Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 108 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: III Rzeczpospolita
PostNapisane: 18 lis 2017, 09:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://mirekkabala.pl/?p=677

Tak wygląda złodziej i zdrajca!
Posted on Listopad 16, 2017 by admin

Janusz Lewandowski

Wystąpienie europosła Janusza Lewandowskiego w trakcie debaty na temat praworządności i demokracji w Polsce. Parlament Europejski, 15 listopada 2017.
Opublikowany przez Sejmlog na 15 listopada 2017

Jak to się dzieje, że ten złodziej i zdrajca nadal działa na szkodę Polaków, bezkarnie opluwa polski rząd, stawia PiS-owi zarzuty, które od A do Z są wyssane z palca. Jak to możliwe, że taka kreatura nadal reprezentuje Polskę? Odpowiedź jest prosta: głosujący na tę kreaturę Polacy albo utracili pamięć, albo też jest im obojętne, co się z Polską stanie i kto i jak będzie nią rządził. Ale 100 tys. „faszystów” maszerujących 11 listopada w Warszawie pamięci nie utraciło i nigdy nie utraci…ZA ROZSZABROWANIE MAJĄTKU NARODOWEGO, KARA JEST TYLKO JEDNA…
O Lewandowskim, mało znanym doktorze ekonomii z Uniwersytetu Gdańskiego, cała Polska usłyszała dopiero w styczniu 1991 r., gdy został ministrem przekształceń własnościowych w rządzie Bieleckiego. Później tę samą funkcję sprawował w gabinecie Hanny Suchockiej. W sumie Janusz Lewandowski kierował prywatyzacją przez 27 miesięcy, a więc z górą dwa lata. I choć niektórzy jego następcy urzędowali dłużej, to właśnie on odcisnął największe piętno na modelu prywatyzacji w Polsce.
Warto przypomnieć charakterystyczny fakt, iż karierę rządową mógł Lewandowski rozpocząć już wcześniej, w ekipie Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza. Jak sam wspominał: „Balcerowicz rozmawiał ze mną, szukając Pełnomocnika Rządu ds. Przekształceń Własnościowych. Nie czułem się przygotowany do tej roli, roli de facto organizatora machiny prywatyzacji. Funkcję objął Krzysztof Lis. Było to pod koniec 1989 r. lub na początku 1990 r. Czyżby rok później ten sam Lewandowski okazał się już świetnie przygotowany do roli ministra?
Swoją działalność prywatyzacyjną ówczesny lider KLD rozpoczął od publicznej oferty akcji pięciu przedsiębiorstw (Krośnieńskich Hut Szkła, łódzkiego „Próchnika”, „Tonsilu” z Wrześni, kieleckiego „Exbudu” i Śląskiej Fabryki Kabli), połączonej z debiutem warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych 16 kwietnia 1991 r. Lewandowski do dziś uważa stworzenie rynku giełdowego za swój wielki sukces, nie dodaje jednak, że w czasach jego urzędowania taka forma prywatyzacji stanowiła jedynie margines przekształceń własnościowych. Większość spośród ponad 80 transakcji, jakie zawarło ministerstwo pod jego kierownictwem, stanowiły umowy oparte na rokowaniach z konkretnym inwestorem, najczęściej zagranicznym.
Lista Lewandowskiego
Aby uświadomić sobie skalę tej prywatyzacji, warto przytoczyć suche, ale jakże wymowne fakty. Oto lista przedsiębiorstw, które resort Lewandowskiego sprzedał obcemu kapitałowi:
– Beloit „Fampa” SA w Jeleniej Górze – 16 lutego 1991 r. – nabywca z USA;
– Philips Lighting Poland SA w Pile – 23 maja 1991 r. – nabywca z Holandii;
– Lever Polska SA w Bydgoszczy – 17 czerwca 1991 r. – nabywcy z Holandii i Wielkiej Brytanii;
– Koszalińskie Zakłady Piwowarskie „Brok” SA – 31 lipca 1991 r. – nabywca z Niemiec;
– „E. Wedel” SA w Warszawie – 22 sierpnia 1991 r. – nabywca z USA;
– „Polbaf” SA w Głownie k. Łowicza – 23 sierpnia 1991 r. – nabywca z USA;
– Benckiser SA w Nowym Dworze Mazowieckim – 31 października 1991 r. – nabywca z Niemiec;
– Henkel Polska SA w Raciborzu – 16 grudnia 1991 r. – nabywca z Niemiec;
– Fabryka Papieru „Malta” SA w Poznaniu – 31 lipca 1992 r. – nabywca z Niemiec;
– Zakłady Celulozowo-Papiernicze SA w Kwidzynie – 10 sierpnia 1992 r. – nabywca z USA;

Obrazek

– „Romeo” Sp. z o.o. w Zbąszynie – 27 sierpnia 1992 r. – nabywca z Niemiec;
– „Chifa” Sp. z o.o. w Nowym Tomyślu – 9 października 1992 r. – nabywca z Niemiec;
– „Telfa” SA w Bydgoszczy – 16 listopada 1992 r. – nabywca z USA;
– Bydgoskie Fabryki Mebli SA – 16 listopada 1992 r. – nabywca z Niemiec;
– Wydawnictwo Naukowe PWN Sp. z o.o. w Warszawie – 29 listopada 1992 r. – nabywca z Luksemburga;
– „Wizamet” SA w Łodzi – 8 grudnia 1992 r. – nabywca z USA;
– Zakłady Tłuszczowe „Olmex” w Katowicach Sp. z o.o. – 11 grudnia 1992 r. – nabywca z Holandii;
– AEF Mefta Mikołowska Fabryka Transformatorów Sp. z o.o. – 17 grudnia 1992 r. – nabywcy z Niemiec i Polski (Elektrim SA);
– Foster Wheeler Energy Fakop Sp. z o.o. w Sosnowcu – 21 stycznia 1993 r. – nabywca z Finlandii;
– Zakłady Wyrobów Sanitarnych „Koło” Sp. z o.o. w Kole – 22 stycznia 1993 r. – nabywca z Finlandii;
– „Pollena” Wrocław SA – 19 marca 1993 r. – nabywca z Wielkiej Brytanii;
– „Telkom – PZT” SA w Warszawie – 30 marca 1993 r. – nabywca z Hiszpanii;
– Alcatel „Teletra” SA w Poznaniu – 30 marca 1993 r. – nabywca z Hiszpanii;
– Zakłady Przemysłu Cukierniczego „Olza” SA w Cieszynie – 31 marca 1993 r. – nabywca z USA;
– Przedsiębiorstwo Przemysłu Mięsnego w Opolu SA – 2 kwietnia 1993 r. – nabywca z Austrii;
– Huta Szkła Biaglass Sp. z o.o. w Białymstoku – 6 kwietnia 1993 r. – nabywcy z Niemiec, Włoch i Liechtensteinu;
– Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Bobo” SA w Piławie Górnej – 26 maja 1993 r. – nabywca z Niemiec;
– „Hydrotrest” SA w Krakowie – 8 czerwca 1993 r. – nabywca z USA;
– Crak – Koffe SA w Skawinie – 14 czerwca 1993 r. – nabywca z Niemiec;
– Przedsiębiorstwo Spedycji Międzynarodowej C. Hartwig Sp. z o.o. w Gdańsku – 21 czerwca 1993 r. – nabywcy z Niemiec i Polski (Ciech Sp. z o.o.);
– Szczeciński Przemysł Drzewny SA – 22 czerwca 1993 r. – nabywca z Holandii;
– „Polam – Suwałki” Sp. z o.o. – 28 czerwca 1993 r. – nabywca z Francji;
– Fabryka Wtryskarek „Ponar – Żywiec” SA – 29 czerwca 1993 r. – nabywcy z Hongkongu i Polski (BPH SA);
– Cementownia „Odra” SA w Opolu – 13 lipca 1993 r. – nabywca z Niemiec;
– „Energoaparatura” SA w Katowicach – 15 lipca 1993 r. – nabywca z USA;
– Cementownia „Strzelce Opolskie” SA – 22 lipca 1993 r. – nabywca z Belgii;
– Zakłady Cementowo-Wapiennicze „Górażdże” SA w Opolu – 22 lipca 1993 r. – nabywca z Belgii;
– Klose – Czerska Fabryka Mebli Sp. z o.o. – 10 sierpnia 1993 r. – nabywca z Niemiec;
– Huta Szkła „Jarosław” SA – 17 września 1993 r. – nabywca z USA;
– Zakłady Elektroniczne „Elwro” SA, ZWUT SA Warszawa – 23 września 1993 r. – nabywca z Niemiec;
– Kostrzyńskie Zakłady Papiernicze SA – 7 października 1993 r. – nabywca ze Szwecji;
– Famot–Pleszew SA – 14 października 1993 r. – nabywca z Niemiec;
– Sanockie Zakłady Przemysłu Gumowego „Stomil Sanok” SA – 14 października 1993 r. – nabywca z USA.
W kontekście tej listy warto przypomnieć stwierdzenie Janusza Lewandowskiego wygłoszone 26 czerwca 1998 r. podczas debaty nad projektem ustawy o powszechnym uwłaszczeniu obywateli RP. Wnioskując w imieniu klubu UW o odrzucenie tego projektu, oświadczył on, iż „w naszym pokoleniu źródłem poprawy losu polskich rodzin będą dochody z pracy, dochody ze świadczeń społecznych, a nie dochody z własności”. Trudno o bardziej brutalne podsumowanie polskiej prywatyzacji: Polacy mają żyć z pracy, a dochody z własności – jak pokazuje praktyka – niech czerpią obcy inwestorzy.
Program dla SLD
Ale sprzedaż poszczególnych zakładów najwyraźniej ministrowi Lewandowskiemu nie wystarczyła, skoro już w pierwszym miesiącu istnienia rządu Suchockiej zdołał przeforsować na Radzie Ministrów projekt ustawy o powszechnej prywatyzacji i Narodowych Funduszach Inwestycyjnych. Projekt, którego autorami byli on sam i jego gdański kolega z KLD Jan Szomburg. Warto przypomnieć, jakie były losy tej ustawy w parlamencie. Otóż 18 marca 1993 r. większość posłów odrzuciła rządową propozycję, a przyczyniły się do tego głosy 10 parlamentarzystów ZChN, czyli partii współrządzącej. Lewandowski nie zrezygnował jednak ze swej koncepcji i już na początku kwietnia pod obrady Sejmu wszedł „nowy” projekt ustawy o Narodowych Funduszach Inwestycyjnych i ich prywatyzacji. 30 kwietnia 1993 r. większość posłów tym razem poparła rządowe rozwiązanie. Stało się tak za sprawą cichego układu między Lewandowskim a „liberalną” częścią klubu SLD i właśnie głosy tej grupy postkomunistów (28 posłów, m.in. Aleksandra Kwaśniewskiego, Marka Borowskiego, Józefa Oleksego) zdecydowały o przyjęciu ustawy.
Dodajmy, że było to na kilka tygodni przed rozwiązaniem Sejmu I kadencji, które zaowocowało zwycięstwem SLD w wyborach. Postkomuniści zapewne nie spodziewali się, że to im przyjdzie realizować pomysł gdańskich liberałów. Tym niemniej to oni najwięcej skorzystali na ustawie o NFI, bo dużą część członków władz Funduszy – przynajmniej w pierwszym „rozdaniu” z 1995 r. – stanowili ludzie z ich środowiska, starannie wytypowani przez kolejnego ministra Wiesława Kaczmarka.
Fiasko NFI
Prezentując w Sejmie założenia swojego projektu, minister Lewandowski przekonywał, iż „jest to program restrukturyzacji kilkuset polskich przedsiębiorstw. Jest to świadomy zamysł zwiększenia zdolności adaptacyjnych polskiej gospodarki. (…) Ten program jest nakierowany na to, żeby zwiększyć zdolność adaptowania się dotychczasowych przedsiębiorstw państwowych do otoczenia rynkowego”. A jakie są rzeczywiste rezultaty tego programu? Według raportu NIK z 2006 r., spośród 512 przedsiębiorstw zarządzanych przez 15 Narodowych Funduszy Inwestycyjnych aż 74 zbankrutowały, a 206 zostało sprzedanych zagranicznym inwestorom, często po zaniżonych cenach. Na całej operacji najlepiej wyszły firmy zarządzające NFI, których zyski wyniosły kilkanaście procent wartości aktywów Funduszy.
Oczywiście większość Polaków, którzy w pierwszym etapie programu odebrali powszechne świadectwa udziałowe, szybko się ich pozbyła, dlatego nawet sam Lewandowski w niedawnej wypowiedzi dla PAP musiał przyznać, że jego pomysł „nie spełnił nadziei na powszechny udział we własności”.
Posady dla kolesiów
Na jeszcze jeden aspekt ministerialnej działalności Lewandowskiego zwrócił uwagę Adam Glapiński: „Bielecki poumieszczał w radach nadzorczych jednoosobowych spółek Skarbu Państwa ludzi z Kongresu i swojego środowiska. (…) W takich spółkach urzędnik ministerstwa jest jednoosobowym, walnym zgromadzeniem akcjonariuszy i pełnią władzy ekonomicznej. Nie musi się nikomu z niczego tłumaczyć, ma przy tym dostęp do finansów przedsiębiorstwa. Czterysta kilkadziesiąt osób usytuowano w tysiącu stu radach nadzorczych skomercjalizowanych firm. Jako, formalnie, członek rządu Bieleckiego – dowiadywałem się o tym z »Rzeczpospolitej«. Decyzja zapadała gdzieś między Bieleckim a Lewandowskim, pewnie w jakimś uzgodnieniu z Balcerowiczem. KLD z kilkunastoosobowej grupy osób siedzących w ostatnim rzędzie podczas jakichś konwentykli i seminariów zachodnich, bez środków finansowych, bez wejść w środowiska prywatnego biznesu, w ciągu roku stał się grupą mocno podbudowaną gospodarczo w strukturach władzy” (J. Kurski, P. Semka, „Lewy czerwcowy”, s. 118-119).
W taki sposób wyglądało „budowanie kapitalizmu” przez gdańskich liberałów. Dziś nagrodą dla Janusza Lewandowskiego za te „zasługi” jest teka komisarza w Brukseli. I chociaż po wieloletnim procesie sąd uniewinnił byłego ministra od zarzutów nieprawidłowej prywatyzacji w 1991 r. dwóch krakowskich spółek skarbu państwa – Techmy i KrakChemii – to z całą pewnością nie można powiedzieć, że w Komisji Europejskiej z ramienia Polski zasiądzie człowiek o czystych rękach. Bo chociaż wszystkie jego działania były „zgodne” z prawem, to na pewno nie miały nic wspólnego z polskim interesem narodowym i z tworzeniem normalnego systemu gospodarczego. Prywatyzacja w wykonaniu Lewandowskiego była jednym wielkim przekrętem.

Paweł Siergiejczyk

NASZA POLSKA NR 26/2009


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: III Rzeczpospolita
PostNapisane: 30 lis 2017, 09:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2017/11/2 ... ublikacja/

Rewelacyjny wywiad z Śp. prof. Pawłem Wieczorkiewiczem – Dlaczego Rzeczpospolita czekała 2 lata z publikacją?
Posted by Marucha w dniu 2017-11-28 (wtorek)

Obrazek

Dla kogo rewelacyjny, dla tego rewelacyjny… ale dobrze, że się w końcu ukazał.
Admin


Napiszmy historię Polski od nowa
Najnowsza historia Polski przyzwoicie nie została opisana w ogóle – czytamy w niepublikowanym dotąd wywiadzie z prof. Pawłem Wieczorkiewiczem.
Czy najnowsza historia Polski została już w całości opisana? Nie ma już w niej nic do odkrycia?
– Wręcz przeciwnie. Właściwie przyzwoicie nie została opisana w ogóle. Jest w niej nadal wiele niewyjaśnionych zagadek i tajemnic. Wiele poglądów i teorii, w które wszyscy głęboko wierzymy, nie ma nic wspólnego z prawdą. W dużej mierze to wina polskich historyków, o których – mówię to z bólem – mam bardzo złe zdanie.
Dlaczego?
— To grupa osób o bardzo zachowawczym sposobie myślenia. Nie są w stanie wyobrazić sobie, że w rzeczywistości mogło być inaczej, niż im się wydaje. A poglądy i teorie wyrabiali sobie, czytając prace swoich poprzedników pracujących w warunkach komunistycznego zniewolenia. Polscy historycy to grupa skostniała intelektualnie.
Oskarżam polskich historyków o brak wyobraźni i elastyczności, o niemożność oderwania się od schematów. A w pokoleniu 60-latków są to schematy wypracowane w PRL. Wszyscy jesteśmy ich więźniami. Powtarzamy w kółko stereotypowe, błędne sądy i przekazujemy je naszym wychowankom. Środowisku polskich historyków potrzebny jest silny, ozdrowieńczy wstrząs. Może byłby nim proces lustracyjny.
To jaki powinien być dobry historyk?
— Powinien być otwarty na nowe koncepcje. Powinien do badanych problemów podchodzić na nowo, odrzucając wszystko, co napisano w PRL. Powinien stawiać najbardziej szalone tezy i pytania, bo w szaleństwie jest zalążek geniuszu. Praca historyka polega na zadawaniu pytań, a nie powtarzaniu w kółko tych samych odpowiedzi.
Mój postulat jest następujący: wymażmy całkowicie całą pisaną historię Polski po 1939 roku i napiszmy ją od nowa!
Panie profesorze, czym powinni się zająć historycy II wojny światowej?
— Przykład pierwszy z brzegu. Grot-Rowecki i jego aresztowanie. Grono historyków zajmujących się Armią Krajową ze względów patriotyczno-dżentelmeńskich do dziś nie ujawnia prawdy o tym, jak generał wpadł w ręce gestapo. A są ślady, które wskazują na osobę bliską córce Grota, jej narzeczonego, który miał to zrobić dla pieniędzy.
Mało tego, najrozsądniejsi z oficerów gestapo wcale nie byli zadowoleni z tego aresztowania. To wcale nie był dla nich – tak jak my twierdzimy – „wielki sukces”. Zatrzymanie dowódcy AK, a co za tym idzie zamęt i reorganizacja ugrupowania, burzyło bowiem cały system kontroli, jaką Niemcy sprawowali nad podziemiem.
Kontroli?

— Mamy dwie legendy podziemia niepodległościowego. Podziemie podczas II wojny światowej i podziemie solidarnościowe podczas stanu wojennego. Przykra prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było w 80 procentach rozpracowane przez policje polityczne.
Dlaczego więc w obu przypadkach nie zlikwidowano tych organizacji?
— Bo każda dobra policja polityczna – a zarówno w SB, jak i gestapo byli wysokiej klasy fachowcy – uważa, że rozpracowany przeciwnik jest mniej niebezpieczny, bo niczym nie może zaskoczyć. Można go kontrolować, a czasami nawet inspirować jego działania poprzez wkręconą w jego szeregi agenturę (w przypadku „Solidarności” armia TW, których ujawniono w ostatnich latach, to tylko wierzchołek góry lodowej).
Rozbicie istniejącej struktury podziemnej poprzez masowe aresztowania powoduje zaś, że przeciwnik podejmuje działalność samorzutną, nieprzewidywalną. A więc z punktu widzenia służb specjalnych bardziej niebezpieczną. Z czasem zaś założy nowe struktury, które trzeba będzie na nowo rozpracowywać. Po co zadawać sobie tyle trudu?
Tak rozumowali Niemcy w okupowanej Polsce?

— Owszem. Poza tym w gestapo znajdowali się też rozsądni ludzie – co nie zmienia faktu, że byli zbrodniarzami – którzy uważali, iż prędzej czy później, gdy do Europy zacznie się zbliżać sowiecki walec, trzeba się będzie z Polakami jakoś dogadać. Pewne niepisane porozumienia i układy zawierano zresztą i wcześniej. Sprowadzały się mniej więcej do tego, że obie organizacje robią swoje, ale od pewnego poziomu nie robią sobie krzywdy.
[Sowiecki walec!? Przecież to Amerykanom zawdzięczamy wyzwolenie Warszawy, Krakowa, odzyskanie Szczecina i zdobycie Berlina! – admin]
A jak wyglądała kwestia infiltracji AK przez Sowiety?
Obawiam się, że jeszcze gorzej. Sowieccy agenci w szeregach polskich władz i polskiej armii podziemnej mieli wielkie wpływy. Wykorzystywali to, że AK z czasem zaczęła skręcać mocno w lewo. Polskie podziemie ostatecznie nie podjęło w końcu działań zgodnych z niemieckimi interesami, ale z sowieckimi. Choćby nieszczęsna operacja „Burza” z powstaniem warszawskim na czele. Na powstaniu zyskała tylko jedna strona – Sowiety.
Należy sobie zadać pytanie, czy Stalin mógł, a jeżeli tak, to w jaki sposób, wpłynąć na to, że Warszawa akurat 1 sierpnia 1944 roku stanęła do walki. Odpowiedź na to pytanie mogłaby się okazać szokująca.
Wstydliwą dla podziemia sprawą jest chyba również kwestia jego budżetu.
— O tak, to bardzo niewygodny temat. Z Londynu szedł do kraju strumień pieniędzy. Znaczna ich część była jednak wydawana na cele prywatne, czyli po prostu defraudowana. Kolejna część trafiała zaś do kas rozmaitych partyjek, koterii i grupek. A kto w podziemiu miał pieniądze – rozdawał karty.
W Polsce mamy również tendencję do robienia bohaterów z ludzi, którzy na to nie bardzo zasługują.
— Wiem, do czego pan pije – Sikorski. Rzeczywiście nie był to mąż stanu. Sytuacja, w której się znalazł, znacznie go przerosła. Abstrahując od tego, kto i dlaczego go zabił, jako premier i naczelny wódz nie zdał egzaminu. Ale i wcześniej miał poważne grzechy na sumieniu.
Mam o nim bardzo negatywne zdanie. Myślę, że w okresie międzywojennym był agentem francuskim, a przynajmniej tak się zachowywał, jakby nim był. Działał na szkodę państwa polskiego i jako taki powinien zostać prawomocnie skazany. Udzielał Francuzom bardzo wyczerpujących informacji o polskim wojsku, w 1938 roku skłonny był te same informacje przekazać Czechom. Naciskał na Francuzów, żeby żądali dymisji Becka. Zachowywał się niezbyt pięknie.
A Anders?
— Anders również nie był postacią bez skazy i mało nadaje się na bohatera narodowego. W 1941 roku na Łubiance mówił NKWD wszystko, co chciała usłyszeć…
Sugeruje pan, że był agentem Stalina lub szedł mu na rękę?

— No cóż, po owocach ich poznacie. Anders zrobił trzy rzeczy. Najpierw wyprowadził we właściwym momencie wojsko z Sowietów. Proszę sobie wyobrazić, że armia Andersa bije się na froncie wschodnim w kwietniu 1943 roku. Niemcy ogłaszają przez radio, że odkryli masowe groby w Katyniu. I co, Polacy nadal biją się u boku bolszewików? Oczywiście nie. Armia Andersa natychmiast przeszłaby na stronę Niemiec. Wyobraża pan sobie taki zwrot? To by mogło storpedować plany Stalina.
Potem Anders bezsensownie skrwawił wojsko pod Monte Cassino, najbardziej ideowy, antysowiecki element. A na końcu zrobił wszystko, żeby nikt z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie wrócił do kraju.
Ale w ten sposób ocalił ich przed kazamatami UB.
— Oczywiście. Ale to było także na rękę komunistom i Stalinowi. Bo gdyby mieli w okupowanej Polsce ze 150 tysięcy żołnierzy z polskiej armii na zachodzie, to sowietyzacja naszego kraju mogłaby natrafić na znacznie większe problemy. W roku 1956 żywioł ten – zakładam, że co najmniej połowa by przetrwała – mógł się okazać decydujący. Nacisk z ich strony na konfrontację z Sowietami mógłby być tak silny, że Chruszczow by się jednak zawahał i nie przysłał do Polski Armii Radzieckiej.
W takiej sytuacji być może już w 1956 roku mielibyśmy rok 1989. Przecież kadra niepodległościowa była w Polsce tak przetrzebiona i wyczerpana, że rok 1956 robili właściwie komuniści. Plus niedobitki AK, które nie były w stanie opracować własnej koncepcji politycznej. Gdyby do akcji wkroczyli andersowcy, historia mogłaby się potoczyć inaczej.
Panie profesorze, czy w swoich analizach nie przecenia pan roli tajnych agentów i służb?
— Historyk, który mówi krytycznie o tak zwanej spiskowej teorii dziejów, jest historykiem niepoważnym, hołdującym historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Jest bowiem historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa. Ta prawdziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A za nimi działają przede wszystkim tajne służby.
W Polsce także?
— Oczywiście. Weźmy choćby sprawę wyjazdu Michnika do Moskwy w 1989 roku…
Nie sugeruje pan chyba, że Michnik był agentem?

— Agentem nie był. Był natomiast potężnym graczem, działającym właśnie za kulisami. W 1989 roku pojechał do Związku Sowieckiego, aby dogadać się z tamtejszymi towarzyszami ponad głową Jaruzelskiego. Był zbyt inteligentnym, zbyt ambitnym człowiekiem, żeby nie dojść do wniosku, że sam III RP nie zbuduje i nie zrealizuje swoich koncepcji. Dlatego próbował podjąć współpracę z Moskwą, ale podkreślam – nie była to współpraca natury agenturalnej, tylko rodzaj gry politycznej.
Michnik tłumaczył to sobie zapewne mniej więcej tak, że idzie z tymi progresywnymi, liberalnymi towarzyszami spod znaku Gorbaczowa, żeby poprawić komunizm. Hasło Michnika i Gorbaczowa było przecież takie samo: socjalizm z ludzką twarzą.
Jakie tajemnice kryją dzieje służb specjalnych PRL?

— Tysiące tajemnic! W tej sprawie naprawdę mało wiemy. Choćby — wydawałoby się szalona — sprawa tak zwanych matrioszek, czyli agentów podstawianych do armii Andersa czy później Berlinga. To jest mniej więcej to samo, co pokazano w „Stawce większej niż życie”. Zamiana Kowalskiego na podobnego do niego Iwanowa. Uczono faceta języka polskiego oraz biografii osoby, którą miał zastąpić.
Sprawę tę pierwszy raz poruszył Piotr Jaroszewicz. Zaraz potem został zamordowany. Niewykluczone, że dotknął problemu, który jeszcze w 1992 roku był tak newralgiczny dla rosyjskiego wywiadu, że trzeba go było uciszyć.
Kto mógł być taką matrioszką?
— Być może Bierut, a może nawet Jaruzelski. Nic pewnego na ten temat nie wiadomo. Są tylko pewne przesłanki.
Brzmi to mało prawdopodobnie.
— No cóż, warto by to jednak zbadać. 30 lat temu jeden z najważniejszych generałów Wojska Polskiego, zastępca szefa Sztabu Generalnego, na spotkaniu z elewami szkoły oficerskiej po kolejnym toaście zaczął przemawiać płynnie po rosyjsku. To wzbudziło pewną konsternację. Generał zauważył, co się stało i się zmieszał: „Wiecie, ja z żoną tak rozmawiam w domu i zapomniałem się” – zaczął się tłumaczyć.
Nigdy nie poznamy w pełni historii PRL – zwracał na to uwagę Edward Ochab w rozmowie z Teresą Torańską – dopóki nie będziemy wiedzieli, kto w kierownictwie politycznym, jak się wyraził Ochab, był „ich”, a kto był „nasz”.
Myślę, że wszyscy – niezależnie od tego, jakim językiem mówili – byli „ich”…
— To prawda. Ale mimo wszystko polscy komuniści mieli jakąś większą lub mniejszą – na ogół mniejszą – przestrzeń do samodzielnego działania. Ciekawe jest, jakie były relacje między sowiecką a polską bezpieką. Jakie wzajemne zależności. Czy UB, a potem SB było bezpośrednio, niemal z urzędu, podporządkowane NKWD i KGB, czy też polecenia wydawano jakimiś nieformalnymi kanałami. Jaką rolę w tym procesie odgrywała partia? Czy służby ją omijały, czy też miała coś do powiedzenia?
To bardzo ciekawa siatka wzajemnych zależności, o której wiemy bardzo mało. A przecież policja polityczna odegrała główną rolę w spektaklu zwanym PRL. Niewykluczone, że wszystkie tak zwane wydarzenia, do których dochodziło w PRL, były prowokacjami służb. Poznań ’56, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, a wreszcie Sierpień ’80. W każdym z tych wypadków jest to bardzo prawdopodobne.
My teraz budujemy wokół tamtych wydarzeń patriotyczne ołtarze, a rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Tak samo można zresztą postawić hipotezę, że powstanie listopadowe było prowokacją, a powstanie styczniowe to już z pewnością.
Czy są na to jakieś dowody?

— Jest mnóstwo przesłanek. Na przykład Radom ’76. Rozmawiałem ostatnio z jednym z wysokich radomskich funkcjonariuszy partyjnych z tego okresu. I on nagle zadał mi takie pytanie: czy nie zwróciło pańskiej uwagi to, że trzonem wystąpień była załoga Waltera, zakładów produkujących sprzęt wojskowy, w których 25 procent ludzi było na etatach kontrwywiadu, a cała reszta była w zasadzie zmilitaryzowana? Cała kadra tych zakładów, łącznie ze zwykłymi robotnikami, składała się z najbardziej zaufanych ludzi! I oni by się nagle zbuntowali?
Mój rozmówca przeglądał potem wraz z radomskimi milicjantami zdjęcia z zamieszek i okazało się, że najbardziej agresywni przywódcy tłumów to były osoby w Radomiu nigdy wcześniej nie widziane. To samo powtórzyło się później w Gdańsku.
Rozumiem, że skłania się pan do tezy, że upadek komunizmu był operacją służb specjalnych?
— Tak. Wiele źródeł wskazuje, że była to gigantyczna, przemyślana i kontrolowana operacja. W szczegółach oczywiście mogła się wymknąć spod kontroli, bo każda taka akcja ma swoją dynamikę. Ale ostatecznie wszystko się udało. Celem służb było bowiem zachowanie kontroli nad finansami podczas transformacji ustrojowej. Następnie zaś dzięki tym pieniądzom oraz powiązaniom i doświadczeniu przejęcie kontroli nad państwami byłego imperium i nowo powstałą Rosją.
Dlaczego komunistyczne służby miałyby coś takiego zrobić?
— KGB doszło do wniosku, że należy położyć kres istnieniu pasożyta, za jaki uważało partię. Przecież organizacja ta stała się całkowicie zbędnym czynnikiem. Służby były tak potężne, że za pomocą zakulisowej gry mogły doskonale same kontrolować imperium. Mieć władze i zarabiać pieniądze. Aby to jednak osiągnąć, trzeba było usunąć komunistów. Już wcześniej ludzie, którzy kierowali bezpieką – Jeżow, Beria i inni – próbowali zrobić mniej więcej coś podobnego. Stalin, a później Chruszczow potrafili się jednak obronić.
Jeżeli przyjąć pana tezę, to jak ta operacja przebiegała w Polsce?
— Rezydent sowieckiego wywiadu w Polsce gen. Pawłow – notabene jeden z najmądrzejszych ludzi w KGB – w swoich pamiętnikach pisał, że już w połowie lat 70. dostał polecenie z Moskwy, żeby nie budować już agentury sowieckiej w partii władzy. Nie miało to już sensu. Kazano mu wziąć się do opozycji, która być może kiedyś przejmie władze.
Agentura umieszczona wewnątrz „Solidarności” zostaje odpowiednio poinstruowana, służby rozgrywają swoją partię. A potem już idzie samo: Okrągły Stół, wybory, wyprowadzenie sztandaru PZPR i utworzenie nowego układu. Z ludźmi bezpieki na górze, a właściwie w cieniu. Czyli to, o czym mówiłem: fasadowa historia i prawdziwe ośrodki decyzyjne, o których zwykły śmiertelnik nic nie wie. Dzisiejsze partie polityczne mogą być nie tylko zinfiltrowane, ale nawet stworzone przez sowiecki, a później rosyjski wywiad. I nie muszą to być partie lewicowe. [I dlatego nienawidzą Rosji, a włażą w odbyt Zachodowi? – admin]
Czyli służby naszego wschodniego sąsiada nadal działają na wielką skalę w naszym kraju?
To były i są najlepsze, najbardziej sprawne służby na świecie. Służby, które łączą bezwzględność z wielkimi koncepcjami i potrafią patrzeć daleko do przodu. Jak pisał Bułhakow: dokumenty nie płoną. Wszelkie palenie akt to zwykły teatr. Niszczy się zawsze jakieś duplikaty, bezwartościowe kwity administracyjne i tym podobne rzeczy. To co najważniejsze, to co ma prawdziwe znaczenie – zawsze się zachowuje. W przypadku PRL – w Moskwie.
Nie jest tajemnicą, że kopie akt polskiej bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kontrolują wielu agentów. Agentury tej prędko nie odkryjemy. Dopiero teraz, po 60, 70 latach z trudem dokopujemy się do prawdy o agenturze sowieckiej w II RP. Ale warto mieć świadomość, że tacy ludzie u nas działają. I to na najwyższych szczeblach. Należy o tym pamiętać zawsze, gdy dochodzi do jakichś konfliktów czy sporów polsko-rosyjskich. Należy wówczas uważnie wsłuchać się w debatę publiczną: artykuły prasowe, wypowiedzi polityków. Od razu widać, kto reprezentuje rosyjski punkt widzenia.
[Np. gajowy Marucha? Zaś żydowski, amerykański czy niemiecki punkt widzenia są nieistotne. – admin]
Komentarz ŁŁ: jestem wdzięczny, że Rzeczpospolita opublikowała ten wywiad (chociaż całość była w gazecie lecz tylko na http://www.rp.pl/plusminus) ale pytam: Dlaczego szanowna redakcja czekała z tą publikacją aż 2 lata?
Jest to pytanie raczej retoryczne.

Łażący Łazarz

http://niepoprawni.pl/blog/229/rewelacy ... ala-2-lata

Komentarz do artykułu: kontrrewolucjonista – 1 Kwietnia, 2009 – 17:26
Myślę że ta dwuletnia autocenzura to z powodu tych fragmentów o Michniku i o sterowaniu Polską przez służby specjalne i rosyjskich agentów wpływu.
Pan profesor jak wiadomo zawsze formułował prawdę wprost bez owijania w bawełnę a ponieważ w naszej medialnej bajce na prawdę nie ma miejsca bo prawda o naszej rzeczywistości jest zbyt „pisowska” więc wywiad nie przeszedł przez autocenzurę.

No cóż, dowiedzieliśmy się, że Rosja wciąż rządzi Polską poprzez swoje służby. Jak to zawsze wypłynie w gazetowopolskich mediach.
Admin



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: III Rzeczpospolita
PostNapisane: 03 cze 2019, 20:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31524
I tak nas Polaków ta "niewidzialna ręka rynku" okradała, a my jeszcze w dużej części dziś dali byśmy za tych mafiozów cwaniaków pokroić tak im ufamy.

Dzikie początki III RP. Jak Polakom obrzydzono prywatyzację

30. rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów z 4 czerwca 1989 roku to idealna okazja aby po raz kolejny przyjrzeć się początkom tzw. III RP, a zwłaszcza ogromnej operacji, w jaką zaangażowali się najwięksi na świecie gracze zarówno polityczni jak i ekonomiczni. Chodzi o wywłaszczenie Polski i Polaków z ich własności – przemysłu, handlu i usług – proces ten do dzisiaj jest dla niepoznaki nazywane „prywatyzacją”. Jak doszło do tego, że powrót do własności prywatnej – a więc idea ze wszech miar słuszna – kojarzy się dziś wielu Polakom głównie z przekrętami, nieszczęściem lub bałaganem?

Wszystko co zagraniczne jest lepsze?
W 1989 roku wśród ówczesnych „elit politycznych”, w zdecydowanej większości zdominowanych przez towarzyszy z PZPR oraz tzw. lewicę laicką, panowało przekonanie, że socjalizm w wydaniu jakie próbowano na stałe zainstalować w Polsce po II Wojnie Światowej nie nadaje się do jakiegokolwiek zreformowania i dlatego też należy przeprowadzić totalną transformację gospodarczą. Mówiąc wprost – trzeba za wszelką cenę w jak najkrótszym czasie pozbyć się państwowego majątku, ponieważ tylko w ten sposób uda się zbudować kapitalizm.

O ile własność prywatna to idea naturalna i słuszna, o tyle proces prywatyzacji zakładów pracy w kraju postkomunistycznym nie jest prosty. Można było wybrać drogę ewolucji lub rewolucji. Na rewolucyjne – nagłe i szybkie – przejęcie polskiej własności nie byli gotowi polscy przedsiębiorcy, gdyż ich… niemal nie było. Postawiono zatem na prędkość i zagranicę.

Zanim jednak rozpoczęto proces sprzedaży czy likwidacji państwowych zakładów podjęto próby ich wyceny oraz związanego z tą wyceną tzw. doradztwa. Miało to miejsce jeszcze przed wygłoszeniem słynnej „doktryny” premiera Bieleckiego, który stwierdził, że „pierwszy milion trzeba ukraść” oraz że… „przedsiębiorstwo jest warte tyle, ile nabywca chce za nie zapłacić”.

Co ciekawe: w przytłaczającej większości „usługi doradcze” w zakresie wyceny i prywatyzacji świadczyły dla Polski „różnorodne zagraniczne firmy, banki i ich spółki, które nigdy w przeszłości nie współpracowały z państwem polskim”. Mało tego! Pierwsi polityczni oligarchowie III RP szczycili się, że to właśnie dzięki nim zagraniczne firmy doradcze miały niczym nieograniczony dostęp do rządowej bazy informacyjnej, a polscy parlamentarzyści (głównie ci wtajemniczeni w proces tzw. prywatyzacji) byli na niemal każde ich skinienie.

Należy w tym miejscu zapytać wprost: dlaczego postanowiono postawić na „zagranicznych partnerów biznesowych”? Dlaczego w tak ważnej i delikatnej kwestii jak prywatyzacja opierano się na ludziach, którzy nawet nie udawali, że nie znają polskich przepisów? Odpowiedzią na ten temat mogłoby być posądzenie ówczesnych władz o łapówkarstwo. Problem jednak polega na tym, że nawet jeśli dochodziło wówczas do korupcji, o czym przecież mowa jest od prawie 30 lat, to nigdy nikomu jej nie udowodniono, i raczej nie zanosi się, aby komukolwiek kiedykolwiek zostały postawione zarzuty w tej sprawie.

Nie zmienia to faktu, że to właśnie na początku III RP „elity polityczne”, zarówno te spod dopiero co wyprowadzonego sztandaru Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jak i te spod znaku normalnej „Solidarności”, wspierane przez najpotężniejsze wówczas ośrodki medialne, uruchomiły protokół „pedagogiki wstydu”. Wtedy to Polacy zaczęli być na wszystkie możliwe sposoby urabiani, że „wszystko, co zagraniczne jest lepsze” – każdy produkt, każde „dzieło sztuki”, każda decyzja polityczna, każdy doradca etc. A skoro jest lepsze, to znaczy, że należy mu się więcej.

„Już wówczas te zagraniczne firmy doradcze zatrudniały za rażąco niskie wynagrodzenia polskich pracowników, nie pozwalając im zarazem na wgląd w dokonywane wyceny. Szefowie tych firm pobierali za doradztwo, jak na warunki polskie, horrendalne wynagrodzenia, w większości transferowane do swoich firm i krajów. Instytucje doradcze wskazywały jak i dla kogo prywatyzować najważniejsze branże przemysłowe gospodarki, jak zmieniać strukturę rodzajowo-asortymentową wytwarzanej produkcji i jak likwidować ją, zamiast wskazywać kierunki zmian i rozwoju bądź podniesienia poziomu technologicznego przedsiębiorstw” [2], pisze w książce „Czarna księga prywatyzacji 1988-1994” dr Ryszard Ślązak.

Złe gorszego początki
Wątek „zagranicznych partnerów biznesowych” jest niezwykle ważny w pokazaniu jak wielkim oszustwem była rzekoma prywatyzacja w latach 1990-1994 i jak wielkim dziadostwem była przesiąknięta ówczesna polska „klasa polityczna”.

Oddajmy jeszcze raz głos dr Ryszardowi Ślązakowi: „Pieniądze za te (zagraniczne – przyp.) usługi doradcze łatwo i naiwnie wydawano. Wydatków państwowych nikt nie liczył, gdyż była potrzeba wydawania środków państwowych i meldowania władzom, że zakład został sprzedany czy przekształcony, natomiast to, jakim kosztem do tego dochodziło, było zupełnie nieistotne. Nikt za to bowiem nie odpowiadał. Aparat władzy, mimo masowych sprzeciwów załóg zakładów pracy, był rozliczany z planu ilościowej sprzedaży firm. Bardziej świadome załogi pracownicze w zbiorowych oświadczeniach i protestach przeciwko bezprawnie prowadzonej prywatyzacji porównywały ją do stalinowskiej kolektywizacji i nacjonalizacji, dokonywanej wbrew woli narodu – szybko, przymusowo i powszechnie”.

Wtedy to – na początku lat 90. – zagraniczne firmy widząc słabość polskich władz zaczęły wysuwać swoje żądania. Domagano się rozmaitych przywilejów, jak zwolnienia od podatku dochodowego, ceł i innych opłat, które musiały ponosić polskie zakłady i przedsiębiorcy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W roku 1991 zrobił to rząd wspomnianego wyżej Jana Krzysztofa Bieleckiego. To jednak temat na zupełnie inny tekst. Wspomnieć należy tylko, że w tamtym czasie nie było ani jednej firmy zagranicznej, która by zainwestowała w Polsce bez przyznania jej różnorodnych przywilejów i ulg. Trend ten utrzymał się niestety do dzisiaj.

Zagraniczne firmy doradcze wyceniały polskie zakłady a nawet całe sektory gospodarcze według własnego „widzimisię”. Kiedy zaś znajdowali się polscy specjaliści, którzy podważali ich decyzje i analizy, to wówczas do akcji wchodzili tzw. eksperci do zadań specjalnych, którzy albo poniżali polskich ekspertów, albo biegali ze swoimi żalami do przedstawicieli władz, albo straszyli pozwami sądowymi. Politycy, jakże by inaczej, reagowali na te żale w sposób należyty, czyli przyjmując je z odpowiednią dozą empatii, a także w ramach „zadośćuczynienia” zlecając im kolejne analizy i usługi doradcze.

Nie to jednak było szczytem prywatyzacyjnego obłędu. Najbardziej przerażające były przypadki narzucania polskim władzom nie tylko pieniężnych warunków zbycia zakładów czy nawet wymuszanie na nich, jakiej konkretnie firmie mają one zostać sprzedane. Najgorsze było to, że jeśli zagraniczny doradca stwierdził, że dany zakład nie nadaje się na sprzedaż i ma zostać zlikwidowany to w miażdżącej części przypadków tak właśnie się działo.

Koszt zagranicznego doradztwa w procesie prywatyzacji w latach 1990-1994 wyniósł co najmniej 89 080 475 dolarów (prawie 8 proc. łącznych zysków z prywatyzacji). W rzeczywistości kwota ta mogła przekroczyć 100 mln dolarów bowiem koszty wielu usług wykonanych m.in. dla Ministerstwa Obrony Narodowej do dzisiaj nie zostały ujawnione.

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że kolejne 12 mln dolarów zyskały starannie wyselekcjonowane polskie firmy doradcze. Zdarzało się bowiem, że polskie władze dla uwiarygodnienia się przed społeczeństwem kwestionowały zagraniczne wyceny i powoływały polskich ekspertów. Ci jednak bardzo często powtarzali ustalenia zagranicznych ekspertów, za co zostali sowicie wynagrodzeni.

Likwidujemy i co nam zrobicie?
W latach 1990-1991 zlikwidowano 535 państwowych przedsiębiorstw. W roku 1992 – 518. Roku później – 226. W roku 1994 taki sam los spotkał 160 zakładów.

Najczęstszym powodem stawiania zakładów w stan likwidacji była „niemożliwość spłaty zobowiązań”, najczęściej kredytów złotówkowych czy dewizowych zaciągniętych w bankach. Kolejnym powodem likwidowania przedsiębiorstw był „ogromny zator płatniczy w polskiej gospodarce”.

Redakcja pewnej gazety napisałaby w tym miejscu, że to efekt nieudolności kierownictw zakładów, które nie potrafiły sobie poradzić w nowej rzeczywistości, a kapitalizm zweryfikował ich przydatność. Załóżmy przez chwilę, że tak właśnie było. Należy więc zapytać: dlaczego władze w wielu przypadkach zamiast sprzedać upadłe placówki decydowała się na zrównanie je z ziemią? Taki los spotkał chociażby Zakłady Odzieżowe „Cora” w Warszawie. Budynki firmy zostały… wysadzone w powietrze.

Dlaczego tak się działo? Odpowiedzi udziela dr Ryszard Ślązak. „Niektóre z zakładów zostały zlikwidowane ze względu na ich miejskie, atrakcyjne lokalizacyjnie położenie”, podkreśla ekonomista.

Jeśli dołożymy do tego wprowadzone na początku lat 90. tzw. wolnego obrotu nieruchomościami, które doprowadziło do natychmiastowego, silnego ataku krajowych i zagranicznych spekulantów na zakłady pracy w celu przejęcia ich gruntów zakładowych widzimy po raz kolejny, kto był najważniejszym w całej operacji prywatyzacyjnej.

No to my zarobili…
Ile był wart polski majątek przeznaczony do sprywatyzowania? Do dzisiaj dokładnie tego nie wiadomo. Pojawiają się wprawdzie informacje, że dokonano jego szczegółowej wyceny, ale nigdy nie podano oficjalnej kwoty, jaką wówczas ustalono.

„W prasie krajowej pojawiały się wzmianki o kwocie wartości narodowego majątku produkcyjnego i przemysłowego. Podawano różne wartości kredytowe, od najniższej 925 miliardów dolarów, do najwyższej wynoszącej ponad jeden bilion dolarów. Wartość tego majątku, obejmująca 8 600 przedsiębiorstw państwowych, z ogromnym obszarem ich gruntów zakładowych i różnorodnymi budowlami, obiektami przemysłowymi, biurowymi, socjalnymi i rekreacyjno-wypoczynkowymi, musiała być duża, skoro założenia prywatyzacyjne władz zostały przyjęte na tak ogromną skalę i do przeprowadzenia tego procesu wezwano do pomocy, aż tyle zagranicznych, różnorodnych firm, a nawet banków”, podkreśla dr Ryszard Ślązak.

Co niezwykle symptomatyczne: wielu Polaków dało się nabrać na prywatyzacyjną propagandę władz. Dzięki najpotężniejszym wówczas ośrodkom medialnym reklamującym się m.in. znaczkiem „Solidarności” udało się im wmówić, że na prywatyzacji każdy zarobi i skorzysta a państwo zdobędzie pieniądze zarówno na nowe inwestycje jak i na wsparcie socjalne obywateli.

Wszystko to było jednym wielkim kłamstwem a władze przez lata nie miały propolskiego pomysłu na prywatyzację. Wszystko zrobiono w głupim pośpiechu i najdelikatniej mówiąc – nieodpowiedzialnie. Postępowano tak jak w realnym socjalizmie: na hurra i do przodu, bo przecież jakoś to będzie, a wszystkie problemy, jakie powstaną wyeliminujemy w przyszłości. Jak jednak naprawić błąd polegający na sprzedaży przedsiębiorstwa nie tylko poniżej jego wartości, ale również poniżej kosztu zagranicznego doradztwa?

Oto kilka przykładów:

Fabryka Silników Elektrycznych „Besel” w Brzegu sprzedana 13 grudnia 1994 roku za… 241 dolarów. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 4 571 dolarów.

Wytwórnia Łożysk Ślizgowych „Bimet” w Gdańsku sprzedana 5 grudnia 1994 roku za… 242 dolary. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 27 593 dolary.

Browary Wielkopolskie „Lech” w Poznaniu sprzedane za… 11 022 035 dolarów. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 14 781 761 dolarów.

Szczecińskie Zakłady Piwowarskie „Browar Szczecin” w Szczecinie sprzedane 12 maja 1994 roku za… 191 dolarów. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 179 047 dolarów.

Fabryka Lin i Drutu „Drumet” we Włocławku sprzedana 14 lipca 1994 roku za… 558 dolarów. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 302 938 dolarów.

Huta „Warszawa” w Warszawie sprzedana 20 grudnia 1991 roku za… 1 694 dolary. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 80 500 dolarów.

Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Lubawa” w Lubawce sprzedane 31 maja 1994 roku za… 48 dolarów. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 66 421 dolarów.

Swarzędzkie Fabryki Mebli w Swarzędzu sprzedane 25 czerwca 1991 roku za… 3 160 465 dolarów. Koszt obsługi prywatyzacyjnej wyniósł… 6 326 783 dolary.

Można wymieniać i wymieniać…

Oczywiście niektóre zakłady zostały sprzedane powyżej kosztów obsługi prywatyzacyjnej, co pokazuje, że państwo mogło na całej operacji zarobić. Niestety po pierwsze – sprzedaż z zyskiem była rzadkością, a po drugie – sprzedano je po zaniżonej cenie.

Podsumowując:
W latach 1990-1994 zlikwidowano 1439 zakładów. Sprywatyzowano 314 przedsiębiorstw za kwotę 1 045 079 315 dolarów. Po odliczeniu wszystkich kosztów związanych z tą operacją (doradztwo polskie i zagraniczne, koszty likwidacji zakładów etc) do skarbu państwa wpłynęło zaledwie 858,6 miliona dolarów. Gdybyśmy dołożyli do tego m.in. masowy wzrost bezrobocia, wypłacanie zasiłków oraz przyznawane zagranicznym firmom długoterminowe zwolnienia i ulgi podatkowe mogłoby się okazać, że do całego interesu musieliśmy jeszcze dopłacić.

Patrząc na to wszystko nie ma się co dziwić, że tak wielu Polaków w sposób krytyczny wypowiada się na temat prywatyzacji i „prywaciarzy”. Powrót do własności prywatnej, idea niezwykle istotna, piękna i całkowicie naturalna, została obrzydzona kolejnym pokoleniom naszych rodaków. Jednym słowem, miało być tak pięknie, „Solidarność” ponoć zwyciężyła, a skończyło się jak zawsze – żalem i rozgoryczeniem trwającym do dziś.


Tomasz D. Kolanek


PS. Dzika prywatyzacja to nie tylko lata 1990-1994. Cały okres III RP to większe bądź mniejsze przekręty jak chociażby sprzedaż PZU, Telekomunikacji Polskiej, Ciechu etc. To jednak również temat na zupełnie inny tekst.


Czytaj również: Kradzione nie tuczy? W post-PRL wciąż żyjemy na cudzych majątkach

Własność prywatna wynika nie tylko z prawa naturalnego. Jest także chroniona przez dwa prawa Dekalogu. Zawłaszczanie cudzego mienia to zatem nie tylko działanie szkodliwe społecznie, lecz również grzeszne. Ten grzech pokutuje zarówno przez PRL jak i 30 lat Rzeczypospolitej.

TOMASZ D. KOLANEK

DATA: 2019-06-03 08:35

https://www.pch24.pl/dzikie-poczatki-ii ... 689,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 108 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /