Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 155 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 7, 8, 9, 10, 11
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 01 maja 2017, 07:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31115
To byli ludzie z charakterem

Z Mieczysławą Konefał, emerytowanym nauczycielem, historykiem, wychowawcą młodzieży, żoną śp. Władysława Konefała ps. „Babinicz”, jednego z założycieli Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta” w Rudniku nad Sanem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Obrazek

Jakie były okoliczności powstania Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta”. Jakie cele przyświecały jej założycielom?

– Tajna Organizacja Młodzieżowa „Orlęta” w Rudniku nad Sanem powstała w 1947 r. W jej skład weszli uczniowie rudnickiego gimnazjum, którego kilku wcześniejszych uczniów zginęło, walcząc w obronie Lwowa. Idee, które stały u podstaw tej organizacji, tkwiły w tych chłopcach. Tworzyli je ludzie inspirowani pragnieniem walki o wolną Polskę. Motywowani młodzieńczym idealizmem dostrzegali sprzeczności we wprowadzanym w naszej Ojczyźnie siłą ustroju. Takie podejście świadczy o dużej dojrzałości – dziś można by powiedzieć politycznej – tych młodych ludzi. Jednak wtedy ta dojrzałość wynikała z ich postaw natury religijnej i zasad wychowania, jakie wynieśli z rodzinnego domu. Nie bez znaczenia na te postawy uczniów wpływ miała też kultura ich nauczycieli i wychowawców. Wśród nich była matka Stanisława Mandeckiego ps. „Jeleń”, komendanta Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta”, nauczycielka, która w 1945 r. w potyczce z grupą NKWD i UB w miejscowości Nowy Nart straciła starszego syna. Chłopiec miał zaledwie 19 lat.
Kim byli założyciele?

– Tajną Organizację Młodzieżową „Orlęta” w Rudniku nad Sanem utworzyło pięciu uczniów Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Rudniku nad Sanem: Kazimierz Dechnik ps. „Ryś”, Henryk Igras ps. „Sokół”, Władysław Konefał ps. „Babinicz” – mój mąż, Stanisław Mandecki ps. „Jeleń” i Lesław Popowicz ps. „Lis”. To byli chłopcy w wieku 18-19 lat, licealiści, którzy w sercach mieli zaszczepioną miłość do Pana Boga i miłość do Ojczyzny. Cechowało ich poczucie patriotyzmu i odpowiedzialności za Polskę. Byli to odważni młodzi ludzie. Kiedy odchodził komendant Stanisław Mandecki ps. „Jeleń”, którego pogrzeb odbył się w Krakowie, nad jego trumną i sztandarem pochylili się koledzy. Ten, który go żegnał, powiedział: „Dla Ciebie najważniejsza – zawsze – była Ojczyzna. Ty się nie lękałeś niczego, nie uklęknąłeś, nie prosiłeś o litość, kiedy prokurator na rozprawie zażądał dla Ciebie kary śmierci”. Całe swoje życie Stanisław Mandecki był niepodważalnym autorytetem. Zresztą między tymi ludźmi – mimo upływu lat – istniała więź, choć do 1989 r. w wyrażaniu swoich emocji zachowywali dystans. Być może powodem była świadomość, że są obserwowani, inwigilowani przez komunistyczne władze.

Po 1989 r. to się zmieniło?

– Po 1989 r. otworzył się nowy rozdział w życiu tych młodych ludzi, etap pogłębienia wzajemnych relacji. Ci ludzie zaczęli się wówczas częściej spotykać, bywać ze sobą – tak jak przed laty. Służyły temu m.in. opłatki „Orląt”. Jednocześnie był to etap, kiedy ci ludzie – mając świadomość upływającego czasu – powoli się ze sobą żegnali. To pokolenie, niestety, bardzo szybko odchodziło, zbyt szybko…

Wspomniała Pani, że dla tych młodych ludzi najważniejsza była Ojczyzna – Ojczyzna zniewolona najpierw przez Niemcy, a po zakończeniu wojny przez reżim komunistyczny. Jak rudnickie „Orlęta” odnalazły się w tej rzeczywistości?

– Tych ludzi cechowała ogromna odwaga i wielkie serce. Działalność, jakiej się podjęli, m.in. akcje ulotkowe, plakatowe, przesyłanie ostrzeżeń komunistycznym aktywistom, była zagrożona poważnymi konsekwencjami, które ponieśli. To jest temat bardzo bolesny, o którym nie chciałabym mówić. Kiedy się spotykam i rozmawiam z młodzieżą, to tego wątku staram się nie dotykać. Przez blisko 50 lat małżeństwa z moim mężem Władysławem ten temat był obecny.

Ostatnim dowódcą rudnickich „Orląt” był Pani mąż Władysław Konefał ps. „Babinicz”. Jak wspominał swój udział w tej podziemnej organizacji?

– Trudno mówić, że był ostatnim dowódcą, bo kiedy założyciele z komendy Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta” w Rudniku nad Sanem odeszli, tylko on jeden pozostał i był traktowany jako komendant. Tak już zostało do końca. Trudno mówić o wspomnieniach mojego męża, bardziej było to wymowne milczenie. Nigdy nie chciał udzielać wywiadów. Paradoksalnie najsmutniejsza w naszym domu była Wigilia świąt Bożego Narodzenia. Byliśmy szczęśliwą rodziną, dwupokoleniową, ale mój mąż Władysław był zawsze bardzo smutny, zachowywał się zawsze jednakowo. Owszem, raz wspomniał, jak smutna była Wigilia w więzieniu, jak zgnieciony chleb zastępował im opłatek, którym się dzieli, ale tej tradycji dochowywali nawet tam. Próbowano ich upokarzać, celowo umieszczając w celach z przestępcami, ale czasem spotykali się tam z członkami innych organizacji młodzieżowych. Po wyjściu z więzienia ci ludzie starali się nawiązywać kontakty.

Czy pamięta Pani może jakiś szczegół dotyczący tych prób nawiązywania kontaktów?

– Był to schyłkowy okres życia mojego męża, ostatnie dziesięciolecie, kiedy w naszym domu zjawił się pan ze Strzyżowa, w mundurze harcmistrza, który wizytował stanicę harcerską. Pamiętam, jak sobie spojrzeli w oczy i padły tylko krótkie hasła: Rawicz i Strzyżów. Mąż nie pamiętał nazwiska, ale pamiętał, że był to człowiek ze Strzyżowa i że spotkali się w Rawiczu. To było bardzo miłe, ciepłe spotkanie po latach. Takich przykładów życzliwości między „Orlętami” było wiele, ale były też przykre wspomnienia. Kiedy zmarł kolega mojego męża Lesław Popowicz ps. „Lis”, razem z mężem byliśmy na pogrzebie. Za kilka dni zadzwonił inny kolega, mówiąc, że stan zdrowia nie pozwolił mu być na pogrzebie, ale kiedy poczuje się lepiej, to przyjedzie i odwiedzi grób Leszka. Wtedy mój mąż poprosił, abyśmy poszli na cmentarz, bo on nie pamiętał miejsca, w którym został pochowany jego kolega. Mąż był przy zdrowych zmysłach, ale emocje i przeżycia podczas pogrzebu kolegi – świadomość, że coś się skończyło, były tak duże, że nie zapamiętał nawet miejsca pochówku.

To tylko pokazuje, że działalność konspiracyjna była wielką próbą charakterów dla tych młodych ludzi…

– Bezwzględnie. Ale oni zawsze mieli mocne charaktery. To byli ludzie z charakterem, ludzie z krwi i kości.

Jak te przeżycia wpłynęły na ich późniejsze życie, na ich losy?

– To było bardzo trudne życie. Ta ich działalność, skutki zaangażowania w Tajną Organizację Młodzieżową „Orlęta” były odczuwane nie tylko przez nich, ale pośrednio przeniosły się także na ich rodziny.

Jak rudnickie „Orlęta” wpisały się w historię miasta? Wspomniała Pani wcześniej, że często na ten temat rozmawia Pani z młodzieżą. Jak młodzież odbiera postawę swoich starszych „kolegów”

– Rudnickie „Orlęta” w moim sercu nauczyciela zawsze wywoływały wielkie emocje, szczególnie po roku 1989. Dostępna wówczas literatura przybliżała te postawy i ofiarę tych młodych ludzi, często też dzieci. Potem wielkie emocje wywołało u mnie spotkanie „Orląt” po 40 latach. 53 starszych już panów stanęło przed budynkiem liceum i szło do kościoła w Rudniku nad Sanem, aby podziękować Bogu za to, że wciąż żyją, żeby podziękować za opiekę i błogosławieństwo. To było niezwykłe. Muszę się też podzielić swoją refleksją, mianowicie po śmierci mojego męża Publiczne Gimnazjum w Rudniku, w dużej mierze dzięki burmistrzowi Rudnika nad Sanem Waldemarowi Grochowskiemu, dyrektorowi szkoły Andrzejowi Błażowi i wspaniałemu gronu nauczycielskiemu, od 10 września 2015 r. nosi imię „Orląt”. Zresztą szkoła dla ówczesnej młodzieży, dla rudnickich „Orląt”, zawsze była siedliskiem. Piękna atmosfera, życzliwość sprawiały, że to było miejsce bezpieczne, kuźnia charakterów, które później decydowały o ich trafnych życiowych wyborach. Kiedy już odszedł mój mąż, gimnazjum zaprasza mnie na uroczystości m.in. z okazji dnia patrona, z okazji rocznicy zbrodni katyńskiej czy innych uroczystości patriotycznych, gdzie mam okazję podzielić się swoimi spostrzeżeniami z młodzieżą. To ważne tym bardziej, że obserwuję pewną metamorfozę, a mianowicie, że wzrasta znaczenie wychowania patriotycznego wśród polskiej młodzieży. Ta młodzież inaczej – bardziej pozytywnie – ustosunkowuje się do treści, jakie się kryją pod hasłami: Bóg, Honor, Ojczyzna, co więcej, utożsamia się z tymi wartościami, za czym idą też określone postawy. W szkole czuć tę atmosferę, którą bez wątpienia stwarzają nauczyciele.

To oznaczałoby, że młodzież nie jest taka zła, jak się utarło?

– Nigdy się nie zgodzę ze stwierdzeniem, że młodzież była czy jest zła. Wyławianie elementów trudniejszych charakterystycznych dla młodzieńczego wieku jest pewnym uproszczeniem. Młodzież w tym czasie poszukuje autorytetów, przewodników, ale nigdy nie jest zła. Wydaje mi się, że ogólna atmosfera we współczesnym świecie, w kraju nie pozostaje bez wpływu na postawy i zachowanie również młodzieży. Młodzież – zawsze ciekawa świata – jest zainteresowana tym, co się dzieje, młodzież jest poważna, kiedy potrzeba, w ważnych momentach. Na uroczystościach w Centrum Wikliniarstwa w Rudniku nad Sanem, w 70. rocznicę powstania „Orląt”, na które mnie zaproszono, usłyszałam bardzo piękny wiersz autorstwa jednej z uczennic naszego gimnazjum. To był wiersz, który odznaczał się znajomością faktów, a zarazem zawierał głębię uczuć. Poprosiłam młodziutką autorkę, czy mogłaby mi ofiarować swój wiersz, który przyjęłam z wielką radością. To tylko jeden z przykładów, który wskazuje, że zaczyna wyrastać pokolenie sercem kochające Ojczyznę. Nie oznacza to, że ci młodzi ludzie już wcześniej nie kochali Polski, tylko być może nie było okazji, odpowiedniej atmosfery, żeby te swoje uczucia uzewnętrznić, okazać. Nigdy jednak nie pozwolę powiedzieć, że młodzież była zła, bo to nieprawda. Zawsze kochałam szkołę, bardzo kochałam swoją pracę i swój zawód historyka. I do dziś dnia są to moje skarby.

„Orlęta” to już historia, ale czy tamta młodzież jest wzorem dla tych młodych ludzi, o których Pani mówi z taką atencją?

– Mogę to powiedzieć na przykładzie moich kontaktów z nauczycielami i młodzieżą gimnazjalną. W Publicznym Gimnazjum w Rudniku nad Sanem ukazuje się szkolna gazetka zatytułowana „Krecik” i zapewniam, że każdy, kto sięgnąłby do tego pisma, byłby zdumiony tym, jak pięknie młodzież potrafi pisać o swoim patronie, o „Orlętach”, czy to z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja czy innych rocznic ważnych dla nas, Polaków. Można tam znaleźć sylwetki, życiorysy bohaterów, ale młodzież sięga nawet do wywiadów z naszymi lokalnymi bohaterami dziś już nieżyjącymi. Kiedy zaproszono mnie do szkoły z okazji Dnia Patrona – już po śmierci mojego męża, o czym wspomniałam wcześniej – byłam niezwykle wzruszona, kiedy wszyscy uczcili pamięć mojego męża Władysława także na łamach „Krecika”.

Dziękuję za rozmowę. Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... terem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 14 lip 2017, 09:14 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7536
Lokalizacja: Podlasie
Znakomity artykuł Piotra Lisiewicza z "Nowego Państwa" o sowieckich bagnetach, na których przyjechali sędziowie. (z 2015 roku)


Koniec bezkarności postsowieckiego wymiaru sprawiedliwości! Historyczny gest prezydenta Dudy

Obrazek

Obecny polski wymiar sprawiedliwości jest kontynuacją tworu, który powstał w 1943 r. w Związku Sowieckim. Po aresztowaniu przedwojennych sędziów, tzw. „grupy operacyjne” wkraczające z Rosjanami zakładały nowe sądy, których celem było wychowanie tzw. „sędziów nowego typu”, służących komunistom. To ich odziedziczyła III RP i przyjęła, że nadają się, by pełnić rolę wymiaru sprawiedliwości niepodległego państwa.

Decyzję prezydenta Andrzeja Dudy, by bez czekania na drugą instancję unieważnić jawnie niesprawiedliwy wyrok wobec Mariusza Kamińskiego, można odczytać jako demonstrację. Tego, że fikcja, zgodnie z którą narzędzie stworzone przez komunistyczny totalitaryzm do walki z Polakami, może ich sprawiedliwie sądzić, kończy się.

Środowisko sędziowskie nigdy po 1989 r. nie zostało poddane weryfikacji. Olbrzymie zło, wyrządzone obywatelom przez wielopokoleniową sędziowską sitwę, musi zostać rozliczone, a ci, którzy sprzeniewierzyli się zasadom niezawisłości, usunięci i ukarani. Tego chce większość Polaków – według sondaży ponad połowa z nich nie ufa wymiarowi sprawiedliwości.

Historia tego, jak powstawał i rozwijał się ów stworzony przez Związek Sowiecki twór, jest w III RP jednym z tematów tabu. Artykuł Piotra Lisiewicza z miesięcznika „Nowe Państwo” przerwał zmowę milczenia w tej sprawie. Poniżej zamieszczamy go w całości. (red.)

Skazał na śmierć „Nila” i szkolił elitę sędziów III RP

„Bierni i wrodzy”, „reakcyjne elementy w prawnictwie”, „usiłujący kompromitować młody aparat bezpieczeństwa” – tak mówiła o przedwojennych sędziach propaganda PRL, co skutkowało ich aresztowaniami i wyrzucaniem z pracy. Ich miejsce zajął wyszkolony w trybie przyspieszonym „młody narybek prawniczy”, potrafiący pokonać „skostnienie i formalizm” i „dojrzeć – gdzie czyha wróg”. Nowy wymiar sprawiedliwości wchodził do Polski, nierzadko dosłownie, na sowieckich bagnetach. Ale „walka o nowy typ sędziego” wymagała dziesięcioleci pracy ideologicznej nad świadomością narybku.

Ten narybek, wprawdzie inaczej niż w pierwszych latach PRL, mający już maturę, a nawet skończone studia, odziedziczyła III RP. I przyjęła, że „sędziowie nowego typu” nadają się do tego, by wypełniać rolę wymiaru sprawiedliwości niepodległego państwa.

Satyryk Bohdan Smoleń mawiał, że niezawisłość sędziowska polega u nas głównie na tym, że żaden sędzia jeszcze nie zawisł. Samo środowisko prawnicze w swej większości nigdy nie widziało potrzeby oczyszczenia się z ludzi wsadzających do więzień tych, którzy walczyli o wolną Polskę.

Do rangi symbolu urasta fakt, że uczniem prof. Igora Andrejewa, w latach stalinowskich głównego ideologa „walki o nowy typ sędziego”, jest prof. Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego z lat 1998–2010, odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Andrejew teorię łączył z praktyką – był jednym z trzech sędziów, którzy utrzymali w mocy wyrok śmierci na gen. Emila Fieldorfa „Nila”, a następnie negatywnie zaopiniował prośbę o jego ułaskawienie.

Nie był to fakt w PRL szerzej znany. Nie stanowiło natomiast dla nikogo zorientowanego tajemnicy, że Andrejew w latach stalinowskich piastował stanowisko dyrektora Centralnej Szkoły Prawniczej im. Teodora Duracza, zwanej „Duraczówką”, którą to nazwę ludowa mądrość połączyła z rosyjskim słowem „durak”, czyli głupek. To tam w ciągu dwuletnich przyspieszonych kursów pod kierunkiem Andrejewa szkolono w ideologicznym zapale kadry kierownicze zbrodniczego stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości. Matury nie wymagano.

Mimo to po likwidacji skompromitowanej „Duraczówki” przez cały PRL Andrejew wychowywał pokolenia sędziów na Uniwersytecie Warszawskim i w Polskiej Akademii Nauk. Zaś jego uczeń Gardocki nie widział przeszkód, by w 1988 r. jako redaktor naukowy opracować „Tom specjalny wydany dla uczczenia pracy naukowej Igora Andrejewa”.

Sądy i prokuratura – największa klęska III RP

W wyniku utrzymania tej ciągłości, którą symbolizują nazwiska Andrejewa i Gardockiego, mamy aparat sprawiedliwości niezdolny do bronienia honoru Polski po smoleńskiej tragedii. Od 26 lat niepotrafiący rozliczyć komunistycznych zbrodni. A na co dzień – nienadający się do skutecznej walki z przestępczością białych kołnierzyków. Za to nierzadko wsadzający do więzień i szpitali psychiatrycznych osoby niemające pieniędzy na adwokata, które popadły w konflikty z urzędniczymi sitwami.

Ubocznym skutkiem braku weryfikacji w wymiarze sprawiedliwości jest niechęć do rozmowy o jego historii. Owszem, o zbrodniach stalinowskich wiemy sporo. Natomiast nic lub prawie nic nie pisze się o tym, jak powstał aparat prokuratorski i sądowniczy zdolny do tych zbrodni. I jak przetrwał różne historyczne zakręty.

Lukę w tym zakresie wypełnia mało znana publikacja nieżyjącego już historyka IPN Grzegorza Jakubowskiego „Sądownictwo powszechne w Polsce w latach 1944–1950” z 2002 r. Opis „walki o nowy typ sędziego” czyta się fragmentami jak sensacyjną historię, ale bardziej wnikliwe wczytanie się w nią pokazuje, że jest to także opowieść o genezie rzeczywistości otaczającej nas dzisiaj.
Rozprawa z przedwojennymi sędziami dokonywała się ewolucyjnie, bo zwolnić od razu wszystkich po prostu się nie dało. Leon Chajn, wszechwładny stalinowski wiceminister sprawiedliwości, wskazywał w 1947 r., że „są jeszcze prokuratorzy, którzy zdradzają zbytek gorliwości formalnej przy przetrzymywaniu zbirów z NSZ. Najwyższy czas skończyć z tym marazmem”. Piętnował on sędziów, którzy „usiłują kompromitować młody aparat bezpieczeństwa”.

I wyznaczał kierunek przemian: „Ci muszą odejść z szeregów sądownictwa, bo w nowej Polsce prawo może stosować ten, kto rozumie i odczuwa potrzebę dokonania przewrotu. Zastąpią ich nowe, młode kadry, które wyjdą ze zreformowanych uniwersytetów bądź ze specjalnych szkół prawniczych, przygotowujących w trybie przyspieszonym młody narybek prawniczy”.

Grupy operacyjne i wojska sowieckie zakładają sądy

„Działalność grup operacyjnych stanowi mało znany, acz pasjonujący temat” – pisze Jakubowski. Te kilkuosobowe grupy wkraczały do poszczególnych miast, by zakładać nowy wymiar sprawiedliwości. „Niekiedy, na przykład do Bielska, grupa operacyjna przybywała wraz z czołówkami wojsk radzieckich” – czytamy. Do ich zadań należało wyznaczenie kierowników prokuratur i sądów – zarówno powszechnych, jak i specjalnych.

W lutym 1945 r. jedna z takich grup wkroczyła do Kielc. Na 19 lutego zwołano tam konferencję prawników. Przybyli na nią przedwojenni sędziowie i prokuratorzy, by pomóc grupie operacyjnej w wykonaniu zadania. Wojska sowieckie miały jednak wobec nich inne plany. Wszyscy kieleccy sędziowie i prokuratorzy – z wyjątkiem jednego o nazwisku Woskriesienski – zostali na polecenie sowieckich dowódców aresztowani.
Jakubowski pisze: „Podobnie było w Jędrzejowie i Miechowie. Interwencje grup operacyjnych u radzieckich komendantów wojennych nie przyniosły rezultatu. Podobnych wypadków było o wiele więcej. Na przykład w toku działań grupy operacyjnej krakowsko-śląskiej stwierdzono aresztowanie kierownika i sędziego w SG w Wieliczce, całych obsad SG w Bochni, Gorlicach, Bieczu i Limanowej. W Tarnowie władze radzieckie aresztowały bądź poszukiwały czterech sędziów okręgowych, pięciu prokuratorów i wiceprokuratorów oraz dwóch sędziów grodzkich. W Nowym Sączu aresztowano czterech sędziów okręgowych i jednego urzędnika”.

Sowieccy współzałożyciele nowego wymiaru sprawiedliwości udzielali mu siłowego wsparcia, jednak niekoniecznie równie życzliwie odnosili się do sądowego mienia. „Budynek sądowy w Czarnem został spalony, w Białoborku ograbiony, a siedziba sądu we Frydlądzie zajęta przez wojska radzieckie” – czytamy.

Uderzyć całym ostrzem we wroga klasowego

Sędzia Aleksander Rypiński należał do tych, którzy najbardziej otwarcie zdefiniowali istotę walki o nowy typ sędziego. Na łamach „Demokratycznego Przeglądu Prawniczego” pisał w 1948 r.: „Chodzi o to, aby zerwać opaskę z oczu naszej Temidy, aby wiedziała, kogo sądzi, robotnika czy chłopa, bogacza miejskiego czy spekulanta, wroga klasowego czy jednostkę światopoglądowo przynależną do klasy robotniczej. Chodzi o to, aby „miecz” naszej sprawiedliwości nie działał na oślep w myśl jakichś abstrakcyjnych, oderwanych od życia zasad, lecz potrafił w wirze ścierających się sił uderzyć całym swoim ostrzem we wroga klasowego”.

Skąd wzięli się twórcy nowego wymiaru sprawiedliwości? 7 lipca 1943 r. uchwałą prezydium Związku Patriotów Polskich powołany został Wojskowy Sąd Sił Zbrojnych w ZSRR. Zasiadali w nim – obok Polaków – sowieccy towarzysze delegowani do służby w polskich siłach zbrojnych.

30 maja 1944 r. dwoma rozkazami ustanowione zostały wojskowy kodeks karny, kodeks postępowania karnego oraz prawo o ustroju sądów i prokuratur. Jak pisze Jakubowski, cechą charakterystyczną tych aktów był fakt, że wzorowano je na prawodawstwie radzieckim.

W drugiej połowie 1945 r. na polecenie Bolesława Bieruta sowiecki generał Aleksander Tarnowski opracował koncepcję organizacji powszechnego wymiaru sprawiedliwości w PRL. Jak stwierdza Jakubowski, miała być ona odzwierciedleniem przemian, które dokonały się już w sądownictwie wojskowym. Tarnowski pisał, że prawnik wojskowy nie może być oderwany od rzeczywistości politycznej, a przede wszystkim „musi on być aktywnym bojownikiem ustroju demokratycznego, szermierzem jego ideałów zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym”.

„Wojskowy Przegląd Prawniczy” doprecyzowywał, że sędzia czy prokurator będzie najlepiej realizował swe zadania, kiedy „nie tylko nauczy się odpowiedniego stosowania ustaw, ale i potrafi włączyć się psychicznie do procesu nowych przemian społecznych, dojrzeć – gdzie czyha wróg”.

Reformatorzy z KPP, Związku Patriotów Polskich i PPR

Pierwszymi ministrami sprawiedliwości byli ludowcy, jednak historycy zgodni są, że ich rola była marginalna, zaś nieporównywalnie większą władzę od nich miał – formalnie będący tylko wiceministrem – wspomniany wiceminister Leon Chajn. W latach 1933–1939 był on aplikantem w kancelarii adwokata Michała Kulczyckiego – powojennego dziekana Rady Adwokackiej w Warszawie. Od 1933 r. działał w KPP, był też studenckim działaczem komunistycznym. W czasie wojny trafił do ZSRR. Był działaczem Związku Patriotów Polskich i oficerem politycznym I Armii Polskiej w ZSRR.

Do uczestników grup operacyjnych należał też prof. Jerzy Sawicki (jego uczniem był Leszek Kubicki, w III RP minister sprawiedliwości w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza). Od 1946 r. z polecenia ministra sprawiedliwości podjął on śledztwo dotyczące Katynia, z zamiarem przypisania tej zbrodni Niemcom. Razem z Andrejewem i prof. Leszkiem Lernellem był on autorem stalinowskiego podręcznika „Prawo karne Polski Ludowej”.

Lernell, wcześniej działacz KPP, Związku Patriotów Polskich i PPR, w swym referacie wygłoszonym na zebraniu Zarządu Głównego Zrzeszenia Prawników Demokratów stwierdzał: „Reakcyjne, konserwatywne elementy w prawnictwie usiłują sprowadzić problemy wymiaru sprawiedliwości do spraw czysto fachowych, do wątku wąskiego profesjonalizmu”.

Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego w latach 1945–1956 był Wacław Barcikowski. W międzyczasie był m.in. członkiem Prezydium KRN, zastępcą przewodniczącego Rady Państwa i członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jego wnukiem jest Andrzej Barcikowski, były pracownik KC PZPR, szef ABW za rządów Leszka Millera, po objęciu władzy przez Donalda Tuska członek Rady Konsultacyjnej ABW, a obecnie dyrektor Departamentu Ochrony NBP.

Wacław Barcikowski tak charakteryzował w 1947 r. typowego przedstawiciela starej kadry sędziowskiej: „Tradycja i rutyna czynią zeń często wstecznika nie zdążającego za rydwanem czasu. A trzeba spojrzeć rzeczywistości w oczy, najwspanialszy postęp wydaje się »brutalnym« naruszeniem »pięknych tradycji przeszłości«”.

Sądy kiblowe, czyli „najwspanialszy postęp”

„Najwspanialszy postęp” którego wyrazem były stalinowskie zbrodnie, faktycznie wymagał od organizatorów stalinowskiego aparatu sprawiedliwości zastosowania metod odmiennych niż „tradycyjne i rutynowe”.

12 września 1944 r. dekretem PKWN powołano specjalne sądy karne. Ważnym efektem tego dekretu było też utworzenie komisji mieszkaniowych, wyrzucających z mieszkań element reakcyjny. Akt oskarżenia dla sądzonych przez sądownictwo specjalne powstać musiał w ciągu 14 dni, zaś prawomocny wyrok zapaść w ciągu 48 godzin.

W 1945 r. przy sądach okręgowych i apelacyjnych utworzono wydziały doraźne, z których wiele obsadzono tymczasowo przenoszonymi w stan spoczynku oficerami z wojskowego wymiaru sprawiedliwości. Odniosły one spore sukcesy – tylko od lutego do czerwca 1946 r. wydały 361 wyroków śmierci na działaczy organizacji niepodległościowych.

Jak pisze Jakubowski, przedstawiciele wydziałów doraźnych czuli się na tyle pewnie, że niekiedy prezesi sądów apelacyjnych i okręgowych nie byli nawet informowani o powoływaniu przy nich wydziałów doraźnych.

Szczególnym wyrazem „najwspanialszego postępu” były tzw. sądy kiblowe. Nazwa ta dotyczy „rozpraw”, które toczyły się nie na salach sądowych, lecz w celach. „Sędziowie” siadali w ich czasie na pryczach, zaś oskarżonemu zostawał sedes wmontowany w kącie celi. Nie brali w nim udziału obrońcy, a wyrok znany był wcześniej. W ten sposób dokonano wielu mordów sądowych. „Twór ten, który trudno nazwać sądem, z biegiem czasu rozrastał się. Jeszcze w 1950 r. tego typu sekcja powstała w SA w Warszawie. Przypuszcza się, że podobne działały w Białymstoku, Krakowie, Lublinie, Łodzi i Rzeszowie. Brak o nich jednak bliższych informacji” – pisze Jakubowski.

Stefan Michnik i inni sędziowie bez wykształcenia

Reformatorzy wymiaru sprawiedliwości w PRL przez pierwsze jej lata podkreślali brak zaufania do przedwojennych kadr dominujących w sądownictwie powszechnym i tym uzasadniali konieczność działania sądownictwa specjalnego, zajmującego się wrogami ustroju.

Jak wyjaśniał Chajn, „wrogie nastawienie tej części kadry wobec ustroju demokratycznego spowodowało przekazanie najpoważniejszej części orzecznictwa sądom wojskowym, które zapewniają szybki i skuteczny wymiar sprawiedliwości; skostnienie i formalizm doprowadzony do absurdu wśród części kadr zrodził komisję specjalną do zwalczania nadużyć, komisje nadzwyczajne do zwalczania problemów mieszkaniowych”. W podobnym duchu wypowiadał się poseł PPR Włodzimierz Sokorski, późniejszy minister kultury, który stwierdzał, że sądownictwo „nie wyczuwa istoty przemian”.

W ocenie Departamentu Kadr Ministerstwa Sprawiedliwości z 1949 r. ówcześni absolwenci mieli być „bodajże gorsi od starej kadry”, gdyż ciążył na nich „balast ideologiczny studiów prawniczych prowadzonych w duchu nam obcym”.

Robiono jednak wszystko, by przyspieszyć znalezienie następców elementu reakcyjnego i zbliżyć sądownictwo powszechne do standardów sądownictwa specjalnego. Dekret z 22 stycznia 1946 r. dawał ministrowi sprawiedliwości prawo nadzwyczajnego dopuszczania do stanowisk w wymiarze sprawiedliwości osób nieposiadających prawniczego wykształcenia.

Zgodnie z nim na stanowisko sędziego i prokuratora mogły być mianowane osoby, które ze „względu na kwalifikacje osobiste lub działalność naukową, zawodową, społeczną lub polityczną i dostateczną znajomość prawa, nabytą przez pracę zawodową bądź w uznawanych przez MS szkołach prawniczych, dają rękojmię należytego wykonywania obowiązków sędziowskich lub prokuratorskich”. Wśród sędziów, którzy nigdy nie ukończyli studiów prawniczych, był stalinowski zbrodniarz sędzia Stefan Michnik, który wydawał wyroki śmierci na żołnierzy AK.

„Duraczenie” elity, roczna resocjalizacja opornych

1 czerwca 1948 r. powołana została do życia Centralna Szkoła Prawnicza im. Teodora Duracza, zwana „Duraczówką”. Do szkoły tej przyjmowano absolwentów resortowych szkół średnich, w tym także bez matury. W ciągu dwóch lat szkoleni oni byli do zajmowania najwyższych stanowisk w sądownictwie. W latach 1946–1949 do sądownictwa trafiło 350 jej absolwentów.

Obok przedmiotów prawniczych uczono w niej materializmu dialektycznego, materializmu historycznego oraz ustroju ZSRR. Jej dyrektor, wspomniany Igor Andrejew, spolszczony Rosjanin, chwalił się, że szkoła jest pierwszą uczelnią wyższą, w której „wszystkie przedmioty są wykładane zgodnie z założeniami marksizmu–leninizmu”. Jak tłumaczył z kolei wiceminister sprawiedliwości Zenon Kliszko, jej absolwenci stanowili „nowy profil prawników ludowego wymiaru sprawiedliwości, nastawiony na syntezę aktywności społeczno-politycznej z solidnym przygotowaniem fachowym”.

Oprócz prof. Lecha Gardockiego uczniem Andrejewa był – później, nie w czasach „Duraczówki” – prof. Lech Falandysz, w III RP wiceszef Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy.

Ponieważ nie wszystkie sądy można było obsadzić absolwentami „Duraczówki”, pozostałych sędziów poddawano szkoleniu ideologicznemu. Czołową rolę odgrywał tu utworzony w 1948 r. Ośrodek Szkolenia Kadr Ministerstwa Sprawiedliwości w Józefowie. W czasie trwających aż pół roku marksistowsko-leninowskich kursów ideologicznych przeszkolono tu 3646 osób, w tym 1222 sędziów. Szczególną uwagę zwracano na „opornych” bezpartyjnych pracowników sprawiedliwości.

W 1953 r. „Duraczówka” przemianowana została na Ośrodek Doskonalenia Kadr Sędziowskich i Prokuratorskich im. Teodora Duracza. Jak pisze Piotr Kładoczny w pracy „Kształcenie prawników w Polsce w latach 1944–1989”, celem ośrodka było podnoszenie „kwalifikacji zawodowych i poziomu ideologicznego sędziów i prokuratorów”. Kursy były jeszcze dłuższe, w zasadzie jednoroczne,
Specjalny charakter miał zorganizowany w kwietniu 1952 r., po likwidacji szkoły prawniczej w Toruniu, Centralny Ośrodek Szkolenia Urzędników Sądowych, mający za cel „polityczne przeszkolenie kadry urzędników, szczególnie młodych, oraz ich zawodowe doszkalanie”.

Gdzie czyha wróg

To przemiany lat 40.i 50. spowodowały powstanie wielopokoleniowej prawniczej sitwy, która przetrwała wszystkie polityczne burze PRL i III RP i nigdy nie poddana została prawdziwej weryfikacji.
Józef Chajn, były sekretarz Fundacji Stefana Batorego, zapewniał w 2009 r. na łamach „Gazety Wyborczej” (z której środowiskiem był związany), że jego ojciec Leon Chajn „tak jak wielu z jego środowiska i pokolenia miał świadomość fałszu i zmarnowania wielu lat aktywnego życia” oraz „wyzbył się młodzieńczych i późniejszych iluzji”.

Nie zmienia to faktu, że owoce dzieła życia Chajna odczuwamy do dziś. Zamykanie się korporacji prawniczych w III RP spowodowało, że w 2015 r. w sądach i prokuraturze roi się zarówno od pracowników zaczynających kariery w komunizmie, jak i dzieci, wnuków oraz wychowanków dawnego „narybku”.

Nierzadko nadal potrafiących dostrzec, „gdzie czyha wróg”. Odległych wartościami wyniesionymi z domu od etosu sędziego czy prokuratora niepodległego państwa. Poza wszystkim nazbyt często prezentujących katastrofalnie niski poziom, co wynika z trwającego od dziesięcioleci ograniczenia konkurencji z rówieśnikami zdolniejszymi, ale wywodzącymi się z niewłaściwych rodzin.

http://niezalezna.pl/73013-koniec-bezka ... denta-dudy

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 25 lis 2017, 13:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://blogpress.pl/node/23678

Mordercy w mundurach (1)
Godziemba, pon., 13/02/2017 - 08:44

Bardzo istotne ogniwo kontroli nad „ludową” armią stanowił kontrwywiad wojskowy, którego zadaniem było przede wszystkim zapobieganie wrogiej infiltracji, a także kultywowanie „właściwych” zachowań pośród żołnierzy i oficerów.
W dniu 10 września 1944 roku komunistyczne władze utworzyły Zarząd Informacji Naczelnego Dowództwa WP, którego struktura opierała się na sowieckich wzorcach – kontrwywiadu wojskowego „SMIERSZ”.
Pierwszym szefem Informacji został sowiecki oficer płk Piotr Kożuszko, współpracownik gen. NKWD Gieorgija Żukowa, łącznika władz sowieckich z armią gen. Andersa, podczas jej pobytu w Związku Sowieckim.
Nowa instytucja nie wchodziła w skład żadnych struktur sztabowych, posiadając samodzielność pod względem strukturalnym i zadaniowym. Płk. Kożuszko jedynie informował Naczelne Dowództwo WP o podejmowanych przedsięwzięciach. Jego faktycznym zwierzchnikiem był zastępca komisarza spraw wewnętrznych ZSRS gen. Iwan Sierow, będący de facto namiestnikiem sowieckim w Polsce. To Sierow wydawał mu polecenia i to jemu Kożuszko składał szczegółowe meldunki. Ponadto Kożuszko utrzymywał ścisły kontakt z zastępcą szefa Głównego Zarządu Kontrwywiadu Wojskowego „SMIERSZ” gen. Nikołajem Seliwanowskim.
Zarząd Informacji ND WP w październiku 1944 roku został przekształcony w Kierownictwo Informacji WP, które w dniu 11 marca 1945 roku przyjęło nazwę Głównego Zarządu Informacji WP.
Wobec wstąpienia (przymusowego lub ochotniczego) do „ludowego” WP kilku tysięcy b. żołnierzy Armii Krajowej, kontrwywiad wojskowy otrzymał zadanie ich rozpracowania oraz ustalenia powiązań między nimi. W tym celu wszystkie struktury Informacji WP rozpoczęły tzw. infiltrację członków AK, by wykryć ich w szeregach WP, ustalić wszelkie przejawy ewentualnej wrogiej działalności oraz uruchomić liczną agenturę. Tylko w 1 Armii WP sieć agenturalna na jesieni 1944 roku liczyła 3220 osób, w tym 74 agentów, 389 rezydentów i 2757 informatorów.
Od początku we wszystkich raportach i sprawozdaniach Informacji Wojskowej AK przedstawiano jako organizację wrogą, obarczając ją odpowiedzialnością za wszelkie negatywne zjawiska występujące w wojsku, w tym głównie dezercję. Istotny wpływ na to miała dezercja znacznej części żołnierzy 31 pp, która została wykorzystana przez Stalina do dodatkowego zdyscyplinowania „polskich” marionetek.
W rezultacie na posiedzeniu Biura Politycznego KC PPR postanowiono „przebudować Wydział Informacyjny w wojsku rozszerzając zakres jego pracy do ogólnopolitycznego wywiadu niezbędnego do oświetlenia procesów, mających związek z wojskiem oraz przydzielić do tej pracy partyjne i szczerze demokratyczne kadry polskie”.
Jednocześnie zadecydowano przeprowadzić „gruntowną czystkę w wojsku z elementów reakcyjnych, przede wszystkim w Sztabie Formowanie, Sztabie Głównym, Sztabie Zaopatrzenia, RKU, szkołach wojskowych i obsadzić decydujące placówki pewnymi ludźmi, nie stosując ryczałtowo negatywnego stosunku do wszystkich dawnych oficerów polskich, wzmóc czujność w stosunku do nich. Internować wszystkich oficerów AK i NSZ, oddziaływujących szkodliwie na stan polityczny i zdolność bojową wojska”.
Realizując to zadanie Informacja WP na początku listopada 1944 roku internowała 439 b. żołnierzy AK, choć jeszcze w październiku jako aktywnych charakteryzowano jedynie 166 b. członków AK. Pozostałych nie przejawiało, wedle Informacji, żadnej działalności opozycyjnej.
Internowanych skierowano do I Specjalnego Obozu Tyłów Zarządu Informacji WP w Skrobowie koło Lubartowa, którego komendantem został mjr Aleksander Kałasznikow. Obóz w Skrobowie miał być wedle planów jedną z kilku placówek o podobnym charakterze. Jednak w dniu 27 marca 1945 roku zbiegło z niego 48 b. żołnierzy AK.
W związku z zaistniałą sytuacją płk Kożuszko w piśmie do Sierowa zaproponował, aby wobec „aktywizacji AK w powiecie lubelskim i nie bardzo pewną ochroną, rozważyć zagadnienie wywozu internowanych z terenów Rzeczypospolitej jako możliwą bazę AK”. Ostatecznie 346 b. żołnierzy AK zostało wywiezionych do Związku Sowieckiego. Niektórzy z wywiezionych wrócili po 1947 roku, inni po 1956 roku. Wielu jednak nigdy nie wróciło z „nieludzkiej ziemi”.
W wielu sprawozdaniach partyjnych oraz wojskowych łączono działalność AK z Niemcami. Nic więc dziwnego, iż w raporcie z lutego 1945 roku płk Kożuszko informował gen. Żymierskiego, iż „oprócz tego w ciągu lutego 1945 r. przez nas internowano do specjalnego obozu akowców i Volksdeutschów – 83 osoby”. Z kolei trzy miesiące później szef Informacji wskazywał, iż za „wrogą agitację aresztowano 130 akowców i innych osób”.
W lutym 1945 Informacja Wojskowa przystąpiła do operacyjnego rozpracowania b. jeńców oflagu II D Grossborn (Borne-Sulimowo), w którym przebywało m.in. 1000 polskich oficerów. Spośród nich jedynie 97 oficerów wyraziło gotowość wstąpienia do WP.
Po zakończeniu wojny i powrocie do kraju wielu tysięcy b. żołnierzy WP i AK Informacja Wojskowa w stosunku do każdego prowadziła wstępne rozpracowanie, szczególnie dokładnie sprawdzając tych, którzy wyrazili chęć wstąpienia do wojska polskiego.
Po powstaniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i wejściu do niego przedstawicieli PSL, Informacja Wojskowa rozpoczęła ujawnianie sympatyków tej partii wśród żołnierzy WP. W wyniku przeprowadzonych operacji „odnaleziono” w 1946 roku 1401 członków i sympatyków PSL, w tym 429 oficerów, 410 podoficerów i 562 szeregowców. Jednocześnie nie stwierdzono zbyt wielkiego zagrożenia „morale” żołnierzy ze strony tzw. organizacji podziemnych.
Jednym z największych „sukcesów” Informacji w 1946 roku było wykrycie i zlikwidowanie rzekomej organizacji podziemnej pod nazwą „Wojsko Krajowe” w Oficerskiej Szkole Piechoty nr 3 w Inowrocławiu. W sumie aresztowano 36 oficerów i żołnierzy, których celem miało jakoby być „uprowadzenie szkoły na stronę band leśnych”. W czasie procesu członków tej organizacji zapadły wysokie wyroki, w tym jeden wyrok śmierci.
Ogółem w 1946 roku organy Informacji aresztowały 2266 osób, w tym 457 oficerów, 488 podoficerów, 671 szeregowców oraz 650 osób cywilnych, przede wszystkim pod zarzutem współpracy z „bandami”, podziemiem, „wrogą agitacją” oraz dezercją. W aresztach Informacji na porządku codziennym stosowano tortury i presję psychiczną, co niejednokrotnie prowadziło do śmierci aresztowanych.
Równocześnie na wniosek Informacji usunięto w tym samym roku z wojska z powodu „wrogiego nastawienia” 1359 oficerów i wszczęto tzw. śledztwa operacyjne w 256 sprawach.
Prowadzenie tak szeroko zakreślonych działań kontrwywiadowczych wymagało odpowiedniej sieci agenturalnej – w 1946 roku Informacja dysponowała 8530 agentami i informatorami. Sześć lat później Informacja Wojskowa liczyła ponad 24 tys. tajnych agentów, co oznaczało, że na ok. 15 żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego przypadał 1 agent. Jednym z nich był Wojciech Jaruzelski, posługujący się pseudonimem „Wolski”. Innym był por. (potem kapitan) Stefan Michnik.
CDN.

Godziemba's blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 25 lis 2017, 13:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://www.salon24.pl/u/chris1991/7567 ... durach-2,2

Mordercy w mundurach (2)

Na początku 1950 roku podejrzanych generałów przeniesiono z aresztu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego do aresztu Głównego Zarządu Informacji przy ul. Chałubińskiego. Śledztwo zaczęło przybierać tam coraz bardziej brutalne formy. Podstawowym środkiem przymusu fizycznego był tzw. konwojer, czyli trwające wielodniowe uciążliwe przesłuchania przy zmieniających się oficerach śledczych, podczas których osadzony mógł spać 1,5–2h w ciągu doby. Stosowano również tzw. stójki, czyli wielogodzinne stanie na baczność twarzą do ściany w celi albo na korytarzu.

Wzorem dla śledczych Informacji Wojskowej w zakresie prowadzenia śledztwa były procesy sowieckiej kadry dowódczej z końca lat 30. Ze względu na znikomą ilość materiału dowodowego dostarczana najważniejszą funkcję pełniły metody śledcze, które zorientowane były na wymuszanie zeznań. Wyniki śledztwa miały uwiarygodniać postawione tezy jeszcze przed rozpoczęciem przesłuchań. Kluczową rolę w tym postępowaniu odgrywała tzw. zasada łańcuszkowa. Polegała ona na właściwej analizie służbowych i osobistych kontaktów aresztowanych i odpowiednim ich sugerowaniu w toku przesłuchań. Dawały one początek nowym śledztwom, dzięki którym do więzień mogły trafiać następne grupy oficerów.

Metody te przyniosły pożądane skutki. Na podstawie wymuszonych zeznań można było nakreślić główne zarysy rzekomego spisku w wojsku. Z większości oświadczeń maltretowanych oficerów wynikało, że w Ludowym Wojsku Polskim działała konspiracyjna organizacja inspirowana z Londynu, która była powiązana z politycznym podziemiem cywilnym w Polsce. Do maja 1950 roku kolejni, przesłuchiwani brutalnymi metodami oficerowie, przyznawali, że, jakoby w oddziałach Sztabu Generalnego WP i w instytucjach centralnych MON, miały istnieć komórki konspiracyjne i szpiegowskie. Wskutek stosowania tortur i wymuszania składania fałszywych zeznań, śledztwo zaczęło zataczać coraz szersze kręgi, obejmując nie tylko gen. Tatara i Hermana, lecz również generałów: Spychalskiego, Mossora, Kirchmayera czy Kuropieski.

Posiedzenia rozprawy sądowej były szczegółowo relacjonowane przez komunistyczną prasę. „Pośród agentów wywiadu anglo-amerykańskiego, zdrajców ojczyzny, faszystów i wszelkiego rodzaju łajdaków antynarodowych, - pisał reporter „Żołnierza Wolności” - nie mogło na tej ławie oskarżonych braknąć ludzi, którzy w okresie okupacji hitlerowskiej kolaborowali z okupantem. […] Wydaje się, że dalsze komentarze dla charakteru Mossora są zbędne. (…) do cna zdeprawowany łajdak ośmiela się cynicznie określać swoje memoriały jako „owiane patriotycznym duchem”.

Najwyższe gremia partyjne z Jakubem Bermanem i Bolesławem Bierutem uznały, że w procesie TUN w przeważającej mierze nie powinny zapadać wyroki śmierci, aby ostatecznie nie zlikwidować połączeń z żołnierzami przedwojennego wojska. Początkowo odmienne zdanie w tej kwestii mieli przedstawiciele Głównego Zarządu Informacji WP oraz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy zamierzali wymierzyć głównym oskarżonym karę śmierci.

Podstawą do takiego procedowania miał być art. 86 § 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego, który stanowił, iż: „Kto usiłuje przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego, podlega karze więzienia na czas nie krótszy od lat 5 albo karze śmierci”.

W dniu 13 sierpnia 1951 roku został ogłoszony wyrok Najwyższego Sądu Wojskowego, w którym na karę dożywotniego więzienia skazano generałów: Tatara, Kirchmayera, Mossora i Hermana. Kary 15 lat więzienia wymierzono pułkownikom: Utnikowi, Nowickiemu i Jureckiemu. 12 lat więzienia otrzymali: mjr Roman i kmdr ppor. Wacek. Wszyscy oskarżeni otrzymali również środki karne w postaci utraty praw obywatelskich i publicznych na okres 5 lat.

Jakkolwiek gen. Spychalski został aresztowany w dniu 13 maja 1950 roku, a śledczy Informacji Wojskowej grozili mu odpowiedzialnością za „usiłowanie usunięcia przemocą ustanowionych organów władzy zwierzchniej narodu albo zagarnięcia ich władzy”, nigdy nie stanął przed sądem. Wypuszczono go na wolność na podstawie amnestii z 22 lipca 1952 roku, w dniu 9 marca 1956 roku, tuż przed śmiercią Bieruta, który uparcie wnosił o zakończenie jego sprawy wyrokiem skazującym.

Kulminacją procesu rozprawy ze spiskiem w wojsku było aresztowanie w marcu 1953 roku marszałka Michała Żymierskiego, jeszcze niedawnego ministra obrony narodowej. Żymierski spędził ponad 2 lata w więzieniu Głównego Zarządu Informacji. Śledztwo nie było zbyt intensywne, nie stosowano wobec niego brutalnych metod śledczych w rodzaju konwojera albo karceru. Ze względu na stan zdrowia został w lipcu 1955 roku przeniesiony do szpitala, a następnie uchylono wobec niego tymczasowy areszt i wypuszczono na wolność. Ostatecznie śledztwo w jego sprawie umorzono z braku dowodów w kwietniu 1956 roku.

Skalę represji komunistycznych najlepiej obrazują liczby. Łącznie w latach 1944–1956 funkcjonariusze organów Informacji Wojskowej dokonali 16 932 aresztowań wojskowych.


Wybrana literatura:

J. Sobiech - Polityka władz partyjnych i państwowych wobec Ludowego Wojska Polskiego w latach 1949–1956

J. Poksiński J - TUN: Tatar-Utnik-Nowicki. Represje wobec oficerów Wojska Polskiego w latach 1949–1956

J. Poksiński – Żołnierze Armii Krajowej w ludowym Wojsku Polskim

A. Skrzypek - Mechanizmy uzależnienia. Stosunki polsko-radzieckie 1944–1957


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wojna polsko-bolszewicka 1944-56
PostNapisane: 27 gru 2017, 10:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niezlomni.com/jak-zygmunt-berlin ... -kadry-ub/

Zygmunt Berling szczerze o komunistach po wojnie: UB jest zasilone szumowinami z niemieckiej policji, SS… ,,To pozłotka na gó*nie”
Opublikowane 2017/03/16 w Polska Ludowa

Obrazek

„Kasta [komunistyczna] zamyka się coraz mocniej i nie ma do niej dostępu.

Sytuację pogarsza jeszcze i ten fakt, że wewnątrz idzie zażarta walka o żłoby, stanowiska, wpływy…

Dziś Polska mogła być jednym z najbardziej wiarygodnych sojuszni­ków Zw[iązku] R[adzieckiego], a jest jednym z najbar­dziej podejrzanych źródeł kłopotów. Bo czymże innym może być państwo sojusznicze, w którym rząd przyjazny Zw. R. musi się utrzymywać przy władzy nie siłą organizacji klasy robotniczej, ale przy pomocy UB w dużych ilościach zasilonego szumowinami z [niemieckiej] policji, SS itd. i służącej wiernie sekcie, bo tylko w UB mogą oni uchronić przez wierną służbę swoje głowy…

Polska partia [komunistyczna] to pozłotka na gównie [podkreślenie w tekście] – nic więcej

List gen. Zygmunta Berlinga do Heleny Usijewicz z czerwca 1947 roku w „Wojskowym Prze­glądzie Historycznym”, nr 2 (144), Rok XXXVIII, kwiecień-czerwiec 1993, s. 221.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 155 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 7, 8, 9, 10, 11

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /