Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 225 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 15  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 15 wrz 2010, 06:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Opowieść o rotmistrzu Pileckim

Czy jestem godna pisać o wielkim Polaku,
Co przewyższał dzielnością większość mych rodaków?
Czy wolno mi poruszyć temat tak poważny,
Uwiecznić w zwykłym wierszu jego czyn odważny?
Czy moje proste słowa nie będą zbyt małe,
Choć temat każe, żeby były doskonałe?
Czy zdołam sprostać temu wyzwaniu wielkiemu:
Napisać utwór w hołdzie Panu Pileckiemu?

Pilecki Witold, Polak zrodzony na Wschodzie,
W mieszkającym w Ołońcu patriotycznym rodzie,
Szlachcic herbu Leliwa, potomek powstańców,
Skazanych na Syberię niezłomnych zesłańców,
Syn Juliana, Ludwiki, harcerz w pierwszej wojnie,
A po niej z bolszewizmem wojujący zbrojnie,
W czasach międzywojennych student i artysta,
Dusza pełna zapału, uczciwa i czysta,
Podporucznik rezerwy, dowódców nadzieja,
Mąż Marii, ojciec Zofii, a także Andrzeja,
Zawsze gotów na każde Ojczyzny wezwanie -
- Druga wojna światowa była dlań wyzwaniem.

We wrześniu uczestniczył w przesławnej kampanii,
Walczył dzielnie sam Witold i jego ułani,
Potem działał Pilecki skrycie, w konspiracji,
Z Janem Włodarkiewiczem w TAP organizacji.
Lecz to nie wystarczyło ambicji żołnierza:
Czynić więcej niż inni Polacy zamierzał.
Gdy wszyscy Oświęcimia pragnęli uniknąć,
On jeden z własnej woli zechciał tam przeniknąć.

On jeden, dla zdobycia wiedzy z pierwszej ręki,
On jeden, dla zbadania skali ludzkiej męki,
On jeden, dla odkrycia, kim ofiary, kaci,
On jeden, dla empatii wobec sióstr i braci,
On jeden, dla rozwiania wszelkich wątpliwości,
On jeden, dla sprawdzenia słów wiarygodności,
On jeden, dla Europy, świata oświecenia,
On jeden, dla poziomu wroga ustalenia,
On jeden, żeby poznać człowieczą naturę
Skazał siebie na Auschwitz, niemiecką torturę.
On jeden, w imię prawdy, jaka by nie była
Wszedł tam, gdzie się największa straszliwość ukryła.

Dni dziewięćset czterdzieści siedem oraz nocy
Spędził w piekle, nie krzycząc “ratunku, pomocy”.
Rozglądał się uważnie, wszystko obserwował,
Pod fałszywym imieniem swą tożsamość chował.
Przedstawiał się nazwiskiem T. Serafińskiego,
Skądinąd późniejszego przyjaciela swego.
Zdobywał doświadczenia, prawdzie się przyglądał,
Codziennie straszne sceny, widoki oglądał -
- Tak straszne, że je nawet trudno w wierszu streścić,
Gdyż grozy tej tekst żaden nie zdołałby zmieścić.

Widział, jak giną masy - bez grzechu, bez winy,
Widział, jak cierpią dzieci - bez wsparcia, rodziny,
Widział, jak umierają ludzie raz za razem,
Widział, jak ich naziści chytrze trują gazem,
Widział, jak krwawe krople spadają na ziemię,
Widział, jak ludzkie usta wykrzywia cierpienie,
Widział, jak ciała więźniów słabną z winy głodu,
Widział twarze oprawców zimne jakby z lodu.
I widział katowanie, brutalność, agresję,
I widział desperację, apatię, depresję,
Był świadkiem ludzkiej trwogi, lęku, przerażenia,
Był świadkiem żądzy zemsty, wściekłości, wzburzenia.

Lecz Witold nie chciał tylko biernie się przyglądać -
- Był tutaj dobrowolnie, więc mógł od losu żądać
Więcej niż pozostali ludzie w tej otchłani,
Cisi i zastraszeni, słabi, schorowani.
Ach, on organizował w Auschwitz konspirację,
Ostrożnie i rozważnie (rozumiał sytuację)!
Utrzymywał kontakty z ludźmi na wolności,
Zdobywał dla współwięźniów zapasy żywności,
Starał się te osoby na duchu podtrzymać,
By mogły do powstania w obozie wytrzymać.

Ciekawe - był Pilecki panem losu swego.
Choć wiedział, że śmierć czyha codziennie na niego,
On wolnym był człowiekiem, mógł sam decydować,
Czy już uciec z obozu, czy go wciąż lustrować.
Aż w końcu, kiedy poczuł, że już czas nadchodzi,
Że z piekła trzeba odejść, by się znów narodzić,
Skorzystał z dobrej chwili, uciekł w swoją stronę,
Opuścił dobrowolnie miejsce złem skażone.

Chciałabym, by w tym miejscu było zakończenie:
“Żył długo i szczęśliwie” - takie wyrażenie.
Lecz los, co dotąd sprzyjał, nagle się odwrócił
I dumnego z ucieczki Witolda zasmucił.
Z początku było dobrze - Pilecki się zjawił,
Dostał stopień rotmistrza, raporty przedstawił.
Spotkał swoją rodzinę, dożył końca wojny…
I wówczas się rozpoczął czas dlań niespokojny.
Komuniści, co w Polsce zaczęli rządzenie
Dostrzegli w bohaterze wielkie “zagrożenie”.
Stwierdzili, że ten, który nie bał się nazistów
Tym bardziej się nie zlęknie władzy ich, marksistów.

Zapragnęli go zniszczyć, więc go oskarżyli
O różne niecne czyny, które wymyślili.
Gdy już go odnaleźli, gdy aresztowali,
Osadzili w więzieniu, tam torturowali.
W tym miejscu pragnę spytać Czytelnika swego:
Czy może być od Auschwitz coś jeszcze gorszego?
Czy ktoś umie wywołać w swojej wyobraźni
Jeszcze okrutniejsze miejsce ludzkiej kaźni?
Nie mnie oceniać przeszłość, gdyż nie znam historii:
Nie widziałam praktyki, żyję wśród teorii.
Lecz ten Witold Pilecki, co w obozie siedział
I dużo o ofiarach tudzież katach wiedział,
Powiedział do swej żony z powagą, szczerością,
Że ubecja przewyższa SS brutalnością.
Możemy sobie dzisiaj tylko wyobrażać,
Co skłoniło Witolda, żeby tak uważać.
Przesłuchania bolały - to nie była fraszka!
Rzekł rotmistrz, że “Oświęcim to była igraszka”
W porównaniu z bezpieką, stalinowskim UB,
Co skazało tak wielu Polaków na zgubę.

Historia Pileckiego skończyła się smutno,
Skazano go na karę niesłuszną, okrutną:
Śmierć poprzez rozstrzelanie, bez żadnej litości -
- Ten wyrok wydał Wymiar Niesprawiedliwości!
I choć żona Witolda, przyjaciele jego,
Starali się o łaski dar dla niewinnego,
Nie zdołali przekonać złej władzy ludowej,
By wyrzekła się kary tak dziwnie surowej.
Odrzucono petycje, wyrok wykonano,
Nie wiadomo, czy i gdzie zwłoki pochowano.
O czynach Pileckiego świat zapomniał cały,
Choć go czasem lewackie media oczerniały.
I choć teraz niektórzy przypomnieli sobie
O tej wielkiej, szlachetnej, niezwykłej osobie,
I choć nawet ten utwór wspomnieniem być może,
Jest za późno: ofierze już nic nie pomoże!

Chciał Pilecki coś zrobić dobrego dla świata,
Lecz świat, zamiast dziękować, skazał go na kata.
Zło jak zwykle wygrało, szlachetność zdeptało
I to, jakie jest życie, w pełni pokazało.
Opowieść o rotmistrzu nie mobilizuje,
Choć honor, wierność Polsce, męstwo ukazuje.
Ach, cóż, że ktoś ma cechy, które warto cenić,
Skoro ludzkość nie umie ich nawet docenić?!
Zbyt często się zdarzało oraz nadal zdarza,
Że świat wspaniałych ludzi niszczy, upokarza,
A docenia nieprawych, zepsutych do szpiku,
Których jest - na nieszczęście - doprawdy bez liku.
Czy warto się narażać, poświęcać dla sprawy,
Chociaż świat nie rokuje żadnych szans poprawy?
Czy warto jest być dobrym, czy dzielność popłaca?
A może bycie podłym bardziej się opłaca?…

Tak mi szkoda Witolda, tak mi szkoda Kraju -
- Świat przenigdy nie będzie podobny do raju!


13-14 września 2010 r.

http://njnowak.salon24.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 19 lis 2010, 19:56 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3315
Mjr Antoni Żubryd "Zuch"(1918 - 1946)

Obrazek


Dźwięk otwieranych masywnych drzwi niespodziewanie zmącił ciszę celi w sanockim gmachu Urzędu Bezpieczeństwa. Znajdujący się wewnątrz trzej młodzi ludzie wstali z pryczy. Do środka, w towarzystwie funkcjonariusza UB wszedł ksiądz.

Ostatnia spowiedź więźniów odbyła się szybko. Warujący UB-ek nie pozwolił na dłuższą rozmowę z kapłanem, który do tej pory był dla nich jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym. Następnego dnia rano 24 maja 1946 odbył się makabryczny spektakl. Na stadionie sportowym w Sanoku powieszono dwóch z nich: Władysława Kudlika oraz Władysława Skwarca. Publicznej egzekucji przyglądał się tłum gapiów, ale UB-ekom to nie wystarczyło, dlatego na widowisko spędzili młodzież z miejscowych szkół. Zwłoki obu straconych wrzucono do jednego grobu, który przez dziesiątki lat pozostał bezimienny. Kilka dni później na szubienicy stanął trzeci z uwięzionych: Stanisław Książek. W taki oto barbarzyński sposób zamordowani zostali żołnierze z oddziału Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem legendarnego majora Antoniego Żubryda.

Zakręty losu

Przez cały okres polski ludowej postać Antoniego Żubryda była uosobieniem reakcji, wszelakiego zaprzaństwa i faszyzmu. Uczyniono z niego niemalże sztandarowy symbol powojennego podziemia niepodległościowego w znaczeniu jak najbardziej pejoratywnym. Książki takie jak „Łuny w Bieszczadach”, „Na tropach Żubryda”, „Bieszczady w ogniu” czy też film „Ogniomistrz Kaleń” skutecznie wyryły jego obraz jako brutalnego zbrodniarza, zaś obraz jego ludzi jako bandę rzezimieszków i rabusi. Oczywiście opowieści te z jakąkolwiek prawdą miały niewiele wspólnego. Kim więc był Antoni Żubryd i jak wyglądały koleje jego dramatycznego życia?

Mjr Antoni Żubryd "Zuch"

Antoni Żubryd przyszedł na świat 4 września 1918 roku w Sanoku gdzie jego ojciec był woźnym w jednej ze szkół. W 1933 roku rozpoczął naukę w Szkole Podoficerskiej dla Małoletnich w Śremie. Edukację zakończył w 1936 roku otrzymując przydział do 40 pułku piechoty „Dzieci Lwowskich.” Podczas kampanii wrześniowej brał udział w obronie Warszawy. W trakcie walk został awansowany do stopnia sierżanta i odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku stolicy dostał się do niemieckiej niewoli, z której niebawem zbiegł. Przebrany w cywilne ubranie powrócił do rodzinnego Sanoka.

Na przełomie roku 1939 i 1940 Żubryd próbuje przedostać się przez granicę na stronę radziecką. Niestety ujęty przez sowietów zostaje zmuszony do współpracy z radzieckim wywiadem. Jako agent o pseudonimie „Orłowski” prowadził rozpoznanie niemieckich umocnień nad Sanem. Jego zadaniem była również obserwacja nadleśnictwa w Sanoku. W tym celu nawiązał kontakt z pracownicą nadleśnictwa Janiną Praczyńską. Znajomość okazała się na tyle zażyła, iż w październiku 1940 roku oboje zawarli związek małżeński. W międzyczasie Żubryd wiąże się z Armią Krajową i działa tam w charakterze instruktora. Ten epizod jego życia mimo wszystko nie jest należycie udokumentowany.
Obrazek

Janina Żubryd z domu Praczyńska, żona Antoniego Żubryda. Po zwolnieniu z aresztu UB stale przebywała w oddziale męża. Zastrzelona wraz z mjr. Żubrydem przez agenta UB Jerzego Vaulina 24 października 1946 we wsi Malinówka.

Uderzenie niemieckich wojsk na sowietów w czerwcu 1941 roku gwałtownie przerwało współpracę Żubryda z sowieckim wywiadem. Niemcom jednak udało się przejąć dokumenty świadczące o jego powiązaniach z Rosjanami. Antoni Żubryd został aresztowany i przewieziony do Tarnowa, a następnie do Krakowa gdzie Sondergericht skazał go na śmierć. Szczęście jednak znowu się do niego uśmiechnęło. W drodze na egzekucję udaje mu się, mimo postrzału w nogę, uciec z transportu. Przez jakiś czas ukrywał się w leśniczówce koło Krzeszowic. Latem 1943 roku przedarł się do Sanoka.

Kiedy w 1944 roku do Sanoka wkroczyła armia czerwona Żubryd zgłosił się do sowieckiego dowództwa z chęcią podjęcia dalszej współpracy. Odkomenderowano go do placówki NKWD, gdzie pełnił funkcje oficera śledczego i tłumacza. Po pewnym czasie objął stanowisko zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Sanoku otrzymując stopień porucznika. Ludzie pamiętający tamte czasy twierdzili, że Żubryd zasadniczo różnił się od swoich sadystycznych współpracowników z UB. Nie dość, że nie torturował aresztowanych, to wręcz ostrzegał przed mającymi nastąpić aresztowaniami i pomagał w ucieczkach.

Wojna się skończyła, ale spokój nie zawitał w malownicze rejony Podkarpacia. Reżim komunistyczny przystąpił do rozprawy z polskim podziemiem niepodległościowym, które nie miało zamiaru składać broni. Walka przybrała charakter bezpardonowy. Życie ludzkie nie miało większego znaczenia. Zależało od przypadku bądź czyjegoś kaprysu. Na domiar złego, co noc krwawe łuny płonących wsi znaczyły szlaki przemarszu sotni Ukraińskiej Powstańczej Armii. Żubryd - oficer UB, na co dzień przekonywał się, że komuniści zmierzają do unicestwienia każdego kto chociaż na moment pomyślał o niepodległej Polsce. Zapewne nie czuł w sobie powołania do utrwalania dyktatury proletariatu, bo bardzo szybko nawiązał współpracę z endeckim podziemiem działającym w Sanoku. Niejasne powiązania zwróciły uwagę jego przełożonego, szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego, który postanowił pozbyć się swojego zastępcy. Antoni Żubryd pojął, iż grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Najprawdopodobniej przejął rozkaz Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego dotyczący jego zwolnienia z pełnionych funkcji. Postanowił więc działać.

W konspiracji

W czerwcu 1945, w asyście zaufanych ludzi podjechał pod gmach UB w Sanoku na ulicy Sienkiewicza. Od strażników zażądał wydania dziesięciu więźniów podejrzewanych o przynależność do Armii Krajowej. Ci w związku z nieobecnością Sieradzkiego wykonali polecenie. Nie niepokojony przez nikogo Żubryd wraz ze swoją grupą oddalił się w stronę Krosna. Następnego dnia UB-ecy zrozumieli, że zostali oszukani. W odwecie aresztowali jego teściową i czteroletniego syna. Żubryd jednak nie dał zbić się z tropu.. 15 czerwca jego ludzie celnymi strzałami zdmuchnęli z tego świata szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego i ranili innego funkcjonariusza. To jednak nie poskutkowało. W związku z tym Żubryd na czele swojego oddziału zdobył posterunek Milicji Obywatelskiej w Haczowie i wziął do niewoli znajdujących się tam milicjantów. Następnie zadzwonił do sanockiego UB i oświadczył, iż jeżeli w przeciągu godziny teściowa i syn nie zostaną zwolnieni wszystkich rozstrzela. Tym razem funkcjonariusze bezpieki postanowili nie ryzykować i natychmiast uwolnili przetrzymywanych.

W ten sposób powstały zręby oddziału, który niebawem zasiał strach pośród członków komunistycznego reżimu. Antoni Żubryd szybko skontaktował się z dowództwem Narodowych Sił Zbrojnych i właśnie tej organizacji podporządkował swoją zbrojną grupę przyjmując pseudonim „Zuch”. Komenda główna NSZ zatwierdził jego stopień porucznika awansując później do stopnia kapitana, a następnie majora. „Zuch” podporządkował sobie kilka innych konspiracyjnych grup działających w regionie. Liczący początkowo kilkanaście osób oddział rozrósł się do rozmiarów batalionu przekraczając stanem osobowym grubo ponad dwieście osób. Obszar działania oddziału podzielonego na kilka kompanii obejmował powiaty: leski, sanocki i brzozowski.

ława Batalionu oraz jego dowódcy szybko obiegła cały kraj. Pośród huku wystrzałów i trzasku płonących zabudowań „Zuch” bezwzględnie rozprawiał się ze stalinowskim aparatem. Trup pośród funkcjonariuszy UB, MO, KBW, a także co bardziej gorliwych członków PPR ścielił się gęsto.
W maju 1946 roku „żubrydowcy” podziurawili kulami samochód komisji przesiedleńczej posyłając w zaświaty szefa sztabu 8. Dywizji Piechoty ppłk. Teodora Rajewskiego.
W tym samym miesiącu niedaleko Niebieszczan „Zuch” osobiście położył trupem szefa Wydziału Polityczno-Wychowawczego 8. DP mjr Abrahama Premingera*.
Ilu jeszcze UB-eków, NKWD-zistów, milicjantów i propagandzistów padło od kul żołnierzy majora Żubryda? Trudno to dzisiaj policzyć. Żubryd bez przerwy organizował na nich zasadzki, co i sam się z nich wymykał. Rozbijał konwoje i uwalniał więźniów politycznych. Strzelaniny, potyczki, gonitwy były codziennością dla żołnierzy Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ – jak brzmiała jego pełna nazwa. Oddział ochraniał również polską ludność przed UPA, a niekiedy przechwytywał aprowizację przygotowywaną przez Ukraińców dla swoich striłciw.
Ściśle współpracował też z innymi organizacjami niepodległościowymi między innymi sanockimi strukturami Stronnictwa Narodowego** i Młodzieży Wielkiej Polski***.
Co ciekawe świadkowie tamtych czasów relacjonują, iż „Zuch” poczynał sobie dość śmiało. Bywało, że nie niepokojony przez nikogo przebywał w Sanoku. Rzekomo miał też wizytować tutejsze koszary wojskowe. Z wojskiem zresztą żył w dobrej komitywie.
Wszystko to spowodowało, że dla władz Polski Ludowej major Antoni Żubryd stał się wrogiem publicznym numer jeden. Metody walki jakie narzucili komuniści, prócz publicznych egzekucji, podstępu i skrytobójstwa obejmowały jeszcze niezwykle kłamliwą propagandę. Żubrydowi przypisywano najbardziej haniebne czyny: rabunki, rozboje, morderstwa. Uporczywie tworzono mit pospolitego przestępcy. Faktem jest, że wielu autentycznych watażków podszywało się pod niego, ale „Zuch” gdy tylko mógł bronił reguł praworządności. Tak było w przypadku Franciszka Haducha z Pisarowiec. Haduch był jednym z uwolnionych przez Żubryda więźniów UB. Na wolności przyjął pseudonim „Piłsudski” i zorganizował własny oddział partyzancki. Jednak zamiast partyzantką zajął się pospolitym rabunkiem bydła i wszelkiego innego dobytku. Kiedy Żubryd się o tym dowiedział, a zarzuty się potwierdziły osobiście zastrzelił Haducha.

Zdrada

Ogrom sił i środków zgromadzonych przeciwko oddziałowi „Zucha” dawał pewność, że prędzej czy później stalinowska machina terroru odniesie zwycięstwo. Tak się też stało. Batalion zaczął tracić inicjatywę w polu.
W ręce UB wpadł Mieczysław Kocyłowski vel „Czarny”**** - zastępca i prawa ręka Antoniego Żubryda. 27 czerwca 1946 roku pododdziały 32 pułku piechoty zadały „żubrydowcom” poważne straty. Do niewoli dostało się aż dwudziestu jeden partyzantów. Kilka miesięcy później przeprowadzono na oddział wielką aczkolwiek nieudaną obławę. Pętla powoli się zaciskała.
„Zuch” zrozumiał, że dalsza walka nie ma szans powodzenia. Wraz z żoną – która od początku istnienia batalionu stała u jego boku - postanowił przedostać się do Austrii. O zmierzchu 24 października 1946 oboje przybyli do Malinówki. Był z nimi towarzysz broni Jerzy Vaulin vel Mar. Vaulin, były żołnierz AK, posługiwał się w oddziale mjr. "Zucha" pseudonimem "Bronek", a w UB - "Mewa". „Zuch” pozostawił małżonkę i wraz Marem poszli sprawdzić dalszą trasę przemarszu. Kiedy obaj weszli do lasu Mar niepostrzeżenie wyjął z kabury swojego browninga – kal. 7,65 mm i strzałem w tył głowy zabił Antoniego Żubryda.

Mjr Antoni Żubryd "Zuch" - posmiertne zdjęcie wykonane przez UB.

I to wszystko w ciągu zaledwie 28 lat zmarnowanego życia
dla WOLNOŚCI WIELU NIEWDZIĘCZNYCH POLAKÓW


Chwilę potem podstępem zwabił w to samo miejsce będącą w ósmym miesiącu ciąży Janinę Żubryd. Ją również zastrzelił na miejscu. Ani „Zuch”, ani tym bardziej jego żona nie przypuszczali, że Jerzy Valin jest agentem UB. Mordując ich wywiązał się z zadania powierzonego mu przez jego pryncypałów. Następnego dnia funkcjonariusze bezpieki zabrali zwłoki. Teściową i syna Żubrydów osadzono na zamku w Rzeszowie. Syn Janusz zmuszony był zmienić nazwisko.


Ostatniego żołnierza Samodzielnego Batalionu NSZ „Zuch” aresztowano dopiero 1951 roku.

Obrazek

Zdjęcie wykonane przez UB we wsi Malinówka. Ciała mjr. Antoniego Żubryda "Zucha" i jego żony Janiny, zastrzelonych przez agenta UB Jerzego Vaulina.

Po latach

Dnia 28 czerwca 1994 roku Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił postanowienia Wojskowej Prokuratury Rejonowej z dnia 12 grudnia 1946 roku dotyczące między innymi umorzenia postępowania wobec śmierci Antoniego Żubryda. Jego zabójca Jerzy Vaulin zrobił karierę jako reżyser wojskowych filmów dokumentalnych. Do zabójstwa „Zucha” i jego żony przyznał się publicznie na łamach Gazety Wyborczej. W roku 1999 Sąd Okręgowy w Krośnie rozpoczął proces przeciwko niemu pod zarzutem zabójstwa dowódcy batalionu NSZ. Sam Vaulin stwierdził, że: Nie czuję pokuty, jest to moje największe bojowe przeżycie, zakończone zwycięstwem.*****

Wojciech Romerowicz

Przypisy:
* Mogiła majora Abrahama Premingera znajduje się na sanockim cmentarzu wojskowym gdzie co rok odbywają się uroczystości związane z ważnymi świętami państwowymi. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdują się groby straconych żołnierzy z oddziału Antoniego Żubryda: Władysława Kudlika, Władysława Skwarca i Stanisława Książka. Mogiły ich dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych przestały być bezimienne. Nie doczekały się jednak godnego uznania lokalnej społeczności.
** Stronnictwo Narodowe – partia polityczna wywodząca się z narodowej demokracji. Powstała w 1928 roku. W trakcie okupacji niemieckiej środowiska SN były mocno zaangażowane w walkę z hitlerowcami. W 1944 roku kierownictwo SN utworzyło Narodowe Zjednoczenie Wojskowe przeznaczone głównie do walki z sowieckim okupantem. W 1947 SN zostało ostatecznie rozbite przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.
*** Młodzież Wielkiej Polski – organizacja młodzieżowa kierowana przez SN. Powstała w 1932 roku. Jej celem było wychowywanie młodzieży w duchu wartości narodowych i katolickich. Po wojnie MWP nastawiona była na działalność propagandową przeciwko władzy ludowej.
**** Mieczysław Kocyłowski (1927-1997) –pochodził z Dąbrówki Ruskiej. Jako piętnastolatek został zaprzysiężonym członkiem AK i przyjął pseudonim „Czarny”. Walczył również w oddziale Narodowej Organizacji Wojskowej. Po wojnie dowodził oddziałem samoobrony przed UPA. Odział ten został włączony do Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ mjr Antoniego Żubryda, „Czarny” zaś został jego zastępcą. 23.03.1946 roku zostaje pojmały. Po długim śledztwie skazany na osiem lat więzienia i pięć lat pozbawienia praw obywatelskich. W wyniku ciężkiej choroby zwolniony w 1950 roku. Jest autorem arcyciekawych wspomnień pod tytułem: „Byłem zastępcą Żubryda”. Zmarł nagle 12.02.1997 r w niewyjaśnionych okolicznościach.
***** Jerzy Vaulin został bohaterem reportażu pt. „List do syna” opowiadającego o jego liście do syna Antoniego Żubryda – Janusza Niemca. Vaulin wyznaje w nim, iż to on zamordował rodziców Janusza podając przy tym drastyczne szczegóły mordu. Jak sam skonstatował, żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu nigdy nie miał.

Materiały źródłowe:
Mieczysław Kocyłowski – „Byłem zastępcą Żubryda”.
Brzozowskie Zeszyty Historyczne – część III
Brzozowskie Zeszyty Historyczne – część IX

http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/04 ... esc-1.html

Książka Basak RZECZ O MAJORZE ŻUBRYDZIE ŻUBRYD UPA NSZ jest obecnie w sprzedaży(33+11zł)
http://allegro.pl/basak-rzecz-o-majorze ... 57456.html

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 20 lis 2010, 11:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Vaulin

A to z wiki, gdzie czerwona agentura zapomniała chyba wykasować (cóż - tam też są ludzie, którzy są omylni, a kontrolować muszą dziesiątki tysięcy wpisów dziennie...biedaki):
Oto cytat z wiki:
W 2001 roku [Jerzy Vaulin] wysłał do syna Antoniego Żubryda list, w którym wyjaśnił, że zabicie jego ojca sprawiło mu przyjemność i może o tym otwarcie mówić, ponieważ sprawa się przedawniła (http://kokos.salon24.pl/60047,index.html - tytuł :Lubienie zabijania ulega przedawnieniu). W tym samym roku Iwona Bartólewska nakręciła film dokumentalny poświęcony losom Żubrydów, lecz jego wyświetlenie w telewizji zostało zablokowane przez Vaulina pod zarzutem wykorzystania "utworu literackiego" w postaci listu (http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/4213031: List do syna).

A więc choćby na podstawie samej wiki można dojść do wniosku, jak bezkarna i bezczelna stała się żydokomunistyczna agentura. Ten Vaulin ponoć był w AK, bo był - tak samo jak Boni w Solidarności. Nie jest tajemnicą, że w AK byli agenci NKWD - jeden z nich, czyli Vaulin, się zdemaskował. Czyli tak naprawdę nigdy nie był członkiem AK, a jedynie bolszewicką wtyką która w odpowiednim momencie została użyta.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 21 lis 2010, 18:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Generał August Emil Fieldorf "Nil"

Sześćdziesiąt lat temu, 21 listopada 1950 roku, prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej, pułkownik, doktor, Fajga Mindla Danielak, vel Helena Wolińska, primo voto Franciszkowa, generałowa Jóżwiakowa / generał Franciszek Jóźwiak, był komendantem głównym MO. / Secundo voto. Wolinska- Brus,Żydówka, po 11 dniach od zatrzymania, wydała nakaz aresztowania.
Przedłużający się czas na wydanie polecenia aresztowania, miano przeznaczyć na cichy mord Generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Pięćdziesiąt siedem lat temu Generał August Emil Fieldorf "Nil" został zamordowany w dniu 24 lutego 1953 roku przez powieszenie.
Wyrok wykonano w kotłowni więzienia Warszawa-Mokotów I, przy ulicy Rakowieckiej o godzinie 15.
W dniu 4 lipca 1958 roku wiceprokurator Prokuratury Generalnej, Stanisław Krygiel postanowił umorzyć śledztwo przeciw Emilowi Augustowi Fieldrfowi. W dniu 7 marca 1988 roku Prokurator Generalny PRL-u Józef Żyto, stwierdził :
nie popełnił żadnej zbrodni.
Generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila" był odznaczany:
czterokrotnie Krzyżem Walecznych. W 1923 roku Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari V klasy. W 1929 roku Krzyżem Zasługi. W 1932 roku Krzyżem Niepodległości. W 1937 roku Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta,
W dniu 11 listopada 2007 roku, po 54 latach od mordu dokonanego przez komunistyczną, PRL-owską Polskę, Przewodniczący Instytutu Pamięci Narodowej, Profesor Janusz Kurtyka z Krakowa!!! wydał polecenie prokuraturze wojskowej, sporządzenia Europejskiego Nakazu Aresztowania Heleny Wolińskiej- Brus. Od 1989 roku, to jest od momentu powstania III Rzeczpospolitej, Ministerstwo Obrony Narodowej, wypłacało Helenie Wolińskiej -Brus emeryturę wojskową do 2006 roku. Wolińska- Brus pobierała emeryturę nie posiadając do tego uprawnień. W 2006 roku Prezydent Rzeczypospolitej Profesor Lech Kaczyński odebrał Helenie Wolińskiej -Brus, Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.
Poprzedni Prezydent, *magister* Aleksander Kwaśniewski nie zamierzał robić krzywdy, koleżance z tej samej partii PZPR i rodziny. Panowie Generałowie z MON-u również.
W pogrzebie morderczyni sądowej, wziął udział Leszek Kołakowski z którego tu i tam zrobiono bohatera.
Gieroj nie mojewo romana
Tygodnik Solidarność Nr 13 z 1999 r
Mordercy generała „Nila"
"Generał August Emil Fieldorf „Nil" został aresztowany 10 listopada 1950 roku. Najpierw trafił do aresztu śledczego MBP przy ulicy Koszykowej,potem do więzienia na Rakowieckiej, gdzie spędził ponad dwa lata. Został zamordowany 24 lutego 1953 roku. Po 50 latach trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, kto ponosi największą odpowiedzialność za śmierć generała? Pracował na to cały sztab ludzi - przywódcy komunistycznej partii i państwa, kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, prokuratorzy, sędziowie, oficerowie śledczy. Wszyscy chcieli śmierci niebezpiecznego wroga politycznego - człowieka cieszącego się powszechnym autorytetem, legendy Państwa Podziemnego.
W czasie wojny Pan Generał "Nil" szef „Kedywu" Komendy Głównej Armii Krajowej, zastępca ostatniego dowódcy AK generała Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka", twórca konspiracyjnej organizacji „Nie" (Niepodległość) w 1945 roku przypadkowo wpadł w ręce NKWD. Wywieziony na Ural, przez dwa lata pracował w sowieckich łagrach. Po powrocie ujawnił się - chciał wrócić do służby w wojsku, aby znaleźć środki na utrzymanie rodziny. Generała zadenuncjował jego przełożony z kampanii wrześniowej generał Gustaw Paszkiewicz. W grudniu 1945 roku Paszkiewicz stanął na czele Wojewódzkiego Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego, który rozpracowywał AK na Białostocczyźnie.
Czego nie pokryła Wolińska i inne kłopoty z dokumentami
Pierwszą rewizję po aresztowaniu generała 10 listopada 1950 roku przeprowadził kpt. Lutosław Stypczyński, w obecności innych śledczych - Zygmunta Krasińskiego i Władysława Fabiszewskiego (wszyscy pracowali w Departamencie III MBP - walka z podziemiem). Jeszcze tego samego dnia Stypczyński rozpoczął przesłuchiwanie „Nila".
17 listopada por. Zygmunt Krasiński zwrócił się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej o zastosowanie tymczasowego aresztowania generała. 21 listopada nakaz taki wydała prokurator NPW ppłk Helena Wolińska. Uczyniła to ze znacznym opóźnieniem, po 11 dniach od zatrzymania „Nila". „Odmówiłam pokrycia tego bezprawnego pozbawienia wolności" - napisała Wolińska w zażaleniu do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który 18 stycznia br. postanowił ją aresztować. Fakt, że nie „pokryła" ona okresu uwięzienia Fieldorfa od 10 do 21 listopada ma być argumentem na jej obronę. Zarzuty dotyczą jednak czego innego. Decyzja prokurator Wolińskiej była bezprawna, bo nie została poparta żadnymi dowodami winy osadzonego. Drugi raz Wolińska złamała prawo, przedłużając areszt „Nilowi" - znów nie opisała czynu, który był mu zarzucany. Swój wniosek wydała 15 lutego 1951 roku, podobnie, jak poprzednio ex post, gdyż poprzedni obowiązywał do 9 lutego. Przychylili się do niego przedstawiciele Sądu Rejonowego w Warszawie: płk Aleksander Zarecki, mjr Mieczysław Widaj, mjr Zygmunt Wizelberg.
W uzasadnieniu nakazu aresztowania Wolińskiej sąd napisał, że w wyniku jej działalności „generał Fieldorf był bezprawnie pozbawiony wolności od dnia 21 listopada 1950 roku do dnia 9 maja 1951 roku".
13 grudnia 1950 roku, na rozkaz dyrektora Departamentu Śledczego MBP, płk. Józefa Różańskiego,vel Goldberga „Nil" został osadzony w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Śledztwo, za zgodą naczelnika Wydziału Śledczego MBP ppłk. Ludwika Serkowskiego, przejął ppor. Kazimierz Górski. Intensywne przesłuchania (w sumie było ich 15) prowadził od 21 grudnia 1950 roku do 14 lipca 1951 roku.
Górski ma dziś 73 lata, mieszka na warszawskim Mokotowie. W rozmowie w listopadzie ub.r. twierdził, że nie stosował żadnego nacisku w śledztwie, zapisywał tylko zeznania generała:
- To był człowiek na wysokim poziomie, bardzo inteligentny. Charakter śledztwa nie zależał ode mnie, wykonywałem tylko rozkazy przełożonych. Dziś żałuję, że musiałem w tym wszystkim uczestniczyć.
Kazimierz Górski nie tylko przesłuchiwał Fieldorfa, ale również sporządził kłamliwy akt oskarżenia. Zarzucił generałowi wydawanie rozkazów likwidowania, względnie rozpracowywania, przy współpracy z Niemcami, komórek PPR, oddziałów GL i AL oraz partyzantki radzieckiej. Mimo niebagatelnej roli w sprawie „Nila", Górski nigdy nie stanął przed sądem.
Prof. Witold Kulesza, dyrektor byłej Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, tłumaczy:
- Badanie zbrodni stalinowskich w Polsce nastręcza wiele trudności. Podstawowy problem stanowią dokumenty, na które trzeba czekać nawet 18 miesięcy, część jest opatrzona klauzulą - tajne. Dlatego część stalinowców nadal nie stanęła przed sądem. Mam nadzieję, że Górskiego pociągnie do odpowiedzialności nasza kontynuatorka - Główna Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, która będzie działała w ramach Instytutu Pamięci Narodowej.
Przygotowany przez Kazimierza Górskiego akt oskarżenia zatwierdził wicedyrektor departamentu śledczego MBP Wiktor Leszkowicz, a podpisał (22 X 1951) wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL Benjamin Wajsblech.
Prokurator Wajsblech prowadził też ostatnie przesłuchanie Fieldorfa w dniu 25 lipca 1951 roku. Kilka miesięcy później oskarżał generała przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie.
W raporcie komisji, powołanej w 1956 roku „dla zbadania przejawów łamania praworządności przez pracowników Generalnej Prokuratury i Prokuratury m. st. Warszawy" czytamy: „Spośród prokuratorów zatrudnionych w Departamencie Specjalnym (departament sprawował nadzór nad śledztwami prowadzonymi przez MBP i Wydziałami Specjalnymi w prokuraturach wojewódzkich - red.) w sposób szczególnie negatywny wyróżnił się Benjamin Wajsblech. Wykazując dużą gorliwość w wykonywaniu często niepraworządnych poleceń kierownictwa oraz bezkompromisowość i bezwzględność wobec aresztowanych, obrońców, a nawet i świadków, zyskał sobie u Podlaskiego (Henryk Podlaski, zastępca Prokuratora Generalnego PRL - red.) opinię jednego z najlepszych i najbardziej zaufanych prokuratorów. Opinia ta przyczyniła się do powierzenia Wajsblechowi nadzoru nad tego rodzaju sprawami, w których osiągnięcie pozytywnego wyniku dla oskarżenia w dużej mierze zależało od stosowania niedozwolonych metod w śledztwie".
Wajsblechowi zarzucono:
- bezpodstawne aresztowania podejrzanych i przetrzymywanie ich w areszcie mimo braku uzasadnionych przyczyn,
- usuwanie z akt śledztw protokołów zeznań korzystnych dla oskarżonych,
- sztuczne rozdzielanie spraw, które powinny być rozpatrywane łącznie,
- psychiczne i fizyczne upokarzanie i maltretowanie osób przesłuchiwanych, które podawały, że zachowanie Wajsblecha było nieraz gorsze niż oficerów śledczych.
W wyniku ustaleń komisji, w 1957 roku został zwolniony z prokuratury. Zła opinia nie przeszkodziła mu jednak zostać radcą prawnym. Zdaniem prokuratorów Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu to właśnie Benjamin Wajsblech odpowiada za treść aktu oskarżenia przeciw generałowi Fieldorfowi. Właściwie mógłby odpowiadać, bo zmarł w 1991 roku.
Przedwojenna komunistka

23 października 1951 roku Władysław Dymant, wicedyrektor Departamentu Specjalnego Prokuratury Generalnej, przesłał tajne pismo na ręce prezesa Sądu Wojewódzkiego m. st. Warszawy Ilii Rubinowa, wnosząc o prowadzenie rozprawy przy drzwiach zamkniętych.
16 kwietnia 1952 roku, po kilkugodzinnym procesie sąd w składzie: przewodniczący Maria Gurowska, ławnicy Michał Szymański i Bolesław Malinowski i protokolant H. Grądzka postanowił:
„Fieldorfa Augusta Emila uznać winnym czynów zarzucanych mu aktem oskarżenia i za to na zasadzie art. 1 pkt. 1 dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy skazać go na karę śmierci". Generał miał występować przeciwko „(...) bojownikom o wolność i wyzwolenie społeczne. Udowodnione materiałami sprawy morderstwa około 1000 antyfaszystów, tylko w części obrazują faktyczne zbrodnie, które obciążają skazanego".
Maria Gurowska do końca życia (zmarła pod zmienionym nazwiskiem Górowska w styczniu 1998 roku, kiedy rozpoczął się proces o popełnione przez nią „zabójstwo sądowe") twierdziła, że wyrok śmierci na generała był słuszny. W 1995 roku napisała do ministra sprawiedliwości, że Emil Fieldorf, jako komendant „Kedywu" podpisywał rozkazy mordowania bezbronnych ludzi. Karę wymierzała w oparciu o dowody, na podstawie obowiązującego wówczas prawa. Sąd III RP uznał, że Gurowska działała bezprawnie, z pełną świadomością, że Fieldorf zostanie stracony.
Na szczególną uwagę zasługuje opinia składu sędziowskiego, skierowana do Sądu Najwyższego: „Skazany Fieldorf na łaskę nie zasługuje. Skazany wykazał wielkie natężenie woli przestępczej. (...) Zdaniem sądu nie istnieje możliwości resocjalizacji skazanego".
Gurowska, przedwojenna komunistka, członek PPR i AL, od 1951 roku była sędzią Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Należała do sekcji tajnej - grona sędziów, wyznaczonych przez wiceministra MBP Romana Romkowskiego do wydawania wyroków na polskich patriotów. W latach 1950-54 tajne sekcje osądziły 506 spraw.
Po drugiej stronie
W sekcji tajnej pracowali również sędziowie: Emil Merz, Igor Andrejew i Gustaw Auscaler. 20 października 1952 roku w imieniu Sądu Najwyższego podtrzymali wyrok śmierci wobec Fieldorfa.
Igor Andrejew współtworzył uchwalony w 1969 roku kodeks karny. Jego podręczniki do niedawna widniały w spisie lektur na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego, był cytowany w specjalistycznych publikacjach naukowych. Studenci na ogół nie łączą Andrejewa ze sprawą Fieldorfa. Uważają, że to zasłużony dla prawa profesor.
W 1988 roku Uniwersytet Warszawski opublikował XVI tom „Studia Iuridica", dla „uczczenia pracy naukowej Igora Andrejewa". Profesorowie nie wiedzieli albo wiedzieć nie chcieli o jego roli w skazaniu generała Fieldorfa. Kiedy w 1989 roku sprawa wyszła na jaw, Andrejewa wykluczono ze składu Rady Naukowej Instytutu Prawa Karnego, a kilka miesięcy później z Międzynarodowego Stowarzyszenia Prawa Karnego. Zmarł cztery lata temu.
Nie żyje również sędzia Emil Merz. Gustaw Auscaler w 1968 roku wyjechał do Izraela. Od kilku lat jest poszukiwany przez Interpol międzynarodowym listem gończym.
- W świetle prawa żaden z nich nie był sędzią - nie spełniali wymaganych kryteriów zawodowych. Gustaw Auscaler nie skończył nawet studiów. Z prawnego punktu widzenia wyrok na generała Fieldorfa był dziełem ludzi przypadkowych, ale spełniających odpowiednie kryteria polityczne - uważa profesor Andrzej Rzepliński z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
W Izraelu mieszka jeszcze Jerzy Mering, obrońca „Nila" z urzędu. W trakcie śledztwa miał powiedzieć do Janiny Fieldorf, żony generała: „Pani mąż to człowiek ze stali, nie okazuje ani skruchy, ani żalu. Szkoda, że nie jest po naszej stronie".
Władze śledcze nie biją

Oskarżycielem przed Sądem Najwyższym była wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL Paulina Kern. Podobnie jak Helena Wolińska wyjechała potem do Wielkiej Brytanii, gdzie zmarła w 1980 roku.
W Departamencie Specjalnym Kernowa pracowała od września 1950 do października 1951 roku. Cytowany już raport komisji z 1957 roku, stwierdza, że nagminnie łamała prawo: „(...) w dniu 30 listopada 1950 roku w toku toczącej się rozprawy sądowej odbywającej się w więzieniu przeciwko Eugeniuszowi Grzybowskiemu sprzeciwiła się wezwaniu na rozprawę świadków powołanych przez oskarżonego, a w szczególności świadka Ejmego, motywując to trudnościami w doprowadzeniu na rozprawę, mimo że świadek ten przebywał w tymże więzieniu. Świadek ten, będąc zwierzchnikiem Grzybowskiego, mógł najbardziej wiarygodnie naświetlić działalność organizacyjną oskarżonego".
Paulina Kern nie uznała również faktu, że Grzybowski odwołał wszystkie zeznania złożone w śledztwie i oświadczył, że zostały na nim wymuszone. „W swoim wystąpieniu oskarżycielskim zarzuciła Grzybowskiemu prowokację i szkalowanie organów MBP - jeśli chodzi o stosowanie «niewłaściwych metod śledztwa» - co znalazło nawet swój wyraz w wyroku skazującym go na karę śmierci".
Komisja przywołuje też sprawę Władysława Cisowskiego. „W lipcu 1951 roku (...) dokonując końcowego przesłuchania, nie umieściła w protokole wyjaśnień podejrzanego o torturowaniu go w toku śledztwa, a przeciwnie, oświadczyła mu, że «władze śledcze Polski Ludowej nie biją». Odmówiła również Cisowskiemu zapoznania go z całością materiałów śledztwa".
Paulina Kern nadzorowała ostatni etap śledztwa w sprawie „Startu" - ekspozytury, utworzonej przy delegacie rządu RP na kraj. W procesie, który odbył się na jesieni 1951 roku zapadły trzy wyroki śmierci. Po przeprowadzeniu ostatnich przesłuchań, 6 grudnia 1951 Kernowa zatwierdziła akt oskarżenia. „Jak się okazało ostatecznie, sprawa ta oparta była na wymuszonych i sztucznie dobranych dowodach. Bezkrytyczny nadzór i zatwierdzenie aktu oskarżenia opartego na tego rodzaju dowodach w poważnym stopniu dyskwalifikują Kernową jako prokuratora".
Komisja wnioskowała: „Zwolnić z pracy w Prokuraturze PRL, gdyż stawiane jej zarzuty wskazują na to, iż nie daje ona gwarancji należytego spełniania funkcji prokuratora".
Egzekucja

Wykonanie wyroku wyznaczono na 24 lutego 1953 roku. Alicja Graff, wicedyrektor Departamentu III Generalnej Prokuratury pisała do naczelnika więzienia: „Proszę o wydanie niezbędnych zarządzeń do wykonania egzekucji". Jej mąż, Kazimierz Graff oskarżał m.in. legendarnego dowódcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca", rozstrzelanego 17 lutego 1947 roku. Państwo Graff mieszkają do dziś w Warszawie. Żyje również prokurator Witold Gatner, który nadzorował egzekucję Fieldorfa. Razem z naczelnikiem więzienia Alojzym Grabickim i lekarzem Maksymilianem Kasztelańskim podpisali ostatnie zarządzenie w sprawie „Nila", swego rodzaju nekrolog generała:
„O g. 15 doprowadzono skazanego Augusta Emila Fieldorfa na miejsce stracenia. Prokurator odczytał sentencję wyroku Sądu Najwyższego z dnia 20 października 1952 r. Wydziału IV Sądu Wojewódzkiego dla m. st. Warszawy z 16 kwietnia 52 r. oraz decyzję Rady Państwa z 3 lutego 53 r. o nieskorzystaniu z prawa łaski w stosunku do Augusta Emila Fieldorfa, po czym zarządził wykonanie wyroku. Wykonawca przystąpił do wykonania. Wyrok wykonano przez powieszenie. Po stwierdzeniu zgonu przez lekarza więziennego Prokurator ogłosił, że wyrok został wykonany. Zakończono i podpisano o godz. 15. 25".
Tego samego dnia, w godzinach przedpołudniowych, w więzieniu była córka „Nila" Maria Fieldorf. Pytała o stan zdrowia ojca...

Wieczna Cześć i Chwała Jego pamięci.

http://blogmedia24.pl/node/40761


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 23 lis 2010, 13:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Pamięci Marii Fieldorf-Czarskiej (20.03.1925 r. Wilno - 21.11.2010 r. Gdańsk)

Moją Ojczyzną jest Polska podziemna...

W niedzielę, 21listopada koło południa, w uroczystość Chrystusa Króla, odeszła do Pana Maria Fieldorf-Czarska - córka generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila", zastępcy ostatniego dowódcy głównego Armii Krajowej, pierwszego komendanta organizacji NIE jak Niepodległość, zamordowanego przez sowieckich komunistów na Mokotowie 24 lutego 1953roku. Przyczyną śmierci pani Marii był atak serca.


Od dłuższego czasu nie wychodziła z domu, kilkakrotne pobyty w szpitalu nie pomogły w ustaleniu przyczyn permanentnie podwyższonej temperatury ciała, bólów i zawrotów głowy. Mimo tych cierpień, dla każdego gościa - tak jak przez całe swoje życie - twarz miała uśmiechniętą i nieraz wprowadzała nas w zakłopotanie, proponując poczęstunek, kawę, herbatę, choć wiedzieliśmy, że jest osłabiona, że cierpi. Radość obcowania z ludźmi, która towarzyszyła jej przez całe życie, była silniejsza od wszelkiego cierpienia. Miała wielu przyjaciół - starych i młodych. Tych młodych chyba więcej, i to był prawdziwy fenomen starszej pani, która w marcu świętowała 85.urodziny. Ci młodzi pytali ją czasem, czy nie nadeszła już pora odtworzyć Kedyw... - Jak będzie pora, dam rozkaz - mawiała ze śmiechem, a my nazywaliśmy ją wtedy Komendantką. Po jakimś czasie zauważyłem, że między sobą mówimy o niej po prostu "Maria", choć byliśmy od niej 30-50 lat młodsi. Nie był to wyraz braku szacunku czy nadmiernej poufałości. Raczej rodzaj porozumienia i współodczuwania ważnych spraw ponad czasem. Bo przecież "przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej" - jak pisał Norwid. - Będziesz dziś u Marii? - pytaliśmy się przez telefon i jechaliśmy do niej, by się dowiedzieć o zdrowie, ale przede wszystkim, by posłuchać, co sądzi o najnowszych wydarzeniach w kraju. Zawsze była świetnie zorientowana, na stole zawsze leżały "Nasz Dziennik" i "Nasza Polska". Redaktor Małgorzatę Rutkowską traktowała jak członka rodziny, a z panią Marylą Adamus łączyła ją przyjaźń i wspólne bolesne doświadczenia, jakże podobne! Rozumiały się bez słów.

Tak żyłam...

Dzień śmierci pani Marii zapowiadał się od rana wyjątkowo. Mimo cierpienia postanowiła wyjść tego dnia z domu. Na stole leżał przygotowany dowód osobisty, by nie zapomnieć, na krześle odświętny strój. Nie wyobrażała sobie, że ktoś w wolnej Polsce ("jaka by ona nie była"...) może zrezygnować z udziału w wyborach - parlamentarnych czy lokalnych. - Patrz, w czasach sowieckich wszyscy szli na te niby-wybory, bo się bali. Teraz nie idą, nie szanują Polski - mówiła z żalem.
Tematu rozmów nie stanowiły nigdy pogoda ani żadne błahe sprawy - chyba że był to dobry dowcip. Lubiła się śmiać, a my razem z nią, patrząc, jak młodnieje i zamienia się znowu w niesforną Marysię, co przed wojną biła się z chłopakami albo wbrew zaleceniom mamy zdejmowała w drodze do szkoły buty i szła na bosaka, żeby się nie odróżniać od najbiedniejszych dzieci i nie sprawiać im przykrości. Interesowała się naszymi sprawami rodzinnymi, o których jej czasem opowiadaliśmy. Przeżywała radość z narodzin Irka i Piotra - synków bliskich jej młodych ludzi, gratulowała mi narodzin pierwszej wnuczki. - Pani Mario, Julcia się urodziła na obczyźnie, w Londynie, w Dzień Polskiego Państwa Podziemnego... Najpierw się roześmiała z mojego konceptu, a potem się zamyśliła: - Czy te nasze dzieci wrócą kiedyś z tych wszystkich londynów, czy już tam zostaną?
Razem szukaliśmy odpowiedzi na trudne pytania. W sprawach rodzinnych szukała rozwiązania problemów, doradzała, ale nigdy się nie narzucała. Z domu wyniosła kulturę osobistą, która pozwala się śmiać i żartować, ale najchętniej z siebie samej. Nie pozwalała człowiekowi przekroczyć granicy, za którą jest ból zadany drugiemu człowiekowi - nawet gdyby to było nieumyślne.

Młodzi - klucz do przyszłości Polski

Fascynacja pani Marii młodymi ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy dopiero wchodzą w dorosłe życie, nie brała się z często spotykanej u starszych tęsknoty za utraconym czasem, młodością, urodą. Ona niczego nie żałowała, nie rozczulała się nad sobą, a o cierpieniach swojej rodziny mówiła, że nie były wyjątkowe, bo przecież cała Polska wtedy cierpiała. Zainteresowanie młodzieżą i sposobem jej myślenia, odbierania świata, związane było z pytaniem, które często nam stawiała: Jaka będzie Polska w następnym pokoleniu, jaka za 50lat? Bała się, by ofiara życia wielu młodych ludzi z jej pokolenia i tych nieco starszych - których młodość i "czas męski" przypadły na wojnę - nie poszły na marne. Ale jak o tym opowiedzieć młodzieży roku 2010? Trzeba by chyba najpierw edukować ich nauczycieli, bo edukacja szkolna "to jest prawdziwa katastrofa".
Była bardzo szczęśliwa, gdy zaproszono ją do Krakowa na spotkanie z młodzieżą Zespołu Szkół Mechanicznych nr4 im. Generała "Nila". Jakżeż ona do nich mówiła! Z jaką miłością! Jakże bardzo chciała przekazać im wszystko, co dla niej było najważniejsze, najserdeczniejsze. Przygotowała specjalne przesłanie do młodzieży, które potem rozsyłaliśmy po całej Polsce, do znajomych nauczycieli, bo to było przesłanie nie tylko do uczniów szkoły fieldorfowskiej:
"Musicie od siebie wymagać, choćby inni od Was nie wymagali" - przypominała słowa Jana PawłaII. "Wasze oczekiwania i wymagania kierowane są przede wszystkim dorodziców, potem do nauczycieli, do kolegów. Co dajecie w zamian? Czy zastanawiacie się czasem, co dobrego możecie zrobić nie tylko dlasiebie, nie tylko dla bliskich - ale także dla swojej Ojczyzny? Całe moje życie podpowiada mi, że ten, kto służy Ojczyźnie, służy także sobie samemu, bo wielkie idee wyzwalają w człowieku wielkie siły, radość życia, energię i szlachetność, przybliżają go do Boga. Czy my jeszcze rozumiemy dziś słowa największego poety czasów starożytnych o tym, żesłodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę? Co możecie więc zrobić dla Polski? Możecie wiele i nie musicie już, jak pokolenia przed Wami, rzucać Čswój życia los na stosÇ. Wasza pokoleniowa misja to przede wszystkim nauka i doskonalenie się w różnych dziedzinach wiedzy i umiejętności. Polska potrzebuje obywateli światłych, prawych ikochających swój Kraj. Polska potrzebuje ludzi idei i wartości, gotowych tych idei i wartości bronić. Polska potrzebuje obywateli świadomych historii swego Narodu i swego państwa, potrafiących bronić swoich bohaterów przed oszczercami i pokazywać ich innym narodom. Wierzę, że będziecie godnymi następcami naszego pokolenia, pokolenia Armii Krajowej, które powoli odchodzi. Wam, młodzi Polacy, powierzamy Polskę, Ojczyznę naszą i Waszą. Niech Pan Bóg ma Was w swojej opiece"... Dziś te słowa brzmią szczególnie mocno, jak Jej testament. Czy zostanie odczytany i wykonany?
A potem była uroczystość Sztafety Pokoleń - na terenie krakowskiej jednostki wojsk specjalnych im. Generała "Nila". I przesłanie do oficerów i żołnierzy:
"Oficerowie i żołnierze Wojska Polskiego, przyszłość Polski od Was zależy. OdWaszej cnoty żołnierskiej i od Waszej mądrości. Każdy musi Čznaleźć swoje WesterplatteÇ, z którego nie wolno zdezerterować - by odwołać się do nauki Sługi Bożego Jana Pawła II. Człowiek wątpiący i nazbyt uległy staje się wbrew swej woli sprzymierzeńcem wroga. Musicie być silni i świadomi swych zadań. Życie jest piękne i fascynujące tylko wtedy, gdy się je poświęca pięknym i fascynującym ideałom, o które warto walczyć i za które warto czasem oddać życie.
Dla nas, odchodzącego już pokolenia Armii Krajowej, jesteście pokoleniem późnych wnuków, którym ziścił się nasz sen z długich lat komunistycznej opresji. Niech Wam Bóg pomaga w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!".
Głęboko przeżyła tragedię smoleńską i śmierć generała Włodzimierza Potasińskiego - dowódcy wojsk specjalnych, inicjatora nadania jednostce imienia Generała "Nila". Razem umieścili akt erekcyjny pod pomnik "Nila" na terenie jednostki - w tym roku poświęcony. Ale pod Smoleńskiem zginęło wielu innych ludzi, których znała i podziwiała. Płakała nad prezesem Januszem Kurtyką ("co teraz będzie z IPN-em?"), nad Czesławem Cywińskim, prezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej - tak jej bliskim przez wspólne ścieżki wileńskie. Nade wszystko nad prezydentem Lechem Kaczyńskim, nad cierpieniem i upokorzeniem całej Polski. Czytała do końca wszystko, co na temat tragedii smoleńskiej pisał "Nasz Dziennik", a pisał bardzo dużo, nie bacząc na polityczną poprawność.

Niepokój

Były w ostatnich latach życia pani Marii chwile szczególnej rozterki i szczególnego niepokoju. Wiadomość o realizacji filmu fabularnego, poświęconego ojcu, przyjęła z wielką radością. Później przyszło wielkie rozczarowanie, gdy się okazało, że scenariusz zawiera różne głupstwa ("licentia poetica"...) i że trzeba jeszcze prosić, by mogła go obejrzeć przed wejściem na ekrany. Obraz niby-autorski, niedokumentalny, ale z jej nazwiskiem i nazwiskami najbliższych. Nie mogła pojąć takiej sofistyki. Pisała, protestowała, groziła niewyrażeniem zgody na użycie nazwiska Fieldorf. Na koniec zapytała przyjaciół o radę. Poprosiliśmy, by się zgodziła dla dobra sprawy, dla pamięci o "Nilu". Ta zgoda wiele ją kosztowała, nie rozumiała bowiem kompromisów, które nie mają żadnego uzasadnienia. Na koniec reżyser nazwał ją publicznie "antysemitką", wchodząc w ten sposób na utarty szlak polskich "elit". Wtedy nie wytrzymała i wybuchła: - Co on sobie wyobraża! Powinnam ukrywać fakt, że oprawcami mojego ojca byli Żydzi? Bardzo szybko przeprosił, gdy zagroziła sądem.
A potem był ten koszmarny wywiad w "Rzeczpospolitej" z Aliną Całą z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, która powiedziała, że Polacy "są w pewnym sensie odpowiedzialni za śmierć wszystkich Żydów"! Pani Maria czekała kilka dni na reakcję historyków, której była pewna. Nic... Strach i umiejętnie wzbudzane przez lata poczucie winy? Napisała do Całej list otwarty. Nigdy nie otrzymała odpowiedzi...

Strażniczka pamięci

Nade wszystko Maria Fieldorf-Czarska była strażniczką pamięci swego ojca. Nie dla korzyści, nie dla odszkodowań, nie z powodu nienawiści do oprawców. Sprawa Generała "Nila" była dla niej nie tylko rodzinną tragedią. Uważała, że sposób, w jaki się tę sprawę pokazuje i jak się rozlicza zabójców, daje prawdziwy obraz tego, co dzieje się w Polsce po roku 1990. Niestety, wnioski były bardzo pesymistyczne. Nie pomogło kołatanie do sądów, które się przed nią opędzały tak spektakularnie i ostentacyjnie, że Alina Czerniakowska kiedyś nie wytrzymała i poszła z panią Marią na rekonesans po sądowym korytarzu z telewizyjną kamerą. Do środka nie wpuścili...
- Wszystko pozamiatali, winnych nie ma, wszystko zgodnie z "ówczesnym" prawem. I mówią to mnie, córce i prawnikowi... - mówiła pani Maria, a podczas publicznych wystąpień - pod wpływem tych doświadczeń - powtarzała często za poetą znamienne słowa: "Moją ojczyzną jest Polska podziemna".
- Żyliśmy wtedy pod terrorem okupantów, ale żyliśmy w prawdzie. Znaliśmy strach, ale nie znaliśmy samookłamywania się, które teraz jest powszechne. Ja naprawdę tęsknię do tej Polski podziemnej...

Na granicy życia i śmierci

W ostatnich latach najbardziej tęskniła do spotkania z Bogiem i z bliskimi. Była pewna, że kiedyś dowie się pełnej prawdy o męczeństwie ojca. Na stole w pokoju leżała często otwarta książka Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy z wizjami Anny, podczas których doświadczała spotkań z Generałem "Nilem". I książeczki Wandy Sieradzkiej z wierszami o "Nilu".
Niedawno panią Marię odwiedziła Aleksandra - córka generała Potasińskiego. Pani Maria przywitała ją jak kogoś najbliższego, jak swoje dziecko. - Czy i ona będzie musiała czekać latami na pełną prawdę o wszystkich okolicznościach śmierci swojego ojca? - zapytała nas przy ostatnim spotkaniu.

Świadectwo

"Była dla nas oparciem, roztropnym doradcą, szczerym przyjacielem na dobre i na złe.Angażowała się bez wahania tam, gdzie mogła pomóc. I sama była otoczona życzliwymi i uczynnymi ludźmi. Bezustannie odwiedzana przez gości, których przyjmowała w skromnym mieszkaniu w bloku. Telefon stale w ruchu, na biurku najnowsza korespondencja i sprawy do załatwienia, jak zwykle szczególnie te związane z upamiętnieniem Ojca. Nigdy się nie poddawała, nawet w tak beznadziejnej sprawie jak odnalezienie szczątków Generała ČNilaÇ i ukaranie winnych jego zabójstwa. Jednak już od dłuższego czasu miała świadomość, że może nie osiągnąć tego celu. Była z wykształcenia prawnikiem, a mimo to nazywała organa władzy sądowniczej ČMinisterstwem NiesprawiedliwościÇ" - napisał redaktor portalu Wolna Polska, z którym pani Maria była związana i który jako pierwszy podał wiadomość o jej śmierci.


Pani Mario, wspomagaj nas, tak jak nas wspomagałaś za życia. Bardzo tego potrzebujemy.

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my01.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 29 lis 2010, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Gdańsk pożegnał córkę Generała "Nila"

Niech odszuka ojca w Niebie

Żołnierze, harcerze, kombatanci Polskiego Państwa Podziemnego pożegnali w Gdańsku Oliwie Marię Fieldorf-Czarską, córkę ostatniego zastępcy komendanta głównego Armii Krajowej Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Podczas sobotniej Mszy św. żałobnej w kościele pw. Matki Bożej Królowej Korony Polskiej w Gdańsku Oliwie proboszcz o. Bogumił Nycz (OCist) przypomniał, że ostatnim życzeniem zmarłej było, aby jej doczesne szczątki spoczęły w symbolicznym grobie ojca. Jej pogrzeb odbędzie się w sobotę, 4 grudnia, na Powązkach Wojskowych w Warszawie o godz. 12.00.

Asystę honorową w gdańskim kościele przy trumnie sprawowali żołnierze Jednostki Wsparcia Dowodzenia i Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych im. gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" w Krakowie oraz członkowie Związku Strzeleckiego. Na czele pocztów sztandarowych znajdował się sztandar krakowskich żołnierzy. - Maria Fieldorf-Czarska była matką chrzestną tego sztandaru Wojsk Specjalnych. Jednostka ta kultywuje tradycje dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej i podległych jej oddziałów specjalnych - zaznaczył przed rozpoczęciem Eucharystii o. Bogumił Nycz, proboszcz parafii.
Mszę św. w kościele celebrowali ojcowie redemptoryści posługujący na co dzień w Radiu Maryja: o. Piotr Dettlaff i o. Jacek Cydzik. - Pamiętam, że śp. Maria, gdy zadaliśmy jej pytanie na antenie Radia Maryja o katastrofę smoleńską, powiedziała, że "dopóki jeszcze żyli ci ludzie, tamten prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka, miałam wiarę i nadzieję, że odszukam mojego ojca, że dowiem się, gdzie on jest, gdzie go pochowali, a teraz chyba do końca życia się tego nie dowiem" - podkreślił w swojej homilii o. Cydzik.
W imieniu IPN mowę pożegnalną wygłosił Piotr Szubarczyk, pracownik oddziału gdańskiego biura edukacji publicznej IPN. Zwrócił uwagę, że po roku 1990 śp. Maria Fieldorf-Czarska uczyniła wszystko, co było w jej mocy, by doprowadzić do ukarania żyjących jeszcze uczestników tzw. śledztwa i tzw. sądu nad "Nilem". - Niestety, wszędzie napotykała opór i niechęć do takich działań. Nigdy jednak nie zgorzkniała z tego powodu i nigdy się nie poddała. Do końca była pogodna i pełna werwy - powiedział Szubarczyk. Dodał, że córka Generała "wielką wagę przykładała do misji IPN, wielokrotnie broniła dobrego imienia Instytutu".
Ojciec Nycz poinformował na zakończenie Eucharystii, że zgodnie z ostatnią wolą zmarłej, zostanie ona pochowana w symbolicznym grobie jej ojca na Powązkach Wojskowych. W katedrze polowej w Warszawie 4 grudnia odbędzie się Msza św., natomiast o godz. 12.00 pogrzeb na cmentarzu Wojskowym w Warszawie na Powązkach. - Jako proboszcz parafii, w której żyła i realizowała swoje życie śp. Maria, pragnę serdecznie podziękować Panu Bogu za dar, jakim była dla parafii, za jej świadectwo wiary. Tu w każdą niedzielę w drugiej ławce uczestniczyła we Mszy św. - powiedział o. Nycz.
Maria Fieldorf-Czarska zmarła 21 listopada. Była sanitariuszką i żołnierzem wileńskiej Armii Krajowej. Przez całe życie zabiegała o ratowanie pamięci o jej ojcu - gen. Auguście Emilu Fieldorfie "Nilu" - szefie Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej i ostatnim zastępcy komendanta głównego Armii Krajowej. Został zamordowany przez komunistów w 1953 roku. Jego ciała do dziś nie odnaleziono.
Jacek Dytkowski, Gdańsk

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po21.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 22 sty 2011, 16:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://blogmedia24.pl/node/43545

Z przyjemnością informuję, że publikacją poniższego artykułu autorstwa historyków z krakowskiego oddziału IPN - Wojciecha Frazika i Filipa Musiała, pt. Likwidacja Juliana Świątka i Lwa Sobolewa z PUBP w Tarnowie (1946), strona "Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie" rozpoczyna stałą współpracę z Redakcją "Zeszytów Historycznych WiN-u".
Dzięki temu czytelnicy będą mieli okazję zapoznawać się regularnie z publikowanymi w dotychczas wydanych numerach ZH WiN-u najciekawszymi artykułami odkłamującymi najnowszą historię Polski oraz odtwarzającymi heroiczną walką antykomunistycznego podziemia z lat powojennych.
Życzę zajmującej lektury !
Zeszyty Historyczne WiN-u, nr 22/2004


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 29 sty 2011, 12:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wirtualnapolonia.com/2011/01/28/ ... -bohatera/

Postać rotmistrza Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia obozu Auschwitz, który przygotował stamtąd pierwszy raport na temat Zagłady, przedstawiono podczas obchodów Dnia Pamięci o Holokauście w mieście Pescara w środkowych Włoszech.

Dla jednych bohaterem jest Witold Pilecki, dla innych Ślepowron, Kiszczak, Palikot albo wieszaciel Murawiew. I tu przebiega granica wojny nazywanej kłamliwie wojną polsko-polską, gdy tak naprawdę jest to dalszy ciąg zmagań polsko-bolszewickich trwających od 1920 roku. Ponieważ mnóstwo bolszewików przywieziono do Polski po 1944, dziś ich potomstwo podaje się za Polaków, po czym pod tą przykrywką z wściekłością niszczy wszystko co polskie. A tych, co próbują Polski bronić, nazywa się oszołomami, nienawistnikami, ksenofobami, moherami, ciemniakami itd. itp.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 03 lut 2011, 10:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Dzień Żołnierzy Wyklętych już za miesiąc?

Po publikacji "Naszego Dziennika" na temat kłopotów z ustanowieniem 1 marca Narodowym Dniem Żołnierzy Antykomunistycznego Podziemia posłowie w ekspresowym tempie postawili ten problem na Komisji Kultury i Środków Przekazu. Przez wiele miesięcy projekt w tej sprawie przeleżał nierozpatrywany. Ideę ustanowienia dnia upamiętniającego Żołnierzy Wyklętych gorąco popierają kombatanci. Inicjatywie patronowali tragicznie zmarli w katastrofie smoleńskiej prezydent Lech Kaczyński i prezes IPN Janusz Kurtyka.

Zamysł ustanowienia 1 marca Narodowym Dniem Żołnierzy Antykomunistycznego Podziemia zrodził się ponad dwa lata temu. Ma to być nie tylko hołd dla Żołnierzy Wyklętych. Chodzi bowiem również o spowodowanie, by prawda historyczna o powstaniu antykomunistycznym po wojnie i o ludziach, którzy wzięli w nim udział, była żywo obecna w szkołach, w mediach i aby w całym kraju mogły się tego dnia odbywać uroczystości, konferencje, pokazy filmów dokumentalnych. Właśnie z tych powodów do Sejmu oraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego kombatanci i środowiska kultywujące tradycje żołnierzy podziemia antykomunistycznego skierowali apel o formalne ustanowienie takiego dnia.
Przed rokiem Kancelaria Prezydenta przesłała do parlamentu projekt stosownej ustawy w tej sprawie. Wniosek poparli między innymi tragicznie zmarli pod Smoleńskiem prezes IPN Janusz Kurtyka oraz prezes Światowego Związku Żołnierzy AK Czesław Cywiński. Jednak przez wiele miesięcy nie był on rozpatrywany przez sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu.
Sprawa jest jednak bardzo pilna, tym bardziej że do 1 marca pozostał już niecały miesiąc. Interwencja "Naszego Dziennika" skłoniła przewodniczącą Iwonę Śledzińską-Katarasińską (PO) do skierowania projektu do pierwszego czytania.
Wcześniej projekt został również pozytywnie zaopiniowany przez Biuro Analiz Sejmowych. W analizie podkreślono, że nie rodzi on dodatkowych kosztów, a w sferze symbolicznej jest hołdem dla wszystkich biorących udział w działaniach powojennego ruchu antykomunistycznego. Ostatecznie, aby wszedł w życie, niezbędne jest zaaprobowanie idei obchodów przez parlament Rzeczypospolitej Polskiej i przyjęcie go przez kluby parlamentarne.
50 lat temu - 1 marca 1951 roku - strzałami w tył głowy zostało zamordowanych w kazamatach mokotowskiego więzienia siedmiu członków IV Zarządu Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość", ostatniego, który nie był inwigilowany przez UB i NKWD. Ale na tym prześladowania żołnierzy podziemia antykomunistycznego się nie skończyły. Przez lata zaangażowani w walkę z komunistyczną okupacją byli do końca istnienia PRL poniewierani, stając się często obywatelami trzeciej, czwartej kategorii. Problemem jest to, że prawda historyczna na ten temat wciąż jest słabo rozpowszechniona, a w naukowym obiegu istnieje wciąż wiele fałszywych informacji na ten temat. Także po roku 1989 mają miejsce przypadki urzędowego wprowadzania do podręczników czy publikacji naukowych kłamstw i przeinaczeń - tylko po to, by tych ludzi w dalszym ciągu zniesławiać.
Z członków WiN i innych organizacji podziemia niepodległościowego określanych mianem Żołnierzy Wyklętych komunistyczna propaganda czyniła przez lata PRL "zdrajców", "faszystów", "zaplute karły reakcji". Jak podkreślają inicjatorzy ustanowienia Narodowego Dnia Żołnierzy Antykomunistycznego Podziemia, nadszedł najwyższy czas, by żołnierze Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość", Konspiracyjnego Wojska Polskiego, Wileńskiego Ośrodka Mobilizacyjnego, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego oraz dziesiątek mniejszych zbrojnych formacji odzyskali należne im w historii Polski miejsce.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po12.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 03 lut 2011, 14:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=124

Jakie znaczenie ma Dzień Żołnierzy Wyklętych?

Kopia artykułu:

„Polska się o nas upomni” – TEZY PROGRAMOWE
postdateiconśroda, 02 lutego 2011 21:54

,, skatowany, wieziony na egzekucję więzień „bezpieki” w Rzeszowie obiecywał oprawcom Polska się za nas upomni (…)”
(M. Paczuska Życie Warszawy)

Co wynika z tych słów ,,Polska się za nas upomni”- współcześnie ? 1.To obowiązek pracy na rzecz upamiętnienia „Żołnierzy Wyklętych”, ich czynów i postaw,

2. Spełnienie obietnicy ,,upomnienia się”- o zbrodnie, które zostały dokonane przez PPR, PZPR, i podległe im służby - poprzez piętnowanie tych, co je w latach 1944-1989 popełnili i tych co są ich spadkobiercami dzisiaj.

3. Budowa postaw patriotyczno moralnych wynikających z ofiary „Żołnierzy Wyklętych”.

Co możemy w tym zakresie uczynić, co uczyniono, jakie są perspektywy?

1.Praca na rzecz upamiętnienia „Żołnierzy Wyklętych”, ich czynów i postaw.

Instytut Pamięci Narodowej pod przewodnictwem śp. Prezesa Janusza Kurtyki odtworzył niedostępną, niszczoną albo fałszowaną w latach 1944-1989 historię ,,Żołnierzy Wyklętych”. Wydał na ten temat dziesiątki publikacji, których ukoronowaniem jest „Atlas Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944-1956”.
Wywołał tym wściekłe ataki i dążenia do likwidacji IPN ze strony spadkobierców zbrodniarzy z PPR i PZPR i podległych im służb; UB, SB, WSW, Informacji WP.
Środowiska kombatanckie, Fundacja ,,Pamiętamy” , społeczeństwo - wykonały wielką pracę, poprzez budowę pomników, tablic pamiątkowych, organizację rocznic okolicznościowych
Czego zabrakło? Uroczystości o wymiarze państwowym, z należytym rozgłosem medialnym.
Przed katastrofą Smoleńską sprawa była w rękach śp. Aleksandra Szczygły, Andrzeja Przewoźnika, pod patronatem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Wierzyliśmy, że ukoronowaniem powszechnego już w społeczeństwie przekonania, że niepodległość odzyskaliśmy w1989r, będzie upomnienie się przez Państwo Polskie o ,,Żołnierzy Wyklętych”, poprzez ustanowienie Dnia Żołnierzy Wyklętych, wmurowania tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza, zorganizowanie obchodów państwowych. Po to, aby do ogółu społeczeństwa dotarła wiedza o tym Polskim Katyniu, wymordowaniu ponad 20 000 ,,Żołnierzy Wyklętych”, a uwięzieniu setek tysięcy tych, co do końca walczyli o wolność i niezawisłość z nową sowiecką okupacją, tych którzy byli w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego w okresie okupacji niemieckiej i tych, którzy jako młodzież organizowali niepodległościowe związki po1944roku. Opis rozmiaru zbrodni uciszyłby współczesnych spadkobierców, tamtych morderców, którzy zaplanowaną zagładę polskich patriotów próbują dziś nazywać ,,wojną domową”.

Dziś trzeba zaczynać od nowa. Realizować testament tych, co zginęli 10kwietnia pod Smoleńskiem.
Wystosowaliśmy w związku z tym jako Fundacja ,,Polska się Upomni” „Apel do Prezydenta Rzeczypospolitej Bronisława Komorowskiego o upamiętnienie ,,Żołnierzy Wyklętych”, który skierowany jest też do ogółu społeczeństwa.
Wystosowaliśmy pisma do następców śp. Aleksandra Szczygły i Andrzeja Przewoźnika.
Ale odpowiedź Szefa BBN jak i dobór przez Pana Prezydenta doradcy ds. historii, w osobie byłego aktywnego członka PZPR, organizacji winnej popełnionych zbrodni - sugeruje, że nie należy oczekiwać łatwego sfinalizowania sprawy.
Konieczna jest mobilizacja społeczna.
Temu służy powołanie ,,Porozumienia na rzecz obchodów Dnia i Roku Żołnierzy Wyklętych.”


2.Spełnienie obietnicy ,,upomnienia się”- o zbrodnie, które zostały dokonane przez PPR, PZPR i podległe im służby - poprzez piętnowanie tych, co je w latach 1944-1989 popełnili i tych co są ich spadkobiercami dzisiaj.

Okrągły Stół stworzył układ, w ramach którego uznano, że Polska odzyskała niepodległość w 1989r, a PRL nie była suwerennym bytem państwowym. Jednocześnie ustanowiono abolicję na zdradę ze strony nowej Targowicy, bezkarność zbrodniarzy i zatarcie dowodów ich służby na rzecz zniewolenia Polski.
Jako przykłady kuriozalne może posłużyć sprawa takich morderców sądowych,
jak prokurator Czesław Łapiński, który żądał i uzyskał wyrok śmierci dla rotmistrza Pileckiego, a w III RP pracował jako adwokat, czy sędzia Stefan Michnik, wydający wyroki śmierci wykonane na oficerach WP.
Okrągłostołowy układ sprawił, że na scenie politycznej III RP utrzymali się, przy pomocy moskiewskiej pożyczki, działacze PZPR, partii winnej tych strasznych zbrodni. Po przekształceniu w SdPl, a następnie SLD, aktywni politycznie są ludzie, którzy wcześniej jako funkcjonariusze komunistycznej partii działali na rzecz zniewolenia Narodu Polskiego przez Związek Radziecki.
Współdziałali oni świadomie w zbrodniczej akcji dezinformacji, szkalowania i przemilczania zbrodni popełnionych na Polakach i wypaczaniu historii Polski.
Dotyczy to w szczególności Zbrodni Katyńskiej, Paktu Ribbentrop- Mołotow, agresji radzieckiej na Polskę, nieudzieleniu pomocy Powstaniu Warszawskiemu, a nade wszystko udziału PPR i PZPR i podległych im służb w mordowaniu i więzieniu „Żołnierzy Wyklętych”.
Czy można cokolwiek w tej sprawie, po tylu latach coś zrobić?
Można. Publikując najlepiej w popularnym dzienniku – Kalendarium Męczeństwa Żołnierzy Wyklętych. Każdemu dniu roku można przypisać nazwiska, pseudonimy, krótkie biografie zamordowanych w walce albo, w wyniku bezprawnych zbrodniczych wyroków sądów w więzieniach. To robi wstrząsające wrażenie, a dla nieznających rozmiarów zbrodni jest rozjaśnieniem historycznej świadomości.
Trzeba zgromadzić historyków i publicystów- jako ,,Rzeczników Żołnierzy Wyklętych” i szeregiem artykułów przeprowadzić wykład anatomii zbrodni, wskazujący bezpośrednich i pośrednich sprawców.

3. Budowa postaw patriotyczno moralnych wynikających z ofiary „Żołnierzy Wyklętych”.

Sprawa jest trudna. III RP wyrosła na kłamstwie, na wymazaniu historii najnowszej ze szkoły; Polak ma być konsumentem, wolnym od niestrawnego patriotyzmu.
Antidotum jest wychowanie oparte na patriotyzmie na tym co proponowaliśmy poprzednio w oparciu o program nauczania historii, którego w szkołach niema. Wynika z tego konieczność powołania komisji do analizy nauczania historii, ponad podziałami PO-PiS. Celem jest ustalenie miejsca historii w kształceniu i budowie postaw moralnych młodzieży.
Dużą rolę do spełnienia ma tu kultura, w tym środki masowego przekazu. Proponujemy:
1. Zorganizowanie festiwalu filmów poświęconych II Konspiracji.
2. Zorganizowanie festiwalu pieśni patriotycznych, w szczególności ostatnio powstałych dotyczących ,,Żołnierzy Wyklętych.”
3. Organizacja rekonstrukcji historycznych bitew toczonych przez „Żołnierzy Wyklętych”.
4. Integrowanie ludzi i środowisk wokół świadomości, jakimi treściami wypełnia się dzisiaj pojęcie patriotyzmu.
5. Koniecznością jest powołanie komisji do analizy programów nauczania historii. Celem jest ustalenie miejsca historii w kształceniu i budowie postaw moralnych młodzieży.
6. Oczywiście, wierzymy że to co robią znakomicie od lat organizacje i środowiska, chociażby zasłużona dla sprawy Fundacja ,,Pamiętamy,” prace historyków, pisarzy, filmowców, będą kontynuowane z znacząco większą pomocą publiczną.
To tezy do dyskusji.

Temat „Żołnierzy Wyklętych” zawsze miał i ma swój kontekst polityczny.
Podbój Polski w okresie lat 1944/1956 realizowany był przy znaczącym udziale III Targowicy. Wiadomo, że jej uczestnicy nadal działają politycznie szeroko udzielając się w mediach. Młodsze pokolenie, które nie było w PZPR, w zaistniałych warunkach, często nieświadomie wstępując do SLD, przejmuje ciężar zbrodni swoich poprzedników. To są ciągle wpływowi przeciwnicy, zwolennicy teorii o wojnie domowej, lękający się mrocznej prawdy o swoich korzeniach politycznych. Są też autorzy ,,grubej kreski”, gotowi zawsze do wprowadzenia na salony władzy bliskich im ideowo internacjonalistów, w imię swoich młodzieńczych poglądów.
Upomnienie się o „Żołnierzy Wyklętych” to dla nich problem.
Jest to jednocześnie płaszczyzna porozumienia i współpracy między wieloma ludźmi związanymi z PO i PiS, dla których dążenia niepodległościowe i patriotyzm są istotnym składnikiem ich światopoglądu.

Grzegorz Królikiewicz, Jerzy Scheur

za: http://www.honor.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 04 lut 2011, 21:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Sejm ustanowił nowe święto państwowe

Sejm przyjął ustawę o ustanowieniu 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.
Złożony w ubiegłym roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego projekt nobilituje bohaterów Powstania Antykomunistycznego, którzy w obronie niepodległości Państwa Polskiego przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu reżimowi komunistycznemu. Dzień nie będzie wolnym od pracy.

Sejmowa Komisja Kultury i Środków Przekazu do projektu wprowadziła poprawki: W preambule sformułowanie „bohaterom Powstania Antykomunistycznego” zastąpiono „bohaterom antykomunistycznego podziemia”, a do zwrotu „z bronią w ręku przeciwstawili się” dodano „z bronią w ręku, jak i w inny sposób przeciwstawili się”. Zmieniono również treść art. 3, tak by ustawa weszła w życie z dniem ogłoszenia, a nie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia, jak zakładał projekt.

Teraz ustawę musi zaakceptować Senat i podpisać prezydent.

http://www.pis.org.pl/article.php?id=18319


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 08 lut 2011, 10:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
"Nadszedł dzień 8 lutego 1951 r. (...) Otworzono drzwi i z ust strażnika padło nazwisko majora 'Łupaszki' Zygmunta Szendzielarza. Właśnie na wezwanie wyszedł z kaplicy, gdzie się modlił, podszedł spokojnie do drzwi, zatrzymał się przez chwilę, odwracając bokiem do pozostających w celi i pożegnał słowami 'Z Bogiem, Panowie!', odpowiedział mu chór głosów 'z Bogiem!', zniknął nam za zamkniętymi drzwiami"

Bohater konsekwentny

Zastanawiając się nad cechą charakteru najpełniej oddającą postawę Zygmunta Szendzielarza w czasie jego służby publicznej, tak w okresie okupacji niemieckiej, jak i po 1945 roku, na myśl przychodzi przede wszystkim określenie "konsekwentny patriota". Był nim bez względu na zmieniające się teatry działań bojowych, na piętrzące się przeciwności losu, był nim wbrew kalkulacjom politycznym, wbrew znikomym, a później już żadnym szansom na zwycięstwo. Z potrzeby dawania świadectwa, wierności złożonej kiedyś przysiędze.

Podobnie jak większość najsławniejszych dowódców polowych polskiego podziemia powojennego pochodził ze "zwykłej", niezbyt dobrze sytuowanej materialnie, wielodzietnej rodziny (ojciec był urzędnikiem kolejowym). Był z pochodzenia Kresowiakiem - co może w jakimś stopniu tłumaczy jego postawę życiową. Urodził się w Stryju w województwie stanisławowskim 12 marca 1910 roku. Był prawdziwym "dzieckiem wolnej Polski" - ukształtowanym w pełni przez patriotyczne wychowanie polskiej szkoły (we Lwowie i Stryju), a następnie służbę w Wojsku Polskim, do którego zgłosił się na ochotnika w 1929 roku. Po ukończeniu szkoły podchorążych zawodowych w Różanie w 1931 r. przeszedł do szkoły podchorążych kawalerii w Grudziądzu (Centrum Wyszkolenia Kawalerii), którą ukończył 5 sierpnia 1934 roku. W stopniu podporucznika trafił ostatecznie do Wilna, do 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich (początkowo jako dowódca plutonu w 4. szwadronie). W połowie 1936 r. otrzymał stanowisko dowódcy 2. szwadronu, w marcu 1937 r. zaś awansowano go do stopnia porucznika. Był doskonałym jeźdźcem, świetnie też posługiwał się bronią.
W szeregach 4. Pułku Ułanów wchodzącego w skład Wileńskiej Brygady Kawalerii (Armia "Prusy") wziął udział w wojnie obronnej 1939 roku. Przeszedł szlak bojowy od Piotrkowa Trybunalskiego po Majdan Sopocki na Zamojszczyźnie i Medykę pod Przemyślem. Za udział w wojnie 1939 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy. 27 września 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której po kilku dniach zbiegł, przedostając się do Lwowa. Po trzykrotnych próbach dotarcia na Węgry w listopadzie 1939 r. powrócił do Wilna, gdzie ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem (Władysław Chawling), pracował fizycznie jako robotnik budowlany i pracownik bazy zaopatrzenia miasta.

Kresowy zagończyk
Od początku 1940 r. uczestniczył w konspiracyjnej działalności niepodległościowej na terenie Wilna. W końcu 1941 r. został włączony przez por. Henryka Witkowskiego do pracy w komórce wywiadu. Wiosną 1943 r. nawiązał kontakt z Komendą Wileńskiego Okręgu AK i przedstawił projekt utworzenia stałego oddziału partyzanckiego. W sierpniu 1943 r. na mocy rozkazu ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego "Wilka" został wyznaczony na stanowisko dowódcy (następcy) pierwszego oddziału leśnego wileńskiej AK por. Antoniego Burzyńskiego "Kmicica", operującego na Pojezierzu Wileńskim. Jego nominacja nastąpiła jednak w szczególnie tragicznym momencie. 26 sierpnia 1943 r. oddział ten został podstępnie rozbrojony przez sowiecką partyzancką brygadę Fiodora Markowa, a większa część jego partyzantów - razem z dowódcą - została wymordowana. Po raz pierwszy - i jak się niebawem okaże - nie ostatni - przyszło Zygmuntowi Szendzielarzowi zaczynać działalność w krytycznej sytuacji niemal od zera... Stanął jednak na wysokości zadania. Tocząc ciągłe walki z sowiecką partyzantką oraz z jednostkami niemieckimi, zdołał skupić pod swoim dowództwem ocalałych uciekinierów z oddziału "Kmicica", a następnie dzięki napływowi ochotników stworzyć w stosunkowo krótkim czasie V Brygadę Wileńską AK - liczącą u progu 1944 r. 500 żołnierzy. Co więcej, dzięki ujawnionym wówczas wybitnym zdolnościom dowódczym odniósł na jej czele szereg spektakularnych zwycięstw - zyskał miano jednego z najlepszych dowódców polowych wileńskiej AK. 31 stycznia 1944 r. w bitwie pod Worzianami rozbił 200-osobową niemiecką ekspedycję partyzancką (Niemcy stracili wówczas około 60 ludzi). Dzień później w rejonie miejscowości Radziusze-Łozowa z powodzeniem odparł zmasowany atak kilku brygad sowieckich, które starały się wykorzystać moment wykrwawienia brygady, licząc na łatwy łup. "Czerwona" partyzantka - mając na uwadze rodowód brygady - tropiła zresztą tę właśnie jednostkę ze szczególną zajadłością - starała się zlikwidować świadków sierpniowego mordu z 1943 roku. Komendant Okręgu Wileńskiego AK ppłk Aleksander Krzyżanowski "Wilk" rozumiał w pełni tę szczególną specyfikę losów oddziału rtm. Zygmunta Szendzielarza, dlatego zrobił dla V Brygady Wileńskiej wyjątek w ramach planów operacji "Ostra Brama". Zgodził się na jej przesunięcie w kierunku zachodnim. V Brygada nie wzięła udziału w walkach o Wilno, nie podzieliła tym samym losu siostrzanych jednostek z okręgu wileńskiego rozbrojonych podstępnie przez NKWD. Pomimo szybkiego marszu na zachód i stosowanego kamuflażu (brygada występowała jako oddział "czerwonej partyzantki", a jej dowódca zaczął posługiwać się pseudonimem "Żelazny"), jej także nie udało się wymknąć Sowietom. 23 lipca 1944 r. została ona częściowo rozbrojona przez Armię Czerwoną, pozostałe pododdziały zaś zostały przez "Łupaszkę" rozformowane. Spośród żołnierzy gotowych kontynuować marsz na Białostocczyznę utworzonych zostało siedem niedużych grupek przedzierających się odtąd niezależnie w kierunku Puszczy Augustowskiej, w której wyznaczono najbliższą koncentrację. W ten sposób Szendzielarz zamykał, jak się ostatecznie okazało, pierwszy kresowy etap swojej służby w konspiracji niepodległościowej. Bilans owych działań to kilkadziesiąt zwycięskich walk i potyczek stoczonych z niemieckim okupantem, kolaboranckimi formacjami litewskimi oraz "czerwoną" partyzantką. To także idąca za nim - właśnie z Wileńszczyzny - legenda kresowego zagończyka w pełni zasługującego na pseudonim, który przyjął w AK - "Łupaszka". Pseudonim, który tu właśnie, na Kresach, był zaszczytem i zobowiązaniem dorównania osiągnięciom "pierwszego" "Łupaszki" - ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego. Dowódcy, który posiadał ogromny autorytet wśród podkomendnych, zbudowany przez wykazywaną niejednokrotnie na polu walki odwagę osobistą.

Radykalnie przeciw sowieckim okupantom
Kiedy w sierpniu 1944 r. Szendzielarz znalazł się na Białostocczyźnie, przyszło mu już drugi raz w swej karierze konspiracyjnej zaczynać właściwie od zera. Z jego kilkusetosobowego oddziału zostało jedynie kilkunastu ludzi. Podobnie jak rok wcześniej nie załamał się jednak, ale dążąc konsekwentnie do kontynuowania walki, postanowił zalegalizować swoją działalność w ramach Białostockiego Okręgu AK.
We wrześniu 1944 r. "Łupaszka" przeszedł na czele niewielkiego oddziału kadrowego (liczącego wówczas zaledwie 20-30 żołnierzy) za już wytyczoną jednostronnie przez Sowietów nową linię graniczną z zadaniem zbierania rozbitków z brygad i batalionów wileńskiej i nowogródzkiej AK. Pomimo braku spektakularnych osiągnięć na gruncie białostockim późną jesienią 1944 r. jego pozycja uległa znacznemu wzmocnieniu. Nie tylko otrzymał wówczas awans do stopnia majora, ale wszedł także w skład komendy okręgu - jako dowódca partyzantki okręgu. Rozwiązanie AK w styczniu 1945 r. nie zahamowało działalności niepodległościowej Szendzielarza. Dowodzący okręgiem białostockim ppłk "Mścisław" podzielał, szczęśliwie dla niego, pogląd o konieczności kontynuowania walki zbrojnej z nowym, sowieckim okupantem w ramach nowej, utworzonej przez siebie organizacji poakowskiej AKO. Zgodził się też na reaktywowanie V Brygady na swoim terenie. Dzięki temu wsparciu 5 kwietnia 1945 r. mjr "Łupaszka" mógł po raz kolejny już wyjść w pole - tym razem na czele 40-osobowego oddziału kadrowego. I podobnie jak to miało miejsce ponad rok temu na Wileńszczyźnie, w ciągu kilku tygodni udało mu się rozbudować, uzbroić i wyszkolić ów oddział, liczący w lecie 1945 r. już ponad 200 żołnierzy.
Był on jedną z najsilniejszych, a z pewnością najlepszą jednostką partyzancką w Okręgu AKO Białystok. Podobnie jak na Wileńszczyźnie zastosował w prowadzeniu działań dywersyjnych taktykę operowania jednocześnie kilkoma pododdziałami spotykającymi się co kilka tygodni na wyznaczanych z góry koncentracjach. Działania jego podkomendnych cechowały dyscyplina, karność i wojskowy dryl - zaszczepiony i konsekwentnie egzekwowany przez "Łupaszkę". Przekonał się o tym jeden z żołnierzy Jerzy Fijałkowski "Stylowy", który po latach wspominał: "Stałem na warcie w parkowej alei za osłoną krzewów. Zbliżał się świt. Zmagałem się ze snem. Pod osłoną peleryny zapaliłem papierosa i w głębi alei od strony dworku zauważyłem sylwetkę mjr. 'Łupaszki'. (...) Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że zostałem przyłapany na warcie z papierosem. Rano stanąłem do raportu i 'zarobiłem' 1 godzinę. Jeszcze tego samego dnia, w samo południe, w pełnym uzbrojeniu stałem na dziedzińcu na baczność".
Działania samego Zygmunta Szendzielarza i jego podkomendnych cechowały zdecydowanie i radykalizm w walce z sowieckim okupantem i jego komunistycznymi poplecznikami. Z pewnością były one prostą sumą niezwykle bolesnych doświadczeń ostatnich kilkunastu miesięcy. Funkcjonariusze UB - uznawani za członków organizacji zbrodniczej, podobnie jak wcześniej gestapo - byli przez nich likwidowani, tak samo jak i funkcjonariusze NKWD. Co innego funkcjonariusze milicji i żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, których - o ile nie "wsławili" się zbrodniami przeciwko ludności polskiej albo nie atakowali oddziałów podziemia - puszczano wolno lub też starano się z nimi nie walczyć.
W sumie dowodzona przez Zygmunta Szendzielarza V Brygada Wileńska, działając od kwietnia do września 1945 r., przeprowadziła na Białostocczyźnie około 80 akcji przeciw NKWD oraz UBP i ich agenturze, a także przeciw MO i KBW. Odniosła kilka spektakularnych zwycięstw nad grupami operacyjnymi Ludowego Wojska Polskiego (np. 8 sierpnia w Sikorach), rzuconymi do walki bratobójczej, czy też NKWD (np. 18 sierpnia w Miodusach Pokrzywnych). W końcu lata 1945 r. na rozkaz Komendy Okręgu Białostockiego AKO wydanym w związku z zarządzoną przez DSZ akcją "rozładowywania lasów" "Łupaszka" został jednak zmuszony do rozformowania podległej sobie jednostki. Sam był jednak zdecydowany walczyć dalej. Na Białostocczyźnie pozostawił niewielki pododdział dowodzony przez ppor. Lucjana Minkiewicza "Wiktora", sam zaś jesienią 1945 r. nawiązał kontakt ze swoją byłą macierzystą organizacją wileńską, która właśnie przeniosła się na teren Polski Centralnej i w zimie, na przełomie roku 1945 i 1946 podporządkował się jej rozkazom. Po spotkaniu z jej komendantem ppłk. Antonim Olechnowiczem "Pohoreckim" po raz czwarty zdecydował się na wznowienie działań partyzanckich - tym razem w pomorskim teatrze działań. Po raz czwarty zaczynając praktycznie od zera. Pomimo szczupłych sił jeszcze zimą 1946 r. wznowił działalność bojową, operując początkowo czterema dwuosobowymi patrolami dywersyjnymi. Jego podkomendni, mimo bardzo młodego wieku mający za sobą blisko dwuletnie doświadczenia partyzanckie, dokonali wówczas szeregu spektakularnych akcji ekspropriacyjnych i likwidacyjnych, co wprawiło w zadziwienie komunistów. O celach dalszej walki mjr "Łupaszka" w kolportowanych wówczas na Pomorzu ulotkach pisał tak: "Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. Niejeden z waszych ojców, braci i kolegów jest z nami. My walczymy za świętą sprawę, za wolną, niezależną, sprawiedliwą i prawdziwie demokratyczną Polskę".
W kwietniu, mając do dyspozycji zaledwie kilkunastu ludzi, po raz trzeci już wyszedł w pole na czele kadrowej V Brygady Wileńskiej AK. W ciągu zaledwie 7 miesięcy działalności wykonały one 170 akcji, rozbiły 27 posterunków milicji i placówek NKWD (co stanowiło ekwiwalent rocznych działań dywersyjnych niejednej struktury okręgowej podziemia niepodległościowego). To właśnie na Pomorzu w sposób szczególnie dobitny uwidoczniła się rola "Łupaszki" jako nauczyciela taktyki. Co warte podkreślenia, podobnie jak i ich "nauczyciel", dowódcy pododdziałów V, jak i działającej na Podlasiu i Białostocczyźnie VI Brygady prezentowali - stanowiące niejako znak firmowy formacji "Łupaszki" - bardzo wysokie standardy prowadzenia działań partyzanckich wynikające z ich ideowego podejścia do służby (charakterystyczne były ich ataki np. na przedstawicielstwa Państwowego Monopolu Spirytusowego, który uznawali za narzędzie demoralizacji społeczeństwa, czy poszanowanie własności prywatnej).

Komunistyczna pętla
Jesienią 1946 r. mjr Szendzielarz na czele 4. szwadronu dowodzonego przez ppor. "Lufę" przeszedł na teren woj. białostockiego, gdzie dołączył do drugiej podległej sobie jednostki - VI Brygady Wileńskiej AK dowodzonej przez ppor. Lucjana Minkiewicza "Wiktora", a od października 1946 r. przez ppor. Władysława Łukasiuka "Młota". Rozformowane w listopadzie 1946 r. dwa "szwadrony" V Brygady Wileńskiej pozostawione w Borach Tucholskich nie zostały już odbudowane, zaś resztki 4. szwadronu ppor. "Lufy" w marcu 1947 r. włączono do VI Brygady Wileńskiej, która stała się teraz główną i jedyną jednostką partyzancką podległą mjr. "Łupaszce". Wrosła w grunt podlaski. Prezentowała, dzięki swoim dowódcom, ten sam charakterystyczny dla formacji wileńskich kanon zachowań - konsekwencję i radykalizm połączone ze wspominaną już wielokrotnie dbałością o standardy działań (warto wspomnieć o wydzieleniu z jej szeregów żandarmerii zajmującej się zwalczaniem pospolitej przestępczości oraz istnieniu sądu polowego decydującego o wymiarze kary dla współpracowników strony komunistycznej).
W trakcie koncentracji marcowej 1947 r. "Łupaszka" nie poparł ujawnienia w ramach amnestii ogłoszonej przez komunistów tuż po sfałszowanych przez nich wyborach, słusznie dopatrując się w tym geście wrogich zamiarów. Pozostawił jednak swoim podkomendnym możliwość samodzielnego wyboru.
Mając pewność ugruntowanej władzy w Polsce, strona komunistyczna nie zamierzała okazać łaski komukolwiek, a tym bardziej przeciwnikowi, który wielokrotnie upokarzał ją na polach wielu walk i potyczek. Majorowi Szendzielarzowi i jego podkomendnym pozostała tylko walka do końca. On sam z towarzyszącą mu Lidią Lwow "Lalą," po wspomnianej koncentracji z końca marca 1947 roku, wyjechał ostatecznie z oddziału. Okresowo przebywał w Warszawie, następnie koło Głubczyc, wreszcie w Osielcu k. Makowa Podhalańskiego, gdzie ukrywał się pod nazwiskiem Ryszard Zygmunt Mańkowski. Stałą łączność z dowódcą VI Brygady Wileńskiej utrzymywał za pośrednictwem swego kuriera ppor. Antoniego Wodyńskiego "Odyńca". Pętla wokół niego zaciskała się jednak coraz mocniej, zwłaszcza że resort bezpieczeństwa przygotował niezwykle silne uderzenie dla całego środowiska wileńskiego - znane pod kryptonimem operacja "X".
Informacje uzyskane podczas śledztw pozwoliły resortowi bezpieczeństwa na odkrycie aktualnego miejsca pobytu mjr. "Łupaszki". W celu sprawnego przeprowadzenia operacji wzięcia go żywcem 26 czerwca 1948 r. na Podhale udało się dwóch funkcjonariuszy z Departamentu III: mjr Wróblewski, zastępca naczelnika Wydz. I, oraz jeden z referentów tegoż Wydziału - ppor. Lokajczyk. Funkcjonariusze MBP, pewni co do obecności Zygmunta Szendzielarza w wytypowanym miejscu, przystąpili do opracowania szczegółowego planu ujęcia dowódcy brygad wileńskich. Z uwagi na chęć wzięcia go żywcem zdecydowano się na zastosowanie gry operacyjnej. "Zaplanowano na następny dzień - opisywał mjr Wróblewski - na 4 rano fikcyjny pościg za uciekającym bandytą [pracownikiem UB] od strony zarośli otaczających dom Bazińskiego, który schroni się do tegoż domu, w wyniku czego przeprowadzać się tam będzie rewizję. Zgodnie z ww. planem w dniu 30.06.1948 r. uciekający rzekomo bandyta został schowany przez syna Bazińskiego na strychu, za którym wszczęto poszukiwania. 'Łupaszkę', jak i jego żonę /kochanka/ zastano w bieliźnie rannej, którzy na skutek wszczętego alarmu byli zdezorientowani i przeświadczeni o faktycznym pościgu za bandytą i do zakończenia rewizji domowej nie byli zorientowani, że o nich się rozchodzi. Z chwilą kiedy 'Łupaszko' został zakuty, wyraził zdziwienie i pozorował, że przez pomyłkę jego się zabiera, opierając się na fałszywych dokumentach na nazwisko Mańkowski Zygmunt".

Osiemnastokrotny wyrok śmierci
Błyskawicznie przywieziono go do Warszawy i poddano długotrwałemu śledztwu. W tej ostatniej już, tragicznej odsłonie swojej służby publicznej mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi udało się zachować tę samą, znaną z wcześniejszych etapów działalności postawę - konsekwencję i odwagę. Wziął na siebie odpowiedzialność za wszystkie działania podległych sobie jednostek. Nie dał się też wykorzystać stronie komunistycznej do propagandowej farsy, w jaką zamieniały się zwyczajowo publiczne procesy członków organizacji niepodległościowych. Po trwającej sześć dni rozprawie 2 listopada 1950 r. skład sędziowski pod przewodnictwem mjr. Mieczysława Widaja skazał mjr. Zygmunta Szendzielarza na łączną osiemnastokrotną karę śmierci. Wiedział, że nie ma dla niego ratunku. Starał się w tych ostatnich miesiącach swojego życia uporządkować życie prywatne - stąd też skierowana do władz więziennych prośba o możliwość zawarcia związku małżeńskiego z jego partyzancką towarzyszką życia - ppor. Lidią Lwow. Prośba potraktowana odmownie.

Ostatnie dni
Mieczysław Chojnacki "Młodzik", jeden ze współwięźniów mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", tak wspominał jego ostatnie dni: "Zachowywał się spokojnie, chorował, robił wrażenie przeziębionego (...). Wspominając mjr. 'Łupaszkę', nie sposób przemilczeć jego częstych wizyt w 'kaplicy', gdzie zawsze rano, przed apelem wieczornym modlił się z innymi". 8 lutego 1951 r. wieczorem mjr Zygmunt Szendzielarz został zamordowany wraz z innymi członkami wileńskiej konspiracji w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Moment ten tak zapamiętał będący wówczas w tej samej celi śmierci kpr. pchor. Mieczysław Chojnacki "Młodzik". "Nadszedł dzień 8 lutego 1951 r., jeden z dni pełnych niepokoju o jutro. (...) Otworzono drzwi i z ust strażnika padło nazwisko majora 'Łupaszki' Zygmunta Szendzielarza. Właśnie na wezwanie wyszedł z kaplicy, gdzie się modlił, wysoki i szczupły podszedł spokojnie do drzwi, następnie zatrzymał się przez chwilę, odwracając bokiem do pozostających w celi i pożegnał słowami 'Z Bogiem, Panowie!', odpowiedział mu chór głosów 'z Bogiem!', zniknął nam za zamkniętymi drzwiami. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wieczór dzisiejszy stanie się czasem rozprawy zbrodniarzy bolszewickich z oficerami polskimi Wileńskiego Okręgu AK".
Ciało majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" spoczywa gdzieś w bezimiennej mogile na warszawskich Powązkach. Przez kilkadziesiąt lat komunistyczne władze starały się wszelkimi sposobami zohydzić jego postać. Nadaremnie. Współtowarzysze broni, którzy ocaleli z pogromu, a także zwykli ludzie, z którymi zetknął się na Wileńszczyźnie, Podlasiu, Białostocczyźnie, Pomorzu, Warmii i Mazurach, po 1989 r. zaczęli z własnej woli stawiać jemu i jego podkomendnym upamiętnienia, wmurowywać w kościołach kolejne tablice memoratywne - stanowiące świadectwo ostatecznego zwycięstwa tego "konsekwentnego bohatera" nad wrogami Rzeczypospolitej.

Dr Tomasz Łabuszewski, Kazimierz Krajewski

Dr Tomasz Łabuszewski i Kazimierz Krajewski są pracownikami Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=lp01.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 08 lut 2011, 10:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Gdyby nie działalność pasjonatów najnowszej historii Polski i Instytutu Pamięci Narodowej niestrudzenie propagujących prawdę o antykomunistycznej partyzantce, "żołnierze wyklęci" nadal byliby w podziemiu

Ostatnia bitwa o prawdę

Symboliczny grób majora "Łupaszki" znajduje się na warszawskich Powązkach. Podczas jego uroczystego odsłonięcia Stanisław Krupa, który kilka miesięcy przebywał z majorem w X pawilonie więzienia na Mokotowie, wspominał, że często nucił on ulubioną piosenkę "Już dopala się ogień biwaku". W ostatniej zwrotce żołnierze wyśpiewywali swoje największe marzenie: "Bodaj widzieć, padając w ataku, Polskę wolną i czystą jak łza". Oni nie doczekali jego spełnienia, ale my musimy dołożyć wszelkich starań, aby prawda o żołnierzach i bohaterach, która jest też prawdą o Polsce, nie musiała przebijać się przez dawne i współczesne kłamstwa.

Moja babcia, prosta kobieta z wileńskiej wsi, wielokrotnie wspominała majora "Łupaszkę". Pewnie nigdy go osobiście nie spotkała i nie pamiętam nawet, co konkretnie mówiła, ale jego imię wypowiadała z wielkim szacunkiem. Dla niej to był prawdziwy bohater, o którym nigdy nie powiedziała: "kontrowersyjny". Również moja mama wspominała z wielkim sentymentem, jak podczas okupacji do wsi Kłaczuny przyszli partyzanci. Mama wraz z innymi stała przy krzyżu, gdyż właśnie odprawiano nabożeństwo majowe. Może to nie byli łupaszkowcy, ale w pamięci kilkuletniej wówczas dziewczynki to wspaniałe wojsko, którego przybycie wywołało manifestowaną przez mieszkańców Kłaczun radość, byli właśnie żołnierzami majora "Łupaszki". Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz, mój wujek, opowiadał, że jako dzieci po przyjeździe na Wybrzeże bawili się w partyzantów od "Łupaszki" i oczywiście każdy z nich chciał być w oddziale majora, ale żeby zabawa miała sens, ktoś musiał być w UB, i z tym był problem.

Rajdy prawdy i pamięci
W Borach Tucholskich od ośmiu lat w pierwszym tygodniu wakacji odbywa się kilkudniowy Rajd Pieszy Szlakiem V Wileńskiej Brygady AK. Wielokrotnie wędrowałam razem z moimi uczniami w rajdowym patrolu. Jednym z zadań uczestników rajdu jest zbieranie relacji od miejscowej ludności na temat działań żołnierzy V Brygady na tym terenie. Zauważyłam pewną zasadę: ci, którzy osobiście zetknęli się z majorem lub z jego żołnierzami, wyrażali się o nich w samych superlatywach: "wspaniali, kulturalni, uczciwi, zdyscyplinowani". Młodsze pokolenie, które o "Łupaszce" dowiadywało się na lekcjach historii i z różnych imprez ku czci "utrwalaczy władzy ludowej", bardzo często zauważa, że "nie wiadomo, jak to było; byli kontrowersyjni" itp. Jest jeszcze trzecia kategoria rozmówców - ci, których rodzice bądź dziadkowie służyli lub współpracowali z Urzędem Bezpieczeństwa albo tworzyli organy władzy komunistycznej.
Serdeczna pamięć o żołnierzach V Brygady zachowała się we wsi Ocypel, w której łupaszkowcy często bywali, a nawet bawili się tu na weselu - o czym z sentymentem wspominała nam siostra panny młodej. W innym miejscu Borów Tucholskich starszy pan, zapytany jak zapamiętał obcych przecież na Kaszubach żołnierzy z Wileńszczyzny, odparł: "A jacy oni obcy? Nosili Matkę Boską na piersi, modlili się, to jacy obcy?". Utkwiło mi w pamięci wiele takich rozmów i spotkań, jak choćby wzruszający wieczór przy ognisku w leśniczówce Zwierzyniec. Gospodarz doskonale pamiętał żołnierzy majora "Łupaszki", bo byli częstymi i zawsze mile widzianymi gośćmi w domu jego matki. W Krępkach osiem lat temu starsza pani opowiadała, że łupaszkowcy spędzili w gospodarstwie jej rodziców noc: "Wspaniali, grzeczni, pięknie umundurowani, zrobili na nas jak najlepsze wrażenie. Jeden obiecał, że jak się to wszystko skończy, to wróci tu i ożeni się ze mną", a po chwili żartem dodała: "Do tej pory na niego czekam". To świadectwa tych, którzy bezpośrednio zetknęli się z majorem "Łupaszką" i jego żołnierzami. Niestety, w wielu środowiskach żywa jest "czarna legenda" majora "Łupaszki", a najbardziej poruszający jest fakt, że spotykaliśmy nawet nauczycieli historii, którzy wiedzieli o nim tyle, ile podawała komunistyczna propaganda.
Do zadań patroli podczas rajdu należy także przeprowadzenie akcji informacyjnej wśród miejscowej ludności. Młodzież rozdaje tysiące ulotek, rozkleja po wsiach plakaty, zbiera podpisy pod wnioskiem o postawienie pomnika "żołnierzy wyklętych" etc. Odkłamywanie historii uczestnicy rajdów czują w nogach - dziennie pokonują od 25 do 35 km, z ciężkimi plecakami na barkach, a zamiast odpoczynku po dotarciu do wsi otwierają rozkaz i okazuje się, że muszą zrobić tu "akcję propagandową", więc - w przekonaniu, że działają "w słusznej sprawie" - podnoszą się z ziemi, aby wykonać zadanie. Niewątpliwie Rajd Szlakiem V Wileńskiej Brygady AK przyczynił się do rozpropagowania prawdziwej historii "wyklętych". W ostatnich latach na Kociewiu i Kaszubach zniknęły napisy z pomników i obelisków ku czci ubeków, których było tu wiele, a co najważniejsze - nikt chyba nie pali już przy ubeckich pomnikach zniczy, co jeszcze niedawno czyniono w Czarnej Wodzie, gdzie nauczycielka stawiała je wraz ze swymi uczniami.

W niewoli propagandy
Są jednak tereny związane z działalnością V Brygady, jak np. Mazury czy Podlasie, gdzie prawda o "żołnierzach wyklętych", którzy - jak głosi uchwała Sejmu RP - "dobrze zasłużyli się Ojczyźnie", wciąż nie może przebić się przez komunistyczne kłamstwa. Choć - jak głosi wspomniana uchwała - "major Zygmunt Szendzielarz 'Łupaszka' stał się symbolem niezłomnej walki o Niepodległą Polskę", tam wciąż stoją pomniki tych, którzy służąc w aparacie komunistycznego terroru, przyczynili się do zniewolenia Polski. Przykładem niech będą pomniki ku czci funkcjonariuszy UB i milicji "poległych w walkach z bandami reakcyjnego podziemia" w gminie Jedwabno we wsiach: Kot, Piduń, kolonia Czarny Piec albo we wsi Tulice na Powiślu. Tam wiedza na temat oddziałów antykomunistycznego podziemia zatrzymała się na etapie artykułów prasowych z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, których już same tytuły niosły określoną treść: "Szpiedzy i mordercy z wileńskiego AK przed Rejonowym Sądem Wojskowym w Warszawie", "Od współpracy z okupantem - do służby w obcym wywiadzie. Zdradziecka działalność wileńskiego ośrodka AK", "Szendzielarz, Minkiewicz cynicznie potwierdzają zbrodnicze akcje band 'Łupaszki', dokonane na żołnierzach polskich i radzieckich, członkach PPR i funkcjonariuszach władz państwowych", "Galeria zdrajców i morderców".
Czarną legendę żołnierzy "Łupaszki" kształtowały nie tylko pseudonaukowe książki, ale również powieści takie jak "Sztylet Burego" (1965 r.): "Twarz rudego herszta napłynęła purpurą (...) do izby wpadł kapral. Panie majorze, melduję swój powrót z zadania. Mam pilną i ważną wiadomość. 'Łupaszko' chwycił ze stołu pistolet, który leżał tuż obok opróżnionej do połowy litrówki, kubka z okowitą, kawałka żółtej słoniny i pociętej cebuli. Wymierzył broń w intruza. Mów! - warczał. W jego oczach czaiła się wściekłość".
Ta propaganda nadal zbiera żniwo. Gdy w 2010 r., w kościele św. Cyryla i Metodego w Hajnówce, odsłaniano tablicę ku czci Zygmunta Szendzielarza, ktoś porozwieszał na mieście ulotki z obelżywym tekstem: "Kościół katolicki czci mordercę prawosławnych". W Puszczy Białowieskiej w tym czasie odbywał się dwudniowy Rajd Pieszy Śladami Żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK. Brała w nim udział ponad 50-osobowa grupa młodzieży. Był to już drugi taki rajd na terenie Białowieży, ale jeszcze wiele będzie musiało się ich odbyć, zanim dziennikarze przestaną wypisywać bzdury, takie jak np. Michał Bołtryk ("Przegląd Prawosławny" z września 2010 r.) o bandyckich rajdach żołnierzy V Brygady przeciwko ludności prawosławnej, paleniu wsi, a nawet paleniu żywcem dzieci itp. Podobnych artykułów w "Przeglądzie Prawosławnym" odnajdziemy więcej. W 2003 r. Walentyna Łojewska napisała: "To ci żołnierze, którzy siebie nazywali spadkobiercami tradycji Armii Krajowej, pod dowództwem majora Zygmunta Szendzielarza ps. 'Łupaszka' czy kapitana Romualda Rajsa ps. "Bury" mordowali, gwałcili, okradali, wyganiali z ich domów rdzenną ludność Podlasia". Pod tego typu kalumniami komentarze: "Nie mogę zrozumieć, że tacy mordercy dla prawicowych oszołomów są bohaterami. To byli pospolici bandyci w mundurach. (...) Ale z bandyckimi oddziałami szedł ksiądz.... Prawosławie to przecież konkurencja... ("Podlasiak", 13.03.2008). Powyższe słowa dotyczą tych samych żołnierzy, o których opowiadał nam podczas rajdu kociewski chłop: "Nocowali u nas, a rano ich dowódca major 'Łupaszko' zrobił zbiórkę i poprowadził wspólną modlitwę, po której śpiewali 'Kiedy ranne wstają zorze'". Nie mogło być inaczej, skoro swoich partyzantów idących na akcję żegnał słowami: "Z Bogiem, chłopcy".

Przełamać kłamstwa
Niestety, problem żywotności kłamstw na temat V Wileńskiej Brygady AK nie dotyczy tylko Podlasia. Patryk Kozłowski, autor książki biograficznej o Zygmuncie Szendzielarzu, zauważa, że aby zrozumieć ten problem w województwie warmińsko-mazurskim, trzeba znać jego specyfikę. - Tu jest niezmiernie trudno o wszelkie tego typu działania, ponieważ to województwo miało być modelowym przykładem społeczeństwa komunistycznego. Dalej władzę sprawuje tu aparat państwowy wywodzący się z PRL. Do tego dochodzą kwestie narodowościowe - tłumaczy. Warmia i Mazury to konglomerat społeczny ludzi bez korzeni, ludzi, którzy przybyli tu w 1945 roku z całej Polski. Są tu też Ukraińcy z akcji Wisła (15 proc.), Mazurzy (ok. 10 proc.), spora mniejszość niemiecka etc. - Tu nie ma żadnej niepodległościowej myśli. Nie ma regionalnej prasy poza "Gazetą Olsztyńską". Ludźmi nadal kierują komunistyczni kacykowie. Dla przykładu: aktualny marszałek województwa Julian Osiecki to pierwszy sekretarz komitetu miejskiego PZPR z Mrągowa! Tak mógłbym wymieniać w nieskończoność - dodaje Kozłowski.
Siła aktualności komunistycznej propagandy świadczy także o nieefektywności nauki najnowszej historii Polski w szkole. Dla przykładu - w jednym z najpopularniejszych podręczników do nauczania historii w szkole średniej (wyd. WSiP) zagadnienie podziemia antykomunistycznego jest częścią podrozdziału w temacie: Ustanowienie władzy komunistycznej w Polsce i odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych. W podręczniku do gimnazjum wydawnictwa Operon z 2007 r. nie znalazłam ani słowa o podziemiu antykomunistycznym. Podręcznik wydawnictwa Rożak, choć wymienia "Ognia" i "Łupaszkę", to całą wiedzę na temat zbrojnego podziemia antykomunistycznego ujmuje w podtemacie zajmującym jedną czwartą strony. Niewątpliwie, gdyby nie działalność Instytutu Pamięci Narodowej niestrudzenie propagującego prawdę o antykomunistycznej partyzantce "żołnierze wyklęci" nadal byliby w podziemiu.

Nie dajmy zginąć poległym
W okresie PRL pamięć o majorze Zygmuncie Szendzielarzu i o jego żołnierzach starali się zachować jego dawni podkomendni. To oni, mimo inwigilacji i represji ze strony bezpieki, byli inicjatorami wmurowywania w kościołach tablic upamiętniających zarówno majora, jak i jego żołnierzy. Pierwszą taką tablicę udało się umieścić dzięki Jerzemu Lejkowskiemu "Szpagatowi", żołnierzowi V Brygady, i księdzu Henrykowi Jankowskiemu w kościele św. Brygidy w Gdańsku w 1982 r. (za co Lejkowski był wielokrotnie wzywany na przesłuchania do bezpieki). Drugą zawieszono w bazylice Mariackiej, gdzie proboszczem jest bardzo oddany żołnierzom Armii Krajowej ks. infułat Stanisław Bogdanowicz. Choć wiele lat upłynęło od czasu, gdy pamięć "wyklętych" trzeba było czcić potajemnie, takich memoriałów jest niestety niewiele. Powstają zazwyczaj z inicjatywy osób prywatnych lub stowarzyszeń. To one też dbają o odkłamywanie historii i propagowanie wiedzy na temat partyzantów z Wileńszczyzny. We wsi Kiersnowo niedaleko Brańska (woj. podlaskie) stoją pamiątkowy krzyż i tablica, na której widnieje napis: "Mjr Zygmunt Szendzielarz 'Łupaszko', Kawaler Srebrnego i Złotego Krzyża Virtuti Militari, dowodził V i VI Brygadą AK na Podlasiu, Mazurach i Pomorzu w walce o niezależność Polski w latach 1945-1947. Rozstrzelany przez stalinowców w Warszawie 8 lutego 1951 r. Cześć jego pamięci". To właśnie tutaj, w Kiersnowie, w gospodarstwie państwa Kiersnowskich, ukrywał się "Łupaszka" po odejściu z Wileńszczyzny. Memoriał poświęcony pamięci żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK i ich dowódcy stanął także kilka lat temu przy kościele w Lubichowie, gdzie miejscowy proboszcz oraz dyrektor szkoły rokrocznie goszczą u siebie sztab i uczestników Rajdu Pieszego Szlakiem V Wileńskiej Brygady AK. Niewiele znajdziemy takich miejsc - nieporównywalnie mniej niż pomników "utrwalaczy władzy ludowej". W 2007 r. podczas odsłaniania kolejnej tablicy ku czci łupaszkowców w wiejskim kościele w Zimnej Wodzie na Mazurach ówczesny minister obrony narodowej Aleksander Szczygło powiedział: "Walka mjr. Szendzielarza została wygrana po kilkudziesięciu latach, a pamięć okazała się silniejsza niż kłamstwa propagandy".
Chcielibyśmy, aby tak było, ale kiedy co roku, 1 listopada, spotykamy się w grupie kilkudziesięciu osób na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku przy pomniku pomordowanych i poległych żołnierzy Armii Krajowej, ze smutkiem spoglądamy na znajdujący się w pobliżu cmentarz żołnierzy Armii Czerwonej. Tam palą się setki zniczy, a przy grobach obrońców Ojczyzny jest ich może kilkadziesiąt. Przed uroczystością Wszystkich Świętych myjemy ten pomnik i znajdujące się obok niego symboliczne mogiły Danki Siedzikówny "Inki" oraz Feliksa Salmanowicza "Zagończyka" (żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK zamordowanych w gdańskim więzieniu w 1946 r.) - usuwamy z nich grube warstwy błota, wyrzucamy stare wypalone znicze i grabimy liście. Choć jest to cmentarz komunalny, odpowiednie władze zapominają o pomniku poświęconym pamięci tych, których komunistyczni oprawcy skazali na zapomnienie, ukrywając miejsce ich pochówku. Do dziś stoją tu znicze, które przynieśliśmy 1 listopada.

Anna Kołakowska

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=lp02.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 08 lut 2011, 15:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2011/02 ... ETYCH.html

Rok 2011 - Rokiem ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH...


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 09 lut 2011, 16:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31618
Do posłuchania:

Prof. Józef Szaniawski - 60. rocznica stracenia mjr. Zygmunta Szendzielarza"Łupaszki"

http://www.radiomaryja.pl/dzwieki/2011/ ... .akt03.mp3


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 225 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 15  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 12 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /