Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 205 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 14  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Świadomość historyczna
PostNapisane: 04 lis 2010, 11:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Krok po kroku, data po dacie rząd PO - PSL odbiera nam prawo do pamięci o naszej dumnej przeszłości

Niepotrzebne rocznice, wstydliwa niepodległość

Nie ma już defilad w Święto Niepodległości - a przecież jeszcze dobrze pamiętamy skurcz w gardle ze wzruszenia, gdy Lech Kaczyński, prezydent Rzeczypospolitej, odbierał honory wojskowe przed przemarszem pododdziałów naszego wojska. Dziś wojsko wydaje się w stadium likwidacji, a gdy wycofamy się z Afganistanu, rozproszeniu i dezorganizacji ulegną ostatnie jednostki, zdolne jeszcze do akcji bojowych. Ale po co nam wojsko - przekonuje rządowa propaganda - skoro nikt nie zagraża naszej niepodległości.

Kiedy już będziemy mieć armię słabszą i gorzej uzbrojoną od Estonii, wtedy naprawdę okaże się, czy nie mamy wrogów.
Czy wojsko uzbrojone w przestarzały sprzęt, słabo wyszkolone, marnie opłacane i pozbawione społecznego prestiżu będzie zdolne do obrony niepodległości w sytuacji, gdy ta niepodległość rzeczywiście zostanie zagrożona? A jak dostrzec zagrożenie niepodległości, skoro rocznica jej odzyskania jest co najwyżej okazją do występów znudzonych oficjeli, którym kiepscy sekretarze piszą kiepskie przemówienia, wypełnione okolicznościową papką. Skoro państwa nie stać na obchody Święta Niepodległości, to jak można oczekiwać, że narodową rocznicą przejmą się młodzi obywatele, że za swoje święto uznają ją polscy żołnierze, że telewizyjna publiczność, karmiona tego dnia zwykłą mieszanką rozrywkowych produkcji, zada sobie pytanie, czy niepodległość jest jej jeszcze do czegoś potrzebna.
Jak to się stało, że w odzyskanej po półwieczu niepodległej Polsce niepodległość okazała się tanim reliktem lekceważonej przeszłości? Na drodze do bezpaństwowego społeczeństwa w pozbawionej swej dumy i tradycji Europie obchody narodowych rocznic stały się wstydliwą pamiątką po czasach patriotycznych uniesień. W zamyśle ekipy PO - PSL na niepodległościowe pochody przychodzić powinni sterani wiekiem i biedą kombatanci oraz zawsze ta sama garstka ludzi, którzy nie dali sobie jeszcze wmówić, że miłość Ojczyzny jest już tylko przeżytkiem.

Kompleks niższości
Krok po kroku, data po dacie rząd PO - PSL odbiera nam prawo do pamięci o naszej dumnej przeszłości. W zeszłym roku na Westerplatte w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej spotkali się przywódcy państw, które na Polskę najechały: Niemiec i Rosji. Niegdysiejszych aliantów reprezentowali drugorzędni urzędnicy, a polski rząd pokornie wysłuchiwał wypowiedzi, które miały usprawiedliwić wrześniową agresję. Budowane w Gdańsku muzeum II wojny światowej ma - według jego twórców - reprezentować "europejski punkt widzenia", aby tylko nikogo nie drażnić naszymi polskimi pretensjami. Gdyby ktoś we Francji, Wielkiej Brytanii czy Norwegii wpadł na podobny pomysł, zostałby przez tamtejszą opinię publiczną bezlitośnie wyśmiany, a następnie wysłany na posadę, na której wymyślanie czegokolwiek daleko wykracza poza zakres jego obowiązków. Kto ma upomnieć się o polski punkt widzenia w prezentowaniu naszego udziału w największym z wojennych kataklizmów, jak nie my sami? I jak prostować brednie, które zdarza się wypisywać zagranicznym dziennikarzom, skoro już z góry rezygnujemy z upominania się o swoje racje? Obecna władza jest zupełnie głucha na tego typu pytania.
Jeszcze dziesięć lat temu w rocznicę Sierpnia ‘80 europejskie gazety zauważały zasługi "Solidarności" w przezwyciężaniu podziału Europy i demontowaniu żelaznej kurtyny. W tym roku dyskretnie wyciszyliśmy obchody 30. rocznicy największego w Europie strajku, ograniczając się do wyrzucenia pieniędzy na żenująco prowincjonalne widowisko. Pozwoliliśmy tym samym, aby to Niemcy, którzy skutecznie przypominają datę zburzenia berlińskiego muru, zapewnili sobie monopol na organizowanie święta wolności środkowo-wschodniej Europy.
Nie będzie Muzeum Ziem Zachodnich ani Muzeum Kresów, których projekty - usłużnie wobec możnych sąsiadów - skasował obecny rząd. Już szykuje się obcięcie funduszy dla Muzeum Powstania Warszawskiego. Instytut Pamięci Narodowej, najważniejsza z polskich instytucji realizujących politykę historyczną Rzeczypospolitej, został wolą sejmowej większości ubezwłasnowolniony i poddany politycznej poprawności. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego całkiem niedawno pozwalało sobie na pogróżki wobec uczonych i uczelni za niestosowanie się do "jedynie słusznej" wykładni niedawnej przeszłości.

Historyczny analfabetyzm
Ostatnio Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa wpadła na kuriozalny pomysł budowy monumentu na grobie bolszewickich najeźdźców, poległych podczas ofensywy na Warszawę w 1920 roku. Częścią tego monumentu był rząd kamiennych bagnetów skierowanych w stronę odwiedzających cmentarz. Dopiero po licznych protestach zdecydowano się zdemontować bagnety, pozostawiając jedynie potężny prawosławny krzyż. Mniejsza z tym, że pochowani tam czerwonoarmiejcy pewnie zniszczyliby ten znak wiary, gdyby spotkali go na swej drodze. Gorsze jest jednak co innego: ta sama Rada podobno odmawia wsparcia budowy mauzoleum powstańców listopadowych wydobytych z masowej mogiły w Kopnej Górze koło Białegostoku. Dlaczego dla szacownej Rady bolszewiccy żołnierze są lepsi od polskich powstańców? Czy w kolejnym geście uległości wobec imperialnych ambicji Rosji ktoś nie wymyśli, aby np. w Przemyślu postawić pomnik sowieckim sołdatom, poległym podczas najazdu na Polskę 17 września 1939 roku?
Gabinet Donalda Tuska jest na najlepszej drodze do uczynienia z Polaków ogłupiałych i zakompleksionych mieszkańców europejskich peryferii. Podczas gdy Niemcy wydają miliony euro na promocję swojej polityki historycznej, zarówno u siebie, jak i za granicą, podczas gdy Rosja na imperialnych tęsknotach buduje swoją wizję mocarstwowej przeszłości, podczas gdy Ukraińcy, Litwini, Słowacy, Węgrzy troszczą się o narodową edukację młodego pokolenia my podążamy w dokładnie przeciwnym kierunku. Rząd Platformy nawet wykombinował, jak z systemu szkolnego pozbyć się treści dla niego niewygodnych, i zredukował naukę historii do jednej klasy liceum ogólnokształcącego (tak, tak: ogólnokształcącego!), w pozostałych dwóch klasach ograniczając ją do kilku godzin infantylnych pogadanek. Już dziś większość młodych ludzi po szkole średniej nie ma pojęcia o historii najnowszej, zarówno o okresie komunistycznej dyktatury, jak i o wolnościowej rewolucji "Solidarności" czy o dziejach III RP. Co będzie, gdy pomysły rządu Tuska zostaną wcielone w życie? Wykształcimy narodowych analfabetów, za co dzisiejsi ministrowie zamiast emerytur dostaną w nagrodę wymarzone europejskie posady.

Nie oddamy pamięci
Przed nami okrągła rocznica Grudnia ‘70, za rok taka sama rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Czy znów w telewizji zobaczymy Lecha Wałęsę, który będzie nas przekonywał, że to pod jego światłym przewodnictwem Polska przekształciła się w krainę szczęścia i dostatku? Może pokażą nam Wojciecha Jaruzelskiego - jak to bywało jeszcze nie tak dawno - który nadal kpi sobie z polskiego wymiaru sprawiedliwości? A może prezydenccy doradcy - Tadeusz Mazowiecki i Henryk Wujec, roztoczą kolejną wizję dobroczynnych skutków grubej kreski?
Nie dajmy się zwariować. Historia Polski jest powodem naszej dumy, a narodowe rocznice są świadectwem naszego przywiązania do wolności. Polska polityka historyczna, eksponująca nasze dokonania i poniesione ofiary, jest koniecznym elementem naszej racji stanu. Gdy pozwolimy odebrać sobie pamięć, w końcu możemy stać się łatwym łupem dla polityków, dla których pełne kieszenie okażą się jedynym celem ich władzy.

Prof. Ryszard Terlecki

Autor jest historykiem, posłem PiS, byłym dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 12 lis 2010, 09:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Moje Święto Narodowe, czyli polskość jako normalność

"Być Polakiem nie jest to tak wielka rzecz, jak nam się wydaje. Ale przestać nim być, znaczyłoby przestać być człowiekiem". Ten cytat ze wspomnień Ferdynanda Goetla ("Czasy wojny") zamieściłem na stałe na swoim blogu, gdyż najbardziej oddaje moje poczucie polskości.
Dzisiaj uczestniczyłem w uroczystości nadania nazwy gdyńskiemu parkowi na Kamiennej Górze. Od teraz jest to park im. Marii i Lecha Kaczyńskich. Zapewne będzie wiele relacji w mediach, więc nie będę się rozpisywał o przebiegu zdarzenia. W mojej opinii najbardziej istotne zdanie wypowiedział arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. Pogratulował nam gdynianom świeżego powiewu, jakim było uczczenie pamięci Lecha i Marii Kaczyńskich przez władze miasta i jego mieszkańców. Chodzi oczywiście o świeżość na tle atmosfery zaczadzonej postponowaniem żałoby i traumy po tragedii smoleńskiej. Przekazuję z pamięci, ale sens jest wierny. Uważam, że gratulacje arcybiskupa są jak najbardziej na miejscu i mają głębokie uzasadnienie w rzeczywistości.

Postanowiłem napisać w tym kontekście o polskości, ale jednocześnie odkryłem, że kiedyś już coś takiego spłodziłem i doszedłem do wniosku, że nie napiszę nic bardziej oddającego moje uczucia w tym dniu. Poczyniłem w tekście duże zmiany, ale sens pozostał taki sam.
Ja po prostu bez polskości, tej zawartej we mnie, nie bardzo wyobrażam sobie życie. Oczywiście, w sensie fizycznym bym egzystował, zapewne też nie zwariowałbym, ale na pewno nie byłbym sobą. Zabrakło by we mnie czegoś niesłychanie istotnego, co powoduje, że czuję się dobrze z sobą samym, a w Polsce na swoim miejscu na ziemi. Nigdzie indziej się tak nie czuję. To jest moja pamięć, fundament, nad którym się nie zastanawiam, bo jest oczywiste, że dom ma fundament i nie trzeba sobie tego codziennie uświadamiać. Stąd każdy, kto polskość zwalcza, odnosi się również do mnie, atakuje mnie osobiście.
Ponieważ moja polskość jest totalna, dlatego dzielę ją z każdym kto czuje Polakiem i chce nim być, i lubi to miejsce na ziemi. I choćbym z powodu niektórych składników mojej polskości ubolewał, a nawet pomstował, nic mi to nie pomoże. Gdyż jeśli to poczucie upoważnia mnie do zachwytu nad polską husarią z Sobieskim pod Wiedniem, to nie dziwota, że mnie krew zalewa, gdy myślę o Dzierżyńskim czy innym Bierucie. A cóż by mnie obchodziły te rzezimieszki, gdyby nie moja polskość, która tkwi we mnie permanentnie, czasami aż boli, a czasami jest jak opoka duchowa?

Bo ja się nie zgadzam z opinią, którą często spotykam, a która głosi, że polskość to wspólnota duchowych wartości. To jest megalomańskie stwierdzenie, które sugeruje, że duchowość to nasza specjalność, przedmurze, Polacy złote ptacy, et caetera. Powiem bez ogródek, ja mam bardzo wyraźne odczucie fałszu, gdy słyszę o kanonach, kryteriach i dowodach na polskość, które mają rzekomo obowiązywać tak zwanego prawdziwego Polaka.
Ja jestem Polakiem z całym bagażem polskości, ale również i garbem polactwa - czyli odwagi, podłości, hojności, głupoty, wspaniałomyślności, lenistwa, miałkości, geniuszu Mickiewicza, grafomanii Rodziewiczówny, łajdactwa komuny, kabotyństwa Papkina i wielkości Piłsudskiego. Dla mnie polskość jest ściśle związana z moją wiarą i religią, czyli kościołem katolickim, historia nasza niejednokrotnie pokazuje, jak się polskość z katolicyzmem w różnych opresjach nawzajem ratowały i uzupełniały. Z drugiej strony nie mam wątpliwości również co do tego, że ani brak wiary nie wyklucza polskości, ani polskość nie determinuje wyznawania wiary.
Nad niektórymi cechami mojej polskości ubolewam, inne gloryfikuję i podziwiam. Wściekają mnie pretensjonalne hasła i państwowotwórcze frazesy na oficjalnych ceremoniach, a wzruszają słowa Pierwszej Brygady, beznadziejna determinacja majora Hubala, spontaniczny zryw ludzi w sierpniu 1980, piosenki Osieckiej i wiersze Lechonia.

Powiem w ten sposób - ja jestem dość bywały w świecie, żaden zaścianek zapatrzony w swoją cnotliwą siermiężność. Pracowałem całe lata z obcokrajowcami i to w niejednym kraju. Znam trochę miejsca i ludzi, zatem wiem, że obiektywnie są lepsze miejsca do życia na świecie niż Polska, że już nie wspomnę o sąsiedztwie geopolitycznym. Tyle, że ja nie jestem i nie zamierzam być ani trochę obiektywny w kwestii mojego miejsca na ziemi. Dla mnie polskość to normalność i nic innego nie wchodzi w rachubę.
I nie to, że ja nie chciałbym być lepszy w swojej polskości, że skoro takiego mnie Pan Bóg stworzył, to takiego mnie macie, nic z tych rzeczy. Owszem, ja nawet staram się poprawić tę swoją przyrodzoną polskość i czasami mam naprawdę krzepiące rezultaty. Ale najistotniejsze jest, że ja jestem z polskości cholernie zadowolony. W tym sensie jestem mało podatny na reformy światopoglądowe. Wygląda na to, że już do końca życia będę się wlókł w ogonie postępu światowego. Już taki jestem. I dobrze mi z tem. Bez dwóch zdań.

http://seaman.salon24.pl/248790,moje-sw ... normalnosc


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 12 lis 2010, 21:00 
Offline
Redaktor

Dołączył(a): 05 sie 2010, 17:08
Posty: 604
Aerolit napisał(a):
Moje Święto Narodowe, czyli polskość jako normalność


.
Ja jestem Polakiem z całym bagażem polskości, ale również i garbem polactwa - czyli odwagi, podłości, hojności, głupoty, wspaniałomyślności, lenistwa, miałkości, geniuszu Mickiewicza, grafomanii Rodziewiczówny, łajdactwa komuny, kabotyństwa Papkina i wielkości Piłsudskiego. Dla mnie polskość jest ściśle związana z moją wiarą i religią, czyli kościołem katolickim, historia nasza niejednokrotnie pokazuje, jak się polskość z katolicyzmem w różnych opresjach nawzajem ratowały i uzupełniały. Z drugiej strony nie mam wątpliwości również co do tego, że ani brak wiary nie wyklucza polskości, ani polskość nie determinuje wyznawania wiary.
Ale najistotniejsze jest, że ja jestem z polskości cholernie zadowolony. W tym sensie jestem mało podatny na reformy światopoglądowe. Wygląda na to, że już do końca życia będę się wlókł w ogonie postępu światowego. Już taki jestem. I dobrze mi z tem. Bez dwóch zdań.

http://seaman.salon24.pl/248790,moje-sw ... normalnosc


Polskość jako normalność.
Bardzo mnie cieszy, że seaman. salon24.pl. jest zadowolony ze swojej polskości.
Oczywiście garby, które wymienia nie mogą stanowić powodu do chwały czy radości. Nie żądając zbyt wiele od współbraci, dobrze jest jednak wskazywać wzorce, którymi kierować się można dokonując wyborów. Autor wymienił kilka nazwisk, z których jesteśmy nie bez powodu dumni. Padło tez nazwisko Rodziewiczówny, autorki "grafomańskich" powieści. Czytałam jej powieści i opowiadania. Jedną ze stałych pozycji do których wracam co pewien czas to "Dewajtis". Bohaterem jest człowiek prosty, niezbyt wykształcony. Nie wygłasza tyrad o powinnościach i obowiązkach Polaka. On tylko spełnia swoją powinność: pracuje dla zachowania ziemi i wiary. I to było credo samej pisarki. Całym swoim życiem dowodziła słuszności swojej tezy - zachować ziemię i wiarę. To właśnie chciała przekazać innym Polakom. Nie obchodzi mnie mnie czy jej pisarstwo opatrzone zostanie etykietką grafomaństwa. Jej przekaz duchowy jest aktualny przez cały czas i oprze się naciskowi obcych nam idei.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 25 lis 2010, 10:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Adolf Bocheński o polskiej polityce zagranicznej (1)

Istotą myśli politycznej Bocheńskiego w dziedzinie polityki zagranicznej było przekonanie, że pozycję Polski na arenie międzynarodowej określają jej stosunki z Niemcami i Związkiem Sowieckim oraz wzajemne relacje między nimi
Zagadnieniem polskiej polityki zagranicznej zajmował się Adolf Bocheński w latach 1933-1939, wypracowując własną, oryginalną koncepcję, dotycząca sposobu prowadzenia tej polityki, celów jakie powinna ona sobie stawiać i środków umożliwiających ich realizację.
Swoje oceny przedstawiał w licznych artykułach publikowanych na łamach „Buntu Młodych” i „Polityki” oraz w wydanej w 1937 roku książce „Między Niemcami a Rosją”.

Po zawarciu układów o nieagresji z ZSRS (1932) oraz Niemcami (1934) Bocheński doceniając poprawę położenia międzynarodowego Polski, wskazywał na jej nietrwałość. Dobre stosunki z Niemcami oraz ZSRS były według niego wynikiem zaistniałego między tymi państwami antagonizmu, który po dojściu Hitlera do władzy zastąpił dawne zbliżenie niemiecko-sowieckie z okresu Republiki Weimarskiej. Przyczyną tego antagonizmu był - jego zdaniem - antykomunizm ruchu hitlerowskiego oraz niemieckie plany ekspansji na tereny rosyjskie. „Dziś wielkie, potężnie rozbudowane – pisał w „Między Niemcami a Rosją” – aspiracje ekspansji niemieckiej w głąb Rosji bezsprzecznie wzięły górę nad małym planem imperialistycznym zdobywania w porozumieniu z Rosją piaszczystych powiatów Pomorza”.

Uważał jednak, iż antykomunistyczna tendencja w kształtowaniu niemieckiej polityki zagranicznej nie musiała okazać się trwała, gdyż „gdyby nie ogromne, prestiżowe dla Niemiec znaczenie sprawy Pomorza można by stwierdzić, ze sytuacja polityczna Europy dozwala na długi okres współdziałania polsko-niemieckiego. Ale ta sprawa zmusza nas do ostrożności i do liczenia się z możliwością szybkiego nawrotu do koncepcji rosyjskiej ( sojuszu z Rosją przeciw Polsce) w niemieckiej polityce zagranicznej”.

Jako iluzję określał też Bocheński wiarę w możliwość utrzymywania przez dłuższy czas poprawnych stosunków ze Związkiem Sowieckim. Nie wierzył, by ZSRS pogodził się z obecnymi granicami. Polemizował z poglądami głoszonymi przez część publicystów endeckich, którzy uważali, że stałą tendencją sowieckiej polityki zagranicznej będzie zwiększanie wpływów na Dalekim Wschodzie i coraz mniejsze zainteresowanie sprawami europejskimi. Był przekonany, że dla ZSRS poważnym niebezpieczeństwem był problem ukraiński, dlatego Kreml będzie dążył do „pozbawienia Ukraińców tego skrawka ziemi, na którym wytwarza się ich Piemont narodowy”. Dążenie to było równoważne z chęcią oderwania od Polski dawnej Galicji Wschodniej.

W tej sytuacji ostrzegał przed nawrotem ekspansji niemieckiej i sowieckiej skierowanej przeciwko Polsce i mającej na celu dokonanie ponownego rozbioru państwa polskiego. Był bowiem przekonany, iż konflikt ideologiczny między hitleryzmem a komunizmem nie będzie przeszkodą do wymierzonego przeciwko Polsce sojuszu, ponieważ w polityce zagranicznej decyduje przede wszystkim racja stanu, interes narodowy. „Doświadczenie dziejowe – pisał – wykazuje, że na ogół państwowa racja stanu wychodziła zwycięsko z konfliktów ideologicznych, czy to z motywami religijnymi czy tez sympatiami ustrojowymi”.

Zadaniem polskiej polityki zagranicznej powinno być odsunięcie tego niebezpieczeństwa w czasie, a następnie jego likwidacja. Osiągnięcie tego celu wymagało przede wszystkim podtrzymania antagonizmu niemiecko-sowieckiego. Stroną dążącą do porozumienia była, wedle pisarza, Rosja, natomiast Niemcy nastawione były agresywnie. Z tego też powodu, aby podtrzymać korzystny dla Polski antagonizm niemiecko-sowiecki, Warszawa winna popierać Niemcy jako stronę, która go inicjuje i dążyć do zbliżenia z nimi w celu wzmocnienia ich pozycji. „Ci, którzy twierdzą, – pisał w swej książce – że Hitler jest w sporze niemiecko-rosyjskim napastnikiem powinni występować ze względu na interes Polski po jego stronie”. Nie dziwi więc poparcie udzielone Beckowi: „polityka Becka wobec Niemiec jest jedyną dziś możliwą i przytomną polityka polską”.

W interesie Rzeczypospolitej było przeprowadzenie takich zmian w układzie sił w Europie, „aby jeden z naszych potężnych wrogów uległ osłabieniu zanim nastąpi wymierzony przeciwko Polsce sojusz Niemiec i Rosji”.
Bocheński widział dwa sposoby zwiększenia siły państwa i osiągnięcia przez nie pozycji mocarstwa: „imperialistyczny” i „relatywistyczny”. Ten pierwszy oznaczał dążenie do wzmocnienia państwa na drodze przyłączenia doń nowych terytoriów. Drugi miał polegać na osłabieniu państw antagonistycznych w „drodze ich podziału na kilka nowych organizmów politycznych”. Według publicysty zwiększenie siły państwa polskiego na drodze „imperializmu terytorialnego” nie było możliwe, ponieważ Polska nie posiadała poza swymi granicami terenów zamieszkałych w większości przez Polaków. Przyłączenie zaś obszarów zamieszkałych zwarcie przez inne narody znacznie zwiększałoby odsetek mniejszości narodowych i doprowadziłoby do jego wewnętrznego osłabienia.
„Relatywistyczny” sposób zwiększenia siły Polski nie mógł być zastosowany w stosunku do Niemiec, które były krajem jednolitym narodowościowo i ich podział, a zwłaszcza jego utrzymanie byłoby bardzo trudne. Inaczej wyglądała sytuacja w przypadku ZSRS, w skład którego wchodziło wiele narodów, dążących do niezależności. „Umocnienie idei narodowej, – pisał Bocheński – która na zachodzie pracuje przeciwko nam, na wschodzie pracuje za nami”.

Rozkład ZSRS na szereg państw narodowych powinien stać się więc głównym celem polityki polskiej. Tylko jego zrealizowanie pozwoli uniknąć ponownego rozbioru Polski. Środkiem do tego celu miałoby być współdziałanie i sojusz z Niemcami, umożliwiający im realizację programu ekspansji na tereny rosyjskie i zniszczenie państwa sowieckiego – „taranem, który może te zbawienne dla nas zmiany (rozkład ZSRS) przeprowadzić jest dziś Rzesza Niemiecka”. Współdziałanie z Niemcami polegałoby przede wszystkim na umożliwieniu przemarszu ich wojskom przez terytorium Polski i ułatwienie w ten sposób agresji na ZSRS. „Sojusz z Polską – dowodził publicysta – jest dla Niemiec jedynym realnym sposobem dostania się do Rosji Sowieckiej”.

Bocheński nie sądził, aby zwycięstwo Niemiec nad ZSRS spowodowało ich znaczne wzmocnienie, umożliwiające dominację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz uzależnienie Polski i ewentualne wysunięcie żądań zwrotu Śląska i Pomorza. Uważał bowiem, że „długa i trudna wojna – a taką niewątpliwie byłaby wojna z Rosją, pod wszystkimi względami wyczerpuje państwo zwycięskie, wzmacnia je jedynie w stosunku do państwa pokonanego, a nie w stosunku państw trzecich”. Polska mogłaby więc przeciwstawić się – w oparciu o Francję i Anglię – niemieckim dążeniom do dominacji.

Jako zwolennik federacji Polski i Ukrainy Bocheński zdawał sobie sprawę z niechęci Ukraińców do tego projektu, ich pretensji terytorialnych w stosunku do Galicji Wschodniej oraz silnych w Polsce dążeń do asymilacji narodowej Ukraińców. Brał tez pod uwagę wsparcie Berlina dla Ukrainy. W tym przypadku Warszawa mogłaby szukać wsparcia w osłabionej po rozbiciu ZSRS, Moskwie. Optymistycznie zakładał, iż w takim wypadku państwo ukraińskie skłonne byłoby szukać oparcia raczej w Polsce niż w Niemczech i pogodziłoby się z czasem z pozostawaniem części ziem ukraińskich w granicach Polski, zwłaszcza gdyby otrzymałyby one pełną autonomię gospodarczą i kulturalną.

Układ sił stworzony w Europie Środkowo-Wschodniej po rozbiciu ZSRS miałby więc wedle Bocheńskiego charakter dynamiczny – „konstelacja przymierza polsko-rosyjskiego przeciwko rzeszy i Ukrainie, lub przymierza polsko-ukraińskiego przeciw Rosji i Niemcom występowałyby prawdopodobnie kolejno na widownię dziejów”.

Źródłem koncepcji była idea prometeizmu, lansowana przez obóz belwederski, zakładająca rozbicie ZSRS na szereg państw narodowych (Ukraina, Białoruś, państwa Kaukazu i Azji Środkowej) i odsunięcie w ten sposób od Polski niebezpieczeństwa rosyjskiego. Bocheński zdawał sobie sprawę, ze Polska nie ma wystarczających sił do rozbicia ZSRS, stąd wynikało jego przeświadczenie o konieczności sojuszu z Niemcami. Łączyło to myśl Bocheńskiego z poglądami Władysława Studnickiego, który głosił konieczność oparcia się Polski o Niemcy i ścisłego związania się z nimi w obliczu zagrożenia ze strony ZSRS. Drugim obok Studnickiego zwolennikiem orientacji proniemieckiej był Cat-Mackiewicz. Obydwaj jednak, w odróżnieniu od Bocheńskiego, nie byli zwolennikami prometeizmu, postulowali wręcz ekspansję terytorialną Polski na wschód i znaczne powiększenie terytorium państwa polskiego. Bocheński uważał natomiast Litwinów, Białorusinów i Ukraińców za narody o silnym poczuciu tożsamości narodowej, wobec których proponowana przez Mackiewicza asymilacja kulturalna w ramach państwa wielonarodowego nie miała szans powodzenia. Dowodził również, że „jeżeli mamy mieć jakąś ideę na zewnątrz, to niech będzie to idea pozostawienia narodom pełnej możliwości urządzenia sobie samemu własnego życia narodowego. W interesie Polski jest powstanie w naszym pobliżu maksymalnej ilości organizmów państwowych. Im mniej będziemy zaborczy kulturalnie, tym większe będą możliwości realizacji naszych celów politycznych”. Publicysta „Buntu Młodych” przekonany był bowiem, iż o sile państwa decyduje nie posiadane terytorium, ale dogodna konstelacja międzynarodowa.


Cdn.

http://chris1991.salon24.pl/253134,adol ... anicznej-1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 25 lis 2010, 10:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Adolf Bocheński o polskiej polityce zagranicznej (2)

Adolf Bocheński wskazując na potrzebę stworzenia w Europie Środkowej systemu sojuszy, jako przeszkodę w urzeczywistnieniu tego planu postrzegał Małą Ententę i odgrywającą w niej główną rolę Czechosłowację.
Wysunął więc postulat likwidacji Małej Ententy oraz rozbioru państwa czechosłowackiego. Istnienie w Czechach bardzo silnej mniejszości niemieckiej w Sudetach uniemożliwiało Pradze – jego zdaniem - prowadzenie polityki antyniemieckiej. Stąd też dążenie polityków czeskich do utrzymywania możliwie dobrych stosunków z Berlinem i liczenie na to, że ewentualna jego ekspansja skieruje się przeciwko Polsce. Z tego też powodu Praga nie chciała widzieć w Polsce potencjalnego sojusznika przeciwko Niemcom, ponieważ uważała ją za państwo stale zagrożone zarówno ze strony Niemiec jak i ZSRS. „Mając do wyboru Polskę czy Rosje dla bronienia ich przed Niemcami Czesi zdecydowanie wybrali Rosję”.
Dopiero znaczne okrojenie państwa czeskiego (Ruś Zakarpacka dla Węgier, Sudety dla Niemiec, wyodrębnienie Słowacji) zmusiłoby Pragę do współdziałania z Polską. Równocześnie uzyskanie przez Budapeszt Rusi Zakarpackiej oraz południowych obszarów Słowacji zmniejszyłoby presję na Rumunię w sprawie Siedmiogrodu. To zaś spowodowałoby rozluźnienie bliskich dotychczas stosunków węgiersko-niemieckich, będących wynikiem popierania przez Berlin rewindykacyjnych postulatów Budapesztu.
Tym samym na proponowany przez Bocheńskiego system sojuszy w Europie Środkowej miały złożyć się: skierowany przeciwko Niemcom sojusz polsko-czesko-węgierski i skierowany przeciwko ZSRS sojusz polsko-rumuński.

Tak więc ostatecznie sojusz z Niemcami miał mieć – w założeniu Bocheńskiego – charakter tylko taktyczny, dopuszczał więc możliwość sporów, a nawet konfliktów z Rzeszą, po rozbiciu ZSRS. Studnicki natomiast wierzył w trwałe ułożenie dobrych stosunków z Berlinem i możliwość współdziałania z nimi we wszystkich istotnych dla Polski kwestiach.

Jakkolwiek Bocheński podzielał antykomunizm Cata-Mackiewicza, uważał jednak, że nie powinien on mieć wpływu na prowadzoną przez Polskę politykę zagraniczną, której jedynym wyznacznikiem powinna być racja stanu. To interes państwa, a nie sympatia lub antypatia do różnych ustrojów i ideologii powinien decydować o jego polityce. Stąd też twierdził, iż w interesie Polski było aby w Rosji jak najdłużej utrzymywał się ustrój komunistyczny, który wedle Bocheńskiego osłabiał ją wewnętrznie, a zarazem utrudniał porozumienie z Niemcami. Również proponowany sojusz z Niemcami nie łączył się w żaden sposób z sympatią do panującego w nich systemu politycznego i jego ideologii. Zarówno komunizm jak i hitleryzm określał jako barbarzyństwo.

Propozycji sojuszu z Niemcami towarzyszyła natomiast krytyka orientacji profrancuskiej, popieranej przez ugrupowania opozycyjne (Front Mores, endecja, socjaliści). Zwolennikom tej orientacji zarzucał niezrozumienie faktu, iż Paryż kieruje się w swej polityce zagranicznej własną racją stanu, której podstawowym aksjomatem jest poszukiwanie sprzymierzeńca przeciwko Niemcom. Francji zależało na tym, by sprzymierzeniec ten był możliwie najpotężniejszy, stąd też dążenie do związania się z Rosją i niedocenianie sojuszu z Warszawą. „Polska leżała – podkreślał – na linii pozytywnej polityki Francji tylko wtedy, gdy nie było nadziei na uzyskanie trwałego porozumienia z Rosją”. Z niepokojem powitał więc projekt Paktu Wschodniego, jak i francusko-sowiecki oraz czechosłowacko-sowiecki pakt o wzajemnej pomocy z 1935 roku, w których widział dążenie Paryża do stworzenia „protektoratu rosyjskiego” w Polsce i Czechosłowacji.

Wedle Bocheńskiego oparcie się polskiej polityki zagranicznej o sojusz z Francją wymagałoby od Polski opowiedzenia się w antagonizmie niemiecko-sowieckim po stronie Moskwy. Osłabiłoby to pozycję Niemiec, zmusiłoby je do zaniechania planów ekspansji na tereny Rosji i w rezultacie powrót do planów odzyskania Pomorza i Śląska w oparciu o porozumienie z Rosją. Antagonizm niemiecko-sowiecki wygasłby szybko z chwilą zmiany planów niemieckich, a jego koniec byłby groźny dla Polski, oznaczałby też porażkę polityki Paryża, który „nie zdaje sobie sprawy z tego, że przymierze francusko-rosyjskie jeśli nie skończy się na skutek realizacji planów imperialistycznych Hitlera (zniszczenie ZSRS), to skończy się na skutek sojuszu niemiecko-rosyjskiego”.

Bocheński nie wierzył także w możliwość pomocy francuskiej dla Polski w przypadku ataku niemieckiego, gdyż Francja była „państwem przeżartym ideologią pacyfistyczną, niezdolnym do użycia siły zbrojnej w innym wypadku, jak w razie bezpośredniej agresji na jej własne terytorium” .Wspólnym interesem Polski i Francji było więc podsycanie antagonizmu niemiecko-sowieckiego. To zaś wymagało, by państwa te znajdowały się w przeciwnych obozach (Polska w sojuszu z Niemcami, Francja z ZSRS). Dopiero po rozbiciu ZSRS możliwe było porozumienie z Paryżem, którego celem byłoby niedopuszczenie do nadmiernego wzmocnienia Niemiec, do ich dominacji w Europie.

Bocheński za błędne uważał propagowane przez ONR hasła ekspansji zarówno w kierunku zachodnim, jak i wschodnim. „Imperializm– podkreślał – na wszystkie strony – oto co zagraża polskiej opinii publicznej. Jednocześnie żądać Królewca, Mińska i Kowna – tego rodzaju stanowisko byłoby najzgubniejsze”.

Rozwój wypadków w Europie w latach 1937-1938 i rosnąca siła i ekspansywność Niemiec spowodowała zachwianie się wiary Bocheńskiego co do możliwości stworzenia systemu sojuszy w Europie Środkowej, równocześnie jednak wzmocniła nadzieję na realizacje wielkiego planu rozbicia ZSRS. „Mając do wyboru grę – pisał w końcu 1938 roku – na podtrzymanie antagonizmu niemiecko-rosyjskiego i rozwalenie Rosji a grę na tworzenie przeciw Niemcom zapory w postaci mocarstwa środka opowiadamy się kategorycznie za polityką pierwszą. Szansą dziejową dla Polski jest fakt, że po załatwieniu sprawy czeskiej imperializm niemiecki zwróci się w stronę Rosji Sowieckiej”.

Przez cały czas przeciwny był silnemu wiązaniu się Polski z mocarstwami zachodnimi, choć dostrzegał ich rosnące zdecydowanie powstrzymania ekspansji niemieckiej w Europie. Uważał, iż wojna z Niemcami może być podjęta przez Polskę tylko w wypadku, gdyby Niemcy ją zaatakowały. Sugerował neutralność Polski na wypadek wybuchu wojny na zachodzie Europy i wykorzystanie tego konfliktu do rozszerzenia wpływów Warszawy w Europie Środkowej. Twierdził, iż „ogromna większość narodu polskiego pragnie kontynuacji polityki 1934 roku. Jest to zaś polityka neutralności Polski wobec antagonizmów dwu wielkich bloków ideologicznych oraz polityki realizacji własnych celów mocarstwowych”.

Nawet wypowiedzenie przez Hitlera paktu o nieagresji z 1934 roku nie przekreśliło nadziei publicysty „Polityki” na porozumienie z Berlinem. Uporczywie dowodził, że na sporze polsko-niemieckim tracą zarówno Niemcy jak i Polska, a zyskuje Związek Sowiecki, który uzyskałby możliwość okupacji Litwy, Łotwy i Estonii. W przypadku zaś przedłużania się wojny polsko-niemieckiej, Moskwa uzyskałaby tez szansę na okupację części terytorium Polski. Temu przypomnieniu o zagrożeniu sowieckim towarzyszyło stwierdzenie, że „ze wszystkich państw koalicji antyniemieckiej jedynym państwem z którym Niemcy mogą się dziś jeszcze zbliżyć jest Polska”. Gra toczyła się wedle niego o pozycje Warszawy w ramach sojuszu polsko-niemieckiego, o to, czy będzie ona w nim występowała jako samodzielny czynniki polityczny. W ten sposób doszedł do wniosku, że stanowcze przeciwstawienie się żądaniom niemieckim, z równoczesnym podkreśleniem woli porozumienia ze strony polskiej, prowadziłoby do przezwyciężenia konfliktu i umożliwiło zbliżenie między obu państwami.

Dopiero podpisanie niemiecko-sowieckiego układu o nieagresji sprawiło, iż zdał sobie sprawę, że ekspansja niemiecka musi się teraz skierować przeciwko Polsce. ”Wszyscy czytelnicy – pisał w ostatnim swym artykule 27 sierpnia 1939 roku - <Polityki> wiedzą, ze autor tego artykułu uważał zawsze nieporozumienia między Polską a Niemcami za rzecz dla ogólnych interesów Rzeczypospolitej wysoce niekorzystną. Ponieważ jednak utrzymania dobrych stosunków musiałoby być okupione ustępstwami niezgodnymi z polskim honorem narodowym i żywotnymi interesami, przeto dziś musimy się zastanowić przede wszystkim nad sposobami pokonania Niemiec w możliwej wojnie”. Równocześnie domagał się, aby polska propaganda wojenna była prowadzona pod hasłem walki nie z Niemcami, ale z narodowym socjalizmem. Miało to ułatwić po ewentualnie zwycięskiej wojnie, porozumienie z nowym rządem niemieckim.

Plan sojuszu polsko-niemieckiego był najistotniejszym składnikiem koncepcji Bocheńskiego. Miał on przeciwdziałać rozbiorowi Polski przez Niemcy i ZSRS, zaś rozbicie Związku Sowieckiego na szereg państw narodowych miało zapewnić mocarstwową pozycje Polski w Europie Środkowo-Wschodniej. Uzyskanie przez Polskę statusu mocarstwa było koniecznością życiową – jedyną drogą do utrzymania i utrwalenia niepodległego bytu państwowego w ówczesnych warunkach politycznych.


Wybrana literatura:

A. Bocheński, Między Niemcami a Rosją
S. Mikulicz, Prometeizm w polityce II Rzeczypospolitej
A. Kosicka-Pajewska, Polska między Rosją a Niemcami. Koncepcje polityczne Adolfa Bocheńskiego
Kazimierz Michał Ujazdowski, Żywotność konserwatyzmu. Idee polityczne Adolfa Bocheńskiego

http://chris1991.salon24.pl/253594,adol ... anicznej-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 30 lis 2010, 11:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Studnicki u progu II wojny światowej

Urodzony w 1866 roku wybitny polski publicysta Władysław Gizbert- Studnicki był przekonany, iż na położenie polityczne Polski, a w konsekwencji na jej politykę zagraniczna decydujący wpływ wywierają warunki geograficzne i historyczne.
Studnicki uważał, iż Rosja Sowiecka stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo dla Polski. „Rosja bolszewicka – pisał w 1932 roku w książce „Rosja Sowiecka w polityce światowej” – jest bezpieczniejszą dla Polski w charakterze antagonisty, niż w charakterze sprzymierzeńca. Przymierze bowiem z Rosją bolszewicką otwiera drogę dla jej wpływów, gdy antagonizm wytwarza niechęć do jej ideologii i psychologii”. Obowiązkiem więc każdego pokolenia Polaków było dążenie do osłabienia Rosji.

Bezpieczeństwo Polski wymagało przede wszystkim konsolidacji Europy Środkowo-Wschodniej. Wedle Studnickiego jedynym rozwiązaniem dla polskiej polityki zagranicznej było stworzenie wielkiego bloku środkowo-europejskiego, o charakterze polityczno-gospodarczym, złożonego z Polski, Niemiec, Austrii, Węgier, Czech, Rumunii, Bułgarii, Jugosławii, Grecji, Turcji, państw nadbałtyckich oraz Finlandii. Artykuły rolne produkowane przez państwa środkowo-europejskie zyskałyby rynek zbytu w Niemczech i Austrii, co doprowadziłoby do zasadniczego wzrostu rentowności rolnej w tych państwach. Z kolei kraje środkowo-europejskie byłyby odbiorcą niemieckich, austriackich i czeskich wyrobów przemysłowych. Takie rozwiązanie miało zapobiec groźbie zdominowania Polski przez Niemcy.

Rola centrum tego bloku przypadłaby Berlinowi, z uwagi na niemiecką potęgę przemysłową, talent organizacyjny oraz położenie geograficzne. Taki blok zapewniłby Niemcom hegemonię w Europie, a Polsce bezpieczeństwo i warunki rozwoju gospodarczego. Studnicki akceptował możliwość połączenia Austrii z Niemcami, powrót Węgier do historycznych granic (przede wszystkim na północy – Słowacja i Ruś Zakarpacka) oraz oderwania Sudetów od Czech.

Za przyjęciem tej linii polityki zagranicznej oprócz korzyści politycznych i gospodarczych przemawiało także położenie geograficzne Polski, które – zdaniem Studnickiego – „zarówno może wieść do jej upadku, jak i do odegrania wybitnej roli dziejowej. Polska ze względu na swą geograficzną pozycję jest ogniwem, łączącym państwa północno-wschodniej Europy z państwami południowo-wschodniej Europy”.

Publicysta był zdecydowanym przeciwnikiem Małej Ententy, jako ugrupowania mającego na celu „zachowanie rabunku dokonanego” na Węgrach, a postulat częściowej rewindykacji ziem tego państwa uznawał za jeden z głównych celów polskiej polityki. Wspólna granica czechosłowacko-rumuńska ułatwiała Pradze opanowanie rynku rumuńskiego i była przeszkodą dla rozwoju handlu Warszawy z Budapesztem i Belgradem z powodu prohibicyjnej polityki taryfowej Czech wobec polskiego tranzytu. Studnicki niepokoił się, iż Praga była rozsadnikiem prorosyjskich nastrojów w krajach środkowo-europejskich. Polska winna pozostać dla Rumunii niezwykle ważnym sojusznikiem zabezpieczającym posiadanie Besarabii oraz hamującym tendencje rewizjonistyczne Budapesztu. Optymalnym rozwiązaniem problemu Siedmiogrodu i Banatu byłaby jego autonomia, a potem swego rodzaju kondominium węgiersko-rumuńskie. Kondominium to mogłoby być ułatwione przez wspólny obszar celny obu tych państw należących jednocześnie do bloku środkowo-europejskiego.

Zdecydowane wsparcie dla Węgier kosztem Czechosłowacji związane było z doświadczeniami wojny 1920 roku. Studnicki uważał, iż wobec wspomnianej nieuchronności wojny polsko-bolszewickiej, przynależność Słowacji i Rusi Zakarpackiej do Czechosłowacji oznaczała okrążenie walczącej Polski i odcięcie dostaw broni i amunicji od zachodnich sprzymierzeńców. Natomiast wspólna granica polsko-węgierska umożliwiała zabezpieczenie niziny węgierskiej od agresji sowieckiej, stwarzała także warunki dla otrzymania pomocy dla polskiej armii oraz wsparcie kilku korpusów węgierskich. Odzyskanie przez Budapeszt Słowacji Rusi Zakarpackiej przywracało Węgrom niepodległość i rolę samodzielnego czynnika w polityce międzynarodowej, dając Polsce pewnego sprzymierzeńca, także w rozgrywkach z Berlinem.
Ponadto struktura gospodarcza Polski i Węgier jest w wysokim stopniu wzajemnie komplementarna, co sprawiało, iż oba kraje były dla siebie dogodnymi rynkami zbytu.

Problem stosunków polsko-czechosłowackich – zdaniem Studnickiego – sprowadzał się do formuły, albo częściowy rozbiór Czechosłowacji, albo częściowy rozbiór Polski. Granice Czechosłowacji zostały nakreślone z myślą osłabienia Niemiec oraz Węgier, stąd też czeska racja stanu skłaniała przywódców tego państwa do współpracy z Moskwą, której korzenie sięgają tradycji ruchu pansłowiańskiego. Ze zrozumiałych względów stało to w kolizji z interesami Warszawy z uwagi na konflikt polsko-sowiecki o ziemie wschodnie. Stosunek Pragi do Sowietów sprawiało, iż w przypadku wojny polsko-bolszewickiej nie można było oczekiwać z tej strony poparcia. Natomiast w przypadku podporządkowania Czechosłowacji przez ZSRS, osiągnie on niezwykle istotne korzyści strategiczne – oskrzydlenie Polski, otwarcie dostępu do niziny węgierskiej oraz na Bałkany.
Czechosłowacja z uwagi na znaczny odsetek mniejszości narodowościowych nie mogła być sojusznikiem Polski ani przeciwko Rosji, ani przeciwko Niemcom. Tak więc jako państwo stanowiące mozaikę narodowościową, winno być doprowadzone do granic etnograficznych, gdyż „nie ma Czechosłowacji, lecz są Czesi i Słowacy, bardzo od siebie różniący się jako typy fizyczne i psychiczne”.

Dla Studnickiego nie było jasne jakie stanowisko zajmie Jugosławia w stosunku do bloku środkowo-europejskiego. Oprócz sporów z Włochami w sprawie Dalmacji, państwo to uwikłane było w konflikty wewnętrzne, w tym antagonizm serbsko-chorwacki i słoweńsko-serbski. Ponadto Belgrad – podobnie jak Praga – był bastionem wpływów rosyjskich. W przypadku więc konieczności wyboru przez blok między związkiem z Jugosławią lub Włochami, Studnicki opowiadał się za drugim rozwiązaniem, które pozwoliłoby na usamodzielnienie się Chorwacji i Słowenii oraz wzmocnienie Bułgarii i Włoch.
Publicysta dopuszczał w przyszłości możliwość przystąpienia do bloku Francji, w tym wypadku sojusz ten przekształciłby się w blok paneuropejski

W stosunku do państw bałtyckich „Polska może podjąć się zadania ich obrony tylko w kooperacji z Rzeszą Niemiecką”, aczkolwiek pomoc Wielkiej Brytanii nie byłaby wykluczona, gdyż osłabienie Rosji Sowieckiej nad Bałtykiem leży w jej interesie. Wpływy niemieckie wiązały te kraje z Europą Środkową, przez co podtrzymywały ich samodzielność w stosunku do Moskwy. Ponadto Niemcy, pozostające w politycznym sojuszu z Polską, mogłyby wywrzeć presję na Litwę, zmuszając ją do udzielenia Polsce tranzytu przez swe terytorium, co pociągnęłoby za sobą przyznanie odpowiednich korzyści także przez Łotwę.

Po Anschlusie Studnicki podjął kampanię na rzecz zaciśnięcia współpracy w trójkącie Berlin-Warszawa-Budapeszt, stopniowo poszerzonego o Rzym, uważając, iż mocarstwa zachodnie nie wystąpią w obronie integralności Czechosłowacji. Zaangażowanie się natomiast Moskwy po stronie Prag uzależnione było – według publicysty – od stanowiska Polski i Rumunii, które nie pozwoliłyby na przemarsz wojsk sowieckich przez swoje terytorium. W połowie kwietnia 1938 roku na łamach „Słowa” wskazywał, iż „nie zdziwiłby się, gdyby w najbliższym czasie Czechosłowacja otrzymała notę dyplomatyczną z Berlina domagającą się przeprowadzenia plebiscytu pod nadzorem przedstawicieli Niemiec”. W przypadku odrzucenia tego ultimatum doszłoby zapewne do wkroczenia wojsk niemieckich do Czechosłowacji.
Polska dyplomacja winna aktywnie zaangażować się w rozwiązanie problemu czeskiego, szczególnie w kwestii dotyczącej przyznania Węgrom Rusi Zakarpackiej. Neutralność Polski nie zmieniłaby sytuacji Pragi, a jedynie wzbudziłaby nieufność w Berlinie i pozbawiłaby Warszawę wpływu na nowy kształt mapy Europy.
Tak czy inaczej Studnicki przypuszczał, iż w wyniku nieuchronnych zmian terytorialnych powstałoby państwo czeskie ograniczone do Czech i Moraw. Państwo to nie posiadające wspólnej granicy z ZSRS, zmuszone byłoby do wstąpienia do wspomnianego bloku środkowo-europejskiego.


Konferencja monachijska ukazała – zdaniem publicysty – słabość mocarstw zachodnich i potwierdziła jego postulat ścisłej współpracy polsko-niemiecko-węgierskiej. Nie istniała alternatywa dla tej polityki. „Interes samozachowawczy Polski –pisał w 1938 roku – nie zezwala na przymierze z Sowietami, na wpuszczenie armii sowieckiej do Polski, na otwarcie wrota na wpływy komunistyczne. Doświadczenie czechosłowackie mówi, jakie znaczenie może mieć przymierze z Francją”. Niezależnie od niebezpieczeństwa zmiany ustroju na komunistyczny, dążenie Moskwy do zabrania polskich kresów wschodnich uniemożliwiało porozumienie z tym sąsiadem. Dodatkowo zaś opanowanie przez Kreml kresów wschodnich doprowadziłoby do oskrzydlenia Rumunii, zaszachowania Węgier oraz stanowiłoby podstawę do zaboru państw nadbałtyckich. Przystąpieniu Polski do państw osi patronować winien także Rzym, który mógłby wpłynąć na zmniejszenie antagonizmów polsko-niemieckich.

W obliczu żądań niemieckich, Studnicki uważał, że powinna je spełnić. Gdańsk zatem winien powrócić do Niemiec, aczkolwiek Polska powinna zachować specjalne uprawnienia gospodarcze. Należało także zgodzić się na przeprowadzenie przez Pomorze eksterytorialnej autostrady. W zamian Polska mogłaby uzyskać protektorat nad Słowacją.
Przekonany o konieczności zapobieżenia wciągnięcia Rzeczypospolitej do wojny, był konsekwentnym zwolennikiem odrzucenia gwarancji angielskich, które – jego zdaniem – stawiały de facto Polskę w obozie przeciwników Berlina.
Studnicki przypuszczał, iż wojna polsko-niemiecka w przeciwieństwie do pozycyjnych działań na zachodzie będzie wojną manewrową, w której Polska z powodu swej nierozwiniętej motoryzacji nie będzie w stanie sprostać Niemcom.
Od samej klęski militarnej jeszcze groźniejsze będą jego konsekwencje. Zwycięscy nie będą – wedle publicysty – oszczędzali podbitych terenów, prowadząc rabunkową eksploatację. Nie należało także zapominać o zagrożeniu ze strony Sowietów przygotowanych do wysłania swych wojsk w chwili rozbrajania armii polskiej.

Nie udało mu się przekonać Becka do zmiany polityki, a cały nakład książki „Wobec zbliżającej się 2-ej wojny światowej” został skonfiskowany. Premier Sławoj-Składkowski postawił na Radzie Ministrów nawet wniosek o jego internowanie, który jednak upadł wobec oporu części ministrów oraz marszałka Rydza-Śmigłego.

Wybrana literatura:

W. Studnicki – Rosja Sowiecka w polityce światowej
W. Studnicki – System polityczny Europy a Polska
W. Studnicki – Kwestia Czechosłowacji a racja stanu Polski
W. Studnicki – Z przeżyć i walk
J. Jaruzelski – Stanisław Cat-Mackiewicz 1896-1966
M. Zachariasz – Polska wobec zmian w układzie sił politycznych w Europie w latach 1932-1936

http://chris1991.salon24.pl/254857,stud ... -swiatowej


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 15 gru 2010, 18:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Pamięć o Smoleńsku

Katyń i Smoleńsk po 10 kwietnia 2010 r. zostały ze sobą połączone już na zawsze w polskiej historii, pamięci, tożsamości, a pewnie też legendzie. Śmierć prezydenta i całej elity politycznej Rzeczypospolitej w katastrofie lotniczej, kiedy udawali się do Katynia, aby oddać hołd pomordowanym oficerom Wojska Polskiego, nierozerwalnie łączy oba akty narodowej tragedii: jeden z 1940 r. i drugi z 2010 roku. Już prawie siedemdziesiąt lat temu w poetyckiej wizji dziejowej pisał Kazimierz Wierzyński:

...i jak ma zapomnieć
O tych lasach katyńskich,
gdzie z gliny i pyłu
Straszny kopiec przed nami
nie przestał ogromnieć,
Góra czaszek przebitych
kulami od tyłu,
Pasmo rąk powiązanych,
kalwaria męczeńska,
Którą choćby rozkopać
sto razy od nowa,
Burzyć będzie się pamięć
i wlec do Smoleńska,
Pamięć - krzywda i pamięć
- moc pozagrobowa.


Przez pół wieku Rosja sowiecka ukrywała prawdę o zbrodni ludobójstwa w Katyniu, a także w Miednoje, Charkowie, Bykowni, Kuropatach i o mordach dokonanych na Polakach na całym ogromnym obszarze imperium zła. Niegdyś Rosjanie ukrywali, ale jeszcze dzisiaj manipulują, a także nadal nie chcą ujawnić tajnych archiwów moskiewskich. Nie chcą prawdopodobnie dlatego, że kryją one dokumenty, z których wyjdzie prawda. A prawda jest taka, że w samym Katyniu NKWD na polecenie rządu rosyjskiego wymordowało "jedynie" cztery i pół tysiąca Polaków. Natomiast faktyczna liczba ofiar ludobójstwa zbrodni przekracza nawet milion istnień ludzkich!
Tradycyjne dla polityki Kremla są również kłamstwa, manipulacja, polityka drugiego dna oraz wprowadzanie mylnych tropów do śledztwa w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem. Zastanawiające jest jednak, jak bardzo Donald Tusk i ministrowie jego rządu starają się pomniejszyć odpowiedzialność Rosji za śmierć polskiego prezydenta i polskich elit. Co więcej, premier i jego ministrowie: Graś, Miller, Arabski, z wyraźną nadgorliwością po prostu bronią Rosjan przed jakimikolwiek podejrzeniami, w praktyce wykluczając z góry nie tylko zamach, ale nawet zwyczajny bałagan na lotnisku w Smoleńsku. Zarówno zbrodniczy zamach polityczny, jak i bałagan są bardzo trwałe w rosyjskiej tradycji.
Zadziwia nie tylko determinacja premiera i wspomnianych ministrów w obronie Rosji Putina i Miedwiediewa przed polską opinią publiczną, ale zastanawia również pewna polityczna naiwność polityków PO, którzy sami kreują się na realistów. Naiwność polega na tym, że można liczyć, iż z biegiem czasu sprawa Smoleńska się wyciszy, rozmyje, że będzie można ukrywać prawdę w nieskończoność, tak jak np. sprawę tragicznej śmierci nad Gibraltarem premiera Władysława Sikorskiego. Otóż wydaje się, że prawdy o katastrofie smoleńskiej nie da się ukrywać w nieskończoność. Tak już bywało, i nie tylko w naszej historii, że prawda wcześniej czy później wypływa na wierzch jak oliwa. Co więcej, tak bywa przecież, że sprawy i rzeczy, które chcemy ukryć, ujawniają się zawsze w najbardziej niewłaściwym momencie! Czy premier Donald Tusk nie zdaje sobie sprawy z tego, że pod jego biurkiem w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nieubłaganie tyka bomba zegarowa? Czy nie zdaje sobie sprawy z tego, że od ośmiu miesięcy broni Rosjan, ale jak przyjdzie co do czego, to oni go bronić nie będą, że poniesie całkowitą odpowiedzialność?
Donald Tusk, a szczególnie rzecznik rządu minister Paweł Graś oraz minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller obiecywali wielokrotnie, nawet z trybuny sejmowej, publikowanie systematycznie raportów o stanie śledztwa i nawet tej obietnicy nie próbowali dotrzymać. Pułkownik Edmund Klich, polski przedstawiciel akredytowany przy komisji MAK w Moskwie, komentuje tak ukrywanie przed Polakami przebiegu śledztwa: "Nie rozumiem tego. Gdy Amerykanom rozbił się prom kosmiczny, to codziennie organizowali konferencje. I nie chodziło o ujawnianie niesłychanych sekretów. Informowali, co już zrobili, w jakich obszarach i czym się będą zajmować w najbliższych dniach. Kompletnie nie rozumiem strategii tajności, która wywołuje dezorientację i jest pożywką dla spiskowych teorii. Społeczeństwo płaci za prowadzenie tych badań i ma prawo wymagać informacji". Na oczach całej Polski widać coraz wyraźniej, jak premiera irytują każde trudniejsze pytania o Smoleńsk. A tymczasem te najtrudniejsze dotyczyć będą szczegółów rozmowy Władimira Putina z premierem Tuskiem 10 kwietnia w Smoleńsku. Nie wierzę, że nie ma stenogramów, zapisu nagrania lub notatek z tej historycznej rozmowy. To samo dotyczy rozmów ministra - szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Moskwie 17 i 18 marca. Ogólniki, że minister Tomasz Arabski poleciał do Moskwy ustalać szczegóły wizyty premiera w Katyniu, są daleko niewystarczające.

Józef Szaniawski

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=109193


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 22 sty 2011, 14:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Po co nam Polska?

Dlaczego "oni" nie chcą Polski?

A nam po co Polska? Naturalnie z powodów wykluczających pogląd: "Polska stoi na przeszkodzie do...". Właśnie po to, abyśmy wbrew naszej woli nie stali się częścią czyjegoś planu zapanowania nad światem, a przy okazji nie zostali zupełnie pozbawieni prawa do decydowania o własnym losie. Abyśmy bez strachu przed represją mogli kultywować naszą tradycję, tworzyć własną historię, utrwalać ojczysty język.

"Po co mi Polska?" - rzadko kiedy stawiałem sobie to pytanie. Wielokrotnie zastanawiałem się: "Po co 'im' Polska?". Po co była Rzeczypospolita Katarzynie II i Fryderykowi II, po co była Stalinowi i Hitlerowi? Czy tylko po to, by zaspokoić wygórowane ambicje? Czy też do spełnienia wizji odrestaurowania świata pod butem mocniejszych? A może zadziałała zaniżona samoocena? W przypadku pierwszej pary - pragnienie wyrównania rachunków wielowiekowych pariasów z dostojnym republikańskim sąsiadem, w przypadku drugiej - odreagowanie niepowodzenia przy próbie zdobycia panowania nad kontynentem. A więc może zadziałała również pogarda dla wolności? Po namyśle uświadomiłem sobie, że pytanie: "Po co 'im' Polska?", postawiłem "na głowie". Pytanie powinno brzmieć: "Dlaczego 'oni' nie chcą Polski?" lub raczej: "W czym Polska 'im' przeszkadza?".

Na straży wolności
Z czysto biologicznego punktu widzenia człowiek musi funkcjonować w oparciu o zdefiniowany sens życia. Człowiek pragnie uczestniczyć w życiu zbiorowości. Stanowi ją rodzina, szkoła lub zakład pracy. Na wyższym poziomie miasto lub wieś, państwo, region Europy i grupa etniczna, i coraz częściej kontynent, a w przyszłości może glob. W obrębie każdej z tych grup człowiek buduje system założeń. Mówimy, że człowiek potrzebuje celu w życiu. Jednak, aby mógł realizować swój najprostszy cel na poziomie komórki rodzinnej, wybudować na przykład dom, musi zrealizować cele w kręgach wyższych. Na poziomie gminy powinien rozstrzygnąć formalności związane z zakupem działki, na poziomie władz państwowych może forsować uchwalenie pakietu ustawowych ulg.
Każdy z nas, nawet niezamożny, oczekuje, że państwo umożliwi mu swobodną pracę nad jego założeniami; wykaże właściwą dla tutejszej kultury, doświadczeń historycznych, mentalności wyrozumiałość oraz wrażliwość. Nie będzie dyktowało, jakimi celami powinien się zajmować w pierwszym rzędzie i na którym realizować je poziomie. Jeśli obywatel zamierzy sobie, że chce, aby jego kraj zaczął uczestniczyć w wyścigu na Marsa - państwo nie będzie próbowało złamać jego przekonań. Jeśli zadecyduje, że chce wyjść poza wspólnotę narodową, nie zatrzyma go. Poskromi natomiast każdego, kto będzie próbował zagrozić bezpieczeństwu którejkolwiek ze wspólnot. Zupełnie tak, jak w rodzinie, której "głowa" dba o bezpieczeństwo poszczególnych osób, zaś swemu potomstwu pozwala decydować o swoim losie, gdy osiągnie ono odpowiedni stopień rozwoju poznawczego.

Patriotyzm
autoryzowany
Wojciech Sadurski, znany w Europie i Polsce profesor prawa, pracownik Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, napisał w 2006 r. w swym artykule "Patriotyzm liberała" następującą rzecz: "Gdy niedawno Parlament Europejski skrytykował narastanie w Polsce ksenofobii, antysemityzmu i homofobii, natychmiast odezwały się u nas głosy oskarżające o brak patriotyzmu tych polskich europarlamentarzystów, którzy głosowali za tą rezolucją. Mówiono o kalaniu własnego gniazda, o nielojalności, o karygodnym skarżeniu się na własny naród... Zamiast refleksji nad zjawiskiem napiętnowanym przez PE podniosły się głosy oburzenia autoryzowanych patriotów. Ale nie na tym polega patriotyzm - zwłaszcza w czasach dla Polski dobrych - że unika się krytyki własnego rządu, także poza granicami Polski. Wprost przeciwnie - różne grupy zawodowe, religijne i inne mogą szukać sojuszników na szczeblu europejskim (...)".
A dlaczego nie na tym polega patriotyzm? Dlaczego "autoryzować" wyższość krytyki na szczeblu europejskim nad krytyką krajową? Kto zabrania dorosłym "dzieciom" krytykować postępki wybranego w elekcji "ojca"? Jakiż to liberał zabiera do swego warsztatu inżyniera społecznego patriotyzm i chce go kroić, a następnie reglamentować? Faktyczna wolność polega na tym, że liberał nie zabroni "zadomowionym" na płaszczyźnie "ponadnarodowej" krytyki rządu narodowego, a czującym dumę przede wszystkim ze swej "małej" Ojczyzny w Polsce, krytyki naruszających jej dobre imię instytucji. Liberał zostawi patriotyzm i ludzi w spokoju, bo liberał wie, że zaczyna się od wyższości jednej idei nad drugą, a kończy na wyższości jednej klasy nad drugą.
Rzetelny liberał nie zasugeruje, że patriotyzm na poziomie Ojczyzny jest nienowoczesny lub zbędny. Liberałem był John Adams, drugi prezydent Stanów Zjednoczonych. Liberałem - z mojego punktu widzenia - niestety areligijnym, lecz niezwykle uczciwym intelektualnie. Adams powiedział: "Powinności względem naszego kraju znikną dopiero wraz z końcem naszego życia". Inny liberał, tym razem z "Gazety Wyborczej", niejaki Wroński, pisząc o pasażerach Tu-154M, stwierdził rzecz zgoła odwrotną: "Bardziej mi drogie jest życie tych ludzi niźli służba narodowej idei". Pierwszy z nich był "ojcem założycielem" nowoczesnego narodu - oczywiście za zgodą samego narodu i państwa - dziś wzoru nowoczesności, a drugi z nich jest twórcą... swojego felietonu i liberałem.

Nic w zamian za Polskę
Adams zwrócił uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz. Patriotyzm nie tylko zapewnia opiekę, ale także wymaga poświęceń i wyrzeczeń. Państwo, jak każdy "rodzic", jako punkt odniesienia dla uczuć miłości i przywiązania - czyli patriotyzmu, dopomina się lojalności i służby od "dzieci". "Służba" - takie słowo może być obce liberałom spod znaku "Gazety Wyborczej", ale nie podróżującemu po świecie profesorowi Sadurskiemu. Słowa "duty" i "service" w Stanach Zjednoczonych odmienia się we wszystkich kontekstach z założeniem - służymy najpierw naszej ojczyźnie, a później "ponadnarodowym" organizacjom.
Konkludując, patriotyzm jest niezwykle ważnym regulatorem życia społecznego. Nie można go zlikwidować, można co najwyżej wykrzywić jego znaczenie, nadać mu inne wektory. Jeśli chciałoby się je usunąć, trzeba byłoby dać coś w zamian. W Związku Sowieckim za zdradę swych rodziców wręczano ordery i przyznawano posady, ale obyczaj ten wcale nie uchronił "federacji" przed rozpadem na kilkanaście narodowych republik.
Polska jest nam potrzebna jako poprawnie funkcjonujący odbiornik patriotyzmu. Jest nam droga, jest nam niewdzięczna, ma wady, które znacząco wyolbrzymiamy. Lecz nie wzięlibyśmy i nie dalibyśmy żadnych pieniędzy za innych "rodziców", nawet rodziców z reklamy margaryny oraz ze znajomościami w Zarządzie Dróg Powiatowych. Chcemy być Polakami, bo Polska jako wspólnota istnieje od ponad tysiąca lat. Daje nam poczucie wartości, poczucie bezpieczeństwa oraz chęci podtrzymywania jej egzystencji. Profesor Sadurski ma prawo poszukiwać innej wspólnoty i ma prawo nie zostać za to wyśmiany. Jeśli wskazana przezeń wspólnota okaże się trwalsza i atrakcyjniejsza niż moja Polska, może będę musiał przyznać mu rację. Tak interpretuje się postęp. Lecz póki Unia Europejska istnieje 58 razy krócej od Polski i póki od Grecji po Portugalię oprotestowują ją coraz większe rzesze ludzi, mam prawo zakładać, że nie przetrwa nawet połowy tego okresu.

Paweł Zyzak

Autor jest historykiem, doktorantem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, stypendystą Institute of World Politics w Waszyngtonie; opublikował książkę, która zyskała duży rozgłos: "Lech Wałęsa - biografia polityczna legendarnego przywódcy 'Solidarności' do 1988 roku".

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 05 lut 2011, 18:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Istotę republikanizmu przybliża Polakom tradycja ich państwa. To republikańskiemu charakterowi jego ustroju swe miejsce w jego tytule zawdzięcza słówko rzeczpospolita

Magnetyzm Rzeczypospolitej

Zadaniem nowoczesnego republikanizmu polskiego jest odbudowa autorytetu państwa, zszarganego zwłaszcza ostatnio, a także mnożenie potencjału niezbędnej do tego energii obywatelskiej. Jest to konieczne, jeśli majestat Rzeczypospolitej ma odzyskiwać swą magnetyczną siłę, a republikanów - pod jej wpływem - przybywać.

Często od pewnego czasu dający się słyszeć termin republikanizm budzi sympatię odruchową. Dzieje się tak, mimo że większość tak zwanych izmów nie cieszy się już - słusznie i na szczęście - swą niegdysiejszą siłą. Wydźwięk negatywny, jaki końcówka "izm" nadaje terminom, nie musi dziwić. Bierze się on przecież z niezdolności zdroworozsądkowej uznania jakiejkolwiek ideologii za podstawę praktyki politycznej. Inaczej mówiąc, z niezgody na ideologizację polityki, nieuchronną, gdy jej podstawą przestaje być etyka. Nie tylko praktyka polityczna komunizmu czy socjalizmu narodowego ukazuje skutki ideologizmów politycznych. Ma tu swój wkład i liberalizm, odkąd nie kojarzy się już z praktyką rządów wolnych od przemocy, a szanujących naturalne uprawnienia jednostki do wolności sumienia i myśli, lecz z ideologią, co politycznego terroru używa, by wolności te łamać. Niechęć do "izmów" wypływa też z przeczucia, że z praktyką życia w realiach tego świata mało która teoria ma kontakt. Najmniej zaś teoria tak bardzo stroniąca od doświadczeń, jaką w rzeczy samej jest każda ideologia.
Dziwić więc może, że termin republikanizm - inaczej niż inne "izmy", nawet te, co nie budzą przykrych skojarzeń - przyjmowany nie jest z co najwyżej ziewnięciem, ale z ciekawością, rzecz prosta - stonowaną. Otóż wydaje się, że niespodzianka, jaką kryje w sobie powód takiego stanu rzeczy, może wynagrodzić trud niezbędny do jego odszukania.

Sprawa Najwyższa

Źródłem sympatii dla terminu republikanizm zapewne nie jest upodobanie do republiki jako ustroju przeciwstawnego monarchii. Gdyby bowiem spytać szeregowego Polaka, a nawet Francuza, czy woli republikę, jaką ma dziś, czy monarchię, jaką miał kiedyś, to odpowiedź - jeśli tylko byłaby szczera - nie byłaby miła dla tych, którzy dzisiejsze monarchie europejskie mają za przeżytek. Skoro nie działa tu urok konkretnego ustroju państwa, to musi być to urok państwa samego. I jest tak, choć idzie tu raczej o urok szczególnej postawy indywidualnej, której ono jest adresatem. Do sedna sprawy zbliża różnica znaczeń, jakie polszczyzna współczesna nadaje dwu terminom: republika i rzeczpospolita. Oba terminy wywodzą się z tego samego łacińskiego słówka - respublica. O ile znane realia ustrojowe opisuje polskie słówko republika - podobnie jak angielskie republic i francuskie république - o tyle słówko rzeczpospolita służy opisowi innych realiów. Otóż realia opisywane słówkiem rzeczpospolita odpowiadają najściślej tym realiom, do których opisu właśnie słówko respublica stosowali Rzymianie. Nie odnosząc się do specyfiki struktury państwa, rzymski termin respublica odnosił się do specyfiki jego funkcji. To znaczy do jego funkcji jako sprawy publicznej, za jaką je miał, zgodnie z tłumaczeniem ścisłym obu słówek, w zgodzie też z tradycją klasyczną zaczynanych dużymi literami, choć pisanych razem - ResPublica. Pierwotne, rzymskie znaczenie obu słówek - Res i Publica - tłumacząc termin z nich ułożony, rzuca światło na funkcję ujętych nim realiów.
Jest więc to - powiedzmy od razu - Sprawa Najwyższa (Res Summa), jaką tak plasuje sam urok jej przedmiotu. Urokowi temu bowiem - zdaniem Cycerona - oprzeć się nie może nawet najwyższe bóstwo. Ono przecież - według tego prawnika - "ze wszystkiego, co na świecie całym, upodobało sobie najbardziej gromady i związki ludzkie, spojone prawem i zwane państwami". Otóż zwąc po łacinie państwo słówkiem "civitas", upewnia nas Cyceron, że to ów zgodny z naturą jego charakter ludzki - wspólnotowy i prawny - stanowi o uroku realiów, jakie je tworzą. To gdy o nich właśnie mówił - w tym samym zdaniu - Cyceron użył terminu res publica, narzucającego samym sobą obowiązek "opieki nad nimi, oraz ich zachowywania, wspierania i pomnażania". I to właśnie ów naturalny - wspólnotowy i prawny - charakter państwa poleca jego najwyższym urzędnikom uroczysta sentencja: "Strzec mają konsulowie, aby żaden uszczerbek nie zagrażał Sprawie Publicznej".
Z pierwotnym znaczeniem rzeczownika res wiąże swe znaczenie pierwotne przymiotnik publica. Jednak sens dzisiejszy przymiotnika polskiego - publiczna - znaczenia tego nie oddaje dostatecznie wiernie. Ma to przyczynę z jednej strony w coraz mniejszej ostrości pojęć służących rozróżnianiu obu sfer życia - prywatnej i publicznej - a z drugiej strony w rozpowszechnieniu poglądu, że same ich rozróżnienie powoduje komplikacje niepotrzebne. Mówiąc krótko, w tym więc, że dziś zdaniem wielu przestrzeń publiczna jest tym atrakcyjniejsza, im łatwiej dopuszcza zachowania zastrzegane dotąd dla przestrzeni prywatnej. Rzymianin w obu przestrzeniach, w privatum i w publicum, czuł się jednako dobrze i każdą miał za dobro, bez którego żyć nie umie człowiek integralny. To znaczy: w jednej osobie - pan swego privatum i obywatel swego publicum. Realia ujęte pojęciami pan i obywatel, są równie ludzkie i uznania godne, co różne. Toteż jednym i drugim niezbędne są przestrzenie różne i odrębne. Dlatego Rzymianinowi integralnemu życie brzydnie, gdy którejś brak. Stąd w żadną z nich nie wkracza bez uznania jej specyfiki; stąd też każdą z nich przed zamachem na jej specyfikę osłania.
Można więc mówić, że im bardziej był Rzymianin panem, tym bardziej był i obywatelem. Tym też bardziej osobistą i tym bardziej pańską rękojmię opieki obywatelskiej dawało Sprawie Najwyższej jej miejsce w tak pojętej przestrzeni publicznej, gdzie ją świadomość pomieszczała wspólnym znaczeniem obu słówek - res i publica. To do konkretu państwa o takim właśnie charakterze i do takiej właśnie postawy indywidualnej, w ślad za terminem ResPublica adresuje się termin republikanizm.

***

Godny uwagi wydaje się pewien szczegół wyróżniający republikanizm tak pojęty z ogółu pojęć o patriotyzmie. Patriotyzm zwraca nas ku ojczyźnie, w której żyjemy i za którą tęsknimy, niepodległej politycznie albo zniewolonej - zawsze przecież skłaniającej nas do poświęceń dla niej, czasem nawet najwyższych. Natomiast adresujący się do konkretnego charakteru państwa republikanizm wyklucza, by jego odmianę republikanin mógł przeżyć bezkarnie. Jak to zauważył Stanisław Łoś, rody - zarówno patrycjuszowskie, jak i plebejskie - które stworzyły republikański Rzym i dawały mu urzędników, nie przeżyły jego transformacji w Rzym cesarski. W dobie zmian przestały wydawać potomstwo.
Uwagę przykuwają też inne okoliczności, w jakich republikanizm rzymski manifestował swą obecność, a do jakich zbliża pisarstwo wybitnego badacza antyku. Jedna z nich to ambicja do ofiarności na rzecz sprawy publicznej, pociągająca omal odruchowo, a zwykle bezgranicznie. Druga to powściągliwość w ubieganiu się o urzędy, jaka zawsze cechowała patrycjuszów i jaką okazywali też plebejusze, już gdy zyskali prawo ich sprawowania.

Obywatel król

Fenomen kulturowy rzymskiego republikanizmu stanowi dobro z oryginalnej części dziedzictwa Zachodu. Stąd w każdej epoce realia tworzące jego istotę stają się magnesem dla wyobraźni politycznej Europejczyków i dla ich politycznej praktyki. Od nich zależy, czy jego przyciąganiu się poddają, czy nie. Czy więc przełamują opór barier, jakie od niego dzielą ich życie i ich wyobraźnię. Przyznać trzeba, że przy jego przełamywaniu Polacy znajdują się w sytuacji dość uprzywilejowanej przez dwa czynniki, co prawda świadome im raczej słabo.
Czynnikiem zbliżającym wyobraźnię Polaka do istoty republikanizmu jest same słówko rzeczpospolita. Przeniesione ze starej polszczyzny do dzisiejszej zachowało ono swój pierwotny sens, tożsamy z pierwotnym znaczeniem łacińskim terminu respublica. Podobnie jak Polaków, język ojczysty uprzywilejował pod tym względem też Anglików, skoro i oni mogą rozróżniać rzeczpospolitą i republikę, a to dzięki odpowiadającym im dokładnie słówkom angielskim - commonwealth i republic. Godne uwagi jest, że i rzeczpospolita, i commonwealth, podobnie jak będąca ich wzorcem ResPublica, zyskały status tytułu podmiotu prawa publicznego. Mniej szczęścia mają Niemcy. Wprawdzie i niemczyzna ma oba słówka umożliwiające podobne rozróżnianie, jednak historia sprawiła, że wspaniały rzeczownik niemiecki das Gemeinwesen - inaczej niż pokrewne mu rzeczpospolita i commonwealth - statusu podobnego tytułu jak dotąd nie uzyskał. Jeszcze trudniej przychodzi rozróżniać omawiane realia Francuzom, którym słówko république służy wyłącznie do ujęcia realiów ujmowanych polskim republika czy angielskim republic, a w których słownictwie dziś po prostu brakuje osobnego słówka tłumaczącego respublica tak, jak czynią to rzeczpospolita i commonwealth.
Drugim czynnikiem, który istotę republikanizmu przybliża Polakom, jest tradycja ich państwa. To republikańskiemu charakterowi jego ustroju - prześwitującemu już za monarchii Piastów, dojrzałemu za królów Jagiellonów, kultywowanemu pod berłami Wazów i obu królów rodaków - swe miejsce w jego tytule zawdzięcza słówko rzeczpospolita. Co więcej, ustrój ten przedstawia się jako podręcznikowy przykład modelu zwanego ustrojem mieszanym. Ustroju więc, którego specyfiką cieszył się Rzym republikański, a który jeszcze wcześniej za "ustrój państwa, które jest państwem we właściwym tego słowa znaczeniu", uznał Arystoteles. Przypomnijmy, że filozof za właśnie taki uważał ustrój, w jakim monarcha, elita urzędnicza i ogół obywateli wspólnie sprawują całość władzy przysługującej państwu z natury, co staje się możliwe dzięki zmieszaniu trzech form tak zwanych ustrojów czystych, oddających władzę albo jednemu, albo mniejszości, albo wszystkim. Monarchiczną władzę konsulów, zmieszaną z arystokratyczną władzą senatu i ludową trybunów oraz zgromadzeń, odwzorowały w Anglii uprawnienia króla, połączone w parlamencie z uprawnieniami lordów i posłów gmin, podobnie jak w sejmie pierwszej Rzeczypospolitej czynili to jej król, jej senat i posłowie z jej ziem. Ten sam modelunek łatwo znaleźć w tak zwanych systemach prezydenckich. To właśnie taki ustrój, zwąc politeją, przeciwstawiał go Arystoteles monarchii czystej i czystej arystokracji jako ustrojom wprawdzie deklarującym gwarancję zasadzie dobra wspólnego, ale gwarancję w istocie utopijną. Natomiast tym ustrojom czystym, które gwarantują dobro jedynie rządzących, za które miał tyranię, oligarchię i demokrację, odmawiał on miana państwa.
Co jasne, również w przypadku polskim, struktury i procedury konstytucyjne pozwalały trzem podmiotom naczelnym ustroju mieszanego - sprawującym części władzy powierzone im poprzez podział jej należnej państwu całości - strzec każdy każdego, by żaden z nich nie działał dla korzyści innych jak korzyść Rzeczypospolitej. Mnożyło to siłę państwa i jego urok. Działał tu przecież nie sam system, ale przede wszystkim duch, który go uruchomił, zwłaszcza w okresie renesansu, kiedy to wpływ narodowej ambicji sprzągł się z wpływem intelektualnej lekcji, jaką wtedy, nie tylko zresztą w Polsce, dawał odkryty po raz kolejny antyk.
Cały więc zespół czynników kulturowych współtworzył fenomen polityczny pierwszej Rzeczypospolitej, gdzie republikaninem był nie tylko obywatel szeregowy i minister, ale i król.

Ustrój mieszany

Nad republikanizmem późniejszych czasów nowożytnych zaciążyły dwa fakty. Jeden - którym w XVIII wieku stał się upadek pierwszej Rzeczypospolitej, przesłaniający jej przewagi z wieków XVI i XVII - wykazał, że tak jak śmierci rzeczypospolitej nie przeżywa republikanin, tak też bez republikanów przeżyć nie może i rzeczpospolita. Omal nieobecni w odpowiedzialnych za klęskę pokoleniach czasów sasko-stanisławowskich nie mogli republikanie rzeczywiście ani nadać ducha rzetelnie republikańskiego reformie państwa, ani miarodajnego kodeksu jego zasad pozostawić pokoleniom z XIX wieku. Fakt drugi tkwi w piruetach refleksji politycznej, na śliskim gruncie realiów ustrojowych nowożytności. Tu bowiem - obok uznanego zrazu przez omal całą myśl Zachodu za standardowy republikańskiego ustroju mieszanego - z biegiem epoki coraz to śmielej do tytułu prawidłowości dziejowej pretendował najbardziej chyba standardowy ustrój czysty, to jest francuska monarchia absolutna. Rzecz nie tylko w tym, że rozdwajało to dukt, jaki dotąd wiódł Europejczyków w kierunku republikańskim, czy że nie zbrakło intelektualistów chwalących władzę absolutną. Brzemiennie na całą przyszłość, prowokowane absolutystyczną praktyką i teorią, utrwalało się wyobrażenie państwa jako narzędzia władzy posiadającego je władcy. Państwo więc - tak gdy "posiada" je król, jak gdy "ma" je lud - stanowi narzędzie tym lepsze, im bardziej jest ono posłuszne marzeniom "właściciela", którego wola stawać może się prawem tylko dlatego, że sankcjonuje ją już nie etyka, a ideologia. Łatwo jest dostrzec, że specyfika takiego państwa niewiele ma wspólnego z urodą rzeczypospolitej, której ulegają republikanie. Nowość jego modeli dziewiętnastowiecznych przyćmiła wyobraźnię spadkobierców po pokoleniach zawstydzającego polskiego wieku XVIII, gdy nieszczęście Ojczyzny obudziło w nich wreszcie ambicję pradziadów z XVI i XVII stulecia.
Wpływ tak dalekich od klasycznego republikanizmu modeli praktyki i refleksji odcisnął swe ideologizujące piętno również na specyfice dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych stronnictw republikańskich, zwłaszcza we Francji i we Włoszech. Znacznie mniej ulegał mu republikanizm amerykański, dyscyplinowany tradycją anglosaską, zakorzenioną w tej samej glebie kulturowej, z której wcześniej wyrosła polska pierwsza Rzeczpospolita. Tymczasem swój nowy triumf tradycja ta odnosiła w dziewiętnastowiecznej Anglii. Kolejne reformy modernizowały miejscowy ustrój mieszany, który i tu dowodził, że stanowi ustrój optymalny, triumfujący jako monarchia konstytucyjna. Jego bowiem nazwę klasyczną, to jest ustrój mieszany, rugował ze słownika polityki dyktat intelektualnych mód. Z biegiem czasu ujawniała się przecież charakterystyczna zbieżność. Oto rosnącym z biegiem drugiej połowy XX wieku w świecie anglosaskim obawom o stan jego obu państwowości towarzyszyła emancypacja historiografii miejscowej spod uroku francuskiej, jaki w sferze historii politycznej na pokolenie J.W. Allena wywierał Pierre Mesnard, a jakiemu już w latach 70. oparli się choćby John Pocock i jego młodsi koledzy, John Dunn i Quentin Skinner - zasłużeni eksploratorzy nowożytnego republikanizmu. Z drugiej strony to z tą eksploracją zbiegło się, mniej lub bardziej akcentowane, odkrycie pojęcia ustroju mieszanego. Doczekało się ono szeregu analiz, autorstwa takich autorów, jak Julian Franklin w Ameryce czy Horst Dreitzel w Niemczech, a także - nieco starszy - Rodolfo de Mattei we Włoszech. Od ich badań niezależnie, w tychże latach 70., do analizy specyfiki ustroju państwa staropolskiego i jego ewolucji oraz myśli jemu współczesnej wprowadzili ustrój mieszany Jan Dzięgielewski i piszący te słowa.
W przypadku i tej rewizji historii widać zbieżność podobną. Ujawnił ją rezonans po stronie krakowskiego Ośrodka Myśli Politycznej, skoro w trudnym dla naszej Rzeczypospolitej czasie to w jego środowisku - tak zasłużonym dla rewaloryzacji narodowego dziedzictwa politycznego - ma intelektualne oparcie nowoczesny republikanizm polski - w prologu swej historii.

***

Narzucające się samą siłą rzeczy pytanie o jej ciąg dalszy, wymagałoby - rzecz prosta - refleksji osobnej. Musiałaby ona nie tylko zdiagnozować możliwości odbudowy autorytetu państwa, zszarganego zwłaszcza ostatnio; nie tylko też zmierzyć potencjał niezbędnej do tego energii obywatelskiej. Co jasne, wszystko to są przedmioty refleksji koniecznej, jeśli majestat Rzeczypospolitej ma odzyskać swą magnetyczną siłę, a republikanów - pod jej wpływem - przybywać. Jednak są to przedmioty pomieszczone na zewnątrz każdego, kto na nie patrzy. Tymczasem pewne jest już teraz, że dalszy ciąg historii polskiego republikanizmu nowoczesnego w znacznej też mierze zależy od tego, co tkwi wewnątrz. Od tego więc, co każdemu republikaninowi rzeczywistemu nakazuje - właśnie w imię jego godności prywatnej - nie rozpraszać, a jednoczyć publiczny wysiłek, jakiego trzeba, aby oddalić niebezpieczeństwo od Rzeczypospolitej.

Prof. Janusz Ekes

Autor jest profesorem Wydziału Studiów Politycznych WSB-NLU w Nowym Sączu, kieruje Katedrą Historii i Teorii Państwa. Jest autorem książek, m.in.: "Polska - przyczyny słabości i podstawy nadziei" (1994), "Natura - Wolność - Władza. Studium z dziejów myśli politycznej Renesansu" (2001), "Trójpodział władzy i Zgoda Wszystkich. Naczelne zasady 'ustroju mieszanego' w staropolskiej refleksji politycznej" (2001). Jego "Złota demokracja", wydana po raz pierwszy w roku 1987, miała drugie wydanie w roku ubiegłym.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 09 mar 2011, 18:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Obelgi zamiast faktów – prof. Peter D. Stachura


Uwagi o ostatniej debacie o Polakach i Żydach

Każdy, kto zetknął się z publikacjami Jana Tomasza Grossa, bardzo znanego pisarza polsko-żydowskiego pochodzenia, obecnie pracującego w Stanach Zjednoczonych, musi sobie zdawać sprawę z jego niezwykłej i – wydaje się – niewyczerpanej zdolności przedstawiania całej polskiej społeczności, a szczególnie społeczeństwa II Rzeczypospolitej w jak najmniej pochlebny i oskarżycielski sposób.
Cechami charakterystycznymi poprzednich publikacji Grossa, poczynając od książki o zbrodni w Jedwabnem, są nieuzasadnione uogólnienia oparte na niepełnych, celowo dobranych i wyrywkowych “dowodach”; zniekształcenia i dowolny dobór dostępnych materiałów oraz pomijanie istotnych faktów, które mogłyby zaprzeczyć przedstawionym argumentom i interpretacjom lub przynajmniej je podważyć. Duża doza sofistyki jest inną, często pojawiającą się cechą pisarstwa Grossa. Co więcej, treść jego książek została zaprezentowana w formie prozy, złośliwej w tonie i poddającej się pogoni za sensacją. W skrócie: Gross ma niewiele wspólnego z tradycyjną, poważną, empirycznie udokumentowaną i obiektywną pracą naukową, która stara się dotrzeć do prawdy o faktach, ich historycznych okolicznościach, a następnie spokojnie i w zrównoważony sposób je ocenić.
W wielu uznanych ośrodkach akademickich w Polsce i na świecie ugruntowała się reputacja Grossa jako antypolskiego, filosemickiego propagandysty, zgłodniałego uwagi i popularności, nie zaś poważnego i wiarygodnego historyka. Można się tylko dziwić jego bezgranicznej bezczelności w nieuświadomionym brnięciu tymi samymi koleinami z następną “pracą”. Przypadek Grossa potwierdza smutną życiową obserwację, że niektórzy nigdy się nie uczą albo nie chcą się nauczyć. Odnoszą się niechętnie do wszystkiego, co może się przeciwstawić, podać w wątpliwość lub zaprzeczyć temu, co już zdążyli powiedzieć.
W pogoni za z góry opracowanym programem, którego przyczyną jest często głęboka, irracjonalna animozja ku komuś lub czemuś, nie tylko narażają się na śmieszność, ale także na pogardę.

Trywialna propaganda Grossa

Ostatnią, prowokacyjnie zatytułowaną publikację Grossa, o równie prowokacyjnej treści, można oceniać z trzech zasadniczych punktów widzenia.
Po pierwsze, opis – kontrowersyjnego, rzecz jasna – tematu zawiera wszystkie – i podstawowe, i poważne, a nawet posuwające się do perwersji – błędy i braki z poprzednich prac tego autora. Za fasadą poprawnie prezentującej się pracy naukowej, opatrzonej przypisami, kryje się nieuporządkowana i stronnicza narracja; interpretacja i oceny będące w rezultacie czymś w rodzaju ulotki propagandowej, a nie uczciwym studium o historycznej wartości. Przedstawiając wyselekcjonowane, niereprezentatywne, niezmiennie trywialne lub o lokalnym tylko znaczeniu zdarzenia i dane, z których większość pochodzi z prac żydowskich oraz polskich lewicowych naukowców niższej rangi, Gross stara się nakreślić oskarżycielski obraz Polaków w okresie niemieckiej okupacji Polski (1939-1944). W jego opinii, zawierającej spodziewane i znane już elementy uznawania się za ofiarę, Polacy – których opisuje – byli stereotypowo i niezmiennie chciwi, niegodziwi i przewrotni. Korzystali z okazji, jeśli taka się nadarzyła, aby wykorzystać niemieckie represje i prześladowania Żydów dla własnego wzbogacenia się. Nieszczęście Żydów, jak twierdzi Gross, stało się dla Polaków szansą (widoczne jest to szczególnie na stronach 109-120). Innymi słowy, zdaniem Grossa, Polacy ci byli przestępcami.

Problemem Grossa pozostaje fakt, że nic z tego, co opisuje, nie brzmi przekonująco. Sceptycyzm lub wręcz niedowierzanie muszą być nieuniknioną reakcją na prezentowane przez niego “dowody”. Podczas gdy w różnych miejscach kraju działała – być może – niewielka liczba Polaków z marginesu, nie można twierdzić, że reprezentowali oni cały naród. Mimo to Gross – przez implikację – twierdzi, że tak właśnie było. Umniejsza on tym samym znaczenie znanego faktu, że większość Polaków angażowała się w codzienną, trudną walkę o przetrwanie – nie tylko przeciwko Niemcom, ale także w walkę z głodem i nędzą. Jest całkowicie pewne, że na każdego przypadkowo wybranego Polaka, który mógłby coś ukraść Żydowi, przypadało znacznie więcej Żydów, którzy okradali swoich rodaków. Rozpatrując te fakty z szerszej perspektywy i posługując się “metodologią” Grossa, można je potraktować jako typowo żydowską obsesję posiadania. Nie sposób nie wysnuć więc niepokojącego wniosku, że Gross ponownie zamierza uwiecznić – w typowy dla siebie, goniący za sensacją, sposób – negatywny obraz II Rzeczypospolitej. W istocie, jego praca stanowi nie tylko przykład “wielkiego hałasu o nic”, ale także nieuzasadnionej niechęci do kraju w szczególnym okresie jego historii – kraju, którego on, rzecz jasna, nie darzy sympatią.

Bezpodstawne oskarżenia

Po drugie, najnowsza książka Grossa obnaża jego całkowitą nieznajomość niemieckiej polityki okupacyjnej, w szczególności dotyczącej własności i dóbr materialnych należących zarówno do Żydów, jak i do Polaków. Ponadto, zgodnie z dobrze znanymi prawami rasowymi narodowego socjalizmu, który określał Polaków i Żydów jako podludzi (Untermenschen), w polityce niemieckiego okupanta – szczególnie w sprawach dotyczących własności i posiadania – nie było możliwości, aby jedna z tych grup mogła wzbogacić się kosztem drugiej. Niemiecka polityka w Wielkopolsce (przez większość okresu okupacji nazywanej Kraj Warty, Warthegau) oraz w Generalnym Gubernatorstwie dostarcza niepodważalnych dowodów w tej kwestii.
I tak chociażby, w Kraju Warty, gdzie rządy sprawował Gauleiter i Reichsstatthalter Artur Greiser, brutalnie prowadzona polityka germanizacji skutkowała pozbawieniem domów, firm, nieruchomości, samochodów, rowerów i innych sprzętów domowych bez żadnej rekompensaty zarówno Żydów, jak i Polaków. Wszelkie dochody zaś były odprowadzane do skarbu III Rzeszy. Już w październiku 1939 r. utworzono Główny Urząd Powierniczy “Wschód” (Haupttreuhandstelle-Ost, HTO), który koordynował i nadzorował, razem z kontrolowanym przez SS Komisariatem Rzeszy do spraw Umacniania Niemczyzny (Reichskommissariat fźr die Festigung Deutschen Volkstums, RKFDV), rejestracje i sprzedaż dużej liczby dóbr skonfiskowanych ludności polskiej i żydowskiej. Dodatkowo, w tym samym czasie, Niemcy wprowadzili za sprawą nowo powstałego Urzędu Ziemskiego (Bodenamt) nowe przepisy, dotyczące posiadanych dóbr, które miały usprawnić program rejestracji i konfiskaty. Następnie, w tym samym roku, Dekret o Polskiej Własności (Polenvermogensordnung) zamknął drogę do korzystania z wszelkich luk prawnych, które mogły się pojawić. Spowodował on, że niemal cała polska i żydowska własność w Kraju Warty podlegała natychmiastowej konfiskacie, której oficjalnymi uzasadnieniami stały się wszechobecne slogany – od “potrzeb Rzeszy” do “dobra publicznego”. Wszystkie bez wyjątku cywilne, nazistowskie, policyjne i wojskowe organizacje stosowały ten wszechobecny modus operandi, co nie oznaczało, że rezygnowały ze sporów między sobą o dochody.
Innym istotnym czynnikiem, wspomagającym przejęcie polskiej i żydowskiej własności, był fakt, że do wiosny 1943 r. 500 tys. etnicznych Niemców przeprowadziło się do Kraju Warty z innych administrowanych przez Niemców terenów Polski. Wypełnili tym samym lukę, która powstała za sprawą masowych mordów (Polaków i Żydów) i deportacji (Polaków) do Rzeszy.
Innymi słowy, maszyna konfiskat działała sprawnie, nawet jeśli mógł istnieć, sporadycznie i w wyjątkowych okolicznościach (szczególnie w etnicznym chaosie panującym na Kresach po latach 1941-1942), stopień elastyczności, który pozwalałby na nieznaczną liczbę nielegalnych kradzieży. Warto podkreślić, że już w 1941 r. w Kraju Warty nie było praktycznie żadnych polskich czy żydowskich nieruchomości, które mogłyby zostać skonfiskowane. W konsekwencji nie powinno budzić zdziwienia, że w tym regionie nie zachowały się żadne wiarygodne zapisy, dotyczące przykładów przekazywania skonfiskowanego mienia na korzyść jednej z prześladowanych grup – Polaków, od drugiej – Żydów. Te solidne i niepodważalne dowody wskazują, że Gross – który całkowicie je ignoruje, manipulował ówczesnymi przekazami, a także pełnymi poczucia krzywdy powojennymi wspomnieniami Żydów, chcąc bezpodstawnie oskarżyć Polaków o grabież Żydów w Kraju Warty.
Ten sam schemat prawny, uniemożliwiający przejmowanie żydowskich zasobów przez Polaków, dominował w Generalnym Gubernatorstwie, co w istocie zostało potwierdzone, paradoksalnie, przez samego Grossa w jego wcześniejszej monografii. Konkretne dowody na poparcie jego tez, odnoszących się do innych części okupowanej Polski, także nie istnieją. Gross jedynie wyolbrzymia rozproszone i nieprzekonujące raporty, np. o Niemcach “zachęcających” Polaków do “grabieży” żydowskiej własności. Należy podkreślić, że niedawno opublikowane, dobrze przyjęte studia traktujące o sytuacji Polski w okresie okupacji nie wspominają wcale lub wspominają w niewielkim stopniu o ostatniej diatrybie Grossa.

Persona non grata

Po trzecie, niezwykle trudno zrozumieć – jak to możliwe, że kraj taki jak Polska, rozniesiony w pył przez wojenne barbarzyństwo nazistów i Sowietów, niszczony później przez prawie pół wieku przez sowiecki komunizm, jest obecnie obrażany przez osobę mającą nieuzasadnione, wielkie pretensje do innych i równie wielce niezrozumiałe motywy działania.
Atak Grossa na uczciwość, honor i reputację Polaków z czasu II wojny światowej za pomocą niewiele wartej pisaniny powinien zostać zdecydowanie odrzucony przez wszystkie strony. Zamiast cieszyć się międzynarodową sławą, którą z pewnością przyniesie mu ta nowa publikacja, powinien zostać skazany na zapomnienie. Jego książka “Strach” rzeczywiście zrobiła furorę w 2008 r., spowodowała pojawienie się ze strony niektórych sił politycznych koncepcji wyciągnięcia konsekwencji wobec niego. Niestety, nic z tego nie wyszło – być może był to rezultat braku odwagi, jeśli nie tchórzostwa, obecnych elit politycznych Polski. Mając na uwadze nowy, skandaliczny atak na Polaków, powinna znaleźć się w Warszawie polityczna wola, dzięki której przeprowadzono by znaczącą, oficjalną akcję przeciw Grossowi. Nie powinien mieć on licencji na ciągłe bezkarne obrażanie narodu. Dobrym początkiem owej akcji byłoby pozbawienie Grossa Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, który został mu niezasłużenie przyznany w 1996 roku.

Prof. Peter D. Stachura

Peter D. Stachura – dyrektor Centrum Badań nad Współczesną Historią Polski, emerytowany profesor Współczesnej Historii Europy, University of Stirling, Szkocja.
Tekst pochodzi z książki “Złote serca czy złote żniwa”, Studia nad wojennymi losami Polaków i Żydów, redakcja naukowa Marek J. Chodakiewicz, Wojciech J. Muszyński, wydawnictwo The Facto, Warszawa 2011, która ukaże się w połowie marca.

http://www.bibula.com/?p=34181


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 15 mar 2011, 12:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Utylizacja PAMIĘCI.

"...Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością...”

- George Orwell.

Dziś nikt nawet nie próbuje sobie wyobrazić kalkulatora, czy też jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego bez wewnętrznej lub zewnętrznej tzw. „pamięci”. Pierwsze polskie kalkulatorki nie miały M+, M- i MRC. I do dzisiaj nie wiadomo czy to polska myśl techniczna nie była w stanie nadążyć za kapitalistami, czy też władza ludowa obawiał się dodatkowej „pamięci” w rękach niesfornego narodu. O tym jaką rolę pełni pamięć w życiu istot ludzkich jak i zwierząt, nie potrzeby się rozwodzić, jest niezbędna. Pamięć jest powszechnym zjawiskiem we Wszechświecie, a zatem zapewne pełni ważną rolę. Równie ważną rolę pełni zabijanie, niszczenie oraz kalanie pamięci, a także manipulowanie nią. Swoistego rodzaju obróbka. Pamięć pozwala nam na korzystanie z zasobów przyswajanej przez nas wiedzy, nabytych doświadczeń, zapamiętanych zdarzeń, a i również przeżyć, uczuć. Dzięki pamięci idziemy do przodu, ale też możemy cofnąć się wstecz, sięgnąć do pamięci, czyli podróże w czasie są możliwe. Dzięki pamięci nie zapominamy chwil pełnych szczęścia, ani też doznanych krzywd. Pamiętamy kto jest nam wrogiem, a kto bratem. A co najważniejsze pomaga nam nie zapomnieć o rocznicy ślubu i imieninach teściowej, dzięki niej możemy przetrwać nie narażając się żonie, nie mówiąc już o przysłowiowej teściowej.
Ssanie w żołądku przypomina nam o konieczności spożycia posiłku, a pamięć o konieczności zdobycia i gromadzenia jedzenia i innych niezbędnych dóbr pozwala nam przetrwać, a nawet rozwijać się. Pozwala nam rozsądnie gospodarować czasem i życiem. Ile razy zaczynamy zdanie od - Pamiętam jak..., według mnie coraz rzadziej. Przecież musimy wybrać przyszłość, jak nam to tłumaczą jedni z lepszych grabarzy pamięci, postkomuniści. Bo pamięć jak każdy nośnik może zostać wymazana, uszkodzona lub też przy braku zasilania, porządkowania i odświeżania może się ulotnić jak kieszonkowiec z naszym portfelem.
Chyba na stare lata wrócę do pasji lat młodzieńczych, archeologi i historii starożytnej, gdyż wszystko kojarzy mi się z zamierzchłymi czasami. Trudno jednak nie sięgnąć do pragenezy tytułowego zjawiska. Rozważmy jednak niematerialną wartość pamięci sięgając do przykładów z różnych okresów i kultur.
We wspólnotach pierwotnych zjawisko niszczenia pamięci było w okresie embrionalnym z prostego powodu, były to dość małe społeczeństwa o słabo rozwiniętych środkach komunikacji, przekaz niewerbalny w postaci gestów i zachowań nie daje takich narzędzi do obrabiania pamięci jak środki werbalne wzbogacone dodatkowo kulturę materialną o trwalszym niż pamięć ludzka zapisie. Można się z tym nie do końca zgodzić, bo zarówno pamięć ludzką podlega zniekształceniu czy też reinterpretacji jak i zapis materialny może być różnie odczytywany zarówno przez współczesnych jego twórcom odbiorców, a tym bardziej przez następne pokolenia. Pokolenia ulegające naturalnym i sterowanym procesom przeobrażania procesów percepcji i interpretacji. Możemy tylko sobie wyobrazić, iż jakiś tam „pierwotniak” chcąc zatrzeć złe wrażenie jakie wywarł na wybrance serca na „pierwszej randce” już na drugim spotkaniu wysłał inne i silniejsze sygnały, co zaowocowało jakże oczekiwanym zbliżeniem. Mógł to być większy bukiet kwiatów, albo duża porcja mięsa z upolowanej zwierzyny. Pewnie to drugie, bo bukietem ciężko się najeść, a romantyzm epoki kamienia łupanego jest większą zagadką niż Trójkąt Bermudzki. Natomiast w sytuacji walki o władzę lub jej utrzymanie pamięć i praca nad nią odgrywała od zawsze olbrzymią rolę. Dajmy zatem spokój naszym przodkom i przekręćmy wajchę Maszyny Czasu o... lat i przenieśmy się do np. Amazońskiej Dżungli, do gościnnego świata kanibali i łowców głów. Walka o przetrwanie, terytoria o zdobycze, lub zwykłe grabieże, napady na inne wioski i plemiona to prawie codzienny sport tej i następnych epok. Oprócz sztuki wojennej jest też rytuał, magia i walka z pamięcią lub o pamięć. Kanibale przyswajali najwartościowsze cechy pokonanego wroga poprzez konsumpcję organów do tych cech przypisanych, łowcy głów przechowywali pomniejszone głowy swoich ofiar, jedno zresztą drugiego nie wykluczało. Równocześnie stosowano w zależności od potrzeb taktykę spalonej wraz z mieszkańcami ziemi lub też zachowywano przy życiu wybrane ofiary, przeważnie kobiety i dzieci. W miarę rozwoju cywilizacji, a z nią kultury i religii wybór taktyki często wynikał nie z czystego rachunku ale np. doktryny religijnej lub rasowej. Warto tu przytoczyć z jednej strony bardzo kontrowersyjną, a z drugiej strony jakże pragmatyczną i na swój sposób „humanitarną” wypowiedź. Humanitarną gdy założymy, że można zabić wroga by nie musieć go w przyszłości zabijać.
„...Nie wierzę w zachodnią moralność, to jest to, że nie wolno zabijać cywilów i dzieci, że nie wolno niszczyć miejsc świętych, że nie wolno prowadzić walk podczas okresów świątecznych, że nie wolno bombardować cmentarzy, że nie wolno strzelać dopóki samemu nie jest najpierw ostrzelanym - nie wierzę, że to wszystko jest niemoralne.
Jedyną drogą prowadzenia wojny w sposób moralny jest droga...: niszczyć miejsca święte. Zabijać mężczyzn, kobiety i dzieci (oraz bydło)...”.
Nie podaję źródła cytatu, kto chce sam się domyśli kto tak może rozumować, a bynajmniej nie jest to sowiecka myśl, choć jej bliska.
Metoda spalonej ziemi nie jest do końca charakterystyczna. Można rzec, iż jest owocem sytuacji. Gdy bieżąca potrzeba wymusza zniszczenie podstawowego nośnika pamięci jakim jest wspólnota plemienna, religijna czy też narodowa, należy zniszczyć tkankę żywą jak i wszystkie świadectw jej istnienia. Jest to mało ekonomiczne, lecz w przypadku chęci osiągnięcia doraźnego celu bez dodatkowych nakładów wielce efektywne. Ta metoda jest charakterystyczna dla plemion wędrownych. Z czasem ulega jednak udoskonaleniu. Zwycięzcy pozostawiają przy życiu część podbitego plemiona gdy zamierzają bezpiecznie przezimować. By jednak przetrwać trudny okres bezpiecznie muszą rozbroić podbitych. Włączają do swych rodzin kobiety i dzieci, a mężczyzn zamieniają w niewolników, traktując ich gorzej niż psy, poniżając w oczach ich rodzin i współplemieńców. Muszą bowiem pozbawić ich ducha, woli walki. Zmienić ich pamięć i pamięć o tym jacy byli, zarówno w ich głowach jak i ich bliskich. Czyni się to za pomocą w/w traktowania, poniżania na każdym kroku, podkreślania swojej wyższości. Powstają rytuały wojenne, symbolika totemiczna. Wrogowie są porównywani do słabych, brzydkich, pogardzanych lub nieczystych zwierząt. Są uważani za gorszych i często za jakby to dzisiaj powiedzieć zacofanych. Bo przecież to wędrowny wojownik jest mądrzejszy, sprytniejszy od ciemnego rolnika i zbieracza, żyjącego we wspólnocie opartej na dość rozbieżnych z nimi wartościach. Wszystko to jest opisane zarówno w literaturze naukowej jak i dziełach mniej lub bardziej literackich. Widać również jak zwycięzcy niszcząc i zmieniając zapis w głowach podbitych, sami bardzo dbają o swoją tradycję, ważny rodzaj pamięci. Czy to w gestach, symbolach, życiu codziennym, rytuałach, obrządkach religijnych, nawet zabawach z dziećmi, przekazie w postaci opowieści myśliwskich i wojennych.
W miarę rozwoju ludzkości w obszarze materialnym i duchowym pamięć wypełnia coraz więcej informacji, treści. Rośnie ilość mniej lub bardziej trwałych nośników pamięci ( kultury, języka i tradycji ). Znaki, symbole, malowidła naskalne, obiektu kultu religijnego, pomniki, pierwsze rodzaje pisma, rodząca się sztuka. Jest coraz więcej w głowie i w sercu. Coraz trudniej to wymazać czy też zniszczyć pamięć. Wrócono zatem w niektórych monetach historii do totalnej zagłady pamięci, jednak dynamiczny postęp nauk ścisłych, przyrodniczych i humanistycznych z uwzględnieniem istniejących już od wieków metod manipulacji, kłamstwa, jednym słowem oddziaływania na ludzką psychikę, spowodował, iż tylko typki typu talibów wysadzają posągi Buddy. Reszta towarzystwa za pomocą nowoczesnych narzędzi jakimi są media oraz z pomocą polityków i ludzi kultury oraz nauki, a także za pomocą najniższych sług swoich, tych co już nie chcą lub nie potrafią pamiętać, otóż Władcy za ich pomocą dokonują utylizacji pamięci w części lub całości. W zależności od celów, potrzeb, a może czasem zwykłego widzimisię.
Bo to nie sztuka spalić Bibliotekę Aleksandryjską, zniszczyć przekaz utrwalony pismem węzełkowym „kipu”. Lepiej wykorzystać wiedzę tam zawartą, a gdyby ktoś o nią zapytał, zawsze można powiedzieć, że UFO nie istnieje, a Kryształowa Czaszka została wydmuchana przez przodownicę pracy PRL-u w Hucie Szkła Kryształowego "Violetta" w Stronie Śląskiej.
Polska szczególnie doświadczyła w swojej pogmatwanej historii pracy nad pamięcią Wspólnoty, Narodu. Zaborcy starali się jak mogli by wymazać nas z historii i wykasować naszą Pamięć. I co, dupa. Niewdzięczni Polacy się nie dali, a przecież mogli w przyszłości być Niemcami, Rosjanami. Hitler, a później Stalin i jego następcy oraz ich wasale w PRL-u dwoili się i troili. Sięgano po metody tradycyjne, udoskonalano je, wdrażano nowe osiągnięcia technik pracy nad Pamięcią Indywidualną i Zbiorową, za pomocą manipulacji faktami, historią, metodą kija i marchewki. W wielu obszarach częściowo udało się przeorać Polską Pamięć, Polskie Poczucie Wspólnoty. Do dzisiaj wśród nas są ofiary i sprawcy tych działań. Jest też wielu takich co z chęcią lub z zachęty dają sobie mieszać w głowie, która zamienia się prędzej czy później w łeb, bynajmniej nie koński. I ta naród, który pamiętał w wolnościowym zrywie po raz drugi poszedł na Berlin i z mało pamiętającym Bolkiem obalił Mur Berliński. Zapomnieliśmy jednak odurzeni „wolnością”, że obróbka, walka z pamięcią trwa. Tak jak po wojnie z obszarów pamięci przez długi czas wymazywano wszystko co nie było czerwone i ludowe, a nie daj Boże było przedwojenne, a jeżeli już pisano i mówiono to by zohydzić i przekłamać, tak w III RP, przez ponad 20 lat po wielkim przywróceniu pamięci dokonuje się dzieło jej podmiany i anihilacji.
"...W czasach powszechnego fałszu, mówienie prawdy jest rewolucyjnym aktem..." - George Orwell.
Reformy oświaty, tak skwapliwie przeprowadzane przez lewicę, AWS jak i PO z PSL doprowadziły do obniżeniu poziomu nauczania w Polsce, a w efekcie końcowym mają dokończyć dzieła zaborców i Unitów. Nie ma się co śmiać, zaborcy w swej mądrości pozostawiali pewne elementy kultury i języka polskiego by zarządzać podbitą wspólnotą. Warto zapoznać się z polemiką prof. Andrzeja Nowaka z minister oświaty w Rzepie, lub przytoczyć fragment recenzji ( autorstwa Piotra Zaremby) jego książki - “Od Polski do Post-Polityki”.
“Jaki jest według niego idealny adept post-polityki? „To człowiek, który jednego dnia może oklaskiwać wsadzenie polskiej flagi w psie odchody, a drugiego wrzeć świętym oburzeniem na autora książki, który nie dość pochlebnie opisze Lecha Wałęsę, uznając to za obrazę legendy polskiej „Solidarności”.
Nieprzypadkowo tak mocno brzmią przestrogi profesora przed destrukcyjnymi zmianami w edukacyjnych, coraz uboższych kanonach Polaków. Ostatnia reforma oświaty jawi się w tym kontekście jako klęska. Podzielam w pełni tę obawę."
Czy można celniej oddać efekty pracy u podstaw, a później już w gotowej budowli nowej Pamięci Narodu.

Obrazek

Lęk przed pamięcią i jej wartością dla Wspólnot wszelkiego rodzaju w dawnych czasach i obecnie, jest tak olbrzymi, iż sięga się po wszelkie metody. Od zbrodni na ciele do zbrodni na umyśle.
Rosjanie wiedzieli i wiedzą jak rozkładać Wspólnotę od środka, są doskonali w destrukcji. Dali nam wyraźny sygnał zarówno w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku jak i dają swoimi dalszymi przekazami. Sygnał, iż nigdy nie zrezygnują z tak strategicznego regionu jak Wschodnia Europa. Zarówno pod względem ekonomicznym, militarnym jak i kulturowym. Od wielu lat ich agentura rosyjska w Europie i u nas w anturażu albo to patriotycznym, albo postępowej lewicy, czy też części środowisk postsolidarnościowych, spadkobierców SD, PZPR, swoich pieszczochów, czy też śpiochów wśród artystów o naukowców, pospołu z kolegami emerytami ze Stasi i SB, czyni dzieło utylizacji pamięci.
Jak wielki jest strach wobec tego co ujrzeli w Polsce po 10 kwietnia na Krakowski Przedmieściu, w całej Polsce, w blogosferze, iż nastąpiło olbrzymie przyspieszenie w pracy, okupione często wpadkami na poziomie godnym szeregowych funkcjonariuszy. Powrotem do doraźnych metod rodem z Politbiura. Lęk przed odrodzeniem Wspólnoty Narodu Polskiego i wyeliminowaniem z jego tkanki pasożytów, zdrajców i pospolitych bezideowych sługusów świadczących swe usługi za garść srebrników.
Polska to nie prowincja Europy jak się nam wmawiało i wmawia, to kraj o potencjale gospodarczym, intelektualnym i duchowym. To Naród silny Tradycją, Wiarą i Historią. Polska jest Piękna i Dumna jak jej mieszkańcy. I jak na razie, pomimo usilnych starań naszych sąsiadów choć wielokrotnie rozszarpana przez zaborców i niszczona przez wojny, jest Niezwyciężona. Właśnie dzięki Pamięci.
Dlatego też ostatnie lata pokazują jak olbrzymia jest nasz Pamięć, jak trudno będzie ją wymazać i nie tak łatwo ją we wszystkich Polskich Głowach i Sercach zmanipulować. Jest zatem duży rynek pracy, jest zapotrzebowanie na pracowników, którzy w sposób profesjonalny wykonają zamówienia wewnętrzne i zewnętrzne. Zadbano o to jeszcze u schyłku PRL-u. Nikt jakoś nie udowodnił, iż proweniencja Czerskiej i Wiertniczej jest bielsza od niezbyt alabastrowej cery Pana Wybranego.
"...Partii nie obchodzą czyny, nas interesują myśli. My nie niszczymy naszych wrogów, my ich zmieniamy..." - George Orwell - Rok 1984.
A ostatni wyczyn HGW i jej Strażników i Służb Miejskich pokazał, iż nie wystarcza manipulacja, musi się dokonać utylizacja Pamięci Narodu Polskiego.
A wtedy może się okazać, iż nas się nie da zgasić i zapakować do wora na śmieci.
Bo znicz to nie tylko parafina, knot, szkło, to też symbol Pamięci, Pamięci Narodu Niezłomnego. Możecie palić książki, cenzurować filmy, ale ktoś je już przeczytał, oglądnął i pamięta.
Ktoś był w Smoleńsku, ktoś widział, ktoś pamięta. A my nie zapomnimy, ani nasze dzieci i wnuki.

http://blogmedia24.pl/node/46273


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 23 kwi 2011, 08:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Adam Danek

Apologia zemsty

„Dziś jedyną autentyczną rewolucją jest kontrrewolucja”
Józef Mackiewicz
Kiedy kilka miesięcy temu Trybunał Konstytucyjny wydał pamiętne orzeczenie w sprawie ustawy lustracyjnej, w biurach partii politycznych, redakcjach mediów, na uniwersytetach oraz w ośrodkach towarzyskich zwanych salonami rozległo się chóralne „Uff…”. Po ciężkiej próbie nerwów przyszła ulga; wróciły święty spokój i poczucie bezpieczeństwa. „L’ordre regne á Varsovie.”

Orzeczenie oparł Trybunał głównie na art. 2 „konstytucji wielkanocnej” Republiki Okrągłego Stołu. Przytoczmy go w całości: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Jak to się niby ma do treści i przedmiotu ustawy zakwestionowanej na podstawie owego zdania? Nijak. No, chyba, że lustracja w nakazanej przez nią formie nie godziłaby z „zasadami sprawiedliwości społecznej”, którymi z uwagi na mętność samego sformułowania można uzasadnić cokolwiek, w zależności od zapotrzebowania ideologicznego. Czyżby wykładni przepisów konstytucji dokonał Trybunał w oparciu o komentarze takich wybitnych konstytucjonalistów, jak B. Geremek, A. Michnik, T. Mazowiecki czy J. Żakowski? Przypuszczenie to wydaje się potwierdzać wypowiedź prezesa Trybunału, tłumacząca uchylenie ustawy tym, iż „prawo nie może być narzędziem zemsty”. Stanowi ona dosłowne powtórzenie głównego pseudo-argumentu, powtarzanego od lat przez wzmiankowanych autorów oraz chmarę ich pomniejszych naśladowców, służących swymi piórami anty-lustracyjnemu lobby w Polsce.

Dekomunizacja to zemsta, a zemsta jest niemoralna, więc dekomunizacja jest niemoralna – oto naczelna teza artykułowana niezmiennie przez środowiska przeciwne lustracji. Zacznijmy od zwrócenia uwagi na słabość pozornie najmocniejszego członu owego, pożal się, Boże, rozumowania. Mówiąc krótko, zemsta wcale nie jest z zasady niemoralna – często stanowi właśnie wyraz moralności. Gdyby sprawy miały się inaczej, żadne państwo nie mogłoby posiadać kodeksu karnego, ponieważ prawo karne składa się z procedur urzędowego mszczenia niegodziwych uczynków i ma na celu wyłącznie wywarcie represji na winowajcy, nie jego pouczenie czy poprawienie. Angielski konserwatysta Roger Scruton (ur. 1944) w swej sztandarowej pracy „Czym jest konserwatyzm” wywodzi: „Kara nie służy zadośćuczynieniu za krzywdę (to jest bowiem sfera prawa cywilnego, a nie karnego), lecz wyrażeniu i rozładowaniu powszechnego oburzenia”. I dalej: „Kara to odwet, zinstytucjonalizowana zemsta, prawo ofiary, ale również coś, na co przestępca sobie zasłużył”. Jak widać, zemsta należy do filarów każdego normalnego systemu prawa i spełnia zasadniczą rolę w życiu społecznym.

Tymczasem przeciwnicy dekomunizacji przedstawiają jej zwolenników jako tępych, mściwych pieniaczy, pragnących prześladować schorowanych, budzących litość staruszków tylko dlatego, że ci… Tylko dlatego, że ci, będąc jeszcze zdrowymi, silnymi chłopami, strzelali komuś w tył głowy, przepuszczali przez kogoś prąd, albo łamali czyjeś palce drzwiami o futrynę (po opisy peerelowskich tortur i egzekucji odsyłam do naukowej i wspomnieniowej literatury przedmiotu, która wręcz się od nich roi). No, kto by się dziś przejmował tego typu dawnymi zaszłościami? A fe, wstydziłby się pan wspominać o takich okropnościach, lepiej nie rozgrzebywać… I oczywiście nic tu nie ma do rzeczy fakt, iż czołowi anty-lustracyjni aktywiści są dziećmi lub kolegami biednych, starych ubeków, a inni ich byłymi agentami – czysty przypadek. Co ciekawe, oponenci lustracji, jako mniej lub bardziej lewicowcy, dużo gardłują o tzw. prawach człowieka i z tej pozycji potępiają ex post totalitarny system, który ich ukochane prawa człowieka miał za nic, lecz dość wskazać konkretne osoby, które trudniły się tym, co oni nazywają „łamaniem praw człowieka”, a natychmiast zaczynają relatywizować, że to nie takie proste, że trzeba spojrzeć w szerszym kontekście, że to był drobny trybik w machinie systemu etc. Choć to nie bezosobowy system wyrywał paznokcie i łamał kręgosłupy (dosłownie, nie w przenośni), bo do tego fizycznie trzeba pary rąk – lecz poszczególni jego siepacze (co nie neguje zła systemu jako takiego, bo nie brak i usprawiedliwień w rodzaju: ustrój normalny, tylko niektórzy ludzie okazali się źli). Wrogowie dekomunizacji posuwają się nierzadko do stwierdzeń w stylu: „Oni też byli ofiarami systemu, który ich wykorzystał.” Jasne, więc nie odpowiadają za to, co wtedy robili… Trudno o większą bezczelność niż wmawianie świadkom zbrodni, iż zbrodniarz też padł jej ofiarą (czyli swoją własną?), zatem nikt nie ma prawa go sądzić. Tu dobrze pasuje inny cytat ze wspomnianego eseju Scrutona: „Nie ulega jednak wątpliwości, że należy przywrócić jedną zasadniczą cechę kary, a mianowicie poczucie, że u jej źródeł kryje się ludzka podmiotowość, nie zaś ponadludzki mechanizm (…)”. Co prawda, polityczni adwokaci peerelowskich zbrodniarzy przyznają niekiedy, iż na ich klientach ciąży ogrom winy, lecz dodają, że należy im automatycznie „przebaczyć” (czyli odpuścić), bo kto nie chce przebaczać, ten zawistnik i furiat. Tym samym uzurpują sobie cudzy przywilej przebaczania, będący w posiadaniu ofiar poszczególnych sprawców, tym zaś nikt nie ma prawa kazać, by postąpiły tak a nie inaczej. Ponadto, jeśli rodzina ofiary mordu wybaczy mordercy, czy sąd ma odstąpić od wymierzenia kary? Oczywiście nie.

„Utrwalaczy władzy ludowej” nie ratuje ani zasada lex retro non agit, ani możliwość przedawnienia – w polskim prawie funkcjonują przepisy dotyczące przestępstw, które w epoce PRL nie mogły być osądzone z przyczyn politycznych. Przeciwnicy dekomunizacji wytykają jednak jej rzecznikom, iż chcą osądzić nie tylko sprawców poszczególnych zbrodni, ale cały system czy okres historyczny, co ich zdaniem po pierwsze urąga rzeczywistości, a po drugie świadczy o „paranoi”. Tymczasem pozostaje to jak najbardziej możliwe – przez przygotowanie ustawy dekomunizacyjnej. Ustawę taką jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych wprowadzili w życie Czesi, cieszący się w Polsce opinią narodu safandułów, i nic nie pomogły tandetne chwyty defensorów komuny w stylu biadolenia o „nowych ustawach norymberskich” albo „hitlerowskiej zasadzie odpowiedzialności zbiorowej”. Dlaczego więc ich śladem nie mogliby pójść Polacy? Ale do tego trzeba woli, a do niej – przekonania, że drogę tę cechuje moralna słuszność.

Jednego natomiast argumentu „kościoła antylustracyjnego” (określenie p. Macieja Rybińskiego) odeprzeć nie sposób. Postkomunizm, mówi on, nie stanowi bagażu nierozliczonych historycznych zbrodni ani formacji politycznej, lecz stan społeczeństwa – a nawet strukturę społeczną. Polacy są społeczeństwem postkomunistycznym, toteż ich elity kulturalne, polityczne i biznesowe oraz kadry służb państwowych czy uniwersytetów rekrutują się z takich a nie innych środowisk. Jeśli, ciągnie dalej, upubliczni się całą wiedzę o przeszłości wyżej wymienionych, „zaprzepaszczony zostanie cały dorobek ostatnich osiemnastu lat”. Obywatele stracą zaufanie do czołowych polityków. Giełda zwariuje, skoro właściciele wielkich polskich firm okażą się byłymi t.w., a ich doradcy – byłymi aparatczykami i oficerami służb. Znani twórcy zaczną się załamywać psychicznie czy wręcz targać na swoje życie, jeśli nagłośnione zostanie, na kogo donosili oraz co i gdzie pisali w latach stalinizmu. I tak dalej… Cóż, wcale mnie nie odstręcza to ich widmo zagłady. Przeciwnie, potwierdza moje przekonanie, iż by upadł polityczno-biznesowo-towarzyski zlep zwany III RP, musi nastąpić Rewolucja Antykomunistyczna.

Ta nie nastąpi jednak nigdy, jeśli naród nie nabierze silnego przekonania o jej potrzebie i słuszności, co wymaga upowszechnienia antykomunizmu jako postawy kulturowej, zgodnie z ideałem jego największego w Polsce głosiciela – Józefa Mackiewicza (1902-1985). Szczególna odpowiedzialność spoczywa tu na pisarzach, dziennikarzach, historykach etc. – tych młodszych, którzy nową, radosną rzeczywistość przywiezioną na sowieckich czołgach ledwo pamiętają, i tych spośród starszych, którzy nigdy nie dali się jej skorumpować ani zmusić do jakichkolwiek ustępstw. Wszelako, misja nowej elity kulturalnej, zdolnej wyprzeć tę gospodarującą Republiką Okrągłego Stołu, dostarczyłaby tematu na książkę, a nie na krótki artykuł.

http://www.legitymizm.org/apologia-zemsty


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 24 kwi 2011, 20:38 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
Polska Poland Borders 990 - 2008



http://www.youtube.com/watch?v=zX00OjIw ... ideo_title

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 25 kwi 2011, 12:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Jarosław Tomasiewicz

Ku „Nowemu Średniowieczu”? Myśl polityczna „młodych” narodowców w latach 30.

Początki Narodowej Demokracji zaskoczą niewątpliwie domorosłych endeków, gdyż endecja nie była bynajmniej od zarania dni swoich katolicka. Agnostyczna wówczas endecja reprezentowała indyferentyzm religijny pozytywistycznej proweniencji, połączony wszakże z szacunkiem dla Kościoła jako instytucji narodowej. Stosunek ND do religii cechował czysty pragmatyzm, brakowało składnika o charakterze ideowo-moralnym, widzącego w katolicyzmie wartość najwyższą. Postawę ówczesnych endeków wyrażał członek endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej Deryng mówiąc: „Nacjonalista może być wierzący lub nie, ale nie może być nim ten, komu byłby bliższy Rzym niż ojczyzna”.

Przełom nastąpił dopiero w 1927 r. — Dmowski wydaje broszurę „Kościół, naród i państwo”, w której padają znamienne słowa: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, (…) ale tkwi w jej istocie”. Religia zostaje proklamowana nie tylko sprawą jednostki, ale także rodziny i narodu. Nacjonalizm w nowym ujęciu okazuje się być jedynie reakcją obronną narodów katolickich przeciw dominacji protestantów. Dmowski przeciwstawia bowiem altruistyczny ponoć nacjonalizm katolicki drapieżnemu ekspansjonizmowi krajów protestanckich („spółek do wyzyskiwania innych narodów”) — w ten sposób bezwiednie powtórzona zostaje leninowsko-mussolinistowska teoria walki między „narodami-proletariuszami” a „narodami burżuazyjnymi”.

Katolicyzacja nacjonalizmu (jeszcze wyraźniejsza u „młodych” niż u Dmowskiego) sprawia, że wszystkie zjawiska historyczne oceniane są i interpretowane z punktu widzenia interesów katolicyzmu. Ideałem stają się czasy saskie. „Narodowa szkoła historyczna” potępia zarówno oświeceniową Konstytucję 3 Maja, jak i wolnościowe zrywy XIX stulecia. K.S. Frycz w przejawach dbałości o interesy kraju dopatruje się „egoizmu narodowego”, zdradzając skłonności do przedkładania ponad nie pomyślności „cywilizacji łacińskiej”, a Z. Załęskiego ten ultramontanizm prowadzi wręcz do germanofilii.

Religia
Ewolucja ideowa ND była funkcją rekatolicyzacji młodej inteligencji w Dwudziestoleciu (statystyki wykazują, że w 1913 r. 77 proc. studentów z Kongresówki było ateistami, w 1927 r. niewierzących było już tylko 16 proc.). Socjolog Dyczewski napisał, „że wartości, normy postępowania i symbole religijne przenikały bardzo szeroko obszar kultury, co zezwala na przyjęcie, że religijny system kulturowy w Drugiej Rzeczpospolitej w swych wartościach, normach i symbolach pokrywał się na ogół z systemem kulturowym ludności polskiej”. Narzuca się refleksja, że daleko posunięta laicyzacja Polski współczesnej stawia pod znakiem zapytania funkcjonalność integrystycznego modelu nacjonalizmu „tu i teraz”.

Naród
Po 1927 r. Dmowski nadal uważał pojawienie się nowoczesnej świadomości narodowej za pozytywny skutek rewolucji francuskiej, ale naród uzyskuje inny wymiar. Ojczyzna i naród uzyskują sankcję religijną i zostają wkomponowane w system światopoglądu chrześcijańskiego. Naród przestaje być uważany za absolut, z którego miano wyprowadzać wszystkie pozostałe wartości, a staje się tylko rodzajem poszerzonej rodziny — dobrem społecznym. Miłość ojczyzny wydedukowana zostaje z miłości bliźniego, która winna być stopniowana w zależności od bliskości danej osoby. W tym miejscu pojawia się różnica między narodowymi radykałami, uznającymi podrzędność jednostki wobec narodu, a „młodymi” SN, którzy byli przeciwnego zdania.

W odróżnieniu od nacjonalizmu niemieckiego jako czynnik łączący jednostki w naród przyjmuje się nie rasę, ale kulturę i tradycję. Rasizm zostaje odrzucony jako forma antychrześcijańskiego materializmu. Antysemityzm endecji ma charakter nie biologiczny, ale kulturowy: Żydzi są zwalczani nie jako przedstawiciele niższej rasy, lecz jako społeczność opierająca się na innej, mniej wartościowej etyce (co jednak nie zmniejszało niechęci do mieszania się nawet z ochrzczonymi Żydami). W podobny sposób określali siebie narodowi radykałowie: „Można być antysemitą nie będąc rasistą. My to właśnie jesteśmy”. Może dlatego właśnie polski antysemityzm nie wykroczył poza bojkot gospodarczy…

Odrzucenie rasizmu implikuje też nieobecność w ideologii narodowo-katolickiej panslawizmu (za wyjątkiem może publicystyki poznańskiego „Głosu”), który zastąpiono ideą „panlatynizmu”, czyli solidarności wszystkich narodów „cywilizacji łacińskiej” wobec zagrożenia germańsko-protestanckiego. Chrystianizacja nacjonalizmu ND pozbawiła go też ostrza imperialistycznego (nie dotyczy to wszakże Falangi). Tak popularne w Europie lat 30. idee Imperium zostały odrzucone: endecy głoszą szacunek dla innych narodów, choć zastrzegają się przezornie, że dotyczy to tylko narodów „dojrzałych” i pozostawiają sobie furtkę w postaci dopuszczenia „ekspansji kulturalnej”.

Państwo
Personalistyczna wizja narodu jako zbiorowości „żyjącej przez jednostki” rzutuje na „neofeudalny” model ustrojowy. Początkowy entuzjazm wobec włoskiego faszyzmu wynikał z jego niezrozumienia i stopniowo przeminął; w 1931 r. faszyzm zostaje z pozycji personalistycznych potępiony przez pismo „Szczerbiec”. W tych warunkach „młodzi” zwracają się ku katolicyzmowi jako czynnikowi antydemokratycznemu i antytotalitarnemu równocześnie, Mussoliniego zastępuje Maurras.

Mgliście zaczęły się zarysowywać kontury „Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”: silny, niezależny od parlamentu, oligarchiczny rząd; decentralizacja i redukcja roli państwa na rzecz samodzielnych korporacji typu średniowiecznego; pluralizm polityczny ograniczony katolicyzacją szeroko rozumianego systemu wychowawczego. Wzorem był model średniowiecznego państwa stanowo-korporacyjnego. Ten ostatni gwarantował przecież silną, pochodzącą od Boga władzę jego głowy, która jednak nie wkraczała w dziedzinę światopoglądu i religii. Tu dominował Kościół. Społeczeństwo, stanowiące zbiór stanów i korporacji, rządzących się swoimi prawami, nie było narażone na nieograniczone oddziaływanie dyspozycjonizmu państwowego i posiadało na różnych szczeblach autonomię w stosunku do zwierzchniej władzy państwowej. Brak tu Wodza, monopartii, biurokracji — atrybutów nowoczesnego totalitaryzmu. Idea dyktatury państwa zostaje zastąpiona utopijną koncepcją dyktatury idei (Bocheński proponuje tu termin „monoideowość”). Przyczyny antytotalitarnego nastawienia SN okazują się zresztą być wręcz trywialne — to autorytatywizm rządów Piłsudskiego utrudniał „młodym” z OWP szermowanie hasłami propagującymi silną władzę w kraju. Taka w Polsce już była.

Istotne różnice w tych kwestiach możemy natomiast zaobserwować w środowiskach narodowo-radykalnych. Projekty ONR-ABC są niejako konkretyzacją koncepcji „młodych” — „umiarkowani radykałowie” stali na gruncie monarchii, w której punkt ciężkości znajdowałby się w oligarchicznym senacie; swobody obywatelskie miały być chronione przez niezależne sądy, system samorządów, podział władzy. Dla odmiany Falanga szła z duchem czasu propagując państwo totalne rządzone przez Wodza przy pomocy monopartii. Instytucjonalizacja życia społecznego i indoktrynacja w duchu „katolickiego totalizmu” miała doprowadzić do unifikacji narodu i stworzenia „nowego typu człowieka”, co z kolei stałoby się punktem wyjścia dla ekspansji imperialnej.

Gospodarka
Wymarzony przez „młodych” ustrój gospodarczy również przypominał średniowieczne wzory. Najbardziej charakterystyczną cechą programów gospodarczych OWP-SN był specyficzny antykapitalizm, wypływający z antymaterializmu, antyindywidualizmu i antyindustrializmu. W tej dziedzinie endecja przeszła znamienną ewolucję — jeszcze „Myśli nowoczesnego Polaka” są zasobne w liczne opinie stanowiące wyraz aprobaty dla rozwoju materialnego Zachodu przy jednoczesnym karcącym stosunku do wielu cech mentalności polskiej, sprzecznej z wymogami stawianymi przez ten krąg cywilizacyjny. W „Zagadnieniach rządu” Dmowski potępia już zarówno laicyzację, jak i „materializowanie się” społeczeństw, związane z rozwojem ich bazy materialnej. Niejako w ślad za Weberem Dmowski konstatuje symbiozę protestantyzmu i kapitalizmu, z czego wyprowadza wniosek o sprzeczności pomiędzy polskim ethosem narodowym a modelem kapitalistycznym. Wolna gra gospodarcza oznacza poddanie narodów słabszych dyktatowi czołówki, nieskrępowany liberalizm atomizuje wspólnotę narodową i zaciera etniczne odrębności (M. Reutt: „Wszędzie liberalizm był czynnikiem penetracji obcego kapitału, za którym stały polityczne wpływy obcych i własna niemoc”). Wielki Kryzys 1929 r. został więc przez „młodych” przyjęty z radością — widziano w nim jutrzenkę nowej, postindustrialnej ery.

Pojawia się hasło „Trzeciej Drogi”: „Ustrój, w którym własność prywatna istnieje, ale podporządkowana jest nadrzędnym wymaganiom interesu społecznego lub narodowego, nie może się już nazywać kapitalizmem” (A. Doboszyński, 163). Odrzucano tu jednak faszystowskie koncepcje gospodarcze ze względu na ich etatyzm, źródłem natchnienia był raczej korporacjonizm zawarty w społecznej nauce Kościoła („Quadragesimo Anno”, 186-188) i „ruralizm” G.K. Chestertona. Oprócz katolickiej myśli społecznej wpływ na korporacjonistyczną opcję SN miały też zarówno drobnomieszczański antykapitalizm bazy Stronnictwa, jak i fakt, że wielki kapitał w Polsce był na ogół obcy.

Najprecyzyjniej ów „oparty na Objawieniu” program gospodarczy sformułował Adam Doboszyński w „Gospodarce narodowej”. Antypatia Doboszyńskiego do indywidualistyczno-materialistycznego modelu życia nie tylko skłania go do postawienia sobie za cel likwidacji wielkiego kapitału (przy jednoczesnym zachowaniu drobnej i średniej własności), ale wręcz do zakwestionowania samej idei postępu. Na 33 lata przed słynną pracą E.J. Mishana „The Cost of Economic Growth” Doboszyński domaga się powstrzymania wzrostu gospodarczego! Także wiele innych jego postulatów mogłoby dziś znaleźć poklask zwolenników Schumacherowskiego „Small Is Beautiful”, wyznawców „Trzeciej Fali” Tofflera i ortodoksyjnych „Zielonych”. Autor „Gospodarki narodowej” proponuje wywłaszczenie wielkiego kapitału bez odszkodowania, dekoncentrację wszelkich form produkcji („rentowność jest wprost proporcjonalna do bliskości właściciela”), uwłaszczenie proletariuszy przez połączenie pracy i kapitału na wzór cechowy, reglamentację współzawodnictwa gospodarczego indywidualnych wytwórców, ograniczenie gospodarczych funkcji państwa do niezbędnego minimum i umiarkowaną reformę rolną (przy zachowaniu ziemiaństwa jako warstwy społecznej)… Nietrudno zauważyć, że program ten był antykapitalistyczny nie będąc zarazem socjalistycznym — trafniej nazwać by go „neofeudalnym”. Ideał gospodarczy Doboszyńskiego był daleko bliższy Polsce szlacheckiej niż rozwiniętym współczesnym mu krajom świata.

Z tezami „Gospodarki narodowej” bez zastrzeżeń zgadzał się ONR-ABC, natomiast Falanga znowu manifestowała swoją odrębność. Przeciwstawiając doktrynerstwu „młodych” wyczucie sytuacji falangiści proponowali forsowną industrializację Polski, której dokonać zamierzali dzięki państwowej własności środków produkcji i centralnemu planowaniu. Idea „małych warsztatów” była wręcz wyszydzana (M. Dietrich).

Wówczas, w warunkach wyścigu przemysłowego totalitarnych mocarstw, cywilizacyjny eskapizm „młodych” narodowców był po prostu samobójczy; warto wszakże zastanowić się nad wykorzystaniem tych idei dziś, gdy rewolucja informatyczna otwiera wrota społeczeństwa postindustrialnego.

…Pod względem światopoglądowym obok nacjonalizmu katolickiego wyróżnić możemy również nurty świecko-pozytywistyczny (wczesna ND, niektóre formacje piłsudczykowskie, częściowo ZLN) i pogański (przedwojenna „Zadruga”, powojenny „Światowid”). Klasyfikacja przeprowadzona według kryterium propozycji ustrojowych nie pokrywa się już z powyższą. Pierwszą formacją będą narodowi liberałowie ze Związku Ludowo-Narodowego i skrzydła „starych” w SN, łączący tradycyjny nacjonalizm z akceptacją kapitalizmu. Druga tendencja to optujący za Nowym Średniowieczem nacjonaliści — korporacjoniści („młodzi” SN, tudzież różniący się od pierwszych radykalizmem działania ONR-ABC), dla których „nacjonalizm był formą realizacji zasad katolicyzmu w życiu społeczeństwa”. Trzecią wreszcie frakcję stanowią nacjonalrewolucjoniści z Falangi i Zadrugi, apoteozujący zerwanie z przeszłością, zmianę, dynamikę w imię bądź to neopoganizmu, bądź to natrętnie eksponowanego katolicyzmu.

Nie ulega wszakże wątpliwości, iż najbardziej oryginalną (a przy tym jakże spójną) propozycją ideową był „nacjonalizm chrześcijański”, stanowiący nie „trzecią” nawet, ale „czwartą drogę” — alternatywę wobec marksizmu, liberalizmu i faszyzmu zarazem. Nie wydaje się, by po upływie półwiecza ekshumowana ideologia narodowo-katolicka nadawała się do wykorzystania en bloc, tym niemniej możemy wyłuskać z niej wiele ziaren mogących zakiełkować w naszej właśnie epoce. Tak jak bowiem rodzima Zadruga okazuje się być prekursorską względem zachodniej Nowej Prawicy, tak narodowi rewolucjoniści spod sztandaru Third Position winni szukać natchnienia w ideach „młodych” SN czy ONR-ABC.

„Arcana” nr 1(19)/1998, „ROJALISTA — Pro Patria” nr 22/23, wersja skrócona


http://www.legitymizm.org/nowe-sredniowiecze


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 11 maja 2011, 14:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Pamiętajmy o losie sowieckich żołnierzy...

Pamiętajmy o losie tych sowieckich żołnierzy, którzy byli siłą wcieleni do Armii Czerwonej, a zagradotriady NKWD pilnowały ich z tyłu z karabinami maszynowymi

Zbyt często polskim politykom, historykom i geopolitykom przypisuje się rusofobię albo niechęć do Rosjan, gdy tymczasem surowa krytyka bieżącej polityki Kremla ma służyć w pierwszej kolejności zwykłym obywatelom największego kraju świata. O sowieckim dziedzictwie, o potrzebie legitymowania scentralizowanej władzy w Moskwie, oraz o tożsamości zwykłych Rosjan pamiętających sowieckie zbrodnie na własnym narodzie, a także o wielu innych aspektach mocarstwowej polityki historycznej władz rosyjskich, mówił specjalnie dla Portalu ARCANA dr Henryk Głębocki.

Portal ARCANA: Czym jest Dzień Zwycięstwa?

Henryk Głębocki:Pamiętajmy o zasadniczej różnicy: rosyjski (a niegdyś sowiecki) Dzień Zwycięstwa obchodzony jest 9 maja a nie 8 maja, kiedy to świat zachodni (a z nim i Polska po 1989 r.) świętuje rocznicę zakończenia II wojny światowej. Przypomnijmy, że III Rzesza skapitulowała 7 maja, kiedy to w Reims – kwaterze głównej aliantów podpisano w imieniu III Rzeszy akt kapitulacji, który wchodził w życie następnego dnia, 8 maja. Jednak na żądanie strony sowieckiej, pragnącej podkreślić swą rolę, w nocy z 8 na 9 maja na przedmieściach Berlina kapitulację podpisał ponownie feldmarszałek Wilhelm Keitel w kwaterze głównej marszałka Gieorgija Żukowa.

Dzień Zwycięstwa, podobnie jak sama tzw. „wojna ojczyźniana” 1941-1945) wciąż pozostaje, jeżeli chodzi o współczesną pamięć historyczną Rosjan, jednym z symboli, które napawają ich dumą. Poczucie wygranej miało być pewną formą zapłaty, ekwiwalentem za potworności wojny, w której społeczeństwo sowieckie poniosło ogromne straty. Choć w tej chwili w Rosji do głosu dochodzą wnuki i prawnuki pokolenia wojny, to pamiętajmy, że w każdej rodzinie rosyjskiej istnieje tradycja i trauma z powodu tego, co ta wojna przyniosła. Napawające dumą zwycięstwo było od początku swojego rodzaju kompensacją wojennej traumy, tak też świadomie kreowano jego symbolikę w czasach sowieckich.

Sposób obchodzenia tej rocznicy miały przekonywać społeczeństwo sowieckie, a dzisiaj też Rosjan, iż za cenę ogromnego ludzkiego poświęcenia (w sensie ilości ofiar), państwo sowieckie ufundowało swoją pozycję jako wielkiego mocarstwa na arenie światowej. Powiązano wielką ofiarę i cierpienie milionów obywateli sowieckich ze statusem, jaki osiągnęło represyjne wobec nich państwo, które osiągnęło pozycję globalnego mocarstwa, uświęcając ten status niejako milionami ofiar i przelaną przez nie krwią. Miało to pokazywać czytelnie sens poniesionych strat i zarazem tłumaczyć zwyczajnym „ludziom sowieckim” wartość tego zwycięstwa, pozwolić utożsamić się z państwem i jego zbrodniczym systemem. Współczesna Rosja świętując tę rocznicę w takim, niewiele zmienionym kształcie, świadomie odnawia w ten sposób więź współczesnych Rosjan z poczuciem przynależności do ostatniej formy swego imperium - sowieckiego imperium, którego rozpad Władimir Putin nazwał największą katastrofą geopolityczną XX wieku. W ten sposób, zgodnie ze świadomą polityką Kremla, święto to pozostało ważnym narzędziem integrowania Rosjan wokół tradycji sowieckich, odnawiającym sowiecką wersję tożsamości.

„Polityka historyczna” putinowskiej Rosji, służąca legitymizowaniu obecnej ekipy władzy i zasypaniu dzielących Rosjan różnic konsekwentnie podtrzymuje zbudowaną w czasach sowieckich symbolikę tego zwycięstwa i otaczającą je mitologię. Temu samemu służyło przywrócenie w przestrzeni publicznej szeregu symboli jak choćby stara melodia hymnu sowieckiego czy czerwony sztandar wojskowy, pod którym odniesiono zwycięstwo.

Portal ARCANA: Tylko że to zwycięstwo nie wszędzie może zostać odebrane jako jednoznacznie pozytywne wydarzenie.

H.G.:W rzeczy samej. Zwróćmy uwagę, że charakter święta, sposób jego obchodzenia i interpretowania, zawiera w sobie szereg zafałszowań. Najbardziej rażącym jest rzekome „wyzwolenie” niesione przez Armię Czerwoną, które dla narodów Europy Środkowej i Wschodniej wcale wyzwoleniem nie było. Ta różnica w pamięci historycznej jest źródłem wielu spięć pomiędzy zwykłymi Rosjanami a ich sąsiadami.

O wyzwoleniu nie możemy mówić w roku 1939, gdy Europa Wschodnia została w wyniku paktu Ribbentrop–Mołotow, który umożliwił rozpoczęcie wojny, podzielona na strefy wpływów a następnie stała się ofiarą dwóch totalitaryzmów i ich zbrodniczych eksperymentów. Co do roku 1944 i 1945 można by się odwoływać do formuły, którą zaproponował Jerzy Pomianowski – redaktor pisma „Nowaja Polsza”, iż Armia Czerwona przyniosła ocalenie przed eksterminacją, którą gotował Słowianom nazizm. Nie przyniosła jednakże wolności, gdyż sami żołnierze Armii Czerwonej byli częścią systemu niewolniczego, niosąc to zniewolenie na swoich bagnetach także innym narodom.

Warto zwrócić uwagę na cały szereg innych zafałszowań, szczególnie dotyczących liczby ofiar. W związku z tym, że Federacja Rosyjska jest sukcesorem Związku Sowieckiego, jej władze traktują straty poniesione przez ZSRS w ramach tej wojny jako ofiarę głównie Rosjan. Natomiast poprzez to, że obchody rocznicy są organizowane w Moskwie, na państwo rosyjskie spływa zarazem chwała związana z tym zwycięstwem i prawo do swoistej „dystrybucji szacunku”. Zarazem współcześnie to zwycięstwo jest wykorzystywane w celach propagandowych lub w celu forsowania na arenie międzynarodowej putinowskiej „polityki historycznej”.

Zapomina się o fakcie, że w Armii Czerwonej walczyły miliony żołnierzy, młodych rekrutów wziętych siłą, którzy często z ideologią systemu sowieckiego niewiele mieli wspólnego. Wśród ofiar olbrzymi udział miały inne niż Rosjanie grupy narodowościowe ZSRS, szczególnie Białorusini czy Ukraińcy. Eksponowanie strat wojennych przesłonić też miało wcześniejsze ofiary zbrodni systemu sowieckiego, szczególnie z lat 30. – wielkiej kolektywizacji, wielkiej czystki a w końcu karania całych narodów, deportowanych w stepy Kazachstanu i na Syberię także w czasie wojny.

Pamiętajmy, że po II wojnie światowej, ZSRS, a później i jego sukcesor, Federacja Rosyjska, wykorzystywały w stosunkach z innymi krajami (a wcześniej swymi wasalami) argument ofiar, tysięcy żołnierzy sowieckich, którzy zginęli podczas marszu na Zachód, do podkreślenia szczególnej pozycji w relacjach z sąsiadami. Wersję Kremla umacnia cała mitologia zbudowana wokół tego zwycięstwa: pochodu „wyzwoleńczej” Armii Czerwonej. Ofiary sowieckie miały być źródłem moralnego zobowiązania reszty świata, szczególnie krajów Europy Środkowowschodniej, jak również fundamentem pozycji mocarstwowej Związku Sowieckiego i jego sukcesora – Rosji.

Portal ARCANA: Jaką rolę odegrała Wielka Wojna Ojczyźniana w budowaniu tożsamości sowieckiej i jak wpływa na tożsamość współczesnych Rosjan?

H.G.: „Wojna ojczyźniana” została przetworzona na rodzaj mitu legitymizującego mocarstwo, które właśnie w wyniku tej wojny zdobyło hegemonię w sporej części Eurazji i stało się globalnym graczem. Tak więc pozycja Związku Sowieckiego i współczesnej Rosji wyrasta niejako z wojny i ofiar podczas niej poniesionych. Sposób rozumienia tej wojny w przypadku dzisiejszych Rosjan jest skrajnie odmienny od stosunku do niej tych narodów, które doświadczyły totalitaryzmu sowieckiego.

Wielu Rosjan pamięta jednak, jak naprawdę z perspektywy żywych ludzi wyglądała ta wojna. Powstają publikacje na ten temat, a co najważniejsze dla przestrzeni publicznej – pojawiają się nawet filmy, które pokazują tę traumę, jaką dla zwykłych mieszkańców ZSRS stała się wojna. Jak np. oparty na wstrząsających„Opowiadaniach kołymskich”Warłama Szałamowa film telewizyjny„Ostatnia walka majora Pugaczowa”w reżyserii Aleksandra Czerniajewa (2005) opowiadający o losie sowieckich jeńców, którzy dostali się do niemieckiej niewoli a po ucieczce z niej i przedarciu się do swoich, po okrutnym śledztwie wtrącani byli do GUŁagu, skąd znów usiłowali uciec. Innym przykładem może być film Nikołaja Dostala„Sztrafbat”o losie więźniów GUŁagu i żołnierzy wcielonych do batalionów karnych, traktowanych jak mięso armatnie, bez uzbrojenia rzucanych do ataku, pilnowanych z tyłu przezzagradotriadyNKWD z karabinami maszynowymi. Niestety, w przestrzeni publicznej lat ostatnich dominowała masowa wręcz produkcja obrazów, jeśli nie zamawianych przez Kreml, to wyraźnie trafiających w jego zapotrzebowanie, jak opowieści o pełnych chwały dziejach sowieckich służb specjalnych i bohaterów „cichego frontu”, z której to tradycji wywodzą się obecne władze Rosji i znaczna część jej elit.

Pamiętajmy więc o tragicznym losie milionów sowieckich żołnierzy (a wśród nich nie tylko Rosjan). Z jednej strony z powodu tego, jak byli traktowani przez Niemców, ale także dlatego, że zostali pozostawieni własnemu losowi przez Związek Sowiecki – wyparto się ich, uznając że każdy żołnierz, który dostaje się do niewoli jest zdrajcą. Do tego wielu obywateli sowieckich uciekło przed Armią Czerwoną na Zachód a potem, w wyniku porozumień jałtańskich, zostali znów oddani w ręce Stalina, co w najlepszym wypadku oznaczało dostanie się do łagrów. O tych ofiarach wojny także Zachód nie chciał pamiętać. Zresztą wiedza o tym jak II wojna wyglądała na wschodzie Europy jest u naszych zachodnich sąsiadów minimalna lub żadna. Europa Zachodnia nie zna tego doświadczenia, zaś tożsamość dzisiejszego demokratycznego i liberalnego świata zachodniego jest ufundowana na micie założycielskim, jakim jest zwycięstwo nad faszyzmem, III Rzeszą i jej obozem politycznym. Współczesna Rosja, interpretując w podobny sposób skutki II wojny światowej, być może lepiej trafia do wrażliwości Zachodu i jego elit.

Rozbieżność w ocenie tego, czym był komunizm i system sowiecki uwidoczniła się szczególnie wyraźnie, kiedy przedstawiciele tych „wyzwolonych” przez Armię Czerwoną krajów znaleźli się w Parlamencie Europejskim, gdzie zderzyły się różne pamięci historyczne. Polacy mają specyficzne doświadczenia XX wieku związane z zagrożeniem ze strony dwóch zbrodniczych systemów. Polska padła równocześnie ofiarą obu totalitarnych potęg, a w konsekwencji wojny została razem z cała Wschodnią i Środkową Europą oddana w ręce Stalina. Przypominanie tych znanych zdawałoby się faktów psuje konstruowany obraz II wojny nie tylko w Rosji, ale i wśród jej zachodnich partnerów, dla których zwycięstwo nad faszyzmem jest mitem założycielskim współczesnych liberalnych demokracji. Z wrażliwością innych narodów „nowej” Europy, które weszły lub wchodzą w struktury UE łączy nas doświadczenie czerwonego totalizmu, (obce mieszkańcom zachodu kontynentu), do dzisiaj nierozliczonego nawet w sferze symbolicznej.

Portal ARCANA: Czy więc nic się nie zmieniło w zakresie postrzegania Stalina i II wojny światowej od czasów sowieckich?

H.G.:Pamięć II wojny światowej, a dokładniej jej okresu lat 1941-1945, tzw. „wojny ojczyźnianej”, która wciąż nieraz przesłania całość tego straszliwego konfliktu, przekazywana w rodzinach, jest niewątpliwie autentycznym traumatycznym doświadczeniem obecnym w indywidualnej i społecznej pamięci Rosjan. Z drugiej strony jest też pewną kreacją, wynikającą z postsowieckiej wrażliwości ukształtowanej przez lata propagandy, a także przez obecną politykę historyczną putinowskiej Rosji.

Obok tego istnieją próby pokazania, czym naprawdę dla Rosjan ta wojna była. Ale te inicjatywy, obecne choćby w postaci książek czy filmów, są raczej na marginesie, a na pewno nie tworzą głównego nurtu. Szczególnie chodzi tu o filmy, gdyż to one wyznaczają obecnie kierunek narracji historycznej, trafiając do najszerszej liczby odbiorców.

W ostatnim okresie obserwować możemy pewną korektę w kwestii stosunku do zbrodni stalinowskich. Nie neguje się już zbrodni na obywatelach sowieckich, ukazując nieraz Rosjan jako ofiary bolszewickiego eksperymentu, zapominając jednak o losie innych narodów. Co charakterystyczne, rozdziela się nieraz obraz Stalina i roli, jaką odegrał w budowaniu pozycji Związku Sowieckiego, od jego „błędów” czy zbrodni w polityce wewnętrznej. Wiąże się to z główną osią w obecnym „dyskursie” historycznym – w książkach, pracach naukowych, filmach – mianowicie z ideą ciągłości państwowej, a zarazem kultem silnego państwa o statusie imperialnym. Kult tej globalnej pozycji, którą Związek Sowiecki osiągnął za nieprawdopodobną cenę, kontynuuje współczesna Rosja.

W Polsce patrzymy na to z perspektywy kwietnia ubiegłego roku i strasznej katastrofy smoleńskiej. Putinowska Rosja, jak wielu się wydawało, zaczęła się wówczas otwierać na dyskusję na temat zbrodniczej sowieckiej przeszłości. Wiele wskazuje jednak, iż jest to zaledwie korekta oficjalnego kursu. Poparzmy nie na spektakularne nieraz gesty polityków, nie na wypowiedzi premiera, czy prezydenta Rosji, lecz na to, co się publikuje, zarówno w poważnych wydawnictwach jak i w sferze popularnej, formując masowego odbiorcę. Tam dyskurs nie uległ wielkim modyfikacjom. Posunięcia, które w Polsce uznano w ciągu ostatniego roku za próbę destalinizacji współczesnej Rosji, były wyraźnie wymuszone niezręczną sytuacją, w której władze rosyjskie się znalazły po katastrofie z 10 kwietnia. Na świecie zaczęto nagle zwracać uwagę na kwestię katyńską, trzeba było więc wykonać parę gestów. Ale to, że Miedwiediew czy Putin zaczęli się krytycznie wyrażać o zbrodniach z przeszłości, składając całą odpowiedzialność za nie na Stalina, wcale nie znaczy, że została zanegowana „narracja” obowiązująca do tej pory. Natomiast polskie władze i wielu komentatorów biorą za dobrą monetę to, co można uznać za tzw. „technologię polityczną”. To podobny manewr, jak destalinizacja z czasów Gorbaczowa, który obciążył Stalina odpowiedzialnością za nieprawidłowości systemu, co pozwoliło dokonać „nowego otwarcia” zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej, przeprowadzić wymianę kadr i zmienić wizerunek wobec Zachodu. Wszystko to po przegraniu „zimnej wojny”, było warunkiem realizacji wielkiego planu modernizacji podupadającego imperium, przez kredyty z Zachodu i transfer wysokich technologii. Rosja Putina ma podobny problem i jak wiele wskazuje, w podobny sposób usiłuje go rozwiązać. Stąd trwająca od dłuższego czasu dyskusja o modernizacji, rozumianej jednak głównie jako import kapitałów i technologii a nie wartości będących podstawą demokratycznego systemu politycznego. Współczesna putinowska Rosja usiłuje przez zmianę wizerunku ułatwić państwom „starej Europy” nawiązywanie tak owocnej dla obu stron współpracy, jednak pamiętajmy, że czyni to ponad głowami narodów tej części Europy, przechodząc do porządku dziennego nad ich wrażliwością, a co gorsza i nad zasadami solidarności na jakich został ufundowany projekt Unii Europejskiej.

Prawdziwa zmiana może nastąpić dopiero wtedy, gdy wiodące rosyjskie ośrodki państwowe (bo to one są tu najważniejsze) przestaną wspierać wypowiedzi podtrzymujące obecność kłamstwa w przestrzeni publicznej oraz usuną symbole zbrodniczego systemu wtedy, gdy zostaną otwarte archiwa pozwalające poznać prawdziwy obraz tragicznego także dla Rosja wieku XX. Konieczne jest również odcięcie pępowiny od sowieckiej przeszłości, które mogłoby nastąpić przez sądowe potępienie tamtych czasów. Tu przykładem jest los śledztwa katyńskiego. Te same postulaty zwarł w znakomitym, nie wygłoszonym w Katyniu przemówieniu, skierowanym do Rosjan śp. Lech Kaczyński.

Portal ARCANA: A może zbyt krytycznie patrzymy na posunięcia władz rosyjskich, może warto jednak odpowiedzieć pozytywnie na owe gesty i potraktować je jako wstęp do trwałego polepszenia relacji?

H.G.:Bardzo chciałbym aby tak było, nie można jednak zamykać oczu na fakty, które wskazują, że gesty w ramach ocieplania wizerunku Rosji z ostatniego roku były obliczone głównie na użytek nie tyle Polski, co raczej Zachodu. Wynika to z bardzo pragmatycznego podejścia obecnych władz Rosji, faktycznie zainteresowanych nie tyle „polityką historyczną”, co przede wszystkim ogromnymi kontraktami na gaz i ropę naftową, na których oparty jest nie tylko rosyjski budżet, ale i pozycja i bogactwo obecnych elit władzy. Polityka historyczna, polityka symboli jest jedynie funkcją tej realnej polityki, której przykładem jest dla nas rurociąg północny budowany wspólnie przez wzór europejskiej demokracji – Niemcy z państwem tzw. „suwerennej demokracji” – Rosją. Polityka pamięci wyraźnie służy tu do legitymizowania obecnej ekipy kremlowskiej, wywodzącej się w znakomitej części z kręgu tzw. „czekistów” wobec własnego społeczeństwa jak też liberalnego świata Zachodu. Sprawa katyńska, przypomniana całemu światu tak tragicznie przez katastrofę smoleńską, stała się, przynajmniej na jakiś czas, czymś niewygodnym, należało zatem wykonać pewne gesty, poprawiające nadszarpnięty wizerunek. Putin nieraz już pokazywał, iż jest do tego zdolny. Kiedy odwiedził Polskę w 2002 r., złożył kwiaty pod pomnikiem polskiego Państwa Podziemnego w Warszawie. Podczas wizyt w Czechach i na Węgrzech, gdzie podpisywał ważne umowy gazowe, oficjalnie potępił najazd wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. i najazd sowiecki na Węgry w 1956 r. Przypomnijmy, że zbrodnie Stalina ówczesny prezydent Putin krytykował już jesienią w 2007 r. podczas obchodówrocznicy „wielkiej czystki”,w Butowie pod Moskwą, gdzie właśnie na tamtejszym poligonie NKWD rozpoczęto w 1937 r. masowe egzekucje w czasie „wielkiej czystki”. Wtedy teżwspólnie z patriarchą Aleksym II, złożyłkwiaty przed ustawionym tu krzyżem przywiezionym z Wysp Sołowieckich.To samo powtórzył prezydent Miedwiediew, gdy przybył na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie. Miedwiediew powiedział też parę ciepłych słów oczekiwanych przez Polskę w czasie grudniowej wizyty w Warszawie, co jednak trudno nie wiązać z faktem, iż następnego dnia leciał do Brukseli. Obserwując wtedy rosyjskie media nie zauważyłem porównywalnego do polskiego zainteresowania tą wizytą w Rosji. Precedensy więc już były, ale za nimi nie idzie żadna praktyka polityczna, a ewentualne zmiany ograniczają się jedynie do korekt wizerunku. Warszawa nie wydaje się być czynnikiem, który nie daje spać władzom Rosji, są nim raczej stosunki z wielkimi tego świata, z którymi robi się olbrzymie interesy finansowe. Warszawa była ważna tylko z tego względu, że mogła przeszkadzać, psując wizerunek Rosji. Jednak polityka obecnych władz RP skutecznie zminimalizowała i ten problem w stosunkach z Rosją nie dając nic w zamian, o znanym powszechnie potraktowaniu Polski w sprawie śledztwa smoleńskiego nie mówiąc, a za to skutecznie wydatnie poprawiając wizerunek Rosji w jej relacjach z naszymi zachodnimi partnerami w Unii Europejskiej. Nie mogę zatem oprzeć się wrażeniu, że staliśmy się w ciągu trzech z górą ostatnich lat, a szczególnie po kwietniu 2010 r., nie podmiotem tylko przedmiotem tzw. „technologii politycznych” specjalistów Kremla.

Portal ARCANA: Czy obecność głów obcych państw podczas obchodów Dnia Zwycięstwa w Moskwie jest bardziej uwiarygodnieniem zwycięstwa nad Niemcami, zwanego przecież zwycięstwem nad faszyzmem, czy też raczej podkreśleniem triumfu polityki Kremla?

H.G.:Organizowanie w Moskwie obchodów Dnia Zwycięstwama wyraźnie przypomnieć udział Związku Sowieckiego w II wojnie światowej po stronie krajów wolnego świata, w koalicji antyhitlerowskiej, zamazując jednocześnie współpracę hitlerowsko-stalinowską z początku tej wojny oraz konsekwencje II wojny dla wschodniej połowy kontynentu w postaci sowieckiego dyktatu, na który w Teheranie i Jałcie przystały demokratyczne mocarstwa Zachodu. Polacy, próbując przedstawić światu swoją pamięć historyczną, powinni szukać wspólnej wrażliwości z narodami, które doświadczyły podobnych tragedii. Trzeba pokazać, że zwycięstwo nad faszyzmem jest tylko jedną stroną tego, czym w rzeczywistości była ta wojna. Uczestnictwo polskich władz w takim święcie bez choćby symbolicznego zaakcentowania własnego poglądu, jest przyjęciem sowieckiej interpretacji, na warunkach Kremla, bez próby zaprezentowania własnej wrażliwości. Ocena polityków zależeć powinna od ich umiejętności zaprezentowania w takich sytuacjach poglądów własnej wspólnoty, którą reprezentują i dotarcia z tym do możnych tego świata. Wtedy właśnie ważne są pewne symbole i gesty. Trzeba szukać możliwości ominięcia oficjalnej propagandowej tuby kremlowskiej, pokazywać odmienną wrażliwość tej części Europy, trafiając z tym także do Rosjan. To, co robił śp. prezydent Lech Kaczyński było właśnie szukaniem porozumienia narodów doświadczonych przez nazizm i komunizm, było próbą opowiedzenia historii z naszego – mieszkańców tej części Europy – punktu widzenia. Sugerowanie, aby przyjąć do wiadomości postsowiecką wrażliwość putinowskiej Rosji, to wezwanie do rezygnacji z prowadzenia suwerennej polityki, choćby w wymiarze symbolicznym. I niestety, to co obserwujemy od roku – począwszy od nawoływań „Gazety Wyborczej” do palenia zniczy na grobach żołnierzy Armii Czerwonej w sowiecka rocznicę zakończenia wojny – jest takim działaniem, które – niezależnie od intencji organizatorów – wpisuje naszą postawę w paradygmat postsowiecki. Nie rosyjski a właśnie postsowiecki, czyli taki, który jest zgodny z interesami i wizją historii nie zwykłych Rosjan, ale kremlowskich elit i ich „scenariuszy władzy”.

Portal ARCANA:W jaki więc sposób obecne władze Federacji Rosyjskiej wykorzystują postsowiecki dyskurs w postrzeganiu II wojny światowej?

H.G.:Sposób interpretowania II wojny światowej, ale również całej przeszłości ZSRS, wynikają nie tylko z wrażliwości urabianego przez dziesięciolecia propagandy społeczeństwa, ile właśnie z potrzeby legitymizacji dzierżonej władzy przez obecną elitę. Są to przecież ludzie wywodzący się z twardego jądra tamtego systemu – ze służb specjalnych, którzy są w prostej linii dziedzicami tej krwawej spuścizny. Ta postsowiecka wrażliwość jest zgodna z pragmatyczną i brutalną polityką współczesnych władz rosyjskich. Polityką zdobywania środków finansowych poprzez kontrakty międzynarodowe i dogadywanie się z silnymi tego świata (w tym wypadku silnymi w ramach Unii Europejskiej) ponad głowami słabszych. To jest polityka rozbijająca podstawowy fundament tej wspólnoty – zasadę równości i solidarności członków. W zamian za to Rosja proponuje, akceptowaną (jak świadczą twarde fakty, a nie deklaracje) przez Niemcy, Francję czy Włochy, formułę dwustronnych stosunków z najsilniejszymi krajami. Ta realna polityka jest opakowana w specyficzną narrację, a sposób interpretowania II wojny światowej, tego, czym był wiek XX i wreszcie forma świętowania 9 maja są tego elementami.

Przypomnijmy jak ówczesny prezydent Putin w 2005 r., w rocznicę zakończenia wojny wymieniał na Placu Czerwonym sojuszników ZSRS, nie zapominając o niemieckich i włoskich antyfaszystach i świadomie nie wymieniając polskich wojsk jako uczestników zmagań z III Rzeszą.Z kolei obchody 9 maja 2010 r. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą z udziałem w defiladzie na Placu Czerwonym nie tylko Polaków, ale i przedstawicieli innych państw koalicji antyhitlerowskiej, a także inny sposób akcentowania pamięci o wojnie mogłyby świadczyć o pewnej korekcie putinowskiej wersji „polityki historycznej” kierowanej wobec Zachodu, jej częściowej „destalinizacji”, w postaci oczyszczenia z najbardziej kompromitujących tradycji stalinowskich.

To szerszy problem. Może o tym świadczyć ogłoszona w ubiegłym roku (25 kwietnia 2010 r.) rosyjsko-amerykańska deklaracja odwołująca się do spotkania armii tych państw na Łabą w 1945 roku. Przy tej okazji mówiono o „duchu Łaby”, tworząc „narrację” sprzyjającą próbie bliskiej współpracy rosyjsko-amerykańskiej. Tenże „duch” w mieszkańcach naszej części Europy powinien jednak wywoływać nieprzyjemny dreszcz, bo jest on dziedzicem „ducha Jałty”, czyli traktowania narodów Europy nie w kategoriach podmiotowości, ale w charakterze stref wpływów, które można dowolnie dzielić. Poszerzanie strefy wolności i demokracji, do czego odwołuje się projekt UE, może odbywać się na fundamencie wartości a nie bezwzględnej siły i cynizmu. Zadaniem naszej suwerennej polityki, także w sferze symbolicznej, powinna być wiec obrona elementarnej wiedzy o historycznych faktach. Bez względu na to, czy taka postawa zostanie prześmiewczo nazwana „romantyczną” czy „idealistyczną”, to akurat w tym wypadku nie ma wątpliwości, że chodzi nie tylko o wymiar aksjologiczny. Służy to nie tylko wyjaśnianiu pewnych zaszłości, ale także winno być podstawą dla utrwalania wolności w tej części świata. A przyjmowanie wrażliwości postsowieckiej, odrzucanie lub relatywizowanie wiedzy o zbrodniach imperium sowieckiego może być w przyszłości skrajnie niebezpieczne. Nie może być trwałego fundamentu dla wolności (także dla Rosjan) bez prawdziwej wiedzy o straszliwym wieku XX.

http://www.portal.arcana.pl/Glebocki-pa ... ,1193.html

Zapraszamy także, do wzięcia udziału w (antykonkursie) piętnującym przekłamania w polskich podręcznikach:

http://www.portal.arcana.pl/Nie-chcemy- ... ,1170.html

http://portal.arcana.salon24.pl/305115, ... -zolnierzy


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 205 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 14  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /