Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 203 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5 ... 14  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 03 mar 2012, 21:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Słowiańskie narody są: Polacy, Łużyczanie, Czesi, Rusini, Słowacy, Słowieńcy, Kroaci, Serbowie i Bułgarowie, tudzież pół na pół Moskale czyli Rosyanie, którzy powstali ze zmieszania krwi ruskiej z tatarską. Moskale są narodem bardzo młodym; w tych czasach, kiedy się poczyna historya polska, czeska lub ruska, nie było jeszcze ani słychu o istnieniu Moskali czyli Rosyan; do historyi zaś europejskiej należą oni niespełna dopiero od 200 lat. - Słowianie zajmowali pierwotnie tj. za najstarszych pogańskich jeszcze czasów, o dużo więcej ziemi, niż dzisiaj. Wszystko koło rzeki Łaby (Elbe) było krainą słowiańską. Ludy te słowiańskie wyginęły w walkach z Niemcami, bo Niemcy zwykli byli po każdem prawie zwycięstwie urządzać rzezie miejscowej ludności, co zresztą sami niemieccy kronikarze opisują bez wstydu.

Feliks Koneczny, "Dzieje Ślązka"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 05 mar 2012, 13:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Zachowania ludów na zachód od Łaby i na wschód od Bugu wyraźnie wskazują, że już kilka stuleci przed Mieszkiem między Bugiem a Łabą musiał istnieć ośrodek państwowy o bardzo dużej sile.

Sprawa nazwy , istnienia Chorwatów Białych i ich miejsca w Europie, nie została rozwiązana. Jednak zestawienie i uporządkowanie danych, zawartych w niektórych źródłach, wyjaśnia całkowicie to zagadnienie, a otrzymany na ich podstawie obraz pozwala spojrzeć daleko wstecz, przed X w. na nieznane fragmenty dziejów Europy Środkowej.

Utwierdziło się w historiografii przekonanie, że we wczesnym średniowieczu nie było między Bugiem i Łabą organizacji państwowych, a ziemie te, zgodnie z rozpowszechnionymi przypuszczeniami, miały zamieszkiwać jakoby półdzikie, niezorganizowane, drobne plemiona Słowian „przemieszane z wędrownymi grupami germańskimi”.

Nie zwrócono uwagi, że przyroda nie znosi próżni, że każda słabość wykorzystywana bywa przez wrogów do powiększenia własnych terytoriów, zasobów, zaplecza. Nie zauważono, że silne państwa Germanów na zachodzie kierowały swe uderzenia nie na wschód, lecz na południe, przyśpieszając upadek Cesarstwa Rzymskiego, że Rusowie – germańscy książęta Słowian Wschodnich, w początkowym okresie rozszerzali swe państwo nie na zachód, lecz na ubogie, słabe, bardzo rzadko zaludnione ziemie wschodniej Europy.

Czy jest więc możliwe, by te silne państwa nie zauważyły położonych obok żyznych ziem, „obfitujących w środki żywności”, jak pisze o państwie Mieszka I Ibrahim Ibn Jakub ? Czy silne, bogate i doskonale zorganizowane państwo Mieszka I i Bolesława Chrobrego, opierające się skutecznie nacierającym jednocześnie od wschodu i zachodu dwóm potęgom, mogło powstać nagle, z niczego ?

Niedwuznaczną odpowiedź na te wątpliwości dają nam liczne źródła i wiadomości pochodzące ze wschodu, południa i zachodu Europy, mówiąc o granicach i potędze państwa Chorwatów (Polski), przekazane przez Herodota, Pliniuszsa, Tacyta, łacińskie: Vibiusza Seqestra, Jordanesa, tzw. Fredegarda, Apollinarisa Sidoniusa, pieśń Widsith, kr. Alfreda, Konstantyna Porfiregenetę, Widukinda, Thietmara, Powiest’ Wremiennych Liet, Galla Anonima i innych.


Tadeusz Miller, "Trzy tysiące lat państwa polskiego"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 07 mar 2012, 18:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Łatwość, z jaką nasi przodkowie przyjęli Chrześcijaństwo dowodzi, że słowiańska religia pogańska, która je poprzedzała, musiała kultywować wartości etyczne bardzo bliskie temu, co głosi Ewangelia.

Te myśli i uwagi trzeba dobrze rozważyć, bo inaczej nie zrozumiałoby się tej na pozór dziwnej rzeczy, że całe państwo księcia polskiego Mieczysława nawróciło się bez gwałtu, bez przemocy, nie przelawszy ani kropli krwi! Karol Wielki, cesarz rzymski i król niemiecki, rzezie urządzał wśród Sasów, żeby ich nawrócić, a nasz Mieczysław nie potrzebował do tego wydać ani jednego srogiego rozkazu! Wszyscy dobrowolnie i ochotnie kruszyli pogańskie bałwany i dawali się obmywać wodą chrztu świętego. Zapamiętajmy to sobie dobrze, że Polacy są jedynym na całym świecie narodem, którego nawrócenie obeszło się bez męczenników; jedyny na całym świecie naród, który przyjął wiarę św. katolicką, nie zamordowawszy przedtem żadnego apostoła żadnego misyonarza, których dziesiątkami mordowały inne narody. Wszystkie, ale to wszystkie bez wyjątku inne narody, przysporzyły najpierw niejednemu świętemu korony męczeńskiej, nim przez tę krew męczeńską nawrócić się dały. Jedni tylko Polacy męczeństwa nikomu nie zadali. Widać tedy, że do wiary św. przystępowali nie z rozkazu tylko księcia, ale z miłości. Tłumaczy się to tem także, że pogańska ich religia najłagodniejsza była ze wszystkich.

Feliks Koneczny, "Dzieje Ślązka"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 08 mar 2012, 18:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Jak wynika ze źródeł pisanych Polska przed chrztem nazywana była przez ludy południowe Białą Chorwacją - czyli państwem leżącym za Górami (czyli Karpatami i Sudetami). Co więcej, do czasów Bolesława Śmiałego Siedmiogród wchodził w skład Polski.

Konstantyn Porfirogeneta (912 – 951) De administrando Imperio, rozdział XIII, uzupełnia te dane, dodając nowe szczegóły, tj.
„Od strony gór graniczą z Turkami (Węgrami) Chorwaci”.
Oznacza to, że granica Chorwacji przebiegała przed łańcuchem górskim Karpat tj. po ich południowej stronie.

K. Porfirogeneta De administrado... Rozdział 31. III.
„Chorwaci (południowi) pochodzą od Chorwatów nie ochrzczonych (północnych), zwanych też Białymi, którzy przebywają z tamtej strony Turkii (Węgier).”

Jest to potwierdzenie danych z poprzedniego, 13 –go IV rozdziału tego dzieła. Mówi się w nim, że od północy Węgrzy sąsiadują z Chorwacją, na całej długości granicy północnej, tzn. , że w skład Chorwacji wchodzą całe Karpaty, od Siedmiogrodu do Morawy wraz z całą Słowacją.
2. Przebieg granicy południowej określony przez Konstantyna Porfirogenetę potwierdza
późniejsza Kronika Węgiersko – Polska z XI w. (M. P. H. A. Biel.) (s. 504 – 505).
Opisuje ona granice Polski na Dunaju, Ciśe i Topli, już po śmierci Bolesława
Śmiałego w 1081 r.
„...nam termini Polonarium ad litus Danubii at civitatem Strnigoniensem
terminabantur, dein in Agrinensem civitatem ibanet deemum in fluvium qui Tissa
(Cisa) nominatur, cedentes, regirabant iuxta fluvim , qui Celpa (Topla) nuncupatur,
usque ad castrum Galis, ibiwue inter Ungaros, Ruthenos et Polones finem dabant”.
3. O tej granicy nad Dunajem mówi również Bogufał u Sombers. II.
4. Natomiast geograf arabski Abu Abdallach Mahamed (1099 -1163) wymienia Cisę wśród innych nazw polskich rzek. Jaubert Gegr. II 390 wg. Monumenta Poloniae 1960 Aig. Bielowski T. I 504 – 505.
5. Dokument praski 983 r. – D. Germ. T. 6. Pars 2 Vimariae 1952 Nr 390 s. 516 n.:
„ ... Usque ad mediam silvam, qua Boemia limitatur, Deine ad aquilonem hi sunt termini: Possouanie, Chrovatei et altera Chrovati, Zslasane, Trebouanie, Pobarane, Dedosize usque ad mediam silwam, qua Milcianorum occurrunt termini”.
Dokument ten nazywa Chorwatami plemiona śląskie, które sąsiadują z Czechami. Stanowi on najpóźniejszy zapis nazwy Chorwacji i określa jej granice od strony Moraw i Czech IX w.

Dzieje południowych ziem polskich, ich położenie, granice w X – XII w. nie znalazły dotąd należytego objaśnienia. Przyjmuje się bowiem w historiografii, że Słowacja „zajęta” przez Bolesława chrobrego w 999r. znajdowała się we władaniu polskim tylko w latach 999 – 1018. Natomiast ziemie położone w północnym Siedmiogrodzie jakoby nigdy nie wchodziły w skład obszaru Państwa Polskiego, co nie jest prawdą. Przeczą temu źródła arabskie, węgierskie, greckie i polskie.
Na nizinie naddunajskiej zaszło wiele wydarzeń, wśród których zagubiono losy tych pogranicznych obszarów.

Mgr inż. Arch. Tadeusz Miller, "Trzy tysiące lat państwa polskiego"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 15 maja 2012, 09:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31576
Od Lędzan do Lachów, od Dulebów do Wołyńców. Pograniczny tygiel przed tysiącem lat.

Tysiąc lat temu, gdy Polska nie byłą jeszcze Polską, a Ruś nie była jeszcze Rusią... Zaraz, zaraz, zapytacie, jak to Polska nie była Polską za Mieszka I, a Ruś nie byłą Rusią za Światosława??? Cóż, Polska wtedy jeszcze nawet nie nazywała się Polską, tylko państwem gnieźnieńskim, a Ruś, choć nazywała się już Rusią, nijak nie przypominała znanej nam Rusi. I Kijów, i Gniezno, zanim stały się ośrodkami dwóch najważniejszych państw północnosłowiańskich, musiały jeszcze podporządkować sobie różne plemiona Słowian i stworzyć nowe tożsamości- polską i ruską właśnie.

Szczególnie zagmatwana sytuacja panowała, jak zwykle, w krainach rubieżnych - szczególnie, że musiało sporo wody upłynąć w Bugu, zanim książęta gnieźnieńscy i kijowscy po ciężkich walkach ustalili przebieg linii demarkacyjnych... O czyje ziemie walczyli jednak nad Bugiem Piastowie i Rurykowicze? Jeśli poczyta się odnośne publikacje polskie, odpowiedź jest właściwie jedna: na całym późniejszym polsko-ruskim pograniczu mieszkali Lędzanie (lub, mniej poprawnie, Lędzianie). Jeśli sięgnie się po publikację sowiecką bądź ukraińską, dowiemy się znów, że w pasie górzystym pogranicza (Podkarpacie, Ruś Halicka) mieszkali Północni Chorwaci, a w pasie nizinnym (Chełmszczyzna, Wołyń)- Wołynianie, czyli Dulebowie, oraz Bużanie. Czyżby więc - Boże uchowaj - polscy i ukraińscy badacze nadal "na sucho" toczyli bój o tożsamości i granice? A może poniosła historyków ułańska fantazja, i nawymyślali plemion ponad potrzebę? Cóż, nie da się ukryć, że pograniczne ziemie polsko-ruskie biją wszelkie rekordy w kategorii liczby fikcyjnych i "naciąganych" nazw ludów. Zarazem jednak kilka plemion jest poświadczonych w tym regionie, w kronikach i innych źródłach z IX-XII w., i to czasem w kilku różnych (Bużanie, Lędzanie). Spośród nich tylko Chorwaci prawdopodobnie mieszkali nie nad Dniestrem, lecz daleko na wschodzie za Dnieprem. Co jednak począć z Wołynianami, Dulebami, Bużanami i Lędzanami? Czyżby były to różne nazwy tych samych ludów, np. używane przez "tutejszych" i sąsiadów? Może ludy następowały po sobie? Albo nazwy zmieniały się z czasem? Albo, co też możliwe, niektóre nazwy oznaczały większe całości, złożone z mniejszych plemion? Proponowano już wiele rozwiązań tej łamigłówki - włącznie z przedłożonym przez autora tego tekstu.

Pewnie jeszcze niejeden historyk zaostrzy swe pióro, by znów stoczyć "papierową" bitwę o pogranicze; warto jednak wskazać na kilka faktów tyleż ciekawych, co bezdyskusyjnych. Po pierwsze, jak poświadczają znaleziska cmentarzysk z Przemyśla i Halicza, w początku X w. (ok. 900 r.) pod Karpatami rządzili przez jakiś czas przodkowie dzisiejszych Węgrów. Przed madziarskimi koczownikami drżała wtedy cała Europa - jak i przed nie mniej groźnymi Pieczyngami, i to chyba w obawie przed nimi okupowali Węgrzy podkarpackie ziemie. Kolejne ciekawe zjawisko to nagła "eksplozja" wiadomości o Lędzanach około połowy X w. (ok. 950). Nie tylko napisał o nich najpotężniejszy władca ówczesnego chrześcijaństwa- cesarz bizantyjski Konstantyn VII Porfirogeneta, nie tylko Lędzanie stali się znani żydowskim kupcom z Włoch (co poświadcza wzmianka w tzw. Księdze Josippon), ale nawet ich nazwa przeszła z czasem jako określenie Polaków do wielu ludów wschodu i południa. Innymi słowy, dla Rusów kijowskich czy Węgrów nazwa "Lędzanie" stała się synonimem określenia "znaczny lud na zachód/północ od nas". W tym czasie Lędzanie byli sprzymierzeńcami Rusi, i przez Kijów spławiali łódki "jednodrewki" do samego Carogrodu, (Konstantynopola). Pod nazwą Lędzan kryje się więc zapewne w połowie X w. jakaś większa organizacja, obejmująca ludy słowiańskie znad górnego Bugu, Styru, Dniestru i Sanu. Losy tej "konfederacji" były jednak przesądzone, gdy w ostatniej ćwierci X w. naprzeciw nich stanęły dwie potęgi- Piastów i Rurykowiczów. Jak poświadczają dogłębne studia profesora Parczewskiego, w toku trwających do 1031 r. walk władcy z Gniezna i Kijowa rozdarli sporne ziemie, bezceremonialnie przecinając nowymi granicami jednolite dotąd skupiska osadnicze, a stare ośrodki zastąpili nowymi. W XI w., w ramach Rusi Kijowskiej, zdobyte ziemie legły u podstaw nowych jednostek terytorialnych. Nizinna część kraju w dorzeczach Bugu i Styru dała początek ziemi wołyńskiej. W wyżynnej i górskiej części kraju, w oparciu o ziemie przemyską, dźwinogrodzką i trembowelską wykształciła się Ruś Halicka- ostatecznie skonsolidowana w toku XII w. Ze starych nazw ludów i krain pozostały w użyciu dwie- zgrubiała nazwa Lędzan - Lachowie, na określenie Polaków, oraz nazwa Wołynia na określenie ruskiej prowincji, stworzonej w nizinnej części pogranicza. Tak oto granica wykształcona w XI w. wskutek zbrojnych walk o pogranicze stała się podstawą kształtowania polskiej i ruskiej narodowości w regionie oraz granicą polskiej i ruskiej państwowości - co nie wykluczało wzajemnych dość częstych kontaktów, szczególnie od XIV w., gdy obie strony granicy znalazły się pod jednym berłem - królów polskich.

Krzysztof Fokt


Piśmiennictwo wprowadzające w problematykę:

V. D. Baran, Davni Slov'jani, Kyiv 1998

K. Fokt, Zagadka plemion znad Bugu, Sanu, Dniestru i Styru, Przegląd Historyczny 45:2004, s. 441-456;

G. Labuda, Studia nad początkami państwa polskiego, t. II, Poznań 1988;

M. Parczewski, Początki kształtowania się polsko-ruskiej rubieży etnicznej w Karpatach, Kraków 1991;

O. P. Toločko, P. P. Toločko, Kyivska Rus', Kyiv 1998.

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia ... -do-lachow


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 29 cze 2012, 16:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31576
Wielkie zwycięstwo - i SAMOBÓJSTWO

Bitwa pod Przecławą

„Troja Północy”, Zofia Kossak i Zygmunt Szatkowski, str. 124, wyd. PAX 1960
[W oryginale świetne mapki Szatkowskiego, który był historykiem wojskowości. Święty Związek Wielecki to Wieleci, Redary, Doleńcy, Czrezpienianie oraz Chyżanie. md]

W r. 1045 Wieleci wyprawili się swoim zwyczajem na Niemców, lecz cesarz Henryk III zebrał wszystkie siły i pobił napastników. Musieli złożyć daninę. Od tego czasu na tej granicy trwa pokój. Wiemy już, że pokój nie służy Wieletom. Skoro nie mają z kim wal­czyć, poczynają wadzić się pomiędzy sobą.

Święty Związek Wielecki to cztery główne, bitne plemiona. Okresowo dołączają się do nich inne, jak to Morzyczanie, Glinianie, Wkrzanie. Łączą się, odpadają, według tego, co im doraźna korzyść dyktuje, lecz tamte cztery to niewzruszony trzon i siła Związku.

Najważniejszymi w tej czwórce są Redary, a to z racji posiadania ośrodka, kultu reli­gijnego. W świątyni Swarożyca przechowywane są znaki bojowe Wieletów. Stąd po zasięgnięciu wróżby ruszają wyprawy wojenne. Nie gdzie indziej lecz w Radogoszczy, z Doleńskiego Jeziora, o wodzie czarnej od. cienia obrzeżających ją drzew, w przededniu ważnych wydarzeń, wy­chodzi wielki odyniec o zapienionych kłach i tarza się w bagnie przy bramie wiodącej na dziedziniec świątynny. Tutaj kapłani odsłaniają przyszłe losy za pośrednictwem białego jak śnieg konia Swarożyca, wszyscy zaś członkowie plemienia obowiązani są do stałych ofiar na rzecz świątyni. Nic więc dziwnego, że Redary poczytują się za pierw­szych i najważniejszych w Związku. Związek trwa i zwycięża, ponieważ wsparty jest potęgą Swarożyca.

Tak było od wieków i tak pozostanie ­zawsze, o ile ludzie pozostaną wierni bogom i odmówią posłuchu niepo­żądanym nowościom. Gdzieś daleko płynie życie, niosące wielkie prze­miany, ale puszcza chroni przed nimi skutecznie. W Radogoszczy nie się nie zmienia. Wszystko idzie porządkiem ustalonym przed wiekami. Nie zmienił się ceremoniał świątynny ani kolejność sprawiania wróżb, ani obyczaj od czasów, gdy na zachodzie panował cesarz Karol Wielki.

Jednako szumi puszcza, faluje jezioro i te same prawa rządzą życiem ludzi. Nawet święty biały rumak jest wciąż taki sam, nieśmiertelny jak Swarożyc. Tylko czasami cienkie źrebięce rżenie, odpowiadające z nie­widocznego okólnika na chrapliwy glos ogiera, zdradza, że kapłani ho­dują tajnie następcę dla starzejącego się wierzchowca Swarożyca.

Do niedawna nimb duchowy otaczający Redarów wzmacniała ich wartość bojowa. Byli najsilniejszym plemieniem w Związku, w walce z najgroźniejszym. Otton I Wielki mawiał do swoich margrabiów ­Zgniećcie Redarów, a podbój całej Słowiańszczyzny będzie dokonany.­.. Ostatnio wyprzedzili ich Czrezpienianie.

W przeciwieństwie do odciętych od świata puszczą i poglądami Re­darów - Czrezpienianie oraz Chyżanie siedzą na otwartym szlaku. W rzemiośle żeglarskim .współzawodniczą z najlepszymi pławcami Bał­tyku - Ranami. Stykają się z Duńczykami, Obodrzycami, Pomorzem i Polską. Oczy mają bystre, uszy czujne, umysły otwarte. Nie gardzą z góry wszelką nowością w uzbrojeniu, budowie lodzi, uprawie, o ile dana nowość okazuje się pożyteczna. Nabierają doświadczenia w odmiennych sposobach walki i dzięki temu wybijają się ponad Redarów.

Tamtych żre zazdrość i na wspólnych wiecach coraz częściej przychodzi

do sporów. Tajni zausznicy Sasów podsycają je umiejętnie, powtarzając zebranym jadowite plotki. Słowianie wierzą, gdyż sami kłamstwa nie znają. Toteż niejednokrotnie rozłam zda się już wisieć w powietrzu. Przywrócić zagrożoną jedność mogłaby tylko wojenna wyprawa, do której na razie brakuje okazji. Dlatego to pokój nie służy Wieletom.

W r. 1055 cesarz Henryk III bawi w Rzymie wezwany przez papieża Wiktora II na pomoc przeciw Bizantyjczykom i Normanom. Równocześ­nie we Florencji zasiada synod mający na celu ostateczne potępienie symonii, czyli kupowania dostojeństw kościelnych. Cesarz wspomaga zbrojnie papieża, przywraca pokój (chwilowy) w Apulii, bierze czynny udział w naradach synodu. Jest zwolennikiem projektowanej reformy.

Przy nim i przy papieżu opowiada się część biskupów. Tylko część. Większość, w skład której wchodzą biskupi niemieccy, nie chce żadnej zmiany w istniejącym stanie rzeczy. Spór zapowiada się długi i zawiły, gdyż w grę wchodzi tutaj autorytet nie tylko papieski, lecz i cesarski. Zawile, trudne, pełne trosk i niebezpieczeństw jest dla władców niemieckich panowanie nad Italią, tym źródłem ciągłych buntów i -zamieszek. Italczycy nienawidzą Germanów, uważając ich za barbarzyńców. Ger­manie gardzą ruchliwym tłumem włoskim, uważając potomków Rzymian za obmierzłych próżniaków. Do tego południowa Italia - istne kłębowisko sprzecznych interesów, papieskich, normańskich, bizantyjskich...

Tak, tak; Italia to zaszczytny, ale dokuczliwy ciężar. Niemniej każdy z panujących niemieckich dałby sobie raczej odciąć rękę, niż zrezygno­wał z Italii. Wszakże z Rzymem związany jest tytuł cesarza, doczes­nego zastępcy Boga, protektora i władcy chrześcijaństwa! Za tytułem idzie prawo senioratu lIlad całą Europą. Według niepisanego, lecz przez ­Niemców przestrzeganego, prawa każdy książę chrześcijański winien być z natury rzeczy wasalem niemieckiego cesarza rzymskiego.

I. dlatego Henryk III zaniedbuje sprawy swojego kraju, biorąc udział w naradach i sporach synodu.

Przeciągającą się jego nieobecność wykorzystują Wieleci, aby ude­rzyć na Sasów. Powodzenie im sprzyja. Przekroczywszy Łabę, mordują tamtejsze załogi, pustoszą kraj, uprowadzają mnóstwo jeńców i wracają zwycięska da siebie. Margrabia Wilhelm, obecny książę saski, nie posia­da się ze złości. Płonie żądzą odwetu. Henryk III, powiadamiany o tym co zaszło, każe mu czekać na swój powrót z Włoch. Lecz margrabia Wilhelm jest młody i czekanie stanowi dlań trudną sztukę. Cesarz może wróci dopiera za parę miesięcy, a może... wcale nie wróci

W całych Niemczech od zamku da zamku podają sobie wiadomość, że kontrkandy­dat do tranu cesarskiego, wróg Henryka III, Konrad książę bawarski, porozumiał się z najgorętszym przeciwnikiem florenckich uchwal anty­symoniackich, biskupem Gebhardem z Regensburga. Wszystkie przełęcze wiodące z Italii już zostały obsadzone spiskowcami, którzy mają zamordować powracającego cesarza. Głupotą byłoby czekać. Henryk zginie, a w zamieszaniu, jakie wywoła jego śmierć, ukaranie Wieletów gotowe pójść w zapomnienie.

Margrabia Wilhelm nie waha się dłużej. Ściąga wszystkie siły saskie, zbiera załogi, zwołuje lenników. Na ochotnika spieszą ku niemu z licz­nymi drużynami Rycerze z Turyngii, Bawarii, Szwabii... Każdy jest sko­ry uderzyć na przeklętych pogan słowiańskich. Biada Słowianom!

Pod dowództwem Wilhelma zbiera się potężna armia, ufna w niewątpliwe zwycięstwa. Dnia 10 września 1056 r. przekracza Łabę.

W pobliżu grodu Przecława (niektórzy uczeni piszą Przecław, u kro­nikarzy Prizlawa) czekają siły Związku. Tu, w widłach Haweli (Hoboli) i Łaby, przychodzi do walki wręcz, śmiertelnego starcia w polu. Męstwo i zaciekłość z obu stron jednakie, liczebność równa - zwycięstwa przy­pada Słowianom...

Otoczeni, zepchnięci ku rzece, Sasi zastają doszczętnie wybici lub zatopieni. Margrabia Wilhelm poległ, polegli wszyscy towarzyszący mu książęta. Mało kto uszedł z życiem z pola bitwy.

Przecława to pogrom. To bój na miarę Grunwaldu, obalającego potęgę krzyżacką - na miarę bitwy pod Azincourt, co oddała pół Francji we władanie Anglii, na mia­rę boju pod Kalką, gdzie upadło państwo ruskie... To punkt, od którego może nastąpić zasadniczy zwrot historii, zmieniony układ sił.

(Dlaczego zatem o tamtych pobojowiskach każdy pamięta i wie, a na­zwę Przecława znają tylko historycy Odpowiedzi na to pytanie udzielą najbliższe karty)

Brak nam szczegółów o przebiegu bitwy przecławskiej. Kronikarze krótko zbywają ten temat

Barbarzyńcy, których zwą Lutykami, zadali wielką klęskę chrześcija­nom [Niemcom], z których jedni polegli od miecza, inni w ucieczce po­tonęli. Między nimi zginał Wilhelm, margrabia Marchii Północnej, w po­bliżu grodu, który zwą Przecława, położonego nad brzegiem Łaby w miejscu, gdzie wpada do niej rzeka Hawela (Hobola)...(Annales Sax. r. 1056).

Właściwy rozmiar pogromu daje się poznać po skutkach.

Cesarz Henryk, ostrzeżony w porę, zdołał uniknąć zasadzki i uprze­dził zamach, uderzając niespodzianie na wojska Konrada bawarskiego i biskupa z Regensburga. Po zaciętej walce zlikwidował spisek, wrócił do Niemiec zwycięski, lecz chory z trudów podróży i zgryzoty. Czeka­jąca nań wieść o klęsce przecławskiej i zaprzepaszczeniu armii saskiej zabija go, jak niegdyś Ottona II wieść o powstaniu Słowian w 983 r.

Henryk III jest drugim cesarzem, który umiera na chorobę słowiańską, na Słowian. Porażka Sasów, zgon Henryka III, uznanie królem jego ośmioletniego synka Henryka IV, nieudolna regencja cesarzowej wdowy Agnieszki, rozpoczynają w cesarstwie niemieckim długotrwały okres za­burzeń. Będą to lata walk Henryka IV ze Stolicą Apostolską, Sasami, z własnym synem Henrykiem V, lata znaczone kolejno klątwami papie­skimi, Canossą, ucieczką Grzegorza VII z Rzymu, wojnami z Polską, z Czechami, zmaganiami prawych papieży z antypapieżami, cesarza z samozwańczymi pretendentami, biskupów prawnie wyświęconych z pse­udo-biskupami. W tych latach nie będzie miejsca na niemiecką agresję w stosunku do Połabian.

Cóż się dzieje w tym czasie w obozie zwycięzców

Dzięki bitwie przecławskiej Wieleci stanęli u szczytu potęgi. Otacza ich gloria bojowa dotąd nieznana. Bo co innego przejść niespodziewanie Labę, spustoszyć kraj, wyrżnąć załogi zaskoczonych napaścią grodów i podpalić osiedla, a co innego stawiać czoła w otwartym polu, jak rów­ny równym, osławionej armii saskiej. Są upojeni zwycięstwem - i słusznie. Są bezpieczni, nikt im nie zagraża. Wszystkie drogi leżą przed nimi otwarte. Mogliby teraz zwrócić się bezpośrednio do Rzymu, jak to uczy­nił niegdyś polski Mieszko, i przyjąć chrzest, omijając biskupów niemiec­kich, odejmując Sasom raz na zawsze rzekomy powód napaści. Stanąć w jednym rzędzie z państwami chrześcijańskimi. Mogą połączyć się z Obodrzycami, nawiązać sojusz z Czechami, z polskim Kazimierzem, stworzyć nareszcie owo wielkie państwo słowiańskie, niedoszły zamiar Chrobrego. Mogą uderzyć na Danię albo Norwegię, zhołdować te pań­stwa. Mogą ruszyć w głąb bezsilnego chwilowo cesarstwa... Mogą wykorzystać czas pomyślności i spokoju, by powiększyć flotę, wznosić nowe grody zaćmiewające Szczecin albo Wolin... Wszystko to mogą uczynić... Co wybiorą

Wybierają - wojnę domową.

Nieomal nazajutrz po świetnym zwycięstwie rozpoczynają się gwałtowne spory między plemionami. Zaznaczone poprzednio różnice potę­guje obustronna chęć przypisywania sobie zasługi zwycięstwa. Zdaniem Czrezpienian ich uzbrojenie, ich przemyślny manewr przesądziły losy bitwy. Redary to twierdzenie poczytują za bluźnierstwo. Zwyciężył Swarożyc. Bez niego, boga Redarów, nic by nie zdziałano.

Spór się zaostrza, od sporów dochodzi do walki zbrojnej. Czrezpie­nianie ogłaszają się za równych Redarom. Redarzy i Doleńcy nie mogą znieść podobnej zniewagi. Na początku 1057 r. wybucha zażarta brato­bójcza wojna. Wojna o to, kto lepszy, i kto walniej przyczynił się do przecławskiego zwycięstwa. Z jednej strony Redary i Doleńcy. Z drugiej Czrezpienianie i Chyżanie. Powstałe plemiona nie biorą udziału w tych walkach, jak by się dziś rzekło prestiżowych, nie pretendują bowiem do pierwszeństwa w Związku. A Duńczycy i Sasi z nie ukrywaną uciechą patrzą, jak się wyrzynają Słowianie.

Swarożyc uchodził dotąd za boga wszystkich plemion wieleckkh. Obowiązkiem zatem kapłanów radogoskich było zapobieżenie wojnie w łonie Związku. Posiadali dostateczną powagę, by przerwać powszech­ny obłęd i krzyknąć walczącym Stój ! Wróżby stanowiły w ich ręku znakomity sposób działania na wyobraźnię wyznawców. Miast jednak powstrzymać nieszczęście, okazali się tylko zacietrzewionymi ministran­tami lokalnego boga. Podsycają zapalczywość współplemieńców przeciw bluźniercom i wojna trwa. Trwa morderczy szał. Z obu stron ilość zabi­tych przenosi o wiele liczbę poległych na polu przecławskim.

Bywa, że człowiek, który zjadł szaleju, zadaje rany sam sobie. Chyba

w owym strasznym roku wiedźmy całej ziemi zbiegły się do puszcz wieleckich, by zbierać i warzyć tojady, a dolewać je wojom do kubków I od tego dur ogarnął głowy mężów, zapaliły się ich wnętrzności, i po­częli bić się sami między sobą.

Czrezpienianie, Chyżanie walczą bohatersko. Męstwem, sprawnością przyświadczają swoje prawo do objęcia kierowniczej roli w Związku. Trzykrotnie rozbijają przeciwników. Wtedy wściekłość zaślepia Redarów. Opętani żądzą postawienia na swoim, nie wahają się wezwać na pomoc sąsiednich władców chrześcijańskich, największych wrogów Wieletów.

Ci sami kronikarze, co tylko półgębkiem napomykają o klęsce Sa­sów nad Hobolą, opisują chętnie te haniebne dzieje

...Gdy więc wzburzenie powoli rosło, przyszło do bitwy, w której Ryadurowie [Redary] i Tolenczanie [Doleńcy] pobici zostali. Po raz drugi i trzeci zaczynano wojnę i zawsze ciż sami od tychże zwyciężeni bywali. Wiele tysięcy ludzi z jednej i drugiej strony zginęło. Cyrcypanie [Czrezpienianie] i Kicynie [Chyżanie], których konieczność tylko do wojny zmusiła, zostali zwycięzcami.

Ryadurowie i Tolenczanie, mocno zasmuceni wstydem swej porażki, przywołali na pomoc najmężniejszego króla duńskiego Swena, księcia saskiego Bernarda i Goczałka, księcia obodrzyckiego, każdego z wojskiem i tłumy tak wielkie własnym i kosz­tem przez sześć miesięcy utrzymywali... Wszczęła się wielka wojna prze­ciw Cytrcypanom i Kicynom, którzy nie mieli dosyć sił, żeby się oprzeć takiej masie, jaka na nich naległa, i wtedy ich mnóstwo zabito, bardzo wielu też w niewolę uprowadzono. Na koniec kupili sobie pokój za 15 tysięcy marek [funtów]. Książęta pieniądze między siebie rozdzielili. O chrześcijaństwie żadnej nie było wzmianki i nie oddali też czci Bogu, który im w wojnie dał Zwycięstwo. Stąd poznać można nie nasyconą chciwość Sasów, i którzy mimo to, że siłą wojenną celują pomiędzy wszy­stkimi ludami przytykającymi do barbarzyńców '[Słowian], zawsze bar­dziej są skłonni do powiększenia daniny niż do jednania dusz Bogu... (HelmoId, Kronika Słowian).

Rok nie minął .od zwycięstwa odniesionego przez Wieletów pod Przecławą, a Święty Związek rozpadł się, by nigdy więcej nie powstać w poprzedniej sile. Zdziesiątkowani, zniszczeni ekonomicznie olbrzymią kontrybucją, Czrezpienianie wraz z Chyżanami, przechodzą do Obodrzy­ców pod władzę proniemieckiego chrześcijanina, Goczałka; wolą to bowiem niż pozostawać w łączności ze znienawidzonymi Redarami.

A Redary Czy są zadowoleni ze swego pirrusowego zwycięstwa Czy zazdrośni o swego boga kapłani Swarożyca wierzą, iż słusznie postępo­wali Nie wiemy.

Pojmujemy natomiast, dlaczego historia zapomniała o Przecławie.

Bitwy, do których przyrównana została powyżej rozprawa Słowian z Sasami, były owocne. Przyniosły zwycięzcom korzystne osiągnięcia. Przecława należy do wypadków, gdy .olśniewające zwycięstwo staje się początkiem upadku. Dlatego rapsod boju nad Hobolą w 1056 r. zeszedł na margines dziejów, ustępując miejsca upokarzającej dacie wojny do­mowej 1057 r. Daty, od której zaczął się koniec Wieletów, a wraz z nimi całej Słowiańszczyzny połabskiej.

W tym twierdzeniu nie ma przesady. Choć ziemie Wieleckie, sięga­jące od zachodnich brzegów Odry do granicy obodrzyckiej, nie były nadto rozlegle, znaczenie tego kraju przekraczało o wiele jego zasięg terytorial­ny.

Od początków naszej ery Lucice -Wieleci wyróżniali się z mrowiska słowiańskich plemion, osiadłych pomiędzy Odrą a Łabą, męstwem, fana­tycznym umiłowaniem niepodległości, przywiązaniem do swej wiary, samoistnym ustrojem społecznym. Świadectwo temu dają najstarsze zapiski. Ptolemeusz wymienia jedynie Weltów (Wieletów) z ogromne­go mnóstwa ludów Wenedyjskich. Pisze o nich również Wulfstan. w przeróbce Dziejów świata OrosLusa, sporządzonej dla króla angielskie­go Alfreda Na północ od Starych Sasów leży kraj Obodrzyców, a ku północnemu wschodowi Wieletowie.

Annales Lauresham pod rokiem 789 notują Następnie król Karol ponownie doszedł przez Saksonię aż do Słowian, którzy zwą się Wilti [Wieleci).....

Ibrahim ibn Jakub pisze

Na zachód od Odry mieszkają Lucice... Wojują z Mieszkiem, a ich siła bojowa jest wielka..,

Obodrzyce z powodu polityki swoich książąt znajdowali się nieraz w zależności od Niemców. Wieleci w ciągu blisko pól tysiąca lat utrzy­mali niepodległość, opierając się zwycięsko germańskiemu najazdowi. Stanowili jądro słowiańskiego oporu, centrum pogańskiej wolnej Sło­wiańszczyzny. Nienawidzili chrześcijaństwa, bo znali je tylko w wersji. niemieckiej... Dla nich Chrystus nie był Słowianinem, lecz Niemcem, przeto jego wyznawców .obowiązywało posłuszeństwo Niemcom. A że byli dumni i wolni, słuchać wrogów nie chcieli.

Jaskrawy dowód znaczenia Wieletów stanowił sojusz zawarty z nimi przez Henryka II. N a pewno niełatwo przyszło pobożnemu cesarzowi uznawać pogan za równych i czynić z nich sprzymierzeńców. Jeżeli tak postąpił, to w słusznej obawie, że Wieleci, połączeni z Bolesławem Chrobrym, rozwalą jego państwo.

Uszczuplony o połowę Związek jeszcze się trzyma po fatalnym 1057 r. Jeszcze się o nim posłyszy, jeszcze dotkliwie da się we znaki Niemcom. Będzie to już jednak agonia, po której zatarte zostanie nawet imię Luciców -Wieletów. Nie zniszczyła ich powódź lub pożar, nie poko­nał wróg zewnętrzny; upadli ponieważ

...gdy zajdzie między nimi różnica zdań, nie dojdą do zgody... jako że każdy myśli co innego i żaden nie chce ustąpić drugiemu... (Cesarz grecki Maurycy [582-602], Taktika).

...gdyby nie ich niezgoda, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile... (Ibrahim ibn Jakub, Relacja z podróży do krajów słowiańskich).

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 01 lip 2012, 11:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31576
...Czuwaaasz?... - Czuwam, Panie !


APOSTOŁ POMORZA

[Rok 1121 i nn., walka Polski pod wodza Bolesława Krzywoustego o Pomorze. MD]
„Troja Północy”, Zofia Kossak i Zygmunt Szatkowski, str. 198, wyd. PAX 1960


[Bolesław Krzywousty] gryzł się sprawą pomorską, gdy pewnego dnia zjawił się na dworze nieznany zakonnik. Biskupowi Baldwinowi (jedynemu, z którym mógł się dogadać) powiedział, że przyszedł wprost z Rzymu, by iść nawracać pogan na Pomorzu. Był Hiszpanem, na imię miał Bernardus; chudy, smagły w podartej opończy, lecz pełen zapału. Dowiedziano się od niego, że poprzednio był pustelnikiem gdzieś w górach italskich. Przyjaciele zapragnęli uczcić go godnością i wezwali Bernardusa z błogiego eremu do Rzymu, gdzie Ojciec św. udzielił mu sakry biskupiej. Lecz kapituła przeznaczonej dlań diecezji wolała mieć innego ordynariusza, i pustelnik zrzekł się dostojeństwa. Równocześnie przez benedyktynów ty­nieckich przyszła wieść do Rzymu, że książę polski poszukuje męża, który by chętny był pogan nawracać. To usłyszawszy Hiszpan Bernardus wyruszył do Polski, gdyż pragnął męczeństwa. Języka żadnego, poza hiszpańskim i łaciną, nie znał, sądził jednak, że Duch Św. udzieli mu daru mowy. Chciał go Bolesław zaopatrzyć w szaty, naczynia liturgiczne i cenności na podarki, ale Bernardus odmówił. Wziął ze sobą księdza polskiego, jako tłumacza, i wyruszył do Wolina.

W Wolinie ludzie zebrali się tłumnie na rynku, posłuchać, co przybyły chce rzec. Bernardus wygłosił płomienne kazanie. Słowa jego były z pewnością piękne, lecz nieudolnie przekładane przez tłumacza nie brzmiały przekonywająco.

Kiedy Hiszpan oznajmił, że przychodzi jako poseł Boga potężnego, wszyscy zaczęli się śmiać. Wołali: - To wasz Bóg nie ma lepszego posła, jak tego bosego żebraka?! - Inni posądzali Bernardusa, że przyszedł do nich, by jałmużną wypchać sakwy... Zasmucony zakonnik poszedł do świątyni i zapalił się gniewem na widok bałwana. Chciał go obalić, lecz to jego obalono i sponiewierano. Wypędzili go z bram grodu na brzeg i wsa­dziwszy razem z tłumaczem do łodzi, odepchnęli na wodę, przykazując, aby nie śmieli powracać, gdyż Wolinianie nie mają czasu słuchać takich głupstw. (wg Kantzow, Pomerania).

Hiszpan stracił ochotę do dalszego apostolstwa, a wróciwszy na dwór Bolesława, przyznawał słuszność tym, którzy twierdzili, że upartego pogaństwa żadna siła nie przekona. Bolesław słuchał zasępiony. Co u licha z tymi Pomorzanami, że trafić im do rozumu nie można? Co prawda ­myślał - gdybym był poganinem, a przyszedł do mnie taki cudak i coś po swojemu bełkotał, czybym go posłuchał? Wiera, że lnie... Kogo do nich posłać, kogo?..

Pytał potem Bernardusa, co teraz zamierza czynić? Hiszpan odparł, że pójdzie stąd wprost do przezacnego swego przyjaciela, biskupa Ottona z Bambergu...

- Kto zacz ów Otto? - wykrzyknął Bolesław, poruszony do żywego.


APOSTOŁ POMORZA



"...król [Henryk II] ukochał od dziecka... swoje miasto we wschodniej Frankonii, Bamberg... Żywił w sercu ciche życzenie, by tam założyć biskupstwo... Ponieważ... kto zaczął, czynu już zdziałał połowę, kazal tam wznieść katedrę o podwójnej krypcie..." (Thietmar, Kronika).



W jakiś czas później, mimo oporu sąsiada, biskupa würzburskiego, któ­remu nowa fundacja miała uszczuplić tereny, biskupstwo w Bambergu zostało założone i choć Henryk II dawno nie żył, cieszyło się nadal fawora­mi dworu. Otrzymanie tego pastorału było wyróżnieniem, rezerwowanym zazwyczaj dla członków rodziny cesarskiej. Toteż wielkie wrażenie wywołało w całym kraju, gdy po śmierci biskupa Ruperta w 1102 r. stolicę bamberską otrzymał człowiek skromnego rodu, Otton, niegdyś nauczyciel synów księcia polskiego Włodzisława Hermana i tegoż księcia sekretarz, później kanclerz i doradca cesarza Henryka IV. Ci, którzy go znali, twierdzili na przekór książętom, że godniejszego nie można było wybrać.

Obecny biskup Bambergu posiadał rzadkie przymioty, łącząc prawość i żarliwość z bystrym rozumem i chrześcijańską pokorą. Małego mnie­mania o sobie, bronił się przed wywyższeniem i dopiero rozkaz cesarski skłonił go do przyjęcia ofiarowanej godności. Osiadłszy w Bambergu nie oddawał się wygodnemu spoczynkowi i choć wiekowy, nie zażywał wczasu. Stary cesarz, potem jego syn, posługiwali się nim nieustannie, jako posłem lub rozjemcą. Biskup Otto usilnie sial zgodę tam, gdzie inni rozsiewali spory i w sądach swych kierował się zawsze sprawiedli­wością. W wieloletnich walkach między cesarzami Henrykiem IV, jego następcą, Henrykiem V, a Stolicą Apostolską, Otto, niestrudzony po­średnik, faktor dobrej woli, narażał się przez swą szczerość to jednej, to drugiej stronie, to obydwom naraz. Niemniej jego cierpliwe wysiłki przyniosły uspokojenie. W r. 1121 opracował wraz z innymi biskupami podstawy układu między papieżem a cesarzem i głos jego przyczynił się walnie do zawarcia upragnionego rozejmu. Gdy zapanował pokój w miejsce gorszącego wszystkich chrześcijan sporu, biskup Otto uznał, że dzieła swojego życia dokonał. Czul się zmęczony i stary. Siódmy krzyżyk obciążał mu barki. Powróciwszy do Bambergu, rzekł do Sefrida, swego sekretarza: - Ostatnia to była moja podróż ziemska. Będę teraz, modląc się, oczekiwał śmierci, którą oby Pan nasz raczył dać szczęśliwą...

Dożywał dni w ciszy i pokoju, otoczony powszechną miłością, odpłacając tym samym uczuciem. Kochał miasto Bamberg, swoją katedrę, jedną z najpiękniejszych w cesarstwie, obszerny dworzec biskupi, mający :po jednej stronie wirydarz pełen kwiatów, po drugiej dziedziniec otoczo­ny krytym gankiem, pod którym bracia zakonni rozdawali codziennie ciepłą strawę ubogim... Kochał tutejszych ludzi, uczciwych, spokojnych Bawarów, kocha! widok ścielący się z okien dworca na dolinę rzeki Regnicy. Niegdyś, za Karola Wielkiego, ta ziemia aż do Menu była ziemią słowiańską. Nie zostało z tego śladu, oprócz nazw dziwacznie brzmiących dla nie mających języka słowiańskiego.



Ten błogi spokój został raptownie przerwany. Wczesną wiosną 1124 r. cesarz Henryk V powiadomił Bamberg, że niebawem zjedzie do grodu z książętami szwabskimi i bawarskimi dla omówienia wyprawy na niepoprawnego buntownika, księcia Lotara saskiego...

O Panie wielki! Zaczyna się znowu! - pomyślał z przerażeniem biskup. .

Nim zjazd zapowiedziany nastąpił, przyjechał gość inny, równie nie­oczekiwany, ale sercu bliższy. Ojciec Bernardus, Hiszpan, dawny przyja­ciel Ottona. Przybywał z Polski i miał list do gospodarza od księcia polskiego Bolesława.

Dawne dzieje... Płock nad wielką rzeką Wisłą... mały Bolko o skrzy­wionej gębie... orężne czyny, na przemiany chwalebne, to zbrodnicze, i których pogłos dolatywał aż tutaj... Wszystko to stanęło biskupowi żywo przed oczyma, kiedy rozrywał pieczęcie.

Swemu Panu i kochającemu Ojcu, Bolesław książę polski... Jeśli to Twojej godności nie uchybi, pragnę odnowić dawną naszą przyjaźń i posłużyć się Twoją pomocą, by chwalę Bożą rozkrzewić... Pogańscy Pomorzanie upokorzeni nie moją, lecz Bożą mocą, gotowi są wejść przez chrzest do wspólnoty Kościoła świętego. Od trzech lat daremnie szukam osoby duchownej, gotowej podjąć się tego dzieła. Twoja świątobliwość, Ojcze, słynie jako niezmordowana do każdego dobrego uczynku, przeto proszę, byś raczył podjąć się tej pracy. Ja sam, jako wierny sługa, zao­patrzę Cię we wszystko, co potrzebne być może. Dam przewodników, tłumaczy, prezbiterów. Pole zbielało ku żniwu, a żeńców brak. Racz przyjechać, świątobliwy Ojcze! (wg Herbord, Żywot św. Ottona).



- Ej, gdyby mi ujęto lat - westchnął biskup i odczytał epistołę przyjacielowi. Ten żachnął się oburzony.

- To kłamstwo, że Pomorzanie pragną przyjąć wiarę świętą - za­pewniał - to kłamstwo! Książe polski pokonał ich, więc obiecali pod przymusem, ale nie myślą obietnicy dotrzymać... Byłem u nich... wyszy­dzili mnie... Mało nie zabili...

Opowiedział dzieje swego występu w Wolinie. Otto z trudem wstrzymał uśmiech.

- By iść do pogan, trzeba znać ich mowę - rzekł głośno. I ciszej

dodał: - Ja ją znam...

- Wasza Miłość nie myślisz chyba udawać się do tych barbarzyńców! - wykrzyknął przerażony sekretarz.

- Nie myślę, bom niestety za stary - odpad z żalem biskup.

Lecz w ciszy nocnej, gdy wszystko wokoło uśpione, tylko straże na

walach nawołują się przeciągłym: - Czuwaaasz?... Czuwaaam!... myśli Ottona wzięły inny obrót.

Znał istotnie Słowian, ich kłótliwe, niestale umysły, otwarte głowy i łaskawe serca. Sądził zawsze, że nie ma ludu bardziej od Słowian skłonnego do przyjęcia Ewangelii. Czyżby się tak zmienili przez ubiegłe lata, czy też nie umiano do nich przemówić?...

Biskup Otto nie lubił potępiać nikogo, nieraz jednak dziwił się postępowaniu swych konfratrów, saskich biskupów. Czy którykolwiek z nich starał się poznać mowę tego ludu? Czy wniknął w ich życie, w ich dusze? Zaprawdę - myślał - gdybym był młodszy, odpowiedziałbym z radością na wezwanie Bolesława... Alem stary... W kościach mnie łamie na zmianę pogody i męczę się, idąc pod górę... Na konia nie wsiądę bez stołka... Gdyby nie to, poszedłbym... Nie stracham się tym, co opowiada Bernardus. Szlachetny to mąż, ale brakuje mostu między nim a ludźmi... ~óż zresztą mógł uczynić, języka nie znając?



...Czuwaaasz?.. Czuwaaam!...



...Czuwam - snuł myśli dalej - Czuwam, Panie. Czy ukazałeś mi

tę drogę po to, bym wszedł na nią?... Czy Opatrzność Twoja poczytuje mnie za zdatnego jeszcze do żniwa?...

W katedrze dzwoniono na prymarię. Biskup się obudził i ze zdziwie­niem stwierdził, że już postanowił. Jak gdyby kto inny w czasie jego snu powziął decyzję. Pozostawało tylko obmyślić szczegóły. Zamiaru nie chciał ujawniać nikomu, dopóki nie otrzyma zezwolenia Rzymu i cesarza na podróż misyjną.

Henryk V przybył w oznaczonym czasie. Wyglądał jak człowiek chory, choć nadrabiał miną i usiłował przemawiać z dawną energią. Książęta szeptali między sobą, że cesarz ma raka. Medycy to zdradzili, dlatego Lotar tak zuchwale postępuje...

Henryk V nie miał nic przeciw podróży biskupa Ottona. Pozwolenia udzielił również legat papieski, obecny na zjeździe.

"Kościół zezwolił na wszystko, co była z nim zgodne. Zezwalił i dwór [cesarski], życzący powodzenia w zbożnych wysiłkach." (Ekkehard, Chro­nicon).

Teraz już Otto mógł odpisać księciu polskiemu i ogłosić zamiar podróży. Dopieroż zawrzało w Bambergu ! Wieści szerzone przez Sasów a dzikości i okrucieństwie Pomorzan przechodziły wyobraźnię ludzką... Pamiętana, ca tak niedawno Pisał opat z Ursbergu a czci oddawanej przez pogan demonom, a pomordowanych sługach Kościoła. Bernardus, świadek naoczny, potwierdzał straszne relacje. Wszak sam ledwo z ży­ciem uszedł. Nigdy - zapewniał - nie zapomni okrutnych twarzy szy­derców... ..

Nie dziw, że księża i zakonnicy, którzy mieli towarzyszyć biskupowi, truchleli zawczasu, oglądając już siebie pieczonych na ruszcie jak św. Wawrzyniec, kłutych strzałami jak św. Sebastian, obdzieranych żyw­cem ze skóry jak św. Bartłomiej Apostoł. Najmniej przelękniony zdawał się sam Otto. Zbyt wiele miał na głowie, by się frasować zawczasu.

Jaka Bawarczyk niezbyt lubił Sasów i w wątpliwość podawał ich gadki o wszeteczeństwie i niegodziwości Pomorzan. Natomiast wierzył temu, co mówili kupcy przejezdni. Pomorzanie - ich zdaniem - to ludy gospodarne i zamożne, ceniące dostatek. Ubóstwa mają w pogardzie, lubią przepych i wspaniałość.

Biskup Otta ufał Panu bezgranicznie, wierzył jednak, iż człowiek kierować się winien rozumem. Bernardus, choć ożywiony najlepszym i chęciami, postępował nierozumnie, przeto niczego nie mógł dokonać. Gdybym - myślał Otto - poszedł tak jak on, boso, w podartej opończy, nie przysporzę chwały Panu. Niechędogi przyodziewek zakryje przed oczyma pogan wielkość Bożą. Trzeba, przeciwnie, olśnić ich, zachwycić. Trzeba, by Pan nasz .objawił im się jak wielmoża, nie żądający niczego, owszem, rozdający dary...

Tak umyśliwszy kazał ładować na wazy swój skarbiec biskupi, ku

zgorszonemu przerażeniu całego dworu. - Nie dość żywota narażać, jeszcze skarby wywozić!...

"...z właściwą sobie szczodrobliwością polecił zabrać mszały, święte księgi, kielichy, szaty liturgiczne, i wszelkie wyposażenie ołtarzy, wnioskując, że tych przedmiotów nie będzie można otrzymać w pogańskim kraju. Nie chciał, by mówiono, że niedbały robotnik wyszedł na rolę Pana bez odpowiedniego sprzętu... Wziął również cenne szaty, kosztowne materie i klejnoty na podarki dla tamtejszych dostojników... aby jasne się stało, że nie z ubóstwa głosi Ewangelię i że woli oddać właSne dobro nowej roślince. niźli uszczuplić mienie jej przyszłych wyznawców." (Herbord,. Żywot św. Ottona).

Po odjeździe cesarza biskup pobłogosławił ostatni raz miasto i cały lud, poświęcił dwa nowe kościoły, jeden w Lukenberg, drugi w Volhen­dreze, błagając Pana, by mu pozwolił poświęcić trzeci w Szczecinie i wyruszył w drogę.

Jechali przez Las Czeski i Złotą Pragę ku polskiej granicy. Od granicy na gród Niemczę, Wrocław, Kalisz do Gniezna. Krzywousty z rycerstwem i duchowieństwem wyszedł pieszo przed miasto witać apostoła i ze czcią wprowadzić do katedry, następnie na zamek. Nie posiadał się z radości, że nareszcie dopełni danej Pomorzanom obietnicy. Z wdzięcznością spoglądał w ujmującą, czerstwą jeszcze, mimo starości, twarz dawnego mistrza. Posłyszawszy, jakie bogactwa wiezie misjonarz, nie chciał się okazać mniej hojny i dołożył drugie tyle. Dodał oprócz tego wozów, ludzi, koni, wołów, zapasowego sprzętu i żywności w nadmiarze.

Przy­dzielił biskupowi do boku kanonika Wojciecha, swego kapelana, a na przewodnika, doradcę i opiekuna wyprawy przeznaczył kasztelana san­tockiego, Pawła, przezywanego Pauliciusem, znanego z prawości, rozwagi i wymowy, świadomego przy tym zwyczajów pomorskich, gdyż od lat w granicznym grodzie Santoku przebywał.

Zanim wszystko zładowano i przysposobiono, biskup Otto spędzał czas, wypytując Bolesława o wszystko. co dotyczyło Pomorzan. Odnawiał też wspomnienia z pobytu swego w Polsce przed trzydziestu blisko laty. Pomnąc, że był bakalarzem pacholąt w Poznaniu, dowiadywał się, jakie teraz są w Polsce szkoły. Bolesław objaśniał, że biskupi przy klasztorach przyuczają kleryków, lecz on się do tego nie wtrąca. Dziwił się stary mistrz powiadając, że do najpilniejszych obowiązków księcia należy opieka nad szkołami. - Gdzie młodzi polscy biskupi? - pyta. - Gdzie światłe głowy w naukach ćwiczone. mogące posłować na zachód i z tam­tejszymi mądralami jak równy z równym gadać?

Wypytywał też biskup księcia o synów, o to, któremu dziedzictwo przekaże (westchnął, myśląc o nieboszczyku Zbigniewie). Chłopaków Bolesław miał czterech. Najmłodsi jeszcze dzieci, najstarszy Włodzisław chłop pod wąsem. Wszyscy drżeli przed ojcem, który, po prawdzie,

niewiele o nich umiał powiedzieć, poza tym, że Włodzisława uważał za niedołęgę.

Nie podobało się to biskupowi.



- Kiedyż mam czas myśleć o dzieciach czy szkołach, z konia nie schodząc! wykrzykiwał Bolesław, zniecierpliwiony przyganą (od nikogo innego by jej nie zniósł). - Z jednej wyprawy na drugą! Od tej granicy ,do tamtej! Co rok wojna, a bywały lata, żem jednego roku wiódł dwie.

- Za wiele mieczem działacie, a za mało głową - odpowiadał Otto. ­

Wybaczcie, iż mówię otwarcie: lepszy z was wódz niż polityk... Nieraz więcej dokażesz słowami, naradą, mało ważnym ustępstwem niż mieczem. Lepszy skutek osiągnięty bez krzywdy ludzkiej, jaką niesie każda wojna, sprawiedliwa ona czy niesprawiedliwa...

Mądrze prawił, ale syna Marsa nie przekonał. Dla Krzywoustego miecz stanowił najpewniejsze rozstrzygnięcie, prawdziwie męski argu­ment.

- Ot, patrzcie, Ojcze - dowodził - pogany ochrzczą się, a czemu?

Bom im tęgiego strachu napędził...

Gadali nieraz długo o tych sprawach, aż wszystkie łuczywa wygasły, a ciemność krótkiej nocy majowej bielała.

Biskup pośpieszał, przeto kasztelan santocki wiódł tabor najkrótszą

drogą, szlakiem leśnym skroś puszcz nadnoteckich przerąbanym przed trzema laty, gdy Bolesław szedł na Szczecin. Od tego czasu przesieka nie była używana przez nikogo, chyba przez dziki lub żubry idące do wodo­poju, toteż szlak zarósł wikliną, cierniem i malinami. Z każdego pnia

ściętych niegdyś gładko drzew wybuchał czub młodych pędów. Rzeko­ma droga przemieniła się w zagajnik, ścięte drzewa, odciągnięte przez drwali na bok, próchniały, porastały mchem i hubą. Gdzie słonce sięgało, wygrzewały się na nich żmije.

Przedzierając się przez te chaszcze, biskup chwalił przezorność księcia, który doradził zaprząc woły w miejsce koni. Konie szły z tyłu luzem, chrupiąc młode pędy, woły cierpliwie ciągnęły skrzypiące przeraźliwie wozy.

Tabor był liczny, bogaty, słabo uzbrojony. Gdyby w przebywanych puszczach grasowali zbóje, łatwo mogli się pokusić o wiezione dobro.

Lecz w tej głuszy nawet zbójów nie było. Na kogo mieliby czatować, skoro nikt tędy nie jeździł.

Milczący bór przerażał, wyobraźnia powiększała możliwe niebez­pieczeństwa. Sefrid, Thieme i Udalryk, kapelani biskupa, opowiadali po powrocie:

"Dotychczas żaden śmiertelnik nie przekroczył tego boru, poza tym, że­ książę wcześniej., zanim podbił Pomorze, 'Wyrąbał drogę... ścinając i zna­cząc drzewa. Idąc za tymi znakami, przebyliśmy las z wielkim. trudem dopiero po sześciu dniach, a to na skutek spotykanych olbrzymich wężów i dzikich zwierząt, oraz gnieżdżących się na szczytach drzew żurawi, które niepokoiły nas swoim krzykiem i łopotem. skrzydeł. Także z powodu bagien, utrudniających przejazd wozów ładownych. Na koniec stanęliśmy obozem nad brzegiem rzeki Warty, która oddzielała Polskę od Pomorza..." (Herbord, Żywot św. Ottona).



Chyża wieść wyprzedziła jadących. N a drugim brzegu granicznej rzeki Warty czekali już woje pomorscy z księciem Warcisławem. Wnet książę i z pół setki wojów przeprawili się łodziami na polską stronę. Książę z biskupem świadczyli sobie grzeczności, po czym wraz z Pauliciusem, kasztelanem, weszli do namiotu. Drużynnicy pomorscy zostali, mierząc ponurym wzrokiem wystraszonych zakonników. Dwóch z nich jęło po niemiecku objaśniać, jakie męki czekają przybyłych. Golone łby złożone będą bogom na ofiarę. Albo zakopani zostaną po szyję, a tonsury wy­kroją im nożami. Albo skórę z nich żywcem zdzierać będą... Nie wytrzy­mali braciszkowie i padli na ziemię, płacząc.

"...jeszcze wiele innych rodzajów męczarni zapowiadali, przerażając nas wrzawą i bezwstydnym śmiechem z naszych łez." (j. w.).

Na koniec z namiotu wyszli biskup i książę, ramionami przyjacielsko objęci. Warcisław trzymał w dłoni cenną laskę ze słoniowej kości, dar biskupa. Wszyscy woje otrzymali również podarki dla uczczenia szczęśli­wego dnia i odpłynęli, .obiecując nazajutrz przysłać ludzi, którzy zbiją tratwy i przewiozą tabor biskupi na drugi brzeg.

Dopieroż bracia padli Ottonowi do nóg, opowiadając, jakich złośliwości byli ofiarą. Uśmiechał się z ich pobladłych lic, przygadując, że wobec pogan większego męstwa nie okazali. Wyjaśniał też, że Słowianie skłonni są z natury do żartów.

Mówiąc to, zachowywał twarz pogodną, lecz na sercu nie było mu lekko. Rozmowa z księciem pomorskim przykry miała przebieg. Wszedł­szy do namiotu, Warcisław ukląkł przed Ottonem, całując jego ręce i wyznając, że jest chrześcijaninem podobnie jak jego żona i dzieci, lecz trzyma to w tajemnicy, z obawy, że poddani pozbawią go tronu. Gorszyła Ottona taka małoduszność, Warcisław tłumaczył, że wszystko, co mówią o zawziętości Pomorzan, to jeszcze mało. Nic tych pogan nie przekona! Książę radził biskupowi powracać szybko, skąd przybył, gdyż spotka go los Bernardusa, Hiszpana.

- Nie daj Boże, bym zawracał - odpowiedział Otto. Usiłował prze­konać Pomorzanina, że niemęska i grzeszna rzecz ukrywać swą wiarę. Niech stanie teraz śmiało przy boku misjonarza i jawnie uczci Chrystusa. Wykręcał się Warcisław, że nie chce rozdarcia w swe państwo wprowa­dzać. Lud pomorski odrzekłby się ochrzczonego księcia.

Wyczerpawszy słowa, biskup wyciągnął z zanadrza list, jaki Bolesław dał mu na odjezdnym, pieczęcie nietknięte księciu pokazał i podał pismo kasztelanowi santockiemu, aby je głośno odczytał. List był krótki, przeznaczony dla księcia Warcisława i starszyzny wszystkich grodów pomor­skich. Treść brzmiała:



"Zła wasza dola, jeśli przysięgi nie dotrzymacie lub uchylać się od niej będziecie... Sam, nie mieszkając przybędę, by z wami pogadać."



Milczenie zaległo w namiocie, Warcisław targał wąsiska i sapał. Biskup modlił się w duchu, ważąc jak by na dłoniach z jednej strony zbawienie dusz pomorskich i bogate dary, z drugiej zapowiedź rychłej i okrutnej wojny. Gorzko mu było, że sprawy Boże, ogromne i niepojęte, od życia i śmierci większe, stanowią przedmiot dyktowanego obawą sporu i że groźba Bolesława większy wywiera skutek niż obietnica zbawienia. Na koniec Warcisław ustąpił. Obiecał pomoc i poparcie bisku­powi. Otrzymał kosztowną laskę w podarku. Wspólnie z kasztelanem jęli układać plan dalszej podróży. Radził Warcisław zacząć misję od ziemi Pyrzyczan, jako najbliższej, oporny, twardy Szczecin zostawiając na sam koniec.

Kraj był piękny i bogaty, wzgórzami pofałdowany. Orszak biskupi ciągnął przez lasy bukowe, gdzie pnie drzew lśniły w cieniu niby odlane ze spiżu. Z pagórków dostrzegali na północy bielejący tuman, i kaszte­lan objaśnił, że to morze. Jadący przed biskupem brat Sefrid trzymał oburącz wysoki złocisty krzyż i po raz pierwszy święty Znak błyszczał nad pomorskimi szlakami. Ludzie wybiegali z siół i stawali z dala, nie rozumiejąc, jak to się dzieje, że śladem tego Znaku nie idzie pożoga i gdzie jest książę szczeciński, że nie zastępuje onym drogi? Księża polscy z orszaku wołali ku nim, że jadą z Dobrą Nowiną i darami, żeby się niczego nie lękano. Nie wiedzieli ludzie, czy wierzyć tej mowie. W jednym miejscu na polance spotkano gromadę zbieraczy czerwiu, którzy nie zdążyli zbiec. Tych zaraz ochrzczono i obdarowano. Było ich trzydziestu.

Radował się Otto, znajdując dobrowróżbną więź między tą liczbą a Trójcą Przenajświętszą i Dziesięciorgiem Przykazań. Także kukułki kukały w lesie na wyścigi, co było pomyślnym znakiem. Warci­sław nie towarzyszył jadącym. W ciągu nocy pożałował danego zobowią­zania i wczesnym rankiem odjechał pod pozorem rzekomo pilnych spraw państwowych.

Gród Pyrzyce leżał na wzgórzu, otoczonym szeroką polaną, niby szmaragdowe oko pośród borów. ,ze źródła na. zboczu spływał potoczek. Podobało się to miejsce biskupowi i postanowił zatrzymać się tutaj.

Rycerze pomorscy zostawieni przez księcia ostrzegali, aby tego nie czyniono. Dzisiaj zaczyna się obchód Sobótki. Na odwieczerz przyjdą tu wielkie tłumy z całej ziemi pyrzyckiej. Będą odprawiać całonocne święto, pląsać, ognie palić i ofiary składać. Rokrocznie to czynią. Uchodź­cie lepiej co rychlej, gdyż niedobra śmierć może was spotkać, kiedy upoją się śpiewem i chmielem...

- Staniemy ukryci w lesie - postanowił biskup - lecz nie odejdzie­

my. Skorzystam ze zbiegowiska, by mówić do nich jutro o Panu naszym.

Pozierając z gęstwiny widzieli, jak na polanę schodziły się rzesze. Było ich z parę tysięcy mężów i kobiet. Nieprzystojna wrzawa, śpiewy, pohukiwania biły aż pod niebo. Płonące ogniska oświetlały pląsających.



"Noc spędziliśmy nie śmiąc palić światła w naszym obozie ani nawet rozmawiać głośno, by nie zwrócić na siebie uwagi rozigranego tłumu. Wczesnym rankiem biskup wysłał kasztelana i rycerzy Warcisławowych do starszych zgromadzenia..." (Herbort, Żywot św. Ottona).



Ludzie zmęczeni i senni nie zwracali uwagi na narady starszych z książęcymi wojami. Ich to sprawa. Niebawem jednak starsi weszli w środek tłumu, stanęli na niewielkim kopcu, oznajmiając zebranym, że przybył z Polski biskup, który chce do nich przemawiać. - Wolą księ­cia pana, żebyście go wysłuchali. - Kasztelan santocki dodał, że mąż, który wnet nadejdzie, jest w swej dziedzinie wielce poważany dla rozumu i dostatku. Niczego od was nie żąda - zapewniał - niczego nie potrze­buje. Przygnała go tu troska o dusze wasze, nie chciwość waszego do­robku.

Na polanie wszczął się ruch, przeto Warcisławowi woje okrzyknęli, że kto zbiegnie z polany, zasłuży na gniew księcia pana i rolę postrada.

Zlękli się ludzie i przysiedli. Skoro muszą słuchać, cóż, posłuchają. Niech­ta gada swoje Kyrieelejsony, i tak nie przekona nikogo. Kasztelan wrócił do biskupa z pomyślną wiadomością. Ludzie chcą słuchać, on jednak zaleca ostrożność, bo z barbarzyńcami nigdy nie wiadomo... Póki co, spokojni, a w każdej chwili war im może uderzyć do głowy. - Wasza Miłość raczy przemawiać z konia, to donośniej i bezpieczniej... Wasza Miłość raczy nie oddalać się od nas, rycerzy, żeby w razie czego była osłona...

Biskup śmiał się z tych przestróg, pachołka prowadzącego podjezdka odprawił i ruszył pieszo. Nakazując wojom dłonią, by zostali w miejscu, wszedł spokojnie między gromady, które zdziwione zrobiły mu przejście. Wszedł na kopczyk służący już poprzednio za mównicę. Zadyszany z po­śpiechu oparł się na kiju i stal tak jak pasterz wśród trzody. Bo też ludzie rozłożeni na trawie, i w swoich lnianych przyodziewkach zdali mu się podobni do owiec. Ich liczne szeregi przywiodły też Ottonowi na myśl Górę Ośmiu Błogosławieństw i dziękował w duchu Panu, że raczył go przywieść tutaj.

Wytchnąwszy, przemówił donośnie, zwyczajny kazać do tłumów. Ranek był wczesny, głos szedł po rosie daleko. Mówca pozdrowił zebra­nych Imieniem Jezusa Chrystusa, a oni zdumieli się, że gada ich mową, słowiańską mową.

Prawił, że słynie tutejszy lud z gościnności i szczerości. Wiek podeszły szanują i gościa szanują. On jest stary, ma już kwiatki cmentarne na głowie, a przyszedł do nich w goście. Niechże mu uczciwość okażą, słuchając... .

Zaskoczył ich tymi słowy. Rozdziawiali ze zdziwienia gęby, patrząc w mówiącego. To prawda, że osoba gościa święta jest, ale czy on gość?... Przybysz niemiły... A może gość, skoro tak powiada?

Kiedy biskup zapytał: - Będziecie-li słuchać, z czym do was przy­szedłem - odpowiedzieli chórem, aż zaszumiało nad polem: - Będziemy.

Wtedy on usiadł wygodnie na kopcu i wodząc wzrokiem po zebranych, zaczął:

- Najmilsze dzieci moje...

Tu już nikt uszom nie wierzył. Tyle się nasłuchali, że biskupi ino

krzyczą po niemiecku i grożą, a ten do nich jak matka do dzieci...

Otto mówił rzeczywiście jak ojciec lub matka. Objaśniał, skąd się w Pyrzycach wziął. Od księcia polskiego posłyszał, że tutejszy lud, choć dobry i dzielny, prawdziwego Boga dotąd nie zna. Niemile tu wspomi­nacie księcia. polskiego, wiem. Nieraz kiedy dziecko opiera się z głupoty, rodzice przymuszają je do tego, co zdrowe i konieczne... Przymusił was i on. A teraz słuchajcie. Opowiem wam prawdę o Bogu Najwyższym,

z którego łaski żyje wszelkie stworzenie. Wasi bogowie są Jego sługami... Cały świat Jemu podlega. On stwarza, rządzi i sądzi ludzkie uczynki... Przed jego wzrokiem :nie skryjesz się, choćby pod ziemię, i wy Go chwalicie, nie znając. Chwalą go wasze dobre uczynki, wasza ludzkość, uczciwość, wierność, bo to cnoty Boże, cnoty chrześcijańskie. Poznajcież, komu służycie ! Królowi Nieba i ziemi... On niczego od was nie chce.... niczego nie potrzebuje, jeno tego, by Go znać, Jego przykazań słuchać i miłować Go... A któż by nie miłował dobrodzieja swego?

Mówił, a oni słuchali, zrazu nieufnie, podejrzliwie (nie wierzcie, nie wierzcie! Omamić nas chce!), potem z zaciekawieniem. Nikt jeszcze nie przemawiał do nich, jak ten siwy człowiek, podobniejszy na swym kopcu do wróża lub gędźcy, którego bajań gromada chętnie słucha. Chwytali każde słowo uważnie. Tak zimową porą głodne sarny lub łanie, ukryte w gąszczu, otaczają niewidocznym kręgiem wabiącego je myśliwca, posuwają się o krok, cofają płochliwie i znowu podchodzą, aż znęcone przyjdą jeść z jego ręki... Podobnie dusze tych pogan skupiły się wokół Ottona.

Słońce wzniosło się wyżej, grzejąc jego siwą głowę. Ludzie przysuwali się, by lepiej słyszeć, otaczali kopczyk ciżbą tak gęstą, że zaniepokojeni rycerze nie mogli już dojrzeć biskupa. Jemu zaś dał Pan w tej godzinie dar rozumienia dusz. Czytał w umysłach słuchaczy, uprzedzał ich wątpli­wości. I za Łaską Bożą stało się, że tegoż dnia cztery tysiące ludzi zgłosiło wolę przyjęcia chrztu św. powiadając:

- W tego Boga, o którym mówiłeś, wierzymy.

Natenczas biskup z kapłanami i braćmi zakonnymi przez siedem dni pouczał owych pogan o najważniejszych prawach naszej wiary, po czym zarządził trzydniowy post i kąpiel, by neofici przystąpili do Sakramentu, mając czyste ciała i dusze. W tym czasie wielkie kadzie, dość oddalone od siebie, wkopano w ziemię tak, że górna krawędź sięgała prawie do kolan. Korytami doprowadzono do nich wodę ze źródła. Naokoło wbito slupy, na których rozpięto radna, osłaniając każdą kadź, niby namiotem. Miejsce w namiocie przeznaczone dla kapłana było również oddzielone płachtą. "Wszystko to zarządził biskup, pragnąc, by święty obrządek był sprawowany z największą sumiennością, czystością, poszanowaniem wstydliwości i godności ludzkiej, ażeby żadne głupstwo, czy niestosow­ność nie mogły mieć miejsca lub co !by mogło choćby jednemu z pogan mniej się podobać" - (Herbord, Żywot św. Ottona).

W jednej kadzi sam biskup miał nurzać młodzianków, w drugiej księża chrzcili niewiasty, w trzeciej mężczyzn. Taki był porządek, że poganin wchodził do namiotu pojedynczo w towarzystwie swych rodziców chrzestnych, trzymając świecę woskową i czystą lnianą odzież. Gdy wszedł do kadzi, niewidoczny kapłan wypowiadał święte słowa, nadawał imię, po czym, uchyliwszy zasłony, zanurzał trzykrotnie głowę neofity w wodzie, namaszczał ją olejem świętym i cofał się za zasłonę. Opuściw­szy kadź, nowochrzczeniec obleka! podane przez chrzestnych odzienie i ze świecą w dłoni opuszczał namiot, czyniąc miejsce następnym. Tak się to odbywało w wielkiej ciszy i powadze.

Obrządek sprawiano bez przerwy, a szeregi czekających zdawały się nie zmniejszać. Noc przerwała pracę, kapłani słaniali się z utrudzenia. Biskup również zmęczony przysiadł na wale otaczającym gródek. Z lewej strony polany .obozowali poganie, czekający jeszcze chrztu. Nie palili .ogni, w milczeniu pojadając placki jęczmienne. Po prawej bielały postacie ochrzczonych. Bracia zakonni uczyli ich śpiewać Kyrie elejson, Kryste elejson, Kyrie elejson.

Niezrozumiale zaklęcie przestało być groźne, odkąd biskup wytłumaczył jego sens, i ludzie przykładali się pilnie, by je należycie wymawiać. Dziwił się Otto śpiewaczej zdolności tego ludu, bo glosy, chociaż nieporadne, brzmiały czysto. Wtórował im cicho, sam mając serce pelne radości, wdzięczności i czci. Nagle w ogarniający dusze błogi spokój. wpełzło nawiane skądś przeczucie, że postawił ledwo pierwszy krok, a dalsze kroki będą srogie i ciężkie. Dziś Niedziela Palmo­wa, a Wielki Tydzień nadejdzie niechybnie, boć każdy chrześcijanin odtwarza swoim życiem Kalwarię. Nie pozwolił tej myśli zamącić swojego szczęścia. Kyrie elejson, Kryste elejson...

Przeczuciami swymi nie dzielił się z nikim, toteż towarzysze Ottona, Sefrid, Udalryk, Thieme i inni, oczarowani łatwym zwycięstwem, zbywszy poprzednich obaw, oddawali Się niezmąconej radości. Podziwiali kraj, widoczną na każdym kroku zamożność i dostatek. Ślady tych wrażeń odczytujemy w relacji żywotopisarza.



"Mogłyby tu powstać klasztory, szczególnie świętych naszych czasów, co to wolą uprawiać ziemię urodzajną niż suche skaty lub zapuszczone pustkowia... Bo jest tu niewiarogodna .obfitość ryb, tak z morza, jak z rzek, jezior i stawów... Za denara otrzymasz wóz świeżych śledzi, a gdy­ bym powiedział, co myślę o ich zapachu i tłustości, mógłbym być posą­dzony o łakomstwo. Jest tu również wielka ilość jeleni, turów, dzikich koni, niedźwiedzi, dzików, wieprzów i wszelkiej. dziczyzny. Dla masła z krów i mleka z owiec, tłuszczu jagniąt i skopów, dla obfitości miodu i pszenicy, konopi i maku i wszelkiego rodzaju warzyw i drzew owoco­wych, gdyby jeszcze posiadała winną jagodę, oliwkę i figę, poczytał byś tę ziemię za ziemię obiecaną...

...Wina owi nie mają ani go nie szukają, gdyż przyrządzone zabiegliwie miodne napoje i piwo przewyższają wino falernijskie... (j.w.).

Nie mniejsze uznanie budziła w uczestnikach misji słowiańska ucz­ciwość:

"...nie znajdziesz między nimi złodziei albo oszustów... Bardzo się dziwili, widząc, że tobołki nasze i skrzynie są pozamykane. Oni odzież swoją, pieniądze i wszelkie cenności trzymają w beczkach lub stągwiach za­ledwie przykrytych. Nie obawiają się żadnego podstępu, bo go sami nie uprawiają..." (j.w.).



Z Pyrzyc droga misyjna wiodła do Kamienia, gdzie zastano księcia Warcisława. Ten ostrożnie pokazał się po raz pierwszy od czasu spotkania nad Wartą. Powodzenie Ottona zaskoczyło go i uradowało, nie dowierzał jednak, by dalej szło równie gładko.

W Kamieniu natomiast cala ludność oczekiwała biskupa, a to dzięki staraniu Heili, żony Warcisława, księżniczki saskiej, która w przeciwień­stwie do swego małżonka, wiary swej nie kryla, a że miłosierna była i ludziom pomocna, zjednała ich serca dla Boga. Godna ta pani trudne miała życie, Warcisław bowiem trzymał na zamku dla swojej męskiej rozrywki przeszło dwadzieścia popaśnic. Dziewki te fyrtaly się po komna­tach, zadufałe i krzykliwe. Księżna w dziełach miłosierdzia szukała ukojenia.

"Biskup Otto surowo ganił podobny stan rzeczy, wymową swoją uzyskal od Warcisława obietnicę, że popaśnice odprawi." (j.w.).

Był koniec lipca, lato burzliwe, upalne. Biskup Otto niestrudzenie chrzcił ludzi tą samą modłą co w Pyrzycach i sam osobiście pouczał katechumenów. Pot ściekał mu z czoła, jego towarzysze niemniej byli wyczerpani. Chciwie łowili w płuca rzeźwy wiatr od morza. Udzieliwszy chrztu św. mieszkańcom Kamienia i wsi okolicznych, w pierwszych dniach września przeprawili się przez Dziwnę, podążając do Wolina.

Warcisław odmówił znów uczestnictwa w wyprawie. - W Wolinie i w Szczecinie - mówił - władzy książęcej nie uznają. Tam rządzą rajcowie miejscy. Moja obecność mogłaby rozdrażnić ten lud nieokrzesa­ny i zuchwały. - W charakterze swego zastępcy przydał biskupowi dziel­nego rycerza Domasława z synem.

Mieszkańcy Wolina słynęli jako barbarzyńcy zatwardziali w nienawi­ści do chrześcijaństwa, przeto biskup za poradą Domasława zatrzymał się wraz z orszakiem w położonym za murami dworcu książęcym, w obręb którego mieszczanie nie mieli dostępu. Lecz barbarzyńcy, posłyszawszy o przybyciu wyprawy misyjnej, nie zlękli się prawa, wyważyli bramy dworca. Paulicius [Pawło] i rycerze pomorscy z narażeniem swego życia zaledwie powstrzymali tłum od zamordowania biskupa i księży.

Rozsza­lała gawiedź zgodziła się darować im życie pod warunkiem, że natych­miast opuszczą wyspę... Biskup Otto w towarzystwie kasztelana san­tockiego i nielicznej straży szedł na czele smutnego pochodu.

Przed paru dniami spadły pierwsze jesienne deszcze i droga była rozmiękła. Biskup wraz ze swoimi dochodzili już do mostu na rzece, lecz napierający ludzie nie mogli swej złości powstrzymać. Jeden z nich drągiem uderzył biskupa, który upadł twarzą w błoto. Powalonego dobiliby niechybnie, gdyby nie Pawło, prawdziwy mąż duchem i ciałem. Przyjmując na siebie pociski przeznaczone dla biskupa, podniósł go z błota, osłonił i wprowadził szczęśliwie na most. Z wielkim trudem udało się orszakowi oderwać od zgrai miotającej kamienie, palice, oszczepy i przejść szczęśliwie mostem na drugi brzeg rzeki (wg Herbord, Żywot św. Ottona).

- Nie kłopoczcie się o mnie - pocieszał biskup przerażonych to­warzyszy. - Tylko raz upadłem, gdy Pan nasz upadł pod krzyżem trzy razy... Pawło zabrał należne mi porcje. Co za chciwiec z tego Pawła!

Słuchając go, usiłowali się uśmiechać ale przychodziło im to z trudem. Thieme był srodze pobity, Sefrid trząsł się jeszcze z przeby­tej trwogi, Udalryk jęczał, że ma krzyże przetrącone. Ziemia obiecana zmieniała się w ziemię cierniową. Rycerze pomorscy, zawstydzeni tym co zaszlo, tłumaczyli, że kapłani pogańscy podburzali zamieszkującą podgrodzie hołotę bez wiedzy starszyzny miejskiej. Pawło z Domasławern powrócili przeto do Wolina, by przedstawić rajcom skutki, jakie dla miasta wynikną z wtargnięcia na obszar książęcy i znieważenia książęce­go przyjaciela. Biskup powierzył kasztelanowi list Krzywoustego jako ostateczny argument.

Pod wpływem listu i wymowy Pawła starszyzna wolińska orzekła wykrętnie, iż pójdzie za przykładem "najprzedniejszego grodu, macierzy miast pomorskich, Szczecina. Jeżeli Szczecin przyjmie chrześcijaństwo,. Wolin uczyni to samo." (j.w.). .

W Szczecinie również napotkano nieufność i opór. Świątynia Trzy­glawa, liczni i możni kapłani, trzymali władzę nad duszami ludu. Jesień. owinęła kraj mgłami, wczesnym mrokiem, wichrem północnym i szarugą, a w położeniu misji żadna zmiana korzystna nie zachodziła. Uszy zam­knięte były na słowa Ottona. Jakże odlegle zdawały się cudne dnie pyrzyckie ! Ujawniała się różnica między prostym, ufnym ludem wiejskim a miejskim żywiołem, związanym wspólnymi interesami z rzeszą kapła­nów i sług świątynnych. Kult Trzygława przynosił miastu dochody, któż by się ich dobrowolnie pozbywał? W ciągu dwu miesięcy spędzo­nych w Szczecinie Otto ochrzcił zaledwie paru chłopaczków, wkrótce jednak przyprowadzili oni potajemnie rówieśników. Kasztelan santocki zniecierpliwiony jechał de Bolesława po wskazówki, co czynić dalej? Dołączyło się do niego kilku ugodowe nastrojonych przedstawicieli miasta.



Bolesław z Bożej łaski książę polski i wróg pogan obiecuje mieszkań­com Szczecina pokój, i przyjaźń, jeśli chrześcijaństwo przyjmą, jak się zobowiązali. Ogień, śmierć i wieczną nienawiść w razie oporu. Powinie­nem ukarać was zaraz, gdyż nie przyjęliście jak należało mojego Pana i Ojca, biskupa bamberskiego Ottona, godnego najwyższej czci. Nie czynię tego, dając wam czas da namysłu, albowiem on wstawia!ł się za Wami. Na jego prośbę zgadzam się w razie dotrzymania mi wierności zniżenia o połowę daniny i innych ciężarów, jakie ponosić winniście. Rozważcie to sobie, wybierając pokój czy wojnę. (wg Herbord, Żywot św. Ottona).

Taką odpowiedź przywiózł Pawło Szczecinianom. Co da wysłańców grodzkich, Bolesław wcale z nimi mówić nie chciał, ani ich przed swoje oblicze dopuścił. Ta niełaska i treść pisma stały się w grodzie przedmiotem długich i burzliwych narad. Mima oporu kapłanów i sprawianych w świą­tyni Trzygława wróżb wieszczących powodzenie, większość starszyzny uznała, że lepiej przyjąć chrzest i płacić połowę daniny niż wszczynać okrutną wojnę. Wszak dotąd jeszcze czerniały wypaleniska i nie zarosłe mogiły z czasu poprzedniej bytności polskiego księcia w Szczecinie.

Dość, że na początku grudnia miasti oznajmiło biskupowi zgodę na przyjęcie wiary chrześcijańskiej, prosząc zarazem, by natychmiast dano o tym znać Bolesławowi. Większość kapłanów opuściła gród, reszta połączyła się z grodzkimi, szukała sobie innego zawodu i chrzest wraz z powszechnością przyjęła.

Były w mieście Szczecinie cztery kąciny, jedna pomiędzy nimi główna, zbudowana z prawdziwą sztuką, wewnątrz i zewnątrz ozdobiona wy­pukłymi rzeźbami. Były tam wizerunki ludzi, ptaków i dzikich bestii,

tak dokładnie według swych właściwości wyrażone, że zdawały się od­dychać i żyć. To zaś uważałbym za nadzwyczajność, że barwy rzeźb zewnętrznych przez niepogody śnieżne czy deszczowe, sczernieć ani za­trzeć się nie dały... Do tej świątyni, podług zwyczaju ojców, zdobyte bogactwa i broń nieprzyjacielską i wszystko, co W walkach morskich lub lądowych zyskali, znosili jako dziesiątą część zdobyczy. Dzbany złote i srebrne do wróżb używane, rogi też wielkie dzikich wołów w złoto oprawiane, rogi do grania, miecze i noże...

Był tam posąg, który na jednym kadłubie trzy głowy mając, nazywał się Trzyglawem.

Mieli też źrebca wielkiego wzrostu, maści karej bez odmiany i bardzo dzikiego. Poczytywano go za taką świętość, że żaden człowiek nie byl godny na nim jeździć. Miał jednego z czterech kapłanów świątyni jako gorliwego dozorcę. Skoro przeciw nieprzyjacielowi lud tej ziemi wyru­szyć zamierzał, ogiera pytano o powodzenie wyprawy. W tym celu roz­kładano na ziemi dziewięć włóczni na łokieć jedna od drugiej oddalo­nych, a kapłan, który miał nadzór nad źrebcem, ująwszy za uzdę, po trzykroć go tam i nazad przez włócznie wodził. Jeśli koń przechodząc włóczni nie trącił, ani nie porozrzucał, uważano to za pomyślną wróżbę. W przeciwnym razie odstępowano zamiaru... (j. w.).

W posępnym milczeniu przekazywali Szczecinianie biskupowi skarb świątyni, nagromadzony wiekami. Zdumieli się, gdy Otto, obejrzawszy cenne przedmioty, poświęcił je, a potem oddał ludowi.

Bóg Prawdziwy - rzekł - nie potrzebuje złota. Mnie, Jego słudze, niepotrzebne ono również. Wasi ojcowie i dziadowie znosili te dary, niechże je wnukowie biorą. I prosił, by wszystkich obdarzono sprawie­dliwie.

Wielka była mądrość Ottona. Skutecznie osłodził mieszczanom szcze­cińskim gorycz odstępstwa, a zarazem obalił powszechne mniemanie, że nie masz gorszych chciwców niż biskupi chrześcijańscy. Z całej wspa­niałej świątyni jednej tylko rzeczy zażądał.

"...posąg zabrał biskup dla siebie i po zniszczeniu tułowia trzy głowy razem osadzone posłał do Rzymu, Ojcu św. w darze..." (j. w.).



Na miejscu świątyni wzniesiono kościół pod wezwaniem Św. Woj­ciecha, patrona słowiańskiego, i biskup poświęcił go, jak modlił się o to na wyjezdnym z Bambergu.

Kanonikowi Wojciechowi i kapelanowi swemu Udalrykowi zlecił Otto dokończenie chrztu Szczecinian (ze względu na porę zimową obrzę­du dokonywano w łaźniach), a sam z towarzyszami udał się do Gardźca pełnić dalej swoje dzieło. Misja zatrzymywała się w każdej osadzie.

Wszędzie witano przybyszów z gorliwym poddaniem, gdyż wieść o prze­wrocie, jaki się dokonał w Szczecinie, rozeszła się już szeroko. Nie sta­wiano więc oporu, rozumiejąc, iż taki czas nadszedł, że stare bogi ustą­pić muszą Nowemu. Niezmordowany biskup przemawiał, ośmielał strwożonych i chrzcił. Uczył nie tylko prawd wiary, lecz i obowiązków chrześcijanina.

"Przedstawiał, jak szpetną jest rzeczą trzymać kilka żon, zamiast jednej poślubionej małżonki, i jak straszny sąd Boży grozi tym, którzy niemo­wlęta, dzieciaczki rodzone, dlatego że córkami są, wynoszą do lasu bes­tiom dzikim na pożarcie albo na śmierć z chłodu i głodu." (Kantzow, Pomerania).



- Kto owoc swoich wnętrzności niszczy i życie dane przez Stwórcę uśmierca, równy jest w winie mężobójcy i łotrowi... - groził. - Biada mu, biada po śmierci! - I głos biskupa, zazwyczaj tchnący słodyczą, drżał grozą nad losem zbrodniarzy.

Zima była łaskawa w tym roku. Po ostrych, ale krótkotrwałych mrozach już w styczniu przyszła pogoda, niby przedwiosenna. Lodu na Zalewie nie było i misjonarze przeprawili się łodziami do Lubina, nie­wielkiego grodu nad Swiną położonego.

Tam zastali biskupa skruszeni Wolinianie, wysłańcy niepoczciwego grodu. Padając mu do nóg, powiadali, że chcą przyjąć chrześcijaństwo, że winni zostali srodze ukarani, że starszyzna błaga, by biskup raczył przyjechać, co Otto chętnie obiecał. Ten sam Wolin, gdzie przedtem haniebnie misjonarza przepędzono, witał go teraz bardzo uroczyście. Ponad 22 tysiące ludzi zgłosiło wolę przyjęcia wiary chrześcijańskiej. Gdy Otto szedł przez most, drogą, na której padł wówczas w błoto, objaśniali go rajcy, że niegodziwy sprawca ówczesnego gwałtu został wypędzony z grodu i choć teraz kaja się i błaga o zezwolenie powrotu, nigdy przebaczenia nie uzyska. Obruszył się na to biskup, powiadając, że onemu już przebaczył i żeby go sprowadzili. Opierali się rajcowie, powiadając, że gniew księcia spadnie na cale miasto, na co biskup za­ręczył, że książęcy gniew bierze na siebie. A kiedy ów człowiek przy­szedł, biskup rozmawiał z nim, pouczał i obiecał go ochrzcić. Wtedy ów poprzedni wróg i gwałtownik podniósł ręce w górę i zawołał: - Bóg dał, iżem cię nie zabił - Od tych słów Otto dal mu chrzestne imię Bogdał. Stąd pochodzą Bogdałowie, których ród dotąd mieszka w Wolinie. Przezywają ich urągliwie "oprawcami św. Ottona". (Kantzow, Po­merania.

Opisując powyższy epizod, kronikarz, nie zdawał sobie zapewne spra­wy, jak cenny dokument nam zostawia. Odnośny ustęp bowiem brzmi w oryginale: "...und wie er ihne taufen wollte, hat er seine Hende aufgehaben, und bat auf wendisch gesagt: - Bog dal yzem zia nye zabel."



Pisze dalej Kantzow, że w Wolinie znajdował się złoty posąg Trzy­gława. Przed powtórnym przybyciem Ottona żerce pogańscy wywieźli go w skrzyni do Gryfii. Biskup powiadomiony o tym zabronił poszuki­wań. Nie chciał, by myśleli, że zależy mu na zlocie posągu. Polecił tylko odjeżdżając, by w razie odnalezienia trójgłowca, stopiono go, przezna­czając kruszec na ozdobę świątyń chrześcijańskich. Kościołów biskup bamberski ufundował w Wolinie dwa. Jeden pod wezwaniem Sw. Woj­ciecha, drugi Sw. Stanisława [ Tę ostatnią informację Kantzowa trzeba uznać za pomyłkę, albo wyprze­dzenie faktu. Kanonizacja Św. Stanisława nastąpiła znacznie później, a przed kanonizacją patronem kościoła być nie mógł].



Z Wolina droga misyjna wiodła do Kamienia, gdzie książę Warci­sław z małżonką wspaniale przyjęli biskupa. Popaśnice znikły z zamku (przynajmniej na ten czas), a oboje księstwo ze szczerym wzruszeniem dziękowali apostołowi. Dwór książęcy był nareszcie jawnie chrześci­jański.

Z radością dowiadywał się Otto od księżnej Heili, że wysłano już rozkazy do wszystkich nawróconych miast, aby wznoszono kościoły,

a przy kościołach zakładano szkoły, oraz zgodnie z nauką chrześcijańską roztoczona została opieka nad ubogimi, chorymi i kalekami." (j. w.).

Chwalił biskup księcia, że słusznie uczynił. Tam, gdzie Chrystus wszedł do dusz, zmienić się winien i zewnętrzny obraz życia. Niech powstaną przytułki dla starców i sierot, niemocnice dla chorych. Niech miłość bliźniego znajdzie wszędy zachętę do owocnego działania...

W Kamieniu biskup otrzymał wezwanie z Bambergu od swego za­stępcy. Proszono, by wrócił koniecznie przed Wielkanocą, przyczyny naglenia nie podając.

Skrócił więc Otto pobyt w Kamieniu, pożegnał księcia i jego żonę, ruszył jeszcze ze swym orszakiem do Dobrej. Tam chrzcił i nauczał. Pojechał do Kołobrzegu, gdzie czynił to samo. Przystanął nad zwichrzo­nym, wiosennym morzem, bijącym wściekle o brzegi. Nowochrzczeńcy pokazywali mu, gdzie stała świątynia, wzniesiona niegdyś przez Bole­sława Chrobrego, i w którym miejscu biskup Reinbern ciskał w morze poświęcone kamienie, aby złośliwość fal uśmierzyć i przychylność ich zjednać.

Z Kołobrzegu pojechali jeszcze do Białogardu, wszędzie po drodze chrzcząc ludzi, którzy garnęli się tłumnie. Skoro ochrzczono Szczecin, Wolin, Kamień, Kołobrzeg, kwapili się i oni. Dopiero za Białogardem misjonarze mogli odpocząć, wjechawszy w kraj chrześcijański.

"Darzeni czcią, wracaliśmy do domu przez ziemie naszego opiekuna, polskiego księcia. Oby mu Pan Jezus w dniu zapłaty dał samo dobro w nagrodę za wszystko, co dla nas uczynił... Wiele miłości i dobroci okazał nam ten doskonały mąż w czasie naszego zimowego pobytu na Pomorzu. Zaopatrzył biskupa i nas, duchownych, nawet wojskowych i tarczowników, w ciepłą odzież dobraną do wzrostu każdego. Kiedy ukończyliśmy dzieło, do którego nas powołał, przyjął nas w swym domu w drodze powrotnej, niby drogich synów." (Herbom, Żywot św. Ottona).

Bolesław, oczekujący misjonarzy w Gnieźnie, przyjął ich rzeczywiście z wielką serdecznością. Doceniał wagę dzieła, jakie zostało dokonane, i przejmowała go głęboka wdzięczność. Pomorze chrześcijańskie! Czekał na to Bóg, czekała Polska, czekał ów kraj, nareszcie z Polską zespolony, którego już nic od niej nie dzieli... Nie było rzeczy, której by Krzywo­usty odmówił Ottonowi. Nie było poświęcenia, przed którym by się zawahał.

"...dla czci Bożej książę polski uczynił więcej, niż wymagała koniecz­ność... większą wagę przykładał do chwały Pana niż do własnej korzyści, darowując Szczecinowi połowę daniny." (Kantzow, Pomerania).

Wiele sobie mieli do powiedzenia biskup Otto z dawnym swym uczniem. Nim wszystko obgadali, nadjechał brat zakonny, wysłany przez kapitułę Bambergu..

- Niech Wasza Miłość natychmiast powraca. Pan nasz cesarz Henryk umierający. Wyboru następcy należy oczekiwać niebawem. Obecność Waszej Miłości konieczna.

- Jutro o świcie ruszamy - rzekł biskup z westchnieniem. Thieme i Sefrid zajęli się przybyłym. Otto odszedł do kaplicy na pacierze. Rozumiał, że dygnitarzem będąc, musi zająć należne miejsce wśród bisku­pów, biorących udział w obiorze nowego władcy. Ten obowiązek wydał mu się nagle bardzo ciężki. Jak szczęśliwy był w ciągu minionego roku, owej drogi pozornie męczącej, trudnej, nawet niebezpiecznej, która okazała się dla niego lekka i cudowna! Nie troszczył się o politykę i ambicje książąt. Nie dochodziły go ich spory, dyktowane nieodmiennie chciwoś­cią lub pychą. Był wolny. Miał przed sobą pogan, ubogich braci, których należało dźwignąć i oświecić, a nad sobą Pana i Zbawcę Chrystusa... Nikogo więcej...



"...książę polski polecił odprowadzić nas do granicy czeskiej. Z powodu pośpiechu biskup Otto nie zdążył omówić sprawy biskupstwa pomor­skiego według swojego życzenia i powierzył tę troskę księciu, ufając jego mądrości...

...zgodnie ze swym zamiarem, powrócił biskup przed Niedzielą Palmową do swojej stolicy w Bambergu." (Herbord, Żywot św. Ottona).

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 05 lip 2012, 09:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31576
PUSTY WIECZÓR Słowian

Na kanwie: „Troja Północy”, Zofia Kossak i Zygmunt Szatkowski

PUSTY WIECZÓR oznaczał u Słowian czuwanie przy zmarłym rodowcu. Rozpamiętywanie...

Spisuję zachowane nazwy plemion Słowiańszczyzny Zachodniej, tylko jej północnej części. Plemiona te przez co najmniej pół tysiąclecia broniły siebie i nas przed barbarzyństwem krwiożerczych i wiarołomnych Germanów. Z powodu tej wiarołomności Słowianie nie mogli, nie chcieli przyjąć od nich Objawienia Miłosiernego Boga.

Niektórzy wodzowie: Racibor, Goczałk, Budziwój, Krut, Warcisław, Rogala, Niekłót, Jaczo, Bogusław. Część ich pamięci.

Podbici, wyrżnięci i wynarodowieni w XII i XIII wieku.

My, Polanie - winniśmy IM podziękę: Bez nich, ich walk - nie stalibyśmy się Narodem.
Wspominam w okresie zmierzchu Cywilizacji Łacińskiej, w której żyliśmy i ją rozwijali przez tysiąc lat. Wspominam teraz, gdy siły Złego wymuszają rozpad, rozpuszczanie (solve et coagula) Państw Narodowych, poprzez uwiedzenie i gnicie „elit”, jak wtedy.

Nadzieja tylko w Bogu. Jednak - czyim wysiłkiem się spełni?


Wielkie Księstwo Obodrzyckie
Obodrzyce (Lubeka, Zwierzyn -Schwerin, Mikilenburg)
Wagrowie
Połabianie (Hamburg)
Warnowie
Smoleńcy
Brzeżanie
Glinianie
Doszanie

Święty Związek Wielecki (obecnie Prusy)
Wieleci (Lucice)
Redarzy
Czrezpienianie
Chyżanie
Doleńcy
Rzeczanie
Morzyczanie
Wkrzanie
Ranowie (Rugia, Swarzyc)

Na prawym brzegu Odry
Wolinianie
Lucice (Licikawiki)
Lubuszanie
Pomorzanie

Koło Brennej (Brandenburga)
Hobolanie
Stodoranie (Dziewin- Magdeburg)
Sprewianie (koło Barlina)

Za Łabą (na jej lewym brzegu)
Drzewianie
Bardowie
Brdanie
Łęczanie
Lipianie
Chełmianie

Na południe od Barlina:
Łużyczanie
Milczanie
Serbowie

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 10 lip 2012, 10:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/06/20 ... po-polsku/

Ksiądz Dębołęcki twierdzi, że Adam i Ewa mówili po polsku. Nie wydumał sobie tego z powietrza, ale wywiódł to w sposób naukowy. Warte te dociekania, by je przypomnieć, gdyż ostatnie badania genetyczne potwierdzają bardzo wiele z tego, co twierdził ksiądz Dębołęcki.

Kopia artykułu:

Adam i Ewa mówili po polsku
Posted by Marucha w dniu 2012-06-20 (środa)

Gajowy nie wie, czy Polacy są narodem wybranym i czy Adam z Ewą mówili po polsku, czy raczej po staropolsku. – admin.

Wstęp.

Po napisaniu artykułu „Polacy Narodem Wybranym” który był początkowym odcinkiem serii właściwej i naukowo udowodnionej historii Polaków i Słowian przygotowaliśmy w Stowarzyszeniu Ziemiańskim inne opracowania. Jestem wdzięczny Warszawskiej Gazecie za jego opublikowanie. Z nadzieją oczekiwaliśmy i oczekujemy, iż liczne wydawnictwa, szczególnie religijne również się nim zainteresują. Z wyjątkiem Ks. dr. hab. Piotra Natanka i wielu zwykłych księży promujących prawdę naukowo udowodnioną tak się jednak nie stało.

Całe Stowarzyszenie Ziemiańskie w Polsce oraz liczni Obrońcy Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie są wdzięczni za głoszenie prawdy i promowanie tego artykułu. Wielu ludzi Kościoła i nie tylko dowiedziało się prawdy o objawieniach Maryjnych na Wawelu w dniu 8 maja 1610 roku w kontekście opublikowanych badań naukowych z Uniwersytetu Stanford, a dotyczących badań genetycznych Polaków i ich wspólnego pochodzenia z resztą Słowian.
Przypomnę tylko, że kolejnym artykułe z tej serii był: „Niemieckie kundle”, który niszczy naukowo tezy rasowe II wojny światowej i tym samym potwierdza, iż NSDAP oraz Hitler byli finansowani z zewnątrz tak jak autorzy rewolucji żydowskiej w Rosji w 1917 roku.

Artykuł „Adam i Ewa w raju mówili po Polsku” został napisany już kilka miesięcy temu. Cały czas czeka na publikacje prasowe. Moje uwięzienie za treści zawarte w Petycji 1248 do Parlamentu Europejskiego odwlekło zdecydowanie jego opublikowanie.

W związku z licznymi publikacjami ukazującymi się nie tylko w Polsce i które fałszują historię Narodu Wybranego Polaków postanowiliśmy upublicznić via internet kolejny artykuł dotyczący nas Słowian. Aby Państwu przybliżyć treści fałszujące historię na korzyść żydów, a poniżając Nas Polaków wybrałem pewien wątek dyskusji jaki miał miejsce na znanym portalu społecznościowym:

“Pierwszym Żydem, który odwiedził Polskę i ja opisał, był handlarz niewolnikami Ibrahim Ben Yaguba z Toledo w Hiszpanii. Wspomina ją jako idealny teren do pozyskania”tego towaru”. Wówczas Żydzi w tym się specjalizowali, a Berlin był centrum handli niewolnikami, których przez Pragę słano do Wenecji. Tam ich kastrowano i dostarczano na rynek w Kordobie Wiadomo teraz, że Żydzi byli głównymi handlarzami niewolników na Karaibach w Brazylii i USA. Nie wiadomo, ilu Żydzi na terenie Polski “pozyskali” niewolników, ale na drzwiach katedry gnieźnieńskiej jest scena, jak św. Wojciech wykupuje niewolnika od Żyda. Zaś w pierwszej połowie XX w. eksportowali Polki do burdeli Ameryki Płd, gdzie prostytutki były popularnie zwane “Polaco”. Dodam, że słowo Slowianin to po angielsku”Slav” i przypomina angielski…e słowo “niewolnik” – “slave” Sporo Żydów przybyło do Polski już w XI w. W 1264r. otrzymali od Bolesława Pobożnego “Statut kaliski”, zbiór bardzo przychylnych dla nich przepisów, które umożliwiały krętactwa. Wystarczyło, by Żyd przysiągł i to było dowodem w jego sprawie, a Żyda nie obowiązuje przysięga, jeśli poza słowami nie przysięga też w sercu. Tak uzyskali status NADUPRZYWILEJONOWANEJ GRUPY SPOŁECZNEJ. W 1334 r. Kazimierz Wielki nadał im przywilej “Sajów i czemu udali się do Polski. Statut Judeorum” i podobnie dostali od WX Witolda na Litwie. W średniowieczu były pogromy Żydów w Europie. Wypędzono ich z Anglii w 1290 r.,z Niemiec w 1298r., z Francji w 1306r., z Hiszpanii i z Portugalii w 1492 Ciekawe jest, że dotąd nikt nie przeanalizował czemu wyrzucono ich z tych krajów i czemu udali się do Polski. Gdy Żydów wygnano z wszystkich krajów Europy znaleźli schronienie w Polsce.”

Fragm. książki pt ” Co Żydzi winni Polakom” autor: Aleksander Graf Pruszyński.
No cóż każda reklama produktu wydawnictwa powielanych głupot wersji żydowskiej historii Polski ma ukazać, iż Polacy to głupcy nie umiejący czytać ani pisać lub niewolnicy, jednym słowem niższa rasa cywilizacyjna. Taką również tezę ma ukonstytuować budowane Muzeum Żydów Polskich, które z samej nazwy zawiera fałsz intelektualny ponieważ powinno nazywać się zgodnie z prawdą historyczną Muzeum Żydów w Polsce!

Ale były i takie komentarze:

Co za pierdoły, pierwsi żydzi dotarli tutaj w okolicy 1000 r!!!!!!!!!!!! raczej do usa i brazylii nikt z europy wtedy nie pływał!!!!!!!! a że trudniono się wtedy niewolnictwem to nic nowego, wszyscy przy kasie wtedy to robili!!!! Słowianie także!!!!! wracać do nauki!!!! analfabeci historyczni i ignoranci!!!! :-) )

oraz takie:

Proszę nie powielać żydowskiego scenariusza historii i szkalować Polaków !

oraz komentarze odpowiadające prawdzie historycznej, a mianowicie takie:

„A nie zastanawialiście się nad tą wersją iż pierwsi żydzi mogli dotrzeć do naszych ziem w charakterze niewolników Rzymian. Pierwsze zorganizowane wyprawy z obszarów Europy południowej po elektron odbywały się w V w. p.n.e. Nie docierały on…e jednak do wybrzeży Bałtyku, a bursztyn kupowano od celtyckich pośredników. Dopiero po podboju terenów nad środkowym Dunajem w I wieku n.e. Rzymianie rozwinęli handel bursztynem na dużą skalę, organizując kilkoma drogami wyprawy z Panonii nad Bałtyk, szczególnie do Sambii. Szczytowy rozwój tego handlu przypada na III w. a od połowy IV w. wymiana stopniowo zamierała. Kalisz był głównym miastem na szlaku bursztynowym,obfitującym po dzisiejsze czasy w duże społeczności żydowskie !”

Nie muszę nikomu udowadniać gdzie była granica pomiędzy Cesarstwem Rzymskim, a Słowianami. No cóż skoro tutaj, w naszej ukochanej Ojczyźnie, Rzymianie tylko handlowali to znaczy, że Słowianie byli tak silni, iż cesarstwo prowadziło li tylko wymianę handlową, ponieważ militarnie nie byli w stanie odebrać nam bogactw naturalnych i owoców sił ludzkich. Innymi słowy; na północy bogata cywilizacja wolności, mlekiem i miodem oraz różnymi bogactwami słynąca, a na południu wszechwładne cesarstwo gdzie niewolnik to towar i które nie mogło sobie poradzić z Polakami i resztą Słowian ?

No cóż; tutaj nie tylko brak jest logiki w żydowskiej historii Polaków i Słowian ale celowe oraz świadome poniżanie Polaków i Słowian fałszujące źródła historyczne w świetle ogólnie dostępnych źródeł i przeprowadzonych badań naukowych .
Po tym wprowadzeniu zapraszam do zapoznania się z moim opracowaniem: „ W raju Adam i Ewa mówili po polsku”.

Rafał Gawroński

* * *

W raju Adam i Ewa mówili po polsku.

Gdy opublikowałem na moim blogu artykuł „From Polish to India”, a następnie nasze Stowarzyszenie ogłosiło Deklarację z okazji Święta Najświętszej Maryi Panny, jedyną reakcją był brak reakcji. W Polsce media reżimowe milczą do tej pory. W internecie oczywiście pokazały się na różnych forach zmanipulowane i celowo zagmatwane informacje, aby ukryć prawdę zawartą w tych badaniach przed Polakami a opublikowanych na łamach pisma naukowego w USA, Journal of Genetic Geneaology, przez Petera Gwozdz w 2009 roku.

Opinię światową z premedytacją dezinformuje się poprzez zatajanie istotnych, lub uwypuklanie pewnych i mało znaczących elementów przeprowadzonych genetycznych badań naukowych. Jest to szczególnie widocznie w kategoriach interpretacyjnych wyników końcowych badań dotyczących Słowian wyznania prawosławnego, uzurpującego sobie prymat doktrynalny. Prawdy jednak nie można zmienić, a jedynie można ją ukryć co od wielu lat czyni się w stosunku nas Polaków, że nie wspomnę o bezkarnym ludobójstwie Polaków w Rosji, a Katyń jest tego najlepszym dowodem. [Nie w Rosji, a w Sowietach, gwoli ścisłości - admin]

Od wczesnego dzieciństwa intrygowała mnie sprawa jabłka, które zostało zerwane z drzewa zakazanego i było przyczyną wypędzenia Adama i Ewy z raju. Dlaczego jabłko a nie mandarynka ewentualnie pomarańcza, figa lub inny owoc z tej strefy klimatycznej? Na odpowiedź musieliśmy czekać do 2009 roku i jak zwykle nauka udowodniła raz jeszcze, że wspiera wiarę.

Ale tym razem postaram się przedstawić zasadnicze dowody na to, że Ewa i Adam mówili w raju jednak po polsku. Zacznę od rozprawy ks. Wojciecha Dębołęckiego, który musiał czekać prawie 400 lat aby jego dzieło naukowe z tamtych lat zostało potwierdzone twardymi dowodami naukowymi przez kilka niezależnych zespołów międzynarodowych naukowców i ekspertów.

Ks. Wojciech Dębołęcki 1585-1646 pochodził z Rodu Dębołęckich herbu Prawdzic, starej pomorskiej szlachty niedaleko Wąbrzeźna, odnotowanych w roku 1561 jako Dębowa Łąka. Pod koniec XVI wieku Jakubowi Dębołęckiemu przeznaczono majątek w Konojadach gdzie urodził się kolejny potomek rodu, któremu nadano imię na cześć wielkiego świętego Wojciecha.

Dzieciństwo przebiegało normalnie do dnia kiedy ojciec, dostrzegł w synu drzemiące talenty i postanowił je rozwinąć, ponieważ Wojciech już we wczesnej młodości posiadał nieprzeciętne zdolności. Gdy skończył lat 13 wysłano go do Krakowa pod opiekę franciszkanów. Zakonnicy w swych placówkach dali mu solidne wykształcenie retoryczne i łacińskie oraz ukończył studia dialektyczno – scholastyczne. Osiągając znakomite rezultaty po skończeniu pierwszych uczelni i odebraniu święceń kapłańskich objął w 1615 rok prestiżową funkcję w Kaliszu, gdzie przebywał przez niemal dwa lata.

Po krótkim pobycie w Chełmnie zakon franciszkanów skierował go na dalsze studia do Włoch. Już wtedy doskonale znał kilka języków m.in. łaciński, włoski, niemiecki, ruski, w wieku lat czterdziestu biegle władał aż dziesięcioma! W Rzymie nauka pochłonęła księdza Dębołęckiego niemal całkowicie. W wolnych chwilach poznawał również tajniki muzyki i jak na prawdziwego naukowca przystało, sam zaczął z powodzeniem tworzyć. Według znawców, kompozycje były nieprzeciętne jak sam kompozytor. Zachowały się jego dwa 5-głosowe utwory religijne, będące najstarszymi w Polsce przykładami stosowania basso continuo; wg. znawców muzyki to trudny, właściwy barokowi sposób realizowania, zapisywania oraz wykonywania akompaniamentu harmoniczno-kontrapunktycznego.

Gdy w roku 1621 wrócił do Polski spotkał pułkownika Stanisława Stroynowskiego dowódcę Lisowczyków, który prowadził nabór do swych chorągwi. Ksiądz bez chwili wahania wstąpił do tej legendarnej formacji jeźdźców apokalipsy. Zapewne chciał poznać techniki prowadzenia działań wojennych, które jako naukowca bardzo go interesowały. Trudno tutaj nie wspomnieć o Mikołaju Koperniku czy Leonardo da Vinci, którzy również jako naukowcy poznawali sztuki walki. Już w 1623 roku wydał w Poznaniu swe wspomnienia oraz spisane dokonania żołnierzy zatytułowane: „Przewagi elearów polskich” czyli swoisty pamiętnik z wypraw tej formacji w latach 1618-1623. Badacze i naukowcy literatury polskiej są pewni, że ksiądz wydał pod różnymi pseudonimami kilka innych wspomnień, jak choćby: „List o Lisowczykach”, „Żywot kozaków Lisowskich”, „Kopia listu utrapionej Ojczyzny do Lisowczyków”, „Pieśni o cnych kozakach Lisowskich”.

Ksiądz Dębołęcki poznał sztukę wojenną i powrócił do Rzymu aby kształcąc się dalej uzyskać w 1625 roku tytuł doktora teologii. Merytorycznie przygotowany i wspaniale wszechstronnie wykształcony napisał i wydał w Warszawie latem 1633 roku wiekopomną rozprawę, której tytuł należy przytoczyć w całości ponieważ jest to sprawa arcyważna:

„Wywód jednowładnego państwa świata, w którym pokazuje ksiądz Wojciech Dębołęcki, że najstarodawniejsze w Europie Królestwo Polskie samo tylko na świecie ma jedyne succesory Jadama, Setha i Japheta, a gwoli temu się pokazuje, że język słowieński pierwotny jest na świecie”.

Rozprawa została wydrukowana w Warszawie, w drukarni Jana Rossowskiego, wraz z przywilejem królewskim z 3 maja 1633 roku podpisanym przez samego Władysława IV, Króla Polski 1632-1648, Króla Szwecji 1632-1648 i tytularnego Cara Rosji do 1634.

Prawie dziesięć lat pracy naukowej, pomimo ogromnych zdolności i predyspozycji, zajęło mu napisanie dzieła które dopiero w 2009 roku dzięki badaniom genetycznym naukowców z Uniwersytetu Stanford zostało w pełni potwierdzone po zdefiniowaniu halpogrupy R1a1a7. Badania naukowców nobilitują i potwierdzają tezy zawarte w dziele Księdza Wojciecha Dębołęckiego, że od jednego ojca Polacy pochodzą, który na imię miał Adam albo był nim któryś z synów Noego. Nie będę tutaj dociekał niech zrobią to teolodzy uwzględniając najnowsze badania genetyczne. Naukowcy w opublikowanym artykule naukowym jednoznacznie udowodnili okres i wiek posiadacza wyodrębnionego genu na przeszło 10 000 lat. Opublikowane wyniki badań naukowych nie pozostawiają wątpliwości dowodząc, że my Polacy zamieszkujemy swe tereny od zawsze i obalają wszelkie oszustwa napisane o pochodzeniu Słowian.

Odnaleziona w roku 1976 Waza w Bronocicach nad rzeką Nidzicą, około 50 km na północny wschód od Krakowa dostarcza kolejnego twardego dowodu. Prace na tym terenie między 1974 a 1980 r. prowadzili wybitni archeolodzy o światowej renomie prof. Janusz Kruk z krakowskiego oddziału Instytutu Archeologii i Etnologii PAN oraz Sarunas Milisauskas ze State University of New York z Buffalo. Wizerunek na odkrytej wazie jest najstarszym znanym wyobrażeniem pojazdu kołowego na świecie. Jej wiek potwierdzono za pomocą datowania radiowęglowego na 3635-3370 p.n.e. Pojazdy kołowe były zatem znane w Polsce już w IV tysiącleciu p.n.e. Pojazd taki ciągnęły prawdopodobnie tury ponieważ szczątki tych zwierząt znaleziono razem z wazą. Rogi zwierząt z Bronocic miały specyficzne otarcia potwierdzające, że były obwiązane sznurem tworzącym prawdopodobnie coś w rodzaju jarzma przyrożnego. Nasza kultura i cywilizacja jest jedną z najstarszych na świecie i dowodzi na przestrzeni już tysięcy lat, iż my Polacy nie utrzymujemy się z mordowania ludzi, lichwy lub rabowania a jedynie z pracy, ponieważ praca czyni człowieka szlachetnym jak nasz Naród.

W swym historycznym dziele Ks. Wojciech Dębołęcki udowadnia, że wszystkie języki świata powstały na skutek… „wypaczenia polszczyzny czyli języka „słowieńskiego”. W swej pracy naukowej podaje przykłady odwołując się do wyników swojej pracy etymologicznej, np.: „Cupido, iż chciwość znaczy, jawno jest, że to słowo, przez przesadzenie sylaby do, uczyniono z naszego do kupy, jakoby chciwe zgromadzanie albo łączenie”, także słowo „Bachus powstał ni mniej ni więcej, tylko z zepsowanego polskiego imienia Beczkoś, podobnie jak na przykład z płomienia nie zaraz uczyniono flamma, ale pierwej było po polsku ploma, potym plama, nuż blama, aż na ostatek stanęło flamma”.

Dzięki ks. Dębołęckiemu dowiedzieliśmy się, że polskie źródłosłowy ma bardzo wiele wyrazów we wszystkich językach, a biblijne nazwy powstały u Polaków nad Wisłą, natomiast Adam i Ewa mówili w raju po polsku!
Tak to naukowo przedstawia ksiądz:

„Nie może się wątpić, że pierwotny syryjski lubo z żydowska aramejski język najstarszy jest. Pierwotny mówię, bo dzisiejszy syryjski szczerochaldejski jest dopiero tam za czasów Nabogdonozora wprowadzony. Gdzie się od miejsca tylko zowie syryjskiem, równie jako tatarski w Krymie scytyckiem i niemiecki w Prusiech pruskiem. Na który stopień oczywisty prawdy wstąpiwszy, łacno się znowu dorachować, iż pierwotny język syryjski, którem Jadam, Noe, Sem i Jafet gadali, nie inszy był, tylko słowieński.(…) A iż w Koronie Polskiej nigdy od początku jej nie było inszego języka prócz dzisiejszego jako się w tym wywodzie obaczy, tedyć tenże musiał być i w Syryjej przodków naszych, którzy tam Egipcyjany o starożytność rodzaju przedysputowali.(…)”.

Język słowiański dał początek grece, łacinie i innym językom. Najważniejszym momentem jest bez wątpienia rozdział dziesiąty i zawarte w nim „Reguły abo sposoby ktoremi pierwotne słowa psowano”, w których znajdują się doktrynalne i trafne tezy Dębołęckiego o głoskach (np. dostrzegł on „powinowactwo abo podobieństwo liter” – chodzi oczywiście o głoski – g i k, b i p, w i f, w i b) i coś, co obecnie nazywa się elementami językoznawstwa porównawczego. Dębołęcki rozumuje zgodnie z dzisiejszymi standardami w tej dziedzinie i słusznie wnioskuje z podobieństwa słów o pochodzeniu języków od wspólnego rdzenia jak współcześni naukowcy.

Oto mamy, iż Królestwo Polskie jest sukcesorem panowania Adama, Seta i Jafeta, i jako takie jest predestynowane do panowania nad światem !
Tak to prawda, którą próbują ukryć przed Polakami dewianci cywilizacyjni. Objawienia Najświętszej Maryi Panny na Wawelu w dniu 8 maja 1610 roku oraz objawienia, które miały miejsca w Gietrzwałdzie w 1877 roku od 27 czerwca do 16 września tego dowodzą ale również najnowsze badania naukowe opublikowane przez naukowców z Uniwersytetu Stanford udowodniły, iż od jednego ojca Polacy pochodzą.

Badania jednoznacznie podważają ustalenia masonów i żydów co do dat stworzenia świata powodując wielkie zwycięstwo nauki i Kościoła który daty przed narodzinami Jezusa traktuje na zasadzie umownej. Chrześcijańską rachubę czasu ustalił Dionizy Mały ok. 470-550, kościelny prawnik i chronograf, przyjmując za punkt wyjścia datę narodzenia Jezusa Chrystusa. Chociaż pomylił się, gdyż de facto Chrystus przyszedł na świat o kilka lat wcześniej, ustalenia Dionizego od VIII wieku zaczęły się powszechnie przyjmować i obowiązywać w Europie, a później na całym świecie. Natomiast Żydowska rachuba czasu zaczyna się od daty, przyjętej na oznaczenie dnia stworzenia świata czyli dokładnie 7 października 3761 roku przed Chrystusem Łatwo sobie zatem wyobrazić, że kiedy w roku 2000 chrześcijanie obchodzili początek trzeciego milenium od narodzenia Chrystusa, to żydowski kalendarz wskazywał rok 5761, natomiast masoni opowiadają kompletne brednie i uzależniają datowanie od rytu w którym odprawiane są tajemne spektakle nawiedzonych oszołomów. To podstawowe różnice określania daty z której zwycięsko wychodzi religia chrześcijańska na podstawie najnowszych badań.

Do badań naukowych wzięto chromosomy dużej grupy mężczyzn z różnych populacji Eurazji. Wydzieliły one z olbrzymiej tzw. słowiańską haplogrupę, którą oznaczono R1a1a7 (M458). Zarazem obliczono czas dzielący nosicieli tej haplogrupy R1a1a7, a dzielący współczesnych mężczyzn R1a1a7 według stawek mutacji Zhivotovsky’ego. Okazało się, że wśród populacji europejskich najstarszych przodków posiada polska haplogrupa R1a1a7, której naliczono 10700 lat.

Obrazek

Jak to się ma do udowodnionych naukowo potomków szczepu królewskiego Polaków pochodzącym od jednego Ojca; oceńcie Państwo sami. W internecie znajdują się liczne opinie dewiantów społecznych dotyczących ks. Wojciecha Dębołęckiego. Obrazują one zasady działania dezinformacji medialnej reżimów totalitarnych władzy funkcjonujące po dzień dzisiejszy. Dla mnie są to jednoznaczne dowody, iż nauka wspiera wiarę. Z badań wynika, że od tamtego czasu słowiańskie haplogrupy, a tym samym my Polacy jesteśmy na polskiej ziemi od zawsze i znad Wisły oraz Warty emigrowaliśmy do sąsiednich ziem.

Ks. Wojciech Dębołęcki planował dzieło znacznie ważniejsze. Podczas pobytu w Rzymie w latach 1630–1632 zaczął opracowywać zarys historii powszechnej od początku świata mający nosić tytuł: „Speculum universalis historiae”.
Cele dzieła były następujące: oczyścić wiedzę o dziejach ludzkości z zakłamań, przesądów, mylnych wyobrażeń oraz napisać historię prawdziwą dowodząc, że Polacy są najstarszym wśród wszystkich narodów i że do nich od zawsze należało panowanie nad światem; wykazać, że język polski jest pierwotnym językiem świata i że z niego wywodzą się wszystkie inne.

Swój wykład ks. Dębołęcki oparł na trzech kategoriach źródeł: Biblii, dziełach historyków, opowiadaniach i pieśniach ludowych oraz dociekaniach etymologicznych. W czerwcu 1631 roku uzyskał dla swych zamierzeń całkowitą aprobatę komisji powołanej w Rzymie przez generała zakonu Franceschiniego i pozwolenie na druk. Uzyskawszy to wyróżnienie, Dębołęcki postanowił opublikować skrót pierwszej części swego dzieła, obejmujący czasy od stworzenia świata do 370 roku po potopie, pod tytułem:

„Praemissum speculi historici verum statum gestorum in orbe demonstraturi, in quo praesenti antidiluviana historia ab Adam usque ad Tanaum VIII ab eo Panum orbis primumque regem Scythiae Regiae sive Poloniae deducitur, quem… Iovem et Herculem appellatum Hebraei Gog, Scythae vero Polach vocant”.

Do wydania nie doszło, rękopis przygotowany do druku, z datą 1631 roku, znajduje się w Bibliotece Czartoryskich.
Po prawie 400 latach ks. Wojciech Dębołęcki doczekał się naukowych potwierdzeń głoszonych tez potwierdzonych przez naukowców z Uniwersytetu Stanford w USA.
W świetle tych dokumentów przedstawionych powyżej powinna nastąpić niezwłoczna zmiana nazewnictwa z określenia encyklopedycznego „języki indoeuropejskie” na właściwą nazwę potwierdzone najnowszymi badaniami genetycznym „języki polskoeuropejskie” oraz korekta wszystkich prac naukowych i publikowanych artykułów w tej kwestii na świecie, w szczególności o migracji Słowian oraz rozpoczęcie prac badawczych teologów z uwzględnieniem ujawnionej prawdy naukowej i historycznej.


Załączniki (grafika i zdjęcia):

Adam i Ewa mowili po polsku 1
http://www.monitor-polski.pl/wp-content ... lsku-1.jpg
Adam i Ewa mowili po polsku 2
http://www.monitor-polski.pl/wp-content ... lsku-2.jpg
Adam i Ewa mowili po polsku 3
http://www.monitor-polski.pl/wp-content ... lsku-3.png

http://www.monitor-polski.pl/adam-i-ewa ... po-polsku/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 15 lip 2012, 11:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2012/04/19 ... i-slowian/

Wstęp do historii Słowian
Posted by Marucha w dniu 2012-04-19 (czwartek)

P. PiotrX, pracowity dostarczyciel ciekawych tekstów historycznych, tym razem zajął się historią Słowian – admin.

Jan Czekanowski – „Wstęp do historii Słowian” – 1957.

Lechici
Gałąź lechicką tworzyły dwa odrębne składniki: połabski i polski. Pomorzanie stanowili zaś łączące ogniwo pośrednie. Połabianie byli zorganizowani w dwie odrębne jednostki polityczne: Obodrytów na północnym zachodzie i Luciców, zwanych też Weletami (Wielotami) lub Wilkami, na wschodzie. Weleci mają najstarszą metrykę ze wszystkich plemion słowiańskich, gdyż zostali wymienieni przez Ptolemeusza. (….)

Polacy
Słowianami najpóźniej występującymi na widownię dziejową są Polacy. Z tego powodu o ich przeszłości, sięgającej poza X wiek wstecz, nie posiadamy prawie żadnych wiadomości opartych na źródłach historycznych. Jest to niewątpliwie skutkiem tego, że przetrwali w swoich odwiecznych siedzibach. Te zajmowały jedną z najmniej atrakcyjnych części europejskiego kontynentu, a bardzo odległą od ówczesnych ośrodków życia cywilizowanego, które to pozostawia ślady, jeśli nie w postaci dokumentów, to przynajmniej o charakterze drobnych wzmianek kronikarskich.

Siedziby szczepów polskich znajdowały się niewątpliwie na obszarze pierwotnej praojczyzny Słowian, a zapewne dopiero później ogarnęły ją w całości. Należy bowiem zwrócić uwagę na fakt godny zastanowienia, że wszystkie inne ludy słowiańskie występowały na widownię^ dziejową dopiero w fazie swej ekspansji, w znacznej odległości od dawniej zajmowanych siedzib. Przecież nawet i samo zróżnicowanie Słowian zachodnich jest zapewne skutkiem sięgnięcia poza granice dawniej zajmowanego obszaru. Polacy natomiast, przypuszczalnie wskutek pozostawania na terenach dawniej zajmowanych przez słowiańskich pobratymców, pod względem językowym zachowali pozycję centralną, nawet i w stosunku do szczepów zachodnio-słowiańskich, co tym się tłumaczy, że granice polskiego obszaru językowego, w porównaniu z zasięgami innych ludów słowiańskich, ulegały stosunkowo niewielkim przeobrażeniom, a po katastrofie ostatniej wojny niewiele się różnią od tych, o które walczono przed lat tysiącem.

Skutkiem rozwoju na tym samym terytorium, rozwoju nie zakłóconego głębiej sięgającymi oddziaływaniami obcymi, jest niewątpliwie to, że jedynie Polacy zachowali świadomość dawnej przynależności szczepowej, mimo bardzo słabego zresztą zróżnicowania.

Przecież mamy tu do czynienia z tymi samymi jednostkami szczepowymi, które występują na zaraniu polskiego życia historycznego. Żyją one dotychczas w świadomości ludu i nawiązywanie ich wstecz nie nastręcza trudności, zwłaszcza że odzwierciedlają się też i w zróżnicowaniu dialektologicznym polskiego obszaru językowego. Fakt wyłonienia się z pomroki dziejowej w drugiej połowie X wieku, na obszarze zamieszkanym przez szczepy polskie, potężnego państwa, o organizacji opartej na wzorach organizacji frankońskiej czy też saskiej, a nie wykazującego śladów dawniejszej zależności politycznej od Niemców i w dodatku zdolnego do skutecznego przeciwstawienia się najpotężniejszemu podówczas państwu — cesarstwu rzymsko-niemieckiemu, wznowionemu przez utalentowaną dynastię saską — pozwala przypuszczać, że mamy tu do czynienia z rodzimym wytworem pracy organizacyjnej, która musiała pochłonąć dużo energii w ciągu wielu generacji, a nie mogła stanowić wyniku spontanicznego wybuchu czy też genialnej improwizacji. Tylko przy tradycyjnie ustalonych podstawach organizacyjnych, opartych na zróżnicowaniu społecznym, nie paraliżowanym przez pozostałości już przemożnej organizacji rodowej, był możliwy potężny rozmach państwa Bolesława Chrobrego, które sięgało, co prawda tylko przejściowo, daleko poza granice polskiego obszaru etnograficznego.

Największym osiągnięciem dynastii piastowskiej, o tradycji sięgającej zaledwie w głąb IX wieku, było skonsolidowanie kontynentalnych szczepów lechickich w oparciu o szczep Polan. Nazwa państwa, stworzonego przez Piastów, jest pochodną nazwy szczepu Polan i stanowi najlepsze świadectwo roli odegranej przez ten szczep. Bardzo znamienne jest przy tym posiadanie władzy absolutnej przez panującego, i to stanowi największą zagadkę. Niewątpliwie świadczy to, że państwo piastowskie powstało wskutek podboju innych szczepów polskich przez Polan. Istota zagadki polega zatem na osiągnięciu przez ten szczep takiego poziomu organizacji, który by umożliwiał tego rodzaju realizacje. W ramach organizacji rodowej nie byłoby to możliwie.

Geneza państwa o panującym wyposażonym we władzę absolutną tłumaczy się najprościej przypuszczeniem, że stanowi ono rezultat podboju. Polska nie posiada jednak śladu tradycji obcego najazdu, poza strofą napisu na grobowcu Bolesława Chrobrego, która brzmi: Regnum Sclavorum Gothorum sive Polonorum. Wyczerpujące badania Ryszarda Gansinca (1951, ss. 359—537) wykazały jednak, że napis powstał dopiero około połowy XIV wieku i został skomponowany przez wykształconego człowieka, a zatem nie może być uważany za echo żywej tradycji ludowej. (…)

Zagadnienie lechickie
Bez porównania mniej wiadomości, niż o pierwszych wiekach n. e., posiadamy co do okresu zapoczątkowanego najazdem Hunów, który spowodował katastrofę Gotów na obszarze nadczarnomorskim i widocznie zerwał łączność ziem polskich ze światem cywilizowanym. Nie tylko źródła pisane podają o tym okresie bardzo mało i w dodatku niezbyt pewnych wiadomości. Również i archeologowie nie rozporządzają dotychczas znaleziskami, które by pozwalały na zorientowanie się co do przesunięć ludów wspominanych w źródłach pisanych, zaś antropologom brak znalezisk kostnych uniemożliwia odróżnianie autochtonów od przybyszów.

Przy rozpatrywaniu okresu zapoczątkowanego „wędrówkami ludów” uwaga badaczy ześrodkowuje się na południowej rubieży polskiego obszaru etnograficznego, a mianowicie na szlaku podkarpackim. Nim odpływała niewątpliwie ludność uchodząca ze swoich siedzib, wypłoszona przez najazdy Hunów i Awarów lub wypierana z nich przez dalsze reperkusje tych najazdów. Zapewne tym szlakiem przybyli ze wschodu przodkowie czeskich i słoweńskich Dudlebów, co też i Labuda (1949, ss. 183—184) uważa za możliwe, gdyż zaznacza, „że fakt wędrówki plemion słowiańskich właśnie po takim szlaku nie jest odosobniony”. Uważa, iż tym szlakiem posuwali się Awarzy w latach 562 i 567/8 w swoich wyprawach, w których „dotarli lub zamierzali zaatakować kraje położone na zachód od Renu”. O obszarach leżących na północ od tego wielkiego szlaku nie posiadamy natomiast żadnych wiadomości. Można jedynie przypuszczać, że istniała tam organizacja polityczna, która zdołała je uchronić przed najazdami azjatyckich rabusiów, albo też że zawdzięczały swoje bezpieczeństwo warunkom geograficznym, które wiązały najazdy ludów konnych ze strefą niezalesionych podkarpackich i podsudeckich lessów, zaś najazdy Skandynawów z arteriami wodnymi.

O mocy dowodowej i właściwościach przekazów źródeł historycznych, dotyczących wczesnego średniowiecza, najlepiej świadczy przebieg dyskusji nad wiarogodnością przekazu cesarza Konstantyna Porfirogenety, że Serbowie i Chorwaci dopiero na wezwanie cesarza Herakliusza (610—641) przybyli do swoich późniejszych siedzib z północy, z połabskiej Białej Serbii i zakarpackiej Białej Chorwacji. Dopiero po sporach, trwających wiele dziesiątków lat a wymagających wykazania się niesłychaną uczonością, zaniechano kwestionowania faktu, że Serbowie przywędrowali z Łużyc. Mimo to Labuda kwestionuje istnienie zakarpackiej Białej Chorwacji i uważa, że Chorwaci przybyli z Czech (północno-wschodnich) a szczep Zachlumian z Małopolski. Natomiast Dvornik ujmuje jako Białą Chorwację obszar małopolsko-śląski. Okres wędrówki Serbów i Chorwatów na Półwysep Bałkański ustala Labuda na lata 622—627, a więc na czasy, w których powstało państwo Samona (623—658) na Morawach. Kwestią sporną pozostaje istnienie Białej Chorwacji i pierwotna przynależność etniczna Serbów i Chorwatów. Natomiast zdaje się nie ulegać wątpliwości, że obydwa te szczepy mówiły wschodnio-słowiańskimi narzeczami. Inaczej nie sposób wyjaśnić zupełnie zagadkowych, ogólne prawidłowości naruszających, nawiązań wschodnio-słowiańskich do języka górno-łużyckiego i czeskiego, a więc obszarów opanowanych przez Serbów i Chorwatów po przesunięciu się szlakiem podkarpackim na zachód.

Zresztą już A. A. Szachmatow przypuszczał, że Chorwaci Karpat wschodnich mówili narzeczem wschodnio-słowiańskim. Skoro istnieli Chorwaci, mówiący wschodnio-słowiańskim narzeczem nie tylko na wschodnim Podkarpaciu, lecz też i w Czechach, to musieli również w pewnym okresie zajmować też i Podkarpacie polskie, a zatem musiała istnieć Biała Chrobacja wspomniana przez Porfirogenetę. Przedmiotem sporu może być tylko — kiedy istnieć przestała. Natomiast przypuszczenie co do pierwotnie alańskiego pochodzenia Serbów uzasadnia wzmianka al-Masudiego o irańskim, a w każdym razie stepowym rytuał pogrzebowym, obejmującym też i konia, co prawda palonego, tak samo jak jego pana.
(…)

Jeśli dopuszczalne jest mówienie „o tysiącletniej tradycji państwowej, licząc co najmniej od doby Ptolemeusza (który wymienia Wieletów) do upadku i ostatecznej germanizacji Wieletów w XII wieku po Chr jak to czyni Zygmunt Wojciechowski (1951, s. 141), to co najmniej równie uzasadnione jest liczenie się z jakąś ponadplemienną integracją Lechitów (Lenchów, Lachów), czyli mówienie o państwie lechickim. Nie można przecież przejść do porządku dziennego ponad faktem, że nowsza nazwa Polaków nie wyparła dotychczas jeszcze innej nazwy, niewątpliwie dawniejszej, która występuje u ludów sąsiadujących z Polakami na północnym wschodzie, na wschodzie i na południu. Litwini oznaczają Polskę Lenkija a Polaków Lenkas, u ludu zaś ruskiego, obok starej, powszechnej, obecnie obraźliwej nazwy Ljach występuje nowa – Mazur, przenoszona też i na Małopolan, która świadczy o zetknięciu z kolonizacją mazowiecką, poprzedzającą małopolską.

Nazwa Lechów musiała być żywotna jeszcze w X wieku, skoro Węgrzy używają nazwy Lengiel, która jest jej pochodną. Turcy natomiast do swego oznaczania Polski mianem Lechistanu doszli niewątpliwie za pośrednictwem Bizancjum. Bizantyjczyk Kinamos (1118—1179) używa formy Lechoi. Nazwa Lechitów nie jest zatem wymysłem Wincentego Kadłubka, jakkolwiek została przez niego użyta przed r. 1177. Zresztą tak bardzo krytyczny Gerard Labuda (1949, s. 213) uważa, iż dokonana przez H. Gregoirea poprawka tekstu Konstantyna Porfirogenety, skażonego przez wydawcę Meursiusa, rozstrzyga ostatecznie jedną z bardzo ważnych kwestyj spornych. Uzasadnia ona wyjaśnienie P. Skoka, iż Wisłę zwaną Dicyke należy czytać Licyke, „co z kolei może oznaczać tylko „Wisłę lechicką”. Ponadto dodaje Labuda: „Wisła pozostaje Wisłą, a Zachlumianie wywodzą się z plemienia których już teraz bez wszelkich zastrzeżeń możemy zidentyfikować z Nestora Ljachami, a zapewne także Widukinda Licicaviki, których wbrew swym dotychczasowym poglądom jestem obecnie skłonny uważać nie za jakieś plemię nadodrzańskie (Lubuszanie?), ale za ogólne określenie wszystkich plemion północno(?)-polskich”. Ograniczenie przez Labudę nazwy Lechitów-Licicavików do plemion północno-polskich wymaga wyjaśnienia, zwłaszcza że całą południową rubież polskiego obszaru etnograficznego, od kotliny sandeckiej aż po górną część dorzecza Odry, na Morawach, zajmuje i teraz jeszcze szczep Lachów.

Najprostsze wyjaśnienie będzie tu polegało na przypuszczeniu, że zajęcie Podkarpacia przez Lachów stanowi rezultat ekspansji lechickiej, która tam wytworzyła zamęt odzwierciedlający się w komentarzu Kunika. Można zatem przypuszczać, że posuwający się od północy Lechici-Lasi podbili podkarpackich Chorwatów, co spowodowało odpłynięcie ich części do Czech i dalej na południe, przy czym tymi ruchami został porwany też i jeden ze szczepów polskich, zapewne lechickich — Zachlumianie — i dowędrował aż do Adriatyku. Przez wzgląd na te powiązania osiągnięcie Podkarpacia przez Lechitów (Lachów) należy datować na przełom VI i VII wieku, a momentem ułatwiającym ich ekspansję w kierunku południowym byłby zapewne najazd Awarów, którzy musieli przełamać opór Chorwatów na szlaku swoich wypraw posuwających się szlakiem podkarpackim i podsudeckim. Chorwaci, przez przejście do Czech, usunęli się im z drogi. Ekspansja Lechitów, jak można przypuszczać, przyczyniła się w ten sposób do powstania państwa Samona i do utworzenia się państw Serbów. i Chorwatów na południu. Można ponadto przypuszczać, że uderrzenie szczepów lechickich objęło nieco wcześniej Podsudecie, skoro Serbowie, występujący na południu razem z Chorwatami, przybyli tam dopiero po nieudanej próbie usadowienia się w głębi Półwyspu Bałkańskiego
W łączności z przypuszczeniami, dotyczącymi ekspansji lechickiej należy zwrócić uwagę na to, że w Latopisie kijowskim nazwa Ljachów stanowi termin ogólny, obejmujący łącznie Polan, Mazowszan, Luciców, Pomorzan, Radymiczów i Wiatyczów, a więc nie tylko północne szczepy zachodnio-słowiańskie, lecz i dwa niewątpliwie wschodnio-słowiańskie, które moim zdaniem, tak poważnie popartym przez wyniki badań Franciszka Bujaka (1948), pierwotnie zamieszkiwały Podlasie, łącznie z przyległym obszarem, leżącym na północ od Wisły. Zespolenie zaś szczepów tak różnego pochodzenia w nową całość, objętą ogólną nazwą, przemawia na korzyść przypuszczenia, że mamy tu do czynienia z uzewnętrznieniem się organizacji państwowej (lechickiej), być może opartej na podstawach federatywnych, skoro Radymicze i Wiatycze zdołali zachować swoją odrębność etniczną. Przypuszczenie ich przynależności politycznej do państwa lechickiego tłumaczyłoby w najprostszy sposób, czemu Latopis kijowski uważa te szczepy za pochodzące od Ljachów. Można by ponadto przypuszczać, że szczepy wyliczone przez Latopis stanowiły dawniejszy trzon państwa lechickiego, zaś Ślęzanie i Małopolanie (Wiślanie) zostali do niego wcieleni dopiero przez ekspansję, sięgającą po Sudety i Karpaty. Znamienne jest przy tym, że do tego pierwotnego zespołu należeli Lucice (Wieleci), wspominani przez Ptolemeusza. Zapewne należeli do niego również i Lendzaninoi Porfirogenety, zamieszkujący tyć może nie tylko Sandoimierskie, lecz też i Grody Czerwieńskie, skoro zostali wyliczeni łącznie ze szczepami ruskimi.
Jakkolwiek istnienie państwa lechickiego nie zostało stwierdzone przez źródła historyczne, nie miało ono bowiem swojego Fredegara, to jednak ściślejsza łączność języków lechickich, lechicki charakter antropologiczny ludności pierwotnego ośrodka państwowości czeskiej Przemyślidów, zachowanie się szczepu Lachów na południowej rubieży polskiego obszaru etnograficznego, a zwłaszcza oznaczanie tą nazwą Polaków przez sąsiadów nie tylko na południu, oraz wzmianka źródeł historycznych o Lachach-Licicavikach stanowią zespół poszlaki uprawniających do wnioskowania, że istniało przed Piastami państwo lechickie (…)

Lechici a Piastowie
Załamanie się hipotetycznego państwa lechickiego nastąpiło zapewne dopiero na przełomie VIII i IX wieku, przypuszczalnie jako konsekwencja uderzenia Karola Wielkiego na Słowian. Wskazywałby na to ciekawy zbieg okoliczności, iż wtedy następuje włączenie Podkarpacia i Podsudecia do państwa wielkomorawskiego. Jest ono zapewne skutkiem podówczas zaszłych zmian.

Do czasów ekspansji państwa wielkomorawskiego na południowych rubieżach obszaru lechickiego cofa nas również początek tradycji dynastycznej Piastów, jeśli uwzględnimy „trzech poprzedników Mieszka I, wymienionych w kronice Galla, których mamy prawo uważać za postacie historyczne”, jak to podkreśla Konrad Jażdżewski (1949, s. 122). Prawdopodobieństwo dochowania się do początku wieku XII dokładnej tradycji, dotyczącej pierwszych władców panującej dynastii, jest bardzo duże. (…)
Za przypuszczeniem, że podbój Podkarpacia i Podsudecia przez państwo wielkomorawskie łączył się z katastrofą państwa lechickiego, przemawia to, że późniejsza piastowska rewindykacja X wieku nie objęła całego obszaru zajmowanego przez szczep Lachów. Poza granicami ówczesnego państwa „polskiego” pozostało Moravske Laśsko stopniowo teraz wchłaniane przez obszar językowy czeski. Zachowanie się szczepu Lachów na najdalszej peryferii południowej obszaru polskiego i odcięcie jego zachodniej peryferii przez granicę etnograficzną świadczy, że Moravske Laśsko jest reliktem z czasów poprzedzających nie tylko rewindykację piastowską, lecz też i ekspansję wielkomorawskich Mojmirydów.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 11 paź 2012, 10:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://circ.nowyekran.pl/post/76376,kto-wynalazl-kolo

Wygląda na to, że to nasi przodkowie dokonali najbardziej epokowego wynalazku w dziejach ludzkości - czyli koła.

Kopia artykułu:

Kto wynalazł koło?

Obrazek

... Któżby inny ?

Koło uważa się za jeden z najbardziej prymitywnych, choć też najbardziej przydatnych wynalazków poczynionych przez ludzkość. Prawda jest taka, że wynaleziono je dopiero w okolicach roku 3500 p.n.e., a najnowsze fakty wskazują na to, że dokonano tego tylko w jednym miejscu na świecie. Prawdopodobnie w Polsce.
Odkrycie koła w żadnym wypadku nie było proste. W momencie gdy je wynaleziono człowiek potrafił już obrabiać metal, budować kanały i łodzie, a nawet tworzyć instrumenty muzyczne.

Prawdziwie rewolucyjnym pomysłem było bowiem porzucenie cylindra obracającego się na krawędzi na rzecz stabilnego koła umieszczonego na osi.
Aby jednak stworzyć coś takiego – stałą oś z obracającymi się kołami konieczne jest, aby końce tej osi były niemal idealnie gładkie i okrągłe – tak samo jak dziury wewnątrz kół. Przy tym nie mogły być one ani za duże, ani za małe. Do tego grubość osi odgrywała niezwykle ważną rolę – za cienka zmniejszyłaby znacznie tarcie, lecz jednocześnie nie utrzymałaby ciężaru pojazdu, a za gruba tworzyła za duże tarcie. Dlatego pierwsze wózki były bardzo wąskie, dzięki czemu osie mogły być cieńsze.
Cały system był na tyle złożony, że musiał zostać wynaleziony w jednym miejscu, w jednym czasie. Osoba, która go wynalazła musiała mieć dostęp do metalowych narzędzi oraz do odpowiedniego drewna. Dlatego zdaniem badaczy to właśnie rozwój ciesielstwa musiał powstrzymać to odkrycie przez tak długi czas.
Możemy być wdzięczni, że w dawnych czasach nie istniała instytucja patentu, gdyż koło i oś – jako bardzo zaawansowany wynalazek – powstało najprawdopodobniej w jednym miejscu, skąd rozprzestrzeniło się bardzo szybko po Eurazji i Bliskim Wschodzie.

Co dla nas bardzo interesujące pierwsze obrazy przedstawiające wózki z kołami zostały odkryte w Polsce – i to właśnie okolice naszego kraju są obecnie uważane za najbardziej prawdopodobne miejsce narodzin tego rewolucyjnego wynalazku (wcześniej sądzono, że nastąpiło to w okolicach dzisiejszego Iraku).
Niektórzy badacze uważają, że dodatkowo lingwistyczne dowody wskazują na wynalazcę koła jako przedstawiciela kultury trypolskiej (tereny dzisiejszej Ukrainy). Do tego to właśnie tam odnajduje się bardzo wiele małych modeli przedstawiających kołowe wózki.
Źródło: livescience

Datowanie znalezionych kości zwierzęcych w Bronocicach wykonano w Laboratorium Radiowęgla w Groningen w Holandii. Uzyskano dla nich datę 3635 - 3370 BC, co odpowiada relatywnie chronologii faz rozwoju osady w Bronocicach i oznaczenia wieku unikatowego naczynia z piktogramami.
Bezwzględne datowanie zabytku ma duże znaczenie, gdyż świadczy o tym, że rysunki na wazie z Bronocic są najstarszym, jednoznacznym dowodem używania wozu odkrytego dotąd na obszarach Starego Świata, od wybrzeży atlantyckich po Azję Centralną i pochodzą sprzed 5500 lat.
Utrwalone na wazie wozy z Bronocic są także wcześniejsze od kredowego modelu koła, odkrytego w 1974 r. przez ekspedycję holenderską na stanowisku Jebel Aruda, nad środkowym Eufratem w Syrii. Ten przedmiot datowano trzema oznaczeniami C 14: 3340-3105 BC, 3340-3040 BC oraz 3335-2890 BC, a więc wozy z Bronocic są również starsze od tego zabytku!


http://www.bronocice.dzialoszyce.info/waza.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 27 sty 2013, 01:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Jak bezczelnie zakłamuje się historię Słowian wykazał prosto i logicznie w 1887 roku pan Bogusławski w swoim dziele "Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej"

Dla przykładu wskażę na Kalisz, nazwę którego erudyci uważają za keltycką przez Słowian przyjętą. Nie wierząc temu i będąc przekonanym, że Słowianie nad Prosną siedzieli wcześniej, niż Ptolemeus w r. 161 zapisał nazwę Kalisza, zapytałem naszą mowę: zkąd się wziął Kalisz? Mowa odpowiada: Kalisz otrzymał nazwę od kaliska, miejscowości podmokłej, bagnistej, jakich dużo było za czasów Ptolemeusa, a znajdzie się i teraz niemało na porzeczu Noteci i w Prusach Zachodnich, gdzie jest kilkanaście osad z nazwami: Kaliska, Kaliszany, Kalisze i.t.d. Z mowy więc dowiadujemy się, że przed Ptolemeusem nad Prosną bytował ten sam lud, który zbudowawszy nad błotem Kalisz, pozostał na miejscu aż dotąd. Mogą więc być pewni Kaliszanie, że grodu, który ich przodkowie nad kaliskiem zbudowali, erudycya nie wydrze im na korzyść Keltów lub Niemców. Takich przykładów można znaleźć niezliczoną ilość, chodzi tylko o wyrzeczenie się zacofanej erudycyi i przejścia na drogę poszukiwań racyonalnych, bez wszelkich a priori uprzedzeń.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 01 lut 2013, 13:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://info.wiara.pl/doc/1436428.Jestes ... -4-tys-lat

Badania DNA rozbiły w puch i pył niemieckie kłamstwa na temat Słowian. Niemiecka haggada wbrew wielu licznym dowodom, w tym lingwistycznym, głosiła, że to Germanie od wieków zasiedlali ziemie od Renu do Wisły lub nawet dalej, a Słowianie wedle tej haggady mieli wyrosnąć gdzieś na błotach i jako dzika dzicz pojawić się nagle, nie wiadomo skąd w VI wieku w całej Europie. Badania genetyczne okazały się tak dobitne, że prawda poprzez opary kłamstw zaczyna przebijać się do oficjalnych mediów. To zdumiewające, że w polskich podręcznikach wciąż obowiązuje niemiecka haggada, choć jej kłamliwość udowodniona została przez polskich uczonych, a także przez uczciwych niemieckich badaczy już w XIX wieku.

Trzeba było aż badań genetycznych by to, co od dawna było oczywiste dla osób myślących, mogło wyjść z cienia, w którym pogrążały prawdę o Słowianach niemiecka i żydowska potęga polityczno-finansowa.

Rzekoma starożytna przynależność ziem polskich do Germanów była ideologiczną podstawą dla słynnego "Drang nach Osten".

Kopia artykułu:

Jesteśmy tu od 4 tys. lat?
DODANE 2013-01-25 07:30

Wbrew opinii części archeologów, Słowianie nie musieli zasiedlić Europy dopiero we wczesnym średniowieczu. Niektórzy przodkowie Słowian mogli mieszkać w Europie już 3- 4 tys. lat temu - sądzą naukowcy z Bydgoszczy, którzy badają zróżnicowanie DNA Słowian.

Obrazek
Jesteśmy tu od 4 tys. lat? Ludek / CC-SA 3.0 Czy Prasłowanie żyli w grodach podobnych do Biskupina?


Badania nad historią Słowian na podstawie mitochondrialnego DNA (mtDNA) przeprowadzili badacze z Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy. Wyniki ich badań opublikowano w styczniu w magazynie "PLOS ONE".
"Wchodzimy w pewną dyskusję z archeologami, którzy w znacznej większości utrzymują, że etnogeneza Słowian to sprawa stosunkowo niedawna. Według nich Słowianie jako ethnos pojawili się w Europie dopiero we wczesnym średniowieczu. Wnioski takie mogą wynikać z obiektów kultury materialnej odnajdywanych w Europie. Tymczasem my na podstawie badań genetycznych stwierdziliśmy, że niektórzy przodkowie Słowian pojawili się w Europie znacznie wcześniej - nawet 4 tys. lat temu" - opowiada w rozmowie z PAP członek zespołu badawczego, prof. Tomasz Grzybowski z CM UMK.
Badania przeprowadzono na próbkach pobranych od 2,5 tys. osób z różnych współczesnych populacji słowiańskojęzycznych. Byli to zarówno Polacy, Czesi, Słowacy, Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy, jak i Chorwaci, Serbowie i Słoweńcy.
"Koncentrowaliśmy się na mitochondrialnym DNA. To DNA które jest dziedziczone tylko w linii żeńskiej. Matka przekazuje więc swoje DNA potomstwu, a jej córki przekazują je dalej. Nie dochodzi w nim do rekombinacji materiału genetycznego, a więc nie ma w nim domieszki materiału ojcowskiego. Jedyne zróżnicowanie mtDNA zawdzięcza mutacjom, które się gromadzą w miarę upływu czasu. Jak patrzymy na dziedziczenie mitochondrialnego DNA w skali ewolucyjnej, można wykreślić coś w rodzaju drzewa genealogicznego, które stanowi czystą matczyną genealogię" - wyjaśnia prof. Tomasz Grzybowski.
Dodaje, że w mtDNA znajduje się tylko trzynaście genów kodujących białka, które nie mają wpływu na nasze zewnętrzne cechy - są to informacje dotyczące oddychania komórkowego.
Genetycy we współczesnej puli mtDNA wydzielają tzw. haplogrupy, czyli grupy cząsteczek z pewnymi określonymi mutacjami, wywodzące się od wspólnego przodka. Haplogrupy powstały w określonym miejscu i czasie - każda miała swoją "założycielkę".
"Dzięki znajomości tempa mutacji w mtDNA staraliśmy się określić, kiedy dane haplogrupy powstały. Na podstawie wieku ewolucyjnego tych haplogrup wyciągnęliśmy pewne wnioski dotyczące pochodzenia populacji środkowo-wschodniej Europy" - zaznaczył badacz z CM UMK.
Naukowcy doszli do wniosku, że niektóre podhaplogrupy mają podobny środkowo-europejski rodowód, a ich wiek ewolucyjny jest zaawansowany. "Jesteśmy w stanie wskazać kilka takich, które powstały kilka tysięcy lat temu" - zaznacza badacz.
"Rodowód" powstały na podstawie mtDNA można spróbować skonfrontować z innymi danymi dotyczącymi etnogenezy Słowian - zgromadzonymi przez archeologów, językoznawców czy historyków.
Prof. Grzybowski wyjaśnia, że eksperci nie są zgodni co do pochodzenia Słowian.
Zwolennicy autochtonizmu Słowian uważają, że przodkowie Słowian byli w Europie Środkowej przynajmniej od epoki brązu i żelaza. Ku tej teorii skłania się prof. Grzybowski.
Z kolei allochtoniści, czyli migracjoniści twierdzą, że Słowianie pojawili się w Europie stosunkowo niedawno - w 3-4 w. n.e. - w dorzeczu Dniepru, Prypeci i Prutu, czyli na terenach dzisiejszej Ukrainy - i stamtąd mieli gwałtownie migrować na tereny środkowo-wschodniej Europy. "Ale tego nie widać w naszych danych. Odnajdujemy tam komponenty puli mtDNA Słowian, które były obecne w Europie Środkowej już w epoce brązu, więc przynajmniej w 3 tysiącleciu p.n.e." - przyznaje Grzybowski i wyjaśnia, że mutacje odnajdowane u Słowian musiały powstać w Europie już w starożytności.
"Przez badania genetyczne nie wyjaśniamy zagadek kulturowych. Pula genowa to jedno, a kultura materialna to może być coś odrębnego. Nie kwestionujemy, że u schyłku starożytności miały w Europie miejsce pewne przemiany kulturowe, ale twierdzimy, że tym przemianom niekoniecznie musiały towarzyszyć pewne migracje ludności, czy zmiany demograficzne, takie jak gwałtowna ekspansja" - komentuje badacz.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 02 lut 2013, 13:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Pan profesor Wilhelm Bogusławski udowodnił na podstawie nazw rzek, gór czy innych punktów topograficznych, że wszystkie te nazwy od Renu na wschód mają pochodzenie słowiańskie, świadczące o tym, że Słowianie mieszkali tu od tysięcy lat. Kronikarze rzymscy wszystkie ziemie na wschód od Renu nazwali Germanią, nie zważając na to, jakie ludy tam mieszkają. Ludy ze Skandynawii zaczęły intensywniej napływać i osiadać w okolicach od Jutlandii po ujście Renu dopiero po urodzinach Jezusa Chrystusa - w początkach naszej ery stworzyli sobie podstawę do dalszych podbojów na odległej północy, w okolicach ujścia Renu. Później ludy te na siebie przyjęły nazwę Germanów, tworząc zamieszanie pojęciowe, które trwa do dziś. Bo w czasach Juliusza Cezara ten walcząc z Germanami nie mógł walczyć z ludami znanymi nam dziś pod tą nazwą. Były to ludy słowiańskie zamieszkujące krainę nazwaną przez Rzymian Germanią, czyli krainę leżącą na wschód od Renu. Ludy skandynawskie, wykorzystując niesnaski między plemionami słowiańskimi, w ciągu kilku wieków (od I do VI wieku po Chrystusie), startując od tegi cypelka koło ujść Renu i Jutlandii, opanowały większość ziem między Renem a Łabą, tworząc podstawę pod narodziny Niemiec. Ludy te na siebie przyjęły miano Germanów i dzięki temu kłamstwu do dziś skutecznie fałszowali historię. Dopiero w XXI wieku badania DNA obaliły ich kłamstwa. Pierwotni mieszkańcy krainy zwanej przez Rzymian Germanią to byli Słowianie. W drugiej połowie XIX wieku nie tylko pan Bogusławski to odkrył, analizując pochodzenie językowe nazw geograficznych - odkryło to wielu innych polskich uczonych. Ich odkrycia potwierdziło też wielu niemieckich uczonych, kierujących się prawdą, a nie politycznym interesem Niemiec, pragnących mieć historyczne uzasadnienie dla swego parcia na wschód. Mimo iż w XIX wieku udowodniono, że Germanię pierwotnie zamieszkiwali Słowianie, kłamstwo trwało niewzruszone, jako oficjalna wykładnia historii. Wciąż to kłamstwo umieszczone jest w dzisiejszych podręcznikach historycznych w polskich szkołach. Nasze dzieci nadal uczą się niemieckich kłamstw o swych najdawniejszych dziejach.

Fragment książki profesora Wilhelma Bogusławskiego "Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do połowy XIII wieku", wydanej w 1887 roku.

1. Napływ ze Skandynawii Teutonów na ziemie słowiańskie.

Na kilka wieków przed Chr. w środkowej Europie dwie głównie narodowości byt swój rozwijały: Kelty i Sowianie. Granice zetknięcia tych dwóch narodowości, stanowiły: góra Mont-Blanc, jezioro Lemaskie (Genewskie), łańcuchy gór: Jura i Wogezów. Wówczas Ren od jego źródeł aż do ujścia Mohanu, a może i dalej ku północy podmywał słowiańskie posady, które oparłszy się o góry Bukowiskie (Bacenis silva), zwracały porzeczem Wełtawy (Fuldy) na porzecze Wezery, pomykając się ku brzegom morza Północnego, ujściom Łaby, a do Jutlandyi i archipelagu bałtyckiego. Od gór Jury ku wschodowi posady Słowian ciągnęły się daleko za Wisłę, w niewiadome przestrzenie, a na poudnie sięgały brzegów Pontu, Adryi i wierzchowin Tybru w Italii. Dunaj płynął wówczas przez sam środek Słowiańszczyzny. Pomiędzy Keltami i Słowianami, nad dolnym Renem i na pobrzeżach morza Północnego gnieździły się plemiona teutońskie, mniej liczne od sąsiednich i szczupłą terytoriję zajmujące. Plemiona te, o ile z dziejów dostrzegać się daje, powstawały z napływu ludności Skandynawskiej, o czem już w I wieku wiedzieli starożytni, twierdząc, że aż do Skandynawii sięgały siedziby Teutonów. Sagi skandynawskie przechowały pamięć o Skandynawii jako o ojczyźnie wszystkich niemieckich ludów, a także o wysiedleniu się ich ze Skandynawii do Germanii i nad Dunaj. Późniejsze wypadki od I do X wieku wskazują na ciągłe wysiedlanie się ludności ze Skandynawii, co tak było dokładnie starożytnym wiadome, że Jornandes nie wahał się Skandynawię za „kolebkę ludów" uważać. Teraźniejsi uczeni niemieccy sami upewniają, że ludy germańskie (niemieckie) ze Skandynawii, jak z gniazda rozbiegały się w rónych kierunkach. Wychodźtwo ze Skandynawii ludności w ciągu najmniej dziesięciu wieków, wywarło stanowczy wpływ na rozwój Europy. Fakt ten jest wiadomy i niezaprzeczony ! Ale historya winna objaśnić powody podobnego wysiedlania się ludności. W tym względzie wypada nam zwróci uwagę na naturę kraju. Jak teraz, tak i przed dwoma tysiącami lat, Skandynawia, pełna skalisk i moczarów, kraina mroźna, pół roku zasypana śniegami, pół roku prawie pod obłokami zamglonemi, silnym północnym wiatrem i zawieruch — niewidząc słońca, skazana na długie nocy, pozbawiona wielu rolin potrzebnych dla ludzi, jakże ciężkie warunki przedstawiała dla rozwoju pierwotnych ludów, nie znajdujących środków do podniesienia rolnictwa i przemysłu? O tem wszystkiem wiedzieli już starożytni, a jednak prawili o wielu ludach w Skandynawii wzrosłych. Podania ich stwierdzają się świadectwami geologicznemi, o zaludnieniu Skandynawii w bardzo odlege wieki, lecz jakie to życie było: walka ciągła z naturą o zabezpieczenie siebie od zimna i głodu. Łowiectwo leśne i wodne stanowiło główne zajęcie, sposób wyżywienia się. Głód zmusza ludzi nie tylko z prostego stanu, ale nawet szlachetnie urodzonych do zaprzedawania się w niewolę. Widok teraźniejszych Laponów i Samojedów, żywiących się niemal wyłącznie mięsem reniferów, w ich skóry odzianych, w namiotach z ich skór sporządzonych na śniegach i lodach — żywot pędzących, a zawsze w towarzystwie psa, jako stróża domu i pomocnika w łowach, jake żywo przypomina nam smutny obraz życia starożytnej Skandynawii.

Warunki życia i wpływ natury wytworzyły szczególne usposobienia ludności. Głód i nędza pędziły ją do łowiectwa i pasterstwa, a gdy te nie wystarczały na lądzie, do szukania zdobyczy w morzu, do czego mnóstwo zatok i przyległe wyspy wielce pomagały. Dorosła młodzież nie tylko z ochoty, lecz i z konieczności, a często wypędzana z domu przez rodziców z obawy głodu, puszczała się na dalekie po morzu wędrówki. Było nawet we zwyczaju wypędzanie młodzieży całemi gromadami, z obawy przepełnienia ludności. Z takich banitów zawiązywały się towarzystwa piratów dla których celem i najwyższym zaszczytem stawały się łupież cudzego mienia, zajęcie stanowiska na obcej ziemi. Podania o bohatyrskich czynach tych rozbójników, przechodząc z pokolenia do pokolenia w powieści i poezyi, — usposobiały umysł ludności do śmiałych przedsięwzięć, rozwijały charakter wojowniczy, wytrwały, gotowy na wszelkie trudy i przygody w nadziei dobrego bytu i sławy Z takich żywiołów tworzyły sie bandy awanturników, które jeszcze w przed-Chrystusowe czasy, przerzucając się z wyspy na wyspę archipelagu duskiego, dotarły do Jutlandyi i ujścia Łaby. Ale w pierwszych już wiekach po Chr. podobne bandy Saksonów, jak świadczą dzieje, przybywały na brzegi Germanii przez morze.

Pobrzeża morza Północnego, na których pierwotnie osiadały plemiona teutońskie, od Renu do Łaby dziś jeszcze przedstawiają krainę nizką, piasczystą, pełną jezior, rzek i moczarów, a cóż było wtedy, gdy usiłowaniem ludzkiem wzniesione tamy na brzegach Holandyi i Niemiec, nie wstrzymywały bałwanów morskich, gdy kanały, osuszenie moczarów, zasypanie wielu jezior, nie zmniejszały rozlewu wód, gdy lasy nie wytrzebione pomagały do utrzymywania się wilgoci, gdy w ogóle ląd na kilkanaście stóp był niższy niż teraz? Niedawno jeszcze koło Hanoweru leżała nieurodzajna pustynia, dopóki przemysł ludzki nie uprawił jej i nie ożywił miejscowości. O ile gorzej byo przed kilkunastu wiekami, gdy lada wylew morski groził pochłonięciem ludności, gdy całą przemysłowością człowieka było wytężenie się na zdobycie jakiegokolwiek pożywienia, nie już chleba, którego w tej stronie wcale nie było, lecz przynajmniej ryb, ostryg, ślimaków. A że tak było w istocie, o tem świadczy Plinius naturalista, który podczas pobytu w kraju Chauków, patrzał na nędzę mieszkaców, pozbawionych nie tylko bydła i rolnictwa, lecz i żywności dla utrzymania jakiegokolwiek żywiołu. Codzienne przypływy morza, potokiem wód szumiących zalewały okolicę, mieszkańcy której chroniąc się do swych lichych chatek, bawili się w około nich połowem ryb, które im morze na pożywienie przysyłało. Kraj Chauków między Wezerą i Ems położony, niegorszy był od sąsiednich pobrzeży aż do ujścia Renu, gdzie także bagnisk, brodów i niepodobnych do przebycia dróg nie brakowało.

Tylko jakaś wielka niedola mogła zapędzić ludność na te biedne pobrzeża, bo miejscowości dogodniejszych dla osiedlenia się w starożytnym świecie było więcej niż teraz. Widocznie, że w Skandynawii było jeszcze gorzej, jeśli Teutoni zmuszeni byli w tych biednych i błotnistych okolicach szukać lepszego losu. I nie omylili się z tego stanowiska umiechała się nadzieja złupienia bogatej Gallii i opanowania osad wzniesionych i uprawionych pracą Słowian! Ten cel dwojaki stał się hasłem Teutonów w niepamiętne czasy, przysługiwał im pomyślnie kilkanaście wieków, zachęcając do dalszych usiłowań.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Słowianie
PostNapisane: 02 lut 2013, 18:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://bialczynski.wordpress.com/2013/0 ... z-ariowie/

Adam Smoliński – Czy obecni Germanie to też Ariowie?
Posted in nauka, Słowianie, Wiara Przyrody by bialczynski on 19 Styczeń 2013

Jeszcze jedna sprawa mnie intryguje i nie daje spokoju.
Zgodnie z zakładaną tezą – udowodnioną przez genetykę i językoznawstwo:

1.Jeżeli haplogrupa R1a wyodrębniła się około 20 – 18 tys. lat temu, w okolicach Ałtaju.
2.Jeżeli lud hg R1a, ok. 13 – 10 tys. lat temu, przeszedł środkową Azją w okolice północnych brzegów Morza Czarnego. Tu spotkał ludy Staroeuropejskiej hg I1 i I2 oraz razem z nimi zaczęli tworzyć kulturę Prasłowian oraz język Prasłowiański. Północna Europa – do Karpat, północna Azja – do południowego Uralu, były zajęte lodowcem kontynentalnym. Ludy hg R1a + I2 + I1, wspólnie podjęły ekspansję terenów południowej Europy (nie objętej lądolodem) oraz Małej Azji.

Obrazek
zasięg zlodowaceniazasieg_zlodowacenia – http://www.wiking.edu.plarticle.phpid=285


3.Jeżeli, w tym samym czasie, część ludu hg R1a, z okolic Ałtaju poszła na południe, w kierunku Indii oraz z tamtejszymi ludami rozpoczęli tworzyć kulturę Pradrawidyjską.
4.Jeżeli, ok. 17 – 16 tys. lat temu, wyodrębniła się w okolicach Ałtaju haplogrupa R1b oraz następnie lud ten poszedł na południe Azji, w kierunku obecnego Iranu. Następnie, lud ten przeszedł przez Małą Azję, Cieśninę Bosfor, południem Alp i dotarł do obecnej Francji (ok. 5 – 4 tys. lat temu). Po drodze i na terenie obecnej Francji, lud hg R1b napotkał ludy Staroeuropejskiej hg I1 i I2 oraz razem z nimi zaczął tworzyć kulturę Praceltów.
5.Jeżeli ludy haplogrup R1a oraz R1b, na terenie okolic Ałtaju, posługiwały się tym samym językiem oraz język ten zachowały przez długi czas mimo rozejścia się w różne kierunki świata. Prajęzyk ten nazwano Indoeuropejskim, z którego ma się wywodzić większość języków europejskich. Z założeniem, że lud hg I1 i I2, posiadając własny język (nieindoeuropejski), miał ogromny wpływ na tworzenie się języków kultur Prasłowian i Praceltów.
6.Jeżeli (ok. 9 – 8 tyś. lat temu) ustępujący lądolód, pozwolił ludom hg R1a + I2 + I1 (Prasłowian) na ekspansję w kierunku północnym Europy (Białego Lądu), do Bałtyku (Błotyku) i dalej do Skandynawii (Skonu Nawii – miejsca skonania). W czasie tym, lud ten, osiedlił się na dobre, zajmując środkową, zachodnią oraz część wschodniej Europy. Ekspansja w głąb północnej Azji była jeszcze nie możliwa, lądolód dłużej tam topniał. Następnie, lud ten, na nowych terenach, zaczął tworzyć nowe kultury, lecz nadal oparte na kulturze Prasłowiańskiej, z nad Morza Czarnego.
7.Jeżeli, ok. 6 tyś. lat temu, ocieplenie klimatu północnej Azji pozwoliło na ekspansję i część ludu hg R1a + I2 (już Prasłowian) wywędrowało ze środka Europy w kierunku północnej i środkowej Azji, tworząc na południu Uralu ośrodki takie, jak Arkaim (Arka Jama – Jama Arki). Lud ten nazywał siebie Ariami – Szlachetnymi. W następstwie zmian klimatu, lud ten przesiedlił się na południe Azji, tworząc takie ośrodki jak Gonur, a następnie rozpoczął ekspansję w kierunku rzeki Indus i drawidyjskich Indii. Nacierający lud, nadal nazywał siebie Ariami (zanotował to język i starożytna literatura Sanskrytu). Do dzisiaj ludność Indii wie, kto to byli i są Ariowie. Znam to z własnego doświadczenia, jakie wrażenie robi miano – Aria.
8.Jeżeli lud hg R1b wkroczył do Europy południowej i zachodniej, ok. 1000 lat później po ekspansji ludu hg R1a na te tereny oraz już po wyjściu części Prasłowian do Azji. Lud hg R1b napotkawszy w Europie lud hg I1, stworzył z nimi kulturę Celtycką (Skiełtów – Galów).

Sumując:
1.Jeżeli te powyższe punkty są prawdziwe i są udowodnione oraz udowodnialne przez inne źródła, to obecne nazywanie większości języków europejskich – indoeuropejskimi jest prawidłowe. Języki te posiadają swoje jedno praźródło w postaci prajęzyka haplogrupy R, z nad ałtajskich okolic Azji. Ten prajęzyk rozprzestrzenił się poprzez ekspansję hg R1a, a następnie hg R1b. Prajęzyk hg R, po spotkaniu w Europie z językiem hg I, otrzymał nową jakość w postaci dwóch różnych języków – Prasłowiańskiego oraz Praceltyciego.
2.Jeżeli tylko grupa ludu hg R1a + I2 (Prasłowian), która wywędrowała ze Środkowej Europy w kierunku Azji Środkowej, nazywała siebie Ariami, to miano Aria było nazwą własną ludu hg R1a + I2 (Prasłowian), głównie z Europy Środkowej.

Zatem, jeżeli w czasie wyjścia części Prasłowian w kierunku Azji, w Europie nie było jeszcze Celtów, to nazywanie Celtów ludem aryjskim jest nie prawidłowe. Celtowie w tym czasie nie znali tej nazwy, a więc sami siebie też tak nie mogli nazywać. Podobnie, rzecz się ma z Germanami (w ujęciu współczesnym). W ujęciu współczesnym, Germanie, jako lud hg R1a + I1 + R1b powstał ok. 1,5 lat po wkroczeniu Celtów do Europy. Można jedynie mówić, że w pewnym sensie, współcześni Germanie powstali ze zmieszania z Aryjczykami.

Zatem jedynym ludem, który ma prawo mówić, że są potomkami Ariów, są Słowianie. Mieszanka hg R1a + I2, posługująca się językiem słowiańskim. Język słowiański jest językiem indoeuropejskim, a jednocześnie językiem Ariów, czyli językiem aryjskim. Inne języki indoeuropejskie niż słowiański, już nie są językami aryjskimi, lecz są tylko z nim spokrewnione.

Zatem, Niemcy, Anglicy, Francuzi, Hiszpanie, Norwedzy, Szwedzi nie są stricte Aryjczykami, a jedynie są z nimi spokrewnieni poprzez zmieszanie.
Pojęcie o aryjskości Germanów (Niemców, Anglików, Norwegów, Szwedów) powstało pod koniec XIX w. i na początku XX w. Nowo powstające państwo niemieckie usilnie poszukiwało mitu założycielskiego. Powracający z Indii geografowie niemieccy, przywieźli informacje o mitach krążących wśród hindusów. Mity i starożytna literatura hinduska informowała, że w zamierzchłych czasach Indie podbił szlachetny lud o imieniu Ariowie.

Lud ten pochodził z dalekiego zachodu i stworzył w Indiach wspaniałą cywilizację. Stworzył on również starożytny język Indii – sanskryt, który powstał na podstawie języka Ariów. Badania językoznawcze szybko potwierdziły zbieżność sanskrytu z językami germańskimi, a zwłaszcza z językiem niemieckim. Języka słowiańskiego w tych badaniach nie brano pod uwagę, w mniemaniu badaczy był to język barbarzyński. Tylko języki germańskie mogły nieść cywilizację.
W tym czasie, największe i najbogatsze ośrodki badawcze, znajdowały się w Berlinie. Propaganda pruska – niemiecka szybko podjęła temat Ariów i wypromowała przekonanie, że Ariami byli Germanie i jest to najszlachetniejsza krew, najszlachetniejsza rasa, Rasa Panów Świata. Dodatkowo propagandę podsyciły doniesienia Heleny Pietrowny Bławackiej o tajemniczej krainie w Tybecie – Szambali.

Temat aryjskości Germanów i wyższości tej rasy panów, podjęła propaganda hitlerowska.

III Rzesza wysyłała do Tybetu i Indii ekspedycje badaczy, które miały potwierdzić powyższą tezę. Anglikom, Norwegom, Szwedom, widzącym siebie jako Germanów, bardzo odpowiadała teza wyższości rasy aryskiej – rasy panów świata. Teza ta zawsze wspierała i uzasadniała wszelkie działania „narodów germańskich”.
Dzięki propagandzie hitlerowskiej, po II wojnie św., wszyscy lgnęli do idei aryjskości narodów germańskich.

Dopiero później okazało się z badań językoznawczych, że język słowiański również jest językiem indoeuropejskim i to językiem najstarszym wśród nich.
Genetyka XXI w. niestety zweryfikowały wszystkie tezy o aryjskości Germanów i o ich rasie panów. Germanie (w rozumieniu współczesnym) okazali się po prostu mieszańcami i to jeszcze z tak przez nich znienawidzoną rasą hebrajskiej hg J. Okazuje się, że coś takiego jak rasa Germanów nigdy nie istniało oraz tym bardziej coś takiego jak lud germański nie był w Tybecie i Indiach jako Ariowie. Genetyka XXI w. wręcz wskazała, iż lud o mianie Ariowie, który podbił Indie, to lud hg R1a – Słowianie.

Zatem, tylko Słowianie, albo przede wszystkim Słowianie mają pełne prawo do aryjskości i miana Ariów. Pomijając oczywiście wszelkie wypociny badaczy niemieckich o wyższości rasy panów.

Pozdrawiam

Adam Smoliński


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 203 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5 ... 14  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /