Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 155 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 16 gru 2013, 23:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/10/30 ... i-ksiedza/

„Czy mogę umyć ręce z krwi księdza?”
Posted by Marucha w dniu 2013-10-30 (środa)

Rannego kapłana wywleczono po schodach na pierwsze piętro. Po chwili dały się słyszeć krzyki. „Nie miałem wówczas żadnych wątpliwości, że na pierwszym piętrze trwa katowanie ks. Domańskiego. To było wstrząsające” – wspomina przyjaciel duchownego, Józef Cielecki.

Obrazek

Stanisław Domański urodził się 10 maja 1914 roku we wsi Strzyżowice. Jego rodzice byli prostymi ludźmi, prowadzili średniej wielkości gospodarstwo. Oprócz najstarszego Stanisława mieli jeszcze dwoje dzieci – Stefanię i Tadeusza. Pociechy wychowywali w duchu katolickim i patriotycznym.
Jak wspominają osoby z otoczenia Stanisława Domańskiego, seminarium było niemal młodzieńczym marzeniem chłopca. W formie dojrzalszego powołania urzeczywistniło się ono pod koniec gimnazjum, gdy podjął decyzję o tym, by wstąpić w stan duchowny. We wrześniu 1934 roku Domański został alumnem. Po święceniach, latem 1939 roku ks. Domański został wysłany na parafię w Siennie (podówczas w woj. kieleckie, obecnie mazowieckie).

Kaznodzieja, który walczył z Niemcami [a gdzie mniłość? - admin]
Kiedy wybuchła II wojna światowa, ks. Domański zadomowiał się już powoli na swojej pierwszej parafii. Z miejsca dał się poznać parafianom jako świetny kaznodzieja. Gdy Niemcy wkroczyli na terytorium Polski, zaangażował się w konspirację. Jego praca na rzecz okupowanej Ojczyzny nie skończyła się na patriotycznych kazaniach. Wraz z grupą byłych członków Polskiej Organizacji Wojskowej zaczął organizować podziemną działalność. Ks. Domański w 1941 roku wstąpił do ZWZ. Organizatorami placówki byli ppor. Stefan Łukasik ps. „Sulimczyk”, ppor. Jan Pajączkowski ps. „Grot” i pchor. Kalikst Kwapiński ps. „Kruk”. Duchowny został kapelanem placówki Sienno i przyjął pseudonim „Cezary”.
Kapłan zaangażował się też w posługę na rzecz oddziału Zygmunta Kiepasa „Krzyka”, sformowanego z żołnierzy odbitych z więzienia w Starachowicach przez słynnego Antoniego Hedę „Szarego”. Ks. Domański odprawiał dla partyzantów Mszę świętą, spowiadał. „Cezary” brał udział w zaprzysięganiu kandydatów do walki w ZWZ/AK, partyzantom udzielał też ślubu. Ryzykował bardzo wiele, bo nierzadko żołnierze podziemia spotykali się u niego w domu.
W drugiej połowie 1944 roku komendant obwodu Iłża, kpt. Piotr Kulawiak „Dariusz”, mianował ks. Domańskiego kapelanem zgrupowań w okręgu. Ksiądz brał następnie udział w operacji „Burza”, a wraz z oddziałem por. Marka Wujkiewicza „Judyma” wyruszył na mobilizację w lasy koneckie, by tam przystąpić do I batalionu 3. pp. kpt. Jerzego Niemcewicza „Kłosa”. Zmobilizowane wojsko miało wyruszyć na pomoc powstańczej Warszawie. Okazało się to jednak niemożliwe. Żołnierze „Kłosa” dostali więc rozkaz kontunuowania „Burzy”. Stoczyli liczne walki z niemieckimi oddziałami. Ks. Domański pełnił przy batalionie posługę kapłańską. Po demobilizacji powrócił do Sienna. Tutaj, po bitewnych trudach czekała na niego kolejna i, jak się miało okazać, znacznie trudniejsza wojna.

„Czerwona płachta”
Ks. Stanisław Domański znakomicie zdawał sobie sprawę z tego, że przegrana Niemców w II wojnie światowej nie oznacza odzyskania przez Polskę niepodległości. Duchowny dostrzegał już inne straszliwe zagrożenie, które nadciągało zza wschodniej granicy. 31 grudnia 1944 roku, odprawiając Mszę św. na pożegnanie starego roku powiedział w kazaniu: „nadchodzi czerwona płachta ze wschodu”.
„Czerwona płachta” okryła Sienno 17 stycznia 1945 roku. Jak wynika z relacji zamieszczonych w książce Grzegorza Sado o ks. Domańskim, czerwonoarmiści byli spojeni alkoholem, „nieostrożni” w obsługiwaniu się bronią, chcieli też popuścić wodzy rozpasaniu i gwałcić kobiety. Do takich dramatów, na szczęście nie doszło, bo w porę zainterweniował sowiecki oficer, który nakazał rozbroić niekarnych żołnierzy.
Pozycja ks. Domańskiego w Siennie była na tyle silna, że stanął na czele antykomunistycznej organizacji podziemnej – Ruch Oporu Armii Krajowej. Trudno jest dokładnie zidentyfikować tę organizację, wiadomo natomiast, że była ona związana z podziemiem poakowskim. „Cezary” utrzymywał kontakt m.in. z ppłk. Wincentym Kwiecińskim ps. „Głóg”, czwartym komendantem Obszaru Centralnego WiN.
W ROAK walczyli żołnierze, którzy płynnie przeszli z oporu wobec niemieckiego agresora do zbrojnego sprzeciwu wobec wroga spod znaku czerwonej gwiazdy. Przeprowadzali oni akcje wymierzone w posterunki milicji i chronili miejscową ludność przed opresją ze strony komunistów.

Ucieczka
Ks. Domański nie przestawał głośno wyrażać swoich poglądów na temat nowej okupacji. W kolejnym kazaniu na zakończenie roku 1945 powiedział dobitnie: „Okupacja hitlerowska została zastąpiona nową okupacją sowiecko-komunistyczną. Flagą narodową Polaków jest flaga biało-czerwona, a nie czerwona. Jest ona bowiem symbolem reżimu komunistycznego i spływa po niej krew milionów niewinnych ofiar. Naszym godłem jest Orzeł Biały w koronie, a nie gwiazda radziecka”. I w innym miejscu: „na bohaterach naszej Ojczyzny, żołnierzach Armii Krajowej i członkach innych organizacji niepodległościowych wykonywane są wyroki sądów kapturowych”. I jeszcze apel: „daj nam Boże Polskę nie białą, nie czerwoną, tylko biało-czerwoną, a nad nią Orzeł Biały w koronie i Krzyż!”.
Słowa te nie uszły uwadze aparatu bezpieczeństwa. Duchownemu mniej więcej od tego momentu zaczęło grozić poważne niebezpieczeństwo, podobnie jak innym członkom jego organizacji. Wszyscy, na własną rękę, musieli się ukrywać. Ubecja zdołała mimo to zatrzymać niektórych współpracowników „Cezarego”. Poddano ich przesłuchaniu. Jeden z nich, Marian Pastuszka, wspomina w książce Grzegorza Sado, że był kopany i bity, sadzano go na odwróconej nodze od stołka. Śledczy chcieli, by złożył zeznania obciążające ks. Domańskiego. Zeznania, dodajmy, nieprawdziwe. Duchownego nie udało się zatrzymać, bo UB nie zastała go w domu.
„Cezary” ukrywał się wówczas wraz z grupą współpracowników we wsi Wólka Trzemecka. Potem wyjechał na kilka tygodni do śląskiej Bielawy. Wkrótce powrócił do Sienna. Wraz z nim wrócili też inni, ukrywający się na Śląsku – Józef Cielecki oraz Władysław Dmuchalski. Podczas spotkania w konspiracyjnym lokalu w Siennie, ks. Domański poinformował ich, że nawiązał kontakt z abp. Adamem Stefanem Sapiehą, który zaproponował mu objęcie jednej z parafii w podkrakowskiej miejscowości. Duchowny chciał zabrać tam ze sobą dwóch przyjaciół.

Wrzucony na wóz
9 marca 1946 roku, w godzinach wieczornych ks. Domański i Józef Cielecki udają się do zakonspirowanego lokalu. To dom Franciszka Stefańskiego w Eugeniowie, nieopodal Sienna. Zjawiają się tam około godziny 20:00. Po mniej więcej godzinie dołącza do nich Władysław Dmuchalski. Cała trójka ustala, że w domu Stefańskiego zostaną do 11 marca, a potem udadzą się do Krakowa. Broń mieli zostawić w Eugeniowie. Po naradzie postanawiają odpocząć. Jednak Cielecki śpi czujnie. W pewnym momencie się budzi. Ma wrażenie, że wokół domu ktoś chodzi. Wygląda przez okno. Widzi snujące się postacie. Obława.
Cielecki i Dmuchalski chwytają za broń. Mają pepeszę, automat pp-s i parabellum. Chcą się bronić. UB zasypuje ich gradem kul. Konspiratorzy odpowiadają z rzadka. Trzech „wrogów ludu” kontra mniej więcej trzydziestu „utrwalaczy ludowej władzy”. Przybiega Stefański. Jest w szoku. Krzyczy, żeby się poddali. Wybucha pożar. Stefański prosi ubeków by pozwolili mu go ugasić. Ubecy się zgadzają. Po kilkudziesięciu minutach nacierają ponownie. Tym razem ostro przypierają ogniem trójkę rozpaczliwie broniących się Polaków. W pewnym momencie strzały milkną. Dmuchalski dostał dwie kule w głowę. Nie żyje. Ks. Domański skarży się na ból pleców. Nie może się podnieść. Cielecki jest ranny w rękę. To koniec. Trzeba podjąć decyzję o poddaniu się. Walka trwała około trzech godzin. Bezpieczniacy mieli później mówić, że brakowało im już amunicji…
Gdy ks. Domański dostał się w ręce ubeków, ci rzucili na wóz opadającego z sił duchownego. Słowo „rzucić” nie jest przesadą. Cielecki: „wyszedłem o własnych siłach, natomiast widziałem jak dwóch ubeków chwyciło ks. Domańskiego za nogi, po czym wyciągnęli go na podwórze i wrzucili, nie położyli tylko wrzucili, na podstawiony wóz, na którym nie było nawet słomy”. Ale na tym oprawcy nie skończyli poniżania duchownego. Gdy wóz ruszył, czterech ubeków siadło na rannym. Ksiądz jęczał z bólu.

„O jak ciemno, jak ciemno”
Ubecja zawiozła złowionych „bandytów” do budynku spółdzielni gminnej w Siennie. Cieleckiemu opatrzyli ranę. Ks. Domańskiego chwycili za nogi i wciągnęli po schodach na piętro. Uderzał głową o stopnie. Następnie Cielecki wspomina, że słyszał wrzaski dobiegające z góry. „Nie miałem wówczas żadnych wątpliwości, że na pierwszym piętrze trwa katowanie ks. Domańskiego. To było wstrząsające, wydawało mi się, że trwa to całą wieczność”.
Potem więźniów przewieziono do szpitala w Starachowicach. Ledwie żywego, jęczącego z bólu duchownego ubeccy oprawcy ciągnęli po ziemi od samochodu do drzwi szpitalnych. Ks. kpt. Stanisław Domański miał umrzeć podczas przygotowań do zabiegu, 10 marca 1946 roku. „O, jak ciemno, jak ciemno” – powiedział podobno przed śmiercią.
W biografii ks. Domańskiego Grzegorz Sado zamieścił też wstrząsającą relację znajomej duchownego, działaczki ROAK, Kazimiery Bednarek. Tej nocy, której zmarł ks. Domański, w jej domu miał zjawić się milicjant. Spytał, czy może umyć dłonie. Były całe we krwi. Gdy Bednarek zapytała, skąd ta krew, ten oświadczył, że brał udział w rozbijaniu „bandy” ks. Domańskiego pod Eugeniowem. Czy milicjant zmywał z dłoni krew księdza?
Ks. Domańskiego ubecy oskarżyli o napad rabunkowy i poturbowanie ofiary. Wszystko po to, by ostatecznie go upodlić.

Krzysztof Gędłek

http://www.pch24.pl/czy-moge-umyc-rece- ... 732,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 18 gru 2013, 08:53 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Obława przed obławą

Jest szansa na wznowienie umorzonego niedawno śledztwa w sprawie sowieckiej operacji w Domuratach. Wszystko za sprawą nowych świadków, do których dotarł „Nasz Dziennik”.

W połowie czerwca 1945 r., niedługo przed rozpoczęciem obławy augustowskiej, NKWD aresztowało w Domuratach (niedaleko Suchowoli) siedmiu żołnierzy Armii Krajowej. Wszystkich przetransportowano w konwoju do Chodorówki i tam rozstrzelano. Co najmniej trzech Sowieci zabili w trakcie próby odbicia więźniów.

Na temat zbrodni sowieckiej popełnionej na polskich żołnierzach aresztowanych w Domuratach nie ma żadnych opracowań historycznych. Władze PRL skazały sprawę na zapomnienie.

Teraz, dzięki relacji, jaką przekazał „Naszemu Dziennikowi” kpt. Bronisław Karwowski, o przebiegu tych tragicznych wydarzeń wiemy więcej.

– Historię dotyczącą śmierci wielu moich kolegów z AK, walczących w drużynach w Domuratach i okolicy, znam głównie z relacji Jana Borysa, żołnierza AK, który brał udział w nieudanej akcji odbicia więźniów z sowieckiego konwoju jadącego z Domurat – mówi Karwowski. – Od lat gromadzę materiały dotyczące działalności AK w naszych stronach. Poprosiłem więc Jana Borysa, aby spisał tę relację. Zrobił to. Niedługo po tym zmarł (pół roku temu) – dodaje.

Relacje Borysa potwierdzają świadectwa innych, również już nieżyjących, żołnierzy.

Jan Borys opisuje, że w połowie czerwca 1945 r. żołnierze NKWD przyjechali do Domurat kilkoma krytymi samochodami ciężarowymi. Tak jak podczas obławy augustowskiej mieli przy sobie listę członków terenowej konspiracyjnej siatki Armii Krajowej sporządzoną przez konfidenta z Urzędu Bezpieczeństwa. Na podstawie tej listy w Domuratach aresztowano siedem osób. Na liście nie było jednak wszystkich nazwisk żołnierzy miejscowych struktur formacji niepodległościowych, dlatego uniknęli aresztowania. Ocaleńcy postanowili odbić kolegów z sowieckiego konwoju.

– Dowódca operującej w okolicy wsi Horodnianka drużyny sierż. Władysław Markiewicz ps. „Limba” skrzyknął swoich chłopaków. Byli nieźle uzbrojeni, mieli m.in. rkm – ręczny karabin maszynowy – relacjonuje Karwowski, który 6 lat był w AK, a po wojnie 4 lata spędził w komunistycznym więzieniu we Wronkach.

Przed akcją, z braku czasu, nie przeprowadzono jednak należytego rozpoznania. Jej uczestnicy nie spodziewali się, że w okolicy gromadzone są już tysiące sowieckich żołnierzy, przygotowywanych do operacji obławy augustowskiej.

Niedługo po rozpoczęciu ostrzału konwoju z więźniami, który jechał drogą z Domurat w kierunku Szczuczyna, na pomoc sowieckim konwojentom ruszyli czerwonoarmiści. Rozpoczęła się nierówna walka, a później obława na Polaków, którzy chcieli odbić konwojowanych.

– Trzech z nich poległo. Ten, który był przy rkm, bronił się najdłużej, nie chciał się poddać. Sowieci zadźgali go bagnetami – mówi Bronisław Karwowski.

Innym, m.in. Janowi Borysowi, udało się ukryć i przeżyć. Zmasakrowane bagnetami ciało żołnierza Sowieci próbowali zidentyfikować.

– To była niedziela. Sowieci położyli przy wejściu do kościoła w Sztabinie tego, którego zabili bagnetami, i pytali wychodzących po Mszach św., czy go nie rozpoznają, kto to jest, bo oni nie wiedzieli – opowiada Karwowski. Dowódcę drużyny, Władysława Markiewicza ps. „Limba”, który zorganizował próbę odbicia więźniów, aresztowali funkcjonariusze UB. Wydano na niego wyrok śmierci, który wykonano.

Z relacji spisanej przez Borysa wynika, że śmierci nie uniknęło też siedmiu ujętych w Domuratach. Konwój z aresztowanymi miał dotrzeć do nieodległej Chodorówki (trasa na Suchowolę i Augustów) Tu, jak relacjonuje Borys, enkawudziści rozstrzelali więźniów. Rodziny pochowały ich ciała na cmentarzu parafialnym w Chodorówce.

Fakt zgrupowania w czerwcu 1945 r. dużych sił żołnierzy Armii Czerwonej w okolicy Suchowoli (niedaleko leżą Domuraty) potwierdza w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” pani Janina Chomiczewska, świadek tamtych wydarzeń. – W czerwcu 1945 jechałyśmy z mamą wozem do Suchowoli. Zatrzymali nas Sowieci. Były ich setki, może nawet tysiące. Jakby się do czegoś szykowali. Siedzieli na polach i przy drodze. Wszędzie było pełno broni. Po dokładnym sprawdzeniu zawartości wozu puścili nas dalej – wspomina.

Relacja Jana Borysa rzuca na wydarzenia w Domuratach zupełnie nowe światło. Do tej pory istniał jedynie ustny przekaz, anonimowego autorstwa, według którego Sowieci mieli aresztować 30 żołnierzy AK i prowadząc ich drogą do Suchowoli, po kolei wszystkich rozstrzelać. Świadczyć o tym miały przydrożne krzyże.

Tę wersję wydarzeń, na wniosek obywatelski, który już kilka lat temu wpłynął do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku, sprawdzali prokuratorzy. Śledztwu nadano gryf zbrodni komunistycznej i zbrodni przeciwko ludzkości „polegającej na dokonaniu w okresie czerwca 1945 roku na drodze prowadzącej z miejscowości Domuraty do Suchowoli, pow. Sokółka, województwo podlaskie, przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego, pozbawienia życia 30 mężczyzn zatrzymanych we wsi Domuraty”.

Prokuratorzy próbowali ustalić okoliczności zdarzenia i przesłuchać żyjących świadków. Przeprowadzono kwerendy materiałów archiwalnych przechowywanych w Oddziałowym Biurze Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów w Białymstoku.

Sprawę niestety umorzono, bo w archiwach nie odnaleziono materiałów na temat zbrodni popełnionych na żołnierzach z AK z Domurat. Natomiast przesłuchani świadkowie nie potwierdzili wersji wydarzeń o 30 zabitych przez NKWD osobach na drodze z Domurat do Suchowoli.

Ujawnione „Naszemu Dziennikowi” przez kpt. Bronisława Karwowskiego nowe fakty dotyczące sowieckiej zbrodni wskazują na zupełnie inny niż dotychczas znany przebieg wydarzeń i liczbę zabitych. Nowe są informacje dotyczące nieudanej próby odbicia więźniów. Dlatego białostocki pion śledczy IPN zapowiada podjęcie sprawy na nowo.

– Poproszę pana Bronisława Karwowskiego o dostarczenie relacji dotychczas nam nieznanych, dotyczących zbrodni sowieckiej na żołnierzach AK z Domurat – mówi prok. Zbigniew Kulikowski, szef pionu prokuratorskiego IPN Białystok. – Jeżeli stwierdzimy, iż jest to nowy materiał dowodowy, będzie możliwe podjęcie umorzonego śledztwa – zapowiada prokurator.

Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... blawa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 19 gru 2013, 22:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/wszystko-dla-polski- ... a-blawata/

Wszystko dla Polski – Ostatnia walka „Bławata”

Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

2 listopada 1944 roku rozbił więzienie Urzędu Bezpieczeństwa w Tarnobrzegu i ocalił 15 swoich żołnierzy przed wywózką na Syberię.
Samotną akcją ośmieszył ubeków. Dlatego w swoich raportach opisali, że więzienie rozbił nie jeden człowiek a 50-osobowa grupa. Oczywista bzdura, ale tak "uzbrojona” porażka miała nie kompromitować nowej władzy.

Inż. mjr Kazimierz Bogacz z Nowej Dęby, ps. „Bławat”, ur. w 1914 r. w Ocicach k. Tarnobrzega, był uczestnikiem kampanii wrześniowej 1939 r., żołnierzem ZWZ-AK, szefem Referatu VI Obwodu Tarnobrzeg, od marca 1943 r. szefem Kedywu Obwodu, w latach 1943-44 dowódcą oddziału partyzanckiego w Budzie Stalowskiej. Po rozwiązaniu AK kontynuował działalność konspiracyjną w strukturach WiNu. W 1949 r. skazany został jako członek sztabu WiN w Katowicach i Krakowie na sześć lat więzienia. Przeszedł piekło więzień ubeckich i karnych obozów pracy w kopalniach i kamieniołomach.
Całe swoje życie, męstwo, zapał, umysł i serce oddał w służbie Ojczyzny. Inż. mjr Kazimierz Bogacz z Nowej Dęby w 1949 r. skazany został jako członek sztabu WiN w Katowicach i Krakowie na 6 lat więzienia. Przeszedł piekło więzień ubeckich i karnych obozów pracy w kopalniach i kamieniołomach. Za swoją bohaterską postawę odznaczony został Krzyżem Armii Krajowej i Medalem Wojny 1939 r. Od wielu lat jest działaczem Światowego Związku Żołnierzy AK.
Na wojnie, w konspiracji i partyzantce
Służbę wojskową odbył p. Bogacz w Szkole Podchorążych Rezerwy w Przemyślu w latach 1934/5. Zmobilizowany 30 lipca 1939 r. w stopniu podporucznika, mianowany został dowódcą kompanii zwiadowczej. 18 września znalazł się w ugrupowaniu piechoty pod Łuckiem, które zostało zmuszone do poddania się przez sowieckie wojska pancerne. Pod groźbą kary śmierci wszyscy oficerowie musieli zarejestrować się w koszarach wojskowych w Łucku. Tylko on jeden wymknął się oprawcom, pozostali oficerowie zostali wywiezieni do Katynia.
Po powrocie w rodzinne strony rozpoczął działalność konspiracyjną. Z narażeniem życia wydawał pismo „Odwet” i organizował jego kolportaż, aby informować społeczeństwo o osiągnięciach polskiego podziemia, a niemieckich niepowodzeniach i krzepić ducha w Narodzie. Informacje zdobywał z nasłuchu radiowego.
Na wiosnę 1944 r. założył obóz partyzancki w lesie stalowskim i wraz ze swoją grupą przeprowadzał akcje dywersyjne. Starał się otaczać opieką uciekinierów z Kresów. Gdy w 1944 r. front przeszedł za Wisłę, chciał już jako dowódca obwodu iść z grupą pięćdziesięciu chłopców na pomoc powstańczej Warszawie, lecz Sowieci do tego nie dopuścili. Oddziały, które przez Jarosław, Przemyśl, Leżajsk doszły do Rozwadowa, zostały otoczone przez sowieckie wojska i wywiezione na Sybir.
Jak wspomina p. Bogacz, po upadku Powstania Warszawskiego, od pierwszych dni października 1944 r., rozpoczął się na terenie obwodu tarnobrzeskiego atak wszystkich służb policyjnych przeciwko członkom Armii Krajowej. Sowieckie NKWD jeździło po terenie i wyłapywało ważniejszych akowców, którzy ginęli bez śladu. Pod koniec października w Tarnobrzegu nie było już akowców. Część ludzi wyłapało NKWD, część – UB, a reszta uciekła w tereny, gdzie ich nie znano. P. Bogacz jako dowódca dywersji AK znalazł schronienie w domu państwa Franciszki i Władysława Żarowów, przybyłych z Kresów, z Chodorowa w marcu 1944 r. Dom tej rodziny pod opieką oficera śledczego UB i równocześnie zastępcy szefa UB Henryka Pietrzyka, zakochanego w ich córce Władysławie Żarów, ps. „Mała”, wolny był od podejrzeń i rewizji. Obydwoje działali na Wschodzie w AK, w Tarnobrzegu zaś Henryk stał się zdeklarowanym komunistą. – Nie mogłem mieć lepszego wywiadu. Władysława, bardzo zaangażowana w pracę organizacji jako łączniczka, kolporter, a w czasie działań na froncie wschodnim jako dzielna sanitariuszka, od zakochanego w niej ubeka wydobywała wszystkie informacje o aresztowanych akowcach oraz nazwiska tych, którzy są poszukiwani.
Gdy dzięki niej 30 października dowiedział się, że wszyscy akowcy, trzymani w tarnobrzeskim więzieniu UB, będą wywiezieni 4 listopada do Rzeszowa, później do Przemyśla i na Sybir, postanowił ich uwolnić. Opracował plan i 2 listopada, uzbrojony w pistolet Vis, po udanej akcji wypuścił 15 akowców, którzy pod osłoną ciemnej nocy powrócili szczęśliwie w swoje rodzinne strony. – Cześć i chwała śp. wspaniałej rodzinie Żarowów, a w szczególności „Małej”, późniejszej mojej żonie, której wywiad umożliwił mi wykonanie tego przedsięwzięcia – podkreśla ze wzruszeniem p. Kazimierz.
Akcją na więzienie zainteresowały się sowieckie władze NKWD, które nadzorowały organy bezpieczeństwa w likwidacji polskich elementów patriotycznych. Władza, nie mogąc ująć odpowiedzialnego za to, zemściła się, mordując jego dwóch współpracowników z organizacji.
- Wdzięczny jestem Bogu, że miałem szansę walczyć za Ojczyznę i pracować dla niej i że ją wykorzystałem. Gdy spojrzę na całą moją działalność niepodległościową, muszę stwierdzić, że parasol Opatrzności Bożej był rozciągnięty nie tylko nade mną, ale nad wszystkimi, żołnierzami AK, którym wydawałem rozkazy i wysyłałem na akcje – ocenia inż. K. Bogacz. Żaden nie zginął. Od podwładnych wymagałem zachowania moralnego i etycznego. Pilnowałem w oddziale modlitwy porannej i wieczornej, a Pan Bóg nad nami czuwał. Ocalenie zawdzięczam codziennemu odmawianiu Różańca św. w intencji powrotu z wojny przez moją matkę i pięcioro młodszego rodzeństwa.
Więzień UB
Poszukiwany przez UB w Tarnobrzegu K. Bogacz wyjechał do Krosna, a następnie do Zabrza, gdzie został zwerbowany do sztabu Okręgu Śląsko-Dąbrowskiego WiN. W październiku 1946 r. p. Kazimierz, na skutek zdrady, został aresztowany przez katowickie UB i osadzony w więzieniu w Katowicach. – Przez tyle lat byłem ścigany – najpierw przez jednych, później przez drugich. Wiedziałem, jak przygnębiająco podziała to na naszych ludzi w Tarnobrzegu i okolicy, na tych, którzy nie poddawali się komunistom, a dla których byłem może symbolem kontynuowania walki o wolność… Jak przyjmą ci, tak drodzy mojemu sercu, którzy na moje wezwanie nie wahali się narażać życia i ci, którzy mieszkali razem ze mną w lesie…
Podczas długich przesłuchań zadano mu ciosy w twarz, tak że miał ją straszliwie zmaltretowaną i z tego powodu ma uszkodzenie słuchu. Giętkimi, gumowo-stalowymi pałkami obito strasznie krzyże i nogi, że do dziś ma ślady. Głowę, dla stłumienia krzyku owijano dywanem. Okropny był też stosunek służby więziennej do więźniów. Z więzienia wyszedł w marcu 1947 r. na podstawie amnestii.
Powrócił więc do Tarnobrzega. Musiał zameldować się w tutejszym UB i nie miał prawa opuszczać miejsca zamieszkania bez specjalnego zezwolenia. W kwietniu zawarł związek małżeński z Władysławą Żarów i rozpoczął pracę w lasach państwowych w Budzie Stalowskiej. W grudniu 1948 r. został niespodziewanie aresztowany przez UB w Tarnobrzegu, głównie z powodu rozbicia tam więzienia 2 listopada 1944 r. i osadzony w więzieniu, gdzie panowała nieludzka, pełna nienawiści do więźniów atmosfera. Nie było żadnego tłumaczenia, że czyn ten podlega amnestii. Śledztwo trwało osiem miesięcy, skazany został na pięć lat więzienia za posiadanie broni, gwałtowny zamach. Te oskarżenia nie dawały więcej niż dziesięć lat, ale UB uznał, że dla niego jako dowódcy dywersji to za mało. Spreparowano więc fałszywe oskarżenie o zabójstwo Feliksa Pięty ze Stalów w 1945 r. i rabunek jego mienia. Dalsze śledztwo w sprawie p. Bogacza prowadziło przez trzy miesiące UB w Rzeszowie. Podczas głównie nocnych przesłuchań żądano, aby podał nazwiska wszystkich akowców, którzy szli na odsiecz Warszawie. Domagano się, żeby wyjawił nazwiska tych, którzy rzekomo współdziałali ze nim w akcji na więzienie UB w Tarnobrzegu. – Przesłuchania doprowadzały mnie do duchowej i fizycznej ruiny – mówi p. Bogacz. – Dorzucono jeszcze sprawę magazynu broni, który urządziłem w Chmielowie u Józefa Gładysza. Stwierdziłem, że broń została zdana Sowietom, ale to niczego nie zmieniło. Potem doszło przestępstwo za magazyn broni ze zdemobilizowanego mojego oddziału partyzanckiego. Straszono, że już więcej nie zobaczę swojej żony – dodaje.
W sądzie oskarżenie o zabójstwo zostało obalone, dostał wyrok skazujący na 6 lat więzienia. Przeniesiono go do więzienia rzeszowskiego zamku, gdzie panował terror, a potem do Przemyśla. – Więzień był tu trochę człowiekiem, bo w Rzeszowie był z tego odarty całkowicie – podkreśla p. major. Nie lepiej było w więzieniu karnym w Raciborzu, kolejnym miejscu przebywania. – Atmosfera tu była pod każdym względem okropna, zakład pogrzebowy miał pełne ręce roboty, a i tak jakaś komisja ministerialna po inspekcji w zakładzie stwierdziła, że śmiertelność więźniów jest zbyt niska – wspomina.
W 1950 r. p. Bogacza przeniesiono do prac górniczych na Śląsku. – Radość moja była ogromna, bo wydostałem się z cmentarnego przedsionka – stwierdza. Znalazł się w obozie w rejonie w starej i niebezpiecznej kopalni Czeladź-Piaski. Po roku przeniesiono go do ośrodka karnego i kopalni w Sośnicy, gdzie liczne były wypadki kalectwa i śmierci. Więźniowie pracowali tu jak w kieracie, m. in. fedrując węgiel, budując tory i przebudowując rozjazdy. Wyrabiał 200% normy, był przodownikiem pracy. Po trzech latach pracy w kopalni sprawdzono w kartotece, że jest „groźnym przestępcą”, bo skazanym nie z art. 4., jak podał, tj. za posiadanie broni, lecz z art. 3 – napad z bronią w ręku. Znalazł się więc w obozie o niezwykle ostrym rygorze obowiązkowej pracy więźniów i silnym nadzorze. Więźniowie zmuszani byli do pracy ponad siły w kamieniołomach w Pionkach. Bardzo wysoki był tu wskaźnik śmiertelności, co osiągano narzucając wysokie normy pracy na każdego więźnia. Musiał on np. załadować 20 wózków półtoratonowych blokami kamiennymi ważącymi od 30 do 70 kg, a leżącymi w różnej odległości od toru. – Odarty tam byłem nie tylko z wszelkich praw obywatelskich, ale i ludzkich – mówi p. Kazimierz. Gdybym nie był zabrany do kopalni, lecz od razu do kamieniołomów, wykończono by mnie w ciągu jednego roku.
Myśląc nad tym, przez jakie ręce przechodził w Katowicach, Tarnobrzegu, Rzeszowie i innych miejscach, stwierdza: – Wśród nich nie spotkałem ani jednego Sowieta. Byli to sami bracia – Polacy… Jakże biedni byli oni w swym człowieczeństwie! Bijąc mnie i maltretując nie wiedzieli, co czynią. Nie karali mnie za moje przestępstwa – chodziło im tylko o nowe nazwiska i adresy…
Powrót do życia
Dramatyczny był też los rodziny p. Bogacza: matki, żony, córeczek. Do domu wrócił z więzienia w 1953 r. Długo nie mogli otrząsnąć się z cierpienia spowodowanego kilkuletnią rozłąką. – Rodzina przeszła gehennę z tego powodu, że byłem „nieprawomyślny” w ustroju stalinowskim, że uniemożliwiłem władzom PRL dokonanie zbrodni na kilkunastu niewinnych Polakach – stwierdza p. Kazimierz.
Mimo czynionych mu przez członków PZPR trudności w uzyskaniu pracy, otrzymał ją w Rejonie Lasów Państwowych w Tarnobrzegu w 1954 r. Wrócił do lasu, który tak ukochał w czasach partyzantki. W 1955 r. w tajemnicy zapisał się na studia zaoczne dla pracujących w Wyższej Szkole Rolniczej w Lublinie. W 1960 r. uzyskał dyplom inżyniera rolnika, przywrócono mu też wreszcie prawa obywatelskie. W uznaniu zasług położonych dla Leśnictwa Regionu Południowo-Wschodniej Polski otrzymał wiele odznaczeń oraz został wpisany do Księgi Zasłużonych Pracowników Okręgu Lasów Państwowych w Krośnie.

Major Kazimierz Bogacz z córką Anną Kowalską
przed budynkiem dawnego ubeckiego więzienia w Tarnobrzegu.
Tablicę poświęconą akcji „Bławata” odsłonięto dopiero w listopadzie 2007 roku…


Źródła:
Tygodnik katolicki "Niedziela", "Echo dnia"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 14 sty 2014, 20:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/11/23 ... omunistow/

Zbrodnia reżyserowana przez komunistów
Posted by Marucha w dniu 2013-11-23 (sobota)

O procesie ks. Piotra Oborskiego było głośno. Pisały o tym gazety, relacjonowało Polskie Radio. Trafił do więzienia w Rawiczu, prosto w ręce sadystów. Współwięzień duchownego: „Ks. Piotr otrzymywał tak często karce, że czasami wracał do celi tylko na godzinę, dwie…”.

Obrazek

Gdyby nie wojna, byłby może świetnym naukowcem. Przez wiele lat wykładałby w seminariach filozofię. Urodzony 10 lutego 1907 roku, święcenia kapłańskie przyjął 24 lata później. Kapłan postawił zdecydowanie na pracę intelektualną, studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim.

Okupacja i edukacja
O tym, że wojna przeszkodziła ks. Oborskiemu w karierze naukowej świadczy nie tylko obroniony tuż przed wybuchem II wojny doktorat, ale również działalność duchownego w okresie okupacji. Wykładał bowiem w seminarium w Kielcach. Czego uczył? Psychologii empirycznej, kosmologii, historii filozofii. W seminarium był również prefektem.
W marcu 1941 roku ks. bp Czesław Kaczmarek zdecydował o reorganizacji seminarium. Jednym z jej założeń było zniesienie funkcji prefekta. W związku z tą decyzją, ks. Oborski poprosił biskupa o probostwo w Bolminie. Tutaj szybko zyskał sobie sympatię miejscowej ludności, która, przywiązana do praktyk religijnych, z wielkim szacunkiem podchodziła do duchownych. I właśnie w Bolminie ks. Oborski nawiązał kontakt z miejscowymi partyzantami.
Kapłan nie przynależał jednak do żadnego oddziału. Spieszył natomiast z posługą do żołnierzy AK, którzy ukrywali się w pobliskich lasach. Musiał im być bardzo bliski, skoro po upadku komunizmu żołnierze ufundowali ks. Oborskiemu pamiątkową tablicę w miejscowym kościele.
I faktycznie, nierzadko członkowie leśnych oddziałów ukrywali się na plebanii. Przy czym ks. Oborski prowadził subtelną, acz bardzo niebezpieczną grę. Jawnie posługując na parafii był zmuszony udzielać kwatery Niemcom. Dochodziło więc do budzących grozę sytuacji, gdy w pokojach na plebanii rozlokowani byli Niemcy, zaś na strychu ukrywali się partyzanci.
Przymus kwaterowania żołnierzy okupanta szybko jednak wyszedł na dobre nie tyle samemu ks. Oborskiemu, ile lokalnej społeczności, nad którą sprawował pasterską pieczę. W 1944 roku partyzanci zastrzelili niemieckiego żołnierza. Okupanci zaplanowali akcję pacyfikacyjną. Wówczas ks. Oborski ubrał komżę i stułę, a następnie udał się do dowódcy oddziału egzekucyjnego. Znał dobrze język niemiecki, więc mógł łatwo nawiązać kontakt z wrogiem. Udało mu się przekonać go, że niemiecki żołnierz poniósł śmierć z ręki, owszem, polskich, ale nie miejscowych partyzantów. Uratował w ten sposób część mieszkańców Bolmina, a już na pewno ich dobytek.
Ks. Oborski w swojej antyniemieckiej działalności nie poprzestał na kontaktach z partyzantami. Działał tam, gdzie czuł się pewnie, czyli na uczelni. Prowadził wykłady na konspiracyjnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich w Kielcach. Tajne nauczanie prowadził również w samym Bolminie.

Środowisko Piaseckiego i ubecja za rogiem
Niedługo po wojnie, bo 30 czerwca 1945 roku, ks. Oborski przeniósł się z Bolmina do Kielc. Zakotwiczył, oczywiście, w seminarium duchownym, gdzie znów wykładał filozofię. Zastąpił w tam ks. prof. Piotra Chojnackiego, który z kolei przeniósł się na Uniwersytet Warszawski.
Ks. Oborski nie zagrzał zbyt długo miejsca w Kielcach. Wkrótce i on wyjechał do Warszawy, gdzie na UW został asystentem ks. prof. Chojnackiego. Spokojna praca na uczelni nie pochłaniała go jednak wystarczająco. Zapragnął realizować się także jako duszpasterz, a ściślej: kaznodzieja. I w ten sposób zaczął ściągać na siebie kłopoty. W kazaniu wygłoszonym do studentów na rozpoczęcie roku akademickiego 1947/1948 nie ukrywał swoich antykomunistycznych poglądów. W tropiącej ideologiczną niepoprawność UB duchowny wzbudził poważne wątpliwości co do „prawomyślności”.
Zainteresowanie „smutnych panów” wydawało się być dość poważne, bo ks. Oborski w datowanym na 18 października 1947 roku liście do swojego ojca napisał: „(…) w zeszłym tygodniu było sporo wrzawy w Warszawie z powodu mojego kazania, jakie wygłosiłem do młodzieży z wyższych uczelni (…). Komuniści napiętnowali mnie w swoich gazetach i nawet przez radio mi się trochę dostało, chociaż bez wymieniania nazwiska. Cała burza już przeszła (…)”.
Czy faktycznie? Chyba jednak na krótko, a konkretnie na czas współpracy ks. Oborskiego ze środowiskiem „Dziś i Jutro” oraz „Słowa Powszechnego”, czyli tzw. grupą Piaseckiego (późniejszy PAX). Pisząc w wielkim skrócie, program Piaseckiego zakładał uczestnictwo w systemie komunistycznym. Jego zdaniem bowiem istniała możliwość istnienia obok siebie katolickiego światopoglądu w ramach czerwonej ideologii, która zresztą, jak przewidywał, miała dominować w Polsce przez wiele lat. Wiele wskazuje na to, że to właśnie środowisku skupionemu wokół Piaseckiego ks. Oborski zawdzięczał rozproszenie czarnych chmur, które zaczęły się nad nim zbierać.
Działania tego środowiska nie były jednak – jeśli można tak to określić – bezinteresowne. Opierały się one bowiem na mechanizmie „coś za coś”, czyli klasycznym dealu. Piasecki dawał ochronę ludziom z nim związanym, ale ci musieli być wierni komunistycznemu systemowi, a mówiąc wprost: kolaborować z nim.
Na czym polegało zaangażowanie ks. Oborskiego w tę grupę? Ks. Daniel Wojciechowski napisał o tym dość zdawkowo. Ks. Oborskiemu miały początkowo odpowiadać te poglądy, a później miał się od nich odciąć. Więcej na ten temat napisał dziennikarz Sławomir Sztaba, którego zdaniem ks. Oborski „dał się ponieść wpływom tego środowiska, wszak uczestniczyli w nim jego bezpośredni przełożeni, którzy byli dla niego naukowymi autorytetami, jak ks. prof. Piotr Chojnacki”. Dowodem na to miał być jeden z odczytów, wygłoszony przez ks. Oborskiego w grudniu 1947 roku w kieleckim seminarium, gdzie duchowny mówił o roli czasopisma „Dziś i Jutro” oraz „Słowa Powszechnego”. Referat ten wzbudził obawy duchownych kieleckich. Sprawa otarła się o bp. Kaczmarka. Hierarcha miał powołać specjalną komisję, której celem było zbadanie odczytu. Nie zachowały się dokumenty z prac tej komisji, ale jak wynika z notatek z wypowiedzi jej członków nie potępili oni ks. Oborskiego. Mimo to podpadł on dość poważnie bp Kaczmarkowi, którego stosunek do komunizmu był bezkompromisowy.
Ks. Oborski wykazał się wówczas pokorą, której dzisiaj brakuje niektórym duchownym. Poprosił bowiem ordynariusza o wyrozumiałość i przebaczenie. Wiele wskazuje też na to, że dobrowolnie opuścił Uniwersytet Warszawski i w 1948 roku przeniósł się do Kielc, gdzie poprosił bp. Kaczmarka o przydzielenie parafii. Potrzeba była tym bardziej pilna, że wraz z zerwaniem relacji z grupą Piaseckiego ks. Oborski utracił parasol ochronny, zaś ubecja nie utraciła wcale pamięci. Duchowny jeszcze w czasie pobytu w Kielcach był śledzony i nachodzony przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.

Wolbromski czas
Gdyby ktoś w wolbromskiej parafii dowiedział się, że ks. Piotr chce się wyciszyć, by zejść nieco z oczu ubeckim tropicielom, szeroko otworzyłby oczy ze zdumienia. Duchowny z miejsca bowiem dał się poznać jako krzewiciel patriotyzmu. Znamienna była procesja na cmentarz w uroczystość Wszystkich Świętych, która była też przepełniona duchem patriotyzmu. Maszerowali w niej m.in. harcerze. A gdy do marszu usiłowała dołączyć grupa osób z PPR i PPS wraz ze sztandarem, ksiądz, spostrzegłszy to, przystanął i zaapelował, by szli osobno, bo nie godzi się wyznawcom komunistycznych poglądów iść za krzyżem.
Ks. Oborski był na parafii lubiany. Uczniowie miejscowego liceum czuli do niego respekt. Był przy tym zupełnie innego temperamentu niż jego wikary, ks. Zbigniew Gadomski. Tego bowiem cechowała większa swoboda, luźniej czuł się w towarzystwie młodzieży. Dość powiedzieć, że był pasjonatem motorów. Zaraził nią zresztą ks. Oborskiego, który wkrótce wyrobił sobie stosowny dokument. Do młodzieży ks. Oborski przywiązywał dużą wagę. Na plebanii organizował m.in. zajęcia kulturalne podczas których mogli poznawać polską literaturę.
Ks. Oborski nie podejmował w tamtym czasie żadnych działań, które dla władza ludowa potraktowałaby jako działania nielegalne, czy też jako dążenie do obalenia ustroju. Ale na terenie, na którym duchowny pełnił posługę duszpasterską działało antykomunistyczne podziemie, a ściślej – Ruch Oporu Armii Krajowej. Jego organizatorem jest Henryk Adamus. Do podziemnych struktur antykomunistycznych należą głównie młodzi ludzie, często uczący się jeszcze w szkole średniej.
Czym zajmowała się wolbromska ROAK? Mówiąc najogólniej – przeciwstawia się propagandzie Związku Radzieckiego szerzonej przez władze na terenie Polski. Ale działacze podziemia idą też krok dalej. W ramach armii prowadzone są szkolenia, członkowie zdobywają broń i oczywiście ją wykorzystują. Wyroki śmierci wykonane przez ROAK dosięgły miejscowego nauczyciela i aktywistę PZPR, Władysława Seweryna i kaprala milicji, Władysława Kamionkę.

Wyrok na 14-latku
Ksiądz Piotr Oborski nie utrzymywał kontaktów z ROAK, co więcej, od kontaktów tych stronił. Nie dlatego, by miał kapitulować przez nową władzą. Był, oczywiście, antykomunistą. Był też jednak przy tym realistą i nie wierzył w możliwość zbrojnego obalenia zbrodniczego reżimu. Mimo to zarówno on, jak i wikary ks. Gadomski zostali zatrzymani podczas akcji rozbijania ROAK. Przyczyną akcji był najpewniej wyrok wykonany na kapralu Kamionce.
Zatrzymanie duchownych posłużyło komunistom do przeprowadzenie wielkiej akcji propagandowej wymierzonej w Kościół. Być może za przypadek należy uznać fakt, że duchowni zostali zatrzymani przez UB w pięć dni od podpisania słynnego porozumienia między państwem a Kościołem, czyli 19 kwietnia 1950 roku. Ale trudno uwierzyć w przypadek w totalitarnym państwie. Czy mógł być to więc wyraźny sygnał, że porozumienie z Kościołem nic dla komunistów nie znaczy?
Faktem jest, że zatrzymanie duchownych komuniści wykorzystali do ostrej akcji propagandowej wymierzonej w księży, ale przecież także, pośrednio, w Kościół. Powstawały więc teksty prasowe o tej sprawie z tytułami takimi jak: „Księża inspirowani do morderstw i napadów”, „Plebania źródłem natchnienia dla bandy” itp. Proces duchownych relacjonowało Polskie Radio. Z kolei związany ze środowiskiem Piaseckiego publicysta Zbigniew Koźniewski napisał książkę „Biała plebania”, w której szkalował duchownych.
Jakie zarzuty wyprodukowała złowieszczo twórcza wyobraźnia komunistycznych prokuratorów, że ks. Oborski stanął przed sądem? Otóż sprawa miała dotyczyć wyroku na 14-letnim Waldemarze Grabińskim. Była to historia na wskroś dramatyczna. Otóż Grabiński był łobuzem, sprawiał problemy wychowawcze. Gdy dowiedział się o działalności Ruchu Oporu Armii Krajowej, pojawiło się realne zagrożenie „wsypy”. Podjęto więc decyzję o likwidacji 14-latka. Wyjątkowego dramatyzmu sprawie dodaje fakt, że zgodę na to wyraziła jego matka.
Gdy ks. Oborski dowiedział się o planach ROAK, wezwał do siebie matkę chłopca, Marię Grabińską by wyperswadować jej podjętą decyzję. Jednak komunistyczni śledczy byli innego zdania. Z Grabińskiej udało im się wyciągnąć zeznania obciążające ks. Oborskiego. Według nich, kapłan miał zachęcać matkę Waldemara do tego, by zgodziła się na wykonanie wyroku na synu. Śledczy w wielkim pietyzmem zadbali o to, by Grabińska faktycznie złożyła takie zeznania. Dbałość śledczych przejawiała się w zakrwawionych nogach i pośladkach kobiety. Jak przyznała, złamała się dopiero wtedy, gdy wsadzono ją do klatki a jej stopy do skrzynki ze szczurami. Ks. Oborski został więc obciążony współpracą z antykomunistycznym podziemiem.

Proces
Duchowny nie dał się złamać śledczym. Nie wiadomo, czy w czasie dziewięciomiesięcznego śledztwa stosowano na nim tortury cielesne. Ale przykłady innych duchownych pokazują, że sutanna i koloratka nie powstrzymywały ubeckich „śledzi” przed dręczeniem ofiary.
W każdym razie na pytanie przewodniczącego składu sędziowskiego Juliana Polan-Harasina, czy oskarżony przyznaje się do winy, ks. Oborski odparł: „Akt oskarżenia zrozumiałem, a do zarzuconych przestępstw nie przyznaję się. Uważam, że przewód sądowy dostatecznie wykaże moją niewinność”. Przewód sądowy nic takiego jednak nie wykazał, bo wina duchownego została już dawno orzeczona, a wyrok zapadł co najmniej z chwilą jego zatrzymania. Ks. Oborski poprosił oczywiście o uniewinnienie, zaś jego adwokat, dr Kazimierz Ostrowski – człowiek wielkiej odwagi – wykazał nieprawdziwość zarzutów stawianych księdzu. To wszystko było jedynie przedostatnią sceną ostatniego aktu dramatu spisanego przez komunistów. Teatr musiał na chwilę zatrząść się w posadach, ale zakończenie wyjaśniło wszystko. W ostatniej scenie wydano wyrok: dożywocie.

Więzienna katorga
Ks. Oborski do więzienia w Rawiczu trafił 1 czerwca 1951 roku. Znęcali się nad nim kaci: por. Leon Utrata-Olszewski i kierownik Działu Specjalnego oraz komendant I pawilonu więzienia, sierż. Józef Kukawka. Trafiał regularnie do karceru. Na długo, bo nawet na dwa tygodnie. Czym był karcer w Rawiczu opowiada jeden z więźniów, którego relację przytoczył Sławomir Sztaba: „pomieszczenie przy stolarni pod rampą załadowczą. Stało się w nim na przeciągu, niezależnie od pory roku, po kolana w wodzie i ekskrementach. Jeśli był “dobry” strażnik to dodatkowo polewał więźnia wodą i kierował na niego wiatrak. Ks. Piotr otrzymywał tak często karce, że czasami wracał do celi tylko na godzinę, dwie, po czym brali go z powrotem pod rampę”.
Listy mógł pisać. Jeden miesięcznie. Otrzymywać mógł dwa. Odwiedzała go rodzina, ale mogła przychodzić tylko jedna osoba.
Mimo skrajnie trudnych warunków, pełnił w więzieniu posługę kapłańską. Jak pisze ks. Daniel Wojciechowski „pod największym rygorem spowiadał więźniów i udzielał im Komunii Świętej, dostarczanej z zewnątrz więzienia przez zaufanych strażników i służbę medyczną”.
Ks. Piotr Oborski zmarł 18 czerwca 1952 roku. Jak twierdzi ks. Wojciechowski – opierając się na relacjach świadków ostatnich chwil życia duchownego – kapłan został brutalnie pobity. Nie udzielono mu na czas pomocy. Miał uszkodzone narządy wewnętrzne, co z kolei mogło być przyczyną zapalenia otrzewnej.

* * *

Rodzina ks. Piotra wnioskowała o łaskę dla niego do samego Bolesława Bieruta. Odpowiedzi bliscy kapłana nie otrzymali. Po latach w archiwach IPN odnaleziono ów list z adnotacją: „Nie nadawać sprawie biegu”. Może to wskazywać na to, że proces ks. Oborskiego był elementem wielkiej kampanii antykościelnej prowadzonej przez komunistów. W pięć miesięcy po zatrzymaniu ks. Piotra Oborskiego i ks. Zbigniewa Gadomskiego komuniści zadali wyjątkowo mocny cios Kościołowi w Polsce – aresztowali bp. Czesława Kaczmarka.

Krzysztof Gędłek

http://www.pch24.pl/zbrodnia-rezyserowa ... 323,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 29 sty 2014, 08:40 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Lakoniczne odpowiedzi FSB

Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa odpowiedziała na dwa kolejne wnioski w sprawie Polaków aresztowanych podczas obławy augustowskiej. Poza datą aresztowania nic nie wiadomo o ich dalszym losie i miejscu pochówku.

Alojzy Wysocki, brat księdza prałata Stanisława Wysockiego, prezesa Stowarzyszenia Rodzin Ofiar Obławy Augustowskiej, wystosował dwa wnioski do FSB, aby dowiedzieć się, jakie były losy Franciszka Dąbrowskiego, zięcia jego sąsiada, i Aleksandra Glinieckiego, narzeczonego jego siostry Kazimiery, którzy zostali aresztowani na terenie gospodarstwa Wysockich, a później zamordowani. Wszyscy trzej należeli do Armii Krajowej.

FSB znalazła w swoich archiwach, odziedziczonych po NKWD i KGB, informacje o Aleksandrze Glinieckim. Wynika z nich, że 33-letni mężczyzna został zatrzymany 27 lipca 1945 roku. „W materiałach archiwalnych nie ma dokumentów dotyczących oskarżenia, osądzenia, rehabilitacji i dalszych losów” – czytamy w odpowiedzi z FSB. Jeszcze bardziej lakoniczna jest też odpowiedź w sprawie Franciszka Dąbrowskiego – FSB twierdzi, że „nie ma dokumentów dotyczących wskazanej osoby”. To nie przybliża więc bliskich do poznania losów swoich krewnych, ale – jak zwraca uwagę ks. prałat Stanisław Wysocki – odpowiedź z FSB jest zaskakująca, bo odpowiedziano nawet na te wnioski, które zostały skierowane przez osobę niespokrewnioną z ofiarami obławy. Do tej pory z FSB przesłano ponad 30 odpowiedzi potwierdzających zatrzymanie podczas obławy wskazanych we wnioskach osób, które do domu już żywe nie wróciły. Podaje się w nich niezwykle ważne informacje, takie jak data i miejsce aresztowania danej osoby, a w blisko połowie nadesłanych odpowiedzi również powód zatrzymania: „zatrzymany w sprawie posądzenia o przynależność do Armii Krajowej”. Nie ma zaś informacji, kiedy ich zamordowano i gdzie pochowano.

W gospodarstwie państwa Wysockich w Białej Wodzie niedaleko Suwałk w lipcu 1945 roku mieściła się kancelaria obwodu suwalskiego Armii Krajowej. NKWD aresztowała ojca rodziny, 50-letniego Ludwika Wysockiego i jego dwie córki: 22-letnią Kazimierę i 17-letnią Anielę. Aresztowano też Glinieckiego i Dąbrowskiego oraz sąsiadkę Wysockich Zofię Gugnowską. Wszystkich wyprowadzono i załadowano na ciężarówkę. – Od pani Gugnowskiej, którą później zwolniono, wiem, iż zawieziono ich do koszar wojskowych w Suwałkach. I tam rozdzielono – mówi ks. Wysocki.

Adam Białous

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... i-fsb.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 02 mar 2014, 12:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://wolna-polska.pl/wiadomosci/post ... -wykletych

Postacie drugiego planu… refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych
EPOPEI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH OBRAZ WSPÓŁCZESNY

OPUBLIKOWANO MARZEC 1, 2014 PRZEZ A303W HISTORIA

Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Władysław Łukasiuk „Młot”, Zdzisław Broński „Uskok”, bracia Leon i Edward Taraszkiewiczowie, z których pierwszy to „Jastrząb” drugi to „Żelazny”, Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Kazimierz Kamieński „Huzar” czy Józef Kuraś „Ogień” to dla każdego, kto choć trochę interesuje się historią walki stoczonej z komunistami o niepodległość naszego kraju i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, nazwiska i pseudonimy doskonale znane. To elita Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych.

Obrazek

Przywołane przeze mnie postacie to oczywiście tylko przykłady z długiej listy nazwisk zasłużonych dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Jednak dziś, spośród wielu tysięcy heroicznych przegranych obrońców sprawy wolności z tamtych czasów, to chyba oni właśnie są najlepiej rozpoznawalni. Na tyle dobrze, że zaryzykuję twierdzenie, iż może nawet całe pięć procent dorosłej populacji Polaków wie w jakich czasach ludzie ci żyli, z kim walczyli i za co zginęli. A przecież jeszcze kilka lat temu z naszą zbiorową pamięcią w tym obszarze było znacznie gorzej. Przyrost świadomości i wrażliwości społecznej na epopeję żołnierzy podziemia antykomunistycznego zawdzięczamy w dużej mierze wprowadzeniu, z inicjatywy Janusza Kurtyki popartej formalnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i podtrzymanej przez jego następcę, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych do kalendarza naszego życia publicznego. I oczywiście sumie wysiłków wielu środowisk i instytucji zaangażowanych w organizację obchodów tego dnia. Imponująca wręcz wielość inicjatyw społecznych, zwłaszcza działań będących owocem aktywności ludzi młodych, daje nadzieję, że przynajmniej odnośnie tego wycinka naszych dziejów najnowszych świadomość zbiorowa przekraczać będzie zwykły, nędzny, poziom, będący funkcją bylejakości systemu nauczania historii na poziomie gimnazjalnym i licealnym. Oby żywe zainteresowanie podziemiem antykomunistycznym było zjawiskiem o charakterze trwałym. Jeżeli tak się stanie, to może nawet doczekamy czasów, w których dla osób uznających, jak przykładowo aktualna wicemarszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Wanda Nowicka, że „kto za młodu nie był komunistą, ten nie będzie przyzwoitym człowiekiem”, nie znajdzie się miejsce pośród wybieranych przez nas posłów i senatorów.
Emocje osób nieobojętnych wobec losów – jak nazwał ich Zbigniew Herbert – „Wilków”, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poruszają spektakularne akcje i zacięte bitwy. Historia Żołnierzy Wyklętych (wszystkich, którzy chcą poznać lub przypomnieć sobie rodowód określenia „Żołnierze Wyklęci” zachęcam do lektury mojego tekstu: ŻOŁNIERZE WYKLĘCI… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA) obfituje w takie zdarzenia. Rozbicie więzienia w Kielcach, Radomiu, Radomsku, brawurowy atak na PUBP we Włodawie,w Puławach, walka z Sowietami w Lesie Stockim, Miodusach Pokrzywnych, Łempicach, pod Kuryłówką, Zwoleniem czy w Ostrowach Tuszowskich – to tylko kilka przykładów z długiej listy pasjonujących epizodów epopei podziemia antykomunistycznego, pełnych dynamiki, napięcia, dramatyzmu oraz przykładów niezwykłej odwagi i ofiarności. To przez pryzmat tych i podobnych im wydarzeń postrzegamy obraz ówczesnych zmagań o wolność. Współczesne wyobrażenie o realiach tamtej walki uzupełniają, zatrzymane w kadrach fotografii, postacie „leśnych” – zwykle w pełnym umundurowaniu, często z ryngrafami na piersiach, z prezentowaną dumnie bronią. Na wielu zdjęciach Żołnierze Wyklęci uwiecznieni zostali na tle wiejskich chat, czasami w izbach.

Obrazek
Żołnierze oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na jednej z najbardziej zaufanych kwater oddziału we wsi Lipniak (pow. Włodawa), styczeń 1946 r. Od lewej: Feliks Prucnal „Grunwald”, Józef Piasecki „Sokół” († 12 II 1946), Józef Taraszkiewicz (5-letni brat dowódcy oddziału), Henryka Kotlarska – współpracowniczka oddziału, Tadeusz Korzeniewski „Wilk”, Zdzisław Kogut „Ryś” († 24 XII 1946) (IPN).


Ale niezwykle rzadko, co z uwagi na wymogi konspiracji zupełnie zrozumiałe, można znaleźć na tych fotografiach twarze gospodarzy, twarze tych bezimiennych dla nas, a jakże odważnych ludzi, którzy z narażeniem siebie i najbliższych otwierali drzwi swoich domów przed partyzantami, karmili ich i udzielali im noclegu. Nie ma ich na tych zdjęciach i nie istnieją w rekonstruowanym dziś w pamięci zbiorowej obrazie epopei Żołnierzy Wyklętych. A przecież historia każdej wojny partyzanckiej to suma wspólnego wysiłku i ofiary, tak zbrojnych, jak i dającego im schronienie i wspierającego ich zaplecza.

MIARA RYZYKA
Żadna partyzantka nie utrzyma się nawet przez kilka tygodni w terenie, jeżeli nie ma realnego poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych” – to zależność dość oczywista. Podobnie jak ta, że im bardziej okrutna jest władza, przeciwko której trwa w lasach zbrojny opór, tym większe represje spadają na ludność wspierającą walczących. Dobre wyobrażenie o realiach panujących w okresie pierwszych lat rządów partii komunistycznej dają fragmenty raportu szefa WUBP w Warszawie ppłk. Tadeusza Paszty oraz dowódcy WBW województwa warszawskiego płk. Rubinsztejna z 28 grudnia 1946 r. na temat działań władzy ludowej wymierzonych w ludność powiatu sokołowskiego na Podlasiu, podjętych u schyłku roku 1946:
„W dniach od 24-27 XII 1946 r. grupa nr 1 przeprowadziła operacje we wsiach Dzierzby, Sewerynówka, Bujały, Korczew, Józefin, Księżopole-Budki, Paczuski-Duże, Tosie Krupy, Rytele Świeckie i Garnek. Grupa nr 2 we wsiach Obryte, Pełchy i Wojtkowice-Glinne. Przepuszczono przez „filtr” ponad 250 osób, konfiskując jednocześnie inwentarz żywy u rodzin bandyckich lub udzielających pomocy bandytów. We wsi Wojtkowice-Glinne na 19 istniejących gospodarstw 14 gospodarstw okazało się bandyckich. U wszystkich 14-tu rodzin inwentaż żywy został skonfiskowany, u 5-ciu rodzin niezwiązanych z bandami – pozostawiono (…) W dniu 24 XII 1946 r. we wsi Kamieńczyk został publicznie rozstrzelany Florczak Aleksander za systematyczne przetrzymywanie bandy „Młota” i udzielanie jej pomocy przez przeprowadzanie wywiadu na rzecz bandy (…) ludność powiatu sokołowskiego jest bardzo przestraszona, na widok i odgłos samochodu wszyscy uciekają ze wsi (…) ludność powiatu sokołowskiego poczuła władzę państwową i zaczyna się z nią liczyć”.
Tak, tak, Szanowni Czytelnicy, to nie jest obraz z okresu okupacji niemieckiej, to są realia z okresu Świąt Bożego Narodzenia 1946 r. w jednym z rejonów Podlasia.
Przypomnijmy, bo warto to uczynić dla lepszego zrozumienia jakiej odwagi wymagało niesienie pomocy Żołnierzom Wyklętym, że za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara do pięciu lat więzienia (z tzw. paragrafu „wiedział nie powiedział”), za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy za okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło do dziesięciu lat więzienia, zaś za stałą współpracę z oddziałami partyzanckimi, polegającą na systematycznym udzielaniu gościny żołnierzom podziemia lub informowaniu ich o ruchach komunistycznych grup operacyjnych czy w ogóle o sytuacji w danym terenie, groziła kara śmierci bądź dożywotniego więzienia. Kary wymierzane współpracownikom Żołnierzy Wyklętych przez sądy komunistyczne poprzedzało bardzo często zniszczenie całego dobytku aresztowanych, a zawsze piekło nieludzkich przesłuchań w ubeckich katowniach.

Obrazek
Kpt. Zdzisław Broński „Uskok” (IPN)


Tym, którzy wątpią, że tak właśnie było, polecam zapoznanie się z drobnym epizodem z tamtych czasów odnotowanym przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, od września 1947 r. dowódcę podziemia antykomunistycznego z terenów południowej Lubelszczyzny. „Uskok” zapisał go w swych notatkach pod datą 30 maja 1948 r., prawie równo rok przed swoją śmiercią:
„Przed dom „faszystowski” zajeżdża ciężarówka z ubejcami [ubekami]. Dzieje się to w biały dzień, w małym miasteczku, wśród gęsto kręcącej się ludności. Byłoby rzeczą śmieszną pozorować rewizję za bandytami i bronią, gdyż taka rewizja miała miejsce w tym domu już kilkanaście razy, więc „kominiarze” (od rozwalania kominów) przystępują do dzieła bez ceregieli. Większość z nich jest porządnie wstawiona, nie wyłączając sprawującego komendę porucznika Gola z lubelskiego UB, notabene znanego z dawnych czasów złodzieja (…) Hołota opadła dom i wtargnęła do środka. W domu znajdowała się tylko chora gospodyni w łóżku. Reszta domowników w porę się ulotniła (…)
– Chora, stara, k…a! Ale jeszcze dziś by tańcowała za zwycięstwo faszystów. Hej, chłopcy. W kozły broń i przygotować się do rewizji! – zawarczał Gol.
Ubejcy odłożyli broń, poczęli uzbrajać się w siekiery, drągi, haki, piły itp. przybory znajdujące się pod ręką. Najpierw napadnięto na kaflowy piec, jeden z rycerzy ze słowami: „Wyłaź sku…synu z pieca!” – grzmotnął siekierą w kafle. Inni mu dopomogli i po chwili piec zdruzgotano, a mieszkanie wypełniło się tumanami kurzu i sadzy. „Okna!” – ryknął któryś. Zabrzęczały szyby, zatrzeszczały ramy i w miejscu okien pozostały obskurne otwory, przez które kurz wydobywał się na zewnątrz. Kobieta patrzyła na to z łóżka szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. (…) Widziała tylko, że na podłodze, z której też kilka desek wyrąbano, rośnie jakiś okropnie smutny w swoim widoku stos. Na stos ten bestialskie ręce zrzucają w stanie już zniszczonym wszystko to, co pracą tylu długich lat uciułało się i nagromadziło przy domowym ognisku. Z brzękiem padają naczynia i skorupy. Skorupy mieszają się z porwanymi fotografiami rodzinnymi i strzępami portretów jej męża i syna nieboszczyka….”.


„WIATR POPIÓŁ ROZWIEJE, DESZCZ ŚLADY WYMYJE”

Poruszający jest ten opis wizyty przedstawicieli władzy ludowej w domu zamieszkałym przez rodzinę sprzyjającą podziemiu, po której z nawiedzonego przez nich domostwa nie pozostał przysłowiowy kamień na kamieniu. Z ryzykiem takich odwiedzin musiał liczyć się każdy, kto decydował się na pomoc Żołnierzom Wyklętym. Pomimo tego, dziesiątki tysięcy naszych rodaków takiego wyboru dokonało i w sposób systematyczny wspierało partyzantkę antykomunistyczną. Co najmniej kilkanaście tysięcy z nich zapłaciło za to bardzo wysoką cenę, niektórzy najwyższą.

Obrazek
Wieś Wąwolnica podpalona przez funkcjonariuszy UB 2 maja 1946 r. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)


Dnia 2 maja 1946 ok. godz. 13 [w odwecie za współpracę z oddziałem mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika"] do osady Wąwolnica pow. puławskiego przybyli samochodem funkcjonariusze PUBP z Puław w liczbie 25 osób. Ludność, widząc uzbrojony tak liczny oddział, zaczęła uciekać w stronę tzw. Zarzecza. Na terenie Zarzecza funkcjonariusze UB wbiegli na podwórze Leszczyńskiego Wacława. Domownicy zostali spędzeni do mieszkania z zakazem opuszczania go. Zamknięci słyszeli strzelaninę, wybuchy granatów. Po chwili wyskoczyli przez okno z płonącego domu. Okoliczni mieszkańcy spieszący do pożaru nie zostali dopuszczeni do akcji ratowniczej. Wśród funkcjonariuszy UB rozpoznano por. Stefaniaka i ppor. Wargockiego z Puław. Po pewnym czasie cały oddział wycofał się z miasteczka bez żadnych przeszkód ze strony mieszkańców tej wsi. Ok. godz. 15 tego samego dnia do Wąwolnicy przybyli ponownie funkcjonariusze UB i rozbiegłszy się po miasteczku palili zabudowania bądź to przy pomocy pocisków zapalających, bądź też przy pomocy granatów, albo też używając do podpalenia zapałek. Pastwą płomieni padło: 101 domów mieszkalnych, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów i innych budynków, 255 świń, 2 krowy, 5 kóz, 145 kur i 60 królików. Straty te według szacunku mieszkańców wynoszą 70 364 800 zł. Ponadto spaleniu uległy 2 osoby, a szereg innych odniosło ciężkie lub lżejsze oparzenia. Jedna osoba zmarła wskutek udaru serca, a jedna wskutek wstrząsu nerwowego dostała pomieszania zmysłów.


Załącznik nr 6 do protokołu z posiedzenia

Komisji Administracji i Bezpieczeństwa KRN

z dnia 24.05.1946 r.

Obrazek
Pogorzelcy i ich niewielki dobytek, jaki udało się im uratować z płonącej Wąwolnicy. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)


Obrazek
Rozpacz ocalałej z pożogi mieszkanki Wąwolnicy (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)


Niezależne jak potoczyły się ich indywidualne dzieje, dostrzegam wspólną, wyrazistą cechę ich doli czy raczej niedoli. Z tych cichych bohaterów ówcześnie stoczonej i przegranej walki o wolność żaden nie znalazł należnego miejsca w naszej pamięci społecznej, a dokładnie nie znalazł w niej go w ogóle. A przecież bez nich historii Żołnierzy Wyklętych po prostu by nie było. Pewnie to normalne, że ci ludzie tak całkowicie bezgłośnie zginęli w otchłani czasu przeszłego dokonanego, pewnie nie można mieć o to do nikogo pretensji. Pamięć zbiorowa jest przecież tylko malutką wysepką na ogromnym oceanie zbiorowego zapomnienia. Nie ma na niej miejsca dla aktorów drugiego planu zdarzeń przeszłych, mimo że przecież bez nich nie byłoby głównych scen dramatu. Wobec nich znacznie szybciej i intensywnej, niż w stosunku do postaci wiodących dla danego wycinka dziejów, zachodzi proces, którego istotę dobrze oddaje fraza „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje”. Tak było, jest i zapewne zawsze będzie, nie tylko pod naszym niebem.
Jako dobry przykład wspomnianego procesu, w którym zakodowany jest zresztą drobny wycinek smutnej paralelności pomiędzy Powstaniem Styczniowym a epopeją Żołnierzy Wyklętych (więcej na ten temat w tekście: KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH „UZIEMIONYCH” POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH KOWALACH), można przywołać wątek dotyczący pierwszej z wymienionych wyżej batalii o wolność. Spośród tych naszych rodaków, którzy mają wiedzę, że elementem dziejów naszego skrawka ziemi jest insurekcja styczniowa, pewnie wszyscy kojarzą postać księdza Stanisława Brzóski – dowódcy oddziału powstańczego na Podlasiu, aż do kwietnia 1865 r. wymykającego się ścigającym go Moskalom. Niektórzy z tego grona są również świadomi tego, że ksiądz Brzóska został pojmany i stracony ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim. Kto jednak, poza prawdziwymi znawcami tematu, wie pod czyim dachem ukrywali się ci dwaj powstańcy w ostatnim okresie przed aresztowaniem i jakie były losy człowieka, który był aż tak odważny, że dawał im schronienie? A dodajmy, że czynił tak mimo, że już dobrze od ponad roku wiadomo było, że powstanie zakończyło się klęską, że marzenia o niepodległości Ojczyzny nie ziszczą się szybko, wreszcie, że w razie wpadki przyjdzie mu drogo zapłacić za pomoc okazywaną dowódcy szajki (Rosjanie, polując na szajkę księdza Brzóski, ogłosili, że osoby ukrywające bandytów będą sądzone według prawa wojennego przez sądy polowe a ich domy zostaną zniszczone). Wiedza, jak brzmi nazwisko tego człowieka, jest udziałem wyłącznie garstki ludzi i nie ma znaczenia dla pamięci zbiorowej. Niemniej skoro już wywołałem ten wątek, to aby grono osób znających ów historyczny detal powiększyło się o kolejne jednostki dopowiem, że był nim Ksawery Bieliński. Za pomoc niesioną księdzu Brzósce skazany został na karę śmierci, którą carski namiestnik zamienił następnie na karę osiedlenia na Syberii. Nie zdołał wrócić do swoich, zmarł na zesłaniu. Osierocił córkę i syna. Tego ostatniego nie było mu dane nigdy zobaczyć; w chwili gdy został aresztowany jego żona, Julianna, była w drugim miesiącu ciąży. Poświęcił wszystko co było mu drogie, niosąc pomoc ściganym przez władze zaborcze uczestnikom przegranej batalii o świętą sprawę wolności. I stosunkowo szybko zniknął w mrokach wspólnotowej niepamięci. W tym miejscu jego dzieje są całkowicie zbieżne z losem kilkorga ludzi, o których chciałbym w dalszej części niniejszego szkicu cokolwiek powiedzieć. Zadanie to nie jest łatwe, bo nie wiem o nich wiele. W zasadzie jedynie to, że w czasach dla wolności najtrudniejszych dali z siebie wszystko i że zapłacili za to strasznie wysoką cenę. I jeszcze to, że jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni. Oto krótkie streszczenie ich losów.

ZARZYCCY
Władysław i Stefania Zarzyccy gospodarowali na ponad jedenastu hektarach ziemi, na kolonii Łuszczów, położonej niecałe 30 km na zachód od Łęcznej. Mieli trójkę dzieci. W początkach wiosny 1949 r. oczekiwali narodzin czwartego potomka, rozwiązanie miało nastąpić za kilka tygodni. Jak zdecydowana większość naszych przodków, byli przeciwnikami komunizmu, a „leśnych” uważali za swoich. Wielokrotnie gościli w swoim domu partyzantów walczących pod komendą kpt. „Uskoka”.
Ludzie nad wyraz poczciwi, uczciwi – oto najogólniejsza charakterystyka rodziny pp. Zarzyckich – tak wspomniał ich w swoich zapiskach „Uskok”.
Pierwszym ogniwem łańcucha zdarzeń, które doprowadziły do tragedii tej rodziny był donos złożony przez członka PPR i współpracownika UB Franciszka Drygałę. Za jego przyczyną w dniu 31 marca 1949 r. funkcjonariusze UB pojmali dwóch członków podległego „Uskokowi” patrolu Walentego Waśkowicza „Strzały”. Katowanie zatrzymanych partyzantów zaczęło się natychmiast i od razu też dało efekty. W wyniku pozyskanych w ten sposób informacji komuniści dzień później zastrzelili „Strzałę”. Ustalili także miejsce i orientacyjny czas umówionego spotkania dowódców partyzantki z południowej Lubelszczyzny – „Uskoka”, „Strzały”, Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, Stanisława Kuchciewicza „Wiktora” i Józefa Franczaka „Lalka”. Tym miejscem był właśnie dom państwa Zarzyckich.

Obrazek
Kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, ppor. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor” (IPN)


Na podstawie zapisków pozostawionych przez „Uskoka” a także w oparciu o raporty wytworzone przez funkcjonariuszy sił komunistycznych możemy odtworzyć przebieg zdarzeń w zabudowaniach Zarzyckich. „Uskok” zanotował:
„Nocą z 2 na 3 kwietnia [1949 r.] zaszliśmy tam [do domu pp. Zarzyckich] z „Wiktorem” i „Żelaznym”. „Lalusia” jeszcze nie było (…) Po omacku, aby nie pokazywać światła o tak późnej porze, ulokowaliśmy się, jak komu przypadło i czekamy. Na zewnątrz nie ubezpieczaliśmy się , aby nie drażnić psów. W domu oprócz nas znajdowała się pani Zarzycka i dwoje dzieci w szkolnym wieku. Mąż z kilkuletnią córeczką spał w obok położonym budynku inwentarskim, w którym urządzone było mieszkanko. O naszym przybyciu Zarzycki został powiadomiony, aby na wszelki wypadek zawczasu wiedział, jakich gości ma u siebie. Oczekiwanie trwało ponad cztery godziny. Aby nie zasnąć, gawędziliśmy z panią Zarzycką, która też – jak mówiła- wybiła się ze snu. Przez okna zaglądała noc pogodna i rozgwieżdżona, choć bezksiężycowa. Psy szczekały od czasu do czasu i za każdym razem nasłuchiwaliśmy, czy nie nadchodzą oczekiwani [„Lalek” i „Strzała”], ale cisza panowała dalej, nikt w umówiony sposób nie stukał w okna.”

Gdy partyzanci tak sobie gawędzili z gospodynią, za oknami czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, które materializowała przybyła z Lublina grupa operacyjna UB-KBW-MO. Pełną i bolesną świadomość sytuacji, w dosłownym znaczeniu tego określenia, miał już wtedy Władysław Zarzycki. Z budynku, w którym nocował został wywabiony przez jednego ze schwytanych kilka dni wcześniej partyzantów z patrolu „Strzały”, któremu towarzyszyli dwaj udający „leśnych” funkcjonariusze UB. Zarzycki był nieco zdezorientowany sytuacją, bo o ile partyzanta znał i kilka razy gościł pod swym dachem, to dwóch pozostałych widział pierwszy raz w życiu. Zapewne dlatego na zadane mu pytanie: czy jest kapitan (?), czyli „Uskok”, odpowiedział ostrożnie, że tego nie wie, zaś jeżeli jest, to w budynku mieszkalnym. Zachował czujność – wszak, jak wynika z notatek „Uskoka”, dobrze wiedział, że partyzancki dowódca przebywa w jego domu. W chwilę potem przekonał się, że ma do czynienia z siłami reżimu, zobaczył bowiem sylwetki kilku żołnierzy KBW, wysłanych w ślad za udającymi partyzantów funkcjonariuszami UB. Zaraz też odprowadzony został na skraj nieodległego od jego zabudowań lasu, gdzie znajdowało się stanowisko dowództwa obławy. Był okrutnie bity, pomimo tego nie potwierdził, że partyzanci są w jego domu. Swoją postawą dał im cień szansy na wyrwanie się z matni. Gdyby wtedy przyznał, że „Uskok” jest w jego mieszkaniu, dowództwo obławy zamknęłoby szczelny pierścień okrążenia wokół zabudowań, wstrzymałoby się z działaniami zaczepnymi do rana, ściągając w tym czasie na miejsce duże posiłki, i epopeja partyzancka „Uskoka”, „Żelaznego” oraz „Wiktora” skończyłaby się ich śmiercią albo aresztowaniem w obrębie zabudowań Zarzyckich. Ale Władysław Zarzycki tego nie zrobił, mimo że przecież musiał mieć świadomość, że takim zachowaniem pogarsza, już i tak dostatecznie dramatyczne, położenie swoje i osób mu najbliższych; przypomnijmy: żony będącej w ostatnich tygodniach ciąży i trójki małoletnich dzieci. Dzięki jego postawie, dowództwo obławy nadal nie miało pewności czy partyzanci są w zabudowaniach.

Obrazek
Ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, Zdzisław Kogut „Ryś”. Zima 1946 r. (IPN)


Do świtu pozostawało wówczas około godziny. Wtedy postanowiono wysłać pięciu milicjantów, aby zajęli stanowiska w bezpośredniej bliskości domu mieszkalnego Zarzyckich, w miejscach niewidocznych z okien czy drzwi budynku. Podczas podchodzenia do zabudowań zostali zauważeni przez partyzantów. Nie wiedząc o tym dwóch milicjantów podjęło próbę wejścia do mieszkania, zaraz też zostali śmiertelnie ranni od kul wystrzelonych przez „Uskoka” i „Wiktora”. Chwilę potem partyzanci rzucili na podwórze kilka granatów, pod ich osłoną wybiegli z zabudowań i przez ogród ruszyli w stronę lasu. Następnie, przy dość biernej postawie żołnierzy KBW, przedarli się przez linię obławy i zniknęli w zbawiennym lesie. Tam byli bezpieczni. Zanim wybiegli z domu Zarzyckich „Uskok”, jak zapisał w swych notatkach, usłyszał jeszcze od Stefanii Zarzyckiej: „Nie dacie rady? Może na strych? O Boże! Ratujcie się!”.
Dalej los Zarzyckich potoczył się tak, jak potoczyć się musiał. Właściwie to był on przesądzony już w chwili, kiedy Franciszek Drygała składał swój donos. Kominiarze z UB doszczętnie zdemolowali wnętrza zabudowań państwa Zarzyckich, a znajdującą się w nich żywność, zapasy mąki i ziarna zalali naftą. Stefanię i Władysława Zarzyckich oczywiście aresztowano i osadzono na Zamku w Lublinie.

Obrazek
Dawne więzienie NKWD–MBP w Lublinie – Zamek Lubelski.


W zniszczonym mieszkaniu pozostawiono na pastwę losu trójkę ich dzieci: dwie dziewczynki, Marysię i Zosię, w wieku odpowiednio 9 i 12 lat, i 11-letniego Henia. Przez kilka miesięcy cała ta trójka koczowała w ruinach rodzinnych zabudowań. Najpierw w pomieszczeniu nad chlewem, bo tam było nieco cieplej niż w zdemolowanym mieszkaniu, a później w jamie wygrzebanej w stercie słomy. Żywność potajemnie dostarczało im kilka osób z sąsiedztwa. Dopiero w październiku 1949 r. najstarsza córka Zarzyckich została umieszczona w szkole ogrodniczej w nieodległych Kijanach, zaś dwójka młodszych dzieci trafiła do domu dziecka. Ich siostrzyczka, Magdalena, urodzona już na Zamku w Lublinie, podzieliła los siostry i brata – także znalazła się w domu dziecka. Matki nigdy nie poznała. Dla komunistów nie miało bowiem żadnego znaczenia, bo i dlaczego miałoby dla nich mieć jakiekolwiek, że Stefania Zarzycka ma troje małych dzieci i że jest w zaawansowanej ciąży. Jeżeli brali pod uwagę te okoliczności, to tylko w tym kontekście, że mieli lepsze możliwości nacisku, tak na samą panią Stefanię, jak i na jej męża. Państwo Zarzyccy zostali poddani ciężkiemu śledztwu, połączonemu z torturami. Jak wspominała osadzona wówczas na Zamku w Lublinie, a pracująca w więziennym szpitalu kobieta, pochodząca z jednej z miejscowości sąsiadujących z Łuszczowem, Stefania Zarzycka była cała sina od pobicia. Znalazła w sobie jeszcze tyle sił, że dała życie swojemu czwartemu dziecku. Zmarła w więziennym szpitalu tuż po porodzie w dniu 29 maja 1949 r. Jej mąż po wyjściu z więzienia tak wspomniał, co komuniści wyprawiali z jego żoną i z nim; relacja ta jest znana z przekazu jednej z jego córek:
„Ojca i matkę umieszczono w dwóch sąsiednich celach przedzielonych cienką ścianką. Jeden z ubeków wszedł do celi ojca i zapytał: – Słyszałeś jak drze się z bólu twoja baba? Nie? To zaraz usłyszysz. Po chwili z sąsiedniej celi rozlegał się przeraźliwy krzyk torturowanej, ciężarnej matki. Trwało to jakiś czas. Potem drzwi się otwierały, wchodziło kilku i mówiło do ojca: – A teraz ona usłyszy, jak ty wyjesz! – I rozpoczynało się bezlitosne bicie i kopanie”.

Inaczej niż jego żonie, Władysławowi Zarzyckiemu dane było przeżyć piekło śledztwa. Sąd komunistyczny skazał go na 15 lat więzienia i orzekł konfiskatę całego majątku. W 1955 r. Zarzycki opuścił więzienne mury, wtedy też odzyskał dzieci. Po wyjściu z więzienia zamieszkał w Starachowicach, gdzie pracował w kopalni jako pomocnik górnika. Zmarł w 1963 r.
Swoim heroicznym uporem, jaki wykazał przez te kilkanaście minut na około godzinę przed świtem 3 kwietnia 1949 r., gdy katowany przez komunistów nie potwierdził, że kpt. „Uskok” przebywa w jego zabudowaniach, nie odmienił losu tych, których zdołał wówczas ochronić. „Uskok” zginął w niecałe dwa miesiące później. Nie zdążył ustalić kto złożył donos, który spowodował śmierć „Strzały” i tragedię rodziny Zarzyckich. Dodajmy, że uczynili to jego podkomendni, „Wiktor” i „Lalek”. „Podziękowanie” nastąpiło 25 sierpnia 1951 r. – konfident został zastrzelony, a jego zabudowania spalone. „Wiktor” zginął 9 lutego 1953 r. Trzeci z partyzantów ocalonych dzięki Władysławowi Zarzyckiemu w ów kwietniowy dzień 1949 r., Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, poległ w walce 6 października 1951 r.
WNIOSKI ODZNACZENIOWE JAKO AKTY OSKARŻENIA
Z historią grupy „Żelaznego” związane są postacie Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi. Ich losy są kolejnymi smutnymi symbolami dziejów tej zapomnianej przez nas zbiorowości, której na imię „współpracownicy Żołnierzy Wyklętych”.

Obrazek
Roman Dobrowolski „Ostrożny”, współpracownik oddziału „Żelaznego”, aresztowany 7 X 1951 r., skazany na śmierć i 3 XII 1951 r. zamordowany na Zamku w Lublinie (IPN).


Odnośnie Romana Dobrowolskiego, wszystko to co istotne dla tego tekstu zawarte jest w zaświadczeniu, jakie wystawił Józef Domański „Znicz”, żołnierz oddziału Józefa Struga „Ordona”, a od jesieni 1949 r. podkomendny „Żelaznego”. Wspomniany dokument powstał 2 kwietnia 1951 r., na pół roku przed tragedią całej trójki: ”Żelaznego”, „Znicza” i Romana Dobrowolskiego. Oto jego treść:
„Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” urodzony 10 II 1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie, powiatu Włodawskiego, z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej, udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału ś.p. „Ordona”, oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy U.B. przeprowadzało akcje na oddziały podziemne, Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny, robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947-48, gdy fala terroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia, i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo (mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki), Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W roku 1948 w jesieni gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała, (tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem jeszcze dość poważnie) Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy, robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kolegą „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Większą część zimy 1950-1951 razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc jakiej nam udzielał była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo by można wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświęcenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat. Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” zasługuje na odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi”.

https://wolna-polska.pl/wp-content/uplo ... 03/a12.jpg
Zaświadczenie (strona 1 i 2) wydane przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu (IPN).

Podobnie wysoką ocenę partyzantów uzyskała Regina Ozga, także – jak Roman Dobrowolski – od lat niosąca pomoc „leśnym”. Ona również została przedstawiona do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi. Zaświadczenie dla Reginy Ozgi wystawił osobiście „Żelazny”. Nosi ono datę 19 czerwca 1951 r. Czytamy w nim :
„Niniejszym zaświadcza się, że koleżanka Ozga Regina, pseudonim „Lilka” zamieszkała we wsi Jagodno gminy Wola – Wereszczyńska powiatu Włodawskiego, jest aktywnym członkiem podziemnej organizacji „WiN”. Koleżanka „Lilka” w pracy podziemnej czynna jest od czasu okupacji niemieckiej bez przerwy- do czasu obecnego. W czasie swej konspiracyjnej pracy kol „Lilka” udzielała aktywnej pomocy dla oddziałów ś.p „Ordona” i „Jastrzębia”, pracując jako łączniczka i członek wywiadu. Oprócz tego w domu kol. ”Lilki” był swego czasu szpital polowy oddziału „Ordona” gdzie kol. „Lilka” pracowała jako sanitariuszka. Dla mej grupy w czasie obecnym kol. „Lilka” oddała niezmiernie ważne usługi i to w czasie kulminacyjnego terroru ze strony U.B. i kompartji. Gdyby mi sądzonem było przetrwać do wyzwolenia Polski, przedstawię koleżankę „Lilkę” do odznaczenia „Złotym Krzyżem Zasługi” za Jej poświęcenie osobiste i ofiarną pracę dla dobra Polski Podziemnej”.

Obrazek
Regina Ozga „Lilka”, łączniczka grupy „Żelaznego”, aresztowana 6 X 1951 r., skazana na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. Zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB (IPN).


Tyle że „Żelaznemu” nie było dane doczekać wolnej Polski. A kiedy wnioski te sporządzono, nie było już w podziemiu nikogo, kto byłby władny je rozpoznać – były pisane z nadzieją na lepsze czasy. Przejęte przez komunistów, przeleżały dziesiątki lat w archiwach bezpieki. Miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Dziś są pierwszorzędnym, choć raczej mało kogo obchodzącym, świadectwem bohaterstwa osób w nich opisanych. W każdym razie Regina Ozga ani Roman Dobrowolski nie otrzymali Złotych Krzyży Zasługi, choć po stokroć na nie zasłużyli. Ich oddanie dla idei wolności Ojczyzny zostało natomiast odpowiednio docenione przez komunistów.

Obrazek
Legitymacja (awers i rewers) członka Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” wydana przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu „Ostrożnemu” w dniu 2 IV 1951 r. (IPN)


Los obojga został wyznaczony przez koniec grupy „Żelaznego”, który nastąpił 6 października 1951 r. Ostatnia walka tej czteroosobowej wówczas grupy – pełna dynamiki, zwrotów akcji, brawury i zimnej krwi wykazanej przez „Żelaznego” ale i, niestety, również przez jednego z jego przeciwników – zakończyła się śmiercią dowódcy, jego podkomendnego oraz aresztowaniem dwóch pozostałych partyzantów (wszystkich zainteresowanych poznaniem lub przypomnieniem sobie szczegółów tego boju zachęcam do lektury znakomitego tekstu autorstwa Grzegorza Makusa – OSTATNIA WALKA PPOR. „ŻELAZNEGO”). Od kul funkcjonariuszy UB i KBW zginęli również gospodarze, u których „leśni” kwaterowali – Natalia i Teodor Kaszczukowie, przy czym Natalia Kaszczuk zmarła z upływu krwi, bo jako meliniarce bandy nie udzielono jej pomocy.
Jednym z dwóch pojmanych wówczas partyzantów „Żelaznego” był „Znicz”, ten sam, który pół roku wcześniej wystawił zaświadczenie opisujące oddanie Romana Dobrowolskiego dla sprawy wolności. Nie wytrzymał bicia i szybko wyjawił UB najważniejszych współpracowników oddziału. Na czele tej listy znajdowali się Roman Dobrowolski i Regina Ozga.

Obrazek
Zdjęcia wykonane przez bandytów z UB 6 października 1951 r. na dziedzińcu PUBP we Włodawie. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz „Kazik” (z lewej) i Edward Taraszkiewicz „Żelazny” (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak „Niewinny”, skazany na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem Domańskim „Łukaszem” 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie (IPN).


Obrazek

Hołota, o której pisał „Uskok”, odmalowując w swych notatkach wizytę funkcjonariuszy UB w jednym z faszystowskich domów gdzieś pod Lublinem, zjawiła się w zabudowaniach Romana Dobrowolskiego i jego siostry Janiny ps. „Joanna” (wspólnie prowadzili gospodarstwo i razem nieśli pomoc partyzantom) o świcie 7 października 1951 r. Na miejscu znalazła kompletne archiwum oddziału „Żelaznego”, w tym przywołane w niniejszym tekście wnioski awansowe, które z chwilą przejęcia ich przez UB, zaczęły pełnić funkcję gotowych aktów oskarżenia. Dzień wcześniej, 6 października 1951 r., aresztowana została Regina Ozga. Dodajmy, dla ścisłości opisu, choć to dla tematu niniejszego tekstu rzecz drugorzędna, że jej aresztowanie nie było wynikiem informacji pozyskanych przez UB od „Znicza”. Nastąpiło wcześniej i zostało spowodowane przez agenta, za przyczyną którego komunistom udało się ustalić miejsce pobytu partyzantów.

Obrazek
Janina Dobrowolska „Joanna” i jej brat Roman Dobrowolski „Ostrożny” z matką (IPN).



CENA I ŚWIADECTWO

Roman Dobrowolski został skazany na karę śmierci i zamordowany 3 grudnia 1951 r. na Zamku w Lublinie (jego siostra Janina, otrzymała karę 12 lat więzienia; więzienne mury opuściła 30 kwietnia 1956 r.). Majątek rodzeństwa Dobrowolskich skonfiskowano. Miejsce pogrzebania doczesnych szczątków Romana Dobrowolskiego pozostaje nieznane. Regina Ozga usłyszała ten sam wyrok co Roman Dobrowolski – karę śmierci.

Obrazek
Legitymacja Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” Reginy Ozgi „Lilki”, wydana w kwietniu 1951 r. przez Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” (IPN).


Podczas rozprawy przed sądem komunistycznym oświadczyła: „byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej”. Trudno, zważywszy na okoliczności w jakich wypowiedziała te słowa, o piękniejsze i większe świadectwo hartu ducha i wiary w sprawę wolności. Powiedziała też: „wobec Boga i Ojczyzny i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam”. Ta jej postawa została przywołana przez sąd komunistyczny w opinii na temat ewentualnego ułaskawienia skazanej; opinii oczywiście negatywnej. Orzeczona wobec niej kara śmierci została decyzją Bieruta zamieniona na dożywocie, a po pewnym czasie, w wyniku amnestii, zmniejszona do 15 lat więzienia. Jej rodzice, Zygmunt i Maria Ozgowie, byli sądzeni w oddzielnym procesie. Skazano ich na 15 lat więzienia. Majątek rodziny Ozgów skonfiskowano. Regina Ozga opuściła mury więzienia 26 lutego 1958 r. Zmarła 1 lipca 1994 r. w Pile.

Obrazek
Opinia składu sądzącego Reginę Ozgę „Lilkę” (strona 1 i 2), świadcząca o jej wyjątkowo godnej postawie w obliczu zasądzonej kary śmierci w dn. 14 VIII 1952 r. (IPN)


REFLEKSJE FUNERALNE NA MARGINESIE PEWNEJ PRZEMOWY
Nie łudźmy się, dla poprawy nastroju, że w wolnej Polsce Regina Ozga doczekała się jakichkolwiek wyrazów oficjalnego uznania za swoją ofiarę dla sprawy wolności. Jestem przekonany, że także na jej pogrzebie nie zaistniał jakikolwiek oficjalny akcent. Umarła zbyt wcześnie. O epopei Żołnierzy Wyklętych dopiero zaczynało się wtedy mówić.
Niecałe dziesięć lat wcześniej, w październiku 1984 r., miała miejsce pewna uroczystość. Sądzę, że w kontekście tego tekstu należy ją przypomnieć. Przy pracy nad nim odtworzyłem sobie zapisane na taśmie filmowej fragmenty wspomnianej ceremonii. Oto jej oprawa i najważniejsze momenty: uroczystość odbywa się w niewielkiej auli. Na jednej ze ścian rozciągnięta jest czerwona kotara. Na kotarze, z prawej strony, zawieszony jest artystycznie wykonany napis „40 lat SB i MO”. Prawa strona kotary służy jako tło dla tablicy, na której czytamy: „funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej Zawsze wierni socjalistycznej ojczyźnie”.

Obrazek

Aula wypełniona jest gośćmi, wielu z nich przybyło w strojach mundurowych, niektórzy mają piersi udekorowane szeregiem orderów. Do zebranych przemawia przyszły pierwszy prezydent III Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy jeszcze pierwszy sekretarz partii tow. Wojciech Jaruzelski. Od objęcia funkcji prezydenta dzieli go niecałe pięć lat.

Obrazek
sejm PRL posiedzenie gen. Jaruzelski expose


Słowa, które wówczas padły z ust pana prezydenta in spe wydają mi się stosunkowo ważne i warte przypomnienia:
„Szanowne towarzyszki, szanowni towarzysze, drodzy moi,
chciałem złożyć serdeczne gratulacje, wam, czołowemu, kierowniczemu aktywowi resortu a za waszym pośrednictwem wszystkim funkcjonariuszom i żołnierzom najgorętsze gratulacje i życzenia w związku z czterdziestoletnim jubileuszem. Czterdzieści lat to przecież w historii odcinek nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka (…) W tej walce byliście zawsze i jesteście na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski ludowej funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicjanci, wszyscy służący pod waszym znakiem musieli toczyć dzień po dniu ostrą walkę klasową. Ja szczycę się tym, że miałem możność i mam możność pracować i służyć razem z wami, na tej właśnie pierwszej linii (…) Na zakończenie złożę wam najserdeczniejsze również życzenia, aby wasza trudna służba przynosiła coraz większe owoce, by wróg został ostatecznie zepchnięty do defensywy i wyrzucony za burtę. Byśmy szli dalej z podniesioną głową w nowe, lepsze jutro socjalizmu”.
Wędrówką życie jest człowieka. Prawda ta, wyrażona strofą piosenki, oznacza też, że dla każdego przychodzi wędrówki kres. Nikt z nas nie zna dnia ani godziny, nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało. Możemy tylko z pewnym prawdopodobieństwem zakładać, że niektórzy, na przykład z racji wieku, mają bliżej do końca swej ziemskiej wędrówki niż inni. Powyższe pozwala przypuszczać, że w stosunkowo nieodległym czasie przyjdzie po pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej Polskiej „zegarmistrz światła purpurowy”. Taka jest kolej rzeczy, po prostu. I tylko wizja obrazów z jego pogrzebu z asystą Kompanii Honorowej Wojska Polskiego, z udziałem najwyższych władz państwowych – z Prezydentem Rzeczypospolitej na czele, z odegraniem hymnu państwowego, z orderami ułożonymi na lawecie z trumną, z biciem werbli i salwą honorową jawi mi się tak niesamowitym i upiornym rechotem historii, że aż…

Obrazek
Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji „Pamiętamy”, zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego z lat 1944-1954


PS (i) fragmenty notatek kpt. „Uskoka” przywołałem za publikacją: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (ii) „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje” – fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego, „Kataryniarz”; (iii) faktografię dotyczącą Ksawerego Bielińskiego zaczerpnąłem z artykułu mec. Bogusława Niemirki, „Powstańcy styczniowi regionu sokołowskiego w świetle spisów represjonowanych”; publ: Sokołowski Rocznik Historyczny (nr 1/2013); (iv) fragment „jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”; (v) losy rodziny Zarzyckich były tematem kilku artykułów, m.in.: Grzegorz Makus, Tragedia rodziny Zarzyckich, publ: „Gazeta Polska”; relacja córki Władysława Zarzyckiego oddająca jego wspomnienia z okresu śledztwa została przywołana za książką Henryka Pająka, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992 r.; (vi) najpełniejszy opis działań grupy operacyjnej przeprowadzającej w kolonii Łuszczów operację przeciwko kpt. „Uskokowi” przedstawiony został w sporządzonym 13 kwietnia 1949 r. raporcie p.o. naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy MBP płk. Jerzego Siedleckiego do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza; publ: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (vii) treść wniosków odznaczeniowych dot. Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi podałem za: Grzegorz Makus, „Bracia Wyklęci”. Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” w latach 1945–1951 (Zarys monograficzny), praca niepublikowana; (viii) fragmenty uroczystości z okazji 40-lecia MO i SB z udziałem Wojciecha Jaruzelskiego zostały przypomniane w filmie dokumentalnym „Bezpieka. Pretorianie komunizmu”, w reż. Bogdana Łoszewskiego; (ix) „wędrówką życie jest człowieka” – tytuł i fragment tekstu Edwarda Stachury, (x) fragment „nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Proces”; (xi) „zegarmistrz światła purpurowy” – tytuł piosenki Tadeusza Woźniaka.

Źródło: http://podziemiezbrojne.blox.pl/2014/03 ... kscie.html

Materiał z możliwością pobrania (dzięki Staszkowi ;) w formacie PDF pod linkiem - kliknij.
http://wolna-polska.pl/wp-content/uploa ... iego-planu…-refleksja-w-kontekście-Dnia-Pamięci-Żołnierzy-Wyklętych.pdf


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 08 mar 2014, 23:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/historia/4592-strac ... -ps-boryna

Stracony „w wyniku tragicznej omyłki”. Płk Bronisław Chajęcki ps. „Boryna”
Paweł Brojek niedziela, 05, styczeń 2014 07:36

Obrazek

„Boryna”Harcmistrz, oficer rezerwy Wojska Polskiego, bliski współpracownik prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. W czasie kampanii wrześniowej kierował obroną przeciwlotniczą na Pradze, potem do końca wojny działał w konspiracji. W 1948 r. aresztowany i oskarżony o „mordowanie działaczy komunistycznych i współpracę z gestapo”, został skazany na karę śmierci.

Bronisław Chajęcki przyszedł na świat 15 grudnia 1902 r. w Warszawie. Uczęszczał do Gimnazjum św. Kazimierza w Warszawie. Od 15. roku życia działał w harcerstwie.

Po śmierci rodziców przejął na siebie ciężar utrzymania piątki młodszego rodzeństwa. Pracował wówczas jako wychowawca w jednej z pruszkowskich burs.

Latem 1920 r. jako ochotnik w szeregach batalionu harcerskiego w Pucku brał udział w wojnie z bolszewikami.

Po wojnie rozpoczął naukę w warszawskim Seminarium Nauczycielskim im. Stanisława Konarskiego. Od 1926 r. pracował jako nauczyciel w szkole w Otwocku. Służbę wojskową odbywał 33 pp. w Łomży, a następnie w szkole podchorążych w Komorowie-Ostrowi Mazowieckiej.

Po jej zakończeniu powrócił do Otwocka, a po kilku miesiącach podjął prace nauczyciela w Grodzisku Mazowieckim. W 1929 r. otrzymał nominacje na harcmistrza. W 1931-1933 był komendantem błońskiego hufca ZHP.

W 1932 r. objął stanowisko Kierownika Ośrodka Zdrowia i Opieki Społecznej w magistracie Warszawy na terenie Pragi. W 1936 r. prezydent Stefan Starzyński mianował go swoim delegatem na dzielnicę praską.

Podczas kampanii wrześniowej, jako zastępca prezydenta Warszawy, stanął na czele Komisariatu Cywilnego Obrony Pragi. Kierował też obroną przeciwlotniczą stolicy. Otrzymał za to Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari.

Po kapitulacji stolicy zaangażował się w działalność konspiracyjną. Był współorganizatorem organizacji podziemnej „Warszawianka”, z którą przeszedł do organizacji „Unia”, zostając jej komendantem na obszar Pragi.

Wiosną 1942 r., po scaleniu Unii z Armią Krajową, objął stanowisko Komendanta Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa podlegającego Delegaturze Rządu na Kraj. Uczestniczył wówczas w akcji ratowania Żydów, pilnując prac związanych z wydawaniem dokumentów, sprawami legalizacji i pomocą finansową.

Podczas powstania warszawskiego koordynował działania oddziałów PKB i organizował produkcję broni i materiałów wybuchowych. Następnie działał w Kwatermistrzostwie Okręgu Warszawskiego AK. Po klęsce udało mu się zbiec z transportu jenieckiego i przedostać do oddziałów partyzanckich stacjonujących w Puszczy Kampinoskiej.

Wiosną 1945 r. rozpoczął służbę w Ludowym Wojsku Polskim jako dowódca kompanii w składzie 1. Dywizji Piechoty. We wrześniu 1946 r. został zdemobilizowany.

Pracował jako kierownik referatu administracyjnego, przewodniczący rady zakładowej Spółdzielni „Społem”, a następnie jako nauczyciel w Publicznej Szkole Metalowej w Pruszkowie.

W listopadzie 1948 r. został aresztowany przez UB. W akcie oskarżenia zapisano, że w latach, gdy był Komendantem PKB „mordował działaczy komunistycznych i współpracował z Gestapo”.

Po trwającym 3,5 roku śledztwie, podczas którego poddawano go torturom, w maju 1952 r. został skazany przez Sąd Wojewódzki w Warszawie na karę śmieci. Stracono go, według różnych źródeł, 5 lub 20 stycznia 1953 r. w więzieniu mokotowskim. Miejsce pochówku zwłok pozostaje nieznane.

W 1958 r. wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m. st. Warszawy został pośmiertnie rehabilitowany, jako niewinnie stracony „w wyniku tragicznej omyłki”. Symboliczny grób znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Kwaterze „Na Łączce”.

opr. Paweł Brojek
źródło: Tadeusz Jaros, „Bronisław Chajęcki 15.XII.1902-5.I.1953”, Przegląd Pruszkowski nr 1, 11-17, 1993


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 21 mar 2014, 21:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://ipn.gov.pl/obep-warszawa/publika ... -1948-1953

OSTATNI LEŚNI - MAZOWSZE I PODLASIE W OGNIU 1948-1953

Zamiast wstępu
Z instrukcji MBP: "Grupa operacyjna w terenie":
"Grupa operacyjna w zagrożonym terenie, w rozumieniu niniejszej instrukcji prowadzi nie tylko akcje typu wojskowo - operacyjnego, zasięg działalności jej bowiem nie ogranicza się wyłącznie do rozwiązania pewnych problemów taktycznych - sięga głębiej i utożsamia się prawie z tak zwaną "pacyfikacją terenu" najszlachetniej pojętą.

Każda banda musi otrzymać swój sztab operacyjny, który niczym innym się nie zajmując będzie tak długo tropił bandę, dopóki jej ostatecznie nie zlikwiduje.
Każda grupa operacyjna winna prowadzić walkę z bandą systemem jak największej ofensywy, tzn. nie czekając na jakąś akcję ze strony bandy, szukać jej i śmiało atakować. Urządzać zasadzki i inne kombinacje, w ten sposób banda byłaby systematycznie niszczona.
Jeśli chodzi o pomoc do życia okazywaną przez krewnych poszczególnym członkom bandy, jak np. nakarmienie znajomego członka lub krewnego, udzielanie mu noclegu itp., to /.../ do zastosowania represji wymagane jest, aby ta pomoc nie miała charakteru doraźnego, lecz odbywała się więcej niż jeden raz. Z uwagi na rozmiary i stopień szkodliwości jaki dla RP stanowią wszelkie formy pomocy bandytom - należy w każdym wypadku reagować na tego typu przestępstwa przez aresztowanie osoby podejrzanej.
Stanowczo każda akcja musi być pościgiem, doprowadzona do ostatecznego zlikwidowania bandy. Przerwanie akcji po rozproszeniu się bandy należy traktować jako przestępstwo.
Dało się zauważyć, że nie wszędzie przejęto się zasadą poprawnej postawy wobec ludności cywilnej. Zanotowano wiele wypadków rekwizycji i bezprawia".

Czas wielkich polowań - operacja "Z"
W listopadzie 1947 r. Państwowa Komisja Bezpieczeństwa kierująca walką z podziemiem niepodległościowym wydała nowe "wytyczne operacyjne" na okres zimowy 1947 - 48 r. Cały kraj podzielony został na trzy strefy oznaczone kryptonimami "A, "B" i "C". Województwa warszawskie, białostockie i olsztyńskie znalazły się w strefie "C". Władze bezpieczeństwa oceniały siły podziemia zbrojnego na tym obszarze tylko na około 260 partyzantów. Nie przeszkodziło to jednak w zorganizowaniu wiosną 1948 r. przez dowództwo KBW w porozumieniu z MBP dwóch wielkich operacji pacyfikacyjnych oznaczonych kryptonimami: "P" i "Z", w których wzięło udział po około 1500 - 2000 żołnierzy, nie licząc towarzyszących im kilkusetosobowych pododdziałów operacyjnych MO i UB.
Głównym celem pierwszej z operacji, zorganizowanej na terenie pogranicza województw: warszawskiego, olsztyńskiego i białostockiego (łącznie 8 powiatów) było rozbicie dwóch okręgów NZW: nr 23 oraz nr 16. W trakcie trwających trzy miesiące działań udało się jej dowództwu osiągnąć znaczące sukcesy. Likwidacji uległ nie tylko sztab Okręgu Warszawskiego NZW z por. Józefem Kozłowskim "Lasem". Polegli także komendanci: Okręgu Białostockiego NZW płk Władysław Żwański "Błękit" oraz Okręgu Mazowsze Zachodnie NZW (nr 23) por. Franciszek Majewski "Słony".

Druga z operacji, obejmująca obszar siedmiu pogranicznych powiatów województw: warszawskiego, lubelskiego i białostockiego, wymierzona była przede wszystkim przeciwko pododdziałom 6 Brygady Wileńskiej dowodzonej przez kpt. Władysława Łukasiuka "Młota". W jej wyniku rozbiciu uległy dwa szwadrony tejże brygady oraz część z wchodzących w jej skład patroli dywersyjnych działających po prawej stronie Bugu.

Pomimo zastosowania w trakcie obydwu operacji masowych represji, morderstw, aresztowań, rabunków, palenia gospodarstw osób podejrzanych o wspieranie partyzantów, siłom bezpieczeństwa nie udało się jednak uzyskać w pełni zamierzonych efektów. W terenie w dalszym ciągu pozostawali m.in.: Wiktor Stryjewski "Cacko", Witold Borucki "Babinicz", Mieczysław Dziemiszkiewicz "Rój", Władysław Łukasiuk "Młot", dowódca rezerw 6 Brygady Wileńskiej na lewobrzeżnym Podlasiu Józef Ludwik Małczuk "Brzask" oraz, zyskujący od tego momentu pierwszoplanową rolę w konspiracji niepodległościowej na pograniczu białostocko - warszawskim, Kazimierz Kamieński "Huzar". Co było jednak znacznie ważniejsze - w przypadku obydwu obszarów władzom bezpieczeństwa nie udało się także złamać poparcia jakiego od 1944 r. konsekwentnie udzielała partyzantom AK - ROAK - WiN, czy też NZW patriotycznie nastawiona ludność Mazowsza i Podlasia. Postawa taka widoczna była w kolejnych meldunkach dowódców KBW biorących udział w obławach:
Gminy pow. Wysokie Mazowieckie i Bielsk Podlaski - informował dowódca 2 Brygady KBW - są zamieszkałe w 60% przez tzw. szlachtę, która w większej części jest wrogo ustosunkowana do obecnej rzeczywistości. Uprzedzający stosunek ludności wypływa z nieuświadomienia, ponieważ dotychczas mało wysiłku położono w kierunku upolitycznienia wsi, tak ze strony wojska, jak i partii politycznych. Biedota wiejska jest natomiast pod wpływem kłamstw rzucanych przez bandy, duchowieństwo oraz inne osoby o poglądzie wybitnie reakcyjnym. Kłamstwa te przejawiają się w szerzeniu fałszywej propagandy o trzeciej wojnie, kołchozach, przesunięciu na korzyść ZSRR granicy itp."
Niezależnie od amnestii i poprzednich operacji - meldował z kolei szef sztabu 1 Brygady - teren tych p
owiatów [Węgrów i Sokołów Podlaski] był terenem działania band politycznych i rabunkowych. Ludność cywilna była przesiąknięta w większej części propagandą antyrządową, względnie przez miejscowe elementy reakcyjne. [...] Powyższe fakty stworzyły w terenie dodatnie podłoże dla rozwoju bandytyzmu [sic] jak i też utrudniały w dużym stopniu likwidację podziemia przez aparat bezpieczeństwa, organy MO jak też i wojska KBW
Przez cały czas trwania operacji dowództwo KBW kładło bardzo duży nacisk na zindoktrynowanie biorących udział w obławach żołnierzy. W jednym z meldunków pisano wręcz, iż "żołnierze rozumieją ważność swoich zadań i są przepojeni nienawiścią do band". Pochwalano przypadki bezwzględności takie jak np. wykonanie szczególnie brutalnych, "ponadplanowych" rewizji, czy też celne strzelanie do uciekających mieszkańców - podając je w sprawozdaniach jako prawidłowe zachowanie żołnierzy podczas operacji w terenie. Znamienne w tym kontekście są informacje o stale utrzymującym się, pomimo represji, wrogim stosunku miejscowej ludności do sił komunistycznych: Napotkano tu na bojaźliwy i nieufny stosunek ludności do wojska - napisano w sprawozdaniu z pierwszej fazy operacji - co z kolei należy tłumaczyć tym, że rejony te są ośrodkiem dyspozycyjnym i terytorialnym bandy "Młota". Pomimo zastosowania pokaźnego arsenału środków operacyjnych nie zdołano jeszcze przełamać stosunku mieszkańców do obecnej rzeczywistości. Dlatego też w bieżącym planie działania jednym z zasadniczych celów jest jeszcze głębsze przeoranie tego terenu i zmobilizowanie wszystkich środków zdobytych w początkowej fazie operacji do czynnej walki z bandytyzmem. Analiza postępowania oparta na doświadczeniach wniosła cały szereg nowych momentów jak np.: bardziej dokładnej i bezwzględnej rewizji u osób wytypowanych przez organa UB jak i u tych osób, u których w trakcie prowadzenia operacji znaleziono broń i materiały wojskowe.
Sposób traktowania przez żołnierzy i funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa "zwykłej" ludności cywilnej podczas takich akcji doskonale ilustrują wspomnienia jednej z tysięcy ofiar:
W 1948 roku zostałem znów aresztowany za AK, że wiem, gdzie ukrywają się partyzanci. Zaczęło się śledztwo, rozebrali do naga, bardzo zbili kijami do nieprzytomności i skopali. Jeden z polskich oficerów, a raczej tylko w polskich mundurach, usiadł mi na głowie, a drugi na nogach. [...] 10 kwietnia 1948 r. na rozkaz porucznika Alieksieja KBW rozebrało i zniszczyło wszystkie nasze budynki w Lubowiczu - mieszkanie, oborę, chlew, spichlerz i stodołę. Zostaliśmy pod gołym niebem, sąsiedzi nocami pomagali naprawiać budynki, ale w maju po raz drugi zniszczyli wszystko i przykazali ludności, że jak będą pomagali, to całą wieś zniszczą. Mój ojciec był wspaniałym, lubianym i szanowanym człowiekiem, miał już 85 lat, więc sąsiedzi z całej wsi znów się zebrali i w parę dni naprawili budynki w siedemdziesięciu procentach.

Jednoznacznie wrogie wobec komunistów stanowisko większości społeczeństwa Podlasia sprowokowało władze do powtórzenia pacyfikacji - na jeszcze większą niż dotąd skalę. Przeciwko liczącym już tylko kilkunastu partyzantów patrolom kpt. "Huzara" rzucono w październiku 1951 r. w ramach operacji "Narew" 7 batalionów KBW w sile około 3000 żołnierzy. W czasie trwających rok działań grupy operacyjne KBW, UBP i MO przeprowadziły w sumie ponad 1800 akcji specjalnych, zatrzymały blisko 1000 osób podejrzanych o współpracę z podziemiem niepodległościowym, zabiły w trakcie przypominających "polowania z nagonką" obław blisko 30 ostatnich partyzantów Białostocczyzny i Podlasia.
Na Mazowszu Północnym opór także "tlił się" jeszcze bardzo długo. Po schwytaniu Wiktora Stryjewskiego "Cacki" oraz śmierci Mieczysława Dziemiszkiewicza "Roja", aż do wiosny 1953 r. dotrwał ze swoją siedmioosobową grupą Wacław Grabowski "Puszczyk". Podobnie jak i jego poprzednicy, nie miał jednak żadnych szans w starciu z wysłaną przeciw sobie 1300 osobową obławą I Brygady KBW.

PODLASIE
6 Brygada Wileńska
6 Brygada Wileńska utworzona została zimą 1946 r. na bazie samodzielnego oddziału ppor. Lucjana Minkiewicza "Wiktora", pozostałego po rozwiązanym jeszcze jesienią 1945 r. 1 szwadronie 5 Brygady Wileńskiej. W rozkazie z 26 lutego 1946 r. nadającym wspomnianemu oddziałowi nazwę tej tak zasłużonej dla kresowej konspiracji niepodległościowej jednostki mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" pisał:
Po długich miesiącach zimowych Waszej tułaczki i osamotnienia w terenie przyszedł znowu czas, że przychodzę do Was i dane mi jest dowodzić Wami w dalszym ciągu. /.../ Jesteście teraz 6-ta Brygadą Wileńską pod dowództwem Waszego dotychczasowego dowódcy "Wiktora" /Lucjana Minkiewicza/. /.../ Czekają nas jeszcze ciężkie chwile, ale przetrwamy - wszak przetrwaliśmy już tyle - zwyciężymy, bo jesteśmy żołnierzami 5-ej, a obecnie 6-ej Brygady Wileńskiej.
Ponowne nawiązanie łączności z pozostającym wówczas na Pomorzu Gdańskim dowódcą 5 Brygady Wileńskiej oznaczało w praktyce przejście oddziału ppor. "Wiktora" pod dowództwo eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, w komendzie którego mjr "Łupaszka" pełnił funkcję dowódcy partyzantki. W ramach tej poakowskiej struktury 6 Brygada Wileńska funkcjonowała aż do lata 1948 r., stając się powoli dominującym oddziałem niepodległościowego podziemia na prawo i lewobrzeżnym Podlasiu.

W 1946 r. tworzyły ją początkowo trzy drużyny, przekształcone następnie w kadrowe szwadrony. Pierwszym z nich dowodził pochodzący z Wileńszczyzny kpr. Janusz Rybicki "Kukułka", drugim b. członek AK z Obwodu Wysokie Mazowieckie st.sierż. Walerian Nowacki "Bartosz", trzecim zaś pochodzący również z kresów północno - wschodnich st.sierż. Józef Babicz "Żwirko". Oprócz tych pododdziałów stale w terenie operował także kilkuosobowy patrol żandarmerii dowodzony najpierw przez sierż./ppor. Władysława Wasilewskiego "Grota", a następnie sierż/ppor. Antoniego Borowika "Lecha", mający za zadanie zwalczanie pospolitego bandytyzmu oraz agentury resortu bezpieczeństwa.

W 1947 r. struktura i obsada 6 Brygady Wileńskiej uległy zasadniczym zmianom związanym przede wszystkim z realizowaną w terenie ustawą amnestyjną. W przeciwieństwie do Komendy Okręgu Białostockiego WiN, na obszarze którego brygada głównie działała, jej dowództwo nie zdecydowało się na ujawnienie. Decydujący wpływ na podjęcie takiej decyzji miała postawa samego mjr Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" oraz dowodzącego od października 1946 r. oddziałem kpt. Władysława Łukasiuka "Młota". Obydwaj oficerowie nie wierzyli w możliwość zalegalizowania siebie oraz swoich podkomendnych w komunistycznej rzeczywistości, słusznie przewidując dalszą eskalację represji. Ostatecznie, na prośbę pierwszego dowódcy 6 Brygady - ppor. "Wiktora", przyjęto rozwiązanie kompromisowe - zezwalające na ujawnienie się szeregowych członków oddziału. Ppor. Lucjan Minkiewicz otrzymał również pozwolenie wysłania do MBP pisma zawierającego warunki na jakich dowództwo partyzantki wileńskiej gotowe było zaprzestać dalszej działalności bojowej.
"Do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego. Na propozycję Pana z dn. /fragment nieczytelny - od aut./ 1946 r. odpowiadam, że jestem skłonny ujawnić oddziały Brygad Wileńskich o ile Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zagwarantuje:
* Zwolnienie wszystkich uwięzionych żołnierzy Brygad Wileńskich
* Zabezpieczy zaopatrzenie rodzin po poległych żołnierzach Brygad Wileńskich na równi z rodzinami po poległych żołnierzach WP
* Uznanie stopni i odznaczeń
* Bezwzględne bezpieczeństwo dowódcom i żołnierzom i współpracownikom Brygad Wileńskich
* Zabezpieczenie dostatecznych warunków pracy żołnierzy Brygad Wileńskich
* Uznanie ciężko rannych na prawach inwalidów wojennych
Na propozycje te nie otrzymano żadnej odpowiedzi.
Decydując się na dalsze prowadzenie działalności niepodległościowej dowódca 6 Brygady Wileńskiej kpt. "Młot" starał się maksymalnie poszerzyć rejon działania swojego oddziału, przejmując nieujawnione struktury WiN m.in. na prawy brzegu Bugu. W ten sposób w skład brygady weszli:
* por. Ludwik Małczuk "Brzask" - jako dowódca rezerw w Obwodzie Sokołów Podlaski (wraz z patrolami dywersyjnymi dowodzonymi przez Kazimierza Wyrozębskiego "Sokolika")
* plut. Eugeniusz Korzeniewski "Ryg" - jako dowódca rezerw w Obwodzie Bielsk Podlaski
* ppor. Czesław Skup "Szpieg" - jako dowódca rezerw w powiecie Siedlce
* ppor. Janusz Kotowski "Mściciel" jako dowódca rezerw w pow. Węgrów i Mińsk Mazowiecki
* "resztki" oddziału partyzanckiego WiN por./kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" z Obwodu Wysokie Mazowieckie.
Zmianie uległa również obsada stanowisk dowódczych w zasadniczych pododdziałach brygady. Po śmierci st. sierż. "Żwirki" - 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu, dowództwo 3 szwadronu przejął sierż./ppor. Antoni Borowik "Lech", patrolu żandarmerii natomiast ppor. Antoni Wodyński "Odyniec".
W 1948 r. w skład 2 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej wchodzili: ppor. Walerian Nowacki "Bartosz", dowódcy drużyn: 1 - st. sierż. Witold Goldzisz "Radio" (przeszedł do 3 szwadronu), 2 - sierż. Mieczysław Magadzia "Wilan", sierż. Józef Adamowicz "Szpak", plutonowi: NN "Mściciel", Rejtan Mickiewicz "Wichura", Józef Oksiuta "Pomidor", NN Marian "Pogrom" vel "Maniuś", kaprale: Adam Ratyniec "Lampart", Kazimierz Ilczuk "Sęp", Franciszek Biercewicz "Franek Wileńszczak", Stanisław Boś "Skoczek" vel "Młody", Stanisław Kobyliński "Migdał", Marian Giereło "Puszkin" vel "Pszczółka", Jan Czajka "Znicz", Aleksander NN "Marynarz", NN "Antoś", NN "Akacja", NN "Adam", NN "Brzoza", NN "Błyskawica", NN "Michał", NN "Wilja", NN "Żubr", st. strzelcy i strzelcy: Zygmunt Szmurło "Kogut", NN "Jasio", NN "Kazio", NN "Jeleń", NN "Badyl".
W 3 szwadronie służyli: ppor. Antoni Borowik "Lech", kpr. pchor. Stanisław Bogdaniuk "Ostoja", kpr. pchor. Eugeniusz Daniluk "Dąbek", sierż. Kazimierz Szuligowski "Tygrys", plut. Stanisław NN "Wilk", plut. Rajmund Drozd "Mikrus", kpr. Jerzy Ostaszewski "Szarak", kpr. Antoni Plewko vel Stanisław Karpiński "Węgorz" (zdrajca), strzelcy - Józef Klimiuk "Kuba", NN "Orzełek", NN "Śmiały", od marca 1948 r. st. sierż. Witold Goldzisz "Radio" i Czesław Pilecki "Jaskółka", a także NN "Fredek" z oddziału "Huzara". W grupie "sztabowej" znajdowali się kpt. Władysław Łukasiuk "Młot", ppor. Witold Buczak "Wujo", "Ponury" (z oddziału "Huzara"), ppor. Henryk Wieliczko "Lufa", ppor. Antoni Wodyński "Odyniec". Do 2 szwadronu dołączali okresowo por. Józef Ludwik Małczuk "Brzask" oraz plut. Kazimierz Wyrozębski "Sokolik" z kilkoma żołnierzami patroli sokołowskich.
W składzie tym 6 Brygada Wileńska dotrwała do, zorganizowanej wiosną 1948 r. przez dowództwo KBW i kierownictwo MBP, Operacji "Z". W terenie pojawiły się liczne grupy operacyjne KBW z 1, 2 i 3 Brygady poszukujące śladów obecności partyzantów. Atmosferę grozy tamtych dni doskonale ilustrują zapiski z dziennika prowadzonego przez dowódcę 3 szwadronu ppor. "Lecha":
Poniedziałek, 1.03.1948 r. Kolonia Dworaki - Staśki - alarm, wycofanie się oddziału /.../, Wtorek, 2.03.1948 r., Ryzdzie?- Wojtyły - dzień przeszedł bardzo spokojnie. Piątek, 5.03.1948 r. Kolonia Radziszewo - Sieniawa - z samego rana wojsko wlazło na naszą kwaterę, wartownik z rkm-u ostrzelał. Kolonia Spieszyn - alarm po rozejściu. Sobota, 6.03.1948 r. Kolonia Puchały - o godzinie 2:00 alarm, 2-ch wojskowych przyszło na sąsiednią kwaterę, postanowiliśmy ich rozbroić i czekaliśmy na kwaterze. Niedziela, 7.03.1948 r. Kolonia Siekluki - alarm wojsko przejechało tuz koło nas - nie zauważyli".
Wzrastający nacisk sił resortu bezpieczeństwa już zimą 1948 r. potwierdzał również w swoich listach kpt. "Młot":
"Kochany Antosiu /pisał do ppor. Antoniego Borowika "Lecha" 15 marca 1948 r./ Tak dawnośmy się nie widzieli, myślałem, że teraz się spotkamy, lecz jest to niemożliwością obecnie i prawdopodobnie nieprędko się spotkamy. W tych dniach znowu wyjeżdżam i nie wiem kiedy tu wrócę, prawdopodobnie po świętach. [...] Bug obecnie obsadzili, prawdopodobnie po twoich robotach koło Siemiatycz, że dla mnie po prostu jest niemożliwością go przekroczyć w tych miejscach gdzie mnie potrzeba, bardziej ze względu na różnych znajomych aniżeli na wojsko. Za Bugiem w rejonie Mężenina i Tokar jest bardzo źle, ludność sterroryzowana w okropny sposób, wszystkie nasze poruszenia przed rozstaniem się z Waldkiem [ppor. "Bartoszem"] są rozpoznane.

Tam, gdzie mieliśmy świętami się spotkać, spotkania nie będzie. Święta będziesz musiał sam urządzić i spędzić. Staraj się wybrać jakieś spokojne miejsce, kartek do Drohiczyna nie posyłaj, gdyż powsypujesz ludzi. Jak najwięcej z ludźmi załatwiaj sam i w największej tajemnicy. Posługiwanie się ludźmi prowadzi do wsyp, a ludzi do więzienia. Za Bugiem prawie wszyscy ludzie przez to posyłanie powsypywali się i obecnie nie ma prawie człowieka, którym by można było posłużyć się. Naszym zadaniem obecnie jest przechować się i pomóc innym przeczekać ten trudny okres, a nie dawanie powodów do maltretowania i aresztowania ludzi. Dlatego też, według rozkazu Komendy [Wileńskiej] nie można nam obecnie, ani też w razie rozpoczęcia się działań wojennych, prowadzenia jakichkolwiek akcji dywersyjnych. Nasza "robota" się rozpocznie, gdy działania wojenne będą na ukończeniu. W razie ogłoszenia mobilizacji nie możemy nawoływać do niestawienia się i wciąganie ich w swoje szeregi, lecz swoim ludziom można radzić, by jak tylko mogą przechowywali się własnymi możliwościami i do wojska nie stawiali się.
Obecnie jest największe natężenie obław i dlatego należy zachować się jak najspokojniej, by nie dawać im powodów do represji i nie dawać im śladu, gdyż to bardzo im na rękę.

Po udanej akcji ekspropriacyjnej na wagon pocztowy k/ mostu we Fronołowie 24 kwietnia 1948 r. 3 szwadron ukrył się w lasach pomiędzy Siemiatyczami i Mielnikiem. Nacisk sił resortu bezpieczeństwa w terenie był jednak tak silny, że ppor. Antoni Borowik "Lech" 1 maja podjął decyzję o wycofaniu się na lewy brzeg Bugu - na teren powiatu Sokołów Podlaski. Decyzja ta okazała się niestety fatalna w skutkach. Obszar lewobrzeżnego Podlasia był bowiem jeszcze bardziej "nasycony" wojskiem niż część białostocka. Sytuacje tę tak wspominał jeden z partyzantów Rajmund Drozd "Mikrus": "Teren powiatu Sokołów Podlaski zapchany wojskiem. W nocy zasadzki, w dzień penetracja wsi. Dochodząc do wsi Sabnie natknęliśmy się na zasadzkę. Krótka wymiana ognia szperaczy z KBW i odskok szwadronu w podmokły lasek przy torach kolejowych, gdzie przesiedzieliśmy do zmierzchu. Potem kierując się na Wrotnów, dotarliśmy na kolonię w lesie, gdzie posililiśmy się za jednym zamachem śniadaniem, obiadem i kolacją. Po opuszczeniu tej kolonii w odległości około kilometra natknęliśmy się po raz wtóry na okopującą się zasadzkę. Była wielka i chaotyczna strzelanina. Starcia z kolejnymi zasadzkami sprawiły, że ppor. "Lech" zdecydował się na podział 3 szwadronu na szereg kilkuosobowych patroli, które samodzielnie miały przebijać się w rejon miejscowości Stoczek, gdzie zarządzono najbliższą koncentrację. Sam Antoni Borowik podążył na nią w towarzystwie NN "Orzełka" oraz Kazimierza Szuligowskiego "Tygrysa". W tym samym czasie właśnie ze Stoczka wyjechało jednak w teren kilka grup rajdowych KBW, które zorganizowały w okolicznych lasach sieć zasadzek. Na jedną z nich 7 maja 1948 r. natknął się patrol ppor. "Lecha". On sam będąc okrążony zdecydował się na popełnienie samobójstwa - rozrywając się granatem. Rozbitków z 3 szwadronu starał się zorganizować na powrót zastępca ppor. Antoniego Borowika kpr. pchor. Stanisław Bogdaniuk "Ostoja". Już 27 maja 1948 r. jego sześcioosobowa grupa została jednak wykryta przez oddziały KBW w rejonie miejscowości Hołowczyce i rozproszona (sam "Ostoja" według jednej z wersji - kilka dni potem popełnił samobójstwo na jednej z wysp na Bugu).


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 21 mar 2014, 21:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://ipn.gov.pl/obep-warszawa/publika ... -1948-1953

OSTATNI LEŚNI - MAZOWSZE I PODLASIE W OGNIU 1948-1953 (ciąg dalszy)

Szwadronowi ppor. Waleriana Nowackiego "Bartosza" udało się przetrwać pierwsze dwa pierwsze miesiące Operacji "Z" prawie bez strat. Ukrywał się on wówczas głównie na terenach nadbużańskich (w rejonie Mężenina). Do pierwszego z szeregu starć z grupami operacyjnymi KBW i UB doszło dopiero w drugiej połowie czerwca 1948 r. - przede wszystkim za sprawą zdrady jednego z partyzantów - Stanisława Kobylińskiego "Migdała", który dobrowolnie zgłosił się do dowódcy KBW w Sarnakach - oferując pomoc w osaczeniu grupy wileńskiej. "Pokazałem majorowi miejsce postoju bandy na mapie - relacjonował on później w specjalnym raporcie - Major wysłał por[ucznika] ze mną i 35-ciu ludzi na miejsce kwaterunku bandy, a sam udał się z resztą wojska obstawić [las] od strony Rudy Instytutowej. Po dojściu na miejsce wskazałem porucznikowi gdzie to jest i porucznik poszedł ze mną na zwiady, a wojsko szło za nami. Dochodząc do miejsca kwaterunku bandy, zauważyliśmy jak jeden z bandy w koszuli i z pistoletem przy pasie brał wodę z rowu. Myśmy się cofnęli, czekając aż on odejdzie do bandy. Porucznik począł rozstawiać wojsko, 3/4 miejsca zostało obstawione, a [w] nie obstawione miejsce od strony północnej posłał porucznika i 6 żołnierzy w celu obstawy. /.../ Oficer z wojskiem wycofał się biegiem do porucznika d[owód]cy całości, a ten wraz ze mną i jednym żołnierzem udał się do Rudy Instytutowej - do majora. Odchodząc wydał rozkaz do oficera, ażeby uważać na bandę i starać się [jej] nie przepuścić. Major po przybyciu nas zarządził okrążenie i ruszyliśmy w stronę bandy. Po przybyciu na miejsce postoju bandy, bandy już nie było.
Pomimo wyrwania się z okrążenia 2 szwadronowi nie udało się już oderwać od ścigających go - coraz większych sił KBW. Do akcji przeciw niemu weszło w sumie 30 plutonów wojska (tj. 900 żołnierzy). Po kolejnej potyczce - 22 czerwca 1948 r. na terenie gminy Łosice kpt. "Młot" i ppor. "Bartosz" podjęli decyzję o tymczasowym podziale szwadronu na kilka patroli, które miały samodzielnie przedzierać się za Bug. Jednym z nich w składzie: "Mściciel", "Pogrom" vel ""Marian" oraz NN dowodził osobiście ppor. Walerian Nowacki. Dnia 3 lipca 1948 r. został on zlokalizowany przez resort bezpieczeństwa dzięki donosowi Kazimierza K/.../ we wsi Krawce. "Dnia 3.7.1948 r. Sztab GO "A - A-1" otrzymał wiadomość od mieszkanki wsi Krawce, że w w/w miejscowości (kw. 70-80) kwateruje banda uzbrojona w pistolety w nieznanej ilości. Zorganizowano natychmiast akcję, polegającą na okrążeniu m. Krawce w czasie czego grupa została zauważona przez bandytów, którzy rzucili się do ucieczki, lecz dzięki należytemu okrążeniu żaden z nich nie wydostał się na zewnątrz. Po krótkotrwałej walce, którą przyjęli bandyci, wszyscy zostali zabici, którymi okazali się: "Bartosz", "Mściciel", "Marian" z bandy "Młota". W czasie akcji zdobyto: 3 pistolety, 1 granat i torbę polową z dokumentami i fotografiami bandy, oraz ujęto 1-go bandytę o nieustalonym nazwisku i pseudonimie.
Przydzielony w ostatnim czasie do 2 szwadronu ppor. Henryk Wieliczko "Lufa" również nie przetrwał operacji "Z". Dnia 23 czerwca 1948 r. został aresztowany na dworcu w Siedlcach podczas powrotu z wizyty u śmiertelnie chorego ojca w Lublinie. UB nie miało problemu z jego identyfikacją. Dokładny opis jego wyglądu dostarczył resortowi zdrajca z oddziału ppor. "Bartosza", Stanisław Kobyliński "Migdał". Nie był to niestety jedyny przykład zdrady partyzantów 6 Brygady. Już na samym początku operacji do posterunku MO w Platerowie zgłosił się dobrowolnie kpr. Antoni Plewko vel Stanisław Karpiński "Węgorz". W zamian za "cenę życia" dostarczył on resortowi bezpieczeństwa wielu cennych informacji o siatce terenowej 6 Brygady. W późniejszym okresie, już jako funkcjonariusz UB brał udział w działaniach operacyjnych przeciw żołnierzom 6 Brygady, m.in. 16 czerwca 1948 r. w zamordowaniu na kolonii Oleksin Marii Ryczkowskiej oraz plut. Eugeniusza Korzeniewskiego "Ryga".
Struktury sokołowskie: "Brzask", "Sokolik" i inni.
Por. Józef Ludwik Małczuk "Brzask" był kluczową postacią dla konspiracji wileńskiej na lewobrzeżnym Podlasiu. Pochodził z rodziny o silnych patriotycznych tradycjach. Jeden z jego braci poległ w czasie wojny obronnej Polski w 1939 r., drugi Henryk - żołnierz AK WiN, został aresztowany przez UB, a następnie skazany w trybie doraźnym w procesie pokazowym 7 lutego 1946 r. w Sokołowie Podlaskim i nazajutrz stracony. On sam również padł ofiarą represji resortu bezpieczeństwa. Od prawdopodobnej śmierci uratowali go koledzy z partyzantki, organizując 13 kwietnia 1945 r. pod Mołomłotkami zasadzkę na konwój, w którym był przewożony. Doświadczenia te spowodowały, że jako komendant rejonu siatki terenowej WiN nie zdecydował się na ujawnienie w ramach amnestii lutowej 1947 r. Jeszcze w 1946 r. nawiązał kontakt z kpt. Władysławem Łukasiukiem "Młotem", tworząc na jego rozkaz samodzielną strukturę terenową w powiecie sokołowskim. Formalnie podlegały mu także patrole bojowe plut. Kazimierza Wyrozębskiego "Sokolika". W 1947 r. pododdziały te liczyły od 10 - do 12 partyzantów. Służyli w nich m.in.: Tadeusz Domżalski "Rekrut", Józef Oleksiak "Wichura", Arkadiusz Czapski "Arkadek", "Tajfun", "Murat", Józef Rostek "Iskra", Tadeusz Stefaniuk "Stal", Jan Czarnocki "Huragan", Józef Czarnocki "Mlon", Kazimierz Pawluczak "Kruk", Władysław Strzałkowski "Kometa", "Włodek", Antoni Dioniziak "Gołab", Marian Szychta "Szpak", NN "Sten", a w 1948 r. także NN "Pokrzywa" (z okolic Węgrowa). Przez cały okres swojej działalności w ramach 6 Brygady patrole "Sokolika" wykazywały się niezwykłą jak na panujący wówczas terror aktywnością. Jesienią 1947 r. wykonały szereg spektakularnych akcji. Dnia 9.11.1947 r. 3 partyzantów pod dowództwem Józefa Oleksiaka "Wichury" rozbroiło posterunek MO w Chruszczewce, zdobywając 2 rkm, 4 PPSz i 2 pistolety, 20.11.1947 r. patrol "Sokolika" wykonał akcję w gminnym miasteczku Jabłonna Lacka, w trakcie której rozbroił posterunek MO oraz zabrał produkty z miejscowej spółdzielni. W dniu 26.11.1947 r. stoczył w Dzierzbach potyczkę z milicją, zaś 3.12.1947 r. wykonał kolejną akcję w Jabłonnej Lackiej, ostrzeliwując tamtejszy posterunek MO. W dniu 12.12.1947 r. "Sokolik" i "Kruk" zlikwidowali w Kosowie Lackim dwóch funkcjonariuszy PUBP z Sokołowa Podlaskiego - Edwarda Konopkę i Czesława Łopana. W związku z prowadzona działalnością niepodległościową Kazimierz Wyrozębski stał się jedną z najbardziej poszukiwanych osób na lewobrzeżnym Podlasiu. Nie mogąc doprowadzić do jego schwytania, UB poddało represjom jego rodzinę. Brat Mieczysław, nie mający jakichkolwiek związków z partyzantką skazany został już w styczniu 1947 r. przez sąd doraźny na karę śmierci i stracony. Dla celów propagandowych resort bezpieczeństwa starał się powiązać jego sprawę z zabójstwem 8 aktywistów PPR - współpracowników PUBP z Sokołowa Podlaskiego (tzw. robotników z Chodakowa). W rzeczywistości akcję na grupę agitacyjną PPR przeprowadził 12 grudnia 1946 r. 2 szwadron 6 Brygady Wileńskiej dowodzony przez ppor. Waleriana Nowackiego "Bartosza". Dodatkowo, dnia 24 grudnia 1947 r. aresztowana została także na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej matka "Sokolika".
Rozpoczęcie operacji "Z" na terenie powiatu Sokołów Podlaski spowodowało, że plut. Kazimierz Wyrozębski "Sokolik" zdecydował się, podobnie jak i dowódcy szwadronów 6 Brygady Wileńskiej, na rozczłonkowanie swoich niewielkich sił. Podzieleni na dwu - trzyosobowe patrole partyzanci mieli teraz samodzielnie starać się przetrwać niebezpieczny okres. Dwóch z nich nie wytrzymało jednak psychicznie tak dużej presji i zgłosiło się dobrowolnie do lokalnych dowódców grup operacyjnych (byli to Antoni Dioniziak "Gołąb" oraz Marian Szychta "Szpak"). Na samym początku działań resort bezpieczeństwa uzyskał też znaczny zasób informacji o konspiracji "Sokolika" dzięki zeznaniom zatrzymanego 14 maja 1948 r. Tadeusza Stefaniuka "Stala". Spowodowały one znaczne poszerzenie kręgu aresztowanych. Dnia 25 maja UB i KBW zatrzymały w Telakach i Kupiętach 3 osoby, 26 - 27 maja - 12 osób w Rogowie, Stasinie i Tchórznicy, 30 maja - 13 osób w Gródku. Ponadto 14 maja 1948 r. w Wyrozębach aresztowano 6 osób, 16 maja w Błoniu Dużym - 3 osoby, 18 maja w Chmielniku - 3 osoby, 19 maja w Tchórznicy - 1 osobę, 24 maja sołtysa wsi Grodzisk, w dniach 26-27 maja natomiast 12 osób (w Rogowie, Żółkwach i Jasinie). W tej sytuacji natrafienie sił bezpieczeństwa na ukrywających się partyzantów było już tylko kwestią czasu. Dnia 14 maja 1948 r. w miejscowości Wymysły powiat Sokołów Podlaski zlokalizowany został w trzyosobowy patrol Józefa Oleksiaka "Wichury" (poległ wówczas jego dowódca). Niecałe dziesięć dni później (22/23 maja 1948 r.) w miejscowości Garnek powiat Sokołów Podlaski KBW udało się "namierzyć" kolejny pododdział "Sokolika". W trakcie przebijania się z okrążenia zginął Józef Rostek "Iskra", w ręce UB dostał się natomiast Józef Domżalski "Rekrut" (został on niebawem skazany na karę śmierci i stracony). Sam Kazimierz Wyrozębski utrzymał się w terenie do lata 1948 r. Poległ w wyniku strzelaniny z patrolem milicji 5 lipca 1948 r. w miejscowości Chądzyń. Jak wynika z dokumentów resortu bezpieczeństwa starcie, do którego wówczas doszło miało charakter przypadkowy, a uczestniczący w nim funkcjonariusze nie zdawali sobie początkowo sprawy kto był ich przeciwnikiem, a następnie ofiarą. Po identyfikacji zwłoki "Sokolika" zostały wyrzucone przez milicjantów na widok publiczny przed budynkiem szkolnym w Sterdyni. W jednym z okólników zastępca Komendanta Powiatowego MO w Sokołowie Podlaskim ds. polityczno - wychowawczych ppor. Czesław Kołodziejczyk napisał wówczas: Zabicie "Sokolika" jest obowiązkiem każdego milicjanta, niezależnie od nagrody.
Po rozbiciu w trakcie operacji "Z" większości sił 6 Brygady, por. "Brzask" podporządkował się bezpośrednio kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu "Huzarowi" odtwarzając już jesienią 1948 r. na lewobrzeżnym Podlasiu patrole bojowe dowodzone przez Józefa Oksiutę "Pomidora", Arkadiusza Czapskiego "Arkadka" vel "Tajfuna", "Murata", Jana Czarnockiego "Huragana". Na ślad ostatniego z nich UB i KBW natrafiło dopiero w końcu 1949 r. Dnia 30 grudnia został on zlokalizowany w miejscowości Buczyn - Dworski. Na szczęście dla partyzantów dowodzący operacją wykazał się wyjątkową niekompetencją, dopuszczając do przedarcia się: Adama Ratyńca "Lamparta", Stanisława Łapińskiego "Orzełka" oraz Arkadiusza Czapskiego "Arkadka" (poległ tylko Jan Czarnocki "Huragan"). W sprawozdaniu z działań dowódca brygady KBW pisał: Ogień grupy szturmowej był nieskuteczny ponieważ obstawa MO Sokołów na odgłos strzałów grupy szturmowej, nie przestrzegając dyscypliny ognia, zaczęła prowadzić w kierunku domu, a zarazem przyciskając do ziemi swoim ogniem grupę szturmową, uniemożliwiając jej swobodę ruchów.
Do kolejnego starcia pododdziałów por. Józefa Ludwika Małczuka doszło pół roku później. Dnia 7-8 kwietnia 1950 r. dowodzony przez niego patrol otoczony został na skutek zdrady jednego z konspiratorów w rejonie wsi Toczyski k/ Jabłonny. Biorąc pod uwagę stosunek sił KBW, biorących udział w obławie do liczebności grupy "Brzaska" - 50:1, akcja ta stanowiła klasyczny przykład "polowania", jakie na ostatnich partyzantów urządzały na przełomie lat 40/50-tych formacje resortu bezpieczeństwa. Według zeznań schwytanego później przez UB członka patrolu Witolda Białowąsa "Litwina" wydarzenia, które rozegrały się wieczorem w pobliskim lesie miały następujący przebieg: Zostaliśmy w lesie kurowickim okrążeni przez wojsko. Zaczęło się ono (to znaczy okrążenie) przed zachodem. W czasie zorientowania się przez nas, że w lesie znajduje się wojsko, był wtedy z nami mój kolega z Jabłonny, Heniek Cichocki, któremu "Brzask" kazał, żeby poszedł do domu. My zaś, patrol "Brzaska", chodziliśmy z miejsca na miejsce, czekając aż się ściemni, a gdy to nastąpiło wyszliśmy z lasu na pole i odszedłszy znaczny kawałek od lasu, zaczęliśmy być ostrzeliwani ze wszystkich stron i oświetlani rakietami. Zauważyliśmy wówczas, że na pewno jesteśmy okrążeni. Wówczas "Brzask" stwierdził, że trzeba przejść przez linię okrążenia. Moment przebiegania przez linię trudno mi określić, pamiętam, że tylko biegłem i że w tym czasie padł "Brzask", a na polu spostrzegłem, że znajdujemy się już poza okrążeniem i zauważyłem, że jest nas tylko czterech, nie licząc "Brzaska" żony, którzy wyszli cało. [...] A "Sępa" nieobecność zauważyliśmy będąc jeszcze w okrążeniu. Po wyjściu z okrążenia "Lampart", ja, "Wiewiórka" i "Orzełek" nie wiedzieliśmy w ogóle, gdzie się znajdujemy, więc "Lampart" prowadził nas podług kompasu. W trakcie przebijania się przez pierścień okrążenia polegli: por. "Brzask", Kazimierz Ilczuk "Sęp" oraz nieznany partyzant mylnie zidentyfikowany przez resort jako Arkadiusz Czapski "Arkadek" (ten ostatni mimo wezwań żołnierzy do poddania się wolał popełnić samobójstwo). Z okrążenia przebili się natomiast: Adam Ratyniec "Lampart", Stanisław Łapiński "Orzełek", Witold Białowąs "Litwin", "Arkadek" - "Murat", "Wiewiórka" oraz żona "Brzaska" Irena.
Dnia 30 września 1950 r. grupie operacyjnej resortu bezpieczeństwa udało się w miejscowości Borychów zaskoczyć patrole Arkadiusza Czapskiego "Arkadka", "Tajfuna", "Murata" oraz Józefa Oksiuty "Pomidora". W trakcie nierównej walki czterej żołnierze KBW obsługujący 4 rkm wystrzelali wszystkich ogarniętych przez obławę partyzantów: "Arkadka", "Pomidora", "Władka" oraz nieznanego partyzanta mylnie zidentyfikowanego przez resort bezpieczeństwa jako Stanisław Łapiński "Orzełek", uzyskując za swój "wyczyn" pochwałę dowódcy.

"Huzar"
Kazimierz Kamieński "Gryf", "Huzar" działalność niepodległościową rozpoczął już jesienią 1939 r. w ramach lokalnej organizacji konspiracyjnej Podlaski Batalion Śmierci. W strukturach AK pełnił początkowo funkcję dowódcy plutonu, referenta broni, a następnie adiutanta Komendanta Obwodu Wysokie Mazowieckie. Od końca 1943 r. brał udział w walkach partyzanckich przeciwko Niemcom, od jesieni 1944 r. natomiast, jako obwodowy szef samoobrony (dawny Kedyw), dowodził już własnym oddziałem leśnym, walczącym z polskim i sowieckim resortem bezpieczeństwa. Działalność tę prowadził nieprzerwanie w ramach AKO, WiN aż do akcji ujawnieniowej Okręgu Białostockiego w ramach amnestii 1947 r. W okresie tym wykonał kilkadziesiąt akcji: m.in. zlikwidował 12 czerwca 1945 r. zastępcę szefa PUBP w Wysokiem Mazowieckiem - Bałkasa oraz 25 listopada 1945 r. - Komendanta Powiatowego MO por. Kanię. Wiosną 1945 r. rozbroił posterunki MO w Łapach, Poświętnem, Czyżewie, Szulborzu oraz w maju 1945 r. w zasadzce pod Łapami rozbił grupę operacyjną UBP i MO. Jako jeden z kilku biorących udział w naradzie sztabu białostockiej organizacji WiN oficerów nie zdecydował się na ujawnienie. Zgodnie z przyjętymi uzgodnieniami rozwiązał jednak swój oddział, pozostając w polu jedynie z trzema żołnierzami: por. Witoldem Buczakiem "Wujem", "Ponurym", Franciszkiem Łapińskim "Szwedem" oraz Wacławem Zalewskim "Zbyszkiem". W lecie 1947 r. nawiązał bliski kontakt z kpt. Władysławem Łukasiukiem "Młotem", a następnie wszedł w skład dowodzonej przez niego 6 Brygady Wileńskiej (od 1948 r. pełnił funkcję zastępcy dowódcy). Stopniowo rozbudował swoją grupę do stanu kilkunastu żołnierzy, głównie w oparciu o ujawnionych członków organizacji, którzy z obawy przed aresztowaniem zmuszeni zostali do powrotu do pracy konspiracyjnej. Pod walkach grudniowych pod Łapami, stan oddziału spadł z powrotem do trzech partyzantów, jednak już 1948 r. liczył ponad 10 ludzi. W jego skład wchodzili wówczas: st. sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", sierż. Eugeniusz Tymiński "Ryś", sierż. Kazimierz Parzonko "Wichura", "Zygmunt", Jan Wyszyński "Jędruś", Franciszek Danieluk "Gryf", Stanisław Łapiński "Orzeł", bracia Mieczysław i Zygmunt Szulborscy "Jurek" i "Wicher", Stanisław Gontarczuk "Rekin", Tadeusz Żochowski "Karol", Jan Krasowski "Orzech", bracia Ryszard, Czesław i Leopold Dybowscy "Markos", "Rejtan" i "Rymsza", oraz NN "Fredek". Po śmierci kpt. "Młota" w czerwcu 1949 r. Kazimierz Kamieński przejął dowództwo nad pozostałymi jeszcze na wolności żołnierzami 6 Brygady Wileńskiej. Zorganizował ich, tworząc nowy oddział składający się początkowo z czterech, a następnie trzech patroli:
* sztabowego: w składzie: sierż. Adam Ratyniec "Lampart", plut. Kazimierz Parzonko "Zygmunt" i plut. Eugeniusz Tymiński "Ryś".
* patrolu sierż. Lucjana Niemyjskiego "Krakusa" w składzie: Mieczysław Grodzki "Żubryd", Tadeusz Żochowski "Marek", Józef Gontarczuk "Jurek" - "Korsarz".
* patrolu ppor. Witolda Buczaka "Ponurego" w składzie: Wacław Zalewski "Zbyszek", Stanisław Gontarczuk "Rekin", Jan Brzozowski "Hanka" - "Zbir", Witold Białowąs "Litwin", Tadeusz Kryński "Rokita".
Obejmowały one swoim zasięgiem bardzo rozległe obszary prawo i lewobrzeżnego Podlasia, dysponując stale, pomimo wieloletnich represji, wsparciem blisko kilkusetosobowej grupy sympatyków oraz członków terenowej siatki konspiracyjnej.
Po likwidacji patroli "Brzaska", "Arkadka" oraz "Huragana" główny nacisk sił bezpieczeństwa skierowany został przeciwko trzem pozostałym patrolom kpt. "Huzara". Wykorzystując ciężkie warunki zimowe oddziały KBW starały się osaczyć partyzantów - dzięki informacjom od stale poszerzanej agentury. W grudniu 1950 r. do akcji w rejonie lasów Wyliny - Ruś weszły pododdziały 2 i 10 pułk KBW, wydzielone jednostki 1 Brygady KBW oraz 15 samodzielnego batalionu KBW - w sile 975 żołnierzy. Pomimo wykorzystania psów tropiących oraz przeczesania olbrzymiego obszaru - żadnych efektów - poza sterroryzowaniem ludności - nie osiągnięto. Miejscowa społeczność nadal udzielała oddziałom podziemia poparcia, informując w porę o nadciągających obławach. Jeden z członków siatki wspominał: po 1947 roku, pomaganie im [partyzantom] stało się bardzo niebezpieczne. Ludzie bali się. Oddziały też już nie były takie duże, ale grupki po pięciu, sześciu. [...] "Huzar" był zawsze spokojny, flegmatyczny, powoli mówił, wyjaśniał. Był bardzo opanowany. A chłopcy - weseli, przyjemni i religijni, rano zawsze modlili się, mieli swoją pieśń. Wódki nie pili, a jeśli - to bardzo mało. Nasz dom był ostatni we wsi, pod lasem. [...] Psy zupełnie inaczej szczekały na nich - delikatnie, piskliwie, przyjaźnie. Wtedy mówiliśmy: "partyzanci idą, bo psy tak szczekają". [...] A jak przyjeżdżało wojsko czy milicja, to psy ujadały, ze mało łańcuchów nie pozrywały. My wstawaliśmy rano, a oni kładli się w nasze łóżko, bo zwykle nad ranem przychodzili. Dzień przesiedzą, zjedzą obiad i kolację, na wieczór wychodzą. Zimą nocowali w domu, latem w stodole. Często opowiadali, jak walczyli z UB. [...] U nas we wsi generalnie społeczeństwo było za partyzantami. Chłopi uważali ich za swych obrońców. [...] Chłopcy zawsze mówili, że prędzej sobie w łeb strzelą, niż dadzą się wziąć żywcem, ale oczywiście nikt nie wierzył, że do tego dojdzie".
Brak wymiernych efektów dotychczasowych operacji przeciwko "Huzarowi" skłoniły dowództwo KBW i MBP do zorganizowania nowej operacji o kryptonimie "Narew", w skład której weszło 7 batalionów KBW. Tylko w ciągu listopada 1951 r. przeprowadziły one 6 wielkich, zmasowanych operacji przeciw oddziałowi "Huzara" oraz grupom "Głuszca" i "Wiarusa". Ponadto 5 akcji "operacyjnych" i 13 akcji przeciw innym grupom, jak również 20 zasadzek, w tym 3 przeciw "Huzarowi". Podczas operacji żołnierze KBW działali tak brutalnie i dopuścili się tak rażących - nawet jak na ówczesne warunki - nadużyć, że w wyniku skarg ludności sprawą zainteresowało się nawet Ministerstwo Sprawiedliwości (m.in. doszło wówczas do wymuszania biciem zeznań od dzieci).Zaangażowanie tak ogromnych sił przyniosło resortowi bezpieczeństwa pierwsze sukcesy. Dnia 28 maja 1951 r. w miejscowości Płonka - Strumianka zastrzelony został por. Józef Buczak "Ponury". Jan Rzepecki, żołnierz, który go zabił, otrzymał za swój "wyczyn" zegarek marki Doxa, pozostali - Pankrus, Jędrzejewski, Monkowski i Fidejek - za "bohaterską" postawę różne przedmioty wartościowe. Dwa dni później (30 maja 1951 r.) w miejscowości Żochy Nowe okrążony został patrol sierż. Eugeniusza Tymińskiego "Rysia". W trakcie rozwijania się plutonu /zauważono/- meldował dowodzący operacją kpt. Morozowski - jak ze skrajnego zabudowania (dom sołtysa) wyszła kobieta i na widok wojska szybko weszła do zabudowań. Po krótkiej chwili ze stodoły wybiegło 5-ciu bandytów (3-ch bandytów nie zdążyło włożyć butów) i z odległości 70 m bandyci otworzyli ogień z broni maszynowej w kierunku żołnierzy, dążąc do przerwania się w kierunku rzeki Tłoczewka i wsi Żoch Stare (5612). Na silny ogień RKM-ów plutonu z prawego skrzydła bandyci rozbili się na 2 grupy - jedna w sile 2 bandytów (uzbrojonych w LKM) skierowała się do lasu na południe (5513c), druga w sile 3-ch bandytów - w dalszym ciągu kontynuowała ucieczkę w kierunku rzeki Tłoczewka. Na skraju lasu (5513c) RKM-sta plutonu strz. Bienias zlikwidował RKM-stę bandy ps. "Ryś" (w stopniu plutonowego) osłaniającego ogniem 2-go bandytę, który zdołał zbiec do lasu i ukryć się w gęstwinie. Za 3-ma bandytami, którzy ostrzeliwując się uciekali w kierunku rzeki Tłoczewka - prawe skrzydło plutonu z inicjatywy d-cy plutonu kpr. Stanisz Józefa wszczęło natychmiastowy pościg, odcięło bandytom drogę ucieczki do Żochy Stare i zmusiło do ucieczki wyłącznie w kierunku błot, bandyta "Boberek" został zlikwidowany w rejonie zabudowań przez kpt. Morozowskiego i strz. Trzonkowskiego, bandyta "Rekin" ostrzelany przez kpt. Morozowskiego, st. strz. Uniejewskiego i strz. Borzeckiego został ranny, lecz zdołał wraz z rannym bandytą "Naspiukiem" (w stopniu st. sierżanta) zbiec za rzekę Tłoczewka i do lasu w kierunku folwarku Wyliny-Ruś (5413); w wyniku intensywnego pościgu ranny bandyta "Naspiuk", który ostrzeliwał się - został zlikwidowany przez kpr. Kobus Zygmunta, st. strz. Szymańczyka i strz. Czechowski Zygmunta. Patrol został całkowicie rozbity, w nierównej walce polegli plut. E. Tymiński "Ryś", Tadeusz Porowski "Boberek", K. Radziszewski "Marynarz" i Antoni Żochowski "Mars" ("Naspiuk"). Przez pierścień okrążenia udało się przebić tylko rannemu sierż. S. Gontarczukowi "Rekinowi". Nie był to jednak koniec pościgu i walki. Do akcji wkroczyła bowiem następna kompania KBW pod dowództwem por. Cygana, która wykorzystując psy, tropiła dalej uciekającego partyzanta. Zwiadowcy KBW zauważyli go w końcu w lesie pod folwarkiem Wyliny-Ruś. Doszło wówczas do kolejnego starcia, w efekcie którego zginął żołnierz KBW nazwiskiem Kruk. Sierż. "Rekin" zdołał ujść i tym razem, lecz wkrótce został ponownie osaczony w ogrodach pobliskiego majątku. W trakcie strzelaniny, jaka się wówczas wywiązała został śmiertelnie ranny.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 21 mar 2014, 21:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://ipn.gov.pl/obep-warszawa/publika ... -1948-1953

OSTATNI LEŚNI - MAZOWSZE I PODLASIE W OGNIU 1948-1953 (ciąg dalszy)

Rok 1952 r. przyniósł pododdziałom kpt. "Huzara" kolejne straty. Dnia 22 sierpnia otoczony przez UB w Łapach-Witach popełnił samobójstwo "Krakus". Wydarzenia tak wspominała właścicielka gospodarstwa, w którym się ukrywał: Już dniało, jak prowadzili mnie do domu. Dookoła zabudowań karabiny maszynowe ponastawiali. Podeszłam pod chlew i mówię: - Panie Lutku, proszę wyjść, bo wojsko wie, że pan u nas jest. Po chwili usłyszałam szelest słomy. Schodził na dół. Odsunęłam się więc na bok od drzwi. Nagle padł strzał. Podbiegłam do chlewa, otworzyłam drzwi. Na ziemi leżał "Krakus" - jeszcze drgał. Był ubrany w wojskowe spodnie i białą koszulę. Obok odrzuconej na bok ręki leżał pistolet. Strzelił sobie w usta. Nie chciał oddać się w ich ręce, bo wiedział, co go czeka. Opowiadał nam kiedyś, że już po ujawnieniu [w 1947 roku] był aresztowany i tak bity, ze w stawie go cucili. Potem uciekł z tego aresztu. Teraz wolał odebrać sobie życie niż pozwolić drugi raz się złapać. Miał może trzydzieści lat. Dnia 10 maja 1952 r. na lewobrzeżnym Podlasiu otoczony został przez KBW trzyosobowy patrol Kazimierza Jakubiaka "Tygrysa". Była to jedna z niewielu operacji, w trakcie której żołnierze KBW (łącznie 112) wyraźnie starali się pojmać żywcem partyzantów. W efekcie tych działań zatrzymani zostali: Henryk Ostapski "Poleszuk" oraz Władysław Kapłon "Krakowiak". Ciężko ranny "Tygrys", nie widząc możliwości ucieczki, popełnił samobójstwo. Zatrzymani pod Chłopkowem "Krakowiak" oraz "Poleszuk" poddani na miejscu intensywnemu śledztwu dostarczyli resortowi bezpieczeństwa wielu cennych informacji na temat siatki terenowej oddziału st.sierż. Adama Ratyńca "Lamparta" na lewobrzeżnym Podlasiu. Już następnego dnia wskazali też resortowi bezpieczeństwa miejsce stacjonowania reszty grupy. Spowodowało to uruchomienie 11 maja 1952 r. obławy z udziałem 2 batalionu 8 pułku KBW, pododdziałów 1 batalionu 2 pułku KBW, 1 batalionu III Brygady KBW oraz kompanii 4 i 10 pułku KBW. Las Sokole, w którym obozowali partyzanci został całkowicie okrążony. Początkową fazę walki tak przedstawiał jeden z jej uczestników Witold Biasłowąs "Litwin": "Jedenastego maja, gdy spałem w szałasie, zbudził mnie "Lampart", każąc się natychmiast ubierać, mówiąc że w lesie podobno jest wojsko. Natychmiast to miejsce, w którym mieliśmy szałasy, opuściliśmy kierując się bardziej w głąb lasu. Przeszliśmy [...] około pół kilometra, przechodząc jakąś duktę, zbliżyliśmy się do jakiejś ścieżki, nagle "Sokół" odskoczył, ja również, ale nic nie zauważyłem i w tym czasie otrzymałem postrzał w łopatkę, poprzez ramię, "Sokół" padł na miejscu, nie wiem czy ranny, a reszta wszyscy my wróciliśmy z powrotem, biegiem tej ścieżki, niektórzy ostrzeliwując się. Od ramienia po którym kula poszła do łopatki, palce lewej ręki zaczęły mi momentalnie drętwieć. Zrozumieliśmy, że jesteśmy otoczeni. Wojsko następnie nas zaczęło zachodzić z różnych stron i w czasie strzelaniny "Ryś" został zabity otrzymując postrzał w głowę. Wojsko wzywało nas do poddania się. Gdy zaczęliśmy się cofać do lasu, wtedy zostałem ranny w miednicę i rękę. Od razu padłem, "Romek" to widząc zawrócił i zabrał ode mnie pepechę, i wszyscy trzej, to jest "Lampart", ""Ryszard" i "Roman" zostawili mnie, nie robiąc nawet opatrunku dla mnie i straciłem ich z oczu. W trakcie walki cały patrol został rozbity. Polegli: st.sierż. Adam Ratyniec "Lampart", por. Konstanty Maksymow "Ryszard", Andrzej Jakubiak "Ryś" oraz NN "Romek". W ręce UB wpadł ciężko ranny Witold Białowąs "Litwin". Z okrążenia udało się przebić jedynie Kazimierzowi Ilczukowi "Sępowi".
Równolegle do działań pacyfikacyjnych MBP podjęło jeszcze w 1951 r. przeciw kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu grę operacyjną, w ramach fikcyjnej - utworzonej przez resort V Komendy WiN. Jej najważniejszymi elementami było dotarcie do oddziału "Huzara", podporządkowanie go V Komendzie, "namierzenie" ludzi związanych z oddziałem i w efekcie likwidacja całej struktury konspiracyjnej. Do pierwszego kontaktu Jana Terlikowskiego - jednego z agentów UB grających rolę członka sztabu WiN -z kpt. Kazimierzem Kamieńskim doszło w październiku 1951 r. Kilka tygodni później otrzymał on z "centrali" nominacje na Komendanta Okręgu Białostockiego WiN kryptonim "Bursa" oraz rozkazy rozbudowy struktur terenowych i objęcia dowództwa nad działającymi jeszcze oddziałami NZW (w tym Kazimierza Krasowskiego "Głuszca"). Jednocześnie stale zwiększano nacisk grup operacyjnych w terenie, starając się w ten sposób nakłonić "Huzara" i jego ludzi do przyjęcia oferty przerzutu na zachód. Po likwidacji "Krakusa" i "Ponurego", w październiku 1952 r. Kazimierz Kamieński podjął wreszcie decyzję wyjazdu wraz ze swoimi ośmioma podkomendnymi do Warszawy, gdzie miał oczekiwać na dalszą drogę. Od tej chwili wszyscy partyzanci pozostawali już pod całkowitą kontrolą MBP. Aresztowano ich 29 października 1952 r. - ze względów propagandowych - tuż przed wyborami do Sejmu.
Bilans blisko 6 lat walk 6 Brygady Wileńskiej - to około: 250 akcji, w tym m.in. 50 walk i potyczek z siłami bezpieczeństwa, 35 różnego rodzaju zasadzek, 26 rozbitych posterunków MO i placówek UBP, 6 akcji na pociągi, 15 akcji na urzędy gminne, 55 akcji na spółdzielnie, 10 akcji "rozbrojeniowych", blisko 20 akcji "przeciwbandyckich", ponad 80 zlikwidowanych współpracowników "resortu bezpieczeństwa" i około 20 bandytów. Podczas walk z oddziałami 6 Brygady zginęło także około 70 funkcjonariuszy UBP i MO, kilkudziesięciu funkcjonariuszy NKWD, a także blisko 100 żołnierzy KBW. W toku sześciu lat walk, a także w "katowniach" UB zginęło i zostało zamordowanych około 120 partyzantów ze zgrupowania ppor. "Wiktora", kpt. "Młota", kpt. "Huzara".

MAZOWSZE
16 Okręg NZW
W 1945 r. na terenie Północnego Mazowsza utworzony został na bazie struktur NOW, NSZ oraz lokalnych struktur poakowskich Okręg Warszawski NZW oznaczony kryptonimem "Mazowsze", "Orzeł". Składał się on z siedmiu komend powiatowych, które obejmowały swoim zasięgiem obszar powiatów: przasnyskiego, ciechanowskiego, ostrołęckiego, makowskiego oraz części łomżyńskiego i szczytnieńskiego. Do amnestii lutowej 1947 r. okręg skupiał w swoich szeregach kilka tysięcy konspiratorów, w następnych latach zaś prawdopodobnie nie więcej niż około tysiąca. Komendantem Okręgu przez pierwsze dwa lata pozostawał kpt. Zbigniew Kulesza "Młot II", później zaś - do czerwca 1948 r. por. Jan Kozłowski "Las", "Vis", w końcowym zaś okresie - do lata 1949 r. - chor. Witold Borucki "Babinicz", "Dąb". Okręgowi podlegały liczące w różnych latach, w sumie od 200 do 50 żołnierzy patrole Pogotowia Akcji Specjalnej dowodzone przez: Mieczysława Dziemiszkiewicza "Roja", Witolda Boruckiego "Dęba", Henryka Skoniecznego "Romana", Henryka Pyska "Dęba II", Edwarda Dobrzyńskiego "Orzyca", Eugeniusza Lipińskiego "Mrówki", Władysława Grudzińskiego "Pilota", Stanisława Suchotniaka "Szarego" i Wacława Mówińskiego "Szczygła". Prowadziły one stałą walkę z komunistycznym reżimem, likwidując szczególnie szkodliwych dla miejscowego społeczeństwa funkcjonariuszy UB i MO oraz stanowiących podstawowe zagrożenie dla działalności niepodległościowej agentów "resortu". Pomimo decyzji o ujawnieniu się - w ramach amnestii 1947 r. - pierwszego Komendanta Okręgu kpt. Z. Kuleszy, większość jego podkomendnych nie zdecydowała się na podobny krok, podejmując decyzję o pozostaniu w konspiracji. Jako spójna struktura Okręg "Orzeł" przetrwał do czerwca 1948 r. Dnia 25 tego miesiąca UB udało się zlokalizować bunkry grupy sztabowej Okręgu Warszawskiego NZW kryptonim "Mazowsze" dowodzonej przez por. Józefa Kozłowskiego "Lasa". W akcji przeciwko 15 osobowemu oddziałowi osłonowemu wzięło udział ponad 50 plutonów 1 i 2 Brygady KBW - tj. około 1500 żołnierzy. W trakcie trwającej kilka godzin walce polegli: "Tur", "Bohun", "Das"? i "Wiatr". W ręce resortu bezpieczeństwa wpadli: Komendant Okręgu: por. J. Kozłowski "Las", jego zastępca st.sierż. Piotr Macuk "Sęp", szef sztabu sierż. Bolesław Szyszko "Klon" oraz szef pionu propagandy ppor. Czesław Kania "Witold", sekretarz KO Henryk Tkaczyk "Sęk", stanowiący osłonę KO "Buber", "Ster", "Sokół", "Lew" oraz żony "Lasa" i "Klona". W odkrytych bunkrach poza całym archiwum okręgu, władze bezpieczeństwa skonfiskowały ponad 100 jednostek broni oraz duże zapasy amunicji.
Po rozbiciu przez KBW i UB komendy, dalszą działalność w ramach Okręgu o kryptonimie "Tęcza" starał się kontynuować W. Borucki "Babinicz". Rok później (19 sierpnia 1949 r.) poległ on w walce z grupą operacyjną KBW, UB pod wsią Amelino w powiecie Maków Mazowiecki. Dnia 2 marca 1949 r. w rejonie miejscowości Gostkowo w powiecie przasnyskim osaczony został przez KBW oddział Edwarda Dobrzyńskiego "Orzyca". W wyniku trwającej blisko cztery godziny walki, liczącej blisko 1000 żołnierzy grupie operacyjnej udało się w całości zlikwidować ośmioosobowy patrol NZW. O zaciętości i determinacji broniących się partyzantów świadczy fakt i czterech spośród nich wolało śmierć w płomieniach niż poddanie się resortowi bezpieczeństwa.
Ostatnie, ocalałe struktury NZW z powiatów: Ciechanów, Pułtusk, Maków Mazowiecki, Przasnysz skupił pod swoim dowództwem Mieczysław Dziemiszkiewicz "Rój". Jeszcze w 1948 - 1949 r. podlegało mu kilka samodzielnych patroli bojowych dowodzonych m.in. przez: Ildefonsa Żbikowskiego "Tygrysa", Władysława Grudzińskiego "Pilota", czy Stanisława Kakowskiego "Kazimierczaka", liczących w sumie około 40 partyzantów. Pierwsze straty poniosły one już w ramach operacji "P" w 1948 r. Dnia 12 lipca w walce z UB polegli NN "Orzeł" i NN "Lew", w sierpniu oraz listopadzie tego roku doszło do kolejnych walk. W ich wyniku, otoczeni przez wojsko zginęli śmiercią samobójczą: NN "Kmicic" oraz Józef Maruszewski "Sęp". Determinacja w walce z komunistycznym reżimem, jaka towarzyszyła członkom patroli "Roja" widoczna była także i w następnych potyczkach. Dnia 25 lutego 1950 r., na skutek donosu, otoczony został przez UB i KBW patrol "Tygrysa". W nierównej walce zginęli: Ildefons Żbikowski "Tygrys", Józef Niski "Brzoza", Henryk Niedziałkowski "Huragan" oraz Władysław Bukowski "Zapora". Cztery miesiące dłużej przetrwał w terenie kolejny pododdział podległy "Rojowi" dowodzony przez Władysława Grudzińskiego "Pilota". Otoczony 23 czerwca 1950 r. przez obławę w miejscowości Popowo Borowe w powiecie pułtuskim poległ on wraz z trzema swoimi podkomendnymi: Czesławem Wilskim "Brzozą", Hieronimem Żbikowskim "Gwiazdą" oraz Kazimierzem Chrzanowskim "Wilkiem" (w akcji tej, obok 500 żołnierzy wyposażonych w 25 samochodów i 9 psów tropiących użyto także kilku samolotów). Samego "Roja" UB udało się zlokalizować i osaczyć dopiero 14 kwietnia 1951 r. na kolonii Szyszki w powiecie przasnyskim. W trakcie akcji, w której wzięło udział 266 żołnierzy dwuosobowy patrol M. Dziemiszkiewicza został całkowicie "wystrzelany". Najdłużej w terenie utrzymał się trzyosobowy pododdział Stanisława Kakowskiego "Kazimierczaka". Został rozbity już po śmierci "Roja" 14 października 1951 r. we wsi Kadzielnia w powiecie przasnyskim. "W wyniku przeprowadzonych działań operacyjnych w dniu 14.10.51 r. 3-ci pluton 1-ej kompanii Specjalnego Baonu por. Ciukszo zlikwidował /.../ 3-ch bandytów, t.j. dowódcę bandy ps. "Kaźmierczuk, syna "Kaźmierczuka" ps. Henryk i "Bohuna". Dowódca bandy "Kaźmierczuk" raniony przez żołnierza podpalił stodołę, a następnie popełnił samobójstwo".
Nie był to jednak koniec walki. Blisko rok dłużej przetrwał patrol Komendanta Powiatu NZW Kolno Hieronima Rogińskiego "Roga" (został zlikwidowany przez UB i KBW 17 kwietnia 1952 r.). Ocaleli z obławy członkowie jego grupy w dalszym ciągu prowadzili działalność w kilkuosobowych zespołach. Dnia 11 listopada 1953 r. w miejscowości Dudy Puszczańskie resortowi bezpieczeństwa udało się osaczyć patrol Stanisława Grajko "Mazura", ponad półtora roku później (15 sierpnia 1955 r.) zniszczyć zaś ostatnią już grupę zbrojną wywodzącą się z 16 Okręgu NZW (poległ wówczas Jan Rogiński).

23 Okręg NZW
23 okręg NZW utworzony został latem 1946 r. przez byłych żołnierzy Kedywu Inspektoratu Płocko- Sierpeckiego Armii Krajowej i 11 Grupy Operacyjnej Narodowych Sił Zbrojnych. W pierwszym okresie działalności obejmował swoim zasięgiem pogranicze województw, warszawskiego i bydgoskiego (powiaty: sierpecki, mławski, lipnowski i rypiński) a następnie także powiaty włocławski, płocki, płoński oraz częściowo działdowski i ciechanowski. Komendantem Okręgu był por. Stefan Bronarski, Liść", "Roman", członkami sztabu: por. Jan Przybyłowski "Onufry" - szef wywiadu, por. Stefan Majewski "Szczepan", "Ekscelencja" - szef pionu informacji i propagandy, por. Józef Boguszewski "Lew" - dowódca oddziału bojowego oraz por. Jerzy Wierzbicki "Dodek" i Stanisław Lewandowski "Ogrodnik".
W początkowym okresie, działalność organizacyjna Okręgu skoncentrowana była przede wszystkim na akcjach wywiadowczych i porządkowych, m.in. utworzone przy 11 Grupie Operacyjnej NSZ, Patrole do Walki z Bezprawiem, prowadziły intensywne akcje przeciw grupom bandyckim ochranianym niejednokrotnie przez część funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa. W ramach amnestii 1947 r., w kwietniu nastąpiła częściowa demobilizacja Okręgu. Rozkazem 131 z dnia 18 marca 1947 r. Stefan Bronarski "Roman" polecił rozwiązanie oddziału dywersyjno - sabotażowego: "ludzi, których nie można zalegalizować w inny sposób zrehabilitować przed Komisją Rehabilitacyjną w Warszawie, broń najmniej zdatną do naszych akcji przekazać władzom UB, cenniejszą zostawić na przechowanie (...) majątek organizacyjny spieniężyć i podzielić między wszystkich żołnierzy oddziału w równym stopniu szeregowym jak i podoficerom. (...) Wszystkim żołnierzom podziękować w imieniu POLSKI za dotychczasową walkę, która trwa i zakończy się naszym zwycięstwem. Uwaga: akcję ujawnienia się traktować jako manewr taktyczny celem przechowania żywotnych sił Narodu, przy czym żołnierze są faktycznie "urlopowani na czas nieokreślony".
Szanse na autentyczną "legalizację" żołnierzy 23 Okręgu NZW w "nowej rzeczywistości" okazały się jednak niewielkie. Już w kilka tygodni po wygaśnięciu terminu amnestii rozpoczęły się ich aresztowania, co skłoniło wielu z ujawnionych do powrotu do działalności konspiracyjnej lub też do wyjazdu na tzw. Ziemie Odzyskane.
Równolegle z powrotem do lasu, wobec narastającego zagrożenia, następował proces jednoczenia pozostałych jeszcze struktur różnych organizacji niepodległościowych działających dotąd na terenie Mazowsza Zachodniego. W dniu 19 listopada 1947 r. we wsi Polesie, gm. Baboszewo, pow. Płońsk, nastąpiło np. oficjalne podporządkowanie oddziału ROAK kierowanego przez por. Franciszka Majewskiego "Słonego" 23 Okręgowi NZW. W ramach nowej struktury dokonał on podziału terenu na rejony, którym przypisał poszczególne patrole bojowe.
Rejonem I, obejmującym powiaty płocki i płoński, dowodził Wiktora Stryjewskiego "Cacko". W skład oddziału wchodzili: Stanisław Derkus "Śmiały" (zastępca dowódcy), Władysław Peczyński "Władek", Zygfryd Kuliński "Albin", Wacław Michalak "Gałązka", Szczepan Stryjewski "Józef", Janina Samoraj "Celinka", Elżbieta Kozanecka "Basia".
Rejonem II, obejmującym powiaty sierpecki i wschodnią część powiatu mławskiego dowodził Tadeusz Kossobucki "Czarny", a po jego śmierci w Wigilię Bożego Narodzenia 1947 r. Władysław Kwiatkowski "Jerzy". W skład oddziału wchodzili:, Kazimierz Dyksiński "Kruczek" (zastępca dowódcy), Zdzisław Derkus "Urkes", Stanisław Pospisiel "Leszek", Henryk Dąbrowski "Wnuk".
Rejonem III, obejmującym powiat Rypiński i zachodnią część powiatu mławskiego dowodził Jan Malinowski "Stryj". W skład oddziału wchodzili: Jan Wiśniewski "Czarny II", Karol Rakoczy "Bystry", Seweryn Oryl "Kanciasty", Antoni Dobrzeniecki "Bogdan", Stanisław Konczyński "Stary", Jan Jaraczewski "Młody", Wiesław Pużycki "Ojciec", Stanisław Żurawski "Madej".
Rok 1948 przyniósł największy wzrost działalności bojowej i propagandowej NZW na Mazowszu Zachodnim. Przeprowadzono szereg akcji bojowych ( m.in. we wsiach Nowy Świat pow. Brodnica, Kamień Kotowy pow. Lipno, Praga pow. Płock, Kaczorowy pow. Płońsk) oraz likwidacyjnych i zaopatrzeniowych (m.in. w Staroźrebach pow. Płock, Tłuchowie i Mokowie pow. Lipno, Strzegowie pow. Mława). Drukowano i kolportowano także redagowany przez Stefana Majewskiego "Szczepana" Mazowiecki Biuletyn Informacyjny oraz wiele druków ulotnych i wydawnictw. Patrole bojowe 23 Okręgu NZW stoczyły szereg walk z grupami operacyjnymi MO i UB oraz KBW - m.in. 28 maja 1948 r. w Łukoszynie gm. Brudzeń pow. Płock i 20 sierpnia 1948 r. w Kamieniu Kotowym gm. Tłuchowo pow. Lipno (kwaterujący wówczas w zabudowaniach gospodarzy Różańskiego i Plety patrol Wiktora Stryjewskiego "Cacko" zaatakowany został przez grupę operacyjną PUBP i KPMO z Płocka; po blisko półtoragodzinnej walce przebił się z okrążenia, zabijając dwóch funkcjonariuszy MO i UBP). W trakcie odwrotu w kierunku kompleksu lasów w okolicach Skąpego pow. Lipno poległ Szczepan Stryjowski "Józef", ranni zostali Wiktor Stryjowski "Cacko", Stanisław Derkus "Śmiały" i Seweryn Oryl "Kanciasty".
Wzrost aktywności bojowej i propagandowej 23 Okręgu NZW spowodował kontrakcje ze strony aparatu bezpieczeństwa, który w ramach zorganizowanej wiosną 1948 r. operacji "P" skierował na Mazowsze Północne znaczne siły KBW. Współpracując z miejscowymi placówkami UB i MO, dosyć szybko osiągnęły one znaczące sukcesy. Dnia 26 września 1948 r. zginął w walce z jedną z grup operacyjnych por. Franciszek Majewski ps. "Słony" (otoczony w zabudowaniach Jadwigi Banaszkiewicz w Węgrzynowie, ostrzeliwując się z bunkra zrobionego pod podłogą kuchni, ranny, popełnił samobójstwo).
Tego samego dnia WUBP w Warszawie rozpoczęło akcję rozbicia sztabu 23 Okręgu NZW, organizując "kotły" w lokalach kontaktowych. W czasie trwającej ponad tydzień operacji, zatrzymanych zostało kilkudziesięciu członków i współpracowników organizacji. W lokalu przy ul. Stalowej aresztowani zostali m.in. Stefan Bronarski "Roman", Jan Przybyłowski "Onufry", Romualda Przybyłowska "Amerykanka", Stanisław Lewandowski "Ogrodnik". W kilka dni później UB aresztowało w Krakowie Stefana Majewskiego "Szczepana", a we Wrocławiu Informacja Wojskowa Jerzego Wierzbickiego "Dodka".
Na wolności pozostał, ostrzeżony w porę przed aresztowaniem, Józef Boguszewski "Lew", który po kilkukrotnych nieudanych próbach nawiązania kontaktu z patrolami w terenie, wyjechał do Łodzi, gdzie ukrywał się do 11 czerwca 1950 r. Aresztowany, sądzony wspólnie z Tadeuszem Przybylskim, Januszem Gadomskim, Lucjanem Maciakiewiczem i Stanisławem Ptaszyńskim, w dniu 7 maja 1951 r. został skazany na karę śmierci, a następnie zamordowany razem z Tadeuszem Przybylskim w Warszawie 1 grudnia 1951 r.
Śmierć Franciszka Majewskiego "Słonego" oraz likwidacja Sztabu w znacznym stopniu skomplikowała sytuację w terenie. Dowódcą patroli został sierż. Wiktor Stryjewski "Cacko". Zachował on dokonany wcześniej przez "Słonego" podział terenu na trzy rejony działania, którym przypisane były patrole bojowe (faktyczne w terenie działały jednak już tylko dwa oddziały dowodzone osobiście przez "Cackę" oraz "Śmiałego"). Były one stale tropione przez znaczne siły KBW, UB i MO. Dnia 8 lutego 1949r., kwaterujący u sołtysa wsi Gałki gm. Mała Wieś Urbańskiego i jego sąsiada Kowalskiego, patrol Wiktora Stryjewskiego "Cacki", na skutek donosu mieszkańca wsi Reczyn gm. Bodzanów, otoczony został przez grupę operacyjna KPMO i PUBP z Płocka, Sierpca i Płońska oraz 262 żołnierzy. W walce zginęli: Elżbieta Kozanecka "Basia", Jan Kłobukowski "Janek", Ludomir Peczyński "Władek". Aresztowano: ciężko ranną Janinę Samoraj "Celinkę", Wiktora Stryjewskiego "Cackę", Wacława Michalskiego "Gałązkę", Zygfryda Kulińskiego "Albina". U zatrzymanych i zabitych znaleziono: 3 automaty MP 44, 2 automaty PM 41, 1 karabin KBK, 1 pistolet P 38, 2 pistolety "Parabellum", 1 pistolet cal. 7,65 mm, 2 granaty i kilkadziesiąt sztuk rożnej amunicji. Wszyscy schwytani partyzanci zostali natychmiast przewiezieni do Warszawy i poddani intensywnemu śledztwu, prowadzonemu przez znanego z okrucieństwa funkcjonariusza UB Bronisława Szczerbakowskiego, w czasie którego ujawnili rejon kwaterowania patrolu Stanisława Derkusa "Śmiałego". W południe 11 lutego 1949r. Bunkier, w którym przebywał oddział, zaatakowany został przez 1053 żołnierzy KBW i kilkudziesięciu funkcjonariuszy UB, MO i ORMO. W walce zginęli: Jan Malinowski "Stryj", Stanisław Pospisiel "Leszek", Zdzisław Derkus "Urkes", Jan Jaraczewski "Młody", Stanisław Michalak "Kozak", Jan Wiśniewski "Czarny II", Wiesław Pużycki "Ojciec". Aresztowano Seweryna Oryla "Kanciastego", Henryka Dąbrowskiego "Wnuka", Stanisława Konczyńskiego "Kunda" i ciężko rannego Karola Rakoczego "Bystrego". Podczas akcji pod Sinogóra, Karol Rakoczy otrzymał postrzał w plecy w części kręgosłupa, który spowodował całkowity paraliż kończyn dolnych. Przewieziony został do szpitala św. Trójcy w Sierpcu; pomimo ciężkiego stanu zdrowia już następnego dnia poddany został przez funkcjonariuszy UB z Sierpca intensywnemu śledztwu. Wacław Michalski "Gałązka", Zygfryd Kuliński "Albin", Seweryn Oryl "Kanciasty", Stanisław Konczyński "Kunda" i ciężko ranny Karol Rakoczy "Bystry"- sądzeni przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, zostali skazani na karę śmierci i zamordowani w Warszawie 29 marca 1950 r.
O ogromnym szczęściu mógł mówić sam Stanisław Derkus "Śmiały". Wraz z członkami swojego patrolu: Kazimierzem Dyksińskim "Kruczkiem", Stanisławem Żurawskim "Madejem" i Antonim Dobrzenieckim "Bogdanem" po kilku dniach pobytu w bunkrze, wieczorem 9 lutego 1949 r. udali się do krawca Krzyżanowskiego we wsi Dziwy gm. Lubowidz, który miał dokonać przeróbek w odzieży partyzantów, a następnie przeszli na kwaterę do Kolonii Bendzemin. Wracając do bunkra, usłyszeli odgłosy walki i wycofali się w bezpieczny teren. Niestety kilka miesięcy później wszyscy zginęli w walce lub zostali zamordowani w więzieniu. Stanisław Derkus "Śmiały" był sądzony przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, wspólnie z Henrykiem Gosikiem "Heńkiem", Władysławem Kwiatkowskim "Jerzym". Wszystkich skazano na karę śmierci i zamordowano w Warszawie 20 września 1951 r.
Po rozbiciu przez KBW i grupy operacyjne MO i UB patroli Wiktora Stryjewskiego "Cacki" i Stanisława Derkusa "Śmiałego", rozpoczęły się na terenie powiatów płockiego, płońskiego i sierpeckiego masowe aresztowania współpracowników podziemia. Jedną z osób zagrożonych represjami był pracownik urzędu Gminy w Staroźrebach Edward Szałański "Tygrys", prowadzący od ponad roku działalność wywiadowczą dla niepodległościowego podziemia. Zagrożony aresztowaniem, po nieudanej próbie ucieczki za granicę, w lipcu 1949 r., wspólnie z bratem Władysławem Szałańskim "Żbikiem", zorganizował oddział NZW, w skład którego weszli: Julian Grabowski, Stanisław Babecki (ówczesny wójt gm. Staroźreby, który m.in. zaopatrzył Edwarda Szałańskiego w fałszywe dokumenty), Józef Kowalski, Stefan Kiciński, Antoni Glonek, Adam Kowalski, Henryk Rejowski. Dowodzona przez "Tygrysa" grupa przeprowadziła szereg akcji propagandowych i zaopatrzeniowych na terenie gm. Staroźreby, rozbijając m.in. spółdzielnię gminną w Rogowie. Została rozbita w połowie października 1951 r. Sam Edward Szałański został aresztowany 12 października 1951 r., podczas obławy prowadzonej przez wojska KBW. Ukrywał się wówczas w bunkrze znajdującym się pod stodołą Juliana Grabowskiego. Skazany w pokazowym procesie w Staroźrebach na karę śmierci, został zamordowany więzieniu w Płocku, 22 grudnia 1951 r. Równie okrutny los spotkał jego najbliższego współpracownika i przyjaciela Juliana Grabowskiego. Odbywający długoletni wyrok w płockim więzieniu, został zamordowany. Według relacji zięcia, który wykopał trumnę z ciałem Juliana Grabowskiego na cmentarzu w Płocku, ciało było zmasakrowane a drelichowe ubranie zbroczone krwią. Ukrywający się przed aresztowaniem Władysław Szałański "Żbik", został aresztowany przez żołnierzy KBW w miejscowości Promieszyn Nowy gm. Staroźreby pow. Płock dopiero 23 kwietnia 1952 r. Przy aresztowanym znaleziono 1 pistolet, 1 KB, 18 sztuk amunicji. Rozbicie oddziału Edwarda Szałańskiego ps. "Tygrysa" zakończyło działalność podziemia zbrojnego na Mazowszu Zachodnim.

"Ostatni leśny" - "Puszczyk"
Ostatnim oddziałem niepodległościowego podziemia zlikwidowanym przez resort bezpieczeństwa na Mazowszu Północnym była grupa por. Witolda Grabowskiego "Puszczyka". W okresie okupacji niemieckiej był on żołnierzem Kedywu AK w Obwodzie Mława. Służbę w oddziałach partyzanckich rozpoczął już w 1943 r. Po wyzwoleniu działał w strukturze Ruchu Oporu Armii Krajowej (ROAK) w ramach batalionu "Znicz" dowodzonego przez kpt. Pawła Nowakowskiego "Łysego" (uczestniczył m.in. w udanej akcji 6 czerwca 1945 r. na PUBP w Mławie, w wyniku której uwolnionych zostało 32 więźniów oraz zastrzelonych 4 funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa). Po akcji ujawnieniowej w 1947 r. dowodził samodzielnym oddziałem wchodzącym prawdopodobnie w skład 16 Okręgu NZW. Po jego likwidacji nawiązał kontakt z Mieczysławem Dziemiszkiewiczem "Rojem". Od jesieni 1951 r. kilkuosobowy oddział W. Grabowskiego nie prowadził już w zasadzie żadnych działań dywersyjnych, będąc typową "grupą przetrwania". Do jesieni 1952 r. ukrywał się w przygotowanym uprzednio bunkrze w powiecie działdowskim, a po jego zlokalizowaniu przez resort bezpieczeństwa przeszedł w okolice Mławy, gdzie do lata 1953 r. "melinował" w kolonijnych gospodarstwach miejscowości Niedziałki (u rodzin: Marianny Jeziorowskiej, Stanisława Adamczyka i Zygmunta Klimaszewskiego). Tam też 5 lipca 1953 r. otoczyła go 1300 osobowa grupa operacyjna KBW. Zgodnie z planem w dniu 5.VII.1953 r. o godz. 15.00 przystąpiono do operacji okrążając - informował w sprawozdaniu dowodzący operacja oficer KBW - /..../ zabudowania w momencie nawiązywania styków 2/ch kompanii zamykający pierścień /..../ banda w sile 7-miu ludzi podjęła ucieczkę w kierunku lasu, gdzie nie widoczna była obstawa dla niej. W tym czasie została nakryta silnym krzyżowym ogniem z broni maszynowej i obstawy i banda widząc, że jest okrążona zajęła stanowiska w życie, przyjmując obronę, jednocześnie wycofując się w kierunku lasu.. W wyniku półtoragodzinnej walki banda została całkowicie zlikwidowana. Polegli wówczas: Henryk Barwiński, Kazimierz Żmijewski, Antoni Tomczyk "Malutki", Feliks Gutowski, Piotr Grzybowski "Jastrząb", Wacław Grabowski "Puszczyk" i Lucjan Krępski "Rekin".

PROCESY
"Huzar" i inni
Śledztwo kpt. Kazimierza Kamieńskiego - jednego z ostatnich dowódców powojennego podziemia trwało cztery miesiące. Zostało zakończone 11.03.1953 r. Proces, pomimo właściwości terytorialnej Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie przeniesiony został ze względów propagandowych do Łap - tj. na obszar będący jeszcze do niedawna "ostoją" patroli kpt. "Huzara". Po trwającej trzy dni rozprawie, 26.03.1953 r. sąd pod przewodnictwem ppłk Mieczysława Widaja ogłosił wyrok. Jego sentencja, tak jak i akt oskarżenia, obfitowała w pełne nienawiści, uwłaczające godności oskarżonych sformułowania. Na czele tej bandy stanęli: syn kułacki, płód sanacyjnego faszystowskiego wójta Kazimierz Kamieński, wyrafinowany zbrodniarz i zdrajca, który w okresie okupacji występując jako dowódca plutonu AK faktycznie współdziałał z hitlerowskim najeźdźcą. /.../ Cała ta zgraja bandycka składała się z kułackich zapleczników, wyrzutków bez sumienia i skrupułów, których łączyło jedno: nienawiść do pracującego chłopstwa, do tych jego warstw, które pragnęły się wyzwolić z odwiecznej niewoli obszarniczo - kapitalistycznej i zrzucić z siebie wyzysk kułacki.
Dnia 31 marca 1953 r. na sesji wyjazdowej w Ciechanowcu zapadł wyrok w sprawie czterech kolejnych konspiratorów: Kazimierza Parzonki "Zygmunta", Kazimierza Radziszewskiego "Marynarza", Józefa Mościckiego "Pantery" oraz Józefa Kostro "Pawła".
"Huzar" - 12-krotna kara śmierci, "Żubryd" - 7-krotna kara śmierci, "Zbyszek" - 4-krotna kara śmierci, "Zygmunt" - 8-krotna kara śmierci, "Marynarz" - 4-krotna kara śmierci, "Paweł" - 3-krotna kara śmierci, "Pantera" - 4-krotna kara śmierci
Wobec z góry ustalonych wyroków opinie składów sędziowskich w sprawie ułaskawienia były tylko formalnością. Z uwagi na wszechstronną działalność kontrrewolucyjną typu faszystowskiego po stronie wszystkich wyżej wymienionych skazanych, wysokie napięcie złej woli uwydatnione w bestialskim sposobie dokonywania mordów. Sąd jest zdania, że żaden ze skazanych na karę śmierci w tej sprawie nie zasługuje na ułaskawienie". /.../ skazani sami wykluczyli się ze społeczeństwa ludowego i nie można liczyć na ich reedukację, a więc na łaskę nie zasługują. /.../ Mimo szeregów aktów łaski władzy ludowej w postaci ustaw amnestyjnych 1945 r. i 1947 r. z okazji do powrotu na drogę normalnego życia nie skorzystali, w dalszym ciągu podnosząc bandycką łapę na tą władzę, aż do ich ujęcia w końcu listopada 1952 r. Mając powyższe na uwadze skład sądzący staje na stanowisku, że skazani sami wykluczyli się ze społeczeństwa ludowego i nie można liczyć na ich reedukację, a więc na łaskę nie zasługują.
Po odmowie Rady Państwa skorzystania z prawa łaski 22 września oraz 11 października 1953 r. zastrzeleni zostali w białostockim więzieniu: kpt. "Huzar", "Żubryd", "Zbyszek", "Zygmunt", "Marynarz" oraz "Pantera".

Komenda 16 Okręgu NZW
Rozpoczęte już w dniu rozbicia komendy śledztwo trwało blisko rok (zamknięto je 1 kwietnia 1949 r.). Zatrzymani członkowie sztabu Okręgu znajdowali się w szczególnie ciężkiej sytuacji, z uwagi na przejęte przez resort bezpieczeństwa kompletne archiwum organizacji NZW - zawierające się aż w 10 teczkach. W tej sytuacji możliwości prowadzenia jakiejkolwiek "gry ze śledczymi" były mocno ograniczone, a większość przesłuchań sprowadzała się przede wszystkim do wymuszania na oskarżonych rozszyfrowywania widniejących w dokumentach kryptonimów, pseudonimów, czy też lokalizacji kolejnych struktur terenowych.
Rozprawa przed WSR w Warszawie, podobnie jak to miało miejsce w przypadku "Huzara" i jego ludzi, przeniesiona została, ze względów propagandowych, w rejon dotychczasowego działania organizacji - tj. do Ostrołęki. Podczas trwających cztery dni posiedzeń, Sąd pod przewodnictwem mjr Mieczysława Widaja: uznał, że do oskarżonych, jako do przestępców zawodowych /.../ nie może być zastosowane dobrodziejstwo amnestii. Co do oskarżonych pierwszych siedmiu, sąd uznał, że oni nie rokują żadnej nadziei poprawy, jako zagorzali przeciwnicy demokratycznego ustroju Państwa Polskiego i jako długoletni zawodowi przestępcy i dlatego sąd uznał, że tylko wyeliminowanie ich zupełnie ze społeczeństwa może być z jednej strony zabezpieczeniem obywateli przed tego rodzaju przestępczością, z drugiej zaś strony może zadośćuczynić urażonemu poczuciu praworządności demokratycznej. Dnia 29 kwietnia 1949 r. zapadł wyrok: Józef Kozłowski "Las" - 6-krotna kara śmierci, Piotr Macuk "Sęp" - 4-krotna kara śmierci, Bolesław Szyszko "Klon" - 5-krotna kara śmierci, Czesław Kania "Witold" - 4-krotna kara śmierci, Henryk Tkaczyk "Sęk" - 4-krotna kara śmierci, Józef Bączek "Lew" - kara śmierci, Apolinary Samsel "Sokół" - kara śmierci, Darmofał Piotr "Ster"- 5-krotna kara śmierci, Stanisław Ałaj "Grzegrzółka" - 4-krotna kara śmierci. Opinia składu sędziowskiego w sprawie ułaskawienia nie pozostawiała wątpliwości, co do "finału" całej sprawy: Wobec ogromu zbrodni, zawodowości i popełnienia przez wszystkich skazanych ich przestępczej działalności w przeciągu paru lat, bez względu na ilość ofiar obciążających danego skazanego, czy to bezpośrednio jako wykonawcy zabójstwa, czy też pośrednio, jako podżegacza lub przekaziciela rozkazu zabicia - Sąd jest zdania, że żaden ze skazanych nie zasługuje na ułaskawienie. Po odmowie Bolesława Bieruta skorzystania z prawa łaski 12 sierpnia 1949 r. w więzieniu na Mokotowie, późnym wieczorem zastrzeleni zostali: "Las", "Sęp", "Klon" i "Witold" (pozostałym trzem skazanym zamieniono karę na dożywotnie więzienie).

Komenda 23 Okręgu NZW
Rozpoczęte 28 września 1948 r., w dniu aresztowania por. Stefana Bronarskiego "Romana", niezwykle okrutne śledztwo, trwało blisko półtora roku.. Więziony wówczas w tym samym areszcie żołnierz NZW Witold Teske wspominał: "Począwszy od zmroku, całą noc do rana odbywały się przeważnie śledztwa, którym towarzyszyły bezustanne krzyki mordowanych. Nikt nie spał, a nawet odważnych ludzi ogarniał strach. Wycia były nieustanne, ludzie krzyczeli z bólu. Słychać było charczenie ludzi duszonych. Szczególnie przykre były krzyki i płacz katowanych kobiet. Będąc w celi gdzie były szczeliny przy futrynie, widziałem jak funkcjonariusze trzymali leżącego i rozkrzyżowanego Stefana Majewskiego. Był obecny lekarz ze strzykawką a śledczy Bronisław Szczerbakowski początkowo straszył a w końcu polecił dokonać leżącemu zastrzyku, co nastąpiło, czemu towarzyszyło nieludzkie wycie torturowanego". W dniu 19 czerwca 1950 r. na ławie oskarżonych zasiedli niemal wszyscy żyjący członkowie sztabu Okręgu: por. Stefan Bronarski "Roman", por. Stefan Majewski "Szczepan", por. Jerzy Wierzbicki "Dodek", por. Jan Przybyłowski "Onufry", plut. Stanisław Lewandowski "Ogrodnik", dowódca oddziałów bojowych Okręgu sierż. Wiktor Stryjewski "Cacko" oraz nie będący członkiem Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ostatni komendant Okręgu Płockiego Armii Krajowej por. Jan Nowak "Korab".
Przygotowany w oparciu o wymuszone zeznania (które podczas rozprawy w większości zostały przez oskarżonych odwołane) akt oskarżenia, poza zarzutami dotyczącymi walki z przedstawicielami nowej władzy "w przestępczych konspiracyjnych resztkach AK, później zaś przestępczej organizacji poczuwającej się do przynależności do NZW a występującej jako 11 Grupa Operacyjna 23 Okręgu NSZ obejmującej zasięgiem działalności powiaty Płock, Płońsk, Sierpc, Mława, Rypin, Lipno i Włocławek po 1945 r., w sposób szczególny eksponował rzekomą współpracę żołnierzy Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych z hitlerowcami w czasie okupacji niemieckiej. Zarzucano m.in. walkę z patriotyczne nastawionymi partyzantami z GL i AL., a nie z okupantem.
Ogłoszony, po blisko dwutygodniowym procesie (w obszernych fragmentach transmitowanym przez radio), w dniu 3 lipca 1950 r. wyrok brzmiał: Stefan Bronarski "Roman" - 5-krotna kara śmierci, Stefan Majewski "Szczepan" - 6-krotna kara śmierci, Jan Przybyłowski "Onufry" - 3-krotna kara śmierci, Jerzy Wierzbicki "Dodek" - 4-krotna kara śmierci, Wiktor Stryjewski "Cacko" - 38-krotna kara śmierci, Jan Nowak - 2-krotna kara śmierci, Stanisław Lewandowski - dożywotnie więzienie.
Opinia składu sędziowskiego na temat oskarżonych brzmiała: "W sprawie Bronarskiego Stefana i wspólników, oskarżonych o przestępstwa z Dekretu o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy, winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną oraz dla zdrajców Narodu Polskiego, z Dekretu o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa, z ustaw ogólnych o zbrodnie stanu i przestępstwa pospolite - jako naczelne zjawisko wystąpił udowodniony w toku przewodu sądowego fakt, że dowództwa Armii Krajowej na różnych szczeblach, od najwyższych począwszy aż do Komendy Obwodu włącznie, nie tylko w myśl reakcyjnej teorii "dwu wrogów" powstrzymywały szeregowych żołnierzy AK od czynnej walki z Niemcami, propagując hasła "stania z bronią u nogi", lecz nadto czynnie współdziałały z polityczną policją niemiecką Gestapo w gnębieniu ruchu lewicowego w Polsce, w hamowaniu wszelkiej walki rzeczywiście przynoszącej szkodę hitlerowskim okupantom, walki podejmowanej z uporem i wytrwale kontynuowanej przez Polską Partię Robotniczą, Gwardię Ludową i Armię Ludową.(...)Przy wymiarze kary oskarżonym Sąd miał na uwadze, że oni jako przestępcy zawodowi działający z nienawiści do ustroju oraz z chęci zysku i łatwych zarobków nie rokują nadziei poprawy i dlatego uznał za stosowne zupełne wyeliminowanie ich ze zdrowego społeczeństwa".
Decyzją z dnia 17 stycznia 1951 r. Bolesław Bierut skorzystał z prawa łaski i zamienił orzeczony w stosunku do Jana Nowaka wyrok na "karę dożywotniego więzienia z utrzymaniem w mocy kar dodatkowych". Pozostali skazani na karę śmierci, w dniu 18 stycznia 1951 r. zostali zamordowani w więzieniu na Mokotowie w Warszawie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 01 kwi 2014, 13:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wirtualnapolonia.com/2014/01/31/ ... orzianami/

Wojna z bolszewią zaczęła się natychmiast, jak tylko wojska bolszewickie wkroczyły na terytorium Polski. Dywersyjne oddziały sowieckie walczyły z wojskami polskimi w sojuszu z wojskami niemieckimi. Sojusz niemiecko-sowiecki przeciwko Polsce wciąż obowiązywał.

Kopia artykułu:

Piotr Szubarczyk – Kalendarz polski codzienny: 31 stycznia 1944. Bitwa pod Worzianami
Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2014-01-31

Obrazek

31 stycznia 1944Na zdjęciu: Major „Łupaszko” i jego żołnierze z okresu powojennej, antysowieckiej kampanii na Podlasiu i na Pomorzu. Od lewej: podporucznik czasu wojny Henryk Wieliczko „Lufa”, dowódca szwadronu w 5 Wileńskiej Brygadzie AK podczas jej powojennej kampanii antysowieckiej na Podlasiu i na Pomorzu, zamordowany przez NKWD-UB na Zamku Lubelskim, 14 marca 1949 r. Porucznik Marian Pluciński „Mścisław”, jeden z najbliższych współpracowników majora, zamordowany przez NKWD-UB w białostockim więzieniu (1946). Mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”. Wachmistrz Jerzy Lejkowski „Szpagat”– po wojnie wielokrotnie aresztowany, przesłuchiwany i więziony, umarł w Gdańsku. Podporucznik czasu wojnyZdzisław Badocha „Żelazny”, dowódca szwadronu, w którym służyła m.in. sanitariuszka Danuta Siedzikówna „Inka”, poległ w potyczce z UB pod Sztumem (1946). Oryginał zdjęcia w zbiorach rodzinnych Barbary Szendzielarzówny, córki Majora.

Bitwa pod Worzianami
Przed 70 laty 5 Wileńska Brygada AK stoczyła zwycieską bitwę z silnym oddziałem Wehrmachtu pod Worzianami, około 60 km na wschód od Wilna.
Dowódca 5 Brygady rtm. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” wydał rozkaz o koncentracji, w związku z planowaną inpekcją mjr. Mieczysława Potockiego „Węgielnego” – inspektora Wileńskiego Okręgu AK z obwodu święciańskiego.
31 stycznia około południa stuosobowy oddział Wehrmachtu dotarł do Worzian w trakcie odprawy i zaatakował Polaków. Niemcy nie docenili doświadczenia bojowego partyzantów „Łupaszki” i kwalifikacji dowódcy. Atak prowadzili tyralierą, by od razu wejść do wsi. Partyzanci odpowiedzieli ogniem, także z broni maszynowej. Byli dobrze uzbrojeni. Z pobliskiej Sosnówki dotarł pododdział Brygady i zaskoczył Niemców od strony lasu. Bitwa koncentrowała się przez jakiś czas na worziańskim cmentarzu, gdzie Niemcy wcześniej urządzili stanowiska ogniowe. Część polskich partyzantów – zwyczajem partyzantki wileńskiej – była ubrana w mundury niemieckie, co dodatkowo zmyliło przeciwnika.
Niemcy zostali okrążeni. Próbowali uciekać do lasu, ale Polacy zamknęli im drogę. Mimo dokuczliwej rany postrzałowej w lewą rękę, dowodził „Łupaszko”. Bitwa trwała około 3 godzin. Niemcy zostali kompletnie rozbici. Partyzanci nie ścigali już niedobitków. Przystąpili do chowania poległych (we wspólnej mogile) i opatrywania rannych.
5 Brygada straciła 16 partyzantów, 12 było rannych. Podczas transportu zmarło jeszcze 4 rannych. Straty niemieckie były znacznie wyższe.
W bitwie polegli: Roman Bamburski „Dornik”, Roman Brycki „Czarny”, Henryk Mackiewicz „Dzięcioł”, Ryszard Dubowski „Ćwiartka”, Zygmunt Szyszko „Czubczyk”, Jan Trzebski „Janosik”, Bolesław Błażewicz „Budzik”, Stanisław Tomaszewski „Sokół”, Kozakiewicz „Słowik”, Franciszek Radko „Rybiński”, Władysław Markowicz „Tajoj”, NN „Borowy”, NN „Burza”, NN „Boj”, NN „Czubaryk”, NN „Chochlik” i NN „Chmurny”. Juliana Kołacza „Hermesa”, Konstantego Szychowskiego „Kurzawę” i NN „Fiata” – pochowano po drodze, a potem – podobnie jak pozostałych – przeniesiono na wspólny cmentarz do indywidualnych grobów.
Stanisław Tomaszewski „Sokół” zginął już po bitwie. Nastoletni partyzant odpowiedział na wezwanie rannego niemieckiego oficera i podszedł do niego, a tamten wystrzelił…
Straty niemieckie w bitwie to 2 oficerów, 9 podoficerów, 28 żołnierzy, 4 zaginionych.
To zwycięstwo miało dla polskich partyzantów wielkie znaczenie moralne. Poza tym zdobyli dużo broni. Sprawdziła się taktyka „Łupaszki”, który lokował szwadrony Brygady blisko siebie, ale nigdy w jednym miejscu. Niemcy myśleli, że nas otoczyli, tymczasem okazało się, że to oni są otoczeni – mówiła po latach sanitariuszka Brygady Lilia Lwow-Eberle „Lala”.
Oddział sowieckich „partyzantów”, a raczej antypolskich dywersantów, na wiadomość o bitwie, zaatakował dwa dni później Brygadę pod Radziuszami, pokazując wymownie, jakie są prawdziwe cele „partyzantki” sowieckiej na polskich Kresach! Przeliczyli się tak samo jak Niemcy. Ponieśli ogromne straty! Przydała się broń maszynowa, zdobyta na Niemcach pod Worzianami… Po polskiej stronie zginął jeden partyzant.

Piotr Szubarczyk

http://wolnapolska.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 02 kwi 2014, 11:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2014/02 ... N-u-8.html

Jerzy Bednarek
"Grupa Śmierci" pod dowództwem Stanisława Szymfelda (1946–1948)


Historia powojennego antykomunistycznego podziemia zbrojnego pełna jest nieznanych szerzej losów lokalnych i niewielkich grup zbrojnej konspiracji. Oddział zorganizowany przez pochodzącego z Ozorkowa (woj. łódzkie) robotnika Stanisława Szymfelda jest typowym przykładem takiej grupy. Kilkuosobowy, utworzony oddolnie, nazwany przez dowódcę „Grupą Śmierci”, niezwiązany z żadną większą organizacją konspiracji niepodległościowej, działał samodzielnie w latach 1946–1948 w północnej części woj. łódzkiego, głównie w powiecie łęczyckim1.

Obrazek
Stanisław Szymfeld (1928–1948), zdjęcie z okresu okupacji (ze zbiorów IPN).


Początki grupy sięgają lata 1946 r. Od tego czasu konspiratorzy regularnie dokonywali różnego rodzaju rekwizycji, zastraszając członków PPR i sympatyków „ludowej” władzy. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łęczycy przez dwa lata nie potrafił jednak zidentyfikować żołnierzy oddziału. Z pewnością przyczynił się do tego fakt, iż konspiratorzy podczas każdej akcji byli całkowicie zamaskowani. Dopiero w lutym 1948 r. funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa w Łęczycy postanowili zintensyfikować działania w celu likwidacji „bandy”. W opracowanym specjalnym planie dotyczącym tzw. bandytyzmu w powiecie łęczyckim można m.in. przeczytać:

Od miesiąca listopada 1946 r. na terenie pow. łęczyckiego działa banda „Czarnego Orła”, nie licząca więcej jak czterech ludzi. Jest to grupa typu sanacyjnego, gdyż przy napadach podają się jako członkowie AK. Na napady chodzą w mundurach wojskowych, zamaskowani i uzbrojeni w pistolety. […] Według posiadanych danych bazą i punktem wypadowym jest miasto Ozorków. W okresie tego czasu banda dokonała 16 napadów z bronią w ręku, a w tym 3 morderstwa i 3 postrzelenia. Zamordowanym zabrali przede wszystkim broń. Z wartościowych przedmiotów zabierają pieniądze, biżuterię, aparaty radiowe, buty oraz bieliznę. W wielu wypadkach oddziałują demoralizująco na ludność, pytając się o poglądy polityczne i przynależność partyjną. Między innymi żądają pokazywania medalików2.

Likwidacją oddziału miał zająć się utworzony w Ozorkowie specjalny sztab oraz grupa operacyjna złożona z funkcjonariuszy UB i MO. Dodatkowo wzmocniono obsadę milicyjnych posterunków, a nawet – aby szybciej reagować na zagrożenie – wprowadzono nocne dyżury przy pozostających w dyspozycji miasta samochodach. Przy okazji podliczono także posiadaną w terenie agenturę i ormowców. Okazało się, że w pow. łęczyckim do dyspozycji milicji było 21 agentów, kolejnych 76 współpracowało z Urzędem Bezpieczeństwa, odnotowano również aż 553 aktywnych członków ORMO. Wszyscy mieli się włączyć w likwidację oddziału „Czarnego Orła”3.
Starano się wykorzystać każdą okazję w celu likwidacji grupy. Gdy na przykład konspiratorzy nałożyli kontrybucję na jednego z gospodarzy w miejscowości Solca Wielka (gm. Tkaczew), funkcjonariusze UB z Łęczycy przez trzy tygodnie czekali w ukryciu we wskazanym gospodarstwie na przybycie żołnierzy z „Grupy Śmierci”. Gdy ci wreszcie się pojawili, wywiązała się krótka strzelanina, po której konspiratorzy zdołali zbiec z miejsca zasadzki4.

Przełom w sprawie nastąpił dopiero kilka miesięcy później. 12 VIII 1948 r. dwóch zamaskowanych mężczyzn próbowało dokonać napadu na Zarząd Gminy w Wypychowie. Podczas akcji postrzelili śmiertelnie funkcjonariusza MO z Gieczna – Henryka Jędryszczaka5. Natychmiastowy pościg za sprawcami nie przyniósł początkowo rezultatu. O przeprowadzonej akcji zaalarmowano jednak wszystkie okoliczne posterunki. Wieczorem grupa operacyjna ze Zgierza natknęła się w okolicach Grotnik na podejrzanych mężczyzn. Po krótkiej strzelaninie jednego z nich zdołano aresztować6. Jak się okazało, był to pochodzący z Ozorkowa członek „Grupy Śmierci” Henryk Wyszkowski „Kat”7.
Przekazano go do PUBP w Łęczycy. Śledztwo prowadził chor. Józef Nowicki – funkcjonariusz znany z okrucieństwa wobec aresztowanych8. Wyszkowski w trakcie śledztwa przyznał, że „Grupę Śmierci” wspólnie z nim tworzyło czterech mieszkańców Ozorkowa oraz jeden pomocnik. „Badany” przez funkcjonariuszy UB podał dane i pseudonimy pozostałych konspiratorów oraz dokładne adresy ich zamieszkania. Dopiero wtedy funkcjonariusze UB dowiedzieli się, że twórcą i dowódcą grupy był dwudziestoletni robotnik, mieszkaniec Ozorkowa, Stanisław Szymfeld9.

Obrazek
Józef Nowicki (1917–1953), znany z okrucieństwa funkcjonariusz PUBP w Łęczycy, który prowadził śledztwo w sprawie członków "Grupy Śmierci" (ze zbiorów IPN).


W sprawie okoliczności powstania oddziału i jego oblicza ideowego Wyszkowski zeznał m.in.:

Zapytawszy razu pewnego Szymfelda, jaką będzie przejawiał działalność z utworzoną przez niego grupą, ten oświadczył mi, że zadaniem jej będzie mordowanie funkc[jonariuszy] UB i MO, aktywnych członków partii politycznych oraz rabować ww. mienie, ażeby inni nie zapisywali się do partii […]. Szymfeld mówił mi również o tym, że nastąpi w niedługim czasie wojna między Związkiem Radzieckim a Anglią i Ameryką i że po pokonaniu Związku Radzieckiego do kraju powróci przebywający dotąd na emigracji w Anglii rząd […]. Szymfeld mówił mi, że jak powróci Rząd z Londynu to za działalność naszą będziemy mieli dobrze całe życie10.

Już następnego dnia po aresztowaniu Wyszkowskiego funkcjonariusze UB udali się do miejsca zamieszkania Szymfelda w Ozorkowie. Jego nie znaleziono, ale zarekwirowano za to m.in. broń, aparaty radiowe i oficerski mundur11. Już jednak dzień później aresztowano kolejnego konspiratora – Leona Fabicha „Czarnego”12 oraz współpracownika oddziału Józefa Michalaka13, który „melinował” partyzantów w Pełczyskach pod Ozorkowem. 16 sierpnia zatrzymano kolejnego członka oddziału – Stefana Ciesielczyka „Szczupłego”14. [...]

Zainteresowanych całością tekstu odsyłam do nr 38/2013 "Zeszytów Historycznych WiN-u">
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2014/01 ... AC-68.html
Strona główna>
http://podziemiezbrojne.blox.pl/html
Prawa autorskie>
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2014/01 ... skich.html


PRZYPISY:

1. W pow. łęczyckim konspiracja antykomunistyczna była aktywna już od sierpnia 1945 r. Na tamtym terenie działał m.in. poakowski oddział sierż. Eugeniusza Kokolskiego „Groźnego”, współpracujący z nim oddział Grupa Dywersyjna Armii Krajowej „Błyskawica”, dowodzony przez por. Józefa Kubiaka „Pawła”, czy też oddział „Iskra-Lot”, utworzony przez Franciszka Targalskiego „Sławę Sławińskiego”.
2. IPN Ld pf 10/710, Raporty specjalne PUBP w Łęczycy dot. napadów rabunkowych dokonanych na terenie pow. łęczyckiego [dalej: IPN Ld pf 10/710], t. 2, k. 242–245, Plan rozpracowania bandytyzmu na terenie pow. łęczyckiego z 26 II 1948 r. sporządzony przez szefa PUBP w Łęczycy.
3. Ibidem, k. 244–245; Ibidem, k. 246, Wykaz członków ORMO pow. łęczyckiego, Łęczyca, 17 II 1948; Ibidem, k. 247, Wykaz agentury rozpracowującej teren, [Łęczyca, luty 1948].
4. Ibidem, k. 242, Plan rozpracowania bandytyzmu na terenie pow. łęczyckiego z 26 II 1948 r. sporządzony przez szefa PUBP w Łęczycy.
5. IPN Ld 094/88, Akta sprawy operacyjnej przeciwko H. Wyszkowskiemu i in. [dalej: IPN Ld 094/88], b.p., Sprawozdanie chor. Władysława Turkowskiego z KP MO w Łęczycy, 30 IX 1948.
6. IPN Ld 011/1618, Akta sprawy operacyjnej przeciwko S. Szymfeldowi i in. [dalej: IPN Ld 011/1618], t. 1, k. 41, Pismo kierownika Sekcji Miejskiej PUBP w Zgierzu do szefa PUBP w Łodzi, Zgierz, 13 VIII 1948.
7. Henryk Wyszkowski, ur. 1 VII 1927 r. w Ozorkowie, s. Józefa. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. Podczas okupacji pracował jako robotnik w jednej z niemieckich firm w Ozorkowie. Po wojnie pomagał ojcu w zakładzie szewskim. Jego starszy brat – Zygmunt – został skazany na karę śmierci i stracony w Łodzi w czerwcu 1947 r. za działalność w oddziale Józefa Kubiaka „Pawła”. IPN Ld pf 10/710, t. 2, k. 14–15, Protokół przesłuchania H. Wyszkowskiego, Łęczyca, 16 VIII 1948; IPN Ld pf 12/2324, Akta sprawy kontrolno-śledczej przeciwko H. Wyszkowskiemu i in. [dalej: IPN Ld pf 12/2324], k. 50–53, Arkusz informacyjny dotyczący Wyszkowskiego Henryka; IPN Ld 6/103, Akta sprawy karnej przeciwko K. Maciejewskiemu, t. 3, k. 225, Protokół wykonania kary śmierci wobec Zygmunta Wyszkowskiego, 3 VI 1947.
8. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi 26 III 1992 r. wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych w l. 1945–1953 przez funkcjonariuszy PUBP w Łęczycy. Ustalono dane 368 funkcjonariuszy, którzy w podanym okresie służyli w PUBP w Łęczycy. Pomimo iż śledztwo umorzono w 1998 r. z powodu „niewykrycia sprawców przestępstwa”, to zachowane protokoły przesłuchań świadków informują, jakich metod śledczych używał m.in. Józef Nowicki. Na przykład Wacław Wyszkowski w OKBZpNP w Łodzi zeznał w 1992 r. m.in.: Pamiętam, że przesłuchiwał mnie Nowicki. On był najgorszy. Bił mnie „nahajem” i kopał (IPN Ld 421/138, GKBZpNP-IPN. Funkcjonariusze PUBP w Łęczycy podejrzani o zbrodnie popełnione nad osobami osadzonymi w areszcie PUBP w Łęczycy w l. 1945–1953 [dalej: IPN Ld 421/138], t. 1, k. 102, Protokół przesłuchania świadka Wacława Wyszkowskiego, 18 IX 1992). Inny z aresztowanych, Leon Domalążek, współpracownik oddziału „Pawła”, w 1997 r. oświadczył: Nowicki znęcał się nade mną, bił mnie rękoma, różnymi narzędziami po całym ciele, głównie po głowie. Rzucał moim ciałem o ścianę, ciągnął mnie za włosy. Kazał mi siedzieć na odwróconym taborecie i wtedy mnie przesłuchiwał. Takie przesłuchania połączone z biciem trwały bardzo długo. Ja traciłem przytomność. Byłem wtedy oblewany wodą (IPN Ld 421/138, t. 2, k. 102, Protokół przesłuchania świadka Leona Domalążka, 17 XI 1997). W kwietniu 1953 r. Nowicki zastrzelił w Łodzi swoją żonę i następnie popełnił samobójstwo. Wydział ds. Funkcjonariuszy WUBP w Łodzi, po przeprowadzeniu dochodzenia ustalił, że bezpośrednią przyczyną tragedii było nadużywanie alkoholu przez Nowickiego. Zob. IPN Ld 421/138, t. 2, k. 136–138, Kopia raportu naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy WUBP w Łodzi do szefa WUBP w Łodzi w sprawie zabójstwa popełnionego przez Józefa Nowickiego, Łódź, 29 IV 1953.
9. Stanisław Szymfeld, ur. 1 IV 1928 r. w Ozorkowie, s. Stanisława. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. Podczas okupacji pracował dorywczo w gospodarstwach rolnych. W 1944 r. Niemcy wywieźli go do prac przymusowych przy kopaniu okopów. Do Ozorkowa powrócił w końcu 1944 r. Pracował jako robotnik w fabryce trepów. W kwietniu 1946 r. wstąpił do poakowskiego oddziału por. Józefa Kubiaka „Pawła”, z którym współpracował do czerwca 1946 r. Zob. IPN Ld 011/1618, t. 2, k. 320, Omówienie materiałów na ukrywającego się dowódcę zlikwidowanej bandy „Grupa Śmierci” ps. „Czarny Orzeł”; IPN Ld 6/847, Akta sprawy karnej przeciwko T. Widulińskiemu [dalej: IPN Ld 6/847], k. 27v, Protokół przesłuchania Tadeusza Widulińskiego, Łódź, 5 IV 1949; Ibidem, k. 18/1–18/2, Raport Szymfelda Stanisława z 16 X 1948.
10. IPN Ld pf 10/710, t. 2, k. 15, Protokół przesłuchania Wyszkowskiego Henryka, Łęczyca, 16 VIII 1948.
11. IPN Ld 011/1618, t. 2, k. 277, Protokół przesłuchania Janiny Szymfeld, Łęczyca, 2 X 1948.
12. Leon Fabich, ur. 21 XII 1927 r. w Ozorkowie, s. Andrzeja. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. Po wojnie pracował jako przędzalnik w Państwowych Zakładach Przemysłu Bawełnianego w Ozorkowie. IPN Ld pf 12/2324, k. 54–57, Arkusz informacyjny dotyczący Fabicha Leona.
13. Józef Michalak, ur. 16 I 1889 r. w Pełczyskach, s. Antoniego. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej, rolnik. IPN Ld pf 12/2324, k. 62–65, Arkusz informacyjny dotyczący Michalaka Józefa.
14. Stefan Ciesielczyk, ur. 6 VIII 1929 r. w Ozorkowie, s. Ignacego. Ukończył pięć klas szkoły powszechnej. Podczas okupacji pracował jako tkacz. Po wojnie został zatrudniony na stanowisku tkacza w Państwowych Zakładach Przemysłu Bawełnianego w Ozorkowie. IPN Ld pf 10/710, t. 2, k. 32–33, Protokół przesłuchania S. Ciesielczyka, Łęczyca, 17 VIII 1948; IPN Ld pf 12/2324, k. 58–61, Arkusz informacyjny dotyczący Ciesielczyka Stefana. Por. IPN Ld 011/1618, t. 1, k. 158, Raport specjalny szefa PUBP w Łęczycy do naczelnika Wydziału III WUBP w Łodzi, Łęczyca, 17 VIII 1948.

WTOREK, 04 LUTEGO 2014, GREGG71

Zeszyty Historyczne WiN-u, nr 38/2013
http://zhwin.pl/zeszyty-historyczne/num ... walnealne/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 07 kwi 2014, 07:13 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30608
Kiedy zbrodniarzom bolszewickim wydawało się, że dokonują zbrodni doskonałej, a po zamordowanych zginie jakikolwiek ślad, nauka sprawiła im figla i odkryła matrycę genetyczną pozwalającą identyfikować ludzi nawet po śmierci i nawet wtedy, gdy zbrodniarze w poczuciu pewności zatarcia śladów poczuli się NIEWINNI i nietykalni przez sprawiedliwość.

Wy wszyscy żyjący i nie żyjący już bandyci, znajdziecie swoje miejsce na kartach historii. Będą was pokazywać kolejnym pokoleniom jako przykład odczłowieczenia, wynaturzenia, zdziczenia, podłości, zdrady, zeszmacenia. To będzie wasze miejsce w naszej historii.


DNA pamięta

Piotr Czartoryski-Sziler

Jaziewo to kolejna, po Augustowie i Gibach, miejscowość, w której pracownicy IPN przeprowadzili akcję pobierania materiału DNA od rodzin ofiar obławy augustowskiej.

Od rana do południa w piątek materiał biologiczny do badań DNA oddało osiem osób. Później pracownicy IPN jeździli do domów kolejnych rodzin, które zgłosiły chęć oddania próbek. Trzy dni wcześniej w Gibach IPN zebrał materiał genetyczny od 21 osób.

– Jaziewo to mniejsza miejscowość, więc 8 osób to i tak dużo. Mamy tu do czynienia z najbliższym pokrewieństwem. Przychodzą do nas córki i synowie ofiar obławy, którzy mają często po 90 lat – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prokurator Zbigniew Kulikowski, naczelnik pionu śledczego IPN w Białymstoku. Od 28 stycznia materiał genetyczny pobierano też w Augustowie, wtedy zgłosiło się ok. 30 osób, i w Sejnach – 14 osób.

– Łącznie materiał do obławy augustowskiej oddało już ponad 100 osób – informuje prokurator.

Do Świąt Wielkanocnych będzie przerwa w zbieraniu próbek, później pobrania mają się odbywać m.in. w Szumowie i Gruszkach.

Kulikowski podkreśla, że choć są osoby szczególnie ważne dla tych terenów, a po których wszelki ślad w czasie obławy augustowskiej zaginął (np. Władysław Stefanowski „Grom”, którego poszukuje krewny Tadeusz Rewiński z Augustowa), to wszystkie ofiary dla IPN są tak samo ważne. – Dla nas wszyscy są ważni, to często byli nawet ludzie, którzy nie służyli w AK. Sowieci brali z domów wszystkich mężczyzn, bo tak im się podobało – mówi prokurator.

Doktor Andrzej Ossowski, biegły genetyk, kierujący akcją pobierania próbek, szef Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów, wskazuje, że rodziny ofiar obławy bardzo emocjonalnie podchodzą do akcji pobierania próbek.

– Zaobserwowałem różnice między krewnymi rodzin z Łączki a tymi z obławy augustowskiej. Dla nich bliscy są cały czas zaginieni, nie wiedzą, co się z nimi stało, więc emocje są większe – mówi genetyk. Ossowski podkreśla, że nie spodziewał się, że w tak krótkim czasie swój materiał genetyczny odda tak wiele osób.

– Akcja rozpoczęła się pod koniec stycznia, minęło zaledwie dwa miesiące, a efekty są bardzo zaskakujące. To tylko świadczy o tym, jak bardzo ci ludzie na to czekali. Mam nadzieję, że próbek od typowanych osób nie zbierzemy w ciągu 2-3 lat, jak przewidywaliśmy, ale w ciągu roku. Bardzo nas cieszy, że odzew jest aż tak duży – podkreśla Ossowski.

Sukcesem okazały się też wizyty w domach, do tej pory nie był to standard. Zebrany w Jaziewie materiał biologiczny trafi teraz do Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. – Im większa baza próbek, tym nasze prace w przyszłości będą łatwiejsze i szybsze. Proszę pamiętać, że identyfikacja jednej ofiary jest wyjściem do identyfikacji następnych – przypomina Ossowski.

– Jest jeszcze bardzo wielu ludzi do zidentyfikowania, prosimy więc cały czas rodziny o zgłaszanie się do nas. Rola mediów jest tutaj nieoceniona, bez was nie jesteśmy w stanie do wszystkich dotrzeć – dodaje nasz rozmówca.

http://www.naszdziennik.pl/wp/73813,dna-pamieta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 09 lip 2014, 12:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/2218/zydowsc ... nej-polsce

ŻYDOWSCY KACI NKWD I SB W POWOJENNEJ POLSCE
Aleszumm - 8 Lipiec, 2014 - 16:00

Obrazek

ŻYDOWSCY KACI NKWD I SB W POWOJENNEJ POLSCE
Negowanie znaczenia roli Żydów w służbie NKWD jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalonymi przez historyków. Prof. Andrzej Paczkowski sformułował tę tezę jako „nadreprezentacją Żydów w UB”. Jednoznacznie pisze o „nadreprezentatywności Żydów w UB” inny czołowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Żaryn w swym opracowaniu „Wokół pogromu kieleckiego” (Warszawa 2006, s. 86).

O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikających z nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi od Grossa autorzy żydowscy, np. Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku książce „Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism” (s. 63-64).

Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984 r. książki „Les Juifs en Pologne et Solidarność” („Żydzi w Polsce i Solidarność”) Michel Wiewiórka pisał na s. 122: „Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza za wyjątkiem samego ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów, podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności”.

Na szeregu stronach „Strachu” Gross stara się całkowicie zanegować wobec amerykańskich czytelników jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak ten sam Gross całkowicie przemilcza istotne wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów w innych sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej części książki poświęconej „żydokomunie” nawet jednym zdaniem nie wspomina o tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w totalnej nieświadomości na ten temat.

Rola Żydów w bezpiece, jej wyjątkowość polegała nie tylko na nadmiernej liczebności, lecz także na splamieniu się przez bardzo wielu żydowskich funkcjonariuszy UB przykładami ogromnego okrucieństwa, brakiem jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem prawa wobec polskich więźniów politycznych. Rzecz znamienna – złowieszcza rola żydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni UB, od ludobójczych mordów w obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe mordy na generale Fieldorfie „Nilu” i rotmistrzu Pileckim po proces gen. Tatara i współoskarżonych wyższych wojskowych.

Główni winowajcy zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści. Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak), która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała w sfabrykowanym procesie wydała sędzia komunistka żydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman.

Dodajmy do tego żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład kolegium Sądu Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego bohatera (sędziego dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu. Przypomnijmy również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen. „Nila” jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg) wręczał przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać więźniowi (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 18 listopada 1994 r.).

Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała.

Powiedziała ona m.in.: „Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mojego ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi” (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca, „Nasza Polska”, 24 lutego 1999 r.).

Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego z największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić do Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwał „sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy” i jedną z kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otóż – jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z nim w procesie Tadeusz M. Płużański:

„Wyroki zapadły już wcześniej – wydał je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański. Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: „Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to będzie taka zwykła ludzka śmierć” (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych, „Najwyższy Czas”, 5 października 2002 r.).

Warto przy okazji stwierdzić, że jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3 maja 1948 r. zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., był sędzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, „Najwyższy Czas”, 27 października 2001 r.).

Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni – ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego roku przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na ten temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samo-rozrachunku Johna Sacka „Oko za oko”, Gliwice 1995).

Przypomnę tu tylko jedną z ulubionych „zabaw” ludobójczego „kata ze Świętochłowic” S. Morela, polegającą na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar. Po takich „zabawach” ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy.
Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na młodocianych polskich więźniach politycznych „reedukowanych” w obozie w Jaworznie. Morel zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W książce Marka J. Chodakiewicza, „Żydzi i Polacy 1918-1945” (Warszawa 2000, s. 410), czytamy:
„Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło około 10 tysięcy więźniów”. Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost niewiarygodnie i wymagają gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza je za źródłową pracą M. Wyrwicha, („Łagier Jaworzno”, Warszawa 1995).
Różne relacje potwierdzają w każdym razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec młodocianych polskich więźniów przez komendanta Morela. Począwszy od witania przez niego kolejnych transportów młodocianych więźniów typowym dlań powitaniem:
„Popatrzcie na słońce, bo niektórzy widzą je po raz ostatni!”. Czy słowami: „Jesteście bandytami, pokażemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko władzy ludowej”.
(Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczysława Wiełę „Listu otwartego do premiera rządu RP” („Jaworzniacy” nr 2/29 z lutego 1999 r.).
Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim ofiarom różne udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: „Nienawidzę Piłsudskiego” (wg M. Wyrwich, „Łagier Jaworzno”, Warszawa 1995, s. 90).
Ludobójczy zbrodniarz S. Morel otrzymywał polską rentę – mniej więcej 5 tys. zł.
Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno:
”Doświadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny”. „NKWD przy pomocy pozostałych Żydów urządza krwawe orgie’ – meldował Władysław Liniarski „Mścisław”, komendant Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do „polskiego Londynu” (…).
Polacy po wojnie, używając hasła „żydokomuna”, posługiwali się zatem stereotypem wytworzonym przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem współodpowiedzialnymi za cierpienia Polaków, w tym za utratę – po raz kolejny – niepodległości państwowej.
Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich najbliżsi – często żołnierze podziemia niepodległościowego. „Gdy wyszedłem z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i enkawudzista Faber [Samuel Faber - przypis J. Żaryna], (kto on był, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd) (…) kazał mnie związać. Zawiązali mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili mi kij, na którym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę. Po jakimś czasie przestali. Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca czułem. Dostałem od tego krwotoku (…)’ – wspominał Jakub Górski „Jurand”, żołnierz AK” (…).
Inny działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław Grygorcewicz, tak zapamiętał pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie:
„(…) Na pytania zadawane przez Józefa Światłę – szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa początkowo nie odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała mnie apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga, i to w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie wychowaną w rynsztoku nalewkowskim”.
„Józef Światło – Żyd z pochodzenia, mając pistolet w ręku, oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w łeb (…)”.
Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej, który również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (…). Oficerowie ubowscy zmieniali się często (…). Szczególnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później dowiedziałem od śledczego porucznika Łojki – był to sam Józef Różański (Józef Goldberg), zastępca Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa.
W takiej sytuacji i wśród tej zgrai ubeckiej byłem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (…)”. (cyt. za J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, we: „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2006, s. 86-88)”.
Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki. Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar „piekielnego śledztwa” prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy, jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49 rodzajów maltretowania i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:
„1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa, podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);
2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp – szczególnie bolesna operacja torturowa;
3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę – kilka razy dziennie);
4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z piersi oraz z krocza i narządów płciowych;
5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (…);
6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (…)
8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (…)” (cyt. za K. Moczarski, Piekielne śledztwo, „Odrodzenie”, 21 stycznia 1989 r.).
Dygnitarz MBP – Józef Światło nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin, przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef Światło, „Nasza Polska”, 22 lipca 1998 r.).
O tych wszystkich okrucieństwach i zbrodniach żydowskich katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w książkach J. T. Grossa, tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach.
Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu ks. Antoniego Dąbrowskiego, byłego kapelana 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej (27 DP AK) – wielkiej jednostki piechoty Armii Krajowej utworzonej z sił Okręgu Wołyń w ramach akcji „Burza”. W marcu 1944 27 DP AK liczyła około 6000 żołnierzy.
Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in. pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.
Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor naczelny organu KC PZPR „Trybuny Ludu”, był tym działaczem, który najgwałtowniej nawoływał do zaostrzenia represji wobec przeciwników politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku.
„Wsławił się” wówczas powiedzeniem: „Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa” (cyt. za P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 3 maja 2000 r.).
I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw Narodowi.
I tak np. w grudniu 1944 r. doszło do rozstrzelania pięciu AK-owców w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawę prowadził prokurator wojskowy narodowości żydowskiej (wg. mgr Marek Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie, „Raport o sądowych morderstwach”, Warszawa 1994, s. 108).
Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej.
Jerzy Poksiński opisał np., jak to „kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło i tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika:
„Zastrzelę cię, a grób zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić” (por. J. Poksiński, „TUN. Tatar – Utnik – Nowicki”, Warszawa 1992, s. 38).
W sprawie bydgoskiej zmarł zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców – szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego „krwawym Kuhlem” (por. A.K. Kunert – J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, „Życie Warszawy”, 24 lutego 1993 r.).
Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową, wyspecjalizowaną w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano „Krwawą Luną” z powodu wyjątkowej bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż:
„Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom. W czasie przesłuchań we Lwowie wsadzała więźniom genitalia do szuflady, gwałtownie ją zatrzaskując. Była zboczona na punkcie seksualnym, i tu miała pole do popisu” (por. A. Rószkiewicz – Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).
Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza westerplatczyków, najsłynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku.
Major Słaby już po kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas śledztwa. Jego sprawę prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz), Żyd z pochodzenia.
On to napisał własnoręczne rzekome „zeznania” mjr. Słabego, przyznającego się w nich do tego, jakoby „działał na szkodę państwa polskiego”. Majora Słabego nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych przez prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i wyrokiem.
Na wyjaśnienie ciągle czeka po dwukrotnych umorzeniach śledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisów śmierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego jednego z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego z batalionu „Zośka” – Jana Rodowicza ps. „Anoda”.
Był jedną z postaci słynnych z niewiarygodnej wręcz odwagi, poświęcenia i zdolności do ryzyka. Za swe wojenne zasługi był odznaczony Krzyżem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyżem Virtuti Militari.
Wszechstronnie uzdolniony, studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padł ofiarą represji. Aresztowano go w wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesłuchiwaniami kierował naczelnik V Departamentu MBP major żydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (później profesor ekonomii).
Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny „Anoda” zginął w gmachu MBP. Z informacji złożonych w prokuraturze przez innego członka batalionu „Zośka”, uwięzionego w tym samym czasie, co „Anoda”, Rodowicz został zastrzelony przez Bronisława K. z MBP.
Były naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczył wersji o zamordowaniu „Anody”. Podtrzymał starą oficjalną wersję, jakoby „Anoda” popełnił samobójstwo, skacząc na parapet otwartego okna i wyskakując z czwartego piętra.
Wersja ta wydaje się dość nieprawdopodobna, choćby ze względu na to, że był wówczas środek zimy – 7 stycznia 1949 r. Jak więc wytłumaczyć twierdzenie, że w takim czasie w budynku MBP na czwartym piętrze było otwarte okno?
Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie popełnione w różnych województwach na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach – zdemobilizowanych żołnierzach AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku.
W toku postępowania prokuratorskiego w latach 90. bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości żydowskiej, mający za „doradcę” oficera NKWD – majora Timoszenkę.
W momencie zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było narodowości żydowskiej. Według historyka Marka J. Chodakiewicza, większość uczestników porwań i zabójstw 16 byłych żołnierzy podziemia niepodległościowego w Siedlcach, a wśród nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, została przeniesiona służbowo do innych miejscowości (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 466).
Spośród zbrodniczych oficerów śledczych żydowskiego pochodzenia warto osobno wymienić majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastępcę szefa Wydziału IV GZI w latach 1949-1951. Według raportu komisji Mazura prowadził on śledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, płk. Uziębło, płk. Sidorskiemu, płk. Barbasiewiczowi, płk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy użyciu bardzo brutalnych metod przesłuchań. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerów po przyznaniu się do „win” zostało skazanych przez stalinowskie sądy na karę śmierci, płk Ścibor, płk Barbasiewicz i płk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, „Nasza Polska” z 10 lutego 1999).
Osobny obszerny temat, który tu przedstawiam bardzo skrótowo, to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sędziów żydowskiego pochodzenia typu wspomnianej już prokurator Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sędzi Marii Gurowskiej.
Wymieńmy tu m.in. takie osoby, jak zastępcę prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastępcę szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Wojskowego Oskara Szyję Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano „Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego”), szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sędziego Stefana Michnika, ppłk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sędziego Najwyższego Sądu Wojskowego Marcina Danziga, sędziego płk. Zygmunta Wizelberga, sędziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora płk. Kazimierza Graffa, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkla, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsberga.
Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych UB, etc. (według informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza najnowszej historii płk. J. Poksińskiego).
A przypomnijmy, że część żydowskich ubeków i morderców sądowych, najbardziej skompromitowanych działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już wcześniej, w pierwszych latach po 1956 r. Porównajmy te dane ze skrajnie próbującym pomniejszyć rolę Żydów w aparacie represji J.T. Grossem, wypisującym uwagi o „paru tuzinach Żydów” , „działających jako pachołki Stalina”.
Wspomnę tu tylko bardzo skrótowo o kilku mało świetlanych postaciach z kręgu sądownictwa. Do najbardziej bezwzględnych prokuratorów żydowskiego pochodzenia należał Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg, były przewodniczący Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach 1937-1938.
26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydziału do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokołowie Podlaskim doprowadził do skazania na karę śmierci 10 żołnierzy AK.
Już następnego dnia Graff wydał rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owców, „aby nie zdążyli złożyć przysługującej im z mocy prawa prośby o ułaskawienie” (wg: T.M. Płużański, „Przypadek prokuratora Graffa”, „Najwyższy Czas”, 6 lipca 2002 r.).
Dzięki swej bezwzględności po serii mordów sądowych Graff szybko awansował do rangi zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika. Był głównym oskarżycielem w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, doprowadzając do wydania wyroków śmierci na „Warszyca” i szereg innych współoskarżonych.
Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że w sprawie tej „miało miejsce morderstwo sądowe” (por. tamże). Graff „zasłynął” m.in. jako współautor aktu oskarżenia w sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyższych wojskowych, mającym wykryć „spisek w wojsku” (por. tamże).
Opracowany przezeń akt oskarżenia uznany został jednak za zawierający wiele oskarżeń „zbyt naiwnych i musieli go przerabiać dwaj dużo bardziej doświadczeni od Graffa spece od stalinowskich śledztw – A. Fejgin i J. Różański.
Morderca sądowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika, błyskawicznie awansował w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo że nie posiadał matury.
„Zasłużył się” tak swą gorliwością w sfabrykowanych procesach politycznych. Już jako podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, płk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, płk. Stanisława Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, ppłk. Romualda Sidorskiego, ppłk. Aleksandra Kowalskiego.
10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez Stefana. Michnika mjr. Z. Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.).
8 grudnia 1954 r. zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary więzienia skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki. Na szczęście nie wykonano wyroków śmierci na skazanych przez S. Michnika na śmierć płk. M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim.
W 1951 r. został stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol Sęk (w procesie podlaskiego NSZ – zbrodnia całkowicie nieznana.
Tak Stefan Michnik skazywał żołnierzy NSZ na śmierć.

Karol Sęk to jedna z piękniejszych kart patriotycznych. W wieku 16 lat zerwał godło niemieckie, później uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. W czasie II wojny światowej więzień Majdanka, żołnierz NOW i NSZ. Życie dla Polski zostało przerwane 7 czerwca 1952 r. decyzją Stefana Michnika, brata Adama Michnika. Karol Sęk zginął zamordowany w więzieniu.
W tym samym procesie podlaskiego NSZ Stefan Michnik wydał jeszcze dwa wyroki śmierci: jeden wykonano (na Stanisławie Okunińskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) złagodzono na dożywocie. W „Życiu” z 11 lutego 1999 r. podano, że według informacji redakcji S. Michnik wydał około 20 wyroków śmierci w procesach politycznych.
.
Prof. Witold Kulesza, ówczesny szef pionu śledczego IPN, szumnie zapowiadał, że Instytut Pamięci Narodowej będzie się domagał ekstradycji Stefana Michnika.
Ciekawe, jakie to względy (czyżby troska o to, żeby nie osłabiać „autorytetu” Adama Michnika?) zdecydowały o wycofaniu się z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytać, dlaczego kieresowskim władzom IPN zabrakło elementarnej uczciwości i odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania się z zapowiedzianych żądań ekstradycji S. Michnika?
Wśród innych morderców sądowych warto wspomnieć m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w Warszawie płk. Eugeniusza Landsberga. Został on uratowany przez Polaków w czasie wojny dzięki schronieniu danym mu przy kościele katolickim. Odpłacił się za nie licznymi wyrokami śmierci na polskich patriotów w sfabrykowanych procesach politycznych.
Obsadzenie bardzo wielu wpływowych stanowisk w UB, prokuraturze i sądach osobami żydowskiego pochodzenia, niezwiązanymi z polskością, z polskimi tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawało się dla sterujących sprawami w Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepszą gwarancją zdecydowania w walce z polskimi patriotami z podziemia niepodległościowego. I pod tym względem się nie zawiedziono.
Spośród ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia wywodziła się szczególnie duża liczba najbardziej nieubłaganych „pogromców” polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarżeń.
Typowy pod tym względem był sędzia Dawid Rozenfeld, który uzasadniał wyrok skazujący tylko na dożywocie agentkę gestapo winną zadenuncjowania i śmierci wielu żołnierzy i oficerów AK, współwinną wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego „Grota”. Jako okoliczność łagodzącą sędzia Rozenfeld uznał w przypadku tej agentki to, iż:
„Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które jak wiemy obecnie, współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciw większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie” (cyt. za: J. Piłek, Stalinowcy są wśród nas, w: „Gazeta Polska”, 4 sierpnia 1994).
ADWO – KACI
Dodajmy do powyższych opisów jeszcze rolę niektórych adwokatów pochodzenia żydowskiego. Szczególny typ „obrońcy” w procesach politycznych reprezentował np. adwokat żydowskiego pochodzenia Mieczysław (Mojżesz) Maślanko. Tak „bronił” swych podopiecznych, że porównał grupę Moczarskiego do Gestapo i Abwehry, twierdząc, że „wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii” (wg: T.M. Płużański, Adwo-kaci, w: „Najwyższy Czas”, 26 stycznia 2003 r.).
W podobny sposób Maślanko „bronił” – oskarżając szefa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego, słynnego „Łupaszkę”, czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Wileńskiej Brygady AK, narodowca Adama Doboszyńskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i współoskarżonych, gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” (Maślanko zgodził się z większością rzekomych dowodów „winy” gen. „Nila”).
Według ostatniego delegata Rządu w Londynie na Kraj Stefana Korbońskiego, w sprawie Pileckiego i współoskarżonych „Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców (której przewodniczył Maślanko - przypis T.M. Płużańskiego) jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym” (por. tamże).
Niegodne zachowanie M. Maślanki, robiącego wszystko, by pogrążyć oskarżonych, których miał bronić, było tym bardziej oburzające, że on sam został uratowany od śmierci w Oświęcimiu przez słynnego narodowca Jana Mosdorfa.
Podobnym do Maślanki „obrońcą”, a raczej „adwo-katem” w sprawach politycznych był inny adwokat żydowskiego pochodzenia, pracujący we wspólnej kancelarii z Maślanką – Edward Rettinger.
„Bronił” on Moczarskiego i jego kolegów słowami: „(…) to było bajoro zbrodni, którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę.
To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk” (por. tamże). Innym tego typu pseudoobrońcą był Marian Rozenblitt, który działał już w sądownictwie polskiej armii w ZSRS.
W Krakowie działali konfidenci Gestapo i SB, jak żydowscy adwokaci Maurycy Wiener i Karol Buczyński. Prokuratorem wojewódzkim w Krakowie był Rek, a jego zastępcami Gołda, Józef Skwierawski, Krystyna Pałkówna. Działali wspólnie i w porozumieniu z adwokatami Wienerem i Buczyńskim, za grube pieniądze umarzając śledztwa pospolitych bandytów. Bogatych bandziorów „rekomendował” Bruno Miecugow, tatuś Grzegorza Miecugowa dziennikarza TVN. Bruno Miecugow jako sygnatariusz haniebnej listy 53 literatów w sprawie wyroków śmierci w procesie „Kurii krakowskiej” wysłał przy pomocy lekarki Żydówki M. Orwid (psychiatria) do krakowskiego Kobierzyna (szpital psychiatryczny) wielkiego polskiego architekta i patriotę Wiesława Zgrzebnickiego („Zgrzesia”) za publiczne potępienie w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” podpisu Brunona Miecugowa w owej hańbie 53 krakowskich literatów. Hańbę „53” podpisali jeszcze m.in. Wisława Szymborska i Sławomir Mrożek, z decyzji kard. Stanisława Dziwisza pochowany w Panteonie Narodowym w krypcie pod kościołem św. Piotra i Pawła w Krakowie.
Wiesław Zgrzebnicki zadręczony przez krakowską ubecką kobierzyńską psychuszkę zmarł w wieku 40 lat.
Do pomocy Brunonowi Miecugowowi wyznaczono krakowską lekarkę Ewę Hołowiecką sekretarza POP PZPR w krakowskiej Akademii Medycznej.
Należy przypomnieć zbrodnie wojenne:
Zbrodnia w Nalibokach – masakra polskich mieszkańców wsi Naliboki dokonana przez oddziały sowieckich i żydowskich partyzantów 8 maja 1943 roku pod dowództwem Pawła Gulewicza z Brygady im. Stalina, w tym grupa składająca się z osób narodowości żydowskiej (trwa ustalanie czy była to część oddziału pod dowództwem Tewje Bielskiego czy Szolema Zorina). http://www.bibula.com/?p=2061
Tewje Bielski lub Tuwia Bielski i Anatol Bielski (ur. 8 maja 1906 w Stankiewiczach koło Nowogródka, zm. 1987 w Nowym Jorku) – polscy Żydzi, twórcy (wraz z trójką braci) i dowódcy żydowskiego oddziału partyzanckiego w lasach Puszczy Nalibockiej podczas II wojny światowej.

Spalono kościół, szkołę, pocztę, remizę i część domów mieszkalnych, resztę osady ograbiono. Zginęło także kilku napastników. W sowieckich źródłach szacowano liczbę zabitych Polaków na 250 osób, 6 sierpnia 1943 roku wieś została ponownie spacyfikowana, tym razem przez oddziały niemieckie, w ramach tzw. „Akcji Hermann”, a jej mieszkańców wywieziono w głąb Rzeszy na roboty przymusowe.
Zbrodnia w Koniuchach – zbiorowe morderstwo co najmniej 38 polskich mieszkańców (mężczyzn, kobiety i dzieci; najmłodsze miało 2 lata) wsi Koniuchy (dziś na terenie państwa litewskiego, dawniej w II Rzeczypospolitej w województwie nowogródzkim w powiecie lidzkim) dokonane 29 stycznia 1944 przez partyzantów sowiechich (Rosjan i Litwinów) i żydowskich.
W czasie pogromu we wsi spalono większość domów, oprócz zamordowanych co najmniej kilkunastu mieszkańców zostało rannych, a przynajmniej jedna osoba z nich zmarła następnie z ran. Przed atakiem wieś zamieszkana była przez około 300 polskich mieszkańców, istniało w niej około 60 zabudowań. Partyzanci sowieccy wcześniej często rekwirowali mieszkańcom wsi żywność, ubrania i bydło, dlatego też tutejsi mieszkańcy powołali niewielki ochotniczy oddział samoobrony.
W sprawie masakry w Koniuchach prowadzone jest śledztwo IPN. Dotychczas ustalono, że napadu dokonały sowieckie oddziały partyzanckie stacjonujące w Puszczy Rudnickiej: „Śmierć faszystom” i „Margirio”, wchodzące w skład Brygady Wileńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, oraz „Śmierć okupantowi”, wchodzący w skład Brygady Kowieńskiej.
Do oddziałów tych należeli Rosjanie i Litwini, większość oddziału „Śmierć okupantowi” tworzyli Żydzi i żołnierze Armii Czerwonej zbiegli z obozów jenieckich. Oddział żydowski liczył 50 ludzi, a oddziały rosyjsko-litewskie około 70 osób. Dowódcami byli Jakub Penner i Samuel Kaplinsky.
Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek. Według ustaleń Kongresu Polonii Kanadyjskiej, będących podstawą wszczęcia śledztwa, liczba zabitych była większa (ok. 130).
Atak na Koniuchy i wymordowanie tutejszej ludności cywilnej był największą z szeregu podobnych akcji prowadzonych w 1943 i 1944 przez oddziały partyzantki sowieckiej i żydowskiej w Puszczy Rudnickiej i Nalibockiej (np. masakra ludności w miasteczku Naliboki).
W maju 2004 w Koniuchach odsłonięto pomnik pamięci ofiar, zawierający 34 ustalone nazwiska ofiar.
W powojennych opracowaniach, na podstawie m.in. relacji żydowskich uczestników ataku na wieś (np. Izaaka Chaima i Chaima Lazara) często podawano informacje o zamordowaniu wszystkich 300 mieszkańców, a także o walkach z oddziałem niemieckich żołnierzy (w innych źródłach litewskiej policji).
Jednak późniejsze opracowania nie potwierdziły obecności Niemców czy policjantów w wiosce, a także zakwestionowały tezę, że zginęli wszyscy mieszkańcy wsi (część z mieszkańców uciekła z masakry i przeżyła wojnę). Informacja stwierdzająca, że wymordowani zostali wszyscy polscy mieszkańcy wsi Koniuchy pojawiała się także w ówczesnych meldunkach struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Dokumenty, źródła, cytaty:
prof. Jerzy Robert Nowak, („Nasz Dziennik”, 18 sierpnia 2006)
http://pantarhei.type.pl/1712/zydowscy- ... ej-polsce/
http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=53
http://www.wicipolskie.org/index.php?op ... &Itemid=56

Aleszumm - blog




http://niepoprawni.pl/blog/2218/mord-ge ... dorfa-nila

MORD GENERAŁA AUGUSTA EMILA FIELDORFA "NILA"
Aleszumm - 3 Lipca, 2014 - 15:06

Obrazek

ZAMORDOWALI I ZWIALI DO IZRAELA
Gen. Fieldorf został zatrzymany przez funkcjonariuszy UB 10 listopada 1950 r. Dopiero 11 dni później Naczelna Prokuratura Wojskowa wydała formalny, choć faktycznie bezprawny nakaz aresztowania. Podpisała go prokurator ppłk Helena Wolińska (pierwotne nazwisko Fajga Mindla Danielak).
Ta przedwojenna komunistka, w latach okupacji szefowa biura Sztabu Głównego GL i AL, zaraz po wojnie kierująca Wydziałem Ogólnym Komendy Głównej MO (jej ówczesnym mężem był Franciszek Jóźwiak, pierwszy komendant główny MO).
Do pracy w prokuraturze wojskowej przeszła zaraz po skończeniu studiów prawniczych na UW w 1949 r. W ciągu 5 lat pracy w NPW (do 1954 r.) była kolejno szefową kilku wydziałów tej instytucji, w tym Wydziału Kadr i Wyszkolenia. Następnie przeszła do Prokuratury Generalnej, a później przez wiele lat wykładała w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Po 1968 r. wyjechała z Polski wraz z kolejnym mężem, znanym ekonomistą prof. Włodzimierzem Brusem. Do śmierci mieszkała w Wielkiej Brytanii, która odmówiła jej ekstradycji.
15 lutego 1951 r. Helena Wolińska – również bezprawnie – przedłużyła areszt gen. Fieldorfowi. Do jej wniosku w tej sprawie przychylili się sędziowie Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie:
płk Aleksander Warecki, mjr Mieczysław Widaj i mjr Zygmunt Wizelberg. Sędzia Warecki (pierwotnie Warenhaupt), przedwojenny aplikant adwokacki z Krakowa, w latach 1944-1945 był członkiem Sądu Polowego 4. Dywizji Piechoty LWP, następnie kierował sądami wojskowymi w Katowicach i Wrocławiu, a w latach 1948-1952 był szefem WSR w Warszawie.
Ze służby wojskowej odszedł w 1956 r. i prawie do śmierci (w 1986 r.) pracował jako adwokat. Sędzia Widaj był przed wojną aplikantem sądowym, walczył we wrześniu 1939 r. jako dowódca plutonu artylerii, później był oficerem AK, a w 1945 r. został zmobilizowany do LWP.
W latach 1949-1952 był wiceszefem, następnie szefem WSR w Warszawie, zaś w latach 1954-1956 wiceprezesem Naczelnego Sądu Wojskowego. Po odejściu z wojska pracował jako radca prawny.
Sędzia Wizelberg, przedwojenny aplikant adwokacki w Stanisławowie, w czasie wojny służył w Armii Czerwonej, skąd w 1944 r. skierowano go do LWP. Po wojnie był prokuratorem wojskowym, w 1949 r. został sędzią WSR w Warszawie, po dwóch latach przeszedł do Naczelnego Sądu Wojskowego, gdzie pracował do 1962 r., a następnie do 1971 r. był sędzią Izby Wojskowej Sądu Najwyższego.
13 grudnia 1950 r., na rozkaz dyrektora Departamentu Śledczego MBP płk. Józefa Różańskiego (pierwotnie Goldberg), gen. Fieldorf został osadzony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej.
Śledztwo, za zgodą naczelnika Wydziału Śledczego MBP ppłk. Ludwika Serkowskiego, przejął ppor. Kazimierz Górski. Intensywne przesłuchania prowadził od 21 grudnia 1950 r. do 14 lipca 1951 r. Górski sporządził też kłamliwy akt oskarżenia, w którym zarzucił „Nilowi” wydawanie rozkazów likwidowania, względnie rozpracowywania, przy współpracy z Niemcami, komórek PPR, oddziałów GL i AL oraz partyzantki radzieckiej. Dokument ten zatwierdził wicedyrektor departamentu śledczego MBP Wiktor Leszkowicz, a podpisał 22 października 1951 r. wiceprokurator Prokuratury Generalnej PRL Benjamin Wajsblech. On też prowadził ostatnie przesłuchanie gen. Fieldorfa 25 lipca 1951 r., a kilka miesięcy później oskarżał go przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie.
W raporcie komisji powołanej w 1956 r. dla zbadania przejawów łamania praworządności przez pracowników Generalnej Prokuratury i Prokuratury m. st. Warszawy Wajsblechowi zarzucono bezpodstawne aresztowania podejrzanych i przetrzymywanie ich w areszcie mimo braku uzasadnionych przyczyn, usuwanie z akt śledztw protokołów zeznań korzystnych dla oskarżonych, sztuczne rozdzielanie spraw, które powinny być rozpatrywane łącznie, psychiczne i fizyczne upokarzanie i maltretowanie osób przesłuchiwanych, które podawały, że zachowanie Wajsblecha było nieraz gorsze niż oficerów śledczych. W rezultacie w 1957 r. zwolniono go z prokuratury, po czym został radcą prawnym. Zmarł w 1991 r.
16 kwietnia 1952 r. po kilkugodzinnym procesie sąd w składzie:
przewodniczący Maria Gurowska oraz ławnicy Michał Szymański i Bolesław Malinowski, uznał gen. Fieldorfa winnym czynów zarzucanych mu w akcie oskarżenia i skazał na karę śmierci.
Sędzia Maria Gurowska, przedwojenna komunistka, w czasie wojny członek PPR i AL, od 1951 r. była sędzią Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Następnie aż do 1970 r. pracowała jako dyrektor departamentu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zmarła w 1998 r. (pod zmienionym nazwiskiem Górowska), kiedy rozpoczął się proces o popełnione przez nią zabójstwo sądowe. Do końca życia twierdziła, że wyrok na gen. Fieldorfa był słuszny.
20 października 1952 r. sędziowie Sądu Najwyższego: Igor Andrejew, Gustaw Auscaler i Emil Merz, podtrzymali ten wyrok. Sędzia Andrejew przez 35 lat (do 1985 r.) był pracownikiem naukowo-dydaktycznym Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w 1954 r. został profesorem nadzwyczajnym, a 10 lat później zwyczajnym.
Współtworzył uchwalony w 1969 r. Kodeks Karny, na początku lat 70. przewodniczył Komitetowi Nauk Prawnych PAN, jego podręczniki do niedawna obowiązywały na polskich uczelniach. Zmarł w 1994 r.
Nie żyją także sędziowie Merz i Auscaler. Obaj po zakończeniu kariery sądowej wyjechali do Izraela, gdzie zmarli. Marcową emigrantką była również wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL (zwolniona, tak jak Wajsblech, w 1957 r.) Paulina Kern, która oskarżała gen. Fieldorfa przed Sądem Najwyższym. Także i ona zmarła w Izraelu w 1980 r.
Wyrok na „Nilu” wykonano 24 lutego 1953 r. Egzekucję nadzorowali prokurator Witold Gatner i wicedyrektor Departamentu Sądowego Prokuratury Generalnej Alicja Graff.
Oboje jeszcze żyją, podobnie jak śledczy UB Kazimierz Górski. W przeciwieństwie do Wolińskiej, nie są jednak objęci żadnym śledztwem w sprawie mordu na gen. Fieldorfie.
Generał August Emil Fieldorf „Nil” (20 marca 1895-24 lutego 1953) był jedną z najwspanialszych postaci polskiej konspiracji Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej i „Nie”.
Na mocy wyroku sądów PRL opartych na monstrualnym oskarżeniu o współpracę z okupantem, Generał „Nil” skazany został na śmierć, a wyrok wykonano 24 lutego 1953. Generał „Nil” był najwyższym stopniem i autorytetem dowódcą Armii Krajowej i poakowskiej konspiracji, który znalazł się w rękach powojennego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i który za swoją wierność wolnej Polsce zapłacił życiem.
W roku 1990 Zbigniew Brzeziński napisał (w liście do Cezarego Chlebowskiego): „Męczeństwo Generała Fieldorfa jest symbolem losów całego pokolenia”.
W roku 1991 Pani Zofia Zarkadas, wnuczka Generała mieszkająca w Edmonton, Alberta, Kanada, udostępniła mi taśmę magnetofonową z zapisem wspomnień Pani Janiny Fieldorfowej, wdowy po Generale, a jej babki (1898-1979) i wyraziła zgodę na opublikowanie transkryptu tej taśmy w Zeszytach Historycznych Instytutu Literackiego w Paryżu.
Pani Maria Fieldorf-Czarska, córka Generała mieszkająca w Polsce, również wyraziła zgodę na tę publikację. (Druga córka Generała, Krystyna, zmarła w 1979 r.)
Taśma została nagrana przez panią Janinę Fieldorfową w roku 1977 w Gdańsku. Nagranie to było Jej inicjatywą – pragnęła pozostawić Rodzinie pewien dokument
W całości zapis tej taśmy nie był nigdy wcześniej udostępniony ani opublikowany. Kilka małych fragmentów, dotyczących głównie okresu przedwojennego, zostało wykorzystanych w rozproszonych artykułach pani Marii Fieldorf (bratanicy Generała) i pana Leszka Zachuty,
Całość wspomnień pani Fieldorfowej, a w szczególności Jej opowieść o tragicznym okresie powojennym, stanowi, moim zdaniem, istotny dokument niedawnej historii Polski. W wymiarach doli człowieczej jest to dokument tragedii ludzkiej, a także miłości dwojga ludzi.
MORD GENERAŁA AUGUSTA EMILA FIELDORFA „NILA” NIEZNANE DOKUMENTY
Nieznane dokumenty dotyczące gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila", wśród nich arkusz ewidencji personalnej i własnoręcznie napisany życiorys, odnaleziono w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie.
Urszula Jardzioch, kierownik sekcji informacji i udostępniania akt CAW, powiedziała PAP, że na dokumenty z okresu 1945 - 1950 dotyczące gen. Augusta Emila Fieldorfa natrafiono podczas opracowywania akt internowanych żołnierzy AK. Są one cennym uzupełnieniem jego akt personalnych z okresu przedwojennego, posiadanych przez Centralne Archiwum Wojskowe.
Arkusz ewidencji personalnej sporządzony w Łodzi w 1948 roku dla Rejonowej Komendy Uzupełnień zawiera przebieg ponad trzydziestoletniej służby wojskowej Augusta Emila Fieldorfa, od 1912 r., gdy został członkiem 1 kompanii Związku Strzeleckiego w Krakowie. Widnieje na nim nazwisko Walenty Gdanicki, pod którym gen. Fieldorfa aresztowano 8 marca 1945 roku, i - nierozpoznanego przez NKWD - wywieziono do Związku Sowieckiego.
W omawianym dokumencie gen. Fieldorf podaje, że od stycznia do marca 1945 r. był szefem I Oddziału organizacji „NIE”. Fakt pełnienia przez niego tej funkcji w organizacji, której zadaniem było kontynuowanie walki o niepodległość Polski po wkroczeniu Armii Czerwonej, znany był komunistycznym władzom bezpieczeństwa, o czym piszą Maria Fieldorf i Leszek Zachuta w książce „Generał Fieldorf „Nil”. Fakty, dokumenty, relacje”. Generał miał tego świadomość.
W życiorysie pisanym 3 stycznia 1948 roku gen. Fieldorf podaje:
„Wiadomości o aresztowaniach i wywożeniu oficerów AK dyktują mi dalszą konspirację w org. NIE (Niepodległość), gdzie jestem oficerem org. (organizacyjnym - PAP).
8 marca 1945 r. zostałem aresztowany przez władze sowieckie. Stare, jeszcze z czasów okupacji niemieckiej dokumenty na nazwisko Gdanickiego Walentego, służyły mi przez cały czas pobytu w Rosji, dokąd wywieziony zostałem na roboty leśne i ziemne, a następnie przywieziony z powrotem do kraju 27 X 1947 r.
Z Rosji wróciłem w stanie całkowitego wyczerpania fizycznego z dystrofią III stopnia i obecnie jeszcze jestem niezdolny do żadnej pracy. Chociaż stan zdrowia znacznie się już mi poprawił, kuracja może potrwać 2-3 miesięcy".
Wśród prezentowanych przez portal www.dzieje.pl archiwaliów z CAW jest także dotyczący Fieldorfa dokument ewidencyjny NKWD z teczki akt personalnych, z czasów jego pobytu w obozie w Związku Sowieckim, a także przepustka wystawiona przez Państwowy Urząd Repatriacyjny na nazwisko Gdanicki, która podaje datę powrotu z ZSRS - 28 października 1947 r. i upoważnia do bezpłatnego przejazdu do miejsca zamieszkania.
Po ujawnieniu się gen. Fieldorf był inwigilowany. Ostatni chronologicznie z dokumentów („karta zastępcza”), odnalezionych w CAW dotyczy przekazania 18 lipca 1950 roku z MON do Głównego Zarządu Informacji WP akt personalnych gen. Walentego Gdanickiego.
Przez cały czas aż do aresztowania w listopadzie 1950 roku przez władze bezpieczeństwa gen. Fieldorf miał dokumenty na nazwisko Gdanicki, gdyż - jak piszą Maria Fieldorf i Leszek Zachuta - oficer Rejonowej Komendy Uzupełnień oświadczył, że musi oprzeć się na dokumencie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego wystawionym na takie właśnie nazwisko. Tym nazwiskiem Fieldorf podpisał się pod informacjami dla RKU.
W akcie oskarżenia zarzucono mu, że jako szef Kedywu AK wydawał rozkazy, instrukcje i wytyczne dotyczące likwidacji oddziałów sowieckiej i polskiej lewicowej partyzantki oraz działaczy PPR, GL i AL. Oskarżenie było spreparowane i nie miało nic wspólnego z rzeczywistością.
Generał August Emil Fieldorf został w kwietniu 1952 roku skazany na śmierć na podstawie dekretu o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców Narodu Polskiego. Wyrok wykonano 24 lutego 1953 roku. Ciało generała pochowano w nieznanym miejscu.
W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył gen. Fieldorfa Orderem Orła Białego. W 2009 r. wszedł na ekrany kin film Ryszarda Bugajskiego „Generał Nil.”
Centralne Archiwum Wojskowe powstało w 1919 roku w celu przechowywania i porządkowania materiałów archiwalnych wytworzonych przez polskie związki niepodległościowe, jednostki i instytucje wojskowe. Po wybuchu II wojny światowej najcenniejsze dokumenty zostały ewakuowane z Polski. Po zakończeniu wojny starano się scalić rozproszone w kraju i za granicą zbiory. Po 1989 r. CAW wzbogaciło się o kopie dokumentów z archiwów Rosji, Litwy, Białorusi i Ukrainy. Obecnie zasób CAW liczy ok. 14 km akt. Obok dokumentów historycznych w CAW przechowywane są także materiały archiwalne dotyczące współczesnego Wojska Polskiego w tym polskich misji wojskowych. (PAP) http://dzieje.pl/aktualnosci/nieznane-d ... iono-w-caw
Należy zawsze przypominać oprawców którzy zakatowali Generała. Byli to pracujący w Polsce sługusi Moskwy żydowscy prokuratorzy i sędziowie. Opisałem to szczegółowo i precyzyjnie w tekście „Żydowscy mordercy generała Fieldorfa „Nila”. Zamordowali i uciekli do Izraela”.
Męczeństwo Generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila” jest symbolem losów całego pokolenia.

Źródła:
Zeszyty Historyczne 101, str. 91-114. Instytut Literacki, Paryż 1992. Andrzej M. Kobos
http://blogopinia24.pl/polityka/1007-yd ... orfa-qnila
http://www.blogpress.pl/node/18146
http://forumemjot.wordpress.com/2013/11 ... o-izraela/
http://wzzw.wordpress.com/2013/02/28/mo ... orfa-nila/
http://alexdegrejt.salon24.pl/489268,ro ... z-bezkarni

http://www.wykop.pl/ramka/562439/zydows ... rala-nila/
http://www.blogopinia24.pl/polityka/100 ... orfa-qnila
http://wolna-polska.pl/wiadomosci/zydow ... la-2013-11
http://dzieje.pl/aktualnosci/nieznane-d ... iono-w-caw
http://wzzw.wordpress.com/2013/02/28/mo ... orfa-nila/ MORDERCY GENERAŁA NILA

Aleszumm - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 10 lip 2014, 13:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/historia/5518-65-ro ... u-sadowego

Są tacy, co twierdzą, że walka naszych niezłomnych była walką bezsensowną, walką z wiatrakami, przykładem polskiej bezmyślności. Prawda jest taka, że krew tych bohaterów krzyczy, że Polska nigdy dobrowolnie nie przyjęła bolszewizmu. Poza tym walka tych bohaterów utrudniała bolszewii dokończenie Katynia. Bo cóż winien był pan Eugeniusz Smoliński poza tym, że był Polakiem, a do tego fachowcem, człowiekiem wykształconym? Gdyby nie krwawa walka żołnierzy niezłomnych, takich wykształconych ludzi wymordowano by w Polsce znacznie więcej.

Kopia artykułu:

65. rocznica śmierci Eugeniusza Smolińskiego – ofiary mordu sądowego
Paweł Brojek środa, 09, kwiecień 2014 05:34

Obrazek

Z wykształcenia inżynier chemik. W czasie okupacji był kierownikiem wytwórni materiałów wybuchowych w Sztabie Komendy Głównej AK. Po wojnie został pełnomocnikiem rządu ds. uruchomienia fabryki zbrojeniowej w Łęgnowie koło Bydgoszczy. Fałszywie oskarżony o sabotaż, podczas pokazowego procesu został skazany na karę śmierci, a następnie zamordowany.


Eugeniusz Smoliński urodził się 8 lipca 1905 r. w Warszawie. Przez rok studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, następnie przeniósł się na Wydział Chemii Politechniki Warszawskiej, gdzie uzyskał dyplom inżyniera.

Przed wybuchem II wojny światowej pracował w Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach koło Radomia jako szef stacji doświadczalnej prochów bezdymnych, a od maja 1937 r. jako kierownik laboratorium centralnego.

W czasie okupacji od 1940 r. działał w podziemiu. Początkowo był referentem materiałów wybuchowych, a następnie kierownikiem wytwórni materiałów wybuchowych w Sztabie Komendy Głównej Armii Krajowej.

Na początku 1945 r. zgłosił się do nowych władz z planem uruchomienia fabryki zbrojeniowej w Łęgnowie pod Bydgoszczą, wybudowanej przez Niemców w czasie okupacji jako fabryka farb. Wkrótce został pełnomocnikiem rządu do jego realizacji.

Mimo posiadanych pełnomocnictw nie mógł zacząć działać, gdyż teren byłej niemieckiej fabryki zajęła Armia Czerwona, która do sierpnia 1945 r. zdemontowała większość urządzeń, wywożąc je na wschód. Skromne środki finansowe rząd przyznał dopiero w kwietniu 1946 r., zbyt późno, by planowany na koniec tego roku rozruch fabryki doszedł do skutku.

Brak wielu części i urządzeń niezbędnych do produkcji powodował, że kolejno podawane daty uruchomienia produkcji w Łęgnowie były coraz bardziej odległe. Latem 1947 r. sprawą zainteresował się Urząd Bezpieczeństwa, wkrótce doszło do pierwszych zatrzymań.

13 sierpnia 1947 r. Smolińskiego i kilku jego współpracowników aresztowano pod fałszywym zarzutem sabotażu. Oskarżonym zarzucono utrudnianie i uniemożliwianie prawidłowego działania fabryki oraz nadużycia finansowe.

Po trwającym ponad rok śledztwie, w swingowanym procesie pokazowym przed Wojskowym Sądem Rejonowym, który miał miejsce w październiku 1948 r. w Bydgoszczy, Smoliński został skazany na karę śmierci. Pozostali oskarżeni otrzymali od jednego do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Wyrok śmierci na Eugeniuszu Smolińskim przez strzał w tył głowy wykonano 9 kwietnia 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Jego szczątki zidentyfikowano jako jedne z pierwszych po ekshumacji ofiar komunistycznego terroru, przeprowadzonej latem 2012 r. przez IPN.

opr. Paweł Brojek
Źródło i fot.: ipn.gov.pl


© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 155 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /