Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 05 lip 2013, 05:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Wspaniała Żydówka Wielkiej Polski

Jestem Żydówką Wielkiej Polski – tak siebie określiła 20 XI 2002 r., kilka miesięcy przed śmiercią, prof. Dora Kacnelson w czasie ostatniej swojej prelekcji w Klubie Inteligencji Katolickiej w Lublinie.

Obrazek

Wygłaszała odczyt „Księża polscy na syberyjskiej katordze”. Mówiła: „Urodziłam się w Wielkiej Polsce, wielkiej kultury, wielu religii, w niej pragnę zakończyć życie”.

Wyjaśniała, że terytorialnie Wielka Polska była przed rozbiorami. Pozostała nią duchowo i intelektualnie w czasie rozbiorów, wzbogacała cywilizacyjnie narody Rosji i podbite przez nią plemiona Azji, także przez swych zesłańców na syberyjskiej katordze. Zakończyła prelekcję słowami: „Przed Wielką Polską chylę czoło! Kocham ją, pozostanę jej wierną do końca życia, ja, polska Żydówka”.

W pewne zakłopotanie natomiast wprawiła słuchaczy lubelskiego KIK wcześniej, 4 IV 2002 r., w czasie odczytu „Kresy polskie współcześnie: Lwów, Krzemieniec, Wilno. Martyrologia narodu polskiego trwa”. Zwróciła się wówczas do obecnych księży z pytaniem: „Dlaczego ja, córka niedoszłego rabina, na polskich Kresach muszę ustawicznie domagać się od polskich duchownych, by w kościołach nie zamierały polskie modlitwy i śpiewy?”.

U Michnika

Dora Kacnelson zaskakiwała słuchaczy nie tylko w Lublinie. Z doniesień prasowych wiemy, że na początku lat 90., jak relacjonowała jej przyjaciółka, poszły obie na odczyt Adama Michnika. W dyskusji postulowała większą troskę o Polaków pozostałych po wojnie na obszarze polskim zagarniętym przez Związek Sowiecki. Po swej wypowiedzi usłyszała, że jest antysemitką. Oznajmiła wówczas: „Jestem Dora Kacnelson z Drohobycza. Mój ojciec był w Bundzie, a mój stryj był twórcą państwa Izrael. Co za idiota, nie widzi moich semickich rysów?”.

Dora Kacnelson pragnęła osiąść w Lublinie ze względu na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Marzyła o współpracy z uczelnią. Władze miasta prosiła o mieszkanie mogące pomieścić jej pokaźne archiwa. Po śmierci pragnęła przekazać je miastu. Uzyskała przydział na mieszkanie o powierzchni 40 m2. Archiwum nie zdołała sprowadzić do Lublina ani z Drohobycza, ani z Bochni, gdzie miasto ofiarowało jej równie małe pomieszczenie, ani z Berlina, gdzie pod koniec życia przebywała.

Dom – oaza wolności

Dora Kacnelson urodziła się 19 IV 1921 r. w Białymstoku. Jej ojciec, Beri Kacnelson, porzucił w 1905 r. odbywane w Mińsku studia rabinackie, aby bronić swoich rodaków przed rosyjskimi pogromami. On i koledzy mieli otrzymać rewolwery do samoobrony bezpośrednio od Józefa Piłsudskiego. Matka, Basewa Kacnelson z domu Dojno, rozczytywała się w twórczości Stefana Żeromskiego i wzorem jego Siłaczki uczyła po wsiach biedne dzieci żydowskie i białoruskie.

Przedwojenny Białystok pozostał w pamięci Dory Kacnelson jako oaza wolności – także dla Żydów. W mieście rozwijało się swobodnie życie religijne zarówno Żydów, jak i Polaków. Obok chrześcijańskich kościołów istniały cztery synagogi. Funkcjonowały hebrajskie szkoły i gimnazja z językiem jidysz. Działały różne żydowskie organizacje – zarówno socjalistyczne, jak i syjonistyczne.

Dzieci z rodzin inteligenckich kształcono często w polskich gimnazjach, do jednego z nich uczęszczała Dora Kacnelson. Polskie i żydowskie uczennice były jej najbliższymi przyjaciółkami. Przejawów antysemityzmu w gimnazjum, jej zdaniem, po prostu nie było.

W gimnazjum zainteresowała się twórczością Adama Mickiewicza i Starym Testamentem, którego lekturze oddawała się codziennie wraz z ojcem. Wtedy, w Białymstoku, ślubowała, że odnajdzie grób Mojżesza i napisze książkę o Adamie Mickiewiczu oraz o polskiej poezji powstańczej. Grobu Mojżesza nie odnalazła, ale książek o Mickiewiczu, o polskich powstańcach z XIX wieku i ich poezji, opublikowała kilka.

Studia w Leningradzie

Szokiem dla rodziców i ich dorastającej już córki stała się okupacja we wrześniu 1939 r. Białegostoku przez – według jej słów – „hordy bolszewickie”. Codziennie z pobliskich domów aresztowano ludzi, wywożono całe polskie rodziny.

Ograniczeniu uległo życie religijne ludności żydowskiej. Dora Kacnelson wraz z rodzicami opuściła Białystok pod koniec 1939 r. i przeniosła się do krewnych w Leningradzie. Podjąwszy studia filologiczne na tamtejszym uniwersytecie, była świadkiem presji ideologicznej wywieranej na uczelni zarówno na studentach, jak i wykładowcach. Dostrzegała opór, niestety tylko małej części rosyjskich i żydowskich profesorów, wobec stalinizmu.

Już w Leningradzie doszły ją „pogłoski o wymordowaniu polskich oficerów w Katyniu”. Nie dawała więc wiary późniejszym tłumaczeniom wielu obywateli sowieckich, że o zbrodni katyńskiej nic nie wiedzieli.

W latach 1946-1949 Dora Kacnelson odbyła w Leningradzie aspiranturę naukową. Jej uwieńczeniem stała się obroniona w 1952 r. dysertacja kandydata nauk (doktorska) „Mickiewicz a poezja ludowa”. Była ona owocem także rozległej kwerendy źródłowej, którą prowadziła, przebywając w latach 1946-1949 w Wilnie. Zbierała wówczas materiały dotyczące zarówno Mickiewicza, jak i losów polskich powstańców z 1863 r. na Litwie, m.in. księży: Antoniego Mackiewicza, Stanisława Iszory oraz – dziś bohatera Białorusi – Konstantego Kalinowskiego.

Antysemityzm, z którym Dora Kacnelson zetknęła się – jak stale i publicznie oświadczała – dopiero w Związku Sowieckim, a nie w przedwojennej Polsce, spowodował, że przez wiele lat, mimo żmudnych poszukiwań, nie mogła uzyskać pracy. Otrzymała ją w końcu w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Połocku. Represjonowana, niebawem musiała odejść z tej uczelni. Przeniosła się w 1961 r. aż na wschód Syberii, do Ułan Ude, stolicy Buriacji, a w 1962 r. – do Czyty na wschód od Bajkału.

Badała tam dzieje polskich zesłańców, którzy byli przez cały XIX wiek zsyłani przez Rosjan na Syberię. Z uniwersytetu w Czycie usunął ją rektor Mikołaj Babin – wykładowca marksizmu-leninizmu.

W Drohobyczu

W 1966 r. przeniosła się do Drohobycza, z którym już się na stałe, jako docent, związała. Ze względu na jej erudycję zwracano się do niej „pani profesor”. Ona korygowała, oświadczając: „Jestem doktorem filozofii. Wykładałam literaturę i historię Polski w uczelniach sowieckich jako docent. Za umiłowanie Polski ze wszystkich mnie wyrzucono”.

W 1983 r. „za polskość” – jak jej powiedziano – Dora Kacnelson została jednak wyrzucona i z uniwersytetu w Drohobyczu.

Polsce, Polakom, mieszkańcom tego miasta i tej ziemi poświęciła się bez reszty.

Na uniwersytecie wykładała literaturę i historię polską. Organizowała koła nauki języka polskiego i wieczory poezji polskiej. Jednocześnie, dojeżdżając do Lwowa, prowadziła tam prace badawcze w archiwach i dawnym Ossolineum. Współpracowała wówczas ze znakomitymi Polakami pozostałymi we Lwowie: Mieczysławem Gębarowiczem, Ludwikiem Grajewskim, Kazimierzem Giebułtowskim, Wacławem Olszewiczem i bibliotekarzem, „mądrym polskim Żydem” – Bogdanem Gordonem.

Kiedy poszukiwania w Ossolineum uniemożliwiła jej „stalinówka” – jak ją określała – Taisa Kozaczuk, całą swoją niespożytą energię skupiła na działalności oświatowej i charytatywnej w Drohobyczu. To ona ożywiła działalność Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Drohobyckiej. Słowo polskie i wiedzę o dawnej i współczesnej Polsce niosła do odwiedzanych wsi.

Przekazywała też pomoc materialną biednej ludności polskiej, o którą zabiegała w kraju. Wielkie nadzieje wiązała ze zrywem „Solidarności” w Polsce. Bolała, że rządy solidarnościowe mogły otoczyć większą opieką Polaków na obszarze byłego Związku Sowieckiego, a tego w pełni nie uczyniły.

Emerytury dla weteranów

Dora Kacnelson publikowała w Polsce liczne artykuły, drukowała książki: „Z dziejów polskiej pieśni powstańczej XIX wieku. Folklor Powstania Styczniowego”, Wrocław, Ossolineum, 1974 r.; „Poezja Mickiewicza wśród powstańców. Wiek XIX. Z archiwów Wilna, Lwowa, Czyty”, Kraków, Universitas, 1999 r.; „Rok 1863 na Polesiu Kijowskim. Pamiętnik Józefa Sobkowicza” (opracowanie Dora Kacnelson, Krzysztof Gębura), Siedlce, Akademia Podlaska, 2000 r.; „Skazani za lekturę Mickiewicza. Z archiwów Lwowa i Wilna”, Lublin, Norbertinum, 2001 r.

W Paryżu w „Kulturze” ogłosiła cenną rozprawę „Polscy naukowcy Wilna i Lwowa pod okupacją sowiecką”. Dla weteranów polskich wojny 1939 r. i podziemia niepodległościowego w Związku Sowieckim z AK, BCh, również NSZ, co dobitnie podkreślała, dobijała się u władz polskich o emerytury.

Narzekała na opieszałość polskiego MSZ i podległych mu placówek konsularnych na terytorium b. ZSRS w niesieniu pomocy rodakom. Stwierdzała, że tę pomoc uzyskiwała łatwiej od różnych polskich organizacji społecznych i kościelnych niż państwowych.

Demaskowała kłamstwa

Dora Kacnelson nie zapomniała o swoich związkach z narodem żydowskim. W Drohobyczu najsilniej zabiegała o zachowanie dorobku malarskiego Brunona Schulza. Najmocniej protestowała, gdy z polecenia Yad Vashem w Izraelu skradziono z Drohobycza freski Schulza.

Za martyrologię Żydów, za holokaust w latach II wojny światowej wyłączną odpowiedzialnością obarczała narodowosocjalistyczne Niemcy. Mówiła o holokauście dwu narodów dokonanym przez Niemców: żydowskiego i polskiego. Obarczała odpowiedzialnością Żydów amerykańskich, że nie reagowali, gdy w czasie II wojny światowej trwał holokaust.

Krytykowała Amerykański Kongres Żydów za brak chęci niesienia pomocy cierpiącym biedę rodakom w dawnym Związku Sowieckim. Przyznawała rację Normanowi Finkelsteinowi, że Żydzi amerykańscy z martyrologii swych europejskich rodaków czynią dochodowe przedsiębiorstwo holokaust.

Nikt ze środowisk żydowskich tak mocno i zdecydowanie nie demaskował kłamstw i fałszerstw Jana Tomasza Grossa dotyczących Jedwabnego, jak Dora Kacnelson. To nie konfabulator – stwierdzała – to wynajęty przez amerykańskich Żydów oszust. Bolała ją i przerażała eskalacja nieuzasadnionych, jej zdaniem, roszczeń finansowych Żydów względem państwa polskiego.

Nie mogła zrozumieć, dlaczego niektóre sądy polskie wydają sfałszowane dokumenty na własność pożydowską, jak pisała: „kombinatorom nie mającym ani z prawem własności drogą dziedziczenia, ani w ogóle z narodowością żydowską nic wspólnego”.

– Polacy obronili swoją własność w przeszłości przed Rosjanami, przed Niemcami, muszą ją obronić obecnie przed tymi Żydami, którzy stali się niegodni mojego narodu – tak zdecydowane, mocne słowa padały z jej ust.

Krytyczna była również względem ruchu feministek oraz w sprawie homoseksualizmu, który jako Żydówka nazywała słowami z Księgi Kapłańskiej Starego Testamentu: „To jest obrzydliwość!”.

Przyjaciele z Polski

Pozostawała w kontakcie i serdecznej przyjaźni z wieloma Polakami, a także instytucjami w Polsce. Była w stałych kontaktach ze Światowym Związkiem Żołnierzy Armii Krajowej i innymi polskimi organizacjami kombatanckimi. Ceniła współpracę z Instytutem Badań nad Polonią i Duszpasterstwem Polonijnym KUL. Współpracowała z wybitnymi polskimi historykami, m.in. z prof. Stefanem Kieniewiczem, prof. Franciszką Ramotowską, prof. Wiktorią Śliwowską, dr Teresą Stanek z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Współpracowała również i pozostawała w przyjaźni z księżmi profesorami z KUL, m.in. z ks. Romanem Dzwonkowskim, ks. Marianem Radwanem, ks. Edwardem Walewanderem, ks. Zygmuntem Zielińskim. Wspominała o bliskich relacjach łączących ją z dr Heleną Gulanowską z Lublina, prof. Eugeniuszem Niebelskim i prof. Mirosławem Piotrowskim z KUL, dyrektorem Biblioteki KUL Andrzejem Paluchowskim, dyrektorem lubelskiego wydawnictwa Norbertinum Norbertem Wojciechowskim, Jerzym Narbuttem, Bohdanem Porębą z Warszawy, prof. Peterem Rainą z Berlina.

W obronie Polaków

Dora Kacnelson w publikacjach, a w szczególności w licznych swoich wystąpieniach w kraju i za granicą, z siłą swej mocnej argumentacji broniła dobrego imienia Polaków.

Kochając naród żydowski miłością wielką, potrafiła jednocześnie dostrzegać i ganić u jego przedstawicieli wszelkie przejawy antypolonizmu, nawet najdrobniejsze. Irytowała ją opieszałość w czynieniu tego samego przez polski Instytut Pamięci Narodowej. Pisała, być może w nadmiarze żalu, że dostrzega „antypolską pozycję kierownictwa Instytutu Pamięci Narodowej”.

Znamiennym mottem opatrzyła Dora Kacnelson swoją książkę „Skazani za lekturę Mickiewicza. Z archiwum Lwowa i Wilna”, wydaną w 2001 r. przez Norbertinum w Lublinie: „Bohaterom Armii Krajowej, walczącym o wolność Polski z okupantem hitlerowskim i sowieckim, broniącym ludność polską i żydowską na ziemi wołyńskiej, lwowskiej i wileńskiej przed zbrodniarzami ukraińskimi i litewskimi, składa hołd – autorka”.

Do Lublina Dora Kacnelson przybywała często, zatrzymując się u przyjaciół. Była w ciągłym ruchu, mimo już dość sędziwego wieku. Pod koniec życia coraz rzadziej przebywała w Drohobyczu, coraz częściej w Lublinie, Krakowie, Warszawie, a ostatnio w Berlinie. Tam przed nią zmarł jej mąż, Aleksiej Jegorow, z którym wzięła ślub w 1955 r., po wypuszczeniu go z łagru sowieckiego na Kołymie.

Pamiętnik polskiej Żydówki

Z Berlina Dora Kacnelson pisała do mnie dwa tygodnie przed śmiercią, 15 czerwca 2003 r., prosząc o recenzję wydawniczą jej książki „Ukochałam obydwa narody. Pamiętnik polskiej Żydówki” (17 arkuszy wydawniczych).

Druk książki powierzyła wydawnictwu Arcanum w Bydgoszczy. Prosiła mnie o napisanie wstępu do książki, zapowiadała przybycie do Lublina, by kontynuować u władz miasta starania o mieszkanie. Zmarła w Berlinie 1 lipca 2003 roku. Losy maszynopisu wspomnień Dory Kacnelson, które miały być wydane przez Arcanum pod wspomnianym wyżej tytułem, z moim wstępem, są nieznane. Z informacji medialnych wynika, że po jej śmierci zaginęły i wątpliwe jest ich odnalezienie.

Dora Kacnelson, prosząc mnie o recenzję wydawniczą, przesłała mi konspekt książki podający treść wstępu i pięciu rozdziałów. Konspekt stanowi dziś unikalne źródło ujawniające treść nieopublikowanej dotąd wspomnieniowej książki.

Prof. zw. dr hab. Ryszard Bender

http://www.naszdziennik.pl/mysl/42960,w ... olski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 24 lip 2013, 07:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Obchody 68. rocznicy obławy augustowskiej

Przed 10-metrowym krzyżem w Gibach na Suwalszczyźnie odbyły się w niedzielę uroczystości 68. rocznicy obławy augustowskiej. W lipcu 1945 roku życie straciło ok. 600 polskich partyzantów. Rodziny ofiar wciąż czekają na ujawnienie przez Rosję prawdy o zbrodni.

Jak powiedziała w Gibach szefowa podlaskiego oddziału IPN Barbara Bojaryn-Kazberuk, mamy obowiązek uporczywego upominania się o prawdę. Dodała, że pamięć o obławie nie ginie, przeciwnie, dzięki wysiłkom niewielu, wie o niej coraz więcej ludzi.

Bracia i siostry, nasi rodacy spoczywający w nieznanym miejscu, idziemy po was. Może długa droga jeszcze przed nami, może wiele trudu i wysiłku musimy jeszcze w to włożyć, ale konsekwentnie i uporczywie idziemy po was

- powiedziała Bojaryn-Kazberuk.

Uroczystości zorganizowano przed 10-metrowym krzyżem w miejscu symbolizującym pochówek ofiar. W polowej mszy św. w intencji pomordowanych oraz uroczystościach rocznicowych uczestniczyły rodziny ofiar, lokalne władze oraz setki mieszkańców regionu. W tym roku przybyło więcej osób niż w latach poprzednich.

Cieszymy się, że ludzie pamiętają, że interesuje ich los naszych bohaterów. Jestem przekonany, że sprawa wyjdzie na jaw, ale nie liczymy, że stanie się to szybko

- powiedział PAP Mirosław Basiewicz z Obywatelskiego Komitetu Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 roku, który na przełomie lat 80. i 90. oficjalnie ujawnił zbrodnię.

W maju 2011 roku Nikita Pietrow (wiceprzewodniczący stowarzyszenia "Memoriał" zajmującego się badaniem prawdy o zbrodniach stalinowskich) w książce pt. "Według scenariusza Stalina" ujawnił telegram z 21 lipca 1945 r., który generał Wiktor Abakumow, dowódca radzieckiego kontrwywiadu wojskowego, wysłał do marszałka Ławrentija Berii, szefa NKWD. Abakumow informował w nim, że w wyniku zakończonej właśnie obławy w okolicach Augustowa w rękach jego ludzi pozostało 592 "bandytów". W liście napisał o "likwidacji bandytów".

Publikacja ta - według historyków, polityków i mieszkańców Suwalszczyzny - potwierdza zbrodnię dokonaną przez Rosjan na Polakach w lipcu 1945 roku.

Ksiądz Stanisław Wysocki, prezes Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej podziękował w Gibach, że Nikita Pietrow ujawnił swoją wiedzę o obławie i zaangażował się odkrywanie prawdy o tej zbrodni.

Obława augustowska jest największą niewyjaśnioną zbrodnią na Polakach po II wojnie światowej. Pacyfikacja Suwalszczyzny przez Rosjan, nazwana później obławą augustowską, rozpoczęła się 12 lipca 1945 r. W jej wyniku zatrzymano 2 tys. osób; 600 podejrzewanych o powiązania z AK-owskim podziemiem wywieziono. Ich los do dziś nie jest znany. Przyjmuje się, że zostali wywiezieni w okolice Grodna i zamordowani. Kolejnych 512 osób zostało wywiezionych na tereny Litwy. Również nie wiadomo, co się z nimi stało.

Śledztwo w sprawie obławy augustowskiej prowadziła w latach 90. prokuratura w Suwałkach, ale ze względu na trudności z uzyskaniem informacji od Rosji umorzyła postępowanie.

Wcześniej, w 1987 r., prawdę o obławie augustowskiej próbowali ujawnić członkowie Obywatelskiego Komitetu Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 r. Kilka osób z Suwałk i Warszawy zebrało wówczas materiał i w 1990 r. wydało książkę "Nie tylko Katyń".

Kilka lat później wybudowano w Gibach 10-metrowy krzyż na miejscu symbolizującym pochówek zaginionych, z napisem: "Zginęli, bo byli Polakami". Na kamiennych tablicach wyryto nazwiska prawie 600 partyzantów.

http://wpolityce.pl/depesze/58511-obcho ... ustowskiej


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 01 sie 2013, 06:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Pamięci Janusza Zawodnego

We wstępie do książki Janusza Zawodnego „Motyl na śniegu” zmarły w tym roku pisarz, historyk i publicysta Cezary Chlebowski zaręczał, że czytelnik będzie do niej wracał po wielokroć. I wróciłem, jak co roku, na krótko przed rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego.

Janusz Zawodny (rocznik 1921) był w Powstaniu dowódcą plutonu na Starym Mieście i zastępcą dowódcy kompanii „Koszta” w Śródmieściu. Dwukrotnie ranny, odznaczony Orderem Virtuti Militari, po oswobodzeniu z niemieckiego oflagu w Murnau podjął służbę w II Korpusie generała Władysława Andersa, a w 1945 roku zdecydował się na wieloletnią emigrację do USA i Kanady.

Janusz Zawodny zmarł rok przed śmiercią Cezarego Chlebowskiego. Spoczywa na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Janusz Zawodny był – jak wielu jego rówieśników z Armii Krajowej – przykładem pięknego pokolenia Polaków, którzy jak ich „powstaniowi” przodkowie walczyli o wolność Polski z najwyższym poświęceniem, a kiedy wolności tej zabrakło, z tym samym heroizmem zabiegali o prawdę na temat Polski i Polaków.

To Januszowi Zawodnemu, wówczas już profesorowi amerykańskiego uniwersytetu w Stanford, specjaliście od stosunków międzynarodowych, zawdzięczamy pierwsze napisane po angielsku i wydane na Zachodzie książki o Katyniu („Death in the Forest”) i o Powstaniu Warszawskim („Nothing but Honour”). Jak wspominał, przez pięć lat pracy nad książką o Katyniu tracił posady, kilka razy włamywano się do jego domu, próbowano go otruć i raz w Londynie przejechać samochodem.

W przepięknie napisanej książce wspomnieniowej Janusza Zawodnego „Motyl na śniegu” znajdujemy to wszystko, co było typowe dla całego powstańczego pokolenia: miłość Ojczyzny, odwagę i koleżeńskie poświęcenie, głęboki humanizm i osobistą skromność połączoną z dyskretną autoironią.

Tacy byli w olbrzymiej większości ci młodzi, wychowani w patriotycznym duchu odzyskanej po latach niewoli Rzeczypospolitej. Ale jak zauważył Winston Churchill: „… zawsze były dwie Polski; jedna walcząca o głoszenie prawdy, a druga płaszcząca się w podłości”.

Brytyjski premier, mimo wielu słów krytycznych pod adresem Polaków, musiał przyznać: „Nie zawiedziemy się na ich wiecznym impulsie do uderzenia w tyranię i do znoszenia z niezwyciężoną determinacją wszystkich agonii, które na siebie ściągają”.

To jednak nie fatum ciąży nad nami. To nie wina Polaków, że „trzech panów”, jak pisze o nich Zawodny, na naszym żywym ciele wykroiło sobie granice. O tym, że świat został przez nich podzielony już w 1943 roku w Teheranie, Polacy dowiedzieli się na końcu.

Mogli wiedzieć o tym wcześniej, a „nie zwalać winę na obcych”, przekonują nas dziś niektórzy historycy, najwyraźniej mentalnie spadkobiercy komunistycznych funkcjonariuszy od propagandy, którzy Armię Krajową nazwali „zaplutym karłem reakcji”. Mogli nie walczyć z Niemcami w Powstaniu – mówią – ocalałoby wtedy miasto i jego mieszkańcy. Namnożyło nam się znowu historycznych psychologów, specjalistów od polskich „instynktów samobójczych” i „polskiego obłędu”.

My jednak mamy historyczną świadomość wewnętrznych, trwających od co najmniej 300 lat zmagań w uporaniu się z tym zjawiskiem, o którym wspomniał Winston Churchill w „Historii II wojny światowej”.

Z tą drugą Polską, „płaszczącą się w podłości”, która w bohaterstwie odnajduje głupotę, w słusznym oporze wobec zniewolenia niepotrzebną ofiarę, w patriotyzmie młodzieży II RP „plemienne podejście do historii”, a w Powstaniu Warszawskim „prezent dla Stalina”.

Zawsze bowiem u podłoża polskiej podłości tkwi rezygnacja z tego, co w Polsce było i jest najlepsze, do czego stale tęsknimy, co oczywiście nie służy naszym wrogom krzyczącym dziś w Sejmie: „wyrzeknijcie się polskości”. Rozbrojenie się przed walką, rezygnacja z jakiegokolwiek oporu, wpisanie się w wolę obcych, w „spokój nad Wisłą”, aby nie drażnić tych ze Wschodu, Zachodu, a teraz także i z południowego Wschodu (w 70-lecie ludobójstwa na Wołyniu).

„Drugą Polskę” zadowoli tylko pełna i bezwarunkowa kapitulacja Polski heroicznej i wiernej swoim korzeniom. Dlatego dziś, 1 sierpnia, wspominam porucznika Janusza Zawodnego, jednego z tych, co męstwem i odwagą zasłużyli się Rzeczypospolitej.

Wojciech Reszczyński

http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieto ... dnego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 10 wrz 2013, 06:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Przechodniu, powiedz Polsce

Władysław Raginis pochodził z rodziny łotewskich Polaków. Po odrodzeniu Rzeczypospolitej rodzina wróciła do kraju, do Wilna. Władysław ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Komorowie i studia w Oficerskiej Szkole Piechoty. Był dowódcą plutonu w 76. Pułku Piechoty w Grodnie. Jako wyróżniający się oficer został dowódcą 3. kompanii ckm w batalionie KOP „Sarny”.

W 1939 r. dowodził obroną odcinka granicznego Wizna, w powiecie łomżyńskim. Od 7 do 10 września rozegrała się tu krwawa bitwa. Żołnierze kpt. Raginisa zatrzymali XIX Korpus Pancerny gen. Heinza Guderiana, umożliwiając polskim oddziałom przegrupowanie w kierunku Warszawy.

Przeciw 42 tysiącom Niemców – z 350 czołgami, 457 moździerzami, działami i samolotami – stanęło 720 oficerów i żołnierzy kpt. Raginisa. Kilkudziesięciu dostało się do niewoli, kilkudziesięciu zdołało się wycofać, pozostali polegli. Kapitan Raginis złożył przysięgę, że żywy się nie odda. Po wydaniu rozkazu kapitulacji, dla ratowania ostatnich żołnierzy, pozostał jak Wołodyjowski w twierdzy kamienieckiej. Rozerwał się granatem. Podobną przysięgę złożył por. Stanisław Brykalski (zginął w walce). Byli jak Wołodyjowski i Ketling…

We wsi Wizna jest tablica z napisem nawiązującym do wąwozu termopilskiego: „Przechodniu, powiedz Ojczyźnie, żeśmy walczyli do końca, spełniając swój obowiązek”. 28 sierpnia 2009 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie kpt. Władysława Raginisa Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Śmiertelne szczątki bohaterów odnaleźli wolontariusze ze Stowarzyszenia „Wizna 1939”. Badania DNA potwierdziły odkrycie. 10 września 2011 r. odbył się pogrzeb kpt. Raginisa i por. Brykalskiego. Spoczęli w bunkrze dowodzenia na Strękowej Górze. Minister obrony narodowej mianował pośmiertnie kpt. Raginisa na wyższy stopień. Czołem, Panie Majorze!

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/53421,p ... olsce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 14 wrz 2013, 07:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Osądź mnie, Boże

Piotr Szubarczyk

Odchodził w opinii świętości. Miejscem pamięci o nim jest przede wszystkim Hala Łabowska – między Nowym Sączem a Krynicą. Był kapelanem niewielkiej grupy partyzantki antykomunistycznej na ziemi sądeckiej – Polskiej Podziemnej Akcji Niepodległościowej.

Ksiądz Władysław Gurgacz (2 IV 1914 – 14 IX 1949) został skazany na śmierć przez komunistyczny „sąd” i zamordowany przed 64 laty w siedzibie NKWD-UB przy ulicy Montelupich w Krakowie. 20 lutego 1992 r. Sąd Okręgowy w Krakowie unieważnił wyrok, uznając, że został on wydany z powodu działalności kapłana „na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego”.

Obrazek

Zachowane wypowiedzi księdza Władysława każą w nim widzieć w pełni świadomego męczennika narodowej Sprawy i Kościoła – przekonanego, że służy i Polsce, i Panu Bogu. Jeszcze w czasie wojny zapisał prorocze słowa, jakby już wtedy wiedział, jak dopełni się jego życie: „Wiemy, Boże, że czcicieli swoich prowadzisz drogą krzyża, lecz to nas nie przeraża, gdyż gotowi jesteśmy odtąd każde cierpienie dla Ciebie ponieść w ofierze”… Data tego zapisku jest znamienna: 15 sierpnia (1941).

Przed „sądem” wypowiedział słowa świadczące o sile jego wiary i przywiązania do Polski: „Obowiązkiem moim była opieka moralna nad grupą, więc odprawiałem Msze Święte, spowiadałem, objaśniałem Ewangelię […]. Iudicet me Deus et discernet causam meam (Osądź mnie, Boże, i rozstrzygnij sprawę moją). Na śmierć pójdę chętnie. Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”…

Grób księdza Władysława znajduje się na cmentarzu przy ul. Prandoty w Krakowie, kwatera LXXXII, rząd 3, miejsce 52. Kto może, niech tam dziś przybędzie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/53827,osa ... -boze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 19 wrz 2013, 07:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Bohater Gdyni i Polski

Piotr Szubarczyk

Do najsmutniejszych, rozdzierających serce wydarzeń jesieni 1939 r. należą honorowe strzały polskich oficerów w obliczu kapitulacji. Tak postąpił kpt. Władysław Raginis, legendarny dowódca obrony Wizny. W tamtych okolicznościach był to rodzaj świadectwa i demonstracja honoru oficera polskiego, a nie przejaw słabości. 19 września 1939 r. odszedł w ten sposób płk Stanisław Dąbek.

Obrazek

Pochodził z Niska nad Sanem. Ukończył seminarium nauczycielskie, studiował prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego we Lwowie. W czasie I wojny światowej służył w austriackiej piechocie. W Wojsku Polskim został oficerem w korpusie piechoty. Walczył z Ukraińcami o Małopolskę, potem z bolszewikami o wszystko. Po wojnie był m.in. komendantem Szkoły Podchorążych Rezerwy w Tomaszowie Mazowieckim i w Zambrowie, potem dowódcą 7. Pułku Piechoty i 52. Pułku Piechoty Strzelców Kresowych w Złoczowie.

W lipcu 1939 r. został dowódcą Morskiej Brygady Obrony Narodowej i Lądowej Obrony Wybrzeża. Po wybuchu wojny dowodził siłami lądowymi w rejonie Gdyni. Niemcy zapamiętali polskiego żołnierza w tym miejscu. Ponieśli ciężkie straty.

Po odcięciu swych wojsk w rejonie Gdyni pułkownik wydał rozkaz wycofania się na Kępę Oksywską. Na tym wzgórzu zginęło w nierównej walce z Niemcami około 2 tysięcy polskich żołnierzy. To wtedy podjął decyzję, że nie pójdzie do niewoli. Widział śmierć swoich młodych żołnierzy, za których czuł się odpowiedzialny. Jego honorowa śmierć była dramatycznym aktem współodczuwania dowódcy.

Po upewnieniu się, że ppłk Ignacy Szpunar dopełni obowiązków dowódcy, 19 września płk Stanisław Dąbek po raz ostatni wystrzelił z osobistego pistoletu…

W miejscu śmierci pułkownika, obecnie na terenie bazy lotniczej Marynarki Wojennej, stoi jego pomnik. Pomnik rycerza, który tak jak literacki pułkownik Wołodyjowski ślubował walkę do śmierci.

http://www.naszdziennik.pl/wp/54233,boh ... olski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 30 wrz 2013, 06:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Pamiętamy o „Ziutku”

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Garwoliński Teatr Muzyczny „Od Czapy” pielęgnuje twórczość Józefa Szczepańskiego, autora słynnej powstańczej piosenki „Pałacyk Michla”. Młody poeta, walcząc w Powstaniu Warszawskim, zapłacił za służbę Ojczyźnie najwyższą cenę.

Podporucznik Józef Szczepański „Ziutek” (1922-1944) pozostawił po sobie wiersze, w tym powstały w nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku „Pałacyk Michla”. Teraz z pomocą kompozytorów, którzy przygotowali muzykę także do innych utworów młodego poety, garwoliński teatr przywraca pamięć o tamtych wydarzeniach.

Tym razem młodzi artyści „Od Czapy” przyjęli zaproszenie na koncert do Rzeszowa przygotowany przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej i Instytut Pamięci Narodowej.

– Rzeszowszczyzna to fragment życia „Ziutka” i to naturalne, że chcieliśmy tu być – podkreśliła Anna Żochowska, prezes Fundacji Sztafeta i opiekun Garwolińskiego Teatru Muzycznego „Od Czapy”. – Widzieliśmy też wielką chęć i potrzebę ze strony kombatantów, by te piosenki zabrzmiały w rocznicę Państwa Podziemnego – dodała.

To nie jedyny powód, jaki przywiódł młodych artystów do Rzeszowa. Nieopodal, w Mielcu, mieszka Janusz Krężel, autor biografii Józefa Szczepańskiego, a w Żurawiczkach rodzina „Ziutka”. Trudno nie wspomnieć też o pani Janinie Wierzbickiej-Kopeć, koleżance powstańca z rzeszowskich tajnych kompletów.

– Bardzo chcieliśmy, by Janusz Krężel był na naszym koncercie, ale niestety nie udało się. To dla nas znacząca postać, bo przecież całą wiedzę o „Ziutku” czerpiemy właśnie z jego książki. Do tego możemy korzystać jeszcze z wiedzy brata poety, pana Janusza Szczepańskiego – dodała Żochowska. Nie zawiodła za to Janina Wierzbicka-Kopeć, łączniczka AK.

– To właśnie na kompletach odbywających się w domu pani Butyter poznałam młodego, sympatycznego blondyna, bardzo dowcipnego, wesołego i szalenie utalentowanego. Pamiętam, że zawsze rozweselał nam lekcje francuskiego. Stale śpiewał, żartował – mówiła.

– „Ziutek” był uzdolniony literacko. Po każdej akcji ułożył jakiś wiersz. Był wesoły i tym podtrzymywał na duchu powstańców – zaznaczyła łączniczka AK. Jak wspomniała, ostatni wiersz „Czekamy na ciebie, czerwona zarazo” napisał w Warszawie, kiedy Sowieci stali za Wisłą. Niedługo potem zginął – 10 września 1944 roku.

Niecodzienny koncert

Garwoliński Teatr Muzyczny „Od Czapy” towarzyszył kombatantom w obchodach 74. rocznicy powstania Polskiego Państwa Podziemnego. Jednak koncert to także ukłon w stronę młodej publiczności, a każdy występ to spora dawka emocji, także dla samych artystów.

– Taki przekaz, jaki oferujemy na koncertach, z pewnością jest atrakcyjny. Widzimy, jak na salach obok kombatantów siadają ludzie młodzi, harcerze, którzy chcą wiedzieć więcej. Do tego piosenki powstańcze są utworami mającymi głęboki przekaz. Tu nie wystarczy wyjść na scenę i odśpiewać swoje. Tym trzeba żyć – powiedziała nam Aleksandra Wiśniewska, artystka teatru „Od Czapy”.

Piosenka powstańcza ma też swój edukacyjny charakter. Również dla artystów. – To dla nas okazja do poznania historii. W szkole nie mamy aż takich możliwości. Ponadto, kiedy mamy do czynienia z surową formułką do wyuczenia, ta nauka staje się nużąca. Tu uczymy się chętniej, bo przez muzykę. Dzięki naszemu zapałowi możemy głębiej poznawać historię, ale też edukować innych – zaznaczył Krzysztof Rękawek, artysta garwolińskiego teatru. Jak dodał, koncert to także okazja do poznania ludzi, którzy pamiętają czasy powstania, pamiętają bohaterów utworów lub ich autorów, albo są ich bliskimi krewnymi. – Świadkowie powoli odchodzą i choć słowo pisane pozostanie, to jednak przekaz bezpośredni lepiej zapada w pamięć – podkreślali artyści.

Publicznością dotychczas towarzyszącą teatrowi zachwycona jest Anna Żochowska. – Zawsze są z nami kombatanci, ich potomkowie, a także ludzie młodzi. W miejscach, gdzie są znajomi naszych wykonawców, część ludzi przychodzi z ciekawości, by zobaczyć, jak to jest, jak kolega śpiewa. Tak krąg się poszerza i z każdym koncertem więcej osób dowiaduje się o naszym projekcie – powiedziała.

Występy urozmaiciły relacje filmowe z poprzednich koncertów, w tym także wywiady z gen. Januszem Brochwicz-Lewińskim „Gryfem”, który był świadkiem powstania utworu „Pałacyk Michla”, czy z Henryką Zarzycką-Dziakowską, sanitariuszką i łączniczką Batalionu „Parasol”, której „Ziutek” uratował życie, zmuszając lekarza (grożąc mu bronią) do przeprowadzenia operacji na poważnie rannej w ramię koleżance.

Artyści zostali nagrodzeni gromkimi brawami. Nie obeszło się też bez bisu i wspólnego śpiewania powstańczego hitu „Pałacyk Michla”. Kombatantom artyści wręczyli róże.

Płakać nie lubimy

Na koncert stawili się kombatanci AK z okręgu rzeszowskiego. Jak mówili, przyszli posłuchać występów młodych, bo historię mają „przećwiczoną na własnej skórze”. Wskazywali jeszcze przed koncertem, że liczą na radosne wspomnienia, bo o tych bolesnych przeżyciach rozpamiętywać nie chcą, a i płakać nie lubią. Z postawy młodych zadowolony był Aleksander Szymański, prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Rzeszowie.

– Podoba mi się wykonanie tych utworów. Tylko nie wiem, czy młodzież, która je słucha, rozumie, o co chodzi. Niestety, wiele osób nie wie, co to była za wojna. Dlatego też dobrze się stało, że jest ktoś, kto o tym mówi, przypomina i pokazuje, że w tej wojnie byli ludzie, którzy nie tylko walczyli, ale też tworzyli – zaznaczył. A pamiętać warto. Jak podkreśliła Ewa Leniart, dyrektor rzeszowskiego oddziału IPN, 74 lata temu nasi przywódcy podjęli decyzję o stworzeniu Służby Zwycięstwu Polski, organizacji o charakterze polityczno-wojskowym, która zapoczątkowała powstanie struktury Polskiego Państwa Podziemnego.

– To zdecydowało o trwałości istnienia Narodu Polskiego. Bo co, gdyby nie ta rozważna decyzja głównodowodzącego obroną Warszawy gen. Juliusza Rómmla, prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego i gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego? – podkreśliła. Jak zauważyła, PPP zostało określone mianem fenomenu, bo nigdy nie było struktur państwowych, które mimo okupacji funkcjonowały wyśmienicie w wymiarze zarówno cywilnym, jak i wojskowym.

Najlepsze zachować w pamięci

Garwoliński Teatr Muzyczny „Od Czapy” chce być literackim ambasadorem starej piosenki. Obok piosenki powstańczej dużą część repertuaru stanowi piosenka lwowska. Pomysłów na przechowanie w pamięci tej twórczości jest wiele. To nie tylko koncerty, płyty, ale też cenne inicjatywy. Tak zrodził się pomysł, by 5 sierpnia, dzień powstania „Pałacyku Michla”, na stałe wszedł do kalendarza jako Dzień Piosenki Powstańczej.

– Tu nie chodzi tylko o obecność tej piosenki w środkach przekazu, ale tak jak to było w tym roku, w tramwajach, w przestrzeni publicznej. To jest to, co młodych ludzi porywa. Oni szukają wesołości, bycia razem. I tak też było, do pewnego momentu, w czasie powstania. Te piosenki, które ci młodzi ludzie mogli śpiewać, gdy się spotykali, to są te ich najlepsze wspomnienia z tamtego okresu. Chcemy je przywracać – dodała Anna Żochowska.

Marcin Austyn, Rzeszów

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... iutku.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 08 paź 2013, 08:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Umieli się bić

Piotr Czartoryski-Sziler

Cieszę się bardzo, że jeszcze za mojego życia możemy uczcić pamięć moich kolegów, przyjaciół, 316 spadochroniarzy Armii Krajowej, elity polskiego wywiadu – mówił podczas uroczystości odsłonięcia pomnika cichociemnych jego pomysłodawca gen. bryg. Stefan Bałuk „Starba”.

Monument usytuowano przy ul. Matejki w pobliżu Sejmu, naprzeciwko pomnika Polskiego Państwa Podziemnego. Na bloku z czarnego granitu wyryto 316 nazwisk i pseudonimów bojowych. Napis, który na nim widnieje, głosi: „Pamięci cichociemnych, 316 spadochroniarzy żołnierzy Armii Krajowej, którzy swoje życie i losy poświęcili Tobie, Ojczyzno”. Jest też znak cichociemnych w kształcie spadającego na ofiarę orła i niewielka tabliczka z napisem „Tobie, Ojczyzno”.

– Jestem szczęśliwy, że odsłaniając pomnik, możemy się przyczynić do zachowania w naszej pamięci i dla przyszłych pokoleń dokonań legendarnych cichociemnych – mówił gen. Bałuk, który 15 stycznia 2014 r. skończy sto lat. W uroczystości wziął udział prezydent, ks. bp Józef Guzdek, ordynariusz polowy, ministrowie, przedstawiciele wojska, Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Muzeum Powstania Warszawskiego, a także licznie zgromadzeni kombatanci.

Dowódca jednostki specjalnej GROM płk Piotr Gąstał zameldował generałowi Bałukowi wykonanie zadania, jakim było wzniesienie pomnika. Zapewnił, że żołnierze GROM pamięć o cichociemnych kultywować będą każdego dnia na jak najwyższym poziomie.

Cichociemni szkolili się w Wielkiej Brytanii do zadań specjalnych: dywersji, sabotażu, wywiadu, łączności i prowadzenia działań partyzanckich. Nad okupowaną Polską zrzucano ich w latach 1941-1944. Wszyscy byli ochotnikami. Od 15 lutego 1941 r. do 26 grudnia 1944 r. zorganizowano 82 loty, w czasie których przerzucono do Polski 316 cichociemnych, a wśród nich jedyną kobietę – Elżbietę Zawacką „Zo”. W okupowanej Polsce cichociemni wchodzili w skład kierownictwa KG AK, byli żołnierzami Wachlarza, Związku Odwetu, Kedywu, zajmowali się szkoleniem, wywiadem, walczyli w oddziałach partyzanckich, uczestniczyli w sabotażu i działaniach dywersyjnych we wszystkich okręgach AK. Do cichociemnych przerzuconych do Polski należeli m.in. ostatni komendant główny AK gen. Leopold Okulicki, szef Oddziału II KG AK płk Kazimierz Iranek-Osmecki, legendarny dowódca partyzancki z Gór Świętokrzyskich Jan Piwnik „Ponury” czy dowódca AK i WiN mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, którego szczątki zidentyfikowano w tym roku po ekshumacjach na powązkowskiej Łączce.

http://www.naszdziennik.pl/wp/56118,umieli-sie-bic.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 09 paź 2013, 07:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Uczył Polaków pamiętać o Katyniu

Piotr Czartoryski-Sziler

– Był dla każdego z nas osobą niezwykłą, znakiem milowym w naszym życiu, w które wprowadził wiele dobrego. Nauczył nas dbać o to, co w życiu jest najważniejsze – wspominała śp. ks. prałata Zdzisława Jastrzębiec Peszkowskiego Halina Kurpińska, wiceprezes Fundacji Golgota Wschodu.

W katedrze św. Jana na warszawskiej Starówce odprawiona została wczoraj Msza św. za duszę śp. ks. Zdzisława Peszkowskiego, kapelana Rodzin Katyńskich i Pomordowanych na Wschodzie, w szóstą rocznicę jego śmierci. Uczestniczyli w niej członkowie Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego, bliscy współpracownicy kapłana, przyjaciele. – Myślę, że ksiądz Zdzisław, dziś tak bardzo przez nas czczony, odegrał w czasach powojennych jakąś bardzo silną rolę proroka. Czynił rzeczy, których nikt nie chciał podejmować, rzeczy trudne, narażające go na odrzucenie. Czynił to z poczucia obowiązku i miłości. Był gotowy na wezwanie do służby. Na owoce nie trzeba było długo czekać – podkreślił w homilii ks. Karol Aleksandrowicz.

Halina Kurpińska zaznaczyła, że całe życie kapłana stało pod znakiem wierności Bogu i Ojczyźnie. – Ksiądz prałat Peszkowski w wieku 10 lat składał w Sanoku, w swoim rodzinnym mieście, przysięgę harcerską, że całe życie będzie wierny Bogu i Ojczyźnie. I tak właśnie wyglądało jego życie. Najpierw jako harcerz, potem żołnierz, uczestnik kampanii wrześniowej, jeniec Kozielska, cudem przecież ocalały, żołnierz i wreszcie kapłan – wyliczała wiceprezes Fundacji Golgota Wschodu. Zaznaczyła, że kiedy po wielu latach nieobecności wrócił do kraju, rozpoczął się nowy etap jego życia – „uczył Polaków pamiętać o Katyniu”. – Mówiąc „Katyń”, ogarniam tym słowem wszystkich tych, którzy polegli, zostali pomordowani na Wschodzie, którzy byli tak bliscy jego sercu i jego pamięci. Uczył nas o prawdzie, pamięci, prawie związanym z tematyką katyńską, a jednocześnie mówił o przebaczeniu i rzeczy chyba najtrudniejszej – o pojednaniu. Odchodząc, zostawił każdemu z nas tę pamięć jako dzieło jego życia, o które trzeba dalej dbać i je kontynuować – podsumowała Halina Kurpińska.

Jednym z przyjaciół ks. Peszkowskiego był Wiktor Węgrzyn, prezes Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego. W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” podkreślił, że bardzo wiele zawdzięcza księdzu prałatowi. – Mój kontakt z ks. Zdzisławem Peszkowskim był bardzo bliski, w każdej trudnej sprawie udawałem się do niego i spotykałem się z niezwykłą życzliwością. Jego śmierć to ogromna strata dla nas, dla Rajdu Katyńskiego – powiedział Wiktor Węgrzyn. Dodał, że pomysł rajdu nie znalazł w Polsce, poza Andrzejem Stelmachowskim, ówczesnym prezesem Wspólnoty Polskiej, żadnych sojuszników. – Widząc, że wszyscy tę inicjatywę traktują obojętnie, poszedłem do księdza prałata. Powiedział: „We wszystkim ci pomogę, przychodź do mnie”. I wtedy wszystko już właściwie było proste. Dziś w trudnych chwilach również czuję jego pomoc – podkreślił komandor Rajdu Katyńskiego.

http://www.naszdziennik.pl/wp/56230,ucz ... tyniu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 17 paź 2013, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Dyktator

Przed 150 laty, 17 października 1863 r., przywódcą Powstania Styczniowego („dyktatorem” – jak się wtedy mówiło) został Romuald Traugutt. Jego przywództwo było tajne, siedzibą dyktatora było mieszkanie przy Smolnej 3 w Warszawie, posługiwał się konspiracyjnym nazwiskiem Michał Czarnecki. Rząd Narodowy awansował go przedtem na generała wojsk polskich. Stało się to 15 sierpnia – w uroczystość Wniebowzięcia NMP, dziś Dzień Wojska Polskiego!

Dokonał heroicznego wyboru. Był oficerem armii rosyjskiej. Miał wysokie apanaże i odznaczenia. Cieszył się opinią błyskotliwego oficera, jednego z najzdolniejszych w rosyjskim korpusie oficerskim. Młody podpułkownik (37 lat) mógł oczekiwać na szlify generalskie i spokojne życie w dobrobycie.

Obrazek

I on to wszystko rzuca! Rzuca swój życia los na stos! Staje się „przywódcą buntowników”. Aresztowany na Smolnej 10 kwietnia 1864 r., skazany na śmierć na szubienicy – powieszony razem z innymi członkami Rządu Narodowego 5 sierpnia 1864 roku.

Nie bał się śmierci, widział swoją decyzję w perspektywie Bożej. W liście pisanym w celi Cytadeli Warszawskiej wyłożył to, z czym człowiek przede wszystkim powinien się liczyć: „Bóg włada losami ludów, a choćby szubienica, to jednym więcej triumfem i czy odwrót, czy też naprzód, idźcie według potrzeby, jaką sprawa Ojczyzny wskaże”.

Ta perspektywa Boża w życiu Romualda Traugutta sprawiła, że podjęto starania o jego beatyfikację – jako męczennika za Ojczyznę i za niepodległość – sprawę Bożą. Orędownikiem beatyfikacji był Prymas Tysiąclecia. Módlmy się za przyspieszenie tych prac.

Władysław Tarnowski napisał o Traugucie: „Tyś jak ’Amen’ w pacierzu, był ’Amen’ powstania! Między ojców Ojczyzny wliczon poświęceniem! Amen! Niechaj się stanie światłość zmartwychwstania takich jak ty, w lud, prochów twych roztysiącznieniem”! Niech się stanie…

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/57067,dyktator.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 21 paź 2013, 08:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Ostatni żołnierz wolnej Polski

Piotr Szubarczyk

Przed 50 laty, w poniedziałek, 21 października 1963 r., zginął w walce ostatni polski żołnierz, walczący z okupacją sowiecką kraju. Należał do podziemnej armii, która po wojnie podjęła walkę z nową okupacją. To było Powstanie Antykomunistyczne.

Sierżant Józef Franczak „Lalek” ukończył Szkołę Podoficerską w Grudziądzu. Wojnę rozpoczął w Równem. Aresztowany przez Sowietów, uciekł z niewoli. Od 1940 r. do końca życia pozostał w konspiracji! Najpierw w ZWZ-AK. W 1944r. wcielony do wojska „ludowego”, był świadkiem zabijania akowców i dezerterów z tego wojska. Uznał, że to nie polska, lecz obca armia, tyle że polskojęzyczna. Zdezerterował.

Obrazek

Brał udział w zamachach na aktywistów PPR, enkawudzistów, ubowców, ich konfidentów. Kilka razy był ranny. W 1946 r. został aresztowany przez UB. W trakcie transportu do UB aresztowani zlikwidowali obstawę. On dowodził tą akcją.

W 1947 r. dołączył do oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, podkomendnego płk. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Po śmierci „Uskoka” zlikwidował konfidentów UB, którzy przyczynili się do jego osaczenia. Dowodził patrolem zbrojnym, który szukał konfidentów NKWD-UB. Były kary chłosty, w przypadkach skrajnych kara śmierci.

Nie ujawnił się nawet w czasie „amnestii” 1956 roku! Był poszukiwany przez bezpiekę. Wydał go konfident SB. Podczas obławy 21 października 1963 r. 35 bezpieczniaków i zomowców osaczyło „Lalka”. Ostrzeliwał się. Śmiertelnie ranny, zmarł po kilku minutach. Esbecy, zgodnie z azjatyckimi obyczajami swych „mistrzów” z NKWD-UB, odcięli mu głowę i tak zbezczeszczone ciało oddali rodzinie. Przedtem fotografowali je jako „trofeum”.

17 marca 2008 r. prezydent Lech Kaczyński nadał pośmiertnie Józefowi Franczakowi „Lalkowi” Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla niepodległości RP”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/57414,ost ... olski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 10 gru 2013, 08:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
„Śpij, kolego” we Włodzimierzu

Wyjątkowa uroczystość na cmentarzu we Włodzimierzu Wołyńskim na Ukrainie. Polacy zamordowani przez NKWD doczekali się pochówku z pełnym ceremoniałem wojskowym.

Obrazek

Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa do września przyszłego roku ma wybudować w tym miejscu monument, który „zamknie polską kwaterę”.

– Otaczamy te trumny i trumienki naszą modlitwą, otaczamy je naszą pamięcią, oddajemy im cześć i składamy hołd. Modlimy się o to, żeby nigdy więcej żadne matki nie opłakiwały swych synów, żeby żadne żony nie opłakiwały swoich mężów, żeby nigdy więcej ludzie nie musieli czekać 70 lat na ten moment, kiedy mogą doczekać się swojego miejsca, gdzie mogą schylić głowę, położyć kwiaty i pomodlić się – powiedział na cmentarzu we Włodzimierzu Wołyńskim Andrzej Kunert, sekretarz ROPWiM.

Ceremonia pogrzebowa odbyła się z udziałem polskich i ukraińskich przedstawicieli władz państwowych oraz żołnierzy obu państw. Ze strony polskiej uczestniczył w niej m.in. minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak, minister Jan Stanisław Ciechanowski, kierownik Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, szef sztabu generalnego WP gen. Mieczysław Gocuł, gen. Jarosław Frączyk ze Straży Granicznej, konsul generalny RP w Łucku Beata Brzywczy.

Polska pamięta

Ze względu na wydarzenia, które obecnie rozgrywają się w Kijowie, na pogrzeb nie przybył wicepremier Ukrainy. Oprócz przedstawicieli wojska ukraińskiego i władz lokalnych w uroczystości uczestniczyli m.in. Borys Klimczuk, gubernator obwodu wołyńskiego z Łucka, oraz Jarosław Żyłkin, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Upamiętnienia Ofiar Wojny i Represji Politycznych.

Zaledwie kilkanaście miesięcy temu odbyła się podobna uroczystość: otwarcie cmentarza w Bykowni, gdzie również zginęli Polacy, ofiary sowieckiego NKWD. – Dwudziesty wiek wciąż się nie kończy, wciąż szukamy grobów naszych ojców i dziadów. Szukają ich Polacy, szukają także Ukraińcy – powiedział Tomasz Siemoniak.

Pogrzeb we Włodzimierzu mógł się odbyć dzięki pracom ekshumacyjno-archeologicznym prowadzonym wspólnie przez specjalistów z Polski i Ukrainy pod kierunkiem dr Dominiki Siemińskiej. W odkrytych mogiłach znaleziono m.in. guziki i buty wojskowe, klamry od pasów oraz wiele innych przedmiotów, które świadczą o tym, że wśród ofiar odnalezionych we Włodzimierzu Wołyńskim znajdowali się polscy żołnierze, policjanci oraz cywile, zamordowani przez NKWD najprawdopodobniej w 1940 roku.

Wiosną kolejne ekshumacje

Wczoraj zostały pochowane szczątki 385 osób z grobów nr 3, 4 i 5, odkrytych przez archeologów na grodzisku we Włodzimierzu Wołyńskim w tym roku. To jednak nie koniec prac. Jak informuje dr Siemińska, wykopy sondażowe prowadzone przez nich na przełomie listopada i grudnia wykazały kolejne trzy mogiły. Siemińska ma nadzieję, że na wiosnę przyszłego roku prace ekshumacyjne zostaną wznowione.

– W sumie mamy odkryte trzy nowe mogiły. Jak są duże, tego jeszcze nie wiemy, wykażą to nasze kolejne badania. Mamy nadzieję, że będą prowadzone w przyszłym roku na wiosnę – wyjaśnia w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Dominika Siemińska.

Archeologom nie udało się na razie ustalić, do kogo należały znalezione w grobach odznaki z numerami policyjnymi. Wydobyto ich w sumie cztery, jednak jedna jest uszkodzona i nie zachował się na niej pełny numer. – Trwają poszukiwania w polskich archiwach, ponieważ archiwalia policyjne z tamtego czasu częściowo się zachowały. Być może uda się dotrzeć do osób, które je nosiły – powiedziała Siemińska. Udało się ustalić, że dwie odznaki z numerami pochodziły z okręgu kieleckiego policji, a jedna z pomorskiego.

– Musimy stworzyć zespół i znaleźć środki na to, żeby było można przeprowadzić szczegółowe badania archiwalne, bo może wniosłyby one dużo więcej do tego naszego stanu wiedzy, który mamy w tej chwili. Będziemy się starać, żeby w ciągu najbliższego roku – dwóch lat takie poszukiwania archiwalne prowadzić. To bardzo żmudna praca – zaznacza archeolog. Podkreśla jednocześnie, że konieczna jest kwerenda w archiwach niemieckich i ukraińskich, z których część znajduje się w Nowym Jorku.

Przedmioty, które polsko-ukraińska ekipa badaczy znalazła przy ekshumowanych we Włodzimierzu szczątkach, mają zostać przekazane do miejskiego muzeum we Włodzimierzu Wołyńskim.

Piotr Czartoryski-Sziler, Włodzimierz Wołyński

http://www.naszdziennik.pl/polska-kresy ... ierzu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 14 maja 2014, 06:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Powrót Dowódcy

Z kpt. Stanisławem Błasiakiem, emerytowanym pilotem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Do Polski wróciły prochy Zdzisława Krasnodębskiego. Znał Pan pierwszego dowódcę legendarnego Dywizjonu 303?
– Samego płk. Krasnodębskiego nie znałem, bo zmarł w 1980 r. w Kanadzie, ale przyjaźniłem się przez wiele lat z jego żoną, która zmarła w 2006 r. w wieku 97 lat. Zdzisław Krasnodębski urodził się w miejscowości Wola Osowińska w gminie Borki blisko Radzynia Podlaskiego. Tam jego ojciec był plenipotentem w majątku. Zdzisław nie mieszkał tam długo, wkrótce przeniósł się do Warszawy, gdzie po szkoleniu i dłuższym lataniu został mianowany dowódcą 1. Pułku Lotniczego. Przed samą wojną zajmował się m.in. ochroną wschodniej granicy, latając m.in. z płk. Urbanowiczem. Zdarzało się, że Rosjanie zapuszczali się za naszą granicę i Krasnodębski musiał ich ścigać. W czasie takiego pościgu zestrzelił jeden z tych samolotów.

Co robił po wybuchu wojny?
– Dowodzony przez niego dywizjon walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. w składzie Brygady Pościgowej. 3 września Krasnodębski został zestrzelony w rejonie Warszawy. Ratował się skokiem ze spadochronu. Niemiec nie odpuszczał i próbował go zestrzelić, jednak na szczęście jeden z naszych pilotów, widząc tę sytuację, ubezpieczał go i wylądował szczęśliwie. Mimo odniesionych ran wrócił do eskadry, z którą przekroczył granicę rumuńską i przedostał się do Francji, a później do Anglii. Mam w domu jego książkę lotów zarówno francuską, jak i angielską. Krasnodębski był twórcą Dywizjonu 303 i jego dowódcą. Ten najsłynniejszy polski dywizjon wykazał się najwspanialszymi wynikami, jeżeli chodzi o ilość zwycięstw w czasie II wojny światowej. Podczas bitwy o Anglię odniósł ich aż 126. Następny dywizjon angielski miał 102 zestrzelenia, a pozostali już znacznie mniej. 6 września 1940 r. Zdzisław Krasnodębski ponownie został zestrzelony podczas walki, między Hextable a Wilmington. Ciężko poparzony trafił do szpitala.

To prawda, że odwiedził go wtedy osobiście gen. Władysław Sikorski?
– Tak, i wręczył mu Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari. Gdy Krasnodębski wyzdrowiał, został wysłany do Stanów Zjednoczonych wraz z późniejszym generałem Urbanowiczem. Po powrocie ze Stanów został w 1943 r. szefem szkolenia. Do 1948 r. był w Wielkiej Brytanii, później zdecydował się popłynąć do Afryki Południowej wraz z płk. Stanisławem Pietraszkiewiczem. Przebywał tam trzy lata, pracując jako kierowca. W 1951 r. trafił do Kanady, gdzie pracował w firmie związanej z telewizją. Mówiąc o dokonaniach Dywizjonu 303, warto wspomnieć o małżeństwie Amerykanów – korespondentów wojennych – Lynne Olson i Stanleyu Cloud, którzy gdy dowiedzieli się, że najlepszym dywizjonem w bitwie o Anglię był dywizjon polski, zainteresowali się tym mocniej i napisali słynną książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski. Zapomniani bohaterowie II wojny światowej”. Krasnodębscy to byli szlachetni ludzie i wielcy patrioci. Na początku lat 30. połączyła ich wielka miłość. Mam nawet papierośnicę, na której napisane jest „Zdzisiowi Wandek”. Krasnodębski bardzo walczył o Lwów i marzył, że w końcu kiedyś wróci do Polski. Choć nie był lwowiakiem, latał do Lwowa i tam się też szkolił.

Kiedy poznał Pan Wandę Krasnodębską?
– Wiele lat temu, gdy latałem za ocean. Starałem się wówczas nawiązać kontakty z osobami tam żyjącymi, które miały styczność z lotnictwem. Były one zorganizowane w tzw. Skrzydłach, które gromadziły sporo kombatantów, pilotów, nawigatorów, mechaników, a także kobiet pełniących służbę pomocniczą, z których wiele było żonami lotników. Kontaktowałem się z tymi ludźmi i brałem żywy udział w ich życiu. Na pogrzebie Krasnodębskich będzie przynajmniej kilka osób z tzw. Skrzydła nr 430 Warszawa. Pani Wanda była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim, po wojnie próbowała dostać się do męża. Trzykrotnie uciekała przez granicę, była dwa razy łapana, za trzecim razem udało się jej przedostać do Anglii, skąd popłynęli razem do Afryki, a później do Kanady. Nie mieli żadnej rodziny w Polsce ani dzieci. Wandą Krasnodębską opiekowała się wówczas przez wiele lat Jean Synos, która jako mała dziewczynka przyjechała do Kanady. Pani Wanda ustanowiła ją wykonawczynią jej testamentu.

Zaznaczyła w nim, że chce być pochowana z mężem w Polsce?
– Gdy umarł Zdzisław Krasnodębski, w Polsce panował komunizm. Krasnodębscy nie brali w ogóle pod uwagę, by ich chowano w Polsce. Nie o taką Ojczyznę walczyli, chcieli innej Polski. Mąż pani Wandy został więc pochowany w Toronto i ona również chciała być przy nim. Dlatego pani Synos była przeciwna ich sprowadzaniu. W końcu jednak wyraziła na to zgodę, o co ją wraz z innymi działaczami polonijnymi prosiłem. Tłumaczyłem jej, że niedługo, gdy starsi Polacy mieszkający w Toronto umrą, nie będzie komu dbać o ich grób. Dziś państwo Krasnodębscy spoczną na Powązkach Wojskowych w kwaterze lotników.

Zostały mi po nich niewielkie pamiątki. Wśród nich m.in. kordzik Krasnodębskiego, wspomniane książki lotu i sporo drobnych dokumentów i zdjęć. Jestem też właścicielem wszystkich orderów pułkownika Krasnodębskiego, ale te znajdują się na Jasnej Górze. Kilkanaście lat temu pani Krasnodębska złożyła je tam wraz z mundurem męża, by przetrwały w tym miejscu do momentu, aż Polska będzie wolna. I tam już pozostały.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... wodcy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 24 maja 2014, 10:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Rozsiewał dobro na wszystkich frontach

Beata Falkowska

Z Zofią Pilecką-Optułowicz rozmawia Beata Falkowska

Dla Polaków Witold Pilecki to postać pomnikowa. Jak zapamiętała Go Pani, dla której był po prostu Tatą?

– Pamiętam Ojca z lat pobytu w naszym majątku w Sukurczach na obecnej Białorusi. Dziś widzę, że mimo tylu trudnych i odpowiedzialnych zadań, które podejmował przez całe życie, nigdy nie zapominał swego obowiązku jako Ojciec, wychowawca, opiekun. Sukurcze to był nasz raj. Spacery aleją lipową z Ojcem były prawdziwymi lekcjami życia, ale także walką o naszą tężyznę fizyczną, równy krok. Ta aleja to był tunel, bo te ogromne, wiekowe lipy, mające setki lat, tworzyły swoimi konarami baldachim. W tych konarach była przeróżna ptasia dziatwa, pszczoły. Była górka dumania, którą tak pięknie opisuje w swej poezji Witold Pilecki. Służyła młodym marzącym o wielkiej miłości i starszym, którzy odmawiali tam modlitwy. Był Neron, nasz ukochany pies, który uczył mnie chodzić. Można wspominać i wspominać. Ojciec uczył nas szacunku dla każdego człowieka i stworzenia, do przyrody. Opowiadam wszystkim o tej biedronce, którą kazał mi podnieść i położyć na listku, by nie zdeptać. Nawet takie drobne rzeczy były dla niego ważne. Pamiętam sytuację, gdy w jednym z pokoi w naszym dworze pojawiło się kilka myszy, ktoś wpuścił szybko do tego pokoju kota, na ten moment wszedł Ojciec. Potwornie się zdenerwował. Powiedział, że mysz jest po to, by być złapaną przez kota, ale w momencie, gdy jest naturalna sytuacja, nie można kłaść na talerz kotu myszy, skazując je na sytuację bez wyjścia. Powtarzał, że gdy człowiek robi coś, co przerywa naturalny łańcuch przyrody, będzie to miało swoje negatywne konsekwencje. Pokazywał nam, że wszystko, co żyje, ma istotny sens swego istnienia. Bo jest w tym Boski zamysł. Wspominam to dziś, gdy tak ciężko np. o czystą wodę. My mieliśmy w Sukurczach tzw. krynicę, źródło bardzo czystej, leczniczej wody. Ludzie przychodzili po tę wodę nawet z daleka, właśnie do leczenia. Oczywiście komuniści nie zostawili niczego po takich „wrogach Polski Ludowej” jak my, zakopane zostało nawet to źródełko. Nasz majątek został zniszczony doszczętnie, nawet głazy, na których był wybudowany dwór, zostały wywiezione. Nie chcę już opowiadać o tym, co było po 17 września 1939 roku. Ten mój świat zginął. Bezpowrotnie. Przed wrześniem 1939 roku, w lipcu lub w czerwcu, burza zniszczyła bocianie gniazdo na wiekowej jodle, gdzie co roku przychodziły na świat bocianięta. To był symbol tego naszego cudownego raju, w którym żyliśmy.

Może Pani opisać Wasz, dzieci, zwyczajny dzień w Sukurczach? Ojciec był obecny w każdym dniu?

– Każdy dzień miał pewien rytm. Najpierw modlitwa, ubranie się, posprzątanie, potem meldunek składany Tatusiowi, że wszystko jest zrobione i czekamy na śniadanko. W tych porannych godzinach nie było Mamy, bo pracowała jako nauczycielka w szkole w Krupie. Tatuś dawał nam na śniadanie owsiankę, której ja już jeść nie mogłam, ale Ojciec powtarzał: „Jedz, jedz, popatrz, jakie piękne włosy ma koń, który je owies, ty też takie będziesz miała”. Potem zostawiał nas, rysował kreskę i mówił, że w momencie, gdy słoneczko przez nią przejdzie, możemy iść na spacer. Tatuś szedł wówczas na pole lub gdzieś wyjeżdżał, a nami opiekowała się niania, Białorusinka. Ojciec galopował wiecznie na swojej ukochanej klaczy Bajce, czarnej z białą gwiazdką na czole, jeździł między Sukurczami a Krupą, Krupą a przysposobieniem wojskowym dla okolicznej ludności, które stworzył. Sadzał mnie czasem na konia i mówił: „O, to jest moja generałka”. Dla Ojca bardzo ważne było, byśmy zawsze mówili prawdę. Do dziś zdaję raport Ojcu, że przeżyłam kolejny dzień i nie skłamałam. Tak mi już zostało.

Gdy umawiałyśmy się na rozmowę, kilka razy zaznaczyła Pani, bym tylko nic później nie upiększała. To po Ojcu?

– Tak. To był człowiek prawdy. I ja także nie lubię ubarwień, upiększeń w jego biografiach. Szczególnie Włoch Patricelli w swej książce o Ojcu bardzo fantazjuje. O mnie np. napisał, że podczas procesu Ojca zostałam wyjątkowo ukarana w szkole. Tak nie było. Na przerwie w szkole były przez radio przekazywane wiadomości, także o procesie „haniebnego zdrajcy Pileckiego”. Podeszła do mnie pani nauczycielka i zapytała, czy ten Witold Pilecki to jest mój Ojciec. Odpowiedziałam, że tak i że jestem z niego ogromnie dumna. To była bardzo życzliwa nauczycielka. W Ostrowi Mazowieckiej, gdzie przebywałam w czasie procesu i po procesie, nigdy nie doświadczyłam przykrości w środowisku, w którym funkcjonowałam. A wszyscy wiedzieli o Ojcu. Przeciwnie. Chcieli bardzo pomagać. Tata przed aresztowaniem przyjeżdżał do Ostrowi. 8 maja nie przyjechał. W głowie nam się to nie mieściło, bo to było św. Stanisława, dzień imienin wujka, miałam mówić wierszyk dla wujka przy Ojcu. Czekaliśmy z mamą, czekaliśmy, pociąg, którym Ojciec miał przyjechać, dawno odjechał. Kilka dni później dostaliśmy informację od szwagierki Eleonory Ostrowskiej, że został aresztowany. Mama długo liczyła, że Taty nie zabili, że wywieźli go na Sybir, że żyje. To temat na osobną rozmowę…

Wielu słyszało z pewnością o Pileckim „ochotniku do Auschwitz”, ale mniej o Pileckim prezesie spółdzielni mleczarskiej.

– To był działacz społeczny. Dzisiaj to by chyba był pracownik socjalny. Przy tych swoich ogromnych obowiązkach miał czas, by zorganizować przysposobienie wojskowe, modernizował swoje gospodarstwo, był naczelnikiem ochotniczej straży pożarnej, dbał w niesamowity sposób o ziemię, którą uprawiał. To wiązało się z dodatkową nauką – w Poznaniu kończył studia rolnicze. Założył z okolicznymi rolnikami kółko rolnicze.

A jak to było z tą spółdzielnią?

– Ojciec nie mógł znieść tego, że kupcy z Wilna, Lidy przyjeżdżali do Sukurcz i brali pierwszej klasy towar: masło, śmietanę, mleko, za grosze. A biedna ludność, dla której każdy pieniądz się liczył, godziła się na te narzucone ceny. Kupcy brali towar za pół darmo, a potem sprzedawali za bajońskie ceny w Wilnie. Nasze masło było doskonałe i naprawdę słynne. Przechowywało się te towary w specjalnych pojemnikach, które były spuszczane do studni. Wartość tego towaru była bardzo wysoka. Ojciec nie mógł znieść, że za tak ciężką pracę ludzie otrzymywali śmieszne pieniądze. Założył spółdzielnię mleczarską, ustalił ceny, a ludzie mu tego nigdy nie zapomnieli.

Do dziś w Sukurczach pamięta się podobno Witolda Pileckiego.

– Tak, bo On rozsiewał dobro na wszystkich frontach. Opowiem jeszcze jedną historię. Nasz dom był w gronie tych liczących się w okolicy. Rodzice byli zapraszani na różne uroczystości, które najczęściej zaczynały się późnym wieczorem, a ciągnęły się czasem do godzin porannych. Mama opowiadała mi, że Ojciec zawsze w pewnym momencie, jak zaczynało świtać, zabierał Mamę i prędko odjeżdżali, by broń Boże, nie spotkać człowieka ciężko pracującego o świcie. Bo jak to, on idzie z balu, a ludzie już pracują. To był człowiek tak olbrzymiej wrażliwości i szacunku dla drugiego. Jak z taką wrażliwością mógł przetrwać Auschwitz?

Może właśnie dlatego przeszedł to piekło czysty.

– Musiał się tak przetworzyć duchowo, by jakoś to znieść. A na Białoruś miałam jechać razem z Instytutem Pamięci Narodowej, z wystawą o Ojcu. Miałam już wizę, ale władze w Mińsku w ostatniej chwili, gdy wszystko było już załatwione, odmówiły. Przełknęliśmy tę gorzką pigułkę. Cóż, nasi europosłowie także wyrzekli się Witolda Pileckiego. Chodziło przecież głównie o to, by 25 maja, dzień śmierci Ojca, był dniem symbolicznym, Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Na początku było mi smutno, pomyślałam: gdyby Witold Pilecki był bardzo dobrym szewcem, też bym głosowała, bo to Polak. Ale później powiedziałam sobie: widocznie Witold Pilecki nie chciał tam być. On jest tam, gdzie chce być.

Jak wyglądały Pani kontakty z Tatą po opuszczeniu Sukurcz?

– Później, kiedy byłam o wiele starsza, ten kontakt z Ojcem nie ustawał. Stały kontakt z Ojcem miałam do 14. roku życia. Gdy nie było Taty, gdy był w Oświęcimiu, dostawaliśmy przepiękne listy, które stanowiły cenną naukę. Listy pięknie ilustrował. Pamiętam rysunkowe zagadki, np. dwóch krasnali kołyszących się na belce, niebieski był nisko, czerwony wysoko. Mama tłumaczyła nam, że krasnale symbolizują dwa narody, które walczą ze sobą. Później, gdy byłam starsza, Tata przekazywał nam wielką troskę o Mamę, która ponosiła ciężar życia rodzinnego, wychowania nas. Przed Powstaniem Warszawskim, po ucieczce Ojca z Oświęcimia, także byliśmy w kontakcie, uczył nas wtedy konspiracji. To człowiek wyjątkowy, tylko dlatego mógł postawić sobie najtrudniejsze zadania w walce o odzyskanie niepodległości.

To wydaje się niemożliwe, że ten człowiek, który ginie, mając 47 lat, dokonał tyle. Bez Boskiej opieki nie dałby rady. I ucieczka z Auschwitz, i Powstanie Warszawskie, w którym Jego reduta na placu Starynkiewicza była niezdobyta, i dwa obozy, i powrót do Polski. Jemu towarzyszyło jakieś niesamowite błogosławieństwo.

Był człowiekiem wielkiej wiary. W ostatniej informacji przekazanej Pani Mamie prosił o lekturę książki Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

– To był testament, który Tata zdążył nam przekazać, testament z zapisem, by codziennie czytać „O naśladowaniu Chrystusa”, w tym miejscu, w którym otworzy się książeczkę. Ja też wykonuję ten testament Ojca. Nawet Polonia londyńska właśnie dlatego zabrała kiedyś z Polski, z Warszawy mnóstwo egzemplarzy „O naśladowaniu Chrystusa”.

W kościele w Krupie nadal wiszą namalowane przez Pani Ojca i ofiarowane świątyni obrazy św. Antoniego i Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

– On wspierał budowanie tego kościoła. Ojciec przepięknie malował. U wezgłowia łoża małżeńskiego moich rodziców był gigantyczny, przepiękny obraz Matki Bożej Karmiącej w bieli i błękicie. Pisał poematy, pięknie grał na pianinie. Był niesamowicie obdarzony talentami. Były pomysły ze strony opiekunów kościoła, by sprzedać te bezcenne dla nas obrazy. IPN wykonał ich inwentaryzację, liczę, że to powstrzyma te zakusy.

Tę Bożą opiekę, która towarzyszyła Ojcu, czuje Pani także nad swoimi działaniami?

– Wszystko nam pomaga, gdy chodzi o Witolda Pileckiego, wiele drzwi staje przed nami otworem. Ostatnio przyjechała delegacja francuska z telewizją, musiałam sama oprowadzać ich po więzieniu na Rakowieckiej, dostałam pozwolenie, a dodatkowo stał chyba przy nas jakiś Anioł, bo nagle ktoś z pracowników więzienia zaproponował, że może nas wpuścić na stary spacerniak, z którego korzystali więźniowie w latach, gdy przebywał tu Ojciec. To bardzo sfatygowany spacerniak, bardzo mały. Kiedyś jeden z więźniów przekazał, że widział na nim Ojca. Był wyprowadzany bardzo późno i pojedynczo. To było już po procesie. Był bardzo skatowany, nie mógł unieść głowy wysoko, ale – jak opowiadał ten więzień – Ojciec był jakiś taki promienny, nie taki, jak można by się spodziewać, wyglądał, jakby był w innym świecie.

Skatowali Go, ale nie złamali.

– Po ofierze życia Witolda Pileckiego do nas należy dokończyć Jego dzieło: odbudować ducha Narodu Polskiego. On po to powrócił do Polski. To była Jego ostatnia misja w życiu. Jego ostatni meldunek. Odbudować ducha Narodu. Dlatego dla mnie tak ważnym dziełem są szkoły im. Witolda Pileckiego, bo tam wychowuje się młode pokolenie. To, co dzieje się dzisiaj w różnych obszarach Polski, a szczególnie na południu i północy, to coś niesamowitego. Tam właśnie powstaje najwięcej szkół. To są żywe pomniki, w których trwają wszystkie wartości dla Ojca najważniejsze: Bóg, Honor, Ojczyzna. Byłam niedawno w zespole szkół im. Witolda Pileckiego w gminie Rembertów i pani dyrektor mówi do mnie, że cierpi, żegnając ostatnie klasy gimnazjum, bo tu tworzą dzieciom wszystko, co najlepsze, i boi się, że ta młodzież pójdzie do liceów, gdzie te wartości nie będą kultywowane, że wysiłek, by to wychowanie przyniosło wielkie dobro dla Polski, pójdzie na marne. Jaka zatem wielka myśl przyświeca tym szkołom? To nie jest tylko pusta forma, nadanie imienia, po to by mieć je na sztandarze. To praca u podstaw.

Ile jest szkół im. Witolda Pileckiego?

– Wczoraj byłam w szkole w Olsztynku, która jest 28. szkołą im. Witolda Pileckiego. Zjazdy tych szkół są organizowane dorocznie w Orpiszewie, ale niektóre z nich nie mają pieniędzy na taki wyjazd. Zatem ja jeżdżę do nich. Tworzę także mapy Polski z zaznaczonymi miejscami, w których są szkoły im. Witolda Pileckiego, i przekazuję je szkołom. Zawsze powtarzam młodzieży: nie uciekajcie z Polski, uczcie się, pracujcie dla Polski, by ona była atrakcyjna dla wszystkich, dla całego świata. A oni mówią: ale tu nie ma pracy. Róbmy zatem tak, by ta praca była, i była rzetelna, wspaniała dla świetności naszej Ojczyzny.

Oprócz szkół Witold Pilecki ma swoje drużyny i chorągwie harcerskie, pomniki, place, ulice, parki.

– Witold Pilecki sam toruje szlaki, którymi koniecznie chce kroczyć po całej Polsce. Ojciec był rycerzem. A rycerz jest wszędzie, gdzie powinien być. Czasem jest w zupełnie cichych – wydawałoby się – zapomnianych miejscach, myślę sobie, że to miejsca, w których Ojciec chciałby się wyciszyć. Takie Koziki na przykład, biedna okolica, gdzie ludzie zbierają runo leśne, by przetrwać, i tam jest szkoła im. Witolda Pileckiego. Wśród pięknych lasów i ludzi o dobrych sercach. To jest takie wyciszenie Witolda Pileckiego. Gdy jeszcze żył ks. prałat Zdzisław Peszkowski, poprosił o zabranie go do jednej ze szkół im. Witolda Pileckiego. Ponieważ Koziki były bardzo blisko, razem z mężem pojechaliśmy z ks. Peszkowskim właśnie tam. Ksiądz prałat odprawił tam Mszę Świętą i wygłosił homilię mówiącą o wielkiej świętości Witolda Pileckiego. Ksiądz Peszkowski chciał tam być. Było to dla niego ważne, choć nie znał Ojca bezpośrednio. To wszystko, co dzieje się wokół Witolda Pileckiego, ma jakiś dziwny sens. Ksiądz Jan Stępień, który był współwięźniem Ojca na Rakowieckiej, który także nie znał Go osobiście, a jedynie widział Jego ostatnią drogę na rozstrzelanie, opowiadał, że po śmierci Ojca najpierw modlił się za Niego, potem do Niego. Ja dawno wiem, że mój Ojciec jest święty.

Liczy Pani na znalezienie szczątków Ojca na Łączce?

– Czekam na te wykopaliska, może tam się jeszcze coś zdarzy, oddałam materiał genetyczny. Ale nawet gdyby nie stało się nic dla mnie ważnego, i tak jestem szczęśliwa, bo mam tego mojego Tatę wszędzie. Gdzie się nie ruszę, tam jest Witold Pilecki.

Nie brakuje Pani pomnika w Warszawie?

– Chciałabym, by pomnik Ojca stanął w alei Wojska Polskiego, skąd jako jeden jedyny na całym świcie poszedł dobrowolnie do piekła, do Auschwitz. Ojciec był bardzo skromnym człowiekiem, to miejsce jest dla Niego idealne. Zieleń, piękne drzewa, wyciszenie. Szczególnie młodzi prą do tego, by był pomnik. Nie ma jednak na to na razie środków. Może dopomoże w tym Polonia.

Jak zawsze będzie Pani 25 maja o 21.30 na Rakowieckiej, w godzinie stracenia Taty?

– Odkąd dowiedziałam się o dacie i godzinie zabicia Ojca, zawsze tam wtedy jestem. Przez pierwsze lata spotykaliśmy się właściwie tylko w rodzinnym gronie, paliliśmy świeczki i wiecznie byliśmy pytani przez przechodniów, co się dzieje, dlaczego palimy tu znicze i się modlimy. Od trzech lat na Rakowiecką przychodzi rzesza ludzi, w przeważającej mierze młodych. Oni wszyscy chcą być wtedy przy rotmistrzu Pileckim.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/78198,roz ... ntach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 29 maja 2014, 08:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Te drzewa widziały śmierć

Z Elżbietą Zubrycką, inicjatorką budowy pomnika polskich patriotów zamordowanych w lasach w pobliżu dawnego więzienia UB w Białymstoku, rozmawia Adam Białous

Rok 1946, Las Zwierzyniecki. Pani pierwsze skojarzenie?
– Miałam wówczas 9 lat. Było to niedługo po tym, gdy wróciłyśmy z mamą do rodzinnego Białegostoku z zesłania na Sybir. Tego lipcowego dnia 1946 roku szłyśmy przez Las Zwierzyniecki do wujka Felka, brata mojej mamy. Kiedy weszłyśmy na leśną polanę, dotarł do nas odgłos nadjeżdżających samochodów. Mama, po latach katorgi na Sybirze, miała syndrom lęku łagrowego. Dlatego od razu upadła wraz ze mną na ziemię, gdzie rosła wysoka trawa. Ciężarówki zatrzymały się około 100 metrów od nas, na biegnącej przez las drodze zwanej Letniska. Po jakimś czasie do naszych uszu dobiegły odgłosy strzałów z broni maszynowej. To były całe serie. Chciałam tam spojrzeć, ale mama zabroniła mi podnosić głowę z ziemi. W końcu ciężarówki ruszyły, i to w naszą stronę. Zawracały na polanie, bardzo blisko miejsca, gdzie nieruchomo leżałyśmy. Kątem oka spojrzałam i policzyłam: były to trzy ciężarowe samochody. Po zawróceniu na polanie te pojazdy pojechały w kierunku, z którego tu przybyły, tj. w stronę dzisiejszej ulicy 11 Listopada. Kiedy już znikły z pola widzenia, zerwałyśmy się z mamą z ziemi i ile sił w nogach pobiegłyśmy przez las do domu wujka Felka. Mama wyprawiła mnie na podwórko, abym się bawiła z dziećmi, a sama opowiedziała bratu wszystko, co widziałyśmy.

Po tylu latach pamiętała Pani to miejsce, w którym najpewniej doszło do egzekucji Żołnierzy Wyklętych?
– W roku 1981 mama zaprowadziła mnie na to miejsce. Rosną tam dziś duże drzewa. Do dziś na tych drzewach mój znajomy, który również zna historię rozstrzeliwań przez bezpiekę ludzi w tym miejscu, wiesza wizerunki Matki Bożej Ostrobramskiej. Jak się dowiedziałam w IPN, w Lesie Zwierzynieckim i w lasach do niego przyległych w latach 1946-1947 komuniści mogli zamordować i pochować bardzo wielu polskich patriotów, głównie żołnierzy podziemia przywożonych tu na egzekucje z pobliskiego więzienia przy dzisiejszej ulicy Kopernika. Mama i ja byłyśmy najpewniej świadkami jednej z takich zbrodniczych egzekucji. Tak, potrafię wskazać to miejsce. A w całym lesie podobnych miejsc jest na pewno bardzo wiele. Do tej pory patriotycznie nastawionym społecznikom udało się odnaleźć i ekshumować tylko jedną taką mogiłę, położoną w przyległym do Lasu Zwierzynieckiego lesie koło Olmont. Znaleziono w niej osiem szkieletów Żołnierzy Niezłomnych. Dziś spoczywają już na cmentarzu wojskowym w Białymstoku.

Jest Pani inicjatorką budowy w Lesie Zwierzynieckim pomnika pomordowanych tam patriotów.
– Już w połowie lat 90. podjęłam starania, aby władze Białegostoku w Lesie Zwierzynieckim wzniosły pomnik upamiętniający egzekucje, jakie miały tu miejsce. Długo musiałam o to zabiegać, ale w końcu się udało. Decyzja o budowie pomnika zapadła w październiku ubiegłego roku, po przyjęciu przez białostockich radnych uchwały w tej sprawie. Jak się obecnie dowiedziałam w urzędzie miasta, budowa pomnika jest w trakcie realizacji, na etapie projektowania. Władze miasta obiecują, że ten pomnik stanie za 3-4 miesiące. Po tylu latach starań chciałbym, aby to upamiętnienie ofiary życia polskich bohaterów dłużej już nie czekało. Pomnik usytuowany będzie nieopodal miejsca, w którym z mamą widziałyśmy, jak zatrzymują się tam ciężarówki, a potem słyszałyśmy strzały. Stanie przy ul. 11 Listopada i domów znajdujących się przy ul. Letniska. Będzie to głaz z pamiątkową tablicą oraz stalowy krzyż. Krzyż ma być wysoki na cztery metry. Na tablicy zostanie umieszczona inskrypcja: „Na tym terenie, od Lasu Zwierzynieckiego, przez Krywlany, aż po Las Solnicki w latach 1944-1947 funkcjonariusze NKWD i UB rozstrzeliwali polskich patriotów, przeciwników władzy komunistycznej. Tutaj spoczęły też szczątki pomordowanych w miejscowym więzieniu i aresztach. Cześć ich pamięci! Mieszkańcy Białegostoku”.

Zbrodnicze metody postępowania z „wrogami systemu” znane są Pani rodzinie z autopsji.
– Od komunistów nasza rodzina doznała bardzo wielu cierpień. Ponieważ mój ojciec został uznany przez Sowietów za wroga systemu komunistycznego, mamę i mnie wywieźli oni na Sybir. Mnie oddano do domu dziecka, tzw. polskiej ochronki w Pawłodarze, natomiast mama spędziła kilka lat w łagrze. Mój ojciec Jan Paszta przed wojną był sekretarzem Prokuratury Sądu Okręgowego w Białymstoku i prezesem Polskiej Organizacji Wojskowej Koła Białystok. Kiedy Sowieci po 17 września 1939 roku zajęli nasze miasto, ojciec postanowił ukryć sztandar POW. Było to 20 października 1939 roku. Tak aby nikt nie zobaczył, wniósł go do katedry pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tam tak dobrze ukrył sztandar, że odnaleziono go dopiero po 65 latach. Niestety zaraz po wyjściu z kościoła ojca aresztowało NKWD. Wiem, że z więzienia na ul. Kopernika przewieziono go z wieloma innymi Polakami do Mińska na Białorusi. Kiedy Sowietów w czerwcu 1941 roku zaatakowali Niemcy, NKWD z psami prowadziło około trzech tysięcy Polaków z Mińska do Katynia. Na tej drodze śmierci maszerującą kolumnę zaatakowały niemieckie samoloty. Polscy jeńcy zaczęli uciekać do lasu. Przeżyć udało się tylko około 150 osobom. Tych, których nie zabiły bomby i kule z niemieckich samolotów, zastrzelili enkawudziści. Kilka ocalałych osób przekazało informację, że wśród zabitych na tej drodze śmierci był też mój ojciec. Po latach, w imieniu ojca, dane mi było odebrać przyznane mu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczenie – Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Dziękuję za rozmowę.
Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... mierc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /