Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Niemcy mordercami narodów

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 276 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 19  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 28 wrz 2011, 10:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
ZYGMUNT ALBERT

KAŹŃ PROFESORÓW LWOWSKICH W LIPCU 1941 ROKU

W trzecim roku II wojny światowej Niemcy hitlerowskie zdecydowały się uderzyć na Związek Radziecki. Przygotowały się do tego bardzo starannie, tak militarnie, jak i politycznie. Przy okazji zniszczenia wrogiego sobie ideologicznie państwa postanowili Niemcy rozprawić się nie tylko z Żydami i radzieckimi przywódcami, lecz również z polską inteligencją, zamieszkałą na wschód od Sanu. Nie chodziło tu o odstawienie wspomnianych warstw narodów do więzień czy obozów koncentracyjnych, lecz o fizyczne ich zniszczenie, o likwidację, jak to sami Niemcy powszechnie nazywali.

Posłuchajmy zresztą, co powiedział generalny gubernator Hans Frank na temat aresztowanych w 1939 r. krakowskich profesorów: „Nie da się opisać, ileśmy mieli zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę załatwili na miejscu, miałaby ona całkiem inny przebieg. Proszę więc Panów usilnie, by nie kierowali już Panowie nikogo więcej do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podejmowali likwidację na miejscu lub wyznaczali zgodną z przepisami karę. Każdy inny sposób postępowania stanowi obciążenie dla Rzeszy i dodatkowe utrudnienie dla nas. Posługujemy się tutaj całkiem innymi metodami i musimy je stosować nadal"1.

Przemówienie to wygłosił Frank do przedstawicieli SS i policji dnia 30 V 1940 r., ale nie zostało ono podane do wiadomości nawet ogółu Niemców. Polacy dowiedzieli się o tej złowieszczej groźbie dopiero po wojnie, ale odczuwali ją na własnym ciele już wcześniej, po rozpoczęciu wojny we wrześniu 1939 r. jako że zagłada inteligencji i w ogóle warstw przywódczych polskich została zadecydowana już przed wojną. Oskarżyciel brytyjski Sir David Maxwell-Fyfe w dniu 29 sierpnia 1946 r. w czasie 214 dnia rozprawy norymberskiej przytoczył przemówienie Himmlera, wygłoszone w 1941 r. do oficerów dywizji SS-Leibstandarte: „Bardzo często członkowie Waffen SS rozmyślają na temat deportacji, jakie tu mają miejsce. I mnie przyszło to na myśl, gdy patrzyłem na tak trudną pracę policji bezpieczeństwa wykonywaną tam przy pomocy naszych ludzi. Zupełnie tak samo było w Polsce podczas 40-stopniowego mrozu, gdy musieliśmy pędzić tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy ludzi, gdy musieliśmy mieć w sobie dość bezwzględności, by — co powinniście usłyszeć, lecz natychmiast zapomnieć — rozstrzelać tysiące czołowych osobistości spośród Polaków".

Dla tych celów zostały przez Heinricha Himmlera, ministra Rzeszy, naczelnego dowódcę hitlerowskiej policji i równocześnie dowódcę osławionej organizacji SS-Ochronnych Sztafet (Schutz-Staffeln), utworzone specjalne oddziały Einsatzkommanda. Jednostki te pod dowództwem wysokich oficerów SS i policji miały podążać tuż za armią, wkraczać z gotowymi listami proskrypcyjnymi do zdobytych miast, natychmiast aresztować prominentne osoby i rozstrzeliwać je. Hitler i Himmler przestrzegali, że działalność tych specjalnych oddziałów nie podlega kontroli ani prokuratur, ani sądów, a jakakolwiek próba mieszania się tych instancji w działalność oddziałów będzie tępiona.

Lwów został zajęty przez armię niemiecką 30 czerwca 1941 r., gorąco witaną przez część Ukraińców. Natychmiast pojawiły się na ulicach Lwowa liczne grupy młodzieży ukraińskiej z żółto-niebieskimi opaskami na ramieniu lub kokardami o tych barwach w klapie marynarek. Ci młodzi ludzie wywlekali z domów Żydów, każąc im sprzątać gołymi rękami szkło z rozbitych okien, gęsto zaścielające ulice. Następnego dnia weszło do miast kilka Einsatzkommando, wśród nich jedno pod dowództwem SS-Brigadenführera dra Eberharda Schoengartha. Ten człowiek w randze generała był już dobrze znany Polakom w Generalnej Guberni. Właśnie jego oddział na polecenie Himmlera aresztował profesorów krakowskich 6 XI 1939 r. i odesłał do obozów koncentracyjnych. Wielu z nich zmarło w obozie lub wkrótce po zwolnieniu. Grupa Schoengartha rozpoczęła swą działalność we Lwowie już następnego dnia po wkroczeniu, aresztując przede wszystkim Żydów. Dnia 2 lipca przed południem uwięziła b. premiera rządu Rzeczypospolitej, 59-letniego prof. Politechniki, Kazimierza Bartla. Żonę i córkę profesora natychmiast wyrzucono z mieszkania, pozwalając zabrać jedynie osobiste rzeczy. Profesora umieszczono w budynku dawnej dyrekcji elektrowni przy ul. Pełczyńskiej, gdzie była wówczas siedziba dowództwa grup Schoengartha.

Nikt z Polaków nie zdawał sobie sprawy, że aresztowanie prof. Bartla było tylko wstępem do tragedii, jaka rozegrała się w następnym dniu. Nocą z 3 na 4 lipca 1941 r. między godziną 22 a 2 kilka oddziałów złożonych z członków SS, policji i polowej żandarmerii pod dowództwem oficerów SS rozjechało się po mieście i przeprowadziło aresztowania profesorów wyższych uczelni we Lwowie. Poza profesorami zabierano wszystkich obecnych w mieszkaniu mężczyzn powyżej 18 roku życia. Na ogół panował pośpiech, kazano się szybko ubierać (część profesorów już spała), przeprowadzano zwykle powierzchowną rewizję, rabując przy tej okazji złoto, dewizy, inne przedmioty wartościowe i w jednym przypadku maszynę do pisania. Dowódcy poszczególnych grup przeprowadzających aresztowania dobrze wiedzieli, jaki los czeka zatrzymanych przez nich profesorów i ich synów. Syn prof. Cieszyńskiego, mimo, że miał 20 lat, nie został zabrany z ojcem. Widocznie drgnęło coś w sercu oficera i zlitował się nad matką. Był to jedyny wypadek niezabrania mężczyzny powyżej 18 lat. Komisarz policji Kurt, aresztujący prof. Sołowija, wypytywał jego córkę p. Mięsowiczową, czy ma jeszcze inne dzieci poza obecnym w mieszkaniu 19-letnim synem Adamem. Nie orientując się, o co chodzi oficerowi, powiedziała, że ma jeszcze córkę. Na następne pytanie, czy może z nią się widywać odpowiedziała twierdząco. To było zapewne ostateczną przyczyną, że syn jej został zabrany z 82-letnim dziadkiem. Te dwa wypadki świadczą o tym, że oficerowie aresztujący zabierając ojców mogli pozostawić bodaj synów przy życiu, ale jedyny wyjątek potwierdził tylko regułę okrucieństwa hitlerowskiego.

Kierownika Zakładu Anatomii Patologicznej, 63-letniego prof. Witolda Nowickiego, aresztowano z 29-letnim synem Jerzym, doktorem medycyny, starszym asystentem Zakładu Higieny. Jerzy dostał się we wrześniu 1939 r. do niewoli radzieckiej i dzięki usilnym staraniom ojca został z niej wiosną 1941 r. zwolniony, ale po pół roku został zamordowany wraz z ojcem przez hitlerowców. Pediatrę, 67-letniego prof. Stanisława Progulskiego, zabrano z synem, 29-letnim inżynierem Andrzejem. Szczęśliwie drugiego dorosłego syna nie było wówczas w domu, dzięki czemu ocalał od masakry.

Wraz z 70-letnim prof. medycyny sądowej Włodzimierzem Sieradzkim aresztowano jego sublokatora Wolischa, a z 44-letnim prof. chirurgii Władysławem Dobrzanieckim jego rówieśnika, przyjaciela, dra praw Tadeusza Tapkowskiego i męża gospodyni domu Eugeniusza Kosteckiego. Gestapowcy zapytali Kosteckiego, czy należy do służby, a gdy zaprzeczył, zabrali go.

Napad na dom internisty prof. Jana Greka doprowadził również do uwięzienia znanego wybitnego krytyka i tłumacza arcydzieł literatury francuskiej, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który uciekł we wrześniu 1939 r. przed Niemcami z Warszawy i schronił się u swego szwagra, jako że obaj pożenili się z siostrami Marią i Zofią Pareńskimi, uwiecznionymi przez Wyspiańskiego w Weselu. Grek i Boy-Żeleński mieli w chwili śmierci po 66 lat.

W domu 60-letniego chirurga, prof. Tadeusza Ostrowskiego zastał oddział Einsatzkommanda większą liczbę osób. Schronił się tu jego przyjaciel, uczeń Rydygiera, 69-letni chirurg Stanisław Ruff z żoną Anną i 30-letnim synem inżynierem Adamem, pielęgniarka i społecznica Maria Reymanowa, nauczycielka języka angielskiego Katarzyna Demko i 29-letni ksiądz, dr teologii Władysław Komornicki, którego brat był ożeniony z jedną z córek pani Ostrowskiej z pierwszego małżeństwa. Wszystkich mężczyzn uprowadzono.

W domach Greków i Ostrowskich nie skończyło się na zabraniu mężczyzn. Po 2 godzinach wrócili zwiastuni śmierci ponownie i wśród jeszcze większego pośpiechu zabrali wszystkie kobiety, w tym i służbę. Nie ulega wątpliwości, że celem wymordowania właścicieli i współmieszkańców tych dwóch domów był zwykły rabunek. Oba mieszkania były bardzo zamożne, pełne antyków, cennych dywanów, obrazów. Hitlerowcy mogli słusznie domyślać się, że znajdą tu również dużej wartości klejnoty i złoto. Uważając mieszanie Ostrowskich za bezpieczne, oddały arystokratyczne rodziny Badenich i Jabłonowskich na przechowanie swe najcenniejsze rzeczy, nic więc dziwnego, że hitlerowcy postanowili wszystko to zagrabić. Mógł w tym mieć swój udział Holender Pieter Nikolaas Menten, który kupiwszy po I wojnie światowej majątek w Polsce znał dobrze stosunki lwowskie i bywając w domach zamożnych, w tym i profesorskich, dobrze wiedział, które domy były szczególnie zamożne. Faktem jest, że człowiek ten, wówczas w mundurze formacji SS, uzyskał z gestapo świadectwo zgonu państwa Ostrowskich, dzięki czemu mógł kupić za bezcen ich mieszkanie, a być może i mieszkanie Greków. Czy był on już we Lwowie w czasie aresztowania profesorów, czy może był nawet jednym z aresztujących, tego sąd holenderski nie dowiódł. Udowodniono mu natomiast w sądzie amsterdamskim wymordowanie na czele gestapowców dużej grupy Polaków i Żydów — swych sąsiadów w jego majątku Uryczu i w Podhorodcach. Była to z jego strony zemsta osobista połączona z masakrą dokonaną na Żydach. Świadczy to, że ten człowiek nie zawahałby się przed wymordowaniem profesorów, by zagarnąć ich majątek.

Tej pamiętnej nocy aresztowano doc. ginekologii, 49-letniego Stanisława Mączewskiego i 40-letniego docenta okulistyki Jerzego Grzędzielskiego. Ten ostatni został zabrany w miejsce nie żyjącego już swego szefa, prof. Adama Bednarskiego. Gdy hitlerowcy wtargnęli do mieszkania wdowy i ta oświadczyła, że mąż nie żyje, zapytano ją kto jest następcą. Zgodnie z prawdą i niczego nie przeczuwając podała Bednarska nazwisko Grzędzielskiego. Gestapowcy pojechali natychmiast do jego mieszkania i uwięzili go.

Prof. Roman Rencki, 74-letni internista, wyszedł przed 3 dniami z więzienia i teraz wpadł w szpony gestapo; 51-letni chirurg prof. Henryk Hilarowicz został również dołączony do grupy aresztowanych. Był on trzecim wybitnym chirurgiem uwięzionym tej nocy.

Obok Wydziału Lekarskiego, który stracił jednej nocy 12 profesorów i docentów, Politechnika utraciła ich wraz z prof. Bartlem ośmiu. Kierownik Katedry Matematyki 57-letni Włodzimierz Stożek został aresztowany z 2 synami: 29-letnim inżynierem Eustachym i 24-letnim absolwentem politechniki Emanuelem. Kierownika Katedry Miernictwa 61-letniego prof. Kaspra Weigla zabrano wraz z 33-letnim synem, mgrem praw Józefem. Aresztowany 52-letni kierownik Katedry Mechaniki Teoretycznej prof. Kazimierz Vetulani mieszkał samotnie i tylko sąsiadka Lidia Szargułowa widziała przez szybę w drzwiach, jak pogwizdującego sprowadzali gestapowcy po schodach do auta.

Taki sam los spotkał 55-letniego kierownika Katedry Pomiarów Maszynowych prof. Romana Witkiewicza. Wraz z nim zabrano jego sublokatora, woźnego Politechniki, Józefa Wojtynę. Tejże nocy inna ekipa aresztowała brata żony prof. Witkiewicza, a to 43-letniego kierownika Katedry Chorób Zakaźnych Zwierząt Małych Akademii Medycyny Weterynaryjnej, prof. Edwarda Hamerskiego.

Wśród pozostałych uwięzionych członków Politechniki znalazł się 60-letni kierownik Katedry Technologii Nafty i Gazów Ziemnych prof. Stanisław Pilat. Tego wybitnego znawcę wymienionej dyscypliny w kilka dni po jego śmierci poszukiwały władze niemieckie, pragnąc wykorzystać jego dużą wiedzę. Za późno. Ofiarą gestapo padł również 53-letni kierownik Katedry Pomiarów Elektrycznych i kierownik Laboratorium Elektrotechnicznego, prof. Włodzimierz Krukowski. Ostatnim wśród 8 aresztowanych profesorów Politechniki był 60-letni kierownik Katedry Matematyki, Antoni Łomnicki.

Poza 12 profesorami Wydziału Lekarskiego Uniwersytet stracił tej pamiętnej nocy jeszcze 2 profesorów. Jednym z nich był już wspomniany kierownik Katedry Romanistyki Tadeusz Boy-Żeleński, drugim 56-letni kierownik Katedry Prawa Cywilnego prof. Roman Longchamps de Berier. Wraz z ojcem Romanem zabrano aż 3 synów: 25-letniego Bronisława, absolwenta Politechniki, 23-letniego Zygmunta, również absolwenta Politechniki, i 18-letniego Kazimierza, absolwenta liceum. Jedynie czwartego, 16-letniego syna, pozostawiono nieszczęsnej matce.

Zachowanie się gestapowców w czasie aresztowania było zróżnicowane: rzadziej od względnie łagodnego, częściej do brutalnego. Dr Hilarowiczowa opowiadała mi, że gdy mąż ubierał się, a ona była silnie podenerwowana, oficerowie gestapo trzymając na rękach i głaszcząc jej dwa koty pokpiwali, pytając dlaczego ona się tak denerwuje, czyżby nie wierzyła w niewinność swego męża? A przecież dobrze wiedzieli, że zabierają całkowicie niewinnego męża na śmierć.

Olga Nowicka chciała wręczyć mężowi mydło i ręcznik, na co usłyszała brutalną prawdę: „On tego nie potrzebuje". Gdy w kilka tygodni później pocieszałem ją, że mąż i syn przebywają gdzieś w obozie, stale słyszałem jej rozpaczliwe pytanie, dlaczego gestapowiec powiedział, że „on tego nie potrzebuje?" Niestety, on dobrze wiedział co mówi.

Wtargnąwszy do domu prof. Longchamps de Berier zachowywali się brutalnie, wytrącili profesorowi papierośnicę z ręki, nie pozwolili wziąć płaszczy, krzyczeli, że nie będą im potrzebne, nie pozwolili żonie i matce pożegnać ani odprowadzić do bramy swych najbliższych.

Prof. Cieszyńskiemu nie pozwolono wziąć lekarstwa nasercowego, które od dłuższego czasu zażywał. W mieszkaniu Ostrowskich, Cieszyńskich, Greków, Hilarowiczów rabowali przede wszystkim złoto, biżuterię i obce pieniądze, wypychając nimi swe kieszenie. Jak pisała gospodyni prof. Dobrzanieckiego, Józefa Kostecka, hitlerowcy opróżnili kasę z biżuterii i dolarów, zabrali 3 pary irchowych rękawiczek i inne rzeczy, które zapakowali do walizki. W domu były antyki, dywany perskie, obrazy znanych malarzy polskich; wszystko to zostało zrabowane i wywiezione trzeciego dnia po morderstwie.

Wszystkich aresztowanych zwożono do b. Zakładu im. Abrahamowiczów, znajdującego się przy ul. Abrahamowiczów (obecnie ul. Boya). Zachowanie się gestapowców wobec uwięzionych w tym budynku było niesłychanie brutalne: inż. Adama Ruffa zastrzelono, gdy dostał ataku epileptycznego, panią Ostrowską zmuszono do zmywania krwi z podłogi, a gdy w czasie mycia wypadł jej zza bluzki woreczek z kosztownościami gestapowiec nie tylko, że go odebrał, ale kopnął ją z całej siły.

Oto, co mówił prof. Groër, jedyny z aresztowanych profesorów, który ocalał:

„Zawieziono nas do bursy Abrahamowiczów. Samochód wjechał na podwórze: brutalnie popychając wtłoczono nas do budynku i ustawiono w korytarzu twarzą do ściany. Było tam już wielu profesorów. Głowy kazali nam opuścić w dół. Jeżeli ktoś się poruszył, uderzali go kolbą albo pięścią w głowę. Raz, gdy wprowadzono nową grupę aresztowanych, spróbowałem odwrócić głowę, ale otrzymawszy natychmiast uderzenie kolbą, więcej tego nie próbowałem. Była może 12-30 w nocy, a stałem tak nieruchomo mniej więcej do godziny 2. Tymczasem przywożono coraz to nowych profesorów i ustawiano obok. Mniej więcej co 10 minut z piwnicy budynku dobiegał krzyk i odgłosy wystrzałów, a jeden z pilnujących nas Niemców wypowiadał po każdym wystrzale: »Einer weniger«2, co raczej uważałem za próbę zastraszenia nas.
Co kilka minut wywoływano nazwisko któregoś z profesorów i wzywano pojedynczo do pokoju na lewo. Pamiętam dobrze, że wywołano profesora Ostrowskiego, a po nim wezwano mnie jako dziesiątego, może dwunastego z rzędu. Znalazłem się w pokoju, gdzie było 2 oficerów; jeden młodszy, ten, który mnie aresztował, i drugi wyższy stopniem, olbrzymiego wzrostu i postawy. Ten drugi od razu wrzasnął na mnie: »Ty psie, jesteś Niemcem, a zdradziłeś ojczyznę! Służyłeś bolszewikom! Dlaczego, gdy to było możliwe, nie wyjechałeś ze wszystkimi Niemcami na Zachód?« Zacząłem wyjaśniać, naprzód zwykłym tonem, potem — w miarę, jak tamten coraz bardziej krzyczał — podniesionym głosem, że jestem wprawdzie niemieckiego pochodzenia, ale jestem Polakiem. Po wtóre nawet gdybym chciał wówczas przenieść się na Zachód, władze radzieckie nigdy by mi na to nie pozwoliły ze względu na wysokie stanowisko społeczne, które zajmowałem i na którym byłem potrzebny. Pytano mnie dalej, co znaczą bilety wizytowe konsulów angielskich w moim posiadaniu. Odpowiedziałem, że jestem żonaty z Angielką i że konsulowie angielscy składali nam zawsze wizyty. Pod koniec zaczął mówić spokojniej i rzekł: »Muszę z szefem porozmawiać, zobaczymy, co się da dla ciebie jeszcze zrobić«, po czym wybiegł z pokoju.
Oficer, który mnie aresztował, powiedział szybko: »To zależy tylko od niego, on nie ma tu nad sobą szefa. Powiedz mu, że zrobiłeś ważne odkrycie w medycynie, które przyda się dla Wehrmachtu. Może to ci pomoże«. W tej chwili tamten powrócił, ale nie miałem czasu odezwać się, bo natychmiast mnie wyrzucił za drzwi. Skierowano mnie na przeciwną, tj. na lewą stronę korytarza, pozwolono usiąść na krześle i zapalić papierosa. Dano mi nawet szklankę wody. Obok mnie stali w postawie swobodnej profesorowie: Sołowij i Rencki. Po chwili któryś z gestapowców zapytał ich, ile lat mają, na co oni odpowiedzieli zdaje się, że 73 i 76 3. Byłem pewny, że ich ze względu na wiek zaraz puszczą wolno. Zorientowałem się, że sprawa moja stoi może już lepiej. Po chwili ów szef kazał mi wyjść na podwórze i spacerować dodając: »Zachowuj się tak, jakbyś nie był aresztowanym Zacząłem krążyć po podwórzu, paląc papierosa za papierosem. Ręce wsadziłem do kieszeni. Znowu minęła dłuższa chwila. Wtem od zewnątrz, od ulicy, weszło na podwórze dwóch gestapowców. Należy zaznaczyć, że podwórze z budynkiem było strzeżone przez warty. Nowo przybyli spostrzegli mnie, rzucili się ku mnie, uderzyli w twarz, wrzeszcząc z wściekłością, po co kręcę się po podwórzu i do tego z rękami w kieszeniach. Wyjaśniłem, że mam polecenie zachowywania się jak niearesztowany. Burknęli coś, z miejsca przestali się mną interesować i weszli do budynku.
Była może 4 rano, kiedy z budynku wyprowadzono grupę około 15-20 profesorów. Na czele pochodu czterech niosło krwawiącego trupa młodego Ruffa. Nieśli go profesorowie: Nowicki, Pilat, Ostrowski i zdaje się Stożek. Zaraz za nimi podążał Witkiewicz. Gdy ten pochód wyszedł przez bramę na ul. Abrahamowiczów i zniknął mi z oczu, gestapowcy zmusili panią Ostrowską, a może Grekową i Ruffową by myły krew ze schodów.
Minęło około 20 minut, kiedy usłyszałem strzały dochodzące gdzieś od Wzgórz Wuleckich. Po krótkim czasie przez te same tylne drzwi budynku wyszła na podwórze nowa grupa złożona z 20-30 osób i stanęła w 2-3 rzędach twarzą do ściany. Wśród nich rozpoznałem jedynie doc. Mączewskiego. Zaraz potem wyprowadzono z budynku służbę Dobrzanieckiego4, Ostrowskich (kucharkę i młodszą), Greków (kucharkę i młodszą) oraz nauczycielkę angielskiego mieszkającą u Ostrowskich, Znany mi z przesłuchania szef gestapowców zapytał, czy wszyscy oni są służbą, czemu nauczycielka zaprzeczyła, mówiąc kim jest. Wówczas poirytowany kazał jej natychmiast przejść do grupy stojącej twarzą do ściany, a następnie powiedział głośno swemu koledze, że ci (wskazał na grupę stojącą pod ścianą) idą do więzienia, a ci (wskazał na służbę i na mnie) są wolni. Jak zauważyłem, służba rozmawiała z gestapowcami i agentem w cywilu5. Gestapowcy tłumaczyli służbie, że mogą pójść do domu, zabrać swe rzeczy i odejść dokąd chcą. Niech sobie poszukają pracy, teraz im będzie dobrze, że już nie będzie więcej ani Polski, ani Sowietów, że będą już zawsze tylko Niemcy. Gdy miałem odchodzić do domu, podszedłem do gestapowca, zapytując, dokąd mam się udać po odbiór aparatu fotograficznego. Ten wskazał mi pokój, w którym siedział jakiś gestapowiec i porządkował zebrane rzeczy. Bojąc się, że mogą sobie przypomnieć o 20-dolarówce oddałem ją temu gestapowcowi, a on mi zwrócił moje rzeczy. Gdy wyszedłem z pokoju wybiegł za mną mówiąc: »Słuchaj, podaj nam swój dokładny adres, bo jak przyjdzie inny oddział, gotowi cię znów zabrać, a my tu zapiszemy, by cię więcej nie czepiali «6. Zapisał adres w notesie, po czym opuściłem budynek, wyszedłem na ulicę i udałem się do domu. Tego samego ranka, ale w późniejszej porze, idąc z domu do kliniki spotkałem koło mieszkania profesora Ostrowskiego jednego z podoficerów gestapo, który mnie aresztował. Podoficer ten rzekł do mnie z uśmiechem: »Panu się bardzo poszczęściło«. W kilka dni później przyszło do mojego mieszkania dwóch podoficerów, którzy mnie uprzednio aresztowali, z zapytaniem, czy mogę im sprzedać aparat fotograficzny i dywany. W czasie tych odwiedzin poznałem ich nazwiska: jeden nazywał się Hacke, drugi Keller, a może Kohler. W ciągu 2-3 miesięcy mimo wyrzucenia mnie z mego mieszkania przez Niemców, niejednokrotnie przychodzili do mnie, wyłudzając różne cenniejsze przedmioty, jak np. aparaty fotograficzne, których miałem całą kolekcję. Razu pewnego odważyłem się zapytać Kellera, co się stało z pozostałymi profesorami. Machnął tylko ręką i powiedział: »Ich wszystkich rozstrzelali wówczas w nocy...«".

Nie można wykluczyć, że swe zwolnienie zawdzięczał profesor Groër przedwojennej znajomości z Holendrem Pieterem v. Mentenem, który w lipcu 1941 r. pojawił się na bruku lwowskim w mundurze hitlerowskiej formacji SS i należał właśnie do grupy gen. SS Schoengartha. Menten, jak już wspomniano, kupił przed wojną majątek ziemski w Polsce i chętnie zawierał znajomości z członkami polskiej elity. Człowiek ten poznał domy profesorskie i obecnie mógł wskazać, które rodziny warto wymordować, aby zawładnąć ich dobrami.

Na to, że Menten mógł ocalić Groëra od śmierci wskazuje fakt, że gdy tuż po wojnie toczyła się rozprawa w sądzie holenderskim w Amsterdamie przeciw niemu za wysługiwanie się hitlerowcom, Groër, jak mi powiedział w 1980 r. prokurator holenderski Peters, wystawił świadectwo dla sądu, że Menten dobrze zachowywał się wobec ludności polskiej i Żydów. Dopiero w 1980 r. dowiedzieliśmy się, że Menten wraz z innymi gestapowcami wymordował w 1941 r. Polaków i Żydów w swym majątku i okolicy, tj. w Uryczu i Podhorodcach.

Pogłoska, że prof. Groër ocalał, gdyż oświadczył gestapowcom w Zakładzie Abrahamowiczów, że czuje się Niemcem, jest więcej niż nieprawdziwa. Przede wszystkim wkrótce po zwolnieniu go w dniu 4 VII został usunięty przez Niemców z mieszkania, co, jak dobrze wiemy, nigdy nie czynili oni w stosunku do swych rodaków. Gdy został otwarty w 1942 r. przez Niemców lwowski Wydział Lekarski, pragnęła pracować w Klinice Groëra dr Hildegarde Charlotte Becker z Hamburga. Czytałem odpowiedź udzieloną jej przez dyrektora Wydziału, Niemca, doc. Karla Schulzego. Wyjaśnił on, że jako Niemka nie może podlegać nie-Niemcowi Groërowi, ale otrzyma etat w Zakładzie Patologii, kierowanym przez Niemkę Schuster i wówczas będzie mogła pracować u prof. Groëra. Wreszcie, gdy 11 XI 1942 r. gestapo, obawiając się wybuchu powstania aresztowało blisko 80 Polaków jako zakładników, w tym 10 docentów i profesorów Wydziału Lekarskiego, znalazł się wśród nich i prof. Groër. Wszystko to świadczy, jak bezpodstawne było posądzenie go o odstępstwo od narodowości polskiej.

Wielu profesorów Politechniki mieszkało przy ul. Nabielaka, biegnącej naprzeciw Wzgórz Wuleckich, na opodal których mieścił się Zakład Wychowawczy im. Abrahamowiczów. Aresztowanie profesorów mieszkających przy tej ulicy postawiło na nogi nie tylko ich rodziny, ale również i sąsiadów. Wielu z nich zaglądając przez okna oczekiwało z niecierpliwością świtu. Posłuchajmy ich relacji.

Inżynier Tadeusz Gumowski mieszkał wraz z rodziną przy ul. Nabielaka 53. W nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. obudziła ich kontrola książki meldunkowej, przeprowadzana przez Niemców i Ukraińców. Relacjonuje on: „[...] Kilka chwil przesiedziałem w ogrodzie. Zaczęło świtać i wtedy zauważyłem, że na stokach Wzgórz Wuleckich żołnierze kopią dół. Zaniepokoiło mnie to ogromnie. Powiadomiłem rodzinę i od tego czasu nie opuszczaliśmy okna. Dół był wykopany w ciągu około 30'. Skazanych przyprowadzano czwórkami od strony zabudowań »Abrahamów« (bo tak o ile sobie przypominam te zabudowania się nazywały)7 i ustawiano ich nad samym brzegiem dołu twarzą do nas. Pluton egzekucyjny stał po drugiej stronie grobu8. Po salwie prawie wszyscy wpadali bezpośrednio do dołu.
Prof. Witkiewicz przeżegnał się i w tym momencie runął. Skazani nie byli skuci. Liczyliśmy czwórki. O ile sobie przypominam było ich około 5. Między skazanymi były zdaje się 3 kobiety. Całość trwała niedługo, bo następne czwórki czekały swojej kolejki w pobliżu. Po egzekucji szybko zasypano grób i ubito ziemię. Grób zakopywali żołnierze. Egzekucję obserwowaliśmy jedną lornetką, którą wzajemnie podawaliśmy sobie. Egzekucję poza mną obserwował mój ojciec, żona i siostra. Siostra jest za granicą. Pozostałe osoby nie żyją. Obserwowaliśmy z tego samego pokoju i z tego samego okna. Osobiście poza prof. Witkiewiczem nie poznałem nikogo. Pamiętam, że pozostali rozpoznali szereg osób, między innymi prof. Stożka z synami, prof. Ostrowskiego z żoną, prof. Longchamps zdaje się z żoną 9 i innych. Jedna z pań miała błękitny szal. Kobiet było wydaje mi się9. Jedną kobietę, która nie mogła iść, ciągnęło 2 żołnierzy. Podaję adres siostry: Zofia Nowak-Przygodzka Paris VII 31 rue Rousselet. W przybliżeniu rozstrzelano około 20 osób. Żaden ze skazanych nie otrzymał po salwie strzału z rewolweru. Jest zatem prawdopodobne, że niektórzy zostali zasypani żywcem. Na drugi lub trzeci dzień po egzekucji z siostrą lub żoną poszliśmy na grób. Grób był stosunkowo mało widoczny i znaleźliśmy go tylko dlatego, że dokładnie znaliśmy miejsce. Leżała tam wiązanka kwiatów. Być może, że to było wskazówką dla Niemców, że miejsce grobu jest znane i dlatego zwłoki w ciągu paru dni zostały prawdopodobnie wykopane i gdzieś przewiezione10. Ekshumacji nie widziałem. Domyślaliśmy się tego tylko, ponieważ po paru dniach znać było, że grób został przekopany [...]".

Siostra inż. Gumowskiego, dr med. Zofia Nowak-Przygodzka, zamieszkała po wojnie w Paryżu, podała:
„[...] We Lwowie mieszkałam w willi przy ul. Nabielaka 53, tuż obok domu spółdzielni profesorów Politechniki i prof. Witkiewicza. Willa ta położona jest na 12-metrowym nasypie, odległym o kilkaset metrów od Wzgórza Wuleckiego, na którym wznosił się Zakład Wychowawczy Abrahamowiczów i II Dom Techników.
Krytycznej nocy wstałam, jak zwykle, do swych małych dzieci. Szarzało. Jak zwykle też w tych czasach obeszłam okna patrząc, co się dzieje wokoło. Żyliśmy wtedy w stałym strachu z powodu ciągłych wizyt i rewizji hitlerowców (2 noce przedtem szukano w moim domu prof. Witkiewicza, którego też tejże nocy wraz z innymi profesorami Politechniki zaaresztowano). Uwagę moją zwróciło Wzgórze Wuleckie, gdzie był jakiś niezwykły ruch kilku osób, które coś kopały. Zbudziłam Rodziców (nie żyją już) i zaczęliśmy obserwować bacząc, by nas nie zauważono. Po pewnym czasie spostrzegliśmy, że ze szczytu Wzgórza Wuleckiego, wertepami po stronie lewej, zaczęli schodzić gęsiego ludzie: widziałam żołnierzy w mundurach niemieckich i kilkunastu cywili. Na końcu szły kobiety (może 3), jedna miała na sobie szal, który był dobrze widoczny, bo powiewał. Żołnierze pomagali niektórym osobom zejść. Po zejściu wszystkich na płaszczyznę; gdzie kopano, ustawiono parę osób w szereg. Usłyszeliśmy suche ciche trzaski (strzałów), osoby znikały z szeregu.
Po pierwszej grupie ustawiono następną. Wyróżniał się osobnik z siwiutką głową, który przeżegnał się11. Na końcu były kobiety. Dół zakopano. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, co to mogła być za egzekucja. Nazajutrz nigdzie żadnej wzmianki o niej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że samo to, że byliśmy świadkami jej jest dla nas groźne. Wiem, że widziano egzekucję i z sąsiednich domów, że to rozstrzelano profesorów. W parę tygodni potem odważyłam się pójść na Wzgórze Wuleckie idąc z dziećmi na spacer niby. Odnalazłam miejsce kaźni, niczym nie odróżniało się od reszty, raczej lekko wklęśnięte — trawa jak wszędzie. Gdyby nie to, że znałam to Wzgórze doskonale, nie odnalazłabym. Później dowiedziałam się, że Niemcy ekshumowali zwłoki cichaczem".

Pani Łomnicka tak opisała egzekucję. Po aresztowaniu męża
„[...] O śnie nie było mowy, stałam struchlała przy oknie długie godziny, czekając dnia, by wyjść i starać się o wyjaśnienie tej napaści. Gdy nastał świt, zobaczyłam z okna mego mieszkania na trzecim piętrzę, jak na Wzgórzach Wuleckich zaczął się jakiś ruch. Ukazały się sylwetki ludzi; potem grupa osób oddzieliła się od reszty pozostających pod bursą Abrahamowiczów i zeszła po pochyłości terenu niżej i skryli mi się za domem dr. Nowak-Przygodzkiego.
Usiadłam na tapczanie, nie rozumiejąc, co oznacza ten ruch o tak wczesnej godzinie, a było to około 4 rano. W tej sekundzie usłyszałam pierwszą salwę — zrozumiałam — wybiegłam na klatkę schodową, której okna wysunięte nieco na prawo dawały mi możność szerszego widzenia, i wtedy zobaczyłam, że ludzie którzy schodzili z góry zatrzymywali się mniej więcej w połowie wzgórza w niewielkiej kotlinie. Rozpoznałam żołnierzy niemieckich, następnie mężczyzn w cywilnych ubraniach, były również jakieś kobiety, a jedna postać zrobiła na mnie wrażenie księdza w sutannie. Widziałam postać w popielatym ubraniu. Zupełnie odcień mężowskiego - ale nie chciałam nawet dopuszczać tej myśli do siebie. Kilkakrotnie sprowadzano po pięć osób i widziałam jak po salwie karabinowej ludzie ci padali. Stałam przykuta do miejsca, nieprzytomnie patrząc na to katowskie widowisko, a przy mnie dwie panie z sąsiedztwa - tj. Janina Więckowska, później żona sędziego Zeneka w Krakowie i p. Sołecka żona prof. gim. Lwów ul. Kazimierzowska. Czy byli to aresztowani tej nocy profesorowie? Czy był między nimi mój mąż? Z powodu odległości nie mogłam rozpoznać [...]".

Artysta plastyk Maria Załęska, mieszkająca również przy ul. Nabielaka, podała:
„[...] Osoby rozstrzeliwane były wyprowadzane z góry grupami. Miejsce egzekucji było położone nie wprost, vis a' vis nas, lecz nieco więcej na prawo, było to małe zagłębienie terenu między drzewami, widziałam ich trzech stojących na nasypie. Widziałam tylko jedną grupę idącą z góry, szli jeden za drugim, o ile pamiętam 4 osoby, jedna z nich czarno ubrana wydawała mi się kobietą — mógł to też być ksiądz. Inne grupy obserwował mój syn, z którym dzieliłam się lornetką. Widziałam jeszcze ostatnią powoli idącą samotną kobietę. W naszym polu widzenia widziałam trzech żołnierzy z plutonu, teren był tak wąski i stromy, że wątpię, aby ich było ponad sześciu. Te, które widziałam, o ile mnie pamięć nie myli, były bez kapeluszy. Nie poznałam nikogo. Myśleliśmy, że rozstrzeliwują Żydów. Zaraz po egzekucji mówiono, że grób jest strzeżony — na grobie byłam pod koniec zimy czy wczesną wiosną 1959 r. — nie słyszałam wtedy jeszcze o ekshumacji, toteż zdziwiło mnie to, że na miejscu grobu była wklęsłość terenu i nie było obok nasypu. Ze mną obserwował mój syn, rozstrzelany w obozie w Stutthof w r. 1944. Poza nami uważam, że najwięcej mogliby podać: służący prof. Witkiewicza12 i służące dr Ostrowskich — ale gdzie ich teraz szukać? Z zasłyszanych wiadomości podaję co następuje: Ostatnią rozstrzelaną miała być pani Ostrowska chora na nogi. Widziano kobietę z jaskrawym szalikiem.
Prof. Witkiewicza sąsiedzi zaraz poznali po siwych włosach — szedł bez kapelusza. Mówiono o tym, że Niemcy chodzili aresztować w towarzystwie Ukraińców, że listę skazańców mieli dawniej sporządzoną, gdyż przyszli też po prof. dr Leszczyńskiego, który już umarł".

Zofia Orlińska-Skowronowa relacjonuje:
„[...] Willa, w której wówczas zamieszkiwałam, mieściła się przy ul. Nabielaka 55, w małym ogródku, zwrócona frontem do ul. Wuleckiej, a tym samym do Wzgórza Wuleckiego, na które właśnie wychodziło okno mojego pokoju na II piętrze. W tragicznym dniu obudzona zostałam salwą z broni palnej dochodzącą od strony Wzgórza Wuleckiego i to było przyczyną, dla której po obudzeniu się podeszłam do okna. W tym momencie zauważyłam, że spod Bursy Abrahamowiczów, gdzie stała grupka osób — około 36 — schodziło gęsiego 5 lub 6 osób w asyście Niemca, kierując się w dół Góry Wuleckiej. Osoby te następnie stanęły na płaskiej partii wzgórza, jakby polance, szeregiem obok siebie, plecami do ul. Wuleckiej, a twarzą do Bursy Abrahamowiczów. Uwagę moją zwrócił pluton egzekucyjny, składający się z około dziesięciu wojskowych w szarozielonych mundurach, którzy oddali salwę z automatów do stojących osób. Ponieważ ciała nie padły na powierzchnię ziemi, gdzie byłyby widoczne, jasne stało się dla mnie, że był tam wykopany dół — kiedy i przez kogo, nie wiem.
Zauważyłam również, że po lewej stronie dołu stała mała grupka osób wojskowych; wg mnie byli tam też oficerowie niemieccy. Historia, którą opisałam wyżej, powtarzała się aż do zlikwidowania wszystkich nieszczęśliwych, wśród których znajdowała się jedna kobieta. Między rozstrzeliwanymi rozpoznałam prof. Stożka Włodzimierza i jego syna Emanuela. W związku z osobą Emanuela Stożka, pamiętam okropny dla mnie moment, kiedy po salwie wszystkie osoby towarzyszące mu spadły do dołu, tylko ostatni na prawym skrzydle Mulek Stożek stał — dopiero pojedynczy strzał zwalił go do wspólnego grobu. Był ubrany w tabaczkową marynarkę i popielate spodnie. Prof. Stożek miał na sobie ciemne palto. Egzekucję obserwowałam przez lornetkę od około 3.30 do 4 rano. Po godz. 4 kilku wojskowych — nie jestem tylko pewna, czy to z plutonu egzekucyjnego, czy z grupy stojącej na boku, zasypało dół ziemią [...]"-

Najdokładniejszą jednak relację o rozstrzelaniu profesorów podał inż. Karol Cieszkowski:
„[...] Nocą z 3 na 4 lipca około godziny 22 usłyszałem gwałtowne dobijanie się do sąsiedniej kamienicy, tj. przy ul. Nabielaka 53c, gdzie mieszkał prof. Witkiewicz. Gdy nikt nie otwierał dobijającym się, ci strzelili, jak się później dowiedziałem w zamek bramy.
Niebawem około godziny 0.30 przyszli Niemcy do naszej kamienicy i zabrali mieszkającego w parterze prof. Stożka z dwoma synami. Czy ich zabierali autem, czy pieszo, tego nie wiem. Przez dalszą część nocy nie spałem, ponieważ byłem silnie podenerwowany. O 4 nad ranem, a godzinę tę dokładnie pamiętam, ponieważ właśnie liczyłem sobie tętno przy pomocy fosforyzującego zegarka, usłyszałem strzały od strony Wzgórza Wuleckiego. Szarzało wówczas i zaczynało być widno. Na krawędzi Wzgórza Wuleckiego dobrze widocznego z okna mego narożnego pokoju, najbardziej wysuniętego na północ, ujrzałem kilkadziesiąt cywilnych osób stojących w jednym rzędzie, a nieco dalej od nich na prawo i lewo stali bardzo szykownie, powiedziałbym elegancko ubrani oficerowie niemieccy z rewolwerami w ręku. Nie liczyłem tych cywilnych osób, ale oceniłem je na około 40-50 osób.
Mniej więcej w połowie zbocza zobaczyłem nad wykopaną jamą cztery cywilne osoby zwrócone twarzą do zbocza, a plecami do mnie. Za plecami tych osób stali czterej niemieccy żołnierze z karabinkami w ręku, a obok nich oficer. Zapewne na słowną komendę tego oficera żołnierze równocześnie strzelili i wszystkie cztery osoby wpadły do jamy. Wówczas sprowadzono z góry ścieżką nowe cztery osoby i cała scena dokładnie się powtórzyła. Trwało tak do końca, aż wszystkie osoby cywilne zostały sprowadzone nad jamę i zastrzelone. Ostatnią osobą rozstrzelaną była kobieta w długiej czarnej sukni. Schodziła ona sama, słaniając się. Gdy przyprowadzono ją nad jamę pełną trupów zachwiała się, ale oficer podtrzymał ją, żołnierz strzelił i wpadła ona do jamy.
Jeśli chodzi o szczegóły tej egzekucji, to rozpoznałem niektóre osoby bardzo dokładnie. Nie tylko rozpoznałem je, bo patrzyłem przez lornetkę, ale niektóre osoby doskonale znałem i rozpoznawałem je nawet gołym okiem po ubraniach, charakterystycznych ruchach itp. Z całą pewnością rozpoznałem prof. Stożka. Stanął on nad jamą w owej charakterystycznej pozie z rękami założonymi w tył. Rozpoznałem obu synów prof. Stożka, z którymi się przyjaźniłem, profesorów: Łomnickiego, Pilata i Witkiewicza. Nie widziałem lub nie rozpoznałem profesorów Weigla i Krukowskiego. Zaznaczam jednak, że egzekucji pierwszych osób nie widziałem, bo dopiero po pierwszych strzałach podszedłem do okna. Również nie widziałem więcej kobiet poza tą jedną na samym końcu rozstrzelaną.
Doskonale pamiętam, że jedna z czwórek skazańców schodziła nad jamę niosąc zemdlonego13. Inna czwórka bardzo wolno schodziła, bo jeden ze skazańców mocno utykał. Przypuszczam, że to był prof. Bartel, ale nie rozpoznałem go14. Pamiętam, że gdy jedna z czwórek stanęła nad jamą już tyłem do żołnierzy, wówczas jeden ze skazańców obrócił się ku żołnierzom, i trzymając kapelusz w ręku (wszyscy skazańcy zdejmowali, zapewne na rozkaz) zaczął coś mówić, żywo gestykulując. Na to oficer, stojący z boku zrobił gest ręką, by on się odwrócił, co ten też uczynił, a wówczas żołnierze strzelili. Z innych szczegółów zapamiętałem, że jeden ze skazańców na sekundę przed wystrzałem padł do jamy (przypuszczam, że zrobił on to celowo, by się ratować) i zaraz po wystrzale wyskoczył z jamy, ale żołnierz strzelił, ten się zachwiał i wpadł do jamy. Jama była wykopana w kształcie prostokąta przedzielonego w poprzek nieprzekopanym pomostem, wobec czego skazaniec na nim stojący wpadając po strzale czy to w przód, czy też w tył, zawsze wpadał do jamy. Raz tylko się zdarzyło, że jeden z synów prof. Stożka, stojący na pomoście nad jamą, na kraju czwórki padł po strzale nie do jamy, lecz poza nią i wówczas żołnierze ściągnęli go do jamy.
Po zakończeniu egzekucji, koło jamy pozostał pluton egzekucyjny z oficerem. Żołnierze zdjęli płaszcze, zakasali rękawy, wzięli łopaty do rąk i zaczęli zasypywać jamę. Robili to początkowo bardzo ostrożnie, ponieważ ziemia dookoła była silnie zbryzgana krwią, którą widziałem w postaci dużych czerwonych plam. Żołnierze od czasu do czasu przerywali pracę, przysłuchiwali się oficerowi, który im coś opowiadał, jakby wyjaśniał. Całą egzekucję obserwował z mego pokoju ojciec, moja siostra i współlokatorka. Wszyscy ci zeszli się do mego pokoju, ponieważ był on najbardziej wysunięty ku północy, a więc ku Wzgórzu Wuleckiemu. Ojciec obserwujący egzekucję nie odezwał się cały czas ani słowem i nigdy potem ze mną na ten temat nie rozmawiał. Natomiast sublokatorka i siostra moja rozpoznawały poszczególne osoby i gdy np. sprowadzano nad jamę synów Stożka, krzyknęły: »O! Prowadzą Mulka«.
W rok później stosunkowo głośno było o tym, że profesorowie zostali zabici i pogrzebani na Wzgórzu Wuleckim. Po obserwacji z mego okna, że nikt nie pilnuje grobu, udałem się następnego wieczora po egzekucji na miejsce rozstrzelania i zauważyłem świeży grób. Zwróciło moją uwagę, że pasące się obok bydło stawało nad grobem i długo węszyło. Grób był płaski, a gdy poszedłem ponownie nad niego po kilku tygodniach, rósł na nim bujnie oset, zapewne zasiany przez żołnierzy. Jeśli idzie o sprawę wykopania trupów profesorów z grobu w r. 1943, nie znam bliżej tej sprawy, ponieważ na krótko przed tym zostałem wraz z rodziną wysiedlony przez Niemców z kamienicy przy ul. Nabielaka, mimo że nikt tam potem już się nie sprowadził i mieszkanie stało puste". Tyle inż. Cieszkowski.

Dnia 16 V 1945 poszedłem z prof. Politechniki Stanisławem Ochęduszko i inż. Cieszkowskim na miejsce kaźni profesorów. Na podstawie wskazówek inż. Cieszkowskiego obliczaliśmy z zegarkiem w ręku czas schodzenia czwórek skazańców po dość stromym zboczu, ustawiania się nad wykopaną jamą i rozstrzelania. Trwało to dwie minuty. Rozstrzelanie zatem około dziesięciu czwórek trwało 20 minut, a wraz z zasypaniem grobu około 30-40 minut. Jakże szybko można odebrać życie blisko 40 ludziom, jak łatwo uzurpować sobie prawo decydowania o życiu i śmierci innych! Warto podkreślić, że ludzie przeznaczeni do rozstrzelania zdawali sobie sprawę, co ich czeka, skoro co kilka minut odłączano od nich po 4 osoby i po chwili słyszeli salwy karabinowe. Ostatnią rozstrzelaną była profesorowa Ostrowska. Czyżby miała to być zemsta gestapowców za to, że w czasie rabunku dokonywanego w mieszkaniu podczas aresztowania powiedziała głośno „bandyci", na co usłyszała „stul pysk"?

Oczywiście, że relacje poszczególnych osób różniły się między sobą w szczegółach, ale każdemu lekarzowi i psychologowi wiadomo, że im silniejsze i okrutniejsze wrażenie, tym pewne szczegóły ryją się mocniej w pamięć, podczas gdy inne, równie silne mogą nawet całkowicie zaniknąć. Nasze trwanie zapisów wrażeń w mózgu jest ograniczone i jeśli mogę przytoczyć obecnie tyle szczegółów z tragedii profesorów, to tylko dlatego, że wszystkie ujrzane i zasłyszane szczegóły natychmiast skrzętnie zapisywałem. Gdy inż. Cieszkowski opowiedział, że jeden z rozstrzeliwanych profesorów chwilę przed salwą obrócił się do oficera i szybko zaczął coś do niego mówić, żywo gestykulując rękami, domyśliłem się, że to mógł być prof. Cieszyński, świetnie władający językiem niemieckim i zawsze żywo reagujący. Po wielu latach zapytałem syna, Tomasza Cieszyńskiego, kogo on rozpoznałby w tej postaci; bez wahania wymienił swego ojca.

Aleksander Drożdżyński i Jan Zaborowski w książce Oberlaender15 piszą, że profesorowie zostali rozstrzelani w dwóch miejscach, co było jednak tylko wytworem ich fantazji. Na moją prośbę, według moich dokładnych wskazówek redaktor Andrzej Ziemilski sfotografował miejsce kaźni leżące na zboczu Wzgórz Wuleckich, widoczne z domu przy ulicy Nabielaka. Wspomniani autorzy otrzymali ode mnie takie zdjęcie i okazali je świadkowi rozstrzelania profesorów Helenie Kucharowej, zamieszkałej przy ul. Małachowskiego 2, która obserwowała wraz z mężem egzekucję. Potwierdziła ona, że istotnie przedstawia ono miejsce rozstrzelania profesorów, czyli że tak mieszkańcy ul. Nabielaka, jak i ul. Małachowskiego widzieli to samo miejsce egzekucji. Mimo tego Drożdżyński i Zaborowski, nie wiadomo na jakiej podstawie, orzekli, że Kucharowa i mieszkańcy ul. Nabielaka widzieli dwa różne miejsca stracenia profesorów. Niestety, ten bezpodstawny wymysł jest powtarzany przez innych autorów16.

Wymaga jeszcze wyjaśnienia sprawa wyprowadzenia skazańców z budynku Zakładu im. Abrahamowiczów na miejsce stracenia. Zwolniony przez gestapo prof. Groër przebywał na podwórzu znajdującym się na tyłach Zakładu, gdyż wolno mu było wyjść do domu dopiero po wygaśnięciu godziny policyjnej, tj. po 6 rano. Obserwował zatem wszystko, co się działo na zapleczu budynku. Jak już to było powiedziane, zeznał on, że o 4 rano wyszła przez drzwi tylne z budynku na podwórze grupa profesorów złożona z około 15-20 osób, udała się następnie przez bramę podwórzową (rys.) na ulicę Abrahamowiczów i podążyła nią w kierunku Wzgórz Wuleckich. Groër z całą stanowczością kilkakrotnie oświadczył mi, że we wspomnianej grupie nie było profesorów Renckiego i Sołowija. Po wyjściu powyższej grupy profesorów Groër widział, jak panie Ostrowska (może Grekowa) i Ruffowa zmywały z krwi schody tylnego wyjścia z budynku na podwórze, po czym weszły do gmachu. Kobiet wychodzących z profesorami Groër jednak nie widział, a przecież świadkowie rozstrzeliwania widzieli je wśród skazańców. Groër widział 15-20 osób wyprowadzanych, świadkowie stracenia twierdzą, że ofiar było około 40, a Żydzi ekshumujący zwłoki profesorów naliczyli ich w grobie 38.

Według moich dokładnych danych aresztowano z 3 na 4 VII 49 osób.
Prof. Groëra, 4 osoby służby Greków, Ostrowskich i Ruffów, woźnego Wojtynę i kierowcę prof. Ostrowskiego Kostyszyna zwolniono; doc. Mączewski i Katarzyna Demko do chwili odejścia Groëra do domu pozostawali na podwórzu Zakładu Abrahamowiczów, zatem 4 VII rozstrzelano by 40 osób. Skoro gestapowcy sprowadzali do rozstrzelania po 4 osoby, powinno było być tych czwórek 9, na końcu szła samotnie kobieta, czyli było 37 osób. Gdy doliczymy niesionego, zastrzelonego przedtem, inż. Ruffa, wówczas suma 38 zgadzałaby się z liczbą podaną przez Żydów. Nie można jednak wykluczyć, że podobnie jak doc. Mączewskiego mogli gestapowcy jeszcze 2-3 osoby wyłączyć z grupy skazańców i zabić innego dnia: stąd różnica dwu osób między moim obliczeniem a danymi wskazanymi przez Żydów. Nadto Weliczker twierdzi, że z grobu profesorów ekshumowano 3 kobiety. Mogli również i Żydzi nie pamiętać prawdziwej liczby zwłok. Dwu świadków rozstrzelania widziało również 3 kobiety. Brakowałoby zatem jeszcze jednej kobiety, którą być może odłączono od skazańców. Powstaje jeszcze ważne pytanie, którędy wyprowadzano pozostałych skazańców z budynku i jak ich doprowadzano do miejsca stracenia? W tej sprawie przyszedł z pomocą dr inż. Zbigniew Schneigert17, którego relację z 1971 r. przytaczam w całości w dokumentacji (s. 308), a tu przytoczę najistotniejsze dla danego problemu dane: „W dniu egzekucji przyszedł do mnie około 7 rano kolega z Politechniki (nazwiska zapomniałem18, prowadził wówczas bufet na Politechnice, żyje gdzieś na Śląsku) mówiąc, że o świcie usłyszał jakiś ruch pod oknem i wyjrzał na ulicę. Zobaczył, że pod jego oknem wyładowują jakichś ludzi z ciężarówki. Wśród nich zauważył profesorów Łomnickiego i Stożka. Kolega mieszkał przy ul. Kosynierskiej. Pojmanych poprowadzono gdzieś poza Dom Techników19. Mówił również, że w jakiś czas potem usłyszał strzały. Wyszedłem natychmiast z domu razem z psem (mieszkałem przy ul. Pochyłej) i poszedłem przypuszczalną drogą skazańców.

W pewnym miejscu (patrz rysunek)20 zauważyłem ślady po wykopach, odrzuconą ziemię. W miejscu, które było rodzajem wnęki w skarpie, na powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, darń była wyrównana, pobrudzona gliną i miała liczne ślady krwi, które mój pies zaczął zlizywać. Gdy chodziłem po tej darni, ziemia w widoczny sposób się uginała, co wskazywało, że pod nią znajduje się coś elastycznego, a więc ciała.

Miejsce egzekucji było tak wybrane, że absolutnie znikąd nie było widoczne (patrz przekrój). Nieprawdą też jest, jak swego czasu w „Przekroju" pisał jeden ocalały Żyd, że z okien widziano egzekucję. Najbliższe okna, zresztą zakryte skarpą, były w odległości nie mniejszej jak 500 m".

Relacja dr Schneigerta dowodzi, że około połowy grupy profesorskiej i ich bliskich umieszczono w aucie ciężarowym, zawieziono nieco dalszą okrężną drogą w pobliże miejsca stracenia21, wyładowano i po krótkim marszu piechotą dołączono do grupy pierwszej (rys.). Wobec tego, że prof. Groër widział tylko 15-20 wyprowadzanych osób, a więc około połowy rozstrzelanych, należy przypuszczać, że grupę opisywaną w relacji dr. Schneigerta wyprowadzono z Zakładu im. Abrahamowiczów na ulicę tejże nazwy główną, frontową bramą, a nie przez podwórze. Jednak w obu wspomnianych grupach nie widziano kobiet, a przecież było ich około 4, gdyż piąta, Katarzyna Demko, pozostała na podwórzu Zakładu. Znowu należy przypuścić, że grupę kobiet wyprowadzono osobno, a skoro nie widział ich prof. Groër, wyszły one również główną bramą, wprost na ulicę. Czy kazano im iść pieszo jak grupie pierwszej, czy też podwieziono autem jak grupę drugą, nie wiadomo.

Czym tłumaczyć podział skazańców na trzy grupy? Chyba chodziło o zmylenie czujności więźniów, aby gestapowcy mogli spokojnie doprowadzić wszystkich na miejsce stracenia. Doktor Schneigert trafił wskazaną przez kolegę drogą na grób profesorów, czyli wskazówka jego była trafna i prawdziwa. Niesłusznie jednak zaprzeczał dr Schneigert, by ktokolwiek mógł widzieć scenę rozstrzeliwania profesorów. Jak stwierdziłem na planie Lwowa, odległość w linii powietrznej miejsca kaźni od budynków przy ul. Nabielaka wynosi 400 m i z tej odległości można było nawet gołym okiem, a co dopiero przez lornetkę widzieć egzekucję. Zresztą zdjęcia ul. Nabielaka, wykonane z miejsca kaźni, i odwrotnie: miejsca kaźni z ul. Nabielaka, wykazują niezbicie, że widoczność była zupełnie możliwa. Doktor Schneigert był niewątpliwie pierwszym człowiekiem, który pojawił się na grobie profesorów, gdyż od ich śmierci upłynęło zaledwie 3 godziny. Można sobie łatwo wyobrazić jego wstrząs, gdy ujrzał zakrwawioną ziemię i odczuł uginanie się ciał swoich nauczycieli pod stopami. Dr Schneigert dodatkowo wyjaśnił mi, że do miejsca wyładowania ofiar prowadziła ulica brukowana, natomiast dalej istniał tylko wykop przyszłej ulicy. To tłumaczy, dlaczego auto dalej nie pojechało.

Należy jeszcze poruszyć sprawę śmierci doc. Stanisława Mączewskiego i nauczycielki języka angielskiego, Katarzyny Demko. Prof. Groër odchodząc o 6 rano do domu widział jeszcze dużą grupę, a wśród nich Mączewskiego i Demko. Demko byłaby zwolniona, gdyż dostała się do grupy służby i Wojtyny, a ci mieli odejść do domu po 6 rano. Na zapytanie gestapowca, czy wszyscy w tej grupie są służbą, Demko zaprzeczyła i została natychmiast przesunięta do grupy mającej iść do więzienia. Wobec tego, że pozostałe kobiety z grupy profesorskiej zaprowadzono już na miejsce stracenia, nie można było jej tego dnia zamordować. Uśmiercono ją, tak jak i doc. Mączewskiego, później, zapewne następnego dnia. Pozostaje jednak zagadką, dlaczego doc. Mączewskiego odłączono od grupy profesorskiej? Nie wiadomo, czy kiedyś uda się tę zagadkę rozwiązać. W każdym razie i doc. Mączewskiego, i Katarzynę Demko uśmiercono, gdyż nigdy nie pojawili się od tego czasu wśród żywych.

Następnego dnia po aresztowaniu, tj. 4 lipca, po wygaśnięciu godziny policyjnej o 6 rano, pobiegły przerażone żony i matki do swych rodzin i przyjaciół. Pani Witkiewiczowa dowiedziała się, że poza mężem straciła tej nocy również brata, prof. Edwarda Hamerskiego. Pani Mięsowiczowa straciła nie tylko ojca i syna, lecz również szwagra, prof. Włodzimierza Sieradzkiego, oraz kuzyna, prof. Longchamps de Berier z 3 synami. Pani Progulska podążyła do swej przyjaciółki Nowickiej i tam dowiedziała się, że i ona również straciła męża i syna. Samotnie, lub po kilka razem, rozpoczęły profesorowe poszukiwanie swych mężów i synów. Nikt im nie chciał, czasem i nie potrafił dać wyjaśnienia, co się stało z aresztowanymi i gdzie są więzieni. Ani w dowództwie gestapo przy ul. Pełczyńskiej, ani w wojskowej Komendzie Miasta w ratuszu, ani w Zakładzie im. Abrahamowiczów nikt o niczym nie wiedział, nikt o niczym nie słyszał. Co najwyżej niektóre panie usłyszały wyjaśnienie w gestapo, że „aresztowania dokonało frontowe gestapo, ale ono poszło dalej na wschód i my tu nic nie wiemy". Była to tylko częściowa prawda, gdyż część grupy Schoengartha pozostała we Lwowie, utworzyła dowództwo dla Lwowa i dystryktu Galicja i miała w dokładnej ewidencji wszystkich pomordowanych.

Pani Cieszyńska i Nowicka, każda z osobna, udały się do ratusza i rozmawiały z dwoma różnymi wyższymi oficerami; pierwsza mówiła z lek. stomatologiem, który, jak się okazało, znał jej męża. Obaj ci oficerowie, gdy usłyszeli co zaszło tej nocy, przerazili się i przynaglali do natychmiastowego pójścia do gestapo, „bo może jeszcze nie jest za późno". Było jednak za późno. Obaj oficerowie dobrze znali metody gestapo. Cieszyńska wniosła podanie do gestapo z prośbą o wiadomości o jej mężu. Po kilku tygodniach została wezwana do gmachu przy ul. Pełczyńskiej, gdzie oświadczono jej, że mąż umarł na serce, być może z powodu zbyt ciężkiej pracy.

Docent Krukowska również nie mogła się w pierwszych dniach dowiedzieć o losie męża. Dopiero kilka dni później powiedziano jej w gestapo, że aresztowani zostali wywiezieni ze Lwowa. Dnia 4 sierpnia powiedziano jej jednak, że mąż zmarł na serce 7 lipca. Inny gestapowiec zdementował to i twierdził, że wszyscy aresztowani zostali wcześniej wywiezieni.

Doc. Witold Grabowski, korzystając ze znajomości z niemieckim oficerem, lekarzem, prosił go z początkiem lipca, by dowiedział się, gdzie przebywają aresztowani profesorowie. Lekarz ów udał się do gestapo i po powrocie oświadczył, że „rumieni się po czubki palców, gdyż wszyscy oni zginęli". Również i mnie, Ukrainiec, prof. interny Marian Panczyszyn, oświadczył w kwietniu 1942 r., że mój szef, prof. Witold Nowicki, zginął tej lipcowej nocy22.

W Zakładzie Anatomii Patologicznej mieściła się wojskowa placówka anatomopatologiczna, której szefem był Oberfeldarzt dr Gerhard Sponholz. Pewnego razu opowiedział mi, że gdy zaprzyjaźniony z nim doc. dr Karl Schulze otwierał jako dyrektor Wydział Lekarski i udał się w październiku 1941 r. do gestapo z zapytaniem, czy może liczyć na współpracę aresztowanych profesorów, otrzymał odpowiedź, że żaden z nich nie pozostał przy życiu23.

Jak już wspomniano, jeden z podoficerów formacji SS, który był w grupie aresztujących Groëra, następnie nachodził dom profesora. Zapytany przez prof. Groëra, co się stało z pozostałymi profesorami, otwarcie powiedział, że wszyscy zostali owej nocy rozstrzelani.

Dr Eyer, lekarz, oficer, kierownik Instytutu Przeciwdurowego we Lwowie oświadczył doc. Schusterównej, że powinna ona swą siostrę Nowicką przygotować na to, że jej mąż i syn nie żyją.

Te wszystkie fakty świadczą o tym, że gestapo na ogół nie kryło przed Niemcami faktu zamordowania przez siebie profesorów. Mordercy byli pewni wygranej wojny, a ich wódz Hitler powiedział, że nikt nie sądzi zwycięzców. Okazało się zresztą po wojnie, że przeważnie i pokonanych nie sądziło się i nie sądzi za zbrodnie przeciw ludzkości.

Wkrótce po morderstwie gestapo przestało kryć i przed Polakami, że jest ono jego sprawcą. Wdowa po prof. Piłacie otrzymała na własne żądanie z dowództwa gestapo przy ul. Pełczyńskiej świadectwo zgonu męża. Było to wyraźne stwierdzenie, kto był sprawcą tej okrutnej i bezpodstawnej zbrodni. Również Menten uzyskał z gestapo przy ul. Pełczyńskiej świadectwo zgonu państwa Ostrowskich, które widział u niego prof. Groër.

Dnia 11 lipca, a więc w tydzień po krwawej nocy z 3 na 4, zostali uwięzieni dwaj dalsi profesorowie, tym razem obaj z Akademii Handlu Zagranicznego: 51-letni matematyk Stanisław Ruziewicz i 53-letni ekonomista Henryk Korowicz. Zabrano ich z domu po południu i wszelkie poszukiwania na gestapo i komisariatach policji ukraińskiej okazały się bezowocne. Nikt rzekomo nie wiedział ani słyszał o tych aresztowaniach.

W gmachu gestapo przy ul. Pełczyńskiej nadal był więziony prof. Kazimierz Bartel. Widocznie gestapo lwowskie oczekiwało na instrukcje ze swej centrali w Berlinie. Jak pisał w liście do żony w dniu 16 VII 1941 r., nie przesłuchiwano go w ogóle: „Z rozmów prywatnych z oficerami wnoszę, że niebezpieczeństwo może wypływać z mego stanowiska premiera. W Moskwie umawiałem się (!!) ze Stalinem, tu miałem wielkie jakieś stanowiska (!) echa tego dochodziły przecież i do nas tu — mowa Churchila i Sikorskiego — tak mi wprost mówili, każą organizować współpracę z bolszewikami, a któż do tego jest najbardziej przygotowany".

Współwięzień Antoni Stefanowicz potwierdził mi, że Bartel nie był przesłuchiwany i nie odbyła się żadna rozprawa sądowa. Gdy podczas pobytu w więzieniu przy ul. Pełczyńskiej zachowanie się gestapowców wobec Bartla było względnie poprawne, pozwolono na przynoszenie mu obiadów z domu, pisanie i otrzymywanie listów od żony, to po przeniesieniu ich obu do więzienia przy ul. Łąckiego, co według Bartlowej nastąpiło około 21 lipca, stało się ono brutalne, ale obiady nadal otrzymywał z domu. Wyzywano go od pachołków żydokomuny i pewnego razu, jak podał Stefanowicz, gestapowiec kazał Bartlowi czyścić buty Ukraińcowi z Hilfsgestapo, „by polski profesor i minister czyścił buty parobkowi ukraińskiemu od koni". Bartel był załamany psychicznie i, jak pisał mi Stefanowicz, nie mógł zrozumieć istoty całej tragedii.

Należy wątpić w spotkanie Bartla ze Stalinem, ale istotnie wyjeżdżał on do Moskwy, jak oświadczyła mi Bartlowa, w sprawie tłumaczenia na język rosyjski dzieła Perspektywa malarska. Oczywiście, że mógł dziwić wyjazd w takiej sprawie aż do Moskwy, skoro można było ją załatwić na miejscu we Lwowie24.

Wielu dziwiło, że Bartel nie wyjechał do Moskwy z wycieczką zorganizowaną dla profesorów wyższych uczelni Lwowa w 1940 r., lecz samotnie w innym czasie24. Rosjanie, którzy cechują się w swej polityce dalekowzrocznością, mogli myśleć o Bartlu jako o przyszłym przywódcy narodu polskiego. Oczywiście nie wchodzę w to, czy byłby on na tę rolę się zgodził. Przetrzymywanie jego przez Niemców i to na początku w dobrych warunkach nasuwa myśl, że i oni mogli myśleć o Bartlu jako ewentualnym przywódcy. Nie można wykluczyć, że gdy w 1941 r. szli od zwycięstwa do zwycięstwa, zrezygnowali z Bartla i dlatego 26 VII o świcie zamordowali go na rozkaz Himmlera.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 28 wrz 2011, 10:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
ciąg dalszy:

Hamburski dziennik „Die Welt" doniósł 2 VIII 1968 r., że odnaleziono w Norymberdze tajny dokument hitlerowskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych opatrzony znakami NG 4567 dowodzący, że nuncjusz papieski Cezare Orsenigo interweniował 26 V 1942 r. w tym Ministerstwie u podsekretarza stanu Ernsta von Weizsäckera w sprawie uwięzionych lwowskich profesorów, których nazwiska wymienił. Weizsäcker zwrócił uwagę, że interwencja ta jest pozbawiona formalnych podstaw, gdyż wśród aresztowanych nie było osób duchownych. Oczywiście było to nieprawdą, gdyż, jak wiadomo, wśród zamordowanych profesorów znalazł się również ksiądz, dr teologii Władysław Komornicki. Weizsäcker, jak wynika z dokumentu, dowiedział się jednak od gestapo, jaki los spotkał profesorów, gdyż dopisał na nim własnoręcznie słowo „liquidiert". Do tego miejsca informacje „Die Welt" są oparte na oryginalnym dokumencie. Następna natomiast informacja jest raczej domysłem. Czytamy, że centrala gestapo w Berlinie poleciła swej filii we Lwowie wybadać, czy aresztowany były premier Kazimierz Bartel zgodziłby się kolaborować z Niemcami za cenę uratowania swego życia. Prof. Bartel bez chwili wahania odrzucił tę propozycję i wówczas na osobisty rozkaz Hitlera został stracony.

Jan Weinstein25 przytoczył w paryskich „Zeszytach Historycznych" treść pospiesznego pisma (Schnellbrief), podpisanego przez Müllera, zastępcę szefa Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (Heydricha) wysłanego do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Otóż w piśmie tym czytamy, że polski profesor Kazimierz Bartel Już na początku 1941 r. prowadził z rosyjskimi władzami pertraktacje, mające na celu utworzenie pod jego przewodnictwem rządu krajowego (Landesregierung), który by potem wespół ze Związkiem Sowieckim miał wypowiedzieć wojnę Niemcom. W związku z powyższym bawił on kilkakrotnie w Moskwie. Kontrofensywa niemiecka położyła kres tym machinacjom.

Bartel został 26 VII 1941 r. zasądzony zgodnie z prawem. Nie posiadamy żadnego potwierdzenia „winy" Bartla, ale z całą pewnością został on zgładzony bez wyroku sądowego, gdyż wiedziałby coś na ten temat Antoni Stefanowicz przebywający w więzieniu z profesorem.

O powierzeniu odpowiedzialnego politycznego stanowiska prof. Bartlowi myślały nie tylko władze radzieckie i niemieckie. Generał Sikorski po zawarciu ugody ze Stalinem pragnął mianować Bartla ambasadorem polskim w ZSRR. Jak pisał prof. Kot26, Sikorski oceniał postawę Bartla w latach 1939-1941 jako pełną godności, rozumu i odwagi i poszukiwał go w Związku Radzieckim. Nie znalazłszy go tam, desygnował na to stanowisko prof. Kota. Warto nadmienić, że willę Bartlów przy ul. Herburtów 5 zajął szef lwowskiego gestapo — dr Eberhard Schoengarth, mieszkanie Ostrowskich wyrabował v. Menten, a mieszkanie prof. Dobrzanieckiego zajął przyjaciel Mentena, Ukrainiec, dr med. Wreciono, brat komendanta ukraińskiej policji we Lwowie.

Gdy zarysowała się hitlerowska klęska wojenna, przystąpiło gestapo w 1943 r. do zacierania śladów swych zbrodni na Polakach, Żydach, Ukraińcach, Rosjanach i innych narodach. Utworzono z Żydów-niewolników, tzw. Sonderkommando 1005, które miało za zadanie odkopywanie grobów, wydobywanie trupów, przewożenie ich do Lasu Krzywczyckiego i palenie. Masowe, 4-letnie mordowanie ludzi we Lwowie odbywało się na tzw. Piaskach Janowskich i w Lesie Krzywczyckim, znajdującym się za rogatką łyczakowską. Prawdopodobnie prof. Bartel zginął na Piaskach Janowskich i tam został pogrzebany. W Lesie Krzywczyckim mordowano początkowo jeńców radzieckich, a potem Polaków i przede wszystkim Żydów. Opis tworzenia i działalności oddziału 1005 podał Leon Weliczker w swej interesującej pracy pt. Brygada śmierci „Sonderkommando 1005". Inny członek tej brygady, Żyd Edward Gleich, potwierdził słowa Weliczkera w obszernym zeznaniu przekazanym mi pisemnie. Odwiedziłem 3 IX 1944 r. wraz z Tomaszem Cieszyńskim i 3 Żydami, członkami Sonderkommando 1005, zlikwidowany obóz w Lesie Krzywczyckim. Ślady kilkunastu masowych grobów (wielkości od 5 x5 do 7 x7 — głębokość różna) były wciąż jeszcze dobrze widoczne, choć zwłoki zostały wykopane i spalone. Przy próbnych kopaniach widać było ziemię gęsto przepojoną krwią. Wszędzie czuć było gnijące zwłoki, choć dawno już były spalone.

Jakaż organizacja była potrzebna, aby setki tysięcy zdrowych osób, mężczyzn, kobiet i dzieci zabić, pogrzebać, a następnie ekshumować i spalić. Ileż to dziesiąt-tysięcy żywych Żydów przywożono tu autami, kazano im się rozebrać, po czym zabijano i od razu palono. Następnie przesypywano na sitach popioły, wydobywając z nich złote zęby i ukryte kosztowności w przewodzie pokarmowym i narządzie rodnym kobiecym po czym nie spalone całkowicie kości mielono w żwirowym młynie i rozsiewano wraz z popiołami po lesie. Czasem w ciągu 1 dnia zabijano 2400 Żydów lub palono 3000 ekshumowanych.

Weliczker i Gleich podali, że w przeddzień wielkiego święta żydowskiego Jom-Kipur, tj. 8 X 1943 r. późnym wieczorem wyruszyła z obozu w Lesie Krzywczyckim ekipa 20 Żydów pod dowództwem esesowców na Wzgórze Wuleckie, by odkopać zwłoki profesorów i ich towarzyszy. Gdy mimo kopania na głębokość kilku metrów zwłok nie odnaleziono, udał się jeden z oficerów do gestapo przy ul. Pełczyńskiej i stamtąd przyjechał wyższy rangą oficer, Kurt Stawizki. Bez wahania wskazał na właściwe miejsce, co mogło być dowodem, że brał udział w rozstrzeliwaniu profesorów. Należy zresztą pamiętać, że każdy grób był w ścisłej ewidencji gestapo i że w każdym grobie znana była dokładna liczba osób w nim leżących.

Żydzi zwrócili uwagę, że tym razem byli to „ludzie z wyższej sfery", gdyż ubrania były porządne i wypadały z kieszeni złote zegarki i łańcuszki, wieczne pióra z nazwiskami Witold Nowicki, Tadeusz Ostrowski. Żydzi domyślali się, że chodzi o grób profesorów, tak dobrze znanych we Lwowie. Wobec tego, że łączono z tymi profesorami też prof. Bartla, który zginął jednak 24 dni później od nich, o czym wykopujący zwłoki nie wiedzieli, wymieniano jednym tchem nazwisko Bartla z Ostrowskim, Nowickim, Stożkiem i innymi. Byłem zapytywany przez niektórych zainteresowanych tym morderstwem, czy nie dołączono trupa Bartla do grobu profesorów. Jakiż cel mieliby Niemcy w takim postępowaniu? Czyż mieliby rozkopywać grób tylko dlatego, aby koniecznie wszyscy profesorowie byli w jednym grobie? Moim zdaniem Bartel, Ruziewicz, Korowicz i Mączewski zostali zastrzeleni i pogrzebani w innym miejscu, zapewne na Piaskach Janowskich, leżących na przedmieściu Lwowa.

Ekshumowane zwłoki rozstrzelanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów i ich współtowarzyszy przewieziono bezzwłocznie do Lasu Krzywczyckiego i następnego dnia, tj. 9 października, dorzucono je do kilkuset innych trupów i spalono wspólnie na olbrzymim stosie. Zachowane resztki kości zmielono w żwirowym młynie i wraz z popiołami rozrzucono po okolicznym lesie.

Dnia 6 maja 1945 r. udałem się z pisarzem radzieckim Władymirem Bielajewem nad opróżniony grób profesorów, leżący na zboczu Wzgórz Wuleckich. Bielajew zajmował się tragedią profesorów i publikował dane o niej27. Znalazł on uprzednio w tym miejscu kilka łusek z pocisków karabinka, strzęp ubrania i kość skroniową, rozpoznaną przez prof. anatomii Tadeusza Marciniaka jako ludzką. Sam obecnie znalazłem jeszcze jedną łuskę, strzęp innego ubrania i kość śródręcza ludzkiego. Gdyby się przekopało jeszcze raz zasypany grób, na pewno znalazłoby się więcej rzeczy udowadniających zbrodnię hitlerowską.

Doc. Karolina Lanckorońska, uwięziona w 1943 r. przez Hansa Krügera28, komendanta gestapo w Stanisławowie, dowiedziała się od niego, że należał on do grupy aresztującej profesorów tragicznej nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. Krüger podchmielony alkoholem, będąc pewny, że podzieli ona los jego 250 ofiar, nauczycieli szkół średnich i podstawowych, adwokatów, sędziów, lekarzy oraz dziesiątków tysięcy Żydów przyznał się do uczestnictwa w tej zbrodni. Lanckorońska dzięki interwencji włoskiego dworu królewskiego została w ostatniej chwili zabrana ze szponów Krügera do lwowskiego gestapo. Tu spotkała Waltera Kutschmanna, wroga Krügera, któremu wyjawiła, że zna tajemnicę śmierci lwowskich profesorów. Kutschmann spowodował w Berlinie proces przeciw Krügerowi, na którym Krüger został zasądzony za zdradę tajemnicy służbowej29. Lanckorońską zesłano do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, skąd została jednak zwolniona wskutek starań jej przyjaciela, prof. C. Burckhardta, prezesa międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie. Bardzo interesujący opis tych przejść umieściła Lanckorońska w numerach 46-4830 londyńskiego „Orła Białego", a częściowo powtórzony przeze mnie w 1964 r.

Wielu Polaków mylnie sądzi do dziś. że masakry profesorów dokonali Ukraińcy. Gdyby tak było, prokurator hamburski nie przyznałby po wojnie, że było to dzieło jego rodaków — Niemców. Gdy docent Helena Krukowska wniosła do sądu w Ludwigsburgu skargę o zamordowanie jej męża, prof. Włodzimierza i pozostałych profesorów, prokurator Below napisał jej, że winnymi morderstwa są: Himmler, Frank, Schongarth, SS-Standartenflihrer Heim i prawdopodobnie SS-Hauptscharfuhrer Horst Waldenburger, ale ci wszyscy ludzie nie żyją, a pozostałych winnych poszukuje się. Prokurator ów przyznał, że tylko ekipa rozstrzeliwująca składała się z Ukraińców, tłumaczy, ubranych w mundury formacji SS. W 1976 r. zwrócił się do mnie prokurator Nachtigall-Marten z Hamburga, by mu podać nazwiska gestapowców, którzy aresztowali lwowskich profesorów. Podałem nazwiska oficerów: Hansa Krügera, Waltera Kutschmanna, Kurta Stawizkiego i komisarza policji Kurta, podoficerów Hackego i Kohlera oraz Holendra Pietera Nikolaasa Mentena.

Po wojnie, przebywając stale za granicą, wyczytała doc. Lanckorońska w gazecie, że w Münster toczy się proces przeciw Krügerowi za wymordowanie tysięcy Żydów, ale nie Polaków, w Stanisławowie. Zgłosiła się na rozprawę jako świadek i zeznawała przeciw Krügerowi obwiniając go o zamordowanie profesorów.

Sąd jednak przyjął, że brak jest dowodów, by Krüger mordował profesorów we Lwowie, uważając, że mogły to być tylko jego przechwałki i próby zastraszenia aresztowanej. Krüger za swe zbrodnie w Stanisławowie został jednak zasądzony na dożywocie. Według przepisów zachodnioniemieckich, ten, kto został skazany na najwyższy wymiar kary (w Niemczech nie ma kary śmierci), nie może być pociągany do odpowiedzialności za inne, choćby najcięższe zbrodnie. To właśnie uniemożliwiło sądzić Krügera za morderstwo profesorów. Na żądanie Władysława Żeleńskiego prokurator przesłuchał Krügera, ale ten wyparł się udziału w zbrodni lwowskiej. Prokurator zawiesił dochodzenie uważając, że dalsze wyjaśnienie należy już tylko do historyków. Wszelkie starania doc. Lanckorońskiej, doc. Krukowskiej, Władysława Żeleńskiego — bratanka Tadeusza Boya i innych nie posunęły naprzód sprawy postawienia przed sądem sprawców krwawej nocy lipcowej. Władysław Żeleński ogłosił szereg artykułów w londyńskich „Wiadomościach" na temat zbrodni we Lwowie31. Sprostował on również w czasopiśmie „Die Welt" kłamliwą informację, że mord dokonany na profesorach był po prostu na tle rasowym, jako że zamordowani mieli być Żydami. Żeleński wykazał, że wśród 22 profesorów rozstrzelanych 4 lipca nie było ani jednego Żyda32.
Wielu Polaków stawiało pytanie, skąd Niemcy mieli listę zgładzonych profesorów. Nie jest to istotne dla całej sprawy, gdyż można było nazwiska z adresem uzyskać choćby z przedwojennej książki telefonicznej. Można jednak wierzyć Walterowi Kutschmanowi, który oświadczył doc. Lanckorońskiej, że listę dostarczyli gestapo Ukraińcy. Całe szczęście, że na liście umieszczono tylko 25 profesorów. Przecież sam Uniwersytet posiadał 158 docentów i profesorów, a dochodzi do tego olbrzymia Politechnika, Akademia Medycyny Weterynaryjnej i Akademia Handlu Zagranicznego.

Sądząc z tego, że gestapo owej lipcowej nocy poszukiwało zmarłych w czasie wojny: okulistę prof. Adama Bednarskiego i dermatologa prof. Romana Leszczyńskiego33, należy przypuszczać, że lista powstała jeszcze w Krakowie. Wskutek odcięcia granicą od Lwowa w Krakowie nie wiedziano, kto w tym czasie zmarł. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że krakowskie gestapo przed wybuchem wojny niemiecko-radziecki ej zażądało od Ukraińców, studentów lub absolwentów wyższych uczelni lwowskich, podania nazwisk i adresów znanych im profesorów. Stąd taka względnie krótka, na szczęście, lista.

W 1954 r. z inicjatywy prof. dermatologii Henryka Mierzeckiego powstał we Wrocławiu Międzyuczelniany Komitet Uczczenia Pamięci Lwowskich Pracowników Nauki, którego celem było zebranie funduszów na budowę pomnika we Wrocławiu. Dzięki energii i staraniu członka tego Komitetu, prof. Wiktora Wiśniowskiego, 3 X 1964 r. przy placu Grunwaldzkim nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika, dzieła artysty rzeźbiarza Borysa Michałowskiego, przez b. rektora Uniwersytetu Lwowskiego, prof. Stanisława Kulczyńskiego, wówczas zastępcę przewodniczącego Rady Państwa. Niestety, wskutek nakazu władz istnieje na pomniku napis, że został on wystawiony ku czci wszystkich polskich naukowców zabitych i zmarłych w czasie okupacji hitlerowskiej, zamiast imiennie ku czci pomordowanych profesorów lwowskich. Prof. Kulczyński w swoim pięknym przemówieniu w czasie odsłonięcia pomnika mówił wyłącznie o rozstrzelanych profesorach lwowskich.

W 1966 r. w 25 rocznicę śmierci profesorów odsłonięto w kościele o.o. Franciszkanów w Krakowie tablicę z nazwiskami ofiar hitleryzmu. Niestety, opuszczone zostało nazwisko prof. Stanisława Ruziewicza. Opodal tej tablicy istnieje osobno umieszczone epitafium ku czci prof. Kazimierza Bartla. Dnia 29 VI 1981 r. kilka dni przed 40 rocznicą zamordowania lwowskich profesorów odsłonięto dwie tablice z nazwiskami ofiar hitleryzmu: jedną z inicjatywy prof. Włodzimierza Trzebiatowskiego w holu Oddziału Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu przy ul. Podwale 75 i drugą z inicjatywy rektora Uniwersytetu prof. Kazimierza Urbanika w korytarzu głównego gmachu Uniwersytetu. Odsłonięcie tej ostatniej było połączone z uroczystą sesją naukową zorganizowaną przez Uniwersytet. W przeddzień 36 rocznicy wygłoszenia pierwszego wykładu w języku polskim na Uniwersytecie i Politechnice34 we Wrocławiu, tj. 14 XI 1981 r., nastąpiło odsłonięcie kolejnej tablicy z nazwiskami pomordowanych profesorów, tym razem przed pomnikiem przy placu Grunwaldzkim, wzniesionym w 1964 r. Tablicę ufundowały senaty szkół akademickich miasta Wrocławia. W ten sposób pomnik przestał być anonimowy; ludzie, którzy nie szczędzili nań pieniędzy, wreszcie doczekali się, że ich szlachetne intencje spełniły się. Uroczystość odbyła się w wysoce wzniosłym nastroju. Wokół pomnika przy dźwiękach marsza żałobnego Chopina zgromadziły się poczty sztandarowe młodzieży wszystkich uczelni akademickich, delegacja Armii Krajowej ziemi lwowskiej ze sztandarem, wszyscy rektorzy i prorektorzy w togach, z insygniami, rodziny pomordowanych profesorów, ich uczniowie, przyjaciele oraz tłumy mieszkańców Wrocławia.

Pierwszy przemówił przewodniczący Kolegium Rektorów, rektor Akademii Medycznej, prof. Marian Wilimowski, po czym w imieniu uczniów pomordowanych profesorów prof. Wiktor Wiśniowski, a w imieniu Polskiej Akademii Nauk prof. Bogusław Bobrański. Odsłonięcia tablicy dokonała wdowa po profesorze Witkiewiczu, dr Maria Witkiewiczowa. Biskup Urban poświęcił tablicę, pomnik i urnę z ziemią przywiezioną z miejsca kaźni we Lwowie, a następnie odprawił egzekwie żałobne, jako że zabici nie mieli pogrzebu. Urnę wmurował doc. Tomasz Cieszyński, syn zamordowanego prof. Antoniego Cieszyńskiego. Po złożeniu wieńców i kwiatów, zebrani odśpiewali Rotę Konopnickiej i po odegraniu marsza żałobnego Chopina nastąpiło zakończenie uroczystości.

Również we Lwowie zamierzano uczcić pamięć profesorów pomordowanych przez hitlerowców. W miejscu kaźni na stoku Wzgórz Wuleckich zaczęto w 1956 r. budować pomnik. Stanęły rusztowania, powstały kontury pomnika, wkrótce jednak zaprzestano dalszej budowy i po latach rozebrano rusztowanie, wyrównując teren po usunięciu zaczątków budowy.

Rozstrzelanie lwowskich profesorów było tematem szczegółowego opracowania już w 1964 r. Dzięki staraniom prof. Józefa Bogusza ukazała się w pierwszym oświęcimskim zeszycie „Przeglądu Lekarskiego" praca Zygmunta Alberta pt. Zamordowanie 25 profesorów wyższych uczelni we Lwowie przez hitlerowców w lipcu 1941 r.35 Nieznacznie zmieniona i skrócona ta sama praca została opublikowana w II tomie książki Okupacja i medycyna36.
W obu tych pracach zamieszczone zostały krótkie rysy biograficzne wszystkich pomordowanych docentów i profesorów oraz zdjęcia profesorów Wydziału Lekarskiego. W obecnej publikacji znalazły się zdjęcia wszystkich (z wyjątkiem prof. Korowicza, którego zdjęcia mimo poszukiwań nie udało się odnaleźć nawet u rodziny) pomordowanych profesorów i ich rodzin, tym razem z wszystkich wyższych uczelni. Tu też znalazły się nowe szczegóły rozstrzelania, śledztwa, ścigania i wykrycia sprawców tej zbrodni, podjęte przez Polaków na emigracji i w kraju. Tygodnik „Gwiazda Polarna", ukazujący się w Stanach Zjednoczonych, przedrukował w czerwcu 1975 r. pierwszą wersję wspomnianej pracy, ale bez zdjęć. W ten sposób świat poznał jeszcze jedną okrutną zbrodnię dokonaną przez hitlerowców, tym razem na uczonych tego narodu, którego zagładę od wielu lat starannie planowali. Zamieszczona w obecnej pracy dokumentacja, zbierana w trudnych warunkach w sposób nieprzerwany od lipca 1942 roku, stara się wyjaśnić tajemnicę mordu lwowskiego i utrwalić w pamięci tamte wydarzenia.

Niech ta księga, podobnie jak wmurowane tablice i pomnik, będą naszym hołdem złożonym pomordowanym profesorom i niech trwale przypominają o nich następnym pokoleniom. Oby taka zbrodnia nigdy więcej się nie powtórzyła.



--------------------------------------------------------------------------------

Przypisy
1 Okupacja i ruch oporu w Dzienniku Hansa Franka, t. I: 1939-1942, Warszawa 3970, s. 217-2)8.
2 O jednego mniej.
3 W istocie mieli 82 i 74 lat.
4 Gospodyni prof. Dobrzanieckiego nie była aresztowana, lecz jej mąż, który do służby nie należał.
5 Był to woźny Wojtyna, aresztowany wraz z prof. Witkiewiczem i następnie zwolniony.
6 Mimo to 11 XI 1942 r. prof. Groër został z 15 innymi lekarzami aresztowany.
7 Właściwa nazwa: Zakład Wychowawczy im. Abrahamowiczów.
8 Omyłka, gdyż wówczas strzelaliby nie w stok, lecz w kierunku budynków mieszkalnych przy ul. Nabielaka.
9 Żony prof. Longchamps nie aresztowano.
10 Ekshumacja nastąpiła dopiero w 1943 r.
11 Był to prof. Roman Witkiewicz.
12 Chodzi o Józefa Wojtynę, aresztowanego wraz z prof. Witkiewiczem i następnie zwolnionego. Był on sublokatorem prof. Witkiewicza i woźnym na Politechnice.
13 Niesiono inż. Adama Ruffa, który w czasie identyfikacji w Zakładzie im. Abrahamowiczów dostał ataku epileptycznego. Oficer gestapo wyciągnął pistolet i bez wahania zabił go na miejscu.
14 Nie był to prof. Bartel, lecz okulista doc. Jerzy Grzędzielski, który również mocno utykał.
15 A. Drożdźyński i J. Zaborowski, Oberldnder. Przez „Ostforschung" wywiad i NSDAP do rządu NRF, Warszawa 1960, s. 77-85.
16 S. Sterkowicz, Tadeusz Boy-Żeleński, lekarz — pisarz — społecznik. Warszawa 1974.
17 Dr inż. Zbigniew Schneigert, wychowanek lwowskiej Politechniki, mieszka obecnie w Zakopanem.
18 Chodzi o Kazimierza Wojtasa, urodzonego w 1906 r. i zmarłego w 1975 r. w Opolu.
19 II Dom Techników przy ul. Abrahamowiczów był domem studentów Politechniki.
20 Rysunek dr Schneigerta znajduje się w dokumentacji.
21 Dr Schneigert dodatkowo wyjaśnił mi, że do miejsca wyładowania ofiar prowadziła ulica brukowana, natomiast dalej istniał tylko wykop przyszłej ulicy. To tłumaczy, dlaczego auto dalej nie pojechało.
22 Albert, Lwowski Wydział Lekarski w czasie okupacji hitlerowskiej, 1941-, Prace Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego, Wrocław 1975, s. 31.
23 Ibidem, s. 25.
24 M. Kamieński, W sprawie wyjazdu profesorów lwowskich w r. 1940 do Moskwy, Życie Literackie, 1972, XXII, nr 17 (1056), s. 7; W. Żeleński, Podróże profesorów lwowskich w r. 1940 do Moskwy, Wiadomości (Londyn), nr 1523 z dnia 8 VI 1975.
25. J. Weinstein, Dokumenty w sprawie zamordowania przez gestapo b. premiera Prof. Kazimierza Bartla, Zeszyty Historyczne, 1967, s. 93.
26. S. Kot, Listy z Rosji do Gen. Sikorskiego, Londyn 1956, s. 16.
27 W. Bielajew i M. Rudnycki, Pod czużymi znamienami, Wyd. Mołodaja Gwardia, 1954, s. 84-107; W. Bielajew, Granica w ogniu, Moskwa 1967; tenże, Tajnia Wulki, Lwowskaja Prawda, 4 VII (1956: tenże, Uczeni płoną na stosach, Czerwony Sztandar, 2 XII 1944; tenże, Wiszniewyje Alleji — Zagadka Wuleckich Chołmow, Moskwa 1981, s. 292-326.
28 Hans Krüger pochodził z poznańskiego i miał dobrze mówić po polsku, tak że mieszkańcy Stanisławowa uważali go za volksdeutscha.
28 Po zakończeniu II wojny światowej Krüger podawał, że był karany za swą wrogość wobec reżimu hitlerowskiego, a nie za zdradę tajemnicy służbowej.
30 Patrz dok. nr 16.
31 W. Żeleński Odpowiedzialność za mord profesorów lwowskich, Wiadomości, rok XXIX, nr 17, 5 V 1974; tenże, By skończyć ze zmową milczenia, ibidem, nr 18, 12 V 1974; tenże, Podróże profesorów lwowskich do Moskwy w r. 1940, ibidem, nr 1523, 8 VI 1975. 32 W. Żeleński, Ungeklaerter Mord in Lemberg, Die Welt, 5/6 VII 1974. Odpowiedź na artykuł W. Kahla i W. Pfuhla, Krach zwischen „DDR" und Polen wegen Rehabilitation Oberlaenders, umieszczony w Die Welt z dnia 4 VII 1975,
32 Zamordowany 11 lipca Henryk Korowicz był wprawdzie pochodzenia żydowskiego, ale nazwisko jego było polskie i z całą pewnością hitlerowcy nie aresztowali go jako Żyda, lecz jako polskiego uczonego, podobnie jak tamtych 22 oraz Ruziewicza i Bartla.
33 Pogłosce o próbie aresztowania tej nocy prof. Napoleona Gąsiorowskiego zaprzeczyła w liście do mnie wdowa.
34 Od 1945 do 31 XII 1949 r. Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu były pod berłem jednego rektora, prof. Stanisława Kulczyńskiego.
35 Przegląd Lekarski, 1964, R. XX, s. 58-77.
36 Okupacja i medycyna, Warszawa 1975, t. II, s. 168-188.

http://www.lwow.com.pl/albert/albert-pl.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 28 wrz 2011, 10:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
Włodzimierz Bonusiak

Kto zabił Profesorów Lwowskich?

Krajowa Agencja Wydawnicza Rzeszów 1989
ISBN 83-03-02876-6, Wydanie I.

--------------------------------------------------------------------------------

Rozdział IV.
Mordercy i ich ofiary

Wywiad Armii Krajowej sugerował, że "profesorów aresztowało gestapo na skutek donosów ukraińskich"1. Pierwsze opublikowane relacje i wspomnienia pochodzące z 1944 r. również jako autorów zbrodni podawały tę najbardziej znienawidzoną przez okupowane narody jednostkę policyjną. W. Bielajew pisał obrazowo: "krwawe łapy gestapo wyrywają wybitnych uczonych spośród świata medycznego"2. Ten sam autor w grudniu 1944 r. konstatował na łamach "Czerwonego Sztandaru", że "ogólnie znanym jest fakt, że oddziały gestapowców wdarłszy się do miasta, miały na długo jeszcze przed wojną 1941 r. gotową listę wybitnych działaczy nauki i sztuki podlegających natychmiastowej likwidacji"3. W miarę upływu lat zarówno publicyści, jak i historycy przestali się kontentować samym określeniem — "gestapo" i zaczęli poszukiwać odpowiedzi na pytania: jaka konkretnie jednostka policyjna dokonała mordu i kto stał na jej czele. W. Bielajew pisał, że już jesienią 1944 r., kiedy zaznajomił się ze znalezionym w jednym ze schronów UPA dokumentem-instrukcją pt. "Walka i działalność OUN podczas wojny" pojął, że daje mu ona klucz do wykrycia morderców. S. Bandera nakazywał w instrukcji swym współpracownikom "Zbierać personalne dane o wszystkich wybitnych Polakach i zestawiać czarne listy. Zrobić spis wybitnych Ukraińców, którzy w określonym momencie mogliby próbować realizować swoją politykę"4. W sposób pośredni potwierdzony został więc współudział nacjonalistów ukraińskich w wymordowaniu lwowskich uczonych. W swoich trzech kolejnych książkach W. Bielajew konsekwentnie stawiał tezę, że listy profesorów przygotował banderowski odłam OUN, a oddział "Nachtigall" brał udział w samym morderstwie. Jego opinie podzielali liczni radzieccy historycy w swych pracach dotyczących okupacji hitlerowskiej na terenie Ukrainy.

Tezę W. Bielajewa potwierdził Sąd Najwyższy NRD, który w dniu 29 kwietnia 1960 r. po zaocznym procesie skazał Theodora Oberländera (ówczesnego ministra w rządzie RFN) na karę dożywotniego ciężkiego więzienia i utratę obywatelskich praw honorowych na zawsze. W sentencji wyroku stwierdzono,: że batalion "Nachtigall" został przez Oberländera zorganizowany, wyszkolony i pod jego dowództwem użyty podczas agresji na ZSRR. Zgodnie z ustaleniami Sądu Najwyższego NRD Oberländer był komendantem batalionu "Nachtigall", co zostało ustalone na podstawie zeznań świadków i dokumentów przedłożonych Sądowi podczas rozprawy. Ukraińskim dowódcą batalionu "Nachtigall" był Szuchewycz, który stale towarzyszył Oberländerowi i przekazywał do wykonania jego rozkazy. Zaraz po zajęciu Lwowa z batalionu wydzielono specjalny oddział w liczbie około 80 osób, który użyty został do masowych mordów. Według świadków zeznających na procesie, a należących do batalionu "Nachtigall", ich koledzy, którzy należeli do wspomnianej 80-osobowej grupy twierdzili po powrocie do batalionu, że otrzymywali od Oberländera i Szuchewycza imienne listy osób, które należało rozstrzelać5. Theodor Oberländer był uważany w okresie II wojny światowej przez część osób z kierowniczych kół III Rzeszy za niekwestionowany autorytet w sprawach polskich i całej Słowiańszczyzny. Jego życiorys predestynował go zresztą w pełni do tej opinii. Piastując od października 1940 r. funkcję profesora zwyczajnego na niemieckim Uniwersytecie im. Karola w Pradze (do końca wojny) oraz od stycznia 1941 r. dziekana Wydziału Nauk Politycznych i komisarycznego zarządcy zamkniętego Wydziału Prawa, miał już za sobą rozległe doświadczenia w politycznej, propagandowej i organizatorskiej walce z polskością.

Od czasu pierwszej podróży-praktyki — do ZSRR w 1928 r. podjął współpracę z placówkami "Ostforschung", pełniąc w latach 1933—1937 kierownicze funkcje w Bund-Deutscher Osten — organizacji podlegającej zastępcy führera — Hessowi, mającej za zadanie prowadzenie na wschodnich terenach pogranicznych Rzeszy walki narodowościowej, walki pogranicznej, propagowanie problematyki wschodniej, zajmowanie się osadnictwem i kierowanie pracą ziomkostw byłych osadników i urzędników niemieckich, którzy po 1918 r. znaleźli się w Niemczech. W tym samym czasie zajmował się również organizowaniem siatki wywiadu politycznego wśród mniejszości słowiańskich na wschodnim pograniczu Niemiec. W 2 połowie 1937 r. służył w centrali Abwehry w Berlinie, a w 1939 r. w Abwehrstelle Breslau — głównym ośrodku działalności sabotażowo-dywersyjnej niemieckiego wywiadu wojskowego przeciw Polsce. Od listopada 1940 r. służył w Abwehrstelle Krakau jako oficer odpowiedzialny za sprawy ukraińskie. Wtedy przebywał również kilkakrotnie we Lwowie w związku z repatriacją Niemców z tego miasta.

Zimą 1940/41 brał udział w rokowaniach między przedstawicielami Abwehry i OUN-B, by od marca 1941 r. wrócić do czynnej służby wojskowej w Abwehrze i brać udział w przygotowaniach agresji na ZSRR, a zwłaszcza gospodarczej eksploatacji okupowanych terenów Kraju Rad. To ostatnie zagadnienie wiązało się z jego zainteresowaniami naukowymi, które zawsze oscylowały wokół problemów polityki ludnościowej, osadnictwa i polityki rolnej. Miał także ścisłe kontakty z Nord-und Ostdeutsche Forschungsgemeinschaft — tajną agendą ministerstwa spraw zagranicznych i ministerstwa spraw wojskowych oraz z SS w ramach tzw. SS-Umsiedlungskommando, czyli specjalnego sztabu do przygotowania planowanych wielkich akcji osiedleńczo-przesiedleńczych na terenach okupowanych.

T. Oberländer, były profesor nadzwyczajny w Politechnice Gdańskiej i Uniwersytetu w Królewcu, człowiek ściśle współpracujący z dużą liczbą placówek zajmujących się Wschodem, oberleutnant Abwehry, nadawał się doskonale na reprezentanta interesów niemieckiego wywiadu w Zachodniej Ukrainie6. Ambitny, przekonany o własnej wartości i swego rodzaju misji do spełnienia, usiłował pogodzić realizację swych własnych planów — awansu w hierarchii III Rzeszy — z zadaniami zleconymi przez Abwehrę oraz z dążeniami nacjonalistów ukraińskich.

Podczas agresji III Rzeszy na ZSRR najpierw współdziałał z oddziałami ukraińskich nacjonalistów, później z oddziałami "ochotników" złożonymi z jeńców mieszkających uprzednio na Kaukazie, a upadek Rzeszy obserwował wspólnie z własowcami. W 1946 r. T. Oberländer powrócił z obozu jenieckiego w Wielkiej Brytanii, przybrał pozę opozycjonisty wobec "Ostpolitik" Himmlera i rozpoczął działalność polityczną. Zmieniając przynależność partyjną, na stałe związał się z organizacjami przesiedleńczymi. Z ramienia "Bund der Heimatrertriebenen und Entrechten" (BHO — partia przesiedleńców) zdobył w 1953 r. mandat do Bundestagu i od października tego roku wszedł w skład rządu kanclerza K. Adenauera jako minister federalny do spraw przesiedleńców. Koniec lat pięćdziesiątych przyniósł jednak kres kariery politycznej T. Oberländera. Opinia publiczna została poinformowana o jego udziale w eksterminacji ludności okupowanych obszarów, co w rezultacie doprowadziło do jego ustąpienia z rządu w 1960 r. Udzielając wywiadu boń-skiemu korespondentowi gazety "The Guardian", Oberländer odrzucił oskarżenia kierowane przeciw niemu w sprawie zamordowania profesorów lwowskich mówiąc: "Nie tylko nie brałem udziału w żadnych aktach gwałtu, ale nie widziałem niczego w tym rodzaju w ciągu siedmiu dni, które spędziłem we Lwowie. Nie słyszałem ani jednego wystrzału w mieście (...). Admirał Canaris (...) rozkazał, aby oddziały policji ukraińskiej zachowywały się w sposób wzorowy. Oddział »Nachtigall« wykonywał w ciągu swego tygodniowego pobytu we Lwowie tylko funkcje wartownicze"7.

T. Oberländer wykazał tutaj — zresztą nie on jeden spośród niemieckich zbrodniarzy — zadziwiająco słabą pamięć. Zarówno przewód sądowy przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze, jak i zeznania tych, którzy przeżyli, przechowywane w Archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, całkowicie podważają wiarygodność jego wypowiedzi. A oto przykładowe relacje na temat pobytu we Lwowie batalionu "Nachtigall".

... u bramy więziennej (...) stał podwójny szpaler składający się wyłącznie z Ukraińców ubranych w niemieckie mundury. Mieli oni karabiny z nasadzonymi bagnetami. Przez ten szpaler pędzono nas na podwórze więzienne. Bito nas przy tym i kłuto, nie zważając czy trafiało to w kobiety, mężczyzn czy dzieci. Tylko niewielu przeżyło to wejście i wielkie więzienne podwórze było pokryte niezliczoną ilością trupów"8.

"Nazwy »Ptasznicy« używano w stosunku do oddziału Ukraińców w mundurach Wehrmachtu; powstała ona wkrótce po wejściu tej grupy do akcji na terenie miasta. Nie wiem dlaczego właśnie tak nazywano tę grupę, ale domyślam się, że ze względu na symbole ptaków wymalowane na wozach i motocyklach tej grupy. "Ptasznicy" tworzyli zwarte kompanie w mundurach niemieckich i z niemieckimi oznakami stopni. Mówili po ukraińsku, a do rękojeści bagnetów mieli uczepione tasiemki z guzami koloru niebiesko-żółtego... Egzekucje masowe (pogromy Żydów i Polaków) trwały mniej więcej do 2 lipca. Później trwały egzekucje poszczególnych osób i grup. Ludzie później mówili, że »Ptasznicy« zabijali w cztery różne sposoby. Mianowicie: rozstrzeliwali, zabijali młotem, bagnetem lub bili do zabicia"9.

Relacje te, oraz wiele innych umieszczonych w pracy A. Drożdżyńskiego i J. Zaborowskiego, wymownie zaprzeczają słowom T. Oberländera, jakoby "Nachtigall" pełnił tylko funkcje wartownicze. Trudno zresztą się dziwić, że człowiek, który był instruktorem i współpracownikiem (jeśli nie zwierzchnikiem) tego "krwawego oddziału" starał się przedstawić go z jak najlepszej strony, zwłaszcza że pełnił wówczas wysokie odpowiedzialne stanowisko w rządzie RFN.

W 1960 r. ukazała się w Polsce wspomniana już książka A. Drożdżyńskiego i J. Zaborowskiego pt. Oberländer. Przez "Ostforschung", wywiad i NSDAP do rządu NRF. Autorzy udowadniali w niej, że T. Oberländer był nie tylko dowódcą batalionu "Nachtigall", ale faktycznie zwierzchnikiem całej grupy operacyjnej, w skład której wchodziły następujące jednostki: I batalion pułku "Brandenburg" pod dowództwem mjra Heinza (odpowiedzialnego równocześnie za wojskową stronę operacji), batalion ukraiński "Nachtigall" dowodzony przez por. dra Herznera (dowódca ukraiński Roman Szuchewycz), jednostka Geheime Feldpolizei pod dowództwem kpt. Krügera oraz Abwehrtruppe II kierowana przez ppor. prof. Mittelhaure. Cywilną część grupy Oberländera stanowiła sześcioosobowa grupa członków kierownictwa OUN-B. Autorzy twierdzą, że Oberländer jako "osobisty przedstawiciel admirała Canarisa" (szefa Abwehry — WB) jest bezpośrednio odpowiedzialny za zbrodnie dokonujące się we Lwowie podczas swego pobytu w tym mieście (do nocy z 6 na 7 lipca), gdyż dokonywały się "tylko na jego rozkaz lub za jego zgodą"10. Autorzy uzyskali również oświadczenie o rozpoznaniu Oberländera przez jednego ze świadków egzekucji. Wspomniana już uprzednio Helena Kucharowa zrelacjonowała dalsze szczegóły egzekucji i wydarzeń, które nastąpiły bezpośrednio po niej. Jak pamiętamy z jej poprzedniej relacji, po egzekucji pod jej blokiem stała grupa oficerów. A oto dalszy ciąg jej relacji: "Ci oficerowie, którzy stali za siatką pod domem (nasze bloki były oparkanione siatką) to byli ci, którzy przyglądali się egzekucji i zaraz po egzekucji. Kształt i ruchy sylwetki oficera, który przyglądał się nieco z boku grupy oficerskiej również dobrze zapamiętałam i gdy ten stojący pod balkonem spojrzał na mnie, od razu doszłam do wniosku, że to ten sam... Widziałam go bardzo wyraźnie... Oficer ten, w którym rozpoznaję dziś Teodora Oberländera był wzrostu niższego od pozostałych. Nieco starszy. Jakieś trzydzieści lub trzydzieści kilka lat. Cera na twarzy była dość blada. Wzrost raczej niżej średniego... To była chwila, w której rysy twarzy tego człowieka szczególnie utkwiły mi w pamięci"11. Oczywiście relacja ta nie stanowi dowodu rzeczowego w sensie prawnym, tym niemniej stanowiła w cytowanej książce potwierdzenie tezy o bezpośredniej odpowiedzialności T. Oberländera za zamordowanie profesorów lwowskich.

W dniu 30 marca 1961 r. nadprokurator przy Sądzie Krajowym w Bonn umorzył śledztwo przeciw T. Oberländerowi w związku z jego działalnością w batalionie "Nachtigall" z braku dowodów winy. Prokuratura w Bonn przyjęła następujący stan faktyczny:

Dowódcą batalionu "Nachtigall" był por. Herzner (do lata 1942 r.). Dowódca I batalionu pułku "Brandenburg" mjr Heinz, któremu podlegał również "Nachtigall", wysłał specjalnego gońca do Canarisa, aby go powiadomić o wyczynach jednostek specjalnych (a więc SS, a nie Abwehry — WB).
Żołnierze batalionu "Nachtigall" od swych niemieckich przełożonych nie otrzymywali żadnych rozkazów wzięcia udziału w pogromach, ale nie można wykluczyć, że część z nich samowolnie to uczyniła wspólnie z nacjonalistami ukraińskimi. Dowództwo niemieckie o tym jednak nie wiedziało12.
W rezultacie w przeciwieństwie do Oberländera, który negował nawet fakt pogromów, prokuratura bońska nie uznała odpowiedzialności Abwehry i uzależnionych od niej jednostek za wydarzenia we Lwowie w pierwszych dniach lipca 1941 r. Sugerowano równocześnie winę samych ukraińskich nacjonalistów i Einsatzkommanda SS. Umorzenie śledztwa nie przywróciło Oberländerowi utraconego stanowiska, ale dało mu podstawę do wytaczania procesów tym wszystkim, którzy na łamach prasy zachodniej zajmowali stanowisko odmienne od bońskiej prokuratury. Posługując się sformułowaniami prokuratury występował Oberländer jako oskarżyciel prywatny twierdząc w kolejnych pozwach, że: "nie był nigdy dowódcą jednostki "Nachtigall" tylko oficerem łącznikowym do tej ukraińskiej ochotniczej formacji i na podstawie jego szczegółowej znajomości stosunków ukraińskich, doradcą i pośrednikiem między członkami cudzoziemskiej jednostki i przełożonymi niemieckimi. Nie mógł więc oskarżyciel prywatny prowadzić tę jednostkę do Lwowa i rozkazać wykonanie zarzucanych zbrodni... Poza tym jest pewne, że nazwana jednostka w ogóle nie brała udziału w masowych mordach, lecz o ile te czyny nie zostały dokonane jeszcze przed zajęciem Lwowa (czyli przez Rosjan! — WB), obciążają grupę skierowaną tam przez służbę bezpieczeństwa państwa względnie członków ukraińskiej milicji"13.

Opierając się na umorzeniu śledztwa przez bońską prokuraturę T. Oberländer uzyskał pozytywne dla siebie wyroki w procesach przeciw "Die Tat" we Frankfurcie, "Die Volkstimme" w Wiedniu, prezesowi Związku Literatów Niemieckich Berntowi Engelmannowi i Seppowi Barankowi w Monachium14. Inną tezę o odpowiedzialności za mord uczonych lwowskich przedstawił w 1964 r. Zygmunt Albert. W artykule zamieszczonym w "Przeglądzie Lekarskim" twierdził, że mord uczonych nastąpił na skutek rozkazu Himmlera, a: "grupa Słowików Oberländera była wykorzystana do tej haniebnej roboty, ale panem życia i śmierci profesorów pamiętnej nocy lipcowej był Krüger, późniejszy kat inteligencji polskiej w Stanisławowie... Nie ulega wątpliwości, że otrzymał on bezpośrednio odpowiedni rozkaz od Himmlera"15. Swe tezy Z. Albert precyzował na podstawie artykułów K. Lanckorońskiej.

W 1948 r. emigracyjna gazeta "Orzeł Biały" w numerach 45—47 opublikowała duży artykuł zatytułowany Niemcy we Lwowie. Jego autorką była hr. Karolina Lanckorońska, przed wojną docent Uniwersytetu Lwowskiego, w czasie wojny aktywna działaczka Rady Głównej Opiekuńczej (RGO). Była to legalna organizacja, na której działalność wyraziły zgodę władze niemieckie. Posiadała prawo udzielania pomocy finansowej i materialnej osobom znajdującym się w trudnej sytuacji. Oczywiście efekty jej pracy były tylko przysłowiową "kroplą w morzu potrzeb" polskiego społeczeństwa. K. Lanckorońska przyjechała do Lwowa w styczniu 1942 r. z mandatem RGO zorganizowania w woj. stanisławowskim filii RGO, zwanej Komitetem Polskim16. Podczas wykonywania tego zadania w maju 1942 r. została aresztowana w Stanisławowie przez gestapo.

Szefem gestapo w Stanisławowie był kpt. Hans Krüger. Podczas przesłuchania K. Lanckorońskiej Krüger pewien, że aresztowana nie wyjdzie na wolność pochwalił się jej, że brał udział w likwidacji profesorów lwowskich, że to jego dzieło17. Twierdził, że gdy "Feldgestapo" wkraczało na nowo zdobyte tereny, posiadało gotowe spisy osób, które miały być aresztowane. Krüger na ich podstawie wymordował profesorów we Lwowie, a następnie inteligencję polską w Stanisławowie. Feldgestapo nie zatrzymywało się na dłużej w jednej miejscowości, posuwało się za linią frontu, wykonując zadania porównywalne tylko do wypełnianych przez "Einsatzkommando SS". Po pięciu tygodniach pobytu w więzieniu stanisławowskim K. Lanckorońską w dniu 8 lipca zawieziono do Lwowa i osadzono w więzieniu na Łąckiego. W następnych dniach przesłuchiwał ją w urzędzie gestapo przy ulicy Pełczyńskiej komisarz do spraw politycznych — Walter Kutschmann. Powiedział on K. Lanckorońskiej, iż jej krewni z włoskiej rodziny panującej interweniowali u H. Himmlera i dzięki temu została ona przywieziona do Lwowa mimo gwałtownych sprzeciwów Krügera. K. Lanckorońska wyczuwając u Kutschmanna niechęć do Krügera zdecydowała się opowiedzieć o okrucieństwie i wręcz patologicznym sadyzmie, który cechował stanisławowskiego "szefa gestapo. Podczas przesłuchania powiedziała również o wymordowaniu przez niego lwowskich uczonych. Zdumiony tym oświadczeniem K. Lanckorońskiej, po upewnieniu się, że mówił jej o tym sam Krüger, potwierdził słowa szefa gestapo w Stanisławowie mówiąc: "Przecież ja byłem przy tym. Służyłem pod nim. Kazał mi owej nocy przyprowadzić drugą grupę profesorów według spisu, który mieliśmy od Ukraińców studiujących w Krakowie. Powiedziałem Krügerowi, że nikogo nie zastałem w domu, dlatego ci ludzie nie zostali zamordowani"18.

Zamieszana w rozgrywkę między dwoma gestapowcami Lanckorońska złożyła obszerne zeznania i czekała na dalszy rozwój wypadków. Dopiero w listopadzie 1942 r. Kutschmann wrócił z Berlina i oświadczył, że wygrał batalię o Krügera i Lanckorońska wyjedzie do Berlina jako świadek w rozprawie przeciw szefowi gestapo w Stanisławowie oskarżonemu o to, że zdradził jej tajemnicę zamordowania uczonych lwowskich. Do rozprawy jednak nie doszło. W styczniu 1943 r. K. Lanckorońska została przewieziona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck, skąd 5 kwietnia 1945 r. została zwolniona dzięki interwencjom w jej sprawie czynionym przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Po wojnie w początkach 1946 r. K. Lanckorońska przesłała byłemu rektorowi Uniwersytetu Lwowskiego Stanisławowi Kulczyńskiemu, z którego rodziną była zaprzyjaźniona, swą opowieść-raport o przeżyciach w latach 1941 — 1945. Żona rektora — Maria Kulczyńska — zdecydowała się go opublikować łącznie ze swymi wspomnieniami i uwagami w 1977 r. Od tej pory tzw. Raport Karli Lanckorońskiej jest częściej niż artykuły Lanckorońskiej w prasie emigracyjnej wykorzystywany w różnorodnych publikacjach i opracowaniach. Wartość Raportu polega na ujawnieniu nazwisk dwu hitlerowców bezpośrednio odpowiedzialnych za zamordowanie lwowskich uczonych, a równocześnie wyjaśnia również sprawę gotowych list, którymi posługiwali się gestapowcy.

Wydarzenia z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych potwierdziły wiarygodność Raportu w dość nieoczekiwany sposób. W 1967 r. odbywał się w Münster proces przeciwko esesmańskim ludobójcom ludności Stanisławowa. Jednym z głównych oskarżonych był Hans Krüger, który — jak się okazało — przeżył wojnę i w RFN uchodził za antyfaszystę. W czasie przewodu sądowego H. Krüger przyznał się, że należał do SS i przebywał w Stanisławowie, ale już w 1942 r. został ukarany za wydanie tajemnic gestapo pewnej Polce. Niestety osoba ta została w 1943 r. wywieziona do Ravensbrück i tam zmarła. Pewien, że Lanckorońska nie przeżyła obozu, podał sądowi jej imię i nazwisko. Prokuratura RFN stosunkowo łatwo odnalazła we Włoszech przebywającą tam Lanckorońska i wzięła ona udział w procesie jako świadek. Redaktor Marian Podkowiński, który relacjonował ten proces w "Trybunie Ludu" pisał, że konfrontacja ze świadkiem, który zjawił się jakby duch zza grobu, wywarła wstrząsające wrażenie. Oskarżony stracił pewność siebie, załamał się i zrezygnował z prób przekonania sądu o swej niewinności. W rezultacie udowodniono mu, wg M. Podkowińskiego, zbrodnie w Stanisławowie oraz skazanie na śmierć i uczestniczenie w egzekucji uczonych lwowskich19.

Faktycznie jednak Sąd Przysięgłych w Munster uniewinnił H. Krugera od zarzutu popełnienia zbrodni zabójstwa na profesorach lwowskich z braku dostatecznych dowodów winy. Dając wiarę zeznaniom K. Lanckorońskiej sąd nie wykluczył, że Krüger mógł się przed nią przechwalać twierdząc, że jest sprawcą zbrodni we Lwowie, a to w celu, by wzbudzić w niej strach albo zyskać w jej oczach na znaczeniu. Krüger w sierpniu 1942 r. został usunięty ze stanowiska szefa gestapo w Stanisławowie, zdegradowany i skazany na 1 rok aresztu za ujawnienie tajemnicy państwowej. W lipcu 1943 r. Krüger w stopniu zaledwie Unterstumführera został przeniesiony do Chalon we Francji. Wojnę zakończył w Holandii w stopniu Hauptsturmführera (kapitana). Władze brytyjskie zwolniły go z obozu w 1948 r. z braku dowodów winy. Osiadł w miejscowości Luedingshaussen koło Munster (Westfalia) i stworzył wokół siebie legendę antyfaszysty. Otoczony szacunkiem współmieszkańców został wybrany do zarządu ziomkostwa brandenburskiego, a następnie został przewodniczącym tej organizacji w Nadrenii-Westfalii i kandydował nawet do parlamentu krajowego. Zgubiła go zbytnia pewność siebie, został rozpoznany jako kat ludności polskiej i żydowskiej Stanisławowa, a proces sądowy pośrednio wykazał jego związek ze zbrodnią lwowską20.

Długo nie były znane losy drugiego gestapowca — Waltera Kutschmanna. Według Raportu Lanckorońska prosiła o ochronę jego życia generała Bora-Komorowskiego w tajnym meldunku wysłanym do Warszawy z więzienia we Lwowie21, ale nie było wiadomo, czy przeżył wojnę. Szymon Wiesenthal, kierownik żydowskiego ośrodka dokumentacyjnego w Wiedniu, rozpoczął intensywne poszukiwania W. Kutschmanna, które zakończyły się powodzeniem. Ustalił, że były gestapowiec lwowski mieszka w Argentynie pod nazwiskiem Ricardo Olmo. Twierdząc, że jest on odpowiedzialny za zbrodnię lwowską domagał się od władz prokuratorskich RFN, by wystąpiły o ekstradycję W. Kutschmanna i wytoczyły mu proces sądowy. Starania jego zakończyły się niepowodzeniem, mimo zatrzymania W. Kutschmanna przez policję argentyńską22. Zbigniew Kustosik, korespondent PAP, w sierpniu 1975 r. przekazał depeszę z Berlina, która wyjaśniła losy Kutschmanna. Jej treść była następująca: "... sąd zachodnioberliński uchylił wydany w 1967 r. (czyli po procesie Krugera — WB) nakaz aresztowania byłego oficera SS Kutschmanna, który został ostatnio rozpoznany w Buenos Aires. Decyzję tę wytłumaczono przedawnieniem nakazu w wyniku zmiany kodeksu karnego. Na Kutschmannie ciąży m. in. zarzut współudziału w zamordowaniu profesorów lwowskich 4 lipca 1941 r."23. Pomijając tutaj zwyczaje zachodnioberlińskiego sądownictwa, uznającego zbrodnię ludobójstwa za przedawnioną, należy stwierdzić, że i drugi gestapowiec bezpośrednio zamieszany w likwidację lwowskich uczonych przeżył wojnę i żył spokojnie na kontynencie, który stał się oazą poszukiwanych przez sądy europejskie zbrodniarzy hitlerowskich. W 1974 r. siostrzeniec zamordowanego profesora W. Boya-Żeleńskiego — Władysław Żeleński wspólnie z kilku innymi uczonymi polskimi na Zachodzie rozpoczął tzw. "Akcję lwowską". Była to kolejna próba wyjaśnienia śmierci uczonych w oparciu o prywatne dochodzenia i informacje, które spodziewano się otrzymać po opublikowaniu apelu w prasie. Adwokat Robert Kempner, znany z publikacji o procesie norymberskim, pozyskany do prowadzenia sprawy domagał się ponownego postawienia w stan oskarżenia Hansa Krugera, ale władze niemieckie nie wyraziły na to zgody motywując to tym, że już jest skazany na najwyższą karę — dożywotniego więzienia. W sumie "Akcja lwowska" przyniosła nikłe rezultaty i nie spełniła oczekiwań, jakie pokładali w niej jej inicjatorzy24.

Reasumując nie można obecnie ustalić, kto był bezpośrednio winny mordu uczonych lwowskich. Materiał, którym obecnie dysponujemy, pozwala jedynie ustalić pośrednich sprawców morderstwa oraz hipotetycznych morderców bezpośrednich. Przypomnijmy w tym momencie cytowaną już wypowiedź Hansa Franka w sprawie profesorów krakowskich, jak również fakt, że w 1940 r. okupowane przez hitlerowców ziemie polskie objęła tzw. akcja AB, w wyniku której zamordowano ponad 3 tysiące polskich inteligentów — głównie nauczycieli25. Wkraczające na teren ZSRR oddziały Wehrmachtu oraz "specjalne" jednostki SS ściśle współdziałały ze sobą w eksterminacji ludności na podstawie licznych, wydawanych od marca 1941 r. dyrektyw Hitlera, Himmlera, Keitla i dowódców poszczególnych armii. Mordy nie były wynikiem ekscesów — działań niezdyscyplinowanych oddziałów, oficerów czy żołnierzy. Ta rzeź była z góry obmyślana i zaplanowana26. Uznając za głównego przeciwnika komisarzy politycznych, komunistów i Żydów nie zapominano także o polskiej inteligencji. Wydawane przez RSHA meldunki z ZSRR informując o "sukcesach" w działaniach "Einsatztruppen" przypominały równocześnie, że "inteligencję polską należy bezwarunkowo natychmiast likwidować, a formalne wyroki śmierci zostaną wydane w terminie późniejszym"27. Sądzę, że te właśnie "wskazówki" są wytłumaczeniem pośpiesznych, często nawet przypadkowych mordów polskiej inteligencji, żyjącej na zajmowanych przez Niemców terenach ZSRR. Sądzę także, że w konkretnej sprawie morderstwa lwowskich profesorów można przyjąć jako udowodniony współudział ukraińskich nacjonalistów, autorów "czarnych list", podobnie jak na ziemiach "wcielonych do Rzeszy" w 1939 r. autorami takich list byli Niemcy mieszkający w Polsce.

Przyznaje to zresztą nawet Borys Łewycki (banderowiec) w artykule pt. Sprawa Oberländera, opublikowanym w paryskiej "Kulturze", pisząc: "Niektórzy naoczni świadkowie będący w tym czasie we Lwowie (...) są zdania, że przy ustalaniu list polskich intelektualistów pomagali hitlerowcom Ukraińcy z nacjonalistycznych kół w Krakowie, którym chodziło o depolonizację Lwowa. Relacja ta na pewno niedaleka jest od prawdy"28.

Wskazując równocześnie na jednostkę Schöngartha jako sprawców śmierci profesorów lwowskich, Łewycki sugeruje, że melnykowcy jako związani z SS, a nie banderowcy — związani z Abwehrą, -ponoszą odpowiedzialność za tę zbrodnię. Tę samą myśl rozwinął Z. Palyński, który w artykule Wse nakłepy i nakłepy napisał, że "... już nawet polscy komunistyczni historycy przyznają, że batalion "Nachtigall" nie ma absolutnie nic wspólnego z likwidacją polskich naukowców we Lwowie w sierpniu (sic—WB) 1941 roku"29.

Edward Prus w swej książce Herosi spod znaku tryzuba wydanej w 1985 r. z kolei autorytatywnie (choć nie ujawnia na podstawie jakich źródeł — WB) stwierdza: "Wszystkich aresztowano według z góry ustalonej listy, którą osobiście układali na podstawie przedwojennej książki telefonicznej Wreciono i Łehenda — członkowie obu frakcji OUN. Ponieważ opuścili oni Galicję jeszcze przed klęską wrześniową, przeto na liście znaleźli się też ci profesorowie, którzy w międzyczasie pomarli lub zmienili adresy zamieszkania"30. Wątpiąc osobiście w książkę telefoniczną sądzę, iż nie można wykluczyć udziału przedstawicieli obydwu frakcji w sporządzeniu listy (czy nawet list), które przecież mogły być ostatecznie ustalone w samym Lwowie w ciągu trzech dni, które upłynęły od zajęcia Lwowa do śmierci profesorów. Przypomnę w tym miejscu, że grupa, która aresztowała profesora R. Longchampsa de Beriera, dysponowała nawet datami urodzenia jego i synów. Wszystkie wymienione dotąd osoby związane były z jednostkami Abwehry i bez względu na to, który z wymienionych do tej pory oficerów był bezpośrednio odpowiedzialny za zamordowanie profesorów lwowskich, obciążał swą ewentualną winą "rycerski Wehrmacht". Ciekawą informację udało się odnaleźć w aktach Komendy Obszaru AK we Lwowie. W miesiącach kwiecień — maj 1943 r. wywiad AK- podjął ściśle tajne rozmowy z OUN, chcąc między innymi ustalić możliwości zahamowania mordów Polaków na Wołyniu oraz możliwości porozumienia się z Ukraińcami wobec zbliżania się Armii Czerwonej. Rozmowy te prowadzono z niejakim "Dnieprem" z OUN-B. W jednym z raportów z rozmów poruszona była sprawa profesorów lwowskich. Raport ujmował ją następująco: "Zwraca uwagę (»Dniepr« — WB), że ich stanowisko w stosunku do lwowskiego ciała profesorskiego było stale pozytywne, potrafili bowiem przeszkodzić w lipcu 1941 r. aresztowaniu i zlikwidowaniu lwowskiego ciała profesorskiego, co było zamierzone. Dzięki nim wielu wówczas aresztowanych Polaków i Polek zostało zwolnionych. Może podać na żądanie nazwiska"31. Niestety w późniejszych meldunkach, które przekazywano do KG i Delegatury tematu tego już nie podjęto. Jest to jednak kolejny, choć oczywiście tylko pośredni ślad świadczący o związku OUN-B z eksterminacją profesorów lwowskich, a równocześnie to kolejna poszlaka obciążająca melnykowców. Ci ostatni jednak mają zawsze możliwość odparcia zarzutów pod swym adresem stwierdzeniem, że we Lwowie po prostu ich wówczas nie było, a w każdym razie nie odgrywali żadnej znaczącej roli w odbywających się tam wówczas wydarzeniach. Dla nas raport ten jest cenny jednak również z tego powodu, iż potwierdza, że banderowcy wiedzieli o zamiarach eksterminacji zanim jeszcze ją przeprowadzono, czyli albo uczestniczyli w jej planowaniu, albo też udało im się dotrzeć do strzeżonych przez Niemców spraw określanych w żargonie nazistowskim jako "ściśle tajna sprawa Rzeszy". Dając wiarę twierdzeniu "Dniepra", że to właśnie banderowcy ochronili pozostałych profesorów przed eksterminacją, trzeba by było równocześnie przyjąć, że to oni, a nie Niemcy faktycznie rządzili Lwowem przez pierwsze dni okupacji, co z kolei pociąga za sobą stwierdzenie, że to właśnie oni są winni wymordowania profesorów.

Komenda Obszaru AK też nie potrafiła rozwiązać tej zagadki; przesyłając do Warszawy raport "Stan polskiego posiadania kulturalnego we Lwowie" w maju 1943 r. stwierdzała w analizowanej tu sprawie: "Poważne dane każą tu widzieć rękę ukraińską, nie tylko dla pozbycia się żywiołu polskiego, ale także dlatego, aby zająć wakujące stanowiska"32. Nieco inaczej interpretowało to wydarzenie tzw. Biuro Wschodnie ("Granica"), stanowiące organ Delegatury. W meldunku z końca 1943 r. podając straty osobowe wyższych uczelni Lwowa i Wilna pisano o zbrodni lwowskiej następująco: "Większość powyższych osób była aresztowana na skutek denuncjacji ukraińskich w dniu 3 lipca 1941 r., tj. bezpośrednio po wejściu do Lwowa wojsk niemieckich i wszelki słuch o nich zaginął, wobec czego nie ma wątpliwości, że zostali zamordowani przez Gestapo"33.

Inny trop wskazała prokuratura w Hamburgu. Badając sprawę zamordowania profesorów lwowskich na skutek skargi dr Heleny Krukowskiej zawiadomiła ją w maju 1966 r., że śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, ponieważ:

W dniu 2 lipca "Einsatzgruppe C" przystąpiła we Lwowie do planowej likwidacji ludności żydowskiej, komunistów i tzw. wrogów państwa;
niezależnie od tego, także od 2 lipca działało we Lwowie tzw. kommando dra Schöngartha, które miało za zadanie policyjno-polityczne oczyszczenie terenu przed ustanowieniem tam niemieckiej administracji cywilnej;
odpowiedzialny za aresztowanie i rozstrzelanie profesorów lwowskich jest SS-Brigadeführer dr Schöngarth, który na mocy wyroku Brytyjskiego Sądu Wojskowego z 16 marca 1946 r. został powieszony;
egzekucji profesorów w dniu 4 lipca dokonał mały oddział dowodzony przez esesmana i składający się z 6 — 7 Hilfspolizisten, którzy byli Ukraińcami, chodzili w niemieckich mundurach i pełnili funkcję tłumaczy;
pozostali współsprawcy mordu profesorów lwowskich także już nie żyją34.
W wyniku dochodzenia prowadzonego przez OKBZH we Wrocławiu oraz GKBZH w Polsce ustalono, że jednostka Schöngartha liczyła około 200 ludzi rekrutowanych spośród funkcjonariuszy policji politycznej, kryminalnej i pomocniczej głównie z dystryktów krakowskiego i radomskiego. W szeregach "Einsatzkommando Galizien" była również grupa folksdojczów i Ukraińców. SS-Brigadeführer Eberhard Schöngart został powieszony przez Anglików za rozstrzelanie lotników brytyjskich zestrzelonych nad Hamburgiem. Podczas jego procesu w ogóle nie poruszano sprawy zamordowania profesorów lwowskich. Szefem sztabu kommanda był Standarterführer Franz Heim, który zmarł na raka w 1943 roku. Pośrednio o związku komanda Schöngarta z zabójstwem profesorów świadczą sprawy Felixa Landaua i Petera Mentena. Felix Landau, SS-Hauptscharführer, był funkcjonariuszem gestapo w Radomiu. W końcu czerwca zgłosił się do oddziału specjalnego ("Einsatzkommando") i jako jego członek przybył w dniu 2 lipca do Lwowa. Swe przeżycia opisywał w pamiętniku, którego treść przyczyniła się do skazania go w 1962 r. przez sąd przysięgłych w Stuttgarcie za zbrodniczą działalność na karę dożywotniego więzienia. Pod datą 5 lipca 1941 r. zapisał, że nad ranem jego oddział rozstrzelał 52 polskich inteligentów i pogrzebał ich w pobliżu ich domów35.

Co prawda Landau wypierał się podczas procesu sądowego swego bezpośredniego udziału w zanotowanym w dzienniku morderstwie, ale notatka ta potwierdziła fakt udziału jednostki, w której służył, w likwidacji polskiej inteligencji. W jednostce tej w charakterze tłumacza znajdował się również Peter Nicolas Menten. Przed II wojną światową od 1923 r. przebywał we Lwowie w charakterze konsula holenderskiego. Był znanym w tym mieście kolekcjonerem dzieł sztuki. Wiadomo z zeznań Zofii Tyszki — siostrzenicy profesora Jana Greka oraz córki pani Grekowej — Anny Michałowskiej, że mieszkania profesorów Ostrowskiego i Greka zostały od razu zapieczętowane, a następnie wywieziono z nich meble, obrazy i inne dzieła sztuki. Przypomnijmy, że wyjątkowo tylko właśnie po domowników tych dwu profesorów, znanych we Lwowie jako wybitnych kolekcjonerów dzieł sztuki, wróciło gestapo i przetransportowało ich do Bursy Abrahamowiczów. Profesor Groër zeznał, że widział świadectwo zgonu Tadeusza i Jadwigi Ostrowskich, wydane przez gestapo dla Mentena, który na tej podstawie kupił rzeczy i meble Ostrowskich od "zarządu powierniczego". Wiadomo również, że Menten zakupione dzieła sztuki przewiózł do swego mieszkania w Krakowie36. Prokuratura w Hamburgu potwierdziła także, iż do Sonderkommando Schöngartha należeli dwaj podoficerowie, którzy aresztowali prof. Groëra, a później nachodzili go wyłudzając różne cenniejsze przedmioty. Profesor Groër twierdził, że nazywali się oni Hacke i Kóller (lub Köhler). Prokuratura hamburska ustaliła ich nazwiska jako Hacker i Köhler, podając równocześnie, że prawdopodobnie zginęli podczas wojny37. Wysunięto również przypuszczenie, iż likwidację profesorów zlecono Sturmbannführerowi Kurtowi Stawizkiemu (zmarł w 1959 r.), także należącemu do oddziału Schöngartha38.

Jeszcze inną koncepcję odpowiedzialności za wymordowanie profesorów, a konkretniej za sporządzenie list przedstawił w 1974 r. wiceprokurator wojewódzki w Warszawie Jan Traczewski. Opierając się na aktach procesu dra Buhlera (sekretarza stanu w Generalnym Gubernatorstwie) przytoczył on zeznanie inż. Romana Dawidowskiego (profesora AGH) z 1946 r., który zeznał co następuje: "... do aresztowania profesorów lwowskich przyczynił się przede wszystkim niejaki Watzko (faktycznie dr Adolf Watzke — WB) — sekretarz stanu Nauki i Wiedzy w rządzie GG (faktycznie kierownik oddziału — WB). Natychmiast po zajęciu Lwowa przyjechał do miasta i zjawił się u rektora Krukowskiego żądając nazwisk profesorów Politechniki. Notował nazwiska w notesie..." Informację o powyższym fakcie R. Dawidowski miał uzyskać od E. Perdirowicza — Ukraińca, który został komisarycznym rektorem Politechniki39. Oczywiście, nawet uznając wiarygodność tej informacji nie uzyskujemy odpowiedzi na żadne z nurtujących nas pytań. Dalej nie wiadomo, czemu Watzke wybrał właśnie tych, a nie innych profesorów Politechniki, no i dlaczego i skąd wśród wymordowanych profesorów znaleźli się uczeni z Uniwersytetu, a przede wszystkim tak wielu lekarzy.

Nadprokurator przy Sądzie Krajowym w Bonn umarzając śledztwo przeciwko T. Oberländerowi sugerował równocześnie, że zamordowanie profesorów lwowskich dopuściła się prawdopodobnie tzw. "Einsatzgruppe C" działająca pod dowództwem dr. Ottona Racha (oczywiście już nieżyjącego), a rozstrzeliwań miały dokonywać "Einsatzkommanda" 5 i 6. Ta sugestia prokuratora nie jest nieprawdopodobna, ale niestety nie była poparta żadnymi konkretnymi danymi. Co prawda sama technika przeprowadzenia egzekucji była typowa dla "oddziałów specjalnych SS", ale przecież po "doświadczeniach" na ziemiach polskich zdążyła się już ona upowszechnić wśród wszystkich oddziałów niemieckich, przeprowadzających "akcje oczyszczające". Dowódca "Einsatzgruppe" dr Otto Ohlendorf podczas przesłuchania w Norymberdze podkreślił, że Himmler zwolnił od odpowiedzialności za realizację rozkazu o likwidacji wszystkich dowódców i żołnierzy biorących udział w tej akcji, a masowe egzekucje przeprowadzano zawsze następująco: "Miejscem egzekucji były z reguły rowy przeciwczołgowe lub naturalne wgłębienia terenu. Ofiary przed rozstrzelaniem ustawiano w pozycji stojącej lub klęczącej. Dowódcy poszczególnych jednostek mieli obowiązek dopilnowania, czy ofiary nie żyją i w razie konieczności sami dobijali... Do wiosny 1942 r. wszystkie ofiary były zabijane w ten sam sposób"40.

Tak więc i sposób przeprowadzenia egzekucji nie pozwala nam wnioskować, która z wymienionych dotąd jednostek dokonała zbrodni na profesorach lwowskich.

Podczas procesu tzw. "Einsatzgruppen", który odbył się w okresie od 25 września 1947 do 10 kwietnia 1948 r. przed Amerykańskim Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, między innymi sądzono Erwina Schultza — dowódcę "Einsatzkommando 5". Według ustaleń Sądu przybył on ze swym oddziałem do Lwowa w pierwszych dniach lipca 1941 r. Tam powiedziano mu, że przed wycofaniem się ze Lwowa wojsk rosyjskich zgładzonych zostało 5000 mieszkańców i że należy zastosować środki odwetowe. Oskarżony przyznał, że aresztowano 2500 — 3000 osób i po kilku dniach rozpoczęły się egzekucje. Jego kommando rozstrzelało podobno pod jego dowództwem tylko 90 — 100 osób. Oskarżony przyznał, że przeprowadzał egzekucję osób, które mu przekazywano bez jakichkolwiek dowodów ich winy i twierdził, że nie otrzymał nawet żadnego wykazu osób przeznaczonych do egzekucji41. W sumie więc zeznanie E. Schultza niewiele wnosi do interesującej nas sprawy, choć pośrednio świadczy, że to jednak nie "Einsatzkommando 5" dokonało egzekucji lwowskich profesorów. Proces ten stał się później podstawą do wypracowania przez różnych reprezentantów prawa w RFN swoistej formy obrony osób oskarżanych przez Polaków. Prokurator hamburski dając wiarę dwóm świadkom niemieckim (Kammererowi i Draheimowi) jak pamiętamy, odpowiedzialnością za egzekucję profesorów obarczył dra Schöngartha, który wraz ze swym pomocnikiem Heimem wydał rozkaz rozstrzelania uczonych. Uczynić to miał "tytułem odpłaty" za pomordowanych przez Rosjan aresztantów, którymi według niego mieli być ukraińscy nacjonaliści42. Zatem osób wskazanych przez prokuraturę hamburską i tych, które udało się ustalić bez jej udziału, a związanych z "Sonderkommando" Schöngartha, nie można było pociągnąć do odpowiedzialności, ani nawet przesłuchać.


Na podstawie zeznań żon, członków rodzin i służby pomordowanych profesorów należy przyjąć, że aresztowań dokonywali Niemcy przy asyście Ukraińców, służących im za przewodników i tłumaczy. Odmienność zachowania się poszczególnych grup dokonujących aresztowań wskazuje na prawdopodobny udział w nich członków dwóch, a może nawet więcej formacji. Na pewno jednak dokonywali ich zarówno członkowie "Einsatzkommanda", jak i Feldgestapo. Sądzę, że bezpośrednią odpowiedzialność za zamordowane profesorów lwowskich ponoszą Schöngart, Krüger i Oberländer. W przeciwieństwie do decyzji o wykonaniu wyroku śmierci na prof. K. Bartlu, która obciąża H. Himmlera, decyzja o likwidacji pozostałych profesorów została podjęta na miejscu we Lwowie. W atmosferze sukcesu militarnego oraz wspomnianych rozkazów "O oczyszczeniu zaplecza" dowódcy oddziałów specjalnych byli pewni swej bezkarności, a nawet spodziewać się mogli pochwał i awansów. O tym, że nie jest to teza pozbawiona racji, świadczy awans H. Krugera na szefa policji bezpieczeństwa i SS w Stanisławowie i przeprowadzona tam przez niego "czystka" wśród polskiej inteligencji. Generał Eberhardt Schöngart z kolei został dowódcą policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa w Generalnej Guberni, a pułkownik Franz Heim oficerem łącznikowym Sipo i SD przy Wyższym Dowódcy SS i Policji w GG. Czas działał w wypadkach lwowskich na korzyść morderców. Z akcji krakowskiej nie tylko H. Frank, ale i pozostali funkcjonariusze aparatu okupacyjno-policyjnego wyciągnęli wniosek, że nie należy w wypadku osób znanych, cieszących się uznaniem w świecie, dawać możliwości na podjęcie akcji interwencyjnej czy nawet protestacyjnej. I znów historia K. Lanckorońskiej potwierdza tę opinię. Gdyby została ona zlikwidowana przez H. Krugera, jej sprawa skończyłaby się co najwyżej na wyrazach ubolewania albo — co bardziej prawdopodobne — w ogóle pozostałaby nieznana. Uznaję także, że winę za mord lwowskich uczonych ponosi prof. T. Oberländer. Człowiek, który był "specjalnym przedstawicielem admirała Canarisa", jeśli nawet nie wydawał rozkazów — jak twierdzi prokuratura RFN — to posiadał możliwość przeciwstawienia się morderstwu, albo chociażby jego odsunięciu w czasie do otrzymania rozkazów z Berlina. Nawet sam T. Oberländer nie twierdzi, że takie kroki podejmował, ale zawiadomił Canarisa o wyczynach "Nachtigalla" i oddziałów specjalnych we Lwowie nie on, lecz mjr Heinz.

Zapoznaliśmy się z osobami, które ponoszą bezpośrednią lub pośrednią odpowiedzialność za zamordowanie lwowskich profesorów. Spróbujmy teraz przybliżyć postacie ich ofiar43. Antoni Cieszyński, urodził się 31 maja 1882 r. w Oleśnicy Śląskiej. Studia lekarskie, dentystyczne i filozoficzne odbywał we Wrocławiu i Monachium. Profesor UJK od 1913 r. Członek honorowy Towarzystw Stomatologicznych w Waszyngtonie, Buenos Aires, Pradze i Wiedniu. Był kierownikiem Katedry Dentystyki Uniwersytetu Jana Kazimierza i Lwowskiego Państwowego instytutu Medycyny. Dziekan Wydziału Lekarskiego w roku akad. 1927/28: Autor ponad 370 prac naukowych i popularnonaukowych. Twórca reguły izometrii w radiologii, opracował technikę zdjęć rentgenowskich zewnątrzustnych, wydawca i redaktor czasopism "Kwartalnika Stomatologicznego", "Polska Dentystyka" i "Słowiańska Stomatologia". W 1936 r. na międzynarodowym kongresie w Brukseli za pionierskie zasługi w światowej stomatologii został nagrodzony wielkim złotym medalem im. Millera i dyplomem uznania. Posiadał niekwestionowany w świecie autorytet naukowy. Był przewodniczącym Komitetu Narodowego Międzynarodowego Związku Dentystycznego, honorowym przewodniczącym Związku Słowiańskich Stomatologów. Znany we Lwowie ze swych humanitarnych i liberalnych poglądów, utrzymywał dobre stosunki także z metropolitą cerkwi greckokatolickiej Andrzejem Szeptyckim. Ten ostatni, kiedy żona profesora poszła do niego po aresztowaniu męża z prośbą o interwencję, odmówił jej mówiąc, że "cerkiew nie miesza się do czynów świeckich władz".

Władysław Dobrzaniecki, urodzony w 1897 r. w Zielińcach, autor ponad dwudziestu prac naukowych, ordynator oddziału chirurgicznego Państwowego Szpitala Powszechnego, od 1938 r. profesor chirurgii Uniwersytetu Jana Kazimierza. Jego główne prace dotyczyły chirurgii plastycznej oraz przetaczania krwi. Ogłosił m.in. prace: Sympatektomia periarterialna pod względem klinicznym, Przetaczanie krwi w świetle doświadczeń klinicznych, Multilocular cyst of the Spleen produced by Infercta.

Jan Grek, urodzony w 1875 r., dr medycyny, habilitował się w 1921 r., docent i profesor tytularny szczegółowej patologii i terapii chorób wewnętrznych, profesor Kliniki Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Lwowskiego. Prezes Lwowskiego Towarzystwa Lekarskiego w 1926 r., a następnie jego stały sekretarz. Określano go, że w wykonywaniu obowiązków jest akuratny i sumienny, w wypowiadaniu sądów ostrożny. Ważniejsze prace: Endocarditis lenta, Sepsis meningococcica. Znany kolekcjoner dzieł sztuki.

Jerzy Grzędzielski, urodzony 17 maja 1901 r., dr medycyny od 1925 r., habilitował się w 1934 r. na Uniwersytecie Lwowskim na podstawie pracy Badania doświadczalne nad oderwaniem siatkówki. Był doskonałym operatorem. Ważniejsze prace: Przypadek miedzicy i srebrzycy rogówki, Krwotoki siatkówki w ostrej białaczce szpikowej, Lokalizacja rentgenograficzna ciał obcych oka. Uwagi krytyczne i własne doświadczenia. Był członkiem Towarzystwa Lekarskiego we Lwowie i Towarzystwa Okulistycznego w Polsce. Pracował jako docent w Klinice Okulistycznej Uniwersytetu Lwowskiego. Autor 25 prac naukowych. Był uczniem i współpracownikiem zmarłego niedawno prof. Adama Bednarskiego, który — jak wspominałem — również znajdował się na liście.

Edward Hamerski, urodzony w 1897 r., ukończył studia rolnicze i weterynaryjne, od 1933 r. dr nauk weterynaryjnych na podstawie rozprawy o zaburzeniach przewodnictwa przedsionkowo-kómorowego na tle bloku zupełnego. Habilitował się w Akademii Medycyny Weterynaryjnej z zakresu chorób wewnętrznych zwierząt.. Od października 1939 r. pracował jako profesor chorób wewnętrznych i zakaźnych zwierząt w Instytucie Weterynaryjnym we Lwowie. Epidemiolog, profesor, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych Zwierząt Małych Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Autor 8 prac naukowych.

Henryk Hilarowicz, urodzony w 1890 r. w Warszawie, był synem znakomitego przyrodnika. Dr medycyny, docent i profesor tytularny chirurgii od 1939 r. Habilitował się w 1929 r. z chirurgii. Od 1929 r. członek Międzynarodowego Towarzystwa Chirurgicznego w Brukseli. Ważniejsze prace: Z badań nad chyżością opadania krwinek, Zasady znieczulenia miejscowego, Badania doświadczalne nad wpływem zespolenia żołądkowo-jelitowego na gojenie się ubytków ściany żołądka. Spokojny i zrównoważony, niewielkiego wzrostu, nie sprawiał wrażenia profesora chirurgii i uczonego, Często pacjenci brali go za studenta. Był bardzo dobrym chirurgiem. "Gdybym się musiał operować, dałbym się krajać tylko Hilarowiczowi" — mówili jego koledzy lekarze. Do operacji wybierał nieszablonowe przypadki. Wiele uwagi poświęcał pracy laboratoryjnej, wypróbowując często na samym sobie nowe preparaty.

Włodzimierz Krukowski, urodzony 19 września 1887 r. w Radomiu, inżynier elektryk. Był m. in. kierownikiem laboratorium elektrotechnicznego Zakładów Siemens-Schuchert w Norymberdze. Stopień dra inżynierii uzyskał w Darmstadt w 1918 r., od 1930 r. profesor zwyczajny Politechniki Lwowskiej, od 1934 r. członek korespondent Akademii Nauk Technicznych. Stały delegat Polskiego Komitetu Elektrotechnicznego do Komitetu Studiów Przyrządów Międzynarodowej Komisji Elektrotechnicznej (IEC). W latach 1939 — 1941 był prorektorem ds. nauki Politechniki Lwowskiej. Był autorem 23 prac naukowych i 60 opatentowanych wynalazków. Na wyróżnienie zasługuje jego znakomity licznik elektrolityczny o elektrodzie specjalnej, którego ponad 1 min sztuk pracowało w Europie do 1939 r. Był kolekcjonerem starych zegarów. Najbardziej znane prace: Grundzuge der zahlertechnik, Der Wechselstrom-kompensator, Podstawowe jednostki elektryczne i ich wzorce, Zadania poszczególnych pracowni w zakresie miernictwa elektrycznego.

Roman Longchamps de Berier, urodzony 9 sierpnia 1883 r. we Lwowie, od 1920 r. był profesorem Uniwersytetu we Lwowie, od 1922 r. był członkiem Komisji Kodyfikacyjnej Rzeczypospolitej Polskiej i głównym referentem projektu kodeksu zobowiązań. Specjalizował się w prawie cywilnym. W 1931 r. został członkiem Polskiej Akademii Umiejętności, a w 1936 r. członkiem Trybunału Kompetencyjnego. Główne prace: Zasada wolności umów w projektach polskiego prawa o zobowiązaniach, Zobowiązania Wyd. 3 w 1948 r.). Był prorektorem i rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza w latach 1936 — 1939.

Antoni Marian Łomnicki, urodzony 17 stycznia 1881 r. we Lwowie. Profesor Politechniki Lwowskiej od 1919 r., w 1939 r. prorektor tej uczelni. Był autorem cenionych podręczników szkolnych i akademickich oraz wielu prac naukowych z dziedziny rachunku różniczkowego i całkowego, geometrii i kartografii. Ogłosił drukiem m. in. Rachunek różniczkowy i całkowy (3 tomy) i Kartografię matematyczną. Od 1931 r. był stałym członkiem Międzynarodowej Komisji Geograficznej w Paryżu, członkiem korespondentem Akademii Nauk Technicznych. Współtwórca znanej w świecie lwowskiej szkoły matematycznej. Kierownik Katedry Matematyki Politechniki Lwowskiej.

Stanisław Mączewski, urodzony w 1892 r. we wsi Witkowo Miłaki (woj. warszawskie). Ważniejsze prace: O powstawaniu ciąży brzusznej, O wskazaniach do cięcia cesarskiego. Docent położnictwa i ginekologii. Ordynator oddziału ginekologicznego Państwowego Szpitala Powszechnego we Lwowie. W 1930 r. mianowano go dyrektorem Państwowej Szkoły Położnych i prymariuszem oddziału ginekologicznego Szpitala Powszechnego we Lwowie, który w 1940 r. został włączony w skład Kliniki Położniczo-Ginekologicznej Instytutu Medycznego. Świetny operator i diagnosta chorób kobiecych, autor około 40 prac naukowych. Tematyka prac dotyczyła przede wszystkim rozpoznawania, leczenia i zapobiegania chorobom kobiecym, zwłaszcza nowotworom i gruźlicy narządu rodnego. W 1929 r. otrzymał nagrodę im. T. Borysowicza nadaną przez Warszawskie Towarzystwo Ginekologiczno-Położnicze za pracę Badania doświadczalne nad zachowaniem się błony śluzowej wszczepionej do jajnika. Jako dyrektor Państwowej Szkoły Położnych pisał na temat roli położnej w organizacji opieki społecznej, co w ówczesnej Polsce było działalnością pionierską.

Witold Nowicki, urodzony 18 lipca 1878 r. w Bochni. Profesor anatomii patologicznej, prezes Izby Lekarskiej i Towarzystwa Higienicznego we Lwowie. Członek rzeczywisty Polskiej Akademii Umiejętności. Był redaktorem naczelnym "Lwowskiego Tygodnika Lekarskiego" i "Polskiej Gazety Lekarskiej". Dziekan Wydziału Lekarskiego w r. 1923/1924. Główna praca: Anatomia patologiczna. Autor 82 prac naukowych, głównie z zakresu patologii ogólnej i anatomii patologicznej. Jego współpracownik charakteryzował go jako "małego wzrostem, a wielkiego duchem człowieka, wspaniałego organizatora naukowego życia miasta, prezesa naukowych towarzystw, jeszcze dotychczas zda mi się, że widzę małą przysadzistą sylwetkę, ciemne oczy o dziwnie nieśmiałym łagodnym wyrazie".

Tadeusz Ostrowski, urodzony 4 lipca 1881 r. w Wiedniu. Od 1923 r. był profesorem Uniwersytetu Lwowskiego. Prezes Towarzystwa Chirurgów Polskich. Dziekan Wydziału Lekarskiego w r. 1937/38. Członek towarzystw naukowych krajowych i zagranicznych, autor licznych prac naukowych z dziedziny chirurgii kostno-stawowej, brzusznej i tarczycy. Ważniejsze prace: O przyczynach powstawania zgorzeli trzustki, O gruźlicy gruczołu sutkowego, W sprawie operacyjnego leczenia nerki ruchomej. Wybitny chirurg, wprowadzał i upowszechniał nowe metody chirurgicznego leczenia raka sutka, gruźlicy gruczołu sutkowego, stosowania operacji Thalmy w marskości wątroby, leczenia raka krtani, nerki wędrującej, chorób woreczka i dróg żółciowych. Członek Międzynarodowego Towarzystwa Chirurgicznego, Międzynarodowego Towarzystwa Urologicznego, prezes Towarzystwa Chirurgów Polskich. Pierwszy w Polsce w 1935 r. (wraz z W. Brossem) wykonał lobektomię, jeden z inicjatorów transplantacji narządów. Zamiłowany taternik i alpinista. Był w Polsce jednym z pionierów taternictwa bez przewodnika. Jego uczeń Z. Bieliński wspominał go jako człowieka o żelaznej kondycji fizycznej (na drugie piętro wchodził skacząc po trzy schody), o złotych rękach, opanowaniu i dużym poczuciu humoru. Zwykł mówić do asystentów: "Ucz się pan, przyglądaj się pan, abyś pan potem nie krzyczał na swoich asystentów, kiedy nie będziesz czegoś pewny".


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 28 wrz 2011, 10:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
cią dalszy:

Stanisław Pilat, urodzony 25 stycznia 1881 r. we Lwowie. Od 1924 r. profesor Politechniki Lwowskiej, chemik, specjalista w dziedzinie technologii przeróbki ropy naftowej. Prowadził badania dotyczące m. in. budowy składników ropy naftowej, składu benzyn i podniesienia ich liczby oktanowej, katalitycznego procesu uwodorniania węglowodorów gazowych i polimeryzacji olefin w celu otrzymania syntetycznej benzyny. Opracował nowe metody przeróbki ropy naftowej, które znalazły zastosowanie w Polsce, Rumunii i Meksyku. Był autorem i współautorem około stu kilkudziesięciu publikacji naukowych i 18 patentów. Przed pracą w Politechnice był dyrektorem rafinerii nafty "Polmin" w Drohobyczu. Autor Podręcznika technologii nafty. Cieszył się zasłużoną międzynarodową sławą w zakresie technologii nafty. Już po jego śmierci poszukiwali go uczeni niemieccy, chcąc wykorzystać jego wiedzę i osiągnięcia naukowe i technologiczne.

Stanisław Progulski, urodzony w 1874 r. w Nowym Sączu, habilitował się w 1922 r. Dr medycyny, docent i profesor tytularny pediatrii od 1938 r. Autor przeszło 50 prac naukowych z zakresu pediatrii. Napisał m. in. popularną Higienę niemowląt. Opracował model cieplarki (inkubatora) dla noworodków z płaszczem blaszanym, nadającym się zarówno do domu, jak i do szpitala. Zachowało się o nim następujące wspomnienie: "staruszek o siwych włosach i dziecięcych drobnych rysach twarzy, na której widok rozjaśniają się twarzyczki wszystkich chorych dzieci... Prócz swego zawodu lekarskiego kocha sztukę i kocha swe miasto. Wszyscy tu znają jego wysoce artystyczne fotografie Lwowa i lwowskich zabytków sztuki. Zwiedzający Lwów nie opuszczali nigdy miasta bez pamiątkowych zdjęć, mało kto wiedział, że autorem ich jest profesor pediatrii Progulski". Odznaczony srebrnym medalem na Międzynarodowej Wystawie Fotograficznej w Antwerpii.

Roman Rencki, urodzony w 1867 r. w Rzeszowie. Od 1908 r. był profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a po odzyskaniu niepodległości podjął pracę we Lwowie. Profesor szczegółowej fizjologii i terapii chorób wewnętrznych. Kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych. Dziekan Wydziału Lekarskiego w l. 1924 — 1926. Członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Szczególne zasługi położył w rozbudowie uzdrowiska w Morszynie. Członek honorowy Towarzystwa Lekarzy Polskich i Towarzystwa Lekarskiego w Lublinie i Częstochowie. Ważniejsze prace: O obrazie klinicznym grypy hiszpańskiej, O leczeniu gruźlicy przetworami złota, Przyczynek do biologii postaci półksiężycowych pasożyta zimnicy złośliwej.

Włodzimierz Stożek, urodzony 23 lipca 1883 r. w Żółkwi. Profesor zwyczajny matematyki na Wydziale Inżynierii Politechniki Lwowskiej od 1922 r. Autor ponad 30 prac, głównie z zakresu teorii potencjału logarytmicznego i newtonowskiego. Współtwórca lwowskiej szkoły matematycznej.

Włodzimierz Sieradzki, urodzony w 1880 r. w Wieliczce. Habilitował się w 1898 r. z medycyny sądowej, od 1899 r. profesor nadzwyczajny, a od 1904 r. profesor zwyczajny i komornik Zakładu Medycyny Sądowej w UJK. W latach 1907 — 1908 był redaktorem "Lwowskiego Tygodnika Lekarskiego". W latach 1908/1909 i 1919 — 21 był dziekanem Wydziału Lekarskiego, a w roku akad. 1924/1925 był wybrany rektorem Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. Kawaler Legii Honorowej. Członek honorowy Towarzystw Lekarskich w Wilnie i we Lwowie. Współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Medycyny Sądowej i Kryminalnej.

Adam Sołowij, urodzony w 1859 r. Dr medycyny, położnik ginekolog, emerytowany profesor UJK we Lwowie. Były ordynator Oddziału Ginekologiczno-Położniczego Państwowego Szpitala Powszechnego we Lwowie.

Kasper Weigel, urodzony w 1880 r. we Lwowie. Od 1912 r. profesor, w roku akad. 1929/30 rektor Politechniki Lwowskiej. Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Fotogrametrycznego. Był współautorem zdjęcia fotogrametrycznego Tatr Polskich. Kierownik Katedry Miernictwa Politechniki. Był członkiem czynnym Akademii Nauk Technicznych w Warszawie, Komitetu Geodezyjno-Geofizycznego PAU i Komitetu Wykonawczego Międzynarodowej Unii Geodezyjnej. Autor 35 prac naukowych, głównie z dziedziny geodezji.

Roman Witkiewicz, urodzony w 1886 r. w Stanisławowie. Od 1922 r. profesor nadzwyczajny, a od 1930 r. profesor zwyczajny Politechniki Lwowskiej. Kierownik Katedry Pomiarów Maszyn. Członek czynny Akademii Nauk Technicznych. Autor 7 prac naukowych i 8 obszernych referatów technicznych. Ogłosił drukiem m.in. Tarcie układu korbowego a działalność mechaniczna, Elastyczność kotła a cieplarki, Wytyczne i materiały do projektowania podkarpackich rurociągów gazu ziemnego, Bezkorbowe silniko-sprężarki a napędy pneumatyczne o wielkiej mocy.

Kazimierz Vetulani, urodzony w 1889 r., dr matematyki. Docent i zastępca profesora mechaniki ogólnej i technicznej na Wydziale Inżynierii Politechniki Lwowskiej.

Tadeusz Żeleński, pseudonim Boy, urodzony w 1874 r., tłumacz, krytyk teatralny i literacki, publicysta i satyryk. Z wykształcenia był lekarzem, praktykował od 1918 r. Związany z krakowskim środowiskiem Młodej Polski pisał wiersze i piosenki satyryczne dla kabaretu "Zielony Balonik" (Słówka). W latach międzywojennych był autorytetem dla liberalnej i demokratycznej inteligencji. Prowadził głośne kampanie publicystyczne o laicyzację kultury polskiej (Dziewice konsystorskie, Piekło kobiet, Nasi okupanci), o racjonalizację stosunku do tradycji historycznej (Ludzie żywi, Brązownicy, Obrachunki fredrowskie, Marysieńka Sobieska). Programowy i pionierski charakter miała jego działalność przekładowa, która przyswoiła kulturze polskiej w mistrzowskich tłumaczeniach ponad 100 tomów klasyki francuskiej (od Pieśni o Rolandzie do cyklu Prousta). Zajmował się historią literatury francuskiej (Mózg i płeć). Jako krytyk i felietonista teatralny stworzył kronikę warszawskiego życia teatralnego, dając zarazem wszechstronny obraz ówczesnej kultury i obyczajowości (Flirt z Melpomeną). Od 1933 r. był członkiem Polskiej Akademii Literatury, po 1939 r. wykładał literaturę francuską na Uniwersytecie Lwowskim.





--------------------------------------------------------------------------------

Przypisy

1 CA KC PZPR, AK, sygn. 203/XV-34; Delegatura..., sygn. 202/III-96.
2 W. Bielajew, Losy uczonych lwowskich, "Nowe Widnokręgi" 1944, nr 23/24, s. 11.
3 W. Bielajew, Uczeni płoną na stosach, "Czerwony Sztandar" 1944, nr 80 z 2 grudnia.
4 W. Bielajew, Ja obwiniaju, Moskwa 1978, s. 32.
5 AGKBZHwP, W-27, zeznania świadków: Melnika, Szpidala i Pankiwa.
6 AGKBZHwP, W-27, t. 5. Kalendarium ilustrujące działalność Th. Oberländera; A. Drożdżyński i J. Zaborowski, op. cit., s. 135—147, rozdział pt. Teczka personalna T. Oberländera za lata 1905—1960.
7 "The Guardian" z 16 marca 1960 r.
8 M. Grünbart, Das Blutbad von Lemberg, "Der Spiegel" 1960, nr 11; A. Drożdżyński i J. Zaborowski, op. cit., s. 73.
9 Informacje J. Wilczura udzielone redakcji ZAP w marcu 1960 r., W: A. Drożdżyński i J. Zaborowski, op. cit., s. 186—187; J. Wilczur, Do nieba nie można od razu, Warszawa 1964, s. 15—28, opisał m. in. wydarzenia we Lwowie w lipcu 1941 r. na podstawie swoich notatek (szczególnie ciekawe są jego zapiski ze służby u "Ptaszników").
10 A. Drożdżyński i J. Zaborowski, op. cit., s. 72—73.
11 Ibidem, s. 201—202.
12 AGKBZHwP, W-27, t. 1.
13 AGKBZHwP, W-27, t. 1 i t. 14.
14 Ibidem, t. 14.
15 Z. Albert, op. cit., s. 78.
16 M. Kulczyńska, Raport Karli Lanckorońskiej, "Odra" 1977, nr 4, s.5.
17 Jetzt wo Sie nicht mehr herauskommen kann ich, es ja Ihnen sagen, die Universitätsprofessoren das ist mein Werk, um drei Uhr 15 morgens — patrz: M. Kulczyńska, op. cit., s. 7.
18 Ibidem, s.8.
19 M. Podkowiński, Zdemaskowany antyfaszysta, "Trybuna Ludu" z 11 VII 1967 r.; W. Żeleński, Odpowiedzialność za mord profesorów lwowskich, "Wiadomości" (Londyn) 1974, nr 1466, podał inną wersję zeznań K. Lanckorońskiej: "dowiedziawszy się przypadkiem, że w Munster odbywa się proces przeciw Krugerowi za mordy dokonane na Żydach w Stanisławowie, narzuciłam się z trudem władzom niemieckim na świadka", "zeznawała 55 minut, przytoczyła w zasadzie treść artykułu z "Orła Białego".
20 AGKBZHwP, W-27, t. 9.
21 M. Kulczyńska, op. cit., s. 9.
22 AGKBZHwP, W-27, t. 9.
23 "Życie Warszawy" z 21 sierpnia 1975 r.
24 AGKBZHwP, W-27, t. 11; W. Żeleński opublikował trzy artykuły na temat zamordowania profesorów w "Wiadomościach" nr 1466. 1467 i 1491. W Paryżu prof. Jerzy Langord utworzył Komitet Pomocy, w którym uczestniczyli także prof. prof. J. Kalinowski, J. Modrzejewski i dr W. Mikułowski. W Szwajcarii utworzono Komitet finansowy ze specjalnym kontem bankowym kierowany przez Z. Pregowskiego, i. Ciepielowskiego i H. Węglera.
25 C. Łuczak, Polityka ludnościowa i ekonomiczna hitlerowskich Niemiec w okupowanej Polsce, Poznań 1979, s. 68.
26 W. Bonusiak, op. cit., s. 85—89.
27 Bundesarchiv Koblenz (BAK). R. 58/214, k. 54; Ereignismeldung Ud SSR nr 10 z 2 lipca 1941 r.; według meldunku z 3 lipca we Lwowie znajdowały się wówczas: dowództwo Einsatzgruppe B, Einsatzkommanda 4a, 4b i 5 — ibidem, k. 61.
28 "Kultura" (Paryż) 1960, nr 1—3.
29 Z. Pałyński, op. cit.
30 E. Prus, Herosi..., s. 240.
31 CA KC PZPR. AK. sygn. 203/XV—42.
32 Ibidem, sygn. 203/XV-47.
33 Ibidem, Delegatura, sygn. 202/III/196.
34 AGKBZHwP, W-27. t. 1
35 Ibidem, t. 14, "Eine Stunde später um 5 Uhr morgens werden weitere 52 Polen der Intelligenz und Wiederstandsbewegung nachden sie ihr Grab gescharfett haben, ungeführ 200 Meter von unserein Wohngebade, erschossen".
36 Ibidem, W-27, t. 11 i 14; S. Dierewianko, P. Romaniuk, Sprawa Mentena, "Żowtień" 1977, nr 2 twierdzą, że Menten ograbił mieszkania prof. T. Ostrowskiego, dra Ludwika Krebsa, dra Stanisława Ruffa, lekarza Reichensteina i rodziny Blumenfeldów. Podczas procesu Pietera Nicolasa Mentena przed Specjalnym Sądem Karnym w Hadze udowodniono mu, że całą zawartość mieszkania przy ul. Romanowicza 5 przewiózł w latach 1941—1942 ze Lwowa do swego mieszkania w Krakowie — zob. W. Szulc, Śledztwo w sprawie P. N. Mentena, "Biuletyn GKBZHwP" 1979, t. XXIX, s. 272—287.
37 AGKBZHwP, W-27. t. 14.
38 Ibidem, t. 9.
39 Ibidem, t. 1.
40 J. Heydecker, J. Leeb, Trzecia Rzesza w świetle Norymbergi, Warszawa 1979, s. 439.
41 Einsatzgruppen (Wyrok i uzasadnienie). Opracowali i tłumaczyli S. Datner, J. Gumkowski, K. Leszczyński, "Biuletyn GKBZHwP" 1963, t. XIV, s. 116—117.
42 "Wiadomości" (Londyn) 1974, nr 1491 z 27 października.
43 Sylwetki profesorów opracowano na podstawie akt przechowywanych w AGKBZHwP, W-27, dokumentu pt. Straty w gronie profesorów lwowskich do IX 1943 — CA KC PZPR, sygn. 202/111/196, życiorysów profesorów w odpowiednich tomach Polskiego Słownika Biograficznego, Biogramów uczonych polskich,.., t. 1—3, Składu Uniwersytetu Jana Kazimierza w roku akad. 1937-38, Łozy, Czy wiesz kto to jest, Warszawa 1938—1939, t. 1—2, wspomnień uczniów i współpracowników umieszczonych w prasie codziennej i czasopismach.

http://www.lwow.com.pl/Profesorowie/mordercy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 04 paź 2011, 19:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://blogmedia24.pl:80/node/52292

Artykuł opisuje niemieckie ludobójstwo na Polakach na Pomorzu Gdańskim.

Kopia artykułu:

Niemieckie zbrodnie na Pomorzu Gdańskim od jesieni 1939 do wiosny 1940 roku . Tajemnice Lasów Piaśnicy
Maryla, ndz., 02/10/2011 - 17:04

Z Apokalipsy św. Jana: „Oto są ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili”.

Jesienią 1939 roku w lasach Pomorza Gdańskiego, obejmującego tereny Kaszub, Kociewia i byłego Wolnego Miasta Gdańska, Niemcy rozstrzelali około 60 tys. Polaków - nauczycieli, wojskowych, urzędników, duchownych, działaczy społecznych i politycznych. Największymi z miejsc kaźni stały się Lasy Piaśnickie w pobliżu Wejherowa i Las Szpęgawski koło Stargardu Gdańskiego. Dotychczas udało się ustalić 852 nazwiska z około 2 tys. ofiar Piaśnicy pochodzących z wybrzeża gdańskiego. Zupełnie anonimowe są pozostałe ofiary – likwidowani w ramach akcji eutanazyjnej pacjenci szpitali psychiatrycznych oraz przedstawiciele polskiej mniejszości narodowej z głębi Niemiec. Rozstrzeliwane były całe rodziny. Według szacunków, w Lasach Piaśnickich Niemcy zamordowali w sumie 12-14 tysięcy osób.
Współcześnie o niemieckich zbrodniach w pomorskich lasach pamiętają jedynie mieszkańcy Pomorza, którzy nazywają Piaśnicę "Pomorskim Katyniem" albo "Kaszubską Golgotą".

Piaśnica Wielka to kaszubska wieś leżąca około 10 kilometrów na północ od Wejherowa. Pobliskie lasy piaśnickie (fragment Puszczy Darzlubskiej leżącej po lewej stronie szosy wiodącej z Wejherowa do Krokowej) Niemcy wybrali, jako miejsce masowych egzekucji.

Jesienią 1939r. rozstrzelano w tutejszych lasach około 2000 osób z terenu Kaszub i Wolnego Miasta Gdańska. Wśród ofiar byli przede wszystkim przedstawiciele inteligencji pomorskiej: księża, zakonnicy, naukowcy, urzędnicy, nauczyciele oraz żołnierze.

Łącznie na obszarze lasów piaśnickich, obejmującym ok. 250 km, wymordowano w przeciągu kilku miesięcy od 12000 do 14000 ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci. Piaśnica była największym - po obozie koncentracyjnym Stutthof - miejscem kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowej.

W akcjach eksterminacyjnych na Pomorza uczestniczyły oddziały policji bezpieczeństwa: gdańska jednostka SS-Wachsturmbann Eimann dowodzona przez Kurta Eimanna oraz Einsatzkommando 16. pod zwierzchnictwem SS-Obersturmbannfuhrera Rudolfa Trogera a także Selbstschutz – niemiecka formacja paramilitarna. Większość oprawców z Piaśnicy pozostała bezkarna.
Wiosną 1940r., po zakończeniu akcji eksterminacyjnej w Piaśnicy, okupanci przystąpili do maskowania miejsca zbrodni poprzez sadzenie krzewów i drzew na miejscu masowych mogił.

W drugiej połowie 1944r., w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej, Niemcy podjęli próbę zniszczenia wszelkich śladów zbrodni w Piaśnicy. Do realizacji tego zadania wyznaczono grupę 36 więźniów KL Stutthof, których pod silną strażą sprowadzono do Piaśnicy w końcu sierpnia 1944r. Członkowie komanda byli zmuszani do rozkopywania grobów oraz wydobywania ciał ofiar, które następnie palono na leśnych paleniskach. Przez kilka tygodni swąd palonych ciał stale dochodził do pobliskich wsi.

Oświęcimskie stowarzyszenie Auschwitz Memento zakończyło realizację filmu dokumentalnego "Pamięć. Tajemnice lasów Piaśnicy", przypominającego niemieckie zbrodnie na Pomorzu Gdańskim od jesieni 1939 do wiosny 1940 roku
Współreżyser filmu, Dariusz Walusiak, wspomniał o powojennych próbach zacierania pamięci o zbrodni przez komunistów. - Dzieci zamordowanych opowiadały nam, jak po wojnie ostrzegano je, by nie przyznawały się, że ich bliscy zginęli w Piaśnicy. Dlaczego? Bo ofiary Piaśnicy były dla komunistów wrogami klasowymi. Ktoś przytacza opinię jednego z funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa: "Niemcy za nas dobrą robotę zrobili" - mówił Walusiak.

http://www.zmartwychwstanki.archpoznan. ... nstwa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 19 paź 2011, 07:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
Zbrodniarz i złodziej Hans Frank w okupowanym Lwowie 01.08.1942.

Dzisiaj wypada 70- rocznica wydania przez Hansa Franka rozporządzenia wprowadzającego karę śmierci dla Żydów, którzy opuścili teren getta oraz dla Polaków pomagających Żydom.

Rozporządzenie z 15 października 1941 r. "O ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie" mówiło, że:

"Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim żydom świadomie dają kryjówkę.
Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie.
Zawyrokowanie następuje przez Sądy Specjalne."

Plakat przypominający o tym rozporządzeniu.

Obrazek

"Dotyczy:

przetrzymywania ukrywających się żydów.

Zachodzi potrzeba przypomnienia, że stosownie do § 3 Rozporządzenia o ograniczeniach pobytu w Gen.Gub. z dnia 15.X 1941 roku (Dz.Rozp. dla GG str.595) żydzi, opuszczający dzielnicę żydowską bez zezwolenia, podlegają karze śmierci.

Według tego rozporządzenia osobom, które takim żydom świadomie udzielają przytułku, dostaczają im jedzenia lub sprzedają artykuły żywnościowe grozi również kara śmierci.

Niniejszym ostrzega się stanowczo ludność nieżydowską przed:

1) udzielaniem żydom przytułków

2) dostarczaniem im jedzenia

3) sprzedawaniem im artykułów żywnościowych. "

***

"Dystrykt Galicja" został włączony do Generalnego Gubernatorstwa 1 sierpnia 1941.
1 sierpnia 1942 roku, w trakcie trwania Akcji Reinhardt, gubernator Hans Frank wybrał się do Lwowa na rocznicowe uroczystości. Złożył wieńce na cmentarzu honorowym, pobawił się na kilku bankietach, przemianował ulicę Operową i Muzealną na Adolf-Hitler-Ring, wysłuchał Marsza hołdowniczego z Sigurda Jorsalfara zagranego przez orkiestrę garnizonową, potem chłopiec z Hitlerjugend recytował wiersze, w tym jeden pt. "Adolf Hitler". Potem był koncert pieśni wykonywany przez 15 tysięcy chórzystów i chórzystek Połączonych Ukraińskich Chórów Galicji. Potem przemówienia i odsłonięcie "kamienia pamiątkowego Adolfa Hitlera".

Obrazek
"Defilada z okazji wizyty gubernatora Hansa Franka we Lwowie. Widoczne Ukrainki w strojach ludowych."

Na wielkim wiecu NSDAP we lwowskiej operze Hans Frank wygłosił mowę:

Dzień 1 sierpnia to dla tego regionu data epokowa. Nigdy nie zdołamy wyrazić wdzięczności Fuhrerowi za to, że starą żydowską dziurę, ten zaniedbany zamek rycerzy rozbójników, tę kolonię Polaczków wreszcie oddał w niemieckie ręce, które ze szczotką, proszkiem na insekty i innymi koniecznymi artykułami sanitarnymi zadbały o to, by człowiek niemiecki wreszcie mógł tutaj przebywać (burzliwy aplauz).
Muszę przyznać towarzyszu Wachter: świetna robota; po roku pracy, możemy zapomnieć jak brudna to była dziura. A najpiękniejsze w tej wojnie jest to, że jeśli już raz coś zdobyliśmy, to nigdy tego nie oddamy (rozbawienie i aplauz).
O Żydach, którzy tu jeszcze są nie warto nawet wspominać, z nimi też sobie poradzimy. Nawiasem mówiąc, dzisiaj nie widziałem ani jednego. Cóż to się stało? Podobno w tym mieście były ich kiedyś dziesiątki tysięcy - a nie dojrzałem ani jednego. Chyba jednak źle się z nimi nie obeszliście? (duże rozbawienie)
(...)
I w ogóle możemy być zadowoleni.(..) Finanse są w porządku. Długów nie mamy. Te, które powinniśmy byli przejąć odrzuciliśmy. (ponownie duże rozbawienie).
(...)
Niech sobie mówią, że na każdej latarni powiesiliśmy przynajmniej dwóch Polaków - odpowiemy im krótko: aż tylu latarni Polacy nam nie zostawili, aż tylu nie ma w tym błogosławionym cywilizowanym kraju."

z: Dieter Schenk - "Hans Frank. Biografia generalnego gubernatora"

Obrazek
"Wiec NSDAP w operze we Lwowie z okazji pierwszej rocznicy przyłączenia dystryktu Galicja do Generalnego Gubernatorstwa. Przemawia gubernator Hans Frank."

***

zdjęcia NAC:

http://www.audiovis.nac.gov.pl/search/d ... 3c67ecf:2/

http://nick.salon24.pl/354699,zbrodniar ... 01-08-1942


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 23 lis 2011, 19:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
A JAK ROBIĄ TO NIEMCY?

Według siebie samych tylko około 1% Niemców uczestniczyło w czasie II Wojny Światowej w zbrodniach przeciwko ludzkości, nieiwiele ponad 3% jest antysemitami, a ponad jedna czwarta populacji pomagała prześladowanym w czasie wojny mniejszościom. Długotrwały wysiłek odżegnywania się od winy za straszliwe zbrodnie nazizmu pzyniósł nadspodziewnie dobre rezulataty. Dziś, Niemcy we własnych oczach, są społeczeństwem otwartym, wrogim ksenofobii i rasizmowi. Jak dokonali tego cudu nasi sąsiedzi zza Odry?

W prosty sposób nie da się się na to pytanie odpowiedzieć. Trzebaby chyba zacząć od mechanizmu, który działa na najniższym szczeblu. Tym rodzinnym i sąsiedzkim. Trudno się mówi własnym dzieciom, czy wnukom:wiesz, tatuś w czasie wojny palił Żydów, rozstrzeliwał Polaków i głodził na śmierć radzieckich więźniów wojennych, a teraz dosyć już tych wojennych historyjek córuniu, bądź grzeczną dziewczynką i biegnij pomóc mamie zmywać naczynia.

To zakłamanie zaczynające się na najbardziej intymnym poziomie, ma równocześnie najbardziej masowy charakter. Nie potrzeba do tego było Niemcom polityki historycznej rządu, dyrygenta pilnującego partytury, na nic i cenzura. To się działo samo. I dziś Niemcy są przekonani, że aż 13% ich rodaków było zaangażowanych w stawianie czynnego oporu hitlerowcom.

Ta, skądinnąd zrozumiała, tednencja do wybielania historii własnych rodzin zsumowała się w wyżej opisane masowe przekonania Niemców o swoim charakterze narodowym. To jednak nie wszystko. Ten proces był dostrzeżony i wykorzystany przez historyków, którzych bardziej od rzetelnych badań, interesowała ilość książek własnego pióra, sprzedanych, złaknionym dobrej nowiny o sobie, Niemcom. Jorg Friedrich jest jednym z nich, ale chyba nie jest najbardziej winnym zniekształcania współczesnej historii Niemiec.

Choć z naszego punktu widzenia jest to proces kłamliwy i być może niebezpieczny, to paradoksalnie doprowadził on do pewnych, korzystnych zmian w psychice Niemców. Dziś rzeczywiście cieszą się opinią społeczeństwa tolerancyjnego, przywiązanego do demokracji i swobód obywatelskich. W Niemczech po prostu nie uchodzi być antysemitą. Konstytucja niemiecka zaś jest jedną z najbardziej liberalnych na świecie.

Ubocznym i nieprzewidzianym skutkiem takiego płytkiego przeorania świadomości zbiorowej, dokonanego bez rzetelnego rozliczenia się ze zbrodniczą przeszłością narodu, jest narastająca tendencja do coraz dalszego odchodzenia od prawdy. Ponieważ tych zbrodni w czasie wojny ktoś przecież dokonał, zaprzeczać im w Niemczech nie wolno - idzie się za to do więźnia, to pojawia się, być może nawet podświadoma, potrzeba znajdowania innych niż Niemcy, sprawców.

To nie jest dobra dla nas tendencja. Nie jest ona też dobra dla Izraela. Mamy z Żydami wspólny interes, by nigdy nie przestać być świadkami tych dni. By głośno mówić prawdę o sprawcach tych koszmarnych zbrodni.

Byśmy dobrze i do końca mogli wypełnić swoją w tym rolę, musimy sami rozliczyć się ze swoją przeszłością, jej ciemnymi kartami. Polskich rodzin, w których trzeba kłamać na temat przeszłości ojca, czy dziada, jest bez porównania mniej. Wydawałoby się więc, że proces rozliczenia z przeszłością powinien w Polsce pójść łatiwej. Nie jest tak jednak. Ciekawe dlaczego?

http://nuta.salon24.pl/366734,a-jak-robia-to-niemcy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 04 gru 2011, 15:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.obnie.pl/index.php?option=co ... &Itemid=27

Dziś tym potworom inne potwory chcą ofiarowywać naszą suwerenność.

Kopia artykułu:

Zbrodnie Hitlerowskie w Polsce

Obrazek
Antifa w okresie II wojny światowej znana była pod nazwą Gestapo albo SS


redi, 24.10.2011
W oparciu o książkę J Ślaskiego podano obraz zbrodni hitlerowskich w Polsce

Po opublikowaniu w rocznicę październikowej rewolucji jej "osiągnięcia" w dziedzinie ludobójstwa otrzymałem telefony o mej jednostronności. Przyjaciele mówili: opisujesz okrucieństwa Sowietów a nie wspominasz o podobnych okrucieństwach naszych zachodnich sąsiadów. Było ich nie mało w czasie ostatniej wojny. Więc żeby zachować równowagę w ocenie naszej niezbyt dalekiej przeszłości, spróbuję przybliżyć czytelnikowi okrucieństwa hitlerowców, czerpiąc z wspaniałego dzieła na ten temat napisanego przez Jerzego Ślaskiego pt.: "Polska Walcząca 1939 - 1945".

Faszyzm - hitleryzm:
Ta koncentracja zła, które zalało całą Europę i dało początek drugiej wojnie światowej ma olbrzymią literaturę. Zrodziło się w głowach filozofów (Nitche), a następnie opanowało umysły przywódców Włoch i Niemiec. Siła, bezwzględność i okrucieństwo w realizacji celów, darwinizm wykorzystany do kształtowania stosunków między ludzkich, stanowiły ów płomień, który stał się przyczyną rozszalałego wojennego pożaru, który objął cały świat.
W tym miejscu, dla ilustracji, przytaczamy jedynie wycinek zła, szalejącego na ziemiach polskich. Wiele innych aspektów owej zbrodniczej ideologii i jej konsekwencji zostało opisanych i stało się wiedzą powszechną. Ramy niniejszej pracy nie pozwalają na szersze analizy w tym zakresie. Wykorzystamy jedynie niektóre fakty opisane przez Jerzego Ślaskiego, w jego znakomitej książce "Polska Walcząca 1939 - 1945r.:

Było ich osiemdziesięciu. Wszyscy dawni śląscy powstańcy. Rozstrzelano ich w niedzielę, 3 września 1939 r., w Jaśkowicach Śląskich koło Orzesza. W dwa dni później młody poeta napisał poświęcony im wiersz, z którego pochodzi zacytowana wyżej strofa. W odpisach podawanych z rąk do rąk krążył on po Śląsku i wkrótce znalazł się w prasie podziemnej. Prawdopodobnie był pierwszym hołdem złożonym przez poetę tym, których mordowano wtedy za to, że stanęli w obronie swej ziemi.
Ale nie oni pierwsi padli ofiarą hitlerowskiego odwetu. Polacy doświadczyli go już o świcie 1 września. Wszędzie tam, gdzie wkraczali Niemcy, przychodziła wraz z nimi śmierć. Nie ta, która jest pisana żołnierzom w dniach wojny, ale w postaci esesmańskich bojówek i plutonów egzekucyjnych Wehrmachtu, strzelających w potylicę cywilom, stawiających ich pod murem, roztrzaskujących czaszki uderzeniami łomów, kastetów i pałek. Mściwych, zamroczonych nienawiścią.

Wspomnieliśmy już, jak 1 września o godzinie 5.00 grupa szturmowa esesmanów z Szymankowa, dowodzona przez Kriewalda, zamordowała 21 Polaków: kolejarzy i inspektorów celnych. Były wśród nich 2 kobiety. Jedna z nich Elżbieta, kobieta w zaawansowanej ciąży była żoną kolejarza Alfonsa Lessnaua. W ten sposób pijani alkoholem i wściekłością hitlerowcy wzięli odwet za to, że dzięki czujności Polaków nie udało się Niemcom opanować mostów na Wiśle w Tczewie, które wysadzili nasi saperzy. Prawdopodobnie był to pierwszy mord popełniony na polskich pracownikach cywilnych i członkach ich rodzin, ale stuprocentowej pewności co do tego też nie ma. Jak nie znamy nazwiska pierwszego żołnierza WP, który z bronią w ręku padł w obronie Rzeczypospolitej, tak nie wiemy również w sposób absolutnie pewny, kim była pierwsza cywilna ofiara hitlerowskiej furii. W każdym razie nastąpiło to tam, gdzie Niemcy wdarli się najwcześniej: na Śląsku lub na Wybrzeżu.
Już w pierwszych dniach wojny w ówczesnym województwie katowickim odbyło się 15 egzekucji, w których zginęło 199 Polaków. W Zimnowodzie (powiat kłobucki) zamordowano 41 mieszkańców, w tym 2 kobiety i 3 dzieci; nazajutrz z miejscowości tej wywieziono do Rzeszy 100 osób.

W sobotę, 2 września, we wsi Parzymiechy w powiecie częstochowskim na polu Stanisława Sobery zamordowano 21 kobiet i dzieci, wśród nich Antoninę Kęsik z jednodniowym noworodkiem. W tym samym dniu zginął męczeńską śmiercią liczący wtedy 73 lata proboszcz parafii Parzymiechy, ks. Bonawentura Metler, kapłan o bogatym i różnorodnym dorobku naukowym. Był to wybitny astronom, uczeń Flammariona, założyciel Towarzystwa Astronomicznego w Częstochowie, który zanim osiadł na polskiej wsi, przez wiele lat studiował i pracował naukowo w Petersburgu, Rzymie, Paryżu i Londynie. Niemcy oskarżyli go o to, że ruchy ich wojsk sygnalizował walczącym pod Parzymiechami żołnierzom 83. pp strzelców poleskich. Po wejściu do wsi zabrali go z plebanii, wlekli przez wieś przywiązanego sznurem do konia, po czym w pobliskim lesie pod wsią Grabarze postawili przed "sądem" złożonym z oficerów Wehrmachtu, który skazał sędziwego kapłana na śmierć. Zamordowano go tego samego dnia w Jaworznie pod murem cmentarnym, strzelając w tył głowy z pistoletu. Wraz z ks. Metlerem zginęli jego wikariusz, ks. Józef Danecki i organista, Ignacy Sobczak.
Również 2 września, po wkroczeniu Niemców do Działoszyna, Wehrmacht zamordował w tamtejszej plebanii liczącego 73 lata działoszyńskiego proboszcza, ks. Ignacego Charlińskiego.

Częstochowę Niemcy opanowali w niedzielę. Następny dzień 4 września, zapisał się w dziejach tego miasta jako "krwawy poniedziałek". Dowództwo Wehrmachtu aresztowało tysiące ludzi. Trzymano ich pod bronią na placach miejskich, gdzie leżeli twarzą ku ziemi. Na prowizoryczne więzienie przemieniono katedrę i kościół Św. Zygmunta. Zamordowano wtedy ponad 300 osób, tysiące skierowano na męczeński szlak wiodący przez różne hitlerowskie katownie do obozów zagłady.
W ten sam poniedziałek, gdy w Katowicach dawni powstańcy i harcerze prowadzili jeszcze nierówny bój, miała tam miejsce pierwsza masowa egzekucja. Przy ulicy Zamkowej zamordowano 80 powstańców i harcerzy. Grzebano ich - a także straconych w innych miejscach - w lesie pod Panewnikami. Jednocześnie rozpoczęło się polowanie na dawnych powstańców i członków POW, harcerzy, strażników granicznych, policjantów. Wywożono ich do obozów w Nieborowicach i Pilchowicach w powiecie gliwickim i w Skrochowicach koło Opawy na terytorium Czechosłowacji i tam mordowano.
Fala mordów ogarnęła cały Górny Śląsk: Szopienice, Wyry, Mysłowice, Łaziska, Tychy, Bieruń Stary, Bogucice, Mikołów, Nowy Bytom, Lędziny...Łącznie od początku września do końca października odbyło się na Śląsku co najmniej 50 egzekucji, w których zginęło przeszło 1600osób. Mordował Wehrmacht, mordowali bojówkarze z S.A. i oprawcy ze specjalnej grupy operacyjnej utworzonej dla Śląska (Einsatzgruppe zur besonderen Verwendung), którą dowodził obergruppenfuhrer Udo von Woyrsch.

Przyszedł czas realizacji zapowiedzi gauleitera i nadprezydenta prowincji śląskiej, Wagnera, który już w kwietniu 1935 r. w Bochum, na kursie dla działaczy NSDAP, przedstawiając program germanizacji Śląska, solennie ich zapewniał, że w ciągu dziesięciu lat zniknie bez śladu wszystko, co świadczy o polskości tej ziemi, a po upływie lat trzydziestu nikt z jej mieszkańców w ogóle nie będzie wiedział, iż Polska kiedyś istniała.(...)
W tym samym czasie rozpoczynał się dramat Wielkopolski. W nocy z 2 na 3 września Niemcy spalili wieś Torzeniec w powiecie kępińskim, w której poprzednio doszło do przypadkowej strzelaniny między dwoma oddziałami Wehrmachtu. Zamordowali 37 osób. Również w tę noc w niedalekim Wyszanowie Wehrmacht spalił 27 gospodarstw i zabił 26 osób w tym 13 dzieci.
Mordowano pod osłoną nocy, na śródleśnych polanach, na cmentarzach i wysypiskach śmieci, skrycie i milczkiem, ale mordowano też w specjalnie przygotowanych sceneriach, rzekomo w majestacie prawa, w sposób starannie wyreżyserowany, na oczach tłumów zmuszonych do udziału w tych ponurych spektaklach.
Do dziś żyje w Gostyniu pamięć o dżdżystej sobocie 21 października 1939 r., kiedy to w biały dzień w ten właśnie sposób zamordowano na rynku 30 Polaków z Gostynia i okolicy.

Mord ten przygotowali Niemcy bardzo starannie. W rynku, w pobliżu kolumny Chrystusa Króla, zbudowali z podkładów kolejowych i worków z piaskiem ścianę straceń. Woźny magistracki starym obyczajem obchodził od rana rynek, zatrzymywał się na każdym z jego czterech rogów i dzwoniąc metalową kołatką ogłaszał, że zarządzeniem "władz" punktualnie o godz. 10.00 mają się zebrać na rynku wszyscy mężczyźni w wieku od 16 do 60 lat. To samo czynił na innych ulicach Gostynia. Przed godz. 10.00 rynek obstawiło szczelnym kordonem wojsko. Towarzyszyli mu uzbrojeni volksdeutsche. Na spędzonych mieszkańców spoglądały lufy karabinów maszynowych.
Skazańcy byli więzieni w ratuszu. Tuż przed egzekucją wprowadzono ich po dziesięciu do sali posiedzeń Rady Miejskiej, gdzie urzędował Sondergericht złożony z trzech Niemców. Jego rola ograniczała się do odczytania aktów oskarżenia i wyroków śmierci. Następnie skazańcy kolejno wychodzili na scenę. Szli z podniesionymi głowami i skrępowanymi rękami przez pełną napięcia ciszę, prowadzeni wzrokiem rodaków. Gdy dochodzili do ściany z worków i podkładów, złożony z 40 żołnierzy pluton egzekucyjny oddawał salwę. Później odzywały się pojedyńcze strzały. To oficerowie Wehrmachtu dobijali tych, którzy dawali jeszcze znaki życia. Powtarzało się to trzykrotnie, bo wyprowadzano ich na miejsce kaźni dziesiątkami. Wszyscy skazańcy byli ludźmi ogólnie znanymi i szanowanymi. Znaleźli się wśród nich: Mieczysław Hejnowicz, właściciel młyna, ojciec jedenaściorga dzieci, znany działacz narodowy; jego brat Józef, nauczyciel; hr. Edward Potworowski z Goli, czołowa postać w tym rejonie, jeden z organizatorów powstania w 1918 r., szambelan papieski, prezes kółek rolniczych; ziemianin Stanisław Karłowski z Szalejowa, senator RP, znany finansista, założyciel Związku Banków Polskich; hr. Henryk Grocholski z Zimnowody; baron Antoni Grave z Karolewa; dyrektor gimnazjum, Leon Kapcia; burmistrz Gostynia, Hipolit Niestrawski, kilku nauczycieli, pocztowcy, rzemieślnicy, rolnicy.

Dziś na rynku w Gostyniu nie ma już kolumny Chrystusa Króla, bo Niemcy zniszczyli ją wkrótce po egzekucji. Latem miejsce tego mordu, który był odwetem za rzekome zabicie we wrześniu 1939 r. przez Obronę Narodową czterech Niemców, upamiętnia rabatka z biało-czerwonych kwiatów. A przez cały rok upamiętnia go umieszczona na murze ratusza tablica z napisem: "Stąd wyszli na szaniec śmierci , by nam dać zwycięstwo..."
Ale tylko nielicznym dane było ginąć w tak widowiskowy sposób, przed oczyma swych braci, których obecność dodawała sił i kazała w tej przedostatniej chwili iść krokiem równym, z dumnie podniesioną głową.
Tysiące więźniów Fortu VII, który dla Poznania był tym, czym Pawiak dla Warszawy, ginęły inaczej. Sam na sam z oprawcami.
Fort VII, zbudowany w końcu ubiegłego stulecia na zachodnich peryferiach miasta, to kompleks wilgotnych i mrocznych kazamatów podziemnych oraz nadziemnych schronów okrytych grubą warstwą ziemi. Już w październiku1939 r. z inicjatywy krwawego wielkorządcy Wielkopolski, Artura Greisera, przemieniono go w obóz przejściowy, a jednocześnie więzienie karno-śledcze dla Polaków. Władzę sprawowało tu gestapo. W kwietniu 1943 r. rozpoczęto likwidację tej katowni, przenosząc więźniów do podobnego miejsca kaźni w Żabikowie. Wiosną 1944 r. Fort VII opuścili ostatni więźniowie.
Łącznie przeszło ich przez jego kazamaty 40 000. Większość zginęła. Wielu zamordowano na miejscu. Umierali z głodu, w wyniku zadawanych im tortur, bici do chwili, aż wyzionęli ducha, w celach i na korytarzach, pod ścianą śmierci. Dogorywali tu po przesłuchaniach, na które ich wożono do siedziby poznańskiego gestapo mieszczącej się w Domu Żołnierza, w rejonie koszar57. pp. Grzebani byli pod Poznaniem, w lesie w Przeźmierowie.
Innych mordowano w masowych egzekucjach przeprowadzanych w okolicy. Na przełomie lat 1939/1940, w pierwszą mroźną zimę okupacji, 1700 więźniów Fortu VII, w tym ponad 100 kobiet, zgładzono pod wsią Dębienko, a 2500 w lasach koło Dąbrówki i Palędzia. W zagajnikach otaczających piękne jeziorko Rusałka, obecnie jedno z najliczniej odwiedzanych przez mieszkańców Poznania miejsc niedzielnego wypoczynku, zmordowano około 2000 więźniów tej katowni.

"Prawem niepisanym - instruował kierowników NSDAP w "Kraju Warty" jego wielkorządca Artur Greiser - jest zasada, że w tym okręgu ma mieszkać tylko jeden naród. Tym narodem muszą być Niemcy, gdzie są Niemcy, tam nie ma miejsca dla innych narodów."* (*Mirosław Cygański "Z dziejów okupacji hitlerowskiej w Łodzi", Łódź 1965)
Politykę tę Greiser realizował konsekwentnie i bezlitośnie. I za nią 9 lipca 1946 r. zawisł na szubienicy na stokach poznańskiej Cytadeli.(...)
W Gdańsku od chwili wybuchu wojny Polaków gromadzono w gmachu Vietoriaschule i w więzieniu przy ul. Schiesstange (obecnie Kurkowa), a już 2 września 1939 r. zaczęto ich stamtąd wysyłać do Stutthofu. Był to pierwszy hitlerowski obóz koncentracyjny na ziemiach należących obecnie do Polski. Utworzono go w sierpniu 1939 r. na bagnistym terenie w odległości 2 km od morza, 36 km na wschód od Gdańska, kilka kilometrów przed nasadą Mierzei Wiślanej. Pierwsze ofiary pochłonął on od września do grudnia 1939 r. Byli wśród nich czołowi działacze Polonii gdańskiej: poseł Antoni Lendzion, ks. Franciszek Rogaczewski, harcmistrz Alf Liczmański.
W Gdyni, nazajutrz po zajęciu tego miasta, tzn. 14 września aresztowano kilka tysięcy osób. Nielicznych zwolniono, część wysłano do Stutthofu. Tych, których postanowiono zgładzić, natychmiast mordowano w Lasach Piaśnickich, w pobliżu Wejherowa. Stały się one miejscem masowej kaźni mieszkańców Gdańska, Gdyni, Wejherowa, Kartuz, Pucka i okolicznych wsi. Egzekucje rozpoczęły się tam w połowie września 1939 r., nasiliły od połowy października i trwały do kwietnia 1940 r. Łącznie w Lasach Piaśnickich stracono ponad 12 000 osób, w większości przedstawicieli inteligencji. Wymordowano tam m. in. Grupę działaczy polskich z Westfalii, Nadrenii, Saksonii i Maklemburgii.
Miejscem straceń Polaków z Kociewia, tzn. z terenu powiatów tczewskiego i starogardzkiego, był Las Szpęgawski pod Starogardem. Pierwszą egzekucję wykonano tam w nocy z 12 na 13 września 1939 r., mordując 10 Polaków 10 Polaków ze Starogardu. Ich zwłoki ułożono w pobliżu szosy, opatrując je tabliczkami informującymi, że są to volksdeutsche zamordowani przez polskich bandytów. Do połowy grudnia zgładzono w Lesie Szpęgawskim około 70 000 ludzi. Tam zginęli niemal wszyscy nauczyciele z powiatu starogardzkiego, tam zamordowano większość spośród 3000 psychicznie chorych z zakładu psychiatrycznego w Kocborowie oraz jego personel z dr. Józefem Kopiczemi ks. Władysławem Osińskim. Resztę wśród nich 150 dzieci, uśmiercono zastrzykami na miejscu. Ostatnia masowa egzekucja odbyła się tu 11 stycznia 1940 r.

W Grudziądzu obóz przejściowy dla aresztowanych Polaków urządzono w budynku internatu przy ul. Św. Józefa, a więźniów rozstrzeliwano w miejscowości Księże Góry.
Polaków z powiatu bydgoskiego i sępoleńskiego, a także z Ziemi Kaszubskiej (powiaty tucholski, kościerski, kartuski, chojnicki), kierowano przede wszystkim do obozu w Karolewie i Radzimiu. W tym pierwszym obozie, w ciągu zaledwie trzymiesięcznego jego istnienia, zginęło prawie 8000 ludzi. W Radzimiu zginęło 5000 Polaków. Masowe egzekucje odbywały się w Borach Tucholskich najczęściej w okolicach Rudzkiego Mostu, znanego licznym wodniakom rozpoczynającym tam spływ Brdą.
Toruń, podobnie jak Poznań, miał także swój Fort VII, w którym więziono, sądzono i uśmiercano Polaków. Miejscem masowych egzekucji, w których jesienią 1939 r. zamordowano około 1200 ludzi, były okoliczne lasy, głównie w rejonie Barbarki.
Spośród 300 Polaków z Chełmna i powiatu chełmińskiego, zamordowanych od września do grudnia 1939 r., większość zgładzono w Lesie Rybienieckim koło wsi Klamry. Rozstrzelano tam również kilkudziesięciu księży, głównie z Grudziądza i okolic.
Odrębny, lepiej od innych znany rozdział martyrologii Pomorza, zapisany został w Bydgoszczy. Już pierwszego dnia po zajęciu miasta, 5 września wieczorem, rozpoczęło się tam masowe mordowanie ludności polskiej. Był to odwet za zdławienie hitlerowskiej dywersji. Pierwszym miejscem kaźni Polaków stał się bydgoski ratusz, pierwszymi ofiarami - młodzi chłopcy, gimnazjaliści i harcerze, których 50 natychmiast po zajęciu miasta rozstrzelano w rowach przeciwlotniczych w parku Kochanowskiego. Dnia 9 września odbyła się pierwsza publiczna egzekucja na Starym Rynku, w której zginęło 15 Polaków. Nazajutrz w tym samym miejscu odbyła się druga egzekucja, a wieczorem w robotniczej dzielnicy Szwederowo zamordowano ponad 60 osób.
Hitlerowski terror wzmagał się szybko, ogarniając tysiące ludzi. Więziono ich w podziemiach budynku przy ul. Gdańskiej 50 (obecnie 1 maja), gdzie członkowie Selbschutzu wielu więźniów powiesili; masowe egzekucje odbywały się na dziedzińcu koszar 15. pal, w Tryszczynie i Fordonie.

Dnia 11 listopada 1939 r. o godz. 6.00 został stracony prezydent Bydgoszczy, Leon Barciszewski, człowiek odważny i prawy, którego ta prawość zgubiła. W dniu 3 września - jeszcze przed wybuchem hitlerowskiej rewolty - na rozkaz ówczesnego wojewody pomorskiego, Władysława Raczkiewicza, wyjechał z Bydgoszczy do Włocławka, po czym przez Warszawę i Lublin ewakuował się do Lwowa. Tam już po przekazaniu miasta Armii Czerwonej, dotarł do niego komunikat radia niemieckiego informujący, że prezydent Barciszewski okradł kasę miejską i uciekł z miasta. Oburzony tym kłamstwem złożył protest u konsula niemieckiego, który poradził mu, by wrócił do Bydgoszczy i sam to oszczerstwo sprostował. Konsul przyrzekł mu bezpieczeństwo i wydał odpowiednie papiery. Barciszewski uczynił to. Wrócił do Bydgoszczy z całą rodziną, gdzie natychmiast został aresztowany pod zarzutem organizowania pogromu Niemców w "krwawą niedzielę". Przez kilka tygodni był torturowany. Zginął godnie, z podniesioną głową. Był jeszcze jednym z tych, którzy łudzili się, że hitlerowcy będą honorować zapewnienia swych własnych przedstawicieli, stosować prawo, przestrzegać surowych wprawdzie, bo wojennych, lecz przecież istniejących i określonych reguł postępowania.
Przez wszystkie lata okupacji Bydgoszcz na ogólną liczbę 143 000 mieszkańców straciła - wskutek bezpośrednich działań wojennych oraz w wyniku popełnianych przez hitlerowców mordów w obozach i więzieniach - 36 360 mieszkańców. Zginął więc co czwarty jej mieszkaniec.
Natomiast ogólną liczbę mieszkańców Pomorza Gdańskiego (Gau Danzig-Westpreussen), którzy w latach 1939-1945 padli ofiarą "bezpośredniej eksterminacji" , czyli po prostu zostali zamordowani, szacować trzeba na co najmniej 120 000 osób. Z tym, że co najmniej 50 000 zostało zamordowanych w pierwszych miesiącach wojny, w okresie od września 1939 r. do stycznia 1940 r.(...)
Dnia 3 września w przejściowym obozie jenieckim we wsi Topólno, na zachodnim brzegu Wisły między Świeciem a Fordonem, Niemcy zamordowali 80 jeńców. Był to odwet za ciężkie straty, jakie im zadała przebijająca się tamtędy ku Wiśle Pomorska Brygada Kawalerii, dowodzona przez płk. Adama Zakrzewskiego.
W tym samym czasie na przeciwległym odcinku frontu, w Ćwiklicach pod Pszczyną, wymordowano ponad 200 wziętych do niewoli żołnierzy polskich. Rannych rozjeżdżano czołgami.

O świcie 8 września pod Ciepielowem koło Zwolenia oddziałom niemieckiego zmotoryzowanego 15. pp, idącym w szpicy nacierającej z Lipska na Zwoleń 29 dywizji zmotoryzowanej, zagrodził drogę I batalion 74. pp z Lublińca, dowodzony przez mjr. Józefa Pelca. Doszło do walki. Straty poniosły obie strony (Niemcy mięli 14 zabitych, w tym dowódcę kompanii w stopniu kapitana), a szalę przeważyło uderzenie czołgów niemieckich. Po wyczerpaniu amunicji opór polski ustał. Niemcy wzięli 450 jeńców, zabrali im mundury, znaczki rozpoznawcze, dokumenty i 250 z nich rozstrzelali na miejscu. Pozostałych pognali pod konwojem szosą i puścili za nimi samochód pancerny, który prażył jeniecką kolumnę ogniem karabinów maszynowych. Wielu jeńców- wśród nich kilku oficerów - zginęło. Łącznie zamordowano ponad 300 jeńców.Mjr Pelc padł na początku starcia, jego zaś zastępca, kpt. Cyruliński, w obliczu tragedii, jaka spotkała powierzonych mu żołnierzy, popełnił samobójstwo.
Dnia 10 września w Piasecznie pod Warszawą, na dziedzińcu kościoła parafialnego, Wehrmacht zamordował 21 jeńców z 26. pal, przedzierającego się ku oblężonej stolicy.
W nocy z 13 na 14 września do krwawej, sprowokowanej przez Niemców masakry doszło w Zambrowie, gdzie pod gołym niebem, na placu ćwiczeń tamtejszych koszar, Niemcy trzymali około 4000 jeńców z 18 DP. Plac był otoczony kordonem straży, oświetlony licznymi reflektorami. Sąsiadował z nim drugi, na którym znajdowały się konie z rozbitych taborów. W nocy konie celowo spłoszone przez Niemców, wpadły na leżących pokotem naszych żołnierzy, którym uprzednio zapowiedziano, że każdy, kto po zapadnięciu zmierzchu wstanie - zostanie zastrzelony. Gdy jeńcy, ratując się przed stratowaniem, poderwali się ze swych legowisk, niemieckie karabiny maszynowe, ustawione na otaczających obóz samochodach, otworzyły ogień. Zginęło około 200 jeńców, a około 100 zostało rannych.

Dnia 18 września w Śladowie (powiat Sochaczew) Niemcy ustawili na wysokim brzegu Wisły około 300 ludzi (około 150, jeńców wojennych w tym wielu rannych, uchodźców i mieszkańców okolicznych wsi, wśród których byli starcy i dzieci) i wystrzelali wszystkich ogniem karabinów maszynowych. Zabici i ranni utonęli w rzece. Nikt nie ocalał.
We wsi Urycze koło Drohobycza zatrzymano na postój grupę około 100 jeńców z rozbitego nad Sanem 4. psp z Cieszyna i spalono ich żywcem w zamkniętej i oblanej naftą stodole, do wnętrza której żołnierze Wehrmachtu wrzucili kilkanaście granatów ręcznych.
Okrutny odwet na obrońcach twierdzy Modlin wzięli żołdacy z Dywizji Pancernej "Kempf". Natychmiast po złożeniu broni przez Polaków zaczęli ich bestialsko mordować. Uśmiercano ich w bunkrach, na polach i w okopach, a rannych dobijano. Grupę jeńców ujętych w rejonie cmentarza żydowskiego w Zakroczymiu oblano benzyną i spalono. Masakra ta trwała kilka godzin. Zginęło w niej około 600 żołnierzy polskich.Zwłoki ich przez dłuższy czas leżały na polach, dopiero później zebrała je miejscowa ludność i pochowała w zbiorowych mogiłach na zakroczymskim cmentarzu.
Nieco wcześniej, 21 września, ze zgromadzonej w obozie zbiorczym w Żyrardowie wielotysięcznej rzeszy jeńców - pochodzących z jednostek walczących nad Bzurą - Niemcy zabrali 179 żołnierzy bydgoskiego Batalionu Obrony Narodowej, twierdząc, że pochodzący z Bydgoszczy będą zwolnieni w pierwszej kolejności. Przewieziono ich do Sochaczewa i tam zainscenizowano "sąd polowy", przed którym postawiono 50 jeńców (wszystkich oficerów, pozostałych dobrano według widzimisię wybierających). Rozprawy żadnej nie było, odczytano tylko nonsensowny "wyrok" głoszący, że chociaż podczas bydgoskiej "Blutsonntag" batalion ON znajdował się poza Bydgoszczą, to jest on jednak współwinny przelewu niemieckiej krwi, do której wówczas doszło, i za to 50 jego żołnierzy zostanie ukaranych śmiercią. Usiłującemu protestować dowódcy baonu, kpt. Kłoskowskiemu , Niemcy nie dali dojść do głosu. Zginął jako pierwszy, a po nim 49 jego żołnierzy.
(...) na początku lutego 1945 r. w Podgajach na Wale Pomorskim Niemcy związali drutem kolczastym i zamknęli w stodole, którą następnie podpalili, 35 wziętych do niewoli żołnierzy 4. kompanii 3. pp; 32 spłonęło żywcem, ich dowódca, ppor. A. Sofka, zginął podczas próby ucieczki, a 2 ocalało. Przypomnijmy: w ostatnich dniach wojny, bo 26 kwietnia 1945 r., w trakcie wykonywanej przez II Armię Wojska Polskiego operacji praskiej, w ręce Niemców wpadła w m. Horka kolumna sanitarna 9. DP wioząca około 200 ciężko rannych żołnierzy. W kilka dni później, po zajęciu Horki przez nasze wojsko, znaleziono tam trzy zbiorowe mogiły, a w nich ich zwłoki.
Pod osłoną zwycięskiego Wehrmachtu mordowali inni. Jak szczury z nor powyłaziły na światło dzienne różne indywidua ze swastykami na ramionach, uzbrojone w karabiny i noże, silne potęgą wkraczających do Polski wojsk niemieckich. Przystępowały one teraz do krwawej rozprawy z tymi, których chleb przez tyle lat jadły. Nastał czas gwałtów, samosądów i morderstw. Jakaś zadawniona sąsiedzka scysja, zazdrość o lepsze gospodarstwo czy ładniejsze zabudowania, pamięć o porywczym słowie wypowiedzianym przez sąsiada lub o biało-czerwonej fladze wywieszonej przez niego w dniu narodowego święta - oto powody, dla których mordowano, licytując się w bestialstwie i okrucieństwie.

Często było to okrucieństwo tak wielkie, że oburzało nawet niektórych Niemców. Prof. Czesław Madajczyk pisze o meldunkach, jakie w tej sprawie skierowali za pośrednictwem Oberkommando der Wehrmacht do samego Hitlera trzej niemieccy wojskowi: lekarz i dwóch starszych szeregowców. W meldunkach tych była mowa o mordowaniu Polaków w Świeciu na początku października 1939 r. przez oddział SS.
"Widzieliśmy, jak grupa złożona z kobiety i trojga dzieci w wieku od około 3 do 8 lat - tak relacjonuje starszy szeregowiec P. Kluge to, co wraz z grupą swych kolegów zobaczył 7 października 1939 r. na cmentarzu żydowskim - wyszła z autobusu i została zaprowadzona do wykopanego grobu długości i szerokości 8 metrów. Kobieta musiała wejść do grobu z najmłodszym dzieckiem na ręku. Dwoje pozostałych dzieci podali jej członkowie oddziału egzekucyjnego. Kobieta musiała się położyć na brzuchu, tzn. twarzą do ziemi, jej zaś troje dzieci uczynić to samo po jej lewej stronie. Wtedy do grobu weszło 4 mężczyzn, zmierzyli się do strzału trzymając lufy 30 cm od karku i tak rozstrzelali kobietę i jej dzieci". *Czesław Madajczyk Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce, Warszawa 1970, t. I, s.42-43.
W ten sam sposób zamordowano w tym dniu i miejscu 10 dzieci, 28 kobiet, 25 mężczyzn. O dalszych losach zarówno owych meldunków, jak i ich autorów prof. Madajczyk nie wspomina.
A jak dobrą mieli pamięć! W październiku 1939 r. w Lasach Trąbczyńskich kiło Zagórowa, między Pyzdrami a Koninem, zamordowano 11 Polaków za to, że w listopadzie 1918 r. (!), gdy Niemcy opuszczali te obszary, jako członkowie POW opanowali płynącą Wartą barkę wojskową załadowaną żywnością. Niemieccy osadnicy zapamiętali wówczas nazwiska uczestników tej akcji. Długo czekali na nadejście dnia odwetu.

Niektórzy stanowili własne prawa i sami wymierzali Polakom "sprawiedliwość"; przywódca SA w Nowym Bytomiu Karl Rolle urządził w piwnicy pod apteką tymczasowy prywatny areszt, w którym wspólnie z podporządkowanymi mu oprawcami z Freikorpsu więził i mordował polskich patriotów.
Inni oddawali ich w ręce władz ustanawianych przez najeźdźców. Spotkało to m.in. grupę mieszkańców wielkopolskich Łagiewnik. Dnia 2 września por. Włodzimierz Gedymin z 3 dyonu myśliwców zestrzelił nad Łagiewnikami Heinkla-111, odnosząc drugie już w tym dniu zwycięstwo w walce powietrznej. Z czteroosobowej załogi jeden lotnik zginął na skutek nie otwarcia się spadochronu, drugi - ciężko ranny - zmarł po wylądowaniu, a dwóch - ocalałych i zdrowych - miejscowa ludność zatrzymała i odstawiła do Poznania. Po wkroczeniu Wehrmachtu Niemcy z Łagiewnik złożyli odpowiedni donos, w następstwie czego aresztowano 22 osoby, przewieziono je do Poznania i postawiono tam przed sądem. Do Łagiewnik nie wróciła żadna.(...)
Wszystkie gwałty i zbrodnie dokonywane przez osiadłych w Polsce Niemców często z pobudek osobistych, inspirowane mściwością i nienawiścią, stanowiły jednak tylko uzupełnienie gigantycznego planu eksterminacji naszego narodu, opracowanego na zimno, z premedytacją,w okresie znacznie poprzedzającym najazd Wehrmachtu, a realizowanego z żelazną konsekwencją, systematycznie, punkt po punkcie już od pierwszych godzin wojny.(...)
W tym "oczyszczaniu gruntu" siepaczom z "Einsatzgruppen" wielce pomocne były sporządzone przed wybuchem wojny listy proskrypcyjne Polaków uznanych przez hitlerowców za szczególnie niebezpiecznych dla III Rzeszy.(...)
Wiosną 1940 r. rozpoczęła się tzw. Akcja AB (Ausserordentliche Befriedungsaktion - nadzwyczajna akcja pacyfikacyjna), która ogarnęła całe Generalne Gubernatorstwo. Dziesiątki tysięcy osób z warstw uważanych przez Niemców za kierownicze osadzono w więzieniach, a 16 maja 1940 r. generalny gubernator, Hans Frank, podjął ostateczną decyzję likwidowania tych ludzi. W dwa tygodnie później, na zebraniu - jak to określił - "miarodajnych przedstawicieli policji stacjonującej w Generalnym Gubernatorstwie" tak wyjaśnił powody, dla których właśnie teraz postanowił rozprawić się z polską inteligencją(...)
...Oto jego słowa: wykrytych dotąd osobników z kręgów przywódców polskich należy zlikwidować, nowy narybek należy mieć na oku i w odpowiednim momencie usunąć. Toteż nie musimy obciążać tym Rzeszy Niemieckiej ani centralnych organów niemieckiej policji...

..."Akcja AB" objęła w Generalnym Gubernatorstwie przeszło 10 000 osób, głównie ze środowisk inteligenckich. Ponad 3500 spośród nich zamordowano.(...)
Okrutnie doświadczona została Lubelszczyzna. Z równą pasją tępili tam Niemcy chłopów i inteligencję. Dnia 18 września we wsi Rońsko (powiat Krasnystaw) spalili oni kilkanaście zabudowań i zamordowali 12 rolników, a w końcu tego miesiąca aresztowali w Lublinie tysiące osób, z których wiele stracono (zginął wtedy rozstrzelany obok szpitala Jana Bożego, ostatni wojewoda lubelski Jerzy de Tramecourt), 1 października doszło do ponurej zbrodni we wsi Szczuczki (gmina Karczmiska, powiat Puławy), gdzie hitlerowcy zamknęli w szkole i zamordowali ogniem km-ów 84 osoby cywilne. W listopadzie rozpoczęły się egzekucje na Zamku Lubelskim trwające aż do dnia ucieczki Niemców z tego miasta. Wśród pierwszych ofiar było 7 rolników z Siedliszcza, straconych za jakiś zatarg z kolonistami niemieckimi.(...)
(...)Profanowano kościoły, wysadzano w powietrze synagogi, puszczano z dymem całe wsie. Mordowano Polaków i Żydów, starców, kobiety w ciąży i dzieci, inwalidów, chorych. Wspomniano już o wymordowaniu w Lesie Szpęgawskim pacjentów Zakładu Psychiatrycznego w Kocborowie. A oto inny przykład: eksterminacja chorych przebywających w zakładach psychiatrycznych w Owińskach koło Poznania, Kościanie i Dziekance pod Gnieznem. Dnia 15 października 1939 r. pierwszą partię chorych z zakładu w Owińskach wywieziono do lasów w rejonie Rożnowo-Młyn w powiecie obornickim i tam uśmiercono. Do końca roku zlikwidowano wszystkich.
Szczególne nasilenie egzekucji nastąpiło w dniu 11 listopada 1939 r., w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.
Na przedmieściu Gdyni, Obłużu, zamordowano w dniu tym 11 chłopców w wieku 15 - 18 lat, wyselekcjonowanych z kilkusetosobowej grupy mężczyzn, których o świcie wyciągnięto z mieszkań. Pretekstem do tej zbrodni była... szyba wybita poprzedniego wieczoru w miejscowym posterunku policji przez nieznanych sprawców (prawdopodobnie przez wyrostków z Hitlerjugend).

Rankiem tego dnia Niemcy przeprowadzili obławę w podwarszawskiej Zielonce. Tu pretekstem było wywieszenie w nocy plakatu z tekstem: "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił...". Spośród zatrzymanych wydzielono 11 osób, w większości harcerzy w wieku szkolnym, które wywieziono na miejsce kaźni w pobliskim lesie (uderzająca jest ta zbieżność liczby skazańców z datą owego dnia: i w Obłóżu, i w Zielonce poprowadzono na śmierć 11 osób - czyżby był to tylko przypadek?). W Zielonce dwóch skazańców zdołało uratować życie, uciekając z miejsca egzekucji.
Przyszły święta Bożego Narodzenia. Mroźne, głodne, ponure. Dzień 24 grudnia przypadał wówczas w niedzielę, a więc skromną Wigilię obchodzono w sobotę. I właśnie w noc z soboty na niedzielę, czyli w noc wigilijną, w Lublinie na starym kirkucie, do którego przylegały ulice Kalinowszczyzna i Sienna, na zadrzewionej górze rozstrzelano 10 przedstawicieli lubelskiej inteligencji. Byli wśród nich: prezes Sądu Okręgowego, były wicewojewoda lubelski, wykładowca KUL, prof. Stanisław Bryła; profesor Seminarium Duchownego, wykładowca KUL, ks. Michał Niechay; prezes Sądu Apelacyjnego, Bolesław Sekutowicz.

W pierwszy dzień poświąteczny, 27 grudnia, WarszawA wstrząsnęła wiadomość o zbrodni w Wawrze, gdzie w dniu tym, jeszcze przed świtem, na placu oświetlonym reflektorami samochodowymi niemieccy policjanci ze stacjonującego w Warszawie pułku policji porządkowej rozstrzelali 106 Polaków wyciągniętych w nocy z mieszkań: chłopców, dorosłych, starców. Ocalało 8 osób z tej grupy więźniów, skazanych na śmierć przez zainscenizowany nad ranem policyjny sąd doraźny. Jeden ze skazańców zbiegł w drodze na miejsce kaźni, drugi padł, zanim dosięgły go kule, i w chwili gdy Niemcy dobijali z pistoletów rannych, udawał martwego; 6 rannych przywalił zwał trupów.(...)
Egzekucje miały miejsce również w Warszawie, aczkolwiek nie były one tak spektakularne i tak masowe. Począwszy od października mordowano tu Polaków na terenie Ogrodu Sejmowego. Do kwietnia 1940 r. zginęło tam kilkaset ofiar. Dnia 22 listopada doszło natomiast do pierwszej w stolicy masowej egzekucji. Miała ona miejsce na Żeraniu, a jej ofiarą padło 53 mężczyzn - Żydów, lokatorów kamienicy przy ul. Nalewki 9. Przyczyna tej egzekucji była podobna do tej, która spowodowała późniejszą masakrę w Wawrze: oto 13 listopada zawodowy przestępca, Pinkus Zylberryng, zwolniony przedterminowo wskutek wybuchu wojny z więzienia, zastrzelił w jednym z mieszkań wymienionej kamienicy granatowego policjanta.
W grudniu 1939 r. rozpoczęły się też egzekucje w Palmirach. Nazwa ich zapisała się w wojennej historii naszego kraju jako miejsce kaźni inteligencji polskiej, głównie warszawskiej. Kojarzy się ona zazwyczaj z masową egzekucją przeprowadzoną w Warszawie 20 i 21 czerwca 1940 r. Była to zbrodnia, która zyskała szeroki rozgłos, bo mimo starań zbrodniarzy, by ją zachować w tajemnicy, odbiła się echem nie tylko w okupowanym kraju. Zamordowano wtedy okołó 360 osób. W ogromnej większości byli to ludzie stanowiący kwiat warszawskiej inteligencji:działacze polityczni, twórcy kultury i nauki, duchowni, dziennikarze, czołowi przedstawiciele przemysłu, ziemiaństwa, handlu.

Ale pierwsze egzekucje w Palmirach nastąpiły wcześniej. Do wiosny 1940 r. było ich przynajmniej 20. W dwóch pierwszych(7 i 8 grudnia 1939 r.) - a więc jeszcze przed Wawrem - zginęło około 150 ludzi, w większości - choć nie wyłącznie - obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Później mordowano niemal samych Polaków. Dnia 22 stycznia 1940 r. został tam m.in. zamordowany ks. Marceli Nowakowski, proboszcz parafii Zbawiciela w Warszawie, znany działacz społeczny, były poseł na Sejm. 2 kwietnia w grupie ponad 100 skazańców zginął w Palmirach jeden z założycieli Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej (PLAN), Juliusz Dąbrowski, który po rozbiciu tej organizacji przez gestapo w styczniu 1940 r. sam oddał się w ręce hitlerowców, by ratować rodziców, siostrę, brata i żonę. Była to ofiara daremna. Razem z nim zamordowany został ks. Jan Krawczyk, proboszcz w Wilanowie.
Egzekucje w Palmirach osiągnęły apogeum w czerwcu 1940 r. W dniu 14 czerwca zastrzelono tam około 20 osób ze środowiska inteligencji warszawskiej związanych ze wspomnianą wsypą PLAN-u. Nie wszystkie nazwiska zdołano ustalić. Zwłoki przysypano jedynie cieniutką warstwą ziemi, jakby zachowując w dołach miejsce na następne. Znalazły się one tam już po tygodniu. Były to zwłoki ofiar dwóch masowych egzekucji, z 20 i 21 czerwca.
Lista zabitych, którzy wówczas tamten dół i następne wypełnili, jest znana, gdyż widnieją na niej - z nielicznymi wyjątkami - więźniowie Pawiaka, a działająca na Pawiaku komórka ZWZ zdołała ją przekazać za więzienne mury. Ich nazwiska (358) opublikował w swej głośnej książce Warszawski pierścień śmierci Władysław Bartoszewski, członek AK, były zastępca kierownika komórki więziennej Delegatury Rządu, wybitny historyk polskiego Państwa Podziemnego i Walczącej Warszawy.
Z uwagi na to, że zbrodnie popełnione w Palmirach mają dość obfitą literaturę, przypomnijmy tylko, że wśród zamordowanych tam tych dwóch czerwcowych dniach były takie powszechnie znane i szanowane osobistości, jak Mieczysław Niedziałkowski, członek kierownictwa PPS, redaktor naczelny "Robotnika", jeden z organizatorów i przywódców Polski Podziemnej; Maciej Rataj, przywódca ludowców, długoletni marszałek Sejmu, także czołowy działacz konspiracji, który chory i pobity wyruszył na noszach z więziennego szpitala na Pawiaku w swoją ostatnią drogę; Halina Jaroszewiczowa, posłanka na Sejm, senator RP; Jan Pohoski, wiceprezydent Warszawy, najbliższy współpracownik Stefana Starzyńskiego; Henryk Brun, przemysłowiec i handlowiec, poseł na Sejm, prezes Stowarzyszenia Kupców Polskich.

W jednej z tych dwóch egzekucji (21 czerwca) dobiegł również kresu swej męczeńskiej drogi mistrz olimpijski z Los Angeles, wspaniały Polak, Janusz Kusociński. Ranny w obronie Warszawy, działał od początku w konspiracji; aresztowany w końcu marca 1940 r. został osadzony najpierw na Pawiaku, a później przewieziony na Szucha, gdzie był torturowany w sposób szczególnie okrutny. Do transportu odchodzącego z Pawiaka do Palmir dołączono go niemal w ostatniej chwili, przywożąc skutego kajdankami z siedziby gestapo.
O męczeństwie i śmierci Kusocińskiego wiadomo powszechnie. Mniej znane jest natomiast to, że razem z nim zginęli w Palmirach dwaj inni olimpijczycy, a mianowicie kolarz Tomasz Stankiewicz, który w Paryżu w 1924 r. zdobył dla Polski pierwszy laur olimpijski; srebrny medal w drużynowym wyścigu kolarskim, oraz Feliks Żuber, lekkoatleta, uczestnik Igrzysk Olimpijskich w 1928 r. w Amsterdamie.
To tylko kilka nazwisk, z długiej listy ludzi liczących się w polskim życiu, ludzi o pięknym dorobku twórczym i zawodowym, zasłużonych dla kraju, żarliwych patriotów, świadomych obowiązków, jakie na nich spadły w tym dramatycznym dla narodu okresie.

Inni ginęli w Palmirach także w następnych miesiącach. Dnia 17 września 1940 r. wraz z 200 osobami został tam zamordowany zasłużony kapłan, ks. Zygmunt Sajna, proboszcz i dziekan w Górze Kalwarii. Dnia 7 marca 1941 r., rzekomo w odwecie za likwidację przez ZWZ agenta gestapo, znanego przed wojną aktora Igo Syma, zbito 21 osób, wśród nich dwóch profesorów Uniwersytetu Warszawskiego, uczonych o światowej sławie: historyka Kazimierza Zakrzewskiego oraz biologa Stefana Kopcia straconego razem z synem, studentem. Dnia 21 czerwca 1941 r. wśród 21 ofiar zginęli m.in.: Witold Hulewicz, poeta, publicysta, muzykolog, przed wojną kierownik działu literackiego Polskiego Radia w Warszawie, jeden z głównych organizatorów prasy podziemnej, redaktor konspiracyjnego pisma "Polska Żyje", oraz Stanisław Piasecki, wybitny dziennikarz, redaktor naczelny "Prosto z Mostu", a później konspiracyjnej "Walki".
Pod datą 17 lipca 1941 r. widnieje zapis o ostatniej egzekucji w Palmirach, w której zginęło 47 osób (inskrypcję na bramie cmentarza-mauzoleum mówiącą, iż spoczywają na nim Polacy zamordowani w latach 1939-1943, tłumaczyć należy tym, że gdy tworzono ten cmentarz w 1948 r., to grzebano na nim również zwłoki z innych miejsc późniejszych straceń: Lasu Chojnowskiego, Lasu Kabackiego, Lasu Sękocińskiego, Lasek, Stefanowa, Wólki Węglowej).

Łącznie na palmirskiej polanie zginęło 1700-1800 osób, w tym ponad 170 kobiet.(...)
W sumie, jak wiemy (a przynajmniej powinniśmy wiedzieć), od godz. 5.00 dnia 1 września 1939 r., gdy esesmani wymordowali w Szymankowie 21 polskich kolejarzy i celników, do chwili zakończenia wojny zginęło 6 028 000 obywateli polskich (tzn. 22 procent ogółu ludności), w tym ponad 2 025 000 dzieci i młodzieży, przy czym ogromną większość, bo 4 384 000, stanowią ofiary hitlerowskiego terroru mordowane w egzekucjach i katowniach. Tylko niewielka część z tych sześciu milionów (644 000 osób) zginęła w wyniku działań wojennych.
Oznacz to, że przez cały okres trwania okupacji hitlerowskiej na skutek terroru okupanta każdego dnia, traciło życie średnio 2800-2850 obywateli polskich. Codziennie. Oto wypędzeni z rodzinnych domów i pozbawieni życia.
Było nas Polaków zbyt wielu, by wszystkich w przeciągu kilku lat wypędzić i zabić lub oderwać od rodziny i zmusić do wegetacji w strasznych warunkach więzień, obozów, i na dalekiej Syberii. Rodaków, którym udało się zostać w kraju, wśród bliskich, czekała również ponura perspektywa:
Nie siląc się na własne oceny posłużę się tekstem wybitnego autora J. Kosseckiego, zaczerpniętym z jego książki pt.: Totalna wojna informacyjna XX wieku a II RP.:
Pod okupacją niemiecką zostały zdezorganizowane zarówno polskie procesy gospodarcze jak i życie naukowe, kulturalne, publikatory, a nawet życie towarzyskie (tzn. wszystkie procesy związane z przetwarzaniem i rozpowszechnianiem informacji). Gospodarkę polską całkowicie podporządkowano interesom niemieckim kosztem elementarnych, nawet czysto biologicznych, potrzeb polskiego narodu. Zablokowano też funkcjonowanie szkolnictwa średniego i wyższego...Zlikwidowano polskie niezależne publikatory, przestały funkcjonować polskie radiostacje, zabroniono Polakom posiadania radioodbiorników, a nieliczne wychodzące w polskim języku gazety podporządkowano władzom okupacyjnym. Rozpoczęto też akcję niszczenia polskiej kultury...zabroniono nawet wykonywania utworów polskiej muzyki narodowej. Polskie sfery kulturotwórcze podlegały systematycznej eksterminacji. Równocześnie propaganda hitlerowska systematycznie dezinformowała polski naród.

Władze okupacyjne prowadziłyplanową akcję demoralizowania polskiego narodu? np. chłopom za obowiązkowe dostawy żywności płacono wódką, wydawano też pornograficzne czasopisma. Jedność moralną społeczeństwa rozbijano poniżając jednych (Żydów i Polaków, a tworząc przywileje dla innych mniejszości - Litwinów, Ukraińców).Podstawowym narzędziem, prowadzonej w ramach totalnej wojny informacyjnej...była propaganda. Generalny Gubernator Hans Frank stwierdził: "Cała organizacja rozpowszechniania wiadomości musi być zdruzgotana...Prowadzona przez okupantów akcja prasowa ma zohydzić w oczach polskiego społeczeństwa przeszłość polską i zaszczepić wiarę w wyższość kulturalną i niezwyciężalność Niemiec. W dokumencie z 25.listopada 1939r. Czytamy:
-mową urzędową we wszystkich urzędach, także przed sądem jest wyłącznie mowa niemiecka. Polski język w żadnym razie nie będzie dozwolony...;
-Polakom nie wolno być właścicielami przedsiębiorstw.Z ich dotychczasowej własności gruntowej, ziemskiej i rolnej zostaną wywłaszczeni...;
-Polskich szkół nie będzie już w przyszłości na polskich obszarach...;
-Należy zabronić wszelkich nabożeństw w języku polskim...nabożeństwo może być odprawiane tylko przez specjalnie wyszukanych duchownych, posiadających niemiecka świadomość i tylko w niemieckim języku;
-Polskie restauracje i kawiarnie - jako ośrodki polskiego życia narodowego - powinny zostać zakazane. Polakom nie wolno chodzić do niemieckich teatrów, teatrzyków i kinoteatrów. Polskie teatry, kinoteatry i inne miejsca rozrywek kulturalnych powinny zostać zamknięte. Nie będą wydawane polskie książki i czasopisma. Z tych samych powodów nie wolno mieć Polakom radioaparatów i gramofonów;
-Polska inteligencja musi w całości i niezwłocznie zostać wysiedlona na pozostały obszar...;
-Opieka lekarska z naszej strony ma się ograniczyć wyłącznie do zapobieżenia przeniesieniu chorób zakaźnych na teren Rzeszy. Wszelkie środki, które służą ograniczaniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzanie płodu musi być niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny. Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia...

W ramach polityki ludnościowej dokument zawierał wskazania: - prowadzić negatywną politykę ludnościową poprzez środki propagandowe. Należy stale wpajać ludności myśl, jak szkodliwą rzeczą jest posiadanie wielu dzieci. Powinno się wskazywać koszty, jakie dzieci powodują i co można za nie zdobyć dla siebie. Wskazywać na wielkie niebezpieczeństwo dla zdrowia grożące kobiecie przy porodzie. Obok tej propagandy powinna być prowadzona na wielką skalę propaganda środków zapobiegania ciąży...Nie powinno się zwalczać śmiertelności dzieci... Omawiany plan zalecał również by na roboty przymusowe do Niemiec wywozić przede wszystkim mężczyzn żonatych i kobiety zamężne, gdyż w ten sposób rozbija się rodziny, co wpłynie na zmniejszenie przyrostu naturalnego..."
Zgodnie z powyższym planem Generalny Gubernator Frank wydał rozporządzenie (9.03. 39) wprowadzające pełną niekaralność aborcji dokonywanej przez Polki i przedstawicielki innych "niższych" narodów, a jednocześnie zwiększenie kar za aborcję dzieci niemieckich, do kary śmierci włącznie.

źródło
http://zaolziak.nowyekran.pl/post/31088 ... e-w-polsce


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 03 sty 2012, 22:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://top1-1.com/mein-kampf-to-interpretacja-talmudu/

Gdy Niemcy były jeszcze katolickie, nie potrafiły przyswoić sobie kultury łacińskiej, która okazała się całkowicie obca ich mentalności. Królowała więc w Niemczech cywilizacja bizantyńska, a więc oparta na zamordyźmie władcy i jego urzędniczej kasty. W czasach reformacji w oparciu o protestantyzm zaczęła w Niemczech szerzyć się cywilizacja żydowska - ta cywilizacja jeszcze bardziej przypadła Niemcom do gustu ze względu na swój skrajny szowinizm, czyli niemal religijną nienawiść do wszystkiego co inne. Nic dziwnego więc, że władca III Rzeszy Adolf Hitler w swym dziele "Main Kampf" umieścił tak wiele poglądów zbieżnych z Talmudem. Można by rzec, że Main Kampf to streszczenie Talmudu, tyle że Żydów zastąpili tu Niemcy. Tak jak wg Talmudu to Żydzi mają być władcami świata, tak wg Main Kampf panami świata mają być Niemcy.

Kopia artykułu:

Mein Kampf to interpretacja Talmudu!

Oznaczone z: adolf hitler byl zydem czym jest talmud mein kampf interpretacja pochodzenie mein kampf zydzi mein kampf
Najnowsze badania naukowe ujawniają , że Adolf Hitler był Żydem. Prawdopodobnie od najmłodszych lat Adolf jako dziecko musiał studiowal jedną z podstawowych ksiąg judaizmu czyli Talmud.

Obrazek

Czym jest Talmud?
Według Talmudu Żydzi są rasą panów, a nie żydzi (goje), to podludzie stworzeni przez boga aby im służyć. Talmud czci rasizm jak świętość. Talmud w trzech miejscach ( Yebamoth 61a.,Kerithoth 6b., Baba Mezia 114b.), powołuje się na proroka Ezekiela i Stary Testament, poucza Żydów “Wy zwani jesteście ludźmi, lecz niewierni nie mogą być zwani ludźmi” i precyzuje, że wszystkie dzieci gojów są zwierzętami (Yebamoth 98a.).

Przykladowe cytaty z Talmudu:
Jeżeli poganin goj uderza Żyda, musi być zabity. Uderzyć Żyda to jest to samo, co uderzyć Boga ( Sanhedrynu 58b).
Żydzi mają okradać i zabijać Gojów (Sanhedrynu 57a).
Kiedy Żyd zamorduje goja (“Cuthean”), nie będzie żadnej kary śmierci. Jak Żyd okradnie od goja, może sobie zatrzymać (Baba Kamma 37b)
Goje są poza ochroną prawa i Bóg “wystawił ich pieniądze Izraelowi”.
Wszystkie nieżydowskie dzieci są zwierzętami.
Abodah Zarah 36b. Nieżydowskie dziewczyny są w stanie nieczystości (niddah) od urodzenia.
W takim razie faszyzm opiera się na Judaizmie !
“ŻYDOWSKI Mein Kampf”

Żydzi są boscy: Jest w porządku oszukać Gojów (Sanhedrynu 57a) Żydzi Mają Wyższy Status Prawny (Baba Kamma 37b) .”Jeżeli wół Izraelity ubodzie woła Kananeńczyka nie ma żadnej odpowiedzialności; ale jeżeli wół Kananeńczyka ubodzie woła Izraelity, zapłata ma być w pełni.” Bóg nie będzie oszczędzać Żyda, który “poślubia jego córkę starcowi albo bierze żonę dla jego syna niemowlęcia albo zwraca zgubiony artykuł gojowi (Cuthean) …

Adolf Hitler w swojej książce “zamienił role Żydów na gojów, a gojów w Żydów“. W ten sposób powstał Mein Kampf.
NIE ZAPOMNIJMY RÓWNIEŻ , ZE OBOZY ZAGŁADY “BYŁY SPONSOROWANE” PRZEZ … ŻYDÓW !
Obóz zagłady Auschwitz zbudował kartel z połączenia IG Farben (producenta cyklonu B) oraz Standart Oil Company, którego głównym współwłaścicielem był Żyd David Rockefeller . Opierając się na pracy Ch.Highmana “Handel z wrogiem” – Konstruktorzy standart Oil Company zaprojektowali komory gazowe w Auschwitz .

czytaj więcej: http://top1-1.com/judaizm-wikipedia/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 25 sty 2012, 08:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
Skażone sądy

Z prof. Dieterem Schenkiem, niemieckim historykiem i kryminologiem, autorem książki "Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej", rozmawia Bogusław Rąpała

W swojej książce nie poprzestaje Pan na rekonstrukcji mordu na 25 polskich profesorach, do którego doszło w lipcu 1941 r. we Lwowie. Jako były dyrektor kryminalny w Federalnym Urzędzie Kryminalnym idzie Pan dalej i charakteryzuje sprawców. Jaka była jednostka, w której służyli?
- Wszyscy sprawcy należeli do Einsatzkommando zur besonderen Verwendung, czyli oddziału operacyjnego szczególnego przeznaczenia. Była to jednostka specjalna SS utworzona z chwilą ataku nazistowskich Niemiec na Związek Sowiecki. W jej skład wchodziło 250 esesmanów. Każdy z nich był współsprawcą poprzez uczestnictwo w egzekucji profesorów, a wcześniej w ich aresztowaniu i torturowaniu w Bursie Abrahamowiczów. Byli współsprawcami w tym znaczeniu, że wszyscy świadomie realizowali wspólny cel, jakim była likwidacja ludzi zaliczanych do polskiej inteligencji oraz szerzenie terroru. W rozumieniu przepisów karnych dotyczących morderstwa jest to działanie "perfidne", "okrutne", popełnione "z niskich pobudek". Prowadzącej dochodzenie w tej sprawie prokuraturze w Hamburgu należy zarzucić, że była bardzo daleka od tego, aby w każdym żołnierzu Einsatzkommando z.b.V. dostrzec mordercę.
W sumie z domów wyprowadzono 52 osoby, a 48 z nich zamordowano. Wśród nich było dwudziestu pięciu naukowców, którzy pracowali na Uniwersytecie Jana Kazimierza, Politechnice Lwowskiej, w Akademii Medycyny Weterynaryjnej i w Szpitalu Państwowym. Spośród profesorów przeżyła tylko jedna osoba - prof. Franciszek Gro‘r.

Czy znane są nazwiska morderców?
- Szefem bandy morderców był SS-Brigadefźhrer dr Eberhard Schöngarth, dowódca policji bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei) w Krakowie, który na polecenie generalnego gubernatora Hansa Franka brał udział w konferencji nad jeziorem Wannsee (20 stycznia 1942 r.), gdzie na samych szczytach władzy zapadła decyzja o zagładzie Żydów. W dotyczących go ocenach Schöngarth był chwalony jako "stary, zasłużony wiarus, bez reszty oddany SS i SD". W rozumieniu reżimu posiadał on jak najlepsze kwalifikacje do realizacji zbrodniczego rzemiosła. Wykazywał się prężną, żołnierską postawą, siłą woli oraz dużą bezwzględnością, jak i absolutnie niezachwianym i niewzruszonym narodowosocjalistycznym światopoglądem. Określano go jako kogoś, kto "zawsze dopina swego".
W oparciu o stan ostatnich prokuratorskich akt bardzo fragmentarycznego dochodzenia można z niemal stuprocentową pewnością stwierdzić, że w zbrodni udział brali trzej esesmani: Kurt Köllner, Gerhard Hacker i Karl-Heinz Keller, którzy dokonali zatrzymania profesorów. Zostali oni rozpoznani przez prof. Gro‘ra. Komisarza gestapo Viktora Gurtha zidentyfikowała córka prof. Adama Sołowija. Z kolei tłumacza i szpicla gestapo Pietera van Mentena, obecnego przy aresztowaniu innych profesorów, rozpoznał dozorca. SS-Sturmbannfźhrer Max Draheim sam przyznał po wojnie, że był obecny przy egzekucji, ale "nie wydawał żadnych rozkazów ani nie strzelał". Zeznał też, że byli tam również SS-Obersturmfźhrer Walter Martens, a jako dowódcę egzekucji wskazał SS-Untersturmfźhrera Paula Grusa. SS-Hauptsturmfźhrer Hans Krźger miał się przechwalać w obecności hrabiny, ówczesnej dr Karoliny Lanckorońskiej, że zamordowanie profesorów to "jego dzieło". Według hrabiny, brał w nim udział również SS-Untersturmfźhrer Walter Kutschmann, który po wojnie pod zmienionym nazwiskiem Pedro Ricardo Olmo ukrywał się w Argentynie. Z pozostałych relacji wynika, że wśród sprawców byli również Austriacy Ferdinand Kammerer oraz bracia Maurer. Kolejny sprawca, SS-Hauptsturmfźhrer Felix Landau, swój udział w zbrodni opisał w pamiętniku. Krąg podejrzanych o sprawstwo główne liczył ponad 20 osób, co jednak nie zostało zweryfikowane przez prokuraturę.

W jakich jeszcze akcjach na terenie Galicji Wschodniej brała udział opisywana jednostka SS?
- Zamordowanie profesorów było pierwszą akcją Einsatzkommando z.b.V. i miało być czymś w rodzaju próby generalnej. Niedługo potem Schöngarth urządził tzw. wzorcowe rozstrzelanie, w czasie którego szczególnie brutalny esesman o nazwisku Horst Waldenburger zademonstrował na 100 osobach, jak należy zabijać karabinem maszynowym, strzelając w tył głowy. Morderca ten latem 1941 r. świętował swój "2000. odstrzał". Ze Lwowa Einsatzkommando wyruszyło dalej i od początku lipca do końca sierpnia 1941 r., a więc przez dwa miesiące, dokonało egzekucji ponad 18 500 ludzi, co częściowo jest udokumentowane w tzw. meldunkach zdarzeniowych, które były sporządzane dla Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie.

Dlaczego kaźń polskich profesorów we Lwowie jest wydarzeniem tak bardzo mało znanym w Niemczech, a jeszcze do niedawna również w Polsce?
- Jest jeszcze wiele białych plam w badaniach dotyczących nazizmu tak w Niemczech, jak i w Polsce. I chociaż w niemieckich archiwach dostępne były materiały na temat tej zbrodni, ich systematyczną analizę rozpoczęto dopiero w 2006 roku. Zresztą ja również nie natrafiłem na nie sam, ale dzięki prof. Tomaszowi Cieszyńskiemu z Uniwersytetu Wrocławskiego, który w czasie naszej rozmowy telefonicznej jako prezes Związku Potomków Lwowskich Profesorów Zamordowanych przez Gestapo zwrócił moją uwagę na tę zbrodnię. Takie sytuacje, kiedy impuls do badań pochodzi z zewnątrz - np. od bliskich ofiar, wcale nie należą do rzadkości. W międzyczasie przekonałem się, że również w Polsce zbrodnia ta przez długi czas nie istniała w świadomości historycznej, tak jak to pierwotnie zakładałem. Wyjaśniono mi, że była to zasługa aparatu represji systemu komunistycznego. Polscy profesorowie, których wydalono ze Lwowa, na Uniwersytecie Wrocławskim odnaleźli swój drugi dom. W trakcie stalinizacji Polski dążono do wymazania pamięci o polskich elitach we Lwowie. Lwowianie, którzy osiedlili się we Wrocławiu, zostali zaszeregowani jako "kręgi reakcyjne" i "wrogowie Polski Ludowej". Bardzo długo przeszkadzano również w postawieniu pomnika upamiętniającego tragiczne losy lwowskich profesorów. W ten sposób ukrywano przed opinią publiczną jakiekolwiek informacje o tym wydarzeniu. To się jednak zmieniło, o czym świadczy zainteresowanie opinii publicznej obchodami 70. rocznicy tej zbrodni, która przypadła 3-4 lipca 2011 roku.

Jeden z rozdziałów Pańskiej książki nosi wymowny tytuł: "Struktura nieścigania zabójców profesorów". Czy po 1945 r. szukano tych zbrodniarzy i jakie - jeśli w ogóle - usłyszeli wyroki?
- Żeby była jasność: w procesie dotyczącym mordu na lwowskich profesorach nikogo nie oskarżono ani nie skazano. Dwaj z wymienionych sprawców, Hans Krźger i Felix Landau, zostali skazani na dożywotnie więzienia za popełnienie innych przestępstw. Zamordowanie lwowskich profesorów nie zostało włączone do postępowania sądowego i nie było przedmiotem oskarżenia, chociaż prof. Karolina Lanckorońska, zeznając przed sądem przysięgłych w Mźnster, wskazywała na udział w zbrodni Hansa Krźgera - podobnie zresztą jak w piśmie skierowanym do prokuratury w Hamburgu z 16 września 1976 r., w którym winą obciążyła Hansa Krźgera i Waltera Kutschmanna. Postępowanie ekstradycyjne wobec ukrywającego się w Argentynie Kutschmanna było prowadzone bardzo niedbale, nieskutecznie i zakończyło się wraz z jego śmiercią w Buenos Aires.

Dlaczego odpowiedzialna za prowadzenie śledztwa prokuratura w Hamburgu wielokrotnie przerywała dochodzenie w tej sprawie?
- Prokuratura w Hamburgu "prowadziła dochodzenie" w latach 1964-1994 i nieustannie umarzała postępowanie, dopóki do ponownej aktywności nie zmusiły jej kolejne zażalenia adwokatów. Zachowanie organów ścigania w Hamburgu ma jednak swoją tradycję. W 1950 roku 66-75 procent spośród wszystkich 15 tysięcy sędziów i prokuratorów pracujących w Niemczech Zachodnich należało wcześniej do NSDAP. Przedstawiciele tego pokolenia, którzy już w czasach nazizmu pracowali w sądownictwie - nierzadko jako sędziowie i prokuratorzy sądów specjalnych lub osławionego Trybunału Ludowego - nigdy nie zostali ukarani, "ponieważ stosowali tylko obowiązujące prawo" (stosowali więc zasadę pozytywizmu prawnego). Ci ludzie umarli w połowie lat 70. Jednocześnie w społeczeństwie niemieckim oraz wśród wielu polityków wszystkich partii politycznych ukształtował się pogląd, że główni zbrodniarze wojenni usłyszeli wyroki w Norymberdze i czasy narodowego socjalizmu należy oddzielić grubą kreską. Wielu też uważało się za "ofiary" następstw tej wojny, którą rozpętał "tylko" Hitler i jego klika.
Prokuratorzy biorący udział w postępowaniu przygotowawczym przeciwko mordercom profesorów lwowskich nie mieli oczywiście nazistowskiej przeszłości zawodowej. Jednakże w wielu przypadkach młodsze pokolenie prokuratorów zostało wykształcone przez swoich skażonych nazizmem przełożonych, w związku z czym przejęło też subtelnie przemyconą moralność oraz polityczne przekonania swoich mentorów.
Nie należy zatem lekceważyć faktu, że niechęć do ścigania nazistowskich zbrodni, tak charakterystyczna dla prokuratorów z Hamburga, wynikała po prostu z ich zawodowej drogi i odpowiadała duchowi czasu. To postępowanie płynnie wpisuje się więc w statystyki ogólnego bilansu: do końca 1993 r. w Republice Federalnej Niemiec wszczęto postępowanie przygotowawcze przeciwko 105 688 osobom z powodu nazistowskich zbrodni, z czego tylko 6494 (6,1 proc.) oskarżonych zostało skazanych.

Co w czasie badań prowadzonych nad tą zbrodnią było dla Pana, jako kryminologa, szczególnie szokujące i zaskakujące?
- Nie spodziewałem się, że prokuratorzy w Hamburgu z taką zuchwałością będą zaniedbywali ściganie sprawców. Było też dla mnie przerażające, że aż tak przyswoili sobie nazistowskie bezprawie. Jeśli chodzi o Maksa Draheima, decyzja o wstrzymaniu dochodzenia przeciw niemu brzmiała następująco: "Sama obecność w miejscu egzekucji nie jest czynem karalnym". Mężczyzna posiadał wysoki stopień służbowy SS-Sturmbannfźhrera. Obecnością w miejscu zdarzenia demonstrował swoją aprobatę tego, co się działo, w przeciwnym bowiem razie wydałby rozkaz przerywający kaźń. Tym samym stał się współsprawcą, ponieważ dał innym do zrozumienia, że działają zgodnie z prawem. Abstrahując już od tego, że w czasie przesłuchania kłamał.
W przypadku SS-Brigadefźhrera Schöngartha, który miał na sumieniu przynajmniej 18 tysięcy istnień ludzkich, prawnicy z Hamburga orzekli, że wydawane przez niego rozkazy o rozstrzelaniu raczej podlegają pod prawo wojenne i były reakcją na śmierć kilku niemieckich żołnierzy z rąk partyzantów. To wprost niewiarygodne.
Często było tak, że w prowadzonym w Hamburgu postępowaniu wykazanie winy głównych sprawców było w zasięgu ręki. Ale zawsze wtedy śledztwo stawało w martwym punkcie - było odraczane, przerywane, sprowadzane na fałszywe tory. Na przykład Max Draheim powinien był zostać zamknięty w areszcie śledczym, ale nigdy nie wydano wniosku o jego zatrzymanie. Wszyscy podejrzani w oczach prokuratury pozostawali "świadkami", nawet wtedy gdy kłamali w żywe oczy; niewiarygodne zeznania akceptowano bez cienia sprzeciwu. Nigdy nie dążono do wszczęcia rozprawy głównej przed sądem przysięgłych, w którym sprawstwo podejrzanych musiałoby zostać zbadane według wszystkich reguł postępowania karnego. Stosowano wówczas szeroko rozpowszechnioną zasadę tzw. biologicznego przedawnienia, które polegało na tym, że podejrzany umierał, albo też (rzekomo) z powodu choroby lub sędziwego wieku tracił zdolność procesową. Poza tym nie odnaleziono i nie przesłuchano wszystkich członków Einsatzkommando z.b.V, podejrzanych o popełnienie zbrodni. De facto ograniczono się tylko do 35 osób (z 250). Można by jeszcze długo wymieniać wszystkie poważne błędy popełnione w trakcie procesu.

W swojej książce przywołuje Pan również wydarzenia z 6 listopada 1939 r., kiedy Niemcy aresztowali, a następnie wywieźli do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen krakowskich naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dlaczego niemieccy okupanci we Lwowie wykazali się jeszcze większym okrucieństwem, natychmiast rozstrzeliwując pojmanych profesorów?
- To można by przede wszystkim wytłumaczyć wpływem generalnego gubernatora Hansa Franka. 30 maja 1940 r. podczas spotkania z funkcjonariuszami SS i policji na temat bezpieczeństwa mówił: "Co się tyczy obozów koncentracyjnych we właściwym znaczeniu tego słowa, to było dla nas jasne, że nie chcemy ich tworzyć tu, w Generalnym Gubernatorstwie. Kto wydaje się nam podejrzany, ma zostać od razu zlikwidowany. (...) Nie możemy obciążać obozów koncentracyjnych w Rzeszy naszymi sprawami. Zawracanie głowy, jakie mieliśmy z profesorami krakowskimi, było straszne. Gdybyśmy sprawę załatwili tu, na miejscu, miałaby ona inny przebieg. Dlatego proszę panów, aby już nikogo nie wysyłać do obozów koncentracyjnych do Rzeszy, ale dokonywać likwidacji tu, na miejscu, i nakładać należyte kary". W dalszej części Frank mówił, że przy jak najostrzejszej antypolskiej tendencji należy mieć na uwadze zdolność do pracy polskich robotników i rolników. "Chodzi tylko o usunięcie warstwy kierowniczej".

Zarówno Niemcy, jak i Sowieci robili również dużo, aby skłócić ze sobą Polaków i Ukraińców. Jak starali się do tego doprowadzić i z jakim skutkiem?
- Na terenie Generalnej Guberni istniała pewna hierarchia, w myśl której Polacy powinni być traktowani lepiej niż Żydzi, Ukraińcy lepiej niż Polacy, a folksdojcze lepiej niż Ukraińcy. Na samej górze tej hierarchii znajdowali się obywatele Rzeszy. Miało to wpływ na wiele aspektów: pracę i wyżywienie, pozycję społeczną, a przede wszystkim osobiste bezpieczeństwo. Kiedy na podstawie paktu Ribbentrop-Mołotow we wrześniu 1939 r. armia niemiecka wycofała się z Galicji Wschodniej i jeszcze zanim wkroczyli tam Sowieci, chwilowy brak władz wykorzystali Ukraińcy i wzięli odwet na polskich mieszkańcach.
Sowieci, którzy w Galicji Wschodniej rządzili od września 1939 r. do czerwca 1941 r., ostrze represji skierowali przeciwko ludności polskiej (której liczba na tym terenie wynosiła 26 procent) oraz przeciwko dążącym do narodowej niepodległości Ukraińcom (62 procenty). Dochodziło do upaństwowienia majątku, masowych zatrzymań i przymusowych przesiedleń. Wielu galicyjskich Żydów (10 procent) skorzystało z szansy objęcia niższych pozycji w administracji sowieckiej, co gwarantowało im bezpieczeństwo. Sytuacja znów się odwróciła wraz z opuszczeniem Lwowa i Galicji Wschodniej przez Sowietów, kiedy to Ukraińcy dokonali pogromu Żydów (łącznie w okresie okupacji niemieckiej wymordowali ich 150-160 tysięcy). Z kolei kiedy 22 czerwca 1941 r. Sowieci w popłochu opuszczali Lwów, w swoich więzieniach w bestialski sposób zamordowali od 3000 do 5300 osób, w większości Ukraińców.
Naziści gardzili zarówno Polakami, jak i Ukraińcami. Frank wyjaśniał: "Jeśli wygramy tę wojnę, to z mojego punktu widzenia - Polaków, Ukraińców i to, co się tutaj wałęsa, można zetrzeć na miazgę".
Ukraińcy wahali się między współpracą z nazistami a stawianiem im oporu. Wykorzystywali to niemieccy okupanci, przyznając Ukraińcom ograniczone prawa w administracji i w szkolnictwie. Dlatego ukraińska policja pomocnicza niezwykle brutalnie wspomagała niemiecką policję bezpieczeństwa, utworzono nawet ukraińską dywizję grenadierów "SS-Galizien".
Inne było natomiast postępowanie choćby polskiej Rady Głównej Opiekuńczej, która przeciwstawiała się nazistowskiej polityce, czy wielu członków polskiej policji pomocniczej, którzy potajemnie należeli do Armii Krajowej.

Jakie fakty dotyczące zabójstwa 25 lwowskich profesorów, do tej pory jeszcze nieznane, wyszły na jaw przy okazji Pańskich badań?
- Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech nie wiedziano o tym, że sprawcy tej zbrodni nigdy nie zostali ukarani, że prawnicy prowadzący tę sprawę w Hamburgu, wprowadzając paradoksalne rozumienie ich ról, sprzyjali im. Organy ścigania były najlepszymi obrońcami nazistowskich zbrodniarzy. Poza tym czymś nowym jest informacja, że mord miał również częściowo charakter rabunkowy. Na przykład profesorowie Bartel, Grek i Ostrowski byli bardzo zamożni. W książce zawarte są dowody na to, że tzw. "powiernik" Pieter van Menten współpracował z SS, aby móc zlikwidować tych profesorów i ich najbliższych, a następnie zrabować ich majątek. Natychmiast z ich willi zniknęły: wartościowa biżuteria, obrazy, dywany i antyki. Przy okazji wyszło na jaw bagno korupcji w szeregach SS.

Czy w Niemczech jest obecnie wola wyjaśnienia niezbadanych do tej pory zbrodni wojennych?
- W Niemczech można zaobserwować różne formy neonazistowskiego terroryzmu i ekstremizmu. Liczbę ich zwolenników Urząd Ochrony Konstytucji szacuje na 25 000. W 2010 r. odbyło się 148 neonazistowskich demonstracji. Bastiony neonazistów znajdują się w takich landach jak Saksonia i Turyngia. Około 9500 osób sklasyfikowano jako chętne do użycia przemocy. W ostatnich latach popełniły one co najmniej 9 morderstw na obcokrajowcach na tle rasowym oraz zabiły niemiecką policjantkę. Ten rozwój wydarzeń budzi obawy. I oczywiście neonaziści nie chcą, żeby zbrodnie wojenne zostały wyjaśnione. Uspokaja jednak fakt, że do tej pory ekstremistyczne partie w wyborach parlamentarnych nie przekraczają trzyprocentowego progu poparcia.
W zasadzie można powiedzieć, że znane partie demokratyczne zgodnie popierają dążenia do wyjaśnienia zbrodni popełnionych przez nazistów. Na płaszczyźnie prawnej odpowiada za to Centralny Urząd ds. Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu, który gromadzi informacje i przekazuje je odpowiednim prokuraturom. Równolegle w ostatnich latach wzrosła liczba historycznych badań, a we wszystkich mediach regularnie pojawiają się informacje na ten temat.
Jak już wspominałem na wstępie, są jeszcze białe plamy, jeśli chodzi o zbrodnie popełnione przez narodowych socjalistów. Ale bez wątpienia istnieje tendencja, aby je wyjaśniać. Jedynie w pojedynczych przypadkach urzędy unikają ujawnienia swojej nazistowskiej przeszłości, jak czynią to choćby Urząd Ochrony Konstytucji i Federalna Służba Informacyjna. Przeciwnie postąpił natomiast Federalny Urząd Kryminalny, który po początkowych oporach po 1988 r. wykazał gotowość do ujawnienia swej "brunatnej przeszłości".

Dziękuję za rozmowę.

--------------------------------------------------------------------------------

Dieter Schenk, Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej, przekład Paweł Zarychta, Wysoki Zamek, Kraków 2011.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 04 lut 2012, 15:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
Niemcy z immunitetem

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) w Hadze potwierdził, że państwo niemieckie jest chronione immunitetem przed pozwami ofiar zbrodni nazistowskich, składanymi w zagranicznych sądach. Oenzetowski Trybunał uznał, że Sąd Najwyższy Włoch naruszył w 2008 r. niemiecką suwerenność, orzekając, iż włoski obywatel Luigi Ferrini ma prawo do odszkodowania za to, że w 1944 r. deportowano go do Niemiec i zmuszono tam do niewolniczej pracy w przemyśle zbrojeniowym. Strona niemiecka argumentowała w Hadze, że tamto orzeczenie włoskiego sądu podawało w wątpliwość system reparacji wprowadzony po klęsce nazistów. W ramach tego systemu Niemcy od lat 50. wypłaciły ogromne odszkodowania. Wskazywano, że gdyby MTS wziął stronę Włoch, Niemcy zostałyby zalane falą roszczeń odszkodowawczych, zgłaszanych przez osoby indywidualne z całego świata. MTS odrzucił argumentację strony włoskiej, która twierdziła, że immunitet państwa nie ma zastosowania wobec zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych przez armię jednego kraju na terytorium innego państwa.

ŁS, PAP

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=sw09.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 07 mar 2012, 11:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Po upadku państwa Wielkomorawskiego przyjęli słabi książęta czescy zwierzchność króla niemieckiego, a to ośmieliło Niemców tem bardziej przeciwko innym Słowianom, mieszkającym pomiędzy Łabą a Odrą, którzy byli tej samej krwi, co Polacy: nazywali się Wilcy, Lutycy, Obodryci. Ażeby te ludy łatwiej podbić, ustanowili królowie niemieccy przeciw nim osobnych swoich zastępców, których nazywano hrabiami od granicy, czyli margrafami; (Marck == granica); taki margraf miał sobie podległą krainę na granicy Niemiec i Słowian, urządzoną zupełnie po wojskowemu i wolno mu było na własną rękę wojować lub zawierać pokój, kiedy uznał za stosowne, byle tylko Słowian podbił. Najokrutniejszym z nich był margraf Gero, który trzydziestu książąt słowiańskich raz zaprosił na ucztę i kazał ich wymordować. Powstała z tego wielka wojna, straszna i krwawa, ale wcale nie rycerska! Niemcy jakoby przysięgli zagładę imieniowi słowiańskiemu; gdzie tylko zajęli jaką okolicę, nie poprzestali na tem, że stali się panami kraju, ale mordowali kobiety i dzieci całemi tysiącami, żeby się Słowianie nie mogli rozmnożyć; tego ten był skutek że po kilku takich niemieckich nawiedzinach, ludność słowiańska była dziesiątkowana, a po kilkudziesięciu latach takiej gospodarki chrześcijan w raju pogańskim - zabrakło słowiańskiej ludności. Niemcy, przed kilkudziesięciu laty jeszcze tylko goście (nieproszeni) nad Łabą, teraz zaczęli już dochodzić do Odry, mając za sobą pusty kraj niewolników.

Feliks Koneczny, "Dzieje Ślązka"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 13 mar 2012, 12:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://niepoprawni.pl/blog/3357/pogansk ... enie-nsdap

Mówią nam, że mordów w czasie II wojny światowej dokonywali tajemniczy faszyści, ale faszystami byli wtedy np. Węgrzy i Włosi, a mimo to ludzi nie mordowali. Ludzi mordowali tylko Niemcy. Między VIII a XII wiekiem mordowali Słowian połabskich pod pozorem szerzenia Chrześcijaństwa, z tych samych powodów mordowali Pomorzan Zachodnich a potem Prusów. Polaków na Śląsku mordowali już tylko dlatego, że byli Polakami - nie udało się wydumać innej wymówki. Podczas II wojny światowej mordowali w imię wyższości rasy niemieckiej i w imię walki z Chrześcijaństwem. Dziś mordują Europę z pomocą banków i Komisji Europejskiej w imię szerzenia demokracji i tolerancji.

Kopia artykułu:

POgańskie korzenie NSDAP
sosenkowski, 12 marca, 2012 - 19:09

"agresywne mniejszości" wmawiają nam, że wkraczając na drogę Nacjonalizmu i zawierzając Kościołowi Rzymsko-Katolickiemu podążamy śladami hitlerowskiej bestii... nic podobnego - ideologia NSDAP była i POGAŃSKA, i SZOWINISTYCZNA!
proszę samemu ocenić, komu bliżej do Hitlera na podstawie niemieckiego filmu dokumentalnego z 1998 roku, którego zapewne ani nie opiszą w gwNIE, ani nie pokarzą w tvNIE:

"Czciciele Czarnego Słońca"
tytuł oryg.: "Schwarze Sonne - Kultorte und Esoterik des III Reich"
film dokumentalny, Niemcy, 1998, 90 min.
reżyser: Rüdiger Sünner
Opis:
====
Powszechnie insynuuje się w globalnych mediach, że twórcami społecznej doktryny nazistów byli katoliccy przywódcy NSDAP. Ludobójcza ideologia tej germańskiej partii powstała jednak dużo wcześniej i miała swoje korzenie w okultystycznym neopogańskim kulcie zapoczątkowanym przez austriackiego mistyka Guido von Lista.
W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku Guido von List zaczął odgrzebywać stare germańskie legendy i dawno zapomniane pogańskie religie. Efektem jego badań był nowy (mimo iż oparty na starych wierzeniach) system religijny zwany ariozofią. Według niego w dawnych zamierzchłych czasach czysta rasa Atlantów zstąpiła na ziemię prosto z nieba. Zamieszkiwali oni kontynent Atlantydę aż do czasu katastrofy którą przeżył tylko jeden z mieszkańców. Udał się on na tereny dzisiejszego Tybetu gdzie stał się ojcem czystej rasy Ariów. Rozprzestrzenili się oni po Europie mieszając się z rasami "gorszymi" przez co utracili oni swoje boskie cechy. Według Lista najczystszymi przedstawicielami rasy aryjskiej byli Niemcy. List rozpoczął także badania nad starym germańskim alfabetem - runami - które uważał za magiczne symbole niosące ze sobą magiczną moc.

O ile Guido von List opracował teoretyczne podstawy niemieckiej religii o tyle jego uczeń Jörg Lanz von Liebenfels był bardziej praktyczny. W swojej książce wydanej w 1904 roku pod tytułem "Teozologia" postulował sterylizację "niższych ras" oraz osób upośledzonych i chorych w celu oczyszczenia rasy aryjskiej i przywrócenia jej dawnej boskiej mocy.

Poglądy Guido von Lista ewoluowały i w końcu nadał swojej religii dualistyczny charakter. Podzielił ją na dwa związane ze sobą kulty. Pierwszy - armanizm miał być przeznaczony dla elity społecznej która miała badać ezoteryczną wiedzę. Armanizm zakładał także, że Boga da się poznać metodami naukowymi i to było zadaniem elity. Najwyższy kapłan wyłoniony spośród tej elity miał być królem rasy aryjskiej. Druga forma kultu - wotanizm miała być przeznaczona dla niższych klas społecznych i polegać na propagowaniu wśród ludzi germańskich mitów, wierzeń oraz obrzędów i rytuałów. Wotanizm miał przywrócić równowagę człowieka i natury. Natomiast po śmierci człowiek - według wyznawców ariozofii - miał odradzać się po raz kolejny w innym ciele.

Patrząc na ideologię narodowego socjalizmu trudno nie zauważyć wielu wspólnych cech z systemami religijnymi. Nazizm był czymś więcej niż systemem politycznym. Był neopogańską religią z osobą Adolfa Hitlera jako "mesjasza" rasy aryjskiej. Sam Hitler nie darzył szacunkiem chrześcijaństwa. Powiedział nawet kiedyś: "Chrześcijaństwo to wynalazek chorych umysłów. Wojna skończy się któregoś dnia. Wtedy będę uważał, że końcowym zagadnieniem mojego życia stanie się rozwiązanie problemu religii."

Symbolem partii nazistowskiej stała się swastyka. Nie została wybrana przypadkiem. Wcześniej była symbolem Towarzystwa Thule, ale we wcześniejszych kulturach występowała na całym świecie jako symbol pomyślności. Zastąpiła chrześcijańskie krucyfiksy...

Religia nazistowska nie miała więc Boga. Zamiast jego centrum całego kultu stał się Adolf Hitler. Ludzie oddawali mu hołd na wiecach będących wypaczoną formą chrześcijańskich procesji. Pod koniec wojny udział w różnego rodzaju pochodach poparcia dla partii oraz uczestnictwo w wiecach norymberskich było niemalże obowiązkowe.

Jak każda szanująca się religia nazizm miał własną mitologię i legendy o wyższości rasy aryjskiej nad niższymi rasami. Żeby udowodnić tezy nazizmu powstała organizacja do badań archeologicznych - Ahnenerbe. Jej badacze w poszukiwaniu artefaktów aryjskiej przeszłości jeździli po całym świecie - Szwecja, Bliski Wschód, Tybet, Francja, Polska, Ukraina.

W społeczeństwie naziści propagowali stare pogańskie święta i zwyczaje. Zwalczali też wpływy chrześcijaństwa. Żeby wpływać na ludzkie umysły używali mitologii, legend oraz zinterpretowanych na swoją korzyść przepowiedni Nostradamusa.


źródło: http://www.eioba.pl/a/1vyh/okultystyczn ... ia-nazizmu

UWAGA:
Film opublikowany dla potrzeb dokształcania Młodzieży Polskiej (niemal pozbawionej przez władze III.RP możliwości edukacji historycznej) oraz Diaspory poza granicami Kraju - proszę nie rozpowszechniać i nie prezentować w celach komercyjnych lub zarobkowych.

sosenkowski - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 14 mar 2012, 17:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.piotrskarga.pl/ps,9913,2,0,1 ... macje.html

Niemcy wymordowali Słowian połabskich, wymordowali Prusów, a teraz pragną wszelkimi sposobami zamordować Polaków. Jak nie biologicznie, to chociaż mentalnie, plugawiąc z żydowską pomocą naszą historię, naszych bohaterów albo nasze święta narodowe. Teraz dodatkowo zapragnęli wymordować Węgrów - na razie zaczęli od plugawienia węgierskich świąt narodowych.

Kopia artykułu:

Niemieckie lewactwo ”broni demokracji” na Węgrzech

Każdego roku 15 marca Węgrzy wspominają rozpoczęcie rewolucji 1848 roku. Odbywają się liczne uroczystości państwowe mające upamiętnić krew bohaterów, którzy zginęli w walkach o wolność. Dzień ten zwany jest również dniem marcowej młodzieży. Tradycyjnie w tym dniu Węgrzy noszą trójkolorową kokardkę w barwach narodowych przypiętą do piersi. W tym roku, w trudzie świętowania tego dnia, chcą pomóc niemieckie grupy o charakterze lewackim. Zaczadzone propagandą bojówki, wybierają się nad Dunaj by dać odpór "postępującej tam faszyzacji" życia politycznego. W samych Niemczech też zapowiadane są protesty pod Węgierską ambasadą.


Czym jest niemiecka pomoc i troska o demokrację, mogliśmy się przekonać podczas naszego Święta Niepodległości. Zaproszone przez polski skrajnie lewicowy think-tank bojówki Antify, pokazały, że w "obronie" demokracji nie uznają żadnych granic. Pamiętamy o burdach i niepokojach społecznych w tym dniu, prowokowanych w dużej mierze przez niemieckich lewaków. Tym razem Antifa się nie wybiera, może jeszcze Węgry nie są tak "brunatne" jak Polska?

O działaniach i planach lewicy niemieckiej dla "Frondy" mówi prof. Zdzisław Krasnodębski - Z tego, co wiem, 24 marca mają odbyć się manifestacje pod węgierską ambasadą w Berlinie. Są różne organizacje w Niemczech, które rzekomo "walczą o demokrację" w tym kraju. Robi to Partia Zielonych, jest również ugrupowanie "Europa Union", które nie jest skrajnie lewicowe i też protestuje. Niektóre ugrupowania wybierają się nawet na Węgry, w dzień narodowego święta, ale nie znalazłem wśród nich niemieckiej Antify.

Lewica, w krytyce Węgier, posuwa się do absurdalnego protestu przeciwko pokazywaniu sztuki pochodzącej z tego kraju - Niemiecka lewica uważa, że demokracja na Węgrzech jest ograniczana, a ten kraj obecnie postrzega się w złym świetle, krytykując nawet wystawę malarstwa w Budapeszcie, ukazującą historię tego narodu - mówi prof. Krasnodębski.


Źródło: fronda.pl
luk


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Niemcy mordercami narodów
PostNapisane: 05 kwi 2012, 08:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30845
Mroczne strony niemieckiej nauki

Uwikłanie niemieckich naukowców w planowanie masowych wysiedleń w Europie Wschodniej to tematyka do tej pory nieobecna w polskiej literaturze naukowej. Wkrótce w Warszawie zostanie otwarta wystawa pokazująca, jak współcześni Niemcy widzą ten problem.

Ekspozycja zostanie otwarta 17 kwietnia w Centrum Edukacyjnym IPN "Przystanek Historia" im. Janusza Kurtyki w Warszawie. Następnie zostanie zaprezentowana w Gdyni, Lublinie, Wrocławiu i Poznaniu. Jak zaznacza prof. Piotr Madejczyk (PAN), nie są to przypadkowe miejsca i wiążą się z masowymi wysiedleniami Polaków z Pomorza, Wielkopolski, Zamojszczyzny, systematycznie przeprowadzanymi przez niemieckich okupantów w czasie II wojny światowej.
- Ważne, że wystawa przygotowana przez Niemców pokazuje, w jaki sposób Niemiecka Wspólnota Badawcza chce rozliczyć się ze swoją przeszłością - wkładu, jaki miała w plany przesiedleń - podkreśla Agnieszka Rudzińska, zastępca prezesa IPN.
Ekspozycja "Nauka. Planowanie. Wypędzenia. Generalny Plan Wschodni narodowych socjalistów" jest prezentowana na terenie Niemiec już od 2006 roku. Prezes Niemieckiej Wspólnoty Badawczej Matthias Kleiner podkreśla, że ten temat nawiązuje do "najciemniejszego rozdziału w historii" instytucji, którą kieruje.
- Głównym tematem wystawy jest Generalny Plan Wschodni (Generalplan Ost), powstały w czasie II wojny światowej niemiecki projekt zaprowadzenia nowego ładu etnicznego w Europie Środkowo-Wschodniej, który przewidywał osiedlenie w ciągu 25 lat pięciu milionów Niemców na zaanektowanej części Polski oraz w zachodniej części Związku Sowieckiego. Miliony mieszkających tam Słowian i Żydów miały zostać zniewolone, wypędzone albo wymordowane - podkreśla Andrzej Arseniuk, rzecznik prasowy IPN.
- Generalny Plan Wschodni, a także poświęcona mu wystawa pokazują, jak bliskie związki łączyły w okresie Trzeciej Rzeszy naukę z polityką i jaką rolę odgrywało przy tym wspieranie badań naukowych - wskazuje prof. Kleiner.
Jak ocenia Wojciech Sawicki, zastępca dyrektora Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN, w Polsce stosunkowo niewiele wiadomo o uwikłaniu naukowców w Generalny Plan Wschodni. - Dowiemy się czegoś, czego do tej pory nie było w literaturze naukowej, a tym bardziej w popularnych publikacjach - mówi Sawicki.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 276 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 19  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /