Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 30 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 16 lip 2009, 08:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
„Zbrodnie wojenne przeciwko ludzkości i ludobójstwa nie ulegają przedawnieniu”

Jacek Dytkowski: Jak Pan ocenia przystąpienie polskiego rządu do postępowania katyńskiego przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu?

Piotr Łukasz Andrzejewski: Sprawa dołączenia Polski jest pozytywnym sygnałem włączenia się administracji rządowej i MSZ do działań, co do których dotąd państwo polskie wykazywało nadmierną ostrożność ze względu na niechęć do zadrażniania stosunków międzynarodowych, zwłaszcza z Rosją.

J.D.: Jako przewodniczący organizacji pozarządowej Norymberga II zajmuje się Pan problemem odpowiedzialności Sowietów za popełnione przez nich zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie wojenne i ludobójstwo. Jak Pan ocenia dotychczasowe działania rządu polskiego w celu osądzenia sprawców mordu katyńskiego?

P.A.: W zakresie działań polskich władz istnieje bardzo wstydliwa praktyka. Mianowicie rodziny katyńskie i środowiska, którym zależało na pociągnięciu do odpowiedzialności zbrodniarzy z racji zbrodni popełnionych na Narodzie Polskim, występowały od dawna o wszczęcie polskiego śledztwa tzw. katyńskiego - i to się udało. Przypomnę, że już po rozwiązaniu parlamentu przez ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, ale jeszcze w trakcie funkcjonowania rządu ówczesny minister sprawiedliwości wszczął śledztwo katyńskie w sierpniu 1993 roku. Z inicjatywy pięciu osób, m.in. mojej, Wojciecha Ziembińskiego, prof. Jacka Trznadla i Adama Macedońskiego, rozszerzył on charakter tego śledztwa na zbrodnie nie tylko popełnione w samym Katyniu, ale także na zbrodnie popełnione na Narodzie Polskim przez Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich po 17 września 1939 roku. W momencie kiedy nastąpiła zmiana „garnituru politycznego” u władzy, tzn. po wyborach 1993 r., potajemnie i cichutko umorzono te postępowania. W związku z tym w ramach Norymbergi II występowaliśmy wielokrotnie o wznowienie tego śledztwa, ale wciąż kolejni ministrowie sprawiedliwości, łącznie z premierem, dyskretnie albo bezpośrednio dawali mi sygnały, że wiele zależy od tego, jak sprawę śledztwa katyńskiego rozstrzygnie ewentualnie Rosja i czy dostarczy nam odpowiednich dokumentów. W rezultacie naszych starań śledztwo zostało wszczęte niejako od nowa, kiedy Rosjanie definitywnie stwierdzili, że zamykają problem i że więcej dokumentów już nam nie prześlą. To śledztwo toczy się obecnie w IPN. Oczywiście toczy się w sprawie, a nie przeciwko konkretnym osobom.

J.D.: Proces w Strasburgu będzie dotyczył tylko sposobu możliwości dochodzenia rehabilitacji ofiar...

P.A.: Ta kwestia, o którą upomniał się MSZ w Strasburgu, jest problemem ubocznym z punktu widzenia całościowego osądzenia tych zbrodni. Skarga ta mówi tylko o możliwości pewnej procedury, natomiast nie będzie rodziła odpowiedzialności - bezpośredniej, materialnej czy karnej - Rosji jako sukcesora ZSRS. Jak powiedziałem, śledztwo katyńskie toczy się do dziś w IPN, natomiast nie może się doczekać rozwiązania problemu podstawowego, o którym też próbowałem nieoficjalnie rozmawiać z ministrami. Mianowicie chodzi o problem przyjęcia, czy istnieje podległość rozstrzygnięcia tej sprawy sądom polskim, czyli tzw. kognicja. Reprezentuję pogląd, że tak. Dlatego że początek tej zbrodni, która była pochodną, zaczyna się na ziemiach II Rzeczypospolitej zajętej bez wypowiedzenia wojny przez Rosjan i Niemców. Wspólne działania przeciwko ludziom i ich eksterminacja na początku wojny, zanim jeszcze jeden sojusznik zaatakował drugiego, zaowocowało później w ramach wzajemnych uzgodnień eksterminacją, która objęła inteligencję, a zwłaszcza wojsko, na podstawie decyzji najwyższych władz państwa sowieckiego. W związku z tym, ponieważ rozpoczęcie działań dotyczących zamierzonej eksterminacji nastąpiło na ziemiach II Rzeczypospolitej, mamy terytorialne uzasadnienie, żeby zajęły się tym również polskie sądy.

J.D.: Ale trzeba wcześniej ustalić sprawców...

P.A.: Pośrednich i bezpośrednich. W odniesieniu do części z nich, a raczej większości, jest domniemanie, że nie żyją. Natomiast o części nie wiemy nic, bo Rosjanie ukrywają dane osobowe i ogromny zakres dokumentacji.

J.D.: W jaki sposób można postawić te osoby, żyjące lub nie, oraz państwo rosyjskie nie tylko przed międzynarodowym trybunałem, ale i sądem polskim?

P.A.: W taki, jak w rozwiązaniu dotyczącym postępowania w sprawach karno-skarbowych. Istnieje możliwość stawiania spraw karnych przeciwko określonym osobom z imienia i nazwiska, których nawet miejsce pobytu nie jest znane. Skoro nie mamy aktów zgonu, a możemy ustalić imiona, nazwiska i funkcje niektórych funkcjonariuszy, to możemy przyjąć do Kodeksu Postępowania Karnego takie postępowanie przeciwko nieobecnym i nieznanym z miejsca pobytu jak w kodeksie postępowania w sprawach karno-skarbowych, o co też zabiegam. Polega ono na tym, że jeżeli nie można odnaleźć sprawcy, a wiemy, kto nim jest - wtedy daje się takiej osobie obrońcę, kuratora i prowadzi przeciwko niej postępowanie.

J.D.: Rosjanie twierdzą, że nastąpiło przedawnienie zbrodni katyńskiej...

P.A.: Nie przedawniają się zbrodnie przeciwko ludzkości, ludobójstwa i zbrodnie wojenne. Rosjanie, powołując się na przedawnienie, negują taki, a nie inny charakter zbrodni, który sami potwierdzili w akcie oskarżenia w procesie norymberskim.

J.D.: Ale tylko w odniesieniu do Niemców...

P.A.: Oznaczałoby to, że sama zbrodnia jest nie ważna, tylko kto ją popełnił. Jak ją popełnili Rosjanie, to nie ma ona znaczenia i nie jest ludobójstwem i zbrodnią wojenną, a jak ją popełnili Niemcy - wtedy to zbrodnia wojenna, przeciwko ludzkości i ludobójstwo. To taka „specjalna” logika, z którą nie można się dziś zgodzić.

J.D.: Liczy Pan na wsparcie MSZ w działaniach, by państwo rosyjskie i sprawcy mordu katyńskiego stanęli przed międzynarodowym trybunałem i sądem polskim?

P.A.: To jest pierwszy krok, by MSZ wreszcie włączyło się i uwolniło od presji narażenia na szwank stosunków polsko-rosyjskich. Powinno ono w jakimś minimalnym zakresie włączyć się do samego udrożnienia postępowania, bo chodzi o to, żeby ono się toczyło i by te rodziny katyńskie w ogóle mogły występować, bez eliminowania jakiejkolwiek formuły prawnej dochodzenia odpowiedzialności sprawców mordu katyńskiego - a ja uważam, że również zbrodni popełnionych na Narodzie Polskim na Wschodzie po 17 września 1939 roku.

J.D.: Na jakim etapie jest postępowanie Norymbergi II?

P.A.: Do dzisiaj sprawa jest w zawieszeniu, dlatego że politycy bali się oficjalnego poparcia tej inicjatywy ze względu na stosunki polsko-rosyjskie i polsko-europejskie. Norymberga II, która praktycznie znikąd nie otrzymuje wsparcia, zajmuje się tylko monitorowaniem i współdziałaniem w zakresie śledztwa katyńskiego, prowadzonego w IPN. Liczymy na to, że IPN wyda dotychczas zebrane dokumenty i dowody jako powszechnie dostępne i w międzyczasie uda się zmienić KPK. Mamy też nadzieję, że Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN zakończy postępowanie aktem oskarżenia. Wobec tych bowiem, którzy podpisali dokument eksterminacyjny: Józefa Stalina i innych, trzeba umorzyć postępowanie ze względu na ich śmierć. Natomiast jest pewna szansa, że wobec tych, których los jest nieznany - jeżeli Rosjanie nie przedstawią aktów zgonu - będzie można takie postępowanie prowadzić. To jest moim zamiarem, gdyż zbrodnie wojenne, przeciwko ludzkości i ludobójstwa nie ulegają przedawnieniu.

J.D.: Dziękuję za rozmowę.

Norymberga II to organizacja pozarządowa powstała w 1992 r. z inicjatywy o. Józefa Marii Bocheńskiego OP. Jej celem jest doprowadzenie do powołania międzynarodowego trybunału, na wzór Trybunału Norymberskiego, dla osądzenia zbrodni komunizmu. Organizacja dąży do uznania za zbrodnicze partii i organizacji komunistycznych, które w swoim działaniu dopuszczały się zbrodni i naruszały powszechnie uznane prawa człowieka oraz zasady demokracji. Norymberga II zajmuje się m.in. ujawnianiem prawdy historycznej, zbrodni i dokumentów zbrodni władzy komunistycznej, aparatu represji i organizacji komunistycznych w Polsce i poza jej granicami.


źródło: Nasz Dziennik


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 19 lip 2009, 12:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Dlaczego komunizm dotąd nie jest uznany za system zbrodniczy?

Odpowiedzi jest wiele i we wszystkich jest jakiś element tragicznej prawdy.

1. Władza w Polsce jest nadal w rękach potomków komunistycznych zbrodniarzy. Aktywni komuniści dorobili się w czasie swojej dominacji w naszej Ojczyźnie olbrzymich fortun, pozycji społecznej, wielkich wpływów i nie bardzo chcą obecnie z tego zrezygnować. Nadal chcą dominować.

2. Państwom Europy zachodniej też nie zależy na uznaniu systemu komunistycznego za zbrodniczy, gdyż to właśnie one te państwa jak Francja, Wielka Brytania, a i Stany Zjednoczone po zakończeniu II wojny św. zdradziły swojego wiernego sojusznika jakim była Polska i oddały pod władanie sowieckie. Oddano nas zbrodniarzom w ich komunistyczne łapy mimo iż wiedziano jaki los nam Polakom ci zbrodniarze zgotują. Oddano nas lekką ręką przepijając podejmowanie tej okrutnej decyzji alkoholem, mimo iż znane im były dotychczasowe zbrodnicze „osiągnięcia” komunistów jak np. holokaust ludności ukraińskiej w latach trzydziestych, okrutnie zagłodzonej w liczbie ok. 8 mln. przez bezwzględnych oprawców czerwonej ideologii.

3. Sowieci byli jednym z dwu agresorów, którzy napadli na Polskę w 1939 r. Bestialsko grabili, mordowali i niszczyli naród polski i polskiego ducha. Państwa które mimo iż byliśmy ich sojusznikami pozwoliły na kolejną zbrodnię komunistyczną w samym sercu Europy na polskim narodzie i na innych narodach, nie bardzo chcą takich rozliczeń, bo one czyniłyby je współwinnymi wieloletniego bestialstwa na które nas te państwa skazały. Te ich podłe, pokątne i nikczemne, decyzje obciążają ich jako współwinnych tym zbrodniom, których komunizm dzięki ich przyzwoleniu dokonywał na wszystkich zniewolonych przez siebie narodach.

4. Niektórym bardzo wpływowym narodom nie po drodze jest uznanie systemu komunistycznego w Polsce za zbrodniczy, bo trudno by im było w takiej sytuacji od opuszczonego przez sojuszników i okrutnie doświadczonego narodu polskiego, od ubezwłasnowolnionego przez sowietów państwa polskiego domagać się zadośćuczynień, za rzekome wyrządzone im przez Polaków krzywdy. Dlatego dla własnych niesprawiedliwych historycznie i społecznie korzyści powstrzymują w naszym kraju ewentualne próby odbudowy moralnej i duchowej naszego narodu, i odbudowy naszej państwowości. Powstrzymują podjęcie decyzji rozliczającej system komunistyczny. Powstrzymują nazwanie komunizmu systemu zbrodniczym i poprzez to uniemożliwiają rozliczenie się Polaków ze swoimi oprawcami. Powstrzymują rozliczenie się z naszą własną przeszłością.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 19 lip 2009, 20:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
To nie była wojna domowa

Piotr Gontarczyk 26-12-2008

W latach wojny komuniści donosili na polskie podziemie do gestapo tak gorliwie, że przez pomyłkę zadenuncjowali nawet własną drukarnię. Czy likwidację tych ludzi należałoby uznać za mord bratobójczy?

Jest rzeczą powszechnie znaną, że żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych w odpowiedzi na zbrojną działalność PPR niszczyli jej oddziały spod znaku GL-AL, a także likwidowali komunistycznych działaczy uznanych za szczególnie groźnych. Profesor Andrzej Friszke w tekście „Status Finlandii czy wojna domowa?” („Plus Minus” 20 – 21 grudnia) działania te nazywa zbrodnią. Potępia też historyków i publicystów, którzy przypadki zwalczania komunistów przez polskie podziemie niepodległościowe uznali za uzasadnione.

Wojna domowa toczy się wewnątrz jednego państwa (społeczeństwa). Co ma ona jednak wspólnego ze zwalczaniem komunistów w czasie okupacji? PPR powstała na polecenie Stalina i była narzędziem sowieckiego aparatu partyjno-państwowego (Komintern, GRU i NKWD). Kierowali nią obywatele sowieccy, którzy działali na szkodę Polski. „Biuletyn Informacyjny”, oficjalny organ AK, pisał, że PPR nie jest polskim stronnictwem politycznym: „Dlaczego zwalczamy PPR? Nie ze względu na jej program społeczny, ale dlatego, że jest to w Polsce agentura obcego i nieprzyjaznego mocarstwa. Nie polskich, lecz sowieckich broni ona interesów” (grudzień 1943 r.).
Podobne opinie zgodnie zgłaszały wszystkie liczące się nurty polskiego życia politycznego, od syndykalistów i socjalistów do ONR. Komuniści nie należeli do polskiego życia politycznego, tak samo jak nie należeli do niego mocodawcy z Kominternu i NKWD. Profesor Friszke uważa jednak, że zwalczanie komunistów to „wojna bratobójcza” rozpętana przez należące do „rodziny faszystowskiej” NSZ. Taki pogląd nie znajduje podstaw w dostępnych źródłach ani w podstawowej literaturze przedmiotu.

Kto jest zbrodniarzem?
Profesor Friszke pisze: „W latach okupacji jedynie Narodowe Siły Zbrojne uważały za dopuszczalne mordowanie rodaków, których podejrzewano o sprzyjanie komunistom”. To nieprawda. W 1943 r. konspiracyjne pisemko „Czyn” domagało się likwidowania komunistycznej agentury: „odpowiednie czynniki, reprezentujące społeczeństwo, winny wywrzeć swój wpływ tam, gdzie należy, aby nasze władze państwowe (…) nie ograniczały się wyłącznie do zwalczania okupanta niemieckiego, lecz przystąpiły również do stopniowego i planowego likwidowania sowieckich ośrodków dyspozycyjnych”. Tytuł ten trudno zaliczyć do „faszystowskiej rodziny NSZ”, bowiem był organem centrowego raczej Stronnictwa Pracy. Podobnie komunistyczny problem przedstawiają dokumenty wytworzone przez wyspecjalizowane struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Jedna z analiz opisywała metody i cele działalności komunistycznej konspiracji. W konkluzjach stawiano znak równości pomiędzy PPR/NKWD i gestapo, stwierdzając, że dla polskich aspiracji niepodległościowych ci pierwsi są znacznie groźniejsi. W zakończeniu pisano o konieczności eliminowania komunistycznych agentów: „usunięcie macek nieprzyjaciela z naszych szeregów jest zadaniem trudnym, ale bezwzględnie koniecznym. W wykonaniu tego zadania zastosować należy metody chirurgiczne, czułostkowość i chwiejność w przeprowadzaniu akcji oczyszczającej spowodować mogą w wyniku zmarnowanie tego olbrzymiego wysiłku społeczeństwa, jaki został włożony w organizację wojska i władz cywilnych” (AAN, AK 203/III-137).
Tak więc nie tylko w NSZ padały pomysły likwidacji komunistów dla obrony własnych szeregów przed infiltracją i rozbiciem. A wróg ten rozpracowywał niepodległościową konspirację na rzecz NKWD, dopuszczał się morderstw polskich działaczy i denuncjowania ich do gestapo.
Ale to nie koniec sprawy. Komuniści spod znaku PPR powinni byli być niszczeni w taki sam sposób, w jaki polskie podziemie rozprawiało się z pospolitą przestępczością kryminalną, bowiem PPR żyła z pospolitego bandytyzmu. Nawet członkowie kierownictwa partii w dzień działali „politycznie”, a w nocy, by użyć ich własnego języka, „robili sklepy na Pradze”. Wystarczy zajrzeć do dokumentów PPR lub opublikowanych pamiętników Władysława Gomułki.

W obronie ludności.
To właśnie pospolity bandytyzm był najczęstszym powodem akcji zbrojnych podejmowanych przez NSZ i AK przeciwko komunistom. Andrzej Friszke myli się, twierdząc, że prym wiedli tu NSZ-owcy. Nawet historiografia PRL w latach 80. przyznawała, że większe zasługi w tej mierze mają akowcy. Przyczyny wydają się oczywiste. Oddziały GL i AL nie były zdolne do walki z Niemcami, a ich ofiarą padali głównie polscy chłopi oraz ziemianie stanowiący bazę zaopatrzeniową podziemia. Komuniści rabowali młyny, sklepy, mleczarnie. Niepodległościowe podziemie musiało brać polską ludność w obronę, a w terenie znacznie silniejsze od NSZ były przecież struktury AK.

Profesor Friszke uważa, że na likwidowanie komunistycznych działaczy nie pozwalał w czasie wojny dekalog. Mam odmienną opinię. To byli ludzie stanowiący zagrożenie dla aspiracji niepodległościowych Polaków, niekiedy wręcz agenci NKWD. Na polskie podziemie donosili do gestapo tak gorliwie, że przez pomyłkę zadenuncjowali w Warszawie nawet własną drukarnię przy ulicy Grzybowskiej. Czy likwidację tych ludzi profesor Friszke uznałby za mord bratobójczy? Jeśli tak, to na jakiej podstawie?

Andrzej Friszke myli się też, twierdząc, że opinia o konieczności podjęcia zdecydowanej zbrojnej akcji przeciwko komunistom pojawiła się „parę miesięcy temu w jednym ze skrajnie prawicowych pism”, którego nazwy („Glaukopis”) na wszelki wypadek nie wymienia. Tymczasem taka teza pada wprost w mojej książce „Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy (1941 – 1941)” opublikowanej kilka lat temu. Krytykowałem w niej czynniki kierownicze Polski podziemnej: „Mimo rozległej wiedzy na temat istoty i metod działalności PPR kierownictwo polskiego podziemia nie zastosowało wobec komunistów żadnych poważniejszych środków odwetowych czy zaradczych. Wydaje się, że (…) dominowało lekceważenie problemu i powszechne przekonanie o tym, że z komunistycznym nowotworem niepodległe państwo rozprawi się po wojnie. Raczej nie dopuszczano myśli, że może być odwrotnie”.

Niszczyć bandy
Profesor Friszke przekonuje, że skierowanie broni przeciwko komunistom było niepożądane ze względu na to, że Polska była w antyhitlerowskiej koalicji. Nie wiem, czy w swych rozważaniach uwzględnił rozkaz komendanta głównego AK gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka” ze stycznia 1945 r. Okulicki zabraniał podejmowania wszelkich działań zaczepnych przeciwko Niemcom (!) i nakazał całość wysiłku skierować przeciwko rozmaitym luźnym grupom, w tym także i tym spod znaku PPR: „wszelkie bandy, oddziały partyzanckie i osoby pojedyncze bez względu na ich przynależność w wypadku stwierdzenia bandytyzmu winny być bezwzględnie niszczone” (AK w dokumentach, t VI). Prof. Friszke zapewne uznałby ów dokument za nawoływanie do zbrodni przez „skrajnie prawicowe grupy”. Mam inną opinię w tej sprawie: szkoda że rozkaz komendanta głównego AK nie został wydany wcześniej.

Friszke twierdzi też, że rozkaz likwidowania komunistów doprowadziłby do rozpadu Państwa Podziemnego. Miało ono jednak dużo poważniejszy problem, jakim było zagrożenie ze strony totalizmu sowiecko-komunistycznego. Scementowało ono wspólnotę rozmaitych partii politycznych i doprowadziło do scalenia w 1944 r. „zbrodniczych” Narodowych Sił Zbrojnych z AK.Wizja przedstawiona przez Andrzeja Friszke przez lata obowiązywała jako oficjalna wersja propagandowej genezy Polski Ludowej. Pewnie dawno by o niej zapomniano, gdyby jej głównych tez do historiografii nie wprowadziła książka „Narodziny systemu władzy” prof. Krystyny Kersten. Dziś podobne nonsensy znajdują się także w książkach wielu historyków. Ale przecież książka prof. Kersten ukazała się jakieś ćwierć wieku temu. Od tego czasu w wolnej Polsce napisano setki artykułów i monografii, które demistyfikują propagandowe kłamstwa z czasów PRL. Bez ich uwzględnienia rzeczowe spojrzenie na poruszone tematy wydaje się co najmniej utrudnione.

Dyskusja czy wykluczanie?
Podzielam opinię Andrzeja Friszke, że masowa akcja zbrojna przeciwko komunistom nie wpłynęłaby korzystnie na dalszy los najważniejszych spraw dotyczących przyszłości Polski. Ale miałaby ona, być może, inne pozytywne skutki. Na przykład taki, że likwidacja struktur komunistycznych, a w szczególności agentury w organizacjach polskich, pozbawiłaby NKWD i UB ważnego źródła danych na temat niepodległościowej konspiracji. Los niepodległościowego podziemia był oczywiście z góry przesądzony. Ale może więcej ludzi miałoby szansę na uniknięcie represji. Mogłoby na przykład zmienić tożsamość, w spokoju przeczekać najgorsze albo zgubić ślad na ziemiach zachodnich.

Prof. Andrzej Friszke jest jednym z najbardziej znanych i cenionych historyków polskich. Tym bardziej smuci, że niektóre fragmenty jego opisu przeszłości (na przykład w kwestii NSZ) mają charakter zgoła karykaturalny. Powielają one propagandowe schematy z czasów PRL. Mój opór budzi też traktowanie dekalogu jako jednoznacznego punktu odniesienia dla oceny politycznych wyborów i motywacji ludzi uwikłanych w brutalną rzeczywistość XX wieku. Należą do nich i żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego zmagający się z obydwoma zbrodniczymi totalitaryzmami. Takie banalne i ahistoryczne ujęcie ich losów – przestrzegali dekalogu albo nie – wydaje mi się nieuzasadnione. W każdym razie dla mnie pozostanie ono dalece niewystarczające.
Piotr Gontarczyk jest pracownikiem IPN i zastępcą redaktora naczelnego pisma „Glaukopis”

http://www.rp.pl/artykul/239804.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 20 mar 2010, 09:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Protestując "przeciw zmowie milczenia wokół zbrodni w Katyniu, demoralizacji młodzieży i zniszczeniu rzemiosła" były żołnierz AK Walenty Badylak dokonał 21 marca 1980 roku aktu samospalenia na Rynku Głównym w Krakowie. W tym roku mija 30 lat od tego wydarzenia.

Walenty Badylak urodził się w 1904 roku w Krakowie-Podgórzu. Podczas II wojny światowej walczył w Armii Krajowej, był również żołnierzem Kedywu. Po wyzwoleniu prowadził w Mrowinach koło Świdnicy piekarnię, którą po kilku latach odebrały mu władze. Później pracował w Żarach w Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej RUCH.

Od roku 1955 mieszkał w Krakowie. Najpierw był zatrudniony na Akademii Górniczo-Hutniczej, potem w zakładzie Zieleni Miejskiej. W 1963 roku przeszedł na emeryturę. Bardzo dobrze znali go krakowscy księgarze, gdyż Badylak z zamiłowania gromadził książki i płyty z muzyką poważną. Lubił także spędzać czas w kawiarniach na Rynku Głównym i dyskutować o historii. Jak twierdzili koledzy, nie bał się mówić o polityce i krytykować władz.

Walenty Badylak podpalił się na Rynku Głównym w Krakowie w piątek 21 marca 1980 roku, tuż przed niedzielnymi wyborami do Sejmu PRL protestując przeciw ukrywaniu przez władze PRL prawdy o zbrodni katyńskiej. O godzinie 7.45 przechodzący przez Rynek mieszkańcy zauważyli mężczyznę, który metalowym łańcuchem przywiązał się do pompy z wodą, a tuż po ósmej oblał benzyną i podpalił. Zmarł w drodze do szpitala.

Na jego szyi znaleziono tabliczkę z napisem: "Za Katyń, za demoralizację młodzieży, za zniszczenie rzemiosła". Jako pożegnanie z bliskimi zostawił kartkę, w której napisał: "Kochani - jeśli tam nie ma nicości, a są duchy bratnie będę was wspomagał, a w chwilach szczególnych odczujecie moją obecność - ojciec i dziadek".

Władze PRL aż do popołudnia zastanawiały się, jaki komunikat w tej sprawie przekazać prasie. Ostatecznie przyjęły wersję, że było to samobójstwo spowodowane chorobą psychiczną. Następnego dnia w "Dzienniku Polskim" ukazała się notatka: "W godzinach rannych 21 bm. na Rynku Głównym w Krakowie miał miejsce samobójczy wypadek. Mężczyzna w starszym wieku targnął się na swoje życie przez oblanie się benzyną i podpalenie. W drodze do szpitala zmarł. Samobójcą okazał się 76-letni mieszkaniec Krakowa Walenty Badylak. Ustalono, że zmarły od wielu lat był leczony z powodu chronicznej choroby psychicznej". Śledztwo w tej sprawie umorzono 20 czerwca 1980 roku.

Mieszkańcy Krakowa pamiętali jednak o tragicznym czynie Badylaka stawiając w miejscu zdarzenia znicze i kwiaty oraz śpiewając pieśni religijne. Został on także upamiętniony w 1990 roku tablicą pamiątkową w miejscu samospalenia, którą odsłonił wnuk Walentego, ksiądz Wojciech Badylak.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title, ... omosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 20 mar 2010, 13:14 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
Zbrodnie komunistyczne,to nadal temat tabu
i dlatego dwa dni temu w Sejmie,
rękami platformy,sld i psl
dokonała się trzecia Nocna Zmiana,
zakneblowano IPN.........po to,
by zapomniano o takich ludziach,jak sp
Walenty Badylak,a klękano
przed zdrajcami narodu,typu towarzysz generał
materiały STASI: nie klamią..........
ale Kłamstwo o Katyniu..........
za ktory poswiecił się TEN Wspaniały
CZŁOWIEK,wciąż TRWA
nawet w słownictwie........
są tacy (ci własnie z nadania sowieckiego)
ktorzy mowią
"zbrodnia Katynska" miast
ZBRODNIA ZSRR,w wykonaniu jej
najwyższych władz.........


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 24 cze 2011, 09:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Holokaust Polaków w Rosji

Wydana właśnie po polsku książka historyka z Uniwersytetu Yale Timothy´ego Snydera "Skrwawione ziemie - Europa między Hitlerem a Stalinem" wznowiła nie tylko w Polsce gorącą dyskusję, czy nie należałoby przypadkiem przepisać od nowa oficjalnie obowiązującej historii totalitarnych zbrodni.

Po lekturze książki Snydera można odnieść wrażenie, że spór nie toczy się już o to, czy Stalin był tak samo zły jak Hitler, ale raczej o to, czy przypadkiem Hitler nie był jedynie gorliwym uczniem Stalina. Jedną z opisywanych przez Snydera zbrodni, która może służyć do poparcia takiej tezy, jest tzw. operacja polska NKWD z lat 1937-1938. Poniżej postaram się odpowiedzieć na dwa pytania: co stało się z Polakami żyjącymi na terenie ZSRS w latach 1937-1938 i jak wiedza o tych wydarzeniach może wpłynąć na zmianę historycznego paradygmatu dotyczącego dziejów totalitaryzmów.

Znikający Polacy w relacjach

"[Rok] 1937-38 - jeszcze represja szła. Rozkułaczywali. Pamiętam w butelkach, w piecu chowali, żeby jutro z dziećmi zjeść, oni przychodzą i to jeszcze zabierają - i z pieca, i w butelkach. (...) A później ojca zabrali w represję, a do tego przed tym, gdy zabrali, to ojciec miał umowę - swoimi końmi drwa woził... Ale skoro miał umowę do piekarni, to i z piekarzami się znał i chleb sobie miał... Później sieczkarnię zabrali, ojca zabrali, konia zabrali, wóz zabrali, konną sieczkarnię zabrali, wszystko pozabierali...".

To fragment opowieści 9-letniego wówczas Zenona Gliwińskiego, Polaka z osiedla Poninka w ukraińskim obecnie obwodzie chmielnickim, kiedyś płoskirowskim, pochodzący ze zbioru relacji na temat głodu na Ukrainie oraz sowieckiego wielkiego terroru. Relacja została nagrana przez Petro Jaszczuka, a opracowana przez ks. Romana Dzwonkowskiego SAC ("Głód i represje wobec ludności polskiej na Ukrainie 1932-1947. Relacje", Towarzystwo Naukowe KUL, 2004).

W tym jednym zbiorze podobnych relacji zebranych tylko w jednej okolicy jest kilkadziesiąt. W różnych innych opracowaniach podobnych opowieści jest nieporównywalnie więcej. Jeden główny motyw stale się w nich powtarza. W latach 1937-1938 Polacy mieszkający na terenie ZSRS, najczęściej mężczyźni, ojcowie rodzin, znikali, by już nigdy się nie odnaleźć.

Wszystko to działo się w czasach, w których lepiej było o nic nie pytać. Jednak przezwyciężając strach, rodziny znikających Polaków dopytywały urzędników, członków partii albo nawet czekistów o los swoich mężczyzn. Z reguły dostawały odpowiedź, że za to, iż byli wrogami ludu, zostali skazani na 10 lat łagru bez prawa korespondencji - co miało tłumaczyć brak jakiegokolwiek kontaktu. Często rodziny otrzymywały także informację, że aresztowany zmarł w więzieniu. Przyczyny tych zgonów były różne - malaria, arterioskleroza, zapalenie płuc.

Po śmierci Stalina, w 1953 r., sytuacja się zmieniła. Wielu Polaków na życzenie rodzin zrehabilitowano. Jednak nawet wtedy nie chciano rozmawiać na temat przyczyn i okoliczności ich śmierci. Dopiero po 1989 r. prawda mogła ujrzeć światło dzienne. Jednak spośród rodzin ofiar już tylko najwytrwalsi mieli siłę, by do końca wyjaśnić zniknięcie ojca czy męża ponad pięćdziesiąt lat temu.

- Ja byłam szczególnie dociekliwa, bo po pierwsze miałam dużo czasu, a po drugie, ponieważ pracowałam w pewnym sensie w organach bezpieczeństwa - w sądzie dla nieletnich. Wiedziałam, jak rozmawiać z urzędnikami - opowiadała mi Mieczysława Rybczyńska, Polka spod Żytomierza, która w momencie zaginięcia ojca miała roczek. - Udałam się do swojej rodzinnej miejscowości pod Żytomierz i odnalazłam rodziny innych Polaków, którzy wtedy zniknęli, by razem poprosić władze o wyjaśnienie ich losów. Jednak nikt nie był już zainteresowany takim działaniem. Część z lenistwa, część ciągle ze strachu - wspominała kobieta.

Pani Mieczysława w końcu zaczęła działać na własną rękę.

Zajęło jej to trochę czasu, ale w końcu dowiedziała się wszystkiego. - Mój tata został aresztowany w październiku 1937 r. i po miesiącu został rozstrzelany. Moją mamę potem aresztowano i zesłano do Kazachstanu. Ja mieszkałam w skrajnej biedzie z babcią, bo wyrzucono nas z domu i zarekwirowano cały majątek. Potem odebrano mnie babci i trafiłam do domu dziecka. Tylko cudem po wojnie udało się mamie mnie odnaleźć - opowiadała.

Pani Mieczysława skończyła studia w Kazachstanie, po czym przeniosła się do Uzbekistanu. Po upadku ZSRS uciekła do Rosji i mieszkała pod Moskwą. Cały czas marzyła jednak o tym, by na stare lata powrócić do Polski, co w końcu jej się udało.

Rozkaz 00485

Proces znikania Polaków, którego ich rodzinom nikt nie chciał wyjaśnić, miał oczywiście swoje ściśle tajne wytłumaczenie.

- W 1991 roku, po puczu Janajewa, otwarte zostały na krótko archiwa służb bezpieczeństwa - wówczas jeszcze KGB, które wcześniej nosiło nazwę NKWD [obecnie FSB - przyp. red.] - usłyszałem od Nikity Pietrowa, wiceszefa Memoriału, rosyjskiej organizacji zajmującej się upamiętnianiem zbrodni komunizmu. - Wtedy też wypłynął rozkaz 00485. Okazało się, że to Stalin i inni zbrodniarze rządzący ZSRS w latach 30. minionego wieku postanowili rozprawić się z Polakami - wskazywał Pietrow, z którym spotkałem się w Moskwie podczas badawczego wyjazdu.

Rozprawa miała mieć charakter systematyczny i ostateczny. Polacy mieli zniknąć z terenów przygranicznych, a najlepiej w ogóle.

Historycy Memoriału dotarli do dużej liczby dokumentów bardzo dokładnie obrazujących przebieg „operacji polskiej”. Trwała ona od sierpnia 1937 do listopada 1938 roku.

- Znaleziono też dokumentację, z której wynika, że aresztowano co najmniej 143 810 Polaków, z których rozstrzelano 111 091 osób. Opublikowaliśmy wtedy kilka artykułów na ten temat. Przyjechałem też do Warszawy i przekazałem pewne materiały do ośrodka „Karta”, który przetłumaczył i opublikował fragment mojego artykułu. Potem już w jakiś bardziej konkretny sposób w sprawie „operacji polskiej” nie kontaktował się już z nami nikt. Ty jesteś pierwszy - zauważał Pietrow.

Co się zdarzyło w 1937 roku?

Dzięki relacjom świadków, dokumentom obrazującym działania NKWD i Stalina, nielicznym relacjom ludzi, którzy bezpośrednio uczestniczyli w zbrodni, a także licznej rosyjskojęzycznej literaturze zajmującej się okresem stalinowskiego terroru, dziś dość dokładnie możemy odtworzyć historię zbrodni ludobójstwa, jaką Związek Sowiecki popełnił na Polakach.

Represje skierowane przeciwko Polakom tak naprawdę zaczęły się na dużą skalę w marcu 1933 roku, czyli dokładnie w tym samym czasie, w którym Adolf Hitler rozpoczął likwidację demokracji w Niemczech. Rozpoczęto wtedy operację „oczyszczenia” stref przygranicznych na zachodniej granicy ZSRS. To był rodzaj "nocy kryształowej" dla zbliżającego się ludobójstwa Polaków.

Podczas operacji „oczyszczania” aresztowano ok. 15 tys. Polaków, z których większość została oskarżona o szpiegostwo. Około 20 proc. skazano na karę śmierci określaną wtedy mianem "wyższej kary obrony socjalnej". Podczas tej marcowej akcji, której przedmiotem byli w większości rozkułaczeni, bądź jeszcze nie, w każdym razie prości chłopi polskiego pochodzenia, wypracowano stosowaną później na szerszą skalę metodologię postępowania z Polakami, którzy zbiorowo zostali uznani za Naród potencjalnych bądź rzeczywistych szpiegów. Przyzwyczajono także dowódców NKWD, że Polak to wróg, którego trzeba stale mieć na oku, a w razie czego represjonować.

W ciągu kolejnych dwóch lat antypolskie nastawienie sowieckich władz coraz bardziej się umacniało. W efekcie zdecydowano o likwidacji polskich obwodów autonomicznych, które funkcjonowały na terenie Białoruskiej i Ukraińskiej SRS, i o wysiedleniu ich mieszkańców. Od 1935 r. tysiące Polaków były całymi rodzinami pakowane do bydlęcych wagonów i wywożone do Kazachstanu, Uzbekistanu i na Syberię. Polskie wioski pustoszały, a przerzuceni ze szczątkowym dobytkiem w nieznany i najczęściej wrogi sobie teren wysiedleńcy często szybko ginęli. To wszystko była jednak tylko uwertura do prawdziwego ludobójstwa, które dopiero miało się zacząć.

Na początku 1937 r. doszło do dwóch znaczących wydarzeń na szczycie sowieckiej władzy, które bezpośrednio
spowodowały zaistnienie operacji polskiej. Po pierwsze, w łonie sowieckiego wywiadu zagranicznego rozpoczęto antypolską czystkę, w wyniku której rozstrzelano niemal wszystkich oficerów wywiadu polskiego pochodzenia. Po drugie, być może pod wpływem tej czystki, na toczącym się w tym czasie słynnym lutowo-marcowym zjeździe WKP(b) formalnie rządzącej w ZSRS zapadła decyzja o tym, by rozprawić się ze szpiegami. A wiadomo było już od kilku lat, że szpiegami w rozumieniu sowieckich władz byli w głównej mierze Polacy.

Paradoksalnie ta faza rozprawy z Polakami rozpoczęła się od polskich komunistów, którzy wcześniej ochoczo uczestniczyli w akcji wynarodowienia i ateizacji swoich rodaków. Nie uchroniło ich to jednak przed uznaniem za szpiegów. Pierwsze aresztowania polskich komunistów zaczęły się bezpośrednio po lutowo-marcowym zjeździe partii. W sumie aresztowano co najmniej kilka tysięcy komunistów. Większość z nich szybko została rozstrzelana. Prawdopodobnie w trakcie rozprawy z nimi szefostwo NKWD musiało wpaść na pomysł ostatecznego rozprawienia się teraz już ze wszystkimi Polakami. Sądząc z tego, że rozkaz 00485 został wydany 9 sierpnia, a na pewno nie został przygotowany bez uprzedniej dyskusji, w dodatku zaopatrzono go w kuriozalne kilkudziesięciostronicowe uzasadnienie, które jest ewenementem w historii sowieckiej biurokracji, decyzja o jego przygotowaniu musiała zapaść co najmniej kilka tygodni wcześniej. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy zakładać więc, że decyzja o rozprawieniu się z naszymi rodakami zapadła na przełomie czerwca i lipca 1937 roku.

Po wydaniu rozkazu 00485 zbrodniarze z NKWD rozpoczęli krwawą jatkę. Z pierwszego raportu w sprawie „operacji polskiej”, jaki szef NKWD Mikołaj Jeżow przygotował dla Józefa Stalina już 5 września, wynika, że w pierwszym miesiącu trwania ludobójstwa złapano ponad 15 tys. Polaków. Większość z nich zamordowano strzałem w tył głowy.
Według pierwotnego rozkazu 00485 mordowanie Polaków miało trwać tylko 3 miesiące. Szybko jednak okazało się, że z uwagi na potrzebę wykonania innych morderczych rozkazów, a zwłaszcza rozkazu 00447, w wyniku którego mordowano "kułaków", czas trwania ludobójstwa Polaków trzeba było kilka razy przedłużać. Ostatecznie „operacja polska” została zakończona w listopadzie 1938 r. - w następstwie zorganizowanego przez Stalina przewrotu pałacowego w NKWD Mikołaja Jeżowa zastąpił Ławrientij Beria. Ten ostatni nie omieszkał później dokonać w NKWD czystki, między innymi pod pretekstem wypaczeń w pracy swych poprzedników w trakcie „operacji polskiej”. A samemu Jeżowowi na procesie, który zakończył się dla niego egzekucją, postawiono także zarzut szpiegostwa na rzecz... Polski.

Liczbę polskich ofiar, które zostały rozstrzelane bądź zginęły w łagrach czy w wyniku przesiedleń w latach 1933-1939, można ostrożnie szacować na 200 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że represje dotyczyły głównie mężczyzn w wieku produkcyjnym, a w sumie według oficjalnych sowieckich danych w 1937 r. w ZSRS mieszkało ok. 650 tys. Polaków, można śmiało założyć, że nie było polskiej rodziny, której jakiś członek nie zginąłby na jakimś etapie prześladowań. Taką tezę każdy może łatwo potwierdzić, rozmawiając z Polakami, którzy żyli w ZSRS. Każdy z nich przynajmniej słyszał o atmosferze strachu końca lat trzydziestych minionego wieku i stracił kogoś z rodziny, choć nie zawsze wie, z jakiego powodu.

Wzór dla holokaustu

Analizując historię polskiej mniejszości w ZSRS, nie da się nie zauważyć analogii do losów Żydów pod władzą Niemiec. Tak jak powszechny resentyment antyżydowski był przyczyną holokaustu, tak powszechny w Związku Sowieckim antypolonizm doprowadził do decyzji o likwidacji najpierw polskich skupisk narodowościowych, a następnie po prostu najaktywniejszych Polaków. Tak jak holokaust był poprzedzony okresem wstępnych, nakręcających się jak spirala prześladowań, które trwały kilka lat - tak „operacja polska” była poprzedzona długoletnimi, niejako wstępnymi represjami. Zasadnicze różnice były trzy. Po pierwsze, skala represji na Żydach była zdecydowanie większa, choćby z tego powodu, że dotyczyła milionów, a nie setek tysięcy ludzi. Po drugie, sowieckie ludobójstwo na Polakach było przeprowadzane w całkowitej tajemnicy i władze ZSRS oficjalnie się do niego nie przyznały, podczas gdy Niemcy w pewnym okresie nie ukrywali nawet specjalnie swoich zbrodni i dopiero gdy zaczęli przegrywać wojnę, rozpoczęli proces ukrywania i niszczenia dowodów zbrodni.

Jednak najważniejsza różnica polega na tym, że ludobójstwo popełniono na Polakach znacznie wcześniej. W tym sensie Hitler był uczniem Stalina, który mógł się poczuć ośmielony do działania przez dokonane przez swojego sowieckiego odpowiednika zbrodnie, choć zapewne nie znał ich szczegółowego przebiegu.

„Operacja polska” to jedna z mniej znanych masowych zbrodni popełniona na - jak to celnie nazwał Timothy Snyder - „skrwawionych ziemiach” i pierwsze ludobójstwo popełnione z przyczyn narodowościowych w Europie w XX wieku. Informacje o nim zawarte w jego książce z całą pewnością pomogą dotrzeć do zachodnich historyków z wiedzą, że coś takiego jak ludobójstwo popełnione przez Związek Sowiecki na Polakach w ogóle miało miejsce.

Smutnym paradoksem jest to, że to zachodni historycy muszą informować świat, ale także swoich polskich odpowiedników, o prawdziwej historii Polski. Wynika to nawet nie tyle z niewiedzy na temat „operacji polskiej”, ile z tego, że przez długie lata jej charakter i wynikające z tej zbrodni polityczne konsekwencje sprawiały, iż z uwagi na funkcjonującą także w środowisku historycznym polityczną poprawność nikt nie chciał się nią na serio zajmować. Ale to już temat na zupełnie inny artykuł.

Apel do Czytelników

Jestem w trakcie pisania pierwszej monografii poświęconej „operacji polskiej”. Szukam nowych relacji poświęconych tym wydarzeniom. Jeśli ktoś z Czytelników jest w posiadaniu takowych bądź może je przedstawić, to proszę o kontakt na adres e-mailowy: tomaszsommer@gigasport.pl. Wszystkie nadesłane relacje będą wykorzystane w przygotowywanej książce, a następnie przekażę je do archiwum IPN.

Dr Tomasz Sommer

Autor w 2010 r. wydał książkę "Rozstrzelać Polaków. Ludobójstwo Polaków w ZSRS - dokumenty z centrali", jest redaktorem tygodnika "Najwyższy CZAS!".

Źródło: Nasz Dziennik
http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my11.txt

http://www.kresy.pl/publicystyka,report ... ow-w-rosji


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 20 maja 2012, 14:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.bibula.com/?p=56915

Podwójnie wysiedleni
Aktualizacja: 2012-05-18 10:03 pm

Stowarzyszenie Gdynian Wysiedlonych zaskarżyło do sądu odmowę wszczęcia przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku śledztwa w sprawie wysiedleń dokonywanych przez komunistów

Gdy Niemcy wyrzucali ich z domów pod groźbą śmierci, byli jeszcze dziećmi. Wracając po zakończeniu II wojny światowej do siebie, liczyli na normalne życie. Ale komuniści zgotowali im… ponowne wypędzenie. Zrzeszeni obecnie w Stowarzyszeniu Gdynian Wysiedlonych mieli nadzieję, że sprawiedliwość znajdą w wolnej Polsce. Dziś nie mogą się pogodzić z tym, że nie dość, że przez ponad 20 lat władze III RP nie zadbały o wynagrodzenie ich krzywd, to jeszcze Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie wyrzucania ich z domów przez komunistyczny reżim.

“Wrogowie ludu”
- 15 października 1939 r., kiedy zaczęły się przymusowe wysiedlenia Polaków w Gdyni, pod nasz dom podjechały ok. godz. 5.00 nad ranem niemieckie samochody. Mamę, mnie i starszą siostrę wywieziono nieoplandekowanymi ciężarówkami w kierunku Generalnego Gubernatorstwa. Miałem wtedy 6 miesięcy, a siostra 2,5 roku. Niemcy wyrzucili mieszkańców wszystkich domów przy naszej ulicy, by zakwaterować przybyszów z Rzeszy i przesiedleńców (Baltendeutsche), którzy objęli władzę w mieście i w porcie – wspomina Benedykt Wietrzykowski, prezes Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych.
W maju 1945 r. rodzina pana Benedykta wróciła do zdewastowanego i ograbionego domu, zaczynając wszystko od nowa. Niestety, niedługo się nim cieszyli. – Miałem wtedy 11 lat. Był kwiecień 1950 roku. Wracałem ze szkoły, wszedłem do sklepu prowadzonego przez rodziców, gdzie zastałem… nieznanego mężczyznę ubranego po cywilnemu, ale z karabinem w ręku. Gdy wytłumaczyłem mu, kim jestem, powiedział: “Wsiadaj na samochód, właśnie na ciebie czekaliśmy” – wspomina Benedykt Wietrzykowski. Komuniści wywieźli go wraz z rodziną na Żuławy Wiślane. Wkrótce potem ich dom władze sprzedały na licytacji bez powiadomienia rodziców.
Takich poszkodowanych rodzin w samej tylko Gdyni było znacznie więcej. Komuniści wyrzucali przede wszystkim osoby uznane za “wrogów władzy ludowej”, w tym właścicieli sklepów, warsztatów itd. Prezes Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych w 2011 roku zwrócił się do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku z wnioskiem o wszczęcie śledztwa w tej sprawie. Przekazał też Komisji listę ponad 400 nazwisk Polaków wysiedlonych z Gdyni w latach 1946-1956 przez komunistyczne władze. Kilkuset członków stowarzyszenia liczyło na to, że znajdująca się w strukturach Instytutu Pamięci Narodowej Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku zbada dokładnie i napiętnuje ich tragedię. Niestety, wniosek został odrzucony.

Wysiedlenia zgodne z prawem?
- To jest zbrodnia komunistyczna! Dlaczego więc IPN nie chce przeprowadzać śledztwa w tej sprawie? Wysiedlone rodziny do tej pory nie otrzymały zadośćuczynienia ani moralnego, ani materialnego, i to zarówno od Niemców, jak i od władz Polski! Sprawa jest ciągle odkładana, bo “nie ma woli politycznej” – oburza się Benedykt Wietrzykowski.
Co na to pion śledczy IPN? – W 1945 r. obowiązywało jeszcze rozporządzenie prezydenta RP o ochronie granic z 1927 roku oraz przepisy o postępowaniu administracyjnym z 1928 roku. Przewidywały one możliwość wysiedlania ludności bez uzasadnienia. Oczywiście przed wojną miały one inne ratio legis. Były motywowane chęcią zabezpieczenia Gdyni przed przejmowaniem kontroli przez Niemców. Ale w tych rozporządzeniach nie ma o tym mowy. Akt prawny nie precyzował, o jaką ludność chodzi – tłumaczy prokurator Leszek Czarnecki z OKŚZpNP w Gdańsku, który odmówił wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Komuniści po wojnie wykorzystali te przepisy do własnych celów, tyle że przeciwko Polakom, m.in. rodowitym mieszkańcom Gdyni, uznanym za wrogów “władzy ludowej”.
– Aby dopatrzeć się w tym zbrodni komunistycznej, musielibyśmy – zgodnie z ustawą o IPN – wykazać, że wysiedleń dokonano wbrew tym przepisom, albo omijając je. Niestety, decyzje, o których mowa, zapadały na podstawie obowiązującego wówczas prawa – przekonuje prok. Czarnecki. – To może bulwersować, że te działania nie spotykają się z reakcją karną na tę niegodziwość, ale takie są przepisy – tłumaczy powody bezsilności Komisji.

Prawne i moralne kuriozum
- Sprawa jest kuriozalna. Niemoc w dochodzeniu do prawdy ma być usprawiedliwiana przepisem z II Rzeczypospolitej, od której PRL się odżegnywała? – dziwi się poseł PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk, wskazując na deklaracje o zerwaniu z demokratyczną kulturą II RP choćby w komunistycznym Manifeście PKWN z 1944 roku.
- Manifest lipcowy to była tylko deklaracja polityczna, ale do 1956 r. obowiązywało nadal rozporządzenie o ochronie granic – upiera się prokurator Czarnecki.
Jednak mecenas Piotr Łukasz Andrzejewski, były wieloletni senator RP, sędzia Trybunału Stanu, znany obrońca praw człowieka i współautor uchwały Senatu z 1998 r. w sprawie przywrócenia ciągłości prawnej pomiędzy II i III Rzecząpospolitą, podkreśla, że fakt posługiwania się komunistów przedwojennym prawem do własnych celów nie może być usprawiedliwieniem dla niewszczynania śledztwa w sprawie wysiedleń Polaków po wojnie. – Akty prawne II Rzeczypospolitej w zakresie, w którym były stosowane sprzecznie z powszechnie obowiązującymi prawami człowieka, nie mogą rodzić skutków w postaci powoływania się na nie w ramach praworządności formalnej dla uprawiania represji władzy ludowej wobec grup ludności podejrzanych o antykomunizm – zaznacza. Dodaje, że przy ocenie aktów prawnych, na które powoływali się komuniści w celu uzasadniania wysiedleń naszych rodaków, należy badać nie tylko treść tych przepisów, ale także ich ratio legis, czyli uzasadnienie, oraz sposób realizacji.

Nie litera, a sens
Co to oznacza? – Powinno decydować to, czy w świetle prawa międzynarodowego i kryterium zbrodni komunistycznej wysiedlenia spełniają kryteria sposobu stosowania prawa, a nie tylko jego treści – zaznacza mec. Andrzejewski. Dla wyjaśnienia podaje przykłady z naszej ostatniej historii. – Zgodnie z obowiązującymi w tamtym czasie przepisami dokonywano również eksterminacji ludzi pochodzenia żydowskiego, przestrzegając tzw. praworządności formalnej III Rzeszy. Także zgodnie z obowiązującym w okresie PRL prawem i tzw. formalną praworządnością mordowano żołnierzy wyklętych – wskazuje mec. Andrzejewski. Prawnik zaznacza, że przy tak wąskim pojmowaniu prawa prokuratorzy musieliby także usprawiedliwiać zbrodnicze wyroki, orzeczone wobec m.in. działaczy podziemia niepodległościowego przez posłusznych komunistom sędziów.
Dlatego mecenas Andrzejewski podsumowuje, że wysiedlenia przeprowadzane w okresie rządów komunistów miały charakter represji politycznych.

III RP odwraca się od pokrzywdzonych
Poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk ocenia, że ta sprawa, podobnie jak wiele innych roszczeń zgłaszanych przez poszkodowanych Polaków, pokazuje, iż władze III RP umyły ręce, mówiąc wypędzanym Polakom: to nie nasza sprawa, radźcie sobie sami.
- Kuriozum jest tym większe, że dziś osoby, które władze PRL osiedlały w mieszkaniach i domach poszkodowanych Polaków, chcą przejąć te nieruchomości przez zasiedzenie. To pokazuje, że władze nie stoją na straży prawa i nie dbają o to, by zagrabiona najpierw przez Niemców, a potem przez komunistów własność została wreszcie zwrócona prawowitym właścicielom – wskazuje Dorota Arciszewska-Mielewczyk. Dodaje, że do jej biura poselskiego w Gdyni przychodzą ludzie, którzy mówią: w takim a takim miejscu ktoś domaga się przejęcia domu przez zasiedzenie, który należał do mojego ojca!
Takie sytuacje potęgują rozżalenie wobec przedstawicieli państwa polskiego, tym bardziej że nadal nie zostało zakończone trwające już od 12 lat śledztwo OKŚZpNP w sprawie tzw. pierwszego wysiedlenia Polaków przez Niemców m.in. z Gdyni. – Inaczej prowadzi się sprawę, w której poszkodowanych jest kilka osób, a inaczej, gdy jest ich 70 tysięcy – tłumaczy przyczyny tej sytuacji naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku prokurator Maciej Schulz. Tyle właśnie – jak szacuje IPN – Polaków wysiedlili Niemcy w latach 1939-1940 z Gdyni. – Nie było w Polsce drugiego takiego miasta, które byłoby w taki sposób potraktowane, tzn. wysiedlonych zostało 90 proc. ludności – wyjaśnia naczelnik. Dlatego IPN musiał przesłuchać prawie tysiąc osób i prowadzić poszukiwania materiałów zarówno w archiwach polskich, jak i niemieckich. Prokurator Schulz zapewnia, że śledztwo powinno jednak zakończyć się w ciągu najbliższych miesięcy.
Decyzja pionu śledczego IPN o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie tzw. drugich wysiedleń przez komunistów przelała czarę goryczy. Dlatego szef Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych postanowił zaskarżyć ją do Sądu Rejonowego w Gdyni. – Złożyłem zażalenie do sądu na decyzję prokuratora Czarneckiego, który odmówił wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Sąd rozpatrzy zażalenie 29 maja na posiedzeniu o godz. 8.00 w sali 319 – zapowiada Benedykt Wietrzykowski.
Mecenas Stefan Hambura z Berlina podkreśla, że sprawa wysiedleń jest testem nie tylko dla polskiej temidy, ale przede wszystkim dla władz. Zaznacza, że zacząć trzeba od właściwej postawy wobec polskich poszkodowanych, o których nasze władze dbają o wiele gorzej niż państwo niemieckie o własnych przesiedleńców. – To, co Niemcy dokonywali w Gdyni na początku II wojny światowej, trzeba przede wszystkim nazwać wypędzeniem, a nie wysiedleniem. W RFN ucieczka Niemców z terenów okupowanych przez III Rzeszę jest nazywana wypędzeniem, a w Polsce IPN i wszyscy poprawni politycznie i klękający przed Niemcami wyrzucanie Polaków z domów przez Niemców nazywają przesiedleniami… Trzeba wreszcie wstać z kolan i nazywać rzeczy po imieniu – zwraca uwagę mecenas Hambura.
Obojętność i brak wynagrodzenia krzywd Polakom poszkodowanym przez dwa totalitaryzmy wystawia złe świadectwo III RP. Czy polscy wypędzeni znowu okażą się bezradni wobec bezprawia opresyjnych systemów?

Mariusz Bober
Za: Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 19-20 maja 2012, Nr 116 (4351)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my13.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 17 lip 2012, 07:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Tusk a cerkiew w Katyniu

Zasmucające jest to, że nowo wybudowana cerkiew w Lesie Katyńskim stoi tuż przy drodze i zasłania cały teren cmentarza katyńskiego, na którym znajdują się groby polskich oficerów. Nie znam intencji władz rosyjskich, które wyraziły zgodę na jej budowę, ale być może zamiar był właśnie taki, aby ludzie jadący drogą główną ze Smoleńska nie widzieli znajdującego się w głębi polskiego kompleksu memorialnego.

Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się stało. Ale pomysł na budowę cerkwi nie był nowy. Znacznie wcześniej przy przystanku autobusowym znajdującym się obok kompleksu memorialnego stała również gablota z jej makietą.

Sam jakiś czas temu miałem okazję oglądać ten projekt. Efekt końcowy wygląda źle i ci, którzy przyjeżdżają tam, aby uczcić polskich oficerów pomordowanych w Katyniu, muszą przejść przez teren cerkiewny bądź też go obejść.

Myślę jednak, że wybudowanie tej cerkwi nie będzie miało większego wpływu na relacje między naszymi krajami. Nie łączę z tym również przebiegu śledztwa w sprawie mordu katyńskiego, tym bardziej że obecnie czekamy na werdykt najwyższej izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Dopiero po jego ogłoszeniu będziemy mogli zastanowić się, co dalej, a na razie tkwimy niejako w stanie zawieszenia.

Byłem na cmentarzu katyńskim, gdy 7 kwietnia 2010 r. premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin w towarzystwie premiera Polski Donalda Tuska wmurowywał kamień węgielny pod budowę tej cerkwi. Wówczas posługiwano się taką retoryką, że skoro Las Katyński przynajmniej od 1937 r. był miejscem pochówku ofiar mordów dokonywanych przez NKWD i leży tam także wielu Rosjan, czymś naturalnym wydaje się to, że również Rosjanie chcą uczcić swoje ofiary.

Z pewnością jest to jakiś argument, ale dlaczego cerkiew wybudowano akurat przy samej drodze, a nie trochę głębiej, np. tam gdzie stoi okazały prawosławny krzyż? Ale wszelkie protesty i zastrzeżenia należało zgłaszać na etapie pomysłu. Teraz, gdy cerkiew stoi, powinniśmy przyjąć za dobrą monetę to, że Rosjanie chcą uczcić pomordowanych rodaków i wyrazić smutek, że zrobili to w sposób, który przyćmiewa to, co dla nas w tym miejscu jest najważniejsze i najistotniejsze, czyli nasz memorialny cmentarz katyński. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, iż cała sprawa ma charakter nie tyle religijny, co polityczny.

--------------------------------------------------------------------------------

Autor jest członkiem Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, dyrektorem Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk.

Prof. Wojciech Materski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... tyniu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 25 sie 2012, 06:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Teraz środki z Instytutu

IPN musi wziąć na siebie koszt finansowania kolejnego etapu prac ekshumacyjnych na Łączce - zaznacza Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Pierwszy etap prac ekshumacyjnych w kwaterze na Łączce na warszawskich Powązkach właśnie się zakończył. Finansowała go Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Na październik zapowiadany jest kolejny etap prac ekshumacyjnych, ale tym razem nie sfinansuje go Rada.

- Teraz byłoby inaczej niż dotychczas, do tej pory my braliśmy na siebie wszelkie finanse, teraz niestety będzie musiał to wziąć na siebie IPN - mówi dr Andrzej Kunert, sekretarz generalny ROPWiM.

Zaznacza, że Rada nadal będzie uczestniczyć w pracach.

- Wiadomo, że będziemy uczestniczyli, ale musimy się jakoś dzielić finansowo, jeden organ nie udźwignie tych kosztów - zaznacza Kunert.

- Jako historyk, osoba, która kieruje tymi pracami, mogę stwierdzić, że wiemy, gdzie trzeba pracować w drugim etapie, jesteśmy gotowi, żeby te prace możliwie szybko podjąć, ale na żadne pytanie związane z finansami nie jestem w stanie odpowiedzieć - zaznacza prof. Krzysztof Szwagrzyk (IPN).

- Będziemy rozszerzać wykopy. Badania ruszą w dwóch, może nawet w trzech kierunkach - podkreśla. - Należy sprawdzić teren przylegający do tego miejsca - ścieżki i alejki, gdzie prawdopodobnie mogą znajdować się kolejne szczątki - wskazuje.

Dotychczas nie zawarto umowy na identyfikację poprzez badania genetyczne odnalezionych szczątków, co stanowi kluczowy element prowadzonych prac. Prezes IPN dr Łukasz Kamiński potwierdza, że prace identyfikacyjne będą przez cały czas prowadzone.

- Uczynimy wszystko, aby każdy z tych ludzi miał z powrotem swoje imię, nazwisko i był pochowany pod swoim imieniem i nazwiskiem - zapewnia.

Dalsze badania na Łączce wymagają według nieoficjalnych danych kilkuset tysięcy złotych. Natomiast koszt badań genetycznych to nawet kilka tysięcy złotych w przypadku jednej osoby.

Wczoraj szczątki 116 ofiar, które zostały odnalezione na Łączce, zostały uroczyście odprowadzone na miejsce tymczasowego spoczynku na stołecznym cmentarzu Północnym.

- Możemy na te trumny popatrzeć jako na element fundamentu nowej Rzeczypospolitej, którą budujemy. I myślę, że dzisiejsza uroczystość powinna być spotkaniem z nimi, z ludźmi, o których pamięć przez kilkadziesiąt lat starano się wymazać - podkreśla Kamiński.

W imieniu rodzin ofiar przemówił Witold Mieszkowski, syn straconego w więzieniu na Mokotowie kmdr. Stanisława Mieszkowskiego.

- W miejscu tym modlimy się wraz z wieloma synami i córkami pochowanych tutaj, na Łączce. Przypominam sobie taką samą modlitwę 22 lata temu, kiedy budowaliśmy pomnik upamiętniający ofiary. Wierzę, że nasza tutaj obecność jest początkiem, a nie końcem odkrywania prawdy o tym miejscu - powiedział.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ytutu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 05 wrz 2012, 18:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Raport taterników

Jaworski, Szafirski, Hierzyk kiedyś najwybitniejsi polscy taternicy. To oni jako pierwsi poznali prawdę o masakrze w kopalni Wujek.
Ryzykując życie uknuli spisek wyciągnęli od zomowców prawdę o pacyfikacji. Za swoją odwagę zapłacili cenę utraty reputacji nawet wśród najbliższych przyjaciół. Czy teraz sąd uwzględni świadectwo taterników, a winni masakry górników zostaną wreszcie ukarani?

Na przełomie lutego i marca 1982 roku w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach pojawił się katowicki pluton ZOMO. Pod kontrolą czwórki taterników zomowcy mieli przejść szkolenie, przysposabiające ich m.in. do akcji antyterrorystycznych. Szkolenie prowadzili Jacek Jaworski, Ryszard Szafirski, Janusz Hierzyk i Józef Olszewski. Ten ostatni nie wiedział, że trójka jego kolegów celowo podjęła skrajnie ryzykowną decyzję o pracy z funkcjonariuszami ZOMO. Że to spisek, który mam na celu wydobycie prawdy o największej zbrodni grudnia 1981 r.

Taternicy wybierali najcięższe ściany, najtrudniejsze drogi. Po morderczej wspinaczce rozmawiali z zomowcami. O tym, co kilka miesięcy wcześniej zdarzyło się w kopalni Wujek. W jej pacyfikacji brali udział funkcjonariusze z katowickiego plutonu. Ci początkowo tylko wspominali, że faktycznie nie było tak, jak podawał oficjalny raport nie strzelali w powietrze, ani w obronie własnej. Po dwóch tygodniach morderczego szkolenia mówili już wszystko. Zwłaszcza wieczorami, przy wódce. Taternicy usłyszeli rzeczy, które nawet nimi, twardymi mężczyznami, wstrząsnęły.

To wszystko ułożyło się w obraz pacyfikacji kopalni spisany przez nich w Raporcie taterników. Na podstawie słów zomowców dokładnie opisali, kto wydał rozkaz i pierwszy otworzył ogień. W raporcie znalazły się także informacje o tym, że pluton strzelał precyzyjnie do konkretnych górników. Raport taterników przeczył oficjalnym komunikatom komunistycznych władz, które twierdziły, że funkcjonariusze bronili się przed agresywnym tłumem.

Raport, zapisany w trzech egzemplarzach, miał przez pośredników trafić w ręce liderów opozycji m.in. Zbigniewa Bujaka. Jednak wszystkie trzy egzemplarze zaginęły lub zostały zniszczone. Jaworski, Szafirski i Hierzyk przez lata musieli utrzymywać swój spisek w tajemnicy. O tym, czemu naprawdę służyło szkolenie zomowców, którzy strzelali na Wujku wiedziała tylko garstka ludzi z opozycyjnego podziemia. Dla otoczenia taterników, które nie mogło być wtajemniczone, była to zdrada. Szafirski, Jaworski i Hierzyk zostali napiętnowani i odrzuceni. Ten pierwszy zdecydował się nawet na ucieczkę do Kanady, ale i tam dosięgła go etykietka zdrajcy. Nawet dziś wiele osób im nie wierzy.

Po zakończeniu stanu wojennego, rozpoczęło się śledztwo, a później proces w sprawie pacyfikacji kopalni. Jacek Jaworski mieszkał już wówczas w Niemczech, a Szafirski w Kanadzie. Kiedy jednak zapadł wyrok uniewinniający członków plutonu, Jaworski wrócił i opowiedział o szkoleniu i raporcie. Odtworzył jego treść, a gdy ruszył drugi proces, stawił się w sądzie jako świadek. Do kraju z Kanady przyleciał też Szafirski. Powtórzył wszystko to, co znalazło się w raporcie. Ich zeznania zostały jednak uznane za niewiarygodne i sąd znów uniewinnił 6 zomowców, a wobec 13 sprawę umorzył. W 2004 r. ruszył trzeci proces. Taternicy śledzą każdą rozprawę. Wierzą, że ich zeznania i odtworzony raport pomoże wreszcie skazać winnych masakry sprzed 25 lat.

Reportaż ten podczas 4. Międzynarodowego Festiwalu Reportażu Telewizyjnego Camera Obsura 2007 w Bydgoszczy dostał pozaregulaminową Nagrodę Internautów w Konkursie portalu Onet.pl. Internauci oddali na niego 5751 głosów.

Reporter: Magda Zagała,

współpraca: Agnieszka Szepelak,

zdjęcia: Maciej Długaj,

montaż: Maciej Karczewski

http://ploty.com/index.php?option=com_c ... &Itemid=31


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 30 wrz 2012, 19:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Nietykalny wiceminister bezpieczeństwa publicznego

Czy dawny „ludowy" partyzant, ubek w randze wiceministra bezpieczeństwa publicznego, i milicjant (zastępca komendanta głównego MO) Jan Ptasiński, stanie przed sądem? Choćby za to, że pacyfikował poznański czerwiec 1956 r., a potem marzec 1968 r. Nic na to nie wskazuje. System III RP chroni takich jak on..

Dziś Ptasiński jest działaczem kombatanckim, pisarzem i publicystą. Przed wojną był murarzem.
Jana Ptasińskiego do bezpieki skierowała komunistyczna partia, której zaufanym działaczem był od 1943 r. Dwa lata później uczestniczył w porwaniu i zamordowaniu działacza PSL-u Wacława Milczarczyka. Ta sprawa nigdy do końca nie została wyjaśniona. „Zasłużoną" funkcję wiceszefa MBP pełnił przez dwa lata – od 5 grudnia 1952 r. do 9 grudnia 1954 r. Dbał o właściwą świadomość klasową ubeckich szeregów, tropił wrogów – wewnętrznych i zewnętrznych. Po rozwiązaniu MBP Ptasińskiego przeniesiono do powstałego na jego miejsce Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego przy Radzie Ministrów. Tam też nadzorował – z ramienia PZPR-u – bezpieczniackie kadry. Znów był zastępcą, ale – tak jak w MBP – niezwykle wpływowym.

Podczas narady kierownictwa MBP w listopadzie 1954 r. (na krótko przed rozwiązaniem resortu, kiedy władze wiedziały już, że Józef Światło – sam obciążony zbrodniami stalinizmu – wybrał wolność w USA) Ptasiński mówił: „Nasz aparat stoczył wiele zwycięskich walk z bandami, jak też na »cichym froncie«. Duży jest wkład aparatu w dzieło utrwalania władzy ludowej. Te osiągnięcia zawdzięczamy mądremu kierownictwu naszej partii".

Zaufanemu towarzyszowi i doświadczonemu ubekowi partia wyznaczała odpowiedzialne zadania, kierując go na najtrudniejsze odcinki walki z „kontrrewolucją". Kiedy w czerwcu 1956 r. wybuchło poznańskie powstanie, Jan Ptasiński „przypadkowo" znalazł się w Moskwie. W porozumieniu z Rosjanami, a może nawet z ich polecenia, miał nadzorować przeprowadzanie pacyfikacji w Polsce. Sowiecki wariant „pomocy" dla bratniej partii w przełomowych dla władz PRL-u momentach realizował też później...

W styczniu 1968 r. Ptasiński ponownie pojechał do Moskwy, tym razem na dłużej. W stolicy Kraju Rad objął stanowisko ambasadora PRL. Dla nikogo nie było tajemnicą, że jest jednym z przywódców antysemickiej frakcji Mieczysława Moczara. Sam przyznawał, że z tow. „Mietkiem" pozostawał „w bliskich stosunkach przyjacielskich aż do dnia jego śmierci". Rola Ptasińskiego w Marcu '68 musiała być podobna do tej, jaką odegrał podczas poznańskiego Czerwca '56. To m.in. potwierdzałoby tezę, że nad wydarzeniami antysemickimi w Polsce Moskwa miała ścisły nadzór.

Prócz Moczara, wzorem dla Jana Ptasińskiego był również Władysław Gomułka. Później, gdy Ptasiński zajął się pisarstwem (to częsta praktyka wśród ubeków), wiele artykułów poświęcił towarzyszowi „Wiesławowi", wychwalając jego „polską drogę do socjalizmu". W 2002 r. ten murarz-literat napisał o swoim idolu: „Używając słów Juliana Marchlewskiego, powiedzieć trzeba o nim: »Twardy był człowiek i twardy miał żywot. (...) Proletariuszem był. Z tych robociarzy polskich, których żadna moc nie złamie«". W swoich książkach i artykułach na łamach „Głosu Kombatanta Armii Ludowej" Jan Ptasiński (czasem pod pseudonimem Leszek Sławomirski) wychwala wielkie czyny „ludowej" partyzantki i trudne początki „ludowej" władzy. Temida III RP nigdy poważnie się nim nie zainteresowała.

http://damianfiolek.salon24.pl/450434,n ... ublicznego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 09 paź 2012, 12:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.bibula.com/?p=61775

Ukaranie sprawców jest ważne, ale milionkroć ważniejsze jest napiętnowanie zła i dlatego śledztwa w sprawie zbrodni komunistycznych nie powinno się umarzać tylko dlatego, że sprawcy nie żyją. Powinni być skazani pośmiertnie.

Kopia artykułu:

IPN umarza śledztwo. Sprawcy zmarli
Aktualizacja: 2012-10-8 9:07 pm

Krakowski oddział IPN umorzył kilka wątków śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu. Chodzi m.in. o represje na członkach rodzin żołnierzy z ugrupowania ”Ognia”. Powodem umorzenia była śmierć sprawców czynu lub ich nieustalenie.

Pierwszy z umorzonych wątków dotyczył znęcania się nad 47 pozbawionymi wolności od 19 września 1946 roku do 15 lutego 1947 roku członkami rodzin żołnierzy por. Józefa Kurasia “Ognia”. Osoby te zostały aresztowane, a potem wysiedlone i przez pół roku przetrzymywane w areszcie – funkcjonariusze UB chcieli w ten sposób uzyskać informacje o ugrupowaniu “Ognia” i wymusić ujawnienie się jego żołnierzy.

Drugi umorzony wątek dotyczy zabójstwa 11 lutego 1947 roku w willi Śmiechówka w Kościelisku trzech członków ugrupowania “Ognia”: Kazimierza Marduły, Mieczysława Żebrowskiego i Józef Szczota, przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu, Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie i żołnierzy plutonu operacyjnego wojsk wewnętrznych województwa krakowskiego.

Kolejne umorzenie dotyczy stosowania represji wobec 13 osób, w tym licealistów z Nowego Targu – rzekomych członków nieistniejącej młodzieżowej organizacji Wulkan. W rzeczywistości w celach propagandowych UB do sprawy dwójki licealistów wysyłających ulotki dołączyło inne osoby, w tym kupca i księdza, by wykazać ideologiczne deprawowanie młodzieży.

Represje polegały na fizycznym i moralnym znęcaniu się nad aresztowanymi w okresie od września do listopada 1948 roku w Nowym Targu. Obejmowały wielokrotne, długotrwałe przesłuchania, bicie oraz kopanie po całym ciele, wypowiadanie gróźb, które wzbudziły w pokrzywdzonych uzasadnioną obawę ich spełnienia. Ustaleni trzej sprawcy represji już nie żyją, a pozostali nie zostali wykryci, dlatego śledztwo umorzono.
Postanowienia o umorzeniu nie są prawomocne.

Za: Nasz Dziennik, Poniedziałek, 8 października 2012 (21:57)
http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... marli.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 09 paź 2012, 17:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.bibula.com/?p=61779

Bezpieka ciężko pracowała – Tadeusz Płużański
Aktualizacja: 2012-10-8 9:29 pm

Niedaleko stołecznej ul. Madalińskiego, spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, żyje Eugeniusz Chimczak, oprawca i ubek, który torturował m.in. rtm. Witolda Pileckiego. Nazywał to „ciężką pracą”. Temida III RP okazała się wobec niego, jak i wielu innych czerwonych zbrodniarzy, wyjątkowo łaskawa – nigdy nie trafił do więzienia.

Po ujawnieniu kilka lat temu roli Mariana Krawczyńskiego w sprawie rtm. Witolda Pileckiego dostałem list od osoby, która znała ubeka: „Spotykałem go podczas urodzin mojej koleżanki, jego wnuczki (gdy byliśmy dziećmi). Wiem, że ona go bardzo kochała, zawsze zwracała się do niego »dziadziuś«. Ostatnio rozmawiałem z nim w 2006 r. Opowiadał o podróżach służbowych do Turcji z lat 60.–70. Wtedy już wiedziałem, że miał do czynienia z »bezpieką«, choć wyraźnie tego nie sprecyzował. Mówił o »przedsiębiorstwie« jako pracodawcy”.

Świnia z bloku obok
Marian Krawczyński, funkcjonariusz MBP, podpisany pod aktem oskarżenia bohaterskiego rotmistrza, zmarł trzy lata temu. Przed wojną skończył zawodówkę, po wojnie był pułkownikiem. Na Mokotowie pracował przez 1,5 roku, do 1948 r., w bezpiece do 1955 r.

W dalszej części listu przeczytałem: „Podczas jednego ze spotkań towarzyskich jego córka wspomniała o obecności Krawczyńskiego w sądach i z przekonaniem przekazywała jego słowa, że »może spać spokojnie«. Ponoć zarzekał się, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Mówił, że zna okrutnego kata, który mieszka w bloku obok i że »tamten to świnia«. Domyślam się, że chodziło o Chimczaka”.
Sąsiad Krawczyńskiego – Eugeniusz Chimczak (rocznik 1921 r.) – nadal mieszka w centrum Warszawy, niedaleko ul. Madalińskiego. Najpierw był śledczym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Tomaszowie Lubelskim, w końcu pułkownikiem w Warszawie, w bezpiece do… 15 czerwca 1984 r. Tak jak Krawczyński skończył Centralną Szkołę MBP w Łodzi. Tak samo zeznawał przed prokuratorem IPN: żadnego przymusu fizycznego i psychicznego nie było. Nie biliśmy, nie słyszeliśmy również, aby robili to inni. Wykonywaliśmy tylko polecenia przełożonych.

Chimczak był trochę bardziej wylewny: „O tym, w co był zamieszany Pilecki, mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo »sprawy szpiegowskie«”, a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Krwawy śledczy
Chimczak mówił, że nie decydował o dacie i częstotliwości przesłuchań (nie wie, kto decydował). Zawsze sporządzał protokół przesłuchania, nawet gdy „podejrzany nie chciał wyjaśniać”. Na Mokotowie miał opinię jednego z najbardziej krwawych śledczych.
– Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wyciśniemy” – wspominał Chimczaka mój ojciec, Tadeusz Płużański, skazany razem z Pileckim na karę śmierci, wyrok zmieniono potem na dożywocie. – Kiedy w latach 70. spotkałem go na Nowym Świecie, mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. On nawet na to nie zasłużył – opowiadał.

W słynnym procesie Adama Humera (wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP, zmarł w 2001 r. w Warszawie) Chimczaka skazano na 7,5 roku więzienia, ale za kratki, „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak pozostali sądzeni wówczas ubecy – nie trafił.

Przed sądem zeznawał: „Nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to kłamstwa, sprawa polityczna”.

Ciężka praca oprawcy
Chimczak przyznawał jedynie, że pracę miał ciężką. Przesłuchiwał od godz. 9 do 24 z trzy-, czterogodzinną przerwą w ciągu dnia. W marcu 1948 r. podczas rozprawy sądowej Pilecki i Płużański odwoływali zeznania złożone w śledztwie, tłumacząc, że protokołów przesłuchania przeważnie nie czytali, gdyż „byli bardzo zmęczeni”. Nikomu nie trzeba chyba wyjaśniać, co to znaczy. Kazimierz Moczarski, szef Biura Informacji i Propagandy ostatniej Komendy Głównej AK, wymieniał 49 metod fizycznych i psychicznych tortur, wśród nich: bicie ręką, drewnianą linijką okutą metalem, wyrywanie włosów (tzw. podskubywanie gęsi), przypalanie rozżarzonym papierosem okolic ust i oczu, płomieniem – palców obu dłoni, wskakiwanie butami na stopy, kopanie specjalnie w kości goleniowe, sadzanie na odwróconym stołku. Wszystkie te metody stosował „oficer” śledczy Eugeniusz Chimczak.

Tadeusz Płużański

Autor jest publicystą, szefem działu opinie „Super Expressu”, autorem książki „Bestie” o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Za: niezalezna.pl (2012-10-08)
http://niezalezna.pl/33600-bezpieka-ciezko-pracowala


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 19 paź 2012, 07:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Bez przebaczenia dla "faszystów"

Sebastian Reńca

Pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej przeprowadzili w tym miesiącu ekshumację niedaleko miejscowości Dworzysko pod Nysą. Z ziemi wydobyto m.in. czaszki z otworami po kulach. To kolejna informacja o tym, że być może znaleziono groby, w których leżą zamordowani żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych ze zgrupowania kapitana Henryka Flamego "Bartka". Zginęli, ponieważ zostali wplątani w ubecką grę - prowokację. Jej reżyserem był Henryk Wendrowski - pracownik bezpieki i sowiecki agent.

Kiedy pisałem "Z cienia. Powieść o żołnierzach wyklętych", fabułę oparłem na tamtych wydarzeniach z drugiej połowy lat 40. Chciałem w zbeletryzowany oraz przystępny dla czytelników sposób opisać tragedię wyklętych i oddać im hołd. Czarnym charakterem w mojej powieści jest Szczepański, kiedyś żołnierz AK, który przeszedł na drugą stronę barykady. Pierwowzorem tej postaci jest wspomniany Henryk Wendrowski, który zmarł w 1997 roku. Pisząc powieść, nie znałem jego teczki personalnej, w której występował jako agent "Józef´´, ani jego akt osobowych. Dziś jestem mądrzejszy o lekturę tych dokumentów, złożonych w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, dlatego artykuł ten proszę potraktować jako swego rodzaju glosę do mej powieści.

Z AK do UB
4 września 1945 roku Henryk Wendrowski napisał w Białymstoku podanie do tamtejszego WUBP z prośbą o przyjęcie do pracy, podobno za namową przyjaciół ojca. Podanie uzupełnił kaligrafowanym własnoręcznie życiorysem. Gdy szef oleckiej bezpieki wytknął mu potem "intelektualizm", bo "podkreśla swoją wyższość z uwagi na inteligencję i wykształcenie", szybko przekonał się, że jego towarzysze z UB bardzo często są po prostu idiotami.

Wendrowski urodził się 10 stycznia 1916 roku w Saratowie (Rosja). Jego ojciec, Hugon Wendrowski, był z zawodu kotlarzem, pracownikiem kolejowym. O matce Zofii napisał tylko tyle, że "również pochodzi ze sfery robotniczej". W 1919 roku Wendrowscy przyjechali do Polski i zamieszkali w Białymstoku. Tu skończył szkołę powszechną i średnią, a potem odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy 39. pp w Jarosławiu. Po wyjściu do cywila wstąpił na Akademię Sztuk Pięknych w Wilnie, ale pół roku później przerwał naukę z powodu przejścia jego ojca na emeryturę.

W 1938 roku rozpoczął pracę w szkole powszechnej w Nowym Dworze koło Grodna, a następnie w Brodnicy koło Sarn. Był nauczycielem kontraktowym. Gdy po 17 września 1939 roku polskie Kresy zostały zajęte przez Armię Czerwoną, Wendrowski wrócił w rodzinne strony. Dalej pracował w zawodzie, najpierw w Białymstoku, a później w Kołodzieży koło Knyszyna.

W kolejnym akapicie swojego życiorysu Wendrowski przeszedł do okupacji niemieckiej. "Podczas okupacji niemieckiej wstąpiłem w marcu 1942 roku do tajnej organizacji "P.Z.P.", która potem została przemianowana na "AK". W organizacji tej zajmowałem początkowo stanowisko szefa legalizacji okręgowej, a po aresztowaniu szwagra mego i teścia, kiedy zmuszony byłem uciekać z miasta, kierownikiem legalizacji na inspektorat V (Białystok, Sokółka, powiat białostocki)".

Latem 1944 roku "podczas wyzwalania okręgu białostockiego" przez Armię Czerwoną Wendrowski został zatrzymany przez sowieckie "dowództwo". W czasie "przeprowadzanych rozmów zgodziłem się na współpracę ze sztabem Armii Czerwonej celem wyprowadzenia pozostałych członków "AK" z podziemia".

W teczce zachował się maszynopis przetłumaczonej z rosyjskiego charakterystyki służbowej Wendrowskiego. Dokument został podpisany przez mjr. Siemionowa z Armii Czerwonej, który znał go od sierpnia 1944 roku, bo rozpracowywał AK na Białostocczyźnie. Siemionow przyznał, że przekonał Wendrowskiego o "niecelowym przebywaniu w konspiracji". Akowiec zgodził się na współpracę z Sowietami i "okazał maksymalną pomoc w wyprowadzaniu" z podziemia swoich kolegów. "W pracy był szczerym i oddanym ideiom [pisownia oryginalna] Polski Demokratycznej", pisał Siemionow.

O motywach swego zaprzaństwa Wendrowski tak opowiadał Henrykowi Piecuchowi w "Akcjach specjalnych. Od Bieruta do Ochaba": "Jałtę odebrałem jako zdradę Polski przez Anglię i Stany Zjednoczone. Zacząłem się zastanawiać, jaki jest podstawowy interes mojego narodu. Doszedłem do wniosku, że w sytuacji, jaka się wytworzyła po zakończeniu wojny, takim interesem jest lojalna współpraca ze Związkiem Radzieckim. Dlatego mój wybór był taki, a nie inny. Gdybym w podobnych warunkach miał wybierać jeszcze raz, zrobiłbym to samo. Jestem dumny z tego, co zrobiłem dla moich kolegów z lasu. Pomogłem im wrócić do normalnego życia".

Cóż oznaczało "normalne życie" dla kolegów z lasu? W najlepszym wypadku zerwane paznokcie, w najgorszym - strzał w tył głowy i bezimienny grób. Ile jest dziś w Polsce rodzin, które nie mają pojęcia, gdzie są pochowani ich najbliżsi, których "grzechem" było to, że z bronią w ręku przeciwstawili się władzy ludowej?

Henryk Piecuch pisze w swojej książce, iż znajomy Wendrowskiego powiedział mu, że przed przejściem do UB był on w NKWD. "Znajomy" nie miał na to dowodów. Dziś już wiemy, że w papierach Wendrowskiego zachowało się pismo majora Siemionowa.

Wendrowski określił swą współpracę z Sowietami oraz bezpieką jako prowadzoną w atmosferze ufności i ścisłego porozumienia. Zażyłe kontakty z sowieckim Smierszem utrzymywał również w chwili aplikowania do UB.

Prowokator "Józef"
Od 25 września 1945 roku Wendrowski pracował jako starszy referent Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Olecku. Kilka miesięcy później został na krótko szefem bezpieki w tym mieście. Pismo w sprawie jego awansu podpisał 9 kwietnia szef WUBP w Białymstoku. Kapitan Józef Pluta podkreślał, że "Ob. Wendrowski za okres swojej pracy w Wojewódzkim Urzędzie, jak również na powiecie i w Ministerstwie B.P., gdzie był wzywany do rozpracowania wrogiego podziemia, zdał egzamin dobrze, wobec czego można powierzyć mu w/w stanowisko".

Właśnie w tym czasie Wendrowski zaczynał prowadzić prowokacyjną "grę" z kapitanem "Bartkiem".

Pod koniec maja w WUBP w Białymstoku powstała nieco obszerniejsza charakterystyka "obywatela Wendrowskiego". Prócz pochwał ("do pracy zabiera się poważnie, nie szczędząc elementów faszystowskich") znalazł się w piśmie akapit, z którego dowiadujemy cię, co aktualnie robił Wendrowski.

"Pracuje nadal, wydając zakonspirowane wrogie nam elementy, nie tylko na terenie woj. Białegostoku, ale również współpracuje z płk. Czaplickim w Warszawie, za co został odznaczony Bronzowym [sic!] Krzyżem zasłużonym na polu chwały". Odznaczenie zostało mu przyznane za "aktywny udział w likwidacji Kom. Gł. NSZ".

Sam pułkownik Józef Czaplicki, jeden z najokrutniejszych oprawców bezpieki, pisał o Wendrowskim w samych superlatywach: "Obecnie od pół roku jest na specjalnym zadaniu Dep. III, jest pracownikiem b. zdyscyplinowanym, energicznym, pełnym inicjatywy, pierwszorzędnym organizatorem, b. dobrym pracownikiem operatywnym". Czaplicki pisał to 27 września 1946 roku, kiedy było już po ostatecznym rozwiązaniu problemu Narodowych Sił Zbrojnych na Podbeskidziu.

Preludium do wrześniowej masakry ludzi "Bartka" stanowiła rozgrywka ze zdekonspirowanymi żołnierzami od Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka". Partyzanci namówieni przez "kapitana Lawinę z Centrali", czyli Henryka Wendrowskiego uczestniczącego w kombinacji operacyjnej, zgodzili się na przerzut na Ziemie Zachodnie. W nocy zostali rozbrojeni i zatrzymani, dwóch z nich zginęło. We wrześniu 1946 roku, gdy "przerzucano" blisko 200 żołnierzy "Bartka", zastosowano prawie ten sam scenariusz. Wyjazd w nieznane, zatrzymanie w ustronnym budynku na noc, suto zakrapiana kolacja... Jeszcze w sierpniu aresztowano rebeliantów, we wrześniu już ich likwidowano z zimną krwią.

Człowiek o dwóch twarzach
Operacja "Cezary" była majstersztykiem bezpieki, na którym mogły się uczyć kolejne roczniki pracowników resortu. Tak zwana V Komenda Zrzeszenia WiN była ubecką prowokacją. Wendrowski to główna postać w tej operacji.

"W roku 1948 będąc Kierownikiem Sekcji bierze udział pod kierownictwem b. nacz. Wydziału mjr. Wysockiego Romana w werbunku Sieńki Stefana. Kiedy do Polski przyjechał w kwietniu 1948r. kurier "Adam" - Wendrowski przyjmuje go w Jeleniej Górze i umawia go na spotkanie w W-wie, na które przychodzi razem z Sieńką. Od tego czasu rozpoczyna się rozpracowanie "Cezary", w którym Wendrowski tkwił od jego wszczęcia do likwidacji".

Żeby jeszcze bardziej zakonspirować "Józefa", czyli Wendrowskiego, "zostaje [on] wyprowadzony z pracy w gmachu Ministerstwa (Bezpieczeństwa Publicznego)". Jego żona Feliksa, która również pracowała w bezpiece, została zwolniona z pracy w Departamencie III i przeniesiona do Głównego Inspektoratu Ochrony Skarbowej, następnie zatrudniono ją w PKO. Żeby legenda "Józefa" była jeszcze bardziej wiarygodna, Wendrowscy wyprowadzili się z budynków zamieszkiwanych przez bezpieczniackie rodziny, "z równoczesnym pozbawieniem wszelkich usług naszego zaopatrzenia i służby zdrowia". Bezpieka zażądała również, by małżeństwo zaniechało jakichkolwiek towarzyskich spotkań z pracownikami MBP, Wendrowski musiał też zerwać kontakty z partią.

"Józef" "wykazał dużo ofiarności i zrozumienia ważności wykonywanej pracy" i wypełniał wszelkie polecenia i zadania, odgrywając podwójną rolę w kontaktach z podziemiem, czyli prawdziwymi patriotami, którzy nie mieli pojęcia o bezpieczniackiej prowokacji. "Pracował wydajnie dla rozpracowania, mimo że tkwienie w podziemiu było mu coraz bardziej uciążliwe"- pisał w styczniu 1953 roku pułkownik Andrzejewski.

Z jednej strony wicedyrektor Departamentu III MBP głaskał Wendrowskiego: "zasłużył na wysokie odznaczenia", a z drugiej chciał się go pozbyć z resortu: "należałoby skierować go do pracy cywilnej". Zaś przy wyborze miejsca pracy dla towarzysza Wendrowskiego ważnym argumentem miała być tamtejsza silna organizacja partyjna, "która potrafi wyprostować wszystkie wykrzywienia, jakie nienormalne życie w ciągu ostatnich 4 lat w nim poczyniło". Jednak Wendrowski miał silne plecy i z pracy nie odszedł. Wrócił po czteroletnim etacie niejawnym do Departamentu III MBP. Początkowo był zastępcą, a następnie naczelnikiem wydziału. Później pełnił funkcję wicedyrektora Departamentu III Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego (1955-1956), naczelnika wydziału w Departamencie I MSW (1956-1962), "następnie skierowany został do pracy w instytucji przykrycia, gdzie pozostawał do czasu zwolnienia ze służby w organach bezpieczeństwa". Pułkownik Teodor Mikuś zaznaczył w ostatnim zdaniu charakterystyki Wendrowskiego (sierpień 1968), że ten został "zwolniony na własną prośbę ze względu na przejście do pracy w aparacie państwowym".

Z pracy w resorcie odszedł w sierpniu, a już we wrześniu został mianowany ambasadorem w Danii. Również do tego zadania był przygotowany. W 1959 roku Wendrowski otrzymał dyplom Szkoły Głównej Służby Zagranicznej w Warszawie, gdzie przez dwa lata studiował na Wydziale Dyplomatyczno-Konsularnym. Specjalizował się w zakresie współczesnej polityki międzynarodowej.

Podobno gdy Henryk Wendrowski zmarł w drugiej połowie lat 90., wnętrza gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych przy alei Szucha oblepione były dość długo klepsydrami wspominającymi zasłużonego dyplomatę.

Autor opublikował m.in. "Z cienia. Powieść o żołnierzach wyklętych", książka była nominowana do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.

http://www.naszdziennik.pl/wp/12749,bez ... ystow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie komunistyczne to nadal temat tabu.
PostNapisane: 25 paź 2012, 10:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/index.php?option=co ... 7:rocznica

Znany reżyser agentem UB i mordercą kobiety w ciąży
środa, 24 października 2012 05:35

Obrazek
Na zdjęciu: Ciała mjr. Antoniego Żubryda „Zucha” i jego żony Janiny, zastrzelonych przez agenta UB Jerzego Vaulina, fot. podziemiezbrojne.blox.pl


Mjr Antoni Żubryd ps. „Zuch” był dowódcą antykomunistycznej partyzantki w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim. 24 października 1946 r., on i jego będąca w 8 miesiącu ciąży żona zostali zamordowani przez agenta UB, późniejszego znanego reżysera w PRL. W III RP sąd uznał zbrodnię za... przedawnioną.

Antoni Żubryd przyszedł na świat 4 września 1918 r. w Sanoku w rodzinie robotniczej. W 1933 r. rozpoczął naukę w Szkole Podoficerskiej dla Małoletnich w Śremie. Trzy lata później został skierowany do 40. Pułku Piechoty „Dzieci Lwowskich”.

Podczas kampanii wrześniowej 1939 r. walczył w obronie Warszawy. W trakcie walk został awansowany do stopnia sierżanta i odznaczony Krzyżem Walecznych. Po kapitulacji dostał się do niewoli.

III Rajd Szlakami Batalionu Narodowych Sił Zbrojnych mjr. Antoniego Żubryda ps. „Zuch” >>

Zwolniony po kilku dniach, powrócił do Sanoka. Schwytany przy próbie przejścia granicy niemiecko-radzieckiej w 1940 r., podjął współpracę z sowieckim wywiadem, prowadząc rozpoznanie niemieckich umocnień nad Sanem.

Z tych powodów, w listopadzie 1941 r. Żubryd został aresztowany przez gestapo i po dwóch latach śledztwa skazany na karę śmierci. W drodze na egzekucję zbiegł z transportu i powrócił do Sanoka.

Gdy w lecie 1944 r. miasto zostało zdobyte przez Armię Czerwoną, zgłosił się do tworzonego powiatowego UB w celu podjęcia tam pracy. Jako szeregowy pracownik przesłuchiwał volksdeutschów, konfidentów gestapo i członków UPA podejrzanych o współpracę z Niemcami. Utrzymywał też kontakty z ukrywającymi się członkami podziemia antykomunistycznego.

Zagrożony dekonspiracją, w czerwcu 1945 r. zdezerterował z sanockiego PUBP, przechodząc do podziemia. W odwecie ubecy aresztowali jego 4-letniego syna Janusza oraz teściową.

Sam Żubryd w krótkim czasie utworzył oddział partyzancki złożony z byłych akowców oraz dezerterów z MO, UB i Ludowego Wojska Polskiego. Stworzony w ten sposób Samodzielny Batalion Operacyjny noszący kryptonim „Zuch” podlegał Oddziałowi III Komendy Okręgu VII Narodowych Sił Zbrojnych.

Jedną z pierwszych akcji oddziału była likwidacja szefa sanockiego UB oraz zajęcie posterunku MO w Haczowie, dzięki czemu doszło do uwolnienia syna i teściowej Żubryda.

Batalion zwalczał przede wszystkim funkcjonariuszy UB, żołnierzy KBW, członków PPR i konfidentów. Z rąk partyzantów zginęło dwóch wysokiej rangi oficerów sowieckich służących w LWP - szef sztabu 8. Dywizji Piechoty ppłk Teodor Rajewski oraz zastępca szefa wydziału polityczno-wychowawczego wspomnianej dywizji, kpt. Abraham Preminger.

Zadaniem batalionu była również obrona polskich wsi przed atakami ze strony UPA, dzięki czemu zyskał on duże wsparcie wśród miejscowej ludności.

Rozbicie oddziału Żubryda stało się jednym z głównych zadań funkcjonariuszy bezpieki. Starano się też zastraszyć tutejszą ludność poprzez organizowanie publicznych egzekucji. Na przełomie maja i czerwca 1946 r. trzech schwytanych partyzantów skazano w błyskawicznym procesie na karę śmierci, po czym stracono na stadionie miejskim, na który spędzono m.in. szkolną młodzież.

We wrześniu 1946 r. z zadaniem zlikwidowania „Zucha” do oddziału przeniknął agent UB, były akowiec, Jerzy Vaulin ps. „Warszawiak”. 24 października 1946 r. w lesie w pobliżu wsi Malinówka w powiecie brzozowskim Vaulin strzałem w tył głowy pozbawił życia Antoniego Żubryda oraz jego będącą w ósmym miesiącu ciąży żonę Janinę. Następnego dnia funkcjonariusze bezpieki zabrali zwłoki. Teściową i syna Żubrydów osadzono na zamku w Rzeszowie.

Jerzy Vaulin w PRL-u skończył studia, rozpoczął karierę dziennikarską i reżyserską. Nakręcił około 20 filmów, za które dostał wiele nagród i wyróżnień.

Do dokonania mordu przyznał się publicznie na łamach „Gazety Wyborczej”. W 1999 r. Sąd Okręgowy w Krośnie umorzył postępowanie przeciwko niemu z powodu przedawnienia. Sam Vaulin podsumował sprawę słowami: „Nie czuję pokuty, jest to moje największe bojowe przeżycie, zakończone zwycięstwem”.

25 października 1998 r. odbyła się uroczystość odsłonięcia krzyża pamiątkowego w miejscu mordu Janiny i Antoniego Żubryda w pobliżu wsi Malinówka.

Paweł Brojek
źródło: podziemiezbrojne.blox.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 30 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /