Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 161 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 04 wrz 2012, 15:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Rok 1920

Swoje blogowanie rozpocząłem w 2008 roku na Salonie24 publikując napisane jakby w formie bloga sprzed lat wspomnienia mojego Ojca, Wincentego Kobylińskiego (1898-1974).

Jest okazja żeby wspomnieć jak wyglądały wydarzenia pamiętnego roku 1920 oczyma młodego podoficera W.P.

Warto też zauważyć wartość zwycięstwa pod Radzyminem 15.sierpnia, ale też zwrócić uwagę na niezwykłą skuteczność polityki niemieckiej. Niemcy zdruzgotani na zachodzie przez Ententę zmuszeni zostali przyjąć warunki pokoju podyktowane przez prezydenta Wilsona, przyjaciela Polaków.

Polska musiała otrzymać, i otrzymała, dostęp do Bałtyku (niestety bez Gdańska) oraz ziemie zamieszkałe przez bezsprzecznie polską ludność. Rządy niemieckie tamtych czasów, niezależnie czy cesarskie czy po rewolucji z listopada 1918 socjalistyczne, konsekwentnie działały żeby ograniczyć do minimum zarówno wymagany przez prezydenta Wilsona dostęp Polski do morza jak i obszar terenów "bezsprzecznie polskich".

W tym drugim wyzwaniu wyzwolenia terenów bezsprzecznie polskich o dużym, chociaż z różnych powodów częściowym tylko sukcesie zdecydowało Powstanie Wielkopolskie doskonale kierowane politycznie przez Wojciecha Korfantego i militarnie przez generała Józefa Dowbora - Muśnickiego.

Jednak w wielkiej dyplomacji przegrali wtedy Polacy i Czesi. Niemcy zrobili wszystko, sobie znanymi metodami, żeby Polacy nie dogadali się wtedy z Czechami i nie odcięli od Niemiec wrzynającego się pomiędzy ich państwa jęzora śląskiego od Wrocławia do Katowic czego politycy niemieccy obawiali się najbardziej. Udało się wtedy Niemcom - podobnie jak przy niedawnym "spacyfikowaniu" heksagonale - uniknąć próby dokonania porozumienia środkowoeuropejskiego bez dominacji Niemiec.

Można niżej przeczytać, że Wojsko Polskie w sierpniu 1920 nie tylko atakowało bolszewików w okolicach Warszawy, ale też blokowało Czechom wejście w polskie Beskidy w nikomu poza Niemcami niepotrzebnym konflikcie.




Oto fragment blogu "Longina" opisujący wrażenia roku 1920.

Rok 1920

W tym miejscu muszę wspomnieć o ślubie mojego brata Stanisława, który odbył się z wielką pompą w dniu 8 stycznia 1920r. Braciszek mój przebywał od sześciu lat w wojsku, t.j. od dnia 1 sierpnia 1914, w którym to dniu wybuchła I wojna światowa. Miał wtedy niespełna 26 lat. I najpiękniejsze lata spędził na wojnie. Podobno przed wojną miał narzeczoną, starszą od siebie o kilka lat Dziewczę to imieniem Jadzia Kozłowska z Grodna chciało się wydać za mąż. Ale mój braciszek zerwał z nią, gdyż się przekonał, że poza nim flirtuje sobie z drugim jeszcze dodatkowo. W czasie trwania wojny nie było ani czasu, ani możliwości myśleć o ożenku. Nic więc dziwnego, że gdy ujrzał swoje bóstwo, to od razu zakochał się do nieprzytomności. Było to jeszcze właściwie dziecko liczące lat 17. Córka obszarnika zza Dniepru z Mohylewszczyzny, panna Irena Sawicka. Dla niej głównie był urządzony bal urządzony w gmachu wojskowym na Rozkoszy w dniu 15 czerwca 1919r.



Obrazek
Irena przyszla żona Stacha


Brat mój był wtedy wybrany gospodarzem balu, no i oczywiści p. Irena została zaproszona na ten bal oficerski. Ja również, jako brat oficera, byłem obecny. Na pytanie zadane mi przez brata: która z pań jest na balu najprzystojniejsza, zacząłem się oglądać po sali, ażeby dać dobra odpowiedź. Brat zdziwiony był, że mogłem się namyślać i mieć jakiekolwiek wątpliwości. Przecież ta jest najpiękniejsza - powiedział - wskazując na swoją przyszła żonę. Przez kilka miesięcy brat ukrywał przede mną zamiar ożenienia się. Dowiedziałem się od sierż. Kucharka o tym. Powiedział mi, że wszyscy wiedza o tym i mówią głośno, tylko nie wiedzą kiedy będzie wesele. Ślub był wyznaczony na godzinę 7 wieczorem 8 stycznia 1920r. w kościele garnizonowym w Siedlcach. Związek małżeński pobłogosławił ks. kapelan Bogucki. Na przyjęcie weselne Staś zaprosił najbliższych kolegów, a z rodziny byłem ja, brat Grześ i Pola. Mieszkanie p.p. Sawickich znajdowało się na ul. Ogrodowej, przy rynku. Gości było pełno. Na pół godziny przed ślubem bratowa była ciekawa czy koledzy Stacha sprowadzą mu asystę wojskową i czy będzie dużo ludzi w kościele. Kazano mi pójść aby zbadać sytuację. Byłem ubrany w nowy beselerski mundur i spodnie i w długich ślicznych butach z cholewami. Gdy przechodziłem ulicę przy kościele, a było ciemno i odwilż, to się poślizgnąłem i upadłem w kałużę wody. Zerwałem się szybko i nie wiedziałem co mam robić. Chciałem biec do koszar, aby zmienić ubranie na gorsze, ale suche. Było mało czasu. Nie przyszło mi do głowy aby wpaść do krawca i żelazkiem wysuszyć mokre na siedzeniu spodnie. Zdecydowałem wracać do domu panny młodej zamoczony. Musiałem zdjąć płaszcz i w salonie opowiedzieć, że przy kościele nie ma ludzi. Starałem się plecami przytulać do gorącego pieca i w ten sposób osuszyć spodnie.

Do kościoła jechałem sankami z ciotecznymi siostrami Ireny pannami Kamionkównami- Tosią i jej siostrą. Ale kłopot miałem dopiero w kościele, bo do połowy nawy szedłem z jedną, a od połowy kościoła do ołtarza w orszaku z drugą. Oficerowie sprowadzili kompanie honorową i po ślubie przypasywali podarowaną mu szablę. Orkiestra przyjechała do domu i grała aż mało szyby z okien nie powypadały. Jednym słowem było bardzo huczne wesele, gdyż brat był pierwszym polskim oficerem, który po odzyskaniu niepodległości brał ślub w Siedlcach. Staś był bardzo wzruszony i okropnie się liczył i bał się, żeby się podobać rodzinie swej żony. Kiedy zaprosił mnie, ażebym z nim poszedł z wizytą do Ireny, to przed drzwiami się przeżegnał z wrażenia.


Obrazek
Irena i Stach, 1920


Później dziwił się, że ja tam czułem się swobodnie. Irena miała młodszą siostrę Julę wówczas 15 letnią panienkę, która była przystojna i mnie się podobała. Od razu zaczęliśmy oboje podkpiwać sobie z narzeczonych i w ogóle rozmawialiśmy swobodnie i wesoło. Początkowo Staś wymagał ode mnie, ażebym podszedł do nich na ulicy i w ten sposób chciał mnie przedstawić swej przyszłej żonie. Ale się na to nie zgodziłem i odpowiedziałem, że jeśli chce mnie przedstawić, to w mieszkaniu, a nie na ulicy i tak też się stało.

Na wiosnę 1920r. rozpoczęło się przygotowywanie do ofensywy przeciw bolszewikom. Do wojska zostały powołane dalsze roczniki. Ćwiczenia odbywały się przeważnie od godziny 6-tej rano do 6-tej po południu.

Brat mój został odkomenderowany do batalionu etapowego i jako dowódca wyjechał pod Kijów ...... Odjeżdżając chciał mnie zabrać ze sobą. Jednak kpt. Kostek Biernacki nie chciał mnie oddać i przyobiecał, że jeżeli On przyśle do BZ 22 pp z frontu coś ze zdobyczy np. kuchnie polowe lub instrumenty dla orkiestry, to w zamian za to zgodzi się na mój przydział do batalionu, którym brat dowodził. Ja o tym nie wiedziałem. W kompanii byłem zajęty do godziny 18-tej, a o 18-10 jeszcze było czytanie rozkazu. Lekcje rozpoczynały się o 18-30 więc ja za 20 minut nie mogłem zdążyć na wykłady do miasta i codzienni się spóźniałem. W szkole nie chcieli mi uwzględnić tych spóźnień zapewniając, że na naukę obowiązkowo muszą mnie zwolnić. Zapisałem się więc do raportu do Kostka Biernackiego, żeby mnie zwolnił z ćwiczeń popołudniowych. Na co otrzymałem odpowiedź odmowną, ponieważ szykuje się ofensywa i żadnych zwolnień nie mogę dostać. W związku z tym musiałem skończyć z nauką i zająć się wojskiem.

Obrazek
Autor siedzi w otoczeniu instruktorów szkoły,
wiosna 1920.Z prawej stoi Stefan Kornalewski


Na wiosnę 1920r. zostałem szefem szkoły podoficerskiej. Dowódca szkoły był ppor Hankiewicz. Instruktorami zaś Bolek Dziewulski plut, Franek Tarkowski plut, Bolek Paczuski plut i Stefan Kornalewski kpr. Ćwiczenia w szkole szły jak po maśle. Obsada szkoły była pierwszorzędna. Uczniowie wybrani z wszystkich kompanii batalionu. Musztra na placu ćwiczeń tak była ślicznie prowadzona, że oficerowie pochodzący z armii rosyjskiej lub austriackiej chcąc nauczyć się jak należy podawać komendę lub dowodzić kompanią przyglądali się skrycie zza żywopłotu przypatrując się i przysłuchując wydawanym komendom.

Pod koniec kursu szkoły podoficerskiej Kostek Biernacki doszedł do wniosku i wydał rozkaz przeszkolenia żołnierzy nieliniowych, pełniących różne funkcje w wojsku. Wykonanie tego rozkazu powierzył instruktorom szkoły. Funkcję kierowników wyszkolenia pełniliśmy na zmianę: ja, Bolek Dziewulski, Franek Tarkowski i Stefan Kornalewski. Mieliśmy rozkaz, żeby tym łazikom dać dobrą szkołę.

Pierwszy poprowadził ćwiczenia Bolek Dziewulski przy pomocy uczni ze szkoły podoficerskiej, którzy byli instruktorami. Ćwiczenia te odbywały się w godzinach popołudniowych. Dał im dobrą szkołę. Na ćwiczenia dnia pierwszego stawiło się 250 szeregowców i podoficerów do sierżanta włącznie.

Drugiego dnia ja poprowadziłem ćwiczenia przez 2 godziny. Żołnierze nie wyszkoleni dostali taki popęd, że aż im się z czupryn kurzyło. Kostek Biernacki tylko spoglądał z daleka i uśmiechał się jak się szkoli łazików.

Trzeciego dnia wystąpił Franek Tarkowski. Ktoś powiedział, że nie będzie Frankiem jeśli nie da im podwójnej porcji szkolenia. Rzeczywiście poprowadził ćwiczenia bardzo ostro. Ćwiczył zbiórkę w ordynku i wszystko biegiem marsz. Chłopcy latali, latali, aż jednego razu gdy padła komenda „rozejść się" i to biegiem, to wszyscy uciekli z pola ćwiczeń i Franek nie miał kogo ćwiczyć. Czwartego dnia stawiło się zaledwie stu ludzi, piątego 50, następnego 30 i tak dalej bez wyników zakończyły się ćwiczenia łazików. Brat Stach przysłał mi z frontu list [pytając] dlaczego nie przyjeżdżam do niego. I polecił mi stanąć do raportu z prośbą do Kostka Biernackiego. Wykonałem to polecenie.

Kpt. Biernacki powiedział mi przy raporcie o umowie z bratem, której brat nie dotrzymał i dlatego on nie zgadza się nadal na mój wyjazd. Powiedział, że rozumie mnie, że po dwóch latach służby należy mi się urlop bo jestem zmęczony i udzielił mi dwutygodniowego urlopu. Ponadto mówił, że chce mnie widzieć w swym pułku oficerem i ze odeśle mnie do szkoły podchorążych gdy tylko otrzymam świadectwo szkolne na kursie. Odpowiedziałem, że już od lutego na kursy nie uczęszczam, bo bak mi na to czasu. W tej właśnie sprawie stawałem do raportu poprzednio. Rozkazał mi się uczyć dalej i nie zaniedbywać się. Przyrzekłem to zrobić. Wziąłem kilka lekcji od kol. Jarkowskiego. Szkoła się skończyła. Pojechałem na 14-to dniowy urlop. Byłem z Bolkiem Dziewulskim i siostrami Marysią i Polą w Częstochowie, a stamtąd obaj z Bolkiem wyskoczyliśmy sobie jeszcze do Krakowa na Wawel. Po upływie tygodnia wróciłem do domu, ale dowiedziałem się, że wszystkie urlopy cofnięte i mam się stawić w pułku.

W wojsku zastałem rozkaz przydzielający mnie do kompanii rekonwalescentów na szefa kompanii. A miałem obiecane przez Kostka Biernackiego, że otrzymam warunki do dalszej nauki. Tu wpadłem w wir pracy. Kompania składająca się z ludzi rannych i chorych w liczbie 260, w tym 4 sierżantów, 25 plutonowych, 50 kaprali, reszta szeregowcy. Dowódcy oficera nie było. Ja w szarży plutonowego musiałem być całym gospodarzem t.j. dowódcą i szefem kompanii. Po kilku dniach przydzielili mi dowódcę, jeszcze nie wyleczonego oficera, który zachodził od czasu do czasu do kompanii. Codziennie otrzymywałem rozkaz wysyłania kilkudziesięciu ludzi do pracy. Chorzy i łazicy nie chcieli wypełniać rozkazów. Przyzwyczajony do szkoły podoficerskiej cierpiałem bardzo. Ja nie wyobrażałem sobie takiego rozprzężenia w wojsku.

Po pewnym czasie dowódcą kompanii został por. Bero. Na jego przywitanie odpowiedziała kompania wrzaskiem. Niektórzy siadali i odnosili się do niego z pogardą. Podobno na froncie stchórzył i żołnierze mu to pamiętali.

Tak było przez czerwiec aż do połowy lipca 1920r. Dnia 6-go lipca zaczęli mnie koledzy zapytywać co słychać z moim bratem. Ale żaden nie powiedział wprost o co chodzi. Rozeszła się bowiem pogłoska, że Staś został zabity pod Równem. Wiadomość tę przywiózł jeden plutonowy z jego batalionu, który opowiadał, że na własne oczy widział jak brat spadł z konia i został zabity. Mnie o tym powiedział Leszek Raczyński, a inni bali się być pierwszymi zwiastunami nieszczęścia. Na tę wiadomość rozchorowałem się na żołądek tak gwałtownie, że ledwo doszedłem do kancelarii batalionu. O dziwo! Tu mi wręczono list od brata pisany 7 lipca 1920 z Małoryty za Brześciem. Pisał, że wyszedł cało i czeka na stacji na mój przyjazd. Żona jego Irena zamieszkała w Siedlcach przy ul. Południowej, bo nie chciała siedzieć na wsi w Kobylanach, by tu móc łatwiej utrzymać się i ew, dostać korespondencję. Myślałem o tym co ja jej powiem, bo ona i tak się dowie, jeśli będę trzymał wszystko w tajemnicy.

Początkowo, gdy przeczytałem list nie uwierzyłem od razu, że brat Staś żyje. Zacząłem porównywać datę wysłania listu i datę przyjazdu tego podoficera, który przywiózł tę hiobową wiadomość. Mimo wszystko jeszcze nie wiedziałem co o mam myśleć o tym i gdzie jest prawda. Na to wszedł kpt. Biernacki i odrazu zapytał mnie co jest z bratem. Dałem mu do przeczytania list. Dopiero on postawił mnie na nogi mówiąc, że odrazu nie wierzył w te plotki i orzekł, że to tylko dezerter tak może opowiadać.

Pojechałem z listem do Ireny. Dałem jej list do przeczytania i dopiero później powiedziałem, jakie to wieści ludzie opowiadają o Stachu. Ledwie zdążyłem jej opowiedzieć, a już zaczęły się jej dopytywać panie z Siedlec o los Stacha. Musiała więc zaprzeczać wszystkim i pokazywać list, że żyje i jest zdrów.

Na drugi dzień dostałem bilet podróży od ppor Jędrzyczaka, adiutanta baonu i pojechałem do Małoryty za Brześć. Zajechałem o godzinie 4-tej rano. Cały batalion załadowany w wagonach czekał na stacji. Staś przyjął mnie bardzo serdecznie, a jego adiutant por. Niedźwiecki kazał mi się położyć spać po uciążliwej podróży w nocy. Prosiłem, żeby mnie obudzić, bo chcę wrócić pierwszym pociągiem. Pociąg był, ale ja zaspałem. Był to wogóle ... pociąg z Kowla do Brześcia. Kiedy wstałem w dzień - było gorąco, powietrze zadymione jak na froncie. W okolicy widać było jakieś pożary i lasy dookoła. Poszliśmy wykąpać się do rzeki Małoryty. Nagle ujrzeliśmy jadących na koniach gromadkę chłopców, którzy porozbierani jechali pławić konie do rzeki. Strachu mieliśmy nie mało, ale wkrótce wszystko się wyjaśniło. O godzinie 4-ej po południu przyszły na stację 2 bataliony i ja zabrałem się na jednego z nich do Brześcia. Nie chcąc się zabrudzić stałem okrakiem z tyłu na zderzakach i tak jechałem około 40 km. Zabrakło węgla, więc kolejarze rąbali drzewo w lesie i tak jechaliśmy dalej. W Brześciu był już wieczór. Na torze stały pociągi. Leciałem kilka kilometrów, żeby wsiąść do pierwszego, który odchodził. Dojechałem tak do Terespola i znów wyskoczyłem, żeby podbiec do przodu, do pierwszego pociągu. To samo robiłem w Chotyłowie, w Białej i w Łukowie, gdzie rano już wskoczyłem do pociągu siedleckiego. Kończył mi się dokument podróży więc się obawiałem spóźnienia. U siebie zastałem wszystko po staremu, tylko coraz gorsze wiadomości nadchodziły o zbliżaniu się bolszewików do środka kraju.

Rozpoczęła się ogólna mobilizacja w kraju. Młodzież całymi klasami wstępowała na ochotnika do wojska. Mnie i wielu innych wysłano na wieś. Każdego do swej parafii z delegacją z Siedlec. Pojechałem do Paprotni z dwoma starszymi panami i młodą panienką uczennicą ostatniej klasy gimnazjum.

Poznałem ich z księdzem proboszczem Władysławem Górskim, który zapowiedział z ambony, że przemawiać będą delegaci w sprawie zaciągu ochotniczego do wojska.

Po skończonym nabożeństwie ludzie zebrali się na cmentarzu przy kościele. Jeden z delegatów odczytał z ambony odezwę Rządu wzywającą do obrony ojczyzny, drugi powiedział kilka słów o utworzeniu rządu zgodnego wszystkich stronnictw z Witosem Wincentym na czele. Przemówienia ich wydały mi się tak słabe i bez werwy, że postanowiłem sam zabrać głos. Mówiłem z pamięci, bez przygotowania. Zacząłem od tego, że zasadniczo żołnierzowi w mundurze nie wolno zabierać głosu w sprawach politycznych, ale dziś w momentach, gdy wróg wtargnął w granice kraju i nawała bolszewicka zbliża się od wschodu - musimy wszyscy - kto zdolny do noszenia broni - stanąć do walki z wrogiem. Polska po 150 latach niewoli zaledwie odzyskała niepodległość już jest ponownie zagrożona, musimy więc jej bronić. A więc Polacy do broni! Słowa moje wywarły pewien oddźwięk, bo nazajutrz zaczęli zgłaszać się ochotnicy do nowotworzącego się 222 p.p.

Zostałem przydzielony do nowoorganizującej się kompanii 4-ej 222 pp na szefa kompanii. Trzy kompanie już zdążyły się zorganizować. Do mojej 4-ej kompanii przydzielono pierwszych 30 ochotników, gdy wyszedł rozkaz ewakuacji Siedlec. Roboty było pełno. Wpadłem na chwilę do rodziny w Kobylanach, żeby się pożegnać. Przyjechaliśmy do Siedlec z Ojcem. Ojciec chciał zabrać Irenę na wieś, ale ona odmówiła. Czekała na Stasieńka, że po nią przyjedzie. Musiałem się i nią zająć. Załadowała się do wagonu łącznie z rodziną kpt. Gembala i wyjechali gdzieś do Piotrkowa w nieznane. Miałem wtedy wolne ręce i rano 4 sierpnia o świcie wymaszerowaliśmy z Siedlec przez Rozkosz w kierunku Stoczka Łukowskiego. Mnie wysłano na patrol z 8-ma żołnierzami. Wśród nich był ochotnik - literat prof. Michałowski. Moi żołnierze ze mną zostali włączeni do kompanii 3-ciej, którą dowodził ppor. Pawłowicz (...) a szefem był Janek Kruk z Kotunia. W ciągu dnia doszliśmy do Stoczka. Z boku od południa słychać było strzały karabinowe, ale pułk wycofywał się normalnie Dużo nowopowołanych rekrutów rzucało broń i dezerterowało. Tu [nasi] ochotnicy zdali egzamin - zbierali porzucone karabiny na wozy, aby wywieść za Wisłę. W Stoczku zanocowaliśmy w stodole na sianie. W nocy pobudka i wszyscy musieli wstać. Ja byłem tak zmęczony, że mimo kilkakrotnych nawoływań nie dałem się ściągnąć z ciepłego siana i zostałem sam jeden w stodole. Ale obudziłem się szybko, bo był hurgot na szosie. Wybiegłem w mig nie wiedząc co to za wojsko. Poznałem kaprala, który na koniu jadąc poganiał swoich rekonwalescentów. Kapral ten objął po mnie szefostwo kompanii. Ułożyłem się na desce na wozie z drabinkami. Zasnąłem szybko, kiedy mi czapka rogatywka spadała z głowy zdążyłem ją złapać i dalej spałem. Tak dogoniłem swoją kompanię o świcie. (...).

Po śniadaniu dosiadłem konia i jechałem na czele pułku. Nocowaliśmy w łóżkach z sierżantem Krukiem w Żelechowie. Posłanie w miękkiej bieliźnie pościelowej wydawało mi się zbędnym luksusem. Przy wyjeździe z Żelechowa widziałem jak por. Kaczorowski b. dobry dowódca kompanii idący piechotą pociągnął kijem ppor. Piotrowskiego siedzącego na koniu za złe traktowanie żołnierzy ochotników. Takie wypadki się zdarzały, ale rzadko kiedy. Najlepsi oficerowie byli tu ojcami i prawdziwymi opiekunami żołnierza walczącego o wolność ojczyzny.

Jechałem na czele całego pułku przy wyjeździe na szosę Warszawa Lublin, aby następnie skierować się w kierunku na Dęblin. Tak doszliśmy do m. Ryki. Żołnierze prosili, aby pozwolono im się wykąpać w małej rzeczce. Zatrzymaliśmy się więc na krótki postój. Było już sporo po południu. Po kąpieli ruszyliśmy w dalszą drogę, ale zauważyliśmy, że jedno ubranie zostaje. Okazało się, że jeden chłopak zatonął. Powiadali, że widzieli jak pływał, ale nikt nie zauważył go tonącego. W nocy przed Dęblinem przywieźli go do nas w trumnie. Spałem obok niego na sąsiednim wozie. Pierwszy raz w życiu bezpośrednio z nieboszczykiem, który nie robił na mnie wrażenia. Pochowali go na miejscowym cmentarzu. Na noc dojechaliśmy do m. Irena - przed Dęblinem. Tutaj spotkaliśmy się ze skąpstwem gospodarzy. Jeden z chłopów przyszedł do nas ze skargą na żołnierzy. Poszliśmy obaj z Jankiem Krukiem, aby sprawdzić i zrobić porządek. A tu Pan gospodarz nie chce nas obydwu puścić do sadu, tylko jednego. Wtedy sierżant Kruk wchodząc zatrząsł drzewem i zawołał żołnierzy, aby sobie nazbierali owocu. Chłop zaniemówił i stał jak osłupiały. Rano jakaś baba zaczęła wrzeszczeć, że jej zabrali żołnierze miskę z łyżką. Przechodzili tędy Miemce, Austriaki i różne inne, ale tak nie kradli jak swoi Polacy. Zapytałem wtedy chłopaków, który wziął miskę od tej p. Gospodyni? A to ja odezwał się jeden. Zaraz skończę jedzenie i oddam. Po chwili chłopak przyniósł umytą miskę z łyżką. Wtedy roztkliwiona kobiecina zawołała na cały głos, że niema jak swoi ludzie. Jacy grzeczni, oddają co wzięli i jeszcze dziękują. Tegom się nawet nie spodziewała, żeby w wojsku był taki porządek.

Nazajutrz przed samym Dęblinem widzieliśmy pierwsze przygotowywane rowy strzeleckie do obrony. Trochę otuchy w nas wstąpiło. Nie lubiłem dźwigać plecaka więc załadowałem go na furmankę, a sam chodziłem tylko z karabinem i nabojami. Po drodze żołnierze chorowali na żółtaczkę i krwawą dezynterię. Zabraniano jeść surowe owoce. Ja zaś nosiłem tylko manierkę z kawą i chlebak na owoce. Jadłem dużo surowych jabłek. Dziś okazuje się to, że to dobrze robiło przeciw dezynterii. Ale w sierpniu 1920r. owoce były zakazane.

Kiedy wracałem pewnego razu z miasta podszedł do mnie żołnierz i powiedział, że Bolek Dziewulski prosi, abym go odwiedził w szpitalu. Nazajutrz drugi żołnierz to samo mi doniósł. Odwiedziłem go więc. Leżał w polowym szpitalu po przejściu choroby krwawej dezynterii. Był bardzo blady i nie miał sił się poruszać. Powiedział, że mają ich ewakuować samochodami ciężarowymi za Wisłę, no i że on tego nie wytrzyma. Prosił mnie o pomoc, czy nie widzę możliwości wydostania go stąd. Był to krótki okres, kiedy odwołano Kostka Biernackiego na inne stanowisko i stara gwardia, kto mógł, wyrywał z Kadry. Zrobił to i Bolek. A teraz biedaczysko przechodził taka ciężką chorobę. Obiecałem mu coś pomóc, ale nie wiedziałem sam jak zabrać się do tego. A następnego dnia zastałem Bolka leżącego w moim łóżku. Po prostu samowolnie opuścił szpital i skierował się do mnie. Dałem mu dwie przepustki, każda na 48 godzin, bo do tego miałem prawo. Młodszy jego brat Witek zabrał go do domu do Grodziska koło Dziewul. Potem braciszek jego przyjechał do mnie i znów dostał dwie przepustki i w ten sposób Bolcio Dziewulski uniknął jazdy samochodem i wykurował się w domu. Kiedy doszliśmy do Dęblina przysłał mi przez kolegę z płku pozdrowienia i podziękowanie za opiekę. Przejechałem z pułkiem 22. pod dowództwem gen. Sikorskiego na północ od Warszawy nad Wkrę.

Po przemaszerowaniu przez Dęblin zatrzymaliśmy się w długiej bardzo wsi Wola klasztorna. Tam zająłem się szybkim szkoleniem ochotników. Boć to był dobry, ale surowy żołnierz. Chłopcy byli ubrani w drelichy i chętnie się ćwiczyli. Już w ciągu 3 dni nauczyłem ich obchodzenia się z bronią i maszerowania z bronią jak żołnierze.

W dniu 15.sierpnia 1920r, w święto Matki Boskiej Wniebowziętej kwaterowaliśmy w tejże Woli klasztornej. Żołnierze zorganizowali sobie zabawę taneczną w jednym z domów. Zaprosili młode dziewczęta na zabawę. Drudzy w sadzie rwali gruszki. Chłop pilnował domu, żeby mu garnków nie potłukli, a baba odganiała chłopaków od gruszek. Jeden z żołnierzy chciał napić się wody świeżej ze studni, ale babina nie chciała dać mu kulki do wyciągania wody, żeby nie wykorzystał jej do trzęsienia gruszek. I kiedy baba wydzierała ten kij żołnierzowi i darła się na cale gardło - wyleciał chłop z domu bo myślał, że żonie jego dzieje się krzywda. Ale widząc ją, że szarpie się z żołnierzami o tyczkę, kiedy inni kradną gruszki - porwał wiadro i całą zawartość wody wylał babie na głowę. Wtem usłyszał krzyk w domu. Ja akurat wszedłem na tę scenę na podwórku domu, gdzie odbywała się zabawa. Za chwilę wszedł za mną ppor. Wiesław Kossowski, adiutant d-cy pułku 222 i oznajmił mi, że są dobre wieści z frontu. „Pod Radzyminem zwycięstwo". Wiadomość ta jak iskra elektryczna wnet przebiegła dalej do wszystkich żołnierzy. Powstała ogólna radość. Dalej już się nie cofamy. Idziemy naprzód! Wielkie zwycięstwo! Ofensywa! Chyba żadna siła nie zdołałaby wówczas powstrzymać zapału. I jeśli dziś ktoś ośmieliłby mi powiedzieć, że nie było cudu nad Wisłą w dniu 15.VIII.1920r to ja twierdzę że był. Bo dobrze pamiętam tę chwilę, a jak ją wtedy przeżywałem - trudno to opisać w słowach. Odtąd wstąpił w nas nowy duch. Każdy chciał biec na front, by skoczyć wrogowi do gardła. Były wydawane rozkazy, żeby trzymać się swych przydziałów, bo to osłabia nasze siły i oddala zwycięstwo ostateczne.

W tym czasie kochani nasi sąsiedzi Czesi nie chcieli przepuszczać broni nadsyłanej dla nas z Zachodu przez ich kraj. Pułk nasz został skierowany do Skoczowa, ażeby tam zrobić ład i porządek. Następnego dnia opuściliśmy Wolę Klasztorną. Przechodziliśmy przez Kozienice. Tam nowozmobilizowanych rekrutów odprowadzali rodzice i krewni. Dużo było Żydów, którzy robili wiele hałasu i lamentowali z powodu odejścia synów do wojska. Wtedy dowódca pozwalał chłopakom, żeby zrobili porządek z Żydami, bo rekruci nie mogli odmaszerować. Do dziś mam przed oczyma obraz uciekającego Żyda w rozwianym chałacie, a za nim pędzącego jednego z naszych chłopaków jak trzymał na długim sznurku aluminiową bańkę i tą bańką ciskał za Żydem. Zaznaczam, że w ciągu 5 minut po występie naszych chłopców porządek został zaprowadzony.

Maszerowaliśmy tak przez Jedlinę do stacji Jastrząb. Tutaj mieliśmy załadować się na pociąg. Od rana zostałem zaproszony do gry w karty w oko. Wymaszerowując z Siedlec miałem przy sobie 150mk. Resztę zwróciłem bratowej Irenie. Graliśmy po marce, po dwie. Niektórzy stawiali po 5mk. Grając do obiadu przegrałem 70mk, pozostało mi więc 80mk. Koledzy gracze z sierżantem Krukiem na czele przygotowali dla nas 1/2 platformy węgorza wyłożonego sianem i odkrytego, bo słonce świeciło i było ciepło. W drugiej połowie stał nasz konik i kuchnia polowa. Po zjedzeniu obiadu z fasoli, w której było więcej robaków świdrów - niż ziarnek fasoli ładowaliśmy się do pociągu. Robaki z żółtymi łebkami zebrało się łyżką i po wyrzuceniu resztę się jadło. Naogół zupka smakowała. Po załadowaniu rozpoczęliśmy grę w oko. Stawka z 2mk stopniowo powiększyła się do 5mk i nieraz wyżej. Zacząłem grę ostrożnie, bo miałem mało gotówki. Po pewnym czasie jakoś zabrałem bank i zacząłem rozdawać karty. Zagrał jeden, drugi, trzeci i inni. Po chwili zabrałem spory bank, chyba ze 200mk. Od tej chwili grałem odważniej i zanim dojechaliśmy do Bielsko-Białej, bo tam wjechaliśmy niepostrzeżenie w tunel gdzie omal nie podusiliśmy się w dymie, byłem wygrany ca 4000mk. Oczywiście na stacji w Bielsku opłaciłem kolację za siebie i kolegów ca Mk 1000. Ale netto pozostało mi 3 tysiące marek.

Nasza kompania 3/222pp zakwaterowała się w szkole w Skoczowie. Tam prowadziliśmy przez tydzień forsowne ćwiczenia ze strzelectwem ostrym włącznie. Jednego dnia ze strzelnicy po południu za zezwoleniem dowódcy poszliśmy z kolegą Wójcikiem na zwiedzenie pobliskiej góry Leśniak. Wydawała się nam bardzo bliska. Szliśmy wprost na górę. Zapytaliśmy jakąś kobietę: „jak daleko na tę górę?" - odpowiedziała że trzy ćwierty godziny. Weszliśmy z dużym wysiłkiem na szczyt. Wracając czułem się bardzo wyczerpany. Zmęczenie to odbiło się na mnie tak bardzo, że je przechorowałem. Nazajutrz wyszedł rozkaz wyjazdu. Dowódca zabrał mnie do swego wagonu. Leżałem w łóżku, bo nie miałem siły wstawać. Wtedy znalazłem na koszuli wesz. Pierwsze weszki oblazły mnie koło Jastrzębia. Prałem wtedy sam świeżą bieliznę ale to nie wiele pomagało. Jechałem z Żołnierzami leżałem na karabinach w kącie, ale weszki mnie oblazły. W Skoczowie spałem w przewróconej szafie na sienniku, ale było tak ciasno, że mimo stałego zmieniania bielizny weszkę znów złapałem.

Dopiero w wagonie, gdy byłem sam i zmieniłem bieliznę pozbyłem się tych insektów, które kochają żołnierzy. Jechaliśmy przez Warszawę koleją obwodową przez Dworzec Gdański. Na Pradze niedaleko Dworca Wschodniego jakiś starowina patrząc na przejeżdżających żołnierzy płakał z radości. Wtedy jeden z naszych rycerzyków oblał go kawa z menażki. Na to ten starowina z płaczu zmienił się w gniewnego i grożąc pięścią zwymyślał go od łobuzów.

Tak dojechaliśmy do Mińska Mazowieckiego, gdzie miał przejeżdżać Marszałek J. Piłsudski. Staliśmy jakiś czas w szyku. Piłsudski nie nadjechał i myśmy załadowali się znów do pociągu. Po wielu tarapatach powróciliśmy do Siedlec. Zatrzymaliśmy się na Starej Wsi zajmując po kilka zagród na kompanię 2-gą i 3-cią. Każdą wolną chwilę wykorzystywaliśmy na szkolenie żołnierzy, bo cały 222 p.p. składał się z samych ochotników. Do Siedlec wróciliśmy około 25 sierpnia 1920r. Miejscowa ludność, a zwłaszcza młodzież witała nas jak swych braci, bo w ciągu 10 dni mieli możność zapoznać się z rajem bolszewickim i na własne oczy ujrzeć jak to wszystko wygląda. W pierwszą niedzielę po przybyciu do Siedlec około godziny 17-tej zostaliśmy zaalarmowani wiadomością o obecności wojsk sowieckich w

pobliskich lasach w okolicy Mórd. Opowiedziano, że są w sile ca 1.000 żołnierzy. Zarządzono alarm. Około 50% naszych żołnierzy znajdowało się w tym czasie na mieście, bo każdy chciał odwiedzić swoich najbliższych. W ciągu godziny zdołano zebrać około 80% żołnierzy i w sile 4-ch kompanii ruszyliśmy naprzód. Nasza kompania wymaszerowała najpierw, a mnie wyznaczono na dowódcę plutonu wywiadowczego. Dowódca kompanii był ppor Pawłowicz. Poza nim jako zdegradowany kapitan bez szarży był Henryk Bęben Huragan. I ten w zastępstwie dowódcy prowadził kompanię. Początkowo szliśmy w kolumnie. Po kilku kilometrach marszu zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Z nadejściem nocy było zupełnie ciemno. Henryk Bęben Huragan poszedł na szpicę z dwoma żołnierzami. Ja w odległości 50m prowadziłem pluton zachowując łączność słuchową. W lesie za Krzymoszami po prawej stronie szosy zauważyliśmy światło. Wysłany patrol stwierdził, że to dom gospodarski i przyprowadził chłopa, który służył nam za przewodnika. Żołnierze skupili się koło mnie. Bęben Huragan zażądał dodatkowo 2 żołnierzy więc mu ich wysłałem. Po pół godzinie zażądał dodatkowo, bo jeden z tych dwóch mu się zawieruszył. Wyznaczyłem następnego i sprawdziłem nazwisko. Był to Wolski Tadeusz i jak się okazało, to on właśnie odszedł ze szpicy. Poprzednio stchórzył, co bardzo oburzyło kolegów. Dalej prowadził nas przewodnik przez wycinkę leśną.

Przechodziliśmy po kładce przez Liwiec w ciemną noc. I tak spatrolowaliśmy aż zatrzymaliśmy się na resztę nocy w Pruszynie. Przenocowaliśmy w księżej stodole na snopkach owsa. Byliśmy zmoknięci do nitki. Okryliśmy się słomą i nawet kataru nie dostaliśmy. Inne oddziały przeszukały dalsze tereny, ale nieprzyjaciela nie napotkaliśmy. Oddziały sowieckie wycofały się w przeddzień na wschód. Na miejsce postoju wróciliśmy następnego dnia rano i zaraz po śniadaniu udaliśmy się na ćwiczenia. Wtedy spotkaliśmy kilku maruderów wracających z miasta rano do kompanii. Zabraliśmy ich ze sobą na ćwiczenia: rzucanie ostrymi granatami, strzelanie i ćwiczenia saperskie. Między łazikami był szeregowiec Grynberg, syn siedleckiego kupca. Miał śliczny mundur na sobie, pas koalicyjny i wyglądał jak lalka. Przy rzucaniu ostrym granatem pouczyłem go dodatkowo, żeby po wyrwaniu zapalnika odliczył głośno 124, 125, 126 i dopiero wyrzucił granat, gdyż ten wybucha po upływie 10 sekund. Mój Grynberg wyrwał zapłon, rzucił granat upadł na ziemię i wtulił głowę nisko. Jednocześnie z nim rzucał granat inny żołnierz, który po wyrwaniu zapalnika liczył głośno powoli: 124, 125, 126, 127, 128 i dopiero cisnął granatem, który rozerwał się ze 2m nad ziemią, Na zapytanie moje dlaczego Grynberg nie liczył 124, 125, 126 tylko odrazu rzucił granat bez wytrzymania kilku sekund w ręce, ten mi odpowiedział: „Panie sierżancie melduję posłusznie, że ja sobie później porachowałem". Wszyscy z jego odpowiedzi roześmieli się głośno. Na następnych ćwiczeniach saperskich i później na polowych Grynberg był zawsze obserwowany i dostawał twardą szkołę od instruktorów, którzy go ćwiczyli. Szeregowiec Grynberg usiłował zwalniać się u dowódcy na noc do domu. Przychodziły siostry prosić w jego imieniu. W końcu ppor Pawłowicz odmówił mu i polecił, żeby go nie zwalniać. Mój Grynberg zaszedł do naszej kancelarii i zaczął nas częstować czekoladkami Wedla. Myśmy brali i jedli. Po chwili zwrócił się do mnie o zwolnienie z apelu wieczornego. Na to odpowiedziałem: owszem, ale nie mogę.

Wieczorami grywaliśmy w karty w „oczko". Miałem swych pieniędzy 200mk. Sierżant Kruk odjechał na urlop i zostawił mi kilkadziesiąt tysięcy Mk na wypłatę żołdu dla kompanii. Pieniądze te miałem w prawej kieszeni. Do odjazdu sierżanta było jeszcze kilka godzin. Zagraliśmy w oko. Szybko przegrałem swoje 200mk. Pożyczyłem z pieniędzy przeznaczonych na żołd 200mk i grałem dalej. Pozostało mi tylko 50mk. Zagrałem na cały bank 30mk i wygrałem. Od tej chwili szczęście mi dopisywało. Zebrałem bank około 2000mk. Graliśmy dalej. Wygrałem 4000mk i pozostali mi ponadto dłużni koledzy gracze około 4.000mk, których nigdy nie otrzymałem. Za te pieniądze kupiłem sobie żółte buty z cholewami i rewolwer„Kolta".

Całość wspomnień: http://almanzor.salon24.pl/100602,blog- ... wojskowych

http://almanzor.salon24.pl/440697,rok-1920


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 07 lis 2012, 17:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
"Dwójka" kontra bolszewicy (1)

W czasie wojny polsko-bolszewickiej polskie służby specjalne odegrały wielką rolę.
Bezpośrednio po utworzeniu przez Radę Regencyjną 25 października 1918 roku Sztabu Generalnego, a dzień później Ministerstwa Spraw Wojskowych zostały utworzone instytucje odpowiedzialne za prowadzenie wywiadu. W połowie grudnia szefem Oddziału Informacyjnego WP został ppłk Józef Rybak (w kwietniu 1919 roku zastąpił go mjr Karol Bołdeskuł), a jego zastępcą mjr Ignacy Matuszewski. W maju 1919 roku Oddział Informacyjny został przeniesiony do Oddziału II Sztabu Generalnego, który wszedł w skład Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego.

W strukturze MSWojsk. utworzono natomiast Departament II Informacyjny (potem Oddziału II Informacyjnego) , który prowadził prace wywiadowcze i kontrwywiadowcze w głębi kraju. Najistotniejszą rolę w Departamencie pełniła Sekcja Polityczna, kierowana przez kpt. Bogusława Miedzińskiego. Oprócz zwalczania wrogiej propagandy jej głównym zadaniem było prowadzenie działalności kontrwywiadowczej.

Działalność propagandowa prowadzona przez Oddział II NDWP była w dużej mierze wzorowana na modelu wypracowanym przez wojskowe służby informacyjne, który dzielił wywiad na płytki oraz głęboki. Podział ten był konsekwencją odmiennych warunków, w jakich pracowały służby informacyjne.

Dla polskiego wywiadu wojskowego konflikt z Rosją bolszewicką nie był zaskoczeniem. Już na początku 1919 roku dowodzono, iż „walna rozprawa wojenna z Rosją Sowiecką jest nieunikniona, przez nią postanowiona i gotowana; jest tylko kwestią czasu. Wobec zbliżającego się końca wojny domowej pochód armii czerwonej na Zachód staje się punktem pierwszym w kolejności jej planów”.

Polskie służby informacyjne zdobyły bolszewicką „Instrukcją rozpowszechniania agitacyjnej literatury w szeregach wojsk nieprzyjacielskich”, w której podkreślono, iż „głównym naszym niezawodnym orężem „Czerwonej Armii” w walce z armiami kapitalistycznymi nie jest bagnet, nie kula ani armata, ale tylko idee za które walczy i które wszędzie wraz z sobą niesie. Czasami jedna lub dwie proklamacje prędzej i lepiej mogą złamać siłę nieprzyjaciela niż tysiące i miliony kul i pocisków. (...) Literatura agitacyjna to nasza ciężka, dalekosiężna artyleria, przed którą nie ostoi się żadna kapitalistyczna armia”.

W porównaniu z tak definiowaną rolą propagandy, zadania postawione jej przez polskie służby specjalnie brzmią niezwykle skromnie, ale bardzo trafnie: „(…) przeciwko wojskom nieprzyjaciela prowadzi się akcję, mającą na celu wniesienie zamętu i destrukcji w szeregi wroga, oraz wykazanie bezcelowości walki z armią polską”.

Zgodnie z zaleceniami należało wykorzystać każdą sytuację, która umożliwiała dostarczenia odezw w pobliże wrogich oddziałów. Najbardziej skuteczne miało być posługiwanie się oddziałami zwiadowczymi, które powinny pozostawiać materiały agitacyjne w miejscach, które były najczęściej odwiedzane przez bolszewickie patrole oraz pojedynczych żołnierzy. Do przenoszenia materiałów propagandowych wykorzystywano również ludność cywilną, w tym dzieci.

Posługiwanie się tymi metodami ograniczało zasięg akcji tylko do terenów przyfrontowych. Osiągnięcie sukcesu wymagało zastosowania środków, które pozwoliłyby przenosić literaturę na znaczne odległości. Jednym z nich było lotnictwo – samoloty były w stanie rozkolportować materiały na znacznej przestrzeni, w szczególnie w miejscach koncentracji wojsk, siedzibach stacjonowania sztabów, wzdłuż torów kolejowych oraz stacjach kolejowych.

Skutki własnej propagandy oceniano na postawie doniesień wywiadu przyfrontowego, podsłuchu telefonicznego oraz informacji zebranych przez patrole. Głównym źródłem informacji były jednak zeznania jeńców oraz uchodźców, którzy wskazywali, iż polska „agitacja cieszy się dużym powodzeniem wśród żołnierzy czerwonej armii, szczególnie w okresie zastoju frontowego, zmniejsza się natomiast w momentach walki i przegrupowań”.

Polski wywiad uważał, iż równocześnie z tymi konwencjonalnymi działaniami „musi być na wielką skalę prowadzona propaganda nieoficjalna, używając w tym celu wszelkich możliwych środków, będących w rozporządzeniu władz wojskowych”. Jednym z nich były oddziały dywersyjne, przebrane w mundury czerwonoarmistów. Zostały one użyte m.in. podczas odwrotu bolszewików spod Warszawy w sierpniu 1920 roku. Ich celem było „szerzenie paniki i dezorganizacji wśród wojska; powinni tłumaczyć uciekającym żołnierzom, że winnymi nie wzięcia Warszawy i klęski wojsk czerwonych są komendanci i komisarze – Żydzi, którzy całą sprawę proletariackich wojsk czerwonych sprzedali za pieniądze. Należałoby ich wszystkich wymordować, a całą sprawę ująć w swoje ręce”.

Zdaniem mjr Tadeusza Schaetzla, późniejszego organizatora wywiadu na Związek Sowiecki, zeznania jeńców bolszewickich wskazywały, iż trzeba „przede wszystkim operować dwoma motywami: 1) wskazywać najkrótszą drogę do zawarcia pokoju, 2) wykorzystywać rolę Żydów w Rosji”. Treści, które zniechęcały czerwonoarmistów do dalszej walki, były wykorzystywane we wszystkich etapach wojny. Zmieniały się tylko argumenty, w zależności od sytuacji na froncie.
Jedna z odezwa przekonywała żołnierzy bolszewickich: „Porzucajcie broń i idźcie do domów, ratujcie swe rodziny od zagłady, gnajcie precz komisarzy, żądajcie uchwał żołnierskich i swobodnego wypowiadania się w sprawach pokoju, precz z samowładztwem komisarzy i komunistów”.

Do dezercji namawiały także pocztówki agitacyjne - na jednej z nich dwóch obdartych, skutych łańcuchami ludzi ciągnie armatę, na której siedzi Trocki. Jego złowroga mina oraz uniesiona szabla miały symbolizować dążenia bolszewików do kontynuowania wojny, kosztem narodu rosyjskiego.

Z powodzeniem kolportowano wśród czerwonoarmistów, redagowane przez Wydział VI Biura Wywiadowczego, gazety „Nakieł” oraz „Posledniaja Prawda”. Podczas odwrotu w 1920 roku pozostawiano je na opuszczanych terenach, razem z odezwami, ulotkami i plakatami. W celu przekonania bolszewickich żołnierzy, ze „Posledniaja Prawda” nie była publikacją białych, umieszczono w jej nagłówku hasło: „Proletariusze wszystkich Kraków, łączcie się!”. W jednym z lipcowych numerów informowano czytelników, że w Rosji wybuchła rewolucja, zapoczątkowana przez robotników z tulskich zakładów przemysłowych , którzy zażądali zastąpienia obecnego reżimu – demokracją. Do protestujących robotników przyłączyli się również chłopi, sprzeciwiający się nieustannym rekwizycjom plonów.
W innym numerze pisma podkreślano, iż nacierająca na Warszawę armia czerwona realizuje koncepcje imperializmu rosyjskiego, którego celem jest zniewolenie wszystkich narodów w Europie Środkowo-Wschodniej. „Oczywiście, żydowscy komisarze – przekonywano – nie będą mówić wam prawdy. Oni bez sumienia oszukują, ze polscy panowie walczą z wami. Z wami walczy polski naród, dlatego że my, wszystkie podbite narody przez Rosję: Polska, Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Finlandia itd. chcemy wolności i chcemy żyć po swojemu. (…) Niezręcznie krzyczeć: proletariusze wszystkich krajów łączcie się – a później walczyć z proletariuszami”.

Inną, oryginalną metodą, było wypuszczenie kilkudziesięciu jeńców, po wcześniejszym ich nakarmieniu oraz wyposażeniu w specjalne odezwy, wzywające do porzucenia jednostek. W ten sposób zamierzano przekonać bolszewickich żołnierzy, że „Polacy nie tylko nie zabijają, ale dobrze obchodzą się ze wszystkimi wziętymi do niewoli”. Jednocześnie uwolnieni jeńcy powinni przekonać swych towarzyszy broni, iż Polska „pragnie pokoju i sprawiedliwości”, a dalszej wojny chcą komisarze, „gdyż dzięki niej utrzymują się przy władzy. Zerwali rokowania, widząc, że nie zgodziliby się na sprawiedliwe postulaty Polski. Komuniści są wrogami ludu, bo pchają do niszczycielskiej wojny (…) i wyniszczenia ludu rosyjskiego. Dążą do oddania go w niewolę obcym – Niemcom, Żydom i Chińczykom”.

Utworzenie w lipcu 1920 roku dwóch brygad kozackich miało na celu także oddziaływanie na Kozaków walczących w armii bolszewickiej. Liczono, iż „zorganizowanie w armii polskiej oddziałów kozackich wpłynęłoby przyciągającą na element kozacki , licznie reprezentowany w bolszewickich formacjach konnych”.

Celem polskiej akcji propagandowej było nie tylko nakłanianie czerwonoarmistów do dezercji, ale również wspieranie rosyjskich sojuszników Polski, Jednym z nich był Borys Sawinkow, twórca idei „Trzeciej Rosji”, zakładającej jednoczesne obalenie rządów bolszewików oraz niedopuszczenie do powrotu spadkobierców dawnego carskiego systemu. „Carska Rosja zginęła bezpowrotnie – wskazywał Sawinkow – nie może zmartwychwstać! Zginie i bolszewicka Rosja; jej nie powinno być! Będzie nowa „Trzecia” Rosja, Rosja demokratyczna, chłopska, wolna, nie uciskająca nikogo i żyjąca w przyjaźni z narodami”.

Polskie służby specjalne oprócz kolportowania programu politycznego Sawinkowa, propagowały także wydawane przez niego pismo „Posledniaja Nowosti”. Jego ideę znakomicie przedstawia alegoria nowej Rosji, zdobiąca pierwszą stronę jego pisma z 20 sierpnia 1920 roku – środkowa postać, szlachetny młodzieniec, symbolizujący „Trzecią Rosję” trzyma w dłoniach odrażające postacie: w prawej gen. Wrangla, w lewej bolszewika.

Cdn

http://chris1991.salon24.pl/457011,dwoj ... lszewicy-1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 07 lis 2012, 17:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
"Dwójka" kontra bolszewicy (2)

Przewidując rychłe zakończenie wojny z bolszewikami służby specjalne WP zintensyfikowały poszukiwania w obozach jenieckich współpracowników, których mogłyby wykorzystać w pracy propagandowej oraz wywiadowczej.
Na początku października 1920 roku Oddział II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego rozpoczął inwigilację czerwonoarmistów przebywających w obozach, uznając, iż „na podstawie poufnych danych, że pomiędzy jeńcami wojennymi, wziętymi do niewoli w okresie ubiegłych walk z bolszewikami, znajdują się ludzie zdolni do agitacji przeciwbolszewickiej w Rosji”. W rezultacie Oddział II NDWP „skierował do swych agentów do obozu w Strzałkowie, którzy pozostając w fikcyjnym charakterze jeńców wojennych w samym środku tych jeńców mieliby możność wyboru agitatorów dla późniejszego wysłania ich na front”.

Równocześnie oficerowie II Oddziału ostrzegali, iż złe warunki panujące w obozie mogły zniweczyć dotychczasowe wysiłki co mogło mieć fatalne skutki dla „dalszych możliwych faz wojny z bolszewikami (…) i w ogóle dla przyszłych stosunków polsko-rosyjskich, jakkolwiek one się ułożą, zwłaszcza na obecność w obozach wielu inteligentów (byłych oficerów) rosyjskich, którzy zresztą najchętniej się poddają”.

Wydział VI Biura Wywiadowczego wyselekcjonował grupę jeńców składających się z byłych rosyjskich oficerów i inteligentów, którzy byli gotowi podjąć współpracę z II Oddziałem. Wysłano ich do Warszawy, gdzie przeszli specjalistyczne szkolenie. Ministerstwo Spraw Wojskowych zgodziło się 20 października 1920 roku na wysłanie szesnastu spośród nich poza front.

Pozostałym członkom grupy zalecono zorganizowanie placówki propagandowej w Strzałkowie. Ich szefem został kapitan Kleofas Kokin, który w końcu października 1920 roku przybył do obozu i, korzystając z pełnomocnictw udzielonych mu przez kpt. Sicińskiego – szefa Ekspozytury Oddziału II w DOG Poznań, rozpoczął werbowanie współpracowników. Wkrótce dysponował grupą kilkudziesięciu agentów, spośród których Nasiekin został jego zastępcą. Kokinowi. Członkom grupy udostępniono oddzielny barak, co było oczywistym błędem, gdyż w ten sposób ich zdemaskowano.

Działalność agitacyjną wśród jeńców prowadzono wedle opracowanego systemu – cały obóz został podzielony na dwie części, które podporządkowano starszym agentom. W poszczególnych barakach działali członkowie podległych im oddziałów. Starsi agenci raz w tygodniu przedstawiali raporty, w których informowali o nastrojach, sympatiach politycznych oraz potrzebach jeńców w całym obozie.

Miesiąc po rozpoczęciu pracy Kokin oceniał, iż w wyniku niejawnej działalności bolszewików, jeńcy w obozie podzielili się na dwie, pozostające ze sobą w konflikcie, grupy. Według niego, podział społeczności obozowej na zwolenników oraz przeciwników bolszewizmu, sprzyjał pracy agentów, gdyż jeńcy prowadzili ze sobą zażarte dyskusje.

W celu wsparcia działalności grupy Kokina odizolowano bolszewików, umieszczając ich w osobnych barakach, oddzielonych od pozostałych drutem kolczastym. W efekcie, jak napisano w raporcie: „drogą nieustannych pogawędek, w którym pomagają naszym agentom również i przeciwbolszewickie elementy spośród jeńców, obala się tezy wysuwane zwykle przez bolszewików (…) co cieszy się powodzeniem wśród jeńców, którzy wyśmiewają się obecnie otwarcie ze zwolenników bolszewizmu”.
Współpracownicy Kokina starali się zdobywać zaufanie jeńców, przedstawiając się jako ludzie nie zaangażowani w jakąkolwiek działalność polityczną, a jednocześnie zatroskani o dalsze losy narodu rosyjskiego. Największą przeszkodą dla zdobycia przychylności większości jeńców były złe warunki panujące w obozie – brak porządnych ubrań oraz niewystarczające wyżywienie.

Pracę agentów Wydziału VI Biura Wywiadowczego wspierał Rosyjski Komitet Polityczny dostarczając rozmaite materiały propagandowe, w tym broszury: „Jaka winna być Rosja” , „Władza i bolszewizm”, „Co obiecali i co dali ludowi bolszewicy”. Rozdano także ulotki oraz rozlepiano plakaty. Rosyjski Komitet Polityczny dostarczał także wydawane przez siebie gazety, którymi były „Swoboda”, „Osa”, „Pieruszok” oraz „Sztyk”.

Pracownicy Kokina otworzyli także herbaciarnię oraz czytelnię, w której można było zapoznać się z nowymi publikacjami książkowymi i gazetami. Zainicjowano także powstanie szkoły dla analfabetów, którą kierował jeniec Brzeziński.

W marcu 1921 roku pracownicy Kokina rozpoczęli wydawanie własnej gazety „Poslednije Nowostki”. Publikowane w niej artykuły sporządzano na podstawie informacji polskiej prasy oraz rosyjskich gazet ukazujących się w Warszawie. Oprócz artykułów zamieszczano także satyryczne rysunki oraz karykatury, wyśmiewające bolszewików oraz ich dokonania w Rosji.

Po rozpoczęciu w połowie marca 1921 roku wymiany jeńców, członkowie grupy Kokina przeprowadzali poganki z wyjeżdżającymi jeńcami, zaopatrując ich w różnorodne materiały propagandowe. Wśród opuszczających obóz czerwonoarmistów umieszczono agentów zwerbowanych przez Siergieja Aniczkowa, współpracownika Kokina.
Był to pomysł Borysa Sawinkowa, który zamierzał posłużyć się nimi w celu wywołania antybolszewickich powstań. Agenci wysłani w pierwszej grupie mieli zbudować siatkę, zorganizowaną na szczeblu guberni. Natomiast zadaniem wysłanych w kolejnych grupach było zbudowanie struktur na poziomie powiatów i znalezienie współpracowników w gminach.

Pierwsza wizytacja obozu w Strzałkowie przez delegatów bolszewickich, która odbyła się na przełomie marca i kwietnia 1921 roku bardzo niekorzystnie wpłynęła na pracę placówki Kokina. Delegacja bolszewicka wykorzystała pobyt w obozie do przeprowadzenia intensywnej agitacji. Zorganizowano wiele spotkań i wieców, a przed odjazdem bolszewicy „obdarowali” jeńców papierosami i zapałkami. Równocześnie władze polskie zgodziły się na wprowadzenie zakazu agitacji antybolszewickiej w obozie.

Po kolejnej wizytacji obozu przez bolszewików, do której doszło w drugiej połowie czerwca 1921 roku zniesiono izolację bolszewików, co właściwie położyło kres akcji propagandowej grupy Kokina, której zadania ewoluowały ku pracy kulturalno-oświatowej.

Działalność Kokina wzbudzała kontrowersje wśród pracowników Oddziału II. Szef Ekspozytury Oddziału II DOG Poznań uważał, iż Kokin „nie nadaje się do roli takowego kierownika. Jest to osobowość nieenergiczna, pozbawiona wszelkiej inicjatywy, nie wykazująca żadnego zainteresowania powierzoną mu pracą, przesadnie ostrożna, bynajmniej nie ideowa i mało interesująca się. Wobec powyższego, dalsze pozostawienie wspomnianego na obecnie zajmowanym przez niego stanowisku, byłoby tylko wyrządzeniem szkody dla sprawy propagandy”.

Można zastanawiać się dlaczego, pomimo tak złej opinii, Kokin pozostawał na swoim stanowisku? Jakie przesłanki wpływały na jego obronę przez kpt. Libickiego - jego zwierzchnika, kierownika Wydziału VI Biura Wywiadowczego. Możliwe, iż decydująca była rywalizacja Oddziału II NDWP, które prowadziło Kokina z Oddziałem II MSWojsk., któremu podlegała Ekspozytura w Strzałkowie.

Kokin oraz jego współpracownicy cieszyli się całkowitym poparciem Oddziału II NDWP, według którego „w ciągu półrocznej swej pracy agenci placówki, korzystając w zamian za swe trudy jedynie z nieznacznej pensji (600 marek miesięcznie) i z nieznacznych przywilejów ze strony władz obozowych oraz narażając się na jawne niebezpieczeństwo w razie powrotu do Rosji ze strony znajdujących się w obozie komunistów – wykazali się najwyższą energią, wytrwałością i pracowitością w robocie propagandowej, dając niezbite dowody swej nienawiści do komunizmu i bolszewików. (…) Udowodnione w ciągu minionego półrocza przekonania osobiste zarówno jak i pracowitość i zdolności agentów placówki WB 6 w Strzałkowie – zasługują zdaniem Oddziały II na specjalne wyróżnienie i nagrodę. (…) Zaznacza się, że zwolnieni w ten sposób agenci mogliby być nadal użyci do służby pomocniczej na pograniczu Rosji Sowieckiej (stacje kontrolne, posterunki Defensywy, Ofensywy, propaganda itp.), jako posiadający uzdolnienia odnośne i znajomość stosunków”.

W końcu maja 1921 roku NDWP wystąpiło do MSZ z propozycją przyznania Kokinowi polskiego obywatelstwa. Nie znane są jednak jego dalsze losy.

Cdn.

http://chris1991.salon24.pl/457505,dwoj ... lszewicy-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 07 lis 2012, 17:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
"Dwójka" kontra bolszewicy (3)

Prowadzenie skutecznej propagandy antybolszewickiej wymagało działań na zapleczu Armii Czerwonej.
Działalność tę powierzona agentom głębokiego wywiadu, nazywanych wywiadowcami. Początkowo, wedle instrukcji z października 1919 roku, polskie służby specjalne zamierzały posługiwać się osobami, których do współpracy skłoniły motywacje wynikłe z pobudek ideowych. Jedynie w wyjątkowych sytuacjach przewidywano odstępstwa od tej zasady. Stosowanie takiej reguły eliminowało niebezpieczeństwo, iż większe sumy pieniędzy przekazywane agentowi mogły wzbudzić podejrzenia osób trzecich. Po drugie obniżano koszty działalności wywiadu.
Z drugiej strony system ten zawężał w zasadzie krąg potencjalnych współpracowników tylko do Polaków. Trudno było przypuszczać aby ówczesnej sytuacji Ukraińcy lub Rosjanie, przeciwnicy bolszewików, wyrazili chęć nawiązania kontaktu z polskim wywiadem.

Oddział II wykorzystywał do wywiadu głębokiego przede wszystkim struktury oraz kadry Polskiej Organizacji Wojskowej, której członkowie organizowali akcje sabotażowe, zbierali informacje o armii bolszewickiej, prowadzili propagandę zarówno wśród żołnierzy, jak i ludności cywilnej, a także oceniali skuteczność tych akcji.

Działania wojenne uniemożliwiały utrzymywanie stałej łączności z komórkami POW, co znacznie komplikowało wykonywanie pracy operacyjnej. Zwykle działalność agentów wywiadu organizują i kontrolują oficerowie prowadzący, pracujący w przedstawicielstwach dyplomatycznych lub handlowych własnego kraju. W czasie wojny konieczne było wysyłanie specjalnych osób, utrzymujących kontakt z zakonspirowanymi grupami POW.

Oddział II w kolejnych instrukcjach odszedł od idealistycznej zasady nakazującej przyjmowanie jedynie osób umotywowanych ideowo. Potencjalnych współpracowników dzielona na dwie grupy: „zgłaszających sami swoje usługi (korzystający z posiadanych poleceń i znajomości i będący zainteresowani pracą w wywiadzie dla przyczyn ideowych lub pieniężnych)” oraz „osoby zwerbowane przez naszych agentów werbunkowych, a wstępujących do wywiadu z tych samych przyczyn co pierwsi”.

W przypadku osób samodzielnie nawiązujących kontakt, zalecano szczegółowe sprawdzenie ich kontaktów, rodzin oraz znajomych, w celu uniknięcia prowokacji bolszewickich służb specjalnych. Natomiast osoby, które zamierzano pozyskać, poddawano obserwacji, która miała pozwolić określić ich poglądy polityczne, wady i zalety charakteru, a także nałogi. W każdej sytuacji należało postępować ostrożnie, tak, aby „w razie potrzeby wycofać się niepostrzeżenie z całej sprawy”.

Personalia potencjalnych współpracowników odnotowywane były w specjalnej kartotece, natomiast raporty o nim, przygotowane przez starszego wywiadowcę, w książce ewidencyjno-statystycznej. Przyjętego do służby agenta nadal dokładnie obserwowano, także jego rodzinę i znajomych. Przed wyruszeniem na front, a także po powrocie, poddawano rewizji, a następnie zakwaterowywano w lokalach należących do Oddziału II.

Jednym z ważnych agentów głębokiego wywiadu był współpracownik noszący kryptonim „Profesor”. Wedle słów ppłk. Ignacego Matuszewskiego z początku 1921 roku: „agent nasz „profesor” wszedł w porozumienie z komunistami rosyjskimi, przy czym zajął stanowisko wrogie w stosunku do partii Komunistycznej Polski, przekonując, że są to ludzie zdyskredytowani w kraju, bez wpływów i znaczenia. Że dla agitacji skutecznej konieczne jest zwalczanie innych żywiołów. Tymi mogą być tylko komuniści-niepodległościowi, których on reprezentuje. W celu umocnienia stanowiska „profesora” została załączona odezwa podpisana przez „Sekcję Warszawską Partii Komunistów-Niepodległościowców” w ilości 50 egzemplarzy z zachowaniem absolutnej konspiracji. Odezwa ta zostanie skierowana do użytku „profesora”, kilka zaś egzemplarzy zostanie rozrzucone celem dotarcia do kół komunistycznych”.
Przykład ten pokazuje metody stosowanej przez II Oddział dezinformacji, która była elementem walki propagandowej.

Oprócz agentów obcego wywiadu do działalności antybolszewickiej wykorzystywano także attache wojskowych i oficerów łącznikowych WP. Przykładowo, attache w Rewlu, Rydze i Helsinkach polecono, aby oprócz typowych zadań wywiadowczych, „ze względu na doniosłe znaczenie wywiadu prasowego dającego możność wewnętrznego obserwowania życia Rosji sowieckiej i panujących tam nastrojów – należy dołożyć wszelkich starań, aby w możliwie najkrótszym czasie zorganizować stałą przesyłkę zdobytych na miejscu gazet sowieckich do Oddziału II NDWP”.

Ponadto płk. Mieczysław Pożarski, attache wojskowy w Helsinkach, oraz rtm. Bogusławski, przedstawiciel NDWP przy dowództwie armii estońskiej, zamierzali wydawać specjalną gazetę dla żołnierzy Armii Czerwonej, w której planowano poderwać zaufanie żołnierzy do byłych rosyjskich (carskich) oficerów i generałów, służących w armii bolszewickiej. Pomimo, iż ostatecznie projekt ten nie został zrealizowany, attache wojskowi wykorzystywani do agitacji antybolszewickiej oraz inspiracji prasy w krajach, w których byli akredytowani. Dotyczyło to przede wszystkich krajów bałtyckich oraz Rumunii. Polscy oficerowie przekazywali redakcjom w tych krajach komunikaty o sytuacji na froncie. Było to szczególnie istotne podczas odwrotu spod Kijowa, gdy propaganda bolszewicka rozpowszechniała na masową skalę fałszywe informacje. Zagranicznym dziennikarzom przedstawiano także materiały o zbrodniach popełnianych przez czerwonoarmistów na ludności cywilnej oraz niszczeniu dóbr kultury.

Podejmowanie prób inspiracji zagraniczne prasy umożliwiało wykorzystywanie takich artykułów we własnej akcji propagandowej. Przytaczanie informacji z zagranicznej prasy, niezaangażowanej bezpośrednio w konflikt, a więc bezstronnej, pozwalało na uniknięcie zarzutu tendencyjności w przedstawianiu własnej wizji wojny.

Polski wywiad słusznie przewidział, iż po zawieszeniu broni działania propagandowe będą musiały mieć charakter niejawny. Biuro Wywiadowcze kierując się tymi przesłankami już 10 września 1920 roku przedstawiło projekt wykorzystania agencji telegraficznej do przekazywania zagranicznej prasie informacji o sytuacji w państwach Europy Wschodniej. Najważniejszym jej celem miało być „opanowanie i wyzyskanie źródeł wiadomości w państwach położonych na wschodzie Europy, przekazywanie tych wiadomości agencjom zachodnioeuropejskim, aby zamieściły je w prasie, dostarczanie informacji prasie wschodnioeuropejskiej o sprawach polskich i zachodniej Europy oraz informowanie prasy polskiej stołecznej i prowincjonalnej”.

Uznano, iż założenie nowej agencji byłoby podejrzane, należało więc przejąć kontrolę nad jedną z już istniejących. Ostatecznie wytypowano działającą w Warszawie Agencję Telegraficzną Wschód, założoną przez Towarzystwo Przemysłowo-Handlowe Neo-Sarmatia. Na wybór tej agencji wpływ miał zapewne fakt, iż jej właściciel Gustaw Grzybowski był wcześniej członkiem POW na Ukrainie.

Na mocy poufnego porozumienia Neo-Sarmatia – w zamian za stosowne dofinansowanie - zobowiązała się do rozpowszechniania informacji przygotowanych przez Oddział II NDWP.
Oddział II wykorzystał również Towarzystwo Przemysłowo-Handlowe do zorganizowania zakonspirowanych placówek Biura Wywiadowczego. Agitacja w strefie neutralnej, rozdzielającej wojska polskie i bolszewickie, była bowiem zabroniona. Pomimo tego zakazu, obie strony nadal ją prowadziły. Strona polska zadecydowała, iż „propaganda prowadzona przez Oddziały II bezpośrednich jednostek frontowych została zorganizowana przez utworzenie szeregu pozornie nieoficjalnych placówek, obsadzonych przez cywili kierowanych z Warszawy”.

W ten sposób powstały rzekome filie Neo-Sarmatii w Pińsku (kierownikiem został Mikołaj Staniszewski) oraz Równem (kierownikiem był Izrael Czernow). Zakonspirowane struktury Biura Wywiadowczego, aby nie zdradzić prawdziwego charakteru swojej działalności, pozornie zajmowały się handlem. W tym celu placówka w Równem otrzymywała co miesiąc jeden wagon soli, która była wówczas bardzo poszukiwanym towarem. Dzięki temu kierownicy placówek mogli pozyskiwać współpracowników spośród miejscowej ludności. Wraz z solą i innymi towarami, które były przemycane na drugą stronę pasa neutralnego przenoszono także materiały propagandowe. W efekcie zbudowano sieć stałych współpracowników, którzy oprócz zysków z kontrabandy, otrzymywali stałe wynagrodzenie.

Czernow umożliwił także założenie przez swojego agenta kawiarni w Korcu, położonym przy szlaku handlowym. W kawiarni znajdował się także skład literatury agitacyjnej oraz punkt kontaktowy dla wysyłanych informatorów.

Wedle raportu jednego z agentów „literatura nasza wywoła ferment nie tylko wśród chłopów, ale i pośród czerwonej armii, tak że ostatnio na pograniczu w naszym rejonie oddziały, zostały zastąpione przez bardziej pewne, pomiędzy którymi jest wielu komunistów z wyrachowania. Mam nadzieję, że odprowadzeni w tył żołnierze będą tam agitować w naszym duchu”

Jako kanały do nielegalnego przekraczania linii demarkacyjnej wykorzystywano również sieć fikcyjnych przedsiębiorstw, założonych przy strefie neutralnej. Część z nich kontynuowała swoją działalność także po zawarciu w marcu 1921 roku pokoju z Rydze.

Wybrana literatura:

O niepodległość i granice.
T. Bohm – Z dziejów naczelnych władz wojskowych II Rzeczypospolitej. Organizacja i kompetencje Ministerstwa Spraw Wojskowych 1918-1939
Z. Karpus – Jeńcy i internowani rosyjscy i ukraińscy na terenie Polski w latach 1918-1924
P. Majewski – Bolszewicy w oczach Polaków 1917-1920
A. Misiuk – Służby specjalne II Rzeczypospolitej
A. Pepłoński – Wywiad w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920

http://chris1991.salon24.pl/458001,dwoj ... lszewicy-3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 12 lut 2013, 01:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/01/18 ... nflanty-1/

Bój o Inflanty (1)
Posted by Marucha w dniu 2013-01-18 (piątek)

Trzeciego stycznia 1920 r. tuż nad ranem tyraliera polskich piechurów wbiegła na skutą lodem Dźwinę. Byli to żołnierze 2. batalionu 1. Pułku Piechoty Legionów, dowodzeni przez kapitana Stanisława Kozickiego. Polacy sprawnie sforsowali zamarzniętą rzekę, następnie uformowali kolumnę batalionową i ruszyli w stronę pobliskiego Dyneburga.

Rozpoczęła się operacja „Zima” – wspólna akcja wojsk polskich i łotewskich, mająca na celu wyparcie bolszewików z obszaru Łatgalii. Do ziem tych zgłaszała pretensje Łotwa, choć aż do I rozbioru Polski (1772) stanowiły one integralną część Rzeczypospolitej, znaną jako Inflanty Polskie.

Obrazek


Burzliwa niepodległość

Łotwa ogłosiła niepodległość 18 listopada 1918 r., jednak niemal natychmiast nad krajem tym zgromadziły się ciemne chmury. Już w grudniu na ziemie łotewskie wkroczyły wojska bolszewickie, zajmując większość terytorium łącznie ze stolicą Rygą, proklamując utworzenie Łotewskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Trzeba przyznać, że czerwoni najeźdźcy dysponowali tu pewnym zapleczem społecznym. Biorące udział w inwazji pułki tzw. Czerwonych Strzelców Łotewskich zdążyły zdobyć sławę w całej Rosji jako jeden z głównych filarów reżimu bolszewickiego. Pewna liczba Łotyszy znalazła się w bolszewickich trybunałach i oddziałach egzekucyjnych. Walka z bolszewizmem na Łotwie nabrała więc cech również wojny domowej.
Prawowity rząd premiera Karlisa Ulmanisa przeniósł się do Lipawy, a jego niewielkie siły zbrojne kontynuowały opór. Szybko nadszedł kolejny cios, z zupełnie nieoczekiwanej strony. Tamtejsza społeczność niemiecka powołała własną ochotniczą siłę zbrojną (Baltische Landeswehra), oficjalnie do walki z bolszewikami. Wkrótce jednak Niemcy dokonali zamachu stanu, aresztując część łotewskich ministrów. Premier Ulmanis z resztą rządu schronił się na pokładzie statku zakotwiczonego na redzie Lipawy, osłanianego przez okręty brytyjskie i francuskie. W tak niecodziennych warunkach urzędował przez ponad dwa miesiące, faktycznie nie mając wpływu na rozwój sytuacji.

Niemcy powołali własny rząd Łotwy. Dopiero teraz Landeswehra ruszyła na bolszewików. Dzięki poparciu uzyskanemu od armii estońskiej szybko wyparto Armię Czerwoną z Rygi i większości utraconych terytoriów, poza Łatgalią.

Niedługo potem między Niemcami a Estończykami wybuchł spór, który przerodził się w starcia zbrojne. Po naciskiem Ententy walki przerwano i umożliwiono powrót rządu łotewskiego z premierem Ulmanisem do Rygi. Niemcy uzyskali kilka stanowisk ministerialnych, ich Landeswehra została wcielona do armii łotewskiej.

Wkrótce doszło do wybuchu nowego konfliktu. Część jednostek niemieckich weszła w porozumienie z „białym” generałem rosyjskim Pawłem Bermondtem-Awałowem, dowódcą Zachodniej Armii Ochotniczej. Generał Bermondt-Awałow, zamiast spieszyć na pomoc wojskom Nikołaja Judenicza zmagającymi się w tym czasie z bolszewikami, samowolnie podjął decyzję o rozpoczęciu ofensywy na Rygę wespół z Niemcami. W listopadzie 1919 r. jego armia została powstrzymana przez siły łotewskie wspierane przez Brytyjczyków, Francuzów, Estończyków i Litwinów, a następnie wyparta do Prus Wschodnich, gdzie złożyła broń.

Największe niebezpieczeństwo dla niepodległości Łotwy zostało zażegnane, jednak Łatgalia z Dyneburgiem (drugim co do wielkości miastem Łotwy) wciąż pozostawała pod okupacją wojsk bolszewickich. Łotysze postanowili skorzystać z pomocy Polaków, również zmagających się z czerwonym zagrożeniem.


Federalizm czy inkorporacja?

Wojsko Polskie tocząc boje z Armią Czerwoną podczas ofensywy od sierpnia do października 1919 r. osiągnęło linię Dźwiny, zdobywając m.in. przyczółek mostowy pod Dyneburgiem. Stanowiło to dogodny punkt wyjścia do udzielenia pomocy Łotyszom.

Polska pomoc dla budowy niepodległej Łotwy pokrywała się z planami Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, zakładającymi utworzenie federacji państw Europy Wschodniej i Środkowej (Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii, Białorusi, Ukrainy). Piłsudski liczył na to, że akcja wojskowa w Łatgalii przypieczętuje sojusz polsko-łotewski, umocni prestiż Rzeczypospolitej wśród państw bałtyckich, a przez to umożliwi zbudowanie wyśnionej federacji.

Wypada nadmienić, że dla wielu Polaków odsiecz Łotwy nie była wcale rzeczą oczywistą. Kręgi Narodowej Demokracji optowały za programem inkorporacyjnym – przyłączeniem do Polski terenów z przewagą ludności polskiej. Zwolennicy tej koncepcji nie widzieli sensu w przelewaniu krwi za interesy łotewskie. Chętniej widzieliby Inflanty Polskie w granicach Rzeczypospolitej. Dla endeków niedopuszczalne było dobrowolne zrzeczenie się ziem zamieszkałych w znacznej części przez ludność polską w imię mglistych idei federacyjnych.
Piłsudski nie liczył się z zastrzeżeniami opozycji. 30 grudnia 1919 r. w Rydze podpisano tajne porozumienie polsko-łotewskie o rozpoczęciu wspólnej akcji zbrojnej w Łatgalii.


Operacja „Zima”

3 stycznia 1920 r. rozpoczęła się operacja „Zima”. Polacy skierowali do akcji Grupę Operacyjną generała Edwarda Śmigłego-Rydza (1. i 3. Dywizje Piechoty Legionów, 2. kompania czołgów – razem ok. 30 tysięcy żołnierzy). Łotysze wsparli ich swą 3. Dywizją Piechoty (10 tysięcy żołnierzy).

Podjęty nad ranem atak na Dyneburg przeprowadzony przez dwa bataliony polskiej piechoty zakończył się pełnym sukcesem. Już o godz. 15:00 miasto było wolne. Opór bolszewików był niewielki. Polacy stracili zaledwie 12 zabitych, 8 zaginionych oraz 37 rannych. Wzięli 437 jeńców, wśród łupów znalazły się trzy działa i tuzin cekaemów. Większość garnizonu sowieckiego wycofała się uchodząc przed okrążeniem.

Jeszcze tego samego dnia Polacy stoczyli zajadły, trzygodzinny bój o wieś Mozule. Nazajutrz po zażartej walce zdobyli Wyszki. Przejściowo zajęli stację kolejową Dubno, z której wkrótce musieli ustąpić pod nawałą ognia z trzech bolszewickich pociągów pancernych.

Obie strony kierowały do akcji świeże siły. Wkrótce rozpoczęły się kontrataki Armii Czerwonej. Walki toczyły się w niezwykle trudnych warunkach, wśród zamieci śnieżnych, przy 25-30-stopniowym mrozie. Mimo to ofensywa polsko-łotewska nie traciła impetu. Szczególnie zaciekłe były dziesięciodniowe boje 1. Brygady Piechoty Legionów pod Poliszczynem i Lanckoroną. Polacy stracili tam 65 zabitych, 6 zaginionych, 211 rannych; wzięli 500 jeńców, zdobyli działo i 24 karabiny maszynowe. W nocy z 3 na 4 lutego siły polskie osiągnęły linię: Dryssa – Kochanowicze – wschodni brzeg jeziora Oświeja – rzeka Świniucha. Nagle jak grom z jasnego nieba nadeszła wiadomość – rząd w Rydze zawarł rozejm z bolszewikami!

Dla strony polskiej było to całkowitym zaskoczeniem. Oto w tym samym czasie, kiedy żołnierze Rzeczypospolitej walczyli, aby Inflanty Polskie stały się łotewską Łatgalią, rząd w Rydze w tajemnicy przed Polakami prowadził negocjacje z Moskwą. W ich rezultacie 1 lutego 1920 r. Łotwa podpisała rozejm z Sowietami. Po kilku miesiącach oba państwa zawarły układ pokojowy.


Cena zwycięstwa

Straty polskie w operacji „Zima” wyniosły 2 920 żołnierzy zabitych, rannych, zaginionych, chorych i z odmrożeniami. O skali zaangażowania Polaków świadczy fakt, że działające u ich boku wojska łotewskie utraciły tylko czterystu żołnierzy.
Straty Wojska Polskiego poniesione w walkach były stosunkowo niewielkie. Oficjalne raporty wykazywały 107 poległych w akcji, do których należy doliczyć jeszcze znaczną liczbę zaginionych bez wieści oraz zmarłych z odniesionych ran. Niestety, szereg zgonów wyniknął ze szwankującego systemu ewakuacji i transportu rannych.
Oddziały polskie nie były należycie przygotowane do walki w tak trudnych warunkach klimatycznych. Wystąpiły poważne braki w zaopatrzeniu w mundury zimowe, co musiało dać dramatyczny efekt. Ponad połowa strat spowodowana była odmrożeniami. Nasi żołnierze nie mieli strojów maskujących; ich mundury wyraźnie kontrastowały na tle wszechobecnej śnieżnej bieli, co czyniło z ich posiadaczy wdzięczny cel. Oddziały brnęły z trudem w śniegu z powodu braku nart i sań (które w wielkich ilościach z powodzeniem wykorzystywał przeciwnik). Piechota często atakowała bez wsparcia artylerii, bo ta w czasie transportu grzęzła w zaspach. Podczas siarczystych mrozów szwankował sprzęt, szczególnie działa i broń maszynowa (z chwalebnym wyjątkiem cekaemów Hotchkiss wz. 14 z lufą chłodzoną powietrzem; natomiast w popularnych po obu stronach frontu Maximach przy niskich temperaturach woda zamarzała w chłodnicach).

Ujawniły się wreszcie słabe indywidualne wyszkolenie strzeleckie części żołnierzy, jak również przypadki nieporadności w posługiwaniu się sprzętem specjalistycznym, np. łącznościowym.

Operacja „Zima” udowodniła, że młode Wojsko Polskie było groźnym przeciwnikiem, skutecznym w boju, potrafiącym zwyciężać mimo zaciętego oporu wroga, niesprzyjających okoliczności na polu walki oraz ekstremalnych warunków klimatycznych. Zarazem pokazała jednak, że w organizacji i wyszkoleniu naszych sił zbrojnych wciąż pozostało wiele do nadrobienia. Należało teraz wytężyć wszystkie moce, by podnieść siłę bojową armii. Wszak nadchodzące miesiące miały okazać się rozstrzygające dla suwerenności Rzeczypospolitej.

Andrzej Solak
Cdn.

http://www.pch24.pl/andrzej-solak--boj- ... 569,i.html




http://www.pch24.pl/boj-o-inflanty--2-,12131,i.html

Bój o Inflanty (2)
Andrzej Solak
Data publikacji: 2013-02-01 19:00
Data aktualizacji: 2013-02-01 20:02:00

Obrazek
Józef Piłsudski i gen. Śmigły-Rydz z oficerami łotewskimi podczas zdobywania Dyneburga. Repr. FoKa/Forum


Polacy zaangażowali do walk w Łatgalii trzykrotnie więcej żołnierzy niż łotewski sojusznik. Złożyli również ponad siedmiokrotnie większą daninę krwi i bólu. Kto odniósł korzyści z operacji „Zima”?

Niestety, jej niemal wyłącznymi beneficjentami byli Łotysze. Oczyścili swoje terytorium z wroga niewielkim kosztem własnym, głównie za cenę polskiej krwi. Rola Wojska Polskiego nie ograniczyła się przy tym do wyparcia bolszewików z Łotwy. Obecność silnych jednostek polskich podziałała odstraszająco na Litwinów, którzy również mieli chrapkę na łotewskie terytorium.

Armia łotewska została poważnie dozbrojona – otrzymała od Polaków nieodpłatnie 25 tysięcy jednostek broni strzeleckiej oraz 5 milionów sztuk amunicji. Dodatkowo dowództwo polskie hojną ręką przekazało Łotyszom cały zdobyty na bolszewikach sprzęt. Tego uzbrojenia zabranie nam kilka miesięcy później, gdy ważyć się będą losy Rzeczypospolitej.

W końcu stycznia 1920 r. do oswobodzonego spod bolszewickiego jarzma Dyneburga przybył sam Józef Piłsudski. Podczas uroczystego obiadu z udziałem naczelnego wodza armii łotewskiej gen. Janisa Balodisa, Naczelnik Państwa oświadczył: „Przyjemnie mi jest być w oddziale, który spotkało rzeczywiste szczęście walczyć zgodnie z tradycją polską za naszą i waszą wolność - nie tylko za wolność naszego narodu, ale i za wolność naszego sąsiada i przyjaciela.”

Romantyzm Piłsudskiego miał wkrótce zderzyć się z chłodną kalkulacją naszych łotewskich sojuszników.


Wielkie fiasko

W dniach od 15 do 22 stycznia 1920 r. odbyła się konferencja w Helsinkach z udziałem przedstawicieli Polski, Łotwy, Finlandii, Estonii i Litwy. Polskie propozycje odnośnie stworzenia federacji państw bałtyckich zostały stanowczo odrzucone. Koncepcje federacyjne Piłsudskiego legły w gruzach.

W marcu 1920 r. w Warszawie toczyły się rozmowy polsko-łotewskie w sprawie zawarcia sojuszu antybolszewickiego. Zakończyły się one fiaskiem. Ryga prowadziła swą politykę zagraniczną nie oglądając się na Warszawę. Żołnierze polscy ofiarnie zmagający się z wrogiem nie byli już potrzebni...
W kwietniu rozpoczęła się ewakuacja naszych wojsk z Łotwy. Najdłużej, do lipca, pozostał tam pododdział obsadzający cytadelę w Dyneburgu.

Krew, która wsiąkła w ziemię inflancką – teraz już łotewską, nie polską – miały zrównoważyć kurtuazyjne gesty. 63 polskich autorów i uczestników operacji „Zima” zostało odznaczonych najwyższym odznaczeniem łotewskim – Orderem Wojskowym Lacplesisa (Orderem Zabójcy Niedźwiedzia). Otrzymali go m.in. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski oraz generałowie Edward Śmigły-Rydz i Stanisław Szeptycki.


Romantycy i gracze

Swoistą, gorzką dla nas puentą operacji „Zima” była postawa Łotwy latem 1920 r., podczas ofensywy Armii Czerwonej przeciwko Polsce.

Łotysze rościli sobie pretensje do części powiatu brasławskiego (gmin: Borów, Boruny, Demeń, Kałkuny, Skrudelino, Sołonaj) o łącznej powierzchni 1 500 km². Polacy odrzucali te żądania, jednak w lipcu 1920 r., w obliczu nadciągającej nawały bolszewickiej, stacjonujący tu żołnierze polscy wycofali się. Natychmiast na sporny teren wkroczyły wojska łotewskie. Losy wojny polsko-sowieckiej szybko się odwróciły, forpoczty rewolucji światowej poniosły klęskę – jednak Łotysze kategorycznie odmówili ustąpienia z zajętych terenów. Na granicy skoncentrowali jednostki swej armii, zapowiadając obronę tych ziem przed Polakami.

W Polsce środowiska Narodowej Demokracji oraz Straż Kresowa próbowały zmobilizować opinię publiczną do akcji w celu odzyskania utraconych ziem. Wszelako działania podejmowane w tej sprawie przez czynniki rządowe w Warszawie były dziwnie niemrawe. Doszło do tego, że dyplomatom prowadzącym rokowania z Łotyszami nakazywano, by przy podnoszeniu kwestii spornego terytorium wszelkie uwagi formułowali... „przyjaźnie” (!). Kropkę nad i postawiły rządy sanacyjne, zawierając porozumienie z Rygą, które de facto uznawało istniejącą granicę (1929).

Trudno mieć pretensje do Łotyszy o to, że dbali przede wszystkim o interes własny. Jednak warto uświadomić sobie, że Łotwa udzieliła nam twardej lekcji polityki realnej. Ten mały kraj, znajdujący się wówczas w niezwykle trudnej sytuacji, otoczony przez znacznie silniejszych sąsiadów, potrafił umiejętnie lawirować wyprowadzając w pole wszystkich ówczesnych graczy, z korzyścią dla siebie. Skwapliwie wykorzystał romantyczną egzaltację władz polskich, gotowych do poświęcenia własnych żołnierzy „za wolność waszą”; następnie bez skrupułów spożytkował trudne położenie sojusznika, by zająć sporny obszar na pograniczu, w myśl zasady: „w polityce nie ma przyjaciół, są tylko interesy”.

Oby ta lekcja czegoś nas nauczyła. Szczególnie, gdy dzisiaj niektórym dziejopisom łotewskim zdarza się całkowicie przemilczać pomoc udzieloną ich walczącemu o niepodległość i granice krajowi przez kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy polskich, przy równoczesnym uwypuklaniu odsieczy w wykonaniu... dwustu ochotników duńskich.


Kości i żwir

Po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości (1990), staraniem miejscowych Polaków, w Słobódce wzniesiono ogromny krzyż z wizerunkiem orła. Każdego roku w dniu 3 stycznia, w rocznicę wkroczenia do Dyneburga oddziałów Wojska Polskiego, zbierają się w tym miejscu przedstawiciele społeczności polskiej, by złożyć hołd bohaterom. Wszak „Ojczyzna to ziemia i groby”...

Andrzej Solak


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 19 mar 2013, 07:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Traktat ryski

Podpisany 18 marca 1921 r. w Rydze traktat graniczny polsko-bolszewicki był najważniejszą międzynarodową umową odrodzonej Rzeczypospolitej, choć nikt z niego nie był zadowolony... Wschodnia granica Polski odbiegała od linii sprzed I rozbioru. W Sowietach zostały tysiące Polaków, którzy pod koniec lat 30. będą poddani ludobójczej eksterminacji. Nowa granica rozdzielała tereny zamieszkiwane przez Ukraińców i Białorusinów, co przysporzyło II RP wielu problemów. Polska nie była ani federacją, ani państwem etnicznym.

Mimo wszystko traktat ryski był naszym sukcesem. Stan wojny pomiędzy Polską i Rosją bolszewicką ustawał. Ustalono przebieg granicy między Polską a Rosją, Białorusią i Ukrainą. Zrzeczono się zobowiązań powstałych w okresie imperium. Gwarantowano wzajemnie poszanowanie suwerenności, prawo wyboru obywatelstwa, prawo do repatriacji i prawa mniejszości narodowych, prawa do swobodnego rozwoju kultury, do obrządków religijnych, posługiwania się językiem narodowym. Strony zrzekły się odszkodowań wojennych, zobowiązywały się do poszanowania miejsc pochówku ofiar wojny, prawa do ekshumacji. Zadeklarowano amnestię w sprawach politycznych. Strona bolszewicka zobowiązywała się do zwrotu Polsce przedmiotów wywiezionych do Rosji lub na Ukrainę od 1 stycznia 1772 r.

Traktat ryski nie miał szans na pełną realizację – ze względu na charakter państwa sowieckiego, jego praktyki niewywiązywania się z umów międzynarodowych, okłamywanie drugiej strony, podawanie fałszywych danych. Obowiązywał do konferencji poczdamskiej, ale był przez Sowiety naruszany od początku. W roku 1939 został podeptany do spółki z Hitlerem, w roku 1945 do spółki z „aliantami” Polski… Po wojnie kolaboranci Stalina w Polsce do traktatu ryskiego się nie odwoływali, Polska nie była już państwem suwerennym.

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/27143,t ... ryski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 06 cze 2013, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Ekshumacja na chybcika

Kontrowersyjna ekshumacja mogiły polskich żołnierzy roku 1920 w Białymstoku.

Szczątki co najmniej kilku osób wrzucono do jednej trumny i jeszcze tego samego dnia, bez żadnych badań i ceremonii pogrzebowej, naprędce zakopano w kwaterze wojskowej cmentarza komunalnego.

Ekshumowana wczoraj mogiła znajduje się na terenie posesji przy ul. Zwycięstwa 5a, należącej do PKP, a zamieszkałej od lat 50. przez kolejarską rodzinę Zenobii i Bohdana Łukaszuków. To dzięki ich opiece grób przetrwał. Dzień ekshumacji potraktowali bardzo poważnie.

– Szczątki żołnierzy, o których wielu myślało, że ich tu nie ma, jednak spoczywały – mówi Bohdan Łukaszuk, którego prapradziad jest jedynym z 13 błogosławionych męczenników z Pratulina. Chodzi tu o Konstantego Łukaszuka, który w wieku 40 lat, 24 stycznia 1874 r. stanął w obronie świątyni w Pratulinie, za co, podobnie jak jego 12 towarzyszy, został zamordowany przez żołnierzy carskich.

– Mój błogosławiony przodek bronił wiary i Ojczyzny, ja również miałem obowiązek bronić tej mogiły naszych bohaterów przed zapomnieniem – opowiada nasz rozmówca.

Upychanie kości

Niestety, prace ekshumacyjne trudno określić jako fachowe. Białostocki urząd miejski zlecił je Przedsiębiorstwu Gospodarki Komunalnej sp. z o.o. Dwóch pracowników firmy rozkopało szpadlami mogiłę.

Znaleziono w niej mnóstwo ludzkich kości, na które przygotowano jedną trumnę. Pracownicy urzędu wojewódzkiego, nadzorujący prace, bez żadnych badań uznali, że szczątki należą do kilku osób. Nie było przy tym żadnego archeologa ani specjalisty. Odkrywkę na powrót zasypano.

Trumnę ze szczątkami żołnierzy przewieziono na cmentarz komunalny i tam w kwaterze żołnierzy z roku 1939 i 1920 w ekspresowym tempie pochowano. Nie było żadnej ceremonii pogrzebowej. Na pytanie „Naszego Dziennika”, czy jest przewidziana w przyszłości, usłyszeliśmy odpowiedź, że nie.

Podczas prowadzonych kilka lat temu robót ziemnych kilka metrów od mogiły wykopano kość piszczelową.

– Robotnicy jakieś 3-4 metry od mogiły naprawiali rurę wodną i znaleźli ludzką piszczel. Pochowaliśmy ją płytko w mogile – relacjonuje Łukaszuk.

Właśnie tę kość znaleziono wczoraj jako pierwszą. Duża odległość między miejscem odnalezienia tej kości a mogiłą świadczy o tym, że jama grzebalna była bardzo obszerna i spoczywać w niej może nadal nawet kilkadziesiąt osób. Natomiast podczas wczorajszych prac ekshumacyjnych, które trwały ok. 3 godzin, rozkopano jedynie niewielkie miejsce.

Z wnioskiem o ekshumację mogiły wojennej do Podlaskiego Urzędu Wojewódzkiego zwróciły się władze samorządowe Białegostoku. Nie wnoszono o przeprowadzenie badań DNA. Była natomiast prośba o jej sfinansowanie. Wojewoda podlaski Maciej Żywno przeznaczył na ten cel 1480 złotych. Urząd miasta zapewnia, że jakość prac ekshumacyjnych na tym sknerstwie nie ucierpiała.

– Prowadząc ekshumację, oparliśmy się na zapisach ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych i ustawy o grobach wojennych i cmentarzach wojennych. W pierwszej wymienionej przez mnie ustawie jest zapis, iż należy to zrobić „godnie i z poszanowaniem szczątków”. W ten właśnie sposób przeprowadziliśmy ekshumację i pochówek znalezionych szczątków żołnierzy – mówi Urszula Boublej z Biura Komunikacji Społecznej.

Będą wyjaśnienia

Przebiegiem ekshumacji i pochówku w Białymstoku jest zdumiony Adam Siwek, naczelnik Wydziału Krajowego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

– Powinna być zorganizowana bardziej profesjonalnie. Wydobyte szczątki powinny być zbadane przez fachowców. Powinna być też uroczysta ceremonia pochówku polskich żołnierzy – twierdzi Siwek. – Poproszę odpowiedzialne za tę ekshumację osoby o wyjaśnienia w tej sprawie – zapowiada.

Sposób wczorajszego wydobycia i pochówku szczątków polskich żołnierzy wypadł blado w porównaniu z chociażby kwietniową celebrą na cmentarzu żołnierzy sowieckich w Warszawie. Pochowano tam z honorami trumny ze szczątkami 29 czerwonoarmistów ekshumowane w grudniu 2012 roku. W pogrzebie uczestniczyli m.in. ambasador Rosji Aleksandr Aleksiejew i wicewojewoda mazowiecki Dariusz Piątek. Uroczysty pogrzeb odbył się z wojskową asystą honorową.

Adam Białous, Białystok

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... bcika.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 14 sie 2013, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Cud nad Wisłą

Piotr Szubarczyk

Latem 1920 r. Europa lizała wojenne rany i wychodziła z nienotowanej w dziejach pandemii hiszpanki, która pochłonęła kilkakrotnie więcej ofiar niż I wojna światowa.

W tej sytuacji świat zobojętniał na zagrożenie ze Wschodu. A bolszewicy parli na Warszawę, wieszcząc „światową rewolucję” „przez trupa Polski”. Zainstalowali w Wyszkowie „rząd” dla Polski. Gotowe już plakaty zapowiadały wcielenie odrodzonej Polski do bolszewii. Czekały na zdobycie Warszawy. Brytyjski polityk lord Edgard D’Abernon napisze potem, że zwycięstwo bolszewików byłoby „niebezpiecznym zwrotem w dziejach chrześcijaństwa” i „zagrożeniem zachodniej cywilizacji”!

Polska nie otrzymała w tych dniach wsparcia z Zachodu. Dokerzy w Wolnym Mieście Gdańsku, agitowani przez agentów bolszewickich, bojkotowali wyładunek ograniczonej pomocy. Przywódcy Czechosłowacji, wykorzystując ofensywę bolszewicką, zdecydowali o korzystnym dla siebie podziale Śląska Cieszyńskiego, blokowali także transporty z bronią i zaopatrzeniem dla Polski. Ambasadorowie w popłochu opuszczali Warszawę.

Jedynej pomocy udzielili nam wówczas bracia Węgrzy. Oni już zdążyli poznać i przezwyciężyć bolszewickie porządki w postaci Węgierskiej Republiki Rad z Żydem Béla Kuhnem na czele. Rząd Pála Telekiego przekazał nam nieodpłatnie sprzęt wojskowy: 30 tys. mauzerów i 48 mln naboi do tych karabinów, 13 mln naboi do mannlicherów, amunicję dla artylerii, kuchnie i piece polowe. Ta pomoc była bezcenna – docierała przed decydującą Bitwą Warszawską.

„Noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy w tym czasie podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem” – mówił 13 czerwca 1999 r. w Radzyminie, nad mogiłami polskich bohaterów Cudu nad Wisłą, wzruszony Jan Paweł II. Zachowajmy tę wdzięczność – dla Królowej Polski, dla młodych polskich żołnierzy i dla braci Węgrów –także w naszych sercach.

http://www.naszdziennik.pl/wp/50861,cud-nad-wisla.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 15 sie 2013, 19:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/artykuly/60323-kpt- ... tyce.pl%29

Kpt. Józef Kowalski, jedyny żyjący weteran Bitwy Warszawskiej, ostatni świadek Cudu nad Wisłą
opublikowano: dzisiaj, 12:53 | ostatnia zmiana: dzisiaj, 13:10

Obrazek

Cud nad Wisłą, ta wielka wiktoria polskiej historii, ma ostatniego świadka. Najstarszy człowiek w Polsce, 113-letni kpt. Józef Kowalski walczył w 22. Pułku Ułanów. Dziś mieszka w Domu Pomocy Społecznej w Tursku.
Pan Józef Kowalski urodził się we wsi Wicyń, jako poddany cesarza Franciszka Józefa. Wybuch I wojny i rewolucja w Rosji zmobilizowały mieszkających tam Polaków do walki o niepodległość. Do polskiego wojska zaciągnęli się dwaj bracia Kowalscy, starszy do hallerczyków, młodszy Pan Józef do ułanów.
Po wojnie skierowano go na kurs kawaleryjski do Grudziądza. Jednak po zakończeniu szkolenia zrezygnował z kariery w wojsku i wrócił na gospodarkę. Zmobilizowano Pana Józefa w sierpniu 1939 roku. Wziął udział w kampanii wrześniowej, walczył w artylerii, ale jego pułk został rozbity przez Niemców i dostał się do niewoli. Resztę wojny spędził w oflagu.
Po zakończeniu wojny pan Józef wrócił w rodzinne strony.Jak opowiadał wojna niby się skończyła ale w ich powiecie wciąż lała się krew polska, rosyjska i ukraińska. Spakował więc rodzinę i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Początkowo osiedlił się na Górnym Śląsku. Ślązacy nie ukrywali swej pogardy dla przesiedleńców zza Buga i po jakimś czasie przeniósł się do wsi Przemysław pod Krzeszycami, gdzie przejął opuszczone gospodarstwo rolne.
Mimo podeszłego wieku, aż do 1993 r uprawiał 9 ha ziemi, hodował świnie, krowy i ptactwo domowe. Kiedy zmogła go choroba ziemię zdał na Skarb Państwa i wprost ze szpitala trafił do naszego Domu w 1994 r.
W trakcie uroczystości urodzinowych 110 lat, minister Marek Surmacz w imieniu Prezydenta RP dokonał aktu dekoracji pana Józefa Kowalskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Polonia Restituta- jest to jedno z najwyższych polskich odznaczeń cywilnych. W precedencji Orderów i odznaczeń Order Odrodzenia Polski występuje po Orderze Wojennym Virtuti Militari. Pan Janusz Krupski wręczył w imieniu Premiera szablę ułańską, a we własnym medal „ Pro Memoria” ustanowiony w 2005 roku z okazji 60 rocznicy zakończenia II wojny światowej. W maju Rada Miasta Warszawy nadała panu Józefowi medal „Zasłużony dla Miasta Warszawy”, natomiast Rada Miejska w Radzyminie tytuł „Honorowy Obywatel Radzymina”
- czytamy na stronach placówki.

Na swoje 110 urodziny kpt. Kowalski otrzymał specjalny list od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który podziękował mu za bohaterską walkę za Ojczyznę.
Wielce Szanowny Jubilacie!
Z okazji 110. rocznicy Pana urodzin proszę przyjąć najserdeczniejsze powinszowania.
Gospodarka, wojna i miłość – oto były trzy prządki jego żywota, pisał o pułkowniku Michale Wołodyjowskim Henryk Sienkiewicz. Ten uwielbiany przez pokolenia Polaków bohater Trylogii jest wzorem żołnierza Rzeczypospolitej, przywiązanego do ziemi ojczystej patrioty, człowieka kultywującego życie rodzinne, dobrego obywatela i gospodarza zatroskanego o wydobycie kraju z wojennych zniszczeń.
Potrafił Pan urzeczywistnić ten ideał. Jako kawalerzysta stawał Pan w obronie polskich granic – najpierw w określonej mianem 18. największej bitwy świata – Bitwie Warszawskiej 1920 roku, a następnie w wojnie obronnej 1939 roku, znosząc później lata niewoli w niemieckim obozie jenieckim. Po wojnie, po zaanektowaniu Podola przez imperium sowieckie, nie powrócił Pan do rodzinnego gospodarstwa, lecz znalazł swoją nową małą ojczyznę w ziemi lubuskiej, w Przemysławiu, gdzie był Pan znany jako hodowca i znawca koni wierzchowych, ojciec rodziny, człowiek prawy i pełen pogody ducha. W Pana osobie ludzie młodzi odnajdują przykład i zachętę do tego, aby żyć godnie i pięknie.
Dzisiaj, gdy rozpoczyna Pan sto jedenasty rok życia, proszę przyjąć za te odważne czyny, za zasługi w walce o niepodległość kraju, za manifestowaną w tak różnych czasach i okolicznościach, ale zawsze tę samą, wierną miłość ojczyzny – słowa wielkiego uznania i podziwu. Jako Prezydent i Zwierzchnik Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej mam zaszczyt dać temu wyraz honorując Pana Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Lech Kaczyński
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

W ubiegłym roku minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak awansował Józefa Kowalskiego do stopnia kapitana Wojska Polskiego.

Pan Józef, mimo zacnego wieku - 113 lat, czuje się dobrze. Przekazaliśmy mu dzisiaj nasze pozdrowienia i wyrazy wdzięczności za bohaterską i oddaną walkę o wolną Polskę.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 16 sie 2013, 07:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Zadwórze – polskie Termopile

Piotr Szubarczyk

16 sierpnia 1920 r. – nazajutrz po Cudzie nad Wisłą – pod Zadwórzem, 33 km od Lwowa, 1. batalion 54. Pułku Piechoty został zaatakowany przez oddziały Pierwszej Armii Konnej Siemiona Budionnego. To było preludium do wydarzeń następnego dnia – heroicznej bitwy polskiego ochotniczego batalionu pod dowództwem kpt. Bolesława Zajączkowskiego z bolszewikami idącymi na Lwów.

Młodzi obrońcy byli od początku pozbawieni szans, ale nie ustąpili pola! Wiedzieli, że bronią dostępu do ukochanego miasta, które czeka na odsiecz. Postanowili, za cenę swojego życia, ten czas przedłużyć. Uratowali Lwów! Tak narodziły się „polskie Termopile”.

17 sierpnia bolszewicy dobijali polski batalion, który już nie miał amunicji. Ostatnich obrońców rozjuszona oporem dzicz zabijała kolbami karabinów, odcinała im głowy, ręce i nogi. Poległo 318 obrońców – prawie cały batalion! Uratowała się garstka, której dowódca wydał przed śmiercią rozkaz wycofania się. Kapitan Zajączkowski pozostał do końca na placu. Wraz z nim poległ wówczas 19-letni Konstanty Zarugiewicz, kawaler Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. Jego mama, Jadwiga, w roku 1925 wskazała jedną z trzech odkopanych trumien obrońców Lwowa do Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Z wojskowego punktu widzenia heroiczna obrona zakończyła się sukcesem operacyjnym – jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało… Budionny zrezygnował z kontynuowania marszu na Lwów, obawiając się kolejnego Zadwórza. Poza tym dotarły już do niego hiobowe wieści o pogromie bolszewików pod Warszawą. Skierował się na północ, na odsiecz bolszewikom gnanym przez polskiego żołnierza po Cudzie nad Wisłą. Dwa tygodnie później polska kawaleria zniszczy legendę jego Konarmii, rozbijając ją w bitwie pod Komarowem – największej kawaleryjskiej bitwie XX wieku!

Przechodniu, powiedz Polsce o Zadwórzu…

http://www.naszdziennik.pl/wp/50998,zad ... opile.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 16 sie 2013, 10:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/2008/najwiek ... -1920-roku

„Największy z rycerzy” poległych 15 sierpnia 1920 roku.
Smok Gorynycz, 15 sierpnia, 2013 - 17:43

Obrazek

W początkach sierpnia pierwsze oddziały Armii Czerwonej dotarły nad Wisłę na północ od Warszawy. W kierunku stolicy zmierzały główne siły Tuchaczewskiego zamierzając zdobyć miasto i zainstalować w nim marionetkowy rząd złożony z polskich komunistów. Objawił się on już 28 lipca w Białymstoku pod nazwą Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, a w jego skład wchodził Julian Marchlewski, Feliks Kon i Feliks Dzierżyński, osławiony kierownik CzeKi (Czereswyczajna Kamisija), straszliwego narzędzia rewolucyjnego terroru w bolszewickiej Rosji.
Dzięki osiągnięciom wywiadu, złamaniu szyfru nieprzyjaciela, dzięki doskonałej pracy Sztabu Generalnego z gen. Rozwadowskim na czele i dzięki własnemu geniuszowi militarnemu, Naczelny Wódz Józef Piłsudski wydał właściwe rozkazy. Dwie polskie armie pod dowództwem generała Józefa Hallera miały zatrzymać nieprzyjaciela na linii Wisły, a zwłaszcza na wschodnim przedpolu Warszawy. Tam właśnie Piłsudski spodziewał się największego nacisku Armii Czerwonej. Sam objął dowództwo nad armią skoncentrowaną w tajemnicy przed wrogiem nad rzeką Wieprz.
Tuchaczewski zaatakował 13 sierpnia. Twardy opór Polaków zmuszał go do angażowania w walkę coraz większych sił. W trzecim dniu Bitwy Warszawskiej całość sił bolszewickich była w ogniu walki. Jak pisał gen. Lucjan Żeligowski. w wydanej dziesięć lat po Bitwie Warszawskiej “Wojnie w roku 1920″: „Rosjanie widzieli przed sobą swój cel prawie osiągnięty. Z pozycji ich było widać ognie i światła Warszawy. My broniliśmy naszej stolicy już z rozpaczą. Walczyły nie tylko armaty, karabiny i bagnety, ale serca i psyche obu armji. Oni byli zwycięzcami, my zwyciężonymi. Droga do Warszawy – stała otworem. Zdawało się, że bez przeszkody wejść do niej może nieprzyjaciel.”
Niekiedy losy bitew, wojen a nawet tytanicznych starć całych cywilizacji zależne są od czynów jednostek. Odruchów woli, intuicji nie są w stanie uwzględnić w swoich kalkulacjach najtężsi stratedzy. Kontratak polski przewidziany był na ranek dnia 15 sierpnia. Porucznik Stefan Pogonowski dowódca I batalionu ciężkich karabinów maszynowych z 28 Pułku Strzelców Kaniowskich otrzymał rozkaz uderzenia na zajęty przez bolszewików Radzymin. W nocy porucznik Pogonowski zajmujący pozycję na wzgórzu zorientował się, że jego oddział znalazł się praktycznie na tyłach maszerujących na Warszawę bolszewickich pułków. Podejmując własną, sprzeczną z rozkazami dowództwa decyzję, rozkazał otworzyć ogień i ruszył do ataku. Generał Żeligowski napisał: „O godzinie 1-ej w nocy zaatakował on Wólkę Radzymińską… Pułki rosyjskie, słysząc silną strzelaninę na swoich tyłach, zatrzymały się i poczęły się cofać. Natarciu por. Pogonowskiego przypisuję doniosłe znaczenie. (..) Atakuje punkt, który – jak się później okazało, stanowi najczulsze miejsce armji rosyjskiej, centr głównej arterji nieprzyjacielskiego ruchu naprzód. Straciliśmy wielu oficerów… jednakże śmierć Pogonowskiego – jest momentem historycznym… w tem miejscu odwróciła się karta wojny, nastąpił przełom psychiczny u nas i u Rosjan. Od chwili tego natarcia rozpoczęły odwrót trzy, zwycięsko i niepowstrzymanie dotąd idące brygady, a także 21-a dywizja z Słupna, odwrotem tym stwarzając chaos i zamieszanie. Pogonowski, wiedziony nadzwyczajnym instynktem, rozpoczął zwycięstwo i 10-ej dywizji i 1-ej armji na przyczółku warszawskim. Na tem polega wielkie znaczenie jego czynu – i wtem chwała jego żołnierskiej śmierci”.
Porucznik Pogonowski bowiem został w trakcie natarcia śmiertelnie ranny. Nie pozwolił odnieść się z pola bitwy, do końca wydawał rozkazy. Przekazując dowodzenie porucznikowi Boskiemu wyszeptał „Pamiętaj, abyś mi ludzi nie wygubił…”. Zmarł około godziny 5 rano 15 sierpnia 1920 roku. Miał 25 lat.
Rodzinna Łódź doceniła wielkość czynu Stefana Pogonowskiego. Awansowanemu pośmiertnie do stopnia kapitana i odznaczonemu Orderem Wojennym „Virtuti Militari” wystawiła pomnik. Na grobie, gdzie spoczął skazany przez lata na zapomnienie bohater jednej z najważniejszych bitew ludzkości, w 1929 roku postawiono pomnik. Na cokole widnieje napis „Największemu z rycerzy poległych w obronie Ojczyzny przed nawałą bolszewicką w roku 1920”.

Cześć Jego pamięci!
Obrazek

Smok Gorynycz - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 16 sie 2013, 18:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://rebelya.pl/post/4556/jak-kaszubi ... olszewikow

Jak Kaszubi bili bolszewików
16.08.2013

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie przygotowało publikacje pt. „Jak Kaszubi bili bolszewików. Zarys historii wojennej 66 Kaszubskiego Pułku Piechoty” zawierającą reprint dziejów tej jednostki pierwotnie wydanych w 1929 roku.
66 Kaszubski Pułk Piechoty ma swoje początki w czasie powstania wielkopolskiego kiedy to powstańców zasilali przedzierający się z Kaszub ochotnicy chcący bić się z Niemcami. Z tych ochotników w październiku 1919 r. zaczęto formować kaszubski pułk strzelców pomorskich, nad którym osobisty patronat objął Naczelny Wódz Józef Piłsudski. Pułk ten w styczniu i lutym 1920 r. przejmował od Niemców przyznaną Polsce na mocy traktatu wersalskiego część Pomorza.
W czerwcu 1920 r. 66 Kaszubski Pułk Piechoty im Józefa Piłsudskiego został wysłany na front wojny polsko-bolszewickiej, gdzie w walkach pod Bobrujkami, w ofensywie sierpniowej znad Wieprza czy bitwie o Horodec zadał duże straty wojskom bolszewickim.
Jako znak rozpoznawczy od początku żołnierze Kaszubskiego Pułku Piechoty na kołnierzach kurtek i płaszczy umieszczali symbol Kaszub – czarnego gryfa ze złotymi szponami i w złotej koronie.
Odznaka pamiątkowa 66 Kaszubskiego Pułku Piechoty ostatecznie zatwierdzona została 15 września 1925 roku (Dziennik Rozkazów Ministra Spraw Wojskowych nr 31, poz. 319). Odznaka ma kształt ośmiokątnej tarczy z czarnym gryfem kaszubskim w koronie na złotym tle. W otoku granatowym napis NIGDE DO ZGUBE NIE PRZYŃDĄ KASZUBE zaczerpnięty z refrenu Marsza Kaszubskiego (tradycyjnie uznawanego za hymn kaszubski). Otok połączony z czterema powtórzonymi numerami pułkowymi 66 układającymi się w ramiona krzyża, między które wplecione są inicjały JP – Józefa Piłsudskiego, patrona pułku. .

Za: Kaszubi.pl

Więcej na ten temat tutaj
http://kaszubi.pl/aktualnosci/aktualnosc/id/551


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 16 sie 2013, 20:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Bitwa Warszawska w 1920 roku w pamięci mieszkańców Łodzi

W pierwszej połowie sierpnia 1920 roku mieszkańcy Łodzi gromadzili się na Placu Wolności, modląc się żarliwie o ocalenie Ojczyzny przed bolszewicką nawałą. Podczas jednego z tych błagalnych nabożeństw łodzianie ślubowali: jeśli Bóg da zwycięstwo zbudujemy kościół-votum.

Na przedpolu Warszawy, młodych żołnierzy prowadził wtedy do boju, z krzyżem w ręku, ksiądz Ignacy Skorupka, który wcześniej był prefektem w łódzkich szkołach.

Bóg dał zwycięstwo, a łodzianie dotrzymali słowa i jako wotum dziękczynne za uratowanie niepodległości Polski wznieśli kościół Matki Boskiej Zwycięskiej. 1 lipca 1926 roku pierwszy łódzki ordynariusz, bp Wincenty Tymieniecki erygował parafię pod wezwaniem Matki Boskiej Zwycięskiej, a 15 sierpnia 1926 r., w uroczystość Wniebowzięcia NMP i jednocześnie szóstą rocznicę Bitwy Warszawskiej, poświęcono kamień węgielny pod budowę świątyni. Pierwszym proboszczem parafii i budowniczym kościoła był ks. Dominik Kaczyński.

Budowa świątyni – trzynawowej bazyliki wg projektu architekta Józefa Kabana - została ukończona tuż przed II wojną światową; 2 października 1938 roku bp Włodzimierz Jasiński konsekrował nową świątynię. Sąsiadująca z nią wieża powstała już po wojnie, w 1950 r.

W absydzie prezbiterium umieszczono piękną dwuczęściową płaskorzeźbę w drzewie lipowym MB Zwycięskiej artysty Ludomira Śledzińskiego. Jej górna część przedstawia Maryję z Dzieciątkiem na ręku, depczącą głowę węża, natomiast część dolna nawiązuje do wydarzenia na polu bitwy pod Ossowem i przedstawia ks. Ignacego Skorupkę z krzyżem w uniesionej w górę dłoni, na czele oddziału żołnierzy. Górna część płaskorzeźby jest oddzielona od dolnej wstęgą z napisem:Dzięki Ci, Matko, za Cud nad Wisłą.

Po wybuchu drugiej wojny światowej Niemcy zamknęli i zdewastowali kościół, w którym urządzili zakład produkcyjny odzieży wojskowej. Proboszcz, budowniczy świątyni, prałat Dominik Kaczyński, wraz z dwoma księżmi wikariuszami zostali aresztowani, wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zostali zamordowani. Po wojnie, stopniowo, dużym nakładem środków i pracy przywrócono świątyni jej właściwy wygląd i funkcję liturgiczną. Uroczystość odpustowa parafii jest obchodzona 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia NMP i w rocznicę Bitwy Warszawskiej.
W latach 90. przed kościołem zbudowano pomnik poświęcony polskim oficerom zamordowanym w Katyniu przez NKWD, ofiarom zemsty Stalina za klęskę armii bolszewickiej w 1920 roku pod Warszawą. Fundatorem pomnika jest łódzki oddział Stowarzyszenia Rodzina Katyńska.

Ksiądz Ignacy Skorupka, warszawiak z robotniczej Woli, mieszkał w Łodzi krótko, bo tylko jeden rok. Od września 1918 r. pracował jako wikariusz w parafii Przemienienia Pańskiego i jako katecheta w jednej z łódzkich szkół. Był również założycielem i prezesem Towarzystwa "Oświata", działającego na rzecz rozwoju szkolnictwa polskiego w Łodzi. Dał się poznać jako gorliwy kapłan i świetny kaznodzieja, mający dobry kontakt z wiernymi. Pamięć o nim była wśród łodzian silna i dlatego pierwszy w Polsce pomnik ks. Ignacego Skorupki został wzniesiony przed łódzką katedrą już w dziesiątą rocznicę jego śmierci, 14 sierpnia 1930 r. Po wybuchu wojny, pomnik ukryto w podziemiach katedry, z obawy przed zniszczeniem przez okupanta niemieckiego. Na swoje miejsce pomnik wrócił dopiero po 1989 roku. W ten sposób została przywrócona łodzianom pamięć o bohaterskim kapłanie, symbolu Bitwy Warszawskiej.

Łodzianie upamiętnili także ks. Skorupkę nazywając jego imieniem ulicę w sąsiedztwie łódzkiej katedry oraz szkołę, w której pracował jako katecheta.

Ksiądz Skorupka zginął pod Ossowem koło Radzymina 14 sierpnia, trafiony kulą ekrazytową wprost w czoło. Takie pociski karabinowe były już w czasie pierwszej wojny światowej zakazane na mocy międzynarodowej konwencji, której bolszewicy nie przestrzegali. Śmierć musiała nastąpić natychmiast. Po bitwie odnaleziono ciało księdza pokłute bagnetami - musiał być rozpoznany jako duchowny, miał stułę na szyi i w dalszym ciągu trzymał krzyż w ręku – i przewiezione do Warszawy, gdzie 17 sierpnia na cmentarzu Powązkowskim odbył się pogrzeb, będący wielką patriotyczną manifestacją. Ks. Ignacy Skorupka został pośmiertnie odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari,

Inna wersja mówi, że ksiądz zginął, udzielając ostatniego namaszczenia młodemu, poważnie rannemu żołnierzowi.

Jednak oficjalny komunikat Sztabu Generalnego WP z 16 sierpnia stwierdzał, że zginął on w pierwszej linii walki. Komunikat opisuje bohaterską śmierć ks. kapelana Ignacego Skorupki [...], który w stule i z krzyżem w ręku przodował atakującym oddziałom. Właśnie taką scenę przedstawia płaskorzeźba znajdująca się w ołtarzu głównym łódzkiego kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej.

Drugim wielkim bohaterem Bitwy Warszawskiej jest Stefan Pogonowski, porucznik piechoty Wojska Polskiego.

Urodził się 12 lutego 1895 roku w Domaniewie, w rodzinie ziemiańskiej. Po ukończeniu w 1914 r. wstąpił do szkoły junkrów w Wilnie, którą ukończył z trzecią lokatą 31 stycznia 1915 r. i został mianowany chorążym. Następnie służył w armii rosyjskiej. Od stycznia 1918 roku w I Korpusie Polskim w Rosji, a od września tego roku w 4 Dywizji Strzelców Polskich gen. Żeligowskiego. Od lipca 1919 roku był dowódcą pierwszego batalionu w 28. Pułku Strzelców Kaniowskich.

W nocy z 14 na 16 sierpnia, o godzinie pierwszej, batalion por. Stefana Pogonowskiego zaatakował wieś Wólka Radzymińska, znajdującą się na tyłach pułków 27 dywizji sowieckiej, zmierzających na Izabelin i Jabłonną. Było to uderzenie w newralgiczny punkt sztabu wojsk sowieckich – zniszczona została sowiecka radiostacja sztabowa, a przez to zostały zerwane połączenia między grupami wojsk sowieckich.

Gen. L. Żeligowski przypisuje natarciu kapitana Pogonowskiego doniosłe znaczenie. Rosjanie widzieli ze swoich pozycji ognie i światła Warszawy. Droga do stolicy wydawała się być otwarta. Oto fragment wspomnień generała Żeligowskiego:

W tej chwili słaby batalion nie czekając godziny ogólnego natarcia, atakował punkt, który – jak się później okazało – stanowił najczulsze miejsce armii rosyjskiej, centrum głównej arterii nieprzyjacielskiego ruchu naprzód.

Według mego przekonania – w tym miejscu odwróciła się karta wojny, nastąpił przełom psychiczny u nas i u Rosjan. Od chwili tego natarcia rozpoczęły odwrót trzy zwycięsko i niepowstrzymanie dotąd idące brygady, a także 21. dywizja ze Słupna, odwrotem swym stwarzając chaos i zamieszanie. Pogonowski, wiedziony nadzwyczajnym instynktem, rozpoczął zwycięstwo 10. dywizji i 1.armii na przyczółku warszawskim… i zginął.

Za męstwo i odwagę okazane na polu bitwy Stefan Pogonowski został pośmiertnie awansowany do stopnia kapitana i odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Jego grób znajduje się w Łodzi, na Starym Cmentarzu przy ul. Ogrodowej. Nad grobem umieszczony został piękny pomnik, przedstawiający rycerza w husarskiej zbroi, będący dziełem znanego łódzkiego rzeźbiarza, Wacława Konopki, ufundowany przez społeczeństwo Łodzi. Na pomniku artysta umieścił napis: Największemu z rycerzy poległych w obronie ojczyzny przed nawałnicą bolszewicką w 1920 roku.

Po 1989 r. jedną z ulic w dzielnicy Polesie nazwano imieniem Stefana Pogonowskiego, W 2002 roku powstał pierwszy dokumentalny film poświęcony bohaterowi: "Stefan Pogonowski" (reżyser Andrzej B. Czulda).

Literatura

1. Wiesław Kwaśniewski, To było zwycięstwo, nie cud, http://prawica.net/opinie/13113

2. Kościół Matki Boskiej Zwycięskiej, http://www.mbz.lodz.pl/

3. Antoni Jackowski, Ksiądz Ignacy Jan Skorupka, kapłan, bohater, męczennik, Niedziela nr 33/2005, http://www.niedziela.pl/artykul/77469/n ... an-bohater

4. http://www.bitwawarszawska.pl/index.php ... okaz&id=76

5. http://www.cmentarz-stary.w-lodzi.info/ ... nowskiego/

6. http://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Pogonowski

http://nanofiber.salon24.pl/527124,bitw ... ncow-lodzi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 17 sie 2013, 06:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
RODZINNA HISTORIA

JACEK KOWALSKI HISTORYK SZTUKI

Idą bolszewicy! Co robić? Ksiądz Ignacy Skorupka uspokaja przyjaciół: „Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony Polskiej, nie opuści nas i ześle nam człowieka, jak ksiądz Kordecki, jak Joanna d’Arc we Francji. Bliski jest dzień. Nie minie dzień 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. I rzeczywiście… ale tym razem opowieść moja nie będzie tyczyła bohaterów.

Przodkowie

Cud nad Wisłą przeżyło pokolenie pradziadków i prababć naszych dzieci. Na zaproszenie redakcji „Naszego Dziennika” ośmielam się spojrzeć na tę dziejową chwilę oczyma owych czworga pradziadów, rozsianych po krańcach Rzeczypospolitej. Nie mieli wpływu na bieg wydarzeń, ale pozostawili potomkom jakże cenne wspomnienia. I tylko dlatego ich przywołuję – aby spojrzeć na historię oczyma tych, którzy zaledwie byli świadkami.

Dziewięcioletni Józio Szarecki żył w ziemiańskim dworze w Mołodowie niedaleko Pińska. W wielkopolskim, małomiasteczkowym gospodarstwie w Kórniku pomagał rodzicom szesnastoletni Staś Michałowski. Czesia Maliszówna, lat piętnaście, patrzyła z nauczycielskiego domu swojej starszej siostry Eugenii – niedawno jeszcze w Galicji, teraz na podlubelskiej wsi. Wreszcie gdzieś daleko za dawnym niemiecko-rosyjskim frontem, w rewolucyjnej zawierusze, tułał się z żoną Anną były oficer carski, syn zubożałego szlachcica z Mazowsza, Feliks Kowalski. Tymczasowo bez dachu nad głową. Trzy zabory, cztery strony świata.

Rok 1919

Zmartwychwstanie Rzeczypospolitej było cudem. Zwłaszcza że wespół z Rzecząpospolitą zmartwychwstała też armia polska, która po niemal dwustu latach klęsk – nareszcie okazała się skuteczna. A właśnie od wschodu nadchodziła wojna polsko-bolszewicka. Pamiętajmy, że ta wojna nie zaczęła się wcale w roku 1920, tylko znacznie, znacznie wcześniej. Wtedy, gdy Wilno i Białoruś wraz z Mołodowem po raz pierwszy zajęli bolszewicy.

W Mołodowie „komitet folwarczny” nakazał wtedy żywcem zakopać „polskiego pana” – Stanisława Szareckiego, Józiowego ojca. Szczęściem „pomieszczik” (polski ziemianin) w porę uciekł ze swego dworu. Jakoś wówczas też wędrujący ku Polsce Feliks Kowalski trafił do rewolucyjnego aresztu. Rozebrany do kalesonów stanął w gronie oskarżonych przed komisją śledczą. Zadawano kilka krótkich pytań – a potem kierowano na lewo albo na prawo. „Familia? – Kowalskij. – Imia? – Fieliks. – Paliak? – Paliak. – Na liewo!” Przeżył. Czy zaważyła polska narodowość, czy też imię, tożsame z narodowością i imieniem Feliksa Dzierżyńskiego, który stał na czele komisji (co rodzinna legenda przechowała w skrzętnej pamięci)?

Wiosną 1919 roku polskie wojsko wyzwoliło i Wilno, i zapadłe Mołodowo. Ustaliła się wschodnia granica Rzeczypospolitej, ale wciąż nie była ugruntowana żadnym traktatem.

Szyfranci w akcji

Tymczasem polski wywiad zaczął łamać kolejne klucze szyfrowe bolszewickich radiotelegrafistów. Ten fakt – utajniony w latach międzywojennych – poznajemy dopiero dziś dzięki badaniom prof. Grzegorza Nowika. Z odszyfrowanych ruskich depesz polskie dowództwo dowiedziało się, że najbliższym celem Sowietów będzie Rzeczpospolita. Pod koniec 1919 roku Lenin nakazał przygotować plan wojny, aby – jak sam powiedział – sprawdzić „za pomocą bagnetów, czy w Polsce nie dojrzała już proletariacka rewolucja”.

Szlakiem Chrobrego

Piłsudski uznał, że najlepszą obroną będzie atak. Zarazem chciał urzeczywistnić swoją idée fixe – federację narodowych państw, które mogłyby oprzeć się Rosji, czy to białej, czy czerwonej. Dlatego sprzymierzył się z atamanem Petlurą. Kiepski to był sojusznik, ale jedyny. Natarcie na froncie ukraińskim ruszyło w kwietniu roku 1920, rozcinając sowieckie armie wpół. Kijów został zajęty 7 maja, a na froncie białoruskim rozegrała się bitwa nad Berezyną: armia Michaiła Tuchaczewskiego poniosła ogromne straty i musiała się cofnąć.

Ten sukces na miarę Chrobrego wzbudził w Polakach entuzjazm. Za chwilę jednak przyszła trwoga. W czerwcu Konarmia Siemiona Budionnego przerwała front i weszła na zachodnią Ukrainę, siejąc zniszczenie. Próby jej rozgromienia nie powiodły się. Rozpoczął się odwrót z Kijowa. Tymczasem na Białorusi Tuchaczewski zebrał na nowo siły i w lipcu uderzył ponownie, pchając nieliczne oddziały polskie na zachód. Propaganda sowiecka była pewna, że Warszawa lada chwila padnie łupem rewolucji.

Ucieczka z dworu w Mołodowie

We dworze pradziadka moich dzieci w Mołodowie, gdzie „w bawialnym pokoju nad kanapą wisiały owalne wizerunki Księcia Józefa i Kościuszki, w środku Gerwazy i Protazy popijający miodek”, a „na kominku statuetka Napoleona, nad drzwiami Mickiewicz” – rozpoczął się jeden z polskich exodusów. Uciekamy do Warszawy! „Nagły wyjazd, rzeczy pakowane pośpiesznie, byle jak, wiązane w prześcieradła i kapy, byle prędzej do stacji kolejowej”, na stacji „brak transportu, nocleg na rampie kolejowej, wreszcie jazda towarowym wagonem, w jednym końcu my i nasze toboły, w drugim żołnierze z końmi gen. Sikorskiego… pociąg ewakuacyjny zatrzymuje się w Błoniu, stamtąd końmi wuja Karkowskiego przyjeżdżamy na ul. Sienną do wujostwa”. Starszy pan Szarecki przyjechał do Warszawy później, konnym zaprzęgiem, bo odprowadziwszy rodzinę do Drohiczyna, zawrócił, „żeby zabrać inwentarz żywy”. Udało mu się.

Szkoła za Janowem

Także do zapadłej wsi za Janowem Lubelskim dochodzi wieść, że idą bolszewicy i że robią rewolucję, czyli wieszają, palą i gwałcą. Zastrachana gromada radzi, co począć. Przeważył pomysł, żeby pokazać bolszewikom, że u nas już rewolucja była. Ale rewolucja przeciwko komu? We wsi brakło „pana” i księdza. Była za to nauczycielka Eugenia Maliszówna, jedyny przedstawiciel „kapitalistycznego reżimu”. Ktoś rzucił kuriozalny pomysł – na przywitanie bolszewików powiesić Eugenię. Domorośli rewolucjoniści ruszyli ku szkole, ale inni w porę ostrzegli. Eugenia chowa się w kominie pieca chlebowego. Poszukiwania nic nie dały, rewolucyjny zapał przygasł, a nauczycielka przez kilka dni nie wychodziła z domu. Czesia z siostrzyczkami obserwowały przedpole.

Armia Ochotnicza

Sytuacja pod Janowem pokazuje, jak bolszewicy mogli namącić w głowach. Tymczasem mimo prowokacji i agitacji – Naród en masse nie dał się zbałamucić. W lipcu następuje wielka patriotyczna mobilizacja, do armii zgłaszają się masowo i młodzi, i dorośli, studenci i skauci z całej Polski. Powstaje Armia Ochotnicza pod dowództwem generała Józefa Hallera, organizuje się Ochotnicza Legia Kobiet. Plakaty krzyczą: „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!”, „Twierdzą nam będzie każdy próg!”, „Wstąp do wojska!” „Czy narzeczony twój jest godzien polskiej niewiasty, czy walczy z najazdem?”.

Rodzice Stasia Michałowskiego, rolnicy, właściciele niedużego gospodarstwa pod Kórnikiem (25 mórg magdeburskich), uważali, że „syn powinien być przygotowany do odegrania znaczniejszej roli w życiu narodowym i społecznym”. Jak sam wspominał, „w domu śpiewaliśmy pieśni narodowe”, „ojciec opowiadał o kosynierach”, a matka „jako osoba bardziej egzaltowana, mówiła z większym przejęciem… o swych dwóch wujach, którzy zginęli w powstaniu w r. 1863”. Staś jeszcze za zaborów wstąpił do tajnego skautingu. Teraz postanowił wstąpić do Armii Ochotniczej. Że nie miał lat siedemnastu, musiał okazać pisemną zgodę ojca. Franciszek Michałowski niezbyt był zachwycony, ale nie dał tego po sobie poznać. Może zresztą nie wierzył, że syn naprawdę przywdzieje mundur? Śmiejąc się, podpisał zezwolenie od ręki – i Staś poszedł.

Cuda nieprzeliczone

Następne dni to wiele cudów, z których wyłoniła się niepodległa II Rzeczpospolita w swoim ostatecznym kształcie. Wszak Cud nad Wisłą nie ograniczał się do Bitwy Warszawskiej, a Bitwa Warszawska do okolic Warszawy. Aby rozgromić wroga, należało uderzyć z południa, znad rzeki Wieprz, na bolszewickie tyły. Patrzącemu na mapę plan ten wydaje się dziś oczywisty. O jego podjęciu – co dziś wiemy z pewnością – zdecydował sam Józef Piłsudski. Ale pozostawało wykonanie, zależne od sztabu, generałów, żołnierzy i – od Opatrzności. Każdy błąd mógł przynieść klęskę. Trzeba było najpierw nie oddać stolicy i utrzymać linię Wisły; jednocześnie przegrupować wycofujące się ze wschodu oddziały, których morale było nadszarpnięte, i rzucić je do skutecznego ataku.

Wtedy właśnie nastąpiło kilka niezwykłych zbiegów okoliczności, które człowiek wiary nie nazwie zwykłymi przypadkami. W przeddzień bitwy radiotelegrafista ppłk Jan Kowalewski i matematyk prof. Stefan Mazurkiewicz rozgryźli kolejny szyfr bolszewicki – który pozwolił dowództwu poznać plany wroga. Jednocześnie oddział ochotniczego 203. Pułku Ułanów podczas niespodziewanego wypadu „przypadkowo” zdobył bolszewicką radiostację w Ciechanowie. W rezultacie jedna z rosyjskich armii nie dowiedziała się o klęsce pozostałych – i zamiast je wspomóc, sama wpadła w tarapaty. Bolszewicy czuli się nazbyt pewnie, oddani grabieżom i gwałtom myśleli, że sukces już właściwie nastąpił. Od strony Wieprza nie byli osłonięci, a gdy na północy Tuchaczewski podchodził pod bramy Warszawy, na południu Budionny, zamiast się z nim połączyć – postanowił zdobyć Lwów. Za tym strategicznym błędem poszła szczęśliwa dla nas decyzja Tuchaczewskiego, żeby nie atakować stolicy wszystkimi siłami, ale część armii skierować ku dolnej Wiśle.

Stało się więc, jak przepowiedział ks. Skorupka, który zginął 14 sierpnia pod Ossowem, prowadząc do ataku ochotników ze stułą na szyi i krzyżem w dłoni. I stało się tak, jak planował Wódz Naczelny. W ciągu kilku tygodni armie bolszewickie zostały rozcięte, okrążone i zniszczone; najpierw w Bitwie Warszawskiej, potem jeszcze silniej w kolejnej bitwie nad Niemnem. Poszarpany Budionny umknął spod Zamościa na daleką Ukrainę i już nie wrócił. Kiedy Tuchaczewski zorientował się, co się dzieje, i jego radiostacje poczęły wzywać Armię Czerwoną do odwrotu, polscy radiotelegrafiści zagłuszyli jego rozkazy, nadając początek Ewangelii św. Jana: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo…”.

Prawie dwieście tysięcy bolszewików poległo lub dostało się do niewoli, lub zdezerterowało, w ręce polskie poszło kilkaset dział i tysiąc ciężkich karabinów maszynowych. Jesienią rozejm podpisany w Rydze, a potem traktat ryski zagwarantowały nam pokój na wschodzie – na lat dziewiętnaście.

Epilogi

Kiedy rewolucyjna groza minęła, Eugenia Maliszówna wyszła z ukrycia. Wieś wysłała delegatów, aby w imieniu gromady przeprosili nauczycielkę i ubłagali o pozostanie w szkole. Eugenia ku zdumieniu delegacji przeprosin nie przyjęła i pierwszą okazją udała się wraz z rodzeństwem na stację kolejową, a stamtąd – do krewnych w głębi kraju.

Feliks Kowalski, który w walkach udziału nie wziął, po tułaczce przedostał się do Rzeczypospolitej i osiadł nad granicą – w Stołpcach nad Niemnem. Swoje opowieści szeptał do ucha Melchiorowi Wańkowiczowi, sącząc z nim ostre trunki w restauracji przy stołpeckim rynku. Potem Wańkowicz napisał książkę „Od Stołpców po Kair”… Wojskowe tradycje mieli przejąć najstarsi synowie Feliksa, ale to inna historia.

Staś Michałowski przyjechał do Kórnika z nadszarpniętym zdrowiem. Nie, nie trafił na front. Jako niepełnoletni pełnił służbę w koszarach i prochu nie powąchał, przeszedł za to ciężkie zapalenie płuc. Do końca burzliwego życia, mimo innych wojennych przeżyć, które stały się jego udziałem jako oficera Komendy Głównej AK – z dumą wspominał, że był ochotnikiem roku ’20.

Józio Szarecki powrócił do dworu w Mołodowie wraz z rodzicami i rodzeństwem 11 listopada 1920 roku. Wraz z nimi odtwarzał się stary porządek rzeczy. „Nasza poczciwa Malwa od razu weszła na swoje miejsce w oborze, tak jakby wracała z pastwiska. Kotka, która przez kilka miesięcy była na przechowaniu we wsi… biegła za nami jak piesek”. Ale siostra Józka, Irena, wspomina, że nie wszystko powróciło do normy. „Przez dłuższy czas budziłam się w nocy z krzykiem… Jeszcze i teraz… atmosfera wiszącej grozy i niepewność pozostanie mi zawsze w pamięci”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/51206,rod ... toria.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921
PostNapisane: 19 sie 2013, 05:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31579
Pogromca cudów

Paweł Wroński na łamach „Gazety Wyborczej” zakpił sobie z ludzi wierzących, włączając się jednocześnie w dalszą akcję skierowaną przeciwko ks. abp. Henrykowi Hoserowi. W artykule pt. „Jak Matka Boska wygrała wojnę z bolszewikami” z 16 bm. w sposób prześmiewczy zgromił ordynariusza warszawsko-praskiego.

Ksiądz arcybiskup, mówiąc o zwycięskiej Bitwie Warszawskiej z 1920 r., zwrócił uwagę na cud objawienia się Najświętszej Maryi Panny nad oddziałami Armii Czerwonej, który wywołał popłoch w jej szeregach.

Świadectwa wielu uczestników walk sprzed 93 lat, w tym jeńców bolszewickich, nic dla Wrońskiego nie znaczą. Idzie natomiast dalej, wyśmiewając inne wydarzenia z historii Polski, w których od wieków Polacy uznają cudowne wsparcie z Nieba, jak choćby obronę Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego.

Szydzi też wprost z Matki Bożej, pisząc, że „nie była szczególnie aktywna podczas powstania warszawskiego”. „Może trzeba było się modlić, zamiast walczyć?” – puentuje swój tekst Wroński.

Szkoda, że autor nie chciał zastanowić się głębiej nad słowami tak ośmieszanego przez niego ks. abp. Hosera.

„Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej 1920 roku było wynikiem potrójnego cudu: jedności narodowej, sztuki militarnej Polaków oraz Bożej Opatrzności” – podkreślał ksiądz arcybiskup. Właśnie. 93 lata temu na przedpolach Warszawy zwyciężyła i modlitwa, i czyn.

Niestety, każdy człowiek, który patrzy na świat z pozycji ateisty, nie jest oczywiście w stanie zaakceptować jakiejkolwiek ingerencji Boga w życie człowieka, społeczności czy całego narodu.

Wroński także ma prawo do takiego spojrzenia, ale to nie oznacza zgody na obrażanie i wyśmiewanie ludzi wierzących i samej wiary jako takiej. Idąc tym tropem, autor „Gazety Wyborczej” zacznie pewnie wkrótce atakować biskupów i księży za mówienie w kazaniach o cudach biblijnych, o nadzwyczajnych znakach, jakich dokonywał Jezus Chrystus. Chciałoby się zawołać: „Oj, strzeżcie się kaznodzieje, pogromca cudów nadchodzi!”.

Wroński gromiąc – jak sam to nazwał – „Historię Polski według abp. Hosera”, w gruncie rzeczy chce pisać jakąś swoją „historię”, w której wyeliminowane zostaną odniesienia do Boga i wiary chrześcijańskiej oraz oczywiście wykluczone wszelkie wzmianki o cudownych interwencjach z Nieba.

Nie jest przecież przypadkiem np. to, że w artykule nie pada ani razu stwierdzenie „Cud nad Wisłą” na określenie wydarzeń z 1920 roku. No cóż, aby rozpoznać religijny charakter cudu, potrzebny jest podstawowy warunek – przekonanie o istnieniu Boga i Opatrzności Bożej, a także dobra wola objawiająca się pewną otwartością na nadprzyrodzoność.

Brak tego powoduje w najlepszym wypadku obojętność, ale częściej agresywne uprzedzenie do wszystkiego tego, co dla ludzi wierzących jest znakiem nadprzyrodzonym. W przypadku „Gazety Wyborczej” zdecydowanie widać tę drugą postawę.

Slawomir Jagodzinski

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... cudow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 161 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /