Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 51 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 03 paź 2013, 12:49 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7477
Lokalizacja: Podlasie
Aerolit napisał(a):
Niszczenie pamięci

Paszkwil „Wyborczej”

Po 1989 r. wydawało się, że wszystko wróci do normalności, zatem spory historyczne nie będą już przytłaczane jednostronną ideologią. Stało się inaczej. W 50. rocznicę wybuchu Powstania „Gazeta Wyborcza” użyła oręża z mrocznej epoki stalinowskiej, zarzucając największym wojskowym organizacjom powstańczym rzecz niezwykle haniebną i kłamliwą: „AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta”.

Gazeta o największym nakładzie, uchodząca za opiniotwórczą, posiadająca rodowód „solidarnościowy”, wpisała się w ten sposób w trendy światowe, wyznaczane przez takie standardy, jak: „polskie obozy koncentracyjne”, „polscy naziści” czy „faszystowska AK”. Adam Michnik uzasadnił ten jubileuszowy paszkwil następująco: „zdolność do konfrontowania się z ciemnymi epizodami własnego dziedzictwa jest dla każdego narodu egzaminem z dojrzałości demokratycznej. Twierdzę, że Polacy dojrzeli do demokracji, co znaczy, że mają prawo do pełnej prawdy o własnej przeszłości”.

Leszek Żebrowski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/49683,n ... mieci.html


Chciałbym dzisiaj zachęcić do kupna i zapoznania się z najnowszą książką Leszka Żebrowskiego pt. "Paszkwil Wyborczej".

"Paszkwil Wyborczej" jest polemiką z artykułem zniesławiającym Powstanie Warszawskie, który ukazał się w "Gazecie Wyborczej". Myślą przewodnią tego artykułu było stwierdzenie, że: "AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta". Leszek Żebrowski podjął się obrony dobrego imienia Polskiego Państwa Podziemnego i uczestników Powstania Warszawskiego. Opierając się na dokumentach i mało znanych źródłach pokazał, jak w świecie i w Polsce zakłamuje się naszą najnowszą historię oraz kto to robi i komu to służy.

O książce i Leszku Żebrowskim:

"Paszkwil Wyborczej to kolejna świetnie udokumentowana książka w bogatym już dorobku autora. Dorobku, który cenię także ze względu na podobne zainteresowania: genezą zbrodniczego komunizmu, jego funkcjonariuszami (bestiami), oraz ofiarami - niezłomnymi żołnierzami II konspiracji niepodległościowej. Leszek Żebrowski pokazuje - co szczególnie mi bliskie - historię nie jako zamkniętą kartę, ale jej przenikanie do współczesności. Widać to szczególnie w dzisiejszej Polsce - tej karykaturalnej kontynuacji PRL-u, gdzie dawne kariery i układy trwają w najlepsze. Trwają, ba, kształtują naszą rzeczywistość, i fałszują historię. Takich paszkwilantów znajdziecie w najnowszej książce Leszka wielu"

http://merlin.pl/Paszkwil-Wyborczej_Les ... Q#fullinfo

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 04 paź 2013, 08:06 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7477
Lokalizacja: Podlasie
Leszek Żebrowski w Białymstoku
Promocja książki „Paszkwil Wyborczej”


Relacja filmowa ze spotkania

2 października na zaproszenie Klubu Gazety Polskiej w Białymstoku, Fundacji Smoleńsk 2011 i Niezależnych Mediów Podlasia, gościł w Białymstoku Pan Leszek Żebrowski ze swoją najnowszą książką – „Paszkwil Wyborczej”. Spotkanie zleciało w mgnieniu oka. Leszek Żebrowski ma ogromny dar opowiadania historii w piękny i zrozumiały sposób. Dwie godziny minęły bardzo szybko. W części dyskusyjnej poruszono wiele tematów, a między innymi temat Jedwabnego. W tym momencie sala się ożywiła, widać było jaki jest stopień niezadowolenia społeczeństwa wobec pomówień mieszkańców Jedwabnego.
Pan Leszek Żebrowski po krótkiej wypowiedzi stwierdził, że temat Jedwabnego jest zbyt rozległy i powinien zostać poruszony na całkowicie oddzielnym spotkaniu i takie spotkanie jest planowane jako następne.

W myśl zasady że jeden obraz jest wart tysiąca słów zapraszam do oglądania relacji filmowej ze spotkania.

JP



http://niezaleznemediapodlasia.pl/lesze ... spotkania/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 24 paź 2013, 11:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Tajemnica śmierci biskupa

Biskup Łukomski był postacią nietuzinkową, znaną z antykomunistycznych poglądów. Był typowany na następcę prymasa Hlonda, ale zginął w tajemniczych okolicznościach – mówi PCh24.pl dr Krzysztof Sychowicz, historyk, pracownik IPN oraz wykładowca w Państwowej Wyższej Szkole Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży.

Obrazek

Biskup Stanisław Kostka Łukomski został pasterzem łomżyńskim 26 czerwca 1926 roku. Jak wyglądała jego posługa w okresie dwudziestolecia międzywojennego?

- 5 października tego roku odbył się jego uroczysty ingres do Katedry Łomżyńskiej. Na terenie powierzonej mu diecezji patronował Akcji Katolickiej, wspierał tworzenie Katolickich Stowarzyszeń Młodzieży, zainicjował rozbudowę katedry. Z jego inicjatywy organizowano kółka teatralne wystawiające sztuki o treści patriotycznej i religijnej. W okresie międzywojennym założył ponadto w Łomży Bibliotekę Dobrych Książek drukowanych przez księży oraz rozpoczął wydawanie gazety „Sprawa Katolicka”. 19 października 1926 r. Senat Uniwersytetu Poznańskiego nadał mu tytuł doktora filozofii honoris causa.

Podczas wyborów w 1928 r. biskup wydał list pasterski, w którym groził sankcjami kościelnymi wszystkim, którzy oddaliby swe głosy na kandydatów stronnictw lewicowych. Akcja ta doprowadziła do wniesienia przez posłów PPS interpelacji w Sejmie. Natomiast władze powiatowe Związku Ludowo – Narodowego w Łomży podziękowały biskupowi za poparcie i postanowiły wysłać do niego depeszę dziękczynną.

Jak podkreślali funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa w tworzonych po 1945 r. materiałach, Kuria łomżyńska pod rządami bp. Łukomskiego w okresie do 1939 r. prowadziła działalność pro endecką. Wielu księży z diecezji łomżyńskiej należało do Stronnictwa Narodowego, jemu samemu natomiast wytykano związki z Romanem Dmowskim oraz udział w spotkaniach i uroczystościach organizowanych przez Stronnictwo Narodowe.

Ponadto komuniści zarzucali mu rzekome zainicjowanie zajść antyżydowskich w 1937 r., poprzedzonych zjazdem organizacji narodowej w czasie którego bp Łukomski przemawiał z balkonu Domu Katolickiego. Uniesienie przez niego prawej ręki do błogosławieństwa kilka lat później zostało zinterpretowane przez funkcjonariuszy UB jako pozdrowienie faszystowskie.

Jakie były koleje losy bp. Łukomskiego po wybuchu II wojny światowej?

- W związku z wybuchem II wojny światowej, 9 września 1939 r. biskup opuścił zagrożoną bombardowaniami Łomżę i udał się do parafii Kulesze, stamtąd zaś wyruszył do Wilna. Po zajęciu miasta przez Sowietów wyruszył do Białegostoku aby ostatecznie znaleźć się w Tykocinie, w którym pozostawał do 27 listopada 1939 r. Podczas okupacji sowieckiej bp Łukomski w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach miał zabronić księżom kontaktu z pracą niepodległościową. Wpływ na taką decyzję mogły mieć represje, których ofiarą padali mieszkańcy diecezji łomżyńskiej.

W późniejszym czasie bp Łukomski przeniósł się ponownie do Kulesz, skąd powrócił do Łomży dopiero 9 lipca 1941 r. Na terenach pod okupacją niemiecką początkowo wyjeżdżał prywatnie do okolicznych parafii, później, prawdopodobnie w wyniku zakazu władz niemieckich, zaniechał tego. Bp Łukomski nie pozostał w tym okresie obojętny na dokonywane przez Niemców zbrodnie, interweniował między innymi w sprawie rozstrzeliwania przez gestapo ludności na cmentarzu kościelnym. W głoszonych przez siebie kazaniach dyscyplinował ponadto wiernych i nawoływał ich do poszanowania zasad moralnych. Krytykował przy tym takie wady polskie, jak próżność, niesłowność i lekkomyślność. Jednym z osiągnięć biskupa było nie dopuszczenie do wysadzenia łomżyńskiej katedry przez przygotowujące się do wycofania jednostki niemieckie.

Pod komunistycznymi rządami bp Łukomski narażał się władzy krytycznymi wobec niej kazaniami i kontaktami z podziemiem.

- Po zakończeniu działań wojennych władze komunistyczne prowadziły przeciwko niemu kampanię propagandową, wysuwając szereg nieprawdziwych zarzutów, dotyczących jego działalności w okresie międzywojennym i podczas II wojny światowej. Bp Łukomski był też jednym z pierwszych duchownych poddanych ścisłemu nadzorowi aparatu bezpieczeństwa. Wynikało to prawdopodobnie z tego, że w początkach kształtowania się nowego ustroju, według doniesień agentury, w swoich kazaniach wzywał ludność do stawienia oporu władzy komunistycznej.

Po zakończeniu II wojny światowej utrzymywał on nadal kontakty z podziemiem niepodległościowym. Przykładowo w kwietniu 1945 r. na prośbę ówczesnego komendanta pow. Łaba (Łomżyńskiego) Bolesława Kozłowskiego ps. „Grot” był obecny przy przeglądzie oddziałów Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w lesie pod Małym Płockiem (pow. Łomża).

W kolejnym spotkaniu z członkami NZW, mającym miejsce 20 marca 1946 r. w remizie strażackiej w Szczepankowie, oprócz biskupa uczestniczyli też księża z Miastkowa, Śniadowa i Nowogrodu, którzy zabierali po kolei głos i krytykowali rząd komunistyczny. W jego trakcie przemawiał również bp Łukomski, który mówił o zbliżających się wyborach, konieczności poparcia Stanisława Mikołajczyka i powojennej odbudowie Polski.

Bp Łukomski dostrzegał jednak i „drugą stronę medalu”, czyli zbrodnie popełniane przez niektóre grupy pseudo partyzanckie. W swoim liście do ks. Franciszka Staniewicza ubolewał nad przekształcaniem się części podziemia w zwykłe bandy oraz nad represjami jakie stosowały władze komunistyczne wobec ludności diecezji. Wspominał o aresztowaniach niewinnych osób. Kończąc apelował aby wszędzie, gdzie dochodzi do zabójstw księża potępiali je z ambony i w konfesjonałach, bez względu na to kto je popełnił.

Przez cały 1946 r. ordynariusz łomżyński pozostawał pod ścisłym nadzorem UB, które śledziło każdy jego krok. Między innymi dla PUBP w Łomży pracował informator „Podbielski” od 17 maja 1946 r. zajmujący wysokie stanowisko wśród duchowieństwa i czujący wielką niechęć do bpa Łukomskiego z powodu pominięcia go przy awansie. Ponadto według informacji dostarczonych przez agenturę w sierpniu bp Łukomski wizytował parafie w Augustowie i Suwałkach, gdzie witało go wojsko i wszystkie stowarzyszenia chrześcijańskie. Udzielał też bierzmowania, wszystkie kazania były kontrolowane przez sieć informatorów i pracowników operacyjnych.

Dlaczego bp Łukomski był typowany na następcę prymasa Augusta Hlonda po jego śmierci?

- W październiku 1948 bp Łukomski przewodniczył ceremonii pogrzebowej prymasa Augusta Hlonda, przez wielu też był przewidywany na jego następcę. Z pewnością był postacią nietuzinkową, posiadającą duży autorytet. W grę mogły wchodzić też jego antykomunistyczne poglądy, znane przecież powszechnie, a oprócz tego olbrzymie doświadczenie. Minusem był natomiast z pewnością jego wiek (74 lata – przyp. red.).

Co wiemy na temat śmierci bp. Łukomskiego? Czy mogła być ona jakoś związana z silną pozycją bp. Łukomskiego w polskim Kościele?

- Zmarł on 28 października 1948 r. po niewyjaśnionej do dziś katastrofie samochodowej, jaka miała miejsce na trasie Ostrów Mazowiecka – Łomża. W sporządzonym przez UB sprawozdaniu skrupulatnie zapisano, że przywiezienie zwłok i pogrzeb odbyły się bez jakichkolwiek zakłóceń. 3 listopada przy udziale pocztów sztandarowych cechów rzemieślniczych, harcerstwa, Sodalicji Mariańskiej oraz przedstawicieli „Caritasu” przeniesiono zwłoki biskupa do katedry.

Znalazło to odzwierciedlenie m.in. w sprawozdaniu sytuacyjnym za czwarty kwartał 1948 r., w którym Departament Wyznaniowy MAP umieścił informację, iż „w październiku b.r. nastąpił zgon dwu najwybitniejszych hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce: Prymasa Polski ks. Augusta kardynała Hlonda i biskupa łomżyńskiego Stanisława Łukomskiego”. Zgodnie z jedną z ostatnich informacji zamieszczoną odnośnie jego osoby w materiałach UB, duchowieństwo diecezji łomżyńskiej miało stać się po jego śmierci łatwiejsze do kontroli.

Rozmawiał: Krzysztof Gędłek

http://www.pch24.pl/tajemnica-smierci-b ... 584,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 28 paź 2013, 09:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Śmierć biskupa

Przed 65 laty biskup łomżyński Stanisław Kostka Łukomski zginął w wypadku samochodowym w niejasnych okolicznościach, które każą w tym upatrywać ręki UB. Był pod ścisłym nadzorem bezpieki.

Pochodził z wielodzietnej rodziny (11 dzieci) nadleśniczego w Borku (Wielkopolska). Po święceniach był kapelanem ks. abp. Floriana Stablewskiego, proboszczem katedry poznańskiej i kanonikiem kapituły, dyrektorem archiwum diecezjalnego. Po roku 1918 współorganizował harcerstwo polskie i Uniwersytet Poznański. Wybitny kapłan i patriota, powszechnie szanowany. Od 1927 r. sekretarz Konferencji Episkopatu Polski.

Od 24 czerwca 1926 r. był ordynariuszem łomżyńskim. Rozwijał Akcję Katolicką, angażował się w życie polityczne, przeciwstawiał się organizacjom komunistycznym. Po wojnie zarzucano mu z tego powodu „antysemityzm”.

W czasie wojny jeździł po parafiach, wypełniając obowiązki kapłańskie. W 1944 r. uchronił katedrę łomżyńską, już zaminowaną, przed zniszczeniem przez Niemców.

W kazaniach mówił o donosicielstwie i jego skutkach pod obydwiema okupacjami, co wzbudziło wściekłość bezpieki. Wykazał wielką odwagę, utrzymując kontakty z narodowym podziemiem antykomunistycznym. Nawoływał do poparcia PSL.

W październiku 1948 r. przewodniczył ceremonii pogrzebowej Prymasa Polski ks. kard. Augusta Hlonda. Oczekiwano powszechnie, że będzie jego następcą. Zginął w wypadku na trasie Ostrów Mazowiecka – Łomża. Bezpieka nie dopuściła do manifestacyjnego pogrzebu. Nie dopuszczono do udziału w pogrzebie straży pożarnej i szkół.

Ksiądz biskup Stanisław Kostka Łukomski spoczął w katedrze łomżyńskiej. Żyje w pamięci wiernych tej diecezji. Środowiska „postępowe” zaklasyfikowały go jako „endeka” i „przyjaciela Dmowskiego”. Takich „grzechów” się nie wybacza.

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/58059,s ... skupa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 07 lis 2013, 20:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Oj Wacuś, Wacuś będziesz wisiał za cóś

Odsłonięcie w Zakopanem pomnika Józefa Kurasia, słynnego „Ognia” po raz kolejny udowodniło, że nie ma już chyba ani jednego przywódcy polskiego antykomunistycznego zbrojnego powstania, który byłby i w obecnych czasach tak znienawidzony przez antypolskie środowiska i na temat którego działalności nawet dzisiaj gotowi się stawiać „świadkowie historii” z Podhala, by pluć na polskiego bohatera. Wygląda na to, że Józefowi Kurasiowi w III RP przypadła rola „przeklętego” wśród „wyklętych”.

Jednak jego bohaterska walka i śmierć będą dla mnie tylko pretekstem do poruszenia sprawy dla nas, jako Polaków bardzo wstydliwej, ale wyjaśniającej w dużym stopniu niechęć części Podhalan do legendarnego „Ognia”.

Oto szczycimy się często tym, że w Polsce nigdy podczas okupacji nie doszło do masowej kolaboracji z niemieckim okupantem i nie wydaliśmy na świat kogoś w rodzaju Vidkuna Quislinga.

Niestety jeżeliby szukać jakiegoś przykładu największej polskiej kolaboracji z niemieckim okupantem to nasze oczy muszą się zwrócić właśnie na Podhale.

Już 7 listopada 1939 roku wjeżdżającego z wielką pompą do udekorowanego swastykami Krakowa, Hansa Franka, witał znany na Podhalu działacz ludowy, Wacław Krzeptowski w otoczeniu uroczyście wystrojonych góralek i górali.

Wiernopoddańcze przemówienie Krzeptowskiego przeszło do historii, jako „Hołd Krakowski”. Już pięć dni później przybyłego do Zakopanego Hansa Franka Krzeptowski i jego zwolennicy witali pod udekorowaną symbolami hitlerowskimi bramą Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Tak oto narodziła się na Podhalu idea Goralenvolk oraz rozpoczęła historia zdrady polegająca na współpracy z wrogiem i okupantem oraz na kłamstwie twierdzącym, że nasi górale to w prostej linii germanie.

W 1942 roku powstał Komitet Góralski w Zakopanem, którego przywódcą został Wacław Krzeptowski. Członkowie tego komitetu mieli stanowić bazę, w oparciu, o którą zbudowany zostanie przyszły rząd „państwa góralskiego” z „goralenführerem” Krzeptowskim na jego czele. W lutym 1942 roku Wacław Krzeptowski udał się do Ochotnicy i Tylmanowej by tam po głównych niedzielnych nabożeństwach zapowiedzieć utworzenie „Legionu Góralskiego SS” (Goralische Freiwilligen SS Legion), który będzie walczył u boku armii niemieckiej. Towarzyszyli mu w trakcie tych przemówień miejscowi kolaboranci, Jan Hamerski z Ochotnicy i Jan Barnaś z Tylmanowej.

Dzisiaj ocenia się, że niemieckie kenkarty dobrowolnie wzięło, czyli przynależność niemiecką zadeklarowało około 20 procent mieszkańców Podhala, co daje w przybliżeniu 30 tysięcy osób. Kolaboracyjny Komitet Góralski, swego rodzaju samorząd wraz ze współpracownikami i donosicielami to kilkaset osób najaktywniej zaangażowanych w kolaborację z okupantem niemieckim.

I teraz wrócimy do „Ognia”. Otóż jeszcze pod pseudonimem „Orzeł”, działając w Konfederacji Tatrzańskiej zwalczał on zaciekle rodzimych zdrajców z goralenvolk, za co ci z kolej w akcie zemsty dopomogli swoimi donosami Niemcom w straszliwym mordzie dokonanym na ojcu, żonie i maleńkim dziecku Józefa Kurasia, których spalono w ich własnej chałupie. To po przeżyciu tej traumy Józef Kuraś przyjął pseudonim „Ogień”, a na całym Podhalu coraz popularniejsza stawała się prorocza przyśpiewka na temat Wacława Krzeptowskiego, „Oj Wacuś, Wacuś będziesz wisiał za cóś”.

Wstydliwa historia kolaboracji na Podhalu przestaje być powoli tematem tabu, a niechęć wielu rodzin czy wręcz całych rodów góralskich do „Ognia” nie wynika bynajmniej z „terroru i strachu”, jaki siał w okolicznych wioskach i miasteczkach, ale ze zwykłego palącego ich do dziś wstydu.

Żywa jest na Podhalu pamięć o góralach i góralkach, którzy za przynależność do Goralenvolk otrzymali od żołnierzy Kurasia publicznie karę w postaci chłosty wykonywanej wyciorami od karabinów na gołe tyłki bez oglądania się na wiek czy płeć ukaranych.

Ból szybko minął, ale wstyd i hańba trwają do dzisiaj i towarzyszą kolejnym pokoleniom, co ułatwia twórcom „czarnej legendy” o „Ogniu” pozyskiwać kolejnych świadków jego „bandytyzmu” i „antysemityzmu”.

A co się stało z Wacławem Krzeptowskim?

Ukrywającego się w szałasie na Polanie na Stołach, zdrajcę pojmał oddział dywersyjny Armii Krajowej „Kurniawa” dowodzony przez por. Tadeusza Studzińskiego „Kurzawę” i po odczytaniu mu wyroku, spełniając proroctwo z góralskiej przyśpiewki, powiesił dnia 20 stycznia 1945 roku. Przy powieszonym odnaleziono list o treści:

"Ja niżej podpisany Wacław Krzeptowski urodzony 1897 roku dnia 24 czerwca w Kościeliskach przekazuję cały swój nieruchomy i ruchomy majątek uwidoczniony w księgach hipotecznych w Zakopanem na rzecz oddziału partyzanckiego Kurniawa grupy Chełm AK z własnej nieprzymuszonej woli, jako jedyne zadośćuczynienie dla narodu polskiego za błędy i winy popełnione przeze mnie wobec polskiej ludności Podhala w okresie okupacji niemieckiej od roku 1939 do 1945. Kościelisko, 20 stycznia 1945, 22.30"

Józef Kuraś niemal dokładnie o dwa lata przeżył kolaboranta, Wacława Krzeptowskiego. Ranny w zasadzce i odwieziony do szpitala w Nowym Targu popełnił samobójstwo 22 lutego 1947 roku. Co stało się z jego ciałem do dzisiaj nie wiadomo.

„Ciało w dziwny sposób zniknęło. Dlaczego miał nie mieć grobu? Jeśli był bandytą, niech ludzie plują na grób bandyty. Widać jednak nie. W tym życiu i śmierci musiało tkwić coś autentycznego, co było groźne. Trup mógł pewnego dnia ożyć”

Ks. Józef Tischner

http://kokos.salon24.pl/546380,oj-wacus ... ial-za-cos


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 11 gru 2013, 19:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Producent filmów Brauna zastraszany. Sam reżyser bojkotowany

Jan Bodakowski

Podczas, zorganizowanej przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy konferencji naukowej w Hebdowie reżyser filmów dokumentalnych Grzegorz Braun ujawnił dziennikarzom i naukowcom fragmenty filmów nad jakimi obecnie pracuje.

Pokaz był tym bardziej interesujący, że mogła być to jedyna okazja do obejrzenia fragmentów filmów. Producent filmów Robert Kaczmarek jest systematycznie zastraszany, ostatnio ktoś zaszlachtował jego psa i zwłoki zwierzęcia podrzucił przed drzwi domu producenta. Same niezwykle interesujące filmy dokumentalne autorstwa Brauna są bojkotowane, nie tylko przez zdominowane przez postkomunistów telewizje, ale i przez „patriotyczne” czy „katolickie” czasopisma.

Pierwszy z filmów, którego fragmenty zaprezentował reżyser, opowiada o tym jak część opozycji solidarnościowej sprzedała Polskę i Polaków postkomunistom za dostęp do koryta. Kanwą opowieści jest wypadek drogowy w którym zginął w 1986 działacz Solidarności i współpracownik Frasyniuka Edward Majko i jego pasażer – wiceszef wrocławskiej bezpieki pułkownik Pierścionek.

Drugi film ma opowiadać o wybudowaniu w ciągu 24 godzin kościoła w Ciścu na Żywiecczyźnie. W PRL mieszkańcy miejscowości byli nieustanie prześladowani przez komunistów za swoje pragnienie posiadania miejsca kultu. W 1972 roku pozbawieni świątyni górale postanowili wbrew komunistom w tajemnicy wybudować świątynie.

Inicjatorem tego spektakularnego pomysłu był ksiądz Nowobielski. 5 listopada ścisłe grono konspiratorów poinformowało o rozpoczęciu budowy swoje rodziny i sąsiadów. Murarze pracowali z zakrytymi twarzami by przybyli funkcjonariusze SB nie mogli ich nagrać. Budowę oświetlały światła samochodów i płonące opony. Świeżo wybudowany kościół był przez wiele dni broniony przez mieszkańców przed rozbiórką. Przez następne lata kościół był rozbudowany i urządzany.

Ostatnim fragmentem pokazanym przez reżysera była trzecia część "Transformacji". Uczestnicy konferencji mieli okazje zobaczyć długie fragmenty wersji przed montażem. W trzeciej części "Transformacji" Braun oddał głos Markowi Chodakiewiczowi, Henrykowi Głębockiemu, Wiktorowi Suworowowi, Stanisławowi Michalkiewiczowi, Władimirowi Bukowskiemu, Jerzemu Targalskiemu, Bogdanowi Musiałowi. Trzecia część będzie poświęcona czasom Chruszczowa i Breżniewa, końcowi współpracy Żydów i sowietów, inwigilacji i dezinformacji sowietów w krajach zachodnich, współpracy gospodarczej amerykańskich kapitalistów i sowietów i zapaści cywilizacyjnej w ZSRR.

Odnosząc się do zbliżającej się rocznicy stanu wojennego Braun stwierdził, że Wojciech Jaruzelski brał udział w planowaniu zagłady nuklearnej Polski. Przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był ostatnim okresem kiedy sowieci mogli skutecznie zaatakować Europę Zachodnią. W perspektywie kilku lat, zapaść cywilizacyjna ZSRR, i rewolucja informatyczna na zachodzie sprawiły, że sowieci nie mieli szans na skuteczny atak na kraje zachodnie. Celem władz PRL było przygotowanie zaplecza dla frontu. Rewolucja solidarności zdestabilizowała jednak zaplecze owego planowanego frontu.

Stan wojenny spacyfikował Polaków i przywrócił spokój na zapleczu frontu – a tym samym zwiększył prawdopodobieństwo sowieckiego ataku na zachód. Konsekwencją sowieckiego ataku na zachód byłaby reakcja obronna USA. USA byłoby zmuszone sowieckim atakiem na zrzucenie na terytorium PRL przez które miał przechodzić drugi sowiecki rzut strategiczny kilkuset głowic jądrowych. Jaruzelski pacyfikując Solidarność zwiększał prawdopodobieństwo zamienienia Polski w promieniotwórczą pustynie.

tekst i fot. Jan Bodakowski

http://prawy.pl/73-kultura/4433-produce ... n=56266856


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 17 gru 2013, 08:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Postawienie tych ludzi w sytuacji bez materialnego zabezpieczenia, przez odwołujących się do korzeni solidarnościowych, rządzących polityków, jest formą dalszego ich prześladowania za polskość, za postawę. To prześladowanie przyjęło obecnie formę znęcania się nad tymi ludźmi. Poniżanie poprzez zmuszanie do życia w skrajnym ubóstwie to jedna z form znęcania, drugą jest dawanie im odczuć, że byli i nadal są nikim w swojej Ojczyźnie.
Jakim trzeba być potworem, aby tak traktować ludzi? Lewaku spójrz na siebie, spójrz na swoich. Jesteście potworami.


Nędza kombatanta

Internowany w stanie wojennym, w wolnej Polsce wyróżniony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski działacz rolniczej „Solidarności”, żyje w skrajnej nędzy

Osiemdziesięcioletni Zbigniew Adamczuk, działacz rolniczej „Solidarności”, wegetuje w małym budyneczku przy oborze. Bez bieżącej wody i pieca. Jest po zawale, wymaga całodobowej opieki.

Mężczyzna chciałby osiąść w domu opieki społecznej. Ale do tego potrzebne jest skierowanie władz samorządowych, które bynajmniej do pomocy się nie kwapią. Zbigniew Adamczuk, prezes NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych w Repkach, internowany w 1981 r. (7 miesięcy więzienia w Siedlcach, Włodawie i Lublinie), mieszka teraz sam w Mołomotkach, gmina Repki, w powiecie sokołowskim. Po uwięzieniu pana Zbigniewa gospodarstwo podupadło, rodzina znalazła się w poważnych kłopotach finansowych.

Adamczuk jest człowiekiem schorowanym, po zawale, z niedowładem ręki, na co dzień wymaga stałej opieki kogoś, kto przygotowałby mu ciepły posiłek czy zrobił zakupy. Trudno mu się nawet samodzielnie ubrać.

– Tata mieszka w fatalnych warunkach. To taka klitka przy oborze. Bez wody i ogrzewania, do którego wykorzystuje tylko butlę gazową. W izdebce pełno gryzoni. Jest tragicznie – przyznaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” córka pana Zbigniewa, Heromina Repeć. Pani Heromina mieszka w Warszawie, na co dzień nie jest w stanie zaopiekować się ojcem, sama ma pierwszą grupę inwalidzką, mieszka u córek.

– Tata ma tylko pomoc sąsiedzką – sąsiadka przynosi mu ciepły posiłek. To właśnie sąsiedzi wezwali karetkę pogotowania, kiedy tato miał zawał. Tato potrzebuje pomocy kogoś, kto byłby w pobliżu na stałe, kto pomógłby się ubrać, wstać z łóżka – dodaje.

Po ostatnim pobycie w szpitalu we wrześniu pan Zbigniew zdecydował się złożyć pismo do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Repkach o skierowanie do Domu Pomocy Społecznej „Kombatant” w Legionowie. Do tej pory nie otrzymał żadnej oficjalnej odpowiedzi. – Tata chciałby mieć zapewnione miejsce w tym, a nie w innym domu. Całe życie był bardzo aktywny społecznie, zależy mu na tym, by mieszkać z osobami z podobnego środowiska, które przeszły to samo, co on – podkreśla pani Heromina.

– Pani z GOPS przeprowadziła wywiad środowiskowy u taty, widziała warunki, w jakich żyje. Okazała się jednak zupełnie bez współczucia. Po tym wywiadzie tata powinien otrzymać skierowanie do Legionowa, a tymczasem nic się w tym kierunku nie robi. Panie z GOPS w Repkach powiedziały mi, że nie jest tak źle, bo tata jeszcze sam chodzi. Jakby jeszcze brakowało, by się już definitywnie położył – dodaje.

Jedyne pismo, jakie otrzymała rodzina, to zawiadomienie z GOPS w Repkach o wszczęciu postępowania administracyjnego w sprawie ustalenia pokrycia kosztów pobytu pana Zbigniewa w Domu Pomocy Społecznej w Legionowie. Było to w październiku, od tego czasu rodzina nie otrzymała z tej instytucji żadnej innej informacji – skierowanie na pobyt w domu opieki wystawia urząd gminy, w porozumieniu z lokalnym GOPS.

W tej sytuacji zdesperowana córka poprosiła o interwencję w sprawie ojca Ogólnopolskie Stowarzyszenie Internowanych i Represjonowanych z siedzibą w Siedlcach, które na początku grudnia zwróciło się do władz Urzędu Gminy w Repkach z prośbą o zajęcie się sprawą pana Zbigniewa Adamczuka.

„Pan Zbigniew Adamczuk jest byłym działaczem opozycji antykomunistycznej i niepodległościowej. Rezygnując całkowicie z życia osobistego, poświęcił się pracy w strukturach NSZZ ’Solidarność’ Rolników Indywidualnych na rzecz praw i godności człowieka oraz wolności i niepodległości Polski. Swoją pracę w opozycji traktował jak służbę, dla wspólnego dobra poświęcił swoje i swojej rodziny zdrowie i dobytek, nie oczekiwał awansów, nagród ani przywilejów. Dziś żyje w ubóstwie ze zrujnowanym zdrowiem. (…) Śmiało można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy jego dłużnikami” – czytamy w liście Stowarzyszenia do wójta gminy w Repkach Krystyny Mikołajczuk-Bohowicz, podpisanym przez szefa Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Internowanych i Represjonowanych w Siedlcach Janusza Olewińskiego.

Olewiński przypomina, że 3 marca 2011 r. pan Zbigniew, jedyny internowany rolnik w całym powiecie sokołowskim, za szczególne zasługi dla Ojczyzny został odznaczony przez prezydenta Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Na fakt ten powołuje się w swoim piśmie prezes Olewiński. A także na art. 19 Konstytucji, który nakłada na władze obowiązek otoczenia specjalną troską i opieką weteranów walk o niepodległość Polski.

– Opieka ta zgodnie z Ustawą Zasadniczą musi mieć wymiar specjalny, charakter trwały, gdyż dotyczy osób, które w szczególny sposób przyczyniły się do odzyskania niepodległości przez Polskę – tłumaczy Olewiński. – Jedyną odpowiedzią, jaką otrzymaliśmy, było to, że nasze pismo zostaje dołączone do akt sprawy. Cała sytuacja jest kuriozalna, przykład pana Adamczuka nie jest niestety odosobniony. To skandal, w jaki sposób państwo traktuje tych, którzy walczyli o wolną Polskę – dodaje.

Dopytywana o sprawę Zbigniewa Adamczuka kierownik GOPS w Repkach Teresa Stasiuk powiedziała „Naszemu Dziennikowi”, że tego typu informacji nie udziela telefonicznie. Na pytanie, czy odpowie drogą e-mailową, usłyszeliśmy, że będzie to zależało od tego, o jakie informacje konkretnie chodzi.

Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... tanta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 01 lut 2014, 08:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
PRZEŻYŁAM

Ester Maria Nirenberg

Ja jestem Ester Gaist, od męża Nirenberg, urodzona w Warszawie 10 marca 1918 roku. Podczas wojny mieszkałam w Warszawie. Moja matka umarła przed wojną, a mój ojciec podczas wojny, w roku 1941. W getcie ja mieszkałam z moją zamężną siostrą i ich dwoje dzieci.

Było to w roku 1942. Zamknięci w getcie warszawskim, nasza sytuacja była beznadziejna. Na każdym kroku groziła śmierć. Niemcy już zaczęli likwidować getto. W chwilach grożących nasuwają się myśli ratunku. Przypomniałam sobie o Marylce Diehl Skierskiej. Po trzech dniach miałam kontakt z wujkiem Marylki.

Gdy pan Gustaw Diehl [syn pastora protestanckiego] wysłuchał, o co chodzi, bez wahania powiedział mi, żebym była gotowa do podróży. Zawiadomił rodzinę o naszym przyjeździe. Ja nie miałam pojęcia, dokąd jadę. Już prawie blisko folwarku przejechaliśmy przez miejsce, co zastygło mi krew ze strachu. Słyszałam silne szczekanie psów i niebo zaciemnione dymem. Przestraszona, spytałam się pana Gustawa, gdzie my się znajdujemy. To jest Arbeitslager (obóz pracy) Treblinki, który się znajduje około dwóch kilometrów od folwarku [ok. 3 km od Treblinki I i ok. 4 km od Treblinki], dzieli nas tylko mały lasek. Trudno jest opisać, jaki ból i strach przeżyłam.

Pani Kazia, żona pana Gustawa [katoliczka, pochodząca z Poniatowa k. Treblinki], czekała na nas z dwojgiem dzieci. Od pierwszej chwili czułam, że odnalazłam rodzinę.

24 października 1943 roku wdarł się w nasze życie wielki strach. Pana Gustawa nie było w domu. W niedzielę on odwiedzał sąsiadów. Pani Kazia i ja byłyśmy na ganku, ciesząc się ostatnimi promieniami jesieni. Wtem zauważyłyśmy z daleka patrol Ukraińców, którzy służyli Niemcom. Kazia bardzo się przestraszyła i prosiła, żebym weszła do domu. Po krótkim czasie Ukraińcy przyszli do domu i powiedzieli, że tutaj stały dwie kobiety, gdzie się schowała ta druga. Oczywiście zaraz mnie odkryli i zabrali mię ze sobą na komendanturę Arbeitslager Treblinki. Chodziliśmy około 2 kilometrów. Pierwsze pytanie, które mi zadano na komendanturze, było, czy jestem Żydówką. Nie odpowiedziałam, udając, że nie rozumiem. W tej samej chwili ukazał się pan Gustaw. Gdy wrócił do domu i dowiedział się, co się w międzyczasie stało, wziął konia i przyjechał galopem, prawie w tym samym czasie, co my chodząc.

Pan Diehl był osobą znaną i poważaną i dlatego mógł wejść, tonem rozgniewanym zwrócił się do obecnych, w czystym języku niemieckim: „Jakim prawem przyprowadziliście tu moją siostrzenicę. Ona jest sierotą i od maleństwa wychowuje się w naszym domu”.

Niemcy się go spytali, czy jest pewien, że nie ma we mnie krwi żydowskiej, na co pan Gustaw odpowiedział, że coś takiego nie jest do pomyślenia, to nigdy nie mogło mieć miejsca. Wtedy usłyszałam, jak jeden powiedział drugiemu: „Frei lassen” [puścić wolno]. Kamień spadł mi z serca. Pani Kazia czekała na nas na polu, ze łzami w oczach powtarzała mi: „Ja sobie wymodliłam twoje życie”.

U tych kochanych ludzi zostałam aż do końca wojny. Po wolności w roku 1945 w mieście Łodzi otworzył się pierwszy komitet dla ocalonych. Pan Gustaw miał w Łodzi bratanka. Zwrócił się do niego, żeby poinformował się o tym komitecie. Małżeństwo Diehl było niespokojne o moją przyszłość. Pan Gustaw powiedział mi, że dopóki on żyje, ja będę miała opiekę, ale gdy jego nie będzie, nie wie, co mię czeka, i myśli, że będę się czuła pewniejszą między swoimi. Jurek, bratanek, dowiedział się o szczegółach tego komitetu, wynalazł pokój dla mnie u pewnej rodziny i też pracę i przyjechał po mnie. W taki sposób opuściłam dom moich zbawicieli. Ale jak długo ja zostałam w Polsce, oni nie przestali troszczyć się o mnie. Przysyłali mi paczki żywnościowe.

W Łodzi mieszkałam dwa lata. Brat mój, który od wielu lat mieszkał w Argentynie, odszukał mię dzięki temu komitetowi. Przysłał mi pozwolenie wjazdu do Argentyny i w roku 1948 opuściłam Polskę. Oczywiście mój kontakt z ukochaną rodziną Diehl nie przerwał się.

Byłoby brakiem honoru i bezwstydną niewdzięcznością, gdybym do ostatniego mego tchu nie pamiętała z wielkim uczuciem miłości rodziną Diehlów, która w tragiczności chwili mego życia ofiarowała mi swoją pomoc, wystawiając się na wszelkie niebezpieczeństwo.

http://www.naszdziennik.pl/wp/66980,przezylam.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 14 maja 2014, 07:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Meldunek „V”

Filip Frąckowiak

Zbyt mały rewanż i zbyt mała zemsta na Niemcach za to, co uczynili z naszej Ojczyzny. Monte Cassino. Żal, że takie zwycięstwo nie wydarzyło się na polskiej ziemi. Towarzyszyło temu zwycięstwu wiele polskich symboli, ale wkrótce miało się okazać, że dla sprawy odzyskania przez Polskę wolności nie miało ono dużego znaczenia. 18 maja obchodzimy 70. rocznicę zdobycia Monte Cassino.

Straty, jakie ponieśli Polacy, talent dowódczy generała Andersa, zaciekłość sześciodniowego natarcia według politycznych przywódców aliantów godne były wielkiego hołdu, ale nie wolnej Polski. Ci, który przeżyli bitwę, w większości zdecydowali się nie wracać do Polski. Było dla nich oczywiste, że Polska pod rządami polskich komunistów i Rosjan będzie krajem zniewolenia. Mieli rację. Kto zdecydował się na powrót, musiał oddać cząstkę swojej tożsamości, a nawet życie. Pewnie było to nie mniejsze bohaterstwo, niż zdobywać zaminowane wzgórza Monte Cassino.

Jakże ważne są te polskie symbole: zatknięta polska flaga na szczycie, uszyty „na szybko” proporzec 2. Pułku Ułanów Podolskich, którzy dokonali ostatecznego zdobycia klasztoru, hejnał mariacki zagrany ze szczytu przez Emila Czecha. To także wysłany przez porucznika Tadeusza Drabczyńskiego meldunek o treści „V”, czyli zwycięstwo. Meldunek spod murów klasztoru do sztabu dostarczył gołąb. Drabczyński – dowódca plutonu łączności – miał radio, telefon oraz skrzynkę z gołębiem pocztowym. Radio i telefon nie działały, więc wydrapał na kartce grubą literę „V” i puścił z nią gołębia. Symbolicznie polska była konieczność podjęcia decyzji o natarciu przez gen. Władysława Andersa – dowódcę 2. Korpusu Polskiego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Otrzymał taką prośbę od generała armii brytyjskiej Harolda Alexandra. Anders wiedział, że poprzednie trzy natarcia skończyły się porażką, i stał przed dylematem: wydać rozkaz do samobójczego natarcia i może zasłużyć się dla sprawy polskiej niepodległości albo oszczędzić żołnierzy, ale poddać się sowieckiej propagandzie mówiącej, że Polacy unikają walki z Niemcami. Zdecydował, że wykorzysta te szansę. Kolejnym bardzo polskim symbolem okazała się jego odezwa do żołnierzy przed natarciem: „Żołnierze! Kochani moi Bracia i Dzieci. Nadeszła chwila bitwy. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego Narodu, podtrzymywać nas będą duchy poległych naszych towarzyszy broni. (…) Niech lew mieszka w Waszych sercach! Żołnierze! – za bandycką napaść Niem- ców na Polskę, za rozbiór Polski wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa i katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony Polaków, jako niewolników wywiezionych do Niemiec, za niedolę i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę – z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych Bóg, Honor i Ojczyzna”.

Jakże tragiczny jest także list gen. Alexandra z podziękowaniem dla Polaków:

„Żołnierze 2 Polskiego Korpusu! Jeżeliby mi dano do wyboru między którymikolwiek żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Was – Polaków”.

Miał rację Feliks Konarski, pisząc słowa „Jak zawsze za honor się bić” w piosence „Czerwone maki na Monte Cassino”. Powstała jeszcze w nocy z 17 na 18 maja, przed zdobyciem klasztoru, w siedzibie Teatru Żołnierza Polskiego przy 2. Korpusie Sił Zbrojnych. Konarski był żołnierzem 2. Korpusu i znanym przed wojną śpiewakiem. Obudził tamtej nocy kompozytora Alfreda Schütza, również żołnierza 2. Korpusu, który szybko napisał muzykę. Gdy 18 maja żołnierze zdobyli klasztor, w kwaterze gen. Andersa w Campobasso czternastoosobowa orkiestra Alfreda Schütza wykonała pieśń. Feliks Konarski tak wspominał tamten dzień:

„Śpiewając po raz pierwszy Czerwone maki u stóp klasztornej góry, płakaliśmy wszyscy. Żołnierze płakali z nami. Czerwone maki, które zakwitły tej nocy, stały się jeszcze jednym symbolem bohaterstwa i ofiary – i hołdem ludzi żywych dla tych, którzy przez miłość wolności polegli dla wolności ludzi”.

I my dziś ich wspominamy, mając łzy w oczach, bo to jest nasza tradycja, to są nasi bohaterowie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/77141,meldunek-v.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 24 maja 2014, 10:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
W ostatnim kręgu

Anna Zechenter IPN Kraków

Nie to jest ważne, co napisałem na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać tylko jako sensację – tymi słowami zakończył swoją relację z Auschwitz rotmistrz Witold Pilecki. – Chciałbym pisać wielkimi literami, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę – niech się trochę zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podrasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę”.
Ten najobszerniejszy raport pisał już na wolności, we Włoszech w 1945 roku. Od jego ucieczki z obozu w kwietniu 1943 roku minęły ponad dwa lata. Kiedy wracał pamięcią do oświęcimskiego piekła, miał za sobą walkę w Kedywie i Powstaniu Warszawskim, potem obozy jenieckie w Rzeszy. Oswobodzony ze stalagu, dołączył do 2. Korpusu Polskiego we Włoszech i tam zasiadł do pracy nad dokumentem, który stanowić miał świadectwo działalności konspiracyjnej i jego przeżyć w Auschwitz. Pierwsze zaszyfrowane informacje o niemieckim ludobójstwie wysyłał jeszcze z obozu, a po ucieczce w 1943 roku opracował szerszy raport, jednak dokumenty te, przeznaczone dla kierownictwa Polskiego Państwa Podziemnego, powstawały w warunkach konspiracyjnych – stąd ich skrótowość, rzeczowość i bezosobowość.
W 1945 roku poproszono go, by raz jeszcze podsumował ponad dwa i pół roku swojej pracy w Auschwitz, dokąd dostał się z własnej woli, by utworzyć ruch oporu i zebrać informacje o funkcjonowaniu obozu. Nie chciał pisać o samych faktach, bo „człowiek przecież nie był z drewna”, więc ożywiał raz jeszcze swoje uczucia i myśli, które budziły się tam – w ostatnim kręgu piekieł.
Obóz zbudowany w Oświęcimiu, na terenach włączonych do III Rzeszy, wypełniał się ludźmi od czerwca 1940 roku, ale nikt nie wiedział, co dzieje się w środku. Potrzebny był ochotnik. Zgłosił się Witold Pilecki. Wykorzystał nadarzającą się okazję: „Jeszcze żyje kilku ludzi, którzy widzieli, jak o godzinie 6.00 rano [19 września 1940 roku] szedłem sam i na rogu Alei Wojska i Felińskiego stanąłem w »piątki« ustawiane przez esesmanów z łapanych mężczyzn” – wspominał.

„Kryzys minął”

Do Auschwitz jego transport dotarł 21 września około dziesiątej w nocy. I tam, podczas rozładunku, Pilecki pożegnał się ze swoim dotychczasowym życiem: „To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na ziemi i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. (…) W głowy nasze uderzały nie tylko kolby esesmanów – uderzało coś więcej. Brutalnie kopnięto we wszystkie nasze pojęcia, do których myśmy się na ziemi przyzwyczaili”. Gdy wszyscy znaleźli się na placu apelowym, doznał wstrząsu: „W nieco fantastycznym, pełzającym po nas ze wszystkich stron świetle reflektorów, widoczni byli jacyś niby-ludzie. (…) rzucili się z dzikim śmiechem na naszych kolegów. Bijąc ich po głowach, kopiąc leżących już na ziemi (…) zadawali śmierć z niesamowitym jakimś entuzjazmem”. Pomyślał, że znalazł się w szpitalu dla obłąkanych. „Zaczynało się od pytania: »Was bist du von Zivil?« [Kim jesteś w cywilu?]. Odpowiedź: ksiądz, sędzia, adwokat powodowała bicie i śmierć. (…) Więc wykańczano specjalnie inteligencję. To nie obłąkańcy, to jakieś potworne narzędzie do wymordowania Polaków, rozpoczynające swe dzieło od inteligencji”.
Stał się numerem 4859 i wkroczył w nową rzeczywistość: gong zrywający na nogi nad ranem; bieg pod pompy, gdzie musiało się umyć kilka tysięcy ludzi; apele, podczas których ludzie niewytrzymujący codziennej męki rzucali się na druty pod napięciem, aby umrzeć. „Staliśmy wyrównani kijem w szeregach prostych jak ściana (…). Wtedy, wśród stojących ramię przy ramieniu Polaków, czuło się jedną myśl – zjednoczeni byliśmy wszyscy wściekłością, chęcią odwetu. Czułem się teraz w środowisku doskonale nadającym do rozpoczęcia pracy, i odkryłem w sobie namiastkę radości… Za chwilę przeraziłem się, czy jestem przy zdrowych zmysłach – tu radość – to chyba nienormalne… A jednak poczułem radość – przede wszystkim z tego powodu, że chcę zacząć pracę, a więc się nie załamałem. Był to moment zasadniczego zwrotu w mojej psychice. W chorobie nazywałoby się to: kryzys minął szczęśliwie”.
Najważniejsze było przystosowanie się do warunków obozowych – walka o przeżycie. „Zauważyłem, że niektórzy z siedzących tu od paru miesięcy mają obrzęknięte twarze i nogi. Pytani przeze mnie medycy oświadczyli, że powodem tego jest nadmiar płynów – wspominał. – Postanowiłem wyrzec się płynów nieprzynoszących korzyści. Należało panować nad zachciankami”.

Tysiąc w obozowej konspiracji

Pod koniec 1940 roku czuł się gotowy do pracy konspiracyjnej. „W tym czasie zasadniczym zadaniem było założenie organizacji wojskowej – pisał. – Zorganizowałem tu pierwszą »piątkę«, w której skład zaprzysiągłem płk. 1, kpt. dr. 2, rtm. 3, ppor. 4, oraz kolegę 5 (klucz z nazwiskami odpowiadającymi tym liczbom napiszę osobno). Dowódcą piątki został płk. 1. Dr. 2. dostał rozkaz opanowania sytuacji w szpitalu więźniarskim, gdzie już pracował. W listopadzie posłałem pierwszy meldunek do Komendy Głównej w Warszawie, przez ppor. 6., pracownika naszego wywiadu, wykupionego z Oświęcimia”. Od jego przybycia do obozu minęły dopiero dwa miesiące. Potem powstawały kolejne piątki Związku Organizacji Wojskowej – żadna z nich nie wiedziała o innych; każda rozwijała się i działała samodzielnie. Do końca uwięzienia rotmistrza cała ZOW liczyła ponad tysiąc ludzi. Przekazywano potajemnie listy poza obóz; zdobywano żywność i ubrania dla najbardziej potrzebujących; za pośrednictwem kolegów z pralni przekazywano informacje na zewnątrz; udało się zorganizować przynajmniej dwie ucieczki.
W 1942 roku członkowie ZOW zmontowali stację nadawczą z części zapasowych, do których mieli dostęp wtajemniczeni więźniowie. „Nadawaliśmy audycje powtarzane przez inne stacje, wiadomości o ilości transportów i zgonów – pisał rotmistrz. – Władze się wściekały, szukały, zrywały podłogi w warsztatach. (…) Wreszcie zrezygnowały z poszukiwań w samym obozie, przenosząc je w rejon Oświęcimia”.
Pilecki pracował m.in. przy budowie krematorium, woził taczkami żwir. „Wszyscy, którzy się do pracy nie nadawali lub nie mieli już sił biegać z taczką, byli bici, a przy upadku – zabijani. W takich właśnie chwilach zabijania innego więźnia człowiek jak prawdziwe zwierzę, stał parę minut, łapał oddech w szybko pracujące płuca, wyrównywał nieco tempo łopoczącego serca…”. Ze zdumieniem obserwował u siebie tę utratę elementarnej wrażliwości na cierpienie innych.
W obozie dokonywała się wewnętrzna przemiana. „A jednak człowiek odżywał, odradzał się, przeradzał – pisał. – Tak przekuwaliśmy się wewnętrznie. Jedni staczali się w moralne bagno. Inni szlifowali swe charaktery jak kryształ. Rżnięto nas ostrymi narzędziami. Ciosy boleśnie wrzynały się w ciała, lecz w duszy znajdywały pole do przeorania… To przeradzanie się przechodzili wszyscy. (…) Następowało niejako rozdwojenie. Wtedy, gdy ciało było stale udręczone, duchowo człowiek czuł się czasami – nie przesadzając – wspaniale. Zadowolenie zaczęło się gnieździć gdzieś w mózgu, z powodu przeżyć duchowych”.

Staruszek ksiądz

Pilecki wspomina o wydarzeniu z lipca 1941 roku, którego echo rozeszło się po obozie: po ucieczce więźnia Niemcy przeprowadzili podczas apelu selekcję ludzi na śmierć. „Gdy wybrano młodego więźnia, z szeregu wystąpił staruszek – ksiądz i prosił komendanta obozu, by wybrał jego, a zwolnił tamtego młodego od kary. Blok skamieniał z wrażenia. Komendant się zgodził. Ksiądz – bohater poszedł na śmierć, a tamten więzień wrócił do szeregu” – odnotował. Pilecki nie wspomina nazwiska, ale nie ulega wątpliwości, że mowa o ofierze św. Maksymiliana Kolbego.
Był świadkiem przybywania transportów z Żydami, którzy byli przekonani, że jadą do pracy w Rzeszy. „Wieźli ich jak stado zwierząt na rzeź. (…) Potem setkami, osobno kobiety z dziećmi, osobno mężczyźni, szli do baraków, które miały być łaźniami (były kamerami gazowymi!). Po zamknięciu uszczelnionych drzwi wewnątrz odbywał się masowy mord. Z balkoniku esesman w masce gazowej zrzucał na głowy zebranego pod nim tłumu gaz. (…) Trwało to kilka minut. Czekano dziesięć”. Widział lekarzy, którzy dostali do rąk „materiał ludzki” – mogli z tym „materiałem” robić, co chcieli. „Życie królików doświadczalnych i tak oddane było na pastwę tych zwyrodnialców w obozie – tak czy inaczej zostaną zamordowani; wszystko jedno jak i gdzie – i tak będzie popiół”.
Gdy po ucieczce w kwietniu 1943 roku wrócił do normalnej egzystencji – jeżeli „normalnym” można nazwać życie w konspiracji – zmienił się jego ogląd świata. Jakby wyostrzył mu się wewnętrzny moralny wzrok. „Zbyt widocznym stało się powszechne krętactwo. Prawda stała się tak rozciągliwa, że naciągano ją, przysłaniając wszystko, co ukryć było wygodniej. Skrzętnie zatarto granicę pomiędzy uczciwością a zwykłym krętactwem”.

Współwięzień Cyrankiewicz

W tym samym czasie, co Pilecki, więziony był w Auschwitz Józef Cyrankiewicz – człowiek, który w pojałtańskiej Polsce współtworzył zbrodniczy system oparty na kłamstwie. Wykreowany w PRL na przywódcę ruchu oporu w Auschwitz, nie zareagował na prośbę o ułaskawienie rotmistrza, skazanego przez komunistów na śmierć. W 2007 roku, osiem lat po śmierci Cyrankiewicza, prasa podjęła wątek jego domniemanej współpracy z obozowymi oprawcami. Za podejrzeniem o kolaborację przemawia zapis przesłuchania Włodzimierza Lechowicza, komunisty aresztowanego w 1948 roku w okresie walki Bolesława Bieruta z grupą Władysława Gomułki. Lechowicz składał zeznania na temat Tadeusza Kochanowicza, współpracownika Cyrankiewicza z PPS.
„O osobie Józefa Cyrankiewicza Kochanowicz wyraża się z dużym niesmakiem – powiedział. – Kiedyś wspominał mi, że udział Cyrankiewicza w konspiracyjnej pracy politycznej w Oświęcimiu jest wątpliwy, ponieważ wiadomo, że wolny czas przeznaczał na handel walutą i kruszcem”.
Wiesław Jan Wysocki, autor biografii rotmistrza Pileckiego, stwierdził wówczas, że w latach 70. i 80. słyszał od więźniów Auschwitz, że Cyrankiewicz był na usługach gestapo. Inny badacz Auschwitz, autor książki o Pileckim i wydawca jego raportu, Adam Cyra, jest sceptyczny – nie natknął się w informacjach przekazywanych przez rotmistrza na żadną wzmiankę o konfidencie Cyrankiewiczu.
Sprawa pozostaje do dziś nierozstrzygnięta. Niezależnie jednak od tego, jaka jest prawda, jedno pozostanie pewne: Cyrankiewicz swoją powojenną postawą dowiódł, że należał do tych, którzy „stoczyli się w moralne bagno”. Dwóch ludzi poddanych takiej samej próbie – jeden stanął po stronie kłamstwa, drugi oddał życie za prawdę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/78204,w-o ... kregu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 21 sie 2014, 10:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Prawda, choćby najokrutniejsza jest podstawą do dalszych poczynań zgodnych z etyką, tradycją, prawem, z całą kulturą.
Kłamstwo, a szczególnie historyczne uniemożliwia zrozumienie aktualnej sytuacji i prowadzi do dalszych błędnych decyzji i przez to staje się źródłem jeszcze większego zamętu. Lewactwo dobrze się czuje w zmąconej rzeczywistości. Ludzie prawi nie potrafią działać w przestrzeni bezprawia, pogardy, podłości, fałszu, zachłanności, zbrodni.
Toteż ludzie dzielą się na prawych i na ... lewych...., czyli na nieprawych.


„Anoda” i jego oprawca

Losy porucznika Jana Rodowicza „Anody” są gotowym scenariuszem na film akcji – powstaniec warszawski, a wcześniej uczestnik wielu akcji przeciw niemieckim okupantom, m.in. pod Arsenałem, żołnierz Batalionu „Zośka”. Jednak równie interesujące są losy jego stalinowskiego oprawcy – Wiktora Herera, który z funkcjonariusza stalinowskiego Urzędu Bezpieczeństwa przeistoczył się w profesora ekonomii i doradcę opozycji.

Jeden z „kamieni na szaniec”
Jan Rodowicz urodził się 7 marca 1923 r. w Warszawie. Pochodził z rodziny o patriotycznych tradycjach, jego ojciec był profesorem Politechniki Warszawskiej, a matka siostrą gen. Władysława Bortnowskiego. Uczył się w warszawskim Liceum im. Stefana Batorego. Należał do 23. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, słynnej „Pomarańczarni”, a w czasie II wojny światowej do Szarych Szeregów, przyjął pseudonim „Anoda”. Ukończył szkołę podchorążych „Agricola”, jego kolegami byli m.in. Tadeusz Zawadzki „Zośka”, Jan Bytnar „Rudy”, Józef Saski „Katoda”. Był jednym z bohaterów brawurowej akcji pod Arsenałem. Dowodził wtedy jedną z sekcji zbrojnych, która odbijała „Rudego”.

Brał udział w innych akcjach, np. „Celestynów”, kiedy odbito transport więźniów do Oświęcimia, wykolejenia i ostrzelania wojskowego pociągu urlopowego, ataku na posterunek żandarmerii niemieckiej i koszary lotników w Wilanowie, wysadzeniu przepustu kolejowego pod Rogoźnem koło Przeworska. Był jednym z dowódców Batalionu „Zośka”.

Bohaterski powstaniec
Walczył w Powstaniu Warszawskim. Był wielokrotnie ranny, 10 sierpnia 1944 r. został ciężko ranny w lewe płuco podczas natarcia na gmach szkoły przy ul. Spokojnej. Został umieszczony w szpitalu na Starym Mieście.

11 sierpnia otrzymał Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari V klasy oraz awans na porucznika. 31 sierpnia ewakuowano go, razem z innymi rannymi, do Śródmieścia. W pierwszym tygodniu września dołączył do oddziału walczącego na Czerniakowie. 15 września został ponownie ranny. Strzał z niemieckiej rusznicy przeciwpancernej trafił go w lewe ramię i łopatkę, pocisk potrzaskał mu kości. Następnego dnia w drodze do szpitala został ugodzony odłamkiem z granatnika w lewy łokieć, upadek z noszy spowodował złamanie lewej ręki w łokciu. W nocy z 17 na 18 września żołnierze z 3. Pułku Piechoty z armii gen. Berlinga ewakuowali nieprzytomnego „Anodę” na drugą stronę Wisły.

Przez kilka miesięcy leczył rany w Otwocku. W 1945 r. zajął się ekshumacjami i pogrzebami na cmentarzu Powązkowskim poległych żołnierzy Batalionu „Zośka”. We wrześniu 1945 r. ujawnił się przed komisją likwidacyjną AK. Jesienią 1945 r. podjął studia na Politechnice Warszawskiej.

Aresztowany w Wigilię
W Wigilię 1948 r. został aresztowany przez UB. Matka wsunęła Jankowi do kieszeni kawałek opłatka.

Formalnie nakaz wydał major UB Wiktor Herer, ówczesny naczelnik Wydziału IV Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który zajmował się inwigilacją środowisk młodzieżowych, harcerskich, akademickich. Pretekstem do aresztowania miał być rzekomy zamach na wdowę po Dzierżyńskim, która 22 grudnia 1948 r. przebywała w Belwederze. W trakcie kąpieli doszło do wybuchu kotła w jej łazience, wkrótce okazało się, że była to awaria.

Już w III RP Herer zeznał, że inicjatywa aresztowania wyszła od samej płk Julii Brystygierowej, słynnej z okrucieństwa dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, która z tego powodu nazywana była „Krwawą Luną”.

Próbował przekonać, że w ten sposób chcieli razem z Brystygierową „uchronić” Rodowicza przed groźniejszym w skutkach aresztowaniem przez Departament Śledczy MBP, którym kierował płk Józef Różański, odpowiedzialny za tortury żołnierzy AK.

„Anoda” był przesłuchiwany czterokrotnie: 24 i 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia. Śledztwo prowadził osobiście Herer. 7 stycznia 1949 r. „Anoda” zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Ubecy upowszechniali wersję, że popełnił samobójstwo, wyskoczył przez otwarte okno. Jeden z nich Bronisław Klejn twierdził, że „wyszedł za mną, biegiem wskoczył na parapet otwartego okna i wyskoczył”. Był prowadzony na przesłuchanie do Herera.

Od dzieciństwa w „ruchu rewolucyjnym”
Herer urodził się 19 stycznia 1920 r. w Czerniowcach pod Lwowem. W życiorysie dla MBP podał, że ojciec był sekretarzem związku zawodowego i redaktorem gazety, był aktywistą Komunistycznej Partii Polski. Matka była urzędnikiem ubezpieczalni społecznej, znała Julię Brystygierową, która pochodziła z tych okolic i była działaczką Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy.

Wiktor Herer związał się z komunistycznymi organizacjami w gimnazjum we Lwowie. Po latach w jednej z opinii stwierdzono, że „od najwcześniejszej młodości aktywny w ruchu rewolucyjnym”. W ankiecie podał, że jest „bezwyznaniowcem” i wskazał, że jest narodowości polskiej. Tymczasem w spisie kadry bezpieki sporządzonym w 1978 r. przez archiwum MSW podano „narodowość żydowska”.

Już w 1933 r. wstąpił do czerwonego harcerstwa, „Pionier”. Był też członkiem Komunistycznego Związku Młodzieży Zachodniej Ukrainy. W 1934 r. został zatrzymany za kolportaż nielegalnych ulotek propagujących komunizm. W związku z tym przeniósł się do Warszawy, gdzie w 1938 r. ukończył prywatne gimnazjum. W 1936 r. ponownie policja zatrzymała Herera, ale tym razem w więzieniu przebywał sześć tygodni.

W latach 1935-1938 działał w szkolnych przybudówkach nielegalnego Komunistycznego Związku Młodzieży. Przyjął pseudonim „Adaś”. W 1938 r. został sekretarzem Rewolucyjnego Związku Niezamożnej Młodzieży Polskiej, w tym też roku przeniósł się do Lwowa. Po wkroczeniu armii sowieckiej aktywnie działał w organizacjach komunistycznych. Przyjął obywatelstwo radzieckie, zajmował kierownicze stanowiska w komunistycznej organizacji młodzieżowej Komsomole, był też kierownikiem klubu „młodzieży robotniczej dzielnicy Łyczaków”.

Wstąpił na wydział rolny Politechniki Lwowskiej, potem przeniósł się na wydział ekonomiczny Instytutu Handlu Radzieckiego we Lwowie.

Obserwując Powstanie Warszawskie
Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej uciekł w głąb Związku Sowieckiego. W październiku 1941 r. rozpoczął studia w Tbilisi na wydziale ekonomicznym.

W 1943 r. przerwał studia i wstąpił do dywizji kościuszkowskiej. Herer ukończył szkołę oficerów polityczno-wychowawczych, znalazł się w korpusie oficerów oświatowych. Był kolejno zastępcą dowódcy plutonu gospodarczego, potem zastępcą dowódcy baterii w artyleryjskiej szkole w Tambowie, a następnie oficerem polityczno-oświatowym, instruktorem propagandy i lektorem pułku. W 1944 r. wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej.

Początkowo Herer – jak napisał w życiorysie, który zachował się w IPN – służył w 1. Dywizji Piechoty armii gen. Berlinga. W 1944 r. trafił do 3. Dywizji Piechoty, w której był lektorem w 3. pułku artylerii lekkiej. W sierpniu 1944 r. jednostka prowadziła walki na przyczółku warecko-magnuszewskim. W dniach 16-22 września oddziały te próbowały forsować Wisłę w rejonie Czerniakowa.

Herer musiał więc z bliska obserwować tragedię żołnierzy Powstania. Co więcej, to właśnie żołnierze 3. Dywizji Piechoty ewakuowali „Anodę” na Pragę! Być może ich drogi skrzyżowały się przypadkowo już wtedy.

Przez ręce Herera
W 1945 r. po przekształceniu jego jednostki w Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego został starszym instruktorem polityczno-wychowawczym. W 1945 r. ożenił się z Janiną Dziubanowską. Było to typowe resortowe małżeństwo. Żona była szefem kancelarii wydziału propagandy w zarządzie polityczno-wychowawczym KBW. Wkrótce za nieprzestrzeganie tajemnicy wojskowej została zwolniona z KBW. W życiorysie Herer podawał, że ukończyła technikum dentystyczne i przeniosła się do MON.

Z zachowanych w IPN dokumentów wynika, że we wrześniu 1945 r. został skierowany do służby w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i od razu został zastępcą kierownika Wydziału IV Departamentu V. Na to stanowisko osobiście rekomendowała go właśnie Brystygierowa, szefowa tego departamentu.

Herer bardzo szybko awansował w MBP. Po roku był już pełniącym obowiązki naczelnikiem wydziału. W 1945 r. miał stopień porucznika, cztery lata później już podpułkownika. Był jedną z ważniejszych osób w Departamencie V. Pamięć o nim przetrwała przez lata PRL, nawet w wydanej w 1981 r. podziemnej broszurze „Więźniowie polityczni w Polsce” napisano: „Jednym z wybitniejszych naczelników wydziałów był mjr Wiktor Herer […]. Prowadził on często śledztwa osobiście. […] W tym okresie prawie wszyscy aresztowani przechodzili przez ręce mjr. Herera”.

Przesłuchiwał m.in. Wiesława Chrzanowskiego, który wspominał: „Pierwsze pytanie: żebym opowiedział o swojej działalności szpiegowskiej. Odpowiedziałem, że nie prowadziłem takowej. On na to: Jeszcze zobaczymy, jak to było. I mówi mi, że będę tu siedział ileś lat, że stracę widoki na przyszłość, że tak i tak nic się nie zmieni w Polsce […]. Straszył, ale w sposób ograniczony. Mówił np., że są ludzie, którzy tu wprawdzie długo siedzieli, ale potem się odnaleźli na wolności, w nowej rzeczywistości”.

„Łatwość werbowania agentury”
W kwietniu 1946 r. Brystygierowa tak scharakteryzowała Herera: „Samodzielny, bardzo zdolny, posiada dobrą orientację, spryt i łatwość werbowania agentury. Myśli kategoriami kierownika swoim odcinkiem pracy w skali krajowej. Reaguje natychmiast na wszelkie fakty i zachodzące zjawiska w terenie. Daje WUBP jasne, konkretne wskazówki we wszystkich bieżących sprawach. W stosunku do swych pracowników jest wymagający, ale wskazuje dostateczną cierpliwość, by uczyć ich pracy i podciągać. Moralnie stoi na wysokim poziomie. Za dobrą pracę otrzymał premię pieniężną”.

W kolejnej charakterystyce służbowej stwierdzono: „Dobrze pracuje z agenturą, umie werbować, umie kierować agentem. Bardzo samodzielny, przejawia dużo wartościowej inicjatywy, orientuje się szybko. Decyzje podejmuje szybko, czasem jednakże niedostatecznie przemyślane”.

Nawet Brystygierowa zwróciła jednak uwagę, że także przełożeni Herera twierdzili: „Wadą jego charakteru jest porywczość i brak opanowania”.

Po śmierci „Anody” pochwały „Krwawej Luny”
Dokładnie miesiąc po śmierci „Anody” podczas przesłuchania u Herera, w lutym 1949 r. Brystygierowa skierowała wniosek o mianowanie go na stanowisko naczelnika Wydziału IV Departamentu V (dotychczas był pełniącym obowiązki).

W uzasadnieniu podała, że Herer „dał się poznać jako energiczny, dobry organizator, odpowiedzialny pracownik. Wykazuje dużo inicjatywy i dzięki temu osiągnął sukcesy w pracy swojego Wydziału. Ideowy, b. odważny, uczciwy. Z powierzonych mu obowiązków wywiązuje się należycie”.

Brystygierowa kończyła ten wniosek następującą formułką: „W zupełności nadaje się na stanowisko Naczelnika Wydziału IV Dep. V MBP”.

Herer bez przeszkód objął to stanowisko.

Na odcinku planowania i nauki
W październiku 1951 r. zastępca przewodniczącego Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego skierował do szefa MBP wniosek o skierowanie Herera do pracy planowo-ekonomicznej w zespole wojskowym tej Komisji. PKPG powstała w 1949 r., była kształtowana na sowieckich wzorach i formą „superministerstwa”, które centralnie nadzorowało komunistyczną gospodarkę.

We wniosku o skierowanie Herera do PKPG argumentowano: „Część ludzi nie posiada politycznych i fachowych kwalifikacji do pracy w aparacie wojskowo-mobilizacyjnym i winna być z Zespołu Wojskowego zwolniona. Powoduje to wiele trudności, które odbijają się niekiedy na sprawności zaopatrzenia Sił Zbrojnych”.

W styczniu 1952 r. kierownictwo bezpieki przychyliło się do tego wniosku i Herer został przekazany do PKPG. Od tego czasu Herer uaktywnił się także na polu nauki, zajął się planowaniem ekonomicznym, wydał kilka prac, został wykładowcą uczelni.

Kandydat do pracy za granicą
Chociaż Herer odszedł z MBP, to zachowane dokumenty personalne wskazują, że bezpieka uważała Herera za „swojego człowieka”. W kwietniu 1960 r. komisja kwalifikacyjna w departamencie kadr MSW zakwalifikowała go „do rezerwy osobowej MSW w podgrupie 1”.

W lutym 1967 r. ppłk SB J. Karkoszka, zastępca naczelnika Wydziału III Departamentu I MSW, czyli wywiadu cywilnego, wystąpił do archiwum o dokumenty dotyczące Herera. Powodem tego sprawdzenia akt było to, że Herer był „kandydatem do pracy za granicą”.

W 1978 r. sam Herer skierował do MSW prośbę o wydanie zaświadczenia, że pracował w MBP. Dokument ten był mu potrzebny w celu – jak pisał – „uzyskania premii z okazji 35 lat nieprzerwanej służby, jaką rozpocząłem w wojsku polskim w 1943 roku”. MSW przychyliło się do tej prośby.

Tymczasem już dwa lata później znalazł się w gronie doradców ekonomicznych nowo powstałej opozycyjnej „Solidarności”.

„Specjalista” od rolnictwa
Profesor Mirosław Dakowski wspominał na swoim blogu, że Herer w 1980 r. był „ekonomistą – reformatorem partyjnym. Przyjeżdżał, m.in. do Instytutu Badań Jądrowych w Świerku, z wykładami na temat ’reform’”.

Natomiast Leszek Żebrowski przytoczył wspomnienie W. Chrzanowskiego, który opowiadał, że Herera na zebranie kierownictwa „Solidarności” przyprowadził Jacek Kuroń: „W 1981 roku na posiedzeniu Komisji Krajowej ”Solidarności„ w Gdańsku Jacek Kuroń przyprowadził nową grupę doradców. Opowiadał to prof. Wiesław Chrzanowski, współtwórca statutu związku. Usiadł koło niego starszy pan, który wydał się Chrzanowskiemu znajomy, jednak skojarzenia wydawały się niemożliwe. Gdy Jacek Kuroń przedstawił ekspertów, okazało się, że to Wiktor Herer… nowy specjalista od rolnictwa. Tu profesor Chrzanowski nie wytrzymał. Wstał i powiedział, że ’przecież ten człowiek to jest ubek, który nas przesłuchiwał’.

Kuroń na to odpowiedział: ’jak wam się nie podoba, to możecie wyjść’. Podczas przesłuchania Herer powiedział Chrzanowskiemu, że jego i jego kolegów chce nie tylko unicestwić fizycznie, ale i pohańbić w oczach społeczeństwa, zohydzić moralnie”.

Nie bez racji Leszek Żebrowski podsumował: „Jego kwalifikacją na doradcę od rolnictwa było chyba to, że jego ofiary leżą w ziemi”.

Mimo to Herer został działaczem „Solidarności”. Opublikował w „Tygodniku Solidarność”, razem z Władysławem Sadowskim, kilka artykułów ekonomicznych.

Bohater i oprawca
W połowie lat 80. był współautorem książki „U źródeł polskiego kryzysu”. W 1989 r., wspólnie z Władysławem Sadowskim i Tadeuszem Kowalikiem, krytykował z pozycji lewicowych plan Balcerowicza.

W III RP był przesłuchiwany w sprawie śmierci „Anody”. Jednak i w tym przypadku „gruba kreska” okazała się skuteczna. Herer i porucznik UB Bronisław Klejn zaprzeczali, jakoby Jan Rodowicz był w gmachu resortu torturowany. Ślamazarne śledztwo z lat 90. nie wykazało winy ubeków, nikogo nie skazano.

„Anoda” i Herer – obaj urodzili się w latach dwudziestych XX wieku. Obaj dorastali i wychowali się w II RP. Obaj uczyli się w warszawskich szkołach, być może nawet ich drogi skrzyżowały się w stolicy. Obaj uczestniczyli w II wojnie światowej. „Anoda” został bohaterskim żołnierzem Powstania Warszawskiego. Herer jako politruk „niósł prawa nowe, na których się miało oprzeć odbudowę”. 17 września 1944 r. to żołnierze liniowi z dywizji Berlinga, w której Herer był politrukiem, uratowali życie ciężko rannemu „Anodzie”, ewakuując go z Czerniakowa na Pragę.

Po 1945 r. „Anoda” stał się tropionym „wrogiem ludu”, którego zamęczono w MBP. Herer ubekiem, który prześladował i niszczył żołnierzy podziemia.

„Anoda” i Herer, ofiara i oprawca – prawdziwa kwintesencja dziejów Polski XX wieku. Także to, że były ubek w latach 80. stał się doradcą „Solidarności”, która sięgała do tradycji AK, zaś o prawdziwych losach „Anody” przez lata nie można było głośno mówić.

Piotr Bączek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/92599,a ... rawca.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 30 wrz 2014, 18:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Dialog jesienny

Stoimy na podwórzu gospodarstwa. Właśnie cała rodzina wydobywa z czeluści suszarni zżółkłe liście tytoniu. Pół litra oleju opałowego na kilogram liści. Czyli ze dwa złote na kilogram, a kilogram szóstej klasy w fermentowni kosztuje około złoty sześćdziesiąt. Średni interes.

Stoimy na tym podwórzu z dziadkiem, którego synowie i wnuki uwijają się przy tytoniu, a on tylko patrzy, podpierając się kijkiem i wdychając z inhalatora. Astma. Astma i osiemdziesiąt lat. Całe życie przy gospodarce na tych ośmiu hektarach wśród lasów.

- Teraz to, panie, synowie robią. Ja to się wykańczam. Jak tylko to mam – wskazuje na inhalator – to jakoś dojdę. Ale się wykańczam. Komuna mnie nie wykończyła, ale ta astma to tak.

- A jak komuna wykończała?

- A to, panie, różnie. Kołchozy chcieli, w ogóle. W wojsku…

- W wojsku?

- No tak. Jak ja im powiedział, panie, że liczy się Bóg, honor i ojczyzna to mało jeich szlag nie trafił, tylko skakali jako te małpy nade mną. Ale przedtem to cieszyli mnie, że to przepustka będzie. A to zapisz się, mówił mnie ten politruk, to do domu będziesz jeździł… Tako mnie cieszył…

- A który to był rok?

- Pięćdziesiąty czwarty, panie, pięćdziesiąty czwarty. Jeszcze tu – pokazał kijem na las – jeszcze nasi chodzili, a ja byłem w tym wojsku w Tarnowie. Dwadzieścia jeden lat miałem. Ojciec przyjmował naszych, ale pod koniec to już w wielkim strachu. Ale ja jeszcze pamiętam, jak zaraz po wojnie przychodzili. Buty, panie, takie błyszczące, broń, wysokie chłopaki byli. A potem jak UB przyjechało do wsi i zrobili posterunek ORMO, to już tylko nocami i po kryjomu. A potem to ORMO nasi rozbili a temu z górki, co się do nich zapisał, dali dwadzieścia pięć na gołą dupę, wyciorem dali, panie. No i ORMO się skończyło, przynajmniej wtedy. A potem już było coraz trudniej. W tym wojsku to ani dnia przepustki nie miałem. A jak wychodziłem do domu, to ten politruk na koniec mi powiedział: wy to jesteście krnąbrny element, my o was nie zapomnimy. Tak sukinkot powiedział, patrzył się na mnie i tak powiedział…

- A jak pan przyjechał do domu to już partyzantów nie było?

- Nie. Ostatnich chyba zabili na uroczysku – tam – wskazał kijem na północ, w stronę rzeki. Ojciec mówił, że zrobili obławę, słychać było strzały i potem ich przywieźli. Rzucili zabitych pod ścianą stodoły, oparli i fotografowali, tam, przy krzyżówce.

Szara stodoła po drugiej stronie drogi, dziurawy dach z wiórów, zielony mech.

Zapach tytoniu z suszarni unosił się w tym porannym powietrzu, słońce, kurz od drogi i praca.

- A potem ich zabrali i powieźli. Ludzie mówili, że potopili ich w jeziorze. Ale nie wiem. Ojciec mówił, że bał się jak przyjechało to KBW, że to po niego. A to przywieźli tamtych chłopców.

- A potem?

- Co potem…? Co potem… Ożeniłem się i synowie się porodzili. Długo my dzieci mieć nie mogli, bo bez przerwy nas nachodzili i to przez tego politruka. Żona taka nerwowa się stała, że dopiero w siedemdziesiątym pierwszym nam się starszy syn urodził. Ja się już jeich pytał, czego oni ode mnie chcą, a oni nic, tylko przychodzą i mówią, że to takie zainteresowanie mają. Ja myślał, że to przez to, że temu politrukowi powiedział, jak on mnie do partii zapisać się kazał, że ja Polak. Jak on na mnie skoczył: To co ty myślisz, że ja nie Polak?! A ja mu, że ja tam nie wiem, kto on… To i potem przychodzili….


- I długo tak?

- A cały czas. Tu blisko ruska granica była, teraz to niby Białoruś, to ja czasem nie wiedział, którzy to przychodzą. Czasem przyjeżdżał taki, wchodzi do kuchni, jakiś papierek pakazuji, rozgląda się i wyputuji. W końcu kiedyś ja wziął widły i jak na któregoś z tymi widłami… Panie, ale uciekał! Ale to później było. Bo jak po Ursusie i Radomiu było, to parę lat potem przyjechali do nas wczasowicze, ja z nimi trochę pogadał, pogadał. No i młody jeszcze był, czterdzieści kilka lat miał, to się nie bał, a głupi! Człowiek, panie, cały czas się uczy a i tak głupi jak był taki jest.

- Tak, prawda, jak był tak i jest…

- No więc jak te wczasowicze pojechały, to ja na jesień, po kartoflach, jak i już czasu więcy było, pojechał do nich, do tej Warszawy i się zapisał do kapeenu. No i był, czasem jeździł, ulotki były, ja dawał niektórym, ale tym najpewniejszym, co ich byli w lesie. A niektórzy to byli, a się nie ujawnili, więc i oni też brali…

- A UB się nie dowiedziało?

- Jakoś na początku był spokój, dopiero jak w sierpniu pojechałem ja do Gdańska, to zaczęli w gminie latać jak wściekłe psy.

- To był pan w Gdańsku?

- Tak, wsiadłem w pociąg w Augustowie i pojechałem. A potem stałem pod tą bramą stoczni i płakałem. Ta mówię panu, stary chłop, a beczał jak dziecko. Takie to było.

- Tak, pamiętam…

- No i jak wróciłem, tośmy zaczęli organizować Solidarność. A że to blisko było ruskiej granicy to zaraz nam wsiedli na kark. Bez przerwy jakie kontrole przeciwpożarowe, a to weterynaryjne. Aleśmy się nie dali i oni potem jacyś grzeczniejsi byli, jak zobaczyli Wałęsę w telewizorze. Ale to krótko było. Potem jak stan wojenny wprowadziły to te ormowce chodziły z bronią po wsi i ludziom w okna stukali, jak kto do późna siedział. Ojciec to już stary był wtedy, z osiemdziesiąt lat już miał, tak jak ja teraz, jak taki syn zastukał, ojciec wziął pistolet ze stodoły co się został, wyszedł przed dom i strzelać w powietrze zaczął….

- Co pan, i co mu zrobili?

- Ormowcy się pochowali, potem przyjechała grupa specjalna, dom nam wywrócili do góry nogami, ulotki znaleźli, powielacz w suszarni, jeszcze w stodole zakopanego diegtiarewa, ja nawet nie wiedział, że ojciec takiego ma. Ale staruszek na koniec całkiem już był bez rozumu…. Wzięli go i mnie też.

- Długo pan siedział?

- Dostałem półtora roku, a chcieli dać dziesięć za obalanie przemocą ustroju. Taki adwokat z Warszawy przyjeżdżał, przyjemny człowiek był, jakoś wybronił. To w tym więzieniu ta astma się zaczęła. A ojca po tygodniu zwolnili, a potem zaraz umarł. Nie byłem na pogrzebie nawet.

- Gdzie pan siedział?

- W Barczewie. Żona raz przyjechała, tak to nie miała z kim zostawić gospodarki, chłopcy byli w szkołach..

- A potem był osiemdziesiąty dziewiąty…

- A był, był. I teraz jak patrzę w telewizor, to ja się pytam, po co to wszystko było, te strajki, panie, ta stocznia... Bo wie pan, z czerwonym to ni ma rozmowy. Ja się tego nauczył w więzieniu i w wojsku. Jak się z nimi gada, to potem tylko patrzeć jak na złe to wyjdzie. Nie trzeba było gadać wcale, mówię panu. Trzeba było poczekać jeszcze trochę i sami by zdechli, a potem…. A potem to ja mówię – ktoś przecież ten komunizm robił. Tu u nas przecież też, ten Szostak, co potem był artysta ludowy, a katował ludzi na UB, te ormowce wszystkie. Takich Szostaków było więcy, nie jeden. Bez kary to wszystko…. A i te rządy teraz fałszywców jednych to to samo jedne a jednakie jak tamte były. Mówię panu…

Rozkaszlał się.

http://szczurbiurowy.salon24.pl/607833,dialog-jesienny


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 18 cze 2015, 17:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Tylko wiedza daje odporność na wyrafinowaną obróbkę medialną

od red. – przypominamy ważny, ciągle aktualny artykuł z 2012r , na który zwróciła naszą uwagę pani Małgorzata Todd

Do jego przeczytania warto się przygotować.

Trzeba zadbać o dłuższa chwilę wolnego czasu, ponieważ ważne są filmy ilustrujące tezy autora


Po inwazji na Czechosłowację (1968) ludzie KGB rządzący komunistycznym imperium zrozumieli, że bez gruntownych przeobrażeń nie da się sprostać konkurencji Zachodu. W tym celu zamierzano odrzucić zużyty wehikuł ideologiczny (marksizm) i zmienić niewydajny system gospodarczy przechodząc na gospodarkę rynkową.

Polska została wytypowana na „laboratorium pierestrojki” i tu miał się rozpocząć proces „upadku komunizmu”. Na miejsce „obozu socjalistycznego” miały powstać formalnie „niepodległe państwa” pozostające jednak pod kontrolą „centrali”. Ogromna i ryzykowna operacja planowana była na lato 1980 r. (już na wiosnę tego roku ewakuowano archiwa KGB z krajów bałtyckich).

Zaczęło sie obiecująco – zainicjowano (sprowokowano) strajki, potencjalni „przywódcy robotników” już byli przygotowani. Wałęsa, Jurczyk i Sienkiewicz, którzy podpisywali porozumienia w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu byli ludźmi Kiszczaka.
Do pomocy „prostym robotnikom” w rokowaniach z władzą zorganizowano też „ekspertów” (Geremek, Mazowiecki). Władza zapewniła im bilety lotnicze i zakwaterowanie w hotelu Heweliusz – tym samym, gdzie mieszkali negocjatorzy rządowi. (ABSOLUTNIE konieczne!–film „Sekrety transformacji” [ od red. – chodzi chyba o „Tajemnice transformacji”] )

Jednak błyskawiczny rozrost Solidarności kompletnie zaskoczył „reżyserów historii”. Mimo wysiłków agentury umiejscowionej w strukturach związku nie udało się opanować operacyjnie Solidarności. Nastąpiła seria nerwowych konsultacji warszawsko – moskiewskich w Białowieży i decyzja o siłowym rozwiązaniu związku.

„Okrągły stół” – propagandowo „doniosłe wydarzenie w historii Polski” był inicjatywą moskiewską i przebiegał pod całkowita kontrolą MSW. (cytat z Kiszczaka: „Spokojnie, towarzysze, scenariusz okrągłego stołu napisała partia, a jego realizacja przebiega niezmiennie na warunkach przez nas dyktowanych”)

Po starannej selekcji „negocjatorów opozycji” Kiszczak wiedział, że w „wolnej Polsce” będą mieć resorty siłowe, banki, sądy, uczelnie i przede wszystkim panowanie nad mediami („naszych przeciwników politycznych medialnie wdepczemy w ziemię” -wizerunek medialny o. Rydzyka czy Kaczyńskich świadczy, że nie były to puste słowa).

Mimo wszystko społeczeństwo zdołało uzyskać znaczący stopień upodmiotowienia – dużo większy niż zakładali organizatorzy pierestrojki. Dlatego stale podejmowane były działania sprowadzające nas „do parteru” co ostatecznie udało się 10 IV 2010r, i tę datę można przyjąć jako zakończenie pierestrojki w Polsce.

Na długo przed startem „transformacji” podjęto szereg działań.

Aby zapewnić kadry menadżerskie do zarządzania nową gospodarką sterowany przez Moskwę amerykański senator Fulbright („przeciwnik wojny” w Wietnamie…) założył fundację mającą na celu „zbliżenie ludzi i narodów”.
Na stypendia Fulbrighta wyjechała duża grupa młodych aparatczyków partyjnych (dzieci „utrwalaczy władzy ludowej”…), którzy stali się – jako światowcy – haroldami kapitalizmu i uczyli nas demokracji.

Dylemat Kisielewskiego „jak budować kapitalizm bez kapitału” rozwiązano wykorzystując Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Wyprowadzone środki wracały do Poski przez tzw. „firmy polonijne” i podstawionych biznesmenów.
Afera FOZZ stała się „matką wszystkich afer” i umożliwiła przejęcie majątku narodowego przez ludzi służb i nomenklaturę partyjną. (filmy „A.Gwiazda – kopalnia wiedzy”, „Jak rozkradziono stocznie”).

Aby społeczeństwo przekonać o rozpadzie komunizmu potrzebna była „opozycja demokratyczna”, której zamierzano „przekazać władzę”.
Dlatego z inicjatywy KGB zorganizowano Europejską Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy w Helsinkach (KBWE).
Ratyfikowanie KBWE przez „kraje demokracji ludowej” z ZSRR na czele umożliwiło rozwój ruchów dysydenckich i powstanie opozycji.

Podstawową metodą kontroli niezależnych (czy tajnych) organizacji jest umieszczenie w jej strukturach ludzi „zadaniowanych”. Rosjanie mają w tym długą tradycję – mistrzem fałszywej opozycji był Dzierżyński. Proces generowania i uwiarygodniania takich „działaczy opozycyjnych” jest długotrwały.

Już w 1981r znana była ekipa „opozycyjna”, której zamierzano „przekazać władzę”.

Czołowe postacie życia politycznego i społecznego III RP, „autorytety moralne” zostały internowane i „podlegały represjom” w luksusowym ośrodku na terenie poligonu drawskiego w Jaworzu (inni internowani przetrzymywani byli w regularnych wiezieniach). To tutaj budowano „piękne życiorysy opozycyjne” Geremka, Mazowieckiego, Komorowskiego, Niesiołowskiego, Bartoszewskiego, Celińskiego. Wśród internowanych w Jaworzu byli również konfidenci „z górnej półki” jak Maleszka, Karkosza, Szczypiorski, a także późniejszy prezes Radiokomitetu TW „Kowalski” – A. Drawicz, który wraz z wiceprezesami Rywinem i Dworakiem obsadził „właściwymi” ludźmi ośrodki regionalne radia i TV.

Radio Wolna Europa było słuchane w Polsce przez miliony ludzi i zostało użyte do wylansowania „właściwych opozycjonistów”. Mechanizm był prosty – w mieszkaniu J. Kuronia znajdował się „magiczny” (nie do wyłączenia) telefon, z którego Kuroń przekazywał wiadomości „z życia opozycji” do E. Smolara. Ten „dysydent” wyjechał z kraju po czystkach antysemickich w 1968r i był znakomicie „rozstawiony” – pełnił funkcję kierownika sekcji polskiej BBC.
Z wiadomości upowszechnianych przez RWE czy BBC polski słuchacz dowiedział się, że czołowi opozycjoniści to Kuroń i Michnik. Twórca KORu -Macierewicz, a także inni (np. Naimski, Ziembiński) zostali „wyautowani”…

Wałęsa miał kłopoty z prawem już jako nastolatek. W tym czasie zaczęła się jego kariera jako informatora milicji. Podczas służby wojskowej był donosicielem o pseudonimie „sierżant Kobrzyński”. Po ukończeniu służby „wojskówka” przekazała go „cywilom”, gdzie przybrał pseudonim „Bolek”.(film YT „Zyzak o Noblu Wałęsy”). Danuta Wałęsowa w swojej książce wspomina, że mąż – szczęściarz raz po raz wygrywał w totolotka. Rzeczywistość była inna – jego wynagrodzenie jako donosiciela dwukrotnie przewyższało pobory w stoczni.

Oficjalnie przyjmuje się, że współpraca Wałęsy z SB ustała w 1976 r. Okres, gdy przestał już być drobnym kapusiem i zaczęto go kreować na „przywódcę robotniczego” jest gorzej udokumentowany (film„Wałęsa produkt służb”). „Człowiek, który obalił komunę” (przy pewnej pomocy H. Krzywonos) jest nieustannie „pompowany” jako „międzynarodowo uznany autorytet” gdyż stanowi filar oszustwa pierestrojki.

Sowietolog C. Story nazwał „upadek komunizmu” największym oszustwem w dziejach ludzkości. Ludzie którzy rządzili imperium KGB rządzą nim nadal – teraz jako „liberalni demokraci”.

Największe szkody sprawie Polski poczynił Wałęsa jako prezydent:

Pod czujnym okiem swego nadzorcy z ramienia służb – Wachowskiego – obalił pierwszy demokratycznie wybrany polski rząd i uniemożliwił dekomunizację.
W swojej destrukcyjnej działalności „Mędrzec Europy” miał oczywiście pomagierów.
W filmie „Kim jest marszałek Borusewicz” zebranych jest kilka porażających relacji świadków jego działań. Na tle tych relacji nie dziwi, że w 1981r Borusewicz wysłał (wystawił) Annę Walentynowicz do Radomia, gdzie był przygotowywany na nią zamach. W przedsięwzięcie zaangażowani byli TW ”Karol” – A. Soból (sekretarka Kuronia) oraz oficerowie Szczepanek, Karewicz i Grudniewski (w 2011r sąd uniewinnił ich od zarzutu „próby uszkodzenia ciała A. Walentynowicz”). Indukowanie zawału serca za pomocą niepozostawiającego śladów furosemidu jest ważnym narzedziem sowieckiej „polityki kadrowej”. (film „A. Walentynowicz – próba otrucia”).

Gdy w 1991r. Jan Rokita – przewodniczący Sejmowej Komisji do Zbadania Działalności MSW pisał swoj raport, był zaszokowany nie tylko odkryciem, że blisko stu prokuratorów i sędziów aktywnie współdziałało z przestępcami zacierając ślady i niszcząc dowody (prawdopodobnie pracują w resorcie do dziś). Dostrzegł on, że ośrodek decyzyjny państwa nie znajduje się bynajmniej w KC PZPR (nie mówiąc już o administracji państwowej), lecz w służbach specjalnych.

Z lektury książki „Czekiści – organy bezpieczeństwa w krajach bloku sowieckiego” wynika, że nie istniały polskie, czeskie czy niemieckie tajne służby – wszystkie były lokalnymi filiami KGB czy wojskowej GRU. Zdaniem red. Jachowicza źródlem patologi naszej demokracji jest ogromny wpływ ludzi komunistycznych tajnych służb (ich powiązania z moskiewską centralą są oczywiste) na gospodarkę i politykę.

Nie było możliwości pozbycia się tych upiorów komunizmu z powodu oporu ogromnego lobby antydekomunizacyjnego pod przewodnictwem A. Michnika (film „Debata”).Autorytet Michnika jest nie kwestionowany bo „siedział w wiezieniu”. Dla tych, którzy wątpili w to więzienie, emitowano w TVP w latach 90-tych różne scenki z „martyrologii” Michnika („Michnik walczący o Polskę”).
Ponieważ mamy demokrację (t.j elektorat głosuje na ludzi którym chce powierzyć władzę), nie grozi nam, że jakiś generał tajnych służb zostanie prezydentem, czy premierem – co najwyżej otworzy on szampana gdy wygra miły mu polityk. Stąd duże zapotrzebowanie na takich właśnie miłych polityków.

W filmie „Schetyna i układ wrocławski” G. Braun znakomicie opisuje proces (wieloletni) wytwarzania użytecznego polityka.
J. Bezmienow (film „Jak zniszczyć państwo”) opowiada, że tajne służby w zasadzie nie potrzebują polityków lewicy, natomiast uwielbiają konserwatystów, wielodzietnych katolików, opozycjonistów, antykomunistów…

W minionym dwudziestoleciu łapano agentów nawet w państwach o znacznych wpływach rosyjskich (Litwa, Słowacja, Bułgaria, Rumunia) – tylko nie w Polsce. Świadczy to, że u nas agentura zainstalowana jest na szczytach władzy.
Ocenia się, że w administracji USA w latach 40-tych umieszczonych było ok. 400 sowieckich szpiegów (w tym dwóch najbliższych doradców prezydenta Roosvelta). Ilu ich może być w Polsce obecnie?
O skuteczności agentury świadczy fakt, że Ameryka mając monopol na broń jądrową „odpuściła” połowę Europy stwarzając tym samym globalne supermocarstwo – ZSRR.

Polska ze względu na swe kluczowe znaczenie jest ogromnie nasycona agenturą
Według O. Gordijewskiego jest to czwarta – w liczbach bezwzględnych – agentura sowiecka po USA, Niemczech, Francji. Ponadto rozkazem z 1984r minister Kiszczak zezwolił na tworzenie Niemcom własnej siatki (pierwszy komendant policji we Wrocławiu –płk Anioła, a także jeden z szefów wrocławskiej TV po transformacji 1990r byli ludźmi Stasi).
Po II Wojnie Światowej Stalin oddelegował do swej „ największej zdobyczy” (jak mawiał) wielotysięczną rzeszę swoich agentów do pełnienia roli Polaków. Były to m.in. tysiące oficerów LWP, którzy mieli po 2 godz. dziennie lektoratów języka polskiego. Był wśród nich Siergiej Fiodorowicz Gorochow – kat Poznańskiego Czerwca 1956r występujący w Polsce jako gen. Stanisław Popławski.

Obecnie dzieci i wnuki tych ludzi mówią już bez akcentu i zajmują istotne stanowiska w polityce, biznesie, kulturze, na uczelniach, w mediach (od Miecugowów czy Terentiewów groźniejsi są ci, którym nadano polskie nazwiska)

W przyjętym 6.12 1961r III Programie KPZR zrezygnowano z brutalnych represji jako nieefektywnych środków kontroli populacji na rzecz rozwoju agentury i bezpośredniej manipulacji medialnej. Zamiast budować lotniskowce znacznie taniej jest założyć gazetę, stację TV czy zatrudnić życzliwego dziennikarza. Można później w TOK FM zacytować belgijski Le Soir: „Świat odetchnął z ulgą – skrajny nacjonalista J.Kaczyński nie został prezydentem”.
75% światowych mediów jest lewicowych. To znacznie więcej niż ludzi o takich poglądach .Kto finansuje nadwyżkę ? (film „Sowiecka manipulacja w BBC”)

Ale ogłupianie i okłamywanie to tylko środki – celem jest okradzenie.
Nie istnieje prostszy sposób na zniewolenie jednostek, rodzin, społeczeństw jak wyzucie ich z własności. Obecny względny dobrobyt zawdzięczamy kredytom zaciąganym na lichwiarski procent, które trzeba będzie spłacić.

Gdy w 1987r w Helsinkach dziennikarze zapytali ministra spraw zagranicznych E. Szewardnadze czy ZSRR mógłby się zgodzić na zjednoczenie Niemiec, usłyszeli że tak, pod warunkiem istnienia strefy buforowej między Rosją a Niemcami. Taka strefa to kraj nie prowadzący samodzielnej polityki, bez armii i przemysłu.

To tłumaczy dlaczego w naszej szczątkowej armii więcej jest dowódców niż szeregowców (nie mamy nawet wyszkolonych rezerwistów!), wywiad i kontrwywiad zajmują się inwigilacją opozycji i komunikują przez satelitę Gazpromu, Państwowa Komisja Wyborcza używa rosyjskich serwerów, a ludzie, którzy próbują ten stan zmienić giną śmiercią gwałtowną.
Płacimy cenę zjednoczenia Niemiec.

Tylko znajomość faktów (wiedza) daje nam odporność na wyrafinowaną „obróbkę” medialną, której podlegamy. Prezentowany powyżej zestaw wiadomości może być pomocny do „prostowanie lemingów”, co ma sens, bo zmniejszamy w ten sposób ogólną pulę zalewającego nas zewsząd kłamstwa.

Przytoczone fakty pochodzą z następujących źródeł:
J. O’Neil, J. Corsi „Unfit for command”
R.Clarke “Against all enemies”
McIlhany Raport – cykl telewizyjnych wywiadów C. Story
A.Golicyn „New Lies for Old” oraz „Perestroika deception”
“Czekiści –organy bezpieczeństwa w krajach bloku sowieckiego” (praca zbiorowa)
A.Frydrysiak „Solidarność w województwie koszalińskim”

Jako „bibliografia” służyć mogą następujące filmy:
(Wszystkie filmy są bardzo skondensowane , większość krótkich).

„Wałęsa produkt służb” http://www.youtube.com/watch?list=UUK4-9euUxASA-

„Jak rozkradziono stocznie” http://www.youtube.com/watch?v=l8KuwLs0Epo&featu

„Zyzak o Noblu Wałęsy” http://www.youtube.com/watch?list=UUK4-9euUxASA-

„A. Gwiazda-kopalnia wiedzy” http://www.youtube.com/watch?list=ULcY49TNxNgAQ&

„Michnik walczący o Polskę” http://www.youtube.com/watch?list=ULtAfJfGGCGYY&

„Debata” http://www.youtube.com/watch?list=ULqze3Q84Ymjo&

„Sowiecka manipulacja w BBC“ http://www.youtube.com/watch?list=ULomKQ79mG2aA&

„Jak zniszczyć państwo” http://www.youtube.com/watch?list=ULZMEtzlbpELA&

„Kim jest marszałek Borusewicz?” http://www.youtube.com/watch?list=ULt4B7DgzDxsY&

„Schetyna i układ wrocławski” http://www.youtube.com/watch?list=ULszRic-f2ypk&


źródło: http://niepoprawni.pl/blog/1055/aby-roz ... c-te-fakty

https://ewastankiewicz.wordpress.com/20 ... more-26055


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 01 sty 2016, 18:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
O męczeństwie unitów na zamku radziwiłłowskim

Obrazek

„Z wieży zamkowej, jak hejnał cierpienia, płynęła pieśń religijna wiezionych…” O męczeństwie unitów podlaskich na zamku radziwiłłowskim w Białej Podlaskiej

Ostatnimi czasy wiele kontrowersji i sprzecznych opinii wywołała sprawa lokalizacji stałej ekspozycji moskiewskiej ikony cerkiewnej w Muzeum Południowego Podlasia – funkcjonującego w zespole zamkowym Radziwiłłów w Białej Podlaskiej. W mediach elektronicznych pojawiły się doniesienia, że władze miejskie planują utworzenie osobnego muzeum ikony, będącego swoistą wizytówką turystyczną Białej Podlaskiej, ale i całego regionu. Plany te wywołały oburzenie środowisk naukowych – specjalistów badających od wielu lat dzieje regionu – których władze nigdy nie poprosiły o opinię na temat planowanej inwestycji.

Uczony powinien zawsze odkładać na bok swoje poglądy polityczne i służyć Prawdzie, do czego wzywał nas swego czasu św. Jan Paweł II. I ową Prawdę w tym momencie musimy wyraźnie naświetlić. Po pierwsze, po dziś dzień nie doczekaliśmy się profesjonalnie przygotowanej wystawy przybliżającej dzieje męczeństwa unitów podlaskich w zakresie, na jaki oni zasługują. Najwyższy czas na stworzenie muzeum upamiętniającego bohaterskie losy naszych przodków, tym bardziej że ostatnie wydarzenia dowodzą, iż wiedza na ten temat zarówno szerokich mas społecznych, jak i decydentów politycznych jest znikoma. Odpowiednia ekspozycja poświęcona unitom powinna zostać ulokowana m.in. w Muzeum Południowego Podlasia. Jednak tworząc taką wystawę, zasięgajmy opinii uczonych, gotowych w każdej sytuacji służyć życzliwą pomocą.

Należy też pamiętać, że męczeństwo unitów podlaskich to także męczeństwo miejscowego Kościoła rzymskokatolickiego, ponieważ władze carskie i rosyjska Cerkiew prawosławna prześladowały nie tylko siłą przepisanych na prawosławie grekokatolików. Niespotykane represje uderzyły także w miejscowy Kościół. Dokumenty rosyjskie wyraźnie pokazują, że akcja masowego zamykania świątyń rzymskokatolickich na południowym Podlasiu łączyła się z represjami wymierzonymi w unitów. W sumie władze carskie zamknęły ponad 20 świątyń, zlikwidowały szereg klasztorów: m.in. sanktuarium w Kodniu i w Leśnej Podlaskiej (w Leśnej ulokowano żeński zakon prawosławny). Podobną genezę ma również likwidacja diecezji podlaskiej w 1867 r.

Represjami dotknięci zostali także miejscowi kapłani. Za pomoc niesioną unitom karano ich grzywnami, czasami nawet w wysokości rocznych poborów. W skrajnych przypadkach skazywano ich na pobyt w zakonie rzymskokatolickim ulokowanym poza terenami unickimi lub na zesłanie w głąb Rosji. Najczęściej po kilku grzywnach dany duchowny otrzymywał zakaz pracy duszpasterskiej na terenach pounickich. W sumie ukarano tak 42 kapłanów z guberni siedleckiej.

Oczywiście represje dotknęły przede wszystkim samych unitów, szacuje się, że w okresie od 1867 do 1905 roku władze carskie w różny sposób ukarały nawet ponad 100 tys. tzw. opornych. Najczęściej były to grzywny ściągane masowo z ludności wiejskiej za uchylanie się od zaspokajania potrzeb religijnych w Cerkwi prawosławnej. Prześladowania inicjował zazwyczaj donos lokalnego proboszcza prawosławnego. Osoby najbardziej nieprzejednane trafiały do więzień.

Z reguły początkowo umieszczano ich w areszcie powiatowym. Następnie zwalniano lub kierowano do więzień w Białej Podlaskiej czy w Siedlcach. Po określonym czasie zasięgano opinii lokalnego proboszcza prawosławnego i podejmowano decyzję o powrocie skazanego do domu, ewentualnie o jego zsyłce w głąb Rosji. Dodajmy tylko, że więzienie bialskie do 1898 r. ulokowane było w murach zamku radziwiłłowskiego, w których obecnie znajduje się Muzeum Południowego Podlasia i w którym planowane jest ulokowanie stałej ekspozycji rosyjskiej ikony cerkiewnej – ewentualnie Muzeum Ikony.

Największe przepełnienie więzienia w Białej i Siedlcach odnotowano w latach 1874-1875, tj. w czasie dramatycznych wydarzeń towarzyszących likwidacji Kościoła unickiego na Podlasiu, w trakcie których śmierć poniosło kilkadziesiąt osób. Do więzienia w Białej trafili wówczas zarówno uczestnicy obrony cerkwi unickiej w Drelowie, jak i w Pratulinie. Osoby, które przeżyły salwy wojska, zostały brutalnie wychłostane przez odziały kozackie, a następnie część z nich przewieziono do Białej. Kilku więźniów zmarło na miejscu od ran lub na skutek pobicia. Podobne dramatyczne wydarzenia odnotowano także w innych parafiach.

Organista jedynej funkcjonującej wówczas w Białej parafii rzymskokatolickiej, pod wezwaniem św. Anny, tak wspomina te czasy: „…Podlasie całe zlane zostało krwią katowanych i męczonych unitów – Pratulin, Drelów, Łomazy, Kłoda i inne miejscowości zdobyły krwawe karty w dziejach męczeństwa. Zamek bialski, zamieniony wówczas na więzienie, zapełniony był unitami. Z wieży zamkowej, jak hejnał cierpienia, płynęła pieśń religijna więzionych mężczyzn i niewiast, których całą winą było głębokie przywiązanie do wiary swych ojców”.

W sumie przez więzienie przewinęło się co najmniej kilka tysięcy prześladowanych unitów podlaskich oraz kilkuset zesłańców, z których duża część nigdy nie powróciła do domów. Zgodnie z danymi carskimi tylko w okresie 1874-1875 przetrzymywano tam 334 zesłańców, którzy trafili następnie do guberni chersońskiej i jekaterynosławskiej (obecnie Ukraina). Do 1895 r. na miejscu zsyłki zmarło 65 osób.

Przytoczmy może fragment prośby 23 unitów podlaskich, skierowanej 5 czerwca 1883 r. do cara Aleksandra III. Dobrze obrazuje ona dramat miejscowych grekokatolików:

„W roku 1874, podczas zjednoczenia greko-unitów Kraju Przywiślańskiego z prawosławną Cerkwią, za nieprzyjęcie prawosławia byliśmy zamknięci na rok w więzieniu i następnie w 1875 r., w drodze postanowienia administracyjnego, zostaliśmy zesłani do guberni chersońskiej i jekaterynosławskiej bez prawa wyjazdu z miejsc zsyłki i bez określenia czasu pobytu. Nie posiadając duchownych swojej religii i świątyń, przyjęliśmy wyznanie rzymskokatolickie. Wszystkie lata zsyłki przeżyliśmy z pokorą i cierpieniem, ufni w Boże miłosierdzie i wielką Carską miłość. […] Panie! Pozwól nam powrócić do Ojczyzny, nie zabraniaj nam wyznawania naszej rzymskokatolickiej wiary”.

Inna grupa w prośbie z 1890 r. tak upraszała cara:

„W 1875 r., my – greko-unici, za sprzeciw wobec przyjęcia religii prawosławnej, byliśmy zesłani do guberni chersońskiej. Minęło już 15 lat, jak jesteśmy pozbawieni dzieci, żon, domu rodzinnego – jednym słowem wszystkiego, co drogie człowiekowi w jego życiu. […] Żona jednego z nas choruje, dwa lata spędziła w łóżku, a dzieci nie mają kawałka chleba […]. Panie, ty sam masz dzieci, ty wiesz, że nie ma nic bliższego ojcu jak jego dzieci. Panie, jesteś jak ojciec ukochanych dzieci swoich, rozumiesz sam, jak ciężko jest ich nie widzieć przez 15 lat. Jakim bólem jest, kiedy ojciec wie, że jego dzieci są bez środków do życia. […] Panie, my nikogo nie zabiliśmy, niczego złego nie zrobiliśmy, jedyną naszą zbrodnią jest, że wierzymy i uważamy, że wyznawanie religii, którą wyznawali nasi przodkowie, przybliży nas do Twórcy i zasłużymy u Niego na odpuszczenie grzechów naszych. Jeśli to nasza wina, to my za to przed Panem Bogiem odpowiemy […] Prosimy i błagamy Cię Najwyższy Monarcho, uwolnij nas od nadzoru policji i daj nam prawo powrócić do Ojczyzny i przyjąć naszą wiarę rzymskokatolicką […]”.

Mając na uwadze tragiczne losy zamku radziwiłłowskiego w Białej Podlaskiej, warto się zastanowić, czy lokalizacja stałej ekspozycji rosyjskiej ikony cerkiewnej w tym miejscu to dobra decyzja. Czy nie lepiej pomyśleć o wspomnianym przygotowaniu w murach zamkowych ekspozycji poświęconej męczeństwu unitów, w tym ich zesłaniu. Odpowiednie dokumenty są przechowywane w Petersburgu, bez większych problemów można do nich dotrzeć. Dodatkowo w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie znajduje się pokaźny zbiór ponad 300 oryginalnych listów unitów podlaskich zesłanych w głąb Rosji. Może warto je w końcu zeskanować i wyeksponować, ale także naukowo opracować? Należy również rozpocząć systematyczną pracę nad zbieraniem pamiątek po unitach podlaskich. Jesteśmy to winni naszym bohaterskim przodkom.

dr Andrzej Szabaciuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... wskim.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 18 mar 2016, 10:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
To wielkie miejsce dla Rzeczypospolitej

Wystąpienie prezydenata Andrzeja Dudy na uroczystości otwarcia Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej.

Jechali tutaj, jak zeznał potem młody furman, chłop jednej z podkarpackich wiosek, bocznymi drogami z Łańcuta. Niemieccy żandarmi i granatowi policjanci. Wśród nic ten, który jak prawdopodobnie udało się ustalić, był tym który doniósł na rodzinę Ulmów i rodzinę Goldmanów, którzy razem z nimi mieszkali.

Zatrzymali się na drodze, dom stał na uboczu wsi, obok nie było innych zabudowań. Żandarmi i policjanci poszli w kierunku domu Ulmów, rozległy się strzały. Zawołali furmanów i kazali im patrzeć. Zabili najpierw synów Chaima Goldmana, jego żonę, potem zabili Wiktorię i Józefa Ulmów. Jeden z Niemców mówił do furmanów: „Patrzcie jak giną polskie świnie, które pomagają Żydom”. Nie wiedzieli co zrobić z dziećmi, szóstką dzieci Józefa i Wiktorii. I wtedy niemiecki dowódca żandarmów powiedział: „Nie będziecie sobie we wsi robili kłopotu”. I zabił ich wszystkich, po kolei. Człowiek, który składał to zeznanie słyszał strzały, krzyk, lament.

Dlaczego Józef Ulma i jego żona tak się zachowali i zdecydowali przyjąć pod swój dach rodzinę Goldmanów? Chaima, ojca rodziny, człowieka prawie 80-letniego, kupca z pobliskiego Łańcuta, jego dorosłych synów, jego córki, wnuczkę. Dlaczego się na to zdecydowali? Czy kierowali się apelem dowództwa Polskiego Państwa Podziemnego, że jest moralnym obowiązkiem Polaków udzielać pomocy naszym współobywatelom Żydom, współobywatelom Rzeczpospolitej wobec zagłady? Czy kierowali się tym, że znali Chaima Goldmana i całą jego rodzinę? Bo przecież w tej społeczności wszyscy się znali. A może kierowali się biblijną przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie, którą znaleziono podkreśloną w Biblii w ich domu. Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.

Józef Ulma był zwykłym podkarpackim chłopem. Światłym, mądrym. Był stawiany gospodarzom za wzór, bo pasjonował się pszczelarstwem, hodował jedwabniki. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że był lokalnym liderem opinii. Ludzie do niego przychodzili po rady. Fotografując dokumentował życie społeczności lokalnej i życie swojej rodziny. Też właśnie dzięki temu to muzeum jest tak wymowne i piękne. Bo pełne jest zdjęć zrobionych przez Józefa. Pełne jest też zdjęć jego żydowskich sąsiadów i gości, przyjaciół, których przyjął pod swój dach i z którymi zginął.

To niezwykle przejmujące muzeum. Jestem ogromnie wdzięczny i dziękuję w imieniu Rzeczypospolitej, w imieniu wszystkich moich rodaków, wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania. Dziękuję tym, którzy przyczynili się do tego, że Ulmowie, ich rodzina i wszyscy ci, którzy pomagali przetrwać swoim wspóbratymcom pochodzenia żydowskiego w czasie masakry ich narodu, których naziści przeznaczyli do wyniszczenia. Dziękuje, że to muzeum jest pomnikiem ich wszystkich. Dziękuję, bo Polska i dziejowa sprawiedliwość bardzo takiego pomnika potrzebowała.

Nasze narody - polski i żydowski - przez tysiąc lat żyły na tej ziemi. Te tysiąc lat wspólnej historii doznało straszliwej wyrwy, jaką był Holokaust na okupowanych przez Niemców polskich ziemiach. Obozy śmierci, które znaczą czarną kartę w dziejach narodu żydowskiego. Wielu ludzi przyjeżdża do naszego kraju, by zobaczyć obóz Auschwitz i inne świadectwa wielkiej zagłady będące ostrzeżeniem dla całego świata, co znaczy nienawiść, chora ideologia i do czego zdolny jest oszalały nią człowiek. Ale na szczęście powstają w naszym kraju inne miejsca, pokazujące to, co piękne w naszej historii, nawet tej najtragiczniejszej. Takim miejscem jest to muzeum – muzeum braterstwa, miłosierdzia, wspólnot miejsca, ojczyzny, często wspólnoty przywiązania.

Bo może Józef Ulma przyjął rodzinę Goldmanów pod swój dach dlatego, że ich syn, tak jak on w 1939 roku walczył w obronie Polski. Może dlatego, że tysiące obywateli polskich żydowskiego pochodzenia walczyło za Polskę w roku 1918, 1919, 1920, 1939 i potem. Walczyli, bo Polska była naszą wspólną ojczyzną. I miejscem gdzie na szczęście – podczas tej straszliwej tragedii jaką był Holokaust i próby, jak to cynicznie mówili hitlerowscy dowódcy „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” – znalazły się tysiące Polaków, którzy umieli stanąć na wysokości zadania bycia braćmi i obywatelami. Bycia ludźmi miłosiernymi, wsłuchanymi w naukę, jaką wszystkim nam głosi religia chrześcijańska. Na szczęcie byli ludzie, którym tej miłości nie zabrakło mimo wielkiego ryzyka, ryzyka śmierci, bo za pomoc Żydom taka kara groziła w okupowanej Polsce jak nigdzie indziej na świecie i była bezwzględnie wykonywana, tak jak tutaj. Nie tylko Józef i Wiktoria Ulmowie oraz ich dzieci w ten sposób zginęli. Były dziesiątki, setki takich rodzin; tysiące ludzi, którzy za pomoc swoim pobratymcom, współobywatelom oddali swoje życie.

Kiedy dzisiaj wspominamy tamten dramatyczny czas, te tysiąc lat wspólnej historii, niech drogą przez te lata będzie to, co można w wolnej Polsce zobaczyć – Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie, niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny Auschwitz, Muzeum w Markowej, niezwykle ważne na trasie wspólnej historii. Historii, w której przyjaciel za przyjaciela, brat za brata, człowiek za człowieka był gotów oddać życie. Niech świadectwem tego, że jest to prawdą, będzie to, co już dziś usłyszeliśmy. Że nawet ten niemiecki przykład grozy, jakim było zamordowanie rodziny Ulmów i ukrywanych przez nich Goldmanów, nie skłonił innych mieszkańców Markowej, mających przecież też swoje rodziny, też chcących przetrwać, do wydania Żydów, których ukrywali. Mimo tej tragedii 21 Żydów było do końca wojny ukrywanych w tej wsi.

To wielkie miejsce dla Rzeczypospolitej, bo tu jak w soczewce skupia się to, że jako Polacy możemy czuć się godnie. Byli wśród nas tacy, którzy byli więcej niż przyzwoici, którzy byli bohaterami, których trzeba postawić na równi z tymi którzy z bronią w ręku walczyli o wolność Polski i ginęli. Jedni i drudzy oddali życie za drugiego człowieka i za wolność, bo wolność to godność. To że ukrywali swoich przyjaciół było sprzeciwem wobec pogardy, nienawiści, antysemityzmu, czyli tego wszystkiego co przynieśli na naszą ziemię niemieccy naziści.

Jako Prezydent RP chcę wyraźnie powiedzieć – każdy kto głosi i sieje nienawiść między narodami, każdy kto głosi, sieje i podsyca antysemityzm, depcze po grobie rodziny Ulmów, depcze po ich pamięci, po tym, co jako Polacy poświęcili, oddając życie. Za godność, uczciwość, za sprawiedliwość i za elementarny szacunek należny każdemu człowiekowi. Niech to muzeum, obok innych, będzie dla wszystkich wielkim świadectwem tragicznej, ale dobrej pamięci i ostrzeżeniem przed tym, co nienawiść, pogarda czyni z ludzi.

Można tylko powiedzieć dobrze, że w tym wszystkim, także i władze Polskiego Państwa Podziemnego umiały zachować twardość. Bo ten, który prawdopodobnie wydał Umów i ich gości, żydowskich sąsiadów, nie żył długo. Oni zginęli w nocy z 23 na 24 marca, a Polskie Państwo Podziemne wydało wyrok na kolaborancie 10 września tego samego, 1944 roku. Później udało się złapać jeszcze jednego z morderców, który strzelał do co najmniej trójki dzieci. Został osądzony w więzieniu. Najpierw skazany na karę śmierci przez polski sąd, potem złagodzono to do dożywocia, następnie 25 lat pozbawienia wolności. Umarł w więzieniu w Bytomiu. To dobrze, że polskie państwo potrafiło wydać za mord, okazać elementarną sprawiedliwość. Tak jak elementarna sprawiedliwość musi zostać wymierzona każdemu mordercy. Tak się dzieje w każdym uczciwym i praworządnym państwie. Wierzę w to, że Polska nigdy nie będzie tolerowała antysemityzmu, nawoływania do nienawiści czy fobii narodowych. Wierzę, że Polska nigdy tego nie będzie tolerowała. I tak jak dziś, państwo Izrael i jego twórcy nauczeni dramatycznym doświadczeniem Holokaustu, postanowili, że nigdy nie zostawią żadnego swojego obywatela i będą za wszelką cenę strzegli bezpieczeństwa każdego Żyda. Tak samo i my Polacy, i nasze państwo, powinniśmy czynić to samo.

Niech tragedia, dla naszego narodu i żydowskiego, tego, co stało się w czasie II wojny światowej będzie dramatyczną lekcją, z której wyciągamy wnioski my i przyszłe pokolenie, któremu musimy przekazać prawdę o tym, co się działo, prawdę o bohaterstwie, ale i smutną prawdę o draństwie.

Prawda buduje braterstwo między narodami i pozwala tworzyć przyjacielskie więzi. Bo tylko na prawdzie może być oparta dobra przyszłość.

www.prezydent.pl

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... litej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 51 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /