Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 82 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 08:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Lawina przyczernień dziejów Polski

Nasz Dziennik, 2008-10-08

Opisane przeze mnie w kilku artykułach przypadki deformowania dziejów Polski w najnowszych francuskich publikacjach poświęconych historii naszego kraju, to faktycznie tylko czubek góry lodowej. Jak wytłumaczyć aż tak daleko posunięte zakłamywanie historii Polski w sytuacji, gdy ich autorzy mogli korzystać ze znakomitej merytorycznie książki Henry'ego Rolleta o naszych XX-wiecznych dziejach czy wcześniejszych, pełnych sympatii dla Polaków historii Polski, pióra francuskiego arystokraty Henri de Montforta "La Pologne" czy książeczki "Histoire de la Pologne" Ambroise Joberta?

W ostatnich paru dziesięcioleciach w różnych krajach świata doszło do silnego, wręcz lawinowego, przyczerniania obrazu dziejów Polski. Szczególnie przykry wydaje się jednak fakt, że do takiego przyczerniania, i to na dużą skalę, doszło również we Francji, z którą przez setki lat byliśmy związani więzami przyjaźni, a czasem nawet sojuszami. Doczekaliśmy się za to w przeszłości wielu ciepłych słów od francuskich intelektualistów, a często nawet i znanych historyków, którzy sympatyzowali z naszymi zrywami i powstaniami niepodległościowymi. Dość przypomnieć choćby jednego z najwybitniejszych historyków francuskich XIX wieku, przyjaciela A. Mickiewicza - Julesa Micheleta. Był on m.in. autorem pełnych podziwu dla Polski dzieł: "La vie de Kosciusko" (O życiu Kościuszki) i "La Pologne Martyre" (Męczeńska Polska). Potępiając podłość carskiego zaborcy, Michelet pisał z ironią: "Rosja carska tak kocha Polskę, że ścierpieć nie może, aby jakikolwiek Polak gnębiony był przez innych". Dziś tego typu osądy zostały we Francji zastąpione przez skrajną rusofilię, widoczną już w postawach czołowych polityków od Chiraca po Sarkozy'ego. Ta rusofilia, podziw dla mocarstwa ze Wschodu - mającego tak potężne atuty jako dostawca gazu i ropy, idzie we Francji najwyraźniej w parze z lekceważeniem Polski jako kraju, który "nie potrafi siedzieć cicho". W bardzo zlaicyzowanej Francji szczególnie silnym, dodatkowym źródłem uprzedzeń wobec Polski jest skrajna niechęć niektórych wpływowych kręgów, zwłaszcza masońskich, do Polski jako kraju o silnym Kościele katolickim, który wydał wielkiego Papieża, etc. Dochodzą do tego uprzedzenia mniejszości żydowskiej mającej potężną pozycję we francuskich mediach, które od lat kreują obraz Polski jako kraju "krwiożerczego" antysemityzmu. Dość przypomnieć, że właśnie w prasie francuskiej (po amerykańskiej) robiono najwięcej szumu na temat rzekomego "polskiego antysemityzmu" w związku ze sporem wokół klasztoru Karmelitanek w Oświęcimiu. Przypomnijmy wreszcie, że nawet tak filosemicki Wajda doczekał się we Francji gwałtownych ataków prasowych z powodu rzekomego antysemityzmu jego filmów "Korczak" i "Ziemia obiecana".

O rzekomym "polskim wkładzie" w zagładę Żydów
Oskarżenia Polaków o skrajny antysemityzm są głównym tematem dwóch szczególnie podłych antypolskich książek, autorstwa Pawła Korca i Marca Hillela. Pierwszy z tych historyków, Paweł Korzec, emigrant z 1968 roku, ma szczególnie dobrą wprawę w kłamstwach jako dawny marksistowski historyk ruchu robotniczego z Łodzi. Bez żenady poszedł więc "na całego" w antypolskich oszczerstwach na kartach wydanej w Paryżu w 1980 r. książki o stosunkach między Polakami a Żydami w okresie międzywojennym ("Juifs en Pologne. La question juive pendant l'entre - deux guerres"). W swojej książce posunął się aż do stwierdzenia, że to Polska miała swój "wkład" w zagładę Żydów na skutek polskiego antysemityzmu, wciąż narastającego między wojnami. Jak pisał Korzec: "Nie wydaje nam się przesadna konkluzja, że los zgotowany Żydom polskim przez Polskę międzywojenną przyczynił się do umożliwienia ogromnej tragedii, która ich spotkała pod jarzmem hitlerowskim". Warto wspomnieć, że ta tak obrzydliwa "konkluzja" Korca spotkała się z bardzo ostrą krytyką ze strony słynnego żydowskiego publicysty, rzecznika prawdziwego dialogu między Polakami a Żydami - Józefa Lichtena w jego obszernym studium "Żydzi w Polsce dwudziestolecia" (paryskie "Zeszyty historyczne" nr 57 z 1981 r., s. 197). Lichten zarzucił Korcowi, że nakreślił "przerażająco ciemny" obraz losu Żydów w Drugiej Rzeczypospolitej (por. J. Lichten, op. cit., s. 196). Wypomniał Korcowi, że pisząc tylko o "cieniach", pominął "blaski" tamtego okresu i zaakcentował: "Nie można zrozumieć historii Drugiej Rzeczypospolitej bez choćby częściowego odmalowania tych jaśniejszych stron współżycia Polaków i Żydów i pominięcie ich Korcowi zarzucam (...)" (por. J. Lichten: op. cit., s. 204). Ostra krytyka Lichtena niewiele pomogła. Kłamliwa książka Korca dotąd pozostaje na francuskim rynku wydawniczym najważniejszą publikacją o stosunkach polsko-żydowskich w II RP i służy jako podstawa do kolejnych zafałszowań w książkach i artykułach innych autorów.
Szczególnie oszczerczą, antypolską książką wydaną we Francji była publikacja Marca Hillela: "Le Massacre des survivants. En Pologne apres l'holocauste (1945-1947)" - Masakra tych, którzy przeżyli. W Polsce po holokauście (1945-1947), wydana w Paryżu w 1985 roku. Nawet skrajnie wydrwiwający polską historię publicysta "Polityki" Ludwik Stomma był zaszokowany treścią książki Hillela, akcentując, że należy ona do prac, w których "pisze się systematycznie o Polakach, 'narodzie donosicieli', 'narodzie zabójców', a nawet, że Polacy (podczas wojny!) byli dla Żydów większym zagrożeniem, niż Niemcy" (por. "Polityka" z 19 kwietnia 1997 r.). W pełnej potwarzy książce Hillel unikał przedstawienia całej złożoności sytuacji w Polsce w latach 1945-1947, m.in. obrazu skutków tego, że tak wielu Żydów zajmowało bardzo wpływowe stanowiska w administracji rządowej czy bezpiece. Nie bacząc na to, że sporo Żydów zginęło w wyniku swego zaangażowania po stronie władzy komunistycznej przy prześladowaniu polskich patriotów, lansował kłamliwą tezę, że Polacy mordowali Żydów po wojnie wyłącznie z powodów ich "krwiożerczego antysemityzmu" i chęci utrzymania zagrabionego mienia. Można powiedzieć, że J.T. Gross w "Strachu" po prostu plagiatował nieznane w Polsce twierdzenia i "dowody" Hillela. A były to "dowody" dość szczególne. Marc Hillel dokumentował rzekome masakrowanie ocalałych z zagłady Żydów przez polskie "reakcyjne terrorystyczne organizacje podziemne" opiniami komunistycznego ministra bezpieczeństwa publicznego i szefa UB w Warszawie oraz ocenami z komunistycznej prasy. Zgodnie z zaczerpniętą z tak "odpowiednich" źródeł "dokumentacją źródłową" Hillel konsekwentnie określał polską opozycję antykomunistyczną, działającą w podziemiu, jako "bandy terrorystyczne", "ekstremistyczni nacjonaliści", etc. (w pracy, wydanej w 1985 r. w Paryżu). Chwaląc ludzi "lewicy" za to, że jako jedyni mieli odwagę wystąpić po wojnie przeciw antyżydowskiej "zbrodniczej akcji terrorystów", Hillel uzasadniał tym poparcie polskich Żydów dla władz komunistycznych. Bardzo ostrą krytykę podejścia Hillela do komunistycznych, bezpieczniackich źródeł zamieścił ks. Daniel Olszewski w "Znakach Czasu" (nr 7 z 1987 r.). Warto dodać, że Hillela z Grossem łączy również zajadły, nienawistny stosunek do Kościoła katolickiego w Polsce, co do którego mnożył on skrajne oszczerstwa na temat jego rzekomego antysemityzmu (por. M. Hillel: "Le massacre...", s. 15-17, 118-119, 250-252, 318-320). Podobnie jak później Gross, Hillel posunął się nawet do szkalowania za rzekomy "antysemityzm" jednego z największych polskich duchownych XX wieku, metropolity krakowskiego ks. kard. Adama Sapiehy, głównego organizatora potajemnej pomocy dla Żydów w Małopolsce w czasie wojny (por. szerzej: J.R. Nowak: "Nowe kłamstwa Grossa", Warszawa 2006, s. 23-24). Hillel oskarżył również kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka o rzekomą chęć do spacyfikowania nastrojów antyżydowskich w swojej diecezji przed "pogromem" z 4 lipca 1946 r. (op. cit., s. 250-252). Wśród antypolskich oszczerstw, zawartych w książce Hillela, znalazł się cytat z korespondencji z Monachium specjalnego wysłannika "New York Times" Raymonda Daniella o armii Andersa: "To jest armia najemników, zdominowana przez elementy antysemickie i antyrosyjskie" (por. M. Hillel: op. cit., s. 63).
Potwarzom Hillela o armii Andersa warto przeciwstawić ocenę rabina wojskowego z 2. Korpusu Polskiego Pinkasa Rosengartena na temat gen. W. Andersa: "W stosunku do nas, Żydów, był bardzo tolerancyjny. (...) Zawsze ostro piętnował antysemickie wybryki. To samo dotyczy zresztą większości kadry dowódczej. Bardzo dobrze wspominam generałów Borutę Spiechowicza, Tokarzewskiego, Kopańskiego, Ducha, a także pułkownika Gaładyka i majora Durko" (cyt. za wywiadem P. Rosengartena pt. "Polski rabin", udzielonym G. Górnemu w magazynie "Rzeczpospolitej" z 19 kwietnia 2002 r.).
Antypolska, oszczercza monografia Hillela, podobnie jak książka Korca, nie spotkała się z należytą krytyką historyków we Francji, demaskującą jej kłamstwa. W rezultacie od paru dziesięcioleci służy jako rezerwuar do kolejnych oskarżeń i antypolskich ataków.
Warto dodać, że we Francji na początku lat 80. zrealizowano jeden z najbardziej oszczerczych filmów antypolskich - "Shoah" Claude'a Lanzmanna, który obejrzała wielomilionowa widownia w różnych krajach świata. Lanzmann bez żenady zrzucał na Polaków winę za eksterminację Żydów. Skrajne uprzedzenia Lanzmanna wobec Polski najlepiej wyraziło jego stwierdzenie podczas wywiadu udzielonego francuskiemu "L'Express" w maju 1985 roku. Zapytany, czy film "Shoah" jest "aktem oskarżenia wobec Polski", Lanzmann odpowiedział: "Tak. To Polacy sami się oskarżają. Opanowali do perfekcji sposoby eksterminacji". Nawet znany z filosemickiej tendencyjności, późniejszy wielce gorliwy propagator "Sąsiadów" J.T. Grossa, Andrzej Kaczyński, przyznawał na łamach "Rzeczpospolitej" z 2 października 1997 r.: "Skandaliczna była też reakcja zachodnich mediów - zwłaszcza francuskich i amerykańskich - które skwapliwie podchwyciły i eksponowały sugestię Lanzmanna, iż hitlerowcy dlatego umieścili obozy zagłady w Polsce, że mogli tutaj liczyć co najmniej na aprobatę, jeśli nie wręcz na współpracę antysemicko nastawionego społeczeństwa".
"Polska na ławie oskarżonych" - wyeksponowano wielkimi literami tytuł tekstu zachęcającego do obejrzenia filmu "Shoah" Lanzmanna na pierwszej stronie lewicowego dziennika "Liberation". Potępieńczy atak na Polskę był szczególnie potrzebny francuskiej lewicy na czele z francuskimi komunistami, z którymi tak długo był związany sam Lanzmann. Ułatwiał osłabienie krytyki stanu wojennego, bo przecież gen. Jaruzelski "musiał" go wprowadzić dla uporania się z tak "niepoprawnymi" "dzikimi polskimi antysemitami".

Zapomniane książki H. Rolleta
Rozmiary deformacji dziejów Polski w najnowszych francuskich książkach na ten temat (D. Beauvois z 2004 r., F. Bafoila i in. z 2007 r.) są bardziej szokujące niż wcześniejsze, bardziej obiektywne francuskie publikacje na ten temat. By przypomnieć choćby wydaną w Paryżu w 1984 r. świetną kilkusetstronicową publikację Henry'ego Rolleta "La Pologne en XX siecle" (Polska w XX wieku). Książka Rolleta ukazała się również w polskim przekładzie w Krakowie w 1994 r., niestety tylko w skrócie, obejmującym okres od 1939 do 1984 roku. Ta publikacja jest jaskrawym przeciwstawieniem fałszerstw i przemilczeń deformujących obraz dziejów Polski, których jest tak wiele w omawianych wcześniej książkach D. Beauvois, F. Bafoila i in., i dlatego zasługuje na szersze przypomnienie.
Już we wstępie do książki Rolleta, pióra francuskiego naukowca Jeana Laloya, czytamy, że Rollet obala w swym dziele różne schematy pojawiające się we Francji na temat Polaków. Według Laloya, Rollet obala wizję Polaków jako specjalistów od liberum veto czy niepoprawnych romantyków, rzucających się do buntów bez troski o konsekwencje. Rollet pokazuje - jak pisze Laloy - Polaków jako naród z bardzo rozbudowanym poczuciem wolności i tolerancji, pełnego otwartości wobec sąsiadów. Pokazuje również Polaków jako naród bez Quislingów, bez swego Petaina i Lavala. Tym mocniej za to chłostał Rollet politykę Francji wobec Polski z lat 1919-1939, pełną "pozorów i udawań", "zaangażowań podważanych przez niedomówienia" i "chwiejność". Jakże to podejście Rolleta do obrazu polskiej historii w XX wieku różniło się od oskarżycielskich tonów wobec Polski występujących w tekstach F. Bafoila et consortes czy D. Beauvois, przy równoczesnym przemilczaniu niedotrzymanych francuskich zobowiązań wobec Polski, a faktycznie francuskiej zdrady.
Rollet, który poznał dobrze Polskę podczas dłuższego pobytu przed 1939 rokiem, jednoznacznie przeciwstawiał się różnym uogólnieniom na temat rzekomego polskiego "antysemityzmu" czy polskiego "nacjonalizmu". Pokazywał błędy, popełniane przez polskie władze w stosunku do Żydów, ale wskazywał równocześnie, że Żydzi ze swej strony częstokroć nie zachowywali się jak niewinne owieczki. Wskazywał na różnice między lojalnymi wobec Polski konserwatywnymi Żydami z grupy Agudat czy asymilatorami a zachowaniem młodych Żydów, którzy "często wspierali wojska sowieckie w ich ataku na Polskę" (por. H. Rollet, "La Pologne...", s. 106).
Pisał o zachowaniu niemieckiej prasy, która rozdmuchiwała w świecie przeciw Polsce każdą, nawet najmniejszą pogłoskę o przejawie antysemityzmu (por. tamże, s. 106). Wskazywał na podejmowane przez polskie władze próby dogadania się z mniejszością żydowską, choćby wynegocjowaną z Żydami umowę przez rząd Grabskiego czy próby polepszenia stosunków z Żydami, podejmowane przez rząd Skrzyńskiego (por. H. Rollet, op. cit., s. 169). Przypomniał wreszcie życzliwość polityki J. Piłsudskiego wobec Żydów, przyznanie przez niego obywatelstwa 600 tysiącom żydowskich uchodźców z Rosji (por. tamże, s. 169). Rollet sprzeciwiał się również upowszechnianym szeroko w świecie twierdzeniom o jakiejś dużej sile "polskiego nacjonalizmu". Pisał, że nacjonalizm ten nie był bardziej nietolerancyjny czy groteskowy niż nacjonalizmy wszystkich innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a zarazem był jak najdalszy od horrorów niemieckiego narodowego socjalizmu czy wielkoruskiego szowinizmu (por. tamże, s. 147). Wskazywał, że nacjonalizm polski wobec Litwy zderzał się tam z dużo większą niż polska nieustępliwością. Akcentował, że podobnie było w Galicji, gdzie "intelektualiści ukraińscy byli zdecydowanie wrodzy jakiemukolwiek kompromisowi" (por. tamże, s. 146). Przypominał wreszcie (s. 211) znaczenie tolerancji i dobrych stosunków z Ukraińcami, nawiązanych przez wojewodę H. Józewskiego, całkowicie pomijanych w atakującej antyukraiński nacjonalizm Polaków najnowszej francuskiej historii Polski z 2007 roku. Do szczególnie cennych i napisanych w niezwykle wyważony sposób części książki Rolleta należały fragmenty poświęcone stosunkom polsko-czeskim w latach 1918-1939. Rollet nie taił swojej krytyki błędnej polityki Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Równocześnie jednak wyraźnie obciążał Czechosłowację winą za niepotrzebne zaognienie stosunków polsko-czechosłowackich poprzez napaść zbrojną na Polaków w regionie Cieszyna (s. 116-117). Krytykował doprowadzenie do ostatecznego zatrucia stosunków polsko-czeskich przez czeskich ekstremistów z grupy Kramarza na tle sporu wokół Jaworzyny (por. H. Rollet, op. cit., s. 118). Wskazywał na obłudę zachowań Benesza w tej sprawie (por. tamże, s. 189). Krytykował Benesza (op. cit., s. 193) za nieukrywanie wobec zagranicznych dyplomatów swego negatywnego stosunku do istnienia tzw. polskiego korytarza. Rollet zapytywał: "Czy Benesz chciał w ten sposób odwrócić uwagę Niemiec od Austrii i skierować ich rewizjonizm ku granicy polskiej?".
Jednym z najciekawszych fragmentów książki Rolleta było jego jednoznaczne potępienie prosowieckiej i antypolskiej postawy wielkiej części prasy brytyjskiej (s. 361-362). Rollet stanowczo sprzeciwiał się wszelkim twierdzeniom zarzucającym rządowi polskiemu zaniedbania w alarmowaniu światowej opinii na temat nazistowskiej eksterminacji Żydów. Powoływał się na kolejne wystąpienia polskie w tej sprawie (s. 350-351). Wskazywał na ewidentne skrajne zachodnie zaniedbania. I pokazywał paradoksalny fakt - w tym samym czasie, gdy zachodni sojusznicy nie dopełnili obowiązku maksymalnego nagłośnienia zbrodni popełnionych na Żydach, to tym mocniej uderzano w polski rząd oskarżeniami o rzekomy antysemityzm z powodu dezercji żołnierzy żydowskich z armii polskiej. Według Rolleta, brytyjska Izba Gmin poświęciła w latach 1940-1944 aż 12 debat oskarżeniom przeciwko polskiemu antysemityzmowi (w tym 8 debat w okresie między 5 kwietnia i 8 czerwca 1941 r.), podczas gdy zaledwie 8 debat poświęcono na piętnowanie okrucieństw niemieckich (por. H. Rollet, op. cit., s. 351).
W kontekście książki Rolleta, tak świetnej warsztatowo i tak bogatej faktograficznie, tym bardziej muszą oburzać zafałszowania i deformacje późniejszych o parę dziesięcioleci francuskich publikacji poświęconych historii Polski (D. Beauvois z 2004 r. oraz F. Bafoila i in. z 2007 r.). Jak jednak wytłumaczyć aż tak daleko posunięte zakłamywanie historii Polski w najnowszych francuskich książkach historycznych w sytuacji, gdy ich autorzy mogli korzystać ze znakomitej merytorycznie książki Rolleta o naszych XX-wiecznych dziejach. Na gorzką ironię zakrawa fakt, że w Polsce prof. Daniel Beauvois został uhonorowany trzema doktoratami honoris causa.

Inni przemilczani przyjaciele Polski
Dużo wcześniej od momentu wydania książki Rolleta, mianowicie zaraz po wojnie, w 1946 r., ukazała się pełna sympatii dla Polaków historia Polski pióra francuskiego arystokraty Henri de Montforta "La Pologne". W ponad 300-stronicowej, dziś zapomnianej książce Montfort starał się o maksymalne odtworzenie prawdy o heroizmie i martyrologii Narodu Polskiego. Tenże autor opublikował kilkusetstronicową książkę "Le Massacre de Katyń" (Masakra w Katyniu). Wydana w 1966 r. w Paryżu książka Montforta była jednym z najdramatyczniejszych potępień sowieckiej zbrodni.
W 1965 r. we Francji ukazała się, również pełna sympatii dla Polski, książeczka "Histoire de la Pologne" (Historia Polski) Ambroise Joberta, później przełożona na język hiszpański. Autor m.in. mocno wysławiał rolę Konstytucji 3 Maja, później z takim uporem podważaną przez D. Beauvois. Jobert (por. op. cit., s. 40) przytoczył np. opinię pruskiego ministra Herzberga, który niepokoił się, że Konstytucja 3 Maja bardzo wzmocni Polskę, gdyż dzięki niej "Polska otrzymała konstytucję lepiej porządkującą stosunki w kraju niż to, co jest w Anglii".
Omawiane przeze mnie książki Korca i Hillela o wszystko, co było złe w stosunkach polsko-żydowskich, oskarżały Polskę i Polaków. Na tle ich skrajnej antypolskiej tendencyjności jakże odmienne były, wydane niestety tylko w języku polskim w Paryżu, książki autorów żydowskich: Feliksa Mantela, Michała Borwicza czy Klary Mirskiej. Polonofil żydowskiego pochodzenia Feliks Mantel był działaczem PPS, podsekretarzem stanu w Rządzie Tymczasowym i w Rządzie Jedności Narodowej, a później oficjalnym przedstawicielem tzw. Polski Ludowej (jako minister pełnomocny) w Wiedniu. Tam właśnie wybrał wolność w 1948 r. i przeniósł się do Francji. Jego publikacje są jaskrawym przeciwstawieniem opartych na komunistycznej propagandzie twierdzeń Hillela. Feliks Mantel, świetnie znający stosunki w Polsce w pierwszych latach po 1945 r., należał do nielicznych niestety żydowskich krytyków roli dużej części Żydów w komunistycznych władzach i bezpiece w pierwszych latach powojennych. Już w wydanej w 1980 r. w Paryżu książce "Wachlarz wspomnień" ostro krytykował nieproporcjonalnie wielki udział "towarzyszy" pochodzenia żydowskiego na szczytach komunistycznej władzy. Zdaniem Mantela, przy bardzo wielu nominacjach nie liczono się ani z odczuciami społeczeństwa, ani z elementarnym poczuciem taktu, i dlatego nie mają racji ci, "co widzą antysemityzm tam, gdzie go nie ma, a są jego powodem tam, gdzie można go uniknąć" (por. F. Mantel: "Wachlarz wspomnień", Paryż 1980, s. 220, 221). Nader ważne były stwierdzenia Mantela opublikowane w wydanej sześć lat później w Paryżu książce "Stosunki polsko-żydowskie. Próba analizy" (Paryż 1986). Opisał on w niej trzy grupy komunistów żydowskiego pochodzenia w Polsce. Szczególnie ostro wypowiadał się o tej grupie komunistów żydowskich, którzy opętani doktryną, zapomnieli o interesach Narodu Polskiego, narodu żydowskiego i współpracy polsko-żydowskiej. Stwierdzał: "To są ci, którzy nie zważając na swoje pochodzenie, brali na siebie wypełnianie najbrudniejszych zadań polityczno-policyjnych. (...) Faktycznie Żydzi byli tylko narzędziem w rękach polityków sowieckich, którzy ich w odpowiednim momencie wyrzucili na śmietnik. Winą niezaprzeczoną tych Żydów, polskich komunistów, jest to, że dali się użyć jako instrument polityki sowieckiej, dążącej do ujarzmienia narodu polskiego" (por. F. Mantel: "Stosunki polsko-żydowskie. Próba analizy", Paryż 1986, s. 13-14). Niestety, bardzo ciekawa, pogłębiona analiza Mantela ukazała się tylko w języku polskim, nie docierając do francuskich czytelników. Co więcej, została całkowicie przemilczana, nieprzypadkowo chyba, w polskich kręgach opozycyjnych, podczas gdy nie miała szansy ukazania się w oficjalnych PRL-owskich wydawnictwach.
W 1956 r. ukazał się w Paryżu w kilkujęzycznej wersji piękny album o tysiącletniej obecności Żydów w Polsce "1000 ans de la vie juive", pióra emigranta żydowskiego z Polski Michała Borwicza. Pokazywał on właśnie te "jaśniejsze" karty z życia Żydów w Polsce, których tak zabrakło w książce P. Korca. W 1966 r. Borwicz wydał w Paryżu kilkusetstronicową książkę o powstaniu w getcie warszawskim - "L'insurection de Getto de Varsovie". Książka Borwicza była bardzo zobiektywizowaną relacją, wolną od antypolskich wtrętów występujących u tak wielu późniejszych żydowskich autorów. Borwicz przedstawiał m.in. bardzo silną sympatię dla powstania w getcie w kręgach polskich, szeroko na 6 stronach (s. 179-185), cytując pełne sympatii dla narodu żydowskiego głosy podziemnej prasy polskiej. Tylko w objętości około 1 strony (s. 186-187) Borwicz cytował niechętne powstaniu w getcie teksty z "Szańca", "Wielkiej Polski" i "Walki". Były to autentyczne proporcje pokazujące, że przeważająca część polskiej prasy podziemnej sympatyzowała z walczącymi Żydami. Jakże odmienny pod tym względem był skrajnie oszczerczy obraz stosunku Polaków do Żydów w czasie powstania w getcie, kreślony przez J.T. Grossa w "Strachu", obraz obalony przeze mnie w "Nowych kłamstwach Grossa" (Warszawa 2006, s. 51-55). Warto przypomnieć, że M. Borwicz w 1983 r. był jednym z 3 działaczy żydowskich, którzy wystąpili na łamach paryskiej "Kultury" wspólnie z trzema byłymi emisariuszami Polskiego Państwa Podziemnego z apelem, by skończyć z wzajemnymi obwinieniami polsko-żydowskimi. Apel ten dość szybko został zignorowany przez stronę żydowską (vide choćby wydaną w 1985 r. książkę Hillela czy film "Shoah" Lanzmanna).
Warto przypomnieć, że właśnie w Paryżu w 1980 r. ukazała się jedna z najpiękniejszych książek wspomnieniowych o czasie wojny, około 500-stronicowa publikacja Żydówki Klary Mirskiej. Opuściła ona Polskę w 1968 roku. Ostro potępiając ówczesną moczarowską nagonkę, nigdy nie uogólniła swych urazów na cały Naród Polski. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie na kartach swej książki pisała z ogromną sympatią dla Polaków, z docenieniem ich gotowości do pomocy bliźnim zagrożonym zagładą i prawdziwego heroizmu. Pisała m.in.: "Zebrałam wiele zeznań o Polakach, którzy ratowali Żydów, i nieraz myślę: Polacy są dziwni. Potrafią być zapalczywi i niesprawiedliwi. Ale nie wiem, czy w jakimkolwiek innym narodzie znalazłoby się tylu romantyków, tylu ludzi szlachetnych, tylu ludzi bez skazy, tylu aniołów, którzy z takim poświęceniem, z takim lekceważeniem własnego życia, tak ratowali obcych" (por. K. Mirska: "W cieniu wielkiego strachu", Paryż 1980, s. 457).

Prof. Jerzy Robert Nowak


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Deformowanie dziejów Polski w Niemczech

Nasz Dziennik, 2008-10-13

Obraz dziejów Polski, zwłaszcza historii XX wieku, ulega skrajnemu zdeformowaniu w Niemczech. Wielki wpływ na to wywarła nowa niemiecka polityka historyczna, polegająca na maksymalnym eksponowaniu niemieckich cierpień okresu II wojny światowej i przedstawianiu Niemców jako ofiar.

Pogorszenie obrazu dziejów Polski we Francji w ciągu ostatnich paru dziesięcioleci jest niestety zjawiskiem aż nadto typowym dla sytuacji w różnych krajach świata. W ciągu ostatniego miesiąca przejrzałem w Bibliotece Narodowej (często po raz drugi czy trzeci) ponad 100 zagranicznych publikacji o historii Polski w językach: angielskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim i węgierskim. Dodając do tego posiadane przeze mnie we własnej bibliotece kilkadziesiąt książek zagranicznych autorów o historii Polski, miałem możliwość porównania obrazu naszych dziejów w stu kilkudziesięciu zagranicznych książkach. Zdaję sobie sprawę, że obraz ten jest i tak trochę niepełny (ze względu na braki księgozbioru Biblioteki Narodowej, jest tam zbyt mało pieniędzy na zakup ważnych nowości zagranicznych). Mimo to można stwierdzić z całą stanowczością, że rysuje się w tej sprawie obraz dostatecznie ciemny, by szokował i oburzał wszystkie osoby troszczące się w Polsce o pamięć naszej historii. Z mojej kwerendy wyraźnie wynika, że w ostatnich dziesięcioleciach doszło do znaczącego, a nawet bardzo znaczącego, pogorszenia obrazu dziejów Polski w wielu krajach świata, w tym w państwach najbardziej liczących się na arenie międzynarodowej. Wszystko wskazuje na to, że padamy jako kraj ofiarą systematycznie prowadzonej kampanii, zniesławiającej Polskę i Polaków przy ogromnej bierności władz, MSZ i przeważającej większości polskich naukowców (chwalebne wyjątki m.in. to profesorowie Andrzej Nowak, Wojciech Roszkowski, Zdzisław Krasnodębski, Janusz Rulka, Jan Żaryn, ks. prof. Zygmunt Zieliński, ks. prof. Waldemar Chrostowski).

Skrajnemu zdeformowaniu ulega obraz dziejów Polski, zwłaszcza historii XX wieku, w Niemczech. Wielki wpływ na to wywarła nowa niemiecka polityka historyczna, polegająca na maksymalnym eksponowaniu niemieckich cierpień okresu II wojny światowej i przedstawianiu Niemców jako ofiary. Polityka ta znajduje wyraz zarówno w przeważającej części mediów czy w filmach telewizyjnych, jak i w licznych książkach historycznych. Już w 1998 roku zwracał uwagę na te tendencje w Niemczech bardzo wnikliwy obserwator spraw niemieckich, były oficer WP żydowskiego pochodzenia Michael Chęciński, autor głośnej książki "Poland. Communism. Nationalism. Antisemitism". We wstępie do wydanej w 1998 roku w Toruniu książki "Zegarek mojego ojca" Chęciński pisał: "Nie można lekceważyć nowego trendu w niemieckich mediach; od pewnego czasu, przy różnych okazjach, wymienia się jednym tchem zbrodnie Holocaustu, bombardowanie Niemiec, wypędzenie Niemiec z terenu Sudetów i zachodniej Polski czy tragedię uciekinierów z Prus Wschodnich. W ten sposób zaciera się granice między ofiarami a sprawcami. Powoli Niemcy przekształcają się z winowajców w ofiary tej strasznej wojny. Zatem zostali oni niesłusznie wypędzeni z własnych miast i wsi (...) nie można i nie powinno się ofiar niemieckiego barbarzyństwa i ofiar wśród Niemców opłakiwać tymi samymi łzami".

To eksponowanie roli Niemiec jako ofiar wojny odbija się szczególnie mocno na przedstawianiu w krzywym zwierciadle Polski, obwinianej za tragedię wysiedleńców z polskich ziem zachodnich. Poświęca się im książki w sposób niebywale skrajny atakujące rzekome "polskie zbrodnie". Typowym produktem tego typu nowej niemieckiej mitologii była wydana w 1999 r. w Hamburgu książka byłej niemieckiej korespondentki w Warszawie Helgi Hirsch: "Die Rache der Opfer. Deutsche im polnischen Lagern 1944-1950" (Zemsta ofiar. Niemcy w polskich obozach 1944-1950). Helga Hirsch już na początku lat 90. zwierzała się w "Polityce", że przestała lubić Polskę. Sądząc po niebywałej tendencyjności i zafałszowaniach w jej książce, Hirsch nie tylko przestała nas lubić, ale uległa skrajnym antypolskim fobiom.

Niemcy oskarżają Polaków o "antysemityzm"
W uczernianiu obrazu Polski w Niemczech niezwykle pomocna okazała się książka Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi", poprzedzona entuzjastycznym wstępem Adama Michnika, nazywającym Grossa spadkobiercą tradycji Mickiewicza i Słowackiego (sic!). Książka Grossa zyskała w Niemczech ponad 200 pochlebnych recenzji i szkiców wychwalających ją za rozbicie mitu o Polakach jako ofiarach drugiej wojny światowej. Podkreślano, że oto Polacy okazali się katami. Do nielicznych krytyków Grossa należał Thomas Urban, natychmiast niezwykle brutalnie zaatakowany za to przez "specjalistki od polskiego antysemityzmu": Helgę Hirsch i Gabrielę Lesser. Sprawie izolowanych wydarzeń w jednej małej miejscowości - Jedwabne, nadano szczególnie wielkie znaczenie przy kształtowaniu obrazu Polski. Joachim Trenkner pisał w korespondencji z Berlina ("Tygodnik Powszechny" z 9 grudnia 2001 r.): "Od powstania "Solidarności" nie informowano tak intensywnie w Niemczech o żadnym wydarzeniu w Polsce". Całą sprawę wykorzystano w Niemczech do skrajnych ataków na "wciąż głęboko zakotwiczony polski antysemityzm" ("Die Zeit") czy Kościół katolicki i Prymasa Józefa Glempa, którzy nie zdobyli się jeszcze na odpowiedni "duch pokuty" (Tygodnik "Die Woche"). Cytowany już niemiecki publicysta Joachim Trenkner konkludował swą korespondencję w "Tygodniku Powszechnym" z 9 grudnia 2001 r.: "Czasem można odnieść wrażenie, że Niemcy, przez nikogo nie proszeni, podejmują się roli adwokata Żydów. Czasem są w tym nawet "bardziej żydowscy" niż sami Żydzi (...)".
Podobne obserwacje zawarł w swym szkicu w "Rzeczpospolitej" z 3-4 czerwca 2000 r. wykładający na uniwersytecie w niemieckiej Bremie prof. Zdzisław Krasnodębski. Pisał tam m.in.: "Wielokrotnie obserwowałem sytuacje, w triologu polsko-niemiecko-żydowskim, w którym Niemcy pełnili rolę arbitra, kogoś, kto już winy odpokutował i stał się nowym człowiekiem, a teraz nakłania innych do wyznania swych win, natomiast polscy dyskutanci nagle znajdowali się w roli zatwardziałego podsądnego, który wbrew oczywistym faktom upiera się przy niewinności lub wylicza okoliczności łagodzące, nikczemnie wykręcając się od odpowiedzialności. Można rzec, że im bardziej odpuszczane są winy Niemcom, tym bardziej winni stają się Polacy. (...) Z perspektywy dzisiejszej łatwiej byłoby zrozumieć, gdyby sprawcami okazali się ci ze Wschodu, niecywilizowani, biedni, antysemiccy, katoliccy i nacjonalistyczni Polacy, niż zachodni, zamożni, cywilizowani, liberalni, zsekularyzowani, proeuropejscy Niemcy. Fakt, że było inaczej, zdaje się młodym ludziom ponurym żartem w historii, niezrozumiałym zbiegiem okoliczności" (Z. Krasnodębski: "Pamięć o Holokauście", w: "Rzeczpospolita", dodatek "Plus-Minus" z 3-4 czerwca 2000 r.).
Oskarżenia Polaków o antysemityzm stają się dla niemieckich autorów szczególnie dogodnym narzędziem dla spychania w cień niemieckiej odpowiedzialności za popełnione w Polsce zbrodnie i zarazem obciążeniem Polaków jako rzekomo winnych zagłady Żydów. Już w 2000 roku pisali o tym profesorowie Bogusław Wolniewicz i Zdzisław Musiał na łamach krakowskich "Arcanów" (nr 48). Zwracali uwagę "na szeroko i od lat prowadzoną w Niemczech akcję propagandową, której przyświeca jeden jasno określony cel: odciążyć Niemców od ich związku sprawczego z zagładą Żydów europejskich, a w to miejsce obciążyć tym związkiem Polaków. Propagandowo usiłuje się tu podstawić w opinii światowej "Polskę" za "Niemcy" - w tym kontekście. Nazwijmy tę operację "podstawianiem Polski"".
Można by długo wyliczać niemieckie książki, starające się maksymalnie pogrążyć Polskę i Polaków w "antysemickiej" mazi. Dość typowym przykładem pod tym względem była wydana w 1987 r., pełna antypolskich fobii, książka Erharda R. Wiehna: "Totengebiet in Polen". W książce Wiehna znalazł się m.in. pełen oszczerstw atak na Armię Krajową, twierdzenie, jakoby "AK nie przyjmowała żadnych Żydów w swe szeregi i ma wielu Żydów na sumieniu". Do szczególnie tendencyjnie zakłamanych niemieckich książek na temat rzekomego "polskiego antysemityzmu" należała wydana w 1981 r. w Wiesbaden książka Franka Golczewskiego: "Polnische-judische Beziehungen 1881-1922. Eine Studie zur Geschichte des Antisemitismus in Osteuropa" (Stosunki polsko-żydowskie 1881-1922. Studium o historii antysemityzmu w Europie Wschodniej). Golczewski wyraźnie stara się obciążyć "polskich antysemitów" winą za wszystko, co było złe w stosunkach polsko-żydowskich. Równocześnie zaś "dziwnie" przemilczał różne przejawy jawnego występowania ze strony żydowskiej na szkodę Polski. Dla przykładu, pisze na s. 144 o wystąpieniu komitetu Oppenheimera i Bodenheima, który akcentował rolę wschodnich Żydów jako "niemieckiej grupy kulturowej" i chciał "polepszyć ich przyszłą rolę w Europie Środkowej". Golczewski całkowicie przemilcza jednak, na czym miało polegać to polepszenie. A chodziło o haniebny wręcz pomysł utworzenia na terenie ziem polskich, dawniej zagarniętych przez Rosję, państwa buforowego, które byłoby zdominowane (kosztem Polaków) przez 6 mln Żydów z Polski i Rosji oraz 1,8 mln Niemców. Byłaby to tzw. Judeo-Polonia (por. szerzej: J.R. Nowak "Prawda o Judeo-Polonii", w: "Spory o historię i współczesność", Warszawa 2000, s. 300-308).

Sporo zastrzeżeń budzi wydana w 2003 r. ogromniasta (ponad 900 stron) książka o Armii Krajowej: "Die polnische Heimatarmee" (zbiór tekstów historyków niemieckich i polskich wydał Bernard Chiari przy współpracy dr. Jerzego Kochanowskiego). Nader kłamliwy, wręcz oszczerczy, jest jeden z otwierających książkę tekstów pióra Berndta Martina. Rozpisuje się on na temat rzekomej fascynacji Hitlerem w Polsce (s. 45) i kłamliwie pisze o rzekomych podobieństwach w walce Niemiec i Polski przeciw Żydom w drugiej połowie lat 30. Każdy rzetelny obserwator przyznawał, że polskie władze i przytłaczająca część Polaków byli jak najdalsi od rasistowskiego podejścia do Żydów, tak typowego dla III Rzeszy. W odróżnieniu od Niemiec, gdzie stosowano ustawy norymberskie, w Polsce osoby pochodzenia żydowskiego mogły dochodzić do najwyższych stanowisk, np. ministerialnych, tak jak minister przemysłu Janusz Rejchman czy wojskowy komendant okręgu krakowskiego gen. Bernard Mond. Angielski autor R.L. Buell pisał w książce "Poland, key to Europe" (Londyn 1938, s. 296), iż "w polskiej postawie wobec Żydów widać w mniejszym stopniu spojrzenie ze względów rasowych niż u innych narodów". Najwybitniejszy współczesny amerykański badacz historii Polski prof. Richard C. Lukas pisał, że: "W przeciwieństwie do innych krajów środkowoeuropejskich Polska w latach 30. nie wydała przeciwko Żydom praw w rodzaju statutów norymberskich (...)" (R.C. Lukas: "Zapomniany holocaust", Kielce 1995, s. 161). W skrajnie przyczerniony sposób pokazuje Berndt Martin również stosunek Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej (znów argument o Jedwabnem, s. 46). Według B. Martina, wielka część Polaków współpracowała z Niemcami w ich działaniach przeciw Żydom. Berndt Martin pisze na s. 46: "W tej nagonce na Żydów pomagali Volksdeutsche, podobnie jak wielka część [grosse Teil] prostej polskiej ludności". Szczególnie oszczerczy, wręcz antypolski, jest tekst Franka Golczewskiego: "Die Heimatarmee und die Juden" (Armia Krajowa i Żydzi). Golczewski stara się przedstawić wymyślony przez siebie, pełen nienawiści, stosunek Armii Krajowej do Żydów, udział AK-owców w likwidowaniu Żydów (por. np. s. 666-669) jako wyjątkowo ciemną plamę w dziejach AK.
Przypomnijmy tu, że pracujący w Niemczech historyk i politolog dr hab. Bogdan Musiał zwracał już uwagę w "Naszym Dzienniku" z 13-14 września 2008 r. na wyjątkowo kiepską jakość tekstu F. Golczewskiego. Bogdan Musiał zarzucił Golczewskiemu, że w swym ataku na rzekomo "antysemicką" Armię Krajową opierał się na fałszywych dokumentach, których wiarygodność naukowcy obalili już ponad 20 lat temu. Nie przeszkodziło to w ponownym wprowadzeniu ich do obiegu. Można się tylko dziwić polskim historykom (dr J. Kochanowski był głównym polskim współpracownikiem niemieckiego wydawcy B. Chiari), że nie zareagowali na wykorzystanie w tomie, w którym publikowali, starych wyświechtanych kłamstw przeciwko Armii Krajowej i Polsce. Warto dodać, że również i sam wydawca omawianej wyżej niemieckiej książki o Armii Krajowej Bernard Chiari dał wyraz swym uprzedzeniom wobec AK w odrębnym, własnym tekście zamieszczonym w książce. W skrajny sposób wyolbrzymiał tam kontakty między AK a Wehrmachtem, podnosząc sprawę ewentualnego zawarcia sojuszu przeciwko armii sowieckiej.

Rzetelni Niemcy i polscy "odbrązawiacze"
Prawdziwą skalę pogorszenia obrazu Polski w niemieckich książkach można ocenić dopiero przez bardziej wnikliwe porównanie obecnych publikacji niemieckich na ten temat z niemieckimi książkami o dziejach Polski z lat 50. i 60. I wtedy potwierdza się schemat, znany nam już z Francji - okazuje się, że w tych dawniejszych latach było znacznie więcej zobiektywizowanych niemieckich publikacji historycznych o Polsce, niż to ma miejsce dziś, gdy wyraźnie dominują w Niemczech książki pełne tendencyjności i uprzedzeń wobec Polski. Szczególnie cenną pozycją było wydane w Niemczech, dotąd już w pięciu wydaniach (pierwsze wydanie w Stuttgarcie w 1960 r.), kilkusetstronicowe syntetyczne dzieło Hansa Roosa "Geschichte der Polnischen Nation 1916-1960" (Historia narodu polskiego 1916-1960). Książka ta miała również swój przekład angielski. Książka Roosa była żywo, przejrzyście napisanym dziełem historycznym, wolnym od antypolskich fobii. Ross wskazywał na przykład, że narzucony Polsce traktat mniejszościowy z 28 czerwca 1919 r., którego celem było zapewnienie w pierwszym rzędzie ochrony mniejszości niemieckiej i żydowskiej, był faktycznie obraźliwy dla Polskiego Narodu. Implikował bowiem, że zmuszeni traktatowo do przestrzegania praw mniejszości narodowych Polacy "stoją na niższym poziomie kulturowym niż inne narody". Z tego względu - według Roosa - traktat ten faktycznie przyniósł więcej szkód niż korzyści dla mniejszości w Polsce. Hans Roos szeroko opisywał przedstawiane Francji, z inicjatywy Piłsudskiego, plany wojny prewencyjnej przeciw Niemcom hitlerowskim w 1933 roku. Wskazywał przy tym na to, jak ich odrzucenie przez Francję zmusiło Piłsudskiego do zawarcia z Niemcami paktu o nieagresji. Jakże inaczej brzmiała wymowa takiego tekstu Roosa w porównaniu np. z nagłaśnianymi przez francuskich historyków w książce "La Pologne" z 2007 r. (s. 45, 107) oskarżeniami o rzekome zafascynowanie Hitlerem, występujące u polskich rządów.
W sześć lat po książce Roosa ukazała się w Darmstadt (1966 r.) kolejna historia Polski - "Geschichte Polens", pióra Gottholda Rhode. Była to publikacja daleka od obiektywizmu i zawierająca sporo dezinformacji o dziejach polskich, pisanych z nacjonalistycznego punktu widzenia. Na szczęście czytelnicy niemieccy mogli ją ciągle porównywać z dużo popularniejszą i dużo bardziej obiektywną książką Roosa o Polsce. Zainteresowanie dziejami Polski dowodzi wydanie w 1983 r. w Stuttgarcie kolejnej syntezy historii Polski - "Geschichte Polens", pióra Jorga K. Hoenscha. Choć znacznie słabsza pod względem poziomu merytorycznego od książki Roosa, była ona dość poprawna w przedstawianiu dziejów Polski.

Warto dodać, że czytelnicy niemieccy mieli od 1955 r. dostęp do świetnie napisanej, nader entuzjastycznej wobec Polski, kilkusetstronicowej książki Haralda Laeuena o Rzeczypospolitej Obojga Narodów: "Polnische Tragödie". Laeuen wychwalał dawną Polskę jako państwo wolności politycznej i religijnej, które przeciwstawiał potępianemu przez niego pruskiemu drylowi. Książka Laeuena miała aż trzy wydania (1955, 1956 i 1958 r.). Mógłby wiele dowiedzieć się z niej D. Beauvois, rozpisujący się o rzekomym skrajnym okrucieństwie postępowania panów polskich z chłopami. Laeuen jednoznacznie akcentował (s. 180), iż: "W porównaniu z innymi krajami pańszczyzna chłopów polskich miała łagodniejsze formy. Najlepszym tego dowodem był stały napływ chłopów, uciekających z krajów sąsiednich do szlacheckiej Rzeczypospolitej. (...) Całymi wsiami uciekali chłopi poza granice, ściągani opowieściami o wolnym życiu w Polsce. Huzarzy Fryderyka II, nie respektując neutralności Rzeczypospolitej, organizowali wypady na polską ziemię, siłą sprowadzając tysiące zbiegłych chłopów (...)". Rzecz ciekawa - entuzjazm niemieckiego historyka H. Laeuena dla systemu i dokonań Rzeczypospolitej Obojga Narodów ściągnął nań zajadły atak ze strony naszego rodzimego polakożercy - publicysty "Polityki" Zygmunta Kałużyńskiego. Zaatakował on Laeuena za rzekome "skrajne" idealizowanie dziejów Rzeczypospolitej szlacheckiej.
Inny ciekawy przykład. W 1980 r. w Kolonii ukazała się ponad 300-stronicowa książka Wolfganga Plata: "Deutsche und Polen. Geschichte der deutsche-polnischen Beziehungen" o dziejach stosunków polsko-niemieckich. Otóż książkę tego niemieckiego historyka pod względem zobiektywizowania i zrozumienia polskich racji historycznych uznałbym za niedościgniony wzór dla niektórych dzisiejszych polskich publicystów, pełnych uniżoności wobec niemieckich wykładni naszych dziejów. Porównajmy na przykład z ustaleniami niemieckiego historyka, wybielających Krzyżaków, polskich publicystów Janusza Majcherka (w książce wydanej przez Presspublikę), Adama Krzemińskiego (na łamach "Polityki") i Marcina Króla (w "Rzeczpospolitej"). Majcherek w wydanej w 2000 roku książce "W poszukiwaniu nowej tożsamości" wystąpił jako skrajny apologeta Krzyżaków - "emisariuszy cywilizacji zachodniej i chrześcijańskiej". Podobne próby rehabilitowania Krzyżaków podjął znany publicysta - germanofil Adam Krzemiński w "Polityce" z 8 maja 1999 roku i 5 sierpnia 2000 roku. Wzywał tam do radykalnego zerwania z rzekomą polską fałszywą "czarną legendą" Krzyżaków i zwrócenia dużo większej uwagi na "kulturotwórczą" rolę tego zakonu. Podobnie w skrajny sposób wysławiał zasługi cywilizacyjne Krzyżaków Krzysztof Kłopotowski (w tekście na łamach "Rzeczpospolitej").
Wszyscy ci trzej polscy autorzy starannie zacierali prawdę o najważniejszej sprawie w stosunkach między Krzyżakami a Polską - ich niebywałej agresywności i grabieżach. Jakże inaczej wypowiadał się o tym uczciwy Niemiec Wolfgang Plat, pisząc o "agresywnym Zakonie Krzyżackim" i akcentując, że program tego Zakonu był "wyraźnie nakierowany przeciw istnieniu Polski. To właśnie było źródłem konfliktu" (por. W. Plat, op. cit., s. 39). Przypomnijmy tu, że nawet niemieckie mieszczaństwo i szlachta Prus w końcu tak mieli dość grabieżczych rządów Krzyżaków, którzy wszystkie dobra chcieli zagarnąć tylko dla siebie (por. W. Plat: op. cit., s. 40), że z całego serca optowali za wejściem podbitych przez Krzyżaków ziem pod polskie władanie. Później zaś, jak pisał Wolfgang Plat (op. cit., s. 40): "(...) pruskie stany stały wiernie przy polskiej republice szlacheckiej, ponieważ wiedziały: tak długo, jak długo pozostaniemy przy Polsce, będziemy wolni (solange wir bei Polen bleiben, sind wir frei)". To nie tylko Polacy głosili "czarną legendę" Krzyżaków. Mieli ich prawdziwie dość także wszyscy niemieccy poddani, ograbiani przez nich i uciskani na każdym kroku.
Niektórzy polscy publicyści posuwają się do prawdziwych skrajności w depolonizowaniu wielkich Polaków. Na przykład publicysta "Gazety Wyborczej" (nr z 5 sierpnia 1991 r.) pisał o "Niemcu Koperniku", że nie ma jakoby żadnych dowodów na to, że Kopernik mówił po polsku, a znany anty-Polak Zygmunt Kałużyński pisał w książce "Pamiętnik rozbitka" (Warszawa 1991, s. 132), iż "Kopernik, działający w Toruniu (Horn) w wieku XV, przedstawiany był wielokrotnie jako Niemiec, między innymi przez uczonego tak wybitnego jak Max Weber". Kałużyński nie podawał, że przywoływany przez niego jako autorytet w sprawie rzekomej niemieckości Kopernika socjolog M. Weber był skrajnym niemieckim szowinistą. Weber popierał m.in. usuwanie siłą chłopów polskich z ziemi w Poznańskiem. Dodajmy, że Max Weber "wsławił się" w swoim czasie stwierdzeniem: "Tylko my, Niemcy, moglibyśmy zrobić z Polaków istoty ludzkie" (cyt. za: P. Lisicki w "Rzeczpospolitej" z 11 września 1993 r.). Jak więc taki Weber mógł uwierzyć w polskość Kopernika!
Publicystów polskich, z takim uporem germanizujących Kopernika, warto znów odesłać do odpowiednich fragmentów niemieckiego autora W. Plata. Niemiecki uczony aż na trzech stronach swojej książki (op. cit., s. 45-47) dowodzi polskości Kopernika, traktując przywłaszczanie go na rzecz Niemiec jako przejaw tendencji nacjonalistyczno-faszyzujących. Na dowód polskości Kopernika Plat przytacza m.in. następujące fakty: "(...) 1. Ojciec Kopernika, najpierw kupiec krakowski, później toruński, i jego wuj, późniejszy biskup warmiński Łukasz Watzenrode, byli, jak prawie wszyscy obywatele miasta pruskiego, zdecydowanymi przeciwnikami niemieckiego zakonu. (...) 2. Kopernik uzyskał uniwersyteckie wykształcenie najpierw na uniwersytecie w Krakowie, a później na włoskich uniwersytetach w Bolonii i Padwie (...) Kopernik nigdy nie studiował na niemieckich uczelniach (...) 3. Przez czterdzieści lat, aż do samej śmierci, pracował Kopernik w katolickim urzędzie kościelnym w tej części Prus, która od 1466 r. należała do Polski. Od 1503 r. aż do śmierci wspierał on zawsze walkę przeciw niemieckiemu zakonowi [Krzyżakom - J.R.N.], który wciąż próbował występować przeciwko Polsce. Kopernik brał żywy udział w tej walce obronnej. Na przykład w 1520 r. zorganizował z wielkim sukcesem obronę Olsztyna (...)".

Patrząc, jak dzisiejsi niedouczeni polscy publicyści z uporem depolonizują Kopernika - nawet wbrew rzetelnym autorom niemieckim typu Wolfganga Plata, nasuwa się pytanie: do jakiego stopnia winę za uczernianie obrazu Polski po 1989 r. w świecie ponosi część polskich naukowców i dziennikarzy, pozyskanych dla wspierania niemieckich racji przez hojne niemieckie stypendia, wykłady na niemieckich uczelniach, etc. Przecież coraz widoczniejszy jest fakt, że w Polsce po 1989 r. wyraźnie zaczyna dominować nurt germanofilski w historii i zacierają się efekty działań dawnych wybitnych polskich historyków, także tych z PRL. Widzimy na przykład aż nadto wyraźnie, jak Instytut Zachodni w Poznaniu, niegdyś pod kierownictwem prof. Zygmunta Wojciechowskiego i za jego następców bastion naukowy obrony polskości przeciw zafałszowaniom niektórych niemieckich historyków, po 1989 r. za niesławnego dyrektorstwa germanofilki prof. Anny Wolff-Powęskiej zmienił się w instytut promujący proniemieckie stanowiska historyczne. Jaki ta ewolucja ma wpływ na słabość polskich racji historycznych w świecie, nie trzeba chyba długo przekonywać!
I jeszcze jeden przykład naszych niedocenionych niemieckich przyjaciół z poprzednich dziesięcioleci. Na początku lat 90. poznałem świetnego niemieckiego politologa Christopha Royena, dyrektora Instytutu Spraw Międzynarodowych renomowanej fundacji Nauki i Polityki z Ebenhausen. Przeglądając jego teksty, szybko zorientowałem się, że jest on jednym z cudzoziemców najrzetelniej odnoszących się do Polski. Warto przypomnieć, że właśnie ten niemiecki uczony ostrzegał nas już pod koniec 1989 roku przed nadmierną, bezkrytyczną euforią w ocenie niemieckiej polityki wobec Polski. Royen wyraził się wówczas bez ogródek: "Kuszą was miliardy, ale gdy rzeczywiście zaczną powstawać firmy niemieckie, będą osiedlać się Niemcy - wyrośnie silna pro-niemiecka grupa interesów, prawdziwa "nowa władza", zwłaszcza na ziemiach zachodnich" (cyt. za: J. Surdykowski: "Niemieckie obawy, polskie nadzieje", w: "Tygodnik Solidarność", 9 lutego 1990 r.).

Royen miał aż nadto wiele racji w swoich ostrzeżeniach pod adresem Polaków. W czasie ostatniego dwudziestolecia wyrosła w Polsce bardzo silna "proniemiecka grupa interesów" czy też "stronnictwo pruskie"", jak to dosadnie nazywa Stanisław Michalkiewicz. W zamian za pokaźne stypendia niemieckie czy wysoko opłacane wykłady na niemieckich uczelniach (weźmy choćby kazus przedziwnej proniemieckiej ewolucji Władysława Bartoszewskiego od lat 70.), grupa ta coraz silniej wybiela postawy Niemców, przemilcza rzeczy ich kompromitujące, nie reaguje na coraz wyraźniejszą eskalację antypolskich fałszów w niemieckich książkach i mediach. I można tylko ubolewać, że deformatorzy historii w stylu F. Golczewskiego, G. Lesser czy H. Hirsch wyraźnie wypierają w cień dawniejsze obiektywne i życzliwe publikacje H. Roosa, H. Laeuena czy W. Plata. Dzieje się to wszystko jak gdyby zgodnie ze starą teorią Kopernika o złym pieniądzu, wypierającym lepszy.

Prof. Jerzy Robert Nowak

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=97025


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Oszczerczy antypolonizm w Rosji

Nasz Dziennik, 2008-10-18

Do znacznego pogorszenia obrazu dziejów Polski doszło w ostatnim okresie w putinowskiej Rosji. Dyktowany od góry model przywracania imperium wyraźnie odbił się na rosyjskiej historiografii i publicystyce, która coraz silniej zaczęła powracać do starych sowieckich kłamstw na temat historii Polski.

Na tle zajadłości opluwań dziejów Polski ze strony niektórych bardzo wpływowych historyków rosyjskich (na czele z Jeleną Jakowlewą) nieprawdy francuskich naukowców: Daniela Beauvois i Fran ois Bafoila, mogą się wydawać tylko brzydką dziecinną zabawą. W Rosji historiografia antypolska idzie bowiem na całość w obrzydliwych oszczerczych atakach, paszkwilancko strzela z grubej rury do "polskich panów" i ich dzisiejszych "spadkobierców", judzi i podsyca nienawiść. Jakże wymowną, krytyczną ocenę skrajnych zafałszowań dziejów Polski, dominujących dziś w książkach rosyjskich, dał niedawno znakomity znawca Rosji, profesor historii na Uniwersytecie Jagiellońskim i redaktor naczelny "Arcanów", Andrzej Nowak. W wywiadzie udzielonym Pawłowi Stachnikowi pt. "Rehabilitacja imperium" (krakowski "Dziennik Polski" z 24 czerwca 2008 r.) prof.
A. Nowak, mówiąc o obecnej historiografii rosyjskiej, stwierdził m.in.: "W książkach, wydawanych w dużym nakładzie, dominuje zły obraz naszego kraju. Polska jest tam wrogiem, krajem ciągle spiskującym przeciwko Rosji, kolaborantem III Rzeszy, który chciał napaść na Związek Radziecki, a agresji zapobiegła tylko mądra polityka Stalina".

W książce "Historie politycznych tradycji. Piłsudski, Putin i inni" (Kraków 2007, s. 348) prof. Andrzej Nowak pisał o "setkach" dzieł wydawanych dzisiaj w Rosji w duchu tradycji neoimperialnych, dzieł wydawanych w "często także prestiżowych wydawnictwach" i sygnowanych nazwiskami i tytułami przez pracowników "najznakomitszych instytucji akademickich w Rosji". Polaków może i powinna przerażać często rysująca się w nich czarna wizja Polski, jakże różna od obrazu kreślonego przez bardziej obiektywnych, ale zepchniętych na margines i drukowanych w o wiele mniejszych nakładach rosyjskich historyków. W tendencyjnych publikacjach czytamy, że Polska była "historycznym krzywdzicielem Rosji", że Rosja była przez stulecia ofiarą agresywnych intencji polskich". Znajdujemy tam całkowite wybielanie i usprawiedliwianie rozbiorów Polski, tezę, że rozbiory Polski były tylko odebraniem przez Rosję tego, co jej się słusznie należało. Z pełnych szowinizmu i narodowej megalomanii niby-naukowych dzieł dowiadujemy się również o rzekomych "polskich zbrodniach" popełnionych w latach 1919-1921 na Rosjanach czy o w pełni usprawiedliwianym i wręcz wysławianym, jako uzasadnionym, "pokojowym" wejściu wojsk sowieckich do Polski 17 września 1939 roku. W ślad za tym idą gromkie wyzywania AK-owców, jako "bandytów", czy stwierdzenia, że "Polacy w Jedwabnem byli gorsi od ludzi Himmlera".

Książka jadu i nienawiści
Czołową publikacją nurtu antypolskiego historiografii rosyjskiej jest niewątpliwie wydana w 2007 r. w Moskwie 412-stronicowa publikacja - paszkwil na Polskę, "Polsza protiw SSRR 1939-1950" pióra Jeleny Jakowlewej. Książka jest tym bardziej niebezpieczna dla naszego obrazu w Rosji, gdyż jej autorka jest nie tylko historykiem, ale zarazem także czołowym publicystą opiniotwórczej "Rossijskoj Gaziety". Polakożerczą książkę Jakowlewej wydano w bardzo liczącej się serii, wspieranej zgodnie z interesami neoimperialnej polityki W. Putina, zatytułowanej "Imperia - RU". Monografia Jakowlewej stanowi swego rodzaju kwintesencję oszczerstw antypolskich w Rosji i dlatego warto poświęcić jej więcej uwagi. W pierwszym rzędzie zamierzam się przy tym odwołać do świetnie udokumentowanej, bardzo obszernej, a zarazem miażdżącej recenzji książki Jakowlewej, opublikowanej przez znanego historyka prof. Wojciecha Materskiego w "Dziejach Najnowszych" (nr 1 z 2008 r.). Profesor Materski widzi w Jakowlewej typ historyka usłużnego wobec władzy, gotowego na zamówienie przeprowadzić dowód "genetycznej antyrosyjskości narodu polskiego", naszego "klinicznego antysowietyzmu" i "agresywnej rusofobii". Aby tym mocniej dołożyć "polskim nacjonalistom", Jakowlewa wybiela nawet rządy zaborczego caratu na ziemiach polskich. Jak pisze prof. Materski (op. cit., s. 249): "W ocenie Jakowlewej, pod zaborem rosyjskim Polacy mieli wszelkie prawa, a w guberniach zachodnich nawet większe niż pozostali poddani carscy. Mimo to Polska międzywojenna od samego zarania wprost ziała nienawiścią do wszystkiego, co rosyjskie, zarówno do 'białych', jak i 'czerwonych' (...)".
Paszkwilancka metoda pisarska Jakowlewej polega na przedstawianiu w kolejnych dwunastu rozdziałach fali oskarżeń przeciw Polakom, tak żeby całkowicie została zepchnięta w cień sprawa zbrodni sowieckich na Polsce, łącznie z Katyniem, potraktowanym przez nią jako "mętna sprawa", rozdmuchiwana przez Polaków wyłącznie dla wyłudzenia odszkodowań od Rosjan. Zdaniem Jakowlewej, rosyjska "elita liberalno-demokratyczna" zbyt pochopnie przyjęła w tej sprawie oskarżającą Sowietów "wersję Goebbelsa z 1943 r.". Chętnie sięga przy tym do nagłośnionych już w 1995 r. antypolskich kłamstw Jurija Muchina (w książce "Katinskij detektiw"), z furią podważającego wiarygodność dokumentów oskarżających ZSRS o tę zbrodnię.

Dziś wiadomo, że to były przywódca ZSRS Michaił Gorbaczow, tak gorąco niegdyś wysławiany i wybraniany przez Adama Michnika, pierwszy wystąpił z inicjatywą przeciwstawienia sprawie Katynia jakiegoś "anty-Katynia", który dowodziłby, że Polacy byli sami winni "zbrodni" na Rosjanach. Profesor Wojciech Materski pisał w "Dziejach Najnowszych" (nr 1 z 2006 r., s. 232): "Prezydent Michaił Gorbaczow, pod naporem nie tylko strony polskiej, ale też sugestii własnych doradców (...), niechętnie podjął decyzję o ujawnieniu prawdziwych sprawców katyńskiego ludobójstwa. Chcąc jednak zmniejszyć skalę odium, padającego tym samym na Związek Sowiecki, polecił podjęcie szeroko zakrojonych poszukiwań, by znaleźć w ostatniej chwili coś, co mogłoby obciążyć stronę polską, stanowić przeciwwagę na zasadzie 'zbrodnia za zbrodnię' (...)". Profesor Materski przypomniał ("Dzieje Najnowsze", nr 1 z 2006 r., s. 233) w tym kontekście tajne rozporządzenie, w którym Gorbaczow polecił przeprowadzenie "do 1 kwietnia 1991 r. prac badawczych, celem ujawnienia materiałów archiwalnych, dotyczących wydarzeń i faktów z historii polsko-sowieckich stosunków dwustronnych, w których wyniku poniosła straty strona sowiecka".
W opinii Materskiego, "Dla usłużnych historyków, którzy całe dziesięciolecia uwiarygodniali system, sygnał był oczywisty: władza oczekuje, iż takie 'fakty' zostaną szybko ustalone". I szybko wymyślono oszczercze twierdzenia, że Polacy wymordowali lub świadomie zagłodzili w okresie 1920-1921 dziesiątki jeńców rosyjskich (według niektórych historyków rosyjskich, aż 80 tysięcy jeńców!). Sama Jakowlewa z werwą nagłaśnia tę wyssaną z palca tezę, pomimo jej obalenia w wydanym trzy lata wcześniej od jej książki w Rosji obszernym tomie dokumentów "Krasnoarmiejcy w polskom plenu w 1919-1922. Sbornik dokumentow i materiałow", przygotowanym przez N.J. Jelisiejewą, G.F. Matwiejewa i in. (Moskwa 2004). G.F. Matwiejew i inni autorzy tego zbioru dokumentów jednoznacznie odrzucili kłamstwa o śmierci w polskich obozach od 70 do 80 tys. rosyjskich jeńców. Zmniejszyli liczbę zmarłych jeńców do 9-10 tys., wykluczając tezę o świadomym mordowaniu Rosjan przez Polaków. Na śmierć jeńców rosyjskich złożyły się trudne warunki aprowizacyjne i choroby. Mniej więcej podobna liczba polskich jeńców zmarła w tym czasie w obozach bolszewickich.

Fałsze o sowieckiej agresji w 1939 r.
Jeszcze w 1993 r., w wydanej w Moskwie syntezie dziejów Polski "Kratkaja istorija Polszi z drewniejszych wremen do naszich dnej", przyznawano na s. 317, że wejście wojsk sowieckich na teren Polski 17 września 1939 r. "było naruszeniem prawa międzynarodowego i porozumień, podpisanych między rządami ZSRR i Polski: pokoju ryskiego z 1921 r. i paktu o nieagresji z 1932 r. (...)". Jakowlewa nie przejmuje się już ani trochę takimi "drobiazgami" jak złamanie prawa międzynarodowego przez sowieckich agresorów. Z całą werwą zapewnia, że wejście wojsk sowieckich na polskie Kresy Wschodnie 17 września 1939 r. spotkało się z powszechnym entuzjazmem tamtejszych mieszkańców, a ZSRS odebrał tylko to, co mu się bezspornie należało, przy okazji zaś wielkodusznie "zadbał o maleńką, bezbronną Litwę, darowując jej stolicę" (por. J. Jakowlewa, op. cit., s. 33). Wiadomo, że agresja sowiecka na Polskę spotkała się w wielu miejscach z zaciętym oporem Polaków, m.in. w kilkudniowej obronie Grodna, w bitwie pod Kodziowcami, Kobryniem, Czortkowem i innymi. Samo tylko zgrupowanie generała Wilhelma Orlika-Rückemanna stoczyło kilkanaście potyczek i dwie bitwy - pod Szackiem i na zachodnim brzegu Bugu pod Wytycznem. Opór Polaków był bestialsko tłumiony przez sowieckich agresorów - rozstrzelano m.in. 300 obrońców Grodna. Pisze o tym szeroko prof. Ryszard Szawłowski w mającym już trzy wydania (ostatnie w 1997 r.) obszernym, dwutomowym dziele "Wojna polsko-sowiecka 1939 r.". Jakowlewa cynicznie zafałszowuje informacje na ten temat, twierdząc, jakoby pochód Armii Czerwonej na ziemiach polskich odbywał się bez żadnych przeszkód. Ironicznie komentuje, że nie spodziewano się, iż "polscy militaryści i politycy, którzy głośno trzaskali kaburami i pomachiwali szabelką, tak szybciutko rozbiegną się przed bolszewikami, niczym szczury" (por. J. Jakowlewa, op. cit., s. 242). Niezła próbka "naukowego" stylu książki Jakowlewej! Według autorki, wojska sowieckie po prostu uporządkowały sytuację po upadku państwa polskiego, położyły kres nasilającej się wówczas fali bandytyzmu i grabieży.
Jakowlewa odrzuca jako rzekomy "mit" wszelkie twierdzenia o masowym sprzeciwie Polaków wobec aneksji wschodnich ziem polskich. Twierdzi, że "tzw. polska walka o niepodległość była nie partyzantką, lecz incydentalnymi działaniami dywersyjno-bandyckimi" (por. J. Jakowlewa, op. cit., s. 57). Omawiający książkę Jakowlewej polscy historycy: prof. W. Materski i dr Grzegorz Motyka, zwrócili uwagę na cyniczny wręcz styl usprawiedliwiania przez Jakowlewą kolejnych fal deportacji polskiej ludności na Sybir. Profesor Materski pisał ("Dzieje Najnowsze", nr 1 z 2008 r., s. 243): "Na marginesie pojawia się tu wątek deportacji, włączony m.in. jako pretekst do wyszydzania szacowanego w Polsce ich zakresu - 'miliony (...). Gdyby pozwolić, to naliczyliby i setki milionów'. Autorka zdaje się tego typu masowe zbrodnie usprawiedliwiać, z namaszczeniem cytując dokumenty stwierdzające, że 'biedna ludność, szczególnie ukraińska, pozytywnie odnosi[ła] się do prowadzonych operacji [deportacyjnych]'. Stara się zarazem relatywizować kwestię deportacji, stwierdzając: 'Praktycznie wszystkie zamieszkujące ZSRR narody, w ich liczbie i Rosjanie, same doświadczyły ich dostatecznie' (s. 72-73). Podsumowuje te dowody stwierdzeniem, że żadne, nawet najbardziej demokratyczne państwo, nie będzie tolerować działalności w nie godzącej. I cóż to za represje - to, że Polaków zmuszano do mówienia 'jewriej' zamiast brzmiącego po rosyjsku obraźliwie 'Żyd'? I tyle o tzw. pierwszej okupacji (za pierwszego Sowieta)".
Z kolei dr G. Motyka pisał w artykule "Okropni Polacy" ("Newsweek" z 27 stycznia 2008 r.), że Jakowlewa akcentuje: "'życie deportowanych to nie cukier' (s. 73). Po czym przypomina, iż Sowieci pod groźbą pięciu lat więzienia zakazali używania słowa 'Żyd', które w języku rosyjskim brzmi pejoratywnie. I niby obojętnie konkluduje: 'Tak, walcząc z antysemityzmem, Związek Sowiecki jednocześnie prześladował Polaków' (s. 73)".
Wynika z tego, że deportowani Polacy padali ofiarą swego "antysemityzmu". Jakowlewa zajadle pomstuje na zdradzieckich Polaków, którzy doczekali się od Rosjan niebywałego "dobrodziejstwa" - uwolnienia z łagrów, a mimo to pozostali nieprzejednanymi wrogami Rosji. Jak komentuje prof. W. Materski ("Dzieje Najnowsze", nr 1 z 2008 r., s. 243): "Naiwny Związek Sowiecki myślał, że w warunkach wspólnego nieszczęścia znajdzie w Polakach sojusznika, a ci potraktowali napaść Wehrmachtu na ZSRR jako spełnienie marzeń. Władze sowieckie w geście dobrej woli zwolniły z łagrów 390 tys. obywateli polskich, potraktowały ich jak sojuszników, nawet - mimo trudnej sytuacji wewnętrznej - 'wyposażyły we wszystko, co niezbędne', wypłaciły im jednorazowe zasiłki pieniężne. Tymczasem 'tak naprawdę [Polacy] to byli [nadal] ich aktywni wrogowie' (s. 75). W tym kontekście w ogóle nie przychodzi autorce do głowy postawić kwestię, jak to się stało, iż tak ogromna masa ludzi znalazła się w systemie łagrów i w strasznych warunkach świadczyła wiele miesięcy pracę przymusową.
Obraźliwie krytykując 'grymaśnego' gen. Władysława Andersa, iż nie zgodził się skierować na front pierwszej, w miarę całkowicie skompletowanej dywizji, jako jedyny argument przytacza jego antysowietyzm i niechęć do walki. Uznaje wyprowadzenie Armii Polskiej do Iranu za posunięcie w sumie satysfakcjonujące ('zadowoliło wszystkich' - s. 92). Z kontekstu wynika, iż armii było bliżej do Niemców niż Sowietów, a więc koniec końców lepiej, że nie trafiła ona na front".
Wśród "naukowych odkryć" Jakowlewej znalazła się nawet sugestia, iż gen. Anders zawarł jakoby umowę z Abwehrą, zgodnie z którą, gdyby jego żołnierze trafili na front wschodni, to przeszliby na niemiecką stronę (por. uwagi G. Motyki "Okropni Polacy...").

Gorsi od ludzi Himmlera
W piętnowaniu Polaków przez Jakowlewą szczególną rolę odgrywa, powtarzany przez nią wielokrotnie w różnych partiach książki, wątek zbrodni w Jedwabnem. Według niej, o Polakach z Jedwabnego "Można powiedzieć [iż] realizowali z własnej inicjatywy ostateczne rozwiązanie problemu żydowskiego w oddzielnie wziętej miejscowości, prześcigając w tym względzie nawet tych od Himmlera, którzy [wówczas dopiero] niewinnie zabawiali się obozami koncentracyjnymi" (s. 61, cyt. za W. Materskim, "Dzieje Najnowsze", nr 1
z 2008 r., s. 243). Jakowlewa oskarża Polaków również o wymordowanie kilku tysięcy cywilnych Białorusinów, w tym szczególnie bezwzględne mordowanie prawosławnych księży (por. uwagi Motyki, op. cit.). Jakowlewa robi, co może, dla oczernienia walk Polskiego Państwa Podziemnego. Samo twierdzenie o jego utworzeniu nazywa "najczystszym łgarstwem", wymyślonym przez "polskich historyków-alchemików", w tym m.in. prof. Tomasza Strzembosza i prof. Stanisława Ciesielskiego (op. cit., s. 41). Oskarża Armię Krajową o unikanie starć z Niemcami i wręcz kolaborowanie z nimi, zwłaszcza na Kresach Południowo-Wschodnich. Według Jakowlewej, polskie podziemie na byłych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej stanowiło zupełny margines, "mniej niż 1% wszystkich sił Armii Krajowej" (por. J. Jakowlewa, op. cit., s. 132). Na dodatek AK-owcy, zamiast walczyć z Niemcami, walczyli głównie z Żydami, Ukraińcami i Białorusinami. Polskich partyzantów z AK oskarża o to, że terroryzowali ludność na Kresach Wschodnich i mordowali poszczególnych partyzantów sowieckich lub sprzyjających im mieszkańców. Stąd był już tylko krok do zastosowanego przez Jakowlewą (op. cit., s. 124) porównania między AK-owcami a dzisiejszymi "czeczeńskimi bandytami". Jakowlewa konstatuje (op. cit., s. 123): "Oddziały Armii Czerwonej szybko załatwiły się z resztkami tak zwanego polskiego narodowo-wyzwoleńczego ruchu. Bo i dlaczego miałyby się certolić [ceremonitsia] z tymi, którzy po przejściu frontu zostawali z bronią w ręku na tyłach naszych wojsk? Takie formacje (...) mogły być traktowane wyłącznie jako bandyckie". Usprawiedliwiając bezwzględne metody rozprawiania się NKWD z "bandytami z AK", Jakowlewa oskarża AK-owców o to, że sami powodowali wielkie straty wśród polskiej ludności cywilnej. Według Jakowlewej, AK-owcy, przeciwstawiając się prowadzonym przez NKWD "operacjom oczyszczania" terenu, stosowali taktykę czeczeńskich terrorystów, chowając się za "kobiety, dzieci i starców" i strzelając do wojsk NKWD zza ich pleców (por. J. Jakowlewa, op. cit., s. 247).
Idąc dosłownie na całość w pomniejszaniu polskiego czynu zbrojnego, Jakowlewa wyszydza wszelkie stwierdzenia o wielkim znaczeniu działań wywiadu ZWZ-AK, korzyściach z jego materiałów (ostatnio tak mocno publicznie zaakcentowanych przez historyków brytyjskich). Pisze (op. cit., s. 97): "Czym konkretnie zajmowały się te Jamesy Bondy, w szczegółach do tej pory nie wiadomo". Tym chętniej za to lansuje stare kłamstwo sowieckie, iż Armia Czerwona starała się jakoby maksymalnie wspomóc Powstanie Warszawskie.
Ileż pogardy i nienawiści do Polaków znalazło się w końcowych partiach książki Jakowlewej, podsumowujących swego rodzaju wykaz "polskich podłości i zbrodni". Z wyraźnym oburzeniem pisze tam o polskich działaniach dla uczczenia roli czynu zbrojnego Armii Krajowej: "Wywleka się z mogił dziedzictwo politycznego trupa, Armii Krajowej, polewa wodą życia i patrzcie: trup wstał, maszeruje i wygłasza coś, co przedstawiane jest jako nowe, świeże spojrzenie na historię drugiej wojny światowej. (...) polski prezydent rzeczywiście nie miał prawa do udziału w świętowaniu w Moskwie naszego Zwycięstwa. (...) Polacy mieli swoją wojnę - bez zwycięstw, a Rosjanie swoją - ze Zwycięstwem. (...) Jakby nie wyły wszelkie hieny i szakale, wojenne Zwycięstwo należy do tych, którzy je rzeczywiście odnieśli. (...) A co do jakichś tam innych rachunków, przedstawionych lub przygotowywanych przez stronę polską, mam osobiście jedną propozycję - zawczasu przygotować pieczątkę z napisem: 'zapłacono 9 maja 1945 r.'" (por. J. Jakowlewa, op. cit., s. 372, 387, cyt. za przekładem W. Materskiego w "Dziejach Najnowszych", nr 1 z 2008 r., s. 248, 249). Jakowlewa oskarża Polaków, że chcą zrobić biznes na odszkodowaniach od Rosji za "całkowicie mętną sprawę katyńską". I ostrzega rosyjskich czytelników (op. cit., s. 384): "szykujcie portmonetki - oczekujcie rachunków z Polski". Do ponurej groteski należy akcentowanie przez Jakowlewą tego, że zamordowani w Jedwabnem w 1941 r. Żydzi byli obywatelami ZSRS. Stąd jej dość szczególna propozycja: "a może byśmy tak wystąpili [w stosunku do Polski] z powództwem za mord na obywatelach sowieckich z Jedwabnego".

Dywagacje o "polskich zbrodniach"
Na kilka lat przed książką Jakowlewej (w 2001 r.) wydano w Moskwie skrajnie oszczerczą antypolską naukową książkę historyczną - "Sowietsko-polskije wojny (1918-1939)", pióra młodego rosyjskiego historyka Michaiła Mieltjuchowa. Także w tej książce roiło się od oskarżeń pod adresem wiecznie "agresywnej" Polski, która wciąż dybała na Rosję. Profesor Andrzej Nowak pisał w książce "Od imperium do imperium. Spojrzenia na historię Europy Wschodniej" (Kraków 2004, s. 260), że zastosowany w książce Mieltjuchowa schemat "bliski w odniesieniu do Polski (...) tradycyjnym ujęciom carskich podręczników szkolnych, prowadzi do wniosku, że historycznym krzywdzicielem w wielowiekowym sporze Rosji i Polski była wyłącznie ta druga. Rosja co najwyżej wyrównywała dziejowe rachunki - aż do momentu, gdy doprowadziła do powrotu granic politycznych mniej więcej do przebiegu 'naturalnej' granicy cywilizacyjnej w 1795 roku". Zgodnie z tym schematem Polska w ujęciu Mieltjuchowa występuje jako agresor, który przez stulecia, aż do XVII wieku, zagarniał kolejne ziemie rosyjskie, aż wreszcie w XVIII wieku Rosja przeszła ostatecznie do kontrofensywy wobec Polski. Wszystko w imię odebrania przez Rosję starych ziem rosyjskich i zarazem w obronie prześladowanych przez Rzeczpospolitą prawosławnych braci. Przy takim ujęciu zabrakło jakiejkolwiek informacji na temat polskiej wojny w obronie Sejmu Czteroletniego 1792 r. czy na temat zdradzieckiej roli Targowicy wspieranej przez Katarzynę II. Nawet ostatni, trzeci rozbiór, który uderzył w rdzennie polskie ziemie, Mieltjuchow potrafił jakoś wytłumaczyć - perfidnym szantażem Prus!
Podstawową treść książki Mieltjuchowa stanowią jednak skrajne zafałszowania stosunków polsko-sowieckich w XX wieku. I tu Mieltjuchow nie nakłada sobie żadnych ograniczeń w forsowaniu tendencyjnych ocen historycznych. Dowiadujemy się, że w wojnie lat 1919-1920 wyłącznie Polska była agresorem, dokonując krwawymi metodami "zachwata" ziem ukraińskich, białoruskich i litewskich. Rosyjski autor, pomijając najważniejsze publikacje polskich historyków, i pomijając zachodnie opracowania historyczne, mnoży gołosłowne oskarżenia "polskich zbrodni", niepoparte żadnymi dokumentującymi je źródłami. Jak pisał prof. A. Nowak na temat zafałszowań książki Mieltjuchowa: "Bez żadnego przypisu pojawia się natomiast (na s. 39) prawdziwie sensacyjna informacja o rozstrzelaniu przez Polaków w kwietniu - maju 1920 roku '3 tysięcy spokojnych mieszkańców Równego', spaleniu wielu wsi, a także dokonanym wówczas [przez Polaków] pogromie w miasteczku Tetijów, gdzie 'wyrżnięto 4 tys. ludzi'. W kolejnych informacjach o rzekomych polskich zbrodniach jako jedyna podstawa źródłowa przytaczane są sowieckie noty propagandowe, kierowane do zachodniej opinii publicznej".
Jednym z ważniejszych elementów książki Mieltjuchowa jest oskarżanie Polaków o swego rodzaju "anty-Katyń", o to, że w latach 1920-1921 "zamęczyli" rzekomo 60 tysięcy jeńców rosyjskich. W ślad za tym u rosyjskiego autora pojawia się dość szczególny komentarz, sugerujący, że "ten tragiczny temat w stosunkach między naszymi narodami powinien być rozstrzygany na zasadzie wzajemności" (por. W. Mieltjuchow, op. cit., s. 416). Profesor Andrzej Nowak, komentując te "przerażająco brzmiące słowa", zapytał: "Czy chodzi o brakujące w tym bilansie jeszcze 38 tysięcy Polaków do rozstrzelania...?" (por. A. Nowak, "Od imperium...", s. 270).
Nagłaśniający tak skwapliwie kłamstwa o polskim "anty-Katyniu" Mieltjuchow dziwnie milczy o okrucieństwach I Armii Konnej Budionnego na froncie polskim, tak plastycznie opisanych przez Izaaka Babla. Milczy o agresywnych antypolskich sugestiach Włodzimierza Iljicza Lenina, np. jego zapisku do E. Skljańskiego (zastępcy przewodniczącego Rewwojensowietu) 12 sierpnia 1920 r.: "z politycznego punktu widzenia jest arcyważne, żeby dobić Polskę". Przypomnijmy tu również stare hasło Lwa Trockiego: "Po trupie Polski do Europy".

Prof. Jerzy Robert Nowak

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=97072


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=98063

Oszczerczy antypolonizm w Rosji (2)

Nasz Dziennik, 2008-10-30

Prof. Jerzy Robert Nowak

W historiografii rosyjskiej w odniesieniu do Polski znowu zaczynają dominować najskrajniejsze oszczerstwa z doby stalinowskiej, zwłaszcza na temat II Rzeczypospolitej i roli Polski w II wojnie światowej. Nader typowe pod tym względem są fałsze zawarte w omawianej już w poprzednim odcinku książce rosyjskiego historyka Michaiła Mieltjuchowa "Sowietsko-polskije wojny 1919-1939".

Wspominałem już o antypolskich oszczerstwach zawartych w książce Michaiła Mieltjuchowa "Sowietsko-polskije wojny (1918-1939)". Fałszerz M. Mieltjuchow jest bardzo konsekwentny w swych oszczerstwach. Szeroko rozważa na przykład w różnych miejscach swej książki rzekome plany doprowadzenia do agresywnego sojuszu między Niemcami nazistowskimi a Polską w latach 40. XX wieku. Powtarza wymyśloną przez jednego z najbardziej kłamliwych rosyjskich historyków W.J. Sipołsa tezę o tym, jakoby Polska i Rumunia planowały w porozumieniu z nazistowskimi Niemcami oderwanie od Rosji sowieckiej Ukrainy i Zakaukazia (por. M. Mieltjuchow, op. cit., s. 175-176. Zob. również komentarz A. Nowaka: "Od imperium do imperium", s. 266).

"Pokojowa operacja" 17 września 1939 r.
Prawdziwą lawinę kłamstw znajdujemy u Mieltjuchowa w opisie sowieckiego "ciosu w plecy" Polski 17 września 1939 roku. Podobnie jak zrobiła to Jelena Jakowlewa w wydanej później książce, Mieltjuchow "pioniersko" dowodzi, że 17 września nie było żadnej agresji na Polskę, gdyż "działania Armii Czerwonej w Polsce można rozpatrywać, używając współczesnej terminologii, jako operację pokojową ('mirotworczeskuju opieraciju'") (por. M. Mieltjuchow, op. cit., s. 408). Aby łatwiej przełknięto kłamstwo, Mieltjuchow całkowicie pomija w swym króciutkim odniesieniu się do paktu Ribbentrop - Mołotow jakiekolwiek wzmianki o tym, iż zakładał on współpracę Rosji Sowieckiej i Niemiec nazistowskich w napaści na Polskę (por. uwagi A. Nowaka "Od imperium...", s. 266).
Warto w kontekście zafałszowań Mieltjuchowa przytoczyć opinię na ich temat ze strony niedawno zmarłego, prawdziwie rzetelnego historyka rosyjskiego Olega Kena. W publikowanym w najnowszych "Arcanach" (nr 83 z 2008 r., s. 145) pośmiertnym szkicu Kena możemy przeczytać m.in.: "(...) Nagromadzenie nowych materiałów archiwalnych na fundamencie neo-imperialistycznych założeń, rozwinięcie wizji odwiecznej walki geopolitycznej między Rosją a Polską, pomogło autorowi wykluczyć niewygodne świadectwa i zrelatywizować sowieckie zbrodnie przeciw ludzkości. Przedstawiając 'wydarzenia' 17 września jako złożone zjawisko, Michaił Mieltjuchow dochodzi do wniosku, że choć z wąsko legalistycznego punktu widzenia 'działania Armii Czerwonej w Polsce' mogą wydawać się agresją, to 'zgodnie ze współczesną terminologią' mogą być również uznane za 'operację pokojową'.
Podobne poglądy i legitymizacja okupacji wschodniej części II Rzeczypospolitej znajdują szerokie echo w aktualnych podręcznikach historycznych. Ironicznie, przejście od komunistycznej ideologii do tradycyjnej geopolitycznej wizji 'rosyjskiej szczególnej roli' pod wieloma względami oznacza regres. Starając się ukryć świadectwa sowiecko-nazistowskiej współpracy i masowych represji, komunistyczna nomenklatura poświadczała zarazem swoją świadomość, że ujawnienie tych świadectw byłoby moralnie druzgocące dla sowieckiego reżimu i jego historycznego dziedzictwa (...)".
Profesor Andrzej Nowak, obnażając skrajną tendencyjność Mieltjuchowa, pisał: "(...) Jeśli zdarzają się zbrodnie - to popełnia je strona polska. Zbrodniom wojennym, popełnionym we wrześniu 1939 roku Mieltjuchow poświęca cały rozdział, zatytułowany 'Podszewka wojny'. Okazuje się jednak, że są to właśnie przede wszystkim zbrodnie dokonane przez Polaków na żołnierzach sowieckich i ludności cywilnej ziem wschodnich. I tak na przykład pod Skidlem oddział polski miał zabić 17 cywilów, w tym dwóch chłopców w wieku 13 i 16 lat (s. 308); w Łomży natomiast wkraczająca 29 września Armia Czerwona zastała aż '1600 trupów pokojowo nastawionych mieszkańców' (s. 335). Żadnych odnośników źródłowych do tych rewelacji autor jednak i tym razem nie podaje (...)" (por. A. Nowak: "Od imperium...", s. 268). Znając prawdziwe fakty o mordach i grabieżach dokonanych przez oddziały Armii Czerwonej na ziemiach polskich po 17 września 1939 r., nie można wprost nadziwić się groteskowym wybielaniom działań tej armii przez Mieltjuchowa, jego mnożeniom pochwał na temat rzekomej, wyjątkowej wprost "delikatności" sowieckich żołnierzy. Profesor A. Nowak ("Od imperium...", s. 268-269) zacytował w tym kontekście przytoczoną przez Mieltjuchowa opinię polskiego chłopa B. Mackiewicza: "Mówili nam, że Armia Czerwona i bolszewicy to barbarzyńcy, że zrywają w domach święte obrazy, burzą kościoły, mordują księży, gwałcą kobiety. A w rzeczywistości Armia Czerwona to najbardziej kulturalna armia ze wszystkich, jakie przechodziły przez te ziemie - nawet jabłka nie ruszy. Częstuje się ich - a i to nie biorą" (s. 383). Dość porównać tę wymuszoną czy zmyśloną "opinię" z setkami autentycznych, ponurych relacji polskich na temat skali rabunku i bezwzględności Armii Czerwonej na b. Kresach Wschodnich Drugiej Rzeczypospolitej! Groteskowe wprost są również twierdzenia Mieltjuchowa na temat przeprowadzonych pod sowieckimi bagnetami "wyborów" na zagarniętych przez Sowietów terenach do Ludowych Zgromadzeń Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, że: "(...) Wyniki owych wyborów pokazały, iż przytłaczająca większość ludności owych obszarów zgadzała się z ustanowieniem władzy sowieckiej i ich przyłączeniem do Związku Sowieckiego" (por. M. Mieltjuchow, op. cit., s. 384).

Sowieccy "dobroczyńcy" Polaków
Profesor Andrzej Nowak pisał, podsumowując oceny kłamstw Mieltjuchowa w książce "Historie politycznych tradycji. Piłsudski, Putin i inni" (Kraków 2007, s. 339): "Stalin występuje tu jako genialny kontynuator Katarzyny II. Pakt Ribbentrop - Mołotow i udział ZSRR w napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku są przedstawione zatem jako czysto defensywne posunięcia, wyrażające konieczność rosyjskiej racji stanu". Do szczególnie ponurej groteski należy usprawiedliwianie przez Mieltjuchowa masowych deportacji setek tysięcy Polaków z b. Kresów Wschodnich, tłumaczenie ich jako działań dla zapobieżenia "wymordowaniu wywiezionych na Syberię Polaków przez dyszących żądzą odwetu Ukraińców" (por. komentarz A. Nowaka: "Historie...", s. 339). We wcześniejszej książce "Od imperium do imperium" (s. 269) prof. A. Nowak demaskował obłudę i cynizm zafałszowań Mieltjuchowa, pisząc: "Otóż zdaniem Mieltjuchowa, nie może być w tym okresie mowy o jakiejkolwiek antypolskiej polityce władz sowieckich na zdobytych terenach. Wręcz przeciwnie, troską naczelnika Zarządu Politycznego Armii Czerwonej, Lwa Mechlisa, była przede wszystkim ochrona ludności polskiej przed przejawami wrogości ze strony uciskanych dotąd przez Polaków mniejszości, przede wszystkim ukraińskiej (s. 411-412). Tą intencją tłumaczy Mieltjuchow cały sens deportacji: 'była to forma złagodzenia przez sowieckie kierownictwo ostrości narodowej nienawiści na nowych terytoriach. Oczywiście, był to środek 'barbarzyński', ale czy lepiej było dopuścić do nacjonalistycznej 'rozprawy' między miejscową ludnością? Nie mówiąc już o tym, że deportacja to nie rozstrzelanie' (s. 415). Książka Mieltjuchowa powraca w ten sposób do motywu niewdzięcznych Polaków - niewdzięcznych podwójnie: bo, po pierwsze, deportując ich na Syberię czy do Kazachstanu, władza sowiecka ratowała ich przede wszystkim przed ukraińskimi 'rezunami', a - po drugie - tylko ich deportowała, a mogła przecież rozstrzelać... (...)".
Dochodzące do skrajnej groteski rozumowania M. Mieltjuchowa, godne kłamstw najgorszych stalinowskich historyków, mogłyby wywoływać u polskich czytelników tylko uśmiech politowania. Mogłyby, gdyby nie to, że tezy Mieltjuchowa są aż nadto reprezentatywne dla wspieranego przez władze putinowskie szerokiego nurtu "imperialnych" polityków, niecofających się przed żadnym kłamstwem w imię neoimperialnych koncepcji dzisiejszej Rosji. Co najgorsze, to wszystko odbywa się kosztem spychania w cień szeregu prawdziwie rzetelnych rosyjskich naukowców typu wspomnianego Olega Kena, Borysa Sokołowa, Siergieja Słucza czy tak zasłużonej w demaskowaniu katyńskiej zbrodni Natalii Lebiediewej. Trudno nie zgodzić się w tej sytuacji z gorzkimi konstatacjami prof. Andrzeja Nowaka: "(...) Książka Mieltjuchowa szokuje. Szokuje dlatego tak bardzo, iż prezentowana jest rosyjskiemu czytelnikowi nie jako polityczna publicystyka czy propaganda, ale opracowanie naukowe, opatrzone blisko 900 przypisami i umocnione autorytetem badawczym autora - doktora habilitowanego nauk historycznych. Szokuje tym bardziej, że w odróżnieniu od wielu niezwykle wartościowych opracowań i wydawnictw źródłowych, jakie wyszły w ostatnich latach spod pióra rosyjskich badaczy poruszanych przez Mieltjuchowa tematów, jego książka ukazuje się w dużym - jak na obecne warunki rynku książki w Rosji - nakładzie 7 tysięcy egzemplarzy. Jest więc najwidoczniej zapotrzebowanie na tego rodzaju skrajnie cyniczną obronę stalinowskiej 'racji stanu' (...) Książka Mieltjuchowa pojawia się w tym kontekście jako groźne memento (...)" (por. A. Nowak: "Od imperium...", s. 270, 271).

Antypolska fala
Omawiane dotąd przeze mnie książki J. Jakowlewej i M. Mieltjuchowa to tylko swego rodzaju czubek góry lodowej. Są one bowiem wyrazem szerszej antypolskiej fali, zalewającej współczesną rosyjską historiografię, przy odtrąceniu na bok uczciwych, nieszowinistycznych autorów typu N. Liebiediewej czy O. Kena. W jakże wielu książkach rosyjskich historyków znajdujemy skrajne antypolskie oszczerstwa, produkty jadu i nienawiści. By wymienić chociaż niektóre z nich: I.W. Michutina "Polsko-sowietskaja wojna 1919-1920" (Moskwa 1994); A. Szyrokorad "Dawni spor Sławian. Rossija. Polsza. Litwa" (Moskwa 2007); P.W. Stegnij "Razdieły Polszi i diplomatija Jekateriny II 1772, 1793, 1795" (Moskwa 2002); N.S. Rajskij "Polsko-sowietskaja wojna 1919-1920 godow i sud'ba wojennoplennych, intiernowanych, założnikow i beżencew" (Moskwa 1999); S.W. Morozow "Polsko-czechosłowackije otnoszenija 1933-1939. Czto skrywajetsia za politikoj 'rawnoudaliennosti' ministra J. Becka" (Moskwa 2004); N.A. Narocznickaja "Za czto i s kiem my wojowali" (Moskwa 2005); W.A. Narocznicka "Rossija i ruskije w mirowoj istorii" (Moskwa 2004); I. Trojanow "Rossija pieried raspadom ili wstuplenijem w Jewrosajuz" (Moskwa 2005); A. Szyrokorad "Uterannyje Zemli Rossii" (Moskwa 2006); "Moskwa i wostocznaja Jewropa. Stanowlienije politiczieskich reżimow sowietskogo tipa (1949-1953). Oczerki istorii" [oprac. T.W. Wołotikina, G.P. Muraszko, A.F. Noskowa i in.] (Moskwa 2004); A. Filipow i in. "Istorija Rossii 1945-2007" [podręcznik szkolny]. W książkach tych roi się od przeróżnych fałszów antypolskich, począwszy od usprawiedliwiania rozbiorów Polski, poprzez oszczerstwa na temat losu rosyjskich jeńców w obozach polskich w czasie wojny 1920 roku, po oskarżanie Polski o zawarcie rzekomego antysowieckiego układu z Niemcami hitlerowskimi w 1934 r., usprawiedliwianie wszystkich zaborczych działań Stalina przeciw Polsce i całkowite wybielanie polityki Kremla wobec zależnych odeń państw bloku sowieckiego po 1945 roku.

Usprawiedliwianie rozbiorów Polski
Typowym dziełem nowej, proimperialnej historiografii rosyjskiej jest książka P.W. Stegnija "Razdiely Polszi i diplomatija Jekateriny II 1772, 1793, 1795" (Moskwa 2002). Autor tendencyjnie polemizuje z zagranicznymi badaczami naukowymi, przedstawiającymi rozbiory Polski jako wyraz "ekspansjonizmu" Rosji, pokazując je jako efekt "rozumnego realizmu" (por. P.W. Stegnij, op. cit., s. 416) polityki rosyjskiej, która tylko odzyskała ziemie, wcześniej utracone przez Rosję. I tak, według rosyjskiego historyka, Polska ewidentnie sobie na te rozbiory zasłużyła, mając skrajnie "anachroniczny system państwowy" i doprowadzając do "zaostrzenia napięć socjalnych i religijnych" (tamże, s. 407). Katarzyna II wcale nie kwapiła się do rozbiorów Polski, dopiero po długich "wahaniach" uległa natarczywym rozbiorowym namowom Prus i Austrii. Okazało się przy tym, że duża część środowisk intelektualnych Europy, w tym tak znacząca "francuska partia filozoficzna", wykazała pełne zrozumienie dla rozbiorów, które uderzyły w Polskę, uważaną przez nich za symbol "katolickiego fanatyzmu" (tamże, s. 414). Poprzez dokonanie rozbiorów Katarzyna II po prostu ostatecznie rozwiązała cały kompleks problemów, które historycznie pojawiały się w stosunkach polsko-rosyjskich (tamże, s. 409). Na dodatek - zdaniem P.W. Stegnija - "(...) w rezultacie rozbiorów w Rzeczypospolitej dokonała się 'rewolucja w handlu europejskim', doprowadzając do spadku znaczenia morskich dróg handlowych, w części handlu lewantyńskiego, na rzecz wykorzystania wielkich europejskich rzek: Odry, Wisły i Dunaju, nad którymi kontrola przeszła w ręce Rosji, Austrii i Prus" (tamże, s. 415). W związku z tym wszystkim Stegnij stanowczo polemizuje z tymi, którzy uważają rozbiory Polski za coś tragicznego (tamże, s. 416), choć przyznaje, że metody rozbiorów stanowiły naruszenie prawa. Z drugiej strony zaś - jak akcentuje Stegnij - przeprowadzenie rozbiorów wyrażało narodowo-państwowe interesy Rosji, choć realizowane było to "metodami charakterystycznymi dla pragmatycznej do cynizmu prusko-austriackiej szkoły dyplomatycznej" (por. tamże, s. 421). Warto tu dodać, że tak usprawiedliwiający rozbiory Polski P.W. Stegnij ma znaczącą pozycję w życiu naukowym Rosji, gdyż przez wiele lat był dyrektorem archiwum rosyjskiego MSZ. Profesor Andrzej Nowak, komentując istotę książki Stegnija o rozbiorach Polski stwierdził, że wyraźnie wynika z niej: "(...) Katarzyna II tylko odebrała to, co rosyjskie; podział słabych na strefy wpływów to norma polityczna; między Rosją a Niemcami nie ma miejsca na niezależne podmioty polityczne" (por. A. Nowak "Historie politycznych tradycji. Piłsudski, Putin i inni", Kraków 2007, s. 338-339).

Wybielanie Niemiec kosztem Polski
Ostatnie dziesięciolecie przyniosło skrajne pogorszenie obrazu Polski w historiografii rosyjskiej, oczywiście poza nieliczną grupą rzetelnych historyków typu Lebiediewej czy Kena, zepchniętych wyraźnie na margines przez dominującą grupę historiografów, piszących w putinowskim, imperialnym duchu. Można powiedzieć, że kreślony przez oficjalnych historyków obraz dziejów Polski jest gorszy nawet niż w czasach stalinowskich. Z jednej strony przejęto bowiem wszystkie stare antypolskie kłamstwa. Z drugiej zaś "wzbogacono" oszczerstwa antypolonizmu o parę nowych, szkaradnych wątków. Jednym z nich jest doprowadzenie do skrajnych granic oskarżeń Polaków o wyjątkowy antysemityzm (m.in. poprzez maksymalne eksploatowanie wątku Jedwabnego). Doszły do tego jednak również przejawy rzeczy wprost zdumiewających w historiografii rosyjskiej - przykłady oskarżania Polski o agresywność wobec Niemiec w 1939 roku. Jak można w ogóle wytłumaczyć fakt, że z takimi oskarżeniami świeżo wystąpił rosyjski historyk, autor wielu książek z historii wojskowości Aleksander Szyrokorad, i to na łamach gazety bliskiej rosyjskiemu MSZ - "Niezawisimoj Gaziety"?! "Forum" z 15 września 2008 r. przedrukowało przykład szokującego wprost jadem antypolonizmu tekstu Szyrokorada, nadając mu wymowny tytuł: "Jak rozpętaliśmy II wojnę światową". Szyrokorad wyraźnie zrzuca na Polskę winę za wywołanie drugiej wojny światowej, oskarżając nas o ciągłe agresywne działania wobec Niemiec, najpierw weimarskich, a później nazistowskich. W swym artykule pisze m.in. (cyt. za "Forum" z 15 września 2008 r.): "(...) W granicach Polski znalazło się 20 mln Polaków, 13 mln Rosjan, Białorusinów, Ukraińców i Żydów, a także około miliona Niemców, którzy w dużych skupiskach zamieszkiwali w zachodnich województwach. Do kategorii Polaków zostali przymusowo zaliczeni Kaszubi, Dulębowie, śląscy górale, Mazurzy i inne narody słowiańskie (np. język Kaszubów różnił się od polskiego o wiele bardziej, niż współczesny ukraiński od rosyjskiego). Polskie władze nie tylko nie zapewniły żyjącym w skupiskach 'cudzoziemcom' autonomii, ale na wszelkie sposoby ograniczały ich prawa.
Na mocy traktatu wersalskiego (1919) Prusy wschodnie stały się enklawą, otoczoną przez ziemie polskie, a zamieszkany przez Niemców Gdańsk otrzymał status wolnego miasta, wobec którego polskie władze, poczynając od 1922 roku, zaczęły dopuszczać się regularnych prowokacji. We wrześniu 1930 roku polski minister spraw zagranicznych August Zaleski oznajmił przewodniczącemu Senatu Gdańska, że kwestię miasta może rozwiązać tylko polski korpus wojskowy. Warszawscy politycy otwarcie domagali się przyłączenia Śląska i Prus Wschodnich do Rzeczypospolitej. Kilka razy minister, a nawet prezydent, nazwali Bałtyk polskim morzem.
W rezultacie do 1938 roku Polska wysunęła roszczenia terytorialne wobec wszystkich państw, z którymi graniczyła: Gdańska, Litwy, ZSRR (Mińsk, Kijów, Odessa), Czechosłowacji i Niemiec. W Warszawie bez żenady podkreślano: 'Skoro I wojna światowa dała Polsce samodzielność i przywróciła część rdzennych ziem polskich, to można mieć nadzieję, że II wielka wojna podaruje Polsce pozostałe jej terytoria'. (...) 25 marca 1939 roku w Warszawie miały miejsca masowe demonstracje pod hasłami: 'Precz z niemieckimi psami! Niech żyje polski Gdańsk!'. W ambasadzie niemieckiej wybito wszystkie szyby. Jednocześnie w Krakowie i Poznaniu tłumy Polaków dokonywały niemieckich pogromów. 'W połowie sierpnia Polacy dokonywali prewencyjnych aresztowań setek miejscowych Niemców. Niemieckie wydawnictwa i prasę objęto zakazem. 24 sierpnia ośmiu Niemców, aresztowanych na Górnym Śląsku, zostało rozstrzelanych w drodze do więzienia'. To nie cytat z przemówienia Goebbelsa, tylko z monografii holenderskiego antyfaszysty Louisa de Jonga... Polscy generałowie rwali się w bój, planowali, że w ciągu miesiąca zajmą Berlin. W tym celu zostało utworzone silne zgrupowanie centralne...".
Czy to nie prawdziwie oburzający fakt, że rosyjski historyk (!) wyraźnie oskarża Polskę, a nie Niemcy nazistowskie, za wybuch drugiej wojny światowej i robi to na łamach bliskiej rosyjskiemu MSZ gazety?! Czyżbyśmy mieli już początki przerabiania rosyjskiej historii w duchu germanofilskim (i antypolskim) w efekcie stworzonej przez Putina i Schroedera osi Moskwa - Berlin? Dlaczego na tak porażające antypolskie fałsze nie zareagowało ani MSZ, ani polscy historycy? Przy okazji warto przypomnieć, że kilka lat temu prezydent Rosji W. Putin w przemówieniu z okazji Dnia Zwycięstwa uhonorował "wkład w zwycięstwo" antyfaszystów niemieckich i włoskich, a dziwnie "zapomniał" o zaznaczeniu roli polskiego czynu zbrojnego.

Atakowanie Polski jako proniemieckiej "hieny"
Do najbardziej agresywnych przedstawicieli imperialnej sowieckiej historiografii antypolskiej należy Natalia Narocznicka. Będąc pracownikiem naukowym (doktor habilitowany nauk historycznych), jest tym bardziej niebezpieczna w swych wywodach ze względu na jej wpływ w życiu publicznym (posłanka do Dumy, wiceprzewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych, a w latach 1982-1989 reprezentantka sowiecka w Sekretariacie ONZ w Nowym Jorku). Profesor Andrzej Nowak poświęcił antypolskim tezom Narocznickiej wiele uwagi w swej książce "Historie politycznych tradycji". Przypomniał tam (s. 340), że wydana w 2005 r. książka Narocznickiej "Za czto i z kiem wojowali" była w całości poświęcona apologii polityki Stalina z lat wojny, począwszy od antypolskiego rozbiorowego paktu Ribbentrop - Mołotow z 1939 r. do Jałty i Poczdamu. Narocznicka przedstawiała tam politykę Stalina jako "wzór roztropnej i dobroczynnej polityki dla całej ludzkości". Według A. Nowaka (op. cit., s. 340), głosząca takie tezy książka Narocznickiej była "najbardziej nagłośnioną przez rosyjskie media publikacją historyczną, jaka towarzyszyła moskiewskim obchodom 60. rocznicy zwycięstwa. Co więcej, wydano ją w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy, podczas gdy przeciętne monografie historyczne w Rosji mają nakład ok. 1000 egzemplarzy.
W 2004 roku Narocznicka opublikowała szczególnie kłamliwą w swych fragmentach na temat Polski 500-stronicową książkę "Rossija i russkije w mirowoj istorii". Zafałszowując obraz historii stosunków polsko-rosyjskich, Narocznicka zaprzeczała twierdzeniom o rozbiorach Polski w XVIII wieku jako dowodach rosyjskiego ekspansjonizmu. Twierdziła (na s. 139), że "w odróżnieniu od zachodnich władców, Moskwa nie zabrała ani jednego metra kwadratowego miejscowym właścicielom ziemskim w czasie rozszerzania swego panowania". Profesor A. Nowak komentował (s. 342) to kłamstwo Narocznickiej: "Najwidoczniej autorka tej tezy nie chce wziąć pod uwagę tego, o czym piszą wszyscy niemal historycy, także historycy Moskwy: masowych wywłaszczeń i deportacji elit lokalnych po przyłączaniu kolejnych ziem do moskiewskiego centrum". Do stwierdzenia prof. Nowaka dodam sprawę Nowogrodu, którego cała ludność została wymordowana przez zbirów Iwana Groźnego po przyłączeniu tego miasta do państwa moskiewskiego.
Szczególnie kłamliwe są twierdzenia Narocznickiej na temat sowieckiego "ciosu w plecy" Polski 17 września 1939 r. Jak pisze prof. Nowak (op. cit., s. 344), według Narocznickiej: "Stalin przy pomocy paktu Ribbentrop - Mołotow po mistrzowsku wybrnął z zastawionej na Rosję pułapki. Polska nie została wcale niewinnie pokrzywdzona. Jak zauważa Narocznicka, powielając (tak samo, jak wspomniany wyżej Mieltjuchow i, niestety legion innych, nie wymienionych tutaj historyków i publicystów współczesnej Rosji) klisze stalinowskiej propagandy - Stalin odebrał na mocy tego paktu tylko to, co Rosji słusznie się należało, a więc to, co utraciła w 1917 roku. Uderzenie Stalina na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. było tylko uprzedzeniem agresji, jaką Polska miała rzekomo dokonać na sowiecką Ukrainę w roli hieny niemieckiej polityki. Stalin wyprzedził polską hienę. Pakt Ribbentrop - Mołotow jest natomiast demonizowany współcześnie dlatego, że był w istocie największą klęską anglosaskiej strategii w XX wieku: klęską strategii osłabiania Rosji. (...) Potępienie paktu Stalina z Hitlerem wynika tylko z tego, że propaganda anglosaska narzuciła światu swoją perspektywę - perspektywę nie żadnej obiektywnej moralności czy sprawiedliwości, tylko perspektywę interesów Waszyngtonu i Londynu (...)".
Dodajmy do tych uwag prof. Nowaka, że Narocznicka wzbiła się w swych rozumowaniach na same szczyty szowinistycznej obłudy. Jak powszechnie wiadomo, jednym ze szczególnie wielkich powodów wściekłości Hitlera na Polskę było to, że pomimo rozlicznych zachęt władze II RP nie dały się namówić na wspólną napaść na ZSRS i zajęcie sowieckiej Ukrainy. Rosja natomiast faktycznie odegrała rolę szakala czy hieny, zdradziecko napadając do spółki z Niemcami na Polskę, pierwszy kraj, który stawił zbrojny opór niemieckiej agresji.

Gloryfikatorka rosyjskiej zachłanności
Warto dodać, że Narocznicka, tak uparcie przemilczająca rozmiary rozbiorowej zachłanności Rosji wobec Polski, właśnie Polskę oskarża o trwającą wiele stuleci zaborczą politykę wobec Rosji, od XI do XVII wieku, od Bolesława Śmiałego do Władysława IV. Twierdzi (na s. 507): "Stała, wielowiekowa powtarzalność antyrosyjskiej polityki wschodnioeuropejskich katolików, niepodległej Polski skłania, by odnieść się do niej poważnie" (cyt. za przekładem A. Nowaka, op. cit., s. 147). Maksymalnie upiększając politykę Rosji, Narocznicka twierdzi, że historycznie Rosja nigdy nie była agresorem, to biedna Rosja zawsze była przedmiotem agresji: Polaków, Niemców, Francuzów itp. Przy takim podejściu trudno się dziwić gorzkim żalom Narocznickiej nad oderwaniem od Rosji Ukrainy, Białorusi czy krajów nadbałtyckich. Zarzuca strategom Zachodu, że od dawna tworzą sztucznie narodowość ukraińską, postuluje jak najszybsze przyłączenie Białorusi do Rosji. Szczególnie groteskowo wyglądają kłamstwa Narocznickiej na temat praw Rosji do krajów nadbałtyckich. Oddam tu znowu głos prof. Andrzejowi Nowakowi, który pisze ("Historie...", s. 346-347): "Sprawę krajów nadbałtyckich Narocznicka załatwia czysto geopolitycznym argumentem: 'Organizatorem Europy Wschodniej zawsze była Rosja albo Niemcy' (s. 476). Litwini, Łotysze, Estończycy uzyskali swe państwo na zasadzie umowy II Rzeszy z Rosją sowiecką w Brześciu w 1918 roku, a więc te same mocarstwa miały pełne prawo odebrać im państwowość 21 lat później, na mocy paktu III Rzeszy z ZSRR (zwróćmy uwagę, że dokładnie tę samą myśl Narocznickiej powtórzył Władimir Putin w swoim wywiadzie dla telewizji niemieckiej ARD/ZDF, udzielonym z okazji obchodów moskiewskich w maju tego roku) [tj. 2005 roku - J.R.N.]. Teraz uzyskały formalnie niepodległość, jako elementy anglosaskiego 'kordonu sanitarnego', w istocie jednak stało się to całkowicie bezprawne (...). Jako argument na rzecz tej dyskredytującej kraje nadbałtyckie tezy, Narocznicka powołuje się (...) na to, że w okresie międzywojennym rządzić miały nimi 'faszystowskie kliki', a w czasie wojny kolaborowały wprost z III Rzeszą (najwidoczniej tylko mocarstwa takie jak ZSRR miały prawo współpracować godnie z Hitlerem). (...) W odniesieniu do Estonii, Narocznicka sięga jeszcze głębiej, by obalić racje tego kraju do niepodległości od Rosji: przypomina bowiem, że w myśl postanowień traktatu z Nystad, kończącego w 1721 roku zwycięską wojnę Piotra Wielkiego ze Szwecją, Rosja otrzymała terytorium dzisiejszej Estonii za okrągłą sumę 2 milionów jefimków. Skoro jednak nikt nie odwołał traktatu z Nystad, to oderwanie Estonii od Rosji jest nie tylko naruszeniem sprawiedliwości politycznej, ale świętego prawa własności nabytej (...)" (s. 495).
Chyba już dość jednak przedstawiania tych obłędnych, szowinistycznych tez N.A. Narocznickiej. Problem jednak leży w tym, że ta skrajna szowinistka jest nie tylko historykiem, ale także osobą wpływową w życiu publicznym (doszła wszak do stanowiska wiceprzewodniczącej Komisji Spraw Zagranicznych w Dumie). Co więcej, Narocznicka wiernie wyraża poglądy typowe dla tak wszechwładnej postaci dzisiejszej Rosji jak Władimir Putin! Z b. pułkownikiem KGB łączy Narocznicką również całkowite wybielanie i usprawiedliwianie sowieckiego komunistycznego totalitaryzmu. Jak to zaakcentował prof. A. Nowak w odniesieniu do poglądów N.A. Narocznickiej: "Chodzi o wyniesienie na piedestał nie byle kogo, bo samego Stalina. Chodzi o usprawiedliwienie racjami rosyjskiej historii największych zbrodni systemu sowieckiego: zarówno tych, jakie popełnione zostały na samych Rosjanach (jak choćby terror 1937 roku), jak też - a może w szczególności - tych, które państwo sowieckie popełniło na swych nierosyjskich poddanych (jak np. wielki głód na Ukrainie czy szerzej, czystki etniczne z drugiej połowy lat 30.), a wreszcie na krajach sąsiednich: tych zbrodni, które symbolizują pakt Ribbentrop - Mołotow, Katyń, system jałtański, interwencja na Węgrzech czy w Czechosłowacji (...)".


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Potęga kłamstwa w Rosji

Nasz Dziennik, 2008-11-05

Częstokroć zafałszowania historyków rosyjskich odnoszą się również do najbliższych nam czasów powojennych, zawsze w duchu wybielania polityki rosyjskiej wobec Polski i innych uzależnionych od Sowietów krajów Europy Środkowowschodniej.

Do najbardziej zakłamanych współczesnych dzieł historycznych w Rosji należy praca zbiorowa: "Moskwa i wostocznaja Jewropa. Stanowlienie politiczeskich reżimow sowietskowo tipa (1949-1953). Oczerki istorii" (Moskwa i Europa Wschodnia. Tworzenie reżimów politycznych sowieckiego typu 1949-1953), oprac. T.W. Wołotikina, C.P. Muraszko, A.F. Noskowa i in. Książka napisana z ogromną tendencyjnością lansuje z góry założone tezy, służące obronie polityki Kremla wobec średnich i mniejszych państw Europy Środkowowschodniej. Jeden z najskrajniejszych przykładów to stwierdzenie, że instytucja sowieckich doradców przyniosła krajom Europy Środkowowschodniej "wielki wkład cywilizacyjny" (por. bardzo krytyczne uwagi zafałszowań rosyjskich autorów w obszernym studium P. Gontarczyka: Sowiecko-rosyjska kontrrewolucja, "Dzieje Najnowsze", nr 3 z 2006 r.). Innym przykładem notorycznych zafałszowań spraw polskich była wydana w 2004 roku w Moskwie książka S.W. Morozowa: "Polsko-czechosłowackije otnoszenija 1932-1939. Czto skrywajetsia za politikoj 'rawnoudaliennosti' ministra J. Becka". Książka starała się maksymalnie przyczernić obraz polityki polskiej lat 30. XX wieku poprzez sugerowanie, że ówczesna Polska rzekomo ściśle wiązała się z Niemcami hitlerowskimi. Na przykład, aby dowieść istnienia rzekomego tajnego układu wymierzonego w ZSRS, Morozow sięgał po takie źródła, jak prymitywne materiały propagandowe z sowieckiej "Prawdy" (por. krytyka tego typu "pisarstwa" w artykule jednego z najbardziej rzetelnych rosyjskich historyków Olega Kena: "Co historycy rosyjscy chcą wiedzieć...", "Arcana", nr 5 z 2008 r.). Ken ostro skrytykował również manipulacje innego historyka rosyjskiego Jurija Iwanowa na temat polskiej polityki zagranicznej w 1926 r. (chodziło o tekst
J. Iwanowa na temat reakcji w Moskwie na przewrót Piłsudskiego w Polsce, drukowany w czasopiśmie "Nowaja i nowiejszaja istorija", 2006, nr 1, s. 33-41). Oleg Ken przytoczył Iwanowa jako przykład dość szczególnej praktyki, stosowanej przez niektórych historyków rosyjskich, polegającej na tym, że "(...) materiały archiwalne były często wykorzystywane, żeby 'pokazać' polską politykę zagraniczną, w szczególności piłsudczykowską, jako kierowaną szowinistycznymi planami mocarstwowymi. W świetle sowieckiej autoprezentacji polityka ZSRS wyglądała na realistyczną i pragmatyczną - w kontraście z polską zbankrutowaną megalomanią (...)" (por. O. Ken, op. cit., s. 145). Ken akcentował, że Iwanow wypowiadał swe arcykrytyczne sądy o polskiej polityce wbrew "faktycznym ustaleniom dokumentalnym". Czyli, po prostu, zafałszowywał wymowę dokumentów.

Polska jako "nieprzyjemny wrzód na ciele Europy"
Z dość szczególnymi "odkryciami" naukowymi pospieszył już w 1999 roku znany historyk rosyjski William Wasilewicz Pochlebkin w artykule na temat rozbiorów Polski, drukowanym na łamach bliskiej rosyjskiemu MSZ "Niezawisimoj Gaziety" (nr z 15 sierpnia). Stwierdził on, że faktycznie było rzekomo aż osiem rozbiorów Polski. Tego typu "ustalenie" miało dowieść, że Polska była państwem "niestabilnym" i rzekomo nie nadawała się do życia jako samodzielny organizm państwowy. Jak groteskowe były twierdzenia Pochlebkina, najlepiej świadczą wymyślone przez niego rozbiory Polski nr 4, 5 i 6. Otóż rzekomym czwartym rozbiorem Polski miał być podział z 1807 r., gdy w wyniku pokoju w Tylży zostało odbudowane państwo polskie przynajmniej w części w postaci Księstwa Warszawskiego. Dla piszącego tekst z góry ustaloną tezą powrót Polski na mapę w postaci Księstwa Warszawskiego był rozbiorem Polski (?!). Piątym rozbiorem miało być - według oczywiście Pochlebkina - poszerzenie granic Księstwa Warszawskiego w 1809 r. o część Małopolski należącą dotąd do Austrii (!). Szczególny to typ rozbioru Polski! Że też rosyjski historyk nie miał za grosz wstydu, plotąc takie brechty. I wreszcie szóstym rozbiorem Polski - według Pochlebkina - miało być utworzenie Królestwa Polskiego w 1815 roku. Najbardziej groteskowe były jednak konkluzje wynikające z dodania przez Pochlebkina pięciu dalszych rozbiorów do historii Polski. Historyk rosyjski napisał, iż "(...) Historia Polski jest wysoce pouczająca. Długotrwała wewnętrzna niezgoda, wewnętrzna wzajemna wrogość przekształciła Polskę w organizm niezdolny do życia i uczyniła nieprzyjemnym wrzodem na ciele Europy, którego likwidację sąsiedzi uznali za rzecz właściwą i dobrą, za dobry, wręcz szlachetny uczynek.
Historia ośmiu rozbiorów Polski - to doskonały, wielce pouczający przykład dla wielu współczesnych państw. Nie można być wielonarodowym państwem i zażarcie pielęgnować swój nacjonalizm" (cyt. za tekstem: "Ile było rozbiorów Polski?", "Forum" z 5 września 1999 r.). Tekst W. Pochlebkina ze swej strony jest też "bardzo pouczający". Pokazuje, do jakich skrajności można dojść, patrząc przez okulary zamglone szowinizmem sąsiadów naszego kraju.
Polacy w rosyjskich publikacjach są oskarżani dosłownie o wszystko. Nawet o to, że rzekomo wymyślili nieistniejącą nigdy "ukraińskość" tylko po to, by osłabić Rosję poprzez duchowe oderwanie od niej mieszkańców Ukrainy. Z takimi zarzutami wystąpiła przeciw Polakom I.W. Michutina w książce "Ukrainskij wopros w Rosii (koniec XIX - naczało XX wieka)", Moskwa 2003. Ta sama autorka wydała w 1994 r. rojącą się od uproszczeń antypolskich książkę o polsko-sowieckiej wojnie lat 1919-1920. Najnowsze "Arcana" (nr 5 z 2008 r.) zamieściły ostry tekst polemiczny ukraińskiego historyka z Kijowa, Andrzeja Portnowa, "Wieści z dobrego Imperium". Tekst rozprawia się m.in. z zafałszowaniami Michutiny głoszącymi, że naturalne są procesy integracyjne Ukraińców z Rosjanami, podczas gdy odchylenia od integracji z Rosją są "rezultatem działań Polaków, którzy ciągle nie zasypiając, działali na szkodę sprawy rosyjskiej". Właśnie "polskiemu wpływowi", według Michutiny, "małorosyjska opozycja" zawdzięczała "rozwój składnika narodowo-politycznego w swoim kompleksie ideowym" (por. A. Portnow, op. cit., s. 130). Ukraiński historyk wyszydza szowinistyczne wielkoruskie stanowisko Michutiny, która "w żaden sposób nie może zrozumieć, dlaczego Ukraińcy nie chcieli utonąć w rosyjskim morzu" (tamże, s. 130).

Kłamliwe podręczniki
Szczególnie niepokojący jest fakt, że zafałszowania obrazu stosunków polsko-rosyjskich znajdują coraz więcej miejsca w wydawanych w masowych nakładach podręcznikach szkolnych. Już w 2001 r. alarmowano na łamach tygodnika "Wprost", że "tylko w dwóch spośród kilkunastu podręczników jednoznacznie potwierdzono udział Rosji w agresji na Polskę (...). O Katyniu można się dowiedzieć tylko z jednego podręcznika" (por. R. Rybiński: Polsko-rosyjska mitologia, "Wprost" z 26 października 2001 r.). W ostatnich latach doszło do wyraźnego zdominowania podręczników przez neostalinowską ideologię. Świadczy o tym wydany w milionach egzemplarzy podręcznik Aleksandra Filipowa i kilku innych autorów "Istorija Rosii 1945-1947". Wydała go oficyna "Prosweszczenie" (Oświata), specjalizująca się w masowych wydaniach podręczników szkolnych. Warto tu przytoczyć kilka fragmentów tego neostalinowskiego podręcznika za krytyczną analizą jego treści, publikowaną na łamach "Wremii Nowostiej" przez Anatola Bernsteina (fragmenty omówienia cytuję za polskim przekładem tekstu Bernsteina, publikowanym w "Forum" z 1 września 2008 r. pt. "Racjonalne zarządzanie zabijaniem"). Jak pisał Bernstein: "Fundamentalną tezą [nowego podręcznika - J.R.N.] jest ukazanie stalinowskiego terroru jako czynnika, dzięki któremu Związek Radziecki rozwijał się w znakomitym tempie pod wodzą 'efektywnego specjalisty od zarządzania' Józefa Stalina".
Autorzy podręcznika spieszą z odpowiednimi merytorycznymi wskazówkami: "Należy pokazać, że Stalin działał w konkretnej sytuacji historycznej, postępował w pełni racjonalnie jako osoba stojąca na straży systemu, jako konsekwentny zwolennik przeobrażenia kraju w społeczeństwo industrialne, kierowane przez jeden ośrodek, jako lider kraju, któremu w najbliższym czasie grozi wielka wojna". W podręczniku znajdujemy wyraźne uzasadnienie konieczności stosowania stalinowskiego terroru w następujących słowach: "Terror został zaprzęgnięty do służby na rzecz wykonania zadań industrialnego rozwoju: NKWD dokonywała planowych aresztowań wśród inżynierów i specjalistów, niezbędnych dla wykonania najpilniejszych zadań obronnych i innych na Dalekim Wschodzie i na Syberii. Terror stał się pragmatycznym narzędziem, pomocnym w realizacji zadań gospodarki narodowej". Bernstein dość szczegółowo omawia zastosowane w podręczniku uzasadnienia poszczególnych zaborczych działań stalinowskiego kierownictwa, pisząc, że według autorów podręcznika: "Pakt Ribbentrop - Mołotow był odpowiedzią na układ monachijski. Wkroczenie wojsk radzieckich na terytorium Polski w 1939 roku było wyzwoleniem terytorium Ukrainy i Białorusi. Jeśli chodzi o kraje bałtyckie i Besarabię, zaanektowane przez ZSRR w 1940 roku, to przecież ziemie te wchodziły w skład Imperium Rosyjskiego i o żadnej aneksji nie może być mowy. Wojnę fińską ZSRR wygrał, dzięki czemu 'otrzymał to, do czego dążył' (...)".
Polskim czytelnikom warto uświadomić, do jakiego stopnia autorzy podręcznika posuwają się w uzasadnianiu masowych represji wobec Polaków, na czele ze sprawą zbrodni katyńskiej. Jak pisze A. Bernstein: usprawiedliwianie masowych represji okresu rządów Stalina "miejscami przyjmuje wręcz sensacyjny charakter. Przyznając, że sprawcami zbrodni na polskich oficerach byli funkcjonariusze NKWD, autorzy piszą, że 'to nie była po prostu sprawa politycznej racjonalności, ale odwet za zagładę wielu (dziesiątków) tysięcy czerwonoarmistów w polskiej niewoli po wojnie 1920 roku, której inicjatorem była nie Rosja Radziecka, a Polska'. A zatem autorzy wprowadzają w ten sposób pojęcie 'sprawiedliwej' historycznej zemsty (...)" (por. A. Bernstein, op. cit.).
Na koniec swego tekstu akcentuje: "Podkreślamy: ten podręcznik ma być wydrukowany w milionach egzemplarzy i ma służyć młodym pokoleniom jako podstawa wiedzy o historii. Podstawowym przesłaniem koncepcji jest zaprzeczenie istnienia totalitaryzmu w ZSRR". Bernstein przypomina, że taka wymowa podręcznika znajduje się w jaskrawej sprzeczności z ustawą o rehabilitacji ofiar represji politycznych z 1991 r., w której czarno na białym napisano: "W czasach władzy radzieckiej miliony ludzi stały się ofiarami totalitarnego państwa".
Szokujące treści, zawarte w nowym, masowym wydaniu sowieckiego podręcznika do historii, znalazły omówienie również w tekście szefa moskiewskiego biura brytyjskiego tygodnika "Economist" Arkadego Ostrowskiego, publikowanym w miesięczniku "Prospect" z września 2008 roku. Ostrowski wybrał co smaczniejsze kąski z lektury nowego podręcznika, cytując m.in. stwierdzenie: "Imperium Stalina - strefa wpływów ZSRR - było większe, niż tereny podbite przez dawne potęgi euroazjatyckie razem wzięte, większe nawet niż imperium Dżyngis-Chana" (cyt. za przekładem artykułu A. Ostrowskiego pt. "Flirtując ze Stalinem", zamieszczonym w "Forum" z 29 września 2008 r.). Inny, ciekawszy fragment podręcznika głosi: "Związek Radziecki nie był demokracją, ale przykładem najlepszego i najsprawiedliwszego społeczeństwa dla milionów ludzi na całym świecie" (por. tamże).
Tendencja do wybielania komunizmu, łącznie z najgorszymi czasami represji stalinowskich, wyrażana jest w Rosji już od szeregu lat. Piotr Semka i Piotr Cywiński pisali na łamach "Wprost" w 2006 r.: "Z rosyjskich podręczników nie można się dowiedzieć o pakcie Ribbentrop - Mołotow, a II wojna światowa zaczyna się z chwilą agresji Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 r. Jeszcze bardziej oględne jest 'Wprowadzenie do historii dla uczniów szkół podstawowych' (autorzy J.W. Saplina, A.U. Saplin), gdzie ani słowem nie napomyka się o dramacie wojny domowej w Rosji w latach 1917-1921 ani o jakichkolwiek represjach czy szerzej, władzy sowieckiej. (...) Lektura 'putinowskiej' wizji historii nie uświadamia młodemu pokoleniu, czym był komunizm i na czym polegała jego potworność. Nasuwa się niepokojące pytanie - jakie mogą być w przyszłości skutki tej zaprogramowanej amnezji młodych Rosjan?" (por. P. Semka, P. Cywiński: Biała plama na Polsce, "Wprost" z 24 września 2006 r.).

Polacy jako "kolaboranci Hitlera"
Wśród najnikczemniejszych ataków na Polskę i Polaków w Rosji wiodące miejsce zajmuje 54-stronicowy paszkwil Stanisława Kuniajewa "Szlachta i my", drukowany w miesięczniku "Nasz Sowriemiennik" w maju 2002 r. (Kuniajew jest redaktorem naczelnym tego czasopisma). Autor paszkwilu posunął się do najskrajniejszych wybryków oszczerczej fantazji, aby jak najmocniej oczernić Polskę i Polaków, całą naszą historię. Polska, przez stulecia wyjątkowa w całej Europie kolebka tolerancji, pod piórem Kunajewa została przedstawiona jako kraj największych (obok Hiszpanii) katolickich okrucieństw, kraj stosów. Według Kuniajewa, "Historia Europy i jej nieodrodnej córki Polski, to historia wiecznie odnawiającego się Holokaustu". Profesor Andrzej Nowak, komentując oszczerstwa Kuniajewa na łamach książki "Od imperium do imperium" (Kraków 2004, s. 274), pisał, że u Kuniajewa "Polska jest od wieków nędznym sługusem Zachodu w jego ekspansji na wschód Europy, na ziemie wschodnich Słowian, na Rosję. Jest w tym kierunku awangardą zachodniego kolonializmu. Kuniajew używa wprost określenia, przemawiającego do wyobraźni swoich czytelników: Polska jest "specnazem" Europy - Europy krwawej kolonizacji i inkwizycji" (s. 123).
Dla Kuniajewa udział Rosji w rozbiorach Polski był "aktem sprawiedliwości dziejowej" (por. szerzej uwagi A. Budzyńskiego: Rosja ofiarą Polaków. "Nasz Sowriemiennik" manipuluje historią, "Trybuna" z 26 lipca 2002 r.). Profesor Andrzej Nowak w szkicu "Odwet w dziejach po rosyjsku", publikowanym na łamach "Rzeczpospolitej" z 20 lipca 2002 r. pisał, iż według Kuniajewa "Udział Rosji w rozbiorach Polski w końcu XVIII wieku jest liberalnym mitem. Rosja odzyskała wyłącznie swoją historyczną (ciężko doświadczoną przez szlachecką okupację) własność i niczego Polsce układami z lat 1772, 1793 i 1795 nie zabierała. Duch antyrosyjskiej szlachty odżył jednak w powstaniach, które odgórnie próbowała ona narzucić całemu społeczeństwu polskiemu. Ostatnim ich echem było Powstanie Warszawskie, kiedy skisłe popłuczyny (skiszije sliwki) szlachty, zdezerterowawszy najpierw z Polski jesienią 1939 r. do dalekiej Anglii, zechciały w 1944 r. powrócić do władzy po trupach sowieckich sołdatów. Stalin na szczęście rozszyfrował i pokrzyżował ich zamiary". Dodajmy, że sowiecki "cios w plecy" Kuniajew tłumaczył tak, jak zrobiła to później Jakowlewa tym, że Armia Czerwona "odbierała wtedy po prostu to, co swoje, rosyjskie, wschodniosłowiańskie, a co Polska wcześniej w 1920 r. zagarnęła na Wschodzie".
Profesor A. Nowak wśród różnych oszczerstw wymienił jedno, szczególnie groteskowe. Otóż Kuniajew twierdził, że "Polska faktycznie pozostała sojusznikiem Hitlera przeciwko Rosji nawet po wrześniu 1939 r.". Co więcej, Kuniajew w oparciu o jakieś sobie tylko znane źródła wyliczył, jakoby po 1941 r. w sowieckiej niewoli znalazło się już ponad 60 tys. Polaków-faszystów (w tym 5 generałów), co mu pozwoliło oszacować, jakoby po stronie Wehrmachtu walczyło przeciwko Związkowi Sowieckiemu przeszło 100 tys. Polaków. Stąd - według Kuniajewa - najazd Hitlera na Rosję można również określić jako czwarty, po 1612, 1812 i 1920 r. pochód Polaków na Moskwę". Antypolskie oszczerstwa Kuniajewa są tym bezczelniejsze w sytuacji, gdy nie było najmniejszej nawet jednostki polskiej, walczącej po stronie wojsk hitlerowskich na froncie wschodnim czy gdziekolwiek indziej. Były za to niemałe, bo aż kilkusettysięczne oddziały ROA i RONA, złożone z jeńców rosyjskich, walczących po stronie Niemców przeciw ZSRS.

Polacy "najgorszymi antysemitami świata"
Do szczególnie obrzydliwych kłamstw Kuniajewa należą jego deliberacje na temat rzekomego, skrajnego, odwiecznego antysemityzmu Polaków. Wykorzystując zdeformowaną historię Jedwabnego, Kuniajew stara się w maksymalnym stopniu mnożyć oskarżenie przeciw Polakom o krwiożerczą nienawiść do Żydów. Robi to zarówno w omawianym już wyżej paszkwilu na łamach "Naszego Sowriemiennika", jak i w odrębnej 350-stronicowej antypolskiej książce "Russkij polonez" (Moskwa 2006), swoistym zbiorze łgarstw i oszczerstw. Jak komentowała fałsze Kuniajewa Ewa Zarzycka, antysemityzm, według Kuniajewa, to "szlachecka tradycja, co głęboko tkwi w duszy. W Polsce palono Żydów od średniowiecza, po epokę Jedwabnego i Oświęcimia" (por. E. Zarzycka: Puszczalska Polska, "Gazeta Polska" z 11 lutego 2004 r.). Przypomnijmy tu, że na tle Polski, przez stulecia jedynego schronienia dla Żydów, Rosja ma wyjątkowo czarne karty jako ich prześladowca, kraina okrutnych pogromów. Przypomnijmy również, że dawniejsza Rosja, nawet po wprowadzeniu "europeizujących" reform cara Piotra I, konsekwentnie przestrzegała całkowitego zamknięcia swoich granic dla Żydów. Fiaskiem zakończyło się wystąpienie burmistrza amsterdamskiego M. Witsena jako orędownika Żydów, z prośbą o otwarcie dla nich granic państwa carów. Piotr I odrzucił jego prośbę, cynicznie motywując to tym, iż jego poddani są tak biegli w handlu i szalbierstwie, że biedni Żydzi ponieśliby tylko ciężkie straty, przenosząc się do Rosji. Kiedy po pierwszym rozbiorze Polski duże ilości Żydów znalazły się w obrębie państwa carów, Katarzyna II specjalnym ukazem (z 1791 r.) stworzyła dla nich specjalny pas osiedlenia, ograniczając możliwości przemieszczania się Żydów w głąb imperium carów.
Profesor A. Nowak we wspomnianym szkicu w "Rzeczpospolitej" z 20 lipca 2002 r. pisał, iż według Kuniajewa, "Armia Czerwona, wkraczająca wówczas na ziemie wschodnie II Rzeczypospolitej zasłużyła sobie na wdzięczność nie tylko uczciwego rosyjskiego patrioty, ale na wdzięczność ludzkości po prostu. Uratowała ona bowiem polskich Żydów na tym obszarze przed pogromem, jaki zgotowaliby im niechybnie polscy sąsiedzi". Tu Kuniajew z największą satysfakcją odwołuje się do rewelacji z Jedwabnego. Oto jest prawdziwa Polska! Nareszcie zrzuciła maskę szlachetności, pokazała światu swe krwawe oblicze. Polacy byli gotowi do holokaustu ze szczerego serca. Dane im było go dokonać w Jedwabnem i okolicy, ale mogło być o wiele gorzej. Kuniajew uświadamia tę możliwość swym czytelnikom, cytując z aprobatą uwagę Krzysztofa Teodora Toeplitza ("Przegląd" z 27 listopada 2001 r.), iż Polacy chętnie przypominają swoich policjantów, zamordowanych w Miednoje i Katyniu, nie chcą natomiast pamiętać o tym, że ci policjanci, którzy tam nie trafili, pomagali następnie hitlerowcom w ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej! Autor artykułu "Szlachta i my" doprowadza tylko myśl Toeplitza do logicznego końca. NKWD walczyło w istocie z "odwiecznym polskim antysemityzmem, nie zwalczyło go w pełni, gdyż nie wszyscy polscy antysemici znaleźli się po prostu w zasięgu jego możliwości".
W książce "Od imperium do imperium" (s. 275) prof. A. Nowak pisze, iż "(...) przyznanie się Polaków, polskich władz państwowych do zbrodni na ludności żydowskiej w Jedwabnem, powoduje zarazem, że cały mit Polski-ofiary musi lec w gruzach. W Jedwabnem znajduje Kuniajew doskonały punkt wyjścia do rozbicia całego katalogu polskich pretensji historycznych wobec... Rosji i do sformułowania własnego aktu oskarżenia pod adresem Polaków. Ten akt oskarżenia chce Kuniajew pokazać nie tyle samym Polakom, ile rosyjskim polonofilom. Wychodząc ze stwierdzenia, że wszyscy żyjący jeszcze rosyjscy polonofile to Żydzi, Kuniajew krzyczy do nich: Widzicie, oto wasi idole, Polacy! Naród, który dokonuje 'hołokost po wielieniju sierdca'. Teraz Rosja może spojrzeć w twarz Polsce z ulgą: to Polska jest jedynym siedliskiem antysemityzmu we wschodniej Europie, Polska jest historyczną zbrodniarką, Rosja nie ma wobec niej żadnej winy. Przeciwnie, teraz będzie można wreszcie przedstawić katalog polskich zbrodni i przewin wobec Rosji, które wszelkim posunięciom politycznym państwa rosyjskiego (czy sowieckiego) wobec Polski i Polaków pozwalają nadać charakter co najwyżej odpłaty albo też roztropnej prewencji. Kuniajew taki katalog sporządza i taką interpretację nadaje całej polityce rosyjskiej i sowieckiej wobec Polski - od Katarzyny II do Stalina".
W książce "Russkij polonez" Kuniajew wiele stron (od s. 69 do s. 86) poświęca atakom na Polaków za sprawę Jedwabnego, rzucając oskarżenia na cały polski Naród. Przy okazji gromko strofuje (op. cit., s. 72-73) ks. kard. Józefa Glempa i ks. bp. Stanisława Stefanka za nieokazanie należytej pokory wobec Żydów z powodu jedwabieńskiej zbrodni.

Jedwabne a Katyń
Sprawa Jedwabnego staje się dla Kuniajewa szczególnie dogodnym środkiem do przejścia do odpowiednio zakłamanych komentarzy na temat Katynia. Akcentuje: "Polacy, którzy spalili w Jedwabnem i w wielu innych miasteczkach dwa tysiące, a być może 6 razy więcej [Żydów], do tej pory trwa spór o liczbę, powinni siedzieć cicho i skończyć z tym zawodzeniem i histeryzowaniem o Katyniu. Zwłaszcza że wina Polaków jest bezsporna, a sowieckich enkawudzistów - nie. W końcu polskich oficerów rozstrzelano z niemieckiej broni, używając niemieckiej amunicji" (cyt. za przekładem E. Zarzyckiej, op. cit.).
W podawanych przez siebie nawzajem sprzecznych interpretacjach Katynia (jedną z nich jest to, że zbrodni dokonali Niemcy) Kuniajew pisze, że "za zbrodnię odpowiadają żydowscy funcjonariusze NKWD (pułkownik Rajchman - co zbrodnię tę usprawiedliwia poniekąd jako swego rodzaju odpłatę za krwawy polski antysemityzm, a nawet swoisty środek zapobiegawczy, który ograniczył możliwe konsekwencje owego antysemityzmu (gdyby policjanci polscy nie zostali zastrzeleni w Miednoje, być może mordowaliby później Żydów w polskich gettach..." (wg A. Nowaka: "Od imperium do imperium", s. 274). Kuniajew twierdzi wprost: "Głównym organizatorem Katynia był Ławrientij Beria, jego prawa ręka pułkownik Rajchman, polski Żyd, przybył do Polski z Armią Czerwoną pod koniec wojny. W 1951 roku, kiedy był już generałem lejtnantem, został aresztowany za próbę wyjazdu do Izraela z kosztownościami na sumę kilku milionów dolarów. (...) Może Polacy w Jedwabnem po prostu mścili się za Katyń? - Trzeba starannie zbadać, kto ich [w Katyniu - red.] rozstrzeliwał. Być może, nie całkiem Rosjanie. Albo zupełnie nie Rosjanie, wbrew przeprosinom Jelcyna i Kwaśniewskiego, który się z nim zgodził. (...) I my, Rosjanie, nie mamy czego w tej żydowsko-polskiej plątaninie szukać! (...)" (powyższy tekst Kuniajewa jest cytowany za przekładem I. Lewandowskiej w artykule: Ta przeklęta szlachta, "Gazeta Wyborcza" z 14 listopada 2002 r.).
Przypominając rolę żydowskich komunistów w rządach bolszewickich, Kuniajew wyjaśnia z wyraźną ulgą: "Jakie to szczęście, że Rosjanie, którzy przeżyli czasy Ulickiego, Swierdłowa, Jagody, Arganowa, Frenkla, Bermana, Firina, Rappaporta i innych generałów Gułagu, ani w czasach wojny i okupacji, ani w czasie stalinowskiej powojennej dyktatury nie urządzili swojego Jedwabnego! A przecież mieli na to mściwych starozakonnych praw nie mniej, a może nawet więcej niż szlachta. Jakaż ulga, że u nas tą dziedziną życia rządziło państwo! (...) No bo co ono zrobiło takiego? Rozpędziło Komitet Antyfaszystowski, rozstrzelało 13 ludzi (nie dlatego, że to Żydzi, tylko za to, że chcieli sobie przywłaszczyć Krym), pohałasowało na temat kosmopolitów, kogoś zwolniło z pracy, kogoś za pochodzenie nie dopuściło na studia albo nie awansowało. (...) Czy można to porównać z tysiącami [w Jedwabnem - red.], spalonymi żywcem?" (cyt. za: I. Lewandowska, op. cit.).
Wśród antypolskich oszczerstw Kuniajewa znalazło się, cytowane za jakimś żydowskim "historykiem", stwierdzenie: "Oni [Polacy] pokornie wydali Niemcom 2 mln 800 tys. Żydów z 3 mln 300 tys. żyjących w kraju" (cyt. za: E. Zarzycka, op. cit.).
Przechodząc do spraw aktualnych, Kuniajew oskarża Polskę o antyrosyjską służalczość w służbie USA. Nazywa Polskę "największą puszczalską największego pana na świecie - Stanów Zjednoczonych". Pod koniec swego antypolskiego paszkwilu w "Naszym Sowriemienniku", Kuniajew wychodzi ze złowieszczym ostrzeżeniem pod adresem Polaków: "Im głośniej Polacy będą krzyczeć o swoich moralnych i terytorialnych stratach na Wschodzie, o konieczności 'reparacji i odszkodowań' ze strony wschodniego sąsiada, tym szybciej przybliżają moment, kiedy Niemcy zdecydowanie i ostatecznie odbiorą im Śląsk i ziemie pruskie, podarowane Polsce przez Stalina w 1945 r. i też zażądają reparacji i odszkodowań".
Komentujący paszkwil Kuniajewa redaktor naczelny "Nowoj Polszy" profesor Jerzy Pomianowski, tłumacz Sołżenicyna i Babla, tak ocenił ideologię wyrażaną przez ludzi typu Kuniajewa: "Rosjan nie wabią już hasła kolektywizmu, a nieudolnie wprowadzany liberalizm poniósł klęskę. Na placu pozostała szowinistyczna ideologia imperialna, z Polską w roli dyżurnego wroga. Niestety, innych ideologów nie słychać" (cyt. za: E. Zarzycka, op. cit.).

Prof. Jerzy Robert Nowak

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=98103


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Europejska historia bez Polski

Polityka historczyna UE.

W mającym powstać w Brukseli muzeum nie będzie miejsca ani dla dziejów Polski, ani dla wspólnej historii polsko-niemieckiej

Serwis internetowy TVP info dotarł do koncepcji Domu Historii Europy, który ma powstać w Brukseli na zlecenie Parlamentu Europejskiego. Liczący 25 stron dokument został opracowany przez gremium składające się z dziewięciu historyków pod przewodnictwem dyrektora niemieckiego Domu Historii prof. Hansa Waltera Hüttera.

Jego zawartość jest szokująca: w przeszłości nie miały miejsca konflikty polsko-krzyżackie ani tym bardziej bitwa pod Grunwaldem. Wspomniana jest potęga Prus i Rosji, nie pojawia się jednak żadna wzmianka o rozbiorach. Polska walczyła z Niemcami tylko dopaździernika1939 roku, potem „Polacy przestali stawiać opór“. Nie było też Armii Krajowej ani powstania warszawskiego, dowiadujemy się natomiast, że okupacja niemiecka była „traumatycznym przeżyciem”. Nie ma wzmianki o „Solidarności“, a koniec komunizmu zapoczątkował upadek muru berlińskiego. Ani słowa o polskim okrągłym stole i wyborach w 1989 roku. Na tym nie koniec. Dokument, który opisuje historię europejską ostatnich 3 tysięcy lat, jest pełen błędów merytorycznych. Wynika z niego między innymi, że chrześcijaństwo narodziło się w IV wieku naszej ery.

„Koncepcja jest merytorycznie słaba, niespójna i pełna przekłamań. Zawiera między innymi sugestię, że Polska przez cały czas trwania drugiej wojny światowej była krajem neutralnym. To zwyczajne kłamstwo” - mówi „Rz” historyk i eurodeputowany PiS prof. Wojciech Roszkowski. Jego zdaniem nie można się oprzeć wrażeniu, że projekt muzeum powstał z przyczyn politycznych. „Nie wiem, jaki jest cel tego przedsięwzięcia, ale nie możemy dopuścić do tego, by powstało muzeum, które w ten sposób wypacza proporcje historyczne” - mówi europoseł.

Przewodniczący gremium historyków prof. Hans Walter Hütter odpiera zarzuty. Według niego miejsce w muzeum mają znaleźć jedynie te wydarzenia z historii Polski, które wpłynęły nabieg wydarzeń na kontynencie. „Polski okrągły stół nie zasługuje na miejsce w muzeum. Armia Krajowa też nie. Dlaczego? Bo muzeum nie dotyczy historii polsko-niemieckiej ani historii Polski. To muzeum europejskie. Nikt nie może oczekiwać, że znajdzie się w nim każdy szczegół z historii narodowej” - uważa Hütter. Za szczegół uznaje także bitwę pod Grunwaldem. Jest przekonany, że wydarzenia drugiej wojny światowej zostały przedstawione w sposób niebudzący kontrowersji. Także zbrodnie nazistowskie. „Spędziliśmy na dyskusjach wiele godzin i nie było między nami żadnych większych kontrowersji. Polskę reprezentuje w sposób doskonały prof. Włodzimierz Borodziej” - dodaje Hütter.

Polski historyk też nie widzi podstaw do oburzenia. „Wiele tematów ważnych dla Polaków nie zostało uwzględnionych w założeniach muzeum, podobnie jak i wiele tematów ważnych dla innych krajów europejskich. Trzeba było dokonać jakiegoś wyboru” - powiedział „Rz” prof. Borodziej.

Historyk twierdzi, że wziął udział w opracowaniu koncepcji muzeum, bo „prosił go oto przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Pöttering”. „Miałem taki sam wpływ nakoncepcję muzeum jak reszta historyków ” - dodaje. Wpływ ten mógł być jednak niewielki. Jak dowiedziała się nieoficjalnie „Rz”, Pöttering przedstawił historykom gotową koncepcję muzeum, którą mieli tylko zatwierdzić. Mają na to wskazywać rażące historyczne przekłamania.

Jeśli 15 grudnia prezydium i komisja kultury PE przyjmą założenia historyków, muzeum będzie mogło powstać już w przyszłym roku.

Aleksandra Rybińska
Piotr Jendroszczyk


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Muzeum historii Europy jest to projekt skandaliczny

Paweł Lickiewicz: Europarlament przedstawił właśnie projekt muzeum historii Europy, pod nazwą Domu Historii Europejskiej. Dlaczego pan go oprotestował?
Wojciech Roszkowski: Jest to projekt skandaliczny Opiera się na przemilczeniach i przekłamaniach - wypacza proporcje historyczne.

P.L.: Krzywdzi Polaków?

W.R.: Jeżeli muzeum miałoby powstać w tym kształcie, to codziennie powinna przed nim stać polska pikieta.

P.L.: Czego w takim razie zabrakło w projekcie?

W.R.: Składa się na niego 116 punktów. Myślę, że w projekcie tej skali przynajmniej hasłowo powinno być wspomniane to, co zupełnie pominięto: państwo Jagiellonów, Rzeczpospolita Obojga Narodów, rozbiory, Powstanie Warszawskie, Solidarność.

P.L.: To przemilczenia. A przekłamania?

W.R.: Choćby taki przykład: opór Polski po agresji niemieckiej w 1939 roku trwał do października. Co prawda kampania wrześniowa się skończyła, ale opór Polaków przeciwko hitleryzmowi trwał przecież do 1945 roku. Walczyliśmy na wszystkich frontach II wojny światowej.

P.L.: Czy w projekcie Brukseli tylko Polska została potraktowana po macoszemu?

W.R.: Zwraca uwagę całkowicie fałszywe ujęcie tożsamości europejskiej - brak jest w nim odniesienia do korzeni Europy. Właściwie w ogóle nie ma tego, co konstytuowało Stary Kontynent: filozofii greckiej, prawa rzymskiego. Szczególnie skandaliczne są fragmenty dotyczące chrześcijaństwa. Według autorów tego projektu zaczyna się ono w IV wieku naszej ery

P.L.: Dopiero wówczas chrześcijanie powszechnie uznali krzyż za symbol tryumfu, a nie klęski...

W.R.: Należy rozróżnić dwie rzeczy. W IV wieku chrześcijaństwo stało się religią państwową Imperium Rzymskiego. Ale przecież ta religia zaczęła się trzy wieki wcześniej, razem z Chrystusem. Chrześcijaństwo bardzo szybko stało się religią uniwersalistyczną, tyle że prześladowaną. Pierwsze gminy chrześcijańskie w ciągu stu lat powstały w całym basenie Morza Śródziemnego. To religia, która już wówczas miała absolutnie oczywistą tożsamość. Autorzy najwyraźniej naczytali się „Kodu Leonarda da Vinci" i stąd ten IV wiek.

P.L.: Unię Europejską tworzy kilkadziesiąt państw i narodów. Ich historyczne narracje albo mają ze sobą niewiele wspólnego -jak np. historia Portugalii i Polski - albo łączą je silne więzy, ale odmiennie postrzegane, jak stosunki duńsko-szwedzkie, francusko-niemieckie, polsko-niemieckie, węgiersko-słowackie...

W.R.: Zgoda, nie sposób jest zaprzeczyć temu, że dziedzictwo Europy jest bardzo różnorodne. I przecież sztandarowym hasłem Unii Europejskiej jest jedność w różnorodności. To rodzi jednak pytanie, w jaki sposób uwzględnić pretensje wszystkich stron. Nie można dawać głosu wyłącznie państwom dużym albo tylko tym o najdłuższej tradycji historycznej. Należy np. wspomnieć o powstaniu Estonii w 1918 roku. Brak informacji na temat istnienia Rzeczpospolitej Obojga Narodów uważam za błąd karygodny. Był to w Europie pierwszy projekt państwa wieloetnicznego. Trwał przez trzysta lat na ogromnym obszarze i jest wspólnym dziedzictwem nie tylko Polaków, ale też Białorusinów, Ukraińców, Litwinów i Żydów.

P.L.: Czy przemilczenia i przekłamania, które zawiera ten projekt, są skutkiem celowych zabiegów, czy niewiedzy?

W.R.: Jest to działanie czysto polityczne. - Czyje? -Z inicjatywą tego projektu wystąpił przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering, powołując grono dziewięciu ekspertów. I to na nich spoczywa odpowiedzialność za jego kształt.

P.L.: Mamy do czynienia z próbą pisania historii na nowo?

W.R.: Jak najbardziej. Można to nazwać ofensywą europejskiej polityki historycznej . Jeżeli dzisiaj ktoś w Polsce mówi, że nie warto uprawiać polityki historycznej, to niech przeczyta ten projekt. Bo w nim polityki historyczne jest uprawiana na całego. Mam wrażenie, że w tej chwili zastępuje ona dawne ideologie. Już nie mówi się o socjalizmie, liberalizmie, konserwatyzmie, tylko o historii - o „wspólnych korzeniach".

P.L.: To chyba zdecydowany postęp, że skonfliktowany kontynent zaczął mówić o wspólnych korzeniach (dotąd nawet jedna religia była katalizatorem dla konfliktów opartych na różnicy wyznań)...

W.R.: Wolałbym, żebyśmy mieli różne pamięci niż wspólną, ale fałszywą. Zmierza to do tego, że będzie jedna oficjalna wykładnia historii Europy ale taka, która jest bardzo daleka od prawdy

P.L.: Jakie to może przynieść konsekwencje dla nas, Polaków...

W.R.: Będziemy krok po kroku coraz bardziej marginalizowani. Musimy więc walczyć na niwie politycznej o to, aby pamięć historyczna była przede wszystkim sprawiedliwa.

P.L.: Gdzie się znajdzie ten Dom Historii Europejskiej? Jakim budżetem będzie dysponować?

W.R.: W projekcie nie wskazano siedziby. Zaznaczono tylko, że muzeum ma się znaleźć w jednym z krajów centralnie położonych w Europie. Podejrzewam, że chodzi o Francję albo Niemcy, gdyż w tym projekcie dominuje wizja francusko-niemiecka.

P.L.: Czyli jaka?

W.R.: Najkrócej: dzieje Francji i Niemiec dominują nad resztą Europy; relatywizuje się czynniki konstytuujące Europę; eliminuje się z pamięci dziedzictwo chrześcijaństwa.

P.L.: Czy dostrzega pan swego rodzaju trend do tworzenia historii europejskiej? Np. Muzeum Historii II Wojny Światowej...

W.R.: Jeżeli w ogóle możemy porównywać, to projekt profesora Machcewicza w stosunku do projektu Domu Historii Europejskiej jest jak niebo a ziemia. Projekt muzeum II wojny światowej jest lepszy, choć nie brakuje mu wad i zawiera w sobie pewne niebezpieczeństwa.

P.L.: Czy może się pan podzielić uwagami co do projektu muzeum II wojny światowej?

W.R.: Trochę mnie w nim razi łatwość europeizacji tragedii. Tzn. obawiam się, czy tragedia wojny nie będzie zbyt łatwo sprowadzona do jednego mianownika - że wszyscy cierpieli tak samo. Z jednej strony to prawda, ale jednak nie można w takim muzeum abstrahować od tego, gdzie wojna się zaczęła.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Roszkowski przekaże Poetteringowi poprawki do projektu Domu Historii Europejskiej

Eurodeputowany Wojciech Roszkowski (PiS) przekaże w poniedziałek przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego Hansowi Gertowi Poetteringowi list z poprawkami do projektu Domu Historii Europejskiej, zgłoszonymi przez europarlamentarzystów z 12 krajów.

Roszkowski w ostatni czwartek przekazał przewodniczącemu Poetteringowi list ze swoimi uwagami do projektu Domu Historii Europejskiej, dotyczącymi m.in. roli Polski podczas II wojny oraz związków między „Solidarnością” i działaniami papieża Jana Pawła II a upadkiem komunizmu.

Pod pismem podpisali się także przedstawiciele Litwy, Grecji, Łotwy, Węgier, Wielkiej Brytanii, Finlandii, Estonii, Czech, Włoch, Słowacji i Irlandii, którzy zadeklarowali chęć poszerzenia listu o swoje uwagi odnośnie projektu.

„Poprawki wprowadzane przez sygnatariuszy listu z innych krajów wciąż wpływają. Obecnie jest ich ponad 40. W weekend planuję zredagowanie ostatecznego tekstu, zawierającego wszystkie uwagi dotyczące projektu. Liczę, że w sumie powinno ich być ok. 50” - powiedział PAP w piątek Roszkowski.

Pełna lista poprawek ma zostać przekazana w poniedziałek do biura przewodniczącego Poetteringa oraz złożona przedstawicielom Komisji Kultury Parlamentu Europejskiego.

„Poprawki wniesione przez eurodeputowanych dotyczą korzeni Europy, czyli braku określenia tożsamości europejskiej - a więc filozofii greckiej, prawa rzymskiego i chrześcijaństwa. Za ważny brak uznano także nieuwzględnienie faktu, że Europa była centrum innowacji technologicznej i cywilizacyjnej” - wyjaśnił Roszkowski.

Według relacji polskiego eurodeputowanego, zwrócono także uwagę na nieuwzględnienie historii państw bałtyckich i bałkańskich, brak informacji o sojuszu niemiecko-sowieckim z lat 1939–41, brak rozróżnienia pomiędzy nacjonalizmami a ruchami narodowotwórczymi, dzięki którym odrodziła się m.in. Polska czy państwa bałtyckie.

Projekt Domu Historii Europejskiej, zajmującego się pielęgnowaniem pamięci o europejskiej historii i dziele jej zjednoczenia, otwartego na przedstawianie dalszego kształtowania się tożsamości europejskiej, został przygotowany na zamówienie prezydium PE i przyjęty przez nie jako dokument pomocniczy 15 września br. Placówka ma stanowić nowoczesne centrum wystawowe, dokumentacyjne i informacyjne o powierzchni ok. 4 tys. m kw., mieszczące ekspozycję stałą dotyczącą historii Europy oraz wystawy czasowe.

Planowane jest także stworzenie centrum informacyjnego, w którym odwiedzający będą mogli uzyskać szczegółowe informacje na temat przeszłości, procesu integracji i teraźniejszości Europy. Ofertę ma wzbogacać organizacja różnego typu imprez i wydawanie publikacji. Ekspozycja stała ma dotyczyć przede wszystkim historii Europy od I wojny światowej do czasów współczesnych.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Stalinizm na Uniwersytecie Wrocławskim
Nasz Dziennik, 2008-12-10
Prof. Jerzy Robert Nowak

Uniwersytet Wrocławski od dawna słynął z nagromadzenia dużej liczby lewaków różnej maści. Mimo to jednak najnowsze wydarzenia, jakie tam miały miejsce, i tak okazały się dość szokujące dla wielu obserwatorów. Doszło tam bowiem do wyraźnego triumfu praktyk znanych tylko z okresu stalinizmu, no i może z czasów sławetnej kampanii pomarcowej 1968 roku.

Z pomocą nagonki, zainspirowanej przez lokalną redakcję wrocławskiej "Gazety Wyborczej" ze wsparciem kilku wpływowych profesorów - "cenzorów" przypuszczono obrzydliwy w formie atak na organizatorów naukowej konferencji na temat polskiej polityki historycznej, która miała się odbyć 10 grudnia 2008 r. w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Jej organizatorami byli dwaj znani naukowcy - dyrektorzy tego Instytutu - profesor Tadeusz Marczak i jego zastępca prof. Zdzisław J. Winnicki. Nagonka na konferencję doprowadziła do jej udaremnienia, co więcej, grozi się usunięciem dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych. Wszystko dlatego, że organizatorzy konferencji ośmielili się zaprosić jako jednego z 10 prelegentów tak nieprawomyślną osobę jak ja, którą "Wyborcza" oszczerczo oskarżyła kolejny już raz o rzekomy antysemityzm. Nie było ważne, że moje wystąpienie na konferencji nie miało mieć nic wspólnego z tematyką żydowską, a odnosić się do obrazu naszej historii w putinowskiej Rosji. W ataku chodziło - jak za dawnych, "dobrych" stalinowskich czasów - o zniszczenie konkretnej osoby i zamknięcie jej ust, choćby za cenę niedopuszczenia do odbycia przygotowywanej od paru miesięcy konferencji. Przy okazji zaś zaczęto publicznie nagłaśniać postulat ukarania dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych UW prof. T. Marczaka usunięciem ze stanowiska tylko za to, że śmiał zaprosić na konferencję kogoś tak "niepoprawnego politycznie" jak ja. Czyż to nie praktyki stalinizmu w najczystszej czy raczej najbrudniejszej formie?
Przypomnę, że konferencja naukowa z 10 grudnia 2008 r. w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego miała analizować następujący temat: "Polska i Polacy we współczesnej polityce historycznej Niemiec, Rosji, Litwy, Białorusi i Ukrainy". Poza wstępnymi wprowadzeniami dyrektora Instytutu prof. dr. hab. T. Marczaka i wicedyrektora prof. dr. hab. Z.J. Winnickiego miały być wygłoszone następujące referaty:
1. Dr M. Sienkiewicz (Instytut Studiów Międzynarodowych, Wrocław): Polityka historyczna - istota, cele, znaczenie, zastosowania, praktyka współczesna.
2. Dr S. Garsztecki (Uniwersytet w Bremie): Polska i Polacy we współczesnej "polityce historycznej" Niemiec.
3. Prof. dr hab. H. Stroński (Stow. Naukowców Polskich na Ukrainie): Polska i Polacy we współczesnej "polityce historycznej" Ukrainy.
4. Dr Agnieszka Sawicz (Akademia Obrony Narodowej): Polska i Polacy we współczesnej "polityce historycznej" Ukrainy.
5. Prof. dr hab. Z.J. Winnicki (Instytut Studiów Międzynarodowych, Wrocław): Polska i Polacy we współczesnej "polityce historycznej" Białorusi.
6. Red. Jan Sienkiewicz (Wilno): Polska i Polacy we współczesnej "polityce historycznej" Litwy.
7. Dr hab. J.R. Nowak (prof. Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, Toruń): Polska i Polacy we współczesnej "polityce historycznej" Rosji.
8. Red. P. Semka ("Rzeczpospolita"): Uwagi o polityce historycznej współczesnych Niemiec.
9. Dr Grzegorz Tokarz (Instytut Studiów Międzynarodowych, Wrocław): Polityka historyczna - propaganda czy budowanie patriotyzmu.
10. Dr Janusz Kawalec (PWSZ w Nysie, Ośrodek Pamięć i Przyszłość): Muzeum Ziem Zachodnich jako przykład regionalnej polityki historycznej.
Jak z tego wynika, planowana konferencja naukowa miała mieć bardzo ambitny charakter, skupiając obok badaczy z kraju również naukowców z Niemiec, Litwy i Ukrainy. Konferencja po raz pierwszy w kraju miała podnieść sprawy zagrożeń wynikających z deformowania obrazu dziejów Polski w krajach sąsiednich. Pisałem o tym wiele w sposób bardzo alarmujący w dziesięciu obszernych, dwukolumnowych artykułach na łamach "Naszego Dziennika" w ostatnich paru miesiącach. Jak bardzo realne były akcentowane przeze mnie problemy, świadczy ogromnie niefortunny, wręcz skandaliczny projekt Muzeum Historii Europejskiej, w którym wyraźnie skrajnie, po macoszemu potraktowano sprawę wkładu Polski w dzieje Europy.
Skrajne deformacje w obrazie dziejów Polski za granicą w niemałej mierze są też pochodnymi antypolonizmu, tak często i wytrwale szerzonego przez różne wpływowe polskie media, na czele z "Gazetą Wyborczą". Nic więc dziwnego, że sam pomysł zorganizowania takiej konferencji wyraźnie nie przypadł w smak redaktorom "Gazety Wyborczej" z jej edycji wrocławskiej. W gazecie tej przypuszczono koncentryczny atak na planowaną konferencję naukową, za dość szczególny pretekst ataku, wybierając planowane moje wystąpienie na konferencji. Z atakami na mnie, jako rzekomego antysemitę, wystąpili dziennikarze "Gazety Wyborczej": Jacek Harlukowicz i Jerzy Robert Sawka. Jak zwykle w tego typu napaściach ograniczono się do oszczerczych uogólnień, bez podania jakichkolwiek konkretów. Powtórzyły się metody haniebnej nagonki "Wyborczej" przeciwko mnie, rozwijanej w czasie mego objazdu kraju (64 spotkania od 9 lutego do 30 czerwca 2008 r. w kampanii przeciwgrossowej). Nie było żadnych argumentów, tylko kalumnie i pomówienia o antysemityzm, ksenofobię i nacjonalizm. Pomówienia te są tym bzdurniejsze, że jak dotąd nikt w Polsce nie napisał więcej ode mnie o polskich patriotach pochodzenia żydowskiego i Żydach polonofilach, m.in. w odrębnym tomiku "Przemilczani patrioci polscy". (Osobnymi kalumniami, zarzucającymi mi prożydowskość, ściga mnie od lat prowokator L. Bubel). Trwająca kilka dni nagonka wrocławskiej redakcji "Wyborczej" na konferencję i mnie osobiście okazała się bardzo skuteczna, dzięki wsparciu jej przez różnych przedstawicieli wrocławskiego uniwersyteckiego "betonu" - profesorów nader skwapliwie kreujących się na nowych cenzorów. Nagonka osiągnęła cel: udało się zdławić pomysł konferencji na parę dni przed jej rozpoczęciem i jeszcze myśli się o sankcjach wobec organizatorów konferencji, która miała podejmować tak ważne tematy z zakresu polskiej polityki historycznej. Nagonka się udała, przynosząc prawdziwą, trudną do wymazania hańbę wrocławskiemu uniwersytetowi, którego najwyższe władze ugięły się przed podłymi szantażystami.

Naukowcy - entuzjaści cenzury
Wrocławska edycja "Gazety Wyborczej" z 5 grudnia 2008 r. przedstawiła głosy naukowców z Uniwersytetu Wrocławskiego atakujących zaplanowaną konferencję naukową z moim udziałem. Co przy tym było najbardziej groteskowe - przeważającą część tych gorliwych nowych "cenzorów" stanowili ludzie jak najodleglejsi od dziedziny, która miała być tematem konferencji naukowej - tj. polskiej polityki historycznej. Gromko zabrzmiał np. głos dziekana Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Wiesława Fałtynowicza: "Wiadomość o zaproszeniu Jerzego Roberta Nowaka na uniwersytet w charakterze prelegenta zirytowała mnie. To skandal, bo w ten sposób psuje się dobre imię uczelni. Przykro mi zarazem, że to się dzieje na moim uniwersytecie. Władze uniwersytetu powinny ostro zareagować. Rektor może przecież zwołać kolegium dziekańskie w tej sprawie i podjąć decyzję o zakazie wpuszczania na uczelnię w charakterze prelegentów osób, które głoszą antysemityzm. Rozumiem, że na uniwersytecie dba się o pluralizm i swobodę w wypowiadaniu różnego typu opinii. Jednak nie możemy się zgodzić, aby z uniwersyteckiej katedry były głoszone poglądy, które podlegają sankcji prokuratorskiej".
Zapytam, skąd ten nieszczęsny Fałtynowicz (pomijam tytuł profesora tego jegomościa, podobnie jak on zapomina, że od kilkunastu lat wykładam jako profesor na uczelni) wziął swój zarzut, że rzekomo głoszę poglądy, które "podlegają sankcji prokuratorskiej". Na jakiej podstawie oparł swoje oszczercze pomówienie? Skąd pochodzą głoszone przez niego kalumniatorskie brechty? Czy ten biolog ma jakiekolwiek pojęcie, co znaczy wspomniany przez niego pluralizm?
Atakujący mnie dziekan Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego Wiesław Fałtynowicz jest szerzej znany poza swoją specjalnością głównie z bardzo ostrego sprzeciwu wobec lustracji. W 2007 roku wysłał do prezydenta Lecha Kaczyńskiego swoje oświadczenie antylustracyjne, z dołączonym doń ostrym listem. Pisał w nim m.in.: "By pozostać wiarygodnym, nie mogę być bierny wobec oszczerstw i zarzucania mi i tysiącom innych obywateli działalności nieetycznej, a właśnie pan i panu podobni twierdzą, że jeśli występują przeciw lustracji, to na pewno mają coś na sumieniu". Gwałtowną niechęć Fałtynowicza do PiS i prezydenta Lecha Kaczyńskiego dobrze ilustrował zwrot "pan i panu podobni". W wywiadzie udzielonym Beacie Maciejewskiej z wrocławskiej edycji "Gazety Wyborczej" 19 marca 2007 r. Fałtynowicz stwierdzał już w tytule: "Lustracja to złamane sumienie".
W sprawie konferencji naukowej zabrała również głos dość odległa od jej tematyki dyrektor Instytutu Filologii Romańskiej, prof. Krystyna Gabryjelska, głosząc wszem i wobec: "Udział Jerzego Roberta Nowaka w konferencji naukowej, organizowanej na Uniwersytecie Wrocławskim, to dla mnie skandal i totalna nieodpowiedzialność. Razi mnie to i boli. Uczelnia nie jest niczyją prywatną własnością - to nie jest dom czy klub dyskusyjny, do którego można zaprosić każdego prelegenta. Żaden dyrektor instytutu nie może zapominać, że uniwersytet ma misję do spełnienia i jest ona zdecydowanie daleka od specyficznych, skompromitowanych idei Nowaka. Oddając mu uniwersytecką katedrę do szerzenia nienawiści, antysemityzmu, robimy moralny krok wstecz. Niech sobie Nowak głosi swoje poglądy, ale poza uniwersytetem. To dorosły i ukształtowany człowiek, nie naszą rolą jest przekonywanie go, że jego idee są nieobyczajne. Z jego poglądami się nie dyskutuje, bo tak głęboko cofnął się w rozwoju ludzkości, że brak ku temu podstaw intelektualnych. Jego koncepcje można jedynie pominąć milczeniem pełnym zażenowania. Nie jest prawdą, że zabraniając mu wystąpienia, wprowadzamy cenzurę. Taki zakaz to przejaw odpowiedzialności. My przecież uczymy młodzież! Mocno powątpiewam w akademickość jego wykładu. Mam nadzieję, że do środy pan dyrektor Instytutu Studiów Międzynarodowych zrozumie, że środowisko uniwersyteckie nie życzy sobie występu Nowaka i odwoła wykład. Nie przyjść na niego to za mało".

Romanistka Gabryjelska, która ma wielokrotnie mniejszy dorobek naukowy ode mnie, jeśli chodzi o ilość publikacji i ich znajomość w szerszych kręgach naukowych, wyrokuje na temat rzekomych "skompromitowanych idei Nowaka", nie podając znów żadnego dowodu mego rzekomego "antysemityzmu". Jako zupełną, totalną brechtę należy przyjąć żałosny, niegodny prawidłowo formującego opinie naukowca zwrot, iż rzekomo "głęboko cofnąłem się w rozwoju ludzkości". Gabryjelska woła: "Mocno powątpiewam w akademickość jego wykładu". Zapytam więc, na jakiej podstawie Gabryjelska wysuwa swoje powątpiewania, co w ogóle wie o dziedzinie, której miała być poświęcona konferencja naukowa? Jedno jest pewne - jej wypowiedź jest typowym przykładem dogmatycznego ciemnogrodu, godnego najgorszych czasów stalinowskich, gdy niszczono "nieodpowiedzialnych" naukowców: Władysława Tatarkiewicza, Kazimierza Ajdukiewicza, Juliana Krzyżanowskiego, Henryka Wereszyckiego, Władysława Konopczyńskiego, etc. Zabrakło tylko apelu: "Zamknąć Nowaka i po krzyku, melduję, Panie Naczelniku!". (W przypadku K. Gabryjelskiej jej nader ostre oświadczenie można tłumaczyć przede wszystkim typową dla niej chęcią lansowania się za wszelką cenę.) Według wrocławskiej edycji "Gazety Wyborczej" z 16 kwietnia 2008 r., Gabryjelska usiłowała kandydować na rektora Uniwersytetu Wrocławskiego wbrew istniejącym przepisom, które uniemożliwiają ubieganie się o funkcje rektorów ze strony osób, które jednocześnie są zatrudnione na uczelni i pobierają emerytury. Gabryjelskiej nie wpuszczono na obrady kolegium rektorów, gdyż uczelniana komisja wyborcza uznała, że nie przysługuje jej bierne prawo wyborcze. Pani ta, cierpiąca na wyraźny przerost ambicji, już trzy lata wcześniej startowała w wyborach na rektora w rywalizacji z rektorem prof. Leszkiem Pacholskim. Poniosła jednak sromotną klęskę, uzyskując tylko 15 głosów - Pacholski dostał ich 99. Jeszcze bardziej sromotna była klęska Gabryjelskiej w wyborach rektora UW w 2008 roku. Zdobyła zaledwie 17 głosów na tle prof. Marka Bojarskiego (112 głosów) i prof. Pacholskiego (60 głosów). Dobrze wyraża to skalę "popularności" Gabryjelskiej na własnej uczelni. Jest ona znana ze skrajnych "uczuleń" politycznych. Na przykład ostro oponowała przeciwko przeniesieniu na polski grunt amerykańskiej specjalności o nazwie "przywództwo polityczne". Nazwa ta kojarzyła się jej i wspierającym ją profesorom z "hitleryzmem" (!). Większość profesorów przełamała jednak te sprzeciwy.
Kolejny romanista z Instytutu Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego Aleksander Labuda zawyrokował: "Nie podoba mi się pomysł zaproszenia Jerzego Roberta Nowaka do udziału w konferencji na Uniwersytecie Wrocławskim. Mamy tu do czynienia z egzemplarzem gatunku homo sapiens o silnie zaburzonym postrzeganiu rzeczywistości, co cechuje nieuleczalnych antysemitów i ksenofobów. Nie przypuszczam, żeby swym wystąpieniem mógł wnieść coś istotnego, z pewnością natomiast przyniesie wstyd uniwersytetowi. To mnie boli, bo pracuję na tej uczelni od 40 lat i ją lubię. Organizatorzy tej konferencji postąpili nierozważnie. Podoba mi się decyzja dziekana Wydziału Nauk Społecznych, który odmówił udziału w obradach. Za jego przykładem niech je bojkotuje, kto może".
Ja zaś apeluję do wrocławian, zn ajomych pana Labudy i podobnych mu homo sapiens z wrodzonymi skłonnościami do cenzorstwa i tłumienia wolności badań naukowych: czas najwyższy bojkotować na gruncie towarzyskim i nie podawać ręki ludziom, którzy chcą nas zawrócić do czasów stalinizmu, przywracać idee "mózgów w obcęgach". Warto byłoby zrobić specjalną listę hańby z opisanymi szczegółowo przejawami działań dla tłumienia wolności słowa i nauczania! Romanista Aleksander Labuda, podobnie jak Fałtynowicz, "wsławił się" poza swoją specjalnością głównie ostrymi wystąpieniami antylustracyjnymi w 2007 roku.
Kolejny utytułowany "cenzor" - prof. Stanisław Bereś z Instytutu Filologii Polskiej akcentował: "Szanujący się instytut nie zaprasza tego typu prelegentów, bo w ten sposób obniża swoją rangę i prestiż. Można Nowaka zaprosić, by pokazać studentom kulturowe kuriozum, by zapoznali się u źródła z samym jądrem twardym tego typu idei i dali im odpór. Grandą jest zapraszanie go na konferencję naukową na zasadach równoprawnego prelegenta".
A ja przypomnę niegodnemu szacunku z mojej strony poloniście Beresiowi, że okazałem się tak wielkim "kulturowym kuriozum", że Związek Literatów Węgierskich na wolnych Węgrzech w 1990 roku przyznał mi rzadko przyznawany cudzoziemcom tytuł nadzwyczajnego członka tegoż Związku Literatów. Przyznano mi ten tytuł za bardzo bogaty dorobek w popularyzowaniu węgierskiej literatury, m.in. za dwa pierwsze w Polsce wybory węgierskiego eseju, za dwa wybory poezji największego węgierskiego poety Andre Ady'ego, za wybór "Pamiętników" Franciszka Rakoczego, za opracowanie dziejów literatury węgierskiej XX wieku do "Dziejów Literatury Europejskiej XX wieku" i za dziesiątki szkiców na temat literatury węgierskiej. Moja działalność w sferze popularyzacji literatury i historii Węgier jest dość powszechnie znana. Prawdziwym "kuriozum" jest to, że nic nie wie o niej, jak widać, "znawca literatury" Stanisław Bereś. W latach 1996-2004 był on członkiem jury nagrody literackiej Nike, promowanej przez ludzi "Gazety Wyborczej". Wsławił się m.in. ogromniastym wywiadem-rzeką ze znanym autorem książek fantastyczno-naukowych Stanisławem Lemem pt. "Tako rzecze... Lem". Przypomnijmy, że Lem był w czasach stalinowskich chwalcą ubeków i "demaskatorem" imperializmu amerykańskiego. W opracowanym przez Beresia, bezkrytycznym, panegirycznym wywiadzie-rzece, Lem daje się poznać m.in. z chorobliwych obsesji antyreligijnych, drwin z Pana Boga i Kościoła katolickiego oraz wyzwiskami przeciwko Polsce i Polakom (np. "nasz naród jest ciemny jak mogiła"). (Por. szerzej uwagi w mojej książce: "Obłudnik Powszechny", Warszawa 2003, s. 37-42.)
Na tle ignorantów z zakresu tematyki planowanej konferencji naukowej wyróżnia się jeden "rodzynek" historyk prof. Wojciech Wrzesiński, były rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. Ten też nie omieszkał jednak wystąpić z gromami potępienia pod moim adresem i nawet pod adresem swojego wrocławskiego kolegi - historyka, organizatora udaremnionej konferencji naukowej prof. Tadeusza Marczaka. Stwierdził, co następuje: "Uniwersytet na pewno nie jest dobrym miejscem do głoszenia tez Jerzego Roberta Nowaka. Prezentuje on bowiem zestaw poglądów, z którymi naprawdę trudno się zgodzić. Pod płaszczykiem prowadzenia działalności naukowej, bo z prawdziwą nauką nie ma to nic wspólnego, wykorzysta naszą uczelnię do prowadzenia swojej działalności propagandowej. To, że prof. Marczak dobiera sobie takich prelegentów, mnie, jako jego byłego nauczyciela, dziwi. A jeśli twierdzi, że nie zna antysemickich wypowiedzi Jerzego Roberta Nowaka, to świadczy tylko o nim. I to świadczy źle".
Profesora Wojciecha Wrzesińskiego, autora licznych oszczerczych zdań wymierzonych we mnie, zapytam więc: niech Pan poda jeden jedyny przykład mego rzekomego antysemityzmu. Nie znajdzie Pan żadnego takiego przykładu, bo go nigdy nie było. Wstyd tak kłamać na starość! Czy nie żal Panu Profesorowi, że na starość "popisał się" Pan skutecznym współdziałaniem w udaremnieniu naukowej konferencji, mającej przedyskutować ważne sprawy dla naszej narodowej historii?
I oto taki "gruntowny" naukowiec był przez sześć lat prezesem Polskiego Towarzystwa Historycznego. Tak przedstawiają się niektóre historyczne "tuzy". Jak się zdaje, u prof. Wrzesińskiego na starość najwyraźniej odrodziły się ciągotki do kłamstw z dawnych jego młodzieńczych lat. Był przecież niegdyś mocno, ale to mocno zauroczony komunizmem jako wieloletni członek PZPR (od 1962 r. przez prawie dwa dziesięciolecia) i kierownik Zakładu Historii PRL (1972-1985). Ciekawe, że ten "gruntowny" naukowiec w ostatnich wydaniach "Kto jest kim w Polsce" "zapomniał" podać informację o swojej prawie 20-letniej przynależności do PZPR. Przypadek?
Uniemożliwienie odbycia konferencji naukowej na Uniwersytecie Wrocławskim dzięki naciskom "Gazety Wyborczej" i naukowców-cenzorów wywołało ogromną radość wśród redaktorów michnikowskiej gazety. Wyrażano ją już w kolejnych artykułach żałosnego wrocławskiego tropiciela "antysemityzmu" z ramienia "Wyborczej" - niejakiego Jacka Harlukiewicza. Ten dziennikarzyna, bez żadnego większego dorobku, mógł się cieszyć, że zablokował konferencję naukową z udziałem szeregu fachowców z kraju, konferencję, która miała przecież służyć poszerzaniu prawdy o dziejach Polski. Cóż to jednak obchodzi kosmopolitów z "Wyborczej", dla których słowo "naród" to coś niebywale groźnego. Znamienne były już same tytuły tekstów Harlukiewicza: "Jerzy R. Nowak we Wrocławiu persona non grata", "Profesorowie uniwersytetu nie chcą Nowaka", "Nowak poległ, dyrektor Marczak w tarapatach". W tym ostatnim tekście dziennikarzyna z "Wyborczej" wyrażał wyraźną satysfakcję z tego, że przy okazji zablokowania "niepoprawnej politycznie" konferencji naukowej mogą "oberwać" jej organizatorzy - dyrektor Instytutu Spraw Międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim prof. Tadeusz Marczak i jego zastępca prof. Zdzisław J. Winnicki. Harlukiewicz pisał z wyraźnym poczuciem Schadenfreude: "W piątek na posiedzeniu Rady Instytutu Spraw Międzynarodowych profesor Marczak oberwał za swój pomysł. Znalazł się pod ostrzałem przeciwników Jerzego R. Nowaka, ale twardo upierał się, że nie zna jego żadnych antysemickich wystąpień i określał Nowaka jak autorytet w sprawach polityki historycznej Rosji (...). Sprawa z Nowakiem może Marczaka kosztować stanowisko dyrektora Instytutu Studiów Międzynarodowych (...). Wniosek o jego odwołanie zostanie złożony z ciągu najbliższych tygodni - twierdzi jeden z profesorów. Zaproszenie przez niego Nowaka przelało czarę goryczy".
A więc zupełnie jak w czasach stalinizmu albo w czasie nagonki pomarcowej 1968 roku. Zaprosiłeś na konferencję "nieodpowiedniego", "niebłagonadieżnego" naukowca, zapłacisz usunięciem ze stanowiska!
Na szczęście nagonka "Wyborczej" i jej żałosne skutki w postaci uniemożliwienia odbycia konferencji naukowej wywołują również rosnące protesty w środowiskach naukowych, kulturalnych i politycznych Wrocławia. Z jednoznacznie ostrym, krytycznym stanowiskiem wobec organizatorów nagonki wystąpił b. wicemarszałek Sejmu, autor książki "Zniewolenie Polski" Janusz Dobrosz. Swoje oburzenie nagonką na organizatorów konferencji naukowej na temat polityki historycznej Polski wyrazili m.in. prezes klubu społeczno-politycznego "Spotkanie i Dialog" Lech Stefan, prezes stowarzyszenia "Pro Cultura Catholica" ks. Stanisław Pawlaczak i prezes stowarzyszenia "Związek Dolnośląski" Adam Maksymowicz.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Aby muzeum nie było karykaturą historii
Dom Historii Europejskiej


Wystawa ma bardziej uwypuklić zasługi chrześcijaństwa i zbrodnie komunizmu - chce tego grupa europosłów z nowych państw UE

Inicjatorem zmian w projekcie wystawy jest polski historyk i eurodeputowany Wojciech Roszkowski. „Gdyby zrealizować ten projekt w pierwotnym kształcie, byłaby to karykatura historii Europy” - mówi „Rz”.

Listę 43 poprawek przygotowali europosłowie zgromadzeni w nieformalnej grupie „Zjednoczona Europa, zjednoczona historia“. Wczoraj wieczorem na posiedzeniu prezydium Parlamentu Europejskiego zgłosił je polski wiceprzewodniczący Adam Bielan z PiS.

„Prezydium przyjęło ostatecznie projekt z dołączonym aneksem z poprawkami. Będzie to podstawa dalszych prac nad koncepcją wystawy” - mówi „Rz” Bielan. W styczniu prezydium powoła trzy grupy: polityczną, historyków i organizacyjną. „Będziemy się starali o polskiego przedstawiciela, wspólnego dla różnych grup politycznych, przynajmniej w grupie ekspertów” - dodaje Bielan. To oni przygotują ostateczny kształt Domu Historii Europejskiej.

Autorzy poprawek chcą podkreślenia roli chrześcijaństwa – na równi z filozofią grecką i prawem rzymskim - w tworzeniu cywilizacji europejskiej. Nie zgadzają się też na datowanie jego początku na IV wiek i określenie go jako „kombinacji żydowskiej tradycji i zorganizowanego Kościoła”. W dalszej części dziejów, we fragmentach istotnych dla Polski, wspominają o konieczności umieszczenia w projekcie odsieczy wiedeńskiej i roli przymierza polsko-litewskiego w powstrzymaniu inwazji tureckiej. A potem przypominają o trzykrotnym rozbiorze Polski.

W dziejach nowszych, na których ma się skupiać wystawa, poprawki mówią m.in. o wojnie polsko-bolszewickiej, zbrodniach Gułagu, wielkim głodzie na Ukrainie, polskim ruchu oporu w czasie II wojny światowej. Europosłowie postulują też dodanie Okrągłego Stołu. W oryginalnej koncepcji jest znaczący fragment poświęcony „Solidarności” i Janowi Pawłowi II, ale - zdaniem autorów zmian - nie zaznaczono związku między tymi wydarzeniami z początku lat 80. a upadkiem muru berlińskiego w 1990 r. Europosłowie chcą też, by przy projekcie uwzględniono wrażliwość mniejszych narodów Europy m.in. z krajów bałtyckich i Bałkanów.

Dom Historii Europejskiej ma powstać w 2014 r. w jednej z europejskich stolic. Ma pokazać wspólne elementy dziejów Europy prowadzące do jej integracji. Muzeum jest pomysłem przewodniczącego PE Hansa-Gerta Pötteringa, ale ostateczną zgodę wyda prezydium PE.

Anna Słojewska


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Szydło z worka

Prosta sprawa. Sześciu patriotów - członków kierownictwa organizacji Wolność i Niezawisłość - z podpułkownikiem Łukaszem Cieplickim skazanych na śmierć i straconych. To kara za to, że mimo okrutnego śledztwa nie załamali się, nie chcieli ułatwić zadania UB, że bronili honoru Armii Krajowej i WIN-u, za to, że bronili niepodległości Polski.
Teraz poseł SLD prof. Longin Pastusiak i posłanka Danuta Waniek też z SLD próbują postawić znak równania pomiędzy tymi ściganymi, tropionymi, męczonymi i zamordowanymi przez komunistów, a tymi, którzy zginęli właśnie tropiąc, pastwiąc się i mordując dla utrwalenia "władzy ludowej".
SLD zgadza się na uczczenie pamięci tych z WIN-u jeśli równocześnie dodamy hołd tym z UB...
Dlaczego tylko z UB? Może także tym z NKWD? A może przy okazji jeszcze innych oprawców?
Wydaje mi się, że SLD zbyt mocno uwierzyło w wyniki sondaży. Są już pewni zwycięstwa w nadchodzących wyborach parlamentarnych. A jeśli tak - to dlaczego nie oddać honoru tym najwierniejszym z wiernych, tym UB-kom, SB-kom, aparatczykom. To oni właśnie siedzą na sutych emeryturach i pociągają za sznurki polityki partyjnej. To oni znów podnoszą głowy. Jak w 1918 roku, gdy za Różą Luksemburg, Feliksem Dzierżyńskim i Feliksem Konem i Juliuszem Marchlewskim protestowali czynnie przeciw niepodległości Polski. Jak w 1944 i później, gdy za Wandą Wasilewską i innymi błagali Stalina, by uczynił z Polski 17-tą republikę. Byle tylko pewniej siąść przy władzy.
Jak dzisiaj, gdy są za Unią Europejską i być może jutro, gdy lepszym gwarantem utrzymania się przy władzy stanie się Rosja, Białoruś, a może jakiś inny wygodny dla nich układ.
"AK-zapluty karzeł reakcji"... Ja pamiętam jeszcze te plakaty. Ale ilu jeszcze nas żyje i pamięta?
Na to właśnie liczą posłowie z SLD. Wiedzą, że Polacy zapomnieli już kto walczył o niepodległość Polski, że historia nie ma znaczenia, że ogłupili naród i naród daje im przyzwolenie na kontynuację dalszego ogłupiania. Że patriotyzm to przeżytek, że dziś liczą się tylko pieniądze.
Są już pewni wygranej. Tak pewni, że mogą sobie pozwolić na opluwanie bohaterów i stawianie znaku równości między oprawcami i ich ofiarami, między sprzedawczykami a tymi, którzy wierzyli w Polskę i ideały, i dla nich ginęli.
Są pewni wygranej. A może jednak ... może się przeliczą...

Wojciech Trzmiel

http://www.wolnadroga.pl/?dzial=archiwu ... t=szydlo_z


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Ludobójstwo Ukraińców na Polakach
(Michał St. de Zieleśkiewicz)

Jest to już moja kolejna wypowiedź na skrzętnie ukrywane przez *trzymających władze* fakty związane z ludobójstwem / genocide / Polaków, przez sowietów, Niemców oraz Ukraińców.

O ile te dwa pierwsze były, są nadal omawiane, to ludobójstwo Ukraińców na narodzie Polskim jest skrzętnie zamiatane pod dywan. Jest wielu w Polsce takich, którzy ludobójstwo Ukraińców chętnie by wymazali z historii.

Ludobójstwo Ukraińców miało miejsce na Wołyniu, Południowym Polesiu i Małopolsce Wschodniej, Jednym słowem Kresów Rzeczypospolitej Polskiej

Katerynówka, kolonia w gmiznie Rożyszcze. Ofiary napadu UPA na kolonię w nocy z 7 na 8 maja 1943 roku: Piotra Mękali i Anieli z Gwizdowskich,między nimi Stasia Stefaniak, lat około 5, której rozpruto brzuch i powyłamywano ręce i nogi, córka Polaka i Ukrainki. Autorka Ewa Siemaszko

W rozumieniu art. II K o n w e n c ji o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 9 grudnia 1948, "ludobójstwem są czyny, dokonane w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych jako takich", dokonanych w różnych postaciach: na pierwszym miejscu (art. II, pkt a/) figuruje, rzecz jasna, "zabójstwo członków grupy", dalej jednak (punkty b/-e/) ujęte są również: "b/ spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy; c/ rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego; d/ stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy; e/ przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy".

Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że ludobójstwo ukraińskie na Polakach ma w stosunku do ludobójstwa niemieckiego i sowieckiego wiele różnic, które można nazwać barbarzyństwem.

Ludobójstwo ukraińskie w swych założeniach obejmowało jak najszybszą eksterminację fizyczną, wymordowanie; "w owym czasie, wszystkich Polaków, których udało się dosięgnąć , od niemowląt po starców, bez jakiejkolwiek różnicy płci lub wieku. Pod tym względem porównywalne jest ono jedynie do niemieckiego totalnego ludobójstwa na Żydach. Jeśli chodzi o eksterminację Żydów, obywateli polskich, na Kresach Rzeczypospolitej Polskiej, Ukraińcy mieli nie tylko olbrzymi udział we wszystkich masowych akcjach ludobójstwa wspólnie z Niemcami lub samodzielnie pod niemieckim nadzorem , ale dokonywali również podobnych aktów na własną rękę. Już latem 1941 r. w momencie wkraczania wojsk niemieckich . Później, już po wspólnej z Niemcami likwidacji gett, a więc głównie od drugiej połowy 1942 r., Ukraińcy wyłapywali i mordowali jeszcze pojedynczych ukrywających się Żydów . Wszystkie te "akcje" połączone były, przypomnijmy, z olbrzymim rabunkiem mienia.


Barbarzyństwo, ludobójstwo ukraińskie połączone było ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur. Chodzi tu o sięgające XVII i XVIII w. tradycje (powstania Chmielnickiego , stosowane już wtedy; rąbanie ofiar siekierami, wrzucanie rannych do studzien, przeżynanie piłą, wleczenie koniem, wydłubywanie oczu, wyrywanie języków .Vide "Ogniomistrz Kaleń" Takich barbarzyńskich czynów Niemcy, a nawet sowieci nie dokonywali. U sowietów Niemców ,nie miało miejsca mordowanie połączone z obcinaniem czy wyrywaniem części ciała, przepiłowywaniem, rozpruwaniem brzuchów i wywlekaniem wnętrzności.
Natomiast w przypadku ludobójstwa ukraińskiego praktycznie wszystkich Polaków, którzy wpadli w ręce siepaczy - mordowano.

Jest wierutnym kłamstwem jakoby Polacy "wzywali do opuszczenia" Wołynia, Kresów przez Ukraińców czy ich "wysiedlania".Polacy mieszkający na Kresach gwarantowali Ukraińcom spokój.

Ludobójstwo niemieckie i sowieckie dokonywane było wyłącznie przez "wyspecjalizowane" zbrodnicze formacje mundurowe: po stronie niemieckiej w szczególności tzw. Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei oraz SD (Sicherheitsdienst); po stronie sowieckiej wojska NKWD - to inaczej było jeśli chodzi o ludobójstwo ukraińskie.

W tym przypadku obok dominującej scenę banderowskiej Ukraińskiej Powstańczej Armii i (na Wołyniu) konkurencyjnych formacji bulbowców i melnykowców oraz stworzonej przez Niemców w drugiej połowie 1941 r. policji ukraińskiej (która w początkach 1943 r. zdezerterowała), zwłaszcza przy większych ludobójczych akcjach, uczestniczyły w nich również w sumie dziesiątki tysięcy lokalnych ukraińskich chłopów, w tym tzw. Somooboronni Kuszczowi Widdiły (formalnie wiejskie oddziały "samoobrony", które jednak w praktyce stanowiły siły pomocnicze UPA w ludobójstwie na Polakach), sąsiedzi, bandy uzbrojone w siekiery, widły.. Mało tego, towarzyszyły im czasem kobiety, wyrostki, a nawet dzieci ukraińskie, zajmujący się masowym rabunkiem mienia, podpaleniami i dobijaniem rannych Polaków . Działo się tak mimo nieraz wzajemnej wieloletniej rzekomej przyjaźni, czy wręcz istniejących w stosunku do pewnych Polaków długów wdzięczności..

Vide: Józef Sobiesiak "Przebraże"
Władysław Filar "Przebraże bastion polskiej samoobrony na Wołyniu"
Ludobójstwo polskiej ludności Kresowej na Wołyniu w okresie II wojny światowej, mozna, trzeba nazwać_ u k r a i ń s k i e_ a nie, , jako dokonane przez UPA, banderowców, nacjonalistów ukraińskich. Rzeź Polaków, dokonana została przez szerokie rzesze tamtejszych Ukraińców, nie tylko "bojowników" UPA, ale tysiące zwykłych chłopów, rezunów, którzy wspomagali Ukraińskie organizacje nacjonalistyczne w dobijaniu Polaków, Żydów, podpalaniu, a zwłaszcza kradzieży kobiet, wyrostków, dzieci.

Kiedy piszę o ludobójstwie i barbarzyństwie ukraińskim w większości wypadków dotyczyło terenów wiejskich, małych miasteczek.

Ludobójstwo ukraińskie związane było z "taktyka spalonej ziemi". Po zrabowaniu ruchomości i inwentarza zamordowanych Polaków, ich budynki byty przeważnie palone. Niszczono budynki publiczne,. szkoły, remizy strażackie, polską kulturę, zabytki, polskie dwory, kościoły, cmentarze.

Ogromnym źródłem wiedzy o ukraińskim ludobójstwie Polaków jest ksiązka, ukraińskiego profesora Witalego Masłowskiego " Z kim i przeciw komu wojowali ukraińscy nacjonaliści w latach II wojny światowej"

Dziś na Ukrainie flirtuje z nacjonalistami piękna Julia Timoszenko, która tańczy z wszystkimi. Na Ukrainie dziś stawia sie pomniki SS-owcom z 14. Dywizji Strzelców SS-Halyczyna, szefom OUN-UPA E. Konowalcowi, A. Melnykowi, S. Banderze, R. Szuchewiczowi.

Ciekawie i prawdziwie o stosunkach polsko -ukraińskich pisze z Toronto Wiktor Poliszczuk, Ukrainiec z Wołynia, doktor nauk politycznych Uniwersytetu we Wrocławiu, od dwudziestu lat zamieszkałego w Kanadzie, ale często odwiedzającego Polskę.

Proponuję:

Wiktor Poliszczuk," Gorzka prawda: Zbrodniczość OUN-UPA"
Wiktor Poliszczuk "Ocena polityczna i prawna OUN-UPA" .
Wiktor Poliszczuk ""Ideologia nacjonalizmu ukraińskiego"
Wiktor Poliszczuk ""Dowody zbrodni OUN i UPA – integralny nacjonalizm ukraiński jako odmiana faszyzmu"
Esej napisany w oparciu o pracę Władysława i Ewy Siemaszków pt. "Ludobójstwo"
Księga ukraińskiego ludobójstwa, Jacek Trznadel,
Czarna Księga Ukraińskiego Ludobójstwa zagłada Polaków na Wołyniu
Kilka cytatów:

Znaleziono niemowlę z rozdeptaną główką, rączkami i nóżkami wyrwanymi i rozczapierzonymi, z przypiętym napisem „polski orzeł” (s.123)
Schwytanemu upowcy wydłubali oczy, obcięli język, ręce i nogi, a korpusem podparli drzwi (s. 136)
Dzieci były przywiązywane za rączki do drzewa i rozrywane (s. 183)
Siedmioletnią córeczkę porwali i nasadzili na pal (na oczach matki (s. 249)
Rozcięto jej brzuch w taki sposób, że widać było nienarodzone dziecko (s. 283)
Dzieci przybite do ziemi kołkami przez brzuch (s. 305)
Antoni Rudnicki cięty po kawałku piłą od stóp do głowy (s. 315)
Nauczyciela złapanego w lesie upowcy zamordowali przez wycięcie pępka i wyciągnięcie jelita, którym okręcono drzewo (s. 322)
Ojca i syna przybili gwoździami do podłogi (s. 335)
Paroletni synek został przybity do stołu za język. (s. 351)
Znaleziono jego zwłoki bez nóg i rąk, miał wyrwany język i wypalone oczy. (s. 367)
Ukraińcy obnosili po wsi zwłoki dzieci nabite na widły (s. 411)
Rozerwali końmi Felka Pawłowskiego (s. 432)
Genowefa, lat ok. 20, z której zdzierano skórę i solono. (s. 737)
Rozcięto mu klatkę piersiową i wyjęto pulsujące serce (s. 764)
Ukrainiec zakopał żywcem 3 dzieci (s. 942)
Mężczyznom poza obcinaniem kończyn i genitalii nacinano skórę u nasady szyi i zdzierano ją do pasa (s. 1158)
Ukraińcy przywiązywali do drzew i oblewali zimną wodą aż warstwa lodu pokryła ofiary ( http://michalstanislawdezieleskiewicz.s ... 86768.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
cytat z artykułu napisał(a):

Znaleziono niemowlę z rozdeptaną główką, rączkami i nóżkami wyrwanymi i rozczapierzonymi, z przypiętym napisem „polski orzeł” (s.123)

Schwytanemu upowcy wydłubali oczy, obcięli język, ręce i nogi, a korpusem podparli drzwi (s. 136)

Dzieci były przywiązywane za rączki do drzewa i rozrywane (s. 183)

Siedmioletnią córeczkę porwali i nasadzili na pal (na oczach matki (s. 249)

Rozcięto jej brzuch w taki sposób, że widać było nienarodzone dziecko (s. 283)

Dzieci przybite do ziemi kołkami przez brzuch (s. 305)

Antoni Rudnicki cięty po kawałku piłą od stóp do głowy (s. 315)

Nauczyciela złapanego w lesie upowcy zamordowali przez wycięcie pępka i wyciągnięcie jelita, którym okręcono drzewo (s. 322)

Ojca i syna przybili gwoździami do podłogi (s. 335)

Paroletni synek został przybity do stołu za język. (s. 351)

Znaleziono jego zwłoki bez nóg i rąk, miał wyrwany język i wypalone oczy. (s. 367)

Ukraińcy obnosili po wsi zwłoki dzieci nabite na widły (s. 411)

Rozerwali końmi Felka Pawłowskiego (s. 432)

Genowefa, lat ok. 20, z której zdzierano skórę i solono. (s. 737)

Rozcięto mu klatkę piersiową i wyjęto pulsujące serce (s. 764)

Ukrainiec zakopał żywcem 3 dzieci (s. 942)

Mężczyznom poza obcinaniem kończyn i genitalii nacinano skórę u nasady szyi i zdzierano ją do pasa (s. 1158)

Ukraińcy przywiązywali do drzew i oblewali zimną wodą aż warstwa lodu pokryła ofiary



Dlaczego milczysz Polsko, dlaczego milczysz w tej sprawie tak,... jakby Ciebie w ogóle nie było?

Dlaczego tylko nieliczni mają odwagę mówić prawdę? Dlaczego tylko nieliczne środowiska polskiej inteligencji mówią prawdę o najbardziej zwyrodniałej zbrodni na Polakach?

Dlaczego milczysz Polsko, dlaczego milczysz tak jakby Ciebie Polsko.... w ogóle nie było?


Nie ma skali, która potrafiła by wyrazić okrucieństwo tych zbrodni. Nie mieszczą się one w skali bestialstwa, w skali barbarzyństwa. Patrząc z perspektywy XX w., wieku który dał wielu ludziom, (szczególnie marksistom) same powody do dumy, zbrodnie ukrainskie przerastają te skale i nakazują nam zastanowić się kim tak naprawdę może stać się, lub kim jest człowiek nie w pełni rozwinięty. Rozwinięty cieleśnie, po trosze emocjonalnie i uczuciowo na najniższych płaszczyznach emocji i uczuć, rozwinięty, (lub nie - bez znaczenia) intelektualnie, ale nie rozwinięty duchowo. Powstrzymany w rozwoju duchowym, przez środowisko, przez ideologię, bądź przez własny egoizm. Czy taki człowiek jest naprawdę człowiekiem?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 09:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Mord Wołyński w oczach Ukraińców

Społeczeństwo ukraińskie w swojej masie upodlone powszechną nędzą i brakiem przyszłości, historię traktuje obojętnie. Jednak pięć lat temu, obchody 60-tej rocznicy rzezi wołyńskiej sprowokowały dyskusję elit. Jej oceny, a także percepcja mordu w oczach Rusinów wynikają ze zsowietyzowania, odwołań do kozaczyzny i przez to są trudne do zrozumienia i nie do przyjęcia dla Polaków.


Choć trudno to sobie w Polsce uświadomić, społeczeństwo ukraińskie do niedawna w ogóle nie wiedziało o krwawych wydarzeniach na Wołyniu. Wiedza miała raczej charakter lokalny- mieszkańcy obecnej Wołyńskiej Obłasti, stanowiący zaledwie 1/10 ogółu mieszkańców kraju, mówią o niej niechętnie. Nie chcą wywoływać koszmaru tych lat, kiedy sąsiad zabijał sąsiada tylko za to, że jest Polakiem lub Ukraińcem.


W czasach Związku Sowieckiego wołyńska tragedia- najczęściej tak teraz nazywają wydarzenia 1943 roku w krajowych mediach- należała do białych plam historii ZSRS. Drażniący temat miał ulec zapomnieniu, więc żadna publikacja lub audycja nie była możliwa. Nie tylko z powodu cenzury. Byłaby też ryzykowna dla jej autora, który mógł by zapłacić za podobne pomysły złamaniem sobie kariery służbowej, twórczej lub naukowej.


W latach pierestrojki również nie dotykano sprawy Wołynia. Za to na nieprzygotowane do podobnych wstrząsów społeczeństwo, runęła potężna fala zakazanej historii kraju. Zaczynając od czynów hetmana Mazepy, kończąc „odwilżą” lat 60-tych i niedawnym zamordowaniem w permskich łagrach poety Wasyla Stusa, podzieliła Ukraińców na przeciwników i zwolenników dalszego bytowania w systemie sowieckim. Pierestrojka obudziła ukraińską świadomość narodową, pozostawiając jednak wiele luk w zbiorowej pamięci historycznej.

Z całą pewnością można stwierdzić, że gdyby nie 60-ta rocznica wołyńskich wydarzeń i związana z tą datą działalność polskich kół rządowych, obywatele ukraińscy dalej przebywali by w zupełnym nieznaniu tychże wydarzeń.


Nieznana karta z historii ostatniej wojny dziwnie zaskoczyła Ukraińców. Zróżnicowana mentalność mieszkańców tego olbrzymiego kraju wyraża się również ich stosunkiem do mordów na Wołyniu. Ukraińcy nie utożsamiają się z tymi, którzy brali udział w pacyfikacjach polskiej ludności, więc dlaczegóż powinni pokutować? Dla przeciętnych mieszkańców Centralnej i Wschodniej Ukrainy te wydarzenia są tak samo dalekie i mało zrozumiałe, jak inwazja Hunów lub wyprawy księcia Światosława Wojownika na ziemie wschodnie. Takimi pewnie i pozostaną na wiele lat.

Analiza sytuacji w zachodniej części kraju jest tak samo skomplikowana jak jego historia. Zakarpacie, Bukowina, Pokucie, Galicja, Wołyń nie są jednolite w swej opinii, ale na ogół rzecz biorąc tragedia Wołynia ciekawi tu naukowców, miłośników historii oraz nielicznych przedstawicieli prawicowych młodzieżówek. Mają kolejną okazję podyskutować na temat stosunków polsko- ukraińskich. Taka szansa nie trafiła się im od czasów projekcji filmu „Ogniem i mieczem”.


Teraz krąży sporo opinii wśród których warto wymienić następujące:

-W 1943 roku takie państwo jak Ukraina nie istniało na mapie Europy. Zatem mieszkańcy Wołynia, którzy czynili zbrodnie, posiadali obce obywatelstwo. Jakiż więc stosunek Ukraina,
nowopowstałe państwo i Ukraińcy, nacja jeszcze znajdująca się w stopniu formowania, mieli by mieć do tych wydarzeń?


-Wołyńska tragedia- wielka bieda dla obu słowiańskich narodów. Trzeba zrobić wszystko, żeby nie powtarzać w przyszłości krwawych błędów. Przebaczamy i prosimy o przebaczenie.


-Polska gnębiła i niszczyła Ukraińców od dawnych czasów. Próby polonizacji i upośledzenia Ukraińców w Galicji i na Wołyniu, zburzenie ponad 100 prawosławnych cerkwi w czasach II Rzeczypospolitej, wszystko to razem podminowało nasze wzajemne relacje. Wywiadowi niemieckiemu i sowieckiemu wystarczyło tylko wspólnie rzucić iskrę na beczkę prochu.

-Polacy zaczęli pierwsi. Powinniśmy byli się zemścić. Do tego jeszcze nie wiadomo ilu zabito Ukraińców. Może to Polska powinna prosić u nas przebaczenia...


-Polacy przeprosili za operację „Wisła”. Powinniśmy w zamian przeprosić za Wołyń.


-Publikacje prasowe o Wołyniu są wygodne tylko Moskwie. Wszak to Rosja boi się polsko-ukraińskiej przyjaźni. Pamiętajmy o niewinnych ofiarach, ale nie roztrząsajmy sprawy, która poróżni Polaków i Ukraińców. Nie dajmy się Moskalom sprowokować.


Po burzliwym przełomie ludzkiej świadomości i przekonań, jaki nastąpił w latach osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych przyszła stagnacja epoki Kuczmy. Zastój w gospodarce i nauce, w stosunkach społecznych i ludzkich....Szara mgła obojętności i beznadziei...


Apatyczny stosunek Ukraińców do wydarzeń 1943 roku jest dziwny i niezrozumiały. Dziwny i niezrozumiały- w Polsce i dla wielu osób w Ukrainie. Ale o czym w ogóle mówić, kiedy 70-ta rocznica holokaustu Ukraińców z 1933 roku, gdy śmierć pochłonęła prawie 10 milionów rodaków, umarłych z głodu inspirowanego przez komunistyczną Moskwę również nie dotknęła ich serc? Gdzie przyczyna tak obojętnego stosunku ludności?


Stagnacja ekonomiczna, korupcja, niedowiara władzy, fałszowanie wyborów, bezkarność dygnitarzy, nędzna codzienność i totalny brak nadziei na lepsze życie, w pewnej mierze mogą temu być odpowiedzią. Obywatel Ukrainy przez lata pochylał się nad bolączkami dnia codziennego. Podstawowe pytania jakie sobie stawia brzmią; Za co jutro kupię jedzenie, jak zapłacę za mieszkanie, przedszkole, ogrzewanie, skąd ściągnąć kilka worków ziemniaków jesienią?


Ten robotnik, nauczyciel, lekarz, drobny urzędnik, egzystują jak załoga uszkodzonej łodzi podwodnej, dokładnie wiedząca, że nikt jej nie udzieli pomocy, szybciej storpedują. Gdzie tu miejsce na myśli o ofiarach, swoich czy obcych, jak w pracy otrzymujesz marny grosz i ciągle szukasz jakiejkolwiek możliwości dorobku, aby wyżywić rodzinę?


Ukraińskie państwo i jego obywatele już dawno żyją niby oddzielnie od siebie, omijając jeden drugiego jak dzikie zwierzęta w lesie- nie lubimy się, ale unikamy starcia. Państwo ma problem z Wołyniem? A czy państwo ciekawią moje problemy?


Ukraińskie społeczeństwo nie dojrzało do uświadomienia sobie tragedii Wołynia. Nie uświadamia sobie nawet tragedii własnego bytowania. Czy kiedyś nastąpią zmiany, które spowodują obudzenie umysłów? Odczucie w sobie godności ludzkiej, poczucia obywatelskiego? Czy nastąpi zbudzenie sumienia, chrześcijańskiej wrażliwości, której nie obcy jest ból- własny i cudzy?

Słowiańskiej dusze właściwa regeneracja- jak mawiają na Bukowinie.


Wielkie wydarzenia historyczne pozostają w pamięci ludów, o ile uwieczni je kultura. Każdy ma taką kulturę, na jaką go stać. I takież dokonania historyczne. Ukraińcy uwiecznili mordy wołyńskie w pieśni. Można je sklasyfikować jako pieśń żołnierska i ludowa zarazem. W polszczyźnie brakuje określeń. Może pieśń zbójnicka? Też brzmi za sympatycznie. W jej strofach nie znajdziemy cienia skruchy, nawet poszukiwania wytłumaczenia dla obrazu płonących osad. Brakuje wyraźnie zawołania w tamtych dniach zagrzewającego rusińskie serca: Riezac Lachiw i Jewriejew! Może jest to oznaką powolnej ewolucji nastrojów? Trzymając się takich nadziei, musimy wiele jeszcze popracować nad ukraińskim sąsiadem.


Tam des daleko na Wołyni....


Tam gdzieś daleko na Wołyniu
Stworzyło się wojsko UPA
Żeby wskrzesić Ukrainę
I przyszła wolność


Płonęły wsie i miasteczka
Żołnierze walczyli w nocy i w dzień
W pierwszych szeregach wojaków-bohaterów
Zginął Iwachiw, nasz Wasyl


Płacze na wsi jego siostra
Codziennie wychodzi ze wsi i patrzy
Czy nie jedzie brat do domu
Czy kiedyś go zobaczy




Nie płacz siostro, nie żałuj
Popatrz na daleki błękit niebios
Twój brat zmarł, lecz żyć będzie
W pieśniach pokoleń


Żegnaj, bohaterze Ukrainy!
Żegnaj drogi przyjacielu!
Twoich czynów nigdy nie zapomnimy
A twój rozkaz jest świętością dla nas


Podniesiemy wyżej nasz sztandar
I przywrócimy na godło Tryzub
I krzykniemy: Sława! Sława! Sława Ukrainie
Tak, aby drgnęła cała kula ziemska!


autor tekstu i tłumaczenia pieśni: Konstanty Grytskan-Didkowski


http://mynarod.salon24.pl/83154,mord-wo ... -ukraincow


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 16 lip 2009, 18:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 23507
Na stronach Kaliningradu można przeczytać jak wygladała pierwotnie granica polsko - sowiecka w 1945 r.

http://www.klgd.ru/city/history/almanac/a3_16.php

Okazuje się że polska administracja wkroczyła poza linię dzisiejszej granicy, ale zmuszoną ją do opuszczenia tych terenów.

Tłumaczenie komputerowe rosyjskiego tekstu:

HISTORIA ROSSIJSKO-POLSKIEJ GRANICY
Pierwoje jest decyzją o tym, jak będzie przechodzić rossijsko-polska granica po terytorium byłych Wschodnich Prus, było przyjęte w lutym 1945 roku Państwowym komitetem obrony ZSSR. Według tej decyzji granica powinna była przechodzić po rzekach przeżel i Pissa, ale miasta są na tych rzekach, niezależnie od tego, na jakim chronię oni znajdują się, wchodzili w skład ZSSR. Jeśli tę decyzję byłoby ucieleśnione w życie, to obecne miasta Mamonowo, Ładuszkin, Bagrationowsk, Prawdinsk, Ozjorsk, osiedla Kolejowy, Kryłow są powinienem teraz znajdować się na terenie Polski.
Podczas polsko-radzieckich negocjacji w Potsdamie w sierpniu 1945 roku decyzja radzieckiego komitetu obrony była przeglądnięta i ROSYJSKĄ FEDERACYJNĄ SOCJALISTYCZNA REPUBLIKĘ RADZIECKA otrzymał do swojego nowego terytorium niedużego dowiesok, granica przeszła po północnych granicach niemieckich okręgów (Chajligienbajl, Priojsisz-Ejłau, Bartiensztajn, Gierdaujen, Darnajlin i Goldap). Praktycznie natychmiast po zawarciu tego porozumienia wojskowi komendanci 3-go Białoruskiego frontu zaczęli przekazanie obywatelskiej władzy w zajmowanych miejscowościach tej część Wschodnie Prusy, która powinna była odejść do Polski, polskim starostom.
Ale już w końcu września - początku października sytuacja ostro zamienia się. Absolutnie niespodziewanie dla polskiej strony zaczęło się wyparcie polskich obywatelskich administracji z pewnych miast i osiedli obecnego Kaliningradzkiego obwodu. Jak nam opowiedzieli historycy, zajmujące się tym tematem, radzieckie wojskowe po prostu przyjeżdżali w faktycznie już polskie osiedle i proponowali polskim urzędnikom zwolnić pomieszczenie. Dochodziło do kuriozów - część kiedyś niemieckich miast już była zaludniana polską obywatelską ludnością i były wypadki, kiedy Polacy z swojego domu na terenie Polski odchodzili do pracy, a wracali z pracy w swój dom, który do tego momentu już znajdował się na terenie Związku Radzieckiego. Granica składa się «żywiołowo». Czym były wezwane takie działania radzieckiej wojskowej administracji, teraz próbują wyjaśnić historycy. Ale polskie starożyły przypominają, że na ich zdziwione pytania do radzieckich «panom oficerom» ostatni odpowiadali, że Polacy zupełnie mogą kompensować swoje terytorialne traty na rachunek germańskich ziem na niemiecko-polskiej granicy.
W grudniu 1945 roku Moskwa przyjęła decyzję o ustanowieniu nowej granicy, która mniej więcej na czterdzieści kilometrów była przesunięta na południe, na terytorium Polski. W kwietniu 1946 roku utworzona oficjalna delimitacja granicy. Ale i tym była jeszcze nie ta granica, którą mamy z Polską teraz. Jeszcze w ciągu 10 lat granica zniosła 16 różnych zmian i tylko w 1956 roku zaczynała przechodzić tam, gdzie i dzisiaj.

oraz mapka:

Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 82 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 10 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Okna / Okna PCV / Fenster Online / Fenster Preise / Wycena okien /