Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Tajemnice II wojny światowej.

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 43 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 12 paź 2011, 17:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
O roli światowego żydostwa



Historyk Profesor Paweł Piotr Wieczorkiewicz podawał m.in. fakty o finansowaniu niemieckiej machiny wojennej przez żydowski kapitał i funkcjonujące w Niemczech podczas II wojny światowej synagogi!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 29 sty 2012, 16:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Mniej chluby pod Lenino

Wielkie straty oddziałów generała Zygmunta Berlinga w bitwie pod Lenino były skutkiem nie tylko wyjątkowo zaciętych walk, lecz także marnego przygotowania natarcia.
Lenino to niewielka miejscowość położona w tak zwanej Bramie Smoleńskiej nad rzeką Miereją, wzdłuż której niemiecka 4 Armia generała Gottharda Heinriciego stworzyła silną pozycję obronną zwaną Pantherstellung, zamykając korytarz wiodący z obszaru Smoleńska na Białoruś. Tam właśnie 1 Dywizja Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki dowodzona przez generała Zygmunta Berlinga stoczyła 12 i 13 października 1943 roku bój, który przez kilka dziesięcioleci był symbolem polsko-sowieckiego braterstwa broni. Wtedy obchodzono też święto ludowego Wojska Polskiego.

Bitwa rozpoczęła się 12 października o godzinie 5.55 – wtedy rozpoznanie walką przeprowadziły dwie kompanie z 1 Batalionu 1 Pułku Piechoty dywizji kościuszkowskiej. Właściwe natarcie nastąpiło cztery i pół godziny później. Po skróconym tylko do czterdziestu minut przygotowaniu artyleryjskim 1 i 2 Pułk Piechoty sforsowały Miereję, a w wyniku pierwszego uderzenia opanowały przedni skraj obrony niemieckiej 337 Dywizji Piechoty (na prawym skrzydle znajdował się 688 Pułk Piechoty, na lewym – 313 Pułk Piechoty). Przez dwa dni toczyły się ciężkie boje, nie udało się jednak faktycznie przełamać Pantherstellung. Oddziały polskie były bowiem intensywnie bombardowane i ostrzeliwane z powietrza przez nieprzyjacielskie samoloty ściągnięte na pole bitwy. Zmasowany ostrzał prowadziła również artyleria pozostająca w dyspozycji dowódcy 337 Dywizji Pancernej (dywizyjny 337 Pułk Artylerii i pięć dywizjonów artylerii z XXXIX Korpusu Pancernego). Do zablokowania rejonu zajętego przez polskie wojska, w pasie od miejscowości Połzuchy przez Trygubową do wsi Lenino, przeciwnik użył także osiemnastu dział Sturmgeschütz z 185 Brygady Dział Szturmowych i ośmiu samobieżnych dział Marder II i III z 4 Kompanii 742 Dywizjonu Niszczycieli Czołgów.

STALIN ZARZĄDZA ODWRÓT

13 października o godzinie 17.30 Józef Stalin rozkazał wycofać 1 DP imienia Tadeusza Kościuszki z walki, bowiem powodzenie jej natarcia nie rokowało dobrze, straty były coraz większe. W dywizji oraz w podległym jej 1 Pułku Czołgów ubyło 3054 żołnierzy w tym 168 oficerów, 633 podoficerów i 2253 szeregowych, co stanowiło 23,7% stanu osobowego. Przyjmuje się, że poległo i zmarło w wyniku odniesionych ran 510 żołnierzy, 1776 osób było rannych i kontuzjowanych, a zaginęło bez wieści 768. Wśród tych ostatnich byli wzięci przez Niemców do niewoli (wielu rannych), a także spora grupa dezerterów. Po bitwie w niemieckiej okupacyjnej prasie zamieszczono imienną listę tak zwanych zbiegów z dywizji kościuszkowskiej, na której znalazło się prawie 250 nazwisk. Fakt ten wykorzystano do przeprowadzenia propagandy antykomunistycznej na terenie Generalnej Guberni i ziemiach wcielonych do Rzeszy.

Decyzję Stalina przekazano sztabowi sowieckiej 33 Armii, skąd trafiła do generała Berlinga. W nocy z 13 na 14 października kościuszkowców zluzowali czerwonoarmiści z 164 DP. Po odejściu Polaków niemiecka 337 DP, wzmocniona w trakcie bitwy częścią 252 DP i 189 Dywizjonem Dział Szturmowych z 78 Dywizji Szturmowej, odrzuciła sowieckie pułki piechoty (531. i 820.) z 164 DP za Miereję, co spowodowało zlikwidowanie wyłomu i odzyskanie utraconych wcześniej stanowisk. Tym samym efekty operacyjne dwudniowego natarcia polskiej dywizji całkowicie zaprzepaszczono. Mimo to, ze względów politycznych i propagandowych, bitwę pod Lenino przedstawiano jako wielkie zwycięstwo kościuszkowców i Armii Czerwonej.

ZAWIODŁY CZOŁGI

Wielkie straty oddziałów generała Berlinga w bitwie pod Lenino były skutkiem nie tylko tego, że toczone walki miały wyjątkowo zacięty charakter, lecz także marnego przygotowania natarcia pod względem organizacyjnym, technicznym i artyleryjskim, nieudolnego dowodzenia podczas bitwy, braku należytej dyscypliny i słabego morale niektórych dowódców, politruków i żołnierzy. Szczególnie krytycznie oceniano działania 1 Pułku Czołgów, któremu generał Berling w rozkazie bojowym nr 14 polecił przejechanie „przez przeprawy na rzece Miereja w rejonie Sysojewo i miasta Lenino z chwilą wyjścia piechoty na zachodni brzeg rzeki Miereja”. Stamtąd czołgi miały pomóc piechocie „w opanowaniu rubieży: zachodni skraj lasu 1,5 kilometra na zachód od Puniszcze, krzaki na południe od tego lasu”, a następnie wspierać jej uderzenie w kierunku miejscowości Piankowo i Wereszczaki.

Zadania nie udało się wykonać, gdyż większość pojazdów zagrzebała się w błocie na samym początku natarcia – podczas forsowania rzeki. Błotnista dolina Mierei była zaporą nie tylko dla czołgów średnich T-34, lecz także znacznie lżejszych T-70M. Do wieczora 12 października na zachodnim brzegu rzeki znalazło się tylko 14 zdatnych do boju pojazdów (12 typu T-34 i 2 typu T-70M). W tym czasie siła natarcia piechoty już jednak malała. Wiele trudu kosztowało odparcie coraz gwałtowniejszych kontrataków niemieckich. Nie było mowy o żadnym ruchu do przodu.

Następny dzień też nie przyniósł przełomu. Były ogromne problemy z koordynacją działań pododdziałów czołgów, ich współdziałaniem z piechotą, a nawet łącznością dowództwa pułku z pododdziałami. Kluczowe decyzje podejmowali więc dowódcy kompanii, często bez rozeznania w sytuacji. Jedenaście czołgów T-34 z 1 i 2 Kompanii, mających wspierać uderzenie 3 Pułku Piechoty, oderwało się od piechurów, którzy dostali się pod ogień prowadzony z broni maszynowej. Osamotnione zostały ostrzelane przez działa przeciwpancerne i z wielkim trudem, po stracie trzech pojazdów, powróciły na stanowiska wyjściowe. Tragicznie zakończyło się natarcie 3 Kompanii, która miała wspierać natarcie 2 Pułku Piechoty w kierunku wsi Połzuchy. Tu też pięć czołgów oderwało się od piechoty i spróbowało zaatakować samodzielnie. Po chwili znikły z oczu piechurów za niewielkim wzniesieniem terenu. W sztabie 1 DP odebrano jeszcze meldunek, że dojechały do przedniego skraju pozycji niemieckich. I to była ostatnia informacja, bowiem czołgów już więcej nie widziano. Do dziś nie ma informacji o losach ich załóg. Wciąż są na liście zaginionych.

Ocenia się, że pułk poniósł niewspółmiernie duże straty w stosunku do efektu, jaki w bitwie osiągnął: 76 ludzi, w tym 6 zabitych, 48 rannych, 20 zaginionych, a także znaczna ilość sprzętu. 15 października 1943 roku z przewidzianych w etacie 39 czołgów (32 typu T-34 i 7 typu T-70M) sprawnych było tylko 18 (13 typu T-34 i 5 typu T-70M). W 3 Kompanii Czołgów nie było ani jednego wozu pancernego zdolnego do boju.

BERLING WYJAŚNIA

Zaraz po zakończeniu bitwy generał Berling powiedział: „Czołgi to zagadnienie osobne. Dostały rozkaz natarcia w szykach piechoty, a jedna kompania została w moich rękach w odwodzie. Czołgi trafiły na bardzo złe warunki. Saperzy zbudowali most na 60 ton, ale na łąkach, gdzie grzęzły nawet wozy, nie było pomostu, więc zagrzęzły i czołgi. W nocy wydałem rozkaz wprowadzenia czołgów do walki, ale czołgi nie mogły wykonać tego rozkazu. Z rana czołgi podeszły. Dwie kompanie dałem do dyspozycji Kieniewicza [pułkownik Bolesław Kieniewicz, zastępca dowódcy do spraw liniowych – przyp. W.R.], jedną do dyspozycji Czerwińskiego [pułkownik Gwidon Czerwiński, dowódca 2 Pułku Piechoty – przyp. W.R.]. Czerwiński dał rozkaz zgniecenia gniazd cekaemów, ale czołgi poszły na jakieś własne zadanie. Zadanie Kieniewicza również nie zostało wykonane. Czołgom nie podobało się walczyć w szykach piechoty – poszły robić manewry”.

W swojej wypowiedzi generał Berling zaakcentował, że o niepowodzeniu zadecydował głównie brak dobrych podjazdów do Mierei. Wprawdzie saperzy zbudowali mosty o wystarczającej nośności, ale nie rozpoznali dokładnie terenu, po którym miały przejechać czołgi. Generał Berling przytoczył tylko słowa jednego z saperów, który wyjaśnił mu, że dolina nie została rozpoznana, „bo tam strzelają”.

Za rozpoznanie warunków terenowych i dopilnowanie przygotowania 1 Pułku Czołgów do natarcia odpowiedzialny był jego dowódca podpułkownik Anatol Wojnowski. Nie wywiązał się on z tych obowiązków. Wezwany po bitwie do raportu przez generała Berlinga „ukrył się w szpitalu i słuch po nim zaginął. Dowództwo 1 Pułku Czołgów objął pułkownik Czajnikow [Piotr Czajnikow – przyp. W.R.], dotychczasowy szef sztabu pułku. W czasie bitwy on dowodził pułkiem, podczas gdy Wojnowski, odurzony alkoholem do nieprzytomności, leżał w jakiejś stodole. Mnie [generała Berlinga – przyp. W.R.] poinformowano, że uległ on gwałtownemu atakowi kamicy nerkowej”.

ZDEJMOWANIE WOJNOWSKIEGO

Generał Berling nie napisał jednak, że wcześniej bezskutecznie próbował zdjąć podpułkownika Wojnowskiego z funkcji dowódcy 1 Pułku Czołgów. Nie nadawał się on na to stanowisko – czuł się obywatelem ZSRR, do tego pokrzywdzonym, gdyż wbrew swojej woli, z powodu polskiego pochodzenia, został odkomenderowany z Armii Czerwonej do Wojska Polskiego. Powszechnie wiedziano, że nadużywa alkoholu, w sztabie urządza częste libacje, w których biorą udział szef sztabu major Jurasow, jego zastępca kapitan Aleksander Kozakow i zastępca dowódcy pułku do spraw technicznych major Kazimierz Demianowicz. Ignoruje ponadto swoje obowiązki, nie umie zaprowadzić porządku i dyscypliny w pułku.

Okazja do zdjęcia podpułkownika Wojnowskiego ze stanowiska nadarzyła się 20 czerwca 1943 roku, kiedy doszło do kolejnej awantury wywołanej alkoholem. Tego dnia Wojnowski upił się z majorem Jurasowem. W pewnym momencie wybiegł w nocy na teren obozu i zaczął strzelać z rewolweru do wartowników, wznosząc przy tym wulgarne okrzyki pod adresem Polski, Polaków i Związku Patriotów Polskich. Pijany Jurasow powiadomił o wyczynach Wojnowskiego porucznika Jerzego Putramenta (znanego w PRL literata), zastępcę dowódcy pułku do spraw oświatowych, który tak opisał to wydarzenie: „Dopadamy do pułkownika [Wojnowskiego – przyp. W.R.]. Piana z ust, rewolwerem wymachuje. Kilka sosen dalej przestraszona sylwetka wartownika pod namiotem żołnierskim. Chwytamy podpułkownika pod ramiona. Szef sztabu Jurasow coś do niego zagaduje. Ja jestem tak wściekły, że milczę. Tylko wyłuskuję mu rewolwer. Pułkownik się opiera, nie chce iść spać. Lekko wykręcamy mu ręce. Wykręciłbym silnej. Rusza wreszcie. Idzie i klnie na cały las. Klnie bardzo konkretnie: dywizję, ZPP, Wasilewską. […] Wleczemy go do naszego domku. W pokoju każemy iść do łóżka. Nie chce. Zaczynamy go przemocą rozbierać. Nie poddaje się. Wtedy szef sztabu ciska go na łóżko i chwyta za gardło. Korzystam z okazji i ściągam zeń spodnie. To pomaga. Bez spodni daje się ułożyć, mówi nawet «dobranoc» i zaraz zasypia”.

Niestety, wniosek generała Berlinga skierowany do Głównego Zarządu Kadr Armii Czerwonej o wyznaczenie nowego dowódcy 1 Pułku Czołgów nie uzyskał akceptacji. 24 czerwca 1943 roku podpułkownik Wojnowski powrócił więc na stanowisko dowódcy pułku. I poprowadził swój oddział do boju z wiadomym skutkiem pod Lenino. Ostatecznie został odwołany, ale dopiero 17 listopada 1943 roku.

Waldemar Rezmer

http://polska-zbrojna.pl/index.php?opti ... Itemid=191


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 31 sty 2012, 13:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.polishclub.org/2012/01/29/pr ... ch-niemcw/

Gdyby Niemcom udał się zamach na Hitlera, wschodnie granice Niemiec byłyby takie, jak w 1914, a zachodnie granice Polski byłyby takie jak dziś. Czyli do Niemców należałby nie tylko Szczecin, Koszalin czy Wrocław, ale także Poznań, Toruń i Bydgoszcz. A dzisiejsza UE kubek w kubek przypomina to, co już wtedy Niemcy planowali.

Kopia artykułu:

Prof. Maciej Giertych: Plany „dobrych Niemców”
WALDEMAR GLODEK, 29 STY 2012 O 21:05

Niedawno w telewizji polskiej oglądałem film „Walkiria”. Przedstawia on szczegóły nieudanego zamachu na Hitlera w „Wilczym Szańcu” pod Kętrzynem. Film technicznie dobrze zrobiony, dobrze grany (główna rola Tom Cruise), autentycznie pokazuje realia zachowań niemieckich elit wojskowych, klimat konfliktów wśród spiskowców itd. Jednak główny przekaz filmu jest nie do przyjęcia: jest to gloryfikowanie tzw. „dobrych Niemców”. Film nie pokazuje tego, że wszyscy spiskowcy byli zachwyceni Hitlerem, popierali go, gdy zwyciężał. Każda władza ma opozycję, ale opozycja antyhitlerowska nie ujawniła się, gdy Hitler atakował Polskę, Francję, Anglię czy Rosję. Ujawniła się, gdy Hitler zaczął przegrywać. Klęska pod Stalingradem to początek roku 1943. Potem już Niemcy tylko się cofali. Spiskowcy zaczęli się organizować od sierpnia 1943 r. Samego zamachu pod Kętrzynem dokonano 22 lipca 1944 r., gdy klęska Niemiec już była pewną. Niewątpliwie główny zamachowiec płk Claus von Stauffenberg to człowiek odważny i niemiecki patriota. Gdy zamach się nie udał, on i pozostali główni spiskowcy zostali wyłapani i straceni. Niemcy mają prawo czcić ich jak bohaterów.

Dla nas jednak, a także dla wszystkich aliantów (film jest amerykański), istotne winno być to, do czego zamachowcy zmierzali. Jaki mieli cel? Jak sobie wyobrażali koniec wojny już bez Hitlera? Jakie mieli plany wobec Polski i całej Europy?
Ciekawe informacje na ten temat znaleźć można w książce Iana Kershaw „Historia zamachu na Hitlera Walkiria” (Dom Wyd. REBIS, Poznań 2009 – tytuł oryginału „Luck of the Devil. The Story of Operation Valkyrie”, 2000). Przytaczam oryginalny tytuł „Szczęście diabła. Historia operacji Walkiria”, gdyż sugeruje on, że diabłem był Hitler, który miał szczęście, bo operacja się nie udała, ale ci co operację podjęli, byli po stronie dobra. Książka ta przedstawia jednak dokumenty ukazujące prawdziwe cele spiskowców. Liczby podane niżej w nawiasach to strony z w/w książki.

Plany wobec Polski
Zacznę od zamiarów wobec Polski. Antyhitlerowska opozycja „żywiła oczekiwania na zachowanie pewnych zdobyczy terytorialnych, do których doprowadził Hitler” (22). Spiskowcy „nadal postrzegali Rzeszę jako państwo dominujące nad Europą Środkową i Wschodnią” (22). W polityce zagranicznej celem było „przywrócenie granic wschodnich z 1914 roku” (22).

„Plan pokojowy Carla Goerdelera z jesieni 1943 r. przewidywał „na wschodzie – z grubsza granice Rzeszy z 1914 r.” (94). „Z grubsza” czyli z poprawkami. Zapewne chodzi o tzw. pas graniczny, który już nie wchodził do Polski z okresu Rady Regencyjnej w 1918 r., a co przyłączono do Rzeszy w 1939 (nie należały do GG – Suwałki, Płock, Włocławek, Kalisz, Łódź, Wieluń, Sosnowiec). Na pocieszenie pisze: „Polska może otrzymać w zamian za Prusy Zachodnie i region poznański, unię federacyjną z Litwą. To przyniosłoby korzyść obu narodom, a Polska miałaby dostęp do morza … Co więcej istnieje możliwość zagwarantowania Polsce kontaktu z handlem światowym poprzez porty niemieckie” (95). Ten plan wobec Polski chciano sprzedać zachodowi w zamian za usunięcie Hitlera i zakończenie wojny.
Sam Stauffenberg „kiedy służył w Polsce przepełniała go pogarda dla Polaków, popierał kolonizację tego kraju i entuzjastycznie odnosił się do zwycięstwa Niemiec. Jeszcze bardziej uradował go olśniewający sukces kampanii na Zachodzie” (28).

Plany dla Niemiec
A co spiskowcy przewidywali dla samych Niemców? „Gorąco pragnęli przywrócenia Niemcom statusu jednego z głównych mocarstw” (22). Chcieli utrzymać nie tylko zdobycze na Wschodzie, ale także „zachowanie Austrii i Sudetów wraz z Eupen-Malmedy i Południowym Tyrolem (…); negocjacje z Francją w sprawie Alzacji i Lotaryngii; utrzymanie na nie zmniejszonym poziomie suwerenności Niemiec, żadnych reparacji (23). „Rekompensata za szkody, jakie hitleryzm wyrządził narodom europejskim i nie tylko, jest nie do pomyślenia” pisze Carl Goerdeler, główny organizator spisku, w swoim „Planie pokojowym” (96).
Jeden ze spiskowców gen. Henning Tresckow zapewnił barona Rudolfa Gersdorffa, „że w wyniku przewrotu, do którego dojdzie po zamachu na Hitlera, nastąpi porozumienie z zachodnimi mocarstwami w sprawie kapitulacji, kontynuowana będzie obrona Rzeszy na Wschodzie i wprowadzona zostanie demokratyczna forma rządów” (19). Goerdeler wyraził nadzieję, że „Anglia i Ameryka pozwolą im zakończyć wojnę przed całkowitym upadkiem” (98).

Goerdeler w swoim „Planie pokojowym” zapowiada, że Niemcy „same ukarzą łamiących prawo, a także przestępstwa wobec prawa międzynarodowego”, zgłasza więc „sprzeciw przeciwko wszelkim pomysłom pozostawienia wymierzania tej kary przez stronę trzecią lub przez trybunał międzynarodowy” (93). Jak wiemy, dzisiejsza RFN odmawia ekstradycji Niemców oskarżanych o zbrodnie wojenne poza granicami Niemiec.

Jako system wewnętrzny Goerdeler uważał, że „Niemcy powinny jednogłośnie zrezygnować z centralizmu i przywrócić dobrą solidną administrację społecznościami, jednostkami administracyjnymi i państwami związkowymi (landami) (100).

Plany wobec Europy
Spiskowcy mieli też plany wobec całej Europy. O dziwo, plany te bardzo nam coś dzisiaj przypominają. To tak jakby przegrane Niemcy, a właściwie ci spośród nich, których zaklasyfikowano jako „dobrych”, przygotowali propozycję dla całej Europy, w której Niemcy mają grać pierwsze skrzypce. Oto jak oni sobie to wyobrażali.
Carl Goerdeler, przewidywany na kanclerza po Hitlerze, „planował w ciągu 10 lub 20 lat powstanie europejskiej federacji państw pod niemieckim przywództwem”
(22) oraz „unię gospodarczą w Europie (poza Rosją)” (23). Wprawdzie „Plan pokojowy Goerdelera z jesieni 1943 r., przewiduje że „narody Europy połączą się w wiecznej lidze pokoju w wolności i niepodległości, a ani Niemcy, ani żadna inna potęga nie będą dążyć do supremacji” (93), ale równocześnie zapowiada, że „zabezpieczenie (przed Rosją) mogą dać (…) tylko Anglia lub Niemcy” (92) i postuluje „urzeczywistnienie naturalnej wspólnoty interesów pomiędzy Anglią i Niemcami” (93), czyli przewiduje już gremium kierownicze dla owej „ligi pokoju”. Zapowiada, że „wewnętrzne granice w Europie będą odgrywać coraz mniejszą rolę w ramach federacji europejskiej, do której musimy dążyć” (95). „Sytuacja wymaga zjednoczenia Europejczyków w europejskiej federacji (…) Zalecamy procedurę krok po kroku. Europejska rada gospodarcza … usunięcie granic celnych … wspólne organizacje polityczne … europejskie Ministerstwo Gospodarki, europejskie siły zbrojne, europejskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych” (98-99). To wszystko wynika z przekonania, że „Ameryka nie będzie wiecznie troszczyć się o zabezpieczenie Europy przed Rosją” (98). „Współpraca wymaga, żeby – na początek – każdy naród uporządkował swoje finanse (…) sprawy fiskalne stanowią pierwszy wymóg stabilności waluty (…) potrzebny jest bank światowy” (99-100). Zwracam uwagę na słowa „na początek”. Takimi krokami powstaje strefa euro.
Z generałami współpracowała też nieco inna grupa ludzi, arystokratów z tzw. „Kręgu z Krzyżowej” wychodząca z bardziej chrześcijańskich założeń ideowych „w przeciwieństwie do grupy Goerdelera – nie podzielali w ogóle pragnienia dominacji Niemiec na kontynencie. Zamiast tego patrzyli w przyszłość, w której narodowa suwerenność (…) ustąpi pola Europie federacyjnej wzorowanej częściowo na Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej” (25). W dokumencie z 9 sierpnia 1943 r. pt. „Zasady nowego ładu w Niemczech” zawarte jest stwierdzenie: „Rząd niemieckiej Rzeszy widzi w chrześcijaństwie podstawę etycznego i religijnego odrodzenia naszego narodu, przezwyciężenia nienawiści i kłamstw, stworzenia na nowo europejskiej wspólnoty narodów” (89). Plany są piękne, ale na koniec dokumentu jest stwierdzenie: „Swobodny i pokojowy rozwój kultury narodowej nie może już się odbywać przy zachowaniu całkowitej suwerenności pojedynczych państw (…) zwolennicy takiego ładu również muszą mieć prawo żądać od każdego człowieka posłuszeństwa, szacunku, a jeśli będzie to konieczne, również zaryzykowania życia i majątku dla najwyższej władzy politycznej społeczności narodów” (91).
Mamy tu spójny projekt realizowany dziś w ramach Unii Europejskiej.

Plany hitlerowskie
Jak pisałem już w mojej książce z 2009 r. „Quo vadis Europa?”, to samo przewidywał dokument opublikowany w Berlinie w 1942 r. pt. “Europäische Wirtschaftsgemeinschaft” (Haude & Spenersche Verlagsbuchhandlung Max Paschke, Berlin 1942), co należy tłumaczyć jako Europejska Wspólnota Gospodarcza (EWG) – brzmi znajomo, czyż nie? Jednym z głównych autorów był Walther Funk, minister gospodarki i prezydent niemieckiego Reichsbanku (był on potem skazany za przestępstwa wojenne w Norymberdze). Inni autorzy to wysocy rangą urzędnicy niemieckiego kierownictwa politycznego i gospodarczego. Wstęp do pracy napisał prof. Heinrich Hunke, doradca gospodarczy NSDAP (partii nazistowskiej) i prezydent berlińskiego Stowarzyszenia Przemysłu i Handlu.
Celem studium było przygotowanie programu makrorozwoju na skalę kontynentalną (termin „kontynent” używany jest cały czas jako pojęcie obejmujące Europę bez Wielkiej Brytanii). Punktem wyjścia jest przekonanie, że nadszedł czas dla gospodarczego zjednoczenia Europy. Osiągnięciami Niemiec musi być objęty cały kontynent, a w szczególności słabo rozwinięty wschód. Handel na makroskalę zwiększy produktywność i konsumpcję, co wymaga mądrego zarządzania, podobnie jak dostęp do pieniędzy i kredytu. Należy osiągnąć w tej mierze współpracę europejską. „Wymaga to stałego wysiłku, by zrozumieć cele wspólne i oznacza gotowość podporządkowania własnych interesów interesom wspólnoty europejskiej; do tego zmierzamy i tego wymagamy od państw Europy” „Taki wspólny ład może być osiągnięty jedynie przy dobrowolnej współpracy samorządnych narodów, oczywiście przy uznaniu politycznego przewodnictwa jednego narodu i państwa.”
Dokument proponuje następnie transkontynentalne rozwiązania w różnych dziedzinach. Rozdział o europejskim bloku walutowym przewiduje, co następuje: „Geopolityczny rozwój XX wieku jest ukierunkowany na Europejską Wspólnotę Gospodarczą. Porządek walutowy będzie temu podlegał przez to nie mniej, niż jakikolwiek inny zakres gospodarki… Tak jak w XIX wieku przez Związek Celny niemiecka przestrzeń gospodarcza rozwinęła się dzięki zlikwidowaniu mnogich hamujących barier celnych i dzielących ją szlabanów, tak teraz – na płaszczyźnie politycznej – współpraca kontynentalna krajów europejskich i organiczny rozwój sił gospodarczych zostaną przygotowane i wspomagane, przez nowoczesne instrumenty układów rozliczeniowych, europejski układ gospodarczy i nowe uporządkowanie europejskiego bloku walutowego.” Postawiono jednak jasno, jakie mają być relacje między dużymi i małymi krajami: „Małe europejskie narody muszą wiedzieć, że zawsze są zależne od swych sąsiadów, stąd muszą się z nimi liczyć.” Opracowanie kończy się wnioskiem: „Ze wspólnej kolonizacji wszystkich niemieckich plemion wyrosły Prusy, a stąd też Rzesza. Wierzę więc, że wspólna przyszła praca europejskich nacji na wschodzie Europy będzie wspierała i formowała Europejską Wspólnotę Gospodarczą.”
Czyli tzw. „dobrzy Niemcy” mieli dokładnie taki sam plan dla Europy jak hitlerowcy.
Plan ten jest dziś realizowany w ramach Unii Europejskiej!

Plany globalistów
W dniu 20 III 1969 r. dr Richard Day wygłosił w USA w gronie zaufanych osób referat na temat planów „nowego światowego systemu”. Jeden ze słuchaczy, dr Lawrence Dunegan widząc, że program ten jest rzeczywiście realizowany spisał w 1988 r. z pamięci na taśmach mikrofonowych to, co z tego referatu zapamiętał. Zmarł w 1989. Taśmy opracowała i udostępniła Randy Engel, działaczka Koalicji w Obronie Życia. Cytuję je za (http://www.sweetliberty.org/nobarbarians1.htm), a informację o nich znalazłem we francuskim Action familiale et scolaire (suplement 217 z X. 2011).

Oto co w 1969 planowali dr Day i jego środowisko:
− Ograniczenie ludności świata przez promocję małodzietności.
− Potrzebne będą zezwolenia na posiadanie dzieci.
− Rozdzielenie seksu od rozrodczości i rozrodczości od seksu.
− Edukacja seksualna od jak najmłodszego wieku z akcentem na antykoncepcję.
− Wprowadzenie powszechnej dopuszczalności aborcji na koszt podatników.
− Promocja wolnej miłości, wszelkich jej wariantów.
− Promocja homoseksualizmu, by stal się akceptowalnym jako coś normalnego.
− Wprowadzenie prowokacyjności w modzie kobiecej, by pokazać więcej ciała.
− Zredukowanie znaczenia rodziny.
− Wprowadzenie eutanazji i utrudnień dla starszych, by szybciej chcieli odejść.
− Eliminacja prywatnego lecznictwa.
− Zapowiedź nowych nieuleczalnych chorób.
− Ukrywanie nowych skutecznych metod leczenia raka i chorób serca by ludzie szybciej umierali.
− Nakierować ewolucję w kierunku, który chcemy i przyśpieszyć ją (uruchomić hodowlę człowieka).
− Obalić Kościół katolicki, potem zespoić wszystkie religie w jedną.
− Zmienić sens Biblii przez zmianę znaczenia niektórych słów.
− Wydłużyć czas na edukację, ale nauczyć mniej.
− Niektóre książki znikną z bibliotek.
− Hazard na skalę państwową będzie promowany (loterie).
− Będzie promocja alkoholizmu i używania narkotyków.
− Będzie więcej więzień i szpitale staną się więzieniami.
− Przestępczość ograniczy się do slumsów – w innych dzielnicach będzie ochrona obiektów.
− Patriotyzm się skończy. Kupujący nie będzie zważał na rodzimość produkcji.
− Ciężki przemysł ewakuuje się z USA w celu ochrony środowiska.
− Deindustrializacja spowoduje ruchy ludności i utratę lokalnych tradycji.
− Będzie specjalizacja na skalę światową, co wszystkich wzajemnie uzależni.
− Tylko sporty międzynarodowe będą promowane, lokalne wygaszane.
− Sporty dla dziewczyn mają ignorować ich kobiecość.
− Będzie zakaz posiadania broni. Myśliwi będą ją wypożyczać na czas polowań.
− W rozrywce mają dominować gwałtowność i seks pokazujący wszystko.
− Muzyka poważna będzie tylko dla starszych. Młodzi dostaną hałas z ideowym przekazem, i to polubią.
− Wszyscy będą poddani identyfikacji (dowody osobiste, chipy).
− Objęte kontrolą będzie jedzenie, podróżowanie, pogoda.
− Politycy myślą, że rządzą, ale robią, co im się podsuwa.
− Wyniki naukowe będą fałszowane, by narzucić określone cele.
− Znaczenie ONZ i światowych organizacji wzrośnie. Jeśli będzie trzeba postraszy się ludzkość kilkoma wybuchami jądrowymi i uzyska posłuszeństwo.
− Wojny mają wartości pozytywne, a terroryzmem można wymusić uległość.
− Inflacja będzie narzędziem kontroli nad społeczeństwami.
− Będzie powszechne szpiegowanie wszystkich.
− Domy prywatne będą tylko dla posłusznych.
Przypominam – te tezy zostały wygłoszone w roku 1969 a ujawnione w 1988!
Ktoś z namiętnością nadal je realizuje.

Prof. Maciej Giertych

Za: OPOKA W KRAJU, Nr 77 (98), grudzien 2011
http://opoka.giertych.pl/77.pdf

Przeczytaj rowniez:
Maciej Giertych – “Quo vadis Europa?”


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 13 lut 2012, 18:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Syjonizm i III Rzesza – Mark Weber

Na początku 1935 r., statek pasażerski płynący do Hajfy w Palestynie opuścił niemiecki port Bremerhaven. Na sterburcie, hebrajskimi literami wypisana była nazwa statku – „Tel Awiw” – a na maszcie powiewała flaga ze swastyką. Mimo że statek był w posiadaniu syjonistów, kapitan był członkiem partii narodowosocjalistycznej. Wiele lat później, jeden z pasażerów przebywających na pokładzie, przypomniał tę kombinację jako „metapsychiczny absurd”.(1) Absurd czy nie, jest to scena z mało znanego rozdziału historii: szeroko zakrojonej współpracy między syjonistami a III Rzeszą pod przewodnictwem Hitlera.

Wspólne cele

Po latach, ludzie w wielu krajach borykają się z „kwestią żydowską” tj. z pytaniem o właściwą rolę żydów w nieżydowskim społeczeństwie. W latach 30. XX w., syjoniści żydowscy i niemieccy narodowisocjaliści mieli podobny pogląd na rozwiązanie tej kłopotliwej kwestii. Zgadzali się, że żydzi i Niemcy są zupełnie innymi narodami i że żydzi nie są częścią Niemiec. Zatem żydzi mieszkający w Rzeszy nie są „Niemcami wyznającymi judaizm”, ale raczej członkami oddzielnej społeczności. Syjonizm (żydowski nacjonalizm) implikował także obowiązek wobec syjonistycznych żydów do przesiedlenia się do Palestyny – „żydowskiej ojczyzny”. Potrafili uparcie obstawać przy twierdzeniu, że są szczerymi syjonistami, a jednocześnie domagać się równych praw w Niemczech i jakimkolwiek innym „zagranicznym” kraju.


Pamiątkowa moneta wypuszczona przez wpływowy berliński dziennik “Der Angriff”


Teodor Herzl (1860 – 1904), założyciel nowoczesnego ruchu syjonistycznego, utrzymywał, że antysemityzm nie jest żadną aberracją, ale naturalną i zupełnie zrozumiałą reakcją nieżydów wobec obcych żydowskich zachowań i stosunków. Jedynym rozwiązaniem, argumentował, jest uznanie przez żydów rzeczywistości i zamieszkanie w oddzielnym, własnym państwie. „Kwestia żydowska powstaje gdziekolwiek żydzi zamieszkują w zauważalnej liczbie”, pisał w swojej najważniejszej książce „The jewish state”. „Tam gdzie jej nie ma, zostanie przyniesiona przez przybywających żydów… Sądzę, że zrozumiałem antysemityzm, który jest bardzo złożonym problemem. Rozważyłem jego rozwój jako żyd, bez uprzedzeń i nienawiści.” Uważał, że kwestia żydowska nie jest problemem społecznym, czy religijnym. „Jest to kwestia narodowości. Aby ją rozwiązać musimy, przede wszystkim, zrobić z niej międzynarodowe polityczne zagadnienie…” Bez względu na ich obywatelstwo, twierdził Herzl, żydzi to nie tylko społeczność religijna, ale także narodowa, naród, Volk.(2) Syjonizm, pisał Herzl, oferuje światu oczekiwane „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej.”(3)

Sześć miesięcy po dojściu do władzy Hitlera, Niemiecka Federacja Syjonistyczna (jak dotąd największa syjonistyczna grupa w kraju) przedłożyła szczegółowe memorandum nowemu rządowi. Przedstawiła w nim relacje niemiecko – żydowskie i formalnie zaoferowała wsparcie w „rozwiązaniu” drażniącej „kwestii żydowskiej.” Pierwszym krokiem, sugerowanym w memorandum, powinno być szczere rozpoznanie fundamentalnych różnic narodowościowych:(4)

Syjonizm nie ma złudzeń co do problematycznych żydowskich kondycji, na które składają się przede wszystkim nienormalny wzorzec zawodowy, karygodne moralne i religijne postawy wyrosłe z własnych tradycji. Syjonizm dekady temu rozpoznał, że w rezultacie asymilacyjnych trendów pojawią się symptomy pogorszenia…

Syjonizm uważa, że odrodzenie życia narodowego, które obecnie postępuje w Niemczech poprzez akcentowanie chrześcijańskiego i narodowego charakteru, wpłynie także na żydów. Także dla żydów pochodzenie nacyjne, religia, wspólne przeznaczenie oraz zrozumienie własnej wyjątkowości powinny stanowić decydujące składniki ich egzystencji. Oznacza to, że egocentryczny indywidualizm liberalnej ery musi zostać porzucony i zastąpiony poczuciem wspólnoty oraz kolektywnej odpowiedzialności…

Wierzymy, że właśnie nowe (narodowosocjalistyczne) Niemcy mogą przyczynić się do tego, poprzez odważne podjęcie kwestii żydowskiej, podjęcie stanowczych kroków rozwiązania problemu, który w rzeczywistości musi zostać rozwiązany przy udziale większości Europejczyków…

Nasz szacunek wobec żydowskiej społeczności gwarantuje jasne i szczere relacje wobec niemieckiego narodu i jego otoczenia. Szczególnie dlatego, że nie chcemy fałszować tych fundamentalnych zasad, bo my także jesteśmy przeciwni mieszanym małżeństwom, chcemy zachować czystość żydowskiego społeczeństwa i odrzucamy każde wtargnięcie w naszą kulturową domenę, my – będący przeniesieni do niemieckiego języka i niemieckiej kultury – możemy okazać zainteresowanie w pracy dla niemieckiej kultury wraz z podziwem i wewnętrzną sympatią…

Dla swoich praktycznych celów, syjoniści mają nadzieję wygrać na współpracy nawet z wrogo nastawionym rządem, ponieważ rozwiązanie kwestii żydowskiej nie jest jakimś sentymentem, ale realnym problemem, którego rozwiązanie leży w interesie wszystkich ludzi, a w tym momencie szczególnie w interesie Niemców…

Propaganda bojkotu – która obecnie jest prowadzona przeciwko narodowi niemieckiemu na wiele sposobów – w rzeczywistości jest antysyjonistyczna, ponieważ syjoniści nie chcą walczyć lecz przekonywać i budować…

Nie jesteśmy ślepi na fakt, że kwestia żydowska istnieje i będzie istniała. Poczynając od nienormalnych, przykrych rezultatów dla żydów, a także trudnych do zaakceptowania warunków dla pozostałych ludzi.

Gazeta Federacji, „Jüdische Rundschau” („Przegląd żydowski”), ogłosiła takie samo przesłanie: „Syjonizm rozpoznaje istnienie żydowskiego problemu i pragnie dalekosiężnego i konstruktywnego rozwiązania. W tym celu syjoniści chcą otrzymać wsparcie wszystkich ludzi, bez znaczenia pro czy antyżydowsko nastawionych, ponieważ naszym zdaniem dzielimy wspólny, realny problem i wszyscy są zainteresowani rozwiązaniem.”(5) Młody berliński rabin, Joachim Prinz, który później osiedlił się w Stanach Zjednoczonych i został przywódcą Amerykańskiego Kongresu Żydów, napisał w 1934 r. w swojej książce pt. „Wir Juden” („My żydzi”), że rewolucja narodowosocjalistyczna w Niemczech oznaczała: „Żydów dla żydów”. Tak to wyjaśniał: „Żadne matactwa nie mogą nas już uratować. Zamiast asymilacji żądamy nowego pomysłu: uznania istnienia narodu żydowskiego i żydowskiej rasy.”(6)

Aktywna współpraca

Wskutek podobnych ideologii dotyczących etniczności i narodowości, narodowisocjaliści oraz syjoniści współpracowali ze sobą; obie grupy uważały, że taka współpraca leży w ich własnym, narodowym interesie. Rezultatem tego było duże wsparcie udzielane przez rząd Hitlera syjonistom w żydowskiej emigracji do Palestyny od 1933 r. aż do lat 1940 – 1941, kiedy druga wojna światowa przeszkodziła tej intensywnej kolaboracji.

Nawet gdy III Rzesza została okrążona, wielu niemieckich żydów, prawdopodobnie większość, nadal uważała się za, często z dumą, w pierwszej kolejności Niemców [to chyba przypomina dzisiejszą sytuację między Odrą i Bugiem, a Bałtykiem i Tatrami :/ - T. N.]. Niektórzy byli entuzjastami akcji osiedleńczej w Palestynie i rozpoczęcia tam nowego życia. Jednakże w tym okresie coraz więcej i więcej niemieckich żydów zostawało syjonistami. Od końca 1938 r. syjonizm w Niemczech pod panowaniem Hitlera rozkwitał. Nakład dwutygodnika „Jüdische Rundschau”, gazety wydawanej przez Federację Syjonistyczną, rósł kolosalnie. Publikowano liczne syjonistyczne książki. „Syjonistyczna robota była w pełnym rozkwicie” w Niemczech w tamtych latach – podaje „Encyklopedia Żydowska”. Konwencja syjonistyczna zwołana do Berlina w 1936 r. odzwierciedlała „w swojej kompozycji żywiołowość niemieckich syjonistów.”(7)

SS była szczególnie entuzjastycznie nastawiona do wspierania syjonizmu. W czerwcowym numerze z 1934 r. wewnętrznej gazety SS, domagano się aktywnego, szeroko zakrojonego wsparcia dla syjonistów od rządu i partii, jako najlepszego sposobu do popierania emigracji niemieckich żydów do Palestyny. Wymagało to wzrostu żydowskiej samoświadomości. Żydowskie szkoły, żydowskie ligi sportowe, żydowskie organizacje kulturalne – wszystkiego co zwiększyłoby żydowską samoświadomość – powinno być promowane, rekomendowała gazeta.(8)

Oficer SS Leopold von Mildenstein i działacz Federacji Syjonistycznej Kurt Tuchler podróżowali razem po Palestynie przez pół roku w celu oszacowania tam syjonistycznego rozwoju. Bazując na swoich obserwacjach, von Mildenstein napisał serię dwunastu ilustrowanych artykułów dla ważnego berlińskiego dziennika „Der Angriff”, które pojawiły się pod koniec 1934 r. w serii zatytułowanej „Podróż nazistów do Palestyny”. Artykuły wyrażały wielkie uwielbienie dla pionierskiego ducha i osiągnięć żydowskich osadników. Syjonistyczna ewolucja, pisał von Mildenstein, wydała nowego żyda. Chwalił syjonizm jako wielkie osiągnięcie zarówno dla żydów jak i dla całego świata. Żydowska ojczyzna w Palestynie, pisał w podsumowującym artykule, „jest lekarstwem na uleczenie wielowiekowej blizny na ciele świata: kwestii żydowskiej.” „Der Angriff” wypuścił specjalny medal, ze swastyką z jednej strony i z gwiazdą Dawida z drugiej, w celu upamiętnienia syjonistyczno – esesmańskiej wizyty. Kilka miesięcy po ukazaniu się artykułu, von Mildenstein został mianowany szefem ds. żydowskich w departamencie bezpieczeństwa SS; miał za zadanie wspierać syjonistyczną migrację do Palestyny oraz jej rozwój na miejscu.(9)

Oficjalna gazeta SS, „Das Schwarze Korps”, ogłosiła swoje poparcie dla syjonizmu w maju 1935 r. w okładkowym artykule: „Być może bliski jest czas, kiedy Palestyna ponownie przyjmie swoich synów, którzy byli zagubieni przez ponad tysiąc lat. Składamy im szczere życzenia wraz z życzeniami od czynników rządowymi, niech idą wraz z nimi.”(10) Cztery miesiące później podobny artykuł pojawił się w gazecie SS:(11)

Uznanie żydów za społeczeństwo rasowe oparte na krwi a nie na religii skłania rząd niemiecki do zagwarantowania bez uprzedzeń rasowej odrębności tej grupy. Rząd w zupełności rozumie ten wielki duchowy ruch, tzw. syjonizm, zgadza się z jego założeniami – solidarność żydów na całym świecie – oraz z odrzuceniem przez nich wszelkich asymilatorskich pomysłów. Niemcy podejmą starania, które w przyszłości z pewnością staną się znaczące w kwestii rozwiązania żydowskiego problemu na całym świecie.

W październiku 1933 r. wiodąca niemiecka linia promowa otworzyła bezpośrednie połączenie z Hamburga do Hajfy w Palestynie zapewniając „w pełni koszerne jedzenie na pokładzie, pod nadzorem hamburskiego rabinatu.”(12)

Korzystając z oficjalnego wsparcia, syjoniści niestrudzenie pracowali nad „reedukacją” niemieckich żydów. Francis Nicosia, amerykański historyk, w 1985 r. w „The Third Reich and the Palestine Question” zanotował: „Zachęcano syjonistów, by ci zalecali żydowskiej społeczności zbieranie pieniędzy, oglądanie filmów o Palestynie i w ogóle edukowanie się w kwestii Palestyny. Odczuwało się poważną presję, by uczyć żydów zaprzestania identyfikowania się z Niemcami, a budzić w nich nową żydowską samoświadomość.”(13)

Były szef Niemieckiej Federacji Syjonistycznej, dr Hans Friedenthal, w wywiadzie udzielonym po wojnie, tak podsumował sytuację: „W tych dniach Gestapo czyniło wszystko, by promować emigrację, szczególnie do Palestyny. Często otrzymywaliśmy od nich wsparcie, gdy jakieś inne władze odmawiały nam pomocy w sprawie emigracji.”(14)

We wrześniu 1935 r. Reichstag uchwalił tzw. prawa norymberskie, które zabraniały małżeństw i relacji seksualnych między żydami a Niemcami, w efekcie czego, uczyniły żydów obcą mniejszością „narodową”. Kilka dni później, syjonistyczna „Jüdische Rundschau” tak powitała nowe porządki:(15)

Niemcy… wychodzą naprzeciw żądaniom Światowego Kongresu Żydowskiego deklarując, że żydzi zamieszkujący w Niemczech uzyskują status mniejszości narodowej. Kiedy tylko żydzi uzyskali status mniejszości narodowej, możliwe staje się ułożenie normalnych relacji między narodem niemieckim a żydami. Nowe prawa dają mniejszości żydowskiej w Niemczech własne życie kulturalne, własne życie narodowe. W przyszłości będą mogli zakładać własne szkoły, teatry, związki sportowe. Szybko będą mogli stworzyć własną przyszłość we wszelkich narodowych aspektach…

Niemcy dają mniejszości żydowskiej szansę zupełnie swobodnego życia i oferują ochronę państwową; proces ich rozwoju w naród będzie teraz dopingowany a establishment będzie zachęcany do tolerowania relacji między dwoma narodami.

Georg Kareski, szef „rewizjonistycznej” Syjonistycznej Organizacji Państwowej i Żydowskiej Ligii Kultury, były szef Berlińskiej Społeczności Żydowskiej, w wywiadzie z końca 1936 r. dla berlińskiego dziennika „Der Angriff” zadeklarował:(16)

Przez wiele lat uznawałem zupełną separację w stosunkach kulturalnych między dwoma grupami ludzi (Niemcami i żydami) jako warunek bezkonfliktowego współistnienia… Przez długi czas wspierałem taką separację zapewniając, że wiąże się ona z respektowaniem obcych sobie narodowości. Prawa norymberskie… według mnie poza oficjalnym znaczeniem, mają dostosować warunki życia do żądania oddzielnego współistnienia u którego podstaw leży wzajemny respekt… Ta przerwa w procesie rozkładu wielu żydowskich społeczności, który powstał poprzez mieszane małżeństwa, jest dla żydów, z ich punktu widzenia, bardzo pożądana.

W innych krajach przywódcy syjonistyczni podzielali ten pogląd. Stephen S. Wise, prezes Amerykańskiego Kongresu Żydów i Światowego Kongresu Żydów, na wiecu w Nowym Yorku w czerwcu 1938 r. powiedział: „Nie jestem amerykańskim obywatelem wyznania żydowskiego. Jestem żydem… Hitler miał rację w jednym. Nazywa żydów rasą, my jesteśmy rasą.”(17)

Dr Bernard Lösener, minister spraw wewnętrznych i specjalista od spraw żydowskich, wyraził poparcie dla syjonizmu w „Reichsverwaltungsblatt”, w artykule z listopada 1935 r.:(18)

Jeśli w końcu żydzi posiądą na własność państwo w którym będą stanowili większość, wtedy kwestia żydowska zostanie uznana za zupełnie rozwiązaną, także przez samych żydów. Minimalne oznaki opozycji wobec zasadniczych idei praw norymberskich są okazywane przez syjonistów, ponieważ uzmysławiają sobie iż te ustawy są jedynym dobrym rozwiązaniem dla żydów. Każdy naród musi posiadać własne państwo jako uzewnętrznienie swojego poszczególnego pochodzenia.

Przy współpracy z władzami niemieckimi, syjonistyczne grupy zorganizowały sieć około czterdziestu obozów i centrów rolniczych na terenie Niemiec, gdzie przyszli osadnicy byli zaprawiani do swojego nowego życia w Palestynie. Chociaż prawa norymberskie zabraniały żydom paradowania z niemieckimi flagami, to żydzi mogli wywieszać swoją białoniebieską flagę „narodową”. Flaga, która pewnego dnia zostanie przyjęta przez Izrael, powiewała nad obozami syjonistów w hitlerowskich Niemczech.(19)

Służba bezpieczeństwa, której szefował Himmler, kooperowała z organizacją o nazwie Haganah – podziemną organizacją w Palestynie. SS płaciło jej członkowi – Feivel’owi Polkes’owi – za informacje o sytuacji w Palestynie i za pomoc w prowadzeniu emigracji żydów w tamtym kierunku. Tymczasem Haganah była bardzo dobrze poinformowana o planach Niemców, dzięki zainstalowaniu szpiega w berlińskiej kwaterze SS. Współpraca ta dotyczyła nawet tajnego przerzutu niemieckiej broni dla żydowskich osiedleńców w Palestynie w celu zwalczania Palestyńczyków, arabów.(21)

W następstwie nocy kryształowych noży (listopad 1938 r.), wybuchu przemocy i zniszczenia, SS pomogło syjonistycznym organizacjom szybko stanąć na nogach i kontynuować prace w Niemczech jednak już pod zwiększonym nadzorem.(22)

Oficjalne zastrzeżenia

Niemieckie wsparcie dla syjonizmu nie było nieograniczone. Członkowie rządu i partii byli niezwykle pomni wobec prowadzonych kampanii przez wpływowe społeczności żydowskie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i innych krajach, w których mobilizowano rządy i obywateli przeciwko Niemcom. Jak długo żydzi na całym świecie pozostawali nieubłaganie wrogo nastawieni wobec Niemiec narodowosocjalistycznych, tak długo ogromna większość żydów na całym świecie okazywała nikłe zainteresowanie na osiedlenie się w syjonistycznej „ziemi obiecanej”, toteż suwerenne państwo żydowskie w Palestynie w rzeczywistości nie może „rozwiązać” międzynarodowej kwestii żydowskiej. Natomiast niemieccy oficjele uważali, że wydatnie zwiększy niebezpieczną antyniemiecką kampanię. Niemieckie wsparcie dla syjonistów było przeto ograniczone do wspierania żydowskiej ojczyzny w Palestynie pod kontrolą brytyjską, nie jako suwerennego państwa żydowskiego.(23)

Żydowskie państwo w Palestynie, informował w czerwcu 1937 r. dyplomatów minister spraw zagranicznych, nie jest w interesie Niemiec, ponieważ nie będzie w stanie zaabsorbować żydów z całego świata, a jedynie posłuży do zwiększenia wpływu międzynarodówki żydowskiej w taki sam sposób jak Moskwa służy za bazę dla międzynarodowego komunizmu.(24) Rozważając pewne przesunięcia w oficjalnej polityce, niemiecka prasa wyrażała w 1937 r. dużo większą sympatię dla palestyńskich arabów niż dla syjonistów, w czasie gdy konflikt między żydami i Palestyńczykami szybko przybierał na sile.(25)

Okólnik ministerstwa spraw zagranicznych z 22 VI 1937 r. zjadliwie ostrzegał, że wsparcie dla żydowskiego osadnictwa w Palestynie „wszelako będzie błędem jako że zostanie uznane za wsparcie niemieckie dla formowanie państwa w Palestynie pod pewną formą kontroli żydowskiej. Ze względu na przekaz antyniemieckiej propagandy międzynarodowego żydostwa, Niemcy nie mogą zgodzić się z poglądem, że formowanie żydowskiego państwa palestyńskiego wspomoże pokojowy rozwój narodów na świecie.”(26) „Proklamacja państwa żydowskiego lub Palestyny pod administracją żydowską”, ostrzegała w wewnętrznym memorandum wydanym przez sekcję SS ds. żydowskich, „wytworzy Niemcom nowego wroga, który będzie dysponował szerokim wpływem na rozwój relacji na Bliskim Wschodzie”. Kolejna agenda SS przestrzegała, że żydowskie państwo „podejmie prace na rzecz specjalnej protekcji mniejszości żydowskiej w każdym kraju, przeto legalizując wykorzystywanie przez żydowską międzynarodówkę.”(27) W styczniu 1939 r. nowy minister spraw zagranicznych, Joachim von Ribbentrop, podobnie ostrzegał w wydanym biuletynie, że „Niemcy muszą uznać formowanie żydowskiego państwa w Palestynie za zagrożenie”, ponieważ „przyniesie ono wzrost wpływów żydostwa na całym świecie.”(28)

Hitler osobiście przyjrzał się temu problemowi na początku 1938 r. i, wobec swojego głębokiego sceptycyzmu wobec syjonistycznych ambicji oraz obaw wobec tworzenia państwa żydowskiego, zdecydował się udzielić jeszcze większego poparcia migracji żydowskiej do Palestyny. Perspektywa pozbycia się żydów z Niemiec, myślał, jest zbyt kusząca i przeważa możliwe zagrożenia.(29)

Tymczasem rząd brytyjski nakazał bardzo drastycznie ograniczenia wobec żydowskiej emigracji do Palestyny w 1937, 1938 i 1939 r. W odpowiedzi SS sfinalizowało sekretny sojusz z tajną syjonistyczną agencją Mossad le-Aliya Bet w celu szmuglowania żydów do Palestyny. W rezultacie tej aktywnej współpracy kilka konwojów statków dobiło do Palestyny pod bokiem brytyjskich okrętów wojennych. Żydowska migracja, legalna i nielegalna, z Niemiec (włączając Austrię) do Palestyny wzrosła gwałtownie w 1938 i 1939 r. Kolejne 10000 żydów planowo odjechało w październiku 1939 r., lecz wybuch wojny we wrześniu 1939 r. przyniósł koniec tych wysiłków. Te same władze niemieckie kontynuowały promowanie pośredniej żydowskiej migracji do Palestyny w latach 1940 i 1941.(30) Nawet jeszcze w marcu 1942 r. ostatni autoryzowany przez syjonistów kibuc – obóz szkoleniowy dla potencjalnych emigrantów – prowadził działalność w hitlerowskich Niemczech.(31)

Porozumienie transferowe

Centralnym punktem współpracy niemiecko – syjonistycznej w czasach Hitlera było porozumienie transferowe, pakt umożliwiający dziesiątkom tysięcy niemieckich żydów migrować do Palestyny z całym swoim majątkiem. Porozumienie, zwane także Haavara (z hebrajskiego „transfer”), zostało zawarte w sierpniu 1933 r. w czasie rozmów między niemieckimi oficjelami a Chaimem Arlosoroffem, sekretarzem Agencji Żydowskiej oraz palestyńskim centrum Światowej Organizacji Syjonistycznej.(32)

Dzięki tej niezwykłej umowie każdy żyd mógł złożyć pieniądze na specjalne konto w Niemczech. Pieniądze były używane na zakup towarów niemieckiej produkcji – narzędzi rolniczych, materiałów budowlanych, pomp, nawozów oraz wielu innych eksportowanych następnie do Palestyny i sprzedawanych w Tell Awiwie przez żydowską spółkę. Dochód ze sprzedaży przekazywany był żydowskim imigrantom przybywającym do Palestyny w proporcji odpowiedniej do depozytu złożonego w Niemczech. Niemieckie dobra spływały do Palestyny poprzez porozumienie Haavara; w krótkim czasie doszło do tego porozumienie handlowe na podstawie którego palestyńskie pomarańcze były wymieniane na pochodzące z Niemiec drewno budowlane, samochody, maszyny rolnicze i inne produkty. Zatem porozumienie służyło syjonistom pomocą jako wsparcie żydowskich osadników w Palestynie oraz w przenoszeniu tam kapitałów żydowskich, a równocześnie służyło Niemcom, którzy chcieli pozbyć się ze swojego kraju niechcianej, obcej grupy obywateli.

Delegaci na kongres syjonistyczny w Pradze w 1933 r. żywiołowo debatowali o zaletach porozumienia. Kilku obawiało się, że pakt podkopie międzynarodowy żydowski bojkot ekonomiczny wymierzony w Niemcy. Jednak syjonistyczni oficjele uspokoili kongres. Sam Cohen, kluczowa figura stojąca za porozumieniem Haavara, podkreślał, że porozumienie nie jest ekonomicznie korzystne dla Niemiec. Arthur Ruppin, specjalista emigracyjny z Organizacji Syjonistycznej który pomagał negocjować pakt, spuentował, że „porozumienie transferowe w żaden sposób nie zakłóci bojkotu, dopóki żadna nowa waluta nie wpłynie do Niemiec jako jego rezultat…”(33) Na spotkaniu kongresu syjonistycznego w Szwajcarii w 1935 r. większość uczestników zaaprobowała umowę. W 1936 r. Agencja Żydowska (syjonistyczny „rząd cieni” w Palestynie) przejęła kontrolę nad Ha’avarą, która w wyniku drugiej wojny światowej została zapomniana.

Niektórzy niemieccy urzędnicy sprzeciwiali się porozumieniu. Np. Hans Döhle, niemiecki konsul generalny w Jerozolimie, kilka razy ostro je skrytykował w 1937 r. Podkreślał, że przynosi ono straty niemieckiej wymianie handlowej – produkty eksportowane do Palestyny mogłyby być sprzedane gdzie indziej. Monopol Haavary na sprzedaż niemieckich dóbr do Palestyny przez żydowskie spółki słusznie denerwuje niemieckich i arabskich przedsiębiorców. Oficjalne wsparcie Niemiec dla syjonizmu może prowadzić do utraty przez nie rynku w całym arabskim świecie. Rząd brytyjski również był oburzony porozumieniem.(34) W czerwcu 1937 r. wewnętrzny biuletyn niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych odniósł się do „poświęceń w wymianie zagranicznej” które były rezultatem Haavary.(35)

Wewnętrzne memorandum wydane w grudniu 1937 r. przez niemieckie ministerstwo spraw wewnętrznych recenzowało wpływ porozumienia transferowego: „Nie ma wątpliwości, że porozumienie Haavara znacząco przyczyniło się do szybkiego rozwoju Palestyny od 1933 r. Porozumienie ściągnęło do Palestyny nie tylko mnóstwo pieniędzy (z Niemiec!), ale również inteligencką imigrację oraz towary niezbędne do rozwoju przemysłowego.” Główną zaletą paktu, według memorandum, była emigracja dużej części żydów do Palestyny, najlepszego kraju – celu pożądanego przez Niemcy. Jednak dokument wspominał także o poważnych mankamentach o których mówił konsul Döhle i inni. Minister spraw wewnętrznych, kontynuowano w dokumencie, stwierdził, że ujemne strony porozumienia przeważyły już strony dodatnie zatem należy już skończyć z porozumieniem.(36)

Tylko jedna osoba mogła zakończyć kontrowersje. Hitler osobiście w lipcu i wrześniu 1937 r. oraz w styczniu 1938 r. badał problem. Za każdym razem decydował o kontynuowaniu współpracy. Cel jakim było usunięcie żydów z Niemiec, twierdził, niwelował ujemne strony umowy.(37)

Minister finansów Rzeszy pomagał organizować kolejną spółkę transferową International Trade and Investment Agency, zwaną też Intria, dzięki której żydzi z całego świata mogli pomagać niemieckim żydom w emigracji do Palestyny. Prawie 900000 $ zostało przelane poprzez Intria do kieszeni niemieckich żydów w Palestynie.(38) Inne europejskie kraje pragnące wspierać żydowską emigrację zawarły porozumienia z syjonistami wzorowane na Ha’avara. W 1937 r. Polska autoryzowała spółkę transferową Halifin (z hebrajskiego „wymiana”). Późnym latem 1939 r. Czechosłowacja, Rumunia, Węgry i Włochy podpisały podobne umowy. Jednak wybuch wojny we wrześniu 1939 r. zapobiegł wprowadzeniu ich w życie na dużą skalę.(39) [Przypadek? - T. N.]

Osiągnięcia Haavary

Między 1933 a 1941 r. około 60000 niemieckich żydów emigrowało do Palestyny dzięki porozumieniu Ha’avara i innym syjonistyczno – niemieckim porozumieniom; inaczej mówiąc dziesięć procent całej żydowskiej populacji w Niemczech z 1933 r. (Ci niemieccy żydzi stanowili około piętnaście procent żydowskiej populacji Palestyny w 1939 r.) Niektórzy emigranci przenieśli znaczne osobiste bogactwa z Niemiec do Palestyny. Żydowski historyk Edwin Black napisał: „Dla wielu z tych ludzi, szczególnie pod koniec lat 30. XX w., pozwolono transferować repliki ich domów i fabryk – w rzeczy samej niewybredne kopie ich prawdziwego życia.”(40)

Całkowita suma przetransferowana z Niemiec do Palestyny poprzez Ha’avarę między sierpniem 1933 a końcem 1939 r. wyniosła 8.1 miliona funtów lub 139.57 milionów marek niemieckich (ekwiwalent 40 milionów dolarów). Suma uwzględnia 33.9 miliona marek niemieckich (13.8 miliona dolarów) dostarczonych przez Reichsbank w związku z porozumieniem transferowym.(41)

Black oszacował, że do Palestyny mogło wypłynąć dodatkowo 70 milionów dolarów poprzez komercyjne umowy i specjalne międzynarodowe transakcje bankowe. Niemieckie kapitały wywarły wielki wpływ na rozwój powstającego państwa w Palestynie w końcu lat 30. XX w., podsumowuje historyk. Kilka wielkich przemysłowych kompanii zostało zbudowanych dzięki kapitałom pochodzącym z Niemiec, np. wodociągi Mekoroth, czy tekstylna spółka Lodzia. Napływ dóbr i kapitałów Ha’avary, wnioskuje Black, „wywołał ekonomiczny rozkwit żydowskiej Palestyny” i był „nieodzownym czynnikiem utworzenia państwa Izrael.”(42)

Porozumienie Ha’avara wielce przyczyniło się do żydowskiego rozwoju w Palestynie tak więc i bezpośrednio do założenia państwa Izrael. Biuletyn niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych ze stycznia 1939 r. głosił z pewnymi obawami, że „transfer żydowskiej własności z Niemiec (poprzez porozumienie Ha’avara) przyczynił się w niemałym stopniu do budowania państwa żydowskiego w Palestynie.”(43)

Byli oficjele ze spółki Ha’avara w Palestynie podzielali ten pogląd w szczegółowym studium na temat umowy transferowej z 1972 r.: „Ekonomiczna aktywność wywołana poprzez impuls niemieckich kapitałów oraz transferów Haavary do sektora prywatnego i publicznego była najistotniejszym czynnikiem dla rozwoju państwa. Wiele nowych fabryk i przedsiębiorstw założono w żydowskiej Palestynie; także wiele spółek nadzwyczaj ważnych nawet dla dzisiaj ekonomii Izraela zawdzięcza swoje istnienie Haavarze.”(44) Dr Ludwig Pinner, będący urzędnikiem spółki Ha’avary w Tell Awiwie w latach 30. XX w., skomentował później, że nadzwyczaj kompetentni imigranci Ha’avary „zdecydowanie przyczynili się” do ekonomicznego, społecznego, kulturalnego i edukacyjnego rozwoju żydowskiej społeczności w Palestynie.”(45)

Porozumienie transferowe jest najbardziej dalekosiężnym przykładem współpracy Niemiec hitlerowskich i międzynarodowego syjonizmu. Poprzez ten pakt, III Rzesza Hitlera zrobiła więcej niż jakikolwiek inny rząd w latach 30. XX w. dla popierania żydowskiego rozwoju w Palestynie.

Syjoniści oferują Hitlerowi sojusz wojskowy

Na początku stycznia 1941 r. mała lecz ważna organizacja syjonistyczna oficjalnie zaoferowała niemieckim dyplomatom w Bejrucie sojusz wojskowo – polityczny, mimo trwającej wojny. Oferta została złożona przez radykalne, podziemne ugrupowanie „Wojownicy o wolność Izraela”, szerzej znana jako Lehi lub Gang Sterna. Ich lider, Abraham Stern, niedawno zerwał z radykalną Narodową Organizacją Wojskową (Irgun Zvai Leumi) ze względu na Brytyjczyków, którzy co faktycznie zerwali ze wsparciem dalszego osadnictwa w Palestynie. Stern uznawał Brytyjczyków za największych wrogów syjonizmu.

Ta pamiętna propozycja syjonistów „rozwiązania kwestii żydowskiej w Europie przy aktywnym udziale Narodowej Organizacji Wojskowej (Lehi) w wojnie po stronie Niemiec” warta jest zacytowania:(46)

W swoich mowach i oświadczeniach mężowie stanu Niemiec narodowo-socjalistycznych często podkreślają, że Nowy Porządek w Europie wymaga, jako warunku wstępnego, radykalnego rozwiązania kwestii żydowskiej poprzez ewakuację. („Europa wolna od żydów”)

Ewakuacja mas żydowskich z Europy jest warunkiem wstępnym rozwiązania kwestii żydowskiej. Jednakże jedynym sposobem na osiągnięcie tego jest osiedlenie tych mas w ojczyźnie żydów, Palestynie, i założenie żydowskiego państwa w historycznych granicach.

Celem politycznej aktywności i lat walki Izraelskiego Ruchu Wolności i Narodowej Organizacji Wojskowej w Palestynie (Irgun Zvai Leumi) jest rozwiązanie problemu żydowskiego w taki sposób by zupełnie wyzwolić na zawsze żydów.

NOW, która zgadza się z dobrą wolą rządu Rzeszy niemieckiej i jego urzędnikami wobec syjonistycznej aktywności wewnątrz Niemiec i syjonistycznego programu emigracji, podziela pogląd:

1. Wspólne interesy mogą istnieć między Europejskim Nowym Porządkiem opartym na konceptach niemieckich a prawdziwymi aspiracjami narodowymi żydów ucieleśnianymi przez NOW.

2. Możliwa jest kooperacja między Nowymi Niemcami a odnowionym narodowo – folklorowo żydostwem.

3. Założenie historycznego państwa żydowskiego na narodowych i totalitarnych podstawach i związanego sojuszem z Rzeszą niemiecką, będzie stało w interesie Niemiec – umocni niemiecką pozycję na Bliskim Wschodzie.

Na podstawie tych rozważań i pod warunkiem, że rząd Rzeszy niemieckiej uzna narodowe aspiracje Izraelskiego Ruchu Wolności wspominanego powyżej, NOW w Palestynie oferuje swój aktywny udział w działaniach wojennych po stronie Niemiec.

W skład oferty NOW może wchodzić militarna, polityczna i wywiadowcza aktywność wewnątrz Palestyny, a po szczegółowych ustaleniach, również poza Palestyną. Równocześnie żydzi europejscy będą odbywali szkolenie wojskowe i będą z nich tworzone oddziały wojskowe pod przywództwem NOW. Wezmą one udział w operacjach wojennych mających na celu podbicie Palestyny.

Pośredni udział Izraelskiego Ruchu Wolności w Nowym Porządku Europy, już w fazie początkowej wraz z pozytywnie radykalnym rozwiązaniem problemu europejskich żydów, wydatnie zwiększy moralne fundamenty Nowego Porządku w oczach całej ludzkości.

Współpraca Izraelskiego Ruchu Wolności będzie zgodna również z przesłaniem ostatniej przemowy kanclerza Rzeszy niemieckiej, w której zaakcentował iż zetrze każdą koalicję w celu izolowania i zniszczenia Anglii.

Nie zachowała się niemiecka odpowiedź. Jednakże akceptacja tej oferty była bardzo mało prawdopodobna, ponieważ w tym czasie niemiecka polityka była zdecydowanie pro – arabska.(47) Szum uczyniony przez grupę Sterna w celu zawarcia paktu z III Rzeszą, gdy jednocześnie krążyły historie o tym jakoby Hitler eksterminował żydów, dotarł do szerokiej publiczności. Najwyraźniej Stern nie wierzył w te historie lub, w celu utworzenia żydowskiego państwa, wolał współpracować ze śmiertelnym wrogiem swojego ludu.(48)

Yitzhak Shamir był ważnym członkiem Lehi, w czasie gdy ta przedstawiła swoją ofertę. Był on później ministrem spraw zagranicznych Izraela oraz premierem w latach 80. XX w.; z premierostwem na dobre rozstał się w czerwcu 1992 r. Po śmierci Sterna w 1942 r. został szefem operacyjnym Lehi. Shamir zorganizował wiele operacji terrorystycznych, włączając w nie zamordowanie w listopadzie 1944 r. lorda Moyna (brytyjskiego ministra ds. Bliskiego Wschodu) oraz zabójstwo we wrześniu 1948 r. hrabiego Bernadotte (szwedzkiego mediatora z Narodów Zjednoczonych). Po latach, gdy zapytano Shamira o ofertę z 1941 r., potwierdził iż wiedział o propozycji sojuszu z Niemcami wysuniętego przez jego organizację.

Konkluzja

Na przekór pozornej wrogości między reżimem Hitlera a międzynarodowym żydostwem, przez kilka lat interesy żydowskich syjonistów i niemieckich narodowychsocjalistów były ze sobą w koincydencji. We współpracy z syjonistami dla obopólnych celów, dla znalezienia ludzkiego rozwiązania złożonego problemu, III Rzesza była gotowa ponieść wiele poświęceń, nadwątlić relacje z Brytyjczykami oraz rozwścieczyć arabów. Faktycznie w latach 30. XX w. żadne inne państwo nie zrobiło tak wiele dla poparcia żydowsko – syjonistycznych celów jak Niemcy Hitlera.

Dr Mark Weber

Przekład: Tomasz Nowakowski

Pierwodruk: “Zionism and the Third Reich”, The Journal of Historical Review, July-August 1993 (Vol. 13, No. 4), pages 29–37.

Dostępny na stronie Institute for Historical Review



Przypisy:

1.W. Martini, “Hebr_isch unterm Hakenkreuz,” Die Welt (Hamburg), Jan. 10, 1975. Cited in: Klaus Polken, “The Secret Contacts: Zionism and Nazi Germany, 1933-1941,” Journal of Palestine Studies, Spring-Summer 1976, p. 65.

2.Quoted in: Ingrid Weckert, Feuerzeichen: Die “Reichskristallnacht” (Tübingen: Grabert, 1981), p. 212. See also: Th. Herzl, The Jewish State (New York: Herzl Press, 1970), pp. 33, 35, 36, and, Edwin Black, The Transfer Agreement (New York: Macmillan, 1984), p. 73.

3.Th. Herzl, “Der Kongress,” Welt, June 4, 1897. Reprinted in: Theodor Herzls zionistische Schriften (Leon Kellner, ed.), erster Teil, Berlin: Jüdischer Verlag, 1920, p. 190 (and p. 139).

4.Memo of June 21, 1933, in: L. Dawidowicz, A Holocaust Reader (New York: Behrman, 1976), pp. 150-155, and (in part) in: Francis R. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question (Austin: Univ. of Texas, 1985), p. 42.; On Zionism in Germany before Hitler’s assumption of power, see: Donald L. Niewyk, The Jews in Weimar Germany (Baton Rouge: 1980), pp. 94-95, 126-131, 140-143.; F. Nicosia, Third Reich (Austin: 1985), pp. 1-15.

5.Jüdische Rundschau (Berlin), June 13, 1933. Quoted in: Heinz H_hne, The Order of the Death’s Head (New York: Ballantine, pb., 1971, 1984), pp. 376-377.

6.Heinz Höhne, The Order of the Death’s Head (Ballantine, 1971, 1984), p. 376.

7.”Berlin,” Encyclopaedia Judaica (New York and Jerusalem: 1971), Vol. 5, p. 648. For a look at one aspect of this “vigorous life,” see: J.-C. Horak, “Zionist Film Propaganda in Nazi Germany,” Historical Journal of Film, Radio and Television, Vol. 4, No. 1, 1984, pp. 49-58.

8.Francis R. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question (1985), pp. 54-55.; Karl A. Schleunes, The Twisted Road to Auschwitz (Urbana: Univ. of Illinois, 1970, 1990), pp. 178-181.

9.Jacob Boas, “A Nazi Travels to Palestine,” History Today (London), January 1980, pp. 33-38.

10.Facsimile reprint of front page of Das Schwarze Korps, May 15, 1935, in: Janusz Piekalkiewicz, Israels Langer Arm (Frankfurt: Goverts, 1975), pp. 66-67. Also quoted in: Heinz H_hne, The Order of the Death’s Head (Ballantine, 1971, 1984), p. 377. See also: Erich Kern, ed., Verheimlichte Dokumente (Munich: FZ-Verlag, 1988), p. 184.

11.Das Schwarze Korps, Sept. 26, 1935. Quoted in: F. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question (1985), pp. 56-57.

12.Lenni Brenner, Zionism in the Age of the Dictators (1983), p. 83.

13.F. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question (1985), p. 60. See also: F. Nicosia, “The Yishuv and the Holocaust,” The Journal of Modern History (Chicago), Vol. 64, No. 3, Sept. 1992, pp. 533-540.

14.F. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question (1985), p. 57.

15.Jüdische Rundschau, Sept. 17, 1935. Quoted in: Yitzhak Arad, with Y. Gutman and A. Margaliot, eds., Documents on the Holocaust (Jerusalem: Yad Vashem, 1981), pp. 82-83.

16.Der Angriff, Dec. 23, 1935, in: E. Kern, ed., Verheimlichte Dokumente (Munich: 1988), p. 148.; F. Nicosia, Third Reich (1985), p. 56.; L. Brenner, Zionism in the Age of the Dictators (1983), p. 138.; A. Margaliot, “The Reaction…,” Yad Vashem Studies (Jerusalem), vol. 12, 1977, pp. 90-91.; On Kareski’s remarkable career, see: H. Levine, “A Jewish Collaborator in Nazi Germany,” Central European History (Atlanta), Sept. 1975, pp. 251-281.

17.”Dr. Wise Urges Jews to Declare Selves as Such,” New York Herald Tribune, June 13, 1938, p. 12.

18.F. Nicosia, The Third Reich (1985), p. 53.

19.Lucy Dawidowicz, The War Against the Jews, 1933-1945 (New York: Bantam, pb., 1976), pp. 253-254.; Max Nussbaum, “Zionism Under Hitler,” Congress Weekly (New York: American Jewish Congress), Sept. 11, 1942.; F. Nicosia, The Third Reich (1985), pp. 58-60, 217.; Edwin Black, The Transfer Agreement (1984), p. 175.

20.H. H_hne, The Order of the Death’s Head (Ballantine, pb., 1984), pp. 380-382.; K. Schleunes, Twisted Road (1970, 1990), p. 226.; Secret internal SS intelligence report about F. Polkes, June 17, 1937, in: John Mendelsohn, ed., The Holocaust (New York: Garland, 1982), vol. 5, pp. 62-64.

21.F. Nicosia, Third Reich (1985), pp. 63-64, 105, 219-220.

22.F. Nicosia, Third Reich (1985), p. 160.

23.Te rozróżnienie daje się wywnioskować także z „Deklaracji Balfura” z listopada 1917 r., w której rząd Wielkiej Brytanii wyraził wsparcie dla „narodowego domu żydowskiego” w Palestynie, jednakże bez jakiejkolwiek wzmianki o państwie żydowskim. Odnosząc się do większości arabskiej tam zamieszkującej deklaracja zastrzegała , że „…jest całkowicie oczywiste, że nie może być nic zrobione co naruszyłoby prawa obywatelskie i religijne istniejących w Palestynie społeczności nie żydowskich”. Cały tekst deklaracji został wydany jako fascymile w Robert John, Behind the Balfour Declaration (IHR, 1988), p. 32.

24.F. Nicosia, Third Reich (1985), p. 121.

25.F. Nicosia, Third Reich (1985), p. 124.

26.David Yisraeli, The Palestine Problem in German Politics 1889-1945 (Bar-Ilan University, Israel, 1974), p. 300.; Also in: Documents on German Foreign Policy, Series D, Vol. 5. Doc. No. 564 or 567.

27.K. Schleunes, The Twisted Road (1970, 1990), p. 209.

28.Circular of January 25, 1939. Nuremberg document 3358-PS. International Military Tribunal, Trial of the Major War Criminals Before the International Military Tribunal (Nuremberg: 1947-1949), vol. 32, pp. 242-243. Nazi Conspiracy and Aggression (Washington, DC: 1946-1948), vol. 6, pp. 92-93.

29.F. Nicosia, Third Reich (1985), pp. 141-144.; On Hitler’s critical view of Zionism in Mein Kampf, see esp. Vol. 1, Chap. 11. Quoted in: Robert Wistrich, Hitler’s Apocalypse (London: 1985), p. 155.; See also: F. Nicosia, Third Reich (1985), pp. 26-28.; Hitler powiedział swojemu adiutantowi w 1939 i później w 1941 r. , że pytał/prosił Brytyjczyków o pomoc w sprawie transferu wszystkich niemieckich żydów do Palestyny lub Egiptu. Brytyjczycy odrzucili ten projekt, mówił, ponieważ mógł on zakłócić porządek. See: H. v. Kotze, ed., Heeresadjutant bei Hitler (Stuttgart: 1974), pp. 65, 95.

30.F. Nicosia, Third Reich (1985), pp. 156, 160-164, 166-167.; H. H_hne, The Order of the Death’s Head (Ballantine, pb., 1984), pp. 392-394.; Jon and David Kimche, The Secret Roads (London: Secker and Warburg, 1955), pp. 39-43. See also: David Yisraeli, “The Third Reich and Palestine,” Middle Eastern Studies, October 1971, p. 347.; Bernard Wasserstein, Britain and the Jews of Europe, 1939-1945 (1979), pp. 43, 49, 52, 60.; T. Kelly, “Man who fooled Nazis,” Washington Times, April 28, 1987, pp. 1B, 4B. Based on interview with Willy Perl, author of The Holocaust Conspiracy.

31.Y. Arad, et al., eds., Documents On the Holocaust (1981), p. 155. (Szkoleniowy kibuc istniał w Nuendorfie, i być może działał nawet po marcu 1942 r.)

32.On the Agreement in general, see: Werner Feilchenfeld, et al., Haavara-Transfer nach Palaestina (Tübingen: Mohr/Siebeck, 1972).; David Yisraeli, “The Third Reich and the Transfer Agreement,” Journal of Contemporary History (London), No. 2, 1971, pp. 129-148.; “Haavara,” Encyclopaedia Judaica (1971), vol. 7, pp. 1012-1013.; F. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question (Austin: 1985), pp. 44-49.; Raul Hilberg, The Destruction of the European Jews (New York: Holmes and Meier, 1985), pp. 140-141.; The Transfer Agreement, by Edwin Black, is detailed and useful. However, it contains numerous inaccuracies and wildly erroneous conclusions. See, for example, the review by Richard S. Levy in Commentary, Sept. 1984, pp. 68-71.

33.E. Black, The Transfer Agreement (1984), pp. 328, 337.

34.On opposition to the Haavara in official German circles, see: W. Feilchenfeld, et al., Haavara-Transfer nach Palaestina (1972), pp. 31-33.; D. Yisraeli, “The Third Reich,” Journal of Contemporary History, 1971, pp. 136-139.; F. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question, pp. 126-139.; I. Weckert, Feuerzeichen (1981), pp. 226-227.; Rolf Vogel, Ein Stempel hat gefehlt (Munich: Droemer Knaur, 1977), pp. 110 ff.

35.W. Feilchenfeld, et al., Haavara-Transfer (1972), p. 31. Entire text in: David Yisraeli, The Palestine Problem in German Politics 1889-1945 (Israel: 1974), pp. 298-300.

36.Interior Ministry internal memo (signed by State Secretary W. Stuckart), Dec. 17, 1937, in: Helmut Eschwege, ed., Kennzeichen J (Berlin: 1966), pp. 132-136.

37.W. Feilchenfeld, et al, Haavara-Transfer (1972), p. 32.

38.E. Black, Transfer Agreement, pp. 376-377.

39.E. Black, Transfer Agreement (1984), pp. 376, 378.; F. Nicosia, Third Reich (1985), pp. 238-239 (n. 91).

40.E. Black, Transfer Agreement, p. 379.; F. Nicosia, Third Reich, pp. 212, 255 (n. 66).

41.W. Feilchenfeld, et al., Haavara-Transfer, p. 75.; “Haavara,” Encyclopaedia Judaica, (1971), Vol. 7, p. 1013.

42.E. Black, Transfer Agreement, pp. 379, 373, 382.

43.Circular of January 25, 1939. Nuremberg document 3358-PS. International Military Tribunal, Trial of the Major War Criminals Before the International Military Tribunal (Nuremberg: 1947-1949), Vol. 32, pp. 242-243.

44.Werner Feilchenfeld, et al., Haavara-Transfer nach Palaestina (Tübingen: Mohr/Siebeck, 1972). Quoted in: Ingrid Weckert, Feuerzeichen (Tübingen: Grabert, 1981), pp. 222-223.

45.W. Feilchenfeld, et al., Haavara-Transfer nach Palaestina (1972). Quoted in: I. Weckert, Feuerzeichen (1981), p. 224.

46.Original document in German Ausw_rtiges Amt Archiv, Bestand 47-59, E 224152 and E 234155-58. (Photocopy in author’s possession).; Complete original German text published in: David Yisraeli, The Palestine Problem in German Politics 1889-1945 (Israel: 1974), pp. 315-317. See also: Klaus Polkhen, “The Secret Contacts,” Journal of Palestine Studies, Spring-Summer 1976, pp. 78-80.; (At the time this offer was made, Stern’s Lehi group still regarded itself as the true Irgun/NMO.)

47.Arabscy nacjonaliści byli wrogo nastawieni wobec Brytyjczyków, którzy rządzili większą częścią ich świata, włączając Egipt, Irak i Palestynę. Ponieważ Brytyjczycy i Niemcy prowadzili wojnę, Niemcy wspierali arabów. Lider arabskiej Palestyny wielki mufti Jerozolimy, Haj Amin el-Husseini, ściśle współpracował z Niemcami w latach wojny. Po ucieczce z Palestyny, przemawiał do arabów za pośrednictwem niemieckiego radia oraz pomagał zaciągać muzułmańskich rekrutów w Bośni do Waffen SS.

48.Israel Shahak, “Yitzhak Shamir, Then and Now,” Middle East Policy (Washington, DC), Vol. 1, No. 1, (Whole No. 39), 1992, pp. 27-38.; Yehoshafat Harkabi, Israel’s Fateful Hour (New York: Harper and Row, 1988), pp. 213-214. Quoted in: Andrew J. Hurley, Israel and the New World Order (Santa Barbara, Calif.: 1991), pp. 93, 208-209.; Avishai Margalit, “The Violent Life of Yitzhak Shamir,” New York Review of Books, May 14, 1992, pp. 18-24.; Lenni Brenner, Zionism in the Age of the Dictators (1983), pp. 266-269.; L. Brenner, Jews in America Today (1986), pp. 175-177.; L. Brenner, “Yitzhak Shamir: On Hitler’s Side,” Arab Perspectives (League of Arab States), March 1984, pp. 11-13.

49.Avishai Margalit, “The Violent Life of Yitzhak Shamir,” New York Review of Books, May 14, 1992, pp. 18-24.; Lenni Brenner, Zionism in the Age of the Dictators (1983), pp. 266-269.; L. Brenner, Jews in America Today (1986), pp. 175-177.; L. Brenner, “Skeletons in Shamir’s Cupboard,” Middle East International, Sept. 30, 1983, pp. 15-16.; Sol Stern, L. Rapoport, “Israel’s Man of the Shadows,” Village Voice (New York), July 3, 1984, pp. 13 ff.

Za: Ussus (Luty 12, 2012)

http://www.bibula.com/?p=51770


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 09 mar 2012, 09:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Wspomnienia niewygodnego świadka

Książka trudna do kupienia. Warta zachodu z uwagi na kuchnię służb. Komuś obeznanemu bardziej w świecie polityki, historii i spisków większość przytaczanych wydarzeń i opisów nie wyda się niczym nadzwyczajnym. Ci, którzy swój świat redukują do Aborczej i TVNu, uważając jeszcze owe paskudne manipulacyjne przekaziory za źródło obiektywności, raczej się zmęczą. W końcu- prawda boli. Rzecz jasna, do niektórych spraw ukazanych przez P. Sudopłatowa trzeba podchodzić sceptycznie. Z wielu względów, podstawowy to drobiazg, że pan był ostrym czekistą. W żadne nawrócenia nie uwierzę a w kawał draństwa siedzącego w nim, jak najbardziej. Manipulacją są jego spostrzeżenia o ataku Niemiec na Polskę w 1939 i roli w niej Sowietów. Temat zresztą mocno mu nie "leży." Kompletnie niewiarygodne są dla mnie tezy o uciekinierach ze służb.

Niemniej warto się zapoznać, dowiecie się, że Benesz był sowieckim agentem od 1938 (zero zdziwień, prawda?)- s. 113 Wspomnień Sudopłatowa- zobacz też mój wpis: Benesz- wróg Polski (http://blogmedia24.pl/node/52095) lub o snuciu planów przez rząd angielski, a dokładniej przez polityków "monachijskich" o tajnym sojuszu z Hitlerem przeciwko Sowietom (tak samo- jak najbardziej realna możliwość)- s. 106 Wspomnień, albo o sprawie Tuchaczewskiego (zgadzam się, że bajka z przekazaniem dokumentów jest średnio realna)- a sam Tuchaczewski miał ambitne plany. Jedno jest pewne, po lekturze książki sami stwierdzicie, że określenie Sowietów jako "imperium zła" przez najlepszego prezydenta USA w XX wieku jest nad wyraz delikatne...

Aby zachęcić do lektury i snucia dalszych spiskowych wizji alternatywnych (lub nie) niżej kilka fragmentów:

"Pakt Ribbentrop- Mołotow położył kres ukraińskich nacjonalistów, wspieranych w 1938 roku przez Wielką Brytanię i Francję, w sprawie utworzenia niezależnej Republiki Karpacko- Ukraińskiej (warto w tym kontekście poczytać o operacjach polskiego wywiadu- granica polsko- węgierska-> J. Kasparek, Przepust karpacki-Unicorn). Tę inicjatywę storpedował prezydent Benesz, który zgodził się ze Stalinem, że Ukraina Zakarpacka, obejmująca pewne terytorium czechosłowackie, zostanie oddana na czas obowiązywania paktu Związkowi Radzieckiemu."

Za: P. Sudopłatow, A. Sudopłatow, L.P. Schecter, J.L. Schecter, Wspomnienia niewygodnego świadka, Warszawa 1999, s. 115.

Od strony 120 Sudopłatow opisuje "sprawę Sosnowskiego" i księcia J. Radziwiłła (z toku lektury wynika, że Sudopłatow swobodnie podchodzi do dat wydarzeń):

"Zubow zwerbował Sosnowskiego przekonując go, że ani w polskim, ani w niemieckim wywiadzie nie ma dla niego przyszłości i powinien współpracować z wywiadem rosyjskim. W latach trzydziestych Sosnowski jako polski rezydent w Berlinie z sukcesami kierował siatką agentów. Był polskim arystokratą. Do niego należały stadniny koni w Berlinie, a swoich agentów, przeważnie atrakcyjne kobiety, lokował w siedzibach partii nazistowskiej i sekretariacie ministra spraw zagranicznych. Do 1935 roku Gestapo wyłapało większość jego agentów i aresztowało Sosnowskiego pod zarzutem szpiegostwa. Przesłuchującym go na Łubiance powiedział, że w jego obecności agenci zostali ścięci w więzieniu Plotzensee. On zaś został wymieniony za przywódcę niemieckiej mniejszości w Polsce, oskarżonego o szpiegostwo.

Za sprzeniewierzenie funduszy państwowych sąd wojskowy w Warszawie skazał Sosnowskiego w 1937 roku na karę więzienia we wschodniej Polsce. Gdy w 1939 roku nasze wojska zajęły to więzienie, Armia Czerwona przekazała go NKWD.

Od Sosnowskiego dowiedzieliśmy się, że dwóch jego agentów wciąż działa. On też jako pierwszy podsunął nam myśl, że książe Radziwiłł mógł pośredniczyć między polskim kierownictwem i Hermannem Goringiem, zastępcą Hitlera (tutaj wraca jak bumerang teza sowieckiej i później rosyjskiej historiografii jakoby pod koniec II RP prowadzono tajne negocjacje dotyczące ataku na Sowiety. Podobnie jak sprawa bolszewickich jeńców wielokrotnie rozgrywana propagandowo. W całej sprawie jest pewien smaczek, że takie negocjacje faktycznie były prowadzone ale dotyczyły innej kwestii- wymiany "wodza" Hitlera na...Goringa. Sprawa ponoć była mocno zaawansowana i możemy się jedynie domyślać dlaczego Goring nie został kolejnym wodzem III Rzeszy. Prawdopodobnie nie byłoby II wojny światowej. Osobiście uważam, że akurat tutaj Sudopłatow mógłby nam opowiedzieć dużo więcej. Nie zrobił tego, jak myślicie dlaczego? Do kompletu rozważań należałoby dodać kwestię pokoju niemiecko- sowieckiego w 1942 roku oraz planowane zamachy na Hitlera- 1943-Unicorn). Sosnowski zaczął z nami współpracować, kiedy przedstawiliśmy mu dowody, że wszystko o nim wiemy. Ale on też dużo wiedział nie mogliśmy wypuścić go spod kontroli. Dwa z jego źródeł informacji w Niemczech były dla nas użyteczne w 1940 roku i pierwszych dwóch latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej", ibidem, s. 121.

Eksploatowana do znudzenia a i tak skuteczna zasada Operacji Trust:

"Nasz plan przewidywał utworzenie fikcyjnej pronazistowskiej organizacji podziemnej zwanej Tron (Priestoł), która zaoferowałaby naczelnemu dowództwu niemieckiemu wsparcie pod warunkiem, że jej liderom zostałyby przyznane stanowiska w okupacyjnej administracji ziem rosyjskich. Mieliśmy nadzieję wykryć niemieckich agentów i spenetrować ich siatkę w Związku Radzieckim. Przewidywaliśmy utworzenie przez Niemców rządu tymczasowego, gdyby okupowali odpowiednie terytorium", ibidem, s. 157.

http://unicorn.ricoroco.com/nucleo/?itemid=844


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 03 kwi 2012, 20:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Cicha walka

Obrazek
Udział głuchoniemych w konspiracji i powstaniu warszawskim był ewenementem na skalę światową.


Działalność konspiracyjną głuchoniemi zaczęli na długo przed godziną W. Ich podziemną komórkę założył w 1941 roku Wiesław Jabłoński („Łuszczyc”), instruktor wychowania fizycznego warszawskiego Instytutu Głuchoniemych. „Widziałem rozstrzelania. Nie chciałem tego. Dlatego w 1942 roku przyjechałem do instytutu, żeby wstąpić do konspiracji”, wspominał Janusz Bedyński („Sekund”) w zrealizowanym przez Discovery Historia filmie Katarzyny Rimpler „Eksplozja ciszy”, opowiadającym o plutonie głuchoniemych. Oni, podobnie jak wszyscy Polacy, chcieli zwycięstwa nad Niemcami, wyzwolonej Warszawy i wolnej Polski.

MIGANA PRZYSIĘGA

Grupa liczyła około dwudziestu osób i weszła w skład Związku Walki Zbrojnej, a potem stała się częścią zgrupowania Armii Krajowej „Siekiera”. Głuchoniemi po złożeniu przysięgi w języku migowym przechodzili szkolenie wojskowe, w tym także z posługiwania się bronią. Potem rozpoczynali działalność konspiracyjną, głównie jako kurierzy. Kolportowali prasę, dokumenty, ulotki, podziemne pisma, przenosili broń i amunicję.

Po okupowanym mieście łatwiej było im poruszać się niż osobom słyszącym. Nosili bowiem na ramieniu opaskę z napisem „Taubstumm” (głuchoniemy), mieli też dokumenty z niemiecką pieczątką poświadczające niepełnosprawność, dzięki czemu Niemcy ich nie kontrolowali. Okupantowi nie mieściło się po prostu w głowie, że głusi mogą działać w podziemiu. Edward Gora („Mały”, „Cichy”), łącznik organizacji dywersyjnokonspiracyjnej Wachlarz, wspominał w wywiadzie dla Muzeum Powstania Warszawskiego: „Mieliśmy ułatwione zadanie przy transporcie materiałów potrzebnych organizacji. Niemcy na młodych głuchoniemych, którzy chodzili z opaskami, nie zwracali szczególnej uwagi”.

CHRZEST BOJOWY

Dowódcą oddziału głuchoniemych o godzinie W został podporucznik Jabłoński, a jego zastępcą głuchoniemy kapral Kazimierz Włostowski („Igo”). Po jakimś czasie oddział włączono w skład plutonu starszego sierżanta Edmunda Malinowskiego („Mundka”) z kompanii Redy batalionu Miłosz. Odtąd w plutonie liczącym około 50 żołnierzy służyli zarówno słyszący, jak i głusi, których było w różnym okresie od 26 do 33, w tym trzy kobiety. Budowali barykady i przejścia w piwnicach. W „Eksplozji ciszy” łącznik plutonu Karol Stefaniak („Kajtek”) opowiadał: „Pomagałem kuć ściany, zbierałem gruz, sprzątałem, gdy robiliśmy przejścia w piwnicach”. Głuchoniemi brali też udział w gaszeniu pożarów i odgruzowywaniu. Słyszący wspominali, że często tam, gdzie oni nie chcieli pójść, bo bali się, że gruz zwali im się na głowę, głusi szli na ochotnika. Opiekowali się też rannymi,

zaopatrywali powstańców w żywność i wodę, przygotowywali jedzenie. W ten właśnie sposób pomagała Jadwiga Stec-Smoczkiewicz („Jaskółka”). Gotowała dla powstańców w instytucie, potem była też sanitariuszką i łączniczką.

Chrzest bojowy przeszli na początku sierpnia. „W nocy z 6 na 7 sierpnia wziąłem udział w pierwszym starciu przy zajmowaniu gimnazjum imienia Królowej Jadwigi”, pisze w swoich wspomnieniach dla Instytutu Głuchoniemych Jerzy Obrycki („Bim”). Powstańcom udało się zdobyć budynek szkoły – ważny strategicznie punkt. Miesiąc później z pomocą głuchych odbito z rąk okupanta znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie Instytutu Głuchoniemych gmach YMCA (Stowarzyszenie Męskiej Młodzieży Chrześcijańskiej).

W niektórych opracowaniach można znaleźć informację, że głuchoniemi byli kierowani w powstaniu tylko do prac pomocniczych, a nie bojowych, i w ogóle nie dostawali broni do ręki. Tymczasem prawda jest taka, że część z nich u boku słyszących żołnierzy wzięła udział w akcjach zbrojnych, jak choćby Janusz Bedyński, który uczestniczył między innymi w walkach o gmach YMCA oraz w obronie placu Trzech Krzyży. Pełnili też służbę wartowniczą.

SZÓSTY ZMYSŁ

Zawsze niezbędne było oczywiście towarzystwo słyszących. „Chodziliśmy razem ze słyszącymi. Musiał być ktoś z nami, kto zwróciłby uwagę na nadlatujące bomby czy konieczność zachowania ciszy”, opowiada w filmie Jadwiga Stec-Smoczkiewicz. Na początku trudno było im się między sobą porozumiewać, ale po kilku dniach słyszący nauczyli się trochę migać, opracowano język gestów oraz mimikę i, jak twierdzą obie strony, nie było kłopotów z tym, żeby się dogadać.

Dla głuchych to, że nie słyszeli, okazało się w czasie walk pewną zaletą. Nie byli wrażliwi na odgłosy, które wprawiały w przerażenie słyszących. Nie ogłuszały ich i nie dezorientowały wybuchy pocisków artyleryjskich czy świst kul. Jak podsumował to Edward Gora, głusi nie słyszą, więc się nie boją. Poza tym osoby niesłyszące mają wyostrzony wzrok i orientację oraz jakiś dodatkowy, szósty zmysł. Powstańcy opowiadali, że w trakcie jednego z nalotów żołnierze słyszący uciekali w jedną stronę, a głusi, bez wyraźnego powodu biegli w przeciwnym kierunku. I tylko oni przeżyli bombardowanie.

Wszyscy głuchoniemi członkowie plutonu szczęśliwie dotrwali do końca powstania. Po kapitulacji większość z nich wyszła z Warszawy z ludnością cywilną, do niewoli niemieckiej trafiło dziewięciu. Znaleźli się w obozie jenieckim w Sandbostel. Jak wspominał Jerzy Obrycki, wszyscy zmuszeni zostali do pracy w fabryce i innych zakładach przemysłu kolejowego. Tam, w czasie jednego z apeli, pilnujący ich oficer zorientował się, że kilku jeńców nie słyszy i nie mówi. Nie mógł uwierzyć, że w powstaniu warszawskim walczył z głuchoniemymi żołnierzami. Obóz w Sandbostel został wyzwolony w kwietniu 1945 roku i głuchoniemi zaczęli wracać do Polski.

Jerzego Obryckiego jeszcze przed wyzwoleniem ewakuowano do Husum. Potem leżał w niemieckim szpitalu wojskowym po przebytej kontuzji głowy. Dopiero po uwolnieniu szpitala przez Anglików wrócił w 1946 roku do kraju. Janusz Bedyński po upadku powstania został wywieziony do obozu przejściowego dla ludności cywilnej w Pruszkowie, skąd udało mu się uciec, a Edwarda Gorę w połowie sierpnia złapali Niemcy. Na szczęście zbiegł z transportu i uniknął obozu koncentracyjnego.

W 63. rocznicę wybuchu powstania żyjących głuchoniemych członków plutonu odznaczył prezydent Lech Kaczyński. Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski otrzymał Janusz Bedyński, a Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski zostali uhonorowani Edward Gora, Jan Goruch, Jadwiga Stec-Smoczkiewicz oraz Karol Stefaniak.

Głośniej od bomb

Niesłyszącym powstańcom poświęcił piosenkę raper Karol „Pjus” Nowakowski.

Muzyk sam stracił słuch w wyniku choroby genetycznej. Dziś słyszy tylko dzięki wszczepionym implantom podłączonym bezpośrednio do mózgu. Jest jedyną osobą na świecie ze sztucznym słuchem. Raper w swoim pierwszym solowym albumie „Life After Deaf” umieścił piosenkę „Głośniej od bomb” poświęconą głuchoniemym żołnierzom. Utwór oddaje emocje towarzyszące zdobywaniu gimnazjum imienia królowej Jadwigi i budynku YMCA. Muzyk powtarza w refrenie: „Nie musisz słyszeć, by walczyć z wrogiem, nie musisz słyszeć, by walczyć o swój dom”. „Historia plutonu głuchoniemych jest dokładnie tym, czego choć cząstkę chciałbym przekazać swoim życiem i czynami – walcz, nawet jeśli taka walka wydaje się niemożliwa”, stwierdził w jednym z wywiadów.

Fot.: NAC

Anna Dąbrowska

http://polska-zbrojna.pl/index.php?opti ... Itemid=191


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 20 cze 2012, 17:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
„Spór o II Wojnę Światową” prof. Andrzej Nowak

Cykl: „Pejzaże polskiej pamięci” –

Temat II wojny światowej jest tematem szczególnie ważnym w naszej pamięci, w naszej historii, dlatego że jest tematem, który ogarnia jeszcze nasza pamięć żywa, pamięć tych, którzy żyją, którzy przeżyli wojnę i tych, którzy opowiadają, przekazują tę pamięć swoim bezpośrednim słuchaczom. I wojna światowa wypadła już z tego kręgu. Praktycznie rzecz biorąc wypada już w tej chwili także okres II Rzeczypospolitej. Tylko wspomnienia już bardzo nielicznych sięgają wczesnych lat dziecinnych, gdy idzie o II Rzeczpospolitą. II wojna światowa jest wciąż wspomnieniem żywym i szczególnie dramatycznym dla tysięcy, milionów nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach Europy.
Nawiązując do tematu całego cyklu wykładów, w którym pojawia się zagadnienie pamięci i zderzając kwestię pamięci z kwestią wojny, wracamy do pytania, do sporu właśnie o to, czy możemy mówić o wojnie sprawiedliwej. To jest istota sporu o II wojnę światową w naszej polskiej pamięci. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z pamięcią, w której uznajemy za oczywiste, że polski udział w tej wojnie był wyrazem spełniającym wszystkie warunki tego, co św. Tomasz z Akwinu nazywał „wojną sprawiedliwą” w swojej „Sumie Teologicznej”. Potem rozwijając to i pogłębiając, uczynił Stanisław ze Skarbimierza i jego uczeń Paweł Włodkowic na soborze w Konstancji w 1417 roku, kiedy rozważał warunki wojny sprawiedliwej. To właśnie stawienie czoła dwóm totalitarnym systemom, które zaatakowały Polskę we wrześniu 1939 roku, w oczywisty sposób spełniało, z Polskiej strony, warunki wojny sprawiedliwej. Użyłem słowa „oczywiste”, bo rzeczywiście przez lata, przez dziesięciolecia, nawet w okresie PRL-u nie kwestionowano tej fundamentalnej intuicji, tej oczywistości. Zrzucano odpowiedzialność polityczną za klęskę w kampanii wrześniowej na władze przedwrześniowej Polski II Rzeczypospolitej, na całą II Rzeczpospolitą. Zrzucano odpowiedzialność na generałów, na dowódców Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Zrzucano oczywiście często odpowiedzialność na dowódców armii podziemnej - Armii Krajowej, w szczególności za Powstanie Warszawskie i jego krwawy przebieg. Ale nawet w okresie PRL nie kwestionowano samego faktu, że ten wysiłek walki przeciwko okupantowi hitlerowskiemu w latach 1939-1945- to bohaterstwo i ta ofiara- są bezdyskusyjne. Bohaterstwo i ofiara setek tysięcy Polaków.

W ostatnich 22 latach obserwujemy zupełnie nowy etap sporu o II wojnę światową, sporu o tę pamięć, w której kwestia sprawiedliwości polskiego oporu zaczyna być kwestionowana. A może to było niepotrzebne? A może to było głupie? A może wcale polski opór nie był sprawiedliwy? Te pytania, które jeszcze nie tylko dwadzieścia parę lat temu, ale może nawet kilkanaście lat temu, brzmiałyby w oczywisty sposób bluźnierczo, nie byłyby możliwe do wydrukowania w wielkonakładowych gazetach polskich, jako główne przesłanie rocznic wojny, stają

się w ostatnich latach coraz głośniej, coraz częściej powtarzanymi pytaniami w odniesieniu do sensu polskiego udziału, udziału Polaków w II wojnie światowej. Oczywiście można szukać antecedencji takich zapowiedzi we wcześniejszych kilkudziesięciu latach, w okresie PRL-u, takiego nihilistycznego stanowiska w odniesieniu do tego szczególnie ważnego, szczególnie bolesnego, tragicznego doświadczenia milionów Polaków. Mogę tutaj króciutko spróbować Państwu przypomnieć najważniejsze etapy tego szybko budowanego frontu walki o pamięć o II wojnie światowej.

Zaraz po wojnie, kiedy pojawiły się plakaty obrazujące zaplutego karła reakcji, czyli żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego - Armii Krajowej, rozpoczęła się bezpardonowa walka z etosem AK, z etosem, który na płaszczyźnie literackiej nazwano „etosem konradowskim”- etosem wierności i honoru. Wyszydzano zatem nie tylko samą działalność kilkuset tysięcy ludzi zaangażowanych w partyzantce niepodległościowej, w Armii Krajowej i innych formacjach niepodległościowych, ale wyszydzano samą postawę honoru i wierności

imponderabiliom.

Po jednej stronie w tym sporze stała- przypomnę- m.in. Maria

Dąbrowska, która, choć służyła na dworze Bolesława Bieruta, to w tej sprawie broniła honoru, broniła dziedzictwa żołnierzy Armii Krajowej, broniła bliskiego jej dziedzictwa konradowskiego. Po drugiej stronie stał profesor Kot. Stał także, o czym czasem zapominamy, Czesław Miłosz, który wtedy, w swoich artykułach publikowanych na łamach Dziennika Polskiego ukazującego się od lutego 1945 r. w Krakowie, wyszydzał właśnie tych siedzących już po więzieniach żołnierzy Armii Krajowej, mówiąc, że okazali się… głupcami. Po prostu z tego szydził, że są głupi, bo „nie zrozumieli wyroków historii”. Wyroków historii, które przybrały postać czołgów z czerwoną gwiazdą wymalowaną na ich pancerzach. Nie wchodzę tu absolutnie w spór o wartość spuścizny Czesława Miłosza, która jest złożona, arcybogata i wnosi bardzo wiele wspaniałych elementów do kultury polskiej, ale w tej kwestii Czesław Miłosz stał na pewno po złej, bardzo złej stronie. Przypominam

te początki już z 1945 r., by ukazać ciągłość pewnych wątków, które odrodziły się z taką siłą w ostatnich dwudziestu paru, ostatnich kilkunastu, w ostatnich kilku latach.

Inny z tych wątków ukazuje publikacja (także z lat 40-tych) Aleksandra Bocheńskiego, zatytułowana z „Dziejów głupoty w Polsce”. Ważny pamflet na całą historię czy dużą część historii politycznej Polski, której głównym układem odniesienia była jednak II wojna światowa. Głupota, która dała znać o sobie-zdaniem Bocheńskiego- w samym fakcie zaangażowania się w tę wojnę u boku tak marnych sojuszników jak Zachodnia Europa. Nie dopowiadał tego wprost Bocheński, ale lekcja była w oczywisty sposób dopowiadająca się: trzeba było oprzeć się na Związku Sowieckim, bo to jedyna realna siła w naszym sąsiedztwie. Ten argument

był ważnym argumentem. Znów przytaczam te wszystkie kolejne argumenty nie po to, żeby je z kolei wyszydzić, ale żeby wskazać ich niemałą siłę perswazyjną. Ile setek tysięcy Polaków czuło się oszukanych we wrześniu 1939 r., potem wiosną 1940 r., w czasie oczekiwań na to, że „im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej…” ( oczywiście Sikorski z armią francuską na czele)? Potem oczywiście czuliśmy się (a raczej nasi przodkowie- żołnierze, którzy wtedy walczyli na froncie podziemnym) tutaj oszukani brakiem wsparcia dla Powstania Warszawskiego. No i przede wszystkim - decyzjami politycznymi, podjętymi najpierw na konferencji w Quebecu, konferencji wojskowej w sierpniu 1943 r., kiedy praktycznie rzecz biorąc sztabowcy amerykańscy i brytyjscy podjęli tę decyzję(potem przypieczętowaną politycznie) o tym, że Europa Wschodnia zostanie oddana Armii Czerwonej, a w ślad za tym oczywiście kraje wszystkie na tym obszarze leżące znajdą się pod wpływem sowieckiego systemu politycznego. To oczywiście potwierdził kilka miesięcy później Teheran i ponad rok później, na początku 1945 – Jałta. A więc powodów do rozczarowania tej -można powiedzieć- żyznej gleby, na której mogło rozkwitnąć to

poczucie frustracji i w związku z tym - zwątpienia w sens polskiej niepodległości, w sens polskiej obecności w Europie. Skoro Zachód nas zdradza, no to może oddajmy się silniejszym, którzy są koło nas – Rosji. To był rzeczywiście trudny moment. Na tej propagandzie, na tym elemencie propagandowym, Polska nigdy nie uzyska pomocy z Zachodu, a zatem powinna pogodzić się z tą potężną, dającą gwarancję jej istnienia, sąsiadką ze Wschodu - z Moskwą, choć ta zabiera jej przy okazji niepodległość. Ta lekcja mądrości politycznej, jakiej udzielał Aleksander Bocheński, w oczywisty sposób dotyczyła całej II wojny światowej. Więc to wszystko było bez sensu, te miliony ofiar?! Wkrótce przyszły kolejne wątki, kolejne motywy, wplatające się w tę wielobarwną tkaninę plakatu propagandowego, szydzącego z polskiego wysiłku, polskiego bohaterstwa i polskiej ofiary w II wojnie światowej.

Już po okresie stalinowskim, w 1956-57 r., to jest przecież początek polskiej szkoły filmowej. To jest film „Kanał”, który pokazuje bezsens Powstania Warszawskiego, choć bardzo piękny w sensie czysto filmowym. Przekaz tego obrazu jest jednoznaczny – powstanie, opór, honor - jest bez sensu! Na końcu jest ta krata. To jest także seria szydzących- znów z doświadczenia II wojny światowej- i filmów, i widowisk. Już otwarcie szydercza wobec całej kampanii wrześniowej „Lotna”

Andrzeja Wajdy, gdzie jest utrwalony ten fałszywy mit polskiej szarży z lancami na czołgi, jako wyrazu tej właśnie polskiej głupoty. Głupoty polskiego udziału w II wojnie światowej. Seria sztuk- jednoaktówek Sławomira Mrożka, które choć nie mówią bezpośrednio o II wojnie światowej, szydzą z tego, co nazywa się bohaterszczyzną i martyrologią: „Indyk” i „Śmierć Porucznika”. To jest cała fala końca lat 50-tych i początku 60-tych. Po prostu głupi był ten udział w wojnie… Ale oczywiście obok tego idzie cały potężny nurt reinterpretacji pozytywnej, choć fałszywej, II wojny światowej. Bohaterstwo - tak, ale bohaterstwo oczywiście u boku,

jeszcze bardziej bohaterskiej i torującej nam drogę w przyszłość, Armii Czerwonej. Powstały wtedy także dzieła kultury masowej, których próżno by szukać z takim wydźwiękiem współcześnie. Próżno by niestety ich szukać nawet na tym rynku, na którym zdaje się moglibyśmy doszukać się dziś niemal wszystkiego. Gdzie znajdziemy (szukam od lat dla swoich dzieci) film „Westerplatte” Stanisława Różewicza -jeden z najpiękniejszych filmów polskich o wojnie? Film pokazujący bohaterstwo żołnierzy, bohaterstwo tej placówki, symbolizujące bohaterstwo polskie

w II wojnie światowej i bohaterstwo w ogóle. Nie ma. Nigdzie państwo tego nie znajdziecie; ja w każdym bądź razie od lat nie mogę tego filmu znaleźć. Natomiast wiemy, że nie zostały porzucone prace nad alternatywną wizją Westerplatte, tą, w której się bezcześci wysiłek tych żołnierzy. Notabene, jak państwo może niedawno czytaliście, ostatni żyjący obrońca Westerplatte, sierżant Skowron, nie może doczekać się na zgodę władz miasta Gdańska na otwarcie muzeum poświęconego

tej obronie. Pan Paweł Adamowicz ma inne zadanie, ma za zadanie wspierać muzeum II wojny światowej, którego otwarcie odwleka się nieco… Przypomnę – jest to sztandarowy projekt polityki historycznej Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. II wojna światową według scenariusza tej wystawy, według kolejnych publikacji już przygotowanych przez zespół muzeum, na czele z profesorem Machcewiczem, ma przedstawić polski wysiłek w II wojnie światowej w taki sposób by „rozpuścić”, zrelatywizować go w historii II wojny światowej, ukazać w gruncie rzeczy jego małość w ogromie tego wydarzenia. Są dziesiątki sposobów na usprawiedliwianie tego rodzaju perspektywy, np., że „ tylko tak zainteresujemy obcych, innych” - tych, którzy odwiedzą Gdańsk, by zobaczyć gdzie się zaczęła wojna. I na dziesiątki sposobów ta perspektywa była podważana. Ja pozwolę sobie przytoczyć najprostszy argument. Ci, którzy chcą zobaczyć z takiej ogólnej perspektywy początek wojny, mogą to zobaczyć w Imperial War Museum na południu Londynu czy w muzeum wojennym we Francji, czy w jakimkolwiek innym muzeum. Tam wszędzie jest z innej perspektywy pokazany początek II wojny światowej. Dlaczego w Polsce nie może być pokazany z polskiej perspektywy? Oczywiście to ma być odpowiedź na muzeum Powstania Warszawskiego, zbyt polsko – centrycznego, zdaniem tej właśnie wersji polityki historycznej. I tak możemy dojść aż do czasów współczesnych. By nie rozwodzić się już nad kolejnymi wcieleniami tej edukacji historycznej podam państwu dwa przykłady świeże, aktualne- skuteczności tej polityki historycznej relatywizującej i odmawiającej sensu w istocie polskiemu wysiłkowi, polskiej ofierze i polskiemu bohaterstwu w czasie II wojny światowej. Niedawno krótko recenzowałem cztery, z większej grupy podręczników, które wchodzą po reformie pani Minister Hall do I klasy liceum, czyli do tej ostatnie klasy, w której naucza się historii polskich

uczniów. Klasy, której najdojrzalej miano uczyć historii najnowszej. Obraz II wojny światowej w większości tych podręczników (nie miałem w rękach tego –podobno najgorszego -podręcznika firmy Stentor opisywanego przez innych autorów, więc na ten temat się nie wypowiem), który wyłania się (zwłaszcza z podręcznika firmy Operon, firmy bardzo wpływowej, bardzo głęboko obecnej na rynku książki szkolnej, dominującej w bardzo wielu polskich szkołach), sprowadza się do tej perspektywy zupełnego bezsensu polskiego udziału w II wojnie światowej. Mogę dać dwa przykłady.

Jeden, to odnośniki, mające poszerzyć wiedzę o Powstaniu Warszawskim, gdzie przytoczone są wyłącznie argumenty przeciwko powstaniu: powstanie było oczywiście bezsensowne, złe, krwawe i nie miało żadnych pozytywnych racji za sobą. Ciekawszy jest ten zestaw odnośników kulturowo- literackich do, którego odsyłają autorzy podręcznika. To jest film „Kanał”, „Kolumbowie” Bratnego i film „Zakazane Piosenki”. Wszystkie trzy utwory, niezależnie od tego jak ocenimy ich wartość artystyczną, są wytworami PRL-owskiej propagandy. W najmniejszym stopniu nie oddające sprawiedliwości, nie mogące (nie aspirujące chyba nawet do tego) oddać sprawiedliwość temu, co działo się przez 63 dni w walczącej Warszawie.

W szczególności wyjątkowo brutalną i prymitywną wersję propagandy reprezentuje tutaj powieść Romana Bratnego. Ale to tylko jeden przykład. Drugi przykład, jeszcze bardziej uderzający, zwłaszcza, że na wstępie wykładu dostałem od pani doktor Zielińskiej bardzo ciekawy materiał, który potwierdza jakby tę samą orientację naszego podręcznika i wydawnictwa Znak. Otóż w podręczniku szkolnym wydawnictwa Operon działania Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie symbolizuje krótka wzmianka o Monte Cassino, jednozdaniowa, dwa zdania są rozwinięte w

podpisie przy zdjęciu ruin Monte Cassino. Z tego podpisu wynika tylko tyle, że klasztor atakowano bez sensu, niepotrzebnie, bo Niemcy się już stamtąd wycofali, a po drugie - jedynym skutkiem zdobycia klasztoru było zniszczenie tego zabytku, tej perły architektury i kultury europejskiej. Tak jest napisane. To co otrzymałem przed naszym spotkaniem, to fragment wspomnień Georga Ratzingera, brata naszego Papieża, który walczył w kampanii włoskiej (oczywiście jako niemiecki żołnierz). Fragment, który opisuje bitwę o Monte Cassino brzmi tak jak w polskim podręczniku, choć trochę lepiej - mimo wszystko uczciwiej, ponieważ zniszczenie klasztoru przypisuje (i słusznie) lotnictwu alianckiemu, bo to lotnictwo alianckie

zrównało rzeczywiście klasztor z ziemią. Natomiast to, w czym zgadza się ten fragment przepuszczony bez żadnego komentarza przez polskich wydawców, przez wydawnictwo Znak, z podręcznikiem, o którym wspomniałem, to stwierdzenie, że alianci fałszywie przypuszczali, że w murach klasztoru wojska niemieckie urządziły stanowiska obronne. Była to, jak się później okazało, tragiczna w skutkach pomyłka, nie było żadnych Niemców w klasztorze. Przypomina mi to właśnie- ze wspomnień

Karpatczyków walczących pod Monte Cassino - te nawoływania dochodzące z szeregów niemieckich, które jednak tam były. To było radio Wanda, propagandowe radio niemieckie, nadające w języku polskim przez megafon tak, żeby odbierali je polscy żołnierze. Głównym hasłem, które nadawały te propagandowe szczekaczki niemieckie do polskich żołnierzy, było takie, by trafić najlepiej w mentalność uformowaną przez tę propagandę, o której mówią dzisiaj: nie bądź głupi, nie daj się zabić! To jest najważniejszy przekaz, który trafia do milionów dzisiejszych dzieci, młodzieży, ludzi w średnim wieku. Najważniejsze jest „nie być głupim”, „nie dać się zabić”. Jeśli przyjąć ten punkt widzenia, to oczywiście 1 września sama decyzja, by stawić opór Hitlerowi, była największą głupotą. No bo stąd wyniknęły wszystkie następne nieszczęścia, tyle śmierci?

Otóż całe to wskazane w kilku przykładach rozumowanie zyskuje jeszcze jeden ważny wymiar, kiedy połączymy to zjawisko z przywracaniem pamięci, a później ze swego rodzaju inflacją pamięci o holocauście, o zbrodni na narodzie żydowskim. Symbolem, w którym pamięć ta zaczęła w otwarty sposób niszczyć polską pamięć, symbolem najbardziej wymownym, stało się wypromowanie Jedwabnego, jako najważniejszego wydarzenia, miejsca pamięci dla całej polskiej historii w okresie II wojny światowej. Te ponad dwa tysiące artykułów i notek, które ukazały się w ciągu 2 lat na łamach Gazety Wyborczej (oznacza to, że w przeciętnym numerze Gazety Wyborczej w ciągu 2 lat tej kampanii, na progu minionej dekady, ukazywało się 5 do 6 wzmianek na temat Jedwabnego) były po to, żeby wbić do głowy, że to jest najważniejsze! Jedwabne, nie Westerplatte! Wtedy akurat tak się złożyło, że odpowiadając na tę kampanie na łamach „Rzeczpospolitej” napisałem taki tekst pod tytułem „Westerplatte nie Jedwabne”. I w tym tekście -przepraszam że o nim mówię- wykładam w istocie sedno mojego poglądu na pamięć polskiej historii, historii II wojny w szczególności. Otóż nie da się budować wspólnoty trwania, nie da się tej wspólnoty wspierać, jeśli opieramy pedagogikę tej wspólnoty wyłącznie na wstydzie, a bilans II wojny światowej nie może być - zgodnie z sumieniem historyka - uznany za zawstydzający dla Polaków. Jest inaczej. Ten bilans jest wyjątkowo silnie wzmagający poczucie dumy narodowej. I nie da się tego zmienić inaczej, jak fałszując historię. To nie znaczy absolutnie, że nie było Jedwabnego, że nie było rozlicznych indywidualnych powodów do wstydu w ciągu tego czasu „drugiej apokalipsy”, kiedy ludzie w nieludzkich warunkach postępowali nieludzko: Polacy, Niemcy, Żydzi. Ale pedagogika, którą otwarcie z taką siłą zaczęto nam wtłaczać do głowy w ostatnich kilkunastu latach sprowadzała się do podziału narodowościowego, a nawet rasowego: polska historia zasługuje na krytykę a Polacy na zawstydzenie. Historia Żydów w II wojnie światowej zasługuje tylko na monument, na pomnik. Używam tutaj sformułowań, które pochodzą z rozróżnienia trzech typów historii, czy uprawiania historii, rozróżnienia, jakiego dokonał Fryderyk Nietzsche w latach 70-tych XIX wieku, mówiąc, że historię uprawia się na sposób monumentalny, krytyczny albo antykwaryczny. Tu mamy do czynienia właśnie z

takim antagonizmem, przeciwstawieniem historii krytycznej i monumentalnej. Monumentalna to ta, w której stawiamy pomniki bohaterom, w której uznajemy wielkość tych, którzy przed nami byli i są dla nas przykładem czegoś wzniosłego, wspaniałego. Historia krytyczna to jest ta, w której odsłaniamy kolejne warstwy kłamstwa i odsłaniamy powody do zawstydzenia przeszłością. Postępujemy jak oficer śledczy, który stopniowo dociera do sedna zbrodni. To nas interesuje. Historia antykwaryczna to oczywiście ta wersja, w której interesujemy się przeszłością dla niej samej; po prostu dlatego, że jest ciekawa. Ani jej nie stawiamy na pomniku, ani też nie zajmujemy się demaskowaniem jej kłamstw. Otóż w tym, co obserwujemy w ostatnich latach, mamy bardzo wyraźną tendencję do przypisania polskiej historii w II wojnie światowej wyłącznie prawa do historii krytycznej, to znaczy takiej, w której odsłaniane są nasze kolejne kłamstwa dotyczące bohaterstwa polskiego, dotyczące polskich ofiar, ich ilości. To są tylko kolejne kłamstwa do wykrycia. Historia Żydów natomiast- bezdyskusyjnie największej ofiary w II wojnie światowej, zasługującej na największe współczucie i szacunek- jest przedstawiana wyłącznie jako historia monumentalna. To z kolei także nie jest prawdą, bo i historia Polski, i Polaków zasługuje i na pomnik, i na krytykę w II wojnie światowej. Tak samo historia Żydów, także polskich Żydów w tym okresie zasługuje i na pomnik dla milionów ofiar, i na krytykę dla tych, którzy byli oprawcami. W gettach- policja żydowska, współpracownicy sowieckiej policji politycznej - na ziemiach wschodnich Rzeczpospolitej. Historia jest skomplikowana, ale jeśli sporządzamy próbę jej bilansu, porównując postawę poszczególnych społeczeństw i narodów w okresie II wojny światowej, w okresie tak dramatycznej i tragicznej próby, z jakim nic, co wydarzyło się później nie da się porównać, to bądźmy sprawiedliwi.

Właśnie z takiego bilansu wyrasta poczucie dumy polskiej wspólnoty narodowej i walka z tym poczuciem dumy jest zjawiskiem budzącym refleksję, budzącym zastanowienie o jej przyczyny, o jej powody i budzącym opór. Przykład ostatni, jakiego chciałem użyć, to przykład mojego doświadczenia z otwartego niedawno, półtora roku temu, bardzo nowoczesnego muzeum (Kraków też chce być nowoczesny, zazdrości Warszawie)- Muzeum Oskara Schindlera na krakowskim Zabłociu, tam, gdzie mieściła się Fabryka Emalii Oskara Schindlera. Formalnie jest to oddział Krakowskiego Muzeum Historycznego poświęcony historii Krakowa pod okupacją – „Kraków Pod Okupacją Hitlerowską”. To rzeczywiście niezwykle nowoczesne muzeum, pod względem swojej nowoczesności podobne do Muzeum Powstania Warszawskiego. Stało się ogromnym sukcesem, ale nie wśród polskich zwiedzających. Praktycznie rzecz biorąc każda z wycieczek, która odwiedza Auschwitz, odwiedza także Muzeum Schindlera. Nie odwiedza Wawelu, nie odwiedza Rynku, ale odwiedza obowiązkowo Muzeum Schindlera i Auschwitz. To wiem ze statystyk, bo miałem okazję rozmawiać z przedstawicielami muzeum. Ponad 80% zwiedzających stanowią cudzoziemcy. Jaki w takim razie wniosek można wysnuć dla (zakładając, że tak będzie i tak się rzeczywiście stało) scenarzystów takiej wystawy? Mnie wydawało się, że to doskonała okazja, żeby pokazać Kraków pod okupacją i, w związku z tym szczególnym miejscem, los Żydów pod okupacją. I zastanowić się nad pewnymi stereotypami, na które wystawieni są w większości, w krajach, z których przybywają, zwiedzający.

Przykładem najbardziej nośnego stereotypu, pod tym względem, jest najbardziej znany komiks na świecie „Maus” Arta Spiegelmana. Komiks poświęcony II wojnie światowej, głównie zbrodni na Żydach, w którym Niemcy występują pod postacią kotów, Żydzi występują pod postacią myszy, a Polacy pod postacią świń. I to jest najpopularniejsze źródło wiedzy o holocauście dla milionów dzieci amerykańskich, no bo nawet filmów nie oglądają, ale komiks zobaczą. Skoro więc jest taki fakt, do którego dołączyć można setki filmów powielających tego rodzaju stereotyp, w którym to jeszcze bardziej obrzydliwą od Niemców( bo taką mniej godną rolę jakichś takich podłych pomocników tych - przynajmniej eleganckich Niemców w wysokich butach z cholewami, w ładnych mundurach) te brudne polskie świnie odgrywają. Otóż można próbować nawiązać do tego stereotypu, nie poświęcać wyłącznie polemice z takimi stereotypami całej wystawy, ale mieć tego rodzaju stereotyp potencjalnych odwiedzających w głowie, gdy chce się im przekazać prawdę, jakiś element doświadczenia okupacji II wojny światowej na polskich ziemiach. I rzeczywiście pierwsza część wystawy pokazuje bardzo interesująco życie Żydów i Polaków w przedwojennym Krakowie, życie niewolne od napięć oczywiście, ale życie, w którym przemoc i agresja wzajemna na pewno nie dominowały. Problem zaczyna się potem z proporcjami; potem, czyli od września 1939. Właśnie w okresie II wojny światowej ta wystawa ma już charakter radykalny, radykalnie dwoisty, przeciwstawny. Wobec Polaków - historia krytyczna, wobec Żydów - historia monumentalna. Oczywiście los społeczności żydowskiej Krakowa był inny niż los społeczności polskiej Krakowa. Żydzi praktycznie wszyscy zostali zamordowani, a zatem zróżnicowanie tego losu w obrazie wystawy, jest jak

najbardziej usprawiedliwione, ale nie do takiego stopnia, kiedy główny

,najważniejszy fragment tej wystawy, przedstawia doświadczenie polskie w okresie okupacji, jako doświadczenie wyzwolenia społecznego kobiet. Eleganckie panie przechadzają się po rynku krakowskim. Polki, korzystające z tego, że mężowie są zajęci jakimiś innymi sprawami. Może siedzą gdzieś w więzieniu? Może niemieckim? Nie ma ich. Więc emancypacja kobiet nastąpiła w czasie II wojny światowej. Bardzo pozytywne zjawisko. Zjawisko polskich kobiet oczywiście. To są właśnie te eleganckie panie przechadzające się po rynku. To jest największy obiekt, największy fizycznie obiekt, taka makieta przezroczysta, zajmująca środek centralnej

sali. Gdzieś tam ,w tle, zawodzenie, jakaś pieśń religijna, maleńki kącik, w którym wspomniane jest istnienie Kościoła w czasie II wojny i jego rola. A koniec wystawy, to oczywiście przede wszystkim martyrologia Żydów(słusznie) i życie codzienne Polaków- kąpiele, sport, handel, fryzjer, kino. I na końcu ostatnie dwa egzemplarze przedstawione na tej wystawie- można powiedzieć: księga zła i dobra. Jest księga, w której wspomniani są sprawiedliwi wśród narodów -to jest przedostatni obiekt. Ostatnim obiektem, po którym wychodzi się z muzeum, jest księga szmalcowników. To jest ostatni obraz, z którym wychodzi zwiedzający; poznaje powody, dla których Polacy byli świniami po prostu. Bo to sprowadza się do potwierdzenia tego stereotypu. Efekt tego doświadczenia, tego muzeum, bardzo ciekawego, bardzo nowocześnie zrobionego-jeszcze raz to podkreślę- dla mnie subiektywnie był jednoznaczny, utwierdzający ten stereotyp: tu myszy prześladowane, ścigane na każdym kroku, a tu- świnie korzystające z uroków swojego koryta, może trochę brudniejszego niż to niemieckie, czyste życie, które obok się toczyło. Także pokazane jest życie niemieckie w Krakowie okupowanym. Świnie, które zachowują się także jak świnie, te stereotypowe oczywiście, podłe. Ten obraz być może nie narzuciłby mi się z taką siłą, gdyby nie otaczająca rzeczywistość, gdyby właśnie nie te podręczniki, gdyby nie kampania w sprawie Jedwabnego, gdyby nie potrzeba tłumaczenia się za każdym razem, kiedy przypominamy polskie ofiary, polskie bohaterstwo w czasie II wojny światowej, że jest jakieś miejsce na to, co szyderczo nazywa się „polską martyrologią”. To słowo stało się słowem tabu. No jeśli ktoś spróbuje opowiedzieć o polskiej martyrologii, to jest wyszydzany już na wstępie: „jak to, znowu martyrologia? Przecież to jest coś najbardziej kompromitującego!”. No ale jak mówić o II wojnie światowej bez martyrologii polskiej? Przykład daje jeden ze wspomnianych przeze mnie nowych podręczników. Analizuje on pod koniec omawiania II wojny światowej liczbę ofiar i szacuje, że w II wojnie zginęło 1,5 do 2 mln Polaków. Jest to oczywiście zupełnie nowe odkrycie, ale pokazujące pewnego rodzaju tendencję. Wiadomo, że dla celów propagandowych, w sposób nie zweryfikowany, trudny zresztą do zweryfikowania, ustalono po II wojnie światowej liczbę ofiar obywateli polskich na 6 mln 28 tys. Szacunkowo potem przyjęto, że

około połowa z tego byli to obywatele polscy pochodzenia żydowskiego. A zatem zostawało mniej więcej 3 mln na obywateli polskich, pochodzenia polskiego. Ta liczba jest teraz w żmudny sposób weryfikowana przez zespół historyków pod przewodnictwem prof. Tomasza Szaroty. Bardzo daleko jeszcze do ustalenia ostatecznych liczb, jeśli w ogóle kiedykolwiek do takich liczb dotrzemy, ale bardzo wyraźna jest już ta tendencja gotowości wpojenia uczniom, że już wiemy, że tych ofiar było dwa razy mniej albo cztery razy mniej (zależy jak liczyć), niż podawano dotąd. Czyli przesadzaliśmy z tą martyrologią! Skoro mówiliśmy - 6 mln, a teraz -

1,5 mln, no to znaczy, że doszliśmy do jeszcze jednego ważnego etapu historii krytycznej. Nie tak dużo. Bo obok padają informacje o niezweryfikowanych liczbach np. 27 mln ofiar ze Związku Sowieckiego, to jest oczywiście tak samo propagandowa, wyssana z palca liczba, jak te 6 mln 28 tys., tzn. może ona się zgadza,ale nie da się jej jeszcze zweryfikować; trzeba będzie długo nad tym pracować. Otóż w tego rodzaju wychyleniu w kierunku konsekwentnej postawy krytycznej – wobec polskiej historii w okresie II wojny światowej, przy jednocześnie postawie monumentalnej- w odniesieniu do historii żydowskiej, widać pewnego rodzaju ważny problem sporu o tę wojnę. Nie chodzi o to, by kwestionować monumentalny

charakter pamięci żydowskiej o II wojnie światowej, bo taki powinien przede wszystkim być, ale chodzi o toby nie odmawiać Polsce, Polakom, polskiej wspólnocie prawa do uczczenia swoich zmarłych, prawa do uszanowania swojego bohaterstwa, swojego wysiłku. Najkrócej spróbuje go państwu przypomnieć we fragmencie tekstu przygotowanego: „Obalić polskie krzyże, zmusić je do milczenia, do wstydu, to jakby dodać do wszystkich rzeczywistych polskich krzyży, polskich ofiar II wojny światowej jeszcze jeden, najcięższy może- hańby”. Z największym szacunkiem odnosząc się do wielkiej zbrodni na narodzie żydowskim, dokonanej

przez niemieckich okupantów Polski, a także uznając każdy przypadek

udowodnionego współudziału złych ludzi, złych Polaków w pojedynczych

przypadkach zbrodni, nie możemy w żadnym wypadku pozwolić zachwiać realnej proporcji narodowej ofiary i winy, dumy i wstydu. Zacznijmy od decyzji, by stawić czynny opór hitlerowskiej agresji, a nie wybierać propozycji kapitulacji pełnego politycznego współudziału w zbrodniczej polityce Hitlera. To była suwerenna polska decyzja – heroiczna. I kiedy zaczęła się, bodajże na poprzednim naszym spotkaniu, dyskusja o tym, że może warto było podjąć inną decyzję, nie stawiać oporu Hitlerowi, ale pójść z nim. Myślę że jesteśmy blisko istoty tego sporu, o którym dzisiaj mowa. Istoty sporu, który nie jest łatwo rozstrzygnąć, ale który ja sam dla

siebie rozstrzygam jednoznacznie, że nie jest najważniejsze to hasło radia Wanda: nie bądź głupi, nie daj się zabić! W pewnym momencie człowiek, wspólnota polityczna

staje przed wyborem między dobrem, a złem, które nie da się zmierzyć tylko w

kategoriach indywidualnego przetrwania. Pójście z Hitlerem oznaczało wybór zła.

Dla mnie nie ma pod tym względem żadnej wątpliwości, tak jak pójście z Józefem

Stalinem oznaczałoby wybór zła. Jedynym tragicznym wyborem, jakiego Polska mogła dokonać bez wstydu, był ten wybór, który został dokonany w 1939 r. I za to Polska zapłaciła rzeczywiście. Ale to jest powód do dumy, a nie do wstydu, nie do hańby! Bohaterstwo żołnierzy września, przytłoczonych niemiecką przewagą, uderzonych w plecy przez Armię Czerwoną, zdradzonych przez zachodnich

aliantów, przypieczętowane zostało tragicznym bilansem 70 tys. poległych, 130 tys. rannych. Westerplatte, bój Wołyńskiej Brygady Kawalerii z Niemiecką 4 Dywizją Pancerną pod Mokrą, Bitwa Pancerniaków Pułkownika Maczka z Niemiecką 2 Dywizją Pancerną pod Jordanowem, bohatersko dowodzona przez kapitana Władysława Raginisa obrona nad Wizną dwóch polskich Kompanii przeciwko

siłom 19 Korpusu Pancernego generała Heinza Guderiana.

Tu wtrącę… Niedawno w Gazecie Wyborczej na Mazowszu, pojawiła się seria artykułów, które starały się pokazać kapitana Raginisa jako nieodpowiedzialnego pijaka, który tylko z powodu swojego alkoholizmu przedłużył swój opór w sposób nieodpowiedzialny.

I tak jest na każdym kroku, tak jak z Westerplatte, tak samo z Raginisem, tak samo niedawno słyszeliśmy wypowiedź dyrektora Teatru Polskiego w Olsztynie, który ubolewał nad tym, że polscy barbarzyńcy stanęli na drodze postępowi niesionemu przez zakon krzyżacki pod Grunwaldem. A Gazeta Wyborcza znalazła „nowe Jedwabne” - z 1410 r. Nie wiem czy Państwo czytaliście o tym? To świeże

odkrycie! Ja czytam, bo uważam, że trzeba, ale oczywiście broń Boże nie polecam!

Tylko sądzę, że trzeba wiedzieć o tej tendencji, która ogarnia setki tysięcy umysłów polskich. To jest ważne! Skutek! Odkrycie archeologiczne, o którym mówię, polega na znalezieniu stosu kości ludności cywilnej, która zdaniem interpretatorów z Gazety Wyborczej, oznacza masakrę ludności cywilnej przez rycerstwo polskie idące pod Grunwald. Można się domyślać. To byłoby śmieszne gdyby nie fakt, że składa się to na pewien swoisty obraz, obraz szyderstwa z polskiej historii. Trzytygodniowa obrona Warszawy, heroicznie wspierana przez ludność cywilną pod przewodem

prezydenta Stefana Starzyńskiego, obrona Twierdzy Modlin, obrona Helu, a po 17 września, po uderzeniu Związku Sowieckiego od Wschodu, obrona Grodna. Ileż w tej kampanii było sytuacji powtarzających sytuację z Termopil, iluż kandydatów do postawy trzystu Spartan. Każdy z nich zasługuje przecież na swój pomnik. Ileż bestialstwa ze strony napastników. Dajmy choćby tylko kilka przykładów z nieskończonej listy. Przeprowadzone przez Niemców egzekucje ludności cywilnej rozpoczęły się jeszcze w czasie trwania działań wojennych. Piątego października na

gdańskiej Zaspie rozstrzelano 28 bohaterskich obrońców Polskiej Poczty w Wolnym Mieście Gdańsku, od 10 października rozpoczęły się masowe egzekucje ludności Bydgoszczy przeprowadzone w Fordońskiej Dolinie Śmierci. Do 26 listopada 1939 r. zamordowano tam nie mniej niż 1200 polskich mieszkańców Bydgoszczy. W Święto Niepodległości 11 listopada Niemcy przeprowadzili pierwszą wielką egzekucję mieszkańców Gdyni. Masowe aresztowania 20 tys. osób już do końca września wyłowiły przedstawicieli polskich elit miasta- księży, nauczycieli, sędziów,

prokuratorów. Mordowano ich pod Piaśnicą koło Wejherowa. Do wiosny 1940 r. rozstrzelano tam 12 do 14 tys. Polaków. Mężczyzn, kobiet, dzieci. Inna grupa Polaków z Pomorza została skierowana do obozu koncentracyjnego Stutthof. Jak ustaliła Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, w samym tylko pierwszym okresie okupacji do końca października 1939 r., zginęło 16 tys. 376 osób w wyniku 714 publicznych egzekucji. Do największych doszło w Katowicach, pod Serockiem, w Śladowie, w Zambrowie, w Zakroczymiu. To był dopiero początek niemieckich zbrodni na Polakach w tej wojnie. Podkreślam z całą mocą te dane, te cyfry i słowo „niemieckich”, bo przecież zmiany pamięci dotyczą nie tylko relacji polsko-żydowskich, ale dotyczą może z coraz większą siłą także relacji polsko-niemieckich, relacji pamięci, gdzie Niemcy występują w roli ofiary, Polacy - w roli oprawców. Ostatecznie mam wrażenie, że niedługo z II wojny światowej zostanie tylko obóz w Łambinowicach, jako miejsce kaźni Niemców po II wojnie światowej.

Bo o tym się tylko mówi. Zarówno na ziemiach wcielonych do Rzeszy, skąd natychmiast rozpoczęły się wysiedlenia Polaków, jak i w utworzonym 26 października Generalnym Gubernatorstwie, terror na niespotykaną skalę miał przemienić Polaków w bierną masę niewolników. Narodowi trzeba było odciąć głowę. Temu służyła zaprojektowana na zlecenie Hitlera przez szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinharda Heidricha - Intelligenz-Aktion. Wytyczne zostały przekazane dowódcom specjalnych grup. Einsatzgruppen - już 7 września. Cel był jasny: wyłapać przedstawicieli polskich elit społecznych i zlikwidować. Tak jak to robiono w Bydgoszczy, w Piaśnicy. W skali ogólnopolskiej symbolem tej zbrodniczej akcji, na wiosnę 1940 r. (kontynuowano ją pod nazwą AB Außerordentliche Befriedungsaktion - nadzwyczajna akcja pacyfikacyjna) stał się lasek w podwarszawskich Palmirach. W serii 21 egzekucji rozstrzelano tam ponad 1700 osób. Po opanowaniu Lwowa, w lipcu 1941, Niemcy przeprowadzili egzekucję profesorów Uniwersytetu Jana

Kazimierza. W katowniach Gestapo, takich jak więzienie Montelupich w Krakowie,

Zamek Lubelski, Zamek w Rzeszowie, czy warszawski Pawiak przetrzymywano,

torturowano i zabijano dziesiątki tysięcy polskich patriotów. W jednym tylko Pawiaku

szacuje się, że na około 100 tys. więźniów, którzy przeszli przez to więzienie w latach

1939-44, zostało zamordowanych w czasie przesłuchań lub skierowanych na

egzekucje 37 tys. osób. Dlaczego o tym nie ma informacji we wszystkich polskich

muzeach, które zajmują się II wojną światową? Ze szczególną zaciekłością Niemcy

zwrócili się przeciwko księżom, zakonnikom i zakonnicom, jako duchowemu oparciu

Polski. Podczas II wojny, aż 6 367 osób duchownych zostało poddanych brutalnym

represjom, z czego zginęło 1932 księży i kleryków, 580 zakonników i 289 zakonnic.

Symbolami tego męczeństwa stały się postaci 11 błogosławionych Sióstr Nazaretanek

z Nowogródka rozstrzelanych, przez gestapowców 1 sierpnia 1943 r. Także

błogosławiony biskup diecezji włocławskiej Michał Kozak zabity zastrzykiem fenolu

w Dachau. Nade wszystko jednak święty franciszkanin Ojciec Maksimilian Kolbe,

który jak dziesiątki innych księży, wywieziony do obozu w Auschwitz, zdecydował się

na czyn największego heroizmu - oddał swoje życie za współwięźnia. Czy jest miejsce na krzyż w zespole obozów w Auschwitz-Birkenau (Oświęcim-Brzezinka) zorganizowanym przez Niemców systemie zagłady, który stał się największym symbolem zbrodni w II wojnie światowej? To pytanie wydaje się absurdalne! W tym miejscu Niemcy przeprowadzili na największą skalę zbrodnię na narodzie żydowskim. W Auschwitz, a przede wszystkim w Birkenau (Brzezince) zamordowanych zostało co

najmniej 960 tys. Żydów z całej Europy. Ale przecież zamordowanych zostało w tym samym miejscu, przez tych samych oprawców, niemniej niż 80 tys. Polaków - chrześcijan. Czy to nie wystarczy, by krzyżem upamiętnić ich śmierć? I śmierć innych chrześcijan. W tym samym miejscu choćby 20 tys. Cyganów. To pytanie powstało niestety, kiedy część środowisk żydowskich, niewrażliwych na krzywdy, na ból innych narodów, innych ludzi, zdecydowała się zażądać usunięcia krzyża z Oświęcimia.

Został on ustawiony w 1988 r. na terenie należącym do Klasztoru Karmelitanek, a przylegającym do obozu w Oświęcimiu, tej jego części, w której zabijani byli głównie, niemal wyłącznie, Polacy - na Żwirowisku. Krzyż z ołtarza, przy którym modlił się Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki do Oświęcimia w 1979 r., stał się przedmiotem gorszącego sporu. Krzyż jednak pozostał. Od 1985 r. część środowisk żydowskich zaczęła się domagać wyrzucenia samego Klasztoru Karmelitanek spod

obozu. Siostry musiały w 1993 r. opuścić klasztor. Krzyż pozostał i w 1998 wznowiony został nacisk by go usunąć. Jak napisał wtedy w Gazecie Wyborczej Dawid Warszawski „Krzyż w Auschwitz to w naszych oczach znak prześladowców, nie ofiar”. Prymas Glemp odpowiadał na tego rodzaju naciski w specjalnym oświadczeniu z 6 sierpnia 1998 r. „Krzyż nie jest własnością Kościoła Katolickiego, ale jest związany z chrześcijaństwem, a jako symbol jest czytelny i uznany w

cywilizcji zachodniej jako znak ofiary miłości i cierpienia. Do tak pojętego znaku i jego obrony ma prawo nie tylko Episkopat, ale wszyscy, którzy z wiarą ten krzyż

przyjmują. Krzyż powinien stać, bo tu ginęły tysiące chrześcijan, w tym także Żydów - chrześcijan. Ziemia ta jest polska, a wszelkie nakładanie innej woli jest odbierane, jako ingerencja w naszą suwerenność”. Niestety bolesne próby ingerencji nie tylko

w polską suwerenność, ale także w polską historyczną pamięć, nie ustały. Nie było krzyża nad dymiącymi kominami Auschwitz- Birkenau, ale był krzyż złamany hakenkreuz - swastyka. Okrutnym dalszym ciągiem polskiej martyrologii jest próba rozciągnięcia odpowiedzialności za zbrodnie swastyki na krzyż, a także uogólnienia

haniebnych przypadków kolaboracji z Niemcami i współudziału w zezwierzęceniu, które przyniosła ta wojna na postawę większości Polaków, w czasie II apokalipsy.

Na bilans tej postawy. Byli polscy współpracownicy oprawców, ale bez porównania

więcej było tych, którzy z oprawcami hitlerowskimi i sowieckimi bohatersko

walczyli od pierwszego dnia wojny. Kto rzuca oskarżenia na Polskę w tej wojnie, ten

musi spojrzeć w twarz już ponad 6 200 Polakom Sprawiedliwym Wśród Narodów,

odznaczonym przez instytut Yad Vashem w Izraelu za ratowanie Żydów w czasie

Holocaustu. To jedna trzecia wszystkich uhonorowanych w ten sposób

mieszkańców Europy. Dla porównania warto przytoczyć: Niemców sprawiedliwych

jest 476, Rosjan - 164, Czechów - 108.Trzeba by spojrzeć w twarz rodzinom takim,

jak Ulmowie z Markowej - rodzice i siedmioro dzieci spaleni przez Niemców za

przechowywanie Żydów, Baranków z Siedliska- rodzice i dwóch synków rozstrzelani

za ukrywanie czworga Żydów, Kowalskich z Ciepielowa i setkom tysięcy innych

anonimowych, którzy nieśli pomoc bliźnim w czasie tamtej wojny z narażeniem

własnego życia. Ten musi spojrzeć w twarz choćby np. kilkunastu tysiącom dzieci

polskich wywiezionych przez Niemców z 300 wsi na Zamojszczyźnie( między listopadem 1942 a marcem 1943) do obozów selekcyjnych, gdzie część z nich przeznaczono na zagładę w Majdanku i Auschwitz, a pozostałe oddano na germanizację nowym „niemieckim ofiarom”. Trzeba by spojrzeć w twarz około 3 mln

ofiar śmiertelnych tej wojny Polaków - chrześcijan. Gdyby nawet ktoś zmniejszył ich

liczbę do 2 mln, czy to za mało, by mieli prawo do krzyża? Na ziemi, z którą ten krzyż

zrósł się od tysiąca lat. Ten krzyż stoi jak znak sprzeciwu, ale nigdy przeciw ofierze.

Jest znakiem sprzeciwu wobec kłamstwa i zapomnienia. Pamięć polskiej martyrologii

czasu II wojny, to nie tylko pamięć zbrodni popełnionych przez niemieckiego

najeźdźcę. Od 17 września, a w istocie od przygotowującego tę napaść paktu

Ribbentrop-Mołotow, Hitler miał w Związku Sowieckim doświadczonego partnera w

prześladowaniu polskości. Na konferencjach specjalistów z Gestapo i NKWD w

Brześciu nad Bugiem, w Zakopanem i Krakowie, między listopadem 1939 i marcem

1940 r., częściej to Niemcy występowali w roli uczniów swoich kolegów z ZSRR; na

tych lekcjach likwidacji polskich władz przywódczych. NKWD-ziści mieli za sobą

nie tylko doświadczenie w gigantycznej operacji z lat 1937-38 przeprowadzonej na

150 tys. zamordowanych Polaków w ZSRR. Uderzająca 17 września 1939 r. na

Ziemie Wschodnie II Rzeczpospolitej Armia Czerwona i idące za nią formacje

NKWD dokonywały, od pierwszych dni tej agresji, masowych morderstw na

jeńcach, zwłaszcza oficerach i na cywilnych obrońcach polskości, np. Grodno.

NKWD po bezprawnym wcieleniu zajętych ziem do ZSRR szybko zaczęło

przygotowania do nowych, wielkich operacji oczyszczania zdobytego terenu z

polskości. Temu przede wszystkim służyły cztery wielkie deportacje: 10 lutego, 13

kwietnia, 20-30 czerwca 1940 r. oraz w czerwcu 1941. Według najniższych

szacunków, NKWD zagarnęły nie mniej niż 340 tys. osób. I tu znów przypomina mi

się podręcznik OPERON-u, który podaje cyfrę 240 tys. A najniższe dane NKWD

mówią o 340 tys. Polskie szacunki mówią o milionie - półtora miliona. Dlaczego

zawsze zmniejsza się te liczby ofiar polskich? Absurdalnie niezgodnie ze źródłami

nawet przeciwników polskości. Wywożeni na Syberię, w stepy Północnego

Kazachstanu, do kopalni w Workucie czy na Kołymie, deportowani nie dożywali

często celu, umierając po drodze w bydlęcych, przegrzanych latem lub w

wymrożonych zimą wagonach. Spośród deportowanych zmarło w ten sposób nie

mniej niż 90 do 100 tysięcy ludzi.

Decyzja o likwidacji polskiej elity ma także drugi symbol, poza akcją AB, to oczywiście Katyń. Kolejne zbrodnie sowieckie: we Lwowie, Brygidkach i na Zamarstynowie. Zabito w czerwcu 1941 r. nie mniej niż 4 tys. ludzi. NKWD przeprowadziła także w ostatnich dniach czerwca 1941 masowe rozstrzeliwania więźniów na Litwie w Oszmianie, w Mińsku, Smoleńsku, Charkowie, Borysławiu,

Stryju, Łucku, Równem, Berdyczowie i Kijowie. Ile zabito wtedy osób? 30, może 50

tysięcy? Nie dowiemy się tego pewnie nigdy. Ale powinniśmy dociekać tej prawdy.

Martyrologia Polaków na wschodzie nie łączyła się tylko z planowanymi działaniami

władzy sowieckiej. Dołączyła się do niej zarówno planowa, jak i żywiołowa akcja

ukraińskich nacjonalistów, którzy chcieli także oczyścić z polskości dawne Kresy

Rzeczpospolitej. Rozkaz przeprowadzenia wielkiej operacji zamordowania

wszystkich Polaków, mężczyzn od 16 do 60 roku życia, wydał w czerwcu 1943 roku

Dmytro Klaczkiwski pseudonim Kłym Sawur, dowódca UPA na Wołyniu i Polesiu.

Jego koncepcję ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej zaakceptował i rozszerzył,

także na Galicję, odbywający się w sierpniu 1943 Trzeci Zjazd Organizacji

Ukraińskich Nacjonalistów z Romanem Szuchewyczem, dowódcą UPA na czele.

Ukraińskie mordy na polskiej ludności Wołynia miały miejsce już wcześniej -od

masakry przeprowadzonej 9 lutego 1943 na polskiej Kolonii w Parośli koło Sarn po

Janową Dolinę. Największe nasilenie nastąpiło w lipcu. Zabito wtedy mieszkańców

530 polskich wsi i osad. Jak się szacuje- 17 tys. Polaków. Makabryczna, dokonywana

także siekierami i kosami, czystka trwała w kolejnych miesiącach. Według

najpoważniejszych szacunków historycznych ogółem w tej próbie ludobójstwa na

Polakach, jaką podjęli ukraińscy nacjonaliści, zginęło około 100 tys. osób

narodowości polskiej. Mają dziś swoje krzyże i pomniki w Legnicy, Wrocławiu,

Gdańsku i Przemyślu. Ich mordercy także mają pomniki. Znacznie bardziej

wystawne. Główny inicjator masowego mordu Dmytro Klaczkiwski ma pomnik w

Zbarażu. Zatwierdzający jego zbrodnicze plany Roman Szuchewycz, jako oficjalny

bohater Ukrainy od 2007 r., ma kilka pomników m.in. we Lwowie. Pamiętajmy

oczywiście o tym, że Polacy nie byli tylko biernymi ofiarami w II wojnie. To bardzo

ważne, by pamiętać o tym, bo dzisiaj trudno do współczesnej młodzieży przemówić z

pamięcią martyrologiczną, pamięcią ofiar. Trzeba pokazywać im walkę, która

prowadzi do zwycięstwa, która prowadzi do strat zadawanych wrogowi; nie tylko do

świadectwa własnej ofiary. Trzeba pamiętać, że Polacy walczyli przeciwko dwóm

barbarzyńskim systemom, od pierwszego do ostatniego dnia wojny, jak żadne inne

państwo w tej wojnie! I to jest najważniejsze! Opór nie zakończył się na kampanii

wrześniowej; trwał w kraju, w konspiracji. Świadectwo 200-osobowego oddziału Hubala, majora Henryka Dobrzańskiego może otworzyć tę listę. Do wiosny 1940 toczył, w rejonie Gór Świętokrzyskich, otwartą walkę z niemieckim okupantem, aż do śmierci w bitwie pod Anielinem. Powstanie polskiej młodzieży w Czortkowie 21 stycznia 1940 r., podjęte z myślą o odbiciu więźniów z katowni NKWD i przebiciu się

do Rumunii. W zorganizowany sposób prowadziła konspiracyjną walkę z obydwoma okupantami Służba Zwycięstwu Polsce, potem Związek Walki Zbrojnej, w końcu Armia Krajowa, która wiosną 1944 r. osiągnęła stan 380 tys. żołnierzy. Do końca

1944 r. oddziały AK wykonały 230 tys. akcji sabotażu i dywersji. Wysadzając 38 mostów, uszkadzając, zwłaszcza w ramach wielkiej akcji Wieniec, 19 tys. wagonów

zaopatrujących armię Hitlera. Gdzie są setki filmów polskich o polskiej resistance?

Mówię o tym dlatego, że tyle filmów weszło do świadomości powszechnej,

pokazując bohaterstwo francuskiego ruchu oporu. Bohaterstwo, dla którego,

pozostając z całym szacunkiem, stanowi nikły ułamek tego, czego dokonali

bohaterowie polskiego podziemia. Ich w świadomości powszechnej nie ma. Po prostu

nie istnieją. Istnieje francuska resistance, nadmuchana do niebywałych rozmiarów,

istnieje rzeczywiście bohaterska partyzantka Jugosławi,i choć jednostronnie

upamiętniona tylko jako partyzantka Titowska . Istnieją partyzanci sowieccy na tylu

filmach sowieckich upamiętnieni. I to wszystko! Istnieją oczywiście bohaterscy

partyzanci Czescy, ci za których zapłaciły Lidice. Mówię to bez żartów. Mówię

dlatego, że rozmawiałem na ten temat z profesorem Uniwersytetu Opolskiego, który

zajmuje się studiowaniem podręczników szkolnych do historii w skali całego świata.

Otóż tym przykładem martyrologii związanej z okupacją niemiecką w II wojnie

światowej, który przebił się do większości podręczników na całym świecie w Afryce,

Ameryce Łacińskiej, nie jest żaden przykład z Polski. Są wyłącznie Lidice, czeskie

Lidice, gdzie za akcję przeprowadzoną przez agentów brytyjskiego wywiadu

(czeskich oczywiście), bohaterskich agentów brytyjskich służb specjalnych na

Heydrichu, spacyfikowano jedną wieś. Ile tysięcy polskich wsi zostało

spacyfikowanych?! No ale nie postarały się polskie ambasady, tak, jak to Czesi

zrobili; to nie samo z siebie zrodziło się zainteresowanie. Po prostu bardzo skuteczny,

efektywny wysiłek czeskiej polityki historycznej. By dawać tak zwane gotowce

autorom podręczników, w każdym kraju, z fragmencikiem jak to ująć, żeby włożyć to

tylko, wkleić do swojej książki i już ma się „odfajkowaną” okupację hitlerowską.

Czesi - tu znów daję przykład- jako naród wyłącznie pozytywny do naśladowania,

potrafili wyprodukować wspaniały film o swoich bohaterskich - lotnikach w bitwie o

Anglię. Rzeczywiście bohaterskich, zasługujących na film i na pomniki, ale było ich

dziesięć razy mniej niż polskich lotników w tej samej bitwie. Czesi wyprodukowali o

swojej kompanii walczącej pod Tobrukiem także znakomity, świetny film. Czesi

mieli tam jedną kompanię, Polacy mieli jedną brygadę. Nie ma żadnego filmu o

Tobruku, nie ma żadnego filmu o Monte Cassino, o Narwiku, o Falaise, o tylu

miejscach, w których bili się Polacy w czasie II wojny światowej. Bili i zwyciężali.

Bili i byli skuteczni. Właśnie na to powinniśmy zwrócić uwagę.

Przerwę tę długą, trudną do wyczerpania narrację, w której przecież powinno się

znaleźć miejsce na pamięć i na sposób przekazu w kulturze masowej, tak

efektownego wyczynu, jak wytropienie pancernika Bismarck przez polski

niszczyciel. Jaka efektowna sytuacja! Oczywiście taki film kosztuje, ale czy nie

warto zastanowić się nad choćby filmem dokumentalnym polskim, który by

przypomniał tę rolę w wytropieniu największego niemieckiego okrętu? Polskiego,

małego, bohaterskiego Dawida w walce z tym Goliatem. Czy powinno zabraknąć

miejsca na bohaterstwo żołnierzy tzw. Ludowego Wojska Polskiego? Absolutnie nie.

Dlaczego nie ma uczciwego filmu o bitwie pod Lenino, w której tak wielką ofiarę

złożyli polscy żołnierze w walce z Niemcami? Ofiarę zwielokrotnioną przez głupotę,

rzeczywiście głupotę, zbrodniczą, głupotę dowództwa, tzn. pułkownika Berlinga. Ale znów sytuacja warta pokazania i bohaterstwo i głupota dowództwa w tym przypadku. Czy bitwa pod Budziszynem, w której polskie wojsko poniosło największe straty w całej II wojnie światowej. W żadnej innej operacji nie był tak straszny skutek błędów dowódcy, (generała Świerczewskiego), który pogubił się zupełnie (był pijany cały czas) wskutek tego szoku, jakim było dla niego zaskoczenie manewrem niemieckim.

Ale znów - czy można negować bohaterstwo polskie i ten tragiczny i ważny w całej operacji berlińskiej epizod, jakim była bitwa pod Budziszynem? To wszystko są wątki, które powinny wrócić do naszej świadomości, do naszej pamięci, do naszej kultury masowej - jeśli chcemy wygrać spór o II wojnę światową, spór, który jest sporem o polską tożsamość. O to, czy będzie tę tożsamość określał tylko wstyd budowany z historii krytycznej, czy będzie określało uczciwe zbilansowanie polskiego bohaterstwa, polskiej ofiary i polskich przypadków indywidualnej podłości i głupoty w II wojnie światowej.

--------------------------------------------------------------------------------

Od redakcji Serdecznie dziękujemy Agnieszce za trud spisania wykładu, a Elizie za redakcję tekstu.. wg SOLIDARNI2010.pl

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 20 lip 2012, 15:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Niemcy zabili 200 tys. Warszawiaków i zrabowali 45 tys. wagonów z ich mieniem

Fragmenty audycji „Aktualności dnia” w Radiu Maryja - 3.08.2004 r.

O. Jacek Cydzik: Drodzy radiosłuchacze, kolejne połączenie w naszej audycji „Aktualności dnia”. Jest z nami pan Jan Maria Jackowski, przewodniczący Rady Miasta Stołecznego Warszawy. Witam gorąco. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.

J. M. Jackowski: Teraz i zawsze. Szczęść Boże. Pozdrawiam całą Rodzinę Radia Maryja.

O. Jacek Cydzik: Panie Przewodniczący, jeszcze nie ochłonęliśmy po tych bardzo, bardzo bogatych obchodach 60-tej rocznicy Powstania Warszawskiego. (...) Podczas tych uroczystości m.in. przemawiał kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, nawiązując także do sprawy roszczeń niemieckich. Jakie są Pana refleksje po tym przemówieniu i jakie dalsze kroki Pan podejmie, jako jeden z inicjatorów inicjatywy zmierzającej do inwentaryzacji majątku zniszczonego przez Niemców podczas II wojny światowej?

J. M. Jackowski: Z dużą uwagą wysłuchałem wystąpienia pana kanclerza Schroedera i muszę powiedzieć, że (...) nie dostrzegłem w tym przemówieniu tych konkretów, których należałoby się spodziewać. Warto przypomnieć Rodzinie Radia Maryja, że 200 TYS. LUDZI PRZYNAJMNIEJ ZGINĘŁO W CZASIE TEGO POWSTANIA, w tym część żołnierzy z bronią w ręku, ale przeważająca większość to była ludność cywilna. Chociażby na Woli - jednego dnia Niemcy zabili 20 tysięcy mieszkańców Woli. Więcej nie zabili dlatego, że zabrakło im amunicji. Nie będę tego komentował. Był to akt wyjątkowo bestialski. A po tym akcie, już po powstaniu, kiedy ludność została wygnana na poniewierkę do różnych katowni, została skierowana do obozów, rozstrzeliwana, pozbawiona domów, wywieziono z Warszawy 45 tysięcy wagonów z mieniem komunalnym i mieniem ludzi. Następnie, kwartał po kwartale, wysadzano i niszczono pedantycznie, z niemiecką dokładnością, kwartał po kwartale miasto. Tak, żeby kamień na kamieniu nie pozostał. I w tym brali udział nie jacyś tam „hitlerowcy” (mówi się dzisiaj „hitlerowcy”), ale bardzo konkretni Niemcy. Nie tylko żołnierze formacji policyjnych, gestapo, czy jakichś innych służb mundurowych, ale przede wszystkim cywilni Niemcy, którzy w tej administracji byli, która rabowała, plądrowała, niszczyła, zabijała i tworzyła machinę zagłady. Powstanie Warszawskie było również aktem ludobójstwa. Na ten temat przy okazji rocznicy się wypowiadano i stąd obecność kanclerza Schroedera na uroczystościach. I jego obecność na Woli - tam - gdzie jest memoriał poświęcony pomordowanej bestialsko ludności cywilnej - nie tylko żołnierzom bohaterskim, którzy walczyli z Niemcami. (...) Stwierdzenie, że rząd niemiecki będzie przed trybunałami prezentował stanowisko, że nie popiera żądań, które będą składały osoby indywidualne, spadkobiercy czy potomkowie Niemców sprzed 60 lat, nie ma w zasadzie żadnego znaczenia prawnego. (...)

O. Jacek Cydzik: Panie Przewodniczący, tutaj wejdę w słowo. Niedawny gość Radia Maryja, pan profesor Jan Mur-Jankowski z Nowego Jorku mówił, że bolączką obecnych władz, które próbują ułożyć stosunki z Niemcami, jest albo niewiedza, albo przemilczanie faktu, że przecież działało w Niemczech w latach 50-tych i 60-tych, od lat 50-tych prawo, na mocy którego sami Niemcy płacili wyższe podatki po to, aby odszkodować swoich obywateli, którzy zostali przesiedleni.

J. M. Jackowski: I tu jest hipokryzja ze strony rządu niemieckiego. Polityka niemiecka jest taka, żeby po cichu wspierać roszczenia tzw. „wypędzonych”. Te środowiska zapowiadają wręcz zalew pozwami sądów polskich, a równolegle będą przed europejskim trybunałem w Strasburgu te pozwy składali. Po cichu wspiera się te środowiska, a z drugiej przyjeżdża się do Polski i głosi się słowa o pojednaniu, o poszukiwaniu zadośćuczynienia, o tym, że rząd niemiecki nie popiera tych roszczeń. (...) Chodzi nie tylko o wielką niesprawiedliwość dziejową, ale również o bardzo ekonomiczny wymiar, liczony miliardami dolarów. I stąd my, mówię o samorządowcach z Ligi Polskich Rodzin i z innych środowisk politycznych - podejmujemy kwestie wyszacowania tych zniszczeń, które były dokonane na mieniu komunalnym i mieniu osób indywidualnych. (...) Te roszczenia wstępnie zostały wyszacowane w granicach od 33 miliardów dolarów amerykańskich w górę. (...) To pokazuje, o jak gigantycznych pieniądzach mówimy. Ja mówię tylko o odszkodowaniu za mienie zniszczone, mienie w sensie fizycznym, natomiast nie mówię o życiu ludzkim, którego oczywiście nie sposób wycenić, i o tych setkach tysięcy warszawiaków i milionach Polaków, którzy w czasie II wojny światowej zginęli. (...) To nie jest tylko zadośćuczynienie za przeszłość, które jak najbardziej powinno być dokonane, ale to jest również element nadania odpowiedniej rangi i miejsca Polsce w gronie narodów europejskich. (...) Coraz bardziej na gruncie prawa międzynarodowego upowszechnia się tzw. doktryna Ajzensztata. Ajzensztat to był zastępca sekretarza skarbu w czasach prezydenta Clintona Stanów Zjednoczonych, który na konferencji w Genewie zaczął lansować pogląd, że roszczenia nie ulegają przedawnieniu. (...) W podpisanym na początku lat 90-tych, okrzykniętym jako gigantyczny sukces, traktacie polsko - niemieckim na ten temat w ogóle nie ma mowy. Mówi się o granicach, o innych kwestiach, natomiast nie mówi się o kwestii uregulowania ewentualnych roszczeń. To wymaga dopełnienia i przyjęcia przez rząd Republiki Federalnej Niemiec zobowiązań - jeżeli obywatele niemieccy będą dochodzić swoich roszczeń, to adresatem, który powinien im za to mienie rekompensatę wypłacać, jest rząd Republiki Federalnej Niemiec, a nie Polska. Bo nie Polska przecież wywołała II wojnę światową.

O. Jacek Cydzik: Tym bardziej, że trudno do tych tysięcy wagonów mienia polskiego, wywiezionego przez Niemców, jeszcze coś dokładać? Z drugiej zaś strony można ironicznie zapytać - kto ośmielił się wypędzić Erikę Steinbach i skąd? Albo...

J. M. Jackowski: No więc właśnie. (...) Powstanie Warszawskie było zrywem wolności, ale i przeciwstawieniem się dwóm najstraszniejszym totalitaryzmom XX wieku w Europie - niemieckiemu hitleryzmowi i stalinowskiemu sowieckiemu komunizmowi, które doprowadziły do zagłady milionów ludzi. Polacy poprzez ten zryw wolności i poprzez danie świadectwa prawdzie i umiłowaniu wolności, są autorami niezwykłego czynu zbrojnego, bezprecedensowego na skalę światową. (...) Jeżeli chodzi o świadomość Powstania Warszawskiego, to często opinia międzynarodowa jest przekonana, że chodzi o powstanie w getcie warszawskim, które było rok wcześniej, natomiast nie wiedzą, że było również Powstanie Warszawskie

O. Jacek Cydzik: Możemy przypomnieć, że w wyniku walk w getcie zginęło 14 Niemców. W wyniku walk Powstania Warszawskiego 10 tysięcy żołnierzy niemieckich zostało zabitych, a 6 tysięcy zostało uznanych za zaginionych. To jest skala przedsięwzięcia zbrojnego, prawda?

J. M. Jackowski: No więc właśnie. Teraz się zdarza, również w wypowiedziach oficjalnych, już nie mówię w mediach, że mówi się o powstaniu w getcie, natomiast Powstanie Warszawskie, jako heroiczny akt sprzeciwu wobec dwóch najstraszliwszych totalitaryzmów XX wieku -niemieckiego hitleryzmu i komunizmu stalinowskiego, sowieckiego, jest przemilczane.

Z tego tytułu ta bitwa o pamięć jest niesłychanie ważna i również nie tylko ma na celu upamiętnienie we właściwej proporcji tego wielkiego czynu zbrojnego, ale również i ludobójstwa, które było dokonane przez Niemców, przy cichym przyzwoleniu sowietów 60 lat temu. (...) Chwała Bogu że to 60-lecie tak uroczyście obchodzono. I że powstało muzeum Powstania, które (...) będzie szkołą patriotyzmu dla współczesnych Polaków i ośrodkiem tworzenia opinii na skalę międzynarodową.
(..)

O. Jacek Cydzik: I może dodajmy na zakończenie, że przy okazji tłumaczenia tablic upamiętniających kilkaset miejsc pamięci w Warszawie warto zastąpić określenie „hitlerowcy” określeniem np. „niemieccy naziści” albo „Niemcy”.

J. M. Jackowski: Niemcy, po prostu Niemcy. Dlatego, że, jak wspomniałem, w akcji niszczenia Warszawy brali udział cywile. Normalni pracownicy.

O. Jacek Cydzik: I działo się to na rozkaz i za przyzwoleniem, aprobatą, władz państwowych.

J. M. Jackowski: Oczywiście, jak najbardziej. Mówienie, że jacyś abstrakcyjni „naziści”, którzy byli często bezpośrednimi wykonawcami szczególnie odrażających aktów, to jest rozmydlanie problemu. Była to machina, gigantyczna machina barbarzyńskiej zagłady i niszczenia, zupełnie sprzecznego z cywilizacją europejską, antyludzka, antyboska i antypolska, antyeuropejska. (...)

O. Jacek Cydzik: Nawiązując do wspomnianego przez pana otwarcia muzeum Powstania Warszawskiego. Pan prezydent Warszawy, pan Kaczyński powiedział, że to muzeum przyczyni się to tego, żeby próby zmieniania ofiary w kata i odwrotnie się nie powiodły. Myślę, że także i ta inicjatywa odnowienia napisów na tabliczkach upamiętniających męczeństwo Polski, Polaków w Warszawie, czy też inicjatywa inwentaryzacji mienia zrabowanego przez Niemców w II wojnie światowej również umocni przekonanie, że ci, którzy byli naprawdę ofiarami, dalej będą za te ofiary uważani, a ci, którzy byli katami, dalej będą postrzegani jako kaci i będą ponosić tego konsekwencje, aby ta historia nigdy się już nie powtórzyła.

(...) Dziękuję serdecznie i pozdrawiam. Szczęść Boże.

J. M. Jackowski: Szczęść Boże. Pozdrawiam całą Rodzinę Radia Maryja.

O. Jacek Cydzik: Dziękuję. Przypomnę drodzy radiosłuchacze, że rozmawialiśmy z panem . Janem Marią Jackowskim, przewodniczącym Rady Miasta Stołecznego Warszawy.

http://www.rodzinapolska.pl/dok.php?art ... /349_1.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 22 lip 2012, 18:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
AK zabija I sekretarza PPR. Spychalski kretem?

Zabójstwo Marcelego Nowotki przez lata stanowiło zagadkę dla historii. Dopiero po 60 latach, na światło dzienne stopniowo zaczęły wychodzić prawda o okolicznościach jego śmierci.

To była cicha śmierć. Gdy zginął 28 listopada 1942 r., wiedziało o tym zaledwie kilku wtajemniczonych towarzyszy. Pierwszy nekrolog ukazał się dopiero dwa miesiące później, 1 lutego 1943 r. w konspiracyjnej "Trybunie Wolności". Donosił, że " tow. Starego, dosięgła kula wroga na wysuniętej placówce". Nie wyjaśniano, czyja kula. Na członków partii komunistycznej w okupowanej Polsce roku 1942 wróg czyhał zewsząd. Do tego mogli już przywyknąć. Napisano natomiast: "Śmierć Twoja tow. Marianie nie będzie daremna. Pomścimy ją. Nie spoczniemy, póki nie doprowadzimy do zwycięstwa dzieła, dla którego żyłeś, pracowałeś i walczyłeś. Podpisano - Komitet Centralny Polskiej Partii Robotniczej". Śmierć ta, bohaterska i anonimowa - bo tylko nieliczni wiedzieli, że "Stary" to pseudonim pierwszego sekretarza PPR Marcelego Nowotki - miała z czasem okazać się jedną z najgłośniejszych i najbardziej wstydliwych spraw w historii polskich komunistów.

O zabójstwo Nowotki oskarżono bowiem braci Mołojców i wyrokiem partyjnego sądu kapturowego kilka tygodni później stracono. Jednym ze skazanych był Bolesław Mołojec, ps. Długi, współzałożyciel PPR, a także twórca i pierwszy dowódca Gwardii Ludowej. Drugim - Zygmunt Mołojec, ps. Anton, szef wywiadu Gwardii Ludowej.

Historia zakwestionowała ten wyrok zanim jeszcze zapadł. Niektórzy działacze PPR, wtajemniczeni w całą sprawę, żądali przekonujących dowodów winy braci. Inni odmawiali udziału w akcji likwidacyjnej. Na domiar złego śmierć obu Mołojców rozpoczęła w PPR łańcuch tajemniczych, niejasnych i nigdy niewyjaśnionych zgonów. Ginęli ludzie powiązani ze sprawą, rzekomi świadkowie winy Mołojców, łączniczki, żołnierze, przyjaciele.

Tak dla historii rozpoczynał się jeden z najbardziej zawiłych procesów poszlakowych. Przez lata wielu historyków, polityków i działaczy komunistycznych próbowało znaleźć odpowiedź na pytanie, kto naprawdę zabił Marcelego Nowotkę. Prywatne śledztwo prowadziła również, przekonana o niewinności braci, Barbara Bernatowicz-Mołojec. Jej także nie udało się przeniknąć wszystkich mroków partyjnej tajemnicy. Dzisiaj, w 60. rocznicę śmierci Nowotki, zdaje się, że nadszedł czas, by tę wstydliwą sprawę po raz pierwszy opowiedzieć prawdziwie.

Lądowali na spadochronach 28 grudnia 1941 r. w okolicach Wiązowny pod Warszawą. W historii zapisani zostali jako Grupa Inicjatywna: Marceli Nowotko, Bolesław Mołojec, Paweł Finder, Czesław Skoniecki, Pinkus Kartin i Maria Rutkiewicz. Przyjmuje się zgodnie, że w okupowanej Polsce mieli reaktywować, pod nieco inną nazwą (Polskiej Partii Robotniczej) Komunistyczną Partię Polski, rozwiązaną decyzją Kominternu z 1938 r. I z nieco innym programem - znacznie mniej internacjonalistycznym, w którym wzywano w ramach frontu narodowego do walki o wolną i niepodległą Polskę. W dokumentach programowych nowej partii wręcz zakazano śpiewania starego hymnu KPP, który kończył się słowami: "Niech żyje Polska Republika Rad". Tworzyli ją jednak ci sami rycerze sierpa i młota. Tacy, jak Marceli Nowotko, który już dwukrotnie - w 1920 r. w Wysokiem Mazowieckiem i w 1939 r. w Łapach - próbowali budować sowiecką Polskę. Albo tacy jak Bolesław Mołojec, który walczył i dowodził pod sztandarami Kominternu w wojnie domowej w Hiszpanii. Wsiadając do samolotu, który miał ich unieść nad ojczyznę, nie śpiewali hymnu narodowego. Wspólnie zaintonowali "Międzynarodówkę". Wbrew deklaracjom niezależności nadal podlegali Kominternowi, który ich wyszkolił, wyposażył, wydawał polecenia i pod adresem którego wysyłali raporty.

Wyruszali w swą misję w szczególnym momencie historii. Wojska niemieckie znajdowały się już niedaleko od bombardowanej Moskwy. W tych dniach radzieckie zwycięstwo wydawało się odległe i mało realne. Myśli Stalina zaprzątała jedna tylko kwestia - odciążenia frontu wschodniego. To w imię tego celu prowadzono rozmowy z gen. Andersem i gen. Tokarzewskim na temat możliwości stworzenia polskiej brygady spadochronowej. Zrzucona do Polski, na tyły frontu, znacznie pomieszałaby Niemcom szyki. W tej sprawie do Polski udali się specjalni emisariusze z Buzułuku. Także Stalin chciał przedyskutować tę kwestię z zaproszonym do Moskwy w grudniu 1941 r. premierem polskiego rządu i naczelnym wodzem gen. Władysławem Sikorskim. Jednak Polacy zdawali się nie wierzyć w radzieckie zwycięstwo, a już zupełnie nie widzieli polskiej racji w wywoływaniu w 1942 r. powstania na tyłach frontu radzieckiego. Wiązałoby się to z wielkimi stratami w kraju.

Jak należy sądzić, to nie chęć naprawienia krzywd poprzez reaktywowanie niesłusznie rozwiązanej polskiej partii komunistycznej przyświecała Stalinowi w tworzeniu Grupy Inicjatywnej. Raczej nadzieja, że rękami polskich komunistów zdoła uruchomić działania partyzanckie na tyłach frontu. Najważniejszą postacią Grupy Inicjatywnej, wyposażoną w specjalne zadania i przywileje, stał się Bolesław Mołojec. Pierwszy wezwany przez Komintern, pierwszy, któremu jeszcze w Paryżu zlecono zadanie odbudowania polskiej partii, a wreszcie opromieniony sławą wojenną dowódca XIII Brygady Międzynarodowej w Hiszpanii. Pozostali członkowie grupy byli jedynie politycznym uzasadnieniem dla najważniejszej, bo strategicznej misji Mołojca.

Trudno się zresztą oprzeć wrażeniu, że wszyscy poza Mołojcem i Skonieckim wysłani zostali do Polski na stracenie. Dokumenty, w które wyposażono ich w Moskwie, były tak prymitywnie podrobione, że urągały wszelkiej przyzwoitości. Maria Rutkiewicz (wg dokumentów Maria Górska) stwierdza w swojej relacji, że pierwsza niemiecka kontrola zakończyłaby się aresztowaniem. Jakakolwiek kontrola była niepotrzebna, jeśli zważyć na fakt, że w Moskwie Grupa Inicjatywna została wyposażona w banknoty, które już od dwóch lat nie były używane w Generalnym Gubernatorstwie. Intencje tych, którzy ich wysłali, były więc jednoznaczne. Nowotko zdawał sobie z tego sprawę i pierwszy kontakt radiowy nawiązał z Moskwą dopiero po pół roku. Oficjalnym powodem było rzekome zgubienie radiostacji podczas skoku spadochronowego. Trudno w to uwierzyć. Pomijając już, że niewielkiej skrzynki, doskonale przymocowanej do pleców, nie można było zgubić, to Nowotko w wypadku straty mógł skorzystać z co najmniej trzech radiostacji radzieckich pracujących w Warszawie lub w okolicy. Nie skorzystał, co trudno tłumaczyć dziś inaczej niż próbą ukrycia się przed Moskwą.

Dalsza historia jest dobrze znana. 5 stycznia 1942 r. w Warszawie odbyło się zebranie założycielskie PPR, pierwszym sekretarzem nowej partii został Marceli Nowotko. W marcu powołano do życia Gwardię Ludową pod dowództwem Bolesława Mołojca. Już w kwietniu powstały jej pierwsze oddziały, a w maju pierwsza grupka gwardzistów pod dowództwem Franka Zubrzyckiego wyruszyła z Warszawy do walki w lasy piotrkowskie.

Powstanie PPR nie spowodowało większych protestów w środowiskach niepodległościowych, do czego wybitnie przyczynił się gen. Sikorski swym kremlowskim przemówieniem pełnym frazesów o polsko-radzieckim braterstwie broni. Jednak już hasła i rozkazy Gwardii Ludowej zamieszczane w "Trybunie Wolności" wywołały natychmiastową i bezwzględną reakcję dowództwa Armii Krajowej. Ich retoryka była jednoznaczna: "udaremniać przewóz hitlerowskich wojsk i sprzętu wojennego, niszczyć mosty i wykolejać pociągi, podpalać cysterny." (...) "Niech drugi front powstanie na tyłach armii hitlerowskiej", (...) "sabotaż, dywersja i partyzantka, oto broń, którą już dzisiaj musimy uderzyć na wroga", "działajcie śmiało i bezwzględnie!... bezpośrednią naszą rezerwą i zapleczem jest cały naród polski. Za wami pójdą nowe setki i tysiące".

Nie ulega kwestii, że taka strategia przedwczesnego powstania powszechnego musiała przeciwstawić komunistów polskich wszystkim myślącym patriotycznie, a przede wszystkim Armii Krajowej. W Biuletynie Informacyjnym AK w lipcu 1942 r. pisano: "Do wielkiej polskiej akcji dywersyjnej i partyzanckiej dojdzie na pewno, ale nie wtedy, gdy to będzie potrzebne naszym komunistycznym sąsiadom, ale wtedy, gdy to będzie celowe z naszego polskiego punktu widzenia".

Jak się miało okazać, ten polski punkt widzenia po pierwszych "sukcesach" Gwardii Ludowej zaczęło podzielać także wielu ludzi w partii i w GL. Rekrutacja do nowych oddziałów załamała się tak dalece, że Mołojec musiał jechać do Francji, do środowiska dąbrowszczaków, po ochotników do straceńczej walki. Na domiar złego w szeregi GL wkradła się niewiara i niesubordynacja. Towarzysz "Marek" Marian Spychalski, szef sztabu GL, odmówił wręcz wykonania rozkazu wysyłającego go na partyzancki front.

Jednocześnie w kwietniu i we wrześniu 1942 r. nastąpiły masowe aresztowania polskich komunistów w Warszawie. Na ok. 400 członków PPR w ręce Niemców wpadło ponad 200 ludzi. Wielu towarzyszy z najbliższego otoczenia Nowotki załamało się w śledztwie i podjęło współpracę z okupantem. Byli i tacy, którzy przez wiele tygodni jeździli z Niemcami po Warszawie, wskazując im partyjne adresy, skrytki i ludzi z PPR. Na jesieni 1942 r. partia była rozbita i sparaliżowana strachem. Niemiecki pierścień coraz szczelniej zaciskał się wokół kierowniczej trójki PPR. Na przełomie września i października aresztowani zostali rodzice Mołojców oraz żona i syn Nowotki.

Z relacji ludzi zatrzymanych przez gestapo, tygodniami bitych i zmuszanych do wyjawienia informacji o Nowotce, wynika, że Niemcy znali nazwisko, pod którym się ukrywał oraz jego rysopis. Wiedziano też, że mieszka gdzieś pod Warszawą, dlatego w listopadzie kilkakrotnie dokonano masowych obław na dworcach. Przywódca polskich komunistów był poszukiwany żywy lub martwy, a jego aresztowanie czy śmierć stanowiłyby o sukcesie Niemców w rozbiciu Polskiej Partii Robotniczej. Jest to bardzo istotne ustalenie. Trudno zatem pojąć, dlaczego 29 listopada 1942 roku Niemcy nagle stracili całe zainteresowanie dla sprawy.

Tego dnia przy zbiegu ulic Kolejowej i Przyokopowej w Warszawie znaleziono ciało zastrzelonego Nowotki z kennkartą na nazwisko Wysocki, odpowiadające rysopisowi człowieka do niedawna tak bezwzględnie ściganego. Jednak Niemcy nie zorganizowali "kotła" w miejscu zameldowania, nie obserwowali kostnicy przy ul. Oczki, gdzie przewieziono ciało, wreszcie nie poinformowali Berlina o zlikwidowaniu przywódcy polskich komunistów, co dla policji politycznej wydawać się powinno informacją o kapitalnym znaczeniu. Historia nie zna żadnego niemieckiego meldunku o tej sprawie do Berlina. Dlaczego?

Przez wiele lat dominowała oficjalna partyjna wersja zdarzeń przyjmująca, że sprawcami śmierci Nowotki byli Mołojcowie. Mimo dziesiątek sprzeczności w oficjalnych dokumentach, mimo rzekomych świadków zabójstwa, dementujących po latach "swoje" świadectwa, wreszcie mimo braku najmniejszego powodu, by Mołojcowi zależało na usunięciu człowieka, z którym łączyły go wspólne cele i metody walki. Dopiero w ostatnich latach ujawniono fakty, które wydają się rzucać nowe światło na tę ciemną komunistyczną tajemnicę. Jak udało się ustalić w telewizyjnej "Rewizji nadzwyczajnej", ciało Nowotki znalazła policja nie 28, lecz 29 listopada. Co jednak ważniejsze, to nie policja zawiadomiła PPR, lecz ktoś z towarzyszy poinformował komisarza Jana Rudzkiego, że na rogu ulic Kolejowej i Przyokopowej leży martwy człowiek. Policja ustaliła, że jest to Jan Wysocki, zabity kilkoma strzałami z pistoletu. Stwierdzono też, że na miejscu brak śladów krwi, tak jakby martwe już ciało zostało podrzucone.

Nikt dotąd nie przedstawił żadnego przekonującego dowodu, by którykolwiek z braci Mołojców spotkał się z Nowotką w dniu jego śmierci. Depesze do Dymitrowa, w których Bolesław Mołojec rzekomo się do tego przyznaje, wydają się nieprawdziwe. Także dlatego, że on sam nie mógł, nie mając dostępu do radiostacji i skomplikowanego szyfru, wysyłać jakichkolwiek depesz do Moskwy. Klucz do szyfru, oparty na trylogii Sienkiewicza i codziennie zmieniany, mieli jedynie Nowotko, Finder i Fornalska. Z kolei na podstawie złożonej w "Rewizji nadzwyczajnej" relacji Barbary Sowińskiej, osoby bliskiej Marianowi Spychalskiemu, należy przyjąć, że właśnie Spychalski był osobą, którą tego dnia w godzinach przedwieczornych widziano w towarzystwie Nowotki. Jaka jednak była jego rola w zabójstwie, trudno powiedzieć. Pewne jest tylko to, że to nie on strzelał.

Rozkaz likwidacji pierwszego sekretarza PPR wykonali żołnierze Kolegium A Kedywu Warszawskiego, Krzysztof Sobieszczański, "Kolumb" i Jan Barszczewski, "Janek", na osobiste polecenie dowódcy okręgu warszawskiego płk. Antoniego Chruściela, "Montera". Nowotko zginął 28 listopada 1942 r. w alei Wojska Polskiego na Żoliborzu. Następnie ciało przewieziono na Wolę, a o zmroku podrzucono na ul. Kolejową, tuż obok knajpki U Ciotki. Leżący tam człowiek nie budził najmniejszego zainteresowania mieszkańców, przywykłych do takiego widoku. Miejsce porzucenia trupa wybrane zostało również dlatego, że okolica torów kolejowych była terenem polowań na ludzi Karla Schmaltza (zwanego "Panienką"), znanego z okrucieństwa dowódcy posterunku Bahnschutzpolizei na dworcu Warszawa Zachodnia. Oczywiste było, że to na niego padną wszelkie podejrzenia. (Notabene to samo Kolegium AK 4 marca 1944 r. dokonało jego likwidacji).

W sprawę "Akcji na Nowotkę", podobnie jak w późniejszą, nieudaną "Akcję na Bieruta", wtajemniczonych było tylko kilku ludzi. Nie miał o nich pojęcia nawet dowódca Kolegium A Józef Rybicki, ps. Andrzej. Rąbka tajemnicy uchylił dopiero w 1994 r. dla "Rewizji nadzwyczajnej" dr Stanisław Sosabowski, "Stasinek", legendarny dowódca kompanii w Kolegium A, zastrzegając jednak prawo ujawnienia tej historii dopiero po jego śmierci.

Płk Stanisław Sosabowski, "Stasinek", nb. syn gen. Stanisława Sosabowskiego, zmarł w Anglii w listopadzie 2000 r. Nie żyją już także Jan Barszczewski (zginął w powstaniu warszawskim) i Krzysztof Sobieszczański, "Kolumb". Nikomu nie wyjawili nazwiska osoby z kierownictwa PPR, która przyprowadziła Nowotkę na miejsce akcji. Tylko poszlaki wskazują na Mariana Spychalskiego, "Marka", który mieszkał wówczas przy ulicy Felińskiego. Małgorzata Fornalska, "Jasia", rok później wraz z Pawłem Finderem została aresztowana przez Niemców. Przed śmiercią w celi na Pawiaku złożyła na ręce Reginy Domańskiej dramatyczny meldunek z prośbą o przekazanie do kierownictwa partii, że Niemcy wiedzą wszystko. Mają swego człowieka w partii, jest nim "Marek"... Być może w tym meldunku zawarta jest także odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcy milczeli na temat śmierci przywódcy polskich komunistów.

Pewne wydaje się chyba jedynie to, że ludzie partii, którzy brali udział w likwidacji Nowotki, po jego śmierci spowodowali też wyeliminowanie braci Mołojców, Findera, Fornalskiej i wielu innych żołnierzy Kominternu. Wszystkich, których marzeniem nadal była Polska Republika Rad.

newsweek.pl

http://damianfiolek.salon24.pl/435516,a ... ski-kretem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 02 sie 2012, 16:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
PÓJDZIEMY W BÓJ - ZWYCIĘSTWO WARSZAWY

W 2008 r. Bronisław Wildstein na swoim blog’u umieścił tekst pt. „O honor Stalina.” Zainteresowało mnie wówczas jedno zdanie. Cytuję: …Stephane Courtois odnalazł w Moskwie dokumenty dowodzące, że powstanie przeszkodziło w przygotowanej i zaplanowanej w szczegółach operacji Armii Czerwonej, która w pościgu za Niemcami miała ruszyć przez Europę, aby dokonać podboju Francji we współpracy z tamtejszymi komunistami.

Stéphane Courtois jest uznanym historykiem komunizmu, brał udział w pracach nad Czarną księgą komunizmu, do której napisał wstęp oraz rozdział poświęcony Związkowi Sowieckiemu. Tak więc sowieckie dokumenty oglądał kompetentny historyk i waga jego ustalenia może mieć duże znaczenie dla oceny Powstania Warszawskiego. Inną oczywiście kwestią jest rozważanie, czy Sowieci mieli szanse zająć całe Niemcy i ew. „wyzwolić” Francję dzięki wsparciu francuskich komunistów, a przeszkodziło w tym polskie powstanie.

Jak wiadomo walki w Warszawie wybuchły 1 sierpnia 1944 r. i trwały do 2 października. W tym czasie Sowieci rzeczywiście stanęli w miejscu, na linii Wisły. Lądowanie wojsk alianckich, w tym polskich, w Normandii, miało miejsce 6 czerwca 1944 r. W sierpniu trwała bitwa pod Falaise (7-go) i wyzwolono Paryż (25-go). We wrześniu miała miejsce nieudana aliancka operacja desantowa „Market-Garden”. A jeszcze w grudniu Niemcy podjęli kontrofensywę w Ardenach i zadali Aliantom poważne straty powodując opóźnienie o siedem tygodni ataku Aliantów na Niemcy.

W tym czasie na terenach między Warszawą a Berlinem oraz pomiędzy Karpatami a Bałtykiem Niemcy nie miały znaczących sił zdolnych powstrzymać milionowe sowieckie armie z dziesiątkami tysięcy czołgów i samolotów. Sowieci zaś po uchwyceniu przyczółków na lewym brzegu Wisły z łatwością mogli przerzucać na zachód masy swych wojsk. Mieli zresztą doświadczenie w forsowaniu szerszych niż Wisła rzek, jak chociażby Dniepru. Podjęta w tych warunkach w sierpniu ofensywa w okresie listopada-grudnia 1944 r. doszła by do Berlina. Od stolicy do zachodnich krańców Niemiec byłoby tylko ok. 450-600 km, czyli zajęcie całych Niemiec przez wojska sowieckie jak najbardziej realne.

Czy udałoby by się to samo z Francją nalezy jednak wątpić. Wojska francuskie w końcu listopada 1944 r. wchodziły do Strasburga, a więc cała Francja była wolna. Powstaje tylko pytanie kto tak naprawdę panował na terenach wyzwolonych – formacja generała de Gaullea, czy komuniści z francuskiego ruchu oporu.

Pojawia się też pytanie czy Stalin byłby gotów na konflikt z zachodnimi aliantami na terenie Francji, lub… czy wycofaliby się oni za Pireneje oddając Francję komunistom? Albo jeszcze inaczej – na ile USA byłyby w stanie zawiesić wojnę z Japonią podejmując wojnę ze Stalinem i czy prezydent Delano Roosevelt, otoczony sowiecką agentura byłby zdolny walczyć z „wujaszkiem Joe”, jak pieszczotliwie nazywał Stalina.

Mamy wątpliwości na ile decyzje podejmowane na konferencjach w Teheranie i Jałcie stanowiły niezależne rozstrzygnięcia Wielkiej Trójki, a na ile też były efektem gry operacyjnej sowieckiej agentury działającej i infiltrującej amerykańską administrację. Działała ona w USA już w latach 30. Sowietom udało się zwerbować tak cennych agentów, jak Alger Hiss (jako wysoki urzędnik Departamentu Stanu i miał ogromny wpływ na politykę Roosevelta) czy Harold Dexter White (inny urzędnik Departamentu Skarbu), dzięki któremu Rosja miała dostęp do tajemnic amerykańskiej polityki finansowej. Kiedy FBI na początku lat 40. zdobyło informacje o działalności sowieckiej siatki szpiegowskiej, Roosevelt odrzucił przekazane mu raporty, uznając je za ”przesadzone”. Gdy w 1944 r. amerykański wywiad otrzymał od Finów książkę kodową używaną przez Sowietów, prezydent nakazał ją odnieść do ambasady sowieckiej. Nic więc dziwnego, że wg pewnych źródeł Roosvelt jest uważany nie za sympatyka Stalina znajdującego się pod jego silnym wpływem, ale w istocie za kryptokomunistę powiązanego z Amerykańską Partią Komunistyczną i jej liderem Earlem Browderem, który zresztą bardzo aktywnie działał na rzecz reelekcji Roosevelta na prezydenta USA.

Browder na wiecu komunistw.

Niekiedy podnoszony jest argument, że gdyby Stalin chciał opanować Niemcy, to nie traciłby czasu na zajmowanie południowo-wschodniej części Europy, ale po prostu ruszyłby na Berlin. Nie jest to argument wiarygodny. Kiedy zachodni alianci rozważali kwestię inwazji na Europę i pokonania Niemiec angielski premier Churchill był zwolennikiem uderzenia w tzw. miękkie podbrzusze Europy, czyli na Bałkany. Anglikom chodziło o to, aby zająć przed Stalinem Środkowo – Wschodnią część Europy i zmusić okrążone Niemcy do kapitulacji, ale też nie wpuścić Sowietów do Europy. Było prawdopodobne, że skierowana na Bałkany główna ofensywa, w której wojska polskie (Armia gen. Andera) odgrywałyby istotną rolę, zakończy się sukcesem. Temu celowi służyły tajne rozmowy z rządami Rumunii, Bułgarii i Węgier, a istotnym wsparciem ofensywy byłyby siły podziemia w Jugosławii, Grecji, Słowacji i w Polsce. Stalin wiedział o tych planach i zabiegał, aby lądowanie aliantów miało miejsce we Francji. Prezydent USA popierał stanowisko sowieckiego dyktatora, a Anglia była zbyt słaba by przeforsować swój zamiar. W ten sposób także strategiczne plany rządu RP związane z sojusznikiem brytyjskim zawiodły W rezultacie zamiast na Bałkanach wojska alianckie lądowały we Włoszech, a II Korpus wyzwalał Włochy. To jednak nie rowiało obaw Kremla. Stalin mógł zasadnie uważać, że Churchill nie zrezygnował ze swoich planów, tylko je zmodyfikował – ofensywa na północ może pójść z Włoch. Akcja zajęcia południa Europy była więc dla Stalina konieczna i stąd ofensywa sowiecka w tym rejonie.

Niezależnie od tego jednak jeśli są dokumenty potwierdzające zamiary Stalina, to powstanie warszawskie 1944 zyskuje całkiem nowe znaczenie. Nie tyle jest przegraną bitwą o zachowanie niepodległości Polski, ale staje się wydarzeniem o podstawowym znaczeniu strategicznym dla powojennych losów całej Europy. Bowiem nawet jeśli Stalinowi nie udałoby się zająć Francji, to już tylko opanowanie całych Niemiec miałoby katastrofalne konsekwencje dla przyszłości Europy. Nie powstałaby przecież główna europejska potęga zbudowana przez Konrada Adenauera Republika Federalna Niemiec. Byłaby natomiast tylko jedna potężna komunistyczna Niemiecka Republika Demokratyczna a potencjał niemiecki w całości zasilałby blok sowiecki. Jakie to miałoby następstwa w „zimnowojennym” starciu bloku zachodniego z Sowietami nie trzeba mówić. Tak czy inaczej każdy kanclerz Niemiec powinien na kolanach dziękować Panu Bogu za powstanie warszawskie.

Jaka miała być przyszłość Niemiec po zakończeniu wojny? W październiku 1942 r. na tysiącach stacji kolejowych w USA rozwieszono mapę Gomberga (od nazwiska jej podejrzanego wydawcy) opracowaną w kręgu wpływowej w USA Rady Stosunków Międzynarodowych (CFR).

Obrazek

Wraz z mapą wydrukowano zasady organizacji przyszłego ładu międzynarodowego. Zasada nr 14 głosiła: „ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) trzecia co do wagi militarna siła, w kooperacji z USA jako siłą dla wolności i utrzymania światowego pokoju, przejmie kontrolę nad wyzwolonymi, zdezorganizowanymi, przylegającymi do jej granic terenami, łącznie z Niemcami i Austrią, które będą reedukowane i w końcu zostaną dołączone jako równorzędne republiki USSR, jak w przybliżeniu zaznaczono na mapie.”

Obrazek

Jak widzimy już wtedy całe Niemcy wskazywano jako obszar sowiecki.

Znalazłem też następującą opinię: http://www.powstanie.pl/index.php?ktory=6&class=text

„Realizmu nie wykazali również Niemcy, którzy na tym etapie wojny bardzo liczyli na, nieunikniony według nich, konflikt między “nienaturalnymi” sojusznikami, jakim była koalicja mocarstw zachodnich z ZSRS. Gdyby Niemcy, zamiast zwalczać Powstanie, oddali po krótkiej walce Warszawę powstańcom i tym samym umożliwili zainstalowanie się w stolicy legalnego rządu RP – doprowadziłoby to do bardzo poważnego kryzysu między sojusznikami.
Stalin bowiem nie uznawał polskiego rządu na emigracji i zmierzał do zainstalowania w Warszawie posłusznego Moskwie PKWN. Ale w kwaterze głównej Hitlera górę nad rozsądkiem wzięła żądza mordowania Polaków i niszczenia miasta.”

Zastanówmy się, z punktu widzenia przegrywających wojnę Niemców co było lepsze – zajęcie całych Niemiec przez wojska sowieckie, czy przynajmniej części, jak się okazało większej części, przez wojska alianckie? Może więc ta zbrodnicza walka z powstańcami warszawskimi miała dla Niemców jakiś sens.

W 1920 r. po Warszawą Polacy zatrzymali bolszewicki marsz na Europę. Zwycięstwo polskiego wojska powstrzymało komunizm. Czy w 1944 r. Polacy w Warszawie, ponosząc ogromne straty, jednak odnieśli drugie zwycięstwo krzyżując Stalinowi plany?

Mimo że od 2008 roku minęło sześć lat nie sprawdzono wiarygodności informacji podanej przez francuskiego historyka. Szkoda bowiem wówczas nasze rozważania nad powstaniem 1944 nabrałyby innego charakteru – nie byłoby wątpliwości, że bohaterstwo żołnierzy Polski Podziemnej i poniesiony ofiary powstańczej Warszawy miały sens.

Romuald Szeremietiew

http://szeremietiew.blox.pl/2012/08/POJ ... SZAWY.html

Zobacz również tu: viewtopic.php?f=5&t=57&p=41168&hilit=Mapa+Gomberga#p41168


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 04 sie 2012, 07:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Agenci sowieccy w administracji Roosevelta

Obszerne fragmenty historiografii dotyczącej Powstania Warszawskiego z 1944 roku zostały poświęcone rozważaniom, czy Armia Krajowa powinna rozpocząć Powstanie wobec bierności stalinowskiego Związku Sowieckiego, a także analizom długofalowych konsekwencji Powstania dla Polski.

Rola największych zachodnich sojuszników, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, była rozpatrywana jedynie w kontekście tego, jak niewielką pomoc materialną i dyplomatyczną zapewnili oni Powstańcom. Istnieje jednak inny, równie ważny aspekt tej sprawy, który dopiero stosunkowo niedawno przykuł uwagę badaczy.

Chodzi tu o to, w jakim stopniu na sposób prowadzenia polityki przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta wpływali sowieccy agenci i inne prosowiecko zorientowane osoby w jego najbliższym otoczeniu i w głównych departamentach jego administracji. Jednym z powodów, dla których temat ten nie był wcześniej wystarczająco zgłębiany, jest status nadany Rooseveltowi zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie.

Roosevelt jest postacią praktycznie nietykalną. Znajduje się poza obszarem krytyki, której tak często podlegają przecież ludzie ze świata polityki. Co więcej - zakrojona na szeroką skalę infiltracja jego rządu przez Sowietów, szczególnie w okresie II wojny światowej, została zamazana przez amerykańską biurokrację - zbyt zakłopotaną brutalnością prawdy na ten temat.

Niemniej jednak ostatnie ujawnienie ważnych dokumentów z rosyjskich archiwów oraz bezpośrednie świadectwa kilku osób dramatu - szczególnie byłych funkcjonariuszy KGB i dysydentów - Aleksandra Wasiliewa i Wasyla Mitrochina, pozwoliło historykom na prowadzenie badań nieobciążonych politycznie i ideologicznie.

Umożliwią one ujawnienie tego, co od zakończenia wojny było ukrywane - tak długo i przez tak wielu. Zachodni marksiści wraz z szerokim kręgiem środowisk lewicowych i liberalnych uparcie odmawiają prawa do prowadzenia jakichkolwiek badań aktywności szpiegowskiej Sowietów, nazywając je "polowaniem na czarownice". Na szczęście nasza wiedza na ten temat jest coraz większa.

Roosevelt a Polska

Roosevelt, potomek patrycjusza z liberalnie zorientowanego establishmentu Wschodniego Wybrzeża, w żaden sposób nie myślał o dobru Polski ani Europy Wschodniej, kiedy w 1941 roku decydował o przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny. Na dodatek, nie uważał on, że kraje te przedstawiają dla niego jakąkolwiek wartość.

Mimo to prowadził wytrawną politykę finezyjnych gier dyplomatycznych na przykład wobec generała Władysława Sikorskiego, polskiego premiera i Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych od 1939 do 1943 roku.

Roosevelt w sposób bezwzględny realizował Realpolitik. Oznacza to, że prawie od początku celowo marginalizował on polski interes narodowy reprezentowany przez Rząd Polski na Uchodźstwie, uparcie realizując nieetyczną prosowiecką politykę.

Okazjonalnie tylko, w 1940 i 1944 roku, szukając poparcia potrzebnego mu do wygrania wyborów, w sposób dwulicowy i efemeryczny umizgiwał się do amerykańskich wyborców polskiego pochodzenia.

Trzeba zaznaczyć, iż dla Roosevelta szybkie ugłaskanie Stalina stało się raison d´etre jego szerzej rozumianego stosunku do Polski i reszty Europy Wschodniej. Swoje stanowisko zaprezentował jednoznacznie na wczesnym etapie wojny podczas tajnego spotkania w Waszyngtonie w marcu 1942 roku z ambasadorem sowieckim Maksymem Litwinowem, a następnie ze Stalinem w czasie konferencji w Teheranie (listopad - grudzień 1943).

W czasie obu tych spotkań, ignorując traktat ryski z 1921 roku, zgodził się on na zajęcie przez Stalina wschodnich terenów Polski (Kresów). Nie powinno zatem dziwić, że chociaż Roosevelt chwalił odwagę i patriotyzm warszawskich Powstańców, nie chciał zapewnić im żadnego konkretnego wsparcia, bojąc się gniewu swojego największego sojusznika - Związku Sowieckiego, bez którego - jak uważał prezydent Stanów Zjednoczonych - szczególnie po kluczowych bitwach pod Stalingradem i Kurskiem w 1943 roku, w których zwyciężyła Armia Czerwona - niemożliwe stałoby się powodzenie antyniemieckiej koalicji.

Roosevelt usankcjonował reżim sowiecki

Trzeba także zaznaczyć, że szczególnie w odniesieniu do sowieckiej polityki w czasie wojny jednym z pierwszych aktów Roosevelta po tym, kiedy został on wybrany na prezydenta w listopadzie 1933 roku, było oficjalne usankcjonowanie reżimu sowieckiego przez Stany Zjednoczone.

Niemniej jednak, wyjaśnienie polityki Roosevelta wobec ogarniętej wojną Polski rozciąga się poza jego pojmowanie militarnych i dyplomatycznych imperatywów.

Należy uzmysłowić sobie, że główne ośrodki opiniotwórcze w ogarniętych wojną Stanach Zjednoczonych, wliczając w to świat akademicki i medialny, prezentowały stanowisko zdecydowanie prosowieckie, co dało zielone światło prowadzeniu zakrojonej na szeroką skalę prosowieckiej polityki przez administrację Roosevelta.

W te działania włączyła się spora liczba wysoko uplasowanych, wpływowych oficjeli znanych ze swojej sympatii, a wręcz podziwu dla Związku Sowieckiego. Nie byli oni jedynie narzędziami kreowania prosowieckiej polityki w Białym Domu i w głównych departamentach, ale także ugruntowywali osobiste upodobania prezydenta do "znajdujących się na przegranej pozycji" - kategorii, w której postrzegał on przywódcę i społeczeństwo Związku Sowieckiego okupowanego przez brutalnego wroga - nazistowskie Niemcy.

Prosowieckie otoczenie

Najważniejsi członkowie prosowieckiego otoczenia Roosevelta byli z początku zwolennikami jego liberalnej koncepcji "Nowego Ładu" z lat 30. Koncepcja ta stanowiła punkt wyjścia dla pozytywnego wizerunku Sowietów.

W tej grupie znaleźli się: wiceprezydent Henry A. Wallace, który w roku 1944, po powrocie z wizyty w Związku Sowieckim, wychwalał "wspaniałe przywództwo Stalina", i Harry L. Hopkins - liberalno-lewicowy były działacz społeczny, który został następnie czołowym doradcą Roosevelta w dziedzinie polityki wobec Sowietów. Ten ostatni dostarczał Kremlowi informacji o tajnych operacjach FBI przeciwko ambasadzie sowieckiej w Waszyngtonie.

W tym gronie znalazł się także Elmer Davies, dyrektor Biura Informacji Wojskowej, Ruben Markham, szef Sekcji Europejskiej Biura Informacji Wojskowej, Joseph E. Davies, były ambasador w Moskwie, a zarazem specjalny wysłannik prezydenta do kontaktów ze Stalinem, oraz William Averell Harriman, ambasador w Moskwie od jesieni 1943 roku. Trzeba wreszcie powiedzieć, że żona Roosevelta, Eleonora, była osobą o konsekwentnie lewicowych poglądach. Wypowiadała się publicznie, otwarcie popierając Sowiety. Ta imponująca koteria stanowi jednak odzwierciedlenie zaledwie wierzchołka góry lodowej.

Siatka szpiegowska

Udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że administracja Roosevelta była głęboko spenetrowana na najwyższych szczeblach władzy przez zadziwiająco wielką liczbę sowieckich agentów, z których niektórzy kierowali się w swoich działaniach względami czysto ideologicznymi bądź politycznymi, innymi natomiast kierowały wyłącznie względy finansowe. W kilku przypadkach agenci podejmowali działania z obu powodów.

Nie ma oczywiście niczego dziwnego w fakcie, iż Sowieci pod maskami NKWD bądź GRU (wywiadu wojskowego) umieszczali swoich agentów w obcych państwach - tak działa przecież wywiad na całym świecie. Tym, co zasługuje na uwagę, jest nie tyle sam fakt zaangażowania Sowietów przeciwko własnemu sojusznikowi, ile raczej stopień rozbudowy sowieckiej siatki szpiegowskiej w Stanach Zjednoczonych i skala odnoszonych przez nią sukcesów. Świadczy to z jednej strony o ich wiedzy i skuteczności, z drugiej zaś o swobodzie, z jaką mogli działać, o naiwności Amerykanów i ich przyzwoleniu na rozwijanie przez Sowietów aktywności szpiegowskiej.

Departament Stanu, Skarb Państwa, Departamenty Sprawiedliwości i Handlu są wydziałami najbardziej wrażliwymi, ale agenci sowieccy spenetrowali także Biuro Bezpieczeństwa Strategicznego - w czasie wojny: agencję wywiadu. Wśród osób najbardziej zagrażających interesom Stanów Zjednoczonych i aliantów znaleźli się: Lawrence Duggan z Departamentu Stanu, Harry Dexter White z Departamentu Skarbu, Lauchlin Currie, osobisty asystent prezydenta w Białym Domu, J. Robert Oppenheimer, główny architekt techniczny Manhattan Project ds. zbrojeń atomowych i Whittaker Chambers, jeden z byłych redaktorów naczelnych magazynu "Time".

Do tej listy można dodać także agenta GRU Algera Hissa, który ujawnił tajemnice z dziedziny zbrojeń atomowych. Nawiasem mówiąc, był on doradcą Roosevelta na konferencji jałtańskiej. Siatkami szpiegowskimi kierowali: Nathan Silvermaster, Julius i Ethel Rosenberg oraz Victor Perlo.

Istnieją także rejestry innych agentów - kobiet i mężczyzn, dziennikarzy, profesorów uniwersyteckich, naukowców, inżynierów i osób zatrudnionych w służbie cywilnej. Pochodzili oni z rozmaitych środowisk, z różnych obszarów kraju, różnili się także poziomem i rodzajem wykształcenia. Wielu z nich było jawnymi bądź tajnymi członkami Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych.

Niezaprzeczalnym faktem jest także nieproporcjonalnie wysoka liczba Żydów w szeregach agentów sowieckich. Pochodzili oni niezmiennie z Rosji, Litwy i Polski. Trzeba także wziąć tu pod uwagę istnienie dobrze zorganizowanego i bardzo wpływowego "lobby żydowskiego", do którego należeli czołowi członkowie rządu - tacy jak Henry A. Morgenthau, Bernard Baruch i Felix Frankfurter.

Lobby to było znane ze swojej polonofobii. Z powyższym faktem wiąże się równie dobrze udokumentowana wiedza o tym, że przeważająca większość przedwojennej trzyipółmilionowej polskiej wspólnoty żydowskiej niechętnie wywiązywała się z obowiązków przynależnych obywatelom II Rzeczypospolitej.

Ten niechętny stosunek do Polski znalazł swój najbardziej wymowny wyraz w szerokim wsparciu udzielonym przez Żydów, zwłaszcza na Kresach, bolszewickim najeźdźcom podczas wojny polsko - sowieckiej w latach 1919-1920 i sowieckiej okupacji Kresów w latach 1939-1941. Wielu z tych Żydów okazało się po prostu nielojalnymi obywatelami Polski.

Z długiej listy żydowskich agentów sowieckich w Stanach Zjednoczonych najbardziej znaczącymi postaciami byli: wspomniany już White (pochodzenia litewskiego), Hiss, Silvermaster, Rosenbergs i Perlo, a także I.F. Stone (znany też jako Isidor Feinstein, dziennikarz), dr Harald Glasser (wyższy urzędnik Departamentu Skarbu), Jacob Golos (dziennikarz), James Allen (znany także jako Solomon Auerbach, dziennikarz), Ludwig Ullmann (US Army), David Salmon (Departament Stanu), David and Ruth Greenglass (naukowcy, Manhattan Project), oraz wielu innych - takich jak Alfred Stern, Soloman Adler, Harry Gold, David Weinberg, David Wahl, George Koval, Maxim Lieber, Morris and Lona Cohen, David Weintraub, Charles Kramer (Krivitsky), Morton Sobell, William Perl czy Samuel Dickstein, kongresman Partii Demokratycznej z Nowego Jorku.

Jest rzeczą oczywistą, że Roosevelt i jego administracja działali w klimacie, przestrzeni i środowisku w znacznym stopniu nacechowanym obecnością i wpływem sowieckich agentów i osób z nimi sympatyzujących, wielu pochodzenia żydowskiego, którzy z całą pewnością przyczynili się do bagatelizowania haniebnego aktu zdrady wobec Polski, jakiego dopuścił się jej silny sojusznik, Stany Zjednoczone, cieszące się zaufaniem Polski. W USA nadzieję pokładał polski rząd na uchodźstwie i polski Naród.

Ostateczną katastrofą dla Polski stało się porozumienie jałtańskie z lutego 1945 roku, które było kompletnym pogwałceniem Karty Atlantyckiej z 1941. Może być ono interpretowane, przynajmniej w części, jako wynik haniebnych działań prosowieckiego otoczenia, które pracowało skrycie w otoczeniu Roosevelta w sposób bezkarny i śmiertelnie skuteczny.
--------------------------------------------------------------------------------

Autor był kierownikiem Katedry Współczesnej Historii Europy na Uniwersytecie w Stirling, w Szkocji. Obecnie jest dyrektorem niezależnego Centrum Badań Współczesnej Historii Polski. Opublikował szereg badań na temat XX-wiecznej historii Polski i Niemiec.

Prof. Peter Stachura, tłum. Agnieszka Żurek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/6500,ag ... velta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 25 sie 2012, 14:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Najdziwniejsza wojna XX wieku czyli Polska przeciw Japonii

Historia zna zaledwie kilka przypadków tzw. "dziwnych wojen" lub "zimnych wojen", w których nie dochodziło do żadnych działań wojennych a strony poprzestawały jedynie na demonstracyjnych gestach, słowach lub czynach mających wrogi charakter wobec przeciwnika, ale nie przynoszących żadnych głębszych konsekwencji. W tej dość wąskiej grupie mamy nasz polski akcent.

Po ataku na Pearl Harbor, wojna w pełni stała się światową. USA wypowiedziały wojnę Japonii. III Rzesza solidaryzując się z sojusznikiem rzuciła rękawicę Ameryce. Wielka Brytania znalazła sie w wymarzonym położeniu dostrzegając w USA, drugiego po ZSRR wojennego sojusznika. Podczas gdy mocarstwa wymieniały między sobą dyplomatyczne noty, polityczna druga liga czyli rządy ich sojuszników, ku samodowartościowaniu, postanowiły nie pozostać w tyle. Zapewne patetyczne noty emigrantów z Holandii, Belgii czy Wolnych Francuzów rozbawiły Japończyków, ale kiedy dotarła nota władz polskich zdecydowanie spoważnieli po czym wydali oświadczenie:



"Wyzwania Polaków nie przyjmujemy. Polacy, bijąc się o swoją wolność, wypowiedzieli nam wojnę pod presją Wielkiej Brytanii"
- Hideki Tojo
premier Japonii



Co oznacza, że Japonia nie uznała Polski za swojego wroga odrzucając możliwość walki z nią. Nastąpił ewenement w historii świata, który trwał aż do 1957 roku, kiedy to formalnie PRL podpisał z władzami w Tokio układ o normalizacji stosunków, których tak naprawdę komunistyczny rząd w Warszawie nigdy nie zepsuł, bo wyręczył ich Londyn.. Z resztą i Londyn popsuł je tylko na papierze, bo istnieją wiarygodne dowody na to, iż współpraca wywiadów przeciwko Sowietom jak również udzielanie schronienia polskim uciekinierom z ZSRR trwały przez całą wojnę.

http://damianfiolek.salon24.pl/409635,n ... iw-japonii


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 28 sie 2012, 14:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Korespondent Bryan LEKTOR



Film „Korespondent Bryan" prezentuje w większości nieznane dotąd nagrania i zdjęcia dokumentujące wydarzenia w oblężonej Warszawie we wrześniu 1939 roku. Jest oparty na materiale archiwalnym niedostępnym w zbiorach publicznych w Polsce. Materiał zarejestrowany przez Juliana Bryana to unikalny dokument, zawierający historyczną prawdę ukazującą patriotyczny heroizm społeczeństwa warszawskiego z punktu widzenia jednostki, uwikłanej w rzeczywistość wojenną. Pokazuje, jak niemiecka propagandaa manipulując faktami starała się zmylić opinię światową i odwieść uwagę od zbrodni popełnianych na ludności cywilnej w Polsce. Film powstał dzięki synowi Juliana Bryana - Samuelowi Bryanowi, Fundacji Stevena Spielberga oraz Muzeum Holokaustu w Nowym Jorku.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 25 wrz 2012, 19:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Tajemnica śmierci gen. Olszyny-Wilczyńskiego

Rosjanie utrzymywali, że zginął w walce. Polacy, że został bestialsko zamordowany, gdy właśnie udawał się na pertraktacje do Rosjan, którzy utrzymywali, iż nie mordują jeńców wojennych. Polacy przypominali, że skoro w 1939 roku nie było stanu wojny między Polską a Sowietyami, to także nie mogło być jeńców wojennych . Jak więc i dlaczego w drugiej połowie września na tyłach zginął generał brygady WP? Na ponad pół wieku wielka polityka ocenzurowała to pytanie. W latach wojny, by nie urazić sowieckiego sojusznika, a po wojnie, by nie drażnić sowieckiego przeciwnika. I gdy w początkach lat 90 wolna już i niepodległa polska historia upomniała się o prawdę w tej sprawie, okazała się, że nikt nie potrafi powiedzieć, dlaczego Sowieci zabili generała.

Obrazek

Pozornie jest to pytanie ze świata ponurego absurdu. Jak bowiem można poważnie stawiać pytanie, dlaczego Sowieci zabili jakiegoś polskiego generała, skoro wiadomo, że ci sami Sowieci strzałem w tył głowy zamordowali kilkadziesiąt tysięcy polskich oficerów. Jak można poważnie stawiać pytanie o śmierć jednego generała, skoro wiadomo, że z 41 polskich generałów, którzy w latach wojny wpadli w ich ręce, przeżyło ledwie dziewięciu. Pozornie więc jest to pytanie niedorzeczne, sprzeczne z naszą polską bolesną wiedzą i naszą polską, historycznie doświadczoną logiką. A jednak każdy, kto próbował badać okoliczności śmierci gen. Józefa Olszyny-Wilczyńskiego, jest pewien, że w odpowiedzi na pytanie, dlaczego Sowieci go zabili, mieści się jakaś nie znana historii tajemnica.
Olszyna został generałem w 1927 r. Miał za sobą I Brygadę Legionów, niewolę ukraińską w 1919 r., wyprawę kijowską i wojnę 1920 r., ochronę III powstania śląskiego. Miał za sobą wszystkie szczeble dowodzenia - od baonu w legionach po dywizję po wojnie. Nie był wielkim generałem. W latach 30. pełnił funkcję dyrektora Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. W 1938 r. nadal jako generał brygady objął dowództwo Okręgu Korpusu III w Grodnie. Wszystko, co mu powierzano jako generałowi, to funkcje administracyjne, nie wymagające ani specjalnej wiedzy, ani specjalnych talentów wojskowych. Był takim generałem, jak przedrzeźniał go życzliwie Józef Piłsudski, od "porządeczku, który w wojsku musi być".


W ostatnich dniach sierpnia 1939 r., kilka dni przed wybuchem wojny, gen. Olszyna otrzymał rozkazy utworzenia Grupy Operacyjnej Grodno. Jednostki wojskowej, której zadaniem byłoby utrzymanie za wszelką cenę swobodnej komunikacji z tzw. korytarzem wileńskim - a więc utrzymanie mostów na Niemnie, szlaków transportowych i komunikacyjnych dla ewentualnych ruchów wojsk. W ciągu kilku dni powstaje więc GO Grodno, początkowo z zaledwie czterech batalionów, ale z każdym dniem coraz sprawniejsza, wzbogacona o szwadrony kawalerii i artylerię lekką. Gdy jednak już powstała, z Brześcia, z kwatery głównej naczelnego wodza, 11 września przychodzi rozkaz, by się rozwiązała, a oddziały przekazała do Wilna i Lwowa. Tego 11 września, zwanego przez historię "dniem umiarkowanego optymizmu", w bitwie nad Bzurą Polacy biorą do niewoli 1500 niemieckich żołnierzy. Tego dnia mimo niemieckich nacisków Litwa odmówiła podjęcia akcji przeciwko Polsce. Tego dnia odbyła się wspaniała, a zapomniana nieco przez historię, przeprawa polskich oddziałów przez Wisłę, pod Osiekiem. I oto tego dnia "generał od porządeczku" zamiast wykonać bez sprzeciwu bezmyślny rozkaz naczelnego wodza, depeszuje: "Żądam jasnego rozkazu z podpisem marszałka, gdyż nie mam sumienia wykonywać tych ostatnio zakomunikowanych mi rozkazów!". W odpowiedzi marszałek Śmigły już z Włodzimierza Wołyńskiego, dokąd się tymczasem przeniósł, osobiście zatelefonował do zbuntowanego generała: "Rozkaz, który pana tak zdziwił, musi być przez pana jak najszybciej wykonany. Wymaga tego ogólna sytuacja".
Ogólna sytuacja, o czym marszałek Śmigły nie wiedział i czego marszałek Śmigły, lekceważąc meldunki wywiadowcze, nie przewidział, była taka, że 17 września Armia Czerwona na całej długości przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Dla większości polskich oddziałów na wschodzie kraju zaczynała się w tym momencie już tylko walka o względnie bezpieczną drogę ku granicy z Rumunią, Węgrami czy Litwą. Nierzadko jednak była to tylko droga nie opisanej polskiej udręki. Oto bohaterem sowieckim stawał się w tych tragicznych dla Polski dniach dowódca 29. Brygady Pancernej Armii Czerwonej kombryg Siemion Kriwoszein. Jego oddziały w Brześciu nad Bugiem wzięły bowiem do niewoli 1030 polskich oficerów, 1220 podoficerów i 34 tys. szeregowych żołnierzy. Jak wzięły? W jakiej bitwie? Otóż w żadnej bitwie. Na dworzec kolejowy w Brześciu w bałaganie odwrotu ku bezpiecznym granicom przybyło kilkadziesiąt polskich transportów wojskowych z żołnierzami i ze sprzętem. Wysiadali z wagonów wprost w sowieckie ręce jeszcze 25 września 1939 r. Kriwoszein, widać w uznaniu zasług, wraz z gen. Heinzem Guderianem przyjmował słynną defiladę braterstwa niemiecko-sowieckiego 22 września w Brześciu z okazji przekazania przez Niemców miasta Armii Czerwonej.

Generał Olszyna był załamany. "Mąż został bez wojska, bez przydziału, w zupełnej bezczynności" - zapisała w swej relacji towarzysząca mu Alfreda Wilczyńska. Przestał przyjmować posiłki, co najwyżej pił herbatę. "Był niemym świadkiem toczących się wydarzeń" - zapisze prof. Czesław Grzelak, najwybitniejszy polski badacz agresji sowieckiej w 1939 r. "Przybity i załamany, biorąc udział w naradzie oficerów (21 września), na której omawiano sposoby walki i przebijania się ku Litwie (...) nawet nie zabrał głosu. Tragiczna postać września".

I zapewne taki obraz generała Olszyny ubolewającego nad tym, jak głupie rozkazy głupich dowódców pozbawiły go możliwości zorganizowania choćby sprawnego odwrotu na Litwę, pozostałby w pamięci potomnych, gdyby nie dokumenty odnalezione w latach 90. przez prof. Tomasza Strzembosza. Badając konspirację polską pod okupacją sowiecką, odkrył, że to właśnie gen. Olszyna wydał pierwsze rozkazy do walki podziemnej na Grodzieńszczyznie i Białostocczyznie i - co więcej - że to właśnie gen. Olszyna już 17 września 1939 r. deleguje ppłk. Franciszka Ślęczka ps. Krak i innych oficerów tzw. dywersji pozafrontowej do organizacji oddziałów konspiracyjnych. Te fakty zapisują zupełnie inne oblicze i inną historyczną rolę generała. Być może także te fakty tłumaczą jego przedłużający się pobyt w budynku szkoły w Sopoćkiniach pod Grodnem, gdzie mimo nalegań żony i oficerów sztabu przebywa aż do 22 września.

Wyjechali rano, około 6.30. Sami. Generał z żoną, adiutant kpt. Mieczysław Strzemeski i żołnierz kierowca. Historia nie zna odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że pozostali oficerowie sztabu - kilkudziesięciu ludzi, którzy wyjechali dwie godziny wcześniej - "zapomnieli" o swoim dowódcy. Niejasne relacje wspominają dwa sowieckie czołgi, które przetoczyły się przez Sopoćkinie około godziny 4 rano, a które spowodowały przyspieszoną ewakuację polskiego wojska. Już po kilku minutach jazdy samochód generała Olszyny został zablokowany przez dwa czołgi obok miejscowości Góra Koliszówka. Jeden z przodu, drugi z tyłu. Według niektórych świadectw, samochód generała, który się początkowo nie zatrzymał, na pewnym odcinku był wręcz wleczony przez czołgi. Historia nie zna też odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że czołgi dwie godziny wcześniej pozwoliły spokojnie przejechać całej polskiej kolumnie sztabowej, a zatrzymały dopiero samochód generała. Kazano wszystkim wysiąść. Gen. Olszynę i kpt. Strzemeskiego zatrzymano, zaś żonę generała i kierowcę zaprowadzono do pobliskiej stodoły, gdzie przebywało już około dwudziestu osób, w tym trzy kobiety. Po kilku minutach rozległy się strzały, a chwilę potem sowiecki żołnierz przyniósł do stodoły "związaną sznurem generalskim" walizkę generała i oddał ją żonie. Według relacji Alfredy Wilczyńskiej, gdy przebywała w stodole, na zewnątrz trwała jakaś walka. Słychać było strzały. Według relacji miejscowej ludności, jedyne strzały, jakie oddano, padły do generała Józefa Olszyny-Wilczyńskiego i kpt. Mieczysława Strzemeskiego. Obaj zostali zastrzeleni tzw. strzałem katyńskim - z broni krótkiej w tył głowy. Następnie oba czołgi spokojnie odjechały.
Historykom ta sowiecka wojenna zbrodnia do dzisiaj nie daje spokoju. Po pierwsze dlatego, że poza śmiercią gen. Olszyny historia nie zna podobnego wypadku. Zastrzelenie generała w mundurze przez jakichś czołgistów, bez powiadomienia przełożonych i bez ich przyzwolenia, w sowieckiej stalinowskiej pragmatyce wydaje się po prostu mało prawdopodobne. Sprawca, co oczywiste, ryzykowałby sąd wojenny, karną kompanię, a może i życie. Profesorowi Czesławowi Grzelakowi udało się ustalić, że oba czołgi pochodziły z grupy Czuwakina, a człowiekiem, który zastrzelił gen. Olszynę, był kombat Grigorienko, młody, najwyżej dwudziestokilkuletni, oficer polityczny. Nigdzie jednak nie udało się znaleźć mimo sprawdzenia tysięcy dokumentów żadnego, który dotyczyłby jakiegokolwiek postępowania wyjaśniającego w tej sprawie. Tak, jakby nigdy się nie wydarzyła. A jednak się wydarzyła. Wszystkie fakty zdają się po latach wskazywać na to, że oba czołgi (bez piechoty) znalazły się w Sopoćkiniach w związku z obecnością generała. Co więcej, że to gen. Olszyna był jedynym ich celem. Jakby dobrze wiedzieli, kim był, i jakby ktoś wcześniej wydał rozkaz do tej egzekucji. Historycy mogą tylko snuć domysły. Być może, co wielce prawdopodobne, prawdziwym sowieckim zamiarem była zemsta. Analiza losów polskich generałów zamordowanych przez Sowietów w latach wojny dokonana przez Zbigniewa Siemaszkę wyraźnie wskazuje na to, że zabili oni wszystkich generałów, którzy zapisali swe sukcesy wojenne w wojnie z bolszewikami w 1920 r. A w tej wojnie gen. Józef Olszyna-Wilczyński w maju i czerwcu 1920 był komendantem zajętego przez Polaków Kijowa I jako taki nie miał prawa żyć.

http://damianfiolek.salon24.pl/449009,t ... czynskiego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Tajemnice II wojny światowej.
PostNapisane: 23 lis 2012, 18:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30847
Biskup brazylijski: Podczas wojny zginęło więcej katolików niż Żydów, lecz nie mówi się o tym “ze względu na istnienie żydowskiej propagandy”

Brazyliskie pismo Press & Advertising przeprowadziło obszerny wywiad z arcybiskupem Dom Dadeus Grings z archidiecezji Porto Alegre, w którym padają słowa o niemoralności badań z wykorzystaniem embrionalnych komórek macierzystych, nieskuteczności kondomów, homoseksualizmie i pedofilii. Wypowiedź biskupa Dom Grings przeszłaby niemal bez echa medialnego – ani jeden angielskojęzyczny serwis informacyjny nie zdecydował się na jego przetłumaczenie – jednak nabiera rumieńców, gdyż padły w nim słowa, które w jakiś sposób nie spodobały się środowiskom żydowskim. Biskup Grings ośmielił się bowiem wyrazić opinię sprzeczną z obowiązującą historyczną poprawnością i powiedział, że podczas 2 wojny światowej “Zginęło więcej katolików niż Żydów, lecz ten fakt nie przedostaje się do świadomości ze względu na funkcjonowanie na świecie żydowskiej propagandy.”

Na to stwierdzenie zareagowała żydowska organizacja FIRS (Israeli Federacy of the Rio Grande Do Sul), której prezydent, Henry S. Chmelnitsky wystosował oficjalny list stwierdzający, że “nie jest to pierwsze stwierdzenie przywódcy religijnego na temat Holokaustu, zniekształcające to wydarzenie”. Chmielnitsky pisząc, iż “Redukowanie lub relatywizowanie Holokaustu stanowi atak na pamięć milionów ofiar wojny, zainicjowanej fanatyzmem i nietolerancją”, zastosował znany chwyt, w którym jakakolwiek wypowiedź nieaprobowana przez środowiska żydowskie, stanowić ma przykład braku szacunku dla ofiar wojny.

Zdaniem Chmielnistsky’ego, pomimo “najlepszych relacji pomiędzy Kościołem katolickim a środowiskiem żydowskim”, które “nigdy nie były tak dobre” , biskup Grings “przeciwstawia się tej rzeczywistości” i przytacza argumenty “pozbawione moralnych i naukowych wartości”.

Chmienitsky’ego poparł również Guershon Kwsniwski, członek “grupy dialogu międzyreligijnego miasta Porto Alegre” – SIBRA, który “całkowicie solidaryzuje się ze środowiskiem żydowskim”.

Biskup Dom Grings kilka lat temu powiedział w jednym z wywiadów, że liczba ofiar żydowskich II wojny światowej nie przekracza 1 miliona.




Liczba ofiar żydowskich utrwalana w powszechnej świadomości jako 6 milionów, pojawiła się już po I wojnie światowej. Dziennik The New York Times w swoich “raportach z frontów wojennych”, wielokrotnie pisał o “milionach Żydów cierpiących i umierających podczas I wojny światowej”. Prawdobodobnie pierwszym pismem, które wspomniało wprost o “6 milionach ofiar żydowskich”, był The American Hebrew z października 1919 roku. Propaganda ta potrzebna była środowiskom syjonistycznym, które w kabalistycznej liczbie “6″ (“6 milionów”) upatrywało swoje plany mesjanistyczne, sprowadzające się do możliwości utworzenia państwa izraelskiego po dokonaniu się ofiary z krwi żydowskiej (“Holocaust”). W 1936 roku Chaim Weizmann pisał o “sześciu milionach Żydów skazanych w tej części świata [chodzi o Europę Wschodnią] na uwięzienie”.

Do praktycznego wskrzeszenia tej magicznej liczby przyczyniła się propaganda sowiecka, która chcąc zrzucić całą zbrodnię wojennną na Niemcy i przez to ze współkata stać się ofiarą, zaczęła promować syjonistyczną propagandę. Jeszcze wojna się nie skończyła, jeszcze walki trwały na wszystkich frontach, a już sowiecki (a ściślej: żydowski) pisarz-propagandysta Ilja Ehernburg pisał w styczniu 1945 roku o “6 milionach ofiar żydowskich”. W lipcu 1945 roku syjonistyczni przywódcy kontynuowali nie popartą żadnymi badaniami liczbę, która rok później przedstawiona została Międzynarodowemu Trybunałowi w Norymberdze.

W latach powojennych pojawiło się kilka opracowań próbujących podliczać liczbę ofiar żydowskich. Jednym z najnowszych jest praca Wolfganga Benza z 1991 roku, która zawiera w sobie wiele rażących nieścisłowi, opiera się na podejrzanych informacjach (np. wymuszonych zeznaniach) albo manipulacjach. O wiele bardziej wiarygodną pod tym względem jest, zupełnie przemilczana i w wielu krajach zakazana, praca Waltera Sanninga, który podliczając straty w poszczególnych krajach, uwzględniał zmiany granic i liczne turbulencje wojenne doprowadzające w pracy Benza do podwójnego liczenia ludności żydowskiej na określonym terenie. Sanning doszedł do konkluzji, iż podczas wojny zginęło 300 tysięcy europejskich Żydów.

Środowiska żydowskie upatrujące w rozmiarze Holokaustu podstawy swojej nowej “religii” scalającej diasporę żydowską, nie dopuszczają do jakichkolwiek prób podważenia obowiązujących dogmatów. Osoby próbujące przedstawić opinii publicznej swoje wątpliwości, w bezwzględny sposób skazywane są na wieloletnie wyroki więzienia.

Opracowanie: Bibula Information Service (B.I.S.) – www.bibula.com – na podstawie FIRS

http://www.bibula.com/?p=8147


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 43 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /