Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 222 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 11, 12, 13, 14, 15
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 15 gru 2017, 09:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-s ... licki.html

W Skandynawii rozwija się Kościół katolicki
13.12.2017 20:00, aktualizacja 13.12.2017 20:02

- Skandynawia jest dziś jedynym regionem w Europie, gdzie Kościół katolicki się rozwija - powiedział w wywiadzie dla agencji I.Meida kard. Anders Arborelius.

Ordynariusz Sztokholmu przyznał, że on sam musi wynajmować bądź nabywać kościoły protestanckie, aby móc odprawić Eucharystię dla swych wiernych.

Liczba katolików w Szwecji rośnie na skutek migracji i nawróceń. Pozytywnym osiągnięciem ostatnich lat jest fakt, że katoliccy imigranci nie muszą już porzucać swej wiary, by w pełni zasymilować się w Szwecji.

Dziś można być już katolikiem i pełnoprawnym obywatelem, mieć dostęp również do stanowisk politycznych. Tytułem przykładu kard. Arborelius wspomniał o szwedzkim ambasadorze we Włoszech, który jest katolikiem. Mówiąc z kolei o nawróceniach, szwedzki purpurat zastrzegł, że konwertytów jest mniej migrantów. Są wśród nich dawni luteranie, nawet pastorzy, ale też byli ateiści czy muzułmanie.

Są to zazwyczaj ludzie dobrze wykształceni, chcą poznać prawdę, bo w Szwecji panuje silny relatywizm. Ludzie nie wiedzą już, co jest prawdziwe i dobre, a co złe i fałszywe. Tymczasem Kościół katolicki zachował nieprzerwaną tradycję od początku chrześcijaństwa.

- Dla wielu Szwedów jest to atrakcyjne - powiedział ordynariusz Sztokholmu.

rv / jp


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 15 lut 2018, 09:39 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
Duch sprzeciwu i umiłowanie Kościoła

Obrazek

W związku ze zbliżającą się piątą rocznicą pontyfikatu Papieża Franciszka słyszymy powtarzające się głosy, że stoimy w obliczu dramatycznego i całkowicie bezprecedensowego „rozdziału” w historii Kościoła. Głosy te są tylko częściowo prawdziwe. Kościół zawsze doświadczał tragicznych czasów, które widziały rany zadawane Mistycznemu Ciału Chrystusa od Jego początku na wzgórzu Golgoty aż po dzień dzisiejszy.

Młodsze pokolenia nie wiedzą, a starsze zdążyły zapomnieć, jak straszne były lata po Soborze Watykańskim II, którego efekty widoczne są dzisiaj. Czterdzieści lat temu, gdy w 1968 roku wybuchał bunt, grupa kardynałów i biskupów popierających Sobór chciała narzucić radykalną zmianę podejścia Kościoła do doktryny małżeństwa. Ich wysiłki zostały udaremnione ogłoszoną przez Pawła VI encykliką Humanae Vitae z 25 lipca 1968 roku, która potwierdziła zakaz chemicznej i mechanicznej antykoncepcji, przywracając siłę i nadzieję zdezorientowanym wiernym. Ten sam Paweł VI doprowadził jednocześnie w 1969 roku do radykalnego odejścia od Tradycji Katolickiej, promulgując nowy porządek Mszy Świętej, który stał się zalążkiem współczesnej dewastacji liturgicznej.

18 listopada 1973 roku ten sam Papież promował Ostpolitik, będąc odpowiedzialnym za usunięcie kardynała Józsefa Mindszenty’ego (1892-1975) ze stanowiska arcybiskupa Esztergom, prymasa Węgier i przywódcy katolickiej opozycji w czasach komunizmu. Papież Montini miał nadzieję na osiągnięcie we Włoszech historycznego kompromisu opartego na porozumieniu pomiędzy Sekretarzem Chrześcijańskiej Demokracji, Aldo Moro, i Sekretarzem Partii Komunistycznej, Enrico Berlinguerem. Cała operacja została niespodziewanie przerwana przez porwanie i zamordowanie Moro w 1978 roku, a następnie przez śmierć samego Papieża Montiniego, która nastąpiła 6 sierpnia tego samego roku. W tym roku mija 40 lat od jego śmierci.

W ówczesnych czasach zdrad i rozlewu krwi pojawiały się odważne głosy, które z konieczności tu przywołujemy nie tylko dla ich przypomnienia, ale ponieważ pomagają nam one odnajdywać drogę w ciemności obecnych czasów. Pamiętamy szczególnie o dwóch z nich, które pojawiły się przed wybuchem tak zwanej „Sprawy Lefebvre’a” i które arcybiskup Athanasius Schneider przypomniał w niedawnym wywiadzie o swojej „profetycznej misji w nadzwyczaj mrocznych czasach ogólnego kryzysu w Kościele”.

Pierwszy głos należy do francuskiego dominikanina, ojca Rogera Calmela, który od samego początku, czyli od 1969 roku, odrzucał promulgowany przez Pawła VI nowy porządek mszy (Novus Ordo). W 1971 roku w czasopiśmie Itinéraires napisał: „Nasz chrześcijański sprzeciw duchownych i świeckich [jest] bardzo bolesny, ponieważ zmusza nas, abyśmy powiedzieli nie w kwestii modernistycznego podejścia do katolickiej mszy samemu Papieżowi; nasz pełen szacunku, ale niewzruszony sprzeciw podyktowany jest zasadą całkowitej wierności Kościołowi wiecznie żywemu; lub, innymi słowy, zasadą żywej wierności rozwojowi Kościoła. Nigdy nie przeszło nam przez myśl, żeby zahamować, a tym bardziej zatrzymać to, co niektórzy określają, używając do tego bardzo wieloznacznych słów, „postępem” w Kościele; my nazwalibyśmy to raczej homogenicznym rozwojem w kwestiach doktrynalnych i liturgicznych, nawiązując do Tradycji i mając na względzie „consummatio sanctorum”. (…) Jak objawił nam Nasz Pan w przypowieściach i jak św. Paweł naucza nas w swoich listach, wierzymy, że od wieków Kościół wzrasta i rozwija się w harmonii, bez względu na niezliczone przeszkody, aż do wspaniałego powrotu Naszego Pana i Oblubieńca Kościoła Jezusa Chrystusa. Ponieważ jesteśmy przekonani, że na przestrzeni wieków następował rozwój Kościoła, i zdecydowani, aby być częścią tego nieodgadnionego i nieustającego ruchu tak uczciwie, jak to tylko możliwe, dopóki jest to nasz wybór, odrzucamy ten rzekomy postęp, który odnosi się do Soboru Watykańskiego II i który w rzeczywistości jest śmiertelną dewiacją”. Wracając do klasycznego rozróżnienia, które zdefiniował Wincenty z Lerynu, im bardziej pragniemy dobrego wzrostu – wspaniałego „profectus” – tym bardziej odrzucamy, całkowicie bezkompromisowo, katastrofalne „pennutatio” oraz jakiekolwiek radykalne i wstydliwe zmiany; radykalne, ponieważ biorą się z modernizmu i są zaprzeczeniem jakiejkolwiek wiary; wstydliwe, ponieważ zaprzeczenie modernizmu jest podejrzane i niejawne”.

Drugi głos należy do brazylijskiego intelektualisty i człowieka czynu, Plinio Correa de Oliveiry, autora broszury na temat sprzeciwu wobec watykańskiej Ostpolitik, która została opublikowana 10 kwietnia 1974 roku przez Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności. Jej tytuł brzmi Watykańska polityka rozluźnienia wobec rządów komunistycznych: nie wtrącać się czy zgłaszać sprzeciw?

Plinio Corrêa de Oliveira wyjaśnia: „Sprzeciw oznacza, że sugerujemy Katolikom kontynuowanie walki z doktryną komunistyczną wszelkimi legalnymi sposobami w obronie Kraju i cywilizacji chrześcijańskiej, które są zagrożone”. Potem dodaje: „W niniejszej deklaracji nie ma wystarczająco miejsca, żeby wymienić wszystkich Ojców Kościoła, doktorów, myślicieli i ekspertów prawa kanonicznego – z których wielu zostało beatyfikowanych lub kanonizowanych – którzy podkreślają zasadność sprzeciwu. Sprzeciwu, który nie jest ani odejściem, ani buntem, ani zgorzknieniem, ani lekceważeniem. Wręcz przeciwnie. Jest wiernością, jednością, miłością i poddaniem. Wybraliśmy słowo „sprzeciw” celowo, ponieważ używał go sam św. Paweł do wyrażenia swojego stanowiska. Pierwszy Papież, św. Piotr, musiał podjąć kroki dyscyplinujące, żeby przywrócić praktyki w Wierze Katolickiej, które przetrwały starożytną Synagogę, a św. Paweł widział w tym poważne zagrożenie doktrynalnym chaosem i szkodą dla wiernych. W związku z tym św. Paweł powstał i odważnie „sprzeciwił się“ św. Piotrowi, który w tym pełnym zaangażowania i pasji działaniu Apostoła Narodów nie widział aktu buntu, ale [akt] jedności i braterskiej miłości. Co więcej, wiedząc doskonale, kiedy był nieomylny, a kiedy nie, uległ argumentom św. Pawła. Święci są modelowymi Katolikami. Rozumiejąc postawę św. Pawła w tym sensie, nasza postawa jest sprzeciwem. I w tym nasze sumienia odnajdują spokój”.

„Sprzeciw” to nie tylko czysto słowna deklaracja wiary, ale akt miłości w stosunku do Kościoła, który niesie za sobą praktyczne konsekwencje. Ci, którzy się sprzeciwiają, odcinają się od tego, który doprowadził do podziału w Kościele, otwarcie go krytykują i poprawiają. W tym duchu w 2017 roku przedstawili oni swoje stanowisko w dokumencie Correctio filialis skierowanym do Papieża Franciszka oraz broszurze ruchu pro-life, która została opublikowana pod tytułem: „Wierność prawdziwej doktrynie, a nie duszpasterzom, którzy są w błędzie”.

Obecnie w tym samym duchu mieści się stanowisko kardynała Zena, w którym wyraża on brak jakiegokolwiek kompromisu w stosunku do nowej Ostpolitik Papieża Franciszka w odniesieniu do komunistycznych Chin. Tym, którzy mają obiekcje oraz twierdzą, że należy „spróbować znaleźć wspólny mianownik i zakopać istniejące od dziesięcioleci podziały między Watykanem i Chinami”, kardynał Zen odpowiada: „Ale czy można mieć coś „wspólnego” z totalitarnym reżimem? Albo się poddajesz, albo akceptujesz prześladowania. Zawsze jednak pozostawaj wierny sobie (czy możesz sobie wyobrazić porozumienie między św. Józefem i Herodem?)”. Tym, którzy pytają go, czy jest przekonany, że Watykan zdradza Kościół katolicki w Chinach, mówi: „Zdecydowanie tak, jeśli zmierza on w kierunku, który na podstawie wszystkiego, co robił w ostatnich miesiącach i latach, wydaje się oczywisty”.

Na 7 kwietnia została zwołana konferencja, co wielu wciąż ignoruje, która powinna zająć się obecnym kryzysem w Kościele. Udział niektórych kardynałów i biskupów, przede wszystkim kardynała Zena, nadałby tej konferencji najwyższą rangę. Musimy się modlić, żeby ze spotkania popłynął głos pełen umiłowania Kościoła oraz zdecydowanego sprzeciwu wobec wszystkich teologicznych, moralnych i liturgicznych odstępstw obecnego pontyfikatu, nie łudząc się, że rozwiązaniem są insynuacje dotyczące nieważności abdykacji Benedykta XVI czy wyboru Papieża Franciszka. Chowanie się za problemem czysto kanonicznym oznacza unikanie debaty o problemie doktrynalnym, który stoi u podstaw doświadczanego przez nas obecnie kryzysu.

Roberto de Mattei

Corrispondenza Romana

7 lutego 2018

https://www.pch24.pl/duch-sprzeciwu-i-u ... 278,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 22 lut 2018, 09:13 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
Książka: Peter Kwasniewski "Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła."

Obrazek

W swojej książce Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła Peter Kwasniewski szkicuje realistyczny portret praktyki liturgicznej, która zadomowiła się w większości parafii i kościołów świata katolickiego po II soborze watykańskim. Autor wykazuje się solidną znajomością tematu i opiera się na potwierdzonych faktach oraz doświadczeniu. Czytelnik od razu zostaje skonfrontowany z problemem zerwania między liturgicznym duchem Ojców, to jest duchem Tradycji, a duchem i praktyką życia liturgicznego Kościoła naszych czasów.

Istotę tego niemal światowego kryzysu liturgii można wyrazić jednym wersem Pisma świętego: opuścili Go i odwrócili twarz od przybytku Pańskiego, a tyłem do niego się obrócili (2 Krn 29,6). Jak należy to rozumieć? Otóż w praktyce liturgicznej doszło do tragicznego przesunięcia akcentów: nasz wcielony Bóg – w Przenajświętszym Sakramencie oraz w znaku krzyża na ołtarzu – został odsunięty na bok, wygnany, jeśli tak można powiedzieć, na margines, a na Jego miejsce weszło zgromadzenie, zbierające się w zamkniętym kręgu wokół kapłana. Te antropocentryczne liturgie po raz kolejny potwierdziły starożytną mądrość: “Pokaż mi jak sprawujesz liturgię, a powiem ci, w co wierzysz”.

Książka ta jest poświęcona fundamentalnym zagadnieniom związanym z liturgią. Mowa w niej przede wszystkim o trwałej i wyjątkowej wartości Mszy łacińskiej tradycyjnej (znanej również jako usus antiquior albo nadzwyczajna forma rytu rzymskiego), której żywiołowego powrotu aktualnie doświadczamy, zwłaszcza w świecie anglojęzycznym. Często podejmuję tu również zagadnienia kojarzone z hasłem „reformy reformy”. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzeba teologicznej i filozoficznej refleksji nad odnową usus antiquior oraz nad tym, jak starsza forma może zarówno wzbogacić nowszą, jak ukazać pewne jej słabości, które domagają się naprawy. Apologia i krytyka, które przedstawiam na tych stronach, stanowią mój wkład do „nowego ruchu liturgicznego”, którego powstanie zainspirował papież Benedykt XVI, oraz wielkiej odnowy Kościoła, którą zainicjował.

http://tyniec.com.pl/biblioteka-christi ... 46431.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 08 maja 2018, 08:44 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
Czy szalejący w Kościele pożar należy gasić benzyną?

Obrazek

Kościół kroczy dziś drogą decentralizacji – od dekad wszak życzyli sobie tego progresywni hierarchowie, a kilka lat temu ich racje uznał papież Franciszek. Co ciekawe, ów z gruntu modernistyczny postulat, upodabniający katolików do protestantów, chętnie przyjmują również niektórzy konserwatyści.

Decentralizacja Kościoła – cóż to takiego? W charakterystycznym dla siebie stylu wyjaśnia to Ojciec Święty na kartach swego programowego dokumentu – adhortacji Evangelii gaudium. Istnieje bardzo wiele tematów związanych z ewangelizacją współczesnego świata, które można by tu rozwinąć. Zrezygnowałem jednak ze szczegółowego omówienia tych licznych kwestii (…) Nie uważam także, że należy oczekiwać od papieskiego nauczania definitywnego lub wyczerpującego słowa na temat wszystkich spraw dotyczących Kościoła i świata. Nie jest rzeczą stosowną, żeby Papież zastępował lokalne Episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich terytoriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej „decentralizacji”.

Decentralizacja stanowi zatem ideę podobną do protestanckiego pojmowania wspólnoty wiary – owszem, jesteśmy jedną rodziną, bo wierzymy w tego samego Boga, ale powszechność Kościoła (którą wyznajemy w Credo) odrzucamy. Oto bowiem krajowe konferencje episkopatów mają decydować o kształcie nauczania w lokalnych Kościołach. Tego oczywiście papież nie napisał, ale proces zmierzający ku temu obserwujemy już od kilku dekad, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich lat, kiedy sprawy zdecydowanie przyspieszyły. Już dziś bowiem – według wielu duchownych – to, co jest grzechem w Krakowie, nie jest nim w Buenos Aires, a wiara w świętość sakramentu spowiedzi, konieczna do zbawienia na przykład w Mediolanie, w Monachium, dajmy na to, wydaje się niezbyt potrzebna.

Czy nie wygląda to na zanegowanie jednego z najważniejszych przymiotów Kościoła – wspomnianej już powszechności? A przecież wynika ona wprost ze słów Chrystusa wypowiedzianych do Apostołów: Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem (Mt 28, 19–20).

Decentralizacja dla ratowania wiary?
Debata na ten temat w Polsce niemal nie istnieje – to znaczy mamy do czynienia z agresywną promocją idei decentralizacji w liberalnych periodykach „katolickich”, których tezy nagłaśniają również ateistyczne media. Po „prawej stronie” publikacji na ten temat nie widać, choć komentarze w mediach społecznościowych coraz częściej ukazują – i to wśród katolickich konserwatystów – pokusę przyjęcia decentralizacji jako metodę walki z… modernizmem!

Taką myśl promuje również chociażby, nieukrywający swych umiarkowanie konserwatywnych poglądów, ksiądz profesor Andrzej Kobyliński, i to nie na portalach społecznościowych, a w świeckich pismach prawicowych i telewizjach (bo katolickie tygodniki także i tym tematem się nie zajmują).
Jego rozumowanie można skrótowo przedstawić w sposób następujący: skoro od wielu dziesięcioleci Kościół Zachodu zinfiltrowany przez progresistów dryfuje ku całkowitej rezygnacji z nauki katolickiej, to… niech sobie robi, co chce, ale my, Słowianie (wciąż jeszcze dość konserwatywnie pojmujący zasady wiary i moralności), w naszych krajach mamy trwać przy świętej wierze i nie przejmować się innymi.

Dlatego właśnie – zdaniem promotorów tego pomysłu – należy poprzeć plan decentralizacji Kościoła. Skoro bowiem na Zachodzie jest źle, a u nas jeszcze nie aż tak źle, to może warto ruszyć z prądem decentralizacji, by ratować wszystko, co jeszcze katolickie w naszym polskim Kościele zostało? Odciąć się od zachodnich biskupów i budować wspólnotę konserwatywnych Słowian. Skoro progresywizm dotarł do szczytów Kościoła i święci dziś triumfy, to można przy tej okazji samemu „zdecentralizować się” od sprogresywizowanego Rzymu.

Pachnie schizmą! – zakrzyknie oburzony czytelnik. Ależ skąd! – odpowiedzą promotorzy decentralizacji – będziemy przecież trwać przy wierze katolickiej, w wierności papieżowi. Z tą jedną uwagą, że ów abstrakcyjny dziś jeszcze papież zdecentralizowanego Kościoła będzie kimś w rodzaju brytyjskiej królowej – bez prawa do wypowiadania się w imieniu Chrystusa, a już z pewnością nie w imieniu całego Kościoła.

Kroczyć drogą protestantów?
W jednym ze swych artykułów wspomniany ksiądz profesor Kobyliński zauważa, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku Kościoły lokalne stawały się coraz bardziej autonomiczne. To doprowadziło do ukształtowania się wielu modeli katolicyzmu, które dziś nie wydają się księdzu możliwe do pogodzenia.

Nie ma w katolicyzmie słowiańskim odpowiedniej siły moralnej i filozoficznej, która byłaby atrakcyjna dla mieszkańców Australii, Hiszpanii czy Francji. Nie przekonamy katolików mieszkających w tych krajach, żeby powrócili do tradycyjnego rozumienia spowiedzi i innych sakramentów. Jesteśmy bezradni wobec propozycji niektórych biskupów Belgii czy Niemiec, aby błogosławić związki homoseksualne. Nie zmienimy pozytywnego podejścia do komunizmu i marksizmu wielu milionów katolików we Włoszech, w Wenezueli czy Brazylii. Możemy natomiast obronić naszą regionalną specyfikę.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że myślenie to, choć niewątpliwie powodowane zacnymi pobudkami, stanowi rodzaj walki z protestantyzacją Kościoła poprzez jego… protestantyzację. O ile przecież kryzys Kościoła polega właśnie na upodabnianiu się wspólnoty katolickiej do wspólnot protestanckich, o tyle decentralizacja Mistycznego Ciała Chrystusa stanowiłaby tego procesu ukoronowanie. Czyż bowiem mamy przyznać, że nic nas nie obchodzą dusze katolików w krajach niesłowiańskich? Że nie interesuje nas, jak będzie wyglądał Kościół jutra, byle tylko „nasza chata stała z kraja”, byle tylko nikt nam się nie wtrącał? Że przyszłość papiestwa nie wpłynie w żaden sposób na przyszłość Kościoła w Polsce? Że w końcu będziemy sobie wygodnie siedzieć pod rzekomo konserwatywnym kloszem naszego regionu, że obronimy jego specyfikę i machniemy ręką na innych, bo nie mamy im nic atrakcyjnego do zaoferowania? Czy na tym ma polegać rola Kościoła Chrystusowego, od wieków wszak pragnącego przyprowadzić do Zbawiciela jak najwięcej dusz? Czyż nie jest to swego rodzaju dezercja?

To tylko mądrość etapu
Zgoda na decentralizację Kościoła to oznaka braku wiary w możliwość jego odnowy, co – przyznajmy – po ludzku rzeczywiście może wydawać się dziś niemożliwe. Drogą, którą powinniśmy pójść, nie jest bowiem decentralizacja, a przeciwnie – powrót do prawdziwie katolickiej centralizacji – do wielkiego i aktywnego papiestwa i szerzej: duchowieństwa, które znów zechce odnowić wszystko w Chrystusie.
Wcześniej jednak warto zwrócić uwagę na co najmniej dwie sprawy, które mogą dowodzić, że spoglądanie z nadzieją na modernistyczne pomysły okazuje się całkowitą ułudą.

Po pierwsze, nie wolno ulegać przekonaniu, że progresiści żyją głównie ideą decentralizacji i to ona jest dla nich najważniejsza. Nic bardziej mylnego – moderniści znacznie bardziej pragną modernizmu w każdej parafii na świecie, niż zachwycają się intelektualnym modelem zdecentralizowanej Łodzi Piotrowej. Proces decentralizacji stanowi wszak jedynie narzędzie głoszenia niekatolickich nauk – wszystkim!

Dobitnie dowodzi tego stosunek promotorów decentralizacji do przeciwników tej koncepcji – ci pierwsi są dziś wyżej w hierarchii, więc… donoszą na tych drugich lub nawet wyrzucają ich z pracy! Każdego bowiem (również krajowe episkopaty), kto nie chce brać udziału we wprowadzaniu w życie modernistycznych założeń, zdecydowanie pospieszają (lub karzą) watykańscy decydenci (piszemy o tym obszernie na PCh24.pl). Decentralizacja nie jest więc celem samym w sobie, ale metodą mającą pokazać, że skoro wpływowe peryferia tego chcą, centrum nie będzie stawiało przeszkód. A przecież centrum zawsze było opoką przeciw herezjom!

Po drugie – skąd pomysł, by rząd nad duszami katolików sprawowali nie poszczególni biskupi miejsc, ale całe konferencje episkopatów? Czy biskup Zielonej Góry wie więcej o życiu i religijnych potrzebach katolików z Przemyśla niż na przykład biskup Lwowa?

Raz uruchomionej machiny decentralizacji nie da się zatrzymać. Dlaczego bowiem poszczególne parafie miałyby nie „zdecentralizować się” od diecezji, i to zarówno od nauki głoszonej przez biskupa, jak i od jego decyzji administracyjnych? Czy wierni nie mogliby „zdecentralizować się” od swych proboszczów? Byłby to wszak ostateczny triumf idei decentralizacji Kościoła.

Owszem. Ale to już z pewnością nie będzie nasz dom, Kościół Chrystusowy – zbudowany na Skale Piotrowej. To będzie dom zbudowany na piasku – spadnie deszcz, wzbiorą potoki, zerwą się wichry i rzucą się na ten dom. I runie. A upadek jego będzie wielki (por. Mt 7, 24–27).

Krystian Kratiuk

http://www.pch24.pl/czy-szalejacy-w-kos ... 8,pch.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 12 maja 2018, 11:57 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3304
Coltrane napisał(a):
Czy szalejący w Kościele pożar należy gasić benzyną?

Na pewno nie wodą, a zwłaszcza taką brudną, że nie nadaje się nawet do mycia chodników.
Niestety te jęzory ogniste ugasi zapewne odpowiedzialność najbardziej niewinnych ofiar - jak zwykle...

Litość
Gdy płyną łzy, Chustką je ocierają;
Gdy krew płynie, z gąbkami pospieszają;
Ale gdy duch wycieka przed uciskiem,
Nie nadbiegną pierwej z ręką szczerą,
Aż Bóg otrze sam piorunów błyskiem:
- Wtenczas dopiero!...

Cyprian Kamil Norwid

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 07 wrz 2018, 07:37 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
Podano szokujące kulisy odsunięcia papieża Benedykta XVI

Obrazek

Konsekwencje publikacji maili wykradzionych szefowi sztabu wyborczego Hillary Clinton, Johnowi Podesta, są znaczące. Wśród wielu szokujących informacji, które zostały ujawnione przez portal Wikileaks, zwrócono ostatnio uwagę na to co pisał na temat planowanej zmiany papieża w Watykanie na bardziej lewicowego. Najwyraźniej operacja ta się powiodła.

We wspomnianych emailach pojawiły się i takie z których wynikało, że planowano przeprowadzenie czegoś co nazwano „katolicką wiosną”. Było to sformułowanie będące parafrazą „arabskiej wiosny”, czyli serii rewolucji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej wywołanych między innymi przez amerykańskie służby. O ich zaangażowaniu pisze Podesta w maila do aktualnej wtedy Sekretarz Stanu, Hillary Clinton.

W mailach z 2012 roku można przeczytać, że dyskutowano o konieczności dokonania rewolucyjnych zmian w Kościele Katolickim, który miałby się stać bardziej lewicowy niż podczas konserwatywnego pontyfikatu Benedykta XVI. W rok po wymianie tej korespondencji papież abdykował, co było wydarzeniem bez precedensu w historii ostatnich kilkuset lat. Aby tego dokonać prawdopodobnie posunięto się do szantażu.

Z informacji ujawnionych wcześniej przez Edwarda Snowdena wynikało, że amerykańskie służy inwigilowały Watykan. Podsłuchiwano podobno samego papieża Benedykta XVI i jego rozmowy telefoniczne. W rezultacie zebrano wiele informacji, które mogły zostać wykorzystane w trakcie przyszłego konklawe, trzeba było tylko wywołać potrzebę jego przeprowadzenia.

Padają sugestie, że do abdykacji papieża Benedykta XVI przekonano blokując międzynarodowe transakcje Banku Watykańskiego. Rzeczywiście na kilka dni przed ogłoszeniem swojej szokującej decyzji, bank zablokowano sugerując, że był zaangażowany w pranie brudnych pieniędzy. Jednak po abdykacji blokada natychmiast zniknęła, tak jakby problem się skończył wraz z odejściem papieża, albo tak jakby to było celem całej operacji.

Amerykańscy katolicy wystosowali do prezydenta Donalda Trumpa oficjalny list z prośbą o wyjaśnienie tego skandalu. Poprosili o zbadanie czy Departament Stanu i jakiekolwiek amerykańskie służby brały udział w skłonieniu papieża Benedykta XVI do ustąpienia. Przedstawiają oni opisaną powyżej sekwencję zdarzeń, które ich zdaniem dowodzą, że w Watykanie doszło do puczu na skutek nacisków zewnętrznych.

Autorzy listu otwartego do Trumpa pytają też o relacje CIA z grupą kardynałów sprzeciwiającej się tradycyjnemu pontyfikatowi Benedykta XVI. Padają nazwiska kojarzonego z pedofilami i homoseksualistami Kardynała Godfrieda Dannelsa z Belgii, który jest uważany za jednego z wiodących orędowników lewicowych zmian w kościele. W jego jak to sam określał „grupie podobnej do mafii” znajdował się również Kardynał Jorge Bergoglio, który potem został wybrany na rzekomego papieża i przyjął imię Franciszek.

Od tego czasu rzeczywiście rozpoczęło się lewicowe szaleństwo, którego konsekwencja może być niestety wielka schizma w Kościele Katolickim. Podział jakiego nie było od średniowiecza wisi w powietrzu, od dłuższego czasu, a Franciszek wciąż szokuje swoimi internacjonalistycznymi twierdzeniami i uwielbieniem dla komunizmu w wydaniu teologii wyzwolenia.

Dla wielu chrześcijan to co robi tak zwany papież Franciszek, jest nie do przyjęcia, dlatego zgodnie z tradycją zaczyna być on nazywany antypapieżem, bo w tych kręgach za papieża uważa się wciąż żyjącego, Benedykta XVI. Dla kościoła nie ma z tej sytuacji dobrego wyjścia, można albo podążać w kierunku lewackiego postępu zaimplementowanego przez Jorge Bergoglio, albo pozostać w cieniu i liczyć na to, że ten jezuita, który może być uzurpatorem, nie narobi nieodwracalnych szkód.

Źródło: zmianynaziemi.pl

https://eorzelpolski.wordpress.com/2018 ... dykta-xvi/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 23 lis 2018, 09:15 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
Antychryst Bergoglio niszczy Kościół Chrystusowy już dosłownie na naszych oczach!


Przemilczana rewolucja. Co czeka żeńskie zakony kontemplacyjne?

Obrazek

Ogłoszone w ostatnich latach przez Watykan dokumenty dotyczące żeńskich zakonów kontemplacyjnych są niemal nieobecne w polskich mediach. Ba, do tej pory nie ukazało się nawet ich tłumaczenie na język polski! Tymczasem za granicą nowe przepisy budzą poważne kontrowersje.

Rok 2025. Czyste górskie powietrze, a dokoła iglaste drzewa. Od czasu do czasu przebiega sarna lub żbik. Zasapana wspinasz się na szczyt góry, gdzie znajduje się klasztor kontemplacyjny. Wybrałaś się tam pieszo, gdyż miejsce jest trudno dostępne. Skwar Ci jednak niestraszny. Cel bowiem wart jest poświęceń. W klasztorze, do którego zmierzasz, zawsze znajdywałaś wytchnienie. Wszak czułaś się w nim bliżej nieba. Nie nawiedzałaś go często, gdyż wiesz, że gości za klauzurę nie przyjmuje się często. Na szczęście jednak dom zakonny, do którego wędrujesz, pozwalał na to. Pobyt w nim zawsze pozwalał zaczerpnąć sił przed kolejnym powrotem do świata.

Dochodzisz do furty ciężko dysząc, jednak nie widzisz siostry „na straży”. Dzwonisz, czekasz minutę, kwadrans, niemal pół godziny. Następnie wchodzisz do środka na własną rękę i szukasz żywej duszy. Liczysz na spotkanie choćby owej starszawej zakonnicy, z którą rozmawiałaś podczas pobytu przed kilkoma laty i która dała ci tyle mądrych rad. Drzwi do budynku są jednak zamknięte. Idziesz zatem po parku, gdzie znajdował się teren do rekreacji. Pustka. Cisza. Nie ma nikogo.

Wtem z nieba skapuje deszcz. Zrywa się także porywisty wiatr i hula coraz mocniej. Ty zaś wychodzisz z opustoszałego terenu klasztornego i udajesz się w drogę powrotną. Smutny jest ten powrót do świata, o konieczności służby któremu tyle się mówi w dzisiejszym Kościele. Jak sprostasz tylu wyzwaniom bez nabrania duchowej siły? Nasz Pan mówił „odpocznijcie nieco” – myślisz gorzko – jednak gdzie jednak to uczynić w naszych czasach?

Ta wizja obumierania żeńskich klasztorów kontemplacyjnych może wkrótce się spełnić. Tak w każdym razie twierdzą niektórzy komentatorzy analizujący skutki wydanych niedawno przez Watykan dokumentów poświęconych tymże klasztorom. Amerykańska publicystka Hilary White nie przebiera w słowach. Papieska konstytucja o zakonach kontemplacyjnych to najbardziej szkodliwy dokument tego pontyfikatu – twierdzi.

Konstytucja i instrukcja

22 lipca 2016 roku Franciszek ogłosił konstytucję apostolską „Vultum Dei quaerere”. Z kolei 15 maja 2018 roku Kongregacja Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego wydała instrukcję „Cor Orans”. Zawiera ona wytyczne dotyczące stosowania papieskiej konstytucji.

Dokumentów tych nie opublikowano dotąd w polskiej wersji językowej. Nie doczekały się też uwagi mediów w naszym kraju. Nie oznacza to jednak, jakoby były one nieistotne. Wszak zakony muszą się do ich treści dostosować. Tymczasem niektóre wskazania (zwłaszcza te zawarte w instrukcji z 2018 roku) budzą wątpliwości komentatorów. To właśnie ten złożony 289 z punktów dokument precyzuje bowiem, jak należy wdrażać postanowienia papieskiej konstytucji.

Cor Orans a Tradycja

Jak czytamy w Instrukcji Cor Orans „papież Franciszek, opierając się na potwierdzonym obradami Soboru Watykańskiego II nauczaniu Papieża Piusa XII, zamierzał przedstawić w konstytucji apostolskiej Vultum Dei quaerere intensywne i owocne zmiany, jakie zaszły w Kościele w ostatnich dekadach, w świetle nauczania tego Soboru oraz w kontekście zmieniającej się sytuacji społeczno-kulturowej”.

Jak jednak zauważa Hilary White [remnantnewspaper.com] twierdzenie to świadczy o nieuzasadnionej wierze w pomyślność sytuacji Kościoła w ostatnich dekadach. Wszak szczególnie na zachodzie doszło wówczas raczej do spadku powołań zakonnych. W tym świetle uzasadniona byłaby raczej mowa o powrocie do zakonnych tradycji. Wszak wielcy reformatorzy zakonów to właśnie czynili: powrót do źródeł. Na przykład Matteo Serafini da Bascio, założyciel kapucynów, ubolewał nad odchodzeniem franciszkanów od pierwotnej, surowej reguły i dlatego przyczynił się do powstania kapucynów.

Pewne terminy obecne w Cor Orans spotkały się z konserwatywną krytyką. Hilary White odnosi się krytycznie na przykład do artykułu 19. instrukcji. Zgodnie z nim „klasztor mniszek eryguje się, podobnie jak każdy inny dom zakonny, mając na względzie jego użyteczność dla Kościoła i dla instytutu”.

Czymże jest użyteczność? Wszak pojęciem użyteczności w odniesieniu do zakonów posługiwali się zwolennicy radykalnego sekularyzmu w XVIII i XIX wieku! W laickich państwach prawo bytu posiadały tylko te klasztory zajmujące się szkolnictwem czy opieką nad starymi i chorymi. Natomiast te oddane czystej kontemplacji – skazywano na likwidację.

Publicystka podkreśla, że nieprzypadkowo antykatolickie reżimy walczyły z życiem kontemplacyjnym. Dotyczy to jej zdaniem zarówno Wielkiej Brytanii za Henryka VIII, jak i Związku Radzieckiego.

Nadmierne uprawnienia federacji

Słowem szczególnie popularnym w instrukcji Kongregacji jest termin „autonomia”. Pojawia się on w nim 16 razy, podczas gdy słowo „autonomiczny” – aż 30 razy. Należy jednak wniknąć w intencje twórców dokumentu. Zgodnie z nimi „autonomia” nie jest tym, co „niezależność”, a nawet ją wyklucza.

Autonomia poszczególnych klasztorów ma w zamyśle twórców dokumentu zostać ograniczona, ponieważ każdy klasztor powinien… należeć do federacji. Jak czytamy w paragrafie 7 dokumentu, „federacja klasztorów oznacza strukturę komunii pomiędzy niektórymi niezależnymi klasztorami z tego samego instytutu, erygowaną przez Stolicę Apostolską, która zatwierdza też statut federacji, w tym celu, aby mając wspólny charyzmat, klasztory zrzeszone w federacji mogły unikać izolacji i wzmacniać przestrzeganie reguły oraz życie kontemplacyjne”.

Zdaniem Hilary White doszło zatem do inżynierii językowej polegającej na zastąpieniu terminu „niezależny” przez termin „izolowany” (kojarzący się negatywnie). Izolację zaś, jako coś złego należy przezwyciężyć. Do tego zaś posłużyć mają według Cor Orans federacje klasztorów.

To posunięcie prowadzi jednak do ograniczenia tradycyjnych uprawnień przełożonych klasztorów. Rzeczone federacje posiadłyby „skrajnie szeroką władzę nad pieniędzmi, własnością i przede wszystkim formacją sióstr. To federacja teraz otrzyma władzę monitorowania zgodności z regułami i informowania Stolicy Apostolskiej o nieprawidłowościach, zakładania nowych klasztorów oraz [zachęcania] poszczególnych klasztorów do [uwspólnotawiania] ich dóbr”. Zgodnie bowiem z instrukcją, federacja klasztorna otrzyma w Kościele status osoby publicznej.

Jak bowiem czytamy w Cor Orans „ustanowiona zgodnie z prawem federacja jest publiczną osobą prawną w Kościele, w związku z czym jest zdolna do nabywania, posiadania, zarządzania i alienowania ruchomych i nieruchomych dóbr doczesnych stanowiących majątek kościelny zgodnie z prawem powszechnym i własnym”.

Ponadto zgodnie z instrukcją Cor Orans:

98. aby utrzymać i wzmocnić związek klasztorów, co jest jednym z celów federacji, zaleca się pewną wymianę dóbr między klasztorami, koordynowaną przez przewodniczącą federacji

99. Wymiana dóbr w federacji polega na przekazywaniu przez klasztory datków, darów i pożyczek innym klasztorom będącym w trudnej sytuacji finansowej, jak również na wspólne potrzeby federacji

100. Federacja traktuje majątek będący w jej posiadaniu jako konieczne i użyteczne narzędzia do osiągania swoich celów”.

Tak więc zgodnie z nowym prawem wszystkie klasztory sióstr kontemplacyjnych muszą należeć do federacji. Pierwotnie wyłącznie dobrowolne i konsultatywne, federacje otrzymują teraz władzę nadzorowania i przewodzenia w formacji kandydatów, sióstr i osób je formujących oraz otrzymują szerokie uprawnienia nad doczesnymi dobrami indywidualnych klasztorów oraz władzę zakazywania”.

Konferencje i konfederacje

Federacje klasztorów to jednak niejedyne struktury nadzoru życia zakonnego, o których mówi instrukcja. Zgodnie bowiem z punktem 9. Cor Orans „konferencja klasztorów oznacza strukturę komunii pomiędzy niezależnymi klasztorami należącymi do różnych instytutów w tym samym regionie, erygowaną przez Stolicę Apostolską, która zatwierdza też statut konferencji, której celem jest wspieranie życia kontemplacyjnego i współpracy pomiędzy klasztorami znajdującymi się na danym obszarze geograficznym lub posługującymi się tym samym językiem”. Może to oznaczać problemy dla bardziej konserwatywnych zgromadzeń, takich jak karmelici.

„Wyobraź sobie dom tradycyjnych karmelitów na regionalnym spotkaniu konferencji i starający się pogodzić swój plan odprawiania Świętego Officjum ze zwyczajami rozbawionych, tańczących break-dance franciszkanami. Ale zabawa” – ironizuje Hilary White.

Oprócz federacji i konferencji klasztorów istotną (o ile nie kluczową) rolę odgrywać mają konfederacje. Instytucje te Hilary White określa mianem „strażników strażników”. „Konfederacja oznacza strukturę związku pomiędzy federacjami klasztorów, erygowaną przez Stolicę Apostolską, która zatwierdza też statut konfederacji, w celu wspólnego badania kwestii dotyczących życia kontemplacyjnego w zakresie tego samego charyzmatu, aby nadawać wspólny kierunek i koordynować działalności poszczególnych federacji” – czytamy w instrukcji. Czy to wszystko nie oznacza nadmiaru biurokracji?

„Nacisk na federacje i stowarzyszenia to nacisk na coraz większe wzajemne powiązania, a w rzeczywistości na większą centralizację oraz zależność organizacji. Wspólne programy formacyjne, zalecane przez Cor Orans są przygotowywane przez nie przez przełożone konkretnych klasztorów, lecz przez profesjonalistów wybranych przez liderów stowarzyszeń. Owi eksperci to ludzie z dyplomami uniwersyteckimi z psychologii pastoralnej i tym podobnych” – twierdzi Hilary White.

Z kolei Veronica Rasponi na łamach portalu corrispondenzaromana.it [10.10.2018] posuwa się wręcz do twierdzenia o „sowietyzacji klasztorów”. Przypomina, że tradycyjnie klasztory cieszyły się znaczną niezależnością, jako podporządkowane jedynie biskupowi miejsca lub (w przypadku niektórych wspólnot męskich) także przełożonemu zakonnemu. Tymczasem nowe watykańskie dokumenty wprowadzają szereg organów kontrolnych, takich jak federacje klasztorne. Wprawdzie te ostatnie zostały już dopuszczone w konstytucji apostolskiej Sponsa Christi Piusa XII (21 listopada 1950), jednak (jej zdaniem) się nie sprawdziły. Mimo to dokument Franciszka wraz z dodaną do niego konstytucją apostolską przyznają im poczesne miejsce.

Zamykanie zakonów…

Instrukcja zajmuje się także – niestety nierzadkimi dziś – przypadkami zamykania klasztorów. Chodzi tu o sytuacje, gdy stają się całkowicie martwe. Kryteria ich likwidacji są dość nieprecyzyjne. Wątpliwości może wzbudzać też kwestia finansowa. O zamknięciu klasztoru decyduje bowiem federacja, a w przypadku klasztorów całkowicie wymarłych przejmuje ona pozostawione dobra materialne. Zdaniem Hilary White może to tworzyć zachęty do zamykania klasztorów. Z drugiej jednak strony warto pamiętać, że chodzi tu o klasztory uprzednio wymarłe – pozbawione zakonnic.

…i ich zakładanie

Ciekawa jest też kwestia prawa do zakładania nowych klasztorów kontemplacyjnych. Tradycyjnie przysługiwało ono biskupom. Teraz jednak „z uwzględnieniem postanowień p. 39 niniejszej instrukcji, nowy klasztor mniszek może być ufundowany przez pojedynczy klasztor lub z inicjatywy federacji, zgodnie z decyzją zgromadzenia federacji”.

Nawet w przypadku fundacji dokonywanej przez pojedynczy klasztor „przełożoną fundującego klasztoru wspierają przewodnicząca federacji i asystent zakonny. Fundacja nowego klasztoru przez federację jest rozpatrywana w ramach zgromadzenia federacji”.

Dyskusyjne jest także jedno z kryteriów dokonywania fundacji klasztorów. Jak bowiem czytamy w punkcie 39:

„klasztor mniszek zostaje erygowany jako klasztor sui juris na wniosek wspólnoty fundującego klasztoru lub decyzją rady federacji, za zgodą Stolicy Apostolskiej, jeśli zostały spełnione następujące wymogi: wspólnota dała dobry przykład życia braterskiego oraz dynamiki niezbędnej do praktykowania i szerzenia charyzmatu i składa się co najmniej z ośmiu mniszek, które złożyły śluby uroczyste, o ile większość z nich nie jest w podeszłym wieku”.

Czymże jest jednak owa dynamika niezbędna „do praktykowania i szerzenia charyzmatu”? Pojęcie to jest co najmniej niejasne. W każdym razie zgodnie z punktem 40. dokumentu jego interpretacja należy do Watykanu. „Obowiązkiem Stolicy Apostolskiej jest sprawdzenie, czy powyższe wymogi zostały spełnione, po uważnym zapoznaniu się z wnioskiem przedłożonym przez wyższą przełożoną klasztoru fundującego lub przewodniczącą federacji i zasięgnięciu, ze swojej strony, innych informacji”.

Jak ponadto czytamy w dokumencie:

54. afiliacja jest szczególną formą pomocy ustanawianą przez Stolicę Apostolską w szczególnych okolicznościach na korzyść wspólnoty klasztoru sui juris, który ma przyznaną niezależność, ale w praktyce jego niezależność jest niepewna lub w ogóle nie istnieje

55. Afiliacja stanowi pomoc prawną polegającą na ocenieniu, czy niemożność zarządzania życiem niezależnego klasztoru we wszystkich jego wymiarach jest jedynie tymczasowa, czy też nieodwracalna, oraz wsparciu wspólnoty afiliowanego klasztoru w pokonaniu trudności lub podjęciu czynności niezbędnych do zniesienia tego klasztoru

56. W takich wypadkach Stolica Apostolska rozważy możliwość powołania komisji ad hoc składającej się z ordynariusza, przewodniczącej federacji, asystenta federacji i wyższej przełożonej klasztoru

W świetle obecnej linii Watykanu przyznanie tych uprawnień Stolicy Apostolskiej może budzić niepokój o losy klasztorów. Hilary White pisze o tym w mocnych słowach: W efekcie „staje się jasne” – przekonuje – „że federacja staje się czymś niewiele większym od zespołu uderzeniowego Wielkiego Brata dla Kongregacji do spraw Zakonnych. Warto pamiętać, co stało się w przypadku niemieckich klasztorów, których przełożeni zdecydowali się przywrócić wspólnocie praktyki sprzed Soboru Watykańskiego II. Klasztor trapistów z Mariawald – 900-letni – został ostatecznie rozwiązany, stowarzyszony na śmierć”.

Przemówienie Joao Braz de Aviza – klucz do interpretacji Cor Orans?

W innym swoim tekście, również opublikowanym na łamach „The Remnant"[27.05.2018], Hilary White zwróciła uwagę na przemówienie João Braz de Aviza, prefekta Kongregacji do spraw Życia Konsekrowanego. W 2015 roku przemawiał on do osób odpowiedzialnych za formację do życia zakonnego. Zdaniem publicystki przemówienie to rzuca światło na konstytucję papieża i instrukcję do tejże. W 2015 roku w celu wysłuchania słów kardynała Braz de Aviza zebrało się ponad 1200 osób odpowiedzialnych za formację zakonników, co „National Catholic Register” określił jako wydarzenie bezprecedensowe. – Nie dystansujcie się od wielkich wersów Soboru Watykańskiego II – powiedział wówczas kardynał. – W rzeczywistości ci, którzy dystansują się od soboru, by podążać inną ścieżką, sami się zabijają i prędzej czy później umrą. [...] Staną na zewnątrz Kościoła. Musimy budować, używając Ewangelii i Soboru jako punktów wyjścia – dodał.

A zatem o kształcie życia kontemplacyjnego decydować ma „nie charyzmat zakonu, nie reguła, nie tradycja patrystyczna, nie doktorzy, nie mistycy, nie cokolwiek z 2000-letniej tradycji życia zakonnego począwszy od ojców pustyni, a na gigantach ery trydenckiej skończywszy: tylko Sobór Watykański II i tylko jego jedyna interpretacja [...]” – komentuje Hilary White.

Cóż, trudno krytykować samo odwołanie się do Soboru Watykańskiego II – jednak rozumienie go w oderwaniu od Tradycji kłóci się z hermeneutyką ciągłości zalecaną chociażby przez Benedykta XVI. Jeszcze większe emocje budzi wizja relacji ze światem przedstawiona przez kardynała Braz de Aviza. – Życie konsekrowane, życie w Bogu, lecz wszczepione w rodzinę kościelną, w Kościół, wszczepione w świat. Nie znajduje się w konflikcie ze światem, lecz w ciągłości z nim – powiedział kardynał.

Trudno o większą sprzeczność z tradycyjnym rozumieniem życia zakonnego opartym właśnie na odrzuceniu świata. Warto w tym kontekście przywołać słowa francuskiego benedyktyna Doma Prospera Guérangera. Twierdził on, że mnisi powinni nie mieć ze światem nic wspólnego. W swym komentarzu do reguły świętego Benedykta podkreślał on, że „prolog ustanawia przed nami te wybory: świat albo nasz Pan jako wzajemnie wykluczające się alternatywy. Nie możemy pozostać neutralni, lecz musimy należeć w pełni do jednego lub drugiego”. Przestrzegał przed pokusą jakiegokolwiek łagodzenia tego dystansu przez zakonników.

Zatroskana zakonnica

Hilary White cytuje mejla, jakiego dostała po wcześniejszym artykule od jednej z karmelitanek. „Dokument Cor Orans to śmierć karmelu. Sygnalizuje koniec kontemplacyjnego życia monastycznego. Nie tylko niszczy autonomię klasztorów, na którą skrajnie nalegała Matka Teresa (z Avila), lecz również usuwa przełożonego, rozwiązując jego autorytet i władzę, usuwa finansową niezależność każdego klasztoru i specyfikę każdego charyzmatu” – twierdzi.

Jej zdaniem Cor Orans niszczy intencje świętej Teresy. Dla niej bowiem prawdziwa autonomia – formacyjna i finansowa – stanowiła kluczowy element reformy karmelitów. Karmelitka zwraca również uwagę na rozciągnięcie okresu przed osiągnięciem ślubów wieczystych. O ile do tej pory wynosiły one 6 lat u karmelitów, o tyle wskutek wdrożenia Cor Orans wyniosą one 9 lat. Nadmiernie długi okres oczekiwania na śluby wieczyste może zaś prowadzić do zniechęcenia i w konsekwencji spadku powołań. W efekcie straci na tym żywotność klasztorów, do której nawołuje dokument.

Co dalej?

„Większość z nas zakłada że klasztor jest traktowany poważnie, formacja sióstr odbywa się łagodnie w domu, organizowanym przez radę klasztorną, za aprobatą przełożonej i kierowaną przez mistrzynię nowicjuszek zgodnie z konstytucjami zakonnymi [...]. Wyobrażamy sobie zajęcia obejmujące lekturę dzieł założycielek, studia biblijne, teologię modlitwy, patrystykę i źródła starożytne. Wyobrażamy sobie ciszę, stabilną i spokojną pracę w domu i ogrodzie oraz szczęśliwe godziny rekreacji. Przede wszystkim wyobrażamy sobie odseparowanie zakonów od świata zewnętrznego, miejsce, gdzie koncentracja na modlitwie na jednoczeniu się z umiłowanym Oblubieńcem bez przeszkód z zewnątrz” – pisze publicystka.

W Tradycji katolickiej życie klasztorne uchodzi za ideał. Można rzec, że mnisi (i mniszki) obrały najlepszą cząstkę. Jednak jak mawiali starożytni corruptio optimi pessima – zepsucie najlepszego jest najgorsze. Czy omawiany dokument i jego interpretacja przyczyni się do tego zepsucia? Za wcześnie, by o tym wyrokować, jednak obaw komentatorów nie warto bagatelizować. Jeśli się spełnią, to czeka nas przedstawiony we wstępie ponury świat pustych klasztorów.

Zdaniem Hilary White „większość ludzi kochających klasztorne i kontemplacyjne życie, postrzegających je jako najwyższy wyraz katolickiego życia na tym świecie i absolutną konieczność dla przetrwania Kościoła również rozważa powrót do tego ideału [...] być może jedyną nadzieję. Jednak jeśli zdamy sobie sprawę, że ludzie aktualnie zajmujący się życiem zakonnym w Rzymie podzielają tę opinię, są choćby w najmniejszym stopniu zainteresowani zachowaniem życia zakonnego w znanej nam postaci, to nie potrafimy zrozumieć obecnych realiów”.

Smutna to diagnoza. Czy prawdziwa? W watykańskich dokumentach znajduje się wiele trafnych twierdzeń. Jednak przy pewnej interpretacji niektóre passusy mogą stać się szkodliwe.

Z pewnością wiernym pozostaje ufność w słowa Chrystusa o Kościele „Bramy piekielne go nie przemogą”. Pamiętajmy też o słowach Matki Bożej z Fatimy „na koniec Moje Niepokalane Serce zatriumfuje” – i módlmy się tym goręcej. Za papieża, Kościół i za mniszki.

Marcin Jendrzejczak

https://www.pch24.pl/przemilczana-rewol ... 291,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 12 kwi 2019, 20:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31404
O rewolucji seksualnej, homolobby i odejściu od Tradycji. Benedykt XVI o przyczynach kryzysu Kościoła [PEŁNY TEKST PO POLSKU]

Amerykańska stacja EWTN opublikowała angielską wersję listu autorstwa Benedykta XVI, w którym obszernie przedstawia podstawy kryzysu, jaki dotknął Kościół w sferze seksualnej. Zdaniem papieża emeryta, do przyczyn obecnych skandali zaliczyć należy m.in. odrzucenie tradycji na rzecz „nowocześnie pojmowanego Kościoła” czy idee seksualnej rewolucji lat ’60, które przeniknęły w struktury Kościoła. Benedykt XVI wskazuje także na problem homoseksualnych sieci, które zawiązały się w części seminariów. Portal PCh24.pl w całości przetłumaczył list na język polski. Oto jego treść:

Od 21 lutego do 24 lutego na zaproszenie papieża Franciszka przewodniczący konferencji biskupów świata zebrali się w Watykanie, by przedyskutować obecny kryzys wiary i Kościoła; kryzys doświadczany na całym świecie po szokujących doniesieniach o nadużyciach popełnianych przez duchownych w stosunku do nieletnich.

Skala i powaga nagłośnionych incydentów głęboko zmartwiła księży, jak również świeckich i spowodowała, że niejeden człowiek poddał w wątpliwość samą wiarę Kościoła. Koniecznością było wysłanie mocnego przesłania i znalezienie nowego początku, by na nowo uczynić Kościół naprawdę wiarygodnym jako światło wśród narodów i siłę w służbie przeciwko siłom zniszczenia.

Ponieważ sam służyłem na odpowiedzialnym stanowisku jako pasterz Kościoła w czasie publicznego wystąpienia kryzysu i w okresie go poprzedzającym, musiałem zadać sobie pytanie – chociaż jako emeryt nie jestem już bezpośrednio odpowiedzialny – co mógłbym wnieść do nowego początku.

Stąd po tym, gdy ogłoszono spotkanie przewodniczących konferencji biskupów, przygotowałem notatki, dzięki którym mógłbym ofiarować jedną lub dwie uwagi, aby wspomóc w tej trudnej godzinie.

Po skontaktowaniu się z Sekretarzem Stanu, Kardynałem [Pietro] Parolinem i samym Ojcem Świętym [Papieżem Franciszkiem] wydawało się stosowne opublikowanie tego tekstu w „Klerusblatt” [miesięczniku dla duchowieństwa w większości bawarskich diecezji]

Moje uwagi dzielą się na trzy części.

W pierwszej części moim celem jest krótkie przedstawienie szerszego kontekstu społecznego kwestii, bez którego nie można zrozumieć problemu. Próbuję pokazać, że w latach sześćdziesiątych XX wieku doszło do ważnego wydarzenia na skalę w historii bezprecedensową. Można powiedzieć, że w ciągu 20 lat od 1960 roku do roku 1980 dotychczasowe standardy normatywne dotyczące seksualności zawaliły się całkowicie i pojawiła się nowa normalność, która do tej pory była przedmiotem żmudnych usiłowań zmierzających ku zamętowi.

W drugiej części zamierzam wskazać wpływ tej sytuacji na formację księży i ich życie.

W końcu w trzeciej części chciałbym rozwinąć pewne perspektywy właściwej reakcji ze strony Kościoła.

I.

(1) Sprawa zaczyna się wraz z zalecanym i wspieranym przez państwa wprowadzaniem dzieci i młodzieży w naturę seksualności. W Niemczech ówczesna minister zdrowia, pani [Käte] Strobel, zleciła realizację filmu, w którym wszystko to, co poprzednio nie było dopuszczane do publicznego pokazu, łącznie ze stosunkiem seksualnym, było teraz pokazane dla celów edukacyjnych. To, co z początku było jedynie przeznaczone dla seksualnej edukacji młodzieży, w konsekwencji stało się powszechnie akceptowane jako realna opcja.

Podobne skutki osiągnięto dzięki „Sexkoffer”, które opublikował rząd Austrii [kontrowersyjną „walizeczkę” materiałów do edukacji seksualnej, jakiej używano w austriackich szkołach pod koniec lat 80-tych]. Filmy erotyczne i pornograficzne stały się następnie zjawiskiem powszechnym do tego stopnia, że wyświetlano je w kinach prezentujących kroniki filmowe [Bahnhofskinos]. Do tej pory pamiętam, jak idąc pewnego dnia przez miasto Regensburg widziałem tłumy ludzi stojące w kolejce przed dużym kinem – coś, co wcześniej widzieliśmy tylko w czasach wojny – kiedy miano nadzieję na specjalny przydział. Pamiętam także, jak przyjechałem do miast w Wielki Piątek roku 1970 i zobaczyłem wszystkie bilbordy oklejone plakatami dwojga kompletnie nagich ludzi w ścisłym objęciu.

Wśród wolności, do których w swojej walce dążyła rewolucja roku 1968, była ta powszechna wolność seksualna, taka, która już nie uznawała żadnych norm.

Upadek umysłowy był także powiązany ze skłonnością do przemocy. To dlatego filmy erotyczne nie były już dopuszczalne w samolotach, gdyż groziło to wybuchem przemocy wśród małej wspólnoty pasażerów. A ponieważ ubranie w tamtym czasie również prowokowało do agresji, dyrektorzy szkół także usiłowali wprowadzić mundurki szkolne, mając na uwadze stworzenie atmosfery sprzyjającej uczeniu się.

Częścią fizjonomii rewolucji roku 1968 było to, że pedofilia została wówczas także zdiagnozowana jako dopuszczalna i właściwa.

Dla młodych ludzi w Kościele, ale nie tylko dla nich, był to na wiele sposobów bardzo trudny czas. Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób młodzi ludzie w tej sytuacji mogą zbliżyć się do kapłaństwa i przyjąć je ze wszystkimi jego konsekwencjami. Powszechny upadek następnego pokolenia księży w tamtych latach i bardzo wysoka liczba sekularyzacji były konsekwencjami całego tego rozwoju wydarzeń.

(2) Jednocześnie, niezależnie od tego rozwoju wydarzeń, katolicka teologia moralna ucierpiała z powodu upadku, który sprawił, że Kościół stał się bezbronny wobec tych zmian w społeczeństwie. Spróbuję krótko naszkicować trajektorię tego rozwoju.

Do Soboru Watykańskiego II katolicka teologia moralna była w głównej mierze ufundowana na prawie naturalnym, gdy Pismo Święte było jedynie przytaczane dla kontekstu czy uzasadnienia. W soborowych zmaganiach o nowe zrozumienie Objawienia, opcja prawa naturalnego została w głównej mierze porzucona, a domagano się teologii moralnej opartej całkowicie na Biblii.

Wciąż pamiętam, jak wydział jezuicki we Frankfurcie kształcił bardzo utalentowanego księdza (Bruno Schüllera) w celu opracowania moralności opartej całkowicie na Piśmie Świętym. Piękna rozprawa księdza Schüllera pokazuje pierwszy krok ku budowaniu moralności opartej na Piśmie Świętym. Ksiądz Schüller został potem wysłany do Ameryki na dalsze studia i powrócił zdając sobie sprawę, że nie można wyrazić systematycznie moralności na podstawie tylko Biblii. Usiłował potem stworzyć bardziej pragmatyczną teologię moralną, nie potrafiąc dostarczyć odpowiedzi na kryzys moralności.

Ostatecznie główna hipoteza, że moralność ma być określana wyłącznie celami ludzkich działań, zwyciężyła. Choć stare powiedzenie, że „cel określa środki” nie zostało potwierdzone w tej surowej formie, to jego sposób myślenia stał się ostateczny. W konsekwencji nie mogło już być niczego, co stanowiłoby absolutne dobro, tak jak niczego, co byłoby fundamentalnie złe; [mogły być] jedynie relatywne oceny wartości. Nie było już [absolutnego] dobra, jedynie to, co względnie lepsze, zależne od chwili i okoliczności.

Kryzys uzasadnienia i przedstawienia moralności katolickiej osiągnął dramatyczne proporcje w latach 80-tych i 90-tych. 5 stycznia 1989 roku opublikowano „Deklarację kolońską”, podpisaną przez 15 profesorów teologii. Skupiała się ona na różnych punktach kryzysowych w relacjach między biskupim magisterium a zadaniem teologii. [Reakcje na ten tekst], które z początku nie wykraczały poza zwykły poziom protestów, bardzo szybko zamieniły się w krzyk przeciwko Magisterium Kościoła i osiągnęły, w sposób wyraźny i widoczny, potencjał globalnego protestu przeciwko spodziewanym tekstom doktrynalnym Jana Pawła II (por. D Mieth, Kölner Erklärung, LThK, VI3, s. 196) [LTHK to Lexikon für Theologie und Kirche, niemieckojęzyczny „Leksykon of teologii i Kościoła”, którego redaktorami byli m.in. Karl Rahner i kardynał Walter Kasper].

Papież Jan Paweł II, który bardzo dobrze znał sytuację teologii moralnej i uważnie ją śledził, zlecił pracę nad encykliką, która uporządkowałaby te sprawy na nowo. Została ona opublikowana pod tytułem Veritatis splendor 6 sierpnia 1993 roku i wywołała gwałtowny sprzeciw części teologów moralnych. Wcześniej „Katechizm Kościoła Katolickiego” już przedstawiał przekonująco, w sposób systematyczny, moralność głoszoną przez Kościół.

Nigdy nie zapomnę tego, jak wówczas wiodący niemiecki teolog moralny, Franz Böckle, wróciwszy do swej rodzimej Szwajcarii po przejściu na emeryturę, ogłosił – mając na uwadze możliwe decyzje encykliki Veritatis splendor – że jeśli encyklika określi, iż istnieją działania, które zawsze i we wszystkich okolicznościach należy zaklasyfikować jako złe, zakwestionuje ją używając wszystkich dostępnych mu zasobów.

Miłosierny Bóg zapobiegł w realizacji jego postanowienia; Böckle zmarł 8 lipca 1991 roku. Encyklika została opublikowana 6 sierpnia 1993 roku i w istocie zawierała określenie, że istnieją działania, które nigdy nie mogą stać się dobre.

Papież był w pełni świadom znaczenia tej decyzji w tamtej chwili i ponownie konsultował tę część tekstu z wiodącymi specjalistami, którzy nie brali udziału w redagowaniu encykliki. Wiedział, że nie może zostawić żadnych wątpliwości co do faktu, że rachunek moralny związany z wyważeniem dóbr musi uwzględniać ostateczną granicę. Istnieją dobra, które nigdy nie są przedmiotem kompromisu.

Istnieją wartości, których nigdy nie wolno porzucać dla większej wartości, a nawet stoją wyżej niż zachowanie życia cielesnego. Istnieje męczeństwo. Wiara w Boga dotyczy czegoś więcej niż tylko zwykłego fizycznego przetrwania. Życie, które zostałoby kupione za cenę zaparcia się Boga, życie, które opierałoby się na ostatecznym kłamstwie, jest nie-życiem.

Męczeństwo jest podstawową kategorią chrześcijańskiej egzystencji. Fakt, że męczeństwo już nie jest moralnie konieczne według teorii promowanej przez Böckle’a i wielu innych, pokazuje, że zagrożona jest tutaj sama istota chrześcijaństwa.

W teologii moralnej jednakże w międzyczasie stała się pilna kolejna kwestia: otóż powszechną akceptację zyskiwała hipoteza, że Magisterium Kościoła powinno mieć ostateczną kompetencję („nieomylność”) jedynie w kwestiach dotyczących samej wiary; (zgodnie z tym poglądem) kwestie dotyczące moralności powinny nie podpadać pod zakres nieomylnych decyzji Magisterium Kościoła. Jest prawdopodobnie w tej hipotezie coś słusznego, co uzasadnia dalszą dyskusję. Ale istnieje minimalny zestaw zasad moralnych, który jest nierozerwalnie powiązany z fundamentalną zasadą wiary i który musi być broniony, jeśli wiara nie ma być sprowadzona do teorii, ale uznana w swoich roszczeniach do konkretnego życia.

Wszystko to ukazuje, jak zasadniczo kwestionuje się autorytet Kościoła w kwestiach moralności. Ci, którzy odmawiają Kościołowi ostatecznej kompetencji nauczycielskiej w tej dziedzinie, zmuszają go do milczenia właśnie tam, gdzie granica pomiędzy prawdą a kłamstwem jest zagrożona.

Niezależnie do tej kwestii, w wielu kręgach teologii moralnej wykładano hipotezę, że Kościół nie ma i nie może mieć swojej własnej moralności. Argumentowano to tym, że wszystkie hipotezy moralne będą także istnieć paralelnie w innych religiach, a zatem chrześcijańska cecha moralności nie może istnieć. Jednak kwestia wyjątkowej natury moralności biblijnej nie znajduje odpowiedzi w fakcie, że dla każdego jednego zdania można także znaleźć paralelę w innych religiach. Raczej to cała moralność biblijna jest jako taka nowa i różna od swoich pojedynczych części.

Moralna doktryna Pisma Świętego ma swoją wyjątkowość ostatecznie stwierdzoną w swoim wiernym trwaniu przy obrazie Boga, w wierze w jednego Boga, który ukazał się w Jezusie Chrystusie i który żył jako człowiek. Dekalog jest zastosowaniem biblijnej wiary w Boga do ludzkiego życia. Obraz Boga i moralności stanowią całość i stąd ich wynikiem jest konkretna zmiana chrześcijańskiej postawy wobec świata i ludzkiego życia. Ponadto chrześcijaństwo było opisywane od początku słowem hodós [greckim słowem na oznaczenie drogi, często stosowanym w Nowym Testamencie w rozumieniu ścieżki rozwoju].

Wiara jest podróżą i drogą życia. W starym Kościele katechumenat został stworzony jako środowisko przeciwko coraz bardziej zdemoralizowanej kulturze, w której charakterystyczne i świeże aspekty chrześcijańskiej drogi życia były praktykowane i jednocześnie chronione przed powszechną drogą życia. Sądzę, że nawet dzisiaj coś takiego jak wspólnoty katechumenalne są koniecznością, aby życie chrześcijańskie mogło ukazać się na swój sposób.

II.

Początkowe reakcje kościelne

(1) Długo przygotowywany i trwający proces rozpadu chrześcijańskiej koncepcji moralności był – jak próbowałem pokazać – naznaczony bezprzykładnym radykalizmem w latach 60-tych XX wieku. Ten rozpad moralnego autorytetu nauczycielskiego Kościoła siłą rzeczy musiał mieć wpływ na różnorodne dziedziny Kościoła. W kontekście spotkania przewodniczących konferencji biskupów z całego świata z papieżem Franciszkiem kwestia życia kapłańskiego, jak również kwestia seminariów, ma szczególne znaczenie. Jeśli chodzi o problem przygotowania do posługi kapłańskiej w seminariach mamy w rzeczywistości do czynienia z dalekosiężnym załamaniem poprzedniej formy tego przygotowania.

W różnych seminariach ustanowiono kliki homoseksualne, które działały mniej lub bardziej otwarcie i znacząco zmieniły klimat w seminariach. W jednym z seminariów w południowych Niemczech kandydaci do kapłaństwa i kandydaci do świeckiej posługi jako specjaliści duszpasterscy [Pastoralreferent] mieszkali razem. Na wspólnych posiłkach klerycy i specjaliści duszpasterscy jedli razem, żonaci spośród świeckich w towarzystwie swoich żon i dzieci, a od czasu do czasu swych dziewczyn. Klimat w tym seminarium nie mógł zapewnić wsparcia do przygotowania do powołania kapłańskiego. Stolica Apostolska wiedziała o takich problemach, nie będąc informowana szczegółowo. Jako pierwszy krok zorganizowano wizytację apostolską w seminariach w Stanach Zjednoczonych.

Ponieważ kryteria wyboru i powołania biskupów także zmieniły się po Soborze Watykańskim II, relacja biskupów z ich klerykami była także bardzo odmienna. Ponadto kryterium powołania nowych biskupów była „koncyliarność”, która oczywiście mogła być rozumiana jako coś, co oznacza różne rzeczy.

W istocie w wielu częściach Kościoła postawy koncyliarne rozumiano jako takie, które oznaczają posiadanie krytycznego czy negatywnego stosunku do istniejącej dotąd tradycji, która miała teraz być zastąpiona nową, radykalnie otwartą relacją ze światem. Jeden z biskupów, który wcześniej był rektorem seminarium, zorganizował pokaz filmów pornograficznych dla kleryków, rzekomo z zamiarem uodpornienia ich w ten sposób na zachowania przeciwne wierze.

Byli – nie tylko w Stanach Zjednoczonych Ameryki – pojedynczy biskupi, którzy odrzucali tradycję katolicką jako całość i dążyli do zapoczątkowania nowej, nowoczesnej „katolickości” w swoich diecezjach. Być może warto wspomnieć, że w niejednym seminarium studenci przyłapani na czytaniu moich książek byli uważani za niezdolnych do kapłaństwa. Moje książki były chowane, jak zła literatura, i jedynie czytane pod ławką.

Wizytacje, które się odbyły, nie przyniosły nowych spostrzeżeń, najwidoczniej dlatego, że różne siły połączyły się, by ukryć prawdziwą sytuację. Zlecono drugą wizytację i przyniosła ona znacznie więcej spostrzeżeń, ale generalnie nie osiągnęła jakichkolwiek rezultatów. Niemniej jednak od lat 70-tych sytuacja w seminariach generalnie się poprawiła. A mimo to wystąpiły tylko odosobnione przypadki nowego wzmocnienia powołań kapłańskich, gdy ogólna sytuacja przybrała inny obrót.

(2) Kwestia pedofilii, jak pamiętam, nie stała się poważna, aż do drugiej połowy lat osiemdziesiątych. W międzyczasie stała się ona już sprawą publiczną w Stanach Zjednoczonych do tego stopnia, że biskupi w Rzymie szukali pomocy, gdyż prawo kanoniczne w takiej postaci, w jakiej jest ono zapisane w nowym (1983 r.) Kodeksie, wydawało się niewystarczające do podjęcia koniecznych środków.

Rzym i rzymscy specjaliści prawa kanonicznego z początku mieli trudność z tymi sprawami, w ich opinii bowiem tymczasowa suspensa urzędu kapłańskiego musiała wystarczyć w doprowadzeniu do oczyszczenia i wyjaśnienia. Tego nie mogli przyjąć biskupi amerykańscy, gdyż kapłani pozostawali w ten sposób w służbie biskupa i tym samym mogli być traktowani jako tacy, którzy wciąż są bezpośrednio z nim związani. Odnowa i pogłębienie umyślnie luźno skonstruowanego prawa karnego nowego Kodeksu zaczynała dopiero powoli nabierać kształtu.

Dodatkowo jednakże istniał podstawowy problem w postrzeganiu prawa karnego. Tylko tak zwany „gwarantyzm” [rodzaj protekcjonizmu proceduralnego] był wciąż uważany za „koncyliarny”. Oznacza to, że ponad wszystko prawa oskarżonego musiały być zagwarantowane do tego stopnia, że faktycznie wykluczało to w ogóle jakiekolwiek skazanie. W ramach przeciwwagi dla często nieadekwatnych opcji obrony, jakie były dostępne oskarżonym teologom, ich prawo do obrony poprzez gwarantyzm zostało rozszerzone do takiego stopnia, że skazania były praktycznie niemożliwe.

Pozwolę sobie w tym momencie na krótką dygresję. W świetle skali wykroczeń pedofilskich, z uwagą spotkało się ponownie słowo Jezusa, które mówi: „A kto by stał się powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu lepiej byłoby kamień młyński uwiązać u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9,42).

Wyrażenie „mali” w języku Jezusa oznacza zwykłych wierzących, którzy mogą być wprawieni w konfuzję w swojej wierze intelektualną arogancją tych, którzy myślą, że są inteligentni. A więc tutaj Jezus chroni depozyt wiary stanowczą groźbą kary dla tych, którzy wyrządzają mu szkodę.

Współczesne użycie tego zdania nie jest samo w sobie mylne, ale nie może ona zaciemniać pierwotnego znaczenia. W tym znaczeniu staje się jasne, przeciwnie do jakiegokolwiek gwarantyzmu, że nie tylko prawo oskarżonych jest ważne i wymaga gwarancji. Wielkie dobra, takie jak wiara, są równie ważne.

Zrównoważone prawo kanoniczne, które odpowiada całemu przesłaniu Jezusa musi zatem nie tylko dostarczać gwarancji oskarżonym, do których szacunek jest dobrem prawnym. Musi także chronić wiarę, która jest także ważnym atutem. Właściwie ukształtowane prawo kanoniczne musi zatem zawierać podwójną gwarancję – prawnej ochrony oskarżonych, prawną ochronę zagrożonego dobra. Jeśli dzisiaj ktoś przedstawia tę z natury jasną koncepcję, generalnie trafia ona w próżnię, kiedy dochodzi do kwestii ochrony wiary jako dobra prawnego. W ogólnej świadomości prawa wiara już nie okazuje się mieć rangi dobra wymagającego ochrony. Jest to sytuacja alarmująca, którą należy wziąć pod uwagę i którą pasterze Kościoła muszą potraktować poważnie.

Chciałbym teraz dodać do tych krótkich spostrzeżeń o sytuacji kapłańskiej formacji w czasie publicznego wybuchu kryzysu kilka uwag dotyczących rozwoju prawa kanonicznego w tej kwestii.

Zasadniczo Kongregacja ds. Duchowieństwa jest odpowiedzialna za zajmowanie się przestępstwami popełnianymi przez kapłanów. Ale ponieważ gwarantyzm w tym czasie w dużym stopniu zdominował sytuację, zgodziłem się z papieżem Janem Pawłem II, że stosowne było przydzielenie kompetencji w przypadku tych przestępstw Kongregacji Nauki Wiary pod tytułem Delicta maiora contra fidem.

Takie ustalenia umożliwiły także nakładanie maksymalnej kary, tj. wykluczenia z duchowieństwa, która nie mogła być nałożona na mocy innych prawnych warunków. Nie był to trik umożliwiający nakładanie maksymalnych kar, ale jest to konsekwencja znaczenia wiary dla Kościoła. W rzeczywistości ważne jest dostrzeżenie, że takie złe prowadzenie się ze strony duchownych ostatecznie niszczy wiarę.

Jedynie wówczas, kiedy wiara nie określa już działań człowieka, takie przestępstwa są możliwe.

Surowość kary jednakże także zakłada wyraźny dowód przestępstwa – ten aspekt gwarantyzmu pozostaje w mocy.

Innymi słowy, aby nałożyć maksymalną karę zgodnie z prawem, wymagany jest autentyczny proces karny. Jednak zarówno diecezje, jak i Stolica Apostolska były przytłoczone takim wymogiem. Sformułowaliśmy zatem minimalny poziom postępowań karnych i zostawiliśmy otwartą możliwość, że sama Stolica Apostolska przejmie proces tam, gdzie diecezja albo administrator metropolitalny nie jest zdolny go przeprowadzić. W każdym przypadku proces musiałby być zrewidowany przez Kongregację Nauki Wiary, aby zagwarantować prawa oskarżonego. Ostatecznie w Feria IV (tj. w zgromadzeniu członków Kongregacji) ustanowiliśmy instancję odwoławczą, aby zapewnić możliwość odwołania.

Ponieważ to wszystko w rzeczywistości przekroczyło zdolności Kongregacji Nauki Wiary i ponieważ powstały opóźnienia, którym należało zapobiec w związku z naturą sprawy, papież Franciszek przedsięwziął kolejne reformy.

III.

(1) Co należy zrobić? Może powinniśmy stworzyć drugi Kościół, by wszystko zaczęło działać? Cóż, już podjęto taki eksperyment i już zakończył się niepowodzeniem. Jedynie posłuszeństwo i miłość do naszego Pana, Jezusa Chrystusa, może wskazać drogę. A więc najpierw spróbujmy zrozumieć na nowo i od wewnątrz [wśród nas], czego chce Pan i czego oczekuje w naszym przypadku.

Po pierwsze sugerowałbym rzecz następującą: Gdybyśmy naprawdę chcieli bardzo krótko streścić treść wiary wyłożoną w Biblii, moglibyśmy zrobić tak stwierdzając, że Pan zapoczątkował narrację miłości z nami i chce włączyć w nią całe stworzenie. Siła przeciwdziałająca złu, które stanowi zagrożenia dla nas i całego świata, może jedynie polegać na naszym wejściu w tę miłość. Jest to prawdziwa siła przeciwdziałająca złu. Moc zła wynika z naszej odmowy kochania Boga. Ten, kto powierza się miłości Boga, zostaje odkupiony. Nasze istnienie nieodkupione jest konsekwencją naszej niezdolności kochania Boga. Nauka kochania Boga jest zatem ścieżką do ludzkiego odkupienia.

Spróbujmy teraz odsłonić tę zasadniczą treść Bożego objawienia odrobinę bardziej. Możemy wówczas powiedzieć, że pierwszym fundamentalnym darem, jaki wiara nam ofiaruje, jest pewność, że Bóg istnieje.

Świat pozbawiony Boga może jedynie być światem pozbawionym znaczenia. Albowiem skąd wszystko, co jest, się wywodzi? W każdym razie nie ma on żadnego celu duchowego. W jakiś sposób jest i nie ma ani celu, ani sensu. W takim razie nie ma żadnych standardów dobra czy zła. W takim razie tylko to, co jest silniejsze niż inni, może zaznaczyć swój autorytet. Władza jest zatem jedyną zasadą. Prawda się nie liczy, w rzeczywistości nie istnieje. Jedynie wówczas, gdy rzeczy mają przyczynę duchową, są zamierzone i stworzone – tylko wówczas, gdy istnieje Bóg Stwórca, który jest dobry i chce dobra – może życie człowieka także mieć sens.

To, że istnieje Bóg jako stwórca i miara wszechrzeczy, jest przede wszystkim pierwotną potrzebą. Jednak Bóg, który w ogóle by siebie nie wyrażał, który nie dałby siebie poznać, pozostałby przypuszczeniem i tym samym nie mógłby określić kształtu [Gestalt] naszego życia.

Jednak Bóg, który nie wyrażałby siebie w ogóle, który nie dałby siebie poznać, pozostałby założeniem i tym samym nie mógłby określić kształtu naszego życia. Aby Bóg był rzeczywistym Bogiem w tym celowym stworzeniu, musimy liczyć na Niego, że w jakiś sposób siebie wyrazi. Uczynił tak na wiele sposobów, ale zdecydowanie w wołaniu, które doszło do Abrahama i dało ludziom szukającym Boga orientację, wiodącą poza wszelkie oczekiwania: sam Bóg staje się stworzeniem, mówi jako człowiek z nami, istotami ludzkimi.

W ten sposób zdanie „Bóg jest” ostatecznie zamienia się w prawdziwie radosne przesłanie, właśnie dlatego, że jest On czymś więcej niż rozumieniem, ponieważ stwarza miłość – i jest miłością. Sprawienie, by ludzie ponownie byli tego świadomi, jest pierwszym i podstawowym zadaniem powierzonym nam przez Pana.

Społeczeństwo bez Boga – społeczeństwo, które nie zna Go i traktuje Go jako nieistniejącego – jest społeczeństwem, które gubi swoją miarę. W naszych czasach ukuto powiedzenie: Bóg umarł. Kiedy Bóg faktycznie umiera w społeczeństwie, staje się ono wolne – zapewniano nas. W rzeczywistości śmierć Boga w społeczeństwie także oznacza koniec wolności, ponieważ to, co umiera jest celem, który zapewnia orientację. I ponieważ znika busola, która wskazuje nam właściwy kierunek, ucząc nas odróżniania dobra od zła. Społeczeństwo Zachodu jest społeczeństwem, w którym Bóg jest nieobecny w sferze publicznej i nie ma nic, co mógłby mu zaoferować. I dlatego jest to społeczeństwo, w którym miara człowieczeństwa jest coraz bardziej gubiona. W indywidualnych punktach staje się nagle jasne, że to, co złe i niszczy człowieka, stało się rzeczą naturalną.

Tak jest w przypadku pedofilii. Jeszcze niedawno teoretyzowano o niej jako o czymś całkiem uzasadnionym, dziś rozprzestrzenia się coraz bardziej. A teraz uświadamiamy sobie z szokiem, że naszym dzieciom i młodym ludziom przytrafiają się rzeczy, które grożą ich zniszczeniem. Fakt, że mogło się to także rozprzestrzenić w Kościele i wśród księży, powinien niepokoić nas w szczególności.

Dlaczego pedofilia osiągnęła takie proporcje? Ostatecznym powodem jest brak Boga. My, chrześcijanie i księża, także wolimy nie rozmawiać o Bogu, ponieważ taka mowa nie wydaje się praktyczna. Po wstrząsie II wojny światowej my w Niemczech wciąż wyraźnie ustaliliśmy naszą Konstytucję jako mającą zobowiązania wobec Boga będącego zasadą przewodnią. Pół wieku później okazało się, że niemożliwe jest w konstytucji europejskiej włączenie zobowiązania wobec Boga jako zasady przewodniej. Bóg jest postrzegany jako partyjny interes małej grupki i nie stanowi już przewodniej zasady dla wspólnoty jako całości. Ta decyzja odzwierciedla sytuację na Zachodzie, gdzie Bóg stał się prywatną sprawą mniejszości.

Nadrzędnym zadaniem, które musi być wynikiem moralnych wstrząsów naszych czasów, jest to, byśmy ponownie zaczęli żyć według Boga i ku Niemu. Nade wszystko my sami musimy nauczyć się ponownie uznawać Boga za fundament naszego życia, zamiast zostawiać Go na boku jako w jakiś sposób nieskuteczne wyrażenie. Nigdy nie zapomnę ostrzeżenia, jakie wielki teolog Hans Urs von Balthasar kiedyś napisał dla mnie na jednej ze stron swego listu. „Nie zakładaj z góry Boga w trzech osobach: Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale uobecniaj Go!”. Istotnie w teologii Bóg jest często traktowany naturalnie jako oczywistość, ale konkretnie nikt się Nim nie zajmuje. Temat Boga wydaje się tak nierealny, tak daleki od rzeczy, które nas zajmują. A jednak wszystko staje się odmienne, jeśli ktoś nie zakłada z góry Boga, ale Go uobecnia; nie zostawiając Go w jakiś sposób w tle, ale uznając Go za centrum naszych myśli, słów i działań.

(2) Bóg stał się człowiekiem dla nas. Człowiek jako Jego stworzenie jest tak blisko Jego serca, że zjednoczył się z nim i stąd wkroczył w ludzką historię w bardzo praktyczny sposób. Rozmawia z nami, żyje z nami, cierpi z nami i wziął na siebie za nas śmierć. Mówimy o tym szczegółowo w teologii przy pomocy uczonych słów i myśli. Ale właśnie w ten sposób ryzykujemy, że staniemy się panami wiary, zamiast przeżyć odnowę i być opanowanym przez wiarę.

Zastanówmy się nad tym uwzględniwszy centralne zagadnienie, jakim jest odprawianie Świętej Eucharystii. Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła. Częściowo to naprawdę się udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni.

A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych.

Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie.

W rozmowach z ofiarami pedofilii dotkliwie uświadomiłem sobie ten najważniejszy wymóg. Młoda kobieta, która [wcześniej] usługiwała przy ołtarzu, opowiedziała mi, że kapelan, jej zwierzchnik w służbie ołtarza, zawsze inicjował molestowanie seksualne, jakiego dopuszczał się wobec niej, słowami: „To jest ciało moje, które będzie za ciebie wydane”.

To oczywiste, że ta kobieta nie może już słuchać tych słów konsekracji bez doświadczania ponownie tego całego straszliwego cierpienia molestowania. Tak, musimy natarczywie błagać Pana o przebaczenie i przede wszystkim musimy święcie wierzyć w Niego i prosić Go o nauczanie nas całkowicie na nowo zrozumienia wielkości Jego cierpień, Jego ofiary. I musimy zrobić wszystko, co można, by chronić dar Eucharystii Świętej przed nadużyciami.

(3) I w końcu mamy Misterium Kościoła. Zdanie, którym niemal sto lat temu Romano Guardini wyraził radosną nadzieję, jaka została wzbudzona w nim i w wielu innych, pozostaje niezapomniane: „Zaczęło się wydarzenie o nieocenionym znaczeniu; Kościół budzi się w duszach”.

Chciał przez to powiedzieć, że Kościoła nie doświadczano już i nie postrzegano jako jedynie zewnętrznego systemu, wkraczającego w nasze życie jako rodzaj władzy, ale że zaczął on być postrzegany jako ten, który jest uobecniany w ludzkich sercach – jako coś nie tylko zewnętrznego, ale wewnętrznie nas poruszającego. Około pół wieku później, rozważając ten proces i spoglądając na to, co się wydarzyło, miałem pokusę, by zmienić to zdanie: „Kościół umiera w duszach”.

Istotnie Kościół dzisiaj jest powszechnie postrzegany jako po prostu jakiś rodzaj aparatu politycznego. Mówi się o nim niemal wyłącznie w kategoriach politycznych, a to ma zastosowanie nawet do biskupów, którzy formułują koncepcje Kościoła jutra niemal wyłącznie w terminologii politycznej. Kryzys spowodowany wieloma przypadkami nadużyć ze strony duchownych skłania nas do postrzegania Kościoła jako czegoś niemal niemożliwego do przyjęcia, co musimy teraz wziąć w nasze dłonie i zaprojektować na nowo. Ale własnoręcznie zmajstrowany Kościół nie może stanowić nadziei.

Sam Jezus porównał Kościół do sieci, w której dobre i złe ryby zostaną ostatecznie oddzielone przez samego Boga. Jest także przypowieść o Kościele jako polu, na którym rośnie dobre ziarno, które posiał Bóg, ale także chwasty, które potajemnie na nim zasiał „nieprzyjaciel”. Istotnie chwasty na Bożym polu, Kościele, są widoczne ponad miarę, a złe ryby w sieci także pokazują swą moc. Tym niemniej pole wciąż jest Bożym polem, a sieć jest Bożą siecią. I przez cały czas są nie tylko chwasty i złe ryby, ale także Boże uprawy i dobre ryby. Głoszenie obu tych rzeczy z naciskiem nie jest fałszywą formą apologetyki, ale konieczną służbą dla Prawdy.

W tym kontekście konieczne jest odwołanie się do ważnego tekstu w Apokalipsie św. Jana. Diabeł jest określony jako oskarżyciel, który oskarża naszych braci przed Bogiem dniem i nocą (Ap 12,10). W ten sposób Apokalipsa św. Jana podejmuje myśl z centrum ramowej narracji Księgi Hioba (Hi 1 i 2, 10; 42,7-16). W tej księdze diabeł dążył do pomniejszenia prawości Hioba przed Bogiem jako czegoś jedynie zewnętrznego. I to właśnie ma do powiedzenia Apokalipsa: Diabeł chce udowodnić, że nie ma prawych ludzi; że cała prawość ludzi jest tylko pokazana na zewnątrz. Gdyby tylko można bardziej ograniczyć się do samej osoby, wówczas jej sprawiedliwość szybko by upadła.

Opowieść w Księdze Hioba zaczyna się od dysputy pomiędzy Bogiem a diabłem, w której Bóg mówi o Hiobie jako prawdziwie prawym człowieku. Teraz zostanie on użyty jako przykład, by sprawdzić, kto ma rację. Jeśli zabierze się jego dobra, zobaczysz, że nic nie pozostanie z jego pobożności – argumentuje diabeł. Bóg pozwala mu na tę próbę, z której Hiob wyłania się w pozytywnym świetle. Teraz diabeł naciska dalej i mówi: „Skóra za skórę. Wszystko, co człowiek posiada, odda za swoje życie. Wyciągnij, proszę rękę i dotnij jego kości i ciała. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył” (Hi 2,4-5).

Bóg daje diabłu drugą szansę. Może także dotknąć skóry Hioba. Jedynie wzbronione jest mu zabijanie Hioba. Dla chrześcijan jest jasne, że tym Hiobem, który stoi przed Bogiem jako przykład dla całej ludzkości, jest Jezus Chrystus. W Apokalipsie św. Jana dramat ludzkości jest przedstawiony nam w całej swojej rozciągłości.

Bóg Stwórca jest skonfrontowany z diabłem, który mówi źle o całej ludzkości i całym stworzeniu. Mówi nie tylko do Boga, ale nade wszystko do ludzi: Spójrzcie, co ten Bóg zrobił! Pozornie dobre stworzenie, ale w rzeczywistości pełne biedy i obrzydzenia. To dyskredytowanie stworzenia jest w rzeczywistości dyskredytowaniem Boga. Chce się tutaj dowieść, że sam Bóg nie jest dobry i w ten sposób odwrócić nas od Niego.

Stosowność pory, o której Apokalipsa nam tutaj mówi, jest oczywista. Dzisiaj oskarżenie wymierzone w Boga jest nade wszystko charakteryzowaniem Jego Kościoła jako całkowicie złego i w ten sposób odwodzeniem nas od niego. Idea lepszego Kościoła stworzonego przez nas jest w rzeczywistości propozycją diabła, przy pomocy której chce nas odwieść od Boga żywego, poprzez oszukańczą logikę, na którą zbyt łatwo dajemy się nabierać. Nie, nawet dzisiaj Kościół nie składa się z tylko złych ryb i chwastów. Kościół Boży istnieje także dzisiaj i dzisiaj jest on tym właśnie narzędziem, dzięki któremu Bóg nas zbawia.

Bardzo ważne jest przeciwstawianie się kłamstwom i półprawdom diabła pełną prawdą: Tak, jest grzech w Kościele i zło. Ale nawet dzisiaj jest święty Kościół, który jest niezniszczalny. Wciąż istnieje wielu ludzi, którzy pokornie wierzą, cierpią i kochają, w których prawdziwy Bóg, kochający Bóg, pokazuje się nam. Dzisiaj Bóg także ma swoich świadków (martyres) na świecie. Musimy tylko być czujni, by ich zobaczyć i usłyszeć.

Słowo męczennik jest zapożyczone z prawa proceduralnego. W procesie przeciwko diabłu Jezus Chrystus jest pierwszym i rzeczywistym świadkiem Boga, pierwszym męczennikiem, za którym poszła niezliczona rzesza innych.

Dzisiaj Kościół jest bardziej niż kiedykolwiek „Kościołem męczenników” i w ten sposób świadkiem Boga żywego. Jeśli się rozejrzymy i wsłuchamy uważnym sercem, będziemy mogli dzisiaj odnaleźć świadków wszędzie, szczególnie pośród zwykłych ludzi, ale także w wysokich rangach Kościoła, którzy stają w obronie Boga swoim życiem i cierpieniem. To inercja serca sprawia, że nie pragniemy ich rozpoznać. Jednym z wielkich i zasadniczych zadań naszej ewangelizacji jest – na tyle, na ile potrafimy – ustanowienie siedlisk wiary i nade wszystko znalezienie ich i rozpoznanie.

Mieszkam w domu w małej wspólnocie ludzi, którzy stale odkrywają takich świadków Boga żywego w codziennym życiu i którzy radośnie wskazują na to również i mi. Widzieć i odkryć żywy Kościół jest cudownym zadaniem, które wielokrotnie wzmacnia nas i daje nam radość w naszej wierze.

Pod koniec moich refleksji chciałbym podziękować papieżowi Franciszkowi za wszystko, co robi, by pokazać nam ciągle na nowo światło Boga, które nie znikło, nawet dzisiaj. Dziękuję Ci, Ojcze Święty!

Benedykt XVI

Dokument ten został pierwotnie opublikowany po angielsku przez EWTN

Źródło: LifeSiteNews

Tłum. z j. angielskiego: Jan J. Franczak PCh24.pl

http://www.bibula.com/?p=107513


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 24 kwi 2019, 10:30 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
Zakazana modlitwa z okazji Wielkiego Piątku: Za Żydów wiarołomnych, aby Bóg i Pan nasz zdarł zasłonę z ich serc!

https://dzienniknarodowy.pl/zakazana-mo ... lone-serc/

Oremus et pro perfidis Judæis to jedno z wezwań łacińskiej modlitwy powszechnej, używane podczas Liturgii Wielkiego Piątku przed zmianami dokonanymi przez papieża Jana XXIII.
Przed rokiem 1959 wezwanie to miało formę:

– Omnipotens sempiterne Deus, qui etiam Judaicam perfidiam a tua misericordia non repellis: exaudi preces nostras, quas pro illius populi obcaecatione deferimus; ut agnita veritatis tuae luce, quae Christus est, a suis tenebris eruantur. Per eumdem Dominum…

W języku polskim:

– Wszechmogący, wieczny Boże, który nawet wiarołomnych Żydów nie odrzucasz od swego miłosierdzia, wysłuchaj próśb naszych, jakie zanosimy za ten naród zaślepiony, aby uznając światło prawdy, którym jest Jezus Chrystus, wyrwał się z swoich ciemności. Przez tegoż Pana…

W 1959 r. papież Jan XXIII usunął z tych modlitw słowo “perfidis”, widząc w nim przejaw antysemityzmu. :shock:

– Oremus et pro Iudaeis: ut Deus et Dominus noster auferat velamen de cordibus eorum; ut et ipsi agnoscant Iesum Christum Dominum nostrum. Oremus. Flectamus genua. Levate.

Omnipotens sempiterne Deus, qui Iudaeos etiam a tua misericordia non repellis: exaudi preces nostras, quas pro illius populi obcaecatione deferimus; ut agnita veritatis tuae luce, quae Christus est, a suis tenebris eruantur. Per eundem Dominum…

– Módlmy się. Klęknijmy. Powstańcie.

Wszechmogący, wieczny Boże, Ty nie odmawiasz Swego miłosierdzia także Judajczykom, wysłuchaj naszych modlitw za ten zaślepiony lud. Niech zaznawszy światła Twej prawdy, którym jest Chrystus, zostanie wybawiony ze swoich ciemności. Przez tegoż Pana….

W okresie reform liturgicznych, Paweł VI zmienił jej brzmienie w nowym rycie mszy.

– Oremus et pro Iudaeis, ut, ad quos prius locutus est Dominus Deus noster, eis tribuat in sui nominis amore et in sui foederis fidelitate proficere. Omnipotens sempiterne Deus, qui promissiones tuas Abrahae eiusque semini contulisti, Ecclesiae tuae preces clementer exaudi, ut populus acquisitionis prioris ad redemptionis mereatur plenitudinem pervenire. Per Christum Dominum nostrum. Amen.

– Módlmy się za Żydów, do których przodków Pan Bóg przemawiał, aby pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego przymierzu. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty dałeś swoje obietnice Abrahamowi i jego potomkom; wysłuchaj łaskawie prośby swojego Kościoła, aby lud, który niegdyś był narodem wybranym, mógł osiągnąć pełnię odkupienia. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen. :shock:

Od września 2007 roku, Benedykt XVI swoim motu proprio Summorum Pontificum dopuścił powszechne odprawianie Mszy Świętej w rycie trydenckim na podstawie mszału Jana XXIII, w którym modlitwa ta występuje w wersji pozbawionej słowa “wiarołomni”. Aby uniknąć nieporozumień na tle teologicznym, w 2008 r. Benedykt XVI zmienił formułę tej modlitwy. Obecnie dla Nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego brzmi ona:

– Oremus et pro Iudaeis. Ut Deus et Dominus noster illuminet corda eorum, ut agnoscant Iesum Christum salvatorem omnium hominum. Oremus. Flectamus genua. Levate.

Omnipotens sempiterne Deus, qui vis ut omnes homines salvi fiant et ad agnitionem veritatis veniant, concede propitius, ut plenitudine gentium in Ecclesiam Tuam intrante omnis Israel salvus fiat. Per Christum Dominum nostrum. Amen.

W języku polskim:

– Módlmy się także za Żydów. Aby Bóg i Pan nasz oświecił ich serca, by poznali Jezusa Chrystusa, Zbawiciela wszystkich ludzi. Módlmy się. Klęknijmy. Powstańcie.

Wszechmogący, wieczny Boże, który chcesz, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy, spraw łaskawie, aby kiedy pełnia ludów wejdzie do Twojego Kościoła, cały Izrael został zbawiony. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen..

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 26 kwi 2019, 13:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31404
Mentalna kolonizacja Kościoła i apostazja narodów

Prezentujemy fragment książki „Alarm dla Kościoła” wydanej nakładem wydawnictwa Demart. Na książkę składają się wywiady przeprowadzone przez Pawła Milcarka i Tomasza Rowińskiego. PCh24.pl publikuje fragment wstrząsającego wywiadu z Grzegorzem Górnym.

Pisał Pan niejednokrotnie o kolonizacji mentalnej Kościoła, szczególnie na Zachodzie. Jak należy rozumieć to określenie?
Grzegorz Górny: Chodzi o to, że katolicy z tego regionu świata myślą o sobie i swojej wierze w kategoriach obcych chrześcijaństwu. Widać to w przenoszeniu pojęć politycznych na rzeczywistość Kościoła, jako elemencie samoświadomości chrześcijan. Mam na myśli sytuacje, gdy się mówi o „skrzydle konserwatywnym” czy „frakcji liberalnej” w Kościele, albo o tym, że gdy przeciętny katolik słyszy, iż Kościół coś musi zrobić, to automatycznie włącza mu się myśl: to hierarchowie coś muszą zrobić. A powinien przyjmować takie wezwania także do siebie. W tej perspektywie traktuje on Kościół jako rzeczywistość zewnętrzną wobec siebie, a nie coś, w co sam jest zaangażowany i w czym funkcjonuje. Zasadniczo katolicy na Zachodzie przyjmują dziś jako swoje wartości kultury dominującej – liberalnej, sekularnej, laickiej, postoświeceniowej. Kościół przestaje dla nich być tym centrum definiującym ich rzeczywistość, ale staje się jednym z elementów definiowanych z innego punktu widzenia. Coraz rzadziej można spotkać chrześcijan traktujących Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa, a coraz częściej jak instytucję taką jak wojsko czy poczta, choć może Kościół darzą jeszcze nieco większym zaufaniem.

W Polsce nawet ateiści uważają, że chrzest „im się należy”. Niedawno znajomy opowiadał mi o swoich z kolei niewierzących znajomych, którzy go zapytali: „Czy chrzest jest tylko dla chrześcijan?”.
G.G.: Nie dziwi mnie to. Eucharystia, Komunia Święta są często postrzegane jedynie w wymiarze horyzontalnym, społecznym – jako uczta. Trudno kogoś z uczty wykluczać, jest to odbierane jako dyskryminacja i zaczyna być traktowane niczym łamanie prawa człowieka. Eucharystia ma jednak też wymiar wertykalny – nie jest to tylko wieczerza, ale przede wszystkim uobecnienie męki Chrystusa. Świadomość tego wymiaru sakramentalnego Eucharystii zanika. A to właśnie sakramenty, które są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski Boga, odróżniają Kościół od innych instytucji.

Nie jest tak, że Kościół w Europie czy Ameryce sobie zapracował na taką sytuację? Dał poczucie, że nie ma żadnych zasad dostępu do sakramentów?
G.G.: Oczywiście, to jest kryzys samoświadomości Kościoła, to nie jest coś, co zostało narzucone z zewnątrz, ale wyrosło od wewnątrz, w ramach fałszywej strategii dostosowania do świata. To duchowni, hierarchowie, teologowie dali podbudowę intelektualną temu procesowi i trwa on już od dziesięcioleci. Historycznie rzecz biorąc, moglibyśmy wskazać na kryzys modernistyczny jako jedno ze źródeł problemu.

Modernizm katolicki to taki specyficzny ruch intelektualny w Kościele, który na początku XX wieku wystąpił właśnie z postulatami dostosowania katolicyzmu do dzisiejszych czasów, do nauk szczegółowych, historycznych, socjologicznych. Mówiono wtedy, że trzeba zmienić formę religii, narzędzia jej ekspresji i reprezentacji, aby jej treść stała się bardziej przystępna. Z teorii komunikacji Marshalla McLuhana wiemy, że forma też jest treścią, że forma i treść to rzeczy bardzo ściśle ze sobą związane. Nie jest tak, że otwieramy puszkę, wyjmujemy zawartość, wkładamy ją do nowej puszki i zamykamy. Zmiana formy to bardzo subtelna operacja na żywym organizmie Kościoła i łatwo popełnić błąd. W teologii inspirowanej modernizmem z czasem dodano przekonanie, że to nie jest problem tylko formy, lecz także treści wiary Kościoła, którą uznano za anachroniczną i nieprzystającą do dzisiejszych czasów, ponieważ na przykład dogmaty są niezrozumiałe w świetle nauk przyrodoznawczych.

Ale kiedy mówimy o apostazji narodów, to jest to coś więcej niż tylko kryzys teologii.
G.G.: Apostazja narodów dotyczy nieco innego problemu, czyli wojny kulturowej. Kościół nie docenił sfery kultury i w pewnym momencie abdykował z roli mecenasa. Mniej więcej zaczęło się to od oświecenia. Wiązało się to też z wywłaszczeniem Kościoła i jego pauperyzacją. Nie było już po prostu funduszy na mecenat, jeszcze wtedy trzymano się szkolnictwa, ale drugi etap po abdykacji z kultury to była właśnie wymuszona abdykacja z edukacji. Od tego momentu kultura i edukacja zaczęły rozwijać się poza Kościołem. Do tego czasu człowiek wychowany w środowisku chrześcijańskim stawał się anima naturaliter christiana, ponieważ wszystko wokół było chrześcijańskie i tym nasiąkał. Dziś funkcjonując w kulturze, nasiąkamy czymś wręcz przeciwnym, wartościami w najlepszym wypadku obojętnymi wobec chrześcijaństwa, a w gorszym – antychrześcijańskimi. Przykładem nasiąkania kulturą jest zmiana stosunku chrześcijan do współżycia przedmałżeńskiego. Jeśli niemal w każdym filmie jest czymś naturalnym, że ludzie najpierw się ze sobą prześpią, a dopiero potem pytają o swoje imiona, to wiadomo, że obrazy te pełnią rolę kulturotwórczą. W masowej skali tworzą normy kulturowe. Doszło do tego, że teraz nawet katoliccy rodzice akceptują to, że ich dzieci przed ślubem razem żyją i współżyją. Jest to coś oczywistego. Nie budzi to na ogół żadnych kontrowersji ani wątpliwości. Z jednej strony widać zatem abdykację Kościoła z oddziaływania na kulturę, z drugiej zaś determinację cywilizacji antychrześcijańskiej, żeby w tę kulturę wchodzić i zmienić ją całkowicie. Teoria długiego marszu przez instytucje i hegemonii kulturowej, sformułowana przez włoskiego marksistę Antonia Gramsciego, na tym właśnie polega: na wejściu w świat kultury, zmienianiu jej i rugowaniu z niej wszelkich elementów chrześcijańskich.

(….)

Skąd się bierze bezsilność Kościoła i chrześcijaństwa przy jednoczesnej mocy islamu?
G.G.: Przede wszystkim bierze się z tego, że wielu decydentów Kościoła na Zachodzie przyjęło optykę dominującą w całej cywilizacji i tworzą „płynny Kościół”, „płynne chrześcijaństwo”, adaptując tę postmodernistyczną koncepcję do religii. To jest ewidentne i widać to na każdym kroku. Wydaje się też, że Kościół w Europie przeoczył moment dechrystianizacji, moment, kiedy nastąpiła nowa epoka, a sam pozostał w epoce poprzedniej.

Jak to rozumieć?
G.G.: To widać, gdy się prześledzi, jakie Kościół miał sposoby przepowiadania wiary w świecie pogańskim, w czasach pierwszych wieków. Były kerygmat, katecheza i homilia. Kerygmat, czyli orędzie zbawcze dotyczące egzystencjalnej kondycji człowieka i odkupieńczej misji Chrystusa, kierowano do pogan, do osób poza Kościołem. To był ten sposób mówienia, który z mocą trafiał do ludzi i sprawiał, że decydowali się wkroczyć na ścieżkę wiary. Potem była katecheza, czyli swoista ścieżka inicjacyjna, droga wtajemniczania w prawdy wiary i przygotowania do sakramentów. Homilie zaś kierowano do ludzi, którzy już się zakorzenili w Kościele. Tak to wyglądało w czasach cywilizacji pogańskiej. Gdy cała kultura stała się chrześcijańska, kerygmat zaniknął, ponieważ nie było już pogan. Katecheza ograniczyła się do dzieci, bo dorośli przestali masowo przyjmować chrzest. Dla dorosłych zachowała się tylko homilia. Kiedy jednak proces kulturowy się odwrócił, okazało się, że pojawiła się masa „ochrzczonych pogan”, czyli ludzi nominalnie będących chrześcijanami, ale prowadzących zupełnie niechrześcijański tryb życia. Nie ma sposobów ich nauczania, gdyż nie ma ani kerygmatu, ani katechezy dla dorosłych. Głosi im się tylko homilie – z założeniem, że słuchają jej sami dojrzali chrześcijanie. Jest jednak zupełnie inaczej, ponieważ większość słuchających homilii potrzebuje elementarnej wiedzy katechetycznej. Trzeba więc wrócić do przekazu adekwatnego do sytuacji cywilizacyjnej. O tym mówił Karol Wojtyła, kiedy zabrał po raz pierwszy głos na Soborze Watykańskim II. Jego pierwsze wystąpienie było o tym właśnie, że potrzebny jest katechumenat pochrzcielny, bo choć jest wielu ochrzczonych, to – de facto – niczym nie różnią się oni od pogan. Wojtyła wyciągał swoje wnioski na podstawie obserwacji z pobytu we Francji i Holandii w 1947 roku. Dostrzegał proces mentalnej kolonizacji Kościoła, tej pełzającej apostazji, i na Soborze alarmował, że trzeba rozpocząć pracę katechizacji niemal od zera.

Ale czy problem jest tylko w metodach, czy może też w tym, że Kościół w Europie w ogóle nie głosi swojej wiary? Homilie, jakie słyszymy, nawet w Polsce, wygłaszają księża-socjologowie, księża-psychologowie, księża-historycy. O prawdach wiary nieraz nic nie słyszymy.
G.G.: Dlatego uważam, że dzisiejszy kryzys Kościoła to jest kryzys duchowieństwa. W pewnym momencie nastąpiła zmiana formacji duchowej kapłanów w świecie zachodnim pod wpływem optymizmu lat 60., koncepcji otwarcia się na świat, bezkrytycznego spojrzenia na różne osiągnięcia nauk humanistycznych. Sojusz teologii z psychologią, socjologią, psychoanalizą czy literaturoznawstwem doprowadził do wykolejenia przekazu chrześcijańskiego. Przyjęto bowiem inny paradygmat, obcy chrześcijaństwu. I od tego zaczęła kuleć formacja seminaryjna. Podam następujący przykład: w chrześcijaństwie czystość jest cnotą, a swój szczególny wyraz odnajduje ona w celibacie kapłańskim. Dla współczesnych psychologów natomiast asceza czy wstrzemięźliwość seksualna to wyraz stłumienia swoich pragnień i uczuć, a więc zjawisko negatywne dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Jeżeli więc wpuścimy do seminariów psychologów z takim nastawieniem i oddamy w ich ręce kierownictwo duchowe, to muszą oni dokonać destrukcji katolickiej formacji duchowej. Tak się właśnie stało na Zachodzie w latach 60. i 70. Nastąpiło wtedy gwałtowne i masowe odejście ludzi ze stanu kapłańskiego, porzucanie powołania przez zakonników i zakonnice. A ci, którzy pozostali, często zostawali dotknięci wirusem sekularyzmu. Wtedy też można mówić o początku kryzysu homoseksualnego i pedofilskiego w Kościele. Nastąpiło przyjęcie postulatów rewolucji seksualnej do środka Kościoła. Zaczęło się też „produkowanie” zlaicyzowanych księży. Zastanawiam się, dlaczego w Niemczech nie ma już praktycznie spowiedzi indywidualnej. Są za to księża – a spotkałem się z takimi przypadkami – którzy kilkanaście lat po święceniach sami nigdy się nie spowiadali. W Niemczech jest takie podejście, że jak dziecko przystępuje do Pierwszej Komunii Świętej, to nie musi się spowiadać, bo przecież dziecko nie ma grzechu ciężkiego, a Eucharystia gładzi grzech lekki. W oparciu o tę zasadę młody człowiek do wieku nastoletniego nigdy nie przystępuje do spowiedzi. Nie ma takiego nawyku i nie robi tego potem jako młody dorosły, kiedy trafia do seminarium. Tam ojciec duchowy też nie pyta go o takie rzeczy jak spowiedź, ponieważ byłaby to ingerencja w jego osobiste życie, przekroczenie granicy, której nie wolno naruszać. Przez seminarium klerycy zatem przechodzą bez spowiedzi, a kiedy zostają księżmi, to już nikt w ogóle nie interesuje się ich życiem duchowym. W ten sposób mając trzydzieści pięć czy czterdzieści lat, są duchownymi, którzy nigdy się w życiu nie spowiadali. Trudno więc, żeby przypominali o konieczności spowiedzi swoim wiernym.

Powinni może o tym przypominać biskupi?
G.G.: Są biskupi w Niemczech, którzy sami się nie spowiadają, a na dodatek jeszcze mają takie poczucie, że są pionierami nowego typu duszpasterstwa. Jak można jednak dzierżyć jakiekolwiek duchowe przywództwo, jeżeli się nie spowiada ani siebie, ani innych? Czy ktoś taki może mieć rozeznanie duchowe?

Zsekularyzowane duchowieństwo we Francji nie ma poczucia, że żyje w świecie, w którym społeczeństwo świeckie oddzieliło się od Kościoła. Gdy przychodzą do nich muzułmanie chcący się nawrócić na chrześcijaństwo, to niejednokrotnie są zniechęcani. Księża mówią im, że wystarczy, żeby dobrze żyli jako członkowie społeczeństwa liberalnego i pozostali w dotychczasowej religii.
G.G.: Robiłem kiedyś film dokumentalny o nawróconych muzułmanach w Europie. Pojechałem do Austrii, gdzie działa prężna wspólnota chrześcijańska, która nawróciła około stu czterdziestu muzułmanów. Oni jednak nie chcieli za żadne skarby wystąpić w tym filmie. Nie chcieli, żeby pokazywać ich twarze. Pytałem ich, czy boją się, że jak się dowiedzą o nich muzułmanie, to mogą ich po prostu pozabijać. Odpowiedzieli, że bardziej boją się swoich katolickich hierarchów, którzy, jeśli się dowiedzą, co robią, to zabronią im dalszej ewangelizacji. Tak więc dla tych ludzi oddanych misji to nie muzułmanie, ale biskupi katoliccy stanowili problem. Było przecież posiedzenie niemieckiego episkopatu na temat tego, jak postępować wobec islamu, i przyjęto ogólną strategię – to działo się w pierwszych latach XXI wieku – że nie ma nawracania, nie ma ewangelizacji, a zostaje tylko dialog. Co się za tym kryje? Kryje się niewiara w jedyną powszechność orędzia zbawczego Kościoła.

Duchowieństwo bardziej niż katolikami czuje się orędownikami laickiej cywilizacji Zachodu?
G.G.: Kim się czuje, to trudno powiedzieć, trudno wnikać w ich psychikę, ale można powiedzieć, jak wygląda aktywność choćby niemieckiego episkopatu. A wygląda, jakby to był urząd do spraw kultu i płynnej moralności. De facto została tam odrzucona deklaracja Kongregacji Nauki Wiary z roku 2000 podpisana przez kardynała Ratzingera pod tytułem Dominus Iesus o jedyności i powszechności zbawczej misji Jezusa Chrystusa i Kościoła. Można zresztą powiedzieć, że jeszcze wcześniej, w XX wieku, mieliśmy do czynienia z całą serią takich odrzuceń. Zaczęło się od roku 1968 i encykliki Pawła VI Humanae vitae, dotyczącej między innymi zakazu stosowania antykoncepcji. Tę strategię dostosowania się do świata widać zresztą nie tylko w Niemczech. Podam niedawny przykład z Włoch, może drobny, ale symptomatyczny. W 2015 roku arcybiskup Padwy Claudio Cipolla oświadczył, że należy zrezygnować z niektórych tradycji katolickich – w szczególności tych związanych z obchodami świąt Bożego Narodzenia – po to, by zachować spokój społeczny. Jego zdaniem publiczne eksponowanie symboliki katolickiej w okresie świątecznym nie będzie służyło utrzymaniu pokoju i braterskim stosunkom między ludźmi. Nadrzędnymi wartościami są bowiem spokój, porządek, zgoda, jedność i przyjaźń. Oświadczenie ordynariusza wywołało zdecydowany sprzeciw lokalnych władz. Sekretarz prowincji Padwa oświadczył, że we Włoszech istnieje na szczęście rozdział Kościoła od państwa, urzędnicy państwowi nie mają zatem obowiązku słuchać biskupów, tak więc miejscowe władze nie podporządkują się w tej sprawie Kościołowi i będą eksponować publicznie bożonarodzeniowe szopki.

Mówi Pan teraz o działaniach wysokiego hierarchy…
G.G.: Mentalna kolonizacja wdarła się do samego środka Kościoła. Jeszcze jakiś czas temu można było powiedzieć, że Kościół toczy wojnę kulturową ze światem, teraz natomiast trzeba powiedzieć, że ta wojna kulturowa toczy się wewnątrz Kościoła. Mentalna kolonizacja dotyka duchownych na najwyższych szczeblach władzy kościelnej. Podam konkretny przykład z własnego życia. Parę lat temu redakcja katolicka telewizji publicznej zwróciła się do mnie, żebym przygotował film dokumentalny o Bożym Narodzeniu. Chodziło o przedstawienie wszystkich okoliczności historycznych dotyczących narodzin Pana Jezusa: jak wyglądał spis powszechny, kim byli trzej magowie, czym mogła być gwiazda na niebie, czy Jezus urodził się w stajence czy grocie i tym podobne. W związku z tym przeprowadziłem szereg wywiadów z polskimi biblistami. W telewizji powiedziano mi jednak, że skoro Boże Narodzenie jest wydarzeniem globalnym, to warto byłoby też zapytać autorów spoza Polski. Pomyślałem sobie, że największe autorytety w tej kwestii znajdę na Biblicum w Rzymie. Miałem znajomego księdza, który pracuje na Gregorianum, które znajduje się obok Biblicum. Zadzwoniłem więc do niego i pytam, czy mógłby mi znaleźć tam jakichś biblistów, którzy wypowiedzieliby się dla mnie do filmu. Znajomy się zgodził, ale po dwóch dniach do mnie oddzwonił i mówi, że nikt z tych profesorów na Biblicum, z którymi rozmawiał, nie wierzy w prawdziwość tych wszystkich okoliczności, które są opisane w Nowym Testamencie. Mogliby wystąpić w filmie, ale musieliby podważyć wszystkie wydarzenia i okoliczności towarzyszące narodzinom Pana Jezusa. Mój znajomy postanowił poszukać więc na Gregorianum. Udało mu się znaleźć dwóch profesorów, którzy wierzą w Boże Narodzenie. W związku z tym pojechałem z ekipą do Rzymu i zrobiliśmy wywiady z tymi biblistami. Oni jednak też co chwila mówili, że Święty Mateusz czy Święty Łukasz wymyślili ten lub tamten szczegół, ponieważ pasowało im to do koncepcji czy do starotestamentowych proroctw. Przywiozłem nagrania i przesłałem je do producenta, żeby ich wypowiedzi przetłumaczono. To był zewnętrzny telewizyjny producent, który przygotowywał ten film dla telewizji. On sam mówił, że jest ateistą, ale miał takie podejście, że jak redakcja katolicka zamawia u niego katolicki program, to ten program ma być katolicki. Po jakimś czasie producent dzwoni do mnie i krzyczy do słuchawki: „Coś ty mi tu przywiózł? Przecież to są niewierzący ludzie! Oni są księżmi? Co oni wygadują? To w jakiego Boga wy w końcu wierzycie? Czy ten Chrystus to jest jakiś fantom? Czy on w ogóle istniał? Czy wymyśliliście sobie jakiegoś bałwana? Gdzieś ty wynalazł tych biblistów?”. Odpowiadam, że w Rzymie na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Wtedy on powiedział: „Wiesz, ja już raz w życiu coś takiego widziałem: w latach 80. nikt już na Kremlu nie wierzył w komunizm i to się musiało zawalić. Jak nawet w centrali nie wierzą, to musi to upaść”. Zadziwiające: ateista z sensus fidei... Podczas wywiadów pytałem zresztą tych biblistów, jaka w takim razie jest prawda, skoro ewangeliści powymyślali tyle różnych szczegółów. I co oni odpowiedzieli? Nas nie interesuje prawda, tylko interpretacja tekstu.

Z tego, co Pan mówi, wojna kulturowa wewnątrz Kościoła też jest już przegrana, narody nie wierzą, bo księża nie wierzą, a nauka nie jest przekazywana.
G.G.: Kiedy w Irlandii zbliżało się referendum dotyczące tak zwanych homozwiązków, byli księża, którzy publicznie występowali i opowiadali się za opcją LGBT. Nie spotykało się to z żadnymi upomnieniami czy karami ze strony biskupów. Homolobbyści w sutannach mogli więc spokojnie działać. Sytuacja rzeczywiście przypomina kryzys ariański z IV wieku, kiedy większość wiernych i większość episkopatu światowego było arianami, czyli w praktyce nie byli chrześcijanami, ponieważ nie uznawali bóstwa Jezusa i Trójcy Świętej. Sytuacja nie jest jednak tak tragiczna, ponieważ dzisiaj kryzys dotyczy głównie Kościoła w sytym świecie Zachodu.

Powyższy tekst stanowi fragment wywiadu z Grzegorzem Górnym, będący fragmentem książki „Alarm dla Kościoła” wydanej nakładem wydawnictwa Demart. Rozmawiali Paweł Milcarek i Tomasz Rowiński.

https://www.pch24.pl/mentalna-kolonizac ... 811,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 29 kwi 2019, 08:49 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7562
Lokalizacja: Podlasie
http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/221

List otwarty do papieża Jana Pawła II

Ojcze Święty!

Pozwól nam przedstawić z synowską szczerością tych kilka refleksji. Sytuacja Kościoła od dwudziestu lat przypomina okupowane miasto. Z powodu samozniszczenia Kościoła tysiące księży i miliony wiernych żyją w zakłopotaniu i niepewności. Błędy zawarte w dokumentach Soboru Watykańskiego II, posoborowe reformy, a w szczególności reforma liturgiczna, błędne pojęcia rozpowszechniane przez oficjalne dokumenty oraz nadużycia władzy popełniane przez hierarchię szerzą wśród nich zamieszanie i niepokój. W tych bolesnych okolicznościach wielu traci wiarę, miłość słabnie, a idea jedności Kościoła w czasie i przestrzeni zanika.

Jako biskupi Świętego Kościoła Katolickiego i następcy Apostołów jesteśmy głęboko poruszeni, widząc wszędzie tyle dusz zdezorientowanych, a jednak pragnących trwać przy wierze i moralności, zdefiniowanych oraz nauczanych zawsze i wszędzie przez Magisterium Kościoła. Nasze milczenie w takiej sytuacji oznaczałoby współuczestnictwo w złych uczynkach (2 J 11).

Dlatego widząc, że wszystkie nasze osobiste wysiłki podejmowane od piętnastu lat spełzły na niczym, czujemy się w obowiązku interweniować publicznie u Waszej Świątobliwości. Błagamy, by Wasza Świątobliwość uciekł się do władzy Następcy św. Piotra umacniania braci w wierze (Łk 22, 32) przekazanej nam wiernie przez apostolską Tradycję. W tym celu pozwalamy sobie dołączyć do tego listu wykaz głównych błędów, będących przyczyną owej tragicznej sytuacji, które to błędy zostały już zresztą potępione przez poprzedników Waszej Świątobliwości.

Oto lista, która jednak nie jest wyczerpująca:

1. Latitudynarystyczna i ekumeniczna koncepcja Kościoła podzielonego w wierze, potępiona w szczególności przez Syllabus, nr 18 (DS Denzinger Schoenmetzer, Enchiridium Symbolorum et Declarationum, 2918);
2. Kolegialna władza i demokratyczna orientacja Kościoła, potępione w szczególności przez Sobór Watykański I (DS 3055);
3. Fałszywa koncepcja naturalnych praw człowieka jasno wyrażona w Deklaracji o wolności religijnej, potępiona w szczególności przez encykliki Quanta cura (Pius IX) i Libertas praestantissimum (Leon XIII);
4. Błędna koncepcja władzy papieskiej (DS 3115);
5. Protestancka koncepcja najświętszej ofiary Mszy św. oraz sakramentów, potępiona przez Sobór Trydencki (sesja XXII);
6. I wreszcie, generalnie rzecz biorąc, swobodne rozprzestrzenianie herezji, czego znakiem jest zniesienie Świętego Oficjum.

Dokumenty zawierające te błędy powodują tym głębszy ból i zamieszanie, że pochodzą ze szczytu hierarchii. Najbardziej poruszeni tą sytuacją są ci księża i wierni, którzy odznaczają się największym przywiązaniem do Kościoła, autorytetu Następcy św. Piotra i tradycyjnego Magisterium Kościoła.

Ojcze Święty, choroba ta musi jak najszybciej zniknąć, gdyż trzoda rozprasza się, a owce idą za najemnikami. Ze względu na dobro Wiary i na zbawienie dusz zaklinamy Cię, byś na nowo głosił przeciwne tym błędom prawdy wiary, których Kościół Święty nauczał przez dwadzieścia wieków.

Zwracamy się do Ciebie w tym samym duchu, w którym św. Paweł zwracał się ongiś do św. Piotra, czyniąc mu wyrzuty, że oddalił się od prawdy Ewangelii (Gal 2, 11-14). Jedynym jego celem była obrona wiary wiernych.

Św. Robert Bellarmine twierdził, wyrażając ogólną zasadę moralną, że powinno się stawiać opór papieżowi, którego działalność jest szkodliwa dla dusz (De Rom. Pon. l. 2, c. 29).

Wołamy zatem na alarm, by przyjść Waszej Świątobliwości na pomoc, wołamy, coraz gwałtowniej, z powodu błędów, by nie rzec herezji zawartych w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, oraz z powodu ceremonii i przemówień z okazji pięćsetnej rocznicy urodzin Lutra. Miara się przebrała.

Niech Bóg raczy dopomóc Waszej Świątobliwości. Zanosimy nieustanne nasze modlitwy w tej intencji do Najświętszej Maryi Panny. Niech Wasza Świątobliwość raczy przyjąć wyrazy naszego synowskiego oddania.

Rio de Janerio,
21 listopada 1983 r.
Święto Ofiarowania N.M.Panny

+ Marcel Lefebvre
CH-1908 Ecône, Szwajcaria
+ Antonio de Castro Mayer
28100 Campos (RJ), Brazylia

Powyższy manifest został opublikowany w Kazaniach abp. Marcela Lefebvre (Warszawa 1999, s. 155–162)

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół Katolicki
PostNapisane: 11 maja 2019, 13:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31404
Roberto de Mattei: Najgorsza schizma, jaką świat dotąd widział

4 lutego 2019 roku w Abu Zabi papież Franciszek i wielki imam Al-Azharu, Ahmad el-Tajeb podpisali dokument „O ludzkim braterstwie dla pokoju światowego i współistnienia”. Deklaracja zaczyna się w imię Boga, który – jeśli ma być Bogiem wspólnym wszystkim – nie może być niczym innym, jak tylko Allahem muzułmanów. Bóg chrześcijan jest w rzeczywistości jeden pod względem natury, ale w trzech Osobach boskich, równych i odrębnych: Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Od czasów Ariusza Kościół zwalczał antytrynitarian i deistów kwestionujących lub odrzucających tajemnicę, która dla chrześcijan jest największą. Islam – wprost przeciwnie – odrzuca ją ze zgrozą, jak sura „O szczerości wiary” głosi: „On – Bóg Jedyny, Bóg Wiekuisty! Nie zrodził i nie został zrodzony! Nikt Jemu nie jest równy!” (Koran 112,2-4).

W rzeczywistości w deklaracji z Abu Zabi cześć nie jest ani oddawana Bogu chrześcijan, ani bogu islamu, ale świeckiemu bóstwu, „ludzkiemu braterstwu”, które „obejmuje wszystkich ludzi, jednoczy ich i czyni równymi”. Nie mamy tutaj do czynienia z duchem Asyżu – który w swoim synkretyzmie rozpoznaje prymat wymiaru religijnego nad wymiarem sekularnym – ale z afirmacją indyferentyzmu.

W żadnym punkcie tak naprawdę nie wspomina się fundamentalnej metafizyki wartości pokoju i braterstwa, ale nieustannie się do nich nawiązuje. Dokument ten, kiedy stwierdza, że „pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką stworzył istoty ludzkie”, nie wyraża ekumenizmu potępionego przez Piusa XI w Mortalium animos (1928 r.), ale indyferentyzm potępiony przez Leona XIII w encyklice Libertas praestantissimum (20 czerwca 1888 r.), który definiuje jako doktrynalny system uczący, że „każdemu wolno albo wyznawać religię jaką mu się podoba, albo też nie wyznawać żadnej”.

W deklaracji z Abu Zabi chrześcijanie i muzułmanie podporządkowują się podstawowej zasadzie masonerii, zgodnie z którą wartości rewolucji francuskiej, jakimi są wolność i równość, powinny znaleźć swą syntezę i realizację w powszechnym braterstwie. Ahmad el-Tajeb, który wraz z papieżem Franciszkiem sporządził ten tekst, jest dziedzicznym szejkiem Bractwa Sufich Górnego Egiptu, a w islamskim świecie Al-Azhar i uniwersytet, którego jest rektorem, charakteryzuje się tym, że proponuje ezoteryzm suficki jako „wprowadzający most” pomiędzy wschodnią a zachodnią masonerią (por. Gabriel Mandel, Federico II, il sufismo e la massoneria, Tipheret, Acireale 2013).

Dokument ten w uporczywy i powtarzalny sposób wzywa „przywódców świata, a także architektów polityki międzynarodowej i gospodarki światowej (...), intelektualistów, filozofów, osobistości religijne, artystów, przedstawicieli mediów oraz ludzi kultury w każdym zakątku świata”, by usilnie starali się „o upowszechnienie kultury tolerancji i współistnienia w pokoju”, wyrażając „mocne przekonanie, że autentyczne nauki religii zachęcają nas do trwania zakorzenionymi w wartościach pokoju; do obrony wartości wzajemnego zrozumienia, braterstwa ludzkiego i harmonijnego współistnienia”.

Wartości te, jak podkreśla dokument, to „podstawy zbawienia dla wszystkich”. Stąd „Kościół katolicki i Al-Azhar proszą, aby niniejszy dokument stał się przedmiotem badań i refleksji we wszystkich szkołach, uniwersytetach i instytucjach formacyjnych, pomagając w ten sposób wychowywać nowe pokolenia, które przyniosłyby dobro i pokój innym, a na całym świecie były obrońcami uciskanych i naszych najmniejszych braci i sióstr”.

11 kwietnia w Domu św. Marty w Watykanie dokument z Abu Zabi został przypieczętowany symbolicznym gestem. Franciszek położył się na ziemi przed trzema przywódcami z Sudanu i pocałował ich stopy, błagając o pokój. Gest ten powinien być oceniany nie tyle jako znak tego, co potwierdza: poddania Kościoła potęgom politycznym, ale jako znak tego, co neguje: jako odrzucenie królowania Pana Jezusa Chrystusa. Ten, który reprezentuje Chrystusa, na którego imię zgina się każde kolano w niebie i na ziemi (Flp 2,10), musi przyjmować hołd ludzi i narodów, a nie składać hołd komukolwiek.

Rozbrzmiewają tutaj słowa Piusa XI z encykliki Quas primas (1925 r.): „O, jakiegoż zażywalibyśmy szczęścia, jeżeliby poszczególni ludzie i rodziny, i państwa pozwoliły się rządzić Chrystusowi. Wówczas to wreszcie – że użyjemy słów, które poprzednik nasz Leon XIII przed 25 laty do wszystkich biskupów wypowiedział – będzie można uleczyć tyle ran, wówczas to będzie nadzieja, że prawo dawną powagę odzyska, miły pokój znowu powróci, z rąk miecze i broń wypadną, gdy wszyscy chętnie przyjmą panowanie Chrystusa i posłuszni Mu będą, a każdy język wyznawać będzie, że Pan nasz, Jezus Chrystus, jest w chwale Boga Ojca”.

Gest, jaki zrobił papież Franciszek w Domu św. Marty neguje także wspaniałą tajemnicę: Wcielenia, Męki i śmierci naszego Pana Jezusa Chrystusa, jedynego Zbawiciela i Odkupiciela ludzkości. Poprzez zakwestionowanie tej tajemnicy zostaje zakwestionowana zbawcza misja Kościoła – wezwanego do ewangelizacji i cywilizowania świata. Czy Synod Amazoński, który odbędzie się w październiku, okaże się nową fazą w tym odrzuceniu misji Kościoła, które jest także odrzuceniem misji Namiestnika Chrystusowego? Czy papież Franciszek uklęknie przed przedstawicielami tubylczych ludów? Czy poprosi ich, by wnieśli do Kościoła swoją plemienną mądrość, której są nosicielami?

To, co jest pewne, to fakt, że trzy dni później – 15 kwietnia – katedrę Notre Dame (będącą opisowym wyobrażeniem Kościoła) ogarnęły płomienie, które pochłonęły iglicę, pozostawiając nietknięte fundamenty. Czy nie oznacza to, że mimo zawalenia się samej góry Kościoła, jego Boża struktura trwa i nic nie będzie w stanie tego zniszczyć?

Tydzień później inne wydarzenia wstrząsnęły opinią publiczną. Seria ataków terrorystycznych, wywołanych przez wyznawców tej samej religii, której papież Bergoglio się poddaje, zamieniła Wielkanoc Zmartwychwstania w dzień Męki Kościoła powszechnego, przynosząc 310 ofiar śmiertelnych i ponad 500 rannych. Nim pochłonął ciała, ogień pochłonął złudzenia tych katolików, którzy przy akompaniamencie oklasków i gitar intonują „Alleluja”, gdy Kościół doświadcza swego Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty.

Ktoś może zaprotestować, że terroryści ze Sri Lanki, nawet jeśli byli muzułmanami, nie reprezentują islamu. Jednak nawet imam z Al-Ahzar, który podpisał dokument o pokoju i braterstwie, nie reprezentuje całego islamu. Z drugiej strony papież Franciszek z pewnością reprezentuje Kościół katolicki. Ale jak długo?

Nie ma prawdziwego braterstwa poza tym, co nadprzyrodzone, a co nie jest wynikiem relacji między ludźmi, ale pochodzi od Boga (1 Tes 1,4-5). Tak samo nie ma możliwości pokoju poza pokojem chrześcijańskim, gdyż źródłem prawdziwego pokoju jest Chrystus, Wcielona Mądrość, który „zwiastował pokój wam, którzyście daleko, i pokój tym, którzy są blisko (Ef 2,17). Pokój to dar Boga, przyniesiony ludziom przez Jezusa Chrystusa, Syna Bożego i Pana nieba i ziemi. Założony przez Niego Kościół katolicki jest najwyższym depozytariuszem pokoju, gdyż jest on strażnikiem prawdy, a pokój ufundowany jest na prawdzie i sprawiedliwości.

Neomodernizm, głęboko zakorzeniony na samej górze Kościoła, głosi fałszywy pokój i fałszywe braterstwo. Ale fałszywy pokój sprowadza wojnę na świat, tak jak fałszywe braterstwo sprowadza schizmę, która jest wojną wewnątrz Kościoła. Św. Luigi Orione przewidział to wszystko w dramatyczny sposób 26 czerwca 1913 roku: „Modernizm i semimodernizm nie mogą trwać – wcześniej czy później doprowadzi to do protestantyzmu albo schizmy w Kościele, która będzie najgorszą, jaką świat dotąd widział” (Pisma, t. 43, s. 53).

Roberto de Mattei

Źródło: rorate-caeli.blogspot.com
Tłum. z j. angielskiego: Jan J. Franczak

https://www.pch24.pl/roberto-de-mattei- ... z5nWNWq6PV


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 222 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 11, 12, 13, 14, 15

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /