Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 39 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Pisarze polscy
PostNapisane: 19 mar 2012, 21:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/03/19 ... raszewski/

Czy jakiś pisarz dorówna kiedyś polskiemu pisarzowi Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu pod względem ilości stworzonych dzieł?

W tej bibliotece zeskanowano już większość twórczości Kraszewskiego:
http://www.polona.pl/

Kopia artykułu:

125 lat temu zmarł Józef Kraszewski
Posted by Marucha w dniu 2012-03-19 (poniedziałek)

Jako autor ponad 600 książek, w tym 232 powieści, takich jak „Stara baśń” czy „Za Sasów”, Józef Ignacy Kraszewski uchodzi za rekordzistę w polskiej literaturze. Pisarz, publicysta, historyk, działacz społeczny zmarł 125 lat temu – 19 marca 1887 roku.
W 2012 roku przypada też 200. rocznica urodzin Józefa Ignacego Kraszewskiego i Sejm RP uczynił pisarza jednym z patronów bieżącego roku, obok Janusza Korczaka i Piotra Skargi. „Jego imponujący dorobek literacki wywarł trwały wpływ na kulturę i literaturę polską oraz twórczość współczesnych mu i późniejszych pokoleń Polaków” – głosi tekst uchwały przyjętej przez Sejm we wrześniu zeszłego roku.

Pisarz urodził się 28 lipca 1812 w Warszawie w ziemiańskiej rodzinie, w 1829 podjął studia humanistyczne na Uniwersytecie Wileńskim, a w grudniu 1830 roku wraz z grupą młodzieży został aresztowany za działalność konspiracyjną. Kraszewski przebywał w więzieniu aż do marca 1832, od grożącej mu branki do carskiego wojska uratowało go wstawiennictwo ciotki, przełożonej wileńskich wizytek, u generał-gubernatora. Kraszewski wniósł z tego doświadczenia pełen rezerwy stosunek do zbrojnej walki powstańczej.

Jedną z wcześniejszych prac Kraszewskiego jest czterotomowa książka „Wilno od początków jego do roku 1750″, spisywana w latach 1840–1842. Pisarz w 1838 roku ożenił się z Zofią Woroniczówną i osiedlili się na Wołyniu, we wsi Gródek koło Łucka. Długi, jakie ciążyły na majątku doprowadziły do konieczności sprzedania go. Kraszewscy w 1853 roku przenieśli się do Żytomierza, gdzie ich czwórka dzieci chodziła do szkół, a pisarz znalazł pracę jako kurator szkolny, pełnił także funkcje dyrektora Teatru Żytomierskiego, dyrektora Klubu Szlacheckiego i prezesa Towarzystwa Dobroczynności.

Kraszewski propagował wśród miejscowej szlachty ideę uwłaszczenia chłopów, po odbyciu w 1858 półrocznej podróży po Europie, nabrał także sympatii do idei demokratycznych i gospodarczych zachodniej Europy. Nie przysporzyło mu to popularności w środowisku wołyńskich ziemian. W 1851 roku cała rodzina Kraszewskich przeniosła się do Warszawy.

Kraszewski został redaktorem „Gazety Codziennej” Leopolda Kronenberga, podnosząc znaczenie pisma, co wyraziło się m.in. kilkunastokrotnym wzrostem liczby prenumeratorów. Propagował kapitalistyczne formy gospodarki rolniczej, inwestycje, uprzemysłowienie, rozwój kolei, tworzenie zrzeszeń handlowo-finansowych. Starał się także tonować nastroje powstańcze.

Jednak jako zdecydowany krytyk polityki margrabiego Wielopolskiego pod koniec stycznia 1863, po wybuchu powstania styczniowego, został zmuszony do opuszczenia Warszawy i wyjechał do Drezna, od czasów rozbiorowych jednego z głównych ośrodków polskiej emigracji. Kraszewski zajął się tam pomocą dla szukających schronienia za granicą powstańców styczniowych.

Od roku 1873 Kraszewski poświęcił się wyłącznie pracy literackiej. Niezwykle płodny, zadziwiający rozległością zainteresowań, wydał około 600 tomów, nie licząc prac redaktorskich, artykułów w czasopismach i olbrzymiej korespondencji prywatnej.
Najważniejszym działem twórczości Kraszewskiego są powieści, w ciągu 57 lat napisał ich 232, w tym 144 powieści społecznych, obyczajowych i ludowych i 88 historycznych. Zawarł w nich obraz współczesnego mu społeczeństwa oraz polskiej narodowej przeszłości. Po cyklu powieści współczesnych i ludowych ostatni okres twórczości obfitował w powieści historyczne, dotyczące zarówno czasów starożytnych („Rzym za Nerona”), XV wieku („Krzyżacy 1410″), wieku XVIII (trylogia saska oraz późniejsze „Saskie ostatki”), jak i innych, np. „Sto diabłów”, „Macocha”, „Warszawa 1794″.

Część powieści Kraszewskiego jak „Stara baśń” pozostaje do dziś popularna. Pisywał też wiersze, poematy i dramaty jak „Miód kasztelański” czy „Panie Kochanku”. Niektóre z jego prac historyczno-literackich były pierwszymi poważnymi opracowaniami danych zagadnień, m.in. studia o Syrokomli i o Krasickim. Kraszewski zasłużył się też jako wydawca tekstów, m.in. listów Zygmunta Krasińskiego, pism Kazimierza Brodzińskiego.

W 1883 roku Kraszewski został aresztowany w Berlinie pod zarzutem działalności wywiadowczej na rzecz Francji. Okazało się, że pisarz w latach 1873 – 1881 współpracował z pobudek patriotycznych z wywiadem francuskim, przeciw Prusakom. Sąd skazał go na 3,5 roku twierdzy, po 16 miesiącach jednak ze względu na wiek i zły stan zdrowia wypuszczona go warunkowo. Wkrótce potem Kraszewski wyjechał do Włoch, a potem Szwajcarii.
Kraszewski zmarł 19 marca 1887 roku w Genewie, został pochowany 18 kwietnia w krypcie zasłużonych na Skałce w Krakowie.
PAP
Za: Kurier Wilenski (19 mar 2012)
http://www.bibula.com/?p=53742

Kraszewski do dziś pozostaje rekordzistą Guinessa, jeśli chodzi o liczbę ręcznie napisanych książek. I chyba już nim pozostanie. – admin


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 11 wrz 2012, 15:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/09/11 ... em-w-reku/

Józef Ignacy Kraszewski – wielki wędrowiec z piórem w ręku
Posted by Marucha w dniu 2012-09-11 (wtorek)

Józef Ignacy Kraszewski wraz z Januszem Korczakiem oraz ks. Piotrem Skargą objęty został, zgodnie z ubiegłoroczną uchwałą Sejmu RP, patronatem rok 2012.
Przyszedł na świat dwieście lat temu, 28 lipca 1812 roku. Nie w zaciszu domowym majątku jego rodziców, Jana i Zofii z Malskich, Dołha koło Prużany na Grodzieńszczyźnie, lecz w jednym z warszawskich hoteli.

W tym czasie rozpoczął się tzw. „marsz stu narodów” na Moskwę w wojnie francusko-rosyjskiej. Jego mama, będąc w ciąży, postanowiła schronić się na jakiś czas w tym mieście, obawiając się zawieruchy, rabunków i wszelkich z tym związanych zagrożeń. Niezwykła wędrówka pisarza przez życie zakończyła się w dniu 19 marca 1887 roku także… w hotelu, podczas kolejnej ucieczki, tym razem przed groźbą osadzenia w więzieniu za szpiegostwo (w służbie francuskiej, sojusznika jego ojczyzny, będącej pod rozbiorami). Ostatnim przystankiem wędrowca z gęsim piórem w ręku (żadnego innego nie uznawał) stała się Genewa w Szwajcarii.
Był najpłodniejszym pisarzem w historii naszej literatury. Opisując jego dorobek pisarski, i nie tylko, mógłbym wypełnić do końca ramy tego artykułu, a więc pozwolę sobie tylko w skrócie: wydał ponad 220 powieści, około 150 nowel i opowiadań, 20 sztuk scenicznych, ponad 20 tomów prac historycznych, kilka relacji z podróży, ponad 10 tomów publicystyki społeczno-politycznej, kilka tomów poezji, ponad 20 przekładów z języków: angielskiego, francuskiego, niemieckiego, łaciny i włoskiego; napisał kilka tysięcy felietonów, artykułów, recenzji, które umieszczał do więcej niż setki czasopism. Napisał kilkadziesiąt tysięcy listów, z których opublikowano dotąd zaledwie niewielki ich ułamek.

Uff… to nie wszystko. Pasjonował się grafiką, w tym najchętniej rysował pejzaże i architekturę (do dziś ocalało ponad 1600 jego prac), czasami łapał za pędzel i malował obrazy olejne. Kochał muzykę i nie wyobrażał sobie dnia bez spędzenia godziny przy fortepianie. Pisał recenzje z koncertów i oper, uznawane przez krytyków za profesjonalne perełki. Podróżował po całej niemal Europie. Aktywnie zajmował się sprawami społecznymi i politycznymi, za to drugie trafiał nie jeden raz za kratki.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny szczegół – często „płynął pod prąd” ogólnie panujących poglądów ówczesnych salonów. Miał swoje wyrobione poglądy i zdecydowane opinie, za które wielokrotnie był ostro krytykowany, nawet przez władze kościelne.
W dzisiejszych czasach cyfryzacji, elektronicznych zapisów, oplatającej świat sieci internetowej trudno jest zrozumieć, jak ze skromnym, gęsim piórem w ręku można dokonać tak ogromnego dzieła na niwie literackiej. Stara zasada: festina lente nie jest dziś na topie. „Śpiesz się powoli” zastępujemy często nową: „śpiesz się jeszcze szybciej”. A efekty? No cóż, trochę mnie poniosło w dywagacjach. Reset, i wracamy do Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Pochodził z zamożnej i kulturalnej rodziny ziemiańskiej. Jako najstarszemu z czworga rodzeństwa przysługiwało prawo objęcia i zarządzania majątkiem. Uczeń w Białej, wówczas Radziwiłłowskiej, a teraz Podlaskiej, następnie w Lublinie i Świsłoczy, pasjonował się głównie czytaniem. Z nauką czasem szło mu na bakier, zdarzyło mu się powtarzać jedną z klas. Ale żadnych problemów z czytaniem książek. Wręcz z przeciwnie, on je po prostu „połykał”. W pamiętnikach wspominał tamte czasy, jako: „ustawiczne na nie polowanie”. Obok dzieł z górnej półki literackiej pochłaniał także i liche, ale popularne wówczas romanse. A oprócz tego dziesiątki gazet i czasopism z różnych krajów, w różnych językach, które systematycznie abonował. Pochłaniał z wielkim apetytem zapisane słowa, a sam również utrwalał je w impressyach, jak to wówczas określano. Pióro, kałamarz, notatnik stały się nieodłącznymi towarzyszami jego drogi życiowej.

W 1829 roku rozpoczął studia w Wilnie, najpierw na wydziale medycyny, który szybko porzucił na rzecz literatury. Rozpoczął od przekładów Plutarcha i Plauta, opracowań historycznych miasta Wilna. Miał zadatki na niezłego naukowca. W międzyczasie napisał swoją pierwszą powieść pt. „Pan Walery”, którą pewien wydawca natychmiast od niego kupił. I to zapoczątkowało jego niezwykłą karierę literacką.
Żył w czasach powstawania wielkiej poezji romantycznej. Sam postanowił ją przekształcić w prozę, nadrabiając spore niedostatki w tej dziedzinie w Polsce. Przed nim wydanych zostało około sto powieści, nie najwyższych lotów. On zmienił ten kierunek obierając dobry szlak, można powiedzieć – otworzył bramę następnym pisarzom, Sienkiewiczowi, Prusowi i wielu innym.

Nie były to łatwe czasy. Odczuł to wkrótce na własnej skórze. Wybuchło powstanie listopadowe, a on – działając w jednej z organizacji patriotycznych – został w grudniu 1830 roku osadzony wraz z kolegami w więzieniu. Ominęły go walki w bitwach i potyczkach, ale groziło wcielenie w tzw. „sołdaty”. Na szczęście miał obrotną babcię, która powołując się na jego słabe zdrowie (to był fakt, ale też niejeden raz później argument do wywinięcia się zza kratek) wywalczyła warunkowe zwolnienie wnuka. Pod dozorem policyjnym mieszkał dalej w Wilnie. Wiele tysięcy rodzin zostało wówczas wywiezionych na Kaukaz bez prawa powrotu. Na swojej drodze miał sporo szczęścia w nieszczęściu, trzeba to przyznać.

Dla młodego literata traumatyczne doświadczenie klęski powstania listopadowego zapoczątkowało nowe spojrzenie na Polskę rozdartą przez trzech zaborców. „Nie czyn zbrojny, ale działalność kulturalna, naukowa, społeczna winna być głównym celem patriotycznych Polaków – to właśnie ona miała za zadanie utrzymywać świadomość narodową, a pisarz, publicysta powinien być przewodnikiem społeczeństwa, powinien diagnozować i wskazywać drogę. Literatura w czasach zaborów zastąpić miała wszelkie instytucje kulturalne, społeczne, polityczne, które w normalnych warunkach kształtowały społeczeństwo. Twórcy dzierżyli rząd dusz”. To dosyć patetyczne stwierdzenie stało się przewodnią ideą twórczości Kraszewskiego. Pióro miało zastąpić miecz i skutecznie bronić skarbnicy wartości wywodzących się z naszej historii i stwarzać nadzieję na odrodzenie Ojczyzny, gdy przyjdzie na to czas.
Rozpoczyna się jego bardzo intensywna działalność w świecie literackim, publicystycznym, wydawniczym. Stabilizuje się życie rodzinne. W 1839 roku wydana zostaje jego powieść pt. „Poeta i świat”, przełożona na siedem języków za życia autora. W tym samym czasie przygotowuje do druku dwa tomy Poezji. Przedtem zapoczątkowana została jego długoletnia współpraca literacka z „Tygodnikiem Petersburskim”.

W latach 1837-1860 mieszka na Wołyniu. Bierze ślub z Zofią Woronicz, z którą miał czworo dzieci: Konstancję, Jana, Franciszka i Augustę Marię. Dzierżawi majątek Omelno, zajmuje się gospodarowaniem majątków w Gródku, Hubinie, by w końcu osiedlić się w Żytomierzu. Ukazują się jego liczne utwory literackie (kolejne powieści, artykuły, relacje z podróży) i redakcyjne (redaguje „Athenaeum. Pismo zbiorowe dotyczące historii, filozofii, literatury i sztuki”).

Lata 1860-1863 to tzw. okres warszawski w jego drodze życiowej. Obejmuje redakcję „Gazety Codziennej”, która wkrótce przyjmie tytuł „Gazeta Polska” (dzisiaj też możemy ten tygodnik wziąć do ręki).
Tuż przed wybuchem powstania styczniowego, ostrzeżony przed groźbą wysyłki na Sybir, wyjeżdża do Drezna, gdzie rozpoczyna się nowy, niezwykle płodny rozdział w jego działalności kulturalnej, a także społecznej i politycznej. Aktywnie działa na rzecz emigrantów z Polski. Pod pseudonimem Bolesławita wydaje powieści związane z powstaniem styczniowym. W 1874-1876 pisze i wydaje słynną „saską trylogię”: „Hrabina Cosel”, „Brühl”, „Z siedmioletniej wojny”. W 1876 roku ukazuje się jego słynne dzieło „Stara baśń”, które zapoczątkowuje cykl 29 utworów z dziejów Polski.

W tym czasie często podróżuje po Europie opisując to w licznych reportażach. Zaproszony zostaje do Krakowa na uroczyste obchody jubileuszu 50-lecia twórczości, które stają się ogólnonarodową manifestacją patriotyczną. Oskarżono go o szpiegostwo na rzecz Francji, za co otrzymuje wyrok 3,5 roku więzienia. Zamknięty w twierdzy w Magdeburgu, chwyta się starej metody, która sprawdziła się w latach studenckich, podczas powstania listopadowego – konieczności leczenia nadwątlonego zdrowia. Za wysoką kaucją otrzymuje zezwolenie na kurację i wyjeżdża do Włoch. „Zapraszany” kilkakrotnie z powrotem do odbycia reszty kary w Magdeburgu, grzecznie, ale stanowczo odmawia. Z powodu trzęsienia ziemi w Italii wyjeżdża do Szwajcarii, gdzie postanawia pozostać i ułożyć sobie na nowo życie. Wynajmuje pokój w hotelu i w dniu 19 marca 1887 literacki wędrowiec odchodzi na wieczny odpoczynek.

Ogromny dorobek literacki wzbudzał w jego czasach podziw, ale też i reakcje krytycyzmu. Do dziś cytowana jest ironiczna, ale i bardzo celna reakcja Kraszewskiego na stwierdzenie pewnego krytyka:
– Pisze pan bardzo dużo powieści. Wiele spośród nich to nieudane dzieła, które szkodzą pańskiemu imieniu.
Pisarz odparł:
– Bóg stworzył wielu nieudanych ludzi, a jednak nie zaszkodziło to jego imieniu.
W świecie literatury znamy sporo „pisarzy jednej książki”. Przykładem jest zmarły w styczniu 2010 roku w wieku 91 lat, Jerome David Salinger, który pozostawił po sobie jedną, ogromnie popularną, ale wzbudzającą swego czasu w USA wiele kontrowersji, książkę „Buszujący w zbożu”. I cały szereg innych twórców, w tym płci pięknej, jak: Margaret Mitchell z kultową: „Przeminęło z wiatrem”, Emily Brontë z niezwykle popularną do dziś wśród młodzieży powieścią: „Wichrowe wzgórza”. Bunt, ostra krytyka, przedwczesna śmierć – zamykały drzwi wielu pisarzom i pisarkom w ich twórczości. Kraszewski w myśl swojej zasady: „Gnuśność poniewiera tysiące ludzi, praca nie zabija nikogo” – napisał ponad dwieście powieści. Wiele z dobrym „warsztatem rzemieślniczym”, w których rozbłysło sporo pięknych pereł pióra.
Pozostawił nam swoją wielką skarbnicę literacką. Warto do niej sięgnąć nie tylko w roku jego patronatu, ale także przekazywać kolejnym pokoleniom, jak potężnym orężem, nawet w najtrudniejszych czasach, jest słowo.

Piotr Stanisław Król

http://sol.myslpolska.pl/2012/09/jozef- ... raszewski-–-wielki-wedrowiec-z-piorem-w-reku/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 16 paź 2012, 21:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wirtualnapolonia.com/2012/10/15/ ... krasinski/

Zmarł Janusz Krasiński
Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2012-10-15

W Warszawie zmarł wczoraj Janusz Krasiński, prozaik, dramatopisarz i reportażysta, honorowy prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Janusz Krasiński urodził się w 1928 roku. W czasie okupacji był członkiem Szarych Szeregów. Podczas Powstania Warszawskiego został wywieziony do Oświęcimia, później do Dachau. Oskarżony o działalność konspiracyjną i szpiegostwo na rzecz USA w latach 1947-1956 był więziony na Mokotowie, w Rawiczu i Wronkach. Pisarz siedział w jednej celi z ludźmi ze sprawy rotmistrza Witolda Pileckiego. – Wszyscy czekaliśmy na to, że Bierut ułaskawi Pileckiego, tak jak ułaskawił skazanego również na śmierć Tadeusza Płużańskiego. Niestety, nie ułaskawił. Nie mogę powiedzieć, że widziałem rotmistrza, ale wyglądaliśmy przez okno nocą, jak prowadzili ludzi na stracenie. Ich głowy okręcone były szmatą, więc nie mogliśmy rozpoznać, kogo prowadzą, ale można było wyliczyć, kiedy został rozstrzelany Pilecki – powiedział dwa lata temu w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” Krasiński. Z zarzutu szpiegostwa uwolnił go dopiero Sąd Najwyższy – Izba Wojskowa w 1998 roku. Pisarz w latach 2005-2008 był prezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a potem honorowo kierował SPP.

Krasiński był autorem m.in. powieści “Haracz szarego dnia” (1959 r.), “Wózek” (1966 r.), “Syn Wallenroda” (1979 r.), licznych sztuk teatralnych, np. “Czapy, czyli śmierci na raty” i “Śniadania u Desdemony”. W 2006 roku Nagrodą im. Józefa Mackiewicza uhonorowany został cykl jego powieści autobiograficznych (“Na stracenie”, “Twarzą do ściany”, “Niemoc”, “Przed agonią”).

PCz, NDz


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 27 paź 2012, 11:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/index.php?option=co ... aktualnoci

Nauka patriotyzmu szła właśnie od niego
piątek, 26 października 2012 14:54

Obrazek

Powieści Henryka Sienkiewicza pokazują naród polski o prawdziwej i porywającej historii. Nie można nie kojarzyć Sienkiewicza z polskim pozytywizmem, epoką, której twórcy uczyli demokracji we właściwym tego słowa znaczeniu, szacunku dla wiedzy i pracy oraz dla kultury i historii polskiej.

Twórczość pozytywizmu na trwałe wpisała się w polską kulturę. Któż nie pamięta Sachem, książki o dramatycznej i brutalnej rzeczywistości amerykańskich Indian, czy ujawniającej się w Pustyni i w puszczy pasji autora do podróży, gdzie przestawił z zadziwiającą dokładnością detale opisów.

Warto przypomnieć Sienkiewiczowskie dzieła historyczne, które są doskonale znane z adaptacji filmowych: Potop, Krzyżacy, Pan Wołodyjowski, Ogniem i mieczem oraz nagrodzone w 1905 r. Nagrodą Nobla historiozoficzne Quo Vadis.

Kochał bowiem Sienkiewicz historię, pokazując zawartość historyczną w gatunku powieści historycznej, wywodzącej się od Waltera Scotta. Widać u Sienkiewicza ogromną dbałość o każdy szczegół historyczny.

Sugestywność i charyzmatyczność jego powieści, stylizacja językowa w wypowiedziach bohaterów i narracji, konstrukcja głównych bohaterów, jak Bohun czy Azja, wszystkie te cechy powodują ciągłe zainteresowanie tego typu prozą.

Ogromna dawka emocji, wciągnięcie czytelnika w tło historyczne utworów, bogactwo wątków humoru, punktów kulminacyjnych – wszystko to powoduje, że powieści Sienkiewicza to doskonały materiał dla filmowców i prawie gotowe scenariusze filmowe.

Trzeba zaznaczyć, że książki te powstały w niemałym trudzie, ale ważniejsze jest to, że mają one swój cel, tezę, którą autor przedstawia – pokazuje ludziom naród o wiarygodnej i zadziwiającej przeszłości. Tego typu proza pozwalała Polakom przeżywać moment dumy z powodu bycia Polakiem w konkretnym momencie historycznym.

Sienkiewicz przyzwalał na identyfikację z historią polską, szukał tego co pozwalało pokazać, że Polacy są silni. Obraz obrony Częstochowy - to jednoznaczne mistyczno-symboliczne wzmocnienie, obrona Ojczyzny i obrona Wiary. Parafrazując słowa Henryka Sienkiewicza to właśnie wiara pomoże dźwignąć się Polakom z pokolenia Y z niewoli współczesnej cywilizacji, i my Polacy musimy stale pamiętać, o niezmiernie ważnych i aktualnych wzorcach takich jak Szlachetność, Piękno, Honor.

Emocjonalizm Sienkiewicza podobał się w epoce pozytywizmu, można powiedzieć, że nauka patriotyzmu szła właśnie od niego, całe pokolenie szukało wzorców w jego twórczości. I wtedy właśnie zostały mocno ugruntowane wartości społeczne wśród Polaków, a proza noblisty powinna być ciągle aktualna dla współczesnego czytelnika, nie tylko w szkołach.

Edyta Piłat


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 09 sty 2013, 11:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://rebelya.pl/post/3219/maria-konop ... dla-dzieci

Maria Konopnicka

Maria Wasiłowska urodziła się 23 maja 1842 w Suwałkach. Wychowywała się w bardzo patriotycznej i katolickiej rodzinie. Jej brat zginął w powstaniu styczniowym w czasie walk z rosyjskim zaborcą. W 1862 poślubiła Jarosława Konopnickiego. Małżeństwo miało ośmioro dzieci. Po 15 latach małżeństwa rozstała się z mężem, mężczyzną atrakcyjnym ale całkowicie nie odpowiedzialnym. Konopnicka zarabiała na utrzymanie swoje i swoich dzieci, twórczością literacką i dawaniem korepetycji. Była bardzo aktywna w organizacjach patriotycznych i społecznych. Dziś jej związki z narodową demokracją są tematem tabu. Wielu mężczyzn darzyło już gorącymi uczuciami Zadebiutował w 1870 roku wierszem „ Zimowy poranek” który opublikował dziennik „Kaliszanin”. Pisała wiersze, nowele, publicystykę kulturalną, redagowała czasopisma. W 1908 roku opublikowała „Rotę”. Był to jeden z wielu jej tekstów którymi walczyła z germanizacją. Poetka zmarła 8 października 1910 we Lwowie. Jej pogrzeb stał się gigantyczną manifestacją patriotyczną. Wzięło w nim udział 50.000 osób.
Wiersze Konopnickiej są przepełnione patriotyzmem, katolicyzmem, zachwytem nad polską przyrodą, wrażliwością na los prostych ludzi. Wszystkie te tematy, tworzą jedną współgrającą całość. Język poetki jest prosty, rytmiczny, pełen ciepła. Tradycja i życie codzienne obecne w jej pozeji, zakorzenione są w domowej codzienności, w pozbawionej sztuczności ludowości. Tematami wierszy są zwyczaje ludowe, katolickie święta, przyroda, życie zwierząt, pory roku, codzienna praca, życie rolników, zabawy dzieci. Konopnicka ukazuje czytelnikom poetykę tkwiącą w codzienności, piękno ukryte w prozie życia.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 25 cze 2013, 18:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/artykuly/55998-my-w ... tyce.pl%29

My wszyscy z niego! Henryk Sienkiewicz – wielki pisarz, patriota, ale także świetny historyk. Nowy numer miesięcznika „Sieci Historii” już 20 czerwca w kioskach
opublikowano: 17 czerwca, 11:25 | ostatnia zmiana: 17 czerwca, 11:56

Obrazek

Niedawno minęła 130. Rocznica pierwszego wydania „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. To doskonała okazja, aby podjąć – także we współczesnym pokoleniu jego czytelników – refleksję nad twórczością powstałą „ku pokrzepieniu serc” w trudnym dla Polski okresie zaborów.
Czy była to twórczość naiwna? Henryk Sienkiewicz uprawiał „propagandę sukcesu”? A może raczej przypominał o tym, co niezmienne, co stanowi rdzeń naszej tożsamości i na czym w każdych warunkach możemy zacząć odbudowywać Polskę? Współcześni nobliście krytycy używali argumentów merytorycznych, czy też może po prostu kierowała nimi zazdrość? Jakim człowiekiem był Sienkiewicz? Bujał w obłokach, czy raczej był twardym pragmatykiem? Próbę odpowiedzi na te i wiele innych pytań podejmujemy na łamach czerwcowego numeru miesięcznika „Sieci Historii”.
Pierwsze pokolenie czytelników Trylogii powstającej na bieżąco od 1884 r. przeżyło kolejną klęskę insurekcyjną, w której szlachetni marzyciele (powstańcy niosący sztandary z Orłem, Pogonią i Archaniołem) zostali pokonani przez rosyjskie wojska, a często (szczególnie na Kresach Południowo-Wschodnich) przez miejscowych „czabanów”, „czerń” i „hultajstwo”, jak o ich XVII-wiecznych przodkach mówił – ustami kniazia Jaremy Wiśniowieckiego – Henryk Sienkiewicz. Doświadczenie powstania styczniowego zamroziło marzenia i wprowadziło potomków polskiej szlachty (ziemiaństwo i inteligencję) w stan destrukcyjnego de facto realizmu politycznego. W ten świat, w którym zabroniono nam mieć marzenia o Niepodległej, wszedł Henryk Sienkiewicz ze swoim słowem. Stał się wychowawcą „pokolenia niepokornych”, które wywalczyło z czasem Polskę Odrodzoną – wbrew światu, który jeszcze w 1914 r. nie widział „sprawy polskiej”.
- pisze w słowie wstępnym do czerwcowego numeru redaktor naczelny „Sieci Historii”. Prof. Jan Żaryn wspomina własne początki lektury dzieł Sienkiewicz i żywe emocje, jakie w najmłodszych – ale także w tych nieco starszych – czytelnikach wzbudzało śledzenie losów bohaterów „Trylogii”:
Jeszcze moje pokolenie czytało Sienkiewicza od dziecka. W moim przypadku to mama czytała nam (gdy mieliśmy ze starszą nieco siostrą Joasią niewiele lat) najpierw „Quo Vadis”, pomijając sceny zbyt okrutne lub burzące dziecięcą wrażliwość. Mieliśmy w domu pięknie oprawiony egzemplarz „z dwudziestoma heliograwurami według obrazów Piotra Stachiewicza”. A potem przyszła kolej na Trylogię, również – za pierwszym razem – czytaną przez mamę. I pamiętam, gdy docieraliśmy do sceny śmierci Longina Podbipięty, także starsze rodzeństwo (wówczas ponad 20-letnie) po cichu zbliżało się do naszych łóżek, by rzewnie zapłakać. A potem mama opowiadała, jak jej babka, czytając Sienkiewicza w odcinkach, wysyłała listy do pana Henryka, pisząc, że jak jeszcze i Skrzetuskiego uśmierci, to pożałuje. Nie uśmiercił! Wzrastałem z Sienkiewiczem i jego Trylogią. Czego i wam, najmłodsi czytelnicy „Sieci Historii”, z całego serca życzę.
Prof. Jan Dzięgielewski w eseju „Wierni i niewierni synowie Rzeczypospolitej” podkreśla z kolei kunszt Henryka Sienkiewicza jako historyka, jego warsztat, jak również umiejętność wniknięcia w złożoność rzeczywistości siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej:
Wydaje się jednak, iż oddziałujące na emocje przedstawienia bitew, obrony Zbaraża, pochodów wojsk czy porywające przygody głównych bohaterów literackich, przesłoniły niemal całkowicie historiozoficzne rozważania Sienkiewicza na temat źródeł rozwoju oraz kryzysu Rzeczypospolitej, a także jej stanu cywilizacyjnego u progu wojen połowy XVII w. Są zaś one niezwykłej wagi. Historiozoficzne rozważania Sienkiewicza dowodzą, że wybitny powieściopisarz odznaczał się nie tylko doskonałą znajomością staropolskich źródeł, ale też i wyjątkową intuicją, która wiele kwestii pozwoliła mu ująć chyba bardziej trafnie, niż badaczom tamtych wydarzeń z cenzusem naukowym
– wskazuje prof. Jan Dzięgielewski.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 24 lip 2013, 22:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/07/08 ... o-w-duszy/

Te książki pozostawiają światło w duszy
Posted by Marucha w dniu 2013-07-08 (poniedziałek)

Halina Popławska, polska pisarka, autorka licznych powieści historycznych, osadzonych tematycznie głównie w okresie rewolucji francuskiej i powstania w Wandei, kończy 95 lat. Pisarka jest rówieśniczką Polski Niepodległej, urodziła się 7 lipca 1918 r.
Halina Popławska herbu Drzewica urodziła się w Wilnie, w rodzinie, gdzie miłość do Boga i Ojczyzny była czymś oczywistym. Ojciec pani Haliny zginął w wojnie polsko-bolszewickiej, osierocił dwuletnią córeczkę. Matka, Wanda z domu Sawoniewicz, wyszła powtórnie za mąż. Jej drugi mąż, Alfons Wiśniewski, także ochotnik w wojnie 1920 roku, wychował małą Halinę jak własną córkę.

Obrazek
Bitwa pod Le Mans, jeden z epizodów powstania w Wandei, głownego motywu twórczości Haliny Popławskiej. Repr. Wikimedia


Przyszła pisarka zdążyła za młodu nasiąknąć niepowtarzalnym duchem Drugiej Rzeczypospolitej, gdzie wolność nie była sloganem, ale podstawową wartością, a ktoś, komu przyszłoby do głowy wyśmiewać postawy patriotyczne, nie tylko nie miałby czego szukać w życiu publicznym, ale spotkałby go także ostracyzm towarzyski.

Obrazek

Halina Popławska, będąc dzieckiem urodzonym w rodzinie ziemiańsko-inteligenckiej, od najmłodszych lat odbierała staranną edukację. Uczyła się chętnie, pokochała szczególnie muzykę i języki obce. Przedwojenne Wilno jawi się we wspomnieniach pisarki jako miasto tętniące życiem, tygiel kulturowy i wspaniały ośrodek akademicki, nazywany także Florencją Północy. Tutaj uczęszczała do gimnazjum ss. Nazaretanek, tutaj także studiowała muzykę, fortepian i śpiew w Konserwatorium.
Z chwilą wybuchu wojny, zdobywanie wiedzy ze zwyczajnego obowiązku zamieniło się w akt dywersji. Miłość do Polski okazała się silniejsza niż strach, młoda dziewczyna wzięła udział w tajnym nauczaniu. Wkrótce przyszło jej jednak uciekać z ogarniętego wojną rodzinnego miasta. Pozostawiwszy cały majątek, rodzice Haliny udali się szukać schronienia u krewnych. Do Wilna nie wrócili już nigdy.
Po wojnie Popławska kontynuowała edukację. Ukończyła romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie następnie doktoryzowała się. Jako wyróżniająca się młoda pani naukowiec otrzymała dyplom Instytutu Fonetyki na Sorbonie. Ukończyła także kurs literatury włoskiego renesansu we Florencji. Do emerytury wykładała na Uniwersytecie Warszawskim – z pasją, przedwojennym profesjonalizmem i ogromną miłością zarówno do samej wiedzy, jak i do studentów, którym tę wiedzę przekazywała. Wdzięczni uczniowie podkreślają, że o wykładowców z taką klasą i o takim poziomie wiedzy bardzo w dzisiejszych czasach trudno. Odwiedzają panią Halinę do tej pory.
W 1950 roku Popławska rozpoczęła pracę w Bibliotece Narodowej. Wspomina ten okres bardzo ciepło, książki – zwłaszcza te stare, wymagające odnalezienia klucza do ukrytej w nich tajemnicy – okazały się jej wielką pasją. To one skierowały ją na drogę twórczości literackiej. Przygoda z literaturą – początkowo traktowana z przymrużeniem oka, okazała się powołaniem.
Coraz trudniej dziś o dzieła – zwłaszcza te z dziedziny literatury popularnej – których lektura pozostawia w duszy i umyśle światło, a nie ciemny osad. Książki Haliny Popławskiej, stanowią taką właśnie lekturę: o wartości nie tylko edukacyjnej, ale przede wszystkim moralnej. Kanon wartości obecny w twórczości pisarki opiera się na Dziesięciorgu Przykazań. Choć znajdziemy tutaj opisy nieraz drastyczne, a losy bohaterów nigdy nie będą usłane różami, nie natkniemy się na próby kreowania fałszywych „autorytetów” tudzież pochwały „złożoności charakteru” zwyczajnych zdrajców. U tej pisarki zawsze ostatecznie zwycięża dobro – choć nigdy nie jest to zwycięstwo nieokupione wysiłkiem i poświęceniem – a zło zostaje nazwane po imieniu.
Halina Popławska jest autorką szesnastu powieści. Wszystkie osadzone są w konkretnych realiach historycznych, chociaż ich bohaterowie to zazwyczaj osoby fikcyjne. Dzięki jednak wiernemu odzwierciedleniu rzeczywistości polityczno-społecznej danej epoki, wiedzę o minionych latach i ważnych wydarzeniach zdobywamy „bezboleśnie”, niejako mimochodem. Książki te można polecić zwłaszcza młodym ludziom, obdarzonym naturalnym instynktem poszukiwania prawdy i dobra, a jednocześnie nie bardzo jeszcze skłonnym do wertowania opasłych traktatów historycznych w poszukiwaniu wiedzy o dawnych czasach.
Nieocenionym walorem jest fakt sięgnięcia przez Autorkę do okresu rewolucji francuskiej i oddanie klimatu tamtych czasów, a także istoty powziętych wtedy działań. Halina Popławska studiom nad przewrotem przeciwko Bogu i Królowi poświęciła dziesięć lat, zgłębiając nie tylko samą wiedzę na temat przebiegu zdarzeń w sferze politycznej i militarnej, ale także – co może nawet bardziej istotne – na przygotowaniu „gruntu myślowego” pod wybuch rewolucji.
Tryptyk powieściowy „Kwiat lilii we krwi”, „Szkaplerz wandejski” oraz „Spadek w Piemoncie” pisarka określa mianem dzieła swojego życia. I rzeczywiście, nie sposób przecenić jego wartości. Z „Tryptyku” wyłania się bowiem diametralnie inny obraz rewolucji francuskiej niż ten, który znamy ze szkół i oficjalnej propagandy. Halina Popławska odsłania mechanizmy rządzące rewolucją i jej podwaliny ideowe. A stały nimi odrzucenie Boga i próba stworzenia „nowego porządku świata”.
„Nie bierzemy jeńców, trzeba by bowiem karmić ich chlebem wolności, litość jednak nie należy do cnót rewolucji” – na kartach „Kwiatu lilii we krwi” czytamy raport generała Westermana do Konwentu po zdławieniu powstania w Wandei. W tym roku, za kilka dni przypada jego 220. rocznica, wspomnienie przemilczanego zrywu francuskich katolików lojalnych królowi, tych, którzy stawili opór zwolennikom „postępu”, pragnącym zdobywać świat na drodze przemocy i podboju.
Książki Haliny Popławskiej są kopalnią wiedzy o prawdziwej naturze tamtych czasów oraz o istocie rewolucji francuskiej i powstania w Wandei. Z powieści tych jasno wynika, że nie było to starcie rozmaitych koncepcji politycznych, ale brutalny atak na cywilizację chrześcijańską, zaś z drugiej strony, jej bohaterska obrona. Potwierdzeniem najwyższej jakości duchowej tego powstania stał się akt beatyfikacji 99 wandejskich męczenników, dokonany przez bł. Jana Pawła II w 1984 r. Z książek Haliny Popławskiej także możemy się dowiedzieć, kim byli ci ludzie i jakie kierowały nimi zasady:

Do śmierci masz służyć wiernie
Twemu Bogu i Królowi
By zwycięstwo odnieść snadnie,
Posłuszny będziesz wodzowi.


- pisarka na kartach „Szkaplerza wandejskiego” przytacza „Dziesięcioro przykazań szuanów z Fougeres”, które w czasach rewolucji francuskiej – jak pisze autorka – „obiegły całą Wandeę, Bretanię, Normandię i Andegawenię”. O tym, czym różnili się wandejczycy od rewolucjonistów może świadczyć kolejny wers tego utworu:

Siłą nie weźmiesz niczego,
I za wszystko dasz zapłatę,
Wiek i płeć zaś uszanujesz.
Żołnierzem jesteś, nie katem.


W powieściach Haliny Popławskiej młodzi (ale i starsi) odnajdą wątki sensacyjne, przygodowe oraz – rzecz jasna – miłosne. Nie ma tu jednak cienia wulgarności, kiczu ani epatowania przemocą. W dobie panoszącego się – zwłaszcza na gruncie edukacji – relatywizmu, książki Haliny Popławskiej, pisanie „w dobrym, przedwojennym stylu” są doskonałą odtrutką, wartą polecenia zwłaszcza rodzicom w popłochu szukającym nieraz odpowiednich lektur dla swoich kilkunastoletnich dzieci.



http://www.pch24.pl/te-ksiazki-pozostaw ... 149,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 21 paź 2013, 14:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://hej-kto-polak.pl/wp/?p=75589

Maria Konopnicka
Opublikowano 12 września 2013, autor: emka

Obrazek

„Urodziłam się w Suwałkach, gdzie ojciec mój był obrońcą prokuratorii” – pisze Maria. Przyszła na świat 23 maja roku 1842 i otrzymała na drugie imię Stanisława – na cześć dziada ojczystego, Podlasiaka, żołnierza armii napoleońskiej, który stanie się dla swych potomków symbolem „bohaterstwa ducha”. Ma lat siedem, gdy rodzice przenoszą się do Kalisza.
Tam 27 marca 1854 roku umiera jej matka, licząc zaledwie 34 lata. Ojciec – Ignacy Wasiłowski – zostaje z sześciorgiem dzieci.

Barbara Wachowicz

„Cień własnego drzewa”
Jeżeli sobie czasem o przyszłości marzę, to sobie wyobrażam jakiś zakątek nieopodal dużego lasu, gdzie bym spokojnie żyć i pracować mogła” – pisała Maria Konopnicka zimą roku 1884.
8 września roku 1903 przybyła do takiej wymarzonej siedziby. Wdzięczny Naród ofiarował uwielbianej poetce, zwanej „wieszczką Narodu”, „pieśniarką niedoli ludu” i „natchnioną mistrzynią słowa polskiego” – na jubileusz ćwierćwiecza pracy dworek z parkiem na Podkarpaciu w miejscowości Żarnowiec.
Moją wyprawę do Żarnowca zawdzięczam pomocy niezawodnych harcerzy Chorągwi Podkarpackiej ZHP. Muzeum Marii Konopnickiej – biały dworek z drewnianym ganeczkiem, ocieniony potężnymi konarami wyniosłego jesionu, pamiętającego poetkę. Pisała do przyjaciółki od serca – Elizy Orzeszkowej – jesienią 1903 roku: „Ja zawsze marzyłam o tym, żeby mieć choć jedno swoje własne drzewo (…) i tyle ziemi, ile ono korzeniami obejmie!”.

Obrazek
Żarnowiec – dar narodowy dla Marii Konopnickiej


„Dom nasz sierocy”
Gdy Maria Konopnicka otrzymała Żarnowiec, miała lat 61 i wiele dróg żywota za sobą – trudnych, zawiłych, bolesnych.
Moi rodacy, Podlasiacy, chlubiący się, że na ziemi naszej wyrośli Kraszewski, Sienkiewicz, Prymas Tysiąclecia – jakoś nader rzadko odwołują się do tradycji ojczystego rodu autorki „Roty”, która pisze, iż był on „z dawna osiadły nad Bugiem”, w powiecie Sokołów Podlaski. Pisała: „Ziemio podlaska, drogo krwią polską nabyta,/ Polskim ludem obsiana jako ziarnem żyta… Bugu! /Domowa rzeko moich rodzicieli,/ Ty łączysz ziemie nasze – car je tobą dzieli!”.
Taką inwokację poświęciła poetka krainie swoich przodków. Ona przyszła na świat daleko od nadbużańskich zielonych łąk i złotych pól.
„Urodziłam się w Suwałkach, gdzie ojciec mój był obrońcą prokuratorii” – pisze Maria. Przyszła na świat 23 maja roku 1842 i otrzymała na drugie imię Stanisława – na cześć dziada ojczystego, Podlasiaka, żołnierza armii napoleońskiej, który stanie się dla swych potomków symbolem „bohaterstwa ducha”.
Ma lat siedem, gdy rodzice przenoszą się do Kalisza. Tam 27 marca 1854 roku umiera jej matka, licząc zaledwie 34 lata. Ojciec – Ignacy Wasiłowski – zostaje z sześciorgiem dzieci.
Wspomina Maria: „Dom nasz sierocy był prawie zakonnym domem; nie przyjmowano w nim i nie oddawano żadnych wizyt, nie prowadzono żadnych wesołych światowych rozmów, a spacery, na które nas ojciec prowadził, miały za cel zwykły – cmentarz.
Poza tym, doskonały prawnik, pozostawił ojciec mój tradycję świetnej wymowy prawniczej i nieskazitelnego żywota”.
W 1855 roku wysłał najstarsze córki – Wandę i Marię – na cieszącą się opinią najlepszej w kraju pensję Sióstr Sakramentek w Warszawie. Tam Maria zaprzyjaźni się ze swą rówieśniczką – czarnooką Elizą – przyszłą autorką „Nad Niemnem”.
Jednym z największych przeżyć młodości Marii był powrót z Syberii po 16 latach zesłania za działalność w tajnym Związku Narodu Polskiego stryja Ignacego Wasiłowskiego.
Potężny tom listów do stryja, który otwiera wzorowo wydaną w latach 2005-2010 korespondencję poetki (a godzi się podkreślić, że wśród wydawców figuruje muzeum z Żarnowca), mówi o niezwykłym związku serc. Stryj Ignacy jest dla Marii powiernikiem, „wzorem i najgoręcej umiłowanym”, „byłeś ojcem tej części mojej duszy i mojej istoty, która oddycha miłością dla Polski” – przyznaje.
„Ja wierzę też, że Polska będzie niepodległa, i że nie umierają narody. Ale ja jestem smutna, że tylu, tylu spośród nas w sobie cząstkami ojczyznę zabija. Każdy zły czyn, każda nieszlachetność Polaka – to rana zadana Polsce…”.

„Czy jestem szczęśliwą?”
Ślub Marii Wasiłowskiej z Jarosławem Konopnickim odbył się 9 września 1862 roku w Kaliszu. Panna młoda miała lat 20, pan młody 32.
„Otóż powiem Wam, że jestem bardzo, bardzo szczęśliwa” – woła oblubienica w liście do sióstr, opisując miodowe miesiące przeżywane w majątku teścia, Bronów. Mąż umie „kochać i dziecinnić się razem z Manią”. „Jarosław, lubo tak wysoki i poważny przy obcych, jak zaklęty królewicz zmienia dla mnie swe usposobienie”.
1 czerwca 1863 roku urodził się Marii pierworodny syn, któremu dali imię – na cześć Mickiewicza – Tadeusz. Za nim pojawiło się liczne rodzeństwo. Do Elizy Orzeszkowej – przyjaciółki z pensji sakramentek – Maria westchnie: „Mam dzieci (Boże! jaka gromada)”. Ośmioro! W tym dwóch synków zmarłych w niemowlęctwie. Pozostałej szóstce, która chowa się zdrowo, matka stara się stworzyć aurę szczęścia, pogody, beztroski.
Znakomita znajomość dziecięcej psychiki pozwoli jej stworzyć małe arcydzieła, takie jak nieśmiertelne, do dziś czytane przez dziatwę „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, „O Janku wędrowniczku”, „Na jagody”.
Latem 1876 roku w warszawskim, wielce cenionym i poczytnym „Tygodniku Ilustrowanym” ukazuje się cykl Konopnickiej „W górach”. I oto „Gazeta Polska”, rozchwytywana dla korespondencji z Ameryki niejakiego Litwosa, zamieszcza jego impresje nadesłane z Kalifornii po lekturze: „Co to za śliczny wiersz (…) zatytułowany: ’W górach’! Zacząłem czytać z lekceważeniem, jak wszystkie takie ulotne poezyjki, a skończyłem zachwycony: ’Otoczyły mnie wkoło moje równie senne/ Pasmem jednakiem,/ Ale ja sobie lecę w krainy odmienne:/ Umiem być ptakiem’.
Cały ten poczynający się wstęp sam się śpiewa jak jaki mazurek Szopena (…). Pod wierszem znalazłem napis: ’Maria Konopnicka’. Nie znam tej poetki. (…) ta pani lub panna ma prawdziwy talent”.
Ostatnie wersy – „a ja sobie lecę…” – będą powracały przez wiele lat w listach prywatnych Sienkiewicza jako swoiste motto jego ustawicznych wojaży.
Tak tedy „ta pani” została pasowana na poetkę. W tym czasie zagasa już bezpowrotnie czar „wąsatego anioła” i „zaklęty królewicz” objawia się żonie jako hulający i tonący w długach szlachciura. Od dawna przestała jej wystarczać ta niby-idylla dworkowego żywota, którą z takim entuzjazmem opisywała siostrom.
„Czy jestem szczęśliwą? Powiem Ci, długo dosyć zdawało mi się, że – tak” – pisze Maria do Orzeszkowej. Ale w pewnym momencie stwierdza: „spostrzegasz, nieszczęsna, że nie wystarcza ci graniate cielę, dorodne główki kapusty, parę modnych fioków i rozmowa o niczym”. W roku 1878 Maria Konopnicka, zabrawszy szóstkę swej dziatwy, wyjeżdża do Warszawy.
Do ukochanego stryja pobiegnie list: „Projekt opuszczenia wsi powstał jeszcze za życia mego Ojca, który chciał mi zapewnić opieką swoją trochę spokoju i ciszy (…). Umarł jednak (…). Cośmy przeżyli, zostawieni sami sobie w tym wielkim, obcym mieście, gdzie praca moja wszystkiemu nastarczyć musiała (…). We dnie gotowałam, szyłam, prałam; wieczorami pomagałam dzieciom w nauce, nocami pisałam…”.
Zapytana o przynależność duchową do stronnictwa warszawskich pozytywistów, odpowiada: „Stronnictwem, do którego należę duszą i ciałem, są dzieci moje”. Tom listów do synów i córek ma 955 stron! Wielka kronika losów autorki i adresatów. Świadectwa miłości, tęsknoty, troski.

Ma ich sześcioro. Jacy byli?
Tadeusz – pierworodny, szlachetny, mądry, dobry, z hasłem życia: „uczciwość i praca”. Umiera w ramionach matki po skomplikowanej operacji. Na płycie kryjącej grób Tadzia wyryto matczyne słowa: „Oddany Bogu i ziemi”.
Dziedzicami moralnej spuścizny Tadzia, jego „siły i odwagi”, stają się – Zofia (ur. w 1866 r.) i Jan (ur. w 1868 r.). Zośka świetnie się uczy. Kończy w Paryżu Instytut dla Panien – elitarną szkołę w Hotelu Lambert, cieszy się sympatią i uznaniem rodziny Adama Mickiewicza. Jest uosobieniem pogody, zaradności, dobrego humoru, pracowitości, chlubą i dumą matki. Pracuje jako nauczycielka z prawdziwym powołaniem.
Dom Janka w Arkadii pod Łowiczem, w majątku dzierżawionym od księcia Michała Radziwiłła, jest prawdziwą przystanią dla całej rodziny. Pracowity, gospodarny, który tylko udzielił swego imienia uroczej książeczce matki, ale nigdy nie był „wędrowniczkiem”, otrzymywał w wieku 23 lat takie wytyczne od macierzy: „Chciałabym, żebyś (…) przyświecał przykładem szlachetnej, pracowitej młodości tym wszystkim, co wspólnie z Tobą pracują. Niech Ci tylko Bóg da zdrowie i wytrwałość”.
To Jan położy balsam na matczyne serce: „Niech Mama pamięta o tym, że dopóki mamy Mamę, wszyscy stanowimy jedno ognisko. (…) myślę tu o Mamie często, stawiając sobie Mamę jako przykład”.
Zupełnie odmienne od wzorowego rodzeństwa były osobowości pozostałych dzieci.
Stanisław (ur. w 1867 r.) – mruk, samotnik, abnegat, uparcie stary kawaler, zmieniający ciągle miejsca pracy, liczący na pomoc matki.
Inne kłopoty niźli ze „Stasieńkiem” miała matka z Laurą (ur. w 1872 r.), zwaną „Lorką”. Dziewczyna była prześliczna, na zdjęciach wygląda jak subtelny, secesyjny irys. Portretowali ją tak wielcy malarze jak Leon Wyczółkowski i Jacek Malczewski. Nagle obwieszcza swą decyzję – chce zostać aktorką! I tu – zdumiewająca reakcja tej, która tak samodzielna i niezależna będzie głosiła w redagowanym przez siebie piśmie „Świt” prawo kobiet do wyboru drogi życia. „Aktorkę uważałam zawsze za kobietę wyrzekającą się szacunku ludzkiego – za poklask” – czytamy szokujące stwierdzenie.
I Maria Konopnicka będzie rozsyłała listy do dyrektorów teatrów, w których miałaby debiutować jej piękna córka, z błagalnymi, dramatycznymi prośbami, by ten debiut Laurze uniemożliwili!
Wszakże te dylematy i rozczarowania, jakich dostarczało uparte marzenie „Lorki” o „aktorskim chlebie”, są niczym wobec prawdziwej tragedii, jaką wniosła w życie Marii Konopnickiej jej córka Helena, która okazała się ciężko chorą psychicznie histeryczką. Jej skandale „zniszczyły i zgubiły ostatecznie” matkę (o czym pisze do męża), odbierając „ostatki sił i możności pracy”. Postanowiła wyjechać za granicę. W lutym roku 1890 Maria Konopnicka rozpoczęła tułaczkę po Europie. Nigdzie nie będzie miała swego domu. Aż do Żarnowca.

„Wierz w Polskę!”
Austria, Niemcy, Szwajcaria, Włochy, Francja, Belgia… Wielkie metropolie, znane uzdrowiska, małe, nieznane wioski… Dwadzieścia lat ustawicznej wędrówki. Samotność. Tęsknota. Praca. Choroby. Bieda.
Nigdzie nie czuje się dobrze. „Rozwiesiłam sobie na ścianie mapę Polski, dużą, ’Wojnę’ Grottgera (…), ’Pochód na Sybir’ wisi też nad sofką (…) i tak sobie trochę polskiej atmosfery stworzyłam” (Zurych, 3 VII 1891).
Poznała Teodora Tomasza Jeża – powstańca, który powtarzał: „Wierz, wierz w Polskę, wierz w jej życie, wierz w jej przyszłość”.
We Florencji zaprzyjaźniła się z Teofilem Lenartowiczem, poetą i rzeźbiarzem, który był w konspiracji z jej ukochanym stryjem. Odbywszy jesienią 1888 roku podróż na Litwę, napisze doń: „Wilno poznałam, byłam w Grodnie dni kilka. Polskość wygnana z ulic – w sercach i w domowych ścianach mieszka”.
28 października 1901 roku pisała ze Szwajcarii do Elizy Orzeszkowej, którą odwiedzała w jej „domu głośnopolskim” w Grodnie: „Zazdrościmy Ci bardzo Twego cichego ogrodu i tych kasztanów starych i złotych. Ja, bo zawsze marzyłam o tym, żeby mieć choćby jedno swoje własne drzewo”.
Jest coś i wzruszającego, i krzepiącego w relacjach między Konopnicką i autorem „Trylogii”, który przecież pierwszy wprowadził ją na parnas. W 1894 roku pisał do swych możnych przyjaciół: „psim obowiązkiem narodu polskiego jest zabezpieczyć pod względem materialnym życie takich pisarzy jak pani Konopnicka”. Namówił ją, by – jak elegancko sformułował – „zechciała wyrządzić zaszczyt mnie i Akademii, zgłaszając swą kandydaturę” do stypendium Sienkiewiczowskiego, jakie ufundował dla polskich artystów z niezwykłego anonimowego daru, jaki doń dotarł od… Michała Wołodyjowskiego! Maria Konopnicka była stypendystką w latach 1894-1896.
Henryk Sienkiewicz podjął się funkcji prezesa komitetu jubileuszowego Marii.
Nad wszystkim czuwa z Grodna Eliza Orzeszkowa. Pisze Maria radośnie do córki Zofii: „i uchwalili, żeby mnie obdarować na jubileusz choć skrawkiem ojczystej ziemi. Jestem srodze tym uradowana i wzruszona. Własny dach nad głową mieć po takim długim tułactwie to przecież szczęście wielkie!”.
19 października 1902 roku w Krakowie hejnał z wieży mariackiej i nabożeństwo otwierają dzień jubileuszu Marii Konopnickiej. W sali „Sokoła” czekało na nią 3 tys. osób. Zasiąść musiała pod baldachimem. Dwa chóry śpiewały kantaty i polonezy. Defilowały niezliczone delegacje przybyłe z Warszawy, Śląska, Poznańskiego i całej Galicji… Do stóp jubilatki spływały setki darów, niektóre możemy jeszcze dziś podziwiać w żarnowieckim muzeum.
Po niekończącym się korowodzie darów Maria Konopnicka powiedziała: „Dziękuję wam za ten dzień jasny, za gorące serca wasze (…), praca moja była mała, odpłata królewska”.

„Biorę królewszczyznę”
8 września 1903 roku Maria Konopnicka wjeżdżała pod cienie własnych drzew. W asyście barwnych krakusów poetka przybywa do swego domu. Pierwsza wita ją chlebem i solą reprezentacja gminy Żarnowiec. Poetka odpowiada na powitanie: „(…) Został nam chleb trudu, iżbyśmy go łamali, a dzielili z sobą na każdy czas – w imię Ojczyzny”.
Cenny, odkrywczy plon stulecia ofiarowania Konopnickiej Żarnowca, wydany wzorowo przez żarnowieckie muzeum w imponującym tomie „Upominki od Narodu”, zawiera esej dyrektora placówki Pawła Bukowskiego „Adresy hołdownicze i dary dla Marii Konopnickiej w zbiorach muzeum”. Kolekcja liczy 271 unikalnych obiektów!
W „Pieśni o domu” pisała: „Kochasz ty dom, rodzinny dom,/ Co w letnią noc, skróś srebrnej mgły,/ Szumem swych lip wtórzy twym snom,/ A ciszą swą koi twe łzy?”.
W Żarnowcu jest coraz piękniej. Ma „cień własnego drzewa”. „Czeremchy olbrzymie dwa drzewa – jak bukiety – wpośród świerków”.
Cieszy się córkami. W roku 1904 odbywa radosną wyprawę do Paryża na ślub Zofii. Młodzian nazywa się… Adam Mickiewicz (acz nie jest niestety spokrewniony z autorem „Pana Tadeusza”). Pracuje w banku i działa w organizacjach polonijnych. Małżeństwo okaże się dobrane i szczęśliwe.
Obie córki przyjeżdżają do Żarnowca. Matka ostatecznie pogodziła się z aktorstwem Laury, która zrobiła prawdziwą karierę na scenie. Grała w sztukach Wyspiańskiego, Ibsena, Szekspira, Słowackiego.
Jesienią 1908 roku Laura została aresztowana. To piękna karta w życiorysie pięknej córki. Była nauczycielką języka polskiego i recytacji w tajnych szkołach dla dziewcząt założonych przez Stefanię Sempołowską – wielką kreatorkę oświaty polskiej, działaczkę Uniwersytetu dla Wszystkich i Komitetu Pomocy Więźniom Politycznym, w którym przez 20 lat pracowała ofiarnie Laura. Aresztowano cały zarząd Uniwersytetu dla Wszystkich.
29 listopada 1908 roku Konopnicka pisała do niej z Żarnowca: „Moje drogie Lorczysko biedne! Bardzo kocham biedaczka, co po nim ratuszowe, kazionne wszy łaziły. Bardzo mnie Twój list pocieszył i uspokoił”.
W tomie „Śladami życia i twórczości Marii Konopnickiej” znalazły się wspomnienia dzieci wiejskich z Żarnowca, które zawdzięczają poetce wykształcenie. Jest ich imponująca lista. Inżynierowie, nauczyciele, rzeźbiarze.

„Zdrój siły”
15 lipca 1910 roku – w pięćsetną rocznicę wielkiego zwycięstwa pod Grunwaldem – Kraków gościł tysiące rodaków przybyłych z rozdartej Rzeczypospolitej. Ignacy Jan Paderewski odsłaniał majestatyczny pomnik króla Władysława Jagiełły, który ufundował. Potężny chór „odśpiewał Hymn grunwaldzki, specjalnie na tę uroczystość przez Feliksa Nowowiejskiego skomponowany”, a zaczynający się strofą:

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,
Nie damy pogrześć mowy!
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep Piastowy.
Nie damy, by nas zniemczył wróg,
– Tak nam dopomóż Bóg!


Nazwiska autora nie podano. Komitet Grunwaldzki w Krakowie otrzymał list datowany w Żarnowcu 15 lipca 1910 roku: „Ciężko chora i przejęta najgłębszym żalem, że w wielkim święcie Grunwaldu nie mogę wziąć osobistego udziału, całą duszą jestem wśród Was i razem z Wami pełna otuchy patrzę w jasną przyszłość bohaterskiej Ojczyzny naszej – Maria Konopnicka”.
„Rota” zdobyła nieprawdopodobną popularność. Była symbolem i hymnem, przykładem owego „słuchu absolutnego” poetki „na ton duszy Narodu”. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa – śpiewali ją strzelcy i legioniści Piłsudskiego.
W czasie okupacji niemieckiej „Rota” i twórczość Konopnickiej znalazły się na czele listy dzieł zakazanych i niszczonych. Druh Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego”, największego pisma podziemnej Europy – w czerwcu 1942 roku przekazuje wiadomość, że więźniowie uwożeni ulicami Warszawy ku miejscu kaźni śpiewali „Rotę”.
Córka Marii – Zofia, i jej mąż Adam Mickiewicz byli członkami Armii Krajowej. Kierujący Muzeum w Żarnowcu Barbara i Paweł Bukowscy dotarli do materiałów oraz dokumentów dotyczących losów zięcia Konopnickiej. Aresztowany przez Niemców, przewieziony 13 lipca 1942 roku do Auschwitz – zginął już 15 sierpnia 1942 roku. Zofia, salwując się ucieczką z Żarnowca, ocalała.
Udało się jej powrócić do dworku matki po wojnie. Dożywszy sędziwego wieku – lat 90 – aktem notarialnym z dnia 21 marca roku 1956 ofiarowała dwór i park „Państwu Polskiemu z przeznaczeniem na muzeum”, które otwarto 15 września 1960 roku.
Od roku 2005 – wedle pomysłu kierujących muzeum Barbary i Pawła Bukowskich – odbywa się w Żarnowcu Polski Festiwal Narodowy. Muzeum żarnowieckie współtworzy ze Stowarzyszeniem Inicjatyw Społecznych „Rota” w Jedliczu „Jedlicką jesień patriotyczno-kulturalną” i w jej ramach zaprezentowało w żarnowieckim parku wystawę poświęconą Ojcu Świętemu „Promieniowanie świętości”.
Harcerki i harcerze z Podkarpackiej Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego na stulecie swej organizacji w roku 1911 wybrali wiersz Marii Konopnickiej:„Tam, w moim kraju, w dalekiej stronie,/ Sto serc gorących tęsknotą płonie”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/52877,cie ... rzewa.html




http://niezlomni.com/?p=21743

Maria Konopnicka i „Chodziły tu Niemce, chodziły odmieńce: Sprzedaj chłopie, rolę, będziesz miał czerwieńce!”
paź 10, 2014 Admin Poezja 0

Maria Konopnicka, „Chodziły tu Niemce…”
Chodziły tu Niemce,
Chodziły odmieńce:
„Sprzedaj chłopie, rolę,
Będziesz miał czerwieńce!
Zapłacimy chatę,
Zapłacimy pole…
Będziesz miał talarów
Na caluśkim stole!”
- A mój Niemcze miły,
Idźże, kędy raczysz,
Ale mojej roli
Równo nie obaczysz!
Schowaj se czerwieńce
I białe talary…
Kto przedaje ziemię,
Nie naszej ten wiary!
Bogatyś ty, Niemcze,
I trzos twój chędogi,
Ale na tę ziemię
Jeszcześ za ubogi!
Pójdą twe talary
Za rolę, za płoty;
A kto mi zapłaci
Ten miesiączek złoty?
A kto mi zapłaci
Za tę jasność bożą,
Co w moje okienko
Idzie z każdą zorzą?
Za ten dach słomiany,
Co mi głowy strzeże?
Za ten dzwon, co dzwoni
Rankiem na pacierze?
Za te lasów szumy,
Za te polne kwiaty,
Za ten krzyż pochyły,
Co mi strzeże chaty?
A kto mi zapłaci
Za te jasne rosy,
Co się srebrem sypią
Na łąki, na wrzosy?
Za wiosenny klekot
Naszego bociana?
Za tę pieśń spod lasu:
„Oj dana!… oj, dana!…”
A kto mi zapłaci
Za tę modrą wodę?
Za ciepło słoneczne,
Za cichą pogodę?
Za ten piasek biały,
Gdzie się trzpioczą dzieci?
Za tego skowronka,
Co nad głową leci?
Za ten wiatr, co wieje,
Za fujarki granie?
Za tego świerszczyka,
Co tam świerka w ścianie?
Za palmę, co pęka
W kwietniową niedzielę?
Za gruszę tę polną,
Co długi cień ściele?

A kto mi zapłaci
Za słodkość tę miodu,
Co pszczoły ją niosą
Do ula z ogrodu?
Za cmentarz rozkwitły
W głóg dziki, jak sady,
Gdzie leżą w mogiłkach
Ojcowie i dziady?

 A toćże i mnie tam
Gospody potrzeba,
Gdy Pan Bóg zawoła:
— „Chodź, chłopie, do Nieba!”
A toćby mi dzieci
Po nocach tęskniły,
Nie wiedząc, gdzie szukać
Ojcowej mogiły!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 20 sty 2014, 13:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/73-kultura/4339-mar ... nka-dzieci

Marysia Konopnicka literacką piastunką dzieci
Edyta Piłat wtorek, 26-11-13 11:07

Obrazek

Choć pozytywizm – to czasy konkretne i realne – podobne wydawałoby się współczesności, „czasy niepoetyckie” – brat i siostra „epoki pracy” - Maria Konopnicka i Adam Asnyk, stają się ogromnie popularni i poczytni w XIX wieku. My skupimy się tutaj na twórczości Marii Konopnickiej, dzięki której niezapomniana staje się liryka omawianego okresu.

Maria Konopnicka była postacią niezwykłą – utalentowana poetka, prozatorka, osoba o niezwykle hardej osobowości, dziewczyna niepokorna – mówiono o niej w środowisku literackim. Bliska przyjaciółka Elizy Orzeszkowej - odważna, matka ósemki dzieci, gdy porzuciła męża, przeniosła się do miasta i rzuciła w wir twórczego życia. Wówczas mówiono o Konopnickiej, że jest jak „poetycki drwal” – ciosa wiersze jednym pociągnięciem pióra. Albo, że przesiaduje na ganku swego domu i jak na zamówienie – pisze wiersze.

Mimo zarzutów o zbytnim dydaktyzmie jej poezji, moralizatorstwie, czułostkowości, zbytniej kobiecości - wiersze poetki przetrwały pokolenia w polskich szkołach. Interesowała ją bowiem głównie sfera zagadnień społecznych, a w nich – wizja chłopskiej nędzy: W piwnicznej izbie, Jaś nie doczekał, Z szopką, Wolny najmita. Konopnicka świadomie wprowadziła do poezji bohatera dziecięcego, gdyż wiedziała, że każdego porusza los dziecka, będąc swoistą siłą przekazu: Dym, Nasza szkapa, Dobra pani.

W jej twórczości należy zauważyć utwory stylizowane na ludowość oraz te, w których przejawia się bunt przeciwko uciskowi: A czemuż wy chłodne rosy, Pan Balcer w Brazylii, Miłosierdzie gminy. To nieprawda, że Konopnicka „regularnie składała rymy” i jedynie tyle – przecież nazwano poetkę duchowym rzecznikiem narodu. Jej pieśń hymniczna Rota należy do nurtu patriotycznego poezji pozytywistycznej. Pod koniec życia pisarki zasłużenie zrobiono zbiórkę narodową i kupiono jej dwór w Żarnowcu.

Stanowczo podkreślmy, że utwory Marii Konopnickiej czyta się przyjemnie, z ufnością wracając do siedmiu krasnoludków i ma się nieodparte wrażenie, że są one ważne, potrzebne oraz zachowujące pierwiastek "dziecięcości” w kształtowaniu wrażliwości nowych pokoleń młodych czytelników.

Edyta Piłat


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 30 kwi 2014, 13:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/02/26 ... os-polska/

Zofia Kossak – na wskroś polska
Posted by Marucha w dniu 2014-02-26 (środa)

Lektury, których nie może zabraknąć w Twojej biblioteczce. Książki, które fascynują i uczą.

Obrazek

Zofia Kossak jest autorką ok. 40 książek, które zostały przetłumaczone na 18 języków świata, wydane w 26 krajach, w wielomilionowym nakładzie. Plasuje się więc w czołówce najbardziej płodnych, znanych i ciągle wznawianych pisarzy polskich.
Ale paradoksalnie, żadne z jej dzieł nie znajduje się w kanonie lektur szkolnych, co oznacza, że Zofia Kossak praktycznie nie istnieje w świadomości młodego pokolenia. Nie tylko ona.
Twórczość Zofii Kossak jest głęboko zakorzeniona w glebie polskiej, glebie, która obejmuje ziemię, przyrodę, dzieje, Naród, wiarę, kulturę, państwowość, ród i rodzinę. Nie mamy tu więc do czynienia z kimś, kto jest tylko literatem, dla którego pisarstwo jest zawodem albo sposobem na życie, nie mówiąc już o pisarstwie na zamówienie. Pisarstwo Zofii Kossak organicznie wyrasta z żywych soków polskości i wiary. Stąd brała się jego moc i autentyzm. Stąd brała się siła i skala jego oddziaływania.

Ród artystów
Dom otwiera człowieka na życie i wartości, podstawowe i najważniejsze. Pani Zofia należała do słynnej rodziny Kossaków. Jej ojcem był Tadeusz, syn wielkiego malarza, Juliusza, a stryjem – Wojciech, równie wielki malarz. Malarstwo Kossaków dojrzewało w okresie zaborów i jak w przypadku wielu innych polskich artystów było formą protestu wobec niesprawiedliwości, jaka spotkała Polskę, ale także formą wyrazu czci i hołdu dla jej wielkości i osiągnięć. Stąd właśnie tematyka dzieł, z których wiele było arcydziełami na miarę światową, dotyczyła spraw polskich.
Pani Zofia miała początkowo również poświęcić się malarstwu, przejawiała ku temu rozliczne talenty, podjęła stosowną edukację, ale skończyło się na literaturze, a właściwie zaczęła się literatura, wielka literatura. Jej ukochanym mistrzem i wzorem był Henryk Sienkiewicz.
W swoich powieściach Zofia Kossak dotyka kluczowych dla Polski i chrześcijaństwa tematów. Operuje pięknym językiem polskim, plastycznym i żywym. Lektura jej dzieł to nie tylko sposób na wypełnianie czasu wolnego, ale wielka lekcja kultury i historii, których z różnych powodów nie znamy albo których obraz został w nas zdeformowany. W grę wchodzi tu ideologiczna i polityczna poprawność, które w formie cenzury dawniej bezpośredniej, a obecnie pośredniej, ogałacają nas z wiedzy humanistycznej odnoszącej się do chrześcijaństwa i Polski. Szacunek dla takiej wiedzy, zapał i miłość składały się na atmosferę domu rodzinnego, stąd właśnie praca nad poznaniem szczegółowych źródeł naszego dziedzictwa, by później przyoblec ją w formę literacką, traktowana była z całą powagą i wielkim poczuciem odpowiedzialności.
Dorobek Zofii Kossak obejmuje kilka grup tematycznych. Będą to dzieje Polski, ze szczególnym uwzględnieniem naszych pradziejów („Troja Północy”), Kresów („Pożoga”) i Śląska („Wielcy i mali”, „Nieznany kraj”), a także chrześcijaństwa („Krzyżowcy”, „Król trędowaty”, „Bez oręża”), czy saga rodzinna („Dziedzictwo”).

Arcypolska literatura
Twórczość Zofii Kossak, mimo tak wielkiej wartości literackiej, nie zawsze była na rękę pewnym środowiskom, które i dawniej, i dziś starają się pomniejszyć znaczenie Polski dla nas i dla świata, a także chcą zmarginalizować rolę chrześcijaństwa. [O kogo tu może chodzić... pewnie o Eskimosów... - admin]
Jest to twórczość bardzo wyrazista pod względem ideowym, staje więc w poprzek tendencjom depolonizacji i dechrystianizacji naszego Narodu i innych narodów chrześcijańskich. Jak dawniej odzywały się głosy lekceważenia, również w środowiskach emigracyjnych („płytki historyzm”, „naiwna hagiografia”, „parafiańszczyzna”, zob. M. Wańkowicz, „Wspomnienia o Zofii Kossak”), tak dziś stosuje się jeszcze skuteczniejszą metodę, jaką jest przemilczenie.
Chodzi przede wszystkim o to, żeby Polak w ogóle nie wiedział, że taka autorka istniała i tworzyła, że jej dzieła po dziś dzień zachowały wartość i posiadają siłę formacyjną, tak potrzebną w czasach bezideowości czy ideowego zamętu. Dlatego też dzieł tych nie spotkamy już w kanonie lektur szkolnych, ponieważ zostały z całą świadomością, a więc perfidnie odebrane młodemu pokoleniu Polaków. Na szczęście dzieła te są dostępne, więc trzeba do nich wracać, zwłaszcza w kręgach rodzinnych, ale także szkolnych, tam gdzie dyrektorzy, poloniści i katecheci rozumieją, jak ważną rolę odgrywa w procesie kształcenia dobra lektura.
Młode pokolenie Polaków jest na poziomie świadomości w dalszym ciągu ofiarą tzw. walki klasowej prowadzonej przez komunistów przeciwko naszemu Narodowi. Walka klasowa oznaczała ni mniej, ni więcej odcięcie nas od korzeni, zarówno gdy chodzi o historię i kulturę, jak i o polskie rodziny i rody. To wszystko miało ulec zniszczeniu, deklasacji, zapomnieniu. Dzieło komunistów kontynuują dziś postkomuniści i wygenerowani przez nich liberałowie. Dlatego właśnie heroiczne dzieje Polski nie stanowią kulturowego uposażenia świadomości współczesnych Polaków. Jedni nie wiedzą, że w ogóle są takie dzieje, inni z góry czują do nich awersję, a nawet lekceważenie i pogardę, więc nie chcą wiedzieć, nie chcą znać. Sytuacja wydaje się wręcz patowa. A przecież trzeba ją zmienić, w imię prawdy i w imię piękna. I właśnie literatura piękna ma to do siebie, że pozwala pięknie ukazywać prawdę, co jest zachętą do lektury, by odzyskać traconą świadomość narodową i bogaty polski język. Te dobra naszej kultury są ciągle w naszym zasięgu, nikt nie zabrania nam czytania dzieł Zofii Kossak. Awięc czytajmy!

Podzwonne dla Kresów
Pojawia się pytanie: od czego zacząć? Moim zdaniem, trzeba zacząć od pierwszej powieści, a właściwie pamiętnika. To „Pożoga”.
Żeby zrozumieć najnowsze dzieje Polski, musimy poznać i wczuć się w nasze tragiczne losy na Kresach dawnej Rzeczypospolitej, która nie dość że poddana rozbiorom, to na dodatek niejako dobita została przez niszczącą ideologię komunizmu, wprawioną w ruch przez specjalnie szkolonych agitatorów, którzy mieli za zadanie porazić ciemne i pozbawione hamulców moralnych i religijnych masy. Podsycano potężną falę nienawiści, której ostrze skierowane zostało głównie przeciwko polskiemu lub spolonizowanemu ziemiaństwu. Domy, dwory i pałace równano z ziemią, posuwano się do mordów, gwałtów i grabieży, ci, co ocaleli, musieli uciekać. W efekcie zniszczono wielowiekową kulturę, napuszczono na siebie narody i warstwy społeczne. Wsączono nienawiść, która wracać będzie jeszcze w przyszłości, przynosząc krwawe żniwo.
Książka ta bardzo plastycznie ukazuje skalę zniszczeń i metody działania, psychologiczne i fizyczne, subtelne i brutalne. To są nasze losy, nasze dzieje, dotyczą nie tylko ludzi z tamtych Kresów, ale każdego z nas dziś, nas, Polaków, bo przecież dziedzictwo, choć po wielokroć zabijane, nigdy nie umiera, los jednych jest losem nas wszystkich, jeśli należymy do tej wspólnoty historycznej, której na imię Polska.
Dlatego właśnie „Pożoga” jest tak wstrząsająca i tak ważna. Wprowadza nas w nasze dzieje i nasze dramaty, ale nie zostawia w próżni czy w poczuciu zupełnej bezsilności. Zofia Kossak potrafi odczytać głębsze znaczenie dziejów naszego Narodu, którego istotną częścią są nasze cierpienia i ofiary. One nie idą na darmo. Ma miejsce proces wielkiej sublimacji duchowej, któremu na imię chrześcijaństwo. To jest właśnie droga Polski. Droga zwycięska.
Tak też dobitnie podkreślała w prelekcji wygłoszonej w Warszawie w roku 1938: „Pozostać wiernymi. Nie sprzeniewierzyć się Kościołowi i samym sobie. Nie zaprzeć się wielkich drogowskazów nad dziejami naszymi stojących –oto jest chrześcijańskie i ostateczne posłannictwo Polski”.

Prof. Piotr Jaroszyński

http://naszdziennik.pl/polska-kraj/6940 ... olska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 12 maja 2014, 16:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/05/12 ... osobistym/

Jej rycerski duch w literaturze i życiu osobistym
Posted by Marucha w dniu 2014-05-12 (poniedziałek)

Obrazek

Zanim przystąpiłem do napisania tego eseju sięgnąłem do jednej z półek mojej obszernej, domowej biblioteczki i wyjąłem trylogię znakomitej powieściopisarki wydaną przez PAX w roku 1956, dwa lata po moich narodzinach. „Krzyżowcy”, „Król trędowaty” i „Bez oręża” – cierpliwie czekały w rodzinnym zaczytaniu także i na mnie.
Mając kilkanaście lat, kiedy zawładnęli moim życiem m.in. sienkiewiczowscy bohaterowie: Wołodyjowski, Zagłoba, Skrzetuski wraz z całą masą innych, stryjek Tadeusz podsunął mi pod nos książki Zofii Kossak mówiąc: – Czas już na wyprawę krzyżową z tą niezwykłą autorką. Ona już od nas odeszła, my z nią pozostańmy, zasługuje na to.
Latem 1968 roku, kilka miesięcy po jej śmierci, nie przeczytałem tych książek, ja je po prostu połknąłem.
Wracałem do nich wielokrotnie, a niektóre ich fragmenty były dla mnie niczym kossakowskie, niezwykłe obrazy, w tym wielkie zwycięstwo i tragiczna klęska bohaterskiego, dotkniętego trądem, króla jerozolimskiego, Baldwina IV. Sposób prezentacji tych wydarzeń historycznych jest niezwykle barwny, wypełniony obrazowym, wręcz malarskim przekazem.
Zofia Kossak była nie tylko powieściopisarką, miała talent artystyczny przekazany jej z pewnością przez dziadka, Juliusza Kossaka. Poznałem sporo jej książek, ale o niej samej nie wiedziałem wówczas nic. PAX wydawał jej dzieła na ogół bez notek biograficznych; na wspomnianych wyżej ani słowa kim jest, a jak dotarło do mnie sporo lat później, w PRL na początku lat pięćdziesiątych, jej twórczość objęta była całkowitą cenzurą. Podziękowanie więc dla PAX-u, że jej książki zaczął w końcu wydawać w trudnym okresie w naszym kraju, w tym i dla kultury polskiej.

Obrazek

W połowie lat 80. ub. wieku dotarła do moich rąk, wydana w tzw. drugim obiegu, jej książka „Pożoga”. Drobniutki, lekko rozmazany druk na kiepskim, poszarzałym papierze, z jakiejś skrytej w piwnicy lub na strychu maszyny drukarskiej, otworzył mi oczy nie tylko na dramat jej lat młodości na Wołyniu podczas bolszewickiej rewolucji, ale także zza dotychczasowej zasłony niewiedzy ujrzałem niezwykłą kobietę, której rycerskość, mocny charakter połączony z wrażliwością i delikatnością wzbudziły we mnie wielki podziw. Teraz wiem już o niej dużo, choć z pewnością nie wszystko. Ale to, co jest mi wiadome o jej życiu, oddaniu drugiemu człowiekowi nie tylko piórem, ale i czynem, skłania mnie do oddanie powieściopisarce głębokiego pokłonu.
Pozwolę sobie teraz w skrócie przybliżyć czytelnikom, co o Zofii Kossak mi wiadomo. Warto odświeżać pamięć i wiedzę o tej znakomitej postaci literatury polskiej; pamięć ta, przykro to mówić, w dzisiejszym zalewie kulturowym powoli się zaciera.
W tym roku mija 125. rocznica urodzin Zofii Kossak… – Nie, za rok! – powie ktoś. Fakt, że jeszcze w wielu wcześniejszych informatorach, publikacjach, biografiach podaje się 1890. Jednak analiza dokumentów udowodniła, że przyszła na świat 10 sierpnia 1889 roku. Okrągła rocznica skłania tym bardziej do jej upamiętnienia, jeśli nie jako Patronki roku 2014. (już za późno na taką decyzję komisjo sejmową…), to do różnorodnych inicjatyw w środowiskach kulturalnych w Polsce i poza nią (przez wiele lat była przymusową emigrantką, ale o tym poniżej).
Przyszła na świat w Kośminie nad Wieprzem, dzieciństwo i młodość spędzała na Lubelszczyźnie. Córka Tadeusza Kossaka i Anny Kisielnickiej. Siostrą stryjeczną Zofii była znana satyryczka, Magdalena Samozwaniec oraz poetka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Jej dziadkiem, jak już wspomniałem, był Juliusz Kossak, a wujkiem brat bliźniak ojca, Wojciech Kossak, znani i wielce uznani malarze.
Zgodnie z tradycją rodzinną podjęła studia, kierunek malarstwo, w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie (1912-13), a następnie rysunek w Ecole des Bcaux Arts w Genewie (1913-14). W 1915 roku wyszła za mąż za Stefana Szczuckiego, zamieszkali w Nowosielicy na Wołyniu. W kolejnych latach urodziła dwóch synów: Juliusza (1916) i Tadeusza (1917). Twórczość literacka nie zagościła jeszcze w jej życiu. Ale rok, w którym przyszedł na świat jej drugi syn, był początkiem wielkiego, dziejowego dramatu, który stał się kilka lat później inspiracją do napisania debiutanckiej książki pt. „Pożoga” (1922). Wartością tego dzieła historycznego jest nie tylko świetne pióro, ale przede wszystkim autentyzm oparty na osobistych przeżyciach oraz przebijający się z kolejnych opisów wydarzeń na Wołyniu w latach 1917-1919 porażający dramat ludzi przerzuconych z „idylli do żałoby”. Wieloletnia przyjaźń sąsiedzka przeradza się w nienawiść, rozbój, bezlitosne okrucieństwo, mord… Młoda Zofia z dwojgiem małych dzieci i mężem przeżywają ogromny dramat. „To był Żywioł, Żywioł nieodparty i nieubłagany, który powstał z szumem groźnym fali, a runąwszy, miał zalać wszystko i zagładzić” (cyt. z książki).
W literackim światku krytyków i pisarzy nie brakuje „szpilek i kąśliwych uwag”. Zofia Kossak-Szczucka (używała już wówczas podwójnego nazwiska) nie była rodowitą Wołynianką, a Jarosław Iwaszkiewicz w artykule pt. „Niewiasty kresowe” w „Wiadomościach Literackich” w 1926 roku zarzucił jej: „niedostateczne wrośnięcie w ziemię kresową”. Trzydziestodwuletni wówczas współzałożyciel grupy Skamander „kąsnął” niewiele lat starszą od niego debiutantkę literacką… pochodzeniem. Nie z Kresów, to niedostateczność i niekompetencja w opisie tego miejsca na Ziemi. Błąd. Krew, pot i łzy powodują wrośnięcie w nią człowieka, czasami już na wieki…
„Pożoga” jest nie tylko wiernym, dokumentalnym opisem tamtejszych wydarzeń na Wołyniu, to także poruszający, sentymentalny, pełen wrażliwości i głębokich uczuć do bliźniego kobiety-matki, polskiej ziemianki z pięknym, rycerskim charakterem.
Ten wielki egzamin człowieczeństwa, Zofia Kossak-Szczucka ujmuje w przejmujących słowach, (cyt.): „Kto pozostał uczciwy, dał dowód, że jest uczciwym do głębi; kto nie został podłym, wykazał, że żadna podłość już się go nie czepi (…). Więc z ludzkich rzeczy Odwaga i Dobroć, oto jedyne przymioty mające wartość na tym świecie. (…) dwie cnoty-siostry, cnoty stare i rycerskie, cnoty dziedziczki rasy i kultury, cnoty chrześcijanki – cnoty wystarczające za całą mądrość życiową w chwilach największych przewrotów”. Przechodząc przez piekielny ogień próby w tamtym miejscu i czasie, dała świadectwo, że jest jedną z nich.
Symbol ziemiaństwa polskiego, biały ogier, porąbany szablami przez „krwawych żołdaków”, jest przejmująco opisany w końcowych słowach „Pożogi”, (cyt.): „Stanął koń wolny i ze swojej ziemi na pohańbienie iść nie chciał (…). Padł na granicy swego gniazda niby skrwawiony płat śniegu, niby krzyk protestu duszy zwierzęcej przeciw okrucieństwom ludzkim, niby żywy symbol ostatków kultury i piękna wdeptanych w krwawe błoto plugawie obmierzłym obcasem”.
„Rozdarta książka”, znak wyniszczenia i upadku wielowiekowej kultury kresowej, w debiucie literackim stała się zaczynem i otwarciem nowej drogi w jej życiu. Utrwalać na kartach książek przede wszystkim historię, tę dzisiejszą i tę sprzed wieków, nie pozwolić jej odejść w cień zapomnienia.
Szczęśliwie udało się jej rodzinie wyjść cało z „rewolucyjnej pożogi”. Wróciła do niepodległej już Polski. W 1923 r., po śmierci męża we Lwowie, zamieszkała z synami u rodziców we wsi Górki Wielkie na Śląsku Cieszyńskim. W 1925 wyszła za mąż za Zygmunta Szatkowskiego, oficera WP. W roku 1926 na świat przyszedł jej trzeci syn, Witold Szatkowski, a dwa lata później córka, Anna Szatkowska.
W okresie dwudziestolecia międzywojennego ukazało się wiele jej książek, tłumaczonych na liczne języki obce. W 1924 roku powieść „Beatum scelus” zapoczątkowała prozę historyczną. Temat dziejów Śląska, z którym bardzo mocno się związała, znaleźć można w powieściach takich jak „Legnickie pole” (1930), czy zbiorze opowiadań: „Nieznany kraj” (1932). Pisała też dla dzieci i młodzieży, jej „Kłopoty Kacperka góreckiego skrzata” (1924) znalazły szerokie grono czytelników w wielu krajach.

Obrazek

Największą popularnością cieszyli się „Krzyżowcy” (1936), pierwsza część wspomnianej już wcześniej trylogii (kolejne: „Król trędowaty” oraz „Bez oręża” ukazały się w roku 1937). Wśród licznych nagród i wyróżnień w tamtym okresie, w 1936 roku otrzymała bardzo ceniony Złoty Wawrzyn Akademicki Polskiej Akademii Literatury.
W roku 1939 wyjechała do Warszawy i rozpoczęła aktywną działalność konspiracyjną oraz charytatywną. Jej rycerski, niezłomny charakter, pełne oddanie się drugiemu człowiekowi docenili także Żydzi, którzy zarzucali jej antysemityzm w związku z jej zdecydowanymi wypowiedziami w sprawie stosunku wielu z nich do Polski, Polaków. Broniła dobrego imienia swojego narodu, stanęła w obronie bestialsko niszczonego przez Niemców narodu żydowskiego. We wrześniu 1942 roku wraz z Wandą Krahelską, córką Aleksandra, uczestnika powstania styczniowego i zesłańca, członkinią Organizacji Bojowej PPS, utworzyła Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom, przekształcony później w Radę Pomocy Żydom „Żegota”. W 1985 została pośmiertnie odznaczona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata przez Izraelski Instytut Pamięci Narodowej Yad Vashem w Jerozolimie.
„Antysemitka, która ratowała Żydów” – tak o niej mówią dzisiaj niektóre media. Pozostawiam to bez komentarza, a tego typu „kąśliwości” medialne odstawiam do kąta. Szkoda tracić na nie czas. Otrzymując Wielki Krzyż Zasługi została przyjęta do Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy. Rycerska kobieta, całym swym sercem oddana bliźniemu w pełni zasłużyła na ten i powyższy honorowy tytuł. Zofia Kossak była współredaktorką pierwszego pisma podziemnego „Polska Żyje”, w 1941 roku utworzyła wraz z przyjaciółmi Front Odrodzenia Polski, stając na jego czele.
We wrześniu 1943 roku została aresztowana przez gestapo i 5 października 1943 wywieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, w którym kilka miesięcy wcześniej zginął jej drugi syn, Tadeusz Szczucki. W 1944 roku, po zidentyfikowaniu jej prawdziwego nazwiska, została przewieziona do Warszawy, na Pawiak i skazana na śmierć. W lipcu, tuż przed powstaniem warszawskim, dzięki staraniom władz podziemia została uwolniona. W powstaniu brała czynny udział mając już 55 lat! Niezwykła kobieta, powtarzam po raz kolejny.
Po powstaniu, przebywając w Częstochowie, opisała swój pobyt w niemieckim obozie koncentracyjnym w książce „Z otchłani”. W 1945 roku wyjechała z Polski na tzw. przymusową emigrację, najpierw do Londynu, a następnie do Kornwalii w Szwajcarii, gdzie wspólnie z mężem gospodarowali na farmie Troswell. To był czas ich ciężkiej fizycznej pracy i dużych problemów finansowych. Pisząc w 1956 roku, planowaną już w latach trzydziestych, książkę „Dziedzictwo”, napisała w liście do Jana Dobraczyńskiego m.in.: „zaplanowałam przedstawić na tle dziejów mojej rodziny (ze mną włącznie) przemiany, jakie zaszły w Polsce na przestrzeni stu lat, od r. 1850 do 1956.” Nie było to łatwe wówczas wyzwanie; w kolejnym liście do Dobraczyńskiego napisała: „Praca nad nową książką mimo ciężkich zajęć gospodarczych (Mój mąż i ja siedzimy we dwoje na czterdziestoakrowym gospodarstwie z kupą inwentarza – krowy, cielęta, owce, kury, koty, gołębie, ogród. Nie mamy nikogo do pomocy, pracujemy po szesnaście godzin…)”.
A w kolejnym liście do niego, z dnia 14 marca 1956 roku: „Ja od paru miesięcy wróciłam do pisania i dłubię w wolnych chwilach obszerną wspominkarską rzecz, całkowicie autentyczną . Pierwszy tom (przewiduję ich 3-4) wyjdzie w końcu tego roku, jeśli Bóg da skończyć.” Bóg najwyraźniej był bardzo przychylny ciężko zapracowanej kobiecie z literackim zacięciem. Dzięki wsparciu przez Radio Wolna Europa i Jana Nowaka-Jeziorańskiego oraz umowie z wydawnictwem Tern (Rybitwa) Book (Londyn) pierwszy tom ukazał się w 1956 roku. Kolejne dwa tomy pisała już po powrocie do Polski w 1957 roku (cz. II – 1964; cz. 3 napisana wspólnie z mężem, Zygmuntem Szatkowskim – 1967). W Polsce, podczas jej pobytu na emigracji, w 1951 roku, jej utwory objęte zostały całkowitą cenzurą i wycofane z bibliotek. Wróciła do ojczyzny, do swoich ukochanych Górek Wielkich, po 12 latach, w 1957 roku. Wydawnictwo PAX nieco wcześniej, po odwilży październikowej w PRL, zaczęło wydawać jej książki (trylogia, 1956). Pierwszy tom „Dziedzictwa” ukazał się w Polsce w 1961 r.
Była osobą niezłomną, walczącą do końca o prawdę i sprawiedliwość. W 1964 roku dołączyła obok m.in.: Marii Dąbrowskiej, Stanisława Dygata, Aleksandra Gieysztora, Pawła Hertza, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego, Tadeusza Kotarbińskiego, Jana Parandowskiego, Artura Sandauera, Władysława Tatarkiewicza, Melchiora Wańkowicza, do sygnatariuszy tzw. Listu 34, napisanego przez Antoniego Słonimskiego do władz PRL-u w proteście przeciwko cenzurze, w obronie swobody wypowiedzi. Współautorem akcji zbierania podpisów pod listem był Jan Józef Lipski.
Zmarła 9 kwietnia 1968 roku w Bielsku-Białej, spoczęła na cmentarzu parafialnym w Górkach Wielkich obok ojca, Tadeusza Kossaka i pierworodnego syna, Juliusza Szczuckiego, który zmarł w wieku dziesięciu lat, w roku 1926.
Na koniec przytaczam fragment wypowiedzi z wywiadu z osobą znającą powieściopisarkę o wiele lepiej niż każdy z nas, jej córką, Anną Szatkowską, także pisarką, mieszkającą w Szwajcarii, założycielką Fundacji im. Zofii Kossak („Dziennik Zachodni”, listopad 2008 rok):
„Ważne dziś i na przyszłość pozostają zarówno jej postać, jak i jej dorobek literacki. Zofia Kossak była bezkompromisową, jeżeli chodzi o nią samą, a pełną wyrozumienia i życzliwości wobec osób spotkanych na swej drodze, zarówno najbliższych, jak i obcych.
Świadoma, głęboka i gorąca wiara, oparta na Ewangelii, była jej przewodnikiem w życiu prywatnym i publicznym, czemu też dawała wyraz w swoich książkach. Jako człowiek pozostanie przykładem wiernego, konsekwentnego stosowania się do swoich przekonań. Na nich opierały się jej światopogląd, patriotyzm, poczucie obowiązku i odpowiedzialności za otrzymany talent.”
W Górkach Wielkich otwarto w dniu 2 stycznia 1973 roku Muzeum Zofii Kossak-Szatkowskiej, powołane do życia jako Oddział Muzeum w Cieszynie. Będąc na Śląsku Cieszyńskim zajrzyjmy tam i wspomnijmy tę niezwykłą kobietę, z rycerskim, niezłomnym charakterem. Takich niewiast potrzebowaliśmy wczoraj, potrzebujemy i dziś, będą bardzo potrzebne kolejnym pokoleniom w naszej Ojczyźnie.

Piotr Stanisław Król
Myśl Literacka, nr 71, maj 2014

http://mysl-polska.pl/node/68


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 12 maja 2014, 21:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/?p=11921

Książę poetów polskich. Autor pierwszej polskiej powieści. A jednocześnie pierwszy prymas Polski w czasie niewoli…
mar 14, 2014 Admin Bohaterowie, Poezja 0

http://niezlomni.com/wp-content/uploads ... asicki.jpg
portret Ignacego Krasickiego, autor: Per Krafft (starszy)

To wyjątkowa postać, bo figuruje zarówno w polskim panteonie literackim, jak i w szacownym poczcie arcybiskupów gnieźnieńskich i prymasów Polski (tam jako Ignacy I Krasicki). Jakby tego było mało, „książę poetów” był autorem pierwszej powieści w dziejach literatury polskiej – Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki.
W czasach Polski sowieckiej bardzo wysoko, ale też bardzo „specyficznie” oceniano twórczość Ignacego Krasickiego, podkreślając wszystko to, co mogło służyć ośmieszeniu Kościoła katolickiego. Uczeń szkoły polskiej nie miał więc pojęcia, że chodzi o twórczość wybitnego hierarchy tego Kościoła! Biskup Krasicki karcił ostrzem satyry zło, które szkodziło Polsce i przyspieszało jej upadek – także to, co było godne krytyki w życiu Kościoła.
Urodził się 3 lutego 1735 w rodzinie szlacheckiej herbu Rogala, spokrewnionej z polskimi rodami arystokratycznymi. Wybrał stan duchowny dla chwały Bożej. Uczył się w kolegium jezuickim we Lwowie (późniejszym UJK), potem w warszawskim seminarium duchownym. Po powrocie ze studiów w Rzymie został sekretarzem prymasa Władysława Łubieńskiego. Przyjaźnił się z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim, cenił jego intelekt i mecenat artystyczny, był częstym gościem na obiadach czwartkowych. Nie był jednak entuzjastą jego niezdecydowanej polityki, która powiedzie potem króla do Targowicy.
Był krótko kapelanem królewskim. Sakrę biskupią otrzymał w wieku 32 lat! Został biskupem warmińskim. Po I rozbiorze Polski został poddanym Fryderyka II (zwanego przez Niemców Wielkim a przez Polaków Fałszerzem), ale, co podkreślają historycy, nigdy nie złożył mu jako biskup obowiązkowego homagium.
Był pierwszym prymasem Polski w okresie zaborów, po wymazaniu Rzeczypospolitej z mapy Europy (1795-1801).
Jeden z najwybitniejszych reprezentantów klasycyzmu w literaturze polskiej, zaadoptował i nadał doskonały kształt na gruncie języka polskiego wszystkim gatunkom klasycyzmu europejskiego.
Nigdy nie fascynowała go forma dla samej formy. Jego utwory niosą wielki ładunek dydaktyczny i ponadczasowe, szlachetne przesłanie. Kształtują człowieka szlachetnego, rycerskiego, uczciwego, bogobojnego i oddanego swojemu krajowi. Bohater powieści Mikołaj Doświadczyński to polski szlachcic, który na skutek wielu, często dramatycznych doświadczeń w Warszawie, w Paryżu i na egzotycznej wyspie Nipu, doskonali swą osobowość i uczy się, jak być dobrym człowiekiem i lojalnym obywatelem swego kraju, dobrym gospodarzem w swoim majątku.
Prawdziwym literackim pomnikiem polskiego oświecenia są bajki Księdza Biskupa, zaliczane do najdoskonalszych przykładów tego gatunku w historii literatury światowej. One również niosą szlachetne przesłanie i wielką dawkę mądrego, nie narzucającego się dydaktyzmu, który sprawia, że Biskup Warmiński jawi się nam nie tylko jako literat, ale też jako oddany Rzeczypospolitej obywatel, zatroskany o jej trwanie i szczęście jej obywateli – zwłaszcza tych ze stanu szlacheckiego, od których wtedy najwięcej zależało.

http://niezlomni.com/wp-content/uploads ... 3/kras.png
arcybiskup gnieźnieński, Prymas Polski

Jeszcze wyraźniej widać to w satyrach, piętnujących nie tylko groźne dla państwa obyczaje polityczne i pieniactwo, ale też plagi społeczne, takie jak na przykład pijaństwo.
Mniej znane ogółowi Polaków są wypowiedzi księdza biskupa związane z jego misją duszpasterską – z zakresu homiletyki czy teologii. One również wyróżniają się pięknem formy i doskonałością języka.
Dzieła prymasa Krasickiego należą nie tylko do literatury polskiej. Były przez lata tłumaczone na łacinę, francuski, niemiecki, włoski, rosyjski, czeski, chorwacki, słoweński czy węgierski.
Jest w twórczości prymasa Krasickiego utwór szczególny, który powinna znać i rozumieć szczególnie polska młodzież. Niestety, na ogół nie zna, więc i nie rozumie… To słynny Hymn do miłości Ojczyzny, odczytany po raz pierwszy na królewskim obiedzie czwartkowym w roku 1774, dwa lata po I rozbiorze Rzeczypospolitej. To ponadczasowy hymn miłości do swego kraju, kwintesencja patriotyzmu. Nic dziwnego, że w ostatnich latach I Rzeczypospolitej pełnił rolę nieoficjalnego hymnu państwowego. Był też hymnem słynnej warszawskiej Szkoły Rycerskiej, czyli Akademii Szlacheckiego Korpusu Kadetów (1765-1794), wychowującej młodzież polską w duchu miłości do swego kraju. Tej szkoły, która dała Polsce m.in. Tadeusza Kościuszkę.

Święta miłości kochanej ojczyzny,
Czują cię tylko umysły poczciwe!
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny
Dla ciebie więzy, pęta nie zelżywe.
Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,
Gnieździsz w umyśle rozkosze prawdziwe.
Byle cię można wspomóc, byle wspierać,
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać!


Piotr Szubarczyk, źródło: wolnapolska.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 04 sie 2014, 11:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/?p=16346

Tak Joseph Conrad zadał kłam twierdzeniom Elizy Orzeszkowej o brak patriotyzmu. Piękny szkic „Zbrodnia rozbiorów”, którym w 1919 r. autor wita Niepodległą Polskę
sie 03, 2014 Admin Historia do 1918 r. 0

Joseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz (ur. 3 grudnia 1857 w Berdyczowie, zm. 3 sierpnia 1924 w Bishopsbourne) – pisarz i publicysta angielski, z pochodzenia Polak.

Niektórzy intelektualiści polscy oskarżali Conrada o niewierność wobec własnej ojczyzny, przejawioną w fakcie pisania po angielsku. Najważniejszym wyrazem takiego poglądu był artykuł ” Emigracja talentów”, ogłoszony w roku 1899 przez wybitną, szanowaną powieściopisarkę Elizę Orzeszkową. Conrad bardzo się tym zarzutem przejął i dwa lata później, pisząc do krakowskiego bibliotekarza Józefa Korzeniowskiego( nie spokrewnionego z nim ) oświadczył :

„[...]ani narodowości, ani nazwiska naszego wspólnego nie zaparłem się [...]Jest jasno wiadomym, że Polakiem jestem i że Józef Konrad są dwa chrzestne imiona, z których drugie używam jako nazwisko, by mi mojego cudzoziemskie usta nie wykrzywiały- czego znieść nie mogę. Nie zdaje mi się, bym krajowi był niewierny dlatego, że Anglikom dowiodłem, że szlachcic z Ukrainy może być tak dobrym marynarzem jak i oni mieć coś do powiedzenia im w ich własnym języku. Uznanie, takie, jakie sobie zdobyłem, właśnie z tego punktu widzenia oceniam i cichym hołdem składam, gdzie należy”.

Conrad nie zaparł się również polskości, czemu dał dobitnie wyraz w pracy „Zbrodnia rozbiorów” (napisaną w 1919 r.), którą poniżej publikujemy:

Joseph Conrad, „Zbrodnia rozbiorów”

W końcu osiemnastego wieku, kiedy rozbiór Polski stał się faktem dokonanym, świat określił go natychmiast jako zbrodnię. Owo surowe potępienie wyszło oczywiście z Europy Zachodniej; trudno się było spodziewać, aby państwa centralne, Prusy i Austria, przyznały, że ich grabież należy do kategorii czynów moralnie nagannych i noszących znamię winy wobec ludzkości. Co zaś do Rosji, trzeciego uczestnika zbrodni i inicjatora jej planu, nie posiadała ona wówczas sumienia narodowego.

Wola władzy była tam zawsze uważana przez lud za wyraz wszechmocy pochodzącej wprost od Boga. Najlepsze uzasadnienie rozbioru, aktu zwykłego podboju, polegało po prostu na tym, że był akurat możliwy; oto był łup i oto nadarzała się okazja, aby go zagarnąć. Katarzyna Wielka spoglądała z cynicznym zadowoleniem na takie powiększenie swoich terytoriów. Jej argumentacja polityczna – że zagłada Polski oznacza stłumienie idei rewolucyjnych i powstrzymanie ekspansji jakobinizmu w Europie była charakterystycznie bezwstydnym pretekstem. Być może zdarzali się wśród Rosjan ludzie, którzy rozumieli lub może tylko przeczuwali, że przez zabór większej części Rzeczypospolitej Polskiej Rosja zbliża się do grona przestrzegających zasad współżycia narodów i przestaje być, przynajmniej terytorialnie, państwem azjatyckim.

Dopiero po rozbiorze Polski Rosja zaczęła odgrywać ważną rolę w Europie. Jej ówczesnym mężom stanu ów akt rozboju musiał się wydawać natchniony wielką mądrością polityczną. Król pruski, wierny wyznawanej zasadzie swojego życia, chciał po prostu poszerzyć obszar swojego władania znacznie mniejszym kosztem i z o wiele mniejszym ryzykiem niż by tego mógł dokonać działając w którymkolwiek innym kierunku; Polska była bowiem wówczas całkowicie bezbronna w sensie fizycznym i bardziej chyba niż kiedykolwiek skłonna do pokładania wiary w humanitarne złudzenia. Rzeczpospolita znajdowała się wówczas w stanie duchowego fermentu i wynikłej zeń słabości, która tak często towarzyszy okresom reform społecznych. Zebrane przeciw niej siły były właśnie w tym okresie przytłaczające; mam na myśli stosunkowo uczciwe (bo widoczne) siły wojskowe. Jednakże Fryderyk Pruski, zapewne ze spontanicznej skłonności do zdrady, zechciał odegrać rolę fałszywą i obłudną. Wstępując na scenę jako przyjaciel, świadomie zawarł przymierze z Rzeczpospolitą, a następnie, zanim atrament wysechł na pergaminie, zerwał je z bezczelną pogardą dla najzwyklejszej przyzwoitości – co musiało być ogromnie miłe jego wrodzonym upodobaniom.

Co do Austrii, roniła ona dyplomatyczne łzy nad tą transakcją. Nie można ich nazwać krokodylimi, ponieważ w pewnej mierze były szczere. Wypływały z żywego poczucia, że przyznana Austrii część łupu nie będzie w stanie zrównoważyć wzrostu siły i obszaru dwu pozostałych mocarstw. W istocie Austria nie chciała rozszerzać swego terytorium kosztem Polski. Nie mogła liczyć na to, że polepszy tym samym swoje granice, zaś gospodarczo nie potrzebowała Galicji, prowincji o niewykorzystanych bogactwach naturalnych i której kopalnie soli nie budziły zachłanności Austrii, bo miała własne. Nie można wątpić, że demokratyczny duch instytucji polskich ogromnie był niemiły konserwatywnej monarchii; austriaccy mężowie stanu rozumieli wówczas, że prawdziwe niebezpieczeństwo dla autokracji wyłania się na Zachodzie, we Francji, i że wszystkie siły „Europy Środkowej” będą niezbędne do jego stłumienia. Jednakże nacisk ze strony Rosji i Prus w kierunku partage był zbyt silny, aby mu się oprzeć i Austria musiała za ich przewodem wziąć udział w zniszczeniu państwa, które wolałaby była zachować jako możliwego sprzymierzeńca przeciwko pruskim i rosyjskim zakusom.

Można bez przesady powiedzieć, że zniszczenie Polski zapewniło bezpieczeństwo Rewolucji Francuskiej. Kiedy bowiem w r. 1795 dokończono zbrodni, Rewolucja okrzepła już i była w stanie bronić się przed siłami reakcji.

W drugiej połowie osiemnastego wieku istniały na kontynencie Europy dwa ośrodki idei liberalnych: Francja i Polska. Przyjrzawszy się bezstronnie można nie popadając w przesadę stwierdzić, że Francja była wówczas równie słaba jak Polska, a może nawet i słabsza. Jednakże położenie geograficzne Francji czyniło ją o wiele mniej narażoną na niebezpieczeństwa. Nie miała u swoich granic potężnych sąsiadów: rozkładająca się Hiszpania na południu i zlepek księstewek niemieckich na wschodzie przypadły jej szczęśliwym losem. Jedynymi państwami, które obawiały się zarazy nowych zasad i miały dość siły‚ by z nią walczyć, były Prusy, Austria i Rosja, a te musiały się zająć innym siedliskiem zakazanych idei, bezbronną Polską, niechronioną przez przyrodę i zapewniającą natychmiastowe zaspokojenie ich chciwości. Dokonały wyboru i nieopisane cierpienia narodu, który nie chciał umrzeć, były ceną wyznaczoną przez los za triumf idei rewolucyjnych.

Tak więc nawet zbrodnia może się z upływem czasu i biegiem historii okazać czynnikiem moralnym. Postęp zostawia na swej drodze trupy, bo postęp to tylko wielka przygoda, o czym w głębi duszy dobrze wiedzą przywódcy i zwierzchnicy. To marsz w głąb nieznanego kraju, a w takim przedsięwzięciu nie liczą się ofiary. W przemówieniach o wolności wygodnie było od czasu do czasu – dla uczuciowego efektu – wspomnieć o Zbrodni: Zbrodni, którą było zamordowanie państwa i pocięcie jego ciała na trzy części. Wystarczało po prostu uronić parę łez i rzucić kilka kwiatów retoryki na grób. Ale duch narodu nie chciał w nim spokojnie spoczywać. Nawiedzał obszary dawnej Rzeczypospolitej niby upiór, nawiedzający domostwo przodków, w którym rozgościli się obcy; upiór zniesławiony, wyśmiewany, lekceważony – zawsze jednak budzący rodzaj obawy, jakiś dziwny niepokój w sercach bezprawnych posiadaczy.

Pozbawiona niezależności ciągłości historycznej Polska, w której religia była prześladowana a język tłumiony, stała się tylko pojęciem geograficznym. Ono samo nawet wydawało się dziwnie ogólnikowe, straciło określoność, zostało podane w wątpliwość przez teorie i roszczenia łupieżców, którzy dziwacznym skutkiem nieczystego sumienia uparcie negując przestępczość swojego układu, zawsze starali się pokryć Zbrodnię osłoną nieskazitelnej prawości. W poczuciu własnej cnoty najbardziej irytował ich fakt, że naród, ugodzony w serce, odmawiał zastygnięcia w nieczułym bezruchu. Owa uparta, niesamowita prawie żywotność bywała czasem bardzo niewygodna także i dla reszty Europy. Wtrącała się z natarczywymi żądaniami do wszystkich problemów polityki europejskiej, do teorii równowagi sił w Europie, do kwestii blisko-wschodniej, do kwestii włoskiej, kwestii Szlezwiku-Holsztyna, do teorii narodowości. Upiór, któremu nie dość było zatruwać życie złodziejom domu przodków, straszył w gabinetach ministrów bezwstydnym powiewaniem skrwawionymi szatami, zakłócał powagę sal, gdzie przy zamkniętych oknach obradowały kongresy i konferencje. Nie dał się odpędzić brutalnymi szyderstwami Bismarcka ani wykwintnymi drwinami Gorczakowa. Jak kilka lat temu powiedział jeden z moich polskich przyjaciół: „Do roku 1848 problem Polski był do pewnego stopnia wygodnym punktem ogniskowym dla wszelkich przejawów liberalizmu. Później zaczęto nas uważać po prostu za dokuczliwych nudziarzy. Bardzo to przykre”.

Zgodziłem się z tym zdaniem, a on ciągnął dalej: „Cóż mamy począć? Nie stworzyliśmy tej sytuacji przez jakiekolwiek zewnętrzne akcje. Przez wszystkie wieki swojego istnienia Polska nie zagrażała nigdy nikomu, nawet Turkom, dla których była tylko zaporą”.

Nic prawdziwszego. Duch agresji całkowicie jest obcy polskiemu temperamentowi, dla którego zachowanie własnych instytucji i swobód było znacznie cenniejsze, niż jakakolwiek myśl o podbojach. Prowadzone przez Polaków wojny były obronne i toczyły się zwykle wewnątrz granic kraju. Fakt, że te granice tak często najeżdżano, wynikał z nieszczęśliwego położenia geograficznego. Ekspansja terytorialna nie bywała nigdy ideą przewodnią polskich mężów stanu. Scalenie obszarów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, które uczyniło ją na czas pewien mocarstwem pierwszej rangi, nie zostało dokonane siłą.

Nie było wynikiem skutecznej agresji, ale długotrwałej i skutecznej obrony przeciwko napadającym ze wschodu sąsiadom. Kraje Litwy i Rusi nie zostały przez Polskę nigdy podbite. Tych ludów nie zmuszono przez ciąg wyczerpujących wojen do szukania bezpieczeństwa w poddaniu się. To nie wola książąt ani intryga polityczna doprowadziły do unii. Ani też strach. Dojrzewające powoli poczucie konieczności gospodarczych i społecznych, a przede wszystkim rosnąca świadomość moralna mas były czynnikami, które spowodowały, że czterdziestu trzech przedstawicieli krain litewskiej i ruskiej pod przewodem najznaczniejszego z książąt zawarło związek polityczny, jedyny w swoim rodzaju w historii świata, spontaniczną i całkowitą unię suwerennych państw, świadomie wybierających drogę pokoju. Żaden dokument polityczny nie wyraził nigdy ściślej prawdy niż wstępny ustęp pierwszego Traktatu Unijnego (1413). Zaczyna się on od słów: „Ten Związek, będący wynikiem nie nienawiści, lecz miłości” – słów, których nie skierował do Polaków żaden naród w ciągu ostatnich lat stu pięćdziesięciu.

Jako twór organiczny i żywy, zdolny do rozwoju i wzrostu, unia została później przekształcona i zatwierdzona przez dwa następne traktaty, gwarantujące stronom sprawiedliwego i wiecznego związku wszystkie ich prawa, swobody i własne instytucje. Państwo Polskie jest niezwykłym przykładem wyjątkowo liberalnego federalizmu administracyjnego, który, zarówno w życiu parlamentarnym jak w polityce międzynarodowej, reprezentował pełną jedność uczuć i celów. Jak to przed wielu laty stwierdził wybitny dyplomata francuski: „W historii Państwa Polskiego owa stała i jednogłośna zgoda ludów jest faktem bardzo znamiennym; tym bardziej, że skoro król uważany był po prostu za zwierzchnika Rzeczypospolitej, nie istniała tam więź monarchistyczna, ani wierność wobec dynastii, która by skupiała uczucia narodów i kierowała nimi – ich związek przetrwał jako czyste stwierdzenie woli narodowej”. Wielkie Księstwo Litewskie i jego ruskie prowincje zachowały swoje statuty, osobną administrację, własne instytucje polityczne. To, że z biegiem czasu instytucje te wykazywały tendencję do upodobania się do form polskich, nie było wynikiem jakiegokolwiek nacisku, ale po prostu wyższości kultury polskiej.

Nawet po utracie niepodległości przez Polskę ów sojusz i unia zachowały siłę ducha i wierności. Wszystkie narodowe ruchy wyzwoleńcze rozpoczynane były w imię całości ludów zamieszkujących w granicach dawnej Rzeczypospolitej i wszystkie prowincje brały w nich udział z całkowitym oddaniem. Dopiero w ciągu życia ostatniego pokolenia rozpoczęto wysiłki zmierzające do budzenia tendencji separatystycznych, które w istocie nie służą nikomu innemu, jak wrogom całej Polski. Rzecz szczególna, że to internacjonaliści, twierdzący zawsze, że nic ich nie obchodzą narody i kraje, zabrali się do rozbijackiej roboty – nie trudno dostrzec, w jakim celu. Ścieżki internacjonalistów są może mroczne, ale nie niezbadane.

Niewątpliwie z tego samego źródła wypłynie w przyszłości zatruty strumień sugestii, że odrodzona Polska przedstawia niebezpieczeństwo dla ludów niegdyś tak ściśle stowarzyszonych w granicach dawnej Rzeczypospolitej. Mało prawdopodobne, by dawni wspólnicy Zbrodni wybaczyli swojej ofierze jej niewygodny i prawie gorszący upór w zachowaniu życia. Już przedtem próbowali zabójstwa moralnego i nawet do pewnego stopnia skutecznie, bo rzeczywiście sprawa polska, jak wszystkie wyraźne dowody winy, zaczęła z czasem światu ciążyć. Skoro uznaje się krzywdę, a zarazem sądzi, że niepodobna jej naprawić bez poważnego ryzyka, pewną pociechę moralną znaleźć można w przeświadczeniu, że ofiara ściągnęła sobie na głowę nieszczęście przez własne grzechy. I tę teorię na temat Polski wysuwano (jak gdyby inne narody nie znały grzechów ani szaleństw), i w rozmaitych okresach czasu cieszyła się ona niejakim powodzeniem, ponieważ zainteresowane strony postarały się, by oskarżonym zamknąć usta.

Jednakże umysłom uczciwym nigdy nie trafiła ona do przekonania. Wbrew cynicznym teoriom na temat potęgi kłamstwa i wbrew całej mocy sfałszowanych materiałów dowodowych – prawda okazuje się często silniejsza od oszczerstwa. Z biegiem lat pojawiło się wszakże inne niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo wynikające w sposób naturalny z nowych sojuszów politycznych, dzielących Europę na dwa zbrojne obozy. Było to niebezpieczeństwo milczenia. Prasa Europy Zachodniej prawie bez wyjątku odmawiała w wieku dwudziestym poruszania sprawy polskiej w jakiejkolwiek postaci i formie. Fakt żywotności Polaków nigdy nie był dla dyplomacji europejskiej bardziej kłopotliwy, niż w przededniu zmartwychwstania Polski.

Kiedy wybuchła wojna, w proklamacjach cesarzy i arcyksiążąt, apelujących do niepokonanej duszy narodu, którego istnieniu i wartości moralnej tak arogancko zaprzeczali przez ponad stulecie, było coś makabrycznie komicznego. Zapewne w całej historii ludzkich poczynań nie było wystąpień tak bezczelnych i tak podłych, jak manifesty Cesarza Niemiec i rosyjskiego Wielkiego Księcia Mikołaja; ani też, jak sądzę, ludzkie serca i umysły nie były nigdy gwałtowniej znieważone, przez sposób, jakim owe proklamacje rzucono w twarz prawdzie historycznej. Była to niby scena z cynicznej, a ponurej farsy, której absurdalność stawała się niemal bezdenna, jeśli człowiek uświadomił sobie, że nikt przecież na świecie nie mógł być tak beznadziejnie głupi, aby się dać oszukać choćby na chwilę.

W owym czasie i w ciągu pierwszych dwu miesięcy wojny przebywałem właśnie w Polsce i pamiętam doskonale, że kiedy pojawiły się owe cenne dokumenty, zakładana przez nie wiara w moralne znieprawienie ludzkości nie wywołała nawet szyderczego uśmiechu na ustach ludzi, których najświętsze uczucia i godność były przez te proklamacje gwałcone. Nie raczyli tracić na nie swojej pogardy. W istocie rzeczy sytuacja zbyt była przejmująca i zagmatwana, by namiętnie szydzić, albo chłodno i rozsądnie dyskutować. Dla Polaków było to jak znalezienie się w płonącym domu, którego wszystkie wyjścia pozamykano. Pod zimnym, jak gdyby kamiennym spokojem, który wobec braku jakiejkolwiek nadziei zapanowuje w umysłach tych, którzy nie są z temperamentu skłonni do rozpaczy, nie było nic prócz dotkliwego bólu. Jednak i w tym przerażającym czasie nieujarzmiona żywotność narodu nie pozwalała na przyjęcie postawy neutralnej.

Mówiono mi, że nawet jeżeli nie widać wyjścia, jest absolutnie konieczne, aby Polacy potwierdzili swoje narodowe istnienie. Nie można było ani przez chwilę myśleć o bierności, która mogłaby zostać uznana za tchórzliwą zgodę na wszystkie okropności fizyczne i duchowe, wiszące nad narodem. Dlatego też, wyjaśniono mi, Polacy muszą działać. Bardzo trudno powiedzieć, czy było to mądre postanowienie, ale zdarzają się kryzysy duchowe leżące poza zasięgiem mądrości. Kiedy rozum nie potrafi znaleźć wyjścia, uczucie może odkryć drogę – nikt nie jest w stanie powiedzieć, do ocalenia czy ostatecznego zatracenia – a uczucie nawet o to nie pyta. Przebywając jako obcy w tej pełnej napięcia atmosferze, która przecież nie była mi nieznana, nie kwapiłem się ze swoimi mądrymi radami, zwłaszcza, że w odpowiedzi na moje ostrożne argumenty wykazano mi, że jeżeli życie ma wartości, godne tego by o nie walczyć, śmierć również ma w sobie coś, co może ją czynić godną lub niegodną.

Z trudności teoretycznych i moralnych, w jakie wpędził polskie programy polityczne układ sojuszów międzypaństwowych na początku wojny, wyłoniła się przynajmniej decyzja, aby Legiony Polskie, pokojowa organizacja w Galicji kierowana przez Piłsudskiego (który otrzymał później stopień generała, a obecnie, jak słyszymy, jest Naczelnikiem Rządu w Warszawie), wyruszyły do walki z Rosją. W gruncie rzeczy nie miało znaczenia, przeciwko któremu z uczestników Zbrodni skierowany będzie gniew Polaków. Trudno było wybierać między prymitywnymi i podłymi metodami rosyjskiego barbarzyństwa, a wyrafinowaną i pogardliwą brutalnością powierzchownej i zmechanizowanej cywilizacji niemieckiej. Nie było w czym wybierać. Obie strony były nienawistne. Polacy korzystali oczywiście w swoich wysiłkach z tolerancyjnej postawy Austrii, która od lat patrzyła przez palce na pół-tajną organizację Legionów Polskich. Zresztą taką drogę wskazywały możliwości materialne. Fakt, że Polska zwróciła się z początku przeciwko sprzymierzeńcowi Mocarstw Zachodnich, których moralnego poparcia tyle lat oczekiwała, nie był niczym potworniejszym niż sojusz z Rosją, do którego Anglia i Francja przystąpiły z mniejszym usprawiedliwieniem i ze względu na ewentualności, których chyba dałoby się uniknąć prowadząc twardszą politykę i okazując większą stanowczość w obliczu tego, co jawnie wyglądało na nieuniknione.
Tzw. Kołacz królewski (fr. Le gâteau des rois) – alegoria I rozbioru Polski. Rysunek Jean-Michel Moreau le Jeune będący satyrą na I rozbiór Polski, zakazany i konfiskowany w Europie. Przedstawia monarchów, którzy dokonali rozbioru Polski: carycę Rosji Katarzynę, władcę Austrii cesarza Józefa II, króla Prus Fryderyka II. Rozdzierają oni arkusz mapy Polski. Obok nich znajduje się król Polski Stanisław August Poniatowski, podtrzymujący zsuwającą się z głowy koronę.

Bo powiedzmy sobie prawdę. Postępowanie Niemiec, jakkolwiek okrutne, gwałtowne i zdradzieckie, nie było bynajmniej zadanym w ciemności ciosem w plecy. Plemiona niemieckie zapowiedziały światu we wszystkich możliwych przekonywujących tonach: łagodnie perswadującym, zimno logicznym, heglowskim, nietzscheańskim, wojowniczym, pobożnym, cynicznym, natchnionym – co mają zamiar uczynić z podrzędnymi rasami świata, tak bardzo grzesznymi i bezwartościowymi. Jednakże, dziwnie podobni do starożytnych proroków (którzy również byli wielkimi moralistami i zaklinaczami potęg) i oni także zdawali się wołać na pustyni. „Bezwartościowi” nie zwracali uwagi na ostrzeżenia, cokolwiek działo się w tajniach ich dusz. Trzeba też przyznać, że postępowanie zagrożonych rządów nie świadczyło wcale o zamiarach stawienia oporu. Bez wątpienia, nie był to skutek ani odwagi, ani strachu, ale tej ostrożności, która nakazuje przeciętnemu człowiekowi stać bez ruchu w obliczu rozwścieczonego psa. Nie była to postawa sensowna, i tym bardziej naganna, że wydawała się wynikać z niewiary w męstwo własnych narodów. W prostych sprawach życia i śmierci naród jest zawsze lepszy od swoich przywódców, ponieważ naród jako całość nie potrafi wprawić się w przemądrzały nastrój podziwu dla jakiejś tam doktryny albo wygórowanego zachwytu nad własną przemyślnością. Mam tu na myśli demokracje, których przywódcy przypominają tyrana Syrakuz pod względem nieograniczoności władzy (bo któż ograniczyć może wolę głosującego ludu?) i którzy zawsze widzą rodzimy miecz wiszący na włosku nad ich głowami.

Być może przyjęcie innej postawy powstrzymałoby rozwój niemieckiego zadufania, a militaryzm Niemiec zadusiłby się przerostem własnej siły. Jaki stan ducha zapanowałby wówczas w Europie – trudno powiedzieć. Pojawiłyby się zapewne inne jakieś przerosty, przerost teorii, albo przerost sentymentów, albo przerost poczucia bezpieczeństwa, który doprowadziłby do jakiejś innej katastrofy: pewne jest wszakże, że w takim wypadku sprawa polska jeszcze przez wieki nie przybrałaby konkretnych kształtów. Być może nigdy! Na tym świecie, gdzie wszystko przemija, nawet najbardziej uparte upiory znikają wreszcie ze starych domostw, z ludzkich sumień. Czy to postęp oświecenia, czy upadek wiary? W latach poprzedzających wojnę upiór Polski tak już się stawał niewidoczny, że niemożliwe było uzyskanie najmniejszej o nim wzmianki w gazetach.

Młody Polak, przybywający z Paryża, był tym ogromnie oburzony; ja wszakże, pozwalając sobie na to poczucie dystansu, które jest wytworem starszego wieku, dłuższego doświadczenia i skłonności do medytacji, odmawiałem podzielania jego uczuć. Chodził, żebrząc o jakieś słowo na temat Polski, do wielu wpływowych ludzi – i wszyscy co do jednego odpowiadali mu, że to wykluczone. Wszyscy byli ludźmi mającymi do czynienia z ideami, można ich więc było nazwać idealistami, ale zasadą najsilniej ugruntowaną w ich umysłach było, że zajmowanie się sprawą całkowicie nieaktualną jest szaleństwem i wywołałoby przerażający skutek spowodowania gniewu ich dawnych wrogów, a zarazem obrażenia uczuć ich nowych przyjaciół. Na taki argument nie było odpowiedzi. Nie mogłem podzielać zaskoczenia i oburzenia mego młodego przyjaciela. Podczas moich rozmyślań doszedłem również do przekonania, że nic na tej ziemi nie obraca się szybciej dokoła swojej osi niż idealizm polityczny pod wpływem podmuchu politycznej rzeczywistości.

Warto pamiętać, że niepodległość Polski, ucieleśniona w Państwie Polskim, nie została podarowana przez jakąkolwiek działalność dziennikarską, nie jest wynikiem jakiegoś szczególnie nawet życzliwego nastawienia, ani też jasno uświadomionego poczucia winy. Wiem dobrze co mówię kiedy twierdzę, że pierwotną i jedynie wpływową koncepcją była w Europie idea oddania losów Polski w ręce rosyjskiego caratu. A pamiętajmy, że zakładano wówczas, iż będzie to carat zwycięski. Myśl ta wypowiadana była otwarcie, rozważana poważnie, przedstawiona jako dobroczynna, z dziwaczną ślepotą na jej groteskowy i koszmarny charakter. Była to idea wydania ofiary z dobrodusznym uśmiechem i pewnym siebie zapewnieniem że „wszystko będzie dobrze” w ręce całkowicie niepoprawnego mordercy, który po stu latach gwałtownego podrzynania jej gardła miał teraz ponoć zawrzeć z nią przyjaźń i na mistyczną rosyjską modłę ucałować w oba policzki. Był to szczególnie koszmarny wymysł polityki międzynarodowej, lecz oficjalnie nie pozwalano nawet szepnąć o jakimkolwiek innym. Działo się to w dniach o ponurej przeszłości, kiedy Benckendorf użyczał swego nazwiska Komitetowi Pomocy Ludności Polskiej wypędzanej przez armie rosyjskie w głąb Rosji, kiedy Wielki Książę Mikołaj (ów dżentelmen, który zalecał nową Noc św. Bartłomieja dla stłumienia rosyjskiego liberalizmu) demonstrował swoją „boską” (to właśnie słowo wyczytałem w szacownym angielskim dzienniku) strategię podczas odwrotu, kiedy p. Izwolski puszył się nad brzegami Sekwany i kiedy to niektórym ludziom zaczęło tam przychodzić do głowy, że jest on jeszcze gorszym utrapieniem, niż sprawa polska.

Nie warto jednak o tym wszystkim rozprawiać. Ktoś bystry powiedział kiedyś, że wydarzają się zawsze rzeczy nieoczekiwane, a świat oglądany okiem spokojnym i beznamiętnym okazuje się sceną, na której dzieją się głównie cuda. Z potęgi Niemiec, w której cele tak wielu ludzi nie chciało uwierzyć, zrodziła się pomyślna koniunktura dla Polski, której nikt nie mógł przewidzieć. Z upadku Rosji wyłoniła się owa rzecz zakazana:

niepodległość Polski; nie jako mściwa postać, cień Zbrodni, żądny odwetu, ale jako coś o wiele bardziej konkretnego i trudniejszego do pozbycia się – konieczność polityczna i rozwiązanie moralne. Kiedy się tylko pojawiła, jej praktyczna użyteczność stała się niezaprzeczalna – jak również fakt, że źle to czy dobrze, nie można się jej było znowu pozbyć, chyba, co było nie do pomyślenia, drogą nowego krajania, nowego rozbioru, nowej zbrodni.

Na tym zasadza się siła i przyszłość tego, co było tak surowo zabronione nie dawniej niż dwa lata temu: niezależność Polski wyrażonej w istnieniu Państwa Polskiego. Przychodzi ono na świat moralnie wolne, nie dzięki swoim cierpieniom, ale dzięki swojemu cudownemu odrodzeniu i zadawnionym prawom, wynikającym z zasług wobec Europy. Ani jeden z walczących na wszystkich frontach świata nie zginął świadomie za wolność Polski. Tej zaszczytnej sposobności odmówiono nawet jej własnym dzieciom. I dobrze się stało! Opatrzność, niezbadana w swoich wyrokach, okazała się łaskawa – inaczej bowiem brzemię wdzięczności byłoby zbyt ciężkie, poczucie zobowiązania zbyt przygniatające, radość wybawienia zbyt potężna dla śmiertelnych, którzy jak reszta ludzkości są zwykłymi grzesznikami w obliczu Najwyższego. Ci, którzy ginęli na Wschodzie i na Zachodzie, tyle po sobie zostawiając bólu i tyle dumy, nie ginęli ani za powstanie państw, ani za puste słowa, ani nawet za ocalenie wielkich ideałów. Nie ginęli ani za demokrację, ani za alianse, za systemy ani nawet za abstrakcyjną sprawiedliwość, która jest niezgłębioną tajemnicą. Ginęli za coś zbyt głębokiego do wyrażania słowami, zbyt potężnego dla zwykłych mierników, wedle których rozum oblicza korzyści życia i śmierci, zbyt świętego dla próżnych rozważań snutych ustami marzycieli, fanatyków, humanitarystów i mężów stanu. Ginęli…

Niepodległość Polski wyłania się z tego wielkiego całopalenia, lecz lojalność Polski wobec Europy nie będzie wyrastać z czegoś tak bezwzględnie wymagającego, jak poczucie niezmiernego zadłużenia, z wdzięczności, nazywanej czasem w doczesnym sensie wieczną, ale która zawsze pozostaje na łasce zanurzenia i którą niestałość ludzkich uczuć skazuje na nieodwołalne wygaśnięcie. Lojalność Polski wyrastać będzie z czegoś o wiele bardziej solidnego i trwałego, czego nigdy nie można by nazwać wiecznym, ale co jest w istocie niezniszczalne. Wyrastać będzie z ducha narodu – jedynej bodaj rzeczy na Ziemi, której wolno zaufać. Ludzie mogą stawać się gorszymi lub lepszymi, ale się nie zmieniają. Nieszczęście to trudna szkoła, w której charakter narodowy może dojrzeć albo ulec zepsuciu, wolno jednak uznać za uzasadnione twierdzenie, iż długie lata najokrutniejszych nieszczęść nie zniszczyły podstawowych cech charakteru narodu polskiego, który na przekór wszystkim znieprawiającym przeciwnościom wykazał swoją siłę witalną.

Różne etapy walki, toczonej przez Polaków o przetrwanie, z groźną siłą i nie mniej niebezpiecznym chaosem w krajach ościennych, powinny być oceniane bezstronnie. Proponuję bezstronność a nie pobłażanie dlatego po prostu, że w ocenie sprawy polskiej niepotrzebne jest odwoływanie się do bardziej miękkich uczuć. Nieco spokojnych rozważań na temat przeszłości i teraźniejszości – to wszystko, na co zdobyć się musi świat zachodni, aby osądzić postępowanie społeczeństwa, którego ideały są takie same, ale sytuacja wyjątkowa. Przedstawiono mi ją obrazowo podczas rozmowy, przeprowadzonej nieco ponad półtora roku temu. „Niech pan nie zapomina”, powiedziano mi, „że Polska musi żyć w sąsiedztwie Niemiec i Rosji po wszystkie czasy. Czy Pan docenia pełny sens tego zwrotu: „po wszystkie czasy”? Fakty muszą być brane w rachubę, a zwłaszcza przerażające fakty tego rodzaju, na które nie ma na tym świecie rady. Z przyczyn – ściśle się wyrażając – fizjologicznych, przyjaźń z Niemcami albo Rosjanami jest nawet w najodleglejszej przyszłości nie do pomyślenia. Jakiekolwiek przymierze serc i umysłów byłoby tu rzeczą monstrualną, a potwory, jak wszyscy wiemy, nie są zdolne do życia.

Nie wolno nam opierać postępowania na monstrualnych koncepcjach. Możemy zasługiwać albo nie zasługiwać na przetrwanie, ale psychologiczna okropność naszej sytuacji wystarcza, aby doprowadzić umysł narodowy do obłędu. Jednakże mimo całego niszczącego nacisku, o którym Europa Zachodnia nie może mieć pojęcia, nacisku ze strony sił nie tylko miażdżących, ale i znieprawiających, zachowaliśmy zdrowie psychiczne. Nie ma więc obawy, że stracimy głowę po prostu dlatego, że nacisk ustanie. Nie straciliśmy jeszcze ani głów, ani naszego poczucia moralnego. Ucisk nie tylko polityczny, ale odnoszący się do stosunków społecznych, życia rodzinnego, najistotniejszych powiązań międzyludzkich, sięgający samych podstaw naturalnych uczuć człowieka, nigdy nie uczynił nas mściwymi. Warto zauważyć, że mimo iż nasze odruchy uczuciowe dostarczyły po temu dostatecznych powodów, nigdy nie uciekaliśmy się do zabójstw politycznych. Z bronią w ręku, ożywiani nadzieją lub jej pozbawieni a zawsze w obliczu niezmiernej przewagi wroga, dawaliśmy świadectwo naszemu istnieniu i słuszności naszej sprawy; ale wymierzanie sprawiedliwości dzikimi sposobami nigdy nie wchodziło w skład naszych pojęć o narodowym męstwie. W całej historii prześladowań Polski padł tylko jeden strzał nie oddany podczas bitwy. Tylko jeden! Zaś człowiek, który strzelił w Paryżu do Cesarza Aleksandra II, był osobnikiem nie powiązanym z żadną organizacją, nie reprezentującym żadnego odłamu polskiej opinii publicznej. W Polsce jedyną reakcją był głęboki żal – nie dlatego, że zamach się nie powiódł, ale dlatego, że do niego doszło. Dzieje naszego uciemiężenia wolne są od tej plamy; i jakiekolwiek w oczach świata popełnialiśmy szaleństwa, nie mordowaliśmy swoich wrogów, nie działaliśmy przeciw nim zdradziecko.”

Nie mogłem zaprzeczyć słuszności tej wypowiedzi; równie jasno jak mój rozmówca widziałem niemożliwość wyłonienia się w przyszłości najskromniejszych choćby uczuciowych powiązań między Polską, a jej sąsiadami. Jedyną drogą, jaka odrodzonej Polsce pozostaje, jest opracowanie, wprowadzenie w życie i utrzymanie możliwie najpoprawniejszego systemu stosunków politycznych z sąsiadami, dla których istnienie Polski musi być upokarzającą zniewagą. Zadanie to, rozważane na spokojnie, jest przerażające; wolno jednak ufać usposobieniu narodowemu, które jest tak całkowicie pozbawione ducha agresji i odwetu. Tutaj leżą podstawy nadziei. Powodzenie odnowionego życia tego narodu, którego losem jest trwać na wygnaniu, w wiecznym oddzieleniu od Zachodu, wśród wrogiego otoczenia, zależy od życzliwego zrozumienia jego problemów przez odległych przyjaciół, Mocarstwa Zachodnie. W swoim demokratycznym rozwoju muszą one uznać istnienie moralnego i umysłowego pokrewieństwa z tą odległą placówką ich własnej cywilizacji, która stanowi jedyną podstawę polskiej kultury.

Jakakolwiek będzie przyszłość Rosji i ostateczny ustrój Niemiec, niemożliwe jest złagodzenie dawnej wrogości, zasadniczy antagonizm będzie musiał trwać przez długie lata. Zbrodnia rozbiorów popełniona została przez rządy autokratyczne, właściwe dla tamtej epoki; ale rządy te znamionowały w przeszłości, znamionować będą w przyszłości cechy narodowe ich ludów, nie dające się pogodzić z polską umysłowością i sposobem odczuwania. Zarówno niemiecka uległość (choćby najbardziej idealistyczna), jak rosyjskie bezprawie (wyrosłe na zwyrodnieniu wszelkich cnót) są całkowicie obce narodowi polskiemu, którego zalety i wady są zupełnie innego rodzaju i wykazują skłonności do pewnej wybujałości indywidualizmu i, być może, do przesadnej wiary w Moc Dobrowolnej Zgody: tej jedynej, niezmiennej zasady wewnętrznych rządów dawnej Rzeczypospolitej. Nie było w dziejach państwa mniej obciążonego politycznym rozlewem krwi, niż Państwo Polskie, które nie znało ani instytucji feudalnych, ani feudalnych waśni. W dobie kiedy w całej Europie głowy sypały się na szafotach, w Polsce zdarzyła się tylko jedna egzekucja polityczna – tylko jedna; i dotychczas opowiada się, iż wielki Kanclerz, który zdemokratyzował instytucje polskie i musiał wydać wyrok dla osiągnięcia swego politycznegoo celu, do końca życia nie umiał się we własnym sumieniu pogodzić z tym faktem. W Polsce zdarzały się wojny domowe, ale reszta świata nie bardzo ma prawo czynić z tego powodu zarzuty. Prowadzone humanitarnie, nie pozostawiały po sobie wrogości ani poczucia prześladowań, a z pewnością żadnej spuścizny nienawiści. Były jednym z uznanych sposobów argumentacji politycznej i kończyły się zwykle pojednawczo.

Jakąkolwiek demokratyczną formę rządu wypracuje dla siebie Polska, nie mogę sobie wyobrazić, aby albo naród, albo jego przywódcy nie przyjęli z zadowoleniem wnikliwego przyglądania się odnowionej rzeczywistości politycznej kraju. Trudności związane z jego istnieniem są tak wielkie, że pewne błędy będą nieuniknione, a możemy być pewni, że sąsiedzi skorzystają z nich dla kompromitowania żywego świadka wielkiej zbrodni historycznej. Jeżeli nie same granice, to uczciwość moralna nowego Państwa będzie z pewnością atakowana w obliczu Europy. Pojawi się również wrogość ekonomiczna, skoro tylko świat zabierze się znów do roboty i wytężonego współzawodnictwa. Wysuwane będą na pewno oskarżenia o agresję, zwłaszcza przeciw małym państwom powstającym na obszarach dawnej Rzeczypospolitej. Każdy zaś zna potęgę kłamstw, które przechadzają się ubrane w barwne szaty, podczas gdy Prawda, dobrze wiemy, nie może się nimi poszczycić i dlatego bywa często pomijana jako nie całkiem przydatna dla codziennych celów. Nieczęsto jest rozpoznawana, bo nie zawsze można ją łatwo zauważyć.

Pojawiają się już insynuacje, pogróżki, aluzje, a nawet okropne pogłoski oparte na wątpliwej wartości danych – ale historia świadczy, że nie do pomyślenia jest, aby Polska przyszłości, posiadająca świętą tradycję swobód i dziedziczne poczucie poszanowania dla praw jednostek i państw, miała upatrywać swoją pomyślność w działaniach agresywnych albo moralnym gwałcie na swoich dawnych współobywatelach, Rusinach i Litwinach. Jedyny wpływ, którego powstrzymać się nie da, to po prostu wpływ czasu, który z bezlitosną logiką wydobywa prawdę z faktów i bierze górę nad przemijającymi poglądami, nad zmiennymi odruchami ludzi. Nie można wątpić, że skłonności moralne i interesy materialne nowych narodowości – które teraz wydają się prowadzić grę rozbijacką na użytek wrogów – w końcu zbliżą je do wyłonionej z tej wojny Polski, wcześniej czy później zjednoczą je w żywiołowym ciążeniu do Państwa, które je niegdyś przyjęło i wychowało podczas rozwoju własnej humanitarnej kultury – dziedzictwa Zachodu.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 23 wrz 2014, 19:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/05/27 ... oszukiwan/

Wypędzony z pamięci – Emmanuel Małyński (1875-1938). Podsumowanie pierwszego roku poszukiwań.
Posted by Marucha w dniu 2014-05-27 (wtorek)

Został wypędzony ze zbiorowej pamięci narodu. W równym stopniu przez mielące żarna historii, jak i świadome działanie kreatorów zbiorowej świadomości społeczeństwa. Persona non grata jeszcze za życia. Wróg przedwojennych polskich postępowo-sanacyjnych i demokratyczno-narodowych elit politycznych. „Płytki i anachroniczny” w swoich przemyśleniach, twierdzono zgodnie w Polsce. Był konserwatywnym outsiderem.
Emmanuel Małyński podczas polowania
Wołyńskie bezdroża. Próba uchwycenia przeszłości, znalezienia śladów zatartej historii. Brukowana bazaltowymi „kocimi łbami” droga do Niewirkowa. Samochód sunie po rdzawej kamiennej tarce, będącej powodem dumy dawnych właścicieli i mieszkańców.
Mijamy zrujnowany klasycystyczny kościół ufundowany przez Steckich, stojący u granicy oszańcowanej błękitnymi płotami wioski. Dawnych właścicieli huragan historii wypędził z krypty kościelnej, w której mieli czekać spokojnie na sygnał apokaliptycznych trąb. Ciężko pisać. Niebo nad Wołyniem wydaje się tak bliskie. Deszcz dosłownie na wyciągnięcie ręki. Czaple na podmokłych polach gotowe do podstępnych łowów. Po głowie kołacze się wspomnienie.
Uwiera zapamiętane zdanie ze świeżo przeczytanego powojennego eseju Ernsta Jüngera. Skazani na tułaczkę po bezdrożach. Wędrowcy. Ostatnia, trzecia forma bytu naszej epoki. Wypędzeni przez potężne mielące wszystko żarna historii. Świadomi swojej samotności i wygnania. Pozbawieni ojczyzny. Obrońcy straconej pozycji. Przyjmujący dobrowolnie zagładę jako darowany przez Boga „sakrament”.
Tych bezdroży poszukiwałem wśród starych jesionów i klonów wspaniałego żurneńskiego parku. Tam wąska brukowana granitem parkowa dróżka prowadzi donikąd. Kończy swoje życie przed nieistniejącym pałacem hrabiego Małyńskiego.

Zapomniany „inaczej”
Wybitny znawca kresowej historii ziemiaństwa, Roman Aftanazy, (jedyny do tej pory polski biograf Emanuela Małyńskiego) zwracał uwagę na zapomnienie opadające kurtyną milczenia na postać kresowego arystokraty[1]. Jego nazwiska nie odnotowują nie tylko opasłe encyklopedie, ale również monografie poświęcone polskiemu ziemiaństwu. Postać Małyńskiego pomijają prace poświęcone polskiej idei konserwatywnej. Nieliczne wzmianki zbywają stwierdzeniami „kresowy oryginał”, pokrywając pokostem lekceważenia naszą niewiedzę o tym człowieku.
Został wypędzony ze zbiorowej pamięci narodu. W równym stopniu przez mielące żarna historii, jak i świadome działanie kreatorów zbiorowej świadomości społeczeństwa. Persona non grata jeszcze za życia. Wróg przedwojennych polskich postępowo-sanacyjnych i demokratyczno-narodowych elit politycznych. „Płytki i anachroniczny” w swoich przemyśleniach, twierdzono zgodnie w Polsce. Był konserwatywnym outsiderem. Pomimo powiązań z głównymi postaciami Rady Regencyjnej i znajomością z politykami paryskiego Komitetu Narodowego Polskiego nie odegrał większej roli politycznej. Ambicji nie lokował w urnach wyborczych.
Hrabia Małyński posiada imponujący, ale nieznany w Polsce dorobek pisarski. Niekompletna bibliografia jego rozproszonych publikacji obejmuje w obecnej chwili trzydzieści dziewięć książek wydanych w języku francuskim, angielskim i polskim (bez tłumaczeń) oraz 7 artykułów w prasie francuskiej, polskiej, węgierskiej i szwajcarskiej.
Lekceważone w Polsce prace Małyńskiego wzbudzały, wbrew opinii R. Aftanazego, zainteresowanie za granicą. Plany ładu powojennego po I wojnie światowej i poglądy geopolityczne artykułowane w latach 20. XX w. komentowano krytycznie szeroko za Atlantykiem, w Australii i Nowej Zelandii. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej (USA) zdawano sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie konserwatywnie rewizjonistyczna wymowa poglądów wołyńskiego arystokraty, negującego wilsonowski chaos wersalski, stanowiący zarzewie przyszłego światowego konfliktu[2]. Książki hrabiego recenzowano, omawiano, krytykowano, zwalczano, chwalono, ale głównie w Paryżu, w Madrycie, Londynie. Pracę Małyńskiego „La Veillée des Armes” anonimowy recenzent ekskluzywnego „La Semaine à Paris” nazwał książką jak najbardziej aktualną. Wszak „(…) żyjemy w epoce, która zakończy się konfliktem światowym”[3]. W Paryżu panowała wtedy atmosfera dobrej zabawy. Nikt nie przejmował się wojną. Rachuby były tylko pomyślne.
Hrabiego zapraszano na liczne wykłady, proszono o opinie w sprawach politycznych. W 1934 r. E. Małyński uczestniczył w ankiecie prestiżowego czasopisma „Mercure de France”, poświęconej cywilizacyjnym skutkom automatyzacji. Do udziału w ankiecie zaproszono kilkudziesięciu najważniejszych myślicieli epoki międzywojennej: naukowców, konstruktorów, przemysłowców, intelektualistów. Ostatecznie opublikowano wypowiedzi kilkunastu, wśród których byli: Henry Ford, Mikołaj Bierdiajew, Werner Sombart czy Rabindranath Tagore oraz Emanuel Małyński[4].
Hrabia pozostaje autorem nieznanym dla szerszego grona czytelników w Polsce. W katolicko-tradycjonalistycznych kręgach francuskich cieszy się sporym zainteresowaniem. Jego prace wznawiane są przez Wydawnictwo św. Remigiusza. Dla katolickiego publicysty, Ernesta Larisse’a, jest przykładem rzadkiego polityczno-religijnego profetyzmu[5]. W pracy biograficznej poświęconej Plinio Corrêa de Oliveirze Roberto de Mattei widzi Małyńskiego (wraz z jego uczniem Léonem wicehrabią de Poncins) jako cenionego i rzetelnego badacza rewolucyjnej dywersji prowadzonej przeciwko Christianitas, wymieniając go wspólnie z badaczami tej miary co Jacques Crétineau-Joly czy o. Nicolas Deschamps[6].
Książki Małyńskiego spotykają się również z żywym zainteresowaniem kręgów radykalnej europejskiej prawicy. Pozostaje on nieformalnym ojcem chrzestnym prawicy europejskiej. Włoski publicysta zalicza polskiego arystokratę do grona najważniejszych pisarzy obecnej doby, obok E. Jüngera i Juliusa Evoli[7]. Ostatni z wymienionych należał zresztą do gorących wielbicieli pisarstwa Małyńskiego, jego tłumaczy na włoski i propagatorów myśli, narzekając kilkakrotnie w swoich pracach na jednoznacznie katolickiego ducha tradycjonalizmu politycznego Małyńskiego[8].
Niepokojąco brzmią ostatnie dwa zdania pośmiertnie wydanej pracy Małyńskiego „La Guerre occulte”: „Rozpoczęła się nowa era w historii świata. Nastąpiło otwarcie apokaliptycznych czasów”. Dyktował je swojemu francuskiemu przyjacielowi w II połowie lat 30. XX w. człowiek schorowany, „wydziedziczony” z majątku przez spuszczone z łańcucha banki, sprzedany wrogom przez rodaków, wygnany na pustynię samotności, ale spoglądający ze spokojem chrześcijańskiego męczennika w przyszłość. Kim był ten apokaliptyczny mieszkaniec bezdroży?

Wołyńskie korzenie
Emanuel hrabia Małyński przyszedł na świat w Wielki Piątek 26 marca 1875 r. w Żurnem niedaleko Bereznego na Wołyniu, jako jedyny dziedzic pomnażanego skwapliwie majątku Małyńskich[9]. Rodzicami niecierpliwie oczekiwanego dziecka byli Michał Małyński herbu Poraj, dubieński marszałek szlachty[10], oraz baronówna Annette von Wrangel zu Addinal (nazywana Anną), pochodząca z kurlandzkiego arystokratycznego rodu wojskowego w służbie carskiej, wdowa po Bolesławie hr. Chodkiewiczu herbu Kościesza[11].
Małżeństwo długo nie mogło doczekać się potomstwa. Wbrew informacjom przekazanym przez Teodora Żychlińskiego[12] Emanuel nie posiadał naturalnego rodzeństwa. Być może obawa przed brakiem dziedzica popchnęła w 1871 r. M. Małyńskiego do zagadkowego usynowienia (wraz z prawem do nazwiska) chorego umysłowo chłopca Maksymiliana Jerzego Leona Wyszyńskiego[13].
Trzy lata później okazało się, że Anna Wrangel – uważana za przekwitłą i bezpłodną – jest brzemienna. Zdrowego chłopca powiła prawdopodobnie jako pierworódka w wieku 46 lat!
Na chrzcie przypadającym najprawdopodobniej w Wielkanoc 1875 r. oczekiwanemu synowi dano imiona Marek Emanuel Wit (dokładny zapis imienia), drugim imieniem wzywając na patrona św. Emanuela, męczennika ze Sirmium, którego wspomnienie w Martyrologium Rzymskim przypadało na datę urodzenia dziecka. To imię (Emmanuel) stanie się w przyszłości jedynym używanym przez naszego bohatera[14].
Dorastającego „Nela”, jak nazywała go matka, a za nią służba i pospólstwo, otoczono miłością, zbytkiem i luksusem. W przypałacowym rozległym i świeżo założonym kompleksie parkowym M. Małyński dla swojego syna założył niewielki ogród zoologiczny[15]. Dziecku poświęcano mnóstwo uwagi, kształtując religijność i charakter, odpowiednią postawę arystokratyczną, nauczając języków obcych i historii. Niewiele na razie możemy powiedzieć nt. edukacji dorastającego „Nela” Małyńskiego. Zapewne rozległe koneksje po mieczu i po kądzieli otwierały możliwość pobierania nauki w najlepszych szkołach całej Europy – od katolickiej szkoły na Fontance w Petersburgu po elitarne Eton. Z powierzchownych informacji przekazanych przez R. Aftanazego, jedynego biografa Małyńskiego, charakteryzował hrabiego „pewien zasób wiedzy”, pomimo „braku systematycznego wykształcenia”[16].
Mieszkańcy Żurnego i Bereznego zapamiętali młodzieńca jako chuderlawego i niskiego chłopaka o niezwykłych zdolnościach sportowych. Chłopak chętnie jeździł konno, wspaniale grał w tenisa, doskonale strzelał, ale rozmiłowany był w fechtunku szpadą. Nad wykształceniem szermierczym, ale przede wszystkim ideowym wychowaniem młodego Małyńskiego, opiekę roztoczył ekscentryczny stryj Jan II hrabia Małyński, mizogin i ekscentryk znany w kręgach arystokracji jako autor francuskojęzycznych reakcyjnych publikacji[17].
Jan Małyński, kawaler Instytutu Mariańskiego związanego z zakonem krzyżackim, obdarowany Krzyżem Mariańskim przez samego Wielkiego Mistrza Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego, arcyksięcia Wilhelma Franciszka Karola Habsburga[18], bibliofil, kolekcjoner i znawca sztuki, należał do wołyńskiego grona zdecydowanych przeciwników nowego porewolucyjnego porządku i zwolenników średniowiecznego feudalnego systemu społecznego. Pogrzebał się dobrowolnie za życia, wiodąc pustelniczy żywot w swoim majątku, odseparowany od ludzi, w zaciszu biblioteki i swoich dzieł sztuki. Będąc bezdzietnym kawalerem, związał swe arystokratyczne i męskie aspiracje z bratankiem. W testamencie zapisał Emanuelowi całą swoją ziemię, nieruchomości, fortunę finansową i dzieła sztuki, wraz ze wszystkim, co posiadał. Małyńskiego oskarżano często o snobizm i niekiedy o bezpodstawne posługiwanie się tytułem hrabiowskim[19], zapominając, że arystokrata stał się „comte de Małyński” dopiero w 1903 r. wraz ze śmiercią swego stryja, jako jego jedyny spadkobierca, legalny dziedzic, kontynuator dzieła i feudalny pan niewirkowskiego „hrabstwa” na Wołyniu.

Kapryśny, rozrzutny, uroczy
Odziedziczenie fortuny, obliczanej przez wścibskich dziennikarzy na 2,5 mln rubli[20], otwierało nowe perspektywy przed Małyńskim, prawdopodobnie od kilku lat pomieszkującym okresowo w Paryżu. Na majątek patrzono z podziwem lub zawiścią. Małyński irytował w charakterystyczny dla dandysa sposób paryskich bourgeoises, podgrzewając atmosferę wokół siebie prowokacyjnymi stwierdzeniami, że ,,może kupić wszystko, cokolwiek posiada swoją cenę”[21]. Zaczął od odpowiednio reprezentatywnego miejsca zamieszkania. Z nielicznych dokumentów wynika, że do I wojny światowej mieszkał przy słynnej paryskiej Avenue du Bois-de-Boulogne, w 1910 r. jego paryskim domem ponad wszelką wątpliwość był wzorowany na Trianon i Wersalu Palais Rose (40, Avenue du Bois-de-Boulogne) wzniesiony przez jego przyjaciela, króla paryskich dandies, Boniface „Boni” de Castellane-Novejean, za pieniądze swojego bogatego amerykańskiego teścia[22].
Drzwi salonów paryskich otwarte były przed Małyńskim, zanim został obsypany finansowym „darem z nieba”, niemniej fortuna pozwoliła mu na prawdziwie wielkopański styl życia i poświęcenie się swoim pasjom sportowym.
Jedną z nich było strzelectwo, w którym Małyński długo pozostawał niepokonany. Kilkukrotnie uznawano go za najlepszego strzelca Francji, posługującego się pistoletem i rewolwerem.
Od 1902 r. hrabia był członkiem École d’Escrime Pratique w Paryżu, skupiającej miłośników szermierki pojedynkowej i innych sportów obronnych[23]. W walkach na ostrą broń Małyński dał się poznać jako utalentowany szermierz. Swoje umiejętności rozwijał m.in. pod okiem fechmistrza szkoły francuskiej Camille’a Prevosta i mistrzów takich jak Amroise Baudry i Dufraisse. Od 1904 r. piastował stanowisko prezesa École d’Escrime Pratique[24], organizując szereg prestiżowych turniejów szermierczych, którym towarzyszyła wspaniała artystyczna oprawa w postaci występów paryskich aktorów, div operowych, tancerek i śpiewaków, wystawne poczęstunki i cenne nagrody nierzadko pochodzące z własnej kolekcji dzieł sztuki. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej ufundował nagrodę szermierczą i strzelecką, wręczaną co roku zwycięzcy otwartego turnieju „Challenge de Małyński”. Uważany był za jednego z inicjatorów zjednoczenia francuskich szkół szermierczych w jeden organizm. Swojej pasji pozostał wierny do końca życia, nie szczędząc zdrowia, czasu i pieniędzy.
Wzorem dawnych książąt był człowiekiem niezwykle hojnym, wspomagając swoim majątkiem charytatywne inicjatywy prywatnych osób i Kościoła. Poczytywano mu ten brak przywiązania do pieniędzy jako rozrzutność i ostentację.
Utrzymywał szerokie kontakty towarzyskie po obu stronach Atlantyku. Wśród przyjaciół, znajomych, współpracowników Małyńskiego znajdujemy osobistości życia politycznego, artystycznego, towarzyskiego la belle epoque i dwudziestolecia międzywojennego. Był przyjacielem Piotra Stołypina, znajomym premiera Siergieja Wittego, posiadał dostęp do tronu cesarskiego w Petersburgu. Utrzymywał towarzyskie (głównie szermiercze) kontakty z przyszłym premierem, a wtedy senatorem i ministrem III Republiki, Raymondem Poincaré, znał krewnego Rothschildów, magnata finansowego, zwolennika budowy globalnej republiki demokratycznej Henry’ego Deutscha „de la Meurthe” i „naczelnego” jasnowidza i masona II Rzeczypospolitej Polskiej (II RP) inż. Stefana Ossowieckiego.
Przyjaciółmi hrabiego Małyńskiego były tak różne osobistości, jak: minister republiki Louis Barthou, król paryskich dandies hrabia B. „Boni” de Castellane-Novejean, wybitny podróżnik, szpadzista i autorytet w dziedzinie prawa pojedynkowego Émile Bruneau de Laborie, lotniczy konstruktor i pilot Charles hrabia de Lambert, podróżnik i pasjonat myślistwa Józef hrabia Potocki czy bliski przyjaciel i krewny Aleksander hrabia Ledóchowski, jeden z założycieli Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i donator pierwszych numerów pisma „Pro Fide, Rege et Lege”.
Wśród znajomych Małyńskiego spotykamy pionierów lotnictwa braci Wright, szefa francuskich stowarzyszeń lotniczych Henry’ego hrabiego de La Vaulx, poetę i pisarza Gabriele’a D’Annunzio oraz Ferdynanda Ossendowskiego, aktorkę Sarę Bernhardt i balerinę Cléo de Merode. W latach 30. XX w., wraz z powolnym wycofywaniem się Małyńskiego z życia towarzyskiego, jego najbliższą przyjaciółką i powiernicą stała się św. Urszula Ledóchowska, a współpracownikiem (i przyjacielem) katolicki publicysta, konserwatywny myśliciel L. wicehrabia de Poncins. Lista daleka jest od kompletności[25].

———————————————————-

[1] R. Aftanazy, Emanuel Małyński, [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. XIX, Wrocław-Warszawa-Kraków 1974, s. 457-458; idem, Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej. Cz. 2. Ziemie ruskie Korony. Tom V. Województwo wołyńskie, Wrocław-Warszawa-Kraków 1994, s. 40-41. Niniejszy szkic, stanowiąc podsumowanie rocznych poszukiwań, badań i eksploracji, siłą rzeczy musi ustawić się na pozycjach polemicznych z pionierskimi zapiskami Romana Aftanazego. Należy jednak pamiętać, że bez wzmiankowania dokonanego przez autora prac poświęconych kresom Rzeczypospolitej Emanuel Małyński prawdopodobnie zostałby całkowicie zapomniany.
[2] Książka E. Małyńskiego A Short Cut to a splendid Peace została w krajach anglosaskich wściekle zaatakowana przez zwolenników bezwarunkowej kapitulacji państw centralnych jako stojąca na gruncie politycznych półśrodków i pokładająca naiwną wiarę w moc dyplomacji. Z kolei książka Les Problèmes de l’Est et la Petite Entente doczekała się recenzji na łamach wpływowego „Foreign Affairs”. Publikacja znalazła się w obiegu intelektualnym specjalistów prawa międzynarodowego i dyplomacji na Zachodzie. Zob. np. F. H. Simonds, The Great Powers in World Politics. International Relations and Economic Nationalism, New York 1939; A. Freiherr von Freytagh-Loringhoven, Les entantes régionales, [w:] Recueil des Cours – Académie de Droit International de La Haye, t. 56, cz. II/ 1936, s. 499-676.
[3] ,,La Semaine à Paris” 1929, nr 362, s. 64.
[4] Machinisme et Civilisation. Résultats d’une Enquête Internationale, [w:] Mercure de France, t. CCLVI/1934, s. 16-17.
[5] E. Larisse, Le Comte Emanuel Malynski. Théologien de l’Histoire Catholique et Occulte, Connaisseur hors pair de la Synagogue de Satan, „La Voix des Francs-Catholiques” 2007, nr 3, s. 14.
[6] R. de Mattei, Krzyżowiec XX wieku. Plinio Corrêa de Oliveira, tłum. J. Wolak, Kraków 2004, s. 131.
[7] Recenzja książki Marco Fraqueli’ego A destra di Porto Alegre – zob. Recensioni. Marco Fraqueli A Destra di Porto Alegre. Perché la Destra è piu noglobal della ministra, „Thule Italia” 2006, nr 15, s. 56.
[8] Wymaga dokładniejszego zbadania ewentualna znajomość łącząca E. hr. Małyńskiego z Juliusem baronem Evolą. Ponad wszelką wątpliwość możemy przyjąć, że przenikanie poglądów wołyńskiego arystokraty w obręb koncepcji budowanych przez J. Evolę odbywało się nie tylko poprzez uważną lekturę książek Małyńskiego, na co istnieje sporo dowodów, ale również za pośrednictwem genewskiego czasopisma „Contre-révolution”, redagowanego przez Léona de Poncins, a prawdopodobnie współfinansowanego przez E. Małyńskiego. Ten tradycjonalistyczny periodyk stał się trybuną nowoczesnej myśli skrajnie prawicowej końca lat 30. XX w., dając możliwość wyrażania poglądów wielu publicystom i myślicielom. Jednym z nich był J. Evola. Na ten temat – L. Saint-Étienne, Julius Evola et la Contre-révolution, [w:] Julius Evola, red. A. Guyot-Jeannin, Lausanne 1997, s. 43.
[9] Inne daty urodzenia Emanuela hr. Małyńskiego, podawane w carskich dokumentach wg kalendarza juliańskiego lub uzyskane przez R. Aftanazego na podstawie relacji osób znających hrabiego, należy uznać za niewiarygodne. Podana data pochodzi z dokumentu francuskiego i była zgłoszona przez samego E. Małyńskiego w momencie starań o wystawienie lotniczego brevet.
[10] T. Żychliński, Złota Księga Szlachty Polskiej, R. 4, Poznań 1882, s. 172.
[11] Biogram Anny w: H. von Baensch, Geschichte der Familie von Wrangel vom Jahre Zwölfhundertfünfzig bis auf die Gegenwart: Nach Urkunden und Tagebüchern bearbeitet,t. I, Berlin-Dresden 1887, s. 350.
[12] T. Żychliński, op. cit., s. 172.
[13] Списокъ Дворянъ волынской губернни,Житомиръ 1906, s. 352, wpis do rejestru guberni wołyńskiej z 15 lutego 1871 r.
[14] Zawarte często niezależnie od siebie w dokumentach imiona Marek i Emanuel doprowadziły do tego, że w skromnej historiografii hrabiego występują de facto dwie niezależne osoby. Zob. T. Epsztein, Polska własność ziemska na Ukrainie (gubernia kijowska, podolska i wołyńska) w 1890 roku, Warszawa 2008.
[15] Informacje podane za relacjami mieszkańców miejscowości Żurne i Berezne na Wołyniu, przekazane przez dyr. Natalię Trochljuk z Krajoznawczego Muzeum w Bereznem na Ukrainie.
[16] R. Aftanazy, Dzieje rezydencji…, op. cit., s. 41.
[17] T. Żychliński twierdził, że tytuł hrabiowski Jana Małyńskiego związany jest z nadaniem odznaczenia zakonnego przez arcyksięcia Wilhelma Habsburga. Udało się do chwili obecnej odnaleźć wyłącznie dokument potwierdzający używanie tytułu hrabiowskiego w obrębie dokumentów zakonnych przez Jana II Małyńskiego: Verzeichnitz nr 39. Freiwilliger Sanitätsdienst des Deutschen Ritter-Ordens, „Wiener Zeitung” 26.09.1873, nr 224, s. 1031-1032. Wiadomo, że odznaczenie Deutschen Ritter-Ordens nie wiązało się bezpośrednio z nadaniem szlachectwa czy tytułu szlacheckiego. Małyńscy nie figurują w spisie polskich rodzin wyniesionych do szlachectwa lub obdarowanych tytułami przez Habsburgów. Zob. S. Korwin Kruczkowski, Poczet Polaków wyniesionych do godności szlacheckiej przez monarchów austrjackich w czasie od r. 1773 do 1918, Lwów 1935.
[18] Zdaniem T. Żychlińskiego 23 sierpnia 1873 r.
[19] W niniejszym szkicu używam tytułu hrabiowskiego umownie, nie odnosząc się do prawdopodobnej uzurpacji. Emanuel Małyński powszechnie tytułowany był w całej Europie.
[20] Cléo De Merode’s Most Lucrative Engagement, „The Minneapolis Journal” 7.11.1903, s. 9.
[21] Vive la Pologne, madame!, „Gil Blas” 4.11.1903, s. 1.
[22] Pierwsza informacja o miejscu zamieszkania przy prestiżowej paryskiej ulicy pochodzi z 1903 r. Dokładny adres znaleźć można przy nazwisku hr. Małyńskiego w spisie członków Aéro-Club de France: Annuaire des Grands Cercles et du Grand Monde. Sports et Clubs, Paris 1910, s. 598; Annuaire des Grands Cercles et du Grand Monde. Sports et Clubs, Paris 1914, s. 372 (za pomoc w ustaleniu szczegółów paryskiego adresu Małyńskiego składam podziękowania p. Antoine Ratnikowi).
[23] Notatka prasowa w: „Le Figaro” 18.02.1902, s. 5.
[24] Notatka prasowa w: „La Presse” 8.11.1904, s. 4.
[25] Listę zbudowano w oparciu o notatki prasowe dotyczące aktywności sportowej i towarzyskiej hrabiego Małyńskiego w latach 1903-1934. Znajomość z Ferdynandem Ossendowskim i Gabrielem d’Annunzio opiera się na spekulacjach i wymaga szczegółowego zbadania. Relacje z wicehrabią L. de Poncins, Aleksandrem hrabią Ledóchowskim i św. Urszulą znajdują potwierdzenie w zapiskach pozostawionych przez te osoby lub samego Małyńskiego.

Ryszard Mozgol

Jest to fragment artykułu z najnowszego numeru „Pro Fide Rege et Lege”: http://sklep.konserwatyzm.pl/pro-fide-r ... nr-2-2013/

http://konserwatyzm.pl/artykul/12162/ry ... ynski-1875


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Pisarze polscy
PostNapisane: 24 sty 2015, 14:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/wiry---zapomniana-p ... 493,i.html

„Wiry” – zapomniana powieść Henryka Sienkiewicza
Data publikacji: 2015-01-22 08:00
Data aktualizacji: 2015-01-22 08:41:00

Obrazek
By Kazimierz Mordasewicz (http://www.desa.art.pl/index.php?pozycja=9842) [Public domain], via Wikimedia Commons


Zafascynowany twórczością Henryka Sienkiewicza, stale wracam do jego dzieł. Ostatnio do mych rąk wpadła mało znana powieść „Wiry". Książka ta nie przypadła do gustu zarówno krytykom jak i fanom Sienkiewicza. Zarzucano mu groteskowość, tłumaczono też, że słabość powieści wynikała z wieku pisarza. Zarzut był dziwny, tym bardziej że dwa lata później Sienkiewicz publikuje książkę „W pustyni i w puszczy", która w przeciwieństwie do „Wirów" przyjęta została ze sporym entuzjazmem.

Sienkiewicz w powieści „Wiry" stawia czoło rodzącemu się socjalizmowi, przedstawia go z punktu widzenia bohaterów powieści, ziemiańskiej rodziny szlacheckiej Krzyckich oraz ich guwernera Laskowskiego – młodego studenta zafascynowanego ideami socjalizmu. Nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, że każdy z bohaterów niezależnie od wieku i płci, mierzy się ze zmianami zachodzącymi w społeczeństwie. Sienkiewicz w mistrzowski sposób wplata w dialogi, krytyczne rozprawki o socjalizmie, wskazuje jego wady, wytyka błędy a także objawia brak logiki w hasłach i działaniu tej niebezpiecznej ideologii. Autor nie pozostawia suchej nitki również na narodowej demokracji, ale wbrew pozorom nie pozostaje bezstronny. Sienkiewicz pokazuje, że naturalny ład społeczny który został ustalony przed wiekami jest „lekiem na wszelkie zło". To nie zmiana ustroju, polityki czy warstw rządzących sprawi, że polepszy się byt człowieka. Musi się dokonać zmiana w sercach ludzi, należy usunąć złe zwyczaje i wprowadzić Boga do życia. Tak jak mówił Pan Jezus „Mk7, 8 Odrzuciliście przykazanie Boskie, a trzymacie się tradycji ludzkich" . Zmiana taka z trudem dokonuje się w jednej z bohaterek powieści, która odrzuca swoje uprzedzenia i dostrzega człowieka w człowieku.

Krytyczny stosunek do książki, wziął się prawdopodobnie z zakończenia powieści, które rozczarowuje czytelnika, pozostawia pustkę i niesmak, który nie łatwo jest uzupełnić. Kończąc powieść, mamy nadzieję, że gdzieś jest jeszcze jeden dodatkowy rozdział, który sporo mógłby rozjaśnić. Dodatkowym minusem powieści jest przedstawienie socjalizmu od strony warstw szlacheckich, był to bowiem obok chłopów naturalny wróg tej ideologii, która pragnęła przeżuć i wypluć „burżujów", wcześniej jednak wykorzystać ich majątki do osiągnięcia własnych celów. O wiele bardziej wartościowe wydawałoby się spojrzenie na socjalizm od strony pracowników fabryk. Sienkiewiczowi mimo najszczerszych zamiarów, nie udaje się przekonać czytelnika, że szlachta jest opiekunem chłopów i robotników. Podział pomiędzy stanami jest zbyt duży i żadna ze stron nie potrafi zrozumieć tej drugiej. I choć faktycznie zakończenie (którego nie zdradzę), przedstawione jest po części w sposób groteskowy, powieść „Wiry" pozostawia odcisk na umyśle i duszy czytelnika. Czy powieść zasłużyła na krytykę? W pierwszej chwili po zakończeniu i odłożeniu książki na półkę, pojawiło się we mnie uczucie krytycyzmu. Teraz kiedy „ochłonąłem" i na „trzeźwo" oceniam powieść śmiało mogę ją polecić. Sienkiewicz po raz kolejny w sobie doskonale znanym stylu obnaża duszę i uczucia bohaterów. Odkrywa przed czytelnikiem piękno troski, przyjaźni a przede wszystkim miłości. Nie pozostawia suchej nitki na zazdrości, nienawiści, głupocie oraz żądzy posiadania i władzy.

Istotny jest również końcowy dialog dwóch bohaterów, autor ponownie przypomina nam Kto naprawdę powinien być ważny w naszym życiu. Powieść „Wiry" zdecydowanie należą do kanonu Literatury Pięknej i jak żadne inne dzieła Sienkiewicza, zmusza człowieka do refleksji nad własnymi czynami.

Kamil Pytka, autor serwisu PolskaTradycja.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 39 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /