Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 189 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 13  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 05 mar 2012, 14:48 
Offline
Stażysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, 22:07
Posty: 131
O ludziach, których postawa jest świadectwem dla pokoleń.


Te imiona przerażają ucho tyrana. Oto 10 polskich patriotów, dla których Ojczyzna była dobrem najwyższym

Niewątpliwie jedną z naszych cech narodowych jest patriotyzm. Polacy wielokrotnie udowadniali, że Ojczyzna jest dla nich największym dobrem, dla którego są gotowi całkowicie się poświęcić. W zawikłanych dziejach Państwa Polskiego często dochodziło do sytuacji, kiedy to niepodległość stawała pod wielkim znakiem zapytania. W tych ciężkich dla naszej Ojczyzny momentach znaleźli się tacy, którzy za cenę własnego zdrowia, a nawet życia walczyli o Polskę jak o największe dobro.

Walczyliśmy nie tylko o Polskę. Dwukrotnie ocaliliśmy Europę przed czerwoną, komunistyczną zarazą. Nie zatraciliśmy swojej tożsamości, pomimo wielokrotnie podejmowanych prób jej zniszczenia przez zaborców i okupantów. Pomimo niewoli - nie poszliśmy na współpracę z niemieckimi i rosyjskimi najeźdźcami. Jako dumni synowie Sarmatów i spadkobiercy wielkiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, reprezentanci niezależnej i krnąbrnej szlachty - zachowujemy tożsamość - pomimo wielu prób jej niszczenia. Oto 10 polskich Patriotów, dla których Ojczyzna była dobrem najwyższym.

Tadeusz Reytan

Postać ta jest nam wszystkim dobrze znana z obrazu Jana Matejki pt. "Rejtan". Tytułowy bohater przedstawiony jest na nim leżąc w białej koszuli, którą rozdziera nadstawiając swą nagą pierś w obronie Ojczyzny. Obraz ten przedstawia scenę z 1773 roku, kiedy to podczas Sejmu Rozbiorowego w Warszawie miało dojść do ratyfikacji traktatu zawartego pomiędzy Austrią, Prusami i Rosją. Te trzy państwa przekupiły kilkudziesięciu posłów i senatorów, w celu legalizacji dokonanych grabieży ziem polskich.

Oficjalny sprzeciw wyraziło trzech posłów: Stanisław Bohusiewicz, Samuel Korsak i wspomniany Tadeusz Reytan. Postanowili oni poprowadzić protest okupując salę obrad Sejmu Rozbiorowego. Chcąc uzyskać wsparcie pozostałych zgromadzonych, Reytan stanął w drzwiach i zaklinając na wszystkie świętości - oczekiwał dołączenie się ich do protestu. Gdy to nie poskutkowało, padł na ziemię i zablokował swym ciałem wyjście z sali obrad. Przekupieni posłowie nie przejęli się jego protestem i przeszli, depcząc leżącego. Reytan, wyczerpany fizycznie i nerwowo, po 36 godzinach opuścił salę sejmową. Po Sejmie Rozbiorowym wyjechał na Litwę, gdzie podobno popadł w obłęd, w wyniku czego 8 sierpnia 1780 roku popełnił samobójstwo, kalecząc się szkłem.

Tadeusz Kościuszko

Choć powstanie, którym dowodził, zakończyło się klęską i stało się bezpośrednim pretekstem do ostatecznej likwidacji Państwa Polskiego, jest on uważny za jednego z największych polskich bohaterów narodowych. Kiedyś jego portrety znaleźć można było w każdym z polskich domów - od chłopskich chat, przez mieszczańskie kamienice i dwory szlacheckie, aż po pałace arystokracji. W czym tkwił fenomen Kościuszki? W powstaniu walczył w chłopskiej sukmanie, aby pokazać chłopom czyli najliczniejsze ówcześnie grupie społecznej, że się z nimi identyfikuje. Dzięki Kościuszce Polacy raz na zawsze przełamali kompleksy nieudaczności wojennej, wierząc, że mogą się bić i wygrać. Od tej pory - nasi przeciwnicy zawsze wiedzieli, że do wojny w Polsce może stanąć cały naród.

Był on także zasłużonym uczestnikiem walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych, podczas której dosłużył się stopnia generała. Dorobił się również znacznej sumy pieniędzy, którą przeznaczył na wykupienie wolności dla Murzynów. Kościuszko był idealistą i zwolennikiem idei rewolucji francuskiej zawartej w trzech słowach: "wolność, równość i braterstwo".

Thomas Jefferson powiedział o nim, że był "najczystszym synem wolności i to wolności dla wszystkich, a nie tylko dla nielicznych i bogatych", natomiast Lord Byron napisał: "Kościuszko - to dźwięk , który przeraża ucho tyrana".

Emilia Plater

Całkowicie oddana Ojczyźnie była też polska hrabianka Emilia Plater, która na wieść o wybuchu powstania narodowego w Warszawie (znanego dziś jako listopadowe), jako jedna z pierwszych zainicjowała powstanie na ziemiach litewskich. Jako kobieta nie została przyjęta w poczet komitetu kierującego powstaniem, postanowiła więc wziąć sprawy w swoje ręce. Obcięła sobie długie włosy i przyodziawszy męski strój sformowała oddział powstańczy, nad którym objęła dowództwo. W jego skład wchodziło 280 strzelców, kilkuset chłopów kosynierów i 60 kawalerzystów.

Oddział ten odniósł kilka zwycięstw nad wojskami rosyjskimi, jednak znaczne straty doprowadziły do jego rozproszenia. Plater kontynuowała jednak walkę w innych oddziałach. Kiedy ostatni postanowił złożyć broń i przekroczyć granicę Prus Wschodnich, oświadczyła: "Lepiej byłoby umrzeć, niż skończyć takim upokorzeniem". Postanowiła udać się do Warszawy, aby wspomóc tamtejszych powstańców. W drodze do stolicy ciężko zachorowała i mimo troskliwej opieki zmarła 23 grudnia 1831 r. w wieku 25 lat.

Romuald Traugutt

Decyzji o wybuchu powstania nie przyjął z entuzjazmem, gdyż nie był zwolennikiem rozwiązań siłowych. Jednak - jako podpułkownik armii cesarskiej i uczestnik powstania węgierskiego oraz wojny krymskiej - posiadał ogromne doświadczenie. Stąd też, doceniano jego wartość bojową i nakłaniano do przystąpienia do powstania. Traugutt wyraził zgodę w kwietniu 1863 roku. Początkowo udał się do Francji, w celu uzyskania poparcia dla powstańców. Niestety, jego działania okazały się nieskuteczne. Po powrocie mianowany został dyktatorem powstania, przy czym dowództwo, które objął, miało charakter tajny.

Traugutt podjął się próby reorganizacji sił powstańczych i przekształcenia słabo uzbrojonych i luźno zorganizowanych oddziałów partyzanckich w regularną armię. Jego zabiegi o udzielenie pożyczki w kraju i zagranicą skończyły się jednak niepowodzeniem. Został aresztowany w kwietniu 1964 roku, a następnie więziony w Pawiaku i Cytadeli. Poddany okrutnemu śledztwu nie wydał nikogo - został zdegradowany i skazany na śmierć przez powieszenie. Egzekucja odbyła się 5 sierpnia 1864 roku, Traguttowi towarzyszył 30-tysięczny tłum.

Ignacy Paderewski

Polski kompozytor i pianista wykorzystała swą sławę dla szerzenia idei niepodległej Polski. Pierwszy raz, publicznie, swe poglądy patriotyczne ujawnił podczas przemówienia z okazji odsłonięcia w Krakowie pomnika bitwy pod Grunwaldem, który zresztą został wykonany na zlecenie polskiego kompozytora. Po wybuchu I wojny światowej zaczął prowadzić szeroko zakrojoną działalność dyplomatyczną na rzecz Polski i Polaków. M.in. zbierał fundusze na pomoc ofiarom wojny i był jednym ze współzałożycieli komitetów pomocy Polakom w Paryżu i Londynie. Ponadto, przed każdym ze swoich występów, przemawiał na temat postulowanej przez niego niepodległości Polski.

Dzięki opanowaniu sztuki dyplomacji, Paderewski w 1917 roku spotkał się z Wodrowem Wilsonem - ówczesnym prezydentem USA, któremu w styczniu 1917 przekazał memoriał na temat Polski. Dwa lata później, wraz z Romanem Dmowskim, reprezentował Polskę na konferencji paryskiej kończącej I wojnę światową. W tym czasie sprawował funkcje Premiera Polski i ministra spraw zagranicznych RP.

Władysław Raginis

Bohater kampanii wrześniowej, który wraz ze swoimi żołnierzami wsławił się heroiczną walką w bitwie pod Wizną. Dowodząc zaledwie 720 żołnierzami toczył zacięty bój z ponad 42-tysięczną armią niemieckiego najeźdźcy! Kapitan Władysław Raginis złożył przysięgę, że żywy nie odda Niemcom dowodzonej przez siebie pozycji. Mimo druzgocącej przewagi wojsk nieprzyjaciela, polscy żołnierze przez 3 dni odpierali natarcie wroga.

Ostatnim punktem obrony był bunkier dowodzenia, gdzie walczono aż do wyczerpania amunicji. Gdy ta się skończyła, kpt. Raginis nakazał swym żołnierzom złożyć broń, a sam, ciężko ranny, popełnił samobójstwo rozrywając się granatem. Dopiero w ubiegłym roku udało się znaleźć i uroczyście pogrzebać ciało dowódcy spod Wizny. Bitwa, która trwała od 7 do 10 września 1939 roku, przeszła do historii jako "polskie Termopile", a kapitan Raginis uznany został jednym z najdzielniejszych żołnierzy Kampanii Wrześniowej.

Witold Pilecki

Bohater polskiego podziemia, który zasłynął tym, iż dobrowolnie dostał się do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Jego celem była organizacja ruchu oporu wewnątrz obozu, oraz zdobycie wiarygodnych danych na temat zbrodni popełnianych przez Niemców. Po ponad dwuletnim pobycie w obozie udało mu się z niego uciec. Po ucieczce z Auschwitz stworzył tzw. "raporty Pileckiego", które były pierwszym na świecie dokumentem opisującym Holokaust.

Witold Pilecki, powróciwszy po wojnie do Polski, został oskarżony przez komunistyczne władze Polski Ludowej o szpiegostwo. 8 maja 1947 został aresztowany. W więzieniu był torturowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. W trakcie ostatniego, jak się później okazało, widzenia z żoną, wyznał jej w tym kontekście: "Oświęcim to była igraszka. W wyniku procesu skazano go na karę śmierci, wyrok wykonano poprzez strzał w tył głowy. W styczniu 2008 roku zapoczątkowania została akcja społeczna "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki") mająca na celu zachowanie pamięci o tym Wielkim Człowieku i ustanowienie 25 maja (data wykonania egzekucji) europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem.

Hieronim Dekutowski

Wśród grona polskich patriotów nie mogło zabraknąć przedstawiciela tzw. "żołnierzy wyklętych", którzy walczyli w podziemiu niepodległościowym przeciwko sowietyzacji państwa polskiego. Jednym z nich był Hieronim Dekutowski ps. "Zapora", cichociemny działający w Kedywie, a od stycznia 1945 roku w konspiracji antysowieckiej. Stworzył własny oddział powstańczy, który prowadził akcje zbrojne przeciwko funkcjonariuszom NKWD, UB i MO. Nie ujawnił się w lutym 1947 roku po ogłoszeniu amnestii przez instalujące się właśnie władze komunistyczne, bo jak stwierdził: "Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy wojsko polskie".

Zaledwie pół roku później, wydany przez jednego z podkomendnych, trafił do mokotowskiego więzienia, gdzie po okrutnym śledztwie i procesie na "Zaporę" i sześciu żołnierzy, zasądzono wyrok śmierci. Pomimo tego, że miał tylko 30 lat, wyglądał jak starzec - z siwymi włosami, wybitymi zębami, połamanymi rękami, nosem i żebrami oraz zerwanymi paznokciami. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!".

Ryszard Kukliński

Tuż po wojnie, w wieku 17 lat, wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. W ciągu kolejnych 3 lat ukończył szkołę oficerską i szybko piął się po szczeblach kariery. Brał udział m.in. w przygotowaniu inwazji na Węgry i Czechosłowację. Od lat 70-tych rozpoczął współpracę z CIA, proponując m.in. zawiązanie w Wojsku Polskim ruchu oporu przeciwko ZSRR, jednak Amerykanie uznali ten plan za niemożliwy. W ciągu swojej służby Kukliński przekazał na Zachód ponad 40 tys. stron najtajniejszych dokumentów dotyczących Polski, ZSRR i Układu Warszawskiego. Wśród nich m.in. - plany użycia broni nuklearnej przez ZSRR, dane techniczne najnowszych sowieckich broni, rozmieszczenie radzieckich jednostek przeciwlotniczych na terenach Polski i NRD itp.

Krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego, w obawie przed dekonspiracją, wraz z rodziną opuścił Polskę i udał się do USA. Trzy lata później został skazany przez sąd wojskowy w Warszawie na karę śmierci. Jego rehabilitacji dokonano dopiero w 1997 roku. W międzyczasie, w niewyjaśnionych okolicznościach, zamordowano obu synów pułkownika Kuklińskiego, o co podejrzewano m.in. KGB. Kukliński odwiedził Polskę w 1998 roku i wypowiedział słynne słowo: "Musiałem wybrać: służyć narodowi czy Czerwonemu Imperium". W uznaniu za zasługi uzyskał honorowe obywatelstwo miasta Krakowa i Gdańska, oraz został odznaczony medalem Polonia Mater Nostra Est.

Lech Kaczyński

Tragicznie zmarły prezydent miłości do Ojczyzny z pewnością nauczył się od ojca - Rajmunda Kaczyńskiego, żołnierza AK, uczestnika powstania warszawskiego odznaczonego Orderem Virtuti Militari. Sam Lech Kaczyński, od kiedy to w latach 70-tych przeniósł się na Wybrzeże, aktywnie działał w antykomunistycznej opozycji co skutkowało internowaniem w czasie stanu wojennego. Po upadku PRL nadal prężnie działał w strukturach "Solidarności", a następnie pełnił wiele ważnych funkcji m.in. prezesa NIK, Ministra Sprawiedliwości, Prezydenta Warszawy i w końcu od 2005 roku prezydenta Polski.

Po objęciu najważniejszego stanowiska w państwie, duże znaczenie przywiązywał do historii, tradycji i kultury oraz wszelkich wartości patriotycznych. Deklarował poparcie dla Ukrainy i Gruzji zagrożonych wpływami rosyjskimi. Miał odwagę podejmować trudne decyzje Dużą uwagę przywiązywał do rocznic wszelkich wydarzeń patriotycznych. Szczególnie dbał o przywrócenia dobrego imienia wszystkich polskich bohaterów szkalowanych przez komunistyczną propagandę. Odznaczał działaczy opozycji antykomunistycznej w PRL, bohaterów II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej - przede wszystkim żołnierzy podziemia niepodległościowego, oraz skazanych na karę śmierci i represjonowanych w okresie stalinowskim. Zginął tragicznie w drodze do Smoleńska, gdzie chciał oddać cześć Polakom pomordowanym przez stalinowski reżim.


http://niewiarygodne.pl/gid,14250721,im ... jecie.html

_________________
"Taniec, to nie układ figur,
żeby go zatańczyć, trzeba zrozumieć ile
każda chwila jest warta."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 15 mar 2012, 08:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Od małego byłem dumny z ojca

Z Adamem Brońskim, synem por. Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok", rozmawia Adam Kruczek

Pana ojciec zginął w 1949 r., gdy miał Pan półtora roku. Kiedy dowiedział się Pan, kim był, za co walczył i poległ?
- Pamiętam, że gdy miałem 4-5 lat, słyszałem od matki, że ojciec żyje. Była puszczona taka fama, że w bunkrze zginął nie "Uskok", tylko student KUL, który był łącznikiem oddziału. Miało to podnieść na duchu poddawanych represjom ludzi związanych z podziemiem. Choć mama uczestniczyła w autopsji ojca, to jednak była tak zdenerwowana - wcześniej przeszła ubeckie śledztwo - że nie miała stuprocentowej pewności, czy to rzeczywiście on. Zwłoki były bardzo poszarpane, bo granat urwał nie tylko ręce i głowę "Uskoka", ale odłamki uszkodziły inne części ciała. Dopiero po latach mama przyjęła do wiadomości, że "Uskok" nie żyje. "Gdyby żył, to by się odezwał" - mówiła.

"Uskok" został zdradzony przez byłego członka oddziału.
- Tak, zdradził go Franciszek Kasperek ps. "Janek". To był człowiek po szkole żandarmerii w Grudziądzu. Przeszedł kampanię wrześniową. W oddziale ojca był jego prawą ręką - i za okupacji niemieckiej, i za sowieckiej. Skorzystał z tzw. drugiej amnestii w 1947 r., zresztą za pełną aprobatą "Uskoka", który namawiał kolegów mających rodziny, by próbowali ułożyć sobie legalne życie. Nie wiem, w jaki sposób Kasperek stał się konfidentem UB, ale są na to bezsporne dowody. Za pieniądze sypał kolegów. To on po podaniu środka usypiającego obezwładnił i przekazał UB najbliższego wówczas towarzysza broni mojego ojca, Zygmunta Liberę "Babinicza". Bestialskimi torturami i środkami narkotycznymi ubecy wymusili na "Babiniczu" podanie miejsca pobytu "Uskoka", gwarantując mu, że ani jemu samemu, ani jego dowódcy nic się nie stanie. Oczywiście było to typowo sowieckie kłamstwo. Okrążony w bunkrze pod stodołą Lisowskich ojciec nie miał złudzeń co do intencji ubeków i wysadził się granatem. Po roku po pseudoprocesie zastrzelono "Babinicza". Wcześniej, bo trzy miesiące po śmierci ojca, wyrok na zdrajcy Kasperku wykonali Edward Taraszkiewicz "Żelazny", Stanisław Kuchcewicz "Wiktor" i Józef Franczak "Lalek".

Co matka mówiła Panu jako dziecku o ojcu?
- Nie ukrywała, że był dowódcą oddziału partyzanckiego, a ona w tym oddziale pełniła funkcję łączniczki. Wpajała mi od małego, że mój ojciec był wielkim patriotą. Mówiła mi też, że jestem do niego podobny, bo jako dziecko rzeczywiście byłem podobny. Te rozmowy zawsze kończyły się jej płaczem. Nigdy nie pojawiał się temat mojego ojca, gdy kogoś gościliśmy. To było po prostu niebezpieczne. Od małego miałem wpojone, żeby o ojcu z nikim nie rozmawiać.

Zdzisław Broński był wykształconym człowiekiem, a sądząc po stylu, w jakim pisał pamiętniki, miał też niewątpliwy talent literacki.
- Ojciec uczęszczał do znanego liceum Zamoyskiego w Lublinie i ukończył tę szkołę, jednak zrezygnował ze zdawania matury. Niestety, nie udało mi się ustalić przyczyn tej decyzji. Chodziło o jakieś względy ambicjonalne. Uniósł się honorem i w dniu matury wyjechał do brata Wacława na Kresy. Od rodziny dowiedziałem się, że był bardzo wrażliwym, młodym człowiekiem. Występował w chórze parafialnym, udzielał się w kółku teatralnym. Przejawiał zainteresowania humanistyczne. Matka mi opowiadała, że dobrze znał literaturę narodową, twórczość Mickiewicza, Sienkiewicza. Potrafił przytaczać z pamięci całe fragmenty Trylogii i "Pana Tadeusza".

W jaki sposób poznali się Pana rodzice?
- Oni znali się jeszcze sprzed wojny. Ojciec pochodził z Radzica, a moi dziadkowie mieszkali w Kijanach. W prostej linii dzieliły ich trzy kilometry z rzeką Wieprz pośrodku. To była ta sama parafia, ta sama szkoła. Mama wcześnie wyszła za mąż i owdowiała w 1943 r., gdy Niemcy zastrzelili jej męża. Po wkroczeniu Sowietów, ale i za okupacji niemieckiej, choć rzadziej, "Uskok" korzystał z zabudowań dziadków jako kwatery dla swojego oddziału. Tu u mojego dziadka, byłego legionisty, mógł liczyć na odpoczynek, nocleg, posiłek, zmianę bielizny. Tu oddział przechowywał również broń ze zrzutów i materiały wybuchowe. Rodzice bliżej poznali się jeszcze przed zaprzysiężeniem mamy. Nie mogli wziąć ślubu, bo to stanowiło śmiertelne zagrożenie dla księdza. Mama wstąpiła do oddziału w czerwcu 1946 roku. Była łączniczką głównie między Hieronimem Dekutowskim "Zaporą" a "Uskokiem". Wykonała kilkadziesiąt kursów łącznościowych. Została aresztowana w Wigilię 1946 roku. Od stołu wigilijnego zawieziono ją do siedziby UB w Lublinie na ul. Krótkiej. Przeszła ciężkie śledztwo.

Opowiadała Panu o tym?
- Tak, choć niechętnie. Zabrano ją w stroju odświętnym, w najlepszych butach. Nie chciała się przyznać, więc starano się ją zmiękczyć. Opowiadała, że rozebraną do bielizny trzymano ją przez dwa tygodnie w celi z wodą do kostek, bez światła, w chłodzie. W celi nie było żadnej pryczy, tylko jedna cegła wystająca ponad wodę. Przeżyła dzięki młodemu, zdrowemu organizmowi. Przeszła wszystkie tortury - od siedzenia na stołku po porażanie prądem, była bita, straciła kilka zębów. Do dziś ma na tym tle traumę. Czasami powie: "Byłam na Krótkiej" i zapada potem w długą zadumę. Nie zdradziła i nie przyznała się do niczego. Wypuścili ją po 5 miesiącach, już po amnestii.

Dom Pana dziadków, gdzie mieszkał Pan z matką, musiał być pod obserwacją bezpieki.
- Tak, ale dopiero dzięki IPN okazało się, kto donosił. Konfidentów było kilkunastu, a jednym z nich osoba najmniej "podejrzana", sąsiad mieszkający o dwa zabudowania od gospodarstwa dziadka, wójt, przykładny gospodarz często pożyczający swoje konie i oferujący pomoc. Bezpieka wysyłała do naszego domu na zwiady np. byłych kolegów ze szkoły mojej mamy, uczniów dziadka. Ale i wśród tych "umoczonych" we współpracę z bezpieką zdarzały się przykłady szlachetnych postaw, gdy ostrzegano moją rodzinę przed rewizjami, nalotami UB itp.

Często przeprowadzono rewizje?
- Pamiętam, że kiedyś - było to już długo po śmierci ojca - przyszło trzech panów i szukali czegoś w domu, a nawet mieli zamiar zerwać podłogę. Ale żyjąca jeszcze babcia powiedziała im: "Ta podłoga była już zrywana trzy razy, jakby coś tam było, to byście dawno znaleźli". I dali spokój. Wcześniej zrywali i podłogi, i strzechę.

"Uskok" po śmierci "Zapory" był komendantem wszystkich oddziałów WiN na Lubelszczyźnie. To była znana postać. Nie pokazywali Pana palcem: "O, idzie syn "Uskoka""?
- Bywało i tak, ale uczono mnie w domu, żebym nigdzie, nigdy i nikomu się do tego nie przyznawał. Chodziłem do szkoły podstawowej w miejscowości Ludwików, gmina Spiczyn. Lekcje odbywały się jeszcze w domach prywatnych. Idąc do szkoły, często byłem zaczepiany, zwłaszcza przez jednego z mieszkańców, który zwykł do mnie mówić: "Ty, Broński, tędy nie chodź, bo to moje pole i moja miedza", choć ja nosiłem nazwisko matki. Później dziadek mi wytłumaczył, że to działacz partyjny, żebym się nie przejmował. Byli też inni, też związani z ówczesną władzą, którzy podpici przywoływali mnie i pytali ze śmiechem, czy wiem, kto był moim ojcem. Wyraźnie chodziło im, żeby mi dokuczyć, bo mówili wtedy bardzo nieprzyjemne rzeczy o ojcu. Jeszcze inni zastawiali mi drogę, gdy szedłem do piekarni i nie dawali kupić chleba. "Idź do Mikołajczyka, niech ci da chleba, bo tutaj nie dostaniesz" - śmiali się. Musiałem wracać z pustymi rękoma. Od tego czasu chleb zaczęto wypiekać w domu.

Jak Pan reagował na te prowokacje?
- Uprzedzony głównie przez dziadka grzecznie słuchałem i nie odzywałem się. Dziadek, który był doświadczonym człowiekiem, przykazał mi, żebym w żadnym wypadku nie dał się ponieść, nie sprzeciwiał się, nie oponował, tylko raczej udawał, że mnie to nie dotyczy. Po prostu jako synowi "Uskoka" groziło mi niebezpieczeństwo. Byli ludzie, którzy mogli mi zrobić krzywdę, i nie wolno im było dać pretekstu. Dużo zawdzięczam dziadkowi, mądremu i rozważnemu człowiekowi, który przeszedł z Legionami szlak od Zamościa do Wilna i pracował w kancelarii Józefa Piłsudskiego. W rozmowach ze mną porównywał mojego ojca z powstańcami listopadowymi i styczniowymi. Dzięki tym rozmowom od małego byłem dumny ze swojego ojca.

A nauczyciele w szkole nie próbowali Pana szykanować?
- Nie, zachowywali się bardzo przyzwoicie. Zresztą dyrektorem szkoły powszechnej do 4 klasy była pani Jadwiga Pokorna, która za okupacji niemieckiej służyła w dowództwie AK obwodu Lubartów. Dzięki niej dzieci partyzantów, a było ich w szkole kilkoro, nie były dyskryminowane. A wśród kolegów nie było o tym mowy, bo dzieci aktywistów partyjnych było bardzo mało i to raczej one starały się dostosować do reszty. Koledzy w szkole mówili mi szeptem, że słyszeli od rodziców, jak to kiedyś stacjonował w ich domu "Uskok" albo że gdzieś w okolicy była jakaś potyczka z jego udziałem. Ale ja raczej nie kontynuowałem tego tematu. Bezpieka musiała jednak wysyłać za mną swoje "referencje", gdyż później, już w średniej szkole rolniczej, gdy zostałem kiedyś bezpodstawnie posądzony o kradzież dziennika i zawieszony na trzy tygodnie, od dyrektora usłyszałem: "Jesteś elementem niepewnym, ale my cię ukształtujemy". Nie robiło to już na mnie większego wrażenia.

Fakt bycia synem żołnierza wyklętego zaważył na Pana drodze życiowej?
- Na pewno. Miałem zamiłowania artystyczne i chciałem dostać się do liceum plastycznego w Lublinie. Pamiętam, jak w trakcie egzaminu wstępnego weszło na salę kilku nauczycieli, a dyrektor pokazał mnie palcem. Później oni chodzili wśród zdających, ale każdy zatrzymywał się przy mnie i przyglądał się. Ostatecznie nie dostałem się, bo jak usłyszałem, choć ze wszystkich przedmiotów miałem piątki, to nie zdałem z matematyki. Byłem pewny, że zrobiłem dobrze cztery zadania z pięciu, ale nie znaliśmy nikogo, kto mógłby interweniować. Ostatecznie zrezygnowałem z egzaminu poprawkowego we wrześniu i poszedłem do szkoły rolniczej. Sytuacja powtórzyła się, gdy starałem na dostać na Akademię Rolniczą. Egzamin zdałem, ale nie zostałem przyjęty jakoby z braku miejsc. Później, gdy z kolegami porównywaliśmy swoje odpowiedzi, okazało się, że wielu napisało gorzej, a się dostali. Znów się uniosłem honorem i więcej już nie startowałem. W dorosłym życiu już raczej nie miałem tego rodzaju przykrych doświadczeń. Tak jakby oni doszli do wniosku, że nie stanowię zagrożenia. Kilkakrotnie byłem namawiany do wstąpienia do PZPR, co było związane z niewątpliwymi korzyściami materialnymi, raz nawet kolega przyniósł mi wypełnioną przez siebie deklarację członkowską. Pomyślałem tylko: "Do kogo ty to przynosisz?", i odmówiłem.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my09.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 25 mar 2012, 09:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
"Warszyc" do "Radosława": Za co usiłuje nas pan sprzedawać?

- Jest terror, gdy po więzieniach i obozach karnych siedzi tylu najlepszych synów Polski, gdy nie ma dziedziny, gdzie by czerwoni nie dopuszczali się najpospolitszych draństw, „góra” AK nie widzi potrzeby prowadzenia walki konspiracyjnej, nie potrafi sprecyzować aktualnych żądań i dostosować do sytuacji taktyki działania - jest tylko pełna nadziei, że zrobi za nią to „mocarstwo urządzające świat powojenny” - pisze w 1945 r. w dramatycznym liście kpt Stanisław Sojczyński "Warszyc" swoją odpowiedź na propozycję ujawnienia i złożenia broni, złożoną AK-owcom przez płk Jana Mazurkiewicza "Radosława". List jest swego rodzaju deklaracją wyboru innej drogi przez Żołnierzy Wyklętych.

Do Pana Pułkownika Radosława

Komendanta Obszaru Centralnego Armii Krajowej

w Warszawie


Po dokładnym zanalizowaniu treści deklaracji Pana z dnia 8.08.1945r. o wyjściu z konspiracji AK, dochodzi się do tragicznego wniosku; powtórzył się wrzesień 1939 r., a wodzowie znów uciekli lub zdradzili. Okazuje się, że pewien procent wyższych oficerów AK jest faktycznie, jak nam to czerwoni zarzucają, zdeprawowanymi „sanatorami”, którzy ponad wszystko przedkładają żłób.

Za co i w jakiej sytuacji usiłuje nas Pan, Panie Pułkowniku, sprzedawać? Nawet nie poczuwa się Pan do najelementarniejszej wdzięczności w stosunku do podwładnych. Wszak to, że czerwoni chcą z Panem pertraktować, że zrezygnowali z wytwarzania „linii podziału między górą a dołami AK”, nie jest zasługą Pana, ani też żadnego z generałów czy pułkowników AK, tylko osiągnięciem tych tysięcy szarych bojowników, którzy wbrew blamażowi wyższych dowódców nie zrezygnowali z walki o słuszne postulaty Narodu Polskiego, a którym chce Pan podstępnie odebrać broń. Czyn Pana jest najzwyklejszą zdradą, trudno bowiem przypuszczać, aby Pan nie umiał myśleć, nie orientował się w wewnętrznej sytuacji Polski i AK, nie zdawał sobie sprawy z zadań, jakie się nam same w jaskrawy sposób narzucają.

Mówi Pan w deklaracji o Honorze, o rozumnym kierownictwie, o dobru Państwa, o pracy dla Sprawiedliwej i Demokratycznej Polski - i jednocześnie przekreśla Pan się swym czynem dla tych wszystkich wzniosłych ideałów. bardzo żałujemy, że podstępne aresztowanie 16-tu czołowych działaczy AK i osadzenie ich w Moskwie wśród okoliczności wołających o pomstę do nieba, niczego niektórych Panów majorów, pułkowników i generałów AK nie nauczyły, że jedynym naturalnym odruchem u nich było nierycerskie poddanie się panice i rezygnacji. Wówczas, gdy wpływy Stalina na rządzącą klikę w Polsce równają się okupacji, gdy w administracji państwowej jest wielka ilość osób posiadających obywatelstwo rosyjskie lub zaprzedanych ZSRR, gdy na terenach tzw. Polski stoją gęsto załogi Armii Czerwonej, a żołnierze jej grabią i gwałcą, gdy w wojsku polskim na różnych stanowiskach są oficerowie sowieccy lub rażąco w nieproporcjonalnej ilości Żydzi, gdy stronnictwom politycznym chcą narzucić swe kierownictwo peperowcy, gdy wolność słowa wyklucza mówienie prawdy i nawet najobiektywniejszą krytykę reżimu, gdy Żydów traktuje się jako obywateli pierwszej klasy, a nawet lojalnych (co nie jest równe ze zdrajcami) członków AK dopuszcza się jedynie do stanowisk podrzędnych i dość często traktuje się ich gorzej niż Volksdeutschów, gdy służba bezpieczeństwa działa jak NKWD, gdy stosowana przez czerwonych metoda rządzenia jest systemem policyjnym. Jest terror, gdy po więzieniach i obozach karnych siedzi tylu najlepszych synów Polski, gdy nie ma dziedziny, gdzie by czerwoni nie dopuszczali się najpospolitszych draństw, „góra” AK nie widzi potrzeby prowadzenia walki konspiracyjnej, nie potrafi sprecyzować aktualnych żądań i dostosować do sytuacji taktyki działania - jest tylko pełna nadziei, że zrobi za nią to „mocarstwo urządzające świat powojenny”. „Góra” AK uważa za spokój swój obowiązek, gdy w sposób haniebny kapituluje wobec zaprzedańców i zdrajców, gdy sprzeda nas za obietnice i frazesy, że za gołosłowność ustrzegnie naszego dorobku i stopni. Prawdopodobnie „doły”, które jak Polska długa i szeroka organizują się do walki same, popełniają bez przerwy jeden zasadniczy błąd - zapominają, że aby sprawiedliwości stało się zadość - należy nie tylko likwidować czerwonych zaprzedawców i prześladowców, ale również z tą samą konsekwencją zdradzieckich panów pułkowników i generałów.

Dla „dołów” AK uznanie przez czerwonych naszych stopni za cenę rezygnacji z walki o cele zasadnicze - jest tylko jeszcze jednym paradoksem. Dziś, kiedy byle męt społeczny jest oficerem, a im większy szuja, tym dość często otrzymuje rangę, najwyższym odznaczeniem jest przeświadczenie, że jest się człowiekiem zasad i honoru, wiernym synem Ojczyzny.

Niechaj wyżsi dowódcy nie próbują również potępiać tych, którzy prowadząc walkę – siłą konieczności muszą na drodze rekwizycji stwarzać dla niej podstawy materialne (i poza tym robią to w ten sposób, że rekwizycje są pewnego rodzaju wymiarem sprawiedliwości i wyrównaniem krzywd w dzisiejszych normalnych stosunkach uprzywilejowania na modłę hitlerowską zwolenników czerwonego reżimu). Niechaj raczej usprawiedliwią się, co robili z wielkimi rezerwami dolarów. Czy zamiast je bezprawnie przywłaszczać sobie lub wkupywać się nimi w łaski czerwonych - nie należało ich zużyć na to prowadzenie walki i na pomoc dla tych, którzy zmuszeni ukrywać się, znaleźli się często w sytuacji bez wyjścia?

Dając wyraz poglądowi na czynione rekwizycje, walczące „doły” AK stwierdzają równocześnie, że są bezwzględnymi przeciwnikami band rabunkowych i podkreślają swoje stanowisko wykrywaniem ich i likwidowaniem. Złożenie broni przez oddziały AK czerwonym władzom miałoby inny skutek niż przewiduje Pan Pułkownik: pozbawiłoby środków walki i obrony tysiące bojowników idei (gdyby byli tak niedojrzali, że wykonaliby niedorzeczny rozkaz), natomiast elementy bandyckie broń, mimo nakazów i pogróżek, z całą pewnością zawsze zatrzymają, wszak jest dużo broni nie zgłoszonej władzom konspiracyjnym i broni w posiadaniu osobników, na których one nie mają służbowego wpływu. Nie trzeba udowadniać, że w obecnych warunkach rażącej niesprawiedliwości trzymanie przez nas ludzi w garści i przez nas zwalczanie bandytyzmu, da bezwzględne rezultaty.

Podobnie argumentem bez znaczenie jest zapowiedź, że po terminie 21 września b.r. kto nie zgłosił się do rejestracji, odpowiadać będzie zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem karnym. Przed terminem było jeszcze gorzej, bo wielu, bardzo wielu oficerów i szeregowych AK odpowiadało z wykraczaniem przez czynniki karzące poza ramy obowiązującego świat cywilizowany ustawodawstwem. Zapowiada się kary. Przecież kary były i są stosowane przez czerwonych z całą perfidią. Cóż się tu może zmienić? Chyba to, że nasza obrona pocznie działać bardziej zorganizowanie i skutecznie, że za nieludzkie katowanie i karanie śmiercią bojowników o Niezależność Polski będziemy czerwonych nieludzko strzelać; jeśli poważą się wyniszczać nasze rodziny - my też potrafimy palić i likwidować przeciwników w sposób bezpardonowy. Niemcy za jednego rozstrzeliwali 10-ciu, 50-ciu lub 100-tu i nie złamali nas, więc nie złamią nas czerwoni. Jeśli zdrajcy nie mają skrupułów, to my walcząc o sprawy słuszne - nie będziemy ich mieli tym bardziej.

Wskaźnikiem naszego postępowania jest nie to, co władze oficjalnie głoszą, a co czynią. Nie mogą zasłaniać się prawem, skoro działalność ich jest jednym wielkim bezprawiem. Należy także pamiętać o tym, że stosunek nasz do czerwonych władz ma uzasadnienie nie tylko ideologiczne, ale i formalne: władze te z takich czy innych względów zostały aprobowane przez zagranicę, ale nie zostały uznane przez Naród. Jeśli więc Pan Pułkownik żył myślą wkupienia się przez złożenie broni, to czy nie właściwiej, nie honorowiej było poczekać, aż odbędą się wybory i władze w swe ręce weźmie Rząd z woli Narodu? Pan jednak wolał, nie wiadomo po co i dlaczego, schylić czoło przed uzurpatorami, niż przed Rządem legalnym.

Praktyczne znaczenie Pana deklaracji jest ujemne:

● sugeruje ona światu, że rezygnujemy z walki;

● stwarza pozory, jakoby czerwone władze, faktycznie zaczęły przejawiać w stosunku do nas dużo dobrej woli;

● oddziała w sposób niepożądany na Polaków, pozostających za granicą;

● stwarza sprzyjającą atmosferę przedwyborczą dla czerwonych demagogów;

● słowem wzmacnia pozycję czerwonego reżimu tak w oczach świata jak i kraju.



Aby faktycznie zapewnić warunki dla prowadzenia walki o Sprawiedliwą i Suwerenną, Demokratyczną Polskę, należy stawiać zadania konkretne i prowadzące do określonego celu, postaram się je w przybliżeniu sprecyzować:



1. Zwolnienie z administracji państwowej, wojska oraz organów bezpieczeństwa obywateli niepolskich i przyjęcie na ich miejsce oficerów, podoficerów i szeregowców AK. Przyjęcie naszych ludzi na miejsce funkcjonariuszy, których wskażemy jako osobników o złej opinii z czasów okupacji niemieckiej. Poza tym przysługuje man prawo uzyskiwania posad i zatrudnień oraz traktowanie nas tak samo jak żołnierzy AL.

2. Wypuszczenie na wolność aresztowanych wg list złożonych przez władze AK.

3. Załatwienie sprawy awansów oficerów, podoficerów i szeregowców AK jak następuje:

a) tych, którzy brali czynny udział w walce (partyzantka, dywersja, powstanie warszawskie, oddziały zmobilizowane w związku z powstaniem) awansować automatycznie o dwa stopnie,

b) członków sztabów terytorialnych i członków czynnych w terenie (insp., podobw., d-cy oddz. terenowych do sekcyjnego włącznie, gońcy itp.) - awansować o jeden stopień. Ponadto niezależnie od awansów automatycznych, awanse i odznaczenia wysuniętych przez d-twa AK, jako specjalnie wyróżniających się zasługami.

Takiego podejścia wymagają względy taktyczne (im wyższy stopień tym wyższe kompetencje) i zasada sprawiedliwości. (Kadry AL składają się z oficerów i podoficerów awansowanych o 5-9 stopni, np. z kaprala na pułkownika, względnie osobników, którzy w ogóle nic wspólnego z partyzantką i wojskiem nie mieli, a są dzisiaj oficerami).

4. Wolność słowa, zagwarantowanie możliwości mówienia prawdy o AK (artykułu w prasie, broszury itp.) o osiągnięciach AK w walce z Niemcami.

5. Swoboda czynnego udziału w niezależnych stronnictwach politycznych.

6. Wypłacenie członkom AK, byłym więźniom politycznym, obozu w Oświęcimiu i innych, podobnie jak Żydom, zasiłków pieniężnych umożliwiających stworzenie warunków bytu oraz przyznanie i załatwienie w terminie krótkim odszkodowań, w granicach poniesionych przez więźniów strat materialnych.

Zwrot Żydom tylko majątku, który był ich imienną własnością, traktowanie ich nie lepiej, niż byłych więźniów politycznych Polaków. Nie można dla spraw mało ważnych i nieistotnych poświęcać celów podstawowych. Decydując się na jakiś krok, trzeba mieć wyczucie tych celów oraz świadomość swej siły i wartości. Człowiek mający w swej dyspozycji dziesiątki tysięcy żołnierzy uzbrojonych, ich poważny dorobek bojowy, ich gotowość do dalszej walki o Niepodległość Polski, o ład społeczny i sprawiedliwość, musi zdobyć się jeśli nie na więcej, to przynajmniej na tyle odwagi cywilnej, co przywódca prawomyślnej partii. A poza tym, Pan Panie Pułkowniku niech wybije sobie z głowy i niech Pan wytłumaczy czerwonym uzurpatorom, że będziecie nas kiedykolwiek wprowadzali w prawa obywatelskie przez amnestie i łaskawe przebaczenie nam. W imieniu uzbrojonych tysięcy zwracam wam uwagę, że podejście wasze do zagadnienia jest katastrofalnym pomieszaniem pojęć. Za krew przelaną dla Ojczyzny, za odniesione rany, za ofiary z żyć naszych, za cierpienie i poniewierkę dla Polski - wy widzicie jedyną drogę dla nas odzyskania praw obywatelskich i człowieczych przez uznanie i rozgrzeszenie nas. A my wam oświadczamy, że z nami możecie tylko pertraktować jako z reprezentacją większości społeczeństwa polskiego, reprezentacją, której cele są nieskazitelne i słuszne, że wolno do niej odnosić się jedynie z respektem i szukać form do realizacji jej postulatów.

W imienni Oficerów, Podoficerów i Szeregowców, wiernych ideologii AK.

(-)WAZBIW kpt.

[kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”]

Dnia 12 września 1945 roku.

JW

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ ... wac__19465


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 22 maja 2012, 07:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
INKA... Dziecko prawie, zderzone z UB-cką machiną...

Lech Makowiecki: To nie jest jakaś tam prehistoria. To nie działo się dawno temu. Żyją jeszcze ludzie odpowiedzialni za tamte zbrodnie. Niektórzy nawet nieźle sobie radzą.

Jedni – przemili i spokojni staruszkowie, dożywają w dostatku, wśród gromadki wnuków i prawnuków...

Inni – wciąż butni w poczuciu swej bezkarności, nie hamują się nawet w obliczu byłych ofiar, spotykanych na nielicznych procesach sądowych.

Wtedy łamali ludzi fizycznie, teraz niszczą ich pogardą, stokroć boleśniejszą od razów...

Walczymy o uznanie prawdy o zbrodniach i ukaranie morderców z Katynia, banderowskich oprawców z Wołynia, hitlerowskich „rzeźników” z Auschwitz...

Dlaczego wciąż NIE CHCEMY (mając ich na wyciągnięcie ręki) osądzić katów z UB?

Dlaczego?!!!

Może Bóg wam kiedyś wybaczy.
Ja, nigdy...




Danuta Siedzikówna ps. "Inka", nazwisko konspiracyjne Danuta Obuchowicz (ur. 3 września 1928 we wsi Guszczewina(Olchówka?) k. Narewki, pow. Bielsk Podlaski, zm. 28 sierpnia 1946 w Gdańsku) sanitariuszka 4. szwadronu odtworzonej na Białostocczyźnie 5 Wileńskiej Brygady AK. W 1946 w 1. szwadronie Brygady działającym na terenie Pomorza.
Była córką leśniczego i żołnierza armii Andersa, Wacława Siedzika (zmarłego w Teheranie w 1942) i Eugenii z Tymińskich (zamordowanej przez Gestapo we wrześniu 1943). Uczyła się w szkole powszechnej w Narewce, a podczas wojny w szkole sióstr salezjanek w Różanymstoku k. Dąbrowy Białostockej.
Po zamordowaniu przez Gestapo jej matki, razem z siostrą Wiesławą wstąpiła do AK (przysięgę złożyła w grudniu 1943 lub na początku 1944), gdzie odbyła szkolenie medyczne. Po przejściu frontu podjęła pracę kancelistki w nadleśnictwie Hajnówka. Wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa została w czerwcu 1945 aresztowana za współpracę z antykomunistycznym podziemiem przez grupę NKWD-UB (działającą z polecenia zastępcy szefa WUBP w Białymstoku, Eljasza Kotonia).
Została uwolniona z konwoju przez operujący na tym terenie patrol wileńskiej AK Stanisława Wołoncieja "Konusa" (podkomendnych "Łupaszki"), następnie jako sanitariuszka podjęła służbę w oddziale "Konusa", a potem w szwadronach por. Jana Mazura "Piasta" i por. Mariana Plucińskiego "Mścisława". Przez krótki czas jej przełożonym był także por. Leon Beynar "Nowina", zastępca "Łupaszki", znany później jako Paweł Jasienica. Danuta Siedzikówna przybrała wówczas pseudonim "Inka".

Na przełomie 1945/1946, zaopatrzona w dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn w powiecie ostródzkim. Wczesną wiosną 1946 nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą "Żelaznym", dowódcą jednego ze szwadronów "Łupaszki". Po śmierci "Żelaznego", zabitego podczas obławy UB 24 czerwca 1946, została wysłana przez jego następcę, ppor. Olgierda Christę "Leszka" po zaopatrzenie medyczne do Gdańska i tam aresztowana przez UB rankiem 20 lipca 1946, a następnie umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako więzień specjalny.

W śledztwie była bita i poniżana; mimo to odmówiła składania zeznań obciążających członków brygad wileńskich AK. Została skazana na śmierć 21 sierpnia i zastrzelona przez dowódcę plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszka Sawickiego 28 sierpnia 1946 wraz z Feliksem Selmanowiczem ps. Zagończyk, w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku. Według relacji przymusowego świadka egzekucji, ks. Mariana Prusaka, ostatnimi słowami "Inki" było: Niech żyje Polska! Niech żyje "Łupaszko"! Miejsce pochówku ciała nie jest znane.

Mirosław Dakowski

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 25 maja 2012, 06:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Ochotnik do Auschwitz

Rotmistrz Witold Pilecki był jedynym dobrowolnym więźniem KLAuschwitz. Przeżył tam 947 koszmarnych dni i nocy. Ale jego tragedia rozegrała się dopiero kilka lat po wojnie w warszawskim więzieniu na Mokotowie, gdzie został stracony 25 maja 1948 roku. Podczas wcześniejszego procesu przed Rejonowym Sądem Wojskowym w Warszawie oskarżał bohaterskiego rotmistrza prokurator mjr Czesław Łapiński, który pochodził z Olkusza, gdzie ukończył Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego. Jego ojciec dr Julian Łapiński był znanym lekarzem olkuskim. Prokurator Czesław Łapiński zmarł w Warszawie 6 grudnia 2004 roku, mając 92 lata. Dokonał żywota w szpitalu przy ul. Witolda Pileckiego... Wtym czasie toczył się jego proces, w którym odpowiadał za zbrodnię sadową popełnioną na Pileckim przed ponad pół wiekiem.

Z kresowej rodziny

Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 roku. Pochodził z kresowej rodziny ziemiańskiej osiadłej wSukurczach koło Lidy (dzisiaj Białoruś). Brał udział w walkach o granice wschodnie IIRzeczypospolitej w latach 1918-1921. Na początku lat trzydziestych założył rodzinę. Dopiero jednak podczas drugiej wojny światowej dokonał czynów, w których był postacią pierwszoplanową.
We wrześniu 1939 r. walczył jako dowódca oddziału kawalerii i po zakończeniu działań wojennych przedostał się do Warszawy, gdzie natychmiast włączył się w nurt walki konspiracyjnej pod przybranym nazwiskiem Tomasz Serafiński. Wkrótce stał się współorganizatorem Tajnej Armii Polskiej, która później weszła w skład Związku Walki Zbrojnej, przekształconego w Armię Krajową.

Heroiczny czyn

Postać Witolda Pileckiego znana jest przede wszystkim z heroicznego czynu, jakim było dobrowolne poddanie się aresztowaniu i uwięzieniu w KL Auschwitz. Decyzję w tej sprawie podjął on latem 1940 r., wuzgodnieniu ze swoim dowódcą mjr. Janem Włodarkiewiczem i za wiedzą komendanta głównego ZWZ gen. Stefana Roweckiego - "Grota". Pilecki miał dobrowolnie przedostać się do obozu oświęcimskiego w celu utworzenia tam wojskowej siatki konspiracyjnej, zorganizowania łączności Podziemia z uwięzionymi wnim Polakami iprzesyłania wiarygodnych danych o zbrodniach SS, a później przygotowania więźniów do walki, gdyby nadarzyła się sprzyjająca ku temu okazja.
Podobnego czynu, świadczącego o najwyższym bohaterstwie, nie dokonał nigdy nikt zosadzonych w KL Auschwitz. Pilecki uważał natomiast, że spełnia wyłącznie żołnierski obowiązek, dając się ująć Niemcom jako rzekomy Tomasz Serafiński podczas łapanki na Żoliborzu, aby zostać wywiezionym do KL Auschwitz, gdzie przybył wdrugim transporcie warszawskim w nocy z 21 na 22 września 1940roku.

Obozowa konspiracja i ucieczka z KL Auschwitz

Dzięki poświęceniu i działalności Pileckiego polska konspiracja wojskowa stała się faktem. Utworzony w obozie z jego inicjatywy Związek Organizacji Wojskowej nawiązał kontakt zprzyobozowym ruchem oporu, za pośrednictwem którego m.in. wysyłano raporty do Komendy Głównej ZWZ/AK w Warszawie. Następnie informacje te przekazywane były do Londynu, aby świat dowiedział się ozbrodniach popełnianych przez Niemców wKLAuschwitz.
Obozową konspirację wojskową Pilecki rozszerzył na grupy polityczne. Przede wszystkim byli to osadzeni w KL Auschwitz członkowie Stronnictwa Narodowego i Polskiej Partii Socjalistycznej, a później dołączyły grupy innych narodowości. Pilecki trafił do obozu oświęcimskiego, gdy więzieni byli i ginęli w nim przede wszystkim Polacy. Nie istniał wtedy KL Auschwitz II-Birkenau, czyli druga część obozu w Brzezince, którą od wiosny 1942r. uczyniono miejscem masowej zagłady Żydów.
Na liście członków ZOW w KL Auschwitz kierowanego przez rotmistrza wymienieni są m.in. wybitni polscy działacze polityczni, pracownicy naukowi, lekarze, oficerowie Wojska Polskiego, kadeci szkół wojskowych, harcerze i duchowni katoliccy, ponieważ obóz oświęcimski w latach 1940-1941 był głównym miejscem męczeństwa inteligencji polskiej.
Pilecki sądził, że istnieje możliwość uwolnienia więźniów i chciał taką propozycję osobiście przedstawić Komendzie Głównej AK wWarszawie. Zagrożony dekonspiracją, atakże pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę oKL Auschwitz, zbiegł zobozu wnocy z26 na 27 kwietnia 1943 roku. Uciekał wraz zJanem Redzejem (nr 5430) iEdmundem Ciesielskim (nr 12969).

Ucieczka z piekarni

Realizacja odważnego przedsięwzięcia była możliwa dzięki pomocy kolegów zorganizacji obozowej. Wtym czasie Witold Pilecki pracował wpaczkarni obozowej, Edward Ciesielski wszpitalu obozowym, aJan Redzej wmagazynie żywnościowym przy kuchni dla więźniów. Wykorzystując swoje różnorodne kontakty konspiracyjne, Pilecki umożliwił dwóm pozostałym śmiałkom dostanie się do komanda zatrudnionego na nocnej zmianie wpiekarni wOświęcimiu na Niwie, poza terenem KL Auschwitz. Pierwszy otrzymał wniej pracę Jan Redzej, który wcześniej poinformował Pileckiego iCiesielskiego, że więźniowie ztego komanda są zamykani na noc wpiekarni wraz zdwoma nadzorującymi ich esesmanami. On również zauważył, że są tam duże żelazne drzwi, przez które można wydostać się na wolność, przy pomocy podrobionego klucza.
W komandzie piekarzy można było pracować tylko za zgodą obozowego gestapo, którego aprobata była każdorazowo wymagana wprzypadku więźniów pracujących na zewnątrz KL Auschwitz. Zdobyto takie skierowanie, które wprawdzie było wystawione na innych więźniów ido innych oddziałów pracy, lecz Ciesielski wywabił niepotrzebne dane isporządził zgodne zpotrzebami adnotacje dla siebie iPileckiego.

Przygotowując się do ucieczki, Pilecki iCiesielski byli ubrani wcywilną odzież, na którą nałożyli obozowe pasiaki, natomiast Redzej tylko wcywilne ubranie zwymalowanymi czerwonymi pasami na marynarce ispodniach. Sześciu więźniów, wtym Pilecki zkolegami, udało się pod strażą dwóch esesmanów do piekarni. Była ona położona około dwóch kilometrów od obozu iwypiekała chleb dla więźniów KLAuschwitz. Dzięki sprzyjającym okolicznościom wewnątrz piekarni -jeden znadzorujących esesmanów zajęty był pisaniem listu, adrugi jedzeniem -trzej uciekinierzy podeszli do żelaznych drzwi, napierając na nie zcałych sił. Przy kolejnym naciśnięciu wreszcie ustąpiły - byli wolni.

Pierwsze dni na wolności

Zbiegowie zmierzali do Bochni, aobranie tego kierunku ucieczki wiązało się zwcześniejszymi do niej przygotowaniami. Otóż pierwotnie Pilecki planował ucieczkę wraz zEdmundem Zabawskim (nr 19574) iRedzejem. Wzwiązku zpowyższym Zabawski wysłał zobozu list do żony iswojej rodziny wBochni, informując w nim o planowanej ucieczce. Po kilkunastu dniach otrzymał odpowiedź, że nie może uciekać, ponieważ na całą rodzinę mogą spaść represje. To spowodowało, że Zabawski zrezygnował zzamiaru ucieczki, aPilecki na jego miejsce namówił do udziału wniej Ciesielskiego.
Trzej uciekinierzy dotarli do Bochni, gdzie spotkali się zgościnnym przyjęciem wdomużony Zabawskiego ijej rodziców. Wkrótce znajomy żony Zabawskiego, Leon Wandasiewicz, udał się z Pileckim do Nowego Wiśnicza iumożliwił mu spotkanie zzastępcą dowódcy miejscowej placówki AK. Wczasie drogi Pilecki niespodziewanie dowiedział się od niego, że zastępcą tym jest Tomasz Serafiński. Wówczas uzmysłowił sobie, że jest to człowiek, pod którego nazwiskiem przebywał wOświęcimiu (Pilecki był zarejestrowany wKL Auschwitz pod nazwiskiem Tomasz Serafiński).

Planowanie zbrojnej akcji na Oświęcim

Spotkanie zprawdziwym Tomaszem Serafińskim, który posługiwał się pseudonimem "Lisola", stanowiło dla Pileckiego wielkie przeżycie. Serafińscy mieszkali wtzw. Koryznówce, będącej kiedyś letnią posiadłością Leonarda Serafińskiego, szwagra Jana Matejki. Wdomu tym Pilecki ukrywał się prawie cztery miesiące.
Rotmistrz, przebywając wNowym Wiśniczu, skontaktował się zKomendą Główną AK wWarszawie, która oddelegowała do tej miejscowości swojego wysłannika. Był nim uciekinier zKL Auschwitz Stefan Bielecki (nr 12692), znany już wcześniej Pileckiemu zpobytu wobozie oświęcimskim. Przywiózł on zWarszawy na początkuczerwca 1943 r. podrobione dokumenty ipieniądze, namawiając Pileckiego, aby udał się wraz z nim do Warszawy. Ten jednak odmówił, planując na tym terenie zorganizowanie akcji uwolnienia więźniów obozu oświęcimskiego.
Negatywny stosunek Komendy Okręgowej AK wKrakowie do działań mających na celu zorganizowanie oddziału, który uderzyłby na załogę SS wKL Auschwitz iprzyniósł wolność więźniom, spowodował jednak, że Pilecki zdecydował się na proponowany mu wcześniej wyjazd. Do Warszawy dotarł pod koniec sierpnia 1943 roku.

Raport Pileckiego

Jeszcze podczas pobytu w Nowym Wiśniczu rotmistrz zaczął pisać raport na temat konspiracji wojskowej wKL Auschwitz, który przekazał jesienią 1943 r. KG AK w Warszawie. Alarmował w nim ozbrodniach na Polakach, Cyganach imasowej zagładzie Żydów. Kiedy dotarł do Warszawy, władze konspiracyjne zapoznały się z jego raportem napisanym po ucieczce z KL Auschwitz, który przetłumaczony na języki: niemiecki, angielski ifrancuski, miał być potem przekazany za granicę, aby powiadomić i zaalarmować opinię publiczną na Zachodzie o zbrodniach niemieckich nazistów dokonywanych w KL Auschwitz na Polakach, Cyganach, jeńcach sowieckich iwięźniach innych narodowości, a przede wszystkim Żydach, których holokaust rozpoczął się wiosną 1942 roku. Zabijano ich masowo zaraz po przywiezieniu w komorach gazowych znajdujących się w drugiej części obozu na terenie KL Auschwitz II-Birkenau wBrzezince. Rok później, od marca do czerwca 1943 r., uruchomiono w tym obozie cztery wielkie krematoria zkomorami gazowymi w celu zwiększenia możliwości zagłady w nich Żydów przywożonych przez hitlerowców z różnych krajów europejskich, oczym we wspomnianym raporcie Pilecki napisał: "Projekt zatwierdzono w Berlinie w trybie przyspieszonym iprzystąpiono do budowy takowych. Miały być gotowe na 1 lutego 1943 r., potem, zkonieczności, terminy przedłużono i w kwietniu 1943r. były już gotowe".
Po przekazaniu powyższego raportu przez Pileckiego KG AK wWarszawie jej oficerowie nie podzielili jednak poglądu, że opanowanie KL Auschwitz, położenie kresu holokaustowi oraz uwolnienie tak dużej liczby więźniów jest możliwe, natomiast jego autorowi powierzono konspiracyjną pracę wKierownictwie Dywersji Komendy Głównej AK. Potem rotmistrza Pileckiego czekał udział wPowstaniu Warszawskim, pobyt w obozach jenieckich w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau, a także służba po wojnie w II Korpusie Polskim we Włoszech.

Zbrodniczy wyrok i rehabilitacja

W ostatnich miesiącach 1945 r. rotmistrz Pilecki za namową oficerów II Korpusu i za wiedzą jego dowódcy gen. Władysława Andersa podjął się utworzenia w niesuwerennym kraju, rządzonym przez komunistów, siatki informacyjnej i przesyłania zebranych wiadomości do Włoch. Wykonując powierzone mu zadanie, został wiosną 1947 r. aresztowany w Warszawie, a rok później po długotrwałym śledztwie i procesie skazany na karę śmierci. Bohaterskiego rotmistrza zabił wwięzieniu na Mokotowie strzałem w tył głowy dowódca plutonu egzekucyjnego, starszy sierżant Piotr Śmietański. Ciała rodzinie nie wydano, pochowano wbezimiennej mogile pod płotem cmentarza Powązkowskiego w Warszawie.
Dopiero po latach, 1 października 1990 r., Witolda Pileckiego pośmiertnie zrehabilitowano, anulując stalinowski wyrok. Los w sensie historycznym okazał się sprawiedliwy isatysfakcjonujący. Wniepodległej Polsce przywracana jest pamięć o rotmistrzu Pileckim, którego mordując, skazano na całkowite zapomnienie. Angielski historyk prof. Michael Foot, który w wieku 93 lat zmarł w lutym tego roku, w swojej książce "Six Faces of Courage" (Sześć twarzy odwagi), wydanej w 1978 r., określił Pileckiego jako jedną z sześciu najwybitniejszych postaci europejskiego ruchu oporu w latach drugiej wojny światowej.

Dr Adam Cyra starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=nn08.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 25 cze 2012, 06:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Pilot niezłomny

Zmarł jeden z najskuteczniejszych polskich myśliwców kampanii wrześniowej, bohater Armii Krajowej, wybitny lotnik Włodzimierz Gedymin ps. "Włodek".

Włodzimierz Gedymin urodził się 23 czerwca 1915 roku w polskiej rodzinie zamieszkałej w Petersburgu. Jego dziadek Włodzimierz Szarski, zesłany do Rosji za udział w Powstaniu Styczniowym, pracując jako dzierżawca, dorobił się tam znacznego majątku w Palkowie. Jego córka Janina wyszła za mąż za pochodzącego z Kowna Wacława Gedymina. Gedymin po studiach w Rosji chciał pracować w dyplomacji, ale ze względu na wymóg zmiany wyznania na prawosławne ostatecznie znalazł zatrudnienie jako urzędnik w administracji rządowej. Rodzina podtrzymywała patriotyczne tradycje i dbała o wykształcenie dzieci, ucząc je w domu rachunków, języka polskiego i historii. Po rewolucji Gedyminom udało się przedostać do Polski, gdzie osiedlili się w Poznaniu. Włodzimierz poszedł do trzeciej klasy w prywatnej Szkole Podstawowej im. św. Kazimierza pani Rozmuskiej, a potem ukończył znane Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego, zwane "Marcinkiem". Jeszcze w trakcie nauki, na fali entuzjazmu po zwycięstwie Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury w Challenge 1932, rozpoczął szkolenie lotnicze.

Maturę zdał w 1934 roku, po czym złożył egzaminy wstępne na Politechnikę Warszawską. Przed rozpoczęciem studiów postanowił odbyć szkolenie wojskowe. Kurs podchorążych rezerwy odbył w 57. Pułku Piechoty Wielkopolskiej, skąd został skierowany do Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie. Szkołę Podchorążych Lotnictwa ukończył z 3. lokatą i 15 października 1937 roku został promowany do stopnia podporucznika pilota.

Mając możliwość wyboru jednostki, zdecydował się na służbę w 3. Pułku Lotniczym w Poznaniu. Tam trafił do 132. Eskadry Myśliwskiej dowodzonej przez kapitana Franciszka Jastrzębskiego (poległ w Bitwie o Anglię). Po ukończeniu Kursu Wyższego Pilotażu w Grudziądzu w 1938 roku Gedymin został instruktorem w szkole pilotażu przy 3. Pułku Lotniczym. W sierpniu 1939 roku został skierowany do 131. Eskadry Myśliwskiej. Wraz z majorem Mieczysławem Mźmlerem, wybitnym lotnikiem i asem myśliwskim, dowódcą III/3 Dywizjonu Myśliwskiego, w skład którego wchodziły Eskadry 131. i 132., dokonał objazdu i wyznaczenia lotnisk polowych na wypadek wojny. Po ogłoszeniu mobilizacji polskie jednostki lotnicze zostały przesunięte na wyznaczone lądowiska, dzięki czemu uniknęły zniszczenia w stałych bazach.

"Cztery zwycięstwa w jednym dniu"

Drugiego dnia wojny Gedymin, startując z zasadzki na polach majątku Kobylepole (obecnie dzielnica Poznania), zestrzelił w dwóch lotach dwa niemieckie samoloty rozpoznawcze. Do drugiego lotu Gedymin wystartował z przestrzelonym śmigłem. To zwycięstwo było widziane z rejonu lotniska, a uradowani pracownicy miejscowego browaru natychmiast przekazali pilotowi skrzynkę piwa. Załoga niemieckiego samolotu została zatrzymana przez okoliczną ludność, co później stało się przyczyną krwawych represji, których ofiarą padło 14 osób.
Gedyminowi mało było tych dwóch zwycięstw, jak wspominał, przypomniał sobie wówczas czytankę z lekcji francuskiego zatytułowaną "Cztery zwycięstwa w jednym dniu", opowiadającą o słynnym francuskim asie z pierwszej wojny światowej Georges´u Guynemerze.
6 września podczas lotu patrolowego ponownie nawiązał kontakt z wrogiem. Podczas ataku na formację niemieckich bombowców popełnił jednak błąd, jak sam później stwierdził - przez pazerność, atakując początek ugrupowania, i został ciężko ranny. Pocisk karabinowy przeszedł wzdłuż kości udowej, na szczęście jej nie naruszając. Gedymin, który w tym ataku zdołał odnieść kolejne zwycięstwa, wrócił na lotnisko, po czym natychmiast został odwieziony do szpitala w Poznaniu, a stąd do Warszawy, do szpitala okręgowego, a następnie Szpitala Ujazdowskiego. Tam kontynuował leczenie po kapitulacji Warszawy. Uciekł, gdy Niemcy rozpoczęli wywóz rannych do obozów jenieckich.

W konspiracji

Ukrywał się w Warszawie i dysponując fałszywymi dokumentami, znalazł zatrudnienie w uruchomionych przez okupanta Państwowych Zakładach Tele- i Radiotechnicznych.
Kilkakrotnie próbował ucieczki z Polski, ostatni raz poprzez siatkę bohatera wojny bolszewickiej, pracownika PLL LOT, podpułkownika Juliusza Gilewicza. Wpadka tej siatki ostatecznie przekreśliła próby wydostania się z kraju. Gilewicz trafił do Auschwitz, gdzie obok rotmistrza Witolda Pileckiego był jednym z twórców Związku Organizacji Wojskowej, a później jednym z jego dowódców. Został zamordowany w październiku 1943 roku.
Gedymin, nie mając możliwości ucieczki, włączył się do pracy konspiracyjnej w ZWZ-AK. Jego zadaniem stało się wyznaczanie stref zrzutu oraz lądowisk dla samolotów mających przylatywać początkowo z Francji i Węgier, a potem z Wielkiej Brytanii. Działając w komórce zrzutów "Syrena", przyjmował zrzuty spadochronowe cichociemnych oraz broni i amunicji.
W 1944 roku odpowiadał za polską część operacji Most, osobiście uczestnicząc w operacji Most II i Most III. Szczególnie ta druga zasługuje na uwagę. Z 25 na 26 lipca 1944 roku na łące pod Tarnowem wylądował samolot Dakota z 267. Dywizjonu RAF, na pokładzie którego znajdował się m.in. Jan Nowak-Jeziorański. Do Włoch z kolei wyekspediowano części i dokumentację rakiety V2 oraz tajemniczego emisariusza Józefa Retingera. Nie obyło się bez przygód, bo samolot ugrzązł na podmokłej łące. Załoga była zdecydowana spalić samolot, ale dzięki zimnej krwi Gedymina podjęto skuteczną próbę wypchnięcia maszyny z kolein. Za swój udział w operacji kapitan "Włodek" został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Kolejny Most, którym miał odlecieć m.in. Wincenty Witos, nie doszedł do skutku.

Jeden z pierwszych kapitanów

Po wojnie Gedymin na krótko zatrudnił się w Polskim Radiu w Bydgoszczy, po czym rozpoczął pracę w odtworzonych PLL LOT jako jeden z pierwszych kapitanów. Latał na liniach zagranicznych, na popularnych dakotach pochodzących z wojennego demobilu. Jako pierwszy z pilotów PLL LOT ukończył szkolenie na francuskich samolotach Languedoc, nieudanych maszynach, których zakup był przedmiotem procesu sądowego.
21 lipca 1950 roku został zwolniony i musiał szukać pracy poza lotnictwem. Znalazł ją w Nowej Hucie oraz Zakładach im. H. Cegielskiego, wówczas znanych jako Zakłady im. Stalina w Poznaniu.
Po tzw. odwilży powrócił do pracy w lotnictwie, najpierw w utworzonym w 1955 roku Lotnictwie Sanitarnym. Tworzył je były żołnierz AK, pilot Tadeusz Więckowski, w oparciu o doświadczonych lotników przedwojennych oraz weteranów PSP, wśród których byli m.in.: Tadeusz Arabski, Edward Jaworski, Stanisław Jensen, Jan Kalfas, Władysław Ryżko, Jerzy Szymankiewicz czy Kazimierz Wźnsche. Obecnie Lotnicze Pogotowie Ratunkowe jest najbardziej profesjonalną organizacją lotniczą w Polsce. Nie ulega wątpliwości, że jest to zasługą tych lotników, którzy od początku narzucili wysokie standardy.
W trakcie pracy w Lotnictwie Sanitarnym Gedymin przeszedł przeszkolenie na śmigłowce. W późniejszym okresie pracował także w agrolotnictwie, przeprowadzając opryski m.in. na kontraktach w Algierii, Egipcie i Libii. Następnie podjął pracę w Zarządzie Ruchu Lotniczego, gdzie wykonywał loty na kalibrację urządzeń radionawigacyjnych, tzn. radarów, radiolatarni i systemów ILS. Na emeryturę odszedł w wieku 67 lat. Działał społecznie, propagując lotnictwo i historię ostatniej wojny.
Pułkownik pilot Włodzimierz Gedymin zmarł w niedzielę, 17 czerwca 2012 roku, w Pułtusku, na kilka dni przed swoimi 97. urodzinami.

Franciszek Grabowski

Uroczystości pogrzebowe płk. pil. Włodzimierza Gedymina
Poznań, 27 czerwca br., godz. 12.00, kościół pw. św. Wojciecha - Msza Święta i główne uroczystości pogrzebowe z pełnym ceremoniałem wojskowym.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my07.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 03 wrz 2012, 06:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Pamiętamy o bohaterach broniących Ojczyznę

„W Gdańsku staliśmy tak jak mur, gwiżdżąc na szwabską armatę, teraz wznosimy się wśród chmur, żołnierze z Westerplatte” – pisał Konstanty Ildefons Gałczyński w "Pieśni o żołnierzach z Westerplatte" o wydarzeniach z 1 września 1939 roku.

Dziś obchodzimy 73. rocznicę napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę. 1 września 1939 roku do bohaterskiej obrony Ojczyzny przystąpiła zachodnia granica kraju. Najsilniejsze niemieckie ataki skierowane były na Westerplatte i Hel.

O godz. 4.45 niemiecki pancernik Schleswig-Holstein rozpoczął ostrzeliwanie Westerplatte i dał w ten sposób początek II wojnie światowej. Obrona Westerplatte stała się symbolem bohaterstwa polskiego żołnierza w wojnie obronnej z 1939 roku.

Załoga dowodzona przez majora Henryka Sucharskiego przez siedem dni powstrzymywała ataki wielokrotnie silniejszego wroga. W planach polskiego dowództwa placówka na Westerplatte miała stawiać opór wrogowi jedynie kilkanaście godzin.

Jednocześnie załogę Wojskowej Składnicy Tranzytowej zaatakowała kompania SS "Danziger-Heimwehr" i kompania piechoty morskiej z pancernika. Ciągłe ataki Niemców, zmasowany ostrzał artyleryjski i naloty samolotów długo nie mogły zmusić obrońców Westerplatte do kapitulacji.

Przekazywana przez Polskie Radio wiadomość, że "Westerplatte jeszcze się broni", podtrzymywała na duchu społeczeństwo i walczące wojska polskie.

Westerplatte przez 7 dni prowadziło bohaterską obronę. W obliczu wyczerpania amunicji i braku środków sanitarnych dla rannych żołnierzy major Henryk Sucharski podjął decyzję o kapitulacji polskiej placówki.

17 września, łamiąc obowiązujący polsko-sowiecki pakt o nieagresji, na teren Rzeczypospolitej wkroczyły oddziały Armii Czerwonej. Niemcy od kilkunastu dni ponaglali już Sowietów, ażeby zajęli obszary uznane w pakcie Ribbentrop-Mołotow za ich strefę interesów. Stalin zwlekał jednak z podjęciem decyzji, czekając na to, jak zachowają się wobec niemieckiej agresji na Polskę Wielka Brytania i Francja, a także przyglądając się temu, jak silny opór Niemcom stawia polskie wojsko.

Siły Armii Czerwonej skierowane przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły w sumie ok. 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tys. czołgów i ok. 1800 samolotów.

Osamotnione Wojsko Polskie nie mogło skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji rozpoczętej 17 września. W konsekwencji Hitler i Stalin dokonali IV rozbioru Polski.

"Stawiając czoło blitzkriegowi przez pięć tygodni w osamotnieniu - pisze prof. Norman Davis - armia polska spisała się lepiej niż połączone siły brytyjskie i francuskie w roku 1940. Polacy spełnili swój obowiązek".

II wojna stała się dla Polski synonimem bohaterstwa, cierpienia i osamotnienia, o którym w wierszu „17 IX” pisze Zbigniew Herbert:

A potem tak jak zawsze - łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy – sami.

MM

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zyzne.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 25 paź 2012, 17:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Strzelcy upamiętnią mjr. Żubryda

Obrazek

Poświęcenie płyty nagrobnej mjr. Antoniego Żubryda ps. „Zuch” – to główny punkt programu rajdu śladami żołnierzy wyklętych zorganizowanego przez Związek Strzelecki Rzeczypospolitej „Strzelec” .

III Rajd Szlakami Żołnierzy Wyklętych Samodzielnego Batalionu Operacyjnego Narodowych Sił Zbrojnych mjr. Antoniego Żubryda ps. „Zuch” odbędzie się w dniach 26-28 października.

- Rajd rozpocznie się 26 października o godz. 9.00. Trasa obejmuje Birczę, Witryłów, Brzozów. W Borownicy pierwszego dnia rajdu odbędzie się Msza św. oraz zapalimy znicze na pomniku pomordowanych mieszkańców tej wsi przez Ukraińską Powstańczą Armię – informuje Andrzej Pocztański, komendant II Okręgu Związku Strzeleckiego Rzeczypospolitej „Strzelec”.

Uczestnicy rajdu w ciągu 3 dni przejdą dystans 50 km. – W trakcie marszu pojawią się elementy szkolenia z zakresu ubezpieczenia przemarszu ludności cywilnej i opanowania przeprawy przez wodę. Będziemy przechodzić w okolicach Ulucza. Jest tam piękna kładka, gdzie strzelcy będą mieli okazję poćwiczyć – zaznacza Pocztański.

Jednak główne uroczystości odbędą się w miejscowości Brzozowo, gdzie 28 października zostanie odprawiona Msza św. w intencji poległych i pomordowanych dowódców i żołnierzy Samodzielnego Batalionu Operacyjnego Narodowych Sił Zbrojnych. Nastąpi wówczas poświęcenie płyty nagrobnej w miejscu śmierci mjr. Antoniego Żubryda, gdyż właściwe miejsce pochowku - jak to zwykle robili komuniści - jest nieznane – zauważa komendant II Okręgu Związku Strzeleckiego Rzeczypospolitej „Strzelec”.

Major Żubryd był dowódcą oddziału partyzanckiego NSZ – „Zuch”. Został zamordowany zdradziecko 24 października 1946 roku przez zwerbowanego przez bezpiekę byłego towarzysza broni Jerzego Vaulin vel Mar. Razem z nim zginęła jego żona Janina Żubryd będąca w stanie błogosławionym.

Celem rajdu jest poznanie dziejów niepodległościowego podziemia zbrojnego z lat 1939-1956 na terenie Bieszczadów, Beskidów i ich Pogórzy – Bukowskiego, Leskiego, Dynowskiego oraz Dołów Jasielsko-Sanockich.

Patronat nad wydarzeniem objęło m.in. Starostwo Powiatowe w Brzozowie, Zuzanna Kurtyka, prezes Stowarzyszenia Katyń 2010, Janusz Niemiec, syn mjr. Żubryda „Zucha”, Zbigniew Kuraś, syn mjr. Józefa Kurasia „Ognia”, ppłk Kazimierz Paulo „Skała”, dowódca kompanii zgrupowania „Ognia”.

Jacek Dytkowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... bryda.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 12 lis 2012, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Paczka od Kominternu

Dr Jarosław Szarek, historyk, IPN Oddział w Krakowie

Za walkę w Powstaniu Warszawskim harcmistrz Rzeczypospolitej Henryk Glass odznaczony został Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych i awansowany do stopnia kapitana. Stając do powstańczych zmagań w szeregach Brygady Dyspozycyjnej Zmotoryzowanej Narodowych Sił Zbrojnych miał blisko pięćdziesiąt lat. Obok walczyli – o pokolenie młodsi – jego wychowankowie. Gdy był ich rówieśnikiem, jako przywódca „antyrewolucyjnego i antyburżuazyjnego” harcerstwa został przez bolszewików skazany zaocznie na karę śmierci. Wydany przez konfidenta uciekł w ostatniej chwili…

Obrazek

Życiorysem i zasługami Harcmistrza RP, kapitana Henryka Glassa można by obdzielić kilka postaci. Jednakże poza garstką harcerzy, kilkoma historykami, nie jest osobą znaną, nie ma szkoły jego imienia, nie ma ulicy, bodaj skromnej tablicy. Dzisiaj, podobnie jak w PRL, skazany jest na zapomnienie. Nie on jeden, ale całe pokolenie jemu podobnych, nie mających w swych życiorysach „heglowskich ukąszeń”, nie widzących Lenina jako „nowego człowieczeństwa Adama”, czy nie nazywających „harcerskich” drużyn pseudonimem zdrajcy idącego z bolszewikami na Warszawę…

Na areopagi III RP droga wiedzie przez KPP–PPR–PZPR, a nie szlakiem jakim podążał wiernie – przez całe długie życie – Henryk Glass. W 1978 roku w przedmowie do wydanej w Londynie książki „W pracy i walce…” pisał: „Nie zbuduje się wolnej Polski bez poświęceń, a lepszej Polski lichymi obywatelami. Lepsza Polska musi mieć lepszych Polaków. A czyż można wychować lepszych Polaków bez oparcia wychowania na zasadach objawionych przez Chrystusa”. I temu dziełu się poświęcił.

„Całym życiem pełnić służbę…”

Urodził się w Dąbrowie Górniczej w 1896 roku, ale rodzice przenieśli się do Kijowa, gdzie w siedemsettysięcznym wówczas mieście na co najmniej dziesięciu mieszkańców przypadał jeden Polak. Chodził do rosyjsko-niemieckiej szkoły. Naukę historii i literatury polskiej organizowano tajnie w prywatnych mieszkaniach. „Trzeba było nieraz udawać, że się organizuje małą »popijawę«, gdyż rosyjski pozaszkolny nadzór prędzej wybaczał uczniom pijaństwo i rozpustę niż zebrania samokształceniowe”. Utyskując po latach na emigracji na coraz mniejsze wymagania wobec uczniów w szkołach – „bo to dzieci rzekomo przemęcza”, wspominał: „gdy uczęszczałem do rosyjskiej szkoły średniej w Kijowie, to razem z lekcjami w domu uczono mnie czterech języków, w tym nauka języka, historii i literatury ojczystej była na pierwszym miejscu. Przez całe życie byłem wdzięczny moim rodzicom za dbałość o to”.

Mimo tylu uczniowskich obowiązków, zaangażował się w działalność Korporacji Uczniowskiej, a wiosną 1915 roku wstąpił do harcerstwa. „Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce…” – przysięgę odbierał od niego Władysław Niekrasz, wkrótce uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, kawaler orderu Virtuti Militari, działacz harcerski, komendant Chorągwi Wołyńskiej, zamordowany w Katyniu…

Angażując się w harcerstwo, związał się równocześnie z Polską Organizacją Wojskową. Po wybuchu rewolucji lutowej zgłosił się na ochotnika do korpusu gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, ale po jego rozbrojeniu wrócił do pracy harcerskiej w Kijowie. Miasto pogrążało się już w rewolucyjnej gorączce: „wszystkie męty, młodzi Żydzi, część obałamuconych robotników – skorzystali się z nadarzającej się okazji grabienia spokojnej ludności…”. Rabunki i mordy stały się codziennością. W tym czasie harcerze organizowali oddziały samarytańskie, niosąc pomoc licznym rannym, których wciąż przybywało. Kijów był bowiem ostrzeliwany przez artylerię bolszewików lub oddziały Petlury. Rozwydrzony motłoch plądrował mieszkania, również Glassów. „Do naszego domu zawitało dziesięciu rewolucyjnych wojaków. Prowadził ich młodzian ubrany w damskie karakułowe futro, przepasane wstęgą z nabojami od karabinu maszynowego. Pomocnikiem jego był drab w zrabowanej sutannie prawosławnego popa. Cuchnęli wódką, brudem i krwią. Z upodobaniem pluli na dywany i meble. W jednym z mieszkań pocięli szablami obrazy, bo ich drażniły te »burżujskie malowidła«. W każdym mieszkaniu coś zrabowali. Grozili zastrzeleniem, gdy nie znajdowali złota. Takich odwiedzin było później po kilka na dobę” – pisał po latach w swej książce „Na szlaku Chudego Wilka” (taki pseudonim przyjął w konspiracji).

„Nie dość rewolucyjny wygląd”

W listopadzie 1918 roku dotarł do Warszawy, skąd wyjechał z rozkazami do Kijowa. Po drodze został aresztowany, za „nie dość rewolucyjny wygląd”, ale udało się mu uciec i dotrzeć do celu. W zrewoltowanym mieście „część mętów społecznych, zwerbowanych pod sztandary Petlury, rozpoczęła niszczenie „burżujów na własną rękę”. Glassa uratował mizerny wygląd i ostrzeżenie, że jest chory na tyfus. Od stycznia 1919 roku – po wyjeździe do Warszawy Stanisława Sedlaczka (uczestnika wojny z bolszewikami, w II RP naczelnika Harcerzy ZHP, aresztowanego lata później przez Gestapo i zmarłego w obozie w Auschwitz) – kierował Naczelnictwem Harcerskim w Kijowie. Był świadkiem wejścia bolszewików do Kijowa. Mordowano wszystkich, którzy „wpadli pod rękę i mieli wygląd inteligenta. Kontrybucje, areszty, rozstrzeliwania, napady, konfiskaty następowały jedne po drugich…” Zakonspirował pracę harcerską. W przejętej przez siebie drukarni, gdzie wcześniej wydawano m.in. polski „Dziennik Kijowski”, a teraz „Komunistę Polskiego” z pomocą kilku wtajemniczonych zecerów, nieznający polskiego bolszewicy sami drukowali mu pismo „Harce”. „Praca wrzała całą noc. Popędzałem rosyjskich komunistów, jak mogłem, robiąc taką minę, jakbym był co najmniej komisarzem. – Co to drukujemy, towarzyszu? – zapytał mnie jeden z nich. – Polską bolszewicką broszurę o towarzyszu Leninie – odparłem. – Musicie się spieszyć, bo rano mają ją zabrać do fabryki na prowincji”. I harcerze przebrani za robotników odbierali nakład.

„Trwaliśmy, czując odpowiedzialność za tysiące harcerskiej młodzieży znajdującej się w Rosji”. W organizacji było pięć tysięcy młodych Polaków, a wiosną 1919 roku terror jeszcze się wzmógł. „Aresztowania. Obozy koncentracyjne. Wywożenie w głąb Rosji – na śmierć głodową. Lochy czerezwyczajek. Tortury. Rozstrzeliwania, rozstrzeliwania i wciąż rozstrzeliwania…”. Nie było żadnych wieści z Warszawy, wysyłani kurierzy byli mordowani przez bolszewików. Kilka tygodni później znajomy rosyjski oficer pracujący w kontrwywiadzie bolszewickim dla armii gen. Denikina ostrzegł go, iż wydano na niego wyrok śmierci. W drzwiach Glass zastał anonimową kartkę: „Was rozstrzelają, ostrzeżcie wszystkich Polaków, że wkrótce będą rewizje i aresztowania”. Następnego dnia w domu zjawili się czekiści. Nie zastali już „Chudego Wilka”, ale inni z czasem wpadli w ich ręce. „Nie pomnę wszystkich pomordowanych. Pamiętam tylko niektórych, a wśród nich Jordana Pereswiet-Sołtana, prezesa Polskiego Komitetu Wykonawczego na Rusi, Józefa Kiernickiego, prezesa akademickiej „Polonii”, Mariana Nekrasza, prezesa Bratniej Pomocy Akademickiej, Piotra Borkowskiego, kierowniczka jadłodajni akademickiej, Tadeusza Sawickiego, sekretarza Bratniej Pomocy, Karola Basińskiego, akademika…” Przebrany za bolszewickiego żołnierza po kilku tygodniach ryzykownej eskapady przedarł się przez front i dotarł do Warszawy.

Od razu podjął się jednak na ochotnika powrotu do Kijowa, gdzie miał dostarczyć pieniądze i materiały dla działającej tam w konspiracji Polskiej Organizacji Wojskowej. Chcąc ominąć tereny zajęte przez bolszewików i uniknąć chłopskich zrewoltowanych band, wyruszył przez Rumunię i Odessę. Po drodze mijał rzesze Polaków uciekających przed bolszewikami. W Kijowie zajętym przez wojska Denikina był świadkiem odkopywania setek ludzi rozstrzelanych w budynkach czerezwyczajki. Miasto znów oblegali bolszewicy, udało się mu jednak szczęśliwie wrócić do Warszawy. Latem 1920 roku, gdy ich armia czerwona zbliżała się do stolicy, Henryk Glass zaangażował się wraz z harcerzami w działalność wywiadowczą i dywersyjną na tyłach najeźdźców.

Rewolucja nie powiedzie się bez zniszczenia rodziny

Po zakończeniu wojny zamieszkał z rodziną w Warszawie. Zapamiętał jedną z niedzielnych rozmów z rodzicami, którym zadeklarował, iż nie zrezygnuje ze swej pasji, jaką jest harcerstwo. Usłyszał wówczas od swojego ojca: „Wy, młodzi, upojeni jesteście wywalczeniem niepodległości i przez zbyt różowe okulary oglądacie naszą sytuację wewnętrzną. Nic dziwnego, przez tyle lat śniło się o wolnej Polsce i wyśniło się Ją jako cud piękności. A tymczasem rodzili się i rośli u nas nie tylko ludzie dobrej woli, ale i sporo ludzi złych, egoistów, dbających tylko o swój interes lub interes swojej kliki, a nie o interes Polski. Obawiam się, że właśnie oni będą chcieli wypłynąć na wierzch w rozmaitych dziedzinach życia, co utrudni i opóźni pracę nad skonsolidowaniem Narodu. Wiesz zapewne, że istnieją całe stronnictwa polityczne, które swój byt zawdzięczają stałemu podsycaniu gorszych instynktów natury ludzkiej. Skrajnym wyrazem takich ugrupowań są komuniści, ale poza nimi to pod rozmaitymi szyldami, najczęściej pod hasłem »postępu«”.

Zgadzając się z ojcem i po własnych doświadczeniach z bolszewizmem, odpowiedział. „Jestem zdziwiony, że tak mało ludzi w Polsce bada sąsiadujący z nami rezerwuar akcji wywrotowej, jakim jest Związek Sowiecki. Przez parę lat możemy żyć kredytem zwycięstwa nad bolszewikami, ale po pewnym czasie masy zacznąotym zapominać i trzeba będzie popracować nad wytworzeniem w tych masach odporności przed bolszewicką agitacją rewolucyjną…”

W następnych latach publikował książki na temat pracy harcerskiej, a w 1925 organizował Porozumienie Antykomunistyczne, którego został wiceprzewodniczącym. Redagował miesięcznik „Walka z Bolszewizmem”, a później „Prawdę o Komunizmie – Biuletyn Informacyjny”. Wydawał także plakaty, broszury, a także książki, m.in. „Ofensywę gospodarczą sowietów”, „Obronę Polski przed bolszewizmem” czy „Zamach komunizmu na młodzież”.

Przedrukowywał w nich dokumenty z komunistycznych zjazdów i narad. „Żadna rewolucja nie jest możliwa dotąd, dopóki istnieje rodzina i uczucie rodzinne…”; „żadna komunistka nie może odsuwać się od walki z religią”; „niech kobieta jak najprędzej oswobodzi się ze swojego ogniska domowego, niech nie znosi więcej jarzma macierzyństwa”; „trzeba w niej zniszczyć egoistyczne uczucie i instynkt miłości macierzyńskiej, kobieta, która kocha swe dzieci jest tylko suką, samicą” – jakże znajomo te treści brzmią i dzisiaj głoszone przez kolejne pokolenie wnuków bolszewizmu.

Bomba w przesyłce

Aktywność Glassa musiała była skuteczna, gdyż w 1929 roku odebrał paczkę. Wydała się mu podejrzana. Nie otworzył jej, lecz zawiadomił policję. Okazało się, że w środku była bomba. Kilkanaście lat później – już podczas okupacji w 1944 roku – ponownie uniknął śmierci, tym razem z rąk bojówki PPR, która wydała na niego wyrok. Życie ocaliła mu obstawa…

Po napaści niemiecko-sowieckiej na Polskę we wrześniu 1939 roku, dowodząc resztkami oddziału z 14. pułku artylerii lekkiej pod Kamionką Strumiłłową, dostał się do niewoli niemieckiej. Uciekł z transportu pod Tarnowem i w październiku zaangażował się wraz ze Stanisławem Sedlaczkiem w tworzenie konspiracyjnego harcerstwa – Hufców Polskich, formował ich Krakowską Chorągiew.

Już od listopada 1939 roku włączał się we wszelakie inicjatywy antykomunistyczne, działając w tej sferze ponad politycznymi podziałami. Tworzył zajmujący się rozpracowaniem środowisk komunistycznych w ramach ZWZ/AK, przygotowywał materiały dla Delegatury Rządu RP. W 1943 roku był jednym z inicjatorów powstania Społecznego Komitetu Antykomunistycznego oraz Podwydziału K „Antyk” w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Równolegle od jesieni 1939 roku kierował „Blokiem” związanym z podziemiem narodowym, którego głównym celem było również przeciwdziałanie moskiewskiej agenturze, gdyż: „P.P.R. i Gwardia Ludowa zostały powołane do życia przez Związek Sowiecki w celu obrony jego interesów na terenach polskich. Są one więc niczym innym jak tylko ekspozyturami i organami wrogiego nam mocarstwa”. Swą aktywność rozumiał jako służbę na rzecz współpracy z „czynnikami państwowymi (cywilnymi i wojskowymi) i tymi wszystkimi partiami politycznymi, organizacjami bojowymi i organizacjami społecznymi, które stoją na stanowisku konieczności walki z zalewem komunistyczno-sowieckim”.

„Blok” wydawał liczne ulotki i wydawnictwa przeznaczone dla różnych środowisk oraz pismo „Agencja A”. Prowadząc swą antykomunistyczną działalność, zdecydowanie odcinał się od jakiejkolwiek współpracy z Niemcami. W jego planach było m.in. uruchomienie „Akcji R”. Jej celem było przeciwdziałanie nadającej w języku polskim sowieckiej stacji radiowej „Kościuszko”. Był zdecydowany podjąć konkretne działania odwetowe wobec komunistycznej agentury, przekazującej Gestapo informacje o strukturach Polskiego Państwa Podziemnego bądź mordującej partyzantów niepodległościowych formacji.

Na łamach „Agencji A” ostrzegał: „Rozesłano po Warszawie i prowincji szereg agentów, którzy mają ustalić adresy członków polskich organizacji niepodległościowych, a następnie przystąpić do ich likwidowania. Ze względu na powyższe zamierzenia PPR-owskich terrorystów, mających na celu zastraszenie i sparaliżowanie polskiej akcji antykomunistycznej, należy zachować jak najdalej posuniętą ostrożność i poufność działania. Poza tym należy pamiętać, że komuna nie od dziś posługuje się w likwidacji przeciwników donosami do Gestapo. Ostatnio na prowincji zaszedł cały szereg tego rodzaju wypadków”.

Wraz ze zbliżaniem się sowieckiego frontu i rosnącą aktywnością wspieranej z Moskwy agentury wzywał do wykorzystania działań prawnych. Działalność PPR, AL, ZPP w świetle obowiązującego Kodeksu Karnego „stanowią właśnie tzw. zbrodnię stanu. Przynależność do tych organizacji nie jest więc kwestią tylko przekonań politycznych poszczególnych jednostek, a jest kwestią wyższego rzędu – kwestią ich lojalności wobec państwa lub jego zdrady”.

Czerwona Targowica

Postulował zatem aby w sprawach tych działania podjęło sądownictwo Polskiego Państwa Podziemnego. „Przede wszystkim zaś sądy nasze muszą zająćsię obecnie tak sztandarowymi działaczami komuny polskiej, jak Wasilewska i Berling. Co do nich zebrane są aż nadto liczne i oczywiste dowody winy, na podstawie których Sąd może z pełnym poczuciem odpowiedzialności isumienia sprawę rozpoznać zaocznie. Wyrok nie przedstawia żadnej wątpliwości. Może być tylko jeden – skazanie na najwyższy wymiar kary, tj. karę śmierci”. Ten postulat nie został jednak spełniony. Już wkrótce za swą polityczną naiwność wobec Moskwy wielu przywódcom Polskiego Państwa Podziemnego przyszło zapłacić cenę najwyższą.

Plany Stalina wobec Polski były realizowane coraz bardziej zdecydowanie przy całkowitej akceptacji aliantów i nie tylko. „W rydwan interesów sowieckich został wprzęgnięty cały szereg jednostek polskich. Stała się rzecz ohydna i napawająca odrazą każdego zdrowomyślącego Polaka. Powstała po prostu nowa Targowica. W tym okresie, gdy cały Naród walczy do ostatka sił przeciw obu agresorom, znalazły się jednostki, które znając doskonale cele polityczne Sowietów, pomagają czynnie w ich knowaniach przeciw Polsce. Zdrajcy ci za garść czerwońców przyjęli na siebie rolę morderców własnej ojczyzny. Znaleźli się oni tak na emigracji, jak i w kraju”.

Po Powstaniu Warszawskim kpt. Henryk Glass trafił do obozu niemieckiego w Ursusie, skąd udało mu się uciec. Już w grudniu wznowił w Krakowie działalność swego antykomunistycznego wywiadu – grupy „W” – i współpracował z kierownictwem „NIE” oraz Delegaturą Rządu. Po aresztowaniu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego nawiązał kontakt z Londynem, gdzie przekazywał swe raporty. Tropiony przez NKWD i bezpiekę, przedostał się do Jeleniej Góry, a stamtąd do Pragi, skąd samolotem Anglicy ewakuowali go do swej strefy okupacyjnej, a następnie do Wielkiej Brytanii. Z Wojska Polskiego zdemobilizowano go w stopniu majora, działał następnie aktywnie w środowiskach kombatanckich.

„Kto zrywa z przeszłością jest zaprzańcem”

Na emigracji do końca pozostał wierny swej harcerskiej idei. Pełnił liczne funkcje, wiele pisał, zajmując się wychowaniem młodego pokolenia i upamiętnieniem dziejów ZHP. Początkowo używał fałszywego nazwiska Stanisław Jankowski. Wykorzystując swą wiedzę, prowadził badania nad komunizmem w Sociological Center, publikował po polsku i angielsku pod pseudonimami, m.in. jako A. A. Rock. Obronił dyplom w London School of Economy, a w 1980 – w wieku 84 lat – doktorat z nauk politycznych na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie. Tematem jego pracy była „Historia Porozumienia Antykomunistycznego w Polsce” wydana następnie pt. „Metody ekspansji komunizmu”. Zmarł w 1984 roku i spoczął na londyńskim cmentarzu Gunnersbury. Jego syn, Andrzej Glass, tak zapamiętał ojca: „Całe życie starał się realizować ideę harcerstwa. Kierował się zasadą, iż w narodzie są trzy główne źródła sił duchowych i materialnych: religia, miłość ojczyzny i rodzina. Całym życiem służył Bogu, Polsce i bliźnim. Religia katolicka była bardzo ważnym czynnikiem w jego życiu…”

Henryk Glass jedną ze swych licznych książek – „W pracy i walce…” poświęcił szesnastu wybitnym Polakom XX wieku. Sam całe swe życie również był w „walce i pracy”. Wiedział, iż „Naród z natury swej jest związkiem nierozerwalnym. Jednostka nie ma prawa wyrzec się związku z własnym narodem. Ten związek nie polega na wolnej umowie, lecz jest rezultatem wielowiekowej pracy przeszłych pokoleń, historycznej tradycji, nakazów, które przodkowie przekazują potomstwu, wielkich czynów i krwawych ofiar, które rodzą zobowiązania. Kto zrywa z historyczną przeszłością, z krwią i mogiłami ojców ten jest zaprzańcem i renegatem” – pisał.

I dalej: „W każdym z nas żyją przyszłe pokolenia Polaków. W każdym z nas żyje zawiązek przyszłych polskich pokoleń, które przyjdą… Obowiązkiem każdego z nas jest przekazanie świadomości narodowej i słusznej dumy z tego, że się jest Polakiem, naszym dzieciom i wnukom. Kto dopuszcza do wynarodowienia swoich dzieci i wnuków, nie wart jest miana Polaka. Bowiem wynarodowienie jest największą zbrodnią wobec własnej Ojczyzny...”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/14803,pac ... ternu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 16 lis 2012, 08:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Byłam łączniczką "Zapory"

Z Izabellą Kochanowską ps. "Błyskawica", łączniczką mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory", rozmawia Anna Kołakowska

Obrazek

Jak to się stało, że została Pani łączniczką oddziału majora "Zapory"?
- Zimą 1944 r. do naszego majątku w Łopienniku przybył "Zapora" z patrolem "Kordiana" i "Ducha". Mój tata był zaprzysiężony w AK i pełnił funkcję komendanta powiatowego Wojskowej Służby Ochrony Powstania. Partyzanci przyjechali saniami. Z okazji tej wizyty w naszym dworze odbyło się przyjęcie zorganizowane specjalnie dla nich. Po kolacji partyzanci rozsiedli się w salonie, "Cedur" usiadł do fortepianu i rozpoczął się śpiew pieśni partyzanckich. Nastrój był sielski, anielski, nie da się tego zapomnieć. Zobaczyłam, że w kącie siedzi taki mało widoczny, niepozorny, skromny mężczyzna. Podeszłam więc do niego, stanęłam na baczność i powiedziałam, że w okolicy jest grupa młodych ludzi, która ma broń i chce wstąpić do oddziału. "Zapora" powiedział: "Nigdy tego nie zapomnę". Na tym na razie się skończyło.

Miała Pani wówczas tylko 17 lat. Czy taka młoda dziewczyna mogła się na coś przydać w partyzantce?
- Zaczęłam w 1939 r. w Wojskowej Służbie Kobiet. Gdy wojna wybuchła, miałam 13 lat. Najpierw przeszłam szkolenia sanitarne i obchodzenia się z bronią. Szkolenia sanitarne odbyły się w szpitalu Jana Bożego w Lublinie na oddziale chirurgii u doktora Kożuchowskiego. Ponieważ świetnie jeździłam konno i dobrze znałam okolicę, zostałam przydzielona do łączności terenowej. Przysięgę złożyłam dopiero w styczniu 1943 roku - gdy skończyłam 16 lat.

Czy rzeczywiście major nie zapomniał o wyrażonej przez Panią gotowości przyłączenia się do oddziału? W 1944 roku sytuacja we wschodniej Polsce szybko się zmieniała.
- W 1944 r., po przejściu frontu, rozpoczęłam naukę u Sióstr Urszulanek w Lublinie. Pewnego dnia, idąc ulicą, spotkałam pana Nowakowskiego z sąsiedniego majątku. Powiedział mi, że specjalne brygady NKWD będą pacyfikować dwory. Większość okolicznych ziemian już wyjechała, ale mój ojciec postanowił zostać w majątku. Nowakowski polecił mi, żebym pojechała do Łopiennika i ostrzegła ojca, bo groziło mu aresztowanie. Gdy wyszłam na ulicę, zupełnie przypadkowo natknęłam się na "Zaporę" idącego z kilkoma ludźmi. Poszliśmy na lody. Pamiętał o mojej prośbie, więc wydał mi polecenie: "Proszę na mnie czekać w Łopienniku". Potraktowałam to jako rozkaz, więc zostawiłam szkołę i pojechałam do domu.

Zdążyła Pani ostrzec ojca?
- Przekazałam to, co polecił mi pan Nowakowski. Ojciec następnego dnia kazał zaprząc dwa wozy i razem z uciekinierami, którzy u nas mieszkali, postanowił wyjechać. Przed wyjazdem udaliśmy się na chwilkę do krawca, aby odebrać jakieś rzeczy. Po drodze mijaliśmy jadące w stronę Łopiennika samochody, najeżone bronią, wyładowane Rosjanami i berlingowcami. Gdy wróciliśmy do majątku, ojciec oraz jego brat zostali aresztowani i przewiezieni na Zamek w Lublinie, gdzie mieściło się więzienie UB. Wszystkich obecnych w naszym dworze ludzi zamknięto w jednym pokoju, przed którym postawiono straż. Ja się wywinęłam i byłam na zewnątrz. Przedstawiciele nowej władzy zwołali przed nasz dom okoliczną ludność i wygłosili przemowę na temat panów-krwiopijców. Powiedzieli, że wszyscy mogą sobie brać, co chcą, więc rozpoczął się rabunek. Udawałam córkę kowala (należał do Batalionów Chłopskich) i mimo że byłam poszukiwana przez NKWD, nikt nie zdradził, że jestem córką właściciela majątku. Wielokrotnie przyjeżdżali do dworu, aby mnie aresztować, ale nikt z okolicznych mieszkańców mnie nie wydał. Wójt, który był też w konspiracji, przywiózł pana Odorowskiego, pełnomocnika do spraw reformy rolnej. Podczas rozmowy w cztery oczy pan Odorowski, który wiedział, kim jestem, poprosił mnie, żebym została, bo on nie zna się na rolnictwie i moja pomoc będzie konieczna. Dzięki temu mogłam wykonać rozkaz majora i oczekiwać na jego przybycie.

Major na te tereny wrócił dopiero zimą 1945 roku.
- Tak, w lutym 1945 roku. Był to okres działalności ROAK. Raptem zjawił się łącznik od "Zapory". Major prosił mnie, żebym przyszła do wsi Wały. Ucharakteryzowałam się na wieśniaczkę, wzięłam grackę i poszłam do tej wsi. Major był bardzo zadowolony, że się stawiłam. Powiedział, że znowu organizuje oddział i będzie potrzebował kogoś, kto ma dobrą orientację w okolicy, bo trzeba utworzyć nowe placówki, zorganizować zaopatrzenie, sieć łączności itd. Ten teren miał być jego matecznikiem, bo działalność prowadził na obszarze kilku województw. Chciał, żebym ja się tym zajęła, żebym była też jego "oczami i uszami", tak aby po powrocie wiedział, co się wydarzyło, kto donosi, kto zapisał się do PPR-u.

Bardzo chciałam walczyć w oddziale, ale nie miałam wyjścia: rozkaz to rozkaz - choć "Zapora" wypowiedział go w formie prośby. Ledwo zdążyłam wyjść na gościniec za wsią, a tu patrzę - idzie obława. Zaczęła się walka. Widzę z daleka, jak płoną chaty, jak wyskakują z nich ludzie, ale nic nie mogłam zrobić, bo byłam już poza wsią. Wieś została dokumentnie spalona. "Zapora" na jakiś czas musiał się z tego terenu ulotnić i poszedł z oddziałem za San.

W tym okresie na Lubelszczyźnie były też odziały NSZ, a właściwie wtedy już Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Czy z nimi też miała Pani kontakt?
- Wiosną dostałam od "Cichego" - Stanisława Piotrowskiego, jednego z dowódców oddziałów NSZ, kontakt na "Orła". Potrzebowali sanitariuszki. Oczywiście zgodziłam się, bo od dawna byłam do tego zadania przygotowana. Miałam całą torbę leków, które gromadziłam od dłuższego czasu. Miałam też broń. Pojechałam do wyznaczonej leśniczówki, aby tam oczekiwać na łącznika, ale zjawił się "Orzeł" z całym 80-osobowym oddziałem. Partyzanci byli doskonale umundurowani i uzbrojeni. Dowódca zrobił zbiórkę i zapowiedział, że jeśli od któregoś z nich spotka mnie jakaś przykrość, to dostanie "kulkę w łeb". Przez pierwszych kilka dni koledzy z oddziału nie mieli do mnie żadnych próśb. Potem wszystko się zmieniło. Każdy starał się być w stosunku do mnie jak najmilszy. Oczywiście z mojej strony nie było i nie mogło być żadnych wyróżnień.

Pewnego razu pojechaliśmy do wsi Rzeczyca na aprowizację. To była taka "Moskwa", bo mieszkali tam sami czerwoni. Każdy miał za zadanie wziąć od gospodarza żywność, za którą wydawaliśmy pokwitowania. Ja jako sanitariuszka nie musiałam chodzić. Widzę - jest zielona rakieta, odwrót. Podchodzę do wozu, wszystkie podwody ruszają, a mój koń od pary nagle zrobił bokami i padł. Mieliśmy kilkadziesiąt wozów i mój zatarasował całą drogę. Wzięłam broń i poszłam do gospodarza, żeby oddał mi swojego konia. Czas nas gonił, przed nami był niebezpieczny odcinek, gdzie musieliśmy przeskoczyć szosę. Trzeba to było zrobić, zanim będzie widno. Nagle słyszę huk. To jeden z chłopców postrzelił się w brzuch. Krew się mocno lała i musiałam szybko mu zrobić uciskowy opatrunek. Wszyscy z niecierpliwością na mnie patrzyli, bo czasu było coraz mniej. Ale szczęśliwie wszystko poszło dobrze. Bywało też tak, że to my aprowidowaliśmy ludność. Na stacji Zawadówek zatrzymaliśmy pociąg, którym do Rosji wywożone były wszelakiego rodzaju sprzęty, odzież i żywność. Zmusiliśmy kacapów do wyładowania żywności oraz odzieży i wszystko rozdaliśmy miejscowej ludności. Było tego około 50 wyładowanych wozów. Jesienią "Cichy" rozformował oddział.

W tym czasie także "Zapora" operował na Lubelszczyźnie. Czy miał pretensję, że bez jego zgody poszła Pani do oddziału NSZ?
- Absolutnie! Zresztą w lipcu po otrzymaniu od dowództwa rozkazu ujawnienia się (tzw. amnestia "Radosława"), rozformował oddział i podjął dwie nieudane próby przedostania się na Zachód. Gdy powrócił na Lubelszczyznę i zaczął w listopadzie odtwarzać oddział (już w ramach WiN), nawiązał ze mną kontakt. Wtedy mieszkałam w Ratoszynie niedaleko Łopiennika. Pan dr Tokarski, akowiec z Polesia, dostał od władz oświatowych w Lublinie polecenie utworzenia gimnazjum w Ratoszynie i zaproponował, żebym została jego sekretarką, a jednocześnie mogłam działać w podziemiu. Dwór w Ratoszynie położony był w parku, za nim rozciągały się pola aż po wieś Grądy, gdzie "Zapora" miał swoją kwaterę. Często więc przychodził do Ratoszyna, szczególnie po aresztowaniu "Opala". Przez wiele nocy dyktował panu Tokarskiemu historię wszystkich akcji przeprowadzonych w terenie i podpisał, że to on jest za nie odpowiedzialny. Chciał w ten sposób uratować "Opala". Wtedy jeszcze uważaliśmy "Opala" za bohatera, bo nie wiedzieliśmy, że współpracował z UB.

W Ratoszynie byłam do końca 1946 roku. Gdy gdzieś miała być jakaś akcja NKWD i UB, dostawałam na szkolny telefon cynk od łącznika i wysyłałam w teren, do partyzantów, informację o tym. Wiele osób w okolicy wiedziało, że jestem łączniczką "Zapory", ale nikt mnie nie zdradził. Jak wchodziłam do wsi, gdzie zatrzymał się major, to mali chłopcy, którzy siedząc na drzewie obserwowali okolicę, wskazywali mi jego kwaterę. Któregoś razu łącznicy przynieśli wiadomość, że UB w dużej sile wyruszyło na akcję. Gorączkowo zastanawialiśmy się, gdzie kwateruje oddział "Zapory". Spodziewaliśmy się go lada moment w Ratoszynie, ale nie było wiadomo, którą drogą przybędzie. Kierując się intuicją, poszłam w stronę Kaźmierowa. Przypuszczałam, że zatrzymał się w którejś z okolicznych kolonii. Szłam w nocy przez pola, nad ranem dotarłam do gospodarstwa Pokraki, gdzie akurat byli partyzanci. "Zapora" nie mógł się nadziwić, że ich odnalazłam. Na szczęście udało się ostrzec i uratować oddział.

Czy w tym czasie mieliście jeszcze nadzieję na zwycięstwo?
- To już była walka o przetrwanie. Wszystkie oddziały w inspektoracie lubelskim zostały podporządkowane "Zaporze". Początkowo oczywiście liczyliśmy na trzecią wojnę światową, ale w 1946 r. nie było już wątpliwości, że jesteśmy sami i nie ma nadziei na zwycięstwo. Major zawsze bardzo przeżywał śmierć każdego ze swoich ludzi, a szczególnie głęboko dotknęła go śmierć Zbyszka Sochackiego, jego adiutanta, który razem z całą kompanią zdezerterował z LWP i przyłączył się do oddziału. Któregoś dnia ktoś z jego rodziny przyjechał i przywiózł pieniądze oraz dokumenty, żeby mógł wyjść z lasu, ale Zbyszek się na to nie zgodził. "Zapora" strasznie po nim rozpaczał. Nosił jego koszulę i czapkę. Po tym wydarzeniu spotkałam się z oddziałem "Zapory" w Radlinie. Atmosfera była okropna, a major przybity. Gospodarz, u którego kwaterowaliśmy - pan Zieliński, aby podnieść nastrój, przyprowadził swoją czteroletnią córeczkę w krakowskim ubraniu i powiedział: "Zaśpiewaj, córuniu, panu komendantowi, niech nie rozpacza". Bosą postawił na stole, a ona zaśpiewała "Marsz "Zapory"". Rano, gdy żegnałam się z majorem, dał mi napisany przez siebie wiersz. W terenie było coraz więcej szpicli, a represje wobec ludności, która nam pomagała, coraz większe. Nie było dnia bez obławy. Mimo że oddział "Zapory" był bardzo dobrze uzbrojony i wyszkolony, major obawiał się, że dalsze trzymanie ludzi w lesie to skazywanie ich na pewną śmierć. Podczas naszego ostatniego spotkania "Zapora" powiedział mi, że ma zamiar rozwiązać oddział, ale sam się nie ujawni, tylko z innymi dowódcami przedostanie się za granicę. Pomimo tych planów przeczuwał swoją śmierć. Był wtedy bardzo przybity, nigdy wcześniej nie widziałam go w takim nastroju. Żegnając się ze mną, poprosił, abym, jeśli przeżyję, upamiętniła ich walkę, bo nie mógł przeboleć tego, że on i jego żołnierze nazywani byli bandytami.

16 września 1947 r. "Zapora" został aresztowany, a 7 marca 1949 r. zamordowany w więzieniu na Mokotowie. Ale i dla Pani w komunistycznej Polsce nie było przyszłości...
- Gdy "Zapora" podjął zamiar rozwiązania oddziału, wiedząc, że mam rodziców w Sopocie, poprosił, abym się do nich udała i spenetrowała na Wybrzeżu sprawę przerzutu ludzi za granicę. Jednocześnie rodzice namawiali mnie, żebym zaczęła się uczyć, bo przecież muszę mieć jakiś zawód. W ciągu pół roku zrobiłam dwie klasy i zdałam maturę. Jesienią 1948 r. poszłam na prawo na KUL. Iluż tam było partyzantów. Pamiętam opłatek z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Śpiewaliśmy wtedy kardynałowi partyzanckie pieśni, ja recytowałam wiersz o Legionach. Niestety, nie ukończyłam nawet pierwszego roku, bo zostałam aresztowana.

W jakich okolicznościach to się stało?
- Poszłam, żeby zobaczyć, jak na pochodzie pierwszomajowym paradują konie. W tłumie rozpoznała mnie Pawlaczka z Łopiennika, która była oficerem UB. Jeździła po terenie, wydawała ludzi. Gdy mnie zobaczyła, zawołała milicjanta i zostałam aresztowana. Bardzo się ciskałam, że jakim prawem, przecież jestem studentką. Następnego dnia zawieźli mnie do wojewódzkiego UB, gdzie był "Opal", który zeznał, że "Zapora" zlecał mi różne zadania. Do niczego się nie przyznawałam. Miałam wtedy 20 lat i adwokat Kobusiewicz mówił do mnie: "Przyznaj się, dziecko, to dostaniesz niższy wyrok". Ale ja wiedziałam, że nie mogę się przyznać i nie mogę nikogo wydać, bo jak się przyznam, to będzie koniec. Przeszłam straszne śledztwo. Miałam konwejery - przez kilka dni i nocy, bez przerwy, ubecy kazali mi stać. Przesłuchujący się zmieniali, a ja bez posiłku, wody i odpoczynku musiałam stać przy ścianie. Pierwszą noc stałam na jednej nodze. Trzeciego dnia zażądałam jedzenia, a gdy przynieśli mi solonego śledzia, uderzyłam śledziem ubeka w pysk. Cała spuchłam, dostałam gorączki. Jak wyprowadzili mnie do ubikacji, to zaczęłam spuszczać spłuczką wodę i ją pić. W końcu byłam tak spuchnięta, że nie mogłam już stać i krew lała mi się z nosa. Gdy leżałam na podłodze, śledczy pochylili się nade mną i kazali podpisać jakiś protokół, ale tak się zacięłam, że choćby mnie krajali na kawałki, to bym nie podpisała - po prostu nie chciałam, żeby ktoś przeze mnie został aresztowany. Wzięli mnie za nogi i ciągnęli po korytarzu, a potem po schodach do piwnicy. Po konwejerze przez cztery tygodnie nie mogłam chodzić. Do dzisiaj bardzo choruję. Któregoś dnia przyjechali po mnie z Informacji Wojskowej i zawieźli mnie na konfrontację z "Opalem". To wszystko, co mówił, negowałam. W pewnym momencie nie wytrzymałam i dałam "Opalowi" w twarz. Nie przeczyłam, że do naszego majątku przychodzili partyzanci, ale mówiłam, że co najwyżej robiłam im jedzenie czy dawałam konie. Nikt inny z aresztowanych partyzantów mnie nie oskarżył. Zostałam skazana na 6 lat i wywieziona do więzienia w Fordonie. Cały czas ciężko chorowałam, zapadłam nawet na gruźlicę. Z więzienia wyszłam w 1954 r., ale byłam w strasznym stanie. Oczywiście nie mogłam znaleźć pracy. W końcu zatrudnili mnie w charakterze technika geologa - pomogły znajomości ojca. Bardzo mi to odpowiadało, bo pracowałam w terenie i miałam kontakt z przyrodą. Zresztą i tak często byłam na zwolnieniu lekarskim, bo odnawiał mi się naciek na płucu. Po dziesięciu latach zostałam skierowana na studia prawnicze. Egzamin z historii zdałam najlepiej i byłam pierwsza na liście. Wiele życzliwych osób mi pomagało i dzięki nim udało mi się także dostać na aplikację radcowską. Marzyłam o tym, żeby bronić więźniów politycznych. Wtedy jeszcze to nie było możliwe, ale czy wyobraża sobie pani, co ja czułam, kiedy w 1994 r. podczas rozprawy rehabilitacyjnej "Zapory" byłam pełnomocnikiem procesowym siostry majora? Pisałam pismo procesowe o działalności "Zapory" i oczywiście przemawiałam w sądzie. Idąc na studia prawnicze, nie przypuszczałam, że będzie mi kiedyś dane występować w sądzie jako (w pewnym sensie) adwokat mojego dowódcy. To było dla mnie ogromne przeżycie. Ale widocznie tak Opatrzność działa. Po tej rozprawie Ewa Kurek mogła napisać swoją książkę pt. "Zaporczycy". Tak jak prosił "Zapora", staram się do dziś upamiętniać ich walkę. Całe moje odszkodowanie za represje przeznaczyłam na upamiętnianie działalności "Zapory" i jego żołnierzy. Napisałam też sztukę teatralną, której akcja toczy się na rozprawie rehabilitacyjnej "Zapory". Była ona wystawiana przez uczniów wielu lubelskich szkół. Kiedy pozwalało mi zdrowie, jeździłam na wszystkie uroczystości ku czci majora "Zapory" i jego partyzantów.

Jak zapamiętała Pani majora "Zaporę"?
- "Zapora" miał wyjątkową osobowość i charyzmę. Ci, którzy go znali, byli pod jego osobistym urokiem. Żołnierze go kochali, bo bardzo dbał o swoich ludzi. Dzielił z nimi wszystkie trudy partyzanckiego życia, a przede wszystkim zawsze był z nimi w ogniu walki. Ukształtowało go harcerstwo. Miał bardzo bogatą i piękną, wrażliwą naturę, której wojna w żaden sposób nie zniszczyła. Kochał przyrodę i ludzi. Bardzo przeżywał każdy wydany i wykonany wyrok śmierci. Był też bardzo religijny, pościł w każdy piątek, pomimo że w partyzantce nieraz był głód i mięso stanowiło rzadkość. Kiedyś gospodyni na kwaterze ugotowała mu jedyne jajko, jakie posiadała. Nie zjadł go, ale zawołał najmłodszego z partyzantów i mu je oddał. Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia i cierpienie. Nienawidził złodziei i walczył z bandytyzmem (tym prawdziwym). Roman Groński "Żbik" [dowódca oddziału żandarmerii zgrupowania - przyp. A.K.] dowodził grupą do zwalczania bandytyzmu. "Zapora" interweniował w prywatnych sprawach, gdy wieśniacy zwracali się do niego o pomoc. Był sędzią, bo często, gdy staliśmy na kwaterze, przed chatą ustawiały się kolejki furmanek z petentami do majora, aby rozsądzał różne sprawy. Jednocześnie potrafił w terenie utrzymać ład i porządek. Pocieszał rodziny zabitych i jak mógł, wspierał je finansowo. Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia i cierpienie. Kiedyś przyszedł odwiedzić chłopaka, którego rodzice zostali aresztowani przez UB za współpracę z oddziałem i zamordowani. Chłopiec był bardzo ciężko chory, więc "Zapora" zdjął z szyi medalik, powiesił temu chłopcu przy łóżku. Ten medalik towarzyszył mu od 1939 roku. Otrzymał go od harcerek, gdy przekraczał granicę polsko-węgierską.

Po prostu kochał ludzi i swoich podkomendnych. Ja, gdybym wiedziała, że mogę go uratować, to rzuciłabym się pod czołg, ale nie tylko ja, bo inni podkomendni zrobiliby to samo.

Dziękuję za rozmowę.
Anna Kołakowska

http://www.naszdziennik.pl/mysl/15262,b ... apory.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 07 gru 2012, 07:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Po "Rysiu" kolej na "Zaporę"

Genetycy zidentyfikowali szczątki kpt. Stanisława Łukasika, jednego z towarzyszy legendarnego dowódcy AK i WiN na Lubelszczyźnie mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory".

Z akt Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że wojskowa bezpieka niektóre egzekucje skazanych utrwalała na taśmach filmowych - powiedział wczoraj w Telewizji Trwam dr hab. Krzysztof Szwagrzyk kierujący pracami poszukiwawczymi szczątków ofiar terroru komunistycznego na terenie Polski. Do tej pory na takie nagranie nie udało się jednak natrafić.

Ustalenie tożsamości kapitana Stanisława Łukasika "Rysia" i dwóch innych żołnierzy AK nastąpiło po badaniach genetycznych szczątków wydobytych po ekshumacjach na wojskowych Powązkach.

Szczątki kapitana Łukasika spoczywały w kwaterze na Łączce w masowym grobie wraz z siedmioma innymi szkieletami, blisko pomnika upamiętniającego ofiary stalinizmu.

- Wszystko wskazuje na to, że w tym grobie leży major "Zapora" i jego współpracownicy - mówi Szwagrzyk. Zaznacza jednak, że muszą to potwierdzić badania genetyczne. Dopytywany przez "Nasz Dziennik" o to, kiedy możliwa będzie identyfikacja ciała mjr. Hieronima Dekutowskiego, Szwagrzyk uchyla się od konkretnych deklaracji.

- Proszę ode mnie nie wymagać podawania jakichś zakresów czasowych - zastrzega, dodając, że prace identyfikacyjne trwają.

Hieronim Dekutowski był cichociemnym, dowódcą oddziałów Armii Krajowej i Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" na Lubelszczyźnie. W szczytowym okresie dowodził ponad trzystu żołnierzami. Po tajnym procesie i skazaniu na śmierć "Zapora" wraz z sześcioma towarzyszami został rozstrzelany w mokotowskim więzieniu 7 marca 1949 roku. Wraz z nim zginęli: zidentyfikowany właśnie kpt. Stanisław Łukasik "Ryś", ppor. Roman Groński "Żbik", por. Jerzy Miatkowski "Zawada", por. Tadeusz Pelak "Junak", por. Edmund Tudruj "Mundek" oraz por. Arkadiusz Wasilewski "Biały".

Naczelnik wrocławskiego oddziału IPN przyznaje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem", że badacze posiadają materiały genetyczne czterech krewnych spośród tej grupy, w tym od bliskich samego Dekutowskiego. - Mamy materiał porównawczy odnośnie do czterech osób: Łukasika, Dekutowskiego, Pelaka i Miatkowskiego - zaznacza Krzysztof Szwagrzyk.

Obok Łukasika badacze zidentyfikowali jeszcze por. Edmunda Bukowskiego "Edmunda" i Eugeniusza Smolińskiego "Kazimierza Staniszewskiego". Wszystkie szczątki znajdowały się w różnych jamach grobowych na terenie kwatery na Łączce.

- Myślę, że to jest niezmiernie ważne, iż możemy przy tej smutnej okazji jednocześnie poznać wspaniałe życiorysy bohaterów naszej historii, ludzi, których życie zostało brutalnie przecięte. Możemy zastanowić się, co stałoby się, gdyby tacy ludzie mogli po wojnie kontynuować swoją działalność, gdyby to oni odpowiadali za odbudowę Polski, a nie ci, którzy ich zamordowali - powiedział na uroczystej prezentacji pierwszych wyników badań prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Łukasz Kamiński.

- Celem sprawców było to, aby ci ludzie nigdy nie byli odnalezieni. Te wszystkie działania były zamierzone, żebyśmy nigdy nie dowiedzieli się, gdzie oni leżą - podkreślił.

- Jeżeli znamy nazwiska, to w 99 proc. wypadków nie znamy miejsca pochówku. Jeśli odnajdujemy miejsca pochówku, to mamy ogromne problemy i trudności z nadaniem imion - mówił sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa dr hab. Andrzej Kunert.

- Powoli ta sytuacja się zmienia. Teraz będziemy mówili nie o miejscach symbolicznych, tylko o miejscach rzeczywistych pochówków - dodał dr hab. Krzysztof Szwagrzyk.

Rodziny zidentyfikowanych żołnierzy obecne na uroczystości były niezmiernie wzruszone. - Mama czekała na powrót mojego ojca przez całe swoje długie życie, nie wierzyła, że on nie żyje - przyznała Elżbieta Smolińska, córka Eugeniusza Smolińskiego.

- Straciłem ojca w wieku czterech lat. Nie miałem gdzie złożyć kwiatów i pochylić się, nareszcie będę mógł to zrobić, pochylić się złożyć kwiaty na jego grobie - mówił łamiącym się głosem Stanisław Łukasik, syn zamordowanego kapitana Łukasika.

Dodał, że początkowo nie wierzył w możliwość odnalezienia szczątków jego ojca. - Gdy dostałem telefon od dr. Szwagrzyka, to wstąpiła we mnie nadzieja, dla mnie to było wielkie wzruszenie - przyznał Stanisław Łukasik. Moi bliscy po prostu się popłakali, m.in. siostra mojej mamy.

- Cześć pamięci naszych ojców - dodał Krzysztof Bukowski, syn por. Edmunda Bukowskiego, ps. "Edmund". W jego ocenie, należy złożyć wszystkie ofiary we wspólnej mogile tam, gdzie ich szczątki zostały odnalezione.

- W przeciwnym razie szczątki ofiar komunizmu rozproszą się po różnych miastach, gdzie spoczną w rodzinnych grobach - mówi Bukowski.

- Przez ostatnie lata trudno było upamiętnić ofiary komunizmu. Ich wspólny grób może zaświadczać o tym, co ci ludzie przeżyli - wyjaśnia.

Badacze prowadzą dalsze prace identyfikacyjne odnalezionych szczątków w ramach Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów. Zgromadzono w niej już materiał genetyczny pobrany od 190 osób spokrewnionych z ofiarami represji komunistycznych. Jak poinformował dr Andrzej Ossowski z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, który prowadzi badania porównawcze DNA, do tej pory udało się ustalić 40 profili DNA osób ekshumowanych.

Na wiosnę rozpocznie się drugi etap prac ekshumacyjnych na Łączce. - Marzec, kwiecień to będzie II etap, chcemy wydobyć ok. 200 ofiar komunizmu, oni ciągle tam jeszcze spoczywają - mówi Szwagrzyk.

Podczas prac ekshumacyjnych w lipcu i sierpniu na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie odkryto łącznie szczątki 117 osób, spośród których wydobyto 109 szkieletów. Na terenie Łączki w latach 1948-1956 pochowano kilkuset zmarłych i straconych w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Więźniowie ci byli rostrzeliwani tzw. metodą katyńską, czyli strzałem w potylicę z bliskiej odległości. Szwagrzyk przypomniał, że ofiary represji były zazwyczaj grzebane w płytkich grobach, a ich ciała układano bardzo niedbale. - O wyjątkowej perfidii systemu komunistycznego świadczy fakt, że wielu z nich komuniści chowali w mundurach Wehrmachtu - podkreśla historyk.


--------------------------------------------------------------------------------

Edmund Zbigniew Bukowski (1918-1950) ps. "Edmund"

Porucznik Armii Krajowej, od urodzenia związany z Wileńszczyzną, gdzie ukończył szkołę powszechną i gimnazjum Ojców Jezuitów, a także rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Wileńskim. Żołnierz Polskiego Państwa Podziemnego w strukturach: Służby Zwycięstwu Polski/Związku Walki Zbrojnej/Armii Krajowej. Działał w grupie łączności Wileńskiego Okręgu AK. Kilkakrotnie odbywał kursy do Warszawy, transportując sprzęt radiowy i tabele szyfrów. Dwukrotnie aresztowany w 1942 r. przez policję litewską i w lipcu 1944 r. przez NKWD, za każdym razem odzyskiwał wolność. Po drugiej ucieczce przeniesiony do Warszawy, gdzie aktywnie uczestniczył w powstaniu, współtworząc bazę łączności dla miasta. Po upadku powstania nie zaniechał konspiracyjnej działalności. Kurier dowódcy Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK ppłk. Antoniego Olechnowicza "Pohoreckiego". Przewoził przez całą Europę informacje, rozkazy i fundusze przeznaczone na dalszą działalność niepodległościową. W latach 1947-1948 jako członek sztabu OMWO AK zorganizował jego siatkę wywiadowczą. Aresztowany 28 VI 1948 r. podczas akcji mającej na celu rozbicie przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego siatki OW AK w całej Polsce. Podczas bardzo ciężkich przesłuchań zachował dzielną postawę. Skazany na karę śmierci wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 14 XI 1949 roku. Stracony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 13 IV 1950 roku. Wielokrotnie odznaczony, m.in. Krzyżem Walecznych, Krzyżem AK.

Eugeniusz Smoliński (1905-1949) ps. "Kazimierz Staniszewski"

Chemik, przed wybuchem II wojny światowej pracował w Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach koło Radomia. Jego zawodowe umiejętności wykorzystał Sztab Komendy Głównej Armii Krajowej, dla której służył od 1940 r., najpierw jako referent materiałów wybuchowych w oddziale produkcji konspiracyjnej, następnie kierownik wytwórni materiałów wybuchowych. Na początku 1945 r. zgłosił się do nowych władz, przedstawiając plan uruchomienia fabryki zbrojeniowej w Łęgozowie koło Bydgoszczy. Wkrótce został pełnomocnikiem rządu do jego realizacji. W lipcu 1947 r. rozpoczął produkcję trotylu, miesiąc później został zatrzymany pod fałszywym zarzutem sabotażu. Skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy w procesie pokazowym na karę śmierci. Stracony 9 IV 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Stanisław Łukasik (1918-1949) ps. "Ryś"

Kapitan Armii Krajowej/Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość. Urodził się w Lublinie, był synem robotnika kolejowego. Ukończył Szkołę Podoficerską dla Małoletnich w Koninie, a następnie służył w 23. pułku piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim. Otrzymał stopień plutonowego służby stałej. Z rodzimą jednostką walczył w wojnie 1939 roku w składzie armii "Pomorze". Uniknął niewoli i powrócił do rodzinnego domu w Motyczu k. Lublina. Działał w konspiracji od listopada 1939 roku. Początkowo w Związku Czynu Zbrojnego, zaś po połączeniu organizacji w Polskiej Organizacji Zbrojnej, a po scaleniu w 1942 r. w AK. W latach 1940-1943 był dowódcą placówki i rejonu Konopnica. Od stycznia 1944 r. pełnił funkcję dowódcy oddziału lotnego Kedywu w Obwodzie AK Lublin-Powiat. W czasie akcji "Burza" liczył on blisko 120 partyzantów. W dniu 21 lipca 1944 r. został rozbrojony wraz z całym oddziałem przez wojska sowieckie. Aresztowany przez Sowietów w sierpniu 1944 roku. Zbiegł z aresztu NKWD, przy ul. Chopina 18 w Lublinie, ukrywał się. Od marca 1945 r. był ponownie dowódcą oddziału partyzanckiego Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość Inspektoratu Lublin. Od czerwca 1945 r. należał do zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory". Ujawniony na mocy amnestii z sierpnia 1945 roku. Wyjechał na Ziemie Zachodnie, skąd powrócił na Lubelszczyznę. Wiosną 1946 r. odtworzył oddział, który podporządkował mjr. "Zaporze". Został zatrzymany w wyniku prowokacji UB 16 września 1947 r. w Nysie, podczas próby przekroczenia granicy wraz z grupą żołnierzy mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory". Aresztowany pod fałszywym nazwiskiem jako Stanisław Nowakowski. Przeszedł okrutne śledztwo. 15 listopada 1948 r. został skazany przez WSR w Warszawie na karę śmierci. Stracony w więzieniu mokotowskim 7 marca 1949 r. wraz z mjr. "Zaporą" i pięcioma innymi współtowarzyszami. Odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... apore.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 12 sty 2013, 09:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Posłuchajcie historii „Rysia” i „Wilka”

Anna Ambroziak

Z dr. Grzegorzem Łukasikiem, wykładowcą socjologii na uniwersytecie stanowym na Florydzie (Florida Atlantic University), bratankiem kpt. Stanisława Łukasika „Rysia”, dowódcy oddziałów AK i WiN, zamordowanego na mocy wyroku sądu wojskowego w 1949 r., rozmawia Anna Ambroziak

Łączy Pana bliskie pokrewieństwo z kpt. Stanisławem Łukasikiem. Na pewno jest Pan z niego dumny.
– To był mój wujek, brat ojca. Obaj działali w podziemiu od listopada 1939 roku. Po zakończeniu kampanii wrześniowej „Ryś” wrócił do domu i razem z moim ojcem i kilkoma kolegami rozpoczęli organizację grupy konspiracyjnej o nazwie Związek Czynu Zbrojnego (ZCZ) w okolicach wsi Motycz na Lubel-szczyźnie. O partyzantce walczącej, zbrojnej nie było jeszcze wtedy mowy. Głównym celem działań było właśnie organizowanie placówek, szukanie broni, organizowanie szkoleń. Obaj, „Ryś” i mój ojciec, zajmowali się właśnie szkoleniem. Dopiero później, na przełomie 1943 i 1944 roku, można mówić o działaniach oddziałów partyzanckich.

Czytałam uzasadnienie wyroku śmierci na Pana wuja: zbrojne ataki na oddziały UB, Armii Czerwonej i ludność cywilną, grabież mienia.
– Sprawa jest dosyć prosta. Odnośnie do oskarżenia o kradzież mienia była to żywność rekwirowana, aby wyżywić żołnierzy, którzy często nie mieli co jeść. Represje na ludności cywilnej były oczywiście, ale nie ze strony partyzantów AK, tylko ze strony okupanta. Powody były proste: ludność cywilna to Polacy. Była ona w takim samym położeniu jak ci, którzy byli w podziemiu, czyli narażona na aresztowanie, wysłanie do obozu, śmierć w łapankach czy akcjach pacyfikacyjnych (to często cywile, po przeszkoleniu wojskowym, zasilali oddziały partyzanckie). Ludność cywilna, oczywiście nie wszyscy, również wspierała partyzantów (schronienie, przechowywanie broni, żywność). Stąd jaki sens miałoby jej represjonowanie? Rabowanie miejscowej, wiejskiej ludności przez żołnierzy AK nie miało najmniejszego sensu, gdyż w ten sposób pokrzywdzone osoby nie tylko byłyby mniej skłonne do wsparcia partyzantów, ale w ramach zemsty za rabunek mogłyby zacząć wydawać osoby, które do partyzantki należały. Poza tym Armia Krajowa to nie była jakaś banda opryszków. W AK, nawet w czasie wojny, pewne reguły zachowania obowiązywały wszystkich. Decyzje o wykonaniu wyroku śmierci były poprzedzone śledztwem, dowodami i musiały być zatwierdzone przez dowództwo, sąd itd. Oddział „Rysia” uczestniczył w kilku wyrokach śmierci na cywilach, bo zdarzali się wśród nich kolaboranci, którzy współpracowali z Niemcami, wydając tych, którzy byli w partyzantce. Dla wydanych żołnierzy oznaczało to karę śmierci, stąd kolaboracja z okupantem była traktowana surowo: kara śmierci. Oczywiście walka toczyła się po 1944 r., kiedy po kolaborantach z gestapo przyszła kolej na kolaborantów UB czy NKWD. Likwidowanie agentów i kolaborantów UB było – jak stwierdził w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” (10 grudnia 2012 r.) dr Kazimierz Krajewski z IPN – samoobroną przed terrorem komunistycznym. Ludzie z AK, ich rodziny, krewni, znajomi byli masowo aresztowani, skazywani na śmierć lub na lata więzienia. Walka z kolaborantami w tej sytuacji oznaczała walkę o przetrwanie, o życie. Odnośnie do „zabijania ludności wiejskiej” czy nawet wykonywania wyroków śmierci na pojedynczych osobach to drugim, obok kolaboranctwa, powodem tej działalności były bandy opryszków, które w pewnym okresie wojny nagminnie, z bronią w ręku, napadały na ludność wiejską, zabierając jej dobytek; podawały się raz za Cyganów, innym razem za Żydów, jeszcze innym za żołnierzy AK.

Ojciec opowiadał Panu o „Rysiu”?
– Urodziłem się już po wojnie. Znam go tylko z opowiadań ojca. Bracia byli ze sobą bardzo związani. Ojciec do końca, do śmierci w 1993 r., mówił o swoim bracie, pisał o nim. Nie zapominajmy, że restaurowanie pamięci o żołnierzach wyklętych rozpoczęło się dopiero na początku lat 90. To był okres, kiedy coś zaczęło się dziać, jeśli chodzi o przywracanie ich pamięci. Ojciec do końca zabiegał o to, by pamięć o żołnierzach wyklętych, którzy walczyli o wolną Polskę, przetrwała. To bardzo ważne, zwłaszcza że ich historia w okresie PRL była wypaczana. Umniejszano ich zasługi w walce z okupantem niemieckim i sowieckim.

Nazywano ich „zaplutymi karłami reakcji”. Wspomniał Pan, że ojciec też walczył w AK.
– Mój ojciec to ppor. Adam Łukasik ps. „Wilk” i „Dziedziała”. Po wojnie zmienił nazwisko, opuścił rodzinną Lubelszczyznę i ukrywał się na Pomorzu. Pod koniec życia pracował społecznie w Związku Inwalidów Wojennych w Kościerzynie, gdzie mieszkał z żoną, moja mamą, Marią. Mój ojciec to absolwent gimnazjum w Lublinie, ukończył pierwszy rok prawa na KUL (cudem zachował się jego indeks), niestety studia przerwała wojna. Ojciec pomógł córce „Rysia”, Barbarze Stankiewicz (niestety również już nie żyje) w procesie rehabilitacyjnym jej ojca. Mój ojciec cudem tylko uniknął aresztowania i śmierci. W 1944 r., po wkroczeniu armii sowieckiej na ziemie polskie, rozpoczęły się masowe aresztowania polskich patriotów. Oddziały partyzanckie były rozbrajane, także oddział „Rysia”, co miało miejsce 21 lipca 1944 roku. Ale już w sierpniu tego roku on sam został aresztowany przez NKWD i osadzony w Lublinie. Uciekł z więzienia, wyskoczył z drugiego piętra, czego nikt zapewne się nie spodziewał. Wiadomo było, jaki los czeka żołnierzy AK: masowe aresztowania i wyroki śmierci. Co ci ludzie złego zrobili, jakie były ich przewinienia? Stawiano im zarzuty organizowania akcji zbrojnych przeciwko UB i uczestniczenia w nich, wydawania wyroków śmierci na szczególnie okrutnych ubowców. Ale były też osoby, których na śmierć skazywano tylko z racji samej przynależności do Armii Krajowej. To już oznaczało karę śmierci. Mam u siebie wyrok sądu w Lublinie skazujący osoby, które nie miały nic wspólnego z oddziałem „Rysia”, a jednak zostały skazane na 10 lat więzienia tylko dlatego, że odmówiły współpracy z UB. Były to osoby młode, wiele miało od 18 do dwudziestu kilku lat.

Leszek Miller stwierdził niedawno, że żołnierze NSZ byli sojusznikami Hitlera. Co Pan o tym sądzi?
– Ataki na NSZ to nic nowego. W Polsce komunistycznej żołnierzy należących do NSZ, podobnie jak żołnierzy AK, nazywano bandytami, oskarżano ich o różnego rodzaju „zbrodnie,” a nawet, o zgrozo, o współpracę z Niemcami. Oczywiście komuniści określali jako „zbrodnia” wszelkie formy walki z okupantem sowieckim i różnego rodzaju komunistycznymi formacjami organów bezpieczeństwa, jak NKWD, UB itd., które mordami na żołnierzach AK, WiN, NSZ i zwykłych ludziach starali się sterroryzować cały Naród i przemocą narzucić Polsce ustrój komunistyczny. Dopiero po 1990 r. młodzi ludzie w Polsce zaczęli poznawać prawdę o zbrodni w Katyniu, o Powstaniu Warszawskim i o ruchu oporu w okupowanej Polsce. Teraz historia AK czy NSZ jako trzonu zbrojnego podziemia jest dość dobrze znana. Jest to dla mnie zadziwiające, że pomimo przeszło 20 lat po upadku komunizmu w Polsce pojawiają się głosy starające się ponownie fałszować historię naszego kraju. Jak widać, komunistyczne sposoby myślenia przetrwały. Były aktywista Związku Młodzieży Socjalistycznej i od 1969 r. członek PZPR, absolwent Szkoły Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR, Leszek Miller, widocznie ma kłopoty z porzuceniem starych myślowych schematów z jego komunistycznej młodości i okresu „edukacji socjalistycznej”. Być może również panu Millerowi, który swoją karierę polityczną zrobił w komunistycznej partii (doszedł na sam szczyt: członek Biura Politycznego PZPR), przeszkadza pamięć o NSZ jako o formacji, która swoje ideowe korzenie ma w przedwojennym ruchu narodowym i etyce katolickiej. Deklaracja NSZ z lutego 1943 r. wyraźnie mówi, że najwyższym celem NSZ jest walka zbrojna z hitlerowskim najeźdźcą o wolną Polskę, a po wojnie działania mające na celu wzmocnienie demokracji (decentralizacja administracji na rzecz samorządów), ograniczona reforma rolna, wsparcie rodziny i edukacja oparta na zasadach etyki katolickiej. Oczywiście etyka katolicka to wiara w Boga, mówienie prawdy, sprawiedliwość, poszanowanie ludzkiego życia, poświęcenie, oraz – w naszym polskim wydaniu – miłość do Ojczyzny. Być może to tak pana Millera denerwuje, bo jak dobrze wiemy z dziejów komunistycznej Polski – podstawą tego parszywego systemu było donosicielstwo, kłamstwo, fałszowanie historii, zabijanie ludzi, tortury, szykany, no i oczywiście walka z Kościołem katolickim. Kiedy patrzę na archiwalne dokumenty wyroków wydawanych przez wojskowe sądy w komunistycznej Polsce, to aż płakać się chce, że tylu polskich patriotów, młodych ludzi, często nastolatków, ta nowa „ludowa” władza oparta na „etyce” komunistycznej tak lekką ręką skazywała na śmierć za to, że walczyli o wolną Polskę w oddziałach AK, WiN, NSZ i innych.

Jaką osobą był kapitan „Ryś”? W jaki sposób go wspominacie?
– Mój ojciec mówił o bracie jako o osobie bardzo odważnej, a przy tym bardzo skromnej, zdolnej do poświęceń. „Ryś” brał zawsze na siebie największy ciężar ryzyka walki z okupantem, najpierw niemieckim, a potem sowieckim. Akcje były zawsze perfekcyjnie przygotowywane, tak żeby nie zginął ani jeden żołnierz z jego oddziału.

Może Pan podać taki przykład?
– Chociażby akcja odbicia więźniów transportowanych na Majdanek w lutym 1944 roku. „Ryś” wiedział o transporcie, urządził zasadzkę. W akcji zginęło ośmiu żołnierzy niemieckich, czterech zostało rannych, z oddziału „Rysia” nie zginął nikt. Kapitan Łukasik bardzo cenił życie swoich żołnierzy, ich poświęcenie, wręcz perfekcyjnie przygotowywał wszystkie akcje. „Ryś” był człowiekiem bardzo szanowanym, nie tylko przez swoich żołnierzy, ale i przez ludność cywilną. To bardzo ważne, by to podkreślać, ze względu na rozpowszechniane w okresie powojennym kłamstwa, jakoby to żołnierze Armii Krajowej napadali na ludność cywilną. Były to wierutne kłamstwa! Ważne, by o tym wiedzieli ludzie młodzi. Niedawno na jednym z portali internetowych natknąłem się na bulwersujące wypowiedzi świadczące o tym, że młodzi ludzie zupełnie nie mają pojęcia o powojennej historii Polski. Zupełnie nie rozumieli, dlaczego żołnierze AK już po formalnym zakończeniu wojny walczyli dalej. A przecież walczyli dlatego, że były prześladowania, wykonywano na nich wyroki śmierci, i to mimo ogłoszonych dwóch amnestii – w 1945 i 1947 roku.

Których faktycznym celem była likwidacja zorganizowanego ruchu oporu przeciwko komunistom.
– Po ogłoszeniu amnestii w 1945 r. „Ryś” też rozwiązał oddział, liczył na zwolnienie swoich ludzi z więzienia UB. Jednak obietnic amnestyjnych nie dotrzymano; nie zwolniono z więzienia ani jednego żołnierza z oddziału kpt. Łukasika.

W jaki sposób rodzina dowiedziała się o śmierci kapitana „Rysia”?
– Trudno mi teraz mówić o dokładnych datach. To był okres terroru, wiele osób się ukrywało. Wiadomo, że o wykonaniu wyroku śmierci nie zawiadamiali naczelnicy więzień. Musiała to być jakaś droga nieformalna, na zasadzie, że ktoś kogoś znał. Ale ojciec nigdy o tym nie mówił. Prawdopodobnie z obawy o szykany, jakie mogłyby spotkać rodzinę. Wiem natomiast, że mój dziadek, czyli ojciec Stanisława i Adama Łukasików, został aresztowany i skazany na 10 lat więzienia za to, że nie doniósł na syna! Podobnie siostra „Rysia”, Irena, która miała roczne dziecko, została skazana na dziesięć lat więzienia za to, że nie doniosła na brata. Jej mąż, Aleksander Jurkowski, dostał karę śmierci. Wyrok wykonano.

Szukaliście jego grobu?
– Nawet jeśli ojciec coś robił w tym kierunku, nie mówił nam o tym. Starał się nas nie narażać. Wiem tylko, że na początku lat 90. zaczęli się do niego zgłaszać historycy po informacje o kapitanie „Rysiu”. Żyli wtedy jeszcze żołnierze związani z podziemiem na Lubelszczyźnie. Wiem, że ojciec pisał do niektórych z nich. Ale mnie już wtedy w Polsce nie było, musiałem wyemigrować po stanie wojennym, więc nie byłem blisko tych spraw.

Jak dowiedział się Pan o odnalezieniu szczątków kpt. Łukasika?
– Od mojej mamy Marii. Wszyscy byliśmy zaskoczeni tym, że zidentyfikowano szczątki wujka. Żałuję, że nie dożył tego mój ojciec, tylu młodych ludzi zginęło, major „Zapora”, jego żołnierze…

A ich oprawcy pozostali bezkarni, często brak postępowania tłumaczono sędziwym wiekiem.
– To są tylko zwykłe wymówki. Nie wyobrażam sobie, by państwo Izrael zaprzestało ścigania zbrodniarzy hitlerowskich tylko z tego względu. Poza tym ci ludzie mogli zostać pociągnięci do odpowiedzialności dużo wcześniej, mam na myśli początek lat 90. A od tego czasu minęły już 22 lata. To wystarczająco długi okres, w którym te osoby powinny były zostać pociągnięte do odpowiedzialności. Jest jeszcze jedna rzecz: wielu z żołnierzy podziemia, którzy przeżyli stalinowski terror, to inwalidzi, z bardzo niskimi emeryturami, żyjący w skrajnej biedzie. W tym samym czasie ich oprawcy dostawali bardzo wysokie emerytury. Jednym z powodów tego stanu rzeczy była niewątpliwie tzw. gruba kreska.

W latach 90. prokuratura wojskowa odmówiła zgody na ekshumację zwłok ofiar pochowanych na Powązkach. Jak Pan sądzi, dlaczego?
– Jest to dla mnie niezrozumiałe. Mogę jedynie przypuszczać, że stało się to w wyniku „podziału władzy” po porozumieniach Okrągłego Stołu z kwietnia 1989 r. między opozycją solidarnościową a komunistycznymi władzami PRL (m.in. ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem), kiedy niektóre resorty państwowe pozostały w rękach komunistów. W niektórych obszarach polskiej państwowości, przynajmniej na początku lat 90., nic się nie zmieniło. Komuniści nadal współrządzili krajem. Poza tym cały aparat administracyjny, sądownictwo, wojsko itd. w dużej mierze obsadzone były przez komunistycznych działaczy partyjnych. Ta wymiana „na dole”, dzięki „grubej kresce” rządu Mazowieckiego, nie nastąpiła szybko i wielu tych ludzi, mimo komunistycznej przeszłości, mogło pozostać na swoich stanowiskach. Zresztą dzieje się to do tej pory. Rządy czy partie polityczne związane z opozycją solidarnościową, czy szerzej – z opozycją antykomunistyczną, miały poważne trudności z przeforsowaniem pewnych ustaw w Sejmie, gdzie było sporo komunistów. Trzeba również pamiętać, że pierwsze wybory do Sejmu w czerwcu 1989 r. nie były wcale wolne. Komuniści utargowali w Magdalence, że w pierwszych „wolnych” wyborach parlamentarnych aż 65 proc. miejsc w Sejmie było zagwarantowanych dla kandydatów z PZPR i kilku prokomunistycznych partii i organizacji.

Gdzie, Pana zdaniem, powinny spocząć szczątki kpt. Stanisława Łukasika?
– Decyzja o tym, gdzie powinny być pochowane szczątki pomordowanych ekshumowane na „Łączce”, powinna pozostać w gestii najbliższej rodziny, czyli żyjących jeszcze dzieci i wnuków. Ja przyłączyłbym się do woli mojego kuzyna Stanisława Łukasika, który w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” powiedział, że pragnie, aby zwłoki jego ojca Stanisława spoczęły na wojskowym cmentarzu na Powązkach. Moim zdaniem, wszyscy powinni zostać pochowani w jednym miejscu, na Powązkach, bo ci żołnierze związani byli ze sobą za życia i w chwili śmierci. Byłoby to również miejsce, gdzie kolejne pokolenia Polaków mogłyby przychodzić i składać wyrazy szacunku tym tragicznym ofiarom komunistycznego terroru lat powojennych.

W jaki sposób kultywuje Pan w środowisku amerykańskim pamięć o kapitanie „Rysiu”?
– Czasami nawiązuję rozmowę o tamtych czasach, o moim ojcu i o wujku, o żołnierzach AK i WiN, z moimi amerykańskimi kolegami z uniwersytetu. Muszę przyznać, że moje wypowiedzi odbierane są z dużą ciekawością i życzliwością. Wielu wykształconych Amerykanów, ludzi nauki, dziennikarzy, dosyć dobrze orientuje się w historii Polski. Oczywiście, istniały również w USA pewne uproszczone, a nawet krzywdzące dla nas schematy myślenia o Polsce i Polakach. Ale po wyborze Polaka na Papieża, po okresie „Solidarności” i przemianach ustrojowych na początku lat 90., i częstszych kontaktach na polu kultury i nauki, te sposoby myślenia należą już do rzadkości. W USA wydaje się ostatnio coraz więcej publikacji na temat wspólnej historii Polski i USA (na przykład wspaniała książka o Kościuszce Aleksa Strozynskiego wydana w 2010 r., książka Bukowczyka o Polakach w Ameryce wydana w 2007 r., „Historia Polski” Haleckiego czy wydane rok temu pozycje Kennetha Koskodana o wielkim wkładzie militarnym Polski podczas I czy II wojny światowej, publikacja autorstwa Davida G. Williamsona o inwazji nazistowskiej i sowieckiej na Polskę w 1939 roku). Oczywiście, odkrycie na „Łączce” było kolejną okazją, żeby wrócić do tych rozmów z moimi uniwersyteckimi kolegami.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/20736,pos ... wilka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 02 lut 2013, 10:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Walczyłem u „Zapory”

Z mjr. Marianem Pawełczakiem ps. „Morwa”, żołnierzem oddziału mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, rozmawia Adam Kruczek

Kiedy zetknął się Pan z Hieronimem Dekutowskim „Zaporą”?

– „Zapora” po zrzucie jako cichociemny w 1943 r. najpierw trafił do Warszawy na „staż”, a potem został skierowany jako dowódca do sławnego oddziału por. Jana Kuncewicza „Podkowy” na Zamojszczyźnie. Tam zasłynął m.in. akcją w miejscowości Źrebce, gdzie jednej nocy jego oddział odebrał broń wszystkim niemieckim kolonistom. Z rozkazu gen. Kazimierza Tumidajskiego „Marcina” „Zapora” objął dowództwo naszego oddziału i w styczniu 1944 r. został szefem Kedywu na dwa inspektoraty: lubelski i puławski. Zetknąłem się z nim dopiero w kwietniu 1944 roku. Wtedy, już w mundurze, zrobił na mnie duże wrażenie. Ale jak mi opowiadali koledzy, gdy przyjechał po raz pierwszy, jeszcze w cywilnym ubraniu, nie wyglądał wcale na dowódcę. Szczuplutki, delikatny, niewysoki, w za dużych butach – nie rokowali mu sukcesów. Tymczasem okazało się, jak to pozory mogą mylić. „Zapora” był przewspaniałym dowódcą. Sam się o tym przekonałem. Był niezwykle odważny, ale zarazem rozważny.

Na czym polegała wówczas ta rozwaga?

– Oszczędzał ludzi i nigdy nie robił akcji nieuzgodnionych z tzw. terenem i dowództwem okręgu. Dzięki temu nie narażał innych oddziałów przebywających na kwaterach. Bo przykładowo, robiąc po akcji odskok, mogliśmy niechcący naprowadzić Niemców na kwaterujących i niczego niespodziewających się kolegów. I on to miał zawsze na uwadze.

A jego odwaga?

– Robiła ogromne wrażenie w czasie akcji. To był urodzony dowódca. Wręcz prosiliśmy go: „Komendancie, niech się komendant położy albo chociaż przyklęknie”, bo kule syczały wkoło. A on nie. Z mapnikiem, z trzcinką, którą sobie na mapie zaznaczał punkty, odsłonięty, żeby mieć lepszy przegląd sytuacji, jedynie z bronią krótką, dowodził akcjami bezpośrednio, wydając komendy. Pamiętam jego bardzo donośny, tubalny głos, zupełnie niepasujący do niepozornej postaci: „’Tęcza’, ognia”, albo: „’Tęcza’, przerwij ogień”, bo zawsze musieliśmy oszczędzać amunicję.

Ile akcji bojowych przeprowadził „Zapora” za okupacji niemieckiej?

– Szacuje się, że ponad 80, z tym że nie wszystkimi dowodził bezpośrednio, bo przecież miał pod swoją komendą osiem patroli liczących po ok. 40 żołnierzy w każdym. A o tym, jak te akcje były doskonale zaplanowane i przeprowadzone, może świadczyć fakt, że za okupacji niemieckiej zginęło w nich zaledwie 16 żołnierzy. Cóż, ofiary musiały być, ale od dowódcy zależało, żeby było ich jak najmniej. Niemcy w 1944 r. dysponowali już ostrzelanymi żołnierzami, walczącymi na różnych frontach. Gdy otrząsnęli się z zaskoczenia po naszym ataku, potrafili prowadzić bardzo celny ogień. W największej naszej akcji, określanej jako bitwa z 24 maja 1944 r. w Lesie Krężnickim, kiedy zaatakowaliśmy kolumnę 16 samochodów, zginęło czterech naszych żołnierzy, bo część sił niemieckich zaatakowała nas z flanki, ale Niemców zabiliśmy tam 55. Później, gdy odskoczyliśmy w rejon lasu borowskiego, dopadły nas dwa niemieckie samoloty Storchy, ale komendant przytomnie ulokował nas na skraju lasu, a oni obrzucili wiązkami granatów i ostrzeliwali z broni pokładowej środek lasu. „Zapora” wszystko doskonale przewidywał.

Wasze straty po zajęciu ziem polskich przez wojska sowieckie były zapewne większe?

– Bez porównania. Od kul bolszewików i ich sojuszników, naszych rodzimych zdrajców, zginęło 240 zaporczyków. Pełno było szpicli, zdrajców. Jednych kaptowali przez reformę rolną, innych awansem społecznym, pieniędzmi.

Po zajęciu Lubelszczyzny przez Sowietów Wasz oddział został rozformowany. Jak to przyjęliście?

– To było w Zalesiu k. Bełżyc, gdzieś na początku sierpnia 1944 roku. Wiedzieliśmy już, że wybuchło Powstanie Warszawskie, i szykowaliśmy się do marszu na Warszawę. Czyściliśmy broń, zgromadziliśmy nawet na wozie zdobyczne hełmy, których w lesie nie używaliśmy, ale w mieście mogły się przydać. Ale komendant czekał na gońca z dowództwa okręgu. Po jego przybyciu zarządził zbiórkę i smutnym głosem powiedział, że pomoc Warszawie jest niemożliwa, bo nasze oddziały są przez Sowietów rozbrajane, a z żołnierzami nie wiadomo, co się dzieje. Dlatego dowództwo zarządziło zmagazynowanie broni długiej i rozejście się do domów. Ale „Zapora” nie był dobrej myśli, bo rzucił takie zdanie: „Nie wiem, czy nie będziemy musieli znowu wracać w te wszy”.

I sprawdziło się. Kiedy wróciliście?

– Jak front ruszył i te 2,5 mln wojska poszło na zachód. A w międzyczasie próbowano nas wyłapać. Zdewastowano mój dom rodzinny, aresztowano rodziców. Wraz z braćmi musieliśmy się ukrywać. Żeby się ratować, poszedłem do wojska, bo mój rocznik dostał powołanie, ale musiałem wracać do domu, żeby bronić rodziców przed wywózką na Syberię. Potraktowano to jak dezercję. Cały czas mieliśmy jeszcze nadzieję, że to jakieś nieporozumienie, że wszystko się jeszcze wyjaśni i przestaną nas ścigać. Bo przecież nie było za co. Aż w końcu wrócił na nasz teren „Zapora”, który wyleczył ranę otrzymaną w akcji przeciwko Niemcom pod Kożuchówką, zebrał nas, ukrywających się w terenie, kazał krawcowym poszyć z prześcieradeł białe kombinezony, żeby nie rzucać się w oczy Sowietom, bo była zima, i na powrót odtworzył oddział.

Z zamiarem walki z Sowietami?

– Nie, z początku chodziło tylko o przetrwanie. Momentem przełomowym było zamordowanie w Chodlu przez Żyda ubeka Abrama Taubera z zimną krwią czterech ukrywających się byłych akowców. Później, w czasie pogrzebu, ubecy wyrzucili z trumny jednego z zamordowanych. Powodem była biało-czerwona opaska na ramieniu z napisem „Kedyw”. To przelało czarę goryczy i w nocy z 5 na 6 lutego 1945 r. „Zapora” z kilkoma chłopakami, m.in. z moim bratem „Jurem”, dokonali ataku na posterunek milicji w Chodlu. Komendant miał nadzieję, że zastanie Taubera, ale go nie było. W odwecie następnego dnia Sowieci dopadli nas, gdy kwaterowaliśmy w Wólce Kępskiej. Zginął wówczas mój serdeczny kolega Mieczysław Jeżewski ps. „Pszczółka”, a komendant „Zapora” został ranny w piętę. To dla partyzanta ciężki postrzał, bo później w marszach rana się odzywała i komendant bardzo cierpiał. A przecież walczył do 1947 roku.

Ilu żołnierzy liczył odtworzony oddział „Zapory”?

– Zaczynaliśmy w lutym 1945 r. od 20 ludzi, ale już latem w oddziale macierzystym pod dowództwem „Zapory” znów było ponad 200 żołnierzy. Posterunki MO i UB na naszym terenie praktycznie nie istniały. Gdzie tylko się któryś odtworzył, zjawialiśmy się, rozbrajaliśmy i rozliczaliśmy z działalności. Później to my byliśmy policjantami, a także sądem. Ludzie przychodzili do komendanta, aby rozsądzał różne sąsiedzkie zatargi. Mieli do niego wielkie zaufanie. Tępiliśmy bandytyzm. Robiliśmy dalekie wypady w Zamojskie, za San. Byliśmy nawet w pobliżu Przełęczy Dukielskiej. Podobno „Zapora” szukał tam kontaktu do „Ognia” – Józefa Kurasia. Byliśmy bardzo ruchliwi i dzięki temu nie mogli nas rozbić. Jeśli chodzi o czytanie mapy i terenoznawstwo w dzień i w nocy, to „Zapora” był wprost niesamowity.

Zginęli Pana dwaj bracia walczący w oddziale „Zapory”.

– Miałem trzech młodszych braci, w tym dwóch w oddziale. Jerzy ps. „Jur” w 1945 r. został zamordowany z wyroku sądu bolszewicko-komunistycznego w Łodzi, a drugi, Janusz ps. „Głaz”, w 1946 r., podczas zajmowania kwatery, otrzymał śmiertelny postrzał zza zamkniętego okna od konfidenta UB, PPR-owca, który myślał, że nasze wojsko przyszło po niego. Komendant zorganizował Januszowi pogrzeb w Ratoszynie, przybyli rodzice. Zachowało się z tego pogrzebu zdjęcie. Komendant kazał pochować Janusza w dwóch trumnach, żeby go później ekshumować na nasz parafialny cmentarz. Wtedy, jak mi później powiedział, przyrzekł mojej mamie, że spróbuje przynajmniej mnie uratować. I gdy przyszła tzw. amnestia w 1947 r., dostałem od niego rozkaz ujawnienia się. Opierałem się, mówiłem, że tam nie ma życia, ale komendant był nieustępliwy.

Uważał Pan, że w lesie, w oddziale jest bezpieczniej?

– Chodziło nie tyle o to, że jest bezpieczniej, ile raczej że pochodzę jeszcze trochę z oddziałem i zginę jak moi koledzy, ale nie dostanę się w ręce bezpieki. Żal mi było rodziców, ale wiedziałem, że żyje jeszcze najmłodszy brat Gienuś i on się nimi zaopiekuje. Niestety, w latach 50. brat, zaszczuty przez komunistów – a miał bardzo wrażliwą naturę, zresztą śpiewał w chórze zespołu Mazowsze – popełnił samobójstwo.

Ale Pan zgodnie z obietnicą „Zapory” przeżył.

– Ujawniłem się 21 kwietnia 1947 roku. Jeszcze na koniec „Stary”, bo tak nazywaliśmy między sobą „Zaporę”, ostrzegł mnie, żebym nie mówił ubekom o swoim stopniu oficerskim. Ledwo wszedłem do budynku UB na ul. Krótkiej w Lublinie, powitano mnie słowami: „O, porucznik ’Morwa’ do nas przyszedł”. To był koniec mojej konspiracji, a potem walki rozpoczętej w kwietniu 1940 r., gdy jako 16-letni były gimnazjalista z Kraśnika – bo Niemcy zamknęli gimnazjum – wstąpiłem do Korpusu Obrońców Polski. Przez ten czas przeżyłem jeszcze roboty przymusowe w Niemczech, z których raz uciekłem, a za drugim razem zostałem zwolniony dzięki symulowaniu choroby. Zawsze czułem nad sobą opiekę Bożą, dzięki której nawet w, zdawałoby się, beznadziejnych sytuacjach znajdowałem jakieś wyjście.

Jak potoczyły się Pana dalsze losy?

– Mimo nękania przez UB, które po każdej akcji podziemia wpadało do mnie na stancję i skutego prowadziło na przesłuchanie, zdałem w 1949 r. maturę. W szkole nawet utarł się zwyczaj, że jak byłem aresztowany w dniu klasówki, to pisałem ją sam następnego dnia. Żeby zejść z oczu tutejszym ubekom, wyjechałem do Bydgoszczy, gdzie podjąłem pracę w zakładzie przemysłu gumowego Kauczuk i nawet dostałem się na zaoczne studia inżynierii wodno-lądowej w Toruniu. Ale przypomnieli sobie o mnie w 1951 roku. Po aresztowaniu przewieźli mnie do Lublina i szantażem, biciem, straszeniem usiłowali zmusić do współpracy w wyłapaniu ostatnich partyzantów. Gdy nie zgodziłem się, zaczęli mnie zamęczać fałszywymi oskarżeniami o jakieś akcje zbrojne, rabunki, napady. W końcu miałem tego wszystkiego dosyć i podpisałem im te zarzuty. Później była rozprawa, na której prokurator zażądał dla mnie kary śmierci. Nie wiem, jaki wyrok dostałem, bo mnie wyprowadzili. Dopiero we Wronkach usłyszałem, że 15 lat więzienia. Później jeszcze siedziałem w zakładach karnych w Opolu, Strzelcach Opolskich. Wyszedłem 16 grudnia 1954 roku. Do czasu zatarcia się wyroku co chwila zwalniano mnie z pracy. Do 1959 r. leczyłem się z gruźlicy, której nabawiłem się w czasie śledztwa i więzienia.

Kiedy dowiedział się Pan o śmierci „Zapory”?

– Przez wiele lat nie wierzyłem, tak jak inni zaporczycy, że nasz komendant został złapany i zamordowany, bo ubecy często wypuszczali takie dezinformujące wiadomości. Zresztą sam o mały włos nie podzieliłem wtedy jego losu. Za pośrednictwem Józi Zawiślakówny, łączniczki od kapitana Stanisława Łukasika „Rysia”, dowiedziałem się o planowanym przerzucie na Zachód i chciałem w nim uczestniczyć. Byłem nawet umówiony z żołnierzami „Rysia”, którzy mieli po mnie przyjść. Spałem nad oborą u rodziny na Kozubszczyźnie, a oni mieli mnie zbudzić, rzucając przygotowanymi szczapkami w blaszany dach. Byli, rzucali, ale ja tego zupełnie nie słyszałem, gdyż tej nocy rozpętała się straszna burza, w czasie której drzewa co chwila waliły w dach. Gdyby nie ta burza, prawdopodobnie teraz mnie też by identyfikowano na Powązkach.

Jak Pan przyjął odnalezienie ciała Pańskiego kolegi kpt. Stanisława Łukasika „Rysia” i – najprawdopodobniej – reszty straconych z „Zaporą” żołnierzy?

– Z wielką nadzieją na odkrycie prawdy sprzed ponad 60 lat. I to nie tylko co do komendanta „Zapory”. Gdy siedziałem na zamku w Lublinie, znajomy fryzjer podczas strzyżenia powiedział mi, że był w więzieniu w Łodzi, gdy wykonywali wyrok na moim bracie Jerzym. Ten człowiek twierdził, że brat nie został zastrzelony, lecz rzucił się na oprawców, gdy prowadzili go przez dziedziniec, i został przez nich zatłuczony drągami na śmierć. Nie wiem, jaka była prawda, bo niby mam urzędowy dokument wykonania wyroku. Po odkryciach na Powązkach mam nadzieję, że może ruszy się coś z ekshumacją ofiar Moczara zamordowanych w Łodzi. Byłaby szansa na odnalezienie i pochowanie mojego brata, a może nawet wyszłoby na jaw, jak zginął. Podobnie liczę na to, że ekshumacja komendanta „Zapory” ustali, jaka była prawda o jego śmierci, czy rzeczywiście strzelano do niego zawieszonego w worku.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/22722,wal ... apory.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 12 lut 2013, 08:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Alek „Kopernicki”

Piotr Szubarczyk

Druh Aleksander Kamiński, instruktor harcerski, oficer Armii Krajowej, pozostawił młodym Polakom w darze książkę „Kamienie na szaniec” – napisaną i wydrukowaną konspiracyjnie jeszcze w czasie okupacji! Pokazuje młodym ludziom znaczenie takich wartości, jak honor, miłość do kraju, odwaga, odpowiedzialność. Bohaterowie książki przeszli do narodowej legendy. Jednym z nich był Maciej Aleksy Dawidowski ps. „Alek”, „Kopernicki”.

Przed wojną Warszawa czciła Mikołaja Kopernika każdego 19 lutego, w urodziny wielkiego astronoma. Jego pomnik stał, tak jak dziś, na Krakowskim Przedmieściu. W czasie okupacji Niemcy zasłonili płytę z napisem „Mikołajowi Kopernikowi – Rodacy” i przykręcili swoją: „Wielkiemu niemieckiemu astronomowi”…

Ta płyta szczególnie drażniła druha „Alka”. W czwartek, 12 lutego 1942 r., przed godziną policyjną, widząc, że nikogo nie ma w pobliżu, wskoczył na pomnik, by sprawdzić, jak mocno przykręcono stalowe mutry płyty. Okazało się, że można je odkręcić ręką! Nie planowano akcji w tym momencie, decyzję podjął sam! Szybko odkręcił mutry i zdjął ciężką płytę. Pociągnął ją wzdłuż Pałacu Staszica i schował w śniegu na sąsiedniej ulicy. To wszystko działo się kilkadziesiąt kroków od komendy policji!

Po tej akcji „Alek” przeszedł do historii Szarych Szeregów jako „Kopernicki”… W odwecie Niemcy zburzyli cokół i ukryli pomnik Jana Kilińskiego z ulicy Krasińskich. „Alek” odkrył, że jest w magazynie Muzeum Narodowego. Wykonał napis na murze Muzeum: „Jam tu, Ludu W-wy. Kiliński Jan”…

26 marca 1943 r. „Alek” został ciężko ranny w akcji pod Arsenałem. Cztery dni później zmarł. Na wojskowych Powązkach Janek Bytnar „Rudy” i Alek Dawidowski „Kopernicki” mają swój wspólny brzozowy krzyż. Czy są obecni w sercach młodych Polaków, którzy czytają „Kamienie na szaniec” jako lekturę? Czy tylko obowiązkową?

http://www.naszdziennik.pl/wp/23717,ale ... nicki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasi Niezłomni
PostNapisane: 23 lut 2013, 07:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30680
Wierny Polsce do końca

Piotr Szubarczyk publicysta historyczny

Sprawa generała „Nila” rozpatrywana była od początku do końca tajnie, bo nawet jak na „standardy” Polski sowieckiej była szokującą zbrodnią sądową.

W środę, 16 kwietnia 1952 roku, przed Sądem Wojewódzkim dla miasta stołecznego Warszawy rozpoczęła się rozprawa główna w jednym z najohydniejszych procesów politycznych w historii powojennego sądownictwa komunistycznego w Polsce. Przed oblicze „sądu” przyprowadzono bohatera Polskiego Państwa Podziemnego gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Główny zarzut – działalność przeciwko „partyzantom radzieckim” i „ugrupowaniom lewicowym” na zapleczu frontu. Na pytanie, czy przyznaje się do winy, odpowiedział: „Do winy się nie przyznaję. Przyznaję, że byłem szefem Kedywu Komendy Głównej AK”…

„W imieniu Rzeczypospolitej”…

Sędzia Maria Gurowska vel Górowska – Żydówka, w czasie wojny sowiecka kolaborantka, po wojnie szefowa „szkoły prawniczej” dla półanalfabetów, którzy skazywali na śmierć polskich patriotów – zarządziła tajność rozprawy na wniosek prokuratora Benjamina Wejsblecha – Żyda, znanego z przetrzymywania ludzi w areszcie bez uzasadnienia, z preparowania akt śledztwa, z psychicznego i fizycznego znęcania się nad przesłuchiwanymi.

Rozprawa główna trwała 8 godzin, po czym Wejsblech zażądał kary śmierci dla „Nila”. Gurowska odczytała „wyrok”: „Fieldorfa Augusta Emila uznać winnym (…) i na zasadzie dekretu z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy [!] skazać go na karę śmierci”. Ten „wyrok” wydała „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej”! Tak sowieckie dominium w Polsce, podszywające się pod Rzeczpospolitą, podziękowało legendarnemu oficerowi za zamach na Kutscherę, za dywersję przeciwko Niemcom, za akcje sabotażowe wspierające sowiecki front walki z Niemcami. Tajność rozprawy była niezbędna, ponieważ sprawa „Nila” była drastyczna i szokująca nawet na tle innych, niezliczonych aktów ówczesnego sowieckiego bezprawia w Polsce.

Warszawska rozprawa odbywała się w szczególnej atmosferze. Dwa dni później w całej Polsce obchodzono 60. urodziny „towarzysza Tomasza”, czyli sowieckiego namiestnika na Polskę, używającego bezprawnie tytułu „prezydenta RP” – Bolesława Bieruta. To była propagandowa orgia w najgorszym sowieckim stylu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że wyrok na „Nila” był urodzinowym „podarunkiem” dla Bieruta, zgodnie z sowiecką tradycją rodem z dzikiej Azji.

„W imieniu Polski Ludowej”

Rewizję wyroku sądu wojewódzkiego rozpatrywał Sąd Najwyższy. Też w trybie tajnym! Szefem sekcji tajnej był Emil Merz – Żyd, doktor obojga praw po uniwersytecie w Wiedniu! Pozostali „sędziowie” to Gustaw Auscaler – Żyd (wyjechał w 1968 r. do Izraela jako ofiara „polskiego antysemityzmu”!) oraz Igor Andrejew ze spolszczonej rodziny rosyjsko-żydowskiej – dyrektor „szkoły prawniczej” w Warszawie. Na jego powązkowskim grobie jest dziś krzyż i krótka informacja, że był „profesorem prawa Uniwersytetu Warszawskiego”… Asystowała prokurator Paulina Kern – Żydówka, odrzucająca konsekwentnie liczne skargi na fizyczne znęcanie się nad więźniami politycznymi. Oświadczyła kiedyś, że „władze śledcze Polski ludowej nie biją”… „Oświęcim to przy tym igraszka” – mówił na ten temat rtm. Witold Pilecki…

Sąd Najwyższy „sądził” 20 października 1952 r., dlatego swój wyrok, podtrzymujący karę śmierci, wydał „w imieniu Polski Ludowej”, którą w międzyczasie zadekretował Stalin (22 lipca 1952), osobiście poprawiając jej „konstytucję”! Dla generała „Nila” nie było litości ani przed „Rzeczpospolitą”, ani przed „Ludową”. Obydwie były wtedy sowieckie, a przecież zarzucano mu, że „już jako młody człowiek walczył z państwem radzieckim”… Więc sądzono go nie tylko za AK, ale i za Krzyże Walecznych z wojny polsko-sowieckiej…

„Szansa” dla „Nila”

Na wyroku śmierci w II instancji się nie skończyło. Wysocy funkcjonariusze bezpieki zaproponowali „Nilowi” podpisanie apelu do żołnierzy AK o ostateczne ujawnienie się i o posłuszeństwo wobec władz Polski „ludowej”. Generał wiedział już wtedy, że sam popełnił błąd, ujawniając się po powrocie z sowieckiego zesłania, gdzie go nie zamordowano tylko dlatego, że nie został rozpoznany. Miał konspiracyjne papiery na nazwisko Walentego Gdanickiego. Teraz kategorycznie odmówił podpisania apelu, który był niczym innym, jak sposobem na zdekonspirowanie i upokorzenie tych, którzy wcześniej nie uwierzyli w żadne sowieckie „amnestie”.

MBP gotowe było „przebaczyć” bohaterom Polskiego Państwa Podziemnego pod warunkiem, że pozwolą się zbrukać. Dopiero wtedy przestawali być dla komunistów groźni. Zbrukanie polegało na podjęciu współpracy z bezpieką w śledzeniu i likwidacji żołnierzy antykomunistycznej konspiracji. W ramach operacji „Cezary” bezpieka planowała, że „Nil” wejdzie w skład fikcyjnej V Komendy WiN. Celem operacji było aresztowanie wszystkich żołnierzy WiN, postawienie ich przed sądem lub skrytobójcza likwidacja. Jak bardzo się mylili, proponując to człowiekowi formatu „Nila”!

Sowiecka niełaska

Rada Państwa PRL decyzją z 3 lutego 1952 r. nie skorzystała z prawa łaski dla generała. On tej „łaski” zresztą nie pragnął. Na ostatnim widzeniu z żoną kategorycznie zabronił jej jakichkolwiek próśb. Tym razem go nie posłuchała. Prosiła o tę „łaskę”, prosiły córki, prosił stary ojciec. Wszystko na nic. Prawdopodobnie decyzja zapadła w Moskwie. „Nil” był najwybitniejszym i najstarszym rangą oficerem Polskiego Państwa Podziemnego pozostającym po wojnie w kraju.

Serce w kwiatach…

Wykonanie wyroku na „Nilu” nadzorowała wicedyrektor Departamentu III Generalnej Prokuratury Alicja Graff, Żydówka. Ona też wyznaczyła termin zbrodni. Jej mąż Kazimierz Graff oskarżał wielu bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego, m.in. kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”. Graffowie spokojnie dożywali w Warszawie na „zasłużonej”, wysokiej emeryturze. Na powązkowskim grobie Pauliny Kern zawsze palą się znicze i widać świeże kwiaty. Na zdjęciu z maja zeszłego roku widać też biało-czerwone szarfy i wielkie serce z kwiatów… Nie ma barier załgania i nadużywania ludzkiej niewiedzy. Ten grób nie jest wyjątkiem. Na gdańskim cmentarzu Srebrzysko jest grób oficera UB, dowódcy plutonu egzekucyjnego, rozstrzeliwującego po wojnie oficerów AK. Na płycie grobowej znajduje się napis: „Przeszedł przez życie dobrze czyniąc”… To dlatego potrzebna jest Polsce edukacja historyczna.

„To była śmierć rycerska”…

Był wtorek 24 lutego 1953 roku. Godzina 15.00. Doprowadzono pana generała na miejsce zbrodni. Prokurator Witold Gatner odczytał sentencję wyroku Sądu Najwyższego. Po latach (1992) Gatner powiedział prokuratorowi IPN: „Byłem zdenerwowany, napięty. Czułem, że trzęsą mi się nogi. Skazany patrzył mi cały czas prosto w oczy. Stał wyprostowany. Nikt go nie podtrzymywał (…). Kat i jeden ze strażników zbliżyli się”…

Miała być śmierć haniebna, na szubienicy. Ale „to była śmierć rycerska” – napisze pół wieku później poetka Wanda Sieradzka, przyjaciółka Marii Fieldorf-Czarskiej.

Marzy mi się Polska…

Na 3 lata przed śmiercią córka „Nila”, strażniczka pamięci o nim, wypowiedziała słowa, które wtedy starannie zapisałem: „Jakie są moje oczekiwania w sprawie Ojca? Wołałabym raczej odpowiedzieć na pytanie, jakie są moje oczekiwania wobec Polski w ogóle… A właściwie bardziej marzenia niż oczekiwania, bo wiem, że nie doczekam ich realizacji. Marzy mi się Polska, w której aparat sprawiedliwości jest czysty, godny najwyższego szacunku i zaufania (…). Chciałabym, aby Polacy wybierali sobie autorytety według własnego uznania i własnej oceny, a nie opierali się na opinii telewizyjnych podpowiadaczy (…). Nikłe są moje nadzieje na osądzenie winnych morderstwa sądowego na moim Ojcu oraz na ustalenie miejsca zagrzebania Jego ciała. Zagrzebania, bo to przecież nie był pochówek”…

Prochy Marii Fieldorf-Czarskiej spoczęły w symbolicznym grobie ojca na wojskowych Powązkach. Może da Bóg, że – wbrew pesymizmowi Marii – prochy „Nila” spoczną w prawdziwej mogile, do której będziemy pielgrzymować. Wbrew tym, którzy chcieli jego umęczone ciało schować przed ludźmi, jak diabeł z III części „Dziadów”…

http://www.naszdziennik.pl/wp/24859,wie ... konca.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 189 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 13  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /