Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 13 maja 2012, 18:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Rotmistrz Witold Pilecki-chwała bohaterom!

Dziś mija 111 rocznica urodzin wybitnego Polaka - rotmistrza Witolda Pileckiego.

72 lata temu, 19 września 1940 rotmistrz Witold Pilecki dał się schwytać Niemcom w ulicznej łapance w Warszawie, by w ten sposób dostać się do obozu Auschwitz. Chciał zdobyć wiarygodne dane na temat zbrodni hitlerowskich oraz stworzyć konspirację wojskową wśród więźniów nazistowskiego KZ-tu.

Pilecki, jako żołnierz Tajnej Armii Polskiej (TAP) powziął plan zdobycia materiałów wywiadowczych z tworzonych przez hitlerowców obozów koncentracyjnych. Bezpośrednim powodem była rosnąca liczba aresztowań wśród żołnierzy TAP oraz informacje o zbrodniczych działaniach Niemców. By dostać się do obozu, Pilecki wszedł w "kocioł" podczas łapanki na stołecznym Żoliborzu. Został zatrzymany w kamienicy na ul. Wojska Polskiego 40.

Podając się za Tomasza Serafińskiego - ukrywającego się żołnierza polskiego - został wywieziony do obozu Auschwitz. Za drutami znalazł się w nocy z 20 na 21 września. Otrzymał numer 4859. Mimo nieludzkich warunków, chorób, Pilecki ps. Serafiński zbierał i przekazywał materiały wywiadowcze przez wypuszczanych na wolność więźniów. To on przygotował pierwszą tajną notę na temat ludobójstwa w Auschwitz.

Pilecki zorganizował w Auschwitz Związek Organizacji Wojskowych (ZOW). Więźniowie, głównie byli żołnierze, tworzyli tzw. piątki. Każda taka grupa rozbudowywała swoją siatkę konspiracyjną nie wiedząc nic o istnieniu innych "piątek". Był to oryginalny pomysł Pileckiego. Później ZOW był budowany na wzór organizacji wojskowych. Jego dowódcą został płk Kazimierz Heilman-Rawicz z ZWZ-AK. ZOW - wedle zamysłu Pileckiego - miał przygotować powstanie w obozie.

"Serafiński" nie ograniczał się tylko do działalności wywiadowczej i konspiracyjnej. Doprowadził do porozumienia organizacji politycznych działających w Auschwitz. Do symbolicznego spotkania doszło w Wigilię 1941 Uczestniczyli w nim m.in. działacz lewicowy, były poseł i więzień brzeski Stanisław Dubois oraz Jan Mosdorf, przywódca Obozu Radykalno-Narodowego.

Wiosną 1943 Niemcy zaczęli rozpracowywać organizacje konspiracyjne w obozie. W ręce oprawców wpadało coraz więcej członków obozowego ruchu oporu. Zapadła decyzja o wywiezieniu "starych" więźniów w głąb Rzeszy. Wtedy Pilecki zdecydował się na ucieczkę. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 zdołał zbiec wraz z dwoma współwięźniami. Wzdłuż toru kolejowego doszli do Soły, a następnie do Wisły, przez którą przepłynęli znalezioną łódką. U księdza w Alwerni dostali posiłek oraz przewodnika. Przez Tyniec, okolice Wieliczki i Puszczę Niepołomicką przedostali się do Bochni, skąd dotarli do Nowego Wiśnicza, gdzie Pilecki odnalazł prawdziwego Tomasza Serafińskiego.

Serafiński skontaktował go z oddziałami AK, którym przedstawił swój plan ataku na obóz w Oświęcimiu. Jego projekt nie zyskał jednak aprobaty dowództwa.

W latach 1943-44 służył w oddziale III Kedywu KG AK (m.in., jako zastępca dowódcy Brygady Informacyjno-Wywiadowczej "Kameleon"- "Jeż") i brał udział w Powstaniu Warszawskim. Początkowo walczył jako zwykły strzelec w kompanii "Warszawianka", później dowodził jednym z oddziałów zgrupowania Chrobry II, w tzw. Reducie Witolda.

W latach 1944-45 był w niewoli niemieckiej w oflagu VII A w Murnau, następnie dołączył do II Korpusu Polskiego we Włoszech. W październiku 1945 roku, na osobisty rozkaz gen. Andersa, wrócił do Polski, by prowadzić działalność wywiadowczą na rzecz II Korpusu. Jesienią 1945 roku zorganizował siatkę wywiadowczą i rozpoczął zbieranie informacji wywiadowczych o sytuacji w Polsce, w tym o żołnierzach AK i II Korpusu więzionych w obozach NKWD i deportowanych do Rosji.

Prowadził również wywiad w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP), MON i MSZ. Nie zareagował na rozkaz Andersa polecający mu opuszczenie Polski w związku z zagrożeniem aresztowania. Rozważał skorzystanie z amnestii w 1947 roku, ostatecznie postanowił się jednak nie ujawniać. 8 maja 1947 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, torturowany i oskarżony o działalność wywiadowczą na rzecz rządu RP na emigracji.

3 marca 1948 przed Rejonowym Sądem Wojskowym w Warszawie rozpoczął się proces tzw. grupy Witolda. Rotmistrz Pilecki został oskarżony o: nielegalne przekroczenie granicy, posługiwanie się fałszywymi dokumentami, brak rejestracji w Rejonowej Komendzie Uzupełnień, nielegalne posiadanie broni palnej, prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz Andersa oraz przygotowywanie zamachu na grupę dygnitarzy MBP. Zarzut o przygotowywanie zamachu Pilecki stanowczo odrzucił, zaś działania wywiadowcze uznał za działalność informacyjną na rzecz II Korpusu, za którego oficera wciąż się uważał. Podczas procesu przyznał się do pozostałych zarzutów. Prokuratorem oskarżającym Pileckiego był mjr Czesław Łapiński, przewodniczącym składu sędziowskiego ppłk Jan Hryckowian (obaj byli dawnymi oficerami AK), sędzią kpt. Józef Brodecki. Skład sędziowski (jeden sędzia i jeden ławnik) był niezgodny z ówczesnym prawem.

15 marca 1948 roku rotmistrz został skazany na karę śmierci. Prezydent Bolesław Bierut nie zgodził się na ułaskawienie. Wyrok wykonano 25 maja w więzieniu mokotowskim przy ul. Rakowieckiej, poprzez strzał w tył głowy.

Aby wejść w klimat tamtych koszmarnych czasów i "osądzania" rotmistrza Pileckiego należałoby zapoznać się z filmem - "Śmierć Rotmistrza Pileckiego"

Witold Pilecki pozostawił żonę, córkę i syna. Miejsce pochówku rotmistrza nigdy nie zostało ujawnione przez komunistyczne władze, prawdopodobnie zwłoki zakopano na wysypisku śmieci koło Cmentarza Powązkowskiego (tzw. kwatera Ł - łączka).

Do roku 1989 wszelkie informacje o dokonaniach i losie rtm. Pileckiego podlegały w PRL cenzurze. Witold Pilecki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1995) i Orderem Orła Białego (2006).

Wspaniała postać polskiego oficera, który kierował się w życiu honorem i szczerą skromnością, niezłomną wiarą w Boga i niepodległość Ojczyzny.

http://notturno.salon24.pl/416224,rotmi ... -bohaterom


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 21 maja 2012, 16:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Ignacy Matuszewski

Złamane słowo

W książce, przeznaczonej na sprzedaż przez jedną z polskich bibliotek w Kanadzie, znalazłem wycinek gazety z 3 marca 1945 roku z artykułem Ignacego Matuszewskiego, zatytułowanym "Złamane słowo". Poruszający tekst dotyczy konferencji w Jałcie i losów, podpisanego 25 sierpnia 1939 roku, traktatu polsko - angielskiego.Warto może przytoczyć fragmenty emocjonalnego artykułu, napisanego przez odznaczonego krzyżem Virtuti Militari, jednego z największych polskich patriotów.

Przypomnijmy: Ignacy Matuszewski wsławił się udziałem i doskonałym rozpoznaniem wrogiej sowieckiej armii podczas bitwy warszawskiej z 1920 roku, brawurowym wywiezieniem z ogarniętej pożogą wojenną Polski 75 ton złota, które udało się przetransportować okrężną drogą do Francji i przekazać polskiemu rządowi, a także bezkompromisową, przeciwstawiającą się sowieckiej ekspansji, postawą na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Ta dalekowzroczna ocena zagrożeń polskiej niepodległości sprawiła, że był obiektem ataków i intryg sowiecko-polskiej agentury. Jego ukochana, jedyna córka Ewa została rozstrzelana przez Niemców w trakcie Powstania Warszawskiego.

Co pisał w marcu 1945 roku?

"Zdarza się niekiedy, że żołnierz porzuca w polu rannego towarzysza broni, aby siebie ocalić. Nie szczyci się tym przecież. Ani nie naigrywa się nad porzuconym, że go - rzucając - ratuje. Tym więcej nie znieważa opuszczonego.
Premier Churchill w przemówieniu z dnia 27 lutego 1945 r. nie znalazł słów żalu, ani bólu, że przysięgę Anglii złamie. Przemilczał ją po prostu: zdając sprawę z postanowień podpisanych w Jałcie, nie wspomniał w ogóle traktatu polsko - angielskiego. Twierdził natomiast, że nie odstępuje Polski pod przymusem, ale z dobrej woli. (…) Anglia zobowiązała się bronić granic Polski - nie zaś zmieniać je na czyjąkolwiek korzyść. Jest szydzeniem z porzuconego na polu bitwy towarzysza broni wmawianie mu, że opuszczenie jest ratunkiem.
(…)
Przez 66 miesięcy wojny Anglia, za pośrednictwem konstytucyjnego Rządu Polskiego, żądała od Polski pomocy - i otrzymywała ja. Dziwne to, a przecież prawdziwe, ze w tym sojuszu dotychczas - to słabszy pomagał silniejszemu, nie odwrotnie. To Polska dała Anglii pomoc w 1939 roku i zapobiegła, by atak niemiecki nie poszedł na zachód. Kiedy Rząd J. Król. Mości domagał się, by - gwoli jego wygody - nie Anglii nawet, lecz Rosji udzielić polskiej pomocy - wówczas, na rozkaz Rządu Polskiego w Londynie, czyniąc zadość wymaganiom brytyjskim Polacy w 63 dniowej, znów samotnej, walce z Niemcami zmienili własną stolicę w dymiące zgliszcza i podarowali Rosji tym poświęceniem zwycięstwa na Bałkanach.
(…)

Porzucając Polskę - premier Churchill zapiera się tego. Obiecuje, że "wolne wybory" dowiodą, iż Polska walczyła przez 5 lat po to tylko, by oddać Rosji połowę Państwa i całą niepodległość.
Jakby lękając się, że prawdziwy głos polski nie da się stłumić - Churchill czyni krok dalszy: znieważa tego, kogo zdradził. Powiada: "We (Churchill and Stalin) have agreed that all those, who are democratic parties - not nazi or fascist parties or collaborators with the enemy - will be able to take their part (in election)"
To zgoda nie na "wolne" wybory - to zgoda Anglii na wolną rzeź sowiecką w Polsce.
Gdzie są w Polsce naziści i kolaboratorzy? Moskwa nazywa hitlerowskim agentem premiera Arciszewskiego, co walczył w płonącej we wrześniu Warszawie, kiedy radio moskiewskie nawoływało polskich robotników do złożenia broni. Stalin nazywa "faszystą" gen. Sosnkowskiego, który rozbił pod Lwowem dywizje niemieckie, prące na spotkanie sojuszniczych im wojsk sowieckich. Agenci Moskwy, którzy stanowić będą trzon "rządu", co przeprowadzić ma "wybory" - nazwali kolaborantem gen. Bora i oddali go pod sąd. "Faszystami" i "nazistami", pędzonymi do więzień i na szubienice są wszyscy żołnierze Polski Podziemnej. Do połowy 1941 roku nazywano ich: "agentami imperializmu angielskiego". Ale skazywano tak samo: doły Katynia pełne są trupów.
Zdarza się niekiedy, że żołnierz porzuca w polu rannego towarzysza broni. Premier brytyjski porzuca ranny naród polski. Ale czyni, czego żaden żołnierz nigdy nie uczyni: żegna porzuconego zniewagą."

Rozmaite smutne refleksje nasuwają się po przeczytaniu tego wystąpienia sprzed ponad pół wieku.
Podzielę się tylko jedną, chyba najważniejsza obecnie dla losów Ojczyzny. O wyjaśnienie prawdy o katastrofie smoleńskiej powinniśmy walczyć z determinacją polskich żołnierzy, bohatersko obecnych na wszystkich frontach Europy i świata. Powinny nam przyświecać słowa hymnu, tak dramatycznie przypomnianego w końcowych słowach przez Ignacego Matuszewskiego. Jego całe życie było potwierdzeniem tej szczytnej i mężnej dewizy. Kim wobec tej pomnikowej postaci są dzisiejsi "przywódcy" Polski, nie potrafiący walczyć nawet o godność i honor naszego kraju, nie będący w stanie nie tylko zażądać, ale nawet poprosić o oddanie, należących do Polski szczątków wraku Tupolewa oraz czarnych skrzynek? Nie zdobyli się nawet na odwagę, by otworzyć trumny naszych poległych, a śledztwo oddali bez najmniejszego słowa sprzeciwu Rosji.

Ignacy Matuszewski miał prawo zarzucać Churchillowi niegodziwość. Współczesna Polska, przysłonięta hańbą jej przywódców, dobrowolnie podreptała w stronę Moskwy. Trudno się dziwić, że w sprawie Smoleńska milczą dzisiaj mocarstwa świata, nasi potencjalni sprzymierzeńcy. To nie oni nas opuścili, tylko wybrany w legalnych wyborach rząd III RP .
Na zakończenie przytoczmy więc końcowy akapit, cytowanego wyżej wystąpienia Ignacego Matuszewskiego. Jego słowa nadal wydają się porażająco aktualne:

"Dla narodu polskiego rozpoczyna się nowy okres. Bowiem Polska nie ma już sojuszników.
A zatem podejmijmy samotną walkę.
Nie wiemy, czy wypadnie nam ją prowadzić przez miesiące, lata, czy dziesięciolecia. Ale wiemy, że naród polski będzie ją prowadził. Będzie ją prowadził tak długo, aż to "co nam obca przemoc wzięła - mocą odbierzemy".


http://nessundorma.salon24.pl/414664,zlamane-slowo


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 25 maja 2012, 06:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Przesłanie mojego Ojca

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia Bogusław Rąpała

Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, rotmistrz Witold Pilecki został zmobilizowany, miała Pani kilka lat. Jakie jest Pani najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa związane z Ojcem?
- Jest to okres, który zamyka się w okresie od 1933 r. do 1939 r., kiedy to Ojciec żegnał nas, idąc na tę straszliwą wojnę. Miałam wtedy sześć lat. Mieszkaliśmy w majątku Sukurcze koło Lidy. Wspominam ten czas jako cudowne lata mojego dzieciństwa. Ojciec uczył mnie kochać i szanować przyrodę. Mawiał, że wszystko, co w niej żyje, nawet najmniejsze stworzonko, ma swój sens istnienia. Porównywał przyrodę do łańcuszka, który nosiłam na szyi. Tłumaczył mi: "Jeśli rozerwiesz jedno ogniwko, to nie będzie mógł prawidłowo funkcjonować. Tak samo jest z przyrodą". Pamiętam nasze spacery po pięknych łąkach, gdzie nie można było zgnieść bucikiem nawet biedronki. Poprzez zabawę uczył nas odwagi, posłuszeństwa, umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji na miarę naszych lat. Ale nade wszystko wpajał nam poszanowanie dla prawdy.

Jak to robił?
- Nawet gdy zrobiliśmy coś, za co mogliśmy zostać skarceni przez naszego Ojca, nie mogliśmy go okłamać. Trzeba było mieć odwagę przyznać się do tego, co się zrobiło źle. Dbał również o naszą tężyznę fizyczną. Uczył nas hartu ducha i ciała, ponieważ uważał, że tylko wtedy będziemy mogli przeżyć nawet najgorsze doświadczenia. Strugał patyczki, które następnie nosiliśmy z tyłu pleców pod łokciami, aby mieć ładną sylwetkę. Pamiętam też jego klacz - nazywała się Bajka. Ojciec pięknie malował. Jego obrazy zdobiły ściany naszego dworku. Szczególnie dobrze zapamiętałam duży obraz Matki Bożej Karmiącej (sam go tak nazwał) wiszący u wezgłowia łoża małżeńskiego moich rodziców, namalowany w kolorach biało-niebieskich, oraz obrazy św. Antoniego i Matki Bożej Nieustającej Pomocy, które do tej pory znajdują się w kościele w Krupie na Białorusi, obok naszego byłego majątku w Sukurczach. Z perspektywy czasu sądzę, że Ojciec czuł, że jego okres kontaktu z dziećmi się kończy. Dlatego chciał nas jak najwięcej nauczyć. To wszystko skończyło się nagle, najpierw w 1939 r., kiedy Ojciec poszedł do wojska, a potem w 1940 r., kiedy musieliśmy wyjechać z Sukurcz, uciekając przed wywózką na Sybir. Nie było Taty i nastały ciężkie czasy.

Mieliście jakiś kontakt z Ojcem?
- Głównie listowny. W listach przekazywał troskę o nasze dalsze wychowanie. Tych listów zachowało się niewiele, ale dwa z nich zapamiętałam dobrze. Zawierały rysunki oraz wiersze. Pierwszy został napisany w Auschwitz. Ojciec narysował dwa krasnale - jeden miał czerwoną, a drugi niebieską czapeczkę. Ten z czerwoną (symbolizował Sowietów) był na górze, a z niebieską na dole (ten z kolei oznaczał Niemców). Nazwałam go potem listem proroczym. W drugim liście napisanym przed Powstaniem Warszawskim Ojciec wyrażał troskę o mamę i swoją miłość do niej. Wyraził ją w pięknym wierszu: "Mamusiu kochana, złota moja duszko, już dzisiaj od rana bije me serduszko. Więc skoro na niebie świat począł się bielić, ja lecę do ciebie, by cię rozweselić. By cię rozweselić i szepnąć na uszko to słowo od siebie, że moje serduszko należy do ciebie".
A do nas Ojciec tak pisał o mamie: "Gdy zasłabnie, no to przecie drugiej takiej nie znajdziecie". Moja mama prawie dorównywała w dzielności swojemu mężowi. Gdy zostaliśmy sami, ona - tak jak mówiła - wzięła nas "w zęby" i mimo wielu niebezpieczeństw przedostała się przez zieloną granicę na tereny okupowane przez Niemców, gdzie żyła nasza babcia.

Zastanawia się Pani czasem nad tym, jak udało się Pani Ojcu przetrwać obóz koncentracyjny w Auschwitz, gdzie dostał się z własnej woli, aby przekazywać informacje o tym, co się tam dzieje, pomagać innym współwięźniom przez podnoszenie ich na duchu?
- Cały czas twierdzę i mam to przekonanie, że mój Ojciec był posłany przez Boga. Nie ma drugiego człowieka, który dokonałby takich rzeczy w ciągu tak krótkiego życia. To byłoby niemożliwe bez Bożej pomocy. On miał zadanie, które wykonał w stu procentach. A ostatni meldunek złożył właśnie Temu, który go posłał. Ja tak to właśnie rozumiem.

Skąd w rotmistrzu Pileckim takie umiłowanie Ojczyzny?
- Odpowiadając na to pytanie, trzeba wrócić do czasów dzieciństwa mojego Ojca. Urodził się w Ołońcu na terenie Rosji, gdzie jego ojciec dostał pracę jako leśnik, i tam ożenił się z Ludwiką Osiecimską. Mieli czworo dzieci: Marię, Witolda, Wandę i Jerzego. Moja babcia była wspaniałym człowiekiem i wielką patriotką. Aby uchronić swoje dzieci przed wynarodowieniem, uczyła je języka polskiego, troszczyła się o to, żeby miały właściwy akcent oraz zapoznawała z polską sztuką i literaturą, pokazując im obrazy Grottgera oraz czytając "Trylogię" Henryka Sienkiewicza. To dlatego Ojciec całe fragmenty "Trylogii" potrafił cytować z pamięci. W czasie spotkań rodzinnych przekazywane były wiadomości na temat historii i rodziny. To właśnie matka uczyniła swojego syna Witolda wielkim patriotą, wpoiła mu miłość do Boga i Ojczyzny, przekazując ideę walki o niepodległość Polski.

W jaki sposób przejawiał się katolicyzm Pani Ojca?
- Wiara w Boga dała mu siłę do przetrwania. Uczył nas jej od dzieciństwa. Każdy dzień zaczynał się od modlitwy, potem dopiero było mycie i mogliśmy złożyć raport: "Tatusiu, czekamy na śniadanie". Modlitwą mogę też nazwać nasze przechadzki po Sukurczach. Ojciec pisał w swoim poemacie poświęconym opisowi rodzinnego majątku, że nawet przybysz, który zabłądził, zachwycał się pięknem tego zakątka. W tej przyrodzie widział Boga.

Wszystko na to wskazuje, że rotmistrz - bohater II wojny światowej, uczestnik Powstania Warszawskiego i oficer 2. Korpusu gen. Andersa - został aresztowany w wyniku denuncjacji agenta UB. Jak Pani zapamiętała tamten czas?
- Dokładnie pamiętam dzień jego aresztowania - 8 maja 1947 roku. Było to święto św. Stanisława i imieniny naszego wujka, który był razem z nami w Ostrowi Mazowieckiej. Ojciec zawsze przyjeżdżał z tej okazji, niekoniecznie w dzień samych imienin, ale wtedy kiedy mógł, najczęściej między sobotą a niedzielą. 12 maja Ojciec był oczekiwany przez nas, ponieważ był to dzień urodzin i imienin mojej mamy. On, starszy o pięć lat od mojej mamy, obchodził urodziny dzień później. W związku z tym wszyscy czekaliśmy na niego i byliśmy pewni, że przyjedzie. Gdzieś około północy zmorzył mnie sen. Obudziło mnie dwukrotne stuknięcie w szybę. Zerwałam się, krzyknęłam do mamy: "Mamo, Tata!", i podbiegłam do okna. Otworzyłam je, ale tam nie było nikogo. Po paru dniach dowiedziałam się, że Ojciec został aresztowany i znajduje się w więzieniu na ulicy Rakowieckiej.

Kilka dni później, 14 maja, napisał wierszem list do nadzorującego śledztwo Józefa Różańskiego, w którym zadeklarował: "Bo choćby mi przyszło postradać me życie - Tak wolę - niż żyć, a mieć w sercu ranę"...
- Napisał w nim również: "Sumą kar wszystkich mnie proszę karać". On ochraniał tych wszystkich, którzy zostali w tym procesie zatrzymani. To człowiek niebywały. Kochał życie, ludzi i przyrodę. Niesamowicie wrażliwy, a zarazem konsekwentny w działaniu. Świadczy o tym chociażby to, że gdy z ramienia Tajnej Armii Polskiej znalazł się w Auschwitz, potrafił utworzyć Tajną Organizację Wojskową, przekształconą później w Związek Organizacji Wojskowej, po to, aby jeszcze bardziej zjednoczyć różne opcje polityczne. Udało mu się to jak nikomu innemu. Jak to musiało być trudne, możemy sami ocenić dzisiaj, gdy jesteśmy tak bardzo podzieleni i skłóceni. Wtedy, w obliczu śmierci, też były różne ambicje wojskowych. Zresztą sam zanotował w swoim raporcie, że dokonał tego, czego być może nie potrafiłby dokonać na wolności - zjednoczył wszystkie siły polityczne. Po dwóch latach i siedmiu miesiącach pobytu w Auschwitz zorganizował ucieczkę. Słano za nim listy gończe. W krakowskim okręgu Armii Krajowej nie chciano z nim podjąć współpracy, ponieważ nie wierzono mu i jego dwóm towarzyszom ucieczki, podejrzewając, że są szpiegami. Aprzecież Ojcu chodziło o to, aby jak najszybciej doprowadzić do odbicia obozu przez siły alianckie, na co jednak nie było żadnych realnych widoków. Następnie wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Następnie trafił do obozów Lamsdorf i Murnau. Potem zgłosił się do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa, gdzie został skierowany do pracy wywiadowczej na terenie Polski. W końcu nadeszła jego ostatnia droga krzyżowa i śmierć na Rakowieckiej...

Podczas jednego z widzeń w więzieniu rotmistrz Pilecki powiedział do swojej żony: "Oświęcim to była igraszka". Co jeszcze mówił w czasie tych ostatnich krótkich spotkań?
- Rozprawy toczyły się do 16 marca 1948 roku. Ojciec był wtedy wrakiem człowieka. Miał połamane obojczyki, nie mógł utrzymać głowy w pionie. Zamordowano go bardzo szybko, bo już 25 maja. Pewnie bano się, żeby nie uciekł. Inni czekali na egzekucję dłużej. Byłam za mała, żeby móc chodzić na jego rozprawy. Zresztą tylko w nielicznych rozprawach sądowych mogli brać udział członkowie rodzin. Na jednym z ostatnich posiedzeń, gdy już było wiadomo, że zginie, Ojciec dał mamie mały metalowy grzebyk i powiedział, żeby koniecznie kupiła książkę Tomasza á Kempis "O naśladowaniu Chrystusa". Chciał, żeby mama codziennie czytała nam fragmenty tej cudownej książeczki. "To ci da siłę" - powiedział do niej. Bardzo sobie cenię tę książeczkę i przez cały czas ją czytam. Jest to także testament dla mnie.

Pani mama została poinformowana o wykonaniu wyroku?
- Protokół wykonania wyroku przeczytałam dopiero w 1989 r., gdy przeglądałam dokumenty z procesu w prokuraturze wojskowej. Mama do końca wierzyła, że Ojciec żyje, że jest gdzieś na Syberii.

Czy został jakiś ślad po dworze w Sukurczach, miejscu Pani szczęśliwego dzieciństwa?
- Niedawno dostałam telefon od człowieka, który udał się do miejsca na Białorusi, gdzie dawniej były Sukurcze. Teraz nie ma tam nic, nawet jednego kamienia, który kiedyś stanowił podstawę naszego dworku. Nie ma również śladu po potężnych wiekowych lipach, które miały za zadanie chronić zabudowania przed wiatrem ze wschodu.

Nie ginie za to pamięć o rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Przybywa szkół noszących jego imię. Tak realizuje się jego marzenie o sztafecie pokoleń. Czego dziś młodzi mogą nauczyć się od Pani Ojca?
- Te szkoły traktuję jak własne dzieci. Dlatego tak bardzo o nie dbam. Dziś, kiedy pojawia się słowo "patriotyzm", młodzież często nie ma pojęcia, co to jest. Wtedy im tłumaczę, że patriotyzm nie oznacza obecnie walki z karabinem, ale w ich przypadku solidną naukę, ażeby potem mogli dobrze pracować dla Polski, a nie wyjeżdżać. Mówię im: "Polska musi pięknieć i bogacić się waszą mądrością". To jest patriotyzm, który im przybliżam. Od mojego Ojca z pewnością można się uczyć miłości do Boga i Ojczyzny - tych wartości, dla których się urodził, żył, pracował, cierpiał oraz zginął. To jest jego przesłanie dla współczesnych. Oprócz tego Ojciec zawsze podkreślał, że trzeba pamiętać o tych, którzy złożyli w ofierze swoje młode życie, walcząc za Polskę i o jej godne miejsce w Europie. To się teraz nie za bardzo udaje... Być może nie dokończył swojego dzieła tak, jak by tego sobie życzył, ale nie pozwolił mu na to haniebny proces i wyrok śmierci. I teraz do nas należy dokończenie jego dzieła, jakim jest odbudowanie ducha Narodu Polskiego.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=nn02.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 08 cze 2012, 18:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Obrazek
Zdjęcie 3 / 7 Radni Łukowa: Żołnierze Wyklęci zdradzili – nie wolno ich honorować


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 16 cze 2012, 08:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Generał Leopold Okulicki "Niedźwiadek"

Wielki samotny

Nigdy pewnie nie poznamy prawdy o ostatnich tygodniach generała Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka", ostatniego komendanta Armii Krajowej. Po moskiewskim procesie przywódców Polski Podziemnej w czerwcu 1945 r. żył w więzieniu z dziesięcioletnim wyrokiem jeszcze przez półtora roku. Pozostały fragmenty listu, który zamierzał wysłać do Stalina - litery kreślone z widocznym wysiłkiem: "Postawa narodu polskiego w ciągu przeszło pięcioletniej nieprzerwanej walki z Niemcami była wspaniała...". Stalówka drze papier, atrament zalewa słowa. "Największym dorobkiem walki konspiracyjnej są ludzie ideowo zaprawieni do walki o wolność...". List pisany słabnącą ręką jest świadectwem woli walki do końca - jak to leżało w jego naturze.
Pozostał po nim protokół sekcji, o którym jeszcze długo - a może nigdy - nie będziemy mogli powiedzieć, czy jest prawdziwy; świstek z odręczną notatką z grudnia 1946 roku: "Zwłoki więźnia Okulickiego można spalić w krematorium na zasadach ogólnych".

Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny

Generał Leopold Okulicki został 18 czerwca 1945 r. wprowadzony pod eskortą NKWD na salę sądową w Moskwie. Kiedy usiadł na ławie oskarżonych, znalazł się w gronie piętnastu mężczyzn, ubranych jak i on, w cywilne garnitury, przygotowane przez Sowietów specjalnie na tę okazję. Dostrzegł znajome, choć wymęczone i zmienione twarze. Siedzieli rozdzieleni przez enkawudzistów - jakby z tej sali mogli jeszcze zagrozić potędze ZSRS. Wszyscy oni tworzyli władze Polski Podziemnej i z tej właśnie racji Sowieci chcieli, a nawet musieli się ich pozbyć. Mieli wobec Polski plany, w których nie było miejsca dla ludzi pozbawionych złudzeń co do celu moskiewskiej polityki.
Oskarżonych zwieziono na ten proces z Łubianki - głównego więzienia NKWD/KGB, gdzie przez prawie trzy miesiące od porwania z Polski przez NKWD przeżywali udrękę osamotnienia oraz niekończące się przesłuchania. W marcu 1945 r. ściągnięto ich podstępem na spotkanie dowództwem Armii Czerwonej. Zamiast obiecanych rozmów czekało ich aresztowanie i błyskawiczna wywózka do Moskwy. "Tym razem po raz pierwszy w dziejach sowieckiej "sprawiedliwości" na ławie oskarżonych zasiedli nie sowieccy obywatele, lecz obywatele państwa i żołnierze narodu, który pierwszy wypowiedział wojnę hitleryzmowi" - pisał 19 czerwca 1945 r. londyński "Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza Polskiego", organ Rządu RP na Uchodźstwie.
W akcie oskarżenia zarzucono Polakom, że "uprawiali sabotaż i terror przeciwko Czerwonej Armii, posiadali nielegalne radiostacje oraz szerzyli propagandę antysowiecką".
Generała Okulickiego oskarżono dodatkowo o szpiegostwo. On jeden spośród porwanych miał za sobą długie i dramatyczne doświadczenia z Sowietami.

Wezwany do boju bez chwały...

Był w grupie czterech oficerów przeprowadzonych potajemnie przez kuriera z końcem października 1940 r. na obszar sowieckiej okupacji, gdzie Związek Walki Zbrojnej - poprzednik Armii Krajowej - poszedł w rozsypkę po serii poważnych wpadek.
Pułkownik Okulicki miał odbudować struktury dowodzenia i zorganizować system łączności radiowej oraz kurierskiej z Warszawą w Białostockiem i Lwowskiem. Trzeba było stworzyć sieć wywiadu, opierając się na ludziach sprawdzonych. Wyruszyli na wschód we czworo: Okulicki "Mrówka" z Bronisławą Wysłouchową "Birutą" oraz dwóch oficerów z radiostacją. Przez linię Ribbentrop-Mołotow prowadził niejaki Zymon "Waldy". Przed granicą obu okupacji rozdzielili się: Okulicki i "Biruta" poszli przez Rawę Ruską, oficerowie z "Waldym" inną trasą. Ci ostatni nigdy do Lwowa nie dotarli, bowiem Zymon był prowokatorem NKWD. Tymczasem Okulicki założył dzięki pomocy "Biruty" swoją placówkę we Lwowie. Był ostrożny, bo świadom, że porusza się po grząskim gruncie. Na miejscu zorientował się natychmiast, jak głęboko inwigilacja sowiecka sięgała w lwowskie struktury podziemne. Za sprawą "Waldego" NKWD znało od początku jego prawdziwe nazwisko, funkcję i zamiary. W styczniu 1941 r. Okulicki zdecydował się wysłać do Warszawy pierwszych łączników, w tym "Birutę". Na lwowskim dworcu zjawił się "Waldy", by "osobiście nadzorować przerzut". Kurierzy nie zdążyli nawet wyjechać z miasta - zostali aresztowani już na dworcu. Potem przyszła kolej na Okulickiego.
Znalazł się w okrytym ponurą sławą więzieniu Brygidki, w dawnym klasztorze. Podczas pięciu miesięcy śledztwa zorientował się, że infiltracja sięga samej Komendy Głównej ZWZ. Przesłuchiwał go Iwan Sierow - ten sam, który nadzorował deportacje setek tysięcy Polaków do łagrów w latach 1940-1941, ponosił odpowiedzialność za zbrodnię katyńską wiosną 1940 r., a pięć lat później miał uprowadzić władze Polski Podziemnej z Okulickim do Moskwy.

...i do męczeństwa

Ostatecznie pogrążył Okulickiego raport, który miała przy sobie "Biruta". Po odszyfrowaniu go NKWD zyskało dowód, że działalność Okulickiego wymierzona była w Sowiety, a nie - jak twierdził, broniąc się - przeciw Niemcom. Wówczas przeniesiono go do więzienia Lefortowo w Moskwie. Dręczony ponad miesiąc przesłuchaniami, pozbawiony snu, zamykany w celi z ostrym światłem niszczącym wzrok, nie wydał nikogo. Z wyczerpania zaczął chorować na serce. Sformułowano wobec niego akt oskarżenia, który zawiódłby go zapewne pod mur. Do procesu nie doszło, bowiem III Rzesza uderzyła w czerwcu 1941 r. na Sowiety, zajmując w błyskawicznym tempie obszary opuszczane przez uciekających w panice krasnoarmiejców.
Okulickiego uratowała lipcowa umowa Sikorski - Majski, przewidująca utworzenie w ZSRS polskiej armii. Dziesiątki tysięcy więźniów - żołnierzy okazały się Stalinowi w tej dramatycznej chwili potrzebne. Łubiankę opuścił wówczas gen. Władysław Anders, któremu rząd w Londynie wyznaczył zadanie twórcy Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS. Leopold Okulicki z oskarżonego stał się szefem sztabu Andersa. Armia zaczęła się formować we wrześniu 1941 r. w wyznaczonych przez władze ZSRS miejscowościach na południu Rosji pod Orenburgiem i w okolicach Saratowa. Trudno było Okulickiemu wypełniać swoje zadanie - Sowieci nie chcieli opuszczać budynków przeznaczonych dla polskiego sztabu, utrudniali wypełnianie ustaleń dokonywanych między Andersem a Stalinem.

Dawnych Polaków duma i szlachetność

Był prawą ręką dowódcy. W grudniu 1941 r. znalazł się w składzie delegacji pod wodzą gen. Władysława Sikorskiego, która rozmawiała na Kremlu z dowództwem sowieckim na temat dramatycznej sytuacji formowanej armii polskiej. Lekceważenie przyjętych wtedy ustaleń przez władze sowieckie, głównie drastyczne zmniejszenie racji żywnościowych dla głodujących ludzi, były tematem rozmów marcowych 1942 r. Andersa i Okulickiego z Mołotowem oraz Stalinem na Kremlu. Sowiecki przywódca nie był skłonny do ustępstw. Zdążył już zorientować się, że Armia Andersa nie będzie wobec niego tak lojalna, jak spodziewał się w gorących letnich miesiącach 1941 roku. Jego zamiarem było fizyczne i psychiczne wyniszczenie polskich żołnierzy.
Sytuacja Okulickiego była trudna. Człowiek uparty i nieznoszący obłudy, nienadający się żadną miarą do uprawiania "dyplomacji" z Sowietami, popadał w konflikty z "łącznikami" - de facto nadzorcami enkawudowskimi. Nie mógł znieść zwłaszcza obecności pułkownika NKWD Kondratiuka, który niedawno torturował Wysłouchową i prowadził śledztwo przeciwko niemu samemu. Sowieci z kolei okazywali mu otwartą niechęć, a nawet wrogość ze względu na lwowski okres jego działalności. W takich warunkach gen. Anders zdecydował się - ze względów czysto taktycznych i za zgodą Okulickiego - przesunąć go w marcu 1942 r. na stanowisko dowódcy 7. Dywizji Piechoty formującej się w Kermine w Uzbekistanie. O swoim podwładnym pisał w samych superlatywach: "Płk dypl. Okulicki współpracował ze mą jako Szef Sztabu od pierwszych dni organizacji naszej armii w ZSRR. W tych najcięższych chwilach, kiedy siedem miesięcy współpracy można śmiało policzyć za siedem lat, płk dypl. wykazał tyle niespożytej energii i hartu ducha. (...) Cieszę się niezmiernie, że dziękując mu za wielką pomoc wykazaną naszej sprawie, mogę wyrazić całkowitą pewność i wiarę, że taki żołnierz nie zawiedzie nigdy na żadnym stanowisku w pracy dla Polski". Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy ogłosili wiadomość o odkryciu grobów polskich oficerów w Katyniu, pułkownik był wstrząśnięty - przecież sam dopytywał się Stalina o losy zaginionych, a w odpowiedzi usłyszał, że generalissimus nic o całej sprawie nie wie. Może dlatego Okulicki zaczął starać się o szybki powrót do kraju i konspiracji, choć wiedział, że przyjdzie mu ją kontynuować pod nieuchronnie nadciągającą sowiecką okupacją. Zrezygnował wówczas z propozycji objęcia dowództwa doborowej 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Wybrał drogę stromą i ciężką - wiodącą jednak wprost do kraju.

Kiedy Anders walczył o każdą porcję żywności dla żołnierzy, kobiet i dzieci, w Londynie po śmierci premiera Sikorskiego w katastrofie na Gibraltarze, nad głowami wygnańców odprawiała się wielka polityka: kandydatem na stanowisko po Sikorskim był gen. Kazimierz Sosnkowski, zwalczany m.in. przez ludowca Stanisława Mikołajczyka. Okulicki wyjechał w lipcu 1943 r. wraz z grupą wysłanników Andersa do Londynu, by poprzeć gen. Sosnkowskiego, który zajął po śmierci Sikorskiego stanowisko Naczelnego Wodza. Przybyli za późno: Mikołajczyk właśnie został zaprzysiężony jako premier.

Krwią polewać ziemię

Okulicki doczekał powrotu do kraju dopiero w maju 1944 r., kilka miesięcy przed Powstaniem Warszawskim. Został zrzucony ze spadochronem już w stopniu generała, a następnie przewieziony do Warszawy.
Naczelny Wódz miał wobec niego specjalne oczekiwania: chciał mianowicie, by Okulicki powstrzymał wybuch Powstania Warszawskiego. Sosnkowski zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że "sojusznik naszych sojuszników" nie jest naszym sojusznikiem, zaś Okulicki miał w jego planach odegrać główną rolę w budowie podziemia na terenach przyszłej okupacji sowieckiej. Było to zadanie trudne, ale Okulickiego zawsze wyznaczano do takich zadań - najcięższych, obarczonych wielkim ryzykiem i mających nikłe szanse powodzenia. Sosnkowski rekomendował komendantowi głównemu Armii Krajowej Tadeuszowi Komorowskiemu "Borowi" swego wysłannika: "Miał on otrzymać dowództwo dywizji (...) obecnie walczącej we Włoszech. Z przykładną i zasługującą na szacunek godnością zrzekł się tej perspektywy, aby przyjąć moją propozycję udania się do kraju, którą uczyniłem, wiedząc, jak dalece Kraj odczuwa brak starszych wiekiem, doświadczonych i wykształconych oficerów". "Bór" mianował go zastępcą szefa sztabu KG AK.
Okulicki przybył wprawdzie z instrukcjami od Sosnkowskiego, ale obraz sytuacji w kraju sprawił, że zajął stanowisko inne, niż tego w Londynie oczekiwano. Pułkownik Adam Sanojca, szef Oddziału Organizacyjnego KG AK, wspominał po wojnie: "Rozmawialiśmy właściwie przez całą noc. Okulicki zaczął wykładać tezę gen. Sosnkowskiego. Wyjaśnił mi, że powinniśmy zaprzestać walki z Niemcami w celu zaoszczędzenia naszych sił do walki z Rosją. W tym punkcie zwrotnym wojny - mówi, przekazując mi instrukcję Sosnowskiego - naszym jedynym obowiązkiem jest chronić masę biologiczną narodu polskiego. Po długim lojalnym przedstawieniu mi tej tezy wyłożył mi swój punkt widzenia, który był diametralnie różny. Według niego, powinniśmy się bić z Niemcami tak, by pozostać w walce do końca".
Okulicki chciał walczyć z Niemcami, ale za głównego wroga uważał ZSRS. Walka przeciw Niemcom dawać miała nam prawo moralne do upominania się po wojnie o swoje. Gdybyśmy się wycofali, nie mielibyśmy nic do powiedzenia - tak rozumował. Trafnie, jak mało kto, odczytywał sowieckie intencje. Jego kalkulacja była prosta: tylko fakt dokonany, zdobycie Warszawy, może zmusić Sowiety do ustępstw i traktowania Polski jak partnera. Wiedział już wówczas, jak Sowieci potraktowali wileńską AK - sądził, że ten sam los spotka większość żołnierzy Polski Podziemnej. Trzeba było więc działać, a nie czekać na zajęcie kraju przez NKWD i krwawe represje.
Przed samym powstaniem przyjął nowy pseudonim "Niedźwiadek" - ten, pod którym przeszedł do historii. Został wyznaczony na komendanta AK w przypadku aresztowania "Bora" przez NKWD w zdobytej, jak przewidywano, przez Polaków Warszawie. Kiedy powstanie się załamało i zapadła decyzja o kapitulacji stolicy, Okulicki - wówczas już następca "Bora" - wyszedł 3 października z ludnością cywilną, a potem wydostał się z piekła obozu w Pruszkowie.

A placem boju będzie dół kryjomy

Znalazł dla siebie kryjówkę w Częstochowie, skąd prowadził - zdawałoby się - skazaną na niepowodzenie rekonstrukcję Komendy Głównej AK. Działał w powszechnej atmosferze klęski, chaosu, beznadziei. Wiązał w całość rozproszoną i rozbitą Armię Krajową, nakazywał nie atakować Niemców bez potrzeby - chyba że w obronie ludności cywilnej.
Wykładał swoje racje prezydentowi Władysławowi Raczkiewiczowi, pisząc z początkiem grudnia: "Jedyną i najsilniejszą zaporę wobec zagrożeń sowieckich w stosunku do Polski stanowi jej pozycja w obozie sprzymierzonych zdobyta dzięki roli, jaką ona odegrała w walce z Niemcami i wierności, z jaką wywiązuje się ze swych zobowiązań sojuszniczych. W tę właśnie pozycję moralną, jaką zdobyliśmy w świecie, uderzyła propaganda sowiecka, starając się zaszczepić w opinii anglosaskiej wątpliwość co do szczerości naszego stanowiska wobec Niemców, oskarżając Polski Ruch Podziemny o bierność, sabotowanie walki lub wprost otwartą współpracę z nieprzyjacielem".
Sam żył na granicy nędzy. Rozpaczliwe położenie go nie złamało - był człowiekiem stworzonym do działania w takich sytuacjach. Te cechy charakteru, które utrudniały mu stosunki z innymi, okazały się w krytycznej sytuacji zbawienne. Był jednym z nielicznych, którzy mogli sprostać ogólnemu zamętowi. Czynił wszystko, by zapanować nad sytuacją - skomplikowaną, nieczytelną nawet dla niego. Bo czy ktokolwiek - poza NKWD - mógł być wówczas dobrze poinformowany? Okulicki wyznaczył sobie zadania i parł do przodu ze swoją koncepcją działania na przetrwanie i ratowanie niedobitków. Rozpoczął szeroką akcję zabezpieczania rodzin żołnierzy poległych, wziętych do niewoli lub uwięzionych. Jego polecenia miały na celu uchronienie jak największej liczby ludzi z AK, dlatego zabraniał im ujawniania się przed Sowietami. Uważał, że Londyn nie ma pojęcia ani o rzeczywistych rozmiarach represji sowieckich, ani o sytuacji w kraju.

Syn poległ w walkach pod Ankoną

Jego pozycja w polskim Londynie była słaba. Premier Mikołajczyk miał mu za złe, że o Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego założonym przez Sowietów z polskich komunistów mówił "zdrajcy". Skąd miał Mikołajczyk wiedzieć, do czego zdolni są bolszewicy? Był chłopskim politykiem z Poznańskiego, zasłużonym w Powstaniu Wielkopolskim 1918-1919. Jego wrogiem byli zawsze Niemcy, a sowieckie zagrożenie miał poznać dopiero po latach, kiedy w 1947 r. musiał uciekać z komunistycznej Polski w bagażach brytyjskiego konsula.
W listopadzie 1944 r. premierem został - na szczęście dla Okulickiego - Tomasz Arciszewski. Wreszcie 21 grudnia prezydent Raczkiewicz mianował go komendantem głównym AK na obszar obu okupacji. Kiedy położenie Okulickiego stało się na tyle stabilne, na ile było to wówczas możliwe, spadł nań cios - najcięższy chyba w życiu. 22 grudnia dostał wiadomość o śmierci jedynego syna, Zbyszka. Chłopak walczył w 2. Korpusie pod dowództwem Andersa pod Ankoną. "Mimo silnego ognia artyleryjskiego podchorąży Okulicki 8 sierpnia 1944 r. wysłany jako obserwator wysunięty, wykrył gniazdo broni maszynowej i chciał je ogniem artylerii obezwładnić. Został ciężko ranny" - zanotowano w jego karcie ewidencyjnej. Zmarł tego samego dnia w szpitalu polowym. Ojciec widział go ostatni raz we wrześniu 1939 roku. "Miał dwadzieścia lat. Nikogo w życiu tak nie kochałem, jak jego" - powiedział emisariuszowi, którego właśnie odprawiał do Londynu. Nie miał czasu na własny ból, kiedy tysiące chłopców takich jak Zbyszek ginęło po lasach od niemieckich i sowieckich kul.

Wyzwanie przyśle mu szpieg nieznajomy

W styczniu 1945 r., kiedy ruszyła sowiecka ofensywa, generał wydał rozkaz, który miał ochronić żołnierzy AK przed represjami. "W przekonaniu, że (...) zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by Wam ułatwić dalszą pracę, zwalniam Was z przysięgi i rozwiązuję szeregi Armii Krajowej".
Równocześnie kazał pozostawić w terenie sieć sztabów i struktur, zachować łączność i magazynować broń. Na przyszłość...
Nadeszły wreszcie dramatyczne wydarzenia marca 1945 r.: "zaproszenie" od dowódcy Armii Czerwonej na rozmowy; warunek, by uczestniczył w nich Okulicki i wreszcie podjęta - wbrew zdrowemu rozsądkowi - decyzja Delegata Rządu na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego o spotkaniu z Sowietami w Pruszkowie. Krótko przedtem Okulicki depeszował do gen. Andersa w Londynie: "Represje i aresztowania żołnierzy AK trwają bez przerwy. Konieczna jest interwencja Anglosasów. Do tego czasu aresztowano ponad 40 tysięcy. Ich los niewiadomy. Armia Czerwona i władze sowieckie grabią, co się da. Zachowują się jak w zdobytym wrogim kraju. Jedynym władcą jest NKWD".
Po drodze do Pruszkowa generał spóźnił się na kolejkę, potem zepsuł mu się samochód. Uparł się, jak zwykle, i dojechał rowerem, wypełniając polecenie Jankowskiego.

***
Czy Leopold Okulicki zmarł na serce w więzieniu na Łubiance kwadrans po pierwszej w południe w wigilię 1946 r. - jak utrzymywali Sowieci? Czy został rozstrzelany przez NKWD - jak twierdzili współwięźniowie? Odpowiedź na to pytanie może kiedyś nadejdzie, nie zmieni ona jednak tej prawdy, że życie swoje oddał Niepodległej.
Swoją postawą podczas procesu szesnastu obnażył prawdziwe, nadal urzeczywistniane zamiary Rosji wobec Polski. Prasa emigracyjna w Londynie pisała wówczas to, co i dzisiaj trzeba powtórzyć: "Moskwa czyni wszelkie wysiłki, ażeby wykazać narodowi polskiemu, że nie może liczyć na pomoc nikogo i nie może się odwołać do żadnego trybunału".

Anna Zechenter
--------------------------------------------------------------------------------

Autorka jest pracownikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Krakowie.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my07.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 09 wrz 2012, 10:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Rotmistrz Witold Pilecki

1901-1921

Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 r. Rodzina Pileckich pochodzi z okolic Nowogródczyzny. W wyniku represji za udział w Powstaniu Styczniowym, część majątku uległa konfiskacie, a młodzi Pileccy zmuszeni do szukania pracy na stanowiskach rządowych rosyjskiego imperium. Ojciec Witolda, Julian Pilecki po ukończeniu studiów w Instytucie Leśnym w Petersburgu, przyjął posadę leśnika na północy Rosji w Karelii. Po wstąpieniu w związek małżeński z Ludwiką Osiecimską zamieszkali w Ołońcu. Tam urodziło się im pięcioro dzieci: Maria, Józef /zmarł w wieku 5 lat/, Witold, Wanda i Jerzy. W tym czasie rodzina Pileckich co roku wyjeżdżała na kilka tygodni do Sukurcz oraz na Mohylowszczyznę dla podtrzymania więzi rodzinnych a także dla pogłębiania znajomości języka polskiego i historii kraju przodków. Niski poziom nauczania w miejscowych szkołach i rusycyzmy w mowie małych Pileckich wpłynęły na decyzję rodziców o konieczności wyjazdu młodzieży z Ołońca. Ze względów materialnych, Julian Pilecki nadal pracował w Zarządzie Lasów Państwowych w Ołońcu, na stanowisku starszego rewizora, natomiast Ludwika Pilecka wraz z dziećmi w 1910 r. zamieszkała w Wilnie. Witold rozpoczął naukę w szkole handlowej - tzw. gimnazjum komercyjnym. Po rozpoczęciu nauki związał się też z nielegalnie działającym skautingiem.

Wybuch wojny w 1914 r. zaskoczył rodzinę Pileckich na wakacjach w Druskiennikach. Nie mogąc wrócić do zagrożonego niemiecką okupacją Wilna, ani do dalekiego Ołońca, gdzie pracował ojciec, Ludwika Pilecka w sierpniu tegoż roku pojechała do swej matki mieszkającej w Hawryłkowie na Mohylowszczyźnie i tam posłała dzieci do szkół w Orle. W tym małym kresowym miasteczku Witold założył pierwszy zastęp harcerski i zaczął też współorganizować kółka samokształceniowe.

Rok 1918 przyniósł kolejną zmianę w życiu Pileckich. Powstające po rewolucji w Rosji tzw. Komitety Fornalskie i Komitety Robotniczo-Chłopskie, podburzane przez nasłanych agitatorów, zaczęły rozgrabiać majątki ziemskie i likwidować złapanych właścicieli. Ludwika Pilecka, ostrzeżona przez okoliczną życzliwą ludność wiejską, wyjechała z rodziną do Wilna, pozostając tam praktycznie bez środków do życia, gdyż nie miała kontaktu z mężem pracującym w Ołońcu. Zaistniała sytuacja zmusiła ją do wyjazdu z miasta i zamieszkania w majątku Sukurcze zrujnowanym przez nieuczciwych dzierżawców i niemiecką grabież.

Jesienią 1918 r. Witold Pilecki powrócił do Wilna, by kontynuować przerwaną naukę tym razem w gimnazjum im. Joachima Lelewela.

Na wieść o wycofywaniu się Niemców z miasta i zbliżaniu się wojsk bolszewickich, ochotnicy pod komendą gen. Władysława Wejtki, przystąpili do organizowania oddziałów samoobrony. W skład tych oddziałów weszła grupa starszych harcerzy, w której był Witold. Na przełomie 1918 i 1919 r. oddziały gen. W. Wejtki przejęły władzę w mieście. Nadciągające wojska bolszewickie były jednak o wiele silniejsze i zmusiły obrońców do opuszczenia miasta. 5 stycznia 1919 r. Witold Pilecki wraz z obrońcami Wilna, klucząc między niemieckimi pozycjami przedostali się przez Białystok do Łap, gdzie spotkali zorganizowany oddział Wojska Polskiego dowodzony przez braci Władysława i Jerzego Dąmbrowskich. W tym oddziale ułanów dowodzonym przez słynnego Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszkę” Witold walczył do jesieni 1919 r., a po ustabilizowaniu się frontu został zdemobilizowany i wrócił do nauki w wileńskim gimnazjum. Na wieść o polsko-bolszewickiej wojnie w lipcu 1920 r. ponownie wstąpił w szeregi wojska polskiego. W sierpniu 1920 r. pod komendą rtm. Jerzego Dąmbrowskiego walczył na przedmieściu Warszawy, później został skierowany do oddziałów gen. Lucjana Żeligowskiego.

1921-1939

Na początku 1921 r. został zwolniony z wojska, wrócił do Wilna, by kontynuować naukę w gimnazjum oraz działać w harcerstwie i prowadzić prace w Związku Bezpieczeństwa Kraju, do którego wstąpił w lutym 1921 r. W maju tegoż roku złożył egzamin maturalny przed Komisją Egzaminacyjną dla Byłych Wojskowych. Po ukończeniu kursów podoficerskich ZBK, Pilecki został komendantem-instruktorem Oddziału ZBK w Nowem-Święcianach. Na przełomie 1921 i 1922 r. odbył 10-miesięczny kurs w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu.

W 1922 r. Witold Pilecki rozpoczął studia na Uniwersytecie im. Stefana Batorego jako nadzwyczajny słuchacz Wydziału Sztuk Pięknych. Brak środków utrzymania, ciężka choroba ojca Juliana, zadłużenie majątku Sukurcze zmusiły Witolda do rezygnacji z ambitnych planów studiowania i do podjęcia pracy zarobkowej. We wrześniu 1926 r. został właścicielem majątku, zaczął więc go modernizować i rozwijać aby był przykładem dla okolicznych właścicieli ziemskich i osadników wojskowych.

W 1929 r. Witold Pilecki poznał Marię Ostrowską, młodą nauczycielkę miejscowej szkoły, pochodzącą z Ostrowi Mazowieckiej. 7 kwietnia 1931 r Maria i Witold zawarli związek małżeński i zamieszkali w Sukurczach, gdzie urodził się im syn, a następnie córka.

Swojej działalności nie zawęził do pracy w majątku i opieki nad rodziną. Jako obywatel ziemski działał na rzecz innych, starając się przyciągnąć do pracy społecznej swoich przyjaciół i sąsiadów. Założył kółko rolnicze i mleczarnię, której był prezesem. Zajmował się także opieką społeczną. Oprócz tych rozlicznych zajęć znajdował czas na działalność artystyczną; pisał wiersze i malował. Do dziś w kościele parafialnym w Krupie wiszą dwa obrazy pędzla Witolda Pileckiego. W dworku w Sukurczach powstało kilka obrazów religijnych tworzonych techniką fresku. Zachowały się także baśniowe obrazy i rysunki namalowane dla dzieci: własnych i znajomych.

Dźwiganie rodzinnej schedy z ruiny, założenie rodziny, szeroka praca społeczna nie przesłoniły Witoldowi zauroczenia wojskiem. Jeszcze w 1925 r. odbył praktykę w 26 pułku Ułanów Wielkopolskich. W 1926 r. otrzymał promocję do stopnia podporucznika rezerwy ze starszeństwem z 1923 r. W późniejszych latach prawie corocznie uczestniczył w ćwiczeniach rezerwy w 26 pułku ułanów, a od 1931 r.- w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. W 1932 r. w lidzkim powiecie utworzył z okolicznych osadników wojskowych Konne Przysposobienie Wojskowe „Krakus”. Został mianowany dowódcą Lidzkiego I Szwadronu PW. W 1937 r. KPW pow. lidzkiego zostało podporządkowane 19 Dywizji Piechoty. W 1938 r. Witold Pilecki otrzymał za swoją pracę społeczną i zaangażowanie społeczne Srebrny Krzyż Zasługi.

1939-1945

W końcu sierpnia 1939 r. 19 Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. bryg. Józefa Kwaciszewskiego z włączonym doń szwadronem Witolda, została skierowana w okolice Piotrkowa Trybunalskiego do osłony szosy Piotrków – Tomaszów Mazowiecki. W nocy 5/6 września niemiecki XVI Korpus pancerny rozbił polską dywizję, więc rozproszeni żołnierze, wśród których był także Pilecki, po przejściu Wisły włączyli się w szeregi odtwarzanej 41 Dywizji Piechoty Rezerwy. Komendantem kawalerii dywizyjnej mianowano mjr. Jana Włodarkiewicza, a jego zastępcą został ppor. Witold Pilecki. Walcząc z Niemcami, żołnierze 41 D.P.Rez. kierowali się na południowy wschód w celu utworzenia przedmościa rumuńskiego. Po agresji ZSRR 17 września, dowództwo polskie chciało umożliwić przejście jak największej ilości żołnierzy na Węgry i do Rumunii, stąd w dalszym ciągu kierowano się na południe. 22 września dywizja została rozbita, żołnierze zaś otrzymali rozkaz złożenia broni. Żołnierze w większości nie skapitulowali. Część z nich uciekła na Węgry i podjęła dalszą walkę u boku sojuszniczej Francji. Inni, wśród których był Witold Pilecki, wrócili do kraju, by prowadzić podziemną walkę z okupantem.

Natomiast najbliższa rodzina Witolda mieszkająca w Sukurczach, po 17 września znalazła się pod okupacją sowiecką. By uniknąć losu polskich rodzin aresztowanych i wywożonych na Syberię przez NKWD, Maria Pilecka wraz z dziećmi ukrywała się wśród miejscowej ludności, poszukując możliwości przedostania się na teren Generalnego Gubernatorstwa. Dopiero w kwietniu 1940 r. udało się jej przekroczyć granicę sowiecko-niemiecką i dotrzeć do rodziców w Ostrowi Mazowieckiej. Dopiero tutaj dowiedziała się że jej mąż żyje i mieszka w Warszawie.

Witold Pilecki i żołnierze mjr. Jana Włodarkiewicza po dotarciu do okupowanej stolicy utworzyli organizację wojskową – Tajną Armię Polską przyjmując 9 listopada 1939 r. za początek jej działalności. W tym okresie działały już inne podziemne organizacje wojskowe, z których najstarszą, powstałą 26 września 1939 r. była Służba Zwycięstwu Polski przemianowana na Związek Walki Zbrojnej. Na czele TAP stanął mjr Włodarkiewicz ps. „Drawicz”. Witold Pilecki z wielkim zaangażowaniem włączył się w pracę TAP: pełnił rolę inspektora organizacyjnego, szefa Sztabu Głównego, szefa zaopatrzenia, szefa oddziału organizacyjno-mobilizacyjnego, szefa zaopatrzenia i służb specjalnych. Tajna Armia Polska obejmowała swoim zasięgiem Warszawę, Siedlce, Lublin, Radom i Kraków. W początkowym okresie TAP działała samodzielnie, równolegle do innych działających organizacji podziemnych. Po upadku Francji, gdy polskie władze wojskowe na emigracji poprzez swoich emisariuszy zachęcały i wzywały podziemne organizacje wojskowe do scalania, dowództwo TAP podjęło współpracę ze Związkiem Walki Zbrojnej, a w 1941 r. całkowicie się jej podporządkowało.

Witold Pilecki działając aktywnie w konspiracji, od 1940 r. pracował jako ajent hurtowni kosmetycznej „Raczyński i Ska”, co pozwalało mu na w miarę swobodne poruszanie się po Warszawie. Pomimo tylu różnorodnych zajęć zawsze starał się znaleźć czas dla swoich najbliższych. Z żoną kontaktował się stosunkowo często, z dziećmi o wiele rzadziej; wspólnie udało się im spędzić zaledwie kilka dni.

W 1940 r. władze niemieckie zaczęły organizować na ziemiach polskich obozy koncentracyjne. Obok zastraszenia społeczeństwa chodziło również o wyzyskanie darmowej siły roboczej i grabież mienia, oraz eksterminację więźniów.

Aresztowania wśród żołnierzy Tajnej Armii Polskiej, osadzanie coraz większej liczby skazańców w obozie koncentracyjnym Auschwitz i rozszerzająca się jego zła sława w miarę zwiększania jego funkcji eksterminacyjnych - wpłynęły na decyzję Witolda Pileckiego, by tam dobrowolnie się udać. Zamiar ten zrealizował 19 września 1940 r. podczas łapanki na Żoliborzu, skąd pod nazwiskiem Tomasza Serafińskiego dostał się do Auschwitz jako więzień nr 4859. Jesienią 1941 r. otrzymał awans na porucznika, który potwierdził fakt, że Pilecki poszedł do obozu ochotniczo, żeby tam zorganizować konspirację wojskową i zdobyć wiarygodne dane o zbrodniach popełnianych przez Niemców. W ZWZ-AK obowiązywała pragmatyka, iż z zasady nie awansowano więźniów.

Po przekroczeniu bramy z napisem „Arbeit macht frei”, niezależnie od przygotowania i wyobrażeń, każdy przybyły przeżywał szok. Tak samo zareagował Witold Pilecki. W czasie pobytu w Auschwitz trzykrotnie poważnie zachorował, ale pod opieką dr Jana Deringa, żołnierza TAP powrócił do sił. Obozowe przeżycia nie tylko nie załamały Pileckiego psychicznie, ale jakby dodatkowo mobilizowały do walki i do działania. Pierwsza grupa konspiracyjna, którą zawiązał wśród więźniów przywiezionych z Warszawy nosiła nazwę Tajnej Organizacji Wojskowej; tworzyły ją tzw. piątki. W miarę włączania kolejnych grup organizacji zmieniono nazwę na Związek Organizacji Wojskowych, który swoich żołnierzy miał we wszystkich komandach obozu oświęcimskiego. Nieco później, równolegle do konspiracyjnej działalności „Tomasza Serafińskiego” tę pracę zaczęły rozwijać inne organizacje wojskowe i polityczne z ZWZ-AK na czele.

Następnym celem, jaki Pilecki postawił przed sobą było połączenie grup konspiracyjnych w Auschwitz i przygotowanie do powstania. Rozmowy prowadzone z wyższymi uwięzionymi w obozie oświęcimskim wojskowymi były trudne, ale ideowość Witolda, widoczny brak żądzy władzy doprowadziła do scalenia wszystkich odłamów konspiracyjnych pod dowództwem płk Kazimierza Heilmana-Rawicza z ZWZ-AK. „Tomasz Serafiński” nadal zajmował się rozwijaniem sieci konspiratorów. Gdy Niemcy wywieźli płk Rawicza do obozu w Mauthausen, na czele organizacji postawiono płk pilota Juliana Gilewicza. Oprócz porozumienia i zjednoczenia organizacji wojskowych, Witoldowi Pileckiemu, po wielu rozmowach i przekonywaniu udało się doprowadzić do swoistego porozumienia politycznego między poszczególnymi partiami i nurtami politycznymi. Wyrazem tego porozumienia była wigilia zorganizowana w 1941 r., na której spotkali się przedstawiciele różnych ugrupowań ze Stanisławem Dubois i Janem Mosdorfem na czele. Po utworzeniu obozu Birkenau również tam zaczęto wciągać nowych ludzi w krąg konspiracji obozowej.

Po osiągnięciu zamierzonych celów więźniowie-konspiratorzy zaczęli prowadzić nasłuchy radiowe oraz przygotowywać plan aktywnej samoobrony i ewentualnego buntu na wypadek, gdyby Niemcy postanowili zlikwidować obóz. Witold Pilecki wespół z towarzyszami opracowywał szczegółowe przygotowania do akcji militarnej w różnych sytuacjach. Magazyn broni ZOW umieszczono i zamaskowano pod barakiem biura budowlanego. Ważnym polem działania Pileckiego w obozie było przekazywanie meldunków do Komendy Głównej ZWZ-AK w Warszawie. Początkowo przekazywał je za pośrednictwem zwalnianych więźniów-członków ZOW. Później, gdy Niemcy znieśli zbiorową odpowiedzialność za ucieczki, sam Związek Organizacji Wojskowych zaczął je organizować i przekazywać ważne informacje. Pierwsza ucieczka miała miejsce w maju 1942 r.

Wiosną 1943 r. rozpoczęły się aresztowania wśród najbliższych współpracowników „Tomasza Serafińskiego”. Gestapo miało coraz więcej danych o obozowej konspiracji. Władze Auschwitz zdecydowały się na przerzucenie „starych” polskich aresztantów do obozów na teren III Rzeszy. Gdy udało się uzyskać potwierdzenie tych decyzji, Witold Pilecki podjął plan ucieczki z Auschwitz. Wraz z dwoma więźniami: Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim dokonał tego w czasie świąt wielkanocnych z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Chciał osobiście w Komendzie Głównej AK przedstawić sytuację w KL Auschwitz i uzyskać zgodę na akcję zbrojną i wyzwolenie więźniów. Po ucieczce, podczas pobytu w Wiśniczu poznał osobiście autentycznego Tomasza Serafińskiego, z którym nawiązał dozgonną przyjaźń i korespondował niemal do końca informując o sobie i współtowarzyszach ucieczki. W czasie oczekiwania na łączność z podziemiem Witold Pilecki namalował dwa obrazy, które podarował panu Tomaszowi, otrzymując w zamian dwie pozycje historyczne dotyczące Kresów. Tomasz Serafiński ps. „Lisola” będąc wówczas zastępcą komendanta placówki AK w Wiśniczu, przesłał meldunek o ukrywających się zbiegach komendantowi Okręgu Krakowskiego z prośbą o nawiązanie łączności ze zbrojnym podziemiem. Przedstawił też szczegółowy raport o zbrodniach popełnianych w Auschwitz oraz precyzyjny plan akcji zbrojnej w celu uwolnienia więzionych w obozie. Jednak dowództwo Okręgu Krakowskiego, obawiając się prowokacji, bardzo podejrzliwie potraktowało trójkę uciekinierów. Nie mogąc podjąć współpracy z Krakowem, Pilecki nawiązał łączność z Warszawą i 22 sierpnia 1943 r. wyjechał do stolicy licząc na zgodę KG AK i na przyspieszenie momentu przeprowadzenia akcji odbicia więźniów oświęcimskich.

Trzeba wspomnieć, że załoga obozu oświęcimskiego złożona z oddziałów SS liczyła powyżej 3 tysiące ludzi. Wokół Auschwitz Niemcy skoncentrowali liczne jednostki Wehrmachtu oraz siły policyjne i funkcjonariuszy administracyjnych. Przy tej ilości niemieckich oddziałów przewidywano, że siły partyzanckie mogłyby je powstrzymać i otworzyć obóz koncentracyjny na około pół godziny, a przez ten czas mogłoby uciec 200 – 300 więźniów. Reszta musiałaby szukać ratunku na własną rękę a to byłoby równoznaczne z zagładą. Podtrzymano jednak wcześniejszy wniosek o ataku na obóz, gdyby Niemcy zamierzali dokonać masowego mordu na więźniach i w takiej wersji został zatwierdzony przez Komendanta Głównego AK, gen. Tadeusza Komorowskiego ps. „Bór”.

Witold Pilecki poznawszy różne aspekty sprawy, uznał powściągliwość KG AK i zupełny brak podstaw do optymistycznej oceny możliwości uwolnienia uwięzionych ludzi. Posiadane informacje przekazał konspiracyjnym kanałem żołnierzom w Auschwitz, a sam włączył się aktywnie w pracę konspiracyjną pod przybranym nazwiskiem „Romana Jezierskiego”. Nadal żył sprawami oświęcimiaków otaczając opieką ich rodziny, udzielając im – w miarę ówczesnych możliwości – wsparcia materialnego. Aż do wybuchu Powstania Warszawskiego żywo interesował się samym obozem i cały czas był w kontakcie z tamtejszym podziemiem. Było to dla niego o tyle łatwiejsze, że od stycznia 1944 r. komórką więzienną Oddziału II KG-kryptonim „Kratka” kierował współuciekinier z Auschwitz Jan Redzej ps. „Klemens”. 23 lutego 1944 r. Witolda Pileckiego awansowano na rotmistrza ze starszeństwem od listopada 1943 r.

W 1944 r. coraz wyraźniej zdawano sobie sprawę, iż tereny kraju zostaną zajęte przez Armię Czerwoną, która dobrowolnie ich nie opuści. Wobec niebezpieczeństwa okupacji przez ZSRR, którą obliczano na 5 – 10 lat zaczęto przygotowania do możliwości pozostania w konspiracji przez dłuższy czas. Zaistniała więc potrzeba stworzenia nowej organizacji podziemnej o charakterze polityczno-wojskowym, która miałaby uodpornić społeczeństwo na komunistyczną propagandę, mobilizować siły ducha narodu i chronić osoby i instytucje konspiracyjne przed inwigilacją. Do utworzenia organizacji konspiracyjnej pod kryptonimem „NIE” – Niepodległość gen. Tadeusz Komorowski ps. ”Bór” skierował płk Augusta Emila Fieldorfa. Była to konspiracja w konspiracji. Do tej działalności oddelegowano też Witolda Pileckiego. Współpracując ze Stefanem Miłkowskim odpowiedzialnym za polityczną stronę powstającej organizacji, „Witold” miał organizować strukturę planowania akcji bojowych. Dalszą pracę |nad rozwojem i udoskonaleniem „NIE” przerwało Powstanie Warszawskie.

Chociaż Witold Pilecki ze względu na pracę w organizacji „NIE” nie powinien się włączyć czynnie do walk powstańczych, nie pozostał biernym świadkiem. Początkowo walczył jako szeregowy żołnierz w Zgrupowaniu „Chrobry II” starając się zachować anonimowość. Jednak w miarę upływu czasu, gdy coraz bardziej potrzebni byli oficerowie ujawnił swój stopień wojskowy. W pierwszych dniach powstania walczył w 1 kompanii „Warszawianka” w budynku Wojskowego Instytutu Geograficznego. W miarę toczonych walk powstańczych został zastępcą, a następnie dowódcą 2 kompanii I batalionu broniącej rejonu ulic Towarowej i Srebrnej ze składami Hartwiga. Podczas walk nawiązał przyjaźń z kapelanem Zgrupowania „Chrobry II” ks. kpt. Antonim Czajkowskim ps. „Badur”. Spotkał też towarzysza ucieczki z Auschwitz – Edwarda Ciesielskiego ps. „Beton”. Od niego dowiedział się o śmierci Jana Redzeja przy zdobywaniu WIG.

Po 63 dniach walki Powstanie Warszawskie upadło. Powstańcy musieli złożyć broń i udać się do niewoli. 5 października 1944 r. rtm. Witold Pilecki wraz z żołnierzami Zgrupowania „Chrobry II” wyruszył do Ożarowa, skąd po kilku dniach pojechał do Lamsdorf, a 19 października skierowano go do Murnau. Tam przebywał do wyzwolenia opiekując się młodymi powstańcami, za co otrzymał wdzięczne miano „Taty”. 9 lipca 1945 roku Witold Pilecki wyjechał z obozu w Murnau do II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech, gdzie oficjalny przydział do służby otrzymał równocześnie z urlopem, który miał wykorzystać na przygotowanie się do powrotu do Polski.

Zamieszkał w San Giorgio i dzielił czas na spisywanie wspomnień oświęcimskich i na rozmowy z wyższymi dowódcami PSZ o czekających go zadaniach i sposobach ich realizacji. W drugiej połowie października 1945 r. wyruszył do kraju razem z Marią Szelągowską, współpracownicą z okresu okupacji i Bolesławem Niewiarowskim, przyjacielem z walk powstańczych. Do Warszawy dotarł 8 grudnia 1945 r. z dokumentami wystawionymi na nazwisko Romana Jezierskiego, gdyż taką kennkartę miał w Powstaniu Warszawskim i z nią poszedł do niewoli.

1945-1947

W kraju panował chaos. W lutym 1945 r. Rząd Tymczasowy przeniósł się do Warszawy. Na terenie całego obszaru trwała akcja organizowania sił bezpieczeństwa i milicji, które uzupełniały działający na rdzennych ziemiach polskich radziecki aparat NKWD. Rozwiązanie Armii Krajowej rozkazem z 19 stycznia 1945 roku oznaczało formalne przejęcie aktywności konspiracyjnej przez szkieletową organizację „NIE”. Tymczasem brak kontaktu ze zwierzchnikami, porwane sieci łączności, odcięcie od informacji sprawiły, iż z konieczności powstały nowe grupy polityczne i wojskowe, nowe ośrodki oporu. Ludzie zagrożeni uwięzieniem i wywozem na Syberię uciekali do lasu tworząc nowe oddziały partyzantki niepodległościowej, która przechodziła od samoobrony do pojedynczych wypadów na posterunki MO czy placówki UBP, biorąc odwet za represje.

Po powrocie do kraju Witold Pilecki podobnie jak i cały naród był przekonany, że „polscy” (pełniący obowiązki Polaków) komuniści są agentami wrogiego mocarstwa. Stąd wierność złożonej przysiędze nakazywała mu służyć prawowitemu rządowi Rzeczypospolitej Polskiej i jej dowództwu wojskowemu. Zaczął nawiązywać kontakty organizacji „NIE”, która jednak faktycznie nie rozwinęła działalności. Poza tym została ujawniona jej struktura działania w czasie moskiewskiego procesu 16 przywódców Polski Podziemnej w kwietniu 1945 r. Gen. Władysław Anders 15 kwietnia 1945 r. rozwiązał organizację „NIE”.

Podjęta decyzja nie rozwiązywała nabrzmiałych problemów: troski o los tysięcy żołnierzy AK, przeciwstawienie się propagandzie dążącej do zniszczenia dorobku Polskiego Państwa Podziemnego, powstrzymanie odruchów determinacji i wskazania obywatelskiej postawy ideowej w nowych warunkach odbudowy kraju. Próbując temu sprostać płk Jan Rzepecki wraz ze współpracownikami delegatury Sił Zbrojnych 2 września 1945 r. powołali do istnienia „Ruch oporu bez wojny i dywersji – Wolność i Niezawisłość”. Była to organizacja społeczno-polityczna, która wzywała do opozycji ale bez broni w ręku. Po aresztowaniu prezesa płk Rzepeckiego, WiN kontynuowało działalność pod kierownictwem płk Józefa Rybickiego oraz płk Franciszka Niepokólczyckiego.

Rozwiązanie „NIE” zmusiło Witolda Pileckiego do zaczynania od początku: lokalizacji w nowych warunkach i powolnego, systematycznego montowania siatki łączności. Współpracowników dobierał z byłych żołnierzy TAP i oświęcimskiej konspiracji. Przy ich pomocy zdobywał tajne i poufne informacje na temat życia gospodarczego kraju, działania NKWD i komunistów, narastania terroru, fałszerstw w polityce, sytuacji oddziałów leśnych, z którymi kontaktował się osobiście lub przez kurierów. Cały materiał był fotografowany i przekazywany kurierom, którzy oddawali go w II Korpusie.

W tym czasie „Roman Jezierski” wiele uwagi poświęcał także gromadzeniu i opracowywaniu wspomnień o organizacji konspiracyjnej w obozie KL Auschwitz. Do tej pracy zmusiło go fałszywe przedstawianie obozowej rzeczywistości z czym zaczął się spotykać na co dzień.
Z żoną kontaktował się tylko co dwa tygodnie, w czasie przyjazdu do Warszawy, gdy dokonywała zakupu książek do księgarni prowadzonej w Ostrowi Mazowieckiej. Nocowała wtedy w mieszkaniu wynajmowanym przez męża. Na swoje utrzymanie „Roman Jezierski” sam zarabiał prowadząc z Marią Szelągowską wytwórnię wód perfumowanych i projektując do nich etykietki. Pracował też na etacie magazyniera w firmie budowlanej Swobodzińskiego przy ul. Kaliskiej.

Władze komunistyczne kontynuowały akcje przeciw polskiemu podziemiu. W ciągu kilku miesięcy 1946 r. stracono ogółem 120 członków różnych organizacji podziemnych. Aresztowania dotykały żołnierzy, którzy ujawnili się po kolejnej amnestii ogłoszonej 2 sierpnia 1945 r. rozpropagowanej jako akt „dobrej woli” Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.

W czerwcu 1946 r. Witold Pilecki otrzymał za pośrednictwem emisariuszki z Włoch wydany przez gen. Andersa rozkaz wyjazdu na Zachód, gdyż jest spalony i poszukiwany. W sierpniu tę wiadomość potwierdził Bolesław Niewiarowski. Jednak „Roman Jezierski” ociągał się z podjęciem decyzji z dwóch powodów: tu miał rodzinę, a żona odmówiła wyjazdu z dziećmi, choć sama nalegała na jego wyjazd; oraz nie było odpowiedniego kandydata na jego miejsce. Na początku 1947 r. szef sztabu II Korpusu gen. Kazimierz Wiśniowski odwołał poprzedni rozkaz i zatwierdził pracę Witolda Pileckiego w kraju.

Tymczasem „władza ludowa” dążąc do całkowitego zwycięstwa na ziemiach polskich posługiwała się zdradą i prowokacją, które stanowiły główny atut sukcesów sił bezpieczeństwa „Polski Lubelskiej”. W drugiej połowie 1946 r. rozbite zostały większe oddziały partyzanckie (Kurasia, Bernaciaka), w listopadzie aresztowano płk Niepokólczyckiego. Aresztowania dotykały nie tylko ludzi podziemia, ale także członków stronnictw politycznych szczególnie Polskiego Stronnictwa Ludowego. Środkiem służącym zastraszeniu społeczeństwa były pokazowe procesy działaczy podziemia zakończone wyrokami śmierci. W styczniu 1948 r. stracono przywódców Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, w marcu członków Komendy Głównej NSZ, w sierpniu płk Niepokólczyckiego i jego współpracowników.

Również w przypadku Witolda Pileckiego i jego bliskich współpracowników użyto tych wypróbowanych sposobów. Do WiN wprowadzono agenta, Leszka Kuchcińskiego, byłego żołnierza TAP i poddano ją dłuższej inwigilacji. Przy jego pomocy MBP chciało rozpoznać siły i środki jakimi dysponowała grupa Pileckiego, by skutecznie skompromitować podziemie „bandycką działalnością”, przez próbę podsunięcia likwidacji filarów MBP: J. Różańskiego, J. Brystygierowej, R. Romkowskiego, J. Czaplickiego, G. Korczyńskiego – tzw. raport „Brzeszczota”. Ów raport miał politycznie i moralnie zniszczyć całą organizację. Prowokacja się jednak nie udała; „Roman Jezierski” przesłał raport na Zachód i czekał na instrukcje z II Korpusu.

1947-1948

Wobec zaistniałej sytuacji Wydział II Departamentu III MBP przystąpił do aresztowań: Witolda Pileckiego zatrzymano 8 maja 1947 r., a od 6 do 22 maja 1947 r. uwięziono 23 osoby, z których tylko 7 zostało uznanych za niewinne i zwolniono. Od 9 maja Pilecki znajdował się w X Pawilonie więzienia mokotowskiego w całkowitej izolacji. Śledztwo przeciwko niemu nadzorował płk R. Romkowski i na protokołach przesłuchań znajdują się dopiski i polecenia pisane jego ręką (dokumenty ze śledztwa są zgromadzone w Archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Pilskiemu, Instytucie Pamięci Narodowej).

Przesłuchiwany był przez: por. S. Łyszkowskiego, por. Krawczyńskiego, ppor. J. Kroszela, por. T. Słowianka, ppor. E. Chimczaka i por. S. Alaborskiego, którzy słynęli z okrucieństwa. Koszmar przesłuchiwania trwał pół roku. 4 listopada 1947 r. w obecności oficera śledczego MBP por. M. Krawczyńskiego i prokuratora Naczelnej Prokuratury Wojska Polskiego mjr Rychlika, Witold Pilecki potwierdził złożone w śledztwie zeznania, składając podpis pod formułą o ich dobrowolności i bez represyjności.

Tymczasem rtm. Pilecki był torturowany! Potwierdzają ten fakt zeznania więźniów – współtowarzyszy i informacje księży Jana Stępnia i Antoniego Czajkowskiego, którzy w tym czasie też znajdowali się w więzieniu Rakowieckim. Jednak podpisanie spreparowanych materiałów śledczych zamykało śledztwo i można było odpocząć od tortur i udręki przesłuchań. Ponadto oczekiwanie na proces dawało nadzieję na możliwość odparcia wymuszonych zeznań i spreparowanych, absurdalnych zarzutów.

Zaraz po uwięzieniu Pileckiego, jego oświęcimscy przyjaciele zwrócili się do innego współwięźnia – premiera Józefa Cyrankiewicza z prośbą o interwencję. Zamiast odpowiedzi, Cyrankiewicz wystosował pismo do przewodniczącego składu sędziowskiego, w którym sugerował, by nie brano pod uwagę działalności „Tomasza Serafińskiego” w Auschwitz, lecz by rozprawiono się z nim jako „wrogiem ludu i Polski Ludowej”.

Proces Witolda Pileckiego i jego towarzyszy: Marii Szelągowskiej, Tadeusza Płużańskiego, Szymona Jamontta-Krzywickiego, Maksymiliana Kauckiego, Jerzego Nowakowskiego, Witolda Różyckiego i Makarego Sieradzkiego rozpoczął się 3 marca 1948 r. w siedzibie warszawskiego Rejonowego Sądu Wojewódzkiego przy ul. Nowowiejskiej. Na ten „jawny” proces wpuszczono za specjalnymi biletami część najbliższej rodziny oraz ludzi z resortu. Sądowemu składowi przewodniczył mgr ppłk Jan Hryckowian, a członkami składu byli: sędzia wojskowy mgr kpt. Józef Badecki, ławnik kpt. Stefan Nowacki i protokolant por. Ryszard Czarkowski. Oskarżycielem „Witolda” był wiceprokurator Naczelnej Prokuratury Wojska Polskiego mjr Czesław Łapiński. Oskarżał go o posiadanie broni, którą Pilecki po upadku powstania – podobnie jak większość powstańców – ukrył w skrytce i nie używał. Kolejne oskarżenie dotyczyło przygotowywania zamachów zbrojnych na prominentów reżimu, ale częściowo je utajniono, gdyż opierało się na materiale pozostałym po nieudanej prowokacji. Ostatnim zarzutem było oskarżenie o posługiwanie się fałszywymi dokumentami wystawionymi na nazwisko Romana Jezierskiego. Podczas rozprawy prokurator nie dopuścił do przesłuchania świadków oskarżenia przebywających w większości w więzieniach oraz zrezygnował ze świadków obrony.

Rozstrzygnięcia zapadały poza salą sądową. Proces w swym założeniu miał dostarczyć materiału propagandowego na potwierdzenie tezy o szpiegowskiej działalności grupy „Witolda” i współpracy z Niemcami w czasie okupacji. Ponadto miał stać się środkiem sterroryzowania społeczeństwa w jego odruchach niepodległościowych. Dlatego oskarżyciel żądał dla oskarżonych kary śmierci. W ostatnim słowie oskarżeni odrzucili zarzut szpiegostwa i świadomego uczestnictwa w działalności tego typu, podkreślali natomiast postawę żołnierskiej służby w dobrej sprawie.

15 marca 1948 r. w południe ogłoszono wyrok: W. Pilecki, M. Szelągowska i T. Płużański zostali skazani na karę śmierci, M. Sieradzki na dożywocie, a pozostali na kilkanaście lat więzienia. W uzasadnieniu wyroków śmierci sąd wojskowy podał: „dopuścili się najcięższej zbrodni stanu i zdrady narodu, cechowało ich wyjątkowe napięcie złej woli, przejawiali nienawiść do Polski Ludowej i reform społecznych, zaprzedali się obcemu wywiadowi i wykazali szczególną gorliwość w akcji szpiegowskiej”. Można zauważyć, że to uzasadnienie potwierdza polityczny i propagandowy charakter procesu u wyroku.
Skarga rewizyjna jaką złożyli obrońcy oskarżonych przyczyniła się do zmiany kary śmierci Marii Szelągowskiej na dożywocie – tylko ze względu na jej płeć. Karę śmierci zamieniono na dożywocie także Tadeuszowi Płużańskiemu. Prośby o ułaskawienie skierowane do prezydenta Bolesław Bieruta przez obrońcę, przez przyjaciół oświęcimskich i przez Marię, żonę Pileckiego zostały odrzucone.

25 maja 1948 r. o godz. 21.30 w obecności Wiceprokuratora Naczelnej Prokuratury Wojska Polskiego mjr S. Cypryszewskiego, Naczelnika więzienia Mokotowskiego – por. Ryszarda Mońko, lekarza por. dr lek. Kazimierza Jezierskiego, duchownego – ks. kpt. Wincentego Martusiewicza rozstrzelano Witolda Pileckiego, a ciało potajemnie pogrzebano prawdopodobnie na tzw. „Łączce” dziś kwatera „Ł” cmentarza Powązkowskiego.
Dopiero we wrześniu 1990 r. Sąd Najwyższy uniewinnił rotmistrza i jego towarzyszy, ukazał niesprawiedliwy charakter wydanych wyroków, uwypuklił patriotyczną postawę skazanych w tym procesie.

W lipcu 2006 r. Prezydent RP Lech Kaczyński w uznaniu zasług Witolda Pileckiego i jego oddania sprawom ojczyzny odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego.

Lidia Świerczek
Muzeum Woli

http://www.pilecki.ipn.gov.pl/portal/rp/867/7081/?poz=1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 29 wrz 2012, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
"Nil" byłby dumny


Po latach tułaczki eksponaty Muzeum Armii Krajowej im. Generała Emila Fieldorfa "Nila" w Krakowie znalazły godne miejsce. W odremontowanym gmachu placówki została otwarta długo oczekiwana ekspozycja stała.


- Dziś mogę powiedzieć, że kończy się moja żołnierska tułaczka. Kończy się tułaczka wszystkich żołnierzy Armii Krajowej, żołnierzy wyklętych. Dziś mamy już nasze miejsce, nasze muzeum, nasz dom - powiedział ppłk Kazimierz Kemmer ps. "Halny", prezes Fundacji Muzeum Historii Armii Krajowej i wiceprzewodniczący Rady Muzeum AK. Jak zaznaczył podczas otwarcia ekspozycji, muzeum w obecnym kształcie będzie godnym depozytariuszem spuścizny, jaką pozostawiają po sobie żołnierze AK. To nie koniec wysiłków, ponieważ zagospodarowania wymaga jeszcze bezpośrednie sąsiedztwo gmachu. Na remont czeka m.in. fatalny dziś dojazd do muzeum. Kombatanci mają nadzieję, że w tej inwestycji placówkę wesprą lokalne samorządy. Ze swej strony żołnierze AK deklarują troskę i pomoc oraz gotowość do oprowadzania zwiedzających po ekspozycji i dzielenia się swoimi wspomnieniami. To inicjatywa godna podkreślenia, szczególnie że średnia wieku krakowskich kombatantów sięga już 90 lat.

Strzał w dziesiątkę
Celem twórców Muzeum AK było takie zaprojektowanie ekspozycji stałej, by całościowo przedstawiała obraz polskiego podziemia z czasów II wojny światowej wraz z jego duchową genezą obejmującą Polskę międzywojenną oraz kształtem jego dziedzictwa patriotycznego we współczesnej Polsce. Wystawa ukazuje światowy fenomen życia Narodu Polskiego, który pod dwoma okupantami zachował nie tylko swoją tożsamość, ale podtrzymywał byt państwowy w postaci Polskiego Państwa Podziemnego. Muzeum, zgodnie ze swoją nazwą, kładzie nacisk na losy żołnierzy Armii Krajowej. Zaproponowana ekspozycja jednak nie pokazuje tylko losów poszczególnych osób, ale cały wkład AK - jako części Polskich Sił Zbrojnych podległych Rządowi Polskiemu na Uchodźstwie - w walce o wolność. Zawiera cenne pamiątki zebrane przez muzeum, w wielu wypadkach od żołnierzy AK, które zostały wkomponowane w nowoczesny design wzbogacony multimediami.

Wystawa została podzielona tematycznie. Na parterze znajdziemy elementy ekspozycji ilustrujące historię II RP, przebieg kampanii wrześniowej, poznamy też życie w obozach jenieckich. Tu dużą atrakcją jest rekonstrukcja czołgu Vickers, która powstała z oryginalnych części z czołgu zniszczonego w 1939 r. czy baraków jenieckich. Elementy ekspozycji bezpośrednio dotyczące idei Polskiego Państwa Podziemnego i AK znalazły się na poziomie -1. Przedstawione zostało tu m.in. Szkolenie wojskowe, Łączność, Kobiety Żołnierze, Biuro Informacji i Propagandy, Kwatermistrzostwo, Cichociemni, Wywiad, Dywersja i sabotaż, Partyzantka, Duszpasterstwo, Akcja "Burza" i Powstanie Warszawskie oraz Epilog - Zdradzona armia. Podziemia kryją kolejną atrakcję - kadłub amerykańskiego halifaksa, z którego dokonywano zrzutów dla żołnierzy AK, rakietę V-2 czy ubecki karcer.

Efekt końcowy okazał się strzałem w dziesiątkę, a kombatanci obecni na otwarciu ekspozycji nie szczędzili pochwał. - Po Muzeum Powstania Warszawskiego to kolejne miejsce pozwalające nie tylko uczcić żołnierzy walczących o kraj niepodległy, ale też pokazać i pouczyć następne pokolenia o tym, czego doświadczyliśmy i jakie w tych strasznych czasach przyjmowaliśmy postawy - podkreśliła Marzenna Schejbal, prezes Oddziału Londyn Koła byłych Żołnierzy Armii Krajowej.

Dekady starań
Muzeum AK jest jedyną w świecie placówką pokazującą całokształt tematyki związanej z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Jego namiastką była inicjatywa żołnierzy AK, którzy wiosną 1990 r. zorganizowali pierwszą wystawę "Nasza droga do Niepodległości". Wtedy postanowili dążyć do powstania muzeum. Już na przełomie 1991 i 1992 roku kombatanci wynajęli od wojska część budynku przy ul. Wita Stwosza 12, a pieczę nad eksponatami objęła Fundacja Muzeum Historii Armii Krajowej, założona także przez żołnierzy AK. Dopiero w roku 2000 Muzeum AK stało się jednostką samorządową. Jednak z uwagi na skąpe warunki lokalowe większość zbiorów przechowywana była w magazynach. A jest to już 7 tys. muzealiów i ponad 12 tys. archiwaliów zgromadzonych m.in. dzięki kombatantom Armii Krajowej. Jakościowa zmiana rozpoczęła się od pozyskania w 2005 r. całego budynku od wojska i generalnego remontu, zakończonego jesienią 2011 roku. Zwieńczeniem prac jest nowa ekspozycja stała zrealizowana przez konsorcjum DEKO-BAU i Centrum Techniki Antywłamaniowej. Jej uroczyste otwarcie celowo zostało zaplanowane na Dzień Polskiego Państwa Podziemnego. Muzeum AK już jest dostępne dla zwiedzających, a nową ekspozycję można zobaczyć nieodpłatnie jeszcze do niedzieli. Od 2 października obowiązywać będą bilety.

Marcin Austyn

http://www.naszdziennik.pl/wp/11122,nil ... dumny.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 27 paź 2012, 10:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
O Witoldzie Pileckim. "Przesłanie mojego ojca"

Z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia Bogusław Rąpała.

Przesłanie mojego ojca

Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, rotmistrz Witold Pilecki został zmobilizowany, miała Pani kilka lat. Jakie jest Pani najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa związane z Ojcem?
- Jest to okres, który zamyka się w okresie od 1933 r. do 1939 r., kiedy to Ojciec żegnał nas, idąc na tę straszliwą wojnę. Miałam wtedy sześć lat. Mieszkaliśmy w majątku Sukurcze koło Lidy. Wspominam ten czas jako cudowne lata mojego dzieciństwa. Ojciec uczył mnie kochać i szanować przyrodę. Mawiał, że wszystko, co w niej żyje, nawet najmniejsze stworzonko, ma swój sens istnienia.
Porównywał przyrodę do łańcuszka, który nosiłam na szyi. Tłumaczył mi: "Jeśli
rozerwiesz jedno ogniwko, to nie będzie mógł prawidłowo funkcjonować. Tak samo jest z przyrodą". Pamiętam nasze spacery po pięknych łąkach, gdzie nie można było zgnieść bucikiem nawet biedronki. Poprzez zabawę uczył nas odwagi, posłuszeństwa, umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji na miarę naszych lat. Ale nade wszystko wpajał nam poszanowanie dla prawdy.

Jak to robił?
- Nawet gdy zrobiliśmy coś, za co mogliśmy zostać skarceni przez naszego Ojca,
nie mogliśmy go okłamać. Trzeba było mieć odwagę przyznać się do tego, co się
zrobiło źle. Dbał również o naszą tężyznę fizyczną. Uczył nas hartu ducha i
ciała, ponieważ uważał, że tylko wtedy będziemy mogli przeżyć nawet najgorsze
doświadczenia. Strugał patyczki, które następnie nosiliśmy z tyłu pleców pod
łokciami, aby mieć ładną sylwetkę. Pamiętam też jego klacz – nazywała się Bajka. Ojciec pięknie malował. Jego obrazy zdobiły ściany naszego dworku. Szczególnie dobrze zapamiętałam duży obraz Matki Bożej Karmiącej (sam go tak nazwał) wiszący u wezgłowia łoża małżeńskiego moich rodziców, namalowany w kolorach biało-niebieskich, oraz obrazy św. Antoniego i Matki Bożej Nieustającej Pomocy, które do tej pory znajdują się w kościele w Krupie na Białorusi, obok naszego byłego majątku w Sukurczach. Z perspektywy czasu sądzę, że Ojciec czuł, że jego okres kontaktu z dziećmi się kończy. Dlatego chciał nas jak najwięcej nauczyć. To wszystko skończyło się nagle, najpierw w 1939 r., kiedy Ojciec poszedł do wojska, a potem w 1940 r., kiedy musieliśmy wyjechać z Sukurcz, uciekając przed wywózką na Sybir. Nie było Taty i nastały ciężkie czasy.

Mieliście jakiś kontakt z Ojcem?
- Głównie listowny. W listach przekazywał troskę o nasze dalsze wychowanie. Tych listów zachowało się niewiele, ale dwa z nich zapamiętałam dobrze. Zawierały rysunki oraz wiersze. Pierwszy został napisany w Auschwitz. Ojciec narysował dwa krasnale – jeden miał czerwoną, a drugi niebieską czapeczkę. Ten z czerwoną (symbolizował Sowietów) był na górze, a z niebieską na dole (ten z kolei oznaczał Niemców). Nazwałam go potem listem proroczym. W drugim liście napisanym przed Powstaniem Warszawskim Ojciec wyrażał troskę o mamę i swoją miłość do niej. Wyraził ją w pięknym wierszu: "Mamusiu kochana, złota moja duszko, już dzisiaj od rana bije me serduszko. Więc skoro na niebie świat począł się bielić, ja lecę do ciebie, by cię rozweselić. By cię rozweselić i szepnąć na uszko to słowo od siebie, że moje serduszko należy do ciebie".
A do nas Ojciec tak pisał o mamie: "Gdy zasłabnie, no to przecie drugiej takiej
nie znajdziecie". Moja mama prawie dorównywała w dzielności swojemu mężowi. Gdy zostaliśmy sami, ona – tak jak mówiła – wzięła nas "w zęby" i mimo wielu niebezpieczeństw przedostała się przez zieloną granicę na tereny okupowane przez Niemców, gdzie żyła nasza babcia.

Zastanawia się Pani czasem nad tym, jak udało się Pani Ojcu przetrwać obóz koncentracyjny w Auschwitz, gdzie dostał się z własnej woli, aby przekazywać informacje o tym, co się tam dzieje, pomagać innym współwięźniom przez podnoszenie ich na duchu?
- Cały czas twierdzę i mam to przekonanie, że mój Ojciec był posłany przez Boga. Nie ma drugiego człowieka, który dokonałby takich rzeczy w ciągu tak krótkiego życia. To byłoby niemożliwe bez Bożej pomocy. On miał zadanie, które wykonał w stu procentach. A ostatni meldunek złożył właśnie Temu, który go posłał. Ja tak to właśnie rozumiem.

Skąd w rotmistrzu Pileckim takie umiłowanie Ojczyzny?
- Odpowiadając na to pytanie, trzeba wrócić do czasów dzieciństwa mojego Ojca. Urodził się w Ołońcu na terenie Rosji, gdzie jego ojciec dostał pracę jako
leśnik, i tam ożenił się z Ludwiką Osiecimską. Mieli czworo dzieci: Marię,
Witolda, Wandę i Jerzego. Moja babcia była wspaniałym człowiekiem i wielką
patriotką. Aby uchronić swoje dzieci przed wynarodowieniem, uczyła je języka
polskiego, troszczyła się o to, żeby miały właściwy akcent oraz zapoznawała z
polską sztuką i literaturą, pokazując im obrazy Grottgera oraz czytając "Trylogię" Henryka Sienkiewicza. To dlatego Ojciec całe fragmenty "Trylogii"
potrafił cytować z pamięci. W czasie spotkań rodzinnych przekazywane były
wiadomości na temat historii i rodziny. To właśnie matka uczyniła swojego syna
Witolda wielkim patriotą, wpoiła mu miłość do Boga i Ojczyzny, przekazując ideę walki o niepodległość Polski.

W jaki sposób przejawiał się katolicyzm Pani Ojca?
- Wiara w Boga dała mu siłę do przetrwania. Uczył nas jej od dzieciństwa. Każdy dzień zaczynał się od modlitwy, potem dopiero było mycie i mogliśmy złożyć
raport: "Tatusiu, czekamy na śniadanie". Modlitwą mogę też nazwać nasze
przechadzki po Sukurczach. Ojciec pisał w swoim poemacie poświęconym opisowi rodzinnego majątku, że nawet przybysz, który zabłądził, zachwycał się pięknem tego zakątka. W tej przyrodzie widział Boga.

Wszystko na to wskazuje, że rotmistrz – bohater II wojny światowej, uczestnik Powstania Warszawskiego i oficer 2. Korpusu gen. Andersa – został aresztowany w wyniku denuncjacji agenta UB. Jak Pani zapamiętała tamten czas?
- Dokładnie pamiętam dzień jego aresztowania – 8 maja 1947 roku. Było to święto św. Stanisława i imieniny naszego wujka, który był razem z nami w Ostrowi Mazowieckiej. Ojciec zawsze przyjeżdżał z tej okazji, niekoniecznie w dzień samych imienin, ale wtedy kiedy mógł, najczęściej między sobotą a niedzielą. 12 maja Ojciec był oczekiwany przez nas, ponieważ był to dzień urodzin i imienin mojej mamy. On, starszy o pięć lat od mojej mamy, obchodził urodziny dzień później. W związku z tym wszyscy czekaliśmy na niego i byliśmy pewni, że przyjedzie. Gdzieś około północy zmorzył mnie sen. Obudziło mnie dwukrotne stuknięcie w szybę. Zerwałam się, krzyknęłam do mamy: "Mamo, Tata!", i
podbiegłam do okna. Otworzyłam je, ale tam nie było nikogo. Po paru dniach
dowiedziałam się, że Ojciec został aresztowany i znajduje się w więzieniu na
ulicy Rakowieckiej.

Kilka dni później, 14 maja, napisał wierszem list do nadzorującego śledztwo Józefa Różańskiego, w którym zadeklarował: "Bo choćby mi przyszło postradać me życie – Tak wolę – niż żyć, a mieć w sercu ranę"…
- Napisał w nim również: "Sumą kar wszystkich mnie proszę karać". On ochraniał tych wszystkich, którzy zostali w tym procesie zatrzymani. To człowiek niebywały. Kochał życie, ludzi i przyrodę. Niesamowicie wrażliwy, a zarazem konsekwentny w działaniu. Świadczy o tym chociażby to, że gdy z ramienia Tajnej Armii Polskiej znalazł się w Auschwitz, potrafił utworzyć Tajną Organizację Wojskową, przekształconą później w Związek Organizacji Wojskowej, po to, aby jeszcze bardziej zjednoczyć różne opcje polityczne. Udało mu się to jak nikomu innemu.

Jak to musiało być trudne, możemy sami ocenić dzisiaj, gdy jesteśmy tak bardzo podzieleni i skłóceni. Wtedy, w obliczu śmierci, też były różne ambicje wojskowych. Zresztą sam zanotował w swoim raporcie, że dokonał tego, czego być może nie potrafiłby dokonać na wolności – zjednoczył wszystkie siły polityczne. Po dwóch latach i siedmiu miesiącach pobytu w Auschwitz zorganizował ucieczkę. Słano za nim listy gończe. W krakowskim okręgu Armii Krajowej nie chciano z nim podjąć współpracy, ponieważ nie wierzono mu i jego dwóm towarzyszom ucieczki, podejrzewając, że są szpiegami. A przecież Ojcu chodziło o to, aby jak najszybciej doprowadzić do odbicia obozu przez siły alianckie, na co jednak nie było żadnych realnych widoków. Następnie wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Następnie trafił do obozów Lamsdorf i Murnau. Potem zgłosił się do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa, gdzie został skierowany do pracy wywiadowczej na terenie Polski. W końcu nadeszła jego ostatnia droga krzyżowa i śmierć na Rakowieckiej…

Podczas jednego z widzeń w więzieniu rotmistrz Pilecki powiedział do swojej żony: "Oświęcim to była igraszka". Co jeszcze mówił w czasie tych ostatnich krótkich spotkań?
- Rozprawy toczyły się do 16 marca 1948 roku. Ojciec był wtedy wrakiem
człowieka. Miał połamane obojczyki, nie mógł utrzymać głowy w pionie.
Zamordowano go bardzo szybko, bo już 25 maja. Pewnie bano się, żeby nie uciekł.

Inni czekali na egzekucję dłużej. Byłam za mała, żeby móc chodzić na jego rozprawy. Zresztą tylko w nielicznych rozprawach sądowych mogli brać udział członkowie rodzin. Na jednym z ostatnich posiedzeń, gdy już było wiadomo, że zginie, Ojciec dał mamie mały metalowy grzebyk i powiedział, żeby koniecznie kupiła książkę Tomasza á Kempis "O naśladowaniu Chrystusa". Chciał, żeby mama codziennie czytała nam fragmenty tej cudownej książeczki. "To ci da siłę" – powiedział do niej. Bardzo sobie cenię tę książeczkę i przez cały czas ją czytam. Jest to także testament dla mnie.

Pani mama została poinformowana o wykonaniu wyroku?
- Protokół wykonania wyroku przeczytałam dopiero w 1989 r., gdy przeglądałam
dokumenty z procesu w prokuraturze wojskowej. Mama do końca wierzyła, że Ojciec żyje, że jest gdzieś na Syberii.

Czy został jakiś ślad po dworze w Sukurczach, miejscu Pani szczęśliwego
dzieciństwa?
- Niedawno dostałam telefon od człowieka, który udał się do miejsca na Białorusi, gdzie dawniej były Sukurcze. Teraz nie ma tam nic, nawet jednego kamienia, który kiedyś stanowił podstawę naszego dworku. Nie ma również śladu po potężnych wiekowych lipach, które miały za zadanie chronić zabudowania przed
wiatrem ze wschodu.

Nie ginie za to pamięć o rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Przybywa szkół
noszących jego imię. Tak realizuje się jego marzenie o sztafecie pokoleń.
Czego dziś młodzi mogą nauczyć się od Pani Ojca?
- Te szkoły traktuję jak własne dzieci. Dlatego tak bardzo o nie dbam. Dziś,
kiedy pojawia się słowo "patriotyzm", młodzież często nie ma pojęcia, co to
jest. Wtedy im tłumaczę, że patriotyzm nie oznacza obecnie walki z karabinem,
ale w ich przypadku solidną naukę, ażeby potem mogli dobrze pracować dla Polski, a nie wyjeżdżać. Mówię im: "Polska musi pięknieć i bogacić się waszą mądrością". To jest patriotyzm, który im przybliżam. Od mojego Ojca z pewnością można się uczyć miłości do Boga i Ojczyzny – tych wartości, dla których się urodził, żył, pracował, cierpiał oraz zginął. To jest jego przesłanie dla współczesnych.

Oprócz tego Ojciec zawsze podkreślał, że trzeba pamiętać o tych, którzy złożyli w ofierze swoje młode życie, walcząc za Polskę i o jej godne miejsce w Europie. To się teraz nie za bardzo udaje… Być może nie dokończył swojego dzieła tak , jak by tego sobie życzył, ale nie pozwolił mu na to haniebny proces i wyrok śmierci. I teraz do nas należy dokończenie jego dzieła, jakim jest odbudowanie ducha Narodu Polskiego.

Dziękuję za rozmowę.

http://asadow.nowyekran.pl/post/77925,o ... ojego-ojca


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 08 lut 2013, 07:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Pomnik Pileckiego w Karelii

W Ołońcu, w Karelii, na fińsko-rosyjskim pograniczu, powstaje pomnik rotmistrza Witolda Pileckiego – ustalił „Nasz Dziennik".

Uroczyste odsłonięcie monumentu zaplanowano na 25 maja, czyli w 65. rocznicę zamordowania rotmistrza. Jak informują pomysłodawcy i organizatorzy, pomnik poświęcony rotmistrzowi Pileckiemu stanie na jednej z głównych ulic miasta, na co zgodę wyraziła 26 grudnia 2012 roku administracja miasta i rejonu Ołoniec w Karelii. Widnieć na nim będzie dwujęzyczny napis: „Tu w Ołońcu na Ziemi Karelskiej urodził się wybitny Polak rotmistrz Witold Pilecki. 1901-1948. Twórca ruchu oporu w KL Auschwitz (Oświęcim). Bohater II wojny światowej”.

Przedstawiciele Społecznego Komitetu Organizacyjnego ds. uroczystego odsłonięcia w Ołońcu pomnika rotmistrza Witolda Pileckiego apelują do przedstawicieli Polski, w tym marszałka Senatu Bogdana Borusewicza i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, o objęcie uroczystości honorowym patronatem i osobisty w niej udział. „Niechaj to będzie nasze wspólne dzieło upamiętniające jednego z największych współczesnych bohaterów w dziejach Polski, co także przyczyni się do jedności polonijnej w Rosji i umocnienia stosunków polsko-rosyjskich i rosyjsko-polskich” – piszą organizatorzy w zaproszeniu. Podobne listy dostali: ambasador RP w Moskwie, konsul generalny RP w Sankt Petersburgu, dyrektor Instytutu Polskiego w Sankt Petersburgu.

Stowarzyszenie liczy, że w komitecie honorowym zasiądą dzieci rotmistrza: Zofia Pilecka-Optułowicz i Andrzej Pilecki, oraz prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” Longin Komołowski, a także byli żołnierze Armii Krajowej i kombatanci walk o niepodległość Polski.

Komitet organizacyjny zapowiada zbiórkę środków finansowych w kraju i za granicą niezbędnych do realizacji projektu. Chcą też wydać rosyjskojęzyczny album poświęcony bohaterskiemu Polakowi i zorganizować wystawę.

Witold Pilecki urodził się w 1901 r. w Ołońcu, dokąd zesłano z Wileńszczyzny jego dziadków za udział w Powstaniu Styczniowym. Dopiero w 1910 r. rodzina Pileckich wróciła do Wilna. Rotmistrz został zamordowany 25 maja 1948 r. w więzieniu na Rakowieckiej. Zginął od strzału w tył głowy.

Marta Ziarnik

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... relii.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 15 lut 2013, 08:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Cichociemni

Piotr Szubarczyk

Byli polskimi żołnierzami na uchodźstwie, zrzucanymi na spadochronach do kraju. Perfekcyjnie wojskowo wyszkoleni do walki dywersyjnej. Wszyscy byli ochotnikami, choć szkolenie i zadania były ekstremalnie trudne. Spośród ponad 2 tysięcy kandydatów tylko co czwarty został zakwalifikowany do skoku! Skok nad krajem oddało 316, w tym jedna kobieta – Elżbieta Zawacka „Zo”. Byli oficerami komend AK, dowódcami oddziałów leśnych, wykonywali zadania specjalne. Ginęli w walce z Niemcami, z sowieckimi „partyzantami” na polskich Kresach, w Powstaniu Warszawskim. Niektórzy zażyli truciznę po aresztowaniu… Byli i tacy, których sowieccy komuniści zamordowali po wojnie, uznając ich (słusznie!) za elitę Polski niepodległej.

Nazywa się ich czasem „komandosami”, ale to błąd. Należałoby ich raczej porównywać do żołnierzy sił specjalnych. Dobrze, że jednostka specjalna GROM nosi imię Cichociemnych Spadochroniarzy AK. Piękny portret cichociemnych dał serial telewizyjny „Czas honoru”.

Wspominamy ich dziś, gdyż w nocy z 15 na 16 lutego 1940 r. pierwsza grupa została zrzucona do kraju. Ostatni wyskoczą w grudniu 1944 roku. By pokazać ich format, przypomnijmy kilku spośród 316: gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek” (dowódca AK, zamordowany w Moskwie w 1946), mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” (zamordowany w więzieniu mokotowskim w 1949), mjr Jan Piwnik „Ponury” (legendarny partyzant, poległ w walce z Niemcami w 1944), mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin” (zamordowany w 1953)…

Słowo „cichociemny” budziło w środowisku emigracji niepodległościowej najwyższy szacunek. Po wojnie komuniści w szeptanej propagandzie próbowali to słowo ośmieszyć, nadając mu kpiarskie, szydercze znaczenia. Nie pozwalajmy na to. Chwała cichociemnym – bohaterom Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i Polskiego Państwa Podziemnego!

http://www.naszdziennik.pl/wp/24094,cichociemni.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 16 lut 2013, 08:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Pamięć o "Warszycu" wciąż żywa

Zamordowany przez władze komunistyczne kapitan Stanisław Sojczyński „Warszyc” zostanie upamiętniony przez mieszkańców Częstochowy. W najbliższy wtorek, 19 lutego br., odprawiona zostanie Msza św. w związku z 66. rocznicą jego morderstwa, zaś w maju odsłonięty zostanie pomnik ku jego czci.

W Częstochowie powstał Społeczny Komitet Budowy Obelisku upamiętniającego kpt. Sojczyńskiego.

Mieczysław Malik, przewodniczący Komitetu, wyjaśnił w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl, że inicjatywa budowy pomnika wspominającego „Warszyca” zrodziła się spontanicznie u kilku osób. – Zebraliśmy się i uznaliśmy, że jeżeli my tego nie zrobimy, to młode pokolenie, nie bardzo znając historię i postać kpt. Sojczyńskiego, na pewno tego nie zrobi. Jesteśmy ostatnim pokoleniem, które powinno się tym zająć – powiedział Mieczysław Malik.

Kapitan Stanisław Sojczyński „Warszyc” był oficerem Armii Krajowej, a także twórcą i dowódcą Konspiracyjnego Wojska Polskiego. – Była to największa armia podziemna zaprzysiężonych żołnierzy. Według różnych szacunków historyków liczba ta wynosiła od 4 tys. do 6 tys. – powiedział jeden z inicjatorów powstania pomnika upamiętniającego „Warszyca”.

Liczba ta – zaznaczył przewodniczący Komitetu – nie jest istotna. – Najważniejsze jest to, że wzorce wychowawcze, które w tym wojsku obowiązywały, powinny być przypominane także teraz. Są one uniwersalne i doskonale pasują także do obecnych czasów – podkreślił nasz rozmówca.

„Warszyc” został pojmany przez Urząd Bezpieczeństwa 27 czerwca 1946 roku, a następnie skazano go na śmierć i zamordowano.

Inicjatywa ta wywołała burzę w częstochowskich władzach miejskich. Pomysłowi uczczenia „Warszyca” – ofiary zbrodni dokonanej przez komunistów, sprzeciwiali się członkowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Mieczysław Malik wyjaśnił, że na forum Rady projekt uchwały uczczenia pamięci „Warszyca” wniósł radny Artur Gawroński (PiS). – 30 sierpnia 2012 roku odbyła się sesja rady miasta, w czasie której ten punkt był rozpatrywany. Z 25 radnych uczestniczących w tej sesji 15 opowiedziało się za projektem, dwóch wstrzymało się od głosu. Przeciwko projektowi zagłosowało ośmiu radnych, wszyscy z Sojuszu Lewicy Demokratycznej – wyjaśnił Mieczysław Malik.

Sprzeciw lewicowych polityków nie zablokował powstania pomnika ku czci „Warszyca”, którego postać wciąż jest żywa w pamięci mieszkańców Częstochowy. Zainicjonowani oni nie tylko budowę obelisku, ale także upamiętnią kolejną rocznicę jego zamordowania.

W najbliższy wtorek, 19 lutego br., w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Częstochowie (ul. Sikorskiego) odprawiona zostanie uroczysta Msza Święta.

– Centralnym punktem wtorkowych uroczystości będzie Msza św. w intencji zamordowanego kapitana. W trakcie Eucharystii zostanie poświęcona urna z prochami i ziemią z Dołów Śmierci w Bąkowej Górze, gdzie byli potajemnie zakopywani żołnierze „Warszyca”, oraz z terenu więzienia w Radomsku, gdzie funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przetrzymywali i brutalnie mordowali przez rozstrzelanie żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego – wyjaśnił nasz rozmówca.

Ziemia zostanie przywieziona przez Towarzystwo Patriotyczne z Radomska.

18 maja br. nastąpi uroczyste odsłonięcie obelisku upamiętniającego kapitana Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”. Odsłonięcie poprzedzi Msza Święta. – Poświęcona w najbliższy wtorek ziemia zostanie umieszczona pod pomnikiem – wyjaśnił Malik.

Izabela Kozłowska

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -zywa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 19 lut 2013, 07:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Za krzywdy swoje i innych

Piotr Szubarczyk

Szef wojewódzkiego UB w Łodzi Mikołaj Diomko – „spolszczony” jako Mieczysław Moczar – otrzymał 5 lutego 1946 r. wiadomość: „Zawiadamiamy, że Sąd Specjalny Kierownictwa Walki z Bezprawiem (…) skazał Pana na karę śmierci”. Kto ośmielił się skazać ukraińskiego ubeka-bandziora, przed którym wszyscy drżeli?

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” wyróżniał się wśród dowódców partyzantki antykomunistycznej naciskiem na kwestie moralne, nie zaś polityczne. Uważał, że z sowiecką „demokracją” trzeba walczyć, bo opiera się na bezprawiu. Walcząc, upominał się o krzywdy swoje i innych. Jego ostatnie słowa przed komunistycznym „sądem” wzruszają szlachetną prostotą: „Do winy się nie poczuwam. Uważam raczej, że mam zasługi wobec Narodu, dla dobra którego walczyłem (…). Przyznaję się do założenia i należenia do nielegalnej organizacji, celem której było przeciwdziałanie terrorowi władz, walka z bezprawiem i prześladowaniem (…). Celem Konspiracyjnego Wojska Polskiego było niedopuszczenie do utrwalenia się obecnego reżimu, dyktatury policyjnej, co nie było zgodne z wolą Narodu, lecz aby Naród wypowiedział się w wolnych wyborach i sam decydował o swoim ustroju. Naród, który tyle ofiar poniósł w tej wojnie i stracił ponad 6 milionów ludzi, ma prawo do swobodnego wypowiedzenia się, jaki chce mieć ustrój”. Oto najkrótsza recenzja II wojny światowej, widzianej z perspektywy Polaka patrioty!

Kary wobec konfidentów NKWD-UB stopniował. Najpierw „przemówienie do obywatelskiego sumienia”, a jeśli nie pomogło – baty wyciorem karabinowym. Dopiero w przypadkach skrajnych były wyroki śmierci. Tak jak z Diomką. Niestety, zabrakło możliwości wykonania tego wyroku.

Aresztowany w roku 1946 przez UB kpt. Sojczyński został skazany na śmierć i zamordowany 17 lub 19 lutego 1947 roku. Pamiętajmy o „Warszycu”!

http://www.naszdziennik.pl/wp/24439,za- ... nnych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 20 lut 2013, 07:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
„Zapora” się nie poddał

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Partyzanci nazywali go „Starym”, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat. Był cichociemnym, „znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym, umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach”, ale troszczył się o każdego żołnierza.

Obrazek

U blacharza Dekutowskiego w Dzikowie pod Tarnobrzegiem było aż dziewięcioro dzieci. Kiedy najmłodszy z rodzeństwa, Hieronim, miał dwa lata, jego najstarszy brat, Józef, walczył z bolszewikami w 1920 roku. Ojciec był socjalistą i piłsudczykiem, ale przede wszystkim wielkim patriotą i w takiej tradycji wychowywał synów i córki.

Hieronim złożył maturę w 1939 roku i prawie od razu poszedł na wojnę, i to na ochotnika, bo nie został zmobilizowany.

Wśród cichociemnych

„Po skończeniu Kampanii przeszedłem wraz z oddziałem na Węgry, po czym zgłosiłem się do Armii we Francji. Brałem udział w Kampanii francuskiej, a po upadku Francji byłem ewakuowany do Anglii” – pisał w życiorysie. Na Wyspach skończył Szkołę Podchorążych Piechoty, zresztą z wyróżnieniem, i w kwietniu 1942 roku zgłosił się, znów na ochotnika, do cichociemnych. Był jednym z tych 316 specjalnie przeszkolonych żołnierzy, którzy zostali zrzuceni na spadochronach do Polski i wspierali walkę podziemnej armii w kraju. Swój skok wykonał w rocznicę sowieckiej napaści na Rzeczpospolitą, w nocy z 16 na 17 września 1943 roku. Jako ppor. „Zapora” wylądował koło Wyszkowa, przedostał się do Warszawy, a przed zimą był już na Lubelszczyźnie, gdzie dowodził Kierownictwem Dywersji (Kedywem) w Inspektoracie AK Lublin oraz jego dyspozycyjnym oddziałem partyzanckim. Z nim, do lipca 1944 roku, przeprowadził 83 akcje bojowo-dywersyjne przeciwko Niemcom, a w sierpniu szedł na pomoc Warszawie.

Gdy nie udało mu się przedrzeć za Wisłę, musiał rozformować oddział i poszukać dla siebie kryjówki, bo już ścigało go NKWD. Pod koniec 1944 roku zebrał dziesięciu swoich podkomendnych i wrócił do partyzantki. „Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze ’Zapory’, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach Zaporczyków, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu.

Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 roku – oznacza początek powstania antysowieckiego na tych terenach” – pisze Bohdan Urbankowski w „Czerwonej Mszy”. Dwa dni później „Zapora” został ranny w nogę w walce z obławą NKWD i Ludowego Wojska Polskiego niedaleko Chodla, we wsi Wały Kępskie, ale już pod koniec kwietnia 1945 roku ruszył z oddziałem za San. Po drodze, pod wsią Świeciechów pobili milicjantów, rozbroili posterunek MO i odbili aresztowanych akowców. Koło Radomska przeprawili się przez San i zaczęli rozbijać posterunki na tym terenie. W maju, pod Tarnobrzegiem, w starciu z grupą czerwonoarmistów zdobyli dwa samochody ciężarowe i wrócili nimi na Lubelszczyznę. Po rozbiciu kolejnego posterunku MO w Zaklikowie, gdzie zginęło dwóch milicjantów, a po sąsiedzku rozbrojono pięciu czerwonoarmistów, 18 maja 1945 roku Zaporowcy zajechali do browaru w Popkowicach. Miał tam swoją kwaterę oddział „ludowego” Wojska Polskiego. Jak potem UB z oburzeniem donosiło zwierzchnikom, partyzanci „nie zaczepiali żołnierzy i żołnierze ich też nie zaczepiali”, a „nawet doszło do tego, że razem pili piwo”. Następnego dnia Dekutowski zdobywał Kazimierz nad Wisłą. (…)

„I zawsze zwycięstwo musiało być ich…”

Mieszkańcy terenu, na którym działał „Zapora”, byli wrogo nastawieni do komunistów i sprzyjali partyzantom (choć niektóre wioski były „czerwone”), ciągle też rosła liczba członków oddziału. W czerwcu 1945 roku zgrupowanie „Zapory” liczyło ponad 220 ludzi. Rozkazem Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj został wtedy awansowany do stopnia majora, odznaczony Krzyżem Walecznych i mianowany dowódcą wszystkich oddziałów partyzanckich w Inspektoracie Lublin. A tak dowódcę zapamiętał „Morwa”: „Komendant ’Zapora’, mężczyzna niewysokiego wzrostu, szczupły, zwykle w butach o nieco za szerokich cholewach, w opiętym mundurze, bryczesach i polówce – z nastroszonymi wąsikami i krótkimi, na bok zaczesanymi włosami, był człowiekiem silnym i niezwykle wytrwałym. (…) Umiał zachować właściwy dystans pomiędzy dowódcą i żołnierzem, jednocześnie był wyrozumiały wobec drobnych żołnierskich niedociągnięć, a także otwarty na pomoc w rozwiązywaniu zgłaszanych problemów. Miał dyspozycyjny, miły, tubalny głos, który słychać było pośród najbardziej zaciętej strzelaniny. Nie znosił sprośnych piosenek, donżuaństwa i pijaństwa, ale sprzyjał dobrym piosenkom i umiarkowanej zabawie. Bolał nad śmiercią każdego żołnierza (…)”.

W lipcu 1945 roku „Zapora” na rozkaz DSZ rozwiązał oddziały i dał partyzantom wolną rękę w skorzystaniu z ogłoszonej przez komunistów sierpniowej „amnestii”. Sam pozostał w konspiracji, a wobec zagrożenia zdecydował się przedostać na Zachód, do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Z dziesięcioma podwładnymi, rajdem przez Góry Świętokrzyskie, potykając się kilkakrotnie z bezpieką, dotarł do Częstochowy. Stamtąd 1 października 1945 roku ruszyli ku Jeleniej Górze, gdzie przekroczyli „zieloną” granicę. Po stronie czechosłowackiej, w drodze do Pragi zostali namierzeni przez tamtejszą bezpiekę. Nie wszystkim udało się wydostać z okrążenia, a ostatecznie tylko „Zapora” i Marian Klocek „George” doszli do Pragi. Wrócili stamtąd do Polski w transporcie repatriacyjnym.

Wkrótce Dekutowski znów był w lesie. W grudniu 1945 roku został dowódcą oddziałów partyzanckich Inspektoratu Zrzeszenia WiN Lublin. Zaczynał z kilkunastoma dobrze uzbrojonymi ludźmi, ale w następnych miesiącach podporządkował sobie działające w terenie luźne grupki niepodległościowców oraz oddziały poakowskie. W maju 1946 roku miał pod swoimi rozkazami ludzi kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, por./kpt. Stanisława Łukasika „Rysia”, ppor. Jana Szaliłowa „Renka”, Tadeusza Skraińskiego „Jadzinka”, Stanisława Jasińskiego „Samotnego” i Michała Szeremieckiego „Misia” – razem około 150 partyzantów. A kiedy w lipcu 1946 roku siły „Zapory” powiększyły się o podporządkowany „Uskokowi” oddział Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, zaś w sierpniu z 25 ludźmi doszedł Kazimierz Wodniak „Szatan”, u mjr. Dekutowskiego „około dwustu – dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie trzęsło połową województwa (…)” – oceniał Władysław Siła-Nowicki, utrzymujący kontakty z „Zaporą” z ramienia Inspektoratu.

„Bo to jest Zapory piechota…”

„Zapora” rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu ubeków oszczędził. Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB. Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych Zaporczycy potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie odskoczyć. Ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce„ – pisał o walce Dekutowskiego Stefan Korboński, legendarny szef Kierownictwa Walki Cywilnej Polski w okresie okupacji.

Oddziały ”Zapory„ wielokrotnie wychodziły zwycięsko ze starć z przeważającymi liczebnie komunistycznymi grupami operacyjnymi. W lipcu 1946 roku Dekutowski poszedł na Rzeszowszczyznę z oddziałami ”Renka„, ”Misia„ i ”Jadzinka„. Pod Grębowem zostali zaatakowani przez silną grupę KBW i UB, roznosząc ją bez strat własnych. Partyzantom poddało się ponad 30 żołnierzy KBW, pozostali uciekli. Zaporowcy opatrzyli rannych przeciwników, a nawet dali im podwodę, ale pięciu ubowców rozstrzelali.

Po kilku udanych starciach ”Zapora„ wrócił z rajdu na Lubelszczyznę we wrześniu 1946 roku. Tu dalej wymykał się obławom grup pościgowych, rozbijał posterunki, rozbrajał ormowców. Rano 24 września 1946 roku jego oddział starł się zwycięsko ze ścigającym ich oddziałem KBW-UB pod Krężnicą Okrągłą, niedaleko drogi Chodel – Bełżyce. (…)

Wyglądał jak starzec

Oddziały ”Zapory„ przetrwały zimę, ale w marcu i kwietniu 1947 roku, na rozkaz przełożonych, Dekutowski rozformował je i znowu dał podwładnym wolną rękę w sprawie ujawnienia się w kolejnej ”amnestii„. W ostatnim rozkazie z 12 września 1947 roku przekazał dowództwo podlegających mu grup partyzanckich (na północ od Lublina) kpt. ”Uskokowi„, a sam z sześcioma podwładnymi i Władysławem Siłą-Nowickim wyruszył na Zachód. Akcja przerzutu została jednak zaplanowana przez UB i wszyscy zostali aresztowani w Nysie 16 września 1947 roku.

”Zaporę„ przesłuchiwał m.in. znany sadystyczny oprawca ubecki z Rakowieckiej, por. Jerzy Kędziora, który w styczniu 2012 roku, w wieku 86 lat, został skazany na trzy lata więzienia za bicie więźniów gumą i żelazem owiniętym w ręcznik, przypalanie im włosów, zamykanie w karcerze, skuwanie na noc kajdankami, nakazywanie przysiadów, przyciskanie głowy do ściany, kopanie po nerkach, ubliżanie i grożenie – w celu zmuszenia ich do przyznania się do rzekomych win.

Podczas niejawnej rozprawy, od 3 do 15 listopada 1948 roku, przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, mjr Dekutowski dostał siedem wyroków śmierci. Z całej schwytanej grupy ocalał tylko Siła-Nowicki, za którym do Bieruta wstawiła się rodzina Feliksa Dzierżyńskiego.

Przed wykonaniem wyroku ”Zapora„ próbował jeszcze uciec z więzienia. Skazani mieli przez wywierconą w suficie dziurę wyjść na strych, a następnie z dachu na powiązanych prześcieradłach wydostać się z katowni. Plan jednak zdradził jeden z więźniów kryminalnych. W dniu śmierci mjr Hieronim Dekutowski ”miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie„. Na koniec powiedział: ”Przyjdzie zwycięstwo„. Według protokołu z egzekucji został zamordowany 7 marca 1949 roku o godz. 19.00 przez kata Piotra Śmietańskiego, ale znany jest też inny przebieg wydarzeń. Ubowcy mieli wepchnąć majora ”Zaporę„ do worka, który powiesili pod sufitem i strzelali do niego bez opamiętania.

--------------------------------------------------------------------------------

Fragment książki Joanny Wieliczki-Szarek ”Żołnierze wyklęci. Niezłomni bohaterowie„, Wydawnictwo AA, Kraków 2013. Książka do nabycia w księgarniach ”Naszego Dziennika„: – w Warszawie, al. Solidarności 83/89, 00-143, tel. (22) 850 60 20, e-mail: ksiegarnia.wawa@naszdziennik.pl; – w Krakowie, ul. Starowiślna 49, 31-038, tel. (12) 431 02 45, e-mail: ksiegarnia@naszdziennik.pl. Księgarnia w Krakowie prowadzi także sprzedaż wysyłkową.

Dr Joanna Wieliczka-Szarek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/24561,z ... oddal.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 22 lut 2013, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Major „Ogień”

Piotr Szubarczyk

Przed 66 laty w Ostrowsku koło Nowego Targu obława UB – KBW osaczyła mjr. Józefa Kurasia „Ognia” – legendę antykomunistycznej partyzantki. To była zasadzka. Majorowi towarzyszyła niewielka grupa podkomendnych. Strzelił sobie w głowę. Mocny, 31-letni organizm bronił się. „Ogień” zmarł po północy, w nowotarskim szpitalu.

Obrazek

Stefan Korboński, w roku 1945 Delegat Rządu RP na Kraj, nazwał go „królem Podhala” i „tatrzańskim Janosikiem” XX wieku. Dziś jest uznawany przez pogrobowców Polski sowieckiej za postać „kontrowersyjną”. Nazywają go też „antysemitą”. Jakby jego winą było to, że likwidując sowieckich kolaborantów i konfidentów, trafiał też na Żydów.

Na początku okupacji dowodził grupą dywersyjną Konfederacji Tatrzańskiej. Nosił wtedy pseudonim „Orzeł”. Po rozbiciu organizacji przez Niemców grupa Kurasia stała się kadrówką dla AK na Podhalu. Pseudonim „Ogień” przyjął po 29 czerwca 1943 r., gdy Niemcy zamordowali mu ojca, żonę i dwuipółrocznego synka. Ciała i dom oblali benzyną i podpalili.

Po „wyzwoleniu” „Ogień” otrzymał nominację na kierownika nowotarskiego UB. Komuniści chcieli go spacyfikować… 11 kwietnia 1945 r. „ubowcy” Kurasia poszli w góry. Oddział partyzantki antykomunistycznej „Błyskawica” kontrolował w roku 1946 obszar od Słowacji po Kraków i powiat miechowski! Komórki PPR zeszły tam do podziemia. „Ogień” wierzył, że konflikt Zachodu z Sowietami przyniesie nam niepodległość. 14listopada 1946 r. wysłał list do sowieckiego namiestnika Bieruta: „Oddział Partyzancki ’Błyskawica’ walczy o Wolną, Niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Walczyć będziemy tak o granice wschodnie, jak i zachodnie. Nie uznajemy ingerencji ZSSR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony”. Czy testament „Ognia” został już wypełniony?

http://www.naszdziennik.pl/wp/24768,major-ogien.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patrioci skazani na zapomnienie
PostNapisane: 23 lut 2013, 08:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
„Nil” jest wśród nas!

Slawomir Jagodzinski

Przed 60 laty, we wtorek, 24 lutego 1953 r., o godzinie 15.00, sowiecki kat w polskim mundurze zamordował w więzieniu mokotowskim gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” – zastępcę komendanta głównego AK. Wyrok wydano „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” [!], choć ten „sąd”, złożony z sowieckich funkcjonariuszy narodowości żydowskiej, powinien wyrokować w imieniu Kremla. Nie pozwolono generałowi umrzeć śmiercią żołnierza. Założono mu powróz na szyję.

August Emil Fieldorf „Nil” (ur. 20 marca 1895 r.) był oficerem Legionów Polskich i Wojska Polskiego oraz Polskiego Państwa Podziemnego czasu okupacji. Od 6 sierpnia 1914 r. żołnierzem 1. Kompanii Kadrowej, uczestnikiem wojny z bolszewikami. W wojnie obronnej 1939 r. dowódcą 51. pułku piechoty. Od 1940 r. w Komendzie Głównej ZWZ-AK. Niepowtarzalnym pseudonimem „Nil” (1940) nawiązał do słów Horacego: „Nil desperandum” – „Nie rozpaczajcie”! Od 1942 r. w Komendzie Głównej AK, szef Kedywu, organizator zamachu na Franza Kutscherę i innych akcji.

Wyznaczony na komendanta organizacji NIE(podległość), pierwszej poakowskiej konspiracji niepodległościowej, która miała się przeciwstawić sowietyzacji Polski. Aresztowany przez NKWD, nierozpoznany, spędził dwa lata (1945-1947) na zesłaniu pod Swierdłowskiem, które przeżył cudem.

Mimo dobrowolnego ujawnienia się został aresztowany przez UB (1950) i nakłaniany do współpracy. Odmówił.

16 kwietnia 1952 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał generała na śmierć. 20 października 1952 r. Sąd Najwyższy podtrzymał polityczny „wyrok”. Żaden z uczestników zbrodni sądowej nie poniósł kary, choć kilkoro z nich żyło jeszcze długo po roku 1990!

30 lipca 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie „Nila” Orderem Orła Białego. Szukamy dziś śmiertelnych szczątków generała, aby go pochować z najwyższymi honorami. Gloria victis!

http://www.naszdziennik.pl/wp/24892,nil ... d-nas.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /