Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 67 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 18 wrz 2017, 20:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Działacz lewicy o 17 września "Plusów jest cała masa". Szokujący wpis

"Najśmieszniejsze jest żałowanie jakiś „oficerów” i „elyt” z Katynia" pisze redaktor naczelny 1maja.info we wpisie poświęconym radzieckiej agresji na Polskę
„Dzięki wyzwoleniu Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi spod jarzma polskiego obszarnika oraz polskiego fabrykanta - miliony obywateli reżimu sanacyjnego uniknęło przymusowych prac w Niemczech, obozów koncentracyjnych, ulicznych łapanek i rozstrzelań. Wielu wspaniałych Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Żydów zostało ewakuowano w głąb Związku Radzieckiego. Dzięki tym działaniom można było potem sformować I i II Armię Wojska Polskiego(tę Armię, która zamknęła polską flagę na Bramie Brandenburskiej). Warto wspomnieć, że wtedy - po latach biedy na Kresach w II RP - w końcu pojawili się lekarze, w końcu pojawili się nauczyciele oraz różni fachowcy, którzy zapewnili normalny byt zmarginalizowanym mieszkańcom tych ziem.” - czytamy na stronie 1maja.info tekst Mateusza Cichockiego.


Cytuj:
1maja.info
16 września o 11:19 ·
Jutro 17 września, więc warto wymienić kilka faktów o tej dacie.
Plusów jest cała masa. Dzięki wyzwoleniu Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi spod jarzma polskiego obszarnika oraz polskiego fabrykanta - miliony obywateli reżimu sanacyjnego uniknęło przymusowych prac w Niemczech, obozów koncentracyjnych, ulicznych łapanek i rozstrzelań. Wielu wspaniałych Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Żydów zostało ewakuowano w głąb Związku Radzieckiego. Dzięki tym działaniom można było potem sformować I i II Armię Wojska Polskiego(tę Armię, która zamknęła polską flagę na Bramie Brandenburskiej). Warto wspomnieć, że wtedy - po latach biedy na Kresach w II RP - w końcu pojawili się lekarze, w końcu pojawili się nauczyciele oraz różni fachowcy, którzy zapewnili normalny byt zmarginalizowanym mieszkańcom tych ziem.
Uniwersytet w Lwowie wykładał nauki w języku polskim aż do momentu, kiedy wkroczyli na te tereny hitlerowcy. Niczego podobnego nie można było uświadczyć w Generalnym Gubernatorstwie. Niestety patrząc na dzisiejszą młodzież wychowaną na kanwie propagandy IPNu, mamy przed oczami obraz nędzy intelektualnej a prawda jest taka, że bez tej "zdradzieckiej" Armii Czerwonej ich przodkowie wyparowaliby przez krematoryjny komin.
Armia Czerwona doprowadziła do tego, iż przyszła Polska Ludowa uniknęła losu kotła bałkańskiego. Gdyby jakimś cudem rządzili "Wyklęci" a nie komuniści to dziś mielibyśmy co najwyżej Księstwo Warszawskie a nie słupy graniczne na Odrze i Bałtyku. Przykre, że młodzi ludzie tak prymitywnie interpretują te wydarzenia.
Chwała Armii Czerwonej, która uchroniła miliony obywateli IIRP przed krematoryjnymi kominami!
- Mateusz Cichocki
#17września #ArmiaCzerwona #antyhitleryzm
1maja.info
24 polubień17 komentarzy26 udostępnień


Jeszcze ciekawsze są jednak treści, które opublikował na prywatnym profilu. - Najśmieszniejsze jest żałowanie jakiś „oficerów” i „elyt” z Katynia. To tak jakby żałować dzisiejszych KODowców albo PiSowców - twierdzi Cichocki, określający siebie jako „nowoczesnego marksistę” na blogu prowadzonym na stronie internetowej… TOK FM!
MateuszCichocki

Obrazek

Niestety przeniesienie lewicowego redaktora w czasie, do 17 września 1939 roku nie jest możliwe, ale "na szczęście" jest jeszcze możliwość wysłania go do komunistycznej Korei Północnej. Najlepiej w jedną stronę

KH/FB/Wikicommons

http://www.stefczyk.info/wiadomosci/pol ... 1187924389

I to jest przykład zakodowanego umysłu ludzkiego na bolszewizm.
Na tym przykładzie widzimy jak bardzo ważną jest uczciwa edukacja i mądre wychowanie, aby takich odszczepieńców od normalności było jak najmniej.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 02 paź 2017, 16:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Plątacze historii, zaklinacze prawdy, upychacze fałszerstw.
Masowi producenci nieprawdy. Takie to jupitery wartości europejskich palą się nad naszymi głowami i oświecają nas, aż do szpiku kości, przekodowując nas na użytecznych idiotów.
Czy aby to była tylko syzyfowa praca?


Maxwell, Podkański i Holland czyli Axel Springer na polskim Majdanie.

Kilka dni temu brytyjski tabloid Daily Mirror czyli gazeta dla miejscowej gawiedzi, przedstawił w jednym ze swoich artykułów Niemca Hansa Franka generalnego gubernatora okupowanych przez III Rzeszę niemiecką ziem polskich i zbrodniarza wojennego skazanego na śmierć w Norymberdze – jako „polskiego masowego mordercę”. Czy był to przypadek, czy „zneutralizowanie medialne” zwycięstwa Polaka płk. Franciszka Kornickiego w plebiscycie zorganizowanym przez dziennik „Daily Telegraph” i Muzeum Królewskich Sił Powietrznych na najlepszego pilota Spitfire’a w II WW, to już słodka tajemnica brytyjskiej polityki wizerunkowej.



Incydent z Hansem Frankiem pokazał z jednej strony całkowity brak polskiej polityki wizerunkowej a z drugiej wielorakie korzyści z posiadania mediów na usługach własnego a nie cudzego –państwa.
Oto bowiem na ten skandaliczny wybryk wysokonakładowego tabloidu – zareagowało jedynie Muzeum KL Auschwitz i to w sposób co najmniej –podejrzany. Muzeum napisało do Daily Mirror list, od razu „podpowiadając”, że był to „błąd” tego szmatławca, który na procesy o zniesławienie wydał już pokaźną fortunę. Kierownictwo gazety nie bawiło się w żadne kurtuazyjne przeprosiny tylko „wygumkowało” słowo „polski” – i było po sprawie. Nie było szkody dla Imperium, nie było tematu. A parę milionów brytyjskich prostaków zostało z „wiedzą” o „polskim masowym mordercy Hansie Franku”.



Taki i wiele innych „incydentów” z aferą „polskich obozów koncentracyjnych” na czele winien uświadomić, jakie szkody ponieśli i ponoszą Polacy i polski interes w wyniku całkowitego pozbawienia się przez władze III RP - polskich mediów. Głównie na rzecz mediów niemieckich.
A w szczególności na rzecz koncernu Axel Springer.
W świetle brutalnej wojny medialnej prowadzonej z obecnym rządem i przeprowadzanymi reformami sprawa wdrożenia odpowiedniej ustawy „neutralizującej” miażdżącą przewagę mediów niemieckich na rynku polskim jest co najmniej tak samo ważna jak wojna z kastą sędziowską.


I dlatego przygody różnych figur z koncernu Axel Springer na Wyspach Brytyjskich są szalenie kształcące w zakresie tego „jak się to robi w Imperium” czyli jak pozornie wolny rynek prasowy w Wielkiej Brytanii jest „państwowotwórczy” i jak żelazną ręką jest prowadzony „ku chwale Imperium”.

Bo obecność na „warszawskim Majdanie” różnych figur z gazet należących do koncernu Ringier Axel Springer Polska jak na przykład: Broniatowski „młodszy” - autor „Małej Instrukcji co musi się stać aby powstał Majdan” – ze springerowskiego Forbesa czy gorącego mówcy wiecowego przed Sejmem RP – pana Lisa ze springerowskiego Newsweeka powinny dać do myślenia. Podobnie jak „rewolucyjny aktywizm uliczny” pani Agnieszki Holland zupełnie bez związku z faktem, iż w 2013 r. została wymieniona jako „reprezentant ruchu” Kreatywna Polska (wraz ze Zbigniewem Hołdysem, Urszulą Dudziak, Jackiem Bromskim), za którego powstaniem widać pana „honorowego prezesa” Axel Springer Polska – pana Wiesława Podkańskiego.



W wolnych chwilach Prezesa Izby Wydawców Prasy, urodzonego w 1954 r. w Krośnie Odrzańskim filologa germańskiego, co to w latach 1980-1991 miał etat na Uniwersytecie Wrocławskim, maturę zrobił w 1973, czyli trochę na te studia czasu poświęcił. A potem był tłumaczem w jakimś wydawnictwie we Wrocławiu aby zabłysnąć na firmamencie Ringier Axel Springer Polska w latach 90-tych i pozostać na posterunku jako prokurent do chwili obecnej. Co oznacza, iż cały ten springerowski zarząd musi stać na baczność przed panem Wiesławem ale on ma ważniejsze rzeczy niż siedzenie w firmie i podpisywanie przelewów. Musi wprawić w ruch różnych szlachetnych ludzi, żeby robili różne szlachetne rzeczy np. zniechęcili do rządzenia złych pisowców. Żeby było tak jak było.



Obecnie można zobaczyć pana „honorowego prezesa” Ringier Axel Springer Polska Sp z o.o. przy wspólnym stole obrad z posłem artystą dramatycznym Krzysztofem Mieszkowskim, który ogłosił na Komisji Sejmowej Kultury i Środków Przekazu w marcu br. , że „..obawia się dekoncentracji niemieckiego kapitału w mediach” oraz że :”…Mnie nie interesuje kapitał mediów, ale wolność słowa. Jeśli wolność słowa nie jest łamana, to o czym rozmawiamy? Ważniejsze są cele polityczne!...”.

No jasne, że są. I dlatego nie ma żadnego związku z tym, że „zagraniczny nadzorca” całego tutejszego springerowskiego biznesu (nadal w radzie nadzorczej ONET SA) pan Ralph Max Büchi dostał w 2013 r. Hienę Roku za :”… przykład niedopuszczalnego i kreującego mechanizm autocenzury ingerowania wydawcy w niezależność redakcji i dziennikarza towarzyszący publikacji pt. Kadisz za milion dolarów”..”. Bo niejaki dziennikarz Surmacz Wojciech wspólnie z niejakim Nissanem Tzurem opisali niejasne okoliczności towarzyszące „reprywatyzacji nieruchomości przedwojennych wspólnot żydowskich, zwracanych im przez państwo” i zaraz potem odczuł nieprzepartą chęć rozwiązania stosunku o pracę z Forbesem „za porozumieniem stron”.



A teraz „reprywatyzacjami kamienic w ogólności” zajmuje się sejmowa komisja i minister Patryk Jaki z kolegami wysłał już kilku członków nietykalnej kasty „pod celę” a kamienice –odbiera. Niby „nie te kamienice” ale Surmacz wyleciał z Forbesa „w ramach wolności słowa” a Ringier Axel Springer Polska uzbierał największą kolekcję Hien Roku z 15 przyznanych, bo aż 5.



Czasem nie otrzymuje „Hieny Roku” ale poszkodowani „wolnością słowa wg mediów grupy Ringier Axel Springer” idą do sądu i muszą walczyć o zniszczone dobre imię swoje lub swoich bliskich. Czasem bliskich Zmarłych.



Jeszcze nie opadł kurz po awanturze o zdjęcie zamieszczone na springerowskim portalu internetowym Onet.pl, które miało ilustrować pikantnie artykuł pana Daniela Olczykowskiego o Polkach fraternizujących się z żołnierzami niemieckimi w czasie okupacji rzekomo na wielką skalę. Oto jakoby na zdjęciu żołnierz idzie z kobietą do lasu w celu konsumpcji erotycznej a okazało się, że jest to zdjęcie prowadzenia Polek na egzekucję w lesie w Palmirach. A konkretnie jednej Polski śp. Marii Brodackiej, aresztowanej przez Gestapo i torturowanej na Rakowieckiej i na Pawiaku w okresie stycznia – czerwca 1940 r. i rozstrzelanej 14 czerwca 1940 r.

Ani pan Wiesław Podkański ani jego pryncypałowie z centrali Axel Springer a już tym bardziej „piąta wdowa Springer” rządząca całym biznesem, nie strzelili sobie w łeb z powodu tej hańby.



W Wielkiej Brytanii w roku 2009 doszło do procesu z powództwa byłego prezesa FIA (Federation Internationale d’Automobile) Maxa Mosley’a – syna „tego” Mosley’a i słynnej matki Diany z domu Mitford przeciwko gazecie koncernu Axel Springer – The News of the World. Tu chodziło o opublikowanie przez tę gazetkę zdjęć i wideo z sex-party, na której jakoby pan Mosley miał wystąpić w uniformie strażnika obozu koncentracyjnego a niepruderyjne panie, które towarzyszyły mu w zabawie, miały być ubrane w uniformy więźniarek obozów koncentracyjnych. A całość odbywać się miała w atmosferze „sado-maso”. Mosley proces wygrał i otrzymał sowite zadośćuczynienie a egzemplarze niesławnego The News of the World były ścigane również we Francji, gdzie gazeta jest wydawana również. Ale powiedział też, że „jego życie zostało zdewastowane”.



Prawnik Mosley’a pan Phillippe Ouakrat powiedział przed sądem, iż redaktor naczelny tej gazety The News of the World należy do grupy gazet, które w świecie anglosaskim określa się jako „gazeta rynsztokowa” (gutter Press).



Kiedy się przegląda tabloid „Fakt” –odpowiednik Bilda, grzecznie nazywanego w Niemczech „gazetą bulwarową”, to w zasadzie nie można się z adwokatem Mosley’a nie zgodzić.



Ale jak „wolność to wolność” i dlatego przynależność pani Holland do „ruchu Kreatywna Polska” nie ma żadnego związku z faktem, iż agresywnie antypolski i w sumie rażąco kłamliwy film „Pokot” pani Holland, aktywistki ruchu „Kreatywna Polska” poza dofinansowaniem z Rady Europy może się poszczycić i „niemieckimi kamerzystami” na liście płac jak również nagrodą na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Berlinie, oraz pełne zachwytu i zupełnie bezinteresowne recenzje filmu w springerowskich gazetkach.



Co prawda podobno „reformami pisowskimi” nie jest zagrożony Ringer Axel Springer Polska ale raczej Polskapresse, własność Passau Verlag, założonego przez pobożnego dr Hansa Kapfingera dzięki zezwoleniu Aliantów, mająca ok.90% polskiej prasy lokalnej w rękach. W 2015 r. Verlagsgruppe Passau sprzedała kilka swoich tytułów na rynku czeskim. Może gromadzi siły i środki tego, aby „bronić się na linii Wisły”.



Jednakże „główna grupa uderzeniowa na Polskę ” to Ringier Axel Springer Polska i warto trochę poznać historię „Springerów dwóch”, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, aby zobaczyć, że poważne państwa bronią swojego rynku prasowego w sposób konsekwentny i dokładny.



„Springerów’ jest w Niemczech dwóch. Ten drugi , który grasuje obecnie w Polsce, to odmiana rzeczywiście „rynsztokowa”, rozwinięta po II WW na podstawie zezwolenia Aliantów uzyskanego przez Hinricha Springera lat 66 z Altony Hamburg i jego syna Axela Springera lat 34 – na założenie Axel Springer Verlag GmbH. Przed wojną wydawali już całkiem poczytne gazety a na poczet rosnącego majątku syn w 2 lata zaliczył dwa ożenki i dwa rozwody. Historia milczy, co robili w czasie wojny poza tym, że „byli prześladowani w postaci ograniczenia papieru”.



Na podstawie zezwolenia Brytyjczyków wydawali początkowo jakieś „Nordwestdeutsche Hefte” i gazetkę z programem radiowym a później i telewizyjnym „Hör Zu!”. Mało ambitne ale finansowy pewniak dla początkujących. Przełomem był założony w 1952 r. Bild, który wedle historii firmy „miał się wzorować na Daily Mirror” czyli brytyjskiej gazecie bulwarowej.



Obecnie firma jest w rękach „ostatniej wdowy Axela” – czyli piątej żony „córki ogrodnika” Friede Springer z domu Riewers, przyjaciółki Angeli Merkel z NRD. W pakiecie trzyma grupa takie tytuły jak: Bild i wszystkie inne „Bildy” jak „Bild Computer, Sport Bild, Auto Bild oraz bardziej ambitny tygodnik polityczny Die Welt – i sporo innych tytułów, zwłaszcza w Mitteleuropie. Jak np. Dziennik Gazeta Prawna, Fakt, Forbes, Newsweek Polska, Przegląd Sportowy.



Kierownictwo „na Polskę” charakteryzuje się wyrazistymi poglądami politycznymi, którymi chętnie dzieli się z pracownikami, jak np. pan Marc Dekan, który wedle anglojęzycznej wiki miał w tym roku w okólniku napisać m.in., że :”… polski polityk Jarosław Kaczyński to „loser” czyli „nieudacznik” za to, że przeciwstawiał się kandydaturze Donalda Tuska na Prezydenta Unii Europejskiej…” oraz że :”.. My nie możemy nigdy zapomnieć o fundamentalnych wartościach, które reprezentujemy… To jest moment, kiedy wolne media, takie jak nasze, muszą być aktywne. Mówimy o ideach ..Zjednoczonej Europy…”.



A gdzieś tam w tle kołacze się pamięć o zdjęciu zamieszczonym na tytułowej stronie „Faktu” w dniu 17 listopada 2005 r. z podpisem „Ten zboczeniec nadal jest na wolności”. Zdjęcie przedstawiało niewinnego obywatela miasta Konin Stanisława Pigułę, prywatnie redaktora naczelnego „Przeglądu Konińskiego” i kilku innych tytułów, przypadkiem NIE należącego jeszcze do żadnej niemieckiej firmy wydawniczej.



A teraz, skoro padła nazwa Daily Mirror, warto wspomnieć o drugiej rodzinie Springer z niemieckiego rynku wydawniczego, reprezentującej niedosięgłe dla tego pierwszego – wyżyny tematyki wydawniczej jeszcze od wieku XIX.



Druga a właściwie pierwsza rodzina Springer, to założyciele słynnej i szanowanej grupy wydawniczej Springer Science + Business Media, której korzenie sięgają roku 1842, kiedy to Juliusz Springer żydowski księgarz i wydawca założył na Breite Strasse 20 w Berlinie firmę Springer-Verlag, zajmującą się wydawaniem i sprzedażą książek naukowych z wielu dziedzin. Od roku 1877 prowadzili ją synowie Ferdinand i Fritz, przy czym Fritz był inżynierem i aktywnie działającym Verein Deutsche Ingenieure. Przemysł i nauka niemiecka uczestniczyły na wielką skalę w wyścigu wynalazczym i wszyscy liczący się naukowcy i zwłaszcza wynalazcy publikowali w Springer -Verlag. Na początku wieku XX w. i po I WW pojawiły się nazwiska noblistów, których Niemcy mieli wówczas wielu.



I właśnie w owym międzywojniu pojawił się w Springer – Verlag jako pracownik „konsultant naukowy” z Austrii, szczęśliwy brat słynnego dyrygenta – dr Paul Rosbaud. Pan Rosbaud ukończył chemię w Darmstadt Technische Hochschule oraz metalurgię w Berlin –Charlottenburg Technische Hochschule i pisywał do technicznego periodyku „Metallwirtschaft”. Jak również walczył dzielnie w czasie I WW ale dostał się do brytyjskiej niewoli i tam nie tylko nauczył się płynnie języka angielskiego.

Wrócił do Niemiec i po pewnym czasie podjął pracę w Springer Verlag, nadal w doskonałej kondycji naukowej i finansowej jako ów „konsultant naukowy”, co dawało mu nieograniczone możliwości w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich w niemieckim świecie naukowym i technicznym, ze szczególnym uwzględnieniem wynalazców.



W tym też czasie major Francis Edward Foley z Hertfordshire Regiment przeniósł się do MI 6 (wywiadu) i został wysłany na placówkę do Berlina, gdzie udawał, że zajmuje się wyłącznie wizami do Wielkiej Brytanii. A tymczasem zajmował się przede wszystkim pozyskiwaniem informacji z kręgów naukowych i wynalazczych Niemiec. Zwerbowanie dr Paula Rosbauda skutkowało nie tylko nieograniczonym dostępem do najnowszych informacji o możliwych wynalazkach niemieckich ale też tuż przed samą wojną – możliwość przerzucenia z Niemiec niektórych „gorących” naukowców jak pani Lise Meinter, która pracowała jako asystentka Otto Hahna, trudzącego się nad chemią i fizyką jądrową.



Paul Rosbaud i Frank Foley dzięki wizom Foleya przerzucili z Niemiec do Wielkiej Brytanii całkiem sporą ilość utalentowanych żydowskich naukowców wraz z rodzinami tuż przed wojną, dzięki czemu po latach Foley doczekał się dziwacznego tytułu „British Schindler”. Ponieważ władze brytyjskie uznały, że takie określenie dla obywatela brytyjskiego jest świetnym pijarem, to nawet cudownie znalazł się kwit na dowód tego, iż szef berlińskiej komórki MI 6 NIE miał statusu dyplomaty. Czyli niby że Niemcy mogli go zaaresztować w każdej chwili. Naprawdę podziwiam Anglików. Pilnują szczegółów.

Czy bracia Springer, synowie i wnukowie : właściciele i szefowie Springer- Verlag nie domyślali się prawdziwego zajęcia swojego „naukowego konsultanta”? Trudno powiedzieć.

Po roku 1933 „aryizacja” wydawnictwa postępowała dość opornie, rzekomo z powodu dużego udziału eksportu książek wydawnictwa w przychodach. Jeszcze jednak przed wojną niemiecki zarząd wymusił zwolnienie żydowskich pracowników a po wybuchu wojny nastąpiła „aryizacja na całego” czyli przejęcie aktywów od rodziny Springer na „skarb III Rzeszy”. Zaś w styczniu 1944 r. synowie Juliusa Springera – Fritz Springer lat 94 i jego młodszy Brat Ernst Springer –lat 84 , zostali wywiezieni do Ghetta Theresienstadt, gdzie 10 stycznia zmarł Fritz a młodszy brat Ernst, prawnik – za jakiś czas.


Wojna się skończyła i firmę Springer Verlag a właściwie to, co z niej zostało, odzyskał wnuk Ferdynand Springer jr., który przeżył jako „mischling I klasy”. I zaczął odbudowywać z gruzów dawną firmę.
Znaczna część autorów wydawnictwa żyła na emigracji w USA lub Wielkiej Brytanii i nic nie wskazywało, aby mieli powrócić do powojennych Niemiec. Kapitał i wynalazki były za oceanem i posługiwały się językiem angielskim.

W odpowiedzi na to wyzwanie Ferdynand Springer jr. powołał do życia 21 kwietnia 1949 r. w porozumieniu z brytyjskim finansistą Hugh Quenellem reprezentującym tajemniczą firmę Butterworth Scientific Publications Ltd joint venture pod nazwą Butterworth – Springer Ltd. Springer dostarczał wiedzę i doświadczenie a Quenell – kapitał. Jako zarządzający firmą zostali powołani: prezes – Rex Foy i dr Paul Rosbaud – dyrektor wydawniczy. Firma miała poparcie samej Scientific Advisory Board w składzie: Alfred Egerton z historycznej rodziny Egertonów, sir Edward Salisbury botanik, sir Charles Galton Darwin fizyk i Alexander Fleming noblista.



I wtedy po raz pierwszy pojawia się na „scenie wydawniczej” tajemniczy młodzieniec ze wsi Slatinske Doly Czechosłowacja (obecnie Słotwino Ukraina) ur. 1923 w biednej żydowskiej rodzinie ortodoksyjnych Żydów jako Jan Ludwik Binyjamin Hoch, który przeszedł do historii jako Robert Maxwell: członek parlamentu brytyjskiego, założyciel Pergamon Press, właściciel Mirror Group Newspaper (Daily Mirror) oraz jachtu Lady Ghislaine, z którego miał 5 listopada 1991 r. wypaść, pogrążając imperium wydawnicze i prasowe w totalnym chaosie, skandalu i ostatecznie – upadłości.



Okazuje się, że ten dynamiczny młodzieniec uciekł w roku 1939 czyli w wieku lat 16 przez Węgry do Francji, gdzie miał wstąpić do Armii Czechosłowackiej a nawet „zbuntować część żołnierzy” jakoby 500 i przejść do brytyjskiej jednostki Royal Pioneer Corps w 1940. Miał uczestniczyć w lądowaniu w Normandii i inwazji na Niemcy „aż do Berlina”, co jest dziwne, bo armia brytyjska do Berlina doszła dopiero w ramach podziału stref okupacyjnych. W tym czasie przedstawiał się jako Ivan du Maurier.



W 1945 r. z rąk marszałka Montgomery otrzymał jakiś order i załapał się do brytyjskich służb prasowych w Berlinie, gdzie służył 2 lata. Następnie świetnie się ożenił z francuską hugenotką z arystokracji panną Elisabeth Meynard, absolwentką prawa na Sorbonie oraz został przedstawicielem handlowym firmy Springer- Verlag „wydawcy książek naukowych” aby następnie w 1951 r. wykupić 75% udziałów w firmie Butterworth- Springer Ltd. Pozostałe 25% uzyskał/wykupił dotychczasowy dyrektor Paul Rosbaud, zasłużony dla MI6 i dla zwycięstwa Aliantów. Panowie zmienili nazwę firmy na Pergamon Press, siedziba była już chyba w Oxfordzie czyli blisko tych wszystkich naukowców i wynalazców i wszystko skończyłoby się happy endem gdyby nie dynamiczny charakter pana Jana Ludwika Binyiamina Hocha, który zdążył zmienić nazwisko z du Maurier na Maxwell.


Wedle Joe Hainesa znanego dziennikarza brytyjskiego tamtej epoki i sekretarza prasowego premiera Harolda Wilsona – w roku 1956 Maxwell – wyrzucił Paula Rosbauda z Pergamon Press. Oficjalnie była to „różnica poglądów” a faktycznie Pergamon Press szykował się do wielkiego skoku zarówno co do ilości tytułów wydawanych książek jak i ilości wydawanych czasopism naukowych. Nie można wykluczyć, że sukces przygotował wcześniej Paul Rosbaud ale zyski chciał zgarnąć sam Maxwell.

Paul Rosbaud przeszedł na emeryturę i zmarł w 1963 r. w wieku lat 60 zaledwie. W tym czasie firma Springer Verlag już otwierała siedziby w Nowym Jorku, Tokio, Singapurze i twardo trzymała się segmentu naukowego.



Robert Maxwell w 1961 r. został wybrany do parlamentu jako laburzysta i postanowił zakupić jakieś popularne czasopisemko brytyjskie „aby mieć kontakt z ludem”.



Był rok 1968 i Londyn opanowała rewolucja obyczajowa. Ale nie do tego stopnia aby prasa brytyjska miała „iść w obce ręce”. Maxwell był emigrantem z Czechosłowacji.



Co szybko uświadomili mu członkowie rodziny Carr, ówcześni właściciele dziennika The News of the World, którzy zagłosowali na radzie nadzorczej PRZECIW kandydaturze Maxwella jako kupującego a ich dyrektor wykonawczy pan Stafford Somerfield walnął na całą stronę artykuł, w którym uświadomił ciemny brytyjski lud, jak naprawdę nazywa się Robert Maxwell a następnie dodał tytułem wyjaśnienia: „…to jest brytyjska gazeta, wydawana dla Brytyjczyków, tak brytyjska jak pieczeń wołowa i pudding Yorkshire (…) Pozwólcie nam trzymać się tego…”. I gazeta poszła do Ruperta Murdocha z Australii, którego dziadek Patrick był pastorem urodzonym w okolicach Aberdeen, Szkocja a ojciec sir Keith Murdoch urodził się w Cruden Bay koło tegoż Aberdeen.



Jakby tego było mało Maxwell zaczął mieć problemy na swoim podwórku w Pergamon Press. W 1969 r. pojawił się na horyzoncie niejaki Saul Steinberg z USA właściciel firmy spoza branży wydawniczej, zajmujący się w istocie przedstawicielstwem handlowym IBM. Steinberg złożył ofertę zakupu akcji i poinformował opinię publiczną, że Maxwell zapewnił go, że firma zależna Pergamon Press, zajmująca się wydawaniem encyklopedii jest wyjątkowo zyskowna, co rażąco mijało się z prawdą. No i się zaczęło.



Wedle pana Nicolasa Davenporta ze Spectatora z 18 października 1969 r. bój o miejsce Maxwella w Pergamon Press miała wszystkie cechy bitwy pod Bosworth, w której Maxwell był obsadzony w roli Ryszarda III. Aż 66% głosów akcjonariuszy padło przeciwko niemu a tylko 33 % - było „za’.
W 1971 r. odbyło się regularne śledztwo Departamentu Handlu i Przemysłu wg Kodeksu Przejęć (firm) i komisja opublikowała w oświadczeniu m.in. takie stwierdzenie: ”…Z żalem musimy stwierdzić, iż jakkolwiek Mr Maxwell posiada zdolności i energię, nie jest on w naszej opinii osobą, na której można polegać w kwestii właściwego zarządzania (stewardship) firmą notowaną na giełdzie…”.



Bo okazało się już w roku 1971, że aby zwiększyć wartość akcji Pergamon Press, Maxwell dokonywał transakcji między prywatnymi firmami rodziny. W 1974 r. odkupił firmę za pożyczone pieniądze.

Dopiero w roku 1984 Maxwell został uznany „za wiarygodnego” i mógł odkupić gazetkę Daily Mirror "od osób trzecich".

I tu dochodzimy, co prawda dość późno, do istoty różnicy, między brytyjskim i polskim rynkiem prasowym.



Bardzo jaskrawym przejawem tej różnicy jest historia rodziny Harmsworth, której przedstawiciel pan Alfred Harmsworth, Irlandczyk protestant i adwokat „lubiący wypić”, dał światu dwóch wicehrabiów, jednego barona i dwóch baronetów, głównie dzięki działalności jego zdolnych i żywych dzieci (oraz wnuka Cecila) w prasie brytyjskiej.



Najstarsze dziecko beztroskiego Alfreda, lord ( a jakże) Northcliffe, Alfred Harmsworth jr w kraju rozwiniętego żurnalizmu klasy średniej– wszedł a raczej sam założył segment prasy masowej dla „prostego ludu”. Była to epoka największej chwały imperium. Na coś też przydały się szkoły elementarne. Na początek w 1894 założył The Evening News, w 1896 – The Daily Mail „dziennik dla zapracowanych mężczyzn za pół pensa”, w 1903 r. Daily Mirror (dla pań, właśnie się emancypujących) oraz wykupił udziały w The Observer i w The Times, mających kłopoty finansowe.

Jego gazety masowe zarabiały głównie na informacjach z wojen (np. burskiej i I światowej), z wypraw geograficznych (na biegun północny etc) i na podgrzewaniu brytyjskiego patriotyzmu.



Pierwsza wojna światowa pokazała, że posiadanie w jednym ręku takich gazet jak The Times i The Daily News oznacza „władzę nad klasami i nad masami”, co stało się przysłowiem i przestrogą.

Imperium prasowe było zarządzane w rodzinie. Sam lord Northcliffe był bezdzietny, ale jego siostra Geraldine Adelaide wyszła za mąż za sir Lucasa White Kinga również irlandzkiego protestanta i pracownika administracji jak również naukowca botanika i została szczęśliwą matką ośmiorga dzieci, w tym małego Cecila Harmswortha Kinga, który zarządzał wujkowymi gazetami aż furczało. Do towarzystwa dobrał sobie niejakiego Hugh Cudlippa dziennikarza lat 23 i zrobił z niego „prawą rękę” w 1937. Obaj doprowadzili Daily Mirror do poziomu najlepiej sprzedającego się dziennika na świecie z nakładem 5.282.137 egzemplarzy w 1967 r.

W 1963 r. Cecil King był twórcą i szefem firmy International Publishing Corporation, która w szczycie popularności obejmowała dwa dzienniki ogólnonarodowe, dwie gazety niedzielne ogólnonarodowe oraz prawie dwie setki „magazynów konsumenckich” jak również ponad 200 tytułów periodyków specjalistycznych z najróżniejszych dziedzin. Nawiasem Cudlipp został baronem w 1974 r. Imperium odwdzięczało się za zasługi.



Po drugiej stronie „ulicy Fleet” stał lord Beaverbrook czyli Wiliam Maxwell Aitken rodem z Kanady, który był właścicielem the Daily Express oraz Sunday Express i London Evening Standard. Wspierał rządy Baldwina i Nevilla Chamberlaina (w latach 30-tych) i uchodził za przyjaciela Winstona Churchilla.



Każde słowo drukowane wychodziło spod ręki Brytyjczyków dla Brytyjczyków, albo, jak komunistyczna gazetka Morning Star, było niszowe i bacznie obserwowane.

Zadaniem prasy jest „przedstawienie naszej wersji” lub „przemilczanie tego, co nam niewygodne”.



Ten sojusz „prasy z tronem” czy raczej „rządami” – był przez prawie 3 wieki motorem sukcesu imperialnego. Jeśli coś chwaliły lub coś krytykowały, wiadomo było, że to „w imię imperium”.



W tym miejscu warto wrócić do postaci Roberta Murdocha, który swoimi czynami udowodnił Brytyjczykom, że nawet mały wyłom w monopolu medialnym rodzi ryzyka. Po jego tajemniczej śmierci w New York Timesie z 6 listopada 1991 r. ukazał się specyficzny artykuł –nekrolog, w którym pan Craig R. Whitney przypomniał z pewnym sarkazmem apologetyczne biografie m.in. Ceausescu z Rumunii, Todora Żivkowa z Bułgarii i Ericha Honeckera z NRD , jakie Maxwell wydał w latach 80-tych. I zupełną bombę: oto jeden z dyrektorów Roberta Maxwella, wydawca zagraniczny Daily Mirror, niejaki Nicolas Davies miał „sprzedawać i kupować broń w porozumieniu z izraelskim wywiadem”. Bo sprawa „wystawienia” przez Maxwella Mordechaia Vanunu wywiadowi izraelskiemu po tym jak ten listownie zwrócił się o pomoc do Daily Mirror jest na razie w sferze mglistych sugestii.



W tych okolicznościach przyrody nikogo nie może zdziwić, że po śmierci Maxwella okazało się, że wyczyścił do zera fundusz emerytalny pracowników Daily Mirror żeby pokryć swoje długi i ratować pozory dobrobytu.

Prasa brytyjska, dobra czy zła, wysoka czy dla gawiedzi, podobnie jak prasa niemiecka czy prasa francuska – jest nadal brytyjska, niemiecka i francuska. Mimo całej gadki o globalizmie i o tym, że kapitał nie ma narodowości. Akurat ten medialny – ma i to „bardzo”.



Tylko III RP w jakimś tańcu śmierci wyprzedała na pniu zarówno same gazety papierowe jak i system dystrybucji czyli przedsiębiorstwo „Ruch” z całym zapleczem logistycznym. W efekcie każdy może na nasz temat napisać wszystko i nakręcić każdą wredną i kłamliwą treść – a my nie mamy narzędzi, aby poinformować polską opinię publiczną o tym, jaka jest prawda. Majątek i zyski przepadły, co jest bolesne ale jeszcze gorsze jest odebranie nam środków kształtowania swojego, polskiego spojrzenia na wydarzenia i sprawy.

W dodatku media nie są w rękach zwyczajnych „poszukiwaczy mamony” ale w rękach firm działających otwarcie na rzecz państwa, które prowadzi z nami wojnę na wszystkich frontach, poza użyciem swojej niezwyciężonej armii. A jedna z nich już posunęła się do otwartego podżegania do buntu siłowego. I jej przedstawiciel, jakby nigdy nic, przychodzi na posiedzenia komisji sejmowej debatującej nad reformą mediów – jako „głos opiniotwórczy”. To jest regularne wariatkowo i inaczej nie można tego nazwać.



Całe szczęście, że nadeszła era Internetu. Ale i tu trafiamy na Der Onet i zdjęcia Polek mordowanych w Palmirach z podpisami sugerującymi, że idą w krzaki dać ciała niemieckiemu sołdatowi.

No i ciekawostka taka. Pan Wiesław Podkański „honorowy prezes” Ringier Axel Springer Polska, zapraszany na sejmowe komisje do „reprezentowania świata mediów” – standardowo NIE posiada ojca i matki. Urodził się w 1954 r. w Krośnie Odrzańskim. Miasto zasiedlone zostało przez Polaków w 1945 r.

Wśród honorowych obywateli miasta Krosno Odrzańskie wymienia się Bronisława Podkańskiego, ur. 1915 r. w miejscowości Gózd. W czasach PRL przez wiele lat był przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej w Krośnie Odrzańskim a następnie awansował i pracował w Wojewódzkiej Radzie Narodowej w Zielonej Górze. W roku 1945 miał lat 30 i nie są podane żadne informacje na temat tego, skąd i z jakich powodów przywędrował do Krosna Odrzańskiego. Nie wiadomo, czy łączy go jakikolwiek związek rodzinny z Wiesławem Podkańskim.



Tacy tam tajemniczy ludzie w tym Krośnie Odrzańskim, skąd w wielki świat wywędrował przyszły „honorowy prezes” Ringier Axel Springer. Tak tajemniczy jak spec bankier Kostrzewa, co „robi w ITI”. Zresztą Michał Broniatowski autor „instrukcji Majdanu w Polsce” też „robił w ITI”.

PS. Trzymam kciuki za pana ministra, który przygotowuje ustawę o reformie mediów.



https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju ... 25654.html

https://mojepanstwo.pl/ringier-axel-springer-polska

https://mojepanstwo.pl/dane/krs_osoby/5 ... aw-tadeusz

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hiena_Roku

http://www.press.pl/tresc/34324,wojciec ... i-z-forbes

http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=1237089

https://wpolityce.pl/polityka/332646-se ... l-springer

https://cozahistoria.pl/tylko-u-nas-dai ... -morderca/

http://telewizjarepublika.pl/onet-odpow ... 36434.html

https://www.theguardian.com/media/2011/ ... news-world

https://de.wikipedia.org/wiki/Julius_Springer

https://de.wikipedia.org/wiki/Fritz_Springer

https://en.wikipedia.org/wiki/Paul_Rosbaud

https://de.wikipedia.org/wiki/Ferdinand_Springer_junior

https://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Maxwell

http://www.nytimes.com/1991/11/06/world ... wanted=all

http://archive.spectator.co.uk/article/ ... 9/22/money

https://en.wikipedia.org/wiki/Alfred_Ha ... (barrister)

https://en.wikipedia.org/wiki/Alfred_Ha ... orthcliffe

https://en.wikipedia.org/wiki/Cecil_Harmsworth_King

http://www.krosnoodrzanskie.pl/archiwum/en/node/358

http://pink-panther.szkolanawigatorow.p ... m-majdanie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 31 sty 2018, 19:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Czas najwyższy oczyścić naszą Ojczyznę z wrogich posądzeń o wszystko co było najgorsze w historii Europy.
Świadomość historyczna musi być budowana na faktach i na prawdzie.


Powrót do Jedwabnego.

Prawdziwy test dla rządzących i prawdziwa odpowiedź na pytanie o naszą suwerenność.

Można oszukiwać wszystkich przez pewien czas, a niektórych przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas.

Wojciech Sumliński 31.1.2018

Koniec pewnej historii zawsze jest – jak wiadomo – początkiem innej historii. W tym kontekście, w obliczu kryzysu polsko – izraelskiego na skalę, jakiej nie było od dziesięcioleci, postawię ryzykowną, ale w moim przekonaniu prawdziwą, tezę: to co się stało nie tyle jest tragedią, jak twierdzą niektórzy, co wyzwaniem i szansą, jaka może nie powtórzyć się już nigdy. By jednak ją wykorzystać, potrzeba konsekwencji, determinacji i odwagi.
Przez dziesięciolecia byliśmy mamieni zapewnieniami o polsko – izraelskiej przyjaźni, dobrych stosunkach i tym podobnymi bzdurami – bzdurami, bo przecież gołym okiem było widać, że fakty przeczą oficjalnej narracji i kto tylko chciał, dostrzegał to doskonale. To bowiem, co w Polsce nazywaliśmy przyjaźnią, ze strony naszych „przyjaciół” było po prostu przebiegłością. Trzeba było naprawdę łusek na oczach, by nie widzieć żydowskiej buty, manii wyższości, a nawet pogardy i przede wszystkim nieustannego pouczania, oczerniania i manipulowania faktami.

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tej sytuacji, który niczym w soczewce pokazuje większą całość, było to, co zrobiono z tragedią w Jedwabnem. Miałem dobry ogląd kulminacyjnej fazy śledztwa prowadzonego w tej sprawie, ponieważ w owym czasie byłem stałym gościem IPN w Lublinie, gdzie prowadziłem szereg rozmów z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, ale także z innymi prokuratorami, którzy z kolei wspierali swoimi działaniami niektóre elementy tegoż śledztwa. Z informacji, jakie na tamten czas mieli moi rozmówcy z IPN wynikało jednoznacznie, że rola Polaków w tej tragedii była drugoplanowa, wina zaś, od początku do końca, leżała po stronie Niemców, faktycznych autorów zbrodni. Wystarczyło tylko postawić kropkę nad „i”, by pokazać to w jasnym świetle i wyłożyć dowody na stole, niczym karty w pasjansie.
Dlaczego zatem zamiast dokończenia śledztwa, podjęto decyzję o jego przerwaniu w kluczowym momencie?
Sekwencja wydarzeń oraz fakty - które jak wiadomo są jakie są i nie pozostawiają miejsca na interpretację - pokazują, że gdy śledztwo weszło w decydującą fazę, do akcji przystąpiła gmina żydowska, która metodami presji wymusiła na ówczesnym ministrze sprawiedliwości, Lechu Kaczyńskim, decyzję o zaniechaniu ekshumacji i de facto - o przerwaniu śledztwa. Decyzja ta wywołała szok i niedowierzanie u moich rozmówców, bo prawda była w zasięgu ręki, ale klamka zapadła i nic nie można było na to poradzić. Czas pokazał, jak bardzo dalekosiężne skutki miały opisane tu wydarzenia.
Jedwabne, wskutek oszczerstw Tomasza Grossa powielonych na całym świecie na tysiące sposobów (także w kinematografii polskiej w filmie "Pokosie", nawiązującym nie wprost, ale jednak, do tamtych wydarzeń) stało się symbolem rzekomych polskich zbrodni popełnianych na Żydach, a rabin Warszawy Michael Schudrich - ten sam, który wcześniej naciskał na wstrzymanie ekshumacji stwierdzając, iż „szacunek dla kości naszych ofiar jest dla nas ważniejszy niż wiedza, kto zginął i jak, kto zabił i jak” – przesądził o winie Polaków (na jakiej podstawie ?!) orzekając, iż „mówienie o tym, że nie jest jasne, kto zabił Żydów w Jedwabnem jest czymś równie bolesnym, jak dla Polaków kwestionowanie zbrodni katyńskiej.” Innymi słowy - najpierw dołożył starań, by sprawy nie wyjaśniono, a następnie orzekł, że wszystko jest jasne - powiedzieć w tym kontekście, że to podłość i cynizm w najczystszej postaci, to tyle, co nic nie powiedzieć. Kropka.
A jednak przez dziesiątki lat strona polska milczała i nie protestowała. Kolejni polityczni decydenci przyjmowali z pokorą połajanki, kolejni medialni idioci piszczeli z zachwytu, gdy tylko któryś z izraelskich notabli rzucił od niechcenia ochłap w postaci nic nie kosztującej pochwały i nawet pan prezydent „dobrej zmiany” cieszył się jak dziecko, że „coraz więcej kultury żydowskiej w Polsce”, a na koniec minionego roku obwieścił o zapaleniu chanukowych świec, których płomień miał „świecić na Rzeczpospolitą dając radość, ciepło i poczucie wspólnoty” (chyba zapomniał, że Polacy, to jednak w większości katolicy i jako takim, większe poczucie wspólnoty dałoby np. wspólne uczestnictwo w roratach) – jednym słowem było tak „pięknie”, aż nagle ktoś krzyknął, że król jest nagi, bańka mydlana pękła i pojawiło się pytanie: „co dalej?”
Odpowiedź - jak już pisałem - nie jest łatwa, ale paradoksalnie jest prosta i niech nas ręka boska broni przed słuchaniem wszelkiej maści Węglarczyków - „zmienić w Senacie zapisy ustawy”, „wydać polecenie politykom partii rządzącej, by wstrzymali się publicznie od krytyki Izraela” i tym podobne bzdury - czy Zybertowiczów - „prawda jest tylko jednym z instrumentów polityki, powinniśmy pamiętać, że realna polityka ma inne priorytety niż prawda” - bo jak widać, to ludzie z zupełnie innego świata wartości, niż – chcę w to wierzyć – większość naszych Rodaków.
Innymi słowy, zgodnie z sugestią wspomnianych panów, którzy bynajmniej nie są w swoich bredniach osamotnieni, w imię poprawy relacji z Żydami nie zarzucajmy łgarzom łgarstw, a zamiast tego przyznajmy się do rzeczy, których nie było: to my mordowaliśmy Żydów ramię w ramię z Niemcami (pardon – z nazistami, z którymi, jak wiadomo, Niemcy nie mieli nic wspólnego), to my stworzyliśmy obozy koncentracyjne, to wreszcie my generalnie odpowiadamy za holokaust Żydów.

Cały świat już to wie i tylko my udajemy, że było inaczej, przyznajmy więc to wreszcie i wypłaćmy Żydom te 65 mld dolarów roszczeń, a schłodzone relacje z Izraelem z pewnością z miejsca ulegną ociepleniu - i znów będziemy „przyjaciółmi”.
Ale zaraz, zaraz - dlaczego mamy ten doskonały i jakże skuteczny sposób budowania międzynarodowych przyjaźni ograniczyć tylko do Izraela, skoro schłodzeniu uległy ostatnio także nasze relacje z Rosją i Ukrainą? Przyznanie oczywistego faktu, że to Polacy sami do siebie strzelali w Katyniu i nabijali na widły na Wołyniu z pewnością przyniesie poprawę także w relacjach z naszymi wschodnimi sąsiadami, a najważniejsze przecież, byśmy ze wszystkimi żyli w zgodzie, prawda?

Co prawda, tak rozumiane „zaślubiny” odbędą się na trupie prawdy, ale to przecież nic nie znaczy, bo każdy światły człowiek już to wie (a przynajmniej od kilku dni wiedzieć powinien), że „realna polityka ma inne priorytety niż prawda”. Jest oczywiście kwestia tych niedouczonych, którzy jeszcze tego nie wiedzą, czyli oszołomów, którym tacy, jak autor owych słów, profesor Zybertowicz – było nie było doradca prezydenta RP – będą przywodzić na myśl adresatów złotej myśli nieodżałowanego doktora Strosmajera ze „Szpitala na peryferiach”, z jego słynnym „gdyby głupota miała skrzydła, fruwałby pan, niczym gołębica” – ale kto tam z ludzi światłych zwracałby uwagę na niedostosowanych do realiów frustratów?
Co pozostaje tym niedostosowanym (a jestem dziwnie przekonany, że jest ich wielu)? Opinia publiczna, to wielka siła, i być może jedyna, z którą muszą liczyć się wszyscy. Zwłaszcza w perspektywie trzech lat wyborczych, które przed nami - zwłaszcza w obliczu wydarzeń, które rozstrzygną nie tylko o następnej kadencji, ale też o losie następnych pokoleń.

Dlatego teraz – zawsze, ale teraz naprawdę uważnie - powinniśmy patrzeć politykom na ręce, przyglądać się biegowi wydarzeń i wyciągać wnioski. Oczywiście opinią publiczną można manipulować – niedoścignionym mistrzem był tu Donald Tusk – ale jak mawiał Abraham Lincoln, można oszukiwać wszystkich przez pewien czas, a niektórych przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas.
Nie mam wątpliwości, że w omawianej tu sprawie trzeba postąpić dokładnie odwrotnie, niż wskazali to dwaj wymienieni wcześniej panowie: żadnego ulegania naciskom, koniec z polityką prowadzoną na kolanach i obrona prawdy ponad wszystko inne, jednym słowem - non possumus.

Ten kryzys - powstały z winy arogancji i kłamstw strony izraelskiej i to trzeba mówić jasno – paradoksalnie stanowi dla nas szansę na wypracowanie nowych, partnerskich, relacji z Izraelem. Oczywiście nie będzie to łatwe, bo przez dziesięciolecia „przyjaciele” przyzwyczaili się do zupełnie innego rodzaju relacji - ale jeśli kiedykolwiek zmiana tej sytuacji była możliwa, to właśnie teraz, kiedy widzimy jasno, jak się rzeczy mają i kiedy prawda o stosunku Żydów do Polaków wyszła na wierzch, niczym podszewka spod kurtki.

Nowe otwarcie powinno być zbudowane na prawdzie, a do tego konieczna jest nie tylko dobra wola obu stron, ale także powrót do niewyjaśnionych historii z przeszłości - w imię przyszłości. A w tym zakresie, w naszych relacjach, nie ma ważniejszej sprawy, niż Jedwabne, które zyskało miano symbolu. Dodajmy – symbolu zbudowanego na kłamstwie. To prawdziwy test dla rządzących i prawdziwa odpowiedź na pytanie o naszą suwerenność.

Stawka jest wysoka, najwyższa z możliwych, bo albo teraz powstaniemy z kolan, albo będziemy krajem na niby, z którym nikt nie będzie się liczył, w dodatku pogardzanym narodem nazistów i zbrodniarzy, który bez końca będzie ponosił konsekwencje (wizerunkowe, ale także te finansowe) nie popełnionych win, a jeśli tak, to, mówiąc wprost - już nas nie ma.

https://www.salon24.pl/u/wojciechsumlin ... jedwabnego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 02 lut 2018, 09:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Szturm na dobre imię Polski

Nowe przepisy ustawy o IPN, tak jak i przepisy dekomunizujące polskie ulice, są absolutnie konieczne

Nikt nie ma najmniejszego prawa nas obrażać.

Obrazek
Państwo polskie na równi traktuje nazizm i komunizm jako tak samo zbrodnicze systemy, które wyniszczały polski Naród w XX wieku Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik


„Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Nie popełnia jednak przestępstwa sprawca, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”.

Przepis ten, uchwalony przez Sejm RP na ostatnim posiedzeniu, wywołał „duże, duże wzburzenie” w Izraelu – jak ujęła to ambasador Anna Azari podczas uroczystości 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz – i skłonił samego premiera Beniamina Netanjahu do sformułowania żądania pod adresem polskiego parlamentu: „Ten przepis musi być zmieniony”.

Przypadek czy coś więcej?
Pomijam w tym miejscu fakt, że w sposób dotąd niespotykany obcy rząd ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski, kwestionując nasze prawo do samoobrony przed pomówieniami i fałszywymi oskarżeniami, i czyni to w miejscu, czasie i okolicznościach najgorszych z możliwych – podczas uroczystości wyzwolenia więźniów Auschwitz (co wydaje się co najmniej nieprzypadkowe).

Zadaję jednak pytanie, o co chodzi. Cała ta nieoczekiwana i niespodziewana wolta ze strony państwa izraelskiego zbiega się bowiem w czasie z innymi wydarzeniami, które w sposób jednoznaczny wymierzone są w polską historię i rzeczywistość: z oskarżeniami o odradzanie się nazizmu i faszyzmu, a także z kwestionowaniem, już na podwórku wewnętrznym, zasadności dekomunizacji ulic i placów.

Zacznijmy od końca. Parlament polski przyjął ustawę o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, zgodnie z którą nazwy tych obiektów oraz ulic, dróg, mostów i placów, nadawane przez jednostki samorządu terytorialnego, nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm bądź inny ustrój totalitarny ani w inny sposób takiego ustroju propagować.

Co w tym kontrowersyjnego? Oczywiście, że nic. Wszak jesteśmy Narodem najbardziej doświadczonym w XX w. dwoma totalitaryzmami: niemieckim nazizmem oraz sowieckim komunizmem – o rozmiarach strat ludzkich i majątkowych przez 50 lat trwania tej gehenny w tym miejscu i na tych łamach pisać nie muszę. I właśnie to doświadczenie kazało wpisać polskiemu ustrojodawcy konstytucyjnemu, pomnemu „gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane” (Wstęp do Konstytucji RP), naturalne i przez nikogo niekwestionowane ograniczenie wolności słowa i wolności zrzeszania się.

Zakaz dla totalitarnych ideologii
Zgodnie z art. 13 polskiej Konstytucji, „zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Państwo polskie na równi traktuje nazizm, faszyzm i komunizm jako tak samo zbrodnicze systemy, które wyniszczały polski Naród w XX w. Zakaz tworzenia organizacji i propagowania idei odwołujących się do tych systemów totalitarnych jest więc formą samoobrony całkowicie uzasadniającej takie właśnie ograniczenie konstytucyjnych wolności zrzeszania się i głoszenia poglądów.

Nie do wszystkich jednak to dotarło, nawet do tych, którzy ten przepis uchwalali. I tak po tym, jak wojewodowie zarządzeniami zastępczymi usunęli pozostałości komunistyczne na tablicach polskich ulic, w wielu województwach podniósł się krzyk lewicy i ich medialnych tub propagandowych. W Lublinie np. barbarzyństwem i innego tego typu epitetami nazwano moją grudniową decyzję o zamianie ul. Jana Hempla, przedwojennego komunisty i członka KPP, działającego także w Związku Sowieckim, na ul. Zesłańców Sybiru, która odtąd upamiętnia miliony Polaków zesłanych na Syberię i za caratu, i za sowieckich czasów.

Skąd ta krytyka? Bo Hempel był społecznikiem w biednym Lublinie i zginął w czystkach stalinowskich w ZSRS w 1937 r., mówią lewicowcy. Czyli jak ktoś był komunistą i czynnie angażował się w propagowanie tej nieludzkiej ideologii, ale przy okazji robił coś dobrego dla innych, to jest dobry? Ciekawe, czy gdyby znaleźć odpowiednik nazistowski, takiego np. nazistę, co jednocześnie był dobrym gospodarzem jakiegoś niemieckiego miasta na dzisiejszym zachodzie Polski, to też by to nie przeszkadzało i mógłby on być patronem ulicy?

Przecież to schizofrenia historyczna. Niestety tak bardzo obecna w naszej Ojczyźnie od samego początku III RP. Schizofrenia generująca tezę, że komunizm był lepszy od faszyzmu. Czy to nie celowe przypadkiem?

Walka o dobre imię Polski
Idźmy dalej. Przed nieco ponad tygodniem stacja TVN przedstawiła skandaliczne świętowanie urodzin Adolfa Hitlera przez grupkę młodych ludzi z nikomu niemal wcześniej nieznanej organizacji. Z tym że – uwaga! – po pierwsze, działo się to ponad pół roku wcześniej, i po drugie, stacja ta wiedzę na ten temat też miała od kilku miesięcy.

Zaczęła się nagonka, że oto w Polsce odradza się faszyzm, i to wszystko przez PiS, a nawet przez Kościół katolicki. Nikt się nie zastanawiał, że ta niewielka organizacja powstała w 2011 r., a w 2014 uzyskała status organizacji pożytku publicznego. Kto wtedy rządził? Nieważne! Najważniejsze, że zostało to ujawnione na początku 2018 r. i pasuje do kontekstu, bo oto za chwilę polski Sejm ze swoją większością z PiS ma uchwalić ustawę, dzięki której przestępstwem będzie każdorazowe szkalowanie naszego państwa i Narodu sformułowaniem „polskie obozy śmierci” itp.

Po latach nierównej i przegranej walki z mediami amerykańskimi, włoskimi, a nawet niemieckimi o nieużywanie tego rodzaju fałszujących historię i obraźliwych dla nas sformułowań Sejm przyjął ustawę nowelizującą ustawę o IPN. Zgodnie z jej przepisem art. 55a każdy, kto używać będzie sformułowań typu „polskie obozy śmierci”, „Polacy zabijali Żydów w Sobiborze”, „polskie obozy koncentracyjne”, popełniać będzie przestępstwo.

I nagle, niespodziewanie, przeciwko takiemu oczywistemu przepisowi wystąpiły najważniejsze osobistości i organizacje państwa Izrael, mówiąc, że przepis ten „nie pozwala na właściwą ekspozycję prawdy historycznej o holokauście”, że próbuje wybielać historię Polski, że nie pozwala na dyskusję o holokauście itp. niedorzeczności.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu przepisowi i zobaczmy, co jest przestępstwem, a co nie jest. I tak, przestępstwo popełni ten, kto oskarży Polskę lub Naród Polski jako całość o: po pierwsze, odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę zbrodnie nazistowskie lub inne zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości albo zbrodnie wojenne, a po drugie i łącznie z pierwszą przesłanką, uczyni to wbrew faktom.

Jeśli zatem są dowody na to, że jakieś jednostki lub nawet grupy Polaków kolaborowały z Niemcami i mordowały Żydów, to głoszenie tych faktów nie będzie przecież przestępstwem. Co więcej, ustawodawca dodatkowo zastrzegł, że jeśli takie oskarżenia, nawet nieudowodnione, płynęłyby z ust badacza naukowego w ramach prowadzonych przez niego badań, to też nie będzie to przestępstwo.

I jeszcze jedno, czego absolutnie nie rozumiem i osobiście nie akceptuję: nie popełni przestępstwa np. artysta, który zechce sobie zaśpiewać na scenie o „polskich obozach śmierci”.

Komu to służy?
O co zatem chodzi premierowi Izraela, pani ambasador, członkom Knesetu, Instytutu Yad Vashem itp.? Słyszymy, że nie o to, że to były „polskie obozy”, bo „budowali je nie Polacy” (kto zatem?). Jedni mówią i tłumaczą przywódców izraelskich, że to efekt niezrozumienia tekstu w języku polskim i braku tłumaczenia na hebrajski. Inni twierdzą, że to efekt braku polskiej polityki historycznej w III RP.

Ale są też tacy, którzy mówią otwarcie, że ten ciąg zdarzeń na przestrzeni zaledwie ostatniego miesiąca, przywołany w niniejszej analizie, wcale nie jest przypadkowy i układa się mniej więcej w zgrabną krótką całość: oto „próbująca się wybielić z faszyzmu czasów wojny i nieradząca sobie z odradzającym się nazizmem niedemokratyczna Polska, współodpowiedzialna za holokaust, dodatkowo godzi w dobre imię sowieckich i prosowieckich komunistów, którzy przecież walczyli z Hitlerem”.

Ktoś powie, czy to nie spiskowa teoria dziejów. Z ostrożności zapytam: a jeśli to jednak nie jest spiskowa teoria dziejów i ktoś te ataki zaplanował, to komu zależy na takiej właśnie tragicznie fałszywej narracji? Rosji? Niemcom? A może jeszcze innym państwom?

Tak czy inaczej odpowiedź musi być jedna, oparta wyłącznie na niepodważalnych faktach: Polska nie brała udziału w holokauście, sama była ofiarą holokaustu, największą ofiarą nazizmu niemieckiego i komunizmu sowieckiego. Aby ustrzec wszystkich przed podobnymi zdarzeniami, za własne pieniądze prowadzi muzea takie jak Majdanek czy Auschwitz, dokumentujące niemieckie zbrodnie czasów II wojny światowej.

Dr hab. Przemysław Czarnek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/194085, ... olski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 11 lut 2018, 18:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Historia pewnego zdjęcia, którego nie ma, i o tym, jak Polak zrobił Żydowi zygu zyg

Obrazek
zdjęcie Getto Otwock


No tak, znowu. Wczoraj pojawiała się notka Kamila Gorzelańczyka, w której po raz kolejny podaje przykład na polski antysemityzm. I znowu ten obraz jak pociąg z Żydami jedzie do Treblinki i jakiś chłopiec, z oddali, pokazuje znak … no może nie zygu zyg marchewka, ale znak podrzynania gardła. Ten przykład czy obraz z podrzynaniem gardła jest po wielokroć cytowany, i chyba po raz pierwszy rozpowszechnił go Lanzamann w filmie„ Shoah” Natarczywość tych przykładów, dosadność, każe się zastanowić, czy nie jest to kolejny dowód na antypolonizm, a w najlepszy przypadku na niewiedzę. Zostawmy na razie, to pytanie, czy ten znak był ostrzeżeniem, typu ratuj się kto może, czy raczej był nasycony brutalnym szyderstwem? Pewnie te znaki przesyłane przez polskie dzieci, czy chłopów, były tym i tym, bo taka interpretacja wydaje mi się najbardziej prawdopodobna.
Dlaczego akurat „ uwziąłem” się na ten gest, na ten gest podrzynania gardła, w sumie marginalny, w tym oceanie zbrodni dokonanej przez niemiecki nazizm. Chociażby dlatego, że zrozumienie tego gestu, rozłożenie go na czynniki pierwsze, w jakiś sposób pomoże nam zrozumieć nastrój tamtych czasów. Nastrój zagłady narodu żydowskiego na ziemi polskiej. Muszę tu koniecznie zacytować fragment pamiętników Calka Perechodnika, żydowskiego policjanta w Getto Otwockim ( 30 km od Warszawy) A wypowiedz ta dotyczy Żydów belgijskich i holenderskich wiezionych do Treblinki – „ … Dość, że Niemcy wybrali nową taktykę. Powstał bank, który sprzedawał Żydom parcele na wschodnich terenach polskich.- Żydzi będziecie tam pracować na własnej roli, niczego nie będzie wam brakowało- Trudno. Żydzi zostaną kolonistami. (…) Kupują działki, rozparcelowane, jedni większe, drudzy mniejsze, i wsiadają do pociągów pulmanowskich. Zabierają ze sobą cały bagaż ruchomy, ba, nawet patefony, które im grają po drodze. Cóż mają się przejmować, wszak jadą na wschód, pracować na roli lub też do miasta przemysłowego Treblinki. Pociągi przejeżdżają przez stacje koło Warszawy, gdzie pracują Żydzi. Krótka rozmowa – Dokąd? – Do miasta przemysłowego Treblinki - Żydzi polscy czynią krótki znak ręką oznaczający utratę głowy, Żydzi belgijscy śmieją się w najlepsze. To ci głupcy, chcą ich nastraszyć. Pociąg toczy się dalej, z przeznaczeniem miasto przemysłowe Treblinka...

A więc proszę, znowu ten gest, gest podrzynania gardła, trochę brutalny, a trochę szyderczy przypisywany tylko polskim chłopom. Z jaką lubością pokazywany i pokazywany w kilku godzinnym dokumencie Lanzamanna. A potem kolejny raz powtarzany i cytowany przez kolejnych ignorantów. Powiem tak, ten gest nie był ani dobry, ani zły, bo w tamtych, okrutnych, diabelskich czasach to, co mogło być dobre i złe nie istniało, istniało tylko to, co pozwalało przeżyć. Pewnie to diabelska interpretacja tamtych czasów, i pewnie wiele osób, osób głęboko wierzących, w Boga, ale też w dobro, które istnieje, oburzy się na takie słowa. I przytoczy liczne przykłady. Tak zgadzam się, dobro istniało a l e o d c z a s u do c z a s u, ale tak naprawdę ten czas należał do niemieckiego diabła i instynktu przeżycia.

Pamiętniki Calka Perechodnika, potwierdzają taką interpretacje, a zarazem to jeden z najbardziej dramatycznych zapisów tamtych czasów. Tak ów policjant żydowski zatrudniony w getto Otwockim mówił o Niemcach - To bestie w ludzkiej skórze, nie mniej pogardliwie wyrażał się o Polakach, że to naród podły, zaś o Żydach, że tak samo podli jak Polacy, ale dodatkowo to - tchórze. Nic wiec dziwnego, że nie powstał żaden obraz filmowy na podstawie pamiętników Calka, Perechodnika. Takiego filmu nie zrobili ani Żydzi amerykańcy, ani Niemcy ani Polacy. Nikt. Bo jego pamiętniki to jeden wielki akt oskarżenia natury ludzkiej. Wojny. Faszyzmu. Perechodnik jak mało, kto, ma prawo do takiego oskarżenia, a raczej samooskarżenia. Bo to on sam odprowadził swoją zonę i dwuletnią córeczkę na miejsce zbiórki na otwocki plac. Patrzył … jak wpychają je do wagonu bydlęcego… i co? I nic? Chociaż jak twierdzi w swoim pamiętniku – był jeden policjant żydowski – który cisnął czapkę policjanta żydowskiego i wsiadł do wagonu razem ze swoją rodziną. I ten ból, ta świadomość tchórzostwa, tego zwierzęcego instynktu przetrwania, będzie towarzyszyła Calkowi do ostatniej strony jego pamiętnika.

Zdjęć z otwockiego getto pozostało niewiele. Może kilka, ale jest jedno, bardzo dramatyczne. To jest właśnie to zdjęcie, pokazujące Żydów oczekujących na transport do Treblinki. Popatrzmy raz jeszcze na to zdjęcie. Popatrzmy … Bo innego nie ma. Ani lepszego, ani gorszego… Dlaczego jest tak dramatyczne? I dlaczego tak przykuwa moją uwagę? Tak mi się wydaje, że setki Żydów, a nawet tysiące, z lupką w ręku, szukało w tej magmie niewyraźnych postaci swoich znajomych, swojej rodziny. Może nawet rodzina Perechodnika, która po wojnie wyemigrowała do Izraela, także z lupką w reku szukała żony Perechodnika, jego corki, a może nawet samego Perwchodnika, który zrzuca czapkę policjanta żydowskiego, i siada obok żony i córeczki. A potem razem, złączeni w jakimś uścisku wsiadają do wagonu bydlęcego. Razem żyli, to i razem umrą. A może nawet zdobywa gdzieś truciznę, chociażby ( w dużej dawce luminalu) i razem pięknie umierają na peronie. Z wyrazem buntu romantycznego na twarzy. Ponieważ Calek to człowiek wykształcony, inżynier, rozczytany w Słowackim, wiec, dlaczego tak pięknie nie miałby umrzeć.? Czy tylko polscy bohaterowie mogą pięknie umierać na barykadzie, a już żydowscy policjanci nie…? Jednak nic z tego. Po pierwsze dlatego, że Calek nie ma trucizny, nawet tego głupiego luminalu, a po drugie, nie odrzuca czapki policjanta żydowskiego i nie siada na placu obok zony. A po drugie – i chyba najważniejsze - nawet gdyby to zrobił, to i tak nie byłoby to widoczne na tym zdjęciu. Dlaczego? Dlaczego… dlaczego? Po prostu, dlatego, że zdjęcie zrobione jest z daleka. I na nic nam przykładanie lupki do oka. Taka jest prawda… po prostu, ten anonimowy twórca zdjęcia bał się podejść bliżej. Bał się zrobić zdjęcie tak, aby wszystko dokładnie było widoczne … I czy my teraz, Polacy, ale też Żydzi na całym świecie możemy mieć pretensje do anonimowego autora, że nie podszedł bliżej? Że nie zaryzykował życia, aby nam, dziś – z filiżanką dobrej herbaty w dłoni – ułatwić spokojne analizowanie każdego szczegół: Te twarze, detale, szklankę wody i ten cholerny luminal.

Tak, tak, Żydzi na całym świecie, macie pretensje, że byliśmy obojętni, że nie ratowaliśmy naszych sąsiadów. Ale jak mieliśmy ratować, kiedy nawet Calek Perechodnik uciekł i zostawił na placu swoją żonę z dzieckiem, i kiedy nawet zrobienie tego zdjęcia to igranie ze śmiercią. Jakże dziś się tego nie rozumie,w tych przecudnych czasach, kiedy możemy tak pięknie rozprawiać o idei dobra i zła. A ponadto żyjemy w czasach miliona fotek i miliarda selfie

Jeszcze jeden przykład. Z innych czasów. Czasów, które mnie osobiście dotyczą. Jest 16 grudnia 1982. Pierwsza rocznica pacyfikacji kopalni Wujek. Katowice. Gazeta ( tka), mniejsza o nazwę, wysłała mnie abym zrobił zdjęcia sprzed kopalni Wujek. Ludzi, protestujących nie ma, przynajmniej tylu, co się spodziewałem. W oddali milicja i Zomo uzbrojone w długą broń. Czy wtedy zrobiłem zdjęcie? Chociaż jedno, przynajmniej z daleka. Z tego, co pamiętam, te które zrobiłem nadawały się do kosza. Po prostu, bałem się zrobić takie dobre, ostre, zdjęcie, gdzie byłyby widoczne wszystkie twarze. Twarze milicjantów, zomowców, może jeszcze udałoby mi się uchwycić ten mur z cegły z widocznymi śladami po kulach…. Nie, nie mam takiego zdjęcia. Gdybym podszedł, to zdjęcie zaraz bym tu zamieścił. Jako sekundę, pół, ćwierć sekundy, chociaż tyle naszej historii. Niestety. Nie podszedłem…

Kto ma pretensje do mnie, ze nie podszedłem bliżej, kto ma także pensje do tego anonimowego fotografa z Otwocka, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Opublikowano: 11.02.2018 16:19.

https://www.salon24.pl/u/24-24/843712,h ... i-zygu-zyg


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 15 lut 2018, 11:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Nie byli wyzwolicielami

Obrazek

Resort obrony wyjaśnia sprawę udziału klasy mundurowej w uroczystości „wyzwolenia” Bielska-Białej przez armię sowiecką.

Podczas uroczystości 73. rocznicy zajęcia Bielska-Białej przez Armię Czerwoną konsul Rosji w Krakowie Aleksandr Minin oświadczył, że odmawianie żołnierzom sowieckim miana tych, którzy „uratowali” Polskę, Europę i świat, to wypaczanie historii. „Okazuje się, że nie byli wyzwolicielami, bo nie było wyzwolenia. Nastąpiła nowa okupacja. Coraz częściej pojawiają się w polskich mediach różnego rodzaju obrzydliwe materiały paszkwilantów od historii, z których wynika, że nowy okupant był nawet okrutniejszy od poprzedniego” – stwierdził Minin, cytowany przez „Dziennik Zachodni”.

Uroczystość na cmentarzu żołnierzy sowieckich, w której uczestniczyła klasa mundurowa z miejscowej szkoły, zorganizował Związek Żołnierzy Wojska Polskiego, organizacja, z którą MON dwa lata temu zerwało współpracę.

Z faktami się nie dyskutuje
– Zainteresujemy się tą sprawą, bez wątpienia trzeba to wyjaśnić – podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Wojciech Skurkiewicz, wiceminister obrony. – Wciąganie młodzieży w sytuacje, w których historia jest prezentowana jednostronnie, a wręcz wypaczana, to że weszliśmy z okupacji niemieckiej w okupację sowiecką, to jest fakt, z tym się nie dyskutuje – podkreśla wiceminister.

– To jest przyczynek do tego, aby skierować informację do tych szkół, aby miały wiedzę, które organizacje nie współpracują z MON, i żeby z nimi nie podejmować wspólnych działań – wskazuje Skurkiewicz.

Zenon Baranowski

https://naszdziennik.pl/polska-kraj/194 ... elami.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Swiadomość budowana na fałszu
PostNapisane: 11 cze 2018, 09:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30929
Przecież po 29 latach wszystko się wyjaśniło!

Co roku, w związku z datą 4 czerwca, pojawia się wiele wypowiedzi omawiających dwa wydarzenia połączone ze sobą w specyficzny sposób i nie tylko zbieżnością dat– kontraktowe wybory 1989 i obalenie rządu Jana Olszewskiego w 1992 r. Także w tym roku ukazało się wiele tekstów na ten temat, ale co dziwne, do dzisiaj różnorodność spojrzeń na te wydarzenia się utrzymuje i nic nie zapowiada, by znane już pełne wyjaśnienie faktów i kontekstu obu wydarzeń prowadziło do zbieżności ocen Polaków.
Jedni chcą świętować kolejne rocznice tego dnia „wyborów”, drudzy wolą go pamiętać jako oszustwo i dzień zdrady, jeszcze inni woleliby w ogóle zapomnieć i zlekceważyć to wszystko milczeniem. Jeszcze ważniejsza rozbieżność dotyczy oceny ówczesnych decyzji Polaków – jedni uznają, że decyzja udziału w wyborach była słuszna, a nawet są dumni z własnego uczestnictwa, a inni do dzisiaj twierdzą, że należało zlekceważyć tę okrągło-stołową mistyfikację, bo system i tak już był w rozkładzie i wystarczyło trochę poczekać. Od razu przedstawię swój pogląd, że nie ma żadnych powodów do świętowania, ale też nie wolno wyrzucać tych wyborów z 1989 roku ze zbiorowej pamięci. Z pełnym przekonaniem, nie tylko jestem dumny z własnego w nich udziału, ale szczycę się tym, że jako współprzewodniczący jednej z komisji obwodowych osobiście przyczyniłem się do ważnego zwycięstwa narodu. Nie mogę natomiast pojąć, dlaczego oceny są tak rozbieżne, mimo że dzisiaj, a w istocie od dawna, wiemy prawie wszystko, co jest potrzebne do jednoznacznej oceny.
Można podsumować to co wiemy w lapidarnym skrócie:
Po blisko ośmiu latach przygotowań zainicjowanych stanem wojennym komunistyczne władze wyselekcjonowały grupę, która uzurpatorsko przejęła rolę reprezentanta narodowego ruchu Solidarność, zawarła z władzami zdradziecki kontrakt i przedstawiła go Polakom jako wynik obrad okrągłego stołu. Polacy bez entuzjazmu i z dużymi wątpliwościami przyjęli ten stan rzeczy, ale wzięli jednak udział w demokratycznej farsie jaką były wybory gwarantujące komunistom większość 65% w Sejmie i pozostawiające wolny wybór kandydatów do senatu. Udział w wyborach, mimo apeli wielu zacnych ludzi by wybory zbojkotować, był chyba skutkiem jakiejś zbiorowej intuicji narodu, który potraktował je jako referendum pozwalające po raz pierwszy w ogólnonarodowym zrywie odmówić legalności komunistycznym władzom. Zwycięstwo, w którym Solidarność przejęła całe dostępne 35% mandatów w Sejmie i 99% w Senacie, było tak miażdżące, że stało się faktem politycznym o wymiarze nokautu dla komunistów. Było to jedno z najważniejszych polskich zwycięstw, ale nie warto go świętować dlatego, że zostało w bezprzykładny sposób zmarnowane. Dopiero znacznie później zrozumieliśmy, że unieważniony przez Polaków w tym referendum zdradziecki kontrakt z Magdalenki, był ratowany i podtrzymywany przez nadzwyczaj liczną grupę oszustów i zdrajców, którzy na długi czas pogrążyli Polskę w pętach sprzymierzonych z nimi PRL-owskich spiskowców.
Już zmiana ordynacji wyborczej w trakcie wyborów, przywracająca komunistom w obrzydliwej manipulacji owe zakontraktowane 65% była jasnym sygnałem, że musimy się przygotować na kolejne odsłony zdrady. Wkrótce, wybór Jaruzelskiego na prezydenta RP pokazał, że w tej zdradzie uczestniczy o wiele więcej posłów kojarzonych z Solidarnością, niż ktokolwiek niewtajemniczony mógłby przypuszczać. Obóz zdrady zadbał o to, by przed kolejnymi, w pełni wolnymi, ale nie do końca uczciwymi wyborami, nikt nie miał możliwości wyjaśnić, kim są współuczestnicy realizowanego scenariusza spisku. Dopiero trzy lata po 4 czerwca 1989, obalenie rządu Jana Olszewskiego w 1992 pokazało, jak głęboko i szeroko komuniści ulokowali swych ludzi w strukturach Solidarności i różnych powstałych partii, które uznawaliśmy za reprezentatywne. O dziwo, to rozpoznanie nie miało skutków, jakich należało oczekiwać i losy Polski zostały na długo oddane w ręce łajdaków i głupców.
Wzdragam się zawsze, gdy ktoś dzisiaj przytacza nazwiska uczestników zdrady narodowej i nawet w obliczu ich karygodnych późniejszych zachowań przyznaje tzw. „legendom Solidarności” jakoby chwalebne fragmenty ich życiorysów. Kto potrafi rozpoznać motywacje, jakimi się oni kierowali w tamtych historycznych czasach, uczestnicząc w opozycyjnych działaniach. Bardzo trudno uwierzyć, że ludzie niszczący Polskę w każdym wymiarze przez kolejne trzy dekady, nosili w sobie patriotyczne motywacje w tamtych czasach. Nie wymienię nazwisk, bo wszyscy je znają, ale zachęcam do rozmyślań, czy ich „zasługi” były pożyteczne dla Polski, czy też działoby się o wiele lepiej bez nich. Trzeba tylko w charakterze najpełniej rozpoznanego przykładu podać nazwisko Wałęsy, bo mimo jego wieloletnich haniebnych działań i wypowiedzi, akurat jemu, nawet najbardziej niechętni ludzie, przypisują „niewątpliwe wcześniejsze zasługi”. Wszystko wskazuje na to, że nie było żadnych chwalebnych epizodów, nieprzerwanie współpracował z ludźmi dawnego systemu, często z wrogami Polski, a dzisiaj czyni to już całkiem otwarcie. Wtedy w czerwcu 1989 zdjęcie z Wałęsą dawało gwarancję wygranej w wyborach i odpowiedni ludzie zadbali, by posłać do fotografa wystarczającą liczbę tych, którzy będą im potrzebni.
Dlaczego jednak o tym dzisiaj piszę? Piszę dlatego, że tych kilka dni, które minęły od 4 czerwca odsuwa już w zapomnienie temat owych osobliwych i wczesnych wyborów, ale powróci on z jeszcze większą intensywnością za rok, gdy odnotujemy 30-tą rocznicę. Obawiam się, że może przetrwać chaos poznawczy, z którym cały czas mamy do czynienia, a przecież warto rozstrzygnąć rzeczy oczywiste w czasie, gdy jeszcze żyje pokolenie bezpośrednich uczestników wydarzeń. Wdawanie się w dyskusję ze zwolennikami tamtej zdrady narodowej w ogóle nie ma sensu, natomiast, trzeba uzgodnić ten fragment wspólnej historycznej prawdy z tymi, którzy stali zawsze po stronie wolnej, sprawiedliwej i bogatej Polski.
Wtedy, w czerwcu 1989 nie było wiadomo o skali penetracji opozycji przez służby PRL i obie postawy były usprawiedliwione, zarówno przyjęcie wyzwania i udział w wyborach, jak i uznanie, że nie należy uwiarygodniać zdrady okrągłego stołu przez uczestnictwo w wyborach. Nie wiadomo jaka byłaby decyzja tych drugich, gdyby potrafili przewidzieć, że komuniści poniosą miażdżącą klęskę, która dawała opozycji potężną moc i narzędzie do odrzucenia kontraktu zrodzonego w Magdalence. Jednak fakt, że to co się rzeczywiście stało mimo nawoływań do bojkotu – wielkie wyborcze zwycięstwo narodu, który postąpił tak, jak podpowiedziała mu zbiorowa mądrość - nie sprowokowała dotąd zwolenników bojkotu do przyznania, że ich ówczesna postawa była błędem. Jest to bardzo niedobre, niezrozumiałe i wskazuje na brak zdolności do wyciągania uczciwych i właściwych wniosków z przeszłości.
Dzisiaj, gdy wszystko co potrzebne wiemy, trzeba spojrzeć jeszcze raz na tamten czas przed wyborami 1989. Przecież realna zdrada dokonała się już wcześniej, zanim ogłoszono wybory, więc zaplanowany w szczegółach scenariusz transformacji byłby realizowany bez względu na okoliczności. Jaki możliwy bieg zdarzeń miałby uruchomić samoistne zawalenie się systemu, na które mieliśmy cierpliwie czekać? Uczestnicy spisku byli w komplecie, byli ze sobą dogadani, a zdrajcy byli ulokowani jako reprezentanci Solidarności i nikt nie miałby wystarczającej mocy, by te kwalifikacje kwestionować w sposób przekonujący dla elektoratu. Układy, powiązania i wzajemne prywatne interesy, wychodzące także poza granice Polski, były tak potężnie rozbudowane, że ta sieć oplata Polskę do dzisiaj i wciąż gromadzi zwolenników tego, by wszystko było jak dawniej.
Wyobraźmy sobie, że Polacy posłuchali apeli i masowo zbojkotowali wybory w 1989 roku. Hipotetycznie załóżmy, że frekwencja wyniosła nie 62%, a np. 45%, przeszła cała lista krajowa, z dostępnych 35% w sejmie uzyskano np. 20%, a senat miałby skład 50%/50%. Jednocześnie podniósłby się słabo słyszalny krzyk, że to była farsa wyborów i naród je zbojkotował, że tak wybrana władza jest nielegalna i „my-naród” domagamy się w pełni wolnych wyborów. Nastąpiłoby dokładnie to, co jest opisywane sloganem: „Psy szczekają, a karawana idzie dalej”. Realizacja zaplanowanego przez zdrajców scenariusza potoczyłyby się znacznie szybciej, głębiej, boleśniej i bardziej nieodwracalnie, niż miało to miejsce w rzeczywistości zapoczątkowanej zdecydowanym „nie” dla komunistów. Znamy dzisiaj aż nadto dobrze potęgę środków masowego przekazu, które potrafią brutalnie i prostacko, ale nadzwyczaj skutecznie manipulować elektoratem, więc bez tego nadzwyczajnego i symbolicznego zwycięstwa w wyborach, bylibyśmy całkowicie ubezwłasnowolnieni. Zmarnowanie tego zwycięstwa pozwoliło wielu Polakom zrozumieć rangę dokonanego oszustwa, a dalsze trudne losy i całe upływające dekady pokazały, w jak dramatyczną sytuację nas wepchnięto i jak trudno się z niej wydostać.
Pragnę więc zaapelować do tych wszystkich, którzy wówczas w 1989 roku proponowali narodowi bojkot wyborów: Mieliście wtedy prawo się mylić, ale po trzech dekadach przyznajcie, że to naród miał rację, nie słuchając waszych apeli. Ta mobilizacja i aktywność wielu zaangażowanych ludzi, którzy dopilnowali, by te wybory były uczciwe, jak nigdy ani wcześniej, ani potem, doprowadziła do historycznego zwycięstwa, które trzeba uznać jako zdecydowane odrzucenie władz PRL, a później jako świadectwo zdrady narodowej uzurpatorów, którzy uknuli spisek w Magdalence. Jedno jest dla mnie absolutnie pewne – bez tego zwycięstwa sytuacja Polski byłaby o wiele bardziej dramatyczna, niż dzisiaj. A wojna o Polskę i tak nie jest jeszcze rozstrzygnięta i wciąż się toczy.

Jeszcze dwie dygresje:
1. Można oczekiwać, że w polemice pod tą notką pojawi się argument, że przecież bracia Kaczyńscy też brali udział w zdradzie okrągłego stołu. Tak, byli tam obecni, Lech w znacznie ważniejszej fazie obrad, a Jarosław raczej marginalnie. Obaj, jako walczący politycy uznają zasadę, że w miejscach, gdzie są rozgrywane ważne dla Polski sprawy, lepiej być, niż nie być. Dobrze, że tam byli i zobaczyli z bliska co się dzieje. Tylko politycy o silnych charakterach i osobowościach, dobrze patriotycznie sformatowani nadają się do takich misji. Całą swoją dalszą działalnością polityczną obaj Bracia wykazali, że nie mają niczego wspólnego z obozem zdrady narodowej i dokładnie za to są przez ten obóz znienawidzeni ponad wszelkie granice. Warto przypomnieć, że właśnie Jarosław Kaczyński zachował się jak prawdziwie polski polityk, gdy odczytał poprawnie zwycięstwo wyborcze 1989, podważył kontrakt OS i zainicjował układ OKP z ZSL i SD tworzący rząd Mazowieckiego.
2. Podczas transmitowanych obrad Okrągłego Stołu Władysław Siła-Nowicki wygłosił mocne przemówienie, które podsumowywało nielegalność zawartego kontraktu. Było to kwalifikowane jako zgrzyt w atmosferze, która była przecież pożądanym elementem spisku. Nagrałem to wystąpienie na VHS, bo czułem, że będzie miało historyczne znaczenie. Dzisiaj nie mogę tego odnaleźć w moim archiwalnym bałaganie, dlatego apeluję do ludzi z TVP: Odświeżcie pamięć telewidzów o prawdzie OS, pokażcie to wystąpienie Mec. Siły-Nowickiego, a pokażcie także, w kontraście, kilka fragmentów wspólnego telewizyjnego szczebiotu Geremka i Reykowskiego, którzy wspólnie przedstawiali narodowi wyniki obrad i nie mówili w ogóle o zdradzie, choć było to najważniejsze.

Opublikowano: 10.06.2018 14:48.

https://www.salon24.pl/u/krakow-broda/8 ... -wyjasnilo


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 67 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /