Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 418 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 24, 25, 26, 27, 28
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 23 wrz 2017, 11:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://cud1920.pl/1973/obrona-jasnej-go ... i-modlitwa

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część III: Modlitwa
Data: 12 stycznia 2017

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis warto przeczytać dokładnie, gdyż zawiera klucz do zrozumienia fenomenu cudownej obrony Jasnej Góry 1655 i Cudu nad Wisłą 1920.

Zapraszamy również do przeczytania wcześniejszych wpisów na temat cudownej obrony Jasnej Góry; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Ora et labora – módl się i pracuj. Ta prosta benedyktyńska reguła życia zakonnego, sprawdziła się w czasie pokoju.
Ale w czasie wojny, gdy zagrożone jest życie, wolność i świętość miejsc wybranych przez Boga, przekształca się ona w Oratio et pugna – modlitwa i walka.

Człowiek walczy, Bóg daje zwycięstwo – czytamy w Słowniku Teologicznym. Tak właśnie było na Jasnej Górze, w dniach szwedzkiego oblężenia w 1655 roku, gdy modlitwa i walka przenikały się nawzajem w tajemniczej współpracy.
Modlitwa zdawała się wyprzedzać walkę, i rzeczywiście ją wyprzedzała. Pomagała odnosić zwycięstwa tam, gdzie wydawało się to niemożliwe.
Walka natomiast była częścią modlitwy. Stawała się modlitwą wyrażoną orężem, zbrojnym wysiłkiem i ofiara krwi, która nie ominęła obrońców Jasnej Góry. Mówi o tym pamiętnik Ojca Kordeckiego.

Obrazek
Ojciec Augustyn Kordecki (1603 – 1673) – Przeor Klasztoru Paulinów na Jasnej Górze. Jego niezłomna wiara, modlitwa i wielkie zaufanie pokładane w Bożej Opatrzności, doprowadziły do przezwyciężenia szwedzkich usiłowań opanowania jasnogórskiego Klasztoru.
To Jego wspominał i przepowiadał pojawienie się takiego przywódcy ks. Ignacy Skorupka, na dwa tygodnie przed swą śmiercią 14 sierpnia 1920 roku, w czasie największego zagrożenia dla Polski ze strony bolszewików, czym nieświadomie zapowiedział swą chwalebną śmierć i rolę potężnego rozbłysku duchowego, elektryzującego cofający się od 6 tygodni polski front. (Obraz ze zbiorów Jasnogórskich)


MODLITWA PRZED WALKĄ
Jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia, Przełożony Jasnej Góry o. Augustyn Kordecki „[…] dnia 18 listopada zwołuje wszystkich Ojców Zgromadzenia zakonnego oraz tych, którzykolwiek ze świeckich osób schronili się do Częstochowy, zachęca ich pobożnie, ażeby byli uczestnikami Mszy Świętej przed ołtarzem N. M. Panny – rozkazuje obnosić Najświętszy Sakrament około murów i warowni wśród publicznych modłów – błogosławi działa większe i mniejsze, kule ołowiane, żelazne i naczynia z prochem.” (A. Kordecki, Pamiętnik oblężenia Częstochowy, Częstochowa, 1982, s. 21 – 22).
W niedzielę 24 listopada, w święto ofiarowania Najświętszej Marii Panny „Chcąc Zakonnicy uroczyściej obchodzić dzień poświęcony swej Opiekunce, do zwykłych ceremonii dodali jeszcze tę uroczystość, iż wewnątrz murów obnoszono naokoło wśród publicznych modłów Najświętszy Sakrament. Pomni na opowieść Pisma, jako dla przestraszenia Filistynów Izrael obnosił arkę Bożą około obozu, zaufali silniej potężnej obronie Boga w swej istocie, niż owi w symbol i figurę Wszechmocnego.” (tamże, s. 28).

PIEŚŃ RELIGIJNA NAD POLEM BITWY.
W tą samą niedzielę, podczas szwedzkiego ataku artyleryjskiego, rozległa się z klasztornej wieży muzyka i pieśń religijna. Niosła się ona nad Jasną Górą i docierała do obozu szwedzkiego: „[…] gdy każdy z największą usilnością i zajęciem wypełnia swoje obowiązki, pokrzepia oblężonych pobożny głos pieśni na szczycie śpiewanej i wygrywanej. Nieprzyjaciele zaś przeciwnie mniemając, że muzyka ta jest na wyszydzenie ich usiłowań i że ich gwałtowne napady są lekceważone, zżymają się z wściekłości i oburzenia. Śpiew ten pobożny tak wielce podniósł ufność i odwagę w mieszkańcach Jasnej Góry, że odtąd weszło w zwyczaj podobną harmonią osładzać sobie niedolę oblężenia i straszliwy krzyk srożącego się wojska […]” (s. 30).

SZWEDZKI DIABOLIZM I WIARA OBROŃCÓW.
Dziwna to była walka i niezwykła obrona, jakich chyba niewiele zapisanych jest w historiach wojen. Szwed bowiem, zdaniem Ojca Kordeckiego, specjalnie wybierał dni świąteczne dla szczególnie uciążliwych ataków na klasztor. Obrońcy natomiast, w te dni świąteczne, nie chwytali za broń, nim nie ukończyli modlitwy i liturgicznych obrządków przewidzianych na taki dzień.
W dniu 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia NMP „Zdawało się, że piekło samo paszczę otwarło przeciw obrazowi świętemu, gdyż, jak tylko dzień zajaśniał, miotały działa burzące tak gęsty i straszliwy ogień od strony północnej i południowej, iż przez ten dzień trzysta czterdzieści kul padło, jak to świeccy zliczyli. Ojcowie bowiem Jasnogórscy zajmowali się przez ten czas nabożeństwem według swego zwyczaju, postanowiono odśpiewać suplikacje przed Najświętszym Sakramentem, z którym gdy po Mszy Świętej procesja wyszła pomiędzy przedmurza, sypały się ogromne złomy murów a świszczące kule (ważące po 26 funtów) przelatywały, nie bez wielkiego przestrachu, ponad głowami modlących się. Nikt przecież w tak okropnym niebezpieczeństwie nie udał się na mury, przed ukończeniem nabożeństwa. Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co było tylko ludzi płci obojej w klasztorze [ do klasztoru schroniły się także rodziny części świeckich obrońców – CWU], podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony.” (s. 52).

EGZORCYZMY PRZECIW CZAROM.
Niekiedy modlitwy przybierały formę egzorcyzmów. W Biblii znajdujemy wyjaśnienie walk i wojen toczonych na Ziemi jako zewnętrznego przejawu walk prowadzonych w świecie duchów. (Zob. Księga Daniela, rozdz.10, J. Bajda, „Objawione słowo… wielka wojna”, Nasz Dziennik, 26-27 sierpnia 2006).
Gdy pod Jasną Górą przez kilka dni i nocy utrzymywały się gęste mgły, ułatwiające Szwedom podprowadzanie pod mury klasztoru potężne machiny oblężnicze, a obrońcy nie mogli użyć artylerii do ich niszczenia z powodu złej widoczności – to dopiero te mgły „[…] stosownymi modlitwami i zażegnaniami rozproszono. Dlatego polecono jednemu z Ojców, ażeby przeciw gusłom nieprzyjacielskim wzywał potęgi Boskiej, powietrze zaciemnione egzorcyzmami oczyszczał i broni oblężonych błogosławił, co tak dalece było skutecznym, iż usunąwszy zabiegi czarodziejskie i wszelkie gusła, ciemności z powietrza ustąpiły, strzały padały znowu skutecznie, a nieprzyjaciel ginął, chociaż niegodziwą pomocą szatana uzbrojony. Z tego powodu mówiono w obozie nieprzyjacielskim: „Częstochowskie mnichy są wielkimi czarownikami, zabijają bowiem naszych najdzielniejszych mężów, którym nic nie pomogły ugody z czartami; otóż sławnego naszego towarzysza (zabito go w pierwszej wycieczce Jasnogórców), mającego siedmiu szatanów przy sobie, który z trzydziestu potyczek wyszedł zwycięsko, włosa nie straciwszy, zabili z wielkim dla nas wszystkich zdumieniem, i nic mu nie pomogły jego czartowskie sztuki, które go kiedy indziej ocalały.”” (s.56 – 57).

WIARA CZYNI CUDA, I NIE CZŁOWIEK ALE SAM BÓG DAJE ZWYCIĘSTWO.
W innym miejscu o. Kordecki zapisał w swoim pamiętniku na dowód ufności w opiekę Boskiej Mocy: „Nazajutrz od śmigownic [śmigownica, to spolszczona nazwa małego działka o długiej lufie – CWU] Jasnogórskich poległo kilku Szwedzkich żołnierzy, nieprzyjaciel cokolwiek zwolnił i żadnej szkody nie przyniósł oblężonym, gdyż Bóg na prośbę Najświętszej Maryi Panny osłaniał swoich wielbicieli cudowną potęgą.” (s.62).
I jeszcze zdanie Ojca Przeora Kordeckiego, nie pozostawiające wątpliwości, kto dokonał tego dzieła: ”Bóg to sam tak rozrządził, ażeby pomiędzy góry niegdyś cudami słynące, w Polsce także i ta Jasna policzoną została, szczególniejszą opieką Boga na prośby Najświętszej Panny obroniona; ażeby nikt z ludzi nie mógł się chlubić jej ocaleniem lub przynajmniej pysznych i chełpliwych powtarzać zwrotów: Ręka nasza to wszystko zrobiła.” (s. 86).
Widać tu wielką pokorę i skromność dowódcy jasnogórskiej obrony, jakiej niestety zabrakło Józefowi Piłsudskiemu w roku 1920 i później, gdy On i jego obóz, konsumowali dla korzyści politycznych niezwykłe zwycięstwo Cudu nad Wisłą 1920.
Wrócimy jeszcze do tego w tym opracowaniu części VI – „Paralele: Jasna Góra 1655 – Warszawa 1920”.
Ta sprawa już była podjęta na tej stronie w opracowaniu „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży” (zakładka ”Ignacy Skorupka”)

Czesław Wójcik – Uglis.

Ciąg dalszy nastąpi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 23 wrz 2017, 11:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://cud1920.pl/1979/obrona-jasnej-go ... -przypadki

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki”
Data: 14 stycznia 2017

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.
Słownik Języka Polskiego określa przypadek jako „zdarzenie, lub zjawisko, których nie da się przewidzieć”. Nie czas i miejsce, aby tutaj roztrząsać nieprecyzyjność tego określenia.
Od strony naukowej zajmuje się tym teoria prawdopodobieństwa, będąca działem matematyki, badającym zdarzenia losowe. I chociaż jej rozwój przyniósł nauce dużo korzyści, na przykład otworzył drogę do rozwoju fizyki kwantowej, to jednak ze względu na pojawianie się licznych paradoksów, teoria ta nie stwarza możliwości wyjaśniania wszystkiego, co dotyczy człowieka na poziomie egzystencji materialnej, a tym bardziej na poziomie jego życia duchowego.
W sferze paranaukowej przeważa pogląd, że coś takiego jak przypadek nie istnieje. Może najdobitniej wyraził to już w starożytności Demokryt: „Ludzie z przypadku uczynili mamidło, którym usprawiedliwiają swą własną głupotę”.
Z trafną intuicją potraktował przypadek Friedrich Schiller: „Przypadków nie ma; to, co jawi się nam jako ślepy traf, pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł.” – chociaż mogą pojawić się trudności w ustaleniu, co dla Schillera oznaczają „najgłębsze źródła”?
Trzeba więc, stwierdzić: Nie ma przypadków dziwnych, ani szczególnych, ani przypadków zwykłych, ani niezwykłych – bo nie ma żadnych przypadków. Gdyby były, to byłyby zaprzeczeniem mocy Boga, który jest także Panem przypadków.
Są tylko zdarzenia, których natury nie rozumiejąc, nazywamy przypadkami. Wiele takich zdarzeń znajdujemy w opisie walk, w pamiętniku o. Augustyna Kordeckiego – Przeora Jasnej Góry.


„Oblężenie Klasztoru Jasnogórskiego” – obraz ze zbiorów jasnogórskich.


ZNISZCZENIE SZWEDZKIEJ PÓŁKARTAUNY.
Jednym z takich wypadków, które skłaniają do refleksji nad ich naturą i przyczyną, jest cytowany już we wcześniejszych wpisach zniszczenie drugiego działa burzącego; 24 – funtowej półkartauny, która rozpękła się w czasie intensywnej nawały artyleryjskiej na Jasną Górę, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze raz odnośny fragment z pamiętnika o. Kordeckiego:
”Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.
To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa 1982, s. 77 – 78)
Szwedzi posiadali dwie takie półkartauny. Pierwsza została zniszczona celnym strzałem armatnim z Jasnej Góry 14 grudnia. Tak więc, obydwa, tak niebezpieczne dla jasnogórskiej fortecy ciężki działa przeznaczone do burzenia murów, zostały wyeliminowane z walki. Wyżej opisane zniszczenie drugiej półkartauny może budzić w umysłach mniej wyrobionych zdumienie – a dla dociekliwych i krytycznych – wzmożoną chęć poznania prawdy, o ile będzie ona w całej pełni udostępniona umysłowi ludzkiemu. Bo tam, gdzie „Boży Palec dotyka Ziemi”, nie wszystko jest poznawalne ludzkim rozumem.

UKARANIE BLUŹNIERSTWA I ŚWIĘTOKRADZTWA.
”W […] samą uroczystość Niepokalanego poczęcia N. Panny Maryi żołnierz Szwedzki, zacięty nieprzyjaciel Bogarodzicy, wracając do obozu z Rędzin, wioski Pana Tomasza Przerombskiego, w którego domu bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny, poległ przed kościołem Św. Barbary od kuli działowej, innym kierunkiem niż sobie puszkarz [artylerzysta – CWU] zamierzał lecącej i od śniegu odskakującej. Tak tedy poniósł słuszną karę z ręki Boga, jako niegodny oglądać słońca, który Najświętszej Rodzicielce wiekuistej jasności i chwały uwłaczał.” (Tamże, s. 51).
Podobnie zdarzyło się polskiemu żołnierzowi – zdrajcy. W pierwszym okresie szwedzkiego potopu, część Wojska Polskiego przeszła na służbę króla szwedzkiego. Wojska takie wchodziły także w skład korpusu Millera, pełniąc w czasie oblężenia Jasnej Góry na ogół rolę pasywną.
„W tym czasie żołnierz z oddziału wojska Polskiego ugodzony kulą z rusznicy, poniósł karę za to: że przemyśliwał o dopuszczeniu się gwałtu na Miejscu Świętym i zostawił tym samym przykład dla późnej potomności. Ten bowiem ohydną żądzą zysku zapalony, obiecywał sobie i swym współtowarzyszom obfity łup z rozlicznych bogactw Jasnej Góry.
Właśnie w tej chwili, kiedy odwodzącym go od świętokradzkich zamiarów rzekł: Godzić się nam, to którzy po stronie Szweda walczymy, w tej właśnie chwili kula z murów puszczona uderza go w głowę, mówiącego strąca z konia na ziemię i razem z życiem gasi świętokradzką żądzę łupu.” (s.24).

ZDUMIEWAJĄCA NIESKUTECZNOŚĆ SZWEDZKICH ATAKÓW.
Dziwili się sami Szwedzi, że ich ataki są tak mało skuteczne, chociaż bardzo starali się podpalić klasztor. Za przykład niech posłuży fragment z cytowanego już wcześniej opis artyleryjskiego ataku na klasztor, w niedzielę 24 listopada:
”Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).
Podobnie było nazajutrz i w dni następne: ”Niekiedy przecież kule wpadłszy między belki dachów groziły istotnym niebezpieczeństwem pożaru, lecz czuwająca bezustannie straż porywała je zaraz i zrzucała, postrzegłszy dym lub płomień. I zaiste, tylko Opatrzności Boskiej przypisać należy, że dachy drewniane (przy całym swym obszernym rozgałęzieniu i rozłożeniu) dostarczając dla ognia suchego żywiołu, nie stał się pastwą płomieni. Również i to było następnej nocy cudownym zjawiskiem; że kula rozpalona wpadłszy pod dach, odbiła się od komina i padła obok kolebki dziecięcia, lecz ani samego niemowlęcia nie uszkodziła, ani kolebki jego nie zapaliła.” (s.30 – 31).

SZWEDZKIE KULE WRACAJĄ DO ICH OBOZU.
Niezwykłe są też zapiski Ojca Kordeckiego o szwedzkich kulach godzących w ich własny obóz. Działo się to w dwojaki sposób; albo na skutek przestrzelenia – gdy pociski przelatywały ponad klasztorem, czyniąc szkodę własnym wojskom po drugiej stronie twierdzy, albo – co bardziej zdumiewające – odbijały się od murów i wracały do Szwedów, niejednokrotnie czyniąc im spustoszenie. Tutaj znów warto ponownie zatrzymać się, przy opisie zniszczenia drugiej szwedzkiej półkartauny w pierwszy dzień Świat Bożego Narodzenia, w którym czytamy: „Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały” – czytaj więcej wyżej – w tym wpisie pierwszy cytat z pamiętnika o. Kordeckiego.
Musiały takie zdarzenia powtarzać się często, gdyż mówili o tym sami Szwedzi: „Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”. (s. 89 – 90).
W innym miejscu czytamy: „Tu zdarzyło się także to pamięci godne: że gdy z nieprzyjacielskiego obozu kilka kul ognistych rzucono na klasztor, jedna z nich utkwiła wprawdzie w dachu kaplicy Matki Boskiej, lecz nagle odszkoczyła; druga z boku do uświęconego Miejsca zmierzając, jak gdyby siłą ukrytą odtrącona zwróciła się ku obozowi, po powietrzu straszliwy ogień rozrzucając.” (s.32).

NIEJASNE OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI SIOSTRZEŃCA GEN. MILLERA.
”Zdarzyło się tego dnia, o zmierzchu [12 grudnia – CWU], iż przywódca dział Szwedzkich wystrzelił że śmigownicy we dnie ustawionej i nabitej ku stanowisku Millera, tak iż kładącego się spać siostrzeńca jego w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie był ustąpił owego nieszczęsnego łoża siostrzeńcowi, którego ten zaszczyt drogo kosztował, bo go życiem przepłacił. Ciało z wydartymi wnętrznościami smutny przedstawiało widok, nie potrafiło jednak wstrzymać Millera w przedsięwziętym zuchwalstwie i dzikości. Nie zastanawiał się nad tym, że tylko przypadkiem uniknął wielkiego niebezpieczeństwa i nie lękał się, aby go podobna dosięgła kara. Owszem ciężka boleść serca podniecała go do próbowania wszelkich środków, jakie tylko mściwy umysł mógł wynaleźć, do zniszczenia i zrównania z ziemia klasztoru.” (s. 55).
Powyższa informacja Ojca Kordeckiego o okolicznościach śmierci siostrzeńca gen. Millera jest nie całkiem jasna. Wątpliwości nie ulega, że zginął on od kuli armatniej. Ale czyja to była kula? Jeśli było tak, jak czytamy w polskim wydaniu pamiętnika, to oznaczałoby to zamach ze strony własnego wojska Millera. Ale gen. Miller nie podjął żadnych działań przeciwko swoim.
Prawdopodobnie zacytowany tekst z pamiętnika o. Kordeckiego został nieprawidłowo przetłumaczony z łaciny, i jest chyba błędem edytorskim wydania, które posłużyło nam do sporządzenia tego wpisu.
Tak, czy inaczej – śmierć siostrzeńca Millera, w łóżku swojego wuja, trzeba uznać za zdarzenie bardzo niezwykłe. Miller i jego obsługa mieli wystarczające doświadczenie wojenne, aby wiedzieć gdzie i w jakiej odległości, należy rozbić namiot naczelnego dowódcy, aby zagwarantować mu bezpieczeństwo w czasie zmagań artyleryjskich. A jednak…

RÓWNIEŻ INNE SZWEDZKIE PRÓBY OPANOWANIA JASNEJ GÓRY SPEŁZŁY NA NICZYM.
Nieskuteczne okazały się prowadzone bez powodzenia podkopy w celu wysadzenia klasztoru w powietrze, z powodu dużej twardości skał wapiennych (tzw. jurajskie wapienie skaliste) oraz wycięcie podziemnej brygady górników w czasie jednego z wypadów obrońców klasztoru.
Podobnie nieskuteczne okazały się próby bezpośredniego ataku na mury, dzięki skutecznemu ostrzałowi artyleryjskiemu z Jasnej Góry – likwidującemu podciągane machiny oblężnicze.
W końcu, do zdarzeń niezwykłych, trzeba też zaliczyć rzadko spotykaną niezłomność, cierpliwość, wyjątkowy hart ducha i niezwykłe zdolności dyplomatyczne dowódcy obrony jasnogórskiej – Ojca Augustyna Kordeckiego.
Jego przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, a w końcowym okresie obrony odrzucenia żądania zapłacenia okupu za odstąpienie Szwedów od Jasnej Góry – były działaniem o nie mniejszym znaczeniu niż wysiłek zbrojny.

Czesław Wójcik – Uglis

Ciąg dalszy nastąpi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 23 wrz 2017, 11:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://cud1920.pl/1988/obrona-jasnej-go ... -i-polskie

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część V: Ukazywanie się NMP – świadectwa szwedzkie i polskie.
Data: 20 stycznia 2017

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis odsłania tajemnicę cudownej obrony Jasnej Góry.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

ŚWIADECTWA POLSKIE I SZWEDZKIE O CUDOWNEJ OBRONIE JASNEJ GÓRY
Ojciec Augustyn Kordecki, który z jasnogórską załogą, obronił klasztor przed Szwedami, dokonał jeszcze dwu bardzo ważnych rzeczy: opisał dokładnie przebieg walk o Jasną Górę i spisał świadectwa wskazujące na cudowną pomoc Nieba w czasie oblężenia.
Określenie „cudowna pomoc nieba” może wydać się dla niektórych umysłów zaprawionych racjonalizmem i tak zwana „nowoczesnością” – zwłaszcza dla „autorytetów” otaczających się aurą omnipotencji, za którą kryje się najczęściej próżność i pycha – stwierdzeniem godnym kpiny.
W gronie tym spotykamy, jakże często, również przedstawicieli nauki (tzw. naukawców), wśród których trafiają się także i historycy.
Toteż wiele naukawych poglądów [ tak, naukawych – nie poprawiać] można znaleźć, zdawałoby się, w poważnych wydawnictwach sygnowanych przez Uniwersytety, czy Instytuty naukowe, gdzie owi naukawcy mają nieskrępowaną możliwość głoszenia swego umysłowego zadufania, często otrzymując za to afirmację i poklask.
Wielu z nich działa świadomie, nie krępując się stosowanym nachalnym kłamstwem i manipulacjami.

Lista przyczyn tego zjawiska jest długa; naukowa pustka, próżność i pycha dopiero ją otwierają… warto by kiedyś zająć się osobno tymi tumorami, żerującymi na żywym ciele prawdy.
Przykładem tego może być, opisane na tej stronie, pomniejszenie zasług ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży w Bitwie pod Ossowem 14 sierpnia 1920 roku, dokonane przez piłsudczykowskiego dokumentalistę mjr B. Waligórę (zob. na tej stronie zakładka „Ignacy Skorupka” oraz „Negacja CnW”), a w tym opracowaniu przykładem o mniejszym ciężarze gatunkowym jest zacytowany bezimienny tekst ze strony Biblioteki Narodowej, odnoszący się do miedziorytu Jana Bensheimera (zob. część I tego opracowania – „Bibliografia”; niebieski tekst pod miedziorytem).
W sprawie obrony Jasnej Góry 1655, aż roi się od kłamstw i wymysłów owych naukawych „autorytetów” w publikacjach roszczących sobie prawo do naukowej powagi.
Wobec spisanych przez o. Kordeckiego świadectw, o nadzwyczajnej Boskiej pomocy okazanej obrońcom Jasnej Góry, możliwe są tylko dwa stanowiska:
– Stanowisko pierwsze: przyjąć je, i rozważyć rozumem i wiarą na czym polegała ich istota.
Dlaczego rozumem i wiarą? Dlatego, ze rozum może badać tylko udział czynnika ludzkiego w tym wydarzeniu, a wiara może rozpoznawać rolę Czynnika Boskiego, (owa słynna współpraca wiary i rozumu).
-Stanowisko drugie: odrzucić te informacje i ich nie przyjmować. Ale w takiej sytuacji trzeba by udowodnić, że Ojciec Kordecki nie napisał w swym pamiętniku prawdy, lecz wymyślił podane fakty; nazwiska świadków oraz ich świadectwa.
Jak dotąd nikt nie udowodnił, że opisane przez o. Kordeckiego fakty są jego wymysłem. Jest natomiast w tej sprawie dużo kłamstwa, złośliwej kpiny, arogancji i odpornej na fakty naukawości.
Spisane przez Ojca Kordeckiego świadectwa, które pochodzą od Szwedów , jak i od Polaków, mają dzisiaj dla nas pierwszorzędne znaczenie, i na zawsze pozostaną ważnym dowodem stwierdzającym obecność Bożej Ręki w tym niezwykłym wydarzeniu.
Tej sprawie poświęcamy tutaj więcej uwagi, gdyż podobnie wygląda problem negacji Cudu nad Wisłą w sierpniu 1920 roku. A ta niechęć, lekceważenie i manipulacje, będą nasilać się w miarę przybliżania się setnej rocznicy Cudu nad Wisłą – bo tam, gdzie pojawia się Palec Boży, pojawia się też merdający ogon szatana.


„Oblężenie Jasnej Góry” – obraz z sali rycerskiej na Jasnej Górze


MATKA NAJŚWIĘTSZA UKAZYWAŁA SIĘ GEN. MILLEROWI I SZWEDZKIM ŻOŁNIERZOM.
”Wedle świadectwa samych nieprzyjaciół widoczną jest rzeczą, że Jasna Góra cudownie obroniona została, albowiem pan Grodzicki przywódca artylerii Jego Król. Mości i inny świadczyli, że Miller to jedynie za przyczynę do odstąpienia Jasnej Góry w obozie podawał, że słowy i groźbą twarzą poważnej kobiety, która przed nim stanęła, przerażonym został. Stąd rozeszła się wieść między Szwedami, że Miller przez niewiastę przez mnichów przekupioną oszukany, oblężenia zaniechał.
Powszechna zaś wieść krążyła miedzy ludem, że Jenerał przez kobietę, która mu się ukazała, surowo upomnianym został, ażeby od oblężenia odstąpił, bo inaczej całe jego wojsko ze szczętem zginie. [Wydaje się, że to zdanie ma cechy wieści ludowej, z ubarwieniami dodawanymi podczas przekazywaniu takiej wiadomości z ust – do ust. Toteż ma ono mniejszą wartość, niż inne świadectwa, opisane w pamiętniku o. Kordeckiego – CWU].
Z tym opowiadaniem zgadzają się listy Dominikanek z Piotrkowa na Jasną Górę do sióstr tamże bawiących pisane, które między innymi i to w sobie zawierały: „Miller z wielką uwagą przypatrywał się tu w naszym kościele Obrazowi Najświętszej Panny Częstochowskiej, a ponieważ tłumacz prosił o podarowanie sobie jakiego małego wizerunku tegoż obrazu, darowano mu takowy, a sam Miller wziął go z ręki tłumacza. Stąd łatwo było wnosić, że Jenerał chciał dostrzec, czy postać którą widział w nocy podobna była do obrazu.”
Toteż same zakonnice w Piotrkowie opowiadały potem Wielebnemu Ojcu Prowincjałowi, (do którego i Częstochowski Konwent należy), iż Miller odebrawszy z rąk tłumacza wizerunek w te słowa się odezwał: „Wcale nie jest podobny do owej dziewicy, która mi się ukazała; bo niepodobną jest rzeczą widzieć równą na ziemi. Coś niebieskiego i boskiego, czymem się nadzwyczaj przestraszył, jaśniało na jej wspaniałym obliczu.”
Wracam znowu do listu w którym dalej stało: „Twierdzili i to Szwedzi: że niektórzy z nich widzieli kobietę na murach działa celującą i obrońcom na wałach stojącym potrzebnego oręża własną ręką dostarczającą; a kamieniarzom robiącym podkopy i łamiącym skałę ukazał się sędziwy starzec, który ich napominał, aby próżną porzucili pracę, której nawet w siedmiu latach nie dokonają. Tymi więc widzeniami przestraszeni, od dalszego oblężenia odstąpili.” To słyszał także od Szwedów Pan Aleksy Strzałkowski i pod sumieniem przed Ojcami zeznał. (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s. 86 – 87).
Jak okaże się w następnym fragmencie pamiętnika o. Kordeckiego, wspomniany „Sędziwy Starzec” to nikt inny, jak św. Paweł Pustelnik, założyciel Zakonu Paulinów i patron Jasnej Góry.

DALSZE ŚWIADECTWA O UKAZYWANIU SIĘ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I ŚW. PAWŁA PUSTELNIKA SZWEDZKIM ŻOŁNIERZOM.
”Pani Jadwiga Jaroszewska opowiadała podobnież, że widziała postać sędziwego starca, który ją pocieszał nadzieją, że Bóg wkrótce swoje zmiłowanie okaże, a nieprzyjaciel odstąpi od oblężenia Jasnej Góry. Wśród tego widzenia Ojciec, (którego nazwała po imieniu), sprawował Świętą ofiarę w białym ubraniu przy ołtarzu w kącie stojącym, po prawej ręce od wschodu do kościoła. Starca nie mogliśmy brać za kogo innego, tylko za Świętego Pawła, (pierwszego pustelnika i naszego patriarchę), ku czci którego ołtarz ten jest poświęcony.
Jan Więckowski i Maciej Węgierski Szlachta Polska, poświadczyli, że słyszeli opowiadających Szwedów, jako ci widzieli tegoż starca u boku kobiety na murach się pokazującej i pociski szwedzkie odtrącającej.

Zeznał także pod przysięgą Ojciec Błażej Wadowski Przeor Wieruszowski naszej reguły, iż w domu pewnego mieszczanina Wieruszowskiego przez Szwedzkich Komendantów Jerzego Eichnera i Arensa Lukmana do stołu zaproszony, takie bluźnierstwa z ich ust świętokradzkich słyszał: „Cóż to za czarownica znajduje się w waszym Częstochowskim klasztorze, która niebieską zasłoną odziana z klasztoru wychodziła i po murach się przechadzała niekiedy na ich szczytach spoczywając – na Jej widok nasi z przestrachu padali, tak iż kiedy wychodziła, musieliśmy twarze spuszczać i oczy zasłaniać.”

Toż samo potwierdzali i inni ze starszyzny wojskowej przy stole wówczas siedzący. Z tych dołączali jeszcze niektórzy jak gdyby z wyrzutem: „Wasze mnichy są doskonałymi czarownikami. Otóż naszego towarzysza tak oczarowali, iż od tej chwili w której na kościół wystrzelił, rękę wyciągniętą trzyma i ani mu jej złożyć ani zgiąć na żadną stronę niepodobna; co więcej, cały jakby skostniały ani wsiąść ani zsiąść z konia nie może, podniesioną ręką, jak był z rusznicy mierzył, [postanowiono – CWU] do Leszna odesłać.”
Dodał nadto wspomniany Przeor, że jak przedtem Szwedzi wszetecznymi usty rzucali bluźnierstwa na Najświętszą Pannę, tak po ustąpieniu z pod Częstochowy łagodniejszymi się stali i nic już podobnego od nich nie słyszano.

Pan Mikołaj Bielawski z Ruska opowiadanie Szwedów własnoręcznie ku wiecznej pamięci w następujący sposób opisał: „Żołnierze z oddziału Sadowskiego, który w wojsku Szwedzkim był pułkownikiem, wracając z pod Jasnej Góry, przybyli do mojej wsi, zwanej Golina. Gdym się ich raz u mnie goszczących pytał: co się działo w Częstochowie i jak się im powodziło pod Górą tak licznym wojskiem otoczoną? odpowiadali: że często im się ukazywała jakaś osoba w białej szacie z klasztoru wychodząca i dobytym mieczem obozowi Szwedzkiemu grożąc, natychmiast deszcz padał. Dowiedziano się od straży samych, że czterdziestu żołnierzy tym okropnym widzeniem przestraszonych życie straciło.”

Kiedy tegoż szlachcica wspomniani żołnierze z obowiązku i grzeczności powtórnie odwiedzili, opowiadali: „Że sami widzieli kobietę w niebieską szatę odzianą, przeciw której, gdy dwóch braci Ślązaków, rodem z Gerlachowej, nazwiskiem Dudziczowie strzelby swe celowali, jednemu z nich tak do twarzy kolba przylgnęła, iż jej żadną miarą oderwać nie było można i chirurg ją wyrznąć musiał, drugi zaś stwardniał na ciele jak kamień; wojsko Szwedzkie zabrało ich z sobą.” Zeznanie to stwierdził z przysięgą, a rzeczony szlachcic skreślił je i przesłał Jasnogórskim.
Pan Strzałkowski, o którym już wyżej mówiono, maż uczony i poważny, mieszkaniec Wielkopolski, świadczył, iż słyszał także od wielu Szwedów, że spostrzegana na murach klasztornych kobieta albo postacią swą ich przestraszała albo też gęstą mgłą otaczała, wtenczas kiedy najbardziej wytężali siły klasztor zdobyć usiłując. O tym samym donosili poważni mężowie i wiarygodni mieszczanie Częstochowy, którzy to Polscy żołnierze z Wolfem przez Szwedów zabrani opowiadali.
Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”. (s. 87 – 90).
Na koniec spisywania tych świadectw Ojciec Augustyn Kordecki dodaje:
”Kilka tych cudownych przykładów postanowiłem do oblężenia Jasnogórskiego dołączyć, aby widocznie okazać, że Góra Najświętszej Panny ręką samego Boga obronioną i ocaloną została. Chociażby tedy więcej cudownych wypadków mową lub pismem przez ludzi o tymże oblężeniu głoszonych dochodziło, zechciej wierzyć roztropny czytelniku, że tu nic dla podniesienia sławy Świętego Miejsca sztucznie wyszukanym nie zostało.
Sądziliśmy bowiem, że dosyć jest dla osiągnięcia naszego zamiaru, a co więcej dla zjednania sławy temu Miejscu, jeżeli wiadomym będzie, że Jasna Góra wspierając się na pomocy Królowej Niebios zwycięsko wszystkie niebezpieczeństwa przebyła.” (s. 90).
Potrzebni są tylko roztropni czytelnicy…

KPINY KRÓLA GUSTAWA Z GEN. MILLERA.
”Miller trapił się niepomału wyrzutami towarzyszy, a szczególniej starszyzny wojskowej, że się dał oszukać kuglarstwom mnichowskim i odstąpił od zdobycia klasztoru; a nawet mówiono, że sam Król Szwedzki przykre mu często czynił wymówki, że jednej klatki, czyli (jak się z szyderstwem wyrażał) kurnika tak sławny wódz, w tak długim czasie, z tak licznym wojskiem zdobyć nie zdołał! Gdy przeciwnie Król, Kraków stolicę Polski w krótszym przeciągu czasu do poddania się zmusił i całe prawie Królestwo pod swoje berło zagarnął.” (s. 96 – 97).

SAMI SZWEDZI O SWOJEJ KLĘSCE W PRZYSŁOWIACH I POWIEDZENIACH.
”Sami już pokonani nieprzyjaciele wystawili dla triumfującej a strasznej dla nich Jasnogórskiej Dziewicy wieczny pomnik zwycięstwa. Gdy bowiem wracali od oblężenia Częstochowskiego klasztoru, ułożyli sobie niektóre uszczypliwe przysłowia, którymi próżność drugich wyśmiewali lub też przechwalających się swoim męstwem trefnisiów karcili: Kiedyś taki wielki rycerz, idź – że zdobyć Częstochowę; a inne znowu przysłowie, którego złorzecząc nienawistnym osobom używali, było: Precz stąd pod Częstochowę!
A nawet poważni mężowie poświadczali, że gdy się pytali Szwedów, co by też myśleli o Częstochowskim klasztorze i jego zdobywaniu, słyszeli często odpowiedź: Częstochowa to grób najdzielniejszych rycerzy! A rzeczywiście nazwać ją mogli skałą, o którą się potęga Króla Szwedzkiego rozbiła i więcej nie powstała.” (s. 127 – 128).
W podsumowaniu warto zauważyć krótką opinię Józefa Ignacego Kraszewskiego, wyrażoną w powieści historycznej „Kordecki”, że „Wiek XVII był jeszcze zaprawdę u nas wiekiem szczerej i głębokiej wiary.”
Natomiast o Szwedach powiedział, że wiary w Boga już nie mieli. Wierzyli natomiast w czary, których bardziej się bali, niż Boga.
I to nas wprowadza w czasy dzisiejsze; gdy znów wiele narodów Zachodu i Wschodu, zagubiwszy Boga, zatrzymało się przy współczesnej formie czarów; magii, okultyzmie i rożnych odmianach ezoteryzmu, które należą do opanowującej świat cywilizacji śmierci.
Tylko czy dzisiaj wystarczy nam wiary w Boga i Jego Moc, aby przeciwstawić się współczesnemu pogaństwu, i nie dać się zatopić w nadciągającej zagładzie państw, ludów i narodów?

Czesław Wójcik – Uglis

Ciąg dalszy nastąpi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 29 wrz 2017, 16:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://myslkonserwatywna.pl/zygmunt-i-stary/

ZYGMUNT I STARY
Redakcja | 1 stycznia 2017 | 0 Komentarzy

Obrazek

550 lat temu, 1 stycznia 1467 roku urodził się w Kozienicach (Ziemia Sandomierska) Zygmunt Jagiellończyk, przedostatni z sześciu synów Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki (zw. Matką Królów), od 1506 roku król Polski ZYGMUNT I STARY; po śmierci ojca (1492) był jedynym z synów, który nie piastował żadnych godności, dopiero od swojego najstarszego brata – króla Czech i Węgier, Władysława II Jagiellończyka otrzymał Księstwo Głogowskie (1499) i Opawskie (1501), a w 1504 namiestnictwo całego Śląska i Łużyc Dolnych; po śmierci (1506) króla Aleksandra I Jagiellończyka, wbrew postanowieniom unii mielnickiej z 1501, która zakładała wspólną elekcję polsko-litewską, został przez litewską radę wielkoksiążęcą obrany (13 IX 1506) i wyniesiony (20 X 1506) na tron litewski; 8 XII 1506 obrany na sejmie piotrkowskim przez Senat Królestwa Polskiego na króla Polski, przybył do Krakowa 20 I 1507, a 24 I 1507 został ukoronowany w katedrze wawelskiej; w polityce zagranicznej dążył przede wszystkim do powstrzymania ekspansji moskiewskiej (wojny w latach 1507-08, 1512-22 i 1534-37) na wschodnie rubieże Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz do rozerwania (pierwszego w historii) antypolskiego sojuszu niemiecko-rosyjskiego (cesarza Maksymiliana I i wielkiego księcia Wasyla III); cel pierwszy, pomimo świetnego zwycięstwa litewsko-polskiego w bitwie pod Orszą (1514) oraz zdobycia Staroduba (1535), nie został w pełni osiągnięty, gdyż nie udało się odzyskać utraconego Smoleńska i Nowogrodu Siewierskiego, a jedynie (utracony w 1500) Homel; cel drugi powiódł się w pełni, gdyż na zjeździe wiedeńskim w 1515 cesarz wycofał się z sojuszu z Moskwą oraz uznał prawa Polski do lenna Prus; jednakowoż ceną za zmuszenie wielkiego mistrza krzyżackiego (i siostrzeńca króla Zygmunta) – Albrechta Hohenzollerna do złożenia (po dwuletniej wojnie z zakonem krzyżackim 1519-21) hołdu lennego (tzw. hołd pruski 1525) była zgoda na sekularyzację i luteranizację Prus Książęcych, co w (odległej wprawdzie) przyszłości i wskutek kolejnych błędów popełnianych przez władców Polski stało się zalążkiem potęgi pruskiej i w konsekwencji – rozbiorów Rzeczypospolitej; przez znaczną część panowania Zygmunta trwały też utarczki z Tatarami Krymskimi oraz Mołdawianami, rozstrzygnięte dopiero świetnym zwycięstwem hetmana Jana Tarnowskiego pod Obertynem (1531); zarówno polityczne, jak wyznaniowe kłopoty sprawiał także bogaty i skłonny do nadmiernej samodzielności oraz przyjmujący herezję luterską Gdańsk – w 1526 król na miejscu rozprawił się z luterańskimi buntownikami, ściętymi w liczbie 14 na Długim Targu oraz przywrócił nabożeństwa katolickie w mieście, niestety, pomimo królewskich edyktów zakazujących pod karą śmierci rozpowszechniania dzieł kacerskich, luteranizm, a za nim i inne odłamy protestantyzmu szerzyły się po całej Rzeczypospolitej z prędkością pożaru; w polityce wewnętrznej kierował się legalizmem, godząc się z postanowieniami konstytucji „nihil novi” z 1505 roku, poszerzającej uprawnienia izby poselskiej: zwoływał coroczne sejmy, z reguły uzyskując uchwały podatkowe na tzw. obronę potoczną; doprowadził do częściowego oddłużenia skarbu i wzmocnił działalność mennicy, uporządkował cła i dbał o rozwój miast królewskich; mimo to, średnia szlachta, niezadowolona z naruszania zasady niełączenia urzędów przez elitę senatorską oraz gospodarki królewszczyznami (co stało się zaczątkiem ruchu na rzecz tzw. egzekucji praw), wszczęła w 1537 rokosz, nazwany pogardliwie „wojną kokoszą” (z powodu wyjedzenia drobiu); po nagłym (i zagadkowym) wygaśnięciu męskiej linii książąt mazowieckich w 1526 królowi udało się inkorporować Mazowsze do Korony; za namową drugiej żony – włoskiej księżniczki Bony Sforza – w 1522 przeforsował przyznanie jego synowi – Zygmuntowi Augustowi tronu wielkoksiążęcego na Litwie, a w 1529 – królewskiego tronu polskiego (elekcja vivente rege); od koronowania tegoż w 1530 jako króla-koregenta, ojca nazywano „Starym”; zarazem wydał (1530, 1538) dwa statuty, które ustanawiały na przyszłość królewską elekcję wolną (electio Regis libera) i powszechną (viritim), na która mógł przybyć „każdy [szlachcic], kto by chciał” (unusquisque qui vellet); był wielkim mecenasem sztuki, którego panowanie zapoczątkowało (przy wydatnym udziale Bony) rozwój sztuki renesansowej w Polsce, na czele z przebudową Zamku Królewskiego na Wawelu i Kaplicy Zygmuntowskiej – „perły renesansu toskańskiego na północ od Alp”; rozkwit kultury humanistycznej, początek literatury narodowej, a także – mimo porażek i połowiczności – niewątpliwie mocarstwowy status monarchii Zygmuntowskiej składają się łącznie na określenie jego (i jego następcy) panowania jako Złotego Wieku w Polsce, jemu osobiście zaś zjednało szacunek i podziw zarówno poddanych, jak intelektualnej elity w Europie, na czele z Erazmem z Rotterdamu; zmarł w 1548 roku.

prof. Jacek Bartyzel


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 02 paź 2017, 10:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/nierozstrzygnieta- ... elniakiem/

Nierozstrzygnięta bitwa pod Gniewem | wywiad z dr. Karolem Kościelniakiem
1 października 2017 04:00

Obrazek

1 października 1626 roku zakończyło się starcie zbrojne pod Gniewem między wojskami Rzeczypospolitej i Królestwa Szwecji. Był to początek wojny polsko-szwedzkiej, a sama bitwa miała ogromne znaczenie w obronie Gdańska. Dlaczego do bitwy doszło akurat tam? Co zdecydowało o przebiegu bitwy? Jak faktycznie można określić jej wynik? Na te i inne pytania odpowiedział dla portalu Historykon.pl dr Karol Kościelniak.
Bitwa pod Gniewem choć nie aż tak znana, miała niebagatelne znaczenie w obronie Gdańska przed Szwedami. Czy zgodzi się Pan, że starcie pod Gniewem miało na celu odciągniecie sił szwedzkich spod Gdańska? Dlaczego do walnej bitwy doszło akurat tam?
To był początek wojny. Szwedzi zajęli kilka ważnych miast. Polacy trochę zaskoczeni, w miarę szybko zareagowali i uderzyli. Najbliżej był Gniew, więc pierwsze koki skierowano pod ten zamek obsadzony niewielką szwedzką załogą. Stan obronności Gdańska był zły w tym czasie, dlatego też Zygmunt III postanowił prowadzić działania lewym brzegiem Wisły idąc w kierunku Gdańska. Zygmunt III chciał iść Gdańskowi z odsieczą. A wybrał tą drogę, ponieważ łatwiej było mu z lewej strony Wisły dostać się do Gdańska, niż np. z Warmii, a tym samym odciągnąć spod niego Szwedów.
Gustaw Adolf jest znany ze swojej świetnie wyszkolonej armii i reform, jakie przeprowadził w wojsku szwedzkim. Jaki miało to wpływ na przeciwdziałania wojsk Rzeczypospolitej? Jak wyglądała wówczas sztuka wojenna Rzeczypospolitej?
Armia szwedzka była modelowym przykładem nowoczesnej armii XVII wieku. A specyfika działań w Europie Środkowej była inna, niż na Zachodzie. Dlatego obserwujemy pewne odrębności w staropolskiej sztuce wojennej, która nosiła wyraźne cechy średniowiecznej organizacji jazdy. Struktura organizacyjna jazdy polskiej była znacznie prostsza, niż zachodnioeuropejskiej. Podstawową jednostką była chorągiew. Na czele chorągwi stał rotmistrz, który ją tworzył. W kampanii, czy bitwie chorągwie łączono w większe związki, na czele których stawał pułkownik, czyli jeden z rotmistrzów. Polską sztukę wojenną charakteryzowała szybkość działania. Gdy środki finansowe na to pozwalały, polscy władcy starali się werbować jak najwięcej piechoty cudzoziemskiego autoramentu. Jednak zwykle okazywało się, że muszą polegać na skądinąd bardzo dobrej polskiej jeździe. Permanentne braki w skarbie powodowały, że armii w Rzeczypospolitej było mało, a duże związki zaciągano tylko na czas kampanii, a po jej zakończeniu oddziały rozwiązywano. Problemy finansowo-administracyjne powodowały, że należało się szybko rozprawić z przeciwnikiem.
Husaria w Polsce jest osnuta wręcz legendą, wysuwana na piedestał, symbolizuje siłę i zwycięstwa Polaków. Jednak bitwa pod Gniewem wydaje się być jedną z tych, w których husaria bynajmniej wielkiego zwycięstwa nie odniosła. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?
Teren, w którym przyszło stoczyć walkę z wojskami szwedzkimi nie sprzyjał husarii, ale mimo tego w polu radziła sobie dobrze. Jej szarże były trudne do powstrzymania.
Jaki wpływ miał teatr działań wojennych na przebieg bitwy? W jakich momentach warunki terenowe miały szczególne znaczenie?
Sam Gniew położony był w dolinie, w widłach Wisły i Wierzycy. Od północy otaczało go rozciągnięte ukośnie w kierunku północno-zachodnim, około 2 km długie, obszerne płaskowzgórze, opadające dość łagodnie na północ, a następnie zakończone stromym uskokiem w kierunku Gronowa. Na prawym, południowo-wschodnim jego skraju były zabudowania folwarku Ciepłe. Lewy, północno-zachodni skraj wzgórza zabezpieczały strome stoku, opadające ku bagnistej dolince. Na samym szczycie wzgórza Zygmunt III uszykował jazdę. Na skrzydłach stanęła osłonięta szańcami część piechoty. Reszta piechoty pozostała w dwóch usypanych na północ od miasteczka obozach, tak położonych, że dodatkowo osłaniały one oba skrzydła i tyły Polaków. Król liczył na to, że Gustaw Adolf musi pójść na odsiecz Gniewu, a ponieważ nie znajdzie innego sposobu na dotarcie do miasta, będzie zmuszony atakować Polaków na wzgórzu. Wg planów miała to być bitwa odporno-zaczepna, przyjąć uderzenie, zmieszać Szwedów ogniem piechoty i kontratakować jazdą. Jednak Gustaw Adolf nie chcąc walnej bitwy z Polakami i husarią, postanowił wykorzystać urozmaicony teren i wedrzeć się do miasta w wyniku zaskoczenia. W trakcie pierwszych potyczek, piechota szwedzka wykorzystała wał wiślany aby się osłonić, było to 22.09.1626 roku. Następnie po tygodniu przerwy w działaniach, także obie strony wykorzystywały ten urozmaicony teren.
Na przebieg, a tym samym na skutek bitwy wpływa wiele rzeczy. Są to nie tylko taktyka, wyszkolenie i uzbrojenie żołnierzy, ale także choćby warunki terenowe. W każdej bitwie liczy się nie jedna, a wszystkie te elementy. Który z tych elementów określiłby Pan za najważniejszy w bitwie pod Gniewem?
Sądzę, że ukształtowanie terenu zadecydowało o przebiegu bitwy i jej końcowym wyniku.
Bitwa trwała 10 dni. Na jakie etapy podzieliłby Pan jej przebieg?
Bitwa nie trwała 10 dni, tak naprawdę można powiedzieć, że były to dwie bitwy. Pierwsza rozegrała się 22.09.1626 roku, a druga zaczęła się po 7 dniach, czyli 29.09.1626 roku i trwała do 1.10.1626 roku.
Dlaczego Zygmunt III Waza, według Pana, postanowił się wycofać? Dlaczego Gustaw Adolf nie ruszył za nim?
Zygmunt III postanowił się wycofać, ponieważ Szwedzi zajęli kilka ważnych miejsc, z których ich artyleria bez problemów mogła razić obóz polski i doprowadzić do dużych strat. Szwedzi pościgu nie zorganizowali, zadowalając się wkroczeniem do Gniewu i wzmocnieniem tamtejszej załogi.
Jak w Pańskiej opinii można określić wynik bitwy? Czy wojsko polskie faktycznie poniosło porażkę?
Najlepszym określeniem tej bitwy jest „nierozstrzygnięta”, ponieważ obie strony nie osiągnęły zamierzonego celu, obie poniosły zbliżone straty. Bitwa ta jest charakterystyczna dla działań obu stron w ciągu prawie całej wojny. Polacy dążyli do bitwy w otwartym polu. Szwedzi natomiast trzymali się terenu sprzyjającego działaniom piechoty, co w urozmaiconym krajobrazie Pomorza było szczególnie łatwe.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 09 paź 2017, 08:22 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7385
Lokalizacja: Podlasie
9 października 1610 roku wojska polskie wkroczyły na Kreml. Hetman Żółkiewski został jedynym Europejczykiem w historii, który okupował Moskwę. Jego plany jednak nie powiodły się…

Obrazek

Polskie wojska wkroczyły do Moskwy 9 października 1610 roku na skutek kolejnej już wojny moskiewskiej, rozpoczętej w 1609 roku jeszcze przez króla Zygmunta III Wazę. Rok później w lutym zawarto układ, który gwarantować miał osadzenie na tronie carskim polskiego królewicza, Władysława Wazy, w późniejszym okresie nazywanego Władysławem IV.

Działania Polaków wspierał patriarcha moskiewski, Filaret. Powstrzymać natomiast ich miała armia rosyjska, na czele której stanął brat cara Wasyla Szujskiego, Dymitr, oraz wsparcie przez wojska najemne Szwedów.

Obrazek

Bitwa główna rozpętała się 4 lipca 1610 roku pod Kłuszynem, gdzie armia polska licząca siedem tysięcy jazdy husarskiej, przy wsparciu Litwinów starła 35 tysięczną armię Rosjan. Na czele wojsk polskich stanął hetman polny koronny, Stanisław Żółkiewski, który następnie dokonał zwycięskiego przemarszu wojsk przez liczne twierdze, warownie i miasta, aż do samej Moskwy. Działania Żółkiewskiego, wsparte dodatkowo działaniami Aleksandra Korwina Gosiewskiego – późniejszego wojewody smoleńskiego – spowodowały, iż już w sierpniu Żółkiewski zawarł ugodę z bojarami moskiewskimi, wedle której na tron carski miał wstąpić Władysław Waza, zakładając koronację w obrządku prawosławnym.

9 października 1610 roku bojarzy zaaresztowali cara Wasyla Szujskiego, a polskie chorągwie pod komendą Żółkiewskiego wkroczyły na Kreml. Tym samym, Żółkiewski był jedynym człowiekiem w historii, który faktycznie okupował Moskwę. Niestety, Zygmunt III Waza był bardzo niechętnie nastawiony do przyjęcia przez swojego syna wiary prawosławnej – co zakładała ugoda – skutkiem czego koronacja została przekreślona, a Polskie chorągwie wyparte z Kremla 7 listopada 1612 roku.

Maciej Kałek, źródło: NGOpole.pl

http://niezlomni.com/9-pazdziernika-161 ... iodly-sie/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 18 paź 2017, 08:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://czashistorii.pl/marek-skalski/bi ... o-husarii/

Bitwa pod Kiesią – zapomniane zwycięstwo polskiej husarii!
Przez Marek Skalski - 17 października 2017

Obrazek

Bitwa stoczona w 1601 r. w Inflantach udowodniła, że zachodnioeuropejska wojskowość zdecydowanie ustępuje polskiej. Pod Kiesią 700 zaskoczonych przez Szwedów rycerzy Rzeczypospolitej zmasakrowało trzytysięczne wojsko przeciwnika.

W roku 1592 zmarł Jan III Waza, król Szwedów. Jako że Królestwo Szwedzkie było monarchią dziedziczną, po śmierci ojca na tronie zasiadł jego syn Zygmunt III Waza. Koronacja miała miejsce w Uppsali, w 1594 roku. Zygmunt III Waza w owym czasie był już (od 1587 roku) obranym przez stany Rzeczypospolitej królem Polski i wielkim księciem Litwy. Jednak unia personalna nie na długo połączyła oba królestwa. W wyniku intryg stryja Karola, księcia Sudermanii, szwedzki parlament (riksdag), w roku 1599 pozbawił Zygmunta III tronu. Było to działanie nielegalne, gdyż w dziedzicznym królestwie parlament nie posiadał takich uprawnień. Nic więc dziwnego, że musiało się to spotkać z reakcją polskiego króla.

Obrazek
Bitwa pod Kiesią rozpoczęła erę wojen polsko-szwedzkich


Widząc oziębłość swych polskich i litewskich poddanych, którzy prawa do korony szwedzkiej w dużej mierze traktowali jako prywatną sprawę swojego monarchy, Zygmunt III postanowił sprowokować oba państwa do wojny. W 1600 roku uczynił to, czego od kilkunastu już lat oczekiwali Polacy i Litwini. Przekazał szwedzką Estonię Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ten krok faktycznie doprowadził do wojny, przy czym pierwsze do ofensywy przystąpiło Królestwo Szwedzkie, uderzając na polsko-litewskie Inflanty. Bitwa pod Kiesią (dzisiaj łotewskie Cēsis; na przełomie XVI i XVII w. funkcjonowało także pod niemiecką nazwą Wenden), do której doszło 7 stycznia 1601 roku, była jednym z pierwszych poważniejszych starć tej wojny. Udowodniła olbrzymią przewagę jakościową żołnierzy litewsko-polskich nad szwedzkimi. W niej to właśnie około 700 zaskoczonych przez Szwedów rycerzy Rzeczypospolitej zmasakrowało około trzytysięczne wojsko przeciwnika.

Piórem niemieckiego kronikarza
Pruski kronikarz Reinhold Heidenstein, który był jednocześnie sekretarzem króla polskiego Stefana Batorego, a później Zygmunta III Wazy, sporządził najbardziej szczegółowy opis bitwy. Uzupełniony o inne źródła, stał się dla historyków podstawą do rekonstrukcji przebiegu zdarzeń. Heidenstein zaczął swą narrację następująco:

„Dembiński spiesznie do Wenden [Kiesi], głównego miasta Inflant pociągnął, chcąc mu przyjść na pomoc i Szwedów stamtąd odpędzić. […] Ognie obozowe wyraźnie świadczyły, że nieprzyjaciel nadciągał, ale Dembiński żadnemu z tych doniesień nie uwierzył i wojsko między mury cofnął.”

I faktycznie wojewoda parnawski Maciej Dembiński, który sprawował ogólne dowództwo nad siłami litewsko-polskimi, został zaskoczony przybyciem przeciwnika. Szwedami, którzy przyciągnęli aż kilkanaście dział, dowodził Hans Bengtsson. Heidenstein kontynuował:

„Ludwik Wejher [na czele swoich husarzy] pierwszy z miasta wypadł, z nim Łukasz Ligowski namiestnik chorągwi [prawdopodobnie husarskiej] Dorohostajskiego, którą marszałek własnym kosztem wystawił i do Wendy posłał. Zatrzymali oni nieprzyjaciela i cofnęli go trochę od miasta. Pod Wejherem dwa konie ubito, wsiadł na trzeciego i walkę odnowił. Ligowski także konia stracił, ale sam kulą ugodzony, niedługo potem w Rydze umarł z tej rany. Litwinów dwóch tylko zginęło, Szwedów 20. Ale Szwedzi spostrzegli się prędko, że niewielu było naszych i silniej nacierać poczęli; strzelano z armat, bitwa szła bez ładu, z miasta posiłki ciągle naszym nadchodziły. […] Kiedy takim sposobem porządek przywrócony został, Wojna [z husarzami] wpadł na lewe skrzydło szwedzkie, a Tyszkiewicz [z husarzami] na armatę i piechotę, Rudomina [z husarzami] i inni na środkowe szyki. Szwedzi niedługo tył podali, nasi pędzili ich aż do [skutej lodem] rzeki Gawii; kto od żelaza nie zginął, w rzece śmierć znalazł, bo była bystra i głęboka [a lód się na niej załamał].”


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 24 lis 2017, 17:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://historiamniejznanaizapomniana.w ... mi-1620-r/

Półhaki – para pistoletów z zamkami kołowymi, 1620 r.
Posted by Historia zapomniana on 24/11/2017



Tzw. półhaki – para pistoletów z zamkami kołowymi. Broń powstała ok. 1620 roku w Niemczech. Wykonana została z drewna, kości, rogu, pereł i z poskręcanych drutów miedzianych. Długość całkowita: 55,0 cm; długość lufy: 22,5 cm; kaliber: 18 mm. Zbiory Państwowe Muzeum Ermitażu w Sankt Petersburgu.

źródło: Muzeum Ermitraż
https://www.hermitagemuseum.org/wps/por ... mor/665800


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 26 lis 2017, 11:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://retropress.pl/ilustrowany-kuryer ... -lat-temu/

Jak brat Cyprjan z Czerwonego Klasztoru leciał w powietrzu do Morskiego Oka… 200 lat temu

Badacze przeszłości Tatr i Podhala już przed wielu laty natrafili na ślady tajemniczego „brata Cyprjana” z Czerwonego Klasztoru w Pieninach, który miał przed dwoma wiekami „latać w powietrzu”. W ciągu poszukiwań znaleziono źródła historyczne, potwierdzające prawdziwie sensacyjną historję. W sprawie tej przesyła nam znany dziennikarz węgierski Job Paal, bawiący obecnie na Spiszu, następujący artykuł.

Westerów, 29 października.

Nad Morskiem Okiem piętrzy się potężna turnia skalna, Mnich. Ma od na sobie jak gdyby długą mniszą szatę, a głowę pokrytą kapturem. Górale żegnają się na jego widok i opowiadają następującą legendę: Żył raz zakonnik, razem z inną bracią zakonną. Reguła ich była tak surowa, że bracia nie śmieli mówić jeden do drugiego. Otóż ten mnich, nazwiskiem Cyprjan, za poradą szatana, sporządził skrzydła, które sobie przytwierdził do barek i na których poleciał ze szczytu Trzech Koron w Pieninach do Morskiego Oka w Tatrach. Tu oczekiwała nań piękna pastereczka. Zaciągnęła go ona do jeziora, aby go utopić. Zdołał się jednak wyrwać, wyszedł na brzeg i zamienił się za karę, że uległ pokusie, na skałę i stoi tak do dziś.

Tak mówi legenda. Ile jest w tem prawdy?

Oto naukowe badania stwierdziły, że brat Cyprjan rzeczywiście istniał i mieszkał w Czerwonym Klasztorze. Należał on do zakonu Kamedułów i faktem jest, że na aparacie ślizgowym przez siebie sporządzonym przeleciał 40 klm. Na zarządzenie biskupa z Nitry samolot ten djabelski został publicznie na rynku w Białej Spiskiej spalony.
Smutny i opuszczony stoi na brzegu Dunajca – Czerwony Klasztor.

Z p. Andrzejem Nitschem, posłem do praskiego parlamentu ze Spiszu, który zna każdy zakątek tego kraju, oraz z p. drem Michałem Guhrem, prezesem Towarzystwa Karpackiego, dojechaliśmy do Czerwonego Klasztoru.

Droga jest romantyczna. Szybko dotarliśmy wśród wspaniałych widoków do Dunajca. Przeciwległy brzeg należy już do Polski. Dookoła leżą płaty kory brzozowej, które zespolone z wikliną, służą do budowania tratew na Dunajcu. Na lewo przewija się rwąca, obfitująca w łososie rzeka, na prawo stoją resztki murów potężnej niegdyś budowli, w środku której widnieje czerwona brama na rozcież otwarta, czerwona brama Czerwonego Klasztoru.

Jest nie do pojęcia, że nikt nie myśli o restauracji tej budowli, tak ciekawej z punktu widzenia kulturalno historycznego. Potężny dziedziniec zarośnięty zielskiem, z murów odrywają się czerwone cegły, w celach pełno błota i tynku, obrazy, malowane ręką artystów, albo pospadały, albo dostały się w ręce wandalów. Jacyś gruboskórni ludzie dorysowali na twarzy świętej dziewicy wąsy, a świętemu dookoła oczu okulary. Nie pojmuję dlaczego panowie Jan i Józef musieli koniecznie zaznaczyć na tych obrazach z przed kilkuset lat, że byli tutaj 8 października… Wspaniałe skarby wczesnogotyckiej sztuki muszą z powodu zaniedbania i beztroski ginąć…
Tam, gdzie robiono sztuczne złoto.

Gdyby ten wspaniały stary zabytek, pochodzący z początku XIV w., należycie odrestaurowano, wówczas tysiące turystów przyjeżdżałoby, ażeby zwiedzać ten niezwykły klasztor. Został on zbudowany w r. 1319. Jego pierwsi mieszkańcy, to byli Kartuzi, członkowie bardzo surowego zakonu. Pozdrawiają się oni: „Memento mori” (pamiętaj że umrzesz). Jedyne to słowa, które wolno im wymówić. Po wielu zmiennych przejściach zostali na miejsce Kartuzów osiedleni w r. 1711 Kameduli, niemniej surowy zakon W r. 1782 Józef II skonfiskował ten klasztor, zgromadzenie rozwiązał tak, że od tego czasu zabytek należy do państwa.

Kościół tego klasztoru jest dobrze zachowany. Za ołtarzem stoją jeszcze nietknięte ręką barbarzyńców obrazy. Tam siedzieli mnisi podczas modłów. 12 ławek stoi jedna obok drugiej na prawo i na lewo. Na oparciach 12-tu ławek, 12-cie obrazów, przedstawiających mnichów przy ich zwyczajnych zajęciach. Jeden łowi w rzece, drugi modli się, inny leczy chorych, a jeden mnich w białej szacie stoi nad brzegiem rzeki i patrzy na Trzy Korony. Ma to być brat Cyprjan.

Cele mnichów znajdują się w piwnicy, wąskie i ciemne. Tylko jedna jest nieco większa. Stoi w niej ogromny kominek. Jeszcze widoczne jest miejsce, gdzie umieszczano retorty i tajemnicze naczynia. Tutaj próbowali mnisi z nieszlachetnych metali uzyskać złoto.
Djabelski wóz brata Cyprjana na spalenie.

Dr Guhr, który zajął się rozwiązaniem legendy o Cyprjanie, opowiedział mi o swoich badaniach, co następuje:

„Że brat Cyprjan żył istotnie, wiedziano już z początkiem bieżącego stulecia. W tym czasie muzeum węgierskie Twa Karpackiego w Popradzie weszło w posiadanie Zielnika brata Cyprjana. Jest to duża księga, oprawna w psią skórę, zawierająca wszystkie lecznicze rośliny Spiżu i Tatr. Zielnik jest niezmiernie interesującym dokumentem. Z tekstów w nim zawartych wynika, że brat Cyprjan był alchemikiem, lekarzem, botanikiem, ogniomistrzem, stolarzem, zwierciadlarzem, malarzem i wogóle człowiekiem znającym się na wszelkich sztukach. Na pierwszej stronie tego Zielnika widzimy motto: „Ducit ad Astra” (Prowadzi do gwiazd), a na prawo uzupełnienie: „Aequali robore certant” (Walczą równemi siłami).

Atoli nie w tym Zielniku znajduje się wiadomość o locie braciszka. Została ona zapisana w kronice przez jakiegoś węgierskiego magistra, pod datą 1753, którą odkrył węgierski historyk sztuki Elemer Koszeghy. W kronice tej czytamy co następuje w języku łacińskim:

„Byłem obecny na rynku w Białej Spiskiej, kiedy palono djabelski wóz. Słało się to na zarządzenie biskupa z Nitry, Bolesława Matjaszowskiego. Kazał on spalić na stosie djabelską maszyną, przy pomocy której niejaki brat Cyprjan kusił niebo. Mnich mieszkał w klasztorze, który przez lud z powodu jego czerwonego dachu, Czerwonym Klasztorem był nazwany. Brat Cyrjan nazywał się przedtem Vogelberg i pochodzi z miasta Georgendorf na Spiszu. Wyleciał on z Trzech Koron i unosił się po tej stronie Dunajca (t. zn. po stronie polskiej. Red.) aż do Morskiego Oka. Przy spaleniu skrzydeł był obecny wielki tłum ludzi i zjawili się nawet panowie ze spiskiego zamku. Biskup nie był przy tem obecny, brakowało też mnicha, którego przeniesiono do Węgier. Tam niema gór i tam nie będzie latać”.

Prezes Twa Karpackiego opowiada dalej:

„Stwierdziliśmy, że o tym udałym locie brata Cyprjana wiedziała wówczas cała okolica. Wielu ludzi wędrowało wówczas do Czerwonego Klasztoru, a każdy przyniósł jakiś podarek. Okoliczne klasztory były z tego powodu zazdrosne i wniosły do biskupa skargę”.

Trzy Korony, z których brat Cyprjan przedsięwziął lot, z pewnością pierwszy lot na świecie, jaki wogóle kiedykolwiek odbyto, to najwyższy szczyt Pienin, leżący tuż naprzeciw Czerwonego Klasztoru, liczy 982 m. wysokości. Wszystkim jest wiadomo, że tak jak w Tatrach, głównie wiatr zachodni panuje w Pieninach. Wiadomo też, że lotem ślizgowym można szybować pod wiatr. Wiedział też o tem oczywiście brat Cyprjan „doktor i magister tysiąca sztuk”. Udało mu się przy korzystnym wietrze przelecieć 40-kilometrową przestrzeń, dzielącą Trzy Korony, od okolic Morskiego Oka. (Oczywiście nie ma tu mowy o locie do samych brzegów Morskiego Oka, leżącego na wysokości 1392 m. wśród przepaścistych gór, ale raczej o wylądowaniu tam, gdzie dolina, w której leży M. Oko wchodzi na teren Podhala, t. zn. w okolicy dzisiejszej Jaworzyny, lub Łysej Polany).

Pewien znany lotnik ze Spiżu zamierza odbyć ten sam lot na wiosnę i w ten sposób zrekonstruować lot brata Cyprjana.

* * *

Nad Morskiem Okiem stoi samotny mnich, wyniosła turnia skalna, podobna do zakonnika. Gdy oświeca go pełnia księżyca, to zdaje się, jakgdyby jego oczy nabierały blasku. Są one skierowane ku wschodowi, tam, gdzie stoją cztery szczyty Trzech Koron, a niedaleko od Trzech Koron leży Biała Spiska, gdzie zostały spalone jego skrzydła. Skrzydła człowieka, który pierwszy z ludzi leciał.

Job Paal.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 30 lis 2017, 10:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/18-lutego-1537-rok ... w-moskwie/

18 lutego 1537 roku podpisano pokój w Moskwie
18 lutego 2017 00:08

Obrazek

Kończył on trwającą od 1534 r. wojnę pomiędzy Polską i Wielkim Księstwem Litewskim, a Wielkim Księstwem Moskiewskim. Przyczyną wojny były próby odzyskania Smoleńska i Siewierszczyzny przez Litwę. Od 1536 r. na froncie trwał impas, żadna ze stron nie była w stanie wykonać decydującego uderzenia. Wobec braku pieniędzy w kasie państwowej Zygmunt I rozpoczął rokowania pokojowe. Podpisano w Moskwie pokój na 5 lat, przedłużony w 1542 r. na 7 lat. Na jego mocy Litwa utrzymała Homel, a Rosja Siebież i Zawołocze. Pokój ten stabilizował stosunki polsko – moskiewskie na 27 lat.

Zdj. Wikimedia Commons


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 17 gru 2017, 09:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/piechota-polska-xvi-i-xvii-wieku/

Piechota polska XVI i XVII wieku
12 grudnia 2017 05:38

Obrazek

Wojskowość XVI i XVII wieku większości Polaków kojarzy się z niepodzielnym panowaniem „skrzydlatej” jazdy – husarii. Jest to w zupełności uzasadnione, biorąc pod uwagę tak wielkie zwycięstwa jak chociażby bitwa pod Kircholmem, Kłuszynem, czy nawet rozsławiona przez film batalia pod Wiedniem. W tym swoistym „husarskim szaleństwie”, zapomina się natomiast o wszystkich innych elementach wojskowości Rzeczpospolitej, a zwłaszcza piechocie, której jak postaram się udowodnić, warto poświęcić uwagę.

By zrozumieć historię piechoty polskiej, czy też wojskowości Polski w ogóle, należy wyjść w rozważaniach z drugiej połowy wieku XV. W wojsku Korony królowała wtedy ciężkozbrojna jazda rycerska składająca się ze szlachty oraz tzw. „pospolite ruszenie”. Polegało ono na zbieraniu przez króla szlachty, która stawała w pełnym rynsztunku bojowym wraz z utrzymywanymi na swój koszt pocztami i służbą. W ten sposób z chętnych stanąć do walki możnych król tworzył armię, którą kierował. Szlachta była jednak kapryśna i coraz bardziej skłonna brać udział w grze politycznej. Bez jej zgody król nie mógł liczyć na dysponowanie realną siłą. Ta zaś stawała się coraz bardziej potrzebna w dobie coraz intensywniejszych napadów hord tatarów i różnej maści rozbójników. Wylicza się, że od 1474 roku przez 95 lat Tatarzy odwiedzili tereny Polski 95 razy, z czego przez pierwsze 50 lat ich wyprawy kończyły się pełnym sukcesem.

Obrazek
Husarz obrony potocznej


Pospolite ruszenie było bezużyteczne jeśli chodzi o stałą obronę państwa i nie mogło zapewnić bezpieczeństwa ludności zamieszkującej zwłaszcza wschodnie krańce królestwa. Szlachta w końcu nie mogła wiecznie stać pod bronią, nie doglądać swoich majątków ziemskich, a jeszcze na dodatek nie otrzymywać za służbę żadnych wynagrodzeń pieniężnych. Wyjściem z sytuacji było skorzystanie z tzw. wojska zaciężnego, czyli służącego za opłatę na formalnie uzgodnionych warunkach. Dla polskiej wojskowości nie była to pierwszyzna – już we wcześniejszych wiekach pod komendą rodzimych dowódców służyli opłacani Czesi czy Niemcy z Zakonu Krzyżackiego. Tym razem potrzeba jednak było oddziałów stałych. Odpowiedzią na to wymaganie było powołanie tzw. Obrony Potocznej czyli zaciężnej, niewielkiej, opłacanej z królewskiego skarbca armii stale strzegącej wschodniej granicy. Całość sił Obrony Potocznej wahała się w granicach 2000 – 3000 żołnierzy i w większości była to jazda.

Plany rezygnacji z rycerskiego pospolitego ruszenia były jednak znacznie dalej zakrojone. Formacja ta pozostała jednak jako ostatnia linia obrony w razie niemożności odparcia wroga siłami zaciężnymi. Należy pamiętać, że wojska zaciężne to nie tylko Obrona Potoczna. Zaciąg wykorzystywany był przede wszystkim do stworzenia armii na wypadek prowadzenia działań wojennych. Sam proces formowania oddziałów tzw. „rot”, spoczywał na barkach „rotmistrzów”, czyli specjalnych oficerów mianowanych przez króla. Ci otrzymywali od władców instrukcje na podstawie których komponowano roty co do ilości jazdy i piechoty, wysokości żołdu i czasu służby. Przeciętnie rota liczyła 120-160 konnicy i 100 „drabów”, czyli piechurów, którym należy poświęcić szczególną uwagę.


Żołnierze polscy 1507-1548
Fot: Wikimedia Commons


Piechota pod koniec XV, a na początku XVI wieku była wyjątkowa, zwłaszcza w porównaniu z tą, jaka funkcjonowała na zachodzie. Rota piechoty licząca 100 żołnierzy walczyła uszykowana w 10 szeregów. Pierwszy szereg stanowili pawężnicy, ustawiający przed całą linią pieszych wysokie, czworokątne tarcze. Były one osłoną przed ostrzałem ze strony przeciwnika dla całej formacji. Linię za pawężnikami tworzyli noszący zbroje, nie ustępujące tym kopijniczym, dziesiętnicy, dowodzący każdą dziesięcioosobową kolumną tworzącą formację. Zamknięci w zbroi płytowej piechurzy walczyli zza linii pawężników za pomocą broni drzewcowej takiej jak halabarda, czy szydło. Następny szereg należał do pieszych walczących długimi spisami – posiadali oni też jednak prymitywną wciąż broń palną. Kolejne 6 linii sformowane było przez strzelców, początkowo kuszników i łuczników, a później uzbrojonych w piszczele, rusznice itp. Formację zamykała linia ponownie żołnierzy walczących spisami. Tak uszeregowana piechota przygotowana była na zatrzymywanie uderzenia kopijników przeciwnika, jak i prowadzenie z nim walki ogniowej. Warto zauważyć nasycenie bronią dystansową formacji, nie mającej swojego odpowiednika na zachodzie.

W czasie walki głównym elementem był ogień zgromadzonych wewnątrz formacji strzelców. Gdy broń palna, szła w ruch, szeregi znajdujące się przed strzelcami klękały, by odsłonić im pole ostrzału. Najpierw salwę oddawała pierwsza linia, następnie ona sama klękała i umożliwiała wystrzał następnej etc. Obok takiego zastosowania w formacji, strzelcy funkcjonowali też czasem jako jednostka samodzielna, wydzielana w małych oddziałach. Co ciekawe takie „warstwowe” uszykowanie było wynikiem zachwytu nad rzymską wojskowością schyłkowego okresu, która opisana została przez Wegecjusza. Analogiczna kompozycja rzymska wedle której pierwsze szeregi piechoty tworzą włócznicy, następne żołnierze z bronią dystansową i znowu włócznicy, to nie było jednak wszystko co przeniknęło do polskiej myśli wojskowej. Przykładem wartym uwagi jest też wzorowanie proporcji i zamysłu taktycznego w oddziałach kopijników jeśli chodzi o ich współdziałanie z konnymi strzelcami. Piechota wspierająca konnych na polu bitwy, urządzonych według tzw. „starego urządzenia”, znajdowała się przed ich linią, lub na bokach. Po raz kolejny wyróżnia to infanterię polską od zachodnioeuropejskiej, która stanowiła główną siłę bojową, wspieraną przez jazdę, a nie odwrotnie tak jak miało to miejsce w Koronie.
XVI wiek był bardzo ważny dla przemian w polskiej wojskowości. Zygmunt August przeznaczając czwartą część podatków (kwartę) na obronę potoczną, zwiększył ją do 4000 żołnierzy i przemianował na „wojsko kwarciane”. Możni dysponujący zasobnymi sakiewkami zaczęli poszerzać swoje prywatne wojska zaciężne, także korzystając z żołnierza cudzoziemskiego. Jako element sił zbrojnych wzięci zostali pod uwagę kozacy, których powoływano pod służbę na podstawie tzw. rejestru czyli spisu kozaków przeznaczonych przez króla do żołnierki. Tworzyli oni przede wszystkim bitną, odważną i bardzo użyteczną piechotę. Kozacy zaporoscy szczególnie specjalizowali się w walce zza tzw. taboru czyli ruchomego obozu powstałego ze spiętych wozów, którego zastosowanie zaczerpnięto od Czechów. Jednak najważniejszym zagadnieniem związanym z XVI wiekiem jest okres rządów Stefana Batorego. Ceniony po dzień dzisiejszy król oraz wódz zatroszczył się o armię Rzeczpospolitej i nadał jej pęd, którym mknęła ona przez kolejne stulecie. Szczególnie należy nakreślić reformę husarii, która będąc konnicą lekką, wzorowaną na jeździe rackiej, została „dopancerzona” i zyskała charakter tej husarii, którą kojarzy praktycznie każdy Polak. Batory zapisał się na kartach historii także jako władca dbający o artylerię, który poszerzył jej zasoby, a także jako strateg, kładący nacisk na kartografię wojskową. W kontekście okresu batoriańskiego, najważniejsze dla naszych rozważań jest jednak utworzenie piechoty łanowej, zwanej też wybraniecką.

Obrazek
Stefan Batory


Piechota wybraniecka tworzona była z chłopów należących do wsi królewskich. Według instrukcji króla z każdej wioski 1 mężczyzna na 20 łanów miał wstąpić do Wybrańców. W zamian za służbę w piechocie, chłop zwolniony był z pracy rolnej, ale musiał co ćwierć roku stawiać się u swojego rotmistrza w barwie, z rusznicą, prochem, ołowianymi kulkami, szablą i toporem. Tam, pod jego czujnym okiem brał udział w ćwiczeniach wojskowych, mających utrzymać żołnierzy w dobrej kondycji. Na polu bitwy piechota wybraniecka podzielona była na setki dowodzone przez setnika i dziesiątki dowodzone przez dziesiętnika. Głębokość szeregów wynosiła 8-9 szeregów. Pierwszą linię tworzyli podoficerowie z halabardami ustawieni na przemian z szeregowymi strzelcami. Batory formując piechotę łanową wzorował ją na infanterii węgierskiej, która często służyła w Polsce jako wojsko zaciężne. Szczególnie warty uwagi jest fakt, iż Wybrańcy byli piechotą wyłącznie strzelczą. Jest to rzecz o tyle zaskakująca, że wprowadzając taką piechotę w roku 1578 Batory znacznie wyprzedził w czasie charakter formacji pieszych wszystkich krajów zachodnich, które przez długi okres wspierały strzelców oddziałami pikinierskimi. Dużym usprawnieniem było wprowadzenie tzw. patronów, dzięki którym piesi mogli szybciej oddawać strzał. By oddawanie ognia przebiegało jeszcze sprawniej, Wybrańcy stosowali swego rodzaju kontrmarsz. Gdy pierwsza linia wystrzeliła z muszkietów przed nią wychodziła ostatnia i oddawała palbę itd. W ten sposób oddział mógł regularnie zasypywać wroga gradem ołowianych pocisków, jednocześnie przesuwając się do przodu, co dawało wrażenie dużej ofensywności. Oprócz broni palnej, piechota łanowa nie obawiała się rzucenia do ataku na broń białą. Wtedy to w ruch szły szable i długie topory, służące również jako forkiet. Wybrańcy byli jednostką dobrze wyszkoloną, zdyscyplinowaną i sprawnie kooperującą z konnicą oraz artylerią. Nie było dla nich problemem ani zdobywanie umocnień, ani ich wznoszenie. Od pozostałej części formacji piechurów, w tym Węgrów piechota wybraniecka różniła się jednolitym strojem. Nosili oni niebiesko-szare kurtki, u szeregowych podszyte kolorem czerwonym, skórzane buty w które wpuszczone były obcisłe spodnie i niewysokie czapki. Piesi węgierscy natomiast na głowach mieli rozpowszechnione przez samego króla „magierki”, czyli tradycyjne wysokie nakrycia głowy.

Pomimo wszystkich swoich zalet piechota wybraniecka miała jedną zasadniczą wadę – było jej zdecydowanie za mało. Jej stan liczbowy nie przekraczał 2000 co zresztą szybko odbiło się to czkawką w czasie kampanii Zygmunta III na Moskwę, kiedy potrzebne były zastępy piechurów do zdobywania umocnień. Powodem małej ilości Wybrańców była niezdecydowana szlachta, która nie chciała tej zasady pozyskiwania piechoty wprowadzać na swoich prywatnych wsiach. Infanteria sformowana przez Stefana Batorego służyła aż do początków wieku XVIII. Oprócz Wybrańców, czyli formacji narodowej, na ziemiach Rzeczpospolitej można było sięgnąć również po piechotę autoramentu cudzoziemskiego, która to prym wiodła za panowania Władysława IV, króla o wielkich ambicjach militarnych.
Władysław IV autorament cudzoziemski stworzył w roku 1633, organizując oddziały piechoty, dowodzone przez niemieckich oficerów. Co ciekawe, pomimo iż byli to piesi uzbrojeni i umundurowani na wzór zachodni, rekrut pochodził z Polski. Sposób tworzenia takich oddziałów przypominał formowanie wojsk zaciężnych przez rotmistrzów. Pułkownicy otrzymywali pieniądze i listę ilości kompanii, wysokość żołdu etc. Naznaczeni przez króla oficerowie dobierali sobie kadrę pomocniczą, a następnie szukali rekrutów w obrębie majątków królewskich. Wyposażenie piechoty kupowane było za ofiarowane pułkownikowi pieniądze. Jego cenę systematycznie potrącano z żołdu wypłacanego żołnierzom. Piechota formowana była w kompanie liczące od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu żołnierzy, natomiast te łączyły się w regimenty wielkości kilku/kilkunastu kompanii. Na polu bitwy 4 kompanie tworzyły związek taktyczny zwany „skwadronem”. Każda kompania urządzona była na wzór holenderski tj. składała się z pikinierów ustawionych w centrum i dwóch oddziałów muszkieterów po bokach. Jeśli chodzi o ilość pikinierów, odpowiadała ona 1/3 kompanii, resztę stanowili osłaniający ich od boków piesi uzbrojeni w muszkiety. Głębokość szeregów piechoty cudzoziemskiej wynosiła 6, a więc mniej niż w przypadku Wybrańców. Co więcej, nasycenie bronią palną również było mniejsze, a więc cierpiała na tym siła ognia jednostki. Żołnierze wzoru cudzoziemskiego górowali jednak nad rodzimą piechotą zdolnością odpierania ataków jazdy, dzięki stosowanych wciąż oddziałów pikinierskich. Wstąpienie do wojsk autoramentu cudzoziemskiego nie wiązało się w żaden sposób z jakimkolwiek komfortem. Żołd zazwyczaj był niski, natomiast warunki służby ciężkie, a dyscyplina bardzo surowa. Było to związane m. in. z techniką prowadzenia salw muszkietowych czyli kontrmarszem wedle którego pierwsza linia po oddaniu strzału przechodziła na koniec formacji. Walka w ten sposób wymagała dobrego wyszkolenia i synchronizacji działań, tak by ogień prowadzony był regularnie. Polscy żołnierze w rękach cudzoziemskich oficerów często pochodzących z wojny trzydziestoletniej musieli służyć na dźwięk niemieckojęzycznych komend. Od roku 1660 sytuacja ta zaczęła ulegać zmianie, a kadra oficerska w coraz większym stopniu składała się z Polaków. Okres największych zmian w wojskach cudzoziemskich, które były niejako kontynuacją szerzącej się tendencji, przypadł na panowanie króla Jana III.

Obrazek

Wiek XVI i XVII to okres od ukształtowania się, do uzyskania klasycznej formy piechoty utrzymanej na modłę narodową, w polskiej stylistyce. Walcząca w szeregach Rzeczpospolitej piechota, zarówno polska, jak i pochodząca z innych krajów czy ziem, to bardzo ciekawy element naszej wojskowej historii. Były takie chwile w których wystarczyłaby tylko dobra wola, a Korona i Litwa miałyby solidną bazę piechoty, przez co armie dowodzone przez króla lub hetmanów nie byłyby głównie konne. Brak dużej ilości dobrze wyszkolonej infanterii był bolączką polskich dowódców, która przez XVI i XVII wiek ich nie opuszczała i powracała nagminnie wtedy, kiedy przychodziło do zdobywania fortyfikacji. Był to ewidentnie słaby punkt, cierpiącej na wiele niedostatków armii Rzeczpospolitej. Sądzę przez to, że częściowo, legenda potrafiącej sprostać każdemu przeciwnikowi husarii, wynika właśnie z braku piechoty, która mogłaby odciążyć polską jazdę w wielu zadaniach. Pamiętajmy że jakiby nasz husarz wielki nie był, konno muru nie potrafił przeskoczyć.

Tekst pierwotnie został opublikowany na łamach Veritas de Historia
https://veritasdehistoria.wordpress.com ... vii-wieku/

Maksymilian Krasoń

Bibliografia:
Berek J., Polska Piechota, zarys historyczny, Londyn 1974.
Konecki T., E. Krawczyk, L. Ratajczyk, Historia Wojskowości, podręcznik dla wyższych szkół oficerskich, Warszawa 1971.
Kukiel M., Zarys Historii Wojskowości w Polsce, Londyn 1949.
Olejnik K., Dzieje Oręża Polskiego, Toruń 2004.
Olejnik K., Historia Wojska Polskiego, Poznań 2000.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 19 gru 2017, 10:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://historykon.pl/jazda-obrony-potoc ... iczebnosc/

Jazda obrony potocznej za czasów ostatnich Jagiellonów. Organizacja i liczebność
13 marca 2017 05:14

Obrazek

Obrona potoczna to według Małej Encyklopedii Wojskowej dawny system obrony południowo-wschodnich kresów Polski przed najazdami Tatarów, Turków i Wołochów. Opierał się on o stałe oddziały zbrojne zaciągane w ramach wojsk kwarcianych i zamkach pogranicznych, których załogi pełniły funkcji obronne[1]. Z racji uwarunkować terenowych i charakteru prowadzenia działań obronno-zaczepnych w Koronie za czasów ostatnich Jagiellonów, zdecydowaną większość tejże formacji stanowiła jazda. Warto zatem bliżej przyjrzeć się jeździe obrony potocznej w czasach Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta.

W ciągu rządów dwóch ostatnich Jagiellonów organizacja tej jednej z pierwszych formacji polskiej armii, która moglibyśmy określić, jako quasi zawodową, nie uległa znaczącym zmianom. Struktura obrony potocznej była czynnikiem stałym, w przeciwieństwie do liczebności jeźdźców w jej szeregach. Właśnie ona była przedmiotem ciągłych zmian i wahań, które warto przedstawić i poddać je wstępnej analizie.

Zagrożenie południowo-wschodniej granicy Korony zmusiło stan szlachecki, który wyewoluował ze średniowiecznego rycerstwa, do uregulowanie kwestii obrony tych ziem polskich. Dlatego pod koniec XV stulecia podjęto pierwsze próby stałego rozwiązania spraw finansowania oddziałów, które na co dzień stacjonowałyby na Rusi, Podolu i Wołyniu. Problem obrony pogranicza i pieniędzy na żołd dla żołnierzy zaciężnych do tego wyznaczonych, był omawiany
w 1470 roku na zjeździe generalnym w Piotrkowie. Uchwalono tam nawet odpowiedni podatek, który miał dostarczyć funduszy na właśnie ten cel. Ostatecznie pieniądze z tego poboru zostały przeznaczone na inny cel, a co za tym idzie, sprawa obrony kresów południowo-wschodnich nie została rozstrzygnięta. Warto wspomnieć, iż brak państwowych oddziałów w rejonach tych nie oznaczał ich całkowitej bezbronności. Bowiem w wypadku najazdów tatarskich czy wołoskich ciężar obrony brały na siebie prywatne oddziały miejscowych magnatów.

W 1477 roku na zjeździe piotrkowskim urzędnicy królewscy zgłosili projekt utrzymywania na kresach południowo-wschodnich 7000 jazdy i 1000 piechoty. Fundusze na powołanie takich sił miały pochodzić z poboru specjalnie na ten cel uchwalonego podatku stałego, pobieranego corocznie. Niestety, projekt ten upadł, a granic na Podolu i Wołyniu strzegło nadal zaledwie kilkaset konnych żołnierzy zaciągów prywatnych.

Dwa lata później temat obrony przed Tatarami powrócił, ponieważ zagrożenie ich najazdami istniało stale. Udało się wtedy co prawda wzmocnić załogi zamków i stanic pogranicznych piechotą, której szacuje się, iż powołano aż 16 rot, co dawało ok. 1200 żołnierzy. Równocześnie wystawiono kilka chorągwi jazdy, co znacząco ułatwiło aktywną, a nie tylko bierną obronę[2]. Warto zaznaczyć też, iż był to jeden z nielicznych wypadków w historii polskiej wojskowości przedrozbiorowej, gdzie etat piechoty przewyższał etat jazdy! Bowiem w kolejnych latach proporcja ta uległa szybkiej zmianie. Szacuje się, że w pierwszej poł. lat 90. XV wieku na kresach służyło zbrojnie już tylko 1500 żołnierzy, głównie w szeregach rot jazdy.


Jan Amor Tarnowski


We współczesnej historiografii powszechnie za datę sformowania regularnej i zorganizowanej obrony potocznej, wyznaczonej do właśnie takich zadań, przyjmuje się ostatnią dekadę XV wieku. Zorganizowane były w chorągwie, zwane też rotami. Znakomitą większość jej sił (już aż ok. 90 %) stanowiła jazda, co zapewne wynikało ze specyfiki działań wojennych w terenie, na którym przyszło służyć obronie potocznej, ale też z charakteru polskiej wojskowości. Nieliczna piechota, obsadzała zamki i stanice rozlokowane wzdłuż szlaków na kresach. Z uwagi właśnie na ten czynnik, przy rozpatrywaniu kwestii obrony potocznej warto skupić się na jeździe wchodzącej w jej skład i bliżej przyjrzeć zmianom jej liczebności. Daje to doskonały obraz tego, w jakiej kondycji militarnej była Korona Królestwa Polskiego, a potem już Rzeczpospolita Obojga Narodów w czasach rządów dwóch ostatnich władców wywodzących się z dynastii Jagiellońskiej. Jednak dla właściwego zrozumienia kwestii z nią związanych warto spojrzeć na sprawę szerzej i badając kontekst, przyjrzeć się liczebności jazdy obrony potocznej już od początków XVI wieku.

W początkowym okresie swego istnienia obrona potoczna zwykle liczyła kilka chorągwi, co dawało liczbę niespełna tysiąca żołnierzy, zazwyczaj lekkozbrojnej i średniozbrojnej jazdy, która odznaczała się wysoką mobilnością i bitnością. Zazwyczaj jej uzbrojenie nie odbiegało od wzorca typowego dla epoki. Ochrona granicy południowo- wschodniej, jaką zapewniały te siły była wystarczająca w czasie pokoju, lub najazdu niewielkich czambułów tatarskich. Dopiero w wypadku ataku znaczniejszych sił wroga lub wojny, wypowiedzianej, przez któregoś z sąsiadów, uchwalano dodatkowe pobory, które pozwalały na ponadprogramowe zaciągi. Tak, więc w ostatnich latach XV wieku największe wystawione siły koronnej obrony potocznej liczyły około 3 tysięcy żołnierzy. W tym wypadku również znakomitą większość stanowiła jazda. Choć kolejni władcy i wodzowie zabiegali o powiększenie Były to jednak doraźne zaciągi, które mobilizowano tylko na wypadek wojny czy najazdu, rozpuszczano zaś po zakończeniu działań wojennych.

Pierwszych prób reform i stałego uregulowania kwestii obrony pogranicza podjął się Jan Olbracht w 1501 roku. Pod koniec jego panowania liczebność etatów obrony potocznej podniesiono do 2150 porcji żołdu, przeznaczonego głownie dla jazdy. W 1502 roku nowy władca, Aleksander Jagiellończyk, podjął się kolejnych starań na rzecz wzmocnienia obrony potocznej. W pierwszych latach swych rządów wystawił on aż 80 listów przypowiednich na chorągwie jazdy i 11 na roty piesze. Co ciekawe, wszystkie te chorągwie zostały sformowane i zaciągnięte, jednak nie jednorazowo i nie w jednym miejscu. Spora część obrony potocznej z czasów Aleksandra została przeniesiona na Litwę i tam wzięła udział w toczącej się wojnie z Moskwą. Mimo tego, nadal działania królewskie pozwoliły na solidne wzmocnienie bezpieczeństwa Kresów południowo-wschodnich, gdyż część zaciągniętych wtedy oddziałów stacjonowała na Rusi i Podolu. Niestety już w latach 1504-1506 nastąpił znaczący rozkład sił pogranicznych. Zmobilizowane w 1502 i 1503 roku chorągwie zakończyły służbę i rozeszły się do domów, a z powodu braku funduszy w kasie królewskiej nie zaciągnięto nowych. Siły, których stan liczebny oscylował wokół 2 tysięcy w roku 1506 liczyły zaledwie kilkaset osób. Nie zmieniła tego stanu też koronacja Zygmunta I zwanego Starym. Głównie z powodów opłakanej kondycji finansowej Korony, obrona potoczna nadal była zaniedbywana.
Dopiero na początku lal 20. XVI stulecia dwór podjął się uporządkowania kwestii obronnych. Dzięki nadzwyczajnym poborom w okresie tym czasem wystawiano dwutysięczny korpus obrony potocznej, jednak po zakończeniu przez chorągwie te półrocznej służby, zwykle brakowało pieniędzy na zaciągnięcie kolejnych. Ostatecznie finanse koronne uporządkowano na sejmie piotrowskim w 1524 roku. Z kolei już w rok później w specjalnej uchwale o obronie potocznej, przerzucono jej finansowanie na województwa, co pozwalało mieć nadzieję, iż liczebność tych sił wzrośnie. W tej samej konstytucji gwarantowano też zadania obrony potocznej, na stałe przydzielając ją do ziem Rusi, Wołynia i Podola. Dało to wymierny efekt już rok później, kiedy to na kresach popisano aż 2 tysiące żołnierzy.
29 VIII 1526 roku pod Mohaczem wojska węgierskie uległy przeważającym siłom Imperium Osmańskiego. Klęska wojsk chrześcijańskich wywołała w Polsce niemałą panikę Do większości szlachty koronnej dotarło, iż wojska Sulejmana Wspaniałego, mogą także zagrozić południowym rubieżom ich kraju. Dzięki takiemu przeświadczeniu większość z nich chętniej sypnęła groszem i już na sejmie piotrowskim, obradującym na przełomie 1527 i 1528 roku, uchwalono pobór nowego podatku w wysokości 16 groszy od łanu. Pozwalało to zaciągnąć 3,5 tys. żołnierzy i popisy z roku 1528 wykazały, iż plan ten wykonano w pełni, w punkcie zbornym stawiło się, bowiem 25 chorągwi jazdy. Niestety i w tym wypadku zapał szlachty okazał się „słomiany” i kiedy tylko widmo inwazji tureckiej nieco się oddaliło, liczebność chorągwi jazdy potocznej na Rusi i Podolu spadła do dziesięciu. Stało się tak mimo uniwersałów królewskich, w których monarcha uderzał w błagalne wręcz tony, zachęcając swych poddanych do jak najszybszego składania poborów. Mimo to po zakończeniu służby jednostek zaciągniętych w 1528 roku, przez kolejne dwa lata nie udało się odbudować potencjału zbrojnego obrony potocznej na Kresach.

Obrazek
Bitwa pod Obertynem.
W czasie polsko- mołdawskiej wojny o Pokucie w 1531 roku oddziały obrony potocznej stanowiły trzon polskich sił pod buławą Jana Amora Tarnowskiego
Zdj. Wikimedia Commons


Dopiero u progu kampanii wojennej 1531 roku, która do historiografii przeszła pod nazwą obertyńskiej, sytuacja ta uległa sporej poprawie. Ogólnie na tereny pograniczne powołano stanęło pod bronią 24 chorągwie jazdy obrony potocznej, w liczbie niemal czterech i pół tysiąca koni, a u boku hetmana Jana Tarnowskiego, w walkach w Mołdawii udział wzięła połowa tych jeźdźców. Nie miejsce to by rozwodzić się nad przebiegiem i skutkami kampanii obertyńskiej, warto jednak zaznaczyć, że w walkach tych oddziały potoczne sprawiły się całkiem nieźle i udowodniły wysoką jakość bojową, którą prezentowały.
Dlatego też jednym z pokłosi wojny mołdawskiej 1531 roku, była prosperita w finansowaniu i utrzymywaniu stałych zaciągów na pograniczach. W kolejnych latach bowiem (1532-1534) skarb koronny utrzymywał stosunkowo wysoką ilość rot regularnych. Zwykle wahała się ona wtedy między 15 a 20, co dawało liczebność bezwzględną rzędu 2500-2700 konnych. Tendencja ta nie przeminęła nawet po zakończeniu służby zaciągniętych w 1534 roku chorągwi. Bowiem już w 1535 roku nad północno- wschodnimi pograniczami Wielkiego Księstwa Litewskiego zawisła groźba kolejnej wojny z Moskwą. Okoliczności te skłoniły dwór krakowski do wzmożenia starań w celu pozyskania nowych zaciągów obrony potocznej. W rezultacie wysiłków tych dnia 24 czerwca 1535 roku w Glinianach na Rusi, będącymi tradycyjnym już miejscem popisów rot zaciężnych, stawiło się niespełna 3500 żołnierzy, tworzących 23 chorągwie. Niestety wskutek nadmiernego rozpolitykowania szlachty koronnej zebranej na sejmie piotrkowskim, która odmówiła finansowania oddziałów mających wspomóc armię litewską w wojnie ze wschodnim sąsiadem, liczba chorągwi potocznych stopniowo spadała i to mimo przeciwdziałaniu temu zjawisku ze strony dworu[3].
Jednak, kiedy po kilku miesiącach podjęto decyzję o wojnie z Mołdawią, szlachta koronna, szczególnie ci panowie bracia, pochodzący z południowej Polski, poczuła, iż niedługo konflikt zbrojny może zagościć w jej majątkach i zgodziła się „sypnąć groszem” i złożyć pobory nadzwyczajne, które wystarczyły na zaciągnięcie około dwóch tysięcy nowych żołnierzy w 22 rotach konnych. Już w 1538 roku na froncie Marcin Kamieniecki dowódca obrony potocznej, który nosił już tytuł hetmana polnego koronnego, do walk użył 17 z nich (1,8 tys. konnych). Część z nich już na początku tego roku poniosła klęskę nad Seretem w walce z siłami mołdawskimi. Okazało się, iż przy pomocy skromnych zaciągów potocznych nie da się prowadzić otwartej wojny.

Dlatego też, zarówno Zygmunt I Stary, jak i szlachta Korony, podjęli wspólne starania o nowe zaciągi. Na wielką skalę monarcha wystawiał listy przepowiednie, na podstawie których rotmistrz mobilizował członków chorągwi. Dało to naprawdę wymierne, a przede wszystkim niespotykane wcześniej efekty. W lecie 1538 roku popisano bowiem 64 chorągwie jazdy (ok. 12. 5 żołnierzy) i 43 chorągwie piechoty (7 tys. piechurów). Takimi siłami Jagiellon mógł zarówno ubezpieczyć pogranicze południowo-wschodnie, jak i prowadzić wojnę na południu. Niestety, utrzymanie tak licznej armii niosło za sobą spore wydatki. Koszt zaciągu i kwartał żołdu dla tej masy żołnierskiej wyniósł zawrotną sumę niemal 150 tys. złotych! Te wydatki na wojsko pochłonęły większość wpływów skarbca koronnego min. całe dymowe, czopowe, łanowe za rok 1538 i ogromną część innych dochodów skarbowych dworu królewskiego.
Dlatego nie istniała żadna możliwość, aby żołnierze zaciągnięci w 1538 roku kontynuowali służbę w latach następnych. I tak, już na początku 1539 roku, zamiast 109 rot pod bronią, stało już tylko 33, co dawało i tak sporą liczbę żołnierzy wynoszącą aż 5240. Niestety i te oddziały kosztowały skarb państwa sporo, czego skutkiem były kolejne spadki po zakończeniu ostatniego kwartału roku. U progu 1540 granic południowo- wschodnich strzegło już tylko tysiąc żołnierzy w 12 chorągwiach! I niestety, tendencja ta utrzymywała się już aż do końca panowania Zygmunta Starego. W okresach względnego spokoju ani razu nie podniesiono etatów zaciągów obrony potocznej do wyższego pułapu. Jedynie w czasie zagrożenia południowej lub południowo-wschodniej granicy państwa na kwartał zaciągano dodatkowe chorągwie. Nigdy nie były to jednak wyniki, które choć zbliżały się do stanu z 1538 roku.

Obrazek
Husarz obrony potocznej


Początki panowania Zygmunta Augusta także nie były zbyt owocnym okresem, jeśli chodzi o liczebność obrony potocznej. W pierwszym i drugim roku jego rządów pogranicza ruskie, podolskie i wołyńskie niemal opustoszały! A kiedy spadł na nie najazd tatarski w 1549 roku, ziem tamtych strzegło nieco ponad 300 żołnierzy w kilku niepełnych rotach. Bezkarnie łupiące Podole czambuły wywołały skrajną panikę w całej Koronie, a nie tylko na jej południowych krańcach. Przestraszona szlachta składała pobory, które jednak nie dały wiele i pozwoliły zaciągnąć tylko 10 chorągwi (ok. tysiąca żołnierzy), co nadal pozostawiało pogranicza w opłakanym stanie.
Dopiero w 1551 roku, kiedy to najazd tatarski pod wodzą chana Dewlat Gireja spustoszył bracławszczyznę, a tamtejszy zamek został przez ordyńców zrównany z ziemią, kolejna fala panicznego lęku przed inwazją „dzikich hord” z Krymu zmusiła szlachtę koronną do działania. Rozpoczęło się kolejne „sypanie groszem”, które pozwoliło zwiększyć etat obrony potocznej w pierwszym i drugim kwartale 1552 roku do 3 tysięcy zbrojnych. Nie był to jednak wystarczający wysiłek zbrojny, gdyż według hetmana Tarnowskiego tylko 10-tysięczny korpus jazdy stacjonujący na pograniczach południowo-wschodnich, pozwoliłby skutecznie zabezpieczyć je przed najazdami bardzo mobilnych sił tatarskich. A Tatarzy nie byli jedynymi wrogami, z którymi przychodziło mierzyć się zaciężnym. Po raz kolejny w 1552 roku chorągwie obrony potocznej wzięły udział w wyprawie mołdawskiej, po której większość z nich została po prostu rozpuszczona. Na hibernie pozostawiono jedynie 10 chorągwi (nieco ponad 1 tysiąc żołnierzy). Co warto zauważyć, stan taki utrzymał się też w kolejnych dwóch latach w czasie, których przedłużano etaty chorągwi na kolejne kwartały.
Pierwszą próbę reformy obrony potocznej i uregulowania jej liczebności, Zygmunt August podjął w 1555 roku. Jednak szlachta koronna nie była wcale chętna do współpracy z monarchą w tej akurat dziedzinie. Zgromadzona na sejmie w Piotrkowie Trybunalskim w lecie tegoż roku nie podjęła problemu reform wojskowych zgłaszanych przez dwór. Jakby tego było mało, nie uchwalono tam też żadnych nowych źródeł finansowania obrony potocznej, co wobec opłakanego stanu skarbca królewskiego, rodziło otwarte problemy na pograniczach. Dlatego na początku III kwartału 1555 roku, kiedy zakończyła się służba chorągwi powołanych przed trzema miesiącami w kasie królewskiej nie było pieniędzy na zaciąg nowych! Co za tym idzie w II. połowie 1555 i w 1556 roku ziemie południowo- wschodnie pozostały bez żadnej ochrony ze strony obrony potocznej[4].
Tematyka obrony potocznej powróciła „na salony” wielkiej polityki dopiero w 1557 roku, kiedy to w obliczu wojny z Moskwą o Inflanty w Koronie mobilizowany wszelkie siły, zarówno polityczne, jak i przede wszystkim wojskowe. Zgodnie z tymi wojennymi nastrojami dwór pozwolił sobie na nowe zaciągi, które wyniosły 16 chorągwi (ok. 2 tysięcy ludzi), zaciągniętych specjalnie na wojnę na północnych rubieżach państwa. Dopiero po zakończeniu kampanii oddziały te odesłano na Ruś, gdzie chorągwiom tym prolongowano służbę przez 5 kolejnych kwartałów, aż do końca 1558 roku.

Niestety konflikt króla z sejmem pogłębił kryzys finansowy państwa, co doprowadziło do katastrofy finansowania armii. Skarbu królewskiego nie stać było nawet na jedną rotę obrony potocznej, co w 1559 roku spowodowało, iż ciężar obrony Kresów znów spoczął na barkach tamtejszej szlachty, głównie prywatnych oddziałów magnackich. Były one z reguły jednak całkiem skromne, co w praktyce oznaczało, że potencjalny najazd tatarski znów doprowadziłby do spustoszenia Wołynia lub Podola. Taki stan rzeczy utrzymał się aż do 1562 roku.
I choć szlachta zamieszkująca południowe województwa Korony błagała o pomoc zarówno monarchę jak i „panów braci” z innych ziem, nie dawało to spodziewanego efektu. Dało jednak całej społeczności szlacheckie impuls do działania i pozwoliło jej ostatecznie zrozumieć, iż wojskowości polskiej potrzebne są zmiany a skostniały system finansowania armii wymaga reform.


Józef Brandt „Bitwa z Tatarami”.
Najczęstszym przeciwnikiem żołnierzy obrony potocznej były właśnie oddziały tatarskie.


Problematykę tę podjęto na sejmie piotrkowskim w 1563 roku. Król Zygmunt August zgodził się w imieniu swoim i następców na przekazanie ćwierci (kwarty) czystego dochodu z dóbr królewskich na utrzymanie stałej zaciężnej armii, którą utrzymywano by niezależnie od okoliczności – zarówno w razie wojny, jak i pokoju. Od źródeł finansowania siły te zaczęto nazywać „wojskiem kwarcianym” i właśnie pod tą nazwą znane jest historiografii. Nie oznaczało o likwidacji obrony potocznej, a jedynie jej przekształcenie w nowy rodzaj wojsk. W praktyce oznaczało to tylko „zmianę szyldu”, ponieważ zarówno dowództwo, jak i żołnierze tworzący te chorągwie pozostali na swoich stanowiskach i kontynuowali służbę na pograniczach południowo-wschodnich, a w razie zagrożenia innej części kraju także tam. Niestety wraz z tym przekształceniem wojsko kwarciane „odziedziczyło” także po obronie potocznej wszystkie jej bolączki, które w nowym rodzaju sił zbrojnych Korony, a potem Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ujawniały się ze zdwojoną siłą. W dodatku po 1569 roku granic do osłaniania tylko przybyło!
Obrona potoczna była pierwszą praktycznie stałą, polską siłą zbrojną. Z wieloletniego okresu jej istnienia można dziś wyciągnąć sporo wniosków, które pozwalają wyrobić sobie gruntowną ocenę tej formacji. Przede wszystkim, mimo szczerych chęci króla i większości szlachty siły potoczne były zbyt słabe, by skutecznie zabezpieczyć południowo-wschodnie pogranicza Korony. Wynikało to głównie z ułomnego systemu finansowania wojska w XVI stuleciu, który powodował ciągłe kryzysy w armii. Niestety właśnie w tej kwestii uwidaczniało się skąpstwo szlachty i brak solidarności w obrębie tego stanu. Poza tym, obrona potoczna musiała być razie wojen przerzucana gdzie indziej, co powodowało, iż nie mogła realizować ona swego głównego zadania. A wywołane to było właśnie brakiem jakiejkolwiek innej siły zbrojnej.
Obrona potoczna, mimo swych słabości, stała się pierwszym i ważnym etapem na drodze reorganizacji stałych i quasi zawodowych sił zbrojnych Korony Królestwa Polskiego, a potem Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Z kolei, z racji swych pierwotnych zadań można zaryzykować też stwierdzenie, że stała się prekursorem oddziałów powoływanych w XX wieku, a ustanowionych właśnie do obrony granic państwowych a więc Straży Granicznej, Wojsk Ochrony Pogranicza czy Korpusu Ochrony Pogranicza.

Dawid Siuta

Bibliografia:
Augustyniak U., Historia Polski 1572-1795, Warszawa 2008.
Borzemski A., Siły zbrojne w wołoskiej wojnie Jana Olbrachta, Lwów 1928.
Cichowski J., Szułczyński A., Husaria, Warszawa 1981.
Dzieje organizacji polskich formacji ochrony granic . Od obrony potocznej do II wojny światowej, pod red. A. Gosławska- Hrychorczuk, Kętrzyn 2007.
Gerlach J., Pospolite ruszenie i obrona za Zygmunta I, Lwów 1931.
Górski K., Historya jazdy polskiej, Kraków 1894.
Jasienica P., Polska Jagiellonów, Warszawa 1979.
Korzon T., Dzieje wojen i wojskowości w Polsce. T. I. Epoka przedrozbiorowa, Lwów 1923.
Leśniak F., Ryś J., Wielka historia Polski T III, Kraków 1998.
Leśniak F., Wielka historia Polski T IV, Kraków 1998.
Mała Encyklopedia Wojskowa. Tom II K–Q, red. J. Urbanowicz, Warszawa 1970.
Markiewicz M., Historia Polski 1492-1795, Kraków 2009.
Miśkiewicz B., Podstawowe etapy rozwoju polskich sił zbrojnych do poł. XV w, [w:] SMHW t. XXV, Wrocław 1983.
Nagielski M., Z dziejów rywalizacji Rzeczypospolitej Obojga Narodów z Państwem Moskiewskim w XVI-XVII wieku. Konferencja, Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego, 27 września 2010 r., [:w] „Barok”, t. 17/ 2010, nr. 2, s. 209-212, Warszawa 2010.
Nowak T., Wimmer J., Dzieje oręża polskiego do roku 1793, Warszawa 1968.
Plewczyński M., Oberżyn 1531, Warszawa 1994.
Plewczyński M., Uwarunkowania obcych zaciągów w Polsce w XVI wieku, [w:] „Od armii komputowej do narodowej (XVI-XX w.)”, red. Z. Karpus, W. Rezner, s. 7-15, Toruń 1998.
Plewczyński M., Żołnierz jazdy obrony potocznej za panowania Zygmunta Augusta, Warszawa 1985.
Polskie tradycje wojskowe T.1, red. Janusz Sikorski, Warszawa 1990.
Spieralski Z., Kampania obertyńska 1531 roku, Warszawa 1962.
Spieralski Z., Obrona potoczna [w:], „Historia wojskowości”, pod red. S. Okęckiego, Warszawa 1960.
Spieralski Z., Zarys dziejów wojskowości polskiej do roku 1864, Warszawa 1981.
Świat pogranicza, red. M. Nagielski, A. Rachuba, S. Górzyński, Warszawa 2003.
Zgórniak M., Studia i rozprawy z dziejów XVI-XX wieku, Kraków 2007.

Przypisy:
[1]Mała Encyklopedia Wojskowa. Tom II K–Q, red. J. Urbanowicz, Warszawa 1970, s, 470.
[2]Zdzisław Spieralski i inni, Zarys dziejów wojskowości polskiej do roku 1864, Warszawa 1981, s. 280-282.
[3]Pod koniec roku 1536 na kresach południowo- wschodnich stacjonowało już tylko nieco ponad tysiąc żołnierzy. Ogołocenie ziem Podola i Wołynia i przerzucenie ich na teatr działań wojennych na północy nie wchodziło, więc w grę.
[4]Taki właśnie wniosek stawie Mirosław Nagielski w swych badaniach. Fakt, że dla lat tych nie odnaleziono żadnych dokumentów mogących poświadczyć zaciąganie w okresie tym jakichkolwiek chorągwi, uprawdopodabnia tylko to twierdzenie. Nie oznacza to jednak, iż w latach 1555-1556 pogranicza były całkowicie bezbronne. Ziem tych strzegły wtedy prywatne oddziały magnatów ruskich i starostów podolskich, którzy na swój prywatny żołd wzięli chorągwie wcześniej służące, jako potoczne.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: I Rzeczpospolita
PostNapisane: 20 gru 2017, 11:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://tojuzbylo.pl/wiadomosc/29-pazdzi ... -nad-rosja

29 pazdziernika to rocznica Hołdu Ruskiego triumfu Polski nad Rosją
autor: leszekczarny (2017-10-29 16:10)

Obrazek
Źródło: Public domain


29 pazdziernika 1611roku miał miejsce jeden z największych triumfów Polski nad Rosją, ukoronowanie zwycięskiej kampanii Stanisława Żółkiewskiego w Rosji. Hołd Szujskich.

Pojmani po zdobyciu Kremla przez wojska polskie car Wasyl IV Szujski i jego dwaj bracia Dymitr i Iwan, złożyli homagium królowi Polski Zygmuntowi III Wazie i królewiczowi Władysławowi (ówczesnemu carowi Rosji). Uroczysty akt odbył się w sali senatu Zamku Krolewskiego w Warszawie.
Wracający ze zwycięskiej wyprawy hetman Stanisław Żółkiewski dokonał triumfalnego wjazdu do Warszawy wiodąc za sobą znamienitych jeńców. cara rosyjskiego Wasyla IV Szujskiego, jego braci: Dymitra Szujskiego z żoną – wielką księżną Jekatierinę Grigoriewną, Iwana Pugowkę Szujskiego, Michaiła Szeina, patriarchę moskiewskiego i całej Rusi Filareta.
Żółkiewski przedstawił ich Senatowi, podnosząc w swej przemowie zmienność szczęścia. Przed Zygmuntem III na tronie car Wasyl IV dotknął ziemi prawą ręką i ją ucałował składając przysięgę wierności. Wódz wojsk moskiewskich Dymitr Szujski bił czołem o ziemię a Iwan Szujski uczynił to trzykrotnie.
Car i jego synowie nigdy nie powrócili żywi do Rosji, zmarli w niewoli polskiej. Pochowani zostali w Kaplicy Moskiewskiej, będącej mauzoleum carów Szujskich. Kaplica, która została wzniesiona około 1620 roku. Niestety kaplica nie przetrwała do naszych czasów. Według większości opracowań rozebrana wraz z kościołem po 1818 roku, jeśli zaś uznać słuszność hipotez utożsamiających kaplicę ze skarbczykiem przy pałacu Słuszków, rozebrana została dopiero w 1954 roku.
Kaplica od samego początku była solą w oku carów Rosji. Przypominała upokarzający okres historii, drażniąc majestat carski. Stała się pretekstem szeregu żądań wysuwanych przez kolejnych przedstawicieli dynastii Romanowów do władców Rzeczypospolitej w XVII i XVIII w.
W czasach cara Michała I Romanowa strona moskiewska podjęła negocjacje w celu odzyskania zwłok cara Wasyla IV Szujskiego i jego rodziny. Po Pokoju w Polanowie ciała cara, brata i księżnej Jekateriny wydano Rosji w 1635. W 1647 od cara Aleksego I Romanowa wpłynęła prośba strony moskiewskiej, aby zburzyć Kaplicę Moskiewską, wówczas jedyną prawosławną kaplicę grobową w Warszawie, lecz król Władysław IV odmówił, przekazując, że może zwrócić tablicę nagrobną. Kolejne żądania dotyczyły opisów polskiego tryumfu.
Oto tekst z tablicy, tak bardzo irytujący moskali
"Jezusowi Chrystusowi Synowi Bożemu, Królowi Królów, Bogu zastępów, Chwała. Zygmunt Trzeci Król Polski i Szwecji zwyciężywszy wojska moskiewskie pod Kłuszynem, przyjął kapitulację stołecznej Moskwy, przywracając Smoleńsk Rzeczypospolitej. Wasyl Szujski, Wielki Książę Moskiewski, I jego brat Dymitr, dowódca, ujęci prawem wojennym i przyjęci. Mieszkając pod strażą w Zamku Gostynińskim, tamże dokonali żywota, pomny na los ludzki, składa tu ich szczątki. I choć ci wrogowie bezprawnie władali i bezprawnie berła dzierżyli, nie zostali pozbawieni pogrzebu. Na tym wzniesionym pomniku dla powszechnej pamięci potomnych rozkazuje umieścić swoje imię. Roku [Pańskiego] od narodzenia z Dziewicy 1620. Królowania Naszego w Polsce 33. w Szwecji 26"
Ktokolwiek opisywał hołd cara Szujskiego w sejmie Rzeczypospolitej mógł się spodziewać, że poseł moskiewski zażąda spalenia dzieła i głowy piszącego, jako zadośćuczynienie zniewagi carskiego majestatu. W 1678 za panowania króla Jana III Sobieskiego wpłynęła prośba cara Fiodora Romanowa o wydanie dwóch obrazów Tomasza Dolabelli z Zamku Królewskiego.
Przedstawiających hołd cara Wasyla Szujskiego z braćmi Dymitrem i Iwanem zwanym Pugowką (pol guzik) przed królem Zygmuntem III Wazą, jako znieważających majestat carski. Prośbom tym uległ król August II Mocny i obrazy (które uważa się dziś za zaginione) przekazał carowi Piotrowi I.
W okresie między latami około 1764-1768, z polecenia posła rosyjskiego Nikołaja Repnina wydobyto i zniszczono zachowaną tablicę lub tablice z czasów króla Zygmunta III Wazy. W latach 1892-1895, w czasach zaboru rosyjskiego z inicjatywy Aleksandra Apuchtina przebudowano Pałac Staszica w stylu bizantyjsko-ruskim według projektu rosyjskiego architekta Władymira Pokrowskiego, oraz utworzono w budynku pałacu cerkiew św. Tatiany Rzymianki celem zniszczenia architektury Corazziego oraz aby
„...na zawsze pogrzebać w pamięci Polaków wspomnienia o poprzednim polskim gmachu, myslą i wysiłkiem Staszica wzniesionym...”
Pretekstem było rzekome istnienie w tym miejscu Kaplicy Moskiewskiej z grobowcem cara Wasyla Szujskiego. Rosjanie do dziś przeżywają upokarzające czasy tak zwanej "wielkiej smuty" czego wyrazem jest Święto Jedności Narodowej, obchodzone 4 listopada w rocznicę zdobycia w 1612 roku opanowanego przez Polaków moskiewskiego Kremla.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 418 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 24, 25, 26, 27, 28

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 11 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /