Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 18 cze 2014, 06:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
„Byłam żołnierzem Polski Podziemnej!”

Barbara Otwinowska ps. „Witek Błękitny”, „Baśka” – Wojskowa Służba Ochrony Powstania, kompania sztabowa 100, drużyna sanitarno-wartownicza Śródmieście Północne. Po wojnie – więźniarka PRL. Jej sylwetka ukaże się w książce Barbary Wachowicz „Bohaterki Powstańczej Warszawy – My musimy być mocne i jasne”.

16 czerwca 2014 r. w Instytucie Pamięci Narodowej odbyła się piękna uroczystość uczczenia 90-lecia urodzin prof. Barbary Otwinowskiej.

Te dni przeżyte w szoku

w walce, w modlitwie i pieśni

Czy to gdzieś ginie bez śladu? (…)

Czy moja i twoja

i nasza

energia duszy wielkiego narodu

nie żłobi swych losów…

– z wiersza Barbary Otwinowskiej „Potyczki z historią”


Dzieciństwo przeżyła w staropolskim dworku – jak z „Pana Tadeusza” – we wsi Koroszczyn na Podlasiu nad Bugiem w atmosferze wspomnień ułańskich. Urodzona w Toruniu 11 czerwca 1924 roku, ma lat trzynaście, gdy zostaje umieszczona w internacie i Gimnazjum Sióstr Urszulanek we Lwowie.

Wspomina „Baśka”: – Cudowne miasto! Z lwem w herbie i sercu. Barwisty, śpiewający, uśmiechnięty Lwów. Cmentarz, gdzie śpią Orlęta… Nasi rówieśnicy, o których mówiły wiersze i piosenki. Ci, którzy ginąc, szeptali: „Tylko mi ciebie, mamo, tylko mi Polski żal…”.

Warszawa po Lwowie wydała mi się jakaś bezbarwna, szara, smutna… No, ale to już była wojna. 18 kwietnia 1941 roku gestapo aresztowało mego wuja Leona Kuczyńskiego, jego syna Witka i mego brata Andrzejka. Drugi mój brat cioteczny – Stach – ocalał. Do dziś widzę jasną głowę brata, gdy go ładują do budy, a mnie odpychają z rykiem, gdy do niego podbiegam…

Wuj i Witek zginą w Oświęcimiu. Andrzejka udało się po prostu cudem uratować. Wrócił z Oświęcimia, by polec w Powstaniu.

Uczyłam się u Sióstr Nazaretanek i oboje od 1943 roku byliśmy w konspiracji. Wybrałam pseudonim. Ustalono, że nasza sekcja w AK „ma mieć imiona męskie – z kolorem”. „Witek Błękitny” to pseudonim wybrany na cześć mego brata ciotecznego, który umarł w Oświęcimiu.

„Witek Błękitny” jest w powstańczym Zgrupowaniu „Bartkiewicza”. Opowiada o pierwszych dniach Powstania: – Co było wspaniałe? Jeśli ludzie widzieli, że jest tu punkt zbiórki powstańczej – od razu cała kamienica stawała się twierdzą. Zaczynała żyć wspaniałym zbiorowym życiem, a myśmy byli dumnym centrum tego życia!

Zaczęło się Powstanie! Stoję na warcie przy ulicy Siennej – podlatuje do mnie jakiś młodzian z aparatem: – Koleżaneczko! Proszę się uśmiechnąć, robię zdjęcie…

Naburmuszyłam się okropnie. Stoję dumnie z biało-czerwoną opaską, a on będzie się bawił fotografią… I do żołnierza na warcie śmie mówić „koleżaneczko”.

Zrobiłam ponurą minę, może go odstraszę… No i po dwóch tygodniach w „Adrii” młodzian wręcza mi zdjęcie, dziś – unikat! „Adria” była najwykwintniejszą restauracją stolicy. W czasie okupacji stała się lokalem „Tylko dla Niemców”. Podczas Powstania mieściła się tutaj legendarna radiostacja powstańcza „Błyskawica”.

Opowiada „Witek Błękitny”: – Co należało do naszych zadań? Służba wartownicza, przenoszenie meldunków i poczty, taszczenie żywności (nieraz worki trzydziestokilogramowe), gaszenie pożarów, wydobywanie zasypanych…

Na falach „Błyskawicy” płynęły krzepiące komunikaty…

Najbardziej lubiłam być łączniczką. Trasy mych wędrówek z meldunkami były wymoszczone dobrocią nieznanych sojuszników, którzy przestrzegali, gdzie bywa ostrzał. Czuliśmy się otoczeni ich opieką.

To było 18 sierpnia. Jeszcze w „Adrii” stał ołtarzyk, który przygotowałyśmy na 15 sierpnia. Jakaś pani (ci cudowni warszawiacy!) przyniosła nam obraz Matki Boskiej, wołając, że jest w jej rodzinie od stu lat i błogosławił już styczniowych powstańców…

Nagle – potworny huk. Pocisk z działa kolejowego nabity trotylem rozpruł „Adrię”. Nie wybuchł! Uratowała nas Matka Boska z tamtego Powstania… Obraz był nietknięty, nawet kwiaty pod nim ocalały…

Robiło się coraz gorzej. Dokuczał chłód i głód. Czekaliśmy na obiecane zrzuty, na odsiecz zza Wisły… Nie ma już wody, nie ma światła. W siedzibie „Błyskawicy” zespół zapala lampki zdobyte w zakładzie pogrzebowym. Symbolicznie…

4 października nadają ostatnią audycję. Ostatni raz brzmi „Warszawianka”… I strofy wiersza:


Nadajemy nadzwyczajny

komunikat z Warszawy,

Stacja Armii Krajowej melduje:

Bój skończony i… nic,

oprócz sławy…

Po upadku Powstania Basia została wywieziona do Niemiec, skąd udało jej się zimą 1945 roku wrócić do Polski. Opowiada: – Ostatni etap – to były pola zasłane śniegiem. Brnęłam w tym śniegu i mówiłam sobie – już blisko, blisko… I doszłam. Był to dzień 2 lutego 1945 roku – Matki Boskiej Gromnicznej. Odnalazłam mamę. Pytają – jak szłam. Odpowiadam – Przez pole! – Jezus Maria! – krzyczą – przecież zaminowane!

Pamiętam obrazek z dzieciństwa – pędzla Piotra Stachiewicza – Matka Boska Gromniczna światłem płonącej gromnicy odstrasza wilki. Wierzę, iż mnie ocaliła…

W październiku 1945 roku już nie „Witek Błękitny” ani „Baśka”, lecz panna Barbara Otwinowska zaczyna studia na dwóch fakultetach – polonistyce i romanisty- ce Uniwersytetu Warszawskiego. W maju 1947 roku zostaje aresztowana za udzielenie pomo- cy emisariuszowi Rotmistrza Witolda Pileckiego, którym był jej brat cioteczny Stanisław Kuczyński. On został skazany na śmierć – ułaskawiony na dożywocie. Basia dostała wyrok trzech lat więzienia.

Rotmistrz Pilecki, uznany dziś za jednego z najodważniejszych ludzi Europy, dobrowolny więzień Oświęcimia, bohater Powstania Warszawskiego, czołowy działacz organizacji „Wolność i Niezawisłość”, która miała walczyć przeciw sowietyzacji Polski, zginął w mokotowskim więzieniu.

Dziś ma w Ojczyźnie ulice, osiedla, kluby garnizonowe i szkoły swego imienia.

Ja jestem z wami w cieniu krat

W głębi więziennych murów

I serce moje bije w takt

Żołnierzom bez mundurów

– z więziennej piosenki anonimowej „Polska”

Trzy lata miała Barbara przeżyć w kazamatach Mokotowa i Fordonu.

Jej wiekopomną zasługą staną się po latach publikacje i wystawa poświęcona więźniarkom i więźniom politycznym. Antologię wierszy i pieśni więziennych „Przeciwko złu” dedykowała „Poetom Znanym i Nieznanym więzionym w latach 44-56, którzy swoją twórczością dali nam przeżyć – wbrew otaczającemu nas złu – piękno polskiego słowa i wewnętrzną wolność, przywoływali refleksję i uśmiech, umacniali naszą jedność, nadzieję i siłę”…

O tej niezwykłej jedności mówią tomy zebranych przez prof. Otwinowską wspomnień i biogramów więźniarek, zatytułowane frazą z wiersza Zbigniewa Herberta „Zawołać po imieniu”. Jak pisze prof. Barbara Otwinowska: „W samotności więźniów ogromną rolę spełniała modlitwa, niemal bezpośredni kontakt z Bogiem – jedynym obrońcą, tym, który umacniał i prowadził przez długie dni oczekiwania na wolność, który dawał nadzieję i miłość. Solidarność ludzka była również ogromną, nie do przecenienia pomocą”.

Dziesiątki życiorysów ocaliła i utrwaliła, jeszcze zdążyła, zanim zatarły się ślady tylu krzywdzonych istnień, a wśród nich najmłodszych więźniarek – harcerek.

Po wyjściu z więzienia Barbara Otwinowska świetnie kończy studia, jest autorką wielu wybitnych prac z historii literatury renesansu. Sprawuje zaszczytną funkcję Kanclerza Kapituły Orderu Polonia Mater Nostra Est, wśród wielu odznaczeń szczególnie ceni tytuł Kustosza Narodowej Pamięci.

– Przyszła do mnie uczennica, która miała za zadanie wywiad z „jakąś osobą, która coś może powiedzieć o historii”. Pyta mnie o stopień wojskowy. Odpowiedziałam: – Byłam żołnierzem Polski Podziemnej! Trudno o większy stopień! – wspomina prof. Barbara Otwinowska.

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/82532,b ... emnej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 30 sie 2014, 09:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
W imię Boga i Maryi


„Bogurodzica Dziewica, Bogiem sławiena Maryja…”

takimi słowami prastarej pieśni

modlił się polski lud,

gdy do ojczystych stron

bolszewicka nawała

w roku dwudziestym się zbliżała. A kiedy zew wojenny zabrzmiał,

to ci, którzy Ojczyznę kochali,

w imię Boga i Maryi,

jak jeden mąż, ramię przy ramieniu

na śmiertelny bój wyruszali

i w obronie wolności swe życie oddawali. Dziś po latach nad ich mogiłami się pochylamy

i w modlitewnej zadumie hołd im składamy,

wierząc, że skoro za Boga i Ojczyznę krew przelali,

w Domu Ojca do nowego życia powstali.

http://www.naszdziennik.pl/wp/94339,listy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 01 wrz 2014, 09:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Florian Nitka – bohaterski gdański pocztowiec

Piotr Szubarczyk

Na frontonie gmachu dawnej Poczty Polskiej w Gdańsku, bronionej heroicznie przez polskich pocztowców w piątek, 1 września 1939 r., próżno szukać nazwiska Floriana Nitki. Nie uczestniczył w obronie, ponieważ został aresztowany przez gestapo, zanim wyszedł z domu. Jeden z najbardziej znanych polskich pocztowców z Gdańska umrze wkrótce śmiercią męczeńską, tak jak jego koledzy, obrońcy gmachu Poczty Polskiej.

Popularność Floriana Nitki wśród gdańskich Polaków wynikała z rodzaju jego pracy. Był głównym kierowcą polskiego urzędu pocztowego na Heveliusplatz. Jeździł po mieście charakterystycznym motocyklem z koszem – wyraźnie oznakowanym polskim godłem i napisem „Poczta Polska”, lub ambulansem pocztowym. Kiedy w latach 30. zaczęła się w Gdańsku hitlerowska histeria, Florian był wielokrotnie atakowany przez bojówki SA i niemiecką młodzież z Hitlerjugend. – Kilka razy uciekał brawurowo przed tymi atakami, które były praktycznie bezkarne. W ten sposób zdobył sobie popularność i szacunek wśród gdańskich Polaków – mówi mi po latach córka Floriana, pani Halina Czarlewska, która upomina się o pamięć o swym ojcu. Urodziła się w Gdańsku i tu do dziś mieszka.

Polski azyl
Przed wojną rodzina Nitków mieszkała w Nowym Porcie, przy Hindersinstrasse 1a. W domu stanowiącym własność Poczty Polskiej mieszkało 12 rodzin jej pracowników: listonoszów, urzędników, kierowców. Budynek i przyległy teren były otoczone wysokim płotem. To był taki mały polski azyl we wrogim otoczeniu niemieckim. Znajdowały się tu: ochronka, szkoła powszechna, kaplica, plac zabaw dla dzieci, które należały do zuchów, starsi byli harcerzami.

Tych polskich harcerzy było w Gdańsku sporo. Kiedy Donald Tusk wydał swój album „Był sobie Gdańsk”, profesor Irena Kaszewska-Jabłońska, gdańszczanka od urodzenia, z rodziny wybitnych działaczy Polonii Gdańskiej, miała wielki żal, że Tusk pokazał w tym albumie Hitlerjugend z płonącymi pochodniami, a polskich harcerzy nie pokazał. A przecież był i taki polski, harcerski Gdańsk… Zachowały się jego fotografie.

– W okresie poprzedzającym wojnę byliśmy nieustannie szykanowani przez gdańskich hitlerowców – mówi Halina Czarlewska. – Naszą odpowiedzią były nieustanne protesty na ręce Wysokiego Komisarza Ligi Narodów w Gdańsku, także władz gdańskich. Niestety, były one zupełnie nieskuteczne – dodaje.

W sierpniu 1939 r. Nitkowie postanowili uchronić swoje dzieci przed wojną, której bliskość najlepiej było widać z perspektywy Gdańska. Florian miał wywieźć swoją żonę Wiktorię z czworgiem dzieci (mała Bronia miała dopiero 4 lata, najstarszy Alek – 12) do jej rodziny pod Wejherowem, skąd pochodziła.

Wojna zaczęła się o 4.00
Dla Floriana Nitki wojna zaczęła się 1 września o godz. 4.00. Był już na nogach, o godz. 6.00 miał rozpocząć służbę. Był bardzo niespokojny, przewidywał, że tego dnia coś się stanie.

Dopiero po wojnie pani Halina dowiedziała się od pracownika Poczty Polskiej Stanisława Tysarczyka, który szczęśliwie przeżył Stutthof, że jej ojciec należał do wąskiej grupy najbardziej wtajemniczonych i zaprzysiężonych pocztowców, przewidzianych do obrony gmachu. Próby atakowania przez Niemców polskiego ambulansu pocztowego i motocykla z koszem brały się z ich podejrzeń. Florian kilka razy przewoził z Gdyni broń, która posłużyła potem do obrony Poczty Polskiej. Gdyby 1 września dotarł do gmachu, umierałby w październiku podczas zbrodniczej egzekucji polskich pocztowców na gdańskiej Zaspie, a może zginąłby w walce – co bardziej prawdopodobne, zważywszy na jego odwagę i brawurę.

Dwóch cywilnych gestapowców i mundurowy policjant pobili go we własnym mieszkaniu. Wszystko to działo się na oczach żony i rozbudzonych dzieci, które tego dnia miały wyjechać do rodziny.

– Wyjechaliśmy z domu dosłownie tak, jak staliśmy, zostawiając w mieszkaniu dobytek całego życia. Przecież do Gdańska mieliśmy szybko wrócić, „jak się to wszystko uspokoi” – wspomina pani Halina, wtedy 9-letnia dziewczynka.

Victoriaschule
Ta niemiecka szkoła dla dziewcząt w Gdańsku przeszła do historii Polski jako miejsce cierpienia gdańskich Polaków. W ciągu dwóch tygodni przeszło ich przez ten budynek ponad 3 tysiące. Byli upokarzani, bici. Znanemu polskiemu działaczowi Romanowi Ogrydziakowi oprawcy wybili oko i zmasakrowali twarz. Umierał w mękach 30 września. Z Victoriaschule wywożono potem do obozu w Nowym Porcie lub do budowanego KL Stutthof.

Florian Nitka też został ciężko pobity, był Niemcom dobrze znany jako zadziorny Polak, znany pracownik Poczty Polskiej. Teraz się zemścili. Już 1 września trafił do Krankenstube. Jego sytuacją zainteresowało się kilku przyzwoitych Niemców, zszokowanych tym, co robią ich hitlerowscy rodacy. Dostarczyli Florianowi jakieś ubranie (wywieziono go z domu w nocnej koszuli) i koc.

Rodzina „polskiego bandyty”
Wiktoria z dziećmi znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. – Byliśmy wypędzeni, bez odzieży, mieszkania i pieniędzy. Mama poszła po pomoc do wejherowskiego magistratu – ze wszystkimi dziećmi. Kiedy niemiecki urzędnik zorientował się, że jesteśmy rodziną polskiego pocztowca, wypchnął nas na klatkę schodową. Z płaczem udaliśmy się do siostry mamy, która mieszkała w ciasnym mieszkanku z trojgiem dzieci – wspomina Halina Czarlewska.

Odbyła się narada rodzinna, Halinka z Alkiem trafili do wujka na wsi, w Domatowie, Fela znalazła schronienie u krewnych w Leśniewie, a Bronia z mamą wróciły do ciasnego mieszkania u cioci.

O powrocie Wiktorii z dziećmi do Gdańska nie było mowy. Obowiązywały specjalne przepustki, dekretem Hitlera miasto zostało włączone do Rzeszy. Lękowi o dzieci towarzyszył narastający strach o Floriana. Wiktoria wiedziała, że mu nie darują.

Halinka, Alek i Fela nie mogli iść do szkoły, dla polskich dzieci był zakaz. Wujek zarejestrował ich jako… robotników w swoim gospodarstwie. Alek pomagał wujkowi, Halinka pasła gęsi.

KL Stutthof
To pomorska Polska Golgota. Tu zamordowano 65 tysięcy więźniów różnych narodowości. Najpierw mordowano Polaków, potem głównie Żydów. Stąd w Wielki Piątek, 22 marca 1940 r., Niemcy wyprowadzili do lasu i zamordowali kilkudziesięciu wyselekcjonowanych, najwybitniejszych Polaków z byłego Wolnego Miasta Gdańska. Dziś tę zbrodnię nazywa się Pomorskim Katyniem.

Florian Nitka był traktowany w obozie ze szczególnym okrucieństwem. Rodzina dowiedziała się o tym po wojnie od tych, którym udało się przeżyć. Był nieustannie bity i poniżany. Nie dożył nawet tego strasznego 22 marca. Umarł w styczniu 1940 roku. Stanisław Tysarczyk był przy nim w godzinie śmierci. Bohaterski pocztowiec przekazał mu swoje przesłanie: „Staszku, przecież wszyscy nie zginiemy, ktoś z naszych musi przeżyć to piekło i doczekać wolnej Polski. Niech zaświadczy o całej prawdzie i okolicznościach, w jakich ginęliśmy za polski Gdańsk”.

„Za jakom Polske?”
Po wojnie Wiktoria chciała wrócić do Gdańska, starając się o przydział mieszkania w mieście, za które umierał męczeńsko jej mąż. Urzędnik z sowieckiego naboru, półanalfabeta, zadał jej pytanie: „A za jakom Polske umierał wasz mąż?”. Zdrętwiała. Polacy cierpiący za swe polskie świadectwo w niemieckim wrogim otoczeniu nieraz przeżyli po wojnie takie upokorzenia. Mieszkania były dla aparatczyków budujących nową rzeczywistość. Nie za taką „rzeczywistość” umierał Florian.

W końcu udało się rodzinie zająć skromne mieszkanko we Wrzeszczu, Wiktoria zebrała rozproszone po rodzinie dzieci. Było ciasno i bardzo ciężko. Jedynym żywicielem był Alek, który postanowił, że musi pracować na poczcie…

– Lata wojny, nędzy i poniewierki odbiły się na naszym zdrowiu. W wieku 44 lat zmarł mój brat. Zmarła także najmłodsza siostra. Nasza dzielna mama nie żyje już od dawna. Zostałyśmy z Felą. Cieszymy się, że mieszkamy w polskim Gdańsku – mówi Halina Czarlewska.

Tablica do rewizji
Na dawnym gmachu Poczty Polskiej w Gdańsku, w centrum miasta, kilometr od urzędu prezydenta miasta, jest tablica pamiątkowa z roku 1979. Wykonana z tandetnego materiału, popękana. Na tej tablicy są nazwiska polskich pocztowców, umierających w różnych miejscach – nie tylko 1 września w obronie gmachu i nie tylko w czasie zbrodniczej niemieckiej egzekucji 5 października 1939 roku. Nie ma tam nazwiska Floriana Nitki. Jest za to wątpliwej wartości informacja, że tzw. Krajowa Rada Narodowa (organ sowieckich kolaborantów, wykoncypowany przez Stalina) nadała naszym bohaterskim pocztowcom „Wirtuti [!] Militari”. Ta kompromitująca tablica musi zniknąć. Na nowej tablicy oczekujemy także nazwiska dzielnego Floriana Nitki i innych pominiętych bohaterów. Oczekujemy informacji o zbiorowym miejscu pochówku zamordowanych pocztowców, bo na cmentarz przy ulicy Chrobrego niełatwo trafić ludziom spoza Gdańska. Oczekujemy informacji, że bohaterscy pocztowcy otrzymali tytuł honorowych obywateli Gdańska.

Dzisiaj podczas uroczystości przed gmachem Poczty Polskiej warto zakryć kompromitującą tablicę biało-czerwoną flagą. Odsłonimy ją podczas uroczystego poświęcenia nowej tablicy. Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku to część historii Polski, nie tylko Gdańska. Trzeba ją traktować poważnie, na miarę poświęcenia jej obrońców-męczenników.

http://www.naszdziennik.pl/wp/94727,flo ... owiec.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 15 wrz 2014, 06:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Szarża na mity

Bez odwagi nie ma szczęścia, spełnienia, sukcesów i nie ma Polski. Takie jest przesłanie pomnika polskiej kawalerii – mówił Jan Żyliński, fundator Złotego Ułana, upamiętniającego bohaterstwo polskiej kawalerii z 1939 roku.

W Kałuszynie niedaleko Mińska Mazowieckiego odsłonięto pomnik Złotego Ułana. Pozłacany monument na cokole z czerwonego granitu stanął w centrum miasteczka tuż przy trasie z Warszawy do Brześcia.

To hołd złożony polskim kawalerzystom, którzy we wrześniu 1939r. skutecznie i bohatersko bronili Ojczyzny przed niemiecką i sowiecką agresją. Pomnik przedstawia ułana z 11. Pułku Ułanów Legionowych, który przed wojną stacjonował w Ciechanowie. W nocy z 11 na 12 września bohaterska szarża 4. szwadronu przełamała linię niemieckiej piechoty i dzięki temu doprowadziła do wyparcia jej z miasta. Choć niecodzienną, nocną szarżę kawalerii w terenie miejskim wykluczał regulamin i była ona skutkiem pewnego nieporozumienia, manewr pozwolił nie tylko odbić Kałuszyn z rąk wroga, ale zaoszczędził krwi setek polskich żołnierzy.

Fundatorem monumentu jest książę Jan Żyliński, polski biznesmen na stałe mieszkający w Londynie, syn rotmistrza Andrzeja Żylińskiego, dowódcy wrześniowej szarży. Przed uroczystością przytoczono wspomnienia oficera, który relacjonował, że zaskoczenie nocnym atakiem jazdy było tak wielkie, że „Niemcy uciekali jak króliki”, początkowo nie podejmując walki i porzucając pozycje. Po całonocnych walkach miasto zostało odbite.

W sobotę podczas uroczystości syn rotmistrza mówił, że pomnik ma być nie tylko symbolem, ale głównie przesłaniem dla przyszłych pokoleń i przypominać, że możemy być dumni z tradycji polskiego oręża.

– Na tym pomniku rzeźba ma twarz mojego ojca. On jest na niej uśmiechnięty i szczęśliwy, choć ryzykuje swoje życie i szarżuje nocą, mając do tego złamaną rękę. Dlaczego o tym mówię? Bo miał odwagę i poczucie misji i była to dla niego chwila spełnienia. Bez odwagi nie ma szczęścia, spełnienia, sukcesów. Nie ma Polski, to jest to przesłanie – mówił syn rotmistrza.

Pomnik ma uświetnić nie tylko szwadron jego ojca, ale całą kawalerię, która podczas wojny obronnej zaliczyła pasmo wielkich sukcesów. – To pomnik nastawiony na przyszłość, dlatego musiał wyglądać inaczej niż inne pomniki, by zwrócić na siebie uwagę – podkreślał fundator monumentu. Jak mówił, chciałby, by młode pokolenie zaraziło się jego ideą, którą jest odwaga prawdziwie wyrażona w ułańskiej fantazji polskiej jazdy.

Uroczystość poprzedziła Msza św. odprawiona w miejscowym kościele i salwa honorowa, która kończyła apel żołnierzy polskiej jazdy poległych przez ostatnich tysiąc lat na polach bitewnych od Cedyni, przez Płowce, Grunwald, Kłuszyn, Orszę, Kircholm, narodowe powstania i ostatnie wojny. Obok rycerzy, ułanów, husarzy, szwoleżerów i kirasjerów w apelu wspomniano również o współczesnych żołnierzach nawiązujących do tradycji formacji kawaleryjskich, którzy zginęli podczas misji wojskowych m.in. w Iraku i Afganistanie. Nie zabrakło oczywiście wspomnienia o 11. Pułku Ułanów Legionowych, rtm. Andrzeju Żylińskim i jego ułanach.

Wiceszef MON Czesław Mroczek przypomniał, że skutki niemieckiego ataku na miasto były dla niego tragiczne. – Te wydarzenia wojenne je na stałe przeobraziły. W 1939 r. to 11-tysięczne miasto, po 75 latach od tych wydarzeń Kałuszyn to miasto około 4-tysięczne. Ukazuje to skalę zniszczeń dokonanych podczas II wojny światowej – mówił.

Mroczek przypomniał, że była to jednak z ważniejszych bitew września, która pokazała wszystkie zalety żołnierza polskiego. – Niestety, pod sowieckim wpływem w okresie PRL przypominanie o tradycji ułańskiej i kawaleryjskiej było niemożliwe. „To im, bohaterom, żołnierzom AK, wzniesiemy pomniki ze złota” – tak śpiewaliśmy, ale była to myśl skrzywdzonych. Dzisiaj w Kałuszynie ta myśl się ziszcza – dodał.

Po uroczystości setki jej uczestników przeszły na pobliskie pola obserwować pokaz umiejętności ochotniczych oddziałów kawaleryjskich. Był pokaz musztry i regulaminowych komend. A na koniec atak na pozycje wroga. W polu szarżowało 88 kawalerzystów reprezentujących barwy kilku przedwojennych pułków kawaleryjskich.

– Jest nas w Polsce już około tysiąca i ciągle przybywa. W naszym stowarzyszeniu regularnie ćwiczy 40 jeźdźców – tłumaczy Marek Sobucki z 11. Pułku Ułanów Legionowych. Prywatnie zajmuje się metaloplasyką i płatnerstwem. Wyrabia i naprawia broń białą. – Robię szable kawaleryjskie, podobno najlepsze na świecie – mówi z dumą.

Władze Kałuszyna z burmistrzem Marianem Soszyńskim planują coroczne obchody Dnia Złotego Ułana. Ich celem ma być pamięć o wrześniowej szarży z 1939 r., ale również popularyzacja wiedzy na temat polskiej jazdy, promocja patriotyzmu, historii i wartości przyświecających słynnej polskiej formacji wojskowej.

Maciej Walaszczyk, Kałuszyn

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -mity.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 21 paź 2014, 12:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zawsze gdy myślę o "Ince", czy o "Lalku", odczuwam wzruszenie.

Nigdy nie złożył broni

51 lat temu, 21 października 1963 r., w Majdanie Kozic Górnych na Lubelszczyźnie od kul ZOMO zginął ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego – Józef Franczak ps. „Lalek”.

Józef Franczak, dowódca drużyny i plutonu w III Rejonie Obwodu Lublin – Powiat ZWZ-AK, żołnierz WiN, działał 24 lata w konspiracji i jako ostatni Żołnierz Wyklęty poległ z bronią w ręku. Choć znany jest przede wszystkim pod pseudonimem „Lalek”, to w konspiracji był także „Józefem Bagińskim” czy „Lalusiem”. Był człowiekiem, który nigdy nie zrezygnował z walki o niepodległe państwo.

„Wierzył, że doczeka wolnej Polski. Takich jak on, ukrywających się, było wtedy w Polsce kilkunastu. Ich schwytanie zajęło komunistom kolejne kilka lat” – pisze o Franczaku Joanna Wieliczka-Szarkowa w książce „Żołnierze Wyklęci”.

Franczak urodził się 25 maja 1918 r. w Kozicach Górnych na Lubelszczyźnie. W Wojsku Polskim dosłużył się stopnia sierżanta. Po ataku ZSRS na Polskę 17 września 1939 r. nie złożył broni i walczył z najeźdźcą ze Wschodu. Dostał się do sowieckiej niewoli, z której udało mu się zbiec po kilku dniach. Od tego momentu, aż do śmierci w 1963 r., prowadził konspiracyjną działalność na rzecz wolnej Polski.

Jako żołnierz polskiego podziemia niepodległościowego działał w obwodzie lubelskim ZWZ. Po raz pierwszy padł ofiarą denuncjacji w 1941 r., kiedy doniósł na niego do Gestapo jeden z mieszkańców Piask pod Lublinem.

W sierpniu 1944 r. Lubelszczyznę zajęła Armia Czerwona, a Franczak został wcielony do 2. Armii Wojska Polskiego stacjonującej w rejonie Kąkolewnicy koło Radzynia Podlaskiego. Tam też był świadkiem mordów na żołnierzach podziemia, dokonywanych przez komunistów na uroczysku Baran, zwanym niekiedy Małym Katyniem. W obawie o swój los Franczak zdezerterował z ludowego Wojska Polskiego. Ukrywał się w Łodzi i w Sopocie, po czym powrócił w rodzinne strony, gdzie zaangażował się w działalność podziemną.

W czerwcu 1946 r. „Lalek” i jego współtowarzysze zostali aresztowani przez bezpiekę. Udało im się jednak uciec z transportu do więzienia i powrócić do podlubelskich lasów.

W 1947 r. Franczak stanął na czele kilkuosobowego patrolu w oddziale WiN dowodzonym przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W następnym roku patrol „Lalka” wpadł w zasadzkę UB – z życiem uszedł jedynie Franczak. Jeszcze w tym samym roku wdał się on w strzelaninę z milicjantami, w wyniku której został ranny w brzuch.

We wrześniu 1961 r., w ramach akcji rozpracowywania partyzanta objętej kryptonimem „Pożar”, władze komunistyczne rozesłały za Franczakiem list gończy, w którym uznano go za „bandytę stanowiącego postrach dla mieszkańców podlubelskich wsi”. Według raportów bezpieki, Franczak brał udział w zamachach na życia członków partii komunistycznej, funkcjonariuszy UB i MO. Za jego schwytanie wyznaczono wysoką nagrodę pieniężną.

Na bezpośredni trop Franczaka bezpieka wpadła w roku 1963. Było to możliwe dzięki nawiązaniu przez SB współpracy ze Stanisławem Mazurem („Michał”), mieszkańcem wsi Wygnanowice, który przyznał się do kontaktów z „Lalkiem”.

„Michał” szybko nawiązał kontakt z nieprzeczuwającym zdrady Franczakiem i wystawił żołnierza, który zjawił się na spotkanie w gospodarstwie Wacława Becia z Majdanu Kozic Górnych.

21 października 1963 r. gospodarstwo zostało otoczone przez funkcjonariuszy SB i ZOMO, łącznie 37 ludzi. Sekcja zwłok Franczaka wykazała, że jego zgon nastąpił w wyniku postrzału serca. W chwili śmierci ostatni polski partyzant miał 45 lat.

„Poświęcił życie za wolność ojczyzny, której nie doczekał” – brzmi napis umieszczony na jego grobie.

MM, PAP

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... broni.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 27 paź 2014, 10:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Klejnot na szańcach Warszawy

75. ROCZNICA ARESZTOWANIA STEFANA STARZYŃSKIEGO

Zdarza się, że wśród „kamieni przez Boga rzucanych na szaniec” trafiają się prawdziwe klejnoty – i takim klejnotem był bez wątpienia przedwojenny prezydent Warszawy Stefan Starzyński.

Pamiętany głównie ze względu na swoją bohaterską postawę w chwili obrony stolicy w 1939 roku i męczeńską śmierć, której okoliczności czekały na wyjaśnienie aż 75 lat, Starzyński zasługuje wszakże na hołd także za to, czego dokonał wcześniej. Jego niezłomność w obliczu niemieckiej agresji i kaźń zgotowana mu przez najeźdźcę były bowiem w pewien sposób symbolicznym dopełnieniem całego życia tego niezwykłego człowieka. Nawet jednak bez tego tragicznego domknięcia jego losu, bez tej – jakże polskiej! – dramatycznej śmierci, pamiętalibyśmy tego prezydenta Warszawy jako wielkiego propaństwowca i niezwykle zasłużonego gospodarza stolicy, który gdyby ocalał, gdyby przeżył wojnę, wpadłby zapewne w łapy ubeckich oprawców i dziś szukalibyśmy jego szczątków w dołach śmierci na powązkowskiej Łączce.

Ów bohater Warszawy był warszawiakiem z pochodzenia. Wychowany w pielęgnującej niepodległościowe tradycje, patriotycznej rodzinie (dziadek był powstańcem listopadowym), już przed I wojną światową jako nastolatek angażował się w działalność polityczną, za co, mając zaledwie 17 lat, odsiedział wyrok w warszawskiej Cytadeli. Był członkiem Związku Strzeleckiego i Centralnego Związku Młodzieży Postępowej. Jako żołnierz Legionów Polskich przeszedł cały szlak bojowy I Brygady, a kilka lat później zasłużył się w Bitwie Warszawskiej. Nie ma więc wątpliwości, że gdyby nie śmierć poniesiona z rąk Niemców, wkraczające w 1944 do Polski NKWD nie darowałoby mu ani bohaterstwa w walce z armią Budionnego (Starzyńskiego odznaczono wprawdzie orderem Virtuti Militari dopiero we wrześniu 1939 roku, ale już w międzywojniu uhonorowano go Krzyżem Walecznych), ani wydanych w latach dwudziestych publikacji na temat Rosji sowieckiej, w których m.in. krytykował politykę narodowościową Stalina.

Olimpiada i metro
Jako ekonomista z wykształcenia i urodzony organizator Starzyński pełnił w polskim wojsku nie tylko służbę frontowego żołnierza, ale także przyjmował powierzane mu funkcje administracyjne. Nabyte w armii doświadczenie spożytkował, pracując później w administracji państwowej. Był zatrudniony w ministerstwie skarbu, gdzie z dyrektora Departamentu Ogólnego awansował z czasem do rangi wiceministra. Równolegle do swoich praktycznych działań członka władzy wykonawczej tworzył też teoretyczne zręby gospodarczej polityki państwa, m.in. opracowując w 1926 roku całościowy projekt koniecznych reform i kierunków rozwoju Polski zatytułowany „Program rządu pracy w Polsce”. W latach trzydziestych propagował swoje wizje także jako członek ciał ustawodawczych: najpierw jako poseł na Sejm, a następnie jako senator z ramienia BBWR.

Mimo przekonania, że rozwiązania demokratyczne mogą okazać się zgubne dla państwa, i popierania w związku z tym autorytarnej władzy Józefa Piłsudskiego, sam jako mianowany odgórnie w 1934 roku komisaryczny prezydent stolicy doprowadził do zdemokratyzowania warszawskiego samorządu, przeprowadzając w 1938 roku municypalne wybory, dzięki którym zarząd komisaryczny zastąpiła legitymująca się mandatem społecznym Rada Miejska.

Marzył o tym, by Warszawa mogła stać się kiedyś gospodarzem igrzysk olimpijskich i w związku z tym planował stworzenie w stolicy koniecznej do tego infrastruktury sportowej. Dalekosiężne wizje Starzyńskiego nie ograniczały się wszakże tylko do sportu – miał konkretne plany rozwoju wszystkich na dobrą sprawę dziedzin funkcjonowania miasta, priorytetowo traktując to, co przynosiło realną poprawę jakości życia jego mieszkańców. Dążenia prezydenta do usprawnienia komunikacji stolicy zakładały na przykład realizację tak śmiałych rozwiązań jak budowa trasy Północ-Południe, która przebiegać miała od ulicy Chałubińskiego do placu Mirowskiego. W dalszej kolejności planowano spięcie tego szlaku z inwestycją, zapewniającą bezpośrednią łączność między Pragą a Wolą, której elementem miał być m.in. tunel pod Ogrodem Saskim oraz nowy most na wysokości wylotu ulicy Karowej.

Dzięki Starzyńskiemu rozpoczęto budowę Dworca Głównego, najnowocześniejszego w owym czasie dworca kolejowego w Europie. Poprawę komunikacji z innymi miastami przynieść miała też zaplanowana na lata 1938-1942 budowa Dworca Zachodniego. Można wierzyć, że ten lokalny – i nie tylko lokalny – patriota zrealizowałby ów zamysł z lepszym skutkiem, niż dokonało się to w PRL, i nie dopuściłby do tego, by nowy dworzec zasługiwał na miano jednego z najpaskudniejszych i najbardziej zaniedbanych fragmentów stolicy, jak jest to obecnie.

Prezydent poczynił też przygotowania do budowy w Warszawie sieci metra oraz zarządził przebudowę tras wylotowych ze stolicy. Za jego prezydentury powstało również lotnisko na warszawskim Okęciu.

Prowadzona z rozmachem przebudowa ulic przysporzyła Warszawie ponad dwa miliony metrów kwadratowych wybrukowanych dróg – liczne z nich zyskały nawet nawierzchnię asfaltową. Zmelioryzowano dużą część Żoliborza (w tym Bielany, Marymont, Powązki) oraz Mokotowa (Czerniaków), a także spore fragmenty Woli i Ochoty. Melioracyjną inwestycją objęto również prawy brzeg Wisły: Saską Kępę, Grochów i Bródno. W tym samym okresie nastąpił znaczny rozwój większości przedsiębiorstw komunalnych.

Złote lata stolicy
Obok planów co do rozwoju komunikacji kreował Starzyński także dalekosiężne wizje rozwoju budownictwa mieszkaniowego – rozumiejąc, jak wielkim problemem dynamicznie rozrastającego się miasta pozostaje głód mieszkań. Okres jego rządów przyniósł stolicy ponad sto tysięcy nowych lokali mieszkalnych, których budowa szła w parze z dbałością o odpowiednią infrastrukturę. Równolegle powstawały zatem szkoły (wzniesiono trzydzieści nowych placówek i wyremontowano kilkadziesiąt już istniejących), zbudowano halę targową na Żoliborzu, oddano do użytku nowy gmach szpitala Przemienienia Pańskiego, a w wielu innych obiektach szpitalnych przeprowadzono kompleksową modernizację. W 1932 roku z udziałem Marii Skłodowskiej-Curie uroczyście otwarto w Warszawie Instytut Radowy, pierwszy w Polsce i piąty w Europie ośrodek walki z rakiem.

Swój złoty okres odnotowała także miejska zieleń. Wysadzono drzewami miejskie arterie, założono liczne parki: park Sowińskiego, park Dreszera, Zieleniec Wielkopolski, park w Forcie Legionów. Na cele parkowe przeznaczono też skarpę na Dynasach. Równolegle prowadzono akcję ukwiecania miasta.

Z myślą o przybywających do Warszawy gościach w latach 1937-1939 wzniesiono w Alejach Jerozolimskich Dom Turysty zaprojektowany przez wybitnego architekta Władysława Borawskiego. W 1947 roku gmach ten odbudowano – w 1944 roku uległ bowiem poważnym uszkodzeniom – i przekształcono w Dom Samopomocy Chłopskiej. W późniejszych latach budynek przestał pełnić funkcje hotelowe i służył za siedzibę redakcji „Trybuny Ludu”, a następnie „Rzeczpospolitej”.

Od 1938 roku trwały w Warszawie pierwsze próby uruchomienia polskiej telewizji. W pierwszej połowie lat trzydziestych wzniesiono także najwyższy wówczas stołeczny gmach: siedzibę towarzystwa ubezpieczeniowego Prudential (dziś hotel Warszawa) przy placu Napoleona (dziś plac Powstańców Warszawy). Starano się w tym okresie dobrze wykorzystać każdą wolną przestrzeń miejską, stąd upowszechniła się zabudowa plombowa, której przykładem jest budynek PKO przy ulicy Marszałkowskiej.

Równie wielką wagę przykładał Starzyński do historycznego dziedzictwa miasta. To dzięki niemu odnowiono Pałac Blanka i Pałac Brühla, odrestaurowano Arsenał i odsłonięto średniowieczne mury stolicy. To on założył Muzeum Zamku Królewskiego i Muzeum Piłsudskiego w Belwederze, a także doprowadził do ukończenia budowy i oddania do użytku Muzeum Narodowego, któremu w sporządzonym w lipcu 1939 roku testamencie zapisał swoje prywatne zbiory sztuki.

Sztafeta pokoleń
Sukcesy odnoszone przez Starzyńskiego były tym większe, że przez cały okres jego prezydentury stolica miała de facto dwa ośrodki władzy podzielonej między komisarza rządu na miasto stołeczne Warszawa i prezydenta.

28 marca 2010 roku na niespełna dwa tygodnie przed swoją śmiercią prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył Stefana Starzyńskiego Orderem Orła Białego. Atencji, jaką zabity w Smoleńsku prezydent otaczał swojego wielkiego poprzednika w fotelu prezydenta stolicy, trudno się dziwić: obaj w tym samym stopniu dbali zarówno o nowoczesną teraźniejszość miasta, jak i o pamięć jego historycznej przeszłości. Obaj byli zajadłymi przeciwnikami urzędniczego skostnienia i rutyny, obaj wreszcie wydali bezpardonową walkę korupcji i mechanizmom jej powstawania, co przysporzyło im armię ciągnących wcześniej z tego procederu obfite zyski wrogów. Zarówno Starzyński, jak i Kaczyński zrobili bardzo wiele dla rozwoju miasta. O ile jednak zasługi tego pierwszego są powszechnie znane, o tyle dokonania drugiego starano się, z przyczyn politycznych, pomijać milczeniem. Mało kto wie na przykład, że w 2004 roku Warszawa została uhonorowana statuetką Kazimierza Wielkiego, czyli nagrodą nazywaną „samorządowym Oscarem”. Fakt ten nie przebił się jednak do powszechnej świadomości, gdyż znajdujące się w postresortowych rękach media niechętnie podawały tę informację.

Zarówno Starzyński, jak i Kaczyński w pełni zdawali sobie sprawę z potworności sowieckiego systemu i nie ma wątpliwości, że gdyby któryś z nich stał dziś u steru stolicy, to warszawski ratusz nie upierałby się tak maniacko przy zachowaniu plugawej pamiątki po czasach sowieckiej okupacji, jaką jest pomnik „Czterech Śpiących”. Zresztą najpewniej nie byłoby w stolicy także innych odrażających symboli, takich jak na przykład ohydna tęcza na placu Zbawiciela.

Magdalena Merta

http://www.naszdziennik.pl/mysl/105633, ... szawy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 10 lis 2014, 09:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Semper Fidelis. Obrona Lwowa w 1918 r.

Jan Józef Kasprzyk

Jesień 1918 roku była dla Polaków wyjątkowa. Gorączka serc, entuzjazm i wiara w hasło „teraz będzie Polska” pasowały bardziej do wiosennej aury niż słota, mgły i pierwsze śniegi stanowiące nieodłączny elementy krajobrazu o tej porze roku. Po prawie półtorawiekowej niewoli, po latach powstańczych zrywów, spisków i rzucania losu życia na stos, po morzu przelanej krwi i wypłakanych łez, wschodziło słońce wolności. Rzeczypospolita wracała na mapy świata. Czekała ją jednak wielka próba zmierzenia się o kształt swych granic. Pierwszy egzamin zdawał Lwów.

Gry zaborców
Mocarstwa, które w XVIII wieku dokonały rozbioru Polski, odchodziły kolejno w niebyt historii. W wielu miejscach na ziemiach polskich tworzyły się namiastki władzy niezależnej od zaborców. 11 października 1918 r. władze Lwowa przekazały Radzie Regencyjnej uchwałę, w której deklarowały, że miasto włączy się w proces odbudowy niepodległej Rzeczypospolitej. Tydzień później rada miasta przyjęła rezolucję o przyłączeniu do odradzającej się Polski. Formalnie miasto leżało jeszcze w granicach monarchii habsburskiej, ale zegar historii przyspieszał. W końcu października 1918 r. Cesarstwo Austro-Węgierskie waliło się w gruzy, rodziła się Polska. Pod dowództwem płk. Władysława Sikorskiego zaczęto tworzyć we Lwowie garnizon złożony z dawnych żołnierzy Polskiego Korpusu Posiłkowego. Działania te wspierały organizacje niepodległościowe, a wśród nich licząca blisko trzystu żołnierzy piłsudczykowska Polska Organizacja Wojskowa oraz związane z ruchem narodowym dwustuosobowe Polskie Kadry Wojskowe dowodzone przez kpt. Czesława Mączyńskiego. Ale w tym samym czasie Ukraińska Rada Narodowa ogłosiła powstanie państwa ukraińskiego sięgającego aż po San. Lwów miał znaleźć się w jego granicach.

Polska jest tutaj
Pod osłoną nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r. liczące blisko półtora tysiąca siły ukraińskie zajęły urzędy władz cywilnych i opanowały lwowski ratusz, dworzec i pocztę. Wydano odezwę do mieszkańców, w której nakazywano bezwzględne podporządkowanie się nowej władzy. Tętniący polskością Lwów miał stać się miastem Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Spotkało się to z ostrym sprzeciwem Polaków. Już przed południem oddziały POW i Polskiej Kadry Wojskowej chwyciły za broń. Zdobyto karabiny złożone jeszcze przez Austriaków w podziemiach Politechniki Lwowskiej. Rozpoczęły się walki o Szkołę im. Henryka Sienkiewicza, Dom Technika i remizę tramwajową. Powołano Komendę Naczelną pod dowództwem kpt. Czesława Mączyńskiego. Wieczorem w rękach polskich znalazły się zachodnie przedmieścia Lwowa i kilka redut obronnych pod miastem, m.in. w Rzęsnej, Sokolnikach i Dublanach.

Jednak już nazajutrz Ukraińcy wsparci przez ściągnięte z Czerniowiec trzy sotnie Strzelców Siczowych przeszli do kontruderzenia. Miasto spłynęło krwią. Ciężkie walki toczyły się o Dom Akademicki, Szkołę Kadecką, Cytadelę, gmach Poczty Głównej, Ogród Kościuszki, Dyrekcję Kolejową, Ogród Jezuicki, seminarium grecko-katolickie na ul. Kopernika, które po zdobyciu otrzymało miano „Reduty Piłsudskiego”. Niezwykle ciężkie boje toczono o Górę Stracenia, której bohatersko bronił polski oddział dowodzony przez późniejszego generała Romana Abrahama i o magazyny broni nieopodal Dworca Głównego. Gotowym do najwyższej ofiary obrońcom miasta przewodzili doświadczeni w bojach oficerowie legionowi: Mieczysław Boruta-Spiechowicz, Bronisław Pieracki, Karol Baczyński. Lwów po raz kolejny w dziejach zaświadczał, że chce żyć w zgodzie ze swoją herbową dewizą: Zawsze Wierny (Semper Fidelis) Rzeczypospolitej. Po latach marszałek Francji i Polski Ferdynand Foch podczas ceremonii nadania mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Jana Kazimierza stwierdzał: „W chwili, gdy wykreślano granice Europy, biedząc się nad pytaniem, jakie są granice Polski, Lwów wielkim głosem odpowiedział: Polska jest tutaj”.

Antosie, Jurki, Marysie
Już pierwszego dnia walk do punktów werbunkowych zaczęli zgłaszać się masowo gimnazjaliści, a nawet i młodsi od nich. Spośród blisko sześciu tysięcy ochotników prawie połowa nie ukończyła 17. roku życia. Narodowa legenda nadała im dumne miano „Orląt”. Wielu spośród nich pozostało bezimiennych, wielu jednak weszło do panteonu chwały z krótkim, ale pięknym życiorysem.

Antoś Petrykiewicz miał 13 lat. Był pilnym uczniem V Gimnazjum, gdzie zapamiętano go jako świetnego matematyka. Może byłby kiedyś profesorem Politechniki Lwowskiej? O świcie 1 listopada 1918 r. zgłosił się do wojska. Jak pisał poeta Henryk Zwierzchowski – z „czapką większą od głowy” walczył o Górę Straceń, a w pamięci swojego dowódcy Romana Abrahama zapisał się jako „nieustępliwy”. Broniąc tzw. Reduty Śmierci na Persenkówce, został ciężko ranny w przededniu Wigilii Bożego Narodzenia. Odszedł na wieczną wartę w szpitalu polowym, po dwóch tygodniach zmagań o życie. Przeszedł do historii jako najmłodszy kawaler najwyższego odznaczenia wojennego – Orderu Wojennego Virtuti Militari, którym uhonorował go pośmiertnie za wyjątkowe męstwo Marszałek Józef Piłsudski.

Rok starszy od Antka był Jurek Bitschan. Od najmłodszych lat był harcerzem „Dziewiątki Lwowskiej” i uczniem Gimnazjum im. Henryka Jordana. W pierwszych dniach listopada 1918 r. uciekł z domu i zgłosił się do oddziału na Kulparkowie. Nie chcieli go przyjąć, bo „za młody”. Gdy oglądamy jego jedyną zachowaną fotografię, podzielamy zdanie dowódców. Wątły, drobniejszy może nawet niż na 14lat przystało. Ale uwagę przykuwa jego spojrzenie… Głębokie, myślące oczy, wyrażające gotowość do najwyższych poświęceń. Może to spojrzenie przekonało przełożonych? Szturmował koszary na ul. Św.Piotra. Ostrzeliwany przez wroga, nie opuścił posterunku, choć czynili to starsi od niego… Padł od kul u stóp jednego z nagrobków Cmentarza Łyczakowskiego 21 listopada 1918 roku. W tym samym czasie jego matka, Aleksandra, walczyła w innej części miasta, dowodząc oddziałem Ochotniczej Legii Kobiet, w której szeregach biły się również ochotniczki w wieku jej syna… To im dedykował jeden z najpiękniejszych swoich utworów Artur Oppman:

Ja biłem się tak samo, jak starsi – Mamo chwal!
Tylko mi ciebie, mamo,
Tylko mi Lwowa żal…

Na odsiecz miastu
Lwów znajdował się w wyjątkowo złym położeniu. Tereny na zachód od miasta aż po Przemyśl zajęte były przez wojska ukraińskie. Utrudniało to pomoc ze strony budzącej się do niepodległości Polski. Los miasta i jego mieszkańców nie pozostał jednak osamotniony. W Krakowie i w Warszawie pojawiły się odezwy wzywające do wstępowania w szeregi oddziałów ochotniczych, mających pomóc lwowiakom. Już w piątym dniu walk szef Sztabu Generalnego wojsk podległych jeszcze Radzie Regencyjnej, gen. Tadeusz Rozwadowski, wydał stosowne rozkazy. Półtysięczny oddział 5. Pułku Piechoty dowodzony przez mjr. Juliana Stachiewicza wyruszył z Krakowa i tocząc ciężkie boje z Ukraińcami, wyswobodził Przemyśl. Było to 11listopada 1918 roku.

W tym samym dniu uwolniony z niemieckiej niewoli Józef Piłsudski objął w Warszawie komendę nad odradzającym się Wojskiem Polskim. Na jego rozkaz na odsiecz Lwowa ruszyły koleją, liczące blisko półtora tysiąca żołnierzy, oddziały płk. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego. 20 listopada 1918 r. dotarły one do Lwowa i po dwóch dniach ciężkich walk wyparły Ukraińców z miasta. Lwów był wolny, ale jego byt nadal zagrożony przez wroga.

Ukraińcy, nie dając za wygraną, otoczyli miasto ciasnym pierścieniem. Ostrzał artyleryjski trwał jeszcze wiele tygodni, zniszczono elektrownię i wodociągi, próbowano odciąć Lwów od jedynego kontaktu z Polską, jaki dawała linia kolejowa łącząca miasto z Przemyślem. Krwawe walki toczono na tzw. Reducie Śmierci na Persenkówce, gdzie aż do stycznia 1919 r. oddziały kpt. Romana Abrahama (wśród nich wspomniany Antoś Petrykiewicz) dzielnie powstrzymywały nieprzyjaciela przed ponownym wkroczeniem do miasta. Nie pomogły rozjemcze misje ententy, których podjął się przybyły do Lwowa na początku 1919 r. gen. Joseph Barthelemy. Strona ukraińska zrywała wszelkie negocjacje. Dowódca ukraiński gen. Mychajło Omelianowicz-Pawlenko stwierdzał twardo w rozkazie „Nas rozsądzi żelazo i krew”. Tak też się stało. Wiosną 1919 r. wojska polskie dowodzone przez gen. Józefa Hallera w śmiałej ofensywie wyparły Ukraińców za Zbrucz. Polskę czekała teraz kolejna próba. Wojna z bolszewikami, czyli wojna o wszystko.

Chwała bohaterom
Heroizm obrońców Lwowa stał się dla Polaków wzorem, a na legendzie Orląt Lwowskich wychowało się kolejne pokolenie „kamieni rzucanych na szaniec”. Stawali się natchnieniem dla poetów i malarzy. Pisali o nich Kornel Makuszyński, Jan Parandowski, Artur Oppman. Ich poświęcenie rozsławił nawet węgierski pisarz Jeno Szentivanyi w popularnej w swym kraju powieści „Orlęta Lwowskie”. Wojciech Kossak, oprócz kilku mniejszych obrazów poświęconych obronie Lwowa, przymierzał się do namalowania „Panoramy Orląt Lwowskich”, która rozmiarami nawiązywać miała do „Panoramy Racławickiej”. Niestety, wybuch wojny przekreślił te plany.

W drugą rocznicę wyzwolenia miasta Marszałek Józef Piłsudski odznaczył Lwów – jako jedyne miasto II Rzeczypospolitej – Orderem Wojennym Virtuti Militari. Błękitno-czarne wstążki orderowe zdobiły aż do września 1939 r. herb miasta. Nie zapominano o tych, którzy zginęli. Już w 1919 r. powołano Straż Mogił Polskich Bohaterów, która podjęła starania utworzenia godnej poległych nekropolii na Cmentarzu Łyczakowskim. Otwarcie Panteonu Chwały, w którym spoczęły prochy 2859 osób, nastąpiło 11 listopada 1934 roku. Cmentarz zwieńczony był kaplicą oraz katakumbami, w których spoczęli gen. Tadeusz Rozwadowski i gen. Wacław Iwaszkiewicz. Upamiętniono także lotników amerykańskich i żołnierzy armii francuskiej biorących udział w walkach w 1918 i 1919 roku.

Druga obrona Lwowa
Cmentarz Obrońców Lwowa stał się solą w oku Sowietów, gdy w porządku pojałtańskim Lwów i Kresy znalazły się – jak to pisał z goryczą Marian Hemar – „za kordonem”. Początkowo usunięto tylko napisy „Tobie Polsko” i „Zawsze Wierny”. 25 sierpnia 1971 r. na osobiste polecenie Leonida Breżniewa na teren cmentarza wjechały czołgi i spychacze. Padła w proch kolumnada i częściowo Łuk Chwały, a jeżdżące po grobach sowieckie buldożery zabijały obrońców Wiernego Miasta po raz drugi. Wreszcie, zgodnie z azjatycką mentalnością, na groby bohaterów zaczęto zwozić śmieci. Aby upodlić i zabić pamięć!

Pamięć jednak nie dała się zgładzić. Żyjący w Polsce ostatni generałowie II Rzeczypospolitej, wsławieni w walkach z 1918 r. Roman Abraham i Mieczysław Boruta-Spiechowicz rozpoczęli swoją „drugą obronę Lwowa”. Pisali petycje protestacyjne do władz. Ale władze PRL milczały, solidaryzując się z decyzjami Kremla. Postanowili więc symbolicznie upamiętnić swoich podkomendnych u stóp „Tej, co Jasnej broni Częstochowy”. Dzięki ogromnemu wsparciu niestrudzonego jasnogórskiego kapelana żołnierzy niepodległości o. Eustachego Rakoczego 26 sierpnia 1975 r. odsłonięto na filarze kaplicy jasnogórskiej tablicę z wyobrażeniem Cmentarza Obrońców Lwowa. Obaj generałowie stanęli przy niej na warcie, a Prymas Tysiąclecia dokonał jej poświęcenia. Taką samą tablicę ks. kard. Stefan Wyszyński polecił umieścić w archikatedrze warszawskiej, wywołując tym wściekłość komunistycznych włodarzy PRL…

***

Nie każdy ma szansę odwiedzić odbudowany już Cmentarz Obrońców Lwowa. Jest jednak jedno miejsce, gdzie każdy z nas był choć raz w życiu… Gdzie pali się nieustannie znicz pamięci, a Wojsko Polskie stoi zawsze na warcie. To Grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Gdy będziemy przy nim – czy tylko myślami, czy też osobiście – w nadchodzące Święto Niepodległości pamiętajmy, że tu właśnie w 1925 r. spoczęły prochy nieznanego obrońcy Lwowa. Nieznane Orlę Lwowskie stało się symbolem wszystkich polskich zmagań o wolność. Tu Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział podczas pielgrzymki do Ojczyzny w 1979r.: „Grób ten znajduje szczególne uzasadnienie. Na ilu to miejscach ziemi ojczystej padał ten żołnierz. Na iluż to miejscach Europy i świata przemawiał swoją śmiercią, że nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie? Na ilu to polach walk świadczył o prawach człowieka wpisanych głęboko w nienaruszalne prawa narodu”.

Autor jest historykiem, prezesem Związku Piłsudczyków, radnym warszawskiego samorządu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/112265,se ... 918-r.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 20 cze 2015, 17:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Awans ostatniego Wyklętego

Obrazek
Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik


Na stopień podporucznika został awansowany pośmiertnie ostatni partyzant podziemia niepodległościowego, sierż. Józef Franczak, ps. „Laluś”. Decyzję prezydenta Bronisława Komorowskiego o awansie odebrał w sobotę w Lublinie syn partyzanta - Marek Franczak.

– To ważny dzień dla mnie i dla całej rodziny, że ojciec został doceniony, że ten stopień oficerski mu się należy. To jest nobilitacja za tę poniewierkę, którą miał za życia i po śmierci – powiedział Marek Franczak.

Józef Franczak (1918-63) pochodził z Lubelszczyzny. Przed wojną ukończył szkołę podoficerską żandarmerii w Grudziądzu. W 1939 r. walczył na Kresach Wschodnich. Aresztowany przez Sowietów, uciekł z niewoli i trafił do partyzantki AK. Po wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej został wcielony do 2. Armii Wojska Polskiego. Jego jednostka stacjonowała w Kąkolewnicy, gdzie sąd polowy skazywał na śmierć żołnierzy służących w AK. W obawie przed takim wyrokiem zdezerterował w 1945 r. Od tej pory działał w podziemiu niepodległościowym.

W 1947 r. dowodził patrolem w oddziale WiN kpt. Zdzisława Brońskiego ps. „Uskok”. Od 1953 r. ukrywał się samotnie. Został zastrzelony w 1963 r. podczas obławy urządzonej przez funkcjonariuszy ZOMO i SB w Kozicach Górnych niedaleko miejscowości Piaski w Lubelskiem.

Zwłoki Franczaka pozbawione głowy złożono w grobie na cmentarzu w Lublinie, gdzie grzebano żołnierzy podziemia niepodległościowego skazywanych przez sądy wojskowe na kary śmierci. Po 20 latach siostra Franczaka otrzymała zgodę na ekshumację i złożenie szczątków brata w rodzinnym grobowcu w Piaskach.

W 2006 r. prokuratorzy IPN wszczęli śledztwo ws. znieważenia zwłok Franczaka przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego. O przestępstwie zawiadomił wtedy syn Franczaka, który był przekonany, że obcięcie głowy było celową zemstą po śmierci. Ówczesne władze starały się zatrzeć pamięć o żołnierzach podziemia niepodległościowego.

Według ustaleń tego śledztwa głowa Franczaka została odjęta na polecenie ówczesnego prokuratora Prokuratury Rejonowej w Lublinie. Czaszka partyzanta miała być poddana ekspertyzie stomatologicznej w celu ustalenia, u kogo Franczak – poszukiwany wtedy listem gończym – leczył zęby.

Potem czaszka została przekazana do Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej (obecnie Uniwersytet Medyczny) w Lublinie w celach dydaktycznych. Odnaleziono ją w grudniu ubiegłego roku. W marcu na cmentarzu w Piaskach – zgodnie z ceremioniałem wojskowym – odbyły się uroczystości dochówku czaszki partyzanta.

Śledztwo ws. znieważenia zwłok Franczaka umorzono w 2008 r., ponieważ prokurator ustalił, że polecenie odjęcia głowy wydano zgodnie z wówczas obowiązującym prawem i nie miało to na celu zbeszczeszczenia zwłok, ale zabezpieczenie materiału dowodowego w śledztwie, które miało ustalić i pociągnąć do odpowiedzialności karnej inne osoby.

Wszczęto jednak śledztwo ws. przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego poprzez niewydanie osobom uprawnionym zwłok Franczaka oraz przekazanie czaszki uczelni medycznej do celów naukowych bez zgody krewnych.

Wobec Franczaka używano dwóch pseudonimów: „Lalek” i „Laluś”. Naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Lublinie Sławomir Poleszak mówił PAP, że pseudonim „Lalek” używany jest w dokumentach i materiałach SB i UB dotyczących Franczaka. „Natomiast jego współtowarzysze broni mówili o nim »Laluś«. Dowódca Franczaka Zdzisław Broński w swoich pamiętnikach zawsze mówi o nim »Laluś«” – powiedział Poleszak.

Podczas sobotniej uroczystości Krzyżem Orderu Krzyża Niepodległości został odznaczony także Józef Wiejak ps. „Szatan” lub „Śmiały”, który walczył w formacjach wojskowych Polskiego Państwa Podziemnego – w Batalionach Chłopskich i Armii Krajowej. Brał udział w walkach w rejonie miejscowości Osuchy (Lubelskie), gdzie oddziały AK i BCh starły się z oddziałami niemieckimi w największej partyzanckiej bitwie II wojny światowej w Polsce.

Po wojnie wyjechał na Ziemie Zachodnie. W 1951 r. został aresztowany, ale po dwóch dniach udało mu się uciec i wrócić na Zamojszczyznę. Wstąpił do Lotnego Oddziału Żandarmerii dowodzonego przez Henryka Kwaśniewskiego ps. „Lux”. W grudniu oddział został rozbity.

Waldemar Strzałkowski z Kancelarii Prezydenta RP, który wręczał oba wyróżnienia, powiedział, że powinny być one nadane kilkadziesiąt lat temu. „Lubelszczyzna spłynęła krwią, walczyła chyba najdzielniej, nie poddając się” – powiedział Strzałkowski.

RS, PAP

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... etego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 23 lip 2015, 06:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Serce dla Żołnierza Niezłomnego

Z Łukaszem Strzeleckim, wiceprezesem stowarzyszenia Pro Patria Lokalni Patrioci w Dobrzykowie, rozmawia Rafał Stefaniuk

Co kryje się pod nazwą „Wyślij kartkę bohaterowi”?
– Już niedługo, bo 28 lipca, jeden z ostatnich żyjących żołnierzy podziemia antykomunistycznego z naszej okolicy – Wiktor Sumiński ps. „Kropidło” będzie obchodził swoje 94. urodziny. Jako stowarzyszenie Pro Patria we współpracy z ONR Płock postanowiliśmy z tej okazji sprawić mu niespodziankę. Ową niespodzianką będą nasze odwiedziny w dniu jego święta. Oczywiście nie pójdziemy tam z pustymi rękoma. Jubilatowi wręczymy ozdobne karty, laurki i plakaty, które zgromadziliśmy już wcześniej w organizowanym przez nas konkursie dla szkół podstawowych. Oprócz prezentów od najmłodszych będą również podarunki od innych organizacji oraz listy i życzenia od osób prywatnych, które obecnie pozyskujemy.

Kim jest Wiktor Sumiński ps. „Kropidło”?
– Pan Wiktor walczył w oddziale ROAK Władysława Dubielaka. Był to oddział działający w okolicach Płocka. Za przynależność do podziemia spędził 10 lat w więzieniu. Przechodził także brutalne przesłuchania. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa pozostawili na jego policzku bliznę. „Kropidło” po wyjściu z więzienia zmienił swoje miejsce zamieszkania. Pod koniec lat 70. był namawiany, aby wstąpić w szeregi partii. Odmówił. Rozpętała się przeciwko niemu nagonka i zmuszono go do zrezygnowania z pracy magazyniera. Po tym przez 13 lat pracował jako stróż nocny. Obecna władza również o nim zapomniała, gdyż jako kombatant, po okresie transformacji, nie był ani razu zaproszony na uroczystości patriotyczne. Obecnie wraz z żoną mieszka niedaleko miejscowości Resko w woj. zachodniopomorskim.

Jak wyglądało śledztwo Wiktora Sumińskiego?
– Wiktor Sumiński został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa 11 stycznia 1947 r. Wraz z nim aresztowano jego 14 kolegów z lasu. Brutalne śledztwo trwało pół roku. Myślę, że słowa pana Wiktora najlepiej obrazują jego trudny los, dlatego przytoczę fragment jego świadectwa. „Przy aresztowaniu w domu, od godziny drugiej po południu do zmroku było bicie. Do aresztowania przyjechała grupa wojskowych z KBW. Wieczorem podjechała ciężarówka i zabrali mnie, brata i siostrę do Gąbina. Tam znów było »przywitanie«. Stamtąd przewieźli nas do Gostynina. Tam już czekali na nas. W korytarzu stało dwóch z naszej grupy, a w pokoju grupa ubowców tłukła trzeciego. To już nie było bicie, ale młocka, czym kto mógł. Jak mnie zobaczył szef, to krzyknął, bym wszedł. Jak się rzucili na mnie, tłukli jak wściekli. Prawdopodobnie któryś uderzył mnie magazynkiem od automatu. Chlusnęła krew i szef tej bandy kazał zaprzestać. Została spora blizna na policzku. Za parę dni znów mnie zawołali; to już było przygotowane – stał taboret, a na nim książki. Musiałem położyć się brzuchem na książkach i leżeć w powietrzu krzyżem. Chciałem wytrzymać, ale ręce i nogi opadały, a wtedy te zbiry tłukli. To katowanie trwało ze dwie godziny. Już potem prawie tego bicia nie czułem. Jeden w Gąbinie przystawiał mi pistolet do nosa, bym powąchał, czym to pachnie. Miał granat i uderzył mnie w głowę. Krew spłynęła i poczułem wir w głowie. Jemu to było za mało, kazał, bym sprzątnął tą krew. Wziąłem czapkę i chciałem zetrzeć. Nie dał czapką – masz zlizać. Musiałem być posłuszny i to zrobiłem. Wszystko trzeba było przyjąć...” – opowiada pan Wiktor.

Jak wielkie jest zainteresowanie akcją?
– We współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej zorganizowaliśmy konkurs „Kartka dla weterana”. Udział wzięli w nim uczniowie szkół podstawowych w Borkach, Dobrzykowie i Nowym Grabiu. Otrzymaliśmy kilkadziesiąt ozdobnych kart z życzeniami, laurek, plakatów o Żołnierzach Wyklętych i inne wszelkiego rodzaju prace plastyczne. Dzieci się postarały, dlatego nagrodziliśmy wszystkich uczestników konkursu. Naszym celem było, aby dzieci włożyły swoje serce w tak szczytny cel. To był początek inicjatywy „Kartka dla weterana”. Po zakończeniu konkursu zainteresowanie nie zmalało. Osoby prywatne pytały, jak mogą pomóc, czy mogą dołączyć swój list, swoje życzenia dla pana Wiktora. W tym celu utworzyliśmy specjalne wydarzenie na Facebooku (dostępne TUTAJ), gdzie skrupulatnie opisujemy nasze działania. By być na bieżąco, można zaznaczyć swój udział i śledzić nasz fan page na Facebooku.

Gdyby któryś z Czytelników chciał wziąć udział w akcji, w jaki sposób może to zrobić?
– Drogi Czytelniku, jeżeli chciałbyś dołączyć swoją cegiełkę do naszej inicjatywy – nic prostszego! Kartki z życzeniami, listy, laurki od swoich dzieci możecie wysyłać na adres: Łukasz Strzelecki, Stowarzyszenie Pro Patria, 09-522 Dobrzyków, Potrzebna 25. Prosimy, żeby wszystkie kartki były zapakowane w koperty. Nie ma potrzeby dołączania do listów dodatkowych znaczków pocztowych. Mogę zapewnić, że wszystkie przesyłki zostaną przekazane Wiktorowi Sumińskiemu. Zdajemy sobie sprawę z tego, że czasu nie zostało za wiele. Dlatego prosimy o wysyłanie swoich przesyłek odpowiednio wcześniej. Najlepiej gdyby wysyłka nastąpiła przed 23-24 lipca. Wtedy będziemy mieli pewność, że dotrą do nas przed 28 lipca, a my będziemy mogli wręczyć je panu Wiktorowi w dniu jego urodzin.

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... mnego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 06 sie 2015, 06:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Śmietnik to nie miejsce dla ziemi przesiąkniętej krwią bohaterów

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Obrazek

Wywiezienie ziemi z Łączki na warszawskich Powązkach to głupota, przejaw ignorancji czy może celowe działanie?
– Według mnie wszystkie te rzeczy naraz. Niestety obecna władza nie jest formacją, która w sposób szczególny ceniłaby naszą przeszłość i należycie o nią dbała. Z drugiej strony trudno żeby było inaczej, skoro ci ludzie nie identyfikują się z Polskim Podziemiem Niepodległościowym. Dla nich – niestety – jest to obcy świat i obcy ludzie, czemu wielokrotnie dawali wyraz.

To przerażające, co Pan mówi…
– Może przerażające, ale prawdziwe. Proszę spojrzeć: po pierwsze mamy ciągłość prawną, bo to nie kto inny jak obecna III RP instalowała PRL. W związku z tym zbrodniarze są cenionymi obywatelami, są chowani z honorami na Powązkach, spoczywają w marmurach czy granitach, czego ostatnim przykładem jest postać i pogrzeb Wojciecha Jaruzelskiego. Dla niego znalazło się miejsce, którego niestety nie ma dla wielu bohaterów polskiej wolności. Natomiast Łączka jest symbolem warszawskich Powązek, dlatego że ofiary zbrodni komunistycznych po 1944 r. chowano tam w bardzo różnych miejscach. Praktycznie na całej powierzchni tego cmentarza można by odnaleźć takie potajemne pochówki. Oczywiście do tego nie dojdzie, bo cmentarz był zabudowywany, zagospodarowywany przez kolejne kilkadziesiąt lat po tych zbrodniach. Tym bardziej, przynajmniej tam, gdzie istnieje absolutna pewność, że pod ziemią leżą zamordowani nasi narodowi bohaterowie, których nazwiska wejdą na zawsze do polskiej historii, takie miejsca powinny być otoczone największą czcią i szacunkiem. Bynajmniej nie chodzi tu o jakiś mały pomniczek czy pseudomauzoleum, jakie rządząca dziś Polską ekipa wymyśliła.

Może zatem zamiast tworząc byle jakie upamiętnienie, warto wstrzymać się i poczekać na bardziej właściwy moment?
– Oczywiście, skoro czekaliśmy tyle lat, to możemy wstrzymać się jeszcze przez jakiś czas, żeby te ważne sprawy unormować i przeprowadzić godnie. Cały ten proces i całe to upamiętnienie powinno się odbyć z poszanowaniem wszystkich naszych wartości i co istotne powinno być uzgodnione z rodzinami tych naszych bohaterów. Natomiast jeżeli chodzi o ziemię wydobytą podczas ekshumacji czy podczas prac przygotowawczych do instalacji pomnika, to oczywiście można ją wybrać, ale wcale nie oznacza to, że trzeba ją wywieźć na śmietnik czy wyrzucić. To, z czym mamy obecnie do czynienia, wprost nie mieści się w głowie. Przecież jest bardzo wiele miejsc, gdzie ziemia, co do której – zresztą nie bez racji – używa się określenia święta, mogłaby się znaleźć. Chociażby obok kwatery „Ł” można usypać pamiątkowy kopiec, przygotować podwyższenie z odpowiednią tabliczką informującą, że jest to ziemia z potajemnych grobów, ziemia przesiąknięta krwią naszych narodowych bohaterów.

Brak takiej inicjatywy jest moim zdaniem podyktowany złą wolą. Obecne władze wyraźnie nie chcą, aby to miejsce było specjalnie eksponowane. Tymczasem jest taka potrzeba, także wśród środowisk młodzieżowych, które są coraz bardziej patriotyczne i do tej niepodległościowej tradycji chcą nawiązywać. Komuś wyraźnie zależy, żeby to nie było miejsce kultu, żeby nie gromadzili się tam ludzie, żeby właśnie tam były zanoszone modlitwy i oddawanie szacunku naszym bohaterom. Władza tego nie chce.

Za to jakoś bezkrytycznie oddaje czy też dopuszcza hołd wrogom polskiej wolności. To jakaś schizofrenia historyczna?
– Takie niestety mamy władze. Proszę zwrócić uwagę na wejście na cmentarz Powązkowski i zobaczyć, jak wygląda najnowsza, najbardziej współczesna aleja zasłużonych i kto tam spoczywa. Funkcjonariusze PZPR, ludzie, którzy walczyli z polskimi bohaterami. Ich groby są tak wyeksponowane, że każdy, kto chce dalej przejść, musi je zobaczyć. Natomiast na peryferiach instaluje się upamiętnienia tych, którzy są bohaterami i powinni być wzorem dla nas współcześnie żyjących. To jest efekt postawy złej władzy.

To, że ta władza sobie na takie zachowania pozwala, to świadczy także źle o nas?
– Ten rząd i ta władza akuratnie nie mają z tym problemów, bo tak jak już wspomniałem, to nie jest ich historia i ich bohaterowie. Oni z musu akceptują to, co muszą, trudno się też im przeciwstawić, bo jest już trochę za późno. Myślę, że ci ludzie będą robili wszystko, co tylko się da, aby dokończenie ekshumacji i identyfikacji szczątków Żołnierzy Polskiego Podziemia Niepodległościowego oraz postawienie pomnika trwało jak najdłużej. Pamiętamy przecież, że odchodzący w niesławie prezydent Bronisław Komorowski obiecał publicznie 27 września 2014 r., w rocznicę powołania Polskiego Państwa Podziemnego, powstanie Panteonu Narodowego, przynajmniej miały rozpocząć się prace w tym kierunku, tymczasem kompletnie nic nie zrobiono. Mamy za to działania destabilizujące, opóźniające. Podobnie jak nowelizacja ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych, o grobach i cmentarzach wojennych oraz IPN, która zamiast ułatwić poszukiwania ofiar komunizmu i ich ekshumacje de facto je opóźni. To kolejny krok w kierunku rozciągnięcia w czasie tych spraw, który ma za zadanie znieczulić społeczeństwo w spojrzeniu na sprawy ważne i sprawić, że ludzie staną się bardziej obojętni.

Okazuje się, że kwestia usunięcia ziemi to nie jedyny skandal, bo wcześniej usunięto wybudowany staraniem rodzin pomnik, który stał na Łączce, mają też zniknąć brzozowe krzyże przypominające o bohaterach, których ciała wciąż czekają na ekshumacje. Czemu służą te działania?
– To jest cały czas ciąg zdarzeń służących temu samemu celowi. Pamiętamy, jak po tragedii smoleńskiej w 2010 r. usuwano krzyż i lampiony sprzed Pałacu Prezydenckiego na Krakowskim Przedmieściu. To nic innego jak tylko zacieranie śladów, które dla tej władzy są niewygodne. Natomiast z drugiej strony mamy do czynienia z eksponowaniem władzy i narzucaniem pewnej tradycji. Chociażby 1 sierpnia przychodzi władza, która odgradza się od ludzi sznurami, również żyjący kombatanci mają utrudniony dostęp do grobów. Kiedy władza odchodzi, to dopiero wtedy dopuszcza się uczestników Powstania Warszawskiego, którzy powinni być na pierwszym planie, a niestety nie są. Ale nie tędy droga, społeczeństwo to widzi i nie daje się już nabierać na te chwyty.

Rodziny bohaterów spoczywających na „Łączce” zapowiadają protesty, a jak powinniśmy my zareagować?
– Moim zdaniem, powinien być protest czynny. Jest lato, ludzie mają więcej czasu i dzień w dzień na Powązkach powinny być zgromadzenia ludzi, powinny się pojawić informacje w formie plakatów po całej Warszawie, żeby nagłośnić ten protest i pokazać, przeciwko czemu się on odbywa. Bez tego nie będziemy zrozumiani. Nie mamy przecież dostępu do tych największych mediów, z kolei władza jest w stanie pokazywać to wszystko w swoim własnym świetle, manipulując, przedstawić, że wszystko robią, jak należy, a protesty to znów inicjatywa jakichś tam oszołomów. Mamy możliwości nacisku: jest przecież internet, są publiczne zgromadzenia, gdzie możemy wyrażać swoje opinie, nastroje i oczekiwania. Musi być nacisk społeczny, musi nastąpić samoorganizacja oddolna, ludzie powinni poczuć, że są u siebie, że mają prawo czuć, że są u siebie i chcą walczyć o swoje sprawy – nawet z aktualną władzą, która będzie przeciwko temu, bo będzie.

Wydawałoby się, że żyjemy w czasach, gdzie nie musimy walczyć o prawdę historyczną, tymczasem fakty mówią co innego…
– Cały ciąg wydarzeń po 1989 r. pokazuje, że bez walki o prawdę, bez walki o historię zawłaszczą nam ją do końca. Mamy do czynienia z próbą odebrania nam przeszłości, sprowadzenia nas do poziomu spożywców, konsumentów, którzy orientują się na bieżąco w tym, co się dzieje, w plotkach, tematach medialnych itp., natomiast tego, co istotne, nie ma w mediach, ale także w wychowaniu szkolnym naszej młodzieży. Nie ma i nie ma co oczekiwać, że jeżeli o to nie zawalczymy, to będzie.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... terow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 28 wrz 2015, 07:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zapłacili najwyższą cenę

35 Żołnierzy Niezłomnych spoczęło w odsłoniętym mauzoleum na Łączce na Wojskowych Powązkach.

Obrazek
Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik


Podczas uroczystości odsłonięcia mauzoleum na Łączce, gdzie spoczęły szczątki ofiar terroru komunistycznego, odczytano też list prezydenta Andrzej Dudy.

Ocenił on, że zbyt długo bliscy ofiar i my wszyscy, Polacy, musieliśmy czekać na upamiętnienie naszych bohaterów.

Ponadto Duda w liście, odczytanym przez prezydenckiego ministra Wojciecha Kolarskiego, podkreślił, że „zbyt długo wolna Polska czekała z przywróceniem wobec nich sprawiedliwości historycznej i ludzkiej”.

„Jako prezydent Rzeczypospolitej w imieniu całego narodu polskiego pochylam czoło w hołdzie dla poległych i zamordowanych żołnierzy drugiej konspiracji. Składając ich doczesne szczątki w panteonie-mauzoleum, niepodległa Polska wypełnia chrześcijańską powinność i choć w niewielkiej części spłaca dług wdzięczności wobec swoich najwierniejszych synów” – napisał prezydent.

„Pragnę podkreślić, że obecna uroczystość wieńczy pierwszy etap pracy poszukiwań na Łączce, lecz ich nie zamyka. Uważam za rzecz olbrzymiej wagi, by prace ekshumacyjne zostały dokończone, a wszyscy odnalezieni – zidentyfikowani i godnie pochowani” – podkreślił Duda.

Dodał, że „prawda o heroizmie i tragedii podziemia antykomunistycznego jest bowiem fundamentem suwerennej Rzeczypospolitej”.

Gdy odczytywano list Dudy, rozległy się oklaski i okrzyki: „Cześć i chwała bohaterom”; w czasie przemówienia Kopacz – gwizdano.

W uroczystościach uczestniczyły m.in. rodziny ofiar, a także przedstawiciele najwyższych władz państwowych i prezes IPN Łukasz Kamiński. Uroczystości zakończyła salwa honorowa i złożenie wieńców.

Jak wspominał w rozmowie z dziennikarzami syn ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, bliscy przez lata nie wiedzieli, co się z nim stało.

– Była jakaś nadzieja – że może żyje, że wywieźli go na Syberię – która jednak z biegiem lat malała. Jednak kiedy odnaleźli, zidentyfikowali ojca, poczuliśmy ulgę, że już wiadomo na pewno, co się z nim stało. Ta dzisiejsza uroczystość to dla nas takie zadośćuczynienie, ale i rodzaj formalności. Cieszę się też, że pogrzeb odbył się godnie, jako uroczystość państwowa – podkreślił Krzysztof Olechnowicz.

– Jestem szczęśliwa i wzruszona. Tak długo czekaliśmy na tę chwilę, żałuję tylko, że najbliższa rodzina tego nie dożyła. Bardzo długo wierzyliśmy, że wuj nie został stracony, tylko gdzieś wywieziony za granicę, wymieniony za jakiegoś agenta. Z czasem straciliśmy nadzieję, ja osobiście nie wierzyłam, że jego szczątki kiedykolwiek się odnajdą, że tak zostały unicestwione. Dlatego kiedy w 2012 r. pojawiła się szansa, że jego szczątki mogą się znajdować na Łączce, to była radość i uspokojenie. To, że on znalazł swoje miejsce pochówku, że mogliśmy tu złożyć kwiaty, to wielka ulga – mówiła z kolei Krystyna Frąszczak, siostrzenica majora Hieronima Dekutowskiego „Zapory”.

Panteon ma formę kamiennych jasnych bloków tworzących zwarty czworobok. Jego projekt, wybrany w konkursie, przygotowali architekci Jan Kuka i Michał Dębek. Na zewnętrznej części mauzoleum umieszczono inskrypcje – symbol narodowego orła i krzyż oraz napis „Niezłomni Wyklęci. Panteon-mauzoleum żołnierzy i działaczy podziemia niepodległościowego zamordowanych przez reżim komunistyczny w latach 1945-1956. Wierni Bogu i Ojczyźnie złożyli najwyższą ofiarę w bohaterskiej walce o godność i wolność Rzeczypospolitej”.

W środku mauzoleum znalazły się nisze, w których zostaną umieszczone trumny zawierające szczątki ofiar odnalezione podczas prac archeologiczno-ekshumacyjnych na Łączce. Na zamykających je pokrywach jest narodowe godło, imię, nazwisko, stopień wojskowy, najbardziej popularny pseudonim, data i miejsce urodzenia oraz data śmierci bez miejsca. Umieszczono je jedynie w przypadku, jeżeli jest inne niż Warszawa, a rodzina ofiary życzyła sobie, by spoczęła ona w mauzoleum.

RP, PAP

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -cene.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 08 lut 2016, 10:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Za jej czynami stoi miłość Boga i bliźniego

– Człowiek, którym zawładnęło myślenie o innych, rozumie więcej i kocha mocniej: Boga, bliźniego, Ojczyznę – tak o Marii Mireckiej-Loryś mówił ordynariusz sandomierski ks. bp Krzysztof Nitkiewicz, który przewodniczył Mszy św. w intencji jubilatki, która dziś kończy sto lat.

Obrazek

Na sobotnie uroczystości do kościoła pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Racławicach przybyła rodzina, przyjaciele i znajomi czcigodnej jubilatki, ponadto przedstawiciele środowisk kresowych, organizacji społecznych, przedstawiciele parlamentu RP oraz lokalnych władz. Maria Mirecka-Loryś otrzymała Medal „Pro Patria” nadany przez Szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, a także tytuł Honorowego Obywatela Stalowej Woli.

Drogę życia poprzez czas wojny i okupacji i jej działalność w ruchu oporu, a także zasługi jubilatki dla krzewienia dobrego imienia Polski po wojnie zagranicą oraz jej wkład w pomoc Polakom za wschodnią granicą podkreślił w homilii ks. bp Krzysztof Nitkiewicz. Zaznaczył, że u podstaw jej działalności polonijnej oraz charytatywnej na rzecz drugiego człowieka stały i wciąż stoją wartości i tradycja chrześcijańska, w której wyrosła i ukształtowała się postawa czcigodnej jubilatki.

– O religijnej postawie Marii Mireckiej-Loryś świadczy przydomek „Boża Przemytniczka”, nadany jej na Ukrainie jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Na ten przydomek zasłużyła sobie przy okazji odwiedzin posługującego za wschodnią granicą swojego brata, ks. Bronisława Mireckiego, przywożąca potajemnie dewocjonalia, oczywiście obok innych środków niezbędnych do prowadzenia duszpasterstwa – mówił ks. bp Nitkiewicz.

Zwrócił też uwagę, że mimo dostojnego wieku Maria Mirecka-Loryś wciąż ma plany, pomysły, jak pomóc naszym rodakom za wschodnią granicą, które to zamierzenia wciąż realizuje. Cytując słowa Papieża Benedykta XVI – „chrześcijaństwo nie jest systemem intelektualnym, ale spotkaniem, historią miłości, wydarzeniem”, zaznaczył, że właśnie w czynach i spotkaniu z Bogiem i drugim człowiekiem realizują się te słowa.

– Chrześcijaństwo jest w pierwszej kolejności spotkaniem z Chrystusem, który obdarowuje nas samym sobą. Uczy nas, na czym polega miłość i do niej uzdalnia. Dlatego powinniśmy wpatrywać się w Jego oblicze i jak mówił kard. George Hume, trwać przy Nim, choć idziemy po wybojach, a droga nie jest widoczna – akcentował ordynariusz sandomierski. Jednocześnie zachęcał, aby odkrywać w sobie dobre rzeczy, które dokonuje Bóg, dziękować za nie i dzielić się dobrem z innymi.

Maria Mirecka-Loryś urodziła się 7 lutego 1916 r. w Ulanowie k. Niska. Studiowała na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie wstąpiła do Związku Akademickiego „Młodzież Wszechpolska”. Od początku okupacji działała w narodowej konspiracji, a od wiosny 1940 r. była komendantką Narodowej Organizacji Wojskowej Kobiet najpierw w powiecie niżańskim, następnie w okręgu rzeszowskim, a od wiosny 1945 r. komendantką główną KG NOW. Dowodziła też Wojskową Służbą Kobiet w rzeszowskim Podokręgu Armii Krajowej. W 1943 r. uczestniczyła w konspiracyjnym odnowieniu Ślubów Jasnogórskich, które w maju 1936 r. podczas pielgrzymki złożyła 36-osobowa delegacja polskiej młodzieży akademickiej – jako reprezentantka Lwowa, natomiast studentów krakowskich reprezentował Karol Wojtyła. Aresztowana w Nisku przez UB trafiła do aresztów w Rzeszowie, Warszawie, a następnie do więzienia w Krakowie. Na mocy amnestii została zwolniona 1 września 1945 r. Zagrożona ponownym aresztowaniem, w grudniu 1945 r. opuściła Polskę i przez Czechy i Niemcy dotarła do obozu II Korpusu gen. Władysława Andersa pod Ankoną. Dalej przez Włochy wyjechała do Anglii, a stąd po pięciu latach do Stanów Zjednoczonych. Wraz z rodziną zamieszkała w Chicago. Aktywnie działała w organizacjach polonijnych – m.in. jako członek Zarządu Głównego Związku Polek w Ameryce oraz Krajowego Zarządu Kongresu Polonii Amerykańskiej. Organizowała szereg akcji pomocy Polakom na Wschodzie, którą kontynuuje po powrocie do Polski.

Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... niego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 08 lut 2016, 14:46 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
piękny Jubileusz i w takim razie 150 lat życia,skoro Setka ,to małe mgnienie oka :)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 07 mar 2017, 08:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
List do ojca

Rodzina Stepnowskich

Obrazek
Władysław Stepnowski był szefem wywiadu NZW na terenie Ostrołęki i gminy Rzekuń Zdjęcie: Muzeum Żołnierzy wyklętych w Ostrołęce/ -


Przepraszam Pana, czy wie Pan coś może na temat mojego pradziadka Władysława Stepnowskiego? Wiem tylko, że został zamordowany i nic więcej, a tak bardzo chciałbym wiedzieć, kim był i dlaczego został zamordowany ojciec ośmiorga dzieci”.

Był marzec 1949 r. Do Władysława Stepnowskiego dotarła informacja, że jego syn Czesław jest ranny. Początkowo wydawało się, że postrzał w nogę nie powinien być groźny, ale stan rannego był coraz gorszy. Wysoka gorączka, utrata przytomności. Trzeba natychmiast zawieźć go do szpitala. Tylko gdzie? Do Ostrołęki nie można. Trzeba jechać do Warszawy. Tak też zrobił, wynajął samochód i 17 marca pojechali do Szpitala im. Dzieciątka Jezus. Tam Władysław opowiedział, że syn podkładał drzewo do paleniska, gdy nagle nastąpił wybuch, a przy Czesławie pojawiła się krew.

Władysław Stepnowski wracał z nadzieją, że może uwierzyli, choć nie to było w tym momencie najważniejsze. Obawiał się tylko, czy nie będzie jakiegoś zakażenia. Czy z nogą będzie wszystko w porządku?

Za dwa dni jedzie w odwiedziny do syna do szpitala. Nie uwierzyli, a informacja o pacjencie z raną postrzałową dotarła do służb bezpieczeństwa. Czesław został objęty obserwacją, a na odwiedzających już czekali ubecy. Władysław został zabrany natychmiast, a co ciekawe – nakaz aresztowania został antydatowany na 16 marca 1949 roku.

Zdrada
Początkowo odbyły się standardowe przesłuchania i padło: „Podajcie swój życiorys”.

„Nazywam się Władysław Stepnowski, urodzony 10 marca 1902 r. w Stepnie Starej, gm. Rzekuń, powiat Ostrołęka, syn Jana i Rozalii”. Był rolnikiem, posiadał 21-hektarowe gospodarstwo. W chwili aresztowania pełnił funkcję wójta gminy Rzekuń w powiecie Ostrołęka. Przed wojną, w latach 1924-1925, odbył służbę wojskową w 50. Pułku Piechoty Strzelców Kresowych w Kowlu. Kilka dni przed agresją niemiecką został zmobilizowany do Batalionu Obrony Narodowej „Kurpie”.

Po zakończeniu działań wojennych wrócił do domu, do rodziny na gospodarstwo. Rodzinę miał liczną. Ożenił się z Heleną z domu Borkowską, z którą miał ośmioro dzieci: Czesława (ur. 1923 r.), Antoniego (1925 r.), Henryka (1929 r.), Edwarda (1931 r.), Janinę (1938 r.), Ireneusza (1940 r.), Witolda (1942 r.) i Mieczysławę (1948 r.).

Początkowo śledztwo prowadzone przeciwko Władysławowi i jego synowi Czesławowi nie przynosiło większych rezultatów. Przesłuchania nie dawały wyniku, który pozwoliłby postawić poważniejsze zarzuty.

Przełom w sprawie nastąpił w czerwcu 1949 r. Do UB zgłosił się z propozycją współpracy Marian Gadziński „Zając”, członek struktur Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NZW). Jego obszerne zeznania pozwoliły na ukierunkowanie śledztwa pod kątem działalności Władysława Stepnowskiego w strukturach NZW kierowanych przez Witolda Boruckiego ps. „Dąb”, „Babinicz” jako szefa wywiadu na terenie Ostrołęki i gminy Rzekuń pod ps. „Jesion”. Czesław został oskarżony o działalność w strukturach NZW jako członek Pogotowia Akcji Specjalnej pod ps. „Longinus”.

Brutalne śledztwo
To jednak nie był koniec aresztowań w rodzinie Stepnowskich. Wkrótce zatrzymano dwóch kolejnych synów Władysława: Antoniego ps. „Wrzos” (również członka NZW) oraz 18-letniego Edwarda będącego jeszcze uczniem jednej z ostrołęckich szkół. Zarzucono mu przynależność do nielegalnej organizacji, choć według relacji mieszkańców Stepny Starej, jego jedyną winą był uszkodzony pistolet znaleziony przypadkiem podczas powrotu ze szkoły.

Te same relacje dostarczają kolejnych, wstrząsających informacji. Edward był katowany na oczach ojca, na którym próbowano wymóc zeznania i przyznanie się do współpracy z podziemiem. Co musiał czuć ojciec w takiej chwili? „Czy jeśli powiem, to przestaną? Czy będzie im cały czas mało?”.

W październiku 1949 r. Władysław został w celach śledczych przewieziony przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Ostrołęce do Więzienia Karno-Śledczego w Ostrołęce. Informacja ta dotarła do rodziny mieszkającej cały czas w Stepnie Starej i wlała wiele otuchy w ich serca. Zrodziła się ogromna nadzieja, że ojciec w końcu wróci do domu.

List pisany miłością
W archiwach IPN odnaleziony został przez prawnuka Władysława niezwykły list do ojca i męża. Już sam adres na kopercie przykuwa uwagę: „Władysław Stepnowski, Więzień”, nic więcej. Gdy czytałem go pierwszy raz, nie byłem w stanie dokończyć.

Stepna – Stara
19 X 1949 r.

Najukochańszy mój Tatusiu!

Piszę do Ciebie, Kochany Tato, te parę słów, przez ten martwy papier.

Kiedy mamusia powróciła od paczek z Ostrołęki i powiedziała, że Tatuś jest w więźniu, to Miecia zaczęła wołać, że tatuś idzie do domu, i zaczęła klaskać w rączki, że Tatuś przyniesie „byby i cucu”.

I otworzyła sobie drzwi i nic się nie bała, że jest wieczór, tylko szła do Tatusia. Teraz zawsze pisze listy do Tatusia.

Kochany Tatusiu! Żyjemy jak możemy, jesteśmy z Łaski Pana Boga zdrowe.

Do szkoły staramy się chodzić, chociaż nie tak często, bo musimy pomagać mamusi. Ale staramy się uczyć dobrze, aby Kochany Tatuś cieszył się z nas.

Jasia jest w piątym, Reniuś w trzecim, a Wituś w pierwszym oddziale. Chociaż jest urwis taki jak dawniej był.

Kochany Władziu, czekamy wszyscy na list od Ciebie, żebyś mógł odpisać jak najprędzej. U nas całą naszą rozrywką jest Miecia, ona wszystkim rządzi, zawsze chodzi i śpiewa, że tatuś przyjdzie.

Więcej nie mamy co pisać. Całujemy Cię, mężu i najdroższy nasz tatusiu, niezliczone razy Twoje ręce i nogi i czekamy, kiedy się zobaczymy. Zostań z Bogiem.

Co źle napisane, to wybacz, co będzie Ci potrzeba, to napisz.

Kochająca Cię żona i dzieci



Miecia nie miała jeszcze skończonych dwóch lat „i nic się nie bała, tylko szła do Tatusia”. Dziś jest jedynym żyjącym dzieckiem i nie może pamiętać tych dni ani swego Ojca.

Na kopercie znajduje się adnotacja „Czytany 13 11 1949”, nie wiemy tylko przez kogo. Czy wyłącznie przez służbę więzienną? Czy może jednak dotarł do Władysława? Według wielu byłych więźniów politycznych tamtych lat, tortury fizyczne można było znieść, przyzwyczaić się, ale najgorsze były tortury psychiczne. Nawet najtwardsi potrafili się załamać.

Wyrok
Wkrótce została przeprowadzona rozprawa przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na sesji wyjazdowej w Ostrołęce. Wyrok w sprawie Władysława ogłoszono 21 listopada 1949 r. Mimo braku w akcie oskarżenia dowodów na bezpośredni udział w jakichkolwiek akcjach bojowych prowadzonych przez NZW uznano jego nieprzejednaną postawę w trakcie śledztwa jako wrogą nowemu ustrojowi.

Został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonany został 13 stycznia 1950 r. w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. W dokumentach znalazła się adnotacja: „Wyrok wykonano – należy pochować”.

Żona dopiero kilka lat później dostała suchą informację: „Skazany na karę śmierci – kara wykonana”. Miejsce pochówku do dziś jest nieznane.

Edward wkrótce został zwolniony z aresztu. Nigdy nie skończył szkoły. Antoni otrzymał karę wieloletniego więzienia. Wyszedł na wolność. Czesław otrzymał karę śmierci zamienioną wkrótce na dożywocie. Wyszedł na wolność w czasie tzw. odwilży. Miecia nigdy nie dostała od Taty „byby i cucu”.

Jacek Karczewski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/177633, ... -ojca.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 11 paź 2017, 09:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Rzecz o „Lalusiu”

Józef Franczak, ostatni partyzant Rzeczypospolitej.

Był początek października 1963 r. Józef wstał rano i poczuł brak medalika na szyi. Odnalazł go na podłodze, miał urwany łańcuszek. To był medalik szkaplerzny – podobnie jak szkaplerz sukienny, będący symbolem opieki, ochrony przed niebezpieczeństwem. Józef tego dnia miał zmienić kwaterę. Nie mogąc sprawnie naprawić łańcuszka, a będąc pełen obaw, że jeśli będzie trzymał go w kieszeni, może w końcu go zgubić, zwrócił się do gospodyni z prośbą o przechowanie medalika i naprawienie łańcuszka.

Stwierdził, że odbierze go następnym razem, gdy znów pojawi się na tej kwaterze, we wsi Karczew koło Rybczewic. Nie chciał się rozstawać z medalikiem. Mając go zawieszonego na szyi, czuł się bezpieczniej. Gospodyni obiecała Józefowi, że jak będzie następnym razem, medalik będzie czekał na niego. Niestety, Józef Franczak „Laluś” nie zdążył pojawić się ponownie na tej kwaterze i odebrać swojej tarczy. Dwa tygodnie później, 21 października 1963 r., „Laluś”, otoczony w miejscowości Majdan Kozic Górnych, mimo podjętej próby obrony i przebicia się do pobliskiego lasu, zginął z bronią w ręku.

Medalik przez następne kilkadziesiąt lat przechowywany był przez rodzinę, która traktowała go niemal jak relikwię. Dopiero w 2005 r. ludzie ci postanowili skontaktować się z jedynym synem Józefa, Markiem. Opowiedzieli mu całą historię i przekazali tę pamiątkę. Dla syna było to niezwykłe spotkanie. Już choćby sama możliwość rozmowy z ludźmi, którzy mieli bezpośredni kontakt z ojcem i mogli mu dorzucić cegiełkę do kreowanego w wyobraźni obrazu. Ale oni bezpośrednio mu pomagali, a jeszcze przywieźli mu coś, co było chyba jedynym namacalnym przedmiotem związanym z jego ojcem.

Marek nie posiadał żadnej tak osobistej pamiątki po swym tacie. Właściwie to nie tylko pamiątki, ale i wspomnień. Miał przecież pięć lat, kiedy zginął jego ojciec. Pamięta jak przez mgłę jedno spotkanie z nim. Właściwie to nawet nie było spotkanie. Widział mężczyznę w zbożu, który mu się przyglądał, który po chwili wstał i ruszył w przeciwnym kierunku. Nawet nie zapamiętał jego twarzy.

Dopiero po latach matka powiedziała mu, że tamten człowiek to był jego ojciec. Że bardzo go kochał i że choć bardzo rzadko miał taką możliwość, bo nie chciał ich narażać, starał się choć z daleka go ujrzeć. Choć sam Marek tego nie pamięta, to z pozostawionych przez matkę opowieści wie, że gdy był malutki, nadarzyła się okazja, by jeden jedyny raz ojciec mógł dotknąć jego dłoni. Dlatego też otrzymana pamiątka była tym cenniejsza. Jakby z medalikiem wróciła cząstka ojca.

Przez następne lata wraz z postępem badań nad rolą i siłą podziemia antykomunistycznego w Polsce rosła też legenda ostatniego partyzanta poległego z bronią w ręku. Marek zaczął zdawać sobie sprawę, jak ważną i symboliczną postacią w walce z komunistyczną ideą stał się jego ojciec, który był przede wszystkim żołnierzem konspiracji od września 1939 r., który złożył przysięgę, że będzie walczył do samego końca i z tej przysięgi nie czuł się nigdy zwolniony. Myślę, że jego trwanie, jego postawa to był akt odwagi, jak też krzyk sprzeciwu wobec komunistycznej rzeczywistości. Nie godził się na przyjęcie biernej postawy. Jego akt świadczy też o tym, że do samego końca nie stracił nadziei i marzeń o wolnej Polsce. Chciał umrzeć jako wolny człowiek i za wolność oddał życie.

Dlatego też pamiętajmy o nim i wielu jemu podobnym, którzy wierzyli, że choć wolność krzyżami się mierzy, to warto dla tej wolności, dla tych marzeń oddać swe życie. Podejmując walkę, wiedzieli, że ta wolność nie dla nich jest przeznaczona, ale dla przyszłych pokoleń, że walczą o przyszłość swych dzieci i wnuków. Ta postawa ma swoich naśladowców. Józef Franczak jest może jednym z wielu, ale jakże pięknym przykładem całkowitego poświęcenia się sprawie, w którą wierzył do samego końca.

Cóż jednak mógłby zrobić sam, gdyby nie pomoc lokalnej społeczności i rodziny? Fakt, że „Lalusiowi” tak długo udawało się pozostawać w ukryciu, to również dowód niesłychanej siły społeczeństwa, które pomagało mu trwać w tych ciężkich chwilach.

Śmierć Józefa Franczaka przyniosła symboliczny koniec pewnej formy działania. Walki zbrojne wygasły jednak już wcześniej, a antykomunistyczne podziemie zmieniło płaszczyznę swych dalszych działań. Nadszedł moment, kiedy to kolejne pokolenie ludzi młodych tworzyło opozycję wobec komunistycznej rzeczywistości.

Pamiętajmy, że walka tych Żołnierzy Niezłomnych, którzy przeżyli więzienia i represje, trwała dalej. Cały czas byli obserwowani i rozpracowywani przez bezpiekę. Wokół ich postaci, ich walki i stworzonej legendy gromadzili się ci, którzy mieli później podnieść hasło wolności. Byli świadectwem niezłomności i nadziei, byli fundamentem wiary w odzyskanie wolności. To oni pielęgnowali i przekazywali wartości takie jak patriotyzm i honor. To oni przekazywali wiedzę o pięknej historii naszej Ojczyzny. Byli cały czas zagrożeniem dla komunistycznych władz. Świadczy o tym choćby fakt, że wielu z nich, gdy wprowadzano stan wojenny wymierzony w rozbicie „Solidarności”, znajdowało się na listach internowanych. Ich walka nie umarła, a wręcz przeciwnie – gdyby nie oni, to myślę, że nie byłoby dziś tej wolności, którą mamy.

Dlatego też z wielką radością przyjęliśmy fakt, że Marek postanowił przekazać tę jedyną pamiątkę po ojcu do powstającego w Ostrołęce Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Jego gest pokazuje, jak ważne jest przekazywanie kolejnym pokoleniom historii rodziców, dziadków. Ale równie ważne jest przekazywanie materialnych świadectw, by ta historia nie umarła gdzieś w kącie lub na strychu opuszczonego domu, ale żeby żyła przez następne lata. Niewielki przedmiot, jakim jest medalik „Lalusia”, to świadectwo wartości, jakimi do końca kierował się Józef Franczak, oraz cząstka dziedzictwa, w moim przekonaniu, o znaczeniu narodowym.

Chciałbym na koniec poruszyć jeszcze jedną sprawę – kwestię wersji pseudonimu używanego przez Józefa Franczaka. Powszechnie funkcjonują dwie formy, używane na przemian: „Laluś” oraz „Lalek”. Nie chciałbym zagłębiać się w etymologię czy znaczenie tych wyrazów, ale niewątpliwie, choć pozornie wydawać by się mogło, że są bliskoznaczne, to jednak sporo je różni. Czy sam Franczak używał ich obu? Według żyjącego jeszcze jego podkomendnego, por. Wacława Szaconia „Czarnego”, w użyciu był tylko jeden pseudonim – „Laluś”.

Pseudonim „Lalek” to wymysł dziennikarzy – twierdzi pan Szacoń. Jego zdaniem, mogło im się wydawać, że pseudonim „Laluś” kojarzy się raczej z drobną, szczupłą postacią i nie pasuje do mężczyzny o masywnej posturze, jakim był Józef Franczak.

Franczak pracował jako żandarm, trudnił się zbieraniem informacji i szkolił w tym zakresie młodszego o 8 lat Wacława. Pan Szacoń, wspominając ich wspólną działalność, zwraca uwagę na fakt, że obaj nie nosili mundurów i to odróżniało ich od innych żołnierzy: „Myśmy byli ubrani po cywilnemu i porządnie. […] Ludzie od Kopaczewskiego ’Lwa’ nas nazywali ’lalusie’, bo oni byli mundurowi, czy lato, czy zima byli w tych mundurach, a myśmy chodzili zupełnie inaczej”.

Według relacji Wacława Szaconia, Franczak chodził z krótką bronią i po cywilnemu, zawsze elegancko ubrany. „Lalusie przyszli” – takim hasłem Józefa Franczaka i Wacława Szaconia zameldowano u Antoniego Kopaczewskiego ps. „Lew”. Do samego Franczaka natomiast pseudonim „Laluś” przylgnął przy okazji spotkania ze Zdzisławem Brońskim ps. „Uskok”, które odbyło się za pośrednictwem Wacława Szaconia: „Jak ja go kontaktowałem z ’Uskokiem’, bo ja z ’Uskokiem’ znałem się wcześniej, to go przedstawiłem jako ’Laluś’ i już ’Laluś’ został”.

Urząd Bezpieczeństwa początkowo poszukiwał Józefa Franczaka, podając wyłącznie imię i nazwisko. W aktach UB pseudonim „Laluś” występuje od momentu aresztowania Serafina Kamilewicza ps. „Wydra” (20 marca 1948) oraz Eugeniusza Lisa „Bystrego”, którzy mówiąc o Franczaku, podczas przesłuchań wskazali właśnie ten pseudonim.

Wacław Szacoń stara się walczyć z błędną, choć szeroko rozpowszechnioną wersją pseudonimu Józefa Franczaka. Pseudonim, którego używał, nie był wymyślony przez niego, ale przez jego kolegów. Świadczy też o tym, że „Laluś” dawał przykład, że w każdych warunkach należy o siebie dbać, nawet jeśli uznane to zostanie za zbyt przesadne.

Jacek Karczewski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/190179, ... lusiu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 9 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /