Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 85 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 04 paź 2012, 07:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Kogo gdzie pochować?

Cmentarze wiele mówią o historii każdego narodu. Szczególnie ważne są na nich aleje zasłużonych oraz prestiżowe kwatery, w których chowa się osoby mające na zawsze pozostać we wdzięcznej pamięci zbiorowej.
O tym, ze często zdarza się jednak inaczej świadczy zamieszczony m.in. przez portal wPolityce list Jana Stanisławskiego z Warszawy. Oto jego pełna treść:

Szanowni Państwo!
Nikt o tym nie mówi, a tymczasem 23 lata po upadku komunizmu w naszym kraju nadal honorowane są najczarniejsze postaci epoki PRL, czołowi przedstawiciele betonu i zwolennicy sowieckiej interwencji w Polsce w latach 1980-1981.
Na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, kilka metrów od tzw. kwatery smolenskiej (K), w kwaterze FII pochowany został w grudniu 2010 roku gen. broni Włodzimierz Sawczuk - jedna z najstraszniejszych postaci tzw. aparatu politycznego LWP, szef Głównego Zarządu Politycznego WP w latach 1972-1980, odpowiedzialny osobiście za uciszanie wszelkich objawów wspominania zbrodni katyńskiej, zwolennik interwencji zbrojnej ZSRR w Polsce w latach 1980-1981, o czym pisali historycy wszystkich opcji. Sawczuk był niezwykle brutalnym przełożonym, co doprowadziło do kilku tragedii osobistych oficerów - był znienawidzony nawet w aparacie politycznym. Pisał o tym m. in. w swych wspomnieniach Mieczysław Rakowski. Sawczuk był zastępcą dowódcy ds. politycznych Armii polskiej, która interweniowała w Czechosłowacji w 1968 roku.
Jak jest to możliwe, że tak straszna postać jest chowana w tak reprezentacyjnej części cmentarza, 20 lat po zmianach ustrojowych, podczas gdy inni oficerowie nie mogą nawet marzyć o pochówku na Powązkach, a dawni żołnierze WIN, AK są chowani pod płotem, w kwaterach D18, D22? Czy jakaś instytucja nie powinna zwrócić uwagi, by w przyszłości nie następowały tego typu fakty, by takie postaci nie były chowane w takich miejscach? Przypuszczam, że nie wynika to ze złej woli - po prostu nikt nawet nie wie, kim był Włodzimierz Sawczuk – ot, jakiś emerytowany trzygwiazdkowy generał.
W tej samej kwaterze FII w maju 2007 r. pochowany został gen. broni Eugeniusz Molczyk - główny człowiek Moskwy w kierownictwie MON w latach 1972-1986, forsowany przez ZSRR na dowódcę polskich Sił Zbrojnych, twardogłowy, szykowany przez Moskwę na dowódcę WP w razie interwencji, a w lipcu 2008 r. gen. dyw. Jan Czapla - również były szef Głównego Zarządu Politycznego WP, główny organizator propagandy wojskowej w okresie interwencji zbrojnej w Czechosłowacji w 1968 r. i czystek antysemickich, zastępca dowódcy ds. politycznych KBW, które pacyfikowało podziemie niepodległościowe!!!
Oznacza to, że w przyszłości nadal następować będą takie pochówki. Czy jest to moralne, że takie postaci spoczywają w lepszej części cmentarza, a ludzie poniewierani na Wólce Węglowej albo w najmniej eksponowanych częściach Powązek, pod ogrodzeniem? Kwatera Polski Walczącej znajduje się tuż pod płotem, a Sawczuk jest chowany kilka metrów od kwatery smoleńskiej, gdzie przez najbliższe dziesiątki lat gromadzić się będą setki tysięcy Polaków!!! Chyba nie tak powinno wyglądać kształtowanie pamięci narodowej...
Proszę o jakąkolwiek reakcje w tej sprawie!!!
Na zakończenie krótki cytat:
„Kiedy w 1977 r. Katyniem zainteresowała się kadra garnizonu Gdańsk, szef GZP LWP, gen. Włodzimierz Sawczuk wysłał tam inspekcję, a potem przykładnie ukarał dowódców i politycznych za brak czujności i reagowania. To poskutkowało. Nikt już o Katyniu nie wspominał.”
Myślę, że warto o tym mówić w kontekście prowadzonych niedawno prac ekshumacyjnych w tzw. Kwaterze na Łączce, gdzie chowane były ofiary terroru stalinowskiego. Mam nadzieję, że nikomu z osób decyzyjnych nie przyjdzie do głowy chowanie osób związanych z władzami PRL w Alei Zasłużonych w części „G” (tam gdzie spoczywa m. in. Jerzy Kulej) gdyż ta właśnie aleja prowadzi prosto do kwatery na Łączce.
PS. Wszystkie instytucje, do których pisałem w tej sprawie, odpowiadają, że nie mogą nic zrobić...


W pełni popieram poglądy autora powyższego listu. Pragnę przypomnieć, że w połowie lat 90. ubiegłego wieku Liga Republikańska oraz Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie bezskutecznie apelowały do najwyższych władz III RP o to, aby usunąć z alei zasłużonych warszawskich Powązek Wojskowych groby komunistycznych zdrajców narodu i w ten sposób przywrócić jej należną rangę, czyniąc ją z powrotem miejscem wiecznego spoczynku wyłącznie tych osób, które poświęciły swoje życie wolnej Polsce.

http://bukojer.salon24.pl/452413,kogo-gdzie-pochowac


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 09 paź 2012, 06:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Siepacze KBW na cokole

Relikt głębokiej komuny - pomnik żołnierzy zsowietyzowanego KBW, którzy zginęli w starciu z oddziałami mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", straszy do dziś w Lipowej Tucholskiej. Gmina umieściła go w ewidencji miejsc pamięci narodowej.

"W tym miejscu dnia 20 lipca 1946 r. zginęli bohaterską śmiercią walcząc z reakcyjnym podziemiem o utrwalanie władzy ludowej żołnierze KBW" - taka inskrypcja znajduje się na monumencie w Lipowej Tucholskiej, poświęconym dwóm funkcjonariuszom Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którzy zginęli w potyczce z oddziałami mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

Historycy zwracają uwagę na szczególny niepodległościowy kontekst tego starcia.

- Zdarzenie, do jakiego doszło 20 lipca 1946 r. w okolicach stacji kolejowej Lipowa, związane było z działalnością V Brygady Wileńskiej AK odtworzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę" w kwietniu 1946 r. w Borach Tucholskich. Historia jest związana z postacią łączniczki Danuty Siedzikówny "Inki", która trzy dni wcześniej wyruszyła do Gdańska nawiązać kontakt z dowództwem eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK. Tam też w jednym z "kotłów" założonych przez resort bezpieczeństwa została aresztowana - opowiada Tomasz Łabuszewski, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie.

20 lipca 1946 r. na stacji kolejowej Lipowa umówiony był powrót "Inki".

- Stąd też 5. szwadron V Brygady Wileńskiej od wczesnych godzin rannych oczekiwał tam na przyjazd pociągu z Trójmiasta. Termin ten był znany resortowi bezpieczeństwa. Nie wiedziano tylko, na jakiej stacji ma nastąpić ów kontakt. W związku z tym siły resortu bezpieczeństwa zostały rozdzielone, obstawiono wszystkie stacje, które na tym terenie wówczas się znajdowały. To spowodowało, że grupa, która spenetrowała rejon stacji Lipowa, liczyła tylko 11 żołnierzy 2. samodzielnego batalionu operacyjnego KBW. Dowodził nimi chorąży Tomasz Sątkiewicz, dowódca KBW całego powiatu tucholskiego. Podczas rozpoznania popełnił kardynalny błąd. Kiedy jego zwiad odkrył w lesie przylegającym bezpośrednio do stacji małą grupę umundurowanych żołnierzy, uznał, że na spotkanie z łącznikiem z Trójmiasta wyszedł kilkuosobowy patrol. Dlatego chorąży zdecydował się na atak - wyjaśnia Łabuszewski.

Okazało się jednak, że w dalszych połaciach lasu stacjonuje pozostała część 5. szwadronu. W sumie było to 16 żołnierzy. To powodowało, że Sątkiewicz był z góry skazany na porażkę, ponieważ jego oddział liczył tylko 11 osób. Doszło do starcia, w wyniku którego jego podgrupa operacyjna została rozbita.

W walce zostało rannych dwóch kluczowych dla 5. szwadronu żołnierzy: sam dowódca sierżant Olgierd Christa ps. "Leszek" - postrzelony w płuco, i dowódca 1. drużyny Henryk Urbanowicz "Zabawa". Charakterystyczne dla tego starcia było to, że po raz pierwszy w działalności V Brygady doszło do dobicia rannych żołnierzy wrogiej formacji.

- Chodzi o chor. Sątkiewicza i kaprala Józefa Niemirę. Istnieje informacja, że ten ostatni już jako ranny zdołał strzelić do zbliżających się żołnierzy wileńskich. Spowodowało to prawdopodobnie taką, a nie inną reakcję, ponieważ wcześniej podobne sytuacje się nie zdarzały. Dwóch innych żołnierzy KBW wziętych wówczas do niewoli, zostało rozmundurowanych i puszczonych wolno - dodaje.

Ich miejsce jest na cmentarzu
Historycy IPN zwracają uwagę, że upamiętnienia funkcjonariuszy komunistycznego aparatu represji powinny być usuwane. Łabuszewski zastrzega, że nie zna treści pomnika w Lipowej Tucholskiej upamiętniającego zabitych żołnierzy KBW.

- Powiem otwarcie, że ich miejsce jest na cmentarzu. Natomiast to, że byli żołnierzami KBW, sytuuje ich w gronie formacji, które nie zostały - a powinny być - uznane za organizacje o charakterze przestępczym. Mieszczą się one w definicji organów bezpieczeństwa publicznego zawartej w ustawie o IPN. Zajmowały się one przede wszystkim represjonowaniem obywateli polskich i to samo w sobie jest już wystarczającym powodem, by takie upamiętnienie zostało usunięte - zaznacza.

Jak wskazuje dr Wojciech Muszyński, historyk IPN, KBW był politycznym wojskiem, organizowanym przez komunistów i wzorowanym na NKWD.

- W skład tej formacji wchodzili wyłącznie ludzie przeznaczeni do działań wymierzonych w polskie podziemie niepodległościowe. KBW miał stanowić także siłę, której zadaniem było odstraszanie społeczeństwa przed podejmowaniem protestów. Przyjmowano tam specjalnie dobranych ludzi, nie ze zwykłego poboru. To miały być osoby już sprawdzone, gotowe wykonać każdy rozkaz partii - zauważa Muszyński. Historyk nie ma wątpliwości, że monument powinien zostać zlikwidowany.

- To nie było wojsko polskie. KBW używał polskich mundurów, wzorowanych na kroju przedwojennym. Mieli stójkowe kołnierze, niebieskie naszywki z białym szlaczkiem, jak nasza piechota przed II wojną światową. Służyło to maskowaniu faktu, że była to formacja, która działała wyłącznie w interesie Moskwy - dodaje.

Hanna Kwiatkowska z Urzędu Gminy Śliwice nie jest w stanie stwierdzić, czy pomnik w Lipowej Tucholskiej jest mogiłą. Wskazuje, że gmina już rok temu zwróciła się w tej sprawie do Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy.

- Na tablicy jest następujący napis: "W tym miejscu dnia 20 lipca1946 r. zginęli bohaterską śmiercią walcząc z reakcyjnym podziemiem o utrwalanie władzy ludowej żołnierze KBW". Ta sprawa jest obecnie na szczeblu Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Czekamy na stanowisko wyższych instancji, ponieważ do tej pory ten pomnik jest w gminnej ewidencji miejsc pamięci narodowej - twierdzi Kwiatkowska.

- Jeżeli mamy wreszcie możliwość pozbycia się tego pomnika Braterstwa Broni z żołnierzami sowieckimi, tzw. Czterech śpiących na Pradze, a władze Warszawy nie chcą tego zrobić, to nic już mnie nie zdziwi - mówi poseł Zbigniew Girzyński (PiS).

Na szybszą likwidację komunistycznych monumentów może wpłynąć przyjęcie poselskiego projektu ustawy o usunięciu symboli komunizmu z życia publicznego.

- Samorządy byłyby zobligowane, żeby przyjrzeć się takim sprawom, a w razie wątpliwości skonsultować rzecz z IPN. Projekt został skierowany przez marszałek Sejmu Ewę Kopacz do właściwych komisji sejmowych, m.in. Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej. Nie wiadomo, kiedy rozpocznie się ich procedowanie. Jako reprezentant wnioskodawców - posłów PiS, nie doczekałem się informacji, żebym się stawił na posiedzenie komisji w związku z pierwszym czytaniem - konkluduje Girzyński.

Jacek Dytkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... okole.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 09 paź 2012, 09:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Teczki KGB pod ochroną

Najpoważniejszą blokadą dla naukowców w dostępie do tajnych teczek są przepisy o ochronie danych osobowych.

Temat sposobu i zakresu udostępniania akt komunistycznych służb specjalnych zdominował drugi dzień międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych i IPN. Okazuje się, że najpoważniejszą blokadą dla naukowców w dostępie do tajnych teczek są przepisy o ochronie danych osobowych. - Trzeba wyznaczyć granicę pomiędzy prawem jednostki a prawem społeczeństwa do informacji o swojej przeszłości - stwierdziła szefowa Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Swietłana Laskowskaja.

Zasady gromadzenia i udostępniania dokumentów z archiwów służb specjalnych są różne w różnych państwach postkomunistycznych. Na sesji zaprezentowano szczegółowo rozwiązania polskie, łotewskie i ukraińskie. W przypadku dwóch ostatnich krajów chodzi o dokumenty KGB, które ustawodawstwo Łotwy i Ukrainy postrzega jako dokumenty wrogiego reżimu, w przypadku Łotwy - okupacyjnego.

O zasobach instytucji łotewskich mówił główny archiwista Wydziału Opracowywania Zbiorów Archiwów Państwowych Łotwy. Dokładnie nie wiadomo, ile tomów akt KGB znajdowało się na Łotwie przed odzyskaniem niepodległości. Wiele z nich zostało w latach 1989-1991 zniszczonych, inne wywieziono potajemnie do Rosji. Akta przechowuje co najmniej pięć instytucji. Poza archiwum państwowym są to: prokuratura, policja, MSW oraz łotewski odpowiednik polskiego IPN, czyli Centrum Dokumentacji Następstw Totalitaryzmu.

Prawo łotewskie nakazuje upublicznienie wszystkich zasobów archiwalnych. Szczególne znaczenie prawne mają dokumenty poświadczające deportacje Łotyszy w głąb ZSRS oraz akta zbrodniarzy komunistycznych, które są podstawą ścigania ich przestępstw. Na szczęście wiele z nich udało się przejąć.

Sporna definicja historyka
Prawo o dostępie do archiwów KGB zmieniało się. Najpierw określono, że dostęp do dokumentów mają osoby w nich wymienione oraz instytucje odpowiedzialne za lustrację urzędników państwowych. Stają się one zupełnie jawne, gdy minie 20 lat od ich wytworzenia lub 5 lat od śmierci osób wymienionych. Jednak podczas akcesji Łotwy do Unii Europejskiej pojawił się problem zgodności tych przepisów z unijnymi zasadami ochrony danych osobowych.

Akta zawierają tzw. dane wrażliwe, m.in. informacje o pochodzeniu, poglądach politycznych lub religii. Wprowadzono poprawki mające na celu ominięcie tych problemów, utworzono Państwowy Zasób Archiwalny, gromadzący i chroniący teczki KGB. To z kolei utrudniło badania naukowe. Nowe zasady mówią o ograniczeniu dostępu przez 30 lat od śmierci osoby, której "wrażliwe" dane są przechowywane w archiwum.

Wcześniej można je udostępnić, o ile nie powoduje to "istotnej ingerencji w życie prywatne wymienionych osób". Niejasność tego terminu powoduje, że urzędnicy stają przed szeregiem dylematów, w których z jednej strony idzie o interes nauki i narodowej pamięci, a z drugiej o odpowiedzialność karną za naruszenie ustawy.

Problemem jest też definicja naukowca historyka w nowej ustawie. Za takiego uważa się osobę posiadającą stopień naukowy doktora w dziedzinie nauk historycznych. Uniemożliwia to dostęp na przykład doktorantom, przez co ci nie mogą przygotowywać swoich prac w oparciu o archiwa KGB, a więc nie powstaje grupa historyków wyspecjalizowanych w badaniach nad historią represji komunistycznych. Parlament łotewski pracuje nad kolejnymi zmianami odpowiednich ustaw.

Uczestnicy konferencji wysłuchali trzech referatów na temat zasobów archiwalnych dokumentujących najnowszą historię Ukrainy: Igora Gnyryka z Archiwum Państwowego w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie), Swietłany Własenko z Centralnego Państwowego Archiwum Instytucji Społecznych i Swietłany Laskowskiej z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.

Na Ukrainie ustawodawstwo chroniące "prawo do prywatności" w ogóle uniemożliwia badania naukowe akt zakwalifikowanych jako sprawy karne z okresu sowieckiego po 1945 r., poza indywidualnie rozpatrywanymi przypadkami. Do akt spraw karnych mają dostęp tylko oficjalnie zrehabilitowane ofiary represji lub ich najbliżsi. Natomiast jawne są akta niemające charakteru karnego.

Jedynie około jednej setnej dokumentów z sowieckimi klauzulami tajności współczesna Ukraina uznała za ważne dla bezpieczeństwa państwa i naniosła własne klauzule. Poza tymi przypadkami zgodnie z prawem ukraińskim wszelkie sowieckie kwalifikacje dokumentów jako poufne, tajne itp. nie mają mocy.

Bolączką ukraińskich archiwistów i historyków jest brak jednego miejsca przechowywania akt KGB albo chociaż ograniczonej liczby centralnych instytucji. Dokumenty są rozproszone po rozmaitych państwowych archiwach obwodowych, a nawet rejonowych i archiwach Służby Bezpieczeństwa. Dopiero niedawno podjęto prace nad integracją zasobów. Problemem są znacznie mniej dokładne regulacje prawne niż na przykład w Polsce, przez co wiele zależy od samych archiwistów. Z drugiej strony grożą im cały czas procesy ze strony byłych funkcjonariuszy lub współpracowników KGB.

Mimo tych kłopotów powstaje państwowy bank danych o ofiarach represji. System komputerowy "Ukraińska martyrologia" katalogujący dane archiwalne o zbrodniach komunistycznych obejmuje materiały z archiwów państwowych i Służby Bezpieczeństwa i stale się powiększa. W bazie jest już prawie pół miliona rekordów osób. Od 15 lat trwa także proces odtajniania rozmaitych dokumentów. Ukazują się pierwsze opracowania naukowe oraz zbiory źródeł oparte na zasobach archiwalnych specsłużb sowieckiej Ukrainy.

Ciekawy jest przykład Iwano-Frankowska, którego archiwum ma unikalne zbiory, gdyż gromadzi dokumenty wytworzone przez organy wielu państw: I i II Rzeczypospolitej, Austro-Węgier, Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917-1921) oraz Ukraińskiej SSR, posiada też spuściznę archiwalną niemieckich władz okupacyjnych oraz różnych formacji zbrojnych, m.in. UPA. Wyróżniają się wśród nich materiały dokumentujące represje komunistyczne zaraz po wojnie.

Były one wymierzone w cztery grupy osób: funkcjonariuszy państwa polskiego sprzed wybuchu wojny (ponad połowa z nich to Polacy), osoby podejrzane o zbrodnie hitlerowskie (np. udział w holokauście), działaczy ukraińskiego podziemia (co ciekawe, jako aktywistów organizacji nacjonalistów ukraińskich represjonowano także wielu Polaków i Rosjan), wreszcie osoby pochodzenia niemieckiego (volksdeutschów). Protokoły pokazują, że przesłuchania trwały po 8-10 godzin (często całą noc), a zawierają zaledwie kilka stron pytań i odpowiedzi. Fotografie wykonywane po aresztowaniu oraz w trakcie uwięzienia obrazują straszliwe wyniszczenie zatrzymanych wskutek brutalnych pobić i warunków w areszcie.

10 kilometrów kartotek
Działalność polskiego Instytutu Pamięci Narodowej przedstawili jego prezes dr Łukasz Kamiński oraz dr Rafał Leśkiewicz. Archiwum IPN to 840 tys. mikrofilmów, mikrofisz itp., 1900 filmów, 1100 nagrań dźwiękowych, 39 mln fotografii oraz ponad 10 kilometrów kartotek. W Polsce zasady udostępniania tych dokumentów wielokrotnie się zmieniały. Specyfiką naszego ustawodawstwa jest wprowadzenie kategorii prawnej osoby pokrzywdzonej. Tylko one miały w pewnym okresie dostęp do dokumentów.

Dwa razy zasady dostępu zmieniały wyroki Trybunału Konstytucyjnego. Był też okres tzw. anonimizacji danych w aktach, czyli zaczernienia wszystkich występujących w nich danych osobowych. W Polsce był również okres poważnego reglamentowania dostępu archiwów dla badaczy. Dziennikarze także przez pewien czas nie byli uwzględnieni w odpowiedniej ustawie. Polskie prawo dotyczące lustracji (w tym oświadczeń lustracyjnych) zmieniane było wiele razy.

Obecnie trwa digitalizacja zasobów, co ułatwi dostęp do archiwów także dla badaczy zagranicznych. Już 35 milionów rekordów danych katalogowych jest w systemie dostępnym w czytelniach IPN oraz w internecie. Pion archiwalny IPN działa na potrzeby pozostałych pionów: prokuratorskiego, lustracyjnego i edukacji publicznej, oraz innych instytucji (ROPWiM, UKiOR). Ostatnio szczególny nacisk kładzie się na poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar reżimu, w tym ważnych bohaterów narodowych, takich jak gen. Emil Fieldorf "Nil" czy rtm. Witold Pilecki.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... hrona.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 17 sty 2013, 07:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Śmieci na powstańczych mogiłach

Radni z Platformy Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zagłosowali przeciwko godnemu upamiętnieniu Reduty Ordona, szańca z czasów Powstania Listopadowego.

Nadzwyczajną sesję warszawskiej Rady Dzielnicy Ochota w sprawie Reduty Ordona na ul. Na Bateryjce zwołano na wniosek radnych klubu PiS.

Stowarzyszenie Reduta Ordona, które walczy od kilku lat o właściwe upamiętnienie powstańczego szańca, varsavianiści i archeolodzy zwracali uwagę na jego unikatowy charakter. I to nie tylko w skali Warszawy, ale też całej Polski. Podkreślali konieczność jego uporządkowania, objęcia ochroną, a po przeprowadzeniu pełnych prac archeologicznych właściwego zagospodarowania w celu edukacji historycznej.

Projekt referował Andrzej Jegliński (PiS). Radni chcieli, by zarząd dzielnicy niezwłocznie wznowił badania archeologiczne, które precyzyjnie zlokalizują miejsca, gdzie znajdują się szczątki żołnierzy, którzy zginęli 6 września 1831 r. podczas walk na fortyfikacji zwanej Dziełem nr 54 (Reduta Ordona). Miejsce to mogłoby zostać później wpisane do rejestru zabytków, a cały teren fortyfikacji uznany za cmentarz wojenny i pole bitwy.

„W 1831 r. podczas Powstania Listopadowego, 6 września w miejscu, w którym obecnie jest ul. Na Bateryjce (co kiedyś znaczyło ’na wzniesieniu’, ’w najwyższym punkcie’) znajdowała się – pewnie właśnie dlatego – fortyfikacja pn. Dzieło nr 54, nazwana później, co znalazło swoje odzwierciedlenie w poemacie Adama Mickiewicza – Redutą Ordona. Redutą dowodził młodziutki ppor. Juliusz (niektóre źródła podają – Julian) Ordon. Jego załogę stanowiło niespełna trzystu żołnierzy i 6 armat. Naprzeciw stanęło prawie dwa tysiące Rosjan i ponad 60 armat” – napisali radni.

Wysadzenie Reduty zatrzymało marsz armii feldmarszałka Iwana Paskiewicza na Warszawę. Zginęła wtedy ponad połowa obrońców Reduty i znaczna liczba Rosjan. Nie wszystkie szczątki poległych jednak wtedy stamtąd wywieziono. Wiele ciał zostało na pobojowisku, nieliczne udało się też po bitwie naprędce pochować. Ponieważ potężny wybuch rozrzucił ludzkie szczątki na znacznej powierzchni, teren walk jest wielkim cmentarzyskiem wojennym. Do chwili obecnej owo miejsce krwawej rozprawy rosyjskiego agresora z garstką obrońców Warszawy nie zostało godnie upamiętnione. Reduta zarasta chwastami, krzakami i służy jako dzikie wysypisko śmieci – tłumaczą radni.

Radnym PO i SLD nie przeszkadza
Śmieci na Reducie Ordona nie wadzą jednak radnym PO i SLD. A ponieważ w radzie dzielnicy mają większość, przegłosowali opozycję, proponując własne poprawki, wypaczające sens całego projektu. Do planu zagospodarowania przestrzennego dla Szczęśliwic Północnych wprowadzili korekty umożliwiające zbudowanie na działkach, których właścicielem jest miasto (między ul. Na Bateryjce a Al. Jerozolimskimi – obszarze Reduty Ordona oraz przylegającym) placu miejskiego, „jako przestrzeni publicznej ściśle dedykowanej Reducie Ordona, jej historii i jej obrońcom”.

– Na razie na miejscu Reduty Ordona znów nic się nie będzie działo – przyznaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” radny Andrzej Jegliński. – W tym ważnym dla Polaków miejscu jest bród, śmieci do pasa i jakieś chaszcze nieprzebyte – dodaje radny. A sprawa jest pilna. W niedługim czasie może nie być już gdzie stawiać w tamtym miejscu pomników. – Gdy wejdzie się na ulicę Na Bateryjce, to z jednej strony widać budujący się meczet, z drugiej zaś – na terenie, który dzierżawi hiszpański deweloper (6 tys. metrów kwadratowych), mogą niedługo stanąć apartamentowce – tłumaczy Jegliński.

Varsavianista Artur Nadolski, członek Stowarzyszenia Reduta Ordona, dodaje, że tylko pod naciskiem ich stowarzyszenia dzielnica Ochota dwukrotnie wystąpiła o wykopaliska archeologiczne w tym miejscu.

– Udowodniono wtedy, że jest to prawdziwe miejsce Reduty Ordona – mówi Nadolski. Przed wojną nie było pełnej wiedzy na temat lokalizacji Reduty, dlatego stojący od 1937 r. obok stacji WKD pomnik nie znajduje się w miejscu faktycznej lokalizacji szańca. Jest ono położone kilkaset metrów dalej.

– Dzielnica jednak nie chce przenieść ani tego pomnika, który stoi w niewłaściwym miejscu, ani cokolwiek robić na tym terenie. Stąd my sami, jako stowarzyszenie, wyczyściliśmy jeden z głazów narzutowych, który leżał na terenie Reduty Ordona. Na nim został wyryty napis 6.9.1831 r. Ten głaz nazywamy roboczo kamieniem węgielnym pod przyszły pomnik Reduty Ordona – zapewnia varsavianista.

Stowarzyszeniu udało się doprowadzić do pierwszej nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy 5 lat temu. Radni podjęli wtedy uchwałę o zobowiązaniu burmistrza dzielnicy do wystąpienia do wojewódzkiego konserwatora zabytków o wpisanie Reduty Ordona do rejestru zabytków. Burmistrz tego nie uczynił. Stowarzyszenie Reduta Ordona zapewnia jednak, że nie zaprzestanie starań o godne upamiętnienie tego miejsca.

Wczoraj doszło do spotkania jego członków w Muzeum Wojska Polskiego, na którym próbowano opracować strategię działania. Na razie powstańczy szaniec, na którym 182 lata temu rozgrywały się dramatyczne wydarzenia, pozostaje wysypiskiem śmieci.

Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ilach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 19 sty 2013, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Gloria victis

Anna Zechenter IPN Kraków

Po klęsce Powstania Styczniowego w 1864 roku ocaleli – uszli spod rosyjskich szubienic, uniknęli wygnania w syberyjskie bezkresy albo po latach zesłania i katorgi wrócili do kraju. Około 3,5 tysiąca żołnierzy „tajemnego państwa polskiego” doczekało odrodzenia Polski. W IIRzeczypospolitej wszystkie szarże, nawet generałowie, miały obowiązek oddawania im honorów, choć większość weteranów walczyła w stopniu szeregowców. Niepodobna wyobrazić sobie, by 70 lat później, w 1989 roku, rząd Tadeusza Mazowieckiego zaczął swoje urzędowanie od uczczenia żyjących członków Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych czy Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”… Że Sejm przywróciłby ustawą honor żołnierzom wyklętym, których do dziś w wielu środowiskach nazywa się – jak w ubeckich sentencjach wyroków śmierci –„bandytami”…

W styczniu 1919 roku, zanim nowe państwo okrzepło, zanim wbito w ziemię słupy graniczne i zorganizowano podstawy społecznego bytu, Józef Piłsudski wydał rozkaz nadający wiekowym weteranom rangę żołnierzy Wojska Polskiego w stopniu podporucznika i przyznający im prawo noszenia mundurów.

Ordery i pensje dla bohaterów

W II Rzeczypospolitej rozumiano, że dla przyszłości Narodu, zwłaszcza podzielonego przez ponad wiek między obcych, fundamentalne znaczenie ma świadomość ciągłości pokoleniowej. Od wybuchu Powstania Styczniowego do odzyskania państwowości minęło 55 lat. Jeżeli dodać do tego wiek, w jakim młodzi ludzie szli walczyć, okaże się, że najmłodsi z tych, którzy dożyli 1918 roku, musieli być po siedemdziesiątce. Najwyższy był więc czas, by otoczyć ich nie tylko szacunkiem należnym bohaterom, ale opieką potrzebną ludziom w podeszłym wieku. II Rzeczpospolita zapewniła uczestnikom powstania, jak również pozostałym po nich wdowom dożywotnie pensje ze Skarbu Państwa oraz bezpłatną opiekę lekarską.

Już w 1919 roku, w styczniową rocznicę, kiedy restytuowano Order Virtuti Militari, zapadła decyzja o przyznaniu go 59 żołnierzom lat 1863-1864. Powołano też komisję, która przyznała prawa weteranów 3644 osobom. Na początku lat 20. zakończono nagradzanie zasług bojowych Krzyżem Walecznych.

Do roku 1922 wszyscy powstańcy otrzymali jednolite umundurowanie, wedle kroju przepisanego rozkazem Ministerstwa Spraw Wojskowych, a nawiązującego w ogólnym zarysie do instrukcji Rządu Narodowego z 1863 roku. Pojawiły się „czapki rogate” z orłem, surduty granatowe z wyłogami oraz płaszcze o charakterystycznym wyglądzie, dzięki którym weterani 1863 roku utworzyli grupę rozpoznawaną powszechnie w miejscach publicznych.

Ich krąg topniał z latami: kiedy w 1923 roku nadeszła 60. rocznica wybuchu powstania, było ich 1970, a rok później – prawie dwustu mniej. Przed 70. rocznicą w 1933 roku żyjących wówczas 365 uczestników zrywu zbrojnego udekorowano Krzyżem Niepodległości, 22 stycznia 1933 roku w uroczystych obchodach 70. rocznicy brało udział 258 osób, a przy okazji 75. rocznicy pojawiło się tylko szesnastu.

Byli powstańcy nie zostali bez dachu nad głową, mimo że powszechny kryzys nie ominął Polski. Zakładano dla nich schroniska, których finansowaniem zajęły się – obok państwa –również organizacje społeczne, m.in. Towarzystwo Przyjaciół Weteranów z roku 1863 w Warszawie. Pod przewodnictwem marszałkowej Aleksandry Piłsudskiej w 1928 roku odbył się raut na rzecz potrzebujących w salonach Prezydium Rady Ministrów. „Był to początek akcji społecznej” – pisze Anna Markert w opracowaniu „Gloria victis. Tradycje Powstania Styczniowego w Drugiej Rzeczypospolitej”. „Większa część datków z przyjęcia, kwota 6000 złotych, zasiliła fundusz Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania 1863 roku, który powstał dzięki kilkutysięcznemu dochodowi z odczytu Józefa Piłsudskiego o Powstaniu Styczniowym”.

„O Was mówiła Legenda…”

Marszałek powiedział wówczas: „Rok 1864 dał wielkość nieznaną, wielkość, co do której i teraz świat wątpi, gdy mówi o nas, wielkość zaprzeczającą wszystkiemu temu, co my o sobie mówimy, wielkość cudu pracy, ogromu siły zbiorowej, wysiłków woli, siły moralnej”. Tę właśnie wielkość, która miała stać się udziałem czynu legionowego.

Kolejne społeczne przedsięwzięcia pozwalały zaopatrywać schroniska. W Domach Weterana, prowadzonych przez liczne stowarzyszenia, spotykali się brodaci starcy i panie w podeszłym wieku – nie sposób oglądać ich dzisiaj bez wzruszenia na międzywojennych fotografiach. Tam też znajdowali opiekę inwalidzi.

Honorowani podczas wszystkich uroczystości państwowych, obecni na trybunach podczas defilad, zapraszani do szkół, witani przez przechodniów na ulicach byli i czuli się potrzebni oraz szanowani. Wielka w tym była zasługa samego Józefa Piłsudskiego, syna powstańca, wychowanego w kulcie idei insurekcyjnej.

Naczelnik zadbał o to, by obchodom 70-lecia styczniowego wybuchu nadać charakter nadzwyczaj podniosły. Aleksandra Piłsudska na uroczystym obiedzie w Belwederze powiedziała: „Każde pokolenie ma swoje wielkości, które je kształtuje. Wasze pokolenie miało Mickiewicza i Słowackiego. Dla nas w ciężkich latach niewoli, Wyście byli tą wielkością. O Was mówiło nam nie słowo pisane, lecz cicho szeptana Legenda. Dziś, w dzień Waszego święta, składamy Wam hołd i cześć”.

W III RP emerytury dla oprawców

„Hołd i cześć…” – gorzko słuchać w dzisiejszej Polsce tych słów pierwszej damy II RP. Beneficjentom Okrągłego Stołu i twórcom państwa mieniącego się niepodległym spieszno było w 1989 roku, by zadbać o własne interesy. „Elity” III RP nie zamierzały oddawać sprawiedliwości dawnym więźniom gestapo, obozów koncentracyjnych, NKWD, łagrów i bezpieki, schorowanym i egzystującym często na granicy nędzy. Zatroszczono się za to o ich oprawców, którym nie tylko włos z głowy nie spadł, ale i zagwarantowano specjalne emerytury.

„Każde pokolenie ma swoje wielkości”… – tymczasem w Polsce po 1989 roku młodym ludziom wbijano do głów, że ważna jest tylko przyszłość, i to własna, pojmowana w wymiarze osobistej kariery. I że pierwszy milion trzeba ukraść. Taka Rzeczpospolita narodziła się z okrągłostołowego mariażu.

Dzień Żołnierzy Wyklętych ustanowiono dopiero w 2011 roku na podstawie projektu ustawy złożonego w 2010 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czemu bohaterów Polski Podziemnej, wymordowanych po wojnie przez bezpiekę, zaczęto ekshumować na powązkowskiej Łączce dopiero wtedy, gdy na zawsze odeszli ich kaci? Bo szkielety zamęczonych wołają o nazwiska zbrodniarzy, a pielęgnowanie pamięci o wartości ofiary nie przystaje do narzucanego przez rządzących wizerunku polskości – obrazu zacofania cywilizacyjnego i kulturowego, zaściankowości oraz głupoty, jeśli nie choroby.

Obecne polskie władze przestraszyły się 150. rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego wymierzonego w rosyjskie imperium. Kiedy głosami posłów PO i Ruchu Palikota sejmowa komisja kultury odrzuciła propozycję ustanowienia roku 2013 Rokiem pamięci o Powstaniu Styczniowym, jej przewodnicząca, poseł PO Iwona Śledzińska-Katarasińska powiedziała: „Powstanie Styczniowe dla naszej komisji skończyło się – nie tylko 150 lat temu, tylko w ogóle”.

Rzadko zdarza się słyszeć tak szczere słowa z ust rządzących. Jaśniej nie można…

http://www.naszdziennik.pl/wp/21394,gloria-victis.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 28 sty 2013, 09:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Prezentacja raportów Pileckiego w Muzeum Holokaustu

W związku z Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie odbyła się dyskusja o rotmistrzu Witoldzie Pileckim, który dobrowolnie dał się wysłać do Auschwitz. Jego raporty z obozu wydano właśnie po angielsku.

Debacie zorganizowanej wspólnie przez polską ambasadę w USA oraz waszyngtońskie Muzeum Holokaustu (U.S. Holocaust Memorial Museum) przysłuchiwało się w niedzielne popołudnie kilkaset osób. Sylwetkę rotmistrza Pileckiego przedstawili historyk uniwersytetu Yale prof. Timothy Snyder oraz dr Piotr Setkiewicz, kierownik działu naukowego Muzeum Auschwitz-Birkenau; moderatorem dyskusji była Edna Friedberg z waszyngtońskiego muzeum.

- Pilecki był kimś wyjątkowym; (...)ile osób zrobiło coś takiego jak on, czyli dobrowolnie dało się wysłać do Auschwitz? Nikt inny - podkreślił Snyder.

Pretekstem do spotkania było angielskie wydanie książki "Ochotnik do Auschwitz" ("The Auschwitz Volunteer: Beyond Bravery"), która zawiera raporty Pileckiego, więźnia nr 4859 z trzyletniego pobytu w niemieckim obozie koncentracyjnego Auschwitz. Książkę w tłumaczeniu Jarka Garlińskiego opublikowało wydawnictwo Aquila Polonica z Los Angeles, specjalizujące się w literaturze o losach Polaków podczas II wojny światowej.

Pilecki jest jedynym znanym więźniem Auschwitz, który celowo dał się aresztować podczas łapanki, by we wrześniu 1940 roku trafić do obozu i stworzyć tam organizację ruchu oporu oraz zbierać dla polskiego podziemia materiały o sytuacji w obozie, transporcie Żydów i ludobójstwie. Pilecki uciekł z Auschwitz wiosną 1943 roku, walczył w powstaniu warszawskim, a także 2. Korpusie Polskim we Włoszech. W październiku 1945 r. wrócił do Polski i zaangażował się w działalność wywiadowczą dla 2. Korpusu. W 47 r. został uwięziony, oskarżony przez władze komunistyczne o szpiegostwo i po pokazowym procesie - stracony 25 maja 1948 roku.

JD, PAP

http://www.naszdziennik.pl/swiat/22231, ... austu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 05 lut 2013, 07:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Gdzie jest państwo polskie

Polska jest jedynym krajem, w którym nie ma miejsc pamięci poświęconych czasom terroru sowieckiego i komunistycznego i jego ofiarom. Zwrócił na to uwagę historyk, dr Tomasz Łabuszewski, podczas konferencji poświęconej wydanemu właśnie przez IPN albumowi „Śladami zbrodni. Przewodnik po miejscach represji komunistycznych lat 1944-1956”.

Ślady owych represji ulegają systematycznemu zacieraniu, czy to przy okazji remontu starych budynków, czy ich wyburzania.

O zbrodniach komunistycznych w Polsce mówi się oficjalnie dopiero od dziewięciu lat. Dobrego zaś imienia tych, którzy owe zbrodnie popełniali, strzegą gorliwie środki przekazu tzw. głównego nurtu. A także żyjący jeszcze sprawcy i współsprawcy zbrodni, ich rodziny i ideowi sympatycy. Pod szczególną ochroną zdają się przy tym być uczucia i interesy naszego wschodniego sąsiada. I tak w sierpniu 2010 roku, w dziewięćdziesiątą rocznicę Cudu nad Wisłą, w której wojsko polskie uratowało Europę przed najazdem bolszewickim, prezydent Bronisław Komorowski wraz z nowo mianowanym sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejem Krzysztofem Kunertem zamierzali w Ossowie odsłonić w towarzystwie ambasadora Federacji Rosyjskiej pomnik nagrobny ku czci poległych żołnierzy sowieckich. Za prawosławnym krzyżem ustawione zostały pochylone do przodu, gotowe do starcia (z wrogiem?) bagnety. Pomysł ten śp. prof. Józef Szaniawski nazwał „testem na odporność Polaków”.

Z gestapo do NKWD

Polskie państwo egzaminu „na odporność” nie zdaje. Honor nasz ratują poszczególni ludzie. A także działania Instytutu Pamięci Narodowej, który zapewne dlatego stale znajduje się pod obstrzałem. Przewodnik po miejscach represji kataloguje siedziby Urzędów Bezpieczeństwa, więzienia i obozy podległe Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, tajne areszty i placówki NKWD i Smiersza oraz Głównego Zarządu Informacji, a także miejsca tajnych pochówków ludzi przez nich wymordowanych. Opowiada historię dwustu miejsc w całej Polsce widzianą poprzez losy konkretnych ludzi. Aby uratować o nich pamięć. Aby zapisać to, co działo się na terytorium powojennej Polski po roku 1944. Tak jak się jeszcze dało to zrobić. Niewielu bowiem świadków wydarzeń żyje, a ludzie na ogół nie kojarzą miejsc związanych z UB i NKWD. Niektórzy starali się o wydarzeniach związanych z tymi miejscami zapomnieć, zapewne ze zrozumiałego strachu. Innym nikt o miejscach tych nie opowiadał, nawet po roku 1989 w szkole. I aż do tej pory, nawet w stołecznym mieście Warszawie, władze państwa polskiego nie zadbały, aby upamiętnić choćby tabliczką na domu losy tych, którym przyszło znaleźć się na Pradze, gdy wojna się kończyła. Dlatego przegrywamy walkę o pamięć. Dlatego kończy się lub nawet już się skończyła solidarność Polaków, tak żywa jeszcze w pierwszych latach po wojnie.

„Coś naprawdę ściskającego krtań było w tym ostrym, konsekwentnym rozgraniczeniu na my i oni. Jak wtedy w powstaniu. Ani cienia wątpliwości, kto jest kto. Ani chwili wahania, do kogo się przynależy. Jedność narodowa – w najszczerszym, najpełniejszym wydaniu” – wspominał po latach okres przed wyborami w 1947 r. uczeń warszawski Andrzej Marzecki. „Hej, koleś, urywaj się!”, krzyknął do niego pewnego dnia, wskakując do tramwaju, „może siedmioletni sprzedawca gazet”. „Chamy robią łapankę”. Marzecki rozwoził wtedy po mieście PSL-owskie „czwórki”. „Dawaj mi połowę i chodu!”. I zanim milicja zatrzymała tramwaj, większość pozostałych ulotek zniknęła w kieszeniach pasażerów. Wskazał jednak na niego „jakiś typ o twarzy bardzo na czasie”. Wkrótce potem UB zawiozło Marzeckiego na Pragę, do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, który już od lutego 1945 r. mieścił się w budynku należącym do Kościoła prawosławnego na ul. Cyryla i Metodego 4. Do gmachu, który stał się „symbolem epoki”. Krążyły wtedy po Warszawie kawały, jak to Polacy dzielą się na trzy grupy. „Tych, co tam siedzieli, tych, co tam siedzą, i tych, co tam siedzieć dopiero będą”. „Siedzieć” i ginąć, nie tylko na polu bitwy, Polacy praktycznie nie przestawali od 1939 roku, gdy to Hitler wraz ze Stalinem podbijać zaczęli Polskę. Bombardując i podpalając ludzkie siedziby. Aresztując, mordując i katując polskich obywateli. Sowieci, a po nich Resort Bezpieczeństwa Publicznego, znajdujący się pod ścisłym nadzorem i kontrolą ekspozytur NKGB, NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz, wykorzystywali przy tym teraz często do swoich celów te same więzienia i obozy co Niemcy. A NKWD przejmowało sieć konfidentów gestapo i Abwehrstelle – specjalistów w zwalczaniu polskiego podziemia.

Czerwona Praga

Na Pragę Sowieci wkroczyli już 14 września 1944 roku. Przyglądali się, jak podczas powstania ginie z rąk niemieckich lewobrzeżna Warszawa. I dalej wspomagali Niemców w dziele likwidacji polskich elit. Na oczach mieszkańców Pragi dokonała się wtedy w Warszawie zamiana okupacji niemieckiej na sowiecką. Choć świadkami zdrady „sojuszników”, ich wiarołomstwa byli też mieszkańcy lewobrzeżnej Warszawy. „Byliśmy zbłąkanym narodem rycerskim wśród cynicznych kupców i zwykłych zbrodniarzy”, jak to ujął już po wojnie Stanisław Zadrożny z powstańczej radiostacji „Błyskawica”. „My już wtedy w Warszawie, gdy patrzyliśmy na jej gruzy, zrozumieliśmy, że w tej wojnie zwyciężą te same zasady, przeciwko którym walczyliśmy przez cały czas wojny”.

Zwalczaniem Polskiego Państwa Podziemnego, polskich organizacji wojskowych, niepodporządkowanych PKWN, „łamaniem” polskiego „ducha oporu” i solidarności, zastraszaniem i pacyfikowaniem społeczeństwa na ziemiach polskich aż do jesieni 1945 r. zajmowało się NKWD-NKGB oraz kontrwywiad Smiersz. PKWN, ustanowiony przez ZSRS jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego, poddał obywateli polskich jurysdykcji organów sowieckich. „Polskie” organa bezpieczeństwa nie dałyby sobie bowiem same rady z „polskimi masami”, wychowanymi „przez najczarniejszą reakcję”. Mimo że już w kwietniu 1944 r. Zarząd Główny Związku Patriotów Polskich rozpoczął szkolenie w ZSRS kadr dla przyszłych organów bezpieczeństwa, wysyłając pierwszych kandydatów do szkoły NKWD w Kujbyszewie.

Pierwsza siedziba gen. Iwana Sierowa, zastępcy Ławrientija Berii, specjalisty od walki z polskim podziemiem, mieściła się w kamienicy przy ulicy Strzeleckiej 8 w Warszawie. Urzędował on wraz z całym sztabem NKWD (jednym z jego „pracowników” był Józef Światło). Więzieni tam byli w piwnicach m.in. żołnierze AK, NSZ i WIN, także ci, którzy szli na pomoc powstańczej, lewobrzeżnej Warszawie. Oskarżani o współpracę z gestapo, o „faszyzm” i „działalność antysowiecką” byli bici, poniżani, często torturowani podczas przesłuchań, które odbywały się nocą, a potem mordowani. Krzyki i wołania o pomoc zagłuszyć miała muzyka płynąca z radioodbiorników radiowych, a odgłosy strzałów w czasie dokonywanych egzekucji warkot silnika ciężarówki, która podjeżdżała pod budynek. Ciała grzebano najpewniej na dziedzińcu. W domu sąsiednim, przy Strzeleckiej 10/12, w siedzibie dowódcy praskiej grupy operacyjnej NKWD, więziono przed wywiezieniem do Moskwy szesnastu porwanych podstępnie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. W kamienicach sąsiednich (nr 40 i 46) stacjonowała do 1947 r. cała kompania NKWD.

Katownia w szkole

Inną ulicą, którą „upodobali sobie” wówczas na Pradze Sowieci (jak to ujął dr Tomasz Łabuszewski, pod którego kierunkiem pracownicy IPN opracowali album „Śladami zbrodni”), była ulica Jagiellońska. W domach pod numerami 1, 9, 17, 28 i 34 mieszkali sędziowie i prokuratorzy sowieckiego Trybunału Wojennego. Pod numerem 38, w auli liceum Władysława IV toczyły się prowadzone przez Trybunał procesy. W piwnicach szkoły mieścił się areszt Smiersza. Na boisku szkolnym, w szopie i dołach zakrytych drutem kolczastym trzymano więźniów, wśród nich polskich żołnierzy. Okna wychodzące na dziedziniec były zamalowane, nie wolno ich było otwierać. Mieszkającego na piętrze Lecha Kubiaka, syna wicedyrektora szkoły, pewnej nocy obudził „rozpaczliwy krzyk człowieka, który nie ma już niczego do stracenia”: „Polacy, rodacy, pomóżcie. Pomóżcie, Polacy! Ratujcie!”. Po chwili ciszy padł pojedynczy strzał. Ciała niektórych pomordowanych w czasie przesłuchań spoczywają na dziedzińcu szkoły zapewne do dziś. A o tym, co działo się przed laty w ich szkole, pojęcia nie mają ani uczniowie, ani nauczyciele.

Przy ulicy 11 Listopada, na rogu ul. Szwedzkiej, mieścił się jeszcze jeden sowiecki Trybunał Wojenny, a w piwnicach kamienicy pod nr. 68 areszt. W dawnych zaś koszarach 36 pp. więzienie karno-śledcze, tzw. Warszawa III, oddzielone od ulicy kilkumetrowym murem z zasiekami z drutu kolczastego. Egzekucje w więzieniu nazywanym „Toledo” przeprowadzane były w piwnicach znajdujących się na dziedzińcu i w załomie więziennego muru, w którym wmurowana szyna służyła do wieszania skazańców. W latach siedemdziesiątych podczas budowy bloków mieszkalnych na terenie wyburzonego więzienia znajdowano resztki ciał ludzkich przemieszane z wapnem i odpadkami.

Sowieci wykorzystywali jeszcze „odziedziczony” po Niemcach obóz pracy przy ulicy Skaryszewskiej oraz budynki m.in. przy ul. Wileńskiej, Targowej, Szwedzkiej i Kawęczyńskiej. A także dom przy ul. Otwockiej 3, w którym wkrótce, na rozkaz gen. Mariana Spychalskiego, zagościł Wydział Informacji i Propagandy m.st. Warszawy. Sprawą wielkiej wagi stało się bowiem „podniesienie świadomości politycznej obywateli” poprzez „kursy nauk politycznych”, na których poruszano m.in. problem „przeszłości politycznej Polski”, a na tym tle „walki demokracji z faszyzmem”. Przy czym na miano „demokratów” zasługiwać zaczęli teraz „ludzie sowieckiego chowu”, jak ich nazwała Jadwiga Obrembalska, młoda więźniarka katowni MBP na Cyryla i Metodego i przy ul. Sierakowskiego 7. Ludzie „z przetrąconym kręgosłupem”. „Faszystami” zaś zostali już wtedy polscy patrioci.

Usunąć pomnik

W listopadzie 1945 r. odsłonięty został na Pradze pomnik „ku chwale bohaterów Armii Radzieckiej, którzy oddali swe życie za wolność i niepodległość narodu polskiego”. Stanął tuż przy ul. Jagiellońskiej i Sierakowskiego. W bliskości katowni przy Strzeleckiej, Szwedzkiej, 11 Listopada oraz Cyryla i Metodego. O losach tych, którzy tam stracili życie, w polskich szkołach nawet teraz się nie naucza. Nie opowiada się o tym także w telewizji. Powoli więc pomnik, nawet w opinii zwykłych „zjadaczy chleba”, stawać się zaczął jedynie „zabytkiem”. Może najwyżej obiektem dobrotliwych kpinek o „czterech śpiących”. Nad bezpieczeństwem jego czuwał zawsze ZSRS, teraz zaś troszczy się o niego Federacja Rosyjska, decydując, za zgodą władz III RP, o jego losach. Pomnik więc odnowiony za pieniądze potomków tych, którzy na Pradze ginęli, powróci po remoncie na swoje stałe miejsce i będzie pilnie strzeżony przez straż miejską. A ludzie, którzy pragną „zachować twarz”, tak jak próbował to zrobić Marek Wernic, usuwając kwiaty spod pomnika Armii Czerwonej w parku Skaryszewskim, narażać się będą na mniejsze lub większe szykany. „Co na to państwo polskie?”, spytałam po konferencji Andrzeja Krzysztofa Kunerta. Odpowiedzi nie otrzymałam.

W III RP ludzie z „przetrąconym kręgosłupem” zdają się bowiem być górą. A ludzie, którzy system ten budowali, cieszą się w dodatku często szacunkiem. Choć nie mamy się chyba przecież teraz czego bać? Po to, podobno, wstępowaliśmy do UE i NATO.
--------------------------------------------------------------------------------

Autorka zajmuje się losami aktorów w latach 1939-1955. przygotowuje "Biogramy Polaków ratujących Żydów w latach 1039-1945" dla Instytutu Pamięci Narodowej.

Książka dostępna jest w księgarniach „Naszego Dziennika” w Warszawie i Krakowie.

Janina Hera

http://www.naszdziennik.pl/mysl/23015,g ... lskie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 01 mar 2013, 06:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
O losach Tych Wspaniałych Ludzi mieliśmy nic nie wiedzieć. Postanowiono nam Ich wymazać z pamięci i ze świadomości. O tym wszystkim decydował bolszewicki potwór, ten sam, który dzisiaj znów próbuje nas sobie podporządkować.

Polska z podniesioną głową

Przez wąską szparę między blendami w więziennym oknie w Rawiczu widać było odległy o kilkaset metrów budynek młyna. Pomiędzy gałęziami drzew – wtedy jeszcze bez pierwszych, wiosennych liści – Wacław Szacoń wypatrzył na nim niewyraźnie majaczący napis: „Umarł ojciec narodów Józef Stalin, a praca jego niech zwycięży”. „Zastukał” – mimo iż groził za to kilkudniowy karcer – do sąsiedniej celi. Wkrótce „stukał” cały pawilon.

Tak przyszła nadzieja. Lżej było już trzy dni później, gdy prowadzono go do karceru. Potem, na spacerniaku, wśród grupki takich szkieletów jak on – ważył 42 kg – usłyszał warknięcie klawisza: „Co wam tak wesoło?”. A oni ledwo powłóczyli nogami po betonie.

– Ale już z głowami wysoko podniesionymi do góry – wspomina Szacoń. Jednak nie wszyscy wtedy się wyprostowali. Byli i tacy, którzy opłakiwali mordercę milionów ludzi, a młoda krakowska poetka Wisława Szymborska pocieszała: „Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie”, podczas gdy jej mąż Adam Włodek zapewniał: „Jego chwałę dokładnie nieśmiertelność powtórzy”.

Ty jesteś szczęśliwy

Dwa światy: jeden ludzi marzących i cierpiących za niepodległą Polskę i drugi – zniewalających ją słowem kolaborantów, służących zbrodniczej ideologii. Wacław Szacoń przez całe dotychczasowe 86-letnie życie należał do tego pierwszego. U schyłku PRL spotkał znajomego majora ludowego Wojska Polskiego, który w chwili szczerości rozpruł szew munduru i pokazał zaszyty medalik. Dostał go od matki, gdy szedł do wojska. I powiedział wtedy: „Wacek, ty jesteś wolnym człowiekiem, a ja niewolnikiem”. Ze łzami w oczach dodał: „Ty jesteś szczęśliwy…”.

Jeszcze na miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego Szaconiem interesowała się bezpieka w Krakowie, a w Lublinie Wojskowa Służba Wewnętrzna. Nadal był groźny, bo – jak pisał w uzasadnieniu wyroku skazującego go na czterokrotną karę śmierci 26 listopada 1949 roku przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Lublinie Bolesław Kardasz, późniejszy adwokat w Rybniku – przez dwa lata działał w „najgroźniejszej bandzie” na terenie województwa lubelskiego, czyli u „Uskoka” – Zdzisława Brońskiego, do której wstąpił „w okresie stabilizacji bezpieczeństwa”.

Nie skorzystał też z amnestii z 1947 roku i na dodatek „został zatrzymany z bronią w ręku”. Dlatego jest „jednostką wybitnie aspołeczną, wrogo ustosunkowaną do obecnego ustroju” i „jako taka jednostka winien być wyeliminowany raz na zawsze ze społeczeństwa”. Bolesław Bierut skorzystał jednak z prawa łaski, zmienił wyrok na dożywocie. Wtedy zaczął się jego więzienny szlak od Zamku Lubelskiego, przez Rawicz, Wronki, kamieniołom w Strzelcach Opolskich, zakończony 10 grudnia 1956 roku.

Wacław Szacoń „Czarny” – rocznik 1926 – urodził się w Walentynowie na Lubelszczyźnie. Na wiosnę 1942 roku dostał pierwsze zadanie konspiracyjne: w nocy z 2 na 3 maja rozwiesił w okolicy trzydzieści biało-czerwonych chorągiewek. Nazajutrz został zaprzysiężony w Narodowej Organizacji Wojskowej. 11 listopada tego roku wstąpił do Armii Krajowej. Jedną z osób obecnych przy tej przysiędze był Józef Franczak – ostatni partyzant antykomunistycznego podziemia, który został jego przyjacielem. Do końca…

„Czarny” wojnę z Niemcami kończył w stopniu kaprala z Krzyżem Niepodległości, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami i dwukrotnym Krzyżem Walecznych. „Za bohaterskie czyny i dzielne zachowanie się w walce” – pisał 24 maja 1944 roku komendant Okręgu Lubelskiego AK płk Kazimierz Tumidajski „Marcin”, zamordowany później w sowieckim obozie.

Ze stenem w łapy bezpieki

Na Lubelszczyźnie po wkroczeniu Sowietów rozszalał się terror. Lasy znów zapełniły się żołnierzami AK, Narodowych Sił Zbrojnych. Na wiosnę 1945 roku Szacoń zobaczył po raz pierwszy cichociemnego mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”, znał kilku ludzi z jego oddziału jeszcze z okupacji niemieckiej, wśród nich Romana Grońskiego. Robił zdjęcia oddziałowi, niestety wszystkie klisze przepadły po aresztowaniu.

Wtedy podlegał Antoniemu Kopaczewskiemu ps. „Lew”. To żołnierze „Lwa”, gdy zobaczyli idących w cywilu Szaconia z Franczakiem, krzyknęli: „O, lalusie idą”. I tak Franczak zyskał swój pseudonim „Laluś”, „Lalek”. Zadaniem Szaconia było fotografowanie i opisywanie drobnym, kaligraficznym pismem posterunków na rogatkach Lublina. Zdjęcia wywoływał i pomniejszał u fotografa Stefana Kiełszni i zostawiał w skrzynce przy Królewskiej 6. Na początku września 1946 roku, gdy miał w rowerowej rurce ukrytą kolejną partię fotografii dla Kopaczewskiego „Lwa”, przyszedł „Laluś” z informacją, że ten poległ w zasadzce w Ignasinie.

Materiały trafiły do „Zapory”. Wtedy „Czarny” podlegał Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”, „chodził” w patrolach Walentego Waśkiewicza „Strzały”, Stanisława Kuchcewicza „Wiktora”. Na wiosnę 1949 roku poległ „Strzała”, wydany przez Stanisława Bartnika „Górala”. Przekazał też bezpiece miejsce spotkań w Kolonii Łuszczów u Władysława Zarzyckiego. Z urządzonej zasadzki wydostali się w walce „Uskok”, „Wiktor”, Edward Taraszkiewicz „Żelazny”. „Lalek” z „Czarnym” słyszeli wybuchy granatów, bowiem zatrzymali się wcześniej, zaniepokojeni ruchem ciężarówek z wojskiem.

Pętla zaciskała się coraz bardziej. Trzy tygodnie później – 26 kwietnia 1949 r. – dopadli Szaconia. – Niestety, wpadłem bardzo głupio, podczas zakopywania broni w lesie – opowiada. Wracał zmęczony, z łopatą w jednej ręce i stenem pod pachą, na domiar złego wypadł mu magazynek.

Wiedzieli już dużo od „Górala”, na szczęście nie o wszystkim. Śledztwo było więc krótkie, a proces w trybie doraźnym. Zarzucono mu przynależność do oddziałów „Uskoka”, „Strzały”, „Żelaznego”, posiadanie broni, m.in. stena, pepeszy, pistoletów: visa, steyera, granatów.

Kiedyś w Rawiczu patrzył przez okno, gdy do celi wpadł potężny drab: „Na Amerykanów czekasz?”. „Tak, bo nic mi już nie zostało” – odpowiedział. Na to nadzorca: „Jak Amerykanie będą blisko, my was pod mur i wszystkich rozwalimy”. „Przygotowany jestem na to, że zrobicie jak w Katyniu, a potem druga Norymberga” – odparł Szacoń.

Wtedy tamten wściekły złagodniał: „Wiecie przecież, że mogliśmy z wami wszystko zrobić, ale my nie Niemcy. Chcemy tylko, żebyście zrozumieli, że byliście po złej stronie”. Szacoń wtedy zapytał: „Czy jak się jastrzębia będzie karmić zbożem, to zmieni się w gołębia, a tego mięsem, to będzie jastrząb?”. Strażnik trzasnął drzwiami…

Miał piękny charakter pisma

Szacoń trafił do celi ze szwagrem Stefanii Rospond, który opowiadał mu o swojej skazanej krewnej. We wrześniu 1952 roku do jej mieszkania, w którym właśnie siedzimy, rozmawiając, zapukał listonosz. Nigdy wcześniej go nie widziała.

– Lał wtedy deszcz, a on przyprowadził rower, ale był całkiem suchy. Zapytałam, ile płacę i co się stało z naszym listonoszem. Odpowiedział, że to w czynie społecznym i wszystko zapłacone. Prałam wtedy i odłożyłam paczkę na stół. Kilka minut później usłyszałam stukot żołnierskich butów – wspomina pani Stefania.

Bezpieka rzuciła się od razu na leżącą na stole paczkę. Wiedzieli, czego szukali i byli bardzo zaskoczeni, że przesyłka jeszcze nieotwarta. Od razu wyciągnęli z niej puszkę z zupą. W środku była jeszcze mniejsza, a w niej jakieś papiery. „To mam kilka lat z głowy” – powiedziała szeptem do matki.

Niespełna pół roku później, pod koniec stycznia 1953 roku, Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie ogłosił wyrok w tzw. procesie kurii krakowskiej – przeciwko „bandzie szpiegów wywiadu amerykańskiego”, któremu towarzyszyła zorganizowana kampania nienawiści wobec Kościoła, m.in. z haniebną rezolucją krakowskiego ZLP. Zapadły trzy wyroki śmierci, a najmłodsza z oskarżonych Stefania Rospond dostała 6 lat i trafiła do Fordonu.

Po opowieściach jej szwagra Szacoń napisał do Stefanii list z Rawicza. – Byłam zła, gdy go dostałam. Nie zamierzałam odpisywać nieznajomemu – przypomina sobie kobieta. Więźniowie mieli prawo tylko do jednego listu w miesiącu i tym samym wstrzymano jej korespondencję z domu. Ale właśnie odwiedziła ją mama. Dzięki temu odpisała… Później można było pisać częściej. – Miał piękny charakter pisma – śmieje się pani Stefania. Wyszła z więzienia 30 kwietnia 1956 roku. Nazajutrz na majówce w wawelskiej katedrze płakała, gdy po czterech latach po raz pierwszy usłyszała organy.

Szaconia zwolniono dopiero 10 grudnia 1956 roku. Pojechał prosto na Jasną Górę, do Matki Bożej, a potem do Krakowa, do znanej dotychczas jedynie z korespondencji Stefanii. Dopiero potem na rodzinną Lubelszczyznę, gdzie jeszcze przed Bożym Narodzeniem spotkał się z ukrywającym się „Lalkiem”.

Ja idę za wiarę i Ojczyznę

Wacław i Stefania pobrali się 27 października 1957 roku. Od tego czasu są szczęśliwym małżeństwem, mają czworo dzieci. Przez pewien czas mieszkali na piętrze przy Kanoniczej 19 w Krakowie, a pod nimi młody biskup Karol Wojtyła. Kiedyś pomógł wynieść jej dziecięcy wózek. Kilkadziesiąt lat później, gdy była na audiencji generalnej i Ojciec Święty przechodził wzdłuż wiernych, nie wytrzymała i ze łzami w oczach krzyknęła: „Kanonicza 19!”. Jan Paweł II złapał ją za dłoń, mówiąc: „Pamiętam, wózek…”.

Pewnego roku na wakacje pojechali z dwojgiem małych dzieci w rodzinne strony pana Wacława na Lubelszczyznę. – Wtedy odwiedził nas, jak powiedział mąż, jego kolega. Długo rozmawiali. Dopiero po wyjściu powiedział: to był Józek Franczak. Przeraziłam się, zrobiłam mu nawet wyrzuty: „To nie wystarczy ci osiem lat?” – wspomina Stefania Szacoń. Potem już nie mówił o tych spotkaniach żonie, ale dwa, trzy razy w roku zawsze się widzieli z Franczakiem „Lalkiem”, który kiedyś mu powiedział: „Przeżyłeś już wszystko, teraz masz rodzinę, a ja co?”. Myślał, żeby mu jakoś pomóc w ujawnieniu się, rozmawiał z adwokatem. „Lalek” jednak miał wątpliwości, że jak nie dostanie kary śmierci, to i tak go zabiją.

W marcu 1963 roku krakowska bezpieka przygotowała plan obserwacji, gdyż „zachodzi podejrzenie, że zamieszkały w Krakowie Szacoń może kontaktować się z ukrywającym się bandytą Franczakiem”. Ostatni raz byli umówieni na Wszystkich Świętych w 1963 roku. Kilka dni wcześniej dostał informację: „Józek nie żyje”.

O możliwości spotkań z „Lalkiem” doniósł bezpiece TW „Tadeusz” – Tadeusz Stanaszek, malarz. Na ścianach mieszkania Szaconiów wiszą jego obrazy – wśród nich „Chrystus idący na tle zrujnowanej Warszawy”… A w skrupulatnych donosach kawał życia „Czarnego”, dziesiątki kolegów i przyjaciół, w większości narodowców, też po wyrokach. – No cóż, nigdy nie kryłem się z tym, za co siedziałem, jakie mam poglądy – komentuje „Czarny”.

TW „Tadeusz” informował też SB o spotkaniach Szaconia z działaczem narodowym Władysławem Gałką, którego córka Maria Kamykowska opisuje, jak przed laty podziwiała u Szaconiów zrobione w więzieniu „maleńkie medaliki i krzyżyki z postaciami Chrystusa czy Maryi, medalioniki z orłem w koronie wyrzeźbione przez wujka Wacława z plastikowych trzonków szczoteczek do zębów czy kawałka kości, gwoździem znalezionym na więziennym spacerniaku”.

Do końca PRL Szacoń wykonał wiele metalowych zdobień, tablic upamiętniających „zakazaną” historię, m.in. w krypcie Marszałka Piłsudskiego, krzyż obrony Lwowa na cmentarzu Rakowickim czy odsłoniętą na Jasnej Górze 1 września 1976 roku tablicę pamięci 27. Pułku Piechoty. Jak pisała bezpieka, „podjął się ją wykonać znany nam Szacoń – rzemieślnik z Liszek/Krakowa, który w 1973 wykonał płaskorzeźbę popiersia gen. Okulickiego”. Do dzisiaj wyjeżdża na Lubelszczyznę, spotyka się z synami „Uskoka”, „Lalka”, młodzieżą.

Chwała bohaterom!

Po skazaniu na karę śmierci Wacławowi Szaconiowi pozwolono na odwiedziny sióstr. Gdy go zobaczyły – przekonane, że po raz ostatni – wybuchły płaczem. I wtedy usłyszały spokojne słowa brata: „Dlaczego płaczecie, przecież nikt nie będzie żył wiecznie. Tylko że ja idę tam za wiarę i Ojczyznę, a oni jako pachołki sowieckie”.

Ten spokój i gorąca wiara przyniosły Szaconiowi szczęśliwe życie. Jakże podobnie ppłk Łukasz Ciepliński – patron Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych – pisał w grypsie: „Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Ojczyznę…”. Troską Danuty Siedzikówny „Inki” było to, żeby jej babcia dowiedziała się, że „zachowała się, jak trzeba”.

A o ilu świadectwach prawych Polaków, nie tylko tych mordowanych, ale godnie żyjących w PRL, już nigdy się nie dowiemy. W tej wierności Bogu i Ojczyźnie łączyło ich jedno: świat wartości, w obronie którego stanęli, wyrażony kilkoma najprostszymi słowami: niepodległość, wolność, prawda, honor, odwaga, wierność.

A dzisiaj? Już pamiętamy, szukamy ich pohańbionych szkieletów, stawiamy pomniki, krzyczymy: „Chwała bohaterom!”. Jesteśmy na początku drogi odbudowywania wartości, w których się wychowali i którym pozostali wierni. Przywracania znaczenia najważniejszych dla ich pokolenia słów.

Tylko tak dojdziemy do Polski, której oni oddali wszystko. Do Polski ludzi w „postawie wyprostowanej”, tak różnej od herbertowskiej Utyki, gdzie: „obywatele/ nie chcą się bronić/ uczęszczają na przyspieszone kursy/ padania na kolana/ biernie czekają na wroga/ piszą wiernopoddańcze mowy/ zakopują złoto/ szyją nowe sztandary/ niewinnie białe/ uczą dzieci kłamać…”.

Dr Jarosław Szarek, IPN Oddział Kraków

http://www.naszdziennik.pl/mysl/25468,p ... glowa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 05 mar 2013, 07:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Zbrodniarze bolszewiccy nie wiedzieli że kiedyś nauka pozwoli zidentyfikować pomordowanych Bohaterów, a odradzająca się Polska przywróci ich szczątkom należytą godność. Myśleli że na zawsze przepadną Oni w przepastnych zbiorowych mogiłach.
Oliwa sprawiedliwa i powoli wypływa na wierzch. Zbrodniarze natomiast pozostaną na zawsze w naszej historii ludzkimi godnymi pogardy bestiami.


Mają grób, czekają na imiona

Instytut Pamięci Narodowej planuje ekshumację i badania DNA ośmiu żołnierzy spoczywających na cmentarzu wojskowym w Białymstoku – dowiedział się „Nasz Dziennik”.

Szczątki te odnaleziono w 1996 r. podczas pierwszej w Polsce, w pełni udokumentowanej ekshumacji mogiły w Lesie Izabelińskim koło Olmont. Las ten jest częścią rozległego Lasu Solnickiego, z uwagi na dokonywane w nim po wojnie przez UB liczne egzekucje zwanego Katyniem Białostocczyzny.

– Podczas rozmowy prof. Krzysztof Szwagrzyk, pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwania miejsc pochówku ofiar reżimu totalitarnego, zapewnił mnie, iż w najbliższym czasie IPN zajmie się ekshumacją szczątków tych żołnierzy – mówi „Naszemu Dziennikowi” dr Marcin Zwolski z białostockiego IPN, zajmujący się poszukiwaniem miejsc zbrodni komunistycznych. Celem ekshumacji jest ustalenie tożsamości ofiar.

Las Izabeliński to fragment dużego kompleksu leśnego, na terenie którego NKWD i UB dokonywały po wojnie egzekucji.

– Jak podają pisemne relacje świadków, które posiadamy, w Lesie Solnickim wielokrotnie rozstrzeliwano żołnierzy zbrojnego podziemia. Na pewno jest więc tam wiele jam grobowych, w których spoczywają ich szczątki – mówi Zwolski.

– Jedną z nich, dzięki wskazaniu tego miejsca przez świadka, odnalazł w 1996 r. komitet społeczny. Inne takie miejsca jest dziś bardzo trudno odnaleźć, gdyż Las Solnicki to ogromny obszar – tłumaczy.

W okolicy Białegostoku są obszary, gdzie również – jak wskazują relacje świadków – UB dokonywało zbrodni i pochówków żołnierzy niezłomnych.

– Te tereny to m.in. dawny ogród przy dzisiejszym areszcie na ul. Kopernika, teren tego dawnego więzienia czy obszar za cmentarzem prawosławnym w Białymstoku – wskazuje dr Marcin Zwolski.

Leśna mogiła
Pierwszej w Polsce, w pełni udokumentowanej i zatwierdzonej przez urzędy państwowe, ekshumacji żołnierzy niezłomnych dokonał w 1996 r. zawiązany w Białymstoku Społeczny Komitet Ekshumacji i Pochówku Zamordowanych Żołnierzy Polski Podziemnej. Tworzyli go m.in. Tadeusz Waśniewski, prezes białostockiego oddziału Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, Mirosław Trzasko, Jerzy Rybnik, syn Aleksandra Rybnika, zastępcy komendanta białostockiego Okręgu AK, zamordowanego przez UB 11 września 1946 r., oraz Krzysztof Jurgiel.

Jego celem było przeprowadzenie ekshumacji jamy grobowej znajdującej się w lesie nieopodal miejscowości Olmonty. Dokładnej lokalizacji dokonano dzięki relacji Kazimierza Sobeckiego, który zeznał, że w 1947 r. mogiłę wskazał jego ojcu leśniczy Błaszczuk.

Sobecki relacjonował, że w jego rodzinnym gospodarstwie w Olmontach słychać było serie z karabinów maszynowych oraz pojedyncze strzały z pistoletu, przy użyciu których dokonano egzekucji. Mogiła znajdowała się około 500 metrów od gospodarstwa. Przed ekshumacją przeprowadzono szereg rozmów ze świadkami.

Wiadomo, że niedługo po egzekucji do mogiły dotarła młoda dziewczyna; była narzeczoną jednego z żołnierzy. Odnalazła miejsce pochówku i rozkopała je rękami. Widać było płytko zakopanych 12 ciał. Świadkowie relacjonują, że wszystkie ofiary to młodzi mężczyźni. Pod pierwszą warstwą była kolejna z innymi ciałami. Mogiłę na powrót zasypano piaskiem, a miejsce oznaczono drutem kolczastym uformowanym w kształcie krzyża, wbitym w drzewo.

Pół wieku od tych wydarzeń społeczny komitet przeprowadził ekshumację leśnej mogiły, która, choć niewidoczna, przez dziesiątki lat znaczona była kwiatami.

– W jamie grobowej odnaleziono 8 szkieletów, 4 guziki z orłami w koronie oraz łuski nabojów produkcji rosyjskiej z roku 1945 i buty wojskowe – mówi dr Tadeusz Waśniewski.

– Z relacji świadków wynika, że w tej mogile mogły być złożone w dwóch warstwach ciała nawet 24 żołnierzy. Wiemy jednak, że wiele tych ciał niedługo po egzekucji zabrali członkowie rodzin pomordowanych – tłumaczy.

Strzał w potylicę
Pod koniec 1996 r. Komitet dokonał uroczystego pochówku szczątków żołnierzy na cmentarzu wojskowym w Białymstoku. Waśniewski wspomina, że podczas prac ekshumacyjnych odbierał anonimowe telefony z pogróżkami: „Lepiej tam nie kop, bo wkrótce położymy cię obok tych, co tam leżą”.

– Tak powiedział mi jakiś anonimowy głos przez telefon. Takich telefonów było sporo – nie ukrywa.

Przed pochówkiem szkielety zostały zbadane w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku. Ówczesny kierownik ośrodka prof. Jerzy Janica wyznaczył specjalny zespół lekarzy. Każdy z ośmiu szkieletów został opisany oddzielnym protokołem.

Każdy z tych dokumentów zaczyna się stwierdzeniem, że badane szczątki ludzkie zostały wydobyte „w czasie ekshumacji grobu w lesie koło Olmont, tj. miejsca podejrzanego o masowy mord dokonany prawdopodobnie przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w 1946 roku”.

Z opinii zawartych w protokołach dowiadujemy się m.in., że wszyscy zamordowani byli mężczyznami w wieku 25-35 lat.

„Stwierdzone uszkodzenia w obrębie czaszki świadczą o tym, że przyczyną zgonu denata był postrzał głowy – czaszki. Kierunek postrzału był od tyłu ku przodowi” – czytamy w dokumentach.

Badania wykazały, że oprawcy zadali żołnierzom także inne rany: „badany został również postrzelony w ramię lewe”, „stwierdzono złamanie żeber”, „trzonu kości promieniowej”, „Złamania te powstały w następstwie użycia narzędzia twardego, tępego, mogły powstać przed śmiercią”. W jednym z protokołów stwierdzono, że śmierć nastąpiła wskutek aż trzykrotnego strzału w tył głowy.

Adam Białous, Białystok

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... miona.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 06 mar 2013, 07:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Kurski i Michnik zapierają dech

Zapierają - i dlatego, choć już w sobotę przerzuciłem Gazetę Wyborczą, dopiero dziś na tyle się odchwyciłem, że mogę sklecić parę słów. A wstrząsem, który mną tak poruszył, była dla mnie konstatacja, że Dzień Żołnierzy Wyklętych służący w moim przekonaniu uczczeniu ich pamięci - komuś innemu może posłużyć do celów zupełnie innych. Właściwie - po niedawnej rocznicy Powstania Styczniowego mogłem być na to przygotowany, ale mimo wszystko ... Jarosław Kurski na pierwszej stronie: - "Różni byli >żołnierze wyklęci<. Tacy, którzy woleli zginąć z bronią w ręku lub od własnej kuli .... Były też oddziały zdemoralizowane, które zbrodnię i rabunek kryły za patriotycznym frazesem". A dalej: - " Dla mnie >żołnierze wyklęci< to też ci, którzy po wojnie podjęli inną walkę - o odbudowę kraju". I jeszcze: - "Jedni chcieli Polski wolnej i demokratycznej. Inni - Polski bez Żydów, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, komunistów, innowierców, masonów". Ja Jarosława Kurskiego za mającego kłopoty z myśleniem nie uważam. Ech, przypomina się, co pisał niejaki mesje Tartakowski do Beni Krzyka: - "Benia, ja ciebie za idiote nie mam, bo jakbym ja ciebie miał za idiotę, to ja bym do ciebie pisał, jak do idioty ..." Otóż - ja Kurskiego też tak nie traktuję, za to mam zwyczaj tam, gdzie sensu nie widać - sensu właśnie się dopatrywać. Bo brak sensu bywa pozorny; kręcąc - często próbuje się coś uzasadnić i coś osiągnąć. Jasne jest przecież, że bandytów i rabusiów, których namnożyło się niemało - jak to podczas każdej wojny - nie uważamy >za żołnierzy wyklętych<, a skoro ktoś takiej kwalifikacji dokonuje, to trzeba zastanowić się - dlaczego. Podobnie - dlaczego jako >wyklętych< próbuje przedstawiać tych, którzy ..."podjęli walkę o odbudowę". Bzdura ! Odbudowa nie wymagała walki - to była normalna praca; podjęta między innymi także dlatego, że trzeba było po prostu żyć. Ich decyzji o wejściu w normalne życie nie można niczego zarzucić - ale twierdzić, że wiodąc normalne życie byli wyklęci - to nonsens. Jeśli w tym wszystkim nie chodzi o przedstawienie takiego obrazu, że : z żołnierzami wyklętymi sprawa nie była taka jednoznaczna, bo część z nich to byli bandyci, a poza tym wybrali walkę zamiast odbudowy - to o co innego może chodzić? Do tego wymarzona jakoby przez nich - w przeciwieństwie do Polski demokratycznej - Polska bez Żydów, innowierców - itd, itd. Dziwne, że redaktor nie wymienił jeszcze gejów.

To nie wszystko, co GW w swoim sobotnim numerze ma do powiedzenia o żołnierzach wyklętych. Na stronie 24 Adam Michnik snuje subtelne, poparte obszernym cytowaniem poetów rozważania zmierzające do stwierdzenia, że nic wtedy nie było takie oczywiste: i jedni - i drudzy mordowali, a przy tym - ..."dla jednych była to obrona Polski przed sowiecką opresją; dla drugich - obrona reform przed reakcyjnymi obrońcami Okopów Świętej Trójcy " . Fałsz ! Przecież ówczesne PSL, które postanowiono pokonać przy pomocy sfałszowanych wyborów i mordowania działaczy nie było partią reakcyjną, przeciwną reformom. Michnik pisze: - "Zazdroszczę tym, dla których wszystko jest jasne. Tym, dla których ówczesny świat dzieli się na bohaterów i zdrajców. Dla mnie nie jest to tak jasne". Nie jest to tak jasne ... - jakoś mnie to stwierdzenie w ustach Michnika specjalnie nie dziwi. A przeciez w tej akurat sprawie nie może być niejasności; bohater, zdrajca - to terminy całkowicie jasne i pozwalające na bezbłędne ich przypisanie tym, którzy walczyli o wolność Ojczyzny - i tym, którzy przeciw niej wspomagali obcą siłę. "Czas >żołnierzy wyklętych< - to epoka wielkiej sprzeczności. Dlatego >żołnierz wyklęty< do dziś dzieli polską pamięć" - to też pisze Michnik. Epoka sprzeczności ? - ja tę epokę pamiętam; byłem chłopcem niespełna dziesięcioletnim - pamiętam samochody z ubowcami wjeżdżające wieczorami z wygaszonymi światłami do wsi i potem po cichu przekazywane informacje o tym, kogo zabrali i dlaczego. Pamiętam, że za ojcem snuło się UB - i strach, że mogą go zabrać. Pamiętam, że nie była to żadna "sprzeczność" - narodowi postawiono but na gardle. Nie ma żadnej równowagi między pozycją posiadacza buta - a pozycją przydeptanego.

Tekst nie mógł obejść się bez niezbędnego w tej sytuacji Żyda - bo dla niektórych, jak wiadomo, stosunek do Żyda jest miarą wszystkiego; jasne więc, że i wyklętych należało pod tym kątem przebadać. Michnik pisze o "uderzeniu na Parczew i rozgromieniu mieszkających tam Żydów" utrudniających życie Polakom - i że przy okazji partyzanci spodziewali się zdobyc potrzebne im buty. Zgroza ! Tyle, że okazuje się potem, że jacys dziwni ci Żydzi - uzbrojeni w automaty, a jeden z rozbrojonych jest sierżantem UB. Ale - tak, czy siak - antysemityzm wyklętych został pokazany i napiętnowany. Powiedziałem już, że warto zastanowić się, do czego zmierza i do czego potrzebne jest kreowanie takiego obrazu >żołnierzy wyklętych<. Ja nie mam wątpliwości - choć to, co myślę może nie wyczerpywać wszystkich możliwości. Ja myślę tak: skoro twierdzi się, że sprawa >wyklętych< nie jest jednoznaczna - to już tylko krok pozostaje do uznania, że i działania tych wszystkich prokuratorów, sędziów i innych oprawców dobrze zasłużonych w eksterminacji niepodległościowego podziemia, a obecnie dożywających swoich dni za granicą, ale nie tylko, bo także - i to całkiem spokojnie, w kraju - że te działania też nie mogą być jednoznacznie oceniane, a więc - potępiane. A jeszcze mały kroczek - i ci nieliczni funkcjonariusze skazani za szczególne okrucieństwo zaczna domagać się rehabilitacji i odszkodowań. Nierealne ? - nie byłbym taki pewien.

Michnik jest w stosunku do >wyklętych< wyrozumiały, a nawet współczujący; byli w pułapce, nieszczęśni, pozbawieni dowódców. "Wszyscy, przegrani, oszukani, nieszczęśliwi, są przecież nieusuwalnym fragmentem polskiego losu, polskiej smutnej chwały i naiwności zasługującej na wybaczenie. Niewybaczalna jest bowiem tylko podłość nasycona okrucieństwem" - tak kończy Michnik. To wielkie słowa - i jak wielką pociechą może być świadomość, że "zasłużyli na wybaczenie" - dla tych, którzy z rąk oprawców wyszli okaleczeni na ciele i duchu - i jaką pociechą mogłaby być dla tych, którym z obław i katowni wyjść się nie udało ! Bądźcie spokojni - to, co próbowaliście dla Ojczyzny zrobić - zostało wam przez redaktora wybaczone. To między innymi zaparło mi dech.

http://eurybiades.salon24.pl/491396,kur ... eraja-dech

To publiczne, nachalne i wrzaskliwe plugawienie pamięci naszych Narodowych Bohaterów, ma moim zdaniem jeszcze jeden i to chyba najważniejszy cel. Takie gówniano - wybiórcze przesłanie dla wszystkich, którym jest dane co, nie co wiedzieć na temat Powstania Niezłomnych, nakazuje przyjąć dopuszczalną ideologicznie linię interpretacyjną postawy Wyklętych i postawy bolszewickich zbrodniarzy.

Skoro nie da się już wiedzy o Wyklętych utrzymać w tajemnicy, to według wskazań gówniano - wybiórczych należy ją zrelatywizować, a Bohaterów naszych zohydzić. Tak mamy postrzegać samo Powstanie Niezłomnych i taką "wiedzą" mają być karmieni nasi uczniowie i studenci.
Dla wielu Polaków, to nie tylko sugestia, to rozkaz.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 06 mar 2013, 15:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
To publiczne, nachalne i wrzaskliwe plugawienie pamięci naszych Narodowych Bohaterów, ma moim zdaniem jeszcze jeden i to chyba najważniejszy cel. Takie gówniano - wybiórcze przesłanie dla wszystkich, którym jest dane co, nie co wiedzieć na temat Powstania Niezłomnych, nakazuje przyjąć dopuszczalną ideologicznie linię interpretacyjną postawy Wyklętych i postawy bolszewickich zbrodniarzy.

Skoro nie da się już wiedzy o Wyklętych utrzymać w tajemnicy, to według wskazań gówniano - wybiórczych należy ją zrelatywizować, a Bohaterów naszych zohydzić. Tak mamy postrzegać samo Powstanie Niezłomnych i taką "wiedzą" mają być karmieni nasi uczniowie i studenci.
Dla wielu Polaków, to nie tylko sugestia, to rozkaz.


Są to duchowi bracia morderców, katów i zbrodniarzy. którzy po zakatowaniu bohatera i zamordowaniu go wrzucali zwłoki do szamba, by nie miał grobu i by nie można było czcić jego pamięci, i jednocześnie by go splugawić. Dziś ci sami wrzucają niezłomnych bohaterów do szamba medialnego. Styl myślenia tamtych zwyrodnialców i tych z GW jest dokładnie ten sam, bo to nie tylko duchowi spadkobiercy, ale często i krewni biologiczni morderców, jak np. najbardziej z nich znany brat Stefana Michnika. Strzelają dziś słowem, mordując ludzkie dusze. Są więc jeszcze gorszymi zbrodniarzami od ówczesnych morderców ciał. Stefan Michnik przy swoim bracie to pikuś jeśli chodzi o rozmiar zbrodniczych szkód zadanych Polsce i Polakom.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 13 kwi 2013, 07:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
CHURCHILL ukrywał prawdę

Bogusław Rąpała

Z Eugenią Maresch, członkiem Rady Studium Polski Podziemnej oraz Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie, rozmawia Bogusław Rąpała

Dlaczego zaczęła Pani interesować się zbrodnią katyńską?

– Od 1989 do 2000 r. przewodniczyłam Komisji Bibliotecznej w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym (POSK) w Londynie. Jednym z wielu zadań biblioteki było prowadzenie bibliografii katyńskiej oraz bibliografii Polaków w Rosji. Poza tym interesowałam się archiwami brytyjskimi. Najpierw zaczęłam zapoznawać się z dokumentacją śmierci generała Władysława Sikorskiego. W 2000 r. weszłam do polsko-brytyjskiej Komisji Historycznej do zbadania współpracy wywiadowczej z czasów II wojny światowej. Wówczas, przeglądając tysiące teczek rządu brytyjskiego, wielokrotnie stykałam się z tematem Katynia. Z chwilą wydania dwutomowej pracy zbiorowej dotyczącej wywiadu rozpoczęłam na serio badania dotychczas nieznanej historykom dokumentacji katyńskiej. Im bardziej się w nią wczytywałam, tym większa brała mnie złość, gdyż uświadamiałam sobie, jak perfidnie prowadzona była angielska polityka wobec Polaków i Katynia.

Na czym ona polegała?

– Chodziło o to, żeby jak najbardziej wyciszać temat zbrodni katyńskiej. Dyplomacja brytyjska od początku przyjęła postawę „wstrzymania osądu”, kto dokonał morderstwa na polskich oficerach, i to pomimo niezbitych dowodów, które przesyłano z kraju polskiemu rządowi w Londynie. Anglicy usiłowali ukryć fakt, że za zbrodnią stoją władze sowieckie. Widać to w korespondencji prowadzonej między brytyjskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych (Foreign Office) a prezydentem Rooseveltem, ponieważ w 1943 r. cały ciężar prowadzenia walki z Hitlerem spoczywał na Stalinie i Armii Czerwonej. Dotarłam do informacji świadczącej o tym, jak wielu pracowników brytyjskiego Ministerstwa Wojny (War Office) i Ministerstwa Spraw Zagranicznych miało dużo do powiedzenia w sprawie Katynia.

Kiedy Londyn dowiedział się o zbrodni katyńskiej?

– Formalnie 11 kwietnia 1943 r. z niemieckiego radia Transocean. Według dokumentacji, wieść rozeszła się w świat 13 kwietnia po ponownym nadaniu jej przez radio krajowe. Poważne dowody na eksterminację polskich oficerów przez Sowietów miał sztab generała Andersa, rząd polski w Londynie, a nawet brytyjski ambasador i Misja Wojskowa w Moskwie i Kujbyszewie.

Co władze Wielkiej Brytanii zrobiły z głośną relacją Zbigniewa Koźlińskiego?

– W archiwach brytyjskich nie odnalazłam żadnych śladów raportu ani nawet wzmianki o tym, jakoby Koźliński był świadkiem rozstrzeliwania czy też grzebania polskich oficerów w 1940 roku. Należy przypuszczać, że wiadomość ta, przekazana Armii Krajowej w Polsce, musiała być natychmiast wysłana zaszyfrowaną depeszą przez generała Stefana Roweckiego do rządu polskiego w Londynie. Takiej depeszy w archiwach Instytutu Polskiego ani w Studium Polski Podziemnej nie odnalazłam.

Czy postawa Anglików wobec Katynia uległa zmianie po zakończeniu działań wojennych?

– Nie, trwała klauzula „neutralności”. W czasie procesu w Norymberdze Brytyjczycy dopuścili się szeregu uchybień. British War Crimes Executive (Brytyjska Egzekutywa ds. Przestępstw Wojennych) nie pozwoliła na przedłożenie sądowi polskich dokumentów zebranych przez Biuro Studiów (wcześniej Biuro Dokumentacji przy 2. Korpusie), świadczących o zbrodni katyńskiej. Ponadto Brytyjczycy odrzucili w 1952 r. możliwość udzielenia pomocy Specjalnej Komisji Śledczej Kongresu Stanów Zjednoczonych do Zbadania Zbrodni Katyńskiej. Nie wnieśli też sprawy Katynia na forum Narodów Zjednoczonych. Do samego końca rząd brytyjski był również w zaciętej opozycji wobec wzniesienia pomnika katyńskiego w Londynie w 1976 roku. Można by zapisać całą litanię tego typu zachowań naszych sprzymierzeńców.

Opisała je Pani szczegółowo w swojej książce „Katyń 1940. Dokumenty świadczące o zdradzie Zachodu”. Z jakich dokumentów korzystała Pani podczas pracy nad nią?

– Prócz wykorzystania bogatych archiwów polskiego rządu, znajdujących się w Instytucie Polskim i Muzeum gen. Sikorskiego oraz Studium Polski Podziemnej w Londynie, skoncentrowałam się przede wszystkim na archiwach brytyjskich, The National Archives. Książka zawiera niepublikowane wcześniej raporty i protokoły, które docierały do brytyjskiego Ministerstwa Wojny, do Gabinetu Premiera (Cabinet Office) oraz do Ministerstwa Spraw Zagranicznych z brytyjskiej Misji Wojskowej w Moskwie.

Zostały też opublikowane nieznane do tej pory wersje raportów z 1946 r., które zainteresują historyków w Polsce i poza jej granicami, a więc uzupełniony raport Kazimierza Skarżyńskiego, Mariana Wodzińskiego i Ferdynanda Goetla, a także inne do tej pory nieznane – Brytyjczyka kpt. Stanleya Gildera, który wraz z płk. Johnem Van Vlietem był świadkiem ekshumacji pomordowanych oraz rozmowy z Parfienem Kisielowem. W 1952 r. rząd brytyjski nie zgodził się na odtajnienie tego dokumentu oraz innych akt dla potrzeb komisji Kongresu amerykańskiego.

W książce znajduje się też nieznana do tej pory ekspertyza brytyjskiego profesora medycyny sądowej Bernarda Spilsbury’ego (a więc Anglicy musieli mieć pewne zastrzeżenia do raportu Burdenki) oraz kolejne, bardziej precyzyjne zeznanie znanego już z poprzedniej komisji niemieckiej profesora Ferenca Orsósa, złożone w obecności polskiego oficera wywiadu (II Oddział) w Budapeszcie. Książka zawiera również wczesne niemieckie telegramy radiowe z podsłuchu brytyjskiego, przesłuchania agenta niemieckiego Hansa Zecha Nenntwicha, a także zeznanie Iwana Kriwoziercowa w czasie jego pobytu w Niemczech w 1946 r. przy Pierwszej Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Można w niej znaleźć również wiele innych dokumentów ujawniających machinacje na szczeblu ministerialnym oraz zaniechania urzędników różnego szczebla w Foreign Office, od 1940 r. po okres obecny.

Co w trakcie przesłuchania zeznał Hans Zech Nenntwich?

– Oficer Waffen SS twierdził ponoć, że jako adiutant Himmlera był zarazem przeciwnikiem hitleryzmu. Według kontrwywiadu Armii Krajowej, współpracował z oddziałami AK, sprzedając im broń. Zdemaskowany przez Niemców miał być sądzony, zdołał jednak uciec do Szwecji, po czym zgłosił się do brytyjskiej ambasady z propozycją współpracy. W sierpniu 1943 r. brytyjska Służba Bezpieczeństwa (MI5) zatrudniła go do pomocy w przesłuchaniach schwytanych Niemców. Najpierw jednak musiał opowiedzieć, co wie o Katyniu. Jego zeznania są bardzo ciekawe, ponieważ jako żołnierz SS był dobrze poinformowany o ruchach wojsk niemieckich na froncie wschodnim i ich morderczych dyrektywach. Twierdził, że gdyby polscy oficerowie wpadli w ręce niemieckie, zostaliby z pewnością wykorzystani w celach propagandowych, by pokazać światu, jak okrutnie postępowali Sowieci wobec więźniów. Po drugie, po zajęciu Smoleńska armia niemiecka parła na wschód ku Uralowi, nie było w jej interesie w tym momencie mordować polskich oficerów. Nenntwich dał do zrozumienia, że jako oficer SS na tamtym terenie miałby bezwzględnie informacje o zajęciu obozu z tak dużą grupą polskich oficerów.

Kiedy Pani książka ukaże się w Polsce?

– Planuje się, że zostanie wydana w tym roku z okazji siedemdziesiątej rocznicy odkrycia grobów katyńskich.

Czego jeszcze chciałaby się Pani dowiedzieć o Katyniu?

– Matactwa naszych zachodnich sprzymierzeńców w sprawie masakry popełnionej przez sowieckie NKWD na polskich więźniach wojennych w 1940 r. są już zdemaskowane. Chciałabym bardzo jeszcze za mego życia przeczytać pozostałe tajne dokumenty NKWD, do których nie mają dostępu krajowi archiwiści. Jestem przekonana, że istnieje jeszcze wiele niedopowiedzianych faktów. Jeśli będę miała okazję, to z pewnością wrócę do tego tematu, ponieważ czuję, że dopóki sprawa mordu w Katyniu nie zostanie całkowicie wyjaśniona, dopóty dusze zmarłych nie zaznają spokoju.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/29589,chu ... rawde.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 24 kwi 2013, 07:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
„Nie masz ze złymi pokoju”

Chciałbym jakoś przezwyciężyć pewien brzydki obyczaj spotykany często po prawej stronie sceny politycznej. Otóż bardzo często się zdarza, że patriotyczne media i pracujący tam dziennikarze hołdują starej zasadzie mówiącej, że o konkurencji mówi i pisze się tylko źle, a w najlepszym przypadku spuszcza się nad nią zasłonę milczenia, tak jakby w ogóle nie istniała.

Chodzi mi o słynną już okładkę tygodnika „Uważam Rze”, na której to zaprezentowano w tonacji czarno-białej, Angelę Merkel przebraną w obozowy pasiak i spoglądającą przed siebie zza kolczastego drutu. W tle, za jej plecami majaczy brama wjazdowa podobna do tej z KL Birkenau.

Chapeau bas dla Redakcji.

W dzisiejszym świecie cywilizacji obrazkowej ta okładka trafi do większej grupy odbiorców niż dziesiątki artykułów alarmujących o pewnym trwającym już od lat procesie polegającym na przerzucaniu odpowiedzialności za drugą wojnę światową z katów i ofiary, a przy tym uczynienie Polaków winnych nawet Holokaustu.

Ta bezprecedensowa, nieludzka i haniebna propagandowa akcja jest prowadzona jakby w zsynchronizowany sposób nie tylko przez stronę niemiecką, ale także środowiska żydowskie, które dla jakichś korzyści postanowiły dołączyć do forsowania gigantycznego i niebywałego historycznego kłamstwa.

Nigdy, a zwłaszcza w czasach swojej młodości do głowy by mi nie przyszło, że zbrodnicze Niemcy, w czasach PRL-u główny ideologiczny wróg, będą kiedyś z sukcesem stroiły się w piórka ofiary.

Swoją bezczelnością ten propagandowy projekt można tylko porównać do akcji sowietów, które próbowały podczas procesu norymberskiego wprowadzić na wokandę sprawę Katynia i przedstawić ją, jako akt ludobójstwa dokonanego przez hitlerowskie Niemcy.

W naszym polskim przypadku sprawa jest o tyle bardziej groźna, że w ekipie niemieckich i żydowskich oszustów grają również znane nam doskonale media i „autorytety”, które przez wielu rodaków są postrzegane, jako polskie.

Mają w tym już niezłą wprawę, że przypomnę choćby haniebny drobiazgowo zaplanowany i przeprowadzony proces uczynienia z Jana Kobylańskiego, wielkiego polskiego patrioty i wieloletniego więźnia Pawiaka, Auschwitz, Mauthausen i Gusen, nie tylko szmalcownika, ale i współpracownika nazistów.

Niemieckie media okładkę tygodnika „Uważam Rze” określiły, jako „niesmaczną”, nie odnosząc się jednak do bardzo niebezpiecznego dla Polski i Polaków i trwającego od lat procederu robienia z nas w oczach świata niebezpiecznego i nieodpowiedzialnego narodu, który wymaga nad sobą stałej kurateli „starszych i mądrzejszych”.

Okładka z Angelą Merkel w obozowym pasiaku przełamuje pętającą nas i w wtłaczaną w umysły tak zwaną poprawność polityczną oraz uzmysłowia, że w walce o historyczną prawdę oraz honor i godność narodu polskiego wszystkie chwyty są dozwolone z jednego choćby powodu.

My nie mamy naprzeciw siebie honorowych przeciwników i nie rozgrywamy zgodnie z regułami gry partii szachów czy brydża. Naprzeciw nas siedzą zwykli pozbawienie jakichkolwiek hamulców i zasad zawodowi szulerzy i oszuści, a ich mentalność bardziej przypomina tę znaną z zachowań bezczelnych złodziei oferujących głupim i naiwnym grę w trzy karty.

Jeżeli już teraz, dzisiaj się nie obudzimy to zapewniam, że za kilka lat świat usłyszy o tym, że Adolf Hitler oraz biedni zmanipulowani Niemcy był tylko bezwolnym narzędziem w rękach polskich krwiożerczych antysemitów.

Wypowiedzmy tym kłamcom i agresorom wojnę propagandową. A na wojnie, jak to na wojnie, wszystkie chwyty są dozwolone, zwłaszcza, że walka tak naprawdę toczy się o Polskę.

Merkel w pasiaku to doskonały przykład akcji prewencyjnej, dzięki której uniemożliwiamy łajdakom przebranie Hitlera, Goebbelsa i Himlera w stroje Krakowiaków.

http://kokos.salon24.pl/502638,nie-masz-ze-zlymi-pokoju


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 30 kwi 2013, 07:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30436
Wołyń. Czy pamiętamy?

Aneta Przysiężniuk-Parys

Szeregi tych, którzy przeżyli piekło wołyńskiej rzezi, topnieją z roku na rok. Tymczasem do dziś nie doczekali się godnego upamiętnienia swoich krewnych, przyjaciół i sąsiadów, którzy w latach 1943--1944 zginęli z rąk ukraińskich nacjonalistów. W stolicy nie ma pomnika poświęconego ofiarom „wyznawców” Stepana Bandery, a dotychczasowe próby ustanowienia Dnia Pamięci Męczeństwa Kresowian zakończyły się fiaskiem. Z kolei przed każdą lipcową rocznicą Wołynia w polskim Sejmie trwają kłótnie o zapisy uchwały upamiętniającej ludobójstwo na Polakach. W ubiegłym roku parlamentarzyści uczcili ofiary zbrodni jedynie minutą ciszy, a projekty uchwał autorstwa m.in. Prawa i Sprawiedliwości i Solidarnej Polski utknęły w komisji kultury. Polemikę wywołało użycie w nich sformułowania „ludobójstwo”. W tym roku z pewnością czekają nas kolejne sejmowe przepychanki, choć 70. rocznica mordów na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej wymagałaby nadania jej odpowiedniej rangi i stanięcia nie tylko ponad podziałami, ale także w prawdzie. Jak bowiem inaczej określić bestialskie wymordowanie nawet do 100 tys. osób – wśród nich kobiet oraz dzieci, jeśli nie ludobójstwem? Oficjalne czynniki w tej sprawie „dyplomatycznie” milczą. Zwykle w imię niezadrażniania relacji z sąsiadami, nieprowokowania ich i nieepatowania bolesnymi kartami naszej historii. Takich skrupułów nie mają np. Rosjanie czy Ukraińcy nawet w przypadku – mówiąc delikatnie – bardzo kontrowersyjnych wydarzeń z przeszłości. Niedawno w Rosji rozpoczęły się obchody 70. rocznicy utworzenia kontrwywiadu wojskowego Smiersz, który w historii zapisał się jako jedno z najbardziej zbrodniczych narzędzi komunistycznego reżimu. Z kolei na Ukrainie rokrocznie na przełomie kwietnia i maja „świętuje się” rocznicę powołania ukraińskiej Dywizji Grenadierów SS. W Polsce zarzuca się jej zbrodnie wojenne, m.in. współudział w wymordowaniu polskich mieszkańców Huty Pieniackiej. Tymczasem władze w Warszawie zdarzeń sprzed siedemdziesięciu lat nie potrafią nazwać po imieniu, a sprawy w swoje ręce muszą brać obywatele, dzięki którym ofiary eksterminacji na Wołyniu mogą zaistnieć w pamięci Polaków.

http://www.naszdziennik.pl/wp/31287,wol ... etamy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 16 maja 2013, 12:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/wydarzenia/53232-w- ... tyce.pl%29

Ponieważ rządzą nami zbrodniarze, więc wiadomo, jak to będzie uchwała - sadystyczni mordercy zrównani zostaną z ofiarami. Ofiary tak samo winne, bo próbowały się bronić, zamiast dać się wymordować bez oporu.

Kopia artykułu:

W czerwcu ma być gotowy projekt uchwały upamiętniającej ofiary zbrodni na Wołyniu
opublikowano: 10 maja, 10:28 | ostatnia zmiana: 10 maja, 10:34

Obrazek

Uchwałę Sejmu upamiętniającą ofiary zbrodni na Wołyniu z 1943 r. posłowie będą opracowywać we współpracy z przedstawicielami IPN i Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Projekt uchwały, który ma być gotowy w czerwcu, przygotuje sejmowa komisja kultury.
W 2013 r. mija 70. rocznica zbrodni wołyńskiej, w wyniku której na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło od 100 do 130 tys. Polaków, zamordowanych przez oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej i miejscową ludność ukraińską.
W Sejmie obecnie znajduje się sześć projektów uchwał, które dotyczą zbrodni na Wołyniu. Większość z nich dotyczy ustanowienia 11 lipca dniem Pamięci i Męczeństwa Kresowian. Projekty przygotowali posłowie PO, PiS, SLD i Solidarnej Polski. Posłowie PSL są autorami dwóch projektów, natomiast własnego projektu nie przygotował Ruch Palikota.
Prace nad przygotowaniem jednej wspólnej uchwały, którą Sejm będzie mógł uczcić ofiary rzezi wołyńskiej, mają zakończyć się w czerwcu - zapowiedziała w rozmowie z PAP przewodnicząca sejmowej komisji kultury i środków przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO).

Rzecz dotyczy lipca, a uchwały nie wymagają przechodzenia przez Senat i prezydenta, dlatego ta uchwała będzie gotowa przed 11 lipca, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
- podkreśliła.

Zapowiedziała też, że w posiedzeniu komisji poświęconemu upamiętnieniu ofiar zbrodni wołyńskiej wezmą udział prezes IPN Łukasz Kamiński i sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Krzysztof Kunert, którzy mają pomóc parlamentarzystom w wypracowaniu projektu. Rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że "Instytut chętnie pomoże w przygotowaniu projektu". Dodatkowo w posiedzeniu ma wziąć udział specjalista prawa międzynarodowego. Jednym z problemów, z jakim przyjdzie się zmierzyć posłom, będzie określenie, czy zbrodnia wołyńska była ludobójstwem.
We wszystkich projektach uchwał, z wyjątkiem tego, który przygotowali posłowie PO, pojawia się określenie zbrodni wołyńskiej jako zbrodni ludobójstwa.
W projekcie SLD mowa jest o "apogeum ludobójczej zbrodni popełnionej na ludności polskiej na Kresach II Rzeczpospolitej dokonanej przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię". Podobnie sformułowany jest projekt Solidarnej Polski, w którym podkreśla się, że zbrodnia wołyńska również była "apogeum zbrodni ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej Kresów Wschodnich". Oddanie "hołdu ofiarom zbrodni ludobójstwa" popełnionej przez UPA przewiduje również projekt PiS. Posłowie PSL piszą z kolei o "70. rocznicy ludobójstwa dokonanego przez zbrojne formacje ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej", choć w pierwszym ze swych projektów posłowie tej partii wskazywali jedynie na "zbrodnię o znamionach ludobójstwa".
W projekcie PO posłowie tej partii piszą o uczczeniu "70. rocznicy tragedii ludności polskiej na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej".

Tragedia wołyńska, jako jedna z najczarniejszych kart w historii polskiej oraz ukraińskiej, powinna stanowić dla obydwu naszych, bliskich sobie narodów źródło refleksji, ku budowaniu porozumienia i lepszej przyszłości.
- napisali posłowie PO, którzy nie użyli w tekście projektu uchwały słowa "ludobójstwo".

Projekty każdej partii, z wyjątkiem projektu PiS, podkreślają wdzięczność dla tych Ukraińców, którzy podczas rzezi wołyńskiej ratowali Polaków.
Kwalifikację prawną danej zbrodni jako zbrodni ludobójstwa określa konwencja ONZ z 9 grudnia 1948 r., której art. 2 definiuje ludobójstwo jako czyn "dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych". W świetle prawa międzynarodowego to właśnie ta konwencja ONZ (pełna nazwa - Konwencja w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa) definitywnie rozstrzyga o tym, czy dane wydarzenie jest (albo nie jest) ludobójstwem, i to niezależnie od prawodawstwa poszczególnych krajów, m.in. tych, na których terenie mogło dojść lub dochodziło do ludobójstwa.
W 2013 r. mija 70. rocznica masowych zbrodni popełnionych przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Kulminacja zbrodni nastąpiła 11 lipca 1943 r., gdy oddziały UPA zaatakowały ok. 100 polskich miejscowości.
Dla polskich historyków tzw. rzeź wołyńska z lat 1943-44, która swoim zasięgiem objęła także tereny południowo-wschodnich województw II Rzeczpospolitej, była ludobójczą czystką etniczną liczącą ponad 100 tys. ofiar (są też szacunki liczące ok. 120-130 tys. ofiar). Dla badaczy z Ukrainy zbrodnia ta była konsekwencją wojny Armii Krajowej z UPA, w której wzięła udział ludność cywilna. Ukraińcy podkreślają, że w czasie II wojny światowej obie strony popełniały zbrodnie wojenne, ponieważ polska partyzantka podejmowała akcje odwetowe. Strona ukraińska ocenia swoje straty na 10-12, a nawet 20 tys. ofiar, przy czym część ofiar zginęła z rąk UPA za pomoc udzielaną Polakom lub odmowę przyłączenia się do sprawców rzezi.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 85 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /