Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 24 mar 2010, 09:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
"To paranoja, że ofiary dzieli się na lepsze i gorsze"

Jako byłego kapelana "Solidarności" boli mnie, że dwa największe ugrupowania polityczne, które mają swoje korzenie właśnie w "Solidarności", unikają zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec nacjonalizmu ukraińskiego - mówi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski w rozmowie z "Rzeczpospolitą". - Mamy do czynienia z paranoją, że ofiary dzieli się na lepsze i gorsze w zależności o tego, kim byli ich kaci - dodaje.

- Mój ojciec pisał, że Kresowian zabito dwukrotnie - raz ciosami siekierą, drugi raz przez przemilczenie, i dodawał, że śmierć przez przemilczenie jest gorsza, bo wyciera ludzi z pamięci - twierdzi duchowny. Jego zdaniem dziś rodziny, które straciły swoich bliskich, czują się jak za czasów PRL rodziny katyńskie. - Mówi się im, by milczeli w imię dobrych stosunków z Ukrainą. Mamy do czynienia z paranoją, że ofiary dzieli się na lepsze i gorsze w zależności o tego, kim byli ich kaci. Gorsze są te, których zabili ukraińscy nacjonaliści. Gorsze ofiary spoczywają w większości w bezimiennych mogiłach, na których nie ma nawet krzyża - dodaje Isakowicz-Zaleski. Co więcej, według duchownego znane są przypadki równania z ziemią owych mogił, aby zatrzeć wszelkie ślady.

Według Isakowicza-Zaleskiego w Polsce istnieją niezwykle wpływowe środowiska nacjonalistów ukraińskich, wspomagane finansowo z zagranicy przez nacjonalistów z USA i Kanady. - Inne źródła ich finansowania są niejasne. To nic innego jak budowanie agentury wpływu. ABW na to nie reaguje, a prokuratura umarza śledztwa - ocenia ksiądz. Według niego skandaliczne są też wypowiedzi niektórych przedstawicieli organizacji ukraińskich wspieranych przez polskich podatników w postaci dotacji z puli przeznaczonej dla mniejszości narodowych. - Jestem za finansowaniem tych organizacji, ale na cele oświatowe czy kulturalne, nie polityczne - dodaje.

- Podczas gdy u nas wspiera się organizacje mniejszości ukraińskiej, to Polacy na Ukrainie są pozbawieni tej pomocy. Nie mogą się doprosić zwrotu swoich kościołów i domów kultury, bezcześci się polskie pomniki, jak choćby pomnik polskich profesorów we Lwowie. Jak długo jeszcze można przymykać na to oczy? - pyta Isakowicz-Zaleski.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title, ... prasa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 31 maja 2010, 08:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Wczasy w katowni. Ludzie Podhala. Rozmaite dialogu sposoby rasy panów z Polakami. Żryjmy na grobach!

Wczasy w katowni

„Ten dom Podhale oblewało płaczem”
Gdy Czarne Orły pod Tatry wtargnęły
Wille „Palace” dla siebie zajęły.
Dom ten z tak piękną nazwą „Palace”,
Ten dom Podhale oblewało płaczem [...]

Przeszła już wojna, po niej lat dziesiątki
Gdzież się podziały kajdany, pamiątki,
Ślady znaczone krwią, paznokciami,
Cośmy przykuci do muru drapali [...]

Ta willa krwią naszą jest zroszona cała,
Co w czasie przesłuchań z ran naszych tryskała.
Kto będzie oglądał te kajdany w celi,
Niech odmówi pacierz za tych, co zginęli.

(fragment wiersza Władysława Szepelaka pt. „Palace”)


Ostatni świadkowie

W Polsce A.D. 2009 żyło jeszcze dosłownie kilka osób, które „przeszły” przez ręce nazistów w Zakopanem. Są to m.in: Wincenty Galica (zm. 2010) i Władysław Szepelak.
Kiedy Amerykanie wyzwalali niemiecki obóz koncentracyjny w Ebensee (Austria) w maju 1945 r. byli zszokowani tym, co tam ujrzeli. Tłum chwiejących się, wynędzniałych ludzi (żywych, lecz przypominających kościotrupy), dla których Niemcy zaplanowali tylko jedno wyjście: przez komin krematorium – dostał jakby nową porcję życiodajnej energii, śpiewając swoje narodowe hymny, płacząc i krzycząc.


Mieli z pewnością za co dziękować Bogu, bo wśród ok. 9 tys. ofiar w czasie półtora roku „działalności” obozu, w marcu i kwietniu 1945 r. zmarło ok. 5 tys. osób; dochodziło do wypadków kanibalizmu. Wśród ocalałych był Władysław Szepelak – więzień „Palace”, Montelupich i trzech niemieckich KL-ów. Miał wtedy 21 lat i ważył 37 kg (trzydzieści siedem).


Dziś ten dzielny żołnierz ZWZ-AK ma 85 lat (od 17 XI 2000 r. podporucznik WP). Jak wspomina swej książce „Ja przetrwałem…”: „sam się dziwię, że przeżyłem… Modliłem się jednak codziennie w marszu do pracy i z pracy – to pozwalało mi znieść ból i zmęczenie. Wierzyłem, że Matka Boska pomoże mi przetrwać i doczekać wolności”.


Wincenty Galica był ostatnim żyjącym kurierem tatrzańskim; legendarny, zawsze pamiętający o tych, których zamęczono w czasie II WŚ. Był więźniem „Palace”, obozów koncentracyjnych: Auschwitz, Mauthausen i Sachsenhausen, a także uczestnikiem „Marszu śmierci”. Podczas 180-kilometrowej trasy z ok. 45 tys. w ciągu 11 dni zginęło ok. 30 tys. ludzi. Niemcy zgładziliby ich wcześniej – pozwalała na to „wydajność” broni maszynowej. Nie pozwalała jednak „przepustowość” kominów krematoriów, więc wobec nadchodzącej armii wschodniej barbarii, zachodnia dzicz postanowiła wykończyć więźniów w ten właśnie sposób, co jednocześnie zapewniało zmniejszenie liczby świadków zbrodni niemieckich.


Kiedyś (w rozmowie z Markiem Giżyckim) Galica powiedział m.in., że udawało mu się przeżyć koszmar KL-ów, bo „jestem katolikiem […] lubiłem i lubię się modlić […]. W więzieniach dziękowałem Stwórcy za każdy przeżyty kolejny dzień”.



Katownia Podhala „Palace” 1939-1945

W listopadzie 2009 r. minęło 70 lat od założenia przez Niemców w Zakopanem w przedwojennym pensjonacie „Palace” regionalnej siedziby służb specjalnych narodowosocjalistycznej Rzeszy, w tym Gestapo (Geheime Staatspolizei, znanej chyba każdemu widzowi z peerelowskich filmidłów; niestety, zbrodnicze służby komunistyczne jak UBP/MBP czy IWP są mało lub zupełnie nieznane). Od 1939 r. Gestapo było IV Urzędem w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy (niem. RSHA) – jedną z kilku macek niemieckich służb specjalnych oplatających Polskę.


Śledczy zakopiańskiego Gestapo, jak w całej Generalnej Guberni, nie przebierali w środkach, bijąc przesłuchiwanych po piętach, wbijając szpilki pod paznokcie, okładając po całym ciele nahajami, kijami (nie gardzili też np. szufladami), wybijając zęby, łamiąc kości, miażdżąc genitalia. Co może wydać się paradoksalne, w „Palace” używano również łaskotania, które mogło być gorszą torturą niż bicie i również doprowadzić więźnia do osłabienia. Szacunki mówią, że w tym miejscu pod Tatrami zamordowano 300-400 spośród ok. 2000 więzionych, nie tylko Polaków, ale i również Żydów, Czechów.


„Palace” było bramą śmierci: kto z więzionych nie został zabity lub zamęczony na rodzimej ziemi pod Tatrami trafiał do niemieckich obozów koncentracyjnych (położonych w Polsce, Austrii i Niemczech).


Władysław Szepelak „Młody” znalazł się tam, mając niespełna 19 lat. Po kilku próbach złamania go, gestapowcy odegrali „sztukę” pt. „Wieszanie więźnia”, zakładając pętlę na szyję. Przy czym głównym „aktorem” był sam przesłuchiwany Polak. Niczym w dobrym koncercie Niemcy „bisowali” jeszcze dwa razy, zadając tym samym ponownie tortury psychiczne. Kiedy oprawcy zaprzestali tej symulacji, powieszono młodzieńca na drzwiach za ręce związane i wykręcone do tyłu. Władysław zaczyna z bólu przeklinać na głos oprawców. Po tym następuje uderzenie nahajem po genitaliach. Ofiara wyje z bólu, szarpie się, lecz to potęguje z kolei bóle wyłamanych stawów. Niemiec niby od niechcenia zaczyna „rysowanie” figur na udach odłamkami szyby z portretu Fuehrera „rasy panów”, który Polak niechcący strącił, a który w przypływie złości rozbito mu na głowie. W tym czasie Szepelak stara się modlić, aby nie krzyczeć.


Po kolejnych omdleniach następuje regularnie – znane z filmów – wylewanie wiader wody na głowę. Wiszenie na wyłamanych rękach kończy się, ale „Młody” nie może nawet się ubrać, ręce są jak z ołowiu – nie może ruszyć choćby palcami. Wspomina także, że jego kolega z celi, Józef Rejczak, był poddawany torturom, miał wybite zęby, zgniecione genitalia. Jest też opis zakatowania rodziny kpt. Bolesława Duszy ps. „Szarota”, przełożonego Autora wspomnień – np. w czasie kaźni Bronisława Duszy (brata „Szaroty”) wybito mu nie tylko zęby, ale i oczy.


Męczono również matkę Władysława, dla którego niewiadoma co do jej losu była największą psychiczną torturą. Tylko raz rozkleił się i zapłakał w „Palace” - właśnie na wspomnienie matki. Jego następny płacz, półtora roku później, spowodował dopiero widok amerykańskich czołgów wjeżdżających do obozu w Ebensee.


Nie „pomogło” bicie pasem, bykowcem, 6-dniowa głodówka - „Młody” nie wydał nikogo. W „podziękowaniu” Niemcy wysłali go do obozów zagłady, gdzie „praca czyniła wolnym”.


Galeria Niezłomnych

Przez sześć piwnicznych cel w „Palace” przewinęła się galeria cudownych postaci, Polaków z krwi i kości, do tańca i do różańca, do bitki i do wypitki, ale zawsze wiernych Bogu i Rzeczypospolitej.


Stanisław Marusarz – najpierw ten wybitny skoczek (zm. 1993), kurier tatrzański i por. AK, ucieka ze słowackiej strażnicy w sposób filmowy: skacząc z pierwszego piętra „na tygrysa” przez zamknięte okno. Potem złapany, z wyrokiem śmierci trafia z „Palace” do więzienia na Montelupich w Krakowie. Ucieka śmierci i Niemcom wykonując kaskaderski skok życia z drugiego piętra na pleniący się na murze więzienia drut kolczasty. Mimo postrzału, jaki otrzymał od strażnika na „do widzenia”, drogę Kraków–Zakopane przebył pieszo. Po wojnie bezpieka tak chciała zadbać o jego bezpieczeństwo, że dzielny „król nart” dwa lata ukrywał się. Został odznaczony pośmiertnie 12 lutego 2010 r. przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości Polski oraz osiągnięcia sportowe.


Helena Marusarzówna – siostra Stanisława Marusarza była piękną góralką. Jednak Niemcy nie dla jej wyjątkowej urody urządzili jej krwawe „tournee” po więzieniach GG (Muszyna, Nowy Sącz, Zakopane, Kraków, Tarnów). Interesowała ich działalność Heleny jako łączniczki w KG ZWZ. Góralka w tej kwestii okazała się bardzo odporna na perswazje i zaproszenia do dialogu o podziemiu polskim. Za milczenie, które ocaliło życie jej znajomym z konspiracji, zapłaciła swoim życiem, które trwało dopiero 23 lata.


Bł. ks. Piotr Dańkowski – został aresztowany 10 maja 1941 r.; w czasie chłodnych nocy w celi dzielił się sutanną jako okryciem ze współwięźniami leżącymi wprost na betonie. Jak wielu „pensjonariuszy” (tak „nadludzie” mówili o więźniach) z „Palace” via więzienie w Tarnowie w grudniu 1941 r. trafił jako „pensjonariusz” do największego na świecie „ośrodka wypoczynkowego”, który zapewniał „wczasowiczom” praktycznie bez żadnych limitów Wieczny Wypoczynek – KL Auschwitz. W Niedzielę Palmową A.D. 1942 ks. Piotr zwierzył się swojemu przyjacielowi, ks. Puczce, iż kapo „zapowiedział mu na Wielki Tydzień Drogę Krzyżową”. Kapo był człowiekiem słownym, więc ks. Dańkowski oddał Bogu ducha z kłodą na ramionach w Wielki Piątek 1942 r. w baraku obozowym. Miał 33 lata. Do chwały ołtarzy został wyniesiony w 1999 r. przez Jana Pawła II wraz z 107 innymi męczennikami II WŚ zgładzonymi przez narodowych socjalistów (duchowni zamęczeni przez wyznawców Marksa i Uljanowa w latach 1917-1989 doczekają się własnej listy i wyniesienia na ołtarze).


Ks. prałat Jan Marszałek ps. „Skarbek” (zm. 1994), kapelan ZWK-AK (męczony przez Gestapo w Nowym Sączu, Zakopanem i Tarnowie), więzień KL Auschwitz i KL Dachau. W więzieniu tarnowskim w 1941 r. jeden gestapowiec zgodził się go uwolnić za wysoki okup. Kapłan odmówił, argumentując, że skoro Bóg tam go postawił, to widocznie jest w tym miejscu potrzebny. Potem, po wojnie, był kapelanem Polskiej Kompanii Wartowniczej w Niemczech. Po powrocie do Polski w 1947 r. nie przyjął renty zbowidowskiej. Polska „ludowa” za Jego posługę i cierpienia w kacetach otoczyła go „troskliwą opieką” UBP jako „amerykańskiego szpiega”.


Włodzimierz Szyc ps. „Biegacz”, członek tajnej struktury „Wachlarz” (nb. krewny pewnego FForumowicza), kurier tatrzański. Jeden z polskich fajterów, co to nie tracą rezonu nawet jak są w siedzibie Gestapo. Na początku 1940 r. uciekł stamtąd z kajdankami na przegubach rąk (wtedy zakuwano ręce z przodu). Korzystając z momentu nieuwagi strażnika, uderzył go jego karabinem w głowę (wg świadectwa Wincentego Galicy ten strażnik zmarł – ten fakt Niemcy ujawnili w czasie przesłuchania Galicy). Wyskoczył w tych kajdankach przez okno z drugiego piętra i w samej koszuli brnął w śniegu przez wiele kilometrów, gubiąc pościg wściekłych Niemców. Od tego czasu szwabstwo w całej Guberni zaczęło zakuwać więźniom kajdanki z tyłu. Niestety, por. Szyc zginął tragicznie w 1941 r. Kajdanki, które całą wojnę spoczywały na dnie studni w Murzasichle, można teraz obejrzeć w Muzeum „Palace”.


Ppor. Adam Bachleda-Curuś, po ucieczce z sowieckiej niewoli w 1939 r. wpada w łapy zakopiańskiego Gestapo. Podczas przesłuchania okraszonego biciem nie puszcza pary z ust, więc Niemcy puszczają go wolno (na jego szczęście interesował ich tylko jego brat). 19-latek nie czeka na kolejne „wizyty” niemieckiej specpolicji, ucieka z końcem 1939 r. przez całą Europę jak wielu ówczesnych „polskich turystów”, trafia do Francji do WP, a potem do Anglii, gdzie dostaje się do polskiej jednostki komandosów – elity PSZ na Zachodzie. Przez trzy lata wykonuje tajne misje i szkoli nowych żołnierzy jednostki specjalnej. Bierze udział w zdobywaniu masywu Monte Cassino. Śmiertelnie ranny umiera 18 maja 1944 r. – w dniu, kiedy polscy ułani zatknęli ojczystą flagę na ruinach klasztoru. (Ułani, twarde chłopy, beczeli słysząc grany z tej okazji hejnał mariacki). Dodać trzeba, że polscy komandosi z 6. kompanii 10. Międzyalianckiego Zgrupowania Komandosów tęgo łojąc skórę Niemcom również drogo płacili za swoją legendę – w walkach we Włoszech stracili ponad 70 % stanu osobowego.


Helena Błażusiak (de domo) – zanim napis wyryty przez nią w zakopiańskiej katowni na ścianie celi nr 3 dokończył żywota pod młotkami robotników budowlanych w końcu lat 90. XX w., unieśmiertelnił go w 1976 r. kompozytor Henryk Mikołaj Górecki w tekście drugiej pieśni w III Symfonii op. 36 (zwana Symfonią pieśni żałosnych). Ten ceniony muzyk dodał „Łaskiś Pełna” do słów Błażusiakówny: „Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario”. I tak z historii o zasięgu lokalnym Błażusiak trafiła do historii muzyki w randze ogólnoświatowej (zmarła w 1999 r. mając 73 lata, choć na anglo-, a nawet polskojęzycznych stronach w sieci uśmiercano ją werbalnie jeszcze jako 18-latkę „zmarłą w celi” lub „straconą przez Niemców”).


Aleksander Dębiec: „[...] wsadzono mnie do pojedynczej celi. Początkowo było tylko krzesło, ale i to zabrano, zostałem w czterech ścianach i podłodze betonowej. Codziennie brano mnie na wyższe piętra i tam wieszano za ręce bijąc do nieprzytomności. Gdy już straciłem przytomność spuszczano mnie zawsze do kałuży krwi. Gestapowcom chodziło o to, żeby się przyznać i podać nazwiska swoich kolegów. Zawsze po takim biciu wleczono mnie po schodach do wspomnianej już celi, gdzie na gołym betonie siedziałem lub leżałem. Podczas takich bić, drewnianymi lub żelaznymi prętami, gestapowcy zadawali mi jedno pytanie: Czy się przyznajesz? Odpowiadałem zawsze, że nie mam się do czego przyznać, że nie należę do żadnej organizacji.

Oni w dalszym ciągu bili mnie, nie zważając, czy to głowa czy żołądek. Takie tortury trwały przez miesiąc. Później nie dostawałem ani jeść ani pić. Z muszli klozetowej ręką czerpałem wodę do ust. Po miesiącu takich tortur miałem zęby powybijane, głowę pokaleczoną, twarz poprzecinaną. Pewnego razu gestapowiec powiedział: Nie będziemy się z Tobą już więcej bawić. Tym oto pistoletem jutro Cię zastrzelę jeśli się nie przyznasz. Masz czas do jutra. Odpowiedziałem, że może mnie zabić teraz. Było to popołudnie, pomyślałem sobie, że ostatni raz patrzę przez okno, na ludzi spacerujących, rano już oddam Bogu ducha. Rano wszedł gestapowiec do celi z pistoletem w ręku i pyta czy się przyznaje. Odpowiedziałem, że już tyle razy mówiłem, że nie mam się do czego przyznać. Kopnął mnie i zamknął celę.

[...] Po kilkugodzinnym staniu przed bramą obozu w Auschwitz wprowadzono nas do wewnątrz, gdzie zaraz zostaliśmy umieszczeni w łaźniach. Tam nas ostrzyżono, dano pasiaki do ubrania i zaprowadzono do bloku, gdzie odbywała się kwarantanna. Po kilku dniach pobytu na kwarantannie dostałem wysokiej gorączki i zaniesiono mnie do szpitala obozowego. Okazało się, że miałem pękniętą kość w czaszce. Były to skutki tortur w więzieniu w Palace w Zakopanem. Kość ta już się psuła i należało ją wyciąć. Operacja trwała prawie dwie godziny. Przeprowadził ją lekarz-więzień. Jakimś dłutkiem i młotkiem bez znieczulenia wycinano mi kość za uchem. Ból był straszny”.


Pozorowane egzekucje były jedną z najbardziej wyrafinowanych metod łamania więźniów. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić cierpień psychicznych osoby postawionej w takiej sytuacji. Zygfryd Gizowski tak wspominał w 2009 r.: „Przesłuchiwali mnie, zamknęli w celi z kilkoma więźniami. [...] Spaliśmy na jednym sienniku, rzuconym na beton. Sparaliżowani strachem spaliśmy tuląc się do siebie plecami, aby się wzajemnie ogrzać, bo sienniki przymarzały do betonu. Co dzień było bicie, przesłuchania, poniżenia. Bił nas kto chciał, najczęściej Niemiec, którego nazywali bokserem. Uderzał tylko raz, ale to wystarczało. Masakrowali nas Ukraińcy, którzy chcąc się przypodobać Niemcom wymyślali coraz to nowe tortury. W środku nocy zrywali nas ze snu, wyprowadzali na dziedziniec każąc robić różne ćwiczenia uwłaczające godność, po których pot lał się z czoła. Następnie była komenda <<Lotnik kryj się>> i trzeba było spocone głowy chować w zaspy śnieżne. Kto nie zdążył był bity kolbami karabinów w plecy. Na koniec <<za bardzo rozgrzanych>> lali nas wiadrami lodowatej wody.


Na jednym przesłuchaniu wywieźli mnie do Poronina, abym rozpoznawał ludzi. Niektórych znałem, lecz powiedziałem, że nie znam nikogo. Wówczas zawieziono mnie na cmentarz w Poroninie, gdzie klęcząc nad wykopanym grobem miałem ostatnią szansę, aby powiedzieć nazwiska ludzi, z którymi kontaktował się mój ojciec. Tłumacz mówił mi, że jeśli powiem, to przeżyję. Nie wierzyłem i nic nie powiedziałem. Prosiłem tylko, żeby ktoś powiedział mojej matce, gdzie będę pochowany. Esesman odbezpieczył pistolet i uderzył mnie lufą w tył głowy, ale nie wystrzelił. Zawieziono mnie z powrotem do celi w willi Palace - katowni Podhala. Utraciłem słuch na jedno ucho, miałem odbite nerki i połamane żebra”.


Ośrodek wypoczynkowy „Palace” A.D. 2009

Mimo ustanowionego własnego lokalnego prawa samorząd zakopiański z końcem lat 90. XX w. nie odkupił willi w celu zachowania tego miejsca dla narodowej pamięci, co nie świadczy pochlebnie o tej ówczesnej miejscowej władzy. Pamięć o kilkuset osobach, które straciły tam życie przegrała z pamięcią o portfelu, a do tamtych miejscowych włodarzy zawsze będzie przypisany wstyd ilekroć się przypomni tę dziwną niemoc miasta.


„Katownię” nabył przedsiębiorca z Kraśnika, który niestety nie dopilnował, by należycie chronić to miejsce kaźni. W trakcie remontu w 1999 r. zniszczono oryginalne, nieliczne już napisy na ścianach i ślady krwi (wcześniej „zniknęły” inne napisy – te dokonane po „wyzwoleniu” albowiem wtedy na krótko – nim się rozlokowano gdzie indziej – w budynku tym Polaków „wyzwalały” z niepodległości zbrodnicze struktury UBP i NKWD).


Jakiś bydlak ukradł oryginalne kajdany, którymi przykuwano do ściany więźniów (podobno można je zakupić za co najmniej kilka tysięcy złotych od „prywatnego właściciela”); Władysław Szepelak był takimi kajdanami przykuty do ściany 10 dni. Ich zamocowanie na ścianie uniemożliwiało więzionemu człowiekowi zajęcie pozycji siedzącej; trzeba było spać klęcząc.


Z tymi i innymi faktami niszczenia zasobów Muzeum, które istniało od 1994 r., nie mogły się pogodzić osoby dbające o to miejsce i należną mu pamięć: Wincenty Galica i Adam Machowski (prezes Stowarzyszenia Muzeum Walki i Męczeństwa „Palace” – Katownia Podhala), którzy władzom miasta zarzucili, łagodnie mówiąc, totalnie nieprofesjonalne podejście i brak patriotyzmu. To co jest teraz to nędzne resztki, które i tak wydarto obecnemu właścicielowi. Gdyby nie upór Galicy, Machowskiego oraz innych górali-patriotów, którzy bezinteresownie zajmują się utrzymaniem tego malutkiego muzeum, to chyba nic by tam dziś nie było.


Obecnie „Palace” jest ośrodkiem sportowo-rehabilitacyjno-szkoleniowym. Muzeum zaś dzierżawi skromny wycinek piwnicy. I tak może pozostać jeszcze wiele lat, gdyż właściciel podpisał długoletnią umowę na dzierżawę nieruchomości innym osobom.


Wypić, zakąsić, zatańczyć na grobach

Na ul. Chałubińskiego 7 w budynku, gdzie przez kilka lat po ścianach i posadzce lała się krew przesłuchiwanych „podludzi”, gdzie tortury fizyczne i psychiczne były „zwykłą” codziennością, dziś młodzież z różnych stron Polski przyjeżdża na wypoczynek, sportowy relaks, nie mając zielonego pojęcia, że obiekt, w którym się bawią, wcześniej był siedzibą Gestapo; że jest on świętością dla starszych górali oraz miejscem cierpień i śmierci wielu osób. W jadalni, która znajduje się w podziemiu, gdzie znajdowały się cele, goście ośrodka beztrosko szamają żarełko dokładnie w miejscu, gdzie więziono umęczonych ludzi, gdzie posadzka mieniła się plamami krwi, która wyciekała z ludzi po „dialogu” z przedstawicielami III Rzeszy.


Niedawno (wrzesień 2009 r.) grupa studentów z AE w Katowicach urządziła sobie pijacką imprezę w tym miejscu, zakłócając spokój nie tylko żyjącym (osobom przebywającym w ośrodku). Oni przede wszystkim zlekceważyli spokój umęczonych tu ludzi.


W tym czasie można też było zobaczyć w Muzeum jak pewien młodzian stał z otwartą butelką piwa i czytał biogramy kurierów tatrzańskich (jego szybko pewien odwiedzający doprowadził do porządku), ale niestety nikogo wokół (prócz osób z muzeum) nie obchodziła grupa rozkrzyczanych młodzieńców, grająca w siatkówkę. Można często odnieść wrażenie, że wielu młodych Polaków wcale – prócz napoju, tańca i ubioru – nic nie obchodzi. Niestety. To banał (w dodatku klasyczny), ale takie Rzeczypospolite, jakie młodzieży chowanie. Jeśli nie wychowamy kolejnego pokolenia Galiców i Szepelaków to biada nam – nie trzeba będzie kolejnych mutacji Gestapo, NKWD czy UBP, by zawładnąć Polską.


Dziękuję uprzejmie Panom: Władysławowi Szepelakowi, Karolowi Bełtowskiemu i Adamowi Machowskiemu za serdeczną pomoc w zbieraniu informacji.


Pierwodruk części tekstu pt. „Wczasy w katowni”: „Wzrastanie”, grudzień 2009 r.


Zdjęcia z Katowni Podhala będą zamieszczone na forum Polonus.

http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=3519652


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 11 wrz 2010, 19:10 
Offline
Redaktor

Dołączył(a): 05 sie 2010, 17:08
Posty: 604
Jedną z największych jest ta którą złodzieje pamięci narodowej przygotowują:

http://wpolityce.pl/view/1728/Jan_Rokit ... lenia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 11 wrz 2010, 20:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Alka napisał(a):
Jedną z największych jest ta którą złodzieje pamięci narodowej przygotowują:

http://wpolityce.pl/view/1728/Jan_Rokit ... lenia.html

To wpisuje się w plan zamordowania Narodu Polskiego - potworny plan przeprowadzany z żelazną konsekwencją.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 07 gru 2010, 10:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Przemilczane zbrodnie na Polakach

prof. Jerzy Robert Nowak,

Zanim przejdę do szczegółowego opisu konkretnych zbrodni popełnionych po wojnie przez zbolszewizowanych Żydów, a zwłaszcza Żydów-ubeków, na Polakach, muszę szerzej ustosunkować się do różnych kłamliwych stwierdzeń próbujących zaciemnić prawdziwy obraz roli żydowskich komunistów w stalinizacji Polski.

Im dalej od czasów stalinizmu, tym uporczywsze są próby wybielania zbrodni żydowskich ubeków, pomniejszania rozmiarów ich roli w katowaniu i mordowaniu polskich patriotów, drastycznego zaniżania liczby ubeków żydowskiego pochodzenia. Swoisty rekord pod tym względem pobił rok temu ambasador Izraela w Warszawie Szewach Weiss, publicznie głosząc absurdalne nieprawdy o zaledwie kilku komunistycznych funkcjonariuszach żydowskiego pochodzenia w Polsce. Nieźle wtórował mu osławiony oszczerca Polaków zza Oceanu - Jan Tomasz Gross, pisząc o rzekomo zaledwie "kilku tuzinach" Żydów-ubeków w Polsce, czyli "drobiażdżku bez znaczenia", jak to filuternie określił. W rzeczywistości zaś mieliśmy jednoznaczną dominację żydowskiego pochodzenia zbrodniarzy komunistycznych na kluczowych pozycjach ubeckiego syndykatu zbrodni w dobie stalinizmu. Począwszy od faktycznego nadzorcy całego aparatu terroru, niszczącego tysiące polskich patriotów - Jakuba Bermana, przez lata członka Biura Politycznego KC PPR, a później KC PZPR, odpowiedzialnego za nadzór nad bezpieką. Był to najbardziej niebezpieczny dla Polaków "morderca zza biurka", faktycznie zbrodniarz numer jeden, którego nigdy nie ukarano za jego zbrodnie na Polakach. Przypomnijmy, że nawet tak skrajna tropicielka rzekomego "antysemityzmu" w Polsce jak Alina Grabowska przypomniała w swoim czasie na łamach paryskiej "Kultury" (grudzień 1969 roku), iż: "W pierwszych latach powojennych (a nawet i później) znakomitą, niestety, większość pracowników UB stanowili Żydzi".
Obok dominacji żydowskich komunistów w UB trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedno zjawisko, zbyt często pomijane w książkach o ówczesnej historii. Otóż nie było chyba żadnej takiej haniebnej zbrodni na polskich bohaterach, na najszlachetniejszych polskich patriotach w dobie stalinizmu w Polsce, gdzie w tle nie kryłyby się cienie jakichś żydowskich katów. Od Bermana, Różańskiego, Fajgina, Brystygierowej, Romkowskiego, Światły, po Morela, Wolińską, Gurowską i Stefana Michnika. By przypomnieć choćby najskrajniejsze i najtrudniejsze do wyjaśnienia zbrodnie: na bohaterskim generale "Nilu" - Fieldorfie, słynnym "Anodzie" z "Zośki i Parasola" A. Kamińskiego czy westterplatczyku majorze Mieczysławie Słabym, lekarzu z Westerplatte.
Aby zrozumieć, jak absurdalne i nie mające niczego wspólnego z obiektywną prawdą historyczną są wszelkie próby wybielania roli zbolszewizowanych Żydów w UB, wystarczy po prostu przyjrzeć się dokładnie czołowym postaciom dominującym w stalinowskim Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, czyli faktycznym syndykacie zbrodni w ówczesnej Polsce. Okaże się wówczas, że wszyscy czołowi prominenci MBP (poza jednym ministrem figurantem - Stanisławem Radkiewiczem) byli pochodzenia żydowskiego (por. szerzej mój tomik "Zbrodnie UB", "Biblioteka książek niepoprawnych politycznie", wyd. MaRoN, Warszawa 2001, s. 5-25). Działo się tak nieprzypadkowo, lecz zgodnie z zasadą Stalina: "dziel i rządź", wykorzystującą ludzi z mniejszości narodowych w Rosji i innych krajach ujarzmionych przez ZSRS do tym lepszego podporządkowywania narodów w nich zamieszkujących, zniszczenia ich uczuć narodowych i religii, które wyznawali. Do tego zaś najlepiej nadawali się ludzie jak najdalsi od patriotyzmu polskiego, węgierskiego, rumuńskiego, czeskiego czy litewskiego, a także od religii chrześcijańskiej, a więc komuniści żydowscy. Fakty są uparte w tym względzie.

Katowano głównie Polaków

Wybielaczom roli Żydów w UB i generalnie w stalinowskiej władzy oraz popełnionych przez nich zbrodni warto przypomnieć jednobrzmiące świadectwa na ten temat osób z jakże różnych środowisk intelektualnych od Marii Dąbrowskiej, Bohdana Cywińskiego i ojca Józefa M. Bocheńskiego po Stefana Kisielewskiego i Czesława Miłosza. Najwybitniejsza chyba pisarka tego okresu, Maria Dąbrowska, w zapiskach w swym dzienniku pisała pod datą 17 czerwca 1947 roku: "UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden Żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków". Bardzo podobne w swej wymowie były zapiski Stefana Kisielewskiego. W dzienniku pod datą 18 października 1968 roku Kisielewski pisał: "Dwadzieścia lat temu powiedziałem Ważykowi, że to, co robią Żydzi, zemści się na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy mało kto chciał się tego podjąć z gojów". Niewiele później, 4 listopada 1968 r., Kisielewski zapisał w swym dzienniku: "Po wojnie grupa przybyłych z Rosji Żydów-komunistów (Żydzi zawsze kochali komunizm) otrzymała pełnię władzy w UB, sądownictwie, wojsku, dlatego że komunistów nie-Żydów prawie tu nie było, a jeśli byli, to Rosja się ich bała. Ci Żydzi robili terror, jak im Stalin kazał". Z kolei Bohdan Cywiński tak oceniał rolę Żydów w stalinizacji Polski na łamach podziemnego periodyku "Głos" w kwietniu 1985 roku: "Fakty manifestacyjnego popierania władzy komunistycznej zaraz po wojnie, wyjątkowe nagromadzenie osób pochodzenia żydowskiego w aparacie władzy, a zwłaszcza w najbardziej znienawidzonych społecznie resortach bezpieczeństwa i propagandy oraz mnogość przykładów szczególnej ich wrogości wobec przejawów polskiego szacunku dla narodowej tradycji - wszystko to w jakiejś mierze pozostało w świadomości starszych pokoleń, powodując zrozumiałe urazy". W pierwszym odcinku tego cyklu przypominałem już wypowiedź innego intelektualisty katolickiego - ojca Józefa M. Bocheńskiego na łamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.) akcentującą rolę Żydów kierujących komunistyczną policją bezpieczeństwa za wymordowanych przez tę policję "bardzo wielu spośród najlepszych Polaków".
I wreszcie świadectwo noblisty Czesława Miłosza, tym wymowniejsze, że chodzi o intelektualistę znanego ze skrajnie prożydowskiej postawy. Otóż właśnie Miłosz stwierdził w niemal zupełnie nieznanym w Polsce (poza moimi tekstami) wywiadzie dla wydawanego w Stanach Zjednoczonych czasopisma "Tikkun" (nr 2 z 1987 roku), mówiąc o żydowskich komunistach: "Oni zajęli wszystkie czołowe pozycje w Polsce i również w bardzo okrutnej policji bezpieczeństwa, ponieważ oni byli po prostu bardziej godni zaufania niż miejscowa ludność" [podkr. - J.R.N.]. W tym stwierdzeniu Miłosz nieco przesadził i ktoś mało poinformowany mógłby go nawet oskarżyć o antysemityzm. Żydzi nie zajęli jednak wszystkich co do jednego stanowisk na szczytach partii i w bezpiece. Parę ważnych stanowisk zostawili, były tam nie-żydowskie wyjątki, jak choćby Bierut czy Radkiewicz (żonaty z żydowską komunistką), ale obaj grali raczej rolę figurantów. Generalnie jednak Miłosz celnie określił wyjątkową, dominującą rolę komunistów żydowskiego pochodzenia w stalinizacji Polski.

Z rękami umaczanymi po łokcie we krwi

Wybielaczom roli Żydów w UB i w stalinizacji Polski warto przypomnieć również prawdziwie uczciwe i obiektywne świadectwa Polaków żydowskiego pochodzenia lub polskich Żydów na ten temat. Andrzej Wróblewski, wybitny krytyk teatralny żydowskiego pochodzenia, w książce "Być Żydem", Warszawa 1993 r., s. 181, pisał: "Proporcjonalnie więcej było Żydów wśród katów niż ofiar". W innym miejscu swej książki Wróblewski ubolewał, że w 1968 roku pod płaszczykiem dotkniętej godności wyjeżdżali z kraju Żydzi, którzy służyli w UB, "byli sędziami czy prokuratorami z rękami umaczanymi po łokcie we krwi" [podkr. J.R.N.]. Najwybitniejszy chyba polski twórca pochodzenia żydowskiego, który zadebiutował po wojnie, Leopold Tyrmand, tak pisał w 1972 roku w swej wciąż świadomie przemilczanej w Polsce książce "Cywilizacja komunizmu": "Amerykańskie uniwersytety przygarniają dziś Żydów, którzy przez prawie 25 lat swych służb w policjach politycznych Europy Wschodniej ciężko prześladowali ludzi - w tym także innych Żydów - walczących o prawo do niezawisłości sumienia. (...) Ludzie ci nie mają moralnego prawa do obrony przede wszystkim jako niestrudzeni architekci tej rzeczywistości, w której po 25 latach dojść mogło do tak karykaturalnych zwyrodnień myśli i pojęć, jako inżynierowie tej struktury, w której monstrualne kłamstwo tak łatwo jest uczynić prawem życia. Trudno jest zapomnieć ich fanatyczną wiarę w zło, jaką głosili w komunistycznych gazetach, książkach, artykułach, filmach" (L. Tyrmand: "Cywilizacja komunizmu", Londyn 1972, s. 220-221).

Zaciskali pętlę na szyjach narodów

W innym miejscu swej książki Tyrmand przypomniał z goryczą, w jak wielkim stopniu działacze komunistyczni pochodzenia żydowskiego stali się nieocenionym wprost narzędziem dla Sowietów w ich terrorze zmierzającym do trwałego ujarzmienia Europy Środkowej. Jak pisał Tyrmand: "Gdy Armia Czerwona przystępowała do sowietyzowania Europy Wschodniej na czele czechosłowackiej ekipy partyjnej stał Żyd [R. Slansky - sekretarz generalny partii komunistycznej - J.R.N.], Węgry kneblował Żyd [M. Rakosi - J.R.N.], w Rumunii rządziła Żydówka [A. Pauker - J.R.N.], a Polska miała u władzy figuranta - Polaka, za którym na węzłowych pozycjach stali żydowscy komuniści, wypełniający z fanatycznym oddaniem najbezwzględniejsze rozkazy Kremla. Za przywódcami zaś stały lojalne szeregi komunistów żydowskiego pochodzenia, którzy jedynie byli w stanie uruchomić gospodarkę i administrację w Polsce, Rumunii, na Węgrzech, czyli w krajach drobnomieszczańskich, w których antykomunizm był rodzajem ogólnonarodowej religii. O czym Stalin wiedział. Wiedział, że tylko fanatycznie oddani komunizmowi Żydzi mogą zrobić dlań tę wstępną i niezbyt czystą robotę, co było częścią nr 1 planu. Z nadgorliwym zapałem rzucili się [Żydzi - J.R.N.] do sowietyzowania wschodnioeuropejskich społeczeństw, do budowania socjalizmu, do zacieśniania komunistycznej pętli na szyjach narodów starych [podkr. J.R.N.], odpornych na przemoc i doświadczonych w walce o polityczną niepodległość. Swym zelanctwem przekreślili największą szansę, jaką mieli Żydzi na tych terenach od średniowiecza (...) eksponowany serwilizm Żydów-komunistów w służbie sowieckiego imperializmu sprawiał wrażenie samobójczego obłędu". Przypomnijmy jeszcze parę obiektywnych świadectw osób wywodzących się ze środowisk żydowskich. Wybitny twórca polski pochodzenia żydowskiego Marian Brandys zapisał w swym "Dzienniku 1976-1977" (Warszawa 1996, s. 233, 244): "Żydzi, którzy pozostali, weszli niemal w całości do nowej klasy rządzącej (...) Żydzi garnęli się do władzy jak ćmy do ognia". Słynny żydowski partyzant, później zakonnik, ojciec Daniel Rufeisen stwierdził: "I jeszcze do tego po wojnie Żydzi źle przysłużyli się sprawom Polski" (cyt. za A. Tuszyńska: "Kilka portretów z Polską w tle", Gdańsk 1993, s. 138). Żydowska lekarka A. Blady Szwajgier tak po latach zwierzała się w rozmowie z Anką Grupińską: "Proszę nie zapominać, jaka była rola Żydów w Polsce w okresie powojennym. Kiedy dziś rozlicza się zbrodnie stalinizmu... A nie mogę powiedzieć, żeby tam Żydów nie było (...) Niech pani pamięta, że większość tych Żydów, którzy wrócili po wojnie z Rosji, zajęła natychmiast najlepsze stanowiska (...) Łatwiej było Żydowi o to stanowisko niż Polakowi. Bardzo to mądra polityka Stalina (...) Żydom bardziej wierzono niż Polakom (...) Ja myślę, że Polacy po wojnie, wielu z nich przeżyło potworny koszmar. I niestety, utożsamiane to jest z Żydami (...) Ta ojczyzna była niedobra nie tylko dla Żydów, prawda? Zresztą po wojnie była najmniej niedobra dla Żydów" (A. Grupińska: "Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego", Warszawa 2000, s. 184, 186).

Jak mordowano Polaków

Przypomnijmy tu również, jak oceniał rolę Żydów w polskiej bezpiece świetnie znający problematykę stosunków polsko-żydowskich po 1944 roku żydowski publicysta z USA John Sack. W książce wydanej również w polskim przekładzie w latach 90. w Gliwicach, lecz starannie przemilczanej w najbardziej wpływowych mass mediach, Sack opisał zbrodnie Salomona Morela i współdziałających z nim żydowskich ubeków na setkach niewinnych więźniów, zgromadzonych w obozie w Świętochłowicach w 1945 roku. Sack pisał tam m.in. (polski przekład s. 96): "(...) dlaczego więc Stalin był stronniczy wobec Żydów (...) Z jego rozkazu pewien Żyd, którego ojciec zginął w Treblince, miał zostać szefem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, a szefami wszystkich jego departamentów mieli także zostać Żydzi, aczkolwiek od tego momentu ich nazwiska nie miały być żydowskie, tylko takie jak 'generał Romkowski' albo 'pułkownik Różański'. Z czasem ci ludzie wyznaczyli wszystkich dowódców bezpieczeństwa w Polsce".
W innym miejscu tej samej książki (s. 228-229) John Sack pisał: "W miejscach takich jak Gliwice, Polacy stawali przy więziennych ścianach, a ludzie z Wydziału Wykonawczego przywiązywali ich do wielkich, żelaznych pierścieni, mówili: - Gotów! - Cel! Pal! - zabijali ich i ostrzegali polskich strażników - Trzymajcie język za zębami! - Strażnicy, jako Polacy nie byli tym zachwyceni, ale Jakubowie, Józefowie i Pinkowie z wyższych szczebli Urzędu, pozostali wierni Stalinowi, ponieważ uważali się za Żydów, nie zaś polskich patriotów (...) [podkr. J.R.N.]. Warto zapamiętać to stwierdzenie znakomitego żydowskiego autora z USA, akcentującego, że żydowscy mordercy ubeccy zabijający Polaków wcale nie tracili żydowskiej tożsamości narodowej po zostaniu komunistami, lecz dalej uważali się za Żydów.
Godna uwagi jest również ocena jednego z czołowych intelektualistów żydowskiego pochodzenia na emigracji - Zygmunta Hertza, współzałożyciela Instytutu Literackiego w Paryżu. Znany skądinąd ze skłonności do idealizowania Żydów i ostrego dokładania przy różnych okazjach Polakom jako "Polaczyskom", Hertz zdobył się jednak na bardziej obiektywną refleksję na tle wydarzeń marcowych z 1968 roku. Refleksję, na którą na pewno nie byłoby stać ani Adama Michnika, ani Dawida Warszawskiego, ani Władysława Bartoszewskiego, et consortes. Otóż właśnie wówczas, 26 marca 1968 roku, Z. Hertz tak pisał w liście do Czesława Miłosza: "Antysemityzm wypuścił nie tylko nowe liście, ale zakwitł różą. I ja się też nie dziwię. Żydzi grali od początku głupio - po cóż był ten run na UB i posady [podkr. - J.R.N.]. Jakaż niegodność w tym narodzie. Przykro mi to stwierdzić, ale dali antysemitom znakomitą broń do ręki" (cyt. za: Z. Hertz: "Listy do Czesława Miłosza 1952-1979", Warszawa, s. 286).

Różański - "Polak", Mickiewicz - "Żyd"

Od lat ulubioną metodą negowania odpowiedzialności Żydów za zbrodnie stalinizmu w Polsce stała się formuła głosząca, że Żyd-komunista i ubek jakimś dziwnym sposobem przestawał być Żydem, bo przechodząc na komunizm, wyrzekał się religii żydowskiej. Co ciekawsze, głównymi głosicielami tego typu teorii są najczęściej osoby skłonne równocześnie do najskrajniejszych oskarżeń na temat rzekomych zbrodni "polskiego antysemityzmu" wobec Żydów, ba, doszukiwania się ich rzekomego chrześcijańskiego rodowodu. Absurdy dowodzeń, głoszących, że Żyd, stając się komunistą i ubekiem, momentalnie przestaje być Żydem, można by było obalać na rozlicznych przykładach. Jak na przykład wytłumaczyć to, że tak liczni Żydzi, byli ubecy i KGB-owcy, po straceniu szans na "twórcze" rozwijanie swego bezpieczniackiego zawodu w Polsce czy w Rosji, tak gromadnie pośpieszyli do Izraela. Czy to wraz z utratą bezpieczniackich synekur nagle niespodziewanie budziła się w nich dopiero żydowskość. Przypomnę, że znany izraelski pisarz Amos Oz mówił w wywiadzie dla "Wprost" 2 października 1994 r., że Izrael stał się schronieniem dla co najmniej 20 tysięcy byłych oficerów KGB. Czy to tylko przypadkiem w Izraelu znaleźli schronienie tacy niegdyś zbrodniczy ubecy jak Salomon Morel?! I dlaczego Izrael nie chce wydać Polsce tego rzekomo nie Żyda, bo ubeka i komunistę, Polsce, która ściga go międzynarodowym listem gończym za ludobójstwo?
A jak wytłumaczyć to, że najkrwawsi nawet żydowscy zbrodniarze z bezpieki życzyli sobie przed śmiercią żydowskiego pogrzebu religijnego? Tak było w przypadku okrutnego nadrządcy węgierskiej bezpieki w Biurze Politycznym KC WPP - "węgierskiego Bermana" - Mihaya Farkasa. I tak było w przypadku jednego z najokrutniejszych katów Polaków Jacka Różańskiego (Goldberga) - wspomniał o tym prof. Andrzej Paczkowski. W przypadku Różańskiego (Goldberga) miało więc miejsce ciągłe zmienianie przynależności narodowej: najpierw Żyd, potem jako komunista i ubek - już rzekomo nie-Żyd i wreszcie na łożu śmierci - znowu najprawdziwszy Żyd. Swoją drogą ciekawa jest metoda, z jaką niektórzy żydowscy szowiniści próbują się zapierać żydowskości zbrodniarzy typu Różańskiego, Bermana czy Morela, a równocześnie tym skwapliwiej przywłaszczać na rzecz żydowskości różnych wielkich Polaków typu Adama Mickiewicza. Przez wiele lat autorzy żydowscy od Adama Sandauera po Henryka Grynberga atakowali jako rzekomych "antysemitów" wszystkich polskich badaczy przeczących rzekomej "żydowskości" Mickiewicza jako "antysemitów". Aż nagle cała bajda prysła jak bańka mydlana. Białoruski uczony znalazł dokumenty na temat rodowodu matki Mickiewicza, wywodzącej się z polskiej rodziny szlacheckiej, znanej na Nowogródczyźnie już na początkach XVII wieku. Pytam, kiedy pan H. Grynberg zdobędzie się na przeproszenie polskich mickiewiczologów, których z taką łatwością oskarżał jako antysemitów, bo negowali kłamstwa o pochodzeniu naszego wieszcza?
Istnieje wiele innych szczegółowych świadectw, także autorów żydowskich, dowodzących, że dominujący w stalinowskim UB Żydzi byli żydowskimi szowinistami - polakożercami, którzy po prostu dawali upust swej nienawiści wobec bezbronnych Polaków. Taką opinię wyraża Teofila Weintraub, Żydówka z pochodzenia, w zbiorze wywiadów Ruty Pragier: "Żydzi czy Polacy" (Warszawa 1992, s.120: "Różański. Jego sekretarka mówiła mi, że był polakożercą. Nienawidził ludzi". Pisałem już, że osławiony wicedyrektor departamentu śledczego MBP Józef Światło (Fleischfarb) osobiście torturował wielu polskich patriotów, szczególnie okrutnie zachowując się podczas przesłuchań działaczy dawnego Stronnictwa Narodowego. Zwierzchnik Światły, Roman Romkowski (Natan Grunspan-Kikiel), w oświadczeniu złożonym 10 października 1954 r. stwierdzał, że "w różnych wynurzeniach Światły występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne" (por. S. Marat, J. Snopkiewicz: "Ludzie bezpieki", Warszawa 1990, s. 23). Inny twórca ubeckiego terroru, dyrektor departamentu śledczego Anatol Fejgin znany był z rozlicznych donosów na rzekomych "nacjonalistów polskich" już w okresie lwowskim 1939-41. Żydowskim szowinistą, tropicielem "polskiego nacjonalizmu" i "antysemityzmu" był główny odpowiedzialny za zbrodnie stalinowskie w Polsce Jakub Berman, który odpowiedzialność w Biurze Politycznym KC PPR, a później KC PZPR za sprawy bezpieki łączył z nadzorem życia ideologicznego i kultury. Prowadził on nieubłaganą walkę z polskim dziedzictwem narodowym, zgodnie z głoszoną przez niego zasadą, że wszelki flirt z polskim uczuciem narodowym doprowadzi do "wypuszczenia złych duchów Polski, z antysemityzmem włącznie" (por. książka filozofa Andrzeja Walickiego, skądinąd bardzo zaprzyjaźnionego z naszymi czołowymi "Europejczykami", pt. "Zniewolony umysł po latach", Warszawa 1993, s. 329). Berman, który powinien przykładnie zawisnąć na szubienicy za swe zbrodnie wobec Polaków, miał czelność jeszcze w wiele lat później - w 1981 roku - przekonywać Torańską, że polskie społeczeństwo jest w swojej konsystencji bardzo semickie. [od red. NW: sądząc z książki prof. J.R.Nowaka "Zbrodnie UB" powinno tu być "antysemickie"]

Dawni ubecy oskarżają Polaków

Ciągle za mało znana jest niezwykle szkodliwa rola, jaką odegrali emigrujący na Zachód po 1956 roku lub w kolejnej fali po marcu 1968 roku byli żydowscy ubecy. Wszędzie, gdzie przybywali, do USA, Izraela, Szwecji czy Danii, starali się upowszechniać jak najgorsze opinie o Polsce i Polakach. Przede wszystkim starali się "odegrać" na Polakach za utratę w czasie postalinowskiej "odwilży" intratnych posad piastowanych przez lata w stalinowskim aparacie władzy. Wskazał na to w jednym z wywiadów jako na istotne źródło upowszechnienia postaw antypolskich Andrzej Zakrzewski, zmarły parę lat temu minister kultury RP, mówiąc: "(...) istnieje grupa ludzi, na którą zwrócili mi uwagę przyjaciele w Izraelu. Nazwali ich 'poszukiwaczami antysemityzmu'. Ci łapacze rekrutują się z dawnego aparatu partyjnego, bezpieki, którym tu było dobrze - dywany, telefony, sekretarka. Wyjechali - i okazało się, że są bez zawodu. Tu rządzili, a tam? Ta zadra ich uwiera" ("Chamy i Żydy - rok 1995. Rozmowa R. Walenciaka z prof. A. Zakrzewskim, "Przegląd Tygodniowy" z 2 sierpnia 1995).
Część z tych byłych ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia, zamieszanych w katowanie Polaków w dobie stalinizmu, dostrzegła bardzo dla siebie dogodną okazję w kampanii antypolonizmu. Z jednej strony była to dla nich szansa na całkowite odwrócenie uwagi od swej ponurej przeszłości. Z drugiej zaś okazja do przedstawienia ofiar komunistycznego terroru, który sami reprezentowali, jako narodu "faszystów" i "antysemitów" (vide: to co się dzisiaj robi dla zapobieżenia wydania byłej prokurator Wolińskiej).
Profesor Andrzej Walicki tak pisał na temat zachowania byłych żydowskich ubeków w krajach skandynawskich: "Otóż spotkałem w Danii również pomarcowych emigrantów. Ale E., znajoma Zimanda, urocza dziewczyna, zraniona i oburzona wypadkami 1968 roku, ale jeszcze bardziej oburzona zachowaniami byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, którzy po przyjeździe do Danii zaczęli odgrażać się Polakom, występować z antypolskimi wypowiedziami w telewizji, a we własnym gronie śpiewać po hebrajsku syjonistyczne pieśni (zdumiewało ją - i mnie też - że takie pieśni były im znane)" (por. A. Walicki: "Zniewolony umysł po latach", Warszawa 1993, s. 71). Pod wpływem pobytu w Danii prof. Walicki tak komentował partyjne boje frakcji "chamów" i "Żydów" w PZPR: "Pobyt w Danii utwierdził mnie w przekonaniu, że u podstaw wszystkiego leżą konflikty zdegenerowanej góry partyjnej i panów z MSW - mówili mi tu znajomi emigranci (a więc nie moczarowcy), że do Danii przyjechało także sporo 'pułkowników' z niesamowitą hucpą, nienawiścią do Polski (bo dla nich Polska to ich koledzy) i autentycznym, zrodzonym z 'niewdzięczności' tych, dla których pracowali nacjonalizmem żydowskim" (por. tamże, s. 73).
To właśnie z tego grona dawnych stalinowców, ubeków i politruków wywodziła się i wywodzi duża część najbardziej nieubłaganych oszczerców Polski i Polaków na Zachodzie. To im najbardziej zależało na zniesławieniu Polski w świecie, aby całkowicie podważyć wiarygodność jakichkolwiek przyszłych oskarżeń za ich dawne czyny w Polsce.

Przemilczane zbrodnie na Polakach (część 4) 02.12.2002

Rozmiary zbrodni popełnionych na Polakach w czasie stalinizmu przez zbolszewizowanych Żydów były i są w pełni dostrzegane przez wszystkich obiektywnych badaczy naukowych, zarówno polskich, jak i zagranicznych.

I tak np. najsłynniejszy zagraniczny historyk badający historię Polski prof. Norman Davies pisał wprost o "tysiącach polskich Żydów, którzy stracili twarz przez związanie się z okrutnym powojennym reżimem stalinowskim" (por. tekst N. Daviesa w "The New York Reviwe of Books" z 20 listopada 1986 r.). Już na początku stalinizacji Polski mamy wiele jakże wymownych, strasznych przykładów dążeń niektórych żydowskich komunistów do maksymalnego nasilenia represji na polskich patriotach, łącznie z ich egzekucjami. Jednym z najbardziej fanatycznych rzeczników intensyfikacji takiego terroru był Leon Kasman, później przez wiele lat zajmujący wpływowe stanowisko redaktora naczelnego organu KC PZPR "Trybuny Ludu". To on najgwałtowniej gardłował podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku za zaostrzeniem represji. "Wsławił się" wówczas powiedzeniem: "Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, która jest hegemonem, nie spadła nawet ani jedna głowa" (cyt. za tekstem P. Lipińskiego: Bolesław Niejasny, "Magazyn Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 r.). I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas wielkiej fali terroru przeciw Narodowi. Terroru dyrygowanego i realizowanego głównie przez targowiczan o żydowskim rodowodzie, na czele z Bermanem, Różańskim i Światło.

Szefowie syndykatu zbrodni

W czasie gdy usilnie próbuje się zaniżać procentową liczbę Żydów w UB, warto przypomnieć jedną niezaprzeczalną sprawę. To żydowscy komuniści stanowili co najmniej 90 procent kierowniczych kadr w stalinowskiej bezpiece, tych, którzy faktycznie nią rządzili: od Bermana i Romkowskiego po Brystygierową i Fejgina. Niemal wszyscy dyrygenci terroru ubeckiego w Polsce, który pochłonął tysiące ofiar z polskich środowisk patriotycznych, byli Żydami z pochodzenia. (*) Symboliczna wprost pod tym względem była rola Jakuba Bermana, przez lata członka Biura Politycznego KC PPR, a później KC PZPR, odpowiedzialnego za nadzór nad bezpieką. Był to najbardziej niebezpieczny morderca zza biurka, faktyczny zbrodniarz numer jeden, którego nigdy nie ukarano. Towarzyszyła mu cała rzesza bezpieczniaków żydowskiego pochodzenia. Jak wyznawał jeden z byłych prominentów stalinowskich Wiktor Kłosiewicz w rozmowie z Teresą Torańską - wszyscy dyrektorzy departamentów w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego byli żydowskiego pochodzenia. Spośród najbardziej skompromitowanych bezpieczniaków żydowskiego pochodzenia można przypomnieć choćby nazwiska takich osób, jak wiceministrowie Bezpieczeństwa Publicznego: Mieczysław Mietkowski, Mojżesz Bobrowicki i Roman Romkowski (Grunspan-Kikiel), dyrektor Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) Józef Różański (Goldberg), jego zastępca Józef Światło (Fleichfarb), dyrektor V Departamentu MBP Luna Brystygierowa ("krwawa Luna"), dyrektor X Departamentu MBP Anatol Fejgin, dyrektor VII Departamentu, a później dyrektor III Departamentu MBP Józef Czaplicki, zwany "Akowerem", od roli odegranej w prześladowaniu AK-owców. Dodajmy do tego, że decydującą rolę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego odgrywał Leon Chajn, przy figurancie ministrze polskiego pochodzenia. Dodajmy winnych represji tak licznych sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia typu Heleny Wolińskiej, bezpośrednio odpowiedzialnej za mord na generale "Nilu" E. Fieldorfie sędzi Marii Gurowskiej, zastępcy szefa Najwyższego Sądu Wojskowego, Oskara Szyi Karlinera, szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego, płk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem", prokuratora Benjamina Wajsblecha, prokurator Pauliny Kern, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkiela, płk. Nachuma Lewandowskiego, sędziego Stefana Michnika, etc. Dodajmy do tego rolę odgrywaną przez żydowskich komunistów jako szefów terenowych UB (por. szerzej J.R. Nowak: "Zbrodnie UB", Warszawa 2001, s. 22-25). (od red. NW: patrz też QUIZ: Zbrodnie UB)

Zdumiewa szczególna skłonność żydowskich adeptów stalinizmu do gromadzenia się w aparacie okrutnego terroru, przede wszystkim w resorcie bezpieczeństwa. I to nie tylko w Polsce, ale i w sowieckim NKWD czy w Służbie Bezpieczeństwa, opanowanych przez Rosję krajów Europy Środkowej. Dość wskazać takie nazwiska, jak przypomnianego przez Sołżenicyna twórcę całego systemu sowieckich "gułagów" Frenkla czy szefa sowieckiej bezpieki Jagodę. (*) Znany pisarz izraelski Amos Oz mówił w wywiadzie dla "Wprost" z 2 października 1994 r., że w dzisiejszym Izraelu w rezultacie emigracji z ZSRS znalazło się co najmniej dwadzieścia tysięcy byłych oficerów KGB (!!!). Na Węgrzech, którymi przez cały okres stalinizmu rządziła czwórka działaczy żydowskiego pochodzenia (Rákosi, Gerö, Farkas i Revai), bezpieka była całkowicie zdominowana przez żydowskich aparatczyków. (*) Jak pisał jeden z najwybitniejszych we współczesnym świecie badaczy historii Węgier Charles Gati w książce wydanej z posłowiem amerykańskiego ambasadora w Budapeszcie Marka Palmera: "Trzon policji politycznej, znienawidzonej AVO, potem AVH składał się w 70-80 procentach z Żydów" (*) (C. Gati: Magyarország a Kreml arnyékában, Budapest 1990, s. 103).

Zamordowanie bohatera Podziemia

Niezliczonych oficerów UB, sędziów i prokuratorów pochodzenia żydowskiego obciąża nie tylko fakt prześladowań najlepszych polskich patriotów, lecz i to, że uczestniczyli w nich w sposób wyjątkowo okrutny, nie okazując nawet cienia litości dla całkowicie niewinnych Polaków. Nieprzypadkowy jest fakt nagromadzenia żydowskich komunistów w przypadkach katowań, mordów sądowych i egzekucji wielu osób szczególnie zasłużonych dla Narodu Polskiego, a nawet jego bohaterów. Powrócę znów w tym kontekście do sławetnej wypowiedzi katolewicowego "autorytetu" ks. Michała Czajkowskiego z 16-17 września 2000 r. na łamach "Gazety Wyborczej", w której zapewniał, iż rzekomo żaden Polak nie zginął z powodu żydowskiego antypolonizmu. Domorosły znawca historii jakoś nie zauważył zamordowania tysięcy polskich patriotów na skutek zbrodni kierowanych przez żydowskich komunistów, w tym zbrodni na generale "Nilu" - Emilu Fieldorfie.
"Czerwoną" prokurator, która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania, torując drogę do mordu sądowego, była Helena Wolińska (Fajga Mindlak Danielak). W 1952 roku odbył się trwający zaledwie jeden dzień proces gen. Fieldorfa. Bohaterski generał, należący niegdyś do najusilniej tropionych przez hitlerowców dowódców AK, został oskarżony o rzekomą współpracę z Niemcami i wydawanie rozkazów mordowania sowieckich partyzantów, członków PPR, AL i Żydów. Były to całkowicie sfingowane zarzuty, jak później, po dziesięcioleciach udowodniono na rozprawie rehabilitacyjnej. Rozprawę prowadziła sędzia - komunistka żydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einsenman. W rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen "Nila" jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Przewodnicząca rozprawie 16 kwietnia 1952 r. sędzia Gurowska bez wahania wydała wyrok śmierci. Wyrok oparła na art. 1 pkt 1 Dekretu z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy. Sąd Najwyższy w składzie: sędzia dr Emil Merz (przewodniczył rozprawie), sędzia Gustaw Auscaler, prokurator Paulina Kern (cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu) i sędzia Igor Andriejew zatwierdzili wyrok śmierci na polskiego bohatera.
Bezowocne okazało się odwołanie gen. Fieldorfa od wyroku i prośby o łaskę skierowane do komunistycznego prezydenta Bolesława Bieruta przez żonę generała i jego ojca. Pisał on do Bieruta w rozpaczliwej próbie ratowania życia syna: "Jestem starcem liczącym 87 lat życia - emerytowanym maszynistą kolejowym pochodzenia czysto robotniczego. W okresie okupacji straciłem syna Jana, lotnika, który został zamordowany w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen. Żona moja Agnieszka zmarła w 1941 r., do czego przyczyniła się sytuacja i losy aresztowanego przez hitlerowców syna. Obecna wiadomość o grozie śmierci, która zawisła nad głową drugiego z mych dzieci, jest z kolei dla mnie ciosem nie do zniesienia". Dnia 12 grudnia 1952 r. sędziowie Emil Merz, Gustaw Auscaler i Igor Andriejew negatywnie zaopiniowali prośbę o łaskę dla generała. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wykonaniu wyroku bieg nadała prokurator Alicja Graff. W dniu 24 lutego 1953 roku wyrok śmierci na gen. Fieldorfie został wykonany przez powieszenie.

Spokojne życie zbrodniarzy

Komunistyczni zbrodniarze żydowskiego pochodzenia, odpowiedzialni za zamordowanie jednego z bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego nigdy nie zostali ukarani, spokojnie żyli w dostatku dzięki swym zbrodniczym "zasługom" dla stalinizacji Polski. Główna winowajczyni sądowego mordu na gen. Fieldorfie - sędzia Maria Gurowska - cieszyła się różnymi zaszczytami i splendorami. Po 1952 r. została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Aż do 1970 r. pracowała jako dyrektor departamentu w Ministerstwie Sprawiedliwości. A później, na wniosek ministra sprawiedliwości, otrzymała "w drodze wyjątku" specjalną emeryturę dla szczególnie zasłużonych. Nigdy nie żałowała swej roli w popełnionej zbrodni. W "Życiu Warszawy" z 12 sierpnia 1995 r. pisano: "Gurowska nie poczuwa się do winy i utrzymuje, że decyzję o skazaniu Fieldorfa podejmowała w zgodzie z własnym sumieniem". Po wszczęciu przeciwko niej w 1994 r. postępowania sądowego w związku ze zbrodnią sądową na gen. Fieldorie Gurowska konsekwentnie odmawiała zapoznania się z materiałami aktu oskarżenia i stawienia się na przesłuchanie, twierdząc, że dalej chroni ją immunitet jako sędziego. Zmarła na początku 1998 r. Śmierć uchroniła ją od publicznego przypomnienia jej haniebnej zbrodni i stanięcia oko w oko z rodziną zamordowanego.
Inny odpowiedzialny za sądowy mord na gen. Fieldorfie - przewodniczący składu Sądu Najwyższego, który zatwierdził wyrok śmierci na generale - sędzia Emil Merz orzekał w Sądzie Najwyższym aż do osiągnięcia wieku emerytalnego na początku lat 60. Później wyjechał do Izraela, gdzie zmarł na początku lat 90. Kolejny współwinny mordu sądowego - sędzia Gustaw Auscaler w styczniu 1958 r. wyjechał do Izraela, gdzie zmarł w 1988 r. Jeden ze współsprawców zbrodniczego wyroku - prokurator Benjamin Wajsblech (zatwierdzał ostateczną wersję wyroku) zmarł w 1991 r. w Warszawie. Współodpowiedzialna za zatwierdzenie zbrodniczego wyroku w Sądzie Najwyższym prokurator Paulina Kernowa zmarła w 1980 r. w Izraelu. Ze współwinnych zbrodni żyje dziś tylko (w Londynie) prokurator Helena Wolińska-Brus.
Gdy po śmierci Bieruta i zmianach październikowych 1956 r. w Polsce pod naciskiem rodziny generała i presją opinii publicznej wznowiono śledztwo w sprawie gen. Fieldorfa, szybko zaczęły się próby jego zastopowania ze strony żydowskich komunistów mocno usadowionych na bardzo wpływowych stanowiskach w sądownictwie i prokuraturze. Jak pisał w "Gazecie Polskiej" z 8 września 1994 r. Stanisław Duczymiński: "W toku nowego postępowania, o utrzymanie zbrodniczego wyroku w mocy zajadle zabiegał m.in. Leon Prenner, jeszcze jeden z funkcjonariuszy Prokuratury Generalnej. Jego zdaniem, mimo stosowania 'niedozwolonych metod śledztwa' i innych 'wadliwości' procesu, jeden zarzut utrzymać się musi, a mianowicie ten, że dowodzony przez Generała Kedyw AK zwalczał sowieckie bandy i likwidował je wraz z działającymi w tych bandach Żydami" (S. Duczymiński: Skazany na śmierć i zapomnienie. Gen. August Emil Fieldorf "Nil", "Gazeta Polska" z 8 września 1994 r.). Ostatecznie w lipcu 1958 r. śledztwo przeciwko zamordowanemu generałowi umorzono z powodu braku dowodów, że popełnił zarzucane mu czyny. Do rehabilitacji generała Fieldorfa doszło dopiero w 1989 r. Warto przypomnieć, że czołowy nadzorca stalinowskiego syndykatu zbrodni w Polsce Jakub Berman konsekwentnie wypierał się jakiejkolwiek odpowiedzialności za sądowy mord na gen. Fieldorfie. Indagowany w tej sprawie przez Teresę Torańską twierdził, że w ogóle nie przypomina sobie sprawy gen. Fieldorfa. Dodał, że "jeśli Fieldorf należał do czołówki AK-owskiej, z pewnością jego sprawa nie została załatwiona na niskim szczeblu. Musiała mnie jednak akurat ominąć" (T. Torańska: "Oni", Warszawa 1989, s. 153). Biedny pominięty Berman! Komunistyczny wielkorządca, odpowiedzialny za nadzór nad bezpieką w Biurze Politycznym KC PZPR "nie wiedział" o tak ważnej sprawie, jak proces b. szefa Kedywu AK gen. Fieldorfa. "Nieposłuszni" podwładni "ośmielili się" nie poinformować go o takiej sprawie.

Przemilczane zbrodnie na Polakach (część 5) 16.12.2002

Cytowałem już na łamach "Naszego Dziennika" wypowiedź słynnego intelektualisty katolickiego ojca Józefa M. Bocheńskiego z łamów paryskiej "Kultury" (czerwiec 1986 r.) o tym, że znacznie więcej Polaków zostało zamordowanych przez Żydów niż odwrotnie.

W odpowiedzi na polemiczne listy żydowskie, wybraniające rolę Żydów, o. Bocheński napisał kilka miesięcy później (paryska "Kultura" z września 1986 r.): "W sprawie zabójstw Polaków przez Żydów znajduję w korespondencji ze strony żydowskiej niemal jednogłośne twierdzenie, że takich zabójstw nie było. Co prawda - przyznaje się - wielu Polaków zostało zamordowanych przez 'osoby żydowskiego pochodzenia', należące do Bezpieki - ale Żydzi jako tacy nigdy nikogo nie zabili. Tej argumentacji nie mogę uznać za przekonywującą. Czy Żydzi mordowali Polaków jako tacy, czy nie jako tacy, wydaje mi się pytaniem raczej subtelnym - zwłaszcza że jedną z przyczyn owych mordów była, moim zdaniem, nienawiść do wszystkiego co polskie ze strony morderców. Moim zdaniem, jest oczywistym faktem, że wielu, bardzo wielu Polaków zginęło z ręki niektórych Żydów. Istnieje morderczy antypolonizm żydowski" [podkr. - J.R.N.].
Warto w tym kontekście przypomnieć również jakże wymowne stwierdzenia b. posła do Sejmu RP, Czesława Bieleckiego, który pisząc z pozycji Polaka żydowskiego pochodzenia stwierdził na łamach "Najwyższego Czasu" z 7 lipca 2001 r., m.in.: "Są sprawy, za które też Żydzi muszą przepraszać. Nie może być tak, że jeżeli prokurator Helena Wolińska zabiła sądowo naszego bohatera gen. Emila Fieldorfa, to społeczność żydowska nie jest za to odpowiedzialna".

"Potwór w mundurze"
Współodpowiedzialna za mord na bohaterskim generale Helena Wolińska faktycznie nazywała się Fajga Mindlak Danielak. Nazywano ją "potworem w mundurze", bo słynęła z okrucieństwa, sadyzmu i ogromnego wyrachowania. W czasie wojny porzuciła męża Włodzimierza Brusa dla zaczynającego robić wówczas przyśpieszoną komunistyczną karierę Franciszka Jóźwiaka. Jak opowiadał jego brat Józef Jóźwiak, na długo "przyczepiła się do niego i razem zamieszkali. On nie miał żony i w pewnym sensie taki układ mu odpowiadał". Wolińska zawdzięczała Jóźwiakowi całą swoją karierę. Najpierw umożliwił jej skończenie studiów prawniczych, potem załatwił pracę w Komendzie Głównej MO, a następnie w prokuraturze (wg T.M. Płużańskiego: Rodzina bała się "Leny". Ciągle chodziła w mundurze, "Życie Warszawy" z 31 października 1998 r.). Franciszek Jóźwiak tym mocniej mógł pomóc Wolińskiej w karierze, że był komunistą wielce wpływowym. W pierwszych latach po wojnie był komendantem głównym Milicji Obywatelskiej, później przez wiele lat członkiem Biura Politycznego KC PZPR, przewodniczącym Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, wicepremierem, wreszcie prezesem Najwyższej Izby Kontroli.
Wsparcie tak wpływowego męża niezwykle silnie umocniło pozycję Wolińskiej w prokuraturze, zapewniło jej przejście do Naczelnej Prokuratury Wojskowej, gdzie stała się kimś w rodzaju szarej eminencji. Wpływy te umacniała konsekwentnie, z ogromnym wyrachowaniem. Jak pisał na ten temat świetny znawca okresu zbrodni stalinowskich historyk i publicysta Tadeusz M. Płużański: "W środowisku PPR mało kto lubił Wolińską. Mówiono o niej, że wejdzie do łóżka każdemu, kto jest na wysokim stanowisku. Podobno była nawet kochanką Nowotki [sekretarza KC, kierującego PPR w 1942 r. - przyp. J.R.N.] i Bieruta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo w czasie wojny komuniści lubili się wymieniać kobietami (...)" (T.M. Płużański op.cit.). Gdy w 1956 r. F. Jóźwiak jako skompromitowany stalinowiec został na fali odwilży odsunięty od stanowisk partyjnych i państwowych, Wolińska natychmiast porzuciła go bez skrupułów. Powróciła do porzuconego niegdyś męża Włodzimierza Brusa, który w międzyczasie zrobił wielką karierę jako marksistowski ekonomista. (W wieku zaledwie 28 lat, w 1949 roku Brus został profesorem ekonomii, choć był dotąd wojskowym politrukiem i nie miał żadnego dorobku naukowego, jeśli nie liczyć kilku szmatławych broszur antysanacyjnych i prosowieckich. Takie to iście "napoleońskie" kariery robili w owych czasach żydowscy komuniści.)
W dobie stalinizmu Wolińska awansowała do rangi zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego, osławionego ludobójcy, generała Zarako-Zarakowskiego, pełniła stanowisko Szefa Wydziału IV, a później VII w Naczelnej Prokuraturze. Wykonując te funkcje wydawała na wnioski Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego postanowienia o tymczasowym aresztowaniu, mimo że brak było jakichkolwiek materiałów uzasadniających podjęcie tego rodzaju decyzji. Odznaczała się przy tym wyjątkową bezwzględnością w forsowaniu bezprawnych decyzji. Jak mówił w poświęconym Wolińskiej programie TVP z 11 stycznia 1999 r. protokolant sądowy Zygmunt Mączyński: "Lena Wolińska wyjątkowo brutalnie odnosiła się do AK-owców (...) ona nienawidziła Polaków bardziej niż Niemców". Poza bezprawnym uwięzieniem i przetrzymywaniem w więzieniu gen. E. Fieldorfa, które utorowało drogę do jego sądowego mordu, prok. Wolińska miała na sumieniu rozliczne inne zbrodnicze działania podobnego typu. Między innymi doprowadziła do bezprawnego przetrzymywania ponad dwa lata w więzieniu szefa sztabu kieleckiego okręgu AK Wojciecha Borzobohatego, który miał wyjść z więzienia w 1950 r. na mocy amnestii. Postępowanie prok. Wolińskiej było tym okrutniejsze w sytuacji, gdy dobrze wiedziała, że Borzobohaty po latach więzienia był dotknięty paraliżem. Wolińska w ogóle nie reagowała na wciąż ponawiane prośby żony aresztowanego, proszącej o zwolnienie ciężko chorego męża.
Podobnie nieludzkie podejście okazała prokurator Wolińska m.in. w sprawie aresztowanego w 1953 roku na mocy podpisanego przez nią nakazu AK-owca Juliusza Sobolewskiego, ps. "Roman". Po sfabrykowanym procesie Sobolewskiego skazano na karę śmierci. Żona Juliusza Sobolewskiego Krystyna na próżno próbowała ubłagać prok. Wolińską o złagodzenie wyroku. Opowiadała w programie Rewizja Nadzwyczajna w lutym 1999 roku: "Kiedy Rada Państwa odmówiła zmiany wyroku, poszłam zrozpaczona do gabinetu Wolińskiej i pytałam jak to jest możliwe, że bohater, patriota ginie niewinnie. Wolińskiej nie wzruszyły moje słowa, nawet nie raczyła na mnie spojrzeć. Wyrzuciła mnie z gabinetu, twierdząc, że jest to najgorszy dzień w jej życiu, bo umarł Stalin" (cyt. za T.M. Płużański: "Drzwi gabinetów", "Tygodnik Solidarność" z 11 maja 2001 r.). Sobolewski długo oczekiwał w celi śmierci na wykonanie wyroku. Na szczęście dla niego, wiceminister bezpieki F. Jóźwiak, skłócony wówczas z Wolińską, dowiedziawszy się, że to ona wydała nakaz aresztowania Sobolewskiego, spowodował dla niego znaczące złagodzenie wyroku. Nie cieszył się długo wolnością. Wyczerpany strasznymi latami w więzieniu, a zwłaszcza w celi śmierci, zmarł już w początkach kwietnia 1956 roku.
Sama prokurator Wolińska żyje dziś sobie spokojnie w Oksfordzie jako żona prof. Brusa, który po 1968 r. wyjechał do Anglii. Jest dziś wysławiany w "Gazecie Wyborczej" jako ekonomista-reformator. "Wyborcza" przemilcza zarówno jego haniebne publikacje z doby stalinizmu, jak i to, że od lat 70. był agentem NRD-owskiej bezpieki - STASI, po przydybaniu go w hotelu na ukrytym romansie z jakąś KOR-ówką. (Sprawę opisały krakowskie "Arcana".)
Próbowała przerwać jej spokojny pobyt w Anglii Wojskowa Prokuratura w Warszawie, prowadząca od końca 1997 r. postępowanie w sprawie bezprawnego uwięzienia gen. Fieldorfa, które później doprowadziło do jego sfabrykowanego procesu. Chciano przesłuchać Wolińską w charakterze podejrzanej.

Stalinówka broniona przed polskimi "antysemitami"

Była prokurator Wolińska na wieść o podniesionych w Polsce oskarżeniach oświadczyła, że ich nie uznaje, bo występują przeciw niej polscy "antysemici". W pewnym momencie wybuchła, odsłaniając kolejny raz swą prawdziwą naturę, że "najchętniej ukręciłaby kark" polskiemu prokuratorowi, który "śmiał" ją oskarżyć. Były żołnierz Polski Podziemnej, a później żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie Zbigniew Wolak "Szczupak" tak charakteryzował postać Wolińskiej na łamach "Tygodnika Solidarność" (nr 50 z 1998 r.): "Kobieta inkwizytor, która 'lekką kobiecą ręką' kierowaną zajadłą nienawiścią, tworzyła zastępy wdów i sierot, zrozpaczonych rodziców i przyjaciół, do dzisiaj opłakujących tych, którzy byli dumą Polski. Naszej Polski. Inkwizytor, który z pogardą odmawiał widzeń z uwięzionymi, torturowanymi w śledztwie więźniami politycznymi i dostarczenia im skromnych, biednych paczek żywnościowych, o co prosili, jak o łaskę... Który odmawiał skazanym na śmierć ostatnich, przed egzekucją, pożegnań. Aby potem, w 1968 roku - kiedy nie żył już od dawna generał "Nil" - Emil Fieldorf i dziesiątki innych, do których śmierci się przyczyniła, tą samą ręką i piórem, postanowiła wystąpić z prośbą do władz brytyjskich o prawo pobytu na Wyspach, co uzasadniała prześladowaniami antysemickich Polaków.
Dostała to prawo pobytu, a z czas em i brytyjskie obywatelstwo. Ona, wcześniej zapiekły wróg Zachodu i jego wartości. (...) Która dobijała dziesiątki oficerów i żołnierzy AK, NSZ, WiN, ROAK oraz stronników organizacji narodowych, reprezentujących te same wartości i te same cele, co antykomunistyczny Zachód". Nawet ta, tak okrutna komunistyczna inkwizytorka znalazła w ostatnich latach w brytyjskich mediach grupę jakże krzykliwych i wpływowych obrońców. Ludzi, którzy żądanie ekstradycji prok. Wolińskiej do Polski traktują tylko jako kolejny przejaw wybujałego "polskiego antysemityzmu". Szczególnie znamienny pod tym względem był tekst Melanie Phillips z "Sunday Times" z 3 stycznia 1999 r. Autorka "popisała się" w nim różnymi skrajnymi uogólnieniami w stylu: "Armia Krajowa Fieldorfa, podobnie jak znaczna część Polski, była głęboko antysemicka". Przypominając, że Helena Wolińska-Brus oskarża także dzisiejszą Polskę o "antysemityzm", Melanie Phillips zapytywała z emfazą: "Czy Żyd może uzyskać sprawiedliwość w kraju Auschwitz, Majdanka i Treblinki, gdzie nadal średniowieczny antysemityzm zakorzeniony jest w sposób wzbudzający niepokój? (...) Czy ekstradycja Heleny Brus ma faktycznie służyć sprawiedliwości, czy też bardziej zatrutym interesom?".
Dziwne, że jakoś nie usłyszało się nic o zdecydowanej ripoście polskiego MSZ na ten tekst czy inne jemu podobne potworne insynuacje w prasie brytyjskiej.
Podsumowując całą sprawę sądowego mordu na bohaterskim generale "Nilu" warto przypomnieć fragment rozmowy Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego. Powiedziała ona m.in.: "(...) Pani Wolińska próbuje przedstawić się jako ofiara antykomunistycznego, prawicowego i antysemickiego polowania na czarownice (...) Kiedy słucham strony żydowskiej, to odnoszę wrażenie, że to Polacy dokonali na nich holocaustu. Nie Niemcy, tylko my - Polacy! Nie widzę nienawiści do katów, a tylko do świadków. A przecież zrobiliśmy wiele, szczególnie AK, by ratować Żydów przed zagładą. Pytam się, dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mojego ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi" (cyt. za: "Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca", "Nasza Polska" z 24 lutego 1999 r.).

http://blogmedia24.pl/node/41539


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 02 maja 2011, 11:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Przypomnijmy o Rotmistrzu gdańskim neonazistom

Fragment wystawy na oświęcimskim Rynku, wrzesień 2010 r. (fot. Michał Tyrpa)Miłość Ojczyzny to rzecz szlachetna. To jeden z najpiękniejszych wyrazów kultury. Nigdy tego, co stanowi jej przeciwieństwo. Okazuje się, że dziś w 68. rocznicę ucieczki Rotmistrza z Auschwitz, niektórym wciąż trzeba uświadamiać tak podstawowe prawdy. Są wśród nas bowiem troglodyci, którzy nie mogą pojąć, że obyczaje niemieckich narodowo-socjalistycznych „nadludzi” to – w polskim kontekście – coś skrajnie wulgarnego. Zaś hołdowanie im po hekatombie II wojny światowej, znieważa pamięć ofiar i bohaterów walczących z III Rzeszą

Jednym z urodzinowych Marszów Rotmistrza, które 13 maja b.r. przejdą ulicami polskich miast, będzie ten zorganizowany w Gdańsku. Przed Wielkanocą zaprosiłem na gdański Marsz Rotmistrza pana Kazimierza Piechowskiego. Tego, kim jest Pan Kazimierz, uczestnikom akcji „Przypomnijmy o Rotmistrzu” („Let’s Reminisce About Witold Pilecki”) tłumaczyć nie trzeba. Były harcerz, więzień i żołnierz Związku Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz, przyjaciel rtm.Pileckiego, uciekinier, żołnierz Armii Krajowej i więzień komunizmu, od dawna (wraz ze środowiskiem skupionym w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Rodzin Oświęcimskich) mocno wspiera naszą obywatelską inicjatywę. Kazimierz Piechowski jest sygnatariuszem petycji w sprawie europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Podpisał także list byłych więźniów Auschwitz, europosłów i działaczy społecznych z żądaniem zadośćuczynienia przez włoską „La Repubblica” za użycie określenia „polski obóz” Auschwitz. Pan Kazimierz był także jurorem rozstrzygniętego w Święto Niepodległości 2010, konkursu na esej/artykuł/utwór na temat „Rotmistrz Witold Pilecki – dla mnie, dla Polski, dla świata”. Szczegółowe informacje z odnośnikami do źródeł można znaleźć w materiałach na macierzystej stronie akcji: http://www.michaltyrpa.blogspot.com

Przed Wielkanocą w profilu gdańskiego Marszu Rotmistrza w serwisie Facebook, pojawił się komentarz, którego anonimowy autor, podpisujący się pseudonimem „Jakub Albin”, był łaskaw nazwać niżej podpisanego kłamcą, konfidentem i szkodnikiem gorszym od Michnika. W trakcie pouczającej „debaty”, jaką zaowocowały zniewagi pod moim adresem, okazało się, że tchórzliwemu anonimowi dzielnie sekundują inni kontynuatorzy tradycji hitlerowskiej bandyterki z Wolnego Miasta Gdańsk. Ci, którzy posiadają profil w Facebooku, mogą się przekonać o szczegółach klikając w link.

Po co poświęcać temu czas? Otóż mylił by się ten, kto by sądził, że sprawa ma charakter błahy i że da się ją sprowadzić do kolejnej, niewiele znaczącej internetowej pyskówki. Albo że chodzi o ambicjonalne spory na tle personalnym. Temat wywołany przez młodych gdańszczan to – w kontekście tradycji polskiego patriotyzmu i polskiej historii – kwestia zgoła fundamentalna.

Jest to bowiem pytanie o to, jakie zachowania można dziś uznać za dopuszczalne, a jakie za łamiące elementarne normy przyzwoitości. I naprawdę, nie ma tu miejsca na neutralność. Wulgarne wybryki, których ktoś dopuszcza się w obliczu symbolu czci religijnej, pomnika martyrologii, znieważanie pamięci ofiar i bohaterów walczących z totalitarną tyranią „rasy panów”, pozostaje takowym obiektywnie. Ocena danego zachowania, jako przejawu chamstwa, nie zależy od subiektywnego przeświadczenia, wrażliwości, kultury osobistej, wykształcenia czy wychowania tego czy innego prymitywa.

Oczywiście w epoce liberalnego „róbta co chceta”, wielu może się to wydać dyskusyjnym. Istnieje jednak bardzo wyraźna granica, między tym, co właściwe, a tym, co niedopuszczalne. Między tym, co dostojne, a tym co niegodziwe i podłe. Mimo postępującego schamienia, każdy, kto wykracza ponad poziom marginesu społecznego, orientuje się na przykład, że w kościele, na szkolnej akademii, w miejscu publicznym nie wypada przeklinać. Używanie wulgarnych słów i gestów (sic!) w przestrzeni publicznej, a tym bardziej w miejscach świętych, jest wyraźnym przekroczeniem normy. I jest nim obiektywnie. Bez względu na intencje sprawcy.

Takoż i wyciągnięcie ręki w kierunku Krzyża Katyńskiego w geście powszechnie w Polsce kojarzonym jako pozdrowienie hitlerowców, jest – obiektywnie – naruszeniem zasad, których jednym z przejawów jest polski patriotyzm.

Przekonują o tym również cytowane przed czterema laty reakcje byłych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych – Władysława Foksy, Stanisława Lisowskiego i Konstantego Kopfa, a także przedstawicieli środowisk Armii Krajowej, byłych więźniów obozów koncentracyjnych i niewolników III Rzeszy, zobacz: „Sieg heil pod Krzyżem Katyńskim – pozdrowienie naszych wrogów” , zob. także dyskusję pod tekstem tutaj: „Poucinać NOP-owcom łapy!”.

Przekonuje o tym także orzeczenie sądu w sprawie wybryku NOP pod Krzyżem Katyńskim. W postanowieniu z 14 listopada 2007 r., czytamy m. in.: „zachowanie polegające na wyciągnięciu ręki w geście neonazistowskiego pozdrowienia podczas oficjalnych obchodów, wobec symbolu czci religijnej i sztandaru może stanowić realizację znamion czynu zabronionego z art. 133 k.k., 137 par.1 k.k., 196 k.k. i 256 k.k. uzasadniającą wszczęcie i prowadzenie postępowania przeciwko sprawcom tych czynów.”, zob.: „Sieg heil pod Krzyżem Katyńskim – finał w sądzie” .

Oczywiście ludzie nie tylko się różnią, ale wręcz lubią różnić, na tyle sposobów, na ile to możliwe. Dotyczy to w sposób szczególny takich sfer jak inteligencja, wrażliwość, poczucie taktu. Dlatego nie zdziwiły mnie kabotyńskie wymądrzania pewnego erudyty, który mając w nosie odczucia i najbardziej traumatyczne wspomnienia osób, które III Rzesza i jej kolaboranci traktowali jak „podludzi”, w tekście „Od Saluto Romano po Nacjonalizm” wytknął czującym i myślącym jak wspomniani weterani NSZ, Kazimierz Piechowski i moi dziadkowie…umysłowe ograniczenie (bo kojarzą niepoprawnie!), a także, rzecz jasna, nieuctwo. Ale cóż, czy od mędrków wolno oczekiwać minimum taktu?

O tym, że depozyt wartości, jaki składa się na dziedzictwo polskiego patriotyzmu nieustannie poddawany jest złowrogim wpływom, można przekonać się wsłuchując w słowa takiej oto piosenki:




Jeśli tego rodzaju songi śpiewane są dziś po polsku, problem należy uznać za poważny. Fakt ów oznacza bowiem, że w kraju, którego mieszkańców Rudolf Hess i przyjaciele uważali za odrażającą zbieraninę mieszańców i podludzi (by posłużyć się opinią Klausa Schenk Grafa von Stauffenberg) i których zgodnie z założeniami Generalplan Ost docelowo przeznaczyli do eksterminacji, tradycje najbardziej wrogie Polsce reprezentują dziś ludzie, którzy pragną uchodzić za polskich narodowców…

Tymczasem każdy, kto w głębi serca uważa się za polskiego patriotę, musi wyraźnie zdecydować, czy bliskie jest mu to, co uosabia Witold Pilecki, czy to, czego symbolem ta oto galeria „bohaterów” z okresu poprzedniego zjednoczenia Europy:




Twierdzę, że te sprawy wymagają jednoznacznego rozstrzygnięcia. Warto w tym kontekście wspomnieć, że do grona instytucjonalnych uczestników naszej akcji przystąpił niedawno Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych - instytucja kultywująca tradycje polskich patriotów walczących do końca z niemieckim narodowym socjalizmem i sowieckim komunizmem. Mam nadzieję, że jeszcze przed 110. urodzinami Witolda Pileckiego poznamy odpowiedź ZŻ NSZ na pytanie zawarte w przesłanym dziś liście:


Od: michal.tyrpa [ at ] gmail.com
Data: 27 kwietnia 2011 15:12
Temat: Prośba o stanowisko w sprawie
Do: zgzznsz [ at ] gmail.com
DW: Karol Wołek, przemek czyżewski

Zarząd Główny
Związku Żołnierzy
Narodowych Sił Zbrojnych

Do wiadomości uczestników akcji "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki") i opinii publicznej.

Wielce Szanowni Państwo!

Raz jeszcze pragnę wyrazić satysfakcję z powodu przystąpienia Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych do grona instytucjonalnych uczestników akcji społecznej "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki").

Z uwagi na twierdzenia, jakie pojawiły się w obelżywych wypowiedziach pod moim adresem ze strony osób, które mienią się spadkobiercami tradycji polskiego Ruchu Narodowego i sympatykami vel członkami Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych (zob. dyskusję w profilu gdańskiego Marszu Rotmistrza w serwisie Facebook) uprzejmie proszę o wyjaśnienie następującej kwestii:

Czy wyciągnięcie ręki w geście, który od czasu II wojny światowej kojarzony jest w Polsce powszechnie z III Rzeszą i niemieckim narodowym socjalizmem, Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych uznaje dziś za właściwą i dopuszczalną formę manifestowania POLSKIEGO patriotyzmu?

Cztery lata temu trzej weterani Narodowych Sił Zbrojnych, panowie Władysław Foksa, Stanisław Lisowski i Konstanty Kopf, uznali ów gest za przejaw zdziczenia obyczajów i za pozdrowienie naszych wrogów. Szczegóły w materiałach: „Sieg heil pod Krzyżem Katyńskim – pozdrowienie naszych wrogów” , a także: „Poucinać NOP-owcom łapy!”.

W oczekiwaniu na odpowiedź, łączę wyrazy szacunku.

Michał Tyrpa
Prezes Zarządu
Fundacji Paradis Judaeorum



Akcja społeczna „Przypomnijmy o Rotmistrzu” („Let’s Reminisce About Witold Pilecki”), której dorocznym wydarzeniem są urodzinowe Marsze Rotmistrza, to inicjatywa elitarna. Nie ma w niej bowiem miejsca dla motłochu, który nic sobie nie robi z przekonań i odczuć weteranów NSZ, AK, BCh, a także z przeżyć byłych więźniów obozów koncentracyjnych i niewolników III Rzeszy.

Dziś, w 68. rocznicę ucieczki Witolda Pileckiego z Auschwitz (zob. tekst sprzed 3 lat „Skok w ciemną przestrzeń”), warto to wszystko przemyśleć.


Przypomnijmy o Rotmistrzu! Trzeba dać świadectwo..



http://mementomori.salon24.pl/301847,pr ... eonazistom


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 12 maja 2011, 10:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Niby takie nic, a jednak wiele jest w tym wymowy antypolskiej.

POMNIK NA KAŻDĄ OKAZJĘ

Po wizycie w Szczecinie spacer ulicami Gorzowa Wielkopolskiego. Nowe doświadczenia. W okolicach Hotelu Gracja (ul. Dąbrowskiego 20B), na prawo od tegoż miejsca piękny park. W pobliżu, visa viHotelu, ciekawy obelisk na każdą okazję. A tu! Dzwon "Pokój-Pax-Frieden" - "Dzwon pokoju ufundowany został z okazji 750 rocznicy założenia miasta Landsberg /Warthe/ Gorzów Wielkopolski. Jako symbol nieustającego życzenia pokoju i przyjaźni dawnych i obecnych mieszkańców tego Miasta. A.D. 2 lipca 2007". Tablice: "Na wieczną pamięć bohaterstwa broni zrodzonego w bojach z faszyzmem żołnierzom Polskim i Radzieckim w 30 rocznicę Gorzowianie", "W osiemdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości tym którzy polegli doznali cierpienia upokorzenia i zesłania którzy walczyli o wolność Ojczyzny. Społeczeństwo Województwa Gorzowskiego". Tak po Europejsku. Zadowoleni Niemcy, Sowieci, Polacy.

http://rafal.zgorzelski.salon24.pl/3059 ... zda-okazje


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 26 sie 2011, 07:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Prof. Ryszard Terlecki - Polityka historycznej niepamięci

Przez ponad 20 lat trwania III Rzeczypospolitej usiłuje się nam wmówić, że Polski należy się wstydzić
Od 20 lat rozmaici medialni łgarze usiłują nam wmówić, że historia wywiera zbyt duży wpływ na polską politykę i że pod tym względem różnimy się od innych narodów. Wierzą w to ci, którzy albo nie znają świata, albo w swoich biografiach mają coś wstydliwego do ukrycia. Przed kilkoma laty jedna z partii, która chciała swoją kompromitującą przeszłość wymazać z naszej pamięci, używała wyborczego hasła: "Wybierzmy przyszłość". Ale w przeciwieństwie do przyszłości, której nie ma, bo dopiero będzie, przeszłość realnie istnieje i na co dzień odciska się na naszej teraźniejszości.

Z historią, zarówno odleglejszą, jak i całkiem niedawną, zmagają się Niemcy, Francuzi, Anglicy czy Amerykanie. Starają się jednak wiedzę o niej tak uporządkować, aby dla kolejnych pokoleń stała się fundamentem narodowej czy państwowej wspólnoty, aby niezależnie od przekonań politycznych, religii, stanu majątkowego, a nawet miejsca zamieszkania umożliwiała wzajemne zrozumienie, przywiązanie do wspólnej tradycji, poczucie jedności, potrzebne szczególnie w chwilach zagrożenia. Budowaniu takiej wspólnoty służy polityka historyczna.
Jej uprawianie nie oznacza bynajmniej ograniczania badań naukowych, stosowania cenzury czy manipulowania historycznymi faktami. Państwo stara się jednak, aby do młodzieży docierały treści, które nauczą ją szacunku dla poprzednich pokoleń, wpoją dumę z ojczyzny, skłonią do ofiarności na rzecz własnego państwa. W systemie demokratycznym nie oznacza to szowinizmu ani wrogości czy pogardy dla obcych. Raczej przywiązanie do tych wartości, z którymi kojarzy się patriotyzm.

Wolna Polska i zniewolona PRL

W przeszłości różnie bywało z polską polityką historyczną. Po okresie zaborów niepodległa Rzeczpospolita starała się eksponować tradycję walki o wolność, kult narodowych powstań, świeżą jeszcze pamięć o zasługach Legionów. Szczególne miejsce w najnowszej historii zajmowała wówczas wojna z bolszewicką Rosją, a zwłaszcza dramatyczna Bitwa Warszawska. Symbolem poświęcenia Polaków dla sprawy odbudowy własnego państwa stała się obrona Lwowa i bohaterstwo najmłodszych jej uczestników.
Nic dziwnego, że pokolenie wychowane w II Rzeczypospolitej nie pogodziło się z utratą niepodległości i walczyło o nią w 1939 roku i w następnych latach. Ale II wojna światowa zakończyła się katastrofą polskiego państwa i przez kolejne 10 lat trwała sowiecka okupacja, tylko maskowana pozorami samodzielności. Z polityką historyczną był wówczas kłopot, bo miejscowi kolaboranci nie mogli powoływać się na doświadczenia polskich komunistów, skoro Komunistyczna Partia Polski (KPP) została uznana za niemiecką agenturę. Gdy po śmierci Stalina karna kolonia przekształciła się w państwo satelickie, przystąpiono do tworzenia historycznych korzeni komunistycznej dyktatury. Przywoływano i Ludwika Waryńskiego, i Feliksa Dzierżyńskiego, dopisując do tej tradycji także Tadeusza Kościuszkę, Ignacego Daszyńskiego czy Macieja Rataja, chociaż z komunizmem nie mieli oni nic wspólnego. PRL-owska polityka historyczna pełna była dziwacznych zakrętów: za Władysława Gomułki zakazana była pamięć o Bolesławie Bierucie, za Edwarda Gierka przypomniano Bieruta, ale wymazano z historii Gomułkę, z kolei za Wojciecha Jaruzelskiego wykreślono dekadę Gierka.

Stronnictwo zdrady

Jednak Naród pamiętał. Większość nie uznała za swoich bohaterów Marcelego Nowotki, Wandy Wasilewskiej czy Hilarego Minca. Komunistom nie udało się narzucić aprobaty dla dokonań PPR czy "utrwalaczy" władzy ludowej. Nawet u tych, których historyczna wiedza ograniczyła się do lektury komunistycznych podręczników, gdzieś w zaułkach pamięci pozostały symbole ofiary i chwały: Katyń, Powstanie Warszawskie, Armia Krajowa. Tylko jedno powiodło się chirurgom historii: na pół wieku skutecznie zakłamali pamięć o powojennej partyzantce, o heroicznej Wyklętej Armii.
Antykomunistyczna opozycja lat 70., a potem "Solidarność", sięgnęły do historii, żeby przywrócić Polakom świadomość dumnej przeszłości. Już po upadku komuny wydawało się, że wreszcie będzie okazja do przezwyciężenia skutków propagandy kłamstwa. Ale szybko u boku komunistów, przemianowanych na demokratyczną lewicę, stanęło nowe stronnictwo zdrady, usadowione w różnych organizacjach i mediach, upatrujące w polskiej tradycji i historii zagrożenia dla swoich lewicowych sentymentów, a przede wszystkim dla łapczywego pragnienia władzy i majątków. Przez ponad 20 lat III Rzeczypospolitej to stronnictwo usiłuje nam wmówić, że Polski należy się wstydzić.

Spór o Polskę

W ostatnim 20-leciu bywały chwile, gdy Polska zwyciężała. Wystarczy przypomnieć zasługi prezydenta Lecha Kaczyńskiego: upowszechnienie pamięci o Powstaniu Warszawskim, przywrócenie uroczystej defilady z okazji Święta Wojska Polskiego i rocznicy Cudu nad Wisłą, uznanie dla rzeczywistych bohaterów "Solidarności", domaganie się rozliczenia zbrodni w Katyniu. Instytut Pamięci Narodowej - dzięki setkom naukowych publikacji, tysiącom wystaw, prelekcji i konkursów - przypomniał walkę Polaków przeciwko komunistycznej niewoli, a także pokazał przykłady prosowieckiej kolaboracji i narodowego zaprzaństwa.
Po stronie przeciwników pamięci łączono wszystkie siły, które stawiały sobie za cel zniszczenie naszego przekonania, że warto być Polakami. Zohydzano tradycję, wyśmiewano przywiązanie do narodowej kultury, przedstawiano wykoślawiony obraz historii. Rozmaite miernoty, z tytułami zdobytymi za wierną służbę PRL, rozmaici nieudacznicy, promowani za występy w chórze politycznej poprawności, różne medialne i naukowe beztalencia - wszyscy prześcigali się w obnażaniu polskich wad, wytykaniu polskiej ksenofobii, opluwaniu wszelkich wartości i zasad. W tym towarzystwie dawni agenci bezpieki i obecni agenci wschodnich służb cieszyli się szczególnym prestiżem.

Niemcy i Rosja

Tymczasem nasi sąsiedzi zdobyli się na energiczną i konsekwentną politykę historyczną. Niemcy, którzy przez całe powojenne dziesięciolecia przekonywali Europę, że poczuwają się do winy za kataklizm II wojny światowej i szczerze żałują za swoje grzechy, po zburzeniu muru berlińskiego w 1989 roku wyeksponowali w swojej historii zupełnie nowe wątki. Po pierwsze, ogłosili, że nie tylko niegdyś ulegli pladze totalitaryzmu, ale także z nim odważnie walczyli. W setkach publikacji przypomniano antyhitlerowskie spiski, z zamachem Clausa von Stauffenberga na czele, a także antykomunistyczne powstanie w 1953 roku oraz antyreżimowe manifestacje w Lipsku i innych miastach NRD w 1989 roku. Po drugie, Niemcy skutecznie wpoili młodemu pokoleniu przekonanie, że ich naród był nie tylko sprawcą, ale także ofiarą ostatniej wojny, ponieważ ich dziadkowie zostali "wypędzeni" ze swojej ojczyzny.
Taka koncepcja historii, upowszechniana w podręcznikach, w mediach, w kinie i w internecie, uwalnia młodych Niemców od kompleksu winy, pozwala z dumą odnosić się do narodowej tożsamości, z satysfakcją zauważać, że ich państwo znów stało się największą potęgą w Europie.
W tym samym czasie Rosja wycofała się z demokratycznych kaprysów z okresu rządów Borysa Jelcyna, przywróciła symbole sowieckiej potęgi i urządza wielkie fety z okazji zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, którego efektem było zniewolenie połowy Europy. Młodzi Rosjanie dowiadują się w szkole, że chociaż za Józefa Stalina i Leonida Breżniewa nie wszystkim żyło się dostatnio, to rekompensatą była świadomość, że cały świat bał się Związku Sowieckiego. Skoro dziś większość Rosjan żyje w biedzie, jakiej my nie znamy już od dziesięcioleci, to pocieszenia dla nich można szukać już tylko w historii minionego mocarstwa.

Zmora "Czterech pancernych"

A w Polsce? Czy młodzi Polacy wiedzą, z czego mogą i powinni być dumni? Najczęściej nie mają pojęcia o własnej historii, wypieranej ze szkół, ograniczanej do epizodów, których ocena wciąż przedstawiana jest jako niejednoznaczna. Nudzi ich literatura, bo nie nauczono ich czytania książek, a w testach maturalnych ważniejsza jest porcja sprytu niż wiedza, która w logiczną całość ułoży telewizyjne obrazki. Zresztą, czegoż można wymagać od kolejnych pokoleń od dzieciństwa ogłupianych historycznymi knotami w rodzaju "Czterech pancernych i psa" czy "Stawki większej niż życie"?
Wielki rozgłos nadaje się publikacjom, które w złym świetle, a często wręcz kłamliwie, przedstawiają losy Polaków w II wojnie światowej oraz po jej zakończeniu. Ostatnio można było nawet usłyszeć, i to od przedstawiciela rządu, że w czasie wojny sami Polacy stwarzali dla siebie większe zagrożenie niż niemieccy okupanci. Z kolei okres komunistycznej dyktatury prezentuje się młodzieży jako serię zabawnych skeczów, a życie w PRL jako "ubaw po pachy". Marginalna w Polsce kolaboracja z Niemcami jest wyolbrzymiana i hałaśliwie potępiana, ale równocześnie kolaboracja z Sowietami, a nawet współpraca ze służącą Sowietom zbrodniczą bezpieką, uznawana jest za epizod w życiorysie, który nie ma wpływu na dzisiejszą ocenę byłego funkcjonariusza czy konfidenta.
Przez ostatnie 20 lat ilu doczekaliśmy się filmów o Armii Krajowej, o cichociemnych, o akcji "Burza" na Kresach, o Powstaniu Warszawskim? Pierwszy film fabularny o żołnierzach wyklętych "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać" został zablokowany przez telewizyjnych decydentów i nie może trafić do masowej widowni. A te nieliczne, które zdołały powstać, jak "Generał Nil", "Czarny Czwartek" lub film o ks. Jerzym Popiełuszce, czy są odpowiednio rozpowszechniane w szkołach i promowane w telewizji?

Czas na zmiany

Polityka historyczna nie powinna służyć manipulacji czy wypaczaniu historii. Powinna upowszechniać wiedzę o tych wydarzeniach z przeszłości, które współczesnym pokoleniom mogą dostarczyć wzorów do naśladowania. Młody człowiek może z tych wzorów nie skorzystać, ale musi mieć szansę zapoznania się z nimi, bo inaczej zubożymy jego wychowanie. To historia oraz odwołująca się do historii literatura i sztuka pozwolą mu zrozumieć, co znaczy służba ojczyźnie i wierność słusznej sprawie, jaką cenę ma honor i kto zasługuje na uznanie potomnych.
W Polsce przez pół wieku fałszowano i zakłamywano historię. Przez ostatnie dwadzieścia lat ideowi spadkobiercy tamtej epoki usiłują nam narzucić historyczną niepamięć, której efektem ma być zażenowanie, że przyszło nam urodzić się "w tym kraju" i należeć do "tego Narodu". Na szczęście nie wszystkim zdołali zaszczepić myślową pustkę i moralny nihilizm. Teraz, gdy wahadło historii powoli odchyla się w drugą stronę, musimy być gotowi wykonać wielką pracę przywracania Polakom poczucia narodowej więzi i obywatelskiej godności.

Autor jest historykiem, posłem PiS, byłym dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

za: http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt (kn)

http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=128


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 19 wrz 2011, 06:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Obrzydliwe słowo „Pamięć”

Podobno to właśnie pamięć jest tym, co pozwala budować społeczeństwo. Bez pamięci nie ma możliwości wyciągania wniosków, rozpoznawania błędów i korzystania z dobrych rozwiązań. Ale nie tylko.

To pamięć pozwala nam typować właściwie ludzi zasługujących na zaufanie, na przyznawany im przez nas mandat władzy czy nawet tylko na zwyczajny szacunek. Tak samo ,to pamięć pozwala unikać kłamców, oszustów , zdrajców czy zbrodniarzy. Dzięki pamięci mamy możliwość dokonywania słusznych wyborów.

Jednak dla wielu, wielu pamięć to coś obrzydliwego. Gdyby nie ona, nie drażniono by ich spokoju przypominaniem o komunistycznych zbrodniach, o lewackiej przeszłości, o sprzedajności, braku charakteru czy wręcz banalnego skurw….
Kłopot w tym, że mimo tych wszystkich apeli , mimo haseł i mimo udawadnianiu konieczności zapomnienia pamięć istnieje. W ludziach, w książkach, w Internecie.

Jakżeż ich drażni przypominanie faktów. A jeszcze bardziej przypominanie o braku odpowiedzi na ciągle ważne pytania :

- kto brał udział w przesłuchaniach i rozstrzeliwaniach polskich oficerów – tłumacze, śledczy, członkowie NKWD z polskim rodowodem ? A byli tacy, byli…

- ile było w czasie wojny żydowskich i rosyjskich band z których potem „szło się” do UB i komitetów PPR – a przecież byli tacy, byli…

- a te żydowskie nazwiska, zmieniane tak powszechnie na czysto polskie , figurujące w spisach oprawców z UB, na podpisach pod wyrokami śmierci czy wieloletniego więzienia, te podpisy pod listami wywiezionych do Gułagów w 1944-45…

- ile było przypadków rabowania , denuncjacji a często i mordowania Polaków przez Żydów w czasach wkraczania Czerwonej Armii na polskie ziemie , a było tego setki jak nie tysiące przypadków ! I nazwisk, nazwisk i imion, często potem znanych z gazet…

- ile było powojennych przypadków szabru w majestacie prawa, grabieży majątków kułaków, czystego złodziejskiego bogacenia się w imię „sprawiedliwości ludowej”. Dziś te dobra odziedziczyli potomkowie, często nie wiedząc, że pochodzą ze zwykłej grabieży – ale przecież są życiorysy, nazwiska, miejsca i daty…

- ile było afer, korupcji, kombinacji za czasów „końcowego PRL”, z których do dziś nie są w stanie się wytłumaczyć tacy wielcy właściciele TVN, Polsatu, RMFFM, Zetki, banków, browarów czy gazet…a przecież to takie niemiłe pytania – jak ukradłeś pierwszy milion ?

- a ci piewcy komunizmu w Trybunie Ludu, Żołnierzu Wolności czy innych gadzinówek jak np. Passent ,przypominanie ich wypocin to dziś woda na młyn kontrrewolucji !!

- a te nazwiska SB-ków, UB-ków i ich potomków – jakież to niewygodne wypominać kim był tatuś Monisi O. czy innych Miecugowów…przecież to obrzydliwe !

Powiedzcie sami , bo przecież ta lista powyżej to tylko fragmenty – czyż nie jest obrzydliwa ta ludzka przypadłość pamiętania ?

Tylu ludziom ta pamięć przeszkadza, może to dlatego tak ciężko nam dziś przypomnieć sobie kto odpowiada za gry i gierki z Putinem, za upadek stoczni, za uległość przed Niemcami co do gazociągu, za długi budżetowe, za język nienawiści w mediach, za kłamstwa o aferach, za zgodę na chamstwo i brutalność wobec przeciwników, za fałsze w badaniu Smoleńska, za tysiące innych spraw i sprawek…

http://pms44.salon24.pl/344127,obrzydliwe-slowo-pamiec


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 30 paź 2011, 19:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Gangsterka niszczy dobro narodowe...

Gangsterka niszczy dobro narodowe. Okazuje się, że zabytki historyczne, które przetrwały zarówno I jak i II wojnę światową oraz komunę, nie mają żadnych szans w zderzeniu ze współczesnymi gangsterami budowlanymi, którzy budują apartamentowce. Czy to w Warszawie, czy innej Łodzi. Tak się też stało w ostatnim tygodniu, gdy nie udało się zatrzymać koparki niszczącej w bezwzględny i absolutnie bezprawny sposób ponad stuletnie koszary, w których stacjonowało jeszcze wojsko carskie, a trochę później również żołnierze marszałka Józefa Piłsudskiego.

Gangsterzy mają sposób. Rozwalają zabytki (również stare zabytkowe fabryki) dzień po złożeniu pisma do konserwatora zabytków z prośbą o wyrażenie zgody na rozbiórkę, po czym natychmiast do akcji wkraczają buldożery i koparki i rozwalają co się da. Nic to, że później konserwator nie wyrazi zgody na rozbiórkę. Mleko się rozlało, zabytku już nie ma, zostały same gruzy. Jest za późno, by coś bronić. Konserwator w świetle prawa może ukarać ,,inwestora” grzywną (od kilku do kilkudziesięciu tysięcy). Gang…inwestor płaci (stać go, wszak zarobi grube miliony) i stawia w idealnym dla swojego biznesu miejscu wart wiele milionów apartamentowiec. I tak to się kreci w różnych polskich miastach.

A co ciekawe, ostatnio gdańskie Muzeum II Wojny Światowej zwróciło się z apelem do społeczeństwa o przekazywanie najdrobniejszych nawet pamiątek z ostatniej wojny do muzeum, bo mają one ogromną wręcz wartość historyczną, a tu patrz: w tym samym czasie z premedytacją i po gangstersku niszczy się w Tuskowej Polsce ogromne i bezcenne wręcz zabytki. Czy to logika idioty? Nie! To logika gangstera i przestępcy. Tak wygląda Polska Donalda Tuska, gdzie rządzi bezprawie i brak sprawiedliwości.

Fragment Zapisków...leśnych felietonów politycznych - całość Warszawska Gazeta, Lubelska Gazeta, Śląska Gazeta - ostatnie numery...
PS Możesz zaprenumerować wymienione Gazety...warto! Należą do strefy w pełni WOLNEGO SŁOWA...

http://andrzejleja.salon24.pl/358794,ga ... o-narodowe


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 23 lis 2011, 17:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Brygada Świętokrzyska w PRL (1)

Brygada Świętokrzyska była jednostką wojskową szczególnie zajadle atakowaną przez cały okres PRL.

Powstanie w sierpniu 1944 roku Brygady Świętokrzyskiej było realizacją jednego z bardzo ważnych planów strategiczno-politycznych Narodowych Sił Zbrojnych – ewakuacji jak największej grupy członków na tereny zajęte przez zachodnich aliantów i pozostawienie w kraju jedynie zalążków dla drugiej konspiracji.

Dowódcą Brygady został mjr, potem płk. Antoni Szacki „Bohun”, przedwojenny zawodowy oficer, wzięty do niewoli niemieckiej we wrześniu 1939 roku. Po ucieczce członek Związku Jaszczurczego, a potem Narodowych Sił Zbrojnych.

Brygada licząca około 800-900 żołnierzy do końca 1944 roku operowała w rejonie Gór Świętokrzyskich. Zgodnie z ówczesnymi wytycznymi komendy NSZ Brygada starała się nie prowadzić walk zaczepnych z Niemcami. Uznano bowiem, iż w momencie bliskiej klęski Niemiec, nie było najmniejszego sensu pomagać drugiemu wrogowi Polski – Związkowi Sowieckiemu w walce z III Rzeszą.

Równocześnie jednostki Brygady zdecydowanie przeciwstawiały się oddziałom komunistycznej Armii Ludowej oraz jej sowieckim doradcom.

Styczniowa ofensywa Armii Czerwonej sprawiła, iż podjęto decyzję o natychmiastowym wycofaniu się Brygady przez Śląsk na zachód. Uzyskano od Niemców zgodę na przemieszczanie się brygady w niemieckiej strefie przyfrontowej. Jednocześnie dowództwo Brygady zdecydowanie odmawiało udziału w walkach z Sowietami u boku Niemców. Po przejściu Sudetów brygada znalazła się na terenie Czechosłowacji. Plan „Bohuna” przewidywał przedostanie się przez front zachodni i dołączenie do jednostek wojska polskiego walczących u boku zachodnich aliantów.

Na początku maja Brygada zdobyła obóz koncentracyjny dla kobiet w Holiszowie, uwalniając kilkaset więźniarek i biorąc do niewoli całą załogę obozu. Na początku sierpnia 1945 roku Brygada została przeniesiona do Bawarii, a jej żołnierze włączeni do kompanii wartowniczych.

Od początku PRL Brygada Świętokrzyska stała się dla komunistycznych propagandzistów synonimem „polskiego faszyzmu”, a o żołnierzach Brygady pisano z fanatyczną niemal nienawiścią.

„Naukowego” przedstawienia działalności Brygady podjął się w połowie lat 60. Bogdan Hillebrandt związany z partyzantami Moczara. Wedle komunistycznego „historyka” działalność Brygady „sprowadzała się w głównej mierze do pracy organizacyjno-szkoleniowej oraz szerzenia propagandy antypeperowskiej i antyradzieckiej” a żołnierze Brygady stali się „dla mieszkańców okolicznych wsi synonimem terroru w nie mniejszym stopniu, jak chociażby dla mieszkańców Warszawy – katownia gestapo w Al. Szucha. Stosowane bowiem przez eneszetowców metody pacyfikacji nie różniły się wiele od metod gestapowskich”.

Kadrę oficerską i podoficerską jednostki – zdaniem Hillebrandta – stanowili w większości zagorzali narodowcy związani z przedwojennym Obozem Narodowo-Radykalnym. Żołnierze wywodzili się ze wsi, byli synami bogaczy, którzy „poszli do brygady, gdyż widzieli w niej rzecznika broniących ich interesów klasowych”. Pozostali żołnierze zostali pozyskani dzięki propagandzie religijnej – „Ryngrafy z Matką Boską Częstochowską na piesiach, uroczyste msze polowe, hasła krucjaty przeciw komunizmowi w obronie wiary katolickiej silnie oddziaływały na wyobraźnię chłopską, tym bardziej że chodziło tu o chłopa urodzonego niedaleko Częstochowy i wychowanego w kulcie jasnogórskiego obrazu”. Hillebrandt przekonuje, iż specjalnie wyselekcjonowali „oficerowie polityczni” (sic!) przez cały czas pracowali nad „urobieniem” żołnierzy jednostki. Przez cały czas starano się także zaszczepić nienawiść do Armii Czerwonej oraz Armii Ludowej i PPR. „Trzeba przyznać, – twierdzi moczarowski historyk - że systematyczne urabianie żołnierzy dawało wyniki i wielu niedawno „niezaangażowanych” stało się po pewnym czasie zdeklarowanymi faszystami”.

Żołnierze Brygady podstępnie atakowali małe oddziały AL., tchórzliwie bojąc się walki z większymi komunistycznymi zgrupowaniami. Nie wahali się używać tortur wobec złapanych alowców, a mordy na członkach AL. i PPR miały rzekomo masowych charakter. W efekcie straty poniesione przez AL. z rąk „świętokrzyskich faszystów” w kieleckim znacznie przewyższyły poniesione w walkach z Niemcami. W ten sposób Hillebrandt niechcący przyznaje, iż AL. jedynie sporadycznie walczyła z Niemcami, koncentrując się na walkach z AK i NSZ. Zdaniem Hillebranda Brygada „była to organizacja faszystowska, antyludowa, dążąca do wprowadzenia w kraju dyktatury reakcji. Wszystkich jej członków obarczyć można odpowiedzialnością za próby realizowania wstecznego z punktu widzenia interesów ogólnospołecznych, programu społecznego”, a zarzut kolaboracji można „postawić wszystkim podwładnym płk. „Bohuna”.

Z kolei sam „Mietek” Moczar w „Barwach Walki” sugeruje, iż w Brygadzie znajdowali się także żołnierze niemieccy, a „koncentracja NSZ miała na celu wspólne z Niemcami uderzenie przeciwko nam”. W ramach tej współpracy żołnierze Brygady „wymordowali naszych rannych żołnierzy, leżących w polowym szpitalu w jednym z nadleśnictw”.
We wcześniejszym artykule opublikowanym w 1957 roku w „liberalnym” „Po prostu” Moczar nie przebierając w słowach otwarcie oskarżał twierdząc: „Taka była droga, którą poszły NSZ, droga rasistowskich eksterminacji i bezwzględnej walki z całą lewica społeczną. Droga ta miała doprowadzić je do faktycznej walki z okupantem. Końcowym jej etapem była „Brygada Świętokrzyska” i jawne już porozumienie z Niemcami”.

Tę oszukańczą tezę napisał bandyta, który jako dowódca II Obwodu Lubelskiego AL. w kwietniu 1944 roku wydał rozkaz nr 14/44, w którym polecał: „Przy likwidowaniu szpiclów Niemców lub zbirów reakcyjnych pamiętać o tym, aby to wykonywać z dala od wioski. Najlepiej w lesie, nie pozostawiając żadnych śladów”. Pretekstem do nasilenia akcji przeciwko polskiej konspiracji była śmierć jednego z komunistycznych dowódców – Władysława Skrzypka, mającego na sumieniu wiele zbrodni na Polakach i Żydach. W związku z tym wydarzeniem, Moczar wydał rozkaz nr 16, w którym pisał: „Za zbrodnie popełnione przez zbirów faszystowskich we wsi Potok Dow. Armii Ludowej winno wyciągnąć najsroższe konsekwencje do kary śmierci wszystkich winowajców tej zbrodni, pośrednich i bezpośrednich”. Rozkaz ten oznaczał de facto polecenie likwidowania każdej osoby związanej z polskim podziemiem niepodległościowym. W ramach operacji odwetowej cztery oddziały AL. Zamordowały w kwietniu 1944 roku kilkadziesiąt osób we wsiach: Potok i Dąbrówka, w maju zaś pod Owczarnią zamordowano 18 żołnierzy AK.

Natomiast wobec rychłej perspektywy zwycięstwa Armii Czerwonej, Moczar nawoływał do zadania „rodzimej reakcji ciosu ostatecznego”, a swemu podwładnemu Grzegorzowi Korczyńskiemu (mordercy wielu Żydów) życzył: „wyłap wszystkich s…faszystów”. W obliczu rozpoczęcia przez Sowietów ofensywy, 17 stycznia 1945 roku wydał rozkaz nr 5, w którym nakazywał swoim oddziałom nawiązanie ścisłej łączności z dowództwem Armii Czerwonej, a „zbrodniarzy i sprawców walki bratobójczej aresztować, a stawiających zbrojny opór strzelać, (…) a gdyby reakcja z pod znaku NSZ lub AK przedsiębrała pewne kroki o charakterze walk bratobójczych – interweniować zbrojnie wszystkimi siłami, jakimi rozporządzamy i zameldować o przedsięwziętych krokach lokalne dowództwo Armii Czerwonej”.


Cdn.

http://chris1991.salon24.pl/366212,bryg ... ka-w-prl-1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 23 lis 2011, 18:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Brygada Świętokrzyska w PRL (2)

Brygada Świętokrzyska znalazła się także w peerelowskiej literaturze popularnej.
W 1965 roku Henryk Kawka i Marian Strużyński wydali w popularnej serii „z tygrysem” książeczkę „Tropem jaszczurki”, w której opisali „zbrodniczą” działalność „faszystów” z Brygady. Autorzy nie zawahali się nawet cytować odpowiednio wybrane fragmenty, wydanych na emigracji, wspomnień żołnierza Brygady „Żbika”. Po zacytowaniu akapitu, w którym „Żbik” opisywał otoczenie oddziału AL. i uwolnienie z jego rąk 7 granatowych policjantów, którzy mieli zostać rozstrzelani, autorzy skomentowali to następująco: „Wyjątkowy doprawdy powód do satysfakcji! Otoczeni pogardą społeczeństwa granatowi policjanci, gorliwie wysługujący się okupantowi, znajdują opiekę wśród NSZ-owców. Ten drobny przykład mówi wiele”. Komunistyczni propagandziści zapomnieli, iż wielu granatowych policjantów współpracowało z AK oraz strukturami cywilnymi Polskiego Państwa Podziemnego.

W wyjątkowo cyniczny sposób autorzy opisuję sąd nad schwytanymi alowcami i partyzantami sowieckimi. Zza suto zastawionego stołu trzech oficerów Brygady, dobrze się przy tym bawiąc, niemalże taśmowo wydawało wyroki śmieci na „bohaterskich” alowcach i sowieckich partyzantach. „Pytamy o nazwisko i … wyrok śmierci. To wystarczy: nazwisko i wyrok śmierci”.

Żołnierze Brygady znęcali się rzekomo ”nieludzko” nad złapanymi żołnierzami komunistycznej partyzantki, po szybkim śledztwie rozstrzeliwali „pod płotem”, a „mieszkania aresztowanych zrabowali doszczętnie”. Działalność Brygady to jedno pasmo zbrodni: „Potem przeprowadzili na sposób niemiecki pacyfikację wsi Radków. Na drugi dzień otoczono wieś Budki, gdzie aresztowano Brzozę, którego po złamaniu rąk, rozstrzelano. We wsi Dąbie aresztowali około 400 osób. We wsi Chlewiska Wola aresztowano porucznika Stefana i jego brata. Znęcano się nad nimi. We wsi Chycza aresztowano Kamienia, którego zabito kijami”. Autorzy stawiają Brygadę na równi z aparatem represji hitlerowskiego okupanta, którego celem było sterroryzowanie polskiego społeczeństwa oraz wytępienie bohaterskich komunistów.

Kawka i Strużyński dużo miejsca poświęcili także opisowi grup b. żołnierzy Brygady przerzucanych wiosną 1945 roku do okupowanej przez Sowietów Polski. Odbywało się to oczywiście przy pomocy Niemców, którzy rzekomo nakazywali członkom tych grup podejmowanie ścisłej współpracy z oddziałami Wehrwolfu. Świętokrzyscy dywersanci mieli odbierać rozkazy od Niemców i działać na szkodę Armii Czerwonej (zgroza!) oraz Ludowego Wojska Polskiego. „Każdy wysadzony w powietrze pociąg – napisali autorzy – czy most to ulga dla frontu i wykrwawionych dywizji Wehrmachtu”. Po zakończeniu wojny „bandy” żołnierzy Brygady przeszły „na amerykański żołd” i nadal realizowały swą zbrodniczą działalność.

Autorzy barwnie opisali aresztowanie jednego z dowódców tych grup – „Sulimy”, który ukrywał się w kościele. „NSZ-owcy – oburzali się autorzy – postanowili wykorzystać do swych celów kościół. Nie przeszkadza im to, chociaż chętnie i przy każdej okazji stroją się w piórka „obrońców wiary”. Jednak szlachetny oficer UB zdecydowanie rozkazał: „Jeszcze raz kategorycznie zwracam uwagę, ze w kościele należy ograniczyć się wyłącznie do obserwacji . Zatrzymanie może nastąpić wyłącznie na ulicy. Jeżeli NSZ-owcy nie uszanowali świątyni, to nie dowód, abyśmy mieli również tak postępować. Trudno jednak dopuścić do tego, by miejsce otoczone kultem religijnym wykorzystywali oni swej bandyckiej roboty”. Czytając ten fragment nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.

Były wieloletni oficer UB, zasłużony w zwalczaniu „reakcyjnych band” Marian Reniak w swoich wspomnieniach wiele miejsca poświęcił opisowi zbrodni Brygady na partyzantach AL. „Rany Boskie! – opisuje pacyfikację jednej ze wsi – Niemcy! Mordują! Rozpaczliwe krzyki im krótkie serie z pistoletów maszynowych. Potworna noc. Pacyfikacja. W ciemności podeszli pod wieś. Otoczyli pierścieniem. Rewidowali dom po domu. Nie oszczędzali nikogo”. Opis ten niezwykle przypomina pacyfikacje wsi polskich dokonywane przez jednostki UB, w tym dowodzone przez Reniaka.

W styczniu 1945 roku „Bohun” na czele swojej Brygady – wedle Reniaka – tchórzliwie uciekł z Polski, gdyż „nad sztabem brygady zawisłą groźba nieuniknionej odpowiedzialności za pasmo popełnionych zbrodni. (…) Jak uniknąć spotkania z nadciągająca Armią Radziecką i Wojskiem Polskim? Paniczny strach. Liczył się teraz każdy dzień. Jedyny ratunek przed odpowiedzialnością to ucieczka. Wywiad NSZ w gorączkowym pośpiechu przystąpił do realizacji planu ewakuacji”.

Po ucieczce żołnierze Brygady nadal działali przeciwko władzy ludowej. „Na krakowskim rynku – rysuje Reniak sielankowy obraz powojennego Krakowa - życie tętniło jak przed wojną. Kwiaciarki za różnobarwnymi straganami zachwalały swój towar, młodzież odbywała codzienny spacer, a starzy bywalcy poszli na tradycyjnie „pół czarnej” pod arkady Sukiennic do kawiarni”. W cieniu zaś czaili się świętokrzyscy bandyci, by na rozkaz Niemców zniszczyć spokój i kontynuować wojnę z narodem. Na szczęście dzielni funkcjonariusze UB szybko rozprawili się z „faszystami” spod znaku jaszczurki.

W tym zestawie peerelowskich propagandzistów nie mogło zabraknąć Ryszarda Nazarewicza, który w książce „Nad górną Wartą i Pilicą” również zajął się dziejami Brygady Świętokrzyskiej. Wedle osławionego komunistycznego historyka żołnierze „Bohuna” w porozumieniu z radomskim Sipo zwalczali komunistów oraz Żydów. „Wyczyny te wzmogły – twierdzi Nazarewicz - oburzenie ludności na NSZ, tym bardziej, ze wiadomo tam było od dawna o współpracy NSZ-owców, a zwłaszcza „Żbika” z hitlerowskimi władzami policyjnymi. Zorganizowany przez BCh w Dzierzgowie wspólny pogrzeb zamordowanych BCh-owców i AL.-owców stał się patriotyczną manifestacją społeczeństwa i zarazem protestem przeciwko reakcyjnym bratobójcom”.

Po przeniesieniu się Brygady do powiatu radomskiego „Bohun” kontynuował pacyfikacje wsi związanych z komunistyczną partyzantką oraz urządzał zasadzki na małe grupy komunistycznych partyzantów. „Ujętych ludzi trzymano w piwnicach, bito, torturowano. Podoficera AL. Bolesława Leszczyńskiego z Zakrzówka pod Radomskiem zabrano z mieszkania wraz z kilkoma innymi żołnierzami AL. na miejsce postoju sztabu NSZ, gdzie przy pomocy tortur oficerowie NSZ usiłowali od niego wydostać dane o ludziach, lokalach i uzbrojeniu AL. Nad aresztowanymi znęcano się w bestialski sposób: bito ich gumami, m.in. w stopy i organa płciowe, łamano palce, wkładano pod pachy jaja gotowane w rosole. (…) NSZ-owcy rozstrzelali i zamęczyli na śmierć około 30 osób, spalili szereg domów, należących do ludzi o poglądach demokratycznych, obrabowali kilkudziesięciu chłopów”. I znów – pomijając osławione jaja gotowane w rosole - opis tortur niezwykle przypomina sposoby katowania żołnierzy AK i NSZ w ubeckich kazamatach.

Brygada Świętokrzyska zajmowała w literaturze PRL szczególne miejsce. Niezależnie od okresu historycznego o żołnierzach „Bihuna” pisano zawsze z wielką nienawiścią, przypisując im największe zbrodnie, ze zdradą ojczyzny i współpracą z Niemcami na czele. Brygada miała powstać tylko po to, aby zwalczać PPR i AL. Brygada zamordowała wielu komunistów, ale także „zwykłych” mieszkańców rejonów w których stacjonowała. Epitety w rodzaju „faszyści”, „zdrajcy”, „bratobójcy” były na porządku dziennym w każdej peerelowskiej publikacji. Sam „Bohun” przedstawiany był niemalże jako „wcielenie zła” – bezwzględny faszysta, złakniony bratniej krwi, dążący wszelkimi sposobami do zniszczenia ruchu komunistycznego w Polsce. Jednocześnie był – wedle peerelowskiej literatury - tchórzem, który walczył tylko gdy miał zdecydowaną przewagę.

Wybrana literatura:

K. Komorowski – Polityka i walka., Konspiracja zbrojna Ruchu Narodowego 1939-1945
L. Żebrowski - Narodowe Siły Zbrojne. Dokumenty, struktury, personalia
S. Zbigniew - Narodowe Siły Zbrojne
A. Bohun-Dąbrowski - Byłem dowódcą Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Pamiętnik dowódcy, świadectwa żołnierzy, dokumenty
B. Hillebrand – Brygada Świętokrzyska Narodowych Sił Zbrojnych
M. Moczar – Barwy walki
H. Kawka, M. Strużyński – Tropem jaszczurki
M. Reniak – Kryptonim „Wiesel”
R. Nazarewicz – Nad Górną Wartą i Pilicą. PPR, GL i AL. W okręgu piotrkowskim w walce z hitlerowskim okupantem (1942-1945)

http://chris1991.salon24.pl/366827,bryg ... ka-w-prl-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 24 lis 2011, 07:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Z jaszczurką na ramieniu i Polską w sercu

Z prof. Janem Żarynem, historykiem z UKSW, rozmawia Zenon Baranowski

Najnowsza Pańska książka wydana przez IPN "Taniec na linie, nad przepaścią. Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z Krajem w latach 1945-1955" prezentuje mało znaną grupę z obozu narodowego - Organizację Polską. Bardziej znane są jej polityczne i wojskowe nadbudówki: ONR i NSZ.
- ONR i NSZ to były tzw. organizacje zewnętrzne, które powstały w II Rzeczypospolitej, i w czasie II wojny światowej działalność ich była inicjowana przez ten sam ośrodek dyspozycyjny. Była nim organizacja wewnętrzna, czyli Organizacja Polska. Działacze tych zewnętrznych struktur byli jednocześnie głębiej zakonspirowani w tejże Organizacji Polskiej. W swojej książce próbuję prześledzić losy zarówno tych struktur zewnętrznych, jak i przede wszystkim losy członków OP, którzy znaleźli się na emigracji po 1945 roku. Była to zasadniczo polska elita intelektualna o przekonaniach chrześcijańsko-narodowych. Ludzie z doktoratami, profesorowie, jak np. Bolesław Sobociński, szef OP w kraju, etyk, po wojnie profesor uczelni katolickiej Notre Dame w USA.

Jakie to były nazwiska?
- Część z nich trafiła tam wraz z Brygadą Świętokrzyską, wychodząc z kraju w styczniu 1945 roku. To m.in. Władysław Jaxa-Marcinkowski. Inni z kolei równolegle przedzierali się na Zachód jak Jerzy Iłłakowicz. Część już tam była na miejscu od 1939 r., bądź 1940 r. jak w Anglii Mieczysław Harusewicz, Jan Jodewicz czy Wojciech Dłużewski. Jeszcze inni znaleźli się na emigracji już w okresie wojny i pozostali we Francji, jak państwo Dowborowie i bardzo ciekawa postać Andrzej Ruszkowski, ponadto Leonard Rudowski, Jan Nałęcz-Łączyński. Po wojnie dojechał tam m.in. dr Kazimierz Gluziński, główny ideolog ruchu i redaktor pism środowiska. To są postacie zupełnie nieznane polskiemu czytelnikowi i polskiej społeczności krajowej. A odgrywały bardzo ważną rolę dla kilkudziesięciu tysięcy Polaków związanych - także pośrednio - z Organizacją Polską.

Najbardziej znaną emanacją wojskową tego obozu była Brygada Świętokrzyska, w negatywnym świetle przedstawiana przez propagandę PRL-owską.
- Była to część Narodowych Sił Zbrojnych utworzona w okręgu kieleckim i liczyła momentami nawet 1200 osób. To była olbrzymia partyzancka jednostka bojowa, jedna z największych w skali II wojny światowej. Około 850 żołnierzy wraz z dowództwem wyszło z Polski w styczniu 1945 r., w momencie kiedy starły się fronty sowiecki i niemiecki. Dla Brygady Świętokrzyskiej taka sytuacja oznaczała wejście pod okupację sowiecką, która musiała się zakończyć dla niej rozwiązaniem, aresztowaniem i w najlepszym wypadku wywiezieniem przez NKWD całej jednostki na Wschód. A marzeniem OP było - w sytuacji starcia na ziemiach polskich w 1945 r. - by doszło do konfliktu między Anglosasami a Związkiem Sowieckim, co uratowałoby polską niepodległość, zagrożoną tym razem okupacją komunistyczną. Stąd decyzja, bardzo trudna, o wycofaniu się przez front niemiecki i niewątpliwie przy kontakcie z dowództwem frontu niemieckiego. Celem strategicznym tego przejścia było docelowo dotarcie do gen. Władysława Andersa.

Niemcy, idąc na rękę Brygadzie, mieli wobec niej własne plany?
- Tak, chcieli wcielić ją do Legionu Antybolszewickiego, który miał być kartą przetargową dla Niemców próbujących w tym czasie doprowadzić do separatystycznego pokoju z aliantami. Ale Brygada na to się nie godziła.

To byłoby zrównanie z kolaborującymi z nazistami jednostkami innych państw, które walczyły na froncie wschodnim przeciwko Sowietom - hiszpańskimi, rumuńskimi, fińskimi?
- Tak. Natomiast w ramach szukania modus vivendi z Niemcami na czas przechodzenia przez zaplecze frontu opanowane przez III Rzeszę zgodzono się na szkolenie kilku grup spadochroniarzy, które rzeczywiście z niemieckich samolotów zeskoczyły na zaplecze frontu niemiecko-sowieckiego. Ale - to ważne - z tajnym zadaniem otrzymanym od dowództwa Brygady, by dotrzeć jedynie do dowództwa NSZ, czyli do ówczesnego komendanta głównego, generała Zygmunta Boguckiego.

Ale czy to taktyczne porozumienie z Niemcami nie "zemściło się" na Brygadzie dużą nieufnością rządu emigracyjnego i aliantów?
- Nie do końca tak było. Brygada w pierwszych dniach maja 1945 r. uciekła ostatecznie Niemcom i na swojej drodze napotkała obóz koncentracyjny w Holiszowie (Czechy). Zaatakowała go i wyzwoliła około tysiąca kobiet polskich, żydowskich i francuskich, przeznaczonych do zamordowania przez Niemców. Ten wyczyn mocno podniósł morale żołnierzy. Wzięto do niewoli ok. 200 gestapowców. W Holiszowie dziś stoi pomnik-kamień ku czci żołnierzy Brygady. Kilka dni później emisariusze BŚ dotarli do rządu emigracyjnego, jak i do gen. Andersa. W tym czasie Brygadę przywitały, zupełnie zaskoczone, wojska amerykańskie gen. George´a Smitha Pattona. Brygada długo stanowiła pewnego rodzaju atrakcję. Przybywali do niej uwolnieni więźniowie obozów koncentracyjnych, bo była to największa jednostka polska kojarzona z opcją niepodległościową i marzeniami, by powstała suwerenna i niepodległa Polska.

Długo to jednak nie trwało.
- Po kilku tygodniach zaczęły się jednak ciężkie czasy dla Brygady, która zaczęła ciążyć Czechom. Ponadto ukazał się artykuł Jana Jakuba Lityńskiego-Litauera, który był najprawdopodobniej sowieckim agentem, ale jednocześnie działał na usługach brytyjskich, w którym przedstawił jednostkę jako formację faszyzującą i antysemicką. I to znamię kolaboranta niemieckiego zacznie od tej chwili towarzyszyć Brygadzie. W odróżnieniu od rządu emigracyjnego emisariusz Brygady został dobrze przyjęty przez gen. Andersa, który lepiej rozumiejąc rzeczywistość, w jakiej się znalazło dowództwo jednostki i Organizacja Polska, natychmiast nawiązał kontakt, tworząc sieć kurierską z Włoch przez Regensburg idącą do Polski, tzw. drogę Konrada. Szefami tej siatki łączności byli działacze OP, m.in. Stefan W. Kozłowski, słynny "Aleksander", a po 1955 r. bliski współpracownik paryskiej "Kultury". Z siatki tej będą korzystać emisariusze idący do kraju, m.in. Witold Pilecki, ale też ludzie z NSZ czy WiN.

Brygada przysłużyła się także aliantom.
- Dawni jej żołnierze zostali wartownikami chroniącymi magazyny i ważne punkty w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Poza tym Amerykanie z chęcią przyjmowali raporty wywiadowcze, które OP przesyłała im w ramach porozumienia, jakie - jak się wydaje - już w 1945 r. zostało zawarte między Jerzy Iłłakowiczem, jedną z głównych postaci OP, a amerykańskimi dowódcami wywiadu, m.in. z płk. Anthonym Biddle´em. To niewątpliwie utorowało drogę OP do tego, by utrzymać swoje wpływy w kompaniach wartowniczych, a następnie utworzyć w amerykańskiej strefie okupacyjnej kilka stowarzyszeń samopomocowych dla swoich żołnierzy.
W 1947 r. po decyzji o stopniowym rozwiązywaniu kampanii Iłłakowicz rozpoczął działania mające na celu przechodzenie żołnierzy Brygady i kompanii wartowniczych na teren Francji. Żołnierze-robotnicy podpisywali tam kontrakty w fabrykach i jednocześnie wchodzili do Stowarzyszenia "Ogniwo", kolejnej organizacji zewnętrznej OP. A Organizacja Polska prowadziła działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze na rzecz państwa francuskiego, próbując obnażać komunistyczne macki, które sięgały różnych organizacji polonijnych. W ten sposób chroniąc Francję przed penetracją wywiadu komunistycznego, liczono na wybuch III wojny.

Lata 50. przyniosły rozbicie ośrodka francuskiego, do czego walnie przyczyniła się agentura PRL.
- Wywiad komunistyczny próbował dotrzeć do OP i "Ogniwa" na różne sposoby. Zwerbowano nawet jednego z członków wyższego szczebla Organizacji Polskiej. Próbowano zabić pułkownika Antoniego Szackiego-Bohuna. Kilkakrotnie podejmowano działania zmierzające do jego ekstradycji, próbując udowodni, że był przestępcą wojennym kolaborującym z Niemcami. Ostatecznie skończyło się to fiaskiem, bo sąd francuski oddalił ten pozew. Ale to naruszyło nie tyle jedność, co poczucie sensu dalszego trwania na terenie Francji. Wojna światowa nie wybuchała, nie powstawało wojsko polskie, a "Ogniwo" podtrzymywało te nadzieje. Skończyło się to emigracją znaczącej części działaczy OP z Iłłakowiczem i Bohunem na czele do Stanów Zjednoczonych.

To oznaczało rozmycie środowiska?
- Nie. Ludzie ci rozsiani po całym świecie utrzymywali ze sobą ścisłe kontakty. W Stanach Zjednoczonych co prawda istniała nadal Organizacja Polska, ale nie posiadała już takich wpływów, jak w pierwszych latach po wojnie na kontynencie. Wtedy miała także ważne stanowiska m.in. w Zjednoczeniu Polskim Uchodźstwa Wojennego czy też w organizacjach katolickich, jak Pax Romana, "Veritas" we Francji i w Anglii itd. Zachęcam do lektury książki, w tym przypisów - biogramów moich bohaterów.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po29.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 07 mar 2012, 19:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Dni Żołnierzy Przeklętych

Obchody dni Żołnierzy Niezłomnych (nie lubię określenia „Żołnierze Wyklęci” , to jakiś masochizm i przyjęcie reguł gry komunistycznych morderców, którzy ich wyklinali i mordowali) były ciężkim ciosem i klęską dla Polrewkomu z Gazety Wyborczej, jak ich określam, na wzór ich praprzodków ideowych. Od lat ich linią ideową jest – zapomnieć, nie jątrzyć, nie podsycać endekokatolickich zmor, nie budzić polskich „demonów” ( nawiasem mówiąc, najgorszymi demonami sa oni sami). I jako wisienka na czubku tortu- Palikot już bez obcyndalania się mówiący, jakby uznał, że już sie nie trzeba kryć, że powinniśmy sie wyrzec polskości.

Jest, oczywiście wyjątek, jak sie znajdzie jakiś incydent, w których Polaków można oskarżyć o jakąś zbrodnię, o, to oczywiście o żadnym zapominaniu, przebaczaniu i niepodsycaniu nie ma mowy, przeciwnie, zgodnie z organizatorską rolą prasy, o której nauczał Lenin, Wyborcza urządza prawdziwe bachanalia rozgrzebywania i rozdrapywania. Bo sie jeszcze zabliźni błoną podłości i zapomnienia, a do tego wszak nie wolno dopuścić. Także świeczki niektóre wolno palić, a niektore należy niezwłocznie gasić, choćby i moczem i ładować do worków na śmieci, bo przecież czystość naszych ulic jest najwyższym priorytetem. Świeczki palimy, jak najbardziej, ale krasoarmiejcom, w wyznaczonych miejscach i wyznaczonym czasie, wyznaczonym przez Polrewkom, jak w 2010.

Ostatnio znaleziono przerażajacy przykład zbrodni, 6 Polaków w 1941 roku w Bzurach zamordowało, gwałcąc i tłukąc pałkami, 20 młodych żydowskich kobiet, „wypożyczając” je uprzednio z getta do prac w polu. Przykład straszny, potworny, mam nadzieję, że , jeśli mordercy jeszcze żyją, zostaną postawieni przed sądem, aż zdumiewa, że to sie do tej pory nie stało. Wszak ostatnio postawiono jednego ze zbrodniarzy, mającego na sumieniu śmierć wielu ludzi, dostał 2 lata w zawieszeniu, na wypadek, gdyby mu przyszło do głowy w ciągu najbliższych 5 lat kogoś zamordować, Kiszczak się nazywał, Człowiek Honoru, według Adama Michnika i Polrewkomu z Czerskiej. Obawiam sie, że owi mordercy, są dziś w wieku i stanie zdrowia utrudniajacym postawienie przed sadem, a pamiętamy przecież, jakie współczucie i jakie protesty budziło w środowisku Wyborczej ciąganie po sądach niedołężnych, chorych staruszkow, konkretnie, Jaruzelskiego i Kiszczaka. Z drugiej strony, wiek i stan zdrowia Demianiuka nie stanowiły jednak powodu do takich protestów, więc pewnie i teraz zobaczymy pryncypialne stanowisko.

Zakładam , że ta historia jest, oczywiście, prawdziwa, bo wiele takich historii po zbadaniu okazywało sie wyglądać nieco inaczej, a nawet bardzo inaczej, niż początkowo myślano, jak pogrom kielecki, czy Jedwabne.

Nie zamierzam nawoływać, żeby , skoro ONI chcą zapomnieć o naszych zamordowanych w nie mniej okrutny sposób, to my powinniśmy „zignorować” te nieszczęsne, zamordowane dziewczyny, nigdy w życiu! Morderca, to morderca, ofiara, to ofiara. Tylko bardzo proszę, żeby nikt w moim imieniu za tą zbrodnie nikogo nie przepraszał, ani nie namawiał „do pogodzenia się z tezą, że naród polski, to nie tylko ofiary, ale i zbrodniarze”. Podobnie, jak Marchwicki, wampir śląski ( choć też różnie mówią, jak to z tym było), ani 40 skurwysynów i degeneratów z Jedwabnego, ani 6 skurwysynów i degenaratów z Bzur to nie Naród Polski, to nie moi krewni, ani kumple, ani też nie funkcjonariusze państwa polskiego, które wtedy obejmowało gościnnie terytorium hotelu Rubens w Londynie, oraz pokłady kilku okrętów, miedzy innymi „Błyskawicy”, która obecnie stoi sobie przy Skwerku Kościuszki w Gdyni. Tam rozciągała sie odpowiedzialność Polski, każdy może obejrzeć i zmierzyć „Błyskawicę”, by przekonać sie, że to terytorium nie było duże, ani też nie słyszałem, by na pokładzie „Błyskawicy” dochodziło do pogromów. Ani ja, ani nikt z mojej rodziny, ani znajomych nawet nie przejeżdżał w życiu przez Jedwabne, ani przez Bzury, zatem ponownie bardzo uprzejmie proszę Pana Prezydenta, oby żył wiecznie, żeby , jak już tak koniecznie musi kogoś za coś przepraszać „w bulu i nadzieji”, to raczej za siebie, ewentualnie za rodzinę swej czcigodnej First Lady, de domo Dziadzia , bo tu, owszem, byłoby za co. Ode mnie zaś, od mojej rodziny i mojego Narodu uprzejmie się prosze od... no, tego, odczepić.

Byłem troche zdziwiony pewna niekonsekwencją Polrewkomu, skoro dla uczczenia obchodów rocznicy rozbrojenia Niemców i ogłoszenia niepodległości sprowadzono na gościnne wystepy bandziorów z Niemiec, by znowu na ulicach polskiej stolicy rozbrzmiewało wdzięcznie „Polnische Schweine” i by znowu za noszenie polskiej flagi Polacy dostawali po ryju , dokładnie tak, jak wtedy ( taka rekonstrukcja wydarzeń z 1918 roku, miły gest), tak teraz, w dniu upamietniającym żołnierzy podziemia powinni wezwac na pomoc mołojcow z Jedinoj Rosii, oraz weteranow z NKWD, jesli któryś może jeszcze biegać. Zapomnienienie, czy nieśmiałość? Być może frustracja towarzyszy z Czerskiej spowodowana jest smutnym faktem, że nikt juz nie chce uczcić ich idoli, ani Róży Luksemburg, ani Janka Krasickiego, ani Pawki Morozowa, ani Lwa Bronsteina- Trockiego, nie chce zaintonować „A kolor jeego jeest czerwooooony!”, poza Cezarym Michalskim, być może. Proponuję jednak dobre rozwiązanie. Zgodnie z hasłem, skądinad słusznym, Kuronia, „nie palmy komitetów, zakładajmy własne” zamiast sie wpieprzać w nasze święta, niech sobie zrobią własne- nawet mam dla nich nazwę-

Dni Żołnierzy Przeklętych -oddziałów KBW, Istrebitielnych Batalionów, Różańskiego i Kiszczaka, Światły i Jaruzelskiego. Niechże i Blumsztajn sie ładnie ubierze i zapali świeczkę, zamiast siedzieć smutno i pisać te swoje pompolickie bździny.

A my róbmy swoje. Ponawiam apel o wspieranie filmu o Roju. Na dokończenie filmu potrzeba ok. 1,5 mln zł. Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej wspiera akcję przyjmując darowizny na konto:

Bank PKO S.A.
Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej
ul. Grażyny 8/12
02-548 Warszawa
nr konta 18 1020 1156 0000 7502 0111 7084
w tytule przelewu wpisać: Akcja „Ratujmy Roja”

Szczegóły na stronie internetowej historiaroja.pl
oraz na portalu Facebook: film Historia Roja

Posłuchajmy jeszcze raz (żebyście nie myśleli, że raz posłuchaliście i chwatit ;-) ) pięknej piosenki Lecha Makowieckiego, puśćmy ją dalej i wklejajmy, gdzie się da, bo warto...



http://seawolf.salon24.pl/397429,dni-zo ... rzekletych


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 22 mar 2012, 08:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30918
Okupacja sowiecka w Polsce to zbrodnicze odnarodowianie Polski, poprzez dalszą likwidację Jej elit. To zacieranie śladów zbrodni i zacieranie pamięci o pomordowanych.

Na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu właśnie ruszył drugi etap prac ekshumacyjnych ofiar zbrodni stalinowskich. Mają one potrwać do końca czerwca

Krępowali ofiary drutem

- Wydobyliśmy kilka nowych szczątków i staramy się określić tożsamość tych ludzi - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" szef zespołu prof. Krzysztof Szwagrzyk z wrocławskiego IPN. Podczas ekshumacji natrafiono w jednej z trumien na drut kolczasty umiejscowiony w okolicach kolan ofiary. - Możemy podejrzewać, że nie jest to przypadek, być może ofiara była krępowana, przemawia za tym fakt, że drut znajdował się wewnątrz trumny, a nie na zewnątrz - mówi historyk IPN.
Zespół prowadzi prace na nowym polu nr 120 dół. - Mamy nadzieję, że wszystkie te działania zakończą się do maja, a maksymalnie do końca czerwca. Myślę, że nie powinno być żadnych przesunięć - stwierdza Szwagrzyk. - Na tym zakończymy działania ekshumacyjne, jeżeli chodzi o oba pola, co nie oznacza, że na cmentarzu Osobowickim nie będziemy prowadzić dalszych prac - zastrzega. - Istnieją bowiem na tym cmentarzu dwa inne dawne pola więzienne, nr 77 i 102, które od ponad 30 lat są przeznaczone do ponownych pochówków - wskazuje historyk. Dodaje, że częściowo zostały one przebadane dzięki wykorzystaniu wolnej przestrzeni między alejkami i grobami, gdzie udało się odnaleźć kilkadziesiąt osób.
Prace, które rozpoczęły się w tym tygodniu, stanowią kontynuację ekshumacji przeprowadzonych w ubiegłym roku.
- Działania na Osobowicach na polach 81A i 120 prowadziliśmy w okresie od października do grudnia 2011 roku. Był to pierwszy etap tych prac - informuje Szwagrzyk. - W czasie dotychczasowych prac udało się odnaleźć szczątki 237 więźniów, zmarłych i straconych w więzieniach wrocławskich - mówi. Ponadto zespół IPN odnalazł ponad 100 szczątków osób narodowości niemieckiej, głównie dzieci. Okazało się bowiem, że przed wojną chowano tutaj zmarłych. Była to dodatkowa trudność dla ekspertów.
- Powodowało to szereg komplikacji, ponieważ bardzo często groby więzienne z lat 40. i 50. znajdowały się obok, lub dokładnie w tym samym miejscu, co groby poniemieckie - przyznaje szef pionu edukacji wrocławskiego oddziału IPN.
Jak podkreśla Szwagrzyk, przeprowadzone ekshumacje dostarczyły materiału historycznego dotyczącego sposobu wykonywania egzekucji przez funkcjonariuszy UB.
- W więzieniu przy Kleczkowskiej w każdym przypadku egzekucji możemy mówić o metodzie katyńskiej albo jej modyfikacji - mówi historyk. - Przynajmniej od 1949 r. nie stosowano już wykonywania egzekucji przy pomocy plutonów egzekucyjnych, a oględziny wyraźnie wskazują, że była to metoda katyńska - podkreśla. W kilku przypadkach stwierdzono, że kat strzelał w oczy więźniów, ponieważ w oczodołach znaleziono ślady po pociskach. Znajdowano także ślady krępowania skazańców. - Udało się odnaleźć kilka miejsc pochówków skazanych straconych, których włożono do drewnianej skrzyni ze związanymi z tyłu rękoma i w takim ułożeniu te szczątki zostały odnalezione przez nas.
Podczas ekshumacji były pobierane materiały do badań genetycznych, które zostały zabezpieczone w Zakładzie Medycyny Sądowej we Wrocławiu. - Zleciliśmy natychmiast kilka takich badań, które miały potwierdzić tożsamość niektórych osób - powiedział historyk. Wówczas okazało się, że niektóre pochówki były źle oznaczone. - Rodziny rozstrzelanych w latach 40. i 50. ustawiły krzyże w innych miejscach. Takim najbardziej wymownym przykładem jest grób Czesława Plichty, żołnierza gen. Władysława Andersa, straconego w 1949 roku - mówi nam Szwagrzyk. - Dzisiaj już wiemy, że jego rodzina ustawiła krzyż i modliła się przy nim przez kilkadziesiąt lat w niewłaściwym miejscu - wskazuje. Faktyczne miejsce pochówku znajdowało się kilka metrów od grobu, a w tym miejscu została pochowana osoba narodowości niemieckiej.
Ekshumacjami żywo interesują się rodziny. - Mamy niezmiernie dużo takich sytuacji, kiedy rodziny dzwonią i pytają o przebieg działań ekshumacyjnych, o kolejne działania, jakie są podejmowane, także o wyniki tych badań, chcą zapoznać się z dokumentacją wytworzoną przy ekshumacji, niektórzy chcą uczestniczyć i uczestniczą przy samych ekshumacjach - mówi Szwagrzyk.
Członkowie rodzin ofiar uczestniczyły także w ponownych pochówkach, których odbyło się kilkanaście.
- Zawsze staramy się, żeby w tych uroczystościach brali udział nie tylko członkowie rodzin, ale także uczniowie szkół, przedstawiciele związków kombatanckich, poczty sztandarowe - dodaje.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /