Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 15 cze 2012, 08:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Historyk wojny 1939 roku (2)

Pułkownik Porwit odegrał znaczącą rolę podczas obrony Warszawy w 1939 roku, co wykorzystał po wojnie podczas swych badań nad historią wojny z Niemcami we wrześniu 1939 roku.
Dopiero w nocy z 2 na 3 września 1939 roku Pułkownik został oficerem do zleceń przy Naczelnym Wodzu. Bardzo szybko zdał sobie sprawę z nieuchronnej klęski – system łączności między Naczelnym Wodzem a poszczególnymi armiami był archaiczny, nie dostosowany Syso szybkiego tempa działań w wojnie manewrowej. Nie było możliwe opracowanie aktualnego obrazu sytuacji na froncie, co praktycznie uniemożliwiało Rydzowi dowodzenie.

Wobec przełamania frontu pod Częstochową oraz pod Mławą, pojawiała się groźba dla Warszawy. Płk. Tadeusz Tomaszewski – szef sztaby organizowanego w pośpiechu Dowództwa Obrony Warszawy, zaproponował Porwitowi włączenie się do przygotowań do obrony stoicy. Szefa Sztabu NW gen. Wacław Stachiewicz, mimo początkowego oporu, zgodził się na przeniesienie Pułkownika, który oficjalnie 7 września dołączył do Dowództwa Obrony Warszawy.

Sytuacja była już wtedy bardzo napięta – spodziewano się szybkiego uderzenia niemieckiego XVI korpusu pancernego na stolicę. „Od godzin wieczornych – pisał po latach – pracowaliśmy z gen. Czumą i płk. Tomaszewskim we trójkę w permanencji. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest „za pięć dwunasta” i staraliśmy się wykorzystać pozostałe godziny jak najwydajniej”. Na wniosek Pułkownika utworzono z nowo sformowanego 360 pp drugi rzut obrony. Jednocześnie Porwit musiał zająć się rozbitkami z Armii „Łódź”, którzy zaczęli szerzyć nastroje panikarskie.

Dnia 8 września 1939 roku w momencie ataku niemieckiego na Warszawę, siły polskie zgrupowane w mieście liczyły w sumie 16 batalionów, z czego 7 było jednostkami zaimprowizowanymi, które głównie rozmieszczono na zachodnim brzegu Wisły. Po poprzednich zwycięstwach Niemcy nie podziewali się oporu, stąd zdecydowana obrona Warszawy bardzo ich zaskoczyła i przyczyniła się do poniesienia znacznych strat. Najpoważniejsza sytuacja miała miejsce w okolicy ul. Grójeckiej, gdzie Niemcom udało się przełamać polską obronę. W tej sytuacji na Ochotę został wysłany płk. Porwit, który powstrzymał w rejonie pl. Narutowicza cofający się żołnierzy II baonu 41 pp, a następnie przystąpił do likwidacji niemieckich punktów oporu w okolicznych domach. Pułkownik nakazał sformułowanie specjalnych grup szturmowych, które do 10 września oczyściły teren z Niemców. Odtworzono jednocześnie na całej długości dotychczasowy system obrony.

Zdaniem Pułkownika Niemcy popełnili zasadniczy błąd rzucając jedną samotną 4 dywizję pancerną na polskie pozycje, zamiast uderzyć siłami całego korpusu. Ponadto Niemcy obrali zły kierunek natarcia – winni atakować w rejonie Sielce-Czerniaków-Łazienki-Powiście, gdzie obszar był słabiej zabudowany, przez co dogodniejszy dla atakujących czołgów.
Po dokonanej inspekcji Pułkownik nakazał wzmocnienie obrony na tym odcinku oraz usprawnienie systemu komunikacji miedzy poszczególnymi punktami oporu.

Dalsze niemieckie natarcie na Warszawę zostało powstrzymane rozpoczęciem się bitwy nad Bzurą. Dnia 10 września 1939 roku obrona Warszawy została podzielona dwa odcinki – wschodni (Praga) i zachodni. Dowództwo wschodniego odcinka objął płk. Julian Janowski, zachodniego płk. Porwit, pod którego dowództwem znalazło się 12 batalionów piechoty, 8 baterii artylerii lekkiej, 2 kompanie lekkich czołgów, 2 zmotoryzowane kompanie działek przeciwpancernych oraz dwa dywizjony artylerii ciężkiej. W sumie Pułkownik dowodził siłami stanowiącymi równowartość przedwojennej dywizji piechoty.

Liczebność jego sił stopniowo wzrastała wraz napływem nowych oddziałów do stolicy, tak że 14 września liczyły one ponad 17 tysięcy żołnierzy, a artyleria posiadała 49 dział 75 mm oraz 36 dział ciężkich (armaty 105 mm oraz haubice 155 mm). W ciągu kilku dni udało się zgromadzić liczną i dobrze uzbrojoną załogę.

Wobec słabości niemieckich wokół Warszawy oraz znacznego wzrostu liczebności polskich jednostek w stolicy ( w połowie września w sumie 38 batalionów), chwilowo bezużytecznych, w Dowództwie Obrony Warszawy powstał plan wydzielenia z załogi części sił i wysłania ich na pomoc gen. Kutrzebie. Zamierzano zgromadzić od 12 do 18 (w zależności od wersji planu) batalionów piechoty wzmocnionych przez 3 dywizjony artylerii oraz resztę posiadanych czołgów i skierować je w rejonie Pruszkowa, w celu stworzenia silnej, wysuniętej, samodzielnej placówki. Dowódcą tego ugrupowania miał zostać płk. Porwit. Rozkaz rozpoczęcia operacji wydany 17 września przez gen. Czumę, został jednak anulowany przez gen. Rómmla, który jako formalny dowódca armii „Warszawa” był bezpośrednim przełożonym gen. Czumy. Zamiast operacji płk. Czumy doszło do lokalnego natarcia trzech batalionów pod dowództwem ppłk. Leopolda Okulickiego.

Jeszcze 12 września Gen Rómmel, niesławny dowódca armii „Łódź”, zapewniał gen. Kutrzebę, że przyjdzie mu z pomocą. Po kilku dniach odwołał wspomniany rozkaz swego podwładnego, uważając, iż bitwa pod Bzura była przegrana a operacja płk. Porwita skazana na porażkę. Decyzji Rómmla bronił jedynie jego szef sztabu płk. Aleksander Pragłowski (b. szef sztabu armii „Łódź”, który wraz z generałem opuścił swoich żołnierzy i uciekł do Warszawy). Płk. Porwit uważał, iż podstawowym zadaniem operacyjnym armii „Warszawa” było udzielenie pomocy gen. Kutrzebie, a wobec nikłych sił przeciwnika osłabienie obrony stolicy nie wpłynęłoby na los walk o miasto. Jeszcze ostrzej krytykował Rómmla płk. Tomaszewski nazywając dowódcę armii „Warszawa” kapitulantem.

Po pokonaniu wojsk gen. Kutrzeby, 22 września Niemcy wznowili atak na stolicę. Nauczeni przykrym doświadczeniem z poprzedniego szturmu Niemcy zgromadzili silną artylerię i rozpoczęli intensywny ostrzał miasta, przeprowadzając równocześnie naloty bombowe, których celem było zniszczenie elektrowni, gazowni, stacji filtrów, wodociągów, sieci telefonicznej, aby całkowicie sparaliżować życie w mieście.

Szturm rozpoczął się 26 września, Niemcy nacierali – co przewidział Pułkownik - od strony południowej i południowo-zachodniej. Pomimo zdecydowanej przewagi zdołali zająć jedynie fort czerniakowski, jednak podstawowym problemem obrońców było wyczerpanie się zapasów amunicji. W tej sytuacji gen. Rómmel zebrał radę Wojenną, która zadecydowała o kapitulacji stolicy. Za udział w obronie Warszawy płk. Porwit zosta odznaczony orderem Virtuti Militari.

Bezpośrednio po tej decyzji gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski zaproponował płk. Porwitowi objęcie stanowiska zastępcy w tworzonej Służbie Zwycięstwa Polski, jednak ten odmówił uważając, iż powinien pójść do niewoli.

Pułkownik przebywał kolejno w Oflagu IX B w Konigstein, Oflagu VII A w Murnau, Oflagu X C w Lubece, Oflagu VI B w Dossel, gdzie ostatecznie 1 kwietnia 1945 roku został wolny po jego zajęciu przez wojska amerykańskie.

Po wyzwoleniu Pułkownik został przyjęty do Polskich Sił Zbrojnych jako zastępca szefa opieki nad żołnierzem. Po przyjeździe do Londynu został członkiem, powołanego przez gen. Kutrzebę, zespołu prowadzącego badania nad kampanią 1939 roku, który przekształcił się w Komisję Historyczną Sztabu PSZ . Współpraca z Generałem nie trwała długo, gdyż Kutrzeba wkrótce ciężko zachorował, a w 1947 roku zmarł.

W listopadzie 1946 roku płk. Porwit wraz z synem – Krzysztofem, żołnierzem AK i uczestnikiem powstania warszawskiego powrócił na statku „Marine-Raven” do Polski, gdzie przebywała jego żona. Władze komunistyczne nie zezwoliły na jego powrót do wojska, przenosząc go do rezerwy. W latach 1947-1950 pracował w Wydawnictwie „Czytelnik”, skąd zostaje jednak zwolniony. Po kilku miesiącach bezskutecznego poszukiwania pracy znalazł zatrudnienie w Państwowym Wydawnictwie Technicznym, gdzie spędził 17 lat, pracując nad Wielkim słownikiem technicznym rosyjsko-polskim i jego polsko-rosyjskim odpowiednikiem.

Po październiku 1956 roku nawiązał współpracę z Wojskową Akademia Polityczną i Towarzystwem Miłośników Historii, zajmując się problematyką wojny 1939 roku. Zredagował wspomnienia gen. Kutrzeby „Bitwa nad Bzurą” i poprzedził jej swoim wstępem. W 1959 roku ukazało się pierwsze wydanie „Obrony Warszawy 1939 r.”, wznawianej jeszcze kilka razy. Praca stanowi twórcze połączenie wspomnień autora z analizą naukową obrony stolicy, przedstawioną na tle działań na całym froncie. Następnie rozpoczął pracę nad swoim najważniejszym dziełem „Komentarzami do polskich działań obronnych 1939 roku”. Pisał je sam, z niewielką pomocą żony, gromadząc latami materiały archiwalne i wspomnieniowe. Dokonał w nich syntetycznego zestawienia oraz analizy i oceny wszystkich działań wojsk polskich w czasie tej kampanii. Pułkownik podkreślał fakt niedoceniania w przedwojennej Polsce roli sztabu generalnego. Bardzo surowo ocenił plan operacyjnego (plan „Z”) rozwinięcia sił polskich, przede wszystkim niepotrzebną obronę granic na ich całej bardzo znacznej długości. Stworzono – jego zdaniem – nadmierną liczbę (12) słabych związków operacyjnych, nie powołując frontów, co utrudniło – szczególnie przy słabości systemu łączności - dowodzenie całością sił Naczelnemu Wodzowi. Sam zaproponował odmienne rozwiązanie – stworzenie czterech silnych (8-12 dywizji) armii pierwszego rzutu oraz jednej odwodowej (5 dywizji). Armie pierwszego rzutu powinny zostać rozmieszczone na czterech, przewidywanych przez Marszała Śmigłego, głównych kierunkach niemieckiego uderzenia.

Propozycję tę pozytywnie ocenił gen. Skibiński uznając, iż była bardziej funkcjonalna niż plan „Z” - silne polskie zgrupowania mogłyby zadać Niemcom znacznie większe straty oraz utrudnić prowadzenie śmiałych działań ofensywnych. Dowodzenie całością sił byłoby w takim wypadku łatwiejsze, w tym przeprowadzenie skoordynowanego odwrotu.

„Komentarze” były i nadal są nowatorskim spojrzeniem na wojnę 1939 roku. Dziełem przekraczającym możliwości jednego człowieka, który jednak dokonał tego z poczucia obowiązku, pragnąc zainspirować innych badaczy do kontynuowania jego pracy.

Ostatnia jego praca, autobiografia zatytułowana „Spojrzenia poprzez moje życie” ukazała się w 1986 roku. 26 kwietnia 1986 roku płk. Marian Porwit umiera i zostaje pochowany 2 maja na Cmentarzu Komunalnym w Warszawie. W pogrzebie obok rodziny wzięli udział jego dawni towarzysze broni, podwładni oraz wychowankowie z Wyższej Szkołach Wojennej.

Wybrana literatura:

M. Porwit – Spojrzenie poprzez moje życie
M. Porwit – Obrona Warszawy 1939 r.
M. Porwit – Komentarze do polskich działań obronnych 1939 roku
Polskie Siły Zbrojne w II wojnie światowej
W. Stachiewicz – Przygotowania wojenne w Polsce 1935-1939
T. Kutrzeba – Bitwa nad Bzurą
O przewrocie majowym 1926 roku. Opinie świadków i uczestników
Obrona Warszawy 1939 r. we wspomnieniach
M. Romeyko- Przed i po maju
J. Rómmel – Za honor i ojczyznę

http://chris1991.salon24.pl/421827,hist ... 939-roku-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 14 lis 2012, 09:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Ostatni rycerz II Rzeczypospolitej

PCz

12 listopada odszedł od nas rotmistrz Włodzimierz Suchodolski. Był absolwentem Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, oficerem zawodowym 2. Pułku Ułanów Grochowskich im. gen. Józefa Dwernickiego.

Walczył w wojnie obronnej 1939 roku. Został ciężko ranny 4 października 1939 roku pod Wolą Gułowską. Suchodolski był także więźniem Auschwitz i ubeckich kazamatów. - Odmaszerował do niebieskiego garnizonu ostatni oficer służby stałej 2. Pułku Ułanów Grochowskich im. gen. Józefa Dwernickiego. Patronką tego pułku była Matka Boża Jasnogórska. Taki mieli także sztandar i święto pułkowe obchodzili w uroczystość Matki Bożej Jasnogórskiej - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" o. Eustachy Rakoczy, przyjaciel zmarłego rotmistrza i honorowy kapelan 2. Pułku Ułanów Grochowskich. Jak podkreśla, 28 sierpnia br. rotmistrz Suchodolski skończył 100 lat. - Był przeuroczym człowiekiem. Kiedy w setną rocznicę jego urodzin odprawiałem Mszę św. w jego pokoju, podszedł do mnie i powiedział: "Nie zabiłem żadnego Niemca. Słuchaj, ja nie miałem w sobie żadnej nienawiści, mam rycerskie zasady i spokojne sumienie" - wspomina o. Rakoczy. Podkreśla, że rotmistrz w rocznicę swych setnych urodzin otrzymał błogosławieństwo Ojca Świętego Benedykta XVI.

Msza Święta pogrzebowa odbędzie się jutro o godzinie 12.15 w kościele św. Jozafata przy ul. Powązkowskiej 90. Trumna z doczesnymi szczątkami spocznie na Powązkach Wojskowych.

http://www.naszdziennik.pl/wp/15034,ost ... litej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 13 gru 2012, 11:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Być Polką – to zobowiązuje..

Obrazek
Helena Płotnicka - ta po prawej

Hołd oddany Rotmistrzowi jest także hołdem dla takich Bohaterów jak pani Helena Płotnicka. Tak, nie sposób nie być dumną Polką, jeśli się miało takie poprzedniczki. Co za wspaniała historia! A jakie to wymagające zobowiązanie! Powinni o takich postawach uczyć w szkole! Czasami opowiadają o tym Wolontariusze Akcji Przypomnijmy o Rotmistrzu / Let's Reminisce About Witold Pilecki . O ile im pozwolą i zaproszą, rzecz jasna...Ale zawsze są chętni...Wawelski pogrzeb Rotmistrza byłby symbolicznie najwyższym hołdem dla wszystkich polskich Bohaterów Zmagań z Totalitaryzmem.Wszyscy jesteśmy rodziną Bohaterów.

•Panu Michałowi Tyrpie z podziękowaniami za znalezienie tej pięknej historii...

"TO BYŁY BOHATERSKIE KOBIETY"

Jedną z najbardziej oddanych łączniczek Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej kontaktujących się z więźniami KL Auschwitz i niosących im ofiarną pomoc była Helena Płotnicka (na zdjęciu z prawej), żona górnika z kopalni w Brzeszczach, matka pięciorga dzieci. Od samego początku istnienia obozu poświęcała ona samorzutnie wszystkie swoje siły, by pomóc ludziom za drutami. Potem została zaprzysiężona i jako żołnierz BCh niosła wraz z innymi członkam
i oddziału pomoc więźniom oświęcimskim. Helena Płotnicka została aresztowana i osadzona w bunkrze bloku XI oświęcimskiego obozu. I jeśli dziś na tablicy kuchennego bloku nie widnieje jej imię i nazwisko, jako trzynastego - obok dwunastu członków komanda mierników zgładzonych 19 lipca 1943 r. - skazańca, to jest to tylko świadectwem nieugiętej postawy powieszonych wtedy tutaj więźniów. Torturowani w czasie śledztwa, nie wymienili ani razu jej nazwiska. Tyle tylko bowiem mogli ofiarować Helenie, swej żarliwej opiekunce, za jej trudy i pomoc, jaką niosła im i ich towarzyszom walki o życie w oświęcimskim piekle. Ona sama musiała poczekać na śmierć. To czekanie na śmierć połączone było z najbardziej wyrafinowanymi torturami, z męczeństwem trudnym do oddania ludzkim językiem. Nie załamała się jednak, a nawet zahartowała jeszcze bardziej w swojej postawie, stała się w okresie oczekiwania na śmierć wzorem niezwykle bohaterskiej kobiety, umiejącej walczyć o przetrwanie.

Źródło: "KONSPIRACJA OŚWIĘCIM HALINA PŁOTNICKA - PORTRET"

"O swoim życiu obozowym [więźniowie] pisali niewielkie raporty i zostawiali je w umówionym miejscu. Dwie kobiety w nocy zabierały je, a zostawiały lekarstwa, chleb, a raz nawet... zakonsekrowane Hostie. - Dostaliśmy cały woreczek Hostii. Jakaż to była radość. Baliśmy się tylko jak wniesiemy je do obozu. Zabandażowaliśmy koledze nogę i tam włożyliśmy. Strażnicy na bramie nic nie zauważyli - wspomina Władysław Lewkowicz.

Ze łzami w oczach mężczyzna wspomina kobiety: Bolesławę Kożusznik i Helenę Płotnicką, które im pomogły przeżyć ten straszny, obozowy czas. - Helenę Płotnicką, matkę rodziny nakryli Niemcy. Nie wydała nas, nic nie powiedziała. Kiedy wieźli ją do krematorium, jeden z kolegów położył jej na piersi namalowany kwiatek. To był nasz dar wdzięczności. Druga przeżyła wojnę, odszukaliśmy ją, by jej podziękować. To spotkanie było niezwykle wzruszające. Muszę powiedzieć, że to były bohaterskie kobiety - podkreśla pan Lewkowicz."

Vide:

http://maksymilian6.blog.onet.pl/wspomn ... 49356928,n
https://www.facebook.com/pages/Zwi%C4%8 ... 5394283525

Potrzeba jak powietrza wielkodusznej aktywności obywatelskiej, której Patronem jest – Rotmistrz Witold Pilecki i wartości, które reprezentuje. Niech "Naszym znakiem będzie Polska", tak jak była znakiem Tajnej Armii Polskiej! Niech naszą bronią będzie nasza Historia. Bohaterstwo naszych Przodków. Naszych Polek. Naszych Babć, Prababć. Historia Polski to przecież historia naszych rodzin. Tak - poprostu. A to – zobowiazuje.
Potrzeba nam nadal wspólnie dzielnie stawać - dla Polski.
Przypomnijmy o rotmistrzu! Trzeba dac świadectwo!
https://www.facebook.com/pages/Przypomn ... ut-Witold-
Pilecki/300842628258
https://www.facebook.com/events/410368365687056/
https://www.facebook.com/TajnaArmiaPolska
https://www.facebook.com/pages/Zwi%C4%8 ... 5394283525


PS. Z natchnienia tą niezwykła historią Pieknej Bohaterskiej Polki powstała - Strona wolontariuszy akcji "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki") poświęcona heroicznym kobietom: "To były bohaterskie kobiety". 25 maja - europejski Dzień Bohaterów Walki z Totalitaryzmem będzie także ich świętem.https://www.facebook.com/pages/To-by%C5 ... 7837404596 Zapraszamy!

http://aoobfk.salon24.pl/471324,byc-pol ... obowiazuje

To były bohaterskie kobiety
Z natchnienia tą niezwykła historią Pieknej Bohaterskiej Polki powstała - strona wolontariuszy Akcji "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki") poświęcona heroicznym kobietom - To były bohaterskie kobiety. 25 maja - europejski Dzień Bohaterów Walki z Totalitaryzmem będzie także ich świętem.
Ile piękna i dumy!
https://www.facebook.com/pages/To-by%C5 ... 7837404596


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 31 gru 2012, 09:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Nie oglądał się na władze

Wybór ks. Ignacego Tokarczuka na ordynariusza diecezji przemyskiej w 1965 r. wyznacza nowy okres w dziejach diecezji przemyskiej oraz oporu społecznego na Rzeszowszczyźnie. Przyjęty przez niego program duszpasterski zakładał zagęszczenie sieci parafialnej poprzez budowę nowych świątyń – niejednokrotnie bez oglądania się na pozwolenie władz – oraz obronę praw ludzi wierzących przed promowanym przez komunistów ateizmem.

Szacuje się, że łącznie w latach 1966-1993 na terenie ówczesnej diecezji przemyskiej (potem archidiecezji) powstało ponad 400 kościołów. Podejmowane inwestycje były prowadzone przy olbrzymim zaangażowaniu wiernych, pracujących bez wynagrodzenia na budowach, pomagających w pozyskiwaniu budulca, przekazujących środki finansowe na potrzeby nowo powstających świątyń. Powstaniu ich niejednokrotnie przeciwdziałał cały aparat administracyjny komunistycznego państwa. Na budowniczych (zarówno wiernych, jak i duchownych) sypały się kary finansowe, wyroki, szykany administracyjne, grożono im również utratą pracy. Wykonująca zalecenia partii komunistycznej Służba Bezpieczeństwa prowadziła wobec nich działania o charakterze operacyjnym.

4 km do kościoła

Od lat 60. nałożono na osoby zaangażowane w powstawanie świątyń kary finansowe na łączną kwotę 5 milionów złotych. Jedynie w latach 1966-1971 za udział w nielegalnym budownictwie oraz w nielegalnych zbiórkach i zgromadzeniach ukarano 95 duchownych. Począwszy od 1968 r., świątynie były też podpalane przez tzw. nieznanych sprawców. Do 1978 r. zniszczono w ten sposób 10 kościołów. Trzy inne bezskutecznie próbowano podpalić.

Realizując swój plan nielegalnego budownictwa, ks. abp Tokarczuk nie krył powodów swojego postępowania. W protokole z rozmowy przeprowadzonej 24 sierpnia 1973 r. z przewodniczącym prezydium WRN w Rzeszowie Franciszkiem Dąbalem, SB tak przedstawiała postawę ks. abp. Tokarczuka: „Diecezja przemyska – według niego – miała duże potrzeby organizowania ’nowych świątyń’ ze względu na przeludnienie i duże odległości od kościołów. Ludzie nie powinni mieć większej odległości jak 4 km, a parafia miejska nie może przekraczać 10 tys. wiernych, dlatego też ludność niejednokrotnie sama organizowała placówki sakralne. Oświadczył przewodniczącemu, że nielegalne budownictwo jest wynikiem tego, że w latach ubiegłych władze wydawały bardzo małą ilość zezwoleń. Wspomniał też, że w chwili obecnej w diecezji ma w 80% zrealizowany program na odcinku budownictwa sakralnego – brakuje mu 20% do realizacji całego planu”.

Program przyjęty przez ks. abp. Tokarczuka był realizowany pomimo wielu szykan ze strony SB, której funkcjonariusze, oceniając ich skuteczność w 1974 r., odnotowywali, iż kary nakładane w latach 1970-1971 na „budowniczych” były za niskie i dlatego nie były skutecznym ostrzeżeniem przed dalszymi wykroczeniami. Według nich, ks. abp Tokarczuk twierdził wręcz, że „korzystniejsze jest płacenie kar za nielegalne budowanie kościołów i kaplic, niż legalna budowa, ponieważ odpadają wysokie koszty projektów, a nadzór budowlany, materiały i praca świadczona jest przez wiernych bezpłatnie. Nielegalna budowa daje jeszcze takie korzyści, że widoczne są jej efekty oraz że wywołuje to u ludzi duże zaangażowanie, które promieniuje na okolicę”.

Ksiądz arcybiskup Tokarczuk przekonał się, a potem przekonywał o tym innych, że prawo komunistyczne jest bezprawiem odzianym w szaty prawa, niszczącym wszystko, co pozytywne i wartościowe. Postanowił też, iż nikt nie może go zmusić, aby bezprawie traktował jako „prawo obowiązujące w sumieniu człowieka”. Za swoje drugie zadanie przyjął przełamanie ogarniającego Naród strachu. Dokonywał tego poprzez świadectwo własnej odwagi oraz osobiste zaangażowanie w sprawy nowo powstających świątyń.

Słoma na klepisku

Jednym z kościołów, który powstał dzięki determinacji ks. abp. Tokarczuka i wiernego mu duchowieństwa, była świątynia pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Rzeszowie. Wezwanie jej wybrał osobiście ordynariusz przemyski. Według jego zamysłu miała się ona „stać wieczystą ekspiacją za sprofanowanie krzyża jubileuszowego [przez komunistów – M.K.]” w 1977 roku. Nową kaplicę 25 maja 1978 r. poświęcił ks. bp Tadeusz Błaszkiewicz. Jak zapisał w kronice parafii Chrystusa Króla ks. Józef Sondej, jeden z najbliższych i najbardziej zaufanych współpracowników ks. abp. Tokarczuka spośród duchowieństwa Rzeszowa: „Stodoła przedstawiała się w stanie opłakanym – mierzwa, słoma, plewy na klepisku i w sąsiekach pokrywały ziemię. Na środku leżały deski i płyta pilśniowa oraz przywiezione potajemnie z Mazurów drzwi i okna ze starego domu. Na stole zbitym z desek odbyła się pierwsza Msza Święta. Przed nią poświęcenie kaplicy. Kazanie w trakcie Mszy św. ’płomienne i bojowe’ wygłosił ks. bp Tadeusz Błaszkiewicz. Po zakończeniu Eucharystii wystawiono Najświętszy Sakrament. Rozpoczęła się jego adoracja, o której informowano we wszystkich rzeszowskich kościołach. W adaptację stodoły włączyła się grupa parafian, powstał ogromny zapał, trwała żywiołowa praca dzień i noc bez przerwy, poprawiono drzwi i okna”. Bardzo sprawnie, przy ogromnym zaangażowaniu wiernych, wybudowano kaplicę krytą blachą. Zaczęto także adaptować pobliską stajnię na punkt katechetyczny. Rozpoczęta w święto Bożego Ciała adoracja Najświętszego Sakramentu trwała bez przerwy dzień i noc. Prowadzili ją kapłani z parafii pw. Chrystusa Króla i pw. Matki Bożej Różańcowej. Kapłanem, który podjął się wybudowania świątyni i utworzenia parafii, został ks. Franciszek Kołodziej.

W sposób jednoznaczny wsparł go ks. abp Ignacy Tokarczuk. 11 czerwca 1978 r. przyjechał małym fiatem wspólnie z ks. Sondejem i odprawił w kaplicy Podwyższenia Krzyża Świętego Mszę Świętą. W kazaniu podziękował księżom oraz wiernym za zajmowaną postawę. Stwierdzał, iż w tej sprawie „jesteśmy w prawie”, dziękował wszystkim za ofiarność, mówiąc: „To są prawa ludzkie deptane, nie my depczemy, tylko [nasze – M.K.] prawa są deptane, powiedzmy nieuznawane i dlatego musimy o te prawa swoje jasno i zdecydowanie walczyć, otwarcie domagać się, żeby ateiści szanowali je. I najmilsi o was pamiętam. (…) Będą was ciągnąć przed sądy i sędziów. (…) Tu właśnie jasno sprawę musimy stawiać, mamy prawo, ażebyśmy my sami i nasze dzieci mogły czcić swobodnie Ojca Niebieskiego. A gdyby nawet ktoś coś ucierpiał, solidarnie się będziemy wspierać, a równocześnie te cierpienia czy przykrości, pamiętajcie to, co Chrystus powiedział – błogosławieni, którzy cierpią dla sprawiedliwości, albowiem ich jest królestwo niebieskie, kto do mnie przyzna się przed ludźmi, ja nie zawstydzę go przed Ojcem Niebieskim”.

Pomimo szykan władz komunistycznych parafia Podwyższenia Krzyża Świętego w Rzeszowie rozwijała się. Niemałą w tym zasługę miał ks. abp Tokarczuk, który formalnie ją erygował 1 stycznia 1979 r., mianując jej administratorem ks. Franciszka Kołodzieja. Ten zaś po wielu latach starań, licznych przesłuchaniach, sprawach sądowych, wybudował świątynię Podwyższenia Krzyża Świętego w Rzeszowie. Kamień węgielny pod nią poświęcił 14 września 1987 r. ks. abp Ignacy Tokarczuk. Poświęcenia nowo wybudowanej świątyni dokonał 20 maja 1993 r. ks. bp Kazimierz Górny, ordynariusz diecezji rzeszowskiej.

Budowa w jeden dzień

Kolejnym – jednym z wielu – przykładem nielegalnego budownictwa jest powstanie parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Tarnobrzegu. W mieście tym brak zgody władz komunistycznych na budowę nowej świątyni uniemożliwiał otoczenie odpowiednią posługą duszpasterską robotników Kopalni i Zakładów Przetwórczych Siarki „Siarkopol”. W 1979 r. ks. abp Ignacy Tokarczuk podjął decyzję o budowie kolejnej świątyni w Tarnobrzegu. Zadanie to otrzymał ks. Michał Józefczyk. Tak wspomina swoje spotkanie z księdzem arcybiskupem, podczas którego powierzono mu to zadanie: „(…) pojechałem na spotkanie z nim. Ks. biskup wyciągnął mapę Tarnobrzega i objaśnił mi, że w mieście tym jest tylko jeden kościół i koniecznością jest znalezienie miejsca na nowy. Tego samego dnia, 8 maja 1979 r., przyjechałem do Tarnobrzega”. Na samym początku zakupiono działkę pod budowę kościoła. Materiały budowlane zgromadzono i przygotowano w Lipnicy.

26 maja 1979 r. elementy przyszłej świątyni przewiezione zostały do Tarnobrzega. O godzinie 12.00 rozbrzmiały dzwony w klasztorze Dominikanów. Około 30 wiernych wraz z ks. Józefczykiem po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” rozpoczęło budowę kościoła. Powstałe w trakcie budowy osiedla mieszkaniowego wysokie wykopy sprawiły, iż prace nie zostały zauważone. Około godz. 22.00 drewniany kościółek był już postawiony.

W niedzielę, 27 maja, w klasztorze Dominikanów w trakcie Mszy Świętej o godzinie 6.00 ogłoszono, iż o godz. 7.00 odbędzie się poświęcenie kościoła. Po Mszy Świętej wierni udali się więc do nowej świątyni pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, którą poświęcił ks. abp Tokarczuk. Dopiero wówczas władze dowiedziały się o istnieniu kościoła. Na ulicy w jego pobliżu stanął radiowóz milicyjny kontrolujący poruszające się wokół pojazdy. Na drugi dzień próbowano bezskutecznie nakłonić ks. Józefczyka do opuszczenia Tarnobrzega.

Od początku powstania kościoła aż do października 1979 r. trwała w nim ustawicznie adoracja Najświętszego Sakramentu. W ten sposób broniono świątynię przed możliwością podpalenia. Metodę tę stosowano z powodzeniem w innych miejscowościach.

Obrona czynna

Przytoczone przykłady są jednymi z wielu, które przybliżają i ukazują trudne – choć niejednokrotnie jeszcze nie w pełni odkryte – realia walki, jaką na polu „nielegalnego budownictwa sakralnego” toczyło z komunistyczną władzą duchowieństwo diecezji przemyskiej.

W zamyśle ks. abp. Tokarczuka niezwykle istotną rolę w procesie budowy nowych świątyń odgrywali wierni represjonowani oraz szykanowani za swoją działalność przez komunistyczne władze. W rezultacie stawali się oni namacalnym przykładem łamania przez władze praw obywatelskich, formalnie strzeżonych przez konstytucję PRL. Powstające wówczas więzi pomiędzy duchownymi, ich ordynariuszem oraz wiernymi były krokiem milowym w procesie narastającego oporu społecznego. Przełamywano wówczas barierę strachu, zastępując niejednokrotnie postawę defetystyczną czynnym zaangażowaniem po stronie opozycji. Tym samym ks. abp Tokarczuk, współpracujący z nim kapłani oraz wierni stawali czynnie naprzeciw komunistycznej władzy promującej ateizm.

Dr Mariusz Krzysztofiński

http://www.naszdziennik.pl/mysl/19590,n ... ladze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 27 lut 2013, 09:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Pięciu Poległych

Piotr Szubarczyk

Przed 152 laty na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbyła się jedna z największych manifestacji poprzedzających wybuch Powstania Styczniowego. Zorganizowali ją warszawscy studenci pod hasłami praw obywatelskich. Od kul rosyjskich zginęli: czeladnik krawiecki Filip Adamkiewicz, uczeń gimnazjum, 16-letni Michał Arcichiewicz, robotnik Karol Brendel i dwaj ziemianie – Marceli Paweł Karczewski i Zdzisław Rutkowski.

Zabitych złożono w Hotelu Europejskim, gdzie wartę pełnili członkowie Towarzystwa Rolniczego. Chronili ciała przed wykradzeniem przez policję. Wiadomo, jak szkodliwe są „emocje”. Znamy „problem” z ciałami zabitych, choćby z roku 1970. „Przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej”… (C.K. Norwid). Po obdukcji lekarskiej ciała wystawiono na widok publiczny. Policja carska pozwalała na więcej niż komunistyczna bezpieka.

Potem przeniesiono ciała do kościoła Św. Krzyża, a do Warszawy przybywały delegacje, także spoza zaboru rosyjskiego. W sobotę, 2 marca 1861 r., pogrzeb Pięciu Poległych na Powązkach zamienił się w wielką manifestację Polaków i innych narodów dawnej Rzeczypospolitej. Byli przedstawiciele wszystkich cechów, stanów społecznych i wyznań. Do pochodu przyłączyli się nawet Żydzi, w tej sprawie solidarni z Polakami, kierowani przez mądrych rabinów Dow Ber Meiselsa i Izaaka Kramsztyka. Orszak pogrzebowy przeszedł przez plac Saski, Wierzbową, Bielańską, Nalewkami – na Powązki. Ciała złożono we wspólnej mogile.

Policja rosyjska nie zdecydowała się atakować rzesz ludzi, ale krzyż z grobu po cichu wykradła. Doszło do wtargnięć policji na tereny kościołów, które na znak protestu zamknięto. Na znak solidarności rabin Izaak Kramsztyk kazał zamknąć warszawskie synagogi.

Odwiedźmy grób Pięciu Poległych na warszawskich Powązkach. Przeszłość to dziś.

http://www.naszdziennik.pl/wp/25234,pie ... glych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 28 lut 2013, 09:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Dwa powstania – jeden cel

Wśród historyków doceniających w dziejach ojczystych znaczenie patriotyzmu, umiłowanie wolności – tych determinantów decydujących o narodowej tożsamości, będących spoiwem łączącym kolejne pokolenia Polaków, coraz powszechniej zrównuje się Powstanie Styczniowe roku 1863 z Powstaniem Antykomunistycznym po 1944 roku.

W żołnierzach wyklętych rzeczywiście znajdujemy to wszystko, co cechowało powstańców styczniowych, to samo umiłowanie wolności, tę samą wolę walki i poświęcenie. Ich życiorysy, przedstawione w nowej pracy Bogusława Szwedy „Powstańcy styczniowi odznaczeni Orderem Wojennym Virtuti Militari”, są bardzo podobne do życiorysów żołnierzy wyklętych. Często też, bo i nieprzypadkowo, nosili te same nazwiska.

To, co wydarzyło się po 1944 r. i trwało nawet do 1963 roku (ostatni żołnierz Powstania Antykomunistycznego Józef Franczak ps. „Lalek” został zamordowany w 1963 roku), rzeczywiście było autentycznym powstaniem, nawet większym od tego sprzed 150 lat, szczególnie gdy porównamy liczbę ofiar.

Historyk Leszek Żebrowski pisze, że w walce z komunistami po wojnie zginęło od 50 do 100 tysięcy ludzi. Powstanie Styczniowe pochłonęło 30 tysięcy ofiar, nie licząc 40 tysięcy zesłanych na Sybir, z których większość już nie wróciła.

Co charakterystyczne, żołnierze wyklęci największe sukcesy odnosili na tych samych terenach (Podlasie, województwa wschodnie i południowe), na których zwyciężali ci z 1863 roku. Oni z kolei inspirację do zbrojnego zrywu czerpali z Insurekcji Kościuszkowskiej czy z nie tak jeszcze odległego Powstania Listopadowego 1830 roku.

Często nosili nawet mundury z tamtej epoki i śpiewali te same pieśni, tak jak żołnierze wyklęci nucili pieśni z Powstania Styczniowego. Ten fenomen ludzkiego losu, szczególnie charakterystyczny dla narodów miłujących wolność i manifestujących wolę jej utrzymania, pięknie ujął George Byron: „Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,/ Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna”.

150 lat temu Polska chciała odzyskać, zbrojnie wywalczyć własne państwo. Po II wojnie światowej chciała utrzymać odzyskane w 1918 roku państwo. W zimową noc 22 stycznia 1863 roku postanowiono, z zaskoczenia, zbrojnie odtworzyć własne państwo w historycznych granicach I Rzeczypospolitej, a po 1944 roku żołnierze II Rzeczypospolitej sprzeciwili się zbrojnie dawnemu-nowemu zaborcy odbierającemu nam suwerenność, wschodnie tereny i budującemu wasalne, podporządkowane sobie państwo komunistyczne, czyli PRL.

W 150. rocznicę Powstania Styczniowego ukazał się reprint słynnego dzieła Józefa Piłsudskiego „22 stycznia 1863”. Autor wnikliwie analizujący przebieg nieudanego powstania zauważył, że była to jednak bardzo udana „demonstracya wojenna”, czyli chęć wywarcia wpływu na wolę i wyobraźnię przeciwnika i wymuszenia na nim niewygodnych dla niego zmian. Żołnierze wyklęci ulegli zbrojnie nowemu okupantowi, ale odnieśli podobne moralne zwycięstwo. Zwyciężyła idea wolności, przywiązania do patriotycznych tradycji, gotowości ponoszenia ofiar dla niepodległej Ojczyzny.

Uchwała Sejmu w 2001 r. rozpoczęła długą i żmudną, często specjalnie utrudnianą procedurę ustanowienia Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, który od dwóch lat przypada 1 marca. Święto to w dużej mierze zawdzięczamy śp. Lechowi Kaczyńskiemu, który wniósł do Sejmu projekt ustawy na miesiąc przed tragicznym lotem do Katynia. Ustawy tej nie dało się już zatrzymać, choć trzeba pamiętać, że ośmiu posłów głosowało przeciwko ustanowieniu tego dnia. Pięciu z Platformy Obywatelskiej, jeden z SLD i dwóch tzw. niezależnych, których nazwiska warto tu przypominać: Andrzej Celiński i Kazimierz Kutz.

Wolności nie można posiadać, trzeba ją stale zdobywać – nauczał nas bł. Jan Paweł II. Tak też jest z walką narodu o posiadanie własnego wolnego państwa. Dziś szczególnie intensywnie próbuje się wykreślić z naszej zbiorowej pamięci tę ponadczasową potrzebę.

Wojciech Reszczyński

http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieto ... n-cel.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 01 mar 2013, 06:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Pułkownik Ciepliński!

Łukasz Ciepliński ps. „Pług” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika – dowiedział się „Nasz Dziennik”
Mariusz Kamieniecki

Informacja zostanie oficjalnie podana do wiadomości dzisiaj na Uniwersytecie Rzeszowskim podczas seminarium poświęconego żołnierzom wyklętym, które z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizują: rzeszowski oddział IPN, Uniwersytet Rzeszowski oraz Stowarzyszenie Komitet Społeczny Budowy Pomnika ppłk. Łukasza Cieplińskiego w Rzeszowie. Obok wykładów poświęconych antykomunistycznemu podziemiu na Rzeszowszczyźnie zostanie zaprezentowany stan dotychczasowych prac związanych z budową monumentu. Jego odsłonięcie zaplanowano na koniec listopada w setną rocznicę urodzin Łukasza Cieplińskiego. Autorem pomnika jest Karol Badyna z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pomysł jego budowy powstał w 2008 r., a pieczę nad inicjatywą przejęło Stowarzyszenie Komitet Społeczny Budowy Pomnika ppłk. Łukasza Cieplińskiego w Rzeszowie. Pierwotnie projekt wyłoniony w konkursie zakładał prezentację jedynie postaci Łukasza Cieplińskiego, jednak po dyskusji i konsultacjach autor zmienił koncepcję. Dowódcy Zarządu IV Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” towarzyszyć będą postaci jego sześciu podkomendnych: mjr. Adama Lazarowicza, mjr. Mieczysława Kawalca, kpt. Franciszka Błażeja, por. Józefa Rzepki, por. Karola Chmiela i kpt. Józefa Batorego, skazanych wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie 14 października 1950 r. na karę śmierci i zamordowanych razem z ppłk. Cieplińskim w więzieniu na Mokotowie w Warszawie 1 marca 1951 roku. O gehennie, jaką przeżywali podczas trwającego trzy lata śledztwa, najlepiej świadczą wspomnienia syna Lazarowicza Zbigniewa: „W wyniku trzyletniego okrutnego śledztwa ojciec stracił zęby, na skutek bicia w głowę ogłuchł na jedno ucho, które jątrzyło mu się do końca życia, a czasami po tzw. ’przesłuchaniach’ wynoszony był na noszach, Franciszek Błażej, który najdłużej siedział w śledztwie, na skutek tortur o mało nie utracił nóg, a Józefa Rzepkę doprowadzono do obłędu”.

Głos zza grobu

Pamięć o katach i ofiarach była przez lata skrywana przez komunistyczne władze, a polskim patriotom przypięto łaty zdrajców i zbrodniarzy. Dlatego – jak przyznaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Wojciech Buczak, szef Stowarzyszenia Komitet Społeczny Budowy Pomnika ppłk. Łukasza Cieplińskiego w Rzeszowie – monument ma przede wszystkim spełniać rolę edukacyjną i podawać fakty o prawdziwych bohaterach tamtych dni. – Przerażające było to, że ludzi, którzy świadomie oddawali życie za wolną Polskę, określano mianem bandytów. O ich dokonaniach i ofierze złożonej na ołtarzu Ojczyzny przez długi czas nie wolno było mówić – tłumaczy Buczak. Dzięki urządzeniom multimedialnym będzie można usłyszeć głos ppłk. Łukasza Cieplińskiego. Na pomniku zostanie umieszczony gryps, który pod koniec życia napisał do syna. – Przed nami czas wytężonej pracy, aby uczyć młodzież historii i przekazywać jej prawdę o żołnierzach niegdyś wyrzuconych poza nawias społeczeństwa, określanych mianem „bandytów”, „zaplutych karłów reakcji”, którzy w rzeczywistości byli żołnierzami niezłomnymi, bohaterami odrzuconymi za wierną służbę Polsce, których należy przywracać historycznej pamięci. Jakże aktualna w dzisiejszych czasach pozostaje maksyma ppłk. Łukasza Cieplińskiego: „Co szlachetne i wielkie – przyjmij, co płytkie i nikczemne – odrzucaj” – cytuje Wojciech Buczak.

Opracowanie projektu i przygotowanie terenu pod budowę pomnika wzięło na siebie miasto Rzeszów, natomiast koszt wykonania popiersi i grypsu – niemal 320 tys. zł – sfinansuje ze zbiórki Stowarzyszenie. – Wśród ofiarodawców są m.in. kombatanci AK, młodzież szkolna, środowisko NSZZ „Solidarność”. Otrzymaliśmy także pomoc finansową na ten cel od Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Polskiej w Ameryce. Deklarację co do pomocy przy realizacji zamierzenia złożyło kilka lokalnych samorządów, Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i kolejny raz Samorząd Województwa Podkarpackiego – wymienia Buczak.

Pomnik ppłk. Łukasza Cieplińskiego stanie w centrum Rzeszowa na skwerze u zbiegu ul. Moniuszki i al. Cieplińskiego u wylotu ul. Zygmuntowskiej.

http://www.naszdziennik.pl/wp/25460,pul ... inski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 05 mar 2013, 07:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Walka z żołnierzami wyklętymi

Z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem, pełnomocnikiem prezesa IPN ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Dlaczego, Pana zdaniem, tak długo – ponad dwie dekady – musieliśmy czekać na ustanowienie 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych?
– Cieszę się, że w ogóle do tego doszło, chociaż oczekiwania społeczne w tym zakresie były już wieloletnie, praktycznie od 1989 roku. Wiele środowisk, nie tylko kombatanckich, oczekiwało, że z chwilą odzyskania niepodległości w sposób szczególny uhonoruje się żołnierzy wyklętych, a więc tych, którzy po 1944 roku kontynuowali walkę z systemem komunistycznym. Stało się jednak inaczej, przez wiele lat ten temat odkładano. Dziś powinniśmy skoncentrować się na tym, że to święto jest i co roku nabiera dodatkowego rozmachu. W bardzo wielu miejscowościach w Polsce 1 marca organizowane są różnego rodzaju imprezy upamiętniające żołnierzy wyklętych. Widać więc, że święto to już się przyjęło, z czego bardzo się cieszę.

Jaka jest waga tego święta?
– Żołnierze wyklęci byli skazani na zapomnienie, wymazywano ich z pamięci społecznej. W tej chwili to święto daje szansę na to, że oni tej pamięci zbiorowej zostaną przywróceni. Wielu z nich zasługuje na naszą szczególną pamięć, wśród żołnierzy wyklętych są postacie godne naśladowania, o których możemy powiedzieć, że były naszymi bohaterami narodowymi. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych to święto ważne dla całego społeczeństwa, zarówno dla kombatantów, którzy z bronią w ręku walczyli z komunizmem, jak i dla młodego pokolenia. Przypominając te postaci, wskazujemy im drogę, którą powinni podążać, kierując się zasadami wyznawanymi przez naszych bohaterów.

Dziennikarka Dorota Warakomska powiedziała, że dla dziennikarzy obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych powinny być tematem tabu.
– Żyjemy w wolnym kraju i każdy może prezentować własne poglądy. Jeżeli zaś chodzi o żołnierzy wyklętych, to myślę, że zbyt często ta dyskusja – szczególnie w mediach – ma charakter karykaturalny. Wypowiadają się bowiem ludzie, którzy z powodu wyznawanych poglądów politycznych podchodzą krytycznie do żołnierzy wyklętych, nie chcą ich święta i uznania ich za bohaterów. Mają wprawdzie do tego prawo, ale nie chciałbym, żeby narzucano te poglądy całemu społeczeństwu. Ostatnio niestety bardzo często, z jakimś szczególnym nasileniem, mamy do czynienia z różnego rodzaju wystąpieniami publicznymi, w których podnosi się argument rzekomego bandycenia się oddziałów z podziemia zbrojnego po wojnie. Chciałbym wszystkim tym krytykom przypomnieć, że żołnierze wyklęci, członkowie podziemia niepodległościowego, uzyskiwali po 1990 r. unieważnienie wyroków z lat 40. i 50. W związku z tym – w sensie prawnym – tych ludzi uznano za osoby walczące o niepodległy byt państwa polskiego. Jeżeli dzisiaj ktoś krytykuje żołnierzy wyklętych, pomijając przy tym fakt, że nawet w ocenie sądu ci ludzie walczyli o naszą suwerenność, to trudno jest to komentować. Jeżeli takie argumenty się pomija, to jak w sposób racjonalny można dyskutować o problemie?

Zniszczenie pomnika sanitariuszki Danuty Siedzikówny „Inki” w parku Jordana w Krakowie odbiera Pan jako akcję polityczną?
– Tu są dwie możliwości. Pierwsza, może najprostsza do przyjęcia, jest taka, że zrobiła to osoba, która ma problemy z racjonalnym rozpoznaniem rzeczywistości, czyli ktoś, kto ma jakieś problemy psychiczne. Ale istnieje jeszcze druga możliwość, że mamy tutaj niestety owoce kampanii nienawiści skierowanej właśnie przeciwko żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego, próby podważania wiarygodności tych żołnierzy i niestety ich publicznego opluwania. Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Nie jestem pewien, czy akurat w tym przypadku nie mamy do czynienia z taką sytuacją.

Gdy mówimy o żołnierzach wyklętych, wymieniamy najczęściej nazwiska gen. Fieldorfa „Nila”, rtm. Pileckiego, płk. Cieplińskiego, mjr. „Łupaszki”. Ale postaci, o których wiemy niewiele lub wręcz nic, jest zdecydowanie więcej.
– Z pewnością. Nasza wiedza powszechna na temat żołnierzy wyklętych i poszczególnych osób, które tworzyły podziemie niepodległościowe, walczyły z bronią w ręku i często ginęły, jest bardzo nikła. Ale właśnie m.in. temu służy ich święto 1 marca i wszystkie działania, które wokół niego są organizowane, by o tych kolejnych osobach – nie tylko o generale Fieldorfie czy rotmistrzu Pileckim – mówić i je przypominać.

Wszyscy ginęli podobną śmiercią i byli grzebani potajemnie, czy były jakieś różnice?
– Były różnice, ale polegały one w zasadzie na tym, czy ktoś był skazany na karę śmierci przez sąd powszechny, czy przez sąd wojskowy. Ci, którzy byli skazani na karę śmierci przez sądy wojskowe, zostali uśmierceni metodą katyńską. Ci zaś, którzy byli skazani przez sądy powszechne, jak m.in. generał Fieldorf, zostali powieszeni. Ale po śmierci byli traktowani tak samo – ich szczątki wrzucano do dołów, w większości w nieznanych miejscach, a potem przez wiele lat zacierano ślady po miejscach ich pochówku. Wymazywano także pamięć o nich ze zbiorowej świadomości.

W jednej z audycji radiowych usłyszałem niedawno, że trzeba poczekać ze stawianiem tych żołnierzy na piedestale, bo mamy podobno problemy z oceną tego, co działo się w Polsce po 1945 roku, a wśród tych żołnierzy mogli być zwykli bandyci.
– Nie mam najmniejszej wątpliwości, że żołnierze wyklęci zasługują na pomniki. Próba podważania ich ofiarności i męstwa poprzez podnoszenie rzekomych jakichś czynów kryminalnych, których mieli się dopuścić, jest tak naprawdę sztucznym wybiegiem. Polega on na tym, że ktoś, kto jest przeciwko samej idei ich uczczenia, będzie udawał, że próbuje racjonalnie dyskutować, podnosząc jakiś występek rzekomo kryminalny jednego z żołnierzy wyklętych. Jak już wspomniałem, osoby, które używają takich argumentów, tak naprawdę nie chcą uznania Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Warakomska łączy to święto z bieżącą walką polityczną między „kibolami i nacjonalistami a PO” czy „PiS a PO”.
– Nie ma to nic wspólnego z żadną walką polityczną ani odniesieniem do współczesności. Tu chodzi o pamięć o ludziach, którzy walczyli o niepodległość naszego kraju. Żołnierze wyklęci, tak jak wcześniej powstańcy warszawscy, żołnierze AK w czasie wojny, obrońcy z września 1939 roku, a wcześniej legioniści oraz powstańcy styczniowi i listopadowi, walczyli o niepodległość naszego kraju. Takie jest moje przekonanie i taki jest też fakt historyczny, bez względu na to, jakie ktoś ma poglądy polityczne. Nieuznawanie tego za walkę o niepodległość naszego kraju uważam za nieporozumienie.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... etymi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 06 mar 2013, 19:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wojciech Wencel

Imperium gdy powstanie...

„Wymarsz Uderzenia” był podobno ulubionym utworem siedemnastoletniej „Inki”.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 27 lutego 2013

Główną bohaterką tegorocznego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych jest Danuta Siedzikówna. Nie sądzę, żeby ci, którzy zdewastowali jej pomnik w Krakowie, byli wnukami stalinowskich funkcjonariuszy. Incydent wygląda na wulgarną polityczną prowokację, która miała wyprowadzić z równowagi patriotów i podnieść notowania „rozsądnych” nihilistów. Jakiekolwiek były zresztą zamiary wandali, nie powiodły się. Kryształowa postać „Inki”, zamiast zniknąć w cieniu partyjnych przepychanek, znalazła się w centrum zainteresowania. A razem z nią wrócił mit młodości i poświęcenia, ożywiany piękną pieśnią do słów Andrzeja Trzebińskiego.

„Wymarsz Uderzenia” był podobno ulubionym utworem siedemnastoletniej sanitariuszki. We wrześniu 2012 r. można go było usłyszeć podczas uroczystości odsłonięcia pomnika Siedzikówny w krakowskim parku Jordana. Jest w nim mowa o bzach, kłosach i kalinach, ale i o tym, że „Imperium gdy powstanie, to tylko z naszej krwi”. W świetnym skądinąd spektaklu „Inka 1946. Ja jedna zginę” słowo „Imperium” zmieniono na „Polska”, pewnie po to, by maksymalnie uprościć przekaz. A przecież idea imperialna nie jest żadną skamieliną. Obecna zarówno w tradycji piłsudczykowskiej, jak i narodowej („Prosto z Mostu”, „Sztuka i Naród”), wciąż stanowi wyzwanie dla polskich patriotów. Łącząc idealizm z pochwałą siły i czynu, może stać się pomostem między różnymi środowiskami. W wierszu Trzebińskiego chodzi o Imperium Słowiańskie, gdzie granice będą „z miłości, a nie z krwi” – federację narodów środkowoeuropejskich niezależną od Rosji i Niemiec. Ale jakkolwiek zdefiniujemy tę wspólnotę, niezmienne jest powołanie Polski: być ośrodkiem cywilizacji chrześcijańskiej promieniującym na całą Europę.

Za taką Polskę ginęli Żołnierze Wyklęci. Z perspektywy lat widać wyraźnie, jak wiele uczynił Instytut Pamięci Narodowej – i osobiście Janusz Kurtyka – dla odrodzenia ich mitu. Większość Polaków już wie, dlaczego niezłomni z AK i NSZ nie złożyli broni po 1945 r., i jest skłonna uznać ich racje. Taką samą pracę trzeba teraz wykonać z tradycją londyńskiej i nowojorskiej emigracji niepodległościowej. Stworzyć analogiczny system edukacyjny i ustanowić Narodowe Święto Pielgrzymstwa Polskiego. Dopiero te dwie tradycje łącznie ukażą nam wielkość i aktualność polskiej misji: przywrócić ducha prawdy i wolności w międzynarodowej polityce. Cel przejmująco wyrażony przez Kazimierza Wierzyńskiego w wierszu „Via Appia”: „Duchy, na których budował się świat,/ Wieki, z których to wszystko w siebie wchłonął,/ Usłyszcie nasze wojenne trąby:/ To naprawdę wolność,/ To naprawdę honor!/ Przeciw nam/ Tylko tanki i bomby”.

Współcześni Polacy potrafią budować, ale boją się burzyć. Dlatego na jednej ziemi sąsiadują ze sobą pomniki „Łupaszki” czy „Ognia” i monumenty na cześć „wyzwolicieli” czy przyjaźni polsko-sowieckiej. Choć istnieje zasadnicza sprzeczność między zapisanymi w nich wizjami dziejów, nad Wisłą dominuje przekonanie, że sowieckie pomniki nikomu już nie szkodzą. Niech sobie stoją, choćby jako pamiątki peerelowskiej architektury. Doprawdy? „Chwała bohaterom Armii Radzieckiej, towarzyszom broni, którzy oddali swe życie za wolność i niepodległość narodu polskiego” – głosi napis na warszawskim pomniku Braterstwa Broni. Dopóki godzimy się na takie absurdy, status PRL będzie fałszowany, co ma ogromny wpływ na nasze dzisiejsze wybory i hierarchie wartości. Pora wreszcie się zdecydować na jedną wersję narodowej historii. Jeśli – w zgodzie z polskim duchem – uznamy za bohaterów Żołnierzy Wyklętych, powinniśmy wyprowadzić z tego faktu konsekwencje. Łącznie ze zburzeniem wszystkich pomników poświęconych Sowietom i ich polskojęzycznym pomagierom. Gorąco popieram akcję Stowarzyszenia KoLiber „Goń z pomnika bolszewika”. Podoba mi się również propagowany w internecie pomysł, by haniebną bryłę „czterech śpiących” zastąpić pomnikiem „Inki”. Ale wiem, że nie możemy zatrzymać się w połowie drogi. Trudno myśleć o chrześcijańskim imperium, gdy w centrum Warszawy stoi monstrualny obelisk im. Józefa Stalina.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... tanie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 27 kwi 2013, 05:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Bolońska impresja

Jan Maria Jackowski

W dniach 20-23 kwietnia 2013 r. polska delegacja państwowa przebywała we Włoszech. W jej składzie byli weterani – uczestnicy i świadkowie wydarzeń z czasów II wojny światowej z kraju i zagranicy: córka gen. Władysława Andersa – Anna Maria Anders-Costa, przedstawiciele władz z kierownikiem urzędu ds. kombatantów i osób represjonowanych Janem Stanisławem Ciechanowskim, senatorami RP Łukaszem Abgarowiczem i niżej podpisanym, wiceprezesem Instytutu Pamięci Narodowej Agnieszką Rudzińską, przedstawicielami duchowieństwa, Wojska Polskiego, harcerzami, członkami grup rekonstrukcyjnych. Poruszające serca Polaków i Włochów doniosłe uroczystości we Włoszech odbywały się w asyście Kompanii Honorowej i Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego.

Celem wyjazdu było oddanie hołdu żołnierzom 2. Korpusu gen. Andersa w 68. rocznicę wyzwolenia Bolonii i zakończenia walk naszych żołnierzy we Włoszech. Pobyt w historycznych miejscach na ziemi włoskiej zaczął się od Mszy św. w kościele św. Łazarza w San Lazzaro di Savena, a następnie odbył się uroczysty Apel Poległych na polskim cmentarzu wojennym w Bolonii, gdzie na wiecznej warcie spoczywa 1432 polskich żołnierzy. Złożyliśmy również kwiaty pod pomnikiem gen. Andersa, a na rynku w Bolonii pod tablicą upamiętniającą wydarzenia z kwietnia 1945 roku wiązanki składali kombatanci polscy i włoscy. Uczciliśmy żołnierzy 2. Korpusu pod tablicą na Porta di Strada Maggiore, bramą miejską, przez którą Polacy od południowego wschodu wkroczyli do odbitej z rąk niemieckich Bolonii.

Uczestniczyliśmy również w podniosłych uroczystościach w innych miastach na szlaku bojowym naszych żołnierzy, którzy przed prawie 70 laty, przynosząc wolność Włochom, byli przez nich owacyjnie witani. Złożyliśmy kwiaty pod tablicą w Santa Sofia, w której okolicach zginął legendarny dowódca 15. Pułku Ułanów Poznańskich ppłk dypl. Zbigniew Kiedacz, w Forli, w Imoli i Castel San Pietro Terme. Wszędzie Włosi entuzjastycznie witali naszych weteranów – żołnierzy gen. Andersa, którzy mimo zawansowanego dziś wieku nadal dziarsko przypominali chwałę tamtych dni oraz polskie drogi: od sowieckich gułagów do szkolenia na Bliskim Wschodzie, szlak bojowy na froncie polskim i dramat zniewolenia Polski przez Sowietów.

Szczególnym akcentem było uczczenie 216. rocznicy powstania Mazurka Dąbrowskiego w Reggio Emilia. To w tym mieście Józef Wybicki napisał i po raz pierwszy w lipcu 1797 roku odśpiewał w gronie starszyzny legionowej przyszły hymn Polski. Po spotkaniu z władzami miasta w historycznej Sali Ratusza i złożeniu wiązanek pod tablicą pamiątkową nastąpiło uroczyste przejście pod sztab Legionów Dąbrowskiego i odegranie Mazurka Dąbrowskiego w jego pierwotnej wersji. W piątej zwrotce wersji pierwotnej Józef Wybicki zawarł wymowne i jakże aktualne słowa:

„Niemiec, Moskal nie osiędzie,

Gdy jąwszy pałasza,

Hasłem wszystkich zgoda będzie

y ojczyzna nasza”…

Reggio Emilia to również miasto o szczególnym znaczeniu dla Włoch, ponieważ tu 7 stycznia 1797 r. nastąpiło poświęcenie trójkolorowego sztandaru, który stał się flagą Republiki Cispadańskiej, a w 1848 roku – flagą narodową Włoch. Świadectwem wielowiekowej tradycji przyjaźni między naszymi krajami jest to, że w obu hymnach narodowych znajdują się wzajemne odniesienia, w hymnie polskim cytowane są Włochy, a w hymnie włoskim – Polska. Dowodzi to wspólnoty doświadczeń i dokumentuje walki o wolność i niepodległość.

http://www.naszdziennik.pl/wp/31005,bol ... resja.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 06 maja 2013, 07:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Druh Janek

Piotr Szubarczyk

6 maja 1921 r. urodził się jeden z bohaterów Szarych Szeregów i Polskiego Państwa Podziemnego ppor. Jan Bytnar „Rudy”.

Jego ojciec, Stanisław, był żołnierzem Legionów, co miało wielkie znaczenie dla Janka. Po przeprowadzce rodziny z Kolbuszowej do Warszawy jako uczeń Gimnazjum Stefana Batorego wstąpił do 23. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej ZHP im. Bolesława Chrobrego, zwanej Pomarańczarnią. Jego druhami byli m.in. Leszek Domański „Zeus” (nauczyciel zamordowany przez NKWD), Tadeusz Zawadzki „Zośka”, Maciej Aleksy Dawidowski „Kopernicki” i Jan Rodowicz „Anoda” (zamordowany po wojnie przez NKWD-UB).

Od początku okupacji uczestniczył w akcjach sabotażowych i zbrojnych. Ukończył tajną Szkołę Podchorążych Piechoty Rezerwy „Agrikola”. Dowodził hufcem Ochota Chorągwi Warszawskiej Szarych Szeregów. Osobiście wykonał najbardziej niebezpieczne akcje sabotażowe: zerwał flagę z hakenkreuzem z gmachu Zachęty, namalował znak Polski Walczącej na pomniku Lotnika.

Od listopada 1942 r. był w Grupach Szturmowych podlegających Kedywowi Komendy Głównej AK. Pułkownik August Emil Fieldorf „Nil” darzył miłością swoich najmłodszych podkomendnych. Po wojnie nie wyjechał na Zachód, wiedząc, że są prześladowani przez NKWD--UB. Przypłacił to życiem na mokotowskiej szubienicy.

Janek został aresztowany przez gestapo razem z ojcem 23 marca 1943 roku. Odbity przez druhów 26 marca w akcji pod Arsenałem. Był w stanie agonii. Zmarł 30 marca. Został mianowany pośmiertnie harcmistrzem ZHP i podporucznikiem, odznaczony Krzyżem Walecznych.

AK ustaliła nazwiska oprawców. Były to SS-kanalie: Herbert Schulz i Ewald Lange. Zostali zlikwidowani. Kryptonimem „Rudy” nazwano 2. kompanię batalionu „Zośka”.

26 września 2009 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Jana Bytnara Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Odwiedzajmy jego grób na wojskowych Powązkach.

http://www.naszdziennik.pl/wp/31706,druh-janek.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 22 maja 2013, 06:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Strzał Krysta

Piotr Szubarczyk

W wierszu Kazimierza Wierzyńskiego „Na rozwiązanie Armii Krajowej” są słowa: „Za wyroki na katów, za celny strzał Krysta jeden wyrok: do tiurmy. Dla wszystkich. Do czysta!”. O jakim strzale pisał poeta?

Jan Kryst ps. „Alan” (6 IV 1922 Modlin – 22 V 1943 Warszawa) był żołnierzem AK. Rok młodszy od „Zośki” i „Rudego”. Syn Franciszka Krysta, żołnierza AK, przed wybuchem wojny ukończył gimnazjum mechaniczne, pracował jako ślusarz.

Należał do harcerstwa i do Przysposobienia Wojskowego, zdobył odznakę strzelecką. We wrześniu 1939 r. walczył jako ochotnik w obronie Warszawy.

Wiosną 1943 r. poczuł się źle. Lekarze wykryli gruźlicę płuc, nie dawali szans na pokonanie choroby. Kryst postanowił, że umrze nie w łóżku, lecz w walce. Wystąpił do dowódcy o udział w akcji przeciwko Niemcom. Najlepiej samotnej, bez ryzykowania życia kolegów.

Kedyw AK pozwolił Krystowi na akcję odwetową za niemieckie egzekucje uliczne. Wyznaczono dwóch żołnierzy do osłony Janka po akcji. Obiektem ataku była restauracja „Adria” przy Moniuszki, gdzie przesiadywali gestapowcy. W sobotę, 22 maja 1943 r., Kryst wszedł tam pewnym krokiem. Zastrzelił trzech funkcjonariuszy gestapo, kilku ranił. Nie spieszył się z odwrotem. Jego ciało – zawiezione przez Niemców do kostnicy – zostało wykradzione przez AK i pochowane na cmentarzu Wolskim.

O akcji było w Warszawie głośno, miała wielkie znaczenie moralne. Jan Kryst został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Już podczas Powstania Warszawskiego upamiętniono go w „Adrii” tablicą.

Po wojnie nadano jego imię jednej z ulic na Woli. Propagandystom z PPR-PZPR pasował „bohater robotniczy”. Gdyby przeżył wojnę, pewnie szukalibyśmy go dziś na Łączce.

http://www.naszdziennik.pl/wp/33377,strzal-krysta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 25 maja 2013, 05:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Rycerz Niepodległej

„Kup koniecznie książkę Tomasza á Kempis ’O naśladowaniu Chrystusa’ i czytaj dzieciom fragmenty. To ci da siłę” – powiedział żonie skazany w 1948 r. na śmierć rotmistrz Witold Pilecki.

Szkoda, że z rzadka tylko przypomina się jego formację duchową. A może właśnie jego religijność i szlachetność, przywodzące na myśl kryształ najwyższej próby i ton najczystszy z czystych, to jedne z przyczyn zohydzania pamięci o nim? Może nie tylko niechęć środowisk lewicowych do przywracania narodowi bohaterów, lecz i przekonania rotmistrza sprawiły, że stał się ostatnio – tuż przed odsłonięciem jego szczątków na powązkowskiej Łączce – ofiarą haniebnych pomówień tygodnika „Polityka”, jakże zasłużonego dla deprawowania inteligencji peerelowskiego chowu.

Gospodarz na Sukurczach

Człowiek, który podjął się misji w Auschwitz, wiódł przed kataklizmem 1939 r. w Sukurczach żywot obywatela ziemskiego – z naciskiem na słowo „obywatel”. Zanim tam osiadł, mieszkał w rodzinnym Ołońcu pod fińską granicą, na krańcach imperium carów, gdzie jego ojcu pozwolono pracować.

Chłonął opowieści dziadka o Powstaniu Styczniowym, podczas gdy matka czytała Sienkiewicza, a ze ścian spoglądały Grottgerowskie postaci. Nic więc dziwnego, że wysłany jako 12-latek na naukę do Wilna, wstąpił do tajnych kół samokształceniowych oraz konspiracyjnego polskiego skautingu.

Po bolszewickim przewrocie Pileccy ściągnęli do rodzinnego gniazda na Wileńszczyźnie. Cóż to jednak było za gniazdo… Niemcy doprowadzili majątek w czasie wojny do ruiny. Gdy zaczęli wycofywać się z Wilna w grudniu 1919 r., Witold od roku już działał w samoobronie, a w sylwestra dowodził harcerską placówką w Ostrej Bramie, strzegąc obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej.

Wojna polsko-bolszewicka znów wyrwała go ze szkolnej ławki: jako ochotnik I Wileńskiej Kompanii Harcerskiej bronił okolic Grodna, potem gonił bolszewików uciekających spod Warszawy. Frontowe życie zakończył udziałem w wyprawie gen. Szeligowskiego, która odzyskała Wilno dla Polski.

Po maturze zapisał się na Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego, musiał jednak przerwać studia: brakowało pieniędzy. Zamiast popaść w zgorzknienie z powodu niezrealizowanych marzeń, poszedł służyć w Związku Bezpieczeństwa Kraju. Znów miał cel: „Chodziło o to, by wśród społeczeństwa wskrzesić tradycje żołnierskie” – wspominał.

Awansowany w 1926 r. do stopnia ppor. rezerwy, wrócił na stałe do Sukurcz, gdzie bieda zmusiła jego rodziców do wydzierżawienia majątku na fatalnych warunkach. Witold wygrał w sądzie i odzyskał Sukurcze. Jego siostra Maria wspominała: „W 1926 r. przybył Witek i zaczął gospodarzyć, znalazł się wówczas i żywy inwentarz, kilka krów i koni”.

Żyłka społecznikowska nie opuściła go po założeniu rodziny w 1931 roku: założył Kółko Rolnicze, żeby unowocześnić uprawę ziemi, oraz ochotniczą straż pożarną, otworzył mleczarnię; rozumiejąc potrzebę unowocześnienia rolnictwa, wyspecjalizował się w hodowli nasion koniczyny. Jakby tego było mało, zbierał chłopaków z okolicznych wsi, szkolił i utworzył z nich ułański szwadron krakusów, z którym brał udział w sportowych konkursach. I cieszył się, że Ojczyzna zyskała nowych obrońców.

Urodzonym w 1932 i rok później dzieciom, Andrzejowi i Zosi, poświęcał wiele czasu, wychowując je na ludzi o silnych charakterach. „Ojciec pracował na roli na równi z chłopami – wspomina jego córka Zofia Pilecka-Optułowicz. – Wiele wymagał od siebie, ode mnie i mojego starszego o rok brata Jędrka. Byłam córką kawalerzysty, generałką, dziedziczką świeżego powietrza – tak mnie nazywał. Wpajał szacunek do człowieka, przyrody. Uczył, że jeżeli znajdę biedronkę – mam ją podnieść i pomóc odlecieć”.

W najpogodniejszej chwili jego życia uderzył grom – wybuchła wojna.

„Przede wszystkim wolność Polski”

We wrześniu dowodził plutonem kawalerii dywizyjnej w składzie 19. Dywizji Piechoty Armii „Prusy”. Należał do ostatnich żołnierzy, którzy złożyli broń – walczył aż do 17 października 1939 roku. Zaraz potem przedostał się z mjr. Janem Włodarkiewiczem do Warszawy, gdzie założył organizację pod nazwą Tajna Armia Polska.

„Naród, o ile nie chce skarleć i zginąć, musi mieć ideał – głosi spisana w czerwcu 1940 roku deklaracja TAP. – Polska musi być chrześcijańska, bo wychodzimy z założenia, że tylko ideologia chrześcijańska, zespolona najściślej z naszymi dziejami i psychiką naszego Narodu, pozwoli nam, krocząc drogą sprawiedliwości społecznej, spełnić misję, jaką każdy naród w historii ludzkości ma do spełnienia”. W takim właśnie środowisku, deklarującym: „Jesteśmy krew z krwi, kość z kości dziedzicami pierwszego Krzyża Mieszka, zawołań Zawiszów Czarnych i Zyndramów, albowiem […] cierpimy za tę samą świętą sprawę, za którą ginęli nasi praojcowie w latach 1830 i 1863”, działał późniejszy dobrowolny więzień Auschwitz.

Przypomnieć jednak wypada, że Pilecki – w odróżnieniu od komendanta TAP Włodarkiewicza – był przeciwny ogłaszaniu tej deklaracji, sądził bowiem, że spowoduje ona rozłam w organizacji. „Chcąc związać możliwie większą ilość dobrych Polaków, podchodziłem do ludzi apartyjnie i wiązałem na płaszczyźnie tylko żołnierskiej. Takie podejście umożliwiło związanie wielu ludzi, którzy mieli na myśli przede wszystkim wolność Polski” – wspominał.

„Podobni do dzikich Zwierząt”

Wieści o budowie obozu koncentracyjnego Auschwitz skłoniły podziemie do wysłania tam ochotnika, który zebrałby informacje o położeniu więźniów i opracowałby raport dla władz RP w kraju i na emigracji. Misji tej podjął się Pilecki. 19 września 1940 r. pozwolił się aresztować Niemcom podczas łapanki na Żoliborzu.

Tamtego dnia miał przy sobie dokumenty Tomasza Serafińskiego, znalezione w warszawskim mieszkaniu, gdzie pozostawił je ich właściciel. W nocy z 21 na 22 września 1940 r. trafił do piekła: „W nieco fantastycznym, pełzającym po nas ze wszystkich stron świetle reflektorów, widoczni byli jacyś niby-ludzie. Z zachowania podobni raczej do dzikich zwierząt […] z drągami w ręku, rzucili się z dzikim śmiechem na pojedynczych naszych kolegów. Bijąc ich po głowach, kopiąc leżących już na ziemi w nerki i w inne czułe miejsca, wskakując butami na piersi, brzuch – zadawali śmierć z niesamowitym jakimś entuzjazmem”.

W Auschwitz spędził ponad dwa i pół roku, budując liczący kilkaset osób Związek Organizacji Wojskowej, który stworzył sieć „samopomocową”: pomógł wielu więźniom przeżyć, ratując chorych, dokarmiając najsłabszych, dostarczając odzież potrzebującym.

Organizacja dawała więźniom poczucie, że nie są tylko numerami, lecz żołnierzami. Pilecki potajemnie przygotowywał oddziały ZOW, które miały opanować Auschwitz w przypadku próby jego odbicia przez polskie podziemie. Swoje sprawozdania – jedne z pierwszych, jakie dotarły do władz polskich w Londynie oraz zachodnich aliantów – wysyłał przez kolegów zatrudnionych w lagrowej pralni. Szczegóły jego przeżyć zawiera stustronicowy raport spisany w 1945 roku. Dwa wcześniejsze, powstałe jeszcze w 1943 r., dotyczą działalności ZOW oraz warunków w obozie. W tym naj-obszerniejszym pisał dużo o własnym losie.

„Przekuwaliśmy się wewnętrznie”

W pierwszym okresie musiał opanować sztukę przeżycia. „Zauważyłem, że niektórzy z siedzących tu od paru miesięcy mają obrzęknięte twarze i nogi. Pytani przeze mnie medycy oświadczyli, że powodem tego jest nadmiar płynów. […] Postanowiłem wyrzec się płynów nie przynoszących korzyści” – pisał, kończąc uwagą niepojętą w ustach więźnia: „Należało panować nad zachciankami”.

Z końcem 1940 r. zaczynają się dla niego długie miesiące wykrzesywania z siebie siły większej niż potrzeba do uniknięcia śmierci. „W tym czasie zasadniczym zadaniem było założenie organizacji wojskowej – pisał. – Zorganizowałem tu pierwszą ’piątkę’ […]. W listopadzie posłałem pierwszy meldunek do Komendy Głównej w Warszawie”. Od jego przybycia do obozu minęły zaledwie dwa miesiące.

Nawet tam, na samym dnie ludzkiego upodlenia, jego duch wzrastał, oczyszczał się, wznosił ku sprawom najwznioślejszym. „A jednak człowiek odżywał, odradzał się, przeradzał – pisał.

– Tak przekuwaliśmy się wewnętrznie. Obóz był probierzem, gdzie się sprawdzały charaktery. Jedni staczali się w moralne bagno. Inni szlifowali swe charaktery jak kryształ. Rżnięto nas ostrymi narzędziami. Ciosy boleśnie wrzynały się w ciała, lecz w duszy znajdywały pole do przeorania… To przeradzanie się przechodzili wszyscy. […] Następowało niejako rozdwojenie. Wtedy, gdy ciało było stale udręczone, duchowo człowiek czuł się czasami – nie przesadzając – wspaniale. Zadowolenie zaczęło się gnieździć gdzieś w mózgu, z powodu przeżyć duchowych”.

Dostrzegał, jak śmiertelne zmęczenie pozbawia ludzi – jego również – wrażliwości: „Wszyscy, którzy się do pracy nie nadawali lub nie mieli już sił biegać z taczką, byli bici, a przy upadku – zabijani. W takich właśnie chwilach zabijania innego więźnia człowiek jak prawdziwe zwierzę, stał parę minut, łapał oddech w szybko pracujące płuca, wyrównywał nieco tempo łopoczącego serca…”.

Postawione przed sobą zadania wypełnił – do ucieczki w kwietniu 1943 r. zmusiła go groźba zdemaskowania.

Serafińscy dwaj

Dla nabrania sił został wysłany przez dowódców do Bochni. „Na werandzie domku położonego wśród ogrodu siedział jakiś pan z małżonką i córeczkami – wspominał Pilecki swoje przybycie do miasta. – Podeszliśmy do nich. Ja się przedstawiłem nazwiskiem, które nosiłem w Oświęcimiu. On odpowiedział: ’Ja też jestem Serafiński’. ’Ale ja jestem Tomasz’ – dodałem. ’Ja też jestem Tomasz’ – odrzekł zdziwiony. Pan omalże zerwał się z miejsca: ’Jak to, panie?! To są moje dane!’ ’Tak, to są pana dane’ – i opowiedziałem mu, że siedziałem w Oświęcimiu przez dwa lata i siedem miesięcy, a teraz stamtąd uciekłem”. W dworku Serafińskich spędził czas jakiś, odpoczywając.

Służąc w latach 1943-1944 w wywiadzie i kontrwywiadzie Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK, pamiętał o swoich dzieciach. Wysyłał do syna listy ze szczegółowymi wskazówkami, jak z drewna zrobić ramkę do obrazka, radował się ogrodniczymi upodobaniami córki: „Bardzo się cieszę, że […] lubisz różne zwierzątka hodować, jak również plantować wszelkie roślinki w ogródku. Ja również lubię każdego robaczka, żuczka, groszek i fasolkę i wszystko, co żyje”.

Po Powstaniu Warszawskim trafił do niemieckiego oflagu w Murnau. Wyzwolony przez Amerykanów, dołączył do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa we Włoszech. Tam właśnie w 1945 r. spisał relację z Auschwitz, tam też po rozmowach z gen. Andersem zgodził się wrócić do rządzonej sowieckim terrorem Polski, by prowadzić tu działalność wywiadowczą. Nie musiał podejmować się tej misji – przeważyło poczucie obowiązku.

„By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano”

W Warszawie znalazł się w grudniu 1945 roku. Gromadził i przesyłał do sztabu 2. Korpusu Polskiego informacje o działaniach NKWD i UB, a także podziemia niepodległościowego. Nie opuścił kraju wbrew rozkazowi generała Andersa, gdy zaciskać zaczęła się wokół niego pętla UB. Sześć dni po aresztowaniu w 1947 r. napisał wierszem list do Józefa Różańskiego, dyrektora departamentu śledczego MBP, zakończony słowami: „Dlatego więc piszę niniejszą petycję,/ By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano”. Kilka miesięcy później nie mógł już utrzymać pióra w ręku z wyrwanymi paznokciami.

Anna Zechenter, IPN Kraków

http://www.naszdziennik.pl/mysl/33756,r ... eglej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 12 cze 2013, 06:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Polska żyje

Piotr Szubarczyk

W Boże Ciało, 12 czerwca 1941 r., w Palmirach pod Warszawą Niemcy zamordowali Witolda Hulewicza (ur. 26 XI 1895) – pisarza, poetę, tłumacza, krytyka literackiego, wydawcę, dziennikarza radiowego, redaktora wydawanego konspiracyjnie w Warszawie pisma „Polska żyje”. Człowieka szlachetnego i dzielnego.

Pochodził z wielkopolskiej rodziny ziemiańskiej, kultywującej polskie tradycje patriotyczne. Jako 18-latek wcielony do armii niemieckiej, walczył na froncie zachodnim. Po wojnie powstaniec wielkopolski, przeżywał radość powrotu Wielkopolski do odrodzonej Rzeczypospolitej.

Obrazek
Witold Hulewicz (26 XI 1895 Kościanki – 12 VI 1941 Palmiry)


Razem ze starszym bratem Jerzym Hulewiczem – pisarzem, grafikiem i malarzem – redagowali liczący się w historii polskiej literatury i sztuki dwutygodnik „Zdrój”. W 1921 r. zadebiutował jako poeta. Przede wszystkim jednak był znakomitym tłumaczem literatury – jak na ironię, niemieckiej. Wyjechał z Wielkopolski do Warszawy, potem do Wilna. Pokochał to miasto, nie krył fascynacji jego atmosferą duchową. Był kierownikiem literackim teatru Reduta, potem dyrektorem programowym rozgłośni wileńskiej Polskiego Radia.

We wrześniu 1939 r. przebywał w Warszawie, u boku prezydenta Stefana Starzyńskiego. Założył konspiracyjne pismo „Polska żyje”. Aresztowany rok później przez Niemców, we wrześniu 1940 r., przeszedł długie i ciężkie śledztwo. Wywieziony przez niemieckich oprawców do lasu w Palmirach i tam zamordowany. Brat Jerzy przejął redakcję „Polska żyje”.

Witold Hulewicz spoczywa na cmentarzu w Palmirach – razem z dwoma tysiącami naszych rodaków. Zaglądajmy tam czasem.

http://www.naszdziennik.pl/wp/35466,polska-zyje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 14 cze 2013, 06:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Bohaterowie odzyskują imię

Obrazek

Na cmentarzu Powązkowskim zakończył się kolejny etap przywracania czci i pamięci skazanym na zapomnienie bohaterom Polski Walczącej. W uroczystej ceremonii odprowadzono szczątki ofiar reżimu komunistycznego ekshumowane na tzw. Łączce na cmentarz Północny, gdzie zostały tymczasowo złożone.

– Było to niezapomniane przeżycie, gdy te trumienki z wielkim pietyzmem wkładano do samochodu. Aż dech zapiera, gdy się uczestniczy w takich uroczystościach – wspomina to wydarzenie Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza Witolda Pileckiego.

– Widziałam, jak ci ludzie ciężko pracują i z jaką czcią podchodzą do każdej wykopanej z ziemi cząstki. To wszystko dzieje się w wyjątkowym klimacie i ten klimat, nie mam co do tego wątpliwości, jest stworzony przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka. Mam wielkie uznanie dla niego i po prostu mu wierzę, że odszuka kiedyś szczątki mojego ojca.

Panteon narodowych bohaterów

Łączka to kwatera o wymiarach 18 metrów na 18 w pobliżu muru cmentarza Wojskowego na Powązkach. Od 1948 r. grzebano tam przeważnie nocą ofiary sądowych zbrodni z więzienia na Rakowieckiej, a także zakatowanych w czasie śledztw z aresztów Informacji Wojskowej czy UB.

W drugiej połowie lat 50., gdy ustały już tajne pochówki, urządzono tu śmietnik, później teren uporządkowano, nawieziono ziemi i gruzu, wydzielono nowe kwatery na groby… komunistycznych dygnitarzy i oprawców.

Te skryte pochówki ofiar terroru komunistycznego w Warszawie nie były odnotowywane w księgach cmentarnych ani w żadnych oficjalnych dokumentach – miały na zawsze pozostać tajemnicą. Była to płonna nadzieja komunistów, gdyż o tym, że na Łączce spoczywają ich ofiary, wiedziała cała Warszawa i po 1989 r. natychmiast zawiązał się komitet, który doprowadził do wybudowania na niej w 1990 r. pomnika ofiar okresu stalinowskiego.

Potem nad Łączką zapadła trwająca ponad dwadzieścia lat cisza, a sytuacja leżących na niej zamordowanych bohaterów i ich żyjących rodzin praktycznie niewiele zmieniła się w porównaniu z tą, w jakiej pozostawili ich komunistyczni zbrodniarze.

Zbezczeszczone zwłoki kwiatu polskiej konspiracji niepodległościowej, kawalerów Virtuti Militari, ludzi tej miary co gen. August Emil Fieldorf, rotmistrz Witold Pilecki, mjr Zygmunt Szendzielarz, płk Hieronim Dekutowski, ppłk Stanisław Kasznica czy ppłk Łukasz Ciepliński – nadal leżały zakopane w anonimowych dołach, w niepoświęconej ziemi, w warunkach urągających ludzkiej godności.

Ten upokarzający stan rzeczy został przerwany dopiero w roku ubiegłym, gdy na kwaterę „Ł” cmentarza Powązkowskiego wkroczyła ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka, pełnomocnika prezesa IPN ds. poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego 1944-1956.

– Oni robią to, co jeszcze możemy dla naszych bohaterów narodowych zrobić: wydobyć ich szczątki, zidentyfikować i godnie pochować – wskazuje historyk Leszek Żebrowski.

– To jest wielkie osiągniecie, bo mimo wielu deklaracji praktycznie nie było dotąd żadnych działań. Tymczasem zaważył upór jednego człowieka, który uznał, że trzeba to zrobić, można to zrobić i on chce to zrobić. Cała reszta, a więc uruchomienie instytucji i zapewnienie odpowiednich warunków dla tych działań, to jest już czynnik wtórny, choć niebagatelny, bo okazało się, że przy wykorzystaniu nowoczesnego sprzętu, jaki zapewnia obecna technika, można zrobić naprawdę wiele.

Łączka zdradza tajemnice

Prace ekshumacyjne w kwaterze „Ł” cmentarza na Powązkach poprzedziły zakrojone na szeroką skale przygotowania, w których przydały się doświadczenia z lat poprzednich zespołu prof. Krzysztofa Szwagrzyka.

Przeprowadzono więc ogromną kwerendę archiwalną, zgromadzono relacje rodzin i bliskich osób pomordowanych, starano się dotrzeć do grabarzy, byłych funkcjonariuszy UB i pracowników więziennych. Powstał w ten sposób swoisty bank danych zawierający dane osobowe poszukiwanych skazańców, daty ich śmierci, podstawowe parametry fizyczne, charakterystyczne cechy, jak np. stan uzębienia, wcześniej odniesione rany czy złamania. Z drugiej strony ustalono metody pracy oprawców i chronologię pochówków.

W przeprowadzonych dotychczas dwóch etapach prac ekshumacyjnych na cmentarzu Powązkowskim wydobyto łącznie szczątki blisko 200 ofiar komunizmu. Prace muszą być kontynuowane, gdyż ciągle brakuje ok. 100 osób. Znajdują się one zapewne pod postawionymi na Łączce grobowcami komunistycznych notabli.

Przeprowadzono też pierwsze identyfikacje wydobytych szczątków – udało się przywrócić tożsamość siedmiu bohaterom podziemia niepodległościowego. Radość rodzin była wprost nie do opisania.

– Do dziś pamiętam te słowa: „Ma pan ojca, odnaleźliśmy jego szczątki”, to był dla mnie szok – wspomina Edmund Budelewski, syn por. Bolesława Budelewskiego, dowódcy kompanii terenowej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego zamordowanego w lipcu 1948 roku. – Dla mnie nie ulega wątpliwości, że prof. Szwagrzyk to wspaniały człowiek, który poświęcił się dla sprawy.

Podobnie myśli Stanisław Łukasik, syn Stanisława Łukasika ps. „Ryś”, jednego z dowódców zgrupowania Hieronima Dekutowskiego „Zapory” zamordowanych wraz ze swoim komendantem na Mokotowie.

– Podchodzi z sercem do tej pracy i jest też bardzo taktowny, czego doświadczyłem na sobie – dodaje.

80 proc. identyfikacji

Zainteresowania antykomunistycznym podziemiem niepodległościowym prof. Krzysztofa Szwagrzyka sięgają lat 90. Tej tematyce poświęcił pracę doktorską, a także dalszą karierę naukową.

– Poznałem go jeszcze w latach 90., kiedy zajmowaliśmy się podobną tematyką: podziemiem niepodległościowym, okresem stalinowskim, zbrodniami, sędziami, i widziałem, z jaką determinacją do tego wszystkiego podchodzi, jak bardzo chce, żeby te sprawy zostały zbadane – wskazuje Leszek Żebrowski.

Przełomem w badaniu tego okresu było powstanie w 1999 r. Instytutu Pamięci Narodowej. Bardzo szybko wrocławski oddział tego instytutu, w którym pracował Krzysztof Szwagrzyk, zaczął „specjalizować się” w tropieniu namacalnych śladów podziemia niepodległościowego przez szukanie i ekshumowanie jego zamordowanych przez komunistów członków.

Naturalnym polem eksploracji był wrocławski cmentarz Osobowicki, gdzie grzebano ofiary komunistycznych mordów. Wrocław i Ziemie Odzyskane wydawały się w latach 40. i 50. doskonałym azylem dla zagrożonych aresztowaniami żołnierzy wyklętych, co z czasem odkryła również bezpieka. Dla wielu z nich okazały się śmiertelną pułapką.

Dowodem na to są m.in. dwie dobrze zachowane kwatery na wrocławskiej nekropolii przeznaczone wyłącznie na pochówki ofiar systemu komunistycznego. Pierwszą ekshumację na tym cmentarzu – kpt. Włodzimierza Pawłowskiego, założyciela i dowódcy dolnośląskiej organizacji antykomunistycznej występującej pod nazwą „Kresowiak” – wrocławski IPN przeprowadził w 2003 roku.

Po trzech latach odnotowano kolejny sukces – także we Wrocławiu odszukano szczątki ppor. Mieczysława Bujaka „Gryfa”, którego udało się zidentyfikować na podstawie badań DNA. Zgodnie z życzeniem rodziny został on pochowany z honorami na Powązkach w panteonie żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego. W wyniku kolejnych poszukiwań na terenie cmentarzy Wrocławia i Opola dokonano ekshumacji Hieronima Bednarskiego, Edwarda Cieśli, Stefana Półrula, Antoniego Tomiałojcia, którym IPN zorganizował uroczyste pochówki.

Ostatecznie zakrojone na szeroką skalę, największe jak do tej pory w Polsce, działania ekshumacyjne na terenie cmentarza Osobowickiego zakończyły się w ubiegłym roku. W kwaterach 81A i 120 odnaleziono szczątki ponad trzystu więźniów okresu stalinowskiego, z których udało się zidentyfikować ok. 80 procent.

Początek drogi

W latach 40. i 50. w naszym kraju wymordowano około 50 tys. osób. Tyle zmarło w więzieniach, zostało straconych, zginęło w wyniku różnych działań pacyfikacyjnych sił bezpieczeństwa. W ogromnej większości miejsca ich pochówków nie są znane, choć pewne tropy można znaleźć w wydanym przez IPN albumie „Śladami zbrodni”, gdzie przedstawiono ponad pięćset miejsc związanych z funkcjonowaniem komunistycznego aparatu terroru. Teren wokół każdej z takich placówek to potencjalne cmentarzysko ich ofiar.

Niektóre z nich ekipa prof. Szwagrzyka już badała. Szukała m.in. w Szczecinie (miała tam udział w odnalezieniu szczątków pięciu członków grupy „BOA” straconych w 1948 r.), Poznaniu, Bolesławcu, Opolu, Jaworze. W okolicach Włodawy nad brzegiem Bugu w grudniu ub.r. poszukiwała, na razie bezskutecznie, ciała legendarnego Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, zastrzelonego w czasie obławy w 1951 roku.

Wiele czasu zespół prof. Szwagrzyka poświęcił dotarciu do mogił zgładzonych podstępnie na Opolszczyźnie ok. 200 żołnierzy z oddziału Henryka Flamego ps. „Bartek”, zwabionych w pułapkę obietnicą przerzutu na Zachód. Na „polanie śmierci” w Barucie, gdzie wysadzono w powietrze stodołę, w której spali partyzanci, odnaleziono kilkadziesiąt fragmentów kości, zapalniki min, ryngraf, zegarek, pierścionek, obrączkę i kolczyk, świadczący, że wśród zamordowanych była kobieta, ale zbiorowych mogił nie udało się jak dotąd zlokalizować.

– Znając charakter prof. Szwagrzyka, sądzę, że to poszukiwanie prędzej czy później zakończy się sukcesem, ale trzeba pamiętać, że to jest dopiero początek wielkiej drogi szukania tych kilkudziesięciu tysięcy osób zgładzonych przez komunistów – uważa Leszek Żebrowski. – Przynajmniej duża część z nich prawdopodobnie zostanie ujawniona i tym żołnierzom Polska zapewni godne pochówki.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/35670,b ... -imie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /