Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 242 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14 ... 17  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 07 paź 2013, 07:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30921
Śmietnik w mogile

80 ofiar UPA wydobyła polska ekipa archeologów z mogiły na terenie nieistniejącej już wsi Stary Gaj. Większość z nich to małe dzieci. W środku grobu był śmietnik; w efekcie dwie trzecie jamy jest zniszczone.

Oddział UPA spacyfikował wieś 30 sierpnia 1943 roku. Dziś to odludzie, na które dotrzeć można tylko samochodem terenowym lub pieszo.

– To była wioska żołnierzy, którym Piłsudski dał te ziemie. Źródła mówią, że liczyła ok. 600 osób. Z relacji tych, którzy przeżyli rzeź, wiemy, jak ta osada wyglądała. Był kościół, szkoła leżąca w pobliżu strzelnicy wojskowej. Mieszkańcy mieli swoje Towarzystwo „Sokół”. Dziś w tym miejscu rośnie las – relacjonuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prof. Andrzej Kola, który pierwsze sondażowe badania w tym miejscu rozpoczął 12 lat temu. Ich efekt to lokalizacja zbiorowej mogiły.

– W 2001 r. część kości znaleziono na powierzchni. Wykonano 9 odwiertów sondażowych za pomocą świdra geologicznego i natrafiono na mogiłę szeroką na mniej więcej 3-4 metry i długą na 10-12 metrów. Później sprawa ucichła. Długo trwało, zanim udało się przeprowadzić prace ekshumacyjne. Dopiero w tym roku w wyniku wysiłku podjętego przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i pana dr. Leona Popka z IPN, którego dziadek zginął w Starym Gaju, a reszta rodziny w Ostrówkach, prace wznowiono – wskazuje Michał Siemiński, kierujący pracami w Starym Gaju.

Ekipa z Polski jest tu od 9 września. Założono wykop (4 na 14 m) i ściągnięto 30-centymetrową warstwę humusu, wtedy zaczęły pokazywać się pierwsze luźne kości.

– Potem, gdy zaczęliśmy doczyszczać powierzchnię wykopu, okazało się, że w jego centralnej części, mniej więcej w środku mogiły, został wykopany dół pod śmieci, które potem zostały tam wrzucone. Miał mniej więcej 6 m długości, ok. 3,5 m szerokości i do 1 m głębokości. Przez ten śmietnik dwie trzecie mogiły uległo zniszczeniu – zaznacza archeolog.

Najwięcej dzieci
Pod śmietnikiem archeolodzy natknęli się na kilka szkieletów w układzie anatomicznym. Reszta szczątków była bardzo zniszczona. Z ich obserwacji i analizy przedmiotów wywnioskowano, że ofiar nie zastrzelono w miejscu pochówku, czyli rowie strzelniczym.

– Okazało się, że jednak faktycznie, jak mówiły zeznania świadków, rozstrzelano ich gdzieś na terenie szkoły, a zwłoki zaciągnięto do rowu i przysypano warstwą ziemi – mówi Siemiński.

Z ustaleń antropologa wynika, że w grobie zachowały się szczątki 80 osób.

Dzieci w wieku do 7 lat – 11

Dzieci w wieku 7-15 lat – 18

Juwenis, czyli 15-19 – 12

– Dorosłych, których wiek w chwili śmierci został oszacowany od 20. do 35. roku życia, naliczyłam 31, dorosłych w wieku 35-50 lat – 4 osoby, 55-60 lat – 3 osoby, i 1 osobę, która w chwili śmierci mogła mieć ponad 60 lat – wylicza antropolog dr Iwona Teul-Świniarska z Zakładu Anatomii Prawidłowej i Klinicznej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.
To szacunkowa tzw. minimalna liczba ofiar, w dole może być więcej ciał. Spójność anatomiczna szkieletów w jamie nie została zachowana, to uniemożliwiło eksplorację i analizę pojedynczych osób. W takiej sytuacji stosuje się inne metody.
– Robiłam to na podstawie ilości kości czołowych i potylicznych oraz zliczania kości długich. Należy jednak brać pod uwagę, że dzieci w wieku 0-2 lata mogło być więcej, co najmniej 10 osób. Wskazuje na to bardzo duża ilość zniszczonych trzonów kości długich, które były maleńkie. Te dzieci zginęły, nie mając skończonego jednego roku życia. Trzeba też brać pod uwagę, że niektóre kobiety, które zginęły, były w ciąży – dodaje dr Teul-Świniarska.
Analiza struktury płci wykazała, że w grobie było więcej kobiet (37 proc.) niż mężczyzn (11 proc.); większość to młode matki z małymi dziećmi.
Jak zginęli? Niewykluczone, że przez rozstrzelanie. Ale na czaszkach i innych kościach nie znaleziono śladów po kulach. Być może oprawcy strzelali w klatkę piersiową i brzuch? Sporo czaszek ma uszkodzone części twarzowe.
– Ci ludzie mogli zginąć od ciosu zadanego jakąś inną bronią. Na kościach długich nie znalazłam jednak na to ewidentnych dowodów w postaci ucięć czy innych uszkodzeń – tłumaczy dr Teul-Świniarska.
Na trzech czaszkach, w tym dziecka, zlokalizowano widoczne wgłębienie – ślad po uderzeniu jakimś przedmiotem.
Doktor Teul-Świniarska specjalizuje się w paleopatologii, stąd badania, które miały określić kondycję fizyczną ofiar w chwili śmierci. Analiza wykazała, że byli to młodzi, zdrowi ludzie, niechorujący na gruźlicę, niemający nawet próchnicy zębów.

Dwieście nazwisk
Ustalono już ok. 200 nazwisk ofiar ze Starego Gaju. Nie wiadomo jednak, czy wykop śmietnikowy zniszczył szczątki pozostałych 120, czy pogrzebano je w innym miejscu. Ukraińcy spieszyli się z egzekucją Polaków, ponieważ zbliżał się front niemiecki.
– To nie było tak, jak we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie NKWD strzelało indywidualnie do każdego, ale bardziej na zasadzie plutonu egzekucyjnego. Stawiano ludzi przy ścianie czy nawet w otwartym polu i rozstrzeliwano, nie celując bezpośrednio w głowę – dodaje archeolog.
Przy szczątkach nie znaleziono zbyt wielu przedmiotów. – Te, które wykopano, to typowe rzeczy codziennego użytku: aluminiowe grzebienie, medaliki, różańce, krzyżyki, guziki, mydelniczka, spinki do włosów, sprzączki od pasków, monety z 1937 r., fragmenty zegarka kieszonkowego, obrączki, zapalniczka – wymienia historyk Adam Kuczyński pracujący nad ich czyszczeniem i dokumentacją.
Każdy przedmiot jest fotografowany, ma swoją kartę z opisem.
Na to, by dokładnie przesiać każdą grudkę ziemi, trzeba kilku miesięcy. – Spoczywający na trupim polu ludzie wracali z kościoła. Byli odświętnie ubrani, mieli przy sobie wiele rzeczy. Tutaj przy całych szkieletach znaleźliśmy głównie medaliki, ale czy były one także przy reszcie pogrzebanych osób, trudno stwierdzić. Przez wykop śmietnikowy nie byliśmy ich w stanie znaleźć, nawet wykrywaczem metali – podkreśla Siemiński.
W trakcie prac archeolodzy natrafili na gruz ceglany – prawdopodobnie pozostałości szkoły. To jedyny w Starym Gaju budynek o ceglanej konstrukcji.
Szczątki ofiar wydobyte ze zbiorowej mogiły w Starym Gaju zostaną pochowane 19 października w południe na cmentarzu w Sokole. Stanie też tam specjalny pomnik.
Takich miejsc na Ukrainie, gdzie w nieodkrytych, zbiorowych mogiłach spoczywają Polacy, jest znacznie więcej, a pojedyncze groby są już praktycznie niepoliczalne. Jednym z nich może być Sucha Łoza. – Być może leży tam kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Zamordowano ich w trakcie ucieczki i pochowano w miejscu, gdzie upadli. Dziś szukanie tych miejsc opiera się głównie na relacjach świadków i trochę na zasadzie szczęścia – kwituje Michał Siemiński.

Piotr Czartoryski-Sziler, Stary Gaj

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ogile.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 25 paź 2013, 22:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wirtualnapolonia.com/2013/09/20/ ... ohaterami/

Banderowcy, najbardziej potworni sadyści w dziejach ludzkości, rozpoczęli akcję zatruwania dziecięcych dusz na Ukrainie. Wspierane przez żydomasonerię banderowskie potwory zatruwają dzieci nienawiścią do Polski.

Kopia artykułu:

Ukraina: Mordercy bohaterami?
Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2013-09-20

Obrazek

Z początkiem roku szkolnego we lwowskich szkołach rozpoczęła się nowa kampania zakłamywania i wybielania historii. Na lekcjach uczniowie są systematycznie „bombardowani” pozytywnymi historiami o Ukraińskiej Powstańczej Armii i ukraińskich nacjonalistach.
O nowym pomyśle „edukacji” historycznej poinformował rosyjski 5 Kanał , który wyemitował materiał o indoktrynacji uczniów lwowskich szkół. Jak podaje portal Kresy.pl, radni lwowskiej rady obwodowej stwierdzili, że „dzieciom należy od razu wskazać życiowe priorytety”. Dlatego też w imię tych priorytetów radni nakazali wszystkim szkołom, aby 1 września pierwsze spotkanie z uczniami zostało poświęcone działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii.
Schemat zajęć pokazuje reportaż rosyjskiej telewizji, w którym nauczyciel opowiada dzieciom:
„To byli praktycznie wasi rówieśnicy, którzy poszli w lasy, w bunkry, aby bronić niepodległości Ukrainy przed sto razy silniejszymi siłami wroga: Armią Czerwoną, ogromnymi siłami MGB, polskimi, rumuńskimi i czechosłowackimi komunistami. Ale nie zważając na to wszystko, chłopcy i dziewczynki walczyli o wolność Ukrainy” – opowiada Igor Fedik.
W wypowiedzi dla rosyjskiej telewizji Fedik przekonywał również, że dzieciom należy zacząć tłumaczyć historię jak najwcześniej. – Już od pierwszej klasy (przynajmniej na określonym poziomie), jeśli pokażesz dziecku człowieka w mundurze i powiesz mu, że to żołnierz UPA, który walczył za Ukrainę – to małe dziecko natychmiast zapamięta, że to pozytywny bohater! – dodaje.
W reportażu pokazano też ukraińską uczennicę szkoły średniej, która z uśmiechem mówi: „Zawsze będę opowiadać swoim dzieciom o tak wspaniałych bohaterach, którzy walczyli za Ukrainę, za prawa Ukrainy!”.
Takie nauczanie historii w lwowskich szkołach bulwersuje tym bardziej, że „z powodu narodowościowego motywu zabójstw zbrodnie OUN-UPA kwalifikuje się jako zbrodnie ludobójstwa w świetle Konwencji o zwalczaniu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku” – przypomina Ewa Siemaszko, która jest badaczem zbrodni nacjonalistów ukraińskich na Kresach Wschodnich II RP.
„Powszechność znęcania się nad ofiarami z zastosowaniem barbarzyńskich tortur wyróżnia ludobójstwo ukraińskie spośród pozostałych ludobójstw dokonanych na Narodzie Polskim (niemieckich i sowieckich) i z tego względu otrzymało ono miano genocidium atrox, tj. ludobójstwo dzikie, straszne, okrutne” – podkreśla Siemaszko.
W lipcu i sierpniu 1943 r. masowe zbrodnie osiągnęły apogeum. 11 lipca (w niedzielę) zaatakowano Polaków w 98 miejscowościach dwu powiatów, w tym podczas nabożeństw w czterech kościołach, a w następnych dniach 75 miejscowości kilku powiatów. W wyniku ludobójstwa na Wołyniu w bestialski sposób wymordowanych zostało ponad 100 tys. Polaków.

Marta Milczarska, NDz


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 19 lis 2013, 22:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/10/03 ... ndzie-oun/

Polskę i Ukrainę dzielą żydomasońskie kłamstwa, wspierające zwyrodniałych banderowskich morderców, będących od samego zarania żydomasońskim tworem, tak jak Jakub Szela, który w 1848 mordował Polaków, był austriackim tworem.

Gdy Polacy i Ukraińcy odkryją kłamstwo i dojrzą, że banderowcy są wrogami zarówno Polski, jak i Ukrainy, podział zniknie.

Kopia artykułu:

Polskie akcje odwetowe w propagandzie OUN
Posted by Marucha w dniu 2013-10-03 (czwartek)

Spadkobiercy idei Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) rezydujący w Polsce, podjęli szereg działań, których celem było wyrównanie krzywd i pomniejszenie znaczenia obchodów 70. rocznicy ounowskiego ludobójstwa, dokonanego na Narodzie Polskim.
Podpisywali apele o godne uczczenie ofiar polskich i ukraińskich, wystąpili do parlamentu Polski i Ukrainy o ustanowienie „Dnia pamięci i pojednania Polaków i Ukraińców”, ostrzegali przed „rozdmuchaniem przygasłego ognia narodowej wrogości”, obchody miały mieć negatywny wpływ na stosunki między państwami i spowodować uaktywnienie się nacjonalizmów po obu stronach. Szczególnie nagłośnili skutki operacji „Wisła” i polskie odwety.
Specjalista od eufemistycznych określeń i obciążenia za barbarzyństwo OUN-UPA „innych” Myrosław Czech na łamach GW (12.05.2013) sygnalizował, że w latach 1944-1945 polskie formacje zbrojne spacyfikowały wiele wsi, gdzie mordowano kobiety i dzieci, wymienił Sahryń, Wierzchowiny i Pawłokomę, straszył zimną wojną z Ukraińcami w przypadku, gdyby parlament nie wsłuchał się w głos Kościoła i nie pamiętał o wspólnej uchwale o pojednaniu, podjętej w 2003 r. w 60. rocznicę rzezi wołyńskiej.
Wymienione miejscowości należałoby opisać każdą oddzielnie. Przypomnę tylko historię Pawłokomy, gdyż na incydentalnym polskim odwecie pogrobowcy OUN-UPA zbudowali teorię o „odwetach”, a nawet o „spirali akcji odwetowych”.
Wiktor Poliszczuk pisze: „Polskie akcje odwetowe to wymysł ukraińskiej nacjonalistycznej propagandy ostatnich lat” („Gorzka prawda”, s. 303, Toronto 2004). O odwetach nie wspomniał organizator rzezi Polaków Mykoła Łebed w swojej książce pt. „UPA”. W „Litopysie UPA” również ich się nie przytacza. W. Poliszczuk napisał, że przebadał setki dokumentów autorstwa struktur OUN-Bandery, nie ma w nich nic o akcjach ludności polskiej skierowanych przeciwko cywilnej ludności ukraińskiej.
Polacy na Wołyniu zostali zaskoczeni bestialstwem uzbrojonych watah w broń palną i narzędzia gospodarcze, o odwetach nie było mowy. Zbyt późno rozpoczęto organizowanie 9 oddziałów AK, które miały wspierać największe ośrodki samoobrony. 27. Wołyńska Dywizja AK powstała na początku 1944 r., gdy większość Polaków była już wymordowana. Obszar działania Dywizji był ograniczony do niewielkiego obszaru, na styku trzech powiatów. Dowódca 27. Wołyńskiej Dywizji AK płk. Kazimierz Bąbiński wydał rozkaz zabraniający dokonywania samowolnych czynów odwetowych wobec ukraińskiej ludności cywilnej. Wycinek tego rozkazu brzmi: „Nie odwzajemniajmy się w walce, mordowaniem kobiet i dzieci ukraińskich (…) Z całą surowością będę pociągał do odpowiedzialności dowódców i żołnierzy, którzy posunęliby się do takich niegodziwych czynów. Podobny w treści rozkaz wydało dowództwo AK i BCh w Małopolsce Wschodniej i na Lubelszczyźnie.
Rozkaz Szefa Sztabu Generalnego WP był kategoryczny: „Nie wolno dopuszczać się żadnych aktów gwałtu w stosunku do ukraińskiej ludności cywilnej”.
Oczywiście na obszarze objętym operacją „Wisła” w walkach niezamierzenie ginęła ludność cywilna, za te tragedie odpowiada kierownictwo obu frakcji OUN. Rebelianci wystąpili przeciw Państwu Polskiemu, a nie jak utrzymują obrońcy OUN, przeciwko władzy komunistycznej, tego faktu nie przyjmują do wiadomości polscy prezydenci od Wałęsy poczynając.
Prezydent Bronisław Komorowski w zmanipulowanym przemówieniu wygłoszonym w Łucku nawiązał do bratobójczych walk i polskich odwetów. Powiedział m.in.: „Powinniśmy także pamiętać o tych Ukraińcach, którzy w ramach zbiorowej odpowiedzialności za cudze zbrodnie padli ofiarą strasznego wojennego prawa odwetu z rąk polskich, na całym obszarze objętym konfliktem i walką narodów”. Co oznacza termin „cudze zbrodnie”? Czy ktoś ze słuchających zrozumiał o co chodzi. Z narodem ukraińskim w koalicji walczyliśmy z Niemcami i ich pomocnikami z OUN. Paradoksem historii jest to, że polscy [polscy? - admin] prezydenci III RP czczą pamięć morderców 200 tys. Polaków, a nie reagują na szkalowanie polskich żołnierzy broniących resztek żywiołu polskiego na Kresach, i tych, którzy po wojnie bronili integralności granic państwa oraz życia i mienia mieszkańców.
Za wyrażenie zgody przez władze Lwowa na otwarcie Cmentarza Obrońców Lwowa (czerwiec 2005 r.) strona polska zgodziła się na wzniesienie pomnika aktywistom OUN, którzy 3 marca 1945 r. zginęli w akcji odwetowej w Pawłokomie.
Tragedia Pawłokomy została sprowokowana przez bojówki tzw. UPA i przez miejscowych ukraińskich szowinistów, współpracujących z Niemcami. Dlaczego doszło do odwetu właśnie w Pawłokomie? Na to pytanie odpowiada historyk dr Zdzisław Konieczny, w dokumentacyjnym opracowaniu pt. „Był taki czas, u źródeł akcji odwetowej w Pawłokomie” (Przemyśl 2005). Dr Konieczny przytacza zeznania świadków o makabrycznych mordach dokonywanych przez banderowców. Podaje nazwiska i wiele szczegółów, ja ograniczę się do najważniejszych wydarzeń.
Wieś Pawłokoma uchodziła za najsilniejszy ośrodek nacjonalizmu ukraińskiego w pow. Brzozów. W 1938 r. mieszkało w niej 273 Polaków, 898 Ukraińców, wielu z nich przed wojną należało do UWO-OUN. Antypolską działalność wspierał ksiądz grekokatolicki i nauczyciel Mikołaj Lewicki. W czytelni „Proswity” urządzano festyny upamiętniające terrorystów z OUN – Białasa i Daniłyszyna, odpowiedzialnych za zamach na polityka i posła Tadeusza Hołówko. Na religijno-narodowych manifestacjach wzywano Polaków do wyniesienia się za San, „tu będzie Ukraina”. Prowodyrów aresztowano, ale konflikt narastał. Miejscowi nacjonaliści mieli nadzieję na powstanie, przy pomocy Hitlera zalążka przyszłej Ukrainy na Rusi Zakarpackiej – entuzjazm z tego tytułu i zbliżająca się wojna uświadomiła Polakom grozę sytuacji.
W 1939 r. do Pawłokomy weszły wojska niemieckie, witane przez miejscową ludność ukraińską. Natychmiast Lewicki złożył doniesienie na Polaków i podał nazwiska tych, którzy udzielali pomocy polskim żołnierzom i ostrzeliwali Niemców. Z 12 zadenuncjowanych Polaków Niemcy aresztowali 5, pozostali zdołali ukryć się, życie uratował im Austriak, który jednego z zatrzymanych znał z wojska austriackiego z I wojny światowej. W wyniku ustalenia granicy niemiecko-sowieckiej, po dwóch tygodniach Niemcy opuścili Pawłokomę, z nimi wycofał się Lewicki, w Dynowie współpracował z Niemcami. Podczas okupacji sowieckiej z donosów Ukraińców wywieziono na Sybir 40 Polaków. Według wspólnej relacji 7 osób mieszkańców Pawłokomy, przed wywiezieniem ukraińscy sąsiedzi domagali się od radzieckiego komendanta zezwolenia na wymordowanie wszystkich Polaków, na co on nie wyraził zgody.
Wywiezionych Polaków Ukraińcy oskarżyli o udział w walkach w 1920 r. Gdy to okazało się nieprawdą, wywózki wstrzymano. Szykany ze strony Ukraińców nadal trwały, podrzucano do zabudowań Polaków starą broń, co powodowało rewizję i aresztowania. Z sąsiedniej wsi Bartkówka leżącej w strefie granicznej władze sowieckie przesiedliły na Wołyń większość polskich mieszkańców.
Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej (czerwiec 1941 r.) Pawłokoma znalazła się pod okupacją niemiecką. Powrócił Lewicki i rozpoczął wojskowe szkolenie młodzieży ukraińskiej. Okupant niemiecki faworyzował Ukraińców, szykany z ich strony nie ustawały, z donosu Ukraińców Gestapo aresztowało i osadziło w Oświęcimiu (marzec 1943 r.) 4 Polaków i Ukrainkę sprzyjającą Polakom. Policja ukraińska rozstrzelała J. Michalika. Młodzi Ukraińcy z Pawłokomy zgłaszali się do Dywizji SS-Galizien, przyjęto 10 ochotników.
Pod koniec 1943 r. zaczęli powracać z Wołynia wysiedleni Polacy z Bartkówki, ci, którym udało się przeżyć przekazywali wiadomości o masowych mordach Polaków przez UPA. Wywołało to strach polskich mieszkańców, pamiętających pogróżki o tym, że będzie usuwanie obcych z „ukraińskich ziem”. Pawłokoma i Jawornik Ruski należały do wspólnego kuszcza OUN, trwała współpraca z ukraińską organizacją w Dynowie i posterunkiem policji ukraińskiej w Jaworniku Ruskim, gdzie szkolono młodych Ukraińców dla potrzeb UPA i SKW. W tym czasie już głośno mówiono „budem rizaty Lachiw”. Aresztowania Polaków miały miejsce w sąsiednich wsiach: Dylegowej i Jaworniku Ruskim, gdzie dwie polskie rodziny żywcem wrzucono do studni
Zalążki polskiego ruchu oporu w Pawłokomie umocniły się w latach 1943-1944, na początku pluton liczył 12 osób. Nastroje antyukraińskie wzmogły się po aresztowaniu w kwietniu 1944 r. pod zarzutem przynależności do AK 5 mieszkańców Pawłokomy i 1 z Dylęgowej. Próba odbicia aresztowanych przez stacjonujący w terenie oddział AK nie powiodła się, aresztowani zginęli bez wieści. Przed nadejściem frontu wschodniego w powiecie brzozowskim wielu Polaków poniosło śmierć z rąk UPA, SKW, SB.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej Ukraińcy wypróbowaną metodą układali się z komendantem radzieckim, donosili gdzie stacjonują polskie oddziały podziemne, powodowało to liczne aresztowania. W Pawłokomie stacjonował radziecki oddział szkolny, po jego odejściu w styczniu 1945 r. sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Do Pawłokomy przybyła bojówka UPA i uprowadziła 10 Polaków, Ukrainkę oraz 3 mieszkańców Dynowa. Ślad po nich zaginął. Prośby o wskazanie miejsca ich pochówku były zbywane drwinami. Polskie posterunki milicji były jeszcze słabe, nie gwarantowały bezpieczeństwa. W obawie przed zagrożeniem życia część mieszkańców Pawłokomy opuszczała wieś. W atmosferze rozpaczy zapadła decyzja o odwecie.
Zalecenia dowództwa AK były jasne, kobiet i dzieci zabijać nie wolno. W akcji odwetowej z miejscową samoobroną brał udział poakowski oddział „Wacława”. Ukraińcom polecono zgromadzić się w cerkwi, kobiety i dzieci wypuszczono, mężczyznom zadano dwa pytania, kto uprowadził Polaków i gdzie są pochowani? Nikt na pytanie nie odpowiedział. Egzekucji dokonano na cmentarzu, świadkowie zeznali, że rozstrzelano ok. 120 mężczyzn, nie zginęła ani jedna kobieta, ani jedno dziecko. Pogrobowcy OUN-UPA podają 365 ofiar polskiego odwetu. Na ekshumacje nie wyrazili zgody. 5 października 1945 r. banderowcy dokonali zmasowanego ataku na Pawłokomę, Bartkówkę, Dylęgową i Sielnicę, UPA wzmogła ludobójcze działania, płonęły wsie, napadano na strażnice WOP, niszczono infrastrukturę, w 1947 r. operacja „Wisła” przywróciła spokój.
Dziś Pawłokoma jest polską wsią. Na prośbę posbanderowców mieszkańcy wyrazili zgodę na ogrodzenie cmentarza i postawienie krzyży, nie zgodzili się na wzniesienie pomnika sprawcom tragedii. Pomnik postawiono. „Pojednawczą” uroczystość 13 maja 2006 r. zaszczycili prezydenci Kaczyński i Juszczenko oraz dostojnicy Kościoła katolickiego obu obrządków, Lubomyr Huzar i abp Józef Michalik. Prezydent Kaczyński przywołał zasługi Giedroycia, powiedział, że „Pawłokoma stała się dla Ukraińców symbolem tragedii ich narodu”, powtórzył za OUN-owcami nieprawdę o walkach bratobójczych i słowami modlitwy odpuścił winy. Juszczenko wzywał do pojednania, wybaczyć mogą tylko silni – powiedział. Mówcy nie wymienili z nazwy terrorystów, kolaborantów, morderców Polaków, z którymi Naród Ukraiński nie chce mieć nic wspólnego.
Podczas wystąpień szermowano takimi pojęciami jak: naród, prawda oraz wygodną formułą „wybaczamy i prosimy o przebaczenie”, nie ustalono kto komu i za jakie przewinienia ma wybaczać. Prawda, która jest fundamentem chrześcijaństwa została ocenzurowana także przez dostojników Kościoła. Cel propagandowy został osiągnięty, świat dowiedział się jakimi zbrodniarzami byli Polacy. Oczywiście żadnej zbrodni nie można usprawiedliwiać, ale o złożonych przyczynach, które Polaków pchnęły do odwetu należało powiedzieć, czego nie powiedziano. Zaproszeni na tę imprezę banderowcy w mundurach byli usatysfakcjonowani. Polscy kombatanci, którzy w mundurach jechali do Porycka w 2003 r. na uroczystości 60. rocznicy upowskiego ludobójstwa na Ukrainę nie zostali wpuszczeni, zawiedzeni wracali znad granicy. W imię „strategicznego partnerstwa” można upokorzyć Polaków, nie wolno „drażnić Ukraińców” de facto kontynuatorów tradycji ukraińskiego integralnego nacjonalizmu.

Monika Śladewska

http://sol.myslpolska.pl/2013/10/polski ... ndzie-oun/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 02 gru 2013, 13:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/10/14 ... zly-w-las/

Przyrzeczenia poszły w las
Posted by Marucha w dniu 2013-10-14 (poniedziałek)

Obchody 70. rocznicy „czystki etnicznej noszących znamiona ludobójstwa” na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej skończyły się. To już odległa historia. Skończyły się też „pojednania”. Czas zacząć, a właściwie czas odnowić jątrzenie.Tak można zrozumieć treść artykułu zamieszczonego w „Naszym Słowie” nr 49 z dnia 6 października 2013 roku, a tytuł artykułu brzmi: „Zdradzeni i zapomniani wołają o pamięć”.
„Nasze Słowo” już jawnie głosi „bohaterstwo” największych ludobójców świata: „Oni, bohaterowie Ukrainy, nie bezimienni, którym na razie nikt nie zaśpiewa na ich mogile „Wieczną pamięć”, nie odmówi „Ojcze nasz”, nie położy kwiatka, nie zapali lampki. Ich mogił nie ma. Oni oddali życie w boju na zew Ojczyzny. Sami sobie odebrali życie, bo nie chcieli poddać się wrogowi, którego przyprowadzili zdrajcy…” Itd. Itd.
Można by to przyjąć jako zwykły gest ludzki, wyrażający ból piszącego. Bowiem każda śmierć sprawia ból żyjącym, gdyby nie pewne ale… Gdyby to był ból także po zamordowanych przez „bohaterów” „Naszego Słowa” i – niewinnych ludzi. Nie ma tu ani jednego słówka o pomordowanych w bestialski sposób polskich kobietach, dzieciach i starcach. Amnezja opanowała całą redakcję „Naszego Słowa”.
Minęły niespełna trzy miesiące od głoszonych gromkim głosem wezwań o prawdę, nawoływania o pojednanie, a wszystko to przeszło już do zapomnianej historii. Tych, którzy mówili prawdę, nazwano dzisiaj zdrajcami. Wystarczy tylko spojrzeć na protokóły przesłuchań niektórych Ukraińców, by potwierdzić moje w tym zakresie zdanie. Już sam tytuł artykułu w „Naszym Słowie” to potwierdza.
Tygodnik bardzo szczegółowo rozlicza zachowania polskich żołnierzy wobec ukraińskich „striłciw” – w Bieszczadach. Podaje ścisłe dane liczbowe, słowa wypowiadane przez zabitych i samobójców, którzy wybierali samobójstwa zamiast poddawania się. Ten sam autor nie wie, gdzie są pochowani zabici „powstańcy” w Bieszczadach czy na Warmii i Mazurach. Brak jest jednak chociaż jednego słowa co ci „striłci” w 1947 roku robili w Polsce. Opisy wydarzeń w Bieszczadach, inaczej mówiąc, zabijanie zbiorowe ukraińskich mieszkańców i całych wsi ukraińskich, żywcem wzięte z polskich opracowań dotyczących Kresów Wschodnich. Zmienione zostały tylko nacje i nazwy. No cóż? Wszak obie strony ,ukraińska i poprawna politycznie polska, potwierdzają, że to była „wojna bratobójcza”. Zapisy w „Naszym Słowie” potwierdzają to w całej rozciągłości. Panowie Redaktorzy! Półprawdy to tak jak kłamstwa.
Wśród bojowników o wolną Ukrainę są” „bohaterzy” Myrosław Onyszkewycz ps. „Orest”, Jarosław Staruch ps. „Stiah”. Obaj należeli do czołówki Ukraińskiej Powstańczej Armii. Obaj wydawali rozkazy mrożące krew w żyłach. Myrosław Onyszkewycz był szefem sztabu II Okręgu UPA „BUH”, później dowódcą VI Okręgu UPA „SIAN”. Jarosław Staruch ps. „Stiah” był członkiem Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej i Głównego Sztabu Wojskowego Ukraińskiej Powstańczej Armii. Po wojnie był przewodniczącym Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w tak zwanej Zakierzonii.
Pozwolę sobie zacytować fragment rozkazu wydanego przez Myrosława Onyszkewycza: „Rozkazuję wam niezwłocznie przeprowadzenie czystki swego rejonu z elementu polskiego. Oczyszczenie terenu musi być zakończone jeszcze przed naszą Wielkanocą, żebyśmy świętowali ją bez Polaków. (…) Działać szybko i mądrze. Mamy w tych sprawach określone pełnomocnictwa od Niemców (…) Prowadzić z nimi twardą bezpardonową walkę. Nikogo nie oszczędzać, nawet w przypadku małżeństw mieszanych wyciągać z domu Lachów. (…) Wydobyć broń! Śmierć Lachom! Chwała bohaterom”!
Cytat ten powtarzam. Ale widzę w tym potrzebę. Podczas dwustronnej propagandy obchodów 70-lecia apogeum ludobójstwa, znacznie wzrosła liczba zainteresowanych tym tematem. Świadkowie ludobójstwa już prawie odeszli, pozostali tylko młodzi, którym trzeba przekazać chociaż małe fragmenty prawdy, o którą tak mocno upominały się jednające się strony. Ponadto do powtarzania rozkazów prowodyrów UPA zmusza mnie „Nasze Słowo”. Dziwi mnie tylko milczenie naszych władz. Przecież „Nasze Słowo” to wszystko głosi za polskie – podatnika polskiego – pieniądze.

Antoni Mariański

http://sol.myslpolska.pl/2013/10/przyrz ... zly-w-las/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 25 sty 2014, 18:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30921
„Pamiętaj Lasze, że do Wisły to nasze”

Jednak nie wszyscy dali się tak wmanewrować w nagonkę przeciwko Polakom. Nie pozwalali na mordy. Ci ludzie byli w okrutny sposób, tak samo jak Polacy, mordowani, bo to jest w jakiś dziwny sposób pojęta Swobodna Ukraina. Polacy wtedy uciekali na Zachód, za Bug, żeby schronić się przed mordami, albo na Wschód za Zbrucz. Na tamtych terenach za Żytomierzem, koło Winnicy, gdy się tylko dostali byli przez miejscowych ochraniani. Nie dopuszczono do mordów na nich. Trudno o tym dzisiaj pisać bo zakłamanie w tej sprawie jest olbrzymie.

Pracując już w Sejmie, wspólnie z marszałkiem Bąkiem i Panią Dmochowską powołaliśmy Koło Tradycji Niepodległościowych i w ramach tego koła wyjechałem do USA - wspomina Zygmunt Mogiła-Lisowski. - Celem wyjazdu było nawiązanie kontaktów z polską emigracją, zarówno przedwojenną jak i powojenną. Była to pierwsza taka delegacja polskiego Sejmu do tego kraju. W ciągu dwóch tygodni odwiedziliśmy środowiska polonijne w Nowym Yorku, New Jersey, Waszyngtonie, Detroit i Chicago. Przyjmowani byliśmy bardzo gościnnie i dużo spraw wspólnie omówiliśmy, do dzisiaj te kontakty pozostały. Niestety, wiele kwestii wtedy rozpoczętych rozmyło się. Powołana później Wspólnota Polska zajęła się innymi sprawami, a w niewielkim zakresie kontynuowała nasze działania. Szczególnie oddawała się pracy z Polakami na Wschodzie. Będąc na emeryturze ubolewam, że wszystkie sorawy związane z Wołyniem nie zostały załatwione, jak należy. Dla władz Polski, niezależnie od aktualnej ekipy, Wołyń jest tematem niewygodnym. Najchętniej nigdy by go nie podejmowały i zamiotły pod dywan. Tysiące bestialsko zamordowanych przez Ukraińców Polaków Warszawa chciałaby złożyć na ołtarzu dobrych stosunków z Ukrainą, co ta po mistrzowsku wykorzystuje, a przecież jedno drugiemu nie przeszkadza - z Niemcami utrzymujemy dobre kontakty pomimo, że SS jak również NKWD były wrogie Polsce, mordowały Polaków i nie tylko Polaków.


Wyjątkowi zwyrodnialcy

- W stosunku do UPA istnieje jakieś tabu. IPN goni tego króliczka, tylko nie może go dogonić. Półki z dokumentami o mordach jakich UPA dokonywała, uginają się zaś pod ich ciężarem, jest sporo relacji świadków mordu. Jest książka dokumentująca ludobójstwo autorstwa Ewy i Władysława Siemaszków. Można w niej przeczytać w jaki straszny sposób UPA robiła czystki, mordując Polaków od niemowląt do starców. Znane było wśród Ukraińców głośne powiedzenie: „Popatrzcie jak Polskie orły latają w górę” i na widły nabijano dziecko, niemowlaka i rzucano go w powietrze. To było nagminne. Część społeczeństwa ukraińskiego, szczególnie z Galicji, które potem przywędrowało na Wołyń było ogłupione całkowicie. Chyba nie wiedziało co robi? Wspólnie z UPA pomagało mordować Polaków. Jednak nie wszyscy dali się tak wmanewrować w nagonkę przeciwko Polakom. Nie pozwalali na mordy. Ci ludzie byli w okrutny sposób, tak samo jak Polacy, mordowani, bo to jest w jakiś dziwny sposób pojęta Swobodna Ukraina. Polacy wtedy uciekali na Zachód, za Bug, żeby schronić się przed mordami, albo na Wschód za Zbrucz. Na tamtych terenach za Żytomierzem, koło Winnicy, gdy się tylko dostali byli przez miejscowych ochraniani. Nie dopuszczono do mordów na nich. Trudno o tym dzisiaj pisać bo zakłamanie w tej sprawie jest olbrzymie. Wyrazistym przykładem może być tu potępienie akcji Wisła przez Senat RP. Było ono szalonym błędem. Ukraińcy tego nigdy nie uszanowali i nigdy nie potępili akcji na Wołyniu.

Rozzuchwaliło zbrodniarzy

- Natomiast potępieniem akcji Wisła rozzuchwalono nacjonalistów ukraińskich i szerzone przez nich kłamstwa. Trzeba pamiętać, że w Bieszczadach i na tzw. Zakerzoniu zginęło w okrutny sposób kilka tysięcy Polaków, od Krynicy do Włodawy. Spalono całe wsie. Natomiast Ukraińców w trakcie akcji Wisła zmarło 180 i to głównie z przyczyn biologicznych. My Polacy wysiedliliśmy ich z kurnych chat do murowanych gospodarstw poniemieckich. Wszyscy „mądrzy ludzie” chętnie potępili Polaków za akcję Wisła. Natomiast oficjalnie nie potępiono ludobójstwa dokonanego na Polakach przez UPA i SS-Galizien. Trudna jest to sprawa do zrozumienia, oceny i wybaczenia… Jak jeżdżę teraz na Ukrainę do wsi Tychotyń, to spotykam się z moimi byłymi sąsiadami, którzy nas nocą wywieźli z naszego majątku, ratując nam życie. Oni są serdeczni. Nigdy tam nie było specjalnych zwolenników UPA, ale obok w sąsiedniej wsi Niemir cała prawie ludność pochłonięta była współpracą z UPA. Mordy i grabieże były na porządku dziennym. Bojówki z Niemiru były okrutniejsze od bolszewików. Dziś trudno mi mówić na ten temat. Trzeba to przeżyć, żeby dobrze zrozumieć. Obserwując polityczne zagrania naszych polityków jestem przerażony.

Nie myślą o Polakach

- Dlaczego w tych posunięciach politycznych w ogóle nie myśli się o Polakach? Przecież można Ukraińców cenić, ale wcale nie trzeba cenić UPA. To co zrobił prezydent Kwaśniewski, a potem prezydent Kaczyński w Pawłokomie, jest przerażające. W Pawłokomie w ramach rewanżu zginęło ok. 150 Ukraińców zabitych przez Polaków. Dzisiaj zrobiono z tego Mekkę, gdzie nawet nie pozwolono młodzieży polskiej przyjechać. Natomiast, nacjonalistyczna ukraińska młodzież, podpita chodziła z transparentami, krzyczała i śpiewała: „Pamiętaj Lasze, że do Wisły to nasze.” I nikt temu nie przeszkadzał. Natomiast młodzieży naszej, harcerzom, Młodzieży Wszechpolskiej, ochotnikom wolontariatu polskiego, nikt nie pozwolił się tam pokazać! Do dzisiejszego dnia Ukraińcy we Lwowie budują mauzoleum SS-Galizien. Jest to jednak wielkie kłamstwo. Niezgodne z protokołem norymberskim. Mówił on, że wszystkie organizacje związane z faszystowskimi organizacjami SS, SD mają być potępione, ponieważ są zbrodnicze i nie wolno ich gloryfikować. Natomiast oni się z tym nie liczą i na terenie cmentarza Orląt Lwowskich budują dwa mauzolea - jedno ku czci SS -Galizien, a drugie dla UPA. Trzeba pamiętać, że ok. 600-700 bandziorów z batalionu Wołyńskiego SS-Galizien, w przebraniu SS, brało udział w Powstaniu Warszawskim, mordując powstańców i ludność cywilną w dzielnicy Wola. Potem brali udział w mordowaniu Polaków we wsi Gruszka, gdzie pokazali swoje okrucieństwo.

W skórach baranków

- Następnie zostali przerzuceni na Słowację, aby powtórzyć swe haniebne wyczyny. Do dzisiejszego dnia Słowacy bardzo krytycznie do tego podchodzą. Jakby ktoś zwrócił uwagę, to Słowacy w Pomarańczowej Rewolucji nie wzięli udziału. Podobnie zresztą postąpili Czesi. Wycofując się pod koniec wojny, mając podrobione polskie dokumenty, część oddziałów generał Anders przyjął do swojej armii i w ten sposób udało im się uratować. Wśród tych ludzi byli ojcowie obecnych dygnitarzy polskich, którzy udają patriotów polskich. Szczególnie jeden mi się napatoczył, który był posłem i ministrem, a jego rodzina jest ściśle związana z czołówką UPA. On wtedy był bardzo młody, ale jego ojciec i stryj byli przywódcami tych organizacji. Podsumowując muszę stwierdzić, że moja intensywna praca w komisji Obrony Narodowej i Łączność z Rodakami przyniosła pewne wymierne efekty, które do dzisiejszego dnia owocują. Przede wszystkim Towarzystwo Miłośników Wołynia i Polesia rozwinęło koła: w Olsztynie, Wrocławiu, Inowrocławiu, Toruniu, Lublinie, Zamościu i Chełmie. Były to dość duże koła, w sumie to środowisko liczy ok. 3500-4000 członków. Liczba ta się nieustannie zmienia. Niestety są to ludzie dość wiekowi i odchodzą biologicznie. Zawsze jednak przychodzą nowi i liczba członków oscyluje w granicy 3500 osób. Równocześnie w czasie założenia TMWiP postanowiłem z Panem Marszałkiem Mitraszewskim i innymi kolegami założyć Federację Towarzystw Kresowych, która praktycznie zdała egzamin przy wyborach parlamentarnych w 1991 r., wprowadzając do Sejmu paru kresowiaków, między innymi mnie i Panią Rutkowską z Gliwic. Jest dzisiaj trudne do określenia na ile to pomogło, ale udało się nam uruchomić wydawnictwo w Oświęcimiu, bo tam też mieliśmy swoje koło.

Wołyń wzywa

- Wydaliśmy kilka albumów: „Wołyń - ocalić od zapomnienia”, „Polesie - ocalić od zapomnienia”, a ostatnio książkę pt. „Wołyń - czas życia i czas zagłady”. Książka ta jest wyjątkowo udana pod względem merytorycznym i dokumentalnym. Cieszy się dużą popularnością. Jednocześnie uruchomiliśmy wystawy archiwalnych zdjęć, które dostarczyli członkowie naszego towarzystwa. Wystawy zapoczątkowała ekspozycja w holu Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu 64, która później przeniesiona została do Krakowa, a następnie do innych miast. Każda z wystaw miała swój odpowiednik książkowy. Ostatnia pozycja, to album „Polesie widziane oczami Marii Rodziewiczówny”. Powracając do moich przemyśleń politycznych. Byliśmy bardzo rozczarowani współpracą ze Wspólną Polską. Wspólnota ma statutowy obowiązek opiekować się stowarzyszeniami kresowymi. Należy przypomnieć, że jak powstawała to pomagaliśmy ją zakładać, a później okazało się, że im przeszkadzamy. Szykanowano nas gdzie tylko można. W jednym pokoju mieściliśmy się wszyscy razem, ale za salę i sprzątanie jednak musieliśmy płacić sami. Przygotowywanie wydawnictw kresowych nie były jedyną, podstawową naszą działalnością. Zajmowaliśmy się również wykonaniem tablic pamiątkowych, upamiętniających Polaków pomordowanych przez bandy UPA. Wracając do UPA, jest to ciężar, który drażni nasze myśli gdyż ich działania były nieuzasadnione historycznie. Polacy żyli w zgodzie z Ukraińcami, a UPA poddało się propagandzie faszystowskiej, niemieckiej. Spowodowało to, że w 1939 r., bojówki ukraińskiej organizacji OUN mordowały w okrutny i bestialski sposób Polaków. Kilkakrotnie próbowano spłycić zbrodnie UPA. Swego czasu powołano Komisję w celu uznania UPA, jako organizację walczącą o wolność Ukrainy.

Cztery fronty

- Pamiętam spotkanie, dotyczące tego tematu, w Komisji Łączności z Polakami. Na spotkaniu obecny był Pan Borusewicz, dzisiejszy marszałek Senatu, a także Pan Wiaczesław Czarnowił typowy ukraiński działacz nacjonalistyczny. Człowiek, który mógł się posunąć do każdego kłamstwa, byle Polakom szkodzić. To on zarzucał naszym rodakom, że zniszczyli wszystkie cerkwie na Chełmszczyźnie. Co jest nieprawdą. Poruszono polityczne kłamstwo na bazie skrawka prawdy. Czarnowił próbował nagłośnić sprawę Cerkwi na konferencji W Kazimierzu w 1990 r. Na szczęście ówcześni politycy potrafili myśleć po polsku i znali fakty, nie dali się podpuścić i sprawa ucichła. Do dziś mam żal do Pana Borusewicza, że ani razu nie upomniał się o pomordowanych Polaków na Wołyniu. Dał się zwieść argumentacjom Czarnowiła. Ja będąc posłem w tamtym okresie postanowiłem tę sprawę wyjaśnić w 1992 r. Przez Chełmszczyznę przeszły cztery fronty. Rosyjsko-niemiecki w 1916 i 17 r. na wschód i z powrotem. Austriacko-Rosyjski 1917-18 r. Następnie miały tam miejsce różne walki lokalne nawet z Siczowymi Strzelcami. W 1920 r. nadszedł front bolszewicki, a oni wówczas obłędnie toczyli walkę z religią i niszczyli, co było pod ręką. Będąc na Chełmszczyźnie dokonali zniszczenia obiektów sakralnych różnych wyznań. Dopiero Marszałek Piłsudski po bitwie warszawskiej przegnał bolszewików z terenów polskich. Praktycznie, to te wyżej wymienione fronty, a szczególnie bolszewicki zniszczyły prawosławne kaplice. Pozostały po nich nieuporządkowane resztki, o które zupełnie nie dbali miejscowi mieszkańcy, a nawet kler prawosławny. Dopiero Wojewoda lubelski w 1938 r. nakazał uporządkować pozostałości. Nadmienię, że niszczone cerkwie w rzeczywistości nie były cerkwiami. Były to raczej niewielkich rozmiarów prawosławne kaplice.

Cerkwie stoją jak stały

- Natomiast cerkwie prawosławne jak stały przed I Wojną Światową, tak stoją do dziś na Podlasiu i Chełmszczyźnie. My Polacy mamy niestety przedziwny chorobliwy dar „męczeństwa”, obciążania siebie i naszego państwa wyrzutami sumienia, bez badania historycznego tła i prawdy. Robimy to w interesie, w tym wypadku nacjonalistów ukraińskich i trudnej do określenia grupy politycznie wrogiej Polsce. Pociąga to za sobą samo oskarżenie i wprowadzenie w błąd Polaków w imię obcego interesu politycznego, bardzo niechętnego Polsce. Na przykład dla spłycenia faktu ludobójstwa na Wołyniu lansuje się błędną teorie o wojnie polsko-ukraińskiej. Mówi się również, że ludobójstwo na Wołyniu nie zostało dokonane przez OUN-UPA, tylko przez nieokreślone oddziały, np. partyzantkę sowiecką. Niezależnie od czasu popełnienia, zbrodnia się upomni o prawdę. Stało się tak w przypadku wymordowanych przez Turków Ormian w Baku. Dziś ta prawda ukrywana przez 85 lat przyczyniła się do odrzucenia kandydatury Turków do Unii Europejskiej. Myślę, że podobnie będzie również w tym przypadku.

Obecnie choroba nóg utrudnia Zygmuntowi Mogile- Lisowskiemu aktywniejszą działalność. Niedawno obchodził jubileusz 85-lecia urodzin. Z tej okazji odebrał nominację na podpułkownika.

Marek A. Koprowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia ... y-to-nasze


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 02 kwi 2014, 11:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/02/04 ... telewizja/

Tak było jeszcze przed majdanem.

Kopia artykułu:

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja.
Posted by Marucha w dniu 2014-02-04 (wtorek)

Robert Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od kilkunastu lat. Wyciąga z jezior czołgi, samoloty i wozy opancerzone. Nie robi tego dla fantów, nie szuka łatwego zarobku. Dla niego ta praca jest odkrywaniem historii, często makabrycznej, brutalnej i niewygodnej politycznie.

Obrazek
Robert Kmieć podczas wyprawy na jedno z jezior pod Nowym Dworem Mazowieckim. Tym razem w poszukiwaniu zatopionego pojazdu pancernego.


Tak jest w przypadku rzezi wołyńskiej, podczas której tysiące naszych rodaków straciło życie. Czy to było ludobójstwo? Poszukiwacz, który był na miejscu zbrodni i miał w ręku roztrzaskane siekierą czaszki małych dzieci nie ma żadnych wątpliwości. W rozmowie z Menstream.pl opowiada, jak trudno dotrzeć z prawdą do społeczeństwa.

Menstream.pl: Jak to możliwe, że Ukraina pozwoliła zbliżyć się polskim badaczom do miejsca zbrodni? To przecież niewygodne fakty.
Robert Kmieć: Dostaliśmy od władz Ukrainy zezwolenie na kilka dni pobytu w okręgu wołyńskim. Pojechał z nami również Adam Sikorski, znany z telewizyjnego programu Było, nie minęło. To on dokumentował całą ekspedycję. Były dwa wyjazdy, w ubiegłym roku i wcześniej, dwa lata temu. Można powiedzieć, że nasze poszukiwania były trochę półlegalne.

Co to znaczy?

Po pierwsze trzeba było przetransportować na miejsce georadary i inny sprzęt, który miał nam posłużyć do zlokalizowania i zmierzenia ewentualnych mogił, które mieliśmy zamiar znaleźć. No i nie mogliśmy przecież powiedzieć wprost Ukraińcom, po co tak naprawdę jedziemy na Wołyń.

Więc jaką wersję usłyszeli?
Akurat zdarzyło się, że prezydent Bronisław Komorowski miał spotkać się z prezydentem Ukrainy na otwarciu polskiego, powojennego cmentarza. To było niedaleko miejsca, które chcieliśmy sprawdzić. Tłumaczyliśmy więc, że jesteśmy na miejscu w związku z tym wydarzeniem. To była nasza przykrywka.
I nikt nie obserwował, co tam robicie? Trochę trudno w to uwierzyć.
Oczywiście byliśmy sprawdzani. Funkcjonariusze KGB co rusz przyjeżdżali, przyglądali się, wypytywali i patrzyli na ręce. Zdarzało się, że chcieli utrudnić nam poszukiwania podrzucając gdzieś niewybuch.

Żeby przepłoszyć badaczy?
Tak. Mówili, że mają zgłoszenie od pobliskich mieszkańców, że w okolicy jest jakiś niewypał i muszą to sprawdzić. Oczywiście dla naszego bezpieczeństwa. W rzeczywistości obawiali się tego, co możemy znaleźć.
Domyślam się, że ekspedycja na ziemię wołyńską przyniosła rezultat.
To, co zobaczyłem na Ukrainie, ma się nijak do tego, co oglądałem wcześniej, w kilkunastoletniej karierze poszukiwacza. Nie raz miałem do czynienia z grobami żołnierskimi, z których wyciągaliśmy czaszki i kości. Widziałem już po pięćdziesiąt osób pochowanych zbiorowo. Stojąc jednak nad mogiłami w Wołyniu, coś ścisnęło mi serce. Jeszcze po powrocie do kraju, przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie. Do dzisiaj trudno dobierać słowa, gdy o tym opowiadam.

Co tak Panem wstrząsnęło?

To może zrozumieć tylko osoba, która stoi nad grobem, w którym spoczywa nie jedna osoba, lecz dziesiątki dzieci powrzucanych jedno na drugie. Bo większość zwłok w odnalezionych przez nas mogiłach, to były właśnie dzieci, w różnym wieku. Znajdowaliśmy szczątki dwulatków, czterolatków, dziesięciolatków.
Żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii nie oszczędzali przecież nikogo. Mordowano całe rodziny, bez wyjątku.
Tylko w jaki sposób. W niektórych czaszkach małych dzieci były dziury wielkości pięści, zapewne od uderzenia młotkiem lub siekierą. Przecież to jest niewyobrażalne, żeby tak postępować z drugim człowiekiem. Pytaliśmy też Ukraińców, którzy zainteresowani podchodzili do nas, czy pamiętają tamte lata. Niektórzy zgodzili się mówić.

Co wyłania się z ich opowieści?

Dantejskie sceny. Akurat prowadziliśmy prace przy ukraińskiej wsi Ostrówki. Lasy i pola obok tej miejscowości do dzisiaj noszą miano trupiego pola, pobliscy mieszkańcy bez problemu potrafią je wskazać. To tam Ukraińcy wymordowali setki Polaków, pozostawiając ciała bez pochówku. W lasach walały się trupy, które stały się później pożywką dla kruków. Dopiero po dwóch tygodniach armia Rosyjska, która zajęła tamte ziemie, nakazała pobliskim mieszkańcom wykopać mogiły i zrzucić do nich zwłoki. Odór rozkładających się ciał było ponoć czuć w promieniu kilku kilometrów, a zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn były już tak rozłożone, że trzeba było ściągać je do mogił bosakami i widłami, bo już się rozczłonkowywały, odpadały ręce, nogi i głowy. I my te mogiły właśnie odkryliśmy.

Władze Ukrainy zdają sobie sprawę z powagi tego odkrycia? Przyznał Pan, że byliście obserwowani.
Chyba nie zdają sobie sprawy ze skali naszych odkryć, ponieważ byliśmy bardzo czujni. Najgorzej było z Ukraińcem, to był chyba jakiś konserwator zabytków z okręgu lwowskiego, który został oddelegowany, by nadzorować nasze prace. No i byli jeszcze wspomniani funkcjonariusze z KGB, którzy nas nachodzili.

Na czym to nękanie polegało?
Pamiętam, jak mundurowi przyjechali i rzucili wszystkich na maskę samochodu. Rewizja, pytania, oglądanie sprzętu. Było ich kilku. Dowódca przez dłuższy czas wydzwaniał do swoich zwierzchników z pytaniem, co z nami zrobić. W końcu odpuścili, bo nie znaleźli podstaw do zatrzymania. Mieliśmy szczęście. Innym razem prawie się zdemaskowaliśmy. Mundurowi byli o krok, by zobaczyć ogrom naszych odkryć.

Jak udało się uniknąć kłopotów?
Gdy już zorientowaliśmy się, z czym mamy do czynienia, trzeba było wszystkie szczątki opisać, skatalogować i policzyć. Pomagali w tym archeolog oraz antropolog, których mieliśmy w naszej ekipie. Wszystko układali skrzętnie na workach, rozłożonych na ziemi obok grobowca. Robiliśmy dokumentację, fotografie, by nikt nie zarzucił nam bezczeszczenia ciał. Nagle usłyszeliśmy dźwięk silnika. To były dwa samochody KGB. Na szczęście droga przez pola była trudna, więc trochę zajęło im dotarcie na nasze stanowisko badawcze. Mieliśmy więc czas, by zareagować. Cztery osoby szybko wykopały nowy dół, do którego poskładaliśmy wydobyte już z mogiły szczątki i ponownie przysypaliśmy je ziemią. Na to poszła beczka, na niej porozkładaliśmy jedzenie, dla niepoznaki. Jak Ukraińcy dotarli na miejsce i zajrzeli do mogiły, było w niej chyba sześć ciał. Tylko tyle znaleźliście? zapytali. Pokręcili się trochę po obozowisku i odjechali.

Co się później stało z tymi wszystkimi szczątkami? Nadal są zakopane na trupim polu?
Nie mogliśmy tak tego zostawić. Wszystkie odnalezione przez nas zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz, gdzie została odprawiona msza przez polskiego księdza.

Na tym samym cmentarzu, na którym mieli spotkać się prezydenci?

Tak. Z jakiś powodów, których nie znam, do spotkania głów obu państw jednak nie doszło. Były jednak osoby z Polski, rodziny pochowanych tutaj w czasie wojny rodaków. Przyjechali również przedstawiciele duchowieństwa ukraińskiego. Pamiętam, że jak zaczęła się część mszy, podczas której chowano wszystkie znalezione przez nas szczątki, opuścili oni cmentarz i stali za płotem. Wszyscy byli w szoku, nie rozumieli takiego zachowania.

Jak Pan je interpretuje?

Jestem prostym człowiekiem, nie wiem, co o tym sądzić. Najważniejsze było dla mnie wtedy upamiętnienie pamięci zamordowanych.
Na trupim polu też stanął jakiś znak, przypominający o tej zbrodni?
Ukraińcy pozwolili nam wyciąć dwa drzewa. Zbiliśmy z nich krzyż, który tam stanął. Tylko w ten sposób, oraz krótka modlitwą, mogliśmy oddać hołd wymordowanym rodzinom.

Co stanie się z zebranym przez badaczy materiałem? Przecież robiliście zdjęcia, kręciliście materiał filmowy.

To nie zginie. Adam Sikorski robi na jego podstawie film dokumentalno-fabularyzowany. Mogę już zdradzić, że obraz będzie miał premierę we wrześniu tego roku, będą pokazy w Warszawie. Po premierze można spodziewać się niemałego zamieszania.

Obrazek
Robert Kmieć podczas pracy.


Dlaczego? Przecież temat Wołynia nie jest nowy. Polacy już się z nim obyli.

Tylko ten film przedstawi prawdę historyczną, pokażemy doły śmierci, które zastaliśmy w Ukrainie. Będą inscenizacje mordu, żadnego przekłamania. Moim zdaniem to bardzo wstrząsający materiał. Proszę sobie wyobrazić, że żadna stacja telewizyjna nie jest zainteresowana wyemitowaniem dokumentu, ponieważ jest zbyt drastyczny, zbyt bije w interesy ukraińsko-polskie. Na szczęście znalazł się człowiek, który wyłożył pieniądze na realizację projektu. Tyle mogę powiedzieć.
Z tego co Pan mówi, ten film może jednak uderzyć w interesy ukraińsko-polskie.
Jeżeli były mordy, to trzeba pokazać, w jaki sposób ich dokonywano. Nie mówię, byśmy rozpętywali trzecią wojnę światową i szli na Ukraińców. Jednak dopóki władze tego narodu nie przyznają, że takie zbrodnie miały miejsce i nie potępią tego, co się wydarzyło, nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu. Stepan Bandera, który ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, nadal jest przecież traktowany u nich, jak bohater narodowy.
Trzy lata temu zostało mu nadane największe odznaczenie państwowe na Ukrainie. Później je cofnięto.
Co z tego, jeśli w zamian postawili mu kolejny pomnik? Ponad osiem szkół na terenie Ukrainy nosi też imię Bandery, podobnie jak około dwieście ulic, nie mówiąc o innych instytucjach. Oni naprawdę uważają go za wielką postać. Jeszcze sporo czasu może minąć, nim zmienimy karty historii.

Robert Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od około trzydziestu lat. Profesjonalnie robi to od lat dwunastu. Pracował m.in. z red. Adamem Sikorskim przy programie Było, nie minęło, teraz działa w szeregach Narodowej Agencji Poszukiwawczej, organizacji współpracującej z instytucjami państwowymi, takimi jak: Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Armii Krajowej, IPN, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Robert Kmieć pracuje również z Bogusławem Wołoszańskim przy nowym cyklu dokumentalnym pt: Skarby III Rzeszy.

http://menstream.pl/wiadomosci-reportaz ... 55028.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 22 kwi 2014, 06:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30921
UPA już nie przeszkadza?

Topnieją szanse na usunięcie z cmentarza w Hruszowicach pomnika gloryfikującego nacjonalistów z UPA. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zawiesiła działania z uwagi na sytuację polityczną.

Władze gminy nie mogą znaleźć odpowiednich podstaw prawnych, aby pozbyć się tej bryły. – Wykonałem pewne działania, ale sprawa nie posunęła się ani o krok, nic się w tej sprawie nie zmieniło – relacjonuje Janusz Słabicki, wójt gminy Stubno, na terenie której znajduje się cmentarz w Hruszowicach (woj. podkarpackie).

Po stwierdzeniu przez powiatowego inspektora budowlanego z Przemyśla, że nie posiada on kompetencji w tej sprawie, wójt zamówił opinię prawną, jakie może podjąć działania. Jednak – jak zaznacza – opinia ta nie wniosła nic istotnego. – Opinia tego radcy mnie rozczarowała. A jest to jedyny prawnik, który się podjął ją przygotować, jeszcze w grudniu poprosiłem go o doprecyzowanie, ale do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi – mówi Słabicki. – Z tego, co mi wiadomo, jakieś działania podejmuje Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – dodaje wójt.

Sprawdziliśmy. – Mieliśmy podjąć działania polegające na rozmowach z naszym ukraińskim partnerem, ale sytuacja się skomplikowała – zaznacza Adam Siwek, naczelnik wydziału krajowego Rady. – Chcieliśmy to rozwiązać nie arbitralnie, ale bardziej kompleksowo, nie tylko kwestię pomnika w Hruszowicach, ale i innych obiektów co do których są kontrowersje – podkreśla. Jednak Rada zapowiadała działania już w sierpniu ubiegłego roku. – Dalej jestem sam z tą sprawą, nie otrzymałem żadnego wsparcia – ubolewa wójt. Siwek dodaje, że Rada chce wrócić do rozmów po ustabilizowaniu się sytuacji politycznej na Ukrainie. – Liczymy, że sytuacja ustabilizuje się na tyle, że będzie można podjąć rozmowy – mówi.

W sprawie pomnika interweniował w lipcu ubiegłego roku europoseł Tomasz Poręba. Odpowiednie pisma skierował do Rady i samorządu. Argumentował, że pomnik został wzniesiony nielegalnie i powinien być rozebrany. W sierpniu 2013 r. Rada zajęła jednoznaczne stanowisko. „Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa wyraża stanowisko w pełni zgodne ze stanowiskiem Pana Posła w kwestii charakteru pomnika w Hruszowicach. Nie jest zlokalizowany na jakiejkolwiek mogile i nie służy upamiętnieniu ofiar cywilnych, natomiast pełni funkcję upamiętnienia gloryfikującego zbrodniczą formację zbrojną, jaką była UPA, odpowiedzialną za śmierć dziesiątek tysięcy bezbronnych Polaków i ofiar innych narodowości” – stwierdził w odpowiedzi Andrzej Kunert, sekretarz Rady.

Zapowiedziano także podjęcie stanowczych działań. „Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zamierza podjąć zdecydowane działania zmierzające do likwidacji pomnika w Hruszowicach oraz innych podobnych obiektów, których powstanie odbyło się poza procedurami prawnymi obowiązującymi w Rzeczypospolitej Polskiej”.

We wrześniu po inspekcji powiatowy inspektor budowlany z Przemyśla uznał, że pomnik ten nie został postawiony nielegalnie. Gdy powstawał, przepisy nie wymagały do budowy tego typu obiektów pozwolenia na budowę.

Postawiony w 1994 r. ku czci UPA pomnik jest okazałym upamiętnieniem. Ma kształt bramy zwieńczonej metalowym tryzubem – herbem Ukrainy. Na pomniku znajduje się napis „Bohaterom UPA walczącym o wolną Ukrainę”.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... kadza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 14 maja 2014, 20:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30921
Prawy Sektor w Warszawie: na Wołyniu nie mordowano Polaków

- Niech ktoś to najpierw udowodni – oświadczył reprezentujący Prawy Sektor Artem Luchak, który przyjechał do Polski prowadzić kampanię wyborczą przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi.

W ten sposób odniósł się do mordów Polaków na Wołyniu dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów.

- Dopiero, jak to zostanie udowodnione, wtedy można przepraszać – dodał, podkreślając, że tymi sprawami powinni zająć się zawodowi historycy, a nie politycy. Z jego wypowiedzi jednoznacznie wynikało, że Prawy Sektor nie zamierza ani uznawać prawdy historycznej, ani przepraszać za zbrodnie ludzi, do tradycji których się odwołuje.

Jego poglądy na kwestie związane z przeszłością znalazły swój wyraz już na samym początku konferencji zorganizowanej na stołecznym Nowym Świecie. „Sława Ukrainie!” - banderowskim pozdrowieniem przywitał zgromadzonych na spotkaniu z przedstawicielami komitetów wyborczych kandydatów na prezydenta Ukrainy. „Hierojom sława!” odpowiedziała większość zebranych. Wszystko miało miejsce w Warszawie.

Zapytany przez portal Prawy.pl, czy nie uważa, że jest co najmniej niestosownym szafować banderowskimi hasłami na tle polskiej flagi, zdecydowanie nie widział w tym niczego złego. - Na Majdanie witaliśmy się tym pozdrowieniem, a tam przecież były biało-czerwone flagi – tłumaczył. Na pytanie, jak wyznawany przez niego banderyzm ma się do deklarowanego przez niego chrześcijaństwa, nie odpowiedział. Podobnie zresztą na pytanie, jak owo przywiązanie do tradycji Romana Szuchewycza ma się do deklarowanych przez jego ugrupowanie europejskich wartości.

Warty podkreślenia jest fakt, iż Artem Luchak w żaden sposób nie odciął się od spuścizny OUN-UPA, mimo iż starał się minimalizować rzeczywiste konsekwencje wspomnianej postawy. Zaprzeczył zatem, aby ktokolwiek z Prawego Sektora, w sytuacji jego dojścia do władzy, domagał się rewizji zachodnich granic Ukrainy.

Tymczasem Kresowianie pamiętają analogiczne zapewnienia ze strony członków bojówek OUN-UPA, że nikt z Polaków nie jest z ich strony zagrożony..., po czym dokonywali bestialskich mordów...

Anna Wiejak

© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

http://www.prawy.pl/z-kraju/5747-prawy- ... no-polakow


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 07 cze 2014, 07:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30921
Śmierć w 935 znakach

Piotr Falkowski

Z dr. Ołeksandrem Zinczenką, wicedyrektorem Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Piotr Falkowski

Czym przede wszystkim ma się zajmować Ukraiński IPN?
– Ukraiński IPN jest bardzo małą instytucją. Cały instytut to obecnie 50 osób. Mamy wiele marzeń, ale środki bardzo skromne. Oczywiście polskie doświadczenie jest ważne dla Ukrainy, i to w wielu wymiarach. Udział polskiego IPN w transformacji społecznej w Polsce jest znany i chcielibyśmy go w tym naśladować. Będziemy też chcieli się umówić na jakieś formy współpracy z Polakami. Najważniejsza dla nas będzie edukacja społeczna oraz sprawy archiwalne. Problem z dostępnością do dokumentów pozostałych po NKWD i KGB na Ukrainie polega na tym, że są one rozproszone po różnych archiwach i wśród akt milionów spraw, a z drugiej strony nie mamy wystarczająco dużo badaczy. Nie ma natomiast problemu z zakazem dostępu do pewnych archiwów, który występuje np. w Rosji. Na Ukrainie są procedury odtajniania, czasami stanowiące problem formalny, ale daje się je pokonać. Mamy zamiar zgromadzić w jednym miejscu te archiwa i stworzyć centralne Archiwum Pamięci Narodowej.

Czy kijowski IPN mógłby zająć się niewyjaśnionymi kwestiami związanymi ze zbrodnią katyńską na terenie ukraińskiej SRS? Chodzi przede wszystkim o poszukiwania ofiar z ukraińskiej listy katyńskiej, których nie pochowano w Bykowni?
– Rozpoczynam dopiero pracę, więc na razie wolałbym się nie wypowiadać na temat planów działań Ukraińskiego IPN. Kwestia pamięci narodowej musi być przedmiotem społecznej dyskusji. Jej owocem będzie program naszej pracy. Oczywiście jeśli chodzi o listę ukraińską, to na większość pytań czy próśb z polskiego IPN odpowiemy pozytywnie, ale z realizacją może być trudno z powodu naszych możliwości.

Dlaczego zainteresował się Pan sprawą Katynia? Jest Pan autorem książki na ten temat.
– Nie miałem żadnych osobistych powodów, żeby napisać książkę o Katyniu. Nie mam polskich korzeni, nikt z moich bliskich nie jest ofiarą tej zbrodni. Pracowałem jako redaktor – badacz w studiu filmów dokumentalnych telewizji. Po prostu dostałem polecenie od kierownictwa, żeby zbadać ten temat. Zaczęliśmy nagrywać wypowiedzi bliskich ofiar i historyków, zbierałem materiały w Polsce, w Rosji i na Ukrainie. Zgromadziłem ogromną bibliotekę dokumentów na temat Katynia. Powstał z tego wszystkiego film. Ale film, jak to zwykle bywa, nie zawierał wszystkiego. Pomyślałem, że byłoby bardzo źle, gdyby te wszystkie materiały się zmarnowały. Tak powstał pomysł książki o ukraińskich śladach Katynia. Został także wydany dodatek o Katyniu do czasopisma „Ukraiński Tydzień”. Kiedy zacząłem się dowiadywać o zbrodni katyńskiej, byłem tym wszystkim po prostu zszokowany. Kiedy czytałem protokół Politbiura z 5 marca 1940 r., byłem wręcz przestraszony tym, w jaki zimny, bezwzględny sposób została zadekretowana śmierć.

Policzyłem, że ten dokument liczy 935 znaków. To znaczy, że każda jego litera oznaczała śmierć 27 ludzi.

Pana książka to przede wszystkim biografie ofiar i historie ich bliskich, skąd wybór akurat takiego ujęcia?
– Tak, takie ujęcie wydawało mi się znacznie ważniejsze niż suche fakty i statystyki. Książka zrodziła się ze spotkań z ludźmi, którzy są żywymi świadkami tej tragedii, i to przez ich losy, wspomnienia pokazuję samą zbrodnię. Dla mnie to było naprawdę wielkim przeżyciem, gdy słuchałem opowieści rodzin katyńskich o swoich losach. Spotkałem się z Zofią Bartnicką, wdową po por. Zygmuncie Bartnickim, więźniu obozu starobielskiego. Miała 102 lata. Opowiadała z przejęciem o swoim życiu, o wielkiej miłości do męża. Niesamowita historia. Odnotowałem też kilka dziwnych historii ludzi, którzy ocaleli. Zastanawiałem się, dlaczego enkawudziści nie zabili wszystkich. Na przykład trudno było wyjaśnić, dlaczego nie zginał ppłk Ludwik Domoń. Czasem darowywano życie zdrajcom, donosicielom. Ale Domoń na takiego nie wyglądał. Świadczyła na jego korzyść cała jego dotychczasowa postawa. Był bardzo negatywnie nastawiony do władz sowieckich. Udało mi się ustalić, że nie był zdrajcą. Dotarłem z wielkim trudem do rodziny tego oficera, która przechowała jego prywatne archiwum. Okazuje się, że udało mu się oszukać oprawców i wykorzystać ich wewnętrzną rywalizację.

Opatrzył Pan swoją publikację dość osobliwym tytułem „Godzina papugi”.
– To określenie pochodzi ze wspomnień malarza Józefa Czapskiego, więźnia obozu starobielskiego, który w końcu trafił do armii Andersa. Pisał on, że wiosną 1940 r. z obozu zaczęto wywozić przebywających w nim jeńców grupami po kilkadziesiąt, kilkaset osób. Wierzono, że oni jadą na wolność. Nie można było wywnioskować, na jakich zasadach wybierano tych, którzy byli wywożeni z obozu, więc wszyscy niecierpliwie czekali na odczytywanie nazwisk. Ten moment nazywali właśnie „godziną papugi” ze względu na przypadkowość wybieranych nazwisk, która przypominała karteczki wyciągane przez papugę z rąk kataryniarza na jarmarku.

Jak książka została odebrana na Ukrainie?
– Ukraińcy mało czytają. Moja książka miała nakład 4 tys. egzemplarzy, czyli więcej niż przeciętnie mają książki na Ukrainie, i cały nakład już się rozszedł. Nie było też żadnej zdecydowanie krytycznej recenzji, więc mogę być zadowolony z odbioru, chociaż to oczywiście nie jest bestseller.

Czy na Ukrainie są aktywni katyńscy rewizjoniści, tak jak np. w Rosji, próbujący udowodnić, że za masakrę odpowiadają jednak Niemcy?
– Całe szczęście takiego zjawiska w sferze publicznej nie ma. Nie znam żadnej książki tego rodzaju wydanej na Ukrainie. Jest trochę osób, które próbują gdzieś w internecie udowadniać, że rozstrzeliwań dokonywali Niemcy. To są raczej ludzie powiązani z byłą władzą sowiecką albo zwykłe internetowe trolle. Wiedza Ukraińców na temat Katynia jest bardzo słaba. Kiedyś spotkałem w Charkowie dawno niewidzianego kolegę, też historyka. Rozmawialiśmy jakieś 300 metrów od byłego gmachu NKWD. Otóż kiedy mu powiedziałem, że zajmuję się Katyniem, nie wiedział, o co chodzi. Myślał, że mówię o Chatyniu, znanej z sowieckich podręczników historii wsi na Białorusi spalonej przez hitlerowców w 1943 roku. Zbrodnie sowieckie na Ukrainie były potworne. W Piatichatkach poza Polakami leży do 9 tys. obywateli sowieckich, głównie Ukraińców; w Bykowni może być ich nawet 100 tysięcy. Największą naszą narodową tragedią był oczywiście Wielki Głód, zbrodnia, o której też nie wszystko wiemy i już wielu rzeczy nigdy się nie dowiemy.

Ukraińcy nie chcą rozmawiać na temat zbrodni komunistycznych. Kiedy próbowałem pytać o to byłych więźniów, ofiary represji, często odmawiają. To są dla nich wciąż straszne przeżycia, nierzadko wciąż się boją. Nie wiem, kiedy uda nam się tę chorobę wyleczyć.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/81464,smi ... akach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 15 cze 2014, 16:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/03/31 ... halickiej/

Zbrodnia ta dotyczy obu narodów - i Polaków, i Ukraińców.

Kopia artykułu:

Tragedia Rusi Halickiej
Posted by Marucha w dniu 2014-03-31 (poniedziałek)

W 2007 roku wybuchł w Austrii skandal po ujawnieniu prawie stuletniej tajemnicy – niewyobrażalnego okrucieństwa mocarstwa austro-węgierskiego w stosunku do Rusinów.

W 1914 stali się oni ofiarami strasznej czystki etnicznej, o której współczesna Europa woli nie pamiętać.

Na Austro-Węgrzech powstał pierwszy w świecie obóz koncentracyjny Talerhof, który funkcjonował w latach 1914-1917. Był przeznaczony wyłącznie dla Rusinów. Aż do zimy 1915 nie było w obozie żadnych baraków. Ludzie leżeli na ziemi, pod gołym niebem, w deszczu i w zimnie.

Zamordowano ponad 100 tysięcy halickich Rusinów – przez powieszenie lub zastrzelenie. Po bestialsku obcinano im ręce lub stopy. Odcinano wargi, uszy, palce.

Główna ich winą była wierność prawosławiu i wszechruskiej jedności oraz używanie języka rosyjskiego. [jakiego rosyjskiego - języka ruskiego]

Obrazek

Poniżej film w języku rosyjskim. Może ktoś go przetłumaczy, lub bodaj streści… – admin.

http://www.youtube.com/watch?v=Fh5TfPgi6cs

http://trueinform.ru/modules.php?name=V ... &sid=47120
Tłum. gajowy Marucha

Zobacz też np:
http://www.carpatho-rusyn.org/kr/taler.htm
http://www.stowarzyszenielemkow.pl/new/ ... ?itemid=99


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 20 cze 2014, 13:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/06/20 ... -lublinie/

Polskę i Ukrainę dzielą żydowscy i banderowscy zbrodniarze oraz ich poplecznicy.

Kopia artykułu:

Kompromitacja Piotra Semki w Lublinie
Posted by Marucha w dniu 2014-06-20 (piątek)

Obrazek
Piotr Semka


Problem ze zorganizowaną w lubelskim Ratuszu dyskusją nt. „Dokąd z Ukrainą” polegał na tym, że 60 proc. jej uczestników chciało rozmawiać o tym co w polityce i historii łączy, ale i dzieli nasze sąsiednie narody – podczas gdy pozostali (jak zwykle) chcieli sobie pogadać o złym Putinie.
Przekonywali, że coś może być antypolskim kłamstwem, ale jednocześnie stanowić fundament racji stanu. – Ale racji jakiego narodu?! – spokojnie dociekał ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, kapelan Kresowian, wywołując tylko narastającą furię red. Piotra Semki, dla którego banderyzm wydaje się najprzyjemniejszym partnerem na Ukrainie.
Nadchodzące obchody kolejnej rocznicy Rzezi Wołyńskiej, będącej elementem wielkiego ludobójczego planu, zrodzonego w chorych umysłach Stepana Bandery i Dymitra Doncowa, a także sytuacja za naszą wschodnią granicą – czynią debatę o przeszłości i przyszłości stosunków polsko-ukraińskich nader aktualną.
- Ta sama zbrodnicza ideologia, w imię której mordowano Polaków, ale także Ormian, Żydów, czy sprawiedliwych Ukraińców, znów dziś wzrasta w siły na całym zachodzie Ukrainy. Wszędzie stoją pomniki Bandery, a całe młode pokolenie zostało wychowane w tym zbrodniczym kulcie. Naszym sąsiadem już dziś jest banderowska Hałyczyna, a tymczasem władze polskie udają, że tego nie widzą – krytykował ks. Isakowicz-Zaleski.
- No ale jaki jest wybór, przecież inaczej tam będzie Rosja! – kontrował red. Semka.
- Tak się nie da dyskutować, mówi się, że Bandera to zbrodniarz, zostaje się „ruskim agentem”. Mówi się, że mordowano Polaków, tak samo. Pokazuje się, że fatalna myśl Giedroycia, że byle być przeciwko „Ruskim”, to już jest się przyjacielem Polski, jest absurdem który tylko sprawie polskiej zaszkodził – oczywiście „bierze się srebrniki Putina”. Takim kijem obtłukuje się wszystkie głosy niezależne i jestem bardzo rozczarowany, że robi to też ta część polskich polityków i mediów, które określają się jako prawica – polemizował ks. Tadeusz.
Jeszcze dalej szedł filozof, prof. dr hab. Bogusław Paź.
- Odwołuję się do zasad racjonalizmu w myśleniu. Czym nam realnie dziś zagraża Rosja? Czy ma wobec nas roszczenia terytorialne? Czy to Rosjanie nabijali dzieci na sztachety, obcinali kobietom piersi i przecinali Polaków na pół drewnianymi piłami? Powiem rzecz niepopularną, ale Polacy, którzy z Kresów zostali wywiezieni na Sybir mieli 20-krotnie większą szansą przeżycia, niż ci, którzy zostali na miejscu i stali się celem banderowców! A dziś polski Sejm podejmuje haniebne uchwały, w których treści nie chce nazwać ludobójstwa po imieniu! Tymczasem bez prawdy nie może być dbałości o zachowanie naszej racji stanu! Straszy nas się graniczeniem z Rosją, a przecież graniczymy z nią nieprzerwanie i nie niesie to wcale dla Polski większych zagrożeń. Przeciwnie, większe problemy wynikają z naszej własnej polityki, w wyniku której np. płacimy wielokrotnie więcej za rosyjski gaz, niż Ukraina, będąca w stanie wojny z Rosją. Ta sama Ukraina, która mimo naszych umizgów mordowała już parę razy nasze rolnictwo wstrzymując eksport naszej produkcji na swe terytorium – wyliczał prof. Paź.
Wtórowała mu dr Lucyna Kulińska:
- Polacy z Kresów mówią jasno, gdyby nie wejście Rosjan w 1944 r. nie uszedłby stamtąd jeden żywy Polak! A współcześnie np. amerykańskie i NATO-wskie ogniwa władzy pompowały i pompują miliony dolarów w organizacje i środowiska wprost uważające się za kontynuatorów tamtych zbrodniarzy. 70 proc. Polaków nie popiera zaangażowania polskiego rządu we wspieranie jednej strony konfliktu na Ukrainie i nasi rodacy mają rację. Mówimy o wojnie cywilizacyjnej bardzo niestabilnego pod tym względem społeczeństwa, o rywalizacji wielkich mocarstw, słowem o zdarzeniach, do których należy podchodzić bez emocjonalnego zadęcia, za to z oglądaniem się na koszty – mówiła dr Kulińska.
Opcji aktywnego zaangażowania po stronie władz w Kijowie oprócz red. Semki bronił prof. dr hab. Jan Pomorski, niegdyś współinicjator niedoszłego uniwersytetu polsko-ukraińskiego w Lublinie, przekonując, że właściwie nie ma jednej prawdy w badaniach historycznych, a wojna o duszę Ukrainy powinna rozegrać się na polu edukacji i lansowania zachodniego modelu demokracji.
- Przekonanie, że może istnień nauka nie znająca pojęcia prawdy jest głęboko… nienaukowe – ripostował prof. Paź i pytał prowokacyjnie, czy nie korzystniej byłoby raczej lansować powstanie polskiego uniwersytetu we Lwowie, a zamiast dofinansowywać organizacje mniejszości ukraińskiej w Polsce (które niedawno np. zorganizowały marsz podkreślający ukraińskość… Przemyśla) – pomagać Polakom na Ukrainie. I to była chyba konkluzja, która pogodziła przynajmniej liczną publiczność przysłuchującą się dyskusji.
Na razie Lublin oczekują kolejne patriotyczne obchody związane z problemem ukraińskim. 1 lipca o godz. 16 Kresowianie i ich przyjaciele spotykają się na dziedzińcu KUL by przypomnieć o ofiarach ludobójstwa i po raz kolejny poprosić władze uczelni, aby wycofały się z fatalnej decyzji honorującej przyznaniem doktoratu honoris causa Wiktorowi Juszczence – fałszywemu przyjacielowi Polski, za to gorącemu piewcy legendy Bandery.
Niestety natomiast – nie uda się w lipcu odsłonić Pomnika Ofiar Ludobójstwa na Skwerze Ofiar Wołynia w Lublinie. Platforma Obywatelska od kilku miesięcy blokuje zatwierdzenie projektu monumentu przez Wojewódzki Komitet Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa wyraźnie udowodniając tym samym, że ani z prawdą, ani z polską racją stanu, ani nawet ze zwykłym dotrzymywaniem słowa – partia ta nie ma nic wspólnego.

Konrad Rękas
Konserwatyzm.pl

http://konserwatyzm.pl/artykul/12244/pr ... acji-stanu

Tytuł od redakcji „Myśli Polskiej”.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 02 lip 2014, 19:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/07/02 ... z-sadzimy/

Banderyzm jest bliżej niż sądzimy
Posted by Marucha w dniu 2014-07-02 (środa)

http://konserwatyzm.pl/img/articles/kul5.jpg

Od pięciu lat Kresowianie i narodowcy przychodzą pod KUL, by wyrazić swój sprzeciw wobec uhonorowania przez tę uczelnię Wiktora Juszczenki, który jako prezydent Ukrainy zatwierdził jako państwowy kult Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, przywódców Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, organizatorów ludobójczej rzezi na Polakach zamieszkujących Kresy Południowo-Wschodnie Rzeczypospolitej.
Dopiero obecny rektor KUL, ks. prof. Antoni Dębiński zgodził się, by kresowa manifestacja odbywała się na dziedzińcu uczelni.
Wcześniej – wiekowych świadków ukraińskich zbrodni witały zamknięte drzwi Uniwersytetu, który jakby wstydził się decyzji poprzednich władz rektorskich. Od dwóch lat w kościele akademickim odprawiane są też na przełomie czerwca i lipca msze za dusze pomordowanych. O odebraniu doktoratu honoris causa Juszczence nikt jednak poza Kresowianami i ich kapelanem, ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim nikt głośno nie mówi. Podobnie, jak nie wspomina się o podobnym wyróżnieniu przyznanym prezydentowi chwalącemu morderców Polaków przez UMCS.
Kameralna uroczystość na KUL-u, połączona z zapaleniem zniczy pod Krzyżem Wołyńskim ustawionym samorzutnie na lubelskim Skwerze Ofiar Wołynia odbyła się jednak w tym roku w cieniu bieżących wydarzeń na Ukrainie. Nie można już mówić, że banderyzm, szowinizm ukraiński – należą już bezpowrotnie do historii. Że jest inaczej świadczą zarówno tragiczne wydarzenia w Odessie, w której współcześni banderowcy spalili kilkadziesiąt bezbronnych ofiar, jak i fakt, że to tradycji banderowskiej – odwołują się przedstawiciele najwyższych władz w Kijowie, na czele z nowym prezydentem Petro Poroszenko, czy przewodniczącym parlamentu Ołeksandrem Turczynowem, zaś w rządzie Arsenija Jaceniuka wprost zasiadają członkowie i bojówkarze partii nazistowskiej – „Swobody”.
Co gorsza, zagrożenie wcale nie jest obecne tylko na Ukrainie. Przeciwnie, fakt, że w zachodniej części tego kraju wyrosło całe pokolenie zatrute zbrodniczą ideologią, że przeniknęła ona nawet w kręgi Cerkwi Grekokatolickiej – powoduje, że banderyzm jest już także w Polsce. Studenci, doktoranci, klerycy unickiego seminarium duchownego w Lublinie – niestety, banderowcy dotarli ze swymi wpływami także i do tych środowisk. Co tragiczne – korzystających z polskiej gościny, polskich stypendiów naukowych, ale już niezainteresowanych prawdą historyczną o zbrodniach popełnianych na Polakach, a także na sprawiedliwych Ukraińcach, Ormianach, Czechach, czy Żydach z Kresów.
Młodzi Ukraińcy w ubiegłym roku próbowali zakłócić obchody ku czci ofiar ludobójstwa, głośno krytykowali akcję zbierania podpisów za stworzeniem Skweru Ofiar Wołynia w Lublinie, a modlitwy Kresowian wykpiwano na stronie internetowej… unickiego Seminarium.
Mamy do czynienia z wojną o prawdę, ale i z wojną o świadomość. Także – świadomość młodego pokolenia Ukraińców, któremu należy się wyzwolenie z oparów nazizmu. Właśnie po to, byśmy mogli budować wspólną przyszłość naszych – bliskich sobie wszak i pokrewnych narodów – musimy tę walkę wygrać. Propagandzie – wystarczy przeciwstawić twarde fakty i ustalenia naukowców [oraz pluton egzekucyjny - admin].
Przy okazji 5-tej rocznicy haniebnej decyzji KUL-u i związanych z nią protestów, ale przede wszystkim w związku z 71-rocznicą Krwawej Niedzieli Wołyńskiej, 11 lipca 1943 r., kiedy to jednej nocy banderowcy spalili blisko 100 polskich miejscowości, mordując kilka tysięcy ludzi – lubelskie środowiska Kresowe, narodowe i patriotyczne występują z inicjatywą, skierowaną do lubelskiego metropolity, ks. abp. Stanisława Budzika, rektora Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie ks. dra Marka Słomki oraz do Prefekta alumnów greckokatolickich w MSD ks. Bogdana Pańczaka.
Jest rzeczą kluczowego znaczenia, by przyszli uniccy księża, zanim przystąpią do posługi – odbyli obowiązkowe zajęcia obejmujące dzieje ludobójstwa, jakiego banderowcy dopuścili się na Kresach, w tym wizyty na miejscach zbrodni, świadectwa świadków i dowody materialne zbrodni dokonywanych z wyjątkowym przecież bestialstwem.
Niestety, ukraińska młodzież opuszczając szkoły, zwłaszcza na Ukrainie Zachodniej nie tylko nie ma świadomości zbrodniczości teorii i praktyki banderyzmu, ale też nie zna podstawowych faktów o rzeziach i mordach, jakich ukraińscy nacjonaliści dopuszczali się w trakcie II wojny światowej i jeszcze długo po niej.
Nauka prawdziwej historii powinna być podstawowym wymogiem wszelkich komisji międzyrządowych i międzyuczelnianych pracujących nad uzgodnieniem programów szkolnych. Na tym odcinku współpraca polsko-ukraińska praktycznie została sparaliżowana. Możemy i musimy więc oddziaływać przynajmniej na ten odcinek edukacji młodych Ukraińców, jaki odbywa się w Polsce – na naszych uczelniach, zwłaszcza tych, na których kształcą się duchowni, ale także nauczyciele, dziennikarze, czy przyszli… politycy ukraińscy.
W obecnej atmosferze nawet ukraińscy badacze piszący prawdę o zbrodniach nacjonalistów – milkną, czując zagrożenie dla zdrowia i życia. Jeśli faktycznie chcemy pomóc budować Ukrainę nowoczesną, z obywatelskim społeczeństwem, wolnością słowa i badań naukowych i nie tylko deklaratywną demokracją – pomagajmy uczyć Ukraińców prawdy, by wyzwolić ich z oparów nazizmu.
Jest wielki wyzwaniem dla Kościoła katolickiego i Cerkwi Grekokatolickiej, by za pomocą swej jednostki edukacyjno-formacyjnej w Lublinie – uczyniły pierwszy krok w kierunku tego wyzwolenia.

Konrad Rękas

http://konserwatyzm.pl/artykul/12287/ba ... iz-sadzimy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 12 lip 2014, 06:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30921
Prawda, nie eufemizmy

Piotr Czartoryski-Sziler

To było straszne ludobójstwo i trzeba je nazywać po imieniu. Zaplanowane i w perfidny sposób wykonane na bezbronnych Polakach – mówił na skwerze Wołyńskim w Warszawie Szczepan Siekierka, prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów.

Przez cały piątek trwały w stolicy uroczystości upamiętniające 71. rocznicę mordu Polaków na Wołyniu, dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich, i 70. rocznicę banderowskiego ludobójstwa w Małopolsce Wschodniej. Zorganizowała je Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Zaczęły się na skwerze Wołyńskim przed pomnikiem upamiętniającym mordy na bezbronnych ludziach. Obecni byli minister Jan Ciechanowski, szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, przedstawiciele ministra kultury, organizacji kresowych, badaczka zbrodni Ewa Siemaszko i przedstawiciele wojska.

Andrzej Krzysztof Kunert, sekretarz ROPWiM, przypomniał historię pomnika na skwerze i ubiegłoroczne uroczystości.

– Dziś po raz drugi chcemy tu oddać hołd ofiarom zbrodni wołyńskiej i odmówić modlitwę – powiedział Kunert. Głos po nim zabrał Szczepan Siekierka. Prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów zarzucił współczesnym politykom i historykom odpowiedzialność za braki w edukacji na temat prawdy o zbrodni. – Pan minister powiedział o zamordowanych 100 tysiącach. Proszę państwa, jest udokumentowanych 200 tys. osób narodowości tylko polskiej i ponad 300 tys. żydowskiej – wskazał.

Siekierka przywołał bolesne karty historii własnej rodziny.

– We wrześniu 1944 r. mój stryj Jan Siekierka, jadąc do młyna z córką, został napadnięty przez ukraińskich bandytów i zamordowany. Wyjęli mu serce i jeździli po okolicznych wioskach, śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła”. Mojej stryjence i jej dwóm córkom, a moim kuzynkom, wydłubali oczy i żywcem wrzucili do studni. My o tej prawdzie musimy mówić – mówił poruszony Siekierka.

– 22 grudnia 1944 r. została zadźgana widłami druga moja ciocia. Jej siostrę, niespełna 20-letnią, nacjonaliści ukraińscy rozebrali, porąbali siekierą i podpalili. Kolejna ciocia nie zdążyła zabrać dziecka z domu podczas napadu. Gdy udało się jej do niego szczęśliwie wrócić, jej dziecko było całkowicie oskalpowane w kołysce. To są fakty. Tej zbrodni absolutnie nie można zapomnieć – dodał.

Jak mówić o Kresach?
Kresowiacy nie mają pretensji do narodu ukraińskiego, ale mówią jasno: nie można dziś uznawać bandytów za regularną armię.

– To jest terminologia stworzona przez historyków i ludzi, którzy na ten temat z autopsji mało wiedzą – skwitował Siekierka.

W kościele św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży odprawiona została uroczysta Msza św. za dusze pomordowanych. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który jej przewodniczył, zaznaczył w homilii, że wielu Polakom wydawało się, że rok 1989 będzie rokiem przełomowym, że wreszcie głośno powie się prawdę o ludobójstwie na Kresach Wschodnich.

– Niestety od 25 lat politycy przez nas wybierani boją się o swoje posady, tej czy innej ambasady, jeszcze inni siebie nawzajem. Rok temu była wielka szansa, żeby powiedzieć prawdę w 70. rocznicę wydarzeń. I wtedy był apel do parlamentarzystów polskich, żeby wreszcie mieli odwagę, jak przystało na Polaków. Niestety w Sejmie zabrakło 10 głosów. Chwała tym posłom, którzy głosowali za prawdą, i wielka hańba tym posłom, którzy głosowali za fałszywym, zakłamanym określeniem „czystki etniczne o znamionach ludobójstwa” – wskazał kapłan.

– Z przykrością muszę powiedzieć, że jak teraz patrzę od ołtarza, to żadnych polityków nie widzę. Mają inne ważne rzeczy, walkę o stołki w Sejmie, nagrywanie się wzajemne w restauracjach. Wszystko jest ważne, tylko nie udział w naszych uroczystościach – podsumował.

Jak tłumaczy Tadeusz Samborski, wiceszef Ogólnopolskiego Społecznego Komitetu Obchodów 70. rocznicy Banderowskiego Ludobójstwa w Małopolsce Wschodniej, prawda o ludobójstwie na Kresach Wschodnich może być ważnym elementem tożsamości narodowej.

– Ona się przebija z trudem, ale przecież mamy prawo do moralnej oceny przeszłości, jak też mamy prawo, a nawet obowiązek do troski o zachowanie pamięci o tych, którzy sami już się obronić nie mogą – mówi Samborski. Przypomina, że na Wołyniu Polacy ginęli w 1,5 tys. miejscowościach, a tylko w 150 są ich odpowiednio upamiętnione mogiły.

– Prawda o ludobójstwie to jest zadanie nie tylko dla społeczników entuzjastów i organizacji kresowych, ale powinna być elementem programu państwowego, bo to ociera się o sprawę honoru państwa i Narodu – wyjaśnia nasz rozmówca.

– Jeśli państwo nie jest w stanie uhonorować swoich ofiar sprzed 71 lat, to znaczy, że coś w tej strukturze pamięci narodowej szwankuje. Stosowanie wszelkiego rodzaju eufemizmów i zamienników w postaci „czystki etniczne o znamionach ludobójstwa” zaciera faktyczny obraz sytuacji – podkreśla Samborski.

Po Mszy św. uczestnicy uroczystości przemaszerowali na Krakowskie Przedmieście pod Dom Polonii. Tu przypomniano historię zbrodni ukraińskich na Kresach i odtworzono fragmenty wspomnień ludzi cudownie uratowanych spod siekiery, wideł czy noży.

http://www.naszdziennik.pl/wp/85040,pra ... mizmy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 12 lip 2014, 11:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/07/11 ... z-oun-upa/

Patroni obchodów zbrodni ludobójstwa dokonanej przez OUN-UPA
Posted by Marucha w dniu 2014-07-11 (piątek)

Tegoroczne obchody 70. rocznicy zbrodni ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA w Małopolsce Wschodniej maja miejsce w dniu 11 lipca uznanego przez środowiska kresowe za Dzień Pamięci Męczeństwa Kresowian. Patronami obchodów są trzy ofiary mordów – Zygmunt Jan Rumel, Weronika Wąsik i ks. Ludwik Wrodarczyk.

ZYGMUNT JAN RUMEL
Zygmunt Jan Rumel, urodzony 22 lutego 1915 roku w Petersburgu, syn Władysława, oficera Wojska Polskiego, bohatera wojny polsko-bolszewickiej, odznaczonego Krzyżem Virtuti Militari, osadnika wojskowego spod Wiśniowca na Wołyniu i Janiny z Tymińskich, był absolwentem Liceum Krzemienieckiego.

Obrazek

Oboje rodzice Zygmunta Jana byli działaczami społecznymi, pracującymi na rzecz podniesienia gospodarczego i cywilizacyjnego Wołynia. Od lat szkolnych wdrażali syna do tej pracy. Jako uczeń był Zygmunt Jan Rumel postacią wyrazistą. Miał wiele zainteresowań: oprócz poezji fascynował go teatr. Ponadto działał w harcerstwie i uprawiał boks.
Już wtedy dostrzegano w nim cechy charyzmatycznego przywódcy i silny prawy charakter. Jednocześnie u tego kilkunastolatka ujawnił się talent poetycki. Pierwsze próby publikował Zygmunt w licealnym „Naszym Widnokręgu”. Ponadto miał zacięcie publicystyczne. Mógł je z satysfakcją realizować zwłaszcza po maturze, którą zdał w 1935 roku. Studiując w Warszawie polonistykę, dzielił czas między stolicę i Krzemieniec.
Jako członek Zrzeszenia Byłych Wychowanków Liceum Krzemienieckiego, od roku 1937 redagował miesięcznik „Droga Pracy”, dodatek do „Życia Krzemienieckiego”, poświęcony ważnym sprawom regionu. Zygmunt znał język ukraiński, był zaprzyjaźniony z wieloma Ukraińcami. Należał do Wołyńskiego Związku Młodzieży Wiejskiej, angażował się w pracę uniwersytetu ludowego w Różynie, pomagał w redagowaniu dwujęzycznego, polsko-ukraińskiego, pisma „Młoda Wieś-Mołode Seło”.
Uważał, że jego samego ukształtowały dwie kultury, czemu dał wyraz w wierszu o znamiennym tytule Dwie matki. Tymi matkami były Polska i Ukraina.
Zygmunt Jan Rumel czuł się mocno zakorzeniony na Wołyniu. Jako Polak zanurzony był w historii, zwłaszcza w tradycji niepodległościowej. Jako poeta – w poezji polskiego romantyzmu, między innymi tak zwanej szkoły ukraińskiej. Pozostała po nim garstka ocalonych czterdziestu wierszy.
Już od pierwszych miesięcy wojny włączył się „Krzysztof Poręba” – taki miał pseudonim – w pracę konspiracyjną, w Warszawie i na Kresach. Kazimierz Banach, współorganizator Stronnictwa Ludowego „Roch” i Batalionów Chłopskich, wysłał Rumla wczesną jesienią 1941 roku na Wołyń, aby, wykorzystując swoje dawne kontakty z działaczami Wołyńskiego Związku Młodzieży Wiejskiej, organizował tam siatkę łączności.
A w styczniu roku 1943 mianował Banach Zygmunta Rumla komendantem VIII okręgu BCh. Również na polecenie Banacha, w sytuacji nasilających się banderowskich rzezi Polaków na Wołyniu, zgodził się Rumel podjąć rozmowy ze sztabem OUN-UPA, w celu ich powstrzymania. Było to na początku lipca, kiedy ludobójstwo banderowskie osiągnęło apogeum. Na misję emisariusza Polski Podziemnej upowcy odpowiedzieli zbrodnią.
10 lipca 1943 roku w Kustyczach koło Turzyska w powiecie kowelskim porucznik Zygmunt Jan Rumel, towarzyszący mu podporucznik Krzysztof Markiewicz oraz ich przewodnik Witold Dobrowolski zostali storturowani i rozerwani końmi.

WERONIKA WĄSIK
Rolniczka; córka Anny i Józefa Mazurów, ur. 14 grudnia 1898 r. we wsi Czternastówka koło Brzeżan (obecnie ZSRR), w rodzinie chłopskiej. Ukończyła szkołę elementarną. Od 1911 r. mieszkała w powiecie buczackim – w Sawałuskach, gdzie jej rodzina w ramach akcji parcelacyjnej objęła gospodarstwo rolne.

[img]http://mysl-polska.pl/gif/Weronika%20Wąsikowa%204%20-%20sanitariuszka%20(A8348).jpg[/img]

Przed I wojną światową była członkiem Drużyn Bartoszowych, w czasie wojny służyła ochotniczo w Legionach Polskich. Aresztowana przez austriacką żandarmerię została osadzona w ciężkim obozie dla internowanych w Sitzendorfie. Po uwolnieniu z więzienia, wcielono ją do austriackiej służby sanitarnej. Po zakończeniu wojny otrzymała pracę w oddziałach zakaźnych w Wojsku Polskim. W 1922 r. za służbę w wojsku otrzymała stopień sierżanta i pozwolenie na powrót do domu.
Od 1919 r. członek Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”, a od 1931 r. członek władz powiatowych Stronnictwa Ludowego oraz działaczka wielu organizacji rolniczych. W 1937 r. współorganizatorka strajku chłopskiego w pow. buczackim. Po strajku represjonowana, pobita przez policję i uwięziona na „Brygidkach” we Lwowie, jej gospodarstwo zostało spacyfikowane.
Współpracowała z Okręgowym Towarzystwem Organizacji i Kółek Rolniczych w Buczaczu i we Lwowie. W sąsiedniej wsi Kowalówka zorganizowała i prowadziła koło gospodyń wiejskich.
W okresie okupacji, od 1942 r. pod pseudonimem „Wera” komendant Obwodu BCh Buczacz. Była jedyną kobietą pełniącą w okresie okupacji na ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej funkcję komendanta obwodu BCh. Wykazała duże zdolności w organizowaniu placówek i oddziałów BCh. Pod jej komendą BCh w obwodzie buczackim stanowiły największą siłę w całym okręgu lwowsko-stanisławowskim.
Jej dom stał się kwaterą Komendy Obwodu BCh. Jako komendant obwodu organizowała placówki BCh w terenie, zdobywała broń i amunicję, którą często przechowywała w swoim gospodarstwie, a następnie przekazywała przez łączników do tworzonych oddziałów partyzanckich i na placówki. Nabyte w I wojnie doświadczenie w sprawach politycznych i wojskowych predestynowały ją do pełnienia tak ważnej funkcji. Równocześnie zostało jej powierzone kierownictwo Ludowego Związku Kobiet.
Wobec narastającego zagrożenia Wąsikowa, po naradzie ze sztabem, wydała rozkaz koncentracji żołnierzy BCh i wyznaczyła punkty zborne na wypadek alarmu. W lipcu 1943 r. zorganizowała oddział partyzancki w Kowalówce-Szwejkowie. Na wieść o nadciągających bandach Iwana Buli oddział przeniósł się w lasy hucieńskie i koropieckie.
W końcu stycznia we wsi Korościatyn doszło do największej rzezi Polaków w obwodzie buczackim przez banderowców. Nazajutrz, po korościatyńskiej tragedii Wąsikowa zwołała naradę sztabową w Monasterzyskach, apelując, aby komendanci bechowskich placówek mobilizowali chłopów do przenoszenia się do miast, gdyż we wsiach grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Sama jednak postanowiła pozostać na placówce i we własnym domu.
Tu została zamordowana w nocy, z 12 na 13 marca, w Wielką Sobotę 1944 r., wraz z 70-letnią siostrą Anielą. Obie zostały pogrzebane w jednym dole, w ogrodzie, tuż obok domu.
29 marca 1999 r. Wąsikowa została pośmiertnie odznaczona Krzyżem Batalionów Chłopskich, a 7 kwietnia – Krzyżem Partyzanckim. Z inicjatywy Ogólnopolskiego Związku Żołnierzy Batalionów Chłopskich ufundowano Tablicę Pamięci Weroniki Wąsikowej, której odsłonięcie i poświecenie odbyło się w Katedrze Polowej WP 15 października 2000 r.

KS. LUDWIK WRODARCZYK
Ksiądz Ludwik Wrodarczyk był gorliwym duszpasterzem ze Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej i został w okrutny sposób zamordowany przez upowców w grudniu 1943 roku.
Ludwik Wrodarczyk urodził się 25 sierpnia 1907 roku w Radzionkowie na Górnym Śląsku w wielodzietnej rodzinie górniczej. Nowicjat rozpoczął w sierpniu 1926 roku w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej (OMI). Pierwsze śluby zakonne złożył w Markowicach na Kujawach w roku 1927.

Obrazek

Po studiach w oblackim seminarium duchownym w Obrze przyjął święcenia kapłańskie 10 czerwca 1933 roku. Pracę duszpasterską rozpoczął w sanktuarium maryjnym w Kodniu nad Bugiem. Od lipca 1939 roku posługiwał na Wołyniu. Mimo trudnych lat wojny, pracował owocnie nie tylko jako duszpasterz w nowoutworzonej parafii w Okopach. Wykorzystując swoją wiedzę zielarską niósł pomoc w chorobach zarówno swoim parafianom, jak i mieszkańcom ukraińskich wiosek.
W czasie okupacji niemieckiej ksiądz Ludwik Wrodarczyk odważnie niósł pomoc Żydom, za co Instytut Yad Vashem nadał mu pośmiertnie medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.
W nocy z 6 na 7 grudnia 1943 roku, kiedy ludność polska w Okopach uciekła do lasu w obawie przed napadem UPA, ksiądz pozostał w kościele. Tam go znaleźli oprawcy i doprowadzili do ukraińskiej wsi Karpiłówka. Po bestialskich torturach nagiego księdza Ludwika wyrzucono przed dom na śnieg, a jeszcze żywemu morderca wyrwał serce z rozrąbanej piersi.
Od kilku lat przygotowywany jest proces beatyfikacyjny księdza męczennika. Decyzję podjął rzymskokatolicki episkopat Ukrainy, kierowany przez arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego. W ramach obchodów 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu Ukraińska Konferencja Biskupia poparła starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Decyzja zapadła na 41. plenarnym posiedzeniu episkopatu w Berdyczowie w dniach 16-18 kwietnia 2013 roku.

Myśl Polska, nr 27-28 (6-11.07.2014)
http://mysl-polska.pl/node/144


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co łączy, a co dzieli Polskę i Ukrainę?
PostNapisane: 13 lip 2014, 10:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.infonurt3.com/index.php?opti ... &Itemid=56

Polskę i Ukrainę dzielą banderowcy - ci w Polsce i ci na Ukrainie.

Kopia artykułu:

Zepchnięci na margines pamięci

http://kresy24.pl/53569/zepchnieci-na-margines-pamieci/

"Do dziś mam w pamięci pewną staruszkę, która to zaproszenie przyjęła. Opowiadała potem, że przedarła się do prezydenta, próbując przekonać go do projektu sejmowej uchwały w sprawie ofiar UPA, która zawierałaby słowo „ludobójstwo”. Odniosła wrażenie, że Pan Prezydent… zdawał się w ogóle nie znać tych argumentów i żywo się nimi zainteresował!"

Obrazek
Skwer Wołyński w Warszawie. Tak Polacy upamiętniają swoich bohaterów…


Skwer Wołyński w Warszawie, mimo włożonej w niego ogromnej pracy i starań weteranów 27 Wołyńskiej Dywizji AK, jest położony tak, jakby ktoś chciał, żeby przyszłe pokolenia jak najszybciej zapomniały o ludobójstwie OUN-UPA. Chyba, że już wcześniej „zasypie go, zawieje” i dopiero 500 lat później odkopią go archeolodzy.

Obrazek
Pomnik Bandery we Lwowie – tak banderowcy upamiętniają swoich bohaterów


Każdego roku uroczystości upamiętniające ofiary Ludobójstwa Wołyńsko-Małopolskiego, niezależnie czy mniej czy bardziej skromne, przypominają mi o przykrej pułapce, w którą wmanewrowano Okręg Wołyński Światowego Związku Żołnierzy AK. Skwer Wołyński można wręcz uznać za symbol traktowania tej niechcianej pamięci o zbrodni przez sprostytuowany świat polityki.
Weterani z Okręgu przez wiele lat walczyli o stosowne upamiętnienie. Rzecz jasna, nie tylko swojej 27 Dywizji, czy polskiej obecności na Wołyniu, ale przede wszystkim pomordowanych członków ich rodzin.
Już sama nazwa skweru jest taka, że komuś niezorientowanemu nic o tej zbrodni nie powie. Czemu nie „Skwer ofiar UPA” albo „Skwer ofiar ludobójstwa OUN-UPA”? Bo polskie władze, przejmujące się bardziej „wrażliwością ukraińską” (a de facto: banderowską) niż własnymi rodakami, nigdy by się na to nie zgodziły.
Dopiero jeśli ktoś uda się na Skwer, będzie ewentualnie w stanie zrozumieć, co chcieli wyrazić autorzy tego miejsca. Chociaż miecz z napisem „Obrońcom Ojczyzny” wystający zza ekranów też niewiele mówi przypadkowym kierowcom przejeżdżającym obok Trasą Armii Krajowej.
Sprawa powstawania tego upamiętnienia sięga jeszcze 60 rocznicy banderowskiego ludobójstwa i jest opisana w książce „Droga do prawdy” autorstwa byłego prezesa OW ŚZŻAK Andrzeja Żupańskiego. Nie będę więc do tego wracał. Jednak on sam mówił wielokrotnie to, czego nie chcieli z powodów emocjonalnych powiedzieć jego koledzy: „Lokalizacja jest fatalna”.
Upamiętnienie tylko pośrednio jest poświęcone ofiarom. A jego położenie i wymowa jest zdecydowanej większości warszawiaków kompletnie nieznana, a już szczególnie jeśli ktoś pochodzi spoza stolicy. Znają to miejsce tylko zainteresowani tematem, choć też nie wszyscy.
Właściwie od zawsze oferowane Wołyniakom w stolicy lokalizacje były takie, by sprawę zamieść pod dywan. No i udało się. Przytulone do ekranów akustycznych miejsce odwiedzają głównie miejscowi spacerujący z pieskami. Oprócz nich „składają hołd” pomordowanym ich sąsiedzi uprawiający jogging. Tylko raz na rok ożywa ono z okazji rocznicy, kiedy zazwyczaj w lipcowym skwarze ściągają nań weterani Okręgu i ci, którzy chcą wyrazić swój szacunek dla nich. Oficjalni goście honorowi to najczęściej trzeciorzędny garnitur polskich władz.
Zresztą Skwer jest taki, że nawet jakby ktoś chciał tam zrobić duże uroczystości, nie ma na to miejsca. A to i tak najlepsza z lokalizacji, które oferowały władze. Trudno się dziwić weteranom, że się na nią zgodzili. Tyle lat zmagań o pamięć, bezpodstawnego zarzucania im nienawiści do Ukraińców za przypominanie o degeneratach z UPA. Mieli po prostu dość czekania.
Dlatego teraz to, co wywalczyli z takim trudem, choćby nawet było ochłapem, jest dla nich złotem. Ale przecież zarówno oni, jak i w ogóle środowiska kresowe marzyły pewnie o uroczystościach w centrum Warszawy, gdzie byłyby one dostrzegane przez społeczeństwo.
Ponieważ nie było pomnika bezpośrednio poświęconego ofiarom OUN-UPA, zaś sam Skwer przypomina tylko ofiary z jednego województwa, środowiska kresowe podejmowały starania o inny pomnik.
I oto po latach upominania się przez Kresowian o taki pomnik stała się rzecz zupełnie nieoczekiwana: w okrągłą 70 rocznicę Wołynia szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert postanowił wytrącić Kresowianom argumenty z ręki i postawił kolejny pomniczek w tym samym miejscu. Jeszcze przedtem wraz z liderami środowisk kresowych próbowaliśmy użyć wszelkich racjonalnych argumentów by tego nie robił i nie „uszczęśliwiał” Kresowian na siłę.
Lokalizację pomnika narzucono w sposób rażący. „Konsultację” w tej sprawie w ROPWiM, w której uczestniczyłem, można streścić zdaniem: Jakie upamiętnienie i gdzie byście Państwo chcieli i dlaczego właśnie w miejscu i w formie, którą my proponujemy? Kresowian postawiono w zasadzie przed faktem dokonanym, zwracając się do nich „za pięć dwunasta” przed planowanym terminem upamiętnienia.
W środowiskach kresowych zastanawiano się, czy w tej sytuacji przyjąć zaproszenie na obchody od prezydenta Komorowskiego. Tylko niektórzy spośród Kresowian je przyjęli, z rezygnacją uznając, że i tak już nic się nie da zrobić, a „tamtych” i tak się nie przewalczy. I tym samym – wbrew swej woli – stali się dla władzy swoistym dowodem „zgody ludu” na taki kształt i miejsce upamiętnienia.
Do dziś mam w pamięci pewną staruszkę, która to zaproszenie przyjęła. Opowiadała potem, że przedarła się do prezydenta, próbując przekonać go do projektu sejmowej uchwały w sprawie ofiar UPA, która zawierałaby słowo „ludobójstwo”. Odniosła wrażenie, że Pan Prezydent… zdawał się w ogóle nie znać tych argumentów i żywo się nimi zainteresował!
Po haniebnym głosowaniu w Sejmie, w którym większość rządowa odrzuciła wariant ze słowem „ludobójstwo”, staruszka apelowała byśmy przesłali prezydentowi stosowne informacje w celu zawetowania przez niego „wołyńskiej” uchwały w takim kształcie. Serce pękało, gdy się jej słuchało, kiedy widziało się tę piękną naiwność pełną wiary w dobre intencje polityków. Cóż, pewnie Pan Prezydent nie tyle „zainteresował się” tym, co mówiła staruszka, co raczej okazał jej kurtuazję. A uchwały historycznej się przecież nie wetuje…
Minister Kunert, który w taki sposób rozegrał sprawę pomnika, spełnił wtedy jeszcze jedną rolę. Swoją długą mową w sejmowej komisji przekonywał do wersji uchwały proponowanej przez większość posłów PO, czyli bez słowa „ludobójstwo” i bez ustanowienia 11 lipca Dnia Pamięci Męczeństwa Kresowian. Co za „zbieg okoliczności” z jego postawą w sprawie pomnika! Czy dla upamiętnienia bolszewickich bojców z Ossowa miał więcej serca?
W efekcie Kresowianie z rodzin pomordowanych przez UPA pozostali bez godnego pomnika. Bo nie jest nim to, co powstało na Skwerze Wołyńskim. Za to można było pokazać opinii publicznej, że „coś się w tej sprawie zrobiło”, a jednocześnie nie podpaść neobanderowcom. Pomnik postawiony został niemal „w krzakach”, po przeciwnej stronie ulicy niż Skwer Wołyński, z dużo mniejszym rozmachem.
Na wspomnianym posiedzeniu sejmowej komisji minister Kunert opowiadał jak to dzielnie targowano się z lokalnymi władzami na zachodniej Ukrainie w sprawie upamiętnienia leżących tam Polaków. I doprawdy wytargowano dla nas: pozwolenia na nic nie mówiące swoją treścią tablice na upamiętnieniach. Neobanderowcy zaś stawiają na terenie Polski pomniki ludobójcom gdzie chcą i z inskrypcjami jakie chcą. ROPWiM nie chce ich usunąć.
Tak więc nadal nie mamy w stolicy godnego upamiętnienia ofiar ludobójstwa OUN-UPA. Godny pomnik, aby w ogóle przekazywał coś następnym pokoleniom, musi bowiem spełniać trzy warunki:

Po pierwsze – musi stanąć w godnym miejscu, gdzie zobaczą go Polacy, a także turyści zagraniczni. Po drugie – musi mieć atrakcyjną formę, która przekona ich by dowiedzieć się czemu jest poświęcony. Po trzecie – musi zawierać inskrypcję zgodną z prawdą, czyli nazwę zbrodniarzy OUN-UPA i słowo „ludobójstwo”.
Pominięcie choćby jednego z tych warunków jest równoznaczne z zanegowaniem postulatu przekazywania stosownej wiedzy o tej zbrodni naszym dzieciom i osobom z innych państw. Pomnik postawiony przez Andrzeja Kunerta nie spełnia żadnego z tych warunków. Co więcej, znajduje się w miejscu jeszcze mniej wygodnym niż „stary” prowizoryczny Skwer poświęcony pamięci ofiar UPA.

Obrazek
Pomnik…


Tymczasem radni ze Lwowa debatują sobie nad najbardziej atrakcyjną lokalizacją pomnika mordercy Polaków Szuchewycza, aby widzieli go wszyscy turyści. Zobaczmy też z jakim rozmachem został wyeksponowany we Lwowie pomnik innego ukraińskiego przestępcy – Bandery. Porównajmy to z godnym pożałowania „dokonaniem” ROPWiM.
Za to w samym centrum Warszawy, przy Nowym Świecie, znalazło się neobanderowskie centrum „Ukraiński świat”, z którego 11 lipca 2014, z pierwszego piętra fotografowano uczestników Marszu Pamięci. Jak bowiem można inaczej określić placówkę, która z medialną pompą gości członków organizacji Prawy Sektor i Partii Swoboda gloryfikujących morderców Polaków. A teraz przypomnijmy sobie zepchnięty na Plac Hallera, za Wisłę i atakowany przez Gazetę Wyborczą, a potem w ogóle zlikwidowany Instytut Kresowy.
„Nie deprecjonujmy Skweru Wołyńskiego” – mówił minister Kunert, próbując przekonać do swojej koncepcji opierających się jej Kresowian. Upominał nas tak, jakbyśmy to my nie mieli do tego upamiętnienia szacunku. Co za piękna troska o Wołyniaków i weteranów Okręgu Wołyńskiego! Czyli Skwer Wołyński i centrum „Ukraiński świat” są dokładnie tam, gdzie powinny? Tylko czy my, Polacy, jesteśmy jeszcze u siebie, czy już może nie? A może jeszcze nie byliśmy i trzeba nadal na to czekać?
Póki co zamierzam więc chodzić na Skwer Wołyński, ale rzecz jasna, nie tę nową cześć, tylko ten dawny, prowizoryczny – żoliborski. I mam nadzieję, że nadejdzie czas, gdy w stolicy powstanie godny pomnik, nasz pomnik. Będę go mijał jadąc autobusem przez centrum, gdzie na razie na takie rzeczy ponoć „nie ma miejsca”.
Zapewne tak samo niedawno, mogło „nie być miejsca” w centrum dla pomnika Reagana w Warszawie. A jednak się znalazło…

Aleksander Szycht


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 242 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14 ... 17  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /