Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Co słychać w półświatku?

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 25 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 10 paź 2016, 10:39 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Aspirujący do władania ludźmi to najczęściej osoby ułomne duchowo, moralnie, kulturowo, choć najczęściej sprawne intelektualnie.
Jednak zbyt często okazuje się, że państwami władają osobniki z poza marginesu społecznego.
Na wyrost można ich nazwać ludźmi z półświatka, choć ich świat nawet nie stanowi nikłego ułamka, świata przeciętnego normalnego człowieka.
Tak wygląda fragment kampanii wyborczej dwojga amerykańskich gigantów polityki.


Kłótnia Clinton z Trumpem

W bezprecedensową, obfitującą w obelgi i wzajemne oskarżenia, kłótnię przemieniała się chwilami niedzielna, druga debata telewizyjna kandydatów na prezydenta USA, Hillary Clinton i Donalda Trumpa, w St. Louis w stanie Missouri.

Trump, kandydat Republikanów, zagroził m.in., że jak zostanie prezydentem, powoła specjalnego prokuratora do zbadania sprawy używania przez Clinton, kandydatkę Demokratów, prywatnego serwera e-mailowego, w czasie gdy była ona sekretarzem stanu USA. Z kolei Clinton podkreślała, że jej oponent „nie nadaje się na prezydenta”. Trump powiedział, że demokratka ma „w sercu ogromną nienawiść”.

Przed debatą Clinton i Trump nie podali sobie rąk. Burzliwy przebieg miało szczególnie pierwsze 30 minut, kiedy prowadzący spotkanie dziennikarze zapytali o najnowszy skandal z nagraniami rozmów Trumpa, w których w wulgarny sposób chwali się swymi erotycznymi podbojami.

Kandydat Republikanów odparł, że „nie jest dumny” z tego, co powiedział, ale przekonywał, że jego kontrowersyjne wypowiedzi nie świadczą o jego charakterze, i starał się sprawę bagatelizować. Zaprzeczał, jakoby nie miał szacunku dla kobiet, i natychmiast zmieniał temat, mówiąc, że są „dużo ważniejsze rzeczy”, jak np. zagrożenie islamskim terroryzmem.

Clinton wróciła jednak do wypowiedzi Trumpa, podkreślając, że republikanin nie obraża tylko kobiet.

– Widzieliśmy, jak Donald [Trump] napastuje [seksualnie] kobiety i poniża je. Taki właśnie jest. Bo te nagrania to nie wszystko. Słyszeliśmy, jak obraża Latynosów, muzułmanów, osoby niepełnosprawne – powiedziała.

Dodała, że nigdy przedtem nie kwestionowała kwalifikacji kandydatów na prezydenta z innej partii, ale – jak oświadczyła – „Trump jest inny” i na podstawie ujawnionych ostatnio nagrań jest przekonana, że na pewno nie nadaje się do pełnienia najwyższego urzędu.

Trump znowu usiłował zmienić temat, ale nie pozwolili na to dziennikarze, pytając go, „czy się zmieni”, tak jak obiecywał, gdy przepraszał za swe wypowiedzi.

Wówczas kandydat Partii Republikańskiej (GOP) przeszedł do kontrofensywy. – To była taka gadanina w szatni. Tylko słowa. Nie jestem z tego dumny. Ale spójrzcie na [męża Hillary] Billa Clintona, co on zrobił kobietom. Hillary atakowała te kobiety. A Bill Clinton był oskarżony przez Kongres o przestępstwo i odebrano mu licencję prawnika – powiedział.

Trump nawiązywał do skandali seksualnych związanych z byłym prezydentem, mężem kandydatki Demokratów, który podczas debaty siedział wśród publiczności w studiu wraz z ich córką Chelsea. Na widowni przysłuchiwały się debacie także zaproszone przez sztab kampanii Trumpa cztery kobiety, które w przeszłości oskarżyły Clintona o gwałty i molestowanie seksualne, a na krótko przed debatą wystąpiły wraz z kandydatem GOP na konferencji prasowej.

– Tak wiele z tego, co on mówi, to nieprawda, ale cóż... Jeśli chce o tym wszystkim mówić, to jego wybór. Gdyby chodziło tylko o te nagrania... Ale on nigdy nie przeprasza tych, których obraził – odpowiedziała Clinton z kamienną twarzą.

Trump ripostował, że Clinton obraziła jego wyborców, nazywając ich „godnymi pożałowania”.

– Powiedziałam już, że przepraszam za to – odpowiedziała Hillary. „Nie spieram się z jego [Trumpa] zwolennikami, tylko z nim. A on nie przeprasza”.

Trump wytoczył następnie najcięższe argumenty przeciw swej przeciwniczce. – Powinna pani przeprosić Berniego Sandersa [rywala Clinton w prawyborach – PAP], z którym nie wygrała pani fair. Powinna pani przeprosić za usunięcie 33 tysięcy e-maili z pani prywatnego serwera w Departamencie Stanu [z którego Clinton korzystała wbrew przepisom – PAP]. Jeśli wygram wybory, nominuję specjalnego prokuratora do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie. Nie można tolerować tylu kłamstw i oszustw. Ludzie są wściekli – powiedział.

Trump przypomniał w ten sposób, że Clinton, tłumacząc się w sprawie e-maili, wielokrotnie mijała się z prawdą. Ale kandydatka Demokratów nie zamierzała się do tego przyznać.

– Wszystko, co on mówi, to nieprawda – powiedziała.

Sala zareagowała na to głośnym buczeniem. Na widowni siedzieli przedstawiciele sztabów obu kampanii i zaproszeni przez nich goście oraz kilkudziesięciu niezdecydowanych wyborców wyselekcjonowanych przez Instytut Gallupa, którzy zadawali kandydatom pytania.

– Używanie prywatnego serwera było błędem i biorę za to odpowiedzialność. Ale nie ma dowodów na to, by ktokolwiek się do tych e-maili włamał – oświadczyła Clinton.

Zaprzeczała też, by w jej e-mailach były istotne tajne informacje.

Trump przerwał jej i debata przerodziła się w kłótnię, którą daremnie starali się załagodzić moderatorzy, dziennikarz CNN Anderson Cooper i Martha Raddatz z telewizji ABC. Kandydaci przekrzykiwali się i nie pozwalali sobie nawzajem dokończyć wywodu.

Pytanie o ujawnione ostatnio przemówienia Clinton na zamkniętych dla publiczności spotkaniach z przedstawicielami instytucji finansowych wywołały kolejną gwałtowną dyskusję. Clinton w tych przemówieniach wyrażała opinie inne niż w publicznych wystąpieniach, np. chwaląc układy o wolnym handlu i „otwarte granice”. Ale podczas debaty tłumaczyła, że „trzeba czasem używać różnych argumentów” w zależności od tego, do kogo się przemawia.

Ponieważ przemówienia zostały opublikowane na podstawie przecieków demaskatorskiego portalu WikiLeaks dzięki włamaniom do amerykańskich systemów komputerowych, Clinton zwróciła uwagę, że hakerzy działają na zlecenie Rosji, która chce w ten sposób wpłynąć na wynik wyborów w USA.

– A Rosja nie chce, żebym ja wygrała; chce, żeby wygrał Donald Trump – powiedziała, przypominając jego komplementy pod adresem prezydenta Rosji Władimira Putina. – Może dlatego, że Donald ma interesy w Moskwie, ale nie wiemy tego, bo on nie chce ujawnić swych zeznań podatkowych – dodała.

„To śmieszne... Ja nic nie wiem o Rosji. Nie robiłem żadnych interesów z Rosją” – odpowiedział Trump, dodając: „Ale byłoby wspaniale mieć dobre stosunki z Rosją, może wtedy razem walczylibyśmy z Państwem Islamskim”.

Starcie obojga o wojnę domową w Syrii ukazało zasadniczą różnicę poglądów. Trump przekonywał, że priorytetem powinna być walka z dżihadystami i sugerował, że trzeba się w tym celu porozumieć z reżimem prezydenta Syrii Baszara al-Asada – co wyklucza Clinton – i współpracować z Moskwą.

Clinton, zapytana, czy dla ocalenia mieszkańców Aleppo, oblężonego przez wojska reżimu Asada, USA nie powinny „zagrozić interwencją wojskową”, odpowiedziała, że jako prezydent „nigdy nie użyje wojsk lądowych” w Syrii. Dodała tylko, że wyśle tam siły specjalne i „rozważy uzbrojenie Kurdów” – co robi już administracja obecnego prezydenta Baracka Obamy bez większego skutku dla przebiegu wojny. Przypomniała też Trumpowi, że „Rosja wcale nie chce pokonania” Państwa Islamskiego (IS).

Trump sugerował, że Clinton bagatelizuje niebezpieczeństwo islamskiego terroryzmu i jest za przyjęciem większej liczby uchodźców z Bliskiego Wschodu do USA, chociaż „nie wiadomo, kim oni są”.

Hillary replikowała, że jej oponent uprawia „demagogiczną retorykę antymuzułmańską”, która tylko ułatwia islamistom werbunek bojowników pod pretekstem, że Ameryka „walczy z islamem”.

– To, co on mówi na ten temat, jest skrajnie niemądre i niebezpieczne. Ja zamierzam pokonać ISIS [inny skrót dla IS – PAP], ale do tego potrzebna jest współpraca z krajami muzułmańskimi – argumentowała Clinton.

Cooper zapytał Trumpa, dlaczego jest za zakazem wjazdu muzułmanów do USA.

– To się nazywa ekstremalna kontrola imigrantów. Obama i Clinton chcą wpuścić ludzi, o których nic nie wiemy, kim są i skąd pochodzą. To może być koń trojański – odpowiedział.

Sporą część debaty zajął spór o podatki. Kandydatka Demokratów przypomniała Trumpowi, że przez 18 lat nie płacił podatków federalnych dzięki skorzystaniu z możliwości odpisania sobie strat w biznesie. Kandydat GOP ripostował, że z podobnych upustów korzystają wszyscy szefowie wielkich korporacji i miliarderzy, „w tym jej [Clinton] przyjaciele, Warren Bufffett i George Soros, sponsorzy jej kampanii”.

Clinton w rewanżu skrytykowała program podatkowy Trumpa jako sprzyjający wyłącznie najzamożniejszym Amerykanom. Kandydat GOP obiecuje obniżyć podatki od korporacji i twierdzi, że przyspieszy to wzrost gospodarki, słaby za rządów administracji Obamy.

Inny wątek debaty dotyczył reformy ubezpieczeń zdrowotnych przeprowadzonej przez Obamę (tzw. Obamacare), która ma zapewnić wszystkim ubezpieczenia, ale jest coraz bardziej krytykowana, ponieważ doprowadziła do astronomicznego wzrostu kosztów polis ubezpieczeniowych. Clinton broniła reformy, Trump zapowiadał odwołanie „Obamacare”.

Konfrontacyjną atmosferę debaty rozładowało nieco tylko ostatnie pytanie zadane przez jednego z wyborców: „Czy moglibyście wymienić choć jedną rzecz, którą każde z was szanuje w swoim przeciwniku?”. Zebrani przyjęli je owacją.

Clinton odpowiedziała: „Szanuję jego dzieci. To mówi wiele o Donaldzie Trumpie”. I zaznaczyła: „Ale nie zgadzam się z niczym, co mówi i robi on”.

Trump, którego syn i córka siedzieli na widowni, był bardziej pojednawczy.

– Pochwałę moich dzieci uważam za ważny komplement. A Hillary nigdy się nie poddaje, nigdy nie rezygnuje. Jest fighterem (osobą waleczną) i to budzi respekt – oświadczył.

Po debacie oboje uścisnęli sobie ręce.

RS, PAP

http://www.naszdziennik.pl/swiat/168065 ... umpem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 15 paź 2016, 21:30 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Alternatywa

Szanowni Państwo!

Przeciętnego młodego Araba nie stać na kupno jednej choćby żony. Ale może dostać pieniądze, za które pewnie nie jedną żonę kupić by mógł, tyle że są to pieniądze przeznaczone na podróż do Europy. Nic jednak nie ma za darmo. Tam trzeba się wysadzić w powietrze zabijając tylu niewiernych ile się da. Zapłata przyjdzie w niebie. Hurys dostanie ile dusza zapragnie oraz wszystko to, co jest tu na ziemi niedostępne i zakazane.

Amerykanie też mają alternatywę, mogą wybrać na prezydenta człowieka szalonego, albo osobę niezrównoważoną, która jedne łgarstwa przykrywa innymi, jest marionetką finansowego lobby o podejrzanych zamiarach. Europejczycy już wybrali ludzi niekompetentnych, nieuczciwych i zwyczajnie głupich – żeby nimi rządzili. [Ci „ludzie” zostali im wtrynieni bez „wyborów”, prawda? MD]

Polacy, zamiast wybierać „nowoczesność”, postawili na sprawdzone wzorce sprawowania władzy, czym rozwścieczyli „prawdziwych Europejczyków”. Ale i tu toczą się zakulisowe działania. Bądźmy czujni zwłaszcza podczas nasilania się retoryki ideologicznej. Kiedy słyszymy o aborcji, zapytajmy jakie to umowy międzynarodowe Sejm skłonny jest przyklepać? Czy aby nie CETA?

Małgorzata Todd

http://dakowski.pl/index.php?option=com ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 16 paź 2016, 09:42 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Dodajmy dramatyzmu!

Felieton • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 14 października 2016

Wprawdzie pojawiają się doniesienia wskazujące na odzyskiwanie poczucia rzeczywistości przez narody, ale na razie są samotne jaskółki, które niekoniecznie muszą zwiastować wiosnę. Na przykład w Niemczech właśnie taktownie powiesił się w celu Syryjczyk podejrzewany o terroryzm. Taktownie – bo w Niemczech – podobnie jak w naszym nieszczęśliwym kraju kara śmierci została zniesiona, a unijni jacyś idioci, pewnie w rodzaju przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, niemieckiego niedouka Martina Schulza, znieśli tę karę nawet na wypadek wojny! Nic dziwnego, że praworządni żołnierze holenderscy nie chcieli strzelać do nikogo w Srebrenicy w dawnej Jugosławii, wskutek czego doszło tam do straszliwej masakry bośniackich muzułmanów. Ale skoro kara śmierci jest zakazana nawet w czasie wojny, to znaczy, ze nikomu nie wolno wydać rozkazu pozbawienia kogokolwiek życia, a w tej sytuacji żołnierze mogliby co najwyżej wrogów chwytać. Ale jak tu ich chwytać, kiedy są uzbrojeni i nie respektują zakazu wykonywania kary śmierci? W tej sytuacji sprawy w swoje ręce muszą brać sami zainteresowani, więc nic dziwnego, że taktowny Syryjczyk się powiesił, podobnie jak wcześniej Ulrika Meihoff, albo Andreas Baader z Rote Armee Fraktion, który nawet się w więzieniu taktownie zastrzelił. Z drugiej jednak strony jak grzyby po deszczu mnożą się objawy zdziczenia, które nie omijają nawet najszacowniejszych, zdawałoby się, gremiów. Oto tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury uzyskał Bob Dylan, amerykański piosenkarz, który tak naprawdę nazywa się Robert Zimmerman. Jak tak dalej pójdzie, to tylko patrzeć, jak Nagrodę Nobla z literatury dostanie Doda Elektroda. Ale czegóż można było się spodziewać, skoro wcześniej literackie Noble podostawały takie osobistości jak Wisława Szymborska za rozmaite pimpoletki („Rózio pisze pimpoletki, w lila rzucik miewa sny, do tęczowej epruwetki czule zbiera własne łzy...”), Dario Fo, który właśnie też taktownie umarł, albo Elfreda Jellinek. W przypadku Elfredy Jellinek, której twórczość koncentruje się wokół rozmaitych otworów kobiecego ciała, podobnie zresztą, jak w przypadku Boba Dylana, pewną rolę mogły odegrać pierwszorzędne korzenie, bo skoro padł rozkaz, żeby nosić Żydów na rękach, to i komitet noblowski też się poczuwa, a poza tym w przypadku Dario Fo i pani Jellinek, nie mówiąc o pani Szymborskiej, mamy jeszcze jeden wspólny mianownik w postaci przynależności do partii komunistycznej. Widać, że żydokomuna ma okres dobrego fartu, no ale cóż zrobić, skoro Pan Bóg, który co i rusz zsyła na świat rozmaite dopusty, akurat zesłał nam taki? Nawiasem mówiąc, święta Faustyna Kowalska zapisywała w swoim „Dzienniczku”, co Pan Jezus jej opowiadał w czasie licznych objawień. Któregoś razu opowiadał jej, jak postępuje z zatwardziałymi grzesznikami: upominam ich – mówił - głosem sumienia, upominam ich głosem Kościoła, zsyłam na nich przygody, które mogą człowieka skłonić do opamiętania, a jak nic nie pomaga, to spełniam wszystkie ich pragnienia. Wprawdzie aż nadto wyraźnie widać, że świat zmierza do nieuchronnego finału, którego banda idiotów, ma się rozumieć, nie przewidziała, bo jakże wymagać zdolności przewidywania od idiotów, ale z drugiej strony widać też, że Pan Jezus nadal się nami interesuje, więc całkiem źle też nie jest. Ciekawe, że z podobną przestrogą zwrócił się do ludzkości na ponad 350 lat przed narodzeniem Pana Jezusa grecki filozof Platon, pisząc: „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!”

Ale nie tylko Nagroda Nobla zeszła na psy, bo jeśli nawet dostanie ją Doda Elektroda, to dziury w niebie przecież nie będzie. Na psy schodzi również demokracja, chociaż w jej przypadku trudno mówić, że ludzkość nie została przed nią ostrzeżona. Została i to nader wcześnie i przez nie byle kogo, bo przez samego Arystotelesa – ale kto dzisiaj przejmuje się Arystotelesem, skoro za filozofa biega pan Jan Hartman? Nic dziwnego, ze pan prof. Bogusław Wolniewicz nie bez melancholii zauważył, że dzisiaj filozofowie brak intelektualnych dokonań próbują zamaskować „organizacyjną krzątaniną”. Na przykladzie pana Jana Hartmana widać to jak na dloni; uwija się jak nie wokół Palikota, to wokół organu „Żywej Cerkwi”, czyli „Tygodnika Powszechnego”? Słowem „owsik mały pełen chęci, tu się wkręci, tam się wkręci, hej kolęda, kolęda!” Wracając tedy do demokracji, to i ona schodzi na psy, czego znakomitą ilustracją była niedawna debata między Hilarią Clintonową i Donaldem Trumpem. Kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych, mocarstwa mającego ambicję rządzenia całym światem, wytykali sobie nawzajem rozmaite świństwa, słowem – spierali się już tylko o różnicę łajdactwa. Nic zatem dziwnego, że coraz więcej ludzi odwraca się od demokracji ze wstrętem, ale z drugiej strony, ponieważ każda epoka ma swoje gusła, a nasza, za sprawą żydokomuny, która musi w tym mieć oczywiście jakiś podejrzany interes, akurat wywindowała demokrację do rangi świętości, przed którą ma zginać się każde kolano, to póki co, jesteśmy na nią skazani. W tej sytuacji trzeba by demokrację jakoś uatrakcyjnić, a któż lepiej się w tym orientuje, jeśli nie filmowcy, którzy produkują na nasz użytek rzeczywistość podstawioną? Szkoda, że Andrzej Wajda właśnie umarł, bo pewnie nakręciłby stosowny obraz, ale w tej sytuacji musimy odwołać się do innego reżysera, mianowicie Stevena Spielberga. W odróżnieniu od Józefa Mackiewicza, który twierdził, że „jedynie prawda jest ciekawa” , Steven Spielberg, jak to często w przypadku Żydów, uważa, że prawda jest nudna, a zainteresowanie może wywołać dopiero „dodanie dramatyzmu”, czyli odpowiednie podkoloryzowanie prawdy. Oczywiście takiej podkoloryzowanej prawdzie łatwo wytknąć fałsz, ale właśnie dlatego wymyślono penalizację rozmaitych „kłamstw”: oświęcimskiego, sodomickiego, wałęsowskiego, a przecież nie jest to ostatnie słowo – więc tylko patrzeć, jak będziemy musieli definitywnie pożegnać się z wolnością słowa, a o tym, co komu wolno będzie powiedzieć, będą decydowały specjalnie utworzone urzędy, wydające certyfikaty. Ponieważ już teraz odbywa się intensywne duraczenie przy wykorzystaniu piekielnej triady w postaci państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego, to ludzkość już niedługo będzie żyła w rzeczywistości podstawionej, nie zdając sobie nawet sprawy, że poza nią jest jeszcze jakaś inna. W takiej sytuacji demokratyczne widowiska staną się wręcz nieodzowne. Jak jednak nadać im większą atrakcyjność, skoro już teraz przybierają postać sporów o różnicę łajdactwa? Nie ma rady – trzeba dodać im dramatyzmu, ale nie w postaci koloryzowania, tylko dramatyzmu prawdziwego. Dotychczas było tak, że kandydaci, dajmy na to, na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, przekonywali publiczność, że przeciwnik jest, jeśli nawet nie plugawcem i durniem, to człowiekiem niebezpiecznym dla państwa. Kto wie, czy nie była to prawda i to w odniesieniu do obydwu rywali, ale nie o to chodzi, tylko o to, że po głosowaniu ten mądry, szlachetny, patriota i tak dalej – śpieszył z gratulacjami dla łajdaka, durnia, szubrawca – jakby wszelkie wcześniejsze ostrzeżenia opinii publicznej przed grożącymi z jego strony niebezpieczeństwami dla państwa, z dnia na dzień utraciły ważność. Trudno w tej sytuacji oprzeć się wrażeniu, że żaden z polityków nie traktuje poważnie tego, co wygaduje, że nie ponoszą oni najmniejszej odpowiedzialności za słowo. W tej sytuacji dodanie dramatyzmu powinno polegać na tym, że przegrany kandydat, na – dajmy na to – stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, czy nawet naszego nieszczęśliwego kraju, zostawałby zgilotynowany, kiedy tylko Sąd Najwyższy orzekłby ważność wyborów. Skoro nawet w tak zwanych „reality show” w telewizji wprowadza się coraz więcej realizmu, to dlaczego tylko sfera życia politycznego miałaby podążać w drugą stronę? Wskazówki dostarczają właśnie widowiska telewizyjne, które przyciągają milionowa widownię nawet w sytuacji, gdy uczestnicy tylko symulują, dajmy na to, spółkowanie. Zatem, gdyby kampania wyborcza kończyła się gilotynowaniem przegranych, zainteresowanie obywateli procedurami demokratycznymi mogłoby wzrosnąć skokowo. Problemem mogłoby być pozyskanie kandydatów na wysokie funkcje publiczne – ale tutaj pewnej wskazówki dostarcza anegdota, jak to politruk egzaminował radzieckiego żołnierza z patriotyzmu: Kurit’ budiesz? - Nie budu. - A wodku pit’ budiesz? - Nie budu. - A j...t’ budiesz? - Toże nie budu. A żizń za rodinu atdasz? - Atdam. Na ch.... mnie takaja żizń?” W takiej sytuacji obywatele mieliby pewność, że kandydat naprawdę gotów jest poświęcić życie dla ojczyzny – więc czegóż chcieć więcej? Gdyby jednak – jak w Sodomie i Gomorze – żaden taki się nie zgłosił, to nic straconego. Wtedy z braku zainteresowania nastąpiłby naturalny koniec demokracji i wróciłaby monarchia.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3764


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 19 paź 2016, 07:41 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Kampania rozrywania Kościoła

Sztab Hillary Clinton uważa katolików za zagrożenie dla swojej kandydatki. Planował nawet, jak wywołać „oddolny” bunt w amerykańskim Kościele.

To wnioski płynące z korespondencji członków komitetu wyborczego Clinton – kilka tysięcy e-maili ujrzało niedawno światło dzienne. Amerykańskimi katolikami i ich niebezpiecznymi dla Demokratów poglądami mieli zajmować się sam szef kampanii Clinton – John Podesta i odpowiedzialna za public relations Jennifer Palmieri, a ich doradcą był John Halpin z organizacji Centrum Amerykańskiego Postępu.

Halpin twierdzi, że „wsteczne” poglądy konserwatystów katolickich wynikają z ich przywiązania do abstrakcyjnego myślenia, w którym zawarte są niezrozumiałe dla zwykłych ludzi „tomistyczne” kategorie, takie jak „pomocniczość”. Poza tym ich postawa miałaby wynikać z rozumienia prokreacji i nieświadomości „tego, czym jest chrześcijańska demokracja”. Propagujący „postęp” działacz puentuje, że ich postawa to „znikczemnienie” wiary.

Z kolei Palmieri jest zaniepokojona popularnością Kościoła katolickiego wśród politycznych przeciwników Demokratów. Katolicyzm mianowicie jest bardziej społecznie akceptowany niż niewielkie wspólnoty ewangelikalne, uważane przez sztab Clinton za bardziej radykalne i również postrzegane jako polityczne zagrożenie. Obie grupy łączy m.in. zdecydowany sprzeciw wobec zabijania nienarodzonych, legalizacji związków homoseksualnych i eutanazji. Jednak Kościół katolicki wydaje się Palmieri bardziej niebezpieczny, bo przynależność do grup ewangelikalnych odstrasza sponsorów.

W serii e-maili prowadzący korespondencję narzekają na opanowanie środowisk konserwatywnych przez katolików obecnych wśród nie tylko polityków, ale wpływowych prawników (w tym sędziów Sądu Najwyższego), ekspertów, dziennikarzy i liderów społecznych. W listach sztabowcy wymieniają znane nazwiska wpływowych ludzi, którzy nie dość, że sami są konserwatywnymi katolikami, to jeszcze tak wychowują swoje dzieci.

Infiltracja wspólnot
Podesta uważa, że rozwiązaniem jest tworzenie infiltrujących Kościół grup „postępowych”, które będą wywoływać wśród amerykańskich katolików bunt wobec nauczania Ojca Świętego i biskupów. Szef sztabu wyborczego Clinton przyznał, że to jego ludzie utworzyli organizację Sojusz dla Dobra Wspólnego, której zadaniem będzie kreowanie liderów przewrotu doktrynalnego w Kościele – gdyż jego zdaniem brakuje przywódców, którzy mieliby odwagę przeciwstawić się biskupom.

Sandy Newman, szef jednego z „postępowych” lobby w USA, proponuje, by tematem wyzwalającym bunt katolików była kwestia antykoncepcji, gdyż według badań wiele amerykańskich katoliczek stosuje środki kontroli urodzeń. W kolejnych e-mailach pada propozycja wykorzystania do rebelii katolickich organizacji grupujących lekarzy oraz środowisko katolickich szpitali, w którym przynajmniej część działaczy otwarcie krytykuje postanowienia Konferencji Biskupów USA. Demokraci skłonni są zaoferować im wsparcie, gdy zgodzą się „stać po stronie rządu”.

„Musi być katolicka wiosna, w której sami katolicy zażądają końca średniowiecznej dyktatury i zacznie się trochę demokracji i szacunku dla równości płci w Kościele katolickim” – pisze Newman, który sam jest żydem i przyznaje, że „totalnie nie rozumie Kościoła katolickiego”.

Kto przeprosi?
Grupa 90 znanych katolików i członków wspólnot ewangelikalnych w liście otwartym żąda od Hillary Clinton przeprosin za antychrześcijańskie kpiny i poniżenie oraz próby podstępnego oczerniania wyznawanych wartości.

Sama Clinton jest liberalną metodystką. Natomiast demokratyczny kandydat na wiceprezydenta Tim Kaine jest formalnie katolikiem. Rodzina senatora wywodzi się z Irlandii, on sam odebrał wychowanie w szkołach prowadzonych przez jezuitów. Polityk należy jednak do obozu skrajnie progresywnego, opowiada się za jak najszerszym dostępem do aborcji, w tym tzw. późnej aborcji (zabójstwa dziecka w trakcie indukowanego porodu). Nie przeszkadza mu to uważać się wciąż za katolika i ostentacyjnie przyjmować sakramenty. Powtarza tym samym gorszące zachowanie demokratycznego kandydata na prezydenta sprzed 12 lat Johna Kerry’ego, również nominalnie katolika.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/swiat/168577 ... ciola.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 21 paź 2016, 10:07 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
USA: Kolejna ofiara „seryjnego samobójcy”

Wśród maili Johna Podesty, szefa kampanii prezydenckiej Hillary „Killary” Clinton, opublikowanych przez portal Wikileaks, znalazł się dokument, w którym Podesta w niedwuznaczny sposób dyskutuje „mokrą robotę” do wykonania „na imprezce na basenie w winnicy”. Mail został wysłany do Steve’a Elmendorfa – lobbysty z Waszyngtonu, który był w 2004 r. wiceszefem kampanii demokratycznego nominata na prezydenta, Johna Kerry’ego. Cztery dni później w wyposażonym w basen i położonym nieopodal winnicy ranczu umiera Antonin Scalia – konserwatywny sędzia nazywany „filarem prawego skrzydła Sądu Najwyższego”. „The Washington Post” donosił, że Scalia przed śmiercią brał udział w przyjęciu na ranczu.

Śmierć Scalii jest kolejnym przypadkiem dziwnego zgonu, jakie otaczają kampanię prezydencką Hillary Clinton.

Antonin Scalia, Amerykanin włoskiego pochodzenia był przedostatnim żyjącym i aktywnym zawodowo sędzią Sądu Najwyższego mianowanym przez Ronalda Reagana. Katolickiego tradycjonalistę Scalię ma zastąpić Merrick Garland, mianowany przez Baracka Obamę. Kandydaturę tego znanego z liberalnych poglądów wyznawcy judaizmu blokuje zdominowany przez republikanów Senat, który zatwierdza nominata – republikańska większość w wyższej izbie amerykańskiego parlamentu ogłosiła, że nie rozpatrzy żadnej kandydatury wysuniętej przez Baracka Obamę.

(Na podst. Wikileaks oprac. Sz. Cz.)

http://wsercupolska.org/wsp1/index.php/ ... /7931-7931


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 10 lis 2016, 07:36 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Lewacki półświatek zamarł na chwilę, bo przecież Trumpa nikt z nich nie zna i nie wiedzą czy on swój czy inny.

Gratulacje (trochę) wymuszone

Donald Trump odbiera z całego świata gratulacje. Część z nich jest czysto kurtuazyjna, niejako wymuszona, bo przywódcy niektórych państw kibicowali Hillary Clinton, a wygrana Trumpa wręcz ich przeraziła.

Jako jeden z pierwszych z gratulacjami dla zwycięzcy amerykańskich wyborów Donalda Trumpa pospieszył prezydent Rosji Władimir Putin. Kreml poinformował o tym niecałą godzinę po definitywnym ustaleniu wyniku wyborów. Rosyjski przywódca stwierdził, że jego kraj „jest gotowy i chce poprawy stosunków z USA”.

Przywódcy UE i sekretarz generalny NATO wysłali swoje listy dopiero godzinę później. Wiele głów państw przyznaje, że wynik wyborów w USA jest dla nich szokiem, choć nikt wprost nie mówi o rozczarowaniu. Wielu już w pierwszych depeszach apeluje o zachowanie dotychczasowych relacji ze swoimi państwami.

Wybór Donalda Trumpa został bardzo pozytywnie przyjęty m.in. na Węgrzech, w Turcji i Izraelu, na dobrą współpracę liczy też Wielka Brytania, zaś Paryż i Berlin są bardziej wstrzemięźliwe. François Hollande mówi o niepewności, a kanclerz Angela Merkel wzywa Trumpa do poszanowania „wspólnych wartości”, wśród których wymieniała m.in. poszanowanie wszelkich mniejszości. Nie jest tajemnicą, że dla Niemiec i Francji wynik wyborów w USA stanowi poważne ostrzeżenie, np. niektórzy francuscy eksperci już przewidują, że w przyszłym roku wybory może wygrać Marie Le Pen, jeśli nad Sekwaną utrzyma się niechęć do polityków dotychczasowych elit.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/swiat/169947 ... szone.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 13 lis 2016, 21:53 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Co przebąkują jelity półświatka lewackiego w UE?

Unijni urzędnicy pełni arogancji

Zaraz po wyborze Donalda Trumpa na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych zaczęli się na ten temat wypowiadać główni unijni urzędnicy, w tym przewodniczący Rady, Komisji, Parlamentu czy szefowa unijnej dyplomacji.

Większość tych wypowiedzi jest niestety przesiąknięta arogancją, jakąś wręcz manią wielkości, jakby prezydent Stanów Zjednoczonych był niewiele znaczącą osobą w światowej gospodarce i polityce.

Przewodniczący Komisji Jean Claude Juncker na spotkaniu ze studentami w Luksemburgu powiedział, „że będziemy musieli nauczyć prezydenta elekta, czym jest Europa i jak funkcjonuje” i dodał: „myślę, że stracimy 2 lata, zanim pan Trump pozna świat, którego nie zna”, posunął się nawet do stwierdzenia, „że wybór Trumpa na prezydenta Stanów zjednoczonych stanowi zagrożenie dla stosunków UE –USA”.

Ostrzegał także przed – jego zdaniem – zgubnymi konsekwencjami wypowiedzi Trumpa na temat światowej polityki bezpieczeństwa i wręcz zażądał, żeby jeszcze jako prezydent elekt przedstawił jasne stanowisko w takich kwestiach, jak handel, relacje z NATO i polityka energetyczno-klimatyczna.

Z kolei wysoka przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini stwierdziła, „że niektóre priorytety Trumpa oddalają Amerykę od europejskich zasad”.

Z kolei na kilka dni przed rozstrzygnięciem wyborczym w USA przewodniczący Rady Donald Tusk wpisem na jednym z portali społecznościowych zrobił sobie chyba spory kłopot w związku ze staraniami o drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.

Otóż zacytował wtedy stwierdzenie swojej żony, która miała powiedzieć, „że jeden Donald w polityce wystarczy”, co jego zdaniem miało chyba świadczyć o ogromnym poczuciu humoru i luźnym podejściu do polityki.

Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA pojawiły się już w internecie memy, pokazujące, jak przewodniczący Donald Tusk prosi swoją żonę, żeby jak najszybciej ten wpis usunęła.

Podobną arogancję prezentowali przywódcy unijni po głosowaniu Brytyjczyków za wyjściem z Unii Europejskiej, przewodniczący PE Martin Schulz wręcz dzień po ogłoszeniu wyników referendum zwołał nadzwyczajne posiedzenie, żeby przyjąć rezolucję w tej sprawie.

Niestety, wydźwięk przyjętej przez PE rezolucji był mniej więcej taki, że Wielką Brytanię trzeba wyrzucić z UE wręcz „na zbity pysk”, i to najlepiej natychmiast, bo tak sobie życzą europejskie elity, sądząc prawdopodobnie, że taki, a nie inny sposób rozstania z tym krajem, wpłynie ostrzegawczo na inne kraje, w których rodziłyby się tego rodzaju pomysły.

Stąd zdecydowane wypowiedzi szefów chadeków, socjalistów i liberałów, którzy wręcz domagali się, aby premier Wielkiej Brytanii David Cameron już na posiedzeniu Rady w lipcu tego roku miał złożyć wniosek w oparciu o art. 50. Traktatu Lizbońskiego o wyjściu tego kraju z UE.

Teraz wiemy już, że stanie się to najwcześniej na wiosnę 2017 roku, i to pod warunkiem, że nie będzie musiał się w tej sprawie wypowiadać brytyjski parlament (na razie Sąd Najwyższy w pierwszej instancji zdecydował, że konieczna jest decyzja parlamentu) i UE pokornie na ten wniosek będzie czekać.

Jak widać, z Brexitu główni unijni politycy nie wyciągnęli żadnych wniosków, dalej uważają UE za „pępek świata”, któremu „czapkować” mają wszyscy pozostali.

Stąd arogancja w stosunku do Brytyjczyków (niech wychodzą jak najszybciej, nawet gdyby miało to godzić w interesy gospodarcze pozostałych 27 krajów UE), stąd także arogancja – żeby nie użyć mocniejszych słów – w stosunku do prezydenta elekta największej gospodarki i supermocarstwa światowego.

To niestety dobrze nie rokuje dla przyszłości Unii Europejskiej.

Dr Zbigniew Kuźmiuk

http://www.naszdziennik.pl/swiat/170149 ... ancji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 15 lis 2016, 09:29 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Lewacki szatan zaczyna przegrywać, to fakt, ale z piekła rodem lewactwo nie odpuści, zrobi nawet najgorsze i najpodlejsze "coś", co można ludziom i światu uczynić, aby postawić na swoim. Szatan samych ludzi, pozbawionych Opieki Bożej się nie lęka. Dlatego tak ważne jest abyśmy oddali się pod Bożą Opieką, a wówczas szatan lewacki podkuli swój zgenderyzowany, poprawny politycznie ogon i ... zniknie z naszego świata, z naszych żyć.

Eksperyment lewicowo-liberalny się zużył

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Profesorze, po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, wśród unijnego kierownictwa i części przywódców zapanowała panika. O czym to świadczy?
– Wszystko wskazuje na to, że lewicowy eksperyment, jaki zafundowano demokratycznemu światu nie wypalił, co więcej –powoli się wypala. Nic zatem dziwnego, że jesteśmy dzisiaj świadkami jego odrzucania przez społeczeństwa poszczególnych państw. Znamy wyniki wyborów w Polsce, na Węgrzech. Za chwilę odbędą się wybory w Austrii, we Francji, czy chociażby w Niemczech i nie jest wykluczone, że również w tych krajach zmieni się władza, bo tego chcą coraz bardziej świadomi ludzie. Nie jest to jednak problem tylko Europy, bo oto jesteśmy świadkami tego typu przemian w Stanach Zjednoczonych, które są starszym bratem państw demokratycznych, to znaczy tych, gdzie to społeczeństwo, a więc większość decyduje, komu powierzyć rządzenie państwem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że oto mamy sytuację, gdzie grono lewicowo-liberalnych polityków – po informacji, że prezydentem Stanów Zjednoczonych będzie nie Hillary Clinton, a właśnie Donald Trump, wpadło w osłupienie i przerażenie. To przerażenie jest połączone z niemocą. I dlatego jesteśmy świadkami nieuzasadnionej i nieuprawnionej krytyki prezydenta elekta, inwektyw kierowanych pod jego adresem, ale to wszystko jest oznaką bezsilności tych, którzy przyjmują taką postawę. Tak się nie zachowują ludzie, którzy mają przed sobą perspektywę dalszego sprawowania władzy ludzi, którzy są pewni swoich stanowisk, a bardziej obawiają się, że mogą utracić pozycję. Ci ludzie zachowują się chaotycznie, tym samym obnażają swoje lęki i słabości. Z drugiej jednak strony, nie ukrywam, że przyjemnie na to popatrzeć.

Co konkretnie ma Pan na myśli, mówiąc o satysfakcji?
– Oczywiście mówiąc o satysfakcji, nie mam na myśli strachu ludzi elit – strachu, który nawiasem mówiąc, zaczyna być coraz bardziej powszechny. Jednakowoż nie zamierzam ukrywać, że odczuwam satysfakcję, kiedy widzę, jak w niebyt odchodzi pewien sposób myślenia, pewien – jak wspomniałem – eksperyment lewicowo-liberalny. Te elity okazały się bardzo słabe w obliczu woli wyborców, którym wcześniej usiłowały narzucić określony punkt widzenia. Dzisiaj obserwujemy, jak kolejne narody rezygnują z pewnego, momentami nawet wymuszonego totalitaryzmu ideologicznego. Przecież te formacje ograniczają wolność słowa, wprowadzają pojęcie poprawności politycznej i wymóg pozostawania w obrębie tylko i wyłącznie jednego nurtu poglądów, co niekiedy chcą egzekwować wręcz represjami z zakresu prawa karnego. Wymuszają na ludziach najpierw tolerancję, a następnie wręcz obowiązek pochwały tego, co często z punktu widzenia zwykłego człowieka wydaje się nienaturalne, a wręcz absurdalne. Do tego dochodzą eksperymenty w obrębie inżynierii relacji międzyludzkich, wreszcie rozbijanie więzi, czy to na poziomie rodziny, czy szerzej – na poziomie narodu. Społeczeństwa coraz częściej dostrzegają te manipulacje i zaczynają odrzucać ten format. Stąd ta diagnoza, jaką pan postawił o panice wśród tzw. elit zagrożonych utratą władzy, wydaje się słuszna.

Tak czy inaczej, czy nie świadczy to jednocześnie, że te tzw. elity europejskie, które mienią się mężami stanu, tak naprawdę swoimi wypowiedziami się kompromitują i de facto dużo im brakuje do statusu mężów stanu?
– Co by nie powiedzieć, to faktem jest, że współczesne elity europejskie są dosyć miałkie. Wystarczy tylko spojrzeć na obecnego prezydenta Francji Francois Hollande, którego poparcie wśród społeczeństwa francuskiego jest znikome, co więcej – jest najniższe spośród wszystkich przywódców tego państwa w powojennej historii. Tymczasem prezydent Hollande – człowiek, wobec którego dezaprobata i negatywne odczucia Francuzów są wręcz niespotykane, który zafundował swoim obywatelom niepewność i poczucie zagrożenia, nagle w swoim wystąpieniu „ni z gruszki ni z pietruszki” zaczyna pouczać prezydenta elekta Donalda Trumpa, stwierdzając, że wraz z tym wyborem świat wkracza w erę niestabilności. To niedorzeczne.

Takie irracjonalne zachowanie można było zauważyć nie tylko u prezydenta Hollande’a…
– Nie chciałbym wytykać palcami wszystkich tych przywódców państw europejskich czy przedstawicieli elit unijnych, którzy swoimi słowami wypowiadanymi po ogłoszeniu wyników wyborów w Stanach Zjednoczonych tylko potwierdzili to, o czym powiedziałem już wcześniej, a mianowicie, że są w szoku. Jednocześnie jesteśmy – jak wspomniałem – świadkami niesłychanej agresji ze strony tych ośrodków władzy, ale także ze strony liberalno-lewicowych mediów zarówno w Stanach Zjednoczonych, w Europie, a także w Polsce, które wręcz prześcigały się na inwektywy pod adresem Donalda Trumpa. Mieliśmy nawet słowa powszechnie uznawane za obraźliwe, co jest niedopuszczalne. Z drugiej strony to pokazuje, jak ubogie intelektualnie są środowiska, które dopuszczają się takiej werbalnej agresji wobec przyszłej głowy państwa największego mocarstwa na świecie.

Szef dyplomacji w rządzie PO – PSL Radosław Sikorski stwierdził nawet, że wobec wyboru Trumpa powinniśmy zacieśniać relacje z Francją i Niemcami…
– To pokazuje, że ściśle określone elity utraciły władzę w Polsce, ale jednocześnie, że władzę utracili ich promotorzy w Stanach Zjednoczonych. Ten trend zaczyna się upowszechniać także w Europie. W tej sytuacji trudno się dziwić tym środowiskom, że wypowiadają pewne rytualne stwierdzenia czy zaklęcia, które już formułowali wcześniej, co spotykało się z uznaniem tych stolic europejskich, wobec których owe „hołdy lenne” były składane. Obrazem tej niemocy są rytualne stwierdzenia wypowiadane przy okazji kolejnych ataków terrorystycznych, wobec fali migracyjnej czy wobec Brexitu, kiedy zamiast spodziewanych, konkretnych działań wypowiadane są zaklęcia w rodzaju: „Brexit – pogłębienie integracji, więcej Europy”, czy po zwycięstwie Donalda Trumpa „Więcej Europy – pogłębienie integracji”, natomiast na kryzys finansowy wymyślono hasło „Więcej integracji, więcej Europy”. To są wszystko puste hasła, z których nic nie wynika. Tymczasem rozbrzmiewają one na „salonach europejskich” i są powszechnie akceptowalne przez te środowiska wzajemnej adoracji.

Czy to się komuś podoba czy nie, to unijne elity będą musiały sobie ułożyć – na nowo – relacje transatlantyckie, także z prezydentem Trumpem. Jak w tym kontekście jawią się mało dyplomatyczne, a wręcz aroganckie wypowiedzi Junckera, Schulza czy Tuska, którzy jako przedstawiciele Unii Europejskiej nie potrafili zachować się wstrzemięźliwie?
– To jest coś, co można określić jako gafy. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że takie czy inne oceny wyrażają politycy – ludzie, którzy są znani, co więcej – są przyzwyczajeni do pewnej bezkarności, którzy w tym towarzystwie wzajemnej adoracji na co dzień sami nie przywykli do krytyki. To jest tak, że to ci ludzie zazwyczaj wymuszają na innych konieczność wypowiadania się w obrębie ich poglądów. Sami zaś czują się bezkarnie, bo nikt nigdy wobec nich samych nie wyciągał odpowiedzialności nie tylko za słowa, ale również za czyny. To wzmaga w nich przekonanie, że wolno im wszystko i cokolwiek powiedzą, zostanie zaakceptowane. Oczywiście nikt nie będzie karał tych elit, tak jak oni to mają w zwyczaju i stosują wobec tych, którzy się nie zgadzają z ich poglądami, natomiast jedno jest pewne, że są to środowiska niezdolne do akceptacji poglądów innych ludzi, innego punktu widzenia. Ich filozofia polega na tym, że ma być tak, jak oni chcą, i nic więcej się nie liczy. Ale czy takie podejście ma jeszcze cokolwiek wspólnego z demokracją, której wielkimi obrońcami mienią się ludzie z tych kręgów…, można mieć uzasadnione wątpliwości.

Jean-Claude Juncker stwierdził np., że wybór Trumpa na prezydenta stanowi zagrożenie dla stosunków UE – Stany Zjednoczone?
– Teraz przewodniczący Komisji Europejskiej będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę i podjąć rozmowy z prezydentem Donaldem Trumpem. Aczkolwiek trzeba powiedzieć jasno, że Jean-Claude Juncker jako szef organu wykonawczego – jednej z organizacji międzynarodowych, nie jest przesadnie wielką personą, zwłaszcza wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych. I choć Juncker jest szefem instytucji, która może być partnerem dla przywódców państw europejskich, to z całą pewnością nie jest i nie będzie równorzędnym partnerem dla prezydenta jedynego światowego supermocarstwa.

Czy Donald Tusk wpisem na jednym z portali społecznościowych, cytując stwierdzenie swojej żony, „że jeden Donald w polityce wystarczy”, nie strzelił sobie w kolano, gdy chodzi o drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej?
– To stwierdzenie jest skandaliczne. Natomiast analizując wpis żony Donalda Tuska na Twitterze, ktoś równie dobrze mógłby się zacząć zastanawiać, czy zrządzeniem losu Opatrzność już nie wybrała, który Donald powinien zostać w polityce... Cóż, może zważając na to, warto wyciągnąć wnioski. Tak to czasami bywa. Sądzę, że nie tak obecny szef Rady Europejskiej Tusk wyobrażał sobie koncepcję jednego Donalda.

Czy i jak Polska może ułożyć swoje relacje ze Stanami Zjednoczonymi za prezydentury Donalda Trumpa?
– Myślę, że relacje polskich władz z administracją prezydenta Trumpa będą dobre, z całą pewnością lepsze niż za prezydentury Baracka Obamy. Z dwojga kandydatów, którzy ubiegali się o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, jedynie Donald Trump spotkał się z przedstawicielami Polonii. To nie kto inny jak właśnie Trump wypowiadał się z uznaniem o Polakach i wskazywał Polskę jako przykład dobrego funkcjonowania w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Co więcej, to on podnosił kwestię zniesienia wiz dla Polaków. Oczywiście zobaczymy, co z tego wyniknie i jak Donald Trump już jako prezydent podejdzie do tej sprawy. Tak czy inaczej, dobrych chęci z pewnością odmówić mu nie można, a to jest bardzo istotny element przy kształtowaniu polityki nowej amerykańskiej administracji. Również wypowiedzi Donalda Trumpa podczas kampanii – chociażby w kwestii ochrony życia ludzkiego czy wartości rodziny, które to stanowiska potwierdził w pierwszym swoim wywiadzie, jako prezydent elekt, pozwalają z optymizmem patrzeć na przyszłe rządy 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ale jak rzeczywiście będzie to wyglądało, to już pokaże czas.

A jeśli chodzi o Hillary Clinton…?
– Kontrkandydatka Donalda Trumpa, co by nie powiedzieć, jest już polityczną przeszłością. Natomiast warto przypomnieć, że w odróżnieniu od Donalda Trumpa Hillary Clinton nie znalazła czasu, żeby się spotkać osobiście z Polonią amerykańską. Na spotkanie wysłała Madeleine Albright, byłą sekretarz stanu za prezydentury Billa Clintona, która zachęcała również prezydenta Obamę do strofowania Polski. Z kolei sam małżonek Hillary Bill Clinton – abstrahując od skandali obyczajowych z jego udziałem – bezpodstawnie oskarżał polski rząd o łamanie demokracji, porównując obecne władze w Polsce do rządów Władimira Putina. Tak czy inaczej można powiedzieć, że Hillary Clinton popełniła wielki nietakt wobec Polonii w Stanach Zjednoczonych, co bez wątpienia – w środowisku polonijnym – zaowocowało brakiem akceptacji dla jej kandydatury.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zuzyl.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 29 lis 2016, 11:26 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Parę słów na temat lewackiego półświatka sterującego obecnie Titanikiem zwanym UE, "płynącym" w kierunku ... dna.

Pod takim kierownictwem UE daleko nie zajdzie

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan zagroził UE, że otworzy granice dla migrantów. Mamy do czynienia z szantażem…?
– Z całą pewnością jest to szantaż. Zresztą prezydent Erdogan stosuje tę metodę już od ponad roku. Pamiętajmy o tym, że kazał sobie płacić miliardy euro za przyjęcie z wysp grackich kilkudziesięciu tysięcy nielegalnych imigrantów. Według mnie, wszystko wskazuje na to, iż od początku kryzysu migracyjnego w Europie w 2015 r. Ankara była jednym z podmiotów napędzających cały ten proceder.

Jak w tej sytuacji można oceniać decyzję Unii Europejskiej, która nie mając pomysłu, co zrobić z imigrantami, za pieniądze oddała sprawę w ręce Turcji. Czy to nie był błąd?
– Od początku było wiadomo, iż jest to rozwiązanie tymczasowe, na kilka miesięcy. Proszę zwrócić uwagę, że tylko w tym roku do Niemiec przybyły kolejne setki tysięcy nielegalnych imigrantów. Bezrefleksyjne podejście do tego tematu przez rządy wielu europejskich stolic same doprowadziły do stanu, w którym obecnie pospiesznie szukają one metod wstrzymania tego – jak się wydaje – niekończącego się zjawiska. Stąd nie tylko chcą płacić duże pieniądze, jak Francja, każdemu imigrantowi, który zdecyduje się powrócić do kraju swego pochodzenia, ale także przymusowo ich relokować, jak Finlandia. Myślę, iż obecnie Polska popełnia błąd, nie kontrolując w pełni imigrantów ekonomicznych z Ukrainy. Przypomnę, iż tylko w tym roku ukraińskie więzienia, na mocy amnestii, opuściło dziesiątki tysięcy kryminalistów.

Jeśli Turcja otworzy drzwi do Europy dla uchodźców, przed czym ostrzegł turecki premier Binali Yildirim, to jakie mogą być tego konsekwencje?
– Przy wzrastającej w Europie fali niechęci do imigrantów możemy mieć radykalizację postaw wyborczych w wielu państwach Unii Europejskiej. Ponadto mogą się nasilić napięcia społeczne na „ulicach” europejskich miast, a w konsekwencji fala zamachów terrorystycznych.

Czy to realne…?
– Społeczeństwo europejskie coraz bardziej dostrzega oderwanie się ich elit od ich oczekiwań względem zachowania stabilności społecznej. W tej sytuacji nie wyobrażam już sobie fali uchodźców zmierzających do Europy przy bierności społeczeństw poszczególnych krajów, tak jak to miało miejsce jakiś czas temu.

Wracając do Erdogana – czy nie jest trochę tak, że Unia sama sobie „wychowała” tyrana czy dyktatora, a teraz, kiedy próbuje się zreflektować, spotyka się z ostrą ripostą?
– Tak, Europa wyznacza i stosuje ciągle różnorakie normy i standardy wobec różnych podmiotów politycznych. W Serbii demokrację wprowadzano za pomocą wojska i bombardowaniami miast, natomiast z Arabią Saudyjską się handluje i panują jak najlepsze stosunki. Przypomnijmy, iż ten kraj jest skrajnie niedemokratyczny i w dodatku fundamentalnie religijny, gdzie nie ma jakiejkolwiek tolerancji wobec odmienności. Współpraca z Turcją odbywała się w podobny sposób. Tego kraju nie dotyczyły standardy europejskie.

A może unijne elity zwyczajnie nie dorosły do funkcji, jakie piastują…?
– Według mnie, w znacznej części elity Unii Europejskiej są zdegenerowane politycznie. I tu tkwi problem.

Czy i jak UE może wybrnąć z tego szachu, w którym się znalazła?
– Trudno tu o proste recepty. Na pewno trzeba powrócić do źródeł cywilizacji zachodniej i do jej duchowości, do chrześcijańskich korzeni, z których wyrastamy. Także interesy Europy i jej obywateli powinny być ważniejsze od interesów nielegalnych zasiedleńców.

Jest jeszcze jedna kwestia, czy i na ile możliwe jest to, że Erdogan dogada się z Putinem i razem będą usiłować stawiać na baczność Wspólnotę Europejską?
– Erdogan i Putin mają strategicznie różne cele na Bliskim Wschodzie i w południowej Azji. Obecna przyjaźń jest tylko pewną symbiozą, a więc współpracą opartą na obopólnej korzyści i wyrazem ich taktyki politycznej. Jeżeli Stany Zjednoczone zmienią politykę w stosunku do Moskwy, to ta natychmiast odsunie się od Ankary.

Ostatnio media obiegła określana jako żartobliwa wypowiedź Władimira Putina, który uzupełniając odpowiedź jednego z chłopców na postawione przez siebie pytanie: gdzie kończą się granice Rosji…? stwierdził, że granice Rosji nigdzie się nie kończą. Czy to mimo wszystko nie oddaje wielkomocarstwowych zapędów Moskwy?
– Rosja pod względem powierzchni jest państwem kilkakrotnie większym od Europy. Dla przeciętnego dziecka to bezkresny kraj. Osobiście nie przywiązywałbym większej wagi do nagłaśnianej przez media rozmowy Putina z jakimś dzieckiem. Rosję przed dalszym imperializmem powstrzymuje demografia tego państwa. I to – jak sądzę – będzie w przyszłości podstawowy problem, z którym się będzie borykać, gdyż straty na tym polu będą istotnie osłabiać spoistość tego państwa.

W jakim celu Rosja gromadzi potężny arsenał najnowocześniejszej broni rakietowej w obwodzie kaliningradzkim?
– Te szybkie decyzje są pewną grą polityczną, jaką Rosja prowadzi z nową administracją Stanów Zjednoczonych. Rosjanie za wycofanie zgromadzonego arsenału z obwodu kaliningradzkiego będą żądać wycofania się Waszyngtonu z pewnych decyzji.

Odpowiedź NATO na zachowania Rosji jest bardzo wstrzemięźliwa, dyplomatyczna. Czy to wystarczy?
– A co NATO, poza Stanami Zjednoczonymi może zrobić? Kolejne sankcje, które już na nikim nie robią większego wrażenia, czy też rozmieszczenie kolejnych batalionów we wschodniej flance? Prawda jest taka, że Europa zaniedbała się pod względem technologii militarnych i utrzymania potencjału wojskowego, tym samym oddając pole. Putin, który jest cwanym graczem, skrzętnie ten fakt wykorzystuje.

To nie koniec wzmacniania rosyjskiego potencjału, ponieważ do końca 2019 r. Putin planuje ponaddwukrotne zwiększenie liczebności wojsk powietrznodesantowych do 75 tysięcy. Rosja straszy, ostrzega…?
– Rosja buduje siły interwencyjne. Jej aktywność na Morzu Śródziemnym pokazuje wyraźnie, iż będzie w przyszłości bardzo aktywna w tym rejonie i dlatego potrzeba jej wojsk, które mogą działać z dala od swoich granic.

Czy i jaką przeciwwagą dla tego typu sił rosyjskich mogą być tworzone w Polsce Wojska Obrony Terytorialnej?
– Budowa Wojsk Obrony Terytorialnej to dobry kierunek, który powinien być kontynuowany. Jednakże podstawowym elementem jest na razie brak powszechności tych sił. Pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy tego typu wojsk jest niczym w stosunku do potrzeb. Liczba WOT w stosunku do potencjału demograficznego np. państw skandynawskich jest, co tu dużo mówić – żałosna. Niestety nie bierzemy przykładu także z własnych wcześniejszych doświadczeń. Przecież w Polsce mamy ponad pół miliona członków Ochotniczych Straży Pożarnych, którzy są umundurowani i mają sprzęt pod ręką. W razie potrzeby mogą się one mobilizować w ciągu kilku czy kilkunastu minut. Niestety wśród polityków mamy schematyczne myślenie, żeby nie powiedzieć, że to przerasta poziom percepcji wielu polityków i niektórych wojskowych.

Jak ocenia Pan rezolucję przyjętą przez Parlament Europejski dotyczącą zwalczania wrogiej propagandy ze strony Rosji?
– Jest to kolejna rezolucja, która tak naprawdę nic nie wnosi. W rosyjskich stacjach telewizyjnych często występują prominenci europejskiej i amerykańskiej polityki. Ostatnio dyplomata, były sekretarz stanu w administracjach prezydentów Richarda Nixona i Geralda Forda Henry Kissinger przyjął członkostwo w Rosyjskiej Akademii Nauk. Oczywiście wojna informacyjna trwa i wszystkie podmioty polityki międzynarodowej ją stosują od lat, ale działania jak te podejmowane przez Parlament Europejski w formie rezolucji, a więc na poziomie tylko pustych gestów, nie wystarczą, żeby skutecznie przeciwstawić się dobrze zorganizowanej propagandzie Moskwy.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... jdzie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 04 sty 2017, 11:00 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Półświatek lewacki w ramach poprawnej politycznie polityki multi-kulti i w ramach upominania się o prawa człowieka ruguje autorytarnie, bez pytania i bez dyskusji, symbole, tradycję i kulturę chrześcijańską z przestrzeni publicznej, wprowadzając na jej miejsce swoje szalone wizje tzw. nowoczesności, tolerancyjności (nie utożsamiać tolerancyjności z tolerancją), rozwiązłości (czyli degeneracji), i obce kulturze Europy tradycje innych religii.
Po coś to robi .... jednak.....
Po co?


Parlament Europejski dyskryminuje chrześcijan

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

„Nie dajmy się ponieść politycznym emocjom, prowadźmy ze sobą cywilizowany dialog” – apelował w noworocznym orędziu prezydent Andrzej Duda. Do kogo prezydent kieruje te słowa, bo chyba nie do opozycji, która jest totalnie odporna na argumenty?
– Prezydent Andrzej Duda wypowiedział te słowa w okresie szczególnym dla nas, Polaków, katolików. Badania statystyczne mówią, że ponad 90 proc. Polaków przyznaje się do wiary w Boga, uważa się za wierzących. Wigilia to czas szczególny, a legendy mówią, że w ten wieczór nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. Tradycją jest, że w wigilijny wieczór milknął nawet działa na frontach. Okres Bożego Narodzenia, a więc od Wigilii do święta Chrztu Pańskiego, to czas, kiedy wszyscy wszystkim składają życzenia. I prezydent Andrzej Duda apelował do wszystkich i – jak sądzę – miał nadzieję, że również opozycja wzniesie się ponad pewien poziom, że zacznie mówić ludzkim głosem i będzie potrafiła się zachować w sposób racjonalny i odpowiedzialny. Andrzej Duda chce i robi, co w jego mocy, żeby być prezydentem wszystkich Polaków i dlatego wykorzystuje każdą okazję ku temu, aby łączyć. Stąd wezwanie do odrzucenia emocji i podjęcia cywilizowanego dialogu.

Prezydent zwrócił też uwagę, że dobrobyt i trwały rozwój Polski zależą także od spokoju społecznego, który na razie pozostaje chyba tylko pobożnym życzeniem…
– Niestety, dziś odczuwamy brak spokoju, który gwarantuje rozwój. Komuś widać zależy, żeby Polska nie mogła się rozwijać. Kiedy trwają kłótnie i spory, to ludźmi łatwiej jest manipulować. Dlatego ludzie muszą ze sobą rozmawiać. PiS, które zostało wybrane, aby służyć polskiemu Narodowi, chce konstruktywnego dialogu, chce rozmawiać. W demokracji rola opozycji jest nie do przecenienia. Przed konstruktywną opozycją, która potrafi się wznieść ponad podziałami, która jest odpowiedzialna, stoi ważne zadanie, aby zauważać błędy czy niedociągnięcia rządzących. I Polsce jest taka opozycja potrzebna. Tymczasem mamy opozycję totalną, która ma kompleksy i nie mogąc się pogodzić z werdyktem wyborców, wszczyna burdy, co więcej – nawołuje do anarchii.

2016 rok, pierwszy pełny rok rządzenia PiS – to czas... No właśnie, jaki to był czas dla Polski i Polaków?
– Oceny, jakie są formułowane w Polsce pod adresem rządu PiS, są ogólnie rzecz biorąc znane, dlatego skupiłbym się na ocenach wystawianych przez ekspertów, ekonomistów czy polityków z zagranicy. Nawet ekonomiści, których raczej trudno posądzić o to, że po drodze im z PiS, dostrzegając wydarzenia na scenie europejskiej i w Polsce, wypowiadają się pod naszym adresem w samych superlatywach. Zwracają uwagę na projekty z okresu kampanii wyborczej, które teraz przeistoczyły się w rzeczywistość i przybrały kształt realnych programów. Na pierwszy plan wybija się w tych ocenach program wsparcia dla rodzin – „500+”. Niektórzy mają problem z kwalifikacją, czy jest to program socjalny, ale większość uważa, że jest to program inwestycyjny, prorozwojowy, traktowany jako inwestycja w przyszłość. W czasie ośmioletnich rządów koalicji PO – PSL, rządów o osiem lat za długich, jeśli chodzi o status socjalny rodzin, Polska klasyfikowała się na 27. miejscu, a więc na drugim miejscu od końca wśród państw Unii Europejskiej. Natomiast dzięki działaniom podjętym przez rząd PiS – i nie chodzi tu tylko o program Rodzina „500+”, ale także o inne programy socjalne – Polska z 27. miejsca przesunęła się 5. miejsce w Europie. Kolejnym, na który europejscy eksperci zwracają uwagę i chwalą, jest program „Mieszkanie+”, podobnie jak polityka rządu Beaty Szydło wobec małych i średnich przedsiębiorstw. Te działania rządu są podkreślane w opiniach o Polsce ze strony zachodnich ekonomistów.

Lista projektów czy zapowiedzi wyborczych PiS jest jednak dłuższa…
– Owszem, dlatego od siebie mogę dodać, że owszem podpisuję się pod opiniami ekspertów zagranicznych, ale pamiętam też, że są również inne projekty, z którymi PiS szło do wyborów, które stały się programami, co więcej – są wcielane czy też niedługo będą wcielane w życie. Mam tu na myśli obniżenie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, który Platforma podniosła, fundując Polakom dłuższy czas pracy. Ponadto nie podnosimy podatków. Nieprzychylni rządowi twierdzą, że nasza gospodarka wyhamowała. Statystyka ma to do siebie, że beznamiętnie widzi tylko cyfry i takie informacje dotyczyły rozwoju gospodarczego w trzecim kwartale 2016 r. Natomiast w tej chwili widać, że gospodarka ma się dobrze i w obszarze inwestycji, gdzie były pewne problemy z wykorzystaniem środków unijnych, m.in. z Funduszu Spójności, spowodowane zaniechaniami jeszcze rządu PO – PSL, który nie przygotował ustawy o zamówieniach publicznych. W ostatnich miesiącach weszliśmy do czołówki państw europejskich, które wykorzystują Fundusz Spójności. I trudno nie uznać tego za sukces rządu Beaty Szydło. Ocena Polaków jest podobna, o czym świadczą sondaże, gdzie zdecydowana większość naszych rodaków mówi o dobrym roku 2016. Co więcej, widzi dobre perspektywy dla Polski w roku 2017.

Z tym jednak nie zgadza się opozycja…
– Obecna opozycja w Polsce jest – delikatnie rzecz ujmując – specyficzna i tak naprawdę jest w stanie skrytykować wszystko, co robi PiS. Dlatego woli np. ramię w ramię protestować z byłymi ubekami, którym rząd PiS – naprawiając dziejową niesprawiedliwość – odebrał niezasłużone apanaże. Stąd protesty, blokowanie sali plenarnej Sejmu itd. Zresztą proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy jakiekolwiek ugrupowanie w Parlamencie Europejskim blokuje stół prezydialny i miejsce przewodniczącego Martina Schulza – tak jak to miało miejsce w polskim Sejmie, gdzie Platforma z Nowoczesną zablokowały nie tylko mównicę, ale również fotel marszałka Sejmu. Jak wówczas zareagowałyby media głównego nurtu czy w ogóle media zachodnie? Przecież medialnie „zlinczowałyby” autorów tego typu protestów. Tymczasem to, co dzisiaj robi tzw. opozycja w polskim Sejmie, co nie ma odpowiednika w żadnym cywilizowanym kraju na świecie, to jakoś przechodzi w zasadzie niezauważone, a poprawne politycznie media przechodzą nad tym do porządku dziennego.

Sukcesy to jedna strona medalu, ale proszę powiedzieć, czego się nie udało zrealizować w tym pierwszym roku rządów?
– Program PiS nie jest zrealizowany do końca, bo nie jest to program na rok, ale na cztery, a może i więcej lat. Na pewno jest wiele obszarów, o których trzeba pamiętać i które należy potraktować priorytetowo, bo sprawa „500+” czy obniżenie wieku emerytalnego, choć są ważne, to jednak tylko część tego, czego oczekują od nas Polacy. Należy do nich m.in. opieka społeczna, problemy osób niepełnosprawnych czy – jakże ważna – sprawa poprawy dostępności do świadczeń medycznych czy w ogóle szeroko rozumianej ochrony zdrowia, które muszą i będą potraktowane priorytetowo. Jest również rozpoczęta sprawa reformy oświaty, uporządkowanie spraw w szeroko pojętej administracji państwowej, modernizacja polskiej armii czy służb wewnętrznych. Są też kwestie polityki zagranicznej, gdzie musimy ciągle nadrabiać zaniedbania poprzedniej ekipy. Jesteśmy liderem państw Grupy Wyszehradzkiej. Ponadto jesteśmy krajem granicznym Unii Europejskiej, w której strukturach też powinniśmy odgrywać ważną rolę. Nie udało się zabezpieczyć wielu spraw gospodarczych na polu unijnym, jak chociażby projekt Unii Energetycznej, gdzie ciągle są problemy, jeśli chodzi o postrzeganie poszczególnych państw. W UE także na tym odcinku niestety są równi i równiejsi, stąd musimy walczyć, aby Polska była traktowana tak, jak na to zasługuje.

Skoro już jesteśmy przy sprawach międzynarodowych, to jakie są Pana zdaniem szanse, aby w 2018 r. Polska została wybrana na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ?
– Działania w tym kierunku prowadzi prezydent Andrzej Duda. Przypomnę tylko, że we wrześniu 2016 r. została zainaugurowana kampania promocyjna na rzecz członkostwa Polski w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na lata 2018-2019. To jest bardzo delikatna praca polskiej dyplomacji i jeśli to się uda, w co wierzę, to będzie to kolejny sukces Polski na arenie międzynarodowej. Przypomnę tylko ubiegłoroczne dwa niezwykle ważne wydarzenia jak Światowe Dni Młodzieży w Krakowie czy szczyt NATO w Warszawie, gdzie Polska uzyskała gwarancje zwiększenia bezpieczeństwa flanki wschodniej, co w obliczu działań Rosji i wydarzeń za naszą wschodnią granicą jest nie do przecenienia.

Nowy rok witaliśmy w cieniu protestów. Jeden z nich trwa w Sejmie. Widać jednak, że ten rotacyjny protest wychodzi poza granice Polski, bo liderzy Nowoczesnej Ryszard Petru i Joanna Schmidt polecieli „protestować” na Maderę…
– Na Maderze jest zdecydowanie cieplej niż obecnie w Polsce, gdzie zapowiadają opady śniegu i mrozy. Stąd być może to zdecydowało o wyjeździe mocno przeciążonych protestem na sali plenarnej Sejmu parlamentarzystów. Mam jednak nadzieję, że do „sześciu króli” powrócą do Polski z naładowanymi akumulatorami i z nową energią będą kontynuować działania w obronie rzekomo zagrożonej demokracji już z nowymi siłami. To oczywiście żart. Natomiast byłbym daleki od nazywania protestem tego, z czym mamy dziś do czynienia w Sejmie czy przed Sejmem. Jeden z moich znajomych w okresie świątecznym wybrał się pod Sejm, żeby zobaczyć te protestujące tłumy, i raz naliczył siedem osób, a za drugim więcej, bo aż dziewięć. Natomiast jeśli chodzi o parlamentarzystów na sali plenarnej Sejmu, to zastanawiam się, czy oni protestują, czy może się bawią i – co ciekawe – bawią się na koszt polskiego podatnika. To, co wyprawiają i co możemy „podziwiać” w internecie, bo zamieszczają te materiały na różnych forach, trudno nazwać inaczej niż skandal. I gdyby marszałek Kuchciński zastosował wobec tych posłów reguły prawa, to ci państwo powinni zostać wyrzuceni z sali plenarnej. Takie prawo daje marszałkowi akt prawny skonstruowany i podpisany jeszcze przez ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Nie zapominajmy jeszcze o jednej ważnej kwestii, a mianowicie o kosztach, jakie pociąga za sobą ten „protest”. Mam tu na myśli zabezpieczenie w okresie świątecznym i noworocznym gmachu Sejmu przez dodatkowe dyżury Straży Marszałkowskiej czy funkcjonariuszy BOR, czy innych służb jak policja, którzy nie mogło spędzić świąt z rodzinami, bo musieli zadbać o bezpieczeństwo bawiących się na sali plenarnej posłów i garstki KOD-owców, którzy „oblegali” Sejm.

Ale dzięki temu protestowi nasza kultura wzbogaciła się o nowe potrawy, jak chociażby tradycyjny pasztet wigilijny, a niektórzy posłowie odkryli w sobie nowe talenty muzyczne i nie tylko…
– To rzeczywiście jest wartość dodana tego „protestu”. Ale tak na poważnie jest to bardzo przykre, że Polacy muszą oglądać takie sceny, które fundują im wybrańcy Narodu. Szkoda mi wyborców poseł Joanny Muchy czy pozostałych prezenterów pogody i nie tylko. Myślę, że ich wyborcy wstydzili się, widząc, co wyprawiają ci, których wybrali w nadziei, że będą ich godnie reprezentować w parlamencie. Po powrocie do Brukseli z całą pewnością nasi koledzy w Parlamencie Europejskim będą nas pytać o wydarzenia z Polski i będziemy się musieli wstydzić za ludzi, którzy poniewierają mandat polskiego posła na Sejm, robiąc z siebie klaunów, a z Sejmu cyrk. Szkoda, że polski parlamentaryzm został w ten sposób zdewaluowany i zepchnięty do rangi knajpy. Wracając jeszcze do wyjazdu obojga posłów tzw. Nowoczesnej na Maderę, to zbytnio mnie to nie dziwi. Przecież ci sami ludzie i im podobni zapowiedzieli już wcześniej, że wszelkie spory i dyskurs polityczny jako opozycja totalna przeniosą na ulice i za granicę. I cały czas to robią ze szkodą dla Polski i Polaków. Z utratą władzy zostali pozbawieni fruktów, które – jak sądzili – będą im przysługiwały dożywotnio, ale Polacy pokazali im miejsce w szeregu.

Jak Bruksela przeżywała święta Bożego Narodzenia?
– Dobrze, że porusza Pan ten temat. Otóż w tygodniu przedświątecznym w reprezentacyjnej części gmachu Parlamentu Europejskiego w Brukseli wystawiono piękną żywą choinkę – świerk przepięknie udekorowany podobnie jak choinki w Polsce. I jakież było moje oburzenie, kiedy we wtorek, 20 grudnia, pięciu pracowników Parlamentu rozebrało tę choinkę. Tym samym wieczorem tego samego dnia w PE nie było już oznak nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Święta w postępowej Brukseli skończyły się, zanim na dobre się rozpoczęły. W poprzednich latach czegoś takiego nie było. Teraz – widać – zadziałała poprawność polityczna. Nieoficjalnie się dowiedziałem, że decyzję o usunięciu symboli świąt, które mogłyby urazić uczucia religijne tych, którzy nie są chrześcijanami, podjął przewodniczący PE Martin Schulz.

Pytanie brzmi, po co w ogóle ubierali tę choinkę?
– Po powrocie do Brukseli – jeszcze w tym tygodniu – zwrócę się pisemnie do kierownictwa PE o wyjaśnienie tej bulwersującej kwestii. Mianowicie, jakie powody zdecydowały o zniszczeniu – jeszcze przed Bożym Narodzeniem – jednego z symboli tych świąt. Czyżby decyzją Martina Schulza święta Bożego Narodzenia w PE kończyły się 20 grudnia? To skandal, że bierze się pod uwagę obawy dotyczące ewentualnego obrażenia uczuć religijnych innych wyznań, a nikt nie liczy się z tym, że moje, podobnie jak wielu innych parlamentarzystów, uczucia zostały podeptane. Tradycja chrześcijańska z całą pewnością poradzi sobie bez socjalisty Martina Schulza, który przed dwoma laty chciał usunąć krzyże z miejsc publicznych. Pytanie tylko, czy technokrata Schulz, który – jak wiemy – odchodzi z unijnej polityki, poradzi sobie na dłuższą metę bez Boga.

Pozwoli Pan, że wrócę jeszcze do życzeń świąteczno-noworocznych. Jakże odmienne życzenia od prezydenta Dudy złożył Polakom Donald Tusk, który błysnął na Twitterze tekstem: „W nowym 2017 roku – ojczyznę wolną od zła i głupoty, Panie”. Takimi życzeniami raczej nie zyska zwolenników ten, który – jak wszystko na to wskazuje – będzie musiał powrócić do Polski…
– Niektórzy jakiś czas temu wróżyli, że Donald Tusk po dwóch kadencjach brylowania na salonach europejskich powróci do Polski niczym wybawca – na białym koniu. Tymczasem Donald może być tylko jeden – Donald Trump, co zresztą Tuskowi wywróżyła jego własna żona. Wszystko zatem wskazuje, że nie po pięciu latach, a po upływie zaledwie dwóch i pół roku, nie jako wybawca, ale raczej jako człowiek mało życzliwy Polsce, niedbający o prestiż Polski za granicą, wreszcie nie na białym koniu, ale raczej na osiołku. Taki to będzie powrót. Co więcej, jeśli Donald Tuska sądzi, że jest w Polsce oczekiwany, to może się srodze zawieść, bo nawet w szeregach własnej formacji politycznej nie widać, żeby za nim tęskniono. Z całą pewnością tym, który nie tęskni za Donaldem Tuskiem, jest Grzegorz Schetyna, którego jako premier postawił w cień.

Pojawiają się głosy, że Rafał Trzaskowski może zastąpić Grzegorza Schetynę. To wskazywałoby, że Platforma jest w kryzysie. Ale czy jednocześnie może to być szykowanie przedpola dla Tuska, który niknie w oczach na politycznej scenie europejskiej?
– Tusk wyprowadził na manowce Polskę w ciągu siedmiu lat, natomiast z Europą poradził sobie w znacznie krótszym czasie. Nie sądzę, żeby Tusk zechciał czy może bardziej żeby potrafił się zaangażować w ratowanie Platformy, która jest partią schyłkową. Tą formacją targają wewnętrzne konflikty i nie uważam, żeby Donald Tusk był tym człowiekiem, który wsiądzie w samochód, pociąg czy na rower i przejedzie się po Polsce powiatowej, żeby przeprosić Polaków za to, czego „dokonał” lub bardziej czego nie zrobił, choć mógł, dla Ojczyzny i dopiero później próbował budować formację polityczną od nowa. Jeśli zaś chodzi o Rafała Trzaskowskiego, to zaliczyłbym go może nie do wrogów Schetyny, ale raczej do osób mu niechętnych. W Platformie trwa wojna frakcji, gdzie każdy próbuje coś ugrać dla siebie. To jest cecha, która znamionuje partię schyłkową, upadającą. Losy Platformy – według mnie – są przesądzone.

Czy możliwe jest połączenie Platformy z Nowoczesną?
– Pytanie brzmi: „Co by to dało?”. Z całą pewnością nic obywatelskiego i nic nowoczesnego. Pozostaje też kwestia lidera. To, co mogłoby się zrodzić z tego związku, to niedookreślony twór z korzeniami sięgającymi PZPR. Polacy tego nie kupią.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... cijan.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 10 sty 2017, 09:12 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Kandydat szkodliwy dla Polski i Europy

Z Markiem Jurkiem, europarlamentarzystą, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Rafał Stefaniuk

Guy Verhofstadt zapowiedział ubieganie się o fotel przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Jak ocenia Pan tę kandydaturę?
– To kandydatura skrajna, niosąca zagrożenie dla współpracy europejskiej. Guy Verhofstadt może zostać wybrany tylko dzięki poparciu lewicy i skrajnej lewicy. Będzie orędownikiem budowania Państwa Europa i ideologicznej radykalizacji Unii Europejskiej. To wszystko oznacza wszczynanie nowych konfliktów wewnątrz Unii. Pamiętajmy, że Verhofstadt był najaktywniejszym promotorem ataków na Polskę, a jego zastępczyni Sophie in ’t Veld zapowiedziała na początku działalności obecnej Komisji Europejskiej, że ma nadzieję, że wobec takich państw jak Węgry (więc obecnie i Polska) Komisja Junckera będzie „odważniejsza i mniej legalistyczna” niż dotychczasowe władze unijne. To ich program.

Europa może jeszcze przyśpieszyć w swoim lewicowym przeobrażeniu?
– Lepiej mówić o kierunku lewicowo-liberalnym. To tak jak w czasie Czarnej Rewolucji u nas. Na co dzień Nowoczesna i Razem przedstawiają się jako przeciwieństwa, w walce z cywilizacją życia poszli ręka w rękę. Ta klasa rządząca w Europie chce przede wszystkim przejmowania kompetencji państw narodowych. Już przed Brexitem było słychać wiele głosów, że bez Wielkiej Brytanii łatwiej będzie konsolidować władzę Unii Europejskiej. Traktują to jako usunięcie decydującej przeszkody w budowie Państwa Europa. Ale przecież wiele państw Europy Środkowej z tym kierunkiem się nie zgadza, więc jego wzmocnienie to zarzewie dalszych szkodliwych konfliktów.

Kandydatura Belga może uzyskać realne poparcie?
– Może liczyć na poparcie tych, którzy uważają oficjalną centroprawicę (i tak przecież mocno przesiąkniętą kulturą skrajnej lewicy) za czynnik spowalniający budowę, federalizację i radykalizację ideologiczną Unii. Verhofstadt nie jest faworytem, bo musiałby najpierw rozbić skonsolidowany blok chadecko-socjalistyczny, ale ma na to szanse.

Polacy poznali Verhofstadta jako osobę, która angażuje się w konflikt między rządem a opozycją…
– Jest nie tylko promotorem ataków na Polskę, ale również politykiem aktywnie wspierającym walkę o zmianę władzy w naszym kraju. Jego partia jest bezpośrednio sprzymierzona z Nowoczesną pana Petru.

A więc trudno liczyć na poprawę relacji między Warszawą a europarlamentem?
– Choć to trudno sobie wyobrazić, myślę, że Verhofstadt mógłby prowadzić jako przewodniczący Parlamentu politykę jeszcze bardziej agresywną niż Martin Schulz.

Schulz ma pokierować niemiecką dyplomacją. Mimo jego niechęci do rządu Beaty Szydło widzi Pan szansę na zwycięstwo pragmatyzmu i kontynuowanie dialogu polsko-niemieckiego?
– Każdy urząd tworzy ramy, w których działa polityk, który nim kieruje. Są sprawy bieżącej współpracy polsko-niemieckiej, które będą kontynuowane. Jesteśmy przecież dla siebie bardzo ważnymi partnerami gospodarczymi. I tu się nic nie zmieni. Natomiast Schulz może w sposób jeszcze silniejszy forsować federalizację Europy, której domagał się obecny minister, Frank-Walter Steinmeier, zaraz po Brexicie. W każdym razie jego projektowana rola polityczna nie jest znakiem zwycięstwa odpowiedzialności w polityce europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/swiat/173997 ... uropy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 04 lut 2017, 12:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Tusk zapowiada walkę o drugą kadencję

Donald Tusk zadeklarował w piątek na Malcie, że jest gotów kontynuować swoją pracę jako przewodniczący Rady Europejskiej, gdy w połowie roku zakończy się jego pierwsza kadencja na tym stanowisku.

– Poinformowałem po rozmowach z wieloma liderami, którzy sami zgłaszali się z ofertą wsparcia, że jestem gotowy kontynuować pracę, ale to będzie zależało od decyzji wszystkich premierów i prezydentów – powiedział Tusk dziennikarzom na Malcie.

Pytany, czy rozmawiał na temat swojej reelekcji z premier Beatą Szydło, odparł, że podczas spotkania w Valletcie nie było tego tematu. Dodał przy tym, że będą prowadzone konsultacje i na pewno polski rząd będzie pytany o zdanie w tej sprawie.

Sama premier na konferencji prasowej powiedziała jedynie, że Tusk oświadczył, iż zgłasza gotowość, aby w drugiej kadencji przewodzić Radzie.

Rozwiewa to wątpliwości, o jakich mówił wcześniej szef MSZ Witold Waszczykowski, gdy dziennikarze pytali go o ewentualne poparcie dla byłego premiera Polski. – Nie wiem, jakie są jego plany, nikt nie wie w Polsce. On się nie kontaktuje z Polską, on nie informuje nas, co zrobił przez ostatnie dwa lata jako przewodniczący Rady Europejskiej. Ja nie wiem, czy on kandyduje, czy on jest formalnie kandydatem, czy on będzie się ubiegał – mówił w połowie stycznia szef polskiej dyplomacji.

Z kolei prezes PiS Jarosław Kaczyński sugerował jeszcze w ubiegłym roku, że polski rząd nie będzie popierał Tuska. W wywiadzie dla „Polska The Times” Kaczyński podkreślał m.in., iż szefem Rady Europejskiej nie powinien być człowiek, wobec którego być może będą stawiane poważne zarzuty.

Na początku stycznia w wywiadzie dla TVP prezes PiS podkreślał, że Tusk jest politykiem, który „chce wyraźnie Polsce szkodzić” i sam się wyrzekł lojalności wobec naszego kraju.

Obecna, pierwsza kadencja szefa Rady Europejskiej kończy się w maju 2017 roku. W związku z tym przywódcy unijni muszą najpóźniej w marcu zdecydować, czy pozostawiają Tuska na stanowisku, czy wskazują kogoś innego. Ewentualny sprzeciw polskiego rządu wobec tej kandydatury nie musi oznaczać, że były polski premier nie zostanie wybrany. Decyzja w tej sprawie nie wymaga bowiem jednomyślności.

RS, PAP

http://www.naszdziennik.pl/swiat/175653 ... encje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 22 mar 2017, 23:30 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Unijne towarzystwo wzajemnej adoracji

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W wywiadzie dla „Bild am Sonntag” szef KE Jean-Claude Juncker powiedział, że po Brexicie Unia przetrwa co najmniej 60 lat i powiększy się do ponad 30 członków. Skąd taka optymistyczna wizja?
– Kiedy słyszy się takie słowa, kiedy na co dzień widzi się tego człowieka, kiedy przygląda się z bliska – bo z perspektywy Parlamentu Europejskiego – jego poczynaniom, to nasuwa się tylko jeden komentarz, a mianowicie, że są to brednie chorego, uzależnionego człowieka. Realia są całkowicie inne od wizji Junckera. Utopijne opowieści na temat przyszłości Unii Europejskiej, gdzie w tzw. białej księdze przedstawia pięć różnych wariantów na temat przyszłości Wspólnoty, można porównać do wypracowania domowego. Tezy stawiane przez Junckera nie zostały poprzedzone żadnymi badaniami, analizami wydarzeń niekorzystnych dla Europy w ostatnich latach, z których można by wyciągnąć wnioski. Imigracja, Brexit czy katastrofalna sytuacji finansów publicznych to tylko przykłady karygodnych zaniedbań czy błędów. Biorąc to pod uwagę, nie umiem powiedzieć, na czym przewodniczący Komisji Europejskiej opiera te optymistyczne prognozy. Wystarczy powiedzieć, że już pobieżna analiza faktów ekonomicznych czy stanu gospodarek krajów wiodących Unii nie napawa optymizmem, a wręcz przeciwnie.

Jak ta sytuacja kształtuje się w poszczególnych krajach?
– Do Francji czy Włoch, które znajdują się w fatalnej sytuacji gospodarczej i finansów publicznych, dochodzi chyląca się coraz bardziej ku upadłości Hiszpania, gdzie dług publiczny przekroczył już 100 proc. PKB. Warto też spojrzeć na wiodącą gospodarkę, gospodarkę niemiecką i na dług publiczny tego kraju, który jest na poziomie 84 proc. PKB. Podobnie jest w innych krajach: we Włoszech dług publiczny kształtuje się na poziomie 132 proc. PKB, we Francji to ponad 100 procent. Wymieniam te państwa nie bez powodu, bo dwa tygodnie temu w Wersalu spotkali się przywódcy tych krajów, zapowiadając tworzenie – czy może bardziej podział – Europy na kilka prędkości. Jeśli pierwszą prędkością w składzie TGV – zważając na dane, jakie przedstawiłem wcześniej – mają być gospodarki tych czterech krajów, to ja „wysiadam”. Niestety, Parlament Europejski i struktury Unii nie wyciągnęły żadnych wniosków z zapowiedzi budowania Unii wielu prędkości, bo porządek najbliższej sesji plenarnej, który jest już znany wygląda tak, jakby nic się nie stało. Z przykrością stwierdzam, że przewartościowałem nowego szefa Parlamentu Europejskiego Antonio Tajaniego, łudząc się, że wniesie on dobrego ducha w obrady europarlamentu, nadając impuls czy zielone światło dla najważniejszych spraw. Tak niestety nie jest.

Jak będzie wyglądała Unia po Brexicie i czy będzie tak różowo, jak to widzi Juncker?
– Brexit to jest to, co Junckerowi i Tuskowi wyszło w tej kadencji europarlamentu. To, że Wielka Brytania opuszcza, bo jest to proces, szeregi UE, to jest bez wątpienia „zasługa” i „sukces” tych dwóch polityków. Trudno się dziwić większości Brytyjczyków, którzy zagłosowali za wyjściem z Unii, skoro Wspólnota jest prowadzona przez takich specjalistów od demontażu jak Juncker i Tusk. Brytyjczycy chcieli reform Unii, które są konieczne, aby Wspólnota mogła się rozwijać cała, a nie tylko jej „lokomotywy”, ale po stronie unijnych decydentów nie ma takiej woli. Po co zatem trwać w czymś, co jest fikcją. Na razie Wielka Brytania już się koncentruje na wynegocjowaniu jak najlepszych warunków wyjścia z UE i – jak sądzę – to się im uda. W relacjach dwustronnych czy wielostronnych z pewnością rząd brytyjski ułoży sobie relacje i podpisze umowy handlowe i gospodarcze z większością, jeśli nie ze wszystkimi krajami Unii, korzystne dla swojej gospodarki.

Czyim kosztem może się to odbyć?
– Kosztem wszystkich państw członkowskich. Wprawdzie jeszcze premier Margaret Thatcher wynegocjowała tzw. rabat brytyjski, dzięki któremu państwo to wpłaca m.in. procentowo mniejszą składkę do wspólnego budżetu UE niż pozostałe państwa, ale tak czy inaczej Wielka Brytania ma potężny udział w unijnym budżecie i to wszystko po Brexicie odpadnie. Co więcej, za to wszystko trzeba będzie zapłacić, ale także się złożyć na mocno przerośniętą administrację brukselską.

Ze strony naszego rządu będzie twarda obrona interesów Polaków na Wyspach po Brexicie?
– Rząd premier Beaty Szydło koncentruje się na tym już od wielu miesięcy. Optymistycznie brzmią zapowiedzi premier Theresy May w odniesieniu do Polaków. Premier Polski jest w stałym kontakcie z premier Wielkiej Brytanii. Ponadto – jak słyszymy – dzisiaj po południu premier Theresa May miała spotkać się na Downing Street z prezesem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim. Spotkanie z uwagi na atak terrorystyczny zostało przełożone na czwartek. Jak podaje rzecznik brytyjskiej premier, wśród poruszanych tematów będą m.in. przyszłe negocjacje w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, dwustronne relacje pomiędzy Polską a Zjednoczonym Królestwem, a także kwestie bezpieczeństwa europejskiego i współpracy obu państw w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Imigracja polska w Wielkiej Brytanii, która kształtuje się na poziomie około miliona osób ma w przeważającej większości uregulowany status pobytowy. I Polacy na Wyspach, którzy wypracowali sobie pewne przywileje – jak sądzę – nie poniosą kosztów Brexitu.

Dziennik „Financial Times” mówi, że wkrótce zostanie podpisana między Wielką Brytanią a Niemcami umowa o współpracy w dziedzinie obronności. Po co komu nowe porozumienie, skoro oba państwa współdziałają już w ramach NATO?
– Mamy Pakt Północnoatlantycki, który jest gwarancją światowego – w tym również europejskiego bezpieczeństwa i jest wystarczający. Nie ma potrzeby tworzyć czegoś nowego, bliżej niedookreślonego.

Czy ta zapowiedź może być efektem spotkania kanclerz Merkel z prezydentem Trumpem?
– Prezydent Stanów Zjednoczonych wyraźnie podkreślił, że jego kraj nie może ponosić większości kosztów funkcjonowania NATO. Dlatego Niemcy, które dotychczas wydawały mniej niż dwa proc. PKB na obronność, muszą ten poziom wyrównać. I Donald Trump dał temu wyraz. Nie wyobrażam sobie trwania Sojuszu Północnoatlantyckiego bez Stanów Zjednoczonych. Natomiast kanclerz Merkel jest doświadczonym, przebiegłym politykiem, dlatego jej nerwowe ruchy, jakie mogliśmy obserwować w Waszyngtonie, ale także coraz częściej widoczne na scenie europejskiej, świadczą, że grunt powoli pali się jej pod nogami. Wpływ na to ma m.in. wchodząca w decydującą fazę kampania wyborcza w Niemczech. Prezydent Trump swoim zachowaniem być może odegrał się na Angeli Merkel za jej niefortunne wypowiedzi z kampanii wyborczej w Ameryce, kiedy szefowa niemieckiego rządu pozwoliła sobie na skądinąd niesłuszną krytykę pod jego adresem i formułowanie nieuzasadnionych opinii.

Trump trzymał kanclerz Merkel na dystans?
– Prezydent Donald Trump pokazał kanclerz Angeli Merkel jej miejsce w szeregu. Stawiając kanclerz Niemiec do pionu, bo tak to należy określić, dał sygnał, że nie można go lekceważyć, że jest i będzie twardym graczem na międzynarodowej scenie politycznej.

Czy sobotni szczyt Unii Europejskiej w Rzymie może być miejscem, gdzie Unia wielu prędkości będzie zastopowana? Można się spodziewać większej aktywności państw Grupy Wyszehradzkiej?
– Nie sądzę, żeby ten szczyt był przełomowy, jeśli chodzi o reformy Unii. Owszem, można się spodziewać tego typu ruchów podczas kolejnego spotkania szefów rządów państw członkowskich Wspólnoty, ale nie teraz. Jubileuszowy szczyt z okazji 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich będzie – jak sądzę – pełen pochwał i peanów pod adresem UE, gdzie wszyscy będą się chwalić swoimi osiągnięciami i wkładem w rozwój Wspólnoty. Natomiast problemy, trudne sprawy, jakie dotykają UE, które już dawno należało rozwiązać i dokonać odpowiednich koniecznych zmian, tego z całą pewnością w Rzymie nie zobaczymy. Możemy się spodziewać wzniosłej, bogatej w słowa, ale ubogiej w treści deklaracji, i nic po za tym. Następne szczyty – w mojej ocenie – będą już pozbawione „kadzidła” i trudne sprawy będą musiały wybrzmieć.

Co w tej chwili jest największym problemem Unii, który trzeba rozwiązać w pierwszej kolejności?
– Tym, co kompromituje unijne elity i państwa wiodące UE, jest problem migracyjny. Również sytuacja w Turcji, która wydaje się wycofywać ze wcześniejszych ustaleń w sprawie zahamowania fali migracyjnej, nie napawa optymizmem. Mamy wiosnę i obawiam się, że wraz ociepleniem w sposób niekontrolowany będziemy mieć do czynienia z ogromną falą imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Jest szansa, że kraje V4 w przeciwieństwie do tego, co mieliśmy na „szczycie Tuska”, zaczną mówić jednym głosem?
– Sądzę, że państwa Grupy Wyszehradzkiej będą próbować mówić jednym głosem. Natomiast to, co wydarzyło się na „szczycie Tuska”, było jednym wielkim nieporozumieniem, co należy tłumaczyć szantażem niemieckim. Grupa Wyszehradzka ma przed sobą przyszłość i będzie funkcjonować, natomiast ten ostatni brukselski szczyt z całą pewnością będzie się na niej kładł cieniem.

Minister Antoni Macierewicz złożył zawiadomienie do Prokuratury Krajowej w sprawie podejrzenia tzw. zdrady dyplomatycznej. Podejrzenie popełnienia przestępstwa na szkodę RP przez ówczesnego premiera Tuska to poważny zarzut?
– Jest to poważny zarzut. Mam nadzieję, że min. Macierewicz posiada dowody, które uprawniają go do zawiadomienia prokuratury. Dla mnie jest to pewnym zaskoczeniem, bo sądziłem, że w pierwszej kolejności Donaldem Tuskiem zajmą się odpowiednie instancje w sprawie skandalu przy prywatyzacji np. Ciechu czy chociażby – jak się może wydawać – nieprzypadkowej współpracy SKW z rosyjskim FSB, tu mamy podejrzenie w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej. Z całą pewnością kwestia ta powinna zostać dogłębnie zbadana i wyjaśniona, aby nie było żadnych wątpliwości. Myślę, że będzie to dodatkowa okazja, żeby polskie społeczeństwo zobaczyło prawdziwe oblicze samego Donalda Tuska, a to, o czym się mówi, znajdzie wyraz w dokumentach.

Jeśli okazałoby się, że działania Donalda Tuska uniemożliwiły odzyskanie wraku Tu-154M i uczciwe zbadanie sprawy katastrofy smoleńskiej, to były premier powinien odpowiadać karnie?
– Jeśli są dowody, to bez wątpienia powinien odpowiadać karnie. Nie ma równych i równiejszych. Wobec prawa wszyscy jesteśmy równi i nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest byłym premierem, ministrem czy zwykłym obywatelem, jeśli popełnił przestępstwo i zostanie mu to dowiedzione przed sądem, to powinien za swoje czyny odpowiedzieć. To, co się może wydarzyć, z całą pewnością skomplikuje sytuację, jaka powstała po ostatnim szczycie brukselskim, gdzie Donald Tusk teoretycznie na wniosek Malty, a praktycznie pod dyktando Niemiec, został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej na kolejną kadencję. Zresztą samo głosowanie nie miało nic wspólnego z zasadami demokracji, bo padła tylko komenda, kto jest przeciwny kandydaturze Tuska. Nie było kto jest za czy kto się wstrzymał.

Gdzie tu są zasady demokracji, o których przestrzeganie UE rzekomo tak zabiega?
– Myślę, że najbardziej kompetentną osobą, która mogłaby odpowiedzieć na to pytanie, jest zastępca szefa Komisji Europejskiej Frans Timmermans. To, z czym mieliśmy do czynienia w Brukseli przy wyborze Tuska, jest właśnie demokracją w wydaniu Timmermansa, demokracją w wydaniu Komisji Europejskiej, wreszcie w wydaniu Niemiec czy Francji. Takie są właśnie standardy europejskie.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/swiat/178701 ... racji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 27 kwi 2017, 10:09 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Tytuł powinien raczej tak brzmieć: "Patologia lewacka strofuje Węgry".

Unia strofuje Węgry

Wczoraj na tzw. minisesji Parlamentu Europejskiego w Brukseli odbyła się na wniosek Komisji debata o sytuacji na Węgrzech dotycząca uchwalonej przez tamtejszy parlament nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym, ustawy o organizacjach pozarządowych i ustawy azylowej.

Stanowisko KE zaprezentował wiceprzewodniczący Timmermans, który poinformował Parlament, że wobec Węgier właśnie wczoraj została wszczęta procedura naruszenia prawa, a do rządu tego kraju została skierowana prośba o przedstawienie wyjaśnień.

Timmermans miał jednak do Węgier pretensje nie tylko o ustawy o szkolnictwie wyższym, organizacjach pozarządowych i azylu, ale także o referendum, które niedawno przeprowadzono w tym kraju w sprawie przyjmowania imigrantów.

We wszystkich tych sprawach Timmermans zauważał – jak to ładnie ujmował – „niekompatybilność” prawa przyjmowanego przez węgierski parlament z prawem unijnym i domagał się przestrzegania unijnych wolności (swobody przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi).

Odpowiadał na te zarzuty premier Węgier Viktor Orban, który przybył na sesję PE do Brukseli i domagał się, aby odbywająca się debata była oparta na faktach, a nie wyobrażeniach o nich ze strony brukselskich urzędników.

Przypomniał, że nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym dotyczy 28 uczelni zagranicznych funkcjonujących na Węgrzech (a nie tylko Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego założonego przez George'a Sorosa). Co więcej, chodzi w niej o to, aby te uczelnie funkcjonowały w oparciu o takie same prawo jak uczelnie węgierskie.

Z kolei zmiana ustawy o organizacjach pozarządowych ma na celu zapewnienie przejrzystości w zakresie ich finansowania pochodzącego z zagranicy i – jak podkreślił – trudno wręcz sobie wyobrazić, żeby KE była temu przeciwna.

Zmiana prawa azylowego ma z kolei na celu uwzględnienie stanowiska Węgrów, wyrażonego w ostatnio przeprowadzonym referendum, w którym zdecydowana większość wypowiedziała się przeciw przyjmowaniu imigrantów.

W debacie Orbana atakowali: przywódca socjalistów Włoch Gianni Pittella, liberałów Guy Verhofstadt, a także komuniści i zieloni, bronili zaś: szef chadeków Manfred Weber podkreślający osiągnięcia gospodarcze jego rządu, prof. Zdzisław Krasnodębski w imieniu frakcji ECR, a także Nigel Farage i przedstawiciel frakcji Marie Le Pen.

Zarówno Pittella, jak i Verhofstadt używali argumentów niemających żadnego związku z węgierską rzeczywistością. Główna linia ataku polegała na wypominaniu Węgrom, że chętnie biorą unijne pieniądze, natomiast nie mają szacunku dla unijnego prawa, co do złudzenia przypominało dyskusje dotyczące naszego kraju – Polski.

Używanie tego argumentu przez czołowych polityków unijnych wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest o tyle nie na miejscu, że wszystkie te kraje płacą do składki do budżetu proporcjonalnie do swojej „zamożności”. Ponadto bogatsze państwa UE płacące więcej uzyskały niegraniczony dostęp do rynków krajów biedniejszych i wykorzystując swoje przewagi konkurencyjne, lokują tam swoje towary, usługi i kapitał, osiągając dzięki temu wyraźne nadwyżki w swoich bilansach handlowych i w konsekwencji wyższy wzrost PKB.

Wczorajsza debata w PE po raz kolejny potwierdziła, że Komisja Europejska naprawdę „ciężko” pracuje, aby osłabić poparcie dla członkostwa w UE w najbardziej prounijnych krajach takich jak Węgry czy Polska.

Co więcej, ma wyraźną awersję do zajmowania się prawdziwymi problemami UE takimi jak Brexit, imigracja i związane z nią zagrożenie terrorystyczne w większości krajów Europy Zachodniej, wreszcie coraz poważniejsze problemy krajów południa strefy euro (już nie tylko Grecji, ale także Hiszpanii, Portugalii, Włoch oraz w najbliższym czasie Francji).

Jeżeli priorytety KE nie ulegną w najbliższym czasie zasadniczym zmianom, to trudno sobie wyobrazić, aby UE sprostała wyzwaniom, przed którymi stoi, i w konsekwencji przyśpieszone zostaną procesy dezintegracyjne.

Dr Zbigniew Kuźmiuk

http://www.naszdziennik.pl/swiat/180783 ... wegry.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Co słychać w półświatku?
PostNapisane: 19 maja 2017, 08:04 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30849
Czym cuchnie Timmermans

Franciscus Cornelis Gerardus Maria Timmermans wydaje się być zainteresowany Polską na równi z nami Polakami. Jest to rzecz niezwykła. Moglibyśmy się cieszyć, że znalazł się jakiś Holender, który aż tak troszczy się o nasz kraj i warunki życia obywateli. Z historii wiemy jednak, że jedynymi, którzy troszczyli się tak dalece o Polskę, sami nie będąc Polakami, byli władcy Rosji. Pod koniec osiemnastego wieku przywrócili nawet w Polsce demokrację, co dziś pragnie również uczynić Timmermans i jemu podobne junkersy.

Dlaczego? Tutaj warto zajrzeć do życiorysu Timmermansa. Okazuje się, że mieszkał przez trzy lata w Moskwie. Wygląda na to, że musiał zarazić się od Rosjan swoistym polonofilstwem. A na to już nic nie poradzimy. Jak sam się wyraził, on Polsce nie odpuści.

Genialny Stalin starał się, z dobrym skutkiem, wysłać w zaświaty każdego sowieta, który zobaczył kraje zachodnie wychodząc, ze słusznego założenia, że taki sowiet może inaczej myśleć i popełniać ciągle zbrodniomyśli. W ten sposób niewielu gierojów z Wojny Ojczyźnianej dało radę go przeżyć. Ten system nie działa jednak w drugą stronę. Wręcz przeciwnie. Pobyt w Moskwie to droga do dalszej kariery. No to mamy człowieka trwale zainfekowanego rosyjskim polonofilstwem i jak tu nie przytaknąć twierdzeniu, że Związek Radziecki nie zniknął a tylko zmienił położenie.

19 maja 2017 r.

http://pesymizm.salon24.pl/779415,czym- ... timmermans


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 25 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /