Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 124 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 9  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 11 sie 2012, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Holokaust Polaków w ZSRS

Sobota, 11 sierpnia 2012 (06:59) Rozkaz 00485 z 11 sierpnia 1937 r., wydany przez szefa NKWD Nikołaja Jeżowa, pociągnął za sobą śmierć 111 091 Polaków. Jedyne kryterium ludobójstwa - etniczne

Niewiele pamiętamy. Coraz mniej wiemy o naszej wspólnej historii. Niedawna wypowiedź rzecznika SLD, w której umiejscowił on Powstanie Warszawskie w 1988 roku, nie jest już dzisiaj niczym wyjątkowym. To raczej typowy obraz polskiej świadomości historycznej przeoranej przez maszynerię obojętności i zapomnienia, sprawnie funkcjonującą w III RP.

Poza jednym wyjątkiem, który symbolizuje Jedwabne: wytrwała praca najpotężniejszych ośrodków medialnych tej samej III RP, by czas II wojny światowej kojarzył się dzisiejszym Polakom ze wstydem współodpowiedzialności za holokaust ludności żydowskiej.

Na szybko kurczącym się skrawku wspólnej pamięci narodowej walczymy o to, by poza Jedwabnem utrzymać także wspomnienie Westerplatte, Monte Cassino, Powstania Warszawskiego, nie tylko bohaterskich walk, ale i cierpień zadanych polskiej wspólnocie w czasie II apokalipsy.

Tego miejsca jest już tak mało, że niekiedy nawet obrońcy pamięci o Katyniu traktowani są jako swego rodzaju rywale dla tej grupy, dla której szczególnie bolesna jest pamięć masowych zbrodni nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej w latach 1943-1944, a jedni i drudzy wydają się zabierać przestrzeń publicznej żałoby tym, dla których najważniejsze w oczywisty sposób pozostaje ludobójstwo niemieckie na Polakach i setki jego symboli: Bydgoszcz, Piaśnica, Stutthof, Palmiry, Dachau, Pawiak, Auschwitz...

Rozkaz 00485

Czy możemy jeszcze coś zmieścić w tym krajobrazie pamięci polskich bohaterów i ofiar tragicznej historii XX wieku, kiedy wszelka polska martyrologia jest tak wyśmiewana, przyjmowana zaporowym ogniem szyderstwa najpotężniejszych mediów i wykreowanych w nich autorytetów?

Nie wiem, czy możemy. Wiem, że musimy - bo to nasz, nie tylko polski, ale po prostu ludzki obowiązek. Musimy do kalendarium naszej zbiorowej pamięci wprowadzić jeszcze jedną datę, symbol losu Polaków i zarazem wspomnienie ponad 150 tysięcy konkretnych istnień ludzkich, przekreślonych jednym rozkazem wydanym przez najbardziej zbrodniczy system w historii XX wieku.

Musimy przypomnieć rozkaz 00485 z 11 sierpnia 1937 r. szefa NKWD Nikołaja Jeżowa na podstawie wydanej dwa dni wcześniejszej decyzji Politbiura Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików). To rozkaz o ludobójstwie Polaków mieszkających w ZSRS. Nie było wcześniej pojedynczego dokumentu, który pociągnąłby za sobą świadomą likwidację tak wielkiej liczby ludzi na podstawie kryterium etnicznego.

Jeżow ogłosił walkę z "faszystowsko-powstańczą, szpiegowską, dywersyjną, defetystyczną i terrorystyczną działalnością polskiego wywiadu w ZSRS", jaką rzekomo miała prowadzić gigantyczna siatka Polskiej Organizacji Wojskowej (POW - rozbita już całkowicie na terenie państwa sowieckiego w 1921 r.).

Stawiał też jasno zadanie podległym służbom NKWD w całym państwie: "całkowita likwidacja nietkniętego do tej pory, szerokiego, dywersyjno-powstańczego zaplecza POW i podstawowych ludzkich rezerw ["osnownych ljudskich kontingientow"] wywiadu polskiego w ZSRS". Owo "zaplecze" i "podstawowe rezerwy" mogli tworzyć wszyscy, którzy mieli wpisaną do paszportów narodowość polską.

Według spisu powszechnego w ZSRS, w 1926 roku było takich osób 782 tysiące. Według następnego spisu, z 1939 roku, liczba Polaków w ZSRS zmniejszyła się do 626 tysięcy. To był właśnie efekt systemu bezprecedensowych prześladowań, jakim poddani zostali w państwie Stalina Polacy.

Ponad 150 tysięcy - rozstrzelanych (nie tylko w latach 1937-1938), zmarłych w czasie deportacji, zamęczonych głodem w 1932-1933. Nie mniej niż co drugi dorosły mężczyzna został w tej polskiej wspólnocie losu pozbawiony życia.

Pierwszą książkę tej zbrodni ("Pierwszy naród ukarany: Polacy w Związku Radzieckim w latach 1921-1939", Warszawa 1991), jeszcze bez dostępu do podstawowych źródeł sowieckich, poświęcił Rosjanin z urodzenia - dziś profesor Uniwersytetu Opolskiego - Mikołaj Iwanow.

Przełomowe znaczenie w poznaniu skali tej operacji miały prace rosyjskich badaczy z Memoriału: Nikity Pietrowa i Arsenija Rogińskiego (z 1993 i 1997 roku), którzy przedstawili oficjalne dane NKWD. Kto nie ufa polskiej skłonności do cierpiętnictwa, niechaj zaufa sprawozdawczości wewnętrznej NKWD.

To są jej dane: w "operacji polskiej", między wrześniem 1937 a wrześniem 1938 roku, zostało aresztowanych 143 810 osób. Spośród nich 111 091 rozstrzelano. Nie wszyscy byli etnicznymi Polakami, ich liczbę wśród straconych w tej jednej operacji szacuje się na 85 do 95 tysięcy.

Polacy byli jednak zabijani systematycznie w państwie sowieckim także w innych operacjach: od czasu pogromów polskich dworów i zaścianków w 1917 roku, poprzez prześladowania księży i wiernych Kościoła katolickiego (w polskiej literaturze historycznej najbardziej kompetentnie przypomina te prześladowania w licznych swych monografiach i kompendiach ks. Roman Dzwonkowski); następnie przez ofiary wspomnianej już operacji "antykułackiej" z lat 1930-1931; ofiary Wielkiego Głodu z 1932 i 1933 roku, zarówno na Ukrainie, jak i w Kazachstanie (przecież od głodu ginęli nie tylko Ukraińcy i nie tylko Kazachowie); dalej - wskutek kolejnych fal aresztowań i deportacji ludności polskiej najpierw z terenów przygranicznych z II RP na sowieckiej Ukrainie i Białorusi, a następnie (w 1936 r.) w ogóle z tych republik do Kazachstanu.

W okresie największego nasilenia terroru - 1937-1938 - Polacy byli rozstrzeliwani także masowo w ramach mniejszych operacji NKWD, takich jak np. "niemiecka" (likwidująca "niemieckich szpiegów"), "czyszczenie" samego NKWD z wprowadzonego do niego licznie jeszcze przez Dzierżyńskiego "polskiego elementu" - i wiele innych.

Statystyka zbrodni

Rozkaz nr 00485, pierwotnie mający obowiązywać 3 miesiące, został przedłużony na blisko dwa lata. Jego zabójcze efekty - przypomnijmy: ponad 111 tysięcy rozstrzelanych na podstawie jednego rozkazu, to jest ponad pięć razy więcej niż w całej operacji katyńskiej - dopełnił cztery dni później wydany kolejny rozkaz Jeżowa. Nosił on numer 00486, a dotyczył rodzin "zdrajców ojczyny" (nie tylko Polaków).

Aresztowania mogli uniknąć tylko ci, którzy wydali swoich najbliższych. Dzieci powyżej 15. roku życia podlegały "dorosłym" represjom. Młodsze miały być kierowane do domów dziecka lub do pracy.

Na absolutnie wyjątkową skalę represji skierowanych przez państwo sowieckie przeciw Polakom zwrócił uwagę profesor Uniwersytetu Harvarda Terry Martin. Na podstawie imiennej listy ofiar rozstrzelanych w latach 1937-1938 w Leningradzie obliczył, że Polacy byli zabijani 31 razy częściej, aniżeli wynikało to z ich liczebności w tym mieście.

Innymi słowy: Polak w Leningradzie i okolicach miał w okresie największego nasilenia Wielkiego Terroru 31 razy mniejszą szansę przeżycia aniżeli przeciętny mieszkaniec tego najbardziej doświadczonego przez zbrodnie stalinowskie miasta.

Profesor Uniwersytetu Yale Timothy Snyder obliczył taką statystykę dla całego Związku Sowieckiego czasu Wielkiego Terroru: Polacy byli w niej, niestety, narodem wybranym. Wybór Stalina zdecydował o tym, że byli 40 razy częściej rozstrzeliwani, niż wynosiła przeciętna dla wszystkich narodów ZSRS.

Polaków było w ZSRS 0,4 proc. ogółu ludności, natomiast w grupie 681 tysięcy rozstrzelanych w latach 1937-1938 stanowili ok. 13-14 proc. ofiar. Tyle sucha statystyka na podstawie danych NKWD. Ale, jak słusznie napisał Snyder w swojej monografii "Skrwawione ziemie" (2010), musimy przede wszystkim pamiętać, że każda z ofiar miała imię, każda to indywidualna biografia, każda zasługuje na ludzką pamięć.

Z przejmującą empatią losy Polaków mordowanych w ramach operacji NKWD na Ukrainie w latach 1937-1938 przedstawił najwybitniejszy chyba współcześnie badacz systemu stalinowskiego profesor Hiroaki Kuromiya z Uniwersytetu Indiany. W jego książce "Głosy straconych" (wydanie polskie 2008, wydanie amerykańskie 2007) możemy zobaczyć tę wielką zbrodnię przez pryzmat indywidualnych losów ludzi rozstrzeliwanych tylko za stwierdzenie "Polska to dobry kraj" (to oznaczało "faszystowską agitację") albo za niezgodę na wyrzeczenie się polskiego męża czy żony.

Inny autorytet studiów nad sowieckim totalitaryzmem, profesor Norman Naimark z Uniwersytetu Stanforda, w swej książce "Stalin´s Genocides" (2011) nie waha się porównać sytuacji Polaków pod panowaniem sowieckim - od września 1937 do lipca 1941 roku ("amnestia" po układzie Sikorski - Majski) - do sytuacji Żydów w okresie holokaustu. Prawda o wielkiej zbrodni na Polakach pod panowaniem Stalina zaczyna się przebijać do świadomości - przynajmniej kół akademickich - na Zachodzie.

Biała plama w podręcznikach

A u nas? Z najnowszych podręczników dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej do I klasy szkół ponadgimnazjalnych - a więc podsumowujących wiedzę polskich uczniów o historii XX wieku - żaden nie zawiera najmniejszej choćby wzmianki o tej, raz jeszcze powtórzmy, największej zbrodni dokonanej na Polakach w minionym stuleciu.

Nie ma też w ogóle tego tematu wśród realizowanych przez Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia (finansowane z budżetu państwowego, powołane z inicjatywy premierów Putina i Tuska po spotkaniu w Smoleńsku) problemów badawczych.

Najważniejszymi zdobyczami naszej historiografii są w tym zakresie wciąż tylko wycinkowe zbiory dokumentów - dwutomowa publikacja IPN "Wielki Terror: Operacja Polska 1937-1938" (2010), oparta na materiałach pozyskanych z archiwów ukraińskich, jak również wybór w opracowaniu Tomasza Sommera ""Rozstrzelać Polaków". Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim w latach 1937-1938. Dokumenty z Centrali" (2010).

Ostatnio przegląd interpretacji tej wielkiej zbrodni przedstawiono w dwumiesięczniku "Arcana" (nr 106-107: 4-5/2012), zbierając przy okazji jej 75. rocznicy wypowiedzi wszystkich poważnych badaczy tego zagadnienia: Nikity Pietrowa, Hiroaki Kuromiyi, Krzysztofa Jasiewicza, Marka Jana Chodakiewicza, Bogdana Musiała, Tomasza Sommera, Jerzego Bednarka, Jana Jacka Bruskiego, Marka Kornata, Henryka Głębockiego. Oni właśnie mówią najdobitniej, dlaczego nie można o tej zbrodni zapomnieć.

Profesor Marek Kornat wskazuje, iż zbrodnia ta spełnia bezdyskusyjnie definicję ludobójstwa przyjętą przez Konwencję ONZ w grudniu 1948 r., mówiącą o "niszczeniu grup narodowych, etnicznych, rasowych i religijnych". Stwierdza także, iż historia tej bezprecedensowej zbrodni powinna być przyjęta do wiadomości przez historyków polskiej polityki zagranicznej okresu międzywojennego: eksterminacja polskiej grupy narodowej w ZSRS pokazuje, że "możliwości pokojowej egzystencji Polski z państwem Sowietów w zasadzie nie istniały (...) kierownictwo stalinowskie postrzegało Polskę jako wroga, z którym nie może być zbliżenia".

Tomasz Sommer i Henryk Głębocki podkreślają, że trzeba się upominać o pamięć tej zbrodni w imię prawdy historycznej o czasach Wielkiego Terroru. Pojęcie to, łączone z latami 1937-1938, obecne we wszystkich podręcznikach do historii (także polskich) XX wieku, ograniczane jest najczęściej do rozprawy Stalina ze starymi kadrami "leninowskimi" i wierchuszką Armii Czerwonej.

Dzisiejsza propaganda historyczna w Rosji, bezkrytycznie przyjmowana przez dominującą część mediów w Polsce, przedstawia Wielki Terror, Wielką Czystkę jako wewnętrzną tragedię Rosjan, "domowy konflikt", o którym mają prawo mówić tylko Rosjanie.

Tymczasem według danych NKWD, wśród 681 tys. rozstrzelanych w latach 1937-1938 ofiary tzw. operacji narodowościowych to 247 tysięcy osób (na czele z Polakami), a ponad 350 tysięcy - "kułacy" (niekoniecznie Rosjanie, wśród nich było także bardzo wielu Polaków, na pewno natomiast nie było w tej kategorii komunistów). Polskie ofiary, tak liczne w tej straszliwej zbrodni, pozostają "nieme". Nie możemy im oddać głosu, ale możemy, musimy przywrócić pamięć o nich. Nie możemy dopuścić do ich rozpuszczenia w fałszywym obrazie Wielkiej Czystki, w której pamięta się tylko o Bucharinie, Zinowiewie, Tuchaczewskim...

Alternatywny przekaz pamięci

Marek Jan Chodakiewicz i Nikita Pietrow zwracają uwagę na inny, nie mniej ważny aspekt tej pamięci. "Pamiętając ofiary, czcimy je, a potępiamy katów. Przekazując historię o ofiarach, pomagamy innym dojść z sobą do ładu. Chodzi głównie o post-Sowietów, większość z nich to spadkobiercy ofiar komuny, ale sami o tym nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć. (...)

Podnosząc dzieje eksterminacji Polaków w ZSRS, tworzymy alternatywny wobec oficjalnego (putinowskiego) paradygmatu pamiętania ofiar. Ten drugi opiera się na rusyfikacji i prawosławizacji ofiar". Warto o tych słowach profesora Chodakiewicza pamiętać, kiedy obserwujemy, jak nad Katyniem zaczyna dominować prawosławna cerkiew...

Ale warto także usłyszeć głos uczciwej, dążącej do prawdy Rosji, jaką reprezentuje Nikita Pietrow, który z ubolewaniem stwierdza, że obecne "rosyjskie władze występują w roli ukrywających przestępstwa stalinowskie". Jeśli chcemy pomóc uczciwej Rosji, tej, która chce dojść do ładu sama z sobą - musimy przypominać o ukrywanych, relatywizowanych, a nawet usprawiedliwianych zbrodniach sowieckiego imperium - tak na Rosjanach, jak i na "inorodcach".

Profesor Krzysztof Jasiewicz ujmuje istotę naszego obowiązku inaczej: "Powinniśmy przywrócić z niebytu nazwiska Ofiar i ich groby oraz zapewnić im godne miejsce na pomnikach, w nazwach ulic, w formie specjalnego muzeum itp. Nie powinniśmy zgadzać się na wspólne cmentarze wraz z innymi nacjami, bo to służy na obszarze postsowieckim do rozmydlania zbrodni i obniżania jej rangi. Kaci i ich pomocnicy winni być znani. Polska musi upominać się o Polaków pod każdą szerokością geograficzną".

Henryk Głębocki podsumowuje wszystkie motywy pamięci o zbrodni, której 75. rocznicę właśnie powinniśmy obchodzić. To nasz obowiązek - wyrzut sumienia, także dlatego, że nawet dla potomków deportowanych do Kazachstanu rodzin ofiar "operacji polskiej" nie udało się stworzyć szerszego programu pomocy. Musimy wiedzę o tej zbrodni utrwalić i rozpowszechnić, dzieląc się nią z innymi - "tak na Zachodzie, jak i dawnej "nieludzkiej ziemi" - właśnie po to, żeby stała się bardziej ludzka".

Od siebie dodam ten jeszcze postulat i pytanie, które już od wielu miesięcy powtarzam: Musimy wprowadzić tę trudną pamięć do polskich szkół, do polskich rozmów, do polskich modlitw. Jeśli nie zrobimy tego, trudno będzie od nas - jako politycznej wspólnoty - wymagać szacunku dla innych ofiar.

Prof. Andrzej Nowak, historyk, sowietolog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim

http://www.naszdziennik.pl/mysl/7089,ho ... -zsrs.html


Rozkaz numer 00485 - zachowajmy pamięć o największej zbrodni na Polakach


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 11 sie 2012, 07:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zagłada polskiej wsi Białystok

Sobota, 11 sierpnia 2012 (07:05) W latach 1937-1938 NKWD zamordowało niemal wszystkich mężczyzn w polskiej wsi Białystok na Syberii. Uznano ich za "wrogów ludu" i "polskich powstańców" lub "szpiegów".

Narazili się już w okresie przymusowej kolektywizacji, broniąc się przez długie pięć lat przed projektem zamiany ich wsi w kołchoz. Sowiecka włast´ im to zapamiętała. Kiedy przyszedł Wielki Terror i rozglądano się na wszystkie strony za "wrogami", miejscowe NKWD uznało Białystok za miejsce, gdzie można w części zrealizować plan zbrodni przygotowany dla obwodu Tomska.

Wieś była biedna, liczyła około 500 mieszkańców i nie miała żadnych kontaktów z odległą Polską, bo to przecież daleka Syberia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liczył się plan i liczba trupów.

"Dobrowolcy"

Wieś Białystok (tak nazywana od roku 1914) w obwodzie tobolskim była nietypowa, jeśli chodzi o polskie wyobrażenia o Sybirze. Na ogół uważamy, że wszyscy Polacy, którzy się tam znaleźli, to ofiary represji rosyjskich, potem sowieckich.

Tymczasem wielu Polaków osiadło na Syberii dobrowolnie. Kiedy nasi ubodzy rodacy z Galicji i z zaboru pruskiego wyjeżdżali pod koniec XIX wieku za chlebem do Ameryki, Kanady czy Nowej Zelandii, na obszarze imperiów carów podobną rolę "ziemi obiecanej" pełniła Syberia.

Rządowi rosyjskiemu Piotra Stołypina zależało na reformie rolnej i zagospodarowaniu olbrzymich obszarów Syberii. Namawiano ubogich mieszkańców zachodnich guberni Rosji do kolonizowania Syberii przez system ulg i zachęt - począwszy od przewozu dobytku i zwolnień z podatków państwowych, skończywszy na przydziale sybirskiej ziemi pod osiedlenie. W taki sposób powstała w roku 1898 sybirska osada nazwana później Białymstokiem na pamiątkę miasta stron rodzinnych większości osiedleńców.

Osada się rozrastała i krzepła z roku na rok. Osiedleńcy od początku myśleli o kościele. Mimo wielkiej biedy w pierwszych latach ogromnym wysiłkiem wznieśli świątynię. To z kolei przyspieszyło rozbudowę wsi, bo Polacy z dala od stron rodzinnych zawsze szukali kościoła, możliwości wspólnej modlitwy, nade wszystko ochrzczenia dzieci i wychowania ich po katolicku. To pragnienie było tak silne, że jeden z pierwszych osadników Aleksander Jocz, gdy urodziła mu się Maria Magdalena, sprzedał krowę i rzeką Ob popłynął do Tomska, żeby ochrzcić córeczkę. Od roku 1908 Białystok miał swój kościółek.

Diabeł machnął ogonem

Nieszczęścia nadeszły wraz z rewoltą bolszewicką w Rosji. Bolszewizm zainstalował się na dobre na Syberii w roku 1920. W roku 1923 bolszewicy wygnali z Białegostoku proboszcza ks. Mikołaja Michasionka i zaczęli agitację antykatolicką. Wkrótce zamknęli też kościół, co było dla ludzi prawdziwym nieszczęściem i zapowiedzią jeszcze większych dramatów w kolejnych latach.

Do ściągnięcia dzwonu na ziemię za pomocą sznura bolszewicy użyli dzieci ze szkoły. To miała być "lekcja wychowawcza". Dzwon upadł na ziemię z głuchym jękiem, jakby sam Pan Bóg zapłakał, i rozbił się. To był zły znak. Potem łotry sprofanowały krzyż. Ostateczne rozgrabienie kościoła, zamienienie go na spichlerz na zboże, następnie na wiejski klub, nastąpiło później.

Potem przyszła przymusowa kolektywizacja. Dla ludzi wyrosłych z wielkiej biedy, spragnionych własnej ziemi i chudoby, kołchozy były przekleństwem. Białostocczanie opierali się kolektywizacji aż do roku 1935. Ponieważ agitacja i straszenie nie pomagały, do wsi przyjechało NKWD. Aresztowali 17 chłopów, oskarżyli o agitację antysowiecką i plany zabicia aktywistów partyjnych. Ośmiu postawiono przed sowieckim "sądem" i skazano na łagry. Tylko trzech wróciło do swoich, pozostali przepadli. Wkrótce w Białymstoku powstał kołchoz Czerwony Sztandar... Najgorsze jednak dopiero miało przyjść.

Wielki Terror

Zaledwie dwa dni po złowieszczym rozkazie Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, rozpoczynającego Operację Polską w całych Sowietach, 13 sierpnia 1937 roku do Białegostoku przybyło NKWD i aresztowało kilkunastu mężczyzn, wśród nich kierownika szkoły Piotra Czerwonego i weterynarza Feliksa Michnię. Enkawudziści powiedzieli, że to polscy kontrrewolucjoniści, członkowie POW, przygotowujący się do powstania przeciwko sowieckiej własti...

Zarzuty wobec weterynarza znane są Polakom nie tylko z Syberii i nie tylko ze Związku Sowieckiego. Miał to być, według NKWD, groźny sabotażysta, który świadomie rozprzestrzeniał chorobę kołchozowych koni i zarazę u świń...

Pod koniec lat 40. w Polsce UB oskarżył inżyniera Zielke, zarządcę majątku rolnego na Powiślu, o sabotaż. Podobno specjalnie źle zakopcował kartofle, żeby gniły, i osłabiał w ten sposób "nową rzeczywistość". Dostał za to karę śmierci! Podobnych przypadków było wtedy więcej. Nie do końca zdajemy sobie sprawę, że "polski" UB był delegaturą NKWD i przejął diabelskie metody wprost z Sowietów. Inżynier Zielke zginął oczywiście nie za kopce ziemniaczane, tylko za współpracę ze szwadronem mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".

Metody "śledztwa" NKWD w sprawie aresztowanych białostocczan musiały być bardzo przekonujące, skoro niewinny weterynarz podpisał się pod napisanym mu zeznaniem, że właśnie szykował otrucie wszystkich koni kołchozowych, a kierownik szkoły przyznał się, że należał do POW i że wciągnął go do tej organizacji ks. Żukowski.

Mechanizm zawsze ten sam: jeśli jest ksiądz w pobliżu, trzeba go wciągnąć do sprawy jako "prowodyra". Takie i podobne szablony sowieckie obowiązywały w Polsce "ludowej" przez całe lata. W przypadku propagandy (np. antykościelnej) obowiązują w niektórych "mediach", zwłaszcza elektronicznych, do dziś...

Oskarżony Feliks Jocz miał rzekomo podpalić chlew kołchozowy. Tak napisano i on się pod tym musiał podpisać, mimo że w białostockim kołchozie chlewa nie było...

18 października 1937 roku dziewięciu aresztowanych białostocczan zostało skazanych na karę śmierci i wkrótce zamordowano ich w nieznanym miejscu. Włast´ sowiecka "rehabilitowała" ich w 1958 roku...

Trudno powstrzymać się przed refleksją, że sowieckie "rehabilitacje" wiele lat po dokonanych zbrodniach noszą znamiona zwykłej manipulacji ludźmi, a nie aktu sprawiedliwości. Dzieci białostocczan czekały na "rehabilitację" ojców przez 20 lat i więcej od dokonanych zbrodni, przez 7-10 lat od śmierci Stalina, przez kilka lat od referatu Chruszczowa potępiającego "kult jednostki".

A sam Chruszczow "odnowiciel" był w czasach Wielkiego Terroru członkiem Komitetu Centralnego WKP(b), w roku 1939 organizatorem represji na kresowych Polakach i ich sowietyzacji. Systemowi sowieckiemu potrzebne były "odwilże" i "rehabilitacje", by skuteczniej mamić ludzi.

Kolejne tygodnie i miesiące przynosiły ludziom z Białegostoku nowe tragedie rodzinne. Zbrodniarze z NKWD przyjeżdżali tu jeszcze wielokrotnie i scenariusz zawsze był ten sam: aresztowanie, zmyślanie zeznań o POW, całkowite nieliczenie się z jakimikolwiek realiami w tych "zeznaniach", bo bici okrutnie ludzie i tak musieli się pod wszystkim podpisać.

Requiescant in pace

Na początku lat 90. Wasyl Haniewicz - urodzony w syberyjskim Białymstoku w roku 1956, przewodniczący stowarzyszenia "Orzeł Biały" w Tomsku i członek stowarzyszenia Memoriał, wydał książkę "Białostocka tragedia". W roku 2008 - po przetłumaczeniu na język polski przez Adama Hlebowicza - wydało ją Bernardinum - wydawnictwo diecezji pelplińskiej.

Wasyl Haniewicz napisał, że ta książka jest "wyznaniem miłości do Polski i opowieścią o licznych prześladowaniach właśnie za tę miłość do Ojczyzny. To opisanie Polaków, którzy zrządzeniem losu znaleźli się daleko od swojego kraju, jednak nigdy o nim nie zapomnieli".

Haniewicz zamieszcza w swojej książce listę Polaków z Białegostoku - osób z jego rodziny, sąsiadów, bliskich, osób znanych we wsi i szanowanych przez współmieszkańców - "osądzonych" przez zbrodnicze "trojki", głównie za rzekomą przynależność do POW, i zamordowanych wkrótce po tych "wyrokach". Oto niektóre nazwiska z tej listy.

Antoni Artisz, lat 22, "osądzony" i zamordowany w nieznanym miejscu w 1937; Bolesław Artisz, lat 31, zamordowany w maju 1938; Jan Artisz, lat 33, i Józef Artisz, lat 35, zamordowani w maju 1938; Adam Arytmowicz, lat 26, zamordowany w maju 1938; Paweł Bach, lat 34, zamordowany w czerwcu 1938; Stanisław Bach, lat 38, zamordowany w maju 1938; Aleksy Bek, lat 54, nauczyciel rodem z Warszawy, zamordowany w styczniu 1938; Antoni Bielawski, lat 26, zamordowany w maju 1938; Wasyl Bielawski, lat 30, zamordowany w lutym 1938; Paweł Borysowiec, lat 26, zamordowany jako jeden z pierwszych w sierpniu 1938; Wincenty Bujewicz, lat 36, zamordowany w maju 1938; Włodzimierz Burzemowski, lat 32, zamordowany w sierpniu 1938; ks. Hieronim Cerpento, lat 60, zamordowany w styczniu 1938; Konstanty Chwalko, nauczyciel, lat 39, zamordowany w listopadzie 1937; Piotr Czerwony, lat 32, kierownik białostockiej szkoły, zamordowany w październiku 1937; Hipolit Haniewicz, lat 52, Kosma Haniewicz, lat 46, Wasyl Haniewicz, lat 31, zamordowani w maju 1938. I wielu, wielu innych - tylko z jednej, niedużej wsi.

"Na zawsze zapamiętałem - pisze Wasyl Haniewicz - słowa wydrapane na ścianie celi więziennej przez jednego z Polaków, tuż przed rozstrzelaniem: "Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, ale najtrudniej - cierpieć i za nią umierać""...

Piotr Szubarczyk, Oddział IPN Gdańsk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/7090,za ... ystok.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 18 sie 2012, 07:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Ziemia oddaje kolejne szczątki

"Rotmistrzu, larum grają", "Rodakom zamordowanym przez komunistów kibice Lecha Poznań" - można przeczytać na szarfach pozostawionych przez odwiedzających kwaterę "Ł" na Powązkach Wojskowych, gdzie od kilku tygodni trwają prace ekshumacyjne. Rodziny ofiar i mieszkańcy stolicy stawiają tutaj znicze i kwiaty.

Po rodzinach ofiar komunistycznych represji, mieszkańcach stolicy czy kibicach na kwaterę na Łączce, gdzie trwają prace ekshumacyjne, przyjechał prezydent Bronisław Komorowski. Zapewnił, że prace poszukiwawcze miejsc pochówków ofiar zbrodni komunistycznych muszą zostać zakończone. Złożył też wiązankę kwiatów pod pomnikiem upamiętniającym ofiary stalinowskiej bezpieki.

- Udało się odnaleźć szczątki zamordowanych polskich patriotów - podkreślił w rozmowie z dziennikarzami.

- Czujemy pewien niedosyt, że dopiero teraz - ubolewał. - To będzie bardzo trudny proces, ale muszą być zakończone poszukiwania ofiar zbrodni komunistycznych - oświadczył Komorowski.

Na wsparcie głowy państwa liczą instytucje, które prowadzą te prace - Instytut Pamięci Narodowej i Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. IPN zabiegał o wizytę prezydenta na powązkowskiej Łączce.

- To była wspólna inicjatywa IPN i Kancelarii Prezydenta - przyznaje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prezes Instytutu dr Łukasz Kamiński.

Dodaje, że prezydent już odwiedzał w tym roku więzienie na Mokotowie, owiane niesławą w okresie stalinowskim. Jednak mimo że doszło już do ekshumacji na wrocławskich Osobowicach, badań kilku potencjalnych miejsc pochówków i rozpoczęcia wreszcie prac na Powązkach, współpraca z urzędami, które wydają konieczne zgody i zezwolenia, nie jest satysfakcjonująca.

Badacze nie chcą tego otwarcie przyznawać, ale procedury są długotrwałe, pojawiają się różne trudności i problemy, jak np. z uzyskaniem pozwoleń na usunięcie kilku drzew.

W pierwszym etapie prac na Powązkach badany jest niewielki fragment. Konieczne są dalsze prace odkrywkowe, ale jamy grobowe ze szczątkami mieszczą się pod alejkami cmentarnymi i pod pomnikiem, którego przesunięcie jest konieczne. Na to wszystko potrzebne są kolejne zezwolenia administracji cmentarza wojskowego.

- To nie jest niestety takie proste, są problemy prawne - mówi ogólnie dr Andrzej Kunert, sekretarz ROPWiM, o pracach ekipy specjalistów, w której zawierają się nie tylko ekshumacje, ale także badania identyfikacyjne.

Dlatego też ważne jest wsparcie najwyższych polskich władz. Prezydent zwrócił uwagę, że w Polsce nie ma muzeum przypominającego zbrodnie powojennego terroru komunistycznego.

- I jeszcze raz chciałbym powiedzieć, że będę usilnie starał się o to, aby w wyniku współdziałania z panem ministrem Gowinem i z całym rządem, z władzami m.st. Warszawy takie miejsce powstało. To może być albo więzienie na Rakowieckiej, gdzie ci ludzie byli rozstrzeliwani, zabijani, wieszani, albo kazamaty pod Ministerstwem Sprawiedliwości, gdzie kiedyś był Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, a więc miejsce przesłuchań, a prawdopodobnie także i zabójstw, męki tych ludzi - mówił Komorowski.

Prace na Łączce potrwają do końca sierpnia, ale już pod koniec przyszłego tygodnia badacze planują przekopanie miejsc, gdzie mogą być pochówki.

- Do tej pory udało się wydobyć z ziemi szczątki 74 osób, w tym prawdopodobnie dwóch kobiet - powiedział historyk dr hab. Krzysztof Szwagrzyk z IPN.

Pierwsze informacje dotyczące identyfikacji szczątków mają być znane - jego zdaniem - w ciągu najbliższych kilku tygodni. Materiał genetyczny potrzebny do identyfikacji pobrano od 90 krewnych ofiar stalinowskich represji.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zatki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 21 sie 2012, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Ścieżka katyńska dla obławy

Zaraz po rozstrzygnięciu przez Trybunał w Strasburgu sprawy katyńskiej Związek Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej skieruje do rosyjskiej głównej prokuratury wojskowej wnioski o rehabilitację jej ofiar. Związek będzie też wnosił o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w sprawie zbrodni NKWD. Zamierza wykorzystać w tym celu szczegółowe argumenty orzeczenia ETPC.

Rodziny ofiar obławy augustowskiej przygotowują wnioski do Rosji we współpracy z mec. Ireneuszem Kamińskim, pełnomocnikiem rodzin katyńskich.

Adwokat w przesłanym kilka dni temu liście radzi im poczekać jeszcze z kierowaniem wniosków do Rosji: "Prosiłbym o poczekanie z uruchomieniem wniosków na decyzję Wielkiej Izby (Europejskiego Trybunału Praw Człowieka), w sprawie ponownego rozpoznania skargi katyńskiej. Co będzie miało miejsce we wrześniu, najpóźniej na początku października".

Mecenas podkreśla w liście do rodzin, że po tej decyzji "będziemy wiedzieli, jakie szczegółowe argumenty należy wykorzystać".

Kamiński zachęca Związek, aby do czasu ogłoszenia przez ETPC decyzji w sprawie skargi katyńskiej rodziny ofiar obławy podjęły czynności wstępne związane z kierowaniem wniosków do Rosji.

Wymienia je w liście. "Przed podjęciem postępowań, za pośrednictwem rosyjskiego adwokata, konieczne będzie przygotowanie dla niego pełnomocnictw przez wybraną grupę rodzin ofiar. Pełnomocnictwa te trzeba będzie następnie legalizować na potrzeby Rosji, jako innego kraju" - wskazuje mecenas.

Kamiński wskazuje również, że oprócz przygotowanego wstępnie przez rodziny ofiar obławy wniosku do Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej o rehabilitację osób zamordowanych podczas tej zbrodniczej akcji (zginęło od 592 do nawet 2000 osób, głównie żołnierzy AK), potrzebne będzie sformułowanie także drugiego wniosku do tej samej instytucji.

"Uważam, że konieczne jest złożenie wniosku o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w sprawie obławy augustowskiej. Tu właściwym podmiotem byłaby również Główna Prokuratura Wojskowa Federacji Rosyjskiej. W toku postępowania wyjaśniającego przysługiwałby państwu status pokrzywdzonych" - pisze adwokat.

"Takie dwa wnioski prawne powtarzałby schemat prawny z postępowań katyńskich" - zaznacza dalej. Kamiński mówi też, że wnioski słane do Rosji powinny być jak najlepiej przygotowane pod względem prawnym i wysłane w odpowiednim czasie, aby strona rosyjska nie miała powodu, żeby zarzucić im jakieś niedomogi i przeciągać sprawę w "nieskończoność".

W lutym tego roku stowarzyszenie Memoriał przesłało do Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej, podobny do tego przygotowywanego przez rodziny ofiar obławy, wniosek o rehabilitację 14 osób, m.in. ojca i dwóch sióstr księdza prałata Stanisława Wysockiego, prezesa ZPOOA i S.N. Krupińskiego, pseudonim "Grom", którego Smiersz uznał za najważniejszą osobę aresztowaną podczas obławy. Jednak w czerwcu tego roku Memoriał otrzymał odpowiedź, że wojskowi śledczy nie mogą rehabilitować 14 wskazanych we wniosku ofiar obławy, bo nie ma teczek ich spraw.

Członkowie Memoriału są jednak pewni, że w archiwum FSB znajduje się 575 teczek ofiar obławy, dlatego ponownie wysłali wniosek, tym razem do Generalnego Prokuratora Rosji, o rehabilitację 592 osób (jedna z liczb zamordowanych, podana w odtajnionym szyfrogramie gen. Abakumowa).

Swoją drogą, po odmowie rehabilitacji 14 ofiar obławy augustowskiej z pierwszego wniosku, Memoriał zapowiedział, że odwoła się do sądu, bo rosyjskie prawo nakazuje rehabilitację osób w przypadku, gdy postępowanie zostało rozpoczęte, a podczas niego nie udowodniono przestępstwa.

Adam Białous, Białystok

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... blawy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 10 wrz 2012, 12:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/index.php?option=co ... 7:rocznica

Zbrodnia Wehrmachtu w Ciepielowie
Niedziela, 09. Wrzesień 2012 07:45

Obrazek

Podczas ataku na Polskę niemieccy żołnierze Wehrmachtu, wbrew obowiązującemu prawu międzynarodowemu, zabili pod Ciepielowem 300 polskich jeńców wojennych z 74. Pułku Piechoty. Była to jedna z największych udokumentowanych egzekucji podczas agresji Niemiec na Polskę w 1939 r.

Wydarzenie miało miejsce 9 września 1939 r. w lesie pod Dąbrową, w gminie Ciepielów, położonej na południu województwa mazowieckiego, obok szosy przebiegającej od miejscowości Lipsko do Ciepielowa.

Zbrodnia została odkryta i udowodniona na podstawie anonimowego maszynopisu niemieckiego przekazanego Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie w 1950 r., za pośrednictwem polskiego konsulatu w Monachium. Przekazane dokumenty zawierały 5 zdjęć przedstawiających egzekucję polskich żołnierzy pod Ciepielowem we wrześniu 1939 r.

Dołączony tekst stanowił najprawdopodobniej część pamiętnika lub dziennika sporządzonego przez żołnierza niemieckiego. We fragmencie tym, zatytułowanym „Unser Gefecht in Polen” („Nasza potyczka w Polsce”), opisywał on przebieg egzekucji pod Ciepielowem. Relacjonował w nim m.in., że wziętym do niewoli Polakom kazano zdjąć bluzy mundurowe – co miało ich upodobnić do partyzantów – oraz obcięto szelki, po czym rozstrzelano przy użyciu broni maszynowej, a ciała porzucono w przydrożnym rowie.

Z ustaleń wiadomo, że zbrodni dokonała 11. kompania 15. Pułku Piechoty Zmotoryzowanej. Ofiarami byli polscy żołnierze z 74. Pułku Piechoty. Najprawdopodobniej była to zemsta za opór stawiany przez nich przed dostaniem się do niewoli.

Major Pelc dowodzący polskim oddziałem zginął zaraz na początku potyczki, jego zastępca, kapitan Cyruliński popełnił samobójstwo, widząc rzeź. Ciała żołnierzy pochowano w lesie. W późniejszym okresie część ciał ekshumowano i przeniesiono na cmentarz parafialny w Ciepielowie.

Większość współczesnych publikacji, także niemieckich, zbrodnię w Ciepielowie uznaje za fakt historyczny pomimo skąpego materiału źródłowego.

Pojawiają się też głosy krytyczne twierdzące, iż zbrodnia stanowiła element peerelowskiej propagandy, wymyślony dopiero w latach 50. Miałyby o tym świadczyć nieścisłości w anonimowym maszynopisie, brak wzmianek o wydarzeniu przed 1950 rokiem oraz brak relacji polskich świadków.

Zbrodnię dokonaną na polskich żołnierzach upamiętniają pomniki znajdujące się przy drodze krajowej na trasie Ciepielów – Lipsko.

Paweł Brojek

Źródła:
Jochen Böhler, Najazd 1939. Niemcy przeciw Polsce, Znak, 2011
Janusz Ryt, Mord pod Ciepielowem w relacjach i dokumentach, nakładem własnym autora, 2009


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 13 wrz 2012, 06:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Czerwona mapa Pragi

IPN skrupulatnie dokumentuje miejsca kaźni polskich patriotów. W wielu przypadkach ta dokumentacja pozostaje jedynym po nich śladem.

Do warszawskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej już jakiś czas temu zgłosili się mieszkańcy Pragi z prośbą o wsparcie działań mających na celu ocalenie od zapomnienia i godne upamiętnienie wydarzeń historycznych oraz miejsc męczeństwa Polaków na Pradze po wkroczeniu tam w roku 1944 Armii Czerwonej.

Równocześnie od pięciu lat, w ramach projektu badawczego "Śladami zbrodni", historycy IPN odkrywają i dokumentują miejsca, w których na terenie Polski miały swoje siedziby - w tym areszty, miejsca przesłuchań - Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, NKWD, a także Smiersz - owiana złą sławą jednostka sowieckiego kontrwywiadu wojskowego. Część z nich była tajna.

- W ciągu ostatnich sześciu lat pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej w jego wszystkich oddziałach wykonali dokumentację fotograficzną i zidentyfikowali 550 tego typu obiektów. Rezultat ich pracy zostanie przedstawiony w specjalnym albumie, który, mam nadzieję, ukaże się jeszcze przed końcem tego roku - ujawnia dr Tomasz Łabuszewski.

IPN zaprezentuje te najważniejsze i najlepiej zachowane miejsca. Część z nich znajduje się na warszawskiej Pradze. Niedaleko niechcianego pomnika wystawionego przez władze komunistyczne jako dowód "braterstwa" z Armią Czerwoną znajdują się gmachy, w których przetrzymywano, często brutalnie przesłuchiwano i mordowano żołnierzy Polski podziemnej i antykomunistycznego ruchu oporu.

O ile niechciany pomnik "czterech śpiących", który przez dekady straszył w samym centrum Pragi obok Dworca Wileńskiego, jest odrestaurowywany za pieniądze warszawiaków i niedługo ma powrócić w tę okolicę, o tyle miejsca kaźni polskich patriotów praktycznie nie są znane opinii publicznej i nie istnieją w świadomości mieszkańców stolicy. Zachodzi również obawa, że niektóre z nich zostaną bezpowrotnie utracone. Dokumentacja dokonana przez pracowników Instytutu pozostaje w wielu przypadkach jedynym śladem tego, co zachowało się do naszych czasów. - W wielu przypadkach obiekty te po wykonaniu dokumentacji zostały wyremontowane i śladu po tych pamiątkach już nie ma - ubolewa dr Łabuszewski.

Tu powinna być tablica

Wiele z nich niestety po dziś dzień nie zostało dotąd uhonorowanych nawet tablicami enumeratywnymi, choć takie mają dzisiaj słynna siedziba stołecznej bezpieki na Cyryla i Metodego 4, a także była siedziba Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Sierakowskiego 7. W miejscu, gdzie znajdowało się więzienie karno-śledcze - tzw. Toledo, również postawiono upamiętnienie. Jednak jak przyznaje historyk IPN, uznanie tych miejsc, związanych z martyrologią społeczeństwa polskiego poddanego represjom komunistycznym, dość ciężko przebijało się i przebija do różnego rodzaju instytucji rządowych i samorządowych.

- W moim mniemaniu obiekty te są po prostu miejscami pamięci narodowej - mówi historyk. O które miejsca chodzi? Na murach warszawskiego liceum Władysława IV na rogu ul. Jagiellońskiej i Solidarności nie ma do dziś żadnej tablicy informującej o tym, że w budynku tym mieścił się sowiecki Trybunał Wojenny, a w jego piwnicach znajdowały się cele aresztu. Do dziś nie wiadomo, czy na dziedzińcu nie znajdują się szczątki ofiar. Takiej tablicy nie ma także na budynku byłej Dyrekcji Generalnej PKP obok Dworca Wileńskiego - dokładnie na wprost, gdzie stał pomnik sowieckiego okupanta, choć znajdowała się tam pierwsza siedziba warszawskiego Urzędu Bezpieczeństwa, zanim została przeniesiona na ul. Cyryla i Metodego.

Katownia na Strzeleckiej

Na ul. Strzeleckiej 8 również nie ma informacji o tym, że była to kwatera Smiersza kierowanego przez gen. Iwana Sierowa, a jednocześnie kwatera główna NKWD na Polskę. Tymczasem jak podkreśla Tomasz Łabuszewski, miejsce to jest świadkiem represji o skali porównywalnej tylko i wyłącznie z osławioną siedzibą gestapo przy al. Szucha. Podziemia tego budynku kryją mroczne, wilgotne cele, w których rozgrywały się przerażające sceny. Na parterze znajdowały się pokoje przesłuchań, a na piętrach - stołówka i kwatery śledczych, strażników i oficerów NKWD. Właśnie w tym miejscu przesłuchiwano więźniów, bito ich metalowymi prętami, przypalano papierosami, wybijano zęby i polewano lodowatą wodą. - To obiekt unikatowy w skali ogólnopolskiej i powinien być w sposób ewidentny zachowany wraz ze zorganizowaną tam izbą pamięci narodowej - podkreśla historyk.

Już w 1944 roku Sowieci wyrzucili z kamienicy jej mieszkańców. W ich miejsce wprowadzili się funkcjonariusze NKWD. Prowadzili przesłuchania żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego. Trafiali tu schwytani w trakcie działań operacyjnych tzw. grupy warszawskiej płk. Pawła Michajłowa najważniejsi zatrzymani z terenu tzw. Polski lubelskiej. Byli przesłuchiwani, selekcjonowani i wysyłani m.in. do obozu koncentracyjnego NKWD w Rembertowie.

Tymczasem budynek przy ul. Strzeleckiej 8 nadal nie jest chroniony prawnie, a prywatny deweloper, który nabył nieruchomość, chce go zaadaptować na apartamentowiec. Włącznie z wykorzystaniem znajdujących się w nim piwnic jako lokali użytkowych. Na razie prowadzone są w tej sprawie negocjacje z firmą. Osoby zatroskane losem tego miejsca liczą na to, że robotnicy go nie zniszczą. - 1 marca, w Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych, składane są tam kwiaty i palone znicze. Dość szybko ktoś je stamtąd zabiera. Obok w blokach mieszkają po prostu osoby, które pracowały w strukturach bezpieczeństwa komunistycznego państwa. To dawne bloki milicyjne - relacjonuje Paweł Lisiecki, radny Prawa i Sprawiedliwości.

Zacieranie śladów

Ale na tym nie koniec. Na ul. 11 Listopada 68 istnieją jeszcze budynki Wojskowego Trybunału Wojennego w tzw. kordegardzie u zbiegu 11 Listopada i ul. Szwedzkiej, a także pod numerem 66, gdzie znajdował się podręczny areszt. Ten ostatni jest dziś przeznaczony do rozbiórki. Ofiary Trybunału rozstrzeliwano w nieistniejącym dziś małym pomieszczeniu znajdującym się na terenie tej posesji. Grzebano je albo na podwórku, albo na terenie dawnego cmentarza cholerycznego przy nasypie kolejowym. Jak wspominał Hubert Kossowski ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, do lat 70. przy nasypie znajdował się drewniany krzyż. Jednak dla zatarcia śladów działacze z KC PZPR zlecili postawienie w jego miejsce pomniczka upamiętniającego rozstrzelanie w tym samym miejscu 27 Polaków przez Niemców.

- Kamienica się rozpada. Prawdopodobnie niedługo jej nie będzie. Budynki te nie są upamiętnione, gdy tymczasem miejsc zajmowanych przez różne agendy sowieckie na Pradze jest więcej, m.in. przy ul. Kawęczyńskiej, Grochowskiej, Zamoyskiego, Targowej, Tykocińskiej czy Otwockiej. Stacjonowały w nich szykujące się do ofensywy z 1945 r. jednostki Armii Czerwonej, przez kilka miesięcy prowadziły także działalność represyjną wobec Polaków. Co więcej, nie wiadomo dokładnie, w ilu z tych miejsc mogą po dziś dzień znajdować się szczątki zamordowanych w nich ludzi.

Pod osłoną nocy?

Tym bardziej razi fakt, że już niedługo miasto na nowo postawi pomnik "czterech śpiących". Radny Paweł Lisiecki do dziś nie otrzymał konkretnej odpowiedzi na pytanie, kiedy władze Warszawy planują jego ponowne postawienie, a także wyjaśnień, ile kosztowała jego renowacja.

- Pani prezydent odesłała mnie po odpowiedź do Zarządu Dróg Miejskich, ale ten jak dotąd nie odpowiedział na moje zapytanie. Wiadomo, że wylano już fundamenty, figury są już oczyszczone, więc miasto jest powoli przygotowane do ponownego postawienia tego niechcianego monumentu - relacjonuje radny PiS.

Obawia się, że władze stolicy, widząc coraz większy opór mieszkańców, w tym lokatorów okolicznych wspólnot mieszkaniowych, całą akcję przeprowadzą po cichu. Na razie komitet w składzie: prof. Jan Żaryn, Hubert Kossowski (członek Światowego Związku Żołnierzy AK), Krzysztof Jop (Wspólnota Mieszkaniowa Targowa 81), Stanisław Jop (Wspólnota Mieszkaniowa Targowa 81), Janina Łukasiewicz (Zarząd Wspólnoty Mieszkaniowej Targowa 81), zbiera podpisy pod projektem uchwały, która ma sankcjonować usunięcie pomnika Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni z placu Wileńskiego w Warszawie. Potrzeba do tego 15 tys. podpisów zameldowanych mieszkańców Warszawy.

Dzisiaj o godz. 18.00 w bazylice katedralnej św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika przy ul. Floriańskiej 3 w Warszawie zostanie odprawiona uroczysta Msza Święta w intencji osób zamordowanych i zadręczonych przez NKWD i UB w katowniach praskich w latach 1944-1954. Wcześniej, o godz. 17.00, w podziemiach katedry dr Tomasz Łabuszewski zaprezentuje historię represji komunistycznych na Pradze w latach 1944-1954. Przedstawi bogato ilustrowaną dokumentację fotograficzną. Prezentacji towarzyszyć będzie koncert piosenek żołnierzy wyklętych. Natomiast po Eucharystii w miejscach, gdzie znajdowały się katownie NKWD i UB, zostaną złożone kwiaty.

Budynek przy ul. Strzeleckiej 8 odwiedzi ks. bp Józef Guzdek, ordynariusz polowy Wojska Polskiego. W uroczystościach wezmą udział m.in.: grupa historyczna "Zgrupowanie Radosław", przedstawiciele środowisk kombatanckich, harcerze, młodzież oraz mieszkańcy Warszawy. W organizację uroczystości włączyło się Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN w Warszawie.
--------------------------------------------------------------------------------

"Przesłuchania odbywały się na Strzeleckiej nocą, nastawiano wtedy kilka radioodbiorników radiowych na głośną muzykę, żeby nie słychać było jęków, krzyków ludzi nieludzko katowanych. Po kilku godzinach, po przesłuchaniu został [Miński] wpędzony z powrotem do piwnicy, straszliwie obity, całe uda, pośladki, plecy miał sine. Pułkownik Marszewski - oficer Komendy Głównej AK, najstarszy w celi z nim rozmawiał. (...) Otóż NKWD chciało się dowiedzieć, kim naprawdę jest pan Miński. Katowali go w nieludzki sposób, aby się przyznał, do jakiej należy organizacji i po co przyjechał ze Śląska do Warszawy. Powiedziano mu, że dostanie 200 batów. Wymierzono mu karę wstępną 200 batów. Miał sobie wybrać pałkę i tą pałą po dwóch bojców okładało leżącego, inni stali na rękach i nogach".

Z relacji Jerzego Skorupińskiego złożonej Monice Rybickiej i Mariuszowi Bechcie, 2008 r.

--------------------------------------------------------------------------------
"W Warszawie na Strzeleckiej codziennie od trzech tygodni dokonywane są egzekucje na członkach AK. O godzinie 3.00, 4.00 rano wiesza się siedmiu, ośmiu skazańców. Niezależnie od tego tyluż więźniów rozstrzeliwuje się w piwnicach. Przed śmiercią stosowane są najpotworniejsze tortury. Wyrok wykonuje osobiście Żyd - Falkenstein - cywilny funkcjonariusz NKWD".

Fragment meldunku wywiadu Oddziału Centralnego Delegatury Sił Zbrojnych
--------------------------------------------------------------------------------

Dzisiaj o godz. 18.00 w bazylice katedralnej przy ul. Floriańskiej 3 w Warszawie zostanie odprawiona uroczysta Msza Święta w intencji osób zamordowanych i zadręczonych przez NKWD i UB w katowniach praskich w latach 1944-1954. Eucharystię będą koncelebrować ks. abp Henryk Hoser i ks. bp Józef Guzdek, ordynariusz polowy Wojska Polskiego.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... pragi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 13 wrz 2012, 08:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
"Operacja polska" po 75 latach

Ta sowiecka zbrodnia na Polakach pod względem liczby ofiar przewyższa nawet mord katyński. Nie przeczytamy o tym jednak w szkolnych podręcznikach historii.

Najwyższy czas to zmienić. Międzynarodowa konferencja naukowa na temat "operacji polskiej" NKWD z lat 1937-1939, podczas której zamordowano około 111 tysięcy Polaków mieszkających w Związku Sowieckim, odbędzie się dziś w Białymstoku.

W związku z 75. rocznicą inicjacji zbrodni "operacji polskiej" w Białoruskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej organizacji konferencji podjął się Oddział IPN w Białymstoku we współpracy z Konsulatem Generalnym RP w Grodnie oraz Instytutem Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Wezmą w niej udział wybitni specjaliści tematu. Wśród nich są prof. Zdzisław Winnicki z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Mikołaj Iwanow z Instytutu Historycznego Uniwersytetu w Opolu oraz prof. Anatol Wialiki z Uniwersytetu w Mińsku.

Wiedza na temat zbrodniczej akcji NKWD jest do dziś wśród Polaków bardzo nikła. Konferencja IPN ma pomóc ją poszerzyć.

- Rozpowszechnienie wiedzy na temat "operacji polskiej" to jeden z zasadniczych celów zorganizowania naszej konferencji naukowej - zaznacza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr Jerzy Milewski z białostockiego oddziału IPN.

- Kiedy prześledziłem polskie podręczniki do historii, stwierdziłem, że właściwie nie ma tam żadnych informacji o tej zbrodniczej akcji NKWD, która liczbą ofiar przewyższa nawet zbrodnię katyńską - zaznacza historyk.

Przeprowadzona przez NKWD na terenie Białoruskiej i Ukraińskiej SRS z rozkazu ludowego komisarza NKWD Nikołaja Jeżowa "operacja polska" rozpoczęła się w sierpniu 1937 roku, na podstawie rozkazu 00485. Trwała do jesieni 1939 roku. Jej celem było wyniszczenie osób narodowości polskiej na ziemiach, które znalazły się w granicach ZSRS na mocy traktatu ryskiego, zawartego w roku 1921.

Szef NKWD Nikołaj Jeżow ściśle raportował o przebiegu ludobójczej akcji Stalinowi. Jak szacuje prof. Nikita Pietrow z rosyjskiego stowarzyszenia Memoriał, zajmującego się dokumentowaniem i badaniem zbrodni stalinowskich, podczas operacji aresztowano prawie 144 tys. Polaków, z których zamordowano, przeważnie strzałem w tył głowy, około 111 tysięcy.

Około 100 tys. ludzi zostało wywiezionych w bydlęcych wagonach w głąb ZSRS, najwięcej do Kazachstanu. Była to operacja bez precedensu, nawet w historii Rosji sowieckiej, gdyż ofiary zbrodni mordowano jedynie dlatego, że były Polakami. Wcześniej zbrodnie sowieckie miały motywację klasową, a nie narodowościową. Konferencja rozpocznie się o godz. 10.00 w gmachu IPN Białystok (ul. Warsztatowa 1a).

Adam Białous Białystok

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... atach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 30 paź 2012, 08:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Miejsce straceń miejscem pamięci

Glinnik - jedno z największych miejsc straceń w Krakowie z okresu II wojny światowej, będzie cmentarzem wojennym. Jego otwarcie zaplanowano na 2018 rok.

Znajdujące się w krakowskich Przegorzałach miejsce straceń Polaków, obecnie bardzo zaniedbane, już zostało wpisane do ewidencji cmentarzy i grobów wojennych i będzie poddane rewitalizacji. Koncepcję urządzenia cmentarza wybrano spośród tych przedstawionych w pracach wykonanych przez studentów Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej.

Podczas II wojny światowej właśnie w Glinniku Niemcy dokonywali masowych egzekucji Polaków osadzonych w więzieniu przy ul.Montelupich oraz więzieniu św. Michała, w budynku dawnego klasztoru Karmelitów Bosych przy ul. Senackiej. Do dziś nie została ustalona dokładna liczba zabitych, a różne źródła mówią o 400 do 1300 ofiarach. Nieznane są też miejsca ich pochówku.

Sam pomysł urządzenia w Przegorzałach cmentarza wojennego sięga czasów powojennych. W tym celu wykupiono nawet działki, ale utworzenie takiego cmentarza uniemożliwiały przepisy. Dlatego też w 1956 roku w Glinniku postawiono granitowy głaz z inskrypcją, a w roku 1967 stanął tam duży pomnik w formie długiej ściany z napisem: "W hołdzie ofiarom hitlerowskiego terroru społeczeństwo miasta Krakowa". Dopiero po zmianie przepisów w 2006 roku Glinnik udało się wpisać do ewidencji grobów i cmentarzy wojennych i przeznaczyć na ten cel działkę wielkości ok. hektara.

W ubiegłym tygodniu spośród siedmiu studenckich projektów wybrano koncepcję urządzenia cmentarza. - Za najlepszą koncepcję, jako kierunkową dla opracowania projektu zagospodarowania miejsca, uznano pracę Agnieszki Kastelik. Wyróżniono też pracę Marii Gołębiowskiej jako najciekawszą pod względem walorów artystycznych. Na przyszły rok planowane jest przeprowadzenie sondażowych badań archeologicznych, które pozwolą na dokładne określenie miejsc pochówków - poinformowała "Nasz Dziennik" Monika Frenkiel, rzecznik prasowy wojewody małopolskiego. Na tej podstawie wojewoda wystąpi do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa o dofinansowanie ekshumacji. Jak wskazała Frenkiel, kolejnym etapem będzie uporządkowanie terenu i zieleni oraz wybudowanie elementów małej architektury. Otwarcie cmentarza wojennego w Glinniku planowane jest na rok 2018.

MA

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... mieci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 28 lis 2012, 10:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Rozstrzelać Polaków (Sommer)pojedynczy e-book

Tego polska historiografia jeszcze nie widziała! Zbiór dokumentów pisanych ręką Józefa Stalina, Mikołaja Jeżowa i Henryka Jagody dotyczący ludobójstwa popełnionego przez Sowietów na Polakach w latach 1937-1938 - opracowany i przetłumaczony przez Tomasza Sommera. Przekonaj się sam, jak zaplanowano i przeprowadzono ludobójstwo. Książka to 280 str. i aż 272 przypisy. UWAGA: Kupując e-book'a pamiętaj, aby zmienić sposób dostawy na "wysyłka mailem - tylko e-book/e-wydanie".
--------------------------------------------------------------------------------

Omówienie książki: W Związku Sowieckim pod koniec lat 30. XX wieku miało miejsce ludobójstwo na Polakach. Ofiary wyselekcjonowano na podstawie kryteriów narodowościowych i politycznych, w obu wypadkach podkreślając ich etniczność jako funkcję determinującą ich rzekomą winę. Decyzja o przeprowadzeniu ludobójstwa zapadła na szczycie sowieckiej władzy.

11 sierpnia 1937 roku Nikołaj Jeżow, po otrzymaniu zatwierdzenia przez Biuro Polityczne KC WKP(b), którego sekretarzem był Józef Stalin, wydał rozkaz operacyjny nr 00485, który przewidywał aresztowanie określonych grup Polaków zamieszkujących ówczesny ZSRS i ukaranie ich „w dwóch kategoriach”. Pierwsza z tych kategorii, obejmująca zdecydowaną większość, tj. niemal 80 proc. objętych akcją, została zamordowana; druga została wysłana do więzień i łagrów. W sumie, wg najbardziej rozpowszechnionego szacunku, represjonowano 143.810 osób, 139.835 z nich skazano, a 111.091 rozstrzelano. Nieznana część represjonowanych, których skazano, ale nie rozstrzelano, tylko wysłano do łagrów, zmarła wkrótce w wyniku przepracowania, głodu, chorób, tortur, złego traktowania. Ciąg zdarzeń, jaki miał miejsce w latach 1937-1938, polegał na mordowaniu, zamykaniu w łagrach oraz przesiedlaniu – zgodnie ze specjalną procedurą wynikającą z rozkazów operacyjnych szefa NKWD Jeżowa – przedstawicieli polskiej mniejszości z uwagi na jej charakter narodowościowo-polityczny.

Narodowościowy – bo w samym rozkazie 00485 w kilku miejscach jako wyróżnik ofiar podaje się ich polskość. Polityczny – bo z polskością tą, w ocenie autorów rozkazu, wiązała się szczególna skłonność do działania w charakterze szpiegów, powstańców, terrorystów i dywersantów działających na rzecz Polski. Hasłowo opisując ten ciąg zdarzeń, nie można więc określić go – biorąc pod uwagę, że wg różnych ocen dotknął od co najmniej 25 do 50 proc. ludności polskiej mieszkającej w ówczesnym Związku Sowieckim, z czego ponad połowa zginęła – inaczej niż ludobójstwo popełnione z przyczyn etnicznych.

Z różnych przyczyn to określenie w odniesieniu do „operacji polskiej” jak dotąd nie padło z ust polskich historyków. Co ciekawe, jako pierwszy użył go w formie „ludobójstwo w lokalnej skali” historyk brytyjski Simon Sebag Montefiore. Ludobójstwo na Polakach z lat 1937-1938 było eskalacją rzezi Polaków zamieszkujących ZSRS oraz likwidowania polskości, które to procesy, z różnym nasileniem, trwały od zarania bolszewickiej władzy. Tak naprawdę wiadomo o nich jeszcze bardzo niewiele, po za tym, że – jak wyliczył amerykański historyk Terry Martin – to właśnie Polacy byli grupą narodowościową, którą dotknęły największe straty ludnościowe. Z kolei grupą narodowościową, która straciła w tym wymiarze najmniej, byli Żydzi...

posting.php?mode=reply&f=5&t=3180


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 28 lis 2012, 17:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Trudna sytuacja zesłańców

Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” i Związek Repatriantów Rzeczypospolitej Polskiej (ZRRP) zapraszają na konferencję nt. trudnej sytuacji Polaków w Kazachstanie. Jest to temat o tyle istotny, że w Sejmie przeciągają się w nieskończoność prace nad obywatelskim projektem, który miał umożliwić szybki i skuteczny powrót polskich zesłańców ze Wschodu.

- Konferencja odbędzie się w siedzibie Zarządu Krajowego SWP w Domu Polonii w Warszawie. Dwukrotnie zapowiadano na podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia obywatelskiego projektu ustawy o powrocie do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich wyjazd polityków do Kazachstanu na rekonesans. Jednak do tego nie doszło. Zaprosiliśmy zatem na konferencję środowiska polskie z Kazachstanu, które opowiedzą jaka jest sytuacja Polaków – informuje Aleksandra Ślusarek ze Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, prezes ZRRP.

Konferencja pt.: „Sytuacja potomków polskich zesłańców w Kazachstanie, oraz możliwości powrotu do Ojczyzny” odbędzie się 12 grudnia.

Na spotkaniu obecni będą przedstawiciele kazachstańskich środowisk polonijnych oraz repatrianci z całej Polski. Przybędzie m.in. Witalij Święcicki, przewodniczący Związku Polaków w Kazachstanie oraz Aleksander Suchowiecki, przewodniczący Związków Obwodowych Polaków w Kazachstanie.

- Chcemy po prostu wiedzieć, jak wygląda sytuacja naszych rodaków w Kazachstanie, a także co się dzieje w kraju w tym zakresie. Kiedy doczekamy się uchwalenia obywatelskiego projektu ustawy o powrocie do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, który umożliwi im powrót? – zastanawia się Ślusarek. Wskazuje, że na mocy układu ryskiego w 1921 r. po wojnie polsko-bolszewickiej, Polsce przywrócono jedynie część pierwotnych ziem i powzięto szereg zobowiązań, wśród których i to dotyczące repatriacji narodowości polskiej na obszar ojczyzny.

- Niestety Polska nie miała na tyle siły, by móc skutecznie upomnieć się o swój Naród. To zobowiązanie państwa pozostało martwe i dopóki nie uda się opracować rzetelnej i sprawiedliwej repatriacji, będzie to pokutować postacią białej plamy na historii Rzeczypospolitej - zaznacza.

Obywatelski projekt ustawy o powrocie deportowanych został poparty ponad 300 tys. głosami Polaków. Rozpatrywano go jeszcze w ubiegłej kadencji Sejmu. Po ostatnich wyborach parlamentarnych, jego procedowanie rozpoczęło się 11 stycznia 2012 r. Wtedy to miało miejsce pierwsze czytanie projektu, po czym dokument skierowano do podkomisji.

Jeden z jej członków - poseł Artur Górski (PiS), zwraca uwagę, że w toku prac udało się w dość krótkim czasie wprowadzić zniesienie obowiązku dobrej znajomości języka polskiego, dla osób ubiegających się o repatriację. Jest to o tyle istotne, ponieważ Polacy, którzy trafili na Syberię w wyniku stalinowskich wywózek w latach 30. XX w. byli pozbawieni polskiego szkolnictwa, które dopiero od niedawna zaczyna tam funkcjonować. Niestety dalsze prace podkomisji powołanej 3 marca 2012 r. przedłużają się.

– Joanna Fabisiak (PO) przewodnicząca podkomisji, zleciła opinie prawne na temat projektu. Wywołało to nasze zdziwienie, ponieważ były już takie ekspertyzy przygotowane w poprzedniej kadencji Sejmu, kiedy ten projekt również był procedowany. W związku z tym prace podkomisji zostały wstrzymane na kilka miesięcy. Czekamy na te ekspertyzy prawne – konkluduje Górski.

Jacek Dytkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kresy ... ancow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 05 gru 2012, 08:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
HOLOKAUST POLAKÓW

źródło: Uważam Rze Historia
O antypolonizmie żydowskich historyków w USA z prof. Richardem Lukasem rozmawia Piotr Zychowicz

Tytuł pańskiej książki musiał w Ameryce wzbudzić spore kontrowersje.

O tak, w życiu nie spodziewałbym się, że po jej opublikowaniu rozpęta się taka burza! Pisano o mnie rzeczy wręcz niebywałe. Przekręcano moje intencje i atakowano mnie poniżej pasa. Dostawałem telefony i listy z pogróżkami oraz obelgami. Od momentu wydania â Zapomnianego Holokaustu" w Ameryce przestałem otrzymywać zaproszenia na konferencje naukowe i wykłady. Pamiętam, że moja żona powiedziała wówczas: â Boże, w coś ty się wpakował?!".

No właśnie, w co pan się wpakował?

Amerykańscy historycy dzielą się na dwie grupy. Historyków II wojny światowej i historyków Holokaustu. Pierwsi są bardzo obiektywni i profesjonalni. Ich reakcja na moją książkę była bardzo spokojna i rzeczowa. Zebrałem od nich bardzo pochlebne opinie. Druga grupa â historycy Holokaustu â składa się niemal wyłącznie z badaczy żydowskiego pochodzenia. Oni moją książkę uznali za herezję, a użycie słowa â Holokaust" za skandal.

Dlaczego?

Bo uważają, że Żydzi mają patent na to słowo. A próba zestawiania ich tragedii z jakąkolwiek inną to zbrodnia. Moja książka została uznana za â zbyt propolską".

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek stawiał jakiejś innej książce zarzut, że jest â zbyt prożydowska".

(śmiech) O, zdecydowanie â nikt nie ośmieliłby się wystąpić z takim zarzutem. Nikt w Stanach Zjednoczonych nie postawił takiego zarzutu profesorowi Janowi Grossowi. Podział ról jest bowiem z góry ustalony. Żydzi w opowieści o II wojnie światowej są â good guys", a Polacy są â bad guys".

A Niemcy?

Niemcy są abstrakcją.

Dlaczego zdecydował się pan napisać â Zapomniany Holokaust"?

Zaczynałem jako historyk dyplomacji i wojskowości. Napisałem książkę â Eagles East" o relacjach między Ameryką a Sowietami w czasie II wojny światowej. Potem zająłem się wojennymi relacjami między USA a Polską (â The Strange Allies"). Właśnie podczas pracy nad tą ostatnią monografią natrafiłem na sporą liczbę relacji i dokumentów dotyczących cierpień wojennych Polaków. Zorientowałem się, że są to sprawy zupełnie nieznane w Ameryce.

Ta niewiedza wynika z ignorancji czy z innych powodów?

Ta niewiedza wynika z pewnego specyficznego podejścia do okupacji Polski w latach 1939â 1945. Polska i Polacy dla historyków amerykańskich zajmujących się tym okresem są wyłącznie tłem dla Holokaustu. Zagłada jest wydarzeniem najważniejszym i centralnym. Wszystko inne nie ma żadnego znaczenia, cała historia Polski XX w. jest pisana z perspektywy cierpienia Żydów.


A Polacy?

Gdy w latach 80. brałem się za pisanie swojej książki, postanowiłem sprawdzić, co amerykańscy historycy napisali już do tej pory o cierpieniach Polaków podczas wojny. Okazało się, że... nic. Książek o cierpieniach Żydów w Polsce były już zaś wtedy tysiące. Taka sytuacja to kuriozum, zważywszy na to, że ilościowo straty wojenne wśród Polaków katolików były mniej więcej takie same jak wśród Polaków żydów. Stąd też wziął się mój pomysł na tytuł. Uważam, że nie ma powodu, dla którego nie można nazwać tego, co spotkało Polaków, Holokaustem. Polskie ofiary nie były wcale gorsze od żydowskich.

Jak pan tłumaczy tę dysproporcję w podejściu do tragedii Żydów i Polaków?

Zacznijmy od prasy. W Ameryce ma ona znaczenie wręcz olbrzymie. Duszą inteligencji amerykańskiej rządzi â New York Times". Moja książka â Zapomniany Holokaust" w ciągu ostatniego ćwierćwiecza miała w Ameryce olbrzymią liczbę wydań i w środowisku naukowym uznawana jest za â klasykę". Interesujący się niezmiernie II wojną światową â New York Times" nie poświęcił jej jednak przez te ćwierć wieku nawet linijki.

A posyłał im pan egzemplarze recenzenckie?

Zawsze (śmiech). Zawsze też bardzo uważnie czytałem â New York Timesa", szczególnie jego sekcję z recenzjami publikacji. Przez tych kilkadziesiąt lat dziennik ten nigdy nie opublikował recenzji jakiejkolwiek książki poświęconej okupacji Polski, w której Polacy nie zostaliby przedstawieni jako sprawcy Zagłady i współodpowiedzialni za Holokaust. W ten sposób â New York Times" w odpowiedni sposób kształtuje amerykańską elitę intelektualną.

â New York Times" zastrasza historyków?

Nie zastrasza. On ich zniechęca. Wystarczy bowiem przychylna recenzja w â New York Timesie", aby książka sprzedała się w olbrzymiej liczbie egzemplarzy. Podobne podejście ma zresztą cała machina medialna w Stanach Zjednoczonych. Historyk, który chce być â sławny i bogaty", historyk, który chce być hołubiony przez gazety, ośrodki akademickie i salony intelektualne, nie będzie więc pisał o cierpieniach Polaków. Po co tworzyć coś, co przejdzie bez echa? Mało tego, może zaszkodzić. Historyk napisze więc kolejną standardową książkę o Holokauście, w której przedstawi Polaków jako zbrodniarzy. Tak jest łatwiej.
To chyba casus wspomnianego przez pana Grossa. Swoją karierę na emigracji zaczynał od pisania o polskim cierpieniu (między innymi znakomite â W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali"). Gdy zorientował się, że nikogo te książki nie obchodzą, zabrał się za â Sąsiadów". â New York Times" rozpływał się nad nim w zachwytach i dostał Gross etat w Princeton.
Książka â Sąsiedzi" to coś niebywałego. Gdy ją przeczytałem, byłem zdumiony. Gdybym ja napisał coś takiego, książkę opartą na tak nieprawdopodobnie słabej bazie źródłowej, książkę niepodpartą żadną kwerendą i bazującą głównie na spekulacjach, zostałbym natychmiast wyrzucony z cechu historyków. To byłoby dla mnie kompromitujące, straciłbym swoją wiarygodność jako badacz. Pisać coś takiego bez przeprowadzenia badań w niemieckich archiwach â to wręcz niebywałe! Gross nie tylko zaś wydał taką książkę, nie tylko udało mu się uniknąć odpowiedzialności za fatalne błędy zawodowe, ale jeszcze jest za tę książkę hołubiony.

Jak to możliwe?

Jest to książka ze słuszną tezą. Książka pisana pod gusta amerykańskich środowisk naukowych. Było kilku historyków Holokaustu, którzy prywatnie wyrazili mi swoje poparcie po tym, gdy napisałem â Zapomniany Holokaust". â Brawo Richard! Zgadzam się z tobą" â mówili mi w prywatnych rozmowach. Żaden z nich jednak nigdy nie odważył się tego napisać czy powiedzieć publicznie. Wszystkie poważne wydziały zajmujące się Holokaustem na amerykańskich uczelniach są bowiem kierowane przez żydowskich historyków. Nikt nie chce się więc narazić swoim szefom.

Zna pan na pewno przypadek Normana Daviesa, który w latach 80. miał dostać etat na prestiżowym Uniwersytecie Stanford. Kandydatura została utrącona, bo jego książka â Boże igrzysko" została właśnie uznana za â zbyt propolską".

Oczywiście, że znam tę oburzającą historię. Napisałem wówczas bardzo ostry list do rektora Stanfordu, w którym wziąłem w obronę Daviesa. Ten znakomity historyk padł ofiarą patologicznego zjawiska, o którym mówimy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że pańskie słowa o żydowskiej dominacji na amerykańskich uniwersytetach to teoria spiskowa?

Ktoś taki nie miałby bladego pojęcia o amerykańskich uniwersytetach. To zresztą nie jest problem tylko wyższych uczelni. Mniej więcej 10 lat temu napisałem książkę â Did the Children Cry: Hitler's War Against Jewish and Polish Children". Zestawiłem w niej wstrząsające relacje dzieci pod okupacją. Zarówno żydowskich, jak i polskich. Mój wydawca zgłosił ją do prestiżowej Nagrody im. Janusza Korczaka, którą przyznaje Liga przeciwko Zniesławieniom. To najbardziej znana i wpływowa żydowska organizacja w Stanach Zjednoczonych. Nagroda ta jest przyznawana nie przez polityczny zarząd fundacji, ale przez specjalne jury, w skład którego wchodzą Żydzi i nie-Żydzi. Zarząd Ligi się tą sprawą nie zajmuje.

Wygrał pan?

Tak, dostałem tę nagrodę. I byłem zachwycony, bo Janusz Korczak jest jednym z moich idoli. Człowiekiem, który reprezentował sobą wszystko to, co najlepsze w obu narodach â polskim i żydowskim. Dostałem więc oficjalną informację, że przyznano mi nagrodę. W międzyczasie zarząd Ligi zorientował się jednak, że jury przyznało nagrodę autorowi â Zapomnianego Holokaustu". 24 godziny później dostałem list od Ligi, w którym napisano, że nagroda została mi odebrana. Stwierdzono, że nie naświetliłem problemu â w odpowiedni sposób".

Jak pan zareagował?

Wściekłem się! I uznałem, że nie odpuszczę. Natychmiast poszedłem do adwokata i kazałem mu zająć się sprawą. Napisał on list do szefa Ligi Abrahama Foxmana.

Polskiego Żyda, który został uratowany przez swoją polską nianię.

Dokładnie. W liście tym mój adwokat zagroził, że uda się z tą sprawą do prasy. A Liga przeciwko Zniesławieniom niczego tak się nie boi jak czarnego PR. Postanowili mi więc nagrody nie odbierać. Wyróżnienie to wręczane jest jednak zawsze podczas wspaniałej uroczystości w Nowym Jorku, po której organizowany jest bankiet. Przychodzi na nią intelektualna elita tego miasta, szeroko pisze o niej prasa. Mnie nagrodę przysłano pocztą... To cena, jaką płacę za â Zapomniany Holokaust".

Co w pańskiej książce najbardziej oburzyło jej krytyków?

To, że sprzeciwiłem się dogmatowi, który obowiązuje w amerykańskim spojrzeniu na Holokaust. A dogmat ten brzmi: Polacy byli antysemitami. Kropka. Część była obojętna wobec zagłady Żydów, a druga część wzięła w niej aktywny udział. W swojej książce podjąłem próbę ukazania prawdziwego oblicza tego problemu. Nie kryłem, że wśród Polaków byli bandyci, którzy podczas wojny zachowywali się niegodnie. Ludzie tacy są jednak w każdym społeczeństwie. Polacy nie mieli monopolu na zło, tak jak Żydzi nie mieli monopolu na dobro. Oba narody były złożone ze zwykłych ludzi. Dobrych i złych. Wśród Żydów podczas II wojny światowej również występowały postawy niegodne.

Kluczowe jest chyba to, jaka była reakcja Polskiego Państwa Podziemnego na patologiczne, antysemickie zachowania wśród Polaków.

Oczywiście. A postawa ta była skrajnie negatywna. Ludzie, którzy dopuszczali się niegodnych czynów â jak szmalcownicy â byli napiętnowani i surowo karani. Były przypadki skazywania ich na śmierć i wyroki te wykonywano. Nie będę już mówił o olbrzymiej liczbie Polaków, którzy pomagali Żydom, bo są to sprawy w Polsce dobrze znane. Wystarczy powiedzieć, że było ich znacznie, znacznie więcej niż Polaków, którzy Żydom szkodzili.

Mimo to od żydowskich historyków w kółko słyszymy jedno pytanie: â Dlaczego nie zrobiliście więcej?".

To jest chyba najlepszy przykład ukazujący, jakim nieporozumieniem są badania nad Holokaustem w Ameryce. Jak niekompetentni są prowadzący je ludzie. Ich olbrzymie, wygłaszane ex post oczekiwania wobec narodu polskiego opierają się na kompletnym niezrozumieniu epoki. Wymagania te stawiane są bowiem narodowi, który także był narodem ofiar. Narodowi, który również straszliwie cierpiał.

Oni jednak o tych cierpieniach nie chcą przecież słyszeć.

Dokładnie! I właśnie rozwiązał pan zagadkę amerykańskich studiów nad Holokaustem. To, dlaczego nie mają one żadnego sensu. Tych żydowskich historyków z całej historii II wojny światowej interesuje wyłącznie jeden temat. Cierpienie Żydów. Nie interesuje ich nic poza tym. Wszystkie światła skierowane są na Żydów, wszystko pozostałe jest pozostającym w cieniu tłem. Skoro więc cierpienia Polaków ich nie interesują, to o tych cierpieniach nie wiedzą. A skoro o nich nie wiedzą, to wydaje się im, że nie istniały. A skoro nie istniały, to znaczy, że Polacy pod okupacją prowadzili normalne, spokojne życie. Nie byli niczym zagrożeni, Niemcy ich nie niepokoili. Jeżeli rzeczywiście ma się taki obraz niemieckiej okupacji Polski, to trudno się dziwić, że zadaje się pytanie: â Dlaczego nie zrobiliście więcej, aby ratować Żydów?".

Zamknięte koło.

Niestety, żydowscy historycy są po prostu niedouczeni, nie rozumieją i nie znają tematu, którym się zajmują. Piszą swoje książki w próżni. Jeżeli historyk wyrywa jakieś wydarzenie z kontekstu, to otrzymuje zdeformowany obraz. Nie pisze prawdy. Nie można pisać o historii okupacji Polski przez pryzmat doświadczenia tylko jednego narodu. Takie judeocentryczne podejście jest błędne z metodologicznego punktu widzenia. Niestety, innego, normalnego spojrzenia się nie dopuszcza. To właśnie tłumaczy, dlaczego moja książka â Zapomniany Holokaust" wywołała taki szok i oburzenie w USA. Jeżeli tym ludziom od kilkudziesięciu lat wbija się do głowy, że tylko Żydzi cierpieli, a Polacy byli antysemitami i współsprawcami Holokaustu, to nic dziwnego, że gdy pojawił się jakiś facet, który napisał, iż Polacy także padli ofiarą Holokaustu, ci ludzie byli zszokowani.

Naprawdę jest aż tak źle?

Dość niedawno zostało przeprowadzone pewne badanie socjologiczne, którego wyniki uważam za katastrofalne. Przebadano amerykańskich nauczycieli akademickich i badaczy zajmujących się Holokaustem. Przyznali oni, że mają negatywny stosunek do Polaków. Jeżeli ci panowie z takim założeniem zabierają się do pisania historii, to naprawdę trudno się dziwić, że zamiast historii wychodzi im stronnicza publicystyka, propaganda. Osobiście widziałem skutki takiej pedagogiki w przypadku młodych ludzi. Są opłakane.

Na przykład?

Tak jak panu powiedziałem, odkąd wydałem â Zapomniany Holokaust", nie jestem mile widziany w ośrodkach akademickich. Naukowcy, nawet jeżeli się ze mną zgadzają, boją się mnie zaprosić. Zdarzają się jednak wyjątki. Pewnego razu zostałem poproszony o wygłoszenie wykładu na jednym z czołowych uniwersytetów w Pensylwanii. Na sali zebrał się olbrzymi tłum. Profesorowie i studenci. Około 500, może 600 osób. Opowiadałem o polskich cierpieniach podczas wojny. Gdy skończyłem, 10 obecnych na sali żydowskich profesorów wstało i w milczeniu, ostentacyjnie opuściło salę.

Aż trudno w to uwierzyć.

Niestety, tak było. Pocieszające jest jednak to, że na sali zostali wszyscy studenci. Gdy tylko za profesorami zatrzasnęły się drzwi, zaczęły się sypać pytania. Młodzież była tym, co powiedziałem, całkowicie zaskoczona. â Profesorze Lukas â mówili studenci â przez okres naszych studiów nikt nigdy nam tego wszystkiego nie powiedział. Cały czas wykładano nam polską historię tylko w jej żydowskiej interpretacji. Mówiono nam o cierpieniach Żydów i niegodziwości Polaków, ale nigdy nie powiedziano nam, że Polacy także byli prześladowani". Niestety, amerykańskie szkolnictwo wyższe na tym polu poniosło spektakularną porażkę. Dochodzi do tego, że ocalali z Holokaustu są cenzurowani przez historyków.

Jak to?

Poznałem kiedyś pewną Żydówkę z Polski, która przetrwała niemiecką okupację dzięki wsparciu Polaków. Zwykłych włościan, którzy ją karmili i ukrywali, choć groziła im za to kara śmierci. Gdy to mi opowiadała, płakała. Były to łzy wdzięczności. Powiedziała mi jednak, że bałaby się o tym wszystkim powiedzieć w Ameryce publicznie. Wielu innych ocalałych z Holokaustu mówiło mi to samo. Że ich przeżycia są niepoprawne politycznie. I jeszcze jedna ciekawa rzecz, którą powiedziała mi ta pani â mówiła o podziwie dla olbrzymiego heroizmu tych Polaków. Przyznała, że wątpi, czy gdyby role się odwróciły, ona znalazłaby w sobie odwagę, żeby zrobić to samo. Łatwo więc dzisiaj, w bezpiecznej Ameryce, w bezpiecznym uniwersyteckim gabinecie, rzucać gromy na polski naród i zadawać kretyńskie pytania: â Dlaczego nie zrobiliście więcej?".

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że 70 lat po wojnie jedne ofiary tamtego konfliktu skaczą do gardła drugim.

To wielki, smutny paradoks. Podczas wojny Polacy i Żydzi jechali na jednym wózku. Oba narody zostały napadnięte, a następnie padły ofiarą straszliwych represji ze strony Niemców. Zginęły miliony Żydów i miliony Polaków. Dziś do Niemców nikt nie ma już pretensji, a Żydzi toczą walkę z Polakami, starając się udowodnić, że to im należy się palma pierwszeństwa w jakimś makabrycznym rankingu ofiar. Doprawdy, historia dziwnie się potoczyła.
Profesor Richard Lukas jest znanym amerykańskim historykiem polskiego pochodzenia. Zasłynął napisaną w 1986 roku książką â Zapomniany Holokaust", która została właśnie wydana w Polsce przez wydawnictwo Rebis. Opisująca polskie cierpienia podczas II wojny światowej publikacja wywołała bardzo krytyczne reakcje ze strony środowisk żydowskich. Lukas napisał również â The Strange Allies, the United States and Poland, 1941â 1945", â Bitter Legacy: Polish-American Relations in the Wake of World War II", â Out of the Inferno: Poles Remember the Holocaust", â Did the Children Cry: Hitler's War Against Jewish and Polish Children, 1939â 1945".

Uważam Rze Historia

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 12 gru 2012, 08:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Bali się spojrzeć mu w oczy

Ze Stanisławem Łukasikiem, synem kpt. Stanisława Łukasika ps. "Ryś", dowódcy oddziałów AK i WiN, zamordowanego na mocy wyroku wojskowego sądu w 1949 r., rozmawia Adam Kruczek

Widział Pan szczątki swojego ojca?
- To był chyba najgorszy moment mojego życia. Wiedziałem, że ojciec został rozstrzelany, ale w dokumentach, które dostałem z IPN, było napisane, że był tam pluton egzekucyjny. A tu zobaczyłem, że po prostu jakiś bandyta strzelił ojcu w potylicę. A potem zakopali go jak śmieć. Choć na co dzień jestem dosyć twardym człowiekiem, to łzy stanęły mi w oczach, gdy dotarło do mnie, w jak bestialski sposób został zamordowany. Jego czaszka była poważnie uszkodzona, bo pierwsza kula weszła przez potylicę i wyszła, rozbijając czoło, a druga uszkodziła szczękę. Pomyślałem, że strzelali od tyłu, bo bali się spojrzeć skazanemu w oczy. Nie wiem, czy był wleczony, czy prowadzony, czy spodziewał się tego strzału w tym momencie.

Komuniści bardzo starali się zatrzeć wszelkie ślady po mordowanych bohaterach walczących o wolną Polskę. Spodziewał się Pan, że ta prawda wyjdzie na jaw?
- Tyle lat to trwało, że straciłem nadzieję na odnalezienie miejsca, gdzie ukryto zwłoki ojca. Zresztą nikt ich wcześniej tak naprawdę nie szukał. Nadzieja wróciła po informacji w prasie o planowanej ekshumacji na tzw. Łączce na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Latem skontaktowałem się z dr. Krzysztofem Szwagrzykiem z IPN. Ucieszył się bardzo, bo poszukiwał właśnie bliskich krewnych ofiar komunistycznych zbrodni. Niedługo potem przysłano mi specjalne próbówki do pobrania materiału genetycznego. Wtedy już moja nadzieja przerodziła się nieomal w pewność, że znajdą tam ojca. A mimo wszystko przeżyłem szok, gdy otrzymałem telefon od pana dr. Szwagrzyka, który powiedział, że badania potwierdziły to "na 200 procent".

Kiedy się Pan o tym dowiedział?
- W czwartek w Warszawie dostałem oficjalny dokument potwierdzenia faktu identyfikacji zwłok mojego ojca, ale o wynikach ekshumacji wiedziałem już od około trzech tygodni, tylko proszono mnie o zachowanie dyskrecji, bo zbyt wczesne zainteresowanie mediów mogłoby przeszkodzić w pracy ekipie IPN. Myślę, że pozostałe szczątki, w tym mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory", też już zostały zidentyfikowane, choć może jeszcze nie na "200 procent".

Patrząc na biografię Pana ojca, nie sposób nie zauważyć, że był urodzonym żołnierzem.
- Wychował się w patriotycznej atmosferze domu rodzinnego. I od najmłodszych lat miał ciągoty do wojska. Już w 1933 r. w wieku 15 lat wstąpił do Szkoły Podoficerskiej dla Małoletnich w Koninie, którą ukończył z wyróżnieniem. Został zawodowym żołnierzem. Do wybuchu wojny służył we Włodzimierzu Wołyńskim. W kampanii wrześniowej walczył pod Kutnem. Po zakończeniu działań wojennych został odznaczony Krzyżem Walecznych osobiście przez gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza. Nie dał się wziąć do niemieckiej niewoli i w domu był już 7 października. Po miesiącu zaczął działać w konspiracji w Organizacji Czynu Zbrojnego, a później w Armii Krajowej. Całkowite zejście do podziemia nastąpiło po tym, jak zastrzelił niemieckiego oficera żandarmerii przy próbie wylegitymowania. Jako zawodowy żołnierz prowadził szkołę podoficerską w Motyczu, a wyszkoleni żołnierze później w większości zasilili jego oddział. Za Niemca przeprowadził szereg akcji bojowych. W lipcu 1944 r. dostał order Virtuti Militari. Jego oddział przed ujawnieniem się liczył 120 ludzi. NKWD aresztowało go w sierpniu 1944 r., ale uciekł ze znanego aresztu przy ul. Chopina w Lublinie. Zrekonstruował oddział złożony z osób, które nie mogły się ujawnić, a później wszedł w skład Zrzeszenia WiN mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" i zapisał kolejne akcje, już przeciwko nowemu okupantowi.

Pana najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa związane z ojcem?
- Nie pamiętam go, zginął, jak miałem 4 lata. Wiem, że przyjeżdżał do mojej matki, ale ja tego nie pamiętam. Podobno cała okolica była wtedy obstawiona przez jego ludzi. Z tego, co mi wiadomo, był bardzo ludzkim, ciepłym człowiekiem. I bardzo kochał moją mamę. Zresztą mama była niezwykle piękną kobietą i podobno ojciec szczycił się, że ma taką urodziwą żonę. Sam też był, jak to się mówi, niczego sobie. Wysoki, przystojny mężczyzna, co zresztą widać na zdjęciach.

Kiedy dowiedział się Pan, kim naprawdę był ojciec?
- Bardzo długo tego nie wiedziałem. Ten temat był w domu skrzętnie pomijany, zapewne ze względu na bezpieczeństwo. Stale kręcili się koło nas tajniacy i sam pamiętam, jak jacyś nieznajomi brali mnie "na cukierki" i pytali, czy nie mam jakiegoś zdjęcia tatusia i czy przychodzą do nas goście. Jako mały chłopiec tłumaczyłem sobie nieobecność ojca tym, że może zabili go na wojnie Niemcy. Był taki epizod, który mi zapadł w pamięć, gdy pod koniec szkoły podstawowej na pracach ręcznych mieliśmy sobie coś wystrugać ze ścinków drewna. Ja zrobiłem pistolet, co wywołało wielką awanturę. "Drugi "Ryś"" - krzyczał nauczyciel. Wezwano matkę do szkoły. Mieliśmy z tego powodu dużo nieprzyjemności. Kim naprawdę był ojciec, dowiedziałem się dopiero, gdy byłem w szkole średniej. Ludzie już trochę mniej się bali i zaczęli o tych sprawach rozmawiać. Trochę mi opowiadała babcia, matka ojca.

Jak przedstawiano Panu ojca?
- Zawsze jako bohatera, który oddał życie za Polskę. Zresztą przyznam się, że nikt do mnie nigdy nie powiedział złego słowa o ojcu. Nawet tu, w okolicy. Gdy już dowiedziałem się, za co walczył i za co zginął, to byłem i do dziś jestem niezwykle dumny, że miałem takiego ojca.

Pana rodzina doświadczyła komunistycznych represji?
- Życie matki w tamtym czasie było koszmarem. Wzywali ją na przesłuchania, jakiś czas siedziała w areszcie w Lublinie. W domu wszystko zostało rozszabrowane przez UB. Zostały tylko słomiane sienniki i jakaś płachta do przykrycia. Bezpieka wpadała co chwila, w dzień i w nocy. Robili rewizje i strasznie mamę katowali. Chcieli dowiedzieć się czegoś o ojcu i ludziach z podziemia. Jak mi opowiadała po latach, jednego z takich najść o mały włos nie przypłaciłem życiem. Strasznie mamie poodbijali piersi, a karmiła mnie jeszcze swoim mlekiem. Zatrułem się, a z bardzo ciężkiego stanu wyleczył mnie - o dziwo - sowiecki lekarz, bo nie było w okolicy innego, a Sowieci stali w pobliskiej Konopnicy. Żeby zejść z oczu bezpiece, mama musiała uciekać na Zachód. Przez kilka lat mieszkała we Wrocławiu, a ja wychowywałem się w Motyczu u dziadków ze strony matki. Później pojechałem do niej i przez pierwsze cztery lata chodziłem do szkoły podstawowej we Wrocławiu. Później wróciliśmy i już tu mieszkaliśmy. Zostawili nas w spokoju.

Sędzia Józef Badecki, który skazał na śmierć Pana ojca i około 30 innych patriotów, dożył spokojnie starości i umarł w latach 80. w Warszawie otoczony dobrobytem i szacunkiem. Sadysta Eugeniusz Chimczak, który przez rok znęcał się nad Pana ojcem, skazany w 1996 r. na 7,5 roku więzienia, nie odbył ani dnia kary, rzekomo ze względu na zły stan zdrowia. Przeżył jeszcze 16 lat i zmarł dosłownie kilka miesięcy temu. Jak Pan sądzi, dlaczego ludzie z krwią naszych bohaterów narodowych na rękach nie zostali sprawiedliwie osądzeni po 1989 roku?
- Dla mnie to wszystko jest niepojęte. Rozumiem jeszcze, że można kogoś zabić w czasie wojny w walce, na froncie. Ale tak z zimną krwią najpierw skazać na śmierć, a potem zastrzelić z tyłu - to dopiero trzeba być bandytą. To właśnie oni byli bandytami, choć tak nazywali ludzi takich jak mój ojciec. Przecież ci żołnierze z podziemia walczyli z okupantem niemieckim, a potem sowieckim. Przelewali swoją młodą krew za Polskę. Oni byli sądzeni i mordowani tak naprawdę za to, że byli dobrymi Polakami. Do dziś nie mogę tego pojąć i pogodzić się z tym, jak mógł tak mordować Polak Polaka.

Trudno może traktować stalinowskich zbrodniarzy jak Polaków. Oni mieli inną ojczyznę i jej służyli, nie Polsce.
- Tak, co to była za Polska po 1944 roku? Zresztą wcześniej tyle lat Polska była w niewoli, że może niektórym ludziom od pokoleń już w krew weszło bycie na obcych usługach.

Ci ludzie do dziś otrzymują bardzo wysokie emerytury, potworzyły się wręcz postkomunistyczne dynastie dysponujące ogromnymi pieniędzmi i wpływami.
- Patrząc z boku, można by pomyśleć, że państwo polskie jest niezwykle litościwe. I to szczególnie dla tych, którzy mają tak dużo na sumieniu. Ja nie jestem mściwy, ale mam nadzieję, że takie zbrodnie ciążące na sumieniu nie dają człowiekowi spokoju aż do śmierci. Może dlatego ten Chimczak tak długo żył, by chociaż w ten sposób ponieść karę za swoje zbrodnie?

Czy Pana ojciec został już zrehabilitowany i uhonorowany za bohaterską walkę o niepodległość Polski?
- Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1994 r. unieważnił stalinowski wyrok, a śp. prezydent Lech Kaczyński w 2007 r. odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Gdzie powinny spocząć szczątki "Rysia"?
- Wszyscy razem ze swoim komendantem mjr. "Zaporą" powinni zostać pochowani z honorami na cmentarzu Wojskowym na Powązkach, tam gdzie dotąd razem spoczywali. Zasłużyli na to.

Dziękuję za rozmowę.
Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... -oczy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 15 gru 2012, 09:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zbrodnia na Komandorach

Piotr Szubarczyk

Przed 60 laty, w piwnicy więzienia mokotowskiego ubecki kat mordował strzałem w tył głowy wybitnych oficerów Marynarki Wojennej. Byli w roku 1939 obrońcami Helu, wojnę przeżyli w niemieckich oflagach.

Wszystko odbyło się „zgodnie z prawem”, po „prawomocnych” wyrokach śmierci i po odmowie „łaski” przez „prezydenta” Bolesława Bieruta – sowieckiego namiestnika na Polskę. Dowodów na „szpiegostwo” dostarczyła Informacja Wojskowa – filia sowieckiego kontrwywiadu wojskowego w Polsce. O skuteczności „śledztwa” świadczy fakt, że jeden z oskarżonych komandorów trafił do szpitala psychiatrycznego. Nie nadawał się już na „świadka” w „procesie”, więc dali mu spokój. To uratowało mu życie, ale i tak umarł 6 lat później. Miał wtedy 49 lat.
Wszystkich zamordowanych chowano potajemnie nocą, w różnych miejscach w Warszawie, m.in. na Łączce, gdzie prawdopodobnie zakopano ciała ponad 400 więźniów. Ciała posypywano wapnem, by szybciej zniknął po nich ślad. Udeptywano ziemię, czasami sadzono maskujące miejsce krzaki. Tak było nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce. System był niemal doskonały. Nie zdarzyło się po roku 1990, by dawni więzienni funkcjonariusze lub członkowie ich rodzin zgłosili się z wiarygodnymi informacjami na temat miejsca „dołów kryjomych”. Trudno uwierzyć, że ludzi z taką wiedzą w Polsce nie ma! Wszyscy funkcjonariusze więzienni tamtych lat nosili w kieszeni legitymację UB. Więzienia podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, a nie Ministerstwu Sprawiedliwości. Tak było do grudnia 1954 roku. Byli klawisze należą dziś do najlepiej zorganizowanych grup emeryckich w Polsce. Spotykają się regularnie. Nie po to, by powspominać czasy młodości, lecz by się upewnić, że nikt nie puszcza pary z ust… Zabierają głos tylko po to, by ponarzekać na niesprawiedliwe ograniczenie ich emerytur. Wszak przez lata tłumaczono im, że zasłużyli się „w umacnianiu praworządności” w Polsce.

Gdzie jesteś, Ojcze…

Wśród odwiedzających rozkopaną Łączkę na wojskowych Powązkach, latem tego roku, niemal codziennie można było spotkać członków rodziny zamordowanego kmdr. Stanisława Mieszkowskiego – syna, synową, wnuczkę, prawnuczkę. Doktor Witold Mieszkowski jest architektem i urbanistą. Przed 60 laty był czternastolatkiem. Zdesperowana matka wysłała go do Warszawy, by się dowiedział, co z ojcem. Poszedł do gmachu, w którym urzędował jeden z największych zbrodniarzy tamtych czasów – naczelny prokurator wojskowy Stanisław Zarakowski. Przyjął chłopca i powiedział mu: „Wyrok został wykonany… Czy teraz wierzysz w sprawiedliwość socjalistyczną?”. Te okrutne słowa będą towarzyszyć Witoldowi przez całe życie. Dziś dr Mieszkowski nie wierzy ani w „sprawiedliwość socjalistyczną” (nigdy w nią nie wierzył, powiedział to wówczas Zarakowskiemu), ani w sprawiedliwość wolnej Polski. Ostatni uczestnicy kaźni na jego ojcu i innych oficerach Marynarki Wojennej zostali skazani na rok więzienia, z zawieszeniem na dwa lata… Tak samo jak kiedyś Maria Fieldorf-Czarska, córka generała „Nila”, marzy dziś tylko o jednym: by godnie pochować szczątki ojca. Podobnie myśli pewnie większość z tych, którzy przychodzili na Łączkę, by zapytać dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka, czy znalazł już szczątki ich bliskich. To jednak niełatwa sprawa. By nie popełnić błędu, trzeba przeprowadzić kosztowne badania porównawcze. Do dziś zidentyfikowano szczątki trzech ofiar terroru komunistycznego.

To nie była pomyłka

„Proces komandorów” – tak w literaturze historycznej nazywa się zbrodnię popełnioną przed 60 laty. To wyrażenie samo w sobie jest dramatycznie nieprawdziwe! Ci oficerowie nie mieli bowiem żadnego „procesu” w takim znaczeniu, jakie temu słowu przypisuje się w cywilizowanym świecie czy też – jak to się dziś mówi – „w państwie prawa”. Polska lat 1950-
-1952 – gdy trwało „śledztwo” i gdy zapadał „wyrok” w sprawie komandorów (obydwa słowa równie nieprawdziwe, jak to pierwsze) – nie była suwerennym bytem. Była dominium sowieckim, pozbawionym suwerenności nie tylko w sprawach związanych z polityką zagraniczną, ale również w sprawach wewnętrznych. Wszechwładnymi instytucjami były w tym czasie wojewódzkie, powiatowe i miejskie agendy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, utworzonego przez Związek Sowiecki w Polsce do kontrolowania na naszym terytorium interesów sowieckich oraz do przeprowadzenia rewolucji typu bolszewickiego.
Na czym ta rewolucja polegała? Wybitny sowiecki dysydent i przyjaciel Polaków Władimir Bukowski zdefiniował to następująco: „Od razu, obojętnie gdzie komuniści obejmują władzę – niech to będzie w Rosji, w Polsce, na Kubie, w Nikaragui, w Chinach – na początku niszczą około 10% populacji. Jest to stosowane nie tylko po to, by wyniszczyć wrogów (…). To jest »inżynieria społeczna«. Najwybitniejsi intelektualiści, najlepsi pracownicy, inżynierowie – zabiliby ich wszystkich. Dopiero wtedy spróbują ponownie zorganizować »nowe społeczeństwo«” (wypowiedź z filmu dokumentalnego „The Soviet story”).
Ta ogólna uwaga wybitnego opozycjonisty i człowieka, który jak mało kto wniknął w istotę zbrodniczego systemu sowieckiego komunizmu, powinna nam towarzyszyć w refleksji nad tragedią komandorów oraz ich rodzin, ponieważ wszelkie próby racjonalnego dochodzenia do prawdy i pytania w rodzaju: Może to była pomyłka? Może rzeczywiście byli trochę winni, bo się w coś wplątali? – prowadzą nas na manowce i upokarzają rodziny zamordowanych oficerów. Równie niebezpieczne i upokarzające są rozważania, dlaczego zamordowano tych, a innych oficerów, także wykształconych w II RP, jednak oszczędzono? Perfidia sowieckiego systemu zbrodni polegała na tym, abyśmy sobie takie pytania zadawali i przez to, by nikt nikomu nie ufał. Obowiązywała stara imperialna zasada divide et impera („dziel i rządź”). Zatomizowane, sterroryzowane i bezradne społeczeństwo łatwiej było opanować i łatwiej było prowadzić kolejne kampanie kłamstw.

„Spisek Komandorów”

Tak nazwali komuniści swoje „śledztwo” prowadzone w latach 1950-1952 wobec siedmiu wysokich rangą oficerów Marynarki Wojennej przez Główny Zarząd Informacji (GZI). GZI był organem kontrwywiadu wojskowego, działającym w Polsce w latach 1944-1957, organizatorem niewyobrażalnych zbrodni popełnionych na oficerach i żołnierzach wojska „ludowego”, Armii Krajowej, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, także na ludności cywilnej, opierającej się sowietyzacji kraju. To była najbardziej zbrodnicza instytucja sowiecka „utrwalająca władzę ludową” w Polsce. Do sierpnia 1944 r. 100 procent obsady kadrowej GZI stanowili Sowieci – oficerowie zbrodniczego Smierszu – kontrwywiadu wojskowego armii sowieckiej. W sumie w GZI „pracowało” 750 funkcjonariuszy sowieckich! Dopiero w sierpniu 1944 r. oficerami GZI zostało pierwszych 17 Polaków. Trudno zresztą nazywać ich bez zastrzeżeń Polakami. O takich, jak oni wywiad AK-WiN pisał w meldunkach do władz RP na uchodźstwie, że są POP-ami (pełniącymi obowiązki Polaków…).
Wybitny polski sowietolog prof. Paweł Wieczorkiewicz powiedział: „Informacja Wojskowa, czyli kontrwywiad wojskowy tak naprawdę, czyli UB do kwadratu! (…) Ludzie, którzy przeszli przez więzienia UB (a byli tacy) i więzienia Informacji, modlili się, żeby trafić do UB, mimo że tam był osławiony pułkownik Różański. Wszystko było lepsze niż Informacja Wojskowa! Tam naprawdę siedzieli sadyści. Było się czego bać!” (wypowiedź z filmu dokumentalnego „Towarzysz Generał”).
Możemy sobie tylko wyobrazić, jak w tej sytuacji wyglądało „śledztwo” przeciwko komandorom! 18 września 1950 r. wojskowa bezpieka aresztowała kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego – zastępcę szefa Wydziału Marynarki Wojennej Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, legendarnego już wtedy obrońcę Helu z 1939 roku! To był początek tragedii. 20 października 1950 r. aresztowano kmdr. Stanisława Mieszkowskiego – dowódcę Floty! 5 lutego 1951 r. – kmdr. por. Roberta Kasperskiego – szefa Sztabu Floty, 7 maja 1951 r. – kmdr. por. Wacława Krzywca z Głównej Bazy Marynarki Wojennej, 7 grudnia 1951 r. – kmdr. Jerzego Staniewicza – szefa Wydziału Marynarki Wojennej Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, 11 grudnia 1951 r. – kmdr. por. pil. Kazimierza Kraszewskiego z Wydziału Marynarki Wojennej Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, 12 grudnia 1951 r. – kmdr. por. Mariana Wojcieszka – szefa Sztabu Głównego Marynarki Wojennej.
Wszyscy byli oficerami wypromowanymi jeszcze przed wojną w okresie II Rzeczypospolitej. To ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia ich „winy”. Wszyscy aresztowani bronili w roku 1939 Helu przed Niemcami. Wszyscy spędzili okupację w niemieckich oflagach, skąd dobrowolnie wrócili do kraju, by służyć polskiej Marynarce Wojennej niezależnie od sytuacji politycznej. Wreszcie wszyscy – jako oficerowie o najwyższych kompetencjach – zajmowali najwyższe stanowiska w siłach morskich Polski pojałtańskiej.
Postawiono im zarzuty szpiegostwa i dywersji. Byli okrutnie przesłuchiwani, a człowiek jest tylko człowiekiem i ma granice wytrzymałości – zwłaszcza w konfrontacji z sowieckimi „fachowcami”, którzy jeszcze przed wojną szkolili potajemnie kadry niemieckiej gestapo, wówczas dopiero raczkującej! Niektórzy z aresztowanych przyznali się do „winy”, jednak podczas „procesu” natychmiast wycofali te zeznania jako wymuszone. Zresztą czynili to wielokrotnie. „Proces” był ich ostatnią szansą. Niestety „procesy sądowe” w państwach realnego sowieckiego komunizmu były tylko przedłużeniem „śledztwa”.
Wyrok w sprawie komandorów zapadł przed Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie. Nie był to ani „sąd”, ani „najwyższy”, ani „wojskowy”, a już na pewno nie „polski”. Dyspozycje co do „wyroków” wydawała sowiecka policja polityczna. „Sądowi” przewodniczył płk Piotr Parzeniecki – sowiecka kreatura, klasyczny POP, już wcześniej podpisujący wyroki śmierci na polskich oficerów.
Wyrok wydano 21 lipca 1952 roku. To nie była przypadkowa data! Dzień później zaczynała się Polska Rzeczpospolita Ludowa – z konstytucją zatwierdzoną (po odręcznych, zachowanych poprawkach!) przez Stalina! Parzeniecki i GZI „uczcili” wyrokami śmierci na komandorów powstanie państwa „ludowego”!
Na karę śmierci zostali skazani komandorzy: Robert Kasperski, Stanisław Mieszkowski, Zbigniew Przybyszewski, Jerzy Staniewicz, Marian Wojcieszek.
Na kary dożywotniego więzienia skazano komandorów Wacława Krzywca i Kazimierza Kraszewskiego.
19 listopada 1952 r. Bolesław Bierut – przedwojenny sowiecki agent NKWD, używający bezprawnie tytułu „prezydent” (!) od czasu sfałszowanych w styczniu 1947 r. wyborów do Sejmu – „ułaskawił” komandorów Kasperskiego i Wojcieszka, odmówił „ułaskawienia” Mieszkowskiego, Przybyszewskiego i Staniewicza. Ubecki zbir zamordował ich strzałami w tył głowy w piwnicy więzienia mokotowskiego.
Komandor Jerzy Staniewicz został zabity 12 grudnia 1952 roku, zaś komandorzy Stanisław Mieszkowski i Zbigniew Przybyszewski 16 grudnia 1952 roku.
W roku 1956 wszyscy zamordowani i więzieni komandorzy zostali przez „państwo ludowe” „zrehabilitowani”. Nie uznano ich jednak wprost za niewinnych. Po prostu stwierdzono „brak dowodów winy”. To praktycznie uniemożliwiało dochodzenie sprawiedliwości. „Państwo ludowe” wyznaczyło od razu granice swojej łaskawości. Żaden z uczestników śledztwa, oskarżenia i żaden z sędziów w sprawie komandorów nie stanął przed prawdziwym sądem i nie odpowiedział za popełnione zbrodnie.

Męczennicy

Wśród aresztowanych w sprawie komandorów znalazł się także kmdr Adam Rychel. Postać wyjątkowo piękna i zarazem tragiczna. Ukończył Szkołę Podchorążych MW w Toruniu (1928-1931) z pierwszą lokatą! Został promowany na podporucznika MW 15 sierpnia 1931 roku. Skierowany na kurs aplikacyjny marynarki francuskiej odbył rejs dookoła świata na krążowniku „Joanna d’Arc”. W czasie wojny został dowódcą 33. Baterii Artylerii Nadbrzeżnej, wchodzącej w skład Dywizjonu AN, ostrzeliwującego niemieckie trałowce, które próbowały zbliżyć się do Helu. Po kapitulacji Helu 2 października 1939 r. przebywał w niewoli niemieckiej. 5 stycznia 1945 r. został skierowany do służby w Marynarce Wojennej. Był komendantem Oficerskiej Szkoły MW w Gdyni Oksywiu i zastępcą szefa Sztabu Głównego MW.
Aresztowany 12 grudnia 1951 r. przez Okręgowy Zarząd Informacji Wojskowej w Gdyni. Odrzucił propozycję składania fałszywych zeznań, obciążających aresztowanych komandorów. Osadzony w areszcie śledczym Informacji w Warszawie, został poddany nieludzkiemu śledztwu. Torturami doprowadzono go do stanu obłąkania, kwalifikując komandora do leczenia w szpitalu psychiatrycznym. Przebywał na „wolności” od maja 1954 r., pracował najpierw jako robotnik w Porcie w Gdańsku, a w latach 1956-1958 jako oficer nawigacyjny w Kapitanacie Portu w Gdańsku. Umarł przedwcześnie 3 listopada 1958 roku. W chwili śmierci miał dokładnie tyle lat (49), co zamordowani w roku 1952 komandorzy Mieszkowski i Staniewicz…
O tym, jak wyglądało śledztwo, wiemy od tych, którzy przeżyli. Komandor por. Marian Wojcieszek wspominał: „Pod koniec miesiąca [po aresztowaniu] dolne kończyny, siedzenie, oczy, gardło, struny, głosowe, język, a przede wszystkim umysł przestały normalnie funkcjonować. Nogi nabrzmiałe od opuchlizny, nabrzmiałe gruczoły w gardle. Zmęczenie wzroku takie, że przed sobą widziałem nie istniejące w świecie przezroczyste rośliny i walące się na mnie wszystko, co mnie otacza. W głowie szum, ucisk i takie ogłupienie, że na zrozumienie najprostszych zdań potrzebowałem czasu. Stać bez oparcia nie mogłem, gdyż prądy bezsenności zwalały mnie z nóg”.
Komandor por. Wacław Krzywiec umarł w wieku 48 lat na „przepustce” z więzienia. Przed śmiercią pozostawił wstrząsające świadectwo: „W okresie najcięższym w moim życiu, będąc zupełnie załamanym, wyniszczonym moralnie i fizycznie utraciłem wiarę w sprawiedliwość, praworządność, uczciwość; wiarę w ludzi i samego siebie. Zostałem doprowadzony do stanu skrajnego upodlenia, skoro zeznawałem na innych i samego siebie same kłamstwa, bzdury sugerowane, perfidnie mi podpowiadane w czasie »śledztwa«. Pod naciskiem śledczych powstawała historia, która nigdy nie miała miejsca”.
Jak byli przesłuchiwani zamordowani komandorzy Mieszkowski, Przybyszewski i Staniewicz? Kapitan Tadeusz Jędrzejkiewicz, który przeszedł przez śledztwo Informacji Wojskowej i przeżył, choć przez 7 miesięcy i 20 dni przebywał w celi śmierci, oczekując każdego dnia na wywołanie i egzekucję, pisał w książce „Cela śmierci” (2000) o metodach: „Bicie po głowie, bicie pałką, bicie batem, bicie innymi przedmiotami w zasięgu ręki oprawcy, wlewanie nocą wody do celi, kopanie po nogach, wyrywanie włosów z głowy, rozgniatanie palców nóg butami, sadzanie na nodze od stołka, bicie pałką w pięty, smaganie pejczem, miażdżenie palców rąk, bicie pięścią po twarzy, kopanie leżącego więźnia, przypalanie papierosem okolic oczu i ust, karcer z wodą, nieustanne budzenie w nocy przez wiele dni, przetrzymywanie nago w celi z otwartym oknem w zimie i polewanie wodą, całonocne stójki przez kilkanaście dni, wielomiesięczna izolacja i zakaz wychodzenia z celi, pozorowanie wykonania wyroku śmierci, konwejer – śledztwo non stop dzień i noc przez kilka dni, uderzanie głową o ścianę, obelgi i wyzwiska pod adresem więźnia i jego rodziny, szantażowanie zabiciem najbliższych, fałszywe informowanie o tym, że żona wystąpiła o rozwód, pozbawienie wody i jedzenia przez kilka dni”.
Przypomnijmy, że rtm. Witold Pilecki – uznany przez angielskiego oficera wywiadu i pisarza historycznego Michaela Foota za jednego z sześciu najodważniejszych uczestników konspiracji antyniemieckiej w okupowanej Europie, dobrowolny więzień i uciekinier z KL Auschwitz – powiedział swojej żonie na widzeniu po „śledztwie”: „Oświęcim to przy tym igraszka”…

Autor jest publicystą historycznym.

http://www.naszdziennik.pl/wp/18150,zbr ... orach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 29 gru 2012, 11:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Mały Katyń nad Naroczą

Sowieci nie wymordowali całego oddziału „Kmicica” - mieli w swych rękach około 200 partyzantów i personel pomocniczy, a zamordowano "tylko" około 80 osób obawiając się rozgłosu międzynarodowego po wykryciu zbrodni katyńskiej - mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. dr. hab. Leszek Bednarczuk.

Panie Profesorze, kiedy i w jakim celu powstał Oddział Partyzantów Polskich „Kmicica” (Antoniego Burzyńskiego)?
Pierwszy oddział partyzantów polskich na Wileńszczyźnie powstał na przełomie 1942/1943r. w okolicach jeziora Narocz, by ochraniać ludność polską przed represjami okupanta i rabunkami partyzantów sowieckich, przejmować spalonych członków konspiracji z Wilna oraz demonstrować zbrojnie polską obecność na Wileńszczyźnie.

Czy mógłby Pan przedstawić sylwetkę dowódcy tego oddziału?
Organizatorem i komendantem oddziału był ppor. mgr Antoni Burzyński „Kmicic”. Urodził się w 1911 roku Wilnie, gdzie po ukończeniu Gimnazjum Zygmunta Augusta i rocznej podchorążówce w 5 Pułku Piechoty Legionów jako plut. podch. (od 1938 podporucznik) podjął w 1934 roku pracę w komórce wojskowej w DOKP Wilno. Równolegle rozpoczął studia w Szkole Nauk Politycznych przy Instytucie Badawczym Europy Wschodniej, którą ukończył w czerwcu 1939 ze stopniem magistra, a znając kilka języków (m.in. turecki) myślał o pracy w dyplomacji.

We wrześniu 1939 uczestniczył w przygotowaniach do obrony Wilna jako adiutant ppłk. Stanisława Szyłejki. Po przekroczeniu granicy litewskiej został internowany Kułatowie (Kulatuva) pod Kownem, skąd wydostał się przy pomocy rodziny Oszurków, u których zamieszkał w Żejmach koło Kiejdan (stąd pseudonim „Kmicic”). Po przedostaniu się do Wilna działał w konspiracyjnym kole pułkowym 5 pp. leg. mjr. Antoniego Olechnowicza. W grudniu 1939 bierze ślub ze Stanisławą Bukowską (ps. „Sarenka”). Jesienią 1941 został aresztowany przez Saugumę (litewską policję bezpieczeństwa na usługach niemieckich), skąd został wykupiony i w 1942 przeniósł się do Świra, gdzie włączył się w działającą tu od 1940 konspiracją polską (batalion kadrowy „Światosław”, dowódca por. Józef Romejko – „Klin/Bita”, 1 kompania „Maks”, 2 kompania „Brzeg”, 3 kompania „Protazy”).

Dlaczego „Kmicic” oparł swoją działalność o okolice jeziora Narocz?
W 1942 r. „Kmicic” za zgodą Komendy Okręgu przystąpił do tworzenia oddziału w okolicach jeziora Narocz, które stanowiły dogodny teren do działań partyzanckich dzięki licznym lasom, bagnom i zespołom jeziornym, pomiędzy którymi łatwo było się ukryć i obronić, a zarazem kontrolować szlaki komunikacyjne i atakować posterunki i garnizony okupanta.

Pod koniec 1942 r. „Kmicic” pod nazwiskiem Nurmo przeniósł się do wsi Kupa (schronisko u braci Głowackich) nad jeziorem Narocz obok Kobylnika, gdzie jak w całym powiecie postawskim działała polska konspiracja od końca 1939 roku, ale od 1942 istniały silne oddziały partyzantki sowieckiej. Na tym terenie „Kmicic” rozpoczął na przełomie 1942/1943 r. organizowanie oddziału partyzanckiego w ścisłej współpracy z inspektorem Obwodu „C” (Postawy, Głębokie) mjr. Stefanem Świechowskim „Sulimą”.

Kiedy oddział wyruszył w pole?
Zaprzysiężenie i wymarsz kilkuosobowego oddziału nastąpiło 25 marca w zaścianku Bryle koło Kobylnika. Po zebraniu ukrytej broni i ludzi, głównie z okolic Świra, 15 kwietnia „Kmicic” przeprowadza nocny atak na stację Gieladnia. W maju oddział liczący około 50 żołnierzy stacjonuje w zaścianku Ludwinów kpt. Józefa Soroko. W porozumieniu z partyzantką sowiecką Fiodora Markowa „Kmicic” tworzy nad jeziorem Narocz stałą bazę. Oddział walczył zwycięsko z Niemcami i policją białoruską rozbijając pobliskie ich posterunki. W połowie sierpnia oddział liczy około 200 żołnierzy.

Śp. ppor. Antoni Burzyński – twórca pierwszego oddziału partyzantki polskiej na Wileńszczyźnie – został w 1988 r. odznaczony przez Prezydenta .RP w Londynie „Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami”, a na Bazie „A” Oddziału „Kmicica” nad Naroczą zostały postawione w 1991 i 1992 krzyże pamiątkowe, przy których są odprawiane Msze św. z udziałem pozostałych przy życiu jego żołnierzy.

Jakie były największe akcje zbrojne żołnierzy „Kmicica”?
W ciągu półrocznej działalności oddział dokonał szeregu akcji zbrojnych. Wymienię tutaj:
15 IV: Gieladnia – rozbicie stacji kolejowej, zdobycie zaopatrzenia;
6 VII: Miadzioł – nieudany zamach na starostę (kreisleitera);
11/12 VII: Stracza – zasadzka oddziałku konnego na niemiecką kolumnę motorową;
VII–VIII: Łyntupy, Mikolce, Czećwierć – potyczki patroli z Niemcami i Litwinami;
1/2 VIII: Duniłowicze – rozbicie posterunku żandarmerii niemieckiej;
11 VIII: Antonisberg (las) – likwidacja opuszczającego Kobylnik garnizonu niemieckiego;
14/15 VIII: Żodziszki – rozbicie garnizonu niemiecko-białoruskiego, zdobycie broni.

26 sierpnia 1943 r. rozpoczęła się likwidacja oddziału „Kmicica”. Jak do tego doszło i jaki był przebieg tych wydarzeń?
26 sierpnia w czasie rozmów na pobliskiej bazie sowieckiej „Kmicic” ze sztabem zostaje aresztowany, a jego oddział podstępnie rozbrojony. Wysunięta ze strony Sowietów w propozycje podporządkowania się Związkowi Patriotów Polskich w Moskwie „Kmicic” odrzucił, tajemnic wojskowych nie ujawnił i po kilku dniach został rozstrzelany. Wraz z nim zamordowano około 80 polskich jeńców. Z części pozostałych Sowieci stworzyli podporządkowany sobie oddział im. Bartosza Głowackiego, którego dowódcą został kpt „Zapora”, a zastępcą do spraw politycznych Żyd „Marecki”, któremu towarzyszyła żona „Lusia”. Oddział szybko przestał istnieć. Włączeni do niego partyzanci „Kmicica” i przebywający na patrolach uciekli w początkach września do tworzącej się koło Świra i Michaliszek V Brygady „Łupaszki” – mjr. Zygmunta Szendzielarza, który walczył z Niemcami i Sowietami, a po 1945 roku z aparatem terroru stalinowskiego na Podlasiu, Mazurach i Pomorzu do jesieni 1947.

Mord nad Naroczą nazywany jest „Małym Katyniem”.
Nazwa „Mały Katyń nad Naroczą” wzięła się stąd, że Sowieci nie wymordowali całego oddziału „Kmicica”. Mieli w swych rękach około 200 partyzantów i personel pomocniczy, a zamordowano około 80 osób obawiając się rozgłosu międzynarodowego po wykryciu zbrodni katyńskiej, jak to uzasadniał w raporcie do Moskwy dowódca oddziału sowieckiego Markow. Sprawa mordu na Naroczą została podjęta na wiosnę 1992 roku przez polską prokuraturę wojskową i śledztwo było prowadzone na Białorusi. Wzywano Polaków z Kobylnika na przesłuchania w Miadziole w tej sprawie.

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał Kajetan Rajski

http://www.pch24.pl/maly-katyn-nad-naro ... z2GQd91u2I


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Prawda o zbrodniach na narodzie polskim
PostNapisane: 18 sty 2013, 08:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Śladami zbrodni

IPN opublikował unikatowy album „Śladami zbrodni. Przewodnik po miejscach represji komunistycznych lat 1944-1956”. Prezentacja wydawnictwa odbyła się w owianym złą sławą areszcie-katowni na Rakowieckiej
Piotr Czartoryski-Sziler

– To publikacja o charakterze monumentalnym, nie tylko pod względem objętości, ale także pod względem wagi historii, która jest w niej opisana – powiedział wczoraj prezes IPN dr Łukasz Kamiński. Promocja albumu, który jest pierwszą po II wojnie światowej próbą skatalogowania miejsc stalinowskich represji, odbyła się wczoraj w areszcie śledczym na Mokotowie w Warszawie. – Jestem przekonany, że nie ma lepszego miejsca, aby porozmawiać na temat tej publikacji. W tej jednostce te wydarzenia miały bowiem miejsce. Szacuje się, że zginęło tu nawet do tysiąca osób – wskazał dyrektor aresztu ppłk Bogdan Kornatowski. Album zawiera zdjęcia, dokumenty i relacje dotyczące siedzib Urzędu Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej, a także sowieckich NKWD i Smiersza. Uwzględniono w nim miejsca pochówków ofiar komunistycznego terroru, często dopiero niedawno odkryte.

– To jest księga fundamentalna, absolutnie podstawowa i pewnie będzie traktowana tak jeszcze przez wiele lat. Jest wynikiem wieloletniej pracy – ocenił dr hab. Andrzej Krzysztof Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. – 150 lat temu Rosjanie starali się grzebać ciała tych, których rozstrzeliwano, wieszano, mordowano, na miejscu zbrodni i natychmiast zacierać ślady. Mamy ten sam problem także teraz. Wiemy, że dotyczy kilkudziesięciu tysięcy ofiar. Każda publikacja, która przybliża nas do osiągania efektów, na jakich nam zależy, która pomaga w takich poszukiwaniach, jest rzeczą cenną. Ta jest absolutnie bezcennym przewodnikiem, bez którego właściwie dalsze prace i dalsze poszukiwania byłyby jeszcze trudniejsze, dzięki tej księdze będą łatwiejsze – dodał. Kunert zwrócił uwagę, że album wpisuje się w projekt realizowany przez Radę wspólnie z IPN poszukiwania miejsc pochówków ofiar terroru komunistycznego, m.in. w kwaterze „Ł” wojskowych Powązek.

50 tysięcy w dziewięć lat
IPN zwraca uwagę, że liczba ofiar zbrodni komunistycznych z lat 1944-1954 może sięgać nawet 50 tysięcy. „Żołnierze antykomunistycznego podziemia, przeciwnicy polityczni przyniesionej ze Wschodu władzy, zwykli ludzie, którzy nie godzili się na nowy porządek, byli prześladowani i zamęczani w setkach miejsc na terenie całego kraju. Przez lata, również po 1989 r., miejsca, w których dokonywano komunistycznych zbrodni, nie tylko nie były w należny sposób upamiętnione, ale pozostawały poza społeczną świadomością nawet najbliższego otoczenia” – czytamy w publikacji. – Chciałem podziękować śp. panu prezesowi Januszowi Kurtyce, dzięki któremu ten projekt został uruchomiony, oraz obecnemu prezesowi IPN panu Łukaszowi Kamińskiemu, który go wspierał. Praca trwała wiele lat i doprowadziła do powstania tak poważnego dzieła – podsumował dr Tomasz Łabuszewski z warszawskiego IPN, odpowiedzialny za redakcję naukową. Historyk przedstawił prezentację multimedialną, w której przybliżył historię powstawania publikacji oraz miejsc w niej opisanych. Projekt został uruchomiony w 2006 r., uczestniczyło w nim 11 oddziałów Instytutu, ponad 30 naukowców. Zakres pracy obejmował pierwsze dziesięciolecie rządów komunistycznych, czyli lata 1944-1956. Publikacja przedstawia 210 z około 550 miejsc, w których w tym czasie dokonywano komunistycznych zbrodni. IPN ma nadzieję, że przyczyni się ona do powstania muzeum pamięci ich ofiar. – Wokół tego albumu powinniśmy rozmawiać nie tylko o przeszłości, która stoi za tymi kilkuset miejscami w całym kraju, ale także szerzej dyskutować nad potrzebą istnienia takiego miejsca, być może kilku miejsc w kraju, które pozostawią przyszłym pokoleniom trwały ślad po terrorze komunistycznym z pierwszego powojennego okresu – zaznaczył dr Łukasz Kamiński. W albumie scharakteryzowano powiatowe i wojewódzkie urzędy bezpieczeństwa publicznego, siedziby Głównego Zarządu Informacji Wojskowej, więzienia, areszty śledcze, obozy NKWD i miejsca tajnych pochówków.

Cela pod bankiem
W publikacji znajdziemy też wiele fotografii tych miejsc (współczesne i z lat wcześniejszych) oraz relacje przesłuchiwanych i torturowanych, sylwetki katów, dokumenty świadczące o metodach i skali działań aparatu bezpieczeństwa. – Celem projektu było przede wszystkim uratowanie pamięci o tych miejscach. Nikt wcześniej tych miejsc w gruncie rzeczy nie poszukiwał i nikt ich nie wskazywał – podniósł dr Łabuszewski. Chodzi też o zwrócenie społeczności lokalnej uwagi na te miejsca. W wielu miastach w różnych częściach Polski praktycznie nikt już nie identyfikuje danych obiektów z miejscami, w których dokonywano represji. Jako przykład Łabuszewski pokazał całą serię zdjęć budynków z całej Polski, w których znajdują się dziś szkoły, przedszkola czy banki. Z zewnątrz niczym się nie różnią od innych. Niewielu jednak wie, że w ich piwnicach zachowały się często oryginalne cele, karcery, miejsca kaźni polskich patriotów. Na ścianach wielu z nich do tej pory zachowały się wyryte nazwiska, kalendarze więzienne, szkaplerzyki, dramatyczne wezwania, np. „Jezu, wyratuj”.

Projektowi badawczemu „Śladami zbrodni” towarzyszył projekt edukacyjny dla szkół; uczniowie gromadzili dokumentację fotograficzną i filmową dotyczącą obiektów wykorzystywanych np. przez Urzędy Bezpieczeństwa, nagrywali relacje z osobami represjonowanymi i ich rodzinami.

http://www.naszdziennik.pl/wp/21300,sla ... rodni.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 124 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 9  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /