Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 51 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 16 cze 2012, 18:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Zamilczeć - czy ujawnić

Sprawy na tyle drażliwe, że „lepiej o nich zamilczeć”

Niedawno przekonywał mnie przyjaciel, że „podłożyłem się” przez umieszczenie na mej stronie artykułu o pederastii Lenina z jego wspólnikami w zbrodni, bolszewizmie i komunizmie. Argumentował, że na pewno to wymyślili sami zboczeńcy – i jest to „woda na ich młyn”, bo podnosi, zapewne sztucznie, ich „rangę”.

Przemyślałem to.

Uznałem jednak, że choć po stu latach, należy nam się prawda o „legendarnym Wodzu Rewolucji”, jak go jeszcze teraz nazywają zwolennicy. Jeśli artykuły o pederastii byłyby skłamane, a w szczególności książka i dokumenty w nich cytowane byłyby fałszywe - to obowiązkiem historyków byłoby szybkie ich sprostowanie. Tak się jednak nie dzieje.

Po drugie Historycy idei i niektórzy pisarze rosyjscy są przekonani (np. Władimir Wołkow, a z francuska Volkoff ) por. Wiara a wiedza - a CzK i Lenin czyli httpdakowski.plindex.phpoption=com_content&task=view&id=1471&Itemid=46 , że gang Lenina to nie tylko zbrodniarze, ale zorganizowani sataniści. Ponieważ jednak sataniści „muszą” czynić zbrodnie i świństwa również w dziedzinie seksualności, to odkrycie i ujawnienie ich zboczeń dobrze wpisuje się w całokształt ich działań. Sprawę należy więc koniecznie poddać pod ocenę historyków.

Od dziesięciu chyba lat szeptem rozważana jest w Kościele w Polsce sprawa, kto był (jest) wieloletnim (podobno dziesiątki lat!) agentem w Watykanie o wdzięcznej ksywie PROROK. Wydawał najtajniejsze sekrety „służbom” sowieckim, a to GRU, a to Stasi. Przez jego donosy ginęli w kazamatach KGB i GRU najlepsi, ideowi bojownicy Kościoła.

Oczywiście nie wie o tym płk. Kotowski, który kogoś przez lata w Watykanie prowadził - ale „tego to na pewno nie..”. Nawet mnie, pchełkę, goniła niedawno policja z żądania Kotowskiego (podać dokładne daty, z dokładnością do sekundy, sic!!) , kiedy pojawił się na mej stronie wpis o PROROK-u i Kotowskim). A ja po prostu skopiowałem artykuły na ten temat red. Gmyza i ks. Isakowicza. Niewinny Kotowski ich więc goni teraz po niezależnych sądach.

Historycy zajmujący się sprawą PROROKa i znający archiwa szepcą tajemniczo, że „to nazwisko zaczyna się na drugą lub czwartą literę alfabetu”. Z polskich prałatów te kryteria spełniają tylko ks. Bolonek (obecnie arcybiskup) i ks. Dziwisz (obecnie kardynał). Jakie siły blokują ujawnienie autentycznych dokumentów Można się domyślać, że służbom chodzi o to, by jeszcze przez jakiś czas trzymać delikwenta „na krótkiej smyczy”. Potem, gdy przestanie być użyteczny, i tak wydadzą go na pożarcie.

Ale - jaką ulgą będzie dla tego drugiego - i dla Polaków, gdy to nazwisko wreszcie będzie ujawnione, a sprawa udokumentowana i zakończona.

A badacze mówią „Sławek, opisz to, ja się boję”.

O przygodzie pewnego prałata, zwanego pieszczotliwie „Narcy-biskupem”, w klubie pederastów w Pradze czeskiej (bójka o wybranka - i niespodziany pobyt na policyjnym „dołku”) powszechnie szeptało się przed dziesiątkiem lat. Seminarzyści mówili „Nasza droga Józia”. Ujawnienie sprawy wtedy - pozbawiło by Polaków wielu namaszczonych i napuszonych utworów, na pewno i wielu zgorszeń. Ale przeważył pogląd „ciiicho... dla dobra Kościoła...”.

A jeszcze w Kościele Męskie, zdecydowane odsunięcie od eksponowanych stanowisk (biskupi!) osób splamionych donosicielstwem do Informacji czy UB- SB uchroniłoby nas, katolików i Polaków, od wielu nieszczęść, który przeżywamy w ostatnim dwudziestoleciu. Pamiętam ogromne wzburzenie ministra Macierewicza, gdy po obaleniu rządu Olszewskiego publicznie zadałem mu pytanie, czy prymas Glemp, a może ktoś jeszcze w episkopacie, otrzymał informacje o agenturze w Kościele, szczególnie w episkopacie. Odpowiedział, że tego nie wolno, że byłoby to jak wybuch bomby atomowej. Był przy tej rozmowie (w Krakowie) premier Olszewski i parę osób z ich najbliższego otoczenia.

Dotyczy to też ukrywania pedofilskich orgii Znanego Artysty i jego bliskich - ku frustracji oficerów policji mających, jak twierdzą, jednoznaczne dowody. Ale - Autorytetów nie wolno ruszać...

Podobnie, jak w przypadku Krollopa z Poznania, nawet rodzice gorszonych i marnowanych dzieciaków protestują przeciw „insynuacjom”.

Tam sąd się ośmielił. Tu – nie.

Tak wtedy, jak i teraz- takie zatajanie oceniam jako szkodliwe, a może nie które z nich nawet jako zbrodnicze.

Ostatnio co jakiś czas przebija się przez pajęczynę strachu, lizusostwa i tchórzostwa opowieść o „wysoko w PIS uplasowanym krecie”. Z mocnymi argumentami. Co ktoś poinformowany a zrozpaczony wypuści na ten temat kolejną, nową informację, rozlega się zgorszone „ciiicho... dla dobra Polski.. - to z poduszczenia Urbana”.

Jak oczyściłaby się t. zw. „scena polityczna”, gdyby to wyjaśniono.

A oto wypowiedz pani dr Fedyszak-Radziejowskiej.

Po bardzo wnikliwym i wielokrotnym obejrzeniu filmu (z 2001 roku) jestem przekonana, że nie pozostawiono J. Kaczyńskiego samemu sobie. Sądzę, że miał i nadal ma w swoim otoczeniu dobrze schowanego kreta, do którego ma pełne zaufanie.
Konwulsje w mediach związane ze Zbrodnią Smoleńską są liczne, a zamykanie oczu na oczywistości - stałe. Wspomnę tu jedynie o blokowaniu przez patriotycznych polityków prób niezależnych ekshumacji dowodów zalutowanych przez sowietów w trumnach. A fakt ujawnienia - bardzo po czasie - przez Jarosława Kaczyńskiego, że przy powtórnym otwarciu trumny Brata zauważył tam jakąś nogę w kawałku generalskiego munduru z lampasem Sądząc z rozmiarów - najpewniej była to noga generała Kwiatkowskiego. Jakie musiały być naciski na Jarosława Kaczyńskiego, by tego faktu nie ujawnić NATYCHMIAST - nie potrafię sobie nawet wyobrazić. A rozpaczliwy krzyk córki Wassermanna o wynikach ekshumacji „Nigdy się tego nie dowiecie!”

Fakt, że te sprawy, razem z setkami podobnych w sprawie smoleńskiej zostały zatuszowane i przemilczane, nie znajduje racjonalnego wytłumaczenia. Taki TERROR Czy coś gorszego

Pod dywan! Sza!!

Czy długo jeszcze makabryczno-komiczne szczegóły z Ostatniego Wypadku Geremka będą szeptane, oglądane czy czytane ukradkiem Bo co do oporów jasnogrodu wobec ujawnienia jego agenturalnej przeszłości - jest to bardziej zrozumiałe; za duże byłyby konsekwencje dla nurtów, w których Jego wielbienie jest obowiązkiem. A te nurty dzierżą u nas ster, również mediów.

Trójkąty seksualne, czy może gwiazdy lub rozgwiazdy np. Kołakowskiego z jego znajomymi nie interesowałyby nikogo poważnego, gdyby nie chodziło o osobę publiczną, o której jej czciciele mówią, że „wyznacza standardy moralne”. Dowodził na przykład, że można być konserwatywno-liberalnym socjalistą.

Nie powinna nas obchodzić przeszłość emerytowanej burdel-mamy. Pod warunkiem, że nie jest powoływana przez opinię oświeconych na przeoryszę w zakonie kontemplacyjnym, a później - beatyfikowana.

Jednym z bardziej przewrotnych haseł post-modernistów jest slogan „Drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”.

A wrzeszczący i plujący (tak śliną, jak inwektywami) staruszek, bezczelnie nazywający się i tytułowany ”profesorem” W przyzwoitym towarzystwie nie ośmielono by się go czcić jako „przyzwoitego”.

Rozumiem, że „strona Postępu” czyli jasnogród, muszą se stworzyć i pielęgnować bożyszcza czy autorytety. Ale dlaczego ludzie uczciwi, zwykli ludzie, Polacy wzdrygają się i nie chcą na przykład nawet czytać donosów Mazowieckiego na umęczonego Biskupa Kaczmarka, lub panegiryków Szymborskiej na cześć Stalina

„ciiicho... nie wypadaa..”

O ileż organizm Narodu będzie zdrowszy i silniejszy, gdy takie wrzody zostaną wycięte, a rany oczyszczone i zabliźnione!

Poznać prawdy - ...” nie wypada..” , a robić świństwa i zbrodnie - wypada Czy na ukrywaniu prawdy może wyrosnąć Dobro

Mirosław Dakowski

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 14 lip 2012, 12:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Sytuacja jest tragiczna

Z Rafałem Dzięciołowskim, ekspertem ds. Polaków na Wschodzie, wieloletnim członkiem władz Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie", rozmawia Maciej Walaszczyk

Jest Pan w kontakcie z wydawcami i dziennikarzami polskich mediów na Wschodzie. W jakiej sytuacji są dziesiątki takich redakcji działających na Ukrainie, Litwie, Łotwie czy Białorusi?
- Jako członek zarządu Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie" zajmowałem się głównie polskimi mediami działającymi na Ukrainie. Większość z nich opiera swoją działalność w dużym stopniu na finansowaniu ich z budżetu państwa polskiego. Chodzi o pokrywanie kosztów podstawowych, a więc druku, opłacenia dziennikarzy, a w przypadku audycji radiowych - opłacenia czasu antenowego w ukraińskich stacjach radiowych. W tym roku na te podstawowe koszty pieniądze z MSZ nie zostały przekazane do dziś. Ponieważ głównym rozdzielającym te środki jest Fundacja "Pomoc Polakom na Wschodzie", wiem, że nie podpisała ona jeszcze umów z MSZ, a mamy połowę lipca. Obracamy się więc w przestrzeni obietnic, nadziei i złudzeń. Taki sam stan niewiedzy i podejrzliwości panuje wśród Polaków na Wschodzie, co pokazuje, jak bardzo destrukcyjna jest ta sytuacja. Wpływa ona źle na stan świadomości mniejszości polskiej. A poza tym podważa również autorytet państwa polskiego.

Które z redakcji, gazet czy wydawnictw zostały dotknięte skutkami opieszałości MSZ?
- Na razie zawiesiły swoje działanie m.in. redakcja pisma "Polskofalówka" z Dyneburga, "Polska Fala" z Mołdawii, polskie audycje nadawane w Radiu Trek, a także w Berdyczowie i Żytomierzu, oraz "Głos Donbasu". Kompletnie nie wiadomo, jak będzie wyglądało funkcjonowanie Radia Lwów oraz Radia Znad Willi w Wilnie, a więc jedynego samodzielnego i nadającego 24-godzinny program radia, jakie udało się stworzyć Polakom żyjącym na Wschodzie. Ze względu na brak środków finansowych zawieszono również nadawanie audycji w Donbasie i Żytomierzu. Jeśli chodzi o gazety, przestała się ukazywać "Gazeta Polska" w Żytomierzu i prawdopodobnie nie będzie się już ukazywała. Podobna sytuacja jest z "Dziennikiem Kijowskim" - zostaje zlikwidowany. "Mozaika Berdyczowska" przestała wychodzić i być może pozostanie tylko wydanie internetowe. "Biuletyn Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie", a więc pismo organizacji skupiającej wszystkie organizacje polskie na Zachodniej Ukrainie aż po Dniepr, przestało być finansowane. Nie ukazują się również pisma takie jak: "Polacy Donbasu", "Monitor Wołyński", "Lwowskie Spotkania", "Jutrzenka" z Mołdawii, "Polak na Łotwie", a także bardzo cenna inicjatywa ks. Józefa Kowalowa "Wołanie z Wołynia". A więc z miejsca będącego epicentrum rzezi wołyńskiej! To raptem informacje tylko z Ukrainy i Mołdawii. Pozostałe pisma funkcjonują tylko wysiłkiem redakcji, ale na dłuższą metę nie są one w stanie utrzymać się z reklam i własnej działalności. Brak stałego dopływu pieniędzy przez pół roku powoduje, że wpadają one w potworną turbulencję, zalegają za drukarnię, ubezpieczenia społeczne itp. A to rodzi już konflikt z prawem.

A jak wyglądał harmonogram finansowania tych wydawnictw i redakcji przed zmianami wprowadzonymi przez ministra Radosława Sikorskiego?
- Było z tym różnie. Najpóźniej Polacy otrzymywali pieniądze w maju. Jednak już od lutego wszyscy wiedzieli, ile środków otrzymają na działalność w danym roku i co najistotniejsze, byli pewni, że je uzyskają. Teraz mamy połowę lipca, a oni dalej nie wiedzą, ile i czy w ogóle otrzymają w tym roku finansowanie. To jest jednak sytuacja ekstremalna. Trudno w takiej sytuacji reagować elastycznie. W poprzednich latach mogli jakoś zorganizować sobie finansowanie np. poprzez kredyt. Teraz zostali postawieni w bardzo trudnej sytuacji.

Dziękuję za rozmowę.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kresy ... iczna.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 11 sie 2012, 06:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Nasz Dziennik

49 cennych meldunków, rozkazów i raportów sporządzonych przez dowódców Białostockiego Okręgu Armii Krajowej trafiło do IPN. Niezwykłego znaleziska dokonano podczas remontu plebanii w Porytem niedaleko Łomży.

Dokumenty sporządzone przez dowódców Białostockiego Okręgu Armii Krajowej w latach 1943-1945 odnaleziono w trakcie rozbiórki pieca.

Wiele z raportów podpisanych przez komendanta Białostockiego Okręgu ZWZ-AK pułkownika Władysława Liniarskiego ps. "Mścisław", a kierowanych do rządu polskiego w Londynie i osobiście do Naczelnego Wodza Tadeusza Bora-Komorowskiego, opisuje bestialstwa NKWD i UB na zajmowanych przez Sowietów wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej.

Historycy z IPN Białystok, którym ks. Jan Domiński, proboszcz parafii w Porytem, przekazał wczoraj oficjalnie dokumenty, potwierdzają, że są oryginalne i do tej pory nie były znane.

- Pracownicy znaleźli te dokumenty podczas rozbiórki starego kaflowego pieca. Kiedy je przejrzałem, uznałem, że są bardzo ważne, że stanowią prawdziwy skarb narodowy, dlatego przekazałem je IPN - relacjonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ksiądz proboszcz.

Podczas wczorajszej konferencji prasowej ks. Domiński był bardzo poruszony wagą odkrycia, ale też opisami tortur zadawanych żołnierzom AK.

- Jest mowa o więzieniach, bestialskich torturach, o wstrząsających zbrodniach, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. To niesłychane, ile ci ludzie dla Polski wycierpieli - mówił wyraźnie poruszony kapłan.

- Dla mnie osobiście te dokumenty mają wartość olbrzymią, ponieważ mój stryj, który nosił to samo imię co ja - Jan Domiński, był jedną z ofiar obławy augustowskiej - wskazał.

Konferencja prasowa miała miejsce zaledwie kilkanaście godzin po dostarczeniu do białostockiego oddziału IPN znalezionych dokumentów, dlatego dr Marcin Zwolski, specjalista w dziedzinie podziemia niepodległościowego na Białostocczyźnie, miał bardzo mało czasu, żeby się z nimi wnikliwie zapoznać. Mimo to przekazał dziennikarzom bardzo wiele cennych informacji.

- Zwartą część tego odnalezionego zbioru dokumentów stanowią radiogramy przesyłane przez Okręg AK Białystok do Londynu. Zostały one ponumerowane, najpewniej poza archiwami UB - mówił dr Zwolski.

- Do tego zbioru prawdopodobnie na początku lat 50. dołączono inne dokumenty, raporty AK Białystok i z obwodów - dodał. Historyk zwrócił uwagę na fakt, iż niektóre dokumenty posiadają podkreślenia informacji dotyczących walk żołnierzy podziemia z grasantami sowieckimi z lat 1943-1944.

- Tego typu podkreślenia wykonywali funkcjonariusze UB podczas śledztw wobec żołnierzy podziemia, aby wykorzystać je można było potem w czasie prowadzonych przeciw nim procesów - zaznaczył dr Zwolski. Jego zdaniem, pozwala to stwierdzić, że niektóre pojedyncze dokumenty mogły być w rękach UB, jednak najpewniej większość z nich nigdy w rękach ubeckich się nie znalazła, co czyni je bardzo cennymi. - Większość z tych dokumentów to materiały do tej pory nieznane i niepublikowane - podkreślił historyk.


Kto ukrył meldunki?

Nie wiadomo, kto i kiedy ukrył meldunki i rozkazy w piecu. Nie wiadomo też, w jaki sposób osoba ta weszła w ich posiadanie. Według dr. Marcina Zwolskiego, mógł je tam ukryć dawny proboszcz parafii w Porytem.

- Kluczową postacią mógł być tu ks. Stanisław Kossakowski, były adiutant "Mścisława". Po wojnie mieli kontakt ze sobą, a jak udało mi się ustalić, ks. Kossakowski był w latach 1966-1977 proboszczem parafii w Porytem - mówił dr Zwolski.

- Był doświadczonym konspiratorem, dokumenty zostały ukryte w piecu bardzo fachowo. Włożone zostały do papierowej szarej koperty, a potem foliowej torby, co wskazuje, że mogły być ukryte w latach 70. - zaznacza historyk. Ksiądz Kossakowski miał kontakt z archiwum Okręgu AK Białystok już od roku 1941 r., więc mógł te dokumenty zachować.

Eugeniusz Korneluk, szef pionu archiwum IPN Białystok, podkreślił, że znalezisko jest bardzo cenne.

- To są dokumenty oryginalne, sygnowane jedynie przez ich twórców. Natomiast materiały podobne w formie, które posiadamy, mają naleciałości w postaci numerów nadanych im podczas pobytu w UB - ocenił.

Podkreślił, że materiały znalezione w Porytem są doskonałym dopełnieniem zbioru białostockiego archiwum IPN dotyczącego podziemia na Białostocczyźnie.

- Dzięki temu odkryciu jesteśmy na dobrej drodze do uzyskania kompletu materiałów archiwalnych białostockiego okręgu ZWZ-AK - mówił Korneluk.

Odnalezione dokumenty są w o wiele lepszym stanie niż te, które posiada IPN, a wcześniej przeszły drogę przez archiwa UB, SB i WSW. Materiał zostanie teraz dokładnie zbadany przez pracowników IPN, a po opracowaniu udostępniony.


Mechanizm zagłady

W wielu meldunkach wspomina się o "obławach" organizowanych na żołnierzy podziemia niepodległościowego przez siły NKWD i UB, głównie od maja 1945 roku.

W meldunku do Wodza Naczelnego z 15 maja 1945 r. "Mścisław" pisze: "Do powiatowych i innych miast w terenie całego okręgu przybyły bataliony wojsk NKWD, które zakwaterowały się w szkołach i większych budynkach murowanych, przygotowano duże obiekty piwnic jako więzienia". I dalej: "NKWD z milicją PKWN rozpoczęło z dniem 14 maja br. na dużą skalę w poszczególnych wsiach całego okręgu stopniowe obławy za młodzieżą i masowe aresztowania. W czasie obław wsie są ranem otaczane wojskiem NKWD z bronią maszynową, kto chroni się ucieczką, jest na miejscu mordowany".

Ten sam mechanizm zastosowano w lipcu 1945 r. podczas obławy augustowskiej. W raporcie z 25 marca 1945 r. "Mścisław" melduje: "W czasie badania żołnierzy AK w bestialski sposób katują więźniów politycznych. Nieugiętych mordują. W więzieniach w Białymstoku przebywa 2 tysiące więźniów politycznych, którzy żyją w okropnej nędzy, umierają z głodu".

Doktor Marcin Zwolski zwraca uwagę, że meldunki i rozkazy są własnoręcznie podpisane przez płk. Władysława Liniarskiego ps. "Mścisław". Najcenniejsze z nich to dwa rozkazy z datą 4 i 12 maja 1945 r. w całości pisane ręcznie. Ich unikatowość polega na tym, że większość dokumentów spisywana była w formie maszynopisu.

Wiele z raportów (radiogramów alarmowych) opisuje bestialstwa Sowietów. W raporcie z 25 marca 1945 r. "Mścisław" melduje: "NKWD i Berlingowcy stosują niesłychany terror na ludności polskiej. Grabieże, mordy, gwałty. Dnia 7 marca spalono wieś Guty, powiat Ostrów Mazowiecka. Ludność wymordowana, kobiety i dzieci żywcem wrzucane w ogień. Stałe obławy i aresztowania dowódców, żołnierzy i członków AK... Aresztowanych przetrzymują w piwnicach, głodzą. W czasie badania w bestialski sposób katują. Zbóje z NKWD w ciągu tych paru miesięcy dziesięć razy tyle zniszczyli ideowych Polaków co hitlerowcy w ciągu 4-ech lat".

Ten meldunek Liniarski podsumowuje: "Oto wolność przyniesiona przez Rosję dla Polski" . I dalej pisze: "Ludność prosi o skuteczną interwencję u rządu Ameryki i Anglii, o przysłanie komisji do zbadania zbrodni popełnionych na Narodzie Polskim przez NKWD i Berlingowców".


Podziemie walczy

Wśród dokumentów są również meldunki dotyczące akcji zbrojnych, jakie podziemie niepodległościowe przeprowadziło na terenie całego ówczesnego województwa białostockiego. W "raporcie sabotażowo-dywersyjnym za październik 1943 roku" czytamy m.in.: "Uszkodzono 21 parowozów, 65 wagonów towarowych", lub: "Za akcję terrorystyczną w stosunku do ludności polskiej zostało zlikwidowanych, z grasujących band, 17 sowietów".

W innym dokumencie - rozkazie "Mścisława" z 1 maja 1945 r. - czytamy "Polecam pdk. rejonowym i obwodowym zarządzić ścisłą konspirację pracy organizacyjnej oraz dopilnować, by faktycznie zakonspirowano się w każdej komórce już zorganizowanej i w pracy przygotowawczej... Tępić i karać gadulstwo, żołnierzy niepoprawnych izolować... Zdrajców i donosicieli likwidować z całą bezwzględnością". Tak też czyniono. Świadczy o tym raport z czerwca 1945 r., gdzie m.in. zapisano: "Dnia 6 czerwca oddział Kedywu Obwodu zlikwidował przez zastrzelenie Kalinowskiego Romana ze wsi Czachy, szpicla NKWD i PUB".

Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... slawa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 12 sie 2012, 16:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
TRAGICZNE - Zbigniew Ścibor-Rylski współpracownik UB od 1947 roku

Znajomy pokazał mi książkę „Wspomnienia cichociemnego” autorstwa Marka Lachowicza opartą na materiałach IPN i Komisji Ścigania Zbrodni Hitlerowskich przeciwko Narodowi Polskiego oddział w Rzeszowie.

Co znajdujemy w tej książce?

Książka ta opisuje wspomnienia jednego z cichociemnych. Opisuje on w niej na stronie 147 walki z hitlerowcami na Kresach na Wołyniu pod Zamłyniem w 1944 roku, w której brała udział kompania „Motyla”.

Ów „Motyl” to znany obecnie Prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, który niedawno beształ gwiżdżących i buczących na członków władzy takich jak Tusk, Gronkiewicz-Waltz czy im podobnych na Kopcu Powstańców Warszawskich przy ulicy Bartyckiej w dniu 1 sierpnia 2012 roku w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego w 1944 roku. Krzyczał do młodych Polaków, że to wstyd tak się zachowywać w stosunku do przedstawicieli obecnej władzy, bo Polska to wolny kraj, że mamy demokrację, pytał się: „gdzie wy widzicie komunę?”.

Młodzi ludzie buczeli i gwizdali wznosząc okrzyki „Precz z komuną”, „Raz sierpem raz młotem w czerwoną hołotę” i podobne. Dali w ten sposób swoją dezaprobatę zdradzieckim rządom obecnej władzy, jej zaprzaństwu, złodziejstwu, wszechobecnej korupcji i kłamstwu. W opinii tych młodych ludzi władza ta wynosi na szczyty największych zdrajców, bandytów i złodziei kreując z nich elitę Polski a z reszty - zwłaszcza młodych ludzi - tworzy społeczność pariasów Europy i niewolników do śmierci pracujących za psi grosz żyjąc w nędzy bez perspektyw na godne życie.

Ci młodzi ludzie świadomie widzą co się dzieje wokół nich a reszta mniej świadomie czuje, że rządy PO/PSL/SLD/RPP i zaprzedane im wrogie antypolskie media są im całkowicie wrogie i bezczelnie ich okłamują i okradają puszczając w eter bajki o drugiej Japonii, Irlandii czy jakieś zielonej wyspie pełnej dobrobytu.

Moim zdaniem ci młodzi ludzie całkowicie mają rację. Natomiast wstyd i hańba dla wszystkich popierających obecną władzę pod której rządami wiedzie się wyłącznie dobrze tylko tym, którzy się tej władzy całkowicie zaprzedali i są jej bezgranicznie posłuszni jak pies swojemu panu.

Wracając do w/w ksiązki - tam na tej stronie 147 w przypisach pod numerem 179 jest krótki życiorys pana Zbigniewa Ścibor-Rylskiego. Jest on kontynuowany na stronie 148.

[ w oryginale FOTOKOPIE MD]

Każdy może sobie ten życiorys przeczytać. Jest on jak najbardziej wiarygodny. Pochodzi ze źródeł IPN.

Jakże TRAGICZNA prawda wyziera z tego życiorysu, która pozwala nam zrozumieć zachowanie p. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego w dniu 1.08.2012 stającego w obronie obecnej władzy.

Nikt gen. Ścibor-Rylskiemu nie odbiera zasług z okresu II WS kiedy brał udział w wojnie z hitlerowską nawałą w 1939 roku, od 1940 roku członek Związku Walki Zbrojnej, później od lipca 1943 oficer Sztabu Okręgu Wołyń AK, od lutego 1944 w walkach z hitlerowcami na Kresach a później uczestniczył w ciężkich walkach z UPA, odznaczony 3.05.1944 Krzyżem Virtuti Militari V klasy. W Warszawie od 20.07.1944 jako dowódca 1 kompanii w batalionie „Czata49”. Walczył całe Powstanie Warszawskie przechodząc cały jego szlak bojowy od Woli przez Muranów - Stare Miasto - Czerniaków - Mokotów - Śródmieście. Walczył do końca do 2.10.1944 Odznaczony za to powtórnie Krzyżem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych. Wyszedł z Warszawy z rannymi przez Pruszków, Grodzisk Mazowiecki. Następnie znalazł się w składzie odtworzonego Kedywu Komendy Głównej AK i do maja 1945 był w Delegaturze Sil Zbrojnych.

Za powyższy okres jego życia należą mu się słowa uznania za prawość i przestrzeganie przysięgi AK - nieustającej walki z wrogiem Polski i Polaków.

Po tym okresie p.Zbigniew Ścibor-Rylski to już zupełnie inny człowiek.

Według dokumentów IPN w 1947 roku został zarejestrowany przez Wydział I WUBP (Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego) jako TW „Zdzisławski” i był wykorzystywany przez UB do 1964 roku. Przynajmniej od 1956 roku współpracował z I i II departamentem MSW. Wg zachodnich dokumentów inwigilował swoją żonę i byłą teściową żony (matkę cc „Jarmy”, Olgę Kochańską, zamieszkałą w USA), rozpracowywał środowiska polonijne w USA i Międzynarodowe Targi Poznańskie. Na emeryturę przeszedł w 1977 roku.

Dalej:
-w sierpniu 1984 członek Obywatelskiego Komitetu Obchodów 40 rocznicy Powstania Warszawskiego,

-należał do grupy inicjatywnej utworzenia Muzeum Powstania Warszawskiego,

-w składzie Rady Honorowej Budowy Muzeum Powstania Warszawskiego,

-współorganizował Związek Powstańców Warszawy i do dziś jest jego PREZESEM Zarządy Głównego

-od 1.12.2004 członek Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari


Dostał awans na stopień generała brygady w stanie spoczynku 7 maja 2005 roku za rządów premiera Marka Belki z SLD i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Kogo oni wówczas awansowali ? Żołnierza AK czy swojego lojalnego TW ? Wielu myśli, że jednak swojego TW z szyldem zasług żołnierza AK i uczynili to dla potrzeb propagandowych aby wielu oszukać jacy to z nich demokraci!

Informacje o p. Zbigniewie Ściborze-Rylskim są do wglądu w IPN - sygnatura akt AIPN, 00945/2125, Teczka personalna TW „Zdzisławskiego” (Zbigniewa [Scibora]-Rylskiego).

Każdemu pozostawiam do osądu postawę p. Ścibora-Rylskiego i niech każdy odpowie sobie na pytania:

-co powiedzieliby jego koledzy i podwładni, którzy przysięgali lojalność Polsce po grób i nigdy nie poszli na współpracę z wrogami Polski i Polaków a dzis leżą w wielu miejscach w dołach śmierci jak ci na „łączce” na terenie cmentarza na Powązkach w Warszawie ?

-jaką ocenę dostałby od swoich przełożonych za swoją powojenną postawę: pochwałę, medal czy rozstrzelanie, czy jego postawa nie jest to zdrada ideałów AK i wolnej Polski ?

-czy on ma moralne prawo pouczać Polskich Patriotów jak należy się zachowywać w obliczu terroryzujących ich, oszukujących i kłamiących przeciwników?

-czy jego słowa w dniu 1.08.2012 są słowami wolnego Polaka czy też osoby całkowicie uzależnionej od rządzących w Polsce postkomunistów ?

-czy nie jest to tragiczne, że rzekomo w wolnej Polsce Prezesem Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawy jest były TW UB ?

Niedawno na jednym z for przeczytałem:
(...)

Zauważcie, że w Polsce najlepiej żyje się zdrajcom i oprawcom Polaków. Tak nie jest w żadnym demokratycznym państwie na świecie. Oni mają najwyższe emerytury i spokoje życie do końca swoich dni i tak samo jest z ich potomkami.

(...)

Jest w tym wiele prawdy i to trzeba zmienić jeśli mamy nazywać Polskę wolnym, niepodległym i sprawiedliwym krajem, a buczeniem na naszych prześladowców niewiele zmienimy ich trzeba w czasie wyborów wyrzucić do śmietnika historii.

Jak dotychczas to ciągle oni próbują byc nauczycielami nowych pokoleń Polaków.

http://blogmedia24.pl/node/59369

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 16 sie 2012, 07:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Żaryn: Katyń zemstą za wygraną Bitwę Warszawską

Z dr. hab. Janem Żarynem, historykiem, prof. UKSW i byłym doradcą prezesa IPN, rozmawia Marta Milczarska

Jakie znaczenie w historii Polski i Europy miała bitwa, która rozegrała się na przedpolach Warszawy, stoczona 13-25 sierpnia 1920 roku?

- Przede wszystkim, jak wiadomo, Bitwa Warszawska uratowała Polskę, czyli naszą młodą niepodległość. Co więcej, nastąpił przyśpieszony proces budowania nowoczesnego Narodu obejmującego wszystkie wartości społeczne. Patriotyzm głęboko zakorzenił się i stał się powszechny. Również bitwa ta miała olbrzymie znaczenie międzynarodowe, które szczególnie powinniśmy podkreślać, bo bez wątpienia rewolucja bolszewicka w planach swoich miała zajęcie Europy. I wiemy o tym nie tylko z racji wojny 1920 roku, która zakończyła się klęską tego planu. Ale jednocześnie faktem jest, że powracano do niego na terenie Związku Sowieckiego i w Międzynarodówce Komunistycznej. Ta drzazga w postaci przegranej bitwy tak mocno tkwiła w mózgach władz totalitarnych Rosji bolszewickiej, że nie bez przyczyny uważa się, że Katyń i wymordowanie naszych polskich żołnierzy było zemstą Stalina za rok 1920. I to warto i trzeba przypominać. Trzeba również zaznaczyć, nie jest pusty frazes, że de facto uratowaliśmy Europę. Wielu w Europie i w Stanach Zjednoczonych, nawet intuicyjnie, zdawało sobie sprawę, że jest to wydarzenie i bitwa, która mogła zaważyć na losach świata.

Potocznie Bitwa Warszawska z 1920 r. nazywana jest również Cudem nad Wisłą, to określenie zapisało się także w historii. Czy słusznie?

- Niewątpliwie w samym 1920 r. odczucia wielu Polaków, a szczególnie mieszkańców Warszawy, były jednoznaczne: to był cud. Biorąc pod uwagę tylko czynniki ludzkie, to rzeczywiście był to cud. Atak bolszewików był bardzo silny i było mało prawdopodobne, byśmy byli w stanie tę nawałnicę powstrzymać. Powszechnie także wiadomo, że Warszawę opuszczali przede wszystkim dyplomaci, niejako podpowiadając w ten sposób, że los tych zmagań może być tylko jeden – „klęska”. Z tej perspektywy modły niesione w kościołach warszawskich do Matki Bożej były modłami, które później w konsekwencji przyniosły cud.

Czyli jednak cud…

- Też… Bez wątpienia polskie dowództwo na czele z Józefem Piłsudskim dokonało wspaniałej pracy także od strony wywiadowczej. Ponieważ, jak wiadomo, polscy żołnierze wywodzący się z różnych armii potrafili złamać szyfry bolszewickie i w związku z tym potrafili rozpoznać te główne kierunki uderzeń, co bardzo pomogło w podejmowaniu strategicznych decyzji. No i w końcu kolejny czynnik mający wpływ na taki wynik bitwy to: doskonali dowódcy. Wymienić tu należy generała Tadeusza Jordana-Rozwadowskiego, który musiał przez te dni ataku na Warszawę przetrzymać najcięższe boje. To wtedy właśnie zginął ksiądz Ignacy Skorupka. To wtedy wydawało się, że pęknie ten wał obronny, zanim nadejdzie pomoc, który rzeczywiście spowodował olbrzymie zaskoczenie w armii radzieckiej i ucieczkę. A która została zatrzymana dopiero przy kolejnej niemeńskiej bitwie, równie ważnej, choć mniej w naszej świadomości funkcjonującej, zakończonej polskim zwycięstwem. To ostatecznie pogrzebało szanse na powrót bolszewików.

Naczelny Wódz Marszałek Józef Piłsudski, generał Tadeusz Jordan-Rozwadowski - to dzięki nim Polska zachowała niepodległość?

- Chciałbym wspomnieć co najmniej dwóch generałów, których autorytet miał bardzo ważny wpływ na przebieg tej bitwy. Mam na myśli generała Józefa Hallera, dowódcę Armii Ochotniczej, Błękitnej Armii. Fakt, że był dowódcą wojsk zwycięskich, czyli francuskich z I wojny świtowej, rzutował mocno na jego autorytet wśród żołnierzy. I to właśnie pod jego skrzydłami zaczęli gromadzić się ochotnicy. I oczywiście bardzo ważne miejsce w tej strategii obronnej zajmowała północna część warszawskiego przedmurza, czyli Modlin, Nowy Dwór Mazowiecki, i to z kolei było chronione i bronione przez młodego generała Władysława Eugeniusza Sikorskiego, niewątpliwie bardzo zdolnego oficera polskiego. Ma on tutaj swoją wielką zasługę, że armia bolszewicka nie przedarła się na drugą stronę Wisły i nie poszła tym samym śladami Paskiewicza, tak jak to było niegdyś w wojnie polsko-rosyjskiej 1831 roku, kiedy to Warszawa okazała się bezbronna od strony Woli, mazowieckiej, płaskiej części lądu polskiego.

Oczywiście warto też wymienić wielu innych polskich dowódców, m.in. tych, którzy związali armię Budionnego. Jak wiemy, marszałek Tuchaczewski spodziewał się pomocy właśnie z tamtej strony znad Lwowa. No i bez wątpienia tak jak zacząłem od nazwiska Piłsudskiego, tak trzeba i zakończyć przypomnieniem jego wielkości, bo bez wątpienia podejmował największe ryzyko w swoim życiu, cały swój autorytet i wiedzę rzucił na szalę, jak się wydawało, bardzo niepewnej decyzji, czyli skierowania wojska nad Wieprz i pozostawienia Warszawy na nie tyle pastwę losu, co na siłę obronną armii dowodzonej przez generała Rozwadowskiego.

Jak zwycięska dla Polski Bitwa Warszawska jest oceniana przez historyków w Europie i w Rosji?

- Niewątpliwie bitwa należy do tych najważniejszych bitew w dziejach nowożytnych i jako 18. bitwa świata znajduje się w kręgu badawczym najważniejszych historyków europejskich. Z kolei z tego, co wiem, ze strony Rosji mamy do czynienia z całym wachlarzem stanowisk, tych, które zajmują się doszukiwaniem polskich zbrodni w związku z wojną w 1920 roku. Aczkolwiek są też bardzo rzetelne opracowania historyczne z historii wojskowości. No więc niewątpliwie te najbardziej znane książki, również tłumaczone na język polski, opowiadają o tejże bitwie, ale także o całej wojnie i to z perspektywy militarnej, ale i politycznej, czyli załamania się planu Trockiego - rewolucji permanentnej. W związku z tym przetasowań, które następowały w partii bolszewickiej i które ostatecznie doprowadziły do tego, iż przegrała koncepcja internacjonalistycznego marszu armii podtrzymującej w każdym regionie Europy ten „lumpen” proletariacki niejako oczekujący na możliwość dokonania zemsty na wyzyskiwaczach. A wygrała koncepcja związania niejako doktryny rewolucji bolszewickiej z dotychczasowymi doktrynami imperialistycznymi carskiej Rosji. Niewątpliwe wojna z 1920 roku w dużej mierze przyczyniła się do takiego rozwoju tej bolszewickiej koncepcji panowania.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... awska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 25 sie 2012, 06:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Nie będzie "raportu Rylskiego"

Z dr. Władysławem Bułhakiem, zastępcą dyrektora Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler


Jak to się stało, że zajął się Pan teczką gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego?
- W zasadzie zajmuję się Departamentem I MSW, czyli wywiadem PRL. A tam tylko marginesowo przewija się sprawa pana generała, na zasadzie takiej, że na przełomie lat 50. i 60. XX wieku była koncepcja wykorzystania go w pewnej operacji wywiadowczej skierowanej przeciwko polskiej emigracji politycznej w USA, operacji ostatecznie niezrealizowanej. W swojej wypowiedzi dla "Rzeczpospolitej" usiłowałem, może zbyt obszernie, naświetlić trochę kontekst tej sytuacji. Dziennikarka z moich godzinnych odpowiedzi zrobiła luźne streszczenie, które niestety nie do końca precyzyjnie oddaje mój wstępny ogląd tej sprawy. Generalnie znam jedynie jej pewien wycinek, nawet nie wiem, jak duży. Widziałem bowiem na razie tylko teczkę (kopie mikrofiszy) dotyczącą pana generała, która odnosi się do działalności wywiadu i kontrwywiadu PRL.


Ale w aktach nie ma pełnej deklaracji o współpracy?
- Powiedziałem dokładnie, że w tej teczce, którą widziałem, nie ma takich deklaracji, ale to nie znaczy, że one nie istnieją. Nie można wykluczyć, że tego rodzaju materiały mogą znajdować się w dokumentacji w Poznaniu. Ze znanych mi materiałów wynika bowiem, że owa "fraternizacja" pana generała z aparatem bezpieczeństwa PRL, nie rozstrzygając tutaj ostatecznie o jej charakterze, rozpoczęła się w stolicy Wielkopolski, w roku 1947. Zaznaczyć też należy, że kopia z mikrofiszy - z której korzystałem - w dużej części jest trudno czytelna. Są w niej jakieś dokumenty odręcznie pisane, których nie udało mi się odszyfrować. To nie jest taka prosta sprawa. Nie możemy na ten temat odpowiedzialnie się wypowiedzieć, nie mówiąc już o formułowaniu jakichkolwiek wartościujących sądów, nie znając wszystkich podstawowych dokumentów, a opierając się głównie na notatkach o sprawie TW "Zdzisławskiego" przygotowanych swego czasu przez ubeków z Poznania dla ich towarzyszy z centrali w Warszawie. Patrząc np. w sensie lustracyjnym, to nie byłoby wystarczające. Instytut ze swej strony zrobi wszystko, by komplet dokumentów w tej sprawie stał się możliwie szybko dostępny, zarówno dla historyków, jak i dziennikarzy. Także w IPN znajdą się zapewne badacze, dla których ten temat będzie interesujący i będą go badać, ale na pewno to nie będą badania, po których Instytut wyda komunikat i zajmie oficjalne stanowisko. Nie będzie zatem żadnego "raportu Rylskiego". Będą natomiast zapewne liczne publikacje prasowe, a później naukowe.


Generał nie wyparł się jednak współpracy.
- To prawda. To bezsporny fakt, że on się z tymi ubekami spotykał i coś załatwiał, i oni mu załatwiali, np. przyśpieszali wydanie paszportu. Po ludzku chyba też go po prostu lubili. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że chodziło głównie o to, że on prowadził jakąś działalność gospodarczą i w tym niszczącym wszelką przedsiębiorczość systemie potrzebował "ochrony", po rosyjsku nazywa się to "krysza". Płacił oczywiście za to jakąś cenę, której nie jesteśmy dziś w stanie określić. Ale, zaznaczam, to jest tylko taka moja robocza hipoteza. Żeby ją zweryfikować, trzeba przeczytać wszystkie dostępne materiały i wysłuchać relacji samego zainteresowanego i innych żyjących świadków.


Generał tłumaczy, że współpracował, "aby wyciągać informacje od drugiej strony".
- Oczywiście były dość liczne próby infiltracji struktur władzy komunistycznej, w tym aparatu represji, przez odpowiednie służby podziemia niepodległościowego, zwłaszcza w okresie tużpowojennym. Ludzie Ci brali na siebie olbrzymie ryzyko. W większości wykrytych przez UB przypadków kończyło się to bezwzględnie wykonaną karą śmierci. W tej konkretnej sprawie mamy tylko wstępną relację pana generała.


Jakie wnioski na przyszłość można wyciągnąć z tej smutnej sprawy?
- Badając przechowywane w IPN teczki odnoszące się do różnych bohaterów II wojny światowej, np. żołnierzy AK, natykamy się niekiedy na takie czy inne dowody współpracy z komunistycznym aparatem represji. W takich sytuacjach jesteśmy jako historycy i jako ludzie właściwie bezradni, ponieważ jedyna wersja sprawy, jaką dysponujemy, to często zapis protokołu przesłuchania, odręczny donos czy notatka ubeka (często słabo piśmiennego) ze spotkania z informatorem. Większość ludzi, których to dotyczy, już nie żyje albo jeżeli nawet żyją, to traktują to jako wstydliwy element swojego życiorysu i nic nie chcą o tym mówić. Gdy tymczasem ludzie i organizacje w różnych okresach stosowali różne taktyki i strategie obronne. Dlatego chcielibyśmy, żeby przy okazji tej dosyć przykrej sytuacji związanej z generałem Ściborem-Rylskim do szerszej świadomości publicznej dotarła informacja, że w ustawie o IPN jest zapis artykułu 35 b, który mówi - w skrócie - że każda osoba zamieszana w jakąś formę współpracy z aparatem represji może złożyć relację swoją czy innych świadków; własne dokumenty czy kopie dowolnych materiałów naświetlających sprawę. Zapis ten uczyniono po to, aby nas jako historyków nie zostawiać wyłącznie z dokumentami wytworzonymi przez UB/SB na potrzeby UB/SB. Na razie niestety wspomniany przepis pozostaje w zasadzie martwy.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... kiego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 08 wrz 2012, 10:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Kto przeprosi za Roosevelta

W poniedziałek Amerykanie odtajnią dokumenty dotyczące - jak wynika z zapowiedzi - szeroko traktowanej kwestii zbrodni katyńskiej. Nie spodziewam się rewelacji.

W aspekcie odnoszącym się do polityki Stanów Zjednoczonych w schyłkowym okresie II wojny światowej zapewne potwierdzi się to, co już i tak wiemy: dobre rozeznanie prezydenta Franklina Delano Roosevelta co do rzeczywistych sprawców zbrodni, a zarazem dążenie do całkowitego wyciszenia tej kwestii. Według prognoz ekspertów z Departamentu Obrony, wojna z Japonią mogła przeciągnąć się nawet do lat 50. i kosztować Stany Zjednoczone ponad milion ofiar.

W tym kontekście kwestią kluczową było wejście do niej Związku Sowieckiego, przejęcie części wysiłku wojennego na frontach dalekowschodnich przez Armię Czerwoną. Podnoszenie sprawy katyńskiej, wskazywanie na ZSRS jako jej sprawcę mogło to zaangażowanie Sowietów przeciw Japonii utrudnić, a nawet uniemożliwić.

Dlatego zarówno po linii dyplomatycznej, jak i wywiadu wojskowego wydane zostało rozporządzenie o bezwzględnym ucinaniu w zarodku wszelkich prób podniesienia kwestii odpowiedzialności ZSRS za zbrodnię katyńską.

Pułkownikowi armii Stanów Zjednoczonych Johnowi van Vlietowi, który znalazł się w Lesie Katyńskim w gronie grupy jeńców anglosaskich, po powrocie do kraju zakazano dzielić się swoimi spostrzeżeniami, jednoznacznie wskazującymi na prawdziwych sprawców masakry.

Z kolei pułkownik Henry Szymański, oficer łącznikowy armii amerykańskiej przy 2. Korpusie Polskim we Włoszech, otrzymał naganę za przekazywanie informacji o mordzie katyńskim. Na osobiste polecenie prezydenta Roosevelta specjalny przedstawiciel Stanów Zjednoczonych na Bałkanach Julius Earl Schaefer musiał zrezygnować z publikacji zebranych przez siebie istotnych materiałów dotyczących dokonanego w Lesie Katyńskim ludobójstwa.

Liczyło się nade wszystko szybkie zwycięstwo w wojnie, oszczędzenie krwi amerykańskich żołnierzy; moralne koszty takiej postawy zdawały się bez znaczenia. Czy i na ile udostępniana po dziesięcioleciach dokumentacja uściśli i uszczegółowi te ustalenia?

Z pewnością co najmniej je potwierdzi. Wiemy, iż w trakcie procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, na polecenie Waszyngtonu przedstawiciel Stanów Zjednoczonych w Trybunale spowodował, że wątek katyński został po cichu wycofany. Zgłosił go do porządku obrad jako "ludobójstwo niemieckie" Związek Sowiecki, ale na etapie wstępnych przesłuchań wykazano wadliwość (kłamliwość) wniosku. Byłoby interesujące, jak tym razem administracja prezydenta Harry´ego Trumana sama przed sobą uzasadniała takie postępowanie.

Stany Zjednoczone odstąpiły od taktyki przemilczania zbrodni katyńskiej w 1951 r. (Wielka Brytania w 2003!). Wówczas to Izba Reprezentantów Kongresu powołała specjalną komisję "w celu przeprowadzenia pełnych i całkowitych badań zbrodni katyńskiej", zwaną od nazwiska jej przewodniczącego komisją Raya Maddena. Istnieje domniemanie, że miało to związek z pogłoskami, iż jeńcy amerykańscy są w Korei rozstrzeliwani, a nawet że Koreańczycy korzystają przy tym z jakiegoś filmu instruktażowego nakręconego przez NKWD w 1940 r. w Lesie Katyńskim. Zapewne uzyskamy wreszcie możliwość zweryfikowania tej hipotezy.

Pozostaje jeszcze inny aspekt problemu. Czy i kiedy administracja amerykańska choćby li tylko rozpatrywała kwestię przeproszenia Narodu Polskiego, ewentualnie rządu RP na wychodźstwie w Londynie, za postawę zajętą przez Roosevelta w kwestii zbrodni katyńskiej. Czy któryś z prezydentów, np. kierujący się nie tylko interesem politycznym, ale i zasadami moralnymi Ronald Reagan, widział taki problem?

Prof. Wojciech Materski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... velta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 06 paź 2012, 16:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Jerzy Buzek zyciorys

Jerzy Buzek został zwerbowany przez Wywiad Wojskowy PRL w 1971 roku, przed wyjazdem na stypendium naukowe do Wielkiej Brytanii (1971-72r). Pierwszym zadaniem agenta było zdobycie dla Układu Warszawskiego najnowszych technologii utylizacji gazów bojowych. Po powrocie do kraju, w końcu 1972 roku, Jerzy Buzek złożył stosowny raport.

Jerzy Buzek posiadał minimum 3 “teczki” , pierwszą, gdy był rozpracowywany – przymuszany do współpracy “Docent”, drugą założył Wywiad, trzecią Służba Bezpieczeństwa, nadając kryptonim Tajny Współpracownik (TW) “Karol”. Natomiast w ramach każdej z wymienionych, występowały m.in. teczka personalna oraz teczka pracy tzw. operacyjna.

Ubek , Jerzy Buzek

Po strajkach sierpniowych 1980 roku Jerzego Buzka skierowano do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność”. Najpoważniejszym sukcesem agenta TW “Karol” stały się działania manipulacyjne podczas I-szego Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ “Solidarność” w Gdańsku, gdzie jako współprowadzący obrady m.in. doprowadził do uchwalenia słynnej Odezwy do Narodów Europy Środkowo-Wschodniej.

Charakterystyczną rolę Jerzy Buzek odgrywa w aresztowaniu przywódców Śląskiego podziemia solidarnościowego. Poznaje wyjątkowo lokal, w którym ukrywa się Tadeusz Jedynak. Wkrótce zostaje w nim aresztowany tenże lider władz regionalnych i krajowych. Następnie Jerzy Buzek poznaje mieszkanie, w którym ukrywa się następny szef regionalnych struktur “Solidarności”- Jan Andrzej Górny. Po kilku godzinach lokal okrąża ogromna liczba samochodów SB oraz cywilnych i mundurowych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa PRL. Poszukiwanego przez 7 lat listem gończym Prokuratury Wojskowej czołowego działacza podziemnych struktur, w tym Komisji Krajowej NSZZ “Solidarność” aresztowano… bez rewizji lokalu !

Jerzy Buzek niezauważony, z torbą pełną związkowych pieniędzy, bez kłopotu opuszcza po kwadransie “kocioł”. Nie znany jest w dziejach podziemia przypadek (a tym bardziej na “czerwonym” Śląsku), by przy tak ważnym aresztowaniu Służba Bezpieczeństwa nie dokonywała gruntownej rewizji i “zabezpieczenia” lokalu. Jedynym, który skorzystał na powyższych aresztowaniach był Jerzy Buzek, który jako „doradca” zaczął “nieformalnie” reprezentować Górny Śląsk w pracach krajowego kierownictwa (TKK) “Solidarności”

Za powyższe zasługi oraz przekazanie dokumentów władz podziemnej “Solidarności” agent TW “Karol” otrzymał od Służby Bezpieczeństwa 7000 USD .Równowartość ówczesnych ok. 350 pensji !

Jerzy Buzek nigdy nie został aresztowany, czy nawet internowany, choć już od roku 1981 z racji jawnej działalności w legalnej NSZZ “Solidarność”, był doskonale znany Służbie Bezpieczeństwa. Mało tego, 10 razy wyjeżdżał do krajów kapitalistycznych. Jest to również wypadek wśród działaczy opozycji bez precedensu. Tym bardziej, że na Śląsku szalał największy komunistyczny terror.

Pozdrawiam Wszystkich

Archiwum X

http://top1-1.com/jerzy-buzek-zyciorys/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 28 paź 2012, 13:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Miejsce prawdy

Ewa Polak-Pałkiewicz

Pominięcie udziału Polski w zwycięstwie nad Niemcami w przemówieniu prezydenta Rosji 9 maja oraz gorączkowe zabiegi prezydenta Kwaśniewskiego i jego ekipy, by uznać ten fakt za rzecz normalną, oczywistą, wskazuje, że istnieją pewne poważne aspiracje w naszej części świata, by rządzić narodami, ignorując, a nawet depcząc prawdę. Prawda historyczna jest niewygodna. Prawda o faktycznym udziale Polski w II wojnie światowej, prawda o pakcie Ribbentop-Mołotow oraz o okupacji Polski i krajów nadbałtyckich przez Związek Sowiecki – ma obecnej władzy na Kremlu, i wszystkim jej wasalom, przeszkadzać w realizacji jakichś ważnych celów. Historyczny fakt, poświadczony setkami tysięcy polskich grobów rozsianych po całym świecie, że walczyliśmy nie szczędząc własnej krwi, jest nieistotny nawet dla osoby, która złożyła przysięgę, że będzie służyć Polsce. To przesunięcie prawdy na miejsce pod schodami, ukrywanie jej, wyśmiewanie jej de facto ujawnia aspiracje do posiadania władzy, która się nie należy. Polityk, który ma czyste intencje, nie próbuje wszelkimi sposobami zasypywać prawdy w leśnym dole; on współpracuje z prawdą. Wie, że prawda będzie jego sojusznikiem w zdobywaniu ludzi, w zapewnianiu sobie szerokiego poparcia dla własnej wizji rządów. Rządy ludzi ignorujących prawdę to rządy wbrew prawdzie. Sukces takich rządów może być tylko doraźny. A i ten może drogo kosztować narody. Ktoś, komu nie odpowiada prawda, jest kimś, komu nie odpowiada człowiek. On potrzebuje innego człowieka, innego narodu, innego społeczeństwa, będzie więc dążył wszelkimi sposobami do zmiany, do wyhodowania u siebie specjalnej odmiany człowieka. Historia Rosji – o czym już w połowie XIX wieku pisał markiz de Coustine – jest historią prowadzenia na szeroką skalę takiej hodowli. W związku z wasalnymi gestami naszego prezydenta, jego otoczenie i dyspozycyjni publicyści próbowali wmawiać wszystkim, że cała sztuka w naszej polityce wobec Rosji polegać ma na uwzględnieniu specyficznej rosyjskiej mentalności. W mentalności człowieka z tego obszaru ma nie być miejsca na prawdę i my, Polacy, musimy to uszanować.

Ciekawe, w jaki sposób ta koncepcja spotyka się z inną – zakorzenioną w kulturze i tradycji judaizmu – że nieistotna jest prawda, lecz sposób mówienia o niej, przekaz, który może być projekcją czyjejś wyobraźni, wyrazem pragnień, dążeń, ambicji.
Wydaje się, że instytucja o tak rozległych możliwościach, a tak znikomych osiągnięciach w batalii o całą prawdę historyczną o dziejach najnowszych jak Instytut Pamięci Narodowej – który w swoich zasadniczych przedsięwzięciach tak kluczy, tak grzęźnie – realizuje te właśnie koncepcje. Nie prawda, lecz czyjaś koncepcja prawdy jest ważna, nie znajomość faktów, lecz to, co jest zlepkiem różnych jakościowo wspomnień, podyktowanych emocjami lub doraźną polityką relacji, a co nazywa się umownie pamięcią, ma być punktem odniesienia dla oficjalnej wykładni politycznej.
Na to wszystko nakłada się transmisja mediów, niosąca, z natury rzeczy niekompletny, wybiórczy obraz prawdy. Mediów, które stanowią tak wielką pokusę i doskonały instrument w rękach ludzi chcących sprawować władzę, do której nie mają moralnego prawa, którą zdobywają metodą kłamstwa.

Ale historia trwa i rozwija się – i tu rządzących bez moralnego prawa do władzy czeka niespodzianka – całkowicie wbrew zamysłom ludzi tak kalkulujących. Mechanizmy historii nie są tak proste, jak chcieliby tego technokraci, i nie są tak zawiłe, jak wymarzyli sobie ideolodzy, o czym przekonuje chociażby historia pontyfikatu Jana Pawła II i towarzyszące jej wydarzenia na świecie. Człowiek pozbawiony prawdy buntuje się, on całym sobą potrzebuje i żąda jej. On ją rozpoznaje, nawet gdy ukryta jest pod maskami i przebraniami.
Próbą przenicowania historii, przetransponowania jej na ideologiczną wizję dziejów są ostatnie efektowne eseje Adama Michnika w Gazecie Wyborczej, zrównujące w ocenie moralnej rządy rewolucji francuskiej z czasami tzw. restauracji, gdy na krótko Francją rządzili królowie z dynastii Burbonów – a wszystko to zarejestrowane oczami utalentowanego prozaika, antyklerykała, liberała i bonapartysty – Stendhala i przedstawione, bardzo czytelnie, jako przestroga „intelektualisty” – może też „artysty” – przed moralną odnową państwa polskiego, którą zapowiadają przywódcy Prawa i Sprawiedliwości. Znakomitą polemikę z tą tezą napisał Stefan Niesiołowski, przywołując przemilczane przez naczelnego GW fakty historyczne i dając rzetelny wykład o istocie rewolucji – każdej rewolucji – i jej twórcach, a w każdych czasach – także w czasach Hitlera, które nic nie miały wspólnego z rządami konserwatystów – byli to ludzie stanowiący zaprzeczenie prawdziwej elity, fanatyczni ideolodzy, demagodzy wspierani uzbrojonymi mętami społecznymi, zdegenerowaną żulią. Obrona rewolucji – choćby à rebours, przez zohydzanie obrazu tego, co nastąpiło po rewolucji, a co było leczeniem ran po niej – w czasach, gdy toczy się wciąż na świecie walka o pełną świadomość historii, gdy podręczniki szkolne pełne są krętactw, półprawd i przemilczeń o losach ostatniej wojny, gdy politycy mocarstw europejskich boją się jak ognia prawdy o komunizmie sowieckim, o podbojach dokonywanych przez Rosję, o ofierze złożonej przez osamotnioną w czasie wojny i zdradzoną tuż po jej zakończeniu Polskę – to wątpliwe świadectwo współpracy z prawdą, to ukłon w stronę ideologii.

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 0521&nr=26


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 13 lis 2012, 15:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Dmowski nie był faszystą

Jako piłsudczyk mam odmienne spojrzenie na wiele kwestii niż Roman Dmowski - największy polityczny przeciwnik Komendanta. Doceniam jednak jego sposób myślenia, szanuję głoszone przezeń poglądy i widzę w nim wielkiego patriotę.
Dlatego stanowczo protestuję przeciw określaniu go mianem faszysty i przypisywaniu mu opinii, których nigdy nie formułował. Jest to niezgodne z prawdą tzw. dorabianie gęby człowiekowi, który całe życie poświęcił Polsce i nigdy nie sprzeniewierzył się zasadom tolerancji. A to, że miał krytyczne zdanie wobec Żydów nie obniża jego oceny, podobnie gdyby nie lubił Francuzów, Niemców, Rosjan, czy Ormian.
Ostatnie, bardzo ostre wypowiedzi, jakich udzielili na temat Dmowskiego Janusz Palikot i Leszek Miller są równie nieuprawnione jak krzywdzące. Należy je traktować jako dowód całkowitego niezrozumienia przez obu tych polityków istoty poglądów przywódcy obozu narodowego w dwudziestoleciu międzywojennym.
Uleganie fałszywym stereotypom nie przystoi liderom partii, które pretendują do odgrywania znaczącej roli na polskiej scenie politycznej.

http://bukojer.salon24.pl/463628,dmowsk ... l-faszysta


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 07 gru 2012, 08:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Leszek Żebrowski o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ



http://blogpress.pl/node/15152
[ Coś, "Co każdy chłopiec wiedzieć powinien" ]

„Brygada Świętokrzyska Narodowych Sił Zbrojnych to temat, jak zresztą wszystkie którymi się zajmuję, uważany za kontrowersyjny. Choć tu żadnych kontrowersji nie ma. Nie ma żadnych tajemnic. Brygada była jednak przez kilkadziesiąt lat symbolem hańby, zdrady narodowej, współpracy z Niemcami, wszystkiego co najgorsze. I tak jak NSZ był opluwany przez komunistów, Brygada była czymś jeszcze gorszym, najgorszym z najgorszych” – powiedział historyk Leszek Żebrowski podczas spotkania w Fundacji Republikańskiej.

„Płk Antoniego Szackiego ps. „Bohun”, dowódcę Brygady, próbowano postawić w jednym rzędzie ze zbrodniarzami niemieckimi. Otrzymał numer zbrodniarza wojennego; został postawiony w stan oskarżenia; wielokrotnie ponawiane były próby jego zabójstwa czy porwania. W związku z tym musiał wyemigrować do Ameryki. Natomiast cała sprawa montowana przeciw niemu, była wymierzona w Brygadę, w NSZ, a szerzej także w całe podziemie niepodległościowe, którego „Bohun” miał być symbolem” – mówił prelegent rozpoczynając swoje wystąpienie w wypełnionej po brzegi sali w FR.

Następnie powiedział o kluczowym z punktu widzenia badań dziejów Brygady, atakującym ją artykule w „Gazecie Wyborczej”, w którym zacytowano stalinowskiego funkcjonariusza twierdzącego, że w latach 1945-1948 dokumentował zbrodnie, jakich dopuścić się miała Brygada i sam „Bohun”.

„Zacząłem wtedy tego szukać i okazało się, że to jest. Część znajduje się w archiwum MSZ, część w Archiwum Akt Nowych. Te dokumenty pokazują w sposób niezbity jak przygotowywano takie akcje” – podkreślił Żebrowski i podał przykłady fabrykowania przez komunistyczny aparat dowodów rzekomych zbrodni Brygady.



„Płk „Bohuna” chciano postawić w rzędzie zbrodniarzy nazistowskich za rzekome organizowanie zabójstw Żydów na Kielecczyźnie. Byli przesłuchiwani Żydzi, którzy stracili bliskich. Protokoły ich przesłuchań miały być przesłane na Zachód jako dowody zbrodni Brygady Świętokrzyskiej. Te protokoły zachowały się w całości – tzn. nie tylko ostatnia ich wersja, ale wszystkie, jakie były. Najlepsza jest oczywiście pierwsza wersja” – zaakcentował historyk.

„Ci ludzie zeznają, co widzieli, co przeżyli, jak było. I mówią np. że w styczniu 1943 grupa osób narodowości żydowskiej w pewnej miejscowości na Kielecczyźnie została zamordowana przez partyzantów Gwardii Ludowej. Później śledczy zaczyna to drążyć. „Ale jak to GL, przecież to był NSZ!”. Światek na to: „No, ale to były miejscowe męty, Gwardia Ludowa”. W końcu jednak uległ pod presją śledczego i zgodził się, by wpisać NSZ jako sprawców. Pozostała jednak data: styczeń 1943. Ponad 1,5 roku przed powstaniem Brygady Świętokrzyskiej” – podkreślił Żebrowski.

„W tym zbiorze jest też korespondencja wewnętrzna z której wynika, że komuniści stwierdzili, iż mają taką dokumentację, że nie można jej wysłać na Zachód, bo to będzie kompromitacja władzy ludowej” – dodał, cytując fragment takiego pisma: „Tak się towarzysze nie da. Źle spreparowaliście dokumenty”.

„To na szczęście się zachowało, ale ile mamy spraw, w których zachowały się tylko ostateczne, już spreparowane wersje. Bardzo dużo. Teraz zaczynamy więc badania od początku” – powiedział prelegent.



W kolejnej części swojego wystąpienia mówił o źródłach dostępnych badaczom dziejów Brygady. Jak podkreślił, zachowały się dokumenty opisujące dzień po dniu działalność formacji m.in. rozkazy dzienne: „To zostało wywiezione przez Brygadę w 1945 roku. Znalazło się następnie w USA. W okolicach 2000 roku zostało przekazane do Fundacji Czynu Niepodległościowego w Krakowie”.

Żebrowski powiedział jednak, że nie zachowały się dokumenty z części operacyjnej. Jest jedynie kilkadziesiąt dokumentów z działalności zbrojnej – to, co szło w teren. Jest też trochę meldunków wywiadowczych.

„To co wiemy wystarczy jednak, aby Brygadę ocenić. Ona od początku walczyła na dwa fronty. Ideologia NSZ zakładała, że Polska ma dwóch wrogów. Nigdy nie było tak, że któryś wróg jest ważniejszy. Utrzymali tę linię do końca” – podkreślił prelegent.

„W 1940 roku ta taktyka była dyskutowana w artykułach pisanych przez Stanisława Piaseckiego. Pisał on, że naszą jedyną nadzieją jest to, że dojdzie do wojny pomiędzy naszymi okupantami. Piasecki przewidział, że wojna będzie trwała 5 lat, że stracimy elitę, ledwo tą wojnę przeżyjemy i zaznaczał, że najważniejszym celem jest ochrona substancji żywej narodu za wszelką cenę” – dodał.

Historyk podkreślił także, że w NSZ obowiązywał absolutny zakaz wykonywania akcji tam, gdzie straty mogą być większe, niż cele. Niemcy mordowali wówczas od 50 do 100 Polaków za jednego zabitego Niemca.

„Brygada Świętokrzyska powstała 11 sierpnia 1944 roku. Wtedy wyszedł pierwszy rozkaz płk „Bohuna” dotyczący objęcia dowództwa oddziałów partyzanckich. Dzień wcześniej wyszedł w tej sprawie dokument Rady Politycznej NSZ - Zachód” – mówił dalej Żebrowski.

„Według strategii NSZ w momencie wybuchu powstania powszechnego oddziały partyzanckie tej formacji mają iść na Zachód i zajmować tereny po Odrę i Nysę Łużycką. AK nie mogła tego zrobić, bo była związana ustaleniami z aliantami, a NSZ te ustalenia nie obowiązywały. Oni mieli iść i tworzyć fakty dokonane. W związku z tym wyruszyć miały trzy wielkie kolumny: pierwsza z Borów Tucholskich, druga z Kielecczyzny, a trzecia z południa Polski. Całe siły NSZ miały być ulokowane w tych kolumnach” - opowiadał gość FR.

„Prawdopodobnie było to uzgodnione miedzy AK i NSZ. Obie formacje nie rywalizowały. Jest dużo dokumentów świadczących o współpracy. To była współpraca praktyczna” – zaakcentował prelegent, przypominając, że sama Brygada Świętokrzyska współpracowała z radomskim, łódzkim i krakowskim okręgiem AK. 25 pułk piechoty AK mjr Rudolfa Majewskiego ps. „Leśnik” miał nawet wejść w skład Brygady. AK-owcy jednak nie zdążyli. Ruszył front, pułk pozostał, a mjr Majewski został aresztowany przez UB i stracił życie.

„W Brygadzie Świętokrzyskiej było 828 osób. Była to wielka jak na centralną Polskę jednostka partyzancka. Fenomenem Brygady jest utrzymanie takiego stanu przez długi okres czasu. Od początku do końca jest to jednostka, która rośnie w siłę i zdobywa uzbrojenie - głównie przez napady zbrojne na magazyny niemieckie” – podkreślił Żebrowski i opowiedział o działaniach, jakie poprzedzały powołanie Brygady.



Jak mówił historyk, w lipcu 1944 dowództwo 204 pułku NSZ objął płk Stanisław Nakoniecznikoff ps. „Kmicic”, który działając wcześniej na wcielonym do Rzeszy terenie północnego Mazowsza stworzył silną strukturę NSZ, do której przechodzili masowo żołnierze AK. W okresie jego działań na Kielecczyźnie żołnierze, którzy weszli następnie w skład Brygady, zostali bardzo dobrze wyszkoleni i uzbrojeni.

„Od sierpnia 1944 Brygada Świętokrzyska walczy z Niemcami oraz bandami komunistycznymi i tzw. partyzantką sowiecką” – mówił dalej prelegent, przypominając, że działania wymierzone w komunistów były w okresie PRL szczególnie zakłamywane i miały być jednym z argumentów o „faszystowskim” charakterze Brygady. Podał w tym miejscu przykład wydarzeń, do jakich doszło 8 września 1944 roku w Rząbcu.

„Oddział Brygady Świętokrzyskiej wpadł tam w zasadzkę zastawioną przez partyzantów Armii Ludowej z Tadeuszem Grochalem „Tadkiem Białym” na czele. AL-owcy palili żywcem pojmanych żołnierzy NSZ. Jeden z nich uciekł i sprowadził posiłki. Doszło do walki. Po stronie komunistów był oddział AL „Tadka Białego” oraz kilkudziesięcioosobowe zgrupowanie „partyzantki sowieckiej”” – powiedział Żebrowski.

„Dopóki nie nastąpiło ujawnienie dokumentów, przez kilkadziesiąt lat trwała mitologia, że Brygada napadła na żołnierzy AL i Sowietów walczących Niemcami i ich pozabijała (Sowietów, bo AL-owcy uciekli), działając w niemieckim interesie” - podkreślał.

„Potem dowiedzieliśmy się, czym była „partyzantka sowiecka”. Wyglądała w ten sposób, że w lipcu 1944 cichociemni sowieccy zrzucani ze spadochronami na Kielecczyźnie w grupie 12 osób na czele z kapitanem NKGB Iwanem Iwanowiczem Karanajewem, mieli zrealizować zadanie stworzenia na tych ziemiach brygady sowieckiej. Nie mogli jednak przejmować kadr Armii Ludowej. Mieli za to namiary na Sowietów służących w jednostkach pomocniczych SS. Byli to tzw. „czarni”, których Niemcy używali do pacyfikacji wsi. Jak trzeba było jechać na wieś, bo nie oddała kontyngentów, to jechali z największą przyjemnością, gwałcili kobiety, zdobywali dobra, palili i mordowali. I taka grupa bolszewików ze służby niemieckiej została przez Sowietów zaanektowana. Oni współdziałali z „Tadkiem Białym”” – mówił dalej historyk.

„Po ucieczce partyzantów AL i odbiciu uwięzionych przez nich żołnierzy NSZ, ci Sowieci dostali się do niewoli. W NSZ nie bardzo wiedzieli, co z nimi zrobić. Oni w nocy podnieśli bunt i chcieli uciec. Doszło do strzelaniny, w której zginęło 4 NSZ-owców i 68 bolszewików” – kontynuował.

„W propagandzie PRL i III RP mówiono, że Brygada Świętokrzyska napadła na ludzi walczących z Niemcami, a oni pacyfikowali polskie wsie na niemieckie polecenie. To były te „walki bratobójcze”, które zarzucano NSZ” – podkreślał Żebrowski.



Prelegent podkreślał, że do dziś na Kielecczyźnie są fałszujące historię pomniki z napisami „W tym miejscu oddział AL stoczył krwawy, zwycięski bój z oddziałami niemieckimi i NSZ”. Mówił też o nieznanych szerzej powodach wielu starć pomiędzy Brygadą a AL.

„Na Ziemi Świętokrzyskiej AL terroryzowała ludność cywilną. Napadali na dwory i wsie. Masowo gwałcili młode dziewczyny. Słynął z tego np. Czesław Borecki ps. „Byk”, „Brzoza”, po wojnie wysoki rangą funkcjonariusz UB. Tacy ludzie łapani przez żołnierzy Brygady byli rozstrzeliwani. Do dziś mówi się, że to były działania na rzecz okupanta, wojna domowa w podziemiu. A to był wymiar sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego. Te bandziory nie mogły co noc rządzić w terenie” – zaakcentował historyk. Opowiadał także o swoich wspomnieniach z badań dotyczących stosunku cywilów do Brygady.

„W latach 90. jeździłem z kpt. Kołacińskim „Żbikiem” po wsiach, w których stacjonował. Pytałem takiego starszego człowieka, jak to było. I on powiedział - że tu różni chodzili, i AK, i BCh, i ludzie prosili, by zrobili porządek. Przedwojenni bandyci należący do AL napadali, mordowali, gwałcili i rabowali. Dopiero „Żbik” zrobił z nimi porządek. Tam gdzie były przypadki morderstw i gwałtów – sprawców rozstrzeliwano, a ci, co rabowali byli batożeni. Powiedziano im, że jeśli następnym razem cokolwiek w okolicy zginie, to NSZ-owcy wrócą i ich zabiją. Potem do końca wojny był tam spokój” – przypominał prelegent. Następnie przeszedł do kwestii wymarszu Brygady na Zachód.

„W styczniu 1945 ruszył front. Naczelny Wódz gen. Sosnkowski wydał wówczas rozkaz mówiący o tym, że jednostki zwarte, których nie można rozformować, muszą przed frontem niemieckim przedostać się na Zachód, do Polskich Sił Zbrojnych. Rozkazy NSZ były następstwem tej decyzji. Z dużych jednostek tylko Brygada Świętokrzyska te rozkazy wykonała” – podkreślił Żebrowski.

„To, że Brygada szła na Zachód to nie był ewenement. W tamtym czasie przed bolszewikami ucieka między 1, a 2 mln ludzi – starowiercy z Rosji, Kozacy, Tatarzy, ludy kaukaskie, ludzie spod granicy fińskiej, „biali” Białorusini, Litwini, Łotysze” – zaakcentował.

„Początkowo Brygada, aby przedostać się przez front podjęła walkę z Niemcami. Nie było jednak możliwości przejścia w ten sposób. „Bohun” wydał więc rozkaz o stanie niewojowania z Niemcami, który miał pozwolić na swobodne przejście na Zachód” – mówił dalej historyk.

„Niemcy chcieli, aby Brygada wzięła udział w walce z Armią Czerwoną po niemieckiej stronie. Jako siła wojskowa się nie liczyła, ale chodziło o wymiar propagandowy. W ostatnich miesiącach wojny Niemcy całkowicie zmienili swoją retorykę. Pojawiły się ulotki mówiące, że bronią chrześcijańskiej Europy przed bolszewizmem. Zmiana ta przypominała propagandę sowiecką z 1941 roku, gdy w czasie zagrożenia niemieckiego Sowieci zaczęli odwoływać się do prawosławia” – przypominał Żebrowski.



„Brygada odmawia współpracy. Niemcy skierowali ją do Czech. Cały czas naciskali jednak na wysłanie grup dywersyjnych na front. Ostatecznie cztery grupy się tam udają. Zostają zrzucone z samolotów niemieckich” – mówił historyk, ale podkreślał, że NSZ-owcy zrobili to po to, by nawiązać łączność ze swoimi ludźmi znajdującymi się po drugiej stronie frontu i że żadna z wysłanych grup nie wykonała żadnego z niemieckich poleceń.

„Po wojnie dla komuny ta historia to był zarzut numer jeden. Nawet sądy Polski Ludowej nie były jednak w stanie znaleźć twardych dowodów na jakąkolwiek konkretną współpracę Brygady z Niemcami.
W uzasadnieniach wyroków wydawanych na żołnierzy Brygady wskazywano ich działalność w interesie niemieckim oraz rządu RP na uchodźstwie, chociaż te interesy były całkowicie sprzeczne” – mówił i podał przykład, z którego z kolei wytłumaczyć powinni się ci, którzy do dziś wysuwają wobec Brygady zarzuty rzekomej kolaboracji.

„Ulica Poznańska, 1944 rok. Miała wówczas miejsce wspólna akcja Abwehry, NKWD i wywiadu AL przeciw archiwum Delegatury Rządu RP na Kraj. 7 osób z Delegatury zamordowano. W akcji wzięli udział m.in. późniejszy PRL-owski generał Jerzy Fonkowicz i Wincenty Romanowski – po wojnie pułkownik śledczy Informacji Wojskowej, a także szwagier marszałka Żymierskiego. Archiwum składało się z dwóch części – antyniemieckiej oraz antykomunistycznej. Niemcy zabrali swoją część, a resztę Marian Spychalski wywiózł potem samolotem do Moskwy” – przypominał Żebrowski, wracając następnie do dalszych losów Brygady Świętokrzyskiej.

„W kwietniu 1945 roku Brygada rusza z Rozstani w Czechach. W pewnym momencie znaleźli się blisko amerykańskich wojsk gen. Pattona, z którymi nawiązali kontakt. Amerykanie zapewnili Brygadzie status jednostki alianckiej i dali dyspozycję, by brać do niewoli niemieckich oficerów. NSZ-owcy pojmowali kilku niemieckich generałów.” – mówił dalej historyk.

„Czeskie podziemie prosiło wówczas o pomoc w związku z obozem koncentracyjnym dla kobiet w Holiszowie. Tam było ok. 800 młodych kobiet - Żydówek, Polek, Francuzek, Rosjanek. Te kobiety były zamknięte w barakach, przygotowanych przez Niemców do podpalenia na wypadek amerykańskiego ataku. Więźniarki miały być spalone żywcem. Obóz został zdobyty przez żołnierzy Brygady, a kobiety uwolniono. Zachowały się przepiękne zdjęcia tych wyzwolonych kobiet z NSZ-owcami. Wiele z nich haftowało potem w podzięce dla „Bohuna” serca z napisami po francusku, żydowsku. Kilkaset z nich było następnie odprowadzonych przez Brygadę aż do Amerykanów” – powiedział.

„Do Amerykanów Brygada doszła 6 maja 1945 roku. Gen. Patton zagwarantował jej żołnierzom, że nie odda ich bolszewikom. Przyjechała bowiem komunistyczna misja żądająca wydania Brygady jako rzekomych zbrodniarzy wojennych” – dodał Żebrowski.

„Patton odpowiedział im jednak, że to są nasi sojusznicy i ich nie wydamy. Wypędził bolszewików i UB-ków. Gdyby było więcej takich Amerykanów, to powojenna Europa wyglądałaby inaczej” – zaakcentował.


Jak mówił dalej historyk, 14 maja defiladę Brygady Świętokrzyskiej przyjął przedstawiciel gen. Andersa, ppłk Mazurkiewicz. A w wygłoszonym wówczas przemówieniu dziękował jej żołnierzom, podkreślając wielkie uznanie dla ich walki. Grupy żołnierzy Brygady przedostały się następnie do gen. Andersa. Anglicy nie zgodzili się jednak na przemieszczenie całej Brygady do Włoch, nie chcąc wzmacniać polskiego wojska podległego rządowi RP na uchodźstwie.

„Dzieje Brygady Świętokrzyskiej są tym epizodem w dziejach polskiej konspiracji, który absolutnie nie przynosi nam wstydu” – powiedział na zakończenie tej części swojego wystąpienia Leszek Żebrowski.

W czasie dyskusji z publicznością dotyczącej Brygady, prelegent m.in. porównywał obrzęd składania przysięgi przez żołnierzy NSZ i Armii Ludowej, mówił o tajemniczym kpt. „Tomie”, którego prawdziwa tożsamość do dziś pozostaje zagadką oraz odniósł się do kwestii udziału w Narodowych Siłach Zbrojnych żołnierzy pochodzenia żydowskiego.

„Nie znam innej niż NSZ polskiej konspiracji, w której Żydzi byliby na stanowiskach dowódczych” – stwierdził w tej części spotkania Leszek Żebrowski i podał klika mało znanych przypadków z historii polsko-żydowskich relacji okresu wojny i powojennego z NSZ w tle.

„Komendantem powiatu Sokołów Podlaski NSZ był mjr Stanisław Ostwind-Zuzga, polski Żyd, polski patriota. W grudniu 1944 aresztuje go NKWD. Kiedy został zidentyfikowany jako „czysty Żyd”, komuniści zaproponowali mu współpracę - przejście na stronę sowiecką z zachowaniem stopnia oficerskiego. Odmówił, stwierdzając, że jest polskim oficerem, że złożył przysięgę w Narodowych Siłach Zbrojnych i od niej nie odstąpi. Bili go, tłukli, został ostatecznie skazany na karę śmierci i w styczniu 1945 roku go zamordowano” – powiedział prelegent.

„Innym ciekawym przypadkiem jest Feliks Pisarewski, przedwojenny bokser klubu Makabi, podporucznik rezerwy WP, więzień Pawiaka. 20 października 1942 roku przedwojenni ONR-owcy odbili go z transportu z Pawiaka do Al. Szucha na rogu Pięknej (wówczas Piusa) i Marszałkowskiej. Akcji tej dokonał oddział kpt. Zacharewicza „Zawadzkiego”. Była to pierwsza akcja odbicia więźniów w Warszawie, dokonana w apogeum okupacji” – podkreślał.

„Pisarewski wstąpił potem do NSZ. Przyjaźnił się z kpt. Andrzejem Komorowskim, szefem Służby Cywilnej Narodu w Warszawie, bratankiem Tadeusza Komorowskiego „Bora”. Pisarewski dostał przydział do komendy okręgu Warszawa nr 1 jako oficer do specjalnych zleceń. Jego wolą było organizowanie pomocy dla więźniów Pawiaka. Jako, że był obrzezany, nie mógł bezpiecznie poruszać się po Warszawie. Dlatego też, na jego prośbę, koledzy z ONR załatwili mu operację maskującą. Po latach Pisarewski napisał książkę „Orły i reszki”, w której opisał swoje wspomnienia” – zaakcentował Żebrowski.


„W oddziale kpt. „Żbika” był żydowski lekarz, Julian Kamiński, który po wojnie pisał oświadczenia dla żołnierzy NSZ skazywanych na kary śmierci, o tym, że pomagali mu w czasie okupacji. I to ratowało im życie. Jak ktoś pomagał Żydom w czasie wojny, nie było kary śmierci, a zamiast 15 lat więzienia było 5 lat” – przypominał prelegent, wymieniając wiele takich przypadków.

„Julian Tuwim uratował w taki sposób prawnuka Cypriana Kamila Norwida, porucznika NSZ Kozarzewskiego. Łączniczka Brygady Świętokrzyskiej sądzona po wojnie w Katowicach dostała dożywocie. Gdy jej koleżanka Żydówka złożyła oświadczenie, że ją uratowała w czasie wojny, karę złagodzono do 7 lat. Komenda okręgu Częstochowa NSZ, sądzona w 1956 roku w „Stalinogrodzie”: jest kara śmierci dla komendanta okręgu. I wychodzą świadectwa pomocy Żydom. Nastąpiło zmniejszenie wyroku. Komendant przeżył, ale był tak katowany, że stracił zdrowie psychicznie” – kontynuował historyk.

„Por. Jerzy Karwowski szef pogotowia akcji specjalnej okręgu Bałtyk NZW, przedtem w oddziale kpt. Antoniego Kozłowskiego „Białego” w swoim gospodarstwie uratował ok. 40 Żydów. Po wojnie dostał 5 kar śmierci. Dzięki żydowskim oświadczeniom przeżył” – mówił dalej Żebrowski.

„To są historie polsko-żydowskie inne niż u Grossów. Takie historie powinniśmy wydobywać. Ja mam co najmniej kilkadziesiąt świadectw żydowskich mówiących o tym, że żołnierze NSZ ratują Żydów – i to często po kilkadziesiąt osób. Oni nie występowali później o dyplomy. Robili to bezinteresownie. Nie za pieniądze czy dla dyplomów” – zaznaczył.

„Niech pokaże teraz Miller, ile GL uratowała Żydów?! A ich świadectwa w drugą stronę są przerażające. Dowódca brygady GL na Ziemi Kieleckiej napisał w 1945 w życiorysie „Ślad naszej brygady był znaczony trupami kobiet i dzieci żydowskich”.
Kpt. Flis ps. „Maksym”, dowódca brygady lubelskiej GL napisał „Wstąpiłem do formacji, w której miałem się bić z Niemcami, a zajmowaliśmy się mordowaniem AK-owców, NSZ-owców i Żydów” – cytował historyk.

„Władysław Sobczyński-Spychaj, człowiek NKWD, po wojnie szef WUBP w Rzeszowie, później oddelegowany do Kielc przed „pogromem kieleckim”, w czerwcu, lipcu i sierpniu 1944 był odpowiedzialny za pogromy na Żydach. Po kilkudziesięciu Żydów ginęło w czasie akcji. Kazał się kobietom i dzieciom wcześniej rozbierać, żeby ubrania nie były pokrwawione” – mówił dalej Żebrowski.

„Co najmniej 200 Żydów zamordowało zgrupowanie Korczyńskiego na Lubelszczyźnie. W tym kobiety i dzieci. Dalej, operacja „Hotel Polski” w Warszawie. Najbogatsi Żydzi z Warszawy, ukrywający się przed Niemcami, dostawali gwarancje bezpieczeństwa, że zostaną za duże pieniądze przerzuceni na południe Francji. Pierwsze transporty faktycznie tam trafiły. Późniejsze skończyły w Auschwitz, a pieniądze zostały. W tej akcji współdziałał Bogusław Hrynkiewicz – oficer wywiadu NKWD w Warszawie, po wojnie pułkownik Ludowego Wojska Polskiego wraz z żoną. Kilka lat temu zmarł nieniepokojony przez nikogo. IPN prowadził śledztwo w tej sprawie. Dałem prokuratorowi namiary na wszystkie materiały dotyczące udziału komuny w zamordowaniu tych Żydów. Hrynkiewiczowie nie zostali nawet nigdy przesłuchani” – podkreślał.

„W tym wymiarze gruba kreska to nie tylko nietykalność dla sprawców zbrodni na Polakach, ale także dla zbrodni na Żydach” – dodał Żebrowski.

„Po 1945 roku były procesy żołnierzy AK i NSZ pod zarzutem mordowania Żydów. I równolegle prowadzono tajne postępowania prokuratorskie w tych samych sprawach, ale ze sprawcami z GL. Te śledztwa oczywiście były potem umarzane. A faktyczni sprawcy tych zbrodni zostawali potem sędziami, prokuratorami, generałami, ambasadorami….” – zaakcentował.
W kolejnej części spotkania, Leszek Żebrowski odniósł się do promowanego w ostatnim czasie przez główne media filmu „Pokłosie”.


„Byłem na pierwszym seansie w kinie Promenada. Osób na sali trzy, ze mną włącznie. Na filmie wytrzymałem do końca. Pomijając treść filmu, to jest tak denne, tak płaskie, że płaskostopie przy tym to jest fajnie zbudowana noga” – powiedział historyk, podkreślając, że film obejrzał w celu napisania recenzji dla „Naszego Dziennika”. Żebrowski przypomniał, że film ma być oparty na kanwie sprawy Jedwabnego. W związku z tym krótko powrócił do tej kwestii, podkreślając jak bardzo zmanipulowano narrację medialną na jej temat.

„Podstawą każdego śledztwa w takich sprawach jest ustalenie liczby ofiar i sposób zadania śmierci. Tu nie mamy ani prawdziwej liczby osób, ani wyjaśnienia przyczyny ich śmierci” - podkreślał.

„W czerwcu 1941 w spisie sowieckim Żydów w Jedwabnem jest 472, a liczba ta zmalała jeszcze, ponieważ część z nich uciekła z bolszewikami. Polacy mieli zaś spalić w stodole 1600 Żydów. Innym ważnym wątkiem jest kwestia tego, jak doszło do samego spalenia. Prof. Iwo Cyprian Pogonowski zlecił strażakom amerykańskim, żeby zbadali jak taka stodoła może zapłonąć. Amerykanie stwierdzili, że potrzeba było 200 litrów benzyny, a tam miało być jedynie 7 litrów nafty. Benzyna musiała więc zostać przywieziona. Według oficjalnej wersji Niemców tam jednak nie było. Naziści jacyś czasami przyjeżdżali, ale Niemcy nie” – streszczał głośną przed kilkunastoma latami sprawę.

„Śledztwo w tej sprawie było skandaliczne, robione po łebkach. Tak jak inne sprawy toczą się latami, tak tu szybko zamknięto dochodzenie. Ekshumację ofiar przerwano w momencie ustalenia, że w ciałach były kule” – dodał.

Historyk przypomniał też, że nigdy w sprawie zbrodni w Jedwabnem nie został przesłuchany niemiecki dowódca, który był na miejscu, a który już wcześniej dopuszczał się mordów na Żydach, że w śledztwie brano pod uwagę zeznania osób urodzonych już po wojnie, które opierały się o relacje osób trzecich, a odrzucano zeznania ludzi, którzy pamiętali tamte zdarzenia, że w miejscach, w których Polacy mieli zakopywać rzekomo poćwiartowanych przez nich Żydów nie odnaleziono żadnych ciał. Żebrowski podkreślił też, że w dniu zbrodni więcej Żydów znajdujących się w miasteczku przeżyło dzięki polskiej pomocy, niż faktycznie zginęło w pogromie. Polacy w swej większości wykazali więc postawę dokładnie odwrotną do tej, jaką im się zarzuca.

Prelegent odniósł się także do promowanej przez Annę Bikont z „Gazety Wyborczej” wersji mówiącej o represjach, jakich ze strony lokalnej społeczności miały doświadczyć dwie osoby, które rzekomo „wbrew woli większości” uratowały pojedynczych Żydów. Bikont pomija jednak to, że obie te osoby były z własnej inicjatywy współpracownikami UB, a w wyniku ich donosów bezpieka aresztowała kilkudziesięciu żołnierzy AK i NSZ. I to właśnie te donosy, a nie pomoc Żydom były, zdaniem gościa FR przyczyną agresji sąsiadów przeciwko tym ludziom.

Wracając do oceny samego filmu, historyk podkreślił, że przesłanie „Pokłosia” jest oparte o książki Jana Tomasza Grossa. A, jak przypominał Żebrowski, Gross m.in. myli świadków oraz cytuje fragmenty źródeł sprzeczne z własnymi tezami i w ogóle się do nich nie odnosi.

„Pierwszy dokument powojenny, który mówi o Jedwabnem to jest list Całki Migdał z Urugwaju. U Grossa Całka Migdał to jest kobieta. A to jest Calel Kahil Migdal, mężczyzna” – podkreślił prelegent.

„Film jest obrzydliwy w wymowie politycznej i moralnej” – podsumował obraz Pasikowskiego Leszek Żebrowski. Na zakończenie spotkania przypomniał także, że jeżeli już ktoś podnosi ciemne strony relacji polsko-żydowskich z okresu II wojny światowej, to należałoby także wspomnieć o udokumentowanych przypadkach mordów na Polakach, których dopuszczali się żydowscy partyzanci. Sprawy zbrodni w Koniuchach, Nalibokach, Świńskiej Woli, Rykach czy Brzezicy nie zostały jednak nigdy do końca wyjaśnione przez organy ścigania.

Więcej relacji: http://blogpress.pl/blogpress

Relacja: Piotr Mazurek (tekst), Bernard (film i zdjęcia), Margotte (zdjęcia).

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 02 sty 2013, 19:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Napiszmy historię POLSKI od nowa

Mamy dwie legendy podziemia niepodległościowego. Podziemie podczas II wojny światowej i podziemie solidarnościowe podczas stanu wojennego. Przykra prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było w 80 procentach rozpracowane przez policje polityczne.
=====================================

...kopie akt polskiej bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kontrolują wielu agentów.

Z książki: Łańcuch HISTORII, str. 456 inn.
Paweł Piotr Wieczorkiewicz
Studia i publicystyka Opracowanie Justyna Błażejowska
Posłowie Sławomir Cenckiewicz

Pamięci Profesora Pawła Piotra Wieczorkiewicza (1948-2009)
Wyd. LT m Łomianki

- Czy najnowsza historia Polski została już w całości opisana? Nie ma już w niej nic do odkrycia?

Wręcz przeciwnie. Właściwie przyzwoicie nie została opisana w ogóle. Jest w niej nadał wiele niewyjaśnionych zagadek i tajemnic. Wiele poglą­dów i teorii, w które wszyscy głęboko wierzymy, nie ma nic wspólnego z prawdą. W dużej mierze to wina polskich historyków, o których - mówię to z bólem - mam bardzo złe zdanie.

To grupa osób o bardzo zachowawczym sposobie myślenia. Nie są w stanie wyobrazić sobie, że w rzeczywistości mogło być inaczej, niż im się wydaje. A poglądy i teorie wyrabiali sobie, czytając prace swoich poprzedników pracujących w warunkach komunistycznego zniewolenia. Polscy historycy to grupa skostniała intelektualnie. Oskarżam polskich historyków o brak wyobraźni i elastyczności, o niemożność oderwania się od schematów. A w pokoleniu 60-latków są to schematy wypracowane w PRL. Wszyscy jesteśmy ich więźniami. Powtarzamy w kółko stereotypo­we, błędne sądy i przekazujemy je naszym wychowankom. Środowisku polskich historyków potrzebny jest silny, ozdrowieńczy wstrząs. Może byłby nim proces lustracyjny.

- To jaki powinien być dobry historyk ?

Powinien być otwarty na nowe koncepcje. Powinien do badanych problemów podchodzić na nowo, odrzucając wszystko, co napisano w PRL. Powinien stawiać najbardziej szalone tezy i pytania, bo w szaleń­stwie jest zalążek geniuszu. Praca historyka polega na zadawaniu pytań, a nie powtarzaniu w kółko tych samych odpowiedzi. Mój postulat jest następujący: wymażmy całkowicie całą pisaną historię Polski po 1939 r. i napiszmy ją od nowa!
- Panie profesorze, czym powinni się zająć historycy II wojny światowej?
Przykład pierwszy z brzegu. Grot-Rowecki i jego aresztowanie. Grono historyków zajmujących się Armią Krajową ze względów patriotyczno-dżentelmeńskich do dziś nie ujawnia prawdy o tym, jak generał wpadł w ręce gestapo. A są ślady, które wskazują na osobę bliską córce Grota, jej narzeczonego, który miał to zrobić dla pieniędzy. Mało tego, najroz­sądniejsi z oficerów gestapo wcale nie byli zadowoleni z tego aresztowa­nia. To wcale nie był dla nich - tak jak my twierdzimy - „wielki sukces". Zatrzymanie dowódcy AK, a co za tym idzie zamęt i reorganizacja ugru­powania, burzyło bowiem cały system kontroli, jaką Niemcy sprawowali nad podziemiem.



- Kontroli?

Mamy dwie legendy podziemia niepodległościowego. Podziemie podczas II wojny światowej i podziemie solidarnościowe podczas stanu wojennego. Przykra prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było w 80 procentach rozpracowane przez policje polityczne.
- Dlaczego więc w obu przypadkach nie zlikwidowano tych organizacji ?
Bo każda dobra policja polityczna - a zarówno w SB, jak i w gestapo

byli wysokiej klasy fachowcy - uważa, że rozpracowany przeciwnik jest mniej niebezpieczny, bo niczym nie może zaskoczyć. Można go kontrolować, a czasami nawet inspirować jego działania poprzez wkręconą w jego sze­regi agenturę (w przypadku „Solidarności" armia TW, których ujawniono w ostatnich latach, to tylko wierzchołek góry lodowej). Rozbicie istniejącej struktury podziemnej poprzez masowe aresztowania powoduje zaś, że przeciwnik podejmuje działalność samorzutną, nieprzewidywalną. A więc z punktu widzenia służb specjalnych bardziej niebezpieczną. Z czasem zaś założy nowe struktury, które trzeba będzie na nowo rozpracowywać. Po co zadawać sobie tyle trudu?

- Tak rozumowali Niemcy w okupowanej Polsce?

Owszem. Poza tym w gestapo znajdowali się też rozsądni ludzie - co nie zmienia faktu, że byli zbrodniarzami - którzy uważali, iż prędzej czy później, gdy do Europy zacznie się zbliżać sowiecki walec, trzeba się będzie z Polakami jakoś dogadać. Pewne niepisane porozumienia i układy zawierano zresztą i wcześniej. Sprowadzały się mniej więcej do tego, że obie. organizacje robią swoje, ale od pewnego poziomu nie robią sobie krzywdy.
- A jak wyglądała kwestia infiltracji AK przez Sowiety ?

Obawiam się, że jeszcze gorzej. Sowieccy agenci w szeregach polskich władz i polskiej armii podziemnej mieli wielkie wpływy. Wykorzystywali to, że AK z czasem zaczęła skręcać mocno w lewo. Polskie podziemie ostatecznie nie podjęło w końcu działań zgodnych z niemieckimi interesami, ale z sowieckimi. Choćby nieszczęsna operacja „Burza" z powstaniem warszawskim na czele. Na powstaniu zyskała tylko jedna strona - Sowiety. Należy sobie zadać pytanie, czy Stalin mógł, a jeżeli tak, to w jaki sposób, wpłynąć na to, że Warszawa akurat 1 sierpnia 1944 r. stanęła do walki. Odpowiedź na to pytanie mogłaby się okazać szokująca.



- Wstydliwą dla podziemia sprawą jest chyba również kwestia jego budżetu.

O tak, to bardzo niewygodny temat. Z Londynu szedł do kraju stru­mień pieniędzy. Znaczna ich część była jednak wydawana na cele pry­watne, czyli po prostu defraudowana. Kolejna część trafiała zaś do kas rozmaitych partyjek, koterii i grupek. A kto w podziemiu miał pieniądze - rozdawał karty.

- W Polsce mamy również tendencję do robienia bohaterów z ludzi, którzy na to nie bardzo zasługują.

Wiem, do czego pan pije - Sikorski. Rzeczywiście nie był to mąż stanu. Sytuacja, w której się znalazł, znacznie go przerosła. Abstrahując od tego, kto i dlaczego go zabił, jako premier i naczelny wódz nie zdał egzaminu. Ale i wcześniej miał poważne grzechy na sumieniu. Mam o nim bardzo negatywne zdanie. Myślę, że w okresie międzywojennym był agentem francuskim, a przynajmniej tak się zachowywał, jakby nim był. Działał na szkodę państwa polskiego i jako taki powinien zostać prawomocnie skazany. Udzielał Francuzom bardzo wyczerpujących in­formacji o polskim wojsku, w 1938 r. skłonny był te same informacje przekazać Czechom. Naciskał na Francuzów, żeby żądali dymisji Becka. Zachowywał się niezbyt pięknie.

- A Anders?

Anders również nie był postacią bez skazy i mało nadaje się na bo­hatera narodowego. W 1941 r. na Łubiance mówił NKWD wszystko, co chciała usłyszeć...

- Sugeruje pan, że był agentem Stalina lub szedł mu na rękę?

No cóż, po owocach ich poznacie. Anders zrobił trzy rzeczy. Najpierw wyprowadził we właściwym momencie wojsko z Sowietów. Proszę sobie wyobrazić, że armia Andersa bije się na froncie wschodnim w kwietniu 1943 r. Niemcy ogłaszają przez radio, że odkryli masowe groby w Katyniu. I co, Polacy nadal biją się u boku bolszewików? Oczywiście nie. Armia Andersa natychmiast przeszłaby na stronę Niemiec. Wyobraża pan sobie taki zwrot? To by mogło storpedować plany Stalina. Potem Anders bezsensownie skrwawił wojsko pod Monte Cassino, najbardziej ideowy, antysowiecki element. A na końcu zrobił wszystko, żeby nikt z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie wrócił do kraju.

- Ale w ten sposób ocalił ich przed kazamatami UB.

Oczywiście. Ale to było także na rękę komunistom i Stalinowi. Bo gdyby mieli w okupowanej Polsce ze 150 tysięcy żołnierzy z Armii Polskiej na Zachodzie, to sowietyzacja naszego kraju mogłaby natrafić na znacznie większe problemy. W roku 1956 żywioł ten - zakładam, że co najmniej połowa by przetrwała - mógł się okazać decydujący. Nacisk z ich strony na konfrontację z Sowietami mógłby być tak silny, że Chruszczow by się jednak zawahał i nie przysłał do Polski armii radzieckiej. W takiej sytuacji być może już w 1956 r. mielibyśmy rok 1989. Przecież kadra niepod-ległościowa była w Polsce tak przetrzebiona i wyczerpana, że rok 1956 robili właściwie komuniści. Plus niedobitki AK, które nie były w sta­nie opracować własnej koncepcji politycznej. Gdyby do akcji wkroczyli andersowcy, historia mogłaby się potoczyć inaczej.

- Panie profesorze, czy w swoich analizach nie przecenia pan roli tajnych agentów i służb?

Historyk, który mówi krytycznie o tak zwanej spiskowej teorii dzie­jów, jest historykiem niepoważnym, hołdującym historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Jest bowiem historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa. Ta praw­dziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A za nimi działają przede wszystkim tajne służby.
- W Polsce także?

Oczywiście. Weźmy choćby sprawę wyjazdu Michnika do Moskwy w 1989...

- Nie sugeruje pan chyba, ze Michnik był agentem ?

Agentem nie był. Był natomiast potężnym graczem, działającym właśnie za kulisami. W 1989 r. pojechał do Związku Sowieckiego, aby dogadać się z tamtejszymi towarzyszami ponad głową Jaruzelskiego. Był zbyt in­teligentnym, zbyt ambitnym człowiekiem, żeby nie dojść do wniosku, że sam III RP nie zbuduje i nie zrealizuje swoich koncepcji. Dlatego próbował podjąć współpracę z Moskwą, ale podkreślam - nie była to współpraca natury agenturalnej, tylko rodzaj gry politycznej. Michnik tłumaczył to sobie zapewne mniej więcej tak, że idzie z tymi progresyw­nymi, liberalnymi towarzyszami spod znaku Gorbaczowa, żeby poprawić komunizm. Hasło Michnika i Gorbaczowa było przecież takie samo: socjalizm z ludzką twarzą.

- Jakie tajemnice kryją dzieje służb specjalnych PRL ?

Tysiące tajemnic! W tej sprawie naprawdę mało wiemy. Choćby -wydawałoby się szalona - sprawa tak zwanych matrioszek, czyli agentów podstawianych do armii Andersa czy później Berlinga. To jest mniej więcej to samo, co pokazano w „Stawce większej niż życie". Zamiana Kowalskiego na podobnego do niego Iwanowa. Uczono faceta języka polskiego oraz biografii osoby, którą miał zastąpić. Sprawę tę pierwszy raz poruszył Piotr Jaroszewicz. Zaraz potem został zamordowany. Niewykluczone, że dotknął problemu, który jeszcze w 1992 r. był tak newralgiczny dla rosyjskiego wywiadu, że trzeba go było uciszyć.

- Kto mógł być taką matrioszką ?

Być może Bierut, a może nawet Jaruzelski. Nic pewnego na ten temat nie wiadomo. Są tylko pewne przesłanki.
- Brzmi to mało prawdopodobnie.

No cóż, warto by to jednak zbadać. 30 lat temu jeden z najważniej­szych generałów Wojska Polskiego, zastępca szefa Sztabu Generalnego, na spotkaniu z elewami szkoły oficerskiej po kolejnym toaście zaczął prze­mawiać płynnie po rosyjsku. To wzbudziło pewną konsternację. Generał zauważył, co się stało i się zmieszał: „Wiecie, ja z żoną tak rozmawiam w domu i zapomniałem się" - zaczął się tłumaczyć. Nigdy nie poznamy w pełni historii PRL - zwracał na to uwagę Edward Ochab w rozmowie z Teresą Torańską - dopóki nie będziemy wiedzieli, kto w kierownictwie politycznym, jak się wyraził Ochab, był „ich", a kto był „nasz".

- Myślę, że wszyscy, niezależnie od tego, jakim językiem mówili, byli „ich"...
To prawda. Ale mimo wszystko polscy komuniści mieli jakąś większą

lub mniejszą - na ogół mniejszą - przestrzeń do samodzielnego działania. Ciekawe jest, jakie były relacje między sowiecką a polską bezpieką. Jakie wzajemne zależności? Czy UB, a potem SB było bezpośrednio, niemal z urzędu, podporządkowane NKWD i KGB, czy też polecenia wydawano jakimiś nieformalnymi kanałami? Jaką rolę w tym procesie odgrywała partia? Czy służby ją omijały, czy też miała coś do powiedzenia? To bar­dzo ciekawa siatka wzajemnych zależności, o której wiemy bardzo mało. A przecież policja polityczna odegrała główną rolę w spektaklu zwanym PRL.

Niewykluczone, że wszystkie tak zwane wydarzenia, do których dochodziło w PRL, były prowokacjami służb. Poznań '56, Grudzień '70, Czerwiec '76, a wreszcie Sierpień '80. W każdym z tych wypadków jest to bardzo prawdopodobne. My teraz budujemy wokół tamtych wydarzeń patriotyczne ołtarze, a rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Tak samo można zresztą postawić hipotezę, że powstanie listopadowe było prowo­kacją, a powstanie styczniowe to już z pewnością.

— Czy są na to jakieś dowody ?

Jest mnóstwo przesłanek. Na przykład Radom '76. Rozmawiałem ostatnio z jednym z wysokich radomskich funkcjonariuszy partyjnych z tego okresu. I on nagle zadał mi takie pytanie: czy nie zwróciło pańskiej uwagi to, że trzonem wystąpień była załoga Waltera, zakładów produ­kujących sprzęt wojskowy, w których 25 procent ludzi było na etatach kontrwywiadu, a cała reszta była w zasadzie zmilitaryzowana? Cała kadra tych zakładów, łącznie ze zwykłymi robotnikami, składała się z najbardziej zaufanych ludzi! I oni by się nagle zbuntowali? Mój rozmówca przeglądał potem wraz z radomskimi milicjantami zdjęcia z zamieszek i okazało się, że najbardziej agresywni przywódcy tłumów to były osoby w Radomiu nigdy wcześniej nie widziane. To samo powtórzyło się później w Gdańsku.

- Rozumiem, że skłania się pan do tezy, że upadek komunizmu był operacją
służb specjalnych ?

Tak. Wiele źródeł wskazuje, że była to gigantyczna, przemyślana i kon­trolowana operacja. W szczegółach oczywiście mogła się wymknąć spod kontroli, bo każda taka akcja ma swoją dynamikę. Ale ostatecznie wszystko się udało. Celem służb było bowiem zachowanie kontroli nad finansami podczas transformacji ustrojowej. Następnie zaś dzięki tym pieniądzom oraz powiązaniom i doświadczeniu przejęcie kontroli nad państwami byłego imperium i nowo powstałą Rosją.

- Dlaczego komunistyczne służby miałyby coś takiego zrobić?

KGB doszło do wniosku, że należy położyć kres istnieniu pasożyta, za jaki uważało partię. Przecież organizacja ta stała się całkowicie zbęd­nym czynnikiem. Służby były tak potężne, że za pomocą zakulisowej gry mogły doskonale same kontrolować imperium. Mieć władzę i zarabiać pieniądze. Aby to jednak osiągnąć, trzeba było usunąć komunistów. Już wcześniej ludzie, którzy kierowali bezpieką - Jeżow, Beria i inni - pró­bowali zrobić mniej więcej coś podobnego. Stalin, a później Chruszczow potrafili się jednak obronić.



-Jeżeli przyjąć pana tezę, to jak ta operacja przebiegała w Polsce?

Rezydent sowieckiego wywiadu w Polsce gen. Pawłow - notabene jeden z najmądrzejszych ludzi w KGB - w swoich pamiętnikach pisał, że już w połowie lat siedemdziesiątych dostał polecenie z Moskwy, żeby nie budować już agentury sowieckiej w partii władzy. Nie miało to już sensu. Kazano mu wziąć się do opozycji, która być może kiedyś przejmie władzę. Agentura umieszczona wewnątrz „Solidarności" zostaje odpowiednio poinstruowana, służby rozgrywają swoją partię. A potem już idzie samo: Okrągły Stół, wybory, wyprowadzenie sztandaru PZPR i utworzenie no­wego układu. Z ludźmi bezpieki na górze, a właściwie w cieniu. Czyli to, o czym mówiłem: fasadowa historia i prawdziwe fakty, o których zwykły śmiertelnik nic nie wie. Dzisiejsze partie polityczne mogą być nie tylko zinfiltrowane, ale nawet stworzone przez sowiecki, a później rosyjski wywiad. I nie muszą to być partie lewicowe.

- Czyli służby naszego wschodniego sąsiada nadal działają na wielką skalę w naszym kraju?

To były i są najlepsze, najbardziej sprawne służby na świecie. Służby, które łączą bezwzględność z wielkimi koncepcjami i potrafią patrzeć daleko do przodu. Jak pisał Bułhakow: dokumenty nie płoną. Wszelkie palenie akt to zwykły teatr. Niszczy się zawsze jakieś duplikaty, bezwarto­ściowe kwity administracyjne i tym podobne rzeczy. To, co najważniejsze, to, co ma prawdziwe znaczenie - zawsze się zachowuje. W przypadku PRL - w Moskwie. Nie jest tajemnicą, że kopie akt polskiej bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kontrolują wielu agentów. Agentury tej prędko nie odkryjemy. Dopiero teraz, po 60, 70 latach z trudem dokopujemy się do prawdy o agenturze sowieckiej w II RP.

Ale warto mieć świadomość, że tacy ludzie u nas działają. I to na najwyższych szczeblach. Należy o tym pamiętać zawsze, gdy dochodzi do jakichś konfliktów czy sporów polsko-rosyjskich. Należy wówczas uważnie wsłuchać się w debatę publiczną: artykuły prasowe, wypowiedzi polityków. Od razu widać, kto reprezentuje rosyjski punkt widzenia.

Rozmawiał Piotr Zychowicz Źródło: „Rzeczpospolita" 27.03.2009. „Ośrodki decyzyjne”

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 12 sty 2013, 10:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Rówieśnik POLSKI NIEPODLEGŁEJ

ADAM KRUCZEK

Dla Czesława Blicharskiego spotkanie z historią rozpoczęło się w niezwykle symbolicznym momencie. Przyszedł na świat 5 lipca 1918 r. i towarzyszył Niepodległej na wszystkich zakrętach jej późniejszych dziejów. Dojrzewał wraz z nią w atmosferze patriotyzmu, gotowości do służby i poświęcenia, entuzjazmu odbudowy polskiej państwowości. Przeżył inwazję sowiecką w 1939 r., doświadczył losu sybiraka, walczył o Polskę z Niemcami w Dywizjonie 300, a potem poznał gorycz alianckiej zdrady i odtrącenia, smak emigracyjnego chleba, wreszcie panujące w Polsce sowieckie porządki, z których do dziś – jak twierdzi – nie możemy się wyzwolić. Nie załamuje rąk i mimo sędziwego wieku korzysta z każdej sposobności, aby upomnieć się o wartości, bez których czarno widzi przyszłość Polski: postawę bezinteresownej służby Ojczyźnie i pamięć o Kresach – jako nieodzownej składowej polskiej tożsamości.

Historia to nie wczoraj i dziś
Pochodzi z kolejarskiej rodziny o silnych tradycjach patriotycznych. Kiedy do Tarnopola 21 marca 1921 r. przybył Józef Piłsudski, on wtulony w wielki kolejarski kożuch ojca – panowała wtedy jeszcze kresowa zima – wraz z nim witał na dworcu naczelnika. Szacunek dla Marszałka musiał być w Tarnopolu szczególnie silny, skoro w 1935 r. powstał tu pierwszy i to najokazalszy w całej II Rzeczypospolitej pomnik Józefa Piłsudskiego, zburzony później przez Sowietów.

Czesław Blicharski rósł wraz z II Rzecząpospolitą. Wspomina, jak z kolegami nie mogli wprost oderwać oczu od widoku układania bruku na tarnopolskich ulicach, wznoszenia budynków zrujnowanych w czasie działań wojennych. Przeżył nędzę pierwszych lat wolności, gdy z braku mąki na porządku dziennym było pieczenie chleba z dodatkiem trocin. – Nie ma się co dziwić, że jak dzisiejszą młodzież porównuję z moimi rówieśnikami, to są wręcz olbrzymy – wskazuje.

Mimo swoich prawie 95 lat nie stroni od spotkań z młodymi ludźmi. Jako świadek historii stara się przekazać im ducha Kresów i Polski Niepodległej oraz poczucie ciągłości naszych dziejów. Choćby takimi osobistymi wspomnieniami jak tym dotyczącym spotkania z powstańcem styczniowym. – Masz stanąć na baczność i zasalutować – usłyszał od ojca i tak też zrobił, gdy mijali weterana w stopniu podporucznika ubranego w charakterystyczny granatowy mundur. Był wtedy uczniem pierwszej klasy szkoły powszechnej.

– Ten powstaniec musiał się urodzić gdzieś około 1844 roku. Może po latach młody człowiek, który dziś o tym ode mnie słyszy, przypomni sobie to spotkanie i zrozumie, tak jak ja kiedyś, że historia to jest czas trochę dłuższy niż wczoraj i dziś. Jestem więcej niż pewien, że ten moment refleksji przyjdzie i kto wie, jakie będą jego skutki – wyjaśnia sens dzielenia się swoimi wspomnieniami. – Ja to nazywam małą historią, to znaczy historią z najniższej półki, dotyczącą zwykłego człowieka bez żadnej znaczącej funkcji. Bardzo mi na tych spotkaniach z młodzieżą zależy w związku z olbrzymią propagandą nienawiści do historii, jaką mają obecni, ale przejściowi władcy tego kraju – podkreśla.

sowieckie piekło
Wybuch II wojny światowej, która położyła kres II Rzeczypospolitej, zastaje Czesława Blicharskiego w Tarnopolu, gdzie jako student czwartego roku prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie spędzał wakacje. Wcześniej – w czerwcu 1939 r. stanął do poboru, ale z uwagi na naukę dostał odroczenie.

– Zbliżająca się wojna nie wywoływała strachu – wspomina. – Pamiętam 30 sierpnia, kiedy starszy brat Marian był już zmobilizowany, a młodszy się wściekał, że wojsko zapomniało o nim. Za chwilę przychodzi radosny. Był listonosz, mówi, że jest powołanie. Porwał jakiś blok czekolady przygotowany na wszelki wypadek i już go nie było.

Sam, nie mogąc dostać się do wojska, pracuje przy kopaniu rowów przeciwlotniczych w Tarnopolu i służy w Straży Obywatelskiej. W takiej roli zastaje go sowiecka inwazja z 17 września. Pamięta zdezelowany czołg na ulicach Tarnopola z kilkoma czerwonoarmiejcami, którzy krzyczeli, że idą na „Giermańca”.

– To był mój pierwszy kontakt z Sowietami i ich pierwsze fałszerstwo – uśmiecha się. – A na rynku z tego pożal się Boże czołgu spadła taśma i nasz policjant na służbie z karabinem na ramieniu pomagał im w jej założeniu – wspomina.

Gdy po pewnym czasie do miasta wjechała cała kolumna podobnych wehikułów, zauważył, że na rękawach niektórych miejscowych Żydów zgromadzonych na rynku pojawiły się czerwone opaski.

– My ze Straży Obywatelskiej mieliśmy białe opaski z pieczątką zarządu miasta, ale na ten widok swoją od razu schowałem do kieszeni, mrugnąłem na resztę i zniknęliśmy – opowiada.

Wraz z innymi młodymi ludźmi usiłuje przedostać się do Francji, gdzie gen. Władysław Sikorski tworzy polskie wojsko. Po pierwszej nieudanej próbie jesienią 1939 r. wiosną podejmuje kolejną już z udziałem swoich trzech braci: Mariana, Wacława i Zbigniewa, która zakończyła się w sowieckim więzieniu. Przez pół roku wędruje po aresztach i więzieniach w Nadwórnej, Stanisławowie, Humaniu, Niżynie i Kijowie, otrzymując w międzyczasie zaoczny wyrok 5 lat pracy w łagrach. W nieludzkich warunkach przepracował rok, „zaliczając” gułagi w rejonie Mołotowska nad Morzem Białym, Kożwy w republice Komi, a po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej Workuty za kołem polarnym.

Niektóre z jego wspomnień ścinają krew w żyłach. Mróz, głód, wycieńczenie, choroby, wrogie otoczenie – trudno było to wszystko przeżyć.

– W celi więzienia w Kijowie, jak się na nas to wszystko rzuciło, macało ubrania, jakby nie widziało materiału, zmawiało, jak ściągnąć nam te koszule, bo było ich tam coś chyba ze stu, a nas czterech – wspomina. – I co, takie rzeczy mam zapomnieć? Nie da rady.

Już w łagrze w Mołotowsku przypadek ratuje go przed rzuconą z tyłu w plecy siekierą. Przyznaje, że gdy stał w łachach i butach z fragmentów opony skręconych drutem na mrozie przed bramą wśród setek więźniów, czekając na wpuszczenie do obozu po pracy – przed załamaniem ratowała go wiara i modlitwa różańcowa.

– W końcu, gdy zalały mnie różne choróbska, koledzy zostawili mnie pod barakiem w takich strużynach drewnianych, gdzie trzy dni leżałem półprzytomny „leczony” wywarem z igieł sosny – opowiada.

Życie uratowała mu „amnestia” ogłoszona na mocy układu Sikorski-Majski z lipca 1941 roku. Z łagru zwolniono go jednak dopiero w październiku. Chory na malarię, szkorbut, kurzą ślepotę, a pod koniec również tyfus po trzech tygodniach podróży dotarł do Buzułuku, gdzie znajdował się sztab Wojska Polskiego formowanego pod dowództwem gen. Władysława Andersa.

długa droga na wojnę i gorycz zdrady
Myśląc, że to najszybsza droga do walki z Niemcami, Czesław Blicharski zgłosił chęć służby w lotnictwie. Przeliczył się, gdyż po serii szkoleń w Wielkiej Brytanii i w Kanadzie pierwsze loty bojowe odbywa dopiero na początku 1945 r., co gorzko podsumowuje w swoich wspomnieniach, pisząc: „Jak strasznie długą drogę trzeba było przebyć, by w końcu ’zdążyć na wojnę’”. Latając w siedmioosobowej załodze ogromnych czterosilnikowych lancasterów, bombardował Wiesbaden, Kleve, Drezno, Pforzheim, Dortmund, Gelsenkirchen, Norymbergę, Hanau, Bochum, Bremę, Hanower, Paderborn, Kilonię, Plauen, Berchtesgaden. Później uczestniczył jeszcze w lotach transportowych. Jak wynika z jego książeczki lotów, w Dywizjonie 300 wykonał od 7 stycznia 1945 do 18 czerwca 1945 r. w pierwszej turze operacyjnej 24 loty. Liczba godzin operacyjnych: dzień – 5331, noc – 7208.

Prawdziwym dramatem były dla polskich żołnierzy walczących w siłach alianckich na Zachodzie wyniki konferencji w Jałcie, gdzie definitywnie okazało się, że Polska traci Kresy i dostaje się pod sowieckie panowanie.

– U nas w Dywizjonie 300 większość była Kresowiaków, więc można sobie wyobrazić, jakie rozmowy toczyły się w messie, co się tam sypało na Anglików – relacjonuje Czesław Blicharski. – A dosłownie na drugi dzień była odprawa, na której dowiadujemy się: target for tonight is Drezno – celem na dziś jest Drezno. Zbuntowały się początkowo trzy załogi, ale ostatecznie nie poleciała tylko jedna złożona z Wilniuków.

W dywanowym nalocie, w którym alianci w ramach pomocy sojuszniczej Armii Czerwonej zniszczyli Drezno, uczestniczyło około tysiąca bombowców.

1

Po zakończeniu działań wojennych dla Polaków na Wyspach nastały ciężkie czasy.

– Jeszcze przed 8 maja, gdy Polak przychodził do baru angielskiego, to był poklepywany, stawiano mu piwo, ale później sam słyszałem: you bloody Pol go home – ty p… Polaku, jedź do domu. Różne rzeczy przeżywaliśmy.

Czesławowi Blicharskiemu nie spieszyło się jednak opuszczać Wysp. Kończy studia prawnicze na Oxfordzie, doskonale posługuje się językiem angielskim, uzyskuje też świetną opinię z pośrednictwa pracy, którą zachował do dzisiaj.

– I wie pan, jaką pracę dostałem? Kitchen porter – to jest najniżej stojący w kuchennej hierarchii pomywacz garnków – śmieje się gorzko.

Po spotkaniu z braćmi, którzy przeszli cały bojowy szlak II Korpusu Polskiego, walcząc pod Monte Cassino, Czesław Blicharski za ich namową decyduje się na wspólny wyjazd do Argentyny.

to nie był powrót do polski
W Argentynie też nie czekały na Polaków kokosy. Dopiero po kilku latach w Urugwaju zaczął w końcu robić karierę i porządnie zarabiać. Jednak głos serca zdecydował o kolejnej wolcie w jego życiu.

Kazimierę poznał latem 1939 r. w Tarnopolu. On – 21-letni student prawa – kopał rowy przeciwlotnicze i należał do Straży Obywatelskiej. Ona o 3 lata młodsza na czele żeńskiej drużyny harcerskiej przygotowywała szpital polowy w budynku gimnazjalnym. Spotykali się wieczorami po pracy. Przypadli sobie do gustu tak bardzo, że uczucie to przetrwało 16-letnią rozłąkę, w czasie której wymienili ok. 200 listów.

– W końcu Kazimiera po dłuższej przerwie napisała do mnie, że musimy sobie jakoś urządzić życie, bo nie ma widoków na wspólną przyszłość – opowiada major Blicharski. –Gdy powie się coś takiego Kresowiakowi, to go szlag trafia, wsiada w pociąg i jedzie!

I tak w lutym 1956 r. Czesław Blicharski wysiadł ze statku „Waryński” w porcie gdyńskim i wkrótce poślubił oczekującą go Kazimierę.

– Ja przyjechałem do PRL-u – podkreśla z naciskiem. – Przyjechałem, nie wróciłem! Ja nie byłem naiwniakiem, co jedzie w nieznane. Miałem z nimi doświadczenie. Postanowiłem sobie, że w kontakcie z tymi władzami nie będę miał do nich żadnych pretensji, choćby mi łeb rozbili, bo to nie są moi kompatrioci.

Nie pomylił się. Komuniści jego, lotnika odznaczonego Krzyżem Walecznych, zdegradowali do szeregowca, a w książeczce wojskowej stwierdzili, że służył w „obcej armii”. Przez lata dostawał w kość, szykanowany musiał zmieniać pracę, ale w końcu na początku lat 70. szczęście się do niego uśmiechnęło. Komputeryzowano Hutę Szopienice i doceniono jego znajomość języków obcych oraz doświadczenie w zakresie organizacji pracy. Zaczął naprawdę dobrze zarabiać, wyjeżdżać w zagraniczne delegacje.

uratować pamięć okresach
Tłuste lata nie trwały długo. W Czesławie Blicharskim narastała bowiem myśl, wręcz moralny imperatyw, o konieczności ratowania Kresów Wschodnich od niepamięci. Wychodzi z założenia, że Kresy to ogromne dziedzictwo kultury polskiej, a zarazem zjawisko na miarę światową choćby z tego względu, że tu przebiega, a raczej przebiegała, granica między dwiema kulturami.

– Kresowiacy przez wieki swoimi kośćmi bronili tam kultury Zachodu, tej prawdziwej – podkreśla z mocą. – O to mi chodziło, żeby nie przepadł żaden człowiek, który stąpał po tej krwawiącej ziemi. Pokolenie II Rzeczypospolitej – to jest rzecz niepowtarzalna. Wszyscy byli ważni. Dla mnie gen. Kleeberg czy prof. Michałowski są tak samo ważni jak ten szewc, który był w komitecie dzielnicowym powstania z 1863 roku. Tymczasem ta perfidna semantyka bolszewicka w sposób dla wielu ludzi niewidoczny pamięć tę niszczy. Choćby przez zamianę pojęcia „Kresy Wschodnie” na jakieś „ziemie zabużańskie”. A to przecież uderza w same korzenie polskości.

Pod wpływem tych przemyśleń, widząc przed sobą ogrom pracy i uciekający czas, podejmuje decyzję o rezygnacji z doskonale płatnej pracy i przejściu w 1978 r. na wcześniejszą emeryturę, która wprawdzie ponaddwukrotnie zmniejszyła jego dochody, ale zarazem pozwoliła na całkowite poświęcenie się pracy na rzecz przywracania pamięci o Kresach.

Efekty jego trwającej już 34 lata emerytury, a właściwie pracy, w której wspierała go żona, są imponujące. W wyniku szczegółowych kwerend w największych polskich archiwach i księgozbiorach, a także nawiązania ogromnej liczby kontaktów z tarnopolanami rozsianymi po Polsce i świecie powstał unikalny zbiór fotografii, relacji, dokumentów i pamiątek dotyczących Tarnopola i województwa tarnopolskiego. Dość powiedzieć, że państwo Blicharscy w Słowniku Biograficznym Tarnopolan zarejestrowali 11 074 hasła na ponad 1300 stronach maszynopisu, sporządzili 16 albumów tematycznych zawierających ok. 2000 fotografii i aneksów, opublikowali 11 tomów opracowań tematycznych związanych z Tarnopolem tworzących serię „Miscellaneów Tarnopolskich”. W 2002 r. całość zgromadzonej dokumentacji przekazali za pośrednictwem Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego do zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej. Zbiór nosi obecnie nazwę „Stanica Kresowa”.

Gdy po kilku latach intensywnych prac badawczych Czesławowi Blicharskiemu zabrakło emeryckich pieniędzy na podróże, kwerendy, zakup dokumentów czy niezbędnych materiałów, nie zawahał się sprzedać do muzeum swojego lotniczego munduru i zbierać na zabrzańskich skwerach butelek po alkoholu, by zdobyć środki na kontynuowanie swojej pracy.

– Żyjemy w dziwnych dla mnie czasach, niesłychanie zmaterializowanych, a przecież nasza droga do niepodległej Rzeczypospolitej to służba, bezinteresowna służba – podkreśla Czesław Blicharski. – Proszę o tym napisać. Może to słowo „służba” wpadnie komuś w łepetynę – czy to kresową, czy nie kresową i coś z tego wyrośnie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/20706,row ... eglej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 19 sty 2013, 08:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
Ostatni rozkaz

Piotr Szubarczyk

Bez znajomości ostatniego rozkazu komendanta głównego AK nie można zrozumieć polskiej tragedii II wojny światowej. To nie tylko miliony ofiar i zabór części obszaru państwa. To była utrata suwerenności. 19 stycznia 1945 r. – na pięć miesięcy przed bezprawnym moskiewskim „procesem” i dwa lata przed śmiercią w sowieckim więzieniu, gen. bryg. Leopold Okulicki „Niedźwiadek” powiedział Polakom, jaka jest sytuacja i co mają robić.

Niech nikt nie usprawiedliwia tych, co po wojnie służyli „demokracji ludowej” w Polsce, bo sytuacja była „złożona”. Robili to dla własnego interesu. Szli z prądem! Część z nich nie była w ogóle Polakami, nasza niepodległość nic dla nich nie znaczyła. Byli Rosjanami, Białorusinami, Żydami, Ukraińcami, „pełniącymi obowiązki Polaków” w interesie Moskwy.

Generał Okulicki nakazywał wierność świętej sprawie niepodległości Polski. Rozwiązał Armię Krajową, by „rozładować lasy” i nie narażać żołnierzy na konfrontację z sowieckimi dywizjami i na zagładę. To nie była jednak kapitulacja! To był rozkaz do dalszej walki:

„Walki z Sowietami nie chcemy prowadzić, ale nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie państwie polskim! Obecne zwycięstwo sowieckie nie kończy wojny (…). Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa (…). Wierzę głęboko, że zwycięży nasza święta Sprawa, że spotkamy się w wolnej i demokratycznej Polsce!”.

Ten rozkaz w naszych czasach nabiera nadzwyczajnej aktualności! Możemy powiedzieć za generałem: Polska według „europejskiej” recepty nie jest tą Polską, za którą nasi dziadowie przelewali krew. Nie zgadzamy się na doktrynę „ograniczonej wolności”, na dewastowanie depozytu wiary i tradycji. Nasi przodkowie nas do tego nie upoważnili!

http://www.naszdziennik.pl/wp/21427,ostatni-rozkaz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przystanek..... Prawda
PostNapisane: 24 sty 2013, 08:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30737
1105 tytułów prasy katolickiej wychodziło łącznie w okresie międzywojennym

Adam Kruczek

Kościół katolicki wspomina dziś św. Franciszka Salezego (1567-1622), wybitnego teologa i filozofa, Doktora Kościoła i biskupa Genewy kanonizowanego w 1665 roku. Papież Pius XI w wydanej 90 lat temu encyklice „Rerum omnium” ogłosił św. Franciszka Salezego patronem dziennikarzy. W encyklice Ojciec Święty wskazuje na prasę jako istotne narzędzie w przekazywaniu współczesnemu człowiekowi nauki katolickiej. To uznawane za przełomowe w podejściu Kościoła do mass mediów przesłanie Piusa XI znalazło żywy oddźwięk w ogromnym rozwoju prasy katolickiej w czasach II Rzeczypospolitej.

W okresie międzywojennym wychodziło łącznie 1105 tytułów prasy katolickiej, w tym ok. 300 publicystycznych i popularnych, wiele periodyków teologicznych, wewnątrzkościelnych informatorów, biuletynów urzędowych, pism sodalicji i stowarzyszeń katolickich, przewodników, okólników i pism parafialnych.

Prasa katolicka to jeden z fenomenów II Rzeczypospolitej. Wychodząc z mroków zaborów z niewielką liczbą tytułów, brakiem doświadczonej kadry i zasobów finansowych, przez 20 lat niepodległości potrafiła wybić się na znaczący segment ogólnopolskiego rynku prasowego, skutecznie blokując wpływy ideologii socjalistycznych i liberalnych na szerokie rzesze Polaków. A zaszczepione przez nią wartości dobrze przygotowały Naród do przetrwania dwóch zwalczających Kościół katolicki i polskość totalitaryzmów – niemieckiego nazizmu i rosyjskiego komunizmu.

Herosi katolickich mediów

– Za początki prasy katolickiej w Polsce należy uznać „Kuriera Polskiego” i „Uprzywilejowane Wiadomości z Cudzych Krajów” wydawane w pierwszej połowie XVIII wieku przez pijarów – uważa o. prof. Leon Dyczewski OFMConv, kierownik Katedry Socjologii Kultury KUL, założyciel Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa KUL. – Te i inne inicjatywy wydawnicze z czasów I Rzeczypospolitej nie przetrwały jednak zaborów i niepodległości Polski doczekały się tylko nieliczne pisma założone pod koniec XIX i na początku XX wieku, takie jak np. „Katolik”, „Przewodnik Katolicki” czy „Królowa Apostołów”.

Do pierwszych czasopism katolickich istniejących u zarania II Rzeczypospolitej zaliczają się także tytuły wydawane przez uznawanego za prekursora katolickiej prasy polskiej bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego. Kapłan został beatyfikowany w 2005 r. wraz z innym pionierem czasopiśmiennictwa katolickiego w Polsce bł. ks. Bronisławem Markowskim, założycielem miesięcznika „Powściągliwość i Praca”.

Ksiądz Ignacy Kłopotowski, którego z ks. Markiewiczem łączyła ogromna pasja społecznikowska, już jako młody ksiądz równolegle z działalnością charytatywną na rzecz najbiedniejszych i wykluczonych rozpoczął działalność wydawniczą. Początkowo drukował modlitewniki i broszury religijne. Po 1905 r. zaczął wydawać dziennik „Polak-Katolik”, tygodnik „Posiew” i miesięcznik „Dobra Służąca”, a po przeniesieniu do Warszawy jeszcze miesięcznik „Kółko Różańcowe” i pisemko dla dzieci „Anioł Stróż”. W 1925 r. wznowił „Przegląd Katolicki”, a pod koniec życia rozpoczął wydawanie miesięcznika „Głos Kapłański”. Nie zrażał się kłopotami z carską cenzurą, za co był nawet skazany sądownie, trudnościami finansowymi i krytyką ze strony prasy liberalnej w wolnej Polsce. Szacuje się, że wydał łącznie ok. 12 mln egzemplarzy książek i broszur religijnych! Wyprzedził swoją epokę, nie tylko głosząc tezy o potrzebie odpowiedzialności czytelników za katolicką prasę kilkadziesiąt lat przed Soborem Watykańskim II, ale również stwarzając pionierski model nowoczesnego koncernu wydawniczego, do którego należało wydawnictwo książkowe, kilka czasopism kierowanych do różnych grup odbiorców, drukarnie i sieć księgarni. Założył też Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Loretańskiej, którego charyzmatem jest apostolstwo przez słowo drukowane. Siostry pomagały mu w pracy wydawniczej, a po jego śmierci same podjęły to dzieło i kontynuują je do dziś.

Błogosławiony ks. Kłopotowski przetarł niejako szlak kolejnym wizjonerom polskich mediów katolickich – św. o. dr. Maksymilianowi Marii Kolbemu oraz już w dobie współczesnej o. dr. Tadeuszowi Rydzykowi.

Święty na miarę czasów

Dokonania św. Maksymiliana niewątpliwie zdominowały świat katolickich mediów II Rzeczypospolitej. Wszystko zaczęło się jeszcze w czasie studiów w Rzymie młodego franciszkanina, gdy w 1917 r. ujrzał na ulicy świętokradczą manifestację włoskich masonów obchodzących 200-lecie istnienia. Poruszony bluźnierczymi hasłami wraz z sześcioma alumnami założył Rycerstwo Niepokalanej – Militia Immaculatae (MI) – celem starań – jak to ujęto w statucie – „o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków itd., a najbardziej masonów oraz uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”.

Aby utrzymywać kontakt z coraz liczniejszymi członkami Rycerstwa, o. Kolbe powołuje jego organ prasowy – „Rycerza Niepokalanej”, który od 1927 roku wydaje w Niepokalanowie, gdzie na ziemi darowanej przez księcia Jana Druckiego Lubeckiego zakłada ogromny klasztor – centrum medialno-ewangelizacyjne. Początkowo „Rycerz Niepokalanej” ukazywał się w nakładzie 5 tys. egzemplarzy, w 1927 roku osiągnął 70 tys., a w latach 1938-1939 drukowano go w liczbie ok. 800 tys. egzemplarzy.

– To była wprost fantastyczna idea – podkreśla o. prof. Leon Dyczewski. – Święty Maksymilian po prostu zbudował sobie zaplecze odbiorców. Do Rycerstwa było zapisanych ok. 700 tys. osób i mniej więcej taki był nakład „Rycerza”. Kto należał do Rycerstwa, poczuł się w obowiązku czytania „Rycerza Niepokalanej”. Jeśli był zbyt biedny, pisał do Niepokalanowa i otrzymywał pismo za darmo.

Gdy w 1939 r. wydano „Rycerza” w milionowym nakładzie, liczba darmowych numerów sięgała 100 tys. egzemplarzy. Obowiązywała zasada, że co nie zostało sprzedane, było rozdawane.

– Długi należały do jego swoistej filozofii działania, co wytykały mu kontrole zakonne zalecające drukowanie mniejszych nakładów, aby minimalizować straty. Ale on wybiegał myślą o całe dziesięciolecia i dobrze na tym wychodził – podkreśla o. prof. Dyczewski. – Wtedy jeszcze nie rozumiano, jak ważna jest promocja, która przecież kosztuje, ale per saldo się opłaca.

Wspaniale rozwijające się dzieło Rycerstwa Niepokalanej w Polsce nie satysfakcjonowało w pełni o. Kolbego, którego ambicje ewangelizacyjne sięgały skali globalnej.

– Są bowiem prawie dwa miliardy ludzi na świecie, a „Rycerz Niepokalanej” liczy obecnie tylko 750 tysięcy egzemplarzy. Żeby zaś każda rodzina czytała czasopismo, czego oczywiście należy sobie życzyć, trzeba by wydawać dwieście milionów egzemplarzy – argumentował św. Maksymilian i wcielał te plany w życie, m.in. przez 6 lat pracując na misjach w Japonii, gdzie wydawał „Rycerza Niepokalanej” w japońskiej wersji „Seibo no Kishi”.

Imponujący jest wkład o. Kolbego w rozwój katolickich mediów. Pod koniec lat 30. do druku setek tysięcy egzemplarzy wydawanej w Niepokalanowie prasy używano już najnowocześniejszych maszyn rotacyjnych o wydajności 76 tys. egzemplarzy na godzinę. Święty Maksymilian stworzył doskonale funkcjonujący system kolportażu samochodowego, a w 1939 r. przymierzał się już do organizacji transportu lotniczego, wysyłając dwóch braci na kurs pilotażu. Plany te podobnie jak zamierzenia dotyczące produkcji filmowej i przymiarek do wprowadzenia telewizji przerwała II wojna światowa. Ale o. Kolbe zdołał jeszcze w 1938 r. uruchomić ogólnopolskie radio. Nie dostał pozwolenia na tzw. radiofonię małej mocy, więc pokrył praktycznie obszar całego kraju zasięgiem radiostacji krótkofalowej o nazwie Stacja Polska 3 Radio Niepokalanów.

20 lat nieustannego rozwoju

Duża część niezwykle różnorodnej prasy katolickiej w okresie II Rzeczypospolitej kierowana była do ściśle określonych odbiorców i odpowiadała na artykułowane przez nich potrzeby. Swoje czasopisma wydawały kurie biskupie, nieomal wszystkie zgromadzenia zakonne, przeróżne stowarzyszenia i bractwa kościelne, organizacje religijno-społeczne, a także co bardziej aktywne parafie.

– Tych organizacji z biegiem lat tworzono coraz więcej i prawie każda z nich miała ambicje wydawania swojego większego czy mniejszego pisma. Było w nich bardzo dużo treści aktywizujących, wezwań do działań społecznych i przekazów silnie integrujących społeczność – wskazuje o. prof. Dyczewski. – To był pęd Polaków do odrobienia zapóźnień z czasów zaborów, dorównania krajom wolnym, mogącym swobodnie się rozwijać. I towarzyszył temu ogromny entuzjazm budowania. Niestety, komunizm to wszystko zniszczył i do dziś nie możemy tego odtworzyć.

Z badań o. prof. Dyczewskiego wynika, że w okresie międzywojennym istniała ogromna różnorodność pism adresowanych do poszczególnych grup społecznych i zawodowych. Inteligencja miała takie czasopisma jak np. „Prąd”, „Wiara i Życie” czy „Tygodnik Katolicki”. Dla robotników, których chciano skonsolidować w organizacjach chrześcijańskiego ruchu robotniczego, wydawano „Front Pracy”, „Robotnika” czy „Pracownika Polskiego”, dla katolickich nauczycieli pisma: „Nauczyciel Polski”, „Szkoła”, „Kwartalnik Pedagogiczny”. Swoje magazyny miały stowarzyszenia charytatywno-opiekuńcze. Były pisma skierowane do elit poszczególnych formacji duchowo-społecznych. Osobne adresowano do różnych grup wiekowych dzieci i młodzieży. Dla najmłodszych – m.in. „Mały Apostoł” czy „Orędowniczek”, dla młodzieży szkolnej – „Dziś i Jutro”, „Przyjaciel Młodzieży”, oraz dla studentów – „Młodzież katolicka” czy „Odrodzenie”.

Najwięcej tytułów wydawała Akcja Katolicka. Pod koniec lat 30., gdy liczyła już ok. miliona członków, drukowała 50 czasopism. Rolę koordynatora pełnił wychodzący od 1931 r. miesięcznik „Ruch Katolicki”. Do pism skierowanych do konkretnego odbiorcy i sformatowanych na jego potrzeby można również zaliczyć ok. 20 katolickich czasopism regionalnych i co najmniej 200 parafialnych. Wychodziły też pisma katolickie kierowane do mniejszości etnicznych, jak Ukraińców, Rosjan czy Białorusinów.

Jednocześnie następował szybki rozwój gazet i czasopism katolickich dla masowego odbiorcy i co ciekawe, czytelnictwo to lepiej rozwijało się na wsi niż w mieście, i to bardziej wśród chłopów i robotników niż wśród inteligencji.

– To ważne zjawisko, gdyż oznaczało początek kultury masowej rozwijającej się w tym czasie w Europie – podkreśla o. prof. Dyczewski. – Ludzie ze wsi i z przedmieść niejako „dobijali się” do czytelnictwa przez prasę katolicką, która była bardziej dostępna i tańsza. Na tych masowych czasopismach wielu ludzi po prostu uczyło się czytania.

Do całości organizacyjnego fenomenu prasy katolickiej okresu międzywojnia dochodzi jeszcze funkcjonująca od 1927 r. Katolicka Agencja Prasowa obsługująca większość polskich periodyków z wyjątkiem radykalnych pism socjalistycznych i liberalnych i wydająca od 1930 r. swój biuletyn mający dotrzeć do szerokiego kręgu odbiorców. W 1930 r. KAP miała swoje agencje w Rzymie, Watykanie, Paryżu, Londynie, Brukseli, Kolonii, Jerozolimie, Monasterze, Budapeszcie, Fryburgu Szwajcarskim i Waszyngtonie oraz korespondentów we wszystkich diecezjach polskich.

Z ustaleń o. prof. Dyczewskiego wynika, że działalność prasowa Kościoła katolickiego w okresie międzywojennym rozwijała się znacznie dynamiczniej niż prasa świecka. O tempie tego rozwoju świadczy fakt, że o ile w 1925 r. wydawanych było 75 czasopism katolickich, o tyle w latach 1936-1937 – jak podaje „Informator Kościoła Katolickiego w Polsce” – istniało 199 czasopism katolickich o łącznym jednorazowym nakładzie 2,4 mln egzemplarzy. W 1939 r. czasopisma katolickie stanowiły 27 proc. całości polskiego rynku prasowego.

Prasa kształtująca pokolenia

– Ojciec mój, chociaż zwyczajny gospodarz, prenumerował „Rycerza Niepokalanej” i kupował co roku gospodarski kalendarz z rozmaitymi powieściami. Ja się w czytaniu tych pism bardzo zakochałem. Czytałem każdy numer – wspominał śp. ks. abp Ignacy Tokarczuk, niezłomny metropolita przemyski, pytany o klimat, w jakim wzrastało na Kresach jego powołanie kapłańskie. – Potem, kiedy byłem już w gimnazjum, za swoje zarobione lekcjami grosze sam prenumerowałem „Mały Dziennik” i codziennie czytałem. To zamiłowanie stopniowo wzrastało.

O wpływie lektury „Rycerza Niepokalanej” na powołanie bł. ks. Jerzego Popiełuszki mówi jego rodzina, wskazując, że jako mały chłopiec odwiedzał często babcię Mariannę Gniedziejko, u której zaczytywał się znalezionymi numerami „Rycerza Niepokalanej”.

Zdaniem o. prof. Dyczewskiego, trudno przecenić wpływ prasy katolickiej na postawy Polaków. Według szacunków, jeden numer „Rycerza Niepokalanej” dochodził średnio do 10 osób, co przy nakładzie ok. 800 tys. egzemplarzy dawało potężne pole oddziaływania.

– Upowszechniła się piękna idea, powtarzana w okresie międzywojennym na licznych zjazdach katolickich, że półkami dla książek i prasy katolickiej powinny być ludzkie ręce, a więc że tymi książkami i pismami należy się dzielić. To multiplikowało siłę ich oddziaływania – wskazuje o. prof. Dyczewski. – A w czasopismach katolickich oprócz treści religijnych było także dużo wiedzy ogólnej, historii Polski, dlatego te pisma podnosiły świadomość nie tylko religijną, ale i ogólnospołeczną, propaństwową, bardzo umacniały tożsamość katolicką i narodową, polską, a także więź wspólnotową na poziomie lokalnym.

http://www.naszdziennik.pl/wp/21854,110 ... ennym.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 51 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /