Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 147 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 01 mar 2012, 13:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://mufti.polacy.eu.org/1879/antysem ... im-metrze/

Zaprzeczanie kłamstwom na temat Jedwabnego to antysemityzm. Tym kłamcom i zbirom już się we łbach poprzewracało - kłamią już z użyciem jawnej przemocy. Niedługo pewnie negowanie, że obozy koncentracyjne były polskie, będzie karalne.

Kopia artykułu:

Antysemicki plakat w warszawskim metrze
(poleca Mufti Turbanator)
dr Piotr Blass

Obrazek

Na jednej z tablic reklamowych w warszawskim metrze pojawił się plakat negujący zbrodnie w Jedwabnem.

– Ktoś samowolnie, bez naszej zgody po raz kolejny nakleił plakat o antysemickiej treści. Plakat zostanie zaklejony – zapewnia rzeczniczka firmy AMS, do której należy przestrzeń reklamowa.
– Wracając metrem na Kabaty zobaczyłam w wagonie na jednej z tablic reklamowych umieszczonych nad siedzeniami tekst, który zaczynał się od słów „czy wstydzisz się za Jedwabne?” – mówi mieszkanka Ursynowa.

„To już kolejny raz”
Grażyna Gołębiowska – rzeczniczka firmy AMS, do której należy przestrzeń reklamowa, zapewnia, że plakat został umieszczony w metrze bez wiedzy firmy. – To już kolejny raz bez naszej zgody ktoś nakleił plakat o antysemickiej treści – mówi Gołębiowska. Dodaje, że podobna sytuacja miała miejsce pod koniec ubiegłego roku.
– Podobnie jak w poprzednim przypadku trudno ustalić, kto zakleił naszą reklamę, nie mówiąc już o złapaniu kogoś na gorącym uczynku – mówi rzeczniczka. Gołębiowska podkreśla, że jest to działanie nielegalne. – To jest jak zwykłe włamanie na przestrzeń reklamową – mówi. Wyjaśnia, że naruszenie zostało już zgłoszone i ekipa firmy AMS już sprawdza, w którym wagonie doszło do zaklejenia reklamy. Zapewnia, że ogłoszenie zostanie usunięte.

Źródło: adl.hebrew.pl
http://adl.hebrew.pl/2012/02/antysemick ... im-metrze/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 01 mar 2012, 14:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Blumsztajn się gniewa

We wtorkowej "Gazecie Wyborczej" ukazał się "komentarz" Seweryna Blumsztajna "Zostawcie tych żołnierzy", skierowany przeciwko tym, których ustawa Sejmu RP nazwała w zeszłym roku Żołnierzami Wyklętymi, ustanawiając 1 marca Dniem Narodowej Pamięci o nich.
Wywodów Blumsztajna nie da się komentować, nie ma też sensu polemizować z jego tezami. Tu chodzi raczej o sprostowanie starych kłamstw, sformułowanych dawno temu przez propagandę i policję polityczną Polski sowieckiej.
Blumsztajn przedstawia skrajnie subiektywny obraz powojennego podziemia niepodległościowego, pisząc, że to "wojenna demoralizacja i bandytyzm" oraz że ludność cywilna była mu niechętna. Bandytów rzeczywiście w tamtych czasach nie brakowało. Wywodzili się głównie z UB. Byli to młodzi, zdeprawowani ludzie - Polacy, Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Rosjanie - zwykle z przeszłością kryminalną, którym dano pistolet do łapy i powiedziano, że wolno im wszystko. Żeby nie mieli żadnych skrupułów, stosowano ogólną zasadę, że nie "pracują" na terenie powiatu, gdzie się urodzili. Stanisław Radkiewicz, szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, powiedział na jednej z odpraw, że w swoim powiecie mogliby spotkać "pociotków". Typowy bandzior z UB miał lat 20-30, był analfabetą lub półanalfabetą. Nie musiał za dużo myśleć, od tego byli sowieccy doradcy w wojewódzkich (do 1955 r.) i w powiatowych Urzędach Bezpieczeństwa (do 1953 r.). Pracowali incognito, decydowali o wszystkim. Typowy ubek "dorabiał" w wolnych chwilach, poza służbą, napadając na odległe domostwa.
Polacy współpracowali z leśnymi oddziałami, traktując to często jako rodzaj samoobrony przed bezprawiem UB i przed prawdziwymi kryminalistami, którzy mieli wtedy nieograniczony dostęp do broni. Represje za taką współpracę były niewyobrażalne. "Grupy operacyjne" KBW-UB paliły domostwa "pomocników bandytów", "wywłaszczały" ludzi bez prawa odwołania, aresztowały, nakazywały opuścić "tereny przygraniczne" (dowolnie rozumiane) itp.
Blumsztajn mija się z prawdą, pisząc, że współcześni polscy patrioci nie interesują się powojennym oporem społecznym, PSL-em, "Solidarnością". Interesują się, tylko nie nazywają Powstania Poznańskiego i wydarzeń roku 1956 "rewoltą", tak jak Blumsztajn, lecz widzą je jako fragment polskiej drogi ku niepodległości. Podobnie Powstanie Grudniowe i wieloletni opór społeczny, wspierany przez Kościół katolicki.
Blumsztajn pisze z nieukrywaną złością o "żałobnikach smoleńskich", o "skrajnie nacjonalistycznej prawicy", o "patriotycznych kibolach" i "nieodzownym profesorze Janie Żarynie". Nie podoba mu się, że głośno manifestujemy przywiązanie do Polski, nazywa to "patriotycznym wrzaskiem i szmirą, historycznym prostactwem". Cóż, nie byliśmy walterowcami, tak jak Blumsztajn, nie nosiliśmy sowieckich chamskich czuwajek zamiast polskiej lilijki harcerskiej. Nie ta tradycja! A patriotyzm Jana Żaryna jest dziełem jego matki Aleksandry - działaczki Katolickiej Młodzieży Narodowej, duszpasterstwa akademickiego przy kościele św. Anny, odznaczonej medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Czy to się Blumsztajnowi podoba, czy nie, jesteśmy świadkami narodowego odrodzenia, które już nigdy więcej nie da się nabrać na "dziedzictwo" walterowców, naprawiaczy komunizmu i ich mętną "dialektykę marksistowską".
Wybitny polski filozof i etyk prof. Henryk Elzenberg - żołnierz Pierwszej Brygady, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, relegowany w roku 1950 z uniwersytetu za "niepoprawny idealizm" - napisał: "Sens walki powinien być mierzony nie jej szansami na zwycięstwo, lecz wartościami, w obronie których walka została podjęta". Żołnierze Wyklęci doskonale to rozumieli, a my - zafascynowani ich determinacją w nierównej walce z sowiecką potencją - odkrywamy tę prawdę ze zdumieniem na nowo. My, polscy, "niepoprawni idealiści"...
Czy wszystko w "komentarzu" Blumsztajna zasługuje na potępienie? Owszem, jest jedna rzecz, wskazująca na postęp. Blumsztajn nie pisze już o "bandytach", jak jego ideologiczni poprzednicy, tylko o "żołnierzach". Dobre i to.

Piotr Szubarczyk
-------------------------------------------------------------------------------

Autor jest pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej, Oddział w Gdańsku.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 01 mar 2012, 20:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.bibula.com/?p=52644

Gdyby nie zamordowany prezydent Lech Kaczyński, żołnierze wyklęci do dziś byliby propagowani przez żydobolszewię jako zwykłe rzezimieszki. Dzień żołnierzy wyklętych jednoznacznie czyni te kłamstwa oczywistymi kalumniami nawet dla najmniej zorientowanych w historii najnowszej Polski.

Kopia artykułu:

Wyklinanie „Żołnierzy Wyklętych” – Leszek Żebrowski
Aktualizacja: 2012-02-29 9:30 pm

Artykuł Leszka Żebrowskiego, jednego z najwybitniejszych polskich badaczy losów podziemia antykomunistycznego. Materiał udostępniony Nowemu Ekranowi przez autora z okazji nadchodzącego Dnia Żołnierzy Wyklętych.

Obrazek

Obchodzony po raz kolejny w dniu 1 marca Narodowy Dzień „Żołnierzy Wyklętych” przebiegnie – miejmy nadzieję – bez większych zakłóceń. Siły post(?)komunistyczne w sejmie i senacie nie robiły w 2010 roku z powodu uchwalenia tego święta żadnych obstrukcji, uważając (i słusznie), że lepiej siedzieć cicho niż narazić się na wznowienie dyskusji o tym, co stało się w Polsce po zakończeniu II w. św. Media dość obszernie informowały o uroczystościach ubiegłorocznych. Wydaje się zatem, że wszystko wraca do normalności i nikt już nie będzie niepokoić ostatnich żyjących a rodziny poległych, zamordowanych i zmarłych nie będą się już czuły wypychane poza nawias społeczeństwa.

Tak naprawdę, jednak jest inaczej. Pojawiły się bowiem takie publikacje, które cofnęły nas do ponurego okresu stalinowskiego. Zadecydowała o tym retoryka, ignorowanie elementarnych faktów (lub ich bezlitosne okaleczanie), a także sposób argumentacji, przyjętej przeciwko „Wyklętym”. Oto trzy przykłady.
„Wyklęci” powinni jeszcze za siebie… zapłacić

W tygodniku „Przegląd” (organ założony przez kierownictwo PZPR podczas stanu wojennego, w 1982 r., wówczas pod nazwą: „Przegląd Tygodniowy” – publikowali lub publikują w nim tacy koryfeusze postępowego dziennikarstwa, jak: Aleksander Małachowski, Krzysztof Teodor Toeplitz, Krystyna Kofta czy Piotr Gadzinowski) ukazał się artykuł Krzysztofa Pilawskiego pt. „Kto zapłaci za zbrodnie podziemia” (nr 9/2011 z 6 marca 2011 r.). Już sam tytuł mówił wszystko: „Wyklęci” popełniali zbrodnie i powinni za to zapłacić…

Przypatrzmy się, jak dziennikarz tego post(?)komunistycznego pisma uzasadnił swoje tezy. Pilawski przypomniał sprawę rajdu oddziału PAS NZW kpt. Romualda Rajsa „Burego” na Białostocczyźnie, na początku 1946 r. Zginęło wówczas kilkadziesiąt osób narodowości białoruskiej. Choć nie wszystkie okoliczności tej sprawy zostały do dziś wyjaśnione (i już – z powodu upływu czasu nie będą), to dla tego dziennikarza wszystko jest proste: oddział „Burego” dokonał ludobójstwa, zatem sprawa ta spada na całe podziemie powojenne (bo taka jest wymowa jego artykułu), a ilustracjami jego artykułu są m.in. fotografie oddziałów wileńskiej AK, w tym z lipca 1944 r., podczas zdobywania Wilna!

Zresztą Pilawski nie omieszkał się pochwalić, co, kiedy i jak można w Polsce załatwić: „Dopiero po klęsce prawicy w wyborach Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2002 r. uchylił odmowne decyzje w sprawie pomnika. […] 26 października 2002 r., po pięciu latach starań, na cmentarzu wojskowym w Bielsku Podlaskim odsłonięto pomnik na zbiorowej mogile furmanów”. Czyja władza, tego prawo?
Coś w tym jest. Oto na początku lat 90-tych ub. wieku Pomorski Sąd Okręgowy rozpatrywał wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Bydgoszczy z 1950 r., skazanego wówczas na karę śmierci żołnierza NSZ za czyny przez niego (jak się później okazało) niedopełnione, jeszcze podczas okupacji niemieckiej. Chodziło o zwalczanie komunistów na terenie Lubelszczyzny na początku 1944 r. Oskarżony był wówczas ciężko ranny i przebywał kilkadziesiąt km od miejsca zarzucanych mu przestępstw. Ale w trakcie śledztwa, po zastosowaniu okrutnych tortur, przyznał się do wszystkiego. Pomorski Sąd Okręgowy uznał jego ówczesne przyznanie się do winy za wystarczający dowód, aby nie stwierdzić nieważności stalinowskiego wyroku. Co więcej, dokonał następującej wykładni: „Nie ulega przecież wątpliwości, że w konkretnym momencie historycznym państwo polskie, jako takie, nie istniało. Abstrahując nawet od działalności Rządu Polskiego na emigracji (tzw. londyńskiego), na terenie kraju nie funkcjonowały struktury państwa (administracja, sądownictwo, finanse)”. Wynika z niej, że tenże żołnierz prowadził działalność zbrojną o odzyskanie przez Polskę niepodległości podwójnie nielegalnie! Przede wszystkim dlatego, że Niemcy „nie pozwalali”. Ale – jak się okazuje – także dlatego, że „nie był wtedy ustalony przyszły kształt polityczny państwa”. Zapewniam, że nie jest to jedyne tego typu pokraczne uzasadnienie, ani też najbardziej rażące, wydawane przez (post???) komunistyczne sądy w III RP w stosunku do „Wyklętych”.
„Bandyci-mordercy, konfidenci gestapo i fałszerze pieniędzy”?
W ramce do artykułu Pilawskiego załączony został tekst rodem wprost z epoki kamienia łupanego, a konkretnie – z krwawej dyktatury stalinowskiej, zatytułowany „Bilans wojny domowej” (jest to pojęcie całkowicie zakłamujące to, co się działo w Polsce po 1944 r.):

„Za początek wojny domowej uznaje się datę 9 sierpnia 1943 r. Wówczas pod Borowcem, na rozkaz szefa lubelskiego okręgu NSZ, został wymordowany oddział GL im. Kilińskiego. Zginęło 26 partyzantów i sprzyjających im mieszkańców okolicznych wsi. Warto pamiętać, że dowódca AK w „Oświadczeniu” potępił ów „ohydny mord” NSZ. […]

Dokładnie znane są jedynie straty zbrojnych organów władzy ludowej (4018 milicjantów, 1615 funkcjonariuszy UB, 3729 żołnierzy WP, KBW i WOP, 495 członków ORMO – razem 9857 osób). Jak obliczył Tadeusz Kosowski, wśród ofiar podziemia zbrojnego było też 5043 bezbronnych cywilów, w tym 2655 rolników i 691 gospodyń domowych oraz 187 dzieci do lat 14. Ocenia się, że po stronie „wyklętych” zginęły 7672 osoby. Zginęło też 1980 wojskowych radzieckich. Łącznie zginęło 25 tys. osób. Ofiary były więc po obu stronach […]”.

Po pierwsze, nie pod Borowcem a Borowem. Po drugie, nie wszyscy członkowie rzekomego „oddziału GL im. Kilińskiego” wówczas zginęli – ci, którym nie udowodniono winy w napadach i grabieżach, zostali zwolnieni (w tym b. żołnierz sowiecki). Po trzecie – od lat jest już pełen dostęp do dokumentów podziemia komunistycznego i niepodległościowego, opublikowano na ten temat szereg naukowych publikacji, a dla redakcji „Przeglądu” czas stanął we wczesnych latach 50-tych ub. wieku? Wyjaśniam zatem – tenże „oddział GL” wywodził się z grupy bandycko-rabunkowej niejakiego Liska, przedwojennego kryminalisty. Ich zwierzchnik polityczny, Tadeusz Szymański „Lis” (dowódca okręgu janowskiego GL) napisał wspomnienia, leżą one w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Warto do nich sięgnąć, są naprawdę interesujące: „Wielu z nich było zdemoralizowanych „łatwym chlebem” i wcale nie uśmiechało im się podporządkowanie twardej dyscyplinie partyzanckiej. […] Uzbrojenie było raczej marne, parę karabinów, kilka pistoletów i granaty obronne, to wszystko dobre do akcji o mniejszym znaczeniu, nie przeciw Niemcom. […] w każdej chwili mogłem spodziewać się wszystkiego najgorszego”. Doprawdy, świetna rekomendacja. Jeśli zatem „nie przeciw Niemcom”, to co to były za „akcje o mniejszym znaczeniu”? To były napady, gwałty i rabunki! Ulubionym zajęciem tych „partyzantów GL” była gra… w zegarki. Oddajmy jeszcze na chwilę głos T. Szymańskiemu: „Grali w zegarki. „Gra” polegała na tym, że chętny podrzucał zegarek jak najwyżej i czekał, aż przedmiot upadnie na ziemię. Wygrywał ten, którego zegarek spadał nieuszkodzony i zabierał innym zegarki. […] Ci partyzanci mieli za dużo wolnego czasu i za dużo… zegarków, o które przecież w okresie okupacji nie było tak łatwo”.Na kim te zegarki były zdobywane? Przecież nie na Niemcach. To tak w oczach sił post(?)komunistycznych wygląda początek rzekomej „wojny domowej”?

Redakcja „Przeglądu” posłużyła się w dodatku „obliczeniami” wątpliwej jakości historyka okresu „utrwalania władzy ludowej”, pułkownika UB-SB Tadeusza Kosowskiego, który przez lata preparował w postpezetpeerowskich organach artykuły, mające uzasadnić „walkę z reakcją”. Na przykład w miesięczniku „Dziś. Przegląd społeczny” (nr 5/44, maj 1994) ukazał się jego artykuł: „Ofiary” komunistycznego terroru, a w nimtenże resortowy, domorosły „historyk” pytał wprost: Chciałoby się zapytać organizatorów imprez religijno-patriotycznych, czy gdyby po wojnie władzę w Polsce objął rząd (obóz) londyński, to bandytów-morderców, konfidentów gestapo i fałszerzy pieniędzy też uznawałby za „patriotów polskich”? (…) I czy nadal ta kategoria przestępców będzie uznawana za „ofiary komunistycznego terroru” tylko z tego powodu, że za ich zbrodnie skazały ich sądy Polski Ludowej?Zapytajmy inaczej – czy wymowa artykułu K. Pilawskiego daleko odbiega od „ustaleń” płk. UB-SB Kosowskiego?

„Obsesja braci Kaczyńskich”
W tym samym numerze „Przeglądu” K. Pilawski przeprowadził rozmowę z posłem Andrzejem Celińskim (z jego rozbudowanej biografii politycznej tu konieczne jest przypomnienie, że był m.in. zastępcą Leszka Millera w SLD). Celiński zasłynął tym, że jako jeden z nielicznych głosował w sejmie przeciw temu świętu. Ja wynika z jego wywodów, to przede wszystkim nienawiść wobec braci Kaczyńskich była głównym motorem jego postawy: „głosowałem przede wszystkim przeciw tej konkretnej ustawie. Jej treść i uzasadnienie sformułowane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego uświadomiły mi potrzebę zademonstrowania tego, że nie może być zgody na kłamstwo, na nadużywanie Sejmu w sprawach nie tylko niebędących w jego kompetencjach, ale na dodatek służących historycznemu kłamstwu. Tego było już za wiele. […] Ustawa o święcie „żołnierzy wyklętych” to właśnie ten szczególny przypadek – jest kłamliwa i szkodliwa. […] Dla braci Kaczyńskich, podobne wychowanie stało się obsesją. Wykorzystali historię do wzmacniania takich postaw i zbiorowych zachowań Polaków, które we współczesnym świecie prowadzą raczej do narodowej klęski niż do sukcesu. Zaczęło się to od powstania warszawskiego”. I tak dalej.

Ale nie tylko to zdecydowało o tak radykalnych poglądach posła Celińskiego. Twierdził on bowiem, że posiada na ten temat… solidną wiedzę: „Ja to – może w odróżnieniu od Kaczyńskich – badałem. Wtedy! W latach 60.!” Hm, poseł rocznik 1954, był aż tak oczytany i napełniony wiedzą o latach „walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej” już jako 12-15-latek? Zdolną mieliśmy młodzież… Niech nas nie zwiedzie jednak jego powoływanie się na AK-owskie tradycje rodzinne. Celiński twierdzi, że wiedzę czerpał od ówczesnych koryfeuszy marksistowskiej nauki: „Tak się złożyło, że w latach 70. i 80. brałem udział w prywatnych seminariach dotyczących najnowszej historii Polski. Prywatnych, bo tylko prywatnie można było poważnie, bez cenzury dochodzić prawdy o naszej najnowszej historii. To były trzy takie seminaria, może konwersatoria – miejsce spotkań nie dla uciechy, lecz dla jakiejś korzyści intelektualnej. W środowisku Towarzystwa Kursów Naukowych spotykaliśmy się przeważnie w mieszkaniu Krystyny i Adama Kerstenów na warszawskim Kole albo u Hanny i Jerzego Jedlickich na mokotowskich Fortach. Czasem u Maryli Hopfinger-Amsterdamskiej i Stefana Amsterdamskiego na Jelonkach. Bywali tam m.in. Tadeusz Mazowiecki, Kowalikowie, Janka Zakrzewska, Garewiczowie, Geremkowie, słowem – profesorowie ze świadomością warsztatu historycznego”. Tak się jednak składa, że z wymienionej grupy tylko nieliczni byli formalnie historykami i pośród nich tylko Krystyna Kersten zaledwie otarła się o poruszany temat. A co do ich warsztatu, to warto sięgnąć do ich publikacji z tamtego okresu. W przypadku K. Kersten była to całkowita kompromitacja (dla przykładu: jej arcy„dzieło” o tzw. Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego). Co więcej – cała wymieniona wyżej grupa była w latach, w których działali „Wyklęci” – całkowicie po drugiej stronie barykady, albo wprost w PZPR, lub (tak jak Tadeusz Mazowiecki) w jej przybudówkach.

Celiński rzecz sprowadził zatem do tego, o czym komuniści kłamliwie trąbili przez pół wieku: „Trzeba jednak powiedzieć wówczas także o jej ciemniejszej stronie: braku politycznej koncepcji celu, o rekwizycjach, patologiach, braku możliwości zakończenia akcji, po jakimś czasie beznadziejnej. To, co nazywa się potocznie powojenną partyzantką, wyradzało się. Oddziały „leśnych” dopuściły się zbrodni na Żydach, walczyły ze sobą, dokonywały gwałtów na ludności cywilnej”. Ot, jakie to proste. Własne „badania”, nauki pobierane u zwolenników i aktywistów „ludowej władzy” i zapewne długi staż u boku (b.) towarzysza Leszka Millera dały niezwykły efekt. „Wyklęci” powinni nadal pozostać wyklętymi.

Posłowi Celińskiemu do sztambucha
Przypomnijmy więc posłowi Celińskiemu kilka spraw, których sam zapewne nie „badał”, jak też nie było o nich mowy na konwentyklach z PAX-owcem Mazowieckim, czy sekretarzem POP PZPR w Instytucie Historycznym UW, Geremkiem.
Oto „Meldunek nadzwyczajny” Komendanta Powiatowego MO w Przasnyszu z 18 października 1045 r.: „O godz. 7 rano wojsko KBW, UB i MO ze Szczytna i Milbarku (Okręg mazurski) urządziło obławę i rewizję za ukrytą bronią. We wsi Zaręby z mieszkań wypędzono około 200 chłopów na plac przed kościół. Dołączono do nich również i milicjantów z Pos[trunku] MO w Zrębach, następnie wyczytano z listy nazwiska niektórych chłopów, poczem załadowano ich wraz z niewyczytanymi i niesprawdzonymi milicjantami na auta. […] Do tej pory nie ma żadnej o nich wiadomości. […] Podczas rewizji miały miejsce liczne rabunki ze strony rewidujących. […] zachowanie się przeprowadzających akcję było b. brutalne i według opinii mieszkańców – zupełnie podobne było do zachowania się gestapo. Cały szereg osób, których zameldowania również nadeślę, zostało pobitych”. Trzeba tu dodać, że była to wieś sprzyjająca „władzy ludowej”, jak więc takie akcje pacyfikacyjne wyglądały tam, gdzie grupy operacyjne UB i KBW miały do czynienia z jakimkolwiek oporem?

Nie były to samowolne, wyizolowane incydenty. Takie postępowanie, włącznie z brutalną odpowiedzialnością zbiorową, nakazywali im przełożeni, m.in. „marszałek” lWP Michał Żymierski. Oto jego rozkazy: „w toku akcji przeciwko bandom do niewoli nie brać: przywódców i oficerów dowództwa dywersyjnego, dywersantów, stawiających opór z bronią w ręku. […] Przy ujmowaniu podejrzanych o udział w bandach bez broni, pociągać do odpowiedzialności karnej przed sądami wojskowymi nie tylko podejrzanych, ale i wszystkie osoby, u których się oni ukrywali i które im okazywały jakąkolwiek pomoc, nie wyłączając najbliższych członków rodzin”.

Nie była to tylko propagandowa retoryka. Ludzi, wziętych z broną w ręku, rozstrzeliwano na miejscu, nie spisując nawet danych personalnych! Oto typowy meldunek KBW: „W toku walk zabito 2 ludzi z bandy „Szarego” a trzeci został wzięty do niewoli, ale na rozkaz obecnego przy tem z-cy kierownika WUBP por. Szwagierczaka został rozstrzelany”.A były „akcje” jeszcze bardziej makabryczne, takie jak wymordowanie ok. 200 bezbronnych żołnierzy NSZ z Podbeskidzia, ze zgrupowania kpt. Henryka Flamego „Bartka”…

Może lewicowa wrażliwość pozwoli posłowi Celińskiemu dokładniej wczytać się w te słowa. Może dotrze do niego to, jakie wrażenie w pierwszych latach po wojnie robiły zbiorowe, publiczne egzekucje ludzi z podziemia antykomunistycznego, gdy z zagipsowanymi ustami byli mordowani przy spędzonych na siłę mieszkańcach, w tym młodzieży, przyprowadzanej wprost z lekcji?

Dziś mielibyśmy odmówić „Wyklętym” prawa do państwowego święta, podczas gdy ich prześladowcy i mordercy opływają w dostatki, pozostają bezkarni, obwieszeni medalami (w tym Virtuti Militari!), mają bardzo wysokie stopnie wojskowe i inne zaszczyty z racji „walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej”?

Jak harcerz Skalski o Lwów i Wilno wojował
W podobne tony uderzył publicysta Ernest Skalski, z wykształcenia historyk, dziennikarz m.in. „Sztandaru Młodych” i „Polityki”, ale też… „Tygodnika Powszechnego” i współzałożyciel „Gazety Wyborczej”. (Wikipedia nie zawiera, niestety, informacji o jego przynależności partyjnej, a szkoda). Co ma nam do powiedzenia? W blogu na portalu salon24.pl już 7 marca 2011 r. napisał: „Raczej nie było to antykomunistyczne powstanie, lansowane aktualnie przez politykę historyczną. Czy też historię upolitycznioną, bo to na jedno wychodzi. Powstanie, a mieliśmy ich nie mało, musi mieć jakiś cel, plan działania, jakieś kierownictwo i podporządkowaną mu strukturę. A tego brakowało. […] Ruch partyzancki wydaje się najtrafniejszym określeniem. Ono nie wartościuje”. Ot, i robi się jaśniej – chodzi więc o to, aby nie wartościować, co było wówczas dobre, a co złe? Powstańcy nie mieli żadnego celu? Najlepiej dziś uznać, że obie strony miały rację, czyli okupant z okupowanym powinni mieć ten sam status. Ale to nie koniec jego wynurzeń. Na wszelki wypadek Skalski sugeruje nam, że jednak był wówczas… po drugiej stronie: „Miałem dziesięć lat gdy skończyła się wojna. Zostałem harcerzem i w krakowskim Lasku Wolskim ćwiczyliśmy, tak zwane podchody, szykując się do wojny o wyzwolenie Lwowa i Wilna. Jak na swój wiek byłem dość uświadomiony i osłuchany”. Doprawdy? Aż tak go uświadamiano w domu rodzinnym w 1945 r. – jak to miało miejsce w rodzinach związanych z podziemiem antykomunistycznym? To niech nam łaskawie wyjawi, kto go tak czule oświecał, tatuś czy mamusia, a może oboje? No i kim byli oraz w jakiej dziedzinie go oświecali, bo uwierzyć wprost nie mogę.

Oto dalszy ciąg wywodów Skalskiego, który również jest przeciwnikiem nowego święta: „władza, choć z mandatu Sowietów, choć wredna, była jednak polska”[…] Terror sowiecki i nowej władzy nie był powszechny, nie stwarzał, w przeciwieństwie do okupacji niemieckiej, zagrożenia wolności i życia dla wszystkich”. Czyżby Skalski nie słyszał i nie czytał o sowieckim nadaniu tej władzy? O roli Stalina? O „sowietnikach” w UB i innych instytucjach? O tysiącach rozstrzelanych, dziesiątkach tysięcy ofiar reżimu komunistycznego, o setkach tysięcy więźniów politycznych, o milionach, poddawanych wielu innym represjom? Pewnie nie słyszał, bo w jego domu mówiło się o tym inaczej. A przecież terror był zjawiskiem powszechnym, codziennym i masowym. To prawda, że już nie takim, jak za okupacji niemieckiej, ale przecież należy pamiętać, ile już przedtem było ofiar Niemców, ile osób wypędzonych i tych, którzy już do Polski nie mogli wrócić. Dlatego komunistom było lżej i łatwiej, kręgosłup narodu przetrącili Niemcy, zatem nowa okupacja mogła być lżejsza, choć jest to zjawisko względne. Na niektórych terenach ofiar „drugiej okupacji” było jednak więcej niż „za Niemca”!

Mimo to Skalski ujawnia swe prawdziwe sympatie i fobie: „oddział, który przychodził z Wileńszczyzny na Mazowsze, czy z Wołynia w Lubelskie miał problemy. Lokalna władza przeważnie nie składała się z przysłanych z Moskwy emisariuszy. To miejscowi szli do lokalnej policji czy nawet powiatowego UB, zajmowali stanowiska w urzędzie gminnym. Krewni, sąsiedzi traktowali ich nieraz jako swoich na urzędzie, co to mogą ostrzec, pomóc, czy przymknąć oczy. Dla partyzantów byli to zdrajcy wysługujący się sowietom, członkowie komunistycznej władzy, których należy likwidować. Tym słowem często się określało zabójstwo.

Nurt narodowy w partyzantce za wrogów uznawał nie tylko przedstawicieli władz, lecz również mniejszości narodowe. Zabijał więc Białorusinów i Żydów. Nie tylko tych z UB i z PPR, ale jak leci, choćby wyciąganych z zatrzymywanych pociągów”. Śpiewka stara, ale jara, śpiewana przecież już od 1944 r., zawsze ta sama. Motyw podziemia jako rabunkowych band, wałęsających się bez celu i sensu po lasach, zabijających z oszalałej nienawiści domniemanych „wrogów”, szczególnie tych z mniejszości narodowych. To stały i nośny motyw. A to, że nieprawdziwy? Tym gorzej dla prawdy.
„W obliczu zła, od 1944 roku zawłaszczającego Polskę, można było zachować się przyzwoicie, albo nieprzyzwoicie”

Znamienne były komentarze, zamieszczane pod blogiem Skalskiego przez Czytelników. Oto niektóre z nich: „obśmiałem się jak norka czytając te Pańskie kocopały. Rodzice Pana do tego nacjonalistycznego harcerstwa delegowali?”; „Ględźba, ten Pana tekst. Dowód, że słowa mogą być puste jak wiatr. A przecież sprawa jest nadzwyczaj prosta: w obliczu zła, od 1944 roku zawłaszczającego Polskę, można było zachować się przyzwoicie, albo nieprzyzwoicie. Reszta wygląda jak usprawiedliwianie własnych podłości”; „W Polsce walczono o niepodległość z najeźdźcą, który bez skrupułów tę niepodległość gwałcił, a jej obrońców mordował. Dlatego chcemy im oddać cześć i sprawiedliwość”; „Ideowym komunistom w głowie się nie mieści, że ktoś może walczyć za idee inne niż ich rewolucja, a nawet przeciw ich rewolucji. Nie mogą pojąc, że są ludzie, dla których ruski but na polskim gardle jest nie do przyjęcia. Ja się nie dziwię, bo Bóg, Honor, Ojczyzna to pojęcia im zupełnie obce, a przez tę obcość wstrętne”. Oczywiście, są też inne, od ludzi, którzy identyfikują się (rodzinnie) z ustrojem komunistycznym.

Mamy więc do czynienia z jednoznacznym wyborem, zarówno politycznym (z komuną lub przeciw niej), ale też moralnym – co było dobrem, a co złem. To też świetnie podsumował jeden z internautów: „Antoni Słonimski opisywał kiedyś faceta, który podczas pożaru wielkiego hotelu z setkami ofiar ukradł futro.Jego komentarz: facet będzie do końca życia utrzymywał, że taki pożar to świetna rzecz”. Komunizm był świetną rzeczą dla takich facetów, dla całych środowisk, dla „awansu społecznego”. Władza „dawała” przecież mieszkania, talony na dobra materialne, wczasy, wyjazdy zagraniczne. Nie jest bowiem prawdą, że nikt nie mógł wówczas wyjeżdżać na „zgniły Zachód” – niektórzy jeździli i to wielokrotnie w ciągu roku, dostawali na to odpowiednie przydziały dewiz po kursie, w który mało kto już dziś uwierzy. Przez partię komunistyczną przewinęły się miliony ludzi, bardzo wielu z nich otrzymywało z tego tytułu bardzo wymierne korzyści. To jest dziś podstawowe zaplecze tych, których gorszy święto „Żołnierzy Wyklętych”. Chcieliby, aby o nich całkiem zapomniano. A przecież olbrzymia większość ofiar nawet nie ma grobów, wielu zamordowano bezimiennie. Nie ma winnych… Sami byli sobie winni?
Jeśli jest wam z naszym świętem tak źle, to sobie zróbcie (ale prywatne!) święto „towarzyszy wyklętych” – Bieruta, Bermana, Minca, Romkowskiego, Mietkowskiego, Światły, Fejgina i innych. W kręgach towarzyskich, rodzinnych, z dziećmi i wnukami. Pełno ich wokół nas, także w mediach oraz „biznesie”, polityce, nauce… Ale na wszelki wypadek się z tym za bardzo nie obnoście.

***

Nie pozwólmy, aby pamięć o „Wyklętych” pokrył kurz niepamięci i dotkliwe obelgi. Oto typowy dla tamtego okresu list z jednostki wojskowej do żony żołnierza (z początkowego okresu Polski Ludowej), której zamordowano męża, bo przeciwstawił się ludowej władzy: „Dowództwo jednostki Wojskowej (…) zawiadamia Was, że w imieniu Narodu Polskiego Sąd Polowy WP wykonał (…) wyrok śmierci na Waszym mężu (…). Okrył siebie, Was i Wasze dziecko hańbą – zdradził sprawę narodową, naród i Ojczyznę. (…) Ziemię nad jego grobem wyrównano i niech nie szpeci ziemi Ojczyzny naszej grób zdrajcy. Wieczna hańba i nienawiść naszych żołnierzy i oficerów towarzyszy mu i poza grób. Każdy, kto czuje w sobie polską krew przeklina go – niech więc wyrzeknie się go własna jego żona i dziecko”. Podpisał to dowódca jednostki, por. Muś. Zapewne zrobił w „Polsce Ludowej” odpowiednią karierę, bo przecież nazwisko dziwnie znajome jest…

Ci, którzy nie bardzo do dziś wiedzą, dlaczego to byli „Żołnierze Wyklęci”, jeszcze raz powinni przeczytać powyższe „zawiadomienie”. Ci zaś, którzy „czują w sobie polską krew”, powinni przestać ich przeklinać. Dziś mamy dla nich już tylko pamięć oraz wdzięczność za to, że byli i zginęli z honorem.

Leszek Żebrowski

Za: Nowy Ekran (29.02.2012) (" Leszek Żebrowski: Wyklinanie „Żołnierzy Wyklętych”")
http://dziennikarze.nowyekran.pl/post/5 ... -wykletych


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 02 mar 2012, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Asindziej napisał(a):
Gdyby nie zamordowany prezydent Lech Kaczyński, żołnierze wyklęci do dziś byliby propagowani przez żydobolszewię jako zwykłe rzezimieszki. Dzień żołnierzy wyklętych jednoznacznie czyni te kłamstwa oczywistymi kalumniami nawet dla najmniej zorientowanych w historii najnowszej Polski.

Jednak oficjalne i jednocześnie aktualne dewiacje poszły znów w probolszewickim kierunku.
Prezydent Komorowski w wiadomościach TVP1 wskazał jako żołnierzy wyklętych Chrzanowskiego i Bartoszewskiego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 02 mar 2012, 10:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
Jednak oficjalne i jednocześnie aktualne dewiacje poszły znów w probolszewickim kierunku.
Prezydent Komorowski w wiadomościach TVP1 wskazał jako żołnierzy wyklętych Chrzanowskiego i Bartoszewskiego.

Nie mogą już żołnierzy wyklętych oficjalnie nazywać rzezimieszkami, więc teraz plugawią ich dając im plugawe towarzystwo.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 07 kwi 2012, 14:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
TVP - czyli zgubne skutki nowego kursu historii

Wiele miesięcy temu wymyśliłem telewizyjny cykl filmów dokumentalnych pt 'Premierzy”. W założeniu miał to być przystępny wykład o trudnej historii ostatnich dwudziestu lat w Polsce. Skrzypiało, ale stosunkowo łatwo udało się zrealizować filmy opowiadające o premierowaniu Tadeusza Mazowieckiego i Jana Krzysztofa Bieleckiego. Naraz machina się zatrzymała, TVP zamilkła a recenzenci pokroju Jacka Snopkiewicza stwierdzili, ze scenariusz trzeciego odcinka jest niedobry. Był napisany według takiego samego formatu jak dwa poprzednie, ale okazał się niedobry. Dlaczego niedobry? Hmmm...dotyczył bowiem trzeciego w chronologicznej kolejności premiera RP – Jana Olszewskiego. Przez wiele miesięcy telewizyjni urzędnicy na pytanie o przyszłość serialu „Premierzy” znacząco wzruszali ramionami i dodawali, na stronie: no wiesz ten Olszewski.

Uparłem się jednak i zakomunikowałem telewizyjnym władzom, że bez realizacji solidnego filmu o Janie Olszewskim nie ma mowy o realizacji następnych odcinków. Cykl zatrzymał się i stoi od kilkunastu miesięcy w miejscu. Nie ruszy dopóki TVP nie przestanie cenzurować najnowszej historii naszego kraju.

Coraz mocniej przychylam się natomiast do pomysłu, aby film o Janie Olszewskim powstał i został przeznaczony do społecznego obiegu, poza mediami głównego nurtu.

Jeśli bowiem porównamy kaliber rozmaitych postaci, którym zdarzyło się pełnić zaszczytny urząd Premiera RP, to rychło zauważymy, że Jan Olszewski wyrasta ponad nie o głowę – to zupełnie inna szkoła, inna kultura, inne pokolenie.

Znam wielu polityków, jednak naprawdę niewiele z tych znajomości uznaje za nobilitujące, znajomość z Janem Olszewskim poczytuje sobie za zaszczyt i nieustanną szkołę, każda rozmowa z panem Janem, to coś niepowtarzalnego, niezwykłego.

Jeśli zdaniem TVP ten człowiek nie zasługuje na dobry film dokumentalny, jeśli jego los – od taty PPS – owca, poprzez Szare Szeregi do urzędu Premiera RP – nie zasługuje na piękny fresk, to znaczy, że powoli wracają czasy Kliszki, Łukaszewicza i Kraśki.

Przyznam, że noszę się z zamiarem zorganizowania konferencji prasowej z udziałem pana premiera Jana Olszewskiego, przeznaczonej głównie dla zagranicznych korespondentów, aby na przykładzie traktowania postaci pana Jana pokazać jak w Polsce wygląda wolność słowa.

Przepraszam za odrobinę dziegciu, ale skoro Wielki Post, to i prawdę należy wygarniać bez osłonek.

http://wgadowski.salon24.pl/406244,tvp- ... u-historii


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 25 kwi 2012, 15:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://narodowcy.net/nowe-podreczniki-d ... 012/04/24/

Gazeta Wyborcza, główny wróg wolności Polaków w Polsce i piewca komunistów, przedstawiona zostanie kłamliwie w nowych podręcznikach historii jako główna siła wyzwalająca Polskę z komuny.

Kopia artykułu:

Nowe podręczniki do historii… Gazety Wyborczej.
INFORMACJE Z POLSKI | KWIECIEŃ 24, 2012 O GODZINIE 19:28

W podręczniku do historii dla I klasy liceum i technikum „Ku współczesności. Dzieje najnowsze 1918-2006”autorstwa Andrzeja Brzozowskiego i Grzegorza Szczepańskiego, wydawnictwo Stentor., który ma wejść do programu nauczania od przyszłego roku, przed młodymi Polakami staną takie oto zadania.
1. Przedstaw rolę „Gazety Wyborczej” i jej znaczenie dla społeczeństwa polskiego w okresie poprzedzającym wybory kontraktowe do parlamentu w 1989 roku.
2. Scharakteryzuj rolę „Gazety Wyborczej” od dziennika solidarnościowej opozycji do najbardziej poczytnej, atrakcyjnej dla szerokiej publiczności polskiej gazety.

Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 21 maja 2012, 06:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Unieważnianie pamięci

Szukanie odpowiedzi na pytanie o powód rezygnacji z formuły dawnego "Biuletynu IPN" i przyjęcie nowej, dla miesięcznika "Pamięć.pl", pozwala lepiej zrozumieć kierunek niedostrzeganych na co dzień zmian zachodzących w Instytucie Pamięci Narodowej. Prezes Łukasz Kamiński uzasadnia je "nowymi wyzwaniami", jakie stawia przed Instytutem konieczność dotarcia do "żyjącego w wolnej Polsce", czyli w "zupełnie zmienionym świecie" pokolenia. Dodaje, że priorytetem w pracy Instytutu jest edukacja. Porównajmy więc oba biuletyny, aby sprawdzić, co edukacja i nowe pokolenie zyskały dzięki tej zmianie.


Dwa biuletyny

Ostatni numer dawnego biuletynu liczy 200 stron. Przypomina książkę, w której teksty zdecydowanie przeważają nad ubogą, biało-czarną szatą graficzną, na którą składają się prawie wyłącznie nieliczne zdjęcia. Nowy miesięcznik ma ledwie 72 strony, za to nieco większego formatu, na których kolorowe zdjęcia i inne graficzne atrakcje zdają się dominować nad tekstami. Zupełnie jak w nowych podręcznikach i nowych programach nauczania, przygotowujących młodzież do zdawania testów.

Ostatni stary biuletyn poświęcono, zgodnie z przyjętą zasadą, przede wszystkim jednemu, wybranemu problemowi. Ponieważ ukazał się jako numer listopadowo-grudniowy, wiodącym tematem był 13 grudnia 1981 roku. Większość artykułów dotyczyła wydarzeń, wspomnień, analiz i rozważań nad stanem wojennym i jego konsekwencjami. Do numeru dołączono film DVD pt. "Video niekontrolowane". Okładka tego skromnego kolorystycznie biuletynu jarzy się biało-czerwonymi zniczami krzyża, symbolizującego w latach 80. ofiary stanu wojennego. Pierwszy numer "Pamięci.pl" wyszedł w kwietniu i kwietniowe jest jego kalendarium, ale zbrodnia katyńska nie jest najważniejszym tematem pisma. Ważniejszy wydaje się Marzec ´68, któremu poświęcono zarówno okładkę, jak i bardzo subiektywną analizę socjologiczno-historyczną autorstwa Marcina Kuli. Do czytania pierwszego numeru "Pamięci.pl" zaprasza kolorowa okładka ze zdjęciem, zapewne z archiwum SB, na którym widzimy plecy milicjantów z pałkami, którzy podbiegają do niewielkiego ulicznego zgromadzenia na Krakowskim Przedmieściu (?). Zestaw tematów przygotowano w taki sposób, by czytelnik nie miał powodów sądzić, że kwiecień i Katyń są dla redaktora naczelnego ważne w historii Polski. W dawnym biuletynie publikowano artykuły pracowników IPN, komentarze, wspomnienia, dokumenty, recenzje i polemiki, a także zapisy ważnych dyskusji prezentujących odmienne punkty widzenia wokół wiodącego tematu oraz doniesienia o nowych odkryciach archiwalnych historyków, nie zawsze z tym tematem związane. Czytelnik starego biuletynu miał szansę nie tylko poznawać fakty, lecz także ich interpretację i próbować zrozumieć sens opisywanych wydarzeń i procesów. "Pamięć.pl" tylko opowiada barwnie i kolorowo o tym, co "wydarzyło się w XX wieku". Jest kalendarium historyczne, zabawny i wspomnieniowy dla mojego pokolenia felieton o płk. Omelanie, wywiad, ale nie dyskusja, jest "stopklatka" (?) i inne (stałe?) działy bardzo rozmaicie zatytułowane. Jest więc Prawda czasu, prawda ekranu, Historia w kinie, Hej, kto Polak..., Z bronią w ręku, czy Prosto z najweselszego baraku... (?). Jest też dowód bezpośredni, że miesięcznik wydawany jest przez Instytut Pamięci Narodowej. To rubryka "Z archiwum IPN" oraz dział Edukacji Historycznej. Są recenzje, a nawet "Orzeł biały", co prawda na francuskich furażerkach, ale jednak jest! Kto zgadłby, że pod zawołaniem "Hej, kto Polak..." znajdzie opowieść o Stefanie Pabisiu, jednym z żołnierzy wyklętych, a w dziale "Z bronią w ręku" - opowieść o projektowaniu i produkcji polskiego pistoletu Vis. Na "Pamięć.pl" składają się tak bardzo różnorodne i rozproszone tematycznie teksty, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż dobrano je wedle zasady: krótko, zgrabnie i lekko opowiedzieć o czymkolwiek, co "wydarzyło się w XX wieku". Mam wrażenie, że Jan Paweł II mówiąc w polskim Sejmie: "Ale nam się wydarzyło", nie żartował dlatego, że uważał obecność polskiego Papieża w polskim Sejmie za rzecz bagatelną. Użył tego sformułowania, by dowartościować to, co udało się Polakom osiągnąć po 9 latach wytrwałej batalii o wolną, demokratyczną i niekomunistyczną Polskę.

Subiektywne credo

Czytając "Pamięć.pl", mam wrażenie, że redakcja miesięcznika nie chciałaby u czytelników wywołać wrażenia, że historia jest dla niej nie tylko ważną, ale i poważną dziedziną nauki. W słowie wstępnym Andrzej Brzozowski, redaktor naczelny, powołuje się na wywiad z prof. Andrzejem Paczkowskim, sugerując, że "każdy ma prawo do własnej części pamięci narodowej", co, jak pisze, będzie swoistym credo nowego pisma. Jak pogodzić to z wcześniejszą zapowiedzią, że "Pamięć.pl" oddaje swoje łamy pracownikom Instytutu, którego podstawowym obowiązkiem jest przechowywanie narodowej pamięci o dziejach najnowszych, pielęgnowanie jej i upowszechnianie. A więc jednak "narodowa" pamięć istnieje, co więcej, to dla niej, a nie dla pielęgnowania wielu rozproszonych pamięci cząstkowych i subiektywnych powstał Instytut Pamięci Narodowej.

Mam nadzieję, że pismo będzie wierne idei stojącej u początku powstania Instytutu. Przypominam, że w ustawowych obowiązkach Instytutu Pamięci Narodowej mieści się też kilka innych zadań, jak dokumentowanie i badanie zasobów archiwalnych Instytutu czy wykorzystywanie tych zasobów do prowadzenia procesów lustracyjnych osób publicznych oraz postępowań śledczych przeciwko podejrzanym o popełnienie zbrodni komunistycznych i nazistowskich. Być może deklaracja A. Brzozowskiego oznacza, że miesięcznik zamierza przechowywać i pielęgnować "własne cząstki pamięci narodowej" i szuka w wypowiedziach prof. Paczkowskiego dla takiej działalności usprawiedliwienia. Jednak były przewodniczący i Kolegium, i Rady IPN przypomina, że działalność edukacyjna IPN rozwinęła się i zmieniła nie tylko z powodów "lustracyjnych", lecz także dla przywrócenia naszej pamięci o ludziach i wydarzeniach przemilczanych lub całkowicie zakłamanych, jak żołnierze wyklęci. Co więcej, prof. Paczkowski mówi o pamięci zbiorowej, którą współtworzy nasza wiedza, a nie tylko suma indywidualnych pamięci. Zauważa spory wokół wielu wydarzeń, ale dostrzega też znacznie ważniejszy problem - zastępowania starej pamięci "nową". Mam wrażenie, że kiedy mówi o "wymazywaniu z pamięci" osób i wydarzeń, nie zakłada, że i on, i redakcja także mogą mniej czy bardziej świadomie stosować tę technikę. A jednak. Gdy prof. Paczkowski zaprzecza podziałowi na "władzę i społeczeństwo", zdaje się zapominać, że ta pierwsza jest nieporównanie bardziej odpowiedzialna za kształtowanie rzeczywistości, bo jej możliwości działania są nieporównanie większe niż "społeczeństwa". Przewaga elit władzy, elit ekonomicznych, opiniotwórczych i symbolicznych nad odbiorcami ich decyzji jest kolosalna. To "władza" wymusza na narodzie wiele rzeczy, nie tylko "zajęcie określonego stanowiska". A naród, w systemie autorytarnym bardzo rzadko, a także w dobrze funkcjonującej demokracji nie zawsze skutecznie upomina się o swoje prawa, w tym prawo do kontrolowania rządzących. Nie wypada powtarzać banałów o "złej" władzy, za którą zawsze odpowiada społeczeństwo, i tej "dobrej", która niejako "sama z siebie" przewodzi "niedoskonałemu" społeczeństwu. Ten banał to przykład "wymazywania" z pamięci prawdy o odpowiedzialności elit.

Nieobecni w pamięci

Czy w pierwszym numerze "Pamięci.pl" zdarza się wymazywanie z narodowej pamięci wybranych zdarzeń i osób? Niestety tak. Cóż bowiem z tego, że czytamy uroczy felieton o płk. Omelanie i o dzielnych polskich twórcach pistoletu Vis. Że dowiadujemy się interesujących rzeczy o Antonim Słonimskim czy o złotym bloku utworzonym przez Francję, Belgię, Holandię, Włochy i Polskę w 1933 roku (dodajmy, że ówczesna strefa złota, podobnie jak dzisiejsza strefa euro, okazała się fiaskiem). Cóż z tego, że Tomasz Łabuszewski opowiada nam niezwykłą historię "Stefana", jednego z wyklętych, a Grzegorz Majchrzak wzbogaca naszą wiedzę o Zbigniewie Herbercie, relacjonując w dziale "Z archiwum IPN" materiały z podsłuchów i inwigilacji poety.

Wymazywanie pamięci o nielubianych osobach i wydarzeniach jest w "Pamięci.pl" wyraźnie obecne. Jak inaczej wyjaśnić fakt, że w kwietniowym numerze zbrodnia katyńska została odnotowana tylko w dwu miejscach (nie licząc zdjęcia "Gońca Krakowskiego" z 15 kwietnia 1943 roku), tj. w Kalendarium Historycznym i w artykule "Imiona zamiast liczb", poświęconym edukacji historycznej o Katyniu. Wśród sześciu umieszczonych w Kalendarium wydarzeń są: objęcie przez Zdzisława Najdera funkcji dyrektora RWE; podpisanie polsko-sowieckiej umowy o budowie Pałacu Kultury i Nauki; nadanie przez podziemne radio "Solidarność" pierwszej audycji; rozpoczęcie przez PPR w 1947 roku "bitwy o handel"; oraz, potraktowane jako równorzędne, rozpoczęcie przymusowych przesiedleń ludności ukraińskiej i pod datą 3 kwietnia informacja, że "z obozu w Kozielsku na egzekucję do Katynia wyruszył pierwszy transport polskich jeńców", o których "dziś często mówi się, że w Katyniu zginęła elita II Rzeczypospolitej". Nie ma informacji, że w 70. rocznicę tej zbrodni, w drodze do Katynia tragicznie zginął 10 kwietnia 2010 roku prezes IPN prof. Janusz Kurtyka. W jedynym poświęconym zbrodni katyńskiej artykule o edukacji historycznej wspomina się o konkursie "Sprzączki, guziki z orzełkiem ze rdzy...", który - jak pisze Kamila Sachnowska - "cieszy się zainteresowaniem uczniów i nauczycieli". Nie ma jednak w jej artykule ani słowa o tym, że inicjatorami konkursu byli Stowarzyszenie Pokolenie z Przemysławem Miśkiewiczem z Katowic oraz ówczesny prezes IPN Janusz Kurtyka. Autorka pisze jedynie, że "konkurs (...) realizowany był przez BEP IPN od 2010 roku". Wymazywanie pamięci o Januszu Kurtyce jest bardzo dokładne, ponieważ autorka pisząc o udanych inicjatywach edukacyjnych, zapomniała (?) także o pewnej tece edukacyjnej spełniającej jej postulaty. O tece pt. Zbrodnia Katyńska, przygotowanej za prezesury Janusza Kurtyki w krakowskim oddziale IPN w marcu 2010 r., tuż przed pamiętnym 10 kwietnia. Nie wiem, czy prof. Paczkowski mówiąc o tym, że "wszyscy" stosują technikę wymazywania z pamięci osób, które chce się skutecznie unieważnić, myślał o nowym miesięczniku. Niezależnie od jego intencji "Pamięć.pl" jest dobrym przykładem tego, o czym bez entuzjazmu mówił. Szkoda...

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska socjolog, była przewodnicząca Kolegium IPN (2007-2011)

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 20 cze 2012, 07:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30739
Virtuti Militari

Panu Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, do przemyślenia.

220 lat temu, dokładnie 22 czerwca 1792 roku, ustanowiony został order wojenny Virtuti Militari - najwyższe, a zarazem najsłynniejsze polskie odznaczenie, nadawane za wybitne czyny wojskowe, połączone z ofiarnością i odwagą. Nie było przypadkiem, że Virtuti Militari ustanowione zostało za obronę Polski przed odwiecznym wrogiem ze Wschodu - przed agresją Rosji w czasie wojny 1792 roku, w obronie Konstytucji 3 Maja i niepodległości Rzeczypospolitej. Pierwszymi kawalerami Virtuti Militari zostali: książę Józef Poniatowski i Tadeusz Kościuszko, za bohaterską obronę Ojczyzny przed armią rosyjską w bitwach pod Zieleńcami i Dubienką. To najwyższe odznaczenie wojskowe otrzymywali żołnierze wszystkich kolejnych polskich powstań narodowych, legioniści, obrońcy Ojczyzny przed agresją Rosji i Niemiec, powstańcy, bohaterowie II wojny światowej i żołnierze wyklęci. Krzyż Virtuti Militari nadawano żołnierzom Wojska Polskiego walczącym w obronie granic Rzeczypospolitej, ale także poza jej terytorium, m.in. pod Moskwą, pod Tobrukiem, pod Monte Cassino, pod Berlinem, w bitwie o Anglię i w bitwie o Atlantyk. Komuniści rządzący z nadania Kremla niesuwerennym bytem państwowym PRL bezcześcili Virtuti Militari, przyznając je m.in. "utrwalaczom władzy ludowej".

Czymś absolutnie już haniebnym w okresie PRL było wręczanie Krzyża Virtuti Militari sowieckim okupantom Polski. Między innymi komuniści odznaczyli Virtuti Militari osławionego ludobójcę generała NKWD Iwana Sierowa, a nawet samego Leonida Breżniewa. W początkowym okresie po 1989 roku władze III RP odznaczały Krzyżem Virtuti Militari ostatnich jeszcze żyjących bohaterów II wojny światowej, aby ostatecznie zaprzestać jego nadawania. To gorzej niż doraźny polityczny błąd, to historyczne zaniedbanie kolejnych prezydentów, premierów i ministrów obrony RP. Obecnie razem z ostatnimi kawalerami Virtuti Militari wymiera samo odznaczenie, a kiedy umrze ostatni - wieko trumny zamknie się również nad Krzyżem Virtuti Militari. Faktyczna likwidacja tego odznaczenia jest sprzeczna z polską racją stanu oraz tradycją i chwałą oręża polskiego. Tymczasem od kilkunastu lat tysiące żołnierzy Wojska Polskiego walczy, ginie i przelewa krew na tzw. misjach na Bałkanach, w Iraku, w Afganistanie. Niektórzy z nich dokonali czynów bohaterskich, ale władze III RP nie chcą uznać, aby to bohaterstwo zasługiwało na Krzyż Virtuti Militari. Beznadziejnym pretekstem jest fakt, iż polscy żołnierze nie są na wojnie, ale na misji zwanej pokojową albo stabilizacyjną, a najwyższe odznaczenie wojskowe nadaje się za bohaterstwo na wojnie. To absurd! W realiach XXI wieku nasi żołnierze są na wojnie, walczą pod polskimi sztandarami, na rękawach mundurów, na pancerzach pojazdów bojowych mają biało-czerwone znaki! Wrogowie żołnierzy Wojska Polskiego są zarazem wrogami naszych sojuszników, a jednocześnie wrogami naszej cywilizacji. Dlatego tym najbardziej bohaterskim żołnierzom z Iraku i Afganistanu należy się słusznie najwyższe odznaczenie wojskowe. To jest również polska racja stanu!
W wydanej właśnie książce "Pułkownik Kukliński - polska samotna misja" skierowałem apel do Bronisława Komorowskiego: "Panie Prezydencie Rzeczypospolitej! To co było karane śmiercią przez totalitarny komunistyczny reżim PRL, jest dziś w wolnej Polsce chwałą i zasługą. Pułkownik Kukliński nie potrzebuje już niczego. Wystarczy mu krzyż na mogile otwierającej Aleję Zasłużonych na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Ale dla młodego pokolenia Polaków jest bardzo ważne, aby wiedzieli, że Rzeczpospolita pamięta o swych bohaterach zawsze, a nagradza ich nawet po śmierci. Pułkownik Kukliński w dramatycznym okresie zimnej wojny przyczynił się w ogromnej mierze do zwycięstwa nad odwiecznym wrogiem Polski. Walczył z narażeniem życia jako oficer Wojska Polskiego i za to Ryszardowi Kuklińskiemu pośmiertnie należy się najwyższe polskie odznaczenie wojskowe - Krzyż Virtuti Militari".

Józef Szaniawski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 20&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 26 cze 2012, 20:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/5990/jedwabn ... epraszania

Jedwabne to niemiecka zbrodnia, dość przepraszania!
p.e.1984, 25 czerwca, 2012 - 23:26

Zbliża się kolejna rocznica mordu w Jedwabnem, mordu dokonanego przez Niemców na Żydach w ramach działań Einsatzkomando SS pod dowództwem hauptsturmführera Hermanna Schapera. Udział ludności polskiej w tej zbrodni miał mniej więcej taką postać, jak w tym fragmencie stenogramów z procesu łomżyńskiego (w 1948 r.):
(...)(Skazano) Władysława Dąbrowskiego (na rozprawie nie przyznał się do winy, ‘Oskarżony zeznał, że nie chciał iść i Niemcy przez uderzenie w twarz zmusili go do pójścia.’, ‘ z nakazu niemieckiego, popartego zastosowaniem przymusu fizycznego /uderzenie pistoletem po głowie i dłonią w twarz, od ciosu stracił ząb/ udał się na rynek, aby pilnować ludność żydowską’, w śledztwie ‘przyznał się do pilnowania Żydów przez dwie godziny’, ‘treść zeznań złożonych w czasie postępowania przygotowawczego została na nim wymuszona biciem.’(...)
Źródło: Co zapomniano Polakom powiedzieć o procesie łomżyńskim?

Oczywiście z mediów możemy się dowiedzieć czegoś zupełnie innego. Polacy mają się samobiczować za nieswoje winy. To ponoć sąsiedzi napadli na sąsiadów. Osoba pełniąca funkcję prezydenta III RP w liście odczytanym w Jedwabnem w 2011 roku pisze: Mieszkańcy Jedwabnego, obywatele polscy narodowości żydowskiej spłonęli w tej stodole zapędzeni do niej przez swych polskich sąsiadów. Zginęli – za przyzwoleniem okupanta – bo byli Żydami.. Co stąd wynika? Że Polacy udali się do władz okupacyjnych i uzyskali przyzwolenie na dokonanie mordu, że inicjatywa wyszła od ludności polskiej. Polacy z Jedwabnego tak nienawidzili "żydo-komunistów", że, staropolskim zwyczajem, zapędzili kobiety i dzieci do stodoły i żywcem spalili, prawda? Ale w takiej sytuacji precenensów z paleniem kobiet i dzieci żywcem w zabudowaniach musiało być sporo również w okresie międzywojennym. Ilu Żydów spalili żywcem Polacy między 1918 a 1939? Ani jednego. Coś się z tym Jedwabnem nie zgadza.

Może Niemcy mieli takie zwyczaje? Sprawdźmy. Okazuje się że już od września 1939. Popatrzmy (opisane zbrodnie to wierzchołek góry lodowej): Zbrodnia w Szczucinie, Zbrodnia w Uryczu, Synagoga w Będzinie. Po 1939 jeszcze niejednokrotnie staroniemiecką (a nie - staropolską) tradycją palono ludzi żywcem: Zbrodnia w Ciepielowie 1942, "4. VII. 1943, Bór Kunowski - 43 osoby spalono żywcem w stodole za udzielanie pomocy oddziałowi partyzanckiemu, składającego się głównie z Żydów, którzy uciekli z getta.";"VIII. 1944, Sasów - za udzielanie pomocy około 100 Żydom ukrywającym się w pobliskich lasach, Niemcy zamordowali i/lub spalili żywcem wszystkich mieszkańców wsi, pilnując, by nikt nie uciekł z płomieni.", 18 V 1943 roku w Szarajówce Niemcy spalili żywcem 58 osób, zastrzelili 9 i zniszczyli całą wieś., Zbrodnia w Podgajach - spalono zywcem jeńców z LWP.

A cóż to za historia nowa? Nie nowa - stara - ta, której Polaków nikt nie chce uczyć. Polacy mają przepraszać za Jedwabne. Mają wierzyć, że zbrodnie SS i Gestapo to polskie zbrodnie. Po co? Po to, by czuli się winni wobec Żydów. To w ramach walki z "polskim antysemityzmem". Żeby się nie odrodził. Ten zwalczany dziś w mediach "polski antysemityzm" to niestety nie żaden antysemityzm - tylko zdrowa asertywność narodu znajdującego się w ekonomicznym i politycznym konflikcie interesów z innym narodem na terenie własnego państwa. Trudno być asertywnym wobec kogoś kogo się skrzywdziło. I o to w tym całym "Jedwabnem" chodzi.
Śmierć Polaków, których obowiązkiem wobec narodu było szanować polską krew, nie szafować nią w czasie okupacji jest dziś tym tragiczniejsza, że nie słuzyła ratowaniu Polaków, tylko substancji biologicznej innej nacji, konkurującej z Polakami ekonomicznie i politycznie na ziemiach polskich. Ofiara Polaków, będąca jednocześnie szczytem heroizmu i altruizmu, podeptania własnych interesów narodowych w imię wartości humanistycznych - motywowana empatią - jest dziś oceniana przez Żydów tak:
(Fragment wywiadu z żydowską socjolog Barbarą Engelking-Boni)
- Za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci.
- (B. E-B:) Kara śmierci groziła za mnóstwo rzeczy. Dlaczego ludzie chodzili na tajne komplety, wydawali i czytali gazetki podziemne, słuchali radia, a przede wszystkim - konspirowali? Przecież za to też można było zginąć. Można było zginąć i za nic - w łapance czy publicznej egzekucji. Jak do tej pory udokumentowano śmierć ok. 800 Polaków za pomaganie Żydom. Szacuje się, że pomagało ok. 300 tysięcy. Może więc zagrożenie karą śmierci nie było tak nieuchronne, jak się powszechnie sądzi. Myślę, że inne rodzaje działalności konspiracyjnej były o wiele bardziej niebezpieczne. Tyle że jedne stanowiły akt patriotyzmu, a drugie nie. Ratowanie Żydów po prostu nie należało do repertuaru walki z okupantem.

Źródło: http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1547,1 ... dzial.html , str 5

Skąd taka pogarda i niechęć wobec Polaków? Dlaczego Polacy mają walczyć z "traumą" swoich "przewin" wobec Żydów w czasie okupacji niemieckiej? Powód może być prozaiczny. Polska bohaterska postawa kontrastuje szokująco z postawą samych Żydów. Pisałem o tym niedawno w tekście o Kolaboracyjnej Żydowskiej Gwardii Wolnosci. Polacy bardzo niewiele wiedzą o "Żagwi". A jej działalność jest kluczowa dla zrozumienia problemu. Zarzuty formułowane przez Żydów wobec Polaków są całkowicie bezpodstawne. Nie dość, że mordowali oni sami swoich współplemieńców i pomagali hitlerowcom, to jeszcze na dokładkę – utrudniali Polakom ratowanie (choćby poprzez prowokatorów z ŻGW i liczną agenturę żydowską w gestapo). Żydzi-agenci udawali uciekinierów z getta – a potem donosili – z wiadomym skutkiem – na ukrywających ich i pomagającym im Polaków. Niejedna polska rodzina została dzięki żydowskim agentom rozstrzelana – i niejedna wieś – spalona. Nie jest więc niczym dziwnym, że grasujący po lasach i miasteczkach agenci żydowscy byli neutralizowani przez polskie podziemie. Z powodu takich działań dokonywanych przez żołnierzy pod dowództwem B. Piaseckiego stworzono mit jakoby ONR mordował niewinnych Żydów w czasie wojny (co miało być powodem mordu na synu Piaseckiego). Problem w tym, że Żydzi kompletnie przemilczeli epizod kolaboracji z hitlerowcami. Polakowi ratującemu Żydów zagrażali zarówno Niemcy, jak i niezwykle liczni żydowscy donosiciele-mordercy. Znacznie liczniejsi procentowo (a kto wie czy i nie liczebnie) od donosicieli-Polaków. W tym kontekście opowieści W. Bartoszewskiego, jakoby nie należało się bać Niemców, tylko Polaków nie zawierają krytycznego dla opowieści elementu prawdy. Najbardziej należało się bać Żydów.

O wiele szerzej omawia tą problematykę Roman Kafel w książce Spotwarzona przeszłość, której lekturę gorąco polecam.
Na zakończenie - próbka tego, jak wygląda biczowanie Polaków przez media - “Antysemityzm według Tomasza Lisa”:
http://www.youtube.com/watch?v=Jn9uRxSqOdw
http://www.youtube.com/watch?v=-FtrW1biW6k
http://www.youtube.com/watch?v=YXeUjORILTs
http://www.youtube.com/watch?v=hPgG1ERQJXE

Przykład działania żydowskiej agentury propagandowej - Hasbary w sprawie Jedwabnego
(Komentarz pod tekstem "Komorowski błaga Żydów o przebaczenie. Za Jedwabne")
Szanowny Panie Katolik,
wzmiankowane przeprosiny (lub brak takowych) naprawde malo kogo obchodza. Sprawa i tak stracila na aktualnosci. Dzis i tak zadnych Zydow do zadnej stodoly w panskim pieknym kraju nie da się zapedzic, bo ostatnie niedobitki wypedzono w ramach lajdackiej, rasistowskiej czystki etnicznej juz ponad czterdziesci lat temu. Juz panski kraj i tak jest zupelnie judenrein, a pozydowskie domy i nieruchomosci zaludniaja panscy rodacy.

"zagadkowe spalenie Żydów "
Jakie znowu "zagadkowe", Szanowny Panie Katolik? Nic nie ma "zagadkowego" w fakcie, ze Polacy mordowali Zydow w pogromach, jak się nadarzala okazja i jak okupant zapewnial bezkarnosc. Pogrom w Jedwabnem nie byl ani jedyny ani najwiekszy. Jeszcze wieksza liczbe Zydow wymordowano w podobnie okrutny i sadystyczny sposob, poprzez spalenie zywcem, w pobliskim Radzilowie. Zadna to "zagadka", wsz IPN nawet sprawe badal, dopoki sp Lech Kaczynski (wowczas minister sprawiedliwosci) nie nakazal przerwac badan, bo spod ziemi zaczely wylazic niewygodne fakty.
"Nie ma pełnej jasności, co do okoliczności wydarzeń w Jedwabnem. Nie tylko co do rzeczywistej liczby ofiar,"
Jest pelna jasnosc co do faktu, ze Zydom w Izraelu (a takze tym zyjacym w diasporze) cala sprawa zwisa nizej, niz biust czterdziestolatce. Stodol ci u was dostatek, Szanowny Panie Katolik, benzyna bez kartek, zapalki w kazdym sklepie - tylko ze nie bardzo jest kogo do tej czy innej stodoly zagonic. Tak to juz bowiem jest, ze jak się kogos zbyt dokladnie wyczysci etnicznie, to potem nie ma komu do..lic.

Z tego wlasnie powodu folksdojczeria kominowo-gazownicza w dzisiejszych czasach zawodzi swoje gorzekie zale na Internecie, wymachuje transparentami "Smierc garbatym nosom", maluje "Zydzi do gazu" na scianach - ale dokopac na ogol nikomu nie moze, bo nie ma komu dokopac. I z tego przykrego powodu folksdojczeria na zadne nowe zlote zniwa jus się raczej nie zalapie.

Źródło: Komorowski błaga Żydów o przebaczenie. Za Jedwabne (komentarz hasbaryty "ZGLOS DO USUNIECIA")

p.e.1984 - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 14 lis 2012, 23:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://narodowcy.net/maciej-stuhr-histo ... 012/11/14/

Maciej Stuhr – historyk z „Wyborczej”
INFORMACJE Z POLSKI | LISTOPAD 14, 2012 O GODZINIE 15:26

Aktor Maciej Stuhr, który wystąpił w antypolskim filmie „Pokłosie”, popisał się wiedzą historyczną z „Gazety Wyborczej”. Dlatego, tępiąc naszą „narodową megalomanię”, stwierdził, że Polacy podczas bitwy pod Cedynią, używali dzieci jako żywych tarcz.

My Polacy nie mówimy o sobie źle. (…) Przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią jako tarcze i to jest super. To jest najlepsze, co mogło Polskę spotkać” – powiedział aktor, a jak widać w większym stopniu kabareciarz dodając: poruszyła mnie nie tyle prawda historyczna, którą znałem z „Gazety Wyborczej”, ale to, jak ta historia wpływa na ludzi. Kolejna złota myśl Stuhra dotyczy 1920 roku: Bitwa warszawska 1920 to rozprawa z bolszewizmem, (…) ale pomijamy milczeniem tysiące zagłodzonych jeńców.

Wydarzenie o którym najpierw mówił Stuhr, dotyczy jednak bitwy pod Głogowem i przywiązywania polskich dzieci, do sprzętu używanego do oblężeń średniowiecznych miast.

Warto sprawdzać co czytają wasze dzieci. Może to być „Gazeta Wyborcza” zamiast podręcznika do historii, bądź ów podręcznik z treścią napisaną pod politycznie poprawne lub po prostu nieprawdziwe tezy sympatyków „GW”.

MM


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 21 lis 2012, 17:37 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7481
Lokalizacja: Podlasie
“Pokłosie”? Nie, dziękuję
Nasz Dziennik

Przystępując do oglądania takiego filmu jak “Pokłosie” Władysława Pasikowskiego (opartego na jego własnym scenariuszu), musimy pamiętać, że jest to bardzo kosztowna dziedzina sztuki, wymagająca ogromnych nakładów finansowych. Skąd więc można brać środki na finansowanie “wizji reżysera”? Przede wszystkim należy doić instytucje państwowe, ponadto trzeba szukać odpowiednich sponsorów. Ale przecież nie każda “wizja” poparta scenariuszem, propozycją obsady itp. ma szansę powodzenia.

Nikt nie ukrywa, że inspiracją tego filmu stali się “Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa i jego “wizja” historii. Mamy więc wizję artysty opartą na szczególnej wizji publicysty. Piszę wprost – publicysty, albowiem dziełko Grossa nie jest książką naukową, za jaką jeszcze w pewnych kręgach uchodzi. Sam Gross ją za taką uznał, twierdząc, że są w niej… przypisy, więc jest naukowa. Ale lista jego oczywistych błędów i przekłamań jest ogromna.

Pasikowski, mając dobrze przetartą drogę w kręgach opiniotwórczych, poszedł znacznie dalej. Wybierając z Grossa dowolnie to, co mieściło się w jego wizji, dołożył jeszcze to, na co wówczas i sam Gross by się nie zdobył.

Niemcy nawet świadkami nie byli

Jeśli jest polska wieś, Podlasie, reminiscencje wojenne, Żydzi, Polacy, to już prawie wszystko wiadomo. Okazuje się, że cała praktycznie wieś coś wie, ale nie powie, natomiast nienawiścią darzy młodego Józefa Kalitę, który ot tak, sam z siebie zbiera żydowskie nagrobki i na swym polu tworzy z nich symboliczny cmentarz. Jednak ani on, ani jego starszy brat Franek nie znają strasznej historii swej rodziny i swej wsi. Powoli jednak zaczynają się dowiadywać… Dalej mamy prostacki schemat: latem 1941 r., tuż po zajęciu tych ziem przez III Rzeszę Niemiecką (nie ma oczywiście mowy, co się działo wcześniej), do wsi przyjeżdża dwóch (tak, zaledwie dwóch) Niemców. Dają mieszkańcom wsi pozwolenie na wymordowanie miejscowych Żydów i natychmiast wyjeżdżają. W tej “wizji artysty”, czyli Pasikowskiego, Niemcy nie mogą być sprawcami zbrodni, a nawet nie mogą być jej świadkami. Następnego dnia mieszkańców ogarnia morderczy szał. Gromadzą “swoich” Żydów, prowadzą ich… do chałupy starego Kality (ojca Franka i Józka, “bohaterów” filmu), który użycza własnych pomieszczeń do spełnienia żądzy mordu, i tam ich wszystkich żywcem palą.

Gdy Żydówki wyrzucają małe dzieci poza ogień, chłopi nadziewają je na widły i ciskają w płomienie. Jest jeszcze motyw pił i odrzynania głów. Taki los spotyka np. żydowską dziewczynę, która jakoby odrzuciła wcześniej, przed wojną, zaloty miejscowego amanta. On w zamian za to obecnie zabawia się jej obciętą głową jak piłką. To było już u Grossa, skoro tam przeszło, to Pasikowski może iść dalej.

Ale przecież w Jedwabnem większość miejscowych Żydów ocalała, skutecznie ukryta przez swoich chrześcijańskich sąsiadów. Przeżyli w miasteczku, przez Polaków nie byli niepokojeni przez następnych kilkanaście miesięcy, do czasu, aż ich Niemcy wywieźli do okolicznych dużych gett jesienią 1942 roku. W 1945 r. spora, kilkudziesięcioosobowa grupa wróciła do Jedwabnego, mieszkając tam przez kilka miesięcy przed wyjazdem dalej, do Europy, USA i Palestyny. Kilka osób zostało na stałe w Jedwabnem (w tym prezes przedwojennej gminy żydowskiej) i wtopiło się w otoczenie, a więc w swych rzekomych morderców!

W filmie Pasikowskiego jest już tylko gorzej. Bracia dowiadują się straszliwej prawdy. Ich ojciec nie tylko oddał własny dom do spalenia Żydów, ale w dodatku własnoręcznie podłożył pod nich ogień. Okazuje się, że większość mieszkańców wsi stanowili Żydzi. Dziś, gdy już ich nie ma, wieś liczy jakoby już tylko kilkanaście chałup…

Jesteś filosemitą? Zaraz cię w Polsce ukrzyżują!

Franek Kalita studiuje przedwojenne akta własnościowe, bo coś mu się w papierach nie zgadza, bank nie chce dać kredytu jego bratu pod zastaw gospodarstwa. I słusznie, bo “ich” gospodarstwo nie jest ich! Także sąsiedzi Kalitów nie są na swojej ziemi, tylko na cudzej, oczywiście żydowskiej. Co więcej, Polacy przed wojną mieli swoje gospodarstwa wyłącznie na… bagnach i nieużytkach. Co innego gospodarstwa żydowskie, wyłącznie dobra ziemia, dobrze położona. Mamy więc już dwa motywy. Pierwszy to rzekoma odwieczna polska religijna nienawiść do Żydów, którą – jak się zaraz okaże – miejscowi chłopi do dziś wysysają z mlekiem matek, żywiąc się dziedziczną nienawiścią. Motyw drugi to zawiść biednych do bogatych, czyli pokazanych w krzywym zwierciadle polskich chłopów do miejscowych Żydów. Kalitowie objęli bowiem nie tylko ziemię, ale i zabudowania żydowskie, które są lepsze, wygodniejsze. Pod swoje podłożyli ogień, żeby pozbyć się żydowskich sąsiadów. Czyli schemat jest prosty: źli Polacy, dobrzy Żydzi. Mordercy i ofiary. Rabusie i właściciele.

Zwieńczeniem filmu jest ohydna scena ukrzyżowania Józefa Kality przez mieszkańców wsi na drzwiach jego własnej stodoły. Tu i teraz, w XXI wieku, w Polsce. Na miejscu jest oczywiście policja, jakieś służby, ale nikt nieszczęśnikowi nie przychodzi z pomocą, nie zdejmuje go, nie ratuje. Oto wizja, która ma być przesłaniem filmu.

“Pożyteczni idioci” kreują politykę historyczną

Polski Instytut Sztuki Filmowej wyłożył na ten film prawie 6 mln zł (pokrył w ten sposób aż dwie trzecie całości kosztów). PISF został powołany jeszcze przez SLD w 2005 r. i do jego zadań należy m.in. promocja polskiej kinematografii na świecie i edukacja filmowa. Na mocy ustawy środki, jakimi zarządza Instytut, pochodzą z wpłat nadawców telewizyjnych, platform cyfrowych i telewizji kablowych. Haracz płacą także właściciele kin i dystrybutorzy filmów. Czyli w ostatecznym rachunku płacimy my, jako widzowie telewizyjni i filmowi. Reszta funduszy na ten film pochodzi m.in. z rządowych i prywatnych funduszy… rosyjskich. Do tego mamy zachwyty i pochwały Bogdana Zdrojewskiego, polityka PO oraz obecnego ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Nie są one przypadkowe.

Ten film wpisuje się w określoną politykę historyczną rządu PO – PSL pod kierownictwem Donalda Tuska. “Pokłosie” spełnia bowiem oczekiwania tych sił, które chcą nas obarczyć współudziałem w holokauście, to zaś wiąże się z łatwiejszym pozyskaniem kilkudziesięciu miliardów dolarów w ramach “odszkodowań”. Kto wie, czy z czasem nie zostaniemy jedynymi winnymi, albowiem wystarczy dołożyć nam łatkę “nazistów” (a film Pasikowskiego to krok milowy w tym kierunku), a wszystko stanie się takie proste, wręcz prostackie.

Trzeba tu koniecznie przypomnieć słowa Izraela Singera, sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów w latach 2001-2007, który onegdaj w Buenos Aires powiedział, że “ponad trzy miliony Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. My nigdy na to nie pozwolimy. (…) Będziemy im to powtarzać, dopóki Polska ponownie nie zamarznie. Jeśli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”.

Przekaz z Polski

Ale tak naprawdę nie jest to film o nas, co każdy prawie człowiek zrozumie nawet bez jego oglądania. I tym bardziej nie jest to film dla nas. Na premierach przy zgromadzonych “artystach” było trochę gawiedzi, co można było pokazać i medialnie wykorzystać. Maciej Stuhr, jeden z głównych aktorów tego gniota, błysnął niezwykłą erudycją, mówiąc, że przecież nie takie mamy grzeszki w swej przeszłości, bo… “przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią jako tarcze i to jest super”. No cóż, jaka wizja, taki dobór do niej artystów. I gdyby ktoś zamienił Grossa i młodszego Stuhra w ich rolach, to zapewne nie byłoby żadnej różnicy, jeśli chodzi o poziom ignorancji i złej woli. Dodajmy do tego Pasikowskiego jako piewcę esbecji (osławione filmy “Psy”) i wybuchowa mieszanka gotowa.

To nie film dla nas, tu, w Polsce. Byłem na porannym pokazie w jednym z najlepszych kin w Warszawie. Na sali znajdowały się aż trzy osoby, włącznie ze mną. Widzowie głosują nogami (nie przychodząc), głową (swój rozum przecież mają) i kasą. I tak będzie, po co bowiem tracić czas i pieniądze na oglądanie bzdur? Podobnie było z innymi tego typu filmami, które wielkiej kariery w Polsce nie zrobiły.

Ale akcja napędzania widowni przez nauczycieli i ich uczniów już się rozpoczyna. Brońmy przed tym nasze dzieci! Przecież nie są one własnością państwa, a tym bardziej środowisk, które takie akcje promują. Mają one w tym określony interes – z jednej strony chodzi o rozprzestrzenianie skrajnej, ideologicznej propagandy, z drugiej zaś o gromadzenie funduszy na następne “dzieła” tego typu. Jeśli szkoła ma być rzekomo neutralna światopoglądowo, to tu mamy przecież do czynienia z promocją jednostronnych kłamstw w olbrzymim natężeniu.

To przecież film przeznaczony dla zagranicy. Taki właśnie przekaz wychodzi z Polski w świat – zobaczcie, tacy byliśmy i nadal tacy jesteśmy, nie ma żadnych zmian. To przekaz w znacznym stopniu urzędowy i rządowy (finansowanie ze środków publicznych i publiczne pochwały z ust politycznych prominentów). I przekaz ludzi, którzy aspirują do miana kulturalnej i każdej innej elity. A kina i telewizje niemieckie z lubością to pokażą, przypominając w ten sposób, że Niemcy byli jedynie Kulturtraegerami, czyli usiłowali nas cywilizować. Podobnie podejdą do tego media w USA, Rosji i reszta świata.

Jest to zagadnienie, którego znaczenie jest jeszcze szersze. Samo narzekanie nic nie da. Nawet głosowanie nogami, czyli bojkot takich filmów (a tu na szczęście mamy z tym do czynienia), sprawy nie załatwia. Niechże taki artysta wykłada swoje oszczędności, niech sprzeda samochód, mieszkanie, niech robi taki film za swoje prywatne środki. I niech liczy, że to mu się zwróci. Dlaczego oni tak mocno i nachalnie wyciągają łapy po nasze pieniądze? Dlaczego utwierdzamy ich w przekonaniu, że im się od nas cokolwiek należy? I dlaczego nasze państwo (tak, nasze, nie rezygnujmy z niego i kontroli nad nim) bierze w tym udział, jednostronnie, wbrew naszym interesom, wbrew prawdzie historycznej i wbrew racjom moralnym, które są przecież bardzo łatwe do udowodnienia?

Leszek Żebrowski, historyk

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 03 gru 2012, 22:19 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3195

Władysław Pasikowski już kilka lat przed nakręceniem "Pokłosia", wyreżyserował dla TVP serial kryminalny "Glina", którego fabuła składała się z kilku wątków, a w jednym z nich młody policjant ze stolicy (grany przez Macieja Stuhra) wyruszył na głęboką prowincję, by zbadać mroczną tajemnicę. Prowincja została ukazana dokładnie tak samo, jak w "Pokłosiu", czyli rudery zamieszkane przez krwiożerczą dzicz. Polityczną władzę na prowincji sprawowała "Polska Partia Narodowa" i jej bojówki, które utrudniały policjantowi granemu przez Stuhra prowadzenie śledztwa. Ostatecznie, po przejściach podobnych jak w "Pokłosiu", śledztwo wykazało, że członkowie "Polskiej Partii Narodowej" urządzili mini-Katyń miejscowym Cyganom, których masową mogiłę policjant grany przez Stuhra odnalazł w lesie. Wygląda więc na to, że nieco zmienioną i skróconą fabułę "Pokłosia", Pasikowski umieścił już kilka lat wcześniej w serialu "Glina".

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 05 gru 2012, 17:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/12/02 ... mitologia/

Film "Pokłosie" to tak naprawdę otwarte zanegowanie Holokaustu, bo wiadomo, że Polacy żydów nie mordowali, a skoro żydzi twierdzą, że ten Holokaust sprawili Polacy, to jednym słowem według żydów żadnego Holokaustu nie było. No cóż, skoro tak twierdzą, to musimy to uszanować i przyjąć to do wiadomości. Bo komu bardziej, jak nie żydom, winno zależeć na głoszeniu prawdy w tej sprawie.

Kopia artykułu:

„Pokłosie” a Jedwabne. Koszmarna mitologia.
Posted by Marucha w dniu 2012-12-02 (niedziela)

Wszystkie podstawowe wątki książki pt. „Sąsiedzi”, jak też publicystyki jej autora na temat sprawy Jedwabnego zostały zakwestionowane w toku profesjonalnych badań przez historyków, którzy opierając się na wszechstronnych źródłach wykazali Grossowi elementarne błędy i pomyłki. Obecnie nawet historycy początkowo mu przychylni są bardzo krytyczni wobec jego tez.
http://www.pch24.pl/images/min_mid_big/ ... 96.jpgFilm „Pokłosie” został niezwykle nagłośniony jeszcze przed premierą, choć w ogóle na to nie zasługuje. W warstwie historycznej jest potwornie zakłamany. Miało to być jakoby nawiązanie, z jednej strony do sprawy Jedwabnego (w której wcale nie powiedziano wszystkiego), z drugiej zaś do sprawy Brańska.
W Jedwabnem doszło do zbrodni na Żydach, którą usiłowano kilkakrotnie wyjaśnić, z różnym skutkiem, o czym za chwilę. W Brańsku jeden z młodych mieszkańców samorzutnie zainteresował się przeszłością miasteczka i gromadzeniem pamiątek po Żydach, w tym nagrobnych macew. Ale nikt go za to nie ukrzyżował. Te dwa wątki stały się inspiracją dla Władysława Pasikowskiego, który napisał scenariusz do „Pokłosia” i wyreżyserował film.
W warstwie artystycznej otrzymaliśmy toporny obraz – wizję artysty, zrealizowaną za pomocą kilku aktorów, praktycznie bez dekoracji, ze sztucznymi dialogami i płaskimi postaciami, bez wyrazu i głębi psychologicznej. To manekiny w ruchu, i tyle. Aż dziw, że tyle to wszystko kosztowało…
Ważniejsza jest jednak warstwa historyczna, bowiem to o nią toczy się gra. Film niby zaledwie nawiązuje do sprawy Jedwabnego, ale wiadomo, ma utrwalać pewne stereotypy na ten temat. Początkowo twórcy filmu bez ogródek przyznawali, że chodziło im o Jedwabne. Później, po fali powszechnej krytyki, rozmywali sprawę twierdząc, że to tylko luźna wizja, „western” itp. Wiadomo jednak, że stanie się dodatkowym orężem w propagandzie zagranicznej, która i tak jest nam Polakom skrajnie nieprzychylna. Dlatego trzeba przypominać, że w sprawie zbrodni w Jedwabnem nie ustalono i nie zbadano wszystkiego, co było możliwe.


Sąsiedzi kolaborantami

Już 7 września 1939 r. miejscowość ta została opanowana przez wojska niemieckie. Niedługo później, po układach sowiecko-niemieckich ta część Polski przypadła Związkowi Sowieckiemu. Komuniści od początku zaczęli rozprawiać się z miejscową ludnością. Z Jedwabnego i okolic kilkaset osób wywieziono na Sybir, natomiast duża część ludności żydowskiej nadzwyczaj przychylnie potraktowała okupantów. Zachowane relacje i dokumenty są bowiem jednoznaczne:
Spisy wyborców odbywały się [tak] że pisali całą rodzinę jak starych tak i małoletnich [...] NKWD było w ruchu nie dano wprzód iść do kościoła, a zmuszano oddać wprzód głos [...]. Naganiacze byli miejscowi żydzi i donosiciele, po ulicach chodziły patrole z karabinami, ludność pod taką groźbą była bierna [...]” (RelacjaMariana Łojewskiego z Jedwabnego, Archiwum Hoovera, USA);
Armię Czerwoną przyjmowali żydzi, którzy pobudowali bramy. Zmienili władzę starą, a zaprowadzili nową z pośród ludności miejscowej (żydzi i komuniści). Aresztowano policję, nauczycielstwo. Nałożyli podatki, pozabierali ziemię, bydło i rozdzielili biedniejszym. Rewizje odbywały się u zamożniejszych gospodarzy, zabierali meble, ubranie i rzeczy wartościowe, a po kilku dniach w nocy cicho aresztowali. Na zebrania zabierali siłą – opornych uznawali za tzw. wreditiela, aresztowali. [...] Komisja składała się z wojskowych i żydów i tamtejszych komunistów (jw. Relacja Józefa Rybickiego z Jedwabnego);
Zaraz po wkroczeniu Armii Sowieckiej samorzutnie powstał komitet miejski, składający się z komunistów polskich (przewodniczący polak Krystowczyk Czesław, członkowie byli zaś żydzi), milicja składała się też z żydów komunistów (jw. Relacja Tadeusza Kiełczewskiego z Jedwabnego);
Przed każdem aresztowaniem, które były wyłącznie nocą, przyjeżdżało kilku i miejscowa milicja, składająca się przeważnie z naszych żydków, otaczała dom aresztowanego, kilku wchodziło do mieszkania, aresztowanemu każą położyć się na podłogę; jeden przykłada broń do głowy, reszta natomiast przeprowadza szczegółową rewizję, zabierają wszystkie dokumenta, fotografie i wszystkie papiery [...] (jw. Relacja Antoniego Bledziewskiego ze wsi Makowskie, gm. Jedwabne).
W okolicy istniała bardzo silna partyzantka polska. Zlikwidowano m.in. Szewielowa, komendanta NKWD w Jedwabnem, Lejba Guzowskiego, współpracownika NKWD, dyrektora „jewrejskiej niepełnej szkoły średniej” w Jedwabnem oraz oficera NKWD, prowadzącego śledztwa przeciwko Polakom.
Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej 22 VI 1941 r. doszło tam do licznych samosądów na szczególnie gorliwych współpracownikach władzy sowieckiej. Znamienne, że mimo zachęt Niemców nie doszło jednak do drastycznych wystąpień przeciwko ludności żydowskiej, spośród której najbardziej gorliwi kolaboranci władzy sowieckiej uciekli na wschód razem z Armią Czerwoną.
Drastyczne wydarzenia, które były przedmiotem śledztwa i są do dziś przedmiotem licznych kontrowersji, miały natomiast miejsce prawie trzy tygodnie później, dopiero 10 lipca 1941 r. Według wersji żydowskich, miało dojść do spalenia w stodole 1 600, a nawet 2 800 Żydów. Sprawcami mieli być wyłącznie Polacy, rola Niemców była jakoby ograniczona do filmowania zbrodni, według innych przekazów – Niemców nie było w ogóle.


Szmul konfabuluje

Podstawą rekonstrukcji tych wydarzeń stała się relacja Szmula Wasersztejna z 5 IV 1945 r., złożona w Żydowskiej Komisji Historycznej w Białymstoku w języku żydowskim. Wszystko wskazuje jednak na to, że nie był on bezpośrednim świadkiem zbrodni. Nawet z pobieżnej analizy jego relacji wynika, że zawiera ona bardzo dużo informacji nieprawdziwych i podstawowych sprzeczności. Otóż w całym rejonie jedwabieńskim (w Jedwabnem, Wiźnie, Stawiskach i innych miejscowościach) podczas okupacji sowieckiej mieszkało zaledwie 1 400 Żydów. W samym Jedwabnem było ich zaś tylko 562. Wiemy, że część z nich uciekła przed Niemcami do Łomży i innych miasteczek lub dalej na wschód, wielu młodych mężczyzn powołano jeszcze przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej do Armii Czerwonej. Ponadto wiemy, że do listopada 1942 r. mieszkało w Jedwabnem ok. 100-200 miejscowych Żydów (uratowanych 10 lipca 1941 r. przez swych polskich sąsiadów) i nie byli oni niepokojeni przez Polaków. Liczba 1 600 ofiar jest zatem nieprawdziwa – była bowiem 4-5 razy niższa.
Nieprawdziwa jest też opowieść Wasersztejna o „naradzie” gestapowców z władzami miasteczka, albowiem takich nie było (przedstawiciele polskich władz przedwojennych zostali aresztowani przez NKWD i ślad po nich zaginął, władze z okresu okupacji sowieckiej uciekły). Niemcy, będąc wówczas u szczytu potęgi, nie odbywali żadnych „narad” z przedstawicielami lokalnych społeczności, którzy w dodatku mogli kategorycznie sprzeciwiać się ich koncepcjom, co zrobić z Żydami. Takie opowieści są całkowicie niezgodne z ówczesnymi realiami i wypaczają obraz stosunków panujących podczas II wojny światowej.
Dodatkowe sprzeczności wychodzą na jaw w konfrontacji z inną relacją Wasersztejna, w której podaje on znacznie mniejszą (ale i tak ogromnie zawyżoną) liczbę Żydów. Według tej drugiej relacji, Żydów było już „tylko” 1 200 oraz inne były okoliczności popełnienia zbrodni.
Już w 1948 r. doszło do pierwszego śledztwa w tej sprawie. Przesłuchano wówczas kilkadziesiąt osób, zarzuty postawiono 22 osobom. Najobszerniejsze zeznania, najbardziej obciążające miejscowych Polaków, złożyli: Eliasz Grądowski i Abram Boruszczak, którzy mieli być naocznymi świadkami zbrodni. Podczas rozprawy w Sądzie Okręgowym w Łomży w maju 1949 r. wyszło na jaw, że tak nie było (Grądowski w 1940 został przez Sowietów deportowany na Syberię za kradzież a Boruszczak nigdy nie mieszkał w Jedwabnem). Także relacji Wasersztejna sąd nie uznał wówczas za wiarygodną.
Podczas procesu wyszły na jaw także inne wątki, których sąd nie wziął w ogóle pod uwagę. Świadek Józef (Izrael) Grądowski (który przed wojną był prezesem gminy żydowskiej w Jedwabnem) zeznał, że Eliasz Grądowski chciał pieniędzy od oskarżonych, oni nie dali mu to on ich tak oskarżył a ci ludzi są niewinni. Było to związane z procederem masowego przejmowania majątków po Żydach zamordowanych podczas wojny. W afery tego typu byli zamieszani m.in. funkcjonariusze Urzędów Bezpieczeństwa pochodzenia żydowskiego, w tym Eliasz Trokenheim, szef wydziału śledczego PUBP w Łomży (skazany w 1949 r. na 2 lata więzienia, wyrok ten został zmniejszony – jako „zbyt surowy” – przez Najwyższy Sąd Wojskowy do 1 roku więzienia).


Gross ma objawienie

Po latach do sprawy Jedwabnego wrócił J. T. Gross w swych publikacjach, uznając, że istnieje… konieczność zmiany metodologii historii, jeśli chodzi o badanie Holokaustu: Nasza postawa wyjściowa do każdego przekazu pochodzącego od niedoszłych ofiar Holokaustu, powinna się zmienić z wątpiącej na afirmującą.
Wszystkie podstawowe wątki książki Grossa „Sąsiedzi” (jak też jego publicystyki z tego zakresu) zostały profesjonalnie zakwestionowane w toku badań przez historyków, którzy opierali się na wszechstronnych źródłach i wykazali autorowi elementarne błędy i pomyłki. Ale Gross już wcześniej twierdził, że miał „objawienie” („New Yorker”, 12 marca 2001 r.) i jego wizja tej historii jest prawdziwa. Obecnie nawet historycy mu przychylni są bardzo krytyczni wobec jego tez i megalomaństwa.
Większość zasadniczych wątpliwości powinna rozstrzygnąć ekshumacja, prowadzona na potrzeby śledztwa w 2001 r. Jej częściowe wyniki całkowicie obaliły relacje zarówno Wasersztejna, jak i innych „naocznych” świadków. Okazało się bowiem, że ofiar było wielokrotnie mniej, na miejscu znaleziono łuski karabinowe i co najważniejsze – ofiary w ogóle nie były obrabowane. Przy ciałach znaleziono pieniądze (w tym złote pięcio- i dziesięciorublówki i złotą biżuterię), zegarki, obrączki, klucze, przedmioty codziennego użytku. Świadczy to o tym, że ofiary mogły przedtem zabrać ze sobą cenne rzeczy osobiste i dobra powszechnego użytku, czyli nastawione były na udanie się jakimś transportem poza teren zamieszkania. Ponadto – także wbrew temu, co twierdził Wasersztejn i inni – że zwłoki nie były w ogóle bezczeszczone w celu dokonania rabunku.
Niezwykle ważnym ustaleniem częściowej ekshumacji jest zanegowanie wszelkich relacji i zeznań o mordzie popełnionym na grupie kilkudziesięciu Żydów w innym miejscu. Ich grób znaleziono w obrębie spalonej stodoły, a wszelkie szczegóły świadczą, że zamordowano ich i pochowano tam wcześniej. Niestety, ekshumacja została przerwana nagle na samym początku, nie ustalono więc dokładnie ani liczby ofiar ani sposobu ich zgładzenia.
Ponadto w grobach znaleziono łuski karabinowe. Należy je wiązać z wypadkami 10 lipca 1941 r. Leżały na głębokości nie mniej niż 60 cm. Musiały się tam dostać wtedy, kiedy powstawał grób. Nie mogły tam zostać wciśnięte później. [...] W grobie zewnętrznym, ponad szczątkami w układzie anatomicznym, znaleźliśmy odsiewając spalone kości od ziemi, pocisk pistoletowy kalibru 9 mm. A właściwie był to tylko zewnętrzny płaszcz pocisku, niezdeformowany. O czym to świadczy? Że został wystrzelony do człowieka i uwiązł w miękkiej tkance. Następnie tkanka ta spłonęła, a ołowiany rdzeń pocisku wytopił się. [..] Pewna część łusek, tych z mosiądzu, miała na spłonce wybitą datę 1939. („Ślubne obrączki i nóż rzezaka. Rozmowa z archeologiem Andrzejem Kolą, który kierował pracami ekshumacyjnymi w Jedwabnem”, „Rzeczpospolita”, 10 VII 1941).


Oskar i Nobel dla Pasikowskiego?

Niemcy odnaleźli też ważnego świadka – był nim Hermann Schaper, dowódca jednego z komand Gestapo na tym terenie w lipcu 1941 r. Początkowo zeznawał bardzo chętnie, ale gdy padły pytania o Jedwabne, gestapowiec… źle się poczuł i przesłuchanie przerwano i już do niego nie powrócono. Wiemy też, że na tym samym terenie działało niemieckie „Komando Białystok”, dowodzone przez Wolfganga Birknera z Einsatzgruppe IV, która działała na Białostocczyźnie.
Adam Michnik w niemieckim wydaniu „Sąsiadów” uznał, że swą książką Gross wpisuje się w długi szereg najświetniejszych polskich intelektualistów, począwszy od Mickiewicza i Słowackiego, a kończąc na Gombrowiczu i Miłoszu [...]. (Rachunek polskiego sumienia, „Rzeczpospolita” 5 IX 2001).

Notorycznie pomijane są wszelkie źródła, które podważają te tezy, jak choćby relacja Antoniego Wyrzykowskiego, który przechował grupę jedwabieńskich Żydów do zakończenia wojny, m.in. Szmula Wasersztejna. Wyrzykowski stwierdził, że zbrodni dokonali „Niemcy przy pomocy niektórych Polaków”(Zeznanie nr 5825 z 2 V 1962, A ŻIH), czy zeznanie (z 1949 r.) wysokiego funkcjonariusza SS w Białymstoku W. Macholla (szefa referatu IV A3), wysoko ocenione przez historyka żydowskiego Sz. Datnera: Dzięki wyjaśnieniom Macholla można było określić rolę „grup operacyjnych” w okresie administracji wojskowej (czerwiec-lipiec 1941) jako głównych wykonawców lub inicjatorów rzezi ludności żydowskiej w miejscowościach: Białystok, Radziłów, Jedwabne, Wąsosz i in. (Sz. Datner, Niemiecki okupacyjny aparat bezpieczeństwa w okręgu białostockim (1941-1944) w świetle materiałów niemieckich (opracowania Waldemara Macholla),„Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, XV, Warszawa 1965).
Antonina Wyrzykowska, która wraz z mężem ukrywała Wasersztejna i innych Żydów, miała za to być okrutnie pobita przez mieszkańców Jedwabnego. W zupełnie innym świetle wygląda ta sprawa na podstawie niepublikowanej „Kroniki wydarzeń na terenie pow. łomżyńskiego w latach 1944-1945”, gdzie jej rola ukazana jest w jednoznacznym świetle: Pojawiły się też osoby, które “z własnej inicjatywy” przekazywały informacje aparatowi bezpieczeństwa. I tak 9 kwietnia tego samego roku do UB w Łomży zgłosiła się Antonina Wyżykowska z Janczewa gm. Jedwabne, która podała nazwiska osób biorących udział w pogromie ludności żydowskiej na tym terenie w 1941 r. oraz 10 członków AK z Jedwabnego. W wyniku takich właśnie działań i informacji, według zestawień PUBP w Łomży, do 17 lipca 1945 r. przez jego areszty przewinęło się 727 członków AK i 69 NSZ. Zatem chłosta wyznaczona była przez podziemie za jej kontakty z UB (których prawdziwej skali wówczas nie znano).
Do upowszechnienia stereotypu dotyczącego wydarzeń w Jedwabnem już wcześniej przyczynił się film dokumentalny Agnieszki Arnold „Sąsiedzi”, wyemitowany przez Telewizję Polską (IV 2001). Występują w nim m.in. „świadkowie” wydarzeń, o których wiemy już dziś na podstawie ustaleń śledztwa, że takie w ogóle nie miały miejsca! Część krytyków dostrzegła w tym filmie jawną manipulację (m.in. przez selektywny dobór wypowiedzi i świadków), jednakże nie wpłynęło to na ogólną ocenę filmu. Arnold została bowiem laureatką nagrody Wielkiej Fundacji Kultury za rok 2001. Kapituła nagrody uznała film za wydarzenie artystyczne, a zarazem doniosłe świadectwo historyczne kształtujące świadomość społeczną („Gazeta Wyborcza” 25 II 2002).

Co dostanie Pasikowski? Tylko filmowego Oskara, czy jeszcze literackiego Nobla za scenariusz?

Leszek Żebrowski

http://www.pch24.pl/poklosie-a-jedwabne ... 396,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zakłamywanie historii Polski
PostNapisane: 07 gru 2012, 13:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/3527/poklosiem-w-polske

"Pokłosiem" w Polskę
MD, 30 listopada, 2012 - 11:16

4 lipca 1946 roku w Kielcach władza komunistyczna przeprowadziła operację, która przeszła na karty historii jako pogrom kielecki. Rozpoczynający wówczas rządy komuniści z nadania moskiewskiego przygotowywali farsę pt. wybory parlamentarne, które zagwarantowano nam haniebnym układem w Jałcie. Po co był potrzebny pogrom?
Otóż kilka dni wcześniej przeprowadzono tzw. referendum ludowe jako swego rodzaju rozpoznanie walką przyszłej batalii o sejm. Dobrą przykrywką, koniecznych do ogłoszenie sukcesu, fałszerstw był krwawy pogrom. Społeczeństwo polskie było tuż po dramatycznych przeżyciach wojny, więc do wstrząśnięcia jego opinią potrzebne było coś drastycznego. I zaaranżowano to co było potrzebne.
Niemniej ważną okolicznością przeprowadzenia pogromu była nasza sytuacja międzynarodowa. Bardziej zorientowani ludzie na Zachodzie byli świadomi podłości jakiej dopuściły się rządy Wielkiej Brytanii i USA względem Polski oddając nas Stalinowi. Swego rodzaju "usprawiedliwieniem się" przed poczuciem winy było postawienie warunku wolnych wyborów do sejmu, które z uwagi na okupację sowiecką wolnymi być nie mogły, ale dla jakiegoś zagłuszenia sumienia i usprawiedliwienia przed elektoratem od biedy mogły służyć.
Pamiętajmy, że trwało powstanie antysowieckie. W propagandzie przedstawiane jako zwalczanie przestępczych band. Taką wersję "średnio" zorientowany człowiek na Zachodzie też był w stanie przyjąć. Niemniej jednak sympatia do Polaków w świecie była dość żywa. Doskonale jeszcze pamiętano zdobycie Monte Cassino przez 2 Korpus gen. Władysława Andersa. Mieszkańcy Bredy, Bolonii czy innych mniejszych miasteczek jednoznacznie kojarzyli polskich żołnierzy z wyzwoleniem. Gdyby pojawiły się zbyt wyraziste informacje o represjach w stosunku do Polaków mogłyby wywołać spontaniczny ruch solidarności na Zachodzie. Tego Stalin sobie z pewnością nie życzył.
W takiej sytuacji odbiorca na Zachodzie otrzymał, dobrze propagandowo nagłośnioną informację o pogromie. Pod jej wpływem sympatia do dalekiego narodu niewątpliwie musiała osłabnąć. Nasuwał się wniosek: "prawda, że oni walczyli, ale teraz mordują Żydów, więc to żadne tam represje a zwyczajnie im się należy i nie ma się co oburzać". A zatem przegraliśmy.
Jest rok 2012. Na Zachodzie pamięta się jeszcze o Janie Pawle II, Lechu Wałęsie i obaleniu komunizmu (trochę inaczej niż to było w rzeczywistości) wiele wskazuje, że zamordowano nam Prezydenta wraz całą delegacją udającą się do Katynia. I "przypadkiem" pojawia się film dowodzący jakobyśmy to w czasie II wojny sami mordowali Żydów. Film adresowany jest do odbiorcy masowego, który w dzisiejszym kręgu cywilizacji Zachodu w przygniatającej części ma dość ograniczoną wiedzę. Nie będzie zatem w stanie zweryfikować tez filmu. Nie mówiąc o tym żeby zauważyć, iż "dzieło" to zostało zrobione za rosyjskie pieniądze. W dodatku część bardziej dociekliwych bez większego trudu trafi na książkę Grossa. Uzyska więc potwierdzenie tego o czym mówi film. Nałożywszy na to wszystko wrzawę medialną odbiorca na Zachodzie z pewnością nabierze większego dystansu do narodu, który nie dosyć że ma na sumieniu jakieś straszne rzeczy to jeszcze nie chce się do tego przyznać.
Ostatnia kwestia. Wbito nam niepostrzeżenie do głowy przekonanie, że prawda leży po środku oraz, że nawet w każdej plotce jest ziarno prawdy. Dodatkowo bardzo modne jest głoszenie, że prawdy obiektywnej wcale nie ma. A zatem jeśli ktoś ogłosił, że mordowaliśmy Żydów to nie ma już nad tym dyskusji. Spieramy się zaś o to, że nie wszyscy mordowaliśmy i nie tylko my to robiliśmy. A więc ostatecznie mordowaliśmy. Przegrywamy? Czy już przegraliśmy?
Gorąco polecam recenzję filmu "Pokłosie" dra Piotra Gontarczyka w ostatnim numerze "Gazety Polskiej".

Serdeczne podziękowanie dla Kochanej Małżonki za współautorstwo tekstu.


MD - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 147 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /