Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 05 paź 2009, 08:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Tysiące, miliony bezimiennych obrońców naszej Ojczyzny, zapomnianych i odrzuconych poza margines pamięci historycznej, przez panującą nam od 1945 r. aż do dziś ... antypolskość.

Nie możemy dopuścić, aby pamięć o tych ludziach nie przetrwała w kraju, który oni własną piersią zasłaniali przed agresorami, w narodzie dla którego poświęcili najcenniejszą rzecz....swoje życie.

Nie możemy o nich nie pamiętać. Pamięć to jednak nie wszystko.

Jak okażemy im naszą wdzięczność za ich wysiłek, determinację, poświęcenie, za ich tragedię, za ich śmierć.

Co na to polscy literaci, polscy filmowcy, i polscy szarzy, zwykli obywatele?
Co na to polska inteligencja?

Jak długo jeszcze będziemy "czcić" wskazanych nam przez media fałszywych proroków, zdrajców i sprzedawczyków, a jak długo będziemy milczeć o tych którzy szli pod "topór" wroga za to aby uratować dla nas Naszą Ojczyznę.

Jeżeli znacie historie naszych zapomnianych bohaterów to wklejacie je w tym wątku.

Może kiedyś znajdą się uczciwi Polacy i pozbierają te historie w większe dzieła, abyśmy mogli poznać tych patriotów polskich, o których zabroniono nam wiedzieć że istnieli.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 05 paź 2009, 08:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zginęła w obronie Ojczyzny

KH nr 2 (25), 25 czerwiec 2009

Jej nazwisko widnieje na tablicy pamiątkowej, umieszczonej w 1968 r. w holu Muzeum, wśród 40. nazwisk nauczycieli i absolwentów łowickich szkół, którzy oddali życie podczas II wojny światowej. Przez 70 lat o jej losach nie wiedzieli nawet najbliżsi. Będąc przekonani, że zginęła już na początku wojny, na grobowcu rodzinnym cmentarza kolegiackiego w Łowiczu umieścili tablicę z napisem: „Ś.P. Irena Grzywacz Zginęła w obronie Ojczyzny we wrześniu 1939 r. w 19-tym roku życia Cześć Jej Pamięci”. Nie pomylili się.
Komendantka PWK
Należała do pokolenia Polaków, które urodzone i wychowane w wolnej i niepodległej ojczyźnie, zasady etyczno-moralne stawiało na pierwszym miejscu - służba Bogu i Ojczyźnie była dobrem najwyższym. Pozostała im wierna do końca. Urodziła się 4 lutego 1920 r. w Bednarach Kolonii, w domu rodzinnym swej matki, Zofii z Cedrowskich. Ojcem był Władysław Grzywacz, mieszkaniec Bednar, z zawodu - jak podano w metryce chrztu - ślusarz kolejowy. Rodzina wkrótce powiększyła się - w 1922 r. przyszedł na świat syn Ryszard, a w 1926 r. jeszcze jedna córka Helena. W 1932 r. przenieśli się do Łowicza. Początkowo mieszkali na ul. Kaliskiej 20, następnie na Tkaczew 7, w końcu przeprowadzili się do piętrowego drewniaka przy 1 Maja 11, na wprost dworku kolejowego. Ojciec w tym czasie awansował na zawiadowcę Odcinka Zabezpieczenia Ruchu Pociągów w Łowiczu.

Irena Grzywacz na przedzie kolumny PWK na Starym Rynku 12.05.1938 r., fot. ze zbiorów rodzinnych Andrzeja R. Grzywacza z Warszawy.
Irena podjęła naukę w Państwowym Liceum i Gimnazjum Żeńskim im. Juliana U. Niemcewicza. Wyróżniała się urodą, miała zgrabną i smukłą sylwetkę, cechowały ją energia i zdecydowanie. W szkole lubiła przedmioty humanistyczne. Wstąpiła do koła Przysposobienia Wojskowego Kobiet do Obrony Kraju, które reprezentowała w obchodach świąt państwowych, organizowanych tradycyjnie w Łowiczu przez 10 pułk piechoty. W liceum została wybrana komendantką hufca PWK. Świadectwo dojrzałości uzyskała 26 maja 1939 r. Po maturze zamierzała studiować dziennikarstwo w Warszawie. Latem wyjechała na obóz PWK w Spale. Program obozu przewidywał szkolenie w zakresie wiedzy ogólno-wojskowej, ze szczególnym uwzględnieniem służby na wypadek wojny. Nie przypuszczała, że zdobyte tam umiejętności mogą się jej tak szybko przydać.
Nic o jej losie nie wiemy
Wybuchła wojna. Już w pierwszych bombardowaniach niemieckich we wrześniu 1939 r. został zniszczony dom, w którym mieszkali Grzywaczowie. Skłoniło to rodzinę do przeprowadzki do krewnych na ul. Stanisławskiego. Właśnie tam Helena Grzywacz widziała swą starszą siostrę Irenę po raz ostatni. W liście z 1975 r. do Tadeusza Gumińskiego, zbierającego materiały do słownika strat wychowanków i wychowawców łowickich gimnazjów, pisała: „Wcześnie rano przybiegła ze szkoły, gdzie mieli dyżury wraz z bratem Ryszardem, który był uczniem 4 klasy Gimnazjum Męskiego, by pożegnać się. Oboje wyruszyli z hufcem harcerskim i PWK w kierunku Warszawy. Po zakończeniu działań wojennych na naszych terenach brat wrócił ze swym kolegą Włodzimierzem Czumakowem w podarowanych i zdartych ubraniach, gdyż mundurki harcerskie zakopali po wkroczeniu Niemców w lesie. Wrócił bez siostry. Pod Chełmem Lubelskim zanosiło się na większy opór naszych wojsk, wobec tego odprowadził ją do miejscowego szpitala i tam się pożegnali. W szpitalu miała pełnić funkcję sanitariuszki. (…) Nic o jej losie konkretnie nie wiemy. Prawdopodobnie zginęła na wschodnich terenach Polski. Wielokrotne poszukiwania rodziców przez Czerwony Krzyż w Genewie oraz bezpośrednio przez Czerwony Krzyż w wielu państwach nie dały żadnego rezultatu; zewsząd przychodziły negatywne odpowiedzi, prócz Związku Radzieckiego, gdzie szanse na wiadomość były największe. Wizyta w szpitalu chełmskim również nie wyjaśniła jej losów, gdyż w tamtym czasie nie prowadzono żadnych rejestrów dotyczących personelu. Tak więc nie znamy ani daty ani miejsca jej śmierci (…)”.
Karabiny na stos
Kapral Szczepan Lewandowski otrzymał powołanie do wojska 28 sierpnia. Na miejsce zbiórki w Poznaniu stawił się z kolegą z rodzinnej wsi - Janem Labrzyckim. Otrzymali przydział do stacjonującego w Łucku 24 pułku piechoty. Do Łucka dojechali pociągiem 2 września. Po latach tak relacjonował swe przeżycia wojenne w wywiadzie opublikowanym w 1991 r. w dzienniku „Prawo i życie”: „ - Koszary były już puste. Widać było bałagan i brak organizacji. Otrzymali ekwipunek. Resztki tego, co zostało po służbie czynnej. Nowe były tylko buty”. Nękani przez niemieckie messerschmitty, przeszli pieszo prawie 80 km do Włodzimierza Wołyńskiego. Dostali tam, przywiezione prosto z fabryki, karabiny Mauser.
„- Karabiny były, ale nie było do nich pasków. Nieśliśmy je na sznurkach, mieliśmy też ładownice i po 12 nabojów” - wspominał Lewandowski. Kilka dni pozostali we Włodzimierzu, a gdy dowiedzieli się, że Niemcy dotarli już do Bugu, nocą przeprawili się przez rzekę na ziemie hrubieszowskie. Po drodze spotykali żołnierzy z rozbitych oddziałów. Ktoś wydał rozkaz, aby cały sprzęt łącznościowy zatopić w pobliskim jeziorku. „Potem przyszedł kolejny: Karabiny na stos i podpalić! Serce po prostu pękało, ale jakiś dowódca powiedział: - Szkoda niepotrzebnego rozlewu krwi, niech każdy idzie w swoją stronę. Każdego żołnierza będziemy jeszcze potrzebować” - opowiadał dalej Lewandowski. Dotarli do majątku Miętkie, kilka kilometrów na południe od Hrubieszowa, gdzie rozlokowała się niewielka grupa polskich żołnierzy. Nie wiedzieli, że 17 września uderzył na Polskę od wschodu nowy wróg.

Sowieccy oswobodziciele
Sowieci pojawili się niespodziewanie od strony Mircza. Zaczęła się chaotyczna strzelanina. Jeden z miejscowych widział, jak jakiś kapitan z pistoletem Vis w ręku wołał: „Do broni!”.
Wkrótce jednak padł ranny i po chwili słychać było jego błagalny głos wzywający sanitariusza. „Po bitwie na ciało tego kapitana Sowieci położyli słomę i podpalili ją” - powiedział. Szczepan Lewandowski zapamiętał, że było to w niedzielę 24 września, przed południem. Znajomy sierżant z Bydgoszczy próbował organizować obronę. Nawoływał do walki, ale krasnoarmiejcy otaczali już ciasnym kręgiem park i dwór. Potyczka skończyła się po ok. 20-30 min. Po obu stronach byli zabici i ranni.
„- Usłyszeliśmy wołanie: Ruki wierch! (Ręce do góry - przyp. MW) Wyszliśmy z naszych pozycji. Przygalopował jakiś wojskowy na koniu, chyba Ukrainiec, z naganem w ręku. Krzyknął po polsku: Szeregowi na lewo, oficerowie i podoficerowie na prawo. Kazał się nam ustawić w szereg” - opowiadał kapral Lewandowski. W tym momencie nadjechała sowiecka tankietka, z której wyszedł starszy oficer. Z przemowy, którą częściowo zrozumiał, wynikało, że sowieccy żołnierze przybyli, by Polaków oswobodzić i ochronić przed Giermańcami, a tymczasem powitały ich strzały. Po tych słowach oficer wsiadł do czołgu, który zaraz pospiesznie odjechał.
Przeżył własną śmierć
Lewandowski słyszał odgłosy pojedynczych strzałów dochodzących z parku za dworem, gdy nagle zza drzew wyłoniła się młoda dziewczyna w mundurze. Nie miała według niego jeszcze dwudziestu lat. Dowodzący napastnikami Ukrainiec krzyknął, aby dołączyła na lewo do szeregowców, ale ona chyba go nie zrozumiał, bo stanęła zdecydowanie po prawej, przy oficerach i podoficerach. Próbowała mu powiedzieć, że prawo międzynarodowe, w tym konwencja genewska nakazuje okazywanie szacunku jeńcom, ale sowiecki kamandir machnął tylko lekceważąco ręką i odwrócił się do niej plecami. Polskich żołnierzy z młodą sanitariuszką popędzono za park ok. 100 m, do niewielkiej dolinki, po czym kazano się im zatrzymać.

Irena Grzywacz na obozie PWK w Spale, 1939 r., fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Łowiczu.
Kapral widział, jak Ukrainiec wybrał czterech jeńców, nakazał im ustawić się nad rowem. Jemu i pozostałym polecił natomiast, by przeszli 15-20 m za rów. Gdy tylko usłyszał salwę karabinową, padł momentalnie na ziemię, rozrzuciwszy ramiona. Leżał nieruchomo na wznak. Do jego uszu docierały odgłosy kolejnych wystrzałów z karabinów, później zaś pojedyncze, oddane z nagana. To kamandir dobijał rannych strzałem w głowę. Po chwili doszedł do niego i chwycił za koszulę. „- Pociągnął za cyngiel, usłyszałem krótkie „pyk”. Zabrakło mu nabojów. Zawołał jednego ze swoich żołnierzy i kazał mu do mnie strzelić. Ten strzelił mi między nogi. Pocisk wszedł w ziemię, podniósł się tuman kurzu i pokrył mnie częściowo. (…) potem ruscy dobierali się widocznie do plecaków, kłócili się o zegarki. Wreszcie jeden powiedział: „Idiom k czortu” - wspominał z przejęciem Lewandowski.
Pochowani w bezimiennej mogile
Szczepan Lewandowski cudem ocalał z pogromu. Wśród 14. zamordowanych wtedy żołnierzy był też jego kolega, Janek Labrzycki, z którym rozpoczynał wojenną tułaczkę. Nazwiska pozostałych nie dane było mu nigdy poznać. Na miejsce sowieckiej kaźni przybyło nazajutrz kilku mieszkańców wioski. Według ich relacji, ciała żołnierzy były rozrzucone bezładnie, niektóre pozbawione butów i innych części garderoby. Tuż obok leżała jasnowłosa sanitariuszka z przestrzeloną piersią. Ktoś wyjął z kieszeni jej munduru dokumenty, odczytał z nich nazwisko i zapamiętał - Irena Grzywacz.
Ciała zabitych złożono na drabiniasty wóz i zawieziono na prawosławny cmentarz, położony za cerkwią w Mirczu. Spoczęły tam w wykopanej naprędce, bezimiennej mogile. Sanitariuszkę pochowano osobno, gdyż uznano, że nie godzi się, by spoczywała razem z mężczyznami. Jeden z mieszkańców zdjął z szyi żołnierzy połówki nieśmiertelników, by w przyszłości sporządzić wykaz pomordowanych. Niestety, jak się okazało po latach, osoba, do której trafiły nieśmiertelniki, zginęła podczas okupacji. Zachował się jedynie napis, wyryty na jednym z ukraińskich grobów: „Tu leży 14 żołnierzy WP i sanitariuszka”.
Aby uczcić pamięć ofiar
Przez wiele lat o godne uczczenie pamięci pomordowanych w Miętkie polskich żołnierzy starał się Lech Szopiński - historyk, radny, a od prawie trzech lat wójt gminy Mircze w powiecie hrubieszowskim. Z jego inicjatywy została przeprowadzona w końcu marca ubiegłego roku ekshumacja żołnierzy z Miętkiego. Nie pozwoliła ona, niestety, na ich pełną identyfikację. Żołnierskie szczątki złożono w specjalnie zaprojektowanej na ten cel kwaterze wojskowej na cmentarzu w Mirczu. W dniu 30 kwietnia br. odbyła się tam uroczystość pogrzebowa żołnierzy września 1939 r. Uświetniła ją Kompania Honorowa WP z Zamościa oraz Orkiestra Garnizonowa z Lublina. Mszę świętą celebrował biskup polowy WP gen. dyw. Tadeusz Płoska.
Wśród zaproszonych gości znaleźli się przedstawiciele rodzin ofiar: Zenon Labrzycki z rodziną z Puszczykowa oraz Andrzej Ryszard Grzywacz z żoną z Warszawy. Delegację ziemi łowickiej reprezentowali: wójt gminy Nieborów Andrzej Werle i przewodniczący Rady Gminy Tadeusz Kozioł, dyrektor Teresa Multan ze Szkoły Podstawowej w Bednarach z młodzieżą oraz dyrektor Elżbieta Skoneczna z I LO
im. J. Chełmońskiego w Łowiczu. W imieniu wszystkich Łowiczan złożyli hołd bohaterskiej sanitariuszce w miejscu, gdzie oddała swe młode życie. Mogli też podziękować tym, którzy spowodowali, że została przywrócona pamięć i prawda o tragicznych wydarzeniach sprzed 70. laty.

Marek Wojtylak

Poza dokumentami z Archiwum Państwowego w Łowiczu przy pisaniu artykułu korzystałem z reportażu „Nieśmiertelniki z Miętkiego” z tygodnika „Roztocze” oraz z materiałów udostępnionych mi przez Panią Dyrektor Teresę Multan, której w tym miejscu bardzo dziękuję.


http://www.nowylowiczanin.pl/index.php?s=44


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 05 paź 2009, 08:18 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lip 2009, 18:26
Posty: 1342
Aerolit napisał(a):
Tysiące, miliony bezimiennych obrońców naszej Ojczyzny, zapomnianych i odrzuconych poza margines pamięci historycznej, przez panującą nam od 1945 r. aż do dziś ... antypolskość.

Nie możemy dopuścić, aby pamięć o tych ludziach nie przetrwała w kraju, który oni własną piersią zasłaniali przed agresorami, w narodzie dla którego poświęcili najcenniejszą rzecz....swoje życie.

Nie możemy o nich nie pamiętać. Pamięć to jednak nie wszystko.

Jak okażemy im naszą wdzięczność za ich wysiłek, determinację, poświęcenie, za ich tragedię, za ich śmierć.

Co na to polscy literaci, polscy filmowcy, i polscy szarzy, zwykli obywatele?
Co na to polska inteligencja?

Jak długo jeszcze będziemy "czcić" wskazanych nam przez media fałszywych proroków, zdrajców i sprzedawczyków, a jak długo będziemy milczeć o tych którzy szli pod "topór" wroga za to aby uratować dla nas Naszą Ojczyznę.

Jeżeli znacie historie naszych zapomnianych bohaterów to wklejacie je w tym wątku.

Może kiedyś znajdą się uczciwi Polacy i pozbierają te historie w większe dzieła, abyśmy mogli poznać tych patriotów polskich, o których zabroniono nam wiedzieć że istnieli.


Bardzo piękna i chwalebna inicjatywa Panie Areolit. Owszem na sztandary i podręczniki historii winni powrócić ci "sławni", ja jednak ujmę się za bezimiennymi bohaterami, tymi przeganianymi przez "ścieżki zdrowia", wiem, było to w stanie wojennym, wspomni Pan o moim stosunku do Jaruzelskiego, ale tak to już jest, że zwykły obywatel, dostawał w kość nie od szczytu władzy, lecz od kanalii na samym dole. Ciekawym, czy doczekam się sprawiedliwości, ale w co bardzo wątpię, gdyż wszelka "wadza" po 1989 roku, realizowała "urbanowe hasło" BY SIĘ WYŻYWIĆ, A MOŻE LEPIEJ NAŻREĆ, NASZYM WSPÓLNYM MAJĄTKIEM! Dlatego też, chciałbym, by losowo wybrać z tysięcy represjonowanych, za czasów PRL-u i z opisem jak tego bohatera wybrano, wpisać w książki historii, by nasza młodzież miała godne wzorce do naśladowań.

_________________
Uśmiech i życzliwość łagodzi obyczaje.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 21 wrz 2010, 16:00 
Offline
Stażysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, 22:07
Posty: 131
Brawo! Cóż za piękny temat i jakże potrzebny! Święte słowa! Nie mozemy zapomnieć o tych co walczyli za Ojczyznę! Nasze niesłuszne zakompleksienie musi odejść precz! Powinniśmy być dumni z naszej historii! DUMNI! A nie polegać na zdaniu cudzozimców. Nie może ybć tak, że to co dla nas najświętsze i najważniejsze podważamy , wyśmiewamy i mieszamy z błotem. To się musi skończyć! Z chęcią dołąoże wszelkich starań by to zmienić. A teraz artykuł o zasłużonej, choć mało znanej, Polce:

Cytuj:
Matka Polka z Witomina

Od października 1939 r. Gdynia nazywała się Gotenhafen i należała do Deutsches Reich - na mocy bezprawnego dekretu Hitlera, wcielającego miasto do państwa niemieckiego. Największe osiągnięcie gospodarcze Polski międzywojennej - miasto i port, "polska Kalifornia", jak pisano przed wojną - było teraz w języku propagandy okupanta "odwiecznym miastem niemieckim", "portem Gotów". Tak napisano na propagandowej hitlerowskiej fotografii, pokazującej, jak żołnierze Wehrmachtu zrywają z budynku Kapitanatu Portu w Gdyni polskiego orła. Do tego podpis: "Wszędzie, w starych niemieckich miastach, zrywa się polskie orły"...

Ale te orły były jeszcze w sercach mieszkających tu Polaków. Oni pamiętali bohaterską obronę miasta we wrześniu i w październiku 1939 r., pamiętali wypędzenie kilkudziesięciu tysięcy jego polskich mieszkańców, wywożonych towarowymi wagonami w nieznane, z biletem ważnym w jedną stronę, z tobołkiem o maksymalnej wadze do 25 kg na osobę. Klucze kazano im zostawić w drzwiach, dom posprzątać dla przyszłych "właścicieli". Tych, którzy jako dzieci zapamiętali tamto wygnanie - na kilkuletnią poniewierkę i nędzne bytowanie w zrujnowanej wojną "Restpolen", tzw. Generalnej Guberni, wśród rodaków, którzy sami żyli w biedzie i w nieustannym zagrożeniu - trudno dziś wzruszyć tragedią statków "Wilhelm Gustloff", "Steuben" i "Goja", zatopionych przez sowieckie torpedy w styczniu 1945 r., z tysiącami ludzi na pokładach. Wyobraźnia nieuchronnie przypomina, że wśród tych ludzi byli także "właściciele" i "elektorat" Hitlera, których los w ten sposób pokarał. Byli niemieccy sąsiedzi Polaków, którzy na jesieni 1939 r., jako członkowie Selbstschutzu, strzelali do polskich "elementów przywódczych" podczas egzekucji w Piaśnicy, w Szpęgawsku i w niezliczonych miejscach na pomorskiej ziemi, głównie w lasach, gdzie na początku wojny Niemcy zamordowali około 60 tys. obywateli RP, mieszkańców Pomorza, uznanych za "niebezpiecznych dla zachowania niemczyzny".

Nasza babcia
Któregoś dnia zadzwonił telefon i usłyszałem słowa: "Proszę pana, czytamy o różnych bohaterach z przeszłości naszego Narodu i coraz częściej zastanawiamy się, czy nasza babcia, Stanisława Cyrson z Gdyni Witomina, nie powinna być także przypomniana Polakom? Nie była ważną osobą, o których się pisze na pierwszych stronach gazet. Była prostą kobietą, ale to, co zrobiła, wydaje nam się piękne i bohaterskie. Może ona też by zasługiwała na pamięć nie tylko najbliższej rodziny?".

Jestem Polką
W ten sposób poznałem piękną historię Stanisławy Cyrson (1892-1949), z domu Buksalewicz. Pochodziła z Wielkopolski. Wraz z mężem Wincentym (1883-1939), którego poznała w Westfalii, dokąd przybywało wielu Polaków w poszukiwaniu pracy, zamieszkała po ślubie w kaszubskiej wsi Witomino koło Gdyni, wówczas wsi! Z czasem Witomino stało się przedmieściem Gdyni, dziś jest niemal w centrum miasta! Ściągali tu ludzie z całego kraju. Polska budowała tu wielki port i miasto, z którego cały Naród był dumny. Poza tym jednak ludzie szukali tu po prostu pracy, o którą wtedy było bardzo trudno, a na wielkiej budowie zawsze można było coś znaleźć. Na świecie szalała recesja o niespotykanej wcześniej skali. Kryzys szybko dotarł do Polski, obciążonej wielkimi zniszczeniami wojennymi i wcześniejszą eksploatacją ziem polskich przez zaborców, niedoinwestowaniem niemal w każdej dziedzinie. Cyrsonom też żyło się ciężko, do wybuchu wojny urodziło im się pięcioro dzieci, które trzeba było wyżywić: Leon, Antoni (1914), Józef, Edmund (1919) i najmłodsza Monika (1925). Synowie byli pracowici, znaleźli zatrudnienie przy budowie portu, potem w samym porcie. Podczas okupacji uratowało ich to przed wcieleniem do Wehrmachtu. Byli dobrymi fachowcami, także Niemcy potrzebowali takich jak oni w porcie i w stoczni. Józef przedostał się do Anglii, pozostał tam także po wojnie, zginął podczas sztormu na kutrze rybackim w roku 1953. Pozostali przepracowali całą okupację w stoczni, na podstawie niemieckiego nakazu pracy.
Mimo iż przymusowy zaciąg do Wehrmachtu - największe nieszczęście rodzin polskich z ziem Rzeczypospolitej wcielonych do Rzeszy w roku 1939 - nie dotknął synów Stanisławy i Wincentego (zmarł kilka miesięcy przed wybuchem wojny), to jednak położył się cieniem na całej rodzinie.
Był rok 1941. Któregoś dnia Stanisława Cyrson wdała się w rozmowę z sąsiadką, która dobrowolnie podpisała volkslistę (zanim stała się ona praktycznie obowiązkowa na ziemiach wcielonych do Rzeszy). Sąsiadka szczyciła się tym, że jej syna powołano do Wehrmachtu. Stanisława odpowiedziała, że nie ma się czym chwalić. "Ja jestem Polką i dobrowolnie nie oddałabym moich synów do niemieckiego wojska".
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Sąsiadka doniosła na policję i pani Cyrsonowa została wezwana na przesłuchanie do gdyńskiej Schutzpolizei. Jeszcze można było uratować sytuację, ukorzyć się, wytłumaczyć, że to nieporozumienie, ale dzielna kobieta nie chciała stosować żadnych wybiegów. Po krzywdach, jakie Niemcy wyrządzili gdyńskim Polakom (egzekucje, masowe wypędzenia), uznała, że jakiekolwiek korzenie się i wyrzekanie się polskości byłoby poniżej jej godności. Zresztą, nienawidziła udawania, brzydziła się kłamstwem, była w swej prostocie i głębokiej wierze jednoznaczna i nieustępliwa w ważnych sprawach. "Tak" - powiedziała policjantowi. "Tak powiedziałam, bo jestem Polką i nie chciałabym, żeby moi synowie walczyli w niemieckim wojsku".

Mamo, dla ciebie zrobimy wszystko...
Została aresztowana. Dzieci były zgnębione i przerażone. Nie bały się o siebie. Bały się o swoją mamę. Wiedziały, jakie ma zasady, jak jest nieugięta. Najstarsi synowie, Leon i Antoni, poszli na Schupo. Byli tak zdeterminowani, że złożyli Niemcom ofertę godną heroizmu matki. Nie bacząc na niebezpieczeństwo i wbrew swoim głębokim przekonaniom, zadeklarowali, że jeśli matka zostanie uwolniona, dobrowolnie pójdą na front... Ta propozycja, choć złożona z miłości do matki, nie zrobiła na niemieckich policjantach wrażenia, została skwitowana kpinami, synowie Stanisławy zostali wygnani z komisariatu.
Nie wiadomo było, co się teraz wydarzy, można się było spodziewać najgorszego. Antoni odwiedzał matkę, prosił, by przynajmniej udawała, że zmieniła swoje poglądy, ale ona - choć bardzo cierpiała z powodu tej sytuacji i była pełna obaw o rodzinę - pozostała nieugięta. W gdyńskim areszcie przesiedziała miesiąc, potem wywieziono ją do Konzentrationslager Ravensbrück.

Ravensbrück
Był największym niemieckim obozem zagłady dla kobiet, założonym już w roku 1939. Nieduża miejscowość w pobliżu miasta Fürstenberg, na północ od Berlina, niczym się przed wojną nie wyróżniała. Dziś jest synonimem zbrodni. Tu zabijano kobiety uznane za "wrogów III Rzeszy". Ponury obóz koncentracyjny miał liczne podobozy, przez które przeszło ponad 130 tys. kobiet z całego świata, wśród nich szczególnie dużo, bo aż 30 tys. Polek. Kobiety zabijano w egzekucjach, w komorach gazowych, upodlano je nieludzką pracą i podłym wyżywieniem, przeznaczonym dla "podludzi". Aż 92 tys. nie przeżyło obozu! Liczbę zamordowanych lub zamęczonych pracą Polek szacuje się na mniej więcej 17 tysięcy. Największą hańbą Ravensbrück, prosto z dna piekła, były "doświadczenia medyczne" (głównie zbrodnicze "operacje" kostne, mięśniowe, sterylizacje). Ich ofiarą padały w większości młode Polki.
W tym piekle, jakby wbrew nadziei, Polki prowadziły tajną działalność, której celem było ratowanie poczucia godności, wiary i nadziei. Była to działalność kulturalna i tajne nauczanie. W obozie było wiele polskich nauczycielek, aresztowanych już we wrześniu 1939 r. jako "element szczególnie niebezpieczny dla umacniania niemczyzny"... Powstały tajne drużyny harcerskie, składano tajne przyrzeczenia!
Kobiety cierpiały i słaniały się na nogach. Nie nadawały się do pracy w tych warunkach. Zresztą, przywieziono je tu nie po to, by pracowały, lecz by umierały... Najsłabsze wywożono do obozu w Bergen-Belsen koło Hanoweru. To był już w dosłownym znaczeniu obóz śmierci. Od roku 1944 kierowano do niego transporty ludzkich szkieletów, więźniów niezdolnych już do pracy z powodu wieku lub skrajnego wyczerpania. Tu ich uśmiercano. W sierpniu 1944 r. w Bergen-Belsen utworzono pod namiotami obóz dla umierających Polek. Ich groby pozostały tam do dziś.

Przeżyłam
Stanisława Cyrson okazała się twardsza od wielu innych kobiet, choć pod koniec wojny była już tak słaba, że groziło jej wywiezienie do Bergen-Belsen lub śmierć w Ravensbrück. Prześladowała ją myśl, że spalą ją w tym piekielnym miejscu i już nigdy nie zobaczy najbliższych. Największą udręką była nie praca, lecz koszmarne apele, podczas których stały przez wiele godzin na baczność. Jedynym celem tej "musztry" było dodatkowe upokorzenie więźniarek i naigrawanie się z ich fizycznej słabości. Niemcy znajdywali w tym jakąś szczególną satysfakcję, której Stanisława nie była w stanie zrozumieć.
Jednak zaprawiona od młodości do ciężkiej pracy, uzbrojona w wiarę, która nie pozwalała umrzeć nadziei, nie tylko przeżyła chwile największych słabości, ale była też podporą dla innych więźniarek. Synowie, pracujący do końca okupacji w gdyńskiej stoczni, wysyłali matce paczki z żywnością - chlebem, smalcem i wszystkim, co udało im się zdobyć. Stanisława dzieliła się tym z innymi więźniarkami.
W kwietniu 1945 r. obóz został wyzwolony przez Sowietów. Stanisława Cyrson, choć bardzo słaba fizycznie i udręczona na duszy, najszybciej jak było można w ówczesnych warunkach, wróciła do Gdyni, do rodziny. Początkowo nie zdawali sobie sprawy z tego, co ją w Niemczech spotkało. Dziwili się, że jak największego skarbu strzegła przywiezionego z Ravensbrück różańca, ulepionego z głodowych racji obozowego chleba.
Dopiero teraz dopadły ją jednak na nowo wszystkie nieszczęścia, których była świadkiem. Dopóki była w obozie, pozostała twarda i nieugięta. Teraz w dwójnasób przeżywała wszystkie okrucieństwa, obcowała duchowo z pohańbionymi i zamordowanymi w Ravensbrück kobietami. Zaczęła mówić do siebie strzępami różnych języków, które zasłyszała w obozie, jakby chciała oddać hołd i zapamiętać na zawsze wszystkie cierpiące tam kobiety. Dzieci były zdruzgotane pogarszającym się ciągle stanem matki. Próbowały jej pomóc, ale ona umierała na ich oczach, jakby odchodziła do "swoich" z obozu. Choć miała niewiele ponad 50 lat i nie cierpiała na żadną konkretną chorobę, zaczynała tracić kontakt z realnym światem. Była ciągle w niemieckim piekle, rozumiał ją chyba tylko Pan Bóg. Niechętnie mówiła bliskim o tym, co widziała, jakby chciała im oszczędzić zła, jakby bała się o ich wiarę w ludzką szlachetność i dobro. Kochała swoje dzieci, patrzyła na nie z tkliwością, ale widać było, że jest już jakby nieobecna. Dzieci opiekowały się mamą troskliwie do samej śmierci. Stanisława Cyrson umarła w roku 1949, w wieku 57 lat. Została pochowana na cmentarzu Witomińskim - największej nekropolii Gdyni.

_________________
"Taniec, to nie układ figur,
żeby go zatańczyć, trzeba zrozumieć ile
każda chwila jest warta."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 23 lis 2010, 13:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Nie dowiedziała się, gdzie jest pochowany jej ojciec. Nie mogła nawet zapalić świeczki na jego grobie

Kochajcie Polskę, za którą zginął mój ojciec

Z Aliną Czerniakowską, autorką filmów dokumentalnych o gen. Auguście Fieldorfie "Nilu", rozmawia Bogusław Rąpała

Odejście Marii Fieldorf-Czarskiej to dla Pani odejście przyjaciela?

- Dla mnie to wiadomość bardzo trudna. W 1991 r., kiedy kręciłam swój pierwszy film dokumentalny o ojcu pani Marii, gen. Fieldorfie "Nilu", jednocześnie udało mi się pozyskać jej serce. Przez te wszystkie lata była mi osobą bardzo bliską. Zawsze mogłam zwrócić się do niej o pomoc i radę, których mi nigdy nie odmówiła. Była dla mnie autorytetem i kimś bardzo bliskim. Jest mi niezwykle ciężko. To był ktoś niesamowity.

Jej postawa budziła szacunek, szczególnie wśród młodzieży, z którą się często spotykała...

- Pamiętam spotkanie pani Marii ze studentami na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie pokazywany był mój film. Młodzież na początku rozmawiała i hałasowała, ale kiedy pani Maria zaczęła przemawiać swoim ciepłym i młodym głosem, na sali zapanowała cisza i skupienie. Mówiła do nich: "Kochajcie Polskę, bo mój ojciec za tę Polskę zginął!". Zachęcała do szukania prawdy oraz porzucenia złudzeń, że usłyszą ją od wrogów Narodu Polskiego. Pamiętam jak dziś te słowa. I podkreślała, że całe swoje życie wiedziała, że musi być wierna temu, co przekazał jej ojciec. To było niesamowite przesłanie, które wywołało wzruszenie i wiele pytań od młodych ludzi. Często miałam możliwość obserwowania jej spotkań z młodzieżą, w szkołach i na uniwersytetach. Jej wystąpienia rozjaśniały młodym w głowach, bo stał przed nimi ktoś, kto przeżył bardzo wiele. Opowiadała im, że kiedy zabito jej ojca, ona była w ich wieku. Mówiła, że zabili go za to, że do końca służył Polsce i nie dał się namówić na zdradę. Młodzi ludzie mogli przez to zrozumieć prawdziwe znaczenie słowa "ojczyzna". Kiedy tego słuchałam, byłam gotowa dosłownie uklęknąć i ucałować jej ręce za to, co mówiła i robiła. Teraz pozostaje mi tylko jej za wszystko bardzo podziękować. Wszyscy powinniśmy jej dziękować i przekazywać jej przesłanie dalej.

Zawsze była wierna wyznawanym wartościom...

- I tak było zawsze, gdziekolwiek się pojawiła. Ona była osobą, która swoim życiem udowodniła, że to, za co zginął jej ojciec, jest najwyższą wartością. A zginął za miłość do Ojczyzny, wierność zasadom i zachowanie się z godnością i honorem do samego końca. I ona taka była. Takie było jej życie. I myślę, że była bardzo potrzebna, nam, Polsce, wszystkim żyjącym w naszym kraju, którym o coś chodzi i którzy walczą, żeby w Polsce było normalnie, żeby zwyciężała prawda i żeby ludzie, którzy dla niej pracowali i pracują, mieli właściwe miejsce. Była osobą, która swoim nazwiskiem świadczyła, iż to, co mówi, jest bezdyskusyjną prawdą. Tym się kierowała przez całe życie...

...które nie należało do łatwych.

- Dużo z nią rozmawiałam i wiem, że jej życie było bardzo ciężkie. Najpierw tragedia związana ze straceniem jej ojca, a potem, o czym mało kto wie - jej rodzinie i innym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, było bardzo trudno żyć z powodu prześladowań, jakie ich spotkały ze strony komunistów. To wszystko miało związek z tym, że stali sie wrogami władzy ludowej, ludźmi niewygodnymi, którzy mówili prawdę o osobach odpowiedzialnych za mord na gen. Fieldorfie, i które były winne wielu innych zbrodni. Właśnie pani Maria należała do tych, którzy nie chowali głowy w piasek. Ona zawsze miała odwagę powiedzieć prawdę, niezależnie od sytuacji, czasów i rządów. Pisała listy do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, premiera Donalda Tuska. Była osobą szanowaną. Mam te listy i nie tak dawno je przeglądałam. Wszystko, co napisała, było krótkie, ale bardzo sensowne. Jest mi bardzo żal, że odchodzą właśnie tacy ludzie, których nikt nie zastąpi.

Maria Fieldorf całe życie poświęciła temu, aby pokazać światu prawdę o swoim ojcu. Jednak nie doczekała rzetelnego procesu morderców generała Fieldorfa "Nila"...

- W moim filmie "W sprawie generała Fieldorfa" pokazałam, jak przez dziesięć lat niestrudzenie przemierzała sądowe korytarze i jak wielkim smutkiem napełniało ją to, że kolejne rozprawy były umarzane. Kolejni świadkowie umierali, a żyjący oprawcy byli uniewinniani. Do końca nie dowiedziała się również, gdzie jest pochowany jej ojciec, nie mogła nawet zapalić świeczki na jego grobie. Ale ona nie rezygnowała w dochodzeniu prawdy i sprawiedliwości. Ta jej działalność przyniosła ogromne efekty. Bez jej zaangażowania sprawa gen. Fieldorfa "Nila" nie byłaby tak bardzo znana i nie zainteresowałoby się nią tak wielu reżyserów. Wiedzę o swoim ojcu przekazała Polsce i światu. Obecnie jeden z moich filmów: "On wierzył w Polskę", jest tłumaczony na język angielski. Tak bardzo chciałam jej o tym powiedzieć, ale nie zdążyłam.

To jest jej zwycięstwo.

- Takich zwycięstw jest wiele. Walczyła o wskazanie winnych śmierci jej ojca i mimo że nie byli sądzeni, to jednak świat poznał ich nazwiska. Kiedyś jednemu z dziennikarzy z telewizji BBC powiedziała, że chciałaby zapytać Helenę Wolińską, dlaczego tak nienawidziła Polaków. Słowa, które wypowiadała, były mocne, ale jakże bardzo prawdziwe i potrzebne. Bo całe jej życie było prawdziwe. To, co nosiła w sercu, wyrażała na zewnątrz. Czuję ogromny żal, że nie będzie ludzi, którzy mogą całym sobą i swoim życiem świadczyć o tym, jak było naprawdę. Ale myślę, że wiele udało jej się przekazać i zostało to zapisane w filmach i różnego rodzaju dokumentach. No i do nas należy teraz, aby to, co mówiła, nie zaginęło.

Jej życie było niestrudzoną służbą dla innych. Do ostatnich chwil była bardzo aktywną osobą.

- Rozmawiałam z nią jeszcze w ubiegłym tygodniu, podawała mi różne telefony, opowiadała o uroczystości w Krakowie z okazji nadania wojskom specjalnym imienia jej ojca i o tym, jakie szkoły chciałyby z nią zorganizować spotkanie. Obiecywała sobie, że gdy tylko się lepiej poczuje, przyjmie te wszystkie zaproszenia. Ona tym wszystkim żyła, była tak niezwykle sprawna i bystra, jeśli chodzi o sposób myślenia, że wielu młodych mogłoby jej tego pozazdrościć. Tryskała energią.
Niestety, wiadomo, że tacy ludzie dla wielu osób są bardzo niewygodni. Nie tak dawno jeden z dziennikarzy powiedział pani Marii, że jest przewrażliwioną, starszą panią. I wtedy pomyślałam sobie, że są w naszym kraju ludzie, którym takie osoby jak pani Maria przeszkadzają i których najchętniej posadzono by gdzieś na szarym końcu. Jest to po prostu obrzydliwe. Dzieje się tak dlatego, że jeśli ktoś odważnie mówi rzeczy niewygodne, a na dodatek poprze to świadectwem swojego życia - tak jak to robiła pani Maria - to takie słowa stają się niezbitymi dowodami na prawdę. Komuś, kto tej prawdy nie może znieść, pozostaje tylko powiedzieć, że osoba ją wypowiadająca jest niepoczytalna i nie należy jej słuchać. Natomiast chciałabym bardzo mocno podkreślić, że każde działanie pani Marii, każde jej wystąpienie było starannie przemyślane, bardzo mocne, prawdziwe i poruszające.

Pani Maria - gorąca patriotka, na pewno silnie przeżywała aktualne wydarzenia w naszej Ojczyźnie.

- W ostatnich dniach, kiedy wróciła ze szpitala, rozmawiałam z nią na temat bieżących wydarzeń w naszym kraju. Stwierdziła z wielkim smutkiem, że nie widzi perspektyw, aby mogło być lepiej. Pocieszałam ją, że na pewno będzie dobrze, bo jest wielu mądrych ludzi w Polsce i na pewno wszystko ma jakiś sens.
Była bardzo zdumiona i rozczarowana tym, kto ostatnio otrzymał Order Orła Białego. Wspominała, jaka była dumna, kiedy dwa lata temu z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego odbierała to odznaczenie dla swojego ojca. Taktowała je jak największy skarb. Nie mogła się pogodzić z tym, że teraz tacy ludzie dostali ten sam order. Mówiła, że to, co się teraz dzieje w Polsce, jest oparte na jednym wielkim kłamstwie. To bardzo znamienne, że takie osoby, jak Maria Fieldorf czy Zofia Korbońska, którą również poznałam w trakcie kręcenia moich filmów, tak bardzo przygniotła tragedia pod Smoleńskiem. One nie mogły się z tym pogodzić. Myślę, że są to osoby tej samej wysokiej klasy, mające kręgosłup moralny. Osoby z przedwojennym wychowaniem mające tę jedyną w swoim rodzaju umiejętność rozpoznania prawdy, wczucia się w rytm bicia serca naszej Ojczyzny. Pani Maria często mówiła, że kocha Polskę. W jej ustach te słowa brzmiały bardzo naturalnie i prawdziwie.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my02.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 23 lis 2010, 15:38 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
Łza naszego szacunku i miłosci
wieczny odpoczynek racz Jej dać Panie......


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 23 lis 2010, 15:43 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
Aerolit,serdeczne dzięki za TEN kącik Pamieci,ocalmy od zapomnienia,tych nieznanych,czy dawno juz zapomnianych
Niech Dobry Bog
sprzyja temu miejscu,miejscu pamięci.......
serd dzięki.......


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 24 mar 2011, 12:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Upamiętnienie bez pomników: uchwała ws. Ulmów z Markowej

Jutro, w 67. rocznicę męczeńskiej śmierci całej rodziny Józefa i Wiktorii Ulmów, zamordowanej przez Niemców za ukrywanie Żydów, upamiętniająca ich heroizm uchwała będzie mogła być przyjęta przez Sejm. Rodzinie Ulmów Instytut Pamięci Yad Vashem przyznał tytuł Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Osiem lat temu rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. Rodzina Ulmów jest swoistym symbolem co najmniej sześciu tysięcy innych "Sprawiedliwych", tych uhonorowanych medalami, jak i tych, którzy pozostają anonimowi. Autorem projektu uchwały jest poseł Kazimierz Ujazdowski (PiS).

Posłowie koalicji rządzącej, pomimo skierowania jej na wolniejszą ścieżkę procedowania, jednak jej nie zablokowali, ale ją po swojemu ocenzurowali.

Tydzień temu zastanawiałem się, co jest dla nich takiego niewygodnego w tej uchwale. Zgadywałem, że być może są to słowa wyraźnie wskazujące odpowiedzialność niemieckiego okupanta (zamiast, ogólnie, mowy o jaichś abstrakcyjnych nazistach), albo słowa o polskim heroizmie (zamiast, zgodnie z poprawnością polityczną, o dobrym Niemcu) , albo te o braku reakcji rządów alianckich na nasze sygnały o holokauście, a może o roli Kościoła?

Okazało się, że, niestety, dużo się nie pomyliłem:

Członkowie komisji przychylili się do przyjęcia pierwszej części projektu uchwały, odrzucając jednak akapity odnoszące się m.in. do roli katolickiego duchowieństwa i Żegoty w ratowaniu Żydów. Skreślono także ustęp podkreślający konieczność wsparcia dla społecznych inicjatyw na rzecz upamiętniania Polakach ratujących Żydów, ze szczególnym uwzględnieniem budowy pomnika na pl. Grzybowskim w Warszawie i stworzenia muzeum w Markowej, miejscu zamieszkania rodziny Ulmów. Usunięcie tych akapitów argumentowano koniecznością wzmocnienia wymowy uchwały, uwypuklenia heroizmu członków rodziny Ulmów i oddania im należnego hołdu.

http://www.salon24.pl/news/115068,proje ... czas-wojny

•Posłowie, którzy deklarują swą wiarę i nader chętnie biorą udział w uroczystościach kościelnych, gdy filmują ich kamery, wykreślili z tej uchwały Kościół.
•Posłowie, którzy lubią chwalić się swymi patriotycznymi korzeniami, wykreślili też Polskie Państwo Podziemne i "Żegotę".
•Posłowie, którzy w nazwie swego ugrupowania umieścili "obywatelskość", wykreślili tu wspieranie społecznych inicjatyw.
•Tak bardzo chcą oni upamiętnienia rodziny Ulmów, że aż uznają za niegodny ich pomysł stawianie im pomnika czy muzeum.
•Tak im zależy na tym, że powierzają projekt uchwały w ręce posła SLD, jako sprawozdawcy, którego lider niedawno mówił, że nie zna sprawy Ulmów...
Nie może więc być żadnych znaków pamięci o rodzinie Ulmów, o Polakach ratujących Żydów w przestrzeni publicznej? Dlaczego, komu to przeszkadza?

zob. też

http://notatnikmieszczucha.salon24.pl/2 ... anie-ulmow

http://notatnikmieszczucha.salon24.pl/2 ... z-markowej


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 11 lip 2011, 16:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Uczcijmy ofiary ludobójstwa na Kresach

Zapalmy "Światełko Pamięci" w oknach naszych domów w dniu 11 lipca 2011 r. o godz. 21.00. Zapalone świece i znicze niech będą wyrazem naszej pamięci o ponad 200 tysiącach Rodaków i obywatelach polskich innych narodowości zamordowanych przez OUN-UPA na Kresach II Rzeczypospolitej - apeluje na swoim blogu ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

11 lipca mija 68. rocznica rozpoczęcia masowej akcji przeciwko ludności polskiej przeprowadzonej przez Ukraińską Powstańczą Armię - UPA na Wołyniu, określanej mianem rzezi wołyńskiej. Ataki dokonane 11 lipca 1943 roku były jednymi z najbardziej okrutnych i krwawych mordów, jakich dopuścili się nacjonaliści ukraińscy w latach 1942-1944.

11 lipca 1943 roku o świcie oddziały UPA otoczyły i zaatakowały 99 uśpionych wsi i osad polskich jednocześnie w trzech powiatach: kowelskim, horochowskim i włodzimierskim. Rzeź rozpoczęła się około godziny 3. rano atakiem na polską wieś Gurów, w której z 480. mieszkańców ocalało tylko 70 osób. Tego samego dnia 20-osobowa grupa nacjonalistów ukraińskich weszła w czasie mszy świętej do kościoła w Porycku, gdzie w ciągu trzydziestu minut zabito około stu ludzi, wśród których były dzieci, kobiety i starcy. Bandyci wymordowali wówczas wszystkich mieszkańców Porycka, czyli około dwustu osób. Inne zaatakowane osady to między innymi: Wygranka, Nowiny, Orzeszyn, Romanówka i Swojczów. W ciągu lipca 1943 roku oddziały UPA zorganizowały około 530. napadów. Pod hasłem "Śmierć Lachom" wymordowano wówczas kilkanaście tysięcy Polaków. Bardzo trudno dziś określić dokładnie liczbę osób zamordowanych podczas rzezi wołyńskiej. Jednym z powodów jest fakt, że niektóre miejscowości zostały zrównane z ziemią, a wszyscy ich mieszkańcy wymordowani. Szacuje się, że straty polskie na Wołyniu wynoszą około 60 tysięcy pomordowanych.

Istnienie na Wołyniu antypolskich grup, w skład których wchodzili Ukraińcy, odnotowywano już w 1939 roku. Ich akcje przeciwko Polakom stopniowo zaczęły się nasilać po ataku ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku, pod wpływem propagandy sowieckiej. Na jesieni 1942 roku utworzono Ukraińską Powstańczą Armię - formację zbrojną walczącą o niepodległe państwo ukraińskie. Już w pierwszych miesiącach istnienia UPA, zamieszkujący na Wołyniu Polacy mieli do czynienia z coraz częstszymi atakami ze strony ukraińskiej. Koncentracja działań antypolskich miała miejsce latem 1943 roku.

Masowe akcje nacjonalistów ukraińskich na polskie wsie i małe osady spowodowały, że na początku 1944 roku Polacy na Wołyniu zamieszkiwali już jedynie miasta. Przebywali także wokół ośrodków samoobrony, które we współpracy z oddziałami Armii Krajowej, między innymi 27. Wołyńską Dywizją Piechoty AK, próbowały organizować akcje obronne i odwetowe przeciw UPA.

Obecnie śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej Wołynia prowadzą terenowe oddziały Instytutu Pamięci Narodowej. Dwa lata temu Sejm przyjął przez aklamację uchwałę "w sprawie tragicznego losu Polaków na Kresach wschodnich w 66. rocznicę rozpoczęcia przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię na Kresach II Rzeczypospolitej tzw. antypolskiej akcji - masowych mordów o charakterze czystki etnicznej i znamionach ludobójczych".

Informacje o obchodach rocznicy Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943:


- Poniedziałek 11 lipca, g. 17.00 - Jarosław - pod Kaplicą na Starym Cmentarzu.

Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich – Oddział w Jarosławiu, Polskie Towarzystwo Historyczne – Koło w Jarosławiu, Stowarzyszenie Miłośników Jarosławia, Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej - 24 Jarosławska Dywizja Piechoty - Garnizon Jarosław, Klub Gazety Polskiej w Jarosławiu

zapraszają do udziału w Straży Pamięci ku Czci Zapomnianych Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA na Kresach Wschodnich

Prosimy o przyniesienie kwiatów i zniczy.

- Poniedziałek 11 lipca, g. 17.00 - Chełm - Muzeum przy ul. św. Mikołaja 4 - otwarcie wystawy "Ludobójstwo dokonane na Polakach przez OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich II RP".

- Poniedziałek, 11 lipca, godz. 18.00 - Kraków - w Klubie Garnizonowym w Krakowie przy ul. Zyblikiewicza 1

Zapraszamy wszystkich na koncert ,,Trzy Ziemie" poświęcony pamięci Polaków pomordowanych 11 lipca 1943r
na Wołyniu.

Wstęp za cegiełkami. W koncercie: poezja, pieśni patriotyczne i religijne w wykonaniu artystów krakowskich.

Koncert poprowadzi Justyna Trembecka. Organizatorem koncertu jest Fundacja Ocalenia Kultury Kresowej ,,Chawira" z Krakowa.

- Poniedziałek, 11 lipca, g. 18.00 - Gdańsk - Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Chrzanowskiego 60A.

Spotykamy się pod Konsulatem Generalnym Ukrainy dla upamiętnienia mordów na Polakach na Wołyniu.

Spotkanie jest formalnie zgłoszone a jego legalność potwierdzona przez Urząd Miejski w Gdańsku.


- Poniedziałek, 11 lipca, g. 19.00 - Warszawa - sala Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego w słynnym budynku PASTY przy ul. Zielna 39 - przedstawienie teatralne "Ballada o Wołyniu".


godz. 20:30, Marsz Pamięci, w rocznicę kulminacji ludobójstwa OUN-UPA, na ludności Kresów Południowo-Wschodnich. Zbierzemy się pod budynkiem PASTA, ul. Zielna 39, aby ul. Królewską i Krakowskim Przedmieściem udać się z płonącymi zniczami pod Dom Polonii. Tam złożymy znicze pod tablicą upamiętniającą ofiary banderowskiego ludobójstwa. Serdecznie zapraszamy, apelujemy o obecność i prosimy o zabranie zniczy.

Aleksander Szycht, Memoriae Fidelis

- Poniedziałek 11 lipca 2011 r. - Kędzierzyn-Koźle

Kędzierzyńsko-Kozielski Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich serdecznie zaprasza na uroczystość Święta Pamięci Męczeństwa Kresów, która odbędzie się 11 lipca 2011r

O godz. 12-tej przy tablicy upamiętniającej ludobójstwo Polaków na Kresach przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i tzw. Ukraińską Powstańczą Armię. Tablica znajduje się na budynku Publicznego Gimnazjum nr 1 im Orląt Lwowskich przy ul Piramowicza 30.

Gorąco zapraszamy również tego samego dnia na nasz kolejny koncert kresowy na Kozielskiej Wyspie, który rozpocznie się o godzinie 16-tej.Wystąpią zespoły propagujące tematykę kresową.

Liczymy na niezawodne uczestnictwo w uroczystości patriotycznej, w której wezmą udział organizacje kresowe i kombatanckie oraz mieszkańcy naszego miasta. Przesyłam kresowe pozdrowienie.



- Poniedziałek 11 lipca g. 17.00 - Przemyśl - Cmentarz Wojskowy - Pomnik Martyrologii Polaków na Kresach


- modlitwa przy pomniku – ks. Tadeusz Pater –Kresowianin

- złożenie kwiatów i zapalenie zniczy

- poezja kresowa – Teresy Paryny.

"Nie o zemstę lecz pamięć wołają ofiary"

Isakowicz.pl/IAR/Kresy.pl

http://www.kresy.pl/wydarzenia,spolecze ... na-kresach


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 14 lis 2011, 10:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Sztandar odzyskany po 64 latach

Do Szkoły Podstawowej nr 20 w Lublinie z honorami powrócił historyczny sztandar z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej poświęcony w 1947 r. przez późniejszego Prymasa Tysiąclecia. Decyzją komunistycznych władz sztandar miał wylądować na śmietniku. Ocaliła go odważna pani woźna.

Sztandar z wyhaftowanym wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej i słowami zawierzenia "Matko, błogosław nam" jako dar rodziców dla szkoły został poświęcony 11 maja 1947 r. przez ks. bp. Stefana Wyszyńskiego, ówczesnego ordynariusza lubelskiego. Wydarzenie zostało odnotowane w kronice szkolnej, ale była to ostatnia wzmianka o sztandarze. Słuch o nim zaginął i dopiero po 64 latach okazało się, że sztandar uratowała i pieczołowicie przechowywała pani Stanisława Sola, szkolna woźna, która otrzymała od władz szkolnych polecenie wyrzucenia go na śmietnik. - Był to okres budowania socjalistycznego państwa świeckiego i jednocześnie usuwania ze szkół symboli religijnych - tłumaczyła uczniom na uroczystej akademii z okazji Święta Niepodległości, w czasie której nastąpiło uroczyste przekazanie i powtórne poświęcenie sztandaru, dyrektor szkoły Zofia Wiercińska. - Pani Stanisława jako osoba głęboko wierząca wykazała się wielką odwagą oraz postawą obywatelską i patriotyczną - stwierdziła.
O tym, jak wielki strach przed długimi rękami peerelowskiej bezpieki towarzyszył przez lata dzielnej kobiecie, może świadczyć fakt, że ukrywała sztandar nawet przed własną rodziną. Tajemnicą podzieliła się tylko z córką i najstarszym synem Bogdanem, którego zobowiązała, żeby pół roku po jej śmierci przekazał sztandar szkole, co też uczynił.
Sztandar trafił w godne ręce. Szkoła Podstawowa nr 20 im. Jarosława Dąbrowskiego w Lublinie, kierowana przez dyrektor Zofię Wiercińską, jako jeden z priorytetów wychowawczych stawia kultywowanie tradycji patriotycznych oraz krzewienie świadomości narodowej i historycznej. Jej uczniowie opiekują się takimi miejscami pamięci narodowej w Lublinie, jak mogiła Dzieci Zamojszczyzny na cmentarzu przy ul. Lipowej czy płyta upamiętniającą rozstrzelanie przez Niemców 30 Polaków - więźniów Zamku Lubelskiego w 1944 roku. Co roku z pocztem sztandarowym uczestniczą w uroczystościach przed pomnikiem Katyńskim. W 2010 r. szkoła przystąpiła do realizacji Ogólnopolskiego Programu Edukacyjnego "Katyń... ocalić od zapomnienia". W styczniu br. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa nadała szkole Złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej.

Adam Kruczek Lublin

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po31.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 05 gru 2011, 08:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Pożegnanie pułkownika Błasińskiego

W środę na Powązkach Wojskowych spocznie ostatni oficer służby stałej 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich płk Jan Błasiński. Mimo podeszłego wieku (98 lat) do końca pełnił funkcję prezesa Stowarzyszenia Kombatantów - Duszpasterstwa Weteranów Kawalerii i Artylerii Konnej w Warszawie.

- To ród bardzo zasłużony dla obrony Ojczyzny. Nasi przodkowie walczyli w powstaniach: Listopadowym, Styczniowym, byli represjonowani przez carat, później rodzina wykrwawiła się podczas II wojny światowej - mówi Barbara Butler-Błasińska, córka Jana Błasińskiego. Jej ojciec urodził się w 1913 r. w Oględowie. Po skończeniu w 1933 r. gimnazjum w Pińczowie dostał się do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu (1933-1934), naukę kontynuował następnie w Szkole Podchorążych Kawalerii w tym mieście (1934-1936). W październiku 1936 r. został przez gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i prezydenta Ignacego Mościckiego promowany na podporucznika i skierowany do 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich do Prużan, gdzie przebywał trzy lata, odnosząc sukcesy jako doskonały jeździec. Ranny w wojnie obronnej 1939 r. podczas walki z Niemcami dostał się do obozu w Woldenbergu, gdzie razem z byłym dowódcą 25. Pułku Ułanów Wielkopolskich płk. Witoldem Morawskim brał udział w konspiracji obozowej. Po wyzwoleniu obozu w 1945 r. powrócił do kraju, w 1948 r. został odznaczony przez generała Władysława Andersa Orderem Virtuti Militari. - Ojciec nie wstąpił już do wojska, ponieważ uważał, że jest to wojsko okupacyjne na usługach sowieckich. Był cały czas w opozycji, czynny w Duszpasterstwie Weteranów Kawalerii i Artylerii Konnej, które powstało w Warszawie w 1969 r. - mówi córka płk. Błasińskiego. Jak zaznacza pani Barbara, duszpasterstwo to było właściwie pierwszą niepodległościową organizacją w PRL-u, która pracowała na rzecz przekazania wojskowych tradycji. - Oni jedyni zachowali ciągłość tradycji Wojska Polskiego, bo przecież w kraju wprowadzone zostały wzorce sowieckie. W 1991 r. ministerstwo obrony zwróciło się do duszpasterstwa, by tradycja wojska II Rzeczypospolitej została przekazana obecnym Siłom Zbrojnym - mówi Barbara Butler-Błasińska. Jan Błasiński był ponadto zaangażowany w działalność "Solidarności", zakładał jej struktury w powiecie buskim, był represjonowany i internowany. Całe życie walczył o przywrócenie ciągłości konstytucyjnej z II Rzeczypospolitą, rozliczenie zbrodni komunizmu czy ujawnienie zbrodni, jakich dopuściło się ludowe wojsko polskie w kraju. Do końca swoich dni był zaangażowany w działania Stowarzyszenia Kombatantów - Duszpasterstwa Weteranów Kawalerii i Artylerii Konnej. - Jeszcze dwa dni przed śmiercią podpisywał pismo w obronie sanitariuszki eksmitowanej z lokalu. Był na szańcu, broniąc honoru, godności i tych wartości, na których niepodległość była zbudowana - podkreśla Butler-Błasińska. Pułkownik Jan Błasiński zmarł w Warszawie 28 listopada.

Pogrzeb płk. Jana Błasińskiego odbędzie się w środę, 7 grudnia. O godz. 12.30 w katedrze polowej Wojska Polskiego odprawiona zostanie Msza Święta. Złożenie trumny do grobu nastąpi o 14.00 na Powązkach Wojskowych.

Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 21 sty 2012, 09:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
W Paryżu zmarł Ks.gen. Witold Kiedrowski (99 l.)

Ks. Witold Kazimierz Lew Kiedrowski, ps. „Jan Jasiński”, „Witold Kołodko”, „Witek”, „Kalew”, „ks. Słoneczko”, „Żmigród” (ur. 16 kwietnia 1912 w Buku Pomorskim) – polski duchowny katolicki, protonotariusz apostolski, weteran II wojny światowej, kapelan, działacz polonijny i kombatancki we Francji, generał brygady Wojska Polskiego, kawaler Legii Honorowej.

- jego życiorysu wystraczyłoby na kilka scenariuszy kasowych filmów... Prof. Tomasz Panfil (KUL) po swoich wywiadach z Księdzem Generałem zanotował:

"Pierwszy raz uciekł Niemcom we wrześniu 1939 roku. Drugi raz – w grudniu tego samego roku. Trzecim razem, w 1942 w Warszawie, uciec mu się nie udało: złapany przez gestapo, trafił na Szucha, potem na Pawiak. Czwarta i ostatnia ucieczka, w kwietniu 1945 roku w czasie drogi do Dachau, była chyba najważniejsza. Z dziesięciu tysięcy więźniów Buchenwaldu pędzonych do Dachau ocalało pięciuset, on jest jednym z nich."

Aresztowany we wrześniu 1939 jako "niebezpieczny ksiądz". Wtedy uciekł po raz pierwszy. Współpracował z podziemnymi wydawnictwami w Warszawie opracowując z nielegalnego nasłuchu radiowego informacje "agencyjne", w obozach (Majdanek- Oświęcim-Buchenwald) śłużył potajmenie posługą kapłańską, należał do wojskowej konspiracji i ratował życie współwięźniów wykradając leki z obozowej apteki... Opiekował się D.P.-sami po zakończeniu działań wojennych. Pozostał na emigracji jako kapelan wojskowy - duszpasterz polskiej emigracji.

Za mało miejsca w notce na opisanie tej Postaci...



Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci! Niech odpoczywa w Pokoju wiecznym, wychwalając Twoje Miłosierdzie! Amen





Lista odznaczeń też nie odda w pełni jego zasług:



Medal Wojska (czterokrotnie, 1948)

Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami (1949)

Krzyż Zasługi I Klasy (Zakon Kawalerów Maltańskich, 1960)

Złoty Krzyż Zasługi (1974)

Krzyż Armii Krajowej (Londyn, 1986)

Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski (1990)

Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej (1994)

Krzyż Oświęcimski (1997)

Złoty Medal Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” (2007)

Kawaler Legii Honorowej (14 lipca 2009)

http://testigo.salon24.pl/383241,w-pary ... owski-99-l


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 26 lut 2012, 13:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Oni walczyli nie o siebie. Swój los oddali w ręce Boga. Walczyli o tych, którzy nie mogli walczyć, bądź nie chcieli. Walczyli o godne życie naszego narodu, wszystkich Polaków, tych którzy wtedy żyli i tych którzy żyją teraz.
Dobrze, że są w Polsce ludzie, którzy nam czynnie poprzez rekonstrukcję przypominają te fragmenty naszej przeszłości, w których warzyły się losy nas wszystkich, nas Polaków.


Bitwa pod Olszynką Grochowską - rekonstrukcja

Muszę się przyznać, że mimo iż od ponad 46 lat mieszkam w Warszawie, nigdy w życiu nie byłam w Olszynce Grochowskiej. Udałam się tam jednak w sobotę 25 lutego 2012, by obejrzeć rekonstrukcję bitwy pod Olszynka Grochowską, najbardziej krwawego starcia w czasie Powstania Listopadowego. Powstrzymano podczas niego atak przeważających sił rosyjskich na Warszawę, zmuszając je do wycofania się. Było to 25 lutego 1831, czyli dokładnie 181 lat temu. Sądząc po kalendarzu wyjazdów grupy rekonstrukcyjnej " Legia Nadwiślańska" /TUTAJ/, inscenizacje takie odbywają się w rocznice bitwy co najmniej od 2005 roku. Szczególnie okazała była rok temu, z uwagi na okrągłe 180-lecie. Okazało się jednak, że i teraz nie było wcale gorzej.

Już na przystanku tramwajowym na placu Szembeka wolontariusze rozdawali ulotkę z planem imprezy po jednej stronie i opisem bitwy po drugiej. Nieco dalej można było otrzymać wydawnictwo "Olszynkowy Dobosz" z kilkoma zdjęciami z zeszłorocznych uroczystości. Można było też podpisać protest w sprawie Telewizji Trwam. Plac Szembeka jest cały rozkopany - trwa jego przebudowa. Początek inscenizacji miał więc miejsce na boisku przy kościele parafialnym.

Wzięło w niej udział ponad 300 członków różnych grup rekonstrukcyjnych /wg portalu Moje Miasto Warszawa/, w tym ponad 80 z Białorusi, a nawet z Rosji. Goście ci wcielili się w oddziały rosyjskie. Polacy zaś - w rożne formacje z powstania n.p. w pułki Legii Nadwiślańskiej, czy też armie Księstwa Warszawskiego. Była też kawaleria - naliczyłam 23 jeźdźców. Rolę dowódcy wojsk polskich, gen Franciszka Żymierskiego /jedynego generała, który zginął w tej bitwie/ odgrywał Wojciech Borkowski - wiceprzewodniczący Rady dzielnicy Praga Południe. Rosjanami dowodził pan Maciej Mechliński.

Gdy przed 11:00 pojawiłam się na boisku, była tam już licznie zgromadzona publiczność, ok 600 osób. Punktualnie o jedenastej wszystko zaczęło się od pokazu musztry, ładowania broni oraz salwy ślepakami w wykonaniu I pułku Legii nadwiślańskiej w mundurach podchorążych. Potem wjechał na koniu generał Żymirski wraz z dwoma ułanami i dokonał przeglądu wojsk. Generała łatwo było rozpoznać po charakterystycznym czarnym "napoleońskim pierogu" na głowie. Następnie była część oficjalna w postaci przemówień burmistrzów Pragi pd. i Rembertowa, p. Andrzeja Melaka a także marszałka Borowskiego. Ten ostatni wzbudził żywą niechęć obecnych, Dały się słyszeć okrzyki: "Berman - czerwona hołota" i "Borowski do Moskali".

O godzinie dwunastej , przy dźwiękach pieśni z Powstania Listopadowego wykonywanych przez chór z Saskiej Kępy oraz dzwonów na Anioł Pański. oddziały wojska wyruszyły w kierunku Olszynki Grochowskiej. Za nimi podążyła większość zebranych, choć wielu wolało pojechać autobusem. Ja wybrałam spacer i po pól godzinie dotarłam przez tory kolejowe i lasek do pomnika i mogiły poległych w bitwie /Polaków zginęło w niej 7,5 tysiąca, a Rosjan ponad 23 tysiące/.. Przed pomnikiem odbyła się właściwa inscenizacja.

Najpierw mieliśmy pokazy musztry kawalerii, szarży "kolano w kolano", łapania obwarzanków szablą i lancą oraz ścinania szablą gałęzi w pełnym pędzie. Potem Kawaleria podzieliła się na dwie grupy, z których jedna włożyła futrzane czapy, udając Kozaków. O 13: 00 zaczęła się bitwa, która trwała godzinę, do czternastej. Była ona niezwykle efektowna. Grzmiały działa /w liczbie trzech/, żołnierze strzelali salwami, kawaleria szarżowała i bila się na szable, piechota walczyła na bagnety i t. p. Naprawdę było na co popatrzeć. Pod koniec imprezy przemawiał pan Andrzej Melak, wzywając do usypania w Olszynce Grochowskiej kopca ku czci powstańców. Uroczystość zakończyła się defiladą wszystkich oddziałów i złożeniem wieńców pod pomnikiem przez grupy rekonstrukcyjne.

Poszłam potem Aleją Chwały do ulicy Chełmżyńskiej. Po prawej stronie tej alei są usypane pagórki na których znajdują się głazy z czarnym kamiennymi tablicami. Na każdej wyryte są nazwiska dowódców i uczestników Powstania Listopadowego. Na jednej jest krzyz upamietniajacy Wcława Karłowicza oraz Stefana Melaka, który zginął w Smoleńsku. Dobrze zrobiłam, że się tam wybrałam.

http://blogmedia24.pl/node/56048


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 01 mar 2012, 15:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Wojciech Wencel

Apel niepodległych

Przypadający 1 marca Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych to dobra okazja, by zaczerpnąć z prawdziwego źródła mocy.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 22 lutego 2012

Dwa lata temu nakładem Instytutu Pamięci Narodowej i Oficyny Wydawniczej Rytm ukazał się rewelacyjny album „Brygady Łupaszki 1943–1952”. Próżno szukać w nim martyrologicznego zadęcia. Zatrzymani na fotografiach żołnierze 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej – młodzi mężczyźni i piękne dziewczęta – śmieją się beztrosko, jakby nie mieli świadomości losu, który jest im pisany. A przecież po wygaśnięciu nadziei na rychły wybuch nowej wojny światowej musieli wiedzieć, że znaleźli się w matni. Mimo to cieszyli się ruchomym skrawkiem niepodległości, bronionym w ciężkich walkach z czerwonym okupantem i przenoszonym z zagajnika do zagajnika, z wioski do wioski. Nie zamierzali korzystać z iluzorycznych amnestii ani nie próbowali przedostać się na Zachód. Większość z nich zginęła wkrótce w ubeckich obławach albo więzieniach. Na zdjęciach operacyjnych, wykonanych przez komunistyczne służby, są już martwi. Oparci o drzwi stodoły albo ułożeni na deskach, wyglądają, jakby spali z otwartymi ustami, próbując zaczerpnąć jeszcze jeden, możliwie największy haust wolności.

Mord na polskich oficerach w Katyniu, masowe wywózki w głąb ZSRS, likwidacja niepodległościowego podziemia – wszystko to jest jak lobotomia, zabieg neurochirurgiczny, polegający na przecięciu włókien nerwowych, które łączą czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia. Po likwidacji patriotycznej inteligencji nawet Polacy negatywnie nastawieni do komunizmu utracili instynkt niepodległościowy. Gdyby nie wycięto nam elit – ziemiańskich, wojskowych, urzędniczych, naukowych i kulturalnych – opór przeciwko władzom PRL miałby zupełnie inny charakter. Zamiast powtarzać głupawe pytanie „bić się czy nie bić?”, znaczna część narodu nadal prowadziłaby poważną walkę z wrogiem. Niestety, eksterminacja Żołnierzy Wyklętych sprawiła, że niepodległościowe wysiłki w ogóle przestały być brane pod uwagę. O uśpieniu Polaków najlepiej świadczy aktualny do dzisiaj dystans wobec jednostkowych, nierzadko desperackich akcji przeciwko okupantowi, takich jak samospalenie Ryszarda Siwca, wysadzenie auli w Opolu przez braci Kowalczyków czy misja podjęta przez płk. Ryszarda Kuklińskiego.

Dopiero w 1968 r. zaczęła się kształtować zastępcza forma sprzeciwu wobec peerelowskiej władzy. Celem tzw. opozycji demokratycznej, kierowanej najczęściej przez zawiedzionych udziałowców komunistycznego systemu, było jednak nie odzyskanie przez Polskę niepodległości, lecz reforma istniejącego porządku. Gdy dekadę później rodziła się Solidarność, bardzo szybko znalazły się w pobliżu „autorytety” sprowadzające ideały tego niepodległościowego w swej istocie ruchu wyłącznie do praw człowieka, robotnika, obywatela. Ta płytka interpretacja otworzyła drogę do „okrągłego stołu”. Pogarda beneficjentów III RP wobec Anny Walentynowicz była świadectwem ambicjonalnej niechęci wobec Anny Solidarność, lecz przede wszystkim wyrazem radykalnego odrzucenia Anny Niepodległość. Podobny mechanizm zadziałał później w stosunku do Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza czy braci Kaczyńskich.

Demokracja to pewna wartość, ale nie zastąpi nam Polski. Różnica między motywacją niepodległościową a demokratyczną jest zasadnicza. Kto nosi w sercu niepodległość, traktuje wspólnotę narodową jako wieczną sztafetę pokoleń, jest w stanie utożsamić się z dawnymi bohaterami i przyjąć zobowiązanie nie tylko względem własnych dzieci i wnuków, ale i wobec tych Polaków, którzy urodzą się za sto czy dwieście lat. W ten sposób czuł i myślał Tadeusz Gajcy, adresujący swoją poezję do potomnych, a krwawą ofiarę Powstania Warszawskiego traktujący jako zaczyn wyśnionej, wolnej ojczyzny. Ograniczona perspektywa demokracji nie pozwala dostrzec tej ciągłości. Kto walczy wyłącznie o prawa obywatelskie, kieruje się ideałem dobrobytu tu i teraz. Pragnie zabezpieczyć własne interesy, ale czy zechce umierać za wieczną Polskę? Dlatego ściśle demokratyczna retoryka, choćby w sprawie ACTA, przynajmniej mnie nie rzuca na kolana. Na krótką metę można z nią wiązać jakieś polityczne nadzieje, ale na pewno nie stanie się impulsem do narodowego przebudzenia. Przypadający 1 marca Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych to dobra okazja, by wspólnie z nimi stanąć do apelu niepodległych i zaczerpnąć z prawdziwego źródła mocy.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... mieci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Łza naszego szacunku i miłości.
PostNapisane: 15 cze 2012, 08:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Historyk wojny 1939 roku (1)

Pułkownik Marian Porwit był żołnierzem z powołania, ale przede wszystkim autorem przełomowej analizy wojny polsko-niemieckiej 1939 roku.
Marian Porwit urodził się 29 września 1895 roku w Gorlicach. Był szóstym z kolei dzieckiem Pauliny z Kamińskich i Marcina Porwita – urzędnika miejskiego. W 1906 roku rozpoczyna naukę w gorlickim gimnazjum, gdzie w 1914 roku zdaje maturę.

W 1914 roku wstąpił do pilzneńskiej drużyny „Sokoła”, gdyż – jak wspominał po latach – „nabywane w kolejnych latach gimnazjalnych wiadomości potwierdzały role wojska jako ostoi państw zaborczych. Utrwalał się logiczny wniosek, iż nieuniknioną koniecznością dziejową dla odzyskania niepodległości jest jak najwcześniejsze powstanie wojska polskiego i osiągnięcie przez nie optymalnej wartości. Zrodzi się w konsekwencji wewnętrzny nakaz, że mam się w tym wojsku narodowym jak najrychlej znaleźć i tej służbie wszelkie swe najlepsze siły i wiadomości poświęcić”.

Rozpoczęcie szkolenia wojskowego w Pilznie koło Tarnowa sprawiło, iż po wybuchu wojny trafił do 2 Brygady Legionów Polskich, podczas gdy gorlicka drużyna „Sokoła” została włączona do 1 pułku piechoty 1 Brygady. Ostatecznie otrzymał przydział do III (potem II) batalionu 3 pułku piechoty, w którym służył aż do sierpnia 1917 roku. Przeszedł wraz z nim cztery kampanie – karpacką, bukowińską, besarabską i wołyńską. Początkowo służył jako szeregowiec, potem jako podoficer (awansowany w lutym 1915 roku przez dowódcę batalionu por. Józefa Zając w ciągu kilku dni od stopnia kaprala aż do sierżanta) , a w maju 1916 roku po ukończeniu z drugą lokatą Szkoły Chorążych otrzymał stopień chorążego.

W czasie bitwy pod Kostiuchnówką dowodził samodzielnym odcinkiem, obsadzonym przez połowę 8 kompanii. W czasie walk w rejonie Rudki Miryńskiej w sierpniu 1916 roku przeprowadził w niezwykle trudnych warunkach patrol – za co otrzymał srebrny Medal za waleczność oraz awans na stopień podporucznika ze starszeństwem od 1 lipca 1916 roku.

Po proklamowaniu aktu 5 listopada, 3 pułk piechoty zostaje przeniesiony do Warszawy. Żołnierze 3 pułku w zdecydowanej większości złożyli przysięgę na wierność obu cesarzom. W sierpniu 1917 roku por. Porwit został skierowany jako wykładowca do Szkoły Podchorążych Polskiej Siły Zbrojnej, gdzie pozostał do listopada 1918 roku. Komendantem szkoły był kpt. Marian Kukiel, który wysoko oceniając kwalifikacje wojskowe oraz zdolności pedagogiczne młodego oficera, przedstawił go do nominacji na stopień porucznika.

1 listopada 1918 roku rozpoczął służbę w Oddziale VII Sztabu Generalnego, kierowanym przez prof. Wacława Tokarza. Po włączeniu wiosną 1919 roku Oddziału VII do Departamentu V Naukowo-Szkolnego MSWojsk., por. Porwit zostaje naczelnikiem wydziału. Podejmuje także współpracę z redakcją „Bellony” zostając członkiem kolegium redakcyjnego.

Po zdaniu egzaminów konkursowych na jesieni 1919 roku rozpoczyna studia w Wojennej Szkole Sztabu Generalnego (od 1922 roku noszącą nazwę Wyższej Szkoły Wojennej). W kwietniu 1920 słuchacze przerywają naukę i zostają skierowani do jednostek frontowych. Kapitan Porwit (awansowany w grudniu 1919 roku) zostaje adiutantem sztabowym w VII brygadzie piechoty, wchodzącej w skład 4 DP.

Na początku lipca 1920 roku daje dowód wielkiej osobistej odwagi. W rejonie miejscowości Grobienka osobiście powstrzymał uciekających przed nacierającymi bolszewikami żołnierzy 14 pp, a następnie zorganizował kontratak, w wyniku którego zadano nieprzyjacielowi znaczne straty. Dowództwo VII brygady wysłało, poparty przez dowódcę frontu Ge. Szeptyckiego, wniosek o nadanie mu orderu Virtuti Militari. Ostatecznie Porucznik nie otrzymał go, choć przyznano mu go za służbę w Legionach.

Po podpisaniu zawieszenia broni - już jako major – powraca do Wojennej Szkoły Sztabu Generalnego, którą kończy we wrześniu 1921 roku zajmując 15 lokatę na 63 słuchaczy. Jako oficer dyplomowany zostaje szefem referatu, a potem wydziału w Oddziale III Sztabu Ministerstw Spraw Wojskowych. Po odbyciu wiosną 1923 roku stażu w Ecole St. Cyr obejmuje funkcję dyrektora nauk w Szkole Podchorążych Piechoty w Warszawie. Dyrektor nauk był zastępcą komendanta, którym był płk. Kazimierz Młodzianowski, a potem płk. Gustaw Paszkiewicz, oraz kierował pracami dydaktycznymi szkoły. W październiku 1925 roku mjr Porwit zostaje przeniesiony na identyczne stanowisko do Oficerskiej Szkole Piechoty. Jednakże jego następca w Szkole Podchorążych mjr Liebich był często zajęty w MSWojsk., praktycznie Porwit pełnił funkcję dyrektora nauk równocześnie w obu szkołach.

W maju 1926 roku obie szkoły opowiedziały się po stronie rządu Witosa, choć w Warszawie przebywała tylko Szkoła Oficerska (podchorążówka była na ćwiczeniach poza stolicą). Szkoła pod dowództwem mjr Porwita około 16.30 zorganizowana w dwie kompanie, wsparte dwoma samochodami pancernymi oraz jednym działem) zablokowała Most Poniatowskiego od strony warszawskiej.

Major został świadkiem słynnej rozmowy Marszałka Piłsudskiego z Prezydentem Wojciechowskim. Gdy po odmowie Prezydenta, Piłsudski usiłował nakłonić Majora do przepuszczenia jego oddziałów, Porwit zdecydowanie odmówił. Uczestniczył następnie w walkach o gmach Ministerstwa Spraw Wojskowych, a 14 maja znalazł się w Belwederze, a następnie towarzyszył Prezydentowi i rządowi podczas ich ewakuacji do Wilanowa.

Po przejęciu władzy przez Marszałka Piłsudskiego pozostał na swym stanowisku w Oficerskiej Szkole Piechoty do zakończenia roku szkolnego, a potem objął kierownictwo I wydziału Wojskowego Instytutu Naukowo-Wydawniczego (był to etat faktycznie przewidziany dla pułkownika). WINW prowadził działalność badawczą, wydawniczą oraz zajmował się gromadzeniem archiwaliów i wydawnictw. Był wówczas samodzielnym instytutem, kierowanym nadal przez prof. Tokarza, który jednak złożył dymisję. Jego odejście nastąpiło dopiero jesienią 1927 roku, a gdy nie znaleziono jego następcy przez ponad rok – do jesieni 1928 roku, obowiązki dyrektora pełnił mjr Porwit. Jednocześnie był również redaktorem naczelnym „Bellony” oraz inicjatorem powołania a następnie członkiem komitetu redakcyjnego „Przeglądu piechoty”. W okresie kierowania Instytutem starał się ukierunkować jego działalność głownie na badania z zakresu nauki wojennej, pozostawiając sprawy szkolnictwa oraz popularyzacji wiedzy wojskowej na drugim planie. Uważał także, że Instytut powinien pełnić funkcje pomocnicze wobec Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych oraz Sztabu Generalnego. W tym czasie WINW przechodzi reorganizację – dwa jego wydziały usamodzielniając się – powstaje Centralne Archiwum Wojskowe oraz Centralna Biblioteka Wojskowa.

Pełnienie odpowiedzialnych stanowisk przez mjr Porwita po 1926 roku zadaje kłam niektórym opiniom (formowanym m.in. przez Mariana Romeykę oraz Jana Rzepeckiego), iż opowiedzenie się po stronie rządu podczas zamachu majowego zahamowało jego karierę wojskową.

W ramach praktyki dowódczej dnia 1 października 1928 roku obejmuje na prawie półtora roku batalion szkolny Korpusu Ochrony Pogranicza w Osowcu. W tym też okresie zostaje awansowany do stopnia podpułkownika ze starszeństwem od 1 stycznia 1929 roku.

W lutym 1930 roku zostaje przeniesiony na stanowisko dyrektora nauk w Doświadczalnym Centrum Wyszkolenia w Rembertowie, przemianowanym wkrótce na Centrum Wyszkolenia Piechoty. Był to ośrodek doskonalenia oficerów różnych rodzajów broni w dziedzinie taktyki piechoty i innych broni. Pułkownik zyskał bardzo wysoką opinię komendanta Centrum płk. Olbrychta, który w wydanej opinii podkreślał jego wszechstronne wykształcenie, pracowitość, duże zdolności pedagogiczne oraz organizacyjne. Jedyną wadę widział w zbyt małej stanowczości w stosunku do podwładnych. Wrodzona kultura osobista sprawiała, iż był zbyt łagodny w przypadku naruszania regulaminu szkoły. Mimo tych zastrzeżeń płk. Olbrycht uznał, iż nadawał się do objęcia każdego stanowiska zarówno w sztabie jako i służbie liniowej.

Latem 1932 roku Pułkownik objął stanowisko zastępcy dowódcy 1 pułku strzelców podhalańskich w Nowym Sączu, gdzie pozostał do końca 1934 roku. W tym czasie napisał tez swoją ważną książkę „Duch żołnierski”, w której rozwinął swój pogląd, wyrażony we wcześniejszej książce „Nauka o powinnościach żołnierza”, o wielkim znaczeniu czynnika psychologicznego w przyszłej wojnie. Pułkownik wskazywał, iż wobec znacznego postępu technicznego uzbrojenia oraz wzrostu siły ognia, które zwiększały zagrożenie utraty życia, niezbędne było odpowiednie przygotowanie psychiczne żołnierzy do warunków i wymagań współczesnej wojny. Dowódcy prócz nauczania posługiwania się bronią, regulaminów, wpajania dyscypliny, powinni prowadzić odpowiednią działalność wychowawczą. Jego zdaniem brak odpowiedniego wychowania żołnierzy spowodował podczas I wojny światowej liczne wypadki dezercji, niewykonywania rozkazów, itp.

Wychowanie żołnierzy miało na celu nie tylko przygotowanie żołnierzy do wojny, ale także do życia cywilnego. Powinno kształtować odpowiednią postawę obywatelską, uczyć patriotyzmu i historii Polski.

W końcu grudnia 1934 roku zostaje dowódcą 44 pułku strzelców kresowych w Równem, którą funkcje sprawuje do jesieni 1936 roku, kiedy to na wniosek gen. Kazimierza Sosnkowskiego – przewodniczącego Komitetu Wyższej Szkoły Wojennej, zostaje kierownikiem I rocznika Wyższej szkoły Wojennej. W szkole Porwit przeprowadził zasadniczą reformę programu studiów w zakresie taktyki, dużo więcej miejsca poświęcając omówieniu taktyki wielkich jednostek pancernych. Z jego inicjatywy utworzono w 1938 roku katedrę broni pancernej w WSW. W ten sposób Pułkownik (19 marca 1937 roku otrzymał awans do stopnia pułkownika) udowodnił, iż był nowocześnie myślącym oficerem, świadomym wielkiej roli wojsk pancernych w przyszłej wojnie.

Jednocześnie został redaktorem naczelnym „Przeglądu Piechoty”, członkiem komitetu redakcyjnego „Księgi chwały piechoty”. brał też udział w pracach sekcji psychologii wojskowej Towarzystwa Wiedzy Wojskowej

W połowie czerwca 39 roku został odkomenderowany do kierowania zespołem planującym budowę fortyfikacji stałych, zamykających przejście przez przełęcze karpackie. Do początku sierpnia 1939 roku udało mu się jedynie opracować projekt umocnień w Beskidzie Wschodnim. W połowie sierpnia jego zespół został rozwiązany, a oficerowie otrzymali liniowe przydziału. On sam w momencie wybuchu wojny z Niemcami pozostał bez przydziału.

Cdn.

http://chris1991.salon24.pl/421127,hist ... 939-roku-1


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 62 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 10 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /