialność za wykonanie wyroku, który nie ma nic wspólnego z wymiarem sprawiedliwości, całkowicie i wyłącznie spada na rząd sowiecki” – usłyszał Oboleński, któremu wręczono stanowczą notę.

Dyplomacja młodej, niepodległej Polski – wsparta przez zorganizowaną akcję informacyjną oraz polską prasę, setki organizacji i stowarzyszeń, tysiące manifestujących na ulicach miast – rozpoczęła zmagania o życie swoich rodaków. Polska – obecna na mapach Europy dopiero od pięciu lat – potrafiła zmobilizować przeciwko ZSRS wiele rządów, parlamentów, opinię publiczną, które zdecydowanie stanęły w obronie prześladowanych chrześcijan.

Nazajutrz premier Sikorski poinformował Senat RP o przedsięwziętej wobec Moskwy akcji: „Zainicjowaliśmy u wszystkich rządów państw zachodnich kontrakcję przeciwko gwałtom bolszewickim, które doprowadziły w konsekwencji do jednolitego protestu ze strony świata cywilizowanego”. Jednocześnie przedstawił działania, jakie w ciągu minionego roku podejmował w sprawie – obserwując sowieckie bezprawie wobec katolików. Zapewnił, że zwrócił się nie tylko do Watykanu, ale i do przedstawicielstw wielu państw, aby „spowodować wspólny protest w tej sprawie”. Słowa te senatorzy przyjęli burzliwymi oklaskami, a przemówienie premiera, gdy mówił o wyroku moskiewskiego sądu, przerywały okrzyki: „Hańba!”.

Prześladowania

Rosja bolszewicka od pierwszych dni swoich rządów rozpoczęła walkę z religią. Przeciwko temu bezprawiu protestowała kościelna hierarchia na czele z ks. abp. Janem Cieplakiem, administratorem archidiecezji mohylewskiej, obejmującej całą Rosję, i najstarszym rangą na jej terenie przedstawicielem Kościoła katolickiego.

Jan Cieplak – urodzony w 1857 roku w Dąbrowie Górniczej – przez lata organizował życie katolików w Rosji, wspierał stowarzyszenia oświatowe i charytatywne, za co represjonowały go już władze carskie. Po 1917 roku wielokrotnie występował w obronie deptanych przez bolszewików praw wiernych, za co był aresztowany. Bliskim współpracownikiem ks. abp. Cieplaka był ksiądz Konstanty Budkiewicz pochodzący z okolic Dyneburga.

Pracę duszpasterską rozpoczął w parafiach Pskowa i Witebska. Był proboszczem parafii św. Katarzyny w Petersburgu, a następnie dziekanem petersburskim. Dzięki niemu w mieście rozwinęły się dwa polskie gimnazja, ochronki, towarzystwa i kółka samokształceniowe. W czasie I wojny światowej został prezesem Polskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny, kierował Polskim Komitetem Obywatelskim.

Po przejęciu władzy przez bolszewików nie wrócił do wolnej Polski, ale nadal był duszpasterzem pozostałych tam katolików. Wiosną 1918 roku ukrywał się przed poszukującą go czerezwyczajką, został jednak aresztowany. Po zwolnieniu prowadził rozmowy z władzami sowieckimi na temat zapewnienia Kościołowi katolickiemu możliwości działania.

Ksiądz prałat Budkiewicz jest autorem komentarzy prawniczych do części traktatu ryskiego dotyczącego spraw wyznaniowych oraz raportu o stanie Kościoła katolickiego w bolszewickiej Rosji. Wykładał w tajnym seminarium duchownym.

„Kara śmierci was czeka!”

Na początku marca 1923 roku ks. Budkiewicz wraz z ks. abp. Cieplakiem i grupą petersburskich duchownych został wezwany do Moskwy. Mimo kampanii zastraszania i represji księży żegnały tysiące wiernych, podobne powitanie urządzono im na moskiewskim dworcu, skąd wkrótce przewieziono ich do więzienia na Butyrkach.

Za kratami znalazło się 15 duchownych. Postawiono im fikcyjny zarzut stworzenia „kontrrewolucyjnej organizacji katolickiej”, za co groziła kara śmierci. Proces rozpoczął się 21 marca 1923 roku i stanowił ilustrację bolszewickiego „wymiaru sprawiedliwości”.

„Paść winien Cieplak, aby wiedziano, że nie ma nikogo, kto by stał tak wysoko, żeby go nie mogła dosięgnąć sprawiedliwość sowiecka. Paść winien Budkiewicz, jego główny doradca” – wzywał główny oskarżyciel, prokurator Mikołaj Krylenko, w carskiej Rosji nauczyciel – gorliwy rusyfikator w jednym z gimnazjów Królestwa Polskiego.

Procesowi towarzyszyła propagandowa nagonka. W działalność tę aktywnie włączyli się „polscy” komuniści, m.in.: Julian Marchlewski, Julian Leszczyński, Tomasz Dąbal. „Wyrażamy naszą głęboką pogardę arcybiskupowi Cieplakowi i jego towarzyszom i domagamy się surowej kary. (...) Partii komunistycznej wyrażamy uznanie za jej walkę z armią kapłanów, mamiącą proletariat (...) aby była usłyszana przez polskie masy robotnicze” – żądali zebrani na wiecu „polskiej, bezpartyjnej ludności” w Moskwie.

Podczas procesu oskarżonych odważnie bronił sędziwy adwokat Bobiszczew-Puszkin, ale jego słowa zagłuszały krzyki prokuratora Krylenki, który świętokradczo wyzywał: „Pluję na wasz Sakrament!”. „Wy mi tu nie mówcie o jakimś tam papieżu, którego nie znamy i nie wiadomo, czy znać chcemy. Ja was proszę na inny grunt ’pany księdze’ do artykułu 62. Oto kara śmierci, która was czeka – tego żądamy”. Krylenko zażądał jej dla sześciu oskarżonych.

Świat w obronie Kościoła

Wszyscy sądzeni zachowywali się dumnie i nikt się nie ugiął. „Każdy wyrok przyjmę z pokorą jako zrządzenie Opatrzności. Jest obowiązkiem każdego katolika słuchać swych przełożonych duchownych i strzec praw Kościoła. Obowiązek ten ciążył na mnie więcej niż na kimkolwiek innym, ponieważ powierzono mi w tym kraju straż nad wiarą i prawdą. Miałem dawać dobry przykład podwładnym mi księżom i wiernym, których byłem pasterzem. Dzisiaj stoję przed trybunałem doczesnym i niezadługo może stanę przed Bożym” – mówił ks. abp Cieplak skazany na karę śmierci wraz z ks. prałatem Budkiewiczem.

Księża Stanisław Ejsmont, Edward Juniewicz, Lucjan Chwiećko, Paweł Chodkiewicz oraz Leonid Fiodorow dostali 10 lat ciężkiego więzienia z bezwzględną izolacją. „Wyrok zostanie wykonany w ciągu 72 godzin”. Rząd RP podjął od razu akcję dyplomatyczną.

Tymczasem 28 marca w kościele Świętego Krzyża w Warszawie ks. kard. Aleksander Kakowski przewodniczył Mszy św. w intencji ocalenia skazanych, a na Rynku Starego Miasta zebrały się wielotysięczne rzesze Polaków. Wezwali do zerwania wszelkich kontaktów z Moskwą i ruszyli w stronę sowieckiego poselstwa. Stołeczna Rada Miasta wystosowała – jednogłośnie razem z radnymi socjalistycznymi i żydowskimi – wezwanie do opinii międzynarodowej w obronie skazanych w Moskwie.

„Stolica Polski wstrząśnięta do głębi wyrokiem władz sowieckich zwraca się do wszystkich stolic świata, aby te również wyraziły swój głos sprawiedliwości…”. Świat nie pozostał obojętny na wezwanie z Polski. Wyrazy oburzenia i dyplomatyczne protesty napływały niemal ze wszystkich europejskich stolic Europy i obu Ameryk, nawet ze strony państw dystansujących się od Kościoła, m.in. Francji. Listy słały Episkopaty i duchowni wielu krajów, dziesiątki stowarzyszeń i organizacji. Wiele państw podjęło działania dyplomatyczne. W obronie stanęła też zagraniczna prasa.

„Przeżyłem 55 lat, to wystarczy”

Solidarne działania ocaliły życie ks. abp. Cieplaka. Sowiecka agencja informacyjna ogłosiła komunikat: „Kara śmierci dla arcybiskupa Cieplaka zamieniona na 10 lat więzienia. Co się tyczy księdza Budkiewicza, kara śmierci zostaje zatwierdzona”.

„Kiedy ks. Budkiewicz to przeczytał, bynajmniej zdawało się, że się nie przeraził, lecz spokojnie powiedział: ’Nic takiego, przeżyłem 55 lat, to wystarczy’”. Wkrótce po tym przyszedł dozorca i kazał mu zabrać wszystkie swoje rzeczy i iść z nim. Skazany spokojnie, nie śpiesząc się, pożegnał się z każdym z osobna w celi i poszedł. Świeccy współwięźniowie podziwiali jego spokój, z wielkim szacunkiem żegnali go, po jego wyjściu mówili: „To prawdziwy bohater, jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak spokojnego, zrównoważonego skazańca na śmierć” – zapamiętał ks. Juniewicz, więziony ze straconym kapłanem.

Tymczasem polska prasa zamieszczała teksty piętnujące antykatolicką praktykę związku sowieckiego. Potężne demonstracje odbyły się m.in. w Katowicach, Królewskiej Hucie, Warszawie… Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców stolicy przyjęło rezolucję: „Domagamy się od rządu RP zaprzestania łagodnej taktyki wobec komunistów polskich i postawienia pod sąd komunistycznych posłów Stanisława Łańcuckiego i Stefana Królikowskiego”.

W katedrze św. Jana w Warszawie w obecności ks. kard. Aleksandra Kakowskiego odprawiona została Msza św. w intencji ks. Budkiewicza, a polscy biskupi wystosowali do wiernych list pasterski: „Potworność i system krwawych prześladowań wiary w Sowietach w niczym nie ustępują prześladowaniom z pierwszych wieków Kościoła, owszem, je przewyższają…”.

Dr Jarosław Szarek, IPN Oddział Kraków

http://www.naszdziennik.pl/mysl/28246,b ... ierny.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 26 kwi 2013, 06:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Wielka ucieczka

Siedemdziesiąt lat temu rtm. Witold Pilecki, obawiając się dekonspiracji, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 roku. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edmundem Ciesielskim (nr 12969).

Realizacja odważnego przedsięwzięcia była możliwa dzięki pomocy kolegów z organizacji obozowej, działającej potajemnie pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej (ZOW). W tym czasie Witold Pilecki pracował w paczkarni obozowej, Edward Ciesielski w szpitalu więziennym, a Jan Redzej w magazynie żywnościowym przy kuchni obozowej.

Wykorzystując swoje różnorodne kontakty konspiracyjne, Pilecki umożliwił dwóm pozostałym śmiałkom dostanie się do komanda zatrudnionego na nocnej zmianie w piekarni w Oświęcimiu na Niwie, poza terenem KL Auschwitz. Pierwszy otrzymał w niej pracę Jan Redzej, który wcześniej poinformował Pileckiego i Ciesielskiego, że więźniowie z tego komanda są zamykani na noc w piekarni wraz z dwoma nadzorującymi ich esesmanami. On również zauważył, że są tam duże żelazne drzwi, przez które można wydostać się na wolność.

Do odkręcenia nakrętki z metalowego uchwytu, przy pomocy którego była przymocowana żelazna sztaba uniemożliwiająca otwarcie wspomnianych drzwi wejściowych do piekarni, konieczne było dorobienie klucza. Odcisk nakrętki sporządził w chlebie Jan Redzej i przekazał go znajomemu ślusarzowi, który posiadając jej wzór i rozmiar, wykonał wkrótce potrzebny klucz. Został on ukryty przez Redzeja w magazynie węglowym na terenie piekarni.

W komandzie piekarzy można było pracować tylko za zgodą obozowego gestapo. Taka zgoda była każdorazowo wymagana w wypadku więźniów pracujących na zewnątrz KL Auschwitz. Odpowiednie skierowanie podpisał i wydał wówczas zgodę na pracę poza obozem Arbeitsdienstführer Franz Hössler. Takie skierowania zdobył Marian Toliński (nr 49). Wprawdzie były one wystawione na innych więźniów i do innych oddziałów pracy, lecz Ciesielski wywabił niepotrzebne dane, a także sporządził zgodne z potrzebami adnotacje dla siebie i Pileckiego.

Plan wykonany
Ostatecznie termin ucieczki ustalono na noc z 26 na 27 kwietnia 1943 roku. Więźniowie pracowali w obozowej piekarni na dwie zmiany. Stąd też trzeba było nie tylko zostać skierowanym do komanda piekarzy, ale trafić także do grupy zatrudnionej na nocnej zmianie.

Niespodziewanie wynikła nowa trudność, bowiem kapo piekarni nagle zdecydował, że Pilecki będzie pracował w nocy, a Ciesielski pójdzie na dzienną zmianę w dniu następnym. Pomogło dopiero wstawiennictwo Jana Redzeja: „Wreszcie wszyscy byli ’zrobieni’ mową Redzeja, konfiturami, cukrem, jabłkami – z paczek ode mnie, no i wiele dopomógł wesoły nastrój drugiego dnia świąt. Godzina 18.30. Od bramy esesman woła: ’Bäckerei…’. (…) Jesteśmy za bramą. Ileż razy ją przekraczałem, myśląc: ’Kiedy już nie będę potrzebował do niej powrócić’. Dziś wychodzę z myślą, że powrócić w żadnym wypadku nie mogę” – pisał Witold Pilecki.

Dwóch więźniów i dwóch esesmanów poszło do małej piekarni, w której wypiekano chleb dla załogi SS, natomiast sześciu więźniów, w tym Pilecki z kolegami, udało się pod strażą dwóch esesmanów do dużej piekarni. Była ona położona około dwóch kilometrów od obozu i z kolei wypiekała chleb dla więźniów KL Auschwitz. Wkrótce miał się rozpocząć najbardziej dramatyczny moment związany z bezpośrednią realizacją tak drobiazgowo zaplanowanej i przygotowanej ucieczki.

Z piekarni wyprowadzono ranną zmianę, a nowej kazano wejść do środka. Następnie zatrzaśnięto ciężkie drzwi i z zewnątrz dał się słyszeć jeszcze zgrzyt zakładanej na drzwi sztaby oraz szczęk klucza w kłódce. W budynku piekarni więźniowie zostali zamknięci z dwoma pilnującymi ich esesmanami. Bezzwłocznie musieli przystąpić do pracy wyznaczonej im przez zatrudnionych w piekarni cywilnych robotników. Byli to mieszkańcy Oświęcimia: Józef Ryszko, Józef Barczak i Michał Jarecki.

Już po paru minutach Ciesielski i Pilecki mieli możliwość przekonać się, jak ciężka i mordercza jest to praca. W ciągu kilku mijających szybko godzin nocnych przeżyli wiele emocji. Dopiero kiedy nastąpiło kolejne rozpalenie pieców i krótka przerwa w pracy, przystąpili do realizacji planu ucieczki.

Przebywali wówczas w drewutni pod pozorem przygotowania opału. Gdy Ciesielski i Pilecki byli zajęci pracą, Redzej wyciągnął schowany tam uprzednio dorobiony klucz i przystąpił do otwierania drzwi. Następne ogniwo planu – przecięcie dzwonka alarmowego – także pomyślnie zostało zrealizowane. Teraz liczyły się już sekundy. Dzięki sprzyjającym okolicznościom – jeden z nadzorujących esesmanów zajęty był pisaniem listu, a drugi jedzeniem – wszyscy trzej podeszli do żelaznych drzwi, napierając na nie z całych sił. Przy kolejnym naciśnięciu wreszcie ustąpiły. Byli wolni. Błyskawicznie zrealizowali ostatni punkt planu, czyli zamknięcie drzwi i zabarykadowanie ich od zewnątrz.

Pierwsze dni na wolności
Uciekali na wschód przez Sołę, a potem Wisłę. Te pierwsze chwile wolności tak zapamiętał Ciesielski: „Zapadliśmy w czerń nocy. Padał deszcz. (…) Przez pewien czas szliśmy brzegiem Wisły, który prowadził nas w kierunku wschodnim. Trwało to około godziny. (…) Szliśmy dalej już po to, aby znaleźć jakąś łódź. Rzeczywiście po kilkudziesięciu minutach marszu ujrzeliśmy ją. Kołysała się na wodzie”.

Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności przeprawili się szybko na drugi brzeg Wisły. Było już zupełnie jasno, kiedy znaleźli się po drugiej stronie rzeki. W pobliżu był las, w którym ukryci spędzili cały dzień. Wieczorem podjęli dalszą wędrówkę na wschód. Szczęśliwie przekroczyli granicę Rzeszy i przeszli na teren Generalnego Gubernatorstwa, w czym bardzo im pomógł ks. Jan Legowicz, proboszcz w Alwerni.

Uciekinierzy po drodze spotkali wielu życzliwych ludzi, ale też czyhały na nich liczne niebezpieczeństwa. 1 maja 1943 r. w Puszczy Niepołomickiej niespodziewanie natknęli się na uzbrojonych Niemców. Pilecki został wówczas postrzelony w ramię, lecz podobnie jak dwaj pozostali uciekinierzy zdołał szczęśliwie ujść pogoni.

Pobyt w Bochni
Wkrótce dotarli do Bochni, gdzie spotkali się z gościnnym przyjęciem w domu Oborów. Pierwszy przybył Redzej, a w dniu następnym, 2 maja 1943 r., pozostali dwaj uciekinierzy, którzy po wspomnianym zdarzeniu w Puszczy Niepołomickiej chwilowo utracili z nim kontakt.

Za ich ucieczkę władze obozowe nie zastosowały odwetu na więźniach. Jedynie przez Rapportführera został spoliczkowany kryminalista niemiecki, który był blokowym w bloku nr 15, gdzie mieszkało komando piekarzy. Ponadto w areszcie osadzono dwóch esesmanów, którzy nadzorowali więźniów podczas pracy w piekarni, kiedy nastąpiła ucieczka.

Pilecki natychmiast po przybyciu do Bochni poprosił o kontakt z dowództwem miejscowej placówki AK. 3 maja 1943 r. znajomy Oborów, Leon Wandasiewicz, zaprowadził go do Nowego Wiśnicza i umożliwił mu spotkanie z zastępcą dowódcy tej placówki. W czasie drogi Pilecki niespodziewanie dowiedział się od niego, że zastępcą tym jest Tomasz Serafiński. Wówczas uzmysłowił sobie, że jest to człowiek, pod którego nazwiskiem przebywał w obozie (Pilecki był zarejestrowany w KL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasz Serafiński).

Niezwykłe spotkanie na „Koryznówce”
Spotkanie z prawdziwym Tomaszem Serafińskim, który posługiwał się pseudonimem „Lisola”, stanowiło dla Pileckiego wielkie przeżycie. Serafińscy mieszkali w tzw. Koryznówce, będącej kiedyś letnią posiadłością Leonarda Serafińskiego, szwagra Jana Matejki. W domu tym Pilecki znalazł bezpieczne schronienie, ukrywając się przez ponad trzy i pół miesiąca.

Z kwaterą dla pozostałych dwóch uciekinierów były kłopoty. W rezultacie Redzej zamieszkał u szkolnego kolegi Serafińskiego w pobliskiej miejscowości, później przez kilka dni przebywał również w „Koryznówce”. Ciesielski z kolei dłuższy czas ukrywał się u Oborów, lecz potem przeniósł się także do Wiśnicza.

Dowódca placówki AK w Wiśniczu Zygmunt Szydek ps. „Wiatr”, kiedy Serafiński „Lisola” zameldował mu o pobycie trzech zbiegów z KL Auschwitz, nie uwierzył w wiarygodność tej niezwykłej ucieczki, posądzając jej uczestników o współpracę z gestapo. Podobnie zachował się jego zwierzchnik z Obwodu AK, używający pseudonimu „Topola”, i Komenda Okręgu AK w Krakowie.

Planowanie zbrojnej akcji na Oświęcim
Nie pomogły wyjaśnienia, że uciekinierzy podjęli ucieczkę, by prosić o pomoc w zaplanowaniu akcji zbrojnej w celu uwolnienia więźniów KL Auschwitz, oraz że opracowali szczegółowe raporty o zbrodniach popełnionych w obozie. Na rozkaz dowódcy Okręgu AK w Krakowie polecono „Lisoli” zerwać wszelkie kontakty konspiracyjne ze zbiegami, a ich samych skierować do Rady Głównej Opiekuńczej lub Polskiego Czerwonego Krzyża.

Pilecki, przebywając w Nowym Wiśniczu, skontaktował się z Komendą Główną AK w Warszawie, która oddelegowała do tej miejscowości swojego wysłannika. Był nim uciekinier z KL Auschwitz Stefan Bielecki (nr 12692), znany już wcześniej Pileckiemu z pobytu w obozie oświęcimskim. Przywiózł on z Warszawy 1 czerwca 1943 r. podrobione dokumenty i pieniądze. Namawiał Witolda Pileckiego, aby udał się wraz z nim do Warszawy. Ten jednak odmówił, planując na tym terenie zorganizowanie akcji mającej na celu uwolnienie więźniów KL Auschwitz.

Pilecki zwrócił się do szefa dywersji i uzbrojenia Obwodu AK w Bochni Andrzeja Możdżenia ps. „Sybirak”, aby na miejscu utworzyć ochotniczy oddział, który podjąłby się niezwykle ryzykownej próby uderzenia na obozową załogę SS i uwolnił więźniów Auschwitz. Wobec negatywnego stanowiska w tej sprawie Komendy Okręgu AK w Krakowie propozycja ta, jako mało realna, nie została zaakceptowana. Pilecki, który wówczas posługiwał się pseudonimem „Romek”, zdecydował się na wyjazd do Warszawy. Do okupowanej stolicy dotarł 23 sierpnia 1943 roku.

W Nowym Wiśniczu pozostawił pierwszą wersję raportu, który napisał na temat konspiracji wojskowej w KL Auschwitz zaraz po ucieczce z tego obozu, w czerwcu 1943 roku. Raport ten został ukryty w ziemi, odkopano go dopiero po wojnie.

--------------------------------------------------------------------------------
Dr Adam Cyra Autor jest pracownikiem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/30939,w ... eczka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 24 maja 2013, 06:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Bitwa w Lesie Stockim

Piotr Szubarczyk

To była jedna z największych bitew stoczonych w okresie Powstania Antykomunistycznego na ziemiach polskich. Partyzanci mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika” starli się 24 maja 1945 r. w Lesie Stockim, koło Kazimierza Dolnego, z silną grupą komunistycznej bezpieki: NKWD, KBW, UB i MO. Dwustu partyzantów „Orlika” pokonało liczniejszego wroga (prawie 700 ludzi) wyposażonego w trzy samochody pancerne i dwa transportery opancerzone! Zginął komunistyczny komandir Henryk Deresiewicz z wojewódzkiego UB w Lublinie („specjalista” od walki z „bandytyzmem”). Zginęło wielu sowieckich enkawudzistów i ich kolaborantów z UB i MO. Po naszej stronie poległo 11 żołnierzy AK-DSZ, uwiecznionych na pomniku w miejscu bitwy: kpr. Ryszard Pawelec „Spłonka”, Jan Piecyk „Niezapominajka”, Roman Szymonik „Bystry”, Zdzisław Szczęsny „Stracony”, Zdzisław Pastuszko „Karaś”, Józef Jeżewski „Szczyt”, Wacław Buksiński „Budzik” i czterech niezidentyfikowanych.

Bitwa miała zacięty przebieg. Partyzanci, wiedząc, kogo mają przed sobą, byli tak zdeterminowani, że dochodziło do walki wręcz. Bezpieczniacy wpadli w panikę i uciekali z miejsca bitwy. Miejscowi chłopi, doświadczeni już boleśnie przez sowieckich „wyzwolicieli”, pomagali w likwidacji najeźdźców.

Bitwa w Lesie Stockim rozegrała się dwa tygodnie po zakończeniu wojny w Europie. Udział sowieckiej bezpieki w polowaniach na polskich partyzantów pokazywał, jakiego rodzaju „demokrację” zbudowali Polakom ich alianci, we współpracy ze Stalinem. Miesiąc później zacznie się „proces” Szesnastu w Moskwie.

Major Marian Bernaciak „Orlik”, jeden z wybitnych dowódców Powstania Antykomunistycznego, poległ 24 czerwca 1946 r. w starciu z KBW. W 63. rocznicę śmierci prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

http://www.naszdziennik.pl/wp/33606,bit ... ockim.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 27 maja 2013, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
"Ludzie ludziom zgotowali taki los". Kiedyś mówiono tak o zbrodniach niemieckich. A dziś możemy to samo powiedzieć o zbrodniach bolszewickiej dziczy w peerelu.

Medalik z żuchwy

Fragmenty tkanek do analizy porównawczej, która posłuży do identyfikacji ciała mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, pobrała ekipa IPN z mogiły rodziców żołnierza w Tarnobrzegu

Piotr Czartoryski-Sziler

– Od 22 lat, kiedy dowiedziałam się, że 25 maja o 21.30 w więzieniu zamordowano mojego ojca, byłam tutaj z mężem i najbliższymi każdego roku. O tej samej godzinie. To była bardzo intymna grupa. Dziś cieszę się, bo przybywa nas każdego roku coraz więcej – mówiła w sobotę przed ścianą mokotowskiej katowni wyraźnie wzruszona Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza Witolda Pileckiego. 25 maja minęło 65 lat od czasu mordu na rtm. Witoldzie Pileckim, współzałożycielu Tajnej Armii Polskiej, organizatorze ruchu oporu w Auschwitz-Birkenau. W sobotę o godz. 21.30 pod mur więzienny przyszły rzesze ludzi: najbliższa rodzina rotmistrza, harcerze, członkowie grupy rekonstrukcyjnej, Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, młodzież szkolna, kibice, wielu mieszkańców Warszawy. Zabrakło tych, którzy powinni tam przyjść: ministra obrony czy choćby osoby przezeń oddelegowanej. – Nic mi nie wiadomo, by MON planowało w jakiś sposób uczcić 65-lecie śmierci rotmistrza – mówi Wiktor Węgrzyn, prezes Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, organizator sobotnich uroczystości.

– Cieszę się, że takie organizacje, jak Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, angażują się w te uroczystości. Módlmy się wspólnie o to, by nasza Polska była rzeczywiście polska – dodaje córka rotmistrza Pileckiego.

Uroczystości pod tablicą umieszczoną na murze mokotowskiego więzienia rozpoczęły się litanią za dusze pomordowanych; prowadził ją ks. Marek Doszko, kapelan motocyklistów. – Panie rotmistrzu, wierzymy, że twoja dusza jest tutaj między nami – mówił duchowny. Po odśpiewaniu przy zapalonych pochodniach pieśni patriotycznych i przypomnieniu przez Leszka Rysaka, historyka IPN, biografii rotmistrza Pileckiego, pod tablicą złożono kwiaty i zapalono znicze.

Dwie godziny wcześniej członkowie Rajdu Katyńskiego, harcerze i uczestnicy prac ekshumacyjnych na Łączce uczcili pamięć pomordowanych w więzieniu mokotowskim na wojskowych Powązkach.

– Przychodzimy tu przede wszystkim z serca. Powtórzę za prof. Krzysztofem Szwagrzykiem: jest to chyba najważniejsze miejsce w Warszawie związane z historią XX wieku, a na pewno jedno z najważniejszych, jakie są w ogóle. Tutaj próbowano ukryć tych, których możemy nazwać tylko dwoma prostymi słowami – najwięksi bohaterowie – zaznaczył Rysak.

Do dziś w drugim etapie prac na Łączce ekshumowano 66 ofiar, łącznie liczba ta wynosi już 183 osoby.

Może to „Zapora”
– Wiemy na pewno, że tutaj od wiosny 1948 r. ukrywano ciała wszystkich, którzy byli mordowani na Rakowieckiej. To z tego powodu mamy nadzieję, że wśród nich zostaną zidentyfikowane szczątki tak wielkich Polaków, jak rotmistrz Pilecki czy gen. Fieldorf „Nil”. Mamy nadzieję, że jesteśmy bardzo blisko identyfikacji mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Przypuszczamy, że znaleziona została jama grobowa, w której wszyscy – on i jego towarzysze broni – zostali ukryci. Notabene, specjalna misja pojechała do Tarnobrzega na cmentarz, by pobrać materiał genetyczny od rodziców „Zapory”, bo to jest jedyny sposób na to, żeby móc jednoznacznie zidentyfikować szczątki tego bohatera – poinformował Leszek Rysak.

Węgrzyn dodał, że Łączka to miejsce święte, bo w więzieniu mokotowskim „rozstrzelano serce Polski”. – Po mordach niemieckich, zbrodni katyńskiej, zbrodniach komunistycznych, tutaj tzw. polska bezpieka wraz z Sowietami dobijała nas. Warto pamiętać o jednej, bardzo ważnej rzeczy, że oprawcy jeszcze żyją, że zbrodniarze, którzy dokonali tych zbrodni, którzy ukrywali te ciała – jeszcze żyją. Wielu już umarło, są tu ich groby, gdzieś tu w pobliżu leży podobno pani Brystygierowa. Oni są pod specjalną ochroną, zastanówmy się, kto nami rządzi – skwitował prezes Stowarzyszenia Rajd Katyński.

Wśród osób, które przyszły na Łączkę, spotkaliśmy państwa Małgorzatę i Piotra Stefańskich z dwiema 6-letnimi córkami Martą i Anią. – To najlepszy sposób nauki historii. To historia żywa, która dzieje się na naszych oczach, dlatego przyprowadziłem tu swoje dzieci. To smutne, że przychodzą tu głównie ludzie, którzy są spokrewnieni z bohaterami, a wśród zwyczajnych ludzi zainteresowanie Łączką jest średnie. Dziś w tym miejscu powinno być kilkaset osób, a nie kilkadziesiąt – podkreśla pan Piotr.

Na pytanie, czy nie obawiał się widoku wykopanych szkieletów, odpowiada: – Za 10-15 lat te dzieci być może wybiorą swoją drogę, ale pewne rzeczy im w głowach pozostaną. Jeżeli my im nie przekażemy, to kto to zrobi?

Jakie jest twoje imię
W odkrywanych na Łączce masowych grobach grzebano najczęściej osoby rozstrzelane w tym samym czasie. – W jednym zbiorowym grobie są najczęściej rozstrzelani jednego dnia. Charakterystyczny jest tu grób ośmioosobowy, bo tam odnaleziono szczątki żołnierza „Zapory” – relacjonuje Rysak. – Staramy się w miarę stanu zachowania szczątków podjąć każdą osobę z osobna. Czasem niestety jest tak, że w takim grobie szczątki są na tyle ze sobą przemieszane, że nie sposób tego uczynić – opowiada dr Łukasz Szleszkowski z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu.

– Zależy nam na identyfikacji osób, nie statystyce, ile wykopaliśmy ciał, czy ile i jakie stwierdziliśmy obrażenia na szczątkach. Chcemy wiedzieć konkretnie, kto leży w jakim grobie, dlatego każde szczątki poddawane są oględzinom sądowo-lekarsko-antropologicznym – dodaje.

W 1947 r. wydany został specjalny okólnik, który bardzo szczegółowo precyzował, w jaki sposób skazaniec powinien być rozstrzelany (miał być przywiązany do palika określonej wysokości, w pewnej odległości od muru miał stać 5-osobowy pluton egzekucyjny z karabinami i strzelać salwą, celując w serce). – Rzeczywistość była całkiem inna. Naszych bohaterów pozbawiano życia metodą katyńską, strzałem w tył głowy. Ta, choć od razu pozbawiała życia, wiązała się z bardzo rozległymi obrażeniami twarzy. Gdy pocisk opuszczał głowę przez oczodół, nos, usta, takie ciała nie nadawały się do identyfikacji. Po pracach na Łączce widać jednak, że nikt nie przewidywał wydawania ciał rodzinom ani że będą one kiedykolwiek identyfikowane – wyjaśnia Szleszkowski.

Medalik przy żuchwie Cieplińskiego?
Wśród czaszek, które odkryli badacze, jedna jest wyjątkowa, widać w niej bowiem wyraźny otwór wlotowy w potylicy. – To jednak nie wszystko. Widzimy też rozległe obrażenia, które są w okolicy szczęki. Ich nie możemy wiązać z postrzałem, to musiał być inny uraz, prawdopodobnie dokonany narzędziem tępym. Miejsce urazu, to lokalizacja typowa w medycynie sądowej, spotykana przy pobiciach – zaznacza lekarz. W ciągu 2 tygodni, przy trzech różnych czaszkach znaleziono trzy medaliki. – Jeden medalik leżał na żuchwie człowieka ze zbiorowego grobu – wyjaśnia Szleszkowski. Ale jedynym pewnym narzędziem weryfikacji tożsamości są badania genetyczne. – Zależy nam na tym, by odzyskać imiona tych osób. To jednak bardzo złożony proces laboratoryjny. Wydobycie z kości DNA jest najtrudniejsze, wpływa na to degradacja szczątków. Dopóki były one w ziemi, DNA do pewnego stopnia zdegradowało się, zatrzymało na pewnym etapie. W momencie, kiedy te szczątki wyciągamy, materiał genetyczny przeżywa „szok”, zmienia się środowisko, temperatura, szczątki mają kontakt z powietrzem, słońcem, więc trzeba ten materiał jak najszybciej zabezpieczyć – tłumaczy mgr inż. Marta Kuś z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Pobrany materiał trafia do zamrażarek, w których czeka na dalsze etapy analiz. – Dla nas każdy z tych szkieletów jest unikatowy pod względem genetycznym, możemy porównywać ich profile z profilami uzyskanymi od rodzin zaginionych. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, nieścisłości, tak długo analizujemy te profile, aż mamy pewność, że stwierdziliśmy tożsamość konkretnej osoby – zapewnia.

http://www.naszdziennik.pl/wp/33896,med ... uchwy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 19 sie 2013, 05:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Raport Pileckiego po niemiecku

Raport rotmistrza Witolda Pileckiego z pobytu w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz ukazał się po raz pierwszy w języku niemieckim.

Historyczny dokument opublikowało szwajcarskie wydawnictwo Orell Fuessli z Zurichu, opatrując go tytułem „Na ochotnika do Auschwitz. Tajne zapiski więźnia Witolda Pileckiego”.

Podstawą obecnego wydania jest tłumaczenie z angielskiego trzeciej, ostatniej wersji raportu sporządzonego w lecie 1945 roku.

Jak donosi „Die Welt”, redakcja we wstępie poświęciła zaledwie kilka linijek powojennym losom Pileckiego w komunistycznej Polsce, to jest jego aresztowaniu przez Urząd Bezpieczeństwa, skazaniu na śmierć i wykonaniu wyroku.

Pilecki po kampanii wrześniowej był jednym z organizatorów powołanej 9 listopada 1939 r. konspiracyjnej Tajnej Armii Polskiej, podporządkowanej później Związkowi Walki Zbrojnej. We wrześniu 1940 r. podczas niemieckiej łapanki pozwolił się aresztować, by przedostać się do utworzonego w czerwcu obozu Auschwitz i zdobyć informacje o panujących tam warunkach.

Był głównym inicjatorem siatki konspiratorskiej w obozie. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Pilecki zdołał uciec z obozu wraz z dwoma współwięźniami. Opracowywał sprawozdania z życia w obozie, dokumentujące niemieckie zbrodnie, przesłane później do dowództwa w Warszawie i dalej na Zachód.

Po wojnie podjął działalność wywiadowczą na rzecz II Korpusu. Aresztowany 8 maja 1947 r. przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa był torturowany i oskarżony o działalność wywiadowczą na rzecz polskiego rządu na emigracji. W marcu 1948 r. został skazany na karę śmierci, wyrok wykonano 25 maja w więzieniu mokotowskim strzałem w potylicę. Do dziś nieznane jest miejsce jego pochówku, poszukiwania koncentrują się w kwaterze na Łączce na warszawskich Powązkach.

PF, PAP

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... iecku.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 24 sie 2013, 07:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Z albumów naszych czytelników

Tadeusz Drabant

Filipek Józef, Ruszcza k. Krakowa. Walczył na froncie w 6. pułku artylerii polowej. Brał udział w bitwach w 1919 r. pod Lwowem i 1920 r. nad Berezyną. Odznaczony Krzyżem Walecznych.

Obrazek

http://www.naszdziennik.pl/wp/51839,z-a ... nikow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 28 sie 2013, 08:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
„Inko”, pamiętamy!

Piotr Szubarczyk

Danuta Siedzikówna „Inka” była córką leśniczego Wacława Siedzika i Eugenii z Tymińskich. Ojciec w młodości zesłany był na Sybir. W lutym 1940 r. znalazł się znów na sybirskim szlaku, w transporcie do łagru… Przeżył, dostał się do armii gen. Andersa. Umarł w Teheranie, tam został pochowany.

Matka należała do siatki AK. Wydana przez białoruskiego kolaboranta Niemcom, została zamordowana i pochowana w nieznanym miejscu.

Starsze córki: Wiesia (*1927) i Danka (*1928) przeszły kurs sanitariuszek AK, współpracowały z podziemiem antykomunistycznym. W czerwcu 1945 r. Danka została aresztowana przez NKWD-UB. Podczas ataku patrolu AK na konwój zbiegła i trafiła do odtworzonej 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Po przejściu 5. Brygady na Pomorze służyła jako sanitariuszka w szwadronie Zdzisława Badochy „Żelaznego” (†VI 1946).

W lipcu 1946 r. pojechała do Gdańska po materiały opatrunkowe. Aresztowana w nocy z 19 na 20 lipca, 3 sierpnia skazana na śmierć przez wojskowy sąd w Gdańsku. Była sanitariuszką! To była zemsta komunistycznej bezpieki za „Łupaszkę”.

Odmówiła podpisania prośby do Bieruta o ułaskawienie. Według świadka egzekucji ks. Mariana Prusaka, przed śmiercią krzyknęła: „Niech żyje Polska! Niech żyje ’Łupaszko!’”. Żołnierze oddali strzały w bok… „Inka” i ppor. Feliks Selmanowicz „Zagończyk” zostali zastrzeleni strzałami w głowę przez ubeka. Umierała na 6 dni przed 18. urodzinami…

W roku 1991 Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał wyrok śmierci na „Inkę” za nieważny. 22 sierpnia IPN ogłosił, że odnaleziono na Łączce śmiertelne szczątki mjr. „Łupaszki”. Miejsce pochówku „Inki” pozostaje nieznane. W Sopocie przy ul. Armii Krajowej stoi jej kamienny obelisk, w krakowskim parku Jordana jej popiersie. „Inka” czeka tam dziś na nas. Spotkanie przy obelisku w Sopocie o godzinie 18.00.

http://www.naszdziennik.pl/wp/52230,inko-pamietamy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 07 wrz 2013, 05:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Pułkownik Pilecki!

Rotmistrz Witold Pilecki został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika

Zenon Baranowski

Decyzję podpisał minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak. Kilka dni temu o awansowanie rtm. Pileckiego zawnioskowali kombatanci skupieni w Federacji Stowarzyszeń Weteranów Walk o Niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej. Skierowali swój wniosek przez Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.

– Wniosek o pośmiertne mianowanie rotmistrza Witolda Pileckiego do stopnia pułkownika wpłynął do Urzędu 3 września br. Tego samego dnia kierownik Urzędu zaakceptował go i po konsultacji podpisał oraz zlecił przygotowanie pisma przewodniego do Ministerstwa Obrony Narodowej – informuje płk Mirosław Demediuk, naczelnik Wydziału Odznaczeń i Mianowań Gabinetu Kierownika Urzędu. – 5 września kierownik Urzędu zaakceptował pismo przewodnie. Minister Obrony Narodowej, decyzją nr 2156/kadr z dnia 5 września br., awansował pośmiertnie rotmistrza Witolda Pileckiego do stopnia pułkownika – dodaje.

– Bardzo się cieszymy z tak szybkiej reakcji pana ministra – mówi dr inż. Leonard Kapiszewski reprezentujący Federację Stowarzyszeń.

– Była wola awansowania ze strony środowisk kombatanckich, pan minister jak najbardziej chciał to uszanować – podkreśla ppłk Jacek Sońta, rzecznik prasowy MON.

Trzy stopnie wyżej
Pilecki miał stopień rotmistrza, który dawniej był odpowiednikiem kapitana w jednostkach o tradycjach kawalerskich. Kombatanci zawnioskowali o awans Pileckiego nie o jeden stopień wyżej, jak to jest zazwyczaj praktykowane, ale o trzy stopnie. – Nie było innej możliwości jak awansowanie rotmistrza do stopnia pułkownika, i to się stało – zaznacza Sońta.

Zadowolenie z takiej decyzji wyraża córka rotmistrza Zofia Pilecka-Optułowicz. Ale zastrzega, że jej ojciec był człowiekiem skromnym i nie pragnął zaszczytów.

– Cieszę się z takiej inicjatywy, że nastąpiła, ale podchodzę do tego w sposób spokojny – podkreśla pani Zofia. – Mój ojciec był niezwykle skromny, nie dla szlifów żył i pracował, i zginął w tak haniebny sposób, ale dla Polski, nie dla swojej własnej chwały – podkreśla córka Pileckiego. – Dla mnie pozostanie rotmistrzem, nawet gdyby był generałem – dodaje.

MON planuje uroczyste wręczenie nominacji rodzinie, o co zresztą wnioskowali kombatanci, ale dokładna data jeszcze nie jest znana.

– Oczywiście nadamy uroczystą oprawę temu awansowi, ale nie mamy uszczegółowionej daty – zaznacza Sońta.

– Może 11 listopada – podpowiada Kapiszewski. Pani Zofia mówi, że ta data sąsiaduje z imieninami jej ojca i obie są jej bardzo bliskie.

Odwaga i determinacja
Decyzja MON jest pozytywnie oceniana przez IPN. – Postać rotmistrza Witolda Pileckiego, który był ofiarą dwóch systemów totalitarnych i uczestniczył we wszystkich najważniejszych walkach o niepodległość, jest wielkim symbolem polskiej historii. To symbol o tyle ważny, że rotmistrz Pilecki jest postacią coraz bardziej rozpoznawalną na świecie. Poprzez jego życie możemy opowiadać całemu światu historię Polski pierwszego półwiecza dwudziestego wieku – powiedział prezes IPN Łukasz Kamiński. Jak zaznaczył, najbardziej wyjątkowymi cechami Pileckiego były odwaga i determinacja. – Symbolizują one nie tylko najbardziej ważny element jego życiorysu, czyli dobrowolne udanie się do obozu Auschwitz, ale także jego powojenne wybory – powiedział Kamiński. Przypomniał, że Pilecki miał możliwości wycofania się z Polski pod komunistyczną dyktaturą, jednak nie poddał się i nie zrezygnował.

Obok wniosku kombatantów był także wniosek do Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych o wniosek do prezydenta w sprawie pośmiertnej nominacji generalskiej dla Pileckiego.

Jednak po nominacji MON sprawa jest zamknięta. – Zgodnie z art. 76 ust. 8 b ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP mianowanie pośmiertne może nastąpić tylko raz – podkreśla Demediuk. – W świetle obowiązujących przepisów minister maksymalnie wykorzystał swoje możliwości awansu i mianował do stopnia pułkownika – zaznacza Jacek Sońta.

http://www.naszdziennik.pl/wp/53199,pul ... lecki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 09 wrz 2013, 06:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
One nie były z żelaza

Piotr Szubarczyk

Na Powązkach Wojskowych w Warszawie, w kwaterze batalionu „Zośka”, jest grób dwóch sanitariuszek Powstania Warszawskiego, poległych tego samego dnia, 9 września 1944 r. na Czerniakowie, przy ulicy Książęcej.

Obrazek
Grób "Zosi Żelaznej" i "Halusi" w kwaterza batalionu "Zośka", kompanii "Rudy" na Powązkach Wojskowych w Warszawie


O młodszej z nich, 19-letniej Zosi Kasperskiej, mówili „Zosia Żelazna”. To się stało jej pseudonimem. Tak się mówi o ludziach niezmordowanych, obdarzonych żelaznym zdrowiem. Ale na zachowanym zdjęciu widzimy subtelną twarz młodej, pięknej dziewczyny o smutnych oczach. Nie wygląda na kobietę z żelaza.

Takie pseudonimy służyły podniesieniu ducha. Zosia musiała być „żelazna” w tych warunkach, bo na słabość nie było miejsca ni czasu. Musiała być „żelazna” nawet wtedy, gdy się bała i była śmiertelnie zmęczona. Była „żelazna” duchem. I piękna. Nie tylko ciałem, ale przede wszystkim duchem. Poszła na śmierć jako jeden z „kamieni rzuconych na szaniec”. Rzuconych przez Boga… Więc nie pytajmy, czy to miało sens, bo takie pytanie jest dziś bluźnierstwem. Pamiętajmy o „Zosi Żelaznej” i zapalajmy ogień pamięci na jej grobie przy każdej okazji.

Halina Kostecka-Kwiatkowska „Halusia”, pochowana z Zosią, była od niej starsza, miała 27 lat. W czasach „bez imienia” to był już wiek dojrzały. Dziś jest dużo czasu na dojrzewanie. Czasu, którego nie mieli tamci. „Halusia”, tak jak „Zosia Żelazna”, natrudziła się w Powstaniu, nadstawiała głowy, ratując innych: na Woli, na Starym Mieście, na Czerniakowie. A potem: „umrzeć przyszło, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością”…

Zosia i Halinka zazdrościły kolegom Biało-Czerwonych opasek na ramionach, same nosiły opaski ze znakiem Czerwonego Krzyża.

Nie były z żelaza, ale „ujął je sen żelazny, twardy, nieprzespany”. Były młode, delikatne i pełne nadziei na długie, piękne i szczęśliwe życie. Możemy przedłużyć to życie o naszą pamięć o nich.

http://www.naszdziennik.pl/wp/53320,one ... elaza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 08 lut 2014, 14:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wzzw.wordpress.com/2013/12/16/☞-andrzej-pilecki-jestem-synem-bohatera-☚◙◙◙◙-wywiad/

Andrzej Pilecki: Jestem synem bohatera ☚◙◙◙◙ wywiad
Opublikowany w ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ wywiady przez Maciejewski Kazimierz w dniu 16 Grudzień 2013

Obrazek

Rozmowa z Andrzejem Pileckim, synem rotmistrza Witolda Pileckiego.
Andrzej Pilecki przy zdjęciu swoim z rodzicami. Syn “ochotnika do Auschwitz” gościł w Centralnym Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach na otwarciu wystawy poświęconej ojcu. (fot. Paweł Stauffer)

- Trudno było być dzieckiem legendarnego rotmistrza Pileckiego?
- Zależy kiedy. Będąc dzieckiem, w czasie okupacji, długo nie zdawałem sobie sprawy z wielkości ojca. Interesowała mnie technika, a nie jakieś bohaterskie czyny. Dla mnie był tatą, nie rotmistrzem Pileckim. Proszę pamiętać, że kiedy ojciec poszedł na wojnę, miałem raptem siedem lat. Trudniej było być jego krewnym po wojnie i już po zamordowaniu taty. Ale ten ciężar dotknął raczej mamę niż mnie.
- Był pan prześladowany jako syn wroga Polski Ludowej?
- Słuchałem przez “szczekaczkę”, bo tylko takie radio było wtedy w zasięgu, paskudne reportaże o ojcu. Tam usłyszałem po raz pierwszy, że był szpiegiem II Korpusu i wrogiem ludu. Ale w gimnazjum wprost szykanowany nie byłem. Kadra nauczycielska była tam przedwojenna. Wiedzieli, kim był ojciec i kim ja jestem. Zachowywali się przyzwoicie. Raczej koledzy wytykali mnie czasem palcami. Zachęcony lekturą “Dywizjonu 303” założyłem w szkole Ligę Lotniczą. Przez całą zimę budowałem model szybowca – o rozpiętości skrzydeł ponad 2 metry. Ale kiedy chciałem uczyć się prawdziwego latania, zostałem, mimo dobrych wyników badań lekarskich, przez funkcjonariusza Służby Polsce odesłany do domu. To był sygnał, że wiedzą, kim jestem. Był chyba rok 1949. Ojciec został zabity ledwo rok wcześniej. Wystraszyłem się, że nie pozwolą mi zdać matury i zmieniłem szkołę. Ale to było nic. Naprawdę ciężkie życie miała wtedy mama.
- Wychowywała was z siostrą bez ojca…
- Miała pod opieką czwórkę dzieci. Nas dwoje i dzieci swojej siostry, więźniarki Ravensbrück. Z zawodu była nauczycielką, ale nikt nie chciał jej zatrudnić. Nawet jak się gdzieś na chwilę zaczepiała, to zwalniano ją natychmiast, gdy personalny zorientował się, kim jest. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, z czego wtedy żyliśmy. Trochę pomagała rodzina. Mnie znajomi Kresowiacy umieścili w bursie. Przynajmniej można tam było zjeść. Pewnego dnia znalazł mnie tam jakiś nieznany mężczyzna. Zaoferował pomoc. Mówił, że jest kryminalistą skazanym za “mokrą robotę”, który wyszedł z więzienia. Odmówiłem, bo bałem się, że to prowokacja bezpieki. Wtedy zaprosił mnie do pobliskiego baru “Pod Dyktą” i opowiedział o ojcu.
- Pamięta pan, co mówił?
- Jako więzień roznosił po celach jedzenie. Zwrócił uwagę na ojca, bo pomimo głodu potrafił nie ruszyć swojej porcji. Mówił, że ojciec mimo bicia i tortur był zawsze skupiony, skoncentrowany, jakby się modlił. Nie wiem, czy mieli okazję dłużej roz mawiać. Ale ten człowiek zapewniał mnie, że ojciec swoją postawą go w jakimś sensie naprawił. Po wyjściu z więzienia już do przestępstwa nie wrócił.
- A co działo się potem z mamą?
- Po długich staraniach przyjął ją do pracy “dziadek” Kazimierz Lisiecki. Zakładał na Pradze ogniska dla trudnej młodzieży. Mama była tam opiekunką, tzw. ciocią. Miała ambicje, by jak najwięcej dzieci ulicy doprowadzić do matury. Udało się, wielu z nich wyrosło na porządnych ludzi. Mamy wychowankiem był m.in. pierwszy po zmianie ustroju prezes ZUS-u. “Ogniskowcy” są zresztą rozsiani po całym świecie. Jeden z nich pracuje nawet w “Krzemowej Dolinie”.
- Miał pan świadomość, że tato dał się specjalnie schwytać w łapance, by trafić do Auschwitz, pomóc zorganizować w obozie ruch oporu, a po ucieczce powiadomić świat, co się tam dzieje?
- Wtedy mama starała się to przed nami, dziećmi, ukrywać. Dowiedziałem się chyba od wujenki, która była łączniczką ojca. Do niej przychodziły, zresztą rzadko, obozowe listy z Auschwitz. Ojciec był w obozie pod zmienionym nazwiskiem. Przesłuchiwany w oddziale politycznym zeznał, że jest nieżonaty, a wujenka jest jego znajomą. Wtedy, jako dziecko, nie rozumiałem zupełnie, dlaczego poszedł dobrowolnie do obozu. Dziś rozumiem to tak: Ojciec był człowiekiem, który zgłaszał się, gdy potrzebowała go ojczyzna i kiedy pomocyszukali u niego inni ludzie. Uratował panią Newerly, która była Żydówką. Odszukiwał rodziny swoich kolegów, którzy zginęli w obozie, i załatwiał dla nich lekarstwa. Słusznie na jego pomniku w Grudziądzu napisano słowa: “Wszystkich kochaj, wszystkim służ”. On taki był. Spotykałem i na Białorusi, i w Chicago ludzi, którzy się z nim zetknęli przed wojną i podczas wojny. Wszyscy opowiadali mi, że im pomógł. A z tą łapanką było trochę inaczej, niż wszyscy mówią.
- To znaczy jak?
- Ojciec wymyślił tę łapankę, żeby nie narażać wujenki, w której mieszkaniu został zatrzymany. Ona była wtedy w ciąży. Natomiast prawdą jest, że dał się aresztować całkowicie dobrowolnie. Dozorca, który był zaprzysiężony w organizacji, uprzedził, że Niemcy wygarniają mężczyzn z mieszkań i nawet zaoferował ojcu skrytkę w piwnicy. Tato nie skorzystał. Kiedy przyszli Niemcy i pytali o mężczyzn, wujenka nie zdążyła się nawet odezwać. Tato wyszedł zza jej pleców i został aresztowany. Zabrali go do budy. A potem już zaczęło się bicie i kopanie. Przedsmak tego, co go czekało w Au schwitz. Do dziś nie wiem, skąd miał pewność, że w ten sposób trafi do obozu. Mama czasem w chwilach desperacji mówiła: Po co on to zrobił? A po wojnie, kiedy został aresztowany, a potem stracony, słyszałem nie raz jej słowa: On wszystkim pomagał, jemu nikt nie pomógł. Czuliśmy to wyraźnie, że jesteśmy “na widelcu” i ludzie się nas boją.
- Po ucieczce z Auschwitz ojciec walczył w konspiracji. Po powstaniu warszawskim trafił do Lams dorf/Łambinowic. Uwolniony stąd znalazł się na Zachodzie. Dlaczego pana zdaniem wrócił po wojnie do kraju rządzonego przez komunistów?
- On to traktował bardzo prosto. Jestem oficerem, złożyłem przysięgę. Skoro dostałem taki rozkaz, to muszę tam być i dowiedzieć się jak najwięcej o AK-owcach aresztowanych i wywożonych na Wschód. Jeszcze w domu, w Sukurczach, słyszałem od ojca wiele razy takie napomnienie: Jak coś robisz, to rób to dobrze i do końca. Powrót do kraju był z jego strony właśnie takim “do końca”.
- Jak i kiedy dowiedział się pan, że ojciec zginął?
- Późno. Mama długo na niego czekała. Nie wierzyła, że go zamordują. Sądziła, że taki człowiek, który posiada dużo tajnych informacji, będzie władzom komunistycznym potrzebny. Więc może zabiorą go gdzieś na Łubiankę, pewnie będą męczyli, ale z czasem wróci. Męczony był, ale tu, w Polsce. Dziś już wiemy, że podczas przesłuchania połamano mu między innymi obojczyki. Kiedy szedł na śmierć, był prawie nieprzytomny. Dwóch osiłków go wlekło, ręce ojca zwisały bezwładnie. Opowiadał o tym mamie w Laskach jakiś ksiądz, który to widział. Ale kto to był i kiedy dokładnie o tym mówił, nie potrafię już dziś odtworzyć. Te szczegóły docierały do nas zresztą z wielu ust i po kawałku, przede wszystkim w wolnej Polsce, po 1989. Ksiądz Czajkowski opowiadał nam – już po śmierci taty – że był z ojcem konfrontowany na śledztwie, ale ojciec nie przyznał się, że go zna, i w ten sposób prawdopodobnie ocalił mu życie. A oficjalnie do dziś nie wiemy dokładnie, jak i gdzie tato zginął i został pochowany. Wyrok wydany na niego odnalazł stosunkowo niedawno dr Adam Cyra, pracownik Mu zeum Auschwitz-Bir ke nau.
- Mama doczekała rehabilitacji ojca?
- Tak i przyjąłem to z ulgą. Bo wiele razy wtedy – kiedy o ojcu rozmawialiśmy tylko w domu, między sobą, a głośno nie przyznawaliśmy się, że jesteśmy rodziną rotmistrza Pileckiego, czyli przez cały okres PRL-u – mówiłem: Mamo, zobaczysz, o tacie jeszcze będzie głośno. I jest. Dziś mój ojciec jest znany nawet na Tajwanie. I to była największa nagroda za jej długie i ciężkie życie. Mama zdążyła też odebrać – z rąk Lecha Wałęsy – wysokie odznaczenie państwowe.
- Jak pan wspomina go z czasów, gdy był z wami w domu, przed wojną?
- Ojciec nie był zawodowym żołnierzem. Był rolnikiem. Studiował zaocznie w Poznaniu, ale mieszaliśmy w gospodarstwie na Kresach, niedaleko Wilna. Chętnie dzielił się doświadczeniami ze studiów z sąsiadami. Hodował czerwoną koniczynę dla wojska. A także na nasiona. Rolnicy przyjeżdżali po nie aż z Mazowsza. Wychowanie w domu było surowe, a przynajmniej bardzo porządne.
- Jak to wyglądało?
- Rano sami słaliśmy łóżka. Nikt nam nie pomagał, chociaż ja byłem mały, a siostra jeszcze młodsza. Po porannej modlitwie, umyciu zębów itp. jedno z nas meldowało: Kochany tatusiu, melduję, że wszystko jest w porządku. Ojciec chętnie karmił nas owsianką. Nienawidziłem jej. Pewnego razu, jak wyszedł z kuchni, wylałem całą zawartość miseczki do mysiej dziury. Ale niezbyt dokładnie. Ojciec to zauważył i zapytał, czy tak szybko zjadłem. Powiedziałem, że tak. Jedyny raz dostałem wtedy od niego lanie. Nie za owsiankę, tylko za kłamstwo. Ale potrafił się też z nami świetnie bawić. Zabawek wiele nie mieliśmy. Ale tato przebierał nas za postaci z Trylogii albo za samurajów. Mama też bardzo to lubiła. I uczył nas samodzielności. Posłał mnie, 7-latka, konnym wózkiem po mamę. Ale kazał jechać wolno i nie używać bata. Za górką i tak trochę konia pogoniłem.
- Kilka tygodni temu po zwolił pan sobie pobrać śli nę, by uzyskać materiał genetyczny niezbędny do identyfikacji szczątków ojca…
- Poszukiwania trwają. Na razie czekamy na wyniki. Bardzo chciałbym wreszcie móc złożyć kwiaty i zapalić znicz na jego grobie. Naprawdę czekam na tę chwilę. A jednocześnie nie bardzo mam nadzieję. Nie wiem, czy to się może udać mimo postępów techniki. Od 1948 roku tyle czasu upłynęło… Przy okazji tych poszukiwań uświadomiłem sobie na nowo, jak okropne jest to, co ojca spotkało. Na własne uszy słyszałem, jak prokurator, który ojca oskarżał, tłumaczył, że był żołnierzem i działał na rozkaz. Nie wytrzymałem i krzyknąłem: ale pan ten mundur splamił. Prokuratora w procesie uniewinniono. Myślę z bólem nie tylko o uśmierceniu ojca. Także o tym, co się stało z cia- łami ofiar rzucanych do dołów jak popadnie, czasem do góry nogami. Ich kości zostały przemieszane, znieważone. Jak jestem sam i się nad tym zastanawiam, cisną mi się na usta tylko takie słowa o sprawcach: A to skur…

Krzysztof Ogiolda • nto.pl

fot. Paweł Stauffer


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 24 lut 2014, 07:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Lewackim bestiom najlepiej zawsze wychodzi niszczenie, grabież i mordowanie. Ostatnimi laty nauczyli się również skutecznego okłamywania.
Dzięki tym swoim cechom wciąż są u władzy i wciąż ciemiężą nas Polaków. Ład moralny, prawda, szlachetność to dla nich coś, co nie ma w sobie wartości. Oni stawiają na przemoc w każdej dziedzinie życia społecznego. Przemoc, którą stopniują. Najpierw bajdurzenie, potem zakłamywanie, potem prawny nacisk, aż wreszcie ich ulubiona dziedzina pozbywania się wrogów, czyli mordowanie.


Pan Walenty

61. rocznica śmierci gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”

Obrazek

Pan Walenty z zapałem ciągnął gałęzie na palący się stos – opowiadał towarzysz generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila” z łagrów na Uralu, Tadeusz Bobrowski. Dzień morderczej pracy przy wyrębie lasu dobiegał końca, trzeba było gasić ogień. Szef Kedywu, aresztowany przez NKWD w marcu 1945 roku pod fałszywym nazwiskiem Walenty Gdanicki i nierozpoznany, został jako pospolity przestępca wysłany na roboty przy wyrębie lasu w sowieckich łagrach. „Prosiłem, by już nie dokładał gałęzi. W odpowiedzi usłyszałem: ’Panie Tadeuszu, ja bym całą Rosję spalił, aż do oceanu’. Zaproponowałem odłożenie tego zamiaru na termin późniejszy i pójście na zbiórkę”.

Przyjaciele, do których zbliżył się w łagrach, wspominali pana Walentego – jego siłę wewnętrzną, niezwykłą osobowość, upór i prawość. Nie wiedzieli, że na barkach tego człowieka spoczywała od 1942 roku odpowiedzialność za akcje elitarnego pionu Armii Krajowej, kierownictwa dywersji Komendy Głównej. Decydował o zamachach na szczególnie okrutnych i bezwzględnych wysokich niemieckich funkcjonariuszy. To on wydał na początku 1944 roku rozkaz likwidacji dowódcy SS i Policji na dystrykt warszawski Franza Kutschery, zwanego „katem Warszawy”, a kilka miesięcy później polecił zastrzelić w Krakowie szefa SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie, Wilhelma Koppego, który został ciężko ranny. Kierował akcjami sabotażowymi takimi jak „Odwet za Zamojszczyznę” – uderzenie w transport kolejowy w noc sylwestrową 1942 roku czy wysadzanie w powietrze mostów i torów oraz zamachy bombowe. Dźwigał na sobie szczególny moralny ciężar, bo każde uderzenie w Niemców ściągało na Polaków zemstę: egzekucje zakładników i wzmożenie terroru. Nie miał prawa się wahać, musiał, jakkolwiek to dzisiaj zabrzmi, na zimno kalkulować straty i korzyści, wiedząc, że okupant morduje ludność cywilną niezależnie od odwetowych działań AK.

Fałszywy portret „kolejarza”
Kiedy Warszawa była już zajętym przez krasnoarmiejców morzem ruin, a nadzieje na niepodległość upadły, tworzył, zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza, kadrową organizację „Nie” na czas sowieckiej okupacji. W Milanówku wpadł przypadkiem w ręce NKWD. Miał przy sobie lewe papiery i dolary. Trafił do obozu w Rembertowie, gdzie zauważył go Jan Hoppe, późniejszy towarzysz łagrowy: „Może właśnie wśród innych przestraszonych tak mnie zafascynował, może coś innego, nieokreślonego, czego nie umiałem wówczas sprecyzować? Później to sobie uświadomiłem: to był człowiek nie niewolony przez strach. Nazywał się Walenty Gdanicki”.

Rembertów był tylko przedsionkiem piekła, które czekało Fieldorfa. Obok akowców siedzieli tam volksdeutsche. „Zdarzały się ciężkie przeżycia ze strony rodaków – pisał Jan Hoppe. – Sprzątamy. Dokoła nas wartownicy z pepeszami. Jest Walenty, jest docent UJ Zbigniew Kawecki, jest Stefan Czarnecki, wybitny fizyk i ja. Drogą za drutami jadą wozy. Zapewne na targ. I posypały się na nas wyzwiska i kamienie, bo Rembertów uchodził za obóz wyłącznie dla volksdeutschów. (…) Nawet Walenty miał minę człowieka, którego niewinnie kamienują. Nie wiedział biedak, że ostatnia chwila jego życia będzie jeszcze cięższa”.

Generała Fieldorfa spotkał wówczas młodszy od niego o 30 lat Tadeusz Bobrowski. „I oto wśród różnego rodzaju ’karłów reakcji’ znalazł się jeden handlarz dolarami. Człowiek, którego w warunkach okupacji i po tzw. wyzwoleniu nic innego nie obchodziło poza interesem własnym” – wspominał. Doświadczony latami konspiracji Fieldorf był mistrzem kamuflażu. „Mówił, że zainteresowania jego sprowadzają się do dobrego jedzenia, przyrządzania specjałów kulinarnych, pieczenia i wyrobu win. Rozmowy o przeszłości sięgały najdalej do momentu aresztowania. Pan Walenty nigdy o swojej rodzinie nic nie mówił – był człowiekiem bez rodziny, to też Go wyróżniało – zapamiętał Bobrowski.

– Od samego początku naszej znajomości ’kolejarstwo’ Pana Walentego nie pasowało mi do jego sposobu bycia. Odczuwałem, że jest to ’ktoś’. Z czasem pękały ramy obrazu, w których miał się mieścić portret Pana Walentego, emerytowanego kolejarza, handlującego dolarami i tytoniem. Kipiało z niego życie. Był pierwszym człowiekiem, którego osobowość tak mnie zafascynowała. Mój szacunek, a raczej uwielbienie dla jego osoby wynikało z wyjątkowej miary człowieczeństwa, które w warunkach obozowych uwidaczniało się u niego z całą wyrazistością. Stawał się moim ideałem męskości o wielkim poczuciu godności i honoru, z których to cech nic nie tracił, wymigując się z wielu opresji dzięki talentowi aktorskiemu. W podtekście brzmiała zwykle nuta kpiarsko-ironiczna w stosunku do wywodzonych w pole naszych władców życia i śmierci”.

Współwięźniowie opowiadali, jak swoimi gawędami i wspomnieniami przenosił ich daleko za druty, jak dzięki poczuciu „obozowego” humoru pomagał im przetrwać. Waluciarz zdobył nieoczekiwanie wielki szacunek żołnierzy AK. „Wrażliwy, lecz bez cienia roztkliwiania się czy taniej czułostkowości. W każdym wypadku prawy. Koleżeński i dyskretnie opiekuńczy – takim zapamiętał go Bobrowski. – Nie orientowałem się wówczas, że kierunkowany byłem w ten niedostrzegalny sposób przez doświadczonego wychowawcę, który starał się ratować choć jednego z młodego pokolenia”.

„Nie znosił rozsądnych uwag”
Gdy Walentego Gdanickiego ładowano w marcu 1945 roku z kilkuletnim wyrokiem do transportu na Wschód, Sowieci wciąż polowali na dowódcę Kedywu. A kiedy już pracował przy wyrębie lasu pod Swierdłowskiem, nazwisko Fieldorf padało podczas procesu szesnastu w Moskwie w czerwcu 1945 roku.

W drodze na Ural, jak obliczyli uwięzieni, z dwóch tysięcy ludzi zmarło około 400. Choć transport przybył na miejsce w kwietniu, ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Zima zaczynała się pod koniec września i trzymała do maja, mróz dochodził do -50 stopni. „W obozie połączono nas z Niemcami – wspominał Jan Hoppe. – Walenty prowadził statystykę śmiertelności, która wykazywała, że Polacy trzymają się dobrze. W pierwszym miesiącu po przyjeździe zmarło stu, ale w stosunku: 97 Niemców na 3 Polaków. To dopingowało do organizacji samoobrony i wzajemnej pomocy”.

Fieldorf nie poddawał się mimo wycieńczenia. Za swój obowiązek uznał pilnowanie po pracy piecyka w baraku. „Wmawiał we wszystkich, że jest najmocniejszy i najzdrowszy, i nie ustąpił. Nie dopuścił nikogo do tej pracy. Chudł i czerniał, ale nie dał się skłonić do ustąpienia. W takich sprawach Walenty był nie do pokonania” –pisał Jan Hoppe, przed którym Fieldorf uchylił rąbka swojej tajemnicy. – Często półgłosem opowiadał mi o swoim życiu, ale prawie zawsze o dywersji”. Za bezcenny chleb kupił od Niemca fajkę dla przyjaciela na imieniny, a życzliwe wymówki przyjął niechętnie. „Nie znosił tak zwanych rozsądnych uwag – zanotował Hoppe. –Nie umiał objawów przyjaźni rozkładać na raty”.

Tadeusz Bobrowski zapamiętał aluminiowy rondelek, z którego jadał razem z generałem. „Wyryłem napisy: z jednej strony ’Walenty Gdanicki Warszawa’, z drugiej ’Tadeusz Bobrowski Pruszków’. Żartowaliśmy, że teraz każdy będzie jadał ze swojej strony naczynia”. Pamięta też Bobrowski torcik na imieniny kolegi z baraku, „posklejany” z okruchów chleba przez Pana Walentego, który pracował wówczas w kuchni.

Przez dwa i pół roku więzienia notował przepisy kulinarne. Zachowało się 27 takich strzępków papieru. Na przykład: „Pierogi z kapustą. Kapusta kiszona (2kg), 50 dkg słoniny w kostkę, 25 dkg kiełbasy w kostkę, przyprawy i w rondelku prażyć pod przykryciem. Nadziać ciasto z razowej mąki żytniej”. Do tego deser: „Biszkopt w dużej brytfance. 32 żółtka ukręcić z 1/2 kg cukru pudru. Oddzielnie ubić z 1/2 kg cukru białka do gęstej masy. Ucierać dalej, dodając po łyżce żółtek i przesypując mąką aż konsystencja dość gęsta i puszysta”…

„Dokoła ciebie wrogowie”
Katorżnicza praca i głód doprowadziły organizm Fieldorfa do ruiny, więc jesienią 1946 roku został przeniesiony do lazaretu w mieście Artiomskij, a potem wysłano go do szpitala w mieście Możga z rozpoznaniem głodowego wycieńczenia. Na sali między Panem Walentym a Janem Hoppem leżał Tadeusz Bobrowski, młody akowiec. „Walenty uczył go brutalnego stosunku do życia. ’Tadeusz, jesteśmy na dnie – mawiał. –Pamiętaj, że walczysz nieprzerwanie. Dokoła ciebie wrogowie. Walcz bez litości. Broń się’. A później w rozmowie ze mną usprawiedliwiał się: ’Przecież to jest dzielny chłopak, on musi żyć. Musimy go uratować, a boję się, że wrodzona dobroć zgubi go. Wolę udawać szatana, a uratować go’”.

Choć słaby, sam potrafił walczyć. Gdy w nocy wyszedł na papierosa, nakrył go zastępca komendanta obozu, potężnie zbudowany Niemiec. Usiłował zawlec go do sowieckiego przełożonego. „Trafiła kosa na kamień – podsumował ten incydent Bobrowski. – Pan Walenty puszką od konserwy uderzył Niemca tak mocno, że rozciął mu skórę na głowie. Uciekł do sali. Następnego dnia Niemiec z obandażowaną głową szukał winnego. Wskazał na Pana Walentego, który skurczywszy się, wytłumaczył, że on taki słaby, mały, mizerny nie byłby w stanie rozbić głowy takiemu silnemu człowiekowi. Główny aktor zaliczył jeszcze jedną dobrze zagraną rolę”.

„O mnie się nie martwcie”
Zwolniony w październiku 1947 roku, wrócił do Polski. Osiadł, wciąż pod fałszywym nazwiskiem, w Łodzi, gdzie zamieszkała jego żona z córkami. Był chory i wyczerpany, zmęczony łagrami. „Zdawałam sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mu grozi w kraju – wspominała jego żona Janina. –Błagałam, żeby się starał przedostać za granicę. ’Moje miejsce w kraju, twierdził, tutaj są moi ludzie, nikt nie powie, że uciekałem przed niebezpieczeństwem’”.

W listopadzie 1950 roku poszedł do łódzkiej Rejonowej Komendy Uzupełnień, żeby powrócić do swojej prawdziwej tożsamości. Kiedy tylko opuścił budynek, został aresztowany. W więzieniu przy Rakowieckiej w Warszawie dowiedział się, że jest oskarżony o wydawanie rozkazów likwidowania przez AK partyzantów sowieckich.

„Dnia 2 lutego 1953 roku ostatni raz widziałam Emila – pisała jego żona. Wiedział o wyroku. (…) Po raz pierwszy zostaliśmy sami. Wtedy Emil powiedział: ’Czy wiesz, dlaczego mnie skazali? – Bo odmówiłem współpracy z nimi’”.

Przesłuchiwany w 1992 roku prokurator Witold Gatner, który nadzorował egzekucję generała Fieldorfa w mokotowskim więzieniu, 24 lutego 1953 roku odczytywał „Nilowi” wyrok: „Skazany patrzył mi cały czas w oczy. Stał wyprostowany. Nikt go nie podtrzymywał. Po odczytaniu dokumentów zapytałem skazanego, czy ma jakieś życzenie. Na to odpowiedział: ’Proszę powiadomić rodzinę’. (…) Wówczas powiedziałem: ’Zarządzam wykonanie wyroku’. Kat i jeden ze strażników zbliżyli się. Postawę skazanego określiłbym jako godną. Sprawiał wrażenie bardzo twardego. Można było wprost podziwiać opanowanie w obliczu tak dramatycznego wydarzenia”.

Ostatni list generała z więzienia do żony Janiny przyszedł już po egzekucji. Maria, córka generała, znała już prawdę o jego śmierci, lecz chciała oszczędzić tej wiedzy matce, która przez prawie dwa lata od aresztowania Emila przez UB żyła nadzieją, walczyła o widzenia i wreszcie, po zapadnięciu wyroku – wbrew zakazowi męża –kołatała do wszystkich drzwi, by go ocalić. Do widniejącej w liście daty córka dodała więc pionową kreskę, zmieniając „27 I 1953” na „27 II 1953”. Janina poznała treść tego listu zza grobu, nieświadoma faktu, że ciało Emila Fieldorfa od kilku dni spoczywa na śmietnisku przy cmentarzu Powązkowskim, na znanej dzisiaj Łączce.

„Gdyby nie to, że się o Was martwię, wszystko byłoby do zniesienia – czytała. Przesyłam Wam wszystkim bardzo serdeczne ucałowania i pozdrowienia. (…) O mnie się nie martwcie zupełnie, ani to ulgi nie przyniesie, ani też pomoże”.

Jan Hoppe, którym z generałem przeżył łagry, napisał: „Nie znosił moralizowania, ale był głęboko moralny. Nie tolerował frazesów na temat dobra, ale nikomu nie dał się ubiec w niesieniu pomocy słabszym. Tam, gdzie się załamywano, szedł z dobrym słowem, a gdzie padano, podtrzymywał i dosłownie dźwigał. Jeżeli zdobył choćby drobny kawałek chleba, to nie tknął go, dopóki nie znalazł przyjaciół, z którymi mógłby się podzielić”.

Zdrajcy stracili go przez powieszenie – jak bandytę, w przekonaniu, że zostanie w ten sposób upokorzony. Wymknął im się jednak i przeszedł do historii w chwale, bo ludzi takich jak generał Fieldorf inni ludzie poniżyć nie mogą.

Anna Zechenter

http://www.naszdziennik.pl/mysl/69220,pan-walenty.html

Cytuj:
Zdrajcy stracili go przez powieszenie – jak bandytę, w przekonaniu, że zostanie w ten sposób upokorzony. Wymknął im się jednak i przeszedł do historii w chwale, bo ludzi takich jak generał Fieldorf inni ludzie poniżyć nie mogą.


Zdrajcy to dobre słowo na określenie lewackich bestii. Te podłe potwory nazywają zdrajcami i bandytami naszych patriotów, jak choćby płk. Kuklińskiego, czy Niezłomnych. Polacy muszą wiedzieć, że zdrajcami w naszej powojennej historii są tylko i wyłącznie oni, lewackie szkarady od czerwonego diabła.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 03 mar 2014, 18:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/historia/4541-35-ro ... -mireckiej

35. rocznica śmierci Walerii Mireckiej
Paweł Brojek niedziela, 29, grudzień 2013 07:30

Obrazek

Przedstawiciele rodu Mireckich na trwałe zapisali się w dziejach Polski, szczególną swą rolę odgrywając w historii ruchu narodowego. Każde z ośmiorga dzieci Pauliny ze Ścisłowskich i Dominika Mireckich, a wśród nich najstarsza córka - Waleria, miało na tym polu nadzwyczajne zasługi.

Waleria Mirecka urodziła się 17 grudnia 1900 r. w Przeworsku na Podkarpaciu. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Ulanowie kontynuowała edukację u sióstr Boromeuszek w Łańcucie, a następnie w seminarium nauczycielskim w Stanisławowie, gdzie w 1920 r. zdała maturę.

W 1921 r. wraz z rodziną przeniosła się do Racławic k. Niska. Pracowała jako nauczycielka w szkołach podstawowych na Podkarpaciu. W 1933 r. została kierowniczką szkoły w Racławicach.

Podobnie jak jej rodzeństwo była zaangażowaną działaczką społeczną. W 1934 r. w Racławicach założyła Koło Gospodyń Wiejskich. Udało jej się też zdobyć zamówienie na szycie ubrań roboczych dla pracowników nowo powstającego osiedla przemysłowego Stalowa Wola, dzięki czemu kilkadziesiąt kobiet z okolicznych wsi znalazło pracę.

W czasie okupacji dom Mireckich, na którym sprawowała pieczę, był punktem kontaktowym dla działaczy konspiracyjnych z całego kraju. Bywali tu m.in. przedstawiciele Komendy Głównej Narodowej Organizacji Wojskowej oraz Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego.

Prócz tego Waleria Mirecka przyjmowała kurierów, kolportowała podziemne wydawnictwa oraz prowadziła tajne komplety. Należała też do Narodowej Organizacji Wojskowej Kobiet.

Była dwukrotnie aresztowana przez Niemców, w listopadzie 1939 i we wrześniu 1940 r., gdy gestapo rozbiło siatkę NOW na Rzeszowszczyźnie. Za drugim razem została zwolniona po kilku miesiącach.

Po 1944 r. nie angażowała się w działalność konspiracyjną. Mimo to z powodu utrzymywanych z rodzeństwem kontaktów przez długie lata była inwigilowana przez bezpiekę.

W dalszym ciągu była aktywna społecznie. Dzięki jej zaangażowaniu dokonano elektryfikacji Racławic oraz doprowadzono do wsi gazociąg, do którego podłączono większość gospodarstw.

Waleria Mirecka zmarła 29 grudnia 1978 r. Jej pogrzeb zgromadził ponad tysiąc ludzi, mieszkańców Racławic i okolic.

Za długoletnią pracę w szkolnictwie została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

opr. Paweł Brojek
źródło: Krzysztof Kaczmarski: Opowieść o rodzinie Mireckich, Dodatek historyczny IPN do Naszego Dziennika 12/2009 (31)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 06 mar 2014, 07:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
„Czołem, panowie” z celi śmierci

Z Józefem Olechnowiczem, synem ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, ostatniego komendanta Wileńskiego Okręgu AK, zamordowanego 8 lutego 1951 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Obrazek

Pamięta Pan ojca?
– Byłem zbyt mały, żeby go pamiętać. Gdy zginął, miałem tylko 4 lata. Trudno powiedzieć, od jakiego okresu, ale myślę, że już w wieku 10 lat wiedziałem, że coś się z ojcem działo. W szkole podstawowej byłem już wszystkiego świadomy. Mieszkałem wówczas we Wrocławiu. Ponieważ mama podobnie jak ojciec została aresztowana w 1948 r., więc wraz z moim bratem Krzysztofem wylądowaliśmy z naszą babcią u dużo młodszej siostry mamy. Gnieździliśmy się w dwóch pokojach, bo ciocia też miała dwoje dzieci. Niestety, mieszkanie, które mieli rodzice, zostało skonfiskowane.

Pod jakim zarzutem aresztowano Pana matkę?
– Tego nie wiem. Była po prostu żoną taty i pewnie w ich rozumieniu miała coś na sumieniu, choć sama nie działała w konspiracji. Aresztowano ją we Wrocławiu, a więziono w Fordonie, dziś dzielnicy Bydgoszczy. Wyszła z więzienia dopiero po 5 latach, w 1953 roku. Choć tato został zamordowany w 1951 r., mama nic nie wiedziała o jego straceniu.

Szukała męża?
– Tak, głównie w latach późniejszych, już po 1956 r., gdy pojawiła się namiastka odwilży. Oczywiście nie dostała żadnej odpowiedzi. Czuliśmy, że ojciec prawdopodobnie nie żyje lub został wywieziony, bo taką opcję też braliśmy pod uwagę. Do końca jednak nie wiedzieliśmy nic pewnego, przeczuwaliśmy tylko, że został rozstrzelany.

Dostawaliście jakieś kartki, grypsy z więzienia?
– Nie. Nawet nie wiedzieliśmy, gdzie został rozstrzelany, nie było też żadnego aktu zgonu. Dosyć długo przebywałem za granicą, wróciłem do Polski dopiero po 20 latach, w 2003 roku. O Łączce i innych miejscach, na których mogą spoczywać Żołnierze Wyklęci, dowiedziałem się gdzieś w latach 90. Były przypuszczenia, że ojciec leży na Wojskowych Powązkach, cmentarzu na Służewie lub koło Wyścigów. Były różne przecieki, ale nic konkretnego. Dopiero około czterech lat temu zacząłem poważnie myśleć o tym, że ojciec raczej na pewno leży na Łączce. Miałem informacje, że jest takie duże prawdopodobieństwo.

Śledził Pan prace ekshumacyjne na Łączce?
– Gdy się zaczęły, skontaktował się ze mną prof. Krzysztof Szwagrzyk z IPN i poinformował mnie o ich rozpoczęciu. Stwierdził, że być może trafi na jakiś ślad związany z ojcem. Nabrałem wówczas przekonania, że odnalezienie ojca jest możliwe. Profesor Szwagrzyk poinformował mnie także o zidentyfikowaniu zwłok ojca na podstawie materiału DNA, który oddałem. Było to jakieś osiem dni przed samą uroczystością w Belwederze. Mój brat na razie nic o tym nie wie, bo aktualnie przebywa w Indiach. Mamy z nim ograniczony kontakt.

Pochowa Pan ojca na Łączce?
– Tak. Wydaje mi się, że pomysł pochowania wszystkich ekshumowanych żołnierzy w panteonie na Łączce jest słuszny. Sam nie mam dzieci, podobnie brat, więc mając na uwadze względy praktyczne, po naszej śmierci tym grobem nie miałby się kto opiekować. Łączka jest dodatkowo takim miejscem, do którego chętnie będę przychodził, oddając cześć nie tylko ojcu, ale wszystkim ludziom, którzy tam leżą. Myślę, że to będzie najlepsza forma ich upamiętnienia dla przyszłych pokoleń.

Na pewno jest Pan dumny z ojca.
– Tak. Z przekazu mamy wiem, że ojciec był prawym i słownym człowiekiem. Miał sporo przyjaciół. Ludzie, którzy z nim byli blisko, jak nieżyjący już wujek dr Michał Korycki, opowiadali mi różne anegdoty z nim związane. Podkreślali, że był człowiekiem wesołym i pełnym życia. Gdy 7 lat temu odbierałem w Pałacu Prezydenckim z rąk śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany pośmiertnie mojej mamie za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, patriotyczną postawę i męstwo w czasach stalinowskich, ktoś z IPN dał mi adres i telefon do oficera AK, który przebywał w celi śmierci razem z moim ojcem. Postanowiłem go odwiedzić, mieszkał bowiem na Mokotowie, między ul. Puławską a ul. Narbutta. Niestety dziś nie pamiętam jego nazwiska, wiem, że miał wtedy 94 lata, bo z ciekawości zapytałem go o wiek. Moją uwagę zwrócił jego wysoki wzrost i godna postawa. Człowiek ten zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Powiedział, że był świadkiem, jak ojca wyprowadzano na śmierć. Widział go ostatni. Opowiadał różne ciekawe rzeczy z nim związane, podkreślił, że w celi śmierci mój ojciec zachowywał się godnie. Wychodząc z niej, miał rzec: „Czołem, panowie. Do zobaczenia w lepszym świecie”.

Ma Pan jakieś pamiątki po ojcu?
– Niestety, zachowało się bardzo mało pamiątek rodzinnych. Po ojcu mam srebrną papierośnicę z 1947 lub 1948 r. z adnotacją „Od przyjaciół”. To właściwie jedyna rzecz, która się po nim zachowała. Także zdjęć czy dokumentów jest bardzo mało, w sumie 7 lub 8 fotografii, na których widać ojca z mamą lub jakimś towarzystwem.

Był Pan szykanowany w czasach komuny z racji bycia synem ppłk. Antoniego Olechnowicza?
– Trudno powiedzieć. Na studia nie dostałem się za pierwszym podejściem, ale nie sądzę, by to można było z tym łączyć. Paszport jak wszyscy dostałem w latach 70. za Gierka, wtedy pierwszy raz wyjechałem za granicę. Nie zetknąłem się jednak z czymś takim, by ktoś mi mówił: „Olechnowicz, ty uważaj, bo coś tam”. Całe życie byłem jakby na wstecznym biegu w stosunku do tych wszystkich zdarzeń, które działy się w tzw. Polsce Ludowej. Nie należałem do żadnych organizacji, nawet do harcerstwa, ani do socjalistycznych organizacji studenckich czy ZMS. Byłem świadomy pewnych rzeczy, które zwyczajnie omijałem.

Po stracie męża Pana matka nie wyszła już nigdy za mąż.
– Nie. Nigdy już nie wyszła za mąż, wychowywaliśmy się u ciotki, jak wspomniałem. Były to dla nas ciężkie czasy. Wiem, że mama miała problemy. Z ojcem poznała się w Wyższej Szkole Nauk Politycznych w Wilnie, gdzie razem studiowali. Mama nie skończyła jednak – z tego, co wiem – tej uczelni i specjalnego zawodu raczej nie miała. Jeżeli chodzi o byt, mieliśmy więc kolosalne problemy. Oczywiście mama zabiegała o pracę, przez jakiś czas pracowała nawet jako dozorca.

Zaszczepiła w Panu i bracie ideały, którymi żył ojciec?
– Tak. Rodzice bardzo się kochali. Z wiadomych względów mama nie za dobrze ustosunkowana była do rządu londyńskiego, bo gdy po wojnie ojciec wyjechał do Paryża, zawrócono go do Polski. Dzięki niej wiedzieliśmy jednak, kim jesteśmy i co się z tym wiąże. Pamiętam, z jakim wzruszeniem usłyszałem w połowie lat 60. audycję w Radiu Wolna Europa, był to chyba Dzień Zaduszny, kiedy wspominano tych ludzi, którzy zostali zabici. Wśród pięciu czy sześciu nazwisk pojawiło się nazwisko mojego ojca. Mama była wesołą kobietą, zaszczepiła w nas podstawową rzecz, by być w życiu przyzwoitym człowiekiem. Zresztą ojciec też tak mówił i pragnął, byśmy z bratem tacy byli.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ierci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /