Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 43 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 29 wrz 2014, 06:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Mieli zostać, decyzją lewackiego kołtuna, wymazani z naszej historii po wsze czasy, a jednak pozostaną dzięki pamięci nieśmiertelni.
Bolszewizm, ten morderczy bestialski system, pozostanie na zawsze gangreną niszczącą Polskę, a patrioci nasi wejdą do naszych serc jako Wielcy Polacy, nasi bohaterowie.
Polskość przepełniona kulturą cywilizacji łacińskiej nigdy nie zapomina o ludziach, którzy poświęcili się dla Ojczyzny.
Polakom którym odebrano serca polskie, których odarto z naszej kultury, którym wszczepiono inny, barbarzyński kod obcej kultury, którym wymazano pamięć historyczną i którym zniekształcono świadomość i tożsamość być może tego aż tak nie odczuwają, jest im to bardziej obojętne, słabiej rozumieją istotę polskiej duszy. Jest jednak nadzieja, że wrócą oni do nas, za sprawą tych, którzy mieli być na zawsze wyrzuceni z naszej pamięci, z naszej historii, z naszej świadomości.


Wywiadowcy z Łączki

IPN potwierdził identyfikację mjr. Bolesława Kontryma „Żmudzina” i siedmiu innych żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Wśród nich – ostatniego cichociemnego, którego spadochron odnaleziono w archiwum ABW w 2006 roku.



Kancelaria Prezydenta zapowiada nowelizację trzech ustaw, które umożliwią dokończenie ekshumacji wszędzie tam, gdzie pogrzebane są szczątki ofiar komunistycznego terroru.

IPN ujawnił nazwiska ośmiu kolejnych żołnierzy – ofiar komunistycznej bezpieki, których szczątki odnaleziono podczas ekshumacji prowadzonych na powązkowskiej kwaterze „Ł”. Jest wśród nich mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin”, legenda przedwojennej policji, szpieg, żołnierz, cichociemny i konspirator. Zarówno szczątki jego, jak i pozostałych oficerów odnaleziono podczas prac prowadzonych przez ekipę prof. Krzysztofa Szwagrzyka w latach 2012-2013.

Do dziś udało się ujawnić nazwiska 36 bohaterów zamordowanych przez komunistów: żołnierzy AK, NSZ, NOW, NZW, WiN, organizacji NIE, dywersantów, konspiratorów, oficerów wywiadu i kontrwywiadu, cichociemnych; narodową elitę, której nazwiska i życiorysy miały być na zawsze zapomniane, a ich ciała nigdy nieodnalezione.

Wszyscy zostali straceni w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Uroczystość prezentacji not identyfikacyjnych odbyła się w Pałacu Prezydenckim w obecności Bronisława Komorowskiego, przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej i oczywiście rodzin ofiar.

Jak podkreślał szef IPN Łukasz Kamiński, praca archeologów, genetyków i historyków to nie tylko odkrywanie szczątków ofiar komunizmu, ale również fundamentów, na których budowana powinna być wolna i niepodległa Polska.

Tym razem rodziny ofiar odebrały noty identyfikacyjne dotyczące 8 osób. Ich nazwiska zaprezentowano w kolejności alfabetycznej.

Jako pierwszego wyczytano Juliana Czerwiakowskiego „Jurka”, zamordowanego jako żołnierza organizacji NIE i WiN w 1953 roku. W 1939 r. służył jako saper, a potem żołnierz wywiadu NSZ w stolicy. Drugi to słynny Bolesław Częścik „Orlik”, żołnierz NOW i NSZ. Po wejściu wojsk sowieckich walczył na terenie północnego Mazowsza. Potem żołnierz Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ. Stefan Głowacki „Smuga” – oficer okręgu wileńskiego AK. W 1939 r. żołnierz KOP w Augustowie. W czasie wojny brał udział w konspiracji wileńskiej AK. Po wojnie przedostał się na Ziemie Odzyskane. Zamordowany w 1949 r. w więzieniu mokotowskim.

Wreszcie mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin” – legenda podziemia niepodległościowego, jeden z najbardziej doświadczonych żołnierzy, którego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz doskonałego filmu sensacyjnego. Współpracownik polskiego wywiadu w Związku Sowieckim, funkcjonariusz Straży Granicznej i Policji Państwowej. Po ucieczce z obozu internowania brał udział w walkach pod Narwikiem. Potem żołnierz I Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Po przeszkoleniu kursu dywersyjnego jako cichociemny zrzucony do okupowanego kraju, gdzie działał jako szef Kedywu Okręgu Brześć. Wykonywał egzekucje na konfidentach i agentach gestapo. Potem żołnierz Powstania Warszawskiego, czterokrotnie ranny. Po upadku Powstania przedostał się z niewoli do 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Żołnierz konspiracji. Zamordowany w 1952 roku w więzieniu mokotowskim.

Wnuczka majora Bolesława Kontryma Grażyna Kontrym-Sznajer w imieniu rodzin podziękowała ekipie IPN.

– Dziękuję prof. Krzysztofowi Szwagrzykowi za prowadzenie prac ekshumacyjnych i wytrwałość. Dzięki niemu patrioci zamordowani przez komunistów doczekają się pochówku. Wreszcie dowiedzieliśmy się, gdzie dziadek został pochowany. W naszej rodzinie do końca nie mieliśmy pewności, czy dziadek nie był jeszcze wydany Rosjanom i dalej torturowany – mówiła, podkreślając, że wszyscy członkowie rodzin ofiar komunizmu mają ten sam dylemat i do końca nigdy nie wiedzieli, co tak naprawdę działo się z ich bliskimi do ostatnich dni. Tylko dlatego, że nigdy nie odnaleziono ich miejsc spoczynku.

Spadochron w ABW
Kolejny zidentyfikowany, Dionizy Sosnowski ps. „Józef”, to wyjątkowa biografia. W 1948 r. podjął studia na Akademii Medycznej, których nie skończył z powodów politycznych. Próbował wydostać się na Zachód i jako nieświadomy prowokacji student został wprowadzony do założonej przez komunistów siatki mającej pozorować komendę WiN, przeszkolony jako dywersant. Po zrzuceniu na spadochronie do kraju został ujęty i aresztowany, a potem stracony. W 2006 r. archiwiści porządkujący zasoby Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego znaleźli zwinięty spadochron. Okazało się, że należał do ostatniego cichociemnego – właśnie Dyzka, jak go nazywali najbliżsi, Sosnowskiego.

Zbigniew Szymanowski „Bez”, oficer okręgu wileńskiego AK. Po ucieczce z obozów jenieckich osiadł na Wileńszczyźnie i działał jako oficer wywiadu kolejowego AK. Potem podporządkowany Ośrodkowi Mobilizacyjnemu AK w Suwałkach. Aresztowany w Szklarskiej Porębie. Zamordowany w 1951 r. w więzieniu mokotowskim. W jego szczątkach odnaleziono – co jest wyjątkiem – kawałek szczoteczki do zębów i grzebień.

Major Ludwik Jan Świder – oficer zawodowy Wojska Polskiego. Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. Po przejściu w stan spoczynku był kierownikiem agentury w Tarnopolu. Po przedostaniu się do Rumunii zaangażowany w działalność siatek wywiadowczych na Zachodzie. Od 1950 r. przesłuchiwał uciekinierów, w Berlinie został aresztowany przy udziale władz sowieckich. Zamordowany w 1952 roku.

Jako ostatni przedstawiony został Aleksander Tomaszewski – oficer okręgu wileńskiego AK. Przed wojną zawodowy żołnierz. Po wojnie zakonspirowany na terenie Dolnego Śląska prowadził siatkę wywiadu i kontrwywiadu AK. Zamordowany w 1949 roku.

– Mija właśnie trzecie pokolenie, które dzieli nas od tamtych wydarzeń – mówił wczoraj prezydent Bronisław Komorowski. Przyznał, że mimo upływu 25 lat wolności wszystkie karty historii nie zostały jeszcze odkryte. – Wciąż trudno jest odnaleźć prawdę, szczególnie dotyczącą losu poszczególnych osób – zwrócił się do rodzin ofiar. Przyznał jednak, że choć zamiar sprawców zbrodni był inny, to jednak prawda wydobywana jest na światło dzienne. – Choćby sto lat minęło i działał aparat kłamstwa, tę prawdę można wydobyć. Taki los przypadł nam w udziale i takie mamy zadanie – podkreślał. Komorowski przyznał jednak, że to na razie zaledwie cząstka tego, co powinno zostać zrobione, by ustalić tożsamość osób wydobywanych z powązkowskiej Łączki. – Dlatego szukając optymalnych rozwiązań, pytając wszelkie instytucje, doszedłem do wniosku, że ktoś to musi wziąć na siebie – mówił Komorowski o inicjatywie, którą przeprowadzi ostatecznie Kancelaria Prezydenta.

Chodzi o możliwość prac pod obecnie istniejącymi grobami, pod którymi spoczywają ofiary komunizmu. Nowelizacja będzie dotyczyła m.in. ustawy o IPN i grobach oraz cmentarzach wojennych. Zmiana ma „przyzwoicie załatwić tę trudną i bolesną sprawę”. Nowelizacja ma dotyczyć nie tylko ekshumacji, które trwają w Warszawie na Powązkach czy przy ul. Wałbrzyskiej, ale również na terenie całego kraju, np. w Gdańsku czy Białymstoku.

– Te prace są na ukończeniu. Jest też kwestia trwałego upamiętnienia i budowy miejsca pochówku wielu bohaterów i ofiar zbrodni z czasów stalinowskich – oświadczył Komorowski, zapowiadając, że będzie sprzyjał koncepcji dwuetapowego pochowania i upamiętnienia narodowych bohaterów.

Profesor Krzysztof Szwagrzyk przyznał, że na Powązkach przekopano już wszelkie możliwe wolne miejsca. – Dalsze badania bez pomocy państwa są już po prostu niemożliwe – podkreślał kierujący ekshumacjami.

Testament pokolenia
Jak dodał prezes IPN dr Łukasz Kamiński, prace muszą zostać dokończone, bo są one obowiązkiem wobec ofiar, ich rodzin i nas samych. – Musimy odnaleźć szczątki wszystkich naszych bohaterów. Tak się stanie, a ta nowelizacja będzie dla nas wielką pomocą – podkreślał Kamiński. Zapewniał, że finał nastąpi już w niedługim czasie. Natomiast sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa dr hab. Andrzej Kunert poinformował, że za dwa dni zostaną rozesłane do rodzin zidentyfikowanych ofiar listy w sprawie pochowania szczątków ich bliskich na Powązkach. Ogłoszony zostanie także konkurs na budowę panteonu narodowego w miejscu obecnej kwatery „Ł”. Prace będą przebiegać w dwóch etapach; najpierw obiekt zostanie wybudowany na wolnej przestrzeni, tzw. Łączce.

Do tej pory badaczom z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie i jednostkom współpracującym w ramach Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów udało się zidentyfikować 28 osób spośród ponad 200 szczątków wydobytych podczas kilku etapów prac ekshumacyjnych na powązkowskiej Łączce. Od niedzieli to już 36 żołnierzy.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... aczki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 29 wrz 2014, 08:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Biogramy

Bolesław Kontrym (1898-1953)
Ps. „Żmudzin”, „Biały”, „Bielski”, „Cichocki”, oficer Policji Państwowej w II RP, major WP, cichociemny, oficer AK. Po wstąpieniu do armii carskiej w 1915 r. wysłany na front karpacki, gdzie dowodził oddziałem konnych zwiadowców. Od stycznia 1918 r. służył w 5. pułku ułanów II Korpusu Polskiego na Wschodzie, po jego rozbrojeniu dostał się do niewoli niemieckiej, skąd uciekł. Po przedostaniu się do Archangielska uczestniczył w walkach z bolszewikami. W 1919 r. wcielony do Armii Czerwonej. Od lutego 1922 r. wykonywał zlecenia wywiadowcze attaché wojskowego przy Poselstwie RP w Moskwie. Wobec zagrożenia aresztowaniem w grudniu 1922 r. nielegalnie wrócił do Polski. Pełnił służbę w Straży Granicznej, a następnie od 1923 r. w Granicznej Policji Państwowej. 19 września internowany w obozie Kołotowo pod Kownem, skąd dotarł do Francji. Brał udział w walkach pod Narwikiem. W 1940 r. przedostał się do Wielkiej Brytanii, pełnił służbę w 1. Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej. W kwietniu 1942 r. przeszedł szkolenie dywersyjne i spadochronowe w ramach kursu na cichociemnych. W nocy z 1 na 2 września 1942 r. zrzucony na placówkę „Rogi” koło Grójca. Walczył w Powstaniu Warszawskim. Później przebywał w obozach jenieckich, skąd zbiegł, przedostając się do 1. Dywizji Pancernej gen. S. Maczka, gdzie został dowódcą kompanii. Wrócił do kraju. 13 października 1948 r. aresztowany. Po czteroletnim śledztwie został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 2 stycznia 1953 roku.

Julian Czerwiakowski (1911-1953)
Ps. „Jurek”, „Jerzy Tarnowski”, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, organizacji Nie i „Wolność i Niezawisłość”. Od kwietnia do października 1945 r. działał w organizacji Nie oraz Zrzeszeniu „WiN”. Aresztowany przez UB 21 grudnia 1948 r., skazany 22 kwietnia 1952 r. na karę śmierci. Wyrok wykonano 5 stycznia 1953 roku.

Bolesław Częścik (1924-1951)
Ps. „Orlik”, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Po wejściu wojsk sowieckich służył w oddziale pod dowództwem Romana Dziemieszkiewicza „Adama”, „Pogody”. Po rozbiciu oddziału działał w oddziale Pogotowia Akcji Specjalnej XVI Okręgu NZW Józefa Kozłowskiego ps. „Las”. 13 września 1950 r. został aresztowany. 7 kwietnia 1951 r. skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 10 lipca 1951 roku.

Stefan Głowacki (1903-1949)
Ps. „Smuga”, porucznik AK, oficer Okręgu Wileńskiego AK. W czasie kampanii wrześniowej brał udział w walkach w okolicach Augustowa i Suwałk. W listopadzie 1939 r. wyjechał do Wilna, gdzie od roku 1941 rozpoczął działalność w AK, pełniąc funkcję dowódcy podrejonu. W marcu 1946 r. nawiązał współpracę z Ośrodkiem Mobilizacyjnym Wileńskiego Okręgu AK kierowanym przez ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”. Aresztowany 7 lipca 1948 r., 8 marca 1949 r. skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 13 czerwca 1949 roku.

Dionizy Sosnowski (1929-1953)
Ps. „Zbyszek”, „Józef”, absolwent kursu radiotelegrafistów Delegatury Zagranicznej Zrzeszenia „WiN”, zrzucony na spadochronie do Polski w 1952 r., kapral podchorąży. Wiosną 1951 r. został wciągnięty do operacji „Cezary”, czyli pozorowania przez MBP działalności w kraju Zrzeszenia „WiN”. W 1952 r. przerzucony do Niemiec. W nocy z 4 na 5 listopada 1952 r. został zrzucony na spadochronie na Pomorzu. Aresztowany 6 grudnia 1952 roku. Po pokazowej rozprawie 18 lutego 1953 r. skazany na śmierć. Zamordowany 15 maja 1953 roku.

Zygmunt Szymanowski (1910-1950)
Ps. „Jezierza”, „Lis”, „Bez”, „Cis”, „61”, porucznik AK, oficer Okręgu Wileńskiego AK. We wrześniu 1939 r. jako dowódca kompanii ckm w 19. pp 5. DP brał udział w walkach pod Włocławkiem, Kutnem, Sochaczewem, Łodzią, Płockiem, bronił Modlina. W 1942 r. rozpoczął działalność w AK jako szef komórki wywiadowczej wywiadu kolejowego w Wilnie. Aresztowany 22 czerwca 1948 r. w ramach Akcji „X” mającej na celu rozbicie struktur Okręgu Wileńskiego AK. 24 stycznia 1950 r. skazany na śmierć. Wyrok wykonano 31 maja 1950 roku.

Ludwik Jan Świder (1893-1952)
Ps. „Johann Puk”, major, oficer zawodowy WP. W 1949 r. zaangażowany do pracy w ośrodku wywiadowczym w Quackenbrück, który podlegał naczelnym władzom RP na uchodźstwie. W połowie 1950 r. wyznaczony na kierownika ekspozytury ośrodka w Berlinie. Zajmował się przesłuchiwaniem uciekinierów, werbowaniem współpracowników i organizowaniem dróg łączności z krajem. 23 lipca 1951 r., w porozumieniu z MBP, aresztowany przez służby sowieckie w Berlinie. W lutym 1952 r. przekazany do dyspozycji MBP. 23 czerwca 1952 r. skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 19 grudnia 1952 roku.

Aleksander Tomaszewski (1904-1949)
Ps. „Al”, „Bończa”, porucznik AK, oficer Okręgu Wileńskiego AK. Po nawiązaniu kontaktu z ppłk. Antonim Olechnowiczem zdecydował się pozostać w konspiracji. Działał w Ośrodku Mobilizacyjnym Wileńskiego Okręgu AK, gdzie prowadził legalizacje i wywiad wojskowy. Aresztowany 26 czerwca 1948 r., 20 stycznia 1949 r. skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 13 czerwca 1949 roku.

http://www.naszdziennik.pl/wp/100349,biogramy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 30 wrz 2014, 07:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Drugi powrót „Żmudzina”

Z Grażyną Kontrym-Sznajd, wnuczką mjr. Bolesława Kontryma „Żmudzina”, którego szczątki odnaleziono na warszawskiej Łączce, rozmawia Anna Ambroziak
Pani dziadek to wyjątkowa postać. Na kanwie jego biografii można by nakręcić niejeden film.
– Rzeczywiście, mój dziadek to niezwykła postać. To był człowiek o nietuzinkowym życiorysie i wręcz ułańskiej fantazji i odwadze, mówiąc językiem współczesnych, „kochał adrenalinę”. Wystarczy choćby wspomnieć pewien incydent, kiedy to jeden z jego podwładnych został porwany przez NKWD. Mój dziadek, wraz z kilkuosobowym oddziałem, wypuścił się kilka kilometrów w głąb Rosji, z zaskoczenia zaatakował sowiecki posterunek, aresztował jego załogę i przeprowadził z workami na głowach na polską stronę. Tu oficjalnie ich aresztował, zawiadamiając swoich przełożonych o zatrzymaniu po polskiej stronie sowieckiego patrolu. Zaproponował ich wymianę na uwięzionego Polaka, dzięki czemu ten wrócił do Polski. Oczywiście mjr Bolesław Kontrym był znakomitym żołnierzem i strategiem, był świetnie wyszkolony. Podwładni wspominają też jego ojcowski stosunek do swoich żołnierzy.

Jak dowiedziała się Pani, że zidentyfikowano szczątki mjr. Kontryma?
– Pierwszy telefon z IPN otrzymał mój brat Andrzej Kontrym. Potem zadzwoniono do mnie. Kiedy odebrałam telefon, byłam już na tę wiadomość przygotowana.

Po tylu latach będą w końcu mogli Państwo postawić znicz na grobie dziadka.
– Przy grobie mojej babci, która jest pochowana we Wrocławiu, znajduje się już symboliczny grób mego dziadka z jego fotografią. Za każdym razem, kiedy dostawałam informację na jego temat, szłam na cmentarz, zapalałam znicze dla dziadka, ojca i babci i tam przeżywałam, jakby z nimi, ostatnie wydarzenia. Dla mojej rodziny fakt, że odnaleziono jego szczątki, to coś bardzo ważnego – oznacza to nie tylko możliwość godnego pochówku bliskiej nam osoby, ale także wyjaśnienie wątpliwości co do dalszego jej tragicznego losu.

Który był niepewny.
– Właśnie. Nie do końca było jasne, czy rzeczywiście egzekucję wykonano, czy też wywieźli go Rosjanie.

Aresztowanie wyglądało tak, że upozorowano wyjście „Żmudzina” z pracy z dwoma rzekomymi interesantami. Komuniści rozpracowywali go już wcześniej – na polecenie szefa Informacji Wojskowej płk. Dymitra Wozniesieńskiego założono mu teczkę już 15 marca 1947 roku.
– A w 1948 roku mjr Kontrym został wywołany z pracy na rzekome spotkanie służbowe, po czym wywieziono go w nieznanym kierunku. Ślad po „Żmudzinie” urwał się na długi okres. Dopiero w 1952 r. – kiedy już zapadł wyrok – rodzina dostała pierwsze kartki z więzienia na Rakowieckiej. Już był jakiś kontakt, ale tylko i wyłącznie listowny. Naczelnik więzienia nie zezwalał na widzenie z rodziną, nawet przed egzekucją. Nie bez znaczenia dla aresztowania był zapewne fakt jego ucieczki z Armii Czerwonej i współpracy z polskim wywiadem. Major Kontrym, aresztowany pod zarzutem działania na szkodę Narodu Polskiego, został skazany na karę śmierci wskutek wymuszonych torturami zeznań świadków. Wiem też, że ojciec miał jakieś kontakty ze współwięźniami dziadka – ale szczegółów nie znam. Tylko tyle, że to właśnie ci więźniowie dostarczyli ojcu informacji, że dziadek był straszliwie zmaltretowany.

Mimo to nikogo nie wydał. Po upadku Powstania Warszawskiego „Żmudzin” uciekł z niewoli, wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dlaczego wrócił do Polski? Nie wiedział o aresztowaniach żołnierzy podziemia?
– Oczywiście, że wiedział. Ale wciąż myślał o powrocie do Polski. Na rozeznanie sytuacji do kraju wysłał mego ojca – miał on dać znać, czy można bezpiecznie wracać. I ojciec taki sygnał do powrotu dał – czego zresztą nie mógł sobie wybaczyć do końca życia.

Mój ojciec wiele czasu poświęcił na wyjaśnianie spraw związanych z historią dziadka, zgromadził masę dokumentów. Dążył też do tego, żeby osoby odpowiedzialne za reżim komunistyczny zostały ukarane. Ojciec miał nadzieję, że ja z bratem będziemy te działania kontynuować – przede wszystkim starać się wyjaśnić pewne luki w życiorysie dziadka, choćby tę, czy egzekucję wykonano. W tej sprawie kontaktowałam się z kilkoma osobami, które były zaangażowane w historię mojego dziadka: prof. Andrzejem Paczkowskim, dr. Witoldem Paskiem, dr. Zdzisławem Uniszewskim.

W 1957 r. Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy zrehabilitował mjr. Kontryma. Jak wyglądała rozprawa?
– O rehabilitację starał się mój ojciec i zapewne jego żona Wanda. Były to jednak wciąż lata 50. – dopytywanie nie było w modzie. Ojca „upominano”, że za dużo zadaje pytań, radzono, żeby siedział cicho, bo przecież ma rodzinę, że swymi dociekaniami demonstruje brak zaufania do państwa polskiego.

Nie wiadomo nawet, kiedy dokładnie mjr Kontrym został stracony.
– Nie pamiętam w tym momencie, w jakich dokumentach ojciec znalazł datę egzekucji 20 stycznia (ta, którą podaje się obecnie, to 2 stycznia 1953 r.). Ojciec przeglądał wszelkie możliwe dokumenty, m.in. całego procesu dziadka. Ja próbowałam dotrzeć do akt rosyjskich na temat dziadka – był on przecież wcielony do Armii Czerwonej. Jakieś papiery muszą być. Ale kiedy próbowałam dotrzeć do akt drogą polskiej ambasady w Moskwie, otrzymałam informacje na temat brata „Żmudzina” – Konstantego. Informacje te były zresztą bardzo lakoniczne.

Tego samego, który miał być gwarantem bezpieczeństwa mjr. Kontryma?
– Być może na decyzję powrotu dziadka do Polski wpływ mogło mieć właśnie odnalezienie się starszego brata Konstantego Kontryma, o którym rodzina nie miała żadnych wiadomości od czasu ucieczki Bolesława z Rosji do Polski w latach dwudziestych. Po wojnie, po powrocie do Polski, ojciec pojechał do Olsztyna, gdzie stacjonowała dywizja Konstantego, który był już wtedy generałem dywizji Wojska Polskiego. Ojciec uważał, że brat jest gwarantem pewnego bezpieczeństwa dla Bolesława, dlatego dał sygnał do powrotu. Poza tym proszę nie zapominać, że działała wtedy propaganda komunistyczna nawołująca do powrotu z zagranicy żołnierzy podziemia. Dziadek temu nie wierzył. Dlatego nakłonił najpierw do powrotu mego ojca – a dalej potoczyło się tak, jak się potoczyło. Zresztą, co istotne, Konstanty zniknął wkrótce po aresztowaniu Bolesława.

Niektórzy twierdzą, że po prostu uciekł.
– Wiem o tym, ale w to nie wierzę. Przecież zginęły różne dokumenty związane z nim i jego rodziną, a w lokalnej prasie ukazały się bzdurne informacje na temat jego choroby i śmierci. Wiem też, że Konstanty bardzo chciał być blisko matki, był z nią mocno związany. I nagle znika? Bez pożegnania? Trudno mi w to uwierzyć. Kiedyś rodzina otrzymała anonimową kartkę – ktoś wrzucił ją do skrzynki na listy. Było na niej, że Alik jest inżynierem technologiem gdzieś za Uralem. I to wszystko.

Pani rodzina była poddawana represjom ze strony komunistów w związku z działalnością „Żmudzina” w podziemiu?
– Ojciec, który był kierownikiem działu administracyjnego Polskiego Radia, został zwolniony z pracy w kwietniu 1950 roku. Nową pracę udało mu się znaleźć dopiero po pół roku, nie mówiąc już o tym, że nagłe zniknięcie Konstantego napawało pewnym strachem.

Kiedy byliśmy mali, ojciec nie opowiadał nam o przykrych wydarzeniach związanych z aresztowaniem i skazaniem dziadka. Czy bał się, że dzieci będą o tym rozmawiać w szkole? To są tylko moje domysły. A może po prostu to nie był właściwy temat rozmów z dziećmi? Nie ma jednak mowy o tym, by ojciec o dziadku nie mówił. Ojciec nawet stworzył swoistą izbę pamięci mjr. Bolesława Kontryma.

Dzięki zaangażowaniu IPN kolejni bohaterowie polskiego podziemia odzyskali swoją tożsamość. Udało się ujawnić nazwiska 36 żołnierzy AK, NSZ, NOW, NZW, WiN, oficerów wywiadu i kontrwywiadu, cichociemnych; elitę, której nazwiska i życiorysy miały być na zawsze zapomniane.
– Dlatego właśnie, korzystając z okazji, chciałabym serdecznie podziękować w imieniu swoim oraz mojego brata Andrzeja Kontryma, jak również całej naszej rodziny prof. Krzysztofowi Szwagrzykowi za podjęcie trudu przeprowadzenia prac ekshumacyjnych i niezwykłą wytrwałość. Prace trwają już bardzo długo i zapewne jeszcze długo będą trwały. Na ręce Pana Profesora składam podziękowania wielu pracownikom Instytutu Pamięci Narodowej zaangażowanym w te prace, jak również dr. Andrzejowi Ossowskiemu z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, który koordynuje prace wielu specjalistów z Instytutu Pamięci Narodowej, Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa, Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów oraz Zakładów Medycyny Sądowej ze Szczecina i Wrocławia. Dzięki temu nie tylko wielu polskich patriotów pomordowanych przez ówczesny komunistyczny reżim zostanie godnie pochowanych, ale również uzyskano informacje dotyczące ich losów.

Dziękuję za rozmowę.
Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... dzina.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 02 paź 2014, 07:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
„Żmudzina” historia niepospolita

Prapradziadek Bolesława Kontryma, Kazimierz, uważał się za Żmudzina, a dla udziału w Powstaniu Kościuszkowskim porzucił szkołę i wyruszył do Krakowa. Pracował potem na Uniwersytecie Wileńskim i to on podsunął Tomaszowi Zanowi pomysł założenia Towarzystw Filomatów i Filaretów, a w Powstaniu Listopadowym był członkiem władz powstańczych na Litwie.

Jego wnuk Tadeusz został zesłany do Wiatki za udział w Powstaniu Styczniowym. W swoim pamiętniku zapisał, że „rzemiosła wojennego uczyć się trzeba i to najlepiej od wroga, by zgłębić jego strategię i pokonać go później jego własną bronią”. Pewnie dlatego jego syn Władysław dosłużył się w armii carskiej stopnia pułkownika, a własnego dziesięcioletniego syna Bolesława wysłał do Korpusu Kadetów w Jarosławiu nad Wołgą. Chłopca jednak wyrzucono ze szkoły w 1915 roku, po sześciu klasach, „wskutek zamieszek, na tle zniewagi jednego z kolegów”. Zgłosił się więc do armii, ale został powołany dopiero po kilku miesiącach, kiedy skończył 16 lat. W carskim wojsku awansował na porucznika, służył jako adiutant pułku oraz dowódca zwiadu konnego.

Na początku 1918 roku Kontrym wstąpił do II Korpusu Polskiego w Rosji, gdzie zrzekł się oficerskiego stopnia i walczył „jako ochotnik-szeregowiec” w pułku ułanów. Po bitwie kaniowskiej, w maju 1918 roku, gdy Korpus dowodzony przez gen. Józefa Hallera został rozbrojony przez Niemców, Bolesław dostał się do niewoli, z której wkrótce uciekł. Miał zamiar przedzierać się do polskich oddziałów na Murmań, ale ostatecznie pojechał do rodzinnej Wiatki i pracował przy budowie dworca kolejowego, do czasu gdy został aresztowany przez bolszewików.

Przesiedział w więzieniu około miesiąca, po czym wcielono go do Armii Czerwonej, w której zrobił niemałą karierę. Walczył w Archangielsku, bił białogwardzistów w Republice Komi, z Tuchaczewskim szedł na Warszawę oraz tłumił antybolszewicki bunt chłopski Antonowa w guberni tambowskiej. Dosłużył się stopnia kombryga, czyli dowódcy brygady, dostał trzykrotnie Order Czerwonego Sztandaru, w nagrodę wysłano go do Akademii Sztabu Generalnego w Moskwie i na dodatek wstąpił do partii bolszewików. W niej jednak kariery nie zrobił, gdyż po początkowym przyjęciu go zmieniono decyzję i „cofnięto na dwuletni okres kandydacki”.

Polski szpieg i policjant
W lutym 1922 roku Bolesław dowiedział się od swojego szwagra przybyłego do Moskwy, że mieszkającej już w Polsce matce bardzo zależy, aby jej synowie (w Związku Sowieckim przebywał także brat Bolesława, Konstanty) wrócili do Ojczyzny. Chcąc zdobyć pewną „legitymację” na powrót do kraju i wytłumaczyć po powrocie, dlaczego tak późno przybywa, Kontrym skontaktował się z attaché wojskowym Poselstwa Polskiego w Moskwie ppłk. Romualdem Wolikowskim. Tak rozpoczęła się jego służba jako polskiego szpiega w bolszewickiej Rosji. Pod koniec 1922 roku Kontrym, wskazując na zagrożenie dekonspiracją, poprosił Wolikowskiego o przerzut do Polski, gdzie już wcześniej udało się przewieźć jego żonę i syna Władysława.

Po powrocie do kraju mimo starań nie przyjęto go do Wojska Polskiego, a tylko do Policji Granicznej, w stopniu aspiranta. Objął wtedy kresowy posterunek w Rubieżowiczach. To tam, po zaginięciu jednego z podkomendnych, który „odnalazł się” w więzieniu NKWD w Mińsku, jak się okazało – schwytany przez Sowietów, gdy zabłądził w ciemnościach i przekroczył granicę, Kontrym przeprowadził błyskawicznie, często przywoływaną, brawurową akcję. W nocy, z niewielkim oddziałkiem, bez jednego wystrzału zaskoczył i obezwładnił załogę sowieckiego posterunku znajdującego się kilka kilometrów od granicy i przewiózł pojmanych z workami zarzuconymi na głowy „do siebie”. Po tygodniach rokowań oburzeni zuchwalstwem Polaków Sowieci zgodzili się jednak na wymianę porwanych za uwięzionego strażnika.

Po rozwiązaniu Policji Granicznej Kontrym przeszedł do Policji Państwowej, w której służył do wybuchu drugiej wojny światowej. Zajmował się przede wszystkim rozpracowywaniem i zwalczaniem organizacji komunistycznych – agentury sowieckiej w Polsce. Największe sukcesy na tym polu odniósł jako komisarz w Białymstoku. Miasto uchodziło za wyjątkowo skomunizowane, nie wyłączając policji zupełnie niepanującej nad sytuacją, bo – jak to szybko wyśledził Kontrym – kontrolowanej przez komunistycznych agentów. Komitetem Miejskim Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi w Białymstoku kierowała wówczas Walentyna Najdus, związana z „czerwonymi” organizacjami od 16. roku życia, aresztowana po raz pierwszy jako 19-latka.

W 1936 roku, kiedy Kontrym zaczął służbę w Białymstoku, wyszła właśnie w wyniku amnestii z więzienia. Energicznie przeprowadzone śledztwo doprowadziło do aresztowania kilkudziesięciu białostockich komunistów i ich procesu w 1937 roku, w którym Walentynę Najdus, jako recydywistkę, skazano na 12 lat więzienia. Po agresji sowieckiej na Polskę w 1939 roku Najdus była redaktorką sowieckich okupacyjnych gazet, wtedy też związała się z Herszem (Grzegorzem) Smolarem, także komunistycznym redaktorem. Ich synami są Eugeniusz i Aleksander Smolarowie. Po wojnie Walentyna, członek WKP(b), wstąpiła do PPR, przyznano jej dyplom Uniwersytetu Warszawskiego, którego nie ukończyła, potem dostała także tytuł profesora, wykładała w partyjnych szkołach przy KC PZPR, pracowała w Instytucie Historii PAN. „Badanie dziejów klasy robotniczej i ruchu robotniczego” traktowała jako swoją „podstawową funkcję partyjną”.

Podhalańczyk i cichociemny
Przed wybuchem wojny Bolesław Kontrym pracował w Komendzie Wojewódzkiej w Wilnie. Z polecenia wojewody wileńskiego 14 września 1939 roku policyjnym packardem wyruszył z dyplomatyczną pocztą ze Sztokholmu do Tarnopola, gdzie spodziewał się zastać ewakuowany z Warszawy polski rząd. Po przekazaniu korespondencji wicewojewodzie wrócił do Wilna, po drodze, koło Nowogródka musiał się ostrzeliwać przed napadem „jakiejś skomunizowanej bandy”. Wkrótce wraz z innymi wileńskimi policjantami został internowany przez Litwinów.

Już w październiku Kontrym uciekł z obozu razem ze swoim synem Władysławem i czterema towarzyszami w sposób co najmniej ekstrawagancki. Poprosił odwiedzającego go stryja Franciszka, aby ten zamówił mu taksówkę. Podstawionym samochodem uciekinierzy dotarli do Kowna. Już w grudniu 1939 roku Bolesław zameldował się u Naczelnego Wodza w Paryżu. Wczesną wiosną następnego roku poprosił o przydział do jednostki liniowej i wkrótce z Samodzielną Brygadą Strzelców Podhalańskich popłynął do Narwiku. Bił się potem w kampanii francuskiej, a po klęsce organizował wyjazdy żołnierzy z Marsylii do Anglii.

Pod koniec roku sam dotarł do Szkocji, najpierw do swoich Podhalańczyków, ale że ci mieli wówczas służbę spokojną i nudną, zgłosił się na szkolenie cichociemnych. Od jesieni 1941 roku spędzał czas głównie na ćwiczeniach w słynnym „Małpim gaju”, ośrodku szkoleniowym 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego. Z powodu zwichniętego barku przeszkolenie spadochronowe musiał odbyć indywidualnie. Skakał po cztery razy w dzień i raz w nocy. Zła pogoda znacznie opóźniła planowany skok do Polski. Ostatecznie na ojczystej ziemi wylądował szczęśliwie 1 września 1942 roku. Skaczący razem z nim kpt. Leonard Zub-Zdanowicz „Dor”, potem oficer Narodowych Sił Zbrojnych, złamał wtedy prawą nogę.

Postrach konfidentów i powstaniec
Kapitan Kontrym, znany odtąd jako „Żmudzin”, może po prapradziadku, ale bardziej od charakteru, który najlepiej oddawało ludowe wileńskie powiedzenie: „Kiedy gadzina ukąsi Żmudzina, od jadu Żmudzina zdycha gadzina”, nie zważając na konspiracyjne zasady, po wylądowaniu odwiedził w Wilanowie swoją matkę. Przez trzy miesiące kpt. „Żmudzin” dowodził Odcinkiem III „Wachlarza” w Brześciu. W tym czasie jego żołnierze przeprowadzili jedną, ale wyjątkową akcję bojową, którą było odbicie więźniów z więzienia w Pińsku, w tym poprzedniego dowódcy odcinka kpt. Alfreda Paczkowskiego „Wanię”.

Kontrym miał znaczny udział w planowaniu „operacji pińskiej”, ale jej przeprowadzenie powierzono innemu cichociemnemu, dowódcy odcinka sąsiedniego, Janowi Piwnikowi „Ponuremu”. „Żmudzin” zaś został odkomenderowany do Delegatury Rządu na Kraj. W Państwowym Korpusie Bezpieczeństwa, czyli podziemnej policji, miał szkolić kadry służby śledczej. Zaproponował też stworzenie organizacji „Start” do walki z korupcją i łapownictwem. Ta jednak została zinfiltrowana przez komunistów. Zastępcą Kontryma był Włodzimierz Lechowicz, oficer Sztabu Głównego GL, prawa ręka Mariana Spychalskiego, przed wojną współpracownik sowieckiego wywiadu (po wojnie więziony i torturowany w ramach komunistycznych rozgrywek o władzę).

Jednocześnie „Żmudzin” zorganizował 40-osobowy oddział osłonowy Delegatury „Sztafeta-Podkowa”, który wykonał 25 akcji likwidacyjnych zdrajców, konfidentów, szmalcowników i innych agentów służących okupantowi. Oddział „Żmudzina” został też wyznaczony do rozbicia Pawiaka, aby umożliwić więźniom zbiorową ucieczkę. Akcja została ostatecznie odwołana z powodu wzmocnienia ochrony więzienia. Za niewykonalny uznano także atak na obóz koncentracyjny na Majdanku, w którym miała wziąć udział „Sztafeta”. Planowano też odbicie z aresztu Zofii Kossak-Szczuckiej. Oddział rozsławiło opisane w literaturze porwanie niemieckiego służbowego samochodu z warszawskiej ulicy. Auto zostało potem zwrócone Niemcom w zamian za zwolnienie z więzienia kilku kobiet. Akcja ta była jednak samowolą podwładnych „Żmudzina”.

O godzinie „W” rozpoczynającej Powstanie Warszawskie kpt. Kontrym z balkonu kamienicy przy placu Dąbrowskiego zaczął strzelać z rewolweru do niemieckich żandarmów, co przypłacił ranami ręki i nogi. Nie były one jednak na tyle groźne, by wyłączyć go z dalszej walki.

Od 3 sierpnia razem ze swoją „Podkową” „Żmudzin” wchodził w skład zgrupowania mjr. Włodzimierza Zawadzkiego „Bartkiewicza” w Śródmieściu Północ. Dowodził w nim kompanią i jednym z najgroźniejszych odcinków walki przy ulicy Królewskiej. Jeszcze w nocy z 3 na 4 sierpnia prowadził natarcie na zajęty przez Niemców gmach PAST-y, w czasie którego został dwukrotnie ranny pociskami ckm. Powstańcy zdobyli budynek dopiero dwa tygodnie później. Kontrym powrócił do oddziału już po tygodniu. Kolejną ranę, w okolicy oka, odniósł 12 września w czasie inspekcji powstańców przy ulicy Kredytowej. Znów szybko opuścił szpital, choć z czarną opaską na oku. Za dotychczasowe walki dostał Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari i awans na majora.

Po kapitulacji Powstania trafił do obozu, z którego jak poprzednio uciekł, i to prosto do 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Zdążył jeszcze wziąć udział w walkach o twierdzę Wilhelmshaven, która skapitulowała przed polskimi pancerniakami 5 maja 1945 roku.

Torturowany i zamordowany
Na decyzję o powrocie „Żmudzina” do komunistycznej Polski mogła mieć wpływ wiadomość od brata Konstantego, ppłk. Armii Czerwonej, w „ludowym” Wojsku Polskim generała brygady, przebywającego w Olsztynie. Sytuację w kraju rozeznawał także syn Bolesława, Władysław, który uznał, że ojcu nie grozi niebezpieczeństwo. Kontrym wrócił w maju 1947 roku. Znalazł pracę w Centralnym Zarządzie Państwowym Przemysłu Fermentacyjnego w Warszawie, udzielał się społecznie, a już po roku zaczęły krążyć słuchy, że wkrótce zostanie przeniesiony do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Rzeczywiście trafił tam, ale jako więzień. Aresztowano go 13 października 1948 roku w jego biurze. Przeszedł trwające trzy lata okrutne śledztwo. Był przesłuchiwany przez sadystycznych śledczych, m.in. przez kpt. (poźniej mjr.) Edmunda Kwaska, skazanego w tzw. procesie Humera i por. Adama Adamuszka. Jeden ze współwięźniów Kontryma, Tadeusz Nowiński wspominał, że „Żmudzin” opowiadał mu, iż w czasie przesłuchań „był często bity gumami i przez dłuższy okres czasu zakuwano go w kajdany podczas przesłuchań. Cela była stale oświetlona. Któregoś dnia wrócił Kontrym z przesłuchania ze zmiażdżonymi paznokciami u nóg. Poza tym w ciągu tego całego okresu przesłuchań w dzień wlewano nam permanentnie wodę do celi (ok. 10 wiader dziennie), którą musiał zbierać sam Kontrym szmatką. W nocy po przyjściu z przesłuchania lub gdy nie był przesłuchiwany, robiono mu pobudki co 10 min – ubrać i rozebrać się. […] Znęcano się nad nim zarówno psychicznie, jak i fizycznie, a między innymi już to głodzono go, to znów przynoszono mu nadmierne jedzenie, np. 17 kanapek, każąc mu wszystko zjeść, a gdy nie mógł, to siłą wpychano mu do ust; to znów głodnemu dawano jedzenie, a gdy po nie sięgnął, bito go po palcach”. Cichociemny Piotr Szewczyk, siedzący w sąsiedniej celi na Mokotowie, opowiadał, że słyszał przez ścianę jęki i krzyki „Żmudzina”, gdy oprawcy więzienni tłukli go pończochami wypełnionymi piaskiem.

Na procesie Bolesława Kontryma oskarżał wiceprokurator Prokuratury Generalnej Beniamin Wajs- blech, który dwa miesiące wcześniej skazał na karę śmierci gen. Emila Fieldorfa „Nila”. Ten sam wyrok usłyszał „Żmudzin”. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Kontrym został powieszony 2 stycznia 1953 roku. Jego grób po pół wieku odnaleziono na powązkowskiej Łączce.

Dr Joanna Wieliczka-Szarkowa

http://www.naszdziennik.pl/mysl/100909, ... olita.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 03 paź 2014, 07:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Widziałam, jak ojciec znika

Z Zygmuntą Barańską, córką por. Zygmunta Szymanowskiego ps. „Jezierza”, zamordowanego 31 maja 1950 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Pamięta Pani ojca?
– Miałam wtedy 4 lata, więc pamiętam tylko pewne urywki, jak to, że gdy spadałam ze schodów, tato mnie ratował. Drugi taki moment, który utkwił mi w pamięci, to jak bujał mnie z siostrą na swoich wysokich wojskowych butach. Pamiętam bardzo dobrze również moment jego aresztowania. Mieszkaliśmy wówczas w malutkim domku w Szklarskiej Porębie, od którego szła wysadzana drzewami aleja aż do ulicy. Tatę zabrali w kajdankach, patrzyłam za nim przez okno, lecz ani razu się nie obejrzał. Jego sylwetka w końcu zniknęła mi z oczu. Ze wszystkich wspomnień o tacie ten obraz został mi chyba najbardziej w pamięci.

Matka mówiła o ojcu?
– Mama, która niestety też siedziała w więzieniu, i to prawie 6 lat, m.in. za współpracę z tatą, zawsze podkreślała, że ojciec był bardzo inteligentnym, oczytanym i zrównoważonym człowiekiem. Bardzo dobrze znał niemiecki, był bardzo elegancki. Mama była młodsza od niego o 10 lat, trafiła do więzienia mokotowskiego, gdy miała 28 lat i była w ciąży z trzecim dzieckiem. Pobyt w więzieniu był dla niej gehenną, zastanawiała się, czy poświęcenie ojca i innych coś da, czy w ogóle przypuszczali, że komunizm będzie trwał dalej. Ale mówiła nam, że im mniej wiemy o tych sprawach, tym lepiej.

Pani ojciec był ważną figurą w strukturach wileńskiej AK.
– We wrześniu 1939 r. jako dowódca kompanii ckm w 19. pp 5. DP brał udział w walkach pod Włocławkiem, Kutnem, Sochaczewem, Łodzią, Płockiem, bronił także Modlina. W walkach został dwukrotnie ranny. Przebywał w szpitalu w Modlinie, skąd trafił do obozu jenieckiego w Działdowie. Następnie zbiegł do Suwałk, gdzie został ponownie aresztowany. Po kolejnej ucieczce osiadł na Wileńszczyźnie i prawdopodobnie został członkiem ZWZ. W 1942 r. rozpoczął działalność w AK jako szef komórki wywiadowczej wywiadu kolejowego w Wilnie. Używał ps. „Jezierza”, „Lis”, posługiwał się także nazwiskami: Antoni Piwowarski, Jan Sadowski.

20 września 1944 r. aresztowało go NKWD. Nie został jednak rozpoznany i w wyniku śledztwa skazano go „tylko” za działalność w AK na 10 lat więzienia.
– To prawda. 15 marca 1945 r. udało mu się uciec i ukrywał się dalej w Wilnie, skąd 30 kwietnia 1945 r. wyjechał do Suwałk. Od września 1947 r. działał w Ośrodku Mobilizacyjnym Wileńskiego Okręgu AK, tworząc siatkę wywiadowczą. Został aresztowany 22 czerwca 1948 r. w Szklarskiej Porębie w ramach Akcji „X”, mającej na celu rozbicie struktur Okręgu Wileńskiego AK, i osadzony w więzieniu mokotowskim. 24 stycznia 1950 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na karę śmierci. Wyrok wykonano 31 maja 1950 roku. We wspomnieniach ks. płk. dr. Józefa Zator-Przytockiego można przeczytać, w jaki sposób mój ojciec zachowywał się w celi i przed egzekucją. Wiemy także, że w trakcie śledztwa był bity i torturowany. O tych sprawach przez lata nic z siostrami nie wiedziałyśmy, a mama nie chciała o nich mówić. O przebiegu służby taty dowiedziałam się dopiero z akt śledczych.

Rodzina wiedziała, że Pani ojciec siedzi w więzieniu na Rakowieckiej?
– Tak. Gdy mamę aresztowali, wychowywała nas babcia. Wiem, że rodzina wysłała nawet pisma do prezydenta Bieruta z prośbą o ułaskawienia taty, ale nie skorzystał z prawa łaski. Potem do domu przyszło zawiadomienie, że wyrok na tacie został wykonany. W tym czasie moja mama dalej przebywała w więzieniu mokotowskim. Tam też w 1949 r. urodziła się moja młodsza siostra Bożena. Następnie mama została przewieziona do więzienia w Fordonie, gdzie jeździliśmy z babcią na widzenia z nią. Jako dzieci byłyśmy świadome, że taty już nie ma i została nam tylko mama. Babci zależało na tym, by nie zatarła się wspólna więź pomiędzy matką a dziećmi.

Ojciec dowiedział się w jakiś sposób o narodzinach kolejnej córki?
– Widział moją siostrę z okna, gdy mama spacerowała z nią po podwórzu więziennym. O żadnych grypsach, które mogli do siebie wysyłać, nie wiem, natomiast wiem na pewno, że po narodzinach córki mama dostała koszyczek ze sztucznymi kwiatkami. To nam sama powiedziała, czyli gdzieś te wieści jakoś krążyły. Po aresztowaniu rodziców chciano nas zabrać do domu dziecka, na co babcia nie pozwoliła. Cała rodzina od razu stanęła murem. Jak siostra się urodziła, to babcia pisała pisma o zabranie dziecka do domu. Udało się. Wtedy nie mieszkaliśmy już w Szklarskiej Porębie, babcia od razu stamtąd się wyprowadziła i przeniosła się do swojej rodziny. Najpierw zamieszkaliśmy w Pile u siostry babci, potem przenieśliśmy się do Elbląga, do brata babci. Tu skończyłyśmy szkołę, do Elbląga wróciła też mama, gdy wyszła z więzienia. Opuściła je w 1954 r., cztery lata po śmierci taty i sześć po jego aresztowaniu. Mama na pewno dowiedziała się w więzieniu o zamordowaniu taty, więźniowie mieli bowiem swoje możliwości porozumiewania się. Dwa lata temu podczas zwiedzania więzienia mokotowskiego mówili mi o tym byli więźniowie.

Rodzina doświadczyła represji po wyroku?
– Ja i siostry nigdy nie doświadczyłyśmy jakichś strasznych rzeczy z tego powodu, że byłyśmy rodziną Zygmunta Szymanowskiego. Szkoła średnia przeszła nam bardzo łagodnie, należałyśmy do harcerstwa, także na studia dostałyśmy się bez żadnych problemów. Nigdy nikt nas wtedy nie nagabywał i nie prześladował. Natomiast w czasie, kiedy mama i ojciec byli aresztowani, to oczywiście dzieci śmiały się z nas, dlaczego na wywiadówki nie przychodzi mama czy tato, tylko babcia, która kazała nam milczeć w takich sytuacjach. Czasami na ulicy byłyśmy też nagabywane przez funkcjonariuszy UB, którzy próbowali częstować nas cukierkami, by wydobyć od nas pewne informacje. Chcieli wiedzieć, kto bywa w naszym domu. Prawdopodobnie zależało im na schwytaniu jakichś znajomych rodziców. Babcia nauczyła nas, żeby nie udzielać im żadnych informacji.

Szukaliście miejsca pochówku ojca?
– Tak. Dopominaliśmy się o to, ale ta kwestia nigdy nie została wyjaśniona. Początkowo myśleliśmy, że może spoczywa na warszawskim cmentarzu na Służewie, bo tam też przecież były mogiły więźniów. Podczas uroczystości w parafii św. Katarzyny ks. proboszcz Józef Maj powiedział, że te pochówki na Służewie zakończyły się prawdopodobnie w 1948 roku. Zrozumieliśmy wtedy, że tato prawdopodobnie leży na Powązkach, bo posiadaliśmy już informacje, że tam też ich chowano. Więźniarki, a wśród nich mama, która była wielką przyjaciółką zidentyfikowanego z moim ojcem por. Aleksandra Tomaszewskiego, dobrze wiedziały, że nie dowiedzą się, gdzie ich mężowie spoczywają. Myślę, że po wszystkich przejściach, które je dotknęły, chyba też nie chciały do tych tematów wracać. Mama wróciła z gruźlicą do domu, nie mogła dostać pracy, a miała na utrzymaniu troje dzieci. Po latach ponownie wyszła za mąż, gdy ja już byłam na studiach. Zmarła w 1989 roku. Zdążyła usłyszeć jeszcze o pochówkach na Służewie, chcieliśmy ją tam nawet zabrać, ale nie wyraziła zgody. Bardzo to przeżywała. Możliwie też, że ta wiadomość przyczyniła się do tego, że mama dostała wylewu. To było dla niej za duże emocjonalne wzruszenie. Później dostarczyliśmy tabliczkę z nazwiskiem ojca do powstającego na Łączce upamiętnienia. Tak się złożyło, że jego szczątki znaleziono 27 maja 2013 r. bardzo blisko tego muru.

Kiedy dowiedziała się Pani o pracach na Łączce?
– Praktycznie od razu, jak tylko zaczęto kopać. Poinformował mnie o nich prof. Piotr Niwiński, z którym mam bardzo dobry kontakt. Historyk ten opracowywał biografię wileńskiej AK, kontaktowałam się więc z nim na bieżąco. Śledziłam również pojawiające się wiadomości IPN. Później przekazałam materiał DNA do porównań. Dwie siostry nie musiały już tego czynić, bo mój okazał się wystarczający.

Gdzie chcecie pochować ojca?
– W 99 proc. jesteśmy pewne, że powinien spoczywać na Łączce wśród innych ofiar i jednocześnie jego kolegów. Będziemy czekały na uroczysty pogrzeb i panteon, który ma w tym miejscu powstać.

Uroczystość oficjalnego wręczenia noty identyfikacyjnej ojca była z pewnością wielkim przeżyciem dla całej Pani rodziny.
– To prawda. Z rodziny było nas na uroczystości w Belwederze aż dziesięć osób. Były moje siostry, mężowie, nasze dzieci i nawet jedna prawnuczka. Szczególnie dla dzieci było to ogromne przeżycie. Widzieliśmy ich reakcję. Choć historycznie są obznajomione z całą sytuacją i dumne z postawy dziadka, nie przypuszczały, jak bardzo to przeżyją. W drodze do domu moja 30-letnia córka przyznała się, że nie wiedziała, że to będzie dla niej tak duże emocjonalne wzruszenie. Zresztą sama uroczystość była bardzo ładnie zorganizowana, za co, jak i za cały proces badań, jesteśmy wdzięczni.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... znika.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 09 paź 2014, 07:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Kocioł w domu

Z Hanną Plandą, córką por. Stefana Głowackiego „Smugi”, zamordowanego 13 czerwca 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Ile miała Pani lat, gdy aresztowano ojca?
– Zaledwie rok, więc moje wspomnienie z tamtych lat jest bardzo nikłe. Właściwie nie pamiętam ojca i samego momentu aresztowania. Wszystko, co wiem, opowiedziała mi mama. Zanim przyszłam na świat, mama z bratem, starszym ode mnie o 10 lat, który miał wówczas 2 latka, została wywieziona do Związku Sowieckiego. Była na Syberii i w Kazachstanie, do Polski wróciła po 5 latach, w 1945 roku. Wtedy dopiero spotkała się z ojcem i dowiedziała się o jego działalności. Brat, podobnie jak ja, również nie za wiele miał tego kontaktu z ojcem. Ciotki opowiadały mi, że wrócił z Syberii bardzo zmieniony. Przestraszył się, gdy zobaczył się w lustrze, a także wtedy, kiedy dotknął ciepłego pieca. Wszystko bardzo głęboko w sobie przeżywał. Rodzice przenieśli się wówczas do Wrocławia, gdzie ojciec nawiązał kontakt z Ośrodkiem Mobilizacyjnym Wileńskiego Okręgu AK kierowanym przez ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”.

Matka nie wiedziała, czym zajmuje się Pani ojciec?
– Tak mi się wydaje, że w ten sposób chronił rodzinę. Tata najpierw walczył w czasie kampanii wrześniowej w okolicach Augustowa i Suwałk. W listopadzie 1939 r. wyjechał do Wilna, gdzie od 1941 r. rozpoczął działalność w AK, pełniąc funkcję dowódcy podrejonu. W kwietniu 1945 r. jako repatriant wyjechał z Wilna i przybył do Wrocławia, gdzie jak wspomniałam, nawiązał współpracę z „Pohoreckim”, a także z Aleksandrem Tomaszewskim, z którym został znaleziony na Łączce 20 maja 2013 r. w jednym dole. Aresztowania raczej się spodziewał, bo Tomaszewskiego i Olechnowicza aresztowano kilka dni wcześniej.

Zrobiono to w jego mieszkaniu we Wrocławiu?
– Nie. Rodzice wyszli wtedy na spacer, w mieszkaniu została ze mną i bratem babcia. Tata z mamą umówili się z nią, że gdyby coś złego się działo, to ma powiesić w oknie pieluszkę. Wracając ze spaceru, rodzice rozpoznali umówiony znak, wówczas mama sama wróciła do mieszkania, a tata uciekł i zaczął się ukrywać. W domu był kocioł. Cała korespondencja została przejrzana i wszystkie adresy z całej Polski, jakie w niej znaleziono, zostały obstawione przez ubeków. Tata wpadł 7 lipca 1948 r. u kolegi w Dębowej Kłodzie, gdzie na niego już czekali. 8 marca 1949 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem kpt. Zbigniewa Furtaka skazał go na karę śmierci. Wyrok wykonano 13 czerwca 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Mama nic o tym nie wiedziała, niepokoiła się, że nie wraca. Dopiero po kilku miesiącach dowiedziała się, że został aresztowany. Wtedy przeniosła się z Wrocławia do Lublina, do swoich rodziców.

Próbowała nawiązać kontakt z mężem?
– Tak, ale to nie było proste. Wiedziała jedynie, że jest w więzieniu mokotowskim, ale kontaktu z nim nie miała. Na wiosnę 1949 r., kiedy ojciec miał już zasądzoną karę śmierci, dostała od niego jeden króciutki list. Adresowany był do mnie, brata i mamy. Tata napisał do każdego z nas po kilka słów. Pisał m.in. do brata, żeby opiekował się mamą, a ją prosił, żeby wystąpiła do prezydenta Bieruta o jego ułaskawienie. Zrobiła to, ale odpowiedź dostała dopiero po własnych usilnych staraniach w 1957 roku. Otrzymała wtedy sentencję wyroku, w której było napisane, że prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski i wyrok na ojcu został wykonany 13 czerwca 1949 roku. Mama po 8 latach dowiedziała się wtedy po raz pierwszy, że tata nie żyje.

Przez te lata łudziła się, że jest inaczej?
– Tak. Pamiętam ze swoich dziecinnych lat, że mama z babcią siadały przy radiu, gdy czytane były listy emigrantów wracających ze Związku Sowieckiego. Łudziły się, że być może tatę również wywieziono gdzieś na Syberię. 1957 rok rozwiał te złudzenia. Mama miała problemy, bo nigdzie nie mogła dostać pracy. W momencie, kiedy składała podanie o nią i przedstawiała swój życiorys, musiała pisać również, co działo się z jej mężem. Wtedy wszędzie dostawała odmowną odpowiedź, a musiała wyżywić przecież za coś dwoje dzieci. Pracę dostała w końcu przez przypadek. Dziadek pracował wówczas w Domu Książki w Lublinie, gdzie był głównym magazynierem. Pech chciał, że gdy pomagał w przygotowaniu jakiejś wystawy książek, złamał nogę i nie miał go kto zastąpić. Uczyniła to mama i już tam została. Skończyła technikum księgarskie i pracowała później jako kierownik księgarni. Wiem, że w domu jakoś specjalnie głośno nie mówiło się o tym, co się z ojcem stało. Mama po Syberii była trochę przestraszona.

Jakim człowiekiem był Pani ojciec?
– Był typowym wojskowym, ale również człowiekiem opiekuńczym i bardzo troskliwym dla rodziny. Wiem z rozmów prowadzonych w domu, że ojciec miał po wojnie możliwość wyjechania z kraju. Już nawet miał załatwione miejsce na statku do Anglii czy innego kraju. Nie zgodził się jednak na wyjazd z Polski, nie chciał zostawić mamy samej z maleńkimi dziećmi.

Zostały Pani jakieś pamiątki po nim?
– Jedynie kilka zdjęć, nic więcej. Gdy jednak poproszono mnie z Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów o przysłanie jego fotografii, miałam problem z wybraniem takiej, na której byłoby wyraźnie widać twarz taty. Na stronie IPN, przy biogramie ojca, pojawiło się takie zdjęcie, ale nie wiem, skąd pochodzi, bo nigdy nie było w zbiorach rodzinnych. Niestety, nie zachowały się żadne przedmioty po tacie, wszystko gdzieś przepadło w czasie wojny i w okresie prześladowań, a także w czasie różnych przeprowadzek.

Jakie to przeżycie dla rodziny, gdy dowiaduje się, że ich bliski został po tylu latach w końcu odnaleziony?
– Niesamowite. Niestety, nie doczekali tego moja mama i brat. Z rodziny zostałam sama z bratankiem, ja też najbardziej to przeżywałam. Gdy dowiedziałam się, że szczątki ojca zostały zidentyfikowane, pojawiła się u mnie zarówno radość, jak i jakiś żal. Rodzina próbowała wcześniej szukać miejsca pochówku taty, ale ich starania pozostawały bez echa. O trwających pracach poszukiwawczych na Łączce dowiedziałam się z internetu ze strony IPN. Tam między innymi nazwiskami znalazłam także nazwisko mojego ojca. Zadzwoniłam wtedy do profesora Krzysztofa Szwagrzyka i na jego prośbę wysłałam swój materiał genetyczny do badań. Dopiero niedawno, tuż przed uroczystością wręczenia rodzinom not identyfikacyjnych ich bliskich w Belwederze, dowiedziałam się, że ojciec został rozpoznany.

Gdzie go Pani pochowa?
– Dostałam pismo z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z prośbą, żeby wypowiedzieć się na ten temat. Właśnie odpisuję, że chciałabym go zostawić w mauzoleum, które ma powstać na Łączce, wraz ze wszystkimi innymi towarzyszami broni. Wiem, że gdybym zabrała go stąd do Lublina, spoczywałby tam jako ktoś anonimowy. Tu zaś będzie miał miejsce pamięci razem z innymi. Po uroczystości wręczenia not identyfikacyjnych w Pałacu Prezydenckim pojechałam na cmentarz Powązkowski i znalazłam kwaterę „Ł”, na której byłam po raz pierwszy, oraz miejsce, gdzie tata leżał przez te wszystkie lata. W tej chwili jest tam alejka. Profesor Szwagrzyk pokazywał nam wcześniej, w którym dokładnie miejscu kogo odkopali. Te zdjęcia zrobiły na mnie dramatyczne wrażenie. Fotografie odkopywanych szczątków ściskały za serce.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -domu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 10 paź 2014, 09:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Mój brat – ostatni cichociemny

Z Ryszardem Sosnowskim, bratem Dionizego Sosnowskiego ps. „Zbyszek”, „Józef”, ostatniego cichociemnego, zamordowanego 15 maja 1953 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Adam Białous
Adam Białous

Czy Pana rodzice, po aresztowaniu Dionizego przez UB w grudniu 1952 r., czynili starania o jego ułaskawienie?
– Od chwili aresztowania Dionizego rodzice starali się go uratować. Przed pokazowym procesem, który mu w Warszawie urządzono, nie było możliwe, aby się dowiedzieć, gdzie on jest i co się z nim dzieje. On również nie mógł do nas pisać. O procesie powiadomił mamę adwokat, którego z urzędu Dionizemu wyznaczono. On się wobec nas zachował bardzo porządnie. Powiadomił mamę o procesie, chociaż groziła mu za to kara. Dzięki temu mama była na rozprawie. Rodzice pisali do Bieruta prośbę o ułaskawienie Dionizego, głównie ze względu na jego młody wiek. W chwili śmierci miał zaledwie 24 lata. Bez skutku. Potem się dowiedzieliśmy, że wyrok śmierci na Dionizego zapadł na długo przed procesem. Sąd wojskowy pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja, który o śmierć przyprawił wielu patriotów, skazał Dionizego na karę śmierci w lutym 1953 roku. Nas tylko później zwodzono, że on nie zostanie zabity, że jego wyrok będzie złagodzony. To wszystko było kłamstwem. Dionizego komuniści rozstrzelali na Mokotowie 15 maja 1953 roku. Nie powiadomili nas nawet o wykonaniu tego wyroku i pomimo naszych próśb nie ujawnili, gdzie go pochowali. Mama po śmierci Dionizego pisała jeszcze do władz prośby o zwrot jego rzeczy osobistych. Ale odpowiedziano jej, że te wszystkie osobiste rzeczy zostały przekazane w depozyt państwa. Mnie po bracie zostały tylko trzy fotografie, jego szkolny zeszyt i list, jaki otrzymaliśmy od Danuty, dziewczyny, z którą Dionizy się spotykał. O ułaskawienie Dionizego prosiła też władze Danka, ale nic nie wskórała. Tak więc kiedy Dionizego zabili, to i my bardzo rozpaczaliśmy, i Danuta też bardzo płakała, bo straciła ukochanego mężczyznę, z którym chciała związać swoją przyszłość.

Podobno mieszkańcy rodzinnej miejscowości Dionizego, Dołów koło Goniądza, też próbowali go ratować.
– Ludzie ze wsi, kiedy się tylko dowiedzieli, że Dionizego komuniści skazali na śmierć, napisali list do władzy ludowej w jego obronie. Napisali w nim m.in., że Dionizy to bardzo dobry człowiek, że nigdy nie był karany, co potwierdzili na piśmie nawet miejscowi milicjanci. Wielu sąsiadów się pod tym wnioskiem o ułaskawienie podpisało, wiele przy tym ryzykując, gdyż UB mogło ich przez to uznać za osoby sprzyjające wrogowi władzy ludowej, a wiadomo, co w tym czasie za to groziło. Kiedy Dionizy, po wyroku, siedział jeszcze w więzieniu na Mokotowie, wszyscy robiliśmy, co w naszej mocy, żeby go ocalić. Nasza mama Emilia leżała krzyżem w kościele w Goniądzu. Mama od chwili aresztowania Dionizego przez UB bardzo rozpaczała. Płakała po nim aż do śmierci, 20 lat temu.

Był Pan szykanowany przez władzę ludową za powinowactwo z bratem – wrogiem ludu ?
– Przez cały okres władzy komunistów w Polsce miałem z tego tytułu trudności. Już podczas nauki w technikum, kiedy zamordowano mojego brata, wstrzymano mi wypłatę pieniędzy, jakie dostawałem od państwa na dojazdy do szkoły. Poszedłem wówczas do dyrektora i spytałem, dlaczego wstrzymano mi te środki na bilety, a on powiedział mi wprost: „Twój brat był przeciwko władzy ludowej”.

Dionizy opowiadał Panu o swojej działalności w podziemiu antykomunistycznym?
– W czasie kiedy on bardzo poważnie zaangażował się w tę działalność, odbywał studia medyczne w Warszawie. Do stolicy wyjechał w roku 1948. Ja zaś uczyłem się wówczas w technikum w Białymstoku. Nasze kontakty nie były częste. Później brata przerzucono do Niemiec Zachodnich, gdzie Amerykanie szkolili go m.in. w zakresie radiotelegrafii i skoków spadochronowych. On te nauki szybko przyswajał, bo był bardzo zdolnym i ciekawym świata człowiekiem. Już wówczas znał dwa języki – niemiecki i angielski. Jak Dionizy był w Niem- czech, to przysłał mi w prezencie piękne wieczne pióro. On często mi powtarzał, żebym się pilnie uczył, bo – jak zaznaczał – „przyszłość przed tobą”. To pióro miało mnie do tej pilnej nauki zachęcić. To był ostatni prezent, jaki od niego dostałem. W drugiej połowie 1952 r. Amerykanie zrzucili Dionizego na spadochronie na teren Pomorza. Niedługo potem aresztowało go UB. Nie mieliśmy z nim wówczas żadnego kontaktu. Więcej nie było mi dane brata ujrzeć.

W jaki sposób przyjął Pan informację z IPN, że udało się zidentyfikować szczątki Pana brata?
– Z ogromną radością. Czekałem na ten moment przez kilkadziesiąt lat. Szczerze mówiąc, miewałem w tym czasie momenty zwątpienia, czy doczekam tej chwili. Mocna nadzieja pojawiła się dopiero rok temu, kiedy pracownik IPN pobrał moje DNA. Wówczas pomyślałem sobie, że jest duża szansa, bo te nowoczesne badania DNA pomogły już ustalić tożsamość wielu zamordowanych ludzi. I tak też się stało, dzięki Bogu, w przypadku mojego starszego brata. Byłem na uroczystościach w Belwederze. Ogromne wzruszenie, uroczystość pięknie przygotowana i przeprowadzona.

W jakim miejscu, Pana zdaniem, powinien spocząć brat?
– Zgodziłem się, aby Dionizy spoczął na Powązkach w miejscu, w którym stanie piękny pomnik pomordowanych przez UB i tu skrycie pochowanych. Kiedy ten pomnik zostanie wybudowany, zawsze będą przychodzić tu ludzie, składać kwiaty, palić znicze. Pamięć o tych bohaterach i moim kochanym bracie nigdy nie zaginie.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/102457,mo ... iemny.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 11 paź 2014, 07:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Kim by byli?

Dzięki staraniom ekipy prof. Szwagrzyka udało się zidentyfikować kolejne szczątki wydobyte na warszawskiej Łączce. Jak bardzo ważne są te badania, świadczą choćby życiorysy ekshumowanych. Ośmielam się powiedzieć, iż ci zamordowani to osoby „z górnej półki” polskich elit. Kim byliby, gdyby mogli żyć w wolnym kraju? Ile mogliby wnieść do życia społeczeństwa, gdyby nie morderstwa popełnione na nich przez władze komunistyczne?

Zygmunt Szymanowski
Jednym z ekshumowanych jest Zygmunt Szymanowski. Mimo iż życie oddał jako oficer Okręgu Wileńskiego AK, to z Wileńszczyzny nie pochodził. Urodził się 15 sierpnia 1910 r. we wsi Motule, gmina Filipów, pow. Suwałki, w niezbyt zamożnej rodzinie. Tam skończył szkołę podstawową, średnią zaś w Suwałkach. Był bardzo zdolny i energiczny. Aktywnie działał w harcerstwie, nie zrywając z nim kontaktu nawet po ukończeniu studiów.

Jego pracowitość i zdolności zwróciły uwagę nauczycieli, którzy namówili rodziców na kontynuowanie nauki we Lwowie, w gimnazjum o wyższym poziomie. Tam też zdał maturę, jednocześnie ucząc się i pracując, aby nieco odciążyć rodziców finansowo. Zaraz po maturze rozpoczął studia na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej ale niemal natychmiast został powołany do służby wojskowej w szkole podchorążych rezerwy piechoty w Krakowie (w toku kolejnych ćwiczeń otrzymał awans na porucznika).

Po wyjściu z wojska zapisał się jednocześnie na studia ekonomiczne na Akademii Handlu Zagranicznego oraz na Uniwersytet im. Króla Jana Kazimierza we Lwowie na Wydział Prawa. Jednak ze względów finansowych musiał po raz kolejny przerwać studia. Po roku pracy zarobkowej ponownie zapisał się na studia. Tym razem kontynuował je równorzędnie na Akademii Handlu Zagranicznego oraz ponownie na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Rolniczo-Leśnym. Kłopoty finansowe zmusiły go znowu do szukania dodatkowych źródeł utrzymania.

W styczniu 1935 r. otrzymał pracę w sekretariacie Akademii Handlu Zagranicznego. Na tym stanowisku pozostał do końca studiów, w czasie których dwukrotnie wyjeżdżał na praktyki. W lipcu 1937 r. pracował w Paryżu w Konsulacie Generalnym, zaś w sierpniu tego roku odbywał praktyki w placówkach dyplomatycznych w Rzymie. Drugi wyjazd nastąpił w 1938 roku.

1 lipca rozpoczął prace w Konsulacie Generalnym w Wiedniu. Przebywał tam do 21 września 1938 roku. Zygmunt Szymanowski uczył się na dwóch, jakże rozbieżnych kierunkach (ekonomista i leśnik), znał bardzo dobrze język francuski, włoski i perfekcyjnie niemiecki! Był bardzo pracowity, chwalono go w pracy.

W 5. Dywizji Piechoty
W sierpniu 1939 r. uzyskał dyplom magistra nauk handlu zagranicznego AHZ i absolutorium na Politechnice. Niemal natychmiast został zmobilizowany. W ramach macierzystego 19. pułku piechoty (wchodzącego w skład 5.Dywizji Piechoty) brał udział w walkach tej jednostki pod Włocławkiem, Kutnem, Sochaczewem, Kazuniem Polskim i Palmirami, początkowo jako zastępca dowódcy kompanii ckm, a następnie dowódca. 14 września został kontuzjowany niedaleko Płocka, lecz walczył dalej. W czasie walk pod Palmirami, 20 września, został ponownie ranny, tym razem ciężej. Z pola bitwy ewakuowano go do szpitala w twierdzy modlińskiej. Po kapitulacji Modlina, 2 października 1939 r., razem z całą załogą twierdzy trafił do obozu jenieckiego w Działdowie. Mimo niewyleczonej rany razem z grupą oficerów zbiegł z obozu i przedarł się do Warszawy.

Na początku listopada 1939 roku udało mu się przedrzeć do rodzinnych Suwałk. Szybko jednak zainteresowały się nim władze niemieckie i już po dwóch tygodniach ponownie go zatrzymały. Po wstępnym przesłuchaniu osadzono go w obozie w Suwałkach, gdzie natychmiast zaczął organizować ponowną ucieczkę. Po kilku dniach udało mu się zbiec. Przy pomocy grupy znajomych postanowił przedrzeć się przez zieloną granicę do Republiki Litewskiej (w skład której wchodziła już wtedy Wileńszczyzna, „przekazana wspaniałomyślnie” przez Stalina).



„Korwin”
Zamierzał kontynuować podróż do Francji, do polskiej armii, ale uzyskanie odpowiednich dokumentów przejazdowych było bardzo trudne. Ostatecznie zamieszkał we wsi Metebe w powiecie Olita, pracując jako robotnik rolny. Niewyleczone frontowe rany spowodowały, że na kilka miesięcy znowu trafił do szpitala, z którego wyszedł zaraz po wkroczeniu armii sowieckiej na Litwę w czerwcu 1940 roku. Prawdopodobnie już w tym okresie współpracował ze ZWZ-AK, otrzymując m.in. fałszywe dokumenty na nazwisko Jan Sadowski. Ale dopiero w maju 1942 r. został zaprzysiężony przez por. Stefana Czernika ps. „Orwat”, szefa Oddziału V Komendy Okręgu.

Przyjąwszy pseudonim „Korwin”, opiekował się lokalem radiostacji, która nadawała z jego mieszkania. Jednak już pod koniec czerwca został aresztowany przez gestapo, ale podczas rewizji udało mu się zbiec. Jako „spalony” ukrywał się na terenie Wilna, korzystając z pomocy wileńskiej legalizacji. Aktywną działalność podjął ponownie w kwietniu 1943 roku. Tym razem otrzymał polecenie zorganizowania komórki wywiadowczej wywiadu kolejowego, której został szefem pod pseudonimem „Cis”. Korzystając z sieci informatorów, zbierał informacje wywiadowcze, które przekazywał bezpośrednio por. Bolesławowi Nowikowi ps. „Majewski”, szefowi Oddziału II Komendy Okręgu. Na stanowisku tym trwał do 20 września 1944 r., kiedy to został aresztowany przez NKWD pod pseudonimem „Jan Sadowski”. Nierozpoznany w toku śledztwa jako oficer wywiadu, został skazany za działalność w AK na 10 lat więzienia. 15marca 1945 r. udało mu się jednak przy pomocy rodziny uciec. Korzystając z pomocy wileńskiej legalizacji, wyjechał do Polski Centralnej, wracając na rodzinną Suwalszczyznę.

W tym okresie założył także rodzinę. 15sierpnia 1943 r. wziął ślub z Zofią Dmochowską. Z tego związku urodziło się troje dzieci (trzecie urodziło się już w więzieniu w Warszawie): Zygmunta, Jolanta, Bożena.

Akcja „X”
Ale niespokojna dusza i poczucie obowiązku nie pozwoliły Szymanowskiemu na spokojne życie i akceptację kolejnej okupacji kraju. Dość szybko nawiązał kontakt z działającą na terenie Polski Centralnej Komendą Okręgu Wileńskiego. Ta, po ewakuacji z Wileńszczyzny w 1945 r., nie zaprzestała działalności, nawiązując kontakt ze sztabem Naczelnego Wodza w Londynie. Odtwarzano sieć konspiracyjną na potrzeby wyczekiwanego kolejnego konfliktu zbrojnego, koordynowano działalność oddziałów partyzanckich zgrupowania mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

Dalsza działalność w konspiracji spowodowała zainteresowanie jego osobą przez miejscowe UB. W czerwcu 1947 r. opuścił więc Suwałki i przeprowadził się do Szklarskiej Poręby. We wrześniu 1947 r. Szymanowski spotkał się osobiście we Wrocławiu z komendantem okręgu ppłk. Antonim Olechnowiczem „Pohoreckim”. „Pohorecki” zaproponował mu wtedy utworzenie sieci wywiadowczej, motywując to koniecznością informowania legalnych władz polskich na Zachodzie o sytuacji w kraju. Wkrótce po tym spotkaniu Szymanowski zaczął montować ekipę wywiadowczą. Opierała się ona częściowo na współpracownikach Szymanowskiego z czasów jego pracy w wywiadzie kolejowym w Wilnie.

Zbierano wiadomości z różnych dziedzin życia: działalność polityczna (PPR i PPS, a także innych działających jeszcze partii, w tym SL i PSL), gospodarka (stan zaopatrzenia sklepów, odbudowa zniszczeń, komunikacja), nastroje społeczne, informacje wojskowe (szczególnie dokładne informacje dotyczyły dyslokacji jednostek lotniczych polskich i sowieckich). Wiadomości zdobywano różnymi drogami. Zarówno poprzez „biały wywiad” (w czym efektywnie pomagała mu żona Zofia), jak i agentów umieszczonych w newralgicznych urzędach (choćby Ministerstwo Przemysłu i Handlu) czy Wojsku Polskim. Trafiały one na Zachód w postaci kilkudziesięciostronicowych raportów poprzez sieć kurierską Komendy Okręgu Wileńskiego. Zakończenie działalności nastąpiło w czerwcu 1948 r. po rozpoczęciu przez MBP akcji „X” mającej na celu rozbicie struktur Okręgu Wileńskiego. Szymanowski został zatrzymany 22 czerwca 1948 r. w Szklarskiej Porębie wraz z żoną. Przewieziony do Warszawy został poddany bardzo ciężkiemu śledztwu, był torturowany podczas przesłuchań. Praktycznie nie wydał w śledztwie nikogo, poza osobami, o których MBP już wcześniej wiedziało. 24 stycznia 1950 r. wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie został skazany trzykrotnie na karę śmierci i przepadek całego mienia. Ówczesny prezydent RP Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i 31 maja 1950 r. wyrok został wykonany. Miejsce pochówku jest nieznane.

Aleksander Tomaszewski
Kolejnym zidentyfikowanym żołnierzem podziemia niepodległościowego jest Aleksander Tomaszewski, urodzony w Wilnie 12 grudnia 1904 roku. Jego całe życie związane było ze służbą wojskową. W 1926 r. rozpoczął ją w 86. pułku piechoty w Mołodecznie, zaś w 1932 r. ukończył szkołę oficerską w Bydgoszczy. Jako porucznik kształcił kolejne pokolenia rezerwistów w 5. pułku piechoty w Wilnie, jednocześnie ściśle współpracując z wileńskimi harcerzami. Razem z nimi przeszedł cały szlak bojowy, biorąc udział w walkach m.in. pod Wyszkowem czy Seroczynem jako dowódca kompanii ckm. Po rozbiciu jednostki nie trafił do niewoli, ale przedarł się do Wilna i natychmiast wszedł w struktury organizującej się konspiracji.

Pełnił funkcję komendanta 1. Rejonu Dzielnicy D oraz komendanta DzielnicyE Garnizonu Miasta Wilna. Oddziały pod jego komendą walczyły o Wilno w ramach operacji „Ostra Brama”. Zreorganizował łączność, zabezpieczył archiwa oraz magazyny broni i amunicji. Jako jeden z ostatnich oficerów AK pod koniec 1945 r. ewakuował się do Polski, dbając o bezpieczną ewakuację wszystkich swoich podkomendnych.

Tutaj odtworzył łączność z komendą okręgu, koordynując łączność pomiędzy poszczególnymi rejonami Polski. Od marca 1947 r. należał do ścisłego sztabu Komendy Okręgu Wileńskiego AK. Kierował działalnością wywiadowczą oraz kontrwywiadowczą prowadzoną przez żołnierzy AK. Jego mieszkanie we Wrocławiu było lokalem kontaktowym i miejscem przechowywania części archiwaliów konspiracji wileńskiej.

Został aresztowany 26 czerwca 1948 r. wraz z ppłk. Olechnowiczem przez funkcjonariuszy WUBP w swoim mieszkaniu we Wrocławiu w wyniku ogólnopolskiej operacji MBP o kryptonimie akcja „X”, skierowanej przeciwko żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego z Wileńszczyzny. 20 stycznia 1949r. wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie został skazany na karę śmierci. Prezydent Bolesław Bierut decyzją z dnia 3czerwca 1949 r. nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano 13 czerwca 1949r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Stawiając pytanie, kim by byli zamordowani przez komunistów dwaj z wielotysięcznej liczby poległych żołnierzy podziemia niepodległościowego, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że polskie społeczeństwo straciło elity. Wybitnego ekonomistę, dyplomatę czy żołnierza, działacza społecznego. Pocieszeniem jest tylko fakt, iż po latach niepamięci udało się ich przywrócić do zbiorowej świadomości Polaków.

Prof. dr hab. Piotr Niwiński, Uniwersytet Gdański

http://www.naszdziennik.pl/mysl/102585,kim-by-byli.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 11 paź 2014, 10:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Prosił o płótno gojące rany

Piotr Czartoryski-Sziler

Z Anną Lipińską, córką kpt. Aleksandra Tomaszewskiego „Ala”, „Bończy”, zamordowanego 13 czerwca 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Pani ojciec wpadł po operacji o kryptonimie „Akcja X” skierowanej przeciwko żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego z Wileńszczyzny.
– Tak. To była nagonka na wszystkich AK-owców wileńskich, których wyłapywano w całej Polsce. Wiem z opowiadań, bo sama tego nie pamiętam, gdyż miałam wtedy 4 latka, że w domu we Wrocławiu był kocioł. 26 czerwca 1948 r. ojciec wraz z ppłk. Antonim Olechnowiczem, moją mamą, jej starszym ojcem, dwoma braćmi taty, którzy nie mieli z konspiracją nic wspólnego, i wieloma innymi ludźmi, którzy przyjechali wtedy do Wrocławia zobaczyć jakąś wystawę i zatrzymali się w naszym domu, zostali aresztowani przez funkcjonariuszy UB. Babci już nie miałam, zginęła w czasie akcji „Ostra Brama” w Wilnie.

Zdarzały się wcześniej podobne akcje?
– Nigdy. Chociaż mama mówiła, że śledczy, którzy ją przesłuchiwali, naśmiewali się z rodziców, że niby tacy cwani, a nie zorientowali się, że oni tyle czasu obserwowali nasz dom. Przymierzali się do kotła, z tego można wywnioskować, że dom, w którym była i broń, i dokumenty, był od jakiegoś czasu pod stałą obserwacją. Mieszkaliśmy we Wrocławiu na ulicy Kochanowskiego, która prowadziła do Odry, były na niej same domki. Mama, która oficjalnie nie była w konspiracji, tylko pomagała w pewnych sprawach mężowi, przesiedziała 5 lat w strasznych warunkach w więzieniu w Fordonie. Podobnie zresztą jak żona por. Zygmunta Szymanowskiego, który obecnie został również zidentyfikowany. Obie były przyjaciółkami i wzajemnie się wspomagały, zarówno w więzieniu, jak i później. Ojciec mamy siedział po aresztowaniu w więzieniu bodajże półtora roku, był maltretowany. Podobnie tato. Wiem z pamiętników księdza Józefa Zator-Przytockiego, że mój ojciec miał krótkie, ale bardzo ciężkie śledztwo. Można tylko sobie wyobrazić, jak ono wyglądało. Tato przeszedł niesamowite tortury, to nie do opowiedzenia.

Ksiądz Zator-Przytocki opisuje, jak Pani ojciec zachowywał się w trudnych momentach w celi?
– Nie siedział z nim w jednej celi. Ale zapamiętałam jedno zdanie z tych pamiętników. Ksiądz napisał: „Teraz siedzę w celi numer 7, z której na śmierć wyszedł kapitan Aleksander Tomaszewski”. Może więc byli przez chwilę razem lub ksiądz dowiedział się od innych uwięzionych, że ojca wzięli na rozstrzelanie. Słyszałam jeszcze w dzieciństwie, że ojciec pisał z więzienia grypsy, ale nie wiem, do kogo i gdzie się one podziały. Prosił w nich o szarpie, czyli szarpane płótno, które bardzo dobrze goiło rany. Tylko o to, więc musiał być porządnie poraniony. Zwracał się także o ułaskawienie, ale Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Mieszkanie rodziców we Wrocławiu było punktem kontaktowym?
– Tak i mama o tym wiedziała, i godziła się na to. Podobno w domu przechowywana była część archiwaliów konspiracji wileńskiej, ale nie wiem, co się z nimi stało. My nic nie mamy, bo mieliśmy konfiskatę mienia. Został nam zabrany dom i wszystkie rzeczy. Przecież AK-owcy to byli „bandyci”, którym należała się konfiskata mienia. Teraz największym złodziejom nic się nie zabiera, a wtedy czyniono to niewinnym ludziom. Gdy mama poszła w czerwcu do więzienia w letnich ubraniach, to po 5 latach w marcu wyszła na wolność również w tych samych rzeczach. Gdy zwróciła się o zwrot jakichś pamiątek z mieszkania we Wrocławiu, usłyszała, że ma sobie iść, bo wróci tam, skąd wyszła. Z tego, co wiem, ubowcy zajęli nasz dom.

Zanim Pani matka trafiła do Fordonu, osadzono ją w więzieniu mokotowskim?
– Tak, i we Wrocławiu. Mam kilka książek, z których dowiaduję się, że mama była bardzo niepokorna w więzieniu, nie dawała się „zreformować” i stawiała się, lądując w karcerach. Chyba po 2,5 roku od wykonania wyroku na ojcu dowiedziała się, że ojciec nie żyje. Nie chciano jej powiedzieć, co się dzieje z jej mężem, ale zmusiła do tego władze więzienne głodówką. Dostała wówczas zawiadomienie, że wyrok został wykonany na nim 13 czerwca 1949 roku.

A co działo się z Panią w tym czasie?
– To już zupełnie inna historia. Mnie wychowywała ciotka, siostra mojego ojca, która wykradła mnie z domu. Przyjechała z Olsztyna do Wrocławia taksówką, porwała mnie w piżamie z ogrodu i od razu wywiozła do Olsztyna. Moja mama, gdy wyszła na wolność, pojechała wprost do Olsztyna. Jestem jedynaczką, brakuje mi wspomnień o ojcu. Trudno mi je jednak mieć, bo ojciec stale się ukrywał i rzadko bywał w domu. Urodził się w Wilnie, podobnie jak mama i ja, do którego już nie wróciliśmy. Tato już wtedy ukrywał się przed Sowietami. Był przedwojennym oficerem, brał udział w walkach 1939 roku w obronie Warszawy i Modlina. W czasie okupacji niemieckiej oraz po wkroczeniu Sowietów do Wilna pełnił w strukturach Okręgu Wilno AK funkcję komendanta 1. Rejonu Dzielnicy D oraz komendanta Dzielnicy E Garnizonu Miasta Wilna. Zreorganizował łączność, zabezpieczył archiwa oraz magazyny broni i amunicji. Jak wielu oficerów został złapany i wsadzony do transportu do Katynia lub innego miejsca kaźni Polaków, lecz uciekł z niego. Pod zmienionym nazwiskiem, jako Tomasz Aleksandrowski, przyjechał po wojnie do Wrocławia.

Tu nawiązał kontakt z ppłk. Antonim Olechnowiczem „Pohoreckim”?
– Tak. Spotkał się z nim i podjął decyzję pozostania w konspiracji. Działał w Ośrodku Mobilizacyjnym Wileńskiego Okręgu AK, gdzie prowadził legalizacje i wywiad wojskowy. Ponadto utrzymywał łączność z grupami młodzieżowymi działającymi na Dolnym Śląsku, w Gdańsku i Łodzi. Od marca 1947 r. należał do ścisłego sztabu Komendy Okręgu Wileńskiego AK. Kierował działalnością wywiadowczą oraz kontrwywiadowczą prowadzoną przez żołnierzy AK. W czasie wojny był poszukiwany przez Sowietów, po niej szukali go komuniści. Można powiedzieć, że był wiecznie poszukiwany. Śledczym wkoło powtarzał, że walczył, walczy i będzie walczył.

Miał twardy charakter?
– Tak. Nie szedł na żadne układy i kompromisy, tylko podkreślał, że nikt nie zwolnił go z przysięgi i będzie dalej walczyć o wolną Polskę. Czynił, co tylko mógł, dla Polski, dlatego był tak niewygodny dla komunistów. Mama nie chciała za wiele mówić o ojcu, ale wiem od znajomych, którzy znali go jeszcze z Wilna, że był człowiekiem bardzo wesołym i dowcipnym. Od małego uświadamiana byłam, za co mój ojciec zginął i za co siedziała moja mama. Wiedziałam o 17 września i o Katyniu oraz innych sprawach, o których w szkole nie uczono. Nigdy się z tym nie kryłam i wcale nie przejmowałam się tym, że oficjalnie byłam córką „bandyty”. O tych sprawach głośno rozmawialiśmy w domu, moja mama była odważna i tego też mnie nauczyła.

Po śmierci ojca rodzinę dotknęły represje?
– Robili to w miarę dyskretnie. O ile się orientuję, mama była inwigilowana do 1975 roku. Dowiedziałam się o tym z dokumentów, bo my z mamą nie zdawałyśmy sobie wtedy z tego sprawy. Olsztyn był wówczas bardzo komunistycznym miastem i mama pomimo wykształcenia miała problemy ze znalezieniem pracy. Różni dyrektorzy powtarzali jej, gdy szła na rozmowy kwalifikacyjne, że nawet gdyby była morderczynią czy złodziejką po wyroku, to tę pracę by dostała. Jako żona „bandyty” pracy jednak nie otrzyma. Dopiero znajomi z Wilna ściągnęli nas do Elbląga, który pod wpływem Gdańska był zupełnie innym miastem, i tam pracę znalazła. Była tu zupełnie inna mentalność i myślenie ludzi, Elbląg czynnie włączał się także w liczne strajki. W latach 90., jak już można było odtajnić wyroki i je unieważnić, mama dowiedziała się, że skazano ją za to, że „przemocą dążyła do obalenia władzy ludowej”, a ojca za „szpiegostwo”.

Próbowała szukać grobu męża?
– To było niewykonalne, w ogóle nie mieliśmy pojęcia, gdzie go szukać. Dopiero później zaczęły pojawiać się przypuszczenia, że tato wraz z innymi więźniami może spoczywać gdzieś na Powązkach. O poszukiwaniach na Łączce dowiedziałam się z telewizji, prasy i internetu, w którym śledzę informacje zamieszczane przez IPN. Liczyłam na to, że ojciec zostanie tutaj znaleziony, chociaż mój mąż twierdził, że najprędzej może leżeć pod parkingiem na Rakowieckiej, gdzie prawdopodobnie też więźniowie byli chowani. Przekazałam swój materiał genetyczny do Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów w Szczecinie i czekałam. O zidentyfikowaniu ojca osobiście powiadomił mnie profesor Krzysztof Szwagrzyk. Cieszyłam się i płakałam, nie wiedziałam, czy to szczęście, czy żałoba. Do tej pory ojciec był dla mnie w pewnym sensie postacią fikcyjną, niematerialną. Wiedziałam, że był, bo skądś musiałam się wziąć, ale w ogóle go nie znałam. Dopiero gdy dotknęłam trumienki z jego szczątkami i zobaczyłam notę identyfikacyjną, faktycznie uwierzyłam w jego istnienie.

Miała Pani jakieś zdjęcia ojca?
– Tak. Nie poznałam jednak ojca na zdjęciu, które zaprezentowano w Pałacu Prezydenckim, ma na nim zapuszczone wąsy. Dzwoniłam nawet do swoich kuzynów, starszych ode mnie o 7 i 8 lat, by ojca na nim zidentyfikowali. Twierdzą, że to faktycznie on. Po tacie zostało mi kilka zdjęć, ale sprzed wojny, w mundurze, i wszędzie na nich jest bez wąsów. Ojciec jakiś czas ukrywał się w Jeleniej Górze, może wtedy je zapuścił.


Gdzie ostatecznie spocznie kpt. Aleksander Tomaszewski?
– Oczywiście zostawię go na Łączce, choć z początku chciałam go pochować obok mamy na cmentarzu w Elblągu. Doszłam jednak do wniosku, że jeżeli mieli się ze sobą spotkać, to już to uczynili. Ponadto po śmierci mamy dopisałam na tablicy obok jej nazwiska również ojca, więc symbolicznie są razem. Z mężem, synem, jak i wnukiem postanowiliśmy, że ojciec pozostanie na Powązkach razem ze swoimi kolegami, z którymi razem walczył i zginął. Można powiedzieć, że zamknął się pewien etap w moim życiu. Jestem zadowolona, że ojciec będzie spoczywał w poświęconej ziemi w grobie, na którym będzie widniało jego nazwisko, a nie – jak dotąd – pogrzebany jak pies. Przez lata nad ciałami mego ojca i pana por. Stefana Głowackiego, którego również teraz zidentyfikowano, była asfaltowa alejka. Ich nigdy nie miano odnaleźć. Wiem z przekazów, że sam naczelnik więzienia uważał ich wszystkich za bandytów i nie chciał za nic w świecie wyjawić, gdzie byli chowani. I nie wyjawił tego do śmierci.

Pani ojciec leżał w jednym dole ze „Smugą”?
– Tak. Zostali straceni w tym samym dniu. Co ciekawe, gdy w Pałacu Prezydenckim przy odbieraniu not podeszłam do pani Hanny Plandy, córki Stefana Głowackiego, dowiedziałam się od niej, że mój ojciec był jej chrzestnym. Trumienki z ich szczątkami, które nam później pokazano, stały w kaplicy obok siebie. Pani Hanna miała więc obok siebie swego rodzonego ojca i ojca chrzest- nego. Mało tego, gdy w poniedziałek wróciłam do domu z tych uroczystości, zadzwonił do mnie wieczorem bratanek mojego ojca, który do tej pory nic nie wiedział o moim istnieniu. Zobaczył mnie w telewizji w czasie uroczystości wręczania not. Otrzymał telefon od pana prof. Szwagrzyka i skontaktował się ze mną; w ten sposób odnalazłam rodzinę. Z przykrością muszę stwierdzić, że bracia mojego ojca odwrócili się od nas po jego śmierci, prawdopodobnie bali się utrzymywać z nami kontakt. Dzieci mego stryja dopiero teraz dowiedziały się o mnie.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/102645,pr ... -rany.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 21 paź 2014, 06:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Nie chciał się ujawnić

Z Ireną Malkowską, siostrzenicą Bolesława Częścika „Orlika”, zamordowanego 10 lipca 1951 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
„Orlik” często bywał w domu Pani rodziców?
– Byłam wtedy małym dzieckiem i nie pamiętam go osobiście. Może do nas przychodził, ale ja nie zwróciłam na to uwagi, bo wujków i ciotek miałam wiele. Gdy później rozmawiałam z jedną z ciotek i pytałam ją, czy nie ma jego zdjęć, odparła, że wszystkie, które miała, schowała, zakopując w piwnicy, by po wojnie je odzyskać, lecz niestety je skradziono. Piwnica była rozwalona, zresztą cały dom był w czasie ofensywy spalony i zostały z niego jedynie zgliszcza. Nasz dom rodzinny znajdował się w miejscowości Wola, lecz ja wtedy mieszkałam z rodzicami w Krasnosielcu, gdzie ojciec prowadził sklep. Mama często wspominała, że ile razy babcia przyszła do nas, tyle razy wspominali Bolka.

Co o nim mówili?
– Wiem, że wujek był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych. Po wejściu wojsk sowieckich służył w oddziale pod dowództwem Romana Dziemieszkiewicza „Adama”, „Pogody”. Brał udział w wielu akcjach zbrojnych na terenie powiatów: ciechanowskiego, makowskiego, ostrołęckiego i pułtuskiego, m.in. rozbicia aresztu PUBP w Krasnosielcu na początku maja 1945 r., skąd uwolniono kilkudziesięciu żołnierzy AK i NSZ. Po rozbiciu oddziału Dziemieszkiewicza działał od 1946 r. w oddziale Pogotowia Akcji Specjalnej XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Józefa Kozłowskiego ps. „Las”. Do organizacji chciał przyłączyć się również młodszy brat Bolka Irek, którego ten stamtąd wyganiał, bo mówił mu, że jest za mały i powinien zająć się rodzicami. Irek powiedział, że jeżeli go wyrzuci, to i tak wróci do innego oddziału i będzie walczył. Ten młodszy brat „Orlika” był później represjonowany i miał rozprawę, ale ponieważ był jeszcze młodociany, został skazany do prac przymusowych w kopalni na terenie Polski, gdzie przebywał ok. 3-4 lat. Wrócił bardzo wychudzony i wynędzniały.

22 kwietnia 1947 r. „Orlik” ujawnił się w Warszawie przed Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego. Dlaczego zdecydował się na ten krok?
– Wiem, że ciotka, która była bardzo związana z Bolkiem, do końca życia miała wyrzuty sumienia, że namawiała go do ujawnienia się. Mówiła mu, że jest amnestia i powinien to zrobić, bo będzie miał kontakty z rodziną. Wtedy jeszcze zastanawiał się nad tym. Ze Starogardu Gdańskiego, gdzie mieszkał i pracował chyba w jakimś kole rybackim, pływając z rybakami na kutrze, przyjechała do nas jego dziewczyna, by prosić ciotkę, żeby przestała go namawiać do ujawnienia się. Mówiła, że skoro ukrywał się do tej pory, a ta jego konspiracja przynosi jakieś skutki, to niech im da spokój, bo chcą ułożyć sobie życie i założyć rodzinę. Ciotka odparła, że też chce mieć kontakt z bratem, więc powinien się ujawnić. Do tej pory sama jeździła czasami do niego pod różnymi pretekstami, lecz bała się, że również ona będzie śledzona. Niestety, zawierzyła ówczesnemu rządowi i kiedy Bolek się ujawnił, został 13 września 1950 r. aresztowany w Drewnicy. 7 kwietnia 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na sesji wyjazdowej w Pułtusku pod przewodnictwem por. Edwarda Hollera skazał go na karę śmierci. Prezydent Bolesław Bierut decyzją z dnia 3 lipca 1951 r. nie skorzystał z prawa łaski i wyrok na Bolku wykonano 10 lipca 1951 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Represje dotknęły też rodzinę?
– Wiem, że zanim Bolka uwięziono, były u nas rewizje, widocznie go szukali. Babcia do końca życia miała nadzieję, że może wróci z Syberii, bo myślała, że tam go zesłano. Jej majątek skonfiskowano później i rozparcelowano. To był piękny dom, przypominam sobie ganeczek i śliczny ogród. Przez ten teren przechodził w czasie wojny front, uciekaliśmy wtedy na furmankach od wioski do wioski, od znajomych do znajomych, żeby się gdzieś schować. Pamiętam, jak kule świszczały mi nad głową, a w naszej wiosce stacjonowali Niemcy. Po wojnie w sprawie Bolka UB przesłuchiwał także moich rodziców i dziadka. Ten ostatni, gdy wyszedł na wolność po tygodniu, to chodził prawie na czworakach. Sąsiedzi pomagali mu wejść na wóz, żeby go zawieźć do domu. Dziadek już nie wstał z łóżka, miał poodbijane nerki i wątrobę. Był tak zmasakrowany i posiniaczony, że mama wspominała, iż widok był okropny. Dopiero po kilkunastu latach rodzina dowiedziała się, że Bolek został rozstrzelany w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Żadne zawiadomienie nie przyszło do domu, że wyrok został wykonany. Ktoś przywiózł tę wiadomość, zdaje mi się, że jakiś kolega „Orlika”, który wyszedł z więzienia. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że tam w ogóle siedział i że nie żyje. Po 1989 r. przeczytałam także w którejś z gazet, bodajże w „Kulisach”, artykuł, w którym było również wymienione nazwisko Bolka z adnotacją, że przebywał w więzieniu mokotowskim i tam został rozstrzelany. Babci do końca życia nie powiedzieliśmy o tym. Bolek był bardzo wesoły i towarzyski. Był dobrym bratem i synem. Nigdy nie słyszałam o nim złego słowa. Wspomniany jego młodszy brat, który był z nim częściowo w oddziale, też mówił zawsze o nim, że był bardzo prawym człowiekiem. Gdy go aresztowano, miał jedynie 23 lata, a 27, gdy zginął. Nie zdążył się nawet ożenić. Może wynikało to też z tego faktu, że były wówczas kłopoty z uzyskaniem aktu urodzenia. Może bał się, że go w ten sposób złapią. Z relacji ciotki wiem, że ze swoją dziewczyną planowali wspólne, przyszłe życie. Nie była razem z nim w konspiracji. Poznali się dopiero w Starogardzie.

Szukali Państwo miejsca jego pochówku?
– To raczej było niemożliwe. Gdy doszła do nas wiadomość, że został rozstrzelany w więzieniu na Rakowieckiej, wiedzieliśmy, że gdzieś jego ciało musiało zostać pochowane. Myśleliśmy nawet, że spoczywa gdzieś wokół tego więzienia, ale okazało się, że zakopali go na powązkowskiej Łączce, o której dopiero niedawno się dowiedziałam. O prowadzonych tam pracach ekshumacyjnych poinformowała mnie moja siostra Hania, która miała kontakt z przedstawicielem IPN. Siostra oddała materiał genetyczny do badań porównawczych, oprócz niej uczyniła to jeszcze córka jednej z moich ciotek pani Zofia Górska i bratanek Bolka Marek Częścik. W sumie były więc trzy próbki.

Jak przyjęła Pani wiadomość o zidentyfikowaniu Bolka?
– Byłyśmy z siostrami w Pałacu Prezydenckim na spotkaniu z prezydentem oraz na cmentarzu, gdzie zapaliłyśmy znicz obok trumienki Bolka. Było bardzo uroczyście z modlitwą i błogosławieństwem księdza. Jesteśmy wdzięczne, że właśnie w ten sposób zostali ci wszyscy ekshumowani potraktowani i wreszcie ich zrehabilitowano. Cieszę się, że szczątki Bolka zostaną poświęcone i pochowane z godnością, że ktoś docenił trud jego walki i poświęcenie młodego życia. W domu zawsze się go wspominało. Gdy patrzę dziś na jego zdjęcia, na których uśmiecha się ten młody, dwudziestokilkuletni człowiek, aż nie chce mi się wierzyć, co przeszedł i że został rozstrzelany. Chcemy go pochować wraz z innymi w panteonie, który ma powstać na Łączce. To rozwiązanie wydaje nam się słuszne, bo nasze pokolenie już się starzeje i wymiera. Gdyby nie to godne upamiętnienie, nie wiadomo by było tak naprawdę, gdzie go pochować – czy z ojcem, czy z matką. Babcia ostatnie lata spędziła bowiem w Olsztynie, gdzie do śmierci się nią opiekowałam, i tam została pochowana, zaś dziadek po wspomnianych przesłuchaniach bardzo się rozchorował i wkrótce zmarł. Został pochowany w rodzinnym Krasnosielcu.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... awnic.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 04 gru 2014, 08:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Powrót „Bitnego”

Zidentyfikowano szczątki ppor. Jana Boguszewskiego ps. „Bitny”, żołnierza III Brygady Wileńskiej NZW, ekshumowane miesiąc temu na Mazurach.

– Na podstawie pobranego i przekazanego do Instytutu Genetyki Sądowej materiału genetycznego ze szczątków ekshumowanych żołnierzy III Brygady Wileńskiej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego została z powodzeniem przeprowadzona identyfikacja osobnicza jednego z poległych. Przedstawiciele Fundacji dotarli do rodzin poległych i pobrali od nich porównawczy materiał genetyczny – poinformował prezes szczecińskiej Fundacji Niezłomni im. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” Wojciech Łuczak.

– Zidentyfikowanym żołnierzem jest ppor. Jan Boguszewski ps. „Bitny”, dowódca II plutonu Pogotowia Akcji Specjalnej wchodzącego w skład III Brygady Wileńskiej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego dowodzonej przez kpt. Romualda Rajsa ps. „Bury” – stwierdził Łuczak.

Podkreślił on, że Fundacja jako organizacja pozarządowa przeprowadziła „imienną identyfikację genetyczną poległych żołnierzy podziemia antykomunistycznego”. Również jako pierwsza organizacja pozarządowa przeprowadziła miesiąc temu prace ekshumacyjne żołnierzy podziemia niepodległościowego.

– Prace ekshumacyjne były prowadzone w dniach 20-26 października 2014 r. w bezpośrednim pobliżu miejsca bitwy pod wsią Gajrowskie na Mazurach. W trakcie prac ekshumacyjnych odnaleziono szczątki dziewięciu żołnierzy. W najbliższym czasie Fundacja będzie kontynuowała prace poszukiwawczo-ekshumacyjne pozostałych poległych – zapowiada jej prezes.

– Poszukiwania, ekshumacje, identyfikacje genetyczne oraz uroczysty pogrzeb zostaną w całości przeprowadzone i sfinansowane przez Fundację Niezłomni – zaznacza Łuczak.

Przedstawiciele Fundacji podkreślają, że trwają dalsze badania identyfikacyjne szczątków osób, które zostały odnalezione. Po ekshumacjach Fundacja zwróciła się do przypuszczalnych rodzin ofiar o dostarczenie materiału porównawczego. Badania przeprowadza certyfikowane laboratorium genetyczne. – Zrobiliśmy to profesjonalnie przez certyfikowane laboratorium, można to przeprowadzić, bez żadnego pośpiechu, taki jest tryb i tempo identyfikacyjne –wskazuje Łuczak.

Dalszych identyfikacji należy się spodziewać w najbliższych miesiącach.

Bitwa pod Gajrowskimi z 16lutego 1946 r. była największą stoczoną na Mazurach przez podziemie niepodległościowe. Oddział Burego liczący ok. 120 osób wpadł w obławę sił NKWD i UB-MO, w skład których wchodziło 1,5 tys. funkcjonariuszy. Wymieniane są jedynie pseudonimy kilku zabitych. Po bitwie Brygada Wileńska uległa rozproszeniu. W odnalezieniu tej mogiły pomocne były relacje składane przez Stefanię Gazdę, która uczestniczyła w pochówku żołnierzy. Włożyła do niej butelkę z obrazkiem św. Teresy, która została odnaleziona podczas ekshumacji. Dwadzieścia lat temu środowisko kombatantów ufundowało w tym miejscu pomnik.

Historycy oceniają, że w bitwie zginęło od kilkunastu do 24 żołnierzy NZW, w tym dwóch oficerów – por. Jan Boguszewski „Bitny” i por. Włodzimierz Jurasow „Wiarus”, a także sierż. Józef Kupiec ps. „Ryszard”.

Szczątki żołnierzy znajdowały się w dwóch jamach grobowych. Odnaleziono przy nich metalowe orzełki, guziki i inne elementy wojskowego wyposażenia. Jak również medalik z podobizną Matki Bożej Kodeńskiej i kryształowy wisiorek w kształcie serca, skrywający różaniec.

Z wstępnej analizy antropologicznej wynika, że byli to mężczyźni w wieku 20-25 lat, ale jeden z nich był kilkanaście lat starszy. Część czaszek miała ślady przestrzeleń.

– Będziemy poszukiwać w tej okolicy kolejnych miejsc, w których zostali pochowani polegli. Po zakończeniu prac ekshumacyjnych i identyfikacyjnych planujemy zorganizowanie uroczystego pogrzebu odnalezionych Żołnierzy Wyklętych – zapowiadał wówczas Łuczak.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... tnego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 10 sty 2015, 21:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Najprawdopodobniej odnaleziono szczątki "Inki"

Szczątki odnalezione przez zespół IPN w Gdańsku najprawdopodobniej należą do Danuty Siedzikówny, ps. Inka - legendarnej sanitariuszki AK, która została skazana na karę śmierci przez komunistyczną władzę w wieku zaledwie 18 lat.

Obrazek

Prof. Krzysztof Szwagrzyk z IPN podkreśla, że można być w tej sprawie optymistą.

„Zdziwię się, jeśli po badaniach okaże się, że to nie ona” - powiedział badacz podczas wykładu na Uniwersytecie Warszawskim.

Pełnomocnik prezesa IPN ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego podkreślił również, że obok „Inki” odnaleziono najprawdopodobniej szczątki Feliksa Selmanowicza ps. „Zagończyk”. Partyzant został zastrzelony z niespełna 18-letnią Danutą Siedzikówną 28 sierpnia 1946 roku.

Prof. Szwagrzyk zaprezentował również zdjęcia swojego zespołu wykonane na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku.

Łącznie odnaleziono szczątki czterech osób, które znajdowały się pod chodnikiem na głębokości około pół metra.
gah/polskieradio.pl

http://www.stefczyk.info/publicystyka/h ... 2705107906


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 09 lut 2015, 11:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Prezydent opóźnia pochówek Żołnierzy Niezłomnych

Bronisław Komorowski obiecał inicjatywę ustawodawczą mającą pomóc w jak najszybszym, godnym pochówku bohaterskich ofiar antykomunistycznego podziemia z lat 1944-1963. Żołnierze Niezłomni nieprędko doczekają się tego prostego – mogłoby się wydawać – gestu. Prezydencki projekt pochówek… opóźnił.

Według fundacji „Łączka” prezydencki projekt nowelizacji ustawy o cmentarzach zablokuje możliwość szybkiego wybudowania Panteonu Narodowego Żołnierzy Niezłomnych na Łączce. Prezydent obiecywał, że jego projekt umożliwi rychły powrót archeologów na cmentarze, gdzie w barbarzyński sposób wrzucono do dołów z wapnem zwłoki polskich bohaterów. Problemem dla „polskich” władz okazało się niedawno, że żołnierze są pochowani pod grobami komunistycznych aparatczyków – Bronisław Komorowski obiecał, że to się zmieni.

Krytycznie prezydencką inicjatywę ocenia Fundacja Łączka. Mecenas Anna Szeląg, pełnomocnik Fundacji, stwierdziła, że proponowana przez prezydenta ustawa ma kilka podstawowych wad. Nie ma w niej gwarancji, że groby komunistów będą przeniesione – bez tego Panteon Niezłomnych może nie powstać. Jak ma wyglądać przenoszenie grobów pezetpeerowskich aparatczyków – będzie wymagało zgody rodziny. Uwaga – zgody WSZYSTKICH żyjących krewnych.

Co więcej, ustawa nakazuje wojewodzie pokryć koszty ekshumacji – takich wydatków nie przewidziano jednak w tegorocznym budżecie województwa mazowieckiego. Według Anny Szeląg jeśli doczekamy się Panteonu na podstawie tej ustawy, to za sześć – siedem lat.

Źródło: „Nasz Dziennik”
kra

http://www.pch24.pl/prezydent-opoznia-p ... 860,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 02 mar 2015, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Jakim trzeba być okrutnikiem, potworem aby mordować swoich rodaków, a jaką trzeba być bezduszną bestią, Jaruzelskim, Baumanem, Wolińską, czy innym bandziorem, aby zamordować niespełna osiemnastoletnie dziewczątko, za to że kochało Polskę, swoją Ojczyznę i Jej służyło opatrując rannych żołnierzy. Zabicie INKI to jedna z najpotworniejszych zbrodni jaką zhańbiło się po wszystkie czasy bolszewickie ścierwo, sięgając po władzę nad Polakami.
Zabili dziecko.
Dziś też z lekkością przychodzi im mordować dzieci, te nie narodzone.
Bandyta zawsze będzie bandytą.


Pięcioro bohaterów odzyskało nazwiska!

Obrazek

Zidentyfikowano szczątki Danuty Siedzikówny – „Inki”! Informację tę potwierdzono podczas uroczystości wręczenia not identyfikacyjnych rodzinom ofiar terroru komunistycznego w Pałacu Prezydenckim! Poinformowano także o zidentyfikowaniu czterech innych ciał antykomunistycznej opozycji czasów stalinowskich. Są wśród nich: Marian Kaczmarek, Józef Kozłowski, Stanisław Utryk i Edward Pytko.

Marian Kaczmarek (1904–1953) ps. „Paweł”, maszynista kolejowy, kurier emigracyjnego ośrodka wywiadowczego w Barkhausen.

Urodził się 7 października 1904 r. w miejscowości Kornowo, pow. Leszno. Z wykształcenia był ślusarzem. Do 1939 r. pracował jako monter w Polskich Kolejach Państwowych w Poznaniu. W czasie okupacji w dalszym ciągu był pracownikiem kolei. W tym czasie pomógł w ucieczce dwóm sowieckim jeńcom, skierowanym do pracy przy parowozach. Po zakończeniu wojny uczestniczył w odbudowie polskiego kolejnictwa w Poznaniu. Obsługiwał pociągi osobowe jako pilot-maszynista na trasie Poznań – Frankfurt nad Odrą. Od wiosny 1949 r. do kwietnia 1952 r. był związany z ośrodkiem wywiadowczym Barkhausen, podlegającym polskim władzom emigracyjnym w Londynie. Jako kurier przewoził przez granicę pomiędzy Polską a NRD osoby kierowane do niego przez ekspozyturę ośrodka w Berlinie. Transportował i dostarczał pod wskazane adresy pocztę wywiadowczą. Jego kontaktem była Maria Ginter, będąca kolejnym ogniwem komunikacyjnym pomiędzy centralą ośrodka wywiadowczego w Barkhausen a Marianem Kaczmarkiem. Aresztowany przez UB 6 kwietnia 1952 r. w swoim poznańskim mieszkaniu. Proces został utajniony i odbywał się bez udziału obrońcy. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie pod przewodnictwem por. Jerzego Godlewskiego 7 listopada 1952 r. Marian Kaczmarek został skazany na karę śmierci. Rada Państwa decyzją z 30 marca 1953 r. nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano 7 kwietnia 1953 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Sąd Najwyższy – Izba Wojskowa postanowieniem z 9 listopada 1990 r. uznała za nieważny wyrok wydany w sprawie Mariana Kaczmarka przez WSR w Warszawie w listopadzie 1952 r.

Józef Kozłowski (1910–1949) ps. „Las”, „Vis”, „J. Kawecki”, komendant Okręgu XVI NZW.

Urodził się 19 marca 1910 r. w Demeniu na Łotwie, syn Michała i Teodory z domu Jurkjan. W latach 1931-1932 służył w 5 pp leg w Wilnie, uzyskując stopień podoficerski. Pracował jako gajowy w pow. Stara Wilejka. Od 1940 r. w szeregach organizacji konspiracyjnej na terenie okupowanej Wileńszczyzny, później w ZWZ-AK. Z końcem 1943 r. został zmobilizowany przez władze okupacyjne do białoruskiej formacji policyjnej, której zadaniem była ochrona miejscowej ludności przed sowiecką partyzantką (prawdopodobnie poszedł tam skierowany przez AK). Pododdział tej grupy kwaterujący w Starej Wilejce, składający się w znacznym stopniu z Polaków, nazywano potocznie „Legionem Polskim”. Jednostka ta, szybko ewakuowana przez Niemców na zachód, nie zdążyła dołączyć do partyzanckich brygad AK w czasie akcji „Burza” na Wileńszczyźnie. Uczyniła to dopiero na terenie powiatu Ostrołęka, gdzie zlikwidowała niemieckiego dowódcę i dołączyła do oddziału partyzanckiego 5 pułku ułanów AK, dowodzonego przez ppor. Kazimierza Stefanowicza ps. „As”. Józef Kozłowski na czele swych kresowych podkomendnych uczestniczył w walkach z Niemcami w ramach operacji „Burza” w okolicach miejscowości Jazgarka, Karaska i Charcibałda. Działalność niepodległościową kontynuował następnie w ramach Obwodu AK-AKO Ostrołęka, uczestnicząc w wielu akcjach z zakresu samoobrony przed komunistycznym aparatem represji.

Jesienią 1945 r. przeszedł wraz z podkomendnymi do „XVI” Okręgu NZW dowodzonego przez kpt. Zbigniewa Kuleszę „Młota”. Pełnił funkcję szefa Pogotowia Akcji Specjalnej na terenie powiatu ostrołęckiego, a następnie na terenie całego „XVI” Okręgu NZW „Mazowsze”. Dowodził wieloma akcjami bojowymi przeciwko siłom UB, KBW i MO. Po ujawnieniu się kpt. „Młota” został w dniu 20 maja 1946 r. wybrany przez kadrę dowódczą średniego szczebla na stanowisko komendanta „XVI” Okręgu NZW (zmienił kryptonim okręgu na „Orzeł”). Przyjął wówczas nowy pseudonim – „Vis”. Zreorganizował „XVI” Okręg NZW, powołując siedem Komend Powiatowych, których sztaby działały jako ruchome grupy partyzanckie. Uruchomił akcję informacyjno-propagandową, zwalczał przestępczość pospolitą. W wyniku donosu agenta UB ps. „Zadrożny” został 25 czerwca 1948 r. otoczony wraz ze swym sztabem w bunkrach nieopodal wsi Gleba (gm. Kadzidło). W akcji przeciwko kilkunastoosobowej grupie partyzantów brało udział ponad 50 plutonów 1 i 2 Brygady KBW, tj. ponad 1500 żołnierzy, 4 samoloty i artyleria. Po całodziennej walce i nieudanej próbie przebicia się obrona partyzancka została przełamana (czterech poległo, dziewięciu – w tym dwóch rannych – oraz dwie kobiety i dziecko wpadło w ręce komunistów). Ranny Józef Kozłowski został przewieziony do Warszawy, gdzie przeszedł ciężkie śledztwo. Został 29 kwietnia 1949 r. skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na sesji wyjazdowej w Ostrołęce pod przewodnictwem mjr. Mieczysława Widaja na karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Józef Kozłowski został zamordowany 12 sierpnia 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie (wraz z nim zginęli jego najbliżsi współpracownicy: Czesław Kania „Nałęcz”, Bolesław Szyszko „Klon” i Piotr Macuk „Sęp”).

Stanisław Kutryb (1925–1949) ps. „Ryś”, „Rekin”, żołnierz Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.

Ur. 7 maja 1925 r. w Oborczyskach, gm. Baranowo, pow. Przasnysz, syn Stanisława i Marii z Durzaków. We wrześniu 1946 r., po otrzymaniu karty powołania do „ludowego” WP zaczął się ukrywać, a dwa miesiące później dołączył do oddziału partyzanckiego PAS „XI” Okręgu NZW dowodzonego przez Józefa Kozłowskiego „Lasa”. W styczniu 1947 r. przydzielony do patrolu Bolesława Szyszko „Klona”, operującego w powiatach Ostrołęka i Przasnysz. Okresowo pełnił służbę ochronną przy sztabie „XVI” Okręgu NZW. Po reorganizacji okręgu, mającej miejsce wiosną i latem 1947 r., skierowany do patrolu PAS Komendy Powiatu NZW krypt. „Orłowo”, dowodzonego przez Wacława Mówińskiego „Szczygła”. W lipcu 1948 r. Stanisław Kutryb przeszedł do patrolu KP „Płomień”. Ukrywał się wraz ze Stanisławem Bączkiem „Wiewiórką” w leśnym „bunkrze” na terenie gminy Baranowo. Obaj partyzanci, zadenuncjowani przez TW „Błyskawica”, zostali ujęci 3 października 1948 r. przez grupę operacyjną UB. Kutryba osadzono w areszcie PUBP w Przasnyszu, skąd 14 grudnia 1948 r. został przeniesiony do więzienia mokotowskiego w Warszawie. Po pokazowej rozprawie na sesji wyjazdowej w Przasnyszu 15 stycznia 1949 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem kpt. Stanisława Wotoczka skazał go na karę śmierci. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy. Bolesław Bierut decyzją z dnia 13 maja 1949 r. nie skorzystał z prawa łaski. Stanisław Kutryb został zamordowany 19 maja 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ujęty wraz z nim Stanisław Bączek „Wiewiórka” został także skazany na karę śmierci i zamordowany w więzieniu mokotowskim w maju 1949 r.

Edward Pytko (1929–1952), podporucznik – pilot instruktor w Oficerskiej Szkole Lotniczej nr 5 w Radomiu.

Urodził się 14 września 1929 r. w miejscowości Wiewiórka, powiat Dębica, gdzie ukończył szkołę powszechną. Kontynuował naukę w Gimnazjum Przemysłowo-Radiotechnicznym w Dierżoniowie. W 1949 r. jako ochotnik wstąpił do wojska. Został skierowany do Oficerskiej Szkoły Lotniczej, gdzie ukończył kurs pilotażu, a następnie w 1951 r. kurs pilotażu na samolotach myśliwskich. Od 26 sierpnia 1952 r. na stanowisku pilota instruktora w Oficerskiej Szkole Lotniczej nr 5 w stopniu chorążego, z dniem 30 kwietnia 1952 r. awansowany do stopnia podporucznika. W dniu 7 sierpnia 1952 r., w trakcie odbywania lotu treningowego na samolocie Jak-9, zdecydował się na ucieczkę na Zachód, przez Czechosłowację chcąc dotrzeć do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Austrii. Wylądował w strefie radzieckiej na lotnisku Wiener Neustadt – prawidłową nawigację uniemożliwiły mu gęste chmury. Został zatrzymany przez wojska radzieckie i przekazany władzom w Polsce. Decyzją Sądu Wojsk Lotniczych pod przewodnictwem mjr. Ludwika Felsa z dnia 18 sierpnia 1952 r. został skazany na karę śmierci. Najwyższy Sąd Wojskowy na posiedzeniu w dniu 21 sierpnia 1952 r. nie uwzględnił skargi rewizyjnej i utrzymał wyrok w mocy. Bolesław Bierut decyzją z dnia 28 sierpnia 1952 r. nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano 29 sierpnia 1952 r. o godzinie 19.00 w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Danuta Siedzikówna (1928–1946) ps. „Inka”, sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK.

Wstąpiła w struktury Armii Krajowej wraz z siostrą Wiesławą w grudniu 1943 r. Kilka miesięcy później ukończyła kurs sanitariuszki. Działała w siatce konspiracyjnej AK kierowanej przez leśniczego Stanisława Wołoncieja ps. „Konus” z Narewki. W październiku 1944 r. podjęła pracę jako kancelistka w nadleśnictwie w Narewce. W czerwcu 1945 r. wraz z pracownikami nadleśnictwa została aresztowana przez NKWD i UBP pod zarzutem współpracy z podziemiem niepodległościowym. Uwolniona z konwoju aresztantów przez oddział 5. Wileńskiej Brygady AK, do którego dołączyła. Została sanitariuszką w oddziale „Konusa”, potem w szwadronach: por. Jana Mazura ps. „Piast” i por. Marcina Plucińskiego ps. „Mścisław” w plutonie Zdzisława Badochy ps. „Żelazny”. Po rozformowaniu oddziału we wrześniu 1945 r. podjęła naukę w gimnazjum w Nierośnie (gm. Dąbrowa Białostocka). W marcu 1946 r. „Inka” dołączyła ponownie do oddziału, który operował na terenie Pomorza Gdańskiego. Dostała przydział sanitariuszki do szwadronu dowodzonego przez Zdzisława Badochę ps. „Żelazny”. Wykonywała również zadania łączniczki, a czasem także zwiadowcy. W trakcie wielu akcji przeprowadzonych przez szwadron udzielała pomocy medycznej kolegom z oddziału oraz jednemu z rannych milicjantów. Ostatnią misją „Inki” była podróż po zaopatrzenie medyczne do Malborka, Gdańska i Olsztyna, zlecona przez Olgierda Christę ps. „Leszek”. Aresztowana w lokalu konspiracyjnym w nocy z 19 na 20 lipca 1946 r. w Gdańsku-Wrzeszczu. Brutalne śledztwo, opierające się na poniżaniu i torturach, miało na celu wydobycie z niej informacji na temat działalności oddziału mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka”. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku z dnia 3 sierpnia 1946 r. została skazana na dwukrotną karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Czekając na wykonanie wyroku, z więzienia karno-śledczego przy ul. Kurkowej w Gdańsku przekazała krewnym gryps: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Wyrok na niespełna osiemnastoletniej „Ince” wykonano 28 sierpnia 1946 roku. Według relacji przymusowego świadka egzekucji, ks. Mariana Prusaka, ostatnie słowa „Inki” to: „Niech żyje Polska! Niech żyje »Łupaszko«!”.

Wydział IV Karny Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku postanowieniem z 10 czerwca 1991 r. uznał za nieważny wyrok wydany w sprawie „Inki” przez WSR w Gdańsku w sierpniu 1946 r.

Instytut Pamięci Narodowej

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... wiska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wracają do nas
PostNapisane: 27 mar 2015, 08:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Pożegnanie ostatniego Żołnierza Niezłomnego

W Lublinie i w Piaskach odbyły się uroczystości pochowania szczątków ostatniego żołnierza poakowskiego podziemia niepodległościowego, zastrzelonego przez funkcjonariuszy SB i ZOMO w Majdanie Kozic Górnych 21 października 1963 roku.

Uroczystość, która została przeprowadzona według ceremoniału wojskowego, zgromadziła tysiące przedstawicieli środowisk patriotycznych z całej Polski – kombatantów, członków grup rekonstrukcyjnych, uczniów, kibiców, motocyklistów.

- Niech polska ziemia utuli cię do spokojnego snu. Od ciebie chcemy się uczyć dzisiaj, jak być wiernym do końca tym wartościom, które dla każdego Polaka powinny być najcenniejsze i najbardziej święte. A są nimi Bóg, honor, Ojczyzna – żegnał ostatniego Żołnierza Niezłomnego ks. mjr Andrzej Piersiak, proboszcz parafii garnizonowej w Lublinie.

Józef Franczak to postać nieomal symboliczna dla całej formacji Żołnierzy Wyklętych. Trwał na posterunku z bronią u nogi od 1939 do 1963 r.! Przeszedł kampanię wrześniową, uciekł z sowieckiej niewoli, całą okupację walczył w ZWZ AK, a gdy z bronią w ręku ginął za Polskę, zbrojne podziemie antykomunistyczne w Polsce nie istniało już od 10 lat.

Galeria zdjęć TUTAJ.
http://www.naszdziennik.pl/galeria/1339 ... lalka.html

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... mnego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 43 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /