Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 120 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 8  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 27 lip 2011, 08:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
NIECH PŁONIE

We wczorajszym wpisie zadawałem sobie i swoim czytelnikom pytanie o zdolność Europy do obrony przed wrogiem zewnętrznym, używając jako pretekstu masakry, którą w jednym z najzamożniejszych i najlepiej zorganizowanych europejskich państw spowodował pojedynczy psychol po przeszkoleniu wojskowym. Czy w przeprowadzeniu ataków ktoś mu pomagał czy nie, nie ma w tej chwili żadnego znaczenia, bo wszystko wskazuje na to, że nie musiałby. Generalne pytanie tkwi jednak nie w tym, czy Europa potrafi się obronić, bo to wiemy – potrafi, ma na to wystarczającą ilość środków, ale czy chce?

Kłopoty obronne Europy biorą się z tego, że Europa nie potrafi zdefiniować się cywilizacyjnie; nie wie, czym ma być. Sanatorium dla wymierających staruszków? A kto to będzie opierał i za ile? Kontynent od lat potrzebuje rąk do pracy, po tym jak groteskowa choć potwornie groźna fala ignorantów lat 60-tych zafundowała nowy model państwa oparty na przyjemnościach i uciechach nie zrównoważonych odpowiedzialnośią i pracą. Sen gnostyka spełnił się na jawie; raj na ziemi zrealizował się w postaci bachanaliów rozumianych nie jako odpoczynek od trudów codziennego znoju, ale jako stan permanentny, którego celem jest poszerzanie katalogu promowanych rozrywek. Praca, zwłaszcza praca fizyczna, została zdegradowana, a wolność od konieczności jej podejmowania została zagwarantowana rozdętymi programami socjalnymi.

Spokój permanentnego odurzenia zapewniały amerykańskie gwarancje militarne oraz wyższość cywilizacyjna i technologiczna – owoc zapobiegliwości i pracy dziesiątek pokoleń nie pokaranych przez opatrzność pokoleniem idiotów na katedrach.

Mentalna zdolność do obrony własnej społeczności przed agresją z zewnątrz bierze się z zakorzenienia, a więc z delikatnego i złożonego systemu relacji emocjonalnych. W pierwszym rzędzie gotowość dla poświęcenia bierze się z relacji ojcowskiej i małżeńskiej. Mężczyzna – statystycznie silniejszy fizycznie, broni swojej żony i dzieci; wykonuje swoje zadania wojskowe działając pod wpływem silnych uczuć wynikających z naturalnych więzi.

Idioci zrobili wszystko, żeby te relacje osłabić, a odpowiedzialność znieść. To państwo w coraz szerszym zakresie edukuje i utrzymuje dzieci, to państwo zapewnia opiekę nad zniedołężniałymi starcami, przez co zrywa się więź wzajemnej solidarności międzypokoleniowej i zaufanie. Z „państwem” łączą mnie, przyznam, chłodne relacje; szczerze mówiąc nie wiem dokładnie gdzie ono mieszka.

W Europie*, poza ostatnimi skansenami, nie istnieją emocje związane z przynależnością do klanu, rodu bądź plemienia znane praktycznie we wszystkich innych cywilizacjach. Stało się tak za sprawą chrześcijaństwa, które wpłynęło na wykształcenie się „emocjonalnej” przynależności do narodu. Na-ród wyparł inne formy zrzeszeń, bo oferował skok cywilizacyjny związany z opartą o poczucie związku pozytywną emocją. Największe, znane historii zrzeszenia ludzkie mogły odtąd działać wspólnie w oparciu o więź emocjonalną, a nie pod wpływem przymusu satrapy, przez to stały się skuteczne.

Tego progu – progu narodowego, nie udało się nigdy przeskoczyć; stąd klęska idei imperialnej (karolińskiej, ottońskiej, jagiellońskiej, habsburskiej). Innymi słowy: nie udało się związać „emocjonalnie” zrzeszeń przekraczających zrzeszenia narodowe.

Jedyne co się udawało to minimalizować tarcia pomiędzy narodami w oparciu o wspólnie wyznawany katalog wartości. Katalog wartości poważny, bo składający się z historii miłości, poświęcenia, przebaczenia, cierpienia, mądrości, wytrwałości i wierności. Codzienne przypominanie tego katalogu, jego odświeżanie, było zadaniem specjalnie do tego celu powołanej instytucji, wspólnej dla całej Europy, i z kierownictwem w jednym Europejskim mieście, niezależnym od władztw narodowych: pan-Europejskim (celowo pomijam eschatologiczny wymiar Kościoła, bo nie chciałbym, żeby dyskusja zeszła na tory sporu religijnego, opisuję instytucję z punktu widzenia jej roli w organizmie, jakim Europa do kiedyś była).

Postulat prymatu sił duchowych nad siłą fizyczną nie był w stanie (jako ideał zbyt wymagający, w zasadzie: cel) wyeliminować przemocy pomiędzy europejskimi narodami, ale był w stanie minimalizować ich zasięg i skutki do stopnia, w którym nie naruszało to sił obronnych całej Europy.

Świadomość Europejska istniała, o czym wiemy choćby z zapisanych świadectw dumy narodów przygranicznych (Polaków, Chorwatów, Węgrów, Austriaków) z roli odgrywania roli swoistej straży granicznej, „muru” oddzielającego Europę od tego co „nieeuropejskie”. Było to również następstwem przyjętego wraz z chrześcijaństwem spadku po Antyku, który łagodził międzynarodowe napięcia (pomiędzy polis) poczuciem wspólnego przeżywania „helleńskości” w opozycji do „barbarzyństwa”.

Katalog składający się na „helleńskość” był rzecz jasna inny, oparty o inne religie, choć o ten sam homerycki epos.

Pokolenia (bo to już chyba drugie) idiotów na katedrach, pozbawione elementarnego humanistycznego wyczucia i wiedzy, przypuściły druzgocący atak na wartości i to atak skuteczny. Tutaj drobne en passant: „atak” trwał od kilku stuleci, jednak dopiero gdzieś na początku ubiegłego wieku zakończył się ostatecznym przejęciem instytucji, a od połowy ubiegłego wieku, za sprawą mass-mediów mógł zdobyć masy; forma wpisu ogranicza w snuciu historiozoficznych dywagacji, więc uproszczenia i skróty są konieczne.

Człowiek może poświęcić się w imię wielkiej idei, ale czy poświęci się w imię „bachanaliów”? Prawa do publicznej ekspiacji w sprawach indywidualnych i intymnych?

Czy może dziwić brak podziwu przybyszów z innych kultur dla cywilizacji burdelu?

No mnie nie dziwi.

Teraz w burdelu wybuchł pożar, ale tliło się dziesięcioleci, a więc od czasu, kiedy Europa porzuciwszy cywilizację pracy, poświęcenia i odpowiedzialności dostrzegła, że nic ją już więcej nie łączy, więc może ochoczo przystąpić do wzajemnej rzezi w dwóch etapach wojen światowych. Pozbawiona bezpiecznika nie otrzeźwiała nawet wtedy, kiedy po raz pierwszy w historii nie była zdolna do rozstrzygnięcia wewnętrznego konfliktu bez pomocy kontyngentu z byłych kolonii, ani po raz drugi, wtedy, kiedy nie była - bez jankeskiego wsparcia, zdolna do obrony przed „Kałmukami dowodzonymi przez Chazarów”, a przypomnijmy, że do tej obrony w roku 1920 wystarczyły w zupełności siły wojskowe dopiero co odrodzonego państwa, pozbawionego w zasadzie wsparcia z Zachodu dzięki rewolucji w Niemczech, a zaopatrywanego dzięki życzliwej pomocy rządu w Budapeszcie, który się z własnymi Chazarami i Kałmukami dopiero co uporał.

W tym momencie Czytelnik może się zatrzymać i zapytać w kontekście mojego poprzedniego tekstu, czy ja czasami nie przeprowadzam tutaj mowy obrończej norweskiego psychola? Czy nie podaję w tym miejscu zestawu argumentów tłumaczących jego szaleńczy atak?

Otóż norweska masakra jest prezentem podarowanym procesowi rozkładu by postępujące gnicie mogło posuwać się w raźnym tempie. To nie islamska fala zagraża Europie, ale to dzisiejsza Europa zagraża Europie. Pokolenie idiotów właśnie stanęło na progu militarnej, ekonomicznej i politycznej katastrofy, która ma olbrzymie szanse zmieść europejski establishment z tego samego powodu, dla którego kończy się każde przyjęcie: z powodu wyczerpania się zapasów gorzały.

Europejski establishment nigdy nie oferował nic ponadto.

Dlatego musi szykować się do bronienia swoich pozycji w sposób inny niż dostarczając kolejne porcje mentalnych opiatów. I dlatego – by dzieło upadku Europy mogło być kontynuowane, musiał pojawić się norweski „psychol”, który jest wręcz stworzony do dania alibi tym wszystkim, którzy wiodą „lud europejski” do domu niewoli. Jego kabaretowa maskarada przypominająca raz postać z pocztu europejskiej arystokracji, raz komandosa; pełne militarne powodzenie jego akcji, zapewniona nietykalność osobista i różowa, beztroska przyszłość urozmaicana medialną popularnością daje podstawy sądzić, że menedżer nadzorujący ten majstersztyk piaru był po najlepszych szkołach piaru. Nie wiem, czy były to akademie w Moskwie, Berlinie czy gdzieś jeszcze indziej; w każdym razie początek tygodnia był krokiem naprzód stojących nad przepaścią.

Burdel się pali, ale nawet to nie skłania klientów do zastanowienia się nad antyczną mądrością: „Nie jest sztuką wejść do burdelu, sztuką jest z niego wyjść”. To wiedzieli już cynicy.

Pozdrawiam

i przepraszam za pisanie truizmów.

* Jest pewna trudność polegająca na tym, że przez Europę czasami rozumiem „Europejską kulturę”, a więc również kulturę Ameryki, Australii, Nowej Zelandii, Kanady, niekiedy zawężam to pojęcie do Zachodniej Europy jak w zaznaczonym zdaniu, gdzie pewne zjawiska występują silniej. Mam nadzieję, że Czytelnik łatwo wychwyci różnicę na podstawie kontekstu.

http://hekatonchejres.salon24.pl/327574,niech-plonie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 29 lip 2011, 07:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Andersa Breivika "poza dobrem i złem"

Zbrodnia mordercy z Utoi, Andersa Breivika jest odrażająca i hańbiąca sprawcę. Strzelanie z zimną krwią do setek nieuzbrojonych dzieci jest nieludzką potwornością, zaprzeczeniem człowieczeństwa zbrodniarza. Jak wynika z jego tekstu, "2083 - A European Declaration of Independence" - człowieka wysoce inteligentnego, z dużą wiedzą i rozeznaniem, świetnie zorganizowanego, nie pozbawionego (skażonego) instynktu moralnego i społecznego. Po masowym mordzie z wyspy Utoya padło wiele etykiet, szufladkujących sprawcę: że to chrześcijański fundamentalista, skrajny prawicowec, mason-syjonista, zwykły świr, działający pod wpływem jakiejś choroby, lub miłosnego zawodu, a może eksponent służb specjalnych. To uproszczenia, które wiodą na manowce, utrudniając zrozumienie tego, co się stało.

Lektura zapisu myśli i planów Anders Breivika, pomieszczonych w "2083" jest wstrząsająca, gdyż pokazuje dobro w służbie zła. Autor jest wnikliwym, inteligentnym i logicznym obserwatorem rzeczywistości. Analizy społeczne, kulturowe, historyczne - jego i przez niego cytowane - podnoszą szereg istotnych, rzeczywistych problemów współczesnej Europy. Mój wstrząs przy lekturze był tym silniejszy, że zgadzam się z w wielu diagnozach zamieszczonych w "2083" Breivika, dotyczących procesów kulturowo - politycznych ostatniego stulecia w Europie. Głównym przedmiotem analiz i rozważań "2083" są kwestie relacji Europa - islam i roli "marksizmu kulturowego" (szerzej: lewicowych filozofii społeczno politycznych) w transformacji kulturowej, społecznej i politycznej Europy. Autora boli dekonstrukcja tradycyjnych, europejskich wartości: chrześcijaństwa, rodziny, norm obyczajowych, precyzji i ostrości języka, wolności wypowiedzi i wolności intelektualnej, indywidualizmu. Tekst Breivika wskazuje na coraz bardziej widoczną porażkę otwartych społeczeństw europejskich w asymilacji islamskich imigrantów, którzy często chcą raczej dyktować innym swoje normy kulturowe, niż przyswajać normy liberalnych demokracji zachodnich, nie stroniąc od bezpośredniej, często morderczej, agresji. Memoriał wskazuje na długotrwałe tendencje demograficzne, zmieniające proporcje pomiędzy europejczykami z dziada pradziada a islamskimi przybyszami, na korzyść tych ostatnich. Breivik piętnuje władze Unii Europejskiej za rojenia o imperium (cytat, z niesławnej wypowiedzi J. M. Barroso), w którym to imperium - korzenie, źródła, tradycyjne wartości - są mniej ważne, niż dorażna pragmatyka, w tym ekspansja ludnościowa i terytorialna. Podkreśla też rozrost politycznej poprawności, kneblującej możliwość rozmowy o rzeczywistych problemach, np. tych w asymilacji imigrantów islamskich.

Nie pomylę się chyba, twierdząc, że w tym postrzeganiu rzeczywistych problemów współczesnej Europy, Anders Breivik jest bliski libertarianom, klasycznym liberałom i konserwatystom - nurtom, które i mnie są bliskie. Wiele tez i obserwacji analitycznej częsci "2083" mogłoby wyjść spod pióra cenionych przeze mnie publicystów i polityków: Nigela Farage, Oriany Fallaci, Janusza Korwina - Mikke, Ayn Rand. Ba! Nie tylko tych "ekstremistów". Śmierć modelu multi-kulti - obwieściła niedawno kanclerz Merkel, prezydent Sarkozy przeprowdził masowe deportacje Romów, wysoki rangą niemiecki polityk i bankowiec - Thilo Sarazzin - opublikował rok temu książkę "Niemcy likwidują się same", w której zawarł szereg spostrzeżeń, bliskich tym Breivika.

W dniu tragedii w Oslo i Utoya Breivika przedstawiono jako religijnego fundamentalistę. Ze wszystkich etykiet - ta chyba jest najmniej uprawniona. W swoich tekstach, Breivik nie zdradza faktycznego zainteresowania religijnością, czy obsesji religijnej. Wydaje się raczej, że religię bierze na sztandar instrumentalnie, po to, by dokonać klarownego rozróżnienia: swój - obcy. Skoro jego wrogami są islam i marksizm, to szuka oparcia w krzyżu na sztandarze, wszelako wcale nie zgłębiając prawdziwego znaczenia i treści tego symbolu. Można znaleźć w "2083" tekst, w którym Breivik recenzuje chrześcijaństwo pod kątem swoich celów: jako skutecznego, dopuszczającego przemoc, ideologicznego zaplecza.

Czy odrażający czyn Breivika, zatem, jest ciosem w konserwatywne, libertariańskie, prawicowe postrzeganie problemów wynikających z imigracji, imperialnych rojeń euroelit, lewicowej dekonstrukcji tradycyjnej kultury w Europie? Czy jest emanacją chrześcijaństwa?

Nie można potraktować tego pytania zbyt lekko i powierzchownie. Negatywne oceny skutków integracji islamu w Europie, lewicowych koncepcji ignorowania konfliktów i dekonstrukcji tradycyjnej kultury - były dla Breivika substratem, paliwem, gdy zabijał. Jego ksenofobia - skierowana wobec muzułmanów - jest faktem. Z drugiej, jednak, strony, nie sposób zapomnieć o 11 września, o zamachach w Madrycie, o rozruchach w Paryżu, o tym wzroście poziomu inwigilacji i kontroli społeczeństw po 11 września, koniecznym, by zachować jakie - takie poczucie bezpieczeństwa. Nie sposób zapomnieć o niebezpiecznych gettach wielkich europejskich miast. Tych problemów Breivik nie wymyślił - one istnieją - i chyba narastają - całkiem obiektywnie. Narastające tarcia między światem Zachodu a światem islamu są faktem. Ignorowanie tego, chowanie pod dywan politycznej poprawności - może raczej zwiększyć ciśnienie pary w tym kotle, niż rozładować konflikty.

Czy należy więc posadzić na ławie oskarżonych libertarianizm, chrześcijaństwo, konserwatyzm? Czy te ideologie zawierają korzenie zła w Utoyi, czy zło urodziło się gdzieś indziej?

Chrześcijaństwo. Czy chrześcijaństwo pozwala mordować? Ludzi, niewinne dzieci? Absolutnie nie. Dla chrześcijanina życie ludzkie jest święte, można go zabrać jedynie w obronie życia przed gwałtem. Brevik nie czerpie z chrześcijaństwa, on się nim tylko posługiwał.

Liberalizm. Liberalizm zabrania przemocy i gwałtu. Życie, prawo, własność - są święte. Nikt nie może sobie uzurpować prawa do ich zabierania drugiemu. W dodatku, mord za poglądy to odrażający przejaw odpowiedzialności zbiorowej, odarcia człowieka z jego podmiotowości i indywidualności. Breivik nie jest jest liberałem, ani libertarianinem - on tylko z myśli libertarian wybrał to, co było mu wygodne, by uzasadnić totalną negację świata społeczno-politycznego, w którym żyjemy. O tym, co mówi liberalizm na temat gwałtu - napisała wyczerpująco Paczula w swoim dzisiejszym tekście.

Konserwatyzm. Konserwatyzm - to porządek i prawo. To porządek moralny, z prawami podstawowymi (Dekalogiem) u podstaw. To zasada praworządności i ewolucji, a nie rewolucji. Breivik to gwałtownik, rewolucjonista, uzurpator - a więc nie ma z konserwatyzmem nic wspólnego.

Żadna z tych ideologii, szkół myślenia - nie uzasadnia czynu Breivika i nie może być obarczana odpowiedzialnością za niego. Breivik zupełnie pominął pozytywną treść, która jest jądrem tych ideologii, wybierając z nich jedynie elementy negatywne, potrzebne mu do zaspokojenia jakiejś potrzeby jego ego. To, co uderza w jego tekście, to właśnie fiksacja na negacji.

Wśród dobra, którym się posłużył Breivik, by sprawić zło są, oprócz ideologii, także etos rycerski i czysto ludzkie przymioty. Etos rycerski, z którego Breivik wziął odwagą, tężyznę fizyczną, broń i zbroję - ale znów nie wziął istoty: szlachetności celu, honoru, ochrony niewinnych. Spore zdolności intelektualne, organizacyjne, praktyczne, konsekwencja, silny charakter, dyscyplina - to przymioty Breivika, wyłaniające się z jego memoriału. Jak to się stało, że doprowadziły go one do kreślonych w "2083" planów zamachów terrorystycznych przeciw europejskim miastom, politykom i infrastrukturze, nawet z użyciem broni atomowej (małych bomb, by zawęzić krąg ofiar i mierzyć zniszczenia!), nawet w taktycznym sojuszu z Iranem, czy islamskimi terrorystami. Jak to się stało, że rozsądne założenia i sprawny umysł doprowadziły do takich absurdalnych potworności?

Korzenie tego zła musiały być w tym człowieku. W jego osobistym wyborze, w którym postawił się poza dobrem i złem. Za mordem z Utoi stoi jego pycha, która pozwoliła mu uczynić się, w sprzeczności z naturalnym porządkiem moralnym, panem życia i śmierci, sędzią i katem innych ludzi. Może jakaś chora potrzeba wielkości, która kazała mu widzieć siebie, jako rycerza, prekursora, wielkiego mistrza zakonu rycerskiego. Może jakieś rany osobowości, które nie pozwoliły mu widzieć dobrych aspektów świata, ufać i wierzyć w skuteczność pozytywnych środków. Wreszcie, u Andersa Brevika widać brak porządku moralnego. Owszem, wykazuje drobiazgowy instynkt moralny w sprawch drobniejszych, ale mając do wyboru swoją chorą ideę lub prawo naturalne czy Dekalog, wybrał swoją ideę. Bez tego odwrócenie hierarchii wartości, do tego mordu nigdy by nie doszło.

Anders Breivik tak sobie skonstruował cel, by uświęcał wszelkie środki, a jego czynił prorokiem, urojonym bohaterem, sędzią, poza dobrem i złem. Jakieś jego chore potrzeby doprowadziły do odwrócenia hierarchii wartości: dzięki temu - fundamentalne normy moralne ustąpiły u niego miejca "normom wojennnym", które on sam zdefiniował, a które są proste: wobec wrogów ideologicznych - wolno wszystko. Ten wybór, by postawić się poza dobrem i złem i mordować, to był indywidualny wybór chorego ego Andersa Breivika, nie mający żadnego oparcia w chrześcijaństwie, liberalizmie, czy konserwatyzmie.

--------------------------------------------------------------------------------

Ten tekst został zainspirowany dyskusją pod wczorajszym tekstem Paczuli, której serdecznie dziękuję za inspirację.

http://afortiori.salon24.pl/327599,ande ... rem-i-zlem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 17 sie 2011, 13:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Polska między historią a geopolityką

Kryzys strefy euro

Ekonomista amerykański i laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii profesor Milton Friedman przestrzegał, kiedy UE wprowadzała system walutowy euro, że "nie ma prawa przetrwać jednego większego deszczu". Wydaje się, że deszcz nadszedł, a UE przestaje być mocną oraz zwartą konstrukcją. Unią rządzi tandem niemiecko-francuski, inne kraje muszą walczyć, by nie wypaść na margines polityczny, gospodarczy, a nawet społeczny. Kryzys obnażył strukturalne słabości całej strefy euro! Polska powinna zawiesić plany wchodzenia do strefy euro. Bezpieczeństwo złotego należy upatrywać w reformach finansów publicznych, a nie w walucie opartej na czymś tak ulotnym jak dobre chęci innych rządów, często nieżyczliwych Polsce, a nawet egoistycznych.
Poza strefą euro funkcjonują członkowie UE - Wielka Brytania, Szwecja, Dania. To ich świadomy wybór, chcą prowadzić własną politykę, dotychczasowy poziom integracji w pełni im wystarcza, nie zamierzają jej pogłębiać. Są przy tym bogaci i mają niezłe perspektywy rozwoju. Wspólna waluta, w przeciwieństwie do wspólnej strefy handlu, od początku miała poprawić samopoczucie elit, a nie życie obywateli. Pół biedy kiedy koniunktura była dobra. Ale teraz rachunki za portugalskie drogi donikąd, fikcyjne gaje oliwkowe w Grecji, hiszpańskie przywileje obciążają wszystkie państwa UE niezależnie od tego, jak się gospodarowało.
Wydawało się, że państwa Unii Europejskiej mają wspólną politykę ekonomiczną i finansową. Obecny kryzys ekonomiczny obnażył bezlitośnie, że UE nie ma nawet wspólnej polityki finansowo-gospodarczej! Rządzą nią egoistycznie interesy najbardziej wpływowych państw: Niemiec, Francji, Belgii, Włoch, a nawet małego Luksemburga. Wielu uważało, że wprowadzenie powszechnej europejskiej waluty okaże się ogromnym sukcesem ekonomicznym, finansowym, wręcz dziejowym. Dzisiaj coraz częściej słychać na razie dyskretne obawy, że tak jak łatwo euro się pojawiło, tak samo łatwo może zniknąć któregoś dnia. Wypowiadam się na ogół na tematy polityczne, historyczne, militarne, a spraw ekonomicznych, finansowych unikam, bo po prostu się na nich nie znam. Ale obecna sytuacja po raz kolejny pokazała, że wybitni profesorowie ekonomii, eksperci finansowi, analitycy i doradcy bankowi nie mieli pojęcia o nadciągającym kryzysie, a teraz robią dobrą minę do złej gry. Jak zawsze zresztą. Pod tym względem w Polsce mamy takich gwiazd ekonomii pod dostatkiem - Balcerowicz, Kołodko, Rosati, Belka. Dołączył obecnie do nich pan minister finansów rządu premiera Tuska, kompromitujący się podobnie jak jego poprzednicy bufonadą i kompletnie błędnymi analizami ekonomicznymi. Zastanawiam się, czy ta stosunkowo duża grupa ekonomistów, bankowców, finansistów to tylko ignoranci czy również cyniczni gracze? Jedno nie wyklucza drugiego i w każdym przypadku normalni obywatele powinni nie tylko patrzeć im na ręce, ale także trzymać się za kieszeń. Inaczej może się zdarzyć, że nasze własne pieniądze znikną nie tylko z naszych kont bankowych, ale nawet z naszych kieszeni. Nikt dotąd nie sprecyzował jednoznacznie, czy obecny kryzys, który dosięga także Polski, ma charakter tylko finansowy czy też szerszy, czy to jest skutek tylko manipulacji, czy też spekulacji wymierzonych m.in. w polską złotówkę? Czy może kryzys, zwłaszcza w Polsce, ma charakter tylko wirtualny i wynika m.in. z manipulowania księgowością? No bo przecież co zwykłego Kowalskiego powinien obchodzić kurs franka na giełdach świata?

Józef Szaniawski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 17&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 20 sie 2011, 07:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Europa nie potrafi integrować

Polska powinna odgrywać w Europie rolę podmiotową jako silny Naród. Europa inna niż wspólnota narodów nie będzie nigdy zjednoczona.

Z ks. abp. Henrykiem Hoserem, ordynariuszem diecezji warszawsko-praskiej, rozmawia Piotr Falkowski Ksiądz Arcybiskup przypomniał dziś w homilii wizję Lwa Trockiego "Unii Republik Proletariackich Europy". W 1920 roku udało się zatrzymać realizację tej obłąkańczej idei. Jaką dzisiaj Polska ma misję do spełnienia w Europie?

- Dziś Polska też staje wobec przyszłości Europy, pytania, czym będzie Europa, na czym polega dziś jej budowanie, wokół jakich wartości się to dokonuje, jakich wzniosłych celów. To jest pytanie, jakie dzisiaj sobie stawiamy. Tym bardziej że bardzo mocne są "siły odśrodkowe". Zobaczmy, ze względu na wprowadzenie euro miało nie być już kryzysów finansowych, jest problem imigrantów, są walki uliczne. Europa nie potrafi integrować ludzi. Polska powinna odgrywać w niej rolę podmiotową jako silny Naród, bo Europa inna niż wspólnota narodów nie będzie nigdy zjednoczona. Tradycje narodowe są istotą tożsamości europejskiej. Przez całe wieki, kiedy te narody stawały się państwami i jednocześnie budowały swoją zbiorową tożsamość, swoją podmiotowość. I dzisiaj ona powinna istnieć i być czynnikiem scalającym. Bo kto nie jest pewny siebie, nigdy nie będzie dobrym partnerem dialogu. Także międzynarodowego.

Europie ciągle zagrażają błędne ideologie, może nawet gorsze niż przed wiekiem.

- Ideologie wprawiane w czyn. To była przecież walka fizyczna, a nie tylko ideologiczna. Dziś zagraża nam cały ogromny nurt postmodernistyczny, którego istotą jest odejście od rzeczywistości prawdy obiektywnej. O tym z niepokojem mówił Jan Paweł II w encyklice "Veritatis splendor". Przypominał, że nie można istnieć bez prawdy, która byłaby prawdą dla wszystkich. A dziś żyjemy w skrajnym subiektywizmie, pod wpływem ideologii proponującej ciągłe wybory, często sprzeczne, nielogiczne, zaprzeczające wszelkiej wierności. I stąd ta ideologia nie buduje, ale rozbija wszystkie więzi społeczne, począwszy od rodziny, a skończywszy na Narodzie i państwie.

Trochę nam o tym wszystkim przypominają coroczne uroczystości tu, w Ossowie.

- Takie wydarzenia, jak rekonstrukcja bitwy, pełnią pewną funkcję pomocniczą. Ale jest też Msza Święta, modlitwa, wspomnienie postaci księdza Ignacego Skorupki. To, co nazywamy Cudem nad Wisłą, nie wiązało się z jednym miejscem. Front był bardzo rozciągnięty, a zwycięstwo było wysiłkiem całego Narodu. Uroczystości odbywają się więc w wielu miejscowościach. Wspomnę np. o Mińsku Mazowieckim, gdzie bardzo kultywuje się pamięć o generale Hallerze. W ubiegłym roku z okazji 90. rocznicy obchody były nieco większe niż w tym. Mam nadzieję, że gdy będzie setna rocznica, to stanie się ona wydarzeniem na skalę ogólnonarodową.

Dziękuję za rozmowę.

za: http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po25.txt (kn)

http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=128


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 20 paź 2011, 06:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Czy tylko Grecja ? "Parakratos" - nielegalne struktury państwa

W tym miejscu tylko syngalizuję sprawę, obawiając się, że dotyczy także innych krajów. Typ stałej GTW - "grupy trzymającej władzę", niezależnie od tego, która partia rządzi. Ośmiornica sięgająca wszystkich ważnych organów i urzedów "demokratycznych państw". Siła która rzeczywiście determinuje charakter działań organów porządkowych czy obronność lub nie kraju, gdy jawne, demokratycznie wybrane struktury władzy stają się nieskuteczne, ślamazarne, bezsilne, a ich działania, jeśli niewygodne dla ośmiornicy, są sabotowane lub prawa pozostają od razu niewykonywane.

Nigdy nie ujawniony, mimo "śledztw" i "komisji" główny odbiorca łapówek od największych światowych koncernów, za poszczególne kontrakty publiczne czy zbrojeniowe - wypłacanych głównym, nie tylko tym rządzącym partiom politycznym. Przy aferze Siemensa, w Grecji mówiono (z zeznań osób-materiałów prokuratur niemieckich) jeszcze o Turcji i Polsce, jako krajach najbardziej rozwiniętego łapownictwa koncernów, ale to zapewne omyłkowo... Prokuratury, komisje, nie ma wątpliwości co do przekazywania pieniędzy partiom... ale nie wiadomo, nie udało się ustalić komu konkretnie ? A jak wiadomo, w demokracji nie może być odpowiedzialności zbiorowej. Toteż partie te dalej rządzą i zapewne te same, kryminalnie winne osoby dalej sprzedają kraje obcym interesom...

Parakratos, inne sformułowanie greckei: wathi kratos (głębokie państwo),był to sposób sprawowania władzy, struktury podziemnie, głośno znany niegdyś z Turcji, nie od dziś wiadomo, że obecny wszędzie, także w Grecji.

A w Polsce ? Co to jest ta siła, która tak skutecznie wszędzie tłumiła, cenzurowała, już od roku 2002 wszelkie informacje, że wprowadzenie Euro nie wszędzie udało się ? W Grecji od razu wywołało katastrofę cenową i w efekcie niekonkurencyjność całej gospodarki państwa Czy ta siła, albo kupowanie ustaw, albo bezradność w grabiących państwo aferach, nie są to początki parakratos ? A może nie początki ?

W Grecji - ta siła, która skutecznie organizuje i od dziesięcioleci zapewnia bezkarność, niewielkiej liczbie prowokatorów, dostarczających okazji, by zaatakować, dusić, rozpędzić gazami i pałami każdą, nawet najbardziej pokojową i zdyscyplinowaną wielką demonstrację, jak ta wczorajsza w Atenach, 120 tysięcy osób... następnie może 200 osobników z początku z plecaczkami, potem z kamieniami, mołotowami, potem kamery widzą (a policja nie widzi ?), że także następni, już z siekierami do rąbania marmuru, obrzucających, podpalających wszystko wokół... ZAWSZE BEZKARNYCH, a jeśli zatrzymanych przez policjantów, to za pół godziny znów obserwują ich kamery w tłumie, tych samych, z tym samym narzędziem... nawet mamy filmy z wypuszczania ich przez policję, na wolność, o ulicę dalej od miejsc zatrzymania... Potem protestują nawet związkowe organizacje policji, składają zawiadomienia o przestępstwach, także niesktecznie, gdyż śledztwa zawsze brną i ugrzęzną.

Dziś znów będą w Atenach próby wielkiej demonstracji, w której chce wziąć udział setki tysięcy spokojnych, kulturalnych osób. Znów pojawi się jednak kilkkudziesięciu do dwustu wandali-bandytów-prowokatorów, znów "na nich" rzuci się z 10 tysięcy policjantów, nie czyniąc im jednak wiele krzywdy, za to zarzuci się gazem całą wielką demonstrację, rozpędzając ją i czyniąc z centrum Aten smutne pobojowisko. Zdjęcia znów obiegną świat, gadzinówka TVN24 znów zamieszczać będzie opinie czytelników, ale głównie w stylu "jacy ci Grecy dzicy i niedorozwinięci mentalnie !"- I znów nastąpią potem, zawsze nieskuteczne, zawiadomienia do prokuratur, interpretacje poseskie, nowe komisje w sprawie wynaturzeń i zbędnych pobić, które nigdy nie ukończą pracy komunikatem końcowym, lub okaże się on skrajnie wodnisty...

po grecku: parakratos - jakby państwo. Czyli ośmiornica, niekoniecznie narkotykowa, choć możliwe, że także. GTW. W Polsce, jak rozumiem - nieistniejąca ?

http://dim.salon24.pl/356105,czy-tylko- ... ry-panstwa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 22 paź 2011, 09:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Widmo komunizmu krąży po Europie

Co może łączyć sytuację współczesnej Europy z opisanym w "Manifeście komunistycznym" najlepszym z ustrojów? Może chodzi o wrażenie nierzeczywistości, a może lekki posmak groteski? Z uwagą śledzę ewolucję organizacji, do której tak długo aspirowaliśmy, z niepokojem oceniam w jej ramach perspektywy Polski.

Krótka kołdra finansów strefy euro
Premier Donald Tusk z uśmiechem zakończył swoje brukselskie wystąpienie o nowej perspektywie finansowej UE. Dowiedzieliśmy się, że wieloletni budżet musi wypełnić wszystkie zobowiązania wynikające z traktatu lizbońskiego. Dokument jest przywoływany w sytuacjach, gdy trzeba uzasadniać konieczność podejmowania trudnych decyzji, znacznie rzadziej używa się jego nazwy dla podkreślenia roli fundamentalnych wartości, które wiązały Unię: solidarności, umiłowania wolności, demokracji, bezpieczeństwa, pracowitości. Niewielu polityków podkreśla chrześcijańskie korzenie i tradycję, nie mówiąc już o "dwóch płucach - wschodnim i zachodnim", którymi, zgodnie z piękną metaforą bł. Jana Pawła II, oddychał nasz kontynent. Bieg wydarzeń i interesy wielkich graczy skierowały aktywność UE ku ogarniętym kryzysem państwom członkowskim strefy euro, Afryce Północnej i Chinom. Wschodnie płuco, znacznie słabsze, musi samodzielnie bronić się przed szkodliwymi czynnikami.
Wydaje się, że wygłoszone podczas konferencji pełne otuchy słowa Donalda Tuska nie usunęły w cień niepokoju ponad 500 mln obywateli państw członkowskich, spowodowanego niepewnym losem strefy euro, postulowanym przez prezydenta Nicolasa Sarkozy´ego podziałem na Europę dwóch prędkości, finansowymi żądaniami Niemiec. W tej ostatniej sprawie wyraziście wystąpił minister finansów RFN Wolfgang Schaeuble, proponując zwiększenie pakietu stabilizacyjnego do 1 bln euro. Wkład Niemiec pozostałby oczywiście niezmienny, ok. 211 mld euro. W zwiększonym pakiecie udział potentata gospodarczego, jakim pozostają Niemcy, zostałby zredukowany. Pakiet jest złożonym montażem finansowym, opartym na nowych pożyczkach i emisji obligacji. Premier Tusk zapomniał powiedzieć Europejczykom, że jego funkcjonowanie częściowo zabezpiecza budżet UE. Mamy więc jakiś przejaw unijnej solidarności. W innych sprawach, np. w bezpieczeństwie energetycznym, ta solidarność nie jest już tak oczywista. 8 listopada, w dniu inauguracji nowej kadencji Sejmu i Senatu, a także orędzia (lub orędzi) prezydenta Bronisława Komorowskiego, ruszy Gazociąg Północny. Kanclerz Angela Merkel i prezydent Dmitrij Miedwiediew wspólnie będą świętować prymat interesu nad europejską solidarnością. A orędzie prezydenta, zgodnie z Konstytucją, nie podlega debacie. Uszanujemy to, chociaż nad orędziem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego debatowano.

Kryzys finansowy czy kryzys przywództwa?
Do tej pory ratowaliśmy Grecję przed bankructwem, chociaż złe głosy szeptały po kątach, że chodzi raczej o dobrobyt niemieckich i francuskich banków, które niefrasobliwie pogłębiały zadłużenie Grecji. Teraz, kiedy niewypłacalność naszego południowego partnera staje się coraz bardziej realna, a w kolejce czekają już inne państwa, kanclerz Angela Merkel zaczęła jasno mówić o dokapitalizowaniu banków. Przewodniczący UE Herman van Rompuy zwołał na najbliższą niedzielę nadzwyczajny szczyt Unii poświęcony walce z kryzysem. Już sam fakt zwołania spowodował leciutką falę optymizmu na giełdach i umocnienie wspólnej waluty w stosunku do dolara. Jaki jest rzeczywisty stan finansów światowych? Czy instytucje finansowe i analitycy, a także eurokraci ogarniają sytuację, czy też karmią się złudzeniami?
Kilka dni temu nad stanem światowych finansów debatowali członkowie grupy G20. Polski nadal tam nie ma, minister Jacek Rostowski uczestniczył jako przedstawiciel przewodnictwa UE. Obradom towarzyszyły zastanawiająco zbieżne ideologicznie (wyraźnie skierowane przeciw hierarchii kościelnej) zamieszki "Oburzonych", odbywające się jednocześnie w różnych rejonach świata. Ich antykościelny charakter miał na celu odwrócenie uwagi od realnych problemów i wskazanie wroga. Dobry wynik wyborczy Ruchu Palikota w Polsce, debata o krzyżu i finansach Kościoła są, w mojej ocenie, rodzimą emanacją tego samego zjawiska.
José Manuel Barroso wskazał jeszcze jednego przeciwnika i zapowiedział bezpardonowe zwalczanie przejawów jego aktywności - tym przeciwnikiem został bankier-spekulant. Od czasów Cesarstwa Rzymskiego wiadomo, że wzburzony, żądny krwi "lud" w trudnej sytuacji musi dostać jakieś igrzyska. Ściganie bankiera-spekulanta z całą pewnością zaspokaja tę potrzebę. Przyznam, że ten moment przypomniał mi pomysły komunistycznych aparatczyków, stąd nawiązanie do "Manifestu komunistycznego".
Jakiś spekulant się znajdzie, zostanie napiętnowany, a symbioza polityki i finansjery jak trwała, tak trwać będzie. W USA przybiera formę słynnych "drzwi obrotowych", zapewniających przepływ kadr w obydwie strony między bankiem Goldman Sachs i kolejnymi administracjami. Wszyscy pamiętamy druzgocącą krytykę polityki finansowej prezydenta George´a W. Busha dokonaną przez jego następcę. Nie przeszkodziła ona Barackowi Obamie w pozostawieniu Timothy´ego Geitnera, jednego z jej architektów, w rządzie.
Włochy są tym państwem członkowskim UE, które prowadziło naganną politykę finansową, lekceważącą wszelkie zasady bezpieczeństwa. Ale to włoski finansista został, za niemiecką rekomendacją, szefem Europejskiego Banku Centralnego.
Mała Słowacja, od niedawna członek strefy euro, sprzeciwiała się ponoszeniu ciężarów finansowania błędów bogatszych od siebie. Upadł rząd, Słowacja już się nie sprzeciwia.

Co powinna robić Polska?
Postawa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i PiS spowodowała, że Donald Tusk nie zdołał zrealizować swojej obietnicy wprowadzenia Polski do strefy euro w 2011 roku. Zasoby, które zgromadziliśmy w latach, gdy rządem kierował Jarosław Kaczyński, wyczerpały się, a słynna "zielona wyspa" przeszła do historii. W zastraszającym tempie rośnie dług publiczny, a deficyt finansów publicznych jest kamuflowany kruczkami budżetowymi. Może nas dosięgnąć boleśnie druga fala kryzysu. Powinniśmy walczyć o wykorzystanie funduszy unijnych, wykonawstwo polskich firm w inwestycjach, kontrolowanie bilansów handlu zagranicznego z poszczególnymi państwami Unii, przede wszystkim z Niemcami. Nasi sąsiedzi prowadzą w czasie kryzysu niezwykle agresywną ekspansję gospodarczą, lokowanie swojego eksportu. W ten sposób, kosztem słabszych partnerów, finansują swój wzrost gospodarczy. Pomimo szerokiego frontu inwestycyjnego w Polsce nie spada bezrobocie, a PKB na głowę jest zaskakująco niski. To jest oznaką nieprawidłowości w procesie inwestycyjnym. Klasa polityczna powinna zdać sobie sprawę, że sytuacja staje się poważna. Jeśli będą potrzebne obciążenia, sięgać należy przede wszystkim do głębokich kieszeni. O pozycję gospodarczą Polski trzeba walczyć. Nie zrobi się tego, płynąc w głównym nurcie. Zmiana oznacza dla rządzących ryzyko polityczne. Czy Donald Tusk jest zdolny do podjęcia osobistego ryzyka? Trzeba go do tego zmusić.

--------------------------------------------------------------------------------
Autorka jest posłem elektem z ramienia PiS, w latach 2006-2007 była ministrem spraw zagranicznych w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, w latach 2007-2008 - szefową Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

posting.php?mode=reply&f=4&t=1835


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 07 lis 2011, 09:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Tolerancja totalitarna a demokracja socjalistyczna

Powódź pustki. O mocy sloganów

Z cyklu: odzyskane z Kotłowni.

Przy rozpalaniu pieca wpadła mi w rękę broszurka z 2003 roku z referatami z konferencji „Jedna czy dwie Europy?

Ogromne, pracowicie ukrywane (nawet przed sobą) poczucie beznadziei budzi wśród ludzi myślących fakt, że niespodzianie wielki procent ludzi mających się za myślących wiąże swe nadzieje na świetlaną przyszłość, zwaną obecnie na przykład nieuniknionym postępem - z integracją i tolerancją w ramach Unii Europejskiej.

Nie chcą wiedzieć ani przyznać, nieszczęśni, że naprawdę tolerować (czyli: tak brzmi poprawne znaczenie pojęcia tolerancja) można coś złego, na usunięcie czego nie mamy sił ani sposobu. Tolerować nie znaczy akceptować! Panowie i niektóre panie (bo zwykle panie mają często więcej realizmu, niż poputcziki -samczyki).

Przy rozpalaniu pieca wpadła mi w rękę broszurka z 2003 roku z referatami z konferencji „Jedna czy dwie Europy? Rola Kościoła Katolickiego w procesie integracji europejskiej”. Oczywiście - „sfinansowane ze środków przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce”.

Organizatorzy dziękują Ks. Arcybiskupowi Stanisławowi Dziwiszowi (jeszcze nie był kardynałem) za inspirację i cenne wskazówki i udzieloną pomoc.

Zapachniało mi podobnymi inwokacjami do Generalissimusa Józefa Stalina sprzed lat 60-ciu.

I rzeczywiście: Rozpoczyna referat ”prof.” Władysława Bartoszewskiego „Wczoraj, dziś i jutro Europy”. Jak ten, stary przecież, człowiek, nie wstydzi się przypisywania sobie tego tytułu? Niepojęte.

Przytoczę parę złotych myśli pana Bartoszewskiego:



...dziedzictwa cywilizacyjnego. To wła­śnie to dziedzictwo oraz jego akceptacja powinny decydować o przynależności zarówno do wspólnej Europy, jak i do określających jej tożsamość instytucji europejskich.

Papież Jan Paweł II porównał w jednym ze swoich znanych sformu­łowań Europę po II wojnie światowej z człowiekiem, któremu brak jednego płuca. Oczywiście nie jest wykluczone, iż w takim stanie mógłby ów człowiek przeżyć. Na dłuższą metę wydaje mi się taka kondycja wielce niewygodna, nie mówiąc już o jakichkolwiek osiągnię­ciach sportowych. Proces globalizacji domaga się jednak wybitnych osią­gnięć. I dlatego właśnie Europa powin­na, po to aby nie wypaść z formy, dys­ponować dwoma płucami. Tylko młoda na ciele i na duchu będzie zdolna do zdobywania medali na gospodarczej arenie rywalizacji.

Pan Bartoszewski nie precyzuje, o jakie „płuca”, z jakiej dziedziny, chodziło papieżowi, a o jakie samemu panu Bartoszewskiemu. Dalej mówi:



Wspólnota Europejska a europejska wspólnota ducha

W toku tych wszystkich koniecz­nych dyskusji o kwestiach natury poli­tycznej i gospodarczej, które zajmują nas w ostatnich latach, miesiącach i ty­godniach, a które bezpośrednio są związane ze zbliżającym się rozszerze­niem Unii Europejskiej, nie możemy jednak zapominać, iż obok wspólnoty europejskiej istnieje coś takiego jak europejska wspólnota ducha, myślenia, wspólnota nauki, kultury i sztuki, która przetrwała już wiele systemów poli­tycznych, gospodarczych i społecznych, również czas podziału Europy między 1945 a 1990 rokiem. To właśnie ona tworzy właściwą podstawę silnej jedno­ści, jest fundamentem zbudowanym na trwałych powiązaniach kulturowych. I żadne sztuczne linie podziału, żadne podziały polityczne nie zdołały bez udziału ludzkiej woli zniszczyć wspól­nej, głęboko zakorzenionej hierarchii wartości - czego dowodem były "żela­zna kurtyna" i mur berliński. W chwili obecnej my, jako chrześcijanie i po prostu jako ludzie myślący, jesteśmy zobowiązani w każdy możliwy sposób znieść istniejące jeszcze gdzieniegdzie podziały i zniszczyć pozostałości nale­żącej już do przeszłości "żelaznej kur­tyny".

W momencie, kiedy zabraknie świadomości przynależności do wspól­nych europejskich korzeni, świadomo­ści kulturowego fundamentu, na którym ma być zbudowany wspólny dom Euro­pa, wówczas wszystkie dążenia mające na celu jedność Europy mogą zostać pogrzebane, a ambitne przedsięwzięcie o imieniu "Europa" może szybko zostać zdeklasowane do roli rynku obrotu towarów i usług. Jak to określił Jan Paweł II podczas ceremonii z okazji rocznicy śmierci św. Wojciecha w Gnieź­nie w 1997 roku: "W Europie nie będzie jedności, dopóki nie będzie się ona opie­rać na jedności ducha".



Dalej więc - o jedności ducha. To a-cywilizacyjny zlepek zdań (wg. definicji Feliksa Konecznego), bez sprecyzowania pojęć, a są to ewidentnie pojęcia celowo rozmyte, ale inne od normalnie przyjętych.



Duchowe fundamenty integracji jako wartości pierwszoplanowe



Nie bez przyczyny coraz częściej, szczególnie po układzie w Nicei z 2000 roku, na pierwszy plan wysuwa się kwestia duchowych fundamentów roz­szerzonej Unii Europejskiej. Unia Eu­ropejska nie jest - jak zdefiniował to arcybiskup gnieźnieński Henryk Mu­szyński - "ani pojęciem czysto geogra­ficznym, ani unią gospodarczą i walu­tową; jest ona wspólnym systemem wartości i historii. Ta definicja powinna jednak równocześnie znaleźć swoje odbicie w ustawodawstwie europejskim oraz jednoznacznym określeniu warto­ści fundamentalnych, zarówno etycz­nych, jak i religijnych. Im większe po­jawiają się różnice na płaszczyźnie kulturalnej, religijnej czy etnicznej, tym silniejsza staje się potrzeba duchowej jedności. W chwili, kiedy nie uda się osiągnąć nawet minimum duchowej jedności, może dojść do napięć i kon­fliktów. Nie da się zatem w procesie budowania Europy, również jako wspólnoty ducha, pominąć postulatu wspólnych wartości. [...] Powrót do korzeni oraz inspiracji chrześcijańskiej nie oznacza jednak chęci narzucenia czegoś czy próby odwrócenia biegu historii. Jest to, o czym przypomina Papież, ogromne bogactwo, które po­zwala nam zbudować silną jedność Europy."

W powyższym zestawie zdań nawet nie wiadomo, które z nich pochodzą od arcybiskupa Muszyńskiego, a które od pana Bartoszewskiego. Jeszcze perełka precyzji:



Wspólna hierarchia pojęć

Bogactwo to przejawia się przede wszystkim w ukształtowanej na prze­strzeni wieków wspólnej dla wszystkich Europejczyków hierarchii pojęć, która to hierarchia, jako instancja o charakte­rze łączącym, zbliża ludzi, wykraczając poza granice języka, różnice narodowe czy państwowe. Myślę tutaj o tym, co było wspólne dla milionów Europej­czyków...



Pod koniec jest jeszcze rozdział: „Garść proroczych słów” . Czytelnikowi daruję. Referat pełen takich (i gorszych, czyli mniej precyczyjnych) sloganów – pusty obłok.



A zaraz za nim - pod tym samym tytułem „Wczoraj, dziś i jutro Europy” tekst dr-a Helmuta Kohla, zaczynający się od :

Niech będzie mi najpierw wolno skierować serdeczne słowa podzięko­wania do mojego dobrego przyjaciela, Władysława Bartoszewskiego, który wykazał duzo dobrej woli, wygłaszając swe przemówienie w języku niemiec­kim. To gest, który potrafię docenić, choć nie umiem go odwzajemnić. Sama myśl o tym, ze musiałbym nauczyć się języka polskiego, juz mnie nieco prze­rasta. Chciałbym podziękować panu Bartoszewskiemu za to dzisiejsze wy­stąpienie. A właściwie nie tyle za wy­stąpienie, co sposób, w jaki je wygłosił; nic tylko za to, co zostało ubrane w słowa, ale przede wszystkim za to, co usłyszeliśmy gdzieś między wierszami.



Też pełen sloganów, choć... z pozycji Władcy Europy. Ale to, co gdzieś między wierszami, jest najważniejsze.



Dalej kardynał Angelo Scola „Europa jako projekt międzykulturowy”:



Nowa rola społeczna dla religii Europy



Jakie mogłoby być zatem nowe oblicze religii w Europie, najbardziej pożądane w aktualnym momencie hi­storycznym? Niektórzy autorzy postu­lują w tym względzie konieczność uznania pluralistycznej i religijnie kwa­lifikowanej sfery publicznej, w której religie odgrywałyby rolę podmiotu pu­blicznego, oddzielonego zarówno od społeczności politycznej, jak i cywilnej.

Ze strony władzy politycznej cho­dziłoby o przezwyciężenie stanowiska pasywnej tolerancji wobec religii i przy­jęcie postawy "aktywnego otwarcia" , która nie sprowadzałaby publicznego znaczenia religii tylko do uznanej przez państwo przestrzeni konkordatowej. Ze strony religii należałoby odrzucić au­tointerpretacje o charakterze czysto pry­watnym czy fundamentalistycznym, aby stworzyć teren bezpośredniej wzajemnej wymiany z innymi religiami oraz innymi kulturami; przestrzeń dialogu, w której religie mogłyby stanowić publiczny punkt odniesienia w kwestii wartości cywilizacyjnych oraz wyrażać swój historyczny osąd.

Ujmując rzecz syntetycznie: sfera publiczna kwalifikowana religijnie jest tą sferą społeczeństwa obywatelskiego, którą określa się jako przestrzeń spot­kania pomiędzy wchodzącymi w relacje społeczne (wymiana rynkowa oraz integracja społeczna) podmiotami nie pozbawionymi własnej przynależności religijnej, lecz przeciwnie, kwalifiko­wanymi ze względu na taką przynależ­ność. Podmioty takie współdziałają ze sobą, dowartościowując ową przyna­leżność w kontekście politycznej de­mokracji, regulującej współobecność różnych religii poprzez takie sfery wy­miany. Mamy zatem do czynienia z prze­strzenią relacji obywatelskich wypra­cowaną przez same religie w chwili, kiedy działają na zewnątrz samych siebie..

Takie mętne, rozmyte w znaczeniach poglądy wydaje kardynał, a więc zapewne ksiądz katolicki. Nie nauczono go w seminarium niczego z logiki, precyzji myślenia i formułowania tych myśli według św. Tomasza z Akwinu?



I jeszcze poglądy lansowane przez euro-deputowanego Jaques Santer :



Parlament Europejski przed i po rozszerzeniu

To właśnie ta wizja zjednoczenia Europy ,jednej i wolnej" jest zasadą inspirującą rozszerzenie. Dla urzeczy­wistnienia tej wizji Komisja Europejska po długich badaniach zdefiniowała strategię rozszerzenia w Agendzie 2000. którą zaprezentowała przed Parlamen­tem Europejskim w lipcu 1997 roku.

Dziś już nikt nie podaje w wątpli­wość, że kraje kandydujące potrafiły oprzeć swoje instytucje na trwałych zasadach demokratycznych, gwarantu­jących funkcjonowanie państwa prawa i poszanowanie praw człowieka. Dzięki paktowi stabilizacyjnemu, który po­wstał z inicjatywy ówczesnego premie­ra Francji Edouarda Balladura, wszyst­kie kraje kandydujące rozwiązały pro­blemy mniejszości, które występowały niemal wszędzie. Jest to sprawa bardzo delikatna, od rozwiązania której zależy. moim zdaniem, stopień akceptacji rozszerzenia przez szerokie warstwy ludności w krajach członkowskich. Szybki wzrost wymiany handlowej stworzył nowe rynki i możliwości inwestycji dla członków Unii Europejskiej: kierunki wymiany handlowej...



Jak szyderstwo brzmią w 2011 następujące stwierdzenia: (Santer):



...prawo do przystąpienia w 1985 roku, po siedmiu latach intensywnych negocja­cji. Ale trzeba było blisko dwudziestu lat, by nowi członkowie dorównali dawnym.

W tamtych czasach pod adresem tych krajów kandydujących, zbyt zaco­fanych gospodarczo, o innej mentalno­ści, padały te same słowa krytyki: ryzy­ko rozchwiania rynków pracy już i tak cierpiących z powodu rosnącego bezro­bocia, przeogromne koszty budżetowe, i tak dalej, i tak dalej. Czyż dziś nie słyszy się tych samych kasandrycznych głosów lamentujących nad losem Euro­py wspólnotowej? A jednak po dwu­dziestu latach wielkich wysiłków Por­tugalia i Hiszpania, które wcześniej sprowadzano do roli zaplecza tury­stycznego i rekreacyjnego Europy, potrafiły rozwinąć dynamiczną gospodarkę, której stopa wzrostu zdecydowani) przekraczała wzrost gospodarczy krajów założycielskich i, co godne podkreślenia, udało im się wypełnić kryteria z Maastricht, dzięki którym znalazły się w pierwszej fali krajów, które przyjęły euro, naszą wspólną walutę. Ale pewne jest, że władze nie popuszczały cugli.

Ten przykład pokazuje nam dobit­nie, że powodzenie rozszerzenia wyma­ga wytrwałości w działaniu i zjedno­czenia wysiłków wszystkich podmio­tów życia politycznego, gospodarczego i społecznego kraju. Już teraz musimy przede wszystkim zorientować wszyst­kie nasze wysiłki i nasze działania na sukces największego dzieła polityczne­go początku XXI wieku. Już teraz chciałbym przestrzec przed roztacza­niem wizji kolejnego rozszerzenia,



Dalej przekazuje swe rozważania Hanna Suchocka, wieczna ambasadorka tutejszej władzy przy Watykanie, mówiąca jednak jakby w imieniu Stolicy Apostolskiej, cytuję:



Stolica Apostolska jako promotor wartości w polityce europejskiej



Analiza dokumentów Stolicy Apo­stolskiej pozwala na stwierdzenie, że samo tworzenie zjednoczonej Europy nie było nigdy postrzegane przez Waty­kan w kategoriach zagrożenia. Wręcz przeciwnie, w kolejnych etapach tego jednoczenia widziano szansę dla prze­łamania pewnych tradycyjnych uprze­dzeń i barier pomiędzy narodami euro­pejskimi. Równocześnie jednak stale obecne było w myśleniu i działaniu Stolicy Apostolskiej przypominanie, aby w trakcie procesu poszerzania, czy coraz głębszego integrowania, nie za­pominać o zasadniczych aksjologicz­nych warunkach tego poszerzania. Tę przestrogę znajdujemy w wielu wystą­pieniach zarówno Papieża, jak i innych przedstawicieli Stolicy Apostolskiej. Przestrzegano przed nadmierną mer­kantylizacją całego procesu jednocze­nia. Przypominał to niedawno kardynał G. B. Re stwierdzając: W myśleniu Papieża proces jednoczenia Europy winien wykraczać poza logikę unii mo­netarnej i ekonomicznej, a powinien zmierzać do tworzenia prawdziwej Europy obywateli i osób, w której nie­zwykle ważny jest wymiar edukacyjny, kulturowy i polityczny.

W całej swojej działalności od po­czątku pontyfikatu Jan Paweł II konse­kwentnie powtarza cztery zasady klu­czowe, które stanowić winny podstawę działalności każdej społeczności, w tym także zjednoczonej Europy. Stanowią one jakby osnowę każdego wystąpienia Ojca Świętego. Są też zarazem funda­mentami polityki zagranicznej Stolicy Apostolskiej. Te cztery zasady to: po­kój, wolność, sprawiedliwość, solidar­ność. Skomentował je trafnie kardynał Re, pisząc: W myśleniu Ojca Świętego jest stale obecne myślenie o pozbieraniu kamieni z rozbitych murów i zbudowa­nie razem wspólnego domu, dając życie humanizmowi opartemu na respekto­waniu każdej osoby ludzkiej i jej praw, na solidarności, sprawiedliwości, po­koju j wolności.

Punktem centralnym wszystkich od­niesień jest osoba ludzka. Jan Paweł II w szczególny sposób podkreśla jej znaczenie. Stała się ona wyznacznikiem i to nie tylko w kwestiach społecznych, ale także w kwestii polityki zagranicz­nej.



Nic u Suchockiej (ani u Kardynała!) o Bogu w Trójcy Jedynym, nic o Chrystusie - Prawdzie... „Za to” jednoznacznie wkłada pani ambasador w usta papieża kierowanie się alchemiczną zasadą solve et coagula, będącą podstawą wszelkich desek lożowych masońskich i planów globalistycznych.



Wszystkie występy pełne są górnolotnych a niejednoznacznych sformułowań, zasad, stwierdzeń. A pozbawione są stwierdzeń typu: TAK, TAK, nie, nie. Pozbawione są istotnych treści.

Ta redefinicja i jednoczesne rozmywanie pojęć przypomina anegdotkę:



Jak wiadomo od co najmniej pół wieku, różnica między demokracją a demokracją socjalistyczną jest taka, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym.



Powstrzymałem się jednak przed wrzuceniem tej makulatury do pieca, by pokazać - i mieć dowód, że powtarzanie takich mętnych sloganów ma realny cel - i skutek:

Przekonanie wspomnianych na początku owieczek o nieuniknionej, dziejowej konieczności pójścia za nowymi dogmatami. wymuszenie zapomnienia, że te czy takie slogany słyszeli i wykrzykiwali już ...dziesiąt lat temu. Znów, jak za Marksa- Engelsa- Lenina- Stalina wymuszenie akceptacji wymyślonych gdzieś planów i sloganów. „Kocham Wielkiego Brata!” wykrzykują w pełni spontanicznie. I pędzą za baranem ze złoconymi rogami - do rzeźni. Oczywiście już nie widza., że pod drzwiami RAJU baran zostanie odprowadzony na bok – by stanął na czele następnego stada.

I taki Profesor, Doktor, Kardynał czy Ambasador i ich slogany zupełnie wystarczają masom wykształciuchów mających się za myślących.

Pieniądze wydane na takie konferencje nie są więc z punktu widzenia księgowych UE zmarnowane. Indoktrynują tanio - i skutecznie.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=53


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 07 lis 2011, 16:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
KTO URATUJE DEMOKRACJĘ ?

Przed paroma dniami pisałem: „Grecja wierzgnęła. I to jak! Jeśli pomysł referendum przejdzie (czyli o ile reguły demokracji zwyciężą nad interesami niemieckich i francuskich banków), ani chybi ujrzymy ślady po kopytach Centaura na czołach pani kanclerz Niemiec i pana prezydenta Francji”.

No i w rzeczy samej ujrzeliśmy. Ujrzeliśmy, kto dzierży w dłoniach ster europejskich rządów oraz ile są warte zapewnienia o europejskiej demokracji.

I teraz: ludzie, którzy w świetle ostatnich wydarzeń nie widzą, jak Berlin, zdominowawszy Europę gospodarczo, teraz przejmuje nad nią kontrolę polityczną – ten jest ślepcem. Kto nie rozumie konsekwencji – ten jest głupcem. A kto widzi, rozumie konsekwencje i nie protestuje, ten wkrótce zaskwierczy na rożnie jak cielę. I słusznie, bo tam będzie jego miejsce.
A odpowiadając na tytułowe pytanie: demokracji w Europie nikt nie uratuje. I nic. Demokracja już jest martwa, tylko jeszcze o tym nie wie. Tak jak nie wie, że Berlin do spółki z Francją właśnie układają ją w trumnie.

I na koniec: proszę zauważyć, ileż sukcesów w tym trudnym czasie odnosi polska prezydencja. No, no...

http://widnokregi.blog.pl/kto-uratuje-d ... 15564255,n


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 07 lis 2011, 17:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Niemcy i demokracja to sprzeczność, jak ogień i woda. Skoro Niemcom powierzono budowę UE, to nie należy liczyć na jakąś demokrację, szczególnie, gdy cały proces wspiera naród żydowski, który tak jak i Niemcy ma wpisaną niechęć dla wszelkich tradycji wolnościowych.

Europa miała przed sobą dwie drogi - drogę polskiej tradycji i drogę niemieckiej tradycji. Polska tradycja, to droga wzajemnego szacunku narodów europejskich, droga elastycznego dopasowywania się wzajemnych interesów i solidarnego wspierania się. Droga niemiecka to droga dominacji Niemiec z solidarnościową sofistyką pokrywającą rzeczywisty rabunek materialny narodów europejskich przez Niemców i Żydów. Francja wzięła tu na siebie rolę kapo w tym euroobozie koncentracyjnym.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 10 lis 2011, 08:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Istotą kryzysu europejskiego jest zapaść demograficzna, kulturowa i tożsamościowa oraz brak ekspansywnej wizji przyszłości

Upadek Europy cnót

Stwierdzenie, że Unia Europejska znajduje się w kryzysowej fazie ewolucji, nikogo już dziś nie zaskakuje. Nawet najbardziej zagorzali "czciciele" chwały integracyjnej zmuszeni są przyznać, że metafora integracji jako jazdy na rowerze - aby utrzymać równowagę, trzeba być w ciągłym ruchu do przodu - była co najmniej naiwna. Kryzys nie tyle puka do bram, ile wlał się do europejskiego gmachu z wielką siłą, zatapiając jedno po drugim kolejne pomieszczenia. W tej sytuacji ważne jest, aby nie tylko zdać sobie sprawę z zakresu i złożoności sytuacji, w jakiej znalazła się Unia Europejska, ale także by ocenić proponowane drogi wyjścia. Tak naprawdę bowiem po tym, jak przestaliśmy się spierać o to, czy kryzys w ogóle istnieje, najważniejszą osią konfliktu pozostaje dziś odpowiedź na pytanie: co dalej?
Aby móc znaleźć odpowiedź na to pytanie, najpierw należy realnie ocenić obecny stan europejskich spraw i spróbować poszukać pierwotnych źródeł tych niekorzystnych uwarunkowań.

Kulturowe podłoże kryzysu
Dokonując takiej refleksji, przede wszystkim należy zdać sobie sprawę, że skupienie się wyłącznie na techniczno-księgowym wymiarze kryzysu finansowego to znaczne uproszczenie. Można wręcz pokusić się o tezę, że kłopoty z zadłużeniem i utratą wewnętrznej równowagi w ramach strefy euro to raczej przejaw, a nie istota obecnej trudnej sytuacji. Istotą jest natomiast to, co można nazwać utratą sił witalnych Europy, co przejawia się w zapaści demograficznej, kulturowej i tożsamościowej oraz w braku twórczej, ekspansywnej wizji przyszłości, którą Europejczycy kreśliliby przed samymi sobą.
Żywotność i energię Europa przez wieki czerpała z aktywności i przedsiębiorczości swoich obywateli, ze zróżnicowania narodowego, ze społecznego ładu ugruntowanego tradycją oraz z ładu moralnego opartego na religijnym, chrześcijańskim kodeksie etyki pozwalającym odróżniać dobro od zła. Można powiedzieć, że budowla europejska była wsparta na czterech podporach: tożsamości cywilizacyjnej wyznaczającej szczególny charakter kultury europejskiej, która promieniowała na inne kontynenty, wolności oznaczającej prawo do rozwijania własnych ambicji, przedsiębiorczości, dzięki której to zaradność była cnotą, i wreszcie wizji wspólnego dobra nakazującej w polityce działanie nie egoistyczne, ale podkreślające znaczenie równości praw i solidarności.
Dziś cnoty te, które były bliskie tzw. ojcom założycielom Unii Europejskiej, zostały zastąpione arogancją inżynierii społecznej i próbami siłowego narzucenia polityce europejskiej obcej jej hierarchii. Oba te zjawiska łączy rozumienie Europy jako "projektu", czyli pewnej odgórnie realizowanej koncepcji, która nie ma być wynikiem naturalnej woli współdziałania wolnych państw i narodów, ale ma realizować pewne założenia, które ktoś uznał za właściwe. Właśnie w imię "projektu europejskiego" zaczęto propagować, a czasem i wprost narzucać w Unii określone pomysły z zakresu ładu społecznego, które mają np. unicestwić model rodziny i zrelatywizować tradycję, co także zostało połączone z pseudopolityką wielokulturowości i rzekomego otwarcia na imigrację, która poniosła totalną klęskę, co przyznają jej twórcy. W imię "projektu europejskiego" stworzono wspólną walutę pomimo zróżnicowania cyklu rozwojowego gospodarek państw Unii. W imię tegoż projektu zaczęto regulować coraz to więcej obszarów życia codziennego obywateli, aż poczuli oni, że "mogą mniej", dlatego że są w Unii, a powinni - jak pierwotnie zakładano - mieć więcej możliwości: nie ma w Polsce ani stoczni, ani żarówek 100W. Aż wreszcie, w imię tego samego projektu, zaczęto wdrażać zideologizowaną wersję polityki ekologicznej, która powoduje, że mając bogate złoża kopalin, być może nigdy nie będziemy mogli po nie sięgnąć, by produkować dla siebie tańszą energię. Przykłady błędów Unii jako projektu można mnożyć.
I w ten oto sposób Europa, wraz z postępem integracji, zaczynała coraz bardziej uginać się pod własnym politycznym ciężarem i karleć kulturowo. Wszystko to było jednak farbowane, jak trawa przed przyjazdem dygnitarza, opowieściami o tym, że kroczymy od sukcesu do sukcesu, a dzięki tzw. Strategii Lizbońskiej niedługo dogonimy i prześcigniemy USA...

Lekarstwa gorsze od choroby
Niestety, w dzisiejszych dyskusjach i w działaniach europejskich przywódców próżno szukać dowodów na to, że nastąpiła pogłębiona refleksja nad źródłem kryzysu. Nikt nie chce przyznać, że unia walutowa znalazła się na skraju destabilizacji, dlatego że w imię projektu europejskiego ukrywano jej wewnętrzne sprzeczności, a państwa najzwyczajniej w świecie oszukiwały się nawzajem co do rzeczywistego stanu swoich finansów publicznych. Silniejsze gospodarki bezwzględnie wykorzystywały swoją przewagę konkurencyjną, by ratować się przed recesją poprzez eksport do krajów peryferyjnych strefy, który finansowany był z zaciąganych przez nie pożyczek. Nikt nie chce przyznać, że strefa euro rozpada się przez zanik wspomnianych cnót europejskich: prawdy, odpowiedzialności i solidarności.
Dodatkowy problem polega na tym, że proponowane dziś drogi wyjścia są równie szkodliwym lekarstwem jak sama choroba, która trawi Unię Europejską. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że pojawiły się trzy propozycje wyjścia z sytuacji: wewnętrzny zarząd komisaryczny, wyprzedaż na zewnątrz oraz zacieśnienie integracji.
Pierwszy pomysł ma być realizowany przez silniejsze państwa wobec słabszych. Ku zdumieniu obserwatorów polityki europejskiej, kraje dominujące - tandem francusko-niemiecki - we współpracy ze słabą Komisją Europejską na naszych oczach, prawem kaduka, przyznały sobie prawo do decydowania o innych państwach, wykorzystując brutalnie ich gospodarczą słabość i uzależnienie od pomocy zewnętrznej. Grecy właśnie się przekonali, że całkowicie utracili suwerenność. Nie mogą nawet przeprowadzić w swoim kraju referendum. Wola obywateli Grecji jest już bez znaczenia. Ich państwo podlega obecnie zarządowi komisarycznemu. Równość państw członkowskich właśnie się skończyła.
Druga koncepcja wyjścia z kryzysu związana jest ze świadomością ogólnej słabości Unii Europejskiej. Jak stara dama, która chce jeszcze organizować przyjęcia, ale nie ma już za co, tak Europa poszła po pożyczkę do "bogatej przekupki z sąsiedztwa", której do tej pory nie uznawała za odpowiednie i równe sobie towarzystwo. Aby ratować strefę euro, Unia zdecydowała się prosić o pieniądze w państwach, które dotychczas były postrzegane jako konkurencja w globalnym wyścigu gospodarczym, na dodatek często konkurencja nie do końca uczciwa i nieprzestrzegająca praw człowieka. Duma poszła w kąt i wysłannicy Unii pojawili się w krajach arabskich, Chinach czy Rosji z prośbą o pieniądze. Oczywiście państwa te skorzystały z możliwości delikatnego upokorzenia dumnej Europy i potraktowały jej prośby raczej protekcjonalnie, niczego nie obiecując. Samoupokorzenie Unii ma nie tylko zgubny wpływ na europejskie morale, ale przede wszystkim niesie ze sobą długofalowe skutki geopolityczne, które dostrzeżemy już niebawem.
Jest i wreszcie trzecia propozycja kuracji - jeszcze bardziej szalona niż poprzednie. Mówi ona, że lęk wysokości należy leczyć poprzez przeprowadzenie się jeszcze o kilka pięter wyżej, czyli że rozwiązaniem obecnych problemów z integracją jest jeszcze więcej integracji, aż do powołania "rządu gospodarczego" w Unii, który będzie nadzorował kraje i decydował za nie o ich polityce ekonomicznej. Poza kuriozalnością samej koncepcji "leczenia przez chorobę" ta idea ma jedną zasadniczą słabość. Nie da się znaleźć źródła politycznej prawomocności decyzji takiego "superrządu", o ile nie ma być nim naga, brutalna siła największych państw. Kiedy i w jakiej procedurze ktoś z nas upoważnił jakiegoś urzędnika w Brukseli, żeby weryfikował budżet uchwalony przez demokratycznie wybrany w Polsce parlament i mówił, co należy w nim zmienić? Rząd gospodarczy oznacza kres demokracji europejskiej.

Dlaczego Polska milczy?
Jak widać, sytuacja jest naprawdę poważna. I na tym tle warto zauważyć, z ogromnym niepokojem, że głos Polski praktycznie w tej debacie nie istnieje, i to nawet teraz, gdy formalnie sprawujemy prezydencję w Unii Europejskiej.
Polski rząd miał do dyspozycji dwa ważne instrumenty wpływu na formowanie europejskiej opinii: prezydencję i - rzekomo odrodzony - trójkąt weimarski (Polska - Niemcy - Francja). Jako prezydencja przejdziemy do historii debat o kryzysie przez "występ" ministra Rostowskiego w Parlamencie Europejskim, w którym sugerował Europejczykom staranie się o zielone karty pobytowe w USA, i przez wyproszenie nas ze szczytu, na którym decydowano o przyszłości unii walutowej (dopiero zdecydowany opór Brytyjczyków wymusił symboliczne zorganizowanie w jednym dniu dwóch szczytów - najpierw całej Unii, a potem wąskiego grona państw strefy euro). Trójkąt weimarski ani razu nie zabrał głosu w sprawie kryzysu europejskiego, mimo że Niemcy z Francją niemalże ręcznie sterują całym przedsięwzięciem naprawczym euro. Dlaczego nigdy te państwa nie zdecydowały się zaprosić do stołu Polski? Dlaczego nasza dyplomacja nie doprowadziła do zorganizowania spotkania ministrów finansów Trójkąta, po którym wydałyby one wspólny ważny komunikat przedstawiający stanowisko naszych trzech państw, postrzegających się jako partnerów w polityce europejskiej?
Odpowiedź na te pytania jest zbyt brutalna i bolesna, by ją rozwijać. Obecny rząd spycha Polskę na margines Europy. Nawet wówczas, gdy ma wszelkie atuty w ręku, nie chce, nie potrafi, boi się, przekracza to jego wyobraźnię, nie ma ambicji, aby z nich korzystać.
Tymczasem jest dziś pole do działania i do wyjścia z alternatywną propozycją ewolucji Unii Europejskiej. Na koniec warto zacytować fragment deklaracji programowej frakcji europejskich konserwatystów w Parlamencie Europejskim, do których należy m.in. Prawo i Sprawiedliwość: "Unia Europejska, aby odzyskać wigor, zaufanie obywateli i prestiż międzynarodowy, musi stać się wolną Unią wolnych narodów, równą Unią równych państw, wspólnym rynkiem wolnych przedsiębiorców oraz silnym głosem wspólnych wartości".
Taką Unię warto budować na gruzach "projektu europejskiego".

Dr hab. Krzysztof Szczerski
poseł na Sejm RP politolog, Uniwersytet Jagielloński
--------------------------------------------------------------------------------

Cnoty, które były bliskie tzw. ojcom założycielom Unii Europejskiej, zostały zastąpione arogancją inżynierii społecznej i próbami siłowego narzucenia polityce europejskiej obcej jej hierarchii

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my09.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 24 lis 2011, 08:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Jeśli Unia chce uniknąć losu gigantycznego domu starców, reformom gospodarczym musi towarzyszyć poszerzanie sfery wolności i wzmocnienie sytuacji rodzin

Kryzys europejskiego etosu

Jeszcze w 2008 r. wielu uważało, że Unia Europejska stanowi przedmiot podziwu całego świata. Dziś jest postrzegana jako międzynarodowy problem finansowy. Nic więc dziwnego, że wiele osób zastanawia się, czy UE, a tak naprawdę europejski projekt zjednoczeniowy, może przetrwać obecny kryzys bez radykalnych reform.
Chociaż obecnie wiele uwagi poświęca się kryzysowi finansowemu przetaczającemu się przez kontynent, kłopoty takich krajów, jak: Grecja, Portugalia, Irlandia, Hiszpania czy Włochy, są symptomami poważniejszych problemów, nie tylko ekonomicznych, ale także kulturowych. Przyszłość UE będzie zależała od jej podejścia do kilku newralgicznych kwestii, które leżą u podstaw obecnych trudności gospodarczych na Starym Kontynencie.

Po pierwsze, kultura gospodarcza Unii jest zdominowana przez przemożną potrzebę bezpieczeństwa. Z wielu badań wynika, że w porównaniu z Amerykanami i Chińczykami większość Europejczyków jest mniej przedsiębiorcza, mniej skłonna do podejmowania ryzyka i bardziej zdana na wsparcie ze strony państwowych służb w obliczu życiowych wyzwań.
Takie zachowania w wymiarze ekonomicznym przekładają się na niższy wzrost gospodarczy i niekończącą się redystrybucję dóbr w społeczeństwie przez władze państwowe. Jeśli UE chce konkurować na globalnym rynku, musi przewartościować swoje główne cele - z dystrybucji dóbr na kreatywność gospodarczą.
Narody UE muszą zrozumieć, że obecna formuła państwa opiekuńczego jest nie do utrzymania. Rosnące koszty realizacji potrzeb ekonomicznych i zdrowotnych starzejącego się społeczeństwa w połączeniu z malejącą dzietnością sprawią, że już w ciągu najbliższych 20 lat jeden pracujący Europejczyk będzie musiał utrzymać jednego europejskiego emeryta, co jest nierealne z ekonomicznego punktu widzenia.
Innymi słowy, Europejczycy muszą: a) mieć więcej dzieci, b) znaleźć mniej statyczne sposoby wspierania starszych ludzi (bardziej uniezależnić ich od opieki państwowej). To zaś sprawia, że konieczne jest wprowadzenie zmian nie tylko w myśleniu ekonomicznym Europejczyków, ale także w ich kulturowych wyobrażeniach.

W niewoli socjalu
Należy także ograniczyć wysoki poziom wydatków publicznych właściwy większości państw UE. Był on zbyt długo utrzymywany dzięki wysokim podatkom i nadziejom, że Niemcy będą nadal chcieli finansować te wydatki w innych krajach Unii. Tymczasem wysokie podatki zniechęcają do przedsiębiorczości, zaś Niemcy najwyraźniej tracą już cierpliwość do krajów nieodpowiedzialnie wydających publiczne pieniądze, takich jak: Grecja, Portugalia, Hiszpania i Włochy.
Unia musi także ponownie "przekalkulować" projekt wspólnej europejskiej waluty. Rzeczywiście, są korzyści wynikające z jej posiadania. Ale to zakłada również utrzymywanie jednego poziomu stopy procentowej dla krajów o tak różnym poziomie rozwoju gospodarczego, jak: Francja, Portugalia, Niemcy i Grecja. To powoduje ograniczenia fiskalne w jednych krajach, a jednocześnie powstawanie baniek finansowych w innych (jak np. na rynku nieruchomości w Irlandii przed kilkoma laty). Sytuację pogarsza to, że zabezpieczenia takie jak Pakt Stabilności i Wzrostu, które miały gwarantować, że członkowie strefy euro będą prowadzić odpowiedzialną politykę fiskalną, były ignorowane zarówno przed wejściem do obiegu wspólnej waluty w 2002 roku, jak i później.
Utrzymywanie wspólnej waluty w konsekwencji zmusza Europejczyków do wyboru między dwoma politycznie całkowicie różnymi rozwiązaniami. Pierwsze to ograniczenie strefy euro wyłącznie do tych krajów, które utrzymują wysoki poziom dyscypliny finansowej. To jednak prowadzi do funkcjonowania w ramach Unii Europejskiej faktycznie dwóch stref: tej, która ma wspólną walutę, i tej, która jej nie posiada. Istnieje też inny wybór - przekazanie polityki fiskalnej danego państwa na poziom unijnych instytucji. To zaś prowadzi do powstania czegoś w rodzaju europejskiego rządu gospodarczego. Oznaczałoby to zrzeczenie się większej części suwerenności na rzecz unijnych instytucji, większą centralizację i gotowość do przekazania jeszcze szerszych uprawnień tym samym politykom i biurokratom, których decyzje doprowadziły do obecnego kryzysu gospodarczego i finansowego. Jeszcze innym rozwiązaniem jest po prostu porzucenie projektu wspólnej waluty przez wszystkie kraje eurostrefy. Jednak wyczuwa się, że unijna klasa polityczna sięgnie po wszelkie środki, aby uniknąć takiego upokorzenia.

"Wtajemniczeni" i obcy
Należy pamiętać, że UE charakteryzuje się głębokim podziałem na "wtajemniczonych" i "obcych". Ci pierwsi składają się z zawodowych polityków, armii unijnych i narodowych urzędników, biznesmenów i związków zawodowych blisko związanych z rządami poszczególnych krajów oraz instytucjami unijnymi. Te grupy są "wtajemniczone" ze względu na ich dostęp do władzy publicznej.
"Obcy" to ci, którzy nie mają politycznych koneksji. To początkujący przedsiębiorcy, ludzie młodzi i bezrobotni, których dostęp do rynku pracy jest blokowany przez rządowe regulacje i związki zawodowe, zdeterminowane, by chronić swoich członków. Do tej grupy należy zaliczyć także wszystkich tych, których zmusza się do finansowania tej wielkiej politycznej klasy oraz tysiące zwykłych pracowników cywilnych służb (zwłaszcza żołnierzy), innymi słowy - podatników.
Finansowy koszt związany z utrzymywaniem uprzywilejowanego statusu "wtajemniczonych" jest jednym z powodów obecnych problemów finansowych UE. Sytuację pogarsza to, że grupa ta nie ma interesu w przeprowadzeniu reform ograniczających rozmiary aktywności państwa, ponieważ takie zmiany uszczupliłyby ich władzę polityczną i dostęp do przywilejów ekonomicznych, takich jak "praca na całe życie" i niezwykle hojne emerytury.
Jednak koszty związane z podziałem UE na "wtajemniczonych" i "obcych" wykraczają poza realia ekonomiczne. Pokazują one również, że aspiracje Unii do bycia obszarem wolności, równości, solidarności, włączającym w życie publiczne wszystkich obywateli, są w rzeczywistości całkiem ograniczone. Solidarność okazuje się zawężona do tych, którzy należą do grupy "wtajemniczonych". Niektóre grupy okazują się też "równiejsze" od innych, co ujawnia się przy podejmowaniu ważniejszych decyzji politycznych w państwie. Zaś wolność ekonomiczna przedsiębiorców i zwykłych podatników jest ściśle podporządkowana wymogom utrzymania wielkich państw opiekuńczych.
Aby przezwyciężyć podział na "wtajemniczonych" i "obcych", należałoby pokonać potężny opór tej pierwszej grupy broniącej się przed zmianami. Za aktami przemocy w Grecji nie stoją jedynie anarchiści, którzy wykorzystują okazję do siania bezrozumnego chaosu. Stoją za nią również pracownicy gigantycznego sektora państwowego w Grecji, którzy nie chcą zaakceptować żadnego ograniczenia ich uprzywilejowanego statusu.
Co gorsza, wiele osób należących w dzisiejszej UE do grupy "obcych" nie jest zainteresowanych nawet promowaniem większej wolności. Zamiast tego sami chcą dołączyć do grupy "wtajemniczonych". Dziesiątki tysięcy młodych Europejczyków, którzy wyszli w ostatnich miesiącach na ulice Lizbony, Madrytu czy Aten, aby wyrazić swój gniew, tak naprawdę nie chce żadnych radykalnych zmian systemowych. W swojej większości "Oburzeni" chcą dokładnie tego, co ich rodzice i dziadkowie uważali za swoje "święte prawo": bezpłatnej opieki medycznej, niezbyt wymagającej pracy zagwarantowanej na całe życie, 6 tygodni płatnego urlopu z gwarantowanym przez państwo minimalnym zarobkiem oraz wczesnym przechodzeniem na hojne, państwowe emerytury. Innymi słowy, ci młodzi chcą przedłużenia dzisiejszej Unii. Niezadowoleni nie pojmują jednak, jak bardzo obecny układ gospodarczy i polityczny w UE wpłynął na sytuację, w której się aktualnie znaleźli.
Przez całe dziesięciolecia wiele europejskich rządów utrzymywało np. w imię solidarności przepisy poważnie utrudniające pracodawcom zwalnianie pracowników. W efekcie przedsiębiorcy w Europie bardzo niechętnie zatrudniali nowe osoby, ponieważ wiedzieli, że będą mieli poważne trudności przy zwolnieniu ich, nawet jeśli okażą się niekompetentne. W efekcie wielu młodych Europejczyków nie jest w stanie znaleźć pracy albo są skazani na wegetację na krótkoterminowych umowach o pracę, w dodatku często niewspółmierną do ich wysokich kwalifikacji. Czy mimo to słyszymy, by ruch "Oburzonych" domagał się reformy rynku pracy? Nie! Protestują przeciw takim zmianom w Portugalii, Francji, Hiszpanii, Grecji i innych krajach.

W stronę kultury nadziei
Jednym z najpoważniejszych problemów UE jest zatem fakt, że wiele osób decydujących o jej przyszłości chce nadal żyć przeszłością. Ich wyobraźnia jest spętana fantazjami o utrzymaniu w większym lub mniejszym stopniu ekonomicznego bezpieczeństwa i wizji życia zniechęcającego do podejmowania indywidualnych inicjatyw oraz ryzyka, a więc - innymi słowy - elementów podkreślających prawdziwy charakter życia ludzkiego.
Wszystko to pokazuje, że zdolność Unii Europejskiej do przetrwania będzie zależała nie tylko od podejmowania radykalnych zmian ekonomicznych, ale także od możliwości dokonania "rewolucji" w kulturowych postawach Europejczyków. Jeśli Unia chce uniknąć losu gigantycznego domu starców odwiedzanego przez amerykańskich i chińskich turystów, przyciąganych do Europy chęcią obejrzenia śladów chwały minionej wielkiej cywilizacji, reformom gospodarczym musi towarzyszyć poszerzanie sfery wolności, odpowiedzialności osobistej, wzmocnienie sytuacji rodzin, otwarcie gospodarki, żywotna aktywność społeczna i - przede wszystkim - kultura nadziei, coś, co może zrodzić się jedynie z odnowionej wiary.

Samuel Gregg analityk gospodarczy

tłum. Mariusz Bober
--------------------------------------------------------------------------------
Autor jest dyrektorem zespołu ekspertów Instytutu Lorda Actona.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 29 lis 2011, 09:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Czas zaklęć

Przywódcy Unii Europejskiej z ciągle rosnącą energią prowadzą nasz kontynent ku gospodarczej katastrofie. W miarę ich coraz to nowych sukcesów na politycznych salonach rośnie popularność zaklęć, które mają udowodnić, że sytuacja finansowa naszego kontynentu jest imponująca. "Kryzys zadłużenia eurolandu nie jest zagrożeniem dla głównych krajów Europy" - przekonuje w wywiadach prasowych prezes Bundesbanku Jens Weidmann. - Nadal stawiamy sobie za cel obniżenie deficytu do poniżej 3 proc. PKB do 2015 roku - ogłasza greckie ministerstwo finansów. - Polska przez rynki finansowe jest obserwowana z nadzieją. (...) Nasz kraj może być jednym z bardzo nielicznych, których wycena, czyli tzw. rating, podwyższy się - dodaje od siebie komisarz ds. budżetu Unii Europejskiej Janusz Lewandowski. Sternicy europejskich finansów wierzą w moc swoich zaklęć czy też próbują jedynie wprowadzić w błąd swych poddanych?

Piotr Tomczyk

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 29&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 02 gru 2011, 20:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
"Mekrozy" rozwijają twórczo myśli Sikorskiego

1. Jeszcze nieprzebrzmiały echa wystąpienia Ministra Sikorskiego w Berlinie, a już dowiedzieliśmy się, że duet Merkel – Sarkozy przygotowują na najbliższe posiedzenie Rady Europejskiej w Brukseli, pomysł na nowy traktat, którego celem jest ratowanie euro jednak z otwartością na kraje spoza tej strefy.

Przypomnijmy ,że Sikorski zaprezentował tam koncepcję federacyjnej Unii Europejskiej, a więc związku państw o mocno ograniczonej suwerenności z silnym politycznym centrum, które przecież tylko przejściowo ma mieścić się w Brukseli, a nieuchronnie musi się przenieść do Berlina.

Okazuje się,że duet Tusk- Sikorski zdecydował się być adwokatem kompletnej dominacji Niemiec w Europie chyba z nadzieją, że o takich sprzymierzeńcach przy dzieleniu unijnych stanowisk w przyszłości nie zapomną. Nie sądzę bowiem,żeby ta propozycja złożona Niemcom, miała na celu długofalową pomyślność naszego kraju.

Teraz już wiemy,że tak naprawdę wystąpienie Sikorskiego w Berlinie było inspirowane przez niemiecki rząd. Ponad 2 tygodnie temu do mediów wyciekło memorandum tego rządu przygotowane przez tamtejsze MSZ pt. „Przyszłość UE”, z którego jednoznacznie wynika jak przyszłość Europy wyobrażają sami Niemcy. Niemcy chcą europejskiego superpaństwa, do którego będą uciekały dotychczasowe państwa narodowe, przygniecione skutkami kryzysu finansowego i gospodarczego rozlewającego się po Europie.

2. Nowy traktat, który proponują „Merkozy” ma zawierać nie tylko hamulec zadłużenia, a więc powtórzenie kryteriów fiskalnych z Maastricht (deficyt sektora finansów publicznych poniżej 3% PKB, dług publiczny niższy niż 60% PKB) ale także zobowiązanie do reformy systemu emerytalnego na wzór niemiecki (wiek emerytalny przynajmniej 67 lat dla kobiet i mężczyzn), ujednolicenie podatków dochodowych (Niemcom zależy na wyrównaniu stawek podatku dochodowego od osób prawnych -CIT), a także politykę oszczędnościowej w postaci kontroli budżetów narodowych przez Komisję Europejską (a tak naprawdę przez niemiecki Bundestag).

W zamian za to Niemcy miałyby się zgodzić na to ,żeby Europejski Bank Centralny kupował obligacje państw należących do strefy euro (podpisujących się pod nowym traktatem), które mają problemy z ich rynkową sprzedażą. Jest to zgoda na to aby co jakiś czas EBC uruchamiał dodatkowo maszyny drukarskie i wyprodukował takie ilości euro jakie są niezbędne do obsługi starych długów.

3. Niestety po wystąpieniu Sikorskiego i wypowiedziach Premiera Tuska, że w całej rozciągłości je popiera, nie możemy mieć złudzeń, że Polska jest gotowa podpisać się pod nowym traktatem, obydwoma rękami. Wydłużenie wieku emerytalnego Tusk już przecież zapowiedział w expose, limit długu mamy już wpisany do naszej Konstytucji, pozostaje tylko zgoda na ujednolicenie podatku dochodowego od firm (trudno będzie wyższy, taki jak niemiecki, pozbawi się nas kolejnego czynnika konkurencyjności ale” nie szkoda róż gdy płonie las”), no i zgoda aby polskim budżetem najpierw zajmowała się Bruksela (Berlin), a dopiero później polski Parlament ( i to przeżyjemy).

W nagrodę jak o członek EBC będziemy mogli uczestniczyć w finansowaniu starych długów, krajów strefy euro które już teraz korzystają z pomocy finansowej UE. Niemcy już od dłuższego czasu poszukiwali nowych państw, które zgodziłyby się finansować stare długi państw strefy euro i Polska zgłasza się do tego na ochotnika. Tuski i Sikorski przekonują, że jeżeli się na to nie zdecydujemy to czeka nas przecież rozpad strefy euro, a to spowoduje katastrofę w całej UE.

Rozpad strefy euro to rzeczywiście niedobra wiadomość dla naszej gospodarki ale przecież my na szczęście mamy własną walutę i katastrofa nam nie grozi. O katastrofie nie mówią ani Brytyjczycy ,Szwedzi czy Duńczycy, ba rozpadu strefy euro tak nie traktują Czesi, Węgrzy, Rumunii i Bułgarzy, a więc wszystkie kraje które dysponują własnymi walutami, więc wygląda na to,że Tusk i Sikorski strasząc Polaków katastrofą, chcą pozbawić nasze państwo kolejnych atrybutów naszej suwerenności.

http://zbigniewkuzmiuk.salon24.pl/36961 ... ikorskiego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 05 gru 2011, 21:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Dlaczego Unia nie będzie Stanami Zjednoczonymi

Zanim zacznę bronić swojej tezy, chciałbym raz jeszcze zaznaczyć, że życie jest nieprzewidywalne. Zazwyczaj pewne jest tylko to co było wczoraj i dzieje się dziś, natomiast co do jutra – to ja nigdy nic nie wiem, mogę mieć jedynie nadzieję, że będzie tak. Całkiem też możliwym więc jest, że doczekamy się dnia kiedy Europa zostanie Stanami Zjednoczonymi, choć ja postaram się podać argumenty za tym, że będzie to pieruńsko ciężkie.

Najciekawsze jest znowuż to, że nagle osoby, które zazwyczaj zakochane było w Europie i europejskości, naglę ślą w świat peany na cześć wspaniałości Stanów Zjednoczonych i tym, że jak Europa nie stanie się Stanami Zjednoczonymi to zginie, przepadnie. Dotychczas mieliśmy robić wszystko aby właśnie nie być Stanami Zjednoczonymi i to miało sprawić, że nie zginiemy i nie przepadniemy, a nawet podejmiemy z nimi rywalizację. Cóż czasy się zmieniły.

Jeszcze ciekawsze jest to, że nagle wszyscy zapadli w afekt centralizacyjny. Tylko scentralizowanie decyzji w Europie na poziomie Brukselsko-Berlińskim ma nam zapewnić bezpieczeństwo. Teraz wiem na czym polegała polityka Unii decentralizowania państw poprzez przekazywanie jak najwięcej zadań i kompetencji do samorządów (regionów, województw etc). Ano właśnie po to żeby decentralizując państwa, można było łatwiej centralizować na poziomie europejskim. Tak aby wszystkie decyzje zapadały na samym szczycie, a samorządy na dole, były tylko przekaźnikami wprowadzania tychże decyzji. Już bez zbędnego pośrednictwa państwowego.

Od czego porównanie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej z Europą należałoby zacząć. Ano od mapy.

Europa ma trzech olbrzymich sąsiadów. Od wschodu jest to Rosja. Od południowego wschodu jest to Azja Mniejsza, a od południa jest to Afryka. Z tych trzech kierunków Europa wielokrotnie w swej historii bywała zagrożona. Z Afryki Europę poprzez Hiszpanię atakował Islam – zatrzymany pod Poitiers w 732 roku, wygnany dopiero z Europy w roku 1492. Od strony Azji Mniejszej Europa była zagrożona przez Turków do podbicia przez nich Konstantynopola aż właściwie do bitwy wiedeńskiej. Zagrożenie ze strony Rosyjskiej nad Europą wisi od czasów Wojny Północnej, a właściwie od czasu kiedy wojska Aleksandra I goniąc Napoleona wkroczyły do Paryża.

Stany Zjednoczone pod tym względem są znacznie bezpieczniejsze. Od wschodu są ubezpieczeni Atlantykiem, od zachodu Pacyfikiem. Kanada ze względu na swoją liczebność, nie może stanowić żadnego zagrożenia. Natomiast Meksyk na wzgląd swojego bałaganu nie może być równorzędnym rywalem dla Stanów Zjednoczonych.

To powoduje, że polityka europejska musi przewidywać zagrożenia z trzech kierunków, co już utrudnia prowadzenie jednolitej polityki, bo inne są zagrożenia dla Madrytu, Rzymu, Lizbony i Paryża. Inne są dla Warszawy, Helsinek, Pragi i Sztokholmu, a jeszcze inne dla Wiednia, Aten, Budapesztu. W Stanach Zjednoczonych jeżeli zjawia się jakieś niebezpieczeństwo, to zwykle jest ono ulokowane daleko od granic Stanów Zjednoczonych i jest to niebezpieczeństwo dla całego kraju i po równi zagrożony jest Waszyngton, Los Angeles, Denver, Houston i Chicago. Niebezpieczeństwo dla Warszawy nie staje się z automatu niebezpieczeństwem dla Lizbony.

Bliskie sąsiedztwo Europy z Afryką i Azją sprawia, że inaczej w Europie rozkładają się także akcenty handlowe. Polsce jest o wiele wygodniej handlować z Rosją, niż Hiszpanii, której z kolei wygodniej jest handlować z krajami Maghrebu czy Ameryką południową. Budapeszt będzie zainteresowany cłami na granicy z Turcją, podczas gdy Norwegia będzie pytać o cła z handlem Północno Amerykańskim. Grecja będzie rywalizować z Egiptem o turystów, podczas gdy Niemcy będą widzieli w Egipcjanach miejsce sprzedaży swoich maszyn. Polacy będą chcieli budować szlaki handlowe na wschód. Południowcy utrzymywać szlaki na morzu Śródziemnym… Włoch flotę, Polska transport drogowy.

W Stanach Zjednoczonych najważniejsze dla handlowców jest zaś dostarczenie towaru albo na wybrzeże zachodnie i tym samym podjęcie handlu z Azją lub Australią, albo na wybrzeże wschodnie dla handlu z Afryką lub Europą. Tory kolejowe i drogi są albo w tą albo w drugą stronę. A potem w szeroki świat. Jak Afryka rozpocznie wojnę cenową z USA, to kupiec pośle towar na wybrzeże zachodnie. Jak Chiny rozpoczną to pośle na wybrzeże wschodnie. I na zachodzie i na wschodzie tak samo się porozumie.

Kupiec europejski ma znacznie gorzej. Polskiemu kupcowi stokrotnie łatwiej prowadzić rozmowy handlowe z Rosjanami (kulturowo blisko) niż z kupcem z Ameryki Południowej, co oczywiście będzie pestką dla kupca hiszpańskiego, a który już będzie miał problemy z handlem z Rosją. Ponadto łatwiej jest Polakowi wysłać swoje towary na wschód, niż wysyłać do Hiszpanii. Rosjanin będzie zainteresowany Polską wódką. Kolumbijczyk - średnio.

Odchodząc od mapy. W Stanach Zjednoczonych stworzono naród amerykański – nikt nie pytał się skąd jesteś, tylko co potrafisz, a zresztą nawet nie ważne było co deklarowałeś że umiesz, wsiadałaś na wóz na wschodnim wybrzeżu i jeżeli dojechałeś do zachodniego, to znaczy że coś potrafiłeś, a i ty przez tą podróż stawałeś się Amerykaninem. W Europie kreuje się naród europejskie poprzez wykluczanie – chrześcijanie i konserwatyści nie mogą być europejczykami, bo są wsteczni. Arabowie i Afrykańczycy mogą być europejczykami, bo musimy w ten sposób zmyć hańbę kolonizacji. Nie masz szans na podjęcie żadnej podróży, bo na starcie możesz już zostać wykluczony, oczywiście pod płaszczykiem tego, żebyś nie wykluczał innych w przeszłości.

Nikt w Stanach Zjednoczonych nie wpadnie na pomysł aby ludzie z Maryland przyjechali do mormonów w Nevadzie i powiedzieli im, że żyją głupio i nie po amerykańsku i trzeba ich zamerykanizować. Tak samo nikt nie pojedzie z Pensylwanii do Teksasu i powie Teksańczykom, że mają przestać jeździć z rogami bawolimi na samochodzie, bo to nie ładne i nie humanitarne. I Teksańczyk i mormon i inteligent ze wschodniego wybrzeża są takimi samymi amerykanami. Europejczycy zaś dzielą się na prawdziwych europejczyków – najlepiej bezwyznaniowiec z sympatią dla protestantów, i na aspirujących – katolicy, narody europy środkowo-wschodniej, których trzeba stale pouczać jak mają żyć, jak pracować, jak lepiej. Niemiec, Belg, Francuz to prawdziwi europejczycy. Żyjący inaczej Grek, Polak, Bułgar czy Węgier – to nadzieja, że europejczykami się staną.

Stany Zjednoczone pozostawiły na poziomie federalnym tylko ogólną politykę monetarną i zagraniczną. Większość spraw życia codziennego jest regulowana na poziomie stanowym. Nikt nie kusi się o wspólne normy budowlane, handlowe, cywilnoprawne, karne dla tak zróżnicowanych miejsc jak Alaska czy Floryda, Nevada czy Illinois. W Europie chce się centralizować wszystko. Jednolite prawo karne dla krajów katolickich i protestanckich. Jednolite normy czasu pracy dla krajów północnych i południowych. Jednolite święta narodowe dla Polaków i Niemców (przecież co innego będą świętować Polacy niż Niemcy 1 września czy 11 listopada). Jednolite kierunki gospodarcze dla Finów i Włochów…

Mówi się teraz, że tylko wielkie państwa mają prawo przetrwać. To dlaczego w wieku XIX rozpadło się tak wielkie i różnorodne państwo jak Imperium Otomańskie, przy czym jeden z decydujących ciosów zadała koalicja małych, narodowych państw – Grecji, Bułgarii, Rumunii i Serbii. Jak to możliwe, że w tym wielkim Imperium żyło się zdecydowanie gorzej niż w malutkiej Belgii czy Szwajcarii? Przecież Imperium Otomańskie było spełnieniem wszystkich oczekiwań dzisiejszych euroentuzjastów – silna władza centralna w Stambule, wspólny rynek.. i mimo to gdzieś się wywróciło na zakręcie dziejowym. Dlaczego?

http://grudqowy.salon24.pl/370561,dlacz ... dnoczonymi


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Quo vadis Europo?
PostNapisane: 08 gru 2011, 08:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30438
Szczyt dla niemieckiej Europy

Federalne Państwo Europejskie ze stolicą w Berlinie i Polska jako magnes, który wciągnie w jego orbitę kraje skandynawskie - to zręby niemieckiej koncepcji politycznej forsowanej pod przykrywką planu ratowania strefy euro.

Przekształcenie strefy euro z unii walutowej w unię fiskalną i gospodarczą zakłada raport szefa Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya przygotowany we współpracy z szefem Komisji Europejskiej José Manuelem Barroso jako propozycja na rozpoczynający się dzisiaj szczyt Unii Europejskiej.
Pierwszym krokiem ma być zaostrzenie dyscypliny budżetowej w krajach euro. Celem jest wyegzekwowanie od Włoch, Hiszpanii i innych państw spłaty długów i monitorowanie ich budżetów, aby nie pojawiały się w nich deficyty prowadzące do dalszego zadłużenia. Gdy to uda się osiągnąć, kolejnym krokiem będzie przyznanie Europejskiemu Bankowi Centralnemu prawa do skupowania obligacji dłużników. To będzie zmniejszać koszty obsługi długu.
W raporcie jest propozycja, aby stały Fundusz Ratunkowy Eurostrefy (ESM), który w przyszłym roku zastąpi Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej (EFSF), otrzymał licencję bankową, która otworzy mu dostęp do zasobów EBC.
Procedury przyznawania pomocy przez Fundusz mają być tak restrykcyjne, jak te obowiązujące w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Dopiero w trzecim etapie, gdy z krajów peryferyjnych wyciśnięte zostaną maksymalne spłaty, Van Rompuy przewiduje "uwspólnotowienie" długu eurostrefy, czyli emisję wspólnych euroobligacji.
- Kolejnym krokiem będzie unia polityczna, czyli sfederalizowana Europa - ujawnia niemiecki ekspert prof. Heinrich Winkler, emerytowany profesor Uniwersytetu Humboldta, podkreślając, że unia fiskalna jest sednem niemieckiej wizji unii politycznej.
W niemieckich planach Polska, zdaniem Winklera, ma odegrać rolę "mediatora" pomiędzy krajami związanymi euro i dyscypliną fiskalną oraz resztą Unii. Potwierdzeniem tego spostrzeżenia jest zapowiedź duetu Tusk - Sikorski, że Polska - chociaż nie jest w euro - dobrowolnie przystąpi do kręgu krajów krępujących się rygorystyczną dyscypliną budżetową. Rząd przyjął tę polityczną linię z pełną świadomością, że zaprzepaszcza w ten sposób szanse szybkiego rozwoju kraju. Rząd Tuska chce przygotować polskie finanse publiczne do przejścia na euro, nawet za cenę doprowadzenia gospodarki do zastoju.
- Polska wstępująca do unii monetarnej mogłaby przyciągnąć do niej jak magnes pozostałe kraje spoza eurostrefy, takie jak Szwecja, Dania i Wielka Brytania. I Polska wejdzie do niej - wyjaśnia niemiecką koncepcję prof. Winkler.
"Lekarstwem na kryzys euro" ma być zatem administracyjna kontrola bogatego centrum nad budżetami i polityką gospodarczą biedniejszych krajów eurostrefy, która powściągać będzie ich aspiracje rozwojowe. Doktor Cezary Mech, finansista, były doradca prezesa Narodowego Banku Polskiego i wiceminister finansów, ocenia, że z punktu widzenia ekonomii raport stawia sprawę na głowie, ponieważ zadłużenie peryferii Unii nie jest przyczyną kryzysu eurostrefy, lecz skutkiem wprowadzenia wspólnej waluty i jednakowych stóp procentowych EBC na obszarze o zróżnicowanym stopniu rozwoju. Niskie stopy procentowe w obszarze euro, dostosowane do gospodarki niemieckiej, w krajach niżej rozwiniętych nadmuchują bańki kredytowe, prowadząc do wzrostu zadłużenia względem PKB i niewypłacalności.
- Prawo do decydowania o podatkach i budżecie jest fundamentem wolności obywatelskich nowoczesnych państw. Każdy naród sam ustala podatki i sposób ich wydatkowania, bez tego nie ma wolności obywatelskiej ani demokracji. Odebranie państwu jego prerogatywy w zakresie stanowienia o budżecie oznacza pozbawienie go niepodległości - komentuje Marian Piłka (Prawica RP) propozycje na szczyt UE. - To w Berlinie, a nie w Atenach, Rzymie czy Madrycie, będą zapadać decyzje o polityce budżetowej i całej polityce gospodarczej tych krajów. I już zapadają, jak pokazuje przypadek Grecji, której uniemożliwiono referendum - zwraca uwagę Piłka. - Pakt stabilności ma na celu legalizację i rozszerzenie tej kolonialnej praktyki na wszystkie unijne państwa - dodaje.
Zaostrzenie nadzoru fiskalnego ma nastąpić w sposób przyspieszony i uproszczony. Van Rompuy proponuje w raporcie zmianę protokołu 12 traktatu z Lizbony w drodze ratyfikacji przez parlamenty krajów członkowskich, z pominięciem referendów w krajach członkowskich Komisja Europejska i Parlament Europejski będą tylko konsultowane w sprawie zmian. Raport przewiduje wpisanie zasad dyscypliny budżetowej do konstytucji narodowych.
Tymczasem Wielka Brytania zapowiedziała, że nie podpisze zmian w traktacie, jeśli nie otrzyma gwarancji ochrony swoich interesów.
- Nie podpiszę traktatu, jeśli nie będzie on zawierał zabezpieczeń chroniących brytyjski rynek i usługi finansowe - powiedział brytyjski premier David Cameron. - Jeśli Niemcy i Francja będą chcieli zmieniać europejskie instytucje, będziemy nalegać na ochronę, której potrzebuje Zjednoczone Królestwo - zaznaczył. Wielkiej Brytanii zależy na pokonaniu kryzysu eurostrefy, bo na kraje euro przypada 40 proc. jej obrotów handlowych, niemniej projekty unii fiskalnej i w perspektywie federalizacji Europy budzą wśród brytyjskich konserwatystów poważne obawy. Negocjacje nad zmianą traktatu Brytyjczycy postrzegają jako okazję do wycofania się z przyjętych wcześniej zobowiązań wobec Unii w zakresie rynku pracy i usług finansowych.
Jeśli sprzeciw Wielkiej Brytanii lub innych państw Europy zablokuje podpisanie zmian w traktacie UE, to Niemcy i Francja są zdecydowane podpisać pakt międzyrządowy w ramach siedemnastu państw euro, otwarty na kraje spoza strefy, przede wszystkim Polskę. Propozycje niemieckie idą dalej niż raport Van Rompuya - przewidują silniejszy nadzór nad budżetami i kontrolę Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nad przestrzeganiem dyscypliny budżetowej przez państwa członkowskie.
Sceptycznie do niemiecko-francuskich planów podchodzą także Amerykanie. Wczorajszy "New York Times" skrytykował przedstawiony przez Paryż i Berlin plan uzdrowienia strefy euro, bo nie daje on szans na osiągnięcie przez zadłużone kraje dużego wzrostu gospodarczego. A tylko to zapewni wyjście z kryzysu.

Małgorzata Goss

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=sw11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 120 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 8  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /