Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 39 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Kościół i Polska
PostNapisane: 17 lis 2011, 09:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Mała religijna stabilizacja (1)

Państwo komunistyczne po konfrontacji milenijnej nadal toczyło zdecydowaną walkę z Kościołem katolickim w Polsce, mimo iż kardynał Wyszyński wyraźnie dystansował się od bieżącej polityki.
Episkopat zdając sobie sprawę, że wydarzenia marcowe były przejawem walk frakcyjnych w PZPR, powstrzymał się od jakichkolwiek oficjalnych ocen w tej sprawie. Jedynie 21 marca 1968 roku w liście do premiera Cyrankiewicza zażądano uwolnienia młodzieży z więzień i aresztów oraz zaprzestania stosowania „anachronicznych środków represji”.

Ta powściągliwa polityka Prymasa nie zmieniła w żaden zasadniczy sposób polityki kościelnej kierownictwa PZPR. Kościół, jako jedyna niezależna instytucja, w oczach rządzących komunistów stanowił jedyną licząca się opozycje polityczną w kraju. Podporządkowanie sobie Episkopatu Polski oznaczało w rezultacie przejęcie pełnej kontroli nad całym Kościołem w Polsce. W związku z tym starano się podejmować cały szereg działań zmierzających do pogłębienia i podsycania „rozbieżności w łonie Episkopatu” oraz „poderwania autorytetu Wyszyńskiego w episkopacie i wśród kleru”. W sprawozdaniu Urzędu do Spraw Wyznań z 1966 roku podkreślono, iż „praca Urzędu powinna koncentrować się na działaniach zmierzających do dalszego rozwarstwienia kleru i przeciwstawienia go reakcyjnej części episkopatu”. W Urzędzie do Spraw Wyznań kontynuowano prowadzenie rozmów z księżmi oraz biskupami, które miały być „w założeniach czynnikiem kształtującym postawy biskupów i tym samym rozwarstwiającym politycznie hierarchię kościelną w Polsce”.

Wszyscy członkowie Episkopatu posiadali w aktach Urzędu do Spraw Wyznań teczki personalne, w których umieszczano wszelkie dotyczące ich dane, teksty kazań, oficjalnych wystąpień i listów, a także wycinki prasowe i donosy. Szczególnie wnikliwie zajmowano się ścisłemu gronu kierowniczemu polskiego Episkopatu. Oto jego krótka charakterystyka z 1969 roku:
„Kierownictwo sprawami Kościoła w Polsce sprawuje w zasadzie Wyszyński jednoosobowo. Do kierownictwa Episkopatu zaliczyć można również wąskie grono osób, wnoszących głownie koncepcje działań i wypracowujących metody ich realizacji. Należą tu:
Kardynał Wojtyła – podejmuje szereg prac koncepcyjnych, sporządza dokumenty Episkopatu, jego głos waży w decydowaniu o kierunkach działania, ale nie zajmuje postaw kontrowersyjnych wobec Wyszyńskiego;
Sekretarz Episkopatu bp Dąbrowski – w pełni podporządkowany Wyszyńskiemu, stanowi zasadnicze ogniwo wykonawcze jego dyrektyw, koncentruje w swym reku kontakty z władzami państwowymi, jest organizatorem zaplecza prawnego i propagandowego kierownictwa Kościoła;
Bp Tokarczuk – wysunął się na czoło ordynariuszy jako prognostyk polityczny, przedstawiciel nowoczesnej myśli kościelnej, rzutki organizator o cechach przywódczych;
Arcbp Baraniak – niewnoszący własnych koncepcji, ale popierający swoim autorytetem, wiedzą i doświadczeniem koncepcje Wyszyńskiego;
Arcbp Kominek – bardzo giętki, o dużych aspiracjach politycznych i ambicjach osobistych, twórca wielu koncepcji i dokumentów Kościelnych”.

Warto także podkreślić, iż wymieniony biskup przemyski Antoni Tokarczuk okazał w opinii władz czołowym przedstawicielem „reakcyjnej części Episkopatu”, który „nadużywa swej funkcji kościelnej, przekraczając obowiązujące przepisy prawne i nakazując podobne działania klerowi diecezji. W ciągu roku urzędowania utworzył on 10 placówek duszpasterskich z naruszeniem dekretu o organizowaniu i obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz wydał szereg zarządzeń nakazujących księżom naruszanie przepisów administracyjnych”. Żadne interwencji Urzędu do Spraw Wyznań nie przyniosły skutku, a bp Tokarczuk cieszył się coraz większym poparciem ze strony Prymasa Wyszyńskiego. Jednak ani razu do końca 1970 roku nie uzyskał pozwolenia na wyjazd za granicę.

Ważną metodą nacisku stosowaną przez władze komunistyczne wobec duchownych były zezwolenia na wyjazdy zagraniczne. Wszystkie wnioski paszportowe księży były opiniowane przez Urząd do Spraw Wyznań. Paszporty przyznawano duchownym, uchodzącym za lojalnych lub neutralnych w stosunku do władz, a odmawiano wykazującym tzw. postawę reakcyjną.

W przypadku kardynała Wyszyńskiego odmowa wydania paszportu była rodzajem kary za jego działalność. Przy okazji odmowy wydania paszportu w styczniu 1966 roku, szef Urzędu Rady Ministrów decyzję uzasadnił, iż „swoją postawą zajętą poza granicami kraju (orędzie do biskupów niemieckich nie daje gwarancji zachowania postawy politycznej zgodnej z polską racja stanu”. Kolejny wniosek z 1967 roku także został odrzucony z tych samych powodów.
We wrześniu 1968 roku uznano, iż „ponieważ na przestrzeni ostatnich lat niemal wszyscy starający się o wyjazd biskupi, łącznie z kardynałem Wojtyłą otrzymują paszporty (…) odmówienie wydania paszportu Wyszyńskiemu raz jeszcze ukaże Watykanowi i całej opinii światowej na polityczne przyczyny takiej decyzji”. Ostatecznie jednak władze komunistyczne zgodziły się na wyjazd Prymasa, gdyż obawiano się, iż „konsekwentne odmawianie prymasowi Wyszyńskiemu paszportu nie przynosi zamierzonych skutków, natomiast daje prasie zachodniej powód do krytycznych artykułów na temat polityki wyznaniowej Polski Ludowej”

Nie bez znaczenie była z pewnością również wspomniana zmiana taktyki Prymasa, którą władze komunistyczne upatrywały w wizycie prałata Casaroli’ ego w Polsce w 1967 roku oraz dążeniu Watykanu do porozumienia z państwami komunistycznymi.

Agostino Casaroli był podsekretarzem do zadań specjalnych Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, któremu podlegałaby Kościoły w Europie Wschodniej. Z jego inicjatywy Watykan podpisał – ostro krytykowane - porozumienia z Węgrami w 1964 roku oraz Jugosławią w 1966 roku. W opracowaniach Urzędu do Spraw Wyznań podkreślano, iż „rozwój historyczny rozwiał w Watykanie przekonanie o nietrwałości ustroju socjalistycznego. Czas obalił mit, że w ustroju socjalistycznym religia istnieć nie może, a w kapitalistycznym ma możliwości rozwoju”. Równocześnie z uznaniem powitano „powstrzymanie się od potępienia komunizmu w uchwałach soboru watykańskiego”, zaangażowanie Watykanu na rzecz pokoju w Wietnamie, „opowiadanie się za sprawiedliwością społeczną”. To wszystko spowodowało zdjęcie ze Stolicy Apostolskiej „piętna reakcyjności”.

Podczas wizyty w PRL, która trwała od połowy lutego do początków kwietnia 1967 roku Casaroli wizytował wszystkie polskie diecezje. Władze komunistyczne pilnie śledziły przebieg wizyty prałata. W jednej z notatek Urzędu zapisano, iż w trakcie wizyty Casaroli’ego na Akademii Teologii Katolickiej „jeden ze studentów księży zadał takie pytanie Casaroli’emu: za jaką cenę sprzeda Casaroli Polskę, tak jak to uczynił w Jugosławii i na Węgrzech? Casaroli miał odpowiedzieć: jak wisielec ma pętlę nad głową, to trzeba mu ulżyć i tę pętlę obciąć”.
Z kolei ks. Michał Czajkowski (wieloletni agent SB) miał stwierdzić, iż „Watykan chce przenieść kard. Wyszyńskiego do Częstochowy na <Prymasa matki Boskiej>, gdyż kult ten jest jego powołaniem, a politycznie staje się uciążliwym dla Watykanu”.

Wedle funkcjonariuszy Urzędu do Spraw Wyznań prawdziwym celem Casaroli’ego było „zademonstrowanie wobec Wyszyńskiego i innych biskupów uprawnień kanonicznych i jurysdykcyjnych Stolicy Apostolskiej w stosunku do Kościoła w Polsce oraz danie jeszcze jednego, kolejnego dowodu przede wszystkim krajom <świata trzeciego>, że Watykan konsekwentnie dąży do regulacji swoich stosunków z ustrojem socjalistycznym”. W rezultacie wedle optymistycznego sprawozdania Urzędu wizyta osłabiła „autorytet Wyszyńskiego wśród biskupów, kleru i świeckiego aktywy katolickiego, przekreśliła mit o nieograniczonym poparciu Watykanu dla niego i osłabiła przekonanie o opatrznościowej roli Wyszyńskiego jako jedynego rzecznika obrony kościoła przed komunizmem”. Zwracano jednak także uwagę, iż wizyta ta umocniła „w Watykanie przekonanie o mocnym poparciu kościoła we masach posiadanych w Polsce” oraz spowodowała „osłabienie ruchu księży postępowych <Caritas>, z uwagi na obawę księży przed porozumieniem między państwem a kościołem”.

Ostatecznie zdecydowana polityka Prymasa uniemożliwiła zawarcie porozumienia między Watykanem a rządem PRL.

Cdn.
http://chris1991.salon24.pl/363906,mala ... ilizacja-1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 17 lis 2011, 09:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Mała religijna stabilizacja (2)

W drugiej połowie lat 60. władze komunistyczne występując z inicjatywą budowy pomnika Jana XXIII sprowokowały konflikt z Episkopatem .

W czerwcu 1966 roku Prezydium Kół Księży „Caritas” podjęło formalną decyzję o pobudowaniu we Wrocławiu pomnika papieża Jana XXIII. Inicjatywa ta została następnie poparta przez PAX oraz Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne. Nie ulega wątpliwości, iż za tym pomysłem stały władze komunistyczne. Plan budowy pomnika był w rzeczywistości prowokacją. Liczono, iż uda się przekonać część biskupów do poparcia tej inicjatywy księży postępowych. Celem takich działań była oczywiście dezintegracja Episkopatu – komuniści zdecydowanie dążyli do powstania w jego łonie opozycji przeciwstawiającej się polityce Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Równocześnie chciano osiągnąć także inny cel propagandowy – pokazać opinii międzynarodowej, iż Kościół w Polsce cieszy się całkowitą swobodą działania.

Wybór Jana XXIII nie był oczywiście przypadkowy. To za jego pontyfikatu nastąpił przełom w stosunku Watykanu do państw bloku komunistycznego. To on zainicjował kontakty dyplomatyczne Stolicy Apostolskiej ze Związkiem Sowieckim. Był także reformatorem Kościoła, a władze komunistyczne chętnie przeciwstawiały postępowe podejście tego papieża w sprawach Kościoła i wiary konserwatywnemu stanowisko Prymasa Wyszyńskiego.

Także wybór Wrocławia jako miejsca postawienia pomnika nie był przypadkowy. Arcybiskup Kominek – ordynariusz wrocławski był zaliczany w poczet zajadłych wrogów ustroju socjalistycznego. Był też inicjatorem słynnego listu do biskupów niemieckich z 1965 roku. Chciano więc doprowadzić do konfliktu w łonie Kościoła tej diecezji. Ponadto chodziło o to by pomnik stanął na Ziemiach Zachodnich a władzom PRL zależało na uznaniu przez Stolicę Apostolską ich przynależności do Polski.

Znamienne było, iż w trakcie uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod pomnik, funkcjonariusze MO i SB zatrzymywali kleryków, którzy robili zdjęcia i konfiskowali im filmy.

W komunikacie arbp Kominka do duchowieństwa z maja 1967 roku w sprawie projektu budowy pomnika podkreślono życzliwość Jana XXIII dla Wrocławia i jego gorące pragnienie odbudowy zniszczonych kościołów na Ziemiach Zachodnich jednocześnie jednak zdecydowanie wskazano problem ograniczania budowy kościołów we Wrocławiu i w całej Polsce. W tej sytuacji arcybiskup trafnie wskazał iż „akcja budowy pomnika Jana XXIII na tle tych niezałatwionych spraw bez ujawnienia projektu jest co najmniej rzeczą niezrozumiałą. Trudno jest uwierzyć by w tych warunkach pomnik nosił charakter uczczenia Jana XXIII. Prędzej co innego kryje się za tym jeśli nie jakaś anonimowa akcja skierowana przeciwko Księdzu Prymasowi, księżom biskupom, kapłanom, a może i przeciwko Pawłowi VI, to przynajmniej nieporozumienie przykre i szkodliwe. Rozpytywaliśmy się w różnych urzędach we Wrocławiu i w Warszawie, kto za budowę pomnika bierze odpowiedzialność. I czy to nie dziwna rzecz: wszyscy się tego wypierają, nikt nic nie wie o bliższych szczegółach i planach. Wszystko otoczone jest tajemnicą i unika światła dziennego”.

W zakończeniu tego komunikatu wspomniano, iż „zamiast zdawkowego, a może i niestosownego pomnika (gdzie jest projekt?) proponujemy udzielenie nam pozwolenia na odbudowę reszty wrocławskich i dolnośląskich kościołów, a także na budowę szeregu nowych, tam, gdzie są niezbędne dla zaspokojenia duchowych potrzeb wiernych. To będzie prawdziwa cześć, jaką Wrocław i Ziemie Zachodnie okażą papieżowi Janowi za Jego życzliwość tylokrotnie nam okazywaną”.

W tym samym czasie z inicjatywy władz komunistycznych w prasie i radio pojawiały się liczne komentarze zachwalające inicjatywę budowy pomnika. Równocześnie piętnowano negatywną wobec tego przedsięwzięcia postawę biskupa wrocławskiego i Episkopatu Polski. Tak jak wcześniej ustalono budowa pomnika była przedstawiana jako przyjazny gest i wyciągnięcie ręki do zgody z strony władz państwowych. Protesty Episkopatu ukazywano jako dowód złej woli Kościoła oraz próbę storpedowania możliwości porozumienia.

W odpowiedzi arbp Kominek w liście do przewodniczącego Prezydium WRN we Wrocławiu wskazał, iż dotarły do niego informacje „o wypadkach podawania w prasie w liście ofiarodawców także takich osób, które wpłaty na ten cel nie dokonały. Dopuszczono się przeto chyba rozmyślnego fałszu. Przykładowo figuruje tam jako ofiarodawca m.in. ksiądz Aureliusz Fuchs, którego ja osobiście już trzy miesiące temu pochowałem.”. Nie wiadomo na jaką skalę dopuszczono się tego procederu. Z pewnością listy zawierały również faktycznych darczyńców, związanych z „Caritasem”, PAX-em czy innymi organizacjami podporządkowanymi władzy komunistycznej. Konieczność fałszowania podpisów wskazuje jednak, iż nie było łatwo znaleźć chętnych do wpłat, pomimo, iż wydziały finansowe umarzały podatki tym księżom, którzy wpłacali ofiary na pomnik.

W tym czasie wrocławski ordynariusz był obiektem licznych przedsięwzięć Urzędu do Spraw Wyznań, realizowanych przy pomocy Wydziału IV MSW. Rozpowszechniano m.in. karykatury przedstawiające rzekomo rozwiązłe i pełne przepychu życie hierarchy.

W tej sytuacji 28 stycznia 1968 roku we wszystkich świątyniach wrocławskich odczytano komunikat do wiernych arbp Kominka, w którym zdecydowanie stwierdzono, iż „dopóki Kościół katolicki na Dolnym Śląsku nie otrzyma zezwoleń na budowę koniecznych świątyń, tak długo przygotowania robione dla budowy pomnika Jana XXIII uważać będziemy za wielkie nieporozumienie, za przedsięwzięcie nieuczciwe”. Równocześnie zaapelowano o „zbudowanie we Wrocławiu, ze składek dotąd zebranych na pomnik, świątyni-pomnika dla uczczenia pamięci wielkiego papieża. W zbudowaniu świątyni-pomnika we Wrocławiu na pewno przyjdą z pomocą wszyscy wierni Dolnego Śląska”. Propozycja Arcybiskupa skonstruowana w taki sposób stawiała władze w sytuacji bez wyjścia. Jej przyjęcie było w oczywisty sposób niemożliwe, jednak odrzucenie wiązało się z uwiarygodnieniem oskarżeń Kościoła w sprawie zakazu budowy świątyń oraz skompromitowaniem budowy pomnika.

W maju 1968 roku Episkopat Polski w ślad za wystąpieniem ordynariusza wrocławskiego wydał własny komunikat do wiernych w tej sprawie. Miał on na celu ostrzeżenie katolików przed charakterem inicjatywy budowy pomnika i jednocześnie tłumaczył wiernym przyczyny postawy Episkopatu w tej kwestii. Jako autorów pomysłu budowy pomnika wskazywano „niektóre koła polityczne chcące doprowadzić do rozdźwięku w społeczeństwie katolickim”. Wskazywano przy tym, że „celem akcji jest nie tyle uczczenie zmarłego Papieża, ile raczej realizowanie niezdrowych ambicji i chęci wprowadzenia zamętu, przeciwstawienie Wiernych i Duchowieństwa – Biskupom, którzy znają cele tej inicjatywy”. Komunikat kończył się deklaracją: „Katolicy polscy – zachowując pełny szacunek dla świetlanej pamięci Papieża Jana XXIII – nie przyłożą ręki do inicjatywy, która zmierza do wywołania niezgody i zamieszania w społeczeństwie”.

Ostatecznie pomnik odsłonięto 5 czerwca 1968 roku. W uroczystościach wzięli udział przedstawiciele władz wojewódzkich oraz około tysiąca księży. Ci ostatni wzięli udział wbrew zakazowi arcybiskupa Kominka i Episkopatu. W sprawozdaniu Urzędu do Spraw Wyznań z satysfakcją stwierdzono, iż „w związku z odsłonięciem pomnika Jana XXIII arcybiskup Kominek otrzymuje wiele anonimów, jest przygnębiony obrotem sprawy i udziałem licznej grupy księży na uroczystościach”.

Władze komunistyczne uznały akcję budowy pomnika za swój duży sukces. Nie da się jednak ukryć, iż był to sukces tylko częściowy. Nie udało się przekonać do poparcia budowy pomnika jakiegokolwiek biskupa. Nie udało się więc doprowadzić do dezintegracji Episkopatu .



Wybrana literatura:

P. Raina – Kościół w PRL. Dokumenty , t. 1-3
P. Raina – Kościół a państwo w świetle akt Wydziałów do Spraw Wyznań
J. Żaryn – dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944-1989
A. Dudek – Państwo i Kościół 1945-1970
A. Dudek, R. Gryz – Komuniści i Kościół w Polsce 1945-1989
Tajne dokumenty. Państwo-Kościół 1960-1980

http://chris1991.salon24.pl/364639,mala ... ilizacja-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 10 sty 2012, 08:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Program dla Polski

Jego szerokie spojrzenie na świat i gorące umiłowanie Ojczyzny dawało nadzwyczaj mądre rozwiązania w trudnych latach zaborów nad wskrzeszeniem polskiego bytu państwowego. Rozwiązania, które proponował, wydają się nader aktualne dla współczesnych Polaków. Chodzi o bł. ks. Bronisława Markiewicza, którego 100-lecie śmierci będziemy obchodzić 29 stycznia br.
Żył w czasach zaborów - czasach niewoli. Miał świadomość, że w tworzenie dobra Ojczyzny powinni włączyć się wszyscy jej obywatele. Błogosławiony ks. Bronisław Markiewicz (1842-1912) wielokrotnie odwoływał się do historii, by zaczerpnąć z niej argumenty za wspólnym myśleniem o Polsce. Sam był najlepszym przykładem Polaka zatroskanego o odrodzenie Ojczyzny pozostającej pod zaborami, gdy ostrożnie - także ze względu na władze zaborcze cenzurujące teksty publicystyczne i pedagogiczne - kreślił wizję wskrzeszenia polskiego bytu państwowego. Jego sposób podejścia do tego zagadnienia był nasycony przekonaniem o konieczności lepszego uświadomienia rodakom roli i znaczenia religii dla odrodzenia Polski.
Jego biograf przywołuje sytuację, gdy jesienią 1904 roku, w oczekiwaniu na wielkie wydarzenia społeczne, ks. Markiewicz zorganizował rekolekcje dla wszystkich stanów w parafii Miejsce Piastowe, aby w ten sposób przygotować swych wiernych "na wielkie wypadki dziejowe". Rekolekcje trwały cztery tygodnie. Codziennie kościół wypełniony był tak, że ludzie musieli stać w kruchcie. Księża z sąsiednich parafii przyjeżdżali w każdy kolejny czwartek, by słuchać spowiedzi.
Okres zaborów zrodził całą gamę wizji państwa odrodzonego. Polska stawała się mitem, co najdobitniej wyraził Stanisław Wyspiański w drugim akcie "Wyzwolenia": "Ja wiem, czego ty chcesz: że Polska ma być mitem, mitem narodów, państwem ponad państwy, prześcigającym wszystkie, jakie są Republiki i Rządy; oczywiście niedościgłym, wymarzonym. Ma być marzeniem - tak, ideałem".
Dla ks. Markiewicza ów ideał miał konkretny kształt. Uważał, że powinien być ściśle związany z chrześcijaństwem, które uczyniło Polskę krajem nowoczesnym i silnym. Według niego, droga do silnej i potężnej Polski wiedzie poprzez kształtowanie wszystkich elementów życia człowieka. To dlatego w jego pismach i rozważaniach pojawia się troska o kształtowanie języka, uczuć, a nawet wychowanie fizyczne młodego pokolenia. Wszystko, co buduje i zmienia człowieka na doskonalszego, bardziej opanowanego i silniejszego, a więc bardziej przydatnego dla nowej Polski, jest słuszne i potrzebne.
Dla zbudowania nowej Polski, której wskrzeszenie nadchodzi - o czym ks. Markiewicz był mocno przekonany - należy dokonać wielu zmian w sposobie wychowania cnót społecznych i patrzenia na życie publiczne. Program przebudowy społecznej ks. Markiewicz nakreślił w pracy "Trzy słowa do starszych w narodzie polskim" oraz w "Przewodniku dla wychowawców", a także w "Zapiskach rekolekcyjnych", w wielu artykułach prasowych, w referatach i w korespondencji. Był to jeden z najważniejszych wątków jego myśli. Własny program wychowawczy traktował jako istotny element programu szerokiej przebudowy społecznej, który miał przygotować społeczeństwo na chwilę zmartwychwstania Polski. Twierdził, że bez względu na obecny stan ekonomii i sytuację polityczną należy pamiętać, że Polska może się podźwignąć, a Polaków należy przygotować na ten moment.
Wszelkie działania polityczne bł. ks. Markiewicz podejmował niezwykle delikatnie, z rozwagą i umiejętnym dystansem. Był to wymóg czasów, w których żył, ale i część jego wizji rozwoju świata. Uważał, że duchowieństwo może przyczynić się do dobrobytu i odrodzenia Polski, służąc społeczeństwu poprzez katechizację, głoszenie nauki Bożej i życie sakramentalne. Za istotne dla dobra przyszłej Polski ks. Markiewicz uważał budowanie struktur społecznych, które tworzą jedność wielu, uczą trwać w bliskości z innymi, współpracować z nimi i rozwijać wspólne dobro. W całokształcie prac społecznych, obywatelskich i patriotycznych Kościół powinien odegrać ważną rolę wychowawcy. Nie przejmując roli przywódcy czy lidera, może i powinien stać na straży sumień i dobrej nauki. Tylko wówczas można mieć nadzieję, że Polska zmartwychwstanie, odrodzi się w swych mądrych i pracowitych synach, stanie się znów wzorem i przykładem dla innych narodów. Tej wizji i nadziei ks. Bronisław Markiewicz poświęcił całe swoje życie.

Ks. Paweł Nowogórski CSMA

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 01 lut 2012, 11:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Strażnik ideałów Niepodległej

Kierowana przez ks. abp. Ignacego Tokarczuka diecezja przemyska była enklawą kultywującą ideały niepodległej Polski oraz broniącą Naród przed komunistycznym bezprawiem. Obrana przez wybitnego hierarchę droga przyczyniła się do osiągnięcia przez Polskę niepodległości.
Polska Południowo-Wschodnia zajmuje ważne miejsce na mapie oporu społecznego w PRL. Szczególnie istotną rolę odegrał na tym rolniczym terenie niezależny ruch chłopski. Wyrazem tego były strajki rolników w Ustrzykach Dolnych i w Rzeszowie, które zakończyły się podpisaniem porozumień 18/19 lutego 1981 roku. Władza komunistyczna akceptowała w nich "celowość wzmocnienia gwarancji nienaruszalności" pozostającej we władaniu chłopów ziemi. Sukces ten byłby niemożliwy, gdyby nie poparcie Kościoła rzymskokatolickiego, oddziaływanie na chłopów tworzących zręby niezależnego ruchu chłopskiego, nauczanie Prymasa Stefana Wyszyńskiego, po 1978 r. Jana Pawła II oraz ks. abp. Ignacego Tokarczuka. Ordynariusz diecezji przemyskiej uważał, że "prawo komunistyczne" jest bezprawiem odzianym w szaty prawa, niszczącym wszystko, co pozytywne i wartościowe. Tym samym za swój obowiązek uznał upominanie się o prawa wierzących - formalnie zagwarantowane w konstytucji PRL. Postanowił też, iż nikt nie może go zmusić, aby bezprawie traktował jako "prawo obowiązujące w sumieniu człowieka". Za swoje drugie zadanie przyjął przełamanie ogarniającego Naród strachu. Uznawał, że Kościół powinien być opozycją moralną. Podkreślał też, iż "pójście na współpracę z państwem wrogim Bogu i Kościołowi powodowane było brakiem sił moralnych, które by pozwoliły sprzeciwić się naciskom władzy i nie ulec szantażowi". Kierując się takim przekonaniem, przypominał wiernym o ich niezbywalnych prawach i godności ludzkiej. Przełamując w ten sposób nastroje apatii oraz kolejne bariery strachu, przygotowywał ich do podjęcia działalności opozycyjnej. Realizował to poprzez głoszenie bezkompromisowych kazań oraz nielegalne budownictwo sakralne. Tym samym wspomagał działalność opozycyjną wymierzoną w komunistyczną dyktaturę. Wśród opozycjonistów cieszących się wsparciem ks. abp. Tokarczuka byli przedstawiciele wielu środowisk (w tym m.in. działacze Komitetu Obrony Robotników, Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela). Każdorazowy kontakt z biskupem był dla nich nobilitacją oraz oznaczał realne wsparcie.

Ze strajkującymi
W 1980 r. ks. abp Ignacy Tokarczuk publicznie wyraził swoje poparcie dla postulatów głoszonych przez strajkujących robotników, a później dla powstałego w wyniku podpisania porozumień gdańskich NSZZ "Solidarność". Ordynariusz przemyski spotykał się później wielokrotnie z działaczami związku. W trakcie spotkania z przemyskimi związkowcami 30 października 1981 r. przekonywał, "aby ""Solidarność" ze względów taktycznych nie występowała przeciwko sojuszowi z ZSRS i przewodniej roli PZPR". Dostrzegając obawy społeczeństwa przed interwencją sowiecką, przywołał także słowa Leonida Breżniewa, iż "Polska jest na tyle dojrzała, że sama ureguluje swoje sprawy wewnętrzne". Tym samym sceptycznie odnosił się do możliwości wkroczenia wojsk ZSRS do Polski i skłaniał się ku stwierdzeniu, że "kierownictwo PZPR będzie musiało samo sobie poradzić z problemem "Solidarności"". 16 listopada 1980 r. odprawił uroczystą Mszę św. w intencji "Solidarności" oraz poświęcił krzyże, które zamierzano powiesić w zakładach pracy. Na przełomie 1980 i 1981 r. w sposób jednoznaczny poparł strajkujących w Ustrzykach Dolnych i Rzeszowie chłopów. W przełomowym momencie strajku, 17 lutego, do Rzeszowa przyjechał ks. bp Tadeusz Błaszkiewicz, biskup pomocniczy diecezji przemyskiej, który przekazał Komisji Rządowej postulaty Kościoła. Zawierały one żądania: wyrażenia zgody na wydrukowanie 180 tysięcy katechizmów, zaprzestania dyskryminowania dzieci na koloniach i umożliwienie im udziału w Mszach św. i nabożeństwach, zwrotu obiektów zabranych Kościołowi przez państwo, wycofania ze szkół przedmiotu "Przysposobienie do życia w rodzinie", umożliwienia żołnierzom służby zasadniczej oraz więźniom udziału w praktykach religijnych. Jeden z TW SB o ps. "Walter" tak w swoim doniesieniu charakteryzował rolę Kościoła: "Na podstawie moich obserwacji oceniam, że strajk ten dawno by się rozleciał, gdyby nie 2 elementy w nim: religia (cała oprawa, msze, kazania, pieśni itp.) oraz nagromadzony gniew do przeszłości".

Zawsze z Narodem
W późniejszym okresie ks. abp Tokarczuk wspomagał powstałe w 1981 r. struktury NSZZ "Solidarność" RI. Po wprowadzeniu stanu wojennego wraz z duchowieństwem diecezji przemyskiej niósł represjonowanym działaczom opozycji pomoc moralną i materialną. Po latach tak wspomina okoliczności, w jakich dowiedział się o wprowadzeniu stanu wojennego: "W chwili ogłoszenia stanu wojennego byłem w Rzeszowie na wizytacji. Mieszkałem w farze, a budowało się taki kościół niedaleko obecnego więzienia. Tam, w Załężu [mowa o parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, obecnie dzielnica Rzeszowa - M.K.], miałem poświęcenie dolnego kościoła i byłem przez sobotę i niedzielę. I proszę sobie wyobrazić - jadę od fary do tego kościoła, a tam już ciągnęły kibitki z uwięzionymi do tego więzienia niedaleko. Równocześnie miejscowy komendant Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego obchodził biskupów, zawiadamiając ich o tym. Przyjechał też do Przemyśla, ale mnie nie zastał, bo byłem w Rzeszowie. Potem chciano ode mnie oświadczenie. Na to ja powiedziałem: "Proszę panów, wiedzieliście, kiedy ogień podpalić, ale nie wiecie, kiedy on zgaśnie i jakie skutki sprawi. My byliśmy z Narodem zawsze i z Narodem będziemy nadal we wszystkich okolicznościach". Temu komendantowi, który miał mi oznajmić o stanie wojennym, który mnie w Przemyślu nie zastał, bo byłem w Rzeszowie, to właśnie powiedziałem". Wówczas to ks. abp Ignacy Tokarczuk w sposób jednoznaczny potępił stan wojenny.
Ze względu na swoją postawę władze komunistyczne tylko raz zezwoliły na odwiedzenie przez niego internowanych opozycjonistów w Nowym Łupkowie, w Wielkanoc 1982 roku. W imieniu pasterza diecezji przemyskiej internowanych odwiedzali biskupi i księża diecezji przemyskiej. W 1982 r. ks. abp Tokarczuk spotkał się z działaczami podziemnej Tymczasowej Komisji Regionalnej NSZZ "Solidarność" w Przemyślu. Jak pisze Artur Brożyniak: "Biskup Tokarczuk podzielił się z nimi praktycznymi radami: zalecił w walce niestosowanie przemocy, odbudowę struktur "Solidarności" w konspiracji opartej na wzorze Polskiego Państwa Podziemnego z lat drugiej wojny światowej, samokształcenie związkowców i pracę organiczną. Ponadto wyznaczył ks. prałata Stanisława Krzywińskiego jako swojego stałego przedstawiciela przy TKR".

Potrzeba jedności
Wyrazem szczególnej troski o rolników, upomnieniem się o ich prawa było kazanie ks. abp. Ignacego Tokarczuka wygłoszone 5 września 1982 r. na Jasnej Górze w trakcie pielgrzymki rolników. Zaapelował w nim o udzielanie pomocy osobom represjonowanym przez komunistów oraz o to, "żeby mógł związek zawodowy rolników działać, żeby naprawdę umożliwiono mu powrót do działalności, do obrony praw ludzi wsi, a równocześnie do obrony praw całego Narodu". W piśmie "Solidarność Rolników" Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników w artykule pt. "Zanim przystąpimy do zbiórki żywności" czytamy: "W zbiórkach żywności dla miast brali udział rolnicy z województwa krakowskiego, tarnowskiego, a zwłaszcza rzeszowskiego i przemyskiego. Decydujące znaczenie miało poruszenie tej kwestii w pamiętnym kazaniu ks. abp. Ignacego Tokarczuka w dniu 5 września na Jasnej Górze. Mówił wówczas: "Najmilsi, zwracam się do Was wszystkich, rolników polskich, z jedną gorącą prośbą; pamiętajcie, zwłaszcza w tym roku, o wszystkich rodzinach miejskich, a zwłaszcza robotniczych, które znajdują się w ciężkiej sytuacji. Zorganizujcie jakąś pomoc dla nich. Każda wieś może wziąć pod patronat szereg rodzin w sytuacji trudnej. Parafie miejskie mogą pośredniczyć w tym, ażeby wam wskazać te rodziny, które są w sytuacji najbardziej bolesnej"". Szczególną rolę w tej akcji odegrał ks. Stanisław Bartmiński, proboszcz parafii pw. św. Marcina w Krasiczynie. Apel o przekazywanie żywności represjonowanym rodzinom spotkał się z żywiołowym odzewem rolników, którzy tylko w diecezji przemyskiej zebrali 270 ton żywności. Według sprawozdania sporządzonego przez ks. Bartmińskiego, w 1982 r. trafiła ona do Jastrzębia, Tych, Nowej Huty, Chorzowa, Dąbrowy Górniczej, Bytomia, Katowic.
W kazaniu wygłoszonym na Jasnej Górze ks. abp Tokarczuk apelował też: "Dlatego znowu postawię wniosek praktyczny: żeby wieś mogła te zadania spełniać, potrzeba, żeby mógł związek zawodowy rolników działać, żeby naprawdę umożliwiono mu powrót do działalności, do obrony praw ludzi wsi, a równocześnie do obrony praw całego Narodu. To zwiększy zaufanie i zwiększy poczucie osobistej godności, współrządności, które są tak bardzo potrzebne w gospodarce i w pracy społecznej. Najmilsi, już kończę, jeszcze dwa słowa... Wsi, rolnikom polskim potrzeba jedności - tak jak całemu Narodowi. Siły przeciwne chciałyby nas dzielić, oddzielić chłopa od robotnika, Kościół od Narodu, potem każdą grupę skłócić i podzielić w myśl zasady: divide et impera - dziel i rządź".
Wspomniany już ośrodek krasiczyński nie ograniczał się jedynie do akcji miasto - wieś. Organizował też m.in. kolonie dla dzieci górników (w tym wdów po górnikach zabitych w kopalni "Wujek") oraz wczasy dla rodzin internowanych w stanie wojennym. W okresie lipiec - listopad 1982 r. w Krasiczynie przebywało 15 rodzin górniczych skierowanych przez Komitet Pomocy w Katowicach. Łącznie z wypoczynku tego skorzystało 1150 dzieci.

Pod ścisłą obstawą
W trudnej sytuacji Polski, zmęczonej trwającym stanem wojennym, 23 lutego 1983 r. Episkopat Polski powołał formalnie Komisję ds. Duszpasterstwa Rolników. Na jej czele stanął ks. bp Jan Gurda, kielecki biskup pomocniczy. Na terenie diecezji przemyskiej pierwsze duszpasterstwo rolników powstało w Krasiczynie, gdzie proboszczem był ks. Stanisław Bartmiński. Pierwsze rekolekcje dla rolników z całej Polski odbyły się tam w dniach 8-12 grudnia 1982 roku. Prowadził je ks. Czesław Sadłowski ze Zbroszy Dużej. Uczestniczyło w nich 60 osób z 10 diecezji. Tak ich przebieg opisał w kronice parafialnej ks. Stanisław Bartmiński: "Obstawa milicyjna bardzo ścisła, nagabywanie księży, nawet bp. Błaszkiewicza przez esbeków. Kilka osób zatrzymali na parę godzin, 2 czy 3 zapłaciły mandaty. W sumie normalka. Zebrani wysłali telegram do Ojca Świętego i apel do polskich rolników. Zaplanowano nawet rekolekcje w diecezji krakowskiej (w Czernej). W nocy z 11 na 12 grudnia taksówką, gubiąc obstawę, wyjechał ks. Sadłowski. Wieczorem w sobotę zapowiedziałem wszystkim zakończenie rekolekcji na godz. 10.00 (ze względu na podsłuch albo wtyczkę SB wśród uczestników). Rano zaś obudziłem ich o godz. 5.30, o 6.00 odprawiłem Roraty w kaplicy i o 7.00 wszyscy po cichu się rozjechali. O godz. 10.00 pusta plebania była obstawiona przez funkcjonariuszy MO i SB". Działające w kolejnych latach duszpasterstwo rolników w Krasiczynie SB rozpracowywała, począwszy od 5 marca 1983 r. w ramach sprawy obiektowej o kryptonimie "Ośrodek". Zakończono ją dopiero 10 listopada 1989 roku.

Dr Mariusz Krzysztofiński
Instytut Pamięci Narodowej, Oddział w Rzeszowie

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 27 mar 2012, 07:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Kościół i III RP.

Słowa a czyny. Krótki przegląd dwudziestolecia

Déjá vu

Wielokrotnie mogliśmy przekonać się, obserwując rzeczywistość polityczną III RP, że aktualnie mamy do czynienia ze swego rodzaju powtórką z pierwszych lat tzw. transformacji. Początek lat dziewięćdziesiątych to przecież nie tylko zmonopolizowanie medialnego przekazu "głównego nurtu" przez nachalnych akwizytorów "partii ludzi rozsądnych", ale tocząca się w tle agresywna kampania wymierzona w Kościół. Zgodnie ze sztuką propagandy, utrzymywano wówczas, że celem ataku jest Kościół hierarchiczny, i to nie cały, tylko ci księża biskupi, którzy swoimi wypowiedziami udowodnili, że "Kościół boi się demokracji" i "jej nie rozumie".
W ostatnich tygodniach mogliśmy przekonać się, że tak jak dwadzieścia lat temu w tej roli obsadzany był ks. bp Józef Michalik (wówczas ordynariusz gorzowski), tak i obecnie rola ta została mu przez liberalny "mainstream" na nowo przydzielona. W 1991 r. inkryminowano polskiego księdza biskupa za to, że zalecił, by katolik głosował na katolika, a Żyd na Żyda. W 2012 r. przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski ma przepraszać za dostrzeżenie zorganizowanego ataku na Kościół.
Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku mieliśmy do czynienia z różnymi odcieniami antykatolickiej propagandy. Od wulgarnej ("Nie" J. Urbana) po szukającą innej frazeologii troskę o to, by "Kościół Syllabusa, Kościół zamknięty" nie wziął góry nad "Kościołem otwartym, Kościołem aggiornamento". I dziś jest podobnie. Od ruchu poparcia byłego wiceprzewodniczącego Platformy Obywatelskiej po tych, którzy widzą w Polsce dwa Kościoły ("łagiewnicki" i "toruński") - mamy do czynienia z różnymi odcieniami tego samego projektu: uczynienia Polski na nowo poprzez odgórnie narzuconą laicyzację. Zresztą po niedawnych enuncjacjach jednego z czołowych reprezentantów tego kierunku należy wnosić, że w pojęciu "Polak katolik" nie tylko chodzi o zanegowanie tożsamości duchowej Polaków, ale i o usiłowanie wykorzenienia tożsamości narodowej.
Role podzielono. Tutaj także nic się nie zmieniło w porównaniu z okresem o dwadzieścia lat wcześniejszym. Jak pokazuje przykład Seweryna Blumsztajna z "Gazety Wyborczej" dzierżącego na "manifie" transparent z wulgarnym napisem, pewne atawizmy są silniejsze.

Kontestowanie wartości
Charakterystyczne jest również to, jak niektórzy politycy zgrabnie powrócili do swoich wcześniejszych postaw wobec obecności Kościoła czy szerzej - wartości chrześcijańskich w sferze publicznej. Warto w tym kontekście przypomnieć sobie słowa i czyny czołowych polityków Kongresu Liberalno-Demokratycznego z początku lat dziewięćdziesiątych, tych, którzy po kilkunastu latach stanęli na czele Platformy Obywatelskiej, a od 2007 r. sprawują rządy w RP.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to radykalna rozbieżność między słowami a czynami polityków KL-D. W kwietniu 1991 r. w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Janusz Lewandowski, odnosząc się do swojego środowiska politycznego, stwierdzał: "My cenimy wartości stabilizujące, chrześcijańskie. Wielką zmianę ustrojową chcielibyśmy przeprowadzić metodami nieco konserwatywnymi. Dobrze znamy walor ciągłości (...). To jest dla nas bardzo ważne - zachowanie fundamentów naszej moralności opartych na zasadach europejskiej tradycji kulturowej, u podstaw której leży chrześcijaństwo" ("GW", 13-14 IV 1991, nr 87).
W rozmowie z Adamem Michnikiem w październiku 1991 r. ówczesny premier Jan Krzysztof Bielecki deklarował: "Liberał to nie musi być człowiek, który na przykład odrzuca wartości chrześcijańskie" ("GW", 19-20 X 1991, nr 245).
Przypomnijmy, że cytowane słowa padały w roku wyborczym. Po wyborach w 1991 r. nagle sposób widzenia wartości chrześcijańskich przez KL-D radykalnie się zmienił. W deklaracji programowej tej partii przyjętej w następnym roku znalazł się postulat "światopoglądowej neutralności" państwa oraz sprzeciw wobec projektów ograniczenia w Polsce plagi aborcji.
Zaraz jednak zapewniano opinię publiczną: "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało". W październiku 1992 r. Donald Tusk, ówczesny przewodniczący KL-D, przedstawiał stanowisko swojej partii w wymienionych wyżej kwestiach jako umiarkowane i wyważone. Na łamach "Gazety Wyborczej" zapewniał bowiem, że "każdy, kto instrumentalnie traktuje Kościół, robi wielki błąd, tak samo jak ten, kto uważa, że Kościół jest zagrożeniem. Liberałowie nie chcą walczyć z Kościołem. Uważamy tylko, że prawo i ustrój Polski trzeba zbudować w sposób świecki" ("GW", 29 X 1992, nr 255).
W tym samym czasie przewodniczący KL-D dawał do zrozumienia, że - używając tu frazeologii Donalda Tuska - "przed księżmi klękać nie będzie". W listopadzie 1992 r. we "Wprost" tonem heroicznym niemal zapewniał, że "jeżeli ceną niezależności ma być nieprzychylność jakiegokolwiek autorytetu w Polsce, to my tą cenę jesteśmy gotowi zapłacić" i dalej: "każdy, kto z niezależności opinii robi antykościelną kampanię, wystawia sobie fatalne świadectwo" ("Wprost", 15 XI 1992, nr 46).
Świadectwo czynów w postaci istotnych głosowań polityków KL-D dezawuowało ich zapewnienia o afirmowaniu "stabilizujących wartości chrześcijańskich". W 1993 r. podczas głosowań nad ustawą o ograniczeniu zabijania nienarodzonych oraz nad ustawą o mediach publicznych, wprowadzającej zapis o konieczności respektowania przez publicznych nadawców wartości chrześcijańskich, Kongres Liberalno-Demokratyczny na czele ze swoim przewodniczącym był przeciw obu tym aktom prawnym. Za propagandową fasadą, utrzymującą, że liberałowie są niejako "ponad" ani nie wysługują się Kościołem, ani nie traktują go jako zagrożenie, stała twarda rzeczywistość polegająca na opowiedzeniu się czołówki KL-D (w tym Donalda Tuska) za aborcją na życzenie i sprzeciw wobec zapisu chroniącego wartości chrześcijańskie w mediach publicznych.
Dzisiaj premier RP zapewnia in foro publico, że kierowany przez niego rząd "nie ma zamiaru toczyć krucjaty przeciw Kościołowi". A jakie są czyny? Dyskryminacja Telewizji Trwam, sprawa kapelanów w wojsku, ostatnia kwestia związana z Funduszem Kościelnym - przekonują, że także tutaj mamy do czynienia z powrotem do przeszłości, czyli z rozejściem się słów i czynów. Za fasadą uspokajającej propagandy tkwi inna polityka.

Pozory konserwatyzmu
Spojrzenie na początki krótkiej historii Kongresu Liberalno-Demokratycznego (w 1994 r. rozpłynął się w Unii Demokratycznej, tworząc nową formację: Unię Wolności) jest pożyteczne również pod innym względem. W KL-D bowiem istniało tzw. skrzydło konserwatywne. Na początku lat dziewięćdziesiątych najważniejszą postacią tego nurtu był Lech Mażewski. W 1993 r., gdy większość jego partyjnych kolegów żeglowała w stronę "świeckiego państwa", mówił o potrzebie "konserwatywnej ścieżki modernizacji Polski", podkreślał, że "konsekwentnie należy zwalczać tą postać sekularyzacji, która dąży do wszechwładzy państwa (...). Rygorystyczne postrzeganie separacji Kościoła i państwa musi spowodować ogołocenie życia publicznego z symboli religijnych" ("GW", 6-7 III 1993, nr 55).
Bardzo szybko okazało się, że takie poglądy w KL-D były całkowicie zmarginalizowane, a nadzieje na "ukonserwatywnienie" tej partii od wewnątrz - płonne. Dwadzieścia lat później również możemy usłyszeć o bycie pod tytułem "skrzydło konserwatywne w PO", o konserwatystach w partii domagającej się in vitro, związków partnerskich i ratowania budżetu państwa z kościelnej tacy.

Prof. Grzegorz Kucharczyk historyk

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my09.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 30 mar 2012, 07:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Pożegnanie wielkiego katechety

Dzięki takim postaciom jak bł. Jan Paweł II, kard. Stefan Wyszyński i biskup Edward Materski wiemy, jak mamy postępować dzisiaj, gdy w tak brutalny sposób nasilają się ataki na Kościół. Mówił o tym wczoraj ks. abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, w czasie uroczystości pogrzebowych śp. ks. bp. Edwarda Materskiego.

Niezwykle uroczyście Kościół w Polsce, Radom i diecezja radomska pożegnały zmarłego w sobotę, 24 marca, ks. bp. Edwarda Materskiego, pierwszego ordynariusza radomskiego, bardzo zasłużonego dla rozwoju katechezy w Polsce. Mszy św. pogrzebowej w radomskiej katedrze przewodniczył ks. kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski. Eucharystię koncelebrowało kilkudziesięciu biskupów, w tym ks. abp Zygmunt Zimowski z Watykanu.
"Wdzięczność za wszelkie dobro, jakie zmarły spełnił w swoim życiu jako kapłan, profesor i biskup pomocniczy kielecki, biskup sandomiersko-radomski, a potem pierwszy biskup radomski" wyraził w telegramie Ojciec Święty Benedykt XVI. Na zakończenie uroczystości odczytano listy od ks. kard. Williama Levady, prefekta Kongregacji Nauki Wiary, i ks. abp. Józefa Kowalczyka, Prymasa Polski.
W homilii ks. abp Józef Michalik, odnosząc się do trwających w Polsce ataków na Kościół, zaznaczył, iż nie ma wątpliwości, że "tą symfonią antyreligijną, częstych i fałszywych ataków, ktoś dyryguje, a realizatorami są niektóre stacje telewizyjne, pisma i środowiska". - Nie będę wyliczał zagrożonych pól i ulubionych przez antyklerykałów tematów ani środowisk, bo wszyscy je znamy. Pominę fakt, że dzisiaj oskarża się księży i biskupów o tajną współpracę z komunistami, podczas gdy sami pracownicy byłych służb bezpieczeństwa i prześladowcy mają się zupełnie dobrze i nikt nie zamierza ich lustrować, bo prawdziwych złoczyńców trzeba ukrywać - zbyt mocno są powiązani - mówił. Przy trumnie wybitnego katechety i współtwórcy katechezy w Polsce nawiązał też do obecnych zagrożeń dla obecności katechezy w szkole. Chodzi o wprowadzone przez MEN zmiany w przepisach określających ramowy plan przedmiotów w szkole, w którym nie uwzględniono lekcji religii. Została ona wpisana w szkolny plan nauczania, finansowany przez samorządy. Ksiądz arcybiskup Michalik podkreślił, że podpisana w lutym ustawa ministerstwa edukacji domaga się nowelizacji, bo zapewnienia, że nic się nie zmieniło, są nieprawdą.
Trumna z ciałem śp. ks. bp. Edwarda Materskiego została złożona w Grobowcu Biskupów Radomskich.

MB, KAI

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 07 kwi 2012, 13:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Najlepsza konstytucja dla świata

Z JE ks. abp. Andrzejem Dzięgą, metropolitą szczecińsko- -kamieńskim, rozmawia Sławomir Jagodziński

Nasza Ojczyzna - jak zauważył w ogłoszonym niedawno dokumencie społecznym Episkopat Polski - jest w momencie przełomowym. Rozwojowi zagraża wielki kryzys wartości. Wiąże się to z dobrze zaplanowanym budzeniem antychrześcijańskich, antyklerykalnych demonów przeszłości. Komu służy dziś wzniecanie wojny z Kościołem? Po co to rządowi?
- To jest rzeczywiście dobre pytanie: po co to rządowi? I komu to służy? Czemuś jednak służy, skoro następuje to właśnie teraz, w momencie dużych napięć społecznych, gdy trwają liczne protesty, nieskuteczne są tzw. konsultacje społeczne prowadzone przez rząd, w dziesiątkach miast organizowane są marsze, a nawet podejmowane głodówki w Krakowie i w Warszawie. Przedziwny jest upór strony rządowej w wyciszaniu tematu katastrofy smoleńskiej. To wzbudza reakcję społeczną. Takie działania społeczne zawsze mają w sobie coś w rodzaju gestu rejtanowskiego, gdy wyczerpują się tzw. środki zwyczajne dialogu społecznego, a Naród jest przekonany, iż o pewnych sprawach nie wolno przestać mówić i wołać, bo są one nie tylko ważne, ale i konieczne. Zaprzestanie wołania o tych sprawach byłoby sprzeniewierzeniem się Narodowi, jego dotychczasowym dziejom i jego przyszłości. Byłaby to więc zdrada narodowego interesu. Okazuje się, że także obecne pokolenie ma w sobie to wyczucie spraw najważniejszych.
Wśród tych spraw są i świętość życia, i trwałość rodziny, i wolność każdej osoby z prawami z tej wolności wynikającymi, i suwerenność Narodu jako wspólnoty wolnych osób we własnym państwie. Jest tutaj również prawo do swobodnego i bezpiecznego (szczególnie ze strony przepisów prawnych oraz ich stosowania) prowadzenia własnego przedsiębiorstwa, prawo do wolności słowa i wymiany poglądów, prawo do korzystania z możliwości rozwoju technicznego, a także szereg innych. To są wartości ewangeliczne, ale nie dlatego, że są to tzw. prawdy objawione (wtedy byłaby to przestrzeń wiary), lecz z uwagi na rozumne poznanie człowieka i świata. Chodzi tu więc o naturalną, czyli dla wszystkich dostępną i przez wszystkich akceptowalną rozumność życia osobistego, rodzinnego i społecznego. O taki system wartości warto się upominać, bo to jest jedyna bezpieczna konstytucja dla świata. Wiele z tych obszarów jest dzisiaj w Polsce odbieranych społecznie jako zagrożonych w swojej stabilności, stąd wołanie do rządzących. Oby zechcieli je usłyszeć.

Wspomniał Ksiądz Arcybiskup o fenomenie wychodzenia ludzi na ulice w marszach w obronie życia ludzkiego, w obronie katolickiej Telewizji Trwam. Czy jest to początek ruchu społecznego, który zmieni jakościowo rzeczywistość naszego życia państwowego, narodowego?
- Najważniejsze, że ludzie mówią i że stają razem. To zawsze daje nadzieję. Tym bardziej że w tych marszach chodzi o prawa katolików. Ten obszar zaczął być traktowany, jakby podlegał państwowej reglamentacji i specjalnym ograniczeniom. Jakby korzystanie z tych praw przez katolików czymś groziło. Jakby chodziło co najmniej o nadmierną dostępność alkoholu w środowisku nieletnich i niedojrzałych. A tu chodzi o normalność. Korzystanie przez katolików ze zwyczajnych praw obywatelskich to są podstawowe zasady normalnego funkcjonowania życia społecznego, którego nam się jednak nie chce umożliwić. To przykre, że ministrowie naszego państwa potrafią jeszcze (a może - znowu?) takimi kategoriami rozumować. Przecież ponad 2 miliony podpisanych głosów to prawie formalne referendum.

Warto zwrócić uwagę na bardzo duży udział młodych ludzi w inicjatywach w obronie wolności mediów i katolickich wartości...
- Młode pokolenie zawsze ma do zaoferowania starszym określoną świeżość myślenia i działania. Tak było, jest i będzie. Poza tym młodzież ogólnie zawsze jest bardziej ideowa niż starsi. Dlatego jest taka krytyczna. Jest wśród młodych ludzi dużo osób bardzo inteligentnych, świetnie wykształconych, otwartych, a jednocześnie po prostu dobrych i szukających dobra. Warto im pozwalać na różne inicjatywy. Przecież szczeciński Marsz dla Życia, największy w Polsce, jest przygotowywany głównie przez młodych ludzi z Civitas Christiana, z pomocą starszych, także duszpasterzy, ale główne pomysły są od młodych. Miał zupełną rację bł. Jan Paweł II, gdy mówił, że oni są nadzieją Kościoła. W tym roku - kalendarzowo licząc - przypada dokładnie dwa tysiące lat, jak dwunastoletni Jezus pozostał po świętach w Jerozolimie, a Rodzice tego nie zauważyli. Trzy dni Go szukali, wreszcie znaleźli Go w świątyni, prowadzącego dysputę z uczonymi teologami żydowskimi. Jego pytania były dla nich bardzo zaskakujące i inspirujące, bo byli zadziwieni Jego mądrością i odpowiedziami. Warto więc zadbać, by młodzież była w świątyni, i pozwolić jej na wniesienie swoich odczuć, z zachowaniem oczywiście porządku rzeczy sacrum i profanum. Warto zawierzyć Bogu także dzisiejszą młodzież.

Ekscelencjo, obecny rok jest niezwykle wyjątkowy dla Kościoła szczecińsko-kamieńskiego ze względu na kilka ważnych jubileuszy: 40 lat powstania diecezji, 25 lat od pamiętnej wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II, 20 lat metropolii. To ważne rocznice, szczególnie w kontekście powojennej historii tych ziem.
- Przede wszystkim, powiedzmy sobie szczerze, nie są to rocznice wielkie w porównaniu z wielowiekową historią najstarszych diecezji na terytorium Polski. Obecne struktury Kościoła katolickiego na ziemiach nad Odrą i Bałtykiem są to struktury powojenne, a więc proporcjonalnie bardzo młode. Tym bardziej jednak takie rocznice, dość okrągłe, nie tylko cieszą, ale nabierają dodatkowego znaczenia duchowego. Są z jednej strony okazją do podsumowań oraz do dziękczynienia Bogu, i w tym sensie jest to okazja do świętowania, z drugiej strony inspirują do bardziej intensywnego zaangażowania duchowieństwa oraz wiernych świeckich w sprawy Kościoła, w sprawy ewangelizacji w obecnym, ciągle zmieniającym się pokoleniu, i w tym sensie jest to dodatkowy impuls do umacniania nadziei w działaniu.
W powojennej historii naszej ziemi obecność i dzieło Kościoła jest nie do przecenienia z racji bardzo bolesnych ran duchowych i materialnych tego terytorium po przejściu frontu w 1945 roku (wiele z tych ran jest, niestety, do dzisiaj jeszcze niezagojonych), a jeszcze bardziej z racji dodatkowych zranień, z jakimi przesiedlono na te ziemie tysiące polskich rodzin wypędzonych ze Wschodu. W pewnym zakresie nakłada się na tę sytuację dobrowolna wprawdzie, ale zawsze zostawiająca jakieś ślady powojenna migracja zarobkowa wielu osób z obecnej Polski Centralnej. Jest też zauważalna grupa rodzin ukraińskich i łemkowskich przesiedlonych tutaj po 1947 roku. Gdy do tego doda się tzw. osoby oddelegowane służbowo na te ziemie z uwagi na pełnione funkcje państwowe po 1945 roku, to całość ukazuje niezwykle dynamiczną, ale też skomplikowaną rzeczywistość socjologiczną i kulturową, w tym także religijną, naszego terenu. Dlatego głoszona tutaj Ewangelia, sprawowane sakramenty święte, obecność kapłanów, regularna Msza Święta, otwarte kościoły - to wszystko pozwalało kolejnym pokoleniom duchowo i kulturowo wrastać w tę ziemię i powoli traktować ją wreszcie jak swoją. Stąd też rocznica powstania diecezji jako stałej struktury duszpasterskiej w miejsce administratury apostolskiej jako struktury tymczasowej ma swoje znaczenie nie tylko w wymiarze duszpasterskim. Podobnie dwudziesta rocznica powstania metropolii szczecińsko-kamieńskiej. Myślę, że w tych doświadczeniach należy także szukać źródła pewnego "opanowania duszpasterskiego" w kontekście obecnych migracji zarobkowych, które odciskają piętno na bardzo wielu rodzinach. Dziejowym wydarzeniem dla miasta i regionu stała się również z tych względów historyczna wizyta Jana Pawła II w Szczecinie dokładnie 25 lat temu, w roku 1987.

Matką kościołów całej diecezji jest katedra. Tę w Szczecinie 30 lat temu konsekrował ks. abp Kazimierz Majdański, którego zasługi dla rodziny trudno przecenić nie tylko w skali polskiej, ale i ogólnokościelnej. Czego możemy uczyć się od tego zasłużonego pasterza w dobie globalnego ataku na małżeństwo i rodzinę?
- Odbudowa katedry szczecińskiej, czyli historycznego kościoła pw. św. Jakuba Apostoła, rozpoczęła się dopiero w roku 1972, gdy została utworzona diecezja szczecińsko-kamieńska, a posługę biskupią podjął pierwszy biskup tej diecezji Jerzy Stroba, późniejszy arcybiskup metropolita poznański. Wcześniej bowiem był absolutny zakaz odbudowy świątyni, a nawet były plany całkowitego rozebrania ruin tej pięknej świątyni, zniszczonej w czasie działań wojennych. Już sam ten fakt pokazuje, jak długo w powojennej Polsce sprawy stabilizacji duchowej oraz materialnej ziem nad Odrą i Bałtykiem były traktowane - powiedzmy - dość szczególnie. W roku 1982 pierwszy etap odbudowy został zakończony i poświęcenia katedry dokonał drugi już biskup szczecińsko-kamieński Kazimierz Majdański, późniejszy arcybiskup.
Warto podkreślić, że lata posługiwania ks. bp. Kazimierza Majdańskiego to niezwykle dynamiczny czas, pełen wielkich społecznych nadziei i wielkich politycznych napięć, na czele z powstaniem "Solidarności" (w Szczecinie Porozumienia Sierpniowe zostały podpisane dzień wcześniej niż w Gdańsku), a przede wszystkim z latami stanu wojennego. Jednocześnie był to czas tworzenia stabilnych struktur nowej diecezji, m.in. budowy nowego gmachu seminarium oraz innych inwestycji. Ksiądz biskup Majdański - przy całej jego dynamice duszpasterskiej i społecznej - bardzo aktywnie zaangażował się ponadto w swój osobisty charyzmat, jakim stały się studia nad rodziną oraz duchowość rodziny. Pozostały na tym polu przede wszystkim dwie sprawy: Instytut Świętej Rodziny jako wspólnota życia konsekrowanego oraz poważne dzieło akademickie - studia nad rodziną, które dzisiaj rozwinęło się bardziej jako nauki nad rodziną. Było to nowatorskie w skali światowej przedsięwzięcie naukowo-dydaktyczne. W tym zakresie mówimy o określonym wkładzie Szczecina w sprawę nie tylko teologii małżeństwa i rodziny, ale w kwestii silnego akademickiego osadzenia spraw rodziny w realiach i kontekstach społecznych całego jej doświadczenia w ujęciu katolickim.
Nasze pokolenie obficie korzysta z tamtych doświadczeń, nawet o tym nie wiedząc. Myślę też, że w naszym pokoleniu obecna jest ciągle ta sama metoda analizy aktualnej sytuacji rodziny oraz ewangelicznego, a jednocześnie ściśle naukowego opiniowania i programowania jej spraw. Przecież najbliższym współpracownikiem ks. abp. Majdańskiego był już wtedy ks. bp Stanisław Stefanek, doskonale znany w naszym pokoleniu promotor i obrońca spraw rodziny w Polsce i w całym Kościele. Tej samej nadziei w społecznym patrzeniu na rodzinę oraz nadziei dla samej rodziny ciągle nam bardzo potrzeba. Za mało jest w Polsce społecznej i państwowej troski o rodzinę, a prawie wcale nie zauważa się - poza Kościołem - zwykłej radości z każdego udanego małżeństwa i z każdej trwałej rodziny. A przecież rodzina jest zarówno fundamentem, jak i absolutnie najlepszym laboratorium relacji społecznych na pokolenie następne. Dlatego z takim smutkiem patrzę na dużą nonszalancję rządzących Polską w traktowaniu tego tematu.

Przeżywamy święta Zmartwychwstania Pańskiego. Czego życzyłby Ekscelencja Polakom z tej okazji?
- Nie lękajmy się wchodzić z Jezusem w atmosferę Ogrójca, czuwać i medytować, aby nie przespać ważnej godziny. Nie lękajmy się z Jezusem podążać po stacjach Jego Męki, najczęściej milcząc, ale - gdy trzeba - przywołując zasady sprawiedliwości: jeżeli źle powiedziałem - udowodnij, co było złego, a jeżeli dobrze - dlaczego mnie bijesz? Nie lękajmy się podążać, także jako Naród, Drogą Krzyżową, bo na tej Drodze On jest obecny, i to On jest w stanie ponieść także nasz krzyż. To jest Droga Życia. Całej Rodzinie Radia Maryja na czele z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, dyrektorem Radia Maryja, Telewizji Trwam, zespołowi "Naszego Dziennika", ludziom innych dzieł powstałych przy Radiu Maryja życzę wiele Bożego błogosławieństwa, radości serca, nadziei i umiejętności ciągłego budzenia Nadziei w Zmartwychwstałym Jezusie. Jak powtarza Ojciec Dyrektor: "Alleluja! I do przodu!". Niech Bóg Was błogosławi. Niech błogosławi Polskę.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 07 kwi 2012, 21:18 
Offline
Czytelnik

Dołączył(a): 20 mar 2012, 17:19
Posty: 8
W dobie walki z Kościołem warto przypominać ciekawe biografie, zapraszam na http://77400.pl/index.php/historiamenu/ ... rd-witucki
Zdrowych i Wesolych Świąt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 02 maja 2012, 06:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Pamięć ważna dla przyszłości

Spośród ponad 10 tysięcy księży, którzy pełnili przed wojną posługę w Polsce, w czasie II wojny światowej zamordowanych zostało 20 procent. Różnego rodzaju represje uderzyły w kolejnych 30 proc. duchownych. Ofiarami zbrodniczych systemów totalitarnych XX w. byli też klerycy, zakonnicy, siostry zakonne. W dobie budzącego się antyklerykalizmu bardzo ważne jest przypominanie postaci tych męczenników, którzy ukazują, że Kościół zawsze dzielił tragiczne losy Narodu Polskiego.

Jak podkreślał bł. Jan Paweł II, męczeństwo jest najwymowniejszym dowodem prawdziwości wiary. Nasza historia ukazuje, że tego świadectwa krwi, szczególnie duchownych w Polsce, nigdy nie brakowało.
"My, kiedy będziemy tam, u Boga, będziemy o was pamiętali, ale i wy pamiętajcie o nas, byśmy wytrwali do końca" - to słowa, które na chwilę przed śmiercią w komorze gazowej wypowiedział bł. ks. Henryk Kaczorowski, rektor włocławskiego seminarium. Był on jednym z rzeszy duchownych - ofiar okupacji hitlerowskiej i sowieckiej, skazanych na śmierć za gorliwe wypełnianie duszpasterskiej misji w służbie Bogu i ludziom. Ich nazwiska przypomniane zostały w sposób szczególny w Katowicach i Kaliszu z okazji obchodów Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego.

Znicze pamięci
Abrantowicz Fabian, marianin, 1946; Abt Stefan, diec. poznańska, 1942; Adamczyk Stanisław, diec. włocławska, 1940... - tak oto rozpoczyna się lista 2974 polskich kapłanów, alumnów, misjonarzy i braci zakonnych, którzy padli ofiarą dwóch okupacji - hitlerowskiej i sowieckiej. Ich nazwiska - starannie zapisane w Księdze Martyrologium powstałej w Roku Kapłańskim - wybrzmiały w poniedziałek w katowickiej archikatedrze Chrystusa Króla, gdzie z racji przypadającego 29 kwietnia Dnia Męczeństwa Kapłanów Polskich odbyło się wielogodzinne nabożeństwo przy udziale licznie zgromadzonych alumnów Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego, diakonów, kapłanów, biskupów oraz wiernych. To właśnie klerycy przez wiele godzin wyczytywali kolejno nazwiska polskich duchownych, którzy bez reszty przyjęli swoje powołanie i przeznaczenie i dopełnili je, "przechodząc przez ciemną dolinę męczeńskiej śmierci". - Polscy duchowni, zamordowani w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, w sowieckich łagrach i komunistycznych więzieniach, w krajach misyjnych, z rąk znanych i nieznanych oprawców, wzięli na siebie Chrystusowe jarzmo, a będąc cichymi i pokornymi, naśladowali swego Mistrza, dzieląc Jego los: los skazanego, więzionego, torturowanego, wreszcie zabitego - mówił w homilii ks. abp Wiktor Skworc, metropolita katowicki. Przypomniał również osobę śp. ks. kard. Ignacego Jeża, kapłana cudownie ocalałego z obozu w Dachau, z którego inicjatywy ustanowiony został doroczny Dzień Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego. - Myślę, że męczennicy z Dachau (...), przywołując słowa: "Jesteście wolni", zadaliby zaraz pytanie: co zrobiliście z odzyskaną wolnością? My, duchowni i całe polskie społeczeństwo: co zrobiliśmy z odzyskaną wolnością? Oby każdy włączył to pytanie do swojego codziennego rachunku sumienia - mówił kaznodzieja. I z naciskiem wyjaśniał, że dzisiaj poszerzył się "niezmiernie zakres nadużyć wolności, co prowadzi do nowych form zniewolenia - tym niebezpieczniejszych, że ukrytych pod pozorami wolności". - Oto paradoks, oto głęboki dramat naszych czasów: w imię wolności - zniewolenie! - ubolewał.


Kaliscy pielgrzymi
Temat męczeństwa polskiego Kościoła podjęty został jak co roku także w sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Ordynariusz kaliski ks. bp Stanisław Napierała przypomniał dzieje pielgrzymowania księży z Dachau do sanktuarium św. Józefa. - Chcemy dzisiaj dziękować tym męczennikom, bo przecież oni wnieśli ofiarę swojego życia i cierpienie w obronę i potwierdzenie fundamentalnych wartości, które dzisiaj są lekceważone - mówił ksiądz biskup. Mszy św. przewodniczył ks. bp Adam Lepa z Łodzi. Z wiernymi modliło się 8 biskupów i ok. 150 księży z całej Polski. W homilii ks. Tomasz Kaczmarek, postulator procesu beatyfikacyjnego 108 polskich męczenników II wojny światowej, podkreślał, że pielgrzymowanie do Kalisza staje się szczególnym apelem o pamięć o tych, którzy dla Imienia Pana znosili katusze, godził w nich szatan przez swoich zniewolonych, opętanych służalców, by ich zdruzgotać. Dodał jednak, że "żadna ofiara miłości nie idzie na darmo, lecz owocuje". - To zmaganie o triumf miłości będzie trwało cały czas, aż do skończenia świata. Nie było, nie ma i nie będzie epoki bez męczenników, ale skutki zamierzeń prześladowców wobec chrześcijan są zawsze odwrotne - dodał.


Kościół męczenników
Polski Kościół był w ostatnim stuleciu doświadczany prześladowaniem w szczególny sposób. Duchowieństwo - widziane jako elita i ostoja polskości - stanowiło ogromną przeszkodę dla nieludzkich systemów, stąd też właśnie ono poddane zostało masowym egzekucjom i dotkliwym represjom. Niezbitym dowodem potwierdzającym niezłomność polskiego Kościoła w walce o chrześcijańskie korzenie i przyszłość uciemiężonego Narodu są zakończone już, trwające i przygotowywane procesy beatyfikacyjne duchownych - męczenników za wiarę i za Ojczyznę. Dość wspomnieć 108 męczenników z czasów II wojny światowej wyniesionych do chwały ołtarzy w 1999 r. przez Jana Pawła II, kanonizację o. Maksymiliana Kolbego, beatyfikację 11 sióstr nazaretanek z Nowogródka, wyniesienie na ołtarze księdza Jerzego Popiełuszki, a także trwające procesy beatyfikacyjne 122 osób z II grupy męczenników z czasów II wojny światowej oraz 46 warmińskich męczenników. Należy również wspomnieć o powstałym w diecezji drohiczyńskiej przed trzema laty Ośrodku Dokumentacji Kanonizacyjnej Męczenników Wschodu (1917-1989). Jak informuje "Nasz Dziennik" ks. dr Zdzisław Jancewicz powołany do zorganizowania i poprowadzenia procesu kanonizacyjnego męczenników Wschodu, na chwilę obecną wśród zgłoszonych kandydatów przeważają także osoby duchowne.
Nie doczekali się jeszcze wyniesienia do chwały ołtarzy męczennicy, którzy w latach 1939-1945 ginęli na terenach diecezji łuckiej, lwowskiej i przemyskiej. Co najmniej 255 osób duchownych, z których najwięcej - 56 - zginęło z rąk Ukraińców. Księży mordowano zarówno skrytobójczo, jak i na oczach wiernych, gdy np. odprawiali Msze Święte. Czasem ginęli w straszliwych męczarniach.
- Jest wiele powodów, by pamiętać o pomordowanych polskich kapłanach. Jednym z nich jest wdzięczność za te pokolenia kapłańskie, które żyły na polskiej ziemi i służyły Kościołowi, społeczeństwu, Ojczyźnie i w tej służbie oddały swoje życie. To byli dobrzy pasterze, a dobry Pasterz oddaje swoje życie za owce, kiedy sytuacja tego wymaga. Trzeba o nich pamiętać i trzeba ich pokazywać młodemu pokoleniu, kiedy dzisiaj próbuje się oddzielić losy Ojczyzny od Kościoła, kiedy próbuje się pokazać, że duchowieństwo jest jakimś obcym ciałem, kiedy próbuje się powiedzieć, że księża są jakimiś "darmozjadami" - podkreślił w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. abp Wiktor Skworc. - W tej sytuacji trzeba wspominać, trzeba uczyć historii, a ta historia jednoznacznie pokazuje tę symbiozę między społeczeństwem a duchowieństwem, między Kościołem, przecież jesteśmy z tej ziemi, z tego ludu i temu ludowi służymy - dodał. - Każda ofiara za wolność Kościoła, państwa, Narodu w obronie praw człowieka jest cenna. Tym bardziej ofiara poniesiona ze względu na przynależność do Kościoła, ze względu na wiarę w Pana Boga. I my nie możemy zapomnieć o tych ofiarach! - zaznaczył z kolei w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. dr Andrzej Motyka, postulator na etapie diecezjalnym procesu przeprowadzonego w sprawie ks. Władysława Findysza, pierwszego beatyfikowanego męczennika komunizmu w Polsce. Jak zauważył ks. Motyka, w Polsce od wielu lat zwłaszcza młode pokolenie patrzy w przyszłość, zapominając o przeszłości. - Zapomina się o tym, co było, odcina się od korzeni. Tym bardziej trzeba przypominać te heroiczne postawy, w które dzisiaj tak wielu nawet nie wierzy. Mamy swoje korzenie, mamy swoje źródła i nie możemy ich zarzucić - mówił.

Anna Bałaban

Współpraca Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi13.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 04 cze 2012, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Pytanie o wiarygodność państwa

W czasie jednego ze spotkań pewna osoba - choć nie jest bardzo religijna - powiedziała mi ważne zdanie o swoim postrzeganiu Kościoła katolickiego: "Jest on dla mnie wiarygodny, bo wbrew temu, co się dzieje w świecie, zdecydowanie broni opartej na małżeństwie kobiety i mężczyzny rodziny oraz uczy jednoznacznie szacunku dla życia ludzkiego". Ktoś, kto uczciwie szuka prawdy, prędzej czy później dostrzeże to szaleństwo, jakie opanowało dziś ludzkość, która poprzez łamanie praw natury, mordowanie życia poczętego szykuje sobie dramatyczny koniec.

Kościół nie zrezygnuje z walki o rodzinę i życie, nawet kosztem męczeństwa. Błogosławiony Jan Paweł II wytyczył kierunek, który jego następca konsekwentnie realizuje: "Człowiek jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła". A dla tego człowieka życie rodzinne jest pierwszą i niezbędną szkołą cnót społecznych, takich jak poszanowanie osób, bezinteresowność, zaufanie, odpowiedzialność, solidarność, współpraca, jak przypomniał wczoraj w Mediolanie Benedykt XVI. Autentyczna troska o rodzinę to zatem rzeczywistość, która powinna łączyć starania duszpasterzy i organów państwa. Jak zatem wygląda pod tym względem wiarygodność dzisiejszych państw, które mienią się cywilizowanymi? Patrząc na uchwalane ustawodawstwo związane z rodziną i życiem, rządzącym nie jest tu po drodze z Kościołem. I to jest dramat naszych czasów! Ale powiedzmy sobie wprost: po co komu taka władza, która nie zapewnia w państwie realizacji podstawowego zadania, czyli uznania tożsamości właściwej rodzinie opartej na małżeństwie i otwartej na życie oraz prawa rodziców do swobodnego kształcenia i wychowywania dzieci. Taka władza staje się jedynie pasożytem dla narodów, niszczy je, doprowadzając do degradacji życia społecznego na wszystkich płaszczyznach. Benedykt XVI zaapelował w Mediolanie o sprawiedliwość dla rodziny. Podkreślił, że zharmonizowanie czasu pracy i wymogów rodziny, życia zawodowego i macierzyństwa, pracy i święta jest ważne dla budowania społeczeństwa o ludzkim obliczu. To też zadania dla państwa. Tego "ludzkiego oblicza społeczeństwa" nie zapewnią tzw. marsze równości oraz destruktywne i niemoralne zachowania, które one promują. Nie zapewni propaganda antykatolicka czy cynizm i kompromitujące "kabaretony", jakich przykład mieliśmy wczoraj w Opolu. Pusta widownia w opolskim amfiteatrze i swoista ekwilibrystyka operatorów kamer, aby tego nie pokazać, jest wystarczającym komentarzem do tego niskich lotów wydarzenia, gdzie dygresje o tragedii smoleńskiej i antyklerykalne "wycieczki" miały kogoś rozbawić.

W łączności ze Światowym Spotkaniem Rodzin w Mediolanie wczoraj przez blisko 50 polskich miast przeszły marsze w obronie życia i rodziny. To daje nadzieję. Oby one trwały dalej. Jeżeli przeniosą się do naszego życia osobistego, społecznego, jeżeli dotrą także do urn wyborczych, to jest szansa na odrodzenie również naszej Ojczyzny.

Slawomir Jagodzinski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 09 cze 2012, 10:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Nie do pokonania

Błogosławionego Jana Pawła II słusznie można nazwać Papieżem świętych i męczenników. Dzięki jego inicjatywom i poparciu katolickie martyrologium znacznie się wzbogaciło o nowych świętych i błogosławionych. Papieski apel o upamiętnienie nowych męczenników XX stulecia wydobył na światło dzienne rzesze martyres - świadków.
Opium narodów - takie programowe ujęcie religii przez komunizm nieuchronnie musiało doprowadzić do konfrontacji, niestety nierównej pod każdym względem. Z jednej strony Kościół głoszący Ewangelię, z drugiej system, którego umocnienie zapewniała władza państwowa, indoktrynacja, prawo, w końcu siła. W starciu z takim bezprawiem chrześcijaństwo po ludzku nie miało żadnych szans. A jednak zgodnie z obietnicą Jezusa daną Piotrowi Kościół przetrwał umocniony krwią nowych męczenników.
Ten etap dziejów chrześcijaństwa znaczy zamykanie miejsc kultu, niszczenie kościołów oraz eksterminację wierzących, w pierwszej kolejności duchowieństwa. Nowa władza dążyła do uśmiercenia Kościoła także na drodze prawnej poprzez odbieranie własności diecezji, parafii i zakonów, delegalizację, próby rozbicia jedności przez tworzenie Kościołów narodowych. Wobec opornych stosowano zastraszanie, pokazowe procesy, doraźne egzekucje i napady (często przez nieznanych sprawców), tortury fizyczne i psychiczne. Obok śmierci przez rozstrzelanie stosowano np. topienie, śmierć głodową czy na mrozie, okaleczanie, otrucie lub systematyczne podtruwanie, napromieniowanie, zamurowanie czy zakopanie żywcem.

Apostoł jedności

Jedynym (jak do tej pory) wyniesionym na ołtarze męczennikiem Kościoła w Rosji jest Leonid Iwanowicz Fiodorow. Przyszedł na świat 4 listopada 1879 r. w rodzinie prawosławnej. Jeszcze podczas nauki w gimnazjum odzywało się w nim powołanie do życia poświęconego Bogu. W 1901 r. rozpoczął naukę w prawosławnej Akademii Duchownej w Petersburgu. Jego myśli zaprzątała idea powszechności Kościoła, która stopniowo doprowadziła go do Kościoła katolickiego.
Decyzję o konwersji zrealizował w rzymskim kościele jezuitów Il Ges 31 lipca 1902 roku. Po spotkaniu z Leonem XIII rozpoczął studia w seminarium w Ananii. Do kolegów wypowiedział wtedy słowa, że nawrócenie Rosji będzie możliwe tylko dzięki krwi męczenników i cierpieniom apostołów. Kolejne lata nauki spędził w Rzymie. Mimo ukrywania się pod pseudonimem został odszukany przez władze rosyjskie i ostrzeżony, iż jeśli nie zaprzestanie studiów w jezuickich uczelniach, to zamknie sobie drogę powrotną do ojczyzny. Przez Galicję trafił do Fryburga Szwajcarskiego, gdzie ukończył studia, po których został wykładowcą i prefektem Instytutu Naukowego Studytów Studion. Podejmował podróże do Rosji, gdzie przekonał się, iż najlepszą formą rozwoju Kościoła katolickiego będzie nie obrządek greckokatolicki, ale słowiańsko-bizantyjski, który pozwoli Rosjanom zachować duchowne dziedzictwo i narodową tożsamość. W tym czasie przyjął święcenia kapłańskie w 1911 r., a w następnym roku w Bośni wstąpił do zakonu studytów, gdzie otrzymał imię Leoncjusz. Choć niektóre źródła podają, że nie dane mu było zakończyć trzyletniego okresu próby i złożyć ślubów monastycznych, to sam o. Leonid zawsze uważał się za studytę. W 1914 r. metropolita Andrzej Szeptycki kolejny raz oddelegował go do Rosji.
Po wybuchu I wojny światowej został w Petersburgu aresztowany i zesłany do Tobolska. Ten czas przymusowego odosobnienia pozwolił mu przemyśleć i przemodlić sprawę misji; przygotowywał się również na cierpienia, których - jak słusznie przeczuwał - miał z jej powodu doświadczyć. Zmiany polityczne w 1917 r. doprowadziły do jego odwołania z wygnania. Tego samego roku zwołano pierwszy eparchialny synod greckokatolicki w Rosji. Opracowano wówczas program Rosyjskiej Cerkwi Katolickiej. Wtedy też metropolita Szeptycki mianował o. Leonida egzarchą katolików wschodniego obrządku na terenie Rosji (z wyłączeniem Białorusi i Ukrainy). Nadzieje i plany przekreślił przewrót bolszewicki. Błogosławiony zrozumiał, że w nowej sytuacji najbardziej jest potrzebne zbliżenie katolików i prawosławnych na płaszczyźnie wspólnych chrześcijańskich wartości.
Młody egzarcha jako centralna postać wspólnych dążeń w obronie przed zbliżającym się zagrożeniem stał się jednym z głównych oskarżonych w procesie przeciw duchowieństwu katolickiemu. Wkrótce wszystkie kościoły petersburskie zamknięto, a duchowieństwo postawiono przed sądem. Pod zarzutem działalności kontrrewolucyjnej skazano na śmierć ks. abp. Jana Cieplaka i ks. prałata Konstantego Budkiewicza, pozostałych skazano na 3-10 lat więzienia. Ostatecznie ks. abp. Cieplakowi wyrok śmierci zamieniono na więzienie (potem na wygnanie); a ks. Konstanty został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 r. (dziś jest Sługą Bożym w grupie męczenników katolickich w Rosji). Ojca Fiodorowa skazano na więzienie. Co prawda zwolniono go pod naciskiem Zachodu, ale ponieważ nie zaprzestał działalności duszpasterskiej, wkrótce zesłano go do łagru na Wyspach Sołowieckich. Było to miejsce, o którym więźniowie mówili, że to Związek Sowiecki w miniaturze i na odwrót - Związek Sowiecki to wielki sołowiecki łagier. Błogosławiony, na ile mógł, pełnił w tych warunkach posługę duchową, a nawet wygłaszał wykłady teologiczne. Ciągle też starał się o porozumienie między katolikami i prawosławnymi. Sam wycieńczony fizycznie i duchowo zapalał w innych iskrę chrześcijańskiej nadziei.
Przenoszony do różnych więzień w końcu znalazł się w Wiatce, gdzie zamieszkał w domu kierownika magazynu kolejowego. Wyczerpany i schorowany zmarł 7 marca 1935 roku. Do pokoju, gdzie w otoczeniu modlących się ludzi spoczywało jego ciało, przez drzwi wleciał biały gołąb, który dwukrotnie zatoczył koło nad zwłokami i odfrunął. Już dwa lata później metropolita Szeptycki rozpoczął proces beatyfikacyjny o. Leonida - jest to bodaj pierwsza tego typu inicjatywa w Kościele katolickim, gdy chodzi o wyniesienie na ołtarze męczennika czasów komunizmu. Beatyfikacji dokonał bł. Jan Paweł II we Lwowie 27 czerwca 2001 r. podczas apostolskiej pielgrzymki na Ukrainę.

Nielegalna wierność

Razem z o. Fiodorowem Papież beatyfikował 25 męczenników Kościoła greckokatolickiego, który z racji uznania Prymatu Piotrowego był szczególnie znienawidzony przez komunistów. Zwołany pod dyktando Stalina w 1946 r. tzw. Synod Lwowski anulował akt Unii Brzeskiej i ogłosił włączenie byłych grekokatolików do Cerkwi prawosławnej. Początkowo próbowano nakłonić biskupów unickich do zerwania z Rzymem, obiecując im zachowanie stanowisk w Cerkwi; później stawką były wolność lub samo życie hierarchów.
W gronie tych błogosławionych jest dwóch biskupów przemyskich wschodniego obrządku - Jozafat Kocyłowski, bazylianin, i Grzegorz Łakota; obaj pochodzili z Łemkowszczyzny, obaj zostali zatrzymani przez Urząd Bezpieczeństwa i przekazani ZSRS, obaj zmarli w sowieckich obozach. Ksiądz biskup Grzegorz Łakota przyszedł na świat we wsi Głodówka 31 stycznia 1883 roku. Gimnazjum i seminarium ukończył we Lwowie, a święcenia otrzymał w 1908 r. w Przemyślu. Trzy lata później wyjechał do Wiednia, gdzie uzyskał tytuł doktora teologii. Był wykładowcą katechetyki i metodyki, a później rektorem seminarium greckokatolickiego w Przemyślu. Na tym odcinku zasłynął jako reorganizator studiów i bytowania tej ważnej instytucji. Ponadto pełnił liczne obowiązki i zadania w różnych instytucjach diecezjalnych.
W 1926 r. został biskupem pomocniczym. Jego pasją była historia, której poświęcał wiele czasu, co widać na podstawie jego publikacji i prowadzonych badań. Był jednak przede wszystkim pasterzem. Kiedy po wybuchu II wojny światowej eparchia przemyska została podzielona, ks. bp Łakota z Jarosławia kierował tą jej częścią, która znalazła się pod okupacją niemiecką. Po wojnie wiele wysiłku wkładał w organizację życia kościelnego swoich diecezjan w nowych warunkach.
Deportowany przez władze Polski Ludowej w czerwcu 1946 r. do Lwowa został tam aresztowany. W Kijowie skazano go na 10 lat więzienia. Początkowo pracował w kopalni w Workucie, a potem zlecano mu różne prace na terenie obozu. Z powodu pogarszającego się zdrowia trafił do szpitala w wiosce Abeź, ale lekarze uznali go za zdolnego do pracy. Władze obozowe, aby jeszcze bardziej upokorzyć ks. bp. Łakotę, umieściły go w brygadzie czyszczącej sanitariaty. Błogosławiony przyjął tę decyzję z pokorą i prosił współwięźniów kapłanów, aby nie zabiegali o jej zmianę. W wielkiej tajemnicy udawało się księżom sprawować Najświętszą Ofiarę, ale biskup Grzegorz nie czynił tego z obawy, aby nie uchybić czci Eucharystii w tak prymitywnych warunkach. Prosił jednak, aby mu przynosić Komunię Świętą do szpitala, gdzie znów się znalazł. Życie zakończył 12 listopada 1950 roku.

Bezkrwawe męczeństwo

Komunistyczne władze, nie chcąc przysparzać Kościołowi męczenników, wypuszczały uwięzionych biskupów, księży, zakonników i zakonnice, aby umierali na wolności. Jednak także o śmierci poniesionej w wyniku przejść więziennych (tortury, wycieńczenie, choroby itp.) można mówić jako o męczeństwie w sensie kanonizacyjnym. Znamienne są pod tym względem dzieje s. Zdenki Schelingovej ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Świętego Krzyża.

Urodziła się w samą Wigilię w orawskiej wsi Kriva w 1915 roku. W wieku 15 lat wstąpiła do zakonu, gdzie po odpowiednim przygotowaniu duchowym i zawodowym podjęła pracę pielęgniarki w różnych szpitalach. W swoim posługiwaniu łączyła ofiarność z życzliwością i pogodą ducha. Jej życie wewnętrzne cechowały prostota i ufność, których uczyła się na małej drodze św. Teresy z Lisieux.
Kiedy rząd likwidował wspólnoty zakonne, zsyłając ojców, braci i siostry do tzw. klasztorów koncentracyjnych, niektórym siostrom pozwolono (z braku wykwalifikowanego personelu świeckiego) tymczasowo dalej pracować w szpitalach. Do bratysławskiego szpitala, na oddział, gdzie pracowała błogosławiona, przywieziono po przesłuchaniach księdza, którego po polepszeniu zdrowia czekała śmierć. Wiedziona współczuciem i chęcią uratowania nieszczęśnika, s. Zdenka zorganizowała jego ucieczkę. Strażnikowi podała herbatę ze środkiem nasennym, następnie zabrała mu buty, które dała księdzu, i wyprowadziła go ze szpitala.

Podczas organizowania ucieczki kolejnych księży i kleryków wpadła w pułapkę i dostała się w ręce SB. Aby zmusić siostrę do przyznania się do zdrady państwa i wydania współpracowników, topiono ją w kadzi z wodą, rozbierano do naga, wieszano na haku za związane z tyłu ręce i bito po całym ciele, wleczono ją za włosy po więziennych korytarzach i zamykano w celi bez okien i światła. Po kilku miesiącach skazano s. Zdenkę na 12 lat pozbawienia wolności, 10 lat pozbawienia praw obywatelskich i obarczono kosztami postępowania sądowego. Wyrok odsiadywała w najcięższych więzieniach. W tym czasie pogorszyło się jej zdrowie, które od dłuższego czasu szwankowało; musiała poddać się amputacji piersi zajętej przez nowotwór, dodatkowo prątki gruźlicy zaatakowały oczy. Gdy stało się oczywiste, że s. Zdenka nie ma szans na powrót do zdrowia i pozostało jej niewiele życia, została przedterminowo zwolniona. Po trzech miesiącach zmarła z uśmiechem na ustach w szpitalu w Trnawie 31 lipca 1955 roku. Została beatyfikowana w 2003 r. w Bratysławie podczas papieskiej podróży na Słowację; jest pierwszą Słowaczką wyniesioną na ołtarze.

Dojrzały w blaskach Eucharystii

Kościół w Słowenii może poszczycić się niedawno beatyfikowanym świeckim męczennikiem. Alojzij (zdrobniale Lojze) Grozde urodził się 1923 r. we wsi Zgornje Vodale; był nieślubnym dzieckiem nigdy nieuznanym przez biologicznego ojca. Kiedy matka wyszła za mąż za innego mężczyznę, ten nie zaakceptował pasierba i źle go traktował. Z tego powodu wychowaniem chłopca zajęła się ciotka, która zabrała go do Ljubljany. Tam dzięki wsparciu dobroczyńców Lojze podjął naukę w szkole podstawowej, a że był chłopcem bardzo zdolnym, dalsze wykształcenie zdobywał w prestiżowej szkole Marijani˙s˙ce.
Miał zdolności literackie, pisał wiersze, pracował w redakcji szkolnej gazetki. W 1936 r. wstąpił w szeregi Akcji Katolickiej, a później do Sodalicji Mariańskiej. Codziennie uczestniczył w Eucharystii, którą nazywał słońcem swojego życia, a modlitwą przeplatał każdy dzień. Myślał o powołaniu, ale żadnej decyzji w tym kierunku nie podjął. Był w pełni świadom obowiązków, jakie wynikają z faktu bycia chrześcijaninem. Dyskretnie oddziaływał na swoich kolegów i otoczenie.
Rozdarta w 1941 r. między Włochy, Niemcy i Węgry Jugosławia stała się areną przemocy. Nastrój ciągłego zagrożenia podsycała komunistyczna partyzantka. W sam Nowy Rok (1943) Lojze postanowił pojechać do Mirny, aby odwiedzić matkę. Przed podróżą uczestniczył we Mszy św., przyjął Komunię Świętą, po czym wyjechał pociągiem. Ponieważ partyzanci wysadzili tory kolejowe, od stacji Trebnje szedł pieszo, a następnie jechał saniami spotkanego chłopa. Niestety, gdy dotarł na miejsce, został zatrzymany przez komunistów. Gdy podczas rewizji znaleźli przy nim O naśladowaniu Chrystusa i książeczkę o Matce Bożej Fatimskiej, zaciągnięto go do gospody i poddano torturom. Jak wykazały późniejsze oględziny ciała, bohaterskiemu młodzieńcowi oprawcy obcięli końcówki palców i lewe ucho, wyrwali język, przebili oko, ściągali skórę z twarzy, uderzyli go w głowę kilofem lub młotkiem. Ciało odnaleziono po niespełna dwóch miesiącach porzucone nad brzegiem rzeki Vejersca, a następnie pochowano w ˙Setrupert. Choć w dobie komunizmu nie można było nawet mówić o śmierci młodego męczennika, to ludzie potajemnie nawiedzali jego grób. Kult prywatny ciągle się rozwijał i doprowadził do beatyfikacji Lojzego podczas kongresu eucharystycznego w Celje.

Bogactwo świadectw

Nasza Ojczyzna bardzo szybko doświadczyła dobrodziejstw płynących najpierw z bolszewickiej Rosji, a potem z Kraju Rad. Pierwszym beatyfikowanym męczennikiem czasów stalinowskich jest bł. Władysław Findysz, urodzony 13 grudnia 1907 r. w Krościenku Niżnym. Gimnazjum ukończył w Krośnie i wstąpił do przemyskiego seminarium duchownego. W 1932 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Jeszcze w czasie II wojny światowej został proboszczem w Nowym Żmigrodzie. Urząd Bezpieczeństwa wciągnął go do swojej kartoteki jako księdza znanego z wrogiej postawy. W 1963 r. ks. Findysz zachęcał parafian, aby włączyli się w tzw. soborowe czyny dobroci. Za pomocą listów proponował np. pogodzenie się, uregulowanie życia sakramentalnego, trzeźwość. Nieliczni, którym nie odpowiadała inicjatywa duszpasterza, donieśli na niego milicji, że zmusza do praktyk i obrzędów religijnych. Mimo interwencji kurii i złego stanu zdrowia proboszcza nie zwolniono. Został skazany na dwa lata i sześć miesięcy więzienia. Z premedytacją pozbawiono ks. Władysława możliwości stosownego leczenia i choć na wniosek komisji lekarskiej przerwano karę, to dla błogosławionego było za późno. Zmarł po sześciu miesiącach 21 sierpnia 1964 roku. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 2000 r., a już 19 czerwca 2005 r. zakończył się wyniesieniem na ołtarze.
Pięć lat po beatyfikacji nowożmigrodzkiego proboszcza, także w Warszawie (6 czerwca 2010 r.), miała miejsce upragniona beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego postać urosła do rangi symbolu, który na trwałe wpisał się w świadomość religijną i historyczną naszego Narodu. Przyszedł na świat 14 września 1947 r. w podlaskiej wsi Okopy. Kierując się podziwem dla Prymasa Tysiąclecia, wstąpił do seminarium duchownego w stolicy. Czas przygotowań do kapłaństwa musiał przerwać już po pierwszym roku, aby odbyć służbę wojskową w specjalnej jednostce o zaostrzonym rygorze dla kleryków. W końcu 28 maja 1972 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Posługiwał jako wikariusz w Ząbkach, Aninie, a potem w Warszawie; od 1980 r. osiadł jako rezydent przy kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Był duszpasterzem środowisk medycznych w stolicy, a następnie został kapelanem Solidarności. Coraz bardziej znany i ceniony przez wiernych był solą w oku ówczesnych władz państwowych. Inwigilowany, przesłuchiwany, publicznie oczerniany nie zrezygnował ze swojego apostolatu w służbie Bogu, Ojczyźnie i drugiemu człowiekowi. Rząd PRL nie mógł pozwolić, aby ks. Popiełuszko dalej prowadził antykomunistyczną działalność. Wracającego 19 października 1984 r. z Bydgoszczy uprowadzili pracownicy SB i jeszcze tej samej nocy po torturach zrzucili do Wisły z tamy w pobliżu Włocławka. Zmasakrowane zwłoki męczennika odnaleziono dopiero 30 października i cztery dni później w otoczeniu tłumów pochowano przed kościołem św. Stanisława. Postępowanie zmierzające do włączenia ks. Jerzego w poczet błogosławionych rozpoczęto w 1997 roku.
W Kongregacji ds. Świętych złożono już materiały dwóch zbiorowych procesów z diecezji warmińskiej i jeden z archidiecezji krakowskiej. Ostatni dotyczy ks. Michała Rapacza, proboszcza z Płok, zamordowanego przez nieznanych sprawców 12 maja 1946 roku. Pierwszy proces warmiński dotyczy s. Marii Chrystofory Klomfass i 15 Towarzyszek ze Zgromadzenia św. Katarzyny Dziewicy i Męczennicy; dwie z nich zmarły w sowieckich obozach w Rosji, pozostałe na Warmii i Pomorzu. W drugiej grupie męczenników warmińskich liczącej 37 osób są księża, osoby zakonne i świeckie. Umieszczony na jej czele ks. Józef Steinki, kiedy stanął w obronie napastowanych przez Sowietów pielęgniarek i zakonnic, został tak skatowany, iż po kilku dniach zmarł w olsztyńskim więzieniu. Z kolei ks. Jan Lindenblatt jako dobry pasterz pozostał ze swoimi parafianami mimo nadchodzącego frontu. Czerwonoarmista zastrzelił go, gdy udzielał sakramentów ciężko rannemu człowiekowi. Inną przedstawicielką tej grupy jest Cecylia Grabosch, żona i matka, która odmówiła udania się z żołnierzami na rozpustną zabawę, za co została zabita na oczach swoich dzieci; miała 28 lat.
Archidiecezja wrocławska 25 listopada ubiegłego roku rozpoczęła proces s. Marii Paschalis Jahn i 9 towarzyszek. Wszystkie one były elżbietankami, pochodzącymi w większości ze Śląska. Zginęły w 1945 r., broniąc swojej poświęconej Bogu czystości, dziewictwa innych oraz pełniąc uczynki miłosierdzia. Charakterystyczny jest przykład s. Rosarii Schilling. Kiedy czerwonoarmiści zajęli Nowogrodziec n. Kwisą, siostry ukryły się w schronie. W nocy 22 lutego 1945 r. żołdacy wywlekli stamtąd s. Rosarię. Kiedy po północy wróciła, była w stanie agonalnym, z krwotokiem wewnętrznym i ranami. Dodatkowo musiała znosić szyderstwa jednego z czerwonoarmistów, który przygrywając na ustnej harmonijce, mówił ze śmiechem, że siostrzyczka została zepsuta. Jak się okazało, przez cały czas była gwałcona przez ok. 30 napastników. Tego samego dnia (23 lutego) została zastrzelona na ulicy przez sowieckiego komendanta, który chciał ją zostawić dla siebie. Z kolei 70-letnia staruszka, s. Sapientia Heymann, została zabita natychmiast po tym, jak ujęła się za młodszą współsiostrą, którą żołnierz chciał wyprowadzić. Siostra Adelheidis Töpfer została zastrzelona w Nysie, gdy opiekowała się osobami starszymi, które nie mogły się ewakuować.
Aktualnie od 2009 r. Kościół polski gromadzi dokumentację do rozpoczęcia zbiorowego procesu męczenników prześladowań komunistycznych w latach 1917-1989. Pracą tą zajmuje się ośrodek w Drohiczynie. Dopóki jednak kandydatury nie przejdą wstępnej weryfikacji, trudno jest podać nawet w przybliżeniu liczbę potencjalnych kandydatów na ołtarze. Samo przedsięwzięcie z powodu rozpiętości czasowej, upływu czasu i braku dokumentacji jest trudne i pracochłonne.

Nie sposób przedstawić w jednym artykule wszystkich męczenników objętych postępowaniem procesowym ani nawet wszystkich już wyniesionych na ołtarze. Tych kilka przykładów niech nam choć trochę zobrazuje ogrom próby, jakiej został poddany Kościół w XX w. ze strony komunistycznych prześladowców. Czechosłowacka propaganda głosiła, że do 2000 r. nie będzie w tym kraju ani jednej zakonnicy. Tymczasem minęła już pierwsza dekada nowego tysiąclecia, a siostry zakonne przetrwały i nadal pełnią swoje zadania. Tak samo Chrystusowy Kościół - utwierdzony na Skale jest nie do pokonania ani przez ludzi, ani przez szatana.

Do tej pory beatyfikowano już 43 męczenników komunizmu. Z kolei zbiorowe lub pojedyncze procesy na różnym etapie postępowania dotyczą ponad 430 kandydatów na ołtarze z takich krajów jak Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Litwa, Polska, Rosja, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Ukraina, Węgry, Włochy - przedział czasowy wynosi 1923-1999 (sic!); także liczni męczennicy hiszpańscy z lat 1934, 1936-1939 są ofiarami prześladowań Kościoła o podłożu komunistycznym. Zostały lub będą wkrótce otwarte procesy męczenników z krajów azjatyckich (Chin, Korei Północnej, Wietnamu).

Br. Marek M. Urbaniak FSC

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 26 cze 2012, 06:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
75 lat kapłaństwa w wieku 101 lat

Piękną rocznicę 75-lecia przyjęcia sakramentu kapłaństwa obchodził wczoraj jeden z najstarszych polskich księży 101-letni ks. kanonik Franciszek Rozwód. Sprawowaną z tej okazji uroczystą Eucharystię jubilat koncelebrował we wrocławskiej parafii pw. św. Franciszka z Asyżu. Od przejścia w roku 1990 na emeryturę ksiądz kanonik niemalże codziennie sam dojeżdża do kościoła z Domu Księży Emerytów, celebruje Msze św., głosi kazania, do jego konfesjonału ustawiają się zawsze długie kolejki. Jeszcze dwa lata temu jubilat odwiedzał parafian z wizytą duszpasterską.
- Od 75 lat ks. Franciszek dzielnie służy Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie. Nigdy nie mówi "nie chcę", ale zawsze twierdzi "muszę". Jest dla nas światłem i mocą. Mocą swojego kapłaństwa, modlitwy i mądrości - mówił w okolicznościowej homilii proboszcz tej wspólnoty ks. prałat Kazimierz Sroka.

Marek Zygmunt, Wrocław

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 26&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 04 paź 2012, 06:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Wobec nowego kulturkampfu

Przed warszawskim marszem w sprawie obrony Telewizji Trwam pytano w różnych programach polityków i związkowców, czy wybierają się na niego i dlaczego zamierzają to zrobić.

Takie pytanie zadano m.in. Jarosławowi Kaczyńskiemu i Piotrowi Dudzie. Odpowiedzi były dość jednoznaczne, że walka o wolność słowa jest podstawowym dobrem w sferze życia publicznego i obecność na marszu jest bardzo ważna.

Dla ludzi PO medialne utożsamienie PiS i innych partii prawicowych ze środowiskiem Radia Maryja było rzeczą korzystną. Uważano, że w ten sposób, przy czarnej propagandzie, jaką stosują media lewicowe wobec toruńskiej rozgłośni, da się zamknąć elektorat prawicowy w granicach symbolicznych 30 procent, a ludzi niechętnych Radiu Maryja zniechęci się do prawicy.

Tymczasem skala niesprawiedliwości związana z brakiem koncesji dla Telewizji Trwam doprowadziła do olbrzymiego oburzenia społecznego. Praktyczna monopolizacja przestrzeni medialnej przez jedną lewicowo-liberalną część sceny ideowej zmobilizowała wielu ludzi zatroskanych o wolność słowa w Polsce do poparcia protestów w obronie Telewizji Trwam.

Doszło do sytuacji, niespotykanej od czasów komunizmu, że Kościół w prosty sposób zaczął być kojarzony z obroną wolności. Wszak wolność słowa jest podstawą wszelkich innych praw publicznych, jakie posiadają obywatele w normalnym państwie.

Dla obozu władzy skupionego wokół PO zjawisko to nie wydawało się groźne, dopóki nie przelała się masa krytyczna tych protestów (ponad dwa miliony podpisów).

Dla środowisk ideowych spod znaku "Gazety Wyborczej" czy TVN skupienie rozlicznych środowisk wokół ojca Tadeusza Rydzyka zdefiniowane zostało jako potworne zagrożenie. Media te walczą bowiem o rząd dusz w imię idei charakterystycznych dla kręgów zachodnioeuropejskiej Nowej Lewicy. Starały się one sprowadzić Radio Maryja do roli tzw. moherów, a więc do wymiaru jakichś bliżej nieokreślonych grup "ksenofobicznych", "zacofanych".

Tymczasem realne prześladowanie związane ze sprawą nieprzyznania koncesji Telewizji Trwam skupiło wokół ośrodka Radia Maryja ogromną rzeszę ludzi. W obozie lewicowym musiano dojść do wniosku, że najważniejsza walka, walka o rząd dusz, zaczyna zmierzać do klęski. W ten sposób urealnia się najgorszy sen Adama Michnika - reaktywacja kulturowa narodowo-katolickiej, przedwojennej Polski.

Środowisko "Gazety Wyborczej" zdaje sobie sprawę, że Radio Maryja i Telewizja Trwam nie ograniczają się do oddziaływania na politykę polską. Chodzi o obronę podstaw kultury katolickiej, chrześcijańskiej moralności na wszystkich piętrach życia ludzkiego. Długoletnie wysiłki, by Polaków przerobić na areligijnych kosmopolitów, okazały się płonne.

Oczywiście świadomość wojny kulturowej, dodajmy - wojny na media, jest od lat wysoka w kręgach polskiej Nowej Lewicy. Problem w tym, że w ostatnich miesiącach kręgi te straciły najważniejszy oręż, jakim posługiwały się w walce z toruńską rozgłośnią. Chodzi o hasła wolnościowe.

Dzisiaj to Telewizja Trwam jest na czele mediów ostro walczących o wolność słowa, TVN czy "Gazeta Wyborcza" zaliczane są do tzw. mediów reżimowych. Wydaje się, że przede wszystkim dlatego w ocenie ostatniego marszu zdecydowano się na zmianę retoryki opisu wydarzeń, które miały miejsce na ulicach Warszawy.

Już nie pytano polityków czy związkowców, dlaczego dołączyli do marszu organizowanego przez Telewizję Trwam, lecz odwrotnie - ogłoszono, że marsz miał wymiar ściśle partyjno-polityczny.

Uznano zatem, że lepiej jest przedstawić marsz jako inicjatywę PiS, niż pozwolić, by w Polskę i świat poszła informacja, że ojciec Tadeusz Rydzyk zebrał wokół siebie kilkaset tysięcy ludzi. Można bowiem stracić wiele w parlamencie, ale nie można pozwolić sobie na klęskę w walce o kulturę.

Dlatego tytuły artykułów w poniedziałkowej "Wyborczej" opisujących marsz w ogóle przeszły obok samej istoty warszawskiego protestu: "PiS ogłasza wielką mobilizację" "Kaczyński mówi: sprawdzam", "Nasz prorok Jarosław", "Lepiej demonstrować, niż siedzieć na kanapie".

Środowiska medialne skupione wokół "Gazety Wyborczej" czy TVN mają bardzo duży wpływ na przekaz informacji z Polski do mediów zagranicznych. Będąc w Holandii i w Niemczech, dowiedziałem się, w jaki sposób tamtejsza telewizja przedstawiała Marsz w obronie Telewizji Trwam.

Podkreślano, że na ulice Warszawy wyszły tysiące ludzi protestujących "przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego" (sic!!!). Oczywiście pokazanie protestu w takim kontekście w jakimś stopniu obnaża słabość rządu PO, ale w ogóle nie mówi się tam o gwałceniu w Polsce wolności słowa, nie pisze się też o sile katolików w naszej Ojczyźnie.

Wszak dla zachodnioeuropejskich kręgów lewicowych współczesne szerokie ruchy społeczne nie mogą mieć katolickiego charakteru. Podobnie rzecz się miała w początkach lat 80.

Jak opisuje jeden z działaczy emigracyjnych, kiedy Polacy organizowali w Amsterdamie protesty przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, do grona Polaków demonstrujących z flagami "Solidarności" dołączyły grupy związkowców holenderskich z czerwonymi sztandarami i hasłami neomarksistowskimi.

Ruch robotniczy ("Solidarność") nawiązujący do zasad chrześcijańskich, posługujący się katolicką symboliką religijną nie mieścił się w przestrzeni wyobrażeń lewicy zachodnioeuropejskiej. Dzisiaj szeroki ruch walki o wolność mediów i o uzdrowienie moralne życia społecznego, którego animatorem jest katolicka rozgłośnia, również nie mieści się w głowach właścicieli lewicowych mediów na Zachodzie.

Biorąc pod uwagę rzeczywistość, musimy stwierdzić, że w sytuacji olbrzymiej wojny (rewolucji) kulturowej, jaka trwa w Europie i w Polsce, zjawisko społeczne spod znaku Radia Maryja i Telewizji Trwam ma olbrzymią wagę. Mimo jawnej dyskryminacji, mimo rozlicznych szykan środowisko to odniosło olbrzymi sukces, gdyż skupia wokół siebie coraz szersze kręgi zatroskane o przyszłość życia kulturowego i społecznego w Polsce.

Nie ulega wątpliwości, że tak w Radiu Maryja, jak i w Telewizji Trwam sprawy polityczne mają wysoką rangę. Treści tam prezentowane obejmują jednak o wiele szersze spektrum zagadnień, które można by określić mianem szeroko rozumianej kultury narodowej (kwestie religijne, naukowe, z dziedziny artystycznej, moralnej itp.).

Znaczenie środków społecznego przekazu trudno przecenić. W wielkiej walce kulturowej na media marsz warszawski może odegrać olbrzymią rolę. Można mieć nadzieję, że w takiej atmosferze społecznej przybędzie słuchaczy i telewidzów mediów zorganizowanych wokół Ojców Redemptorystów. Po raz kolejny ludzie, którym drogie są wiara i Polska, mogli się policzyć, mogli wzmocnić motywację do walki zmierzającej do przebudzenia Polski.

Prof. Mieczysław Ryba

http://www.naszdziennik.pl/mysl/11542,w ... ampfu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 02 sty 2013, 08:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Budowniczy Kościoła żywego

Ksiądz arcybiskup Ignacy Tokarczuk obejmował urząd ordynariusza diecezji przemyskiej w okresie trwania administracyjnej walki państwa komunistycznego z Kościołem katolickim.

Mechanizmy i metody działania systemu totalitarnego nie były mu obce. Poznał je w okresie II wojny światowej, gdy archidiecezja lwowska, z której pochodził, znajdowała się pod okupacją sowiecką, a także po 1945 r., gdy już pracował na obszarze PRL. Zdawał sobie sprawę, z jak silnym i bezwzględnym aparatem represji będzie musiał się zmierzyć, chcąc rozwijać życie religijne oraz sprawnie zarządzać powierzoną mu diecezją. Doskonale wiedział, iż jednym z podstawowych założeń ideologicznych państwa socjalistycznego była urzędowa ateizacja społeczeństwa, co oznaczało programową walkę z religią oraz systematyczne niszczenie Kościoła katolickiego.

Diecezja przemyska, położona z dala od wielkich ośrodków przemysłowych, pod koniec lat sześćdziesiątych powoli zatracała swój tradycyjny, rolniczy charakter, ponieważ postępowały na jej obszarze procesy urbanizacyjne, skutkujące powstawaniem dużych miast i wzrostem odsetka ludności zatrudnionej w przemyśle. Równocześnie powoli zaludniały się Bieszczady, stanowiące znaczną część terytorium diecezji. Zasiedlali je migranci przybywający z różnych stron Polski. Zmiany w strukturze społeczno-demograficznej sprawiały, że nowy ordynariusz diecezji musiał przygotować skuteczną strategię nastawioną na integrację ludności w wymiarze nie tylko lokalnym, ale również regionalnym. Zamierzał też przeprowadzić reorganizację struktur parafialnych, by dostosować je do religijnych potrzeb wiernych. Realizacja tych przedsięwzięć oznaczała tworzenie nowych parafii i budowanie kościołów, co w realiach systemu komunistycznego okazywało się niezwykle trudnym zadaniem duszpasterskim.

W jedności siła
Zasadniczym celem strategii ks. abp. Tokarczuka w warunkach państwa totalitarnego było budowanie silnego i solidarnego Kościoła żywego. Jego istota miała polegać na wytworzeniu mocnej więzi łączącej świeckich i duchownych. Ksiądz biskup miał świadomość, że władze komunistyczne, stosując sprawdzone represyjne metody, bardzo szybko zneutralizują działania duszpasterskie gorliwych i odważnych kapłanów, jeśli ci nie będą mieli moralnego oraz fizycznego wsparcia swoich wiernych. Gdy jednak uda się rozbudzić aktywność katolickiego laikatu, to wówczas komuniści nie będą w stanie powstrzymać tego oddolnego pospolitego ruszenia. W ten sposób ordynariusz przemyski w praktyce stosował zasadę: „w jedności siła”, a także realizował zalecenia Soboru Watykańskiego II, który wyraźnie zalecał bezpośrednią współpracę duchownych oraz świeckich w działalności apostolskiej Kościoła.

Przedstawiając swój program duszpasterski w dniu ingresu (6 lutego 1966 r.) w bazylice katedralnej w Przemyślu, ks. abp Tokarczuk podkreślił, że jego podstawowym zadaniem będzie wprowadzanie w życie uchwał soborowych. Wówczas też zwrócił się do wszystkich wiernych swojej diecezji z prośbą, aby budowę Kościoła żywego oparli na silnej więzi łączącej kapłanów z osobami świeckimi. Zachęcając duchownych do wspólnej pracy z katolickim laikatem, mówił: „Kochajcie i szanujcie ten Lud Boży diecezji naszej i naszego narodu! Ten Lud Boży jest dobry, to jest jeszcze gleba złota, to jest plastelina, którą można na kształt Boży ulepić, jeżeli się ją tylko nagrzeje autentyczną miłością Bożą”. Natomiast zwracając się do wiernych, zachęcał: „A ty, Ludu Boży, kochaj i szanuj swoich kapłanów! (…) Niech się wytworzy ta braterska jedność, ten braterski szacunek, ta braterska miłość, poczucie tej jedności. Niech się wytworzy ten front szeroki w domu Bożego Kościoła i każdej chaty chłopskiej, każdego domku robotniczego, każdego mieszkania. To jest naprawdę jakieś naczelne zadanie: ta wspólna jedność oparta na tym zrozumieniu, to potężna siła, która utoruje drogi na nowe tysiąclecie”.

Przesłanie to stało się programem całej pasterskiej posługi ks. abp. Tokarczuka, który autentyczną miłością ojcowską kochał nie tylko kapłanów i wiernych swojej diecezji, ale cały Naród Polski, czego wielokrotnie dawał świadectwo w słowach i czynach. Ordynariusz przemyski doskonale wiedział, że naród zniewolony przez totalitaryzm komunistyczny potrzebuje świadectwa wiary i przykładu męstwa. Dlatego swoim życiem starał się być nie tylko nauczycielem prawd religijnych, ale przede wszystkim wiarygodnym świadkiem Ewangelii. Miał odwagę, by w czasach zakłamanego systemu komunistycznego otwarcie oraz publicznie głosić prawdę. W dobie zniewolenia, poniżania godności ludzkiej upominał się o wolność i poszanowanie praw człowieka. Pomimo represji, a nawet terroru ze strony Służb Bezpieczeństwa, pokazywał Polakom, jak przełamywać barierę strachu przed komunistyczną władzą.

Bliżej ołtarza
Ordynariusz rozumiał potrzeby religijne wiernych, którzy mimo iż byli indoktrynowani przez ateistyczny system komunistyczny, to jednak pragnęli rozwijać i pogłębiać swoje życie religijne. Dlatego też podejmował działania zmierzające do organizowania różnych form duszpasterstwa parafialnego. Dzięki inicjatywom ks. abp. Tokarczuka w diecezji przemyskiej powstawały duszpasterskie grupy zawodowe, a zwłaszcza duszpasterstwa rolników, robotników i inteligencji. Szczególnym obiektem jego troski były polskie rodziny. Uważał bowiem, że „u podstaw Kościoła są świeccy, dopiero spośród nich, niektórych Bóg powołuje do kapłaństwa, jako specyficznej służby Kościołowi, niektórych do stanu zakonnego, innych do ’uświęcania świata’, czyli do życia w świecie”.

Warunkiem rozwoju życia religijnego ludzi świeckich było zapewnienie im możliwości swobodnego korzystania z posługi duszpasterskiej w kościołach parafialnych, czyli „zbliżenie wiernych do ołtarza”. Dlatego ks. abp Tokarczuk tworzył nowe parafie, wspierał kapłanów i katolików świeckich w budowie kościołów. Organizowanie struktur parafialnych oraz wspólne wznoszenie wielu świątyń bez pozwolenia władz komunistycznych hartowało, a także integrowało lokalne społeczności, uaktywniało katolików świeckich i bezpośrednio wpływało na budowanie Kościoła żywego. Solidarne współdziałanie wzmacniało więź między parafianami oraz utrwalało pozytywne relacje wiernych z duszpasterzami. Wspólny wysiłek stwarzał okazję do nawiązania więzi międzyludzkich, wzmagał ofiarność na rzecz dobra wspólnego i pogłębiał przywiązanie do własnej parafii. Wiele osób, dotychczas anonimowych i niezaangażowanych, uaktywniło się, a także podjęło różne role w parafialnych społecznościach lokalnych.

Pomoc dla represjonowanych
Tworzenie parafii i budowa kościołów miały duży wpływ na integrację katolickich społeczności, zwłaszcza w ośrodkach miejskich. Ludność wiejska osiedlająca się w dużych osiedlach (blokowiskach) mogła bez problemów zaspokajać swoje religijne potrzeby, a także utrwalała wyniesione z domu rodzinnego przywiązanie do wiary i tradycji katolickiej. Wierni, mając własne świątynie, łatwiej mogli przystępować do sakramentów oraz gromadzić się na wspólnotowych praktykach religijnych. Przy nowych kościołach powstawały grupy modlitewne, stowarzyszenia i bractwa, których działalność świadczyła o wzroście osobistego zaangażowania katolików w życie lokalnej społeczności parafialnej.

Mając wsparcie ordynariusza przemyskiego na terenie Rzeszowszczyzny, prężnie działał NSZZ „Solidarność” i NSZZ „S” Rolników Indywidualnych. W czasie kryzysów gospodarczych z inicjatywy ks. abp. Tokarczuka zbierano na terenie diecezji żywność, którą przekazywano mieszkańcom dużych ośrodków miejskich. Ordynariusz osobiście pomagał moralnie i materialnie osobom represjonowanym, internowanym, a także ich rodzinom. Przeznaczał znaczne środki finansowe na pomoc biednym parafiom budującym kościoły, a także wspierał osoby skazywane przez sądy państwowe za zaangażowanie w budownictwo sakralne.

Zero kontaktów z SB
Władze komunistyczne szybko zorientowały się, że jedność Kościoła przemyskiego oparta na zaufaniu wiernych do biskupów i kapłanów jest podstawowym źródłem siły społeczeństwa przeciwstawiającego się skutecznie systemowi totalitarnemu. Dlatego też podjęto działania zmierzające do rozbicia wewnętrznej spójności oraz solidarności Kościoła przemyskiego. Ich celem było podważenie autorytetu, a także zaufania, jakim cieszył się ks. abp Tokarczuk wśród swoich diecezjan. W czasie procesu toruńskiego zabójcy ks. Jerzego Popiełuszki oskarżyli ks. bp. Tokarczuka o współpracę z gestapo. Ujawnienie rzekomych rewelacji miało skompromitować niezłomnego pasterza. Jednak skutek był dokładnie odwrotny od zaplanowanego. Wierni diecezji przemyskiej oburzeni kłamstwami przekazywanymi przez państwowe środki przekazu solidarnie stanęli w obronie swojego biskupa. Pod protestami kierowanymi do władz komunistycznych podpisało się kilkaset tysięcy osób. Ludzie zarzucali władzy stosowanie propagandy oszczerstw, kłamstw i pomówień pod adresem ordynariusza przemyskiego. Był to ogromny cios dla potężnego aparatu propagandy komunistycznej, która mimo olbrzymiego nakładu środków nie zdołała rozbić jedności Kościoła w diecezji przemyskiej ani też naruszyć dobrego imienia ks. abp. Tokarczuka. W jego pięknym życiorysie niczego też nie zmieniło otwarcie w III RP tajnych akt Służby Bezpieczeństwa, nigdy bowiem nie musiał się tłumaczyć z niejasnych kontaktów z funkcjonariuszami systemu represji.

Nauczanie i działalność ks. abp. Tokarczuka pokazały, że rzeczywista siła Kościoła tkwi w Bożej Opatrzności, wierności Ewangelii, a także w jedności i solidarności jego członków. Dzięki prawdziwie ojcowskim relacjom pasterza z wiernymi w diecezji przemyskiej udało się zrealizować wiele ważnych inicjatyw duszpasterskich, które wydawały się niemożliwe do wykonania w państwie totalitarnym. Przede wszystkim umocnił się Kościół żywy, którego siłą jest życie Ewangelią oraz trwała więź łącząca kapłanów i ludzi świeckich. Testamentem, jaki zostawił nam ks. abp Tokarczuk, jest głoszenie prawdy i stawanie w jej obronie bez względu na okoliczności. Dzięki prawdzie jego życie było dla wiernych czytelnym, jasnym i przejrzystym świadectwem, jakie dobry pasterz powinien dawać swoim wiernym. Dziś, kiedy odszedł do Domu Ojca, wierni, którzy go znali, mogą powiedzieć: „Odszedł dobry pasterz nasz, co ukochał lud”.

Ks. prof. Witold Jedynak

http://www.naszdziennik.pl/mysl/19700,b ... ywego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i Polska
PostNapisane: 06 sty 2013, 11:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
Ewa Polak - Pałkiewicz

Katoliccy mężowie stanu wobec wrogów ojczyzny i Kościoła

Władysław Łebkowski z żoną Stefanią z Woyna Orańskich herbu Kościesza w strojach polskich.
„Może się zdarzyć — pisał ks. prałat Robert Mäder — że nieposłuszeństwo jest koniecznością, a posłuszeństwo staje się grzechem A zachodzi to wtedy, gdy dusza, rzecz najważniejsza w człowieku, staje wobec niebezpieczeństwa. Dusza jest ponad wszystkim, przed wszystkim i mimo wszystko!”1.

Bojowy oddział Kościoła, polscy jezuici, stanowili największą w historii Kościoła siłę kontrreformacyjną. Odzyskali dla katolicyzmu w ciągu kilkudziesięciu zaledwie lat — w XVII i na początku XVIII wieku — wielki obszar naszych Kresów, zagrożonych protestantyzmem. Polska w czasie kontrreformacji wydała też jednego z największych świętych tej epoki, św. Andrzeja Bobolę, „Duszochwata”, męczennika za wiarę, który oddal życie na Kresach wschodnich, walcząc o wiarę ludności zagrożonej przez schizmę prawosławną. Także św. Jana Sarkandra, męczennika, który zginął z rąk protestantów na Śląsku. Ale nie są to wszystkie zwycięstwa duchowe i moralne naszego narodu, który — przypomnijmy rzecz, która całkiem dziś wypadła z pamięci — w XVIII i XIX wieku składał się w 10 procentach ze szlachty.

Rok 1773 — data kasaty zakonu jezuitów — jest rokiem pierwszego rozbioru Polski. Odnotowując zbieżność tych dat, wybitny katolicki pisarz i dyplomata francuski Paul Claudel dodaje: „Zaczyna się era Rewolucji”. Ten sam myśliciel przypomina cyniczny komentarz do traktatu rozbiorowego autorstwa króla pruskiego: „Zjednoczy to trzy religie, grecką (tj. prawosławną — EPP), katolicką i kalwińską, przyjmujemy bowiem komunię z jednego i tego samego ciała eucharystycznego, jakim jest Polska, a jeśli nie jest to dla dobra naszych dusz, będzie to z pewnością dla dobra naszych krajów”2.

Czy można być Polakiem i katolikiem, a zarazem lojalnym poddanym cara albo cesarza niemieckiego w rozdartej przez zaborców ojczyźnie? Oto dramatyczne pytanie, które musiano zadawać sobie przez z górą wiek w katolickim społeczeństwie. Władza zaborców została narzucona przemocą. Rozbiory były permanentną wojną toczoną przez sześć pokoleń przeciwko katolickiemu narodowi przez dwa państwa niekatolickie i jedno, niestety, katolickie. Były hańbą Europy, za którą wcześniej czy później trzeba będzie zapłacić, jak bezkompromisowo podsumował francuski pisarz Paul Claudel3. Przyzwolenie ze strony chrześcijańskich państw na zniesienie Polski z mapy kontynentu, „ohydny rozbiór narodu chrześcijańskiego”, jest grzechem śmiertelnym Europy, który musi zostać odpokutowany. Dlatego też naród polski miał moralne prawo bronić swoich świętych praw do wolnego życia w niepodległym państwie. I to nie tylko poprzez bierny opór wobec niesprawiedliwych rozkazów uzurpatorskiej władzy i nie tylko przez wytrwałe poszukiwanie rozwiązań politycznych, co czynili m.in. konserwatyści wileńscy i krakowscy.

Chwycenie za broń przeciw zaborcom w powstaniach narodowych nie było żadną „rewolucją”, jak się dziś często uważa w posługujących się demagogią kręgach konserwatywno-liberalnych, nawet jeśli wśród organizatorów i przywódców powstań można osoby znaleźć o lewicowych przekonaniach. Polaków przed rewolucją uchronił głęboko zakorzeniony w ich mentalności i całej kulturze katolicyzm. Co było celem ich walki? Czy zniesienie władzy w państwach zaborczych, anarchia i publiczne upokarzanie autorów krwawej przemocy przeciw Polsce?

Dyktator powstania styczniowego Romuald Traugutt, słynący z osobistej prawości, gorliwy katolik, przykładny mąż i ojciec, którego spowiednikiem był św. abp Zygmunt Szczęsny Feliński, w swojej odezwie do powstańców pisał: „Żołnierze bracia! Nie na podbój idziemy, ale na odbiór wydzieranego nam dobra boskiego. Dobrem boskim jest wolność. Wygraną będzie ocalenie narodu. Jeżeli przegramy, rzeką krwi naszej inni popłyną ku wolności”. Traugutt słał również listy do Piusa IX z prośbami o apostolskie błogosławieństwo dla walczących Polaków. Jego błagania nie pozostały bez odpowiedzi. W mowie tronowej z 24 kwietnia 1864 r. papież wypowiedział słowa niezwykle mocne: „(…) sumienie mnie nagli, abym podniósł głos przeciwko potężnemu mocarzowi, którego kraje rozciągają się aż do bieguna. (…) Monarcha ten prześladuje z dzikim okrucieństwem naród polski i podjął dzieło bezbożne wytępienia religii katolickiej w Polsce”.

Wybitny historyk Stefan Kieniewicz, komentując wydarzenia z lat 1863–1864, przyznał, że w wyniku powstania istotnie „załamał się system trzymania Polski w niewoli rękoma Polaków”4. Dusza narodu, zagrożona przez zewnętrzną przemoc i kuszona do zdrady, by uzyskać doczesne przywileje od morderców ducha, została ocalona.

Święty arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, metropolita ówczesnej Warszawy, początkowo był niechętny rozlewowi krwi. Zdecydowanie zaprotestował jednak u władz rosyjskich przeciwko prześladowaniu Polaków. Zapłacił za to 20­‑letnim zesłaniem. Ale niewielu na świecie, poza nieliczną grupą duchowieństwa, rozumiało sens walki Polaków. To właśnie ów tragiczny brak zrozumienia dla naszej niemożności życia w niewoli i dla gotowości do płacenia krwią za marzenia o odzyskaniu bytu narodowego — co dla Polaków było tożsame z możliwością praktykowania wiary — jest tematem wstrząsającego wiersza Cypriana Kamila Norwida Pieśń o ziemi naszej, którego bezpośrednim motywem stał się wyrok wykonany przez Rosjan na Romualdzie Traugutcie na stokach Cytadeli Warszawskiej… Przypomnijmy, Norwid, uważany za wieszcza narodowego, nie należał do romantycznego nurtu ideologicznego, nigdy nie „wadził się z Bogiem”; był niezwykle trzeźwym analitykiem współczesności, myślicielem, którego intelekt ożywiała, pokorna, wręcz dziecięca wiara.

Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,
Tam jest mój środek dziś — tam ma stolica,
Tam jest mój gród.

Od wschodu: mądrość­‑kłamstwa i ciemnota,
Karności harap lub samotrzask z złota,
Trąd, jad i brud.

Na zachód: kłamstwo­‑wiedzy i błyskotność,
Formalizm prawdy — wnętrzna bez­‑istotność,
A pycha pych!

Na północ: Zachód z Wschodem w zespoleniu,
A na południe: nadzieja w zwątpieniu
O złości złych! (…)

Gdy ducha z mózgu nie wywikłasz tkanin
Wtedy cię czekam — ja, głupi Słowianin,
Zachodzie — ty!…

A tobie, Wschodzie, znaczę dzień­‑widzenia,
Gdy już jednego nie będzie sumienia
W ogromni twej.

Południe! — klaśniesz mi, bo klaszczesz mocy;
A ciebie minę, o głucha Północy,
I wstanę sam.

Braterstwo ludom dam, gdy łzę osuszę,
Bo wiem, co własność ma — co ścierpieć muszę —
Bo już się znam.

Romuald Traugutt został powieszony na oczach 30­‑tysięcznego tłumu, który w chwili jego śmierci śpiewał suplikację: „Święty Boże, święty mocny…”. Rosjanie, chcąc zagłuszyć potężne śpiewy i głośne modlitwy podczas egzekucji, kazali orkiestrze wojskowej grać walca Na wzgórzach Mandżurii.

Kardynał Stefan Wyszyński uznawał dyktatora powstania styczniowego za świętego; Prymas Tysiąclecia był nawet jednym z inicjatorów przekreślonych przez wojnę i okupację starań o beatyfikację Traugutta.

Żeby nie zginąć jak pies

Polski katolicyzm nadał specyficzne piętno Rzeczypospolitej szlacheckiej, ocalając ją od rozpadu wskutek zagrożenia wewnętrznego, potęgowanego przez nasze cechy narodowe, które tak bezbłędnie potrafili sto lat później wykorzystać nasi polityczni wrogowie. Męstwo w obronie ojczyzny już wtedy nie mogło być wystarczającą rękojmią. Adam Mickiewicz przedstawia w Panu Tadeuszu typowy motyw społecznego i religijnego życia dawnej Polski — scenę z sejmiku szlacheckiego, który odbywał się w klasztorze, przedstawioną na „arcyserwisie” podczas uczty weselnej:

„Jeden szlachcic na zgodę powszechną nie zważa.
Patrz, wytknął głowę oknem z kuchni refektarza,
Patrz, jak oczy wytrzeszczył, jak pogląda śmiało,
Usta otworzył, jakby chciał zjeść izbę całą:
Łatwo zgadnąć, że szlachcic ten zawołał: «Veto!»
Patrzcie, jak za tą nagłą do kłótni podnietą
Tłoczy się do drzwi ciżba, pewnie idą w kuchnię;
Dostali szable, pewnie krwawy bój wybuchnie”.

„Lecz tam, na korytarzu, Państwo uważacie
Tego starego księdza, co idzie w ornacie —
To przeor; Sanctissimum z ołtarza wynosi,
A chłopiec w komży dzwoni i na ustąp prosi;
Szlachta wnet szable chowa, żegna się i klęka,
A ksiądz tam się obraca, gdzie jeszcze broń szczęka;
Skoro przyjdzie, wnet wszystkich uciszy i zgodzi”.

„Ach! Wy nie pamiętacie tego, Państwo młodzi,
Jak wśród naszej burzliwej szlachty samowładnej,
Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej;
Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa,
Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława!
W innych krajach, jak słyszę trzyma urząd drabów,
Policjantów różnych, żandarmów, konstablów;
Ale jeśli miecz tylko bezpieczeństwa strzeże,
Żeby w tych krajach wolność była — nie uwierzę”.

W Polsce nie istniała wolność bez pokory wobec Boga. Świadectwem są dziś przepiękne świątynie na Kresach Rzeczypospolitej — ocalałe z zagłady, spośród dziesiątków tysięcy, które ufundowała szlachta na tej ziemi, znacząc nimi wojenne zdobycze „przedmurza chrześcijaństwa”. Polski katolicyzm obecny w kulturze, w wychowaniu, w wielopokoleniowych rodzinach nieraz ocalił przed całkowitym rozkładem moralnym także tych spośród polskich magnatów, którzy nadużywali fortun dla zaspokojenia namiętności. Matylda z Windisch­‑Graetzów Sapieżyna, Austriaczka z pochodzenia, tak pisała o odejściu ze świata w 1905 r. właściciela Łańcuta, Józefa Potockiego, człowieka wiarołomnego, choć wielkiego pana z szerokim gestem wobec chłopów: „Nieraz mówiliśmy z Pawłem [Sapiehą, mężem, bratem kardynała Adama Sapiehy], że człowiek innej narodowości, po takim życiu, jakie prowadził Józef, i w innych okolicznościach byłby zginął jak pies; u Polaka wiara w życie pozagrobowe jest jednak tak głęboko zakorzeniona w uczuciu. (…) Istotnie żył jeszcze dwa dni w ciężkich cierpieniach, wyspowiadał się ze szczerym żalem i napisał do żony, by się z nią pogodzić”5.

Stanisław Falkowski celnie komentuje w Ciężkich norwidach wzruszającą scenę z Pana Tadeusza: „Oto wyruszającego do wojska Tadeusza Zosia obdarowuje relikwiami «świętego Józefa Oblubieńca, patrona zaręczonej młodzi» oraz obrazkiem ze świętą Genowefą. Może to nie przypadek, że poeta udzielił schronienia w sercu Zosi i pod dachem soplicowskiego dworu patronce Francuzów i Paryża, znieważonej we własnej zepsutej ojczyźnie? Relikwiarz św. Genowefy spalono w stolicy Francji w czasie rewolucji w 1793 r.; kościół pod jej wezwaniem zmieniono w świecki Panteon. W Soplicowie świętości się czci, a nie depcze” — puentuje autor, dodając, że temat pożegnania rycerzy „wiąże się z jednym z najgłówniejszych tematów dzieła — tematem dwóch cywilizacji, z których jedna czci świętości, a druga własne świętości lekceważy lub wręcz profanuje”.

Rodziny dostarczają wzorów

Feliks i Zofia Platerowie z Belmontu z synami.
„Chrześcijanie nie są rewolucjonistami, ale nie są też niewolnikami — pisał ks. Robert Mäder. — Twoja dusza i sumienie mają pierwszeństwo, a w twoim sumieniu najpierw Bóg, a potem państwo!”6. Celem walki zbrojnej Polaków była elementarna sprawiedliwość, niepodległość polskiego państwa — państwa katolickiego od setek lat, państwa, które nigdy nie przyjęło herezji protestanckiej ani schizmy prawosławnej… Rozbiory były czasem walki przede wszystkim o dusze. Bez wzmocnienia wiary Polska się nie odrodzi — rozumiano to powszechnie w elitach polskich, pojmowali to głęboko polscy święci tego okresu, bohaterscy duchowni i przedstawiciele wyższych stanów. Tej walce towarzyszyła niezwykła inwencja w zmaganiach z okupantami na wszystkich możliwych polach — duchowym (obrona Kościoła!), kulturowym, pracy społecznej i zabiegów politycznych.

Polacy umieli cierpieć. Krzepiło ich przekonanie, że ich ofiara nie pójdzie na marne. Przemoc fizyczna i duchowa, kaganiec nałożony na życie religijne, kulturę, oświatę, naukę, uniemożliwienie swobodnego krzewienia wiary i praktykowania jej publicznie oznaczało karygodne niewolenie narodu. Takich czynów nigdy nie można nawet kojarzyć z wolą Bożą. Dziś często się o tym zapomina, szermując w duchu historycznego rewizjonizmu pojęciem prawowitości świeckiej władzy.

Z tego właśnie powodu uczono polskie dzieci w domach rodzinnych, odsuwając je od carskich szkół, gdzie szalał rosyjski nacjonalizm urzędników. Wywoływało to nieustanne wrzenie, czynny sprzeciw uczniów, niezdolnych do podporządkowania się absurdalnym, łamiącym charaktery zarządzeniom.

Szlachetna kultura polskich domów warstwy wyższej — ale także kultura chłopska i sfer inteligenckich (choć one szczególnie łatwo, zwłaszcza w Kongresówce, ulegały rusyfikacji) — została przepojona duchem katolickim. Polski dom był miejscem, w którym wspólnie — także ze służbą — modlono się, przestrzegano postów, dbano o dobre obyczaje (czego żelazną ręką pilnowały panie domu), pracowano, wychowywano dzieci w miłości do Boga i ojczyzny. Domek nazaretański był ideałem dużej liczby ziemian­‑katolików. Dla dzisiejszych Polaków tamte postawy stanowić mogą — i dla wielu stanowią — wspaniały wzór. Laicki świat zmienił obyczaje większości, ale dawne wzorce pozostały. Ich siła jest nieprzeparta, roztaczają ogromny urok, bo były oparte na niezmiennych zasadach moralnych i umiłowaniu prawdziwego piękna, wyższej kultury bycia, także w relacjach z bliźnimi różnych stanów. Dzisiejsze pielgrzymki piesze na Jasną Górę, te o tradycyjnym pokutnych charakterze, ciągnące kilometrami przez zmienne pogody sierpniowego pejzażu, z unoszącym się nad nimi śpiewem Bogurodzicy, są echem niewygasłym tej potężnej miłości. I próżno z niej szydzić i ją ośmieszać…


Siostry Wanda i Zofia Lewickie we dworze
w Ławkach (powiat łukowski).
Przeszłość ma wielką siłę przyciągania. „Zobaczcie, jacy byliśmy, byśmy mogli powrócić do dawnej wielkości, wzbogaceni o doświadczenia upadków, z których należy wyciągnąć wnioski” — zdają się mówić wspomnienia ziemian pisane w XIX i XX wieku. Dokumenty, listy, pamiętniki zawierają relacje bezpośrednich świadków i uczestników wydarzeń; one nie kłamią ani nie upiększają rzeczywistości. Dziś, zwłaszcza dziś, gdy za „katolickie” uchodzą w niektórych środowiskach akcje charytatywne Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy marsze po ulicach miast „w obronie dostępności platformy cyfrowej”, katolicki obyczaj, dawna polska kultura jest skarbem, który nie może zostać zmarnowany. Wszystko bowiem, co kiedykolwiek istniało w dziedzinie ducha, a było szlachetne i piękne, ma w oczach Boga wielką wartość i nie ulegnie zniszczeniu.

Ugoda, czyli zimna krew

Czym była tzw. polityka ugodowa polskich katolickich konserwatystów, którymi byli w pierwszym rzędzie przedstawiciele wielkich rodów polsko­‑litewskich z terenów dawnej Litwy? Jej istotą i celem było osiągnięcie poprawy sytuacji Polaków pod zaborem rosyjskimi i przywrócenie państwu polskiemu niepodległości, gdy tylko warunki polityczne okażą się sprzyjające.

Najważniejszą sprawą było oczywiście doprowadzenie do poprawy sytuacji Kościoła katolickiego, poddanego przez rosyjskie władze niezliczonym represjom, począwszy od utrudniania kandydatom do seminariów zdobycia studiów na odpowiednim poziomie, po zabieranie kościołów, więzienie i zsyłki w głąb Rosji księży, zamykanie klasztorów i zmuszanie ludności grekokatolickiej do przechodzenia na prawosławie.

Drogą, na której starano się osiągnąć te cele, były zabiegi dyplomatyczne w kręgach związanych z dworem carskim i rządem rosyjskim. Prowadzili je w bardzo trudnych warunkach, po klęsce powstania styczniowego, katoliccy mężowie stanu. Byli to ludzie świetnie wykształceni, znający języki, o nienagannych manierach, swobodnie poruszający się wśród dyplomatów i koronowanych głów Europy. Niemal każdy z nich był właścicielem ziemskim, często ograbionym przez carat za udział ojca czy dziada w powstaniu. Odzyskanie ojcowizny i dbanie o jak najlepszy stan majątku, tak by przynosił dochód i zapewniał godziwą pracę możliwie dużej liczbie ludzi, uważano za główny obowiązek patriotyczny.


Walerian Meysztowicz jako wachmistrz
13. Pułku Ułanów.
Symbol i zarazem ukoronowanie tej strategii polskiego katolickiego ziemiaństwa stanowił Wileński Bank Ziemski, potężna instytucja gospodarcza dająca oparcie wielu ziemianom walczącym o utrzymanie i odbudowę majątków nadwątlonych popowstaniowymi represjami. Jak pisze kronikarz owych zmagań, ks. Walerian Meysztowicz, bank „stał się wkrótce nie tyko źródłem tak wówczas potrzebnych kredytów rolnych, ale i potężną organizacją ziemiaństwa Litwy”7. Ważną rolę odgrywały również tzw. towarzystwa rolnicze, założone w Mińsku przez Edwarda Woyniłłowicza, namiastka „od pół wieku zniszczonej, prastarej instytucji sejmików szlacheckich. Miały ogromny wpływ na życie gospodarcze kraju (…). Liberalizujący kierunek moskiewskich rządów było to zwykłe zjawisko u epigonów wielkich carów, bez przekonania ciągnących linię poprzedników — tolerował instytucję z imienia tylko kredytową”8. Litewscy panowie nie chcieli żadnego pisemnego układu z dynastią, w zamian zmuszeni byli uczestniczyć w aktach symbolicznych; kilku ziemian — w tym ojciec księdza Meysztowicza — z wyrachowaniem przyjęło na siebie przykry obowiązek obecności przy odsłonięciu pomnika Katarzyny II w Wilnie. „Po długich targach i układach w zamian obiecano ulgi dla Kościoła i zgodę na prywatne szkoły polskie i litewskie. Byłem na ganku w Pojościu, gdy mój ojciec wsiadł do powozu jadąc na odsłonięcie tego pomnika. Nie rozumiałem o co chodziło. Ale pamiętam wyraz twarzy i słowa po francusku do matki: „Nous sommes toujours les boucs émissaires” (‘zawsze jesteśmy kozłami ofiarnymi’)… Uczestnicy tej demonstracji nie stracili zaufania współobywateli i byli potem obierani na najwyższe stanowiska społeczne i polityczne”9.

Kierownictwo Wileńskiego Banku Ziemskiego po śmierci pierwszego prezesa, Adama Platera z Wieprz, objął ojciec autora tych słów, Aleksander Meysztowicz, człowiek o dużym autorytecie osobistym, cieszący się przy tym sympatią zarówno Polaków, jak i Litwinów. Litewscy ziemianie mieli poczucie swojej historycznej misji. Towarzystwo Rolnicze czy Bank Ziemski „były zewnętrznym wyrazem niepisanego dziedzictwa wspólnoty rodzin, które siebie uważały za dalszy ciąg Senatu Rzeczypospolitej (…). Ta wspólnota to było coś bardziej zwartego niż jakakolwiek organizacja, niż związek lub partia — to była świadoma siebie warstwa społeczna o starej tradycji, oparta o posiadanie ziemi”10.

Celem prowadzonej przez nich „polityki realnej” było odzyskanie niepodległości. „«O tym nigdy nie trzeba mówić, ale o tym trzeba zawsze myśleć» — były to słowa matki Aleksandra Meysztowicza (…). Musieli być przygotowani na ostre zarzuty wielu współczesnych. (…) W Petersburgu przedstawiali oni [członkowie rosyjskiej Rady Państwa] interes Polski — właściwie niewygłaszaną, lecz stale im przyświecającą sprawę niepodległości Polski (…) nie tylko i może nawet nie tyle nawet wobec Rosji, co wobec państw mających swoje przedstawicielstwo nad Newą. (…) Można było bronić polskiego szkolnictwa (…), ukrócać samowolę czynowników wobec kleru, uzyskiwać lokalne ulgi dla Kościoła, bronić chłopów. Polscy panowie z Rady Państwa zaraz zawiązali «koło», do którego zaraz wszystkie takie sprawy spływały. «Koło» stało się w Petersburgu nieoficjalnym, ale w praktyce uznawanym przez korpus dyplomatyczny przedstawicielstwem Polski”11.

Czy były to działania skuteczne, wykraczające ponad wymiar lokalny? Mieczysław Jałowiecki, syn wielkiego właściciela ziemskiego z Litwy, był w tym samym czasie, na parę lat przed I wojną światową, młodym, świeżo po studiach i doktoracie, attaché rolniczym przy ambasadzie rosyjskiej w Berlinie. Jako przedstawiciel ambasady został pewnego wieczoru zaproszony przez dowódcę jednego z cesarskich pułków gwardyjskich na uroczyste przyjęcie. Wśród ubranych w galowe mundury oficerów był jeszcze jeden tylko cywil, hr. Ledebur z ambasady austriackiej. Jałowiecki wspomina:

Dowódca pułku z wyszukaną grzecznością zapoznał nas po kolei z korpusem oficerskim. Przydzielono do każdego z nas młodego oficera jako cicerone. Dobór był właściwy, bo znalazłem się pod opieką młodego porucznika von Kempis, jak się okazało, katolika i ziemianina z okolic Bonn. Zasiedliśmy do stołu w obszernej, wykładanej ciemnym dębem sali jadalnej. (…) Pod koniec obiadu dowódca powstał, a za nim my wszyscy.

— Zdrowie cesarza! — zawołał podnosząc kielich.

Trzymając przepisowo kieliszki na wysokości piersi wypiliśmy zdrowie cesarza Wilhelma. Po trzykrotnym «hoch!» rozległ się hymn niemiecki.

Następnie wzniesiono toast na cześć cesarza rosyjskiego. Dowódca i oficerowie zwrócili twarze i kieliszki w moją stronę, jako członka rosyjskiego korpusu dyplomatycznego.

Potem nastąpił toast na cześć cesarza Austro-Węgier. Tym razem hr. Ledebur był przedmiotem owacji.

Hymnem austriackim Gott erhalte, Gott beschutze unsern guten Kaiser Franz… zakończono oficjalną część obiadu.

Jakież było jednak moje zdumienie, gdy dowódca pułku powstał z miejsca i z kieliszkiem w ręku dał znak orkiestrze. Rozległa się dziarska melodia Jeszcze Polska nie zginęła…

— Ihres spezial! — zawołał dowódca podnosząc kieliszek i patrząc w moją stronę.

— Hoch, hoch — odpowiedzieli chórem oficerowie…12.

Autor wspomnień zaznacza, że zaprzyjaźnił się z porucznikiem von Kempis i że miał uznanie dla oficerów Pułku Cesarzowej Augusty, przedstawicieli sfery, gdzie ceni się wartości prawdziwe, nie tylko symboliczne. Polski od ponad stu lat nie było na mapie. O odrodzonej Rzeczypospolitej nikomu się jeszcze w Europie nie śniło.

W 1920 r. „niepodległościowcy i ugodowcy, a przynajmniej ich synowie, mogli wysiąść z obcych tramwajów i karet i razem wsiąść na koń — strzemię przy strzemieniu”13. Pan Bóg pobłogosławił w tej wojnie. Nie oszczędzali się w niej nie tylko synowie ziemian, lecz i wszyscy wierni Bogu i Kościołowi Polacy. „Wykazywano nam, że Polacy są «histerycznymi dziećmi», pozbawionymi dyscypliny, zmysłu praktycznego, niezdolni do wytworzenia żadnej formy bytu poza anarchią. «Histeryczne dzieci» odpowiadały ważkim argumentem, zadając bolszewikom jedyny istotny cios, jaki ich dosięgnął, i krusząc ich potęgę na polu bitwy, podczas gdy my poprzestaliśmy na zwalczaniu bolszewizmu w artykułach dziennikarskich, jednocześnie pobłażając mu tam, gdzie chodziło o zapewnienie sobie rynków zbytu”14. 19 czerwca 1920 r. Polska oddała się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. 15 sierpnia Maryja, od XVII wieku czczona u nas jako Regina Poloniæ, zwyciężyła. Polska i Europa została ocalona przed najazdem bolszewickim.

Straszny polski indywidualizm

Jeźdźcy polscy w Edynburgu — Szkocja 1940 rok. Od lewej: rtm. M. Gutowski, rtm. B. Skulicz, por. St. Wołoszowski, por. Jaroszewicz.
Niemożność zrozumienia natury i istoty tego, co nazywa się niekiedy nieszczęsnym wybujałym polskim indywidualizmem, polega na brzemiennym w skutkach uproszczeniu. Nie pojmuje się, że ów indywidualizm to nie tylko to, co najbardziej rzuca się w oczy — i jest zarazem najbardziej wyeksploatowane w antypolskiej propagandzie — a mianowicie skłonność do postaw sobiepańskich, przekornych, egoistycznych (one także, rzecz jasna, zaznaczają się mocno w polskim charakterze narodowym). Nade wszystko jest on bowiem wynikiem bogactwa typów myślenia, niekonwencjonalnej twórczej postawy wobec życiowych zadań i wszelkich historycznych wyzwań. A to wynika z wiary. Życiowa i intelektualna inwencja Polaków, oryginalność rozwiązań, niezadowalanie się tym, co małe i przyziemne, wielkie ideały, zaangażowanie, pasja, patrzenie wzwyż i w głąb — na przekór tego, czego chciałby syty i zadowolony z siebie świat — to także „polski indywidualizm”. Mocno pragnąc celu, gdy jest prawdziwie wielki i trudny do osiągnięcia, i to nie dla siebie, ale dla dobra ogółu, nie szczędzić ofiar, by go osiągnąć — to postawa typowo polska. Aż do oddania życia za wielką sprawę, za Boga, za ojczyznę. Nie za „politykę” — ale za prawdę. Mieć za nic siebie w obliczu wezwania do obrony wielkiej sprawy — to wszak postawa arcykatolicka. Postawa ta była obecna w naszych dziejach i nie wygasła aż dotąd (choć dziś przytłumia ją jarmarczny zgiełk fałszywych idei i rozszalały konsumpcjonizm potomków zrusyfikowanych mentalnie mieszkańców Kongresówki). Jest ona całkowicie niezrozumiała dla naszych sąsiadów. Coś takiego po prostu nie mieści w głowach narodów niekatolickich, jak Rosja czy Prusy. Mają ją często za naiwność lub wybujałą uczuciowość. W istocie ta zdolność do ponoszenia ofiar ze świadomością celu i niezbędności ofiary jest zjawiskiem niepowtarzalnym. Czasem objawia się to drażniącym obcych przeczuleniem, przewrażliwieniem na własnym punkcie, ale jednocześnie, przy nadludzkim niemal wysiłku i cierpliwości w ponoszeniu ofiar osobistych i dźwiganiu krzyży społecznych, owocuje pięknem zdolnym zachwycić świat.

„Polski indywidualizm” rodził też różnorodne, zawsze zaskakujące naszych wrogów, formy oporu przeciw okupantom i najeźdźcom. Ci spośród polskich przywódców, którzy te cechy polskie znali i doceniali, rozumieli ich źródło, odnosili zwycięstwo. Nie byli więźniami tzw. opinii publicznej, często umiejętnie formowanej i podbarwianej przez zawodowych propagandystów i pokątnych informatorów (przypomnijmy wielki sukces „propagandy szeptanej” w czasach komunistycznych). Wielcy polscy przywódcy wsłuchiwali się uważnie w głos wewnętrzny, często cichy i nie narzucający się, w niezależną myśl, czyste intencje i głęboko przeżyte doświadczenie swojego narodu. „Dzisiejsi dyktatorowie — zauważyła z goryczą Matylda Sapieżyna — już tych przestróg nie potrzebują, oni sami stwarzają i narzucają opinię i ją wtłaczają wszelkimi środkami nowoczesnej techniki propagandowej w mózgi obywateli, wytępiając indywidualne myślenie i sądy”15. Jej słowa wydają się dziś jeszcze bardziej aktualne.

W duchowym i moralnym sensie okupanci nigdy nie zdobyli Polski. Wobec zagrożenia najświętszych spraw istniała potrzeba polskiej wojny obronnej. W tych warunkach imponowała moralna czujność Polaków, świadectwo katolicyzmu, by nie dać się uczuciu nienawiści wobec wrogów, nie pozwolić sobie na nią. Profesor Tomasz Strzembosz zwraca uwagę, że to przedwojenny etos rycerski, którym przepojone były instytucje wychowawcze i życie wielu polskich rodzin, pozwolił licznym przedstawicielom młodzieży harcerskiej przeżyć czas nienawiści — mimo konieczności toczenia bezkompromisowej walki z bronią w ręku w czasie II wojny — bez wypaczeń moralnych. „Dwudziestoletniego poetę, żołnierza II kompanii batalionu «Zośka» phm. Jana Romockiego «Bonawenturę», stać było na to, aby po ponadrocznej akcji dywersyjno­‑bojowej, po przeżyciu śmierci wielu kolegów, napisać: «Uchroń od zła i nienawiści, / Niechaj się odwet nasz nie ziści, / Na przebaczenie im przeczyste / Wlej w nas moc, Chryste!»”16.

Gilbert K. Chesterton, wielki przyjaciel Polski, zwierzył się kiedyś: „Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń przeciwko niej — rzec mogę — wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tych osobnikach, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski”17.

Chesterton całym sercem poparł Polskę w czasie wojny 1920 r. Pisał wtedy: „Polska to jedyny realny wał obronny przeciw barbarzyństwu. I jeśliby Polska upadła, wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”18. Właśnie wtedy, nieprzypadkowo zapewne, w prasie brytyjskiej i amerykańskiej, pojawiły się doniesienia o rzekomych pogromach Żydów w Polsce. „Chesterton przeprowadził z bratem i H. Bellokiem własne dochodzenie i ogłosił, że są to kłamstwa”19, jak przypomniał niedawno zmarły publicysta prawicowy Piotr Skórzyński.

* * *

Paul Claudel jak rzadko który przedstawiciel Zachodu rozumiał sens tragedii Polski i duchowy wymiar prowadzonej przez nią walki. Wiedział, że jej historia zawiera przesłanie dla innych narodów chrześcijańskich, które powinno zostać odczytane, by Europa ocaliła duszę chrześcijańską. A to odczytanie musi być odczytaniem całości, nie fragmentów. „Jedną z charakterystycznych cech prawdy jest być katolicką”, mówił, „to znaczy przedstawiać racje wystarczające nie tylko dla pewnego rzędu faktów, lecz dla ich całości”. 15 listopada 1908 roku zanotował w Dzienniku: „Od czasu rozbiorów Polski Europa jest w stanie grzechu śmiertelnego (o. Gratry)”20.

Podczas okupacji Paryża umieścił, pośród zapisków ohydnej zdrady i wiarołomstwa niektórych swoich rodaków (także ludzi Kościoła), notatkę o cudach Patrona Polski: „7 [maja] — Św. Stanisława męczennika, biskupa Polski. Kiedy kwestionują mu kawał ziemi, wskrzesza zmarłego, bierze go za rękę i prowadzi do króla Bolesława, żeby potwierdził prawo własności. Tyran zabił go, kazał rozsiekać i kawałki ciała rozrzucić. Ale kawałki są świetliste, orły gromadzą się nad nimi. Zbierają je, trup zrasta się z powrotem. Czy to nie zadziwiająco symboliczne?” Data (7 maja 1942 r.) wskazuje na czas, gdy do społeczeństw Zachodu zaczynają docierać informacje o mordzie katyńskim.

Claudel zamieścił także notkę bardzo osobistą: „Czarna Madonna, którą znalazłem u tandeciarza w Belley i zawiesiłem uroczyście nad drzwiami mojego gabinetu, to Matka Boska Częstochowska” (6 sierpnia 1941 r.).

Słowa te — wraz ze szczegółowym opisem męczeństwa św. Andrzeja Boboli oraz wspomnieniem św. Stanisława — stanowią wymowne świadectwo, że ten niedoszły ambasador Francji w Polsce (zamiast do Warszawy ostatecznie został wysłany w roku 1920 do Tokio), jeden z największych pisarzy i intelektualistów katolickich, będący chlubą kultury francuskiej, człowiek, któremu tysiące ludzi zawdzięczają nawrócenie z protestantyzmu, nie był w stanie pominąć niczego, co miało prawdziwą rangę w dziejach świata.

* * *

Gdy Adam Mickiewicz wyswobodził się już ze szponów sekty Towiańskiego — dzięki opiece i modlitwie kapłanów z zakonu zmartwychwstańców, działających z wielkim oddaniem wśród polskiej emigracji — zyskał przekonanie, że Polska jest zapomnianym i niezrozumianym problemem świata. Problemem, którego Kościół nie może przemilczeć. Polska jest dla Kościoła ważna, bo tu cierpią spragnieni prawdy katolicy. Najlepszym dowodem na prawdziwość tego poglądu była postawa, jaką wobec Polski zajęli Benedykt XV oraz Pius XI . Obaj papieże doskonale rozumieli, że bez wolnej Rzeczypospolitej Kościół na ziemiach polskich i na ziemiach dawnej Litwy ulegnie zniszczeniu przez Rosję. Polska była Kościołowi potrzebna i jest mu potrzebna także dziś.

O, dzięki Tobie za Państwo — boleści,
I za męczeńskich — koron rozmnożenie,
I za wylaną czarę szlachetności
Na lud, któremu imię jest — cierpienie —
I za otwarcie bram… nieskończoności21.

1.Ks. R. Mäder, Jestem katolikiem!, Warszawa 2000. [↩]
2.Z listu Fryderyka II do księcia Henryka. [↩]
3.P. Claudel, Dziennik 1904–1955, Warszawa 1977. [↩]
4.S. Kieniewicz, Powstanie styczniowe, Warszawa 1972. [↩]
5.S. Falkowski, P. Stępień, Ciężkie norwidy, Warszawa 2009. [↩]
6.Ks. R. Mäder, dz. cyt. [↩]
7.Ks. W. Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach, Londyn–Łomianki 2009. [↩]
8.Tamże. [↩]
9.Tamże. [↩]
10.Tamże. [↩]
11.Tamże. [↩]
12.M. Jałowiecki, Na skraju Imperium, Warszawa 2003. [↩]
13.Ks. W. Meysztowicz, dz. cyt. [↩]
14.K. Sarolea, Listy o Polsce, poprzedzone listem kard. Merciera i przedmową G.K. Chestertona, Warszawa 1923. [↩]
15.M. z Windisch­‑Graetzów Sapieżyna, My i nasze Siedliska, Kraków 2003. [↩]
16.T. Strzembosz, Refleksje o Polsce i podziemiu, Warszawa 1990. [↩]
17.K. Sarolea, dz. cyt. [↩]
18.Tamże. [↩]
19.P. Skórzyński, „G. K. Chesterton (1874–1937), w 125. rocznicę urodzin”, [w:] J. Gronau, Wędrówki po biografii G. K. Chestertona, Kraków 2006. [↩]
20.O. Graty, Morale et la loi de l`Historie, t. II. s. 327: „Stąd przerażająca i świętokradcza przewrotność ducha podboju między narodami chrześcijańskimi. Stąd na przykład przekleństwo niezmazane aż do chwili kompletnego naprawienia, ciążące na cesarstwach, które (…) dopuściły się ohydnego rozbioru narodu chrześcijańskiego, Polski. Dopóki ten punkt nie znajdzie zrozumienia, Europa nie odzyska sprawiedliwości i pokoju” — przypis tłumacza. [↩]
21.Cyprian Kamil Norwid, Psalm wigilii [↩]


http://ewapolak-palkiewicz.pl/rycerze-wielkiej-sprawy/


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 39 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /