Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 21 cze 2013, 04:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Nazistowski czy niemiecki

MSZ zapewnia, że walczy z „polskimi obozami śmierci” i pomaga osobom, które pozwały niemieckie wydawnictwa. Jeśli resort będzie się obawiał używania sformułowania „niemieckie obozy”, to żadna akcja przed sądami krajowymi i międzynarodowymi nie będzie miała najmniejszego sensu – ripostują posłowie opozycji.

Wiceminister Beata Stelmach zapewniała wczoraj w Sejmie, że resort od 9 lat prowadzi „intensywną kampanię informacyjno-edukacyjną”. Jej celem ma być uświadomienie istoty historii nazistowskich obozów koncentracyjnych w okupowanej Polsce i przeciwdziałanie szerzeniu błędnych sformułowań typu: „polskie obozy zagłady”. Na niefortunny skrót myślowy – na temat którego wypowiadała się Stelmach, odpowiadając na pytania posłów – wskazali parlamentarzyści.

Preferencje dla powodów

– Proszę zwrócić uwagę, że na początku swojego wystąpienia użyła pani sformułowania: „nazistowskie obozy zagłady”. Problem polega na tym, że musimy konsekwentnie mówić, że były to obozy niemieckie. Jeśli to się wymywa ze świadomości społecznej, to niedługo nie będzie wiadomo, czyje one były. To dlatego pojawiają się sformułowania na temat „polskich obozów zagłady” – zwracał uwagę poseł Jarosław Sellin. Razem z Kazimierzem M. Ujazdowskim (obaj z PiS) pytał on MSZ o konkretną pomoc osobom, które wytoczyły powództwa w tej sprawie. Chodzi o pomoc doradczą, ekspercką, informacyjną i prawną, choćby w zakresie tłumaczenia dokumentów procesowych. – Albo chwalimy się decyzją UNESCO o wpisaniu określenia „niemiecki”, albo obawiamy się użycia sformułowania „niemiecki” – tłumaczył Ujazdowski.

Posłowie chcieli się dowiedzieć, czy resort uruchomił instytucjonalny mechanizm pomocy tym wszystkim Polakom, również za granicą, którzy zdecydują się na proces sądowy przeciwko wydawnictwom i mediom używającym tego typu sformułowań. – Są to w istocie procesy o ochronę dobrego imienia Polski, mają charakter publiczny, a nie prywatny. Dlatego pytanie o konkretne formy pomocy jest jak najbardziej na miejscu – podkreślał poseł. – Potrzebny jest nam precedensowy i jednoznaczny wyrok sądowy, na który można byłoby się powoływać – dodał Sellin.

MSZ – choć monitoruje media, interweniuje za pośrednictwem dyplomatów i udziela pomocy prawnej – nie wypracowało jednak do końca mechanizmu wspierania podmiotów (kancelarii prawnych, osób prywatnych), które składają pozwy. Przykładem mogą być dwie sprawy.

Jedna z nich to proces, który ruszył 13 września ubiegłego roku. To pierwsza taka sprawa w Polsce. Zbigniew Osewski domaga się od niemieckiego koncernu wydawniczego Axel Springer przeprosin w głównych polskich dziennikach i zadośćuczynienia w kwocie 500 tys. zł na rzecz Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego im. Marii Konopnickiej w Świnoujściu. Pełnomocnikiem Osewskiego jest mec. Lech Obara ze Stowarzyszenia Patria Nostra. Sprawa dotyczy użycia sformułowania „polski obóz koncentracyjny” w jednym z numerów „Die Welt” z 2008 roku.

Najpierw trafiła ona do Sądu Okręgowego w Warszawie, który odrzucił pozew, uznając, że polskie sądy nie są właściwe do rozstrzygania sporu prawnego wobec niemieckiej spółki prawa handlowego. Jednak w 2010 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że wydawca „Die Welt” może być pozwany przed sąd w Polsce za zwrot „polski obóz koncentracyjny”. Uznał, że skoro artykuł „Die Welt” rozpowszechniono w Polsce zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej, to obywatel polski doznał na terenie Polski krzywdy, wynikającej z naruszenia jego sfery psychicznej, związanej z godnością i tożsamością narodową, a w związku z tym również krajowy sąd może rozstrzygać jego żądanie.

Drugie powództwo to sprawa Janiny Luberdy-Zapaśnik, w dzieciństwie więzionej w niemieckim obozie w Potulicach koło Piły. Trafiła tam, mając 11 lat, w 1941 roku, razem z rodzicami i czworgiem młodszego rodzeństwa. Ocalała tyko ona. Luberda-Zapaśnik zaskarżyła sformułowanie „polski obóz zagłady”, dotyczący obozów koncentracyjnych w Sobiborze i Treblince, które znalazło się w dwóch publikacjach na internetowym portalu niemieckiego tygodnika „Focus”: „Filmemacher Claude Lanzmann erhalt Ehrenbar der Berlinare” oraz „Aufstand im Warschauer Ghetto”. Pozew o naruszenie dóbr osobistych wpłynął na początku czerwca tego roku do Sądu Okręgowego w Olsztynie.

Wskazówki procesowe

Ministerstwo potwierdza, że znane są mu powództwa osób, które starają się o zaprzestanie używania wadliwych kodów pamięci. Przyznaje, że obie sprawy są precedensowe, bo mecenas Obara wytoczył je przed polskimi sądami, choć pozwy dotyczą publikacji niemieckich. Stelmach zapewniała wczoraj, że MSZ jest w stałym kontakcie z kancelarią Obary, która na bieżąco udziela mu informacji. Resort zapewnia też, że konsultuje z kancelarią dane powzięte z monitoringu mediów i organizuje spotkania z jego prawnikami. – O większy zakres współpracy kancelaria nie występowała i nie było o tym mowy – powiedziała Stelmach.

– W czasie gdy wiceministrem był prof. Janusz Cisek, wpisano do programu polityki historycznej współpracę ze stowarzyszeniem w zakresie zwalczania, również prawnie, negatywnego wizerunku Polski prezentowanego w mediach zagranicznych. Dokonano nawet pewnych ustaleń i podjęliśmy już pewne działania. Po odejściu pana Ciska sprawa ucichła. W kwietniu zwrócił się do nas wiceminister Andrzej Nowak-Farr z nową propozycją współpracy, która dotyczy organizacji konferencji naukowej, z czego bardzo się cieszymy, bo jest to ważna inicjatywa. Ale wciąż liczymy na powrót ustaleń poczynionych z MSZ jeszcze w ubiegłym roku, które pozwolą na zintensyfikowanie naszych działań. W tym celu Stowarzyszenie Patria Nostra, które inicjuje procesy przeciwko mediom zagranicznym, zwróci się do wiceminister Beaty Stelmach i ministra Radosława Sikorskiego z prośbą o spotkanie w celu omówieniu konkretów – mówi mec. Lech Obara.

We wrześniu br., z inicjatywy MSZ i we współpracy z uniwersytetami: Gdańskim, Warszawskim i Adama Mickiewicza w Poznaniu, odbędzie się konferencja naukowa na temat zjawiska używania przez zachodnie media określenia „polskie obozy koncentracyjne”. Jej efektem ma być publikacja wskazówek procesowych dla osób występujących z pozwami.

Resort spraw zagranicznych zapewnia, że polskie placówki na świecie zostały wyposażone w odpowiednie „instrumenty merytoryczne” i zobligowane do „reagowania zdecydowanie i bezzwłocznie na rażące błędy historyczne pojawiające się w zagranicznych formach wymiany opinii takich jak: media, publikacje naukowe i serwisy internetowe”. Przypadki użycia sformułowania „polskie obozy koncentracyjne” są stale monitorowane – zapewnia MSZ, twierdząc, że użycie frazy „polskie obozy koncentracyjne”, po zdecydowanej interwencji polskich dyplomatów, kończy się sprostowaniem i przeprosinami.

Ze względu na zróżnicowany porządek prawny w poszczególnych krajach regulujących rynek mediów, np. przyzwolenie na stosowanie skrótów myślowych, uznano, że najskuteczniejszym narzędziem jest interwencja dyplomatyczna. Ma w tym pomagać decyzja UNESCO z 2007 roku, by poobozowe tereny Auschwitz-Birkenau otrzymały na liście Światowego Dziedzictwa tytuł „Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady (1940-1945)”. Jarosław Sellin przypomniał wczoraj, że wpis ten został dokonany dzięki osobistym zabiegom ówczesnego wiceministra kultury Tomasza Merty, który 10 kwietnia 2010 r. zginął pod Smoleńskiem.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... iecki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 22 cze 2013, 05:58 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Antypolski skandal

Obejrzałem z ogromną uwagą film „Nasze matki, nasi ojcowie”, a także dyskusję po nim. Moje przemyślenia i sądy dotyczące tej produkcji mają zarówno charakter osobisty, jak i merytoryczny.

Osobisty, ponieważ pierwsze obrazy, które zapamiętałem jako trzylatek w 1939 roku, to bombardowanie i śmierć sąsiadów z mojej uliczki w Płocku, widok pożarów i ostrzeliwań uciekinierów przez niemieckich lotników w okolicach między Płockiem a Kutnem.

Dwa następne lata zapamiętałem dużo słabiej. Kolejne obrazy to m.in. widok pędzonego pejczami sąsiada przez żandarmów ze Sławęcina (wtedy pow. Sierpc), zamordowanego dwa dni później, w Wielką Sobotę 1944 roku; wygląd wuja po półrocznym pobycie w obozie koncentracyjnym w Insterburgu i tegoż wuja, który już po przejściu frontu daje obiad niemieckiej matce – uciekinierce z trojgiem zapłakanych małych dzieci.

Wreszcie szok dla mnie, dziewięciolatka, jaki przeżyłem w czasie odwrotu Niemców. Nocowało u nas na podłodze pokrytej słomą dziesięciu niemieckich żołnierzy z oficerem, którzy zachowywali się przyzwoicie. Nie mogłem pojąć po doświadczeniach z gestapowcami, żandarmami i bijącymi w twarz zarządcami majątków, że wśród Niemców trafiają się też przyzwoici ludzie. A może tak „wyładnieli” w obliczu klęski? Ich przyzwoitość była zresztą względna. W przydomowym ogródku pozostawili kilka zaplątanych sznurkami granatów, które przy próbie ich niefachowego usunięcia mogły natychmiast spowodować śmierć i zniszczenie.

Z filmu dowiaduję się jedynie, że jeden z bohaterów „służył przedtem w Polsce i Francji”. Służył? Ładne, neutralne pojęcie. Ot, tak zwyczajnie służył. Ale komu i w jaki sposób? Przywołam tu opinię niemieckiego znawcy problemu Jochena Boehlera: „Kampania w Polsce była nie tylko początkiem II wojny światowej, ale również początkiem wojny na wyniszczenie” (Der Ueberfall. Deutschlands Krieg gegen Polen).

Film idzie za poglądami części – jak się okazuje – Niemców i oficjalnym do dziś stanowiskiem władz rosyjskich, że II wojna światowa zaczęła się właściwie od „wiarołomnego napadu Hitlera na Związek Sowiecki” w 1941 roku.

Rozhuśtać emocje

Chcę jednak na film „Nasze matki, nasi ojcowie” spojrzeć też od strony fachowej. Ponad 50 lat byłem nauczycielem, a następnie pracownikiem naukowym specjalizującym się w problemach wpływu mediów na świadomość historyczną młodzieży. Moja monografia „Wpływ filmu na rozwój myślenia historycznego” była przywoływana w publikacjach w USA i wielu krajach europejskich. Mam przekonanie, że wiem, o czym mówię.

Oczywiście w zakresie zbliżania się do prawdy historycznej o wiele lepszym narzędziem niż film fabularny jest film dokumentalny. Ale wielkość zainteresowania, oddziaływania na emocje, identyfikacja z przedstawianymi postaciami wielokrotnie silniej występują poprzez fabułę.

Co więcej, odbiorcy dokonują procesu uogólnień, tworząc na podstawie fabuł stereotypowe, bardzo silne poglądy. Tak więc jeśli nawet niemiecka telewizja państwowa, która ten film wyprodukowała, wyemituje dla niewielkiej grupy odbiorców dokument o polskiej wsi wymordowanej za pomoc Żydom, to absolutnie nie wyrówna rachunków. Tym bardziej że film „Nasze matki, nasi ojcowie” sprzedano do wielu krajów, gdzie żadnych dodatkowych wyjaśnień dokumentalnych nie będzie.

Patrzyłem też na ten film jako typowy odbiorca seriali. Niemiecki obraz ma szybki, nowoczesny montaż równoległy, typową dla gatunku wielowątkowość i poprawne aktorstwo. Scenariusz jest też typowy: postacie są schematyczne, chociaż główne z nich pokazane zostały w kontekście przemian zachodzących w ich mentalności (np. postaci dwóch braci, których postawy wobec wojny na początku filmu są schematycznie przeciwstawne, zmieniają się o 180 stopni). W warstwie wizualnej autorzy próbują stosować cytaty z innych dzieł, chociażby wirujące wierzchołki drzew widziane z perspektywy leżącego żołnierza, dosłownie przejęte z sowieckiego filmu „Ballada o żołnierzu”.

Tylko propaganda

Wątek polski wygląda jak włączenie na siłę elementu propagandowego, w stylu Goebbelsa, a w przedstawieniu postaci partyzantów i ich działań po prostu chamskiego. I to eksponowanie opasek z napisem „AK” w szczególnie wrednych ujęciach. Tu o żadnych niuansach w postaciach żołnierzy podziemia nie ma mowy.

Prymitywnie zaaranżowana scena odbicia pociągu jest kompletnie nieprawdopodobna. Szczególnie stosunek do więźniów. Przecież każdy polski oddział, niezależnie od przynależności politycznej, natychmiast by ich wypuścił. Autorzy filmu i ich pożal się Boże konsultanci uważają, że pasiaki nosili tylko Żydzi. Przecież równie dobrze mogli to być Polacy czy członkowie innych narodowości! A przekonywanie, że nie wypuszczono by Żydów, jest po prostu skandaliczne. I jeszcze te obrzydliwe w tym momencie dialogi!

Odezwanie się „człowieczeństwa” u dowódcy oddziału AK w ostatnim momencie przed rozstrzelaniem Żyda jest z jednej strony tanim chwytem filmowym, by zaskoczyć widza, a z drugiej samoobroną twórców: patrzcie, przecież wśród tych „untermenschów” (tak!) zdarzały się ludzkie odruchy.

Za tak skandaliczny wątek w tym filmie winię zarówno twórców filmu, zarząd państwowej telewizji niemieckiej, jak i głównego konsultanta prof. Juliusa Schoepsa.

Dziwna wydaje mi się szczególnie postawa telewizji ZDF. Puszcza tak antypolski film, ale równocześnie chce być hiperpoprawna politycznie. Szczególnie ubawiła mnie informacja dotycząca kwietnia 1945 roku. „Kłodzko – Polska, ileś tam kilometrów od Berlina”. Chciałbym panom z ZDF uprzytomnić, że to miasto należało od połowy XVIII wieku do Niemiec (Prus) i nosiło wtedy nazwę Glatz, tak jak historycznie przez wieki do Rzeczypospolitej należały Lwów i Wilno.

Ale szczególnie groźna wydała mi się postawa konsultanta naukowego prof. Juliusa Schoepsa. Jest to człowiek albo niedouczony, albo złej woli, albo jedno i drugie. W dyskusji po filmie powtarzano jego poglądy dotyczące m.in. rzekomego polskiego antysemityzmu i złagodzenia typu: „polskie lewicowe ugrupowania popierały (ratowały) Żydów”.

Otóż profesor powinien wiedzieć, że to rząd polski, wcale nie lewicowy, tylko ogólnonarodowy, informował poprzez swojego wysłannika Jana Karskiego o eksterminacji ludności żydowskiej przez Niemców. (Dziś próbuje się z tego zrobić prywatną akcję jednego człowieka).

Organizowanie pomocy Żydom w ramach Żegoty było zasługą reprezentantów maltretowanego Narodu Polskiego, a nie prokomunistycznych grupek, mimo że już było wiadomo, jak duża część mniejszości żydowskiej na Kresach entuzjastycznie wysługiwała się okupantowi sowieckiemu. Wreszcie najbardziej zastanawiająca jest deklaracja profesora: „Jestem Żydem i niemieckim obywatelem”. Czy mam przyjąć, iż w związku z tym Schoeps stara się podzielić po połowie odpowiedzialność za zagładę Żydów między Niemców i Polaków?

Polacy w filmie zostali pokazani jako prymitywna dzicz – w przeciwieństwie do piątki Niemców przypadkiem zaplątanych w tę nieprzyjemną aferę i przeżywających autentyczne rozterki moralne. Podtrzymując tę tezę w dyskusji po filmie, red. Gerhard Gnauck, niby w obronie Polaków, mówił, że film pokazuje pięcioro ludzi z elity berlińskiej, a z drugiej wieśniaków (w domyśle prymitywnych) „z Polski”, co nie jest właściwe.

Panie redaktorze, pochodzę właśnie z tych wieśniaków. W tym czasie, gdy „berlińskie elity” skazywały zarówno Żydów, jak i Polaków oraz innych Słowian na śmierć lub poniżenie przez katorżniczą pracę, starsi ziomkowie z mojej rodzinnej gminy Bieżuń za ukrywanie trzech Żydów zostali bez sądu rozstrzelani (13 osób), a egzekucję następnych 40 wstrzymał jakiś wyższy dowódca.

Mówiąc wprost: po co ginęli? Po to, byście, redaktorze Gnauck, ich lekceważyli, a profesorze Schoeps, oczerniali?

Otóż zginęli dlatego, że istniało w nich narodowe poczucie honoru i chrześcijańskie przekonanie o potrzebie udzielania pomocy prześladowanym i cierpiącym.

Ale, zdaje się, nie jesteście w stanie tego pojąć, co słyszę już w pierwszych niemieckich przewrotnych komentarzach po projekcji filmu w TVP.

Odwracanie wektorów

Przez dziesięciolecia kontaktów na konferencjach z naukowcami niemieckimi obserwowałem kolejne etapy wprowadzania do panteonu chwały niemieckiej postaci z czarnego leksykonu antybohaterów.

W NRD robiono to nawet wcześniej niż w Niemczech Zachodnich. Najpierw zrehabilitowano Katarzynę Wielką, później Bismarcka, potem Fryderyka II. Po ogromnej fecie w 200-lecie jego śmierci (1986), gdy w ostatniej sali wystawy w Berlinie zwiedzający składali kwiaty pod informacją o śmierci zdobywcy Śląska i grabieżcy Polski, wysłałem do swojego kolegi na Uniwersytecie Drezdeńskim prof. Wermesa list z zapytaniem: kogo zrehabilitujecie następnego?

Nie trzeba było długo czekać. W ostatnim 20-leciu nastąpiło gwałtowne ocieplenie wizerunku Hitlera. Taki chorowity, tak mu było ciężko żyć w tym nędznym bunkrze… Cóż znaczy te 50 mln ofiar? To zrobili bliżej nieokreśleni „naziści” w „polskich obozach koncentracyjnych”.

A teraz przyszedł czas na podzielenie się z nami hańbą holokaustu. To, że w Polsce wskutek współpracy niemiecko-sowieckiej zginęło tyle samo Polaków, co Żydów (ok. 3 mln), nie jest istotne. Ten nowy trend: „antysemityzm Polaków”, spadł Niemcom jak podarek z nieba w ostatnim 20-leciu. Widziałem to na kolejnej konferencji dydaktyków historii w zjednoczonych Niemczech.

To publikacje Jana T. Grossa i „Gazety Wyborczej” ośmieliły Niemców. To z Grossa czerpał wiedzę – jak sam podaje – główny konsultant filmu. Również od takich osób, jak redaktor Adam Krzemiński. Najpierw przez lata nie przeszkadzały mu kontrowersyjne działania Niemców, a dziś w dyskusji po filmie z niesmakiem stwierdza: „Ten pasztet jest nieprzyzwoity”, ale to, że powstał, to zasługa w jakimś stopniu atmosfery, którą on i jemu podobni tworzą w swoich publikacjach.

Pora na kilka konkluzji. Po tym filmie można przyjąć, że poprawność polityczna obowiązuje nas, Polaków, ale kraje silne ekonomicznie i politycznie mogą postępować, jak chcą.

Wielu ludzi wie i o tym pisze, że kto panuje nad przeszłością, ten rządzi teraźniejszością. Nasze elity rządzące o tym przeważnie zapominają. Działalność propagandowa MSZ pod wodzą ministra Radosława Sikorskiego często dodatkowo osłabia świadomość historyczną i poczucie więzi narodowej. Tego nie robi żadne państwo świata!

Omawiany film w swojej trzeciej części jest antypolski, niezgodny z faktami i wpisuje się w najgorsze propagandowe wzory z przeszłości.

Gdyby ZDF była rzeczywiście przyzwoitym producentem, dystrybucja międzynarodowa tego obrazu w dotychczasowej postaci zostałaby wstrzymana. Jeśli to nie nastąpi, będzie to dla mnie sygnałem niebezpiecznych rozbieżności między deklaracjami a czynami naszego zachodniego sąsiada.

A wskazania dla naszych decydentów w dziedzinie polityki kulturalnej? Pewnie wyprodukujecie następny film typu „Pokłosie”.
--------------------------------------------------------------------------------

Autor jest profesorem nauk historycznych, specjalizuje się w badaniu wpływów mediów na świadomość historyczną młodzieży.

Prof. Janusz Rulka

http://www.naszdziennik.pl/mysl/36493,a ... andal.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 25 cze 2013, 06:18 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Zagłada Huty Pieniackiej

Wciąż nie możemy się doczekać potępienia przez polski i ukraiński rząd, parlamenty i prezydentów obu krajów jednego z największych na świecie aktów ludobójstwa, jakiego dokonała UPA na naszych rodakach. Polski Sejm nie chce podjąć uchwały o ustanowieniu 11 lipca Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach II RP.

Świadkowie mówią

28 lutego 1944 r. została zgładzona Huta Pieniacka, wieś położona w woj. tarnopolskim, w powiecie Brody. Oddziały 14. Dywizji SS Galizien składające się z Ukraińców oraz zbrojne grupy UPA z okolicznych wiosek w sposób bestialski wymordowały w ciągu kilku godzin blisko 1000 mieszkańców tej miejscowości i uciekinierów z Wołynia. Większość z nich została spalona żywcem w stodołach. Zanim jednak tam ich zagnano, mordercy stłoczyli kobiety, mężczyzn i dzieci w kościele.

Przedstawiam nieznane dotąd szerzej zeznania świadków zgromadzone w IPN w Krakowie, a także relacje zawarte w opracowaniach Henryka Komańskiego i Szczepana Siekierki „Ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”, W. Bąkowskiego „Zagłada Huty Pieniackiej”, Aleksandra Kormana „Nieukarane zbrodnie SS Galizien z lat 1943-1945” i w pracy zbiorowej m.in. W. Orłowskiego „Za to, że byli Polakami.

Huta Pieniacka 28 lutego 1944”. Nie wszystkie nazwiska możemy ujawnić. W sprawie Huty Pieniackiej IPN w Krakowie prowadzi śledztwo. W związku z tym niektórzy świadkowie, składający przed prokuratorem zeznania, występują bez nazwisk.

Po wyłapaniu ukrywających się w domach, piwnicach i schronach mieszkańców napastnicy znęcali się nad nimi, nieraz od razu zabijali, rozrywali granatami, torturowali, ale zdecydowaną większość prowadzili do kościoła pw. św. Andrzeja Boboli.

Doktor Aleksander Korman: „Do kościoła ludzie byli wpędzani przez zakrystię i wejście boczne od strony budynku nowej szkoły. Przechodzili przez dwurzędowy szpaler esesowców z bronią gotową do strzału, byli zmuszani do wchodzenia biegiem (…). Ukraińscy żołnierze SS Galizien, którzy stanowili 98% stanu dywizji, sprofanowali kościół rzymskokatolicki. Wnętrze (…) było zdewastowane, rozbite tabernakulum, przed ołtarzem rozsypane Hostie, a szaty liturgiczne leżały rozrzucone na posadzce, na której były widoczne ślady krwi (…)”.

Ostatnie pożegnanie

Filomena Franczukowska, mieszkanka Huty Pieniackiej, zauważa, że część osób znajdowała się w pobliżu okna i obserwowała wioskę. Widziała, jak prowadzą do kościoła kolejne rodziny. Zdarzył się wypadek szczególny, który wszystkimi wstrząsnął. „Michalewską – opowiada Franczukowska – z akuszerką przyprowadzili Ukraińcy do kościoła. Jak my przyszliśmy, to one już tam były (…)”.

Chodzi o kobietę w zaawansowanej ciąży. Miała już rodzić. Ludzie stają się coraz bardziej nerwowi, popadają w popłoch, doznają szoku.

Wanda G. widzi pobitego ojca i dowiaduje się, skąd się wzięły rany na jego ciele i zbroczona krwią twarz. Był katowany, maltretowany. Dowiaduje się też, że wśród oprawców znajdowali się żołnierze o wrażliwszej naturze, którzy chcieli ratować zagrożone jednostki. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale tak było.

Taki przypadek zdarzył się siostrze narratorki, Sabinie, którą żołnierz w mundurze SS kilkakrotnie zawracał do domu po dokumenty, dając wyraźnie do zrozumienia, że próbuje ocalić jej życie. Ona jednak nie posłuchała go. Dlaczego? Albo była w szoku i nie zrozumiała, co do niej mówi, albo wolała podzielić los męża. Wybrała męża, nie wiedząc, że wybiera drogę ku śmierci. Identyfikacja rodzinna była silniejsza niż ocalenie. Możemy powiedzieć, że uczucie do męża przezwyciężyło strach i rozpacz.

Do kościoła zapędzani są wciąż nowi mieszkańcy, wygarnięci z domów, piwnic, strychów, kopców na ziemniaki, bunkrów i jam. Świątynia niewielka, a ludzi przybywa. Terroryści zabawiają się przerażonymi ofiarami. Puszczają plotkę, że kościół zostanie wysadzony w powietrze. Słychać modlitwy, płacz i szloch kobiet.

Dramatyzm zdarzeń wzmacnia relacja Danieli M.:

„Za każdą doprowadzaną grupą ludzi drzwi kościółka były zamykane i ubezpieczane przez esesmanów wewnątrz i zewnątrz. Wśród uwięzionych rozgrywały się dramatyczne sceny. Panował taki tumult ludzkich głosów, rozpaczy i przerażenia, że nie można było się porozumieć nawet między najbliżej stojącymi obok siebie. (…) W jednej z grup została doprowadzona do kościółka schorowana 70-letnia Rozalia Sołtys z wnętrznościami wydostającymi się na zewnątrz i podtrzymywanymi rękoma i fartuchem. Kobieta nie mogła dotrzymać kroku w grupie i eskortujący esesman ustawicznie dźgał ją bagnetem, by w końcu przebić jej brzuch. Najbardziej dramatyczne sceny rozgrywały się, gdy w pewnym momencie rozległ się głos, że kościółek został zaminowany i za chwilę zostanie wraz z ludźmi wysadzony w powietrze. (…) część ludzi oddała się modlitwie żarliwej i głośnej, przechodzącej w trwożny śpiew. ’Serdeczna Matko, opiekunko ludzi’, ale nad tym wszystkim dominowała przejmująca trwoga. Niektórzy wykazywali oznaki psychicznego obłędu. (…) W godzinach popołudniowych rozpoczęto wyprowadzanie ludzi z kościółka w grupach 30-50-osobowych. Rozpoczęto od wyprowadzania kobiet i dzieci, a w czasie segregacji dochodziło do rozdzierających serca scen pożegnalnych – jeszcze nikt nie wyobrażał sobie, że jest to ostatnie pożegnanie. Ja również chciałam wyjść wraz z matką i bratem w ich grupie – mocno uczepiłam się matki i podążałam za nią do wyjścia. Zostałam jednak brutalnie oderwana od matki i z całą siłą odepchnięta na stojących ludzi”.

Spaleni żywcem

Ludzie z kościoła widzą, jak ginie komendant oddziału AK w Hucie Pieniackiej Kazimierz Wojciechowski, oblany benzyną i spalony, umierający w okrutnych mękach. Słyszą mowę morderców. Wspomina o tym Krystyna S.:

„Mówiono – wyjaśnia – (…) że dzieci i starsi ludzie zostaną wypuszczeni do domów. Mówili nam to ci, którzy przeprowadzali (…) akcję”.

A więc mordercy nadal bawili się kosztem ofiar, rozgłaszali plotki o bombie pod kościołem, a kiedy nacieszyli się strachem ofiar, zapowiadali ratunek, wyjście do domów albo roboty w Niemczech. Byli butni i pewni siebie. Mieli ofiary w garści. Mogli grać, przeciągać strunę, budzić przerażenie i kołysać nastrojami. Byli panami sytuacji, zwycięzcami. Życie ludzkie zależało od ich kaprysu.

„Mówili – kontynuuje Krystyna S. – (…) po niemiecku, po ukraińsku, a także niektórzy po polsku, ale w naszym języku były to raczej wypowiadane pojedyncze słowa”.

Kobieta pragnie zrozumieć, kim są napastnicy, słyszy ich głosy, niemieckie, ukraińskie, a nawet – rzadko – polskie. Dzięki tym głosom identyfikuje morderców. A skąd są głosy polskie? W armii niemieckiej znajdowali się Ślązacy, którzy dobrze mówili po polsku. Ale i Ukraińcy znali polski. Rzadziej Niemcy, choć i im się to zdarzało. Stąd język polski.

Inny dramatyczny epizod zawiera zeznanie Józefa K.: „W pewnym momencie – powiada – przybiegła do kościoła Maria Błaszkiewicz z małym dzieckiem, zawiniętym w pierzynę. Dziecko to płakało. Widziałem, jak mężczyzna w mundurze SS wyrwał jej dziecko i uderzył o mur, rozbijając mu główkę. Wyrwał też jej pierzynę i rzucił na klapę zamykającą piwnicę, w której schroniliśmy się, tak więc nic więcej już nie widzieliśmy. Słyszeliśmy, jak ludzie w kościele mówili między sobą, że będą rozstrzeliwać”.

Józef K., ukryty w piwnicy kościoła, do pewnego momentu widział, co się dzieje na górze, w nawie głównej, a potem pozbierał bardziej szczegółowe informacje i przekazał je prokuratorowi IPN w Krakowie. Oto jego dalsze zeznania:

„Partiami wyprowadzono ludzi z kościoła i, jak się później dowiedzieliśmy, żywcem spalono ich w sąsiednich stodołach, a gdy ktoś próbował uciekać, strzelano. Gdy wyprowadzono wszystkich na zewnątrz, do kościoła wszedł SS-man i po polsku powiedział, że jeżeli się ktoś schował, by wyszedł na zewnątrz, ponieważ będą palić kościół. Kościoła jednak nie podpalono. Wiem, że niektórzy schowali się na górze, przy dzwonie. Po odjeździe Niemców wyszliśmy z kościoła. Stwierdziliśmy, że całą naszą wieś spalono. Został nasz dom, bo był murowany, oraz budynek szkolny, na którym spalono tylko dach. Z tego, co wiem, zginęło wówczas około 750 osób, a przeżyło ponad 100 osób. W czasie tej akcji zginął mój ojciec Jan, w stajni. Moi bracia przeżyli w piwnicy naszego budynku. (…) Zaznaczam, że widziałem ludzi w mundurach SA – były to mundury zielone, na które nałożone mieli białe kombinezony. Byli także policjanci z Pieniak, z Podhorzec. Słyszałem, jak rozmawiali po niemiecku i ukraińsku”.

Starta z powierzchni ziemi

I doprowadźmy do końca wątek z kobietą w ciąży.

Doktor Korman w swojej książce kontynuuje: „W nocy z 27 na 28 lutego 1944 r. (…) Michalewską, z domu Bernacką, lat 26… zaatakowały bóle porodowe. Była przy niej położna – akuszerka. SS-owcy wtargnęli do jej domu, wyprowadzili wraz z położną i innymi mieszkańcami tej ulicy. Doprowadzili do kościoła, posadzili na stopniu ołtarza, a przy niej położną. Gdy bóle przybierały na sile, a (…) Michalewska bardzo jęczała i zaczęła rodzić, podszedł do niej SS-owiec, wyrwał z niej siłą dziecko, rzucił na posadzkę”.

Wątek ten budzi u niektórych świadków wątpliwości. Nie są pewni, czy istotnie scena ta tak wyglądała i w ten sposób się zakończyła. Faktem jest, że rodząca kobieta i jej dziecko zginęli.

Gdy ucichły strzały, płacz i jęki – przypominają świadkowie – ci, którzy byli ukryci w kopcach i innych kryjówkach, zaczęli wychodzić i opuszczać zrównaną z ziemią wioskę.

Po dokładnych oględzinach okazało się, że ocalało tylko kilka domów, szkoła i kościół. Wymordowana zaś została niemal cała wieś. Dziś nie ma już po niej śladu. Jedynie pomnik, który wystawiły ofiarom rodziny i potomkowie zamordowanych. Niestety, w inskrypcji zabrakło informacji o tym, kto dokonał tej haniebnej zbrodni. Na taki zapis nie zgodzili się Ukraińcy.

Pełna prawda wciąż czeka na odkrycie. Obok pomnika została samowolnie postawiona przez Ukraińców tablica pod nazwą. „Prawda o Hucie Pieniackiej”. Tekst na tej tablicy wypełniony jest kłamstwami i absurdalnymi pomówieniami, m.in. dotyczącymi sprawców mordu. Autorzy tablicy zwalają winę na Niemców i zrzucają odpowiedzialność na Armię Krajową, a więc fałszują historię.

Stanisław Srokowski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/36742,z ... ckiej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 26 cze 2013, 05:50 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Niemcy szybko przyjęli rolę ofiar

Trzyczęściowy serial produkcji niemieckiej telewizji ZDF „Nasze matki, nasi ojcowie” („Unsere Muetter, unsere Vaeter”) wyemitowany w TVP wywołał słuszny sprzeciw i oburzenie.

Jednak nie ukrywam, że fabuła i prezentowane w nim treści nie były dla mnie zaskoczeniem z tego względu, że z myśleniem pokazanym w tym filmie spotykałem się od bardzo dawna w Republice Federalnej Niemiec. Zaskoczeniem było dla mnie jedynie to, że film ten został wyemitowany w TVP.

Pragnę jeszcze raz podkreślić, że nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło, ponieważ jest to formuła myślenia dostrzegalna w Niemczech od dziesięcioleci. Powiem więcej, że narasta owa skłonność do postrzegania sprawców zbrodni popełnionych przez Niemców w okresie II wojny światowej w istocie rzeczy jako ofiar biegu zdarzeń historycznych, na które owi dobrzy Niemcy nie mieli wpływu. Przy takich argumentach odpowiadam, cytując myśl prokuratora generalnego Hesji – Fritza Bauera, który w 1963 roku doprowadził do pierwszego procesu oświęcimskiego we Frankfurcie nad Menem.

Proces toczył się dwa lata. Wówczas niemiecka opinia publiczna zareagowała w sposób bardzo znamienny. Twierdzono, że po raz pierwszy usłyszano o istnieniu Auschwitz dopiero z aktu oskarżenia przygotowanego właśnie przez Bauera.

Fritz Bauer odpowiedział wtedy: „Kłamstwem jest, że dobrzy Niemcy nie wiedzieli o Auschwitz-Birkenau. Kłamstwem jest, że byli zmuszeni do służby w SS i gestapo. Setki, dziesiątki tysięcy i miliony Niemców służyło realizacji ludobójczej ideologii narodowego socjalizmu. Nie dlatego, że byli do tego zmuszeni, ale dlatego, że ta ideologia odpowiadała ściśle ich przekonaniom i pragnieniom także co do własnej, osobistej pomyślności, którą osiągną wtedy, gdy narodowy socjalizm wyznaczy – jako zwycięska ideologia, urzeczywistniona w Europie – podwaliny pod tysiącletnią III Rzeszę, w której naród niemiecki – jako rasa nadludzi – zapanuje nad podbitymi narodami zaliczonymi do kategorii podludzi”.

Pełną wypowiedź Fritza Bauera można znaleźć w mojej przedmowie opublikowanej w książce pt. „Auschwitz przed sądem. Proces we Frankfurcie nad Menem 1963-1965. Dokumentacja”, wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej i Muzeum Pamięci Auschwitz-Birkenau.

Wobec wypowiedzi Bauera film „Nasze matki, nasi ojcowie” nie był dla mnie zaskoczeniem, lecz potwierdzeniem owej skłonności Niemców do traktowania siebie jako ofiar zdarzeń historycznych.

Uważam, że słowa Bauera są idealnym wyjaśnieniem tej skłonności. Warto tu przypomnieć inne słowa tego niemieckiego prokuratora, które wypowiedział już po wygłoszeniu przytoczonych wcześniej przeze mnie słów.

Bauer stwierdził: „Po tym, czego doświadczyłem, przygotowując akt oskarżenia przeciwko sprawcom z Auschwitz, czuję się we Frankfurcie nad Menem, gdy opuszczam moje biuro prokuratora generalnego, jakbym znajdował się we wrogim kraju”. On został ogłoszony przez Niemców wrogiem numer jeden. Dlatego że powiedział prawdę o tym, jak miliony Niemców były zaangażowane w realizację zbrodniczej ideologii i jak szybko Niemcy przyjęli na siebie rolę ofiar zdarzeń historycznych, głosząc, że byli tak samo pokrzywdzeni jak ci, których przyszło im mordować.

not. IK
--------------------------------------------------------------------------------

Prof. dr hab. Witold Kulesza jest prawnikiem, w latach 2000-2006 był dyrektorem Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, jest współautorem projektu ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Prof. dr hab. Witold Kulesza

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ofiar.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 01 lip 2013, 05:30 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Wspomnienia emerytowanego ubeka

Emisja w TVP I propagandowego serialu niemieckiego: „Nasze matki, nasi ojcowie” spotkała się w Polsce z krytyką i protestami, ze względu na fałszerstwa historyczne, jakich dopuścili się autorzy scenariusza. W tym serialu wojna zaczyna się w roku 1941, od ataku III Rzeszy na Związek Sowiecki. Przedstawiono w nim całkiem nowy obraz relacji żydowsko-niemieckich podczas wojny. Owszem, były jakieś restrykcje wobec Żydów, stosowane przez nazistów, ale przeciętny Niemiec był zasadniczo życzliwy Żydom i promiennie uśmiechnięty. Natomiast prawdziwy drapieżny antysemityzm cechował Polaków, a szczególnie żołnierzy podziemnej Armii Krajowej.

W dyskusji,która odbyła się w studio TVP po emisji filmu, dziennikarze niemieccy przypisywali krytyczne opinie o tym filmie przeczuleniu Polaków, a konsultant tego filmu, prof. Juliusz Schoeps z monachijskiego Instytutu Studiów Badań nad Współczesną Historią, ręczył za jego wiarygodność. Zdaniem prof. Schoepsa, w Polsce podczas okupacji działała lewicowa partyzantka, życzliwa Żydom, i zdecydowanie antysemicka partyzantka prawicowa, czyli AK.

Profesor Schoeps nie jest odosobniony w swojej opinii. Powiem więcej, ta opinia obecnie w świecie dominuje. I ze smutkiem trzeba przyznać, że Polacy niewiele robią, aby przeciwdziałać szerzeniu się takich opinii, które już od dłuższego czasu pojawiają się również w Polsce.

W listopadzie 2009 roku, w Stanach Zjednoczonych, wydawnictwo Arcade Publishing opublikowało ksiązkę Franka Blaichmana Rather Die Fighting.A Memoir of World War II.Autorem przedmowy do tej książki jest brytyjski historyk, sir Martin Gilbert, emerytowany profesor Merton College, University of Oxford, autor.m.in. monografii: The Holocaust: A History of the Jews of Europe during the Second World War.

Wspomnienia Franka Blaichmana zostaly szybko udostępnione polskiemu czytelnikowi, bo juz w sierpniu 2010 r. nakładem wydawnictwa Replika ukazała się książka"Wolę zginąć walcząc. Wspomnienia z II wojny światowej".

Wydawnictwo Replika tak reklamuje książkę na skrzydełku okładki:„Przeciw nazistom, volksdeutschom i antysemickiej Armii Krajowej".

Na skrzydełku zacytowano również fragment opinii tłumacza, Kamila Janickiego (byłego redaktora portalu Histmag):"(…)Należy pamiętać jednak, że pamiętnik Blaichmana prezentuje unikalną wartość jako materiał umożliwiający zrozumienie skomplikowanych relacji polsko- żydowskich, a szczególnie żydowskich opinii o polskim udziale w wojnie i o polskim antysemityźmie."

Kamil Janicki nie ograniczył się do przetłumaczenia z angielskiego na polski książki, ale w tekście „Słowo od tłumacza” podjął się misji wytłumaczenia czytelnikowi, co autor „miał na myśli”:

(…)Jego prywatne opinie często stanowią wręcz odwrotność tych, które spotykamy w pamiętnikach np. żołnierzy Armii Krajowej. Polskiemu czytelnikowi mogą się one wydawać kontrowersyjne, jeśli nie wręcz oburzające. Po części nie pokrywają się też z rzetelną wiedzą historyczną, a szczególnie z ustaleniami rodzimych historyków.

Impulsywną reakcją mogłoby być odrzucenie wartości całych wspomnień jako wrogich Polakom czy po prostu błędnych. Byłoby to jednak najgorsze możliwe podejście. Pamiętnik Blaichmana prezentuje unikalną wartość jako materiał umożliwiający zrozumienie skomplikowanych relacji polsko-żydowskich, a szczególnie żydowskich opinii o polskim udziale w wojnie i o polskim antysemityzmie. Nie jest to syntetyczna praca naukowa, zestawiająca setki źródeł jak np. Strach Jana Tomasza Grossa, ale żywa relacja jednego człowieka. I choć dla Polaka musi to być – siłą rzeczy – książka trudna, to jej lektura pozwala poszerzyć horyzonty i podjąć próbę zrozumienia drugiej strony. (…)

Polskiego czytelnika najbardziej zaskoczy jednak przemiana, która następuje w sytuacji Blaichmana wraz z zakończeniem okupacji i utworzeniem Polski Lubelskiej pod koniec lipca 1944 roku. Wówczas większość żydowskich partyzantów włączono w struktury milicji oraz Resortu Bezpieczeństwa Publicznego."


Tłumacz starał się wyjaśnić stanowisko autora i wybielić go w oczach czytelników, jednak te jego starania nie znalazły uznania w oczach Franka Blaichmana, który nie wyraził zgody na opublikowanie „Słowa od tłumacza” w polskim wydaniu książki. Cały tekst Kamila Janickiego „Słowo od tłumacza” został opublikowany na stronie internetowej wydawnictwa Replika.


W celu przybliżenia czytelnikom sylwetki autora, wydawnictwo Replika podało, żeBlaichman jako 16-latek był świadkiem napaści Niemiec na Polskę, stworzył żydowski oddział partyzancki na Lubelszczyźnie, który walczył z Niemcami, a po wojnie pracował w UB w Pińczowie i Kielcach.

Jest to jednak informacja mało precyzyjna:

11 czerwca 2007 r. w Pałacu Tomasza Zielińskiego w Kielcach miał miejsce wernisaż wystawy „Twarze kieleckiej bezpieki”, przygotowanej przez Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN w Krakowie, w ramach realizowanego projektu dotyczącego struktury i metod działania aparatu bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944–1989. Na przygotowanych planszach pokazano fotografie ponad 200 funkcjonariuszy kieleckiej policji politycznej, zajmujących kierownicze stanowiska w latach 1944–1990 i ponoszących odpowiedzialność za działania i represje wymierzone w społeczeństwo, a dla ochrony interesów komunistycznej partii i ZSRS.

Na jednej z plansz znajduje się wizerunek Franciszka Blajchmana (takie nazwisko figuruje w materiałach archiwalnych WUBP w Kielcach), który w 1945 roku pełnił obowiązkikierownika Wydziału Więzień i Obozów WUBP w Kielcach.


Sam Frank Bleichman tak pisze o tym epizodzie ze swego życiorysu:

"Moim zadaniem było wyłapywanie nazistowskich kolaborantów - Polaków, Ukraińców i volksdeutschów - znanych jako prześladowcy i mordercy Żydów, oraz szpicle donoszący na chłopów i całe wsie. Przydział ten z chęcią przyjąłem."

Za: F. Blaichman, Wolę zginąć walcząc. Wspomnienia z II wojny światowej, Zakrzewo 2010, s. 10.


Obszerne fragmenty trzeciego rozdziału ksiązki Blaichmana, zatytułowanego "Poszukiwanie sojuszników, zabijanie kolaborantów", są dostępne na stronie:

http://www.empik.com/wole-zginac-walcza ... a-p#review

W rozdziale tym czytamy m.in. ;

"W tym czasie w Polsce były cztery partie polityczne posiadające własne oddziały zbrojne: Partia Robotnicza, która rok wcześniej zorganizowała komórki Gwardii Ludowej, następnie przekształconej w Armię Ludową (AL); Partia Chłopska ze swoimi Batalionami Chłopskimi; drapieżczo antysemicka Armia Krajowa (AK); i wykonujący rozkazy nazistów Narodowe Siły Zbrojne (NSZ) o charakterze ultra-nacjonalistycznym, a zarazem skrajnie antysemickim i antykomunistycznym”.


Jest tam również opis przesłuchania dwóch żołnierzy AK, ujętych przez jego oddział:


"Kiedy zaczęliśmy ich przesłuchiwać, okazało się, że są członkami AK - antysemickiej Armii Krajowej. Dostali rozkaz zabicia nas, ponieważ byliśmy Żydami i okradaliśmy chłopów. Powiedzieli, że ich miejscowi zwierzchnicy otrzymali rozkazy z Londynu, mówiące, iż żadnemu Żydowi nie powinno być dane dożycie do końca wojny i świadczenie o jej przebiegu. Przekonaliśmy smarkaczy, by powiedzieli nam, kim są wspomniani zwierzchnicy. Po przesłuchaniu zdecydowaliśmy się ich nie zabijać, ponieważ byli jeszcze młodzi, a my nie ponieśliśmy w walce z nimi żadnych strat. Puściliśmy ich wolno, ostrzegając, że następnym razem nie potraktujemy ich już tak wyrozumiale. Kolejnej nocy odwiedziliśmy domy przywódców, których nazwiska zdradzili nam schwytani smarkacze. Żadnego nie zastaliśmy najwidoczniej wypuszczeni chłopcy zdążyli ich ostrzec",

W innym miejscu Blaichman opisuje spotkanie z żołnierzami AK:

"Wiedzieliśmy, że są zatwardziałymi antysemitami i że gdyby tylko byli w stanie, zapewne wybiliby nas wszystkich, do ostatniego Żyda",

Blaichman opisuje również czym zajmował się jako funkcjonariusz WUBP w Kielcach:

"W czerwcu kierownik Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach wezwał mnie do swojego biura. Zlecił mi, jak sam twierdził, bardzo pilne zadanie. Otrzymałem dwa listy - do komendanta milicji i kierownika Urzędu Bezpieczeństwa w Skarżysku, mieście leżącym około 100 kilometrów od Kielc. Mieli udzielić mi wszelkiej pomocy, jakiej mógłbym potrzebować w celu wykonania misji. Dokumenty potwierdzały też, że to ja dowodzę operacją. Do Skarżyska miała przyjechać z Katowic grupa polskich żołnierzy, zajmująca cały wagon. Otrzymałem numer pociągu i rozkaz aresztowania ich wszystkich przy wykorzystaniu sił policji i UB. Po wykonaniu zadania miałem natychmiast skontaktować się z UB w Kielcach.

(…) Później dowiedziałem się, że Urząd Bezpieczeństwa uzyskał doniesienie o przynależności oficerów do faszystowskiej opozycji. Wyrobili sobie fałszywe przepustki, które pozwalały im podróżować do Lublina na wakacje. Wakacje, podczas których w istocie spiskowali przeciw rządowi, przygotowując bunt",


Za: F. Blaichman, Wolę zginąć walcząc. Wspomnienia z II wojny światowej,Zakrzewo 2010,s. 167- 168.

Po ukazaniu się w Polsce wspomnień Blaichmana w polskiej prasie pojawiły się krytyczne opinie. Np. w Rzeczpospolitej można było przeczytać:

Wątpliwa jest również walka Blaichmana z niemieckim okupantem. Autor książki myli daty i wydarzenia, część potyczek, które sobie przypisuje, w świetle publicznie znanych ustaleń historyków nie miała miejsca lub była dziełem żołnierzy podziemia niepodległościowego. Przedstawione przez niego fakty wskazują raczej na udział w operującej na Lubelszczyźnie, komunizującej, rabunkowej grupie walczącej z podziemiem

http://www.rp.pl/artykul/532244.html

O publikacji wspomnień Blaichmana pisał krytycznie bloger Unicorn we Frondzie:http://www.fronda.pl/blogi/przemyslenia-niepokorne/wspomnienia-blaichmana,13559.html

Zareagowali również byli żołnierza AK:

– Prokuratura powinna sprawdzić, czy mamy do czynienia z przestępstwem– Tadeusz Filipkowski, rzecznik Światowego Związku Żołnierzy AK.

Ogólnokrajowy Związek Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego zapowiedział złożenie wniosku do prokuratury.

http://www.rp.pl/artykul/153227,532768- ... ubeka.html

Wkrótce miną trzy lata od opublikowania w Polsce wspomnień Blaichmana. Ciekawe czy Instytut Pamięci Narodowej zdążył już zbadać, czy znajdują się w nich „informacje mogące wskazywać na popełnienie zbrodni komunistycznej”. A jeżeli tak, to jakie kroki podjęto w tej sprawie.

http://nanofiber.salon24.pl/517891,wspo ... nego-ubeka


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 05 lip 2013, 20:44 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Polacy – podludzie i ofiary drugiej kategorii?

W niedzielę przypada 70-ta rocznica mordu, jakiego Niemcy dokonali 7 lipca 1943 roku podczas pacyfikacji polskiej wsi Szaulicze (w dawnym woj. białostockim, powiat wołkowyski), mordując 336 osób, w tym 120 dzieci.

Obchody rocznicy ludobójstwa dokonanego na Polakach przez Ukraińców na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej przesłoniły i tak zapomniane już w III RP mordy na ludności polskich wsi, których dokonali niemieccy okupanci, a co warto przypominać, uczestniczył w tych rzeziach także „rycerski Wehrmacht”.

Historycy oceniają, że tylko na terenach znajdujących się w dzisiejszych granicach Polski niemieccy zbrodniarze spacyfikowali przeszło 800 wsi i co warto głośno przypominać, nasi rodacy ginęli nie tylko od kul, ale wraz z kobietami, starcami i dziećmi płonęli pozamykani w stodołach, chlewach, oborach czy własnych domach i chałupach.

Proponuję wybrać się do któregoś z naszych gimnazjów czy liceów na lekcję historii i zapytać uczącej się tam młodzieży, co mówią im takie nazwy wsi i małych miejscowości jak: Borów, Szczecyn, Wólka Szczecka, Łążek Zaklikowski, Łążek Chwałowski, Karasiówka, Aleksandrów, Lipniak-Majorat, Krasowo-Częstki, Józefów Duży, Skłoby, Michniów, Smoligów, Złoczew, Sochy, Poturzyn, Jamy, Rajsk, Wanaty, Olszanka, Jabłoń-Dobki, Skałka Polska, Różaniec, Szarajówka, Ochotnica Dolna?

Zaręczam, że nikt, często nawet i sam nauczyciel, nie będzie wiedział, o co chodzi i z czym te nazwy się wiążą. Jednak na pytanie, z czym kojarzy im się nazwa Jedwabne, bez zająknięcia odpowiedzą wszyscy prawidłowo i identycznie, jak młodzież w izraelskich szkołach.

Warto przypomnieć, że póki co, tu gdzie żyjemy podobno jest jeszcze Polska.

Na koniec jeszcze jedna zatrważająca i dająca dużo do myślenie informacja.

Cały świat zna, a już na pewno podręczniki do historii przeznaczone dla niemieckiej i francuskiej młodzieży, wymieniają, 2 (słownie dwie) wsie spacyfikowane przez Niemców podczas drugiej wojny światowej. Są to czeskie Lidice i francuska wioska Oradour-sur-Glane.

Ktoś może powiedzieć, że pewnie tam wymordowano jakąś ogromną liczbę mieszkańców i dlatego pamięta o tym świat i drukuje się to w szkolnych podręcznikach. Otóż nie. Można wymienić polskie spacyfikowane przez Niemców wsie, gdzie ofiar było o wiele więcej.

Pamiętajmy, że do tej drugiej kategorii ofiar, już niemal podludzi, doprowadziły nas przez niespełna ćwierć wieku okrągłostołowe, jawnie antypolskie „elity”.

Zapamiętajmy sobie dokładnie wszystkie imiona i nazwiska tych szkodników i zdrajców, którzy za „postaw szarpanego, każdy w swoja stronę, sukna” zdradzili naszą ojczyznę i doprowadzili do stanu, z którego wydobywanie jej będzie trwało długie lata. Oczywiście pod warunkiem, że się otrząśniemy i pogonimy tę swołocz, której „polskość” polega jedynie na posługiwaniu się polskim językiem, jako skuteczną bronią wymierzoną przeciwko nam.

http://kokos.salon24.pl/519002,polacy-p ... -kategorii


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 12 lip 2013, 06:42 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Pamięciobójstwo wołyńskie

Janusz Wojciechowski

Opisów zbrodni wołyńskich normalny człowiek nie jest w stanie spokojnie czytać ani słuchać. To wszystko jest zbyt straszne, a zarazem zbyt współczesne, zbyt świeże. Gdybym się urodził 15 lat wcześniej i 300 kilometrów dalej na wschód, też bym może jako dziecko umierał nadziany na tych sztachetach. Gdy czytam te opisy, widzę moich rodziców, moje siostry, brata, widzę moją rodzinę, moje dzieci… Nie… to jest zbyt potworne, żeby znieść samą myśl o tym, co tam się działo.

Straszny był Katyń i tysiące miejsc katyniopodobnych, gdzie i mój dziadek zginął, straszne były sowieckie wywózki, deportacje na Sybir, których i moja matka doznała, ale szczęśliwi, którzy jedynie Sybiru doświadczyli, uchodząc spod siekier i pił. Tam, na Wołyniu, ludzie się modlili, żeby od kuli, a nie od piły zginąć.

70 lat temu oprawcy z UPA zaczęli to bodaj najokrutniejsze w dziejach świata zabijanie. Zabijali tak strasznie, żeby nie tylko martwi milczeli, ale i żywi nie byli w stanie o tym opowiedzieć. Kto przeżył, schowany gdzieś w końskim gnoju albo w zbożu, kogo siekierą nie dobili albo widłami nie zadźgali, kto widział porąbane ciała, rozprute brzuchy, wydłubane oczy swoich rodziców, sióstr czy braci – ten, żeby do reszty nie oszaleć, musiał wyprzeć, usunąć gdzieś w cień te straszne obrazy ze swojej żywej pamięci. To było zbyt straszne, żeby opowiadać, zbyt straszne, żeby zachować zwyczajne ludzkie pamiętanie…

Można było nakręcić filmy o mordowanych pocztowcach gdańskich i o Westerplatte. Można było opisać w książkach i na filmach pokazać rozstrzeliwania w Wawrze czy w Palmirach, można było ukazać hekatombę Powstania Warszawskiego. Można było przedstawić straszną egzekucję rotmistrza Pileckiego. Sięgając wstecz – można było znieść filmowe sceny zarzynania Nowowiejskiego i wbijanie na pal Azji Tuhajbejowicza. Ale nie da się w pełni opowiedzieć ani pokazać tego, co się działo na Wołyniu i Podolu. Nie da się pokazać nabijania dzieci na sztachety, przecinania ludzi piłą, odrąbywania rąk i nóg, miażdżenia ludzi w trybach kieratów, rozpruwania brzuchów ciężarnych kobiet. Nie da się, bo tego obrazu żaden widz, żaden normalny człowiek nie wytrzyma.

Oprawcy z UPA dobrze wiedzieli, jaki realizowali plan. Zabijali tak, by nie tylko zabić, ale i przerazić okrucieństwem. Zabijali tak, by wraz z ludźmi zabić też i pamięć o tym strasznym zabijaniu. W dużej części to im się udało. Jeszcze żyją świadkowie tamtych krwawych dni, a połowa Polaków nie wie dziś, co to były zbrodnie wołyńskie, kto kogo tam zabijał i dlaczego. Połowa Polaków nie wie, o Ukraińcach nie wspominam…

Zbrodnie UPA, a w tle najniewinniejsi z niewinnych – Niemcy. W lipcu 1943 roku Wołyń, Podole i cała Ukraina były pod niemiecką okupacją i kontrolą. Niemieccy agresorzy najpierw, wespół z Rosjanami, rozbili i zniszczyli państwo polskie, które gwarantowało pokój i bezpieczeństwo wszystkim swoim obywatelom i narodom, a potem zainspirowali tę rzeź, której życzliwie się przyglądali. Polacy i tak byli przewidziani do zabicia, a piły i siekiery to była oszczędność amunicji…

Nad ukraińskimi zbrodniami na Wołyniu i Podolu nie było sądu ani trybunału. Był trybunał nad Niemcami w Norymberdze, był sąd w Rwandzie, w byłej Jugosławii, były różne sądy i trybunały – a ta zagłada ponad 3 tysięcy wsi, ta straszna, niedająca się opowiedzieć rzeź ponad 120 tysięcy Polaków nie została nawet symbolicznie osądzona.

I nawet nie zażądaliśmy tego sądu, ciągnąc do Unii Ukrainę. Chorwaci musieli się rozliczyć, wydać generała Gotovinę, Serbowie, choć daleka jeszcze droga, musieli wydać Mladicia i Milošewicia – a na Ukrainie Banderze i Szuchewyczowi stawia się pomniki. Co tam na Ukrainie, skoro w Polsce na liście przebojów bryluje grupa, nazwana według mediów od imienia jednego z najkrwawszych oprawców UPA.

Kiedyś prawda o Wołyniu nie odpowiadała komunistom, potem znów nie pasowała do koncepcji europeizacji Ukrainy. Dziś Sejm Rzeczypospolitej spiera się, czy to było ludobójstwo.

Nie tylko ludobójstwo, ale pamięciobójstwo przede wszystkim. Zabijanie ludzi wraz z pamięcią o tym zabijaniu.

Wpis pochodzi z bloga na portalu NaszDziennik.pl.

http://www.naszdziennik.pl/wp/47807,pam ... nskie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 20 lip 2013, 05:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Arena bez Wołynia

Organizator meczu Lechia Gdańsk – FC Barcelona odmówił kibicom prezentacji wystawy upamiętniającej ofiary rzezi wołyńskiej
Anna Ambroziak

O ekspozycję upamiętniającą ofiary ukraińskiego ludobójstwa na polskich Kresach zabiegało Stowarzyszenie Kibiców Lechii Gdańsk „Lwy Północy”.

Mecz miał się odbyć już dziś na gdańskim stadionie PGE Arena, którego głównym użytkownikiem jest klub piłkarski Lechia Gdańsk. W ostatniej chwili został jednak odwołany przez FC Barcelonę ze względu na nawrót choroby nowotworowej jej trenera Tito Vilanovy i rezygnację szkoleniowca z zajmowanej funkcji.

Organizator meczu Tomasz Rachwał, prezes agencji Polish Sport Promotion, nie wyraził zgody na urządzenie wystawy poświęconej ofiarom Wołynia. Agencja tłumaczyła odmowę m.in. tym, że nie chce podczas meczu żadnych „elementów politycznych”, a za taki uznała przekaz ekspozycji. Zasłaniała się też „trudnościami logistycznymi” w związku z wystawą. Twierdziła również, że Stowarzyszenie „Lwy Północy” zwróciło się z prośbą zbyt późno.

– Z punktu widzenia logistyki i bezpieczeństwa nie wiem, gdzie taka wystawa miałaby się odbyć. Czy ona miałaby być w zamkniętej strefie? Czy na takim wydarzeniu jak mecz nie zakłóciłoby to porządku? Na mecze trzeba wielu pozwoleń związanych z bezpieczeństwem, pytanie więc, w jaki sposób taka wystawa miałaby być zorganizowana na stadionie. Z punktu widzenia logistycznego byłoby to bardzo trudne – tłumaczy Michał Mango z Public Relations & Social Media Manager agencji Polish Sport Promotion. – Oczywiście, wystawa gdzieś na rynku miasta – to OK. Na stadionie byłoby to logistycznie trudne do zrealizowania. I nie wiem, czy osiągnięty byłby zamierzony efekt tej wystawy. Nie byłoby tak, że każda z tych 40 tys. osób, które przychodzą na stadion, mogłaby zobaczyć tę wystawę – dodaje.

Piotr Zejer, prezes Stowarzyszenia Kibiców Lechii Gdańsk „Lwy Północy”, nie chciał wczoraj komentować decyzji agencji. Przyznał natomiast, że o pokazanie wystawy organizacja starała się już tydzień temu, co zresztą potwierdza też sama agencja.

Z argumentami prezesa agencji Polish Sport Promotion polemizują kibice. – Po pierwsze, starań o pokazanie wystawy stowarzyszenie nie rozpoczęło dzień czy dwa dni temu, ale tydzień temu. Po drugie, nie byłoby żadnych problemów logistycznych – ekspozycja jest mała. I po trzecie, nie wiem, jaki może być akcent polityczny w typowej wystawie historycznej – mówi Milan Ignatowicz, kibic Lechii Gdańsk. – Chyba że IPN jest traktowany dziś jako opcja polityczna – dodaje.

Wystawę, którą chcieli pokazać kibice, przygotowało Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN w Gdańsku z okazji 70. rocznicy mordu Polaków na Wołyniu. – To mała przestrzenna wystawa, łatwo ją gdziekolwiek postawić. Nawet w niewielkiej lokalizacji. Jest ona głównie wystawą plenerową, ale może być prezentowana w pomieszczeniach – zaznacza Agnieszka Gumińska, autorka ekspozycji.

Wykonano trzy kopie tej ekspozycji. Jedna z nich od 10 lipca stoi na terenie Gdańska (na przystanku autobusowym), druga w Gdyni, na Wzgórzu św. Maksymiliana, a więc w miejscach, gdzie przechodzi wiele osób. Trzecia kopia, o której pokazanie na stadionie gdańskim zabiegały „Lwy Północy”, była umieszczona dotąd na terenie gdańskiej Starówki. Ekspozycja składa się z trzech paneli. Na pierwszym z nich zostały umieszczone ogólne informacje związane z wydarzeniami na Wołyniu. Dołączono do nich mapę, która prezentuje skalę zbrodni dokonanej przez OUN-UPA.

Na panelu drugim są zdjęcia zarówno wsi, jak i poszczególnych rodzin oraz fotografie dokumentujące losy tych ludzi, drogi ich ucieczki przed ukraińskimi nacjonalistami. Panel trzeci prezentuje relację małej dziewczynki, bezpośredniego świadka tragedii. Zejer potwierdza, że do prezentacji ekspozycji na stadionie obiekcji nie zgłaszał zarząd klubu Lechii, który wyraził zgodę na jej pokazanie w czasie meczu” Biało-Zielonych” z Podbeskidziem Bielsko-Biała, rozpoczynającego pierwszą kolejkę sezonu ekstraklasy 2013/2014. Mecz ma się odbyć w najbliższy poniedziałek, również na gdańskiej PGE Arena.

http://www.naszdziennik.pl/wp/48635,are ... lynia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 03 sie 2013, 07:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Szarytki nie pytały o wyznanie

Anna Zechenter, IPN Kraków

Żydowska dziewczynka Frania Aronson zobaczyła katolicką siostrę zakonną pierwszy raz w życiu, gdy po długiej tułaczce, skulona z zimna i głodna przyszła po ratunek do Zakładu Wychowawczego dla Dziewcząt prowadzonego przez szarytki w Ignacowie. Tylko ona jedna z rodziny ocalała, gdy ze Stanisławowa na Mazowszu Niemcy wywieźli w 1942 roku jej najbliższych do obozu w Treblince.

W Ignacowie przyjęła ją siostra Marcjanna Reszko. „Może zrozumiała, kim jestem, ale widocznie nie chciała wiedzieć, bo była zainteresowana, by ratować człowieka” – wspominała Franciszka w liście do jednej z sióstr w 1976 roku. Została u Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo do końca wojny i choć potem wyjechała do Izraela, kontakt z nimi utrzymywała latami. W relacji z 1987 roku napisała: „Pochodzę z bardzo religijnej żydowskiej rodziny. Mimo to wierzyłam w Jezusa. (…) Zakonnice żyją ładnie”.

„Będę miała jedzenie”

Szarytki w Generalnym Gubernatorstwie otworzyły swoje domy i zakłady przed Żydami, ukrywały ich w szpitalach i domach starców – chociaż tylko na obszarze okupowanej Polski, w odróżnieniu od innych zajętych przez Niemców krajów zachodnich, kara za udzielenie pomocy Żydowi była jedna: rozstrzelanie na miejscu.

Do drzwi ośrodka w Ignacowie zapukała w 1943 roku także 13-letnia Irit Romano. „Nie mówiłam nic. Dałam tylko metrykę – pamiętała po latach. – Wiedziałam, że moja metryka mówi wszystko. Siostra też nie pytała o nic, tylko powiedziała, że (…) będę miała jedzenie i będzie mi ciepło”. Od siostry Ireny Szpak dostała na urodziny haftowaną bluzkę, o której napisała: „Była i jest najlepszym prezentem mojego życia. Miałam uczucie, że jeszcze raz jestem człowiekiem”.

Nie sposób podać liczby tych, dla których szarytki, wierne dewizie: „Miłość Chrystusa Ukrzyżowanego przynagla nas!”, gotowe były w każdej chwili oddać życie. Zachowały się nieliczne relacje i szczątkowe dane, ponieważ za okupacji zacierano ślady, a w latach 40. i 50., gdy pomocna mogła być ludzka pamięć, nastał czas prześladowania Kościoła – warunki nie sprzyjały zbieraniu dokumentacji. Jeszcze później zaczęli odchodzić świadkowie.

Ze strzępów ocalałych świadectw wyłania się rozmiar pomocy udzielanej przez szarytki. Najwięcej żydowskich dzieci przygarnął Dom Wychowawczy im. ks. Boduena przy Nowogrodzkiej w centrum Warszawy, w którym pracowały Siostry Miłosierdzia – już w 1939 roku przejął wychowanków zakładu żydowskiego „Pogotowie”, potem rodzice sami zaczęli tam podrzucać zagrożone dzieci. Jak podaje Anna Jurczak w opracowaniu „Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo Sług Ubogich Chorych. Prowincja warszawska”, wśród 96 wychowanków było 45 dzieci żydowskich.

„Dobry Bóg odpuści mi kłamstwo”

Liczba podopiecznych żydowskiego pochodzenia rosła przy Nowogrodzkiej tak szybko, że część umieszczano dla bezpieczeństwa w filiach domów szarytek w Klarysewie i Górze Kalwarii oraz wysyłano do Ignacowa. Zachowała się relacja o odwadze i przytomności umysłu siostry Józefy Sadowskiej, która zagrodziła Niemcom drogę na oddział, gdzie przechowywano żydowskie dzieci, ostrzegając ich w maseczce na twarzy przed szkarlatyną i tyfusem. „Dobry Bóg odpuści mi to kłamstwo” – miała wyszeptać, kiedy intruzi się wycofali.

Nie wiadomo, ile osób ukrywało się w Domu Opatrzności Bożej przy Rakowieckiej, ponieważ siostra Alojza Rowińska zatajała ich tożsamość nawet przed personelem. Podobnie było w Ignacowie, gdzie – jak pisze Anna Jurczak – „żadna (!) z sióstr nie wiedziała, ile Żydówek przebywa w zakładzie”. Przy Rakowieckiej przetrwała okupację dr Eleonora Reicher, późniejsza założycielka warszawskiego Instytutu Reumatologii. Miała zwyczaj spacerować po ogrodzie, a nawet wymykać się do miasta. Kiedyś zdumiony Niemiec zapytał ją na ulicy, dlaczego z „takim wyglądem” przechadza się poza gettem. Ale ocalała. „Nie wiem, kto wyprosił ten cud u Opatrzności Bożej. Modlili się wszyscy” – wspominała siostra Natalia Grabowska.

Wierne powołaniu szarytki z zakładu na Tamce w Warszawie ukrywały dzieci nawet przez lata; siostra Mamerta Sienkiewicz z Opoczna wyszukiwała bezpieczne miejsca dla małych podopiecznych w mieście; siostry z Białegostoku jeździły po wkroczeniu Niemców w 1941 roku po wsiach, wyszukując i zabierając wynędzniałe sieroty – żydowskie, polskie, rosyjskie.

Szarytki nie pytały o poglądy potrzebujących: w Domu Miłosierdzia św. Wincentego, gdzie ukrywano starsze dzieci, schronienie znalazła żydowska dziewczyna, której narzeczonemu, komuniście, siostry również pomagały. Po wojnie oboje uratowani znaleźli swoje miejsce po stronie wrogów Kościoła – dziewczyna w cenzurze, a jej mąż w KC PPR.

Sprawiedliwe wśród Narodów Świata

Za swoim powołaniem szły siostry z Ochrony św. Wincentego w Kielcach, Sali Sierot w Lublinie, Domu św. Marcina w Supraślu. Dorosłych przygarniały zakonne przytułki dla starców w Warszawie, w Górze Kalwarii, w Mieni. Dom Pracy św. Rodziny w Radomiu przekazywał do getta worki żywności, kobiety z dziećmi przechowywano w tamtejszej kaplicy. Żydzi znajdowali pomoc w szpitalach, gdzie posługiwały szarytki: Szpital Przemienienia Pańskiego w Warszawie ukrywał około 30 osób; do stołecznego Szpitala dla Dzieci przy ul. Kopernika trafiały dzieci żydowskie – także te z płonącego w 1943 roku getta; w Szpitalu Wolskim dr Leon Manteuffel, po wojnie światowej sławny kardiochirurg, przeprowadzał operacje plastyczne twarzy, by zmienić semickie rysy.

Tylko cztery polskie szarytki: Kazimiera Małolepszy, Janina Popławska, Marcjanna Reszko i Julia Sosnowska, uhonorowane zostały po wojnie izraelskim medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Brak świadectw i restrykcyjna procedura, wymagająca, by ocalony Żyd osobiście złożył zeznanie, zamknęły zapewne drogę upamiętnieniu innych sióstr – przecież nie każdy przygarnięty przez nie człowiek przeżył, nie każdy też pamiętał szczegóły.

Ostatnia droga

Ta sama miłość bliźniego, która kazała szarytkom ratować Żydów, nie pozwoliła im opuścić w obliczu śmierci swoich podopiecznych z Zakładu dla Nieuleczalnie Chorych św. Stanisława Kostki. Trwały heroicznie przy około 150 staruszkach i kalekich dziewczynkach podczas Powstania Warszawskiego. Siostra przełożona Aurelia Pomierny odmówiła z siedmioma zakonnicami wyjazdu do obozu przejściowego w Pruszkowie. Świadome swego losu, gnane przez Niemców, pomagały w ostatniej drodze na Powązki niedołężnym kobietom i dzieciom, by tam 30 sierpnia 1944 r. zginąć wraz z nimi.

http://www.naszdziennik.pl/wp/49904,sza ... nanie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 10 sie 2013, 11:51 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Zabijanie pamięci o Powstaniu

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Gdy kilka lat temu recenzowałam przedstawienie „Hamlet ’44”, przygotowane z wielkim rozmachem, o sporym walorze widowiskowym, wystawione 1 sierpnia w nocy w otwartej przestrzeni wokół Muzeum Powstania Warszawskiego, czyli w parku Wolności, byłam rozczarowana zagmatwaniem myśli w spektaklu. Zarzucałam wówczas reżyserowi Pawłowi Passiniemu, że trudno znaleźć w tym przedstawieniu wiodącą myśl i że wiele dzieje się na zasadzie improwizacji itd. Wtedy nie wiedziałam, nawet nie mogłam przypuszczać, że to najlepsze przedstawienie spośród tych, które będą pojawiać się w następnych latach.

Kolejne spektakle „upamiętniające” Powstanie można porównać do paskudnego wyścigu, w którym reżyserzy prześcigają się w pomysłach, jak „dołożyć” Powstaniu i powstańcom. Na przykład przedstawienie „Opowiem wam bajkę” w reżyserii Pawła Łysaka to makabryczny horror z dialogami mówiącymi o ścianach domów oblepionych szczątkami ludzkich ciał i walającymi się na podwórkach ludzkimi głowami. Wysmarowani krwawą mazią od stóp do głów i ucharakteryzowani na nieboszczyków aktorzy, wyglądający jak zombi, przedstawiali powstańców, co na widowni budziło gromki śmiech. Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku o jadowitym antysemityzmie żołnierzy AK, powstańców.

Wszystkie spektakle wypreparowane są z jakiejkolwiek idei nawiązującej do Powstania. Epatowanie krwawymi scenami, czerwone plamy namalowane fosforyzującą farbą, jak w przedstawieniu „Powstanie” w reżyserii Radosława Rychcika, gdzie aktorzy, zamiast mówić, przekrzykiwali się, okropnie wrzeszcząc, biegali i obrzydliwie parodiowali pieśni z „Warszawianką” na czele – to powtarzające się elementy w corocznym bełkocie pseudoprzedstawień.

Sceniczne dno

Każdego roku wydaje mi się, że już gorzej być nie może, że przedstawienie sięgnęło dna, więc w następnym roku musi być choć ździebko lepiej. Okazuje się, że „badziewie” nie ma dna. W tegorocznym przedsięwzięciu tandem: Krzysztof Garbaczewski (reżyseria) i Marcin Cecko (tekst) spektaklem „Kamienne niebo zamiast gwiazd” prześcignęli wszystkich swoich poprzedników. Tę ośmieszającą i deprecjonującą Powstanie Warszawskie miernotę, którą spreparowali, nazwali eksperymentem scenicznym. Wydarzenie historyczne, jakim jest Powstanie, zostało tu poddane prymitywnej przeróbce, a ze względu na cel działania, powiedziałabym – przeróbce „rewizjonistycznej”.

Rzecz jakoby zainspirowana powieścią Jerzego Krzysztonia ma niby pokazywać cywilnych mieszkańców ukrywających się w piwnicach, schronach podczas Powstania. Akcja skoncentrowana jest na ich wzajemnych relacjach. Ta zdegenerowana grupa kotłuje się i zachowuje względem siebie jak dzicz (jeden z aktorów ma na sobie podkoszulkę z ogromnym wizerunkiem goryla), podgryzają się, „chłepczą” wzajemnie swoją krew. Okazuje się, że jest to zbiorowisko zombi i wampirów, co niby ma być metaforą powstańców, którzy już nie żyją, ale to z ich powodu pamięć o Powstaniu wciąż powraca i niejako zżera współczesnych, wbrew ich woli. A więc bohaterowie Powstania jako zombi i wampiry.

Ponadto wśród panującego na śmietnikowej scenie chaosu, wrzasku, strzelaniny silnie wyeksponowane są wątki lesbijskie i homoseksualne, co ma być aluzją do oszczerczych „rewelacji” na temat „Rudego” i „Zośki”, bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec”. Niedawno tego typu haniebne wymysły pojawiły się w mediach i jak dotąd ich autorka nie poniosła żadnych konsekwencji. Jak widać, podwójne standardy ciągle są aktualne. Oczywiście stosowane nie do wszystkich. Te obrzydliwe obscena budzą u widza odruch wymiotny.

Nachalne zaś „uatrakcyjnienie” tej miernoty (którą trudno nazwać przedstawieniem) wstawkami i elementami współczesnymi ma niejako sugerować, że my, dzisiejsi potomkowie powstańców, spadkobiercy ideowego dziedzictwa Powstania, jesteśmy skarlali, zdegenerowani z winy tego narodowego zrywu. Według twórców tego skandalicznego spektaklu, Powstanie Warszawskie zdemoralizowało ludzi (vide: piwnice), a dziś współcześni, pragnąc uwolnić się od pamięci o tamtych wydarzeniach, z którymi – według reżysera i autora tekstu – nic ich nie łączy, natrafiają na mur w postaci zombi i wampirów pamięci.

Bezczelna kpina

Wszystkie te spektakle od początku łączy coś, co nazwałabym wstydliwym postrzeganiem polskiego bohaterstwa. Krótko mówiąc, widzę to jako próbę odbrązowienia bohaterów. Zrzucanie wielkich Polaków z cokołów nasza Ojczyzna przeżywała już parokrotnie. Lecz zawsze było to udziałem obcych. Przedstawienia te wpisują się w trwający od dłuższego czasu proces usuwania ze świadomości społecznej symboliki narodowej.

Czy Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, nie poczuwa się do odpowiedzialności za te fałszywki, które od kilku lat w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego serwuje Polakom, wystawiając spektakle ośmieszające, dyskryminujące Powstanie i jego bohaterów, co w konsekwencji prowadzi do wyeliminowania ze świadomości społecznej prawdziwej wartości tego wydarzenia w jego patriotycznym wymiarze? Owszem, to nie pan Ołdakowski reżyseruje te pseudoteatralne agitki propagandowe, lecz zapraszani przez niego reżyserzy. Jednak bez zgody dyrektora muzeum te uwłaczające Polakom przedstawienia nie mogłyby zaistnieć w tak ważnym dla nas miejscu.

Tymczasem, jak widzimy, spektakle rokrocznie są realizowane, grane i jakoś znajdują się na nie pieniądze. A trzeba dodać, że prócz tego, iż jest to bezczelna kpina z Powstania, to pod względem artystycznym rzecz stanowi kuriozum miernoty. To amatorszczyzna w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zresztą dla twórców spektakli nie jest ważny poziom artystyczny. Oni traktują rzecz zadaniowo: przedstawienie ma spełnić konkretny cel, a więc tak ośmieszyć, obrzydzić etos Powstania, umniejszyć jego wagę i heroizm walczących Polaków, by dla współczesnych, zwłaszcza dla młodego pokolenia, przestało być wzorem patriotyzmu i podstawowych wartości.

Taka działalność, taki dobór reżyserów promujących antywartości, dyskredytujących i zohydzających idee patriotyczne, to rodzaj zdrady wobec śp. Lecha Kaczyńskiego. A nawet więcej, powiedziałabym – to rodzaj zdrady narodowej. Czy pan dyrektor Ołdakowski nie poczuwa się przynajmniej do przeproszenia nas, Polaków, którzy mu zaufali, gdy obejmował funkcję dyrektora muzeum? Zwłaszcza zaufał mu Lech Kaczyński. Na dziedzińcu muzeum znajduje się tablica poświęcona twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego. Pamiętamy, ile wysiłku włożył ówczesny prezydent Warszawy prof. Lech Kaczyński, aby muzeum zaistniało, na ile kpin był narażony, z iloma przeciwnościami musiał walczyć. I wygrał. Mamy wspaniałe muzeum, ale nie wszystko, co w nim się odbywa, jest dobre. Nie może być zgody na wystawianie w tym miejscu przedstawień teatralnych w najwyższym stopniu uwłaczających dziedzictwu związanemu z etosem powstańczym. Zwłaszcza w tym miejscu. Muzeum Powstania Warszawskiego usytuowane na Woli szczególnie naznaczone jest krwią męczeńską. Gdy uważniej rozejrzymy się po sąsiednich ulicach, dostrzeżemy upamiętnione miejsca masowych egzekucji ludności cywilnej. Miejsca te – można powiedzieć – są niejako naturalną częścią muzeum, współtworzą jego klimat.

„Kamienne niebo zamiast gwiazd”, reż. i scenog. Krzysztof Garbaczewski, tekst Marcin Cecko, Muzeum Powstania Warszawskiego w koprodukcji z Nowym Teatrem w Warszawie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/50508,zab ... taniu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 23 paź 2013, 07:57 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Cichy awans

Pośmiertna nominacja rtm. Witolda Pileckiego na stopień pułkownika została wręczona rodzinie w dzień powszedni. – Nie powinno tak być – oceniają kombatanci.

– To rodzina zdecydowała. Nie chcieliśmy wbrew woli rodziny, my byliśmy otwarci na każdą datę, można powiedzieć, i taka została wybrana, rodzina nie życzyła sobie mediów zewnętrznych – tłumaczy ppłk Jacek Sońta, rzecznik prasowy MON.

– Myśmy dostali trzy możliwości: 17, 18 i 21 października. I ja wybrałam 21, dlatego że byłam umówiona ze szkołą spod Katowic, która w czerwcu 2014 r. otrzyma imię mojego ojca – mówi nam córka Pileckiego, Zofia Optułowicz-Pilecka. – O mediach to w ogóle nie pomyślałam, to nie jest uroczystość, którą chciałabym tak bardzo nagłośnić – dodaje, zaznaczając, że jej ojciec był skromnym człowiekiem.

– To jest niezręczność, tak być nie powinno, mamy bardzo blisko do święta narodowego 11 listopada, i to święta związanego z wręczaniem nominacji generalskich i orderów – wskazuje dr Jerzy Bukowski reprezentujący Ogólnopolskie Porozumienie Organizacji Kombatanckich.

– Tymczasem wręczenie nominacji odbyło się w dzień powszedni, bez związku z jakimś świętem narodowym. To wręczenie powinno się odbyć w miarę uroczyście, zwłaszcza że mamy za dwa tygodnie 11 listopada, to byłaby idealna data – podkreśla Bukowski.

– Była to podniosła uroczystość, był sztandar, oprawa wojskowa, przemówienie ministra, przemówienie córki płk. Pileckiego, uważam, że ten dzień był bardzo ważny dla nas i dla rodziny bohatera – twierdzi Sońta.

Inny obraz ma córka Pileckiego. – To była skromna uroczystość, to było bardzo krótko, w ciągu 20 minut, było tylko kilka osób, ja, brat i mój zięć, media nie zostały wpuszczone – mówi. – Trzeba było podziękować, zrobiłam to, co trzeba – dodaje, zaznaczając, że jest bardzo przywiązana do poprzedniego stopnia. – Mnie obowiązuje rotmistrz Pilecki. I tak po prostu to czuję – podkreśla.

– Moje szkoły, a jest ich 25 noszących imię rtm. Pileckiego, zrobiły larum, bo im to nie pasuje. Jak nie było generała, to niech będzie pułkownik, ja jestem nazywana generałką od urodzenia, to by jeszcze pasowało, ale to były takie żarty z mojej strony – podsumowała z humorystycznym akcentem pani Zofia.

Dzieci płk. Pileckiego otrzymały w poniedziałek nominację pośmiertną na wyższy stopień z rąk szefa obrony narodowej Tomasza Siemoniaka, którą podpisał 6 września.

– Chcielibyśmy, aby pułkownik Witold Pilecki był postacią, która wpływa na formowanie charakterów żołnierzy Wojska Polskiego. Żołnierzy, którzy potrzebują czerpać wzorce z ludzi stawiających interes Rzeczypospolitej Polskiej zawsze na pierwszym miejscu – powiedział minister podczas uroczystości przekazania rodzinie aktu mianowania.

– Uważamy, że w tym roku, w roku jubileuszowym, taka decyzja jest uzasadniona. Wiele organizacji pozarządowych występowało o taki awans – dodał Siemoniak.

– Dzisiejszą uroczystością nie kończymy różnych przedsięwzięć związanych z pułkownikiem Pileckim. Ta wspaniała postać jest warta kolejnych działań i jest potrzebna armii – podkreślił szef MON.

– Żołnierz, który nie liczył swoich sił, zdrowia ani życia. To ogromny symbol wartości, które żołnierze powinni poznać – powiedziała o swoim ojcu Zofia Pilecka-Optułowicz. – Powstaną w Polsce nowi Kolumbowie, dla których najważniejszą, najszlachetniejszą partią będzie Ojczyzna, Polska – podkreśla.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... awans.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 28 paź 2013, 09:32 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Identyfikacje utknęły

Obrazek

Grudniowa konferencja, na której miały zostać ogłoszone wyniki kolejnych identyfikacji z Łączki, może się nie odbyć. Powód: brak funduszy.

Nie będzie problemów z finansowaniem kolejnych ekshumacji na Łączce i identyfikacji ofiar komunistycznych represji – zapewnia Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

– W jednym i drugim wypadku jest dobrze i będzie dobrze – przekonuje Andrzej Kunert, sekretarz ROPWiM.

W ubiegłym tygodniu doszło do spotkania prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, sekretarza ROPWiM oraz rektora Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Dotyczyło ono właśnie kluczowego elementu – finansowania kolejnego, trzeciego już, etapu prac na Powązkach, które są planowane na wiosnę przyszłego roku, oraz badań identyfikacyjnych prowadzonych w ramach Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów. Jego efekty nadal nie są ujawniane. Po spotkaniu miał zostać opublikowany komunikat, ale IPN zwleka.

– Na komunikat trzeba poczekać kilka dni – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN. – W najbliższym czasie ukaże się oficjalny komunikat, ale przedtem musimy wyjaśnić jedną sprawę – zaznacza Kunert.

Jeżeli z finansowaniem kolejnych etapów ekshumacji na powązkowskiej Łączce nie ma większych problemów, pokryła je w większości ROPWiM, to jest problem, jeśli chodzi o badania genetyczne.

Kierujący badaniami dr Andrzej Ossowski z Katedry Medycyny Sądowej PUM w Szczecinie podkreśla, że jak do tej pory były one finansowane z datków osób prywatnych, środków własnych uczelni, banku BZ WBK oraz szczecińskiego oddziału IPN. – Powiedzmy, że badania nie są zawieszone, ale bardzo spowolnione, wszystko odbywa się stopniowo. W momencie, kiedy mamy fundusze, możemy wykonywać badania, kiedy one się kończą, to mamy problem – mówił niedawno Ossowski.

Koszty ekspertyz nie są małe, oscylują, w zależności od przypadku, między kilkoma a kilkudziesięcioma tysiącami.

Ossowski zaznacza, że może być problem z planowaną na grudzień kolejną konferencją, na której miały być ogłoszone wyniki kolejnych identyfikacji z Łączki.

Badacze informują, że w ciągu roku funkcjonowania Bazy Genetycznej udało się „zgromadzić materiał porównawczy od blisko 400 krewnych ofiar oraz zidentyfikować 16 ofiar, których szczątki odnaleziono na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie”.

Należą do nich wybitni dowódcy oddziałów AK i WiN: mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” i mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” czy ppłk Stanisław Kasznica, ostatni dowódca Narodowych Sił Zbrojnych.

Pierwszy etap badań na Powązkach w Warszawie mający na celu poszukiwania szczątków ofiar terroru komunistycznego z lat 1948-1956 przeprowadzono w lipcu i sierpniu 2012 roku. W tym czasie odnaleziono szczątki 117 osób, a wydobyto 109. II etap badań IPN trwał od 13 maja do początku czerwca. Badacze, wśród których byli archeolodzy, lekarze medycyny sądowej i genetycy, wydobyli 83 ofiary reżimu komunistycznego. Według przymiarek III etap prac ekshumacyjnych na Łączce może rozpocząć się na wiosnę 2014 roku.

Obszar, na którym prowadzono ekshumacje – kwatera na Łączce – to miejsce, gdzie w latach 1948-1956 pochowano kilkuset zmarłych i straconych w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... knely.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 14 lip 2014, 06:42 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Wygrany bój o „ludobójstwo”

Na skwerze Ofiar Wołynia w Lublinie znajdzie się jednak obelisk z napisem informującym o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej.

Po miesiącach impasu Kresowianie wymogli na Wojewódzkiej Komisji Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zgodę na umieszczenie na monumencie zgodnej z prawdą inskrypcji.

„W hołdzie Polakom z Wołynia i Kresów Południowo-Wschodnich, ofiarom ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1947, matkom i ojcom, dzieciom i starcom, duchowieństwu, zgładzonym ze szczególnym okrucieństwem jedynie dlatego, że byli Polakami. Rodacy” – o napis tej treści toczył się od blisko pół roku wygrany w końcu przez Kresowian spór z Urzędem Wojewódzkim w Lublinie.

Skandaliczna sprawa ciągnęła się od obrad WKOPWiM ze stycznia br. Wtedy to na skutek fochów ówczesnego wojewody lubelskiego Jolanty Szołno-Koguc z projektu napisu zaproponowanego na planowanym pomniku przez środowiska kresowe wykreślono słowo „ludobójstwo”. Wojewoda sugerowała, że napis na pomniku powinien być zgodny z uchwałą Sejmu RP, w której zbrodnia wołyńska nie została uznana za ludobójstwo, tylko za „czystkę etniczną o znamionach ludobójstwa”. Zdecydowana większość członków komitetu ochrony pamięci walk i męczeństwa zagłosowała tak, jak życzyła sobie wojewoda Szołno-Koguc, i w zaaprobowanej wersji napisu zamiast „ofiary ludobójstwa” znalazły się „ofiary zbrodni”.

Postawę wojewody skrytykował w liście otwartym prof. Bogusław Paź z Uniwersytetu Wrocławskiego. – Kategoria „ludobójstwo” jest kategorią prawnokarną, a nie polityczną. Dlatego nie Sejm ją ustanawia, a już z pewnością nie w drodze uchwały, ale instytucje resortu sprawiedliwości, m.in. pion śledczy IPN – instruował wojewodę znany badacz dziejów ludobójstwa Polaków na Kresach.

– Zastanawia mnie, czy pani postępowanie świadczy o zupełnej ignorancji w tej sprawie, czy też działa pani ze złą wolą. Jeśli przyczyną jest tylko ignorancja, to gdyby zechciała się pani przekonać, jaki jest stan prawny dotyczący sprawy zbrodni na Kresach, polecam wizytę np. w lubelskim oddziale pionu śledczego IPN – stwierdził.

Rozgoryczeni Kresowianie z komitetu budowy pomnika zapowiedzieli zawieszenie prac. – Nie będziemy wystawiać siebie i Lublina na pośmiewisko. Wojewoda kiedyś odejdzie, a pomnik z poprawnym politycznie napisem zostanie – argumentował w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Zdzisław Koguciuk, spiritus movens upamiętnienia, potomek kresowego rodu częściowo wymordowanego przez banderowców.

Oczekiwania Kresowian ziściły się dość szybko. Już po miesiącu Szołno-Koguc straciła posadę, a nowy platformerski wojewoda Wojciech Wilk postanowił nie powielać jej błędów i rozpoczął negocjacje z Kresowianami. Obligowały go do tego również pisma wystosowane przez organizacje kombatanckie zasiadające w komitecie ochrony pamięci, które swoje wcześniejsze głosowanie składały na karb nieporozumienia i teraz opowiadały się za wersją Kresowian.

W toku negocjacji nowy wojewoda zaproponował napis, który co prawda zawierał termin „ludobójstwo”, ale nie w pełni zaspokajał oczekiwania komitetu budowy pomnika. Spornych punktów było kilka, a najpoważniejszy dotyczył okresu trwania ludobójstwa. Kresowianie uważali, że dokonywane było „od 1939 do 1947 r.”, a wojewoda usiłował skrócić ten czas do przedziału 1943-1945. Ostatecznie w głosowaniu zdecydowaną większością głosów członkowie WKOPWiM poparli wersję Kresowian, na co ci zareagowali brawami i odśpiewaniem hymnu narodowego.

Adam Kruczek, Lublin

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... jstwo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 10 sty 2015, 21:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Walka o pamięć

Polacy byli mordowani, więzieni, wysiedlani lub wywożeni na roboty przymusowe. Narracja historyczna zakłamuje tę rzeczywistość.
Właśnie zaczyna się rok 2015 – rok 70 rocznicy od zakończenia II Wojny Światowej. Wyraźnie widać jak nasila się walka o pamięć o tamtych wydarzeniach, mająca na celu przewartościowanie dotychczasowych paradygmatów. A wydawałoby się, że wszystko powinno być jasne. Polska po klęsce wrześniowej spowodowanej skoordynowanymi działaniami Niemiec i Związku Sowieckiego utraciła niepodległość i była okupowana przez Niemcy i Związek Sowiecki. Polacy byli mordowani, więzieni, wysiedlani lub wywożeni na roboty przymusowe. Zginęło 6 milionów obywateli polskich w tym połowa z nich to Żydzi lub osoby pochodzenia żydowskiego. Niemcy na okupowanych przez siebie terenach zbudowali obozy śmierci, w których na masową skalę uśmiercali Żydów z Polski i innych krajów Europy. Za pomoc Żydom w Polsce groziła kara śmierci. Na okupowanych terenach nie doszło do powstania żadnego polskiego rządu kolaboracyjnego, za sytuację na tych terenach pełną odpowiedzialność ponosili Niemcy. To oni także umożliwili czystki etniczne dokonywane głównie na Polakach przez Ukraińców na wschodnich terenach przedwojennej Rzeczypospolitej w czasie okupacji niemieckiej.
Tymczasem narracja historyczna coraz powszechniej zakłamuje tę rzeczywistość. Niemieckie obozy zagłady w okupowanej Polsce próbuje się nazywać „polskimi obozami”, olbrzymią rolę w przewartościowaniu „prawdy” historycznej ma kinematografia, którą już przynajmniej od czasów totalitaryzmów hitlerowskiego i bolszewickiego uznaje się za świetnie narzędzie propagandy. Taki charakter miał pokazany także w polskiej telewizji publicznej niemiecki serial Nasze Matki, Nasi Ojcowie, przedstawiający Polaków z AK jako „brudnych antysemitów” i relatywizujący zbrodnie niemieckie. Gorzej, że również za polskie pieniądze powstały ostatnio dwa filmy próbujące przyprawić Polakom „gębę” morderców Żydów – Pokłosie, a ostatnio Ida. W tym drugim filmie w czasie okupacji praktycznie nie występują Niemcy, a Żydów morduje przedstawiony jako „obrzydliwy i ciemny” chłop polski. W ten sposób „wizja artystyczna” służy właśnie zmianie pamięci historycznej. Innym zabiegiem w walce o pamięć jest operacja na języku. Okazuje się, że według nowego paradygmatu językowego zbrodni w czasie wojny dokonywali pozbawieni narodowości „naziści”, a nie Niemcy. Nikt nie pamięta, że naziści byli narodowymi socjalistami, czyli ruchem lewicowym, a także antychrześcijańskim. Zamiast tego poręcznym określeniem stało się pojęcie „faszyści”, które przecież powinno być ograniczone jedynie do Włoch. Jednocześnie, pojawiają się próby obarczenia zbrodniami popełnionymi przez niemieckich nazistów a to chrześcijaństwa, a to prawicy.
W najnowszym Gościu Niedzielnych ukazała się recenzja książki J. Żarna i T. Sudoła Polacy ratujący Żydów. Autorka recenzji, zatytułowanej Dziesięć tysięcy sprawiedliwych, Ewa K. Czaczkowska podaje szacunki, zgodnie z którym w czasie wojny w ratowaniu Żydów uczestniczyły setki tysięcy, a może nawet miliony Polaków i to mimo drakońskich kar za tę pomoc wymierzanych przez Niemców. Według niej w marcu 1944 r. na terenie Generalnej Guberni ukrywało się 250 tysięcy Żydów, a do uratowania jednego Żyda potrzebna była pomoc średnio dziesięciu osób. Oczywiście nikt nie prowadził dokładnych statystyk. Ale w tym kontekście zdumiewa, że w niedawno otwartym za publiczne pieniądza Muzeum Historii Żydów Polskich w ekspozycji poświęconej losom Żydów w czasie drugiej wojny światowej stawiana jest teza, że jedynie „nieliczni” Polacy pomagali Żydom. Walka o pamięć trwa. Tylko dlaczego sami uczestniczymy, za nasze publiczne pieniądze w jej zakłamywaniu – wyświetlając w publicznej telewizji takie filmy jak Nasze Matki, Nasi Ojcowie, finansując i promując „Pokłosie” czy „Idę”, bądź pomniejszając rolę polskiej pomocy dla Żydów w czasie II wojny światowej na ekspozycji w Muzeum Historii Żydów Polskich. A jednocześnie nadal nie wiadomo, kiedy i gdzie rozpocznie się budowa Muzeum Historii Polski.
Czy rzeczywiście chcemy zrobić wszystko, by przegrać tę walkę o pamięć? A przecież tylko prawda może nas wyzwolić.

http://www.stefczyk.info/blogi/okiem-pr ... 2697242876


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 30 sty 2015, 07:52 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Nikt nie wyzwalał Auschwitz i Birkenau

Oświadczenie

Kazimierz Kemmer

27 stycznia 2005 r. z całego świata przybyły do Oświęcimia delegacje tych, którym los pozwolił przeżyć piekło obozów koncentracyjnych Auschwitz i Birkenau. Lansowane przez media hasło: 60. rocznica wyzwolenia obozów wywołało wśród nich nieśmiałe uwagi, ale nikt nie poważył się wówczas, w podniosłej atmosferze uroczystości, na głośny protest co do fałszywego określenia „wyzwolenie”. A przecież jest to ewidentna nieprawda, jako że nikt nie wyzwolił przed 60 laty ani obozów, ani ich więźniów. Można mówić jedynie o wkroczeniu żołnierzy Armii Czerwonej do opuszczonych przez Niemców fabryk śmierci.
Zastanawia nas, komu zależy na tym, aby ta sama propaganda, którą komuniści karmili polskie społeczeństwo przez 44 powojenne lata, była kontynuowana w niepodległej Rzeczypospolitej. Kto odpowiada za to, że nasza historia jest nadal interpretowana pod kątem potrzeb i interesów innego państwa?
Najwyższy czas przedstawić prawdę o tamtych wydarzeniach zgodnie ze świadectwem żyjących jeszcze więźniów i ustaleniami naukowców.
Ostatnie apele odbyły się w obozach Auschwitz i Birkenau 17 stycznia 1945 r. Następnego dnia sformowani w kolumny więźniowie opuścili - eskortowani przez załogę SS - teren obu obozów w ramach ich planowanej ewakuacji. Wieczorem 18 stycznia nieliczni pozostali w obozach więźniowie byli już wolni.
Minęło długich 9 dni, gdy 27 stycznia do Auschwitz i Birkenau wkroczyły pierwsze oddziały Armii Czerwonej. Nie może być więc mowy o żadnym wyzwoleniu obozów.
Oburzającym gestem było w tej sytuacji wręczenie przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na ręce prezydenta Władimira Putina medalu dla upamiętnienia tych, którzy zginęli przy uwolnieniu obozów. Odbieramy to jako kpinę z historii, a w szczególności z więźniów, którzy przeżyli i mogą świadczyć prawdę o zdarzeniach ze stycznia 1945 r.
Fałsz o rzekomym wyzwoleniu Auschwitz i Birkenau przez Armię Czerwoną jest szeroko kolportowany na cały świat. Trzeba położyć temu kres. Polska - jako suwerenny kraj - powinna sama pisać swoją historię bez względu na aktualne polityczne uwarunkowania, nie pozwalając nikomu na jej zniekształcanie.

Przewodniczący Rady Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie

http://www.niedziela.pl/artykul/76530/n ... i-Birkenau


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /