Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 399 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26, 27  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 09 lis 2015, 12:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=30899

Powstańcze Biogramy/9 listopada – Adam Brodzisz
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Adam Brodzisz w filmie "Na Sybir", źródło: Fototeka FN

Adam Brodzisz

pseudonim "Bonza"
data urodzin 1906-02-18
data śmierci 1986-11-09


Stopień
kapral

Miejsce urodzenia
Lwów

Imiona rodziców
Paweł – Maria

Wykształcenie i praca do 1939r.
Uczęszczał do Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczego we Lwowie (matura w 1926). W 1927 roku ukończył Instytut Filmowy im. Biegańskiego w Warszawie. Zwycięstwo w konkursach "fotogenicznych twarzy" przyniosło mu angaż do filmu. Szybko zdobył popularność, miał propozycję wystąpienia w filmie południowoamerykańskim, lecz odmówił, ze względu na nieznajomość języka. Zaangażowano go za to do polskich wersji filmów realizowanych przez Paramount Pictures w Joinville, koło Paryża. W 1931 wraz z Michałem Waszyńskim i Eugeniuszem Bodo założył Wytwórnię "B-W-B". Do wybuchu wojny zagrał w 19 filmach. Wystąpił m.in. w: "Na Sybir" (1930, reż. H. Szaro), "Dziesięciu z Pawiaka" (1931, reż. R. Ordyński), "Młody las" (1934, reż. J. Lejtes), "Bohaterowie Sybiru" (1936), "U kresu drogi" (1939, reż. M. Waszyński).

Praca w latach 1939-1944
W latach okupacji niemieckiej pracował jako kelner w stołecznej kawiarni "Napoleonka", a następnie do lipca 1944 w biurze "Sandia".

Oddział
Komenda Główna Armii Krajowej – pułk "Baszta" – kompania saperów

Szlak bojowy
Mokotów – nadzorował budowę barykad i umocnień.

Losy po Powstaniu
Wyszedł z Warszawy z ludnością cywilną; osiadł wraz z żoną w Zakopanem, gdzie wspólnie prowadzili pensjonat "Brodziszówka".

Losy po wojnie
Po wojnie nie znalazł zatrudnienia w raczkującej państwowej kinematografii – zagrał jedynie epizody w dwóch filmach. W latach 1946-1950 był dyrektorem i aktorem teatru objazdowego, a w latach 1950-1955 aktorem Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. W czerwcu 1961, wraz z żoną wyjechał ze "Skizem" Gabrieli Zapolskiej na gościnne występy do USA, a po zakończeniu tury oboje podjęli decyzję o emigracji. Osiedlili się w Los Angeles i zajmowali hodowlą szynszyli, a Brodzisz pracował także jako rysownik w firmie komputerowej. Po przejściu na emeryturę przenieśli się do Desert Hot Springs Sky Valley, gdzie wybudowali własny dom. Po śmierci żony (1981) przeniósł się do Desert Hot Spring.

Miejsce śmierci
Desert Hot Springs, California, USA; w kwietniu 1988 pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie (kwatera Jb-6-3).

Źródła
Maśnicki J., Stepan K.: "Pleograf". Warszawa, 1996.


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 10 lis 2015, 19:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=30932

Powstańcze Biogramy/10 listopada – Jadwiga Obretenny
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



Jadwiga Obretenny

pseudonim "Jaga"
funkcja sanitariuszka
data urodzin 1925-11-10
data śmierci 2011-08-16



Stopień
strzelec

Numer legitymacji AK
12344

Miejsce urodzenia
Janów Lubelski

Imiona rodziców
Michał – Regina z domu Lebiedowska

Udział w konspiracji 1939-1944
W konspiracji od lutego 1942 roku – Armia Krajowa – IV zgrupowanie "Gurt"

Oddział
Armia Krajowa – IV zgrupowanie "Gurt" – 2 kompania – pluton 140 – patrol sanitarny "Dudy".

Szlak bojowy
Śródmieście Północ

Losy po Powstaniu
Patrol "Dudy” ("Duda", "Jaga”, "Oleńka"), zgłasza się po upadku Powstania do szpitala polowego, który mieścił się w tym czasie w podziemiach budynku Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Stąd w I połowie października zostają wywiezione do III Rzeszy. 10.10.1944 r. trafiają do Mühlberg an der Elbe – Stammlager IV B/ Stalag IV H bei Zeithain. "Jaga” pracuje w szpitalu dla jeńców wojennych – Lazarett für die Kriegsgefangenen. Pułkownik Leon Sztrel był komendantem szpitala ze strony polskiej, jego zastępcą był płk. Bentkowski. 26.04.1945 obóz zostaje wyzwolony przez Armię Czerwoną. "Jaga” podejmuje udaną próbę ucieczki na tereny zajęte przez Amerykanów. Z Mühlberg uciekają ("Duda”, "Jaga”, Halina Ogonowska, "Oleńka”) na rowerach do Torgau. Tu się rozdzielają – "Duda” i "Oleńka” trafiają do Francji. Natomiast "Jaga” i Halina Ogonowska do Nordheim. Stąd "Jaga” rusza już sama do Murnau, a stamtąd dalej do San Giorgio we Włoszech.

Numer jeniecki
299547

Rodzina walcząca w Powstaniu Warszawskim
Brat – Jerzy ps. "Georg I", żołnierz III zgrupowania "Konrad" na Powiślu, kuzyni: Kazimierz Jędraszko ps. "Złobicz", żołnierz III zgrupowania "Konrad", Wanda Jędraszko ps. "Duda", sanitariuszka-patrolowa w IV zgrupowaniu "Gurt", Maria Jędraszko ps. "Myszka", sanitariuszka w IV zgrupowaniu "Gurt", poległa 11 września 1944 r. na ul. Chmielnej

Losy po wojnie
Po wyzwoleniu z niewoli od 7.08.1945 r. do 3.06.1947 r. przebywała na terenie Włoch: w San Giorgio, wcielona do II Korpusu Polskiego i skierowana do obozu przejściowego w Macerata; z obozu przejściowego dostała skierowanie do III Szpitala Wojennego w Senigali (20 km od Ankony); wraz z tym szpitalem zostaje przeniesiona do Anglii. W okresie od 04.06.1947 r. do 15.03.1948 r. przebywa na terenie Zjednoczonego Królestwa: pracuje w szpitalu wojskowym w Dumpling Castle (komendantem szpitala był płk. Mazanek). W związku z likwidacją szpitala zostaje przeniesiona do I Polish Hospital Taymouth Aberfeldy West Perthshire, a następnie przechodzi do szpitala cywilnego Law Junction Hospital Carluke, gdzie pracuje do 15.03.1948. Tu składa wniosek o repatriację. Od 16.03.1948 r. przebywa w obozie przejściowym T.R.C. Rep. CAMP Cumnock Okręg Ayrshire. Wraca do kraju 10.06.1948 r. ostatnim transportem wojskowym z South Hampton (03.06.1948) do Gdyni. Po powrocie ma ogromne problemy ze znalezieniem pracy. Ostatecznie udaje jej się zatrudnić na stanowisku pielęgniarki w Przychodni Centralnego Przemysłu Węglowego w Katowicach.

Odznaczenia
Odznaka Pamiątkowa II Korpusu Polskiego (nr 101143, podpisana przez gen. Władysława Andersa, 09.12.1946), Krzyż Walecznych po raz I, (nr 512/B.P.02.10.1944), Krzyż Armii Krajowej (nr 6505, Londyn 29.09.1969), Medal Wojska po raz I, II, III (nr 15530 – podpisane przez gen. bryg. Tadeusza Pełczyńskiego, zastępcę Dowódcy Armii Krajowej, 25.09.1969), Odznaka Grunwaldzka (nr 223098, 01.10.1958), Medal Zwycięstwa i Wolności (F-14507, 18.09.1961), Medal za Warszawę (nr I-63283, 30.07.1964), Brązowy Medal za Zasługi dla Obronności Kraju (nr legitymacji B-25540, 02.10.1967), Krzyż Partyzancki (nr 192-74-53, 03.04.1974), Srebrny Medal za Zasługi dla Obronności Kraju (nr legitymacji S-36607, 10.10.1974), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (nr 2945-75-57, 17.12.1975), Warszawski Krzyż Powstańczy (nr 4-82-103K, 13.01.1982)

Miejsce śmierci
Bytom


źródło: www.1944.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 15 lis 2015, 11:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31020

Powstańcze Biogramy/14 listopada – Andrzej Stanisław Kostecki
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Andrzej Stanisław Kostecki

pseudonim "Zjawa"
data urodzin 1924-11-14
data śmierci 1987-06-02



Stopień
kapral podchorąży

Miejsce urodzenia
Zwierzyniec nad Wieprzem, powiat zamojski, województwo lubelskie.

Imiona rodziców
Stanisław Klemens – Maria Józefa z domu Brandt

Wykształcenie do 1944r.
Do egzaminów do szkoły średniej przygotowywał się w domu rodzinnym, mając osobistego nauczyciela. W roku szkolnym 1936/37 uczęszczał do Prywatnego Gimnazjum Męskiego w Rydzynie. W latach 1937-1938 kontynuował naukę w Gimnazjum we Lwowie. W czasie okupacji do marca 1944 roku uczył się na tajnych kompletach w Zwierzyńcu; naukę kontynuował po przyjeździe do Warszawy.

Udział w konspiracji 1939-1944
Za pośrednictwem swojego kuzyna ze strony matki – Zbigniewa Kleindiensta ps. "Niemirycz" i kolegi ze Zwierzyńca – Leona Zdzisława Stroińskiego ps. "Chmura", wstąpił do Armii Krajowej obierając pseudonim "Zjawa”. Ukończył tajną podchorążówkę.

Adres przed Powstaniem Warszawskim
Warszawa ul. Puławska

Miejsce koncentracji przed godziną "W"
Warszawa ul. Długa 29 – Hotel Polski

Oddział
Armia Krajowa – Grupa "Północ" – odcinek "Kuba" – "Sosna" – Dywizjon Motorowy Obszaru Warszawskiego AK – oddział wypadowo-szturmowy por. "Ryszarda" (Ryszard Bondorowski) – drużyna plut. pchor. "Niemirycza" (Zbigniew Kleindienst).

Szlak bojowy
Stare Miasto – kanały – Śródmieście Północ – Śródmieście Południe. Na Starym Mieście brał udział w walkach Dywizjonu na ul. Leszno, Przejazd, Tłomackie ("Mała Pasta"), Długiej ("Reduta Matki Boskiej" w Hotelu Polskim), oraz na Bielańskiej (Pałac Radziwiłłów). W Śródmieściu Południowym walczył w rejonie Al. Ujazdowskich.

Odniesione rany
Ranny w głowę w nocy 30/31 sierpnia 1944 r. podczas próby przebicia oddziałów staromiejskich do Śródmieścia, do którego przeszedł kanałami.

Losy po Powstaniu
Niewola niemiecka – jeniec Stalagu X B Sandbostel, następnie w Stalagu X A Schleswig.

Numer jeniecki
222245

Losy po wojnie
Po wyzwoleniu wstąpił do II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa, w którym służył jako kierowca. W tym okresie stacjonował w Polskich Obozach Wojskowych w Wittbek, Gadeland i Pinneberg. W styczniu 1946 roku wrócił do Polski, dzięki namowom rodziców, którzy wówczas mieszkali w Sopocie. Po powrocie kontynuował naukę w Liceum Ogólnokształcącym dla Dorosłych w Gdańsku. W dniu 22.09.1948 r. zdał egzamin dojrzałości według programu matematyczno-przyrodniczego. W dniu 5.10.1948 r. rozpoczął studia na Wydziale Finansowym w Akademii Handlowej w Poznaniu. W 1951 roku, będąc na trzecim roku statystyki, odbywał praktykę wakacyjną w Miejskim Przedsiębiorstwie Remontowo-Budowlanym w Elblągu. Tam napisał swoją pracę dyplomową, pt. "Finansowanie remontów w M.P.R.B. w Elblągu”. Jednak w wyznaczonym przez Ministerstwo Szkół Wyższych i Nauki terminie na dzień 31.10.1951 r. nie zaliczył trzeciego roku. Nakazem został skierowany do pracy w tym samym przedsiębiorstwie, w jakim odbywał wcześniej praktykę.

Prześladowania komunistyczne
We wrześniu 1952 r. na terenie Elbląskich Zakładów Urządzeń Kuziennych w Elblągu w grupie znajomych wyraził się negatywnie na temat zbliżających się wyborów do Sejmu PRL. Na podstawie donosu został 26 września 1952 r. aresztowany i w kajdankach doprowadzony na dworzec kolejowy w Elblągu, a stąd odstawiony do aresztu w Gdańsku. Tam w bardzo ciężkich warunkach – śpiąc w celi bez szyb na samym betonie i zaliczając karcer, przebywał do 19 lutego 1953 r. W ciągu trzech pierwszych miesięcy aresztowania pracował przymusowo w Zakładach Taboru Kolejowego w Elblągu. W areszcie nabawił się zapalenia płuc i doznał głębokiej nerwicy. Komisja Specjalna do Walk z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym w Warszawie, na sesji wyjazdowej w Gdańsku, uznała go winnym tego, że: "(…) rozpowszechniał fałszywe, mogące wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego wiadomości (…)”. W myśl przepisów został skierowany do obozu pracy na okres 12 miesięcy, z zaliczeniem okresu tymczasowego aresztowania. Orzeczoną karę darowano zgodnie z przepisami Ustawy Amnestyjnej z 1952 roku, albowiem "przestępstwo” zostało popełnione przed dniem 20.09.1952 r.

Losy od 1953 r.
Po wypuszczeniu z aresztu w czerwcu 1953 r. pracował w Spółdzielni Inwalidów "Wolność” w Elblągu, skąd został zwolniony na własną prośbę. Od dnia 1.01.1954 r. do 1956 r. był zatrudniony na stanowisku dyspozytora w Kolejowym Przedsiębiorstwie Robót Ładunkowych w Warszawie O/Gdańsk. W dniu 15.05.1956 r. ożenił się z Wandą Potrykus. Z tego związku miał dwoje dzieci: Roberta i Joannę, oboje urodzonych w Elblągu. Ponieważ był dobrym fotografem i przejawiał zdolności literackie, został terenowym korespondentem "Dziennika Bałtyckiego”. Na tym stanowisku pracował od dnia 1.08.1956 r. do dnia 30.06.1958 r. W latach 1958-1960 pracował jako towaroznawca artykułów nabiałowych przy Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Elblągu. W dniu 15 lutego 1960 r. został zatrudniony w Miejskim Handlu Detalicznym (MHD) na stanowisku towaroznawcy do spraw jakości artykułów mleczarskich. Od dnia 2 stycznia 1967 r. podjął pracę w Zakładzie Odbioru Jakościowego Towarów przy Wojewódzkim Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Handlowych w Gdańsku-Wrzeszczu na stanowisku starszego towaroznawcy branży mleczarskiej. Z dniem 1 października 1973 r. awansował na stanowisko rzeczoznawcy fachowego, od dnia 1 czerwca 1974 r. na inspektora-towaroznawcę, a od dnia 1 listopada 1974 r. na starszego inspektora-towaroznawcę. W dniu 1 stycznia 1975 r. został przeniesiony służbowo do WPHS O/Elbląg, a z dniem 1 lipca 1976 r. przeszedł do pracy w Wojewódzkiej Spółdzielni Spożywców "Społem” w Elblągu. W 1976 roku został członkiem Stronnictwa Demokratycznego, dochodząc do funkcji wiceprzewodniczącego Miejskiego Komitetu SD w Elblągu. W dniu 1 października 1980 r. awansował na specjalistę-towaroznawcę do spraw artykułów mleczarskich. W dniu 1 listopada 1982 r. podjął pracę w Przedsiębiorstwie Hurtu Spożywczego w Gdańsku w Hurtowni w Elblągu na stanowisku kierownika Sekcji, a następnie Działu Odbioru Jakościowego. Był zapalonym wędkarzem, od 1969 roku członkiem PZW. Interesowała go szeroko pojęta historia Polski. Pasjonował się literaturą, szczególnie fantastyką, sam próbując swych sił jako pisarz tej dziedziny literatury. Zbiór wykonanych przez niego zdjęć powojennego Elbląga i okolic, znajduje się w depozycie Działu Ikonografii Muzeum w Elblągu.

Odznaczenia
Medal Wojska (nr 36407, nadany 15.08.1948 r. przez Ministerstwo Obrony Narodowej w Londynie); Krzyż Armii Krajowej (nr 15947, nadany 9.03.1976 r. przez Komisję Krzyża w Londynie), Medal Honorowy za Zasługi w Rozwoju Elbląga (nadany 30.04.1981 r. przez Miejską Radę Narodową w Elblągu), Warszawski Krzyż Powstańczy (nr 30-82-46 K, nadany 24.03.1982 r. uchwałą Rady Państwa), Odznaka Honorowa za Zasługi dla Województwa Elbląskiego (nr 2813, nadana postanowieniem Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Elblągu), Odznaka Honorowa Zasłużonego Działacza Związku Inwalidów Wojennych (nr 6704, nadana 19.07.1984 r. uchwałą Prezydium Zarządu Głównego ZIW), Medal 40-lecia Polski Ludowej (nr 228-7-84 M, nadany 22.07.1984 r. uchwałą Rady Państwa), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (nr 3489-85-14, nadany 27.11.1985 r. uchwałą Rady Państwa)

Miejsce śmierci
Umarł nagle na atak serca w dniu 2 czerwca 1987 roku w Elblągu. Został pochowany na Cmentarzu Agrykola w Elblągu, obok grobu swojego ojca.



źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 16 lis 2015, 12:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31070

Powstańcze Biogramy/16 listopada – Jolanta Mirosława Zawadzka
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Jolanta Mirosława Zawadzka

pseudonim "Klara"
funkcja łączniczka
data urodzin 1928-11-16


Stopień
strzelec

Miejsce urodzenia
Warszawa

Imiona rodziców
Stanisław – Gabriela

Udział w konspiracji 1939-1944
W konspiracji od 1942 r. Zajmowała się transportem broni z warszawskich magazynów do Puszczy Kampinoskiej.

Oddział
Armia Krajowa – I Obwód "Radwan" (Śródmieście) – zgrupowanie "Chrobry II" – II batalion "Lecha Grzybowskiego" – 6. kompania "Jeremi”

Dzielnica
Śródmieście Północ

Losy po Powstaniu
Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.

Nazwisko po mężu
Jolanta Kolczyńska


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 16 lis 2015, 13:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31037

Powstańcze Biogramy/15 listopada – Włodzimierz Andrzej Turski
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Włodzimierz Andrzej Turski

pseudonim "Maciek"
data urodzin 1926-11-15
data śmierci 1952-04-15



Miejsce urodzenia
Toruń

Imiona rodziców
Jam – Maria z domu Pakuła

Prawdziwe nazwisko
Włodzimierz Turek

Wykształcenie do 1944 r.
Od 1936 r. był członkiem ZHP w Toruniu, tam też w 1939 r. ukończył Państwową Szkołę Ćwiczeń i zdał egzamin do gimnazjum. Zimą 1939/1940 wysiedlony wraz z rodziną do Warszawy, gdzie w 1943 r. ukończył gimnazjum na tajnych kompletach. Jednocześnie był uczniem w szkole mechanicznej Wolframa.

Nazwiska konspiracyjne
Włodzimierz Turski, Mojmir Zelinka, Józef Noel, Konrad Mostl

Udział w konspiracji 1939-1944
W konspiracji od stycznia 1943r.

Oddział
V Obwód (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – przydział nieznany

Szlak bojowy
Mokotów – Służewiec – Las Kabacki – przeprawa przez Wisłę – Świder

Losy po wojnie
W Świdrze pod Warszawą ukończył pierwszą klasę liceum, następnie powrócił do Torunia, gdzie 23 lipca 1945 r. uzyskał świadectwo dojrzałości w II Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stefana Żeromskiego. Od września 1945 r. mieszkał z rodzicami we Wrocławiu przy ul. Michałowskiego 9/1. Jesienią tego roku rozpoczął studia na Wydziale Przyrodniczym Uniwersytetu Wrocławskiego. W roku akademickim 1946-1947 przeniósł się na Wydział Lekarski Studium Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, który ukończył w 1949 r. W 1947 r. był korespondentem sportowym "Słowa Polskiego". 12.12.1947 r. zmienił urzędowo nazwisko z Turek na Turski. Od tego roku mieszkał razem z Bogdanem Wiktorem Komorowskim w Rynku 6/2, w siedzibie TPPR, gdzie pracował jako referent propagandowy. Na przełomie 1949-1950 prowadził dział filmowy Studium Wychowania Fizycznego. Równocześnie był współpracownikiem struktur emigracyjnych, wywiadu brytyjskiego i amerykańskiego. Oprócz zbierania wiadomości o wydobyciu rudy uranowej w Kowarach, rozmieszczeniu lotnisk na Dolnym Śląsku, lokalizacji jednostek Armii Radzieckiej, koszar KBW i siedziby WUBP we Wrocławiu, zbierał informacje o represjach wobec kościoła katolickiego w Polsce, W latach 1950-1951 kilkakrotnie w rejonie Śnieżki przekraczał nielegalnie granicę państwa. W trakcie każdej z podróży powrotnych do kraju przywoził ze sobą ulotki antykomunistyczne, które następnie rozpowszechniali drogą pocztową na terenie Polski i Czechosłowacji. Swą działalność prowadził głównie na terenie Dolnego i Górnego Śląska, Lubelszczyzny, Rzeszowszczyzny i Warszawy (m.in. zebranie danych o lokalizacji koszar KBW w Rzeszowie, Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie i Więzieniu w Rawiczu). Aresztowany 11.04.1951 r. razem z Kornelią Zawuską w rejonie Śnieżki (po stronie czeskiej) przez patrol WOP i funkcjonariuszy czechosłowackiej straży granicznej. Po wstępnym przesłuchaniu w sztabie WOP w Lubaniu został przekazany do WUBP we Wrocławiu. Jego sprawę przejął Departament Śledczy MBP. Proces, z wyłączeniem obrońcy, toczył się w w dniach 22-24.11.1951 r. Skazany 27.11.1951 r. na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu za współpracę z wywiadem brytyjskim, zbieranie i przekazywanie wiadomości wywiadowczych, nielegalne przekraczanie granicy. 21 czerwca 1991 r. Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu uznał za nieważny wyrok WSR we Wrocławiu w sprawie Turskiego.

Miejsce (okoliczności) śmierci
Stracony w Więzieniu Nr I przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Ciało pochowano 17.04.1952 r. w grobie nr 82 na polu AVI (obecnie 81 A) cmentarza Osobowickiego we Wrocławiu. 21.10.1971 r. zwłoki ekshumowana na cmentarz Powązkowski w Warszawie.

Źródła
IPN – Wrocław, Akta sprawy Sr-513/51 przeciwko Jerzemu Komorowskiemu i innym.


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 18 lis 2015, 12:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31089

Powstańcze Biogramy/17 listopada – Jerzy Józef Wilk
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Jerzy Józef Wilk

pseudonim "San"
data urodzin 1921-02-12
data śmierci 1991-11-17

Stopień
podporucznik

Numer legitymacji AK
10532

Miejsce urodzenia
Łódź

Imiona rodziców
Józef – Władysława

Udział w konspiracji 1939-1944
Okręg Warszawski Armii Krajowej – batalion łączności – "SP-17" (Stacja Pośrednicząca) I Obwodu Śródmieście Okręgu Warszawskiego AK.

Adres przed Powstaniem Warszawskim
Warszawa ul. Miedzeszyńska 60

Oddział
Armia Krajowa – I Obwód "Radwan” (Śródmieście) – Podobwód "Sławbor" (Śródmieście-Południe) – odcinek wschodni "Bogumił" – pluton łączności

Szlak bojowy
Śródmieście Południe

Rodzina walcząca w Powstaniu Warszawskim
Jego żona Halina była łączniczką – sanitariuszką w tym samym plutonie.

Losy po Powstaniu
Niewola niemiecka – jeniec Stalagu IV B Zeithain.

Numer jeniecki
299354

Miejsce śmierci
Warszawa



źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 19 lis 2015, 11:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31106

Powstańcze Biogramy/18 listopada – Krystyna Orzechowska
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Krystyna Orzechowska

pseudonim "Krzna"
funkcja łączniczka
data urodzin 1928-11-18
data śmierci 2014-09-24

Stopień
strzelec

Pseudonimy
"Krzna", "Isia"

Miejsce urodzenia
Warszawa

Imiona rodziców
Jan – Janina z domu Raczyńska

Oddział
Armia Krajowa – Grupa Bojowa "Krybar" – zgrupowanie WSOP "Cubryna" (Elektrownia), w Śródmieściu batalion "Iwo" – "Ostoja"

Szlak bojowy
Powiśle – Śródmieście Północ – Śródmieście Południe

Losy po Powstaniu
Niewola niemiecka – jeniec Stalagu VI C Oberlangen

Numer jeniecki
224499

Losy po wojnie
Powróciła do kraju. Doc. dr hab. Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie, Dyrektor Muzeum Marii Curie-Skłodowskiej w Warszawie. Współautorka książki "Dziewczęta ze stalagu VI C Oberlangen" – Wyd. Bellona, 1998 r.

Miejsce pochówku
Pochowana 1.10.2014 r. na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie

Nazwisko po mężu
Kabzińska



źródło: www.1994.pl



Warszawa, 25 czerwca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt

Obrazek

Krystyna Kabzińska, „Krzna”. W czasie Powstania [działałam] w Elektrowni Warszawskiej w Zgrupowaniu „Krybar”.

W jakim okresie?
Od 1 sierpnia do 6 września. Później w Śródmieściu w Batalionie „Iwo–Ostoja”, do końca Powstania.

Bardzo proszę o małą retrospektywę, jak pani zapamiętała 1 września 1939 roku?
1 września zapamiętałam doskonale, dlatego że razem z siostrą o dwa lata starszą szykowałyśmy się do szkoły. Dla niej to miał być dzień wyjątkowy, ponieważ w czerwcu ukończyła szkołę podstawową i miał to być pierwszy dzień w nowym gimnazjum, do którego już zdała egzamin i czekała tylko na rozpoczęcie. W rodzinie był jeszcze brat, który urodził się w 1938 roku, czyli duża różnica wieku między nami. Pamiętam moment, jak weszłam rano 1 września do sypialni rodziców. Ojca nie było, była tylko mama, tuliła brata do siebie i mówiła: „To jest wojna”. Było bardzo wcześnie rano, może nie o piątej, ale w którymś momencie wiadomość dotarła, mam ten moment w oczach.

Gdzie państwo wtedy mieszkali?
To jest ważne dla dalszego opowiadania o Powstaniu. Na ulicy Czerwonego Krzyża 4, czyli dzisiaj to jest ulica równoległa do mostu Poniatowskiego, Średnicowego. Natomiast wówczas zaczynała się na rogu alei 3 Maja, tuż przy moście Poniatowskiego i załamywała się w momencie, tak jak teraz dalsza część. Teraz w ogóle nie ma fragmentu miejsca, przy którym mieszkaliśmy, przechodzi tamtędy ulica Kruczkowskiego. Dokładnie. Tak że jak czasem mówię, że mieszkałam na rogu ulicy Czerwonego Krzyża i 3 Maja to ludzie mi mówią: „Nie ma takiego rogu”, więc nie ma, ale był.
Wrócę do tego później przy omawianiu Powstania, dlatego że to były cztery domy między dwoma mostami – Poniatowskiego i Średnicowego. To był [punkt] strategiczny dla Niemców.

Tam gdzie szpital solski jest teraz?
Tak, tylko na tyłach szpitala, dokładnie. Szpital był w rękach Niemców, był to duży niemiecki wojskowy szpital, więc myśmy w momencie wybuchu Powstania byli ze wszystkich stron otoczeni Niemcami i wydostanie się stamtąd było trudne. Tak że pierwszy dzień września zapamiętałam doskonale.

Czy były inne symptomy oprócz faktu, że mama powiedziała, że to jest wojna? Czy były naloty? Czy były szkody?
Chyba niedługo rozległy się sygnały alarmowe, które – ponieważ było wiadomo, że wojna może nadejść – znałam z prób. W każdym razie nie było… Nalotu nie pamiętam, znaczy natychmiastowego w pierwszych dniach, natomiast alarmy [były].
Moja mama pracowała, była magistrem farmacji, pracowała w aptece. Wychodziła do pracy, a my zostawaliśmy ze służącą, z nianią.
6 września ojciec dostał wezwanie, był u pułkownika Umiastowskiego, opuścił Warszawę. Zostaliśmy bez pełnej opieki. Ojciec był oficerem rezerwy i miał wielki żal do życia, że nie został powołany do wojska i że nie wyszedł z wojskiem, tylko z ludnością cywilną. W tej sytuacji niedługo później, kiedy naloty były coraz silniejsze, ojca nie było, mamy obowiązkiem, bo to była jednak służba zdrowia, było być w pracy i w razie potrzeby służyć pomocą. Wobec tego mama przeniosła nas wszystkich, całą trójkę ze służącą do [schronu Ambasady Brytyjskiej, zlokalizowanej obok apteki, w której mama pracowała], bo pracowała w aptece na rogu Smolnej i Nowego Światu. Apteka ocalała, istnieje do dzisiaj, ma piękny wystrój. Na podwóreczku, które przylega do apteki w Pałacyku Zamoyskich mieściła się Ambasada Angielska przed wojną. Ambasada się ewakuowała, tak że cały personel wyjechał, pałacyk stał pusty i miał znakomite schrony. Mama nas umieściła w schronach pod opieką służącej. Tam było gotowane jedzenie, a sama była tuż przy nas, [bo obok] pracowała.

Jednym słowem opuściliście swoje mieszkanie?
Opuściliśmy nasze mieszkanie właśnie z tego względu, że mama, musząc pracować, nie miała z nami kontaktu, nie było wiadomo, co się może stać w którejś chwili. Nie wolno nam było wychodzić ze schronu. Oczywiście wymykałyśmy się z siostrą na podwórko. Ale [przebywałyśmy głównie] w dużym, betonowym schronie budowanym specjalnie…

Czy tam było więcej osób?
Więcej, ale nie pamiętam już dokładnie, jak to było. Nie było bardzo dużo, nie było natłoku ludzi, ale były osobne pomieszczenia. Myśmy zajmowali jedno pomieszczenie i w innych też byli ludzie, ale dokładnie nie pamiętam.

Jak długo to trwało?
Gdzieś po dziesiątym, może koło piętnastego [września] mama nas przeniosła i do końca, do kapitulacji Warszawy byliśmy w schronie. Z tym że tak jak mówię, były chwile ciszy, bombardowań… różnie. Potem bombardowania się coraz bardziej nasilały. Wychodziłyśmy oczywiście, ale pod opieką dorosłych.
Pamiętam niedzielę, to musiało być w drugiej połowie, po 15 września. Kuzynki mamy mieszkały na Krakowskim Przedmieściu blisko Placu Zamkowego. Mama ze mną postanowiła kuzynki odwiedzić. Szłyśmy Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem i na Krakowskim Przedmieściu doskonale pamiętam gdzie, bo mniej więcej naprzeciwko kościoła wizytek, troszeczkę dalej, rozpoczął się alarm. Wszyscy musieli się schować do bramy. W bramie było bardzo [dużo] ludzi, rozpoczęła się dyskusja polityczna, głównie czy da się utrzymać Warszawę, czy skapituluje, kiedy skapituluje… Ponieważ byłam przemądrzałym dzieckiem, to się odezwałam: „Moja mama mówi, że Niemcy niedługo wejdą”. Na to zostałam kopnięta w kostkę przez mamę i tego nie zapomnę, bo na ogół nie byłam karcona. Tutaj się zorientowałam, że widocznie nie w porę się odezwałam. Byłam bardzo patriotycznie nastawiona i uznałam, że niewłaściwe jest podejście mamy tak mówić i nie omieszkałam się podzielić z przypadkowymi ludźmi w bramie. Nie było tak, że zupełnie żeśmy ze schronu nie wychodziły, ale w zasadzie życie w większości upływało w schronie i największe bombardowanie dało się zauważyć w schronie.

Bombardowanie w jakiej okolicy?
To była cała Warszawa, 25 albo 26 września. Bombardowanie Warszawy było dosłownie jak później utarło się mówić, dywanowe. Nawet schron się trząsł, z tym że akurat bomby nie uszkodziły ani pałacyku, ani okolicy.

Potem była okupacja. Jak było zorganizowane życie? Poszła pani gdzieś do szkoły?
Uczyłam się i bardzo często mówię, kiedy tylko mam okazję, to mój ulubiony temat i dotyczy późniejszego państwa polskiego, państwa podziemnego i doskonałej organizacji życia cywilnego, a między innymi szkolnictwa. Akurat moja szkoła podstawowa nazywała się powszechna. Budynek został zniszczony we wrześniu, więc nie od razu można było zorganizować naukę w samej szkole. W pierwszym roku 1939/1940 [przez] pół roku byłam w innej szkole, pół roku w innej. W następnym roku zorganizowała się szkoła, do której poprzednio uczęszczałam i do końca Powstania nie miałam ani jednego dnia przerwy w szkole, bo Niemcy oczywiście nakazali zamknięcie wszystkich szkół średnich. Można było [prowadzić] tylko szkoły powszechne i zawodowe jak były później, wobec czego trzeba było kamuflować naukę na poziomie gimnazjalnym czy licealnym. Tak samo moja siostra. Dosłownie od początku roku – w czerwcu skończyła szkołę podstawową.

Siostra miała na imię Barbara?
Barbara. Przeniosła się do Gimnazjum imienia Słowackiego, a więc we wrześniu rozpoczynałaby naukę w zupełnie nowej szkole. Mimo to już w szkole nauka została zorganizowana natychmiast w październiku, już uczennice Słowackiego w zależności od klasy, od poziomu miały zorganizowaną naukę, ponieważ tamten gmach zajęli Niemcy. W każdym bądź razie były pewne trudności. Uczennice nowe z pierwszej gimnazjalnej zostały rozmieszczone w innych szkołach, które funkcjonowały też pod przykrywką i ona trafiła do szkoły Roszkowskiej-Popielewskiej na krótko. W każdym razie ani ona, ani ja, nie miałyśmy żadnej przerwy w nauce. To była Warszawa.
Jeżeli chodzi o mnie, o szkołę, to było tak zorganizowane, że przed wojną szkoła powszechna była sześcioletnia i tylko na wsiach istniała siódma klasa, jeżeli ktoś kończył na tym edukację. Natomiast tutaj automatycznie wprowadzono do szkół powszechnych klasę siódmą, która była traktowana jako pierwsza gimnazjalna. Tak że pierwszą gimnazjalną [zaliczyłam] normalnie [w szkole] powszechnej. Tylko historia, łacina były dodatkowo na kompletach i to nawet u mnie w domu się odbywało, tak że tak jak mówię – jakby nie było wojny jeśli chodzi o szkolenie, o wychowanie. Moja siostra zginęła w czasie Powstania i przed Powstaniem była w pierwszej licealnej, tak że jeszcze rok miałaby do matury.
Jeżeli chodzi o organizację szkolnictwa i w ogóle pomocy społecznej to tu życie, tak jak pamiętam, było zorganizowane. Oczywiście już na to przedtem zwracałam [uwagę], mówiłam o tym, że jeżeli chodzi o mnie czy o rodzeństwo, życie było zorganizowane przez rodziców. Ojciec wrócił z wędrówki dużo wcześniej, tylko że po drodze rozchorował się ciężko na żołądek i wędrówka piesza gdzieś w nieznane była bezsensowna, więc po prostu po jakimś czasie wrócił piechotą do Warszawy. Od początku miałam komfortową sytuację, bo miałam dwoje rodziców, podczas gdy ojcowie moich koleżanek byli przeważnie gdzieś w niewoli, albo za granicą z wojskiem. Traktowałam to jako sytuację korzystną losowo.

Nastał rok 1944 i już się zaczęło Niemcom coraz gorzej powodzić. Pani wtedy się włączyła do konspiracji?

Nie, wcześniej. Właśnie chciałam mówić jeszcze czym [ponadto zajmowały się] szkoły. W warszawskich szkołach zorganizowanych odtworzono od pierwszych dni września czy października 1939 roku harcerstwo, które w nich istniało przed wojną, dobrze funkcjonowało. Moja siostra już od października była w harcerstwie, wciągnięta początkowo powoli, potem się to rozkręcało i niestety bardzo jej zazdrościłam, ale ze względu na wiek [nie mogłam] jeszcze [należeć do drużyny]. Dopiero od 1942 roku, czyli dosyć wcześnie, też wstąpiłam do harcerstwa.
Jak wyglądały wasze zajęcia?
To było ciekawe, chętnie o tym mówię, dlatego że nie były to „Szare Szeregi”, tylko Harcerstwo Polskie, które istniało w bardzo małym wymiarze w związku z tym było dosyć elitarne. Istniało też poza Warszawą. Na przykład we Lwowie było silnie rozwinięte, ale w sumie liczono nas na około trzech tysięcy w skali krajowej, tak właśnie się złożyło.
Na początku zaczęło się od nas dwóch z dziewczyną z harcerstwa, potem coraz [więcej] przybywało [panien], a potem bardzo szybko zostałam zastępową. Miałam swój zastęp, który całkowicie [składał się] z koleżanek z mojej klasy gimnazjalnej.

Nie było trudności ze spotykaniem się, ze zbiórkami?
Nie. Uważam, że z niczym nie było trudności właśnie tak jak mówię, dzięki [dobrej organizacji. Warszawa] to duże miasto, wobec tego dosyć łatwo było się poruszać, bo co innego w małej miejscowości, jak każdy patrzy, wszystko widzi, ale tutaj… Poza tym było to bardzo powszechne. Spośród moich znajomych koleżanek, kolegów, rodziny najbliższej wszyscy byli w konspiracji.

Ale mowy nie było na przykład o mundurkach?
No nie, to już w ogóle nie. Znaczy to ciągle nie było gimnazjum, tylko chodziłam do szkoły bieliźniarskiej. Pod przykrywką bieliźniarskiej szkoły toczyły się normalne lekcje w budynku szkolnym. Tak samo moja siostra, chodziła też do Słowackiego, ale [to była oficjalnie szkoła czapnicza]. Były różne formy.

Czy uczono was czegoś przydatnego?
Zawodu? Tak. Ponieważ szkoła była zarejestrowana oficjalnie, więc miałyśmy przymusowe praktyki letnie w firmie niemieckiej Tebensa i w jednym roku szyłyśmy koszule flanelowe. Nigdy bym dla siebie takiej szkoły nie wybrała, bo miałam antytalent do szycia, tak że spełniałam najgorsze posługi, znaczy coś co już chyba nie wymagało żadnego talentu. Bo to [praca] taśmowa, więc znakomite koleżanki wszywały kołnierzyki, bo to było bardzo trudne. W drugim roku szyłyśmy już spodnie wojskowe i to w ogóle przekraczało moje umiejętności, naprawdę. Nawet nie mówię, że sabotowałam, ale niczego nie uszyłam, bo nie umiałam się z maszyną uporać.

Czego was uczono w harcerstwie?
W harcerstwie jak w harcerstwie. Jeśli chodzi o Harcerstwo Polskie, to powstało z grupy harcerzy o orientacji katolicko-narodowej. Rzeczywiście zadaniem tego harcerstwa było wychowanie, więc głównie zbiórki miały na celu prawo harcerskie, nastawienie wychowawcze, ale nie tylko, bo jeszcze gry, zabawy żeśmy organizowały i umiejętności rozwijające. Ale niczym się nie różniło.

Ale czegoś się pani nauczyła, co się pani później przydało?
Jestem harcerką do dzisiaj, znaczy w sensie, że nigdy się nie spóźniam, naprawdę. […] I rzetelność. Od nas po prostu… To nie to, że nas tego uczono. Uczono nas, że powinnyśmy od siebie wymagać i mnie to zostało. Jak napisałam w biogramie siostry, że była harcerką z ducha, to recenzent nie [będąc] harcerzem i napisał mi: „Co to znaczy?”, oburzył mnie. Jak można nie rozumieć? Harcerstwo było i jest formacją wychowawczą.
Jeżeli chodzi o Harcerstwo Polskie to był duży nacisk, żeby młodzież nie była angażowana w sprawy wojskowe. Powyżej osiemnastu lat tak, ale do osiemnastu lat, tak żeby karabin dać dziecku w rękę, to uważano za zbrodnię. Tym bardziej że po pewnym czasie, po pięciu latach okupacji było wyraźne, że wojna wpływa na młodzież demoralizująco, więc chodziło o to, żeby [temu] zapobiegać. To samo było zresztą w ZHP, tylko tam więcej było może starszyzny, ale tendencja i dyskusja była ta sama: czy harcerz to żołnierz, czy nie? Ale ponieważ moja siostra też była harcerką, to pierwsza [została] łączniczką…

Jeszcze w czasie okupacji?
Jeszcze w czasie okupacji [była] łączniczką Anny… nie przypomnę sobie [nazwiska], bo zawsze się mówiło „Hanka”. Nawet nie wiem, czy znałam nazwisko. „Hanka” była najpierw hufcową hufca Mokotów, potem była pełnomocnikiem WSK w okręgu Warszawa, pełnomocnikiem do spraw harcerstwa. Moja siostra była jej łączniczką, potem awansowała. Przeszła do kontrwywiadu i odstąpiła to miejsce mnie. Tak że bardzo wcześnie…

Od kiedy pełniła pani funkcję łączniczki?
Od 1943 roku, od jesieni także 1943 i 1944 [rok], do Powstania. Rzecz polegała na tym, że „Hanka” mieszkała też na Czerwonego Krzyża naprzeciwko i po prostu u nas była jej skrzynka. Wieczorem chodziło się odnieść pocztę, która [przychodziła] do niej właściwie, tylko na nasz adres, [a w drodze powrotnej] zabierało się od niej pocztę do rozniesienia.

Daleko to było?
Nie, to było naprzeciwko. Mieszkałam na Czerwonego Krzyża 4, a to było Czerwonego Krzyża 5. To był maleńki, kolejarski domek zaraz przy moście, przyklejony prawie do mostu Średnicowego. Trzeba było przejść na drugą stronę i właśnie było z tym wygodnie, że w ostatniej chwili przed godziną policyjną jeszcze można było sprawy załatwić. Jako łączniczka „Hanki” jeździłam po całej Warszawie. Były stałe punkty, ale to była cała Warszawa, wszystkie dzielnice, bo ona się [miała szerokie kontakty]. Woziłam przesyłki, nie wiem, co było w środku, ale pamiętam doskonale, że jej pseudonim był na wierzchu. Mam dosłownie w oczach zapis jej pseudonimu „Hanka” w cudzysłowie.
Raz byłam kurierką do Ostrowca Świętokrzyskiego. To było dla mnie duże przeżycie, oczywiście w domu było źle widziane przez rodziców, bo moja… nie nasze zaangażowanie [wiązało się z większym zagrożeniem]. Tak to wyglądało.
Były już różne poważne szkolenia… nawet kurs samochodowy skończyłam, znaczy część teoretyczną. Nie mogę sobie przypomnieć co to była za szkoła, już dawno się męczyłam… zawodowa szkoła męska, mechaniczna. Tam się odbywały nawet ćwiczenia, coś nitowaliśmy, coś się polerowało. Po zakończeniu kursu było nawet ognisko, [umownie] nazywało się „ognisko”. Znaczy były kawałki drewna, latarka na czerwono przysłonięta i dużo nas było. Jak pamiętam, w salce szkolnej było nas chyba ze dwadzieścia osób. Czyli konspiracja była lekko, ledwo przykryta. Ale nie było żadnych wpadek, bo to jednak była bardzo młoda młodzież, co jeszcze nie zwracała uwagi ani podejrzeń. Co innego chłopak osiemnasto-, dziewiętnastoletni to pewnie zwraca uwagę. No i tak dotarłam do Powstania.

Jak zapamiętała pani godzinę „W”?
Zapamiętałam do końca życia i przez długi czas byłam tak pełna goryczy, [miałam pretensje], głównie do swojej zwierzchniczki, dlatego że… A, jeszcze w lipcu byłam na obozie harcerskim w Izabelinie. Nie pamiętam, chyba dwa tygodnie, tuż przed pierwszym, w ostatnich dniach lipca wróciliśmy z obozu. Tam konspiracji żadnej nie było. Natomiast było wiadomo, że Powstanie [wybuchnie w ciągu najbliższych dni]. Oczekiwało się na przydział, na miejsce, na zawiadomienie.
Otóż tak wyglądała sytuacja w domu na Czerwonego Krzyża 4: moja siostra razem z przyjaciółką 1 sierpnia w godzinach przedpołudniowych rozwoziły paczki rikszą. Było zimno i lał deszcz. Były zmoknięte, zziębnięte. Przyszły do domu, też oczekując, że lada chwila ktoś je chyba zawezwie. Byłam w domu [razem z moim bratem ciotecznym], który mieszkał piętro niżej, wtedy już [był studentem] Szkoły Głównej Handlowej, [działał] w konspiracji. Został zmobilizowany chyba na pięć dni przed Powstaniem na ulicy Tarczyńskiej. Mieli zdobywać koszary esesowskie, po czym alarm powstańczy został odwołany i zwolnili ich do domu. Wrócił i oczekiwał na ponowne wezwanie. Właśnie rozpoczęło się Powstanie o piątej godzinie. Dozorca zamknął bramę i tak jak mówiliśmy: jeden most, drugi most, szpital niemiecki na tyłach domu broniony, bo przed szpitalem cały czas w czasie wojny stały posterunki. [Szpital] był otoczony kozłami, zasiekami z drutu. Nie było mowy, żeby drgnąć, żeby wyjść. Ojciec był z nami, a mama, [która też była z nami] – może ważna informacja – [martwiła się o brata], który miał już może pięć lat z kawałkiem [i] był na wakacjach [poza Warszawą, uznała], że jak ma być Powstanie, to rodzina powinna być razem. Pojechała po brata, żeby go przywieźć do Warszawy, ale [wybrała się za późno], że już nie zdążyła [wrócić na godzinę „W”, tak że [wybuch Powstania zastał mnie i siostrę] tylko z ojcem. Chodziliśmy od okna do okna, bo były na dwie strony balkony i nadsłuchiwaliśmy, co się dzieje. W pewnym momencie zobaczyliśmy przez okno polską flagę wywieszoną na budynku bliżej Wisły, ale dokładnie nie wiedzieliśmy, co to mogło być. Polska flaga już 2 sierpnia, a my zamknięci. Wtedy znienawidziłam wszystkie kobiety, które po drodze w konspiracji były przywódczyniami, za tę sytuację, bo nie było wiadomo, co będzie dalej. 3 sierpnia o czwartej rano obudził nas ojciec. Była z nami jeszcze przyjaciółka mojej siostry. Obudził nas i prosił, żebyśmy położyli się przy drzwiach balkonu od Czerwonego Krzyża tak, żeby nie być widocznymi i patrzyli, co się dzieje na ulicy. Otóż załoga niemiecka z karabinami pod przeciwległą ścianą po przeciwnej stronie ulicy opuszczała szpital, odchodziła ze szpitala. Przeszli gdzieś szurając butami. Wtedy nie wiem, kto już otworzył bramę, [a potem] otworzyły się wszystkie bramy – w naszym domu, w sąsiednich dwóch domach, naprzeciwko i zewsząd wysypała się młodzież. Nawet spod trójki [wyszedł] cały sznur młodzieży. Widocznie mieli tam miejsce zbiórki i ich zastało Powstanie.

Co pani zrobiła?
Wszyscy, to znaczy moja siostra, jej przyjaciółka, ja i brat [cioteczny] wybiegliśmy razem, już nawet nie patrząc, i okazało się, że szpital jest zupełnie pusty. Ponieważ to była już linia frontu, Niemcy jak się zaczęło Powstanie wyewakuowali rannych i chorych ze szpitala i go opuścili. Zrobiła się ziemia niczyja. Wtedy pędem pobiegłyśmy w kierunku flagi, bo logika wskazywała, że tam musi być [teren zdobyty przez Powstańców]. Flaga była na Elektrowni, więc wszystkie znalazłyśmy się w Elektrowni. To był piękny moment, bo najstarszą z nas była przyjaciółka mojej siostry. Wpadłyśmy do budynku administracyjnego, który jest na Tamce. Tam był oficer i Halka, przyjaciółka mojej siostry… stanęłyśmy we trzy w szeregu na baczność i ona nas zameldowała: trzy łączniczki zgłaszające się do służby. Ponieważ Elektrownia została zdobyta już pierwszego dnia wieczorem, to było wielkie osiągnięcie powstańcze, ale nie mieli służb, [pomocy sanitarnej], tak że natychmiast nas przyjęli.

Przydałyście się bardzo?

Tak. [Oficer] odesłał siostrę moją i [jej przyjaciółkę „Halkę”] do dowódcy Elektrowni, [który] je zaraz przyjął na swoje łączniczki, a mnie zostawił przy plutonie, bo to był jedyny pluton w budynku administracyjnym. Wszystkie inne plutony znajdowały się na terenie zakładu Elektrowni, więc trochę oddalone. [Mnie przydzielono łączność] z dowódcą plutonu i tak zostałam z nimi do końca.
Jak wyglądała sytuacja w Elektrowni?
W Elektrowni sytuacja była szczególna i warto o tym mówić, ale to jest może nawet powszechnie znane. Elektrownia w tej chwili nie działa już, ale budynki istnieją. Ona jest na Wisłostradzie, czyli dotykała do Wybrzeża Kościuszkowskiego. Kiedy została zdobyta 1 sierpnia i bardzo bohatersko, ale [według zaplanowanego scenariusza – było to] jedno z największych zdobyczy Powstania, które przebiegały dokładnie tak, jak były w konspiracji zaplanowane. Każdy wiedział, co ma zdobywać, bo tu się od środka [organizowało]. W Oddziale Elektrowni [stacjonowali jej] pracownicy, którzy już dawno wiedzieli, gdzie stanąć, znali teren i Elektrownię przejęli. To był bastion, bastion na Powiślu, który chronił właściwie całą [dzielnice] od strony Wisły, to znaczy Tamka, Solec, Dobra… ulice u podnóża Uniwersytetu Warszawskiego były wszystkie we władaniu powstańców załogi Elektrowni. Natomiast tu, gdzie był Szpital na Solcu, to była matka ziemia niczyja. Mosty były bronione przez Niemców, tak że przejście pod mostem Średnicowym czy Poniatowskiego było niemożliwe. Ale do mostu można było dojść, z tym że nie było ani wojska niemieckiego, ani nie bronili też powstańcy. To, że myśmy się stamtąd wyrwali, cała młodzież się wyrwała na początku sierpnia, to się skończyło dla nas szczęśliwie, bo mniej więcej w połowie sierpnia Niemcy wkroczyli, znaczy już tam przychodzili przedtem, dom był już częściowo zniszczony…
W połowie sierpnia przyszli – nie wiem dokładnie którego dnia – i wygarnęli całą ludność, która tam mieszkała i ludność, która nie przeniosła się nigdzie, tylko tam została z dziećmi małymi. uwięzili w Muzeum Wojska w alei 3 Maja. Wtedy się nazywało aleja 3 Maja, teraz to Aleje Jerozolimskie, w każdym razie w budynkach i to było bardzo tragiczne. Stamtąd wywieźli do obozów. Część ludności stamtąd, w ogóle z Powiśla była wykorzystywana jako osłona przed czołgami.

Żywe tarcze?
Tak, to było tragiczne. Ci którzy to przeżyli to… przeżyli strasznie. Właściwie gdyby nie szczęśliwy moment, że Niemcy stamtąd odeszli i opuścili szpital, to prawdopodobnie bym w Powstaniu, ani nikt z nas nie brał udziału i nie wiadomo, jakby się dalej potoczyło.

Powracając do Elektrowni, czy pamięta pani akcje, których była świadkiem?
[…] W akcjach, które miały miejsce w sierpniu – dwukrotnie był zaplanowany i [następnie przeprowadzony], atak Zgrupowania „Krybar” […] na Uniwersytet Warszawski. Ponieważ Uniwersytet Warszawski był w rękach Niemców, [którzy] paraliżowali ruch na Powiślu, mając go w polu ostrzału – akcje […] nie dały rezultatów, ale nie brałam w nich udziału, bo nasz pluton [w nich nie uczestniczył], brały udział inne plutony. Natomiast Elektrownia i część Powiśla była nieustannie ostrzeliwana ze wszystkich możliwych stron: [od strony] Wisły, z mostu kolejowego, z działa kolejowego, ze wszystkich mostów, z Kierbedzia… Naprawdę, [zakład] z każdej strony był trzymany pod ostrzałem. Ale właściwie to był obszar pełnej wolności. To co było niezapomniane i wszyscy o tym mówią, to był wybuch poczucia wolności i swobody. Wszędzie wisiały flagi, życie było wspaniale zorganizowane od początku. […]

Dzięki komu?
Dzięki władzom wojskowym i cywilnym. Wojskowym, czyli [dowództwu zgrupowania] „Krybara”, i cywilnym. [Władze cywilne powstały spośród ludności napływającej z innych dzielnic Warszawy, którzy przybyli w poszukiwaniu] miejsca, mieszkania, [i środków do życia]. Naprawdę natychmiast, nie wiem, skąd to było brane, ale każdy miał możliwość dostania posiłku, dzieci były otoczone szczególną opieką, [otrzymywały] odżywki, mleko w proszku… Dokładnie nie wiem, ale wiem, że tak naprawdę to wyglądało i w miarę postępów niemieckich w zdobywaniu kolejnych dzielnic, to oczywiście coraz więcej ludności napływało na obszar Powiśla.

Jakie było pani zadanie jako łączniczki? W jakim rejonie pani służyła, tylko Powiśla?
Bardzo nudne, to znaczy na przykład moja siostra… One były łączniczkami „Cubryny”, czyli komendanta, i miały duże i rozległe obowiązki. Natomiast łączność [mojego] plutonu z [innymi była] właściwie żadna i [uczestniczyliśmy w] niewielu akcjach, wyjścia poza budynek. Na Smulikowskiego był warsztat produkujący broń, głównie filipinki, granaty. [Było nawet monotonnie]. Chodziło się gdzieś po granaty, coś się przynosiło, ale wszystko odbywało się w miarę w spokojnej atmosferze. Na przykład na 15 sierpnia byliśmy w kościele Świętej Teresy. Szeregami [poszliśmy z Elektrowni na mszę świętą. Walki powstańcze toczyły się poza naszym rejonem].

Na Tamce?
Na Tamce. Szłam obok dowódcy cała dumna. Pamiętam też doskonale moment, kiedy szłam gdzieś po coś wysłana Tamką, dosłownie górą, [chodnikiem], bo były też przejścia powybijane [wśród gruzów]. Ale były obszary, kiedy liczne ostrzały nie wychodziły, można było normalnie iść ulicą Tamką. Kolega mnie zatrzymał i powiedział: „Popatrz”. Kazał mi podnieść głowę do góry. Był gdzieś koniec sierpnia, pewnie ostatnie dni sierpnia po dwudziestym, kiedy Niemcy wykańczali Stare Miasto. Myśmy stali na Tamce i patrzyli, jak samoloty niemieckie zrzucają bomby na Stare Miasto, jeden samolot za drugim. Przecież nie było żadnej obrony przeciwlotniczej. [Samoloty leciały tuż nad domami Powiśla, by zrzucić bomby na Starówkę. Czuliśmy grozę, ale nie byliśmy w rejonie bombardowań]. Myśmy stali normalnie na ulicy z zadartymi głowami. Potem jak Niemcy zdobyli Stare Miasto podjęli nagły i gwałtowny szturm na Powiśle, to w zasadzie Powiśle padło w dwa dni. Wycofaliśmy się z Powiśla.

Jak wyglądało wycofanie się?
Wyglądało tragicznie, dlatego że nie wiem w ogóle kto wydawał rozkazy, bo w ostatnim dniu na Powiślu z niewielką grupką z naszego oddziału byłam wysłana na ulicę Dobrą. Co myśmy mieli na ulicy Dobrej zrobić, nie wiem, bo byłam z dowódcą grupki, zastępcą dowódcy plutonu, więc jakie miał rozkazy, trudno powiedzieć. W każdym bądź razie jak poszliśmy na Dobrą, to już szliśmy przejściami przez domy i domy były absolutnie puste. Naprawdę dobrze nie wiem, kto wydał rozkaz, ale musiał być rozkaz ewakuacji dla ludności cywilnej, bo szliśmy piwnicami, poprzebijanymi dziurami i nie było nikogo. Było absolutnie pusto i trwało wtedy bardzo silne bombardowanie. Nie wiem nawet w którym momencie i na skutek czego [wydano rozkaz ewakuacji], później to już można było powiązać. Nigdzie nie jest dobrze napisane, czy podjęcie decyzji o wycofywaniu się wojska z terenu Powiśla zapadło przed zbombardowaniem Elektrowni, czy na skutek bombardowania. W każdym razie w momencie silnego bombardowania, było dosłownie tak jak wtedy, [gdy] oglądaliśmy samoloty, to tak samo było, [tyle, że tym razem bombardowano Powiśle]. Myśmy stali w bramach, to były stare domy bardzo silnie zbudowane, tylko wszystko się sypało naokoło, ale nie zasypywał nas gruz. Po bardzo silnym bombardowaniu dowódca grupki wysłał mnie do Elektrowni, żeby się zorientować, co się dzieje. Ponieważ wszystko nagle ucichło, nic nie było bombardowane, nikt nigdzie nie strzelał, to na Tamce wyprostowałam plecy i po prostu szłam w kierunku Elektrowni. Przed kościołem Świętej Teresy, czyli nie dochodząc do Elektrowni – a była cisza ogromna, [dłuższy czas nie spotkałam żadnego człowieka, aż zobaczyłam] kolegę. Miał obłęd w oczach. Szedł sam jeden i mnie zatrzymał, znaczy wziął mnie za rękę i coś do mnie mówił, ale dziwnie bełkotał. Okazało się, że nie słyszy, bo był kontuzjowany, więc nie mogłam się z nim w ogóle dogadać, co się stało, skąd on się tu wziął sam jeden? [Poszliśmy razem trzymając się za ręce]. Wróciliśmy do mojego oddziałku [na ulice Dobrą], on tam zdawał relację zastępcy dowódcy mojego plutonu i okazało się, że już Elektrownia jest zbombardowana.

On był świadkiem, widział to?
Był świadkiem. Był nawet tam zasypany i jakoś się wydostał. [Został sam], już nie było wojska. [Takie było jego odczucie, bo wkrótce okazało się, że] całe dowództwo jednak przeżyło. Czyli po zasypaniu, po bombardowaniu opuszczono Elektrownię i cały fragment Powiśla. Wtedy myśmy wyszli, on chyba powiedział, gdzie jest miejsce koncentracji.
Moja siostra zginęła właśnie w momencie bombardowania Elektrowni, ponieważ komenda mieściła się w dużym schronie pod kotłownią. Schron został zasypany, [a uwięzieni próbowali się wydostać], znam to już z relacji. Ona widocznie [nie mogła się wydostać o własnych siłach]. Czy tak była zasypana, że nie mogła się łatwo uwolnić. W każdym bądź razie jako jedna z ostatnich wyszła stamtąd, spod gruzów i wtedy została postrzelona przez żołnierza niemieckiego już z bardzo bliska w głowę. Doszła jeszcze do budynku administracyjnego, tam był punkt sanitarny, [jednak] już nikogo nie [zastała]. Później ją znalazł mój ojciec ranną, nieprzytomną i przeniósł ją do szpitala na Foksal. Była jeszcze wykonana trepanacja czaszki, a potem szpital spłonął. To ostatni ślad po mojej siostrze.
[Mój oddział przeszedł] na górę, to znaczy dokładnie do Konserwatorium, gdzie był punkt zborny, było mnóstwo żołnierzy kłębiących się nie wiadomo właściwie z jakich oddziałów. Ze wszystkich.

Na ulicę Chopina?
To jest Okrąg.

Okrąg.
Tak. Dokładnie w tym samym miejscu było Konserwatorium przed wojną i budynek jeszcze stał. Potem mnie wysłano z meldunkiem. [Do szpitala] na Konopczyńskiego. Jak wróciłam, to budynek już był zawalony, ale gdzieś czekali na mnie, więc odnalazłam swój oddział. Zostałam tak jak stałam, […] dosłownie w jednej zmianie bielizny, w jednym ubraniu, które miałam na sobie, i nic więcej, bo wszystko [co miałam w niewielkim plecaczku] zaginęło pod gruzami Konserwatorium. [Najbardziej mi było szkoda dzienniczka z Powstania], bo naprawdę zapisywałam dzień po dniu, [ale niestety też zginął]. Nie byłam przepracowana w I plutonie i bardzo długo [mogłam pozwolić sobie na pisanie relacji]. Potem na przykład odnaleziono pod gruzami dziennik Anny Frank i marzyło mi się, że może kiedyś ktoś [odnajdzie mój skarb. Powstańczy dzienniczek najmłodszej łączniczki w Elektrowni].

…odnajdzie pani dziennik?
Ale nie odnalazł się, nikt się nie zgłosił.

Co zastaliście w Śródmieściu?
Myśmy jeszcze nawet jedną noc spędzili na Powiślu, to było traumatyczne, chociaż wojska już opuszczały Powiśle. Na Powiślu, bo ktoś tym niewątpliwie kierował, byliśmy wysłani niewielką grupką i dotarliśmy zupełnie spokojnie do Smulikowskiego. W wysokim budynku na ostatnim piętrze coś mieliśmy obserwować, patrzyć, co się dzieje. Ale na pewno nic się nie działo, nikt nie strzelał, była ogromna cisza i rano wróciliśmy z powrotem. Jeszcze resztki żołnierzy się plątały po Ordynackiej i Foksal [z różnych plutonów]. Była dramatyczna rozmowa: co dalej, był cały mój I pluton. Mało się wtedy orientowałam, ale wyłoniły się dwie koncepcje w plutonie: czy przechodzić [do] Śródmieście, czy przechodzić [w rejon] Czerniakowa, ponieważ już w tym czasie „Monter” wydał rozkaz, żeby raczej grupować się na Czerniakowie i ewentualnie nawet przepływać Wisłę i łączyć się tam z Armią Berlinga. To był wybór polityczny. Połowa oddziału postanowiła pójść na Czerniaków. […] Chyba ośmioro z nas zostało z dowódcą i zastępcą dowódcy przeszliśmy [do] Śródmieścia. Nigdy nikogo nie spotkałam z tych, którzy [przedzierali się w rejon Czerniakowa]. Albo tam zginęli, albo inaczej się ich losy potoczyły, nie wiem. Tak było, że nigdy nikogo mi się nie udało [spotkać]. Poszczególne osoby spotykałam z plutonu, ale to byli ci wszyscy, [z którymi przechodziłam do Śródmieścia]. Były dwa dni bardzo rozpaczliwe.

Gdzie było wasze miejsce postoju?

[Panowała ogólna dezorientacja]. Myśmy chodzili z lewa na prawo, z jednego miejsca na drugie po tej stronie Alej. Nocowaliśmy, znaczy nocowaliśmy to trudno powiedzieć, czy to była noc, czy dzień, bo nie mieliśmy w ogóle miejsca. W budynku braci Jabłkowskich – budynek był pusty i spaliśmy na podłodze. […] Chłopcy wyszabrowali coś w sklepie Pakulskich na rogu Chmielnej. Na pewno było słabe wino, ale do jedzenia już nic nie było. Nikt nas nie chciał, dlatego że to był nieduży oddziałek, słabo uzbrojony.
W Śródmieściu były już trudności z wyżywieniem, utrzymaniem, wodą dla tych, którzy byli w oddziałach [tej dzielnicy]. Przyjęcie ludzi [z innych rejonów nie było mile widziane. Do Śródmieścia spłynęły oddziały z innych dzielnic, między innymi ci ze Starówki i Powiśla, którzy nie poszli na Czerniaków].
Nie mieliście swojego dowództwa?
[Dowódca plutonu próbował gdzieś nas wcielić]. Gdzieś chodził, załatwiał, myśmy się snuli z miejsca na miejsce. Po dwóch dniach załatwiania i przyjęto nas do Batalionu… według mnie, w mojej pamięci był to Batalion „Iwo”. Naprawdę z książki się dowiedziałam, że to nie był „Iwo” tylko „Iwo-Ostoja”, bo „Ostoja” jakby wyrósł obok „Iwo”. Ale to nie miało znaczenia, bo byli mniej więcej na tym samym terenie i przydzielili nam punkt obrony w narożniku Nowogrodzka, Marszałkowska, Aleje Jerozolimskie. Właściwie punkt obrony na którymś piętrze był na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, ale do miejsca postoju wchodziło się od Nowogrodzkiej po gruzach, nigdy nie wiedziałam, który to był numer Nowogrodzkiej. Tam spędziliśmy czas do końca [Powstania].
Po przeciwnej stronie Marszałkowskiej byli Niemcy i cekaem mieli umieszczony na domu naprzeciwko nas, więc od czasu do czasu dostawaliśmy broń przeciwpancerną i wtedy strzelaliśmy do cekaemu, nie robiąc żadnej szkody. Zresztą nie było już żadnych ataków Niemców wtedy na ten odcinek.

Do kiedy tam przetrwaliście?
Do końca, czyli do kapitulacji. Jako łączniczka nie bardzo miałam co robić, bo nic się nie działo. Znaczy gdzieś od czasu do czasu chodziłam Kruczą przekopami, coś zanosiłam, coś przynosiłam, coś załatwiałam, ale w rezultacie to nie było trudne. Przeważnie siedzieliśmy nie w schronie tylko na parterze. Opuszczone mieszkanie z jednym tapczanem dla całego oddziału i wszyscy walczyli, żeby spać na tapczanie chociaż trochę, bo pozostawała tylko podłoga. [Były coraz większe trudności aprowizacyjne i coraz gorsze nastroje].

Czy wiedzieliście, co się w ogóle dzieje w innych miejscach?
Dosłownie wiedzieliśmy tyle, że się nic nie dzieje, bo się już kończyło. Gdzieś może [trwały walki], na pewno [walczyły] inne dzielnice, na przykład Mokotów, Żoliborz. Dochodził Czerniaków, walczył jeszcze, ale tutaj akurat w tym obrębie [panowała cisza]. Tu były bardzo duże zniszczenia wywołane bombardowaniami i „krowami”, które akurat na Kruczą, na Mokotowską były [skierowane]. Było dużo ofiar, później rannych, zabitych. Ogromne zniszczenia domów, ale walk bezpośrednich akurat tutaj nie było. [W Śródmieściu] jeszcze walczyła Politechnika, a tu, w moim rejonie] już raczej nie, było coraz głodniej, [brakowało] wody, [słowem było] okropnie.

Jak wyglądało zakończenie Powstania?
Pamiętam to [dokładnie] dlatego, że kiedy ogłoszono kapitulację, to w pewnym momencie nastała cisza, walki zostały przerwane i trwały rozmowy kapitulacyjne. Siedzieliśmy i czekaliśmy co dalej z nadzieją, że to nie koniec Powstania. Naprawdę, jeszcze była ogromna nadzieja, że jeszcze [Powstanie się dźwignie], bo już zaczęły się zrzuty rosyjskie, że może z tamtej strony [pomogą]. Do końca mieliśmy nadzieję. W pewnym momencie, kiedy akt kapitulacji został dokonany, wtedy dowódca kompanii w Batalionie „Bończa”, którego przedtem w ogóle nie widziałam, zwołał całą swoją kompanię na jedno podwórko. Staliśmy wszyscy w szeregu. Ujawnił swoje imię i nazwisko, zdekonspirował się. Zawiadomił nas oficjalnie o akcie kapitulacji i powiedział, że mamy wolny wybór. Możemy iść do niewoli, albo możemy wyjść z ludnością cywilną. Zaczęły się rozmowy: kto, jak, z kim. To trwało pewnie ze dwa dni.
W Alejach Jerozolimskich był bardzo duży skład porcelany Łapińskich. Były talerze w takiej ilości, że myśmy w ogóle nie zmywali, bo nie było wody, więc każdy z nas miał czysty talerz na następny dzień brany z bardzo dobrze zaopatrzonej piwnicy. Jak zapadła decyzja o kapitulacji, to postanowiono nie oddawać Niemcom przynajmniej amunicji. Różnie ludzie na to patrzą, ale cała przyjemność polegała na tym, żeby do donic, doniczek ze składu wystrzelać amunicję, móc się popisywać jeszcze celnością strzału. Był to fajerwerk, który urządziliśmy na koniec Powstania. Potem wydaje mi się, że większość [postanowiła iść do niewoli] w końcu nas było sześcioro, czy ośmioro z Elektrowni z plutonu I, [byliśmy Powstańcami, a nie cywilami].

Jaki to miało związek ze składem porcelany?
Że wystrzelaliśmy, znaczy zniszczyliśmy [amunicję, strzelając do porcelany].

Zniszczyliście.
Wyglądało to na wandalizm, ale tak naprawdę najważniejsze było, żeby nie oddać amunicji Niemcom. Poza tym fantazja, żeby postrzelać! Mówię, że mogło wyglądać na wandalizm, ale nie wiedzieliśmy, że Warszawa będzie zniszczona i to wszystko potem i tak na pewno przepadło, spaliło się, czy zawaliło tak, że może Pan Bóg nas rozgrzeszył. Ale to nie był piękny moment, [to była desperacja i odwet, bezsilność, w związku z którą ucierpiały talerze i doniczki].

Potem było wyjście.
Potem wyszliśmy. Zadecydowałam o wyjściu do niewoli i wyszłam razem [z oddziałem].

Jak wyglądał transport?
Na piechotę do Ożarowa przez Ochotę, Dworzec Zachodni. Broń zdawaliśmy na rogu Koszykowej i Nowowiejskiej. Nazywało się wtedy 6 Sierpnia i do dzisiaj [zachowało nazwę, jeśli] się [nie] mylę. Duże wojskowe bloki, które [wówczas] były zajęte przez Niemców i tam się broń zdawało. Później [trasa wiodła] przez Ochotę, Dworzec Zachodni na piechotę do Ożarowa… Jak dochodziliśmy to po drodze na działkach były pomidory, które fatalnie mi zaszkodziły, ale trudno było się oprzeć, jak w ogóle nie było dwa miesiące świeżych jarzyn.
Dotarliśmy. Docieraliśmy zwartą kolumną z Niemcami, którzy nas pilnowali. Ale jak oddaliliśmy się po pomidory, to specjalnie nie robili wrzasku z tego powodu. Jak przyszliśmy, to już zapadał zmrok. Ludność cywilna stała wzdłuż drogi przed bramami do Fabryki Kabli w Ożarowie (która ostatnio stała się słynna). Wchodziliśmy wzdłuż drogi, [podchodzili miejscowi chłopi] i podawali coś, chleb, jedzenie. Mam w uszach, jak kolega mówi: „»Krzna«, zmykamy”. Dlatego że było już ciemnawo. Ludność [miejscowa] stała [przy drodze] było tak, że przejść, zrobić krok [by wmieszać się], naprawdę nie było trudu. On zniknął. Odmówiłam, bo uważałam, że jak żołnierz to żołnierz – nie ucieka. Prawdopodobnie nie poszedł do niewoli i przeżył. A myśmy spędzili chyba jedną noc w koszmarnych warunkach i później już…

Pociągiem do Sandbostel?
Tak. Jeżeli chodzi o mnie, to cały czas miałam szczęście. Trafiłam do obozu z grupą oddziału śródmiejskiego, byli też żołnierze z Mokotowa z Powstania… Sandbostel to był bardzo duży wojskowy obóz jeniecki, bardzo dobrze zorganizowany. To był jedyny obóz tak zwany główny, przejściowy, w którym długo byłam. Podczas gdy inne koleżanki i z innych formacji wychodziły do niewoli, były przerzucane z jednego do drugiego obozu, kilkakrotnie zmieniały [miejsca pobytu], a ja cały czas do lutego byłam w obozie Sandbostel, właściwie w nienajgorszych warunkach. Dlatego że to był duży obóz jeniecki, jeńcy różnych narodowości zaopatrywani przez Polski Czerwony Krzyż w paczki. W ogóle jak nas zobaczyli, to byłyśmy za królewny, bo pierwszy raz kobiety były w niewoli i oni zrzekali się [swoich racji]. Oczywiście kontakty były utrudnione i tylko oficjalne, ale aura koło nas była taka, że uchodziłyśmy za bohaterki, za królewny i co kto mógł, to dla nas robił. Nawet niekoniecznie z Polaków, bo oczywiście byli Polacy z [Kampanii Wrześniowej]. Wszystkie chodziłyśmy [po placyku] przed barakiem i ktoś mnie zza drutów zawołał, to był Belg. Kiedyś się uczyłam francuskiego, więc coś żeśmy wymienili. Potem mi każdego rana przysyłał w menażce, przez kogoś zupę na mleku w obozie, [dzięki temu miałam dodatkowe racje]. Przypominałam mu córkę, [bo miałam piętnaście lat]. Była bardzo duża serdeczność [między nami].

To źle pani nie wspomina okresu pobytu w obozie?
Nie. Okres niewoli wspominam pod jednym względem bardzo dobrze, zresztą napisałam z koleżanką książkę „Dziewczęta ze stalagu VI C Oberlangen”. Później z Sandbostel Niemcy zorganizowali obóz kobiecy, bo było zastrzeżone w umowie kapitulacyjnej, że kobiety będą wzięte do niewoli i będą dla nich stworzone osobne obozy. Osobno obóz dla żołnierzy i osobno dla kobiet – oficerów. Niemcy to zrealizowali. Dla mnie to jest naprawdę pełne podziwu, że im się chciało. Początkowo nie mieli obozów i dlatego nas skierowali do takich, jakie mieli, wydzielając baraki. Później rzeczywiście, najpierw odłączyli oficerów, stworzyli dla kobiet osobny obóz, a później obóz Oberlangen stalag VI C dla kobiet żołnierzy. To był następny powód do dumy z polskości.
Mówię nieustannie o tym, że cechą Polaków jest niesłychana umiejętność organizacyjna. Tak jak szkoły, życie cywilne było zorganizowane momentalnie w czasie okupacji, w czasie Powstania na Powiślu. W każdej dzielnicy działał delegat z delegatury rządu na dzielnicę i załatwiał wszystkie sprawy, pogrzebów, dostarczania [dokumentów]. To samo było z naszymi kobietami w obozie, bo byłyśmy już tylko w grupach [wyłącznie] kobiecych. Część kobiet poszła do stalagu, dlatego że już przed wyjściem do niewoli kobiety-oficerowie były wyznaczone do opieki nad kobietami-żołnierzami. Wobec tego musiały zdjąć dystynkcje oficerskie i podać się wszystkie za starszych sierżantów. One od początku w każdym obozie [dbały o dyscyplinę i sprawną organizację życia]. Było pięć różnych obozów, do których byłyśmy początkowo w grupach razem ze swoimi oddziałami wojskowymi męskimi wysyłane. W każdym obozie natychmiast od początku powstawała organizacja życia kobiecego – podzielone na kompanie, na drużyny z komendantką. W jednym szło lepiej, w drugim [gorzej]. Później w obozie zbiorczym w Oberlangen właściwie był duży obóz harcerski, dosłownie. Tak był zorganizowany. Kompanie, komendantka kompanii, drużyny. Było wiadomo, kto będzie rozdawał żywność, kto będzie w kuchni, kto będzie wychodził na komenderówki i tak dalej. Zaczynało się apelem narzuconym przez Niemców, bo liczyli [nas] codziennie rano. [Dzień] zaczynał się od modlitwy przed apelem, od głośnego śpiewu, [a kończył] modlitwą na wieczornym apelu. Było życie kulturalne [oraz oświatowe] zorganizowane wspaniale, ponieważ było dużo nauczycielek, harcerek, harcmistrzyń i kobiet z WSK powołanych do organizacji wojska.
W obozie jak w obozie. Pod koniec już był głód potworny, dlatego że to był obóz prawie na granicy holendersko-niemieckiej i front tamtędy ciągnął. Oczywiście skończyły się dostawy dla obozu. Było tak jak wszędzie.

Jak zapamiętała pani kwietniowy dzień wyzwolenia obozu?
Właśnie, trudno nie zapamiętać. Wszystkie mamy w oczach, bo to było zdarzenie historyczne. Jedno wojsko z zachodu spotkało po raz pierwszy wojsko w postaci kobiet, tak że to cud. Momentalnie roztoczono opiekę [nas nami i obozem. Powszechnie dziwiono się dyscyplinie i wzorowej organizacji].

Kto był pierwszy? Motocyklista czy czołg?

W ogóle nie było czołgu. To była nasza fantazja, że zrobiłyśmy z samochodu pancernego czołg, czołgu nie było. [Atakował] maleńki oddziałek i nie wiem, bo akurat byłam w baraku, [gdy] rozległy się strzały i był rozkaz [żeby nie opuszczać] baraku, bo nie było wiadomo [kto naciera]. Dopiero zobaczyłam tłum, [a wśród nich] Polaków prawie zakrytych w tłumie, tak że trudno było powiedzieć co, jak to się stało, ale euforia była ogromna!
Po strasznym głodzie zaczęli nas dożywiać, momentalnie też chorowałyśmy z przejedzenia. Ale później było wspaniale. Przecież w trzy miesiące po wyzwoleniu już nie byłyśmy w obozie. Wszystkim albo znaleziono pracę, głównie w obozach cywilnych, bo na terenie było ich dużo, albo w YMCA, albo w samej dywizji powoli utworzył się baon kobiecy. No i momentalnie zorganizowano szkoły. Część dziewcząt od nas pojechała do II Korpusu, część, na przykład moje koleżanki z trzydziestego roku, młodsze jeszcze ode mnie zostały wysłane do nazaretanek, a później były w szkole młodszych ochotniczek w Ziemi Świętej.
Jakie były pani losy?
Trafiłam do szkoły w Maczkowie. Chodziłam do szkoły. Mieszkałyśmy w kobiecym internacie w Maczkowie. To też osobny, zupełnie nietypowy rozdział w życiu. Wszystko, i szkoła, to był gmach dużego gimnazjum. Nie wiem, małe miasteczko, a gimnazjum było duże, przeznaczone od razu na szkołę polską dla cywilów oczywiście, którzy tam się [znaleźli]. Dla nas i dla młodych ludzi w dywizji. Musieli być i byli przeważnie w wieku szkolnym. To przeważnie ci, którzy byli w Wehrmachcie i potem dostali się do niewoli, sami chcieli do niewoli. Mieli wtedy jeszcze nawet pozmieniane nazwiska.

Jak długo pani tam pozostała?
Wróciłam w 1946 roku na jesieni.

Do Warszawy?
… tak, [chciałam wrócić i kontynuować naukę, uważałam, że w kraju jest tyle do zrobienia].

Co pani zastała?
Co zastałam?

Rodzina przeżyła?
Nie przeżyła siostra. Rodzina przeżyła… Nie powinnam mówić, bo mój brat się za to obraża, ale naprawdę odczułam, że mieli do mnie pretensje, że wróciłam, bo miałam nie wrócić. Miałam robić maturę, później zdawać na studia. Ale druga licealna się przeciągnęła, bo była powódź i matura miała być dopiero w listopadzie. W listopadzie było za późno na studia, również w Polsce jak i tam, i postanowiłam wrócić. Świadomie zresztą, bo temat naczelny był: wracać, nie wracać do Polski. Postanowiłam, że miejsce Polaka jest w ojczyźnie i postanowiłam wrócić, ale… miałam maturę skończyć, a potem nagle zmieniłam zdanie. Moi rodzice nie mieli oczywiście mieszkania, bo dom na Czerwonego Krzyża nawet nie był cały zniszczony, tylko nie pozwolili go odbudować, ponieważ wytyczona była nowa trasa. Miała tamtędy przechodzić Kruczkowskiego i nie wolno było odbudować. Rodzice mieszkali tu w potwornych warunkach, których na szczęście nie przeżyłam. Mieli za własne pieniądze odbudować sobie mieszkanie dwupokojowe, była wtedy [taka] możliwość. W domach częściowo zniszczonych, po prostu byli jeszcze właściciele prywatni i jeżeli nie było bardzo zniszczone, to na własny koszt można było [odbudować]. Zrezygnowali z mieszkania dwupokojowego, ponieważ nie liczyli na mój powrót, a bali się strasznie, żeby im kogoś nie dokwaterowali. W rezultacie w taki sam sposób prywatnie odbudowali sobie pokój z kuchnią, koszmarne mieszkanie w oficynie na Koszykowej tak ciasnej, że jak ojciec zobaczył, że jestem, to w ogóle [się nie ucieszył]. Pytali się [o powód powrotu], nie byli zachwyceni, bo już im tam było ciasno i spadłam im nagle na głowę z nieba. Tak to było, naprawdę, od tego zaczęliśmy rozmowę. Ciasnota, pokój z kuchnią węglową nawet bez łazienki. Coś koszmarnego. Mieszkała mama, ojciec, brat. Ojciec jeszcze prowadził sklep, mieszkała ekspedientka, potem sprowadziła jeszcze psa, tak że jak myśmy tam żyli… Ściana zaczęła pękać, bo to byle jak odbudowane, w piecu się nie chciało palić, dym wchodził… Jeden koszmar.

Ale długo to nie trwało, mam nadzieję?
Nie, bo wyszłam za mąż bardzo szybko, więc przestałam tam mieszkać, a rodzice długo mieszkali, naprawdę coraz gorzej się męczyli. Dom był dokładnie naprzeciwko [Wydziału] Architektury [Politechniki Warszawskiej, nie mieścił się w koncepcji modernizacji ulic i kamienic tego rejonu Śródmieścia, więc go rozebrano].

Czy miała pani problemy z z tym, że brała pani udział w Powstaniu?
Miałam, bo jak skończyłam studia [miałam problem z podjęciem pracy].

Jakie?
Chemię. Wydział Chemii na Uniwersytecie Warszawskim. Był 1952 rok i obowiązywał nakaz pracy. Mieszkałam w Warszawie, byłam zameldowana w Warszawie i z nakazu nie mogłam w Warszawie dostać pracy. Nie było możliwości, więc proponowano mi wyjazdy na przykład do Jeleniej Góry, a byłam już mężatką i miałam dwoje dzieci. Postanowiłam obejść nakaz pracy i załatwić sobie prywatnie, przez znajomości. Znajomości były nawet dosyć wysokie. Co złożyłam podanie, to przyjmowano mi je w kadrach. Odpowiedź brzmiała: za dzień czy za dwa. Przyjmowano bardzo chętnie. Jak przychodziłam, to okazało się, że nie ma miejsca pracy, zatrudnienie jest niemożliwe. W najrozmaitszych miejscach.

W życiorysie pani podała uczestnictwo w Powstaniu?
Tak, bo wracałam w dodatku zza granicy. Dosyć późno się rejestrowałam w PCK, był numer jeniecki i wszystko. Nawet nie próbowałam ukrywać, nie wiedziałam nawet, że to będzie miało [znaczenie]. W końcu nakaz pracy dostałam do Grodziska Mazowieckiego do Zakładów Farmaceutycznych. Wtedy mieszkałam już na Grochowie i jeździłam z Grochowa cztery lata pociągami na siódmą rano do [Grodziska], bo nie było miejsca w Warszawie. To była metoda.

Oj, tak.
Bardzo elegancka. Bo nie ma pracy, a nakaz musi być.

Jak pani widzi Powstanie z dzisiejszego punktu widzenia?
Bardzo pozytywnie. Nie zapomnę entuzjazmu. Najpierw rozpacz, że zaczęło się Powstanie, a nas nie ma, bo nie można [się niczego dowiedzieć. Straciliśmy nasze wcześniejsze przydziały]. To było straszne. Myśmy nie wiedzieli, co za chwilę będzie, ale fakt, że gdzieś strzelają, wywieszają flagę polską, a my nie bierzemy w tym udziału, był druzgocący. Później się udało. Mimo to, że zginęło miasto, zginęła moja siostra, [wiele osób mi bliskich i całkiem nieznanych]. To, co przeżyliśmy na Powiślu przez miesiąc, oddech wolności… Niektórzy mówią, że były niekorzystne nastroje. Muszę powiedzieć, że nie. Jak żeśmy opuszczali Powiśle, z Konserwatorium się przedostawałam gdzieś na Konopczyńskiego, to już Niemcy wchodzili od strony Krakowskiego. Przechodziłam przez domy, piwnice, gdzie było pełno ludzi, ludności cywilnej. Miałam na głowie hełm, zdobyłam go już pierwszego dnia w szpitalu. Pani mnie pogłaskała po twarzy, powiedziała: „Mój aniołku”. No, to nie były złe nastroje ludności, naprawdę. Być może ludzie byli umęczeni, szczególnie z małymi dziećmi czy ze starszymi, czy z chorymi ludźmi, ale osobiście tego nie zauważyłam nigdzie. Ludność, wtedy jak dochodziliśmy do obozu przejściowego w Ożarowie, była serdeczna, służąca pomocą. Na pewno jak bym się między nimi [znalazła, to otoczyliby mnie opieką], a mogłam to łatwo zrobić, bo miałam bardzo blisko rodzinę pod Warszawą.

Kto wie, czy nie lepiej, że właśnie taką drogą pani poszła? Polski żołnierz – kobieta.
Właśnie. Nie było przymusu, można było wybierać. Wielokrotnie opowiadałam, musielibyśmy wrócić do września 1939 roku. Mój wujek walczył na Czerniakowie w obronie Warszawy, normalnie z mobilizacji. Był podporucznikiem. Bywał u nas w Ambasadzie, w schronie czasem jak wychodził, [chyba z raportem, odwiedzał nas]. Byłam strasznie dumna – wujek, mamy brat walczy w obronie Warszawy! Byłam cała w niego wpatrzona i szczęśliwa, że mam takiego wujka. Jak Warszawa skapitulowała przyszedł do nas i żegnał się, bo wychodzi do niewoli. Mama z ciotką, jego siostrą błagały go, żeby do niewoli nie poszedł. Przebierze się tu, cywilne ubranie… tym bardziej że babci, [ich mama], była sama. A on nie, bo jest oficerem, walczył razem z żołnierzami i razem z żołnierzami pójdzie do niewoli. Wszystko odbywało się na moich oczach, więc uznałam, że to postawa obywatelska.

Miała pani już wzorzec?
Tak, [wierzyłam], że tak trzeba.

W każdym razie pierwszorzędne były wyniki ówczesnej edukacji, jeśli wyrosło pokolenie ludzi, którzy w bardzo młodym wieku podejmowali dojrzałe decyzje dla ojczyzny.

Widzę to, bo już teraz w kółko się o tym mówi. To było bardzo proste, dlatego że były głębokie korzenie, ale naprawdę myśmy się sami edukowali. Szkoła, kościół, dom mówiły jednym głosem. Niedawno żartowałam, że to było społeczeństwo zmanipulowane. Teraz tak by się nazywało. Po prostu taki był nastrój w całej Polsce, bo jeszcze było oszołomienie niepodległością. Znaczy pokolenie, które nas chowało, żyło w niewoli, potem był wybuch niepodległości, wszyscy niepodległością żyli. Potem mogli psioczyć na rząd, mieli takie, inne poglądy, ale niepodległość była niepodważalna.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 20 lis 2015, 13:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31114

Powstańcze Biogramy/19 listopada – Zofia Burzyńska
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Zofia Burzyńska

pseudonim "Zofia"
funkcja lekarz
data urodzin 1902-03-31
data śmierci 1986-11-19



Miejsce urodzenia
Nadolna

Imiona rodziców
Antoni – Maria

Adres przed Powstaniem Warszawskim
Warszawa ul. Sienna 30 m.30

Oddział
Armia Krajowa – I Obwód "Radwan" – zgrupowanie "Bartkiewicz" – 100. kompania sztabowa (w okresie konspiracji 101. kompania odwodowa WSOP) – drużyna sanitarna

Szlak bojowy
Śródmieście Północ

Rodzina walcząca w Powstaniu Warszawskim
W tym samym oddziale służyli jej synowie: Lech ps. "Kowalewski" oraz Andrzej ps. "Wilk"

Losy po Powstaniu
Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.

Odznaczenia
Warszawski Krzyż Powstańczy

Miejsce śmierci
Warszawa, pochowana na cmentarzu Soplice koło Ursusa.


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 23 lis 2015, 14:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31152

Powstańcze Biogramy/22 listopada – Zygmunt Hellon
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Zygmunt Hellon

pseudonim "Margas"
data urodzin 1903-04-28
data śmierci 1955-11-22



Miejsce urodzenia
Stupnica Polska, powiat Sambor, województwo lwowskie

Imiona rodziców
Jan – Aniela z domu Szałajko

Wykształcenie i praca do 1939 r.
Ukończył elementarną szkołę w Stupnicy, następnie 4-klasową Szkołę Ludową w Samborze, Państwowe Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika w Samborze. W 1920 r. wstępuje na ochotnika do wojska i VI klasę kończy we Lwowie na kursach dla uczniów-żołnierzy. W 1922 r. powraca do Gimnazjum w Samborze i tam otrzymuje świadectwo dojrzałości. Zapisuje się na Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie, ale z uwagi na trudne warunki materialne musi zrezygnować ze studiów; stara się o pracę i otrzymuje stanowisko kierownika szkoły w Skrzyńsku. Kończy kurs uzupełniający dla nauczycieli w Kielcach, następnie Wyższy Kurs Nauczycielski w Warszawie. Otrzymuje stanowisko kierownika Szkoły Powszechnej w Białaczowie (pow. Opoczno) i wybuch wojny zastaje go na tym stanowisku. Wzięty przez Niemców na zakładnika, po uwolnieniu wraca na to stanowisko. Z chwilą przybycia pierwszych transportów z Polakami wysiedlonymi z poznańskiego, organizuje dla nich potrzebną pomoc.

Udział w konspiracji 1939-1944
Jesienią 1939 r. rozpoczyna z zaufanymi ludźmi pracę konspiracyjną, co doprowadza na początku 1940 roku do zorganizowania siatki ZWZ potem AK, przyjmuje pseudonim "Margas" i zostaje pierwszym komendantem placówki w Białaczowie. Ma czynny kontakt z "Hubalczykami". W maju 1940 r., po rozbiciu przez Niemców oddziału mjr. Henryka "Hubala" Dobrzańskiego pod Anielinem, udziela pomocy kapelanowi ks. Ludwikowi Musze, ukrywając go w lesie oraz wyrabiając odpowiednie dokumenty i organizując dla niego odzież. Na skutek "wpadki" 18.06.1943 roku musi uciekać wraz z synem, Zbigniewem, do Warszawy.

Adres przed Powstaniem Warszawskim
Warszawa ul. Nowy Zjazd 4 m. 11

Oddział
Uczestnik Powstania Warszawskiego – przydział nieznany.

Szlak bojowy
Stare Miasto

Odniesione rany
Ciężko ranny 8.08.1944 r. – niezdolny do dalszej służby, do końca Powstania przebywał w szpitalach polowych.

Rodzina walcząca w Powstaniu Warszawskim
Jego syn, Zbigniew walczył w dywizjonie "Jeleń" na Mokotowie i Sadybie. Poległ 2.09.1944 r.

Obrazek
Zbigniew Hellon


Losy po wojnie
Po wojnie nie wraca do pracy będąc ciężko poszkodowanym inwalidą, częściowo sparaliżowany, z ubytkami kości czaszki i resztkami odłamków w głowie. Mimo starań lekarskich nie wraca do zdrowia i umiera.

Odznaczenia
Odznaczony pośmiertnie: Krzyżem Armii Krajowej (Londyn – 1972), Warszawskim Krzyżem Powstańczym (1983).

Miejsce śmierci
Pleszew


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 24 lis 2015, 08:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31244

Powstańcze Biogramy/23 listopada – Zdzisław Michalski
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



Zdzisław Michalski

pseudonim "Sokół"
data urodzin 1926-01-11
data śmierci 2012-11-23

Stopień
sierżant podchorąży

Miejsce urodzenia
Warszawa

Imiona rodziców
Zygmunt – Maria z domu Engelman

Pseudonimy
"Sokół", "Maciek"

Udział w konspiracji 1939-1944
Kedyw Komendy Głównej Armii Krajowej – batalion "Miotła" – pluton "Marsa"

Oddział
Armia Krajowa – zgrupowanie "Radosław" – batalion "Miotła" – pluton "Marsa", pluton "Torpedy", po rozwiązaniu "Miotły" w batalionie "Czata 49" – pluton "Torpedy"

Szlak bojowy
Wola – Stare Miasto – kanały – Śródmieście – Górny Czerniaków – Śródmieście Południe

Losy po Powstaniu
Niewola niemiecka – jeniec Stalagu X B Sandbostel.

Numer jeniecki
223122

Miejsce śmierci
Pruszków



Warszawa, 19 sierpnia 2005 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Kędzior
Zdzisław Michalski

Zdzisław Maciej Michalski, urodzony 11 stycznia 1926 roku w Warszawie przy ulicy Nowowiejskiej. Gdy wybuchła wojna w 1939 roku miałem dokładnie trzynaście lat i siedem miesięcy. Oblężenie Warszawy przeżyłem z rodziną w Warszawie na ulicy Hożej. W czasie Powstania używałem pseudonim „Sokół”, w pierwszym miesiącu, a później, gdy coraz to bardziej ubywało kolegów z batalionu, to okazało się, że było nas więcej „Sokołów” i wtedy dowódca wiedział, znał drugie moje imię, Maciek, które używałem też i powiedział: „To ty od dzisiaj będziesz Maciek”. I wszyscy mnie znają raczej jako „Maćka”, mniej jako „Sokoła”, więcej jako „Maćka”. Walczyłem, to był Batalion Szturmowy „Miotła”, zgrupowanie pułkownika „Radosława”. To był pluton porucznika „Marsa” Tadeusz Mrówczyński.

Co robił pan przed rozpoczęciem drugiej wojny?
Wojna wybuchła, miałem trzynaście lat, więc chodziłem do szkoły, wtedy się nazywało powszechna szkoła.

Co pan robił przed wojną? Czy spodziewał się pan wojny?
Byłem w harcerstwie. Jak powiedziałem, przed wojną chodziłem do szkoły powszechnej. Było nas czterech braci, same chłopaki. Najstarszy brat, Jerzy, miał siedemnaście lat, jak wojna wybuchła. On brał udział jako harcerz w służbie pomocniczej w Szpitalu Ujazdowskim, bo to był wtedy wojskowy szpital, lazaret. Więcej o przedwojennych czasach… młody chłopak [byłem], chodziłem do szkoły, tak jak wszyscy w tym okresie, w tym wieku chłopaki, graliśmy w piłkę. Raczej byliśmy wszyscy chowani w duchu bardziej patriotycznym, bo tak mój dziadek ze ojca strony, Ignacy Stanisław, był powstańcem styczniowym, a ze strony mamy, brat mojego dziadka, bo dziadek też brał udział w powstaniu styczniowym. Tak, że były tradycje walki. We wrześniu 1939 roku przeżyłem z rodziną całe oblężenie w Warszawie na ulicy Hożej. Wtedy to, jako że nie byliśmy jeszcze tacy dorośli, to cała nasza pomoc w obronie Warszawy wrześniowej polegała, że żeśmy z ulicy Hożej, przez Plac Trzech Krzyży, Wiejską do Górnośląskiej chodzili na Czerniaków, chyba na ulicę Fabryczną, bo w tych fabrykach były studnie, po wodę. Żeśmy donosiliśmy nie tylko dla rodziny własnej, ale i sąsiadom na ulicę Hożą, wodę. W 1941 roku rodzina moja przeniosła się do Ursusa.

Czemu tam przeniosła się pańska rodzina?
Bo tak jakoś się tam składało, że ojciec się tam zaczepił w fabryce na krótko, to na krótko, żeśmy się tam przenieśli. I wtedy, w Ursusie w 1941, zaczęła powstawać na przełomie 1941/42 parafia, gdzie organistą był Tadeusz Mrówczyński, później się okazało porucznik „Mars”. On z miejsca starszych ministrantów i chórzystów werbował do swojego plutonu. Tak, że w większości to on się składał z ministrantów, z chórzystów. Ja, że znałem najlepiej z całego towarzystwa, grona, znałem Warszawę, z miejsca zostałem jego łącznikiem, między nim a jakimś dowództwem, przypuszczam na terenie Ursusa i Warszawy. Było nas, zwerbowałem dalszych, tak, że powstała moja sekcja, mój młodszy brat, Tadeusz Wojciech Michalski, to miał pseudo „Mściciel”, następny Kazimierz Gabara, pseudo „Łuk”, Zygmunt Uliński „Wis”.

Oni byli w tym samym plutonie, co pan?
Tak. To była moja sekcja, było nas sześciu. Jako, że najmłodsi, byliśmy w pierwszym okresie chłopakami na posyłki. Wszystkie rozkazy, cała łączność, to spadała na moją sekcję i myśmy to załatwiali. Przy okazji przechodziliśmy przeszkolenie z zakresu podoficerskiego. Szkolenie odbywało się albo u porucznika „Marsa” Tadeusza Mrówczyńskiego albo jego zastępcy, sierżant „Bartosz” Bolesław Krzymowski. Jeżeli chodzi o broń, to bardzo często ojciec jednego z naszych kolegów, Stanisława Juziaka, pseudonim „Kochanka”, był granatowym policjantem i myśmy u niego w mieszkaniu przychodzili, zapoznawali się z bronią, z karabinem, z pistoletami.

Jak to, bo ja nie zrozumiałam, był granatowym policjantem i działał razem z wami?

Przed wojną był granatowym policjantem i po wojnie z powrotem Niemcy kupę tych granatowych policjantów zatrzymali. Był polskim, tak zwanym granatowym policjantem, ale jego synowie, obaj, Stanisław Juziak „Kochanka” i jego brat bliźniak, Czesław Juziak „Pirat” byli w naszych szeregach. A ojciec, chociaż był policjantem, powinien nas zwalczać, wszystkimi sposobami nam pomagał. Przechodziliśmy z jego poręki zapoznawanie się z bronią w ten sposób. Przechodziliśmy przeszkolenia. Odbywały się w różnych miejscach. I u mnie, w mieszkaniu moich rodziców, u Juziaka czy u porucznika „Marsa” czy u „Bartosza” żeśmy przychodzili. Tak nam czas upływał. Cały czas kursowałem między porucznikiem „Marsem” Tadeuszem Mrówczyńskim czy na terenie Ursusa był jego zwierzchnik „Mirek”, nazwisko Palczewski. On później się zrzekł, przekazał dowództwo całej grupy, plutonu porucznikowi „Marsowi”, a sam zaczął działać, pracować szczebel wyżej w dowództwie okręgu.

Jaka najbardziej wesoła sytuacja przychodzi panu na myśl, gdy wspomina pan lata okupacji i swojej działalności w plutonie porucznika „Marsa”?
Myśmy byli, jak wspominałem, poza tym mój ojciec dość szybko wylądował na Majdanku, tak że my wszyscy musieliśmy iść do pracy. Mając już piętnaście lat zacząłem pracować. Pracowałem, to było wtedy modne, jako chłopak na posyłki. Jeździło po Warszawie na rowerze i rozwoziłem towar, który w firmie jakiś sklep zakupił. To mi właśnie pomogło, że znałem dobrze Warszawę. Umiałem się poruszać, miałem więcej szczęścia, jak czego, więc jakoś omijały mnie. Zawsze jakoś zdążyłem skręcić w bok, omijały mnie wszelkie uliczne łapanki. Raz nawet zastała mnie na ulicy Zgoda łapanka. Syreny zaczęły z samochodów żandarmerii niemieckiej wyć. Uciekłem na schody do jakiegoś banku. Nie wiem, jaki to bank, nie pamiętam, ale oni przelecieli, tam się nie zatrzymali, po jakimś czasie wyszedłem i sobie spokojnie poszedłem do pracy. Tak jak wspominałem, cały czas do 1944 roku i nawet dłużej, mieszkałem w Ursusie. Ojciec wylądował na Majdanku. Mama była w Ursusie razem z nami czterema. W 1943 roku jeden z braci zmarł, bo pracował w fabryce jako wtyczka też i go tamci, to byli Łotysze czy Litwini, pobili i odbili mu kark. Dostał zapalenia kręgów, ropa poszła na mózg i w 1943 roku zmarł jako siedemnastoletni chłopak. Reszta trójki żeśmy pracowali. Starszy brat zahaczył się do pracy na kolei. Pracował w Pruszkowie na stacji, na nastawni. Jego stamtąd zwerbowała, był fotoreporterem BIP-u, Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Oni, tam ich było dwóch, oni robili zdjęcia, wywiady i przekazywali, gdzie trzeba, jakie transporty, kiedy, co, jak przechodziły. W lipcu 1944 roku, gdy nastąpiło pierwsze ostre pogotowie, to ja ze swoją sekcją byliśmy najbliżej porucznika. Nawet jeden z nas zawsze miał dyżur w jego mieszkaniu. Czekaliśmy na rozkazy. Jak tylko przyszedł rozkaz, to od razu organizowałem swoją piątkę, ja szósty i żeśmy biegali, zawiadamiali, co jak. Rozkaz został odwołany ostrego pogotowia i 1 sierpnia przedpołudniem dostaliśmy cynk, że jest rozkaz, że mamy się stawić u porucznika „Marsa”. Żeśmy się stawili i każdy dostał, na pamięć, bo to nie notowało się wtedy nic, adresy, gdzie kogo biec i załatwiać, zawiadomić, że o godzinie siedemnastej mamy się stawić w Warszawie na ulicy, wtedy to się nazywała Zegarmistrzowska, Wolność.

Udało się dotrzeć na czas?

Tak. Sporo żeśmy zawiadomili, nie wszystkich, bo niektórych akurat nie było w domu. Wtedy dostaliśmy rozkaz, że grupę, bo podzielili nas na dwie grupy nasz oddział, pluton, sekcja. Część z bronią, którą żeśmy wyciągnęli z różnych zakamarków, prowadził porucznik „Mars” Tadeusz Mrówczyński z Ursusa przez Włochy do Wolskiej, na Wolę i tamtędy mieli się dostać. Grupę mniej uzbrojoną, bo mieliśmy tylko jeden pistolet i parę granatów, prowadził sierżant „Bartosz” Bolesław Krzymowski. Myśmy dla odmiany poszli z Ursusa nad torami do kolejki EKD wtedy , bo ona dochodziła i do Włoch, EKD. Tam żeśmy wsiedli do kolejki, szła nas większa grupa, ale kontakt był tylko wzrokowy, nie szliśmy całą bandą dziesięciu, piętnastu czy ilu, tylko rozrzuceni. Żeśmy się załapali jeszcze na ostatnia kolejkę, która szła z Włoch do Warszawy i kolejką dojechaliśmy do Placu Starynkiewicza, bo ona szła inaczej niż teraz, do placu Starynkiewicza. Tam nas wyrzucili z kolejki, motorniczy powiedział: „Kolejka już dalej nie idzie”, bo już się zaczęła strzelanina w Warszawie. Bo wybuchła właściwie wcześniej strzelanina. Wtedy żeśmy wysiedli i całą grupą, wtedy mniej uwa[żaliśmy], kupę takich grup kręciło się po Warszawie. Z Placu Starynkiewicza Żelazną szliśmy w kierunku tam, gdzie mieliśmy przeznaczenie. Tam właśnie w pewnym momencie z ulicy, to już było chyba po szesnastej dobrze, wyskoczył samochód, jak się wtedy mówiło, niemiecka „buda” z karabinem maszynowym na wierzchu. Lecieli ze Złotej, skręcili w Żelazną, strzelali gdzie popadnie, jak się tylko kto poruszył. Myśmy zdążyli uskoczyć do bramy, ale oni się nie zatrzymywali, tylko polecieli dalej. Wtedy sierżant „Bartosz” do mnie się zwrócił, najpierw ochotnika, ale że wiedział, że najlepiej znam Warszawę, powiedział: „Postaraj się dotrzeć do tego punktu zbornego i dowiedzieć się dokładnie, gdzie mamy się zameldować”. Poszedłem. Szedłem Żelazną, bo to najlepiej Żelazną, by myślę, że najprościej się dostanę, bo to Żelazna, później, wtedy za Lesznem dochodziła do ulicy Wolność, czyli wtedy Zegarmistrzowskiej, tak jak Szpital św. Zofii i tam dalej już była. Przy przeskakiwaniu skrzyżowania z Grzybowską dostaliśmy się pod ogień karabinów maszynowych. Przeskoczyłem. Za mną skakała jakaś kobieta, dostała postrzał w brzuch. W pachwinę dokładnie. Dalej idę i nie mogę się dalej dostać, bo tam coraz większa strzelanina, nie wiedziałem, gdzie nasi, gdzie Niemcy. Mówię: „Więc wrócę”. Zaczęło już robić się ciemno:„Wrócę do swoich i razem może coś wymyślimy”. Wróciłem tam, ale oni wiedząc, co się dzieje, wycofali. Przed wojną to były kamienice, że miały po dwa, trzy podwórka. I takie podwórka studnia. Oni wycofali się do trzeciego podwórka i powiedzieli dozorcy, że ewentualnie, jakbym się pytał, żeby powiedział, gdzie są. Jakiś ogródek był czy coś. Tam wróciłem, ale on mnie nie poznał i nie chciał ani słowa, powiedział, że nie wie, gdzie oni się podzieli. Czyli zostałem, noc się zbliżała, sam. Tak na chybił trafił zacząłem kręcić Żelazną, poszedłem w kierunku tego, kręcić wszystkimi bocznymi ulicami i dotarłem w ten sposób do ulicy Młynarskiej na Woli. Już było ciemno. Tam właśnie spotkałem mniej więcej na wysokości cmentarza ewangelickiego, pierwszy był tak, jakiś tam chyba augsburski, ale myśmy to nazywali ewangelicki i tam była grupa, dowódca jeden, która zaczęła budować barykadę wzdłuż Młynarskiej. Zameldowałem się do niego, że zgubiłem swój oddział. Mówi: „Proszę bardzo”, zapisał mnie, „to zostań przez noc u nas, a rano zobaczymy, co”. Żeśmy tam, cywile nam pomagali, okoliczna ludność, bardzo wszystko bardzo górnolotnie, nastroje wtedy pierwsze dni było pełne entuzjazmu. Budowaliśmy barykadę i w nocy zaczął padać deszcz. Myśmy się wtedy częściowo schowali do kamienic, co tam stały. Okoliczni mieszkańcy zaczęli nam tam wynosić kolację i jeść dawać, karmić. Były takie spontaniczne odruchy. Do rana przesiedziałem tam na Młynarskiej, nawet nie wiem, jaki to był dokładnie [oddział], prawdopodobnie to był albo „Zośka” albo „Parasol”, bo oni działali w tamtych okolicach. Rano się zameldowałem skoro świt, że w takim razie idę szukać swojego oddziału.
Ale to już pewnie było bardzo trudne.
Ulice już były puste, tak na chybił trafił, tak mniej więcej orientowałem się, gdzie jestem. Przez cmentarz ewangelicki między żydowskim a ewangelickim był płot, mur. Wzdłuż muru doszedłem chyłkiem do ulicy Okopowej. Tam Okopowej już wiedziałem, jak na Okopowej się znalazłem, zorientowałem się gdzie mniej więcej, w którą stronę, jak iść, żeby trafić na ulicę Zegarmistrzowską, czyli Wolność. Na ulicy Wolność (będę już mówił teraźniejszą nazwę), spotkałem porucznika „Mirka” Mirosław Palczewski. On mi powiedział, że on nie wie, bo on był w grupie z ochrony zaopatrzenia oddziałów naszych. On mi powiedział, gdzie jest dowództwo „Radosława”. Powiedział mi, że na ulicy Okopowej, właśnie tutaj, gdzie jest kamień pamiętny, tam stał dom i tam było dowództwo. Mówi: „Idź tam, to się dowiesz”. Poszedłem tam, zameldowałem się oficerowi służbowemu, a on powiedział: „Jeszcze nic nie wiemy, gdzie który oddział jest, ale już zaczynają spływać meldunki i poczekaj na schodach przed domem, to na pewno ktoś się zjawi i z batalionu ‘Miotła’ i powie, gdzie się batalion skoncentrował”. I rzeczywiście. Mija godzina, czy więcej czy mniej, patrzę idzie „Łuk” Kazik Gabara z mojej sekcji. Jak jego zobaczyłem, to już byłem szczęśliwy, że do swoich trafię. On został przysłany, bo w nocy z 1 na 2 [sierpnia] batalion „Miotła” zdobył Monopol Tytoniowy. Był obsadzony przez Niemców, zdobyli to i on stamtąd przyszedł do dowództwa po amunicję i granaty. Wtedy poszedłem razem z nim, pomogłem mu to wszystko dźwigać. Wracamy, Monopol Tytoniowy to był między Dzielną a Pawią. Jak trafiłem do swoich, to radość obustronna. Tamci, brat i reszta, że mnie widzą, że dotarłem, ja, że znalazłem się między swoimi, bo ta zawsze raźniej między swoimi jest niż między nieznanymi. W Monopolu Tytoniowym żeśmy walczyli do 9 sierpnia. Z tym, że było tak, że 4 sierpnia dostaliśmy rozkaz, żeby wyjść. Właściwie Monopol Tytoniowy był bazą wypadową, bo całe walki się rozgrywało. To było tak zwane byłe getto, czyli kupa gruzów, ruiny, nic więcej nie było. Na tych gruzach myśmy mieli tam stanowiska, bo właśnie w kierunku z Monopolu Tytoniowego w kierunku skrzyżowania ulicy Wolność z Żelazną, po naszej stronie w gruzach został jeden wysoki budynek. Tam była fabryka mebli giętych czy czegoś. Po drugiej stronie, już przy Żelaznej był szpital św. Zofii, w którym Niemcy byli. Dostaliśmy rozkaz 4 sierpnia do ataku, żebyśmy poszli właśnie na fabrykę i z fabryki zdobyli szpital, a za szpitalem, róg Żelaznej Leszno, to wszystko było obsadzone przez Niemców. Po drugiej stronie Leszna i Żelaznej, byli już nasi, powstańcy. Ale jak normalnie, u nas cholernie szwankowała łączność. I to nas położyło. Myśmy wyszli do ataku, a tamci nie wyszli, tak żeśmy ugrzęźli. Dostaliśmy raz rozkaz, żeśmy wyskoczyli, cofnięto nas i tak żeśmy czekali. W godzinach popołudniowych dopiero dostaliśmy rozkaz, żeby iść do ataku. Moja grupa, w której byłem, dotarliśmy do tego domu, w którym była fabryka, pod mur, ale znów, wysoki mur, nie było jak go przeskoczyć. Znów nawaliła łączność, nie dotarły do nas drabiny, żeby po drabinach przeskoczyć na drugą stronę. Bo tam akurat po gruzach, jak się wychodziło z Monopolu, to po prawej stronie biegł mur byłego getta, bo getto było odgrodzone od dzielnicy aryjskiej. Żeśmy tam ugrzęźli, okazało się, że wtedy Niemcy przez Wolę szli, przypuszczam, że na odsiecz albo tym w szkole Żelazna róg Leszna albo na Gęsiówkę, na obóz żydowski na Gęsiówce, bo tam też w obozie jeszcze była załoga niemiecka i trzymała w szachu Żydów. W końcu, się okazało, nasza grupa, nas tam było około dwudziestu, zostaliśmy na gruzach pod murem otoczeni. Ale jakoś żeśmy się dogadali, w końcu kazano nam się bronić, ale Niemcy jakoś nas nie atakowali specjalnie, że przyślemy wam pomoc o zmroku, za jakiś czas.

Jak wyglądało uzbrojenie w tamtych dniach? Czy był pan uzbrojony?
Tak, byłem. Miałem karabin, dwa granaty, amunicji niewiele, ale jeden magazynek był pełen.

A jak reszta kolegów?

Ta grupa, która pierwsza szła, szturmowa, to byliśmy uzbrojeni. Za nami szła druga grupa, w której byli młodsi koledzy, którzy tylko szli z samymi granatami, bo dla wszystkich broni nie było. Wtedy, jak oni szli nam z pomocą, myśmy żeśmy się cofnęli. Nawet porucznik „Mars” nas wtedy prowadził i pod murem odgradzającym getto, oddzielającym, była kępa krzaków, że tam coś się rusza. Zawołał najpierw, bo on znał niemiecki, zawołał po niemiecku, że jeżeli ktoś tam jest, żeby się poddali, wychodzili. Cisza, nikt nie wychodzi. Więc rzucił granat, jeden, drugi i w końcu zostawił. W grupie był erkaem, zostawił przy erkaemie, bo mieliśmy erkaem, polski stary erkaem, „Piorun” czyli Józef Nyc, zostawił mnie, Kazika Gabarę „Łuka” i jeszcze był czwarty, „Wig”, ale nie pamiętam jego nazwiska. On zginął 5 [sierpnia], na następny dzień. Powiedział: „Poczekajcie jakąś godzinę, pół godziny, godzinę i spenetrujcie te krzaki, czy rzeczywiście tam byli Niemcy”, bo przyleciała łączniczka wzywając go do dowództwa, że niepotrzebnie amunicję marnujemy, bo tam nikogo nie ma. I za jakiś mówię do „Pioruna”, on był starszy, podchorąży już: „To obstawiaj nas, ubezpieczaj nas tym erkaemem”. Ja z erkaemem, „Łuk” też miał karabin, idziemy w krzaki zobaczyć. Wchodzimy, rzeczywiście, od razu potykam się, leży trup niemieckiego żołnierza, wołam do Kazika, od razu mówi: „Ja też mam drugiego”. Mówię: „To zbieramy”. Najważniejsza dla nas to była broń. Od razu broń, amunicja i wynosimy do stanowiska erkaem, miejsca „Pioruna”. Idziemy dalej i w tym momencie, bo żeśmy się rozdzielili, wyłazi na mnie Szkop, Niemiec. Odruchowo krzyczę: Haende hoch! On podnosi ręce, ale bez broni, już rzucił broń i poddaje się. Zza muru już druga grupa nasza powstańcza krzyczy do mnie: „A strzel takiego nie takiego syna! Za to, co oni robią na Woli z naszymi!” On widocznie zrozumiał, o co chodzi, bo zaczął mnie dosłownie całować po rękach, że on ma żonę, dzieci, żeby mu darować życie. Tak się targujemy i w tym momencie wraca porucznik „Mars” Tadeusz Mrówczyński i mówi: „Odprowadzić jeńca do dowództwa, bo mnie obsztolili, że niepotrzebnie awanturujemy się, że tam nikogo nie ma. Na dowód, że tam byli Niemcy”. I daje rozkaz „Łukowi”, Kazimierzowi Gabarze, żeby pod karabinem jeńca odprowadził do [dowództwa]. I to mu uratowało życie, bo by go pewnie tam zakatrupili chłopaki.
To był szeregowy żołnierz Wehrmachtu?

Cofnęliśmy się do budynku do Monopolu Tytoniowego i co z nim, nie wiem, bo go odprowadził do dowództwa, sprawa dalej mnie nie obchodziła. Myśmy wzięli jeńca, oddali do dowództwa. Przy dowództwie był zawsze oficer kontrwywiadu, tak go chyba można nazwać, który tam wypytywał, jaka jednostka, skąd, wszystkie dane, bo to interesowało dowództwo. Myśmy, nawet powiem szczerze, że zapomniałem, że go wziąłem, że wzięliśmy do niewoli jeńca niemieckiego. Tak żeśmy w Monopolu, to było 4 [sierpnia], a 5 sierpnia Niemcy zaczęli używać granatników i z gruzów przegonili nas. Żeśmy wtedy wycofali się do budynku i to był solidny budynek, bo to budynek fabryczny. Tam żeśmy w oknach budynkach, nawet byłem z nas na przemian z „Piorunem” Józkiem Nycem, obsługiwałem erkaem. Na pierwszym piętrze, bo tam była wytwórnia papierosów, z bel papieru, z tego, co ustniki robią, żeśmy w oknach porobili barykady i tam ustawiłem karabin. Jak miałem służbę, to strzelałem w kierunku Wolność i tam były, teraz, to też był kościół, teraz też tam jest kościół, obok tego było wejście, jak do jakiej piwnicy, do domu. Tam mi się zdawało, Polaków już tam nie było, że tam przelatują Niemcy. Więc wycelowałem z erkaemu i tak pukam, jak któryś skacze, to mu posyłam jedną, dwie pociągnięcia. I głupie uczucie, bo mi się wydawało, że widzę kule, że lecą, że za wolno lecą, że powinny szybciej go trafić. Czy dostał czy nie, to nie wiem, bo jak dał nura, do drzwi, jak nawet upadł, to i tak nie widziałem, czy go trafiłem. Na terenie, w samym budynku Monopolu Tytoniowego żeśmy się, byli załogę do 9-10 [sierpnia]. 10 [sierpnia] dostaliśmy rozkaz, że mamy, że się wycofujemy i wtedy pułkownik „Radosław” całe swoje bataliony, to była „Miotła”, „Zośka”, „Parasol”, „Czata”, „Pięść” zbierał, koncentrował na rogu Okopowej/ Powązkowskiej, po drugiej stronie, jak, ona się nazywała, Burakowska. Tam była garbarnia Pfeiffera i Temmlera. W garbarni żeśmy byli. Początkowo, bo miał pułkownik „Radosław” chęć wyprowadzić nas z Warszawy, przebić się do Kampinosu, dozbroić się i wrócić przez Żoliborz do Warszawy albo działać w lasach wokół Warszawy. Ale dowództwo Powstania podobno się na to nie zgodziło, bo takie były słuchy. Bataliony „Radosława” to były właściwie Bataliony Szturmowe Komendy Głównej. Myśmy byli najlepiej wyszkoleni, może nie najlepiej wyszkoleni, co najlepiej uzbrojeni. To był cholerny obciach dla obrońców, że takie bataliony wycofują się z Warszawy. Dostaliśmy rozkaz 11 [sierpnia] do ataku. Prowadził atak brat „Radosława”, kapitan „Niebora” ulicą Stawki, gdzie żeśmy się przebijali na Stare Miasto. Poprowadził atak, zginął tam, poległ kapitan, pośmiertnie major „Niebora”, ale chłopaki zdobyli szkoły, przy Stawkach, co są, plac, co Niemcy Żydów wywozili, tam jest kamień pamiątkowy, że zginęli. Zginął „Niebora”. Zdobyli szkołę i żeśmy już mogli resztę oddziałów, która nie mogła, w grupie szturmowej był batalion „Miotła”, który właśnie prowadził dowódca, kapitan „Niebora”, Franciszek Mazurkiewicz. W ten sposób otworzyli, batalion „Miotła” otworzył przejście z Woli na Stare Miasto dla pozostałych oddziałów zgrupowania. Jak żeśmy wylądowali na Starym Mieście, to „Radosław” dostał odcinek obrony od strony północnej, tak jak Dworzec Gdański, Cytadela. I właśnie tam wchodził w skład między innymi Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych do obrony. Myśmy właściwie, „Miotła” była częściowo na, jak się ta ulica nazywa, przypomnę sobie, a część została na Długiej, Miodowej jako odwody. Myśmy byli takie zapchajdziury. Ja ze swoją sekcją dostaliśmy, tam było nas więcej, dostaliśmy kwatery na ulicy Długiej, róg Barokowej, bo na Barokowej pułkownik „Radosław” miał swoje dowództwo. Stamtąd biegliśmy, byłem ze swoją sekcją pod Arsenałem. Później raz, jednego dnia, postawiono nas na nogi, bo Pałac Krasińskich, czyli Rzeczypospolitej bronił „Parasol”, że tam się przedarły czołgi, żeby lecieć na pomoc. Z granatami i z butelkami żeśmy pobiegli. Ale okazało się, że oni sobie z Niemcami poradzili sami. Co z takich ciekawszych moich osobistych [przeżyć]? Wtedy chyba kapitan „Gałązka”, nie pamiętam jego nazwiska, wziął mnie, żeby iść z nim, nawiązać łączność do dowództwa, które broniło Ratusza na Placu Teatralnym. Wtedy poszedłem z nim, ale do dowództwa nie wchodziłem, tylko zostałem, bo Ratusz była kupa gruzów. Coś mnie podkorciło, wlazłem na gruzy, żeby zobaczyć na Teatr Wielki. Wchodzę, patrzę, a wtedy, to ulica się nazywała, od Trębackiej dochodzi do Placu Teatralnego, że Niemcy stamtąd pędzą cywili. „Ha”, myślę sobie, „teraz to będzie polka, jak pogonią”. Bo oni bardzo często przed sobą, przed czołgami gonili cywili, że myślą, że my będziemy mniej strzelali. Ale się okazało, że prawdopodobnie, bo tam był przecież Pałac Blanka, w którym siedział gubernator Warszawy, prawdopodobnie kogoś stamtąd wyprowadzali. Bo tu już na Most Kierbedzia, Plac Zamkowy, Most Kierbedzia był już w niemieckich rękach i Zamek. Myśmy byli w katedrze i później na Miodowej. Tak, że oni z Placu Teatralnego Senatorską mogli do Mostu Kierbedzia i tam do Krakowskiego [Przedmieścia] wyprowadzić, nie wiem, gdzie chcieli, kogo prowadzili, po co, dlaczego. Za plecami widziałem, jak chyłkiem za plecami Polaków, warszawiaków, stojących murem przed tym, przechodzili, przebiegali jacyś umundurowani Niemcy. Jak tamtych przeprowadzili, to cywili cofnęli, tak żeśmy nie potrzebowali do siebie strzelać. Później w różnych miejscach. Po paru dniach, 17 sierpnia dostałem rozkaz, żeby iść, to jest niedaleko, na Nalewki, jak Arsenał. W Arsenale byli powstańcy i tam właśnie, od ulicy Nalewki, Nalewkami w kierunku Żoliborza idąc od Długiej po prawej stronie był Ogród Krasińskich. Tu Arsenał i tam na rogu było polskie działko, przedwojenne polowe, polskie działko. A my dostaliśmy rozkaz, że po drugiej stronie, w budynku, którego okna piwniczne wychodziły na park, żeby w piwnicznych oknach umocnić, zrobić stanowiska strzeleckie. Więc żeśmy tam zrobili. Tam 17 stycznia mój młodszy brat „Mściciel” Tadeusz Michalski wyszedł z kolegami, z workami, bo tam był ogród, żeby w workach przynieść ziemi, żeby pozatykać okna. Wtedy padł pocisk czołgowy, oni zrobili klasyczne „padnij” i pocisk jakiś czas nie wybuchał, to się podnieśli. A Niemcy strzelali czasowymi pociskami. Pocisk wybuchł…
17 sierpnia?

I brat dostał w rękę, tutaj mu rozwaliło rękę. Jeden z kolegów go zaprowadził do punktu sanitarnego, tam mu rękę obandażowali, ale raczej z zasady myśmy nie chcieli siedzieć w szpitalach. Woleliśmy uciekać nawet ranni do swoich, ale nie, bo przynajmniej byłem pewien, że mnie ktoś wyciągnie z opresji, bo żeśmy raczej nie zostawiali swoich tak. Żeśmy wrócili znów na Długą, tam mieliśmy kwaterę w domu, już nie pamiętam nawet, który to był numer, dwadzieścia osiem czy dwadzieścia sześć, na Długiej, róg Barokowej i Długiej. Tam przed wojną i w czasie okupacji była cukiernia Gogolewskiego. Myśmy tam mieli kwatery na piętrze, a na parterze w cukierni była izba chorych, bo nawet nie tyle rannych, co chorych. Wtedy 19 sierpnia, co się rzadko zdarza, upadł pierwszy pocisk. Upadł pierwszy pocisk, zwaliło tam część. Nigdy nie było tak, żeby dwa pociski jeden za drugim padały w te samo miejsce. Więc pobiegłem na pierwsze piętro, że może coś się da z naszych zasobów wynieść. Wtedy trzasnął drugi pocisk. Byłem na pierwszym piętrze i czuję, że mi się wszystko pod nogami chwieje. Odruchowo cofnąłem się, stałem, wie pani, jak wyglądały przedwojenne piece kaflowe, pod piec. Jak mi się ściana frontowa zaczęła walić i pod nogami zaczęło mi się wszystko usuwać, to chyba odruch był, złapałem się za drzwiczki, moment przytrzymałem i poleciałem dopiero, jak główna ława gruzu poleciałem na ulicę, dopiero po gruzach zjechałem na ulicę. Pierwszy odruch, to od razu poderwałem się, co z resztą. Przez bramę, która była częściowo zawalona, częściowo nie, przedostałem się na podwórko i pierwsze, co zobaczyłem, to właśnie, że mój brat Tadeusz i jego kolega Zygmunt Uliński „Vis” leżeli pod bramą. Brat stracił obie nogi, a Zygmunt „Wis” głowę. Tam wtedy kupę namasakrowało ludzi, bo tam prócz nas były oficyny boczne, bo kupę cywili mieszkało. Na parterze w cukierni na ścianach były lustra i tam był pokój chorych. Na jednego kolegę, też z naszego batalionu, lustra spadły i całe plecy miał poszatkowane, jak befsztyk tatarski. Brata zabrali galopem na nosze, właściwie to wtedy się pierwszy i ostatni raz popłakałem, chociaż miałem osiemnaście lat i walczyłem. Bo razem z „Radosławem” przyszła zobaczyć, to była kobieta, dowódca służby sanitarnej. Ona jak zobaczyła brata, to powiedziała: „Z tego nic nie będzie”. Wtedy coś we mnie pękło i się rozbeczałem jak dzieciak. Wtedy dostaliśmy rozkaz od „Radosława”, żeby przejść na drugą stronę Długiej i tam żebyśmy odzipnęli. Tam w piwnicach, to były piwnice, magazyny apteczne sanitariatu. Tam było kupę rannych. Myśmy tam już wtedy w czterech, nie w sześciu, usiedli tam na jakiś stołkach i tam oddychamy, żeby dojść do siebie. I wtedy Niemcy, nie artyleria, a samoloty, nadleciały sztukasy. Wtedy dziwne uczucie, wtedy to człowiek każdym nerwem czuje to. Przypikował, rzucił bomby, mnie się przynajmniej wydawało i nie tylko zresztą mnie, że słyszę, liczę, jak bomba, bo wpadła w klatkę schodową, łamie drewniane stropy, schody, za moment cisza. I samego wybuchu nie słychać huku, tylko zaczęło się wszystko trząść, walić i zasypało nas w piwnicach. Zaczęły tłuc się wszystkie leki, więc jeszcze dodatkowy prócz kurzu z pyłu, smród leków. Ale jakoś też mieliśmy w czwórkę szczęście, bo jeszcze muszę powiedzieć, że w czasie Powstania myśmy nosili chusty, w razie kurzu zakładaliśmy na nosy chusty, żeby się tak nie dusić. Jakoś żeśmy w czwórkę się wykaraskali, zobaczyłem, że przez kurz, gdzieś tam daleko przebłyskuje światło. Dotarliśmy, była niewielka dziura, ale rozgarnęliśmy gruzy i sami żeśmy się wydostali z zasypania. Tam jeden kolegów, Zdzisiek Dłubak „Skowronek” dostał jakiegoś [ataku], właściwie to szok. Zaczął się histerycznie śmiać. Coś mi szepnęło, ktoś mi kiedyś powiedział, że w takim wypadku to najlepiej trzasnąć w buzię gościa. Dałem mu w papę, jak się mówi po warszawsku i on wtedy zaczął płakać. Jak zaczął płakać, to już wróci do normy. Rzeczywiście, jakoś tam żeśmy. Mieliśmy pecha, tego dnia, to było 19 sierpnia, przeniesiono nas znów na Długą, bliżej Freta. To była chyba Długa 4 albo 6. Na pierwszym piętrze dostaliśmy mieszkanie. Ono było puste, a na parterze była izba, sanitariat. Po krwawych przejściach 19 sierpnia ze swoją sekcją zostałem skierowany 21 sierpnia na ulicę Miodową, tam do magazynów fabryki Fuchsa. Mieliśmy tam siedzieć i pilnować, a zarazem być odwodem, w każdej chwili gotowi do wyjścia tam, gdzie będziemy potrzebni. Długo ten spokój nie trwał, bo już po paru dniach, 27 [sierpnia] dostaliśmy, wpadł do nas porucznik Sarmach i zarządził zbiórkę. Ogłosił, że na ochotnika, ale właściwie na ochotnika to wszyscy stawali, było nas tam wtedy pięciu, że mamy iść do Państwowej Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, żeby zmienić tam padającą ze znużenia załogę. Wyszliśmy późnym wieczorem, że była noc, było względnie po ciemku, więc spokojnie. Tak żeśmy doszli Miodową do Długiej, Długą do Freta i Freta w kierunku Rynku Nowego Miasta i tam żeśmy dotarli do Wójtowskiej. Przez okno, właściwie to nie był parter, a suterena, trzeba było po drabince na drugą stronę do pomieszczeń schodzić. Tam żeśmy się dowiedzieli, że było nas około dwudziestu paru, porucznik Sarmach zabrał, że zmiana w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych nastąpi dopiero rano, tak że mamy parę godzin. Możemy się ulokować i przespać się, przedrzemać. Rzeczywiście, rano, godzina była może piąta, szósta, żeśmy zaczęli zmieniać przemęczonych żołnierzy załogi Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. W tym momencie, tak jakby Niemcy wiedzieli o tym, że następuje zmiana, przypuścili atak. Nastąpił cholerny bałagan, bo myśmy jeszcze dobrze nie wiedzieli, skąd mogą na nas atakować Niemcy, a tamci się już zaczęli pospiesznie wycofywać, bo zdawali nam broń. Myśmy nie mieli wszyscy broni. Mimo wszystko, żeśmy walczyli, ale jak się później okazało, na piętrach już Niemcy wszędzie byli, tak że wszystkimi możliwymi dziurami [wchodzili], a myśmy tylko byli w suterenach, podziemiach. To były duże bardzo pomieszczenia. Był długi korytarz. Jedna strona korytarza była w rękach naszych, przy końcu była niewielka barykadka i tam było stanowisko erkaemu. Przy tym erkaemie siedziałem, a druga strona były schodki i wyjście już na ulicę w kierunku ulicy Sanguszki. Stamtąd zaczęli atakować Niemcy, ale jak puściłem jedną, drugą serię, się wycofali. Wprowadzili do akcji miotacze płomieni, ale to było za daleko, bo korytarz to miał chyba ze sto metrów albo i lepiej, tak, że niewiele mogli zrobić. Zrezygnowali, ale od góry zaczęły lecieć na nas wszystkimi możliwymi dziurami granaty. Wtedy zaciął mi się erkaem. Porucznik Sarmach dał mi rozkaz, żebym oddał koledze erkaem, który go odblokuje. Dostałem karabin, dwa granaty i żebym przeszedł, gdzie tylko będę mógł dotrzeć i powiedzieć pozostałym, do których jeszcze nie dotarła wiadomość, że niestety, ale musimy się już stopniowo wycofywać z Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Poszedłem w kierunku, jak mi wskazano. To wszystko było w półmroku, bo to było w podziemiach, w suterenach. Ale nigdzie nikogo już nie było, w jednym dużym pomieszczeniu zdawało mi się, że jakieś zbiorniki są czy coś. Tak jakby usłyszał jakiś jęk. Nachyliłem się, żeby zobaczyć czy tam ktoś jest, nie bacząc na to, że Niemcy mogą być w pobliżu, zawołałem, ale nikt mi wtedy nie odpowiedział. Więc wycofałem się czym prędzej do ostatniego pomieszczenia, które znajdowało się w naszych rękach, a okno wychodziło na Wójtowską. Tam już zostało tylko nas tylko czterech – „Błyskawica” Tadek Bednarek, „Dzieciak” Czesław Zaborowski i ja i jeszcze był czwarty, chyba Kapusta się nazywał. Wtedy Tadek „Błyskawica” mówi: „Ja dam serię. Będę cię krył. Skacz pierwszy”. Więc wlazłem na okno, on puścił serię jedną, drugą, a ulica była pod ciągłym obstrzałem granatników i z góry, z okien Niemcy też walili granatami i strzelali. Ale jakoś udało mi się przeskoczyć przez ulicę, wpadłem w bramę. Okazało się, że brama jest całkowicie zawalona, że nie ma przejścia na drugą stronę. W bramie leżał nasz powstaniec, trup. Właściwie on mi uratował życie, bo jak wskoczyłem do bramy, to się przez niego przewróciłem i w tym momencie za mną poleciał granat. Jak się zorientowałem, że nie ma wyjścia, nie ma przejścia z tej bramy, więc musiałem się cofnąć, wyskoczyć z powrotem na ulicę i po gruzach wejść, wbiec na górę i zejść, zbiec na drugą stronę. Udało mi się, chyba dlatego, że Niemcy już więcej byli zajęci mordowaniem pozostałych w Wytwórni ludzi, rannych i personelu lekarskiego i cywili niż wyglądać przez okna, co się dzieje na ulicy. Przeskoczyłem na drugą stronę, cicho się zrobiło. Idę wolniutko, rozglądając się, gdzie są nasi, bo to były budynki po byłych koszarach czy szpitalach, bo były dość duże skrzydła. Wypalone wszystko, ale jeszcze mury stały. Duży był dziedziniec. Idę tak wolno, nagle z przeciwka ktoś do mnie coś woła, krzyczy i coś pokazuje. Ale byłem tak hukiem otumaniony, ogłuszony, że nie rozumiałem, o co mu chodzi. W końcu zrozumiałem, że mi pokazuje do tyłu. Oglądam się, a za mną cała Państwowa Wytwórnia i wszystkie okna, jak na obrazie, wszystko widać, a jeden stoi. To by wystarczyło, nie trzeba było strzelca wyborowego, żeby mnie pierwszy lepszy ściągnął z tego okna. Jak zrozumiałem, o co chodzi, to jednym susem skoczyłem pod ścianę i chyłkiem dobiegłem do tego. Okazało się, że to był kapitan „Stefan”, który z niedobitków, które wycofały się z Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych, organizował obronę. Zapytał mi się, czy już jestem ostatni, powiedziałem, że nie, że jeszcze za mną było dwóch kolegów. Wziął mnie od razu i wyznaczył na stanowisko. Cały budynek był wypalony, ale ściany i stropy były, stały. Tam było okno. W oknie już było zrobione stanowisko strzeleckie. Powiedział mi, żebym zajął to stanowisko, a on idzie dalej wyłapywać i organizować obronę. Nastała wtedy cisza. Rozejrzałem się dookoła. Na dobrą sprawę, jakby Niemcy się zorientowali i od razu poszli moim śladem, to by nas wydusili. Na odcinku stu paru metrów to nas było tylko trzech obrońców. Ale podtrzymało mnie na duchu to, że po drugiej stronie ulicy, jak wyjrzałem na naszą stronę ulicy, to na piętrze byli już nasi powstańcy na balkonie, nawet mieli stanowiska strzeleckie, w kierunku PWPW strzelali. Nawet jeden strzelił do oficera, bo krzyknął, że jakiś oficer niemiecki stoi na barykadzie. Tam była nasza barykada. Ludność cywilną zgonił i rozbierają barykadę. On do Niemca strzelił, powiedział: „Dostał taki syn”. Tam siedziałem na stanowisku do późnego wieczoru. Pod wieczór przybiegł z pomocą z Mławskiej mój bezpośredni dowódca, porucznik „Mars”, który przyprowadził na rozkaz pułkownika „Radosława” nam pomoc. Pomoc składała się z pięciu żołnierzy, bo więcej nie mieli w odwodzie. Wtedy, jak zobaczył mnie, to się ucieszył, że żyję. Zostawił na moje miejsce świeżego, którego przyprowadził żołnierza, a mnie zabrał. Mówi: „Chodź ze mną. To my, jak się zrobi ciemno, wyjdziemy na przedpole zobaczyć, gdzie są Niemcy. Jak tego”. Rzeczywiście, nastąpił zmrok. Wyszliśmy, on uprzedził nasze pozycje, że wychodzimy, żeby nikt nie strzelał, że to my będziemy szli. Żeśmy wyskoczyli, widno było jak w dzień, bo to jednak naokoło się paliło, tak że wszystko było dokładnie widać, ale jakoś Niemcy widocznie [nas nie zauważyli]. Muszę dodać, że my wszyscy, że nas bardzo często ratowało, że my, bataliony „Radosława” walczące na Woli zdobyliśmy w magazynach przy Dworcu Gdańskim sorty mundurowe niemieckie. Myśmy się umundurowali w mundury niemieckie, tylko na rękawach mieliśmy opaski i na hełmach też opaski. Może dlatego. Wyszliśmy w nocy, przeszliśmy spory kawałek drogi, nigdzie Niemców nie było, skacząc od osłony do osłony. Nagle pada strzał, okazało się, że strzał padł nie od Niemców, ale od naszej strony. Porucznik „Mars” nie bacząc, że Niemcy mogą do nas zacząć strzelać, krzyknął do niego: „Nie strzelaj!” Żeśmy się wycofali. Obeształ żołnierza, który strzelił. A po prostu chłopak się zdrzemnął, obudził się, zobaczył, że mu ktoś na przedpolu się merda, to wziął wygarnął do nas, ale chybił. Niestety, już spaliła nasza dalsza wycieczka w stronę Niemców, bo już byli zaalarmowani. Wycofaliśmy się i wtedy porucznik „Mars” powiedział mi to: „Wracaj. Jesteś zmęczony”. Już był ranek, bo to cały 28 sierpień, już 29 [sierpień], ranek: „Jedź. Wracaj na Miodową na kwaterę, tam się trochę prześpij”. Jak wróciłem, to tam zastałem już kolegów, którym udało się przeżyć piekło w PWPW, ale żeśmy długo nie odpoczywali, bo popołudniu, pod wieczór, wpada znów łącznik i zgarnia nas. Jeszcze możliwie, bo to już były ostatki ludzi, którzy jako tako jeszcze się trzymali, chodzili, że idziemy zdobywać, odbijać, bo Niemcy zajęli na Rynku Nowego Miasta kościół Najświętszej Maryi Panny. Tam żeśmy doszli, dostaliśmy, gdzie mamy stać, ale żeśmy, tam był okop na wysokości wieży kościoła, tam żeśmy najpierw zajęli stanowisko, ale nic się nie działo. Widzę, że tam przy oknie zbierają się, chyba od „Trzaski” chłopaki, że będą przez okna [przeskakiwać], bo drzwi, główne wrota kościelne i ławki, które za tym były, wszystko w kościele już się paliło, bo Niemcy podpalili wycofując [się]. Wskoczył jeden, podszedłem tam zobaczyć, co tam, nie znam tego oficera, bo to był nie od nas. Powiedział: „Skacz ty następny, jak masz ochotę”. Podsadzili mnie do okna, z tyłu, za oknem, pod oknem w kościele stał konfesjonał, po konfesjonale zeskoczyłem na dół. Od jednego filara do drugiego tak, że doszedłem do ostatniego filara przed prezbiterium i było nas wtedy w kościele trzech. Ja, za drugim filarem stał nie z mojego oddziału, ale właśnie od „Trzaski”. Z ambony zaczął ktoś, Niemiec jakiś, do nas grzać, strzelać. Wtedy ten, co za mną stał, miał broń maszynową. Mówi: „Przytul się do filaru, to ja puszczę do niego serię”. Tak zrobiłem, przed samym nosem mi [strzelił], tak że nie mnie strzelił, tylko po ambonie się przejechał. Niemiec od razu ucichł, chyba dostał, bo ucichł na amen, tak że mogłem się ruszyć. W tym momencie przez okno i to od naszej strony wleciał granat – „filipinka” i [upadła] prosto mi pod nogi. Całe szczęście, że to była „filipinka”, bo ona się dość długo kręciła się, buczała, zanim wybuchła. Tak, że jakoś odruchowo sama noga mi poleciała, kopnąłem granat. On poleciał, wpadł w palące się ławki i tam eksplodował. W kościele już nie było nikogo. Zastaliśmy tylko, osobiście widziałem, tylko trupa jednego, niewiasty, kobieta leżała zabita pod bocznym ołtarzem. Tam był chyba ołtarz Matki Boskiej. Na stopniach tego ołtarza leżała zamordowana [kobieta]. Czy też była zgwałcona, nie wiem, bo tam też była tak potargana, że wszystko było możliwe. Tak żeśmy w kościele wytrwali do rana. Rano przyszła zmiana, mnie wtedy wycofali z kościoła. Inni przyszli, a wydostałem się tą samą drogą na zewnątrz z kolegą. Wtedy dowiedziałem się, że mam wracać na Miodową. W kościele z mojej grupy byłem ja i „Łuk”, Kazik Gabara, „Błyskawica”, Tadek Bednarek i „Dzieciak”, Czesław Zaborowski. To już 30 [sierpnia], bo to już było rano, bo 29 [sierpnia] zdobywaliśmy kościół. Wycofałem się i wróciłem z Kazikiem Gabarą, z „Łukiem” na kwaterę, na ulicę Miodową. Tam od razu nas zgarnął oficer już, już nie pamiętam, który, że jesteśmy przydzieleni we dwóch do kompanii osłonowej sztabu „Radosława”. Później się dowiedziałem, że jak myśmy 29 [sierpnia] zdobyli kościół, 30 [sierpnia] Niemcy ten kościół zbombardowali, zawalili, tak że nawet sporo tam zginęło chłopaków. Znów miałem wyjątkowe szczęście, że mnie wycofano w ostatniej chwili, że nie zostałem tam pod gruzami kościoła. Dostaliśmy rozkaz. Wtedy z „Łukiem”, z Kazikiem Gabarą dostaliśmy przydział do kompanii osłonowej. Zameldowaliśmy się tam. Dostaliśmy z miejsca legitymacje, już wtedy wydawano nam imienne legitymacje. Normalne, imię, nazwisko, data urodzenia, psuedo, przydział. Od razu to było tak, 30 na 31 [sierpnia] i od razu tam wtedy 31 [sierpnia] w nocy na 1 [września] zaczął się atak przebicia górą, próba przebicia się górą na Śródmieście. Wtedy nie brałem w ataku udziału, bo górą poszedł batalion „Zośka” i „Parasol”. Resztki batalionu „Miotła”, resztki bo batalion „Miotła”, nie mówiłem, 11 [sierpnia] przy szturmie przebicia się z Woli na Stare Miasto, został tak zdziesiątkowany, że resztki jego zostały wcielone do batalionu „Czata”. Myśmy później, „Miotła” walczyła w szeregach batalionu „Czata”. Część kolegów z batalionu „Czata” i właściwie [z] „Miotły” robiła desant kanałami na Plac Bankowy. Ale wywiad albo Niemcy był niezbyt dokładny albo Niemcy nie tyle się zorientowali, co podciągnęli się i tam. Jak oni zaczęli wyłazić z kanału na Placu Bankowym, wpadli w sam środek oddziałów niemieckich. Zaczęli tam walczyć, ale niestety, nic im się nie udało. Zostali z powrotem wepchnięci do kanałów. Tam paru zginęło. Jeden z kolegów wydostał się i jakoś uciekł w gruzy. Został w gruzach i później wydostał się z Warszawy już po kapitulacji Starego Miasta, jak Niemcy szabrowali tamte okolice i sprowadzali, gonili wtedy ludność cywilną, żeby to wszystko wynosiła, wywoziła. On się wtedy wmieszał w tłum cywili i wyszedł z Warszawy. Byłem, jak wspominałem, z Kazikiem Gabarą „Łukiem” w kompanii osłonowej i całą noc tego ataku w celu połączenia się z Śródmieściem miałem służbę przy sztabie „Radosława”. Niestety, atak się nie udał, bo ze strony Śródmieścia nie wyszedł atak. Nie wiem, dlaczego, dokładnie, to już jest dowództwa wprost sprawa. Przypuszczam, że u nas mieliśmy słabą łączność. I to w dużo wypadkach kładło wszystkie, niektóre poczynania, że nie można było dobrze zsynchronizować czasu ataku z jednej i z drugiej strony. Niestety, atak ten się nie udał, część tylko, paru chłopaków z batalionu „Zośka” przez Ogród Saski przedostała się na ulicę Marszałkowską, Królewska i tam się dostała do nas. Myśmy zostali. Wtedy w dalszym ciągu byłem w kompanii osłonowej, żeśmy tam cały dzień przesiedzieli w bramach i później z 1 na 2 [września], czyli już 2 [września] rano, bo już zaczęło świtać, grupa „Radosława”, bataliony „Radosława” dostały rozkaz, że jest nasza kolejka wycofywania się kanałami na Śródmieście. Zeszli, przed nami zszedł dowódca Starego Miasta, pułkownik Wachnowski, później za nim „Radosław” ze swoim sztabem i my jako kompania osłonowa ostatni z grupy „Radosława”, bo jeszcze tam zostali żołnierze Starówki. Szliśmy kanałami, trudno mi powiedzieć, ile godzin. W każdym razie, to było niezbyt [przyjemne]. W pierwszym momencie uczucie zimna, bo to i mokro, od razu się skakało po kolana w nieczystości, w wodę. Trzeba było po ciemku, cichaczem, bez słowa, bez najmniejszego [szmeru] iść, bo myśmy szli przecież Miodową do Krakowskiego Przedmieścia. Pod Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem i wychodziliśmy z kanałów Nowy Świat, róg Wareckiej. Tak, że trzeba było być bardzo cichutko, bo Niemcy potrafili stać przy włazach i wrzucać granaty do kanałów. Zresztą musiało tak być, bo myśmy spotykali się w kanale, że były i trupy i porzucona broń. Myśmy jakoś szczęśliwie, względnie szybko, jak później się dowiedziałem, na warunki marszu kanałami, się przedostali. Wychodząc z kanału na Wareckiej, to tam już zawsze siedziało dwóch silnych chłopaków i wyciągali nas za łeb z kanału, bo każdy, jak tylko wysunął głowę, łyknął świeżego powietrza, to zaraz mu się kręciło we łbie. Wyciągali nas. Wyciągnęli i jak wyszliśmy, to się okazało… bo mój starszy brat był też powstańcem, tylko on pracował jako fotoreporter, był fotoreporterem wojennym BIP-u, Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK i akurat tam jak wyszedłem z kanału, to on był przy kanale. Jak mnie zobaczył, to radość, że już brat, mój młodszy brat, który zginął 19 sierpnia, to już wiedział, bo dałem znać wcześniej przez kuzynkę. Dowódca kompanii osłonowej, jak zobaczył, że spotkałem brata, mówi: „To ty idź do niego na kwaterę, umyj się, uporządkuj i rano zamelduj się”. Dostaliśmy na odpoczynek pałacyk w Alejach Ujazdowskich, ale wchodziło się do niego z ulicy Mokotowskiej, tam przez podwórka poprzebijane ściany. Pierwsze wrażenie, wtedy jeszcze Śródmieście to była dzielnica, która nie wiedziała, co to jest ostrzeliwanie, bombardowanie, takie, jak myśmy przeżyli na Woli, getcie czy Starym Mieście. Od razu, tam jeszcze była woda, tak że od razu się wykąpałem po dwóch tygodniach. Poszedłem spać. Jak usnąłem, to Niemcy zaczęli rano bombardować Śródmieście, artyleria zaczęła ostrzeliwać i lotnictwo. Brat nie mógł mnie dobudzić, to nakrył mnie tylko kołdrą i poduszkami, czym co miał, a sam musiał iść na służbę. A gospodyni jego, u której miał kwaterę i cywile wszyscy uciekli do piwnicy. Jak się obudziłem, zobaczyłem, która godzina, czym prędzej wstałem, się pozbierałem, poszedłem na dół oddać klucze. Ci ludzie do mnie: „Panie, jak pan mógł spać na taki ostrzał? Mówię: „Jakby pani przez dwa tygodnie nie mogła, nie zmrużyła oka normalnie, to też by pani spała”. Podziękowałem za to, zostawiłem klucze i poszedłem do swoich w Aleje Ujazdowskie i dowiedziałem się, że zgrupowanie „Radosława” dostało skierowanie na Czerniaków. Żeśmy od razu poszli na Czerniaków, z tym, żeśmy [byli] najpierw na Książęcej w Szpitalu Łazarza. Szpital Łazarza to był na zapleczu Muzeum Narodowego i Wojska Polskiego na skarpie od strony Książęcej. To był szpital dla wenerycznie chorych. On był już pusty. Myśmy tam wtedy w nocy przechodzili, to myśmy zajęli stanowiska, żeby ubezpieczać przemarsz. Książęca 7, później, jak się zaczyna skarpa, na której jest willa profesora Pniewskiego, to już tam dalej był pod obstrzałem, to był wykopany rów łącznikowy i rowem łącznikowym był kontakt dalej na Czerniaków. W szpitalu Łazarza żeśmy przebyli całą noc. Żeśmy poszli później na Czerniaków, ale dość szybko dostaliśmy z powrotem, że batalion „Miotła” ma się cofnąć na Książęcą do ruin szpitala, bo on był już wypalony, Szpitala Łazarza i zająć szpital. Mamy go bronić, żeby Niemcy nie przerwali komunikacji z Czerniakowem. Tak, że właściwie do końca Powstania walczyłem na Książęcej, z tym że różnie było, Niemcy atakowali, a myśmy kontratakowali, Niemcy starali się nas wyprzeć z ruin szpitala, jak mogli. Myśmy się nie dawali i przepychanka trwała do 10 września. Między 10 a 13 września, gdy Niemcy się zorientowali, że Rosjanie są coraz bliżej i planują atak na Pragę, za wszelką cenę chcieli rozbić, rozdzielić Czerniaków od Śródmieścia i zepchnąć Polaków jak najdalej od Wisły. Niestety, 13 września, udało im się to, że nas wyparli z ruin Szpitala Łazarza, ale żeśmy daleko, tylko na drugą stronę ulicy Książęcej przeszli. Tam była czteropiętrowa kamienica, Książęca 7 i warsztaty, garaże, zakłady rzemieślnicze były. Później zaraz były domy na rogu Placu Trzech Krzyży, to chyba należało do Kościoła, do Kurii kościelnej, te domy. Tylko tyle, że myśmy się wycofali tam na drugą stronę i tam żeśmy zajęli pozycje obronne. I tam już żeśmy się nie dali stamtąd wykotłować Niemcom już do kapitulacji Powstania w październiku. Z tym, że różnie było. Podpalili ten budynek, on był czteropiętrowy, Książęca 7. Musieliśmy się wycofać. A później, kto szybciej w dymiące ruiny wpadnie, czy Niemcy czy my. Myśmy jakoś zawsze byli szybsi. Zawsze nam się udawało, że byliśmy pierwsi, wpadali, zajmowali na jeszcze gorących, palących się zgliszczach stanowiska. Jak Niemcy ruszyli, bo musieli zejść ze skarpy na Książęcą, więc myśmy mieli dość dobre pole obstrzału, tak żeśmy ich tam zawsze zdołali zatrzymać. Ale w czasie walk 10-13 [września] udało im się, jak wyszli z Muzeum Wojska i z wiaduktu, Mostu Poniatowskiego, poszli na Gazownię, na Szpital ZUS-u, co jest na Czerniakowskiej. Połączyli się z oddziałami swoimi, które walczyły, szły z ambasady francuskiej na Frascati, tak że połączyli i rozdzielili, rozbili Czerniaków od Śródmieścia. Właściwie, ostatnie pół miesiąca, od 15 [września], właściwie już od 13 września myśmy już mieli tylko walki obronne na odcinku Książęca 7 – Plac Trzech Krzyży, Książęca 7. Tam żeśmy wytrzymali do października, do momentu kapitulacji.
Pamięta pan moment kapitulacji, co pan czuł wtedy?

Pierwsze może jeszcze powiem, że był wypadek, bo na skarpie, bo to był park kiedyś, gdzie był Szpital Łazarza, leżało kupę zabitych. Dwudziestego któregoś września, pod koniec września, smród był niemożliwy. Porucznik „Mars” mówił dobrze po niemiecku, za zgodą dowództwa, z białą flagą i z jeszcze jednym wyszli do Niemców, żeby pertraktować, żeby zgodzili się na parogodzinne zawieszenie broni, żebyśmy pozabierali, oni swoich, a my swoich zabitych, żeby posprzątać. Niemcy się zgodzili, a to było po nalocie amerykańskim w biały dzień, co tyle zrzutów zrobili, tylko myśmy z tych zrzutów niewiele skorzystali. Wtedy z Kazikiem Gabarą, z „Łukiem” miałem stanowisko w oknie na jednym z warsztatów i przed nami była latarnia uliczna, jak były te „pastorałki”. Na tym właśnie wisiał spadochron z zasobnikiem. Nie wiedzieliśmy, co tam jest, ale przedtem to nikt nie wyszedł, bo był cholerny ostrzał od razu. Ale jak oni wyszli, Niemcy się zgodzili na zawieszenie broni parugodzinne. Już nie wiem, ile to było, trzy- czy czterogodzinne, w każdym razie, jakieś było, to Kazik mówi: „To wiesz co, siedź w tym oknie, w razie czego obstawiaj mnie, ja od barykaduję te drzwi, wyjdę i zobaczę, ściągnę ten zasobnik”. I tak zrobił. Jakoś tak się zrobiło. Albo może Niemcy się nie zorientowali, może myśleli, że on trupa ściąga albo coś, że mu się udało ściągnąć zasobnik. Okazało się, że w zasobniku była żywność. A dla nas to już była Kanada taka, że nie wiem, bo myśmy właściwie prócz tak zwanej kaszy-pluj, to już właściwie nic nie mieliśmy co jeść, bo już wszystkie psy i koty w okolicy żeśmy wyjedli. A o koniach, to już nie było co marzyć. Jeszcze jedno, bo mówię, psy. Jestem na pozycji, na wzgórzu pod willą Pniewskiego. Przychodzi tam łączniczka, sanitariuszka, Ala Zajączkowska „X12” i przynosi mi jeść. Widzę kawał chabaniny jakiejś, i kasza-pluj. Zjeść zjadłem. Pytam się, co to, a ona mówi: „To się później dowiesz”. Jak zeszłem ze stanowiska, idę do jednego z kolegów, był fajny chłopak, Tadek. Pytam się: „Co to za mięso zdobyłeś?” A on mi wyciąga skórę buldoga i mówi: „O, tego zjadłeś!” Ale, poszło, nie obróciło się nawet. Tak, że zasobnik z żywnością się [nam przydał]. Zasobnik, jak on łupnął, przestrzelili spadochron, to tam się zrobił melanż. Ale nasze dziewczyny potrafiły zawsze z tego coś [przygotować]. Narobiły nam blinów, klusek czy racuchów, jakiegoś oleju zdobyły. Jak się śmieliśmy, pewnie silnikowy, bo tam były zakłady, warsztaty remontowe samochodowe, ale jakoś żeśmy zjedli, nikt się nie pochorował, nie umarł, to już było w porządku. Wtedy, właśnie jak było zawieszenie broni (to też może jedna ciekawostka), to jeden z Niemców podszedł, że on chce porozmawiać z nami. To żeśmy w paru wyszli do niego i towarzysko pogawędzili. To nas usilnie namawiał, żebyśmy koniecznie przyłączyli się do nich i poszli razem na Ruska. Ale żeśmy zaczęli się śmiać i na tym się skończyło. Godzina się zbliżała i żeśmy się rozeszli i zaczęła się znów strzelanina, walka, tak jakbyśmy pięć minut temu zupełnie nie rozmawiali. Tak to trwało do momentu opuszczenia Warszawy. A jakie [było nasze] wrażenie? Zdawaliśmy sobie sprawę, że to już była, nawet nie chodzi o nas, bo myśmy byli wszyscy gotowi nawet polec, zginąć, ale chodziło o ludność cywilną. Przecież tragedia to już była, już nie było co jeść, Niemcy tak bombardowali. To już był tak niewielki skrawek ziemi w naszych rękach. Już naprawdę nie było sensu dalej [walczyć]. Jak wychodziliśmy, to normalnie wychodziliśmy z bronią, tak jak ja, nasz oddział szedł z Książęcej przez Plac Trzech Krzyży do Mokotowskiej. Mokotowską do Placu Zbawiciela i tam żeśmy Nowowiejską, na wysokości Politechniki przekraczaliśmy, bo Politechnika częściowo była w naszych rękach i Noakowskiego w naszych rękach. Tam przekraczaliśmy ostatnie barykady i na stronę niemiecką. Po stronie niemieckiej Niemcy co parę kroków stali z pistoletami maszynowymi bo mimo wszystko nie dowierzali. Pewnie bali się, że zrobimy jakiś obciach, pójdziemy do ataku i wyrwiemy się z Warszawy. Doszliśmy w ten sposób Nowowiejską do budynków wojskowych, jak jest Aleja Niepodległości, Nowowiejska, te wojskowe [budynki]. Tam na podwórku zdawaliśmy broń. Zdaliśmy broń, uformowali z nas znów kolumnę i prowadzili nas. Żeśmy doszli chyba do Filtrowej przez Ochotę do Bema, tam uliczkami, zaułkami, do Szosy Poznańskiej i Szosą Poznańska do Ożarowa. Powstańców, żołnierzy, bo myśmy jako żołnierze poddawali się, prowadzili do Ożarowa, a ludność cywilną do Pruszkowa. W Ożarowie byliśmy dwa dni.
A myślał pan o ucieczce?
Myślałem. Ale nie miałem cywilnego [ubrania]. Ci koledzy, co mieli cywilne ubrania, to dużo uciekło. Byłem w mundurze, nie miałem cywilnego ubrania, nie miałem jak zwiać. Do niewoli z najbliższej mojej grupy dostałem się ja, brat mój starszy, właśnie ten fotoreporter, [niezrozumiałe], później z mojego plutonu porucznik „Bartosz” Bolesław Krzymowski, „Łuk” Kazik Gabara, paru nas. Dużo, szczególni ci, co nasze oddziały porucznika „Marsa” i porucznika „Torpedy”, to składało się z młodzieży z Ursusa, Włoch i z Woli, z dalekiej Woli. Po drodze oni znali wszystkich, mieli rodziny, nie rodziny, to taki Antoni Wójcicki, „Hrabia” miał pseudonim, on miał tam po drodze rodzinę i po drodze dał dęba. Udało mu się, Niemcy tak, zatrzymaliśmy się na chwilę, odwrócił się, on smyknął w krzaki. Tam przeczekał, jak kolumna ruszyła i do rodzinnego dotarł domu i tamci go już przemycili dalej do jego domu. Tak, że sporo uciekło. Drugi był „Piorun” Józef Nyc. Ale jak mówię, oni sobie zorganizowali cywilne łachy i zdążyli się przebrać. Byłem niestety w mundurze, tak że nie miałem jak zwiać. Pierwszy lepszy Niemiec by mnie od razu kropnął.

Gdzie pan pojechał z Ożarowa?

Z Ożarowa załadowali nas w wagony i przez całe Niemcy, przez Berlin. Tak, że pod Berlinem staliśmy w nocy, bo akurat alianci bombardowali Berlin, to nam serca z radości skakały. Wywieźli, to był stalag XB SandBostel, to jest pod Bremą aż, Bremenferden. Tam w stalagu przesiedziałem do kwietnia. Tam było tak: byliśmy my, byli Rosjanie, ale że obóz był ogrodzony, to oni jeszcze byli ogrodzeni osobno, oni mieli cholerne warunki, Rosjanie. Myśmy mieli międzynarodowy [skład] Polacy, Francuzi byli, bo Włosi też byli oddzielnie odgrodzeni. Jedno, że myśmy, od razu, jak się tylko dowiedział Międzynarodowy Czerwony Krzyż, że zaczęliśmy zaraz dostawać. Myśmy wylądowali w obozie w październiku, już w listopadzie chyba zaczęliśmy dostawać paczki Czerwonego Krzyża. Pięciokilową paczkę miesięcznie, to to nam oddawali uczciwie. To były żywnościowe. To niby niewiele na miesiąc, pięć kilo, tam były papierosy, były konserwy, czekolada, takie rzeczy, które dużo dawały, może nie kalorycznie. Tam siedziałem do początków kwietnia, jak ofensywa ruszyła. Jak Rosjanie podeszli pod Berlin, a tamci zachodni przeszli Ren, to wtedy zaczęli Niemcy do naszego obozu Sandbostel zaczęli sprowadzać jeńców, więźniów z koncentracyjnych obozów. To była tragedia patrzeć na tych ludzi. A nas wyprowadzono z tego obozu jakieś trzydzieści kilometrów. To było Westerkuemke, […], też to jest koło Bremy. Tam żeśmy przesiedzieli do momentu, w kwietniu, bo już nas w kwietniu Anglicy [wyzwolili]. Bo tak żeśmy trafili, że polska Dywizja Maczka skręciła i poszła nad morze, a tutaj szli Anglicy. Oni się nie spieszyli. Też tak. Tak że myśmy właściwie zostali między frontami. Był taki ciekawy przypadek, że w dzień nadleciały samoloty angielskie i zrzucił ulotki: „Nie palcie w nocy światła, bo jesteście między frontami”. A Niemcy noc przedtem nas pożegnali. Dowódca niemiecki, bo był dowódca niemiecki, był dowódca polski i Anglicy tam byli, Amerykanie. Był polski dowódca naszej części i Amerykanin amerykańskiej. Pożegnał nas, że on nam zostawia, zostawił nam parę karabinów: ”Pilnujcie się sami, bo my wyjeżdżamy”. Ale jesteśmy między frontami. Z kapitanem, bo żeśmy cały dzień spędzili przy drutach, bo raczej żeśmy nie wychodzili, bo wojska niemieckie spływały. To przyjemnie było patrzeć, jak to wszystko wieje. I rzeczywiście, jak rzucili ulotki w nocy, to żeśmy się dowiedzieli, jeden z kolegów wyszedł do ubikacji i na dworze zapalił papierosa. Ten błysk wystarczył, akurat leciały samoloty. Zawrócił, przypikował, rąbnął nam trzy bomby i z broni maszynowej ostrzelał. Tak, że już nie pamiętam, paru chłopaków tam zginęło. Przez głupotę właściwie własną. Albo z radości, że już jesteśmy wolni, nie wiedział, co robi, a jeden błysk wystarczył, że lotnik go dostrzegł. Tam nas Anglicy uwolnili. To ciekawe, bo z kolegą, Włodkiem, on z Pragi był, Włodek Kostaniak, mieliśmy służbę, tak chodziliśmy wkoło obozu po naszej stronie. Z drugiej strony chodzili, to Murzyni byli też między innymi, żeśmy się spotykali: Cześć, cześć, nic nie słychać. To żeśmy zawracali, chodzili. Całą noc żeśmy chodzili. Rano, myślę, to już będzie zmiana. Najpierw na rowerach. Cisza, nikogo nie ma, ani Anglików, ani Niemców, w ogóle nikt, żeśmy sami zostali. Podjeżdża na rowerze, widzimy, że to angielski żołnierz. Do nas po angielsku, a my ani w ząb. Włodek tak po warszawsku: „A jak ja mam temu synowi odpowiedzieć?” Jak usłyszał, to z roweru skacze: „To wy Polacy jesteście?” To się okazało, że to był jakiś Polak, oficer kontaktowy przy armii angielskiej, który jako tłumacz pracował. Tak się skończyła moja [niewola]. Do kraju szybko wróciłem, bo już 25 lipca w 1945 roku byłem z powrotem w Warszawie.
A pana brat?

Brat został jeszcze, a ja wróciłem na lewo, bo jeszcze wtedy nie było oficjalnego wymiany jeńców, oficjalnego powrotu. W naszym obozie znalazł się porucznik „Pniak”. On był w mundurze lotnika, taki był starszy. Jego nazwiska już nie pamiętam, ale wyglądał raczej jakiś wrześniowy żołnierz, oficer, że oni jadą do Polski, który chce jechać. Mówię: „Ja jadę z wami”. Tak na wariata, wsiadłem do nich. Miał samochód, do samochodu. Pojechaliśmy przez Bremę, omijając Hamburg do Lubeki, bo w Lubece była granica i punkt przekazany, oficerowie kontaktowi. Strona rosyjska przekazywała jeńców zachodnich, angielskich i amerykańskich, francuskich, a Anglicy przekazywali, Zachód przekazywał jeńców rosyjskich, których oni uwolnili. Tam właśnie oficer wrześniowy, on chyba był oficerem, wszedł w kontakt z majorem rosyjskim kontaktowym i załatwił z nim. On mówi: „Dobra. Ja was przeszwarcuję, ale na te mundury musicie jakieś łachy założyć, bo was nie puszczą w angielskich, a ten samochód, to mnie dacie?” Mówi: „A bierz sobie, co mnie tam, co będę robił z tym samochodem”. Żeśmy w ten sposób przedostali się na drugą stronę granicy. Na drugiej granicy okazało się, że tam kupę jest [ludzi], wagon. Pociąg składał się z wagonów towarowych, do których ładowali swoich jeńców wojskowych i jeńców, więźniów cywilnych z obozów. Nam powiedział, żeby Polacy wystąpili. Okazało się, że takich mądrych jak ja i tych dwóch, to było dwudziestu jeden. I to przeważnie oficerowie wrześniowi. Powiedział, to już mi się gorąco zrobiło, bo ci koledzy, co wiedzieli, to mówili od razu: „Pisz do nas z białych niedźwiedzi”. Ale się okazało, że był taki elegancki, bo wtedy akurat w Warszawie wylądował Mikołajczyk, że było cacy cacy, że do tego eszelonu wojskowego przyczepili wagon osobowy i nam kazali zająć. Jeszcze powiedział do oficerów: „Niech jeden z panów”, byłem najmłodszy szarżą, byłem już sierżantem, żeby szedł z nim. Zafasował nam na drogę swinnaja tuszonka i tytoniu krajanki i gazety, mieliśmy swoją, ale wziąłem, żeby nie drażnić. Mieliśmy swoje. W ten sposób wzdłuż całej granicy, wzdłuż morza, z Lubeki cały czas nad morzem, dojechaliśmy prawie do Szczecina. Parę kilometrów od Szczecina na granicy też powiedział oficer rosyjski: „Teraz tutaj wysiadajcie, panowie”. To była noc. Pamiętam, jak dziś, gwieździsta noc. „Idźcie ta szosą i na tym i na tym kilometrze będą czekały na was polskie posterunki”. Rzeczywiście tak idziemy, maszerujemy. Nagle: „Stój! Kto idzie?” Mówimy: „A to my na was czekamy”. Polskie wojsko czekało już tam na nas. Tak mieli zorganizowane. I przekazali nas Polakom. Tam nas przyjęli wtedy to bardzo serdecznie, bo to nie było antagonizmów. Tam żeśmy przesiedzieliśmy do następnego dnia do południa. Dowódca, chyba kapitan tej strażnicy, posłał jednego ze swoich na dworzec do Szczecina, żeby się dowiedział, jak tam pociągi, jakie będzie połączenie z komunikacją. Powiedział, o której godzinie, dał mu polecenie, żeby zajęli wagon dla nas. Dla tych dwudziestu zajął pół wagonu. Zaprowadzili nas na stację, tam władowali do wagonu. Pociąg jechał nie tak, jak jeździ normalnie, tylko ze Szczecina na Poznań, z Poznania na Łódź, z Łodzi na Skierniewice. Nie przez Kutno, tylko tędy. Dla mnie to było jeszcze lepiej, bo wtedy moja matka, która została, mieszkała w Ursusie, została. I tak się trafiło, że akurat pociąg w Ursusie się zatrzymał, więc wyskoczyłem przez okno, koledzy, ci oficerowie, wyrzucili moje mantle za mną i „Cześć!” „Cześć!” „Idź do domu”. W ten sposób wróciłem do kraju. Przyspieszało mój powrót to, że ojciec mój siedział na Majdanku. Jak żeśmy siedzieli w obozie, to dostaliśmy wiadomość, że zginął. A okazało się, że nieprawda. Jak wróciłem do kraju, to się dowiedziałem, że ojciec wrócił też żywy. Może dlatego, że ojciec był z zawodu leśnikiem. Pracował w Warszawie, ale zachciało mu się po wojnie wrócić do lasów. Pojechał do Lasów Ciechanowskich i tam pracował jako leśniczy. Pojechał do niego i tam poszedłem do gimnazjum. Się okazało, że tam ze mną w gimnazjum był jeden z kolegów, z Wilna. Chodził w polskim mundurze Armii Ludowej. Jego ojciec był oficerem czy pod[oficerem], w każdym razie pracował w, to chyba się RKU wtedy nazywało. To nas tam trochę. Trzeci, to on twierdził, że jest Polakiem znad Dźwiny, tam znad granicy starej łotewskiej. On tak mówił zaciągając po rusku. Mnie się wydaje, jak tak analizuję po latach, że to była „opieka” nad nami, ale on się tak z nami zbratał, tak żeśmy go przekabacili, że mieliśmy z spokojny żywot. Jedno, a może drugie to, że jak myśmy przekraczali granicę, to nie było żadnych PUR-ów, żadnych diabłów. Nikt nas nie legitymował, nikt nas nie zapisywał, że przekraczamy granicę, tylko wsadzili w pociąg: „Jedźcie do Warszawy” i w porządku.
Czy uważa pan, że decyzja o podjęciu Powstania była właściwa?

Według mnie tak. Czy tak czy siak, to Hitler by zrobił swoje, by Warszawę wykończył. Przecież takie były jego plany. A drugie, najważniejsze, myśmy byli od początku wojny wychowywani w duchu walki zbrojnej. Jakby nie było regularnej walki z dowództwem, to były samorzutne jakieś zrywy i nie wiem, czy to by nie było gorsza rzeź, jak. Różnie mówią, ale mnie się wydaje [że tak]. Poza tym, co tam dużo by nie dyskutowali, zostaliśmy zdradzeni przez Zachód, a Wschód to lepiej nie mówić, jak nas wykołował. Oni mówią, że Stalin mówił. Przecież w 1944 roku, jak się zbliżali do Warszawy, to radiostacja, „Wanda” się ona nazywała, cały czas trąbiła: „Polacy do broni! Warszawiacy do broni!” Przecież przez pierwsze dwa, trzy dni nawet nadawali, że Alejami czy Krakowskim Przedmieściem, ale oni twierdzili, że to AL-owcy, Armia Ludowa z dziewczynami spacerowała po Krakowskim Przedmieściu. Jak się dowiedzieli, że tych alowców jest niewiele, tylko AK, to momentalnie. Jedno, a drugie, przecież to jest dowód, że nawet rzucali ulotki podpisane przez Mołotowa: „Warszawo do broni!” A później się wszystkiego wyparli. Według mnie czy tak czy siak, tylko tyle, że po prostu Stalin wykorzystał, po co on miał się brudzić. Jakby nas Hitler nie wykończył, to by Stalin nas wykończył. Stał pod Warszawą, czekał, aż Hitler zrobi za niego brudną robotę. Przecież to jest fakt udokumentowany, że Rokossowski meldował w sierpniu, że za dwa tygodnie gotów jest iść, atakować, że uzupełni siły i iść atakować na Warszawę. Stalin mu zabronił, stać i czekać. I tak się skończyło.

źródło: www.1944.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 01 gru 2015, 13:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31363

Powstańcze Biogramy/1 grudnia – Irena Bołtuć
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky

Obrazek

Irena Bołtuć

pseudonim "Maria"
funkcja sanitariuszka
data urodzin 1926-12-01
data śmierci 2000-04-17

Stopień
strzelec

Miejsce urodzenia
Warszawa

Imiona rodziców
Mikołaj – Maria

Udział w konspiracji 1939-1944
W konspiracji od października 1943 r. – przydział nieznany

Adres przed Powstaniem Warszawskim
Warszawa ul. Szczygla 12 m.10

Oddział
"Bakcyl" (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej) – Szpital Polowy nr 2 w Hotelu "Terminus" przy ul. Chmielnej 28

Szlak bojowy
Śródmieście Północ

Rodzina walcząca w Powstaniu Warszawskim
Jej matka Maria była pielęgniarką w tym samym szpitalu.

Losy po Powstaniu
Uciekła z transportu do Niemiec

Losy po wojnie
Teatrolog, tłumaczka i krytyk teatralny, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W 1966 wyszła za mąż za Andrzeja Jana Hausbrandta (1923-2004), teatrologa, popularyzatora teatru, krytyka.

Miejsce śmierci
Podkowa Leśna, pochowana w Warszawie na Powązkach Wojskowych w grobie rodzinnym razem z rodzicami: Marią i Mikołajem.

Informacje dodatkowe
Była córką oficera Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych i gen. bryg. Mikołaja Bołtucia, poległego w bitwie pod Łomiankami 22.09.1939


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 01 gru 2015, 13:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31343

Powstańcze Biogramy/30 listopada – Józef Andrzej Szczepański
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



Józef Andrzej Szczepański

pseudonim "Ziutek"
funkcja dowódca drużyny
data urodzin 1922-11-30
data śmierci 1944-09-10


Stopień
plutonowy podchorąży

Miejsce urodzenia
Łęczyca

Imiona rodziców
Józef – Matylda z domu Ottomańska

Wykształcenie do 1944 r.
Wychowywał się w Łęczycy, Warszawie, Grudziądzu i Jabłonnie. Od 1935 r. uczeń Gimnazjum im. Władysława IV w Warszawie. Do momentu wybuchu wojny zdążył zdać tzw. małą maturę. W pierwszych dniach września 1939 r. ewakuował się z rodzicami na Wołyń. Po kilku dniach powrócił do Polski centralnej – do Krakowa, następnie wyjechał do Rzeszowa, gdzie jego ojciec otworzył kancelarię adwokacką. W Rzeszowie Józef podjął dalszą naukę, którą musiał przerwać. Wyjechał do rodziców matki – do Dębicy, którzy tam schronili się po ucieczce z Wołynia. Następnie przeniósł się do Warszawy, gdzie pragnął kontynuować naukę. Mieszkał w pokojach sublokatorskich przy ul. Targowej, potem przy ul. Długiej 10, ucząc się na tajnych kompletach Gimnazjum im. Władysława IV.

Udział w konspiracji 1939-1944
W konspiracji od 1942 roku – żołnierz I plutonu 1. kompanii oddziału "Agat"-"Pegaz"-"Parasol", w Kedywie Komendy Głównej Armii Krajowej. W plutonie Bronka "Lota" był członkiem drużyny "Mietka", którego zastępcą był "Figa" (Justyn Zygmunt Ignatowicz). W Sylwestra 1943 r. w swoim lokalu przy ul. Świętojerskiej 12 wygłosił wiersz "Dziś idę walczyć – mamo". W oddziale był chłopcem wesołym i lubianym. Szybko stał się czołowym bardem "Parasola", opisującym najważniejsze wydarzenia i kolegów, którzy w nich uczestniczyli. W okresie styczeń-luty 1944 r. wchodził w skład zespołu "Mietka" przygotowującego likwidację funkcjonariusza Kripo SS-Sturmbannführera Nüsperlinga (figuruje w wykazie "akcji główki" jako kierownik egzekutywy Kripo). Akcja wielokrotnie odkładana nie doszła do skutku ze względu na trwające równolegle przygotowania do likwidacji Franza Kutschery. 1.02.1944 r., w ramach likwidacji skutków akcji "Kutschera", wchodził w skład zbrojnego zespołu, który z praskiego Szpitala Przemienienia Pańskiego odbił "Lota" i "Cichego" pilnowanych przez policjantów "granatowych". 3.05.1944 r. ukończył II turnus Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty "Agricola". Egzaminem końcowym podchorążówki było wykolejenie i ostrzelanie pociągu na trasie Warszawa-Poznań (akcja "Płochocin" – 3/4.04.1944). "Ziutek" uzbrojony w MP.28 Schmeisser (lub MP.40), 1 pistolet i 2 granaty wchodził w skład grupy uderzającej. 12 kwietnia 1944 r. ekipa Gestapo weszła do lokalu "Ziutka" przy ul. Długiej 10, z którego, po rzuceniu w Niemców kilku granatów, udało mu się szczęśliwie zbiec (w mieszkaniu zginął "Figa"). 11 lipca 1944 r. w Krakowie uczestniczył w nieudanym zamachu na SS-Obergruppenführera Wilhelma Koppego.

Oddział
Armia Krajowa – zgrupowanie "Radosław" – batalion "Parasol" – 1. kompania – I pluton

Szlak bojowy
Wola – Stare Miasto – kanały – Śródmieście (szpitale). W dniach 4-5 sierpnia 1944 r. brał udział w obronie kompleksu zabudowań "Getreide Industrie-Werke" czyli: młyna, fabryki makaronów, magazynów oraz "pałacyku", a właściwie 1-piętrowej kamieniczki Karola Michlera przy ul. Wolskiej 40. Tego dnia wieczorem wygłosił swój wiersz "Pałacyk Michla", który w następnych dniach – już śpiewany na melodię "Nie damy popradowej fali" – stał się szlagierem całego batalionu. W dniach 6-8 sierpnia 1944 r. walczył w obronie cmentarzy Kalwińskiego i Ewangelickiego. Po przejściu baonu na Stare Miasto brał udział w akcjach bojowych na terenie ruin getta. W nocy 30/31.08.1944 r. brał udział w nieudanej próbie przebicia oddziałów staromiejskich do Śródmieścia. Zadaniem kompanii wydzielonej "Parasola", I-rzutowo ugrupowanej w piwnicach Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29, miało być opanowanie Pałacu Radziwiłłów przy ul. Bielańskiej 14, a następnie wylotu Tłomackiego na ul. Bielańską i jej skrzyżowania z ul. Długą. Atak załamał się pod silnym ogniem broni maszynowej i ostrzale z granatników. Nad ranem "parasolarze" powrócili na swoje poprzednie stanowiska w gmachu Sądu Okręgowego i w Pałacu Krasińskich. Tam też 1.09.1944 r., po śmierci "Włodka" (Włodzimierz Kalinowski) "Ziutek" objął dowództwo grupy osłonowej, stanowiącej straż tylną Grupy "Północ", ewakuującej się kanałami do Śródmieścia. Zadaniem jego grupy miała być obrona północnej pierzei pl. Krasińskich, na którą mocno naciskały atakujące z Bonifraterskiej i Świętojerskiej (Sąd Okręgowy) jednostki niemieckie, wspierane czołgami i "Goliathami".

Odniesione rany
Ciężko ranny 1.09.1944 r. – postrzelony w brzuch i udo przy ul. Barokowej (wg relacji strz. "Krysi" Ryszarda Sasa, "Ziutka" w Pałacu Krasińskich przypadkowo postrzelił w pachwinę NN żołnierz "Parasola" – celowniczy ręcznego karabinu maszynowego, który usiłował usunąć zacięcie broni). Tego dnia został przeniesiony kanałami do Śródmieścia i umieszczony w szpitalu polowym przy ul. Czackiego. Po jego zbombardowaniu ponownie przeniesiony, tym razem do szpitala polowego w Śródmieściu Południowym, zorganizowanym przy ul. Marszałkowskiej 75 – róg Wilcza 35.

Odznaczenia
Krzyż Walecznych (dwukrotnie: 18 i 22 sierpnia 1944 r.), Virtuti Militari V klasy (pośmiertnie, wrzesień 1944 r.)

Miejsce (okoliczności) śmierci
Zmarł w wyniku odniesionych ran w szpitalu polowym przy ul. Marszałkowskiej 75, pochowany na cmentarzu powstańczym zorganizowanym w podwórzu kamienicy Marszałkowska 71. Podczas odgruzowywania tej części Śródmieścia, 5.12.1945 r. jego ciało zostało ekshumowane z mogiły pojedynczej i przeniesione na Cmentarz Wojskowy Powązki – Kwatery Wojenne baonu "Parasol".



źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 03 gru 2015, 11:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31396

Powstańcze Biogramy/2 grudnia – Ewa Maria Korczyńska
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



Ewa Maria Korczyńska

pseudonim "Helka"
data urodzin 1909-12-02
data śmierci 2001-01-13



Miejsce urodzenia
Biecz powiat Gorlice

Imiona rodziców
Edward – Jadwiga z domu Skórczewska

Pseudonimy
"Helka", "Ewa"

Udział w konspiracji 1939-1944
Komenda Główna Armii Krajowej – Oddział V (Dowodzenie i Łączność) – Dział Łączności Zagranicznej ("Zenobia", "Łza", "Załoga", "Zagroda")

Oddział
II Obwód "Żywiciel" (Żoliborz) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – WSK (Wojskowa Służba Kobiet)

Szlak bojowy
Żoliborz

Odniesione rany
Ciężko ranna 14.09.1944

Losy po Powstaniu
Wyjechała z Warszawy z rannymi.

Miejsce śmierci
Poznań


źródło: http://www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 03 gru 2015, 13:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31411

Powstańcze Biogramy/3 grudnia – Maria Elżbieta Czapska
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



PB Maria_Czapska+
pseudonim "Maria"
funkcja sanitariuszka – patrolowa
data urodzin 1924-12-03



Stopień
strzelec

Miejsce urodzenia
Pruszków

Imiona rodziców
Jan – Wanda z domu Zambrzycka

Pseudonimy
"Maria", "111"

Udział w konspiracji 1939-1944
Od wiosny 1942 r. w Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) – batalion NOW / AK "Gustaw" – kompania "Grażyna". Ukończyła kurs ideologiczny Stronnictwa Narodowego, następnie kurs wojskowy i sanitarny.

Adres przed Powstaniem Warszawskim
Warszawa ul. Wilcza 65

Oddział
Armia Krajowa – batalion „Gustaw-Harnaś” – kompania "Grażyna" – patrol sanitarny

Szlak bojowy
Śródmieście Północ

Rodzeństwo walczące w Powstaniu
Jej siostra Danuta była sanitariuszką w tym samym oddziale. Ciężko ranna (poparzona) 15.08.1944 r., zmarła z ran 6 października 1944

Losy po Powstaniu
Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną. Po śmierci siostry wyjechała z matką do Białego Dunajca na Podhalu.

Losy po wojnie
W maju 1945 r. powróciła wraz z Matką do Warszawy. Pół roku pracowała jako pielęgniarka w Szpitalu dla umysłowo chorych w Tworkach . Następnie wyjechała do Poznania, gdzie podjęła studia na Wydziale Architektury Szkoły Inżynierskiej. Po ujawnieniu się wiosną 1947 roku od kwietnia 1947 do 1954 r. była nękana i prześladowana przez UB . Po ukończeniu studiów pracowała 3 lata w Warszawie w „Miastoprojekcie”. W czerwcu 1952 r. wyszła za mąż za Andrzeja Pajzderskiego i zamieszkała w Poznaniu , pracując w biurze projektowym „Prozamet” , a następnie w Pracowni Urbanistycznej Wojewódzkiego Biura Proj. W 1955 urodziła syna Pawła.

Nazwisko po mężu
Pajzderska

Źródła
Archiwum rodzinne Marii Pajzderskiej


źródło: www.1994.pl



Poznań, 26 lipca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama

Witam. Maria Pajzderska. Właściwie Maria Czapska, Pajzderska to jest nazwisko męża. Urodziłam się 3 grudnia 1924 roku w Warszawie. [Podczas Powstania byłam w Batalionie] NOW AK „Gustaw-Harnaś”, kompania „Grażyna”, jako patrolowa patrolu sanitarnego. Pseudonim konspiracyjny 111, a w czasie Powstania „Marysia”.

Proszę powiedzieć parę słów o latach przedwojennych w Warszawie. Gdzie pani mieszkała, czym zajmowali się rodzice, czy miała pani rodzeństwo?
Wychowałam się w Warszawie na Kolonii Staszica. Miałam siostrę i razem z matką – do 1938 roku – mieszkałyśmy u brata mamy, Władysława Zambrzyckiego, który był dziennikarzem–literatem. Zresztą do dzisiaj ma to na mnie ogromny wpływ, skutki obecności przy tym wspaniałym człowieku. Napisał także książkę o Powstaniu: „Kwatera Bożych pomyleńców”, wspaniałą książkę. [Mieszkałyśmy tam] do 1938 roku. W 1938 roku przeniosłyśmy się na ulicę Rozbrat. Mama kupiła tam – nie wiem, co się wtedy robiło – mieszkanie.Chodziłam do szkoły, też na Kolonii Staszica, to się wówczas nazywało – powszechnej. Nie podstawowa, a powszechna. Do prywatnej szkoły, cudownej zresztą. Cała dzielnica była pełna uroku, jak ją wspominam. Mieszkało tam mnóstwo osób, które zapamiętałam do dzisiaj, bo [były] związane nawet ze zgrupowaniem, do którego należałam… Tam mieszkali państwo Romoccy, państwo Gackowie, państwo Małachowscy, państwo Szelenbergowie. W ich rodzinach byli moi rówieśnicy, byłam z nimi bardzo zaprzyjaźniona.

Pani mieszkała tylko z mamą i siostrą?
Z mamą, siostrą i była jeszcze babcia. Babcia, która – jak to babcie – była ciepłem całego domu.

A tata?
Moi rodzice rozeszli się, jak miałam rok. Mieszkaliśmy w cudownym miejscu, ponieważ było blisko Pola Mokotowskiego. Pamiętam bardzo ważne, naprawdę ważne momenty. Byłam świadkiem, widziałam na własne oczy pierwsze lądowanie… Obecnie to się nazywa helikopter, a wtedy nazywało się autożyro. Posadzono mnie przy oknie, kazali mi obserwować. Jak będzie leciało, miałam powiadomić resztę rodziny: przyjdą, zobaczą. To było Pole Mokotowskie, gdzie były wszystkie piękne zawody Gordona Bennetta, poza tym cudowne spacery. Bardzo pięknie.

Gdzie dokładnie pani mieszkała na kolonii?
Na ulicy Filtrowej, pomiędzy Suchą i aleją Niepodległości.Jak pani zapamiętała wybuch wojny, wrzesień 1939 roku?

Jak weszli Niemcy, jak zaczęła się dla pani okupacja?
Przyjechałyśmy do Warszawy, bo żeśmy wyjechały z mamą do rodziny pod Siedlce, do majątku. Przyjechałyśmy do Warszawy, jak już byli Niemcy. Muszę powiedzieć, że to był potworny szok. Tak jak mówiłam, wiek miał wpływ na to, że sam wybuch wojny wydał się przygodą. Muszę powiedzieć, że wejście w ten straszny nastrój i sam widok Niemców, ich zachowanie – zawsze było potworne. To było bardzo smutne, bardzo przykre. Poza tym nas bardzo szybko wyrzucili z mieszkania na Rozbrat, gdzie mieszkałyśmy, ponieważ Niemcy tę dzielnicę zabrali na niemiecką dzielnicę mieszkaniową. Mieszkałyśmy od tego czasu przy ulicy Wilczej 65. Tam było szalenie duże mieszkanie, było bardzo dużo osób i główne miejsce, gdzieśmy się i spotykali, i działali w konspiracji. Po powrocie, chyba z półtora roku (już nie pamiętam) byłam jeszcze u rodziny na wsi. Potem – kiedy wróciłam – mama zadecydowała, że powinnam chodzić do szkoły. Takiej raczej [pro forma]. Myślę, że to chodziło o legitymację, coś takiego. Chodziłam do szkoły, o ile pamiętam, budowlanej. Z tym, że moje chodzenie do tej szkoły… Nie mogę powiedzieć, żebym była bardzo dzielną [i uważną] słuchaczką. Już wtedy – wczesną wiosną 1942 roku – nawiązałam kontakt z kolegami, którzy byli w NOW i sama przystąpiłam do działalności konspiracyjnej w NOW. Muszę powiedzieć, że wtedy psychicznie czułam się lepiej. Może uczucie wojny i niewoli nie było tak nieludzko dojmujące. Próba przeciwstawienia się daje odrobinę dystansu.

To był świadomy wybór, że to było właśnie NOW?

Nie. Pierwsza propozycja, jaka była. Miałam fenomenalne szczęście, bo NOW była organizacją, która miała bardzo dużo młodzieży. Muszę powiedzieć, że nadzwyczajnie dużo starań przykładała do tego, żeby nas zabezpieczyć, starała się, żebyśmy byli w miarę bezpieczni. Wielokrotnie słyszałam, czytałam, że była to organizacja, która miała najmniej wpadek. Przygotowywali nas bardzo starannie. Był system szkolenia piątkami. Zaczynało się od tego, że pierwszy okres uczono nas, jak się zachowywać, żeby się mądrze zachowywać. Rzeczywiście można nauczyć człowieka, że zna adres, trafi na miejsce, ale naprawdę tego adresu nie pamięta. Naprawdę nie pamięta, to nie znaczy, że w razie czego będzie tylko udawał, że nie wie. Naprawdę nie wie. I wielu innych spraw, które łączyły się z zachowaniem ostrożności. To na pewno był warunek. Przeszłam przez to szkolenie. Pierwszy okres to było jeszcze szkolenie ideowe. W tym wieku nie bardzo miałam świadomość rozróżnień politycznych, ale to było bardzo ładne szkolenie. Do dziś miło to wspominam.
Jak szkolili?
Z ideowego?

Tak.
Było bardzo dużo o kierunku, punkcie widzenia na tematy polityczne Romana Dmowskiego, bo to było Stronnictwo Narodowe, które przerodziło się w NOW, to jest Narodowa Organizacja Wojskowa. Z konieczności przerodziła się w wojskową. Pamiętam, że jako obowiązek do skończenia pierwszego etapu musieliśmy umieć kawałek słów Dmowskiego. Jak dalej były, już nie bardzo pamiętam, chociaż mam gdzieś to zapisane. „Jestem Polakiem” – to był spory kawałek, wtedy jeszcze mieściło się w głowie, byłam w stanie nauczyć się tego na pamięć. To było zakończenie pierwszego kursu.

Dmowski był antysemitą. Czy było: „Polska tylko dla Polaków”?
Tak. Nawet w tym urywku, który kazano nam powtarzać, rzeczywiście były takie stwierdzenia. Nie przytoczę, nie pamiętam. Ale rzeczywiście były bardzo narodowe. To wtedy absolutnie nie budziło we mnie niechęci, ponieważ nie było jednoznacznych stwierdzeń antysemickich. To były czasy, w których, jeśli chodzi o poglądy tego rodzaju… Zostawmy. To było straszne. Człowiek jak dojrzewa, dorośleje, to widzi, jak dalece nie wolno być antysemitą. W ogóle, absolutnie należy odrzucić tego rodzaju punkty widzenia na życie. Potem były następne kursy. Nadzwyczajnie prowadzony był kurs sanitarny. Muszę powiedzieć, że jestem pełna podziwu, jak wspominam przygotowywały nas koleżanki – z zawodu pielęgniarki. Potem byłyśmy dwu- czy trzykrotnie na stażach w szpitalach. Muszę powiedzieć, że można [się] nauczyć. Bardzo wiele się wtedy nauczyłam, do dziś jestem gwarantowaną pomocą, nie daj Boże jakichś zastrzyków w rodzinie, to tylko ja. Jak skończyły się sanitarne – czy może równolegle, już teraz nie pamiętam – były dalsze. Ale jeszcze przedtem, to było chyba w maju, po skończeniu pierwszego kursu składaliśmy przysięgę. Też pamiętam ją bardzo dobrze. Pamiętam nawet, kto wtedy tę przysięgę odbierał. Dziś to wiem z książki dotyczącej historii naszego batalionu „Gustaw” i „Harnaś”, ale oczywiście wtedy wiedziałam tylko numer: 1243. Zdziwiłam się, że był to doktor Ihnatowicz. Trzy osoby składały przysięgę – trzy dziewczyny – jeszcze się z nimi widuję. Czy jeszcze ktoś był, nie pamiętam, ale poza mną jeszcze te dwie dziewczyny. Muszę powiedzieć, że to bardzo uroczysta chwila. Znowu nie wiem, czy to jest sprawa wieku – ale chyba też i okoliczności – że przywiązywało się do tego kolosalną wagę i to było takie wielkie, takie było wspaniałe.

Jak nazywają się te dziewczyny?
Krystyna Mieczkowska (ona jest w Warszawie) i Dziunia – dziś Podsiadłowska – wówczas Psarska. U [niej] było bardzo często wiele zbiórek szkoleniowych. Rodzice i one mieszkały wówczas na ulicy Uniwersyteckiej w okolicach placu Narutowicza. […] Jeszcze szczęśliwie wszystkie się spotykamy w Warszawie. Wszystkie… Mój Boże… Nędzna resztka, która nas została. Potem zaczęła się już praca na decyzje, na rozkazy. Zostałam mianowana jako piątkowa, do szkolenia następnych grup, które rozpoczynały działanie. Potem jeszcze coś, nie pamiętam. W końcu zostałam łączniczką. Nawet nie wiem, czyją. Sprawa konspiracji była niesłychanie poważnie traktowana. Jako łączniczka spotykałam się tylko z inną łączniczką, ale nigdy nie z tym, od kogo były czy informacje, czy przekazy w tę czy w tę stronę. Wiem, że byłam łączniczką wywiadu – to wiem na pewno – dowiedziałam się po Powstaniu.

Miała pani chwile, momenty niebezpieczne w czasie okupacji? Łapanki?
O tak, tak. Nawet muszę powiedzieć, że kilka było takich sytuacji, w których Pan Bóg strzegł. Jedno, co było wymagane w sposób absolutny: nie wolno było zachowywać się zbyt gwałtownie. Zawsze miałam to szczęście, że zdołałam się opanować. Była obok jakaś brama – do której weszłam – do której już Niemcy nie wchodzili. Tam gdzie mieszkałam, na przykład – na Wilczej – Niemcy zrobili kocioł. Nie z mojego powodu, z powodu mojego wuja, o którym wspominałam.

On też działał w konspiracji?

Tak. Nadal mieszkał na Filtrowej, ale bywał [na Wilczej], bo tam było laboratorium, które założył. Był chemikiem z wykształcenia. Chemię ukończył w Belgii, a z powołania był dziennikarzem i literatem. Przyszli do nas na Wilczą, pytali o wuja i o jeszcze jednego, jego szwagra […], pana Babińskiego. Powiedziałam, że nie ma, że w ogóle tutaj nie bywają, bo tu jest firma. Odjechali. Pojechali pewnie na Filtrową, gdzie mieszkał – był zameldowany. Wybiegłam do sklepu, żeby zadzwonić. Odezwał się Niemiec. Rzuciłam słuchawkę i wróciłam. Za dziesięć minut wrócili tam i zrobili kocioł. Wuj ratował się przedziwną historią. Jako młody zupełnie człowiek – wówczas był jeszcze w wojsku, to był 1920 rok pewnie – brał udział w obronie Lwowa. Był chemikiem, był zatrudniony w jakimś chemicznym [laboratorium]… Wiem, że jakieś laboratorium chemiczne mieściło się w pałacu Mostowskich. W rękach wybuchło mu szklane naczynie i był bardzo ciężko ranny. W oczach miał trzydzieści parę odłamków, ileś miesięcy był w szpitalu, był operowany. Na jedno oko widział jako tako, na drugie nie. W czasie tej choroby osiwiał. Mimo że jeszcze nie był stary, w czasie okupacji był siwiuteńki. Tylko to go uratowało. Jak chciał wejść do domu, otworzyli drzwi gestapowcy i zapytali się. Wuj powiedział, że nie. Przygotowani na rocznik – na w miarę młodo wyglądającego człowieka – uwierzyli i wuj poszedł pół piętra wyżej, po czym zszedł. Wyjechał z Warszawy, tak że potem już go nie było. Moja siostra nie była w konspiracji. Prawdopodobnie słusznie, bo może dla mamy to byłoby już za dużo, mieć dwie niesforne córki. Bardzo się cieszyłam, że tak zdecydowała. Natomiast sama zdecydowała, że – to już miało się na Powstanie – jeżeli będzie Powstanie, to jest zdecydowana pójść. Była nawet w moim patrolu sanitarnym. Ona i jeszcze dwie dziewczyny. Bożena Kalinowska, wspaniała dziewczyna – która niestety nie żyje – i Basia Roszkowska, która żyje.
Jak siostra miała na imię?
Danuta. Starsza ode mnie dwa [lata].

Żyje?
Nie, siostra właśnie zginęła w czasie Powstania. Zdecydowała się, że będzie brała udział w czasie Powstania.

Jak pani zapamiętała 1 sierpnia 1944 roku?
Jeszcze muszę się cofnąć o parę dni, ponieważ sam 1 sierpnia, to był już dalszy ciąg działań. Miałam normalne wezwanie mobilizacyjne, które dostarczał ktoś przekazem przez łącznika. Byłam w pewnym momencie – jakieś cztery dni przed Powstaniem – wezwana na ulicę chyba Piękną, [może] Wspólną. Już nie pamiętam. Mam się zgłosić do późniejszego naszego dowódcy, porucznika „Harnasia”. Oczywiście zgłosiłam się, zameldowałam się, jak mnie uczono, elegancko – jak trzeba. Dowiedziałam się, że mam podać adres, gdzie patrol będzie uchwytny w całości, w każdej chwili. Mamy czekać na powiadomienie. Czekałyśmy w czwórkę na Wilczej. 1 sierpnia przed południem przyszedł do nas nasz kolega „Niesiołowski”. To był jego pseudonim. Powiedział, że mamy być o szesnastej na rogu Marszałkowskiej i Sienkiewicza. To był nasz punkt mobilizacyjny. Ciężko było rozstać się z mamą. Biedna zostawała sama. Pierwsza wyszłam z Basią Roszkowską i poszłyśmy. Nie byłam ani przygnębiona, ani przerażona, nic. Byłam zemocjonowana. Mój Ty Boże… Znowu wierzyłam, że to będzie parę dni i będziemy wolni. To już przecież było słychać strzały zza Wisły, nie tylko armatnie. Człowiek nie mógł przewidzieć, kto stoi za Wisłą. Pierwsza wychodziłam z Basią Roszkowską, pożegnałam się z mamą. Druga miała wyjść moja siostra z Bożeną Kalinowską. Przed pierwszymi strzałami, które padły na placu Napoleona, byłyśmy na punkcie mobilizacyjnym. To była fabryka trykotaży, coś takiego. Właściwie sytuacja była bardzo wzniosła. Już było większość chłopców. Moi rówieśnicy, ale to byli zawsze chłopcy. Już byli na miejscu. Jak przyszłyśmy, pokazali nam pokój – sympatyczny – gdzie możemy sobie siedzieć. Ktoś przyniósł pierniczki, przyjęli nas bardzo serdecznie. W pewnym momencie, jak już byłyśmy wszystkie cztery, przyszedł dowódca i powiedział, że wszyscy mają się zebrać. Wszedł, przemówił. Krótko, bardzo pięknie, o ojczyźnie, o tym co przed nami. Potem myśmy rozdawały opatrunki osobiste, już się rozpoczęła działalność sanitariuszek. Wtedy były słyszalne pierwsze strzały na placu Napoleona. Był to dzień dość gorączkowy. Muszę powiedzieć, że dość pechowy. Jeszcze było zupełnie widno, jechał czołg ulicą Marszałkowską i zatrzymał się tak, że miał narożnik Sienkiewicza akurat na odległości do strzału. Nie byłam w pokoju od frontu, wiem z opowiadań kolegów. Odwrócił lufę tak, że można było przypuszczać, że może strzelić. Rzeczywiście padł strzał z czołgu pociskiem… Nie wiem, jak to się nazywa, zapomniałam. Nie strzał z małej broni, tylko z armaty czołgowej.

Z lufy?
Z lufy. Wpadł przez okno, oczywiście uszkodził mur, przeleciał i wybuchł w sali. Oczywiście było paru rannych, na szczęście niegroźnie. Natomiast jeden z kolegów był tragicznie ranny. Tego dnia wieczorem zmarł. Jeszcze wtedy nie bardzo było wiadomo, gdzie będzie szpital, gdzie go zaprowadzić, co z nim zrobić. Próbowaliśmy sprowadzić lekarza. Lekarz – nie dziwię mu się – bał się. Nie wiedział, czy to nie jest tylko na dwadzieścia minut, a potem wpadną Niemcy i wszystkich rozstrzelają. Ale przyszedł, zabrał go chyba na inne piętro, próbował mu pomóc, ale – tak czy owak – kolega zmarł. Były takie różne sytuacje.

Nie pamięta pani nazwiska albo pseudonimu tego, który zmarł?

Znam oczywiście, tylko w tej chwili nie pamiętam.Jak na Sienkiewicza byliśmy, ktoś łomotał do drzwi. Otwieramy, mały chłopiec przed drzwiami woła: „Jest ranny od strony Marszałkowskiej! Jest ranny, trzeba mu udzielić pomocy!”. We dwie z Basią Roszkowską wzięłyśmy torby, elegancko, w białych fartuchach – jeszcze były czyste. On nas prowadzi i woła: „Ulicą nie przejdziemy, bo już jest ostrzał!”. Prowadził nas dachami, więc muszę powiedzieć, że przejście pełne emocji. Dachem, gdzieś trzeba było zejść trochę niżej, potem znowu się wdrapać i potem schodami na dół. Wchodzimy i zaniemówiłam. To była restauracja – jakiś nocny lokal – grała muzyka, ludzie poubierani tak, że przez całą okupację nie widziałam tak poubieranych ludzi, wieczorowo. Pan leżał z boku na kanapce i bardzo pojękiwał. Okazało się, że ma ranę w pośladku. Zakładałam, że to nie jest nic groźnego. Opatrzyłyśmy go, oczywiście trzęsącymi rękoma. Ze zdenerwowania wylałam Baśce na nogi całą jodynę, ona wylała na podłogę wodę z miski. Założyłyśmy opatrunek i tyle żeśmy powiedziały, żeby przy najbliższej okazji przenieść go do szpitala, bo nie jesteśmy w stanie ocenić, czy rana nie jest poważniejsza, niż wygląda. Wracałyśmy znowu dachami. Już zbliżał się wieczór. Wieczorem cały oddział porucznika „Harnasia”– jak mówiłam, był dowódcą oddziału – przechodził Marszałkowską, potem przez plac Dąbrowskiego. To była kompania „Grażyna” składająca się z iluś tam plutonów, duży oddział – dziewięćdziesiąt parę osób. W zasadzie (tak mi się wydaje) myśmy wyruszyli po to, żeby spróbować przejść do dowódcy, do „Gustawa” na Stare Miasto. To był ten kierunek, przez Krakowskie Przedmieście, Królewską. Nie znam szczegółów, byłam sanitariuszką, a rządził dowódca. Potem się już właściwie zrobiło jasno. Byliśmy na rogu Mazowieckiej i Kredytowej. Ktoś przyszedł, powiedział, że mamy kwaterę na Mazowieckiej 4 i wszyscy przeszliśmy. Jedna strona Mazowieckiej była chyba nawet pod ostrzałem, druga nie. Przeszliśmy na Mazowiecką 4 i tam byliśmy właściwie do końca.
Tam właśnie, na Mazowieckiej, zdarzyła się dla pani tragedia?
Tak, to było miejsce [tragiczne]… Tak jak „Gustaw” ma czarne wspomnienie na Starym Mieście – wybuch czołgu. Tam od nas zginęło strasznie dużo, to była straszna tragedia. Tutaj 15 sierpnia spadły pociski zapalające tak zwanych krów. To była okropna tragedia. Mnie wtedy nie było. Dzień przedtem lub tego dnia rano (już nie pamiętam) przeszliśmy w okolicę Grzybowskiej z dowódcą, z I plutonem i jeszcze możliwe, że była tam kompania „Janusz” – też z NOW, tylko dodatkowo doszli do nas. Tam żeśmy byli wielokrotnie. Na Chłodnej były ciężkie walki – do 6 sierpnia to właściwie o utrzymanie przejścia przez ulicę Chłodną. Tam żeśmy byli wielokrotnie, a 15 sierpnia rano wiem, że wezwano dowódcę „Harnasia”, żeby [dał] wsparcie w okolicy ulicy Grzybowskiej. Wróciliśmy następnego dnia koło drugiej. Cały ten czas były tam walki, oczywiście nikt oka nie zmrużył, może człowiek zdrzemnął się gdzieś parę minut prawie na stojąco. Jak wróciłam, zobaczyłam ogrom tragedii, jaka była na Mazowieckiej 4. Dowiedziałam się od matki mojego kolegi, pani Komarnickiej. Mirek – jej syn – był ranny, nie tak bardzo ciężko. Przyszła, chciała jemu jakoś pomóc, ale od razu się włączyła i bardzo nam pomagała. Jak przyszłam, wybiegła do mnie i mówi: „Marysiu, Danusia jest ranna! Ale nie martw się, chyba nic groźnego. Tylko buzię ma poparzoną, ręce do łokcia i nogi do kolan”. Wydawać by się mogło, że dziś by z tego uratowano bez problemu. Tylko że ta płonąca mazia, która oblewała, to były toksyczne środki. I to powodowało [śmierć]… Z poparzonych nikt się nie uratował, uczciwie mówiąc. Jedna z koleżanek była ranna, miała tylko twarz poparzoną i chyba jedną rękę, już nie pamiętam. Też zmarła. Mam wrażenie, że te poparzenia były prawie niemożliwe do wyleczenia. Muszę powiedzieć, że przeraziłam się, jak ją zobaczyłam. Buzię miała zabandażowaną, tylko w bandażach szparki na oczy i na buzię, ręce caluteńkie zabandażowane. Weszłam do szpitala – była w szpitalu w PKO – rozglądam się i ona się odezwała. Na pewno bym jej nie znalazła. Rozmawiałyśmy i mówię: „Danusiu, może pójdę po mamę?”. Powiedziała, że tak. Mama była u państwa Osuchowskich – naszej rodziny – po drugiej stronie, w Śródmieściu Południe, na Wspólnej 31. Przeszłam tam Alejami i przyprowadziłam do niej biedną mamę. Na pewno to było konieczne, ale to była gehenna. Zresztą, mój ty Boże, wiele było takich rozpaczliwych sytuacji. Autentycznie gehenna. Moja mama od tego dnia, jak do niej przyszła, to do śmierci siostry (siostra zmarła 6 października) czekała na mnie, jeszcze ją widziałam. Ani razu nie leżała. Mówiła, że kiedyś próbowała się położyć na podłodze, ale deptali po niej, bo łóżek przecież było tam gęsto.

Siostra zmarła w momencie, jak Powstanie upadło i wszyscy już wychodzili?

Tak, ale dojdę do tego. Jeszcze bym chciała jedną rzecz powiedzieć, która jest dla mnie ogromnie bliska i cenna. Wuj, o którym wspominałam, napisał bardzo piękną książkę dotyczącą dni Powstania: „Kwatera Bożych pomyleńców”. Odwiedził siostrę w szpitalu i opisuje to. Nie opisuje, że siostrzenicę odwiedził, tylko jest to umowna, literacka historia. Ale muszę powiedzieć, że jest to opis wielki, to jest coś dla mnie nadzwyczajnego. Jest taki wieczny kontakt z tą sytuacją, z tą straszną tragedią, jaka spotkała naszą rodzinę. To było 15 sierpnia. Potem była z mamą – dwa razy byłam u nich w szpitalu – a potem już nie bardzo było można, bo już się zaczęły bardzo ciężkie walki. Pod koniec sierpnia oddziały przechodziły, Starówka padała. Oddziały przechodziły do Śródmieścia – przeważnie do nas, na nasze kwatery – do budynku, gdzie myśmy stacjonowali.Jeszcze była bardzo ważna rzecz, o której trzy słowa muszę jednak powiedzieć – walka o zdobycie kościoła Świętego Krzyża i Komendy Policji. To było 23 sierpnia. To był wielki dzień naszego oddziału, nie da się ukryć. To było wspaniałe. Myślę, że w dużym stopniu sprawa zorganizowania walki… Bo to na pewno nasz dowódca [organizował], ale przecież był jeszcze chyba major „Róg”. Przy samym kościele jest tablica – Krakowskie Przedmieście 1. Świt był, jak z naszego drugiego podwórza – Mazowiecka 4 miała dwa podwórza – po drabinie przechodziliśmy na tyły ogrodu NOT-u. Przez ten ogród, przez teren niezabudowany wchodziło się do budynku NOT-u i po schodach – zresztą te schody nadal są piękne, do dzisiaj. Pamiętam niewiarygodny chrzęst szkła, tam było tak szalenie dużo szkła, [że się po nim] schodziło. Na Traugutta i od strony Traugutta wszystko było przygotowane, cała akcja ataku na komendę i kościół. Było tam wiele oddziałów, nie tylko nasza kompania „Grażyna” i kompania „Janusza”. To było bardzo pięknie przygotowane. Pamiętam moment, jak wysadzono mur, który od proboszczówki oddzielał możliwość wejścia na ten teren. Tego dokonała dziewczyna, wspaniała dziewczyna. Muszę powiedzieć, że wiele tam było takich właśnie dziewczyn, które działały w sposób dla mnie [bohaterski]… Mnóstwo. Dla mnie na przykład przechodzenie ze Starego Miasta kanałami – to przeważnie dziewczyny przechodziły – to jest rzecz [godna] podziwu, jak o tym myślę. To było naprawdę coś nadzwyczajnego.
Co to za dziewczyna i co z tym murem?
Nie wiem, nie była z naszego oddziału.

Przebiła się pierwsza przez mur?
Nie, chodziło o to, żeby przygotować wysadzenie muru. Jak to się nazywa? Pirotechnik?

Saper.
Saper, tak. Prace saperskie, saperki. Były takie dwie dziewczyny, które tam widywałam. Potem, muszę powiedzieć, jak się skończyło (kościół i komenda policji został zdobyty), znowu moment radości beztroskiej – może i nierozumnej – że jednak damy radę, że zwyciężymy, zachwytu nad tym, że można, że się da. Naprawdę przepiękne chwile, niczym niezastąpione. Widziałam, jak nasi koledzy wychodzą z Komendy Policji. Nie mogę zapomnieć Witolda Kierzuna – to był niesamowity człowiek, zupełny wariat. Tak odważnego człowieka [nie spotkałam]… Kiedyś powiedziałam: „Wiesz, ty chyba nie masz wyobraźni. To już nie jest odwaga, chyba brak wyobraźni”. [Widziałam go] obwieszonego karabinami, bronią niesamowitą, roześmianego. Jego zdjęcie jest przecież w Muzeum. To był przepiękny dzień – 23 sierpnia. Muszę powiedzieć, że pewno już ostatni taki wspaniały dzień, jaki przeżyłam. Potem zaczęło się to, co przed momentem mówiłam. Stare Miasto padało, przechodzili do nas. I tak po trochu, po trochu, robiło się coraz trudniej. Ostrzał był coraz gorszy, strzelały działa kolejowe. To były potworne pociski, średnicy siedemdziesiąt centymetrów – o ile dobrze pamiętam.

Pamięta pani ekipę filmową, która przyszła filmować odtwarzanie zdobycia kościoła Świętego Krzyża?
Nie. Nie pamiętam.Pamiętam tylko jedną ekipę filmową, ale to było pierwszego lub drugiego dnia Powstania. Zginął nasz kolega – pseudonim „Marabut” – chyba dowódca któregoś z plutonów. Jeszcze był bardzo uroczysty pogrzeb, trumna była niesiona ulicą. Był pochowany na Mazowieckiej 4. Ogródek, jak to w starej zabudowie, jakieś drzewka. Tam był pogrzeb i pamiętam, że rzeczywiście był ktoś wtedy z aparatem fotograficznym. Zresztą kilka lat po Powstaniu w „Stolicy” było bardzo piękne zdjęcie z tego pogrzebu Oczywiście mam je do dzisiaj. Mam potwornie dużo pamiątek i muszę powiedzieć, [że] strasznie je sobie cenię. Uważam je za wielką rzecz.

Jakiś szczególny moment, oprócz tego jak pani siostra została ranna i później zmarła? Może pani miała jakąś sympatię w Powstaniu?

Nie. Muszę powiedzieć, że całą okupację miałam bardzo dużo kolegów i miałam [do nich] podejście [koleżeńskie]. W ogóle wykluczałam możliwość [zakochania]… Oczywiście, ten mi się bardziej podobał, ten mniej. Rzeczywiście lubiłam [jednego], [na imię miał] Łukasz – byłam bardzo zainteresowana… Ale on już nie żył w czasie Powstania. Aresztowali go. Strasznie byłam z nim zaprzyjaźniona i – jeśli można mówić o sympatii – to chyba on, tylko on. Zabili go przed Powstaniem – pod Skierniewicami – jak wywozili z Pawiaka ostatni transport. Już go potem nigdzie nie odnalazłam. Szukaliśmy wszystkich możliwych śladów, wątków, u rodziny. Nie udało się, niestety. Ale wszyscy byli mi bliscy. Muszę powiedzieć, że o każdym mogłam powiedzieć coś niezwykle sympatycznego i miłego. A dzisiaj są mi tak bliscy! Często – jak się spotykamy – mówimy sobie: „Słuchajcie, w gruncie rzeczy mało się znamy”. Bo ile to było dni? Trzydzieści parę. Potem żeśmy się niestety rozeszli. W paru króciutkich słowach mogę o tym opowiedzieć, bo już za długo […]. Często sobie mówimy, że człowiek był razem tylko ileś dni, a te znajomości są dla nas tak cenne, tak szalenie ważne. Niewykluczone, że decyzja przy pierwszych spotkaniach była bardzo mądra – bo my spotykamy się już od lat, strasznie dawno – decyzja, że wszyscy mówią sobie po imieniu. Nie ma pana, nie ma profesora, nie ma senatora, nie ma posła – nikogo. Wszyscy jesteśmy kolegami, koleżankami po imieniu i to jest bardzo cenne i – muszę powiedzieć – bardzo miłe. Jakbym miała pojechać do Warszawy i mówić: „Dzień dobry panu” na przykład do Wiesia Chrzanowskiego – który jest senatorem – to bym uważała, że to jest upadek poniżej godności tego rodzaju znajomości, zupełny. Jeszcze wracając do przebiegu Powstania. Nasz dowódca zginął 3 września. To już był okres, kiedy był okropny ostrzał i Niemcy bardzo często atakowali. Zginął po prostu, jak szedł do dowództwa. Padł pocisk, był chyba właśnie z działa kolejowego. Zginął, był pochowany na Czackiego albo w ogrodzie koło komendy. Jeszcze była dość duża grupa kolegów ze Starego Miasta, w którymś z plutonów. Mieszkali… na Mazowieckiej 4 – jak się wejdzie w prześwit koło nowo postawionego domu – idąc w prawo, jest coś bardzo dziwnego. Jest bardzo ładny płotek, furtka zamknięta na kłódkę, po schodach zewnętrznych – tam mieszkają ludzie. To jest oficyna, która jest oficyną przedwojenną i jest tam do dzisiaj. Jeszcze dalej w prawo jest drugie podwórko, z którego wchodziliśmy do NOT-u, jak był atak na komendę policji. Zawsze tam idę, ale przeważnie to oblewam łzami, jak się tam znajdę. Mój Boże, trudno się dziwić. Były tam jeszcze oddziały. Jak zginął nasz dowódca, to część kompanii „Grażyna” zaczęła – właściwie trochę w rozsypce – [działać] w jakiś zorganizowany sposób… Część przeszła na Powiśle, część gdzieś – już nie umiałabym tego dokładnie sklecić gdzie – ale w pewnym sensie w rozsypce. Zostałam przy części ze Starego Miasta po to, by próbować jeszcze odnaleźć siostrę i mamę. Ale szpital w PKO był już ewakuowany. Z opowiadania mamy wiem, że była i na Drewnianej, i w wielu miejscach. Około 10 września zorientowałam się, że nie ma już możliwości. Poza tym kurczył się teren. Przeszłam do Śródmieścia Południe, do mojej rodziny na Wspólną. Tam na dole był szpital. Zatrzymałam się w tym szpitalu parę dni. Potem poszłam do Krystyny Mieczkowskiej – z którą składałyśmy przysięgę – była w szpitalu na Piusa. Tam był bardzo znany do dzisiaj doktor Podgórski, […] na Starym Mieście. Lekarz, który w czasie Powstania zapisał się wielkimi zgłoskami i był przez nas szalenie lubiany, szanowany, był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Niestety nie żyje już kilka lat.
Pani się zwolniła ze swojego oddziału?
Mojego oddziału nie było – dowódca zginął. Czułam potrzebę szukania mamy i siostry, pełna wiary, że siostra już prawie zdrowa i odmówiłam przejścia na Powiśle. Trochę się błąkałam, byłam zagubiona. To nie był bardzo wspaniały okres, nie da się ukryć. Doszło do jednego ze smutniejszych momentów Powstania – ogłoszenia, że Powstanie się skończyło. To było koszmarne. Muszę powiedzieć, że na pewno najbardziej dojmująco smutny moment. Było bardzo piękne przemówienie „Bora” Komorowskiego. Myśmy to wszyscy rzeczywiście bardzo przeżyli.

Gdzie pani słuchała tego przemówienia? To było przez radio?
Nie, czytałam, bo prasa – rodzaj ulotek – stale istniał. Na pewno u rodziny czytałam, bo przychodziłam do rodziny na Wspólną. Często tam nawet nocowałam i właśnie u nich to czytałam. To był bardzo ciężki moment, ale w gruncie rzeczy wiadomo było, że możliwość zwycięstwa jest niemożliwa. „Przyjaciele” jak stanęli po tamtej stronie Wisły, tak czekali, aż nas możliwie wielu wymordują. Wielu wymordowano. Niestety.

Wyszła pani z ludnością cywilną?

Chciałam powiedzieć parę słów o ludności cywilnej. Muszę powiedzieć, że tyle serca, tyle serdeczności [w nich było]… Ani przez jeden moment – przez calusieńki czas Powstania – nie spotkałam się z jakąś krytyką czy szorstkością, czy nawet z odmową, gdybym prosiła o pomoc. Ludność warszawska była naprawdę fenomenalna… Uwielbiam apel poległych w Warszawie, ale dopiero od momentu, kiedy są wymieniane nie tylko wszystkie oddziały, także NSZ – który kiedyś był przecież wyklęty – ale jest wymieniana ludność miasta. Nikomu tak się nie należy, jak właśnie ludności miasta. To było coś wspaniałego. Właściwie taka sama jest teraz. Jak sobie przypomnę obchody sześćdziesiątej rocznicy, Boże, przecież zachowanie ludności, warszawiaków, było [cudowne]… Złośliwi mówią: „To nie warszawiacy, to ludność napływowa”. To nic. Moim zdaniem Warszawa – historia Warszawy – wywołuje to, że ludzie, którzy tam mieszkają, stają się prawie natychmiast warszawiakami. A źli ludzie bywają wszędzie, tak że tego nie można powiedzieć. Dochodzimy do tego, że zaczął się koniec Powstania, trzeba było wyjść z Warszawy. Oczywiście wszyscy moi koledzy poszli do obozu. Wyszłam z ludnością cywilną zupełnie świadomie, bo uważałam, że muszę szukać mamy i siostry. Na Dworcu Zachodnim wsiadaliśmy do pociągu, do odkrytych wagonów. Nie wiem, jak to się nazywa, towarowe. […] Jeszcze nawet było ze mną dwóch czy trzech kolegów, też zdecydowali się wyjść z cywilami. Pociąg ruszył. To jest nie do uwierzenia, jak człowieka dziwi normalny świat. Przejeżdżaliśmy kawałeczek, już nie było zabudowy, dzieci biegały po trawie i bawiły się piłką. Oczom nie wierzyłam. Przez dwa miesiące można zapomnieć, że istnieje normalny świat, dzieci, zabawy. W Ursusie pociąg – na szczęście, bo miałam obawy, że to jest dojazd do Pruszkowa, do obozu – zatrzymał się, nie wiem dlaczego. Jeden moment – któryś z kolegów powiedział: „Uciekamy!”. Jakim cudem zdołałam wejść na wysoki brzeg wagonu, zeskoczyć na tory, na kamienie, przebiec przez tory, wejść na peron w Ursusie i utrafić w furtkę, która tam była? Już do nas strzelali, czyli utrafić w furtkę to jest [cud]… Udało się nam jakoś uratować przed strzelaniną. Wpadliśmy w furtkę i w krzaki. Był zieleniec przed dworcem i żeśmy się schowali w krzaki. W czwórkę uciekaliśmy i znaleźliśmy się wszyscy. Nie wiem, czy więcej osób tam uciekało, nie pamiętam. Jak żeśmy się policzyli, że jesteśmy, stwierdziliśmy: „Wyruszamy”. Poszliśmy w głąb. Ktoś nam chyba zaproponował – pewnie nietrudno było się zorientować, że jesteśmy z Warszawy – żebyśmy weszli do nich do domu. Można się było umyć, dali nam obiad – ziemniaki, pomidory, było nawet jakieś mięso. Też zapomniałam, że takie rzeczy istnieją na świecie. Moja ciocia – siostra mojej mamy – mieszkała w Komorowie. To był mój azymut. Wiedziałam, że muszę tam dobrnąć, że mama z siostrą też tam dobrną. Doszłam do kolejki EKD. Czekając na pociąg, widzę, że stoją panie i mają w koszach renklody, śliwki. Miały chleb – i to nałęczowski, zawsze przeze mnie uwielbiany. Stanęłam i patrzę na ten chleb, jakby to było coś zupełnie muzealnego. Ona na mnie, biedaczka, spojrzała i mówi: „Pewno jesteś z Warszawy, z Powstania?”. Ja mówię: „Tak”. Ona mówi: „A chcesz chleb?”. Ja mówię: „A to można kupić?”. Ona mówi: „Można, ale ja ci dam”. Dała mi bochenek przepysznego chleba, świeżutkiego. Bo nałęczowski warszawski chleb – pewnie już go nie robią – to było coś nadzwyczajnego. Przyjechała kolejka, dojechałam do Komorowa, poszłam do cioci i dowiedziałam się, że mama z siostrą jest w szpitalu. Poszłam tego samego dnia. Wrażenie było straszne. Muszę powiedzieć, [że] największe chyba na mojej mamie, która – jak wszyscy mówili – stała przeważnie przy oknie i mówiła: „Jedna umiera, a druga jest tam, nie wiem, co z nią jest”. Weszłam do pokoju, zobaczyłam siostrę. Właściwie po jej wyglądzie domyślałam się, że to już jest nie do uratowania. Spotykałam się z bardzo wieloma takimi sytuacjami. Szczególny wygląd twarzy, zapadnięty. Ale bardzo się ucieszyła, że mnie zobaczyła, ja też. Umówiłyśmy się, że przyjdę jutro rano i poszłam do cioci. A rano ktoś przybiegł, że Danusia umarła. Dlatego mówiłam, że czekała na mnie. Ona zawsze szalenie dbała o mamę i byłam jej za to bardzo wdzięczna, bo ja wcale nie byłam taka nadzwyczajna – a ona szalenie dbała. Ona pewno – jeżeli można tak domniemywać – mogła mieć wpływ na to, że jeszcze ileś czasu przeżyła. Może wierzyła, że wrócę i że mama nie zostanie sama. Rzeczywiście, ani dnia nie była bez żadnej z córek. Tak zakończyły się moje dni Powstania.
Pani siostra z mamą wyszły wcześniej? Jak szpital był ewakuowany?
Tak. Ewakuowali, wywozili szpitale i w końcu jeden – na szczęście – wywozili do Komorowa. W prywatnej willi, pamiętam, pana Sławikowskiego. Wszystkich tam znałam, bo tam mieszkała ciocia, którą całe życie bardzo lubiłam i często u niej bywałam. Muszę powiedzieć – jestem zupełnie pewna – że losami czy życiem ludzi kieruje los czy Pan Bóg. Nie wiem… Że właśnie tam [je ewakuowano], bo przecież szpitale warszawskie na pewno rozwozili w różne miejsca, a je szczęśliwie tam i można się było spotkać. Jedyne miejsce. Od razu wiedziałam, że tam będę dążyła. Siostra z początku była pochowana na cmentarzu w Pruszkowie, też na kwaterze związanej z walkami o Polskę – bo był jakiś partyzancki oddział w okolicach Komorowa. Wiele osób tam zginęło i była pochowana w tej kwaterze. I znowu taka opatrzność, że dobrzy ludzie, moi dobrzy koledzy i moje wszystkie dobre koleżanki i przyjaciółki [mi pomogli]… Nie wiem, jak to nazwać – są mi tak bliscy, że powiedzieć, że to są moi znajomi, to jest właściwie przesada. Utworzyły się wolne miejsca na cmentarzu, na naszych kwaterach na Powązkach. Została przeniesiona na ten cmentarz na naszą kwaterę. Muszę powiedzieć, że to był moment, w którym sobie pomyślałam, że najważniejsze mi się w życiu zamknęło. Że nie będzie tak, że [Danusia] będzie gdzieś na cmentarzu, na którym mało osób bywa, mało osób wie, że ona jest tam pochowana. Robiłam, co mogłam. Mieliśmy na groby duże, odlane z brązu odznaki. Miała to oczywiście na grobie w Pruszkowie, to także załatwiłam.. Ale nikt by i tak nie wiedział, o co chodzi. To było zagłaskiwanie własnego poczucia, że tam, w Pruszkowie, jest sama, biedna. Tak szczęśliwie, tak cudownie, że jej prochy mogły być przeniesione tutaj. Muszę powiedzieć, że mama na pewno się tym cieszy.

Pani była w Komorowie, aż wkroczyli Rosjanie?
Nie. Myśmy wtedy [wyjechały] – nie wiem dlaczego – wszyscy gdzieś wyjeżdżali. Myśmy z mamą wsiadły do pociągu i jechałyśmy na południe Polski. Masę osób wyjechało, bo do Warszawy nie było gdzie wrócić. Masę osób wyjechało gdzieś do Jędrzejowa. Myśmy wsiadły w pociąg i jechałyśmy, jechałyśmy i dojechałyśmy do Białego Dunajca. Tam byłyśmy do 9 maja, mieszkałyśmy u górali, których w tym czasie ogromnie pokochałam. Co to za wspaniały naród, uwielbiam ich! Do dzisiaj mam tam przyjaźnie, kontaktuję się z nimi. Dopiero w maju 1945 roku wracałyśmy do Warszawy. Różnym drogami, sporo piechotką, sporo czymś tam, ale jakoś dobrnęłyśmy do Warszawy. Tutaj zaczęły się dość poważne problemy z mieszkaniem. Jedyne miejsce, gdzie można było się zatrzymać [to szpital]… Moja siostra przed Powstaniem mieszkała z mamą na terenie szpitala w Tworkach. Pracowała tam, kończyła gospodarczą szkołę w Chyliczkach.

Koniec wojny panią zastał w Białym Dunajcu?
Tak.

Pani jechała do Warszawy, jak już wojna się skończyła?
Tak jest, tak. Odejścia Niemców nie widziałam, bo to było na odludziu. Natomiast widziałam wejście „przyjaciół”. To nie były miłe dni. Bardzo niemiłe. Nic strasznego się nie działo, ale takie to było jakieś obrzydliwe. Mniejsza o to, było, minęło. Nawet PRL szczęśliwie już minęło. Wróciłyśmy do Warszawy i mama dostała pracę na terenie szpitala. Jakiś czas tam byłam, ale ani mieszkania nie było, ani nic takiego. Poza tym trzeba było myśleć o tym, żeby się nieco pouczyć. Szczęśliwie skontaktowałyśmy się z Krystyną Mieczkowską, spotkałyśmy się. To jest poznanianka, mieszkała w Poznaniu. Zadecydowałyśmy (namówiła mnie), że przyjadę do Poznania na studia. W Poznaniu skończyłam wydział architektury, tu poznałam mojego męża, o którym wspominałam. W 1950 roku dyplom i w 1952 – w czerwcu – wzięliśmy ślub. Potem, w 1955 roku, urodził się nasz syn – Paweł.

Czy była pani represjonowana za udział w Powstaniu Warszawskim?

Gorzej, byłam represjonowana za działalność po Powstaniu, po odzyskaniu tak zwanej niepodległości. Mieszkałam w Poznaniu u Mieczkowskich, na ulicy Stolarskiej i zgłosiła się do nas łączniczka „Prusa” – naszego dowódcy, Tadeusza Macińskiego. Nasi koledzy siedzieli w więzieniu, we Wronkach i w Rawiczu. Dowódca próbował nas zebrać i zmontować, żeby coś robić, żeby wzajemnie sobie pomagać. Pomagałyśmy, oczywiście, żadna z nas się nie zawahała. Woziłyśmy tam paczki. Potem pana Macińskiego aresztowano. On uciekł z transportu, zdołał jakoś uciec, trzeba było go holować – nie ja, to Krystyna Mieczkowska robiła. Działalność była dość wyraźna. Wreszcie jego biednego aresztowali. Który to był rok – 1947? Aresztowano go i wpadło całe jego archiwum. Archiwum miał bardzo szczegółowe, bardzo staranne i to calutkie archiwum także wpadło. Przyjechała do nas łączniczka, z którą często utrzymywałyśmy kontakty związane z działalnością. Działalność, mój Boże… Nie żadna wywrotowa, chodziło tylko o utrzymanie kontaktu między nami, o wzajemną pomoc – przede wszystkim tym kolegom, którzy byli w więzieniach. Przyjechała, to był ostatni dzień ujawniania. Powiedziała, że mamy się ujawnić, ponieważ [„Prus”] został aresztowany z całym archiwum. O ósmej rano poszłyśmy się ujawnić. Wzięli nas do dużego domu UB – oczywiście każdą do innego pokoju – zamknęli na klucz. Takie coś bezczelne usiadło za biurkiem i powiedziało: „Aha, no tak. Jutro byśmy po was przyszli”. Wypuścili nas pewnie koło siódmej, ósmej wieczorem. Od tej pory zaczęły się zatrzymania, na przykład na półtorej doby. Oczywiście chodziło o to, żeby podpisać coś na kogoś lub współpracę, lub tego rodzaju rzeczy. [Byłam] potwornie straszona … Mieli ohydny system, mówili, że nie skończę studiów, matka zostanie pozbawiona pracy. W gruncie rzeczy chyba rozsądnie myślałam, że nie przesadzajmy, nie pozbawią wszystkich pracy. Jak nie skończę studiów, to będę robiła co innego, trudno. I skończyłam studia, i mamy nie wydalili z pracy.
Bili panią?
Nie. Mogły być takie sytuacje, ale dotyczące tych aresztowanych, którzy byli posądzeni o działalność wywrotową. Ale w stosunku do nas – nie. W stosunku do nas chodziło tylko o to, żeby kogoś złamać i zmusić do tego, żeby współdziałał. Oni by wtedy poprzez nas szukali jakichś kontaktów, możliwości wsypania kogoś. Ostatni raz miałam z nimi obrzydliwy kontakt, jak już pracowałam w Warszawie, w „Miastoprojekcie”. Rano wezwali mnie do dziwnego pokoju na terenie „Miastoprojektu”, zamknęli i wypuścili dopiero po trzeciej. Też właściwie nic. Facet siedział, coś gadał, wychodził, zamykał mnie w pokoju na klucz. Właściwie nie było wiadomo, o co mu chodziło, ale swoje przesiedziałam. Absolutnie się tym nie przejęłam. Byłam dość mądra, żeby wystąpić o swoją teczkę do IPN-u. Mam, dostałam. Nawet – muszę powiedzieć – tak się dobrze złożyło, że mogłam dostać bez wykreśleń. Ze zdumieniem stwierdziłam, że byłam przez nich [inwigilowana]… Między sobą pisali, że stracili ślad, nie wiedzieli, co się ze mną dzieje. Potem ktoś napisał, że miałam matkę w Warszawie, to pewno jestem w Warszawie. Rzeczywiście, już wtedy byłam w Warszawie. Ostatnie pismo w mojej sprawie było jeszcze do 1974 roku. Naprawdę trzeba było mieć źle w głowie. Jak było wiadomo, w 1974 roku … Mój Boże… Przecież syn urodził się w 1955, już miał dziewiętnaście lat. A ostatni raz dlatego, że myśmy wtedy wyjeżdżali do Włoch. Starałam się o paszport i może dlatego. Paszport – o dziwo – dostałam i wyjechaliśmy na miesiąc z namiocikiem, wszystko było bardzo pięknie.

Czy czuje pani nienawiść do Niemców za zbrodnie?
Myślę, że już nie umiem się cofnąć pamięcią wstecz… Tak, mogę się cofnąć. Pamiętam pierwszy raz, jak można było wyjechać do NRD i usłyszałam język niemiecki. Znalazłam się w strefie niemieckojęzycznej, wszyscy mówili po niemiecku. Muszę powiedzieć, że działo się ze mną coś niedobrego, ściskanie za gardło. Powiedziałam, że wracam do samochodu i nie chcę tu być już ani chwili dłużej. Potem to chyba przygasało. Dzisiaj – już szczęśliwie – chyba nie umiem nienawidzić. [To] chyba rzecz, którą im wcześniej się człowiekowi uda osiągnąć, tym lepiej. Życie jest o wiele piękniejsze bez nienawidzenia. A czy mam żal? Trudno powiedzieć. Nie było mi przyjemnie, jak na Woli widziałam uściski Kwaśniewskiego z… chyba wówczas to był Schröder, w sześćdziesiątą rocznicę, przy grobie. Przecież tam zginęła masa ludzi. Wręczali sobie odznaczenia. To nie było miłe. Ale czy nienawiść? Myślę, że to już nie jest nienawiść. Myślę, że każdy naród ma prawo żyć i ma prawo ponosić konsekwencje. W końcu były momenty, które w jakimś sensie mogły ulżyć tej nienawiści. Jeżeli człowiek – który jest najwyższym w Niemczech – klęka przed pomnikiem Powstania i przeprasza, to jednak coś znaczy. Jedyne, co jest ważne, to oby nigdy nic takiego nie miało miejsca. I ze strony Niemców, i ze strony komunistów. Oby nigdy więcej nic takiego się nie zdarzyło. Los mi dał przeżyć jedno i drugie. Muszę powiedzieć, że i jedno, i drugie jest straszne właśnie dlatego, że wywodzi się z nienawiści do człowieka, ze wstrętnej nienawiści do człowieka, której nie powinniśmy doznawać. Oby tylko się udało.

Uważa pani, że przyjaźń między Polakami a Niemcami jest niemożliwa?
Dlaczego? Możliwa.

Mówiła pani…
To wtedy, jak tam byłam, miałam [takie wrażenie]. Ale w tej chwili już jestem tego pozbawiona. Mam wnuki. Wnuka, który ma dwadzieścia trzy lata – kończy wydział architektury – i wnuczkę, która jutro kończy osiemnaście lat. Obydwoje mają znajomych w wielu krajach Europy. Mam pełną wiarę, że ich pokolenie jest wolne od wszystkich uprzedzeń rasowych i narodowych.

Na zakończenie ostatnie pytanie: czy jakby pani miała znowu dwadzieścia lat, poszłaby pani do Powstania?

Oczywiście, bez sekundy namysłu. Może w świetle tego, o czym mówiłam, to były straszne dni i ogromnie dużo przeżyłam. To były niezwykle piękne dni w moim życiu. To były wielkie dni i uczciwie powiem, że właściwie jestem wdzięczna losowi. Jak tak miało się ułożyć życie, jak i tak miałaby nie żyć moja siostra – wolałabym, żeby żyła, jasne – to dziękuję losowi, że mogłam właśnie to przeżyć. To było wielkie. To było naprawdę wielkie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Powstanie Warszawskie
PostNapisane: 05 gru 2015, 13:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kmn.info.pl/?p=31457

Powstańcze Biogramy/5 grudnia – Ewa Kokińska
Informację zamieścił Oskar Polsky
Strona www Oskar Polsky



Ewa Kokińska

pseudonim "Ewa"
data urodzin 1923-12-05
data śmierci 1982-01-05


Miejsce urodzenia
Tczew

Imiona rodziców
Tadeusz – …

Udział w konspiracji 1939-1944
IV Obwód "Grzymała" (Ochota) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – 1. Rejon – II batalion im. Zygmunta Żółtowskiego "Odweta" ("Odwet”) – 2. kompania – pluton 422

Oddział
IV Obwód "Grzymała" (Ochota) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej – 1. Rejon – II batalion im. Zygmunta Żółtowskiego "Odweta" ("Odwet”) – 2. kompania – pluton 422

Szlak bojowy
Ochota

Miejsce śmierci
Otwock

Informacje dodatkowe
Dobrucka-Kokińska


źródło: www.1994.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 399 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 22, 23, 24, 25, 26, 27  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /